Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Wsłuchać się w Słowo Boże
    XVI Niedziela Zwykła – ROK C
    21 lipca 2019

    Zarówno dzisiejsze Pierwsze Czytanie jak i Ewangelia opisują Boże odwiedziny w ludzkich progach. Starotestamentowy Abraham przyjmuje trzech wędrowców z wielką serdecznością. Przygotowuje dla nich wspaniałą ucztę, tak jakby się domyślał, że w osobach tych trzech obcych nawiedza go nadprzyrodzona moc. Zresztą jego głęboki pokłon i słowa, które wypowiedział: „O Panie, jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać swego sługi!” świadczą, że zdawał sobie sprawę kto nawiedził jego dom.

    Również Maria i Marta podejmują Chrystusa Pana w swoim domu w Betanii. Ta maleńka wioska położona opodal Jerozolimy w odległości niecałych 3 kilometrów była ulubionym miejscem Chrystusa. Zdążając do jerozolimskiej świątyni zwykł zachodzić do domu swojego przyjaciela Łazarza, brata Marii i Marty. Na pewno obie siostry i tym razem przywitały ze czcią i miłością najdroższego Gościa. Potem Marta poszła przygotowywać posiłek. Maria zaś, jak mówi Ewangelia – „usiadła u stóp Pana i wsłuchiwała się w Jego słowa.” To biblijne wyrażenie oznacza nie tylko, że aż tak blisko człowiek może być Boga, ale jest obrazem, który symbolizuje zasłuchanie, kontemplację. Jest wejściem w szczególne więzy, które sam Chrystus nazywa pokrewieństwem. Tak powiedział kiedy podczas swojego nauczania oznajmiono Mu: „Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą. Lecz On im odpowiedział: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je.” Te dwa elementy są więc ze sobą nierozłączne. Najpierw słuchanie Pana, a potem wypełnianie przyjętego Słowa, które uobecnia się w usługiwaniu drugiemu człowiekowi. Marta nie miała czasu, aby słuchać Jezusa, bo dla niej wydawało się być dużo ważniejsze najpierw działanie. Nie miała czasu, aby dowiedzieć się co Jezus ma jej do powiedzenia. Od razu zajęła się przygotowywaniem gościny. W tym swoim zakrzątaniu miała nawet za złe swojej siostrze, że jej nie pomaga. Uległa pokusie aktywizmu. Szkoda było jej czasu.

    Jak często słyszę dziś takie powiedzenia, że modlitwa to strata czasu, że trzeba działać, bo czas to pieniądz. I tak człowiek narzeka sam siebie usprawiedliwiając, że nie ma czasu na modlitwę. Rano trzeba się śpieszyć, bo tyle zajęć najpierw w domu, potem w pracy. Wieczorem człowiek jest już tak zmęczony, że nic się nie chce. I z każdym dniem ten brak czasu dla Boga powiększa pustkę człowieczego serca, w którym miłość do Boga i bliźniego wypala się. A wtedy tę pustkę zaczynają wypełniać głosy coraz większego żalu, pretensji właśnie do Boga, do kręgu bliskich człowiekowi osób. Bardzo trafnie zawarta jest w piosence, śpiewanej przez młodych ludzi na pielgrzymkowych trasach, propozycja skierowana właśnie do człowieka całkowicie zagonionego w sprawach tego świata, którego zwykło się dziś określać słowem „pracoholic”:

    „Zatrzymaj się na chwilę – Nad tym, co w sercu kryjesz
    Zatrzymaj się na chwilę – I pomyśl: po co żyjesz?
    Jedną małą chwilę zawsze znaleźć możesz
    Odejść z gwaru życia – Spojrzeć w Serce Boże.”

    W „Zeszytach Odnowy w Duchu Świętym” znalazłem takie świadectwo Małgorzaty:

    „Pojechałam do Warszawy na studia i zachłysnęłam się samodzielnością. Dalej trzymałam się wartości wpojonych, ale Bóg został zepchnięty na margines. Nie czułam, że jest mi na co dzień potrzebny. Czegoś mi jednak brakowało. Zaczęłam prosić Boga, by mi pokazał, po co ja żyję… Potem przyszedł czas bezrobocia, wyrzuty Bogu, że mnie zostawił. Siedziałam w domu, mój mąż pracował. Z życzliwej osoby zrobiłam się potworem: wiecznie niezadowolona, czasami agresywna. Ale w końcu uświadomiłam sobie, że drogi są tylko dwie: albo z Bogiem, albo z szatanem. Zdecydowałam się być z Bogiem tak jak On chce, ale wewnątrz niczego nie czułam. I wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Jak wcześniej spadałam w dół, teraz równomiernie wychodziłam na górę. Przyszedł niesamowity spokój… Dalej byłam bezrobotna, ale przestałam wojować. I po pół roku byłam już zupełnie kimś innym. W końcu przypomniałam sobie, że prosiłam Boga o zobaczenie sensu mego życia. Dostałam to, czego chciałam. Zaczęłam się otwierać na Niego przy pomocy ludzi. Wyszłam ze swej skorupy. Wiele osób nie poznawało mnie zupełnie – tego kogoś nowego, radosnego… Teraz pracuję, ale wiem, że to, co przeżyłam, nie jest ostatnią potyczką. Droga za Chrystusem jest trudna i wymagająca, ale to, co się zyskuje, przechodzi najśmielsze oczekiwania.”

    Człowiek nie może działać właściwie, prawidłowo, jeżeli wcześniej nie wsłucha się w Słowo Boże. Przygoda Abrahama pod dębami Mamre z dzisiejszego I Czytania zaczęła się już wcześniej, mianowicie od okazania posłuszeństwa Bogu, który kazał mu wyruszyć w nieznane z jego rodzinnego miasta, chaldejskiego Ur. Hans Urs von Balthasar komentując biblijne wydarzenia Starego Testamentu zauważa, że one zawsze zaczynają się od słów: „Słuchaj, Izraelu”. W Kościele również najpierw jest przepowiadanie Słowa. Ono wyprzedza wszelkie działanie. Takie jest przesłanie dzisiejszego II Czytania: „Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie usłyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił?”

    Czy ja słucham Słów, które mówi Jezus? Aby usłyszeć Jego Słowa moje serce musi być wyciszone. Ojciec Jacek Salij porównuje ludzkie serce do jeziora. Jeżeli wrzucę kamień w wody jeziora wzburzonego, ono wcale nie zareaguje. Natomiast kiedy woda jest spokojna, to wystarczy wrzucić nawet mały kamyk, a zaraz pojawiają się fale, które zaczynają rozchodzić się coraz szerszym kręgiem. Podobnie jest z człowiekiem. Jeżeli jest zabiegany jak Marta, jeżeli jego głowa zajęta jest tysiącami różnych spraw potrzebnych i niepotrzebnych – wtedy nie można usłyszeć Bożego głosu. A wołanie Boga stale rozbrzmiewa. I jest to wołanie głośne i wyraźne.

    Abym nie bał się ciszy, bo to jest dziś jakiś znak czasu, że człowiek lęka się ciszy. Są nawet tacy ludzie, którzy kładąc się spać, włączają radio, aby zaraz po przebudzeniu już od samego rana w ich pokoju coś grało czy mówiło. Boją się nawet tych kilku minut porannej ciszy. W ilu domach bez przerwy słychać radio, telewizję, czy DVD. Tak samo bez przerwy włączony jest radioodbiornik w samochodzie, w miejscu pracy. A to przecież ani nie ludzka inteligencja, ani jego wykształcenie, ale właśnie – wyciszone serce umożliwia spotkanie z Bogiem.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania na 14 lipca 2019

    Rozważania na 14 lipca 2019

    Zaproszenie do naśladowania Chrystusa
    XV Niedziela Zwykła – ROK C

    Pytanie, które postawił Panu Jezusowi uczony w Prawie nie jest pytaniem szczerym. Ewangelia wyraźnie zaznacza jaka była jego intencja na początku tej rozmowy. Ale Chrystus Pan, pomimo przewrotności ludzkiego serca, nigdy nikogo nie ignoruje. I tym razem również daje swoją szansę, aby człowiek, który w taki właśnie sposób miał odwagę zadać Bogu pytanie: „A kto jest moim bliźnim?” potrafił teraz przyjąć Bożą odpowiedź prawdziwie i szczerze.

    Dlatego Pan Jezus podejmuje rozmowę. O dziwo, uczony w Prawie zaczyna słuchać Bożych słów, a tym samym zaczyna je lepiej rozumieć. Słów, które on wypowiada do Jezusa – łącznie jest 40. A Jezus mówi do niego trzy razy więcej, używając 130 słów. W tych słowach tłumaczy, że bliźnim nie jest każdy spośród kilku miliardów ludzi. Bo dla człowieka niemożliwą jest rzeczą kochać tak naprawdę wszystkich ludzi jednocześnie. Poprzez przypowieść o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus pokazuje bardzo dobitnie i jednoznacznie co to znaczy „mój bliźni”. Jest nim ten oto konkretny człowiek, który potrzebuje pomocy właśnie ode mnie, bo jest w moim zasięgu. W języku polskim już samo słowo „bliźni” wyraża tę rzeczywistość – to znaczy ten, kto jest blisko, blisko mnie.

    Pan Jezus wymienia trzy osoby i pokazuje ich zachowanie wobec poranionego człowieka. Pierwszy przechodził kapłan, który uważał, że jest powołany jedynie tylko do składania ofiar i do prowadzenia pobożnego życia, a nie do zajmowania się działalnością miłosierną. Nie zrozumiał, że nawet pobożność może człowieka wykoślawić, jeżeli skupi się jedynie i wyłącznie wokół miłości własnej. Taka egoistyczna pobożność potrafi wyjałowić serce i to do cna, całkowicie.

    Kolejną osobą był lewita, sługa świątynny, który może tak został uformowany, że widział tylko sprawy związane z organizowaniem kultu i dla niego to było najważniejsze. Nie widział w sobie potrzeby, aby zatrzymać się i zająć cierpiącym człowiekiem. Może obydwaj odczuwali w sobie jakieś współczucie względem napadniętego, może narzekali, dlaczego takie niebezpieczeństwa czyhają na drogach. Kto wie, może nawet byli gotowi, że jak tylko kogoś odpowiedniego spotkają od razu powiadomią o leżącym tam człowieku. Dziś można by znaleźć prostszy i wygodniejszy sposób, aby uspokoić sumienie – telefonem komórkowym zadzwonić na policję, po pogotowie ratunkowe i iść spokojnie, nawet przyśpieszyć kroku, aby nie patrzeć na przykry widok, no i z obawy o własną skórę. Niewiadomo jakie były ich myśli. Jedno jest pewne: nie pomogli swojemu bliźniemu, który potrzebował ich pomocy. Zachowali się bezdusznie.

    Na szczęście był jeszcze trzeci, który podążał tą samą drogą i który zachował się zupełnie inaczej. Dla niego nie były ważne w tej chwili różne urazy i antagonizmy, jakie dzieliły Żydów i Samarytan. Bo dla niego napadnięty pochodził z wrogiego narodu. Teraz było tylko jedno ważne – jest człowiek na pół umarły i potrzebuje natychmiastowej skutecznej pomocy.

    Ojciec Jacek Salij zauważa jeszcze, że w przypowieści znajduje się dyskretny szczegół, mianowicie iż ów nieszczęśnik wpadł w ręce zbójców z własnej winy. Schodził z Jerozolimy do Jerycha. Oddalał się więc od miasta Bożego. A oddalanie się od Boga jest wchodzeniem w jakąś przestrzeń chaosu, w której trudno ukryć się w cieniu Bożych skrzydeł. Nieprzypadkowo więc Pan Jezus wybrał do swojej przypowieści tę właśnie drogę, bo ona bardzo dobrze ilustruje niebezpieczną sytuację.

    Daniel Rops w książce Dzieje Chrystusa tak pisze: „Droga pomiędzy Jerycho a Jerozolimą nie jest długa – około 35 km – ale opada w dół stromo i prowadzi przez ponurą pustynię, przez nagie wzgórze, przez bezładnie stłoczone skały, na których plama geologicznej smugi manganu o kolorze krwi pogłębia uczucie grozy. Jest to miejsce odpowiednie dla szakali i rabusiów: jeszcze do niedawna nie można się było na tę drogę zapuszczać bez obaw.”

    Droga do Jerycha jest symbolem człowieczej drogi, na której trzeba się zmagać z pokusami szatana, z wadami i różnego rodzaju przyzwyczajeniami do złego a przede wszystkim z własnym egoizmem. Również na takiej drodze napotyka się niechęć i wrogość do wszystkiego co jest związane z wiarą, z Kościołem, z Panem Bogiem. Człowiek idąc taką drogą nie może sam sobie poradzić. Dlatego w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus tylko pozornie nie występuje. Hans Urs von Balthasar idąc za myślą Ojców Kościoła, pisze: „Tylko Pan Jezus mógł ją w ten sposób opowiedzieć. Opowiedzieć tak, że oto ci, co winni okazać miłosierdzie – kapłan i lewita – obojętnie mijają cierpiącego, i tylko obcy wzrusza się losem „na pół umarłego”, pielęgnuje go, opatruje i zapewnia opiekę pod swoją nieobecność. Tylko Jezus mógł tę historię tak opowiedzieć, ale nie dlatego, żeby miał reprezentować jakąś postawę humanistyczną, tylko dlatego, że sam dla nas wszystkich uczynił przeobficie to samo, co ów obcy. Samarytanin staje się tu pseudonimem Jezusa i gdy uczony w Piśmie słyszy polecenie: „I ty czyń podobnie”, to jest to zaproszenie do naśladowania samego Chrystusa.”

    Czytałem o pewnym konkursie recytatorskim, który był zorganizowany na temat miłości bliźniego. Czas każdego wygłaszanego przemówienia nie mógł przekraczać 10 minut. Zgłosiło się wielu kandydatów. Nie przewidzieli jednak, że czekał ich pewien sprawdzian: przed wejściem do studia każdy z nich spostrzegał człowieka leżącego na ziemi na skutek zemdlenia. Było to pozorne omdlenie. I co się okazało? Zaledwie kilku kandydatów zostawiło konkurs i zajęło się leżącym człowiekiem. To właśnie oni ten konkurs wygrali.

    Czy taki konkurs nie trwa w życiu każdego człowieka? Żeby go wygrać trzeba okazywać miłosierdzie, na które czeka sam Chrystus w człowieku głodnym, spragnionym, nagim, podróżnym, w więzieniu, chorym, strapionym, pokrzywdzonym.

    Nie pytam więc: Kto jest moim bliźnim? Bowiem stawiam sobie już inne pytanie: Czy ja jestem bliźnim dla człowieka, którego Pan postawił na mojej drodze?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa

    Roznosić Boży pokój
    XIV Niedziela Zwykła – ROK C
    – 7 lipca 2019

    Pan Jezus po zmartwychwstaniu ukazując się Apostołom rozpoczyna swoje spotkania od słów: „Pokój wam”. I w dzisiejszej Ewangelii wysyłając uczniów „po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał” – wyraźnie zaznacza co mają mówić kiedy wejdą do jakiegoś domu: „Pokój temu domowi”.

    Nie inaczej rozpoczyna się każda Eucharystia. A potem przed przyjęciem Komunii św. kapłan modli się o ten „pokój”, który z kolei jest przekazywany każdemu. Co to znaczy? Na czym on polega? Bo można mieć wątpliwość – skoro u św. Jana zapisane są takie słowa: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam; nie jako daje świat, ja wam daję”. Zaś u św. Mateusza jest zdanie, które jakby było zaprzeczeniem, że Pan Jezus przyniósł pokój: „Nie mniemajcie, że przyszedłem zsyłać pokój na ziemię; nie przyniosłem pokoju, ale miecz.”

    Słowo „pokój” może być rozumiane na wieloraki sposób. Świat narzuca „pokój” według swoich kryteriów. Na przykład powiedzenie „spokojna głowa” zrobiło swoją karierę. A cóż ono oznacza? Po prostu „pokój” ludzi, którzy znakomicie potrafili się „urządzić” na tym świecie. Albo wyreżyserowany „pokój” widoczny tylko na fasadzie – a wewnątrz perfidny plan, który polega na odczekaniu do właściwego momentu, aby wtedy móc „odegrać się” za wszystkie czasy i „wykończyć” bliźniego, bo on kiedyś nadepnął na mój czuły odcisk i strasznie uraził moją ambicję. Albo widząc wyrządzaną krzywdę i niesprawiedliwość komuś obok mnie – a z mojej strony nie ma żadnej reakcji. Bo co mnie to obchodzi. Ja jestem sam umęczony swoimi sprawami, a poza tym interesuje mnie tylko moja własna osoba. Zamykam się w ten sposób w sobie i coraz bardziej otaczam się swoim egoizmem. Chcę mieć święty spokój. To samo może dotyczyć całej grupy ludzi. Jak często okazuje się być mylnym uproszczenie: skoro nie ma wojny – to znaczy, że jest już pokój.

    Na szczęście nie brakuje ludzi i dziś dla których rozliczne formy pokoju, choćby te wyżej wymienione, nie znajdują żadnej akceptacji. Co prawda świat ich lekceważy, traktuje z przymrużeniem oka i nie bierze poważnie.

    Prawie już od lat 40 żyję wśród moich Rodaków i ileż to razy było mi dane i nadal jest ocierać się o tych „dziwnych” ludzi, przeważnie w podeszłym wieku – wciąż krystalicznie uczciwych, wciąż ofiarnych. A niestety spotyka ich najczęściej pogardliwe spojrzenie i to nawet od najbliższych. Spotykam także i młodych, którzy nie zapłacą każdej ceny za karierę, choć ci, których kochają żądają od nich tego. To są tacy ludzie jakby „nie z tego świata”. Siedzi w nich jakaś dziwna busola nastawiona na inny porządek – nie ten „życiowy”. I jak to dobrze, że są na tym świecie tacy ludzie, bo przez nich życie nie tylko staje się znośniejsze, ale ocalona zostaje wiara w niezwyciężone dobro posiane w ludzkim sercu.

    Opowiadał mi ktoś o starym lekarzu, który ostatnie swoje lata kończył w przytułku. Można by sądzić, że przegrał życie. A on tymczasem był człowiekiem nadzwyczaj szczęśliwym i spokojnym. Chciał być naukowcem, a został „omnibusem”. Kochał swój dom, ale żona odeszła. Uważała go za niedołęgę. Dwóch synów zginęło, a najmłodszy i najbardziej umiłowany, który osiągnął wysoką pozycję w swojej karierze, napisał jedynie list, bo nie znalazł czasu odwiedzić swojego ojca. List był w dodatku jeszcze z nutą pretensji powtarzającej się jak refren: „stary frajerze, nie umiałeś nauczyć, jak się żyje”. A przecież ten stary doktor, Bóg jeden wie, ilu pozostawił na swojej drodze dłużników. I choć mogło wydawać się, że przegrał życie – to jednak ten wielki jego spokój wrażliwego sumienia był zastanawiający, który musiał u cwanych, sprytnych i mądrych tego świata wywoływać niepokój.

    Dzisiejsze Boże Słowo mówi właśnie o takim prawdziwym pokoju i o tych, którzy ten pokój roznoszą. Pan Jezus wysyłając siedemdziesięciu dwóch uczniów wie dobrze na jak wielki trud ich posyła. Bo mówi: „Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki”. Już w samym tym zdaniu zawiera się istota na czym ma polegać życie Jego naśladowców. On sam został posłany przez Ojca jako „Baranek” między ludzi, którzy okazali się wilkami. Ów „Baranek jakby zabity” osiągnął wspaniałe zwycięstwo, które – jak mówi Apokalipsa – czyni Go godnym i zdolnym do otwarcia wszystkich pieczęci historii świata. Chrystus Pan pojawia się wśród ludzi całkowicie bezbronny. „Jedyną bronią – jak pisze Hans Urs von Balthasar – była mu Jego misja, która, dopóki trwała, chroniła Go przed zakusami wrogów, choć zdarzało się, że musiał się ratować ucieczką. Tych, którzy mają głosić Jego Dobrą Nowinę – a jest tych „robotników mało” – Jezus najpierw pozbawia wszelkiego oręża; oto mają najpierw życzyć pokoju tym, których odwiedzą, bez względu na to, czy ten pokój zostanie przyjęty, czy nie. Jeśli zaś nie zostanie przyjęty, to nie mają go narzucać siłą, lecz po prostu wędrować dalej. Jednak zarówno tym, co chcą słuchać, jak i opornym wysłańcy Jezusa mają głosić, że bliskie jest królestwo Boże, po to, by ludzie mogli się przygotować odpowiednio do krótkości czasu”.

    Żeby sprostać wymaganiom posłańca Pańskiego, który ma roznosić Boży pokój, trzeba zgodzić się iść drogą trudną. Wystarczyć musi pewność, że Pan Jezus już zwyciężył i że dał dar swojego pokoju, aby go ponieść w świat. Już sam ten fakt wypełnia serce radością. A to, że natrudzić się trzeba – to nic. I to, że żadnych sukcesów nie widać – to też nic nie znaczy. Bo Pan Bóg działa. Działa na swój sposób i widzi to, czego ludzkie oczy jeszcze widzieć nie potrafią.

    Tak właśnie dojrzewają Boże owoce w Bożym sadzie. Tak są zapisywane Bożą ręką ludzkie imiona. Dziwne, że na ziemi nie są rozpoznane. Świat uważa ich nawet za nieużytecznych.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz na XIII Niedzielę zwykłą 30 czerwca 2019

    komentarz na XIII Niedzielę zwykłą 30 czerwca 2019

    Działać w prawdzie

    Czytałem o takim spotkaniu ewangelizacyjnym, podczas którego prowadzący zapytał słuchaczy:

    – Czy jesteście święci?

    Pytanie wśród zgromadzonych ludzi wywołało zdziwienie, ale ten, który je zadał nie dał za wygrane i ponownie zapytał, tym razem młodego mężczyznę siedzącego w pierwszym rzędzie:

    • A ty, czy jesteś święty?
    • Co prawda… próbuję nim być, ale czy jestem? – odpowiedział zaskoczony takim pytaniem.

    Wtedy pytający powiedział do swojego rozmówcy:

    – Próbuj wstać!

    I ten od razu z miejsca wstał.

    – Ale ja nie mówiłem: „wstań”, tylko „próbuj wstać”.

    Człowiek ten usiadł i po chwili znowu wstał.

    – Ty przecież wstałeś, a ja powiedziałem ci: próbuj wstać.

    – Jak mam próbować wstać – zapytał zmieszany słuchacz. Albo siedzę, albo wstaję. Nie rozumiem co to znaczy: próbować wstać?

    Na tym przykładzie prowadzący grupę modlitewną pokazał bardzo przekonywująco jaka jest różnica pomiędzy natychmiastowym działaniem a chęcią próbowania. Nie ma czegoś takiego, że ja próbuję być świętym. Albo jestem święty teraz w tym konkretnym czasie, albo nie jestem.

    Słowo Boga skierowane dziś do mnie domaga się właśnie takiego zdecydowanego opowiedzenia się. W Ewangelii znajduje się dwadzieścia siedem opisów, w których występuje słowo: „natychmiast”. A raz jeden występuje słowo „próbować” i to w sytuacji kiedy Pan Jezus mówi do Żydów: „Nie próbujcie sobie wmówić: ‘Abrahama mamy za ojca’.”

    Wymagania Jezusa skierowane do owych trzech ludzi pragnących iść za Nim są radykalne i natychmiastowe, ale oni nie są jeszcze gotowi, aby pójść zaraz, natychmiast. Brak im tego zdecydowanego kroku, uczynienia wszystkiego od razu, co jest ich powołaniem, co dana chwila wymaga od nich.

    W Księdze Apokalipsy wyraźnie jest powiedziane: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, pocznę cię wyrzucać z mych ust.” Zaś św. Mateusz zanotował takie słowa Pana Jezusa: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz w książce Bóg dobry aż tak? zwraca uwagę jak ważnym momentem w życiu duchowym każdego chrześcijanina jest chwila postanowienia: „Choć może człowieka, którego powinieneś przeprosić, spotkasz dopiero jutro, może do spowiedzi będziesz mógł pójść za kilka godzin, może tę rzecz, którą musisz oddać, odniesiesz właścicielowi za kilka dni, to tę decyzję możesz podjąć już teraz! I jesteś święty. Natychmiast! Możesz natychmiast stać się święty – w autobusie, w kolejce do kasy, nawet leżąc w łóżku. Każdy człowiek na świecie, gdzie chce i kiedy chce, może natychmiast stać się święty! I to jest najprawdziwsza, niesamowita wolność, którą zyskaliśmy przez to, że Jezus już nas zbawił.”

    Dzisiejsze II Czytanie mówi o takiej wolności ku której „wyswobodził nas Chrystus” i która realizuje się poprzez oddawanie siebie bliźniemu: „miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie”. Ale rozeznanie i wybór tej właściwej, tzn. prawdziwej wolności nie jest łatwy. Dla wielu staje się wręcz labiryntem. Kazimierz Brandys w książce Nierzeczywistości pisze w ten sposób, że „wolność polega na kontrolowaniu i władaniu instynktami, nie zaś na ich zaspakajaniu. Natura we mnie, jeśli jej nie otamuję, powiększy moją zależność i moją niewolę.” Podobne słowa można znaleźć u Artura Górskiego: „wszystko, co daje swobodę, co uwalnia ducha, a nie umacnia zarazem panowania nad sobą, jest zgubne.”

    Ojciec Święty Jan Paweł II stale przypominał, że tylko w przestrzeni prawa moralnego można być człowiekiem prawdziwie wolnym. Jednym z podstawowych źródeł kryzysu współczesnej cywilizacji jest właśnie lekceważenie tej elementarnej prawdy. W orędziu pokojowym na rok 1981 pisał: „Nie ma prawdziwej wolności w społeczeństwie permisywnym, które myli wolność z zezwalaniem na jakikolwiek wybór, i które głosi w imię wolności pewien rodzaj powszechnej amoralności. Pogląd, że człowiek jest wolny w organizowaniu swego życia bez odwoływania się do wartości moralnych, i że nie jest zadaniem społeczeństwa zapewnienie ochrony i rozwoju wartości etycznych, jest wypaczeniem wolności.”

    Zaś młodzieży zgromadzonej w Rzymie tłumaczył, że „być wolnym to znaczy spełniać owoce prawdy, działać w prawdzie. Być wolnym to znaczy umieć siebie poddać, podporządkować prawdzie – a nie: podporządkować prawdę sobie, swoim zachciankom, interesom, koniunkturom. Być wolnym to – wedle programu Chrystusa i Jego królestwa – nie użycie, ale trud. Trud wolności.

    Kto szuka wolności łatwej, znajdzie tylko taką, która jest niczym innym, jak tylko przystosowaniem się do wielorakiego przymusu: do przymusu zmysłów i instynktów, do przymusu sytuacji, do przymusu wywieranego przez środki przekazu, do przyjmowania obiegowych schematów myślenia, wartościowania, postępowania, w których zagłusza się podstawowe pytanie o to, czy postępowanie takie jest dobre czy złe, godne czy niegodne.”

    To, że człowiek musi walczyć sam z sobą i ze swą pożądliwością, by zachować prawdziwą wolność, wcale nie przemawia przeciwko podarowanej mu wolności; przecież nawet sam Chrystus musiał stoczyć wewnętrzną walkę w trakcie kuszenia. Jezusowa wolność polega właśnie na ciągłym czynieniu woli Ojca. I idąc tym śladem człowiek prawdziwie wyzwala siebie. Na tej drodze zaczyna widzieć cały sens wolności, którą jest miłość.

    Raz jeszcze zacytuję słowa papieża, tym razem z sierpnia 1983 roku: „Staliśmy się uczestnikami wolności samego Chrystusa, wolności w dawaniu siebie samych… Ten, kto wybrał oddawanie siebie Bogu i bliźnim, już teraz żyje życiem wiecznym.”

    W tym moim zdecydowaniu odnawianym każdego dnia trzeba mi być bardzo przezornym, bo jest jeszcze ktoś, kto zawsze zwodzi człowieka i mówi właściwie całkiem rozsądnie, może się nawet wydawać, że życzliwie. Słyszę ten szept, abym sobie dał spokój, abym w końcu był realistą: „Ty chcesz być święty, z twoimi grzechami, z twoimi słabościami? Bądź zwykłym, normalnym i przyzwoitym człowiekiem. Najwyżej, jak już chcesz, możesz próbować się poprawić, ale też nie od razu”… I jeżeli dam się zwieść tej podstępnej taktyce tym samym wchodzę na niebezpieczny teren, na którym rezygnuję z walki i nie podejmuję już decyzji zdecydowanej i gwałtownej. Pozostaje mi wtedy tylko bałamutne pocieszanie samego siebie – faktycznie zacznę dopiero od jutra, od przyszłego miesiąca…

    Błagam Cię więc Panie o siłę i odwagę, abym zawsze podejmował natychmiastową walkę, bo Tobie zaufałem, który wciąż dotykasz mnie cudem swego miłosierdzia.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • BOŻE CIAŁO czerwiec 2019

    BOŻE CIAŁO czerwiec 2019

    Być świadkiem
    Uroczystość Najświętszego Ciała i
    Krwi Chrystusa – ROK C

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa Kościół przeżywa każdego roku w swojej Liturgii podczas Wielkiego Tygodnia – w Wielki Czwartek. Tego dnia Pan Jezus ustanowienił dwa sakramenty: Eucharystię i kapłaństwo. Ale wtedy, w przeddzień Męki i Śmierci Pana Jezusa trudno jest o nastrój radosny i uroczysty. Dlatego po okresie Pięćdziesiątnicy Kościół adoruje i czci publicznie Hostię konsekrowaną – prawdziwe Ciało i Krew Pańską.

    Wtedy rozlega się poprzez wioski i miasta potężny śpiew Twoja cześć, chwała, nasz wieczny Panie! Wszędzie jest tłum. Wszędzie jest zieleń. Są kwiaty, bo Pan idzie z nieba, pod przymiotami ukryty chleba. Zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się dzieciom Jego powodzi. Każdy wychowany na polskiej ziemi nie może nie mieć swoich ciepłych wspomnień związanych z procesją Bożego Ciała. Kto wie, czy pamięć z dziecinnych lat nie obudziła nostalgii polskich komunistów, bo święto Bożego Ciała jakoś się ostało w tym szalejącym i destrukcyjnym zawirowaniu, które likwidowało wszystko, co z religią było związane?

    O tym święcie ksiądz Janusz Pasierb napisał w swojej książce pt. Czas otwarty, że „to jest bardzo piękne święto, złote i zielone. Zrodziła je zarówno teologia, jak i poezja. Największy myśliciel średniowiecza układał o nim wiersze i hymny. U nas nabrało barokowego kształtu i takie chyba pozostało, ale to nie jest źle: daj Boże innym, bardziej zarozumiałym epokom tyle ludzkiego ciepła i pogodnej mądrości…”

    Pierwsza w naszej Ojczyźnie udokumentowana procesja Bożego Ciała odbyła się w Krakowie w 1420 roku. Zaś monstrancja, która była wynalazkiem północnych miast hanzeatyckich, pojawiła się po raz pierwszy w Gdańsku. W tej uroczystości chodziło przede wszystkim o to, aby przybliżyć Tajemnicę Eucharystii naszej codzienności. Później, kiedy w Europie zbierała swoje żniwo nieszczęsna Reformacja, odrzucając we wszystkich odmianach protestantyzmu rzeczywistą obecność Chrystusa pod postacią konsekrowanego chleba, zaszła potrzeba, aby uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej i związaną z nią procesją Eucharystyczną zamanifestować tę prawdę.

    Odrzucanie prawdziwej obecności Chrystusa bardzo było widoczne podczas ostatniej wojny  w Szkocji, gdzie dominują wyznawcy prezbiteriańscy wywodzący się od John’a Knox.   Duchowieństwo szkockie, obawiając się negatywnych reakcji prezbiterian, nie chciało się zgodzić, aby Polacy urządzali procesję Bożego Ciała. Bowiem publiczne katolickie manifestacje religijne w Szkocji były zakazane. Po dziś dzień ekstremalna odmiana szkockich kalwinów Mszę świętą nazywa bluźnierstwem.

    Katolików w Szkocji jest bardzo mało, a nasi rodacy porozrzucani na rozległych połaciach, żyją już coraz częściej pojedynczo i tęsknią za procesjami Bożego Ciała. Bo trudno być świadkiem Chrystusa w pojedynkę. Człowiek odczuwa wtedy lęk i boi się otoczenia. Siłą Kościoła jest niewątpliwie moc Ducha Świętego, ale jest nią też poczucie jedności, którą sprawia Bóg. Dlatego na Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus zgromadził uczniów i nakazał im jednoczyć się na łamaniu Chleba aż do ostatniego wieczoru świata.

    Ci, którzy są świadomi na czym polega życie prawdziwe znają taktykę szatana. On, aby pokonać człowieka wyprowadza go najpierw na bezdroża duchowej samotności. Ksiądz Pawlukiewicz napisał, że „można żyć w tłumie, ale swoją wiarę przeżywać samotnie. Sam ze swoimi poglądami w pracy, sam ze swoją postawą w środowisku . A wtedy zaczyna się człowiekowi wydawać, że już tylko on jeden pozostał takim dziwakiem, przejmującym się Bogiem i Jego przykazaniami. To dlatego tak wielu ludziom zależy, by nasza wiara była jedynie naszą prywatną sprawą i ograniczała się tylko do intymnego wymiaru serca. A jak wiele może uczynić choćby najmniejsza wspólnota”.

    Na przyjęciu gospodarz, tak jak zwykle bywa przy takich okazjach, namawiał wszystkich do picia alkoholu. Pewna pani, która złożyła przyrzeczenie abstynencji, miała już swoje doświadczenie w odmawianiu. Wszyscy dziwili się, że tylko ona i jeszcze jeden pan wytrwali do końca w swoim postanowieniu. Po przyjęciu, przy pożegnaniu niepijący mężczyzna podszedł do tej pani i powiedział:

    –       Chcę pani bardzo podziękować.

    –       Pan mi dziękuje? Ale za co?

    –       Widzi pani, ja jestem nałogowym alkoholikiem. Dla mnie nawet jeden kieliszek może być początkiem końca. Znam siebie i wiem, że tak wewnętrznie, duchowo nie jestem mocny. Gdyby nie pani, pewnie dziś bym się skusił i wypił. Pani mi bardzo  pomogła. Nie byłem sam i zwyciężyłem.

    Jak trudno być wiernym, być mocnym w pojedynkę, będąc zupełnie osamotnionym w środowisku, które zupełnie nie bierze w rachubę Pana, Boga. Dlatego Kościół, wypełniając polecenie Pana, gromadzi ludzi wokół Eucharystii. I to dzięki Eucharystii zgromadzeni stają się wspólnotą, parafią.

    Ksiądz Aleksander Federowicz, proboszcz z Lasek, w rozmowie z księżmi na temat parafii, tak powiedział: „Parafia, czy Kościół w swojej istocie – to jest Słowo Boże, Eucharystia i wypływająca z tych źródeł miłość wzajemna”. Jego ulubionym powiedzeniem były słowa: „Msza święta się kończy, Msza święta się zaczyna”. Bo rzeczywiście, po liturgii Mszy świętej zaczyna się msza życia. I ona trwa dalej. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz tak obrazuje ten ciąg dalszy Mszy świętej: „Gdy ktoś w szpitalu przyjmie Komunię świętą, to jego łóżko staje się jak eucharystyczny ołtarz, na którym cierpienie chorego jednoczy się z ofiarą Chrystusa. Msza święta trwa dalej. Słowa prefacji W górę serca! rozbrzmiewają tam, gdzie wobec człowieka załamanego, pogrążonego w smutku ktoś wypowiada słowa: Nie martw się, ja ci pomogę. Msza święta trwa dalej, gdy ludzie mówiąc: Przepraszam, nie gniewaj się, podają sobie ręce i przekazują znak pokoju. Msza święta trwa dalej, gdy udzielamy sobie jednoczącej komunii dobroci i uśmiechu. Eucharystia bez tych codziennych owoców byłaby niepełna. Ona przecież rodzi Kościół, a Kościół jest tam, gdzie ludzie wierzący w Chrystusa żyją na co dzień miłością. Msza święta jest jak uderzenie serca, które rozprowadza tę nadprzyrodzoną krew Bożej miłości po całym organizmie Kościoła.”

    Pamiętamy z naszych rodzinnych parafii, jak w Boże Ciało uroczyście niósł kapłan Boga w procesji drogą, którą co dnia chodziliśmy do szkoły czy do pracy. Jak łatwo było wtedy uklęknąć i śpiewać wspólnie eucharystyczne pieśni – bo był tłum, bo było nas wielu. A teraz, kiedy jesteśmy na Wyspach Brytyjskich, gdzie z każdym rokiem przybywa tubylców, którzy nie uznają Boga – czy mam odwagę, tu w tym środowisku, wyznać moją wiarę, którą otrzymałem na chrzcie świętym?

    Panie, Jezu, proszę Cię, daj mi tę łaskę, aby miał odwagę uklęknąć przed Twoim Najświętszym Ciałem. Bo wtedy łatwiej będzie mi rozpoznać Ciebie także w moich bliźnich, których postawiłeś na mojej drodze.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • ROZWAŻANIE NA NIEDZIELĘ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    ROZWAŻANIE NA NIEDZIELĘ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    Miłość Boga
    Uroczystość Najświętszej Trójcy –
    ROK C . 16 czerwca 2019

    Tajemnica prawdy o Bogu Trój-Jedynym jest tak dalece nie uchwytna dla ludzkiego rozumowania, że Pan Jezus nawet nie próbował jej tłumaczyć swoim uczniom.

    „On jedyny, który nie tylko ją znał, ale który w niej tkwił, On, który nią był… On był jedynym kompetentnym nauczycielem prawdy o Ojcu, a jednak nigdy nie usiłował swym uczniom odsłaniać tych przepastnych głębin, gdzie jedność i troistość spotykają się w Bogu” – tak napisał w swojej książce pt. Spotkania ksiądz biskup Jan Pietraszko.

    Sposób w jaki Chrystus Pan mówił o tej prawdzie jest po prostu stwierdzeniem faktów: „Kto mnie widzi, widzi i Ojca”. Albo: „Idę do Ojca mojego i Ojca waszego”. Do tych zaś, którzy Mu nie wierzyli powiedział: „Jest Ojciec mój, o którym wy powiadacie, że jest Bogiem waszym.” Podobnie mówił o Duchu Świętym: „Wyszedłem od Ojca i przyszedłem na świat. Teraz opuszczam świat i idę do Ojca”… „Jeśli nie odejdę, Duch Święty nie przyjdzie do was, a jeśli odejdę, poślę Go do was”… „Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, cokolwiek wam powiedziałem”. I tu obietnica Pana Jezusa idzie jeszcze dalej: „On – tzn. Duch Święty – doprowadzi was do całej prawdy.” A tą całą prawdą jest właśnie tajemnica Trój-Jedynego Boga. Innej prawdy nie ma. Prawda zawarta w świecie stworzonym jest jedynie tylko odblaskiem Bożej prawdy, bo wszystko to co nas otacza i to czym sami jesteśmy – to pochodzi z Bożej ręki.

    Hans Urs von Balthasar był i pozostanie nie tylko bardzo znanym i liczącym się teologiem. Jego wnikliwe opisywanie Bożej rzeczywistości ma przede wszystkim związek z jego duchowym życiem, które było nacechowane wielką głębią. Bo właśnie w człowieczym sercu sam Bóg odsłania swoje tajemnice. To są te serca, które Go przyjmują. I on napisał na czym polega wewnętrzna prawda Boża: „Bóg jako Praprzyczyna i jako Ojciec odwiecznie udziela się swemu „Słowu” – jakby „wyrazowi” czy „obrazowi” siebie – które mocą owego bezgranicznego oddania zostaje „zrodzone”. Jest to dzieło najgłębszej, najpierwotniejszej miłości, takiej, na którą można odpowiedzieć tylko równie bezgraniczną miłością. A miłość im bardziej jest bezwarunkowa, tym jest owocniejsza. Naga relacja „ja – ty” pozbawiona byłaby jednak treści, gdyby to spotkanie nie oznaczało zarazem wydania owocu, który świadczy (tak jak dziecko jest świadectwem zespolenia rodziców) o odwiecznym spotkaniu Ojca i Syna. Istoty skończone, nawet jeśli płodzą i wydają na świat potomstwo, pozostają odrębnymi jednostkami – tymczasem nieskończona Istota będąca Bogiem może być tylko jedna, a miłujący się mogą w tym wypadku pozostawać tylko jedno w drugim.

    Gdy Syn stał się człowiekiem, nie mógł nam objawić nic innego jak tylko miłość Ojca i swą miłość do Ojca oraz miłość Ojca i Syna do nas. Tę tajemnicę możemy jednak pojąć i mieć w niej udział dopiero wtedy, gdy wlany zostanie w nas Duch, który jest wzajemną miłością Bożą i zarazem tej miłości owocem.”

    Święty Jan Ewangelista, jak podaje tradycja, stale powtarzał: „Bóg jest miłością.” A to jest właśnie to co najbardziej powinno interesować człowieka. Dlaczego więc tak trudno jest uwierzyć w tę prawdę? Niestety, dla wielu te słowa nic nie znaczą. Miłość czysta i bezinteresowna – pytają – czy to ogóle istnieje i czy to jest możliwe?

    Swego czasu czytałem wyniki badań, które socjologowie religii przeprowadzili wśród młodzieży na temat: „Co najbardziej interesuje cię na katechezie?” Wyniki badań pokazały, że 60% młodzieży najbardziej interesują sprawy ludzkie, na przykład aborcji, etyki seksualnej, wzajemnych relacji dzieci i rodziców. Około 30% młodych ludzi odpowiedziało, że najbardziej interesują ich relacje Boga i człowieka, na przykład modlitwa czy powołanie. Tylko kilka procent respondentów napisało, że interesuje ich Bóg. Jeden z młodych ludzi w swojej ankiecie zapytał wprost: „Jak to jest, że kiedy w kościele mówi się o sprawach doczesnych, jest to w miarę ciekawe, ale kiedy zaczyna się mówić o Bogu, staje się to nudne?

    Źródło tego nieporozumienia sięga niestety już najmłodszych lat. Ileż to ludzi zawsze musiało zasługiwać sobie na miłość. Bardzo często rodzice ofiarowywali tzw. miłość warunkową: „Jeżeli będziesz grzeczny i posłuszny – to wtedy będziemy cię kochać.” I takie dziecko rosło w przekonaniu, że istnieje jakaś taryfa opłat za miłość. Z biegiem czasu coraz bardziej to przekonanie z dzieciństwa potwierdzało się. W szkole kochanymi dziećmi byli tylko ci najzdolniejsi, najpilniejsi i najgrzeczniejsi. Reszta była pozostawiona na uboczu. Takie przekonanie przeniosło się później na życie dorosłe. Po ślubie bywało i to całkiem nierzadko, że któreś z małżonków zawiodło drugą stronę i wtedy od razu reakcja: „Już cię nie kocham, bo jesteś okropnym egoistą.” A nawet gdy się otrzymało szansę na poprawę i choć ta szansa była ponawiana kilka razy – to w końcu cierpliwość matki, ojca, nauczyciela, czy współmałżonka wyczerpywała się. I wtedy co można było usłyszeć: „No, teraz po tym wszystkim już nie mogę ci wybaczyć, miarka bowiem została przebrana.”

    Takie doświadczenia, niestety, dotyczą bardzo wielu ludzi. Dlatego, gdy w kościele słyszy się, że Bóg jest miłością, że On nie może nie kochać i że wcale nie kocha za coś, ale od zawsze ogarnia każdego swoją miłością zupełnie bezinteresowną – to wydaje się, że to jest nieprawdopodobne, jakby nie z tego świata. Ile razy upadając i grzesząc ogarnia człowieka wątpliwość: Czy Bóg jeszcze i tym razem mi wybaczy? Tu odbija się ten mój fałszywy obraz Boga, który jest wynikiem moich życiowych doświadczeń, że za miłość trzeba płacić. Czy nie nachodzą mnie takie myśli: „Jeśli nie będę gorliwie się modlić, to Bóg przestanie mnie kochać. Jeżeli popełnię grzech, utracę Go. Jeśli coś niedobrego będzie się w moim życiu powtarzać, On się rozgniewa i straci do mnie cierpliwość.” Przez ten błędny obraz ilu ludzi zniechęciło się, bo doszli do wniosku, że nie stać ich na to, aby kupić sobie miłość Boga.

    A tymczasem dzisiejsza uroczystość może być olśnieniem, jeżeli odważę się otworzyć cały przed Tajemnicą Trój-Jedynego Boga, od którego nikt nigdy nie może usłyszeć słów: „Teraz to już przekroczyłeś granicę i nie masz prawa do mojej miłości.” Ale za każdym razem kiedy się oddalam poprzez swój grzech i niewierność, On nawołuje mnie, aby mi znowu przebaczyć.

    Takim promieniem Bożej bezwarunkowej miłości jest Jego Kościół, o którym pisze ksiądz Piotr Pawlukiewicz, że „każdy kto przystąpi do konfesjonału i szczerze wyzna swoje grzechy, kto sercem wypowie słowo „żałuję”, otrzyma Boże przebaczenie! Nikt, kto uklęknie przy stole eucharystycznym, by otrzymać Ciało Chrystusa, nie zostanie od niego odpędzony. I nie zadawajmy sobie pytań: „Ale za co kocha mnie Bóg? Co On we mnie widzi? Czym jeszcze mógłbym zasłużyć na Jego miłość?” On kocha, bo taki jest! Kocha już teraz, zanim cokolwiek dobrego zrobisz. To rzeczywiście wiadomość nie z tego świata.”

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa na ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO

    komentarz do Liturgii Słowa na ZESŁANIE DUCHA ŚWIĘTEGO

    Napełnić się żarem Ducha Świętego
    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego
    – ROK C 9 czerwca 2019

    Zofia Kossak podczas swojego bardzo trudnego życia na emigracji, które trwało lat dwanaście, głównie w Trossell, w północnej Kornwalii, napisała na przełomie grudnia i stycznia książkę pt. „Rok Polski”, którą Veritas pod zarządem Zygmunta Kotkowskiego wydrukował już w lutym. To był rok 1955.

    Autorka opisując w niej nasze różne zwyczaje, związane również z dzisiejszym świętem, pyta: „Dobrze, ale gdzież została treść Zielonych świątek? Powiedzmy szczerze, zrozumienie jej jest nikłe. To wielkie święto nie posiada w psychice polskiej oddźwięku równie żywego jak Narodzenie i Zmartwychwstanie. Gdy tamte dni pokryło obficie kwiecie poezji ludowej, o Duchu Świętym nie posiadamy ani jednej pieśni własnej, samorodnej, nieznanego autora. Szczegół drobny, lecz wymowny. Ujawnia on w naszej wierze lukę o sięgających głęboko konsekwencjach.”

    Jak bardzo słuszna była uwaga naszej pisarki – zacytuję słowa metropolity Ignatiosa z Latakii:

    „Bez Ducha Świętego Bóg jest daleki,
    Chrystus jest przeszłością,
    Ewangelia martwą literą,
    Kościół tylko organizacją,
    władza panowaniem,
    posłannictwo propagandą,
    kult przywoływaniem wspomnień,
    a postępowanie po chrześcijańsku moralnością niewolników.”

    Na pewno Duch Święty jest najbardziej tajemniczą Osobą w Bogu, którego moc ujawnia się tak różnorodnie i tak nieuchwytnie. Już chociażby w dzisiejszym I Czytaniu występuje zarówno jako gwałtowne uderzenie wichru i jako ogień. Zaś w II Czytaniu ten sam Duch Święty zamieszkuje w ciszy człowieczego serca i staje się wewnętrznym głosem.

    Liturgia Słowa rozpoczyna się dziś od słów: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy”… Dla Żydów było to święto upamiętniające przekazanie Prawa Mojżeszowego na Górze Synaj. Według tradycji rabinistycznej Bóg zesłał prawie niewidzialny sygnał, który przekształcił się w ogień i wydał głos oznajmujący Prawo. Wiatr i ogień były symbolami często używanymi w Starym Testamencie dla oznaczenia obecności Boga. Szum, wiatr bardzo dobrze ilustruje atrybut wolności. Sam Pan Jezus posługuje się tym obrazem: „Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.” Zaś ogień nie tylko ogrzewa i rozgrzewa, ale również rozprzestrzenia się. Zstąpienie Ducha Świętego na zgromadzonych w Wieczerniku dokonało się w taki właśnie sposób. Najpierw jako gwałtowne uderzenie wichru, a potem na każdym z apostołów pojawia się ogień w kształcie języka. To po to, aby języki świadków, którzy za chwilę zaczną przemawiać, napełnić żarem Ducha tak, aby zapłonęły serca ich słuchaczy.

    Hans Urs von Balthasar tak pisze: „Zewnętrzne przejawy Ducha mają zawsze określony sens: gwałtowny wiatr gromadzi tłumy słuchaczy, a ogień umożliwia wszystkim usłyszenie Dobrej Nowiny w ojczystym języku, który jest im bliski od dziecka. Albowiem nowina, która spada na nich znienacka, nie jest czymś obcym, co musieliby studiować, tłumaczyć sobie z obcego języka – jest to wieść, która trafia bezpośrednio do ich serc.”

    Tu moc Ducha Świętego ukazuje się w kategoriach przezwyciężenia barier językowych z wieży Babel. Zaś wymienione przez św. Łukasza narody reprezentują cały ówczesny świat. Każdy człowiek potrafi doskonale zrozumieć drugiego człowieka – jeżeli jest otwarty na działanie Bożego Ducha. Cóż z tego, że można znać bardzo dobrze język angielski i równocześnie zupełnie nie zrozumieć tubylca. Tak samo można zupełnie nie rozumieć rodzinnego życia, nie rozumieć cierpiącego człowieka. Na tym kompletnym zamknięciu się w skorupie własnego egoizmu polega pomieszanie języków. Duch Święty jest tutaj całkowitym przeciwstawieniem. Poprzez swoje dotknięcie oczekujących w Wieczerniku rozpoczął budowanie Kościoła. Dlatego mówimy, że Zesłanie Ducha Świętego jest narodzinami Kościoła. Papież święty Jan Paweł II w swojej Encyklice Dominum et vivificantem pisał: „Czas Kościoła rozpoczął się wraz z przyjściem, czyli zesłaniem Ducha Świętego na Apostołów, zgromadzonych w jerozolimskim Wieczerniku wespół z Maryją, Matką Pana.”

    Zaś święty Augustyn rolę Ducha Świętego tłumaczy w ten sposób: „Czym dusza jest dla ciała człowieka, tym Duch Święty jest dla Ciała Chrystusa, którym jest Kościół. Duch Święty sprawia w Kościele to samo, co dusza w członkach ciała.” Dlatego każdy kto jest otwarty na działanie Bożego Ducha już jest w Kościele. Natomiast dopóki ludzkie serce nie odważy się otworzyć, ale wciąż będzie trwać w swoim szczelnym zamknięciu – to choćby wydawało się, że jest w Kościele, de facto ono już z Niego wypadło, tak jak wypada z budowli kamień, ponieważ nie miał cementu, aby się złączyć z innymi kamieniami.

    Dlatego trzeba mi wciąż i wciąż wołać z głębi mojego wnętrza o światło i moc Ducha Świętego. Bo cóż znajduję w swoim własnym sercu – zwietrzały cement, którym jest chaos, zamieszanie i potworne rozproszenie. Ileż we mnie kotłuje się różnorakich propozycji i sprzecznych decyzji, kłócących się ze sobą nawzajem i wprowadzających straszliwy chaos. Ileż we mnie jest niepotrzebnych rzeczy, które nie tylko zawadzają, ale stają się coraz większą kłodą, przez którą przejść będzie coraz trudniej.

    Pan Jezus nie tylko kiedyś zapytał opętanego człowieka: „Jak ci na imię?” – i usłyszał odpowiedź: „Na imię mi ‘legion’, bo jest nas wielu.” Pyta i dziś.

    Wspomniana na początku Zofia Kossak tak kończy opis majowego miesiąca: „Dary Ducha Świętego to narzędzia, za pomocą których możemy przekuć sami siebie na obraz i podobieństwo Boże. Dzięki tym siedmiu darom, możemy zgodnie z wezwaniem Kościoła wyrażonym przy Chrzcie św., stać się świątynią Boga żywego. Możemy, posłuszni żądaniu Chrystusa Pana, być doskonali, jak Ojciec nasz w niebiesiech jest doskonały. To nie przenośnia, to prawda. Możemy być tacy. Więc czemuż dary bezcenne nie są wykorzystywane?

    Nie kryje tego skarbu podziemna pieczara o wejściu nieznanym, nie strzegą olbrzymy ani smoki, osiągnięcie nie pociąga żadnego niebezpieczeństwa. Wystarczy o dary te prosić, wystarczy ich pragnąć…Zstąp Gołębica, twórczy Duch”…

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Komentarz do Liturgii Słowa   2 czerwca 2019

    Komentarz do Liturgii Słowa 2 czerwca 2019

    Wejście w inny sposób życia

    Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego – ROK C

    Dziś Kościół obchodzi Tajemnicę Wniebowstąpienia. Boży Syn powraca i równocześnie ten sam Człowieczy Syn zabiera z sobą naszą ludzką naturę, która jest już przemieniona. Jakie jest moje pierwsze skojarzenie z tą prawdą wiary? Od razu jawi się obłok na wiosennym błękicie, osłaniający coraz bardziej odchodzącego Chrystusa. Oglądałem wiele obrazów, na których artyści właśnie w ten sposób przedstawiali dzisiejszą uroczystość – wznoszący się coraz wyżej ku niebu Pan Jezus. Bo tak to jest opisane i w Ewangelii i w Dziejach Apostolskich.

    Tu przypomina mi się Ojciec Święty święty Jan Paweł II, kiedy odlatuje po kolejnej swojej pielgrzymce w Ojczyźnie ze swojego lotniska w Krakowie. My wszyscy, i ci, którzy są tam w Balicach i ci, którzy poprzez telewizyjne kamery uczestniczą w pożegnaniu – długo wpatrujemy się jak papieski samolot unosi się coraz wyżej, aż gdzieś daleko zmienia się w maleńki punkcik i potem zanika zupełnie. A my wciąż patrzymy i patrzymy, tak jak apostołowie patrzyli w górę – aż dopiero aniołowie musieli ich pocieszyć: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.” Ten głos przypomniał im, że droga wcale się nie skończyła i że trzeba iść dalej.

    Ksiądz Janusz Pasierb w swojej książce Czas otwarty napisał, że „trudno im było przejść od tego zapatrzenia do zwykłego życia. Serce ma swoje prawa… Mistrz przygotowywał ich na to odejście, a jednak uderza nas, nawet po tylu wiekach, nastrój melancholii i smutku przesycający liturgię niedziel przed Wniebowstąpieniem. „Teraz zaś idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: Dokąd idziesz? Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce.”

    Przyzwyczaili się, że Chrystus zawsze był z nimi. Zawsze ich prowadził. Stawiali Mu pytania. On odpowiadał. Mogli Go chwycić za rękę i oprzeć się na Nim, jak Piotr kiedy zwątpił i zaczął tonąć. A teraz nie mogli sobie wyobrazić życia bez Niego, że zabraknie już Jego widzialnej obecności i Jego mocy, która dawała im poczucie bezpieczeństwa. Ale to było konieczne. Tak mówił Pan Jezus: „Jednakże mówię wam prawdę: Pożytecznie jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was.”

    Każde rozstanie jest ciężkie. Ale czyż nie na tych rozstaniach polega rozwój człowieczego życia? Takie jest prawo wzrostu i choć nie jest łatwo odchodzić – to przecież jednak wciąż odchodzę. Każdy wyrasta ze swego dzieciństwa (oprócz pana Piotrusia, który nie chciał rosnąć). Kiedy wchodzi się w wiek dojrzały – trzeba opuszczać swoich bliskich: „Opuści człowiek ojca i matkę.” A te odejścia od siebie samego, które ustawicznie towarzyszą człowieczym dniom. Bo kiedy lat przybywa wtedy już i zdrowia zaczyna ubywać i sił, i młodości. Już pamięć nie ta sama, nie ten słuch, ani wzrok. I twarz jest inna, bardziej pomarszczona. Nie taka jak na dawnych fotografiach. Ale wszystkie te odejścia są bardzo potrzebne, bowiem przygotowują człowieka na to odejście najważniejsze, o którym mówi dzisiejsza uroczystość, mianowicie, że śmiertelne ciało przemienione poprzez Wniebowstąpienie Jezusa dociera aż do nieba.

    Rozważając teksty Ewangelii i Dziejów Apostolskich trudno jest ustalić szczegóły dzisiejszego święta. Według świętego Jana w poranek Wielkanocny Pan Jezus mówił do Marii Magdaleny: „Wstępuję do Ojca mojego i Ojca waszego.” A więc już wtedy wstępuje do nieba. Inni Ewangeliści umieszczają to wydarzenie na kończący się dzień Wielkiej Nocy po spotkaniu z Apostołami w Wieczerniku. Zaś w Dziejach Apostostolskich, które dziś są czytane, jest takie zdanie: „Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym.” Widać z tego, że Pismo św. nie robi tutaj jakiegoś wyraźnego przedziału czasowego pomiędzy Zmartwychwstaniem a Wniebowstąpieniem. Ukazujący się Jezus kiedy mówi Apostołom: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi” – jest już uwielbiony i powraca po wielokroć z zupełnie innego świata. A tym światem jest niebo.

    Ksiądz Władysław Przybyś tłumaczy w ten sposób: „To, co się stało w poranek wielkanocny, jest więc tak wielkie, niesłychane, że Kościół nie może przeżyć tylko w święta Wielkanocne. Stąd na to samo wydarzenie Kościół zwraca dwa razy swoją uwagę, ale pod innym kątem: w Wielkanoc przeżywa fakt powstania Jezusa z martwych, a dzisiaj Jego wejście w nowy, inny sposób życia.”

    Pismo Święte, przedstawiając powrót Chrystusa do nieba, używa wyrażenia: „uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu.” Ale tu nie chodzi o niebo unoszące się ponad chmurami. Chodzi o takie niebo, które nie jest z tego świata. Język tubylców jest tutaj bardziej precyzyjny, niż nasz ojczysty, bowiem ma dwa całkowicie różne określenia: „sky” i „heaven”. Nie da się tych pojęć ani pomylić, ani użyć zamiennie. Dlatego bardzo głupio i naiwnie swego czasu popisał się Jurij Gagarin po pierwszym okrążeniu ziemi. Oświadczył bowiem, że nie ma Boga, ponieważ ponad chmurami w kosmosie, nie widział Go.

    A jednak jak wielu ludzi widziało Boga już na tej ziemi. I dziś również jest ich ogromna ilość, bo niebo zaczyna się tu i teraz, i jest tak zaskakująco blisko. „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: „Oto tu jest” albo „Tam”. Oto bowiem Królestwo Boże pośród was jest” – powiedział Pan Jezus. I ono nie tylko jest, ale wciąż rośnie, rozszerza się – jak ziarno wrzucone w ziemię. Czy we mnie też?

    Teraz jest czas trwania na modlitwie w Wieczerniku, w którym jest Matka Jezusowa i Apostołowie. To tam przychodzi stale obiecany Pocieszyciel i daje dar zrozumienia po którym człowiek już wie, że niebo tu się zaczyna i może doświadczać jak ono smakuje.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Komentarz do Liturgii Słowa 25 maja 2019

    Chrystusowy pokój
    VI Niedziela Wielkanocna – ROK C

    Dzisiejsze Boże Słowo jest kontynuacją pożegnalnej mowy Pana Jezusa z poprzedniej niedzieli. Już nogi apostołów zostały umyte. Już Judasz wyszedł w ciemną noc. Już Boży Syn przekazał nowe przykazanie, które odtąd będzie znakiem rozpoznawczym. I żeby mogli wytrwać na drogach, na które zostaną posłani, otrzymują dar pokoju. Oto Chrystusowe słowa: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat. Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka.”

    Wtedy serca apostołów jeszcze bardzo się lękały. Strach ich ogarnął do tego stopnia, że Piotr aż trzykrotnie wyprał się swego Mistrza, a reszta, oprócz umiłowanego ucznia, skryła się według ludzkiego sposobu w bezpiecznym miejscu łudząc się, że unikną trudnych wyzwań. Ich Pan i Mistrz, który był ich nadzieją – a oto musiał aż tak straszliwie cierpieć i tak okropnie umierać! Nie mogli tego ani pojąć ani zrozumieć. Dlatego pozostawali za zamkniętymi drzwiami ze swoją utraconą nadzieją i z lękiem o siebie samych. Kiedy Zmartwychwstały Jezus stanął pomiędzy nimi przemówił tymi samymi słowami, które oni już wcześniej od Niego usłyszeli: „Pokój wam.” Na czym więc polega ten pokój, który daje Jezus?

    Ks. Jerzy Chowańczak tak komentuje te słowa: „Chrystusowy pokój obejmuje wnętrze człowieka. Jest on darem Jezusa. Nie uwalnia człowieka od wahań, cierpień, nawet od gwałtownych zaburzeń, ale pozwala zachować w głębi duszy równowagę umysłu i serca. Jego podstawą staje się Zmartwychwstanie. „Odwagi! Jam zwyciężył świat!”

    I rzeczywiście ten Boży pokój odmienił zalęknionych i wystraszonych uczniów. Stali się ludźmi pełnymi mocy, bo późniejszy czas wcale nie okazał się łatwiejszy. Dzisiejsze I Czytanie z Dziejów Apostolskich jest tego przykładem, jak apostołowie musieli odważnie czuwać nad autentycznym przekazem Dobrej Nowiny: …„niektórzy bez naszego upoważnienia wyszli od nas i zaniepokoili was naukami, siejąc wam zamęt w duszach”… A to dopiero był początek ich zmagań. Po Zmartwychwstaniu, a już całkowicie po Zesłaniu Ducha Świętego nic nie było w stanie ich odstraszyć, bowiem moc Ducha Świętego zamieszkała w ich sercach. To ona wypełniła ich pokojem dając równowagę umysłu i serca, tak że żadne ciemności nie były już w stanie stłumić w nich światła. Żyć w świetle było ich powołaniem, jak pisał św. Cyprian Kartagińczyk o pierwszych chrześcijanach. Nocami zaś modlili się, by światło znowu wzeszło nad nimi – światło, które jest odblaskiem światła przyniesionego przez Chrystusa. Codzienne życie pierwszych gmin odbywało się nie w katakumbach, ale w środku i wpośród pogańskiego świata. W swoich apologiach pisali jak bardzo chcieli żyć w słońcu. Dziś już wiadomo dokładnie po odkryciach archeologicznych, że Kościół w starożytności nie żył w katakumbach. Katakumby były tylko podziemnymi cmentarzami. Całe życie sakramentalne Kościoła odbywało się w domach prywatnych (domus ecclesiae), a później, kiedy pojawiły się już możliwości – w bazylikach.

    Jezusowy pokój przekazywany w Eucharystii zataczał więc coraz szersze kręgi. Wyzwalał moc miłości. I ówczesny świat patrzył jak żyją te małe chrześcijańskie wspólnoty i nie tylko mówił z podziwem: „Patrzcie, jak oni się miłują”, ale przede wszystkim w nich rozpoznawał siebie, swoje prawdziwe oblicze. I dlatego się nawrócił. Zaczął też kochać innych.

    Ks. Ludwik Evely w swojej książce Ojcze nasz pisze: „Nie zna się Boga, jeżeli się nie zna miłości. Nie zna Boga ten, kto nie staje się coraz bardziej Bogiem. Tyle tylko poznamy z Istoty Bożej, na ile pozwolimy Mu wzrastać w nas. Poznamy Boga, jeżeli Go przyjmiemy, jeżeli zrobimy Mu miejsce, jeżeli ustąpimy Mu miejsca.”

    Pan Jezus bardzo wyraźne określił od czego zależy otrzymanie Bożego Ducha: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i będziemy w nim przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów Moich.”

    Podczas każdej Eucharystii Zmartwychwstały Chrystus mówi tak samo jak w wieczerniku: „Pokój wam”. Tylko czy ja naprawdę ten pokój przekazuję drugiemu człowiekowi? Dramatem obecnego czasu jest, że bardzo wielu ludzi chce braterstwa, ale bez Ojca. Zaś o wiele większym dramatem, który dotyczy tak zwanych rzekomych chrześcijan jest to, że chcą ojcostwa, ale bez braterstwa. Jak wielką zaciąga się wtedy winę!

    Tomasz Merton w jednej ze swoich książek opisuje jak podczas Mszy św. w białej parafii w Nowym Orleanie ksiądz mówiąc o obowiązku miłości Boga i bliźniego napomknął, że biali i murzyni powinni się kochać. W tym momencie podniósł się jeden z wiernych i powiedział:

    – Przyszedłem na Msze, a nie wysłuchiwać takie idiotyzmy!

    Ksiądz się zatrzymał. Wstał jeszcze jeden pan. Również dołożył swoją opinię:

    – To są brednie skończone, żeby on musiał tych czarnych uważać za swoich bliźnich!

    Około 50 osób wyszło z kościoła. Jeden z nich odwrócił się w drzwiach i wykrzyknął pod adresem księdza:

    – Jeżeli dziś opuszczę Msze, będzie to wina księdza!

    I komentarz Mertona jest bardzo zdecydowany. Mianowicie można być tak zwanym „dobrym katolikiem” i nawet być za takiego uważanym przez innych, podczas gdy w rzeczywistości jest się apostatą, odstępcą od chrześcijańskiej wiary.

    ks. Marian Łękawa SAC – Rektor PMK w Szkocji

  • Komentarz do Liturgii Słowa 19 maja 2019

    Komentarz do Liturgii Słowa 19 maja 2019

    Przybliżać się do Światła
    V Niedziela Wielkanocna – ROK C

    Początek dzisiejszej Ewangelii jest nie tylko zastanawiający, ale wręcz budzi pewne zaniepokojenie. No bo co to oznacza, że dopiero po wyjściu Judasza z wieczernika Pan Jezus zaczął mówić do pozostałych uczniów o swojej gloryfikacji i dzielił się z nimi najbardziej osobistymi myślami? W tej serdecznej rozmowie tłumaczył jak bardzo bliskie jest już Jego odejście, ale równocześnie zapewniał, że pomimo swojego odejścia On nie pozostawi ich samymi, ale będzie pośród nich i to na zawsze.

    Czy poprzez wyjście Judasza, który przecież szedł zdradzić i w konsekwencji wydać na okropną śmierć swojego Mistrza – mogło teraz wydarzyć się coś dobrego? Bo tak właśnie powiedział Pan Jezus: „Syn Człowieczy został teraz uwielbiony, a w Nim został Bóg uwielbiony.”

    Św. Augustyn zaistniałą sytuację tłumaczy w ten sposób, że Chrystus zanim rozpoczął umywanie nóg uczniom – powiedział: „Wy jesteście czyści, ale nie wszyscy”. A Ewangelista dodaje: „Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści.” Więc Judasz swoim wyjściem po prostu wyświadczył przysługę owym pozostałym, bowiem przez niego ta wspólnota uczniów była dotychczas w jakimś sensie wypaczona i zanieczyszczona. Teraz doznała oczyszczenia.

    Z takiego spojrzenia, na które zwraca uwagę św. Augustyn, nie można nie zauważyć, iż w takim razie mój grzech też zniekształca wizerunek Kościoła. I to nie tylko ten grzech widoczny, który powoduje zgorszenie, a co za tym idzie – pomniejszenie wiarygodności Jezusowej wspólnoty, ale również ten mój ukryty grzech, niewidoczny dla ludzkiego oka. Moim grzechem, jak zauważa o. Salij, nie tylko obrażam Boga, nie tylko oddzielam się od życia wiecznego, moim grzechem zmniejszam czystość i duchową urodę całego Kościoła. Dopiero po wyjściu Judasza z wieczernika Pan Jezus zaczął mówić o swojej chwale i o chwale swojego Kościoła, która w całej pełni ukaże się dopiero na końcu czasów. Bardzo plastycznym obrazem opisującym tę rzeczywistość posłużył się św. Paweł w liście do Efezjan: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany.”

    A więc dopiero w dniu ostatecznym nie będzie już więcej grzechu. Natomiast w trakcie dochodzenia do tego dnia wspólnota wierzących, czyli Kościół, jest jedynym miejscem, właściwym dla grzesznika, tak jak dla chorego człowieka najlepszym miejscem jest szpital. Bowiem w Kościele w sposób najbardziej skuteczny ogarnia mnie, słabego i grzesznego, Boża moc. To ona sprawia, że mogę się uwalniać od zła i wychodzić ze skorupy własnego egoizmu, aby coraz bardziej przybliżać się do Światła.

    Dopóki trwa proces wzrostu Królestwa Bożego na ziemi Pan Jezus jest nieustannie „przyjacielem celników i grzeszników.” On kocha człowieka i dlatego zrobił dla niego wszystko, aby go uwolnić z grzechów. Tak jak dobry lekarz potrafi poświęcić się dla swojego pacjenta i wiele uczyni, aby tylko wyleczyć chorego, uwolnić go od jego choroby. Proces takiego ciągłego uwalniania z grzechów dokonuje się w Kościele, który jak Jezus, nie brzydzi się grzesznikiem, ale też nie pozostawia go samemu sobie, w stanie jakieś półdrzemki, w czasie której mógłby spokojnie obrastać w pleśń, kołtuństwo, samozadowolenie – jakby powiedział ks. Pasierb. Kościół można porównać do dobrego ogrodnika, który stale troszczy się, oczyszcza i przycina swoje latorośle, aby mogły wydać w swoim czasie dobry owoc. Ta praca jest często bolesna, ale konieczna. Tu Słowo Boże bywa jak miecz ostre i tnie aż do rozdzielenia ducha od duszy. Kardynał Newman bardzo trafnie zauważył, że poza Kościołem, doktryny są twarde, a życie miękkie, a w Kościele jest dokładnie na odwrót.

    Każdy potrzebuje swojego czasu, aby wzrastać. Widać to bardzo wymownie w życiu apostołów. Pan Jezus mówił do nich w Wielki Czwartek: „Będziecie Mnie szukać, ale dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie.” Przecież Go kochali i chcieli iść za Nim, ale wtedy oni jeszcze nie potrafiliby pójść aż tak daleko jak ich Pan i Mistrz. Chociaż Piotr zapewniał i to po trzykroć bez najmniejszej wątpliwości: „Życie moje oddam za Ciebie!” – a dosłownie za kilka godzin okazało się, że jeszcze nie był gotów. Co więcej – wyparł się, zdradził Chrystusa. Ale jego autentyczna miłość nie zaprzepaściła łaski przebaczenia.

    Chrystus znając kruchość ludzkiej kondycji zapewnia swoich uczniów, że będzie z nimi zawsze żywy, obecny, działający – o ile będą przestrzegać tego jedynego przykazania, jakie im dał i które wystarczy za wszystko inne: „Abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem.”

    W drugiej modlitwie Eucharystycznej o tajemnicy pojednania kapłan wypowiada takie słowa: „Wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam, Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom.”

    W tym mieści się istota chrześcijaństwa: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi.”

    Ale bywa i tak, że ja, w moim uwikłaniu w różnorakie grzechy, mogę nawet nie odczuwać pragnienia, aby się z nich wyzwalać. Wtedy opisana scena na początku dzisiejszej Ewangelii staje się dla mnie wielkim ostrzeżeniem. Przecież Judasz też był uczniem Chrystusa, ale – jak pisze o. Jacek Salij – „jego serce było wypełnione egoizmem i chciwością, i już zabrakło w tym sercu miejsca na prawdziwą miłość. Toteż jakby sama logika tego wymagała, żeby ten uczeń w pewnym momencie przestał być uczniem.”

    Chrystus stawia sprawę bardzo jasno: „Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie przebywa w domu na zawsze, lecz Syn przebywa na zawsze. Dopiero jeżeli Syn was wyzwoli, wówczas będziecie rzeczywiście wolni.”

    ks. Marian Łękawa SAC