Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • Komentarz

    Komentarz

    Ciągłe dojrzewanie
    II Niedziela Wielkiego Postu
    ROK A

    8 marca 2020

    Pan Jezus prowadzi człowieka „na górę wysoką osobno”, aby pokazać coś zupełnie niewyrażalnego słowami. Mówimy – Przemienienie Pańskie. Jaki jest kontekst tego wydarzenia? Tuż przed górą Tabor Chrystus zapowiada, że „musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie”. I zaraz dodaje, mówiąc wyraźnie swoim uczniom: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

    Po zejściu zaś z góry Tabor znowu zapowiada swoją mękę. Uzdrawia epileptyka, który był pod mocą złego. A zdziwionym uczniom: „Dlaczego my nie mogliśmy go wypędzić?” odpowiada: „Ten rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem”.

    Góra Przemienienia jest więc jakby otoczona Górą Kalwarii.

    Ojciec Jacek Salij pisząc o Górze Przemienienia i o Górze Kalwarii tłumaczy, że „jest to ta sama góra jedności człowieka z Bogiem, tyle tylko, że góra ta ma dwa wymiary. W swoim aspekcie trudnym i bolesnym, ale na szczęście krótkim i przemijającym jest ona Górą Kalwarii. Natomiast w swoim aspekcie ostatecznym i wiekuistym jest to Góra Przemienienia; góra przepełniona światłem Bożej obecności i szczęściem przyjaźni z samym Bogiem”.

    Ci sami trzej uczniowie, którym było dane przeżyć Przemienienie Chrystusa Pana na górze Tabor – byli również obecni na górze Oliwnej, gdzie Pan Jezus przygotowywał się do swojej męki i śmierci na krzyżu. Prosił ich, aby czuwali z Nim, ale oczy ich zmorzone były snem. Potem przyszła kohorta z mieczami i kijami i pojmali Pana. Wystraszeni apostołowie pouciekali. Stało się tak, pomimo że bardzo mocno przeżyli chwile, kiedy Chrystus przemienił się wobec nich. Dlaczego doświadczenie Bożego światła jest powiązane z ciemnościami zwątpienia? Piotr, Jakub i Jan wiernie towarzyszyli Panu – a jednak nie ominął ich dramat strachu, lęku, który spowodował ucieczkę, nawet zdradę.

    „Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę: ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara”. W ten sposób Pan Jezus przygotowywał Piotra na to, co już niedługo miało nadejść.

    Bóg, obdarowując człowieka darem życia, prowadzi go ścieżkami wielorakich doświadczeń, aby stawał się coraz dojrzalszy. To ciągłe dojrzewanie staje się możliwe, jak pisze święty Paweł w dzisiejszym II Czytaniu „przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a rzucił światło na życie i nieśmiertelność przez Ewangelię”.

    Syn Boży sam na sobie przeżywając na wzgórzu Oliwnym krwawą noc, bo „Jego pot był jak gęste krople krwi” i podczas agonii na krzyżu, kiedy „mrok ogarnął całą ziemię” doświadczył co znaczy zawierzyć w takiej sytuacji Przedwiecznemu Ojcu.

    Święty Jan Vianney wyznał, że kiedy spotykało go coś przykrego, coś ciężkiego i buntował się – to wtedy stawał się coraz słabszy. Natomiast kiedy przyjmował wszystko, zgadzając się z wolą Bożą – czuje jak stawał się coraz mocniejszy.

    Ojciec Święty Jan Paweł II kiedy ukończył 65 lat, ułożył modlitwę, która właściwie jest jego aktem oddania się Miłosiernemu Bogu. W pierwszej części dziękuje za wszystko czego dotychczas Bóg pozwolił mu doświadczyć. Dalej, opisując w modlitwie ludzi w podeszłym wieku, którym towarzyszą różnego rodzaju cierpienia, tak się modlił: …”Panie, więc już dzisiaj, gdy jeszcze posiadam sprawność fizyczną i umysłową, zgadzam się na Twoją świętą wolę, jeżeli włożysz na mnie krzyż cierpienia, aby w ten sposób służyć Twojej chwale i zbawianiu dusz… Jeżeli przyjdzie dzień, w którym choroba ogarnie mój umysł i pozbawi mnie świadomości, już dziś Panie, oddaję się Tobie, aby trwać w milczącej adoracji. Jeżeli dotknie mnie stan przedłużającej się nieświadomości, pragnąłbym, aby każda chwila mojego życia stała się nieprzerwanym ciągiem łaski i aby mój ostatni oddech był również oddechem miłości”…

    Czytałem kiedyś taką historię o małym chłopcu i jego pięcioletniej siostrzyczce chorej na rzadko spotykaną chorobę krwi, wymagającą transfuzji. Krew musiała pochodzić od kogoś z rodziny. Jej brat był najlepszym dawcą.

    – Synu, zapytał doktor, czy oddałbyś krew po to, by twoja siostra mogła żyć?

    Chłopiec był przerażony, ale zgodził się natychmiast. Po transfuzji, kiedy przyszedł do niego lekarz, aby zobaczyć jak się czuje, on od razu zapytał:

    – Doktorze, kiedy ja umrę?

    Wtedy dopiero lekarz zrozumiał, jak chłopiec zupełnie nie zdawał sobie sprawy na co się zgodził. Był przekonany, iż żeby uratować swoją siostrę, musi oddać całą swoją krew – tak jak Jezus oddał całe swoje ciało i krew, aby mnie, biednego człowieka, uratować.

    W dzisiejszym I Czytaniu jest wypowiedziane zaproszenie: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę”. Abram więc udał się w drogę, która wiodła poprzez ciemność. Jedynym światłem było tylko Boże Słowo.

    Czas Wielkiego Postu, który teraz przeżywam jest czasem, w którym bardzo pragnę, aby Bóg wyprowadzał mnie z nizin, bo utknąłem w nich jak w grzęzawisku.

    ks. Marian Łękawa SAC 

  • Komentarz

    Komentarz

    Czas wewnętrznej przemiany
    I Niedziela Wielkiego Postu – ROK A

    1 marca 2020

    Niedawno minął Adwent i Boże Narodzenie a tu już Liturgia Kościoła daje nam do przeżywania szczególny okres – czas Wielkiego Postu. Ciemny fiolet bardzo dobrze wprowadza w ten nastrój, że oto zaczyna się coś ważnego i poważnego: czas pokuty, tzn. wewnętrznej przemiany. Nasze głowy już są posypane popiołem.

    I usłyszeliśmy słowa nad nami wypowiedziane: „Nawracajcie się i wierzcie Ewangelii.” Również tej dzisiejszej, która ukazuje Jezusa na pustyni. Po 40 dniach postu – zjawia się diabeł. Nie ten, którego zwykliśmy traktować pobłażliwie, nie wierząc do końca, że jest to ktoś realny – z rogami, z ogonem i z kopytami. Ten prawdziwy zły towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. Pierwsze Czytanie z Księgi Rodzaju opisuje początek tej znajomości, która rozpoczęła się fatalnie dla człowieka. A wyglądało tak niewinnie. Niby proste zapytanie: „Czy to prawda, że Bóg powiedział: nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Zasianie tej wątpliwości w człowieku pozostanie już jego metodą. Pierwsze kłamstwo dodane do drugiego kłamstwa poszerza przestrzeń serca, które już nie ufa całkowicie Stwórcy. Wystarczyło zapewnienie diabła: „Na pewno nie umrzecie!.. otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”. No i się zaczęło. Rzeczywiście, oczy się otworzyły, ale zupełnie inaczej, niż obiecywał diabeł. Pierwsi rodzice przekonali się, jakże boleśnie, że grzech ma zupełnie inny smak przed popełnieniem. To jest całkowita odwrotność. Skąd ja to znam?

    Natrafiłem na takie pouczające opowiadanie Sławomira Mrożka pt. Koegzystencja, które bardzo trafnie pokazuje perfidną taktykę diabła.

    „Żył sobie gorliwy proboszcz, który cały swój czas poświęcał parafii: pracował od świtu do nocy. I oto pewnego razu wróciwszy do domu, zastał przy stole diabła w czerwonej, dżokejskiej czapeczce. Zmęczony staruszek zapytał tylko krótko i niegościnnie:

    – Czego?

    – Właściwie to niczego, po prostu jestem. Nie obawiaj się. Posiedzę sobie, to wszystko.

    Ksiądz zdając sobie sprawę z natury diabelskiej, obiecał sobie, że rozprawi się z szatanem zaraz potem: gdy tylko zdejmie buty… gdy zaparzy herbatę… gdy odmówi brewiarz… gdy poczyta książkę… gdy się zdrzemnie… gdy nieco odpocznie… I tak spokojny, grzeczny diabeł uśpił czujność duszpasterza, który w końcu – jako praktyk – wykonkludował: Niech sobie siedzi, mnie on nie przeszkadza, tu go mam na oku i dopóki tu jest, nie może szkodzić innym.

    I tak pleban spędził pierwszą noc razem z diabłem. Dziwił się tylko potem rano, że mimo obecności diabła, spał jak zazwyczaj głęboko i bez złych snów. Kiedy opuszczał plebanię, aby udać się do swych codziennych obowiązków parafialnych, diabeł odprowadził go do drzwi spojrzeniem. Tym samym spojrzeniem przywitał go na wieczór. Był jak wierny, dobrze wychowany pies, a nie kosztował nic. Ksiądz przypomniał sobie wczorajsze postanowienie, przepędzenia nieproszonego gościa, ale znowu wzięły górę praktyczne argumenty: On mi nic nie robi, ja mu nic nie robię; u mnie jest nieszkodliwy, a jak spróbuje coś robić, to mam egzorcyzmy.

    Ale diabeł nie próbował nic robić. I ksiądz nie pytał o nic. Po prostu nie odzywali się do siebie. Ksiądz wracał zmęczony i szedł spać, a diabeł czuwał. I tak się między nimi jakoś ułożyło.

    Spokój zakłócił biskup, który przybył na wizytację. Kościół znalazł w doskonałym stanie, duszpasterstwo wzorowe. Na koniec chciał jeszcze zobaczyć plebanię. Proboszcz przeraził się, ale odmówić nie mógł. Przekonany, że teraz wybuchnie skandal i kompromitacja na całego, otworzył drzwi do swego mieszkania. A tu – ku zaskoczeniu duchownego – pokój pusty, diabeł zniknął.

    Biskup rozejrzał się i już miał pochwalić skromne mieszkanie, gdy dostrzegł czerwoną czapeczkę, którą diabeł zostawił na stole. Z niemym zapytaniem przeniósł wzrok na proboszcza, bo wydało mu się to dziwne, aby taka dostojna osoba używała takiego nakrycia głowy.

    – To… to mój siostrzeniec… odwiedza mnie czasami – skłamał proboszcz.

    Biskup pokiwał głową ze zrozumieniem i wyraził zadowolenie z ogólnego stanu parafii. Kiedy ksiądz został sam w mieszkaniu, diabeł wyszedł z szafy, w której się ukrył. Zbliżył się do proboszcza i z ohydnym uśmiechem triumfu, wykrzywiając paszczę, zawołał radośnie:

    – Wujku!”

    Ze sobą samym można się dogadać o wiele łatwiej niż z drugim człowiekiem – choć często zależy to od argumentów, jakich się używa. Ale z szatanem nie ma żadnej dyskusji. Pan Jezus w rozmowie z faryzeuszami próbującymi zastawić na Niego pułapkę zawsze wychodzi zwycięsko. Mówimy: Mądrość Boża. Natomiast w konfrontacji z diabłem – cytuje tylko Pismo Święte. I za każdym razem Chrystus rozpoczyna tak samo: „Napisane jest”….

    Te szatańskie pokusy można odnaleźć podczas 40-letniej wędrówki narodu wybranego, który tak często ulegał pokusie chleba. Ale przecież nie tylko tam. Ta pokusa jest mi bardzo dobrze znana. Całkowite zaangażowanie na poziomie tylko materialnym, aby jak najwięcej mieć przysłowiowego chleba. To nasycenie sprawami tego świata może całkowicie zasłonić wydarzenia Wielkiego Czwartku – dnia, w którym Pan Jezus wciela się pod postacie właśnie chleba, aby odtąd umacniać człowieka, żeby diabeł nie potrafił tak łatwo mieszać mu w głowie.

    A druga pokusa: ciągłe handryczenie się z Mojżeszem po co ich wyciągał z Egiptu? Na poniewierkę, pewną śmierć? Jak bardzo jest mi to bliskie. A to przecież sam diabeł podsuwa pokusę, aby uczynić z własnych kłopotów, niepowodzeń, z cierpienia, z którym nie umiem sobie poradzić – najważniejsze wydarzenie na świecie. Ile razy człowiek próbuje podporządkować nawet Boga do swoich planów i marzeń.

    W Wielki Piątek Pan Jezus wydaje swoje Ciało i przelewa swoją Krew również za mnie, aby mnie wyzwolić z mojego egoizmu, abym mógł zobaczyć drugiego człowieka.

    I wreszcie trzecia pokusa: nie starczyło ludziom cierpliwości, nawet na 40 dni. Nie czekając dłużej na Mojżesza, który przecież już schodził z góry z kamiennymi tablicami, ulali swojego złotego cielca i oddawali mu pokłon. Znowu, jak często ima się człowieka ta pokusa, aby zrobić nawet lekki skłon. Będzie dla mnie korzystniejsza sytuacja. A potem przychodzi czas na głębsze ukłony. Jeszcze odzywa się sumienie: Przecież to zdrada! No, ale przecież można wygodniej żyć.

    Męka i agonia Ukrzyżowanego trwa, potem następuje stacja 14-ta i cisza Wielkiej Soboty, jak na pustyni, aż do Wielkiej Nocy. Wchodzę w tę ciszę z pustynią swojego serca, powtarzając dzisiejszy psalm responsoryjny: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość.”

    ks. Marian Łękawa SAC

     

  • Komentarz

    Komentarz

    Boża sprawiedliwość
    VI Niedziela Zwykła – ROK A

    16.02.2020

    Kolejna Niedziela, kolejny Dzień Pana zgromadził nas na Eucharystii. To dzięki Bożemu zaproszeniu jest nam dane spotkać się w Mistycznym Ciele, którego głową jest Pan Nasz, Jezus Chrystus – a my jesteśmy Jego Ciałem. Dobrze, że przyjeliśmy Jego zaproszenie, bo dzięki temu Bożemu spotkaniu dzieło przemiany ludzkich serc wciąż w nas trwa i dokonuje się. Wysłuchaliśmy Bożych Słów. Zostały wypowiedziane tu i teraz. Dlatego niech te Słowa wejdą w nas i napełnią nas.

    Przyszliśmy tutaj z takiego świata, gdzie wydaje się dominować tylko ziemska sprawiedliwość, głoszona i podawana przez ludzkie “autorytety” pełne “uczonych w piśmie i doktorów”. A tu usłyszeliśmy o całkowicie innej sprawiedliwości, która pochodzi z góry, od Boga i jest odwieczna i niezmienna. Mam dać odpowiedź Bogu – za którą się opowiadam i według której postepuję? Ta odpowiedź jest bardzo ważna, bo dotyczy najważniejszej sprawy mojego życia. Pan Jezus mówi wyraźnie i zdecydowanie: “Jeżeli sprawiedliwość wasza nie będzie obfitowała więcej niż doktorów i uczonych w piśmie, nie wejdziecie do Królestwa Bożego”. Na czym więc polega różnica tych dwóch sprawiedliwości?

    Każde pokolenie ma swoich uczonych w piśmie i proroków sprawiedliwości, którzy predendują do roli Pana Boga, ogłaszając wszem i wobec swoje normy postępowania, ustalają styl życia, kładąc na nim swój sygmat władzy i sankcje prawne: “Będziesz postępował tak i musisz tak postępować”. Przy dzisiejszych możliwościach multi-medialnych dzieje się to sprytnie i sugestywnie, bo podawane jest niby w inteligentny sposób tzn. w wyrafinowany, że wielu nawet nie wie, iż już przyjęło za swoje własne poglądy owe bałamutne “mądrości”, bo cały ten proces owiany jest – a jakże – prawami człowieka, w atmosferze tolerancji, oczywiście jednostronnej. Od zawsze, odkąd człowiek zbłądził, dając wiarę bardziej diabłu aniżeli Bogu, pokusy dokonywania pewnych uproszczeń i poprawek, czy przesuwania akcentów, aby złagodzić zbyt trudne i surowe wymagania, aby żyło się lekko i przyjemnie, bez wysiłku zawsze towarzyszyły ludzkim poczynaniom każdej epoki. Dlatego tworzono takie miary “sprawiedliwości” z pozoru wyglądające uczciwie, nie wiele niewymagające, miary oparte na pewnym kompromisie, na logice “tego świata”. W konfrontacji ze sprawiedliwością, która pochodzi z góry, od Boga – wymyślono taki usprawiedliwiający slogan, który pasuje do każdej sytuacji, jak wytrych i brzmi całkiem przekonywująco: “Dziś wszyscy tak postępują”, albo “Dziś nikt tak nie postępuje”.

    Za naszych dni ten proces zniewolenia umysłów ma się całkiem dobrze, bo trucizna już została wsączona na różne poziomy ludzkich zachowań. Wystarczy parę kropel atramentu wpuścić do wody i woda już odtąd będzie trochę bardziej niebieska niż była dotąd. Czas poprawiania surowych norm, podretuszowywania ich jest już niewystarczający. Dziś bez żadnych zahamowań społeczeństwu podaje się kompletnie przeinaczony świat.

    Widząc tę kondensację nieprawości nie mogę być niemym świadkiem, kibicem przeróżnych patologii, bo postawę złowieszczej neutralności czy obojętności Pismo Święte osądza bardzo ostro: “Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust”. Tu zacytuję poetę okresu międzywojennego Brunona Jasińskiego, który w niedokończonym poemacie rewolucyjnym tak napisał: “Nie boję się zdrajców, bo zdrajca może tylko zdradzić. Nie boję się wrogów, bo wróg może tylko zabić. Ale boję się ludzi obojętnych, bo to za ich milczącą zgodą dzieją się zdrada i zbrodnia”.

    Minionej niedzieli Pan Jesus powiedział każdemu z nas i to nie w formie życzeniowej, że jestemy solą ziemi, że jesteśmy światłem dla świata, bo tu na Eucharystii spotykamy się z Nim i z Nim wychodzimy do naszego konkretnego świata. Mając taki dostęp do Bożego źródła nie mogę nie świadczyć swoim życiem o tej niepojętej tajemnicy Boga, który staje się dla nas ludzi pokarmem. Moje wady, moje grzechy nie mogą przesłonić Chrystusowego światła. Przez każdą Mszę św. zgodność mojego życia z Chrystusową wolą wzrasta. Jesteśmy jak kryształ, przez który rozszczepia się światło, ukazując całe bogactwo barw, które nie są z nas, ani nie są nasze, ale dzięki nam mogą stać się widoczne.

    W ten właśnie sposób, jak mówił św. Jan Paweł Wielki – “chrześcijaństwo wznosi swój wkład w budowę społeczeństwa godnego człowieka, dając mu duszę i ukazując wymogi prawa Bożego, na którym cała organizacja i prawodawstwo społeczeństwa muszą się oprzeć, jeżeli chcą zagwarantować rozwój człowieka, wyzwolenie od wszelkich form zniewolenia i prawdziwy postęp”.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Komentarz

    Komentarz

    Miłość nieprzyjaciół
    VII Niedziela Zwykła – ROK A

    23.02.2020

    Dzisiejsza niedziela jest już kolejną, w której Pan Jezus odsłania Bożą mądrość całkowicie odmienną od mądrości tego świata – o czym św. Paweł bardzo wyraźnie przypomina, żebyśmy nie ulegali złudzeniom, “bowiem mądrość tego świata jest głupstwem u Boga”. Prawdziwej mądrości można nauczyć się tylko od Boga.

    W naszej zadumie nad dzisiejszym, bardzo trudnym, Bożym Przesłaniem, bo dotyczącym miłości nieprzyjaciół, przywołam najpierw słowa świętego Jana Pawła II: “Za pośrednictwem Eucharystii odnajdujemy naszą tożsamość chrześcijańską. Bóg miłuje nas, ponieważ On jest miłością. My miłujemy Go, ponieważ On pierwszy nas umiłował. Miłość nabiera w nauce Chrystusa decydującego znaczenia. A miłość człowieka do Boga realizuje się w miłowaniu ludzi. “Kto miłuje, zna Boga”.

    Boża miłość jest niepojęta dla nas ludzi, bo nie ma w niej ani nienawiści ani obojętności. Ogarnia zaś wszystkich – zarówno dobrych jak i złych, choć Jego łaski jednym zdają się być słońcem, innym zaś – deszczem. Człowiek bardzo często posuwa się do oskarżeń i złorzeczy Bogu w najróżniejszych sytuacjach w jakich przychodzi mu przeżywać ludzki padół. Potrafi nawet powiedzieć swemu Stwórcy i Odkupicielowi – nie ma Ciebie! Nie istniejesz! A On, nieskończenie miłosierny Bóg, robi wszystko, abyśmy się od Niego nie odwracali. Ale niestety, bywa, nawet często i tak, że Bóg musi uszanować wolną wolę człowieka i ten człowiek wybiera – wybiera na serio – dobrowolnie i świadomie odrzucenie miłosiernego Boga. I pozostaje pytanie – co wtedy?

    Dlatego zawierzmy całkowicie, całym swoim sercem Bogu, Jego sposobowi postępowania. Bo sami nie jesteśmy w stanie pojąć dlaczego tak bardzo trudne wymagania stawia przed nami Jezus – “Miłujcie waszych nieprzyjaciół”. Przecież ta poprzeczka wykracza daleko poza możliwości naszej ludzkiej natury. To nie jest miłość, która rodzi się w człowieku spontanicznie i przychodzi z łatwością. Miłość nieprzyjaciół nie jest czymś naturalnym dla człowieka, czymś oczywistym. Zacytuję tutaj papieża Benedykta XVI, który w swojej pierwszej encyklice “Deus Caritas est” (Bóg jest Miłością) napisał takie zdanie: “W Chrystusie miłość przestała być przykazaniem a stała się odpowiedzią”. I to jest właściwie treść Ewangelii, która naprawdę jest Dobrą Nowiną dla nas, bo Jezus nas pokochał jako nieprzyjaciół. Dla człowieka stał się człowiekiem i dla człowieka dał się przybić do krzyża. A więc umarł za nas, gdyśmy byli grzesznikami i nadal, i wciąż nas miłuje nie dlatego, że się nawracamy, tylko bardzo często, mimo tego, że się nie nawracamy. Pan Jezus w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie przedstawił tę sytuację. Kiedy czytamy ową przypowieść – to w jakiej postaci odnajdujemy siebie? W kapłanie czy w lewicie, którzy zobaczyli i mineli? Czy w dobrym Samarytaninie, jeżeli mamy bardzo dobre mniemanie o sobie? A tak naprawdę ja mam siebie rozpoznać w tym napadniętnym, który leży przy drodze podarty i poraniony na różne sposoby. A Samarytaninem jest przede wszystkim i tylko sam Chrystus. Poprzez tę przypowieść widzimy wyraźnie, że Syn Boży kocha nas jako swoich nieprzyjaciół. Nie przypadkowo w tej przypowieści występują przedstawiciele dwóch nienawidzących się plemion. Odkrycie prawdy o sobie i prawdy o nieskończenie miłosiernym Bogu daje dopiero łaskę zrozumienia na czym polega Ewangelia. Pomimo mojego grzechu, który wciąż popełniam, pomimo mojej zdrady, mojego ciągłego szukania szczęścia gdzieś w niebezpiecznych dla mnie rejonach “Jerycha” – Pan Jezus nie przestaje mnie kochać. Kocha mnie, choć jestem dla Niego nieprzyjacielem, bo stale o grzech się potykam i dlatego mówi do mnie: Zobacz, odnalazłem cię, kiedy byłeś porzucony na drodze tego świata. Opatrzyłem twoje rany. Zabrałem cię do mojego Kościoła. Pokochaj teraz twoich nieprzyjaciół. Odważ się na taką miłość jaką Ja mam do ciebie. Daję ci taką właśnie miłość w darze. Ona jest daleko większa od tego, co ty sam z siebie możesz.

    Aby to Boże doświadczenie dotknęło mnie – konieczna jest modlitwa: “Proście a otrzymacie”. Jeżeli nie będziemy prosić, modlić się – nie będziemy w stanie przyjąć Bożego daru. Jesteśmy na Eucharystii. Modlimy się, abyśmy byli przygotowani przyjąć Boży dar. Tuż przed przyjęciem Ciała Pańskiego będzie nasze pojednanie – a potem po wyjściu jego dalszy ciąg. Bo dzięki takiemu doświadczeniu z Panem Jezusem tu przy tym ołtarzu, będziemy potrafili ogarnąć z całą serdecznością także i tych, którzy nas nienawidzą.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Ile zawdzięczam Chrystusowi?
    II Niedziela Zwykła – ROK A
    19.01.2020

    Dzisiejsze Słowo Boże ukazuje Pana Jezusa, tak jak rozpoznał Go św. Jan Chrzciciel, jako Baranka Bożego: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. W czasie każdej Mszy św. wypowiadam te słowa tuż przed przyjęciem Chrystusowego Ciała. A nieco wcześniej wraz z całą wspólnotą śpiewam je trzykrotnie.

    Już niedługo, kiedy minie zima, będę miał znowu okazję patrzeć na maleńkie baranki dopiero co urodzone na rozległych wrzosowych polach. Co roku przeżywam ten widok przemierzając szkocką krainę, aby nawiedzić moich Rodaków, też tak rozrzuconych jak te owce. Wtedy patrzę i rozmyślam. Jak wygląda baranek z bliska? Taki jeszcze maleńki, puszysty, nie mający ani rogów, ani kopytek – właściwie sama bezbronność. Czy to znaczy, że Pan Jezus też jest taki w moim życiu – po prostu jak baranek, z którym można zrobić wszystko? Maleńki Jezus, urodzony w stajni. Aż chce się śpiewać: „Ach, ubogi w żłobie, cóż ja widzę w tobie? Droższy widok niż ma niebo w maleńkiej Osobie”. I śpiewam aż do 5 zwrotki włącznie: „Zmiłuj się nad nami, obmyj z grzechów łzami, przyjmij serca te skruszone, które Ci składamy”.

    Zapowiadany Mesjasz w Księgach Starego Testamentu nazywany jest Bożym Sługą, bowiem On poprzez swoją wynagradzającą śmierć „gładzi grzechy świata”. Prorok Izajasz nazywa oczekiwanego Sługę również Barankiem. W języku aramejskim słowo talja odnosi się zarówno i do sługi i do baranka. Niedawno natrafiłem na komentarz biblijny, w którym autor zauważa, że Jezus, wybierając godzinę swojej śmierci wybrał tę porę, kiedy w świątyni zabijano baranki przeznaczone na paschalną ucztę.

    Czym jest Tajemnica Odkupienia?

    W Paryżu znajduje się księga podatkowa z notatką dotyczącą gminy Domremy: „Z powodu zasług bohaterskich gmina nie płaci podatków”. Chodzi tu o św. Joannę d’Arc, która uratowała Francję z beznadziejnej sytuacji walcząc z królem Anglii, Edwardem III. Dzięki niej, to co uczyniła, uwolniło jej rodzinną wieś na długie lata, bo aż do rewolucji francuskiej, od podatków.

    Ile zawdzięczam Chrystusowi? Ile zawdzięcza cała ludzkość uwolniona ze straszliwej niewoli grzechu? Dzieło Odkupienia odmieniło całkowicie człowieczy los, bowiem Jezus, gładząc grzechy, dokonał naszego pojednania ze swoim Ojcem. W dzisiejszej Ewangelii tłem w odsłanianiu przeżyć, właściwie mistycznych przeżyć św. Jana Chrzciciela, jest rzeka Jordan. Jest ona bardzo wymownym symbolem, bowiem w niej dokonała się nieprawdopodobna wymiana. „Zanurzając się w wody Jordanu, pisze dominikanin ojciec Jacek Salij – wody całe brudne od grzechów, jakie symbolicznie pozostawili tam chrzczeni przez Jana grzesznicy – Syn Boży dał wyraz swojej woli, żeby aż do samego końca, aż do straszliwej męki krzyżowej, zanurzyć się w naszym ludzkim świecie, jaki na przekór Bogu ukształtowaliśmy naszymi grzechami”. Pan Jezus czekającą Go mękę i śmierć nazywa swoim chrztem. „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. Synom zaś Zebedeuszowym, którzy w początkowym okresie znajomości Mistrza nie omieszkali zapytać o swoją karierę w kategoriach tego świata, Jezus stawia pytanie: „Czyż możecie przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?”

    W różnych religiach człowiek zawsze usiłował z ziemi zrobić coś w rodzaju katapulty, aby odbić się od niej i dosięgnąć Olimpu, tak jak by to była jedyna możliwość zabrania bogom ognia. Przypomina mi się prosta odpowiedź ojca, podczas zabawy na śniegu, na pytanie najmłodszego syna w momencie kiedy przelatywał nad nimi samolot:

    – Tatusiu, jak ludzie wchodzą na niebo, żeby wsiąść do samolotu?

    – Nie wchodzą na niebo, syneczku, samolot ląduje na ziemi i wtedy ludzie mogą do niego wejść.

    To jest cała prawda o Bożym Narodzeniu, którą wciąż wyśpiewujemy w kolędach. Nie musimy wspinać się do nieba, by tam szukać Boga. Sam Bóg zszedł do nas na ziemię, aby nas odnaleźć. Bo biedny człowiek nie tylko, że się zagubił, ale wpadł w okropną pułapkę zastawioną przez Złego. „On mnie zwiódł” – mówi biedny człowiek, fundując sobie fałszywe bóstwa żerujące na nim. Bo żeby te fałszywe bóstwa ożyły, muszą się karmić krwią i mózgiem człowieka. Wystarczy przypomnieć te ołtarze oglądane w muzeach z wyżłobionymi rowkami, po których spływała krew. Bóstwa, którym trzeba było składać ofiary z ludzi. Ale dlaczego piszę w czasie przeszłym? Przecież to odbywa się w dalszym ciągu. Fundowanie sobie fałszywych bóstw jest dziś tak powszechne, że aż przerażające. A tymczasem przyjście prawdziwego Zbawcy jest takie jak i wtedy: „Syn Boży przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli”. Dlaczego nie cieszy pojawienie się Zbawiciela? Czyżby grzech potrafił spowodować aż taką niezdolność zobaczenia co czyni Jezus? Fałszywe bóstwa wysysają ludzką krew, jak wampiry. Jezus zaś, który jest Bogiem prawdziwym, oddaje swoją krew. Tu przetaczanie ma zupełnie odwrotny kierunek, bowiem jak modlimy się w litanii do najdroższej Krwi Chrystusa Pana, ta Krew Chrystusa jest zapłatą naszego zbawienia.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami!

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Boże drogi
    Uroczystość Objawienia Pańskiego
    5 stycznia 2020

    Gwiazdą posłużył się Bóg, aby objawić swojego Jednorodzonego Syna poganom. To ona wskazała mędrcom drogę do Betlejem. Nie to jest ważne czym była z punktu widzenia przyrodniczego. Ważne jest, że dzięki niej znaleźli „nowo narodzonego Króla żydowskiego”. Ale droga, którą przebyli, nie była łatwa.

    Sługa Boży ksiądz biskup Jan Pietraszko tak napisał w swoich rozważaniach „Po śladach Słowa Bożego”: „To tak, jakby były dwie gwiazdy. Jedna ta, która wędrowała i pokazywała drogę nogom, stopom, a druga ta, która świeciła wewnątrz, w duszach ludzkich, i pokazała im, że mędrzec musi w pewnej chwili odłożyć swoje mądrości i musi uznać, że małe dziecko może być kimś takim, przed kim trzeba zgiąć nie tylko czoło, ale i kolana, że trzeba przed tym dzieckiem otworzyć swój skarb”.

    Sens naszego życia polega na usłyszeniu Bożego głosu, który nieustannie nawołuje nas do siebie. Pasterzy przywołał z bliska, zaś mędrców – z dalekiej krainy. Jak poznać ten Głos i jak pozostać Mu wiernym?

    Dzisiejsza uroczystość daje bardzo czytelną ilustrację Bożych dróg. Mędrcy, pytającemu Herodowi o cel ich wędrówki, odpowiadają: „Ujrzeliśmy bowiem gwiazdę Jego na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”. Ale zanim ujrzeli gwiazdę i zdecydowali się pójść za nią musieli przeżywać wewnętrzny niepokój razem z oczekiwaniem na spełnienie się czegoś, czego nie byli świadomi do końca. Tym razem w innej książce pt. „Spotkania” wspomniany już ks. bp Pietraszko, który napisał ją będąc jeszcze księdzem, taki znalazłem komentarz: „Widzialny znak gwiazdy pomógł im zrozumieć ostatecznie tajemnicę wezwania, mowę Boga bez słów, która bez tego widzialnego znaku nie byłaby dla nich wystarczająco jasna. Zewnętrzny znak był kluczem do rozszyfrowania tajemniczej mowy Bożej, która docierała do ich świadomości”.

    Liturgiczny Adwent, który dopiero co minął, ma swoje odniesienie do Adwentu historycznego, trwającego całe wieki. Człowiek wołał do Boga głosem proroków, aby zaznać Bożej obecności. A kiedy został wysłuchany poprzez przyjście na tę ziemię samego Syna Bożego – role jakby się odmieniły. Czy to teraz nie Bóg dopomina się, będąc obecnym na tym świecie, przyjaźni z człowiekiem?

    Dojście do bliskości z nowo narodzonym Królem, jakiej zaznali mędrcy, poprzedziła długa droga. Ich wytrwałość była po wielokroć doświadczana. Samo wyjście do dalekiej krainy, aby szukać czegoś więcej, było przyznaniem się, że jeszcze nie wszystko wiedzą. To jest ta mądrość pokorna, dla której jest czymś naturalnym zgodzić się, że gdzieś daleko może istnieć zupełnie inna Prawda, zupełnie inna niż ta, którą zdobyli poznaniem własnego rozumu i tak daleka, jak daleka była kraina, do której wyruszyli. Ludzie, którzy są przekonani, że posiedli wszelką mądrość, nie pójdą do żadnej „dalekiej krainy”. A wtedy bardzo trudno jest odnaleźć Boga. Czy nie dlatego gwiazda stała się niewidoczna, kiedy byli u Heroda? Ewangelia mówi, że „Herod przeraził się, a wraz z nim cała Jerozolima” z wieści, na którą przecież tak długo oczekiwano. Otoczenie dworskie wiedziało o przyjściu Jezusa. Znali na pamięć teksty proroków. Ale ich przywiązanie do tego wszystkiego co posiedli, a co mieściło się tylko w obrębie królewskiego dworu było mocniejsze. Nie byli zdolni wyjść poza swój świat, który zasłonił im Prawdę. A Ona przecież była w zasięgu ich ręki. Nie rozpoznali Narodzonego Mesjasza. Pozostali przy swojej „mądrości”. Pozostali przy Herodzie, którego już całkowicie owładnął Zły. Jego rozmowa z mędrcami była po prostu już początkiem wypełniania się słów proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”. Czy odpowiedź człowieka na Boże przyjście musi kosztować aż tak wysoką cenę, jak śmierć niemowląt?

    Ile razy człowiek staje na rozdrożu przed trudnościami zdawałoby się nie do pokonania, wchodzi wtedy w jakąś ciemną przestrzeń wątpliwości i różnych pretensji do Boga. Bo przecież nie do siebie. Ksiądz profesor Sedlak miał tutaj bardzo trafne porównanie, że tępawy uczeń, siedząc nad zadaniem domowym kilka godzin i nie mogąc sobie z nim poradzić, dochodzi do genialnego wniosku: błąd jest w tekście. To jest pokusa, która często stoi u wrót człowieczego serca.

    A tymczasem trzej mędrcy, kiedy zorientowali się, że na próżno szukają w królewskim mieście Nowonarodzonego Króla, opuścili Jerozolimę. Wtedy ujrzeli znowu swoją gwiazdę, która zaprowadziła ich do Betlejem, bo to miejsce Jezus wybrał dla swoich narodzin. Na matkę wybrał żonę prostego cieśli, a zamiast komnat – stajnię dla zwierząt.

    Kiedy oddali już pokłon Odnalezionemu „ inną drogą udali się do ojczyzny”.

    Boża Opatrzność każdemu z nas daje taką gwiazdę, która prowadzi. Czy widzę ją i czy jestem jej wierny?

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Boże Narodzenie – ROK A

    Minęły adwentowe dni. Już święta: oczekiwane, upragnione. Zupełnie jak w kolędzie:

    „Ach witaj, Zbawco z dawna żądany,
    Cztery tysiące lat wyglądany!
    Na Ciebie króle, prorocy czekali,
    A Tyś tej nocy nam się objawił”.

    A jednak – kiedy rozmawiam o świętach Bożego Narodzenia, widzę w sobie i w moich rozmówcach nie tylko wielką radość, że sam Pan „tej nocy nam się objawił”, ale odnajduję również smutek rodzący się z rozczarowania. Bo czy takiego spodziewaliśmy się przyjścia, a z naszej strony – takiego przyjęcia?

    Kościół ze swoim 4 tygodniowym Adwentem pozostał w tyle za „synami tego świata”, którzy przypominają z każdym rokiem coraz szybciej i efektowniej, z całym swoim kolorowym bogactwem, że święta nadchodzą. W tym roku już na początku października widziałem w centrach handlowych świąteczne dekoracje.

    Dzieci rozpieszczane poprzez przeróżne drogie zabawki, zupełnie zbędne, których nawet docenić nie potrafią, stają się jeszcze bardziej egoistyczne.

    Ludzie biedni, samotni, pogrążeni w depresji, rozbudzeni naiwną nadzieją, po świętach znowu będą zawiedzeni.

    Ile kartek z radosnymi życzeniami, ile słów wypowiadanych o pokoju. Ludzie ściskają sobie ręce – a to jest tylko i nic więcej – zwykła obyczajowa serdeczność, bo tak się robi w tym czasie.

    Dzisiaj przeżywanie świąt Bożego Narodzenia bardziej przypomina raczej pogańskie święto. W środkach masowego przekazu, które są współczesną amboną z kaznodziejami o wiele lepiej przygotowanymi niż owi tradycyjni, nie o urodzinach Jezusowych jest mowa, ale o cenach różnych produktów, które koniecznie muszą być na świątecznym stole. Z przeładowanego programu telewizyjnego wcale nie wynika, że „Dziecię nam się narodziło”. Śmieszne byłoby przyjęcie weselne bez nowożeńców. A czy śmieszne jest Boże Narodzenie bez Chrystusa?

    Maleńkie okienko naszej religii w tym wielkim sklepie świata, prawie niewidoczne, może lepiej zamknąć, aby nie powiększać i tak już dużej frustracji wielu uczniów Chrystusa?

    Ale nie daj Boże ulec takiej pokusie krzywego zwierciadła.

    Przecież Tajemnica Bożego Wcielenia jest największym wydarzeniem świata. Zstąpienie Syna Bożego z nieba dało nam ludziom godność dzieci Bożych.

    Wtedy po owej „świętej nocy” całe Betlejem nie zauważyło, że rozpoczął się pierwszy poranek nowego czasu, a dziś jednak jest bardzo wielu ludzi, choć świat ich też nie zauważa, którzy widzą wciąż tego samego Jezusa jak przychodzi nieustannie do ludzi samotnych i dzieli z nimi samotność.

    Czy naprawdę biedni są zapomniani? Przecież w żadnym innym czasie nie ma większego dzielenia się z potrzebującymi, jak właśnie w tym świątecznym, kiedy ludzkie serce odkrywa swoją wspaniałomyślność.

    A drzemiące w nas pragnienie bycia razem czy nie wybucha teraz, w tym czasie, odnawiając i odświeżając zaniedbane relacje i przyjaźnie z drugim człowiekiem?

    Na pewno podczas świąt zdarzają się nadużycia w jedzeniu i piciu. Ale to jednak nie przekreśla sensu wspólnej uczty przy stole gromadzącym rozproszone rodziny. Jezusowe przypowieści o Królestwie Bożym często obrazowane są właśnie ucztą.

    Może i z tym religijnym znaczeniem świąt nie jest aż tak źle, skoro wiele ludzi teraz przeżywa swoje odrodzenie duchowe. Na Boże Narodzenie powracają marnotrawni synowie. Choć by to był tylko jeden dzień. Choć by to była tylko Pasterka. Kto wie czy doświadczenie ciepła domu, którym jest Kościół nie przyniesie w końcu oczekiwanego owocu?

    Dziś wiem, że najpierw we mnie musi coś umrzeć w tę Świętą Noc, aby się narodziło nowe Życie.

    Teraz ta Nadzieja jest bardziej usprawiedliwiona niż kiedykolwiek. Bo rodzi się Życie: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jako Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy… Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce”.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    W pełni zrealizować siebie
    IV Niedziela Adwentu – ROK A

    22.12.2019

    Jeszcze kilka dni i nastanie ta oczekiwana noc – „cicha noc, święta noc”.

    Ale ta bliskość kryje w sobie wielką trudność, przez którą trzeba przejść. Tymczasem człowiek jest taki nieufny do Bożych planów. Woli ufać swojemu widzeniu.

    W dzisiejszym pierwszym Czytaniu prorok Izajasz zapowiada w 735 roku przed narodzeniem Chrystusa, że oto „Panna pocznie i porodzi Syna”. Jest to czas, kiedy kraina Judy osaczona jest wrogami i prosi o pomoc pogańską Asyrię. Prorok upomina króla Achaza, aby zwrócił się do Boga i Jemu tylko zaufał. Ale król nie chce. Nie wierzy tym słowom. Wybiera własną drogę, aby ocalić swój tron.

    Tu odnajduję siebie. To ja wciąż mam lęk zgodzić się na Boże propozycje. Moja modlitwa „Bądź wola Twoja” jest wciąż tylko na ustach. Czy nie jest tak, że próbuję spełniać i swoją wolę, czyniąc wolę Bożą? Wciąż jest we mnie ogromna ochota wymknąć się Bogu, po to, aby stać się niezależnym, wolnym. Ksiądz Ludwik Evely w książce Ojcze nasz bardzo trafnie ujął taką sytuację pisząc, że „wolność jednak nie polega zasadniczo na możności wyboru. Prawdziwa autonomia to możność zdecydowania o sobie, dysponowania sobą w pełni, by dać się drugiemu. Odmowa, lęk przed darem, świadczy, że nie dysponujemy sobą, jest więc brakiem prawdziwej wolności”.

    W Eucharystii tyle razy już wypowiadałem słowa: ”Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”.

    To tu odnajduję mój lęk, zdając sobie sprawę, że kochać – zanadto boli, bo moje „ja” istnieje tylko po to, aby z niego zrezygnować – „kto chce zachować duszę swą, straci ją”. Ten brak odwagi, aby w pełni zrealizować siebie, jest powodem mojej chwiejności: chcę kochać, ale obawiam się ofiary. Chcę dawać, ale nie chcę nic stracić. Tak jak dzieci podczas swoich zabaw najpierw dają, a następnie odbierają. A tu trzeba wybrać: dawać albo posiadać. Kiedy daję siebie – to znaczy, że ja już nie należę do siebie.

    Ta sytuacja podobna jest do skoku w całkowitą ciemność. Czytałem kiedyś o zalęknionym dziecku, które znajdowało się na górze płonącego domu. Ojciec z dołu wołał, aby skoczyło, bo on jest na dole i zdoła je pochwycić w ramiona. Ale dziecko widziało tylko dym, który stawał się coraz bardziej piekący. I wtedy trudno zawierzyć dochodzącemu przez ogarniającą coraz bardziej ciemną chmurę głosowi ojca.

    A to jest jedyne ocalenie: uwierzyć, że poza tą czarną przepaścią, do której trzeba się rzucić, aby żyć, czekają otwarte, kochające ramiona ojca. Czy potrafię codziennie na nowo rozniecać w sobie tę ufność?

    Jakie to jest pocieszające móc przeczytać dzisiejszą Ewangelię. Bo czym są moje próby ocalenia własnych planów według tylko ludzkich kryteriów?

    „Z narodzeniem Pana Jezusa było tak”: przybrany ojciec, święty Józef, miał swoje życiowe plany, jak każdy człowiek. Chciał założyć rodzinę. Mieć własny dom. Być szczęśliwym ojcem, kochającym mężem. I oto staje przed faktem, który zupełnie pokrzyżował jego drogę życia. Decyduje się odejść. Wtedy właśnie Anioł Pański przemówił: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej małżonki, albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów… i wziął swoją Małżonkę do siebie”.

    Ale to nie wyglądało tak wspaniale, tak bosko. Dziś wiem, jak potoczyły się kolejne etapy w życiu Jezusowych rodziców, którzy potrafili w tych wymaganiach rozpoznawać Boga. Ich bezgraniczne przylgnięcie do niezrozumiałych Bożych planów, jak narodziny w stajni, zaraz potem rzeź Niewiniątek i ucieczka przez zieloną granicę do Egiptu: nie widzieć w tych sekwencjach zdarzeń żadnych sprzeczności, ale wciąż wierzyć, że tak Bóg realizuje te wielkie rzeczy, które Maryja wypowiedziała w Magnificat?

    Dlaczego ja się dziwię, że w moim życiu spotyka mnie cierpienie, krzywda, że odstawiono mnie do kąta? To w tych momentach Bóg jest tak blisko człowieka, a ja Go nie widzę. Bo wciąż schodzę z tej Bożej drogi na swoją własną.

    Pukanie Jezusowych Rodziców do drzwi mojego serca wciąż się odbywa? W tym kończącym się Adwencie słyszę je mocniej. Otworzę więc – na oścież. Bo skoro Ona, Maryja, urodziła w stajni, w chlewie – nie pogardzi moim barłogiem. Jej Syn, Emanuel po to przyszedł do nas, aby być z nami i „zbawiać ludzkie serca od jego grzechów”.

    ks. Marian Łękawa SAC 

  • Rozważania

    Rozważania

    Dotyk Bożej ręki
    III Niedziela Adwentu – ROK A
    15.12.2019

    Dziś mija połowa Adwentu. Aby podkreślić liturgiczną radość, że Pan jest już blisko – Kościół ubiera swoich kapłanów w kolor różowy. „Sam Bóg przyjdzie, aby nas zbawić”. Izajasz, zapowiadając zbawcze przyjście Boga, dodaje odwagi Izraelitom na wygnaniu. „Niech się rozweseli pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie!”

    Dlaczego więc ta moja radość jest taka nieśmiała? Pewnie dlatego, że wciąż pustynią jestem tylko. Moje serce spieczone nie może uwierzyć, że chwała Pana już zamieszkała między nami i stale rozkwita.

    Pytanie przyniesione do Jezusa z Macherontu, z ciemnicy Janowej, jest pytaniem najważniejszym: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Nieco później sam Chrystus podobnie zapyta uczniów w okolicy Cezarei Filipowej: „Za kogo uważają ludzie Syna człowieczego”? Ale dziś sam Pan daje odpowiedź uczniom Jana i tym, którzy pochylają się nad tym Bożym tekstem. I kończy swoją odpowiedź słowami: „A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Bo w Pana Jezusa było i nadal jest bardzo łatwo zwątpić. Wiele razy przygotowywał uczniów na wielką próbę ich wiary, tłumacząc jak wiele będzie musiał wycierpieć i że zostanie podwyższony na drzewie krzyża. Ksiądz Janusz Pasierb tak napisał w Czasie otwartym … „całe życie doświadczał wiary ludzi. Dementował wiarę naiwną, prymitywną, opartą na ludzkich wyrachowaniach, ‘wyliczoną’ z jakieś sytuacji ziemskiej. Nie chciał wiary łatwej, bezkonfliktowej, która nic nie kosztuje. Nie znosił wiary ‘ubezpieczonej’, pewnej siebie, sytej. Piotrowi, który zarzekał się, że choćby wszyscy Go się zaparli, on jeden nigdy tego nie uczyni – zapowiedział, że zaprze się Go po trzykroć, ale po tym upokorzeniu uczynił go swoim zastępcą, gdyż Piotr zyskał nową kwalifikację: przeszedł przez doświadczenie wiary”.

    W dzisiejszej Ewangelii mogę zobaczyć Jezusa ‘przy pracy’ – jak udziela światła niewidomym, sprawia, że głuchoniemy słyszy a trędowaty doznaje oczyszczenia. Jest to dotyk Bożej ręki, dającej ulgę ludzkiemu cierpieniu. I w tej Mszy świętej doświadczam tej samej rzeczywistości – o ile nie boję się pokazać Jezusowi tych moich ułomności, upośledzeń i ran, z powodu których cierpię. Bo wtedy Jezus sprawia cud i otwiera oczy, które były dotąd zaślepione rzeczami i sprawami tylko tego świata, a teraz mogę zobaczyć tymi samymi oczyma niewidzialne dotąd bogactwa królestwa Bożego. To jakby lustro, w które patrzyłem – siebie w nim tylko widząc – stało się szybą. I tu zaczynam rozumieć dlaczego ta moja radość jest taka nikła, ponieważ w tym moim adwentowym oczekiwaniu nie dość „pokrzepiam ręce osłabłe”, nie dość „wzmacniam kolana omdlałe”. To do siebie samego, małodusznego – muszę powiedzieć zdecydowanie – odwagi! Każdego dnia trzeba mi uczyć się wytrwałości i cierpliwości, do czego zachęca święty Jakub Apostoł w II Czytaniu: „trwajcie cierpliwie”. I daje przykład rolnika „czekającego wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny”.

    Myślę, że dobrą ilustracją będzie przywołanie przeżycia młodego odkrywcy, który w roku 1910 podróżował przez Alpy Francuskie. Jednego dnia znalazł się w miejscu, z którego roztaczała się aż po horyzont olbrzymia przestrzeń zupełnie jałowej ziemi, kompletnie wymarłej. I kiedy tak patrzył, zauważył coś, co wyglądało jak pień drzewa. Ale to nie był pień, tylko zgarbiona postać staruszka. Na plecach miał worek żołędzi, a w ręku żelazny pręt, którym robił dziury w ziemi. Wrzucał do nich żołędzie, a potem zasypywał. Przez trzy lata zdołał już posadzić sto tysięcy. Sadził te dęby żyjąc nadzieję, bo jak powiedział podróżnikowi: niechby jedno na dziesięć wyrosło – będę szczęśliwy. Jego żona i jedyny syn umarli, więc on postanowił, tak długo jak Bóg mu pozwoli, sadzić drzewa, aby ożywić tę umarłą ziemię.

    Po pięćdziesięciu latach podróżnik powrócił na to zapamiętane miejsce. Bardzo zdziwił się kiedy zobaczył jak te maleńkie żołędzie z 1910 roku potrafiły zamienić się w ogromny dębowy las. Pomyślał o tym staruszku, który pracował zupełnie samotnie na tym wymarłym pustkowiu. Co potrafiła uczynić jego wytrwałość i cierpliwość. A miał tak niewiele – jedynie tylko worek żołędzi i żelazny pręt w ręku.

    W połowie mojego Adwentu, będąc w trakcie wchodzenia na górę, dobrze jest podnieść głowę i popatrzeć przed siebie, bo Ty Panie, który przyszedłeś i wciąż przychodzisz – stale jesteś przed nami. Choć chmur ciężkich i ciemnych nieraz tak dużo, że trudno jest zobaczyć spełnianie się Twoich obietnic – to jednak powtarzam w sercu swoim: „w Tobie pokładam całą moją nadzieję”. Modlę się więc do Ciebie, już wzmocnionymi rękoma i na kolanach, które już nie mdleją, abyś dał mi wytrwałość. Wytrwałość owego staruszka, który potrafił ożywić martwą ziemię.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Realna obecność
    I Niedziela Adwentu – ROK A          1.12.2019

    Bóg daje mi kolejny Adwent do przeżycia. Bo oto rozpoczyna się nowy liturgiczny rok. Znowu szansa przeżywania mojego życia jakby od nowa, w świetle – z większą (mam nadzieję) niż przedtem – przez ze mnie uświadomioną obecnością Boga, który nie zniechęcając się realizuje wciąż dzieło mojego wybawienia. A ja – dlaczego wciąż śpię, mimo że „noc się posunęła, a przybliżył się dzień”.

    Słowa proroka Izajasza z 1-ego Czytania opisującego klęski i nieszczęścia, jakie stały się udziałem Judy i Izraela w 740 roku przed narodzeniem Chrystusa może wreszcie przebudzą mnie. I ujrzę nadzieję, którą daje Bóg niezmiennie wierny swoim obietnicom. Ale żeby realizującą się obietnicę zobaczyć, trzeba przełamać swoje wątpliwości, trzeba wyjść z wygodnego łóżka – bo nowy dzień wstaje. Tu w Szkocji nieraz jest bardzo trudno wstać o brzasku, bo w łóżku jest tak ciepło i przytulnie. A za oknem słychać wiatr, deszcz bijący o szyby. Przez radio słucham porannych wieści i wtedy nie najjaśniejsze myśli przychodzą do głowy. Różne wydarzenia ze swoimi konsekwencjami wpisują się w ludzką historię – jakby to było za dni Noego (Ewangelia według świętego Mateusza). Ima się pokusa, żeby jedynie pozostać kibicem, nadal zajmując pozycję widza.

    Nie chcę pozostać tylko przy pierwszych linijkach świętego tekstu, bo on jest w całości do przyjęcia. Dlatego widząc tę moją niemoc, bardzo proszę Pana Boga, aby ten nowy Adwent wyrwał mnie z błogiego snu.

    Przypomina mi się takie opowiadanie, które jak raz pasuje do mojej sytuacji, bo jestem podobny do jednego z tych zakonników ze sławnego ongiś klasztoru. Kiedyś tętniło w nim życie. Teraz jest prawie że wymarły. Ani nowego powołania od tylu lat. Ani zainteresowania ze strony ludzi tak tłumnie kiedyś przybywających. Po prostu – pusto. Jedynie kilku staruszków zajętych całkowicie swoimi dolegliwościami. Zmartwiony opat, nie wiedząc co będzie dalej – postanowił udać się do pustelni, aby tam zasięgnąć rady. Kiedy wyjawił swoją rozterkę, pyta czy upadek klasztoru jest karą za grzechy i niewierność zakonników?

    – Tak jest – potwierdził pustelnik – grzech nieświadomości winny jest tej sytuacji.

    – Ale na czym polega ten grzech? – pytał opat.

    – Jeden z was jest Mesjaszem w przebraniu i wy tego nie jesteście świadomi – odpowiedział świątobliwy starzec.

    W drodze powrotnej zastanawiał się opat, jakie to szczęście, że Mesjasz powrócił na ziemię i zamieszkał w jego klasztorze. Tylko nie mógł sobie odpowiedzieć, w którym zakonniku ukrył się Mesjasz. Jakoś mu nie pasowało, żeby tym wybranym mógł być brat kucharz, czy brat z zakrystii, albo któryś z pozostałych. Za dużo wad w nich widział. Ale kto wie, może te wady są przebraniem dla Mesjasza? Kiedy tak wszystkich przejrzał w swojej wyobraźni, stwierdził, że nie ma nikogo bez wad. Jednak zapewnienie pustelnika przemogło jego wątpliwości. Mesjaszem musi być jeden z nich. Wróciwszy do klasztoru opowiedział swoim zakonnikom całą rozmowę ze świątobliwym starcem. Najpierw nie bardzo w to wierzyli. Jednak po naradach postanowili, że odtąd będą się odnosić nawzajem do siebie z szacunkiem i z miłością. Bo nie wiadomo, który z nich jest Mesjaszem.

    To postanowienie spowodowało, że po pewnym czasie zupełnie zmieniła się atmosfera. Było radośnie, było świątecznie. I klasztor znowu zaczął promieniować jak kiedyś. Do furty przychodzili ludzie. A wśród nich byli i młodzi pragnący dołączyć do wspólnoty. Zupełnie jak w psalmie responsoryjnym: „Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pana”.

    W liturgii Adwentu dominuje oczekiwanie na przyjście Mesjasza. Ale Bóg już „przyszedł do swoich”. I jeżeli zatracę wiarę w realną obecność Chrystusa mieszkającego pośród nas, to trzeba mi dokończyć rozpoczęte zdanie: „i swoi Go nie przyjęli”. Wtedy tak bardzo łatwo można upodobnić się do opisanej historii zakonników, którzy pozwolili, że wygasła w nich nadzieja. Wielkie dzieła, które zapowiedział Bóg przez proroków, wciąż się realizują. Ja jestem ich spadkobiercą. Jeżeli ich nie widzę, to trzeba mi się wsłuchiwać w Jezusową skargę: „Wielu pragnęło zobaczyć to, na co wy patrzycie, ale nie widziało, usłyszeć to, co wy słyszycie, ale nie usłyszeli”. I Jezus wypominał im brak wiary. Teksty dzisiejszej niedzieli adwentowej uświadamiają mi „te wielkie rzeczy”, które są nam dane przez Chrystusa.

    „A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”. Tu już nie można służyć Bogu z ociężałym sercem, ale pełnym życia, obudzonym z ciemności.

    Jeżeli dziś dla wielu obecność Chrystusa nic nie znaczy – to czy mam odwagę pokazać w miejscu, w którym postawił mnie Pan, że On jest?

    Sprawuję Eucharystię ze zgromadzoną wspólnotą, która składa się z konkretnych ludzi. Razem tworzymy Ciało Pańskie. Głową tego Ciała jest Syn Boży Jezus Chrystus.

    Po skończonej Liturgii wychodzimy w otaczający świat. Może już wreszcie dojrzałem, że jestem ogarnięty dziełem zbawienia. Całe stworzenie czeka na pojawienie się zwiastunów zbawienia – o czym pisze święty Paweł. Kto więc uobecni w miejscu, w którym postawił mnie Pan, Boże obietnice? Dzisiejsze Słowo Boże mówi bardzo wyraźnie, że póki żyjemy w ciemności, trudno jest świadczyć o światłości Pana.

    Mam więc zrozumieć chwilę obecną. Jest nią godzina powstania ze snu.

    ks. Marian Łękawa SAC