Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • ogłoszenia – kwiecień 2026

    ***

    kościół św. Piotra

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow
    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    ***

    środa 22 kwietnia 2026

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski:

    Imieniem Boga jest Jego obecność

    Zanim Bóg ogłosił człowiekowi, jakie są Jego nakazy i zakazy, najpierw… postanowił się przedstawić. O pierwszym przykazaniu Dekalogu mówił wybitny biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski mówił w Klubie Stańczyka o pierwszym przykazaniu Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną”.

    Wykład odbył się w ramach cyklu spotkań pt. „Dekalog w prawie i rzeczywistości społecznej: 35 lat po IV pielgrzymce św. Jana Pawła II do Ojczyzny”.

    Jak podkreślił uczony kapłan, w pierwszym przykazaniu czytamy najpierw: „Jam jest Pan, Bóg Twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”. Po hebrajsku te słowa brzmią tak, żeby się rymowały – co jest rzadkością, bo w hebrajskim zasadniczo nie ma rymu. Użycie go tutaj wskazuje, że to zdanie miało zostać zapamiętane przez każdego, także przez dzieci. Kluczowe jest jednak to, co mówi Bóg. – Otóż zanim Pan Bóg czegokolwiek wymaga, cokolwiek sugeruje, cokolwiek podpowiada, to najpierw się przedstawia. To jest samo-prezentacja Boga. Bóg przedstawia siebie jako ten, który działa nieustannie w dziejach, w historii ludu, który wybrał do szczególnej odpowiedzialności i ukazuje temu ludowi akt czy wydarzenie, które można traktować jako założycielskie – powiedział ks. prof. Waldemar Chrostowski.

    Podobne wydarzenie założycielskie, podkreślił, mamy też w polskiej historii. – Takim wydarzeniem założycielskim jest przede wszystkim chrzest polski. Innej Polski niż chrześcijańska nie było. Staliśmy się narodem z przyjęciem chrztu i chociaż to unarodowianie trwało, to jednak właśnie chrzest jest wydarzeniem założycielskim – zaznaczył.

    Jak przypomniał, niedawno przypadła 1060. rocznica chrztu. Nie była jednak zbyt hucznie celebrowana – nie tylko w polityce, ale także w Kościele.

    Pan Bóg w pierwszym przykazaniu Dekalogu przedstawia się jako Ten, który jest. W tekście hebrajskim jest słowo „Jahwe”, które oznacza „jestem”. – Imieniem Boga jest Jego obecność – zaznaczył. Kapłan przywołał przykład matki, która opiekuje się chorym dzieckiem. – Dziecko jest chore. Mama dała leki, zadbała o wszystko, co było potrzebne. Zmierzyła gorączkę. Dziecko choruje. Mama siedzi obok na łóżku czy na krzesełku i kiedy dzieciak otwiera oczy i patrzy, mama mówi: jestem, jestem. Jestem, więc nic Ci nie grozi. Jestem, więc możesz spać. Jestem, więc będzie dobrze. Obecność – dar obecności – wyjaśniał.

    – Taki właśnie jest Bóg. Tak się przedstawia Bóg, zanim jeszcze czegokolwiek od człowieka wymaga. Bo jeżeli Pan Bóg coś od człowieka chce, jeżeli czegoś pragnie, czego się oczekuje, to daje mu zarazem siłę, daje mu moc, uzdalnia go do tego, żeby tego dokonał. Kto ufa Bogu, powtarzał Benedykt XVI, nigdy nie jest sam – wyjaśnił ksiądz profesor.

    Otóż ta autoprezentacja, ta samo prezentacja Boga na początku dekalogu, ona ma zapobiegać samotności człowieka. Kto wierzy w Boga, nie jest sam – dodał.

    – W tradycji żydowskiej, biblijnej, do której czasami warto wracać, wszystkie przykazania są nazywane przykazania dające życie. Zabezpieczają przed tym, co złe. Zabezpieczają przed śmiercią wieczną. Zachowywanie przykazań daje życie. Mówiąc innymi słowy, dzięki przykazaniom człowiek odzyskuje, zachowuje swoją godność. […] Kiedy mamy świadomość przykazań i kiedy bierzemy te przykazania, odnosimy je do siebie, to wtedy przykazania nas wprowadzają na drogę nawrócenia, na drogę powrotu do Pana Boga. Przykazania są nie tylko drogowskazem, tylko przykazania dają nam również moc, żeby tę drogę, którą wskazują, pokonać – zaznaczył.

    Mówiąc o pierwszym przykazaniu Dekalogu wyjaśnił też, co oznacza zakaz sporządzania sobie wizerunków kultycznych. Chodzi tu o wizerunku różnych rzeczy czy istot, które sporządzali poganie, na przykład w Egipcie, gdzie szerzył się choćby kult krokodyli czy zmarłych.

    – Jeżeli chodzi o nasz kult obrazów, to ma on rodowód specyficznie chrześcijański. Mianowicie w czasach Starego Testamentu Bóg był absolutnie niewidzialny. Można go było słyszeć, można go wyczuwać, jego obecność, ale Boga nikt nigdy nie widział. Dlatego Izraelici wołali, jak mówią też psalmy: Panie Boże, ukaż nam swoje oblicze, pokaż, kim jesteś, chcemy Cię zobaczyć – powiedział.

    – W Jezusie Chrystusie Bóg stał się jednak człowiek. Gdyby Jezus Chrystus, Bóg i człowiek, żył dzisiaj, to mielibyśmy Jego zdjęcia, nagrania Jego głosu, mielibyśmy wywiady, jeżeliby ich udzielał, może przyszedłby na takie spotkanie, jak nasze. […] Kilka stuleci później zaczęto Go sobie wyobrażać i pokazywać. Dlaczego to było możliwe? Przez wzgląd na to, że nie pokazujemy Boga, tylko pokazujemy Boga, który stał się człowiekiem. Próbujemy Go sobie wyobrazić. Możemy to robić, bo On rzeczywiście był człowiekiem. To nie było ciało pozorne, to nie był jakiś doketyzm, to nie było coś przejściowego, tylko to był prawdziwy, żywy człowiek i możemy Go sobie rekonstruować również na sposób plastyczny – wskazał.

    Za tym poszły wizerunki Matki Bożej, świętych i tak dalej.

    – Kiedy czcimy wizerunki Jezusa Chrystusa, to wiemy, że nie jest w nich obecny sam Jezus Chrystus. One nas tylko prowadzą do Jezusa Chrystusa – zaznaczył. – Uznajemy, że Bóg jest niewidzialny, ale w Jezusie stał się widzialny. Boga nikt nigdy nie widział, czytamy w Nowym Testamencie, ale Jezus Chrystus Go w sobie objawił – podkreślił gość warszawskiego Klubu Stańczyka.

    źródło: PCh24 TV/Pach

    ***

    Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI

    (fot. PCh24TV)

    ***

    W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.

    W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.

    1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat. 

    Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.

    Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.

    Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?

    Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.

    Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?

    Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.

    Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?

    Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.

    Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.

    Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?

    Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.

    Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.

    Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.

    Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.

    Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?

    Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.

    A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.

    Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.

    W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.

    Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.

    Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.

    Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.

    Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…

    Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.

    A to ciekawe, dlaczego?

    Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.

    Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.

    A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.

    Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.

    Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.

    Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.

    Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?

    Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.

    Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?

    Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.

    Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.

    Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.

    Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.

    Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.

    Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.

    Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.

    Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?

    W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.

    Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.

    Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.

    Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.

    Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?

    Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.

    Dlaczego?

    Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.

    Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.

    To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.

    Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?

    Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.

    Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.

    Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.

    Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.

    Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?

    To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.

    Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?

    Są niewygodne i dlatego niechciane.

    Z jakich powodów, Księdza zdaniem?

    Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.

    Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.

    W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.

    O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?

    Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.

    Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.

    Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.

    W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.

    Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?

    Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.

    Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?

    Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.

    Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].

    Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.

    Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.

    Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?

    Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.

    Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.

    Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.

    Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)

    To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.

    Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.

    Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.

    Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?

    Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.

    Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.

    Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.

    W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.

    Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.

    Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.

    Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.

    W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?

    Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.

    Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.

    To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.

    Może więc Bóg chciał wielości religii?

    Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.

    Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?

    Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.

    Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.

    Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…

    Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.

    Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?

    Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.

    Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.

    No i oczywiście filatelistyka…

    To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.

    Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.

    Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?

    Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…

    Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?

    Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.

    To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.

    Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.

    Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.

    Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.

    Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.

    W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.

    Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.

    A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.

    I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.

    Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.

    Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.

    Może ta nasza rozmowa coś zmieni?

    Wiele czasu nie ma.

    rozmawiał Tomasz Królak (KAI)

    ***

    Biblista: Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak reszta ludzkości

    (Gwiazda Dawida, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Pixabay)

    ***

    O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza – pisze ks. prof. Waldemar Rakocy CM. Nie znaczy to, jak dodaje, że są ludem wybranym i korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. „Tą wolą było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili” – pisze biblista w przesłanym KAI artykule. Nawiązuje w nim m.in. do niedawnego wywiadu ks. prof. Waldemara Chrostowskiego dla KAI.

    Poniżej treść artykułu:

    SPORY WEWNĄTRZ CHRZEŚCIJAŃSTWA ZWIĄZANE Z JUDAIZMEM

    Jako profesor teologii ze specjalizacją nauk biblijnych pragnę podzielić się z zainteresowanymi kilkoma istotnymi dla chrześcijaństwa tematami powiązanymi – poza ostatnim – z judaizmem. Wśród chrześcijan występują w związku z nimi różnice zdań i zaognione dyskusje. Można to rozstrzygnąć jedynie na gruncie argumentów.

    W Polsce częścią tego sporu jest dialog z judaizmem. Z jednej strony mamy stanowisko ks. prof. Waldemara Chrostowskiego (wywiad w eKAI) a z drugiej stanowisko ks. kard. Grzegorza Rysia, które prezentuje on w swoich wypowiedziach. Pragnę odnieść się również do tej części sporu w jednym z punktów, tj. w jakim zakresie dialog z judaizmem ma sens.

    1. Czy Żydzi są narodem wybranym?
    Zdania są tu mocno podzielone. Otóż w zamyśle Bożym przynależność etniczna do jakiegoś ludu nigdy nie równała się wybraństwu w znaczeniu ludu Bożego. Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną. W wybraństwie uczestniczy ten, kto odpowiada na Boże wezwanie. Celem wybrania Izraela było obwieszczenie światu przyjścia Mesjasza, Chrystusa. Cel był zbawczy. I z tym celem było związane jego wybranie.

    a) Historyczne wybranie ludu izraelskiego jako miejsca Bożego objawienia i przyjścia w nim Chrystusa jest powodem do chluby, ale nie gwarantuje ono automatycznie wybraństwa w sensie wejścia do ludu Bożego. Fakt urodzenia się Żydem nie zapewnia z góry takiego udziału. Stwierdza to jasno apostoł Paweł w Rz 9, 6b: „Nie wszyscy, którzy pochodzą z Izraela, są Izraelem”. Innymi słowy nie wszyscy, którzy urodzili się Żydami, są Bożym Izraelem, czyli wybranym ludem Bożym. Są nimi ci, którzy odpowiedzieli na Boże wezwanie (obecna w ST koncepcja ‘wiernej Reszty’). I dalej: „[…] i nie wszyscy przez to, że są potomstwem Abrahama, stają się jego dziećmi” (w. 7); „nie synowie co do ciała są dziećmi Bożymi” (w. 8a). Biologiczne pochodzenie od Abrahama nie decyduje o przynależności do ludu Bożego, czyli o byciu dzieckiem Boga. Decyduje ono jedynie o przynależności do etnicznego Izraela, lecz nie do ludu Bożego. Tu musi mieć miejsce odpowiedź na Boże wezwanie.

    Stąd urodzenie się Żydem nie gwarantuje bycia w gronie wybranego ludu Bożego; decyduje jedynie o przynależności do ludu, w którym został zapowiedziany i przyszedł Mesjasz. W przeciwnym razie Bóg byłby niesprawiedliwy: Żyd apostata z racji swego urodzenia uczestniczyłby w Bożym wybraństwie, a bogobojny poganin byłby z niego wykluczony, bo nie urodził się Żydem. Takie są konsekwencje etnicznego rozumienia wybraństwa.

    A czy etnicznemu Izraelowi nie przysługuje tytuł ‘wybrany’ z samego faktu wybrania go przez Boga do misji bycia światłem Bożej prawdy w świecie? Wybranie go w pewnym momencie historii jest faktem i powodem do chluby. Nie było to jednak wybranie dla samego wyróżnienia, ale jego celem było zaniesienie światu orędzia o Bożym zbawieniu. Z tej racji samo historyczne wybranie Izraela nie stanowi uzasadnienia dla przywileju wybraństwa. Rangę wybraństwu nadaje Chrystus, Zbawiciel świata, do którego zmierza całe Boże objawienie. Bez Chrystusa ranga wybrania Izraela traci znaczenie. Staje się on jedną z wielu nacji w świecie.

    b) Niepoprawnym jest przede wszystkim określenie „naród wybrany”. Po pierwsze, Pismo św. nie zna określenia „naród wybrany” używanego powszechnie w jęz. polskim (lecz nie w jęz. obcych: np. the chosen people [ang.], le peuple élu [fr.], il popole eletto [wł.] itd.); Pismo św. zna jedynie pojęcie ludu wybranego. Po drugie, w tamtych czasach nie istniała jeszcze koncepcja narodu, która jest zjawiskiem nowożytnym (na marginesie: tłumacze ksiąg Pisma św. na jęz. polski błędnie używają w odniesieniu do tamtych czasów terminu ‘naród’; wszędzie powinno być ‘lud’, ‘plemię’ itp.). Po trzecie, Sobór Watykański II (Nostra Aetate, pkt. 4) używa w odniesieniu do Żydów czasów ST określenia „lud wybrany”, a nie „naród”; naród może być izraelski, ale nie wybrany. Po czwarte, określenie „naród wybrany” jest niepoprawne teologicznie, ponieważ ma konotację etniczną, ograniczającą etnicznie dostęp do Bożej łaski, co jest sprzeczne z ekonomią zbawienia. Stąd nie mówimy ‘naród Boży’, ale ‘lud Boży’. Jedynie występującym i poprawnym określeniem jest „lud wybrany”. Wybraństwo jest kategorią zbawczą i obejmuje tych, którzy realizują zamysł Boży.

    Określenie „naród wybrany” kształtuje błędne przekonanie, że z racji bycia Żydem ktoś przynależy automatycznie do ludu wybranego. Nigdy przynależność etniczna/narodowa nie równała się Bożemu wybraństwu (chociaż w czasach Jezusa judaizm doszedł już do takiego przekonania). Wybraństwo jest kategorią zbawczą, a nie etniczną.

    c) O dzisiejszym Izraelu i o Żydach na świecie można mówić jako spadkobiercach tych, wśród których Bóg zapowiedział przyjście Mesjasza i w tym sensie ich wybrał jako miejsce Bożego objawienia. Nie znaczy to jednak, że są ludem wybranym, że korzystają z przywileju wybraństwa, bo o tym decyduje realizacja woli Bożej związanej z ich wybraniem. Tą wolą – jak zostało już powiedziane – było przyjęcie Chrystusa i Jego ogłoszenie światu, cel ich wybrania. A oni Go odrzucili. Są grupą etniczną (społecznością) wybraną w pewnym momencie historii jako locus divinae revelationis; następnie część z nich do momentu przyjścia Chrystusa była ludem wybranym (Bożym) w ramach etnicznego Izraela (tzw. ‘wierna Reszta’). Nigdy etniczny, biblijny Izrael jako całość nie stanowił ludu wybranego, ale tzw. ‘wierna Reszta’. Obecnie lud wybrany, lud Boży stanowią ci, którzy przyjęli Chrystusa. Stanowią oni Kościół Chrystusowy, który wywodzi się nie tyle z etnicznego Izraela jako całości, ile z owej ‘wiernej Reszty’ spośród etnicznego Izraela. Kryterium wyboru było zawsze zbawcze. W początkach Kościół składał się z wierzących w Chrystusa Żydów i pogan, a dzisiaj z wierzących w Niego pochodzących z różnych nacji.

    Lud wybrany jako lud Boży jest jeden! Z tej racji nie można mówić o wyznawcach prawa mojżeszowego, że są ludem wybranym. Jest to tworzenie dwóch równoległych porządków zbawczych i zakwestionowanie roli Chrystusa w tworzeniu ludu Bożego: można w Niego wierzyć i można nie wierzyć, a i tak należy się do ludu wybranego, Bożego. Jest to relatywizowanie roli Chrystusa w procesie zbawienia ludzkości. Tak niebezpieczne stwierdzenie nie powinno nigdy pojawić się w przypadku chrześcijanina.

    Obecny stan wyznawców prawa mojżeszowego jasno obrazuje apostoł Paweł metaforą drzewka oliwnego (Rz 11, 16b-24). Żydzi są od niego odcięci. Mogą być na powrót wszczepieni (Bóg ich miłuje [w. 28b]). Ale aktualnie są odcięci. Z tej racji są według apostoła „nieprzyjaciółmi Boga” (w. 28a), co w języku biblijnym oznacza zerwanie z Nim relacji. Nie znaczy to jednak, że Bóg ich odrzucił i nie mają możliwości powrotu. Bóg nikogo nie odrzuca. Żydzi są stale zaproszeni do tego, aby przyjąć Chrystusa, bo „dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne” (w. 29). Boże wezwanie jest stałe („nieodwołalne”) i dlatego Bóg stale wzywa ich do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.

    W dialogu z judaizmem nadużywa się stwierdzenia apostoła Pawła o nieodwołalności Bożego wezwania do tego, żeby dowieść, iż judaizm stale korzysta z przywileju wybrania. Myśl apostoła jest jasna. Izrael odrzucił Mesjasza (Chrystusa) i z tej racji stał się nieprzyjacielem Boga. Trwa stale w tym stanie, bo jego przyczyną jest odrzucenie Chrystusa. Nie zmieni się to, dopóki Go nie przyjmie. Bóg go jednak miłuje, a przyrzeczone mu dary i wezwanie Boże do bycia światłem Bożej prawdy w świecie są do zrealizowania wraz z przyjęciem Chrystusa. ‘Nieodwołalne Boże wezwanie’ nie znaczy, że Żydzi po odrzuceniu Chrystusa nadal korzystają z przywileju wybraństwa. Znaczy to jedynie, że przyjmując Chrystusa mogą ponownie w nim uczestniczyć. Bóg nie zmienia zdania co do wybrania Izraela w pewnym momencie historii i stale wzywa go do wkroczenia na drogę ku Chrystusowi.

    Zasada, jaka stosuje się do Żydów z powodu odrzucenia Chrystusa, czyli nieuczestniczenie w Bożym wybraństwie, dotyczy również wspólnoty Kościoła. Przyjście na świat we wspólnocie Kościoła nie oznacza zawsze bycia częścią ludu Bożego, ludu wybranego. Ktoś może odwrócić się od Chrystusa i pozbawić łaski stanowienia lud Boży.

    2. Czy przymierze na Synaju jest stale aktualne?
    Przymierze na Synaju wygasło i tym samym ustało z racji nowego przymierza zawartego w Chrystusie, do którego przygotowywało: „Ponieważ zaś mówi o nowym [przymierzu], pierwsze uznał za przestarzałe; a to, co się przedawnia i starzeje, zanika” (Hbr 8, 13). Utrzymywanie, że przymierze na Synaju nadal trwa, jest uznaniem za niepotrzebne (czy o względnej wartości) przymierza zawartego w Chrystusie. Tymczasem przymierze na Synaju jest etapem na drodze ku Chrystusowi i Jego Kościołowi. Doprowadziło ono do Chrystusa, spełniło swoją rolę i wygasa. Nie jest anulowane, odwołane, ale wygasa, ustaje. Gdyby Żydzi przyjęli Chrystusa, właśnie tak by o nim myśleli i mówili. Postrzegają je jako stale trwające, bo nie przyjęli Chrystusa.

    Przymierze na Synaju wygasło, ponieważ według apostoła Pawła było „posługiwaniem śmierci” (2 Kor 3, 7) i „posługiwaniem potępieniu” (w. 9) oraz zaprowadzało stan niewoli z racji ludzkiej grzeszności (Ga 3, 23; 4, 24). Mówiło ono, jak należy postępować w życiu (przykazania), ale nie dawało siły do podążenia wskazaną drogą. W ten sposób pogrążyło człowieka w grzechu (Rz 5, 20a). Przymierze synajskie musiało wygasnąć. Zostało zastąpione relacją z Bogiem nawiązaną w Chrystusie, który wyzwala człowieka z grzechu i zaprowadza w nim pełnię życia z Bogiem.

    Posługiwanie się stwierdzeniami, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju albo że ono nie zostało anulowane, kryje w sobie manipulację. Poprzez prawdziwe stwierdzenie, że Bóg nie odwołał przymierza na Synaju (bo ono samo wygasło), prowadzi się adresata do wniosku, że skoro nie zostało odwołane, to nadal trwa, co jest nieprawdą. Bóg go nie odwołał, ale po-prawnym wnioskiem nie jest, że nadal trwa, ale że samo wygasło.

    Utrzymywanie, że przymierze na Synaju jest stale aktualne, jest tworzeniem równoległej rzeczywistości zbawczej: jednej z Chrystusem, a drugiej bez Niego. Jest to występowanie przeciwko zbawczemu planowi Boga.

    3. Czy Żydzi wierzą w prawdziwego Boga?
    Izraelitom (Żydom) objawił się Bóg prawdziwy, ale odrzucając Chrystusa, odrzucają oni prawdziwego Boga. Nie wygląda to tak, że Izrael odrzucił Syna Bożego, a trwa przy Bogu. Kto odrzuca Syna, nie ma też Ojca (1 J 2, 23), bo Bóg jest jeden. Izrael odwołuje się do prawdziwego Boga, ale Go nie zna, bo On objawił się w Chrystusie. Dopiero Chrystus objawia Ojca i tajemnicę Trójcy Świętej. To, co o Bogu poznał biblijny Izrael, jest mglistą wiedzą w porównaniu z poznaniem Go w Synu Bożym (J 10, 30: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”; 14, 9: „Ten, kto widzi Mnie, widzi i Ojca”). Sytuacja obecnego Izraela jest trudna, bo zna on tylko „ogólnie” Boga, bo nie zna Ojca, nie zna Ducha Świętego, a Syna Bożego nie tylko nie zna, ale jeszcze odrzuca. Wyznawcy prawa mojżeszowego nie poznali prawdziwej natury Boga – nie poznali tym samym Boga. Na ich oczach spoczywa zasłona (2 Kor 3, 14). Czy w tej sytuacji wierzą oni w prawdziwego Boga czy w swoje wyobrażenie o Nim? Pozostawiam to każdemu do refleksji.

    Odrzucając Syna Bożego, Izrael odrzucił Boga Jahwe, bo Jezus razem z Ojcem i Duchem Świętym jest Bogiem Jahwe: „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM [który jestem], pomrzecie w grzechach swoich” (J 8, 24. 58). Jezus jest Bogiem Jahwe i dlatego odrzucenie Go jest odrzuceniem prawdziwego Boga – stąd konkluzja: „[…] pomrzecie w grzechach swoich”. Nie można trwać przy Bogu, odrzucając Syna Bożego, który poprzez jedną naturę boską jest jednym Bogiem z Ojcem i Duchem Świętym. Odrzucenie Syna Bożego jest odrzuceniem (całego) Boga.

    Chrystus nie jest dopełnieniem wiary Żydów w Boga (obrazowo brakujące np. 30%), ale całym poznaniem Boga (obrazowo 100%). Z tej racji „w nikim innym nie ma zbawienia” (Dz 4, 12).

    4. Czy Żydzi potrzebują Chrystusa tak samo jak pozostała ludzkość?
    Żyd potrzebuje w takim samym stopniu Chrystusa, i nawrócenia w Nim do Boga, co wszyscy inni ludzie. Dlaczego? Bo odkupienie jest nowym stworzeniem w Chrystusie (Ga 6, 15; 2 Kor 5, 17; Ef 2, 15). Nie jest wydoskonaleniem starego porządku zbawczego, ale powołaniem go do istnienia od początku! Właśnie dlatego, że jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy musi do niego wejść: tak poganin, jak i Żyd, bo nikt wcześniej w nim nie trwał. Żyd był w korzystniejszej sytuacji jedynie z tej racji, że był lepiej przygotowany na przyjęcie nowego porządku zbawczego.

    Przyjęcie Chrystusa jest według NT najwyższą formą nawrócenia, której potrzebuje każdy: zarówno Żyd, jak i poganin. Jest odmianą człowieka, jakiej dokonuje w nim Bóg. Nic się nie równa temu, czego Bóg dokonuje w człowieku, kiedy przyjmuje on Chrystusa – odmienia go i wprowadza w nowe życie ze sobą. Żyd potrzebuje takiego nawrócenia tak samo jak poganin, bo porządek religijny Żydów wyznania mojżeszowego nie jest w stanie tego zapewnić! Nie jest prawdą, że przyjmując wiarę w Chrystusa, poganin się nawraca a Żyd jedynie dopełnia swoją wiarę. Skoro jest to nowy porządek zbawczy (nowe stworzenie), każdy wchodzi do niego na tych samych warunkach. Stąd Żyd bezwzględnie potrzebuje Chrystusa.

    Przykładem nowego stworzenia, czyli rzeczywistości nieobecnej w ST, a obecnej aktualnie, jest Kościół. Jest on nowym bytem, stworzeniem, bo jego Ciało, tj. Chrystus, jest nowe. Na etapie ST nie ma niczego, co równałoby się darowi Kościoła. Na etapie ST lud Boży był zgromadzony przy Bogu. Obecnie jest on wszczepiony w Chrystusa, Jego Ciało, i stanowi z Nim jedno. W Kościele jesteśmy członkami Ciała Chrystusa. Nie jest to zatem wydoskonalenie porządku ST ani jego dopełnienie w sensie uzupełnienia brakującego elementu, ale danie czegoś nowego. Z tej racji do Kościoła jako nowego stworzenia, nieobecnego w ST, musi wejść zarówno poganin, jak i Żyd, bo żaden z nich wcześniej nie korzystał z takiego przystępu do Boga (jest on czymś nowym).

    Innym przykładem jest przymierze Boga z człowiekiem. Nie jest to już przymierze, w którym każda ze stron bierze na siebie określone zobowiązania, bo tu w razie nie wywiązywania się jednej ze stron ze swych zobowiązań, przymierze zostaje zerwane. Obecna relacja z Bogiem, zawarta w Chrystusie, nie ma odpowiednika w ST. Nie jest ona przymierzem, ale testamentem, czyli jednostronnym, wspaniałomyślnym obdarowaniem ludzkości przez Boga relacją ze sobą, gdzie Bóg czyni się gwarantem tej relacji i z tej racji nie zostanie ona nigdy zerwana. Testament nie podlega zerwaniu, a jedynie wykonaniu. Określenia jak wydoskonalenie czy dopełnienie nie są tu adekwatne. Obecna relacja z Bogiem na wzór testamentu, nawiązana w Chrystusie, jest ‘nowym stworzeniem’ względem tej starotestamentowej. Daje to, czego tamta nie dawała. To nie jest tylko danie czegoś więcej. Dobrze rozumieli to u początków chrześcijanie i dlatego nazwali księgi święte Starym i Nowym Testamentem, a nie Starym i Nowym Przymierzem.

    ‘Nowe stworzenie’ odnosi się także do koncepcji Mesjasza, synostwa Bożego, dekalogu, kapłaństwa, ekspiacji jako modelu pojednania z Bogiem itd. Każda prawda zbawcza ST, każdy przywilej zostają przewyższone w Chrystusie (nowe stworzenie), bo Bóg dał coś nowego i większego niż na etapie ST. Między Starym a Nowym Testamentem jest ciągłość, drugie wynika z pierwszego, ale między nimi jest jednocześnie niewyobrażalny przeskok jakościowy. Różnicę wyznacza osoba Chrystusa: mówimy tu o różnicy między brakiem Chrystusa a Jego obecnością.

    Między Starym a Nowym Testamentem nie ma przejścia w sensie dopełnienia pierwszego przez jakieś elementy drugiego; jest to danie czegoś nowego (nowe stworzenie w Chrystusie) – czegoś, co niewyobrażalnie przewyższa pierwsze (stan braku Chrystusa i stan Jego posiadania). Ten przeskok wyraża apostoł Paweł w 2 Kor 3, 10: „Wobec przeogromnej chwały [rzeczywistości nowotestamentowej] okazało się w ogóle bez chwały to, co miało chwałę tylko częściową [rzeczywistość starotestamentowa]. ST przy NT jest jak światło świecy przy świetle Słońca; traci całkowicie swój słaby blask.

    5. Jaka jest funkcja Bożych przykazań?
    Między chrześcijaństwem a judaizmem występuje w tym temacie istotna rozbieżność, chociaż część chrześcijan postrzega wciąż rolę przykazań tak jak Stary Testamentu i świat żydowski. Rodzi to rozdźwięk w łonie chrześcijaństwa, gdzie jedni rozumieją funkcję przykazań w duchu Nowego Testamentu, a drudzy trzymają się nadal jej starotestamentowego rozumienia.

    Judaizm i chrześcijaństwo łączy przekonanie, że przykazania zostały dane przez Boga po to, aby człowiek dowiedział się, co jest dobre, a co złe moralnie. Różnica zaczyna występować w momencie, kiedy zapytamy o cel poznania dobra i zła moralnego. Według judaizmu przy-kazania mają pomóc człowiekowi w osiągnięciu stanu sprawiedliwości przed Bogiem. Innymi słowy miały zbliżać go do Boga. Według chrześcijaństwa (głównie nauczania apostoła Pawła) – przeciwnie – celem przykazań było uświadomienie człowiekowi jego grzeszności: „Przez Prawo [przykazania] jest tylko większa znajomość grzechu” (Rz 3, 20b; por. 7, 7) – i tym samym uświadomienie tragicznego stanu wobec Boga. Pawłowe rozumienie przykazań potwierdza przeprowadzany rachunek sumienia, który każdego prowadzi do wniosku, że jest grzesznikiem, a nie świętym. W świetle przykazań jawimy się stale grzesznikami.

    Dlaczego celem przykazań nie było doprowadzenie człowieka do stanu sprawiedliwości przed Bogiem? Bo przykazania nie mają takiej mocy. One pouczają, jak należy postępować, ale nie dają mocy do pójścia tą drogą. A dlaczego celem przykazań Bożych było uświadomienie człowiekowi stanu jego grzeszności? Aby mając tego świadomość, wyjścia z tej tragicznej sytuacji szukał w Odkupicielu. Żeby dostrzec potrzebę Odkupiciela, trzeba mieć najpierw świadomość własnej grzeszności i niemożności wyzwolenia się z niej o własnych siłach. Wtedy szukamy kogoś, kto przyjdzie nam z pomocą w naszej tragicznej sytuacji.

    Rozumienie roli przykazań przez Żydów jako czyniących człowieka sprawiedliwym i tym samym zbliżających go do Boga doprowadziło ich do przekonania o byciu lepszymi moralnie od innych ludzi i tym samym milszymi Bogu. To zaś popychało w kierunku tworzenia kolejnych przepisów prawnych, aby w jeszcze doskonalszy sposób prowadzić życie. Ostatecznie doprowadziło Żydów do przekonania, że przykazania są skutecznym środkiem w dojściu do Boga i Jego największym darem dla nich. Tak oto zamknęli się na Odkupiciela. Odkupiciel stał się niepotrzebny, a nawet przeszkodą w ich drodze do Boga, bo swoją Osobą usuwał w cień przykazania – ich zdaniem najdoskonalszy i skuteczny środek w dojściu do Boga.

    Przystępu do Boga nikt jednak nie zapewni sobie własnym wysiłkiem (tu: zachowywanie przykazań). Przykazania są komunikatem, jak należy postępować w życiu, ale nie mają one mocy zapewnić grzesznikowi przystępu do Boga. Przystęp do Boga zapewnia jedynie Odkupiciel. Dzięki darowi przykazań Żydzi mieli mieć większą od pogan świadomość własnej grzeszności i bić się bardziej od nich w pierś. Dążenie do coraz to wierniejszego zachowywania przykazań miało ich doprowadzić do przekonania, że człowiek jest stale grzeszny i że w przykazaniach nie znajdą rozwiązania sytuacji grzeszności. To pozwoliłoby im otworzyć się na Odkupiciela. Stało się jednak inaczej.

    W tym miejscu należy dodać do tego, co dotyczy życia zgodnego z wolą Boga, że moc do zachowywania przykazań, do życia zgodnego z Bożą wolą płynie od udzielonego przez Odkupiciela Ducha Bożego, który w nas zamieszkuje. To On urabia, kształtuje nasze sumienia i pociąga ku temu, co dobre moralnie; wzbudza w nas upodobanie w tym, co Boże. Wtedy wybieramy to, co zgodne z wolą Boga nie pod przymusem, ale z radością, bo sami tego chcemy; to nas pociąga. Bez Ducha Bożego przykazania byłyby ciążącym jarzmem, brzemieniem. Tłumaczy to, dlaczego dar Ducha Świętego został udzielony w żydowskie Święto Tygodni (Pięćdziesiątnica). Owo święto upamiętniało nadanie Prawa na Synaju. Duch Święty zostaje udzielony w święto upamiętniające nadanie Prawa. Jest to jasny sygnał, że udzielony Boży Duch przejmuje funkcję przykazań: ich treść nadal obowiązuje („Czcij Boga”, „Szanuj rodziców”, „Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij” itd.), ale to już Duch Boży, a nie przykazania, pozwala wypełnić Bożą wolę i zaprowadza w nas Boże życie.

    Smutne jest to, że Boża prawda, przekazana jasno przez apostoła Pawła, nie przebiła się wystarczająco i nie ukształtowała myślenia chrześcijan. Wciąż ciąży na chrześcijanach myślenie starotestamentowe.

    Na koniec ostrzeżenie dla chrześcijan uważających się za lepszych od innych chrześcijan, od wyznawców innych religii lub niewierzących. Wysiłek włożony w życie zgodne w Bożą wolą nie może prowadzić do wyniosłości względem innych, ale do jeszcze mocniejszego bicia się w pierś i pokornego uznania, iż pomimo wysiłków w zachowywaniu przykazań Bożych jesteśmy stale grzesznikami i zbawić nas może jedynie Chrystus. Inaczej popełnimy błąd, jaki popełnił biblijny Izrael.

    6. Czy Żydzi są naszymi starszymi braćmi?
    Zdarza się nadużywać słów Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 r. z jego wystąpienia w synagodze w Rzymie. Przypisuje się papieżowi, że powiedział o Żydach „nasi starsi bracia”. Papież powiedział dokładnie: „[…] i w pewnym sensie można by powiedzieć nasi starsi bracia”. Nie powiedział, że są naszymi starszymi braćmi, bo nie są nimi. Byliby wtedy, gdyby przyjęli Chrystusa. Przez warunkowy charakter wypowiedzi („w pewnym sensie” i „można by powiedzieć”) papież unika znaczenia dosłownego. Jednocześnie wyznacza granicę i rozdział między judaizmem, który odrzucił Chrystusa, a chrześcijaństwem. Są to dwa porządki religijne, które rozwijają się niezależnie od siebie i nie ma między nimi braterstwa wiary w sensie dosłownym, bo występuje rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, Mesjasza.

    7. Czy Żydzi ukrzyżowali Chrystusa?
    Odpowiedzialni historycznie za ukrzyżowanie Jezusa byli Żydzi i Rzymianie. Ewangelie nie pozostawiają tu cienia wątpliwości. Chrześcijanie zaś są winni śmierci Chrystusa (KKK 598) w tym sensie, że nasze grzechy doprowadziły do ekspiacyjnej śmierci Chrystusa. Chrystus umarł, ponieważ zgrzeszyliśmy. W tym sensie odpowiedzialna jest cała ludzkość. Trzeba jasno rozgraniczać między historyczną odpowiedzialnością za śmierć Jezusa a winą w sensie religijnym. Nie należy wykorzystywać stwierdzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego do wybielania Żydów z ich winy za ukrzyżowanie Jezusa. Nie rozumiemy ich winy jako winy zbiorowej ani dziedzicznej, ale tylko jako winę tych, którzy usilnie zabiegali o wyrok śmierci dla Jezusa i ten wyrok wymusili na Piłacie.

    Posłużę się analogią. To, że Drugą Wojnę Światową wywołali Niemcy, nie znaczy, że wszyscy Niemcy ponoszą za to odpowiedzialność, ale nie znaczy to też, że Niemcy nie wywołali Drugiej Wojny Światowej i nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności.

    8. Jaka powinna być nasza postawa względem judaizmu?
    1) Należy podtrzymywać kontakty z Żydami, bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga, ale prawda zbawcza nie może być wyciszana. 2) Nie należy usprawiedliwiać, wybielać odrzucenia Chrystusa przez Żydów (wypaczanie historii zbawienia), ale trzeba pomóc im w otwarciu się na Niego.

    W latach 20. XIX w. Żydzi z synagogi w Strasburgu postanowili przeczytać Nowy Testament i przyjrzeć się jego przesłaniu. Kolejnych trzech rabinów, a z nimi kilkanaście osób z synagogi, przyjęło Chrystusa. Pojawiła się dyspozycja otwartości na prawdę i łaska natychmiast zadziałała. Jest to kierunek, w jakim należy iść w kontaktach z wyznawcami prawa mojżeszowego – tak postępować, aby pojawiła się w nich dyspozycja otwartości na prawdę. Nie należy rezygnować z takich prób. Przykład mamy w apostole Pawle (Rz 11, 14). Nie wolno rezygnować z wysiłków na rzecz pozyskania Żydów dla Chrystusa. Misja ewangelizacyjna stale trwa i obejmuje wszystkich – bez wyjątku. Wymaga jednak roztropności w działaniu.

    W nawiązaniu do powyższego, w kontaktach z judaizmem nie może być to dialog jednostronny, w którym my, chrześcijanie, pochylamy się stale nad ich wiarą, zgłębiamy myśl żydowską, a oni zamykają się całkowicie na myśl chrześcijańską. Nie jest to dialog, ale jednostronna rozmowa. W szczerym dialogu każda ze stron powinna wysłuchać racji drugiej strony. Jeżeli tego nie ma, wzajemne spotkania skutkują „urabianiem” przez myśl żydowską chrześcijan biorących w nich udział, którzy przejmują żydowskie myślenie i rozumienie historii zbawienia. Chrześcijanie się judaizują, a Żydzi nie tylko się nie chrystianizują, ale jeszcze utwierdzają w swoich przekonaniach, bo chrześcijanie czynią ustępstwa (np. pokazywanie się chrześcijan z symbolami judaizmu lecz nie odwrotnie). Ustępstwa zaś czyni z zasady ten, kto nie ma racji. Dlatego nasze ustępstwa stale utwierdzają ich w przekonaniu posiadania racji. I tu przychylam się do opinii ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, że dialog z judaizmem w Polsce powinien wyglądać inaczej. Z takich spotkań korzyść dla siebie odnoszą jedynie wyznawcy prawa mojżeszowego. A to nie służy sprawie ewangelizacji.

    Chrześcijaństwo i judaizm to dwa porządki religijne rozwijające się równolegle i stale w większej czy mniejszej opozycji do siebie. Pomocny dla zrozumienia Ewangelii jest ST, lecz nie judaizm. Twierdzenie, że poznawanie rozwijającego się przez dwa tysiące lat judaizmu może pomóc lepiej zrozumieć chrześcijaństwo, ociera się o nonsens. Może być pomocne w intelektualnym pogłębieniu zagadnienia, znajomości wzajemnych relacji, ale nie dla zrozumienia istoty przesłania Ewangelii. Rozwijający się po Chrystusie judaizm nie miał na nią żadnego wpływu. Wyrósł wprawdzie z tej samej tradycji starotestamentowej co Ewangelie, ale poszedł inną drogą. Nie jest pomocny w przyswojeniu przesłania Jezusa. Należy natomiast powiedzieć, że nauczanie Jezusa dobrze jest zgłębiać poprzez odwołanie się do tekstów Starego Testamentu i do ówczesnej tradycji żydowskiej, Jemu współczesnej.

    Większość chrześcijan nie zagłębiała się w religię żydowską. Czy to znaczy, że nie rozumieją dobrze lub do głębi Ewangelii? Otóż rozumieją istotę jej przesłania w pełni. Bo kto przyjął Chrystusa, razem z Nim poznał całą Bożą prawdę, bo poznał Tego, który zbawia. Tu trzeba kierować podobne zalecenia w drugą stronę (!), czyli żeby Żydzi studiowali księgi NT, bo dopiero wtedy zrozumieją własne wybranie i własną tradycję religijną. Znajdą jej wypełnienie. Czy jest to przedmiotem dialogu z judaizmem w Polsce?

    9. Czy w modlitwie konsekracyjnej podczas Mszy św. powinny być słowa o Ciele Chrystusa wydanym i Krwi przelanej „za wielu” czy „za wszystkich”?
    Poruszam ten temat, ponieważ pojawiały się i pojawiają próby zmiany. Z racji występujących niejasności w temacie chcę to przybliżyć.

    W tekście greckim NT (Mt, Mk, Łk i 1 Kor 11) znajdują się dwie formy: „za wielu” (hyper pollōn) i „za was” (hyper hymōn). W żadnym z czterech świadectw nie mówi się o wydanym Ciele Chrystusa i przelanej Krwi „za wszystkich”.

    Według Ewangelii Mateuszowej Jezus ma na myśli tych, w których dzieło odkupienia odniesie zamierzony skutek: „Moja Krew …, która będzie wylana … na odpuszczenie grzechów”, czyli przelana za tych, w których dokona odpuszczenia grzechów, tj. którzy skorzystają z łaski odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Jezus nie ma na myśli tych, którzy nie skorzystają z łaski odkupienia, tj. w których przelana krew nie przyniesie zamierzonego skutku. Bóg nie działa na darmo, nie marnuje swojej łaski. Jako istota doskonała, kiedy działa, osiąga cel. Jezus nie ma zatem na myśli wszystkich ludzi, ale tylko owych wielu, którzy odpowiedzą pozytywnie na łaskę odkupienia i wejdą w relację z Bogiem. Zgodnie z intencją słów Jezusa poprawną formą jest „za wielu” (w tym także „za was” – dzisiaj w odniesieniu do każdego, kto uczestniczy w Eucharystii), co znajdujemy na kartach NT i co funkcjonuje w aktualnej modlitwie konsekracyjnej w jęz. polskim.

    Forma „za wszystkich” nie występuje w NT, bo jest niezgodna z rozumieniem dzieła odkupienia. Forma „za wielu” naprowadza na jego właściwe rozumienie. Należy porzucić myślenie, że wszyscy zostali odkupieni, czyli wprowadzeni w relację z Bogiem. Wszystkim została otwarta droga do Boga, ale odkupieni zostali ci, którzy weszli w relację z Bogiem (odpowiedzieli pozytywnie). I za nich Jezus przelewa krew (odkupienie utożsamia się tu ze stanem naszego obecnego zbawienia, które już się dokonuje). Jezus nie przelewa krwi za tych, w których nie przynosi to zamierzonego skutku, bo byłoby to działanie daremne. Posługując się obrazem Jezusa, nie rzuca On pereł przed świnie. Zatem dzieło odkupienia swymi owocami dosięga tej części ludzkości, która odpowiada na nie pozytywnie. I to przesłanie zawiera się w wyrażeniu „za wielu”.

    Wszystkim życzę coraz bardziej pogłębionego rozumienia Bożych prawd i w rezultacie mocniejszego przylgnięcia do Chrystusa Odkupiciela ludzkości.

    ks. prof. Waldemar Rakocy CM/PCh24.pl

    ***

    Ks. prof. dr hab. Waldemar Rakocy CM (ur. 1960) jest emerytowanym profesorem Wydziału Teologii KUL. Kierował Katedrą Hermeneutyki Biblijnej oraz Katedrą Egzegezy Pism Apostolskich NT. Zasiadał w Zarządzie Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autor książek i ok. 150 artykułów dotyczących tematyki biblijnej, członek kilku krajowych i zagranicznych towarzystw naukowych.

    ***

    czwartek 23 kwietnia


    Św. Wojciech jako patron. Tak ruszyła chrystianizacja północno–wschodnich ziem Królestwa Polskiego

    (fot. Piotr Tumidajski / Forum)

    ***

    Zasiew krwi męczenników wydaje dobre owoce przez wieki. Tę prawdę potwierdza historia chrystianizacji północno – wschodnich ziem Królestwa Polskiego. Rozpoczęła się ona w roku 1386 erygowaniem parafii pw. św. Wojciecha w miejscowości Poryte niedaleko Łomży. Jeszcze w tym samy roku wzniesiono tu kościół, a umieszczony wysoko na jego szczycie łaciński krzyż, wskazał wschodni kierunek, w którym od tego czasu niesiona była Ewangelia i chrześcijańska cywilizacja.

    Ustanowienie parafii w Porytym dokonało się za sprawą właściciela tych ziem Pawła z Radzynowa herbu „Prawdzic”, który otrzymał je od księcia mazowieckiego Janusza I. Paweł, zwany również Paszko, był rycerzem, który w młodym wieku nie stronił od zabaw i światowych uciech. Jego życie zmieniło się podczas pielgrzymki przeprowadzonej do słynnego sanktuarium Santiago de Compostela. Tą daleką podróż Paweł odbył w roku 1380 wraz z przyjacielem Janem Pilikiem, późniejszym wojewodą mazowieckim. W archiwach zachował się glejt na bezpieczny przejazd, wydany pielgrzymom przez samego króla Aragonii – Piotra IV.

    Z Santiago Paweł wrócił duchowo odmieniony. Na sercu mocno zaczęła mu leżeć sprawa mieszkańców jego niedawno założonych wsi, położonych po wschodniej stronie Narwi. Tamtejszy lud, choć katolicki, nie miał żadnego kościoła, aby mógł w nim oddawać cześć Bogu. Wsi tych było już wówczas kilka, gdyż ród Radzanowskich mocno rozwinął swoje dobra. W tym czasie niedaleko Porytego założył dwie wsie – Dzierzbię i Zaborowo. Później zaczęto karczować lasy. Na wykarczowanych terenach Radzanowscy lokowali kolejne miejscowości.
    Jednak na tych terenach, uważanych za niebezpieczne, wcale nie było łatwo erygować nową parafię. Świadczy o tym sześć długich lat starań, prowadzonych przez Paszkę, u biskupa płockiego Ścibora. Do ustanowienia parafii w Porytym udało się go przekonać dopiero w roku 1386. W tym samym roku Paweł z Radzanowa ufundował wiernym piękną drewnianą świątynię z dzwonnicą. Nareszcie wierni mogli razem uczestniczyć w Eucharystiach i nabożeństwach. Biskup Ścibor i Paszko postanowili, że patronem pierwszego kościoła, na ziemiach, które czekały na chrystianizację, licząc od chrztu Polski, 420 lat nie może być nikt inny jak tylko św. Wojciech.

    Pierwsza świątynia po wschodniej stronie Narwi była skromna. Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że choć zbudowano ją z materiału, który łatwo niszczy czas i ogień, czyli z drewna (dach był kryty słomianą strzechą) to służyła ona parafianom aż do końca XVII wieku. Na jej dachu umieszczono kopułę z małym dzwonkiem. Kościół był ogrodzony drewnianymi drągami. Od strony drzwi wejściowych zamontowano bramę. Wewnątrz budynku sakralnego był jeden ołtarz. Nad którym zawieszono obraz Najświętszej Marii Panny. Tabernakulum również wykonano z, łatwo tu dostępnego, drewna. Obok poryckiej świątyni wzniesiono piękną, wysoką dzwonnicę. Z niej to spiżowy dźwięk dwóch dzwonów przywoływał wiernych na niedzielną Mszę świętą.

    Na ziemiach na wschód od Narwi, przeważnie porośniętych puszczami, były wprawdzie drewniane grody obronne, m.in. w Kolnie i Małym Płocku, ale kościołów nie było. Nie ostały by się, gdyż ciągle trwały tu walki. Wojska księstwa mazowieckiego podążały właśnie przez Poryte (stąd nazwa miejscowości od ziemi porytej kołami wozów) często podążały bronić północnych i wschodnich granic księstwa. W tamtych czasach atakowali je Prusowie, Jaćwingowie, Litwini, a później Krzyżacy.

    Założenie wsi Poryte, a potem budowa tu kościoła pw. św. Wojciecha były możliwe dopiero po ustaniu tych wojen. Kilka lat później (rok 1390) w odległej o kilkadziesiąt kilometrów Wiźnie erygowano następną parafię – pw. Marka Ewangelisty. Misja rozpoczęta przez świętego patrona Polski w roku 997, trwała nadal. W ciągu około 150 lat ziemie północno – wschodnie Królestwa Polskiego zostały schrystianizowane. Powstały tu liczne parafie, za nimi zawsze szli ojcowie i bracia zakonni, którzy wznosili kościoły i swoje klasztory. Ziemie, na których niegdyś stały pogańskie bałwany, zaroiły się od miejsc kultu Jezusa Chrystusa i Najświętszej Maryi.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Woj Chrystusowy

    Tysiąc lat temu chodził po ziemi człowiek, który dostąpił chwały świętości, mimo iż nie sprawdził się jako biskup, nie pozwolono mu zostać zakonnikiem, na koniec zaś okazał się nieskutecznym misjonarzem. W większości swych ziemskich usiłowań poniósł klęskę. Jednak już w chwili śmierci człowiek ów stał się legendą i wzorem, niezwłocznie został wyniesiony na ołtarze, a kult jego rozpowszechnił się w całej christianitas, szczególnie w Polsce, której jest pierwszym patronem. Takie było jego za grobem zwycięstwo.

    Nascitur purpureus flos Boemicis terris – tymi słowy rozpoczyna swój Żywot świętego Wojciecha św. Bruno z Kwerfurtu – rodzi się purpurowy kwiat na ziemi czeskiej. Chłopiec, który zostanie później biskupem Pragi, męczennikiem i świętym przyszedł na świat około 956 r. z ojca Sławnika, księcia libickiego i matki Strzeżysławy, niewiasty ze znakomitego rodu. Ojciec pochodził najprawdopodobniej z chorwackich książąt plemiennych.

    Pierwotnym zamiarem rodziców było przeznaczenie chłopca do stanu duchownego, jednak po urodzeniu oczarowani wyjątkową urodą dziecka zdecydowali, iż szkoda by było oglądać tak urodziwego młodzieńca w sukni duchownej i przeznaczyli go dla świata. Imię, które mu nadano, miało potwierdzać rodzicielską decyzję; świadczyć o tym może chociażby jego etymologia: Wojciech (Woietech) to pociecha wojów (Woje-ciech – consolatio exercitus). Nic to jednak nie dało – chłopiec najwyraźniej został przeznaczony do życia w sutannie przez samego Boga. Wkrótce po urodzeniu ciężko zachorował i był bliski śmierci, dopiero ofiarowanie dziecka przez rodziców w kościele na ołtarzu Maryi i przeznaczenie go do stanu duchownego spowodowało powrót do zdrowia.

    Być duchownym w wieku X znaczyło należeć do nielicznych, którym nieobca jest sztuka odczytywania znaków alfabetu. Kilkunastoletni Wojciech opuszcza około r. 972 rodzinne Libice i jedzie do Magdeburga, by tam pod opieką znanego wcześniej rodzicom arcybiskupa Adalberta (który w drodze na Ruś gościł na dworze Sławnika w r. 961 lub 962 udzielając m.in. małemu Wojciechowi sakramentu bierzmowania) wgłębiać się w arkana wiedzy w cieszącej się znakomitą sławą szkole katedralnej kierowanej przez jednego z największych luminarzy swego wieku, benedyktyna Oktryka. W Magdeburgu zostaje powtórnie bierzmowany przez swego opiekuna i przyjmuje jego imię. Imieniem Adalberta będzie odtąd nazywał go Zachód.

    Opuścił szkołę wracając do Czech jako subdiakon, o czym zapewnia nas Kosmas, i tam dopiero z rąk biskupa świętego miasta Pragi przyjął zbroję rycerza Chrystusowego na przyszłe boje – czytamy u Kanapariusza.

    W r. 982 zakończył życie biskup praski Dytmar. Umierał przedwcześnie, w potwornej rozpaczy i przerażeniu wykrzykując swe wyrzuty sumienia: nie był dobrym pasterzem, zaniedbał powołanie, nie zrobił nic dla krzewienia wiary w podległej mu diecezji. Podobno miał wizję swego potępienia. Wojciech, będący przy śmierci Dytmara, wyszedł z jego komnaty zdruzgotany. Tejże nocy worem odziany włosianym, z głową siwym popiołem posypaną, obchodził poszczególne kościoły, ubogim hojnie rozdawał, co miał i polecał siebie i sprawę swą w modlitwach Panu. Zmienił się tak, że nie poznawali go towarzysze zabaw i uciech. Sądzili jednak, iż szok wkrótce minie. Nie minął. Nie był to bowiem szok, chociaż przeżycie wryło mu się głęboko w pamięć, lecz opamiętanie. Pojął udzieloną mu lekcję – zrozumiał, jak nie wolno mu żyć.

    Został wybrany następcą Dytmara. Wychowany w kulturze europejskiej, mówiący obcymi językami absolwent doskonałej szkoły miał po temu wszelkie predyspozycje zawodowe, może z wyjątkiem młodego wieku (około 26 lat). Niedawne „nawrócenie” i nowy sposób życia – imitatio Christi w duchu reformy kluniackiej czyniły zeń niekwestionowanego kandydata. Toteż 19 II 982 roku w Levý Hradec – miejscu gdzie wzniesiono pierwszy kościół w Czechach miał miejsce jednogłośny wybór: Kogóż innego jak nie ziomka naszego Wojciecha, którego czyny, szlachectwo, bogactwo i życie odpowiednie są dla tej godności. On najlepiej wie, dokąd sam winien dążyć, on również duszami roztropnie pokieruje.

    O tak! Wiedział doskonale, dokąd dążyć należy i rad wiódłby tam dusze swoich diecezjan, gdyby tylko mu na to pozwolili. Jednak chrześcijanie w. X nosili krzyż na piersiach, ale rzadko kiedy w sercach. Kiedy konsekrowany 29 VI 983 roku w Weronie biskup Wojciech wrócił do Pragi, zgotowali mu gorące powitanie. Cieszyli się, że jest jednym z nich. Ale on nie był taki sam jak oni. Wkrótce się o tym przekonali.

    Nowy biskup nie zamierzał powtarzać błędów starego. Wypowiedział bezpardonową wojnę zepsuciu panującemu w Pradze i w całych Czechach, odzwierciedlającemu wiernie rozkład życia chrześcijańskiego, który po upadku państwa Karolingów sięgał niemal dna. Kronikarze zgodnie wyliczają występki, którym nagminnie hołdowano: nierząd, niewłaściwe zawieranie małżeństw, wielożeństwo, cudzołóstwo, pijaństwo, morderstwa, również na nienarodzonych, niezgodne z chrześcijańskimi obyczajami grzebanie zmarłych w lasach lub na polach, praktyki pogańskie, zabobony, handel niewolnikami. Stan moralności duchowieństwa był podobnie tragiczny: lekceważono powołania, nie przestrzegano celibatu. Mówi Kosmas: To są rzeczy, których Bóg nienawidzi, tym zrażony św. Wojciech nas, owieczki swoje opuścił i wolał iść nauczać obce ludy. Kiedy bowiem spróbował naprawiać obyczaje, wszedł w ostry konflikt ze swoją owczarnią. Praga znienawidziła go – nie chciała tak gorliwego biskupa. Może i po jego stronie było trochę winy, może brakło mu cierpliwości. Sam żył przykładnie, od innych wymagał tego samego. Swą niecierpliwą dezaprobatą wszystkiego, co, owszem, złe, ale dotąd niepotępiane, antagonizował otoczenie. Ówczesna Praga potrzebowała innego biskupa: zręcznego, cierpliwego i przyziemnego dyplomaty-realisty.

    Wojciech nie był graczem, miał duszę żołnierza, ale nie wodza. Chciał służyć, walczyć ze złem i grzechem, nie zaś podejmować strategiczne decyzje. Był świadom swej nieudolności, widział, że wysiłki jego najtroskliwszych rządów idą na marne, że więcej nawet sobie samemu szkody przynosi niż pożytku ludowi – podaje Kanapariusz. Dlatego uznał, że najlepszym dla wszystkich rozwiązaniem będzie opuszczenie Pragi. On nie nadaje się na biskupa, będzie się starał, aby zastąpił go ktoś lepszy. Ruszył do Rzymu szukać rady u papieża. Od tego właśnie momentu aż do śmierci nie przestanie podróżować, nigdzie nie mogąc (nie ze swojej zresztą winy) dłużej zagrzać miejsca.

    W Rzymie spotkał młodziutkiego cesarza Ottona III. Pobudził go do zainteresowania się sprawami Słowiańszczyzny. W mającym się odrodzić cesarstwie świat słowiański mógł i powinien stać się łącznikiem Zachodu ze Wschodem, więzią tworzącą jedność. Aby to się jednak stało, Sclavinia musi stać się samodzielną jednostką i jako taka znaleźć pełnoprawne miejsce w gronie innych. Opowiadał czeski duchowny swojemu młodocianemu niemieckiemu przyjacielowi o wielkim władcy jednoczących się plemion polskich, opiekunie książąt libickich, Bolesławie zwanym Chrobrym, który niebawem miał stać się serdecznym przyjacielem ich obu.

    Biskup Wojciech był w samym centrum najważniejszych wydarzeń, z jego zdaniem liczono się w cesarskim otoczeniu, na dworach książąt i biskupów. Mógł odegrać ogromną rolę w życiu społeczno-politycznym przełomu X i XI w. Jako współpracownik cesarza, czy księcia polskiego mógł wywierać decydujący wpływ na kształtowanie europejskiego porządku, budować wielkie, uniwersalne chrześcijaństwo. Ale nie to było jego celem. Pomny na słowa Pana, iż Królestwo Jego nie jest z tego świata, nie chciał poświęcać się budowaniu ziemskich władztw, pociągało go oderwanie się od światowego zgiełku i całkowite zatopienie w Chrystusie.

    Całych pięć lat był rycerzem Chrystusa w klasztorze. Pomysł schronienia się w miejscu poświęconym kontemplacji podsunął mu papież Jan XV. Właściwym miejscem okazał się klasztor św. Bonifacego i św. Aleksego na Wzgórzu Awentyńskim. Tam znalazł wszystko, czego mu brakowało na biskupstwie. Ora et labora – powtarzał codziennie słowa reguły, sumiennie się do nich stosując; studium et silentium – niczego więcej nie chciał i nie potrzebował. Wszystko to, połączone z surową ascezą, dawało mu stracone w Pradze poczucie sensu obranej drogi. Przyjął święcenia zakonne, zamierzał pozostać w klasztorze na zawsze. Dlatego też nakaz powrotu na opuszczone stanowisko wydany przez metropolitę Willigisa przeżył boleśnie jako niekłamaną tragedię. Nade wszystko jednak był posłuszny.

    Wrócił, lecz nie na długo. Nie było dlań miejsca w Pradze, gdzie sprawy wyglądały jeszcze gorzej. Zanosiło się na wojnę domową próbujących jednoczyć ziemie czeskie Przemyślidów ze zorientowanymi na Polskę Sławnikowicami. Nie chcąc zaogniać konfliktu swoją osobą, odchodzi ponownie. Nie wpłynęło to jednak na poprawę stosunków między konkurującymi rodami. Bolesław najechał dziedzinę Sławnikowiców i obległ Libice, w których było wówczas czterech synów Sławnika. Zapewnieniem bezpieczeństwa skłonił książąt do kapitulacji. Ci jednak, nie ufając obietnicom, schronili się wraz z rodzinami w kościele. Nie zważając na święte prawo azylu woje Bolesława wtargnęli do świątyni i dokonali rzezi wszystkich tam obecnych razem z żonami i dziećmi. Ludność Libic rozpędzono lub wzięto w niewolę, sam gród zrównano z ziemią. Ocaleli tylko Wojciech i Radzim przebywający wówczas w Rzymie oraz Sobiebor wojujący pod cesarzem przeciwko Lucicom. Ten ostatni udał się potem na dwór gnieźnieński i przyjął służbę u Chrobrego.

    W takich warunkach kolejny powrót Wojciecha do Pragi był niemożliwością. Wciąż jednak pozostawał biskupem i dlatego sprawę jego oddano pod obrady synodu papieskiego. Ustalono tam, iż o losie pasterza zadecyduje owczarnia. Jeżeli będą domagać się jego przybycia, pod karą klątwy ma obowiązek wracać do Pragi, czego żądał metropolita. Jest to grzech – dowodził – że gdy każdy kościół jest poślubiony, jedynie Praga jest jak wdowa bez swego pasterza. Jeżeli jednak go nie zechcą, nie wróci do klasztoru, lecz zostanie episcopus gentium – i uda się z misją do pogan. Prażanie jednak nie po to zmuszali swego biskupa do dwukrotnego wyjazdu, by go teraz zapraszać. Nie chcemy Wojciecha – odpowiedzieli. Przyjął to z ulgą.

    Wojciech zaczął więc jeździć do pogańskich osad jako misjonarz pod osłoną zbrojnej drużyny. Pachołkowie obalali bałwany i wycinali święte gaje, palili na stosach figury diabła-Swarożyca, a woje walili w pysk każdego, kto próbował oponować. Powstania pogańskie krwawo tłumiono. Była to niewątpliwie metoda skuteczna – barbarzyńska mentalność odczytywała ją bezbłędnie: jakże potężny musi być ten Jezus, skoro wszyscy przerażający nas bogowie i demony pierzchają na sam dźwięk Jego imienia, skoro Jego kapłani nie lękają się ich zemsty, ba! gardzą nimi.

    Ten sposób nawracania, jakkolwiek skuteczny, był jednak nie do przyjęcia. Czy tego bowiem uczył Jezus? Czy tak nakazał ludzi do siebie przyprowadzać? Ewangelizacja kroczyła złą drogą. Święty Wojciech był tego w pełni świadom, toteż zdecydował się wyruszyć do pogańskich Prusów bez eskorty, jedynie z bratem Radzimem-Gaudentym i prezbiterem Benedyktem-Boguszą.

    Bolesław Chrobry próbował odwieść go od szaleńczego zamiaru – Prusowie to krwiożercze plemię i zdecydowanie wrogie krzyżowi. Na nic się to zdało, determinacji Wojciecha nie można było złamać, a przy tym determinacja i odwaga człowieka, który podejmował się tak niebezpiecznej misji bez broni i prawie samotnie mogła imponować a nawet napawać lękiem, gdyż była czymś większym niż odwaga zbrojnego woja. Odesłał przydaną mu przez Bolesława eskortę pamiętając co mówił Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się abym nie został wydany żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Pamiętał karcące słowa Zbawiciela skierowane do zbyt porywczego sługi: Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Karolowe nawracanie mieczem rozprzestrzeniło się. Uczynieni w ten sposób chrześcijanami Sasi zaczęli później gwałtem i bezprawiem nawracać Słowian. Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc… Nie tego pragnął świątobliwy mnich. Chcę pójść do nich jako woj Chrystusowy uzbrojony w Słowo Pana – powiedział przekraczając pruską granicę.

    Zginął jak żołnierz Jezusa. Zatrzymany i pobity przez pruską straż, a później postawiony przed sądem wiecowym w miejscowości Truso i deportowany z powrotem na polską stronę granicy z ostrzeżeniem, iż w przypadku powrotu czeka go śmierć, bynajmniej nie zamierzał rezygnować z misji. Pieszo ruszyli z powrotem do Prus. Najprawdopodobniej byli śledzeni, gdyż wkrótce zostali napadnięci przez zbrojną grupę pod przewodnictwem kapłanów, która dokonała rytualnego mordu na Wojciechu. Przyczyna tej śmierci nie daje się ostatecznie wyjaśnić. Najprawdopodobniej nie była nią jednak profanacja miejsca kultu pogańskiego jak chce najstarsza a zarazem najpopularniejsza teoria. Teza ta nie posiada uzasadnienia źródłowego. Przyjmuje się obecnie, iż zabójstwo było wykonaniem wyroku zawieszonego podczas sądu w Truso. W jej świetle Wojciechowy wybór męczeństwa był świadomy, wiedział bowiem, jakie konsekwencje grożą mu w razie wykrycia jego powtórnej obecności w Prusach.

    Pierwsza fala kultu św. Wojciecha przeszła przez kraje Zachodu około roku 1000. Do grobu świętego męczennika zaczęły przybywać liczni pielgrzymi na czele z Ottonem III. Otrzymanymi od Bolesława Chrobrego relikwiami obdarował on wiele kościołów, ufundował również klasztor w Akwizgranie na cześć św. Wojciecha. Od niego wyszła inicjatywa kanonizacji.

    Św. Wojciech został patronem Polski. Jego zasługi dla sprawy polskiej państwowości są nieocenione. To on, jeszcze za życia, zwrócił uwagę cesarza na polskiego księcia, w nim upatrując głównego wykonawcę uniwersalistycznych planów, co pozwoliło nieznanej dotąd Polsce zaprezentować swoje możliwości, bogactwo i znaczenie oraz wprowadziło ją w orbitę wpływów i interesów Zachodu. To on, po śmierci już, stał się czynnikiem sprawczym ustanowienia w Gnieźnie polskiego, niezależnego arcybiskupstwa, metropolii, która przetrwała, mimo iż wkrótce młode państwo przeżyło poważny kryzys wewnętrzny, najazd Brzetysława czeskiego spustoszył Wielkopolskę, a w zrujnowanej katedrze św. Wojciecha w Gnieźnie zamieszkały dzikie zwierzęta. Czesi uwieźli ciało Świętego do Pragi, gdzie za życia nie było dla niego miejsca. Ale św. Wojciech na zawsze pozostał w Polsce – w dziełach, którym patronował.

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ***

    19 kwietnia

    III Niedziela WielkanocnaBiblijna

    o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE:

    bez Pisma Świętego nie ma życia

    Słowo Boże, które czytamy, ono nas zmienia. To jest źródło naszej wiary, podobnie jak Tradycja Kościoła – wskazał w rozmowie o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski OSPPE, kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Trzecią Niedzielę Wielkanocną przeżywamy jako Niedzielę Biblijną. Rozpoczyna ona XVIII Tydzień Biblijny obchodzony pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga”.

    fot.  Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Paulin o. prof. Napiórkowski podkreślił, że Niedziela i Tydzień Biblijny są nie tylko zachętą do lektury natchnionych tekstów Starego i Nowego Testamentu, ale również do kontaktu z żywym Słowem. „My, gdy mówimy, to tylko wypowiadamy słowo. Jezus Chrystus, gdy nauczał, On sam był tym Słowem. Słowem, które posłał Ojciec do nas – zaznaczył paulin. – To Słowo, które przyjęło ciało, które stało się człowiekiem dzięki Najświętszej Maryi Pannie, która ciągle rozważała to i medytowała w sercu. Ona dała Mu naturę ludzką”. Jezus Chrystus jest jedną Osobą o dwóch naturach, właśnie dzięki Matce Najświętszej.

    Św. Paweł i ks. Blachnicki – wybitni teologowie

    „Dla mnie największym teologiem pozostaje św. Paweł Apostoł, bo to, co Jezus Chrystus nam przekazał, co zostało spisane w Ewangeliach i listach, najpiękniej zinterpretował właśnie Paweł Apostoł z Tarsu” – podkreślił o. prof. Napiórkowski.

    Zdaniem o. prof. Napiórkowskiego zbyt mało mówi się o ks. Franciszku Blachnickim, który „tworzył namioty spotkania i zachęcał młodzież poprzez ruch oazowy, różnego rodzaju krucjaty, do czytania, do studium Pisma Świętego”.

    Dwa tysiące lat studiowania Pisma Świętego

    Jak podkreślił rozmówca Polskifr.fr przy studiowaniu Biblii musimy trzymać się nauczania Kościoła, dwóch tysiącleci Tradycji. „My, katolicy, ulegamy czasami nieuzasadnionemu zachwytowi nad tradycją judaistyczną, a przecież nasza katolicka Tradycja jest głębsza, gdyż jest chrystocentryczna, pneumatyczna i maryjna” – mówił. Jednocześnie dodał, że „nie do pomyślenia jest oddzielanie Starego i Nowego Testamentu”, które razem są bardzo ważne dla chrześcijan.

    Biblijne wyzwanie

    O. prof. Napiórkowski wspomniał o wyzwaniu, które podjął z kolegami w czasie nowicjatu w zakonie. „Każdy miał przeczytać Pismo Święte. Nawet nie rozumieliśmy tego za bardzo, ale celem było przeczytać Pismo Święte ‘od deski do deski’; wszystkie księgi Starego i Nowego Testamentu; całe Pismo; od Księgi Rodzaju po ostatnią Księgę Apokalipsy”.

    Przykład Romana Brandstaettera

    Na zakończenie paulin przywołał postać nawróconego polskiego Żyda, który przyjął chrzest w Rzymie, wybitnego pisarza Romana Brandstaettera. „Jak wspominał swoje dzieciństwo, to mówił, że uczył się czytać na Piśmie Świętym, na Biblii – opowiedział o Brandstaetterze o. Napiórkowski. – Dziadek mu pokazywał literki. Ta jego Biblia cała była porysowana, pomięta, porwana, ale to pokazywało i było świadectwem, jak ważny jest codzienny kontakt z Pismem Świętym”. „Bez Pisma Świętego nie ma życia. Zachęcam wszystkich do lektury Pisma Świętego” – podsumował kierownik Katedry Eklezjologii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.

    Szczególny czas zbliżenia do Słowa Bożego

    Tydzień Biblijny obchodzony jest w trzecim tygodniu wielkanocnym od 2009 r. z inicjatywy Dzieła Biblijnego im. Jana Pawła II. Co roku przebiega pod innym hasłem. Rozpoczyna go Niedziela Biblijna. Jest szczególnym czasem odkrywania na nowo piękna Bożego Słowa i zachętą do jego studiowania i głoszenia.

    o. prof. dr hab. Andrzej Napiórkowski/Tygodnik Niedziela

    ***
    Lidia, Abigail i Samarytanka. Jak odważnie głosić Ewangelię bez ambony?

    Nastyaofly | Shutterstock

    ***

    Hasło tegorocznej Niedzieli Biblijnej brzmi: „Odważnie głosić Ewangelię Boga”. Brzmi poważnie. Może nawet zbyt poważnie – jak zadanie dla kogoś z teologicznym wykształceniem. A co, jeśli ta misja jest już wpisana w Twój poranek? W kubek kawy, odebrane połączenie i drzwi, które otwierasz sąsiadowi?

    Słowo „głoszenie” bywa niefortunne. Często wywołuje obraz kogoś na scenie, kto z ekspresyjną gestykulacją i prezentacją w PowerPointcie przekonuje tłumy. Albo księdza na ambonie. Albo – co gorsza – kogoś, kto osacza przechodniów na rynku pytaniem: „Czy poznałeś Jezusa?”.

    Wtedy większość z nas robi krok w tył. Stwierdzamy: „To nie dla mnie”. Chowamy wiarę głęboko – gdzieś pomiędzy listę zakupów a nieodpisane wiadomości.

    Ile razy schowałaś swoją nadzieję do kieszeni płaszcza, bo nie wiedziałaś, jak ją wyjąć, by nie wyszło „dziwnie”? Biblia ma na to odpowiedź. I nie dają jej teoretycy, ale trzy kobiety, które żyły zwyczajnie: w biznesie, w trudnym małżeństwie i w cieniu społecznego wykluczenia. Żadna z nich nie miała mikrofonu. Każda zmieniła świat.

    Lidia: Patronka odważnych w codzienności

    Lidia była kobietą sukcesu. Handlowała purpurą – towarem luksusowym i prestiżowym. Miała dom, kontakty i zasoby. Pewnego szabatu wyszła nad rzekę, by się pomodlić. Tam spotkała Pawła.

    Św. Łukasz notuje lakonicznie: „Pan otworzył jej serce” (Dz 16, 14). Ona zareagowała natychmiast – otworzyła dom. To był jej sposób na Ewangelię. Nie kazanie, lecz gościnność.

    Wyobraź sobie, że zapraszasz kogoś samotnego na niedzielny obiad. Że zostawiasz klucze sąsiadce, która przechodzi kryzys. Że twój dom – choćby mały, nieperfekcyjny, z bałaganem na stole – staje się azylem, w którym ktoś czuje się ważny.

    Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu, przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim! (Dz 16, 15).

    Lidia nie analizowała, czy jest wystarczająco święta. Po prostu zrobiła miejsce przy stole. To wystarczyło. Jej dziedzictwo dzisiaj to:

    • herbata zaparzona dla kogoś, kto właśnie płacze do słuchawki;
    • dom, do którego można wpaść bez zapowiedzi;
    • podwiezienie starszej sąsiadki na zakupy.

    Gościnność to teologia w praktyce. Mówi bez słów: „Jest Ktoś, dla kogo jesteś cenny”.

    Abigail: Patronka mądrej interwencji

    Mąż Abigail, Nabal, był – mówiąc delikatnie – człowiekiem trudnym. Biblia nie owija w bawełnę: był twardy i zły. Kiedy śmiertelnie obraził Dawida, a ten ruszył z czterystoma zbrojnymi, by wybić jego ród, Abigail miała tylko kilkadziesiąt minut na reakcję (1 Sm 25, 18-19).

    Nie wpadła w panikę. Nie czekała na cud. Przygotowała zapasy i wyjechała naprzeciw gniewowi. Stanęła między nienawiścią a rozlewem krwi. Powiedziała Dawidowi prawdę prosto w oczy: że zemsta będzie błędem, który obciąży jego sumienie. Mówiła z godnością, bez lizusostwa, ale i bez agresji.

    Czy masz w swoim otoczeniu miejsca, gdzie kipi od złości – w biurze, w rodzinie, na grupie na Messengerze? Często stoimy z boku, bo „to nie nasza sprawa”. Abigail pokazuje, że bycie znakiem pokoju w toksycznych miejscach to czysta Ewangelia.

    Jej mądrość uratowała życie wielu ludziom, a Dawida uchroniła przed samym sobą. Jej dziedzictwo dzisiaj to:

    • jedno spokojne zdanie w środku awantury: „Zatrzymajmy się, zanim powiemy o jedno słowo za dużo”;
    • szczera rozmowa z szefem, zanim zebranie zmieni się w lincz;
    • krótki SMS po kłótni: „Przepraszam, poniosło mnie”.

    Pokój nie jest brakiem konfliktu. Jest odwagą, by stanąć w samym centrum pożaru i nie dać się mu pochłonąć.

    Samarytanka: Patronka stawania w prawdzie

    Przyszła do studni w samo południe. Nie rano, jak inne kobiety – bo rano są plotki, oceniające spojrzenia i pytania o kolejnego męża. Południowy upał gwarantował pustkę. Był bezpieczny dla kogoś, kto ma coś do ukrycia.

    Miała za sobą pięciu mężów, a obecny związek był kolejną prowizorką. Żyła na marginesie przyzwoitości. I to właśnie jej Jezus objawił swoją tożsamość najpełniej. Przy tej, której nikt nie chciał słuchać, On zechciał mówić.

    Reakcja? Zostawiła dzban, pobiegła do miasta i krzyknęła: „Chodźcie, zobaczcie człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam!”. Nie udawała, że nagle stała się nieskazitelna. Jej siłą było świadectwo: „On zna moje rany, a mimo to ze mną rozmawiał”. To autentyczność pociągnęła całe miasto (J 4, 28-29. 42).

    Nie musisz być „naprawiona”, by o Nim mówić. Wystarczy, że będziesz szczera w kwestii tego, skąd przyszłaś i Kto przy tobie usiadł. Jej dziedzictwo dzisiaj to:

    • przyznanie się: „Wiem, co czujesz, też zaczynałam od zera”;
    • post w mediach społecznościowych, który nie lukruje rzeczywistości;
    • rozmowa, która nie jest pouczaniem, ale wspólnym niesieniem ciężaru.

    Samarytanka to patronka wszystkich, którzy myślą: „Mam zbyt pokręcone życie, by świadczyć o Bogu”. Ona odpowiada: „Właśnie dlatego masz najwięcej do powiedzenia”.

    Niedziela Biblijna 2026

    Niedziela Biblijna pod hasłem „Odważnie głosić Ewangelię Boga” to zaproszenie, by Słowo objawiło się w czynach.

    Lidia otwiera drzwi. Abigail wychodzi naprzeciw. Samarytanka biegnie z nowiną, wciąż mając mokre dłonie. Żadna z nich nie wygłosiła kazania. Każda stała się „żywą Biblią”, którą inni mogli przeczytać.

    Twoje życie to być może jedyna Biblia, jaką ludzie wokół Ciebie kiedykolwiek wezmą do ręki. Jaką historię im dziś opowiesz?

    Niedziela Biblijna 2026

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ***

    Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    o. Pio
    archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. Historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo?

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap
    /naszczas.pl

    ***

    Biblia przetłumaczona już na 743 języki

    W ubiegłym roku przetłumaczono pełny tekst Biblii na co najmniej 16 kolejnych języków. Światowa Unia Towarzystw Biblijnych (UBS) poinformowała 4 kwietnia, że pełny tekst Starego i Nowego Testamentu jest teraz dostępny w 743 językach. Nowe tłumaczenia obejmują przekłady na języki używane w Angoli, Beninie, Rosji i Kanadzie. Po 25 latach pracy rdzenny mieszkaniec Kanady ukończył tłumaczenie Biblii na język mohawk. 83-latek przyznał, że “praca ze Słowem Bożym nigdy nie męczy”.

     Adobe Stock

    ***

    Doroczny raport UBS wymienia łącznie ukończone projekty tłumaczeń na 106 języków. Większość z nich to tylko fragmenty Biblii. Tymi 106 językami posługuje się 1,25 miliarda ludzi. Celem jest przygotowanie tłumaczeń na kolejne 1200 języków i dialektów w ciągu najbliższych 15 lat. Obecnie realizowane są projekty tłumaczeń na 442 języki.

    UBS – United Bible Societies – utworzone 9 maja 1946 roku międzynarodowe stowarzyszenie zrzesza ok. 160 krajowych Towarzystw Biblijnych na całym świecie. Celem działania UBS jest konsultacja, wzajemna pomoc i wspólne działania na rzecz rozpowszechniania Biblii.

    Tygodnik Niedziela/Kai.pl

    ***

    Biskup Oslo zachęca do ponownego odkrycia sakramentu spowiedzi

    (opr. PCh24.pl)

    ***

    W przejmującym liście pasterskim biskup Oslo, Fredrik Hansen, wezwał wiernych do ponownego odkrycia wartości sakramentu pokuty i do regularnego przystępowania do spowiedzi.

    Hierarcha przypomina, że sakramenty należą do „życia liturgicznego Kościoła”. Zostały ustanowione przez Chrystusa, Bóg ich pragnie i „wynikają z dzieła zbawczego Jezusa”. Dlatego „słusznie określa się je jako środki łaski i zbawienia”. W sakramencie pokuty człowiek otrzymuje przebaczenie grzechów; jednocześnie odnawia się jego wspólnota z Bogiem i Kościołem.

    Biskup Oslo nawiązuje do liturgicznego aktu pokuty podczas Mszy św., w którym mowa jest o grzechach myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, zwracając uwagę, iż „grzesząc, próbujemy zająć miejsce Boga i uczynić siebie sędziami dobra i zła, tak jak uczynili to Adam i Ewa w raju”. Zaznacza, iż grzech rani relację z Bogiem, Kościołem i bliźnim, a grzech ciężki zrywa nawet tę więź.

    Jednocześnie bp Hansen podkreśla, że to nie grzech ma ostatnie słowo, lecz Boże miłosierdzie. Zatem spowiedź nie jawi się jako przytłaczający obowiązek, ale jako konkretne spotkanie z uzdrawiającą łaską Boga. – Bóg jest bogaty w miłosierdzie i cieszy się z każdego grzesznika, który się nawraca – przypomina.

    Hierarcha zwraca się wyraźnie do tych, którym spowiedź sprawia trudność – ponieważ ich ostatnia spowiedź miała miejsce dawno temu, ponieważ nie są pewni, co mają powiedzieć, lub ponieważ czują się obciążeni poczuciem winy. Właśnie im chce pomóc ponownie przekroczyć próg konfesjonału. Droga do niego, jak to ujął, musi być krótka i wolna od przeszkód. – Jako wasz biskup czuję się zobowiązany do pomocy tym wiernym, którzy z tego czy innego powodu boją się pójść do spowiedzi – zaznacza bp Hansen. Prosi jednocześnie swoich diecezjan, aby napisali do niego osobiście, co utrudnia im pójście do spowiedzi, „abyśmy wspólnie mogli uczynić sakrament pokuty żywą częścią życia wszystkich wiernych”.

    Jednocześnie biskup Oslo zwraca się do księży. Powinni oni ułatwić dostęp do sakramentu i sprawić, by stał się on czymś naturalnym, a także dawać dobry przykład, regularnie i wiernie przystępując do spowiedzi. W ramach przygotowania do sakramentu biskup przypomina o rachunku sumienia, skrusze i postanowieniu poprawy. Zaleca chwile milczenia i modlitwy, a także kierowanie się Dekalogiem i Pismem Świętym.

    Na koniec bp Hansen podkreśla, że dobra praktyka oznacza „więcej niż jedną spowiedź w roku”. Każdy wierzący powinien regularnie chodzić do spowiedzi. – W ten sposób jesteśmy wychowani do sprawdzania naszego życia pod kątem grzechów słabości, coraz głębszego zrozumienia prawa Bożego i gorliwego dążenia do świętości, do której wzywa nas Pan – wyjaśnił duchowny. Dlatego zachęca wszystkich wiernych, aby „chodzili do spowiedzi co najmniej trzy razy w roku: w Wielkim Poście, latem przed świętem św. Olafa oraz w okresie Adwentu.

    PCh24.pl/źródło: KAI

    ***

    12 kwietnia

    NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”

    (słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU od godz. 13.30

    SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA MIŁOSIERDZIA 

    ***

    Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.

    Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.

    Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.

    Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).

    Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).

    Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:

    Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość

    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,

    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,

    Tobie zawierzamy dziś losy

    świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,

    przezwycięż wszelkie zło,

    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi

    doświadczyć Twojego miłosierdzia,

    aby w Tobie, Trójjedyny Boże,

    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze Przedwieczny,

    dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,

    miej miłosierdzie dla nas i całego świata!

    Ostatnia deska ratunku
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?

    Największa łaska

    Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.

    Słowa klucze

    Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.

    Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie:
    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).

    Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa:
    „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.

    Dziś

    W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.

    ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela

    ***

    Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.

    Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).

    Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:

    Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.

    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pan Jezus prosił o ustanowienie

    Święta Miłosierdzia Bożego

    Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Choć jest ono jednym z najmłodszych w kalendarzu liturgicznym, ukazuje jedną z najważniejszych prawd chrześcijaństwa. Można powiedzieć, że zostało ustanowione na prośbę samego Jezusa, przekazaną w objawieniach s. Faustynie Kowalskiej.

    Pragnienie Jezusa

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Takimi słowami zwrócił się do św. s. Faustyny Pan Jezus. Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. To czas uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu.

    Święto na zakończenie Oktawy Wielkanocnej

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego

    Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    Kult Bożego Miłosierdzia

    Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz „Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.

    Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.

    Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.

    W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.

    Próba ogniowa

    Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.

    Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt „Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.

    W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Były dwa główne powody wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu.

    Na pierwszy złożyło się rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i „poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji, drugim zaś było – co może dziś szokować – stanowisko większości polskich hierarchów. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.

    W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.

    Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.

    Karol Wojtyła

    Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości, jak pokazują następne wydarzenia, co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.

    Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął bardzo mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.

    Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwag na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa.

    Zlecił on ekspertyzę teologiczną „Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.

    Encyklika i „Dzienniczek”

    W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 roku w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 roku Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.

    W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie „Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.

    Akt zawierzenia

    7 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    „Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.

    „Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    „To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.

    Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r.; uroczystości, którą sam ustanowił. Fakt ten wydaje się wymownym dopełnieniem roli, jaką odegrał w upowszechnieniu prawdy o Bogu bogatym w miłosierdzie. Prawdy przypomnianej za pośrednictwem prostej s. Faustyny, przy grobie której modlił się w młodości.

    Łagiewniki i nie tylko

    Dziś do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywa corocznie około 2,5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.

    Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyną doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie.

    Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha.

    Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych językach. Przybywają tam pielgrzymki z całego świata.

    W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Płocku, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.

    Kult Bożego Miłosierdzia za granicą

    We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.

    W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.

    We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. „Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.

    W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą „Odnowić wszystko w Chrystusie”.

    W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.

    W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.

    Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.

    Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo „Apostol Bozieho Molosrdenstva”.

    W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.

    Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusetts.

    Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.

    Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia „Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.

    Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.

    KAIStacja7.pl

    ***

    „Francuskie Łagiewniki”.

    Słyszałeś o tym pięknym sanktuarium?

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon
    fot. Pack-Shot / Shutterstock

    ***

    70 km od Paryża, w Dolinie Loary, znajduje się sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon. Można tu znaleźć liczne polskie akcenty. Obowiązkowy punkt do odwiedzenia podczas podróży po Francji!

    Wielka łaska Bożego Miłosierdzia

    Kult Bożego Miłosierdzia, w ołtarzu relikwie trojga wybitnych Polaków: św. Jana Pawła II, św. s. Faustyny oraz św. Stanisława, biskupa i męczennika, na czele wspólnoty polski rektor pallotyn ks. Adam Gałązka – choć mowa o sanktuarium w Gallardon we Francji, to jednak jest to miejsce, w którym polskie wątki są bardzo wyraźne.
    „Zapraszamy ludzi do korzystania z wielkiej łaski Bożego Miłosierdzia, regularnie trwamy w konfesjonale i czekamy na tych, którzy tej łaski doświadczają, a potem sami dzielą się wielką radością wolności i uzdrowienia” – powiedział ks. Gałązka, który w 2023 r. został następcą twórcy tego sanktuarium ks. kan. Dominiqe’a Auberta.
    Gallardon to niewielka miejscowość leżąca ok. 70 km na południowy zachód od Paryża, w Regionie Centralnym – Dolinie Loary we Francji. Znajduje się tu stosunkowo mało znane sanktuarium. Początki kultu Jezusa Miłosiernego w tym miejscu na szerszą skalę sięgają 2015 r., który został ustanowiony przez papieża Franciszka Rokiem Bożego Miłosierdzia.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon
    fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC

    ***

    Miejsce duchowego uzdrowienia

    „Na początku sanktuarium niewiele mówiło wiernym, skąd wziął się słynny obraz ‘Jezu, ufam Tobie!’ i co oznacza przesłanie siostry Faustyny” – podkreślił ks. Adam Gałązka SAC. Znaczący wpływ na to miejsce miała wizyta ówczesnego rektora ks. Dominique’a Auberta w sanktuarium w Łagiewnikach. „Rektor nawiązał kontakty z siostrami Matki Bożej Miłosierdzia, zaczął wczytywać się w ‘Dzienniczek’ s. Faustyny” – opowiedział obecny polski rektor tego miejsca. Ówczesny metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz zachęcił ks. Auberta do szczególnego propagowania sakramentu pokuty i pojednania jako wyraźnego znaku Bożego Miłosierdzia.
    Do Gallardon sprowadzono też relikwie polskich świętych. „Gdy pojawiły się relikwie i obraz Jezusa Miłosiernego, zaczęły pojawiać się osoby, modlić się, wczytywać w przesłanie s. Faustyny i doświadczać wewnętrznego uzdrowienia” – zrelacjonował ks. Gałązka.

    Pallotyni od Bożego Miłosierdzia

    Zanim ks. Adam Gałązka trafił do Gallardon, trzy lata pracował w pallotyńskim Centrum Dialogu w Paryżu. W tym czasie kończący kadencję rektora sanktuarium w Gallardon ks. Aubert zwrócił się z prośbą do polskich pallotynów. „On wielokrotnie słyszał o charyzmacie pallotynów, dlatego właśnie nawiązał kontakt z naszym przełożonym, ks. Krzysztofem Hermanowiczem, który zgłosił się właśnie do mnie, czy byłbym zainteresowany taką nową posługą przy sanktuarium Bożego Miłosierdzia” – opowiedział ks. Adam Gałązka.

    Przypomniał, że pallotyni we Francji znani są z działalności na polu Bożego Miłosierdzia. Pollotyńska regia (prowincja) we Francji nosi właśnie ten tytuł.

    Już w czasach II wojny światowej polscy pallotyni we Francji propagowali Boże Miłosierdzie, m.in. odmawianie koronki, do czego zachęcał wiernych były rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji ks. Franciszek Cegiełka. „Doświadczył ocalenia z niemieckiego obozu w Dachau, jak sam o tym świadczył, dzięki zaufaniu Bożemu Miłosierdziu i odprawianiu koronki” – zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. Ks. Gałązka przypomniał też postać innego pallotyna ks. Alojzego Misiaka, który na różne sposoby starał się propagować we Francji kult Miłosiernego Chrystusa.

    „Czasem spotykam się z ciekawą reakcją ludzi, którzy znają już pallotynów jako propagatorów Miłosierdzia Bożego. Dziwią się, że s. Faustyna nie była pallotynką, tylko pochodziła z innego zgromadzenia” – powiedział z uśmiechem ks. Gałązka.

    Głosić Miłosierdzie Boże na różne sposoby

    Obraz Miłosierdzia Bożego ma dla Francuzów nieco inną wymowę niż dla Polaków, gdyż powstał w polskich realiach. „To nie przeszkadza w propagowaniu tego, co jest głębią, istotą samego Bożego Miłosierdzia, które w tej chwili jest propagowane już nie tylko przez pallotynów, w różnych miejscach, w różnych formach, poprzez różne ruchy kościelne” – podkreślił ks. Adam Gałązka. Jako przykład podał comiesięczne czuwania modlitewne w pierwsze piątki miesiąca prowadzone w bazylice Sacré-Cœur i kościele Saint-Sulpice, prowadzone przez Francuzkę polskiego pochodzenia Wiolettę Wawer.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon
    fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC

    ***

    Święto Miłosierdzia Bożego, które obchodziliśmy w tym roku 7 kwietnia, ustanowił św. Jan Paweł II, odpowiadając na prośbę Jezusa, który w przesłaniu do s. Faustyny wyraził takie życzenie. „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” („Dzienniczek”, 699) – mówił Chrystus do polskiej zakonnicy. To święto otwiera w Polsce Tydzień Miłosierdzia.

    ks. Adam Gałązka SAC/Aleteia.pl

    ***

    „Dzienniczek” – dzieło w kooperacji Boga

    i prostej kobiety

    „Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.

    „Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.


    fot.Jacek Bednarczyk/ PAP

    ***

    „Nie umiem pisać” – skarżyła się Jezusowi św. Faustyna. Ale posłuchała Go. Tak powstało dzieło uważane za perłę literatury mistycznej.

    Zbliżała się połowa sierpnia 1935 roku. Siostra Faustyna odprawiała trzydniowe rekolekcje w klasztorze w Wilnie. Pierwszego dnia o godzinie dziesiątej kaznodzieja mówił o miłosierdziu Bożym i o dobroci Boga względem człowieka. W tej chwili zakonnica zobaczyła w ołtarzu Pana Jezusa w białej szacie. Zauważyła, że trzymał w ręku zeszyt, w którym notowała swoje przeżycia. „Podczas całej tej medytacji Jezus przekładał karty zeszytu i milczał, jednak serce moje znieść nie mogło żaru, który się w duszy mojej zapalił” – zapisała później. W pewnej chwili Zbawiciel powiedział do niej: „Nie wszystko napisałaś w tym zeszycie o dobroci Mojej ku ludziom; pragnę, ażebyś nic nie pominęła, pragnę, niech się ugruntuje serce twoje w zupełnym spokoju” (Dz. 459).

    Sześć zeszytów

    Gdy w czerwcu 1938 roku, trzy miesiące przed śmiercią, s. Faustyna kreśliła ostatnie słowa w „Dzienniczku”, świat stał u progu drugiej wojny światowej. Zawarte tam przesłanie o Bożym miłosierdziu było jak diagnoza i recepta dla każdego człowieka. „Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia Mojego” – mówił Jezus do zakonnicy (Dz. 699). Sześć zeszytów, zapisanych niewprawnym pismem – w oryginale pełnych błędów ortograficznych i stylistycznych – składa się na dzieło określane przez teologów jako perła literatury mistycznej. Stworzenie czegoś takiego bez pomocy łaski jest niemożliwe, tym bardziej że Faustyna ukończyła jedynie trzy klasy szkoły podstawowej.

    Wiele fragmentów „Dzienniczka” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.

    „Rozkosz mi sprawiają dusze, które się odwołują do mojego miłosierdzia. Takim duszom udzielam łask ponad ich życzenia. Nie mogę karać, choćby ktoś był największym grzesznikiem, jeżeli on się odwołuje do mej litości, ale usprawiedliwiam go w niezgłębionym i niezbadanym miłosierdziu swoim” – zapewnia Zbawiciel Faustynę, a poprzez nią świat. Na kartach „Dzienniczka” robi to bezustannie.

    Sama święta wcale nie paliła się do pisania. „Mój Jezu, Ty widzisz, że dosyć nie umiem pisać, to jeszcze i pióra nawet dobrego nie mam, a nieraz to naprawdę tak mi się źle pisze, że po jednej literze muszę składać zdania” – skarżyła się Zbawicielowi. Do tego dochodził problem natury technicznej. „Notuję te niektóre rzeczy w sekrecie wobec sióstr, więc muszę nieraz co chwila zamykać zeszyt i cierpliwie wysłuchać opowiadania danej osoby, i czas, który miałam przeznaczony na pisanie, przeszedł, a nagłe zamykanie zeszytu – maże mi się. (…) Dziwna rzecz, że przecież nieraz pisze mi się możliwie, ale nieraz – to naprawdę sama ledwie przeczytam” – tłumaczyła.

    Ważna uwaga: Faustyna pisała z nakazu swojego kierownika duchowego i spowiednika, ks. Michała Sopoćki. On sam w liście do władz zgromadzenia z 1972 roku tak wyjaśniał okoliczności owej decyzji: „Byłem wówczas profesorem w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Nie miałem czasu wysłuchiwać jej długich zwierzeń w konfesjonale, poleciłem jej spisać je w zeszycie i podawać mi je od czasu do czasu do przejrzenia. Stąd powstał »Dzienniczek«”.

    Napisz wszystko

    Choć Faustyna była wzorem posłuszeństwa, nie ustrzegła się błędu. Pewnego razu, gdy jej spowiednik wyjechał na kilka tygodni do Ziemi Świętej, dała się zwieść postaci, którą błędnie wzięła za anioła. „Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości” – przekonywała zjawa. Tłumaczyła, że pisanie jest stratą czasu. Gdy widzenie się powtórzyło, Faustyna spełniła żądanie i spaliła prowadzone zapiski. „Kazałem jej za pokutę odpisać treść zniszczoną, a tymczasem następowały nowe przeżycia, które ona notowała, przeplatając wspomnieniami ze spalonego zeszytu. Stąd w jej »Dzienniczku« nie ma porządku chronologicznego” – wyjaśniał później ks. Sopoćko.

    Sam Jezus, objawiając się Faustynie, wiele razy podkreślał, jak ważny jest „Dzienniczek” w jego planach. „Twoim zadaniem jest napisać wszystko, co ci daję poznać o Moim miłosierdziu dla pożytku dusz, które czytając te pisma, doznają w duszy pocieszenia i nabiorą odwagi zbliżać się do Mnie” – mówił, zaznaczając, że święta powinna wszystkie chwile wolne poświęcić pisaniu. Wielokrotnie też motywował Faustynę do kontynuowania zapisków. „Dziś nie miałam chęci do pisania – wtem usłyszałam głos w duszy: Córko Moja, nie żyjesz dla siebie, ale dla dusz, pisz dla ich pożytku. Wiesz, że wolę Moją co do pisania to już ci tyle razy potwierdzili spowiednicy” – zanotowała święta.

    Nie zniechęcaj się

    Chodzi więc o pożytek dusz, jaki odnoszą one dzięki lekturze „Dzienniczka”, a ten jest niezaprzeczalny. Wielu czytelników od lat zaświadcza, jak wiele dobra przyniosła im lektura zapisków św. Faustyny. Do najnowszych świadectw zaliczyć można m.in. entuzjastyczne komentarze, umieszczane pod kolejnymi odcinkami podkastu Zeszyty Miłości Pełne. Prowadzi go na platformie YouTube siostra Gaudia Skass, rzeczniczka Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. – Tam jest istny wylew wdzięczności i miłości. Ludzie piszą, jak ich „Dzienniczek” porusza i inspiruje – wyjaśnia.

    Siostra czyta w podkaście kolejne fragmenty „Dzienniczka” (docelowo „od deski do deski”), komentując je i objaśniając trudne miejsca. Bo i to trzeba powiedzieć, że nie jest to lektura łatwa. Wielu się zniechęca, niektórzy odczuwają nawet strach, czytając o skutkach grzechów, o odpowiedzialności za swoje czyny i o piekle. – Coraz częściej spotykałam się z takimi opiniami. Serce mnie bolało, kiedy słyszałam o ludziach, którzy odkładają „Dzienniczek” po pierwszych fragmentach. Było mi strasznie przykro, bo ta książka dała mi tak wiele… Znam ludzi na całym świecie, których życie zmieniło się o 180 stopni przez lekturę „Dzienniczka” – opowiada s. Gaudia.

    Wyjaśnia, że właśnie ta świadomość nasunęła jej myśl o stworzeniu podkastu. – Oczywiście w „Dzienniczku” jest o grzechu i o jego konsekwencjach, ale jeśli ktoś czyta Ewangelię selektywnie, też może uznać, że jest przerażająca. Gdy Jezus mówi tylko „biada, biada, biada”, to nie brzmi to jak dobra nowina. Jeśli się czyta selektywnie „Dzienniczek”, będzie to samo, bo tam, podobnie jak w Ewangelii, jest i opowieść o wielkiej miłości Boga, i przestroga przed konsekwencjami grzechów. Po prostu trzeba czytać całość – doradza s. Gaudia. Zwraca uwagę, że ze stron „Dzienniczka” wylewa się dużo więcej miłości niż przestróg, a te drugie muszą być odczytywane, podobnie jak Jezusowe „biada”, jako troska o ludzkie zbawienie. – W związku z tym Jezus nie może nam mówić tylko: „Kocham was, róbcie, co chcecie”. Z miłości przestrzega nas przed konsekwencjami grzechu, który jest naprawdę niszczący. Kościół katolicki przecież także uczy, że jest grzech, a jego skutki mogą sięgać wieczności. Nie można po Faustynie spodziewać się czegoś innego – żeby ona tam napisała tylko o słodyczach nieba, które osiąga się bez względu na to, jakie prowadziło się życie – zauważa siostra.

    Trudności w lekturze „Dzienniczka” mogą brać się także z faktu, że powstał on, bądź co bądź, w innej epoce, a do tego w obcym większości odbiorców środowisku zakonnym. – Trzeba pamiętać, że Faustyna pisze w pierwszej połowie XX wieku, przed Soborem Watykańskim II. Dobrze jest znać charakterystykę tamtych czasów, bo jest tam trochę wątków dziś już niezrozumiałych, zdecydowanie wymagających wyjaśnienia. Natomiast w tym, co w „Dzienniczku” jest wyakcentowane pogrubioną czcionką, czyli w słowach Jezusa, nie ma nic, co byłoby związane tylko z tamtym czasem. Jezus wypowiada się bardzo uniwersalnie – choć mówi językiem Faustyny. To jest Jego piękna subtelność, że gdy się z nami komunikuje, mówi do nas naszym językiem, dostosowuje się. Choć dla nas, czytających zapiski Faustyny, stanowi to pewne wyzwanie – podkreśla s. Gaudia. To wszystko rzeczniczka zgromadzenia bardzo szczegółowo i przystępnie wyjaśnia w podkaście. – Widzę, że to działa. Wielu ludzi pisze, że kiedyś zeszyty Faustyny były dla nich zbyt wymagające, a teraz mówią na przykład: „Aż się boję, że ten »Dzienniczek« się kiedyś skończy. Co wtedy zrobię?” – śmieje się.

    Owoc posłuszeństwa

    Uniwersalność zawartego w „Dzienniczku” przesłania o miłosierdziu Bożym potwierdza sama popularność tej pozycji. Żadna polska książka nie jest tak znana na świecie i tak często tłumaczona na języki obce. Ogólny nakład, w jakim rozchodzi się „Dzienniczek”, jest nie do oszacowania, zwłaszcza że do wersji drukowanej należy dziś doliczyć obfite korzystanie z wersji elektronicznych. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie posłuszeństwo prostej zakonnicy, którą Bóg posłużył się dla przekonania ludzkości o swoim niezgłębionym miłosierdziu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Należał do najbogatszych w Polsce, gdy trafił na „Dzienniczek”: prezes prezesów rozłożony na łopatki

    ROMAN KLUSKA
    Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polska Press/East News | HistoryIsResearch/Wikipedia | CC BY-SA 4.0

    ***

     Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając „Dzienniczek”, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku.

    Z Romanem Kluską – przedsiębiorcą, twórcą i byłym prezesem firmy Optimus, współtwórcą portalu Onet.pl, w latach 90. jednym z najbogatszych Polaków, niesłusznie oskarżonym o wyłudzenie 30 mln złotych podatku VAT; obecnie – właścicielem firmy produkującej zdrową żywność Prawdziwe Jedzenie, hodowcą owiec – rozmawia Małgorzata Bilska.

    Rozum i wiara

    Małgorzata Bilska: Rozum jest darem Boga, choć nie zawsze wiemy, jak go używać. Do czego w istocie służy?   

    Roman Kluska: Jesteśmy istotami rozumnymi, stworzonymi na wzór i podobieństwo Pana Boga. Rozum służy do tego, aby poznawać Go, wielbić; uczyć się i doskonalić. Korzystać z niego w każdej możliwej dziedzinie. Abyśmy z każdym dniem byli lepsi.

    Od czasu oświecenia drogi rozumu i wiary jakby się rozjechały. Rozum kojarzy się z naukowym racjonalizmem, w opozycji do religii. Do czego przydaje się w wierze?

    Nie rozłączałbym tych rzeczywistości. Wiara jest silnie wspomagana przez naukę, a nauka – przez wiarę… Jest to nierozłączna całość. Stanowi o pełni człowieczeństwa. Nie wyobrażam sobie ich rozdzielenia, będziemy wtedy błądzić.

    Na poparcie tej tezy mam dziesiątki, jeżeli nie setki spotkań z wybitnymi ludźmi nauki, głównie z obszaru nauk ścisłych (matematykami, fizykami, astronomami, chemikami, biologami itd.). Kiedy siedziałem z nimi wieczorem przy kolacji, prowadziłem z nimi dyskusje, często mówili, że nic tak nie umacnia wiary jak nauka.

    Prowadząc badania, rozkoszują się wielkością Stwórcy. Jego doskonałością. Wielkością – niepojętą dla nas. Im więcej wiedzą, tym większy czują zachwyt na dziełem stworzenia; nad Autorem.

    Im więcej ktoś wie, tym jest bardziej pokorny.

    Panu pokory troszkę brakowało przed spotkaniem Boga. Jak pan sam opowiada, dlatego że jest pan wybitnie inteligentny, co potwierdzają testy i badania. Tak było do wypadku?

    To nie całkiem tak. Już od szkoły średniej prowadziłem dyskusje z kolegami (myślącymi), poszukując odpowiedzi na pytanie: Jestem przypadkowym produktem ewolucji czy zostałem stworzony przez Stwórcę? Próbowaliśmy to zgłębić rozumem.

    Jako „licealne szczeniaczki”, potem studenci, prowadziliśmy „dyskusje akademickie”, które wielkiego śladu po sobie nie zostawiły. Ale nabrałem takiego nawyku. Przez całe życie, jak miałem chwilkę i wpadła mi w ręce jakaś wybitna publikacja, próbowałem uzyskać odpowiedź na to pytanie.

    Po przeczytaniu wielu książek pewności nie miałem, ale doświadczenia innych są pomocne. Jeśli książka jest zrobiona pięknie i godnie – to znaczy rzetelnie. Mając do czynienia z osobą poszukującą, z rozumem, który nie kombinuje, lecz szuka prawdy, mogę po lekturze zajść nawet dalej niż sam autor.

    Przez całe życie szukałem odpowiedzi. Była to jednak tylko wiedza, wynik aktywności rozumu. I tu dochodzimy do sedna problemu, który pani postawiła. Rozum czy wiara? W poznaniu naukowym (tak to nazwijmy) posuwałem się do przodu…

    Na gruncie teorii.

    Tak, argumentów czysto rozumowych. Z dziedziny filozofii, nauk ścisłych itd. Moja wiedza była „sucha”, jak nauka matematyki. Przełomem stało się moje cierpienie. Pozwoliło mi na osobiste przeżycie Dzienniczkasiostry Faustyny.

    Wypadek i siostra Faustyna

    Złamał pan nogę na nartach?

    Gorzej. Byłem człowiekiem bardzo zapracowanym. Nie miałem czasu pójść na narty w dzień, bo musiałbym przestać pracować (śmiech). A co gorsze, za dnia były długie kolejki do wyciągów.

    Była niedziela, ale ja nie mogłem sobie pozwolić na takie marnotrawstwo czasu. Gdyby można było rano zjechać 10 razy w ciągu godziny i wrócić, to bym tak zrobił! Ale godzinę stać w kolejce, żeby raz zjechać? To się nie mieściło w mojej racjonalności.

    Poszedłem na narty, jak zrobiło się ciemno. Wtedy stoki były: raz – bardzo słabo oświetlone, a dwa – o ratrakach nikomu się nie śniło. Choć to był kurort – Krynica.

    Jechałem po ciemku. Skończyło się zerwaniem zaczepu ścięgna Achillesa. Unieruchomiło mnie to w łóżku na długo. Jako człowiek pracy szybko zresztą odkryłem, że z niego można pracować. Korzystając z telefonu (internetu nie było), zarządzałem „imperium”.

    Jest pan więc prekursorem zdalnego zarządzania…

    (Śmiech) Można tak powiedzieć. Było mi o tyle łatwiej niż w pandemii, że wszyscy inni byli na stanowiskach. Miałem pod sobą około 30 przedsiębiorstw. Byłem szefem szefów i nikt nie dyskutował, jak dzwoniłem. Nieważne, o której godzinie.

    Dopóki ludzie byli pracy, gdzieś do 20.00, byłem zajęty. Tylko co potem? Nie potrafię nic nie robić. Pewnego wieczoru zostałem w domu sam, nie mogąc ruszyć się nawet po gazetę czy pilot od telewizora.

    Tortura.

    Jedyną pozycją, która leżała w zasięgu ręki, były fragmenty Dzienniczka siostry Faustyny. Dziś wiem, że to nie był przypadek.

    Żona zostawiła?

    Teściowa dostała tę książeczkę w Tarnowie w kościele, przywiozła, a żona położyła ją przy moim łóżku. Leżała aż do tamtego wieczora.

    Nie sięgnął pan po nią wcześniej.

    Autorka miała ukończone 3 klasy szkoły podstawowej…

    Żaden z niej partner do debat naukowych.

    A jej wykład jest tak logiczny! Byłem przyzwyczajony do tego, że niemal każdego z moich zastępców, prezesów podległych firm, bez problemu łapałem na niekonsekwencjach czy braku logiki. Wyłapywałem wszystkie uchyłki czyichś umysłów.

    Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając Dzienniczek, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Tam nie ma żadnej niekonsekwencji wewnętrznej. Jest logiczna do bólu.

    Uznałem, że nie mogła tego sama napisać, naprawdę jest sekretarką Pana Jezusa. Nie byłaby w stanie zrobić spójnego wykładu na 600 stron książki o tym, jak powinniśmy żyć. Co jest dobre, a co złe. W zakonie była mniszką drugiego chóru, na pewno też nikt jej nie pomógł.

    Trzeba uznać, posługując się rozumem, że podyktował jej to Pan Jezus. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku, przekazane językiem XX wieku. Tekst nie wymaga tłumaczenia, jak Biblia. Tyle skarbów w jednym!

    Inwestycja w poznanie Stwórcy

    Jak to na pana wpłynęło?

    Zachwyciłem się Panem Bogiem. Jego doskonałością w każdym wymiarze.

    Mam wrażenie, że pan lubi pojedynki intelektualne i nie tyle nie złapał na braku logiki siostry Faustyny, co spotkał Boga – Arcymistrza logiki…

    Może pani to nazwała po imieniu. Po prostu to było tak piękne, wspaniałe, doskonałe, a równocześnie budujące. I takie konsekwentne!

    Bóg mówi człowiekowi: Masz do wyboru moją nieskończoną miłość miłosierną lub moją sprawiedliwość. Wszystko zależy od ciebie. Jesteś wolny! Wybieraj. Wreszcie poczułem, co to znaczy być człowiekiem wolnym… Mam prawo wyboru.

    Przeszedł pan długą drogę od wiedzy o Bogu do osobistej relacji z Nim. Jak ją budować?

    To jest trudne. Nie mogę być tu ani mistrzem, ani nauczycielem… Jestem marnością, jak my wszyscy. Mogę tylko powiedzieć, że kluczem do relacji jest chyba (mówiąc moim językiem biznesu) inwestycja w poznanie Stwórcy. Jak mogę mieć relację z kimś, kogo nie znam?

    Możliwości poznania jest wiele: Biblia, objawienia publiczne i prywatne, modlitwa, teologia. Muszę to potem sam rozważyć, rozumem i sercem. Wiedza to za mało. A następnie zacząć się rozkoszować Jego doskonałą Miłością. Wielkością. Wszechmocą. Musi przyjść zachwyt, a zarazem pokora.

    Dopiero gdy poczuję zachwyt, uznając przy tym w pokorze własną marność (to warunek konieczny), może się utworzyć jakaś relacja.

    Pana doświadczenie religijne jest zgodne z wiedzą z religioznawstwa. Według Rudolfa Otto są dwa wymiary doświadczenia sacrum: mysterium fascinans i mysterium tremendum. Przed Bogiem czujemy jednocześnie zachwyt i trwogę.

    Muszę coś dodać do kwestii miłosierdzia Bożego. Ono nie jest za darmo. Na przeogromną miłość, jaką Bóg nam ofiarował, musimy odpowiedzieć równie silnym zaufaniem. Nawet w naszej marności możemy je z siebie wykrzesać.

    W dzisiejszych czasach to jest trudne. Tu się wali, tam pali, a tam – gotuje. Nasz świat wygląda zupełnie inaczej, niż byśmy chcieli. A my musimy – w pokorze – okazać Bogu zaufanie. Do tego dodać jeszcze jakość życia.

    Nie mogę iść do Pana, który jest doskonałością, będąc brudnym od grzechów. Bez spowiedzi. Miłosierdzie nie polega na tym, że Bóg jest dobry i można robić, co się chce. To absurd.

    Jak mówić „Jezu, ufam Tobie”, skoro spada zaufanie do Kościoła?

    To już inny problem. Mnie jest łatwiej, bo jestem człowiekiem starszej daty. Wiem, czym był komunizm i jakimi metodami, jak perfidnie ideologowie niszczyli kapłanów. To była tak ogromna maszyna do niszczenia Kościoła, że konsekwencje są do dzisiaj.

    Polski Kościół był niszczony w konfrontacji z realnym socjalizmem, co skutkuje jakością ludzi. Trzeba mu więcej wybaczyć. Nie patrzeć tylko z perspektywy ideału, jaki być powinien.

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl

    ***

    Jakim językiem mówi do nas Bóg?

    Odpowiedź znajdziemy w „Dzienniczku” s. Faustyny

    Jakim językiem mówi do nas Bóg? Odpowiedź znajdziemy w „Dzienniczku” s. Faustyny
    fot. Blisko Rahamim/Youtube

    ***

    Czytając „Dzienniczek” krok po kroku będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat i na nasze poruszenia wewnętrzne. Będziemy uczyć się ich interpretacji i rozumienia. Jego lektura może pomóc nam nauczyć się komunikacji z Panem Bogiem i rozumieć jakim językiem komunikuje się z nami – mówi s. Gaudia Skass z podcaście „Zeszyty Miłości Pełne”.  W pierwszym odcinku czytany jest „Dzienniczek” w punktach 1-16.

    Jak piszą siostry „Dzienniczek” będą czytać od deski do deski, a s. Gaudia będzie pomagać zrozumieć czasem niełatwe treści i odkryć w nich ważne inspiracje na naszą osobistą drogę.

    „Celem tej serii nie jest wyjaśnienie wszystkich wątków z „Dzienniczka”, bo seria ta mogłaby trwać dłużej niż życie tych, którzy ją nagrywają. Będziemy się skupiać się na wyszukiwaniu w faustynowych treściach tego, co dla nas najważniejsze, czego możemy się od niej nauczyć i co Jezus chce nam powiedzieć przez jej doświadczenie” – piszą siostry.

    – Jest niesamowite, że na trzech stronach siostra Faustyna zdołała opisać 20 lat swojego życia. Pisze o momentach, w których opisuje, jak Bóg dał jej poznać, jak bardzo ją kocha. Opisuje to, co najistotniejsze, momenty, który mają dać zrozumieć jej dalszą historię, jak Pan Bóg ją prowadził i jak doprowadził do momentu, gdzie dzieją się te wszystkie trudne rzeczy w jej życiu. Jak spotykanie Pana Boga i widzenie Pana Boga – mówi w komentarzu s. Gaudia.

    Do czego może nas to zainspirować?

    – Może byśmy zobaczyli, jak Pan Bóg nas prowadzi. Może teraz na początku roku jest taki dobry moment, żeby spojrzeć wstecz i dostrzec to Boże prowadzenie. By zobaczyć to, że On był zawsze w twoim życiu,  że się z tobą komunikował. Przypomnieć sobie momenty jakieś szczególnej łaski, szczególnych spotkań z Panem Bogiem. Być może wkładałeś jakieś poruszenia serca do szuflady, myśląc ze coś ci się wydawało. A może to jednak jest coś istotnego – zachęca.

    – Czytanie „Dzienniczka” jest tez po to, żebyśmy się nauczyli komunikacji z Panem Bogiem. Nauczyli się odczytywać i rozumieć Jego język – mówi.

    I podkreśla: – Rozumieć to, co chce nam powiedzieć i w jaki sposób się z nami komunikuje. I będziemy się tego uczyć krok po kroku. Czytając „Dzienniczek” siostry Faustyny będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat, na nasze duchowe poruszenia i będziemy się uczyć ich interpretacji i rozumienia ich.

    – Siostra Faustyna mówi o tym, że pierwsze poruszenie zewnętrzne, kiedy Pan Bóg ją do czegoś zapraszał działo się w wieku 7 lat. (…) Kiedy jej rodzice, choć pobożni ludzie, nie zgadzają się jednak, by wstąpiła do zakonu, Helena zaczyna żyć tak, żeby o Panu Bogu nie myśleć, zagłuszyć się rozrywkami – mówi zakonnica.

    – Jest to naprawdę bardzo wartościowe, że możemy zobaczyć czyją drogę rozwoju – dodaje.

    Wiele znaków zapytania i niepewności

    – Siostra Faustyna opisuje dużo szczegółów swojej drogi z Bogiem, rozwoju swojej duchowości. Opisuje, jak wszystko zaczyna się od wielu znaków zapytania i niepewności. Nie wie, czy dobrze rozumie, ale Pan Bóg daje jej dużo zrozumienia przez wiele dróg. Ale jedną taką najważniejszą jest powiedzenie tego, co jej dzieje się w jej duszy poprzez kapłana, który jest jej kierownikiem duchowym – mówi siostra Gaudia.

    Pierwsze widzenie Boga na balu w Łodzi 

    I dodaje: – Takim apogeum zagłuszania swojego wewnętrznego głosu jest bal, na który idzie w centrum Łodzi. I to jest genialny moment w jej historii, co trzeba podkreślić, bo to jest ten pierwszy raz, kiedy Helena Pana Boga zobaczy realnie jako człowieka, nie pod postacią Hostii, gdzie jej ukryty. I to jest właśnie na imprezie. To burzy wiele naszych schematów, dotyczących naszej pobożności i tego, jak Pan Bóg może się z nami komunikować – że będzie się to działo tylko w miejscach bardzo świętych, tylko na kolanach, na modlitwie.

    – Nie. Pierwsze objawienie, które ma siostra Faustyna pokazuje nam jasno, że Pan Bóg bardzo lubi z nami spędzać codzienność. Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie moment szczególnej łaski, szczególnego spotkania z Nim. Moment szczególnej komunikacji z Nim może być momentem najgorszego upadku, kiedy Pan Bóg stanie się szczególnie bliski – dodaje s. Gaudia.

    s. Gaudia Skass ZMBM /Deon.pl

    ***

    S. Gaudia Skass ZMBM:

    Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca

    S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną  „Blisko Rahamim”.
    fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny

    ***

    S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim”.

    O „Blisko Rahamim”, malowaniu i rezygnacji z niego mówi s. Gaudia Skass.

    Barbara Gruszka-Zych: Jak się Siostra czuje jako dziewczyna z plakatu?

    S. Gaudia Skass:
     Znoszę to z przymrużeniem oka. Wersję z moją twarzą siostry wydrukowały tylko do naszego biura. W innych miejscach plakat reklamujący naszą przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim” zdobi tylko miniaturka naszego pierwszego podcastu.

    Zwykle zakonnice usuwają się na drugi plan, a Siostra jest na pierwszym – Wasz kanał oglądają dziesiątki tysięcy zainteresowanych.

    Pewnie zachęca ich właśnie nasza normalność, czyli to, że my, jego realizatorzy, nie przejmujemy się kamerą, a skupiamy się na przekazie treści o miłosiernym Bogu. Ludzie doceniają to, że szukamy nowych dróg, by do nich dotrzeć. Szczególnie zależy nam na młodszym pokoleniu, na tych, którzy częściej są w sieci niż w kościele.

    Nikt Siostrze nie wypomina, że jest za bardzo medialna?

    Rzadko się to zdarza. To dzieło całego naszego zgromadzenia, nawet siostry z innych zgromadzeń mi za nie dziękują. Cieszą się, że odważyłam się na to medialne działanie, a tym samym zmieniam funkcjonujący gdzieś jeszcze fałszywy obraz siostry zakonnej. Rozmawiam z wieloma z nich i wiem, że nie jestem odosobniona w tym, jak żyję i myślę, więc często, mówiąc o miłosierdziu, zamiast zaimka „ja” używam „my”.

    Jaka jest ta miłość miłosierna, o której Siostra mówi?

    Mam zamiar mówić o tym do skończenia świata lub jak długo Pan Bóg da. Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca. To Bóg, który naprawdę przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, który otwiera się na człowieka w jego biedzie, słabości, poranieniu. On jest Miłością, która jest gotowa przebaczyć największy grzech. Ale w przyjęciu jej często przeszkadza nam głęboka nieufność, która podpowiada, że akurat takich grzechów jak nasze przebaczyć się nie da. Często zamęczamy się, zmagając się z własnymi historiami przewinień i zaniedbań. Jest też druga skrajność, w którą zdarza się nam wpadać – dziwnie dobrotliwe wyobrażenie miłosiernego Boga, który jakby niedowidział, niedosłyszał. On przypomina takiego dziadzia, który zawsze nas pogłaszcze po głowie, bez względu na to, co przed chwilą zrobiliśmy. To niebezpieczna optyka, bo ktoś tak odbierający Boga przestaje uważać, że jego codzienne wybory są ważne. Myśli, że cokolwiek zrobi, wszystko zostanie mu wybaczone.

    To jak się powinno patrzeć na Pana Boga?

    Bardzo lubię Jego symboliczny obraz stworzony przez Clive’a Staplesa Lewisa w „Opowieściach z Narnii”. Chrystus ukazany jest tam pod symbolem lwa, potężnego, majestatycznego króla Narnii – dobrego, ale jednocześnie groźnego, a zarazem nieuchwytnego, nieobliczalnego. I choć jest nieprzewidywalny, to jednocześnie wiemy, że cokolwiek zrobi, będzie to dobre. Bo Bóg jest miłością i miłosierdziem.

    Wielu kwestionuje miłosierdzie Boga, kiedy spotyka ich cierpienie.

    Rozumiem reakcje doświadczonych przez życie osób. Naprawdę trzeba ogromnej dojrzałości duchowej, by w pierwszej chwili zareagować inaczej. Ale są też tacy, którzy z lubością obwiniają Boga o całe cierpienie tego świata, sami nie poczuwając się do żadnej odpowiedzialności. Wydaje mi się, że może to być ich nieuświadomiony sposób radzenia sobie z poczuciem winy. W komentarzach na naszym kanale regularnie pojawiają się te same oskarżenia wobec Boga. Padają pytania: „Czemu milczał, kiedy mordowano ludzi w Oświęcimiu?” czy „Gdzie jest, kiedy dzieci umierają na raka?”. I wiele podobnych.

    Co Siostra wtedy odpisuje?

    Staram się usłyszeć każdą osobę, bo przeczuwam, że za takim komentarzem stoi osobista historia czyjegoś bólu. Jeśli widzę, że ktoś chce dociec prawdy, wówczas istnieje szansa, żeby dojść do jakiegoś dobra. Myślę, że wielu z nas nie pojmuje tajemnicy Boga Wszechmogącego i Miłosiernego. Jakoś nie łączy się nam to w głowie z tym, że cierpimy z powodu konsekwencji każdego grzechu. Wielu, niestety, nie podejmuje takiej refleksji, ale to my, siostry, mamy prowokować do myślenia, do zadawania niewygodnych pytań. Kiedyś zajmowałam się w sanktuarium korespondencją z anglojęzycznymi pielgrzymami. Pewna pani z Irlandii po powrocie z Łagiewnik napisała do nas list z pretensjami, jak możemy głosić, że Bóg jest taki dobry, skoro dopuszcza tyle cierpienia. Wyjawiła w nim tak trudną historię swojego życia, że po jej przeczytaniu czułam się kompletnie bezradna.

    Poradziła jej Siostra coś?

    Byłam dopiero dwa lata po ślubach, dlatego poszłam po mądrość do jednej z naszych starszych sióstr. Usłyszałam od niej radę, która do dziś brzmi w moich uszach: „Odpisz jej jedno – »Zachęcam cię do adoracji krzyża Jezusa Chrystusa«”. Tylko tyle. Ale to było bardzo mocne. Kiedy od tej pani otrzymałam kolejny list, było w nim o połowę mniej goryczy. Myślę, że my, ludzie, od dawna mamy problem, który dobrze widać na przykładzie narodu izraelskiego w czasach Jezusa. Oni wtedy oczekiwali, że przyjdzie Mesjasz, który naprawi świat według ich ludzkiej logiki. My też chcemy, żeby przyszedł Bóg, który wszystko po naszemu naprawi. A tu przychodzi Jezus, który naprawia po swojemu – wchodzi w sam środek naszego cierpienia, dzieli je z nami i umiera za nas na krzyżu.

    A my chcemy Boga, którego sobie wymyśliliśmy.

    Jeżeli okazałby się taki, jak chcemy, to bylibyśmy głęboko rozczarowani.

    Cała nasza wiara jest zbudowana z paradoksów i zdziwienia nimi. Siostra Faustyna też musiała budzić zdziwienie. Jak Siostra na nią trafiła?

    Trafiłam najpierw na Jezusa, o którym ona pisze. Zaczęłam zaglądać do jej „Dzienniczka”, który leżał na wierzchu w moim domu. Kupiła go moja mama. Błogosławię Boga za mamy, które kupują dobre książki!

    Co Siostrę do niego przyciągnęło?

    Moc słów Jezusa, Jego wielka miłość i to, że tak po prostu rozmawia z kobietą żyjącą w XX wieku, i to Polką!

    Nie miała Siostra pokusy, by pomyśleć, że te duchowe rozmowy s. Faustyny to jakiś odlot?

    Wtedy otrzymałam szczególną łaskę, bo zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do objawień prywatnych. Specjaliści mówią, że 90 proc. tzw. objawień zewnętrznych to wynik zaburzeń psychicznych lub działań złego ducha. U Faustyny bardzo mnie ujęło to, że sama sobie nie dowierzała, że szczerze szukała prawdy i była gotowa zanegować wszystko, co widziała i słyszała, jeśli Kościół tego nie potwierdzi.

    Kiedy Siostra poznawała św. Faustynę, sama była studentką ASP. Zwykle artyści bywają mocno zapatrzeni w siebie.

    Rzeczywiście, na studiach kładziono duży nacisk na to, by się wyróżniać. Jednocześnie byliśmy zachęcani, by odkrywać, co chcemy dać światu przez naszą sztukę. Wstępując do zgromadzenia, wiedziałam, że przestanę malować. To była moja świadoma rezygnacja.

    A co Siostra malowała na uczelni?

    Na ostatnim roku zdecydowałam się na szaleństwo i namalowałam dwadzieścia tajemnic Różańca. Zrobiłam z tego dyplom, przekonana, że muszę zająć się czymś istotnym, bo na dyplom poświęca się przecież minimum rok życia.

    A w którym momencie zdecydowała się Siostra wstąpić do klasztoru?

    Trzy tygodnie po obronie dyplomu. Chwila wstąpienia była jednocześnie bardzo trudna i bardzo łatwa. Czułam, że niesie mnie jakaś szczególna łaska, bo o własnych siłach nie byłabym w stanie tego zrobić. Potem przeczytałam, że św. Teresa Wielka podobnie przeżyła czas swojego wstąpienia do zakonu.

    Wybierając życie zakonne, umiera się dla tego świata?

    W czasach s. Faustyny podczas ślubów wieczystych, gdy śpiewana była Litania do Wszystkich Świętych, siostry kładły się krzyżem na ziemi i były przykrywane czarnym kirem z wyszytym na nim białym krzyżem. To był znak, że umierają dla tego świata.

    Siostry nie nakryto kirem.

    Nie ma już tego zwyczaju, ale czułam, że decyduję się na szczególną drogę świadomego umierania. Litania do Wszystkich Świętych była moim autentycznym wołaniem o pomoc całego nieba, bo mam świadomość własnych słabości.

    Jak sobie Siostra z nimi radzi?

    Po prostu oddaję je Bogu i nieustannie proszę Go o pomoc. Kilku świętym też się codziennie przypominam.

    A co z życiem, z którego Siostra zrezygnowała – dziećmi, mężem?

    To jest wielkie dobro, z którego można zrezygnować tylko wtedy, gdy się ma powołanie do innej formy życia. Powołaniu towarzyszy specjalna łaska, której autentycznie doświadczam, co nie znaczy, że łatwo jest żyć ślubami. One stanowią wyzwanie. Dla mnie zawsze najważniejszy był ślub czystości, przez który Jezusa stawiamy w centrum naszego serca, myśli, pragnień, wysiłków. Kiedyś, gdy słyszałam te słowa z Ewangelii: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, czułam wyrzuty sumienia, że ja tak nie potrafię, myślałam, że to za wysoko podniesiona poprzeczka. Ale potem usłyszałam te słowa jako obietnicę. Ucieszyłam się, że Bóg mi obiecuje, że mnie do takiej miłości doprowadzi!

    Pomaga Siostrze to, że jest zakonnicą w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia?

    Dla mnie ważne jest, że zgromadzenie, do którego należę, skupia się na tym, co najistotniejsze w sercu Kościoła, czyli na Bożym miłosierdziu. Mój wybór przypieczętowały słowa papieża Jana Pawła II, które skierował do sióstr w Łagiewnikach w 1997 roku: „Dzisiejszy człowiek potrzebuje waszego głoszenia miłosierdzia; potrzebuje waszych dzieł miłosierdzia i potrzebuje waszej modlitwy o miłosierdzie”. W tym zdaniu ujął całe nasze życie apostolskie, bo to są trzy filary tego, co robimy w Kościele.

    Na swoim kanale czyta Siostra codziennie „Dzienniczek”.

    Bardzo się cieszę, że od niedawna mogę to robić z tysiącami osób z różnych zakątków świata! Wraz z początkiem roku wystartowaliśmy z nowym podcastem, zatytułowanym „Zeszyty miłości pełne”, w którym czytam i komentuję zapiski św. Faustyny. Do komentowania zapraszam również moje siostry i specjalnych gości. Ten podcast naprawdę wywołuje duże poruszenie. Nigdy w życiu nie czytałam tak wielu pięknych e-maili, wiadomości, komentarzy. Ewidentnie widać w tym projekcie działanie Boga!

    A Koronkę do Bożego Miłosierdzia często Siostra odmawia?

    Przede wszystkim staram się ją odmawiać z zaangażowaniem serca, skupiając się na Bogu Ojcu, który patrzy na mnie i na wszystkich nas, biednych grzeszników, przez rany swojego Syna. To jest wstrząsający obraz! Dlatego też serce Ojca jest nim głęboko poruszone. Bóg sam obiecał przez św. Faustynę naprawdę wielkie łaski dla tych, którzy będą się modlić koronką. Poza obietnicą dawania nam wszystkiego, o co Go prosić będziemy, oczywiście jeśli to będzie zgodne z Jego wolą, czyli naprawdę dobre, obiecał, że „Chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu”.

    Gość NIedzielny

    ***

    Dużo światła. I zaufania

    Dużo światła. I zaufania

    Miała na imię Miriam, siedziała w półmroku wejścia do bazyliki Bożego Grobu, trzymała w ręce różaniec. Siedziałem tam i ja.

    Oboje patrzyliśmy na przechodzących ludzi, z których część padała na kolana przy płycie ociekającej niesamowicie pachnącym olejkiem. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, a ona wyciągnęła z torebki niewielki obrazek z Jezusem Miłosiernym i podpisem w języku arabskim. Była Palestynką, chrześcijanką. Podała mi obrazek, na co zareagowałem radością i słowami: „Mam taki, ale z podpisem po polsku”. Uśmiechnęła się również, odpowiadając, że miłosierdzie Boże to najpiękniejsze, co ją w życiu spotyka. Wzruszyłem się, nie ukrywam, zwłaszcza że dopiero co zetknąłem się z bardzo trudną sytuacją za pobliską granicą; Miriam schowała różaniec, na którym, jak powiedziała, zawsze w tym miejscu, u stóp Golgoty, odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

    Arabskie litery pod najbardziej znanym na świecie polskim obrazem porównuję czasem z niezrozumiałymi znakami koreańskimi, dziwnie brzmiącym duńskim, trudnym do wypowiedzenia islandzkim… i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli są takie słowa, które najpierw padły po polsku, a potem zostały przetłumaczone na wszystkie języki tego świata, to zwrot „Jezu, ufam Tobie” należy do nich na pewno. A wizerunek namalowany pod dyktando świętej siostry Faustyny jest chyba najbardziej rozpoznawalnym polskim znakiem eksportowym. Chcę o tym pamiętać, bez pustego nadęcia tak często nam towarzyszącego, bo żadna to nasza zasługa, aczkolwiek cieszyć się z tego nie zamierzam przestać. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy natomiast, kiedy obchodzimy święto Miłosierdzia Bożego, zawsze przypominam sobie, że i o miłosierdziu, i o sprawiedliwości niezmiernie rzadko myślimy w sposób właściwy. Trochę to moje doświadczenie z początkowego okresu pontyfikatu Franciszka, gdy opublikował on dokument reformujący (najogólniej rzecz biorąc) proces o nieważność małżeństwa – Mitis iudex. Pół nocy straciłem wówczas na poszukiwaniach kolejnych znaczeń słowa mitis, bo dotychczas znaczyło ono dla mnie „łagodny”, a sędzia – jak wiedziałem – ma być przede wszystkim sprawiedliwy – iudex iustus. Sprawiedliwość i łagodność nie zgadzały mi się wówczas zupełnie, a jeszcze gorzej było, kiedy odkryłem, że jednym z możliwych tłumaczeń łacińskiego mitis jest „słodki”. Tego mi było za dużo. Śmieję się dzisiaj z tamtej zarwanej nad wszystkim posiadanymi słownikami nocy. Dzisiaj wiem, że rozumienie zarówno sprawiedliwości, jak i miłosierdzia kuleje u większości z nas na skutek prostego, aczkolwiek bardzo utrwalonego stereotypu, najmocniej dotyczącego Boga: albo traktując Go jako miłosiernego, przestajemy wierzyć w katastrofalne skutki własnych grzechów, albo uważając, że jest zimnym rygorystą, żyjemy w nieustannym poczuciu winy lub osądzamy innych. Nic z tego nie jest właściwe. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale z błędu świadomie nie wychodzić – diabelską. Życzę w tę szczególną niedzielę dużo światła. I zaufania.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***

    Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje

    Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)


    + Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

    Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

    Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

    Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

    Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

    Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

    Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).

    ***

    Św. Siostra Faustyna o modlitwie

    Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).

    Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.

    Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem (Dz. 147).

    Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).

    ***

    Jak s. Faustyna radziła sobie z cierpieniem?

    „Zaczęłam wołać o miłosierdzie…”

    Czujesz lęk przed śmiercią, chorobą? A może sam właśnie jesteś w trudniejszym czasie swojego życia? I codziennie pytasz Boga: „Czy Ty nie widzisz, że ja cierpię?”. Zobacz jak w takich sytuacjach radziła sobie św. s. Faustyna!

    S. Faustyna mając zaledwie 22 lata przeżywała mroczne doświadczenia: „…zaczęłam wołać o miłosierdzie. Jednak Jezus nie słyszy wołań moich. Czuję zupełne opuszczenie sił fizycznych, padam na ziemię, rozpacz zawładnęła całą duszą moją, prawdziwie przeżywam męki piekielne…” (Dzienniczek, 24).

    To zaledwie krótki fragment tego, co doświadczała przed półtora roku. Jednak przeszła przez to doświadczenie zwycięsko. Jak i jakie szczęście czekało ją na końcu drogi? O tym usłyszysz w kolejnym odcinku podcastu „Zeszyty Miłości Pełne” prowadzonym przez s. Gaudię Skass ZMBM.

    „Siostra Faustyna walczy”

    Kiedy przychodzi cierpienie i kiedy ono trwa i trwa – bez względu na to, czy to jest kilka godzin, kilka dni, miesięcy, lat – wraz z nim przychodzi myśl, która tak bardzo nas osłabia, że to się chyba nigdy nie zmieni, że to już chyba zawsze tak będzie. Tego również doświadczyła św. s. Faustyna. Co robiła w takiej sytuacji? Siostra Faustyna walczy. Opiera się o Słowo Boże – wskazuje s. Gaudia Skass ZMBM.

    Siostra Faustyna oprócz cierpienia fizycznego doznała wiele cierpień duchowych. Wiele razy popadała w przekonanie, że Bóg zostawił ją samą, odrzuca ją i jej nie chce. Faustyna pokazuje genialnie, że w takich doświadczeniach duchowych masz moc wybrać, że nie jesteś skazany na to, żeby żyć w rozpaczy, że pomimo, że się ta rozpacz wkrada do twojego serca, ty możesz wybrać, że będziesz ufać, że nie pójdziesz za rozpaczą.

    „Zaufanie to WYBÓR”

    Faustyna mówi: „Jezu, ufam Tobie, wbrew wszelkiej nadziei, wbrew wszelkiemu uczuciu, które mam wewnątrz, sprzeciwiające się nadziei.” Zobaczcie, widać po tym bardzo jasno, że zaufanie nie jest uczuciem, że zaufanie jest wyborem. Tak, jak miłość nie jest uczuciem, tylko miłość jest wyborem. I my mamy moc wyboru, zawsze.

    Słuchajcie, choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, to ty zawsze masz moc wyboru, co ty z tym czymś zrobisz. Po jakiej stronie się opowiesz? Jaką wybierzesz postawę wobec Pana Boga w tym wszystkim? Czy Go przekreślisz jako Tego niedobrego, który zsyła na ciebie to wszystko? Czy jednak, pomimo tego cierpienia, będziesz wierzył, że On jest dobrym Ojcem, miłosiernym, kochającym. Że będziesz Mu ufał, że On jakoś jest obecny w tym, że skoro to dopuszcza, to w tym jest jakaś Jego mądrość, jakaś Jego miłość, której ty nie musisz rozumieć.

    Stacja7.pl

    ***

    “Będą na ciebie patrzeć jak na dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi”. Co św. Faustyna mówiła o inności?

    “Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem” – zapisała św. s. Faustyna w “Dzienniczku”.

    Fanatyczka, wizjonerka, histeryczka – to tylko kilka epitetów, które wielokrotnie słyszała Faustyna w związku z jej objawieniami. W tamtym czasie nikt nie wierzył jej, że spotyka się z samym Jezusem.

    Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas, a nawet najtrudniejszy w życiu. Ona jednak nie poddawała się i oddawała Jezusowi wszystkie przykrości. Oto co zapisała w “Dzienniczku” na ten temat: 

    Jezu, Jezu, już nie mogę” 

    W pewnym dniu jedna z matek tak się na mnie nagniewała i tak mnie upokarzała, że już myślałam, że nie zniosę tego. – Mówi mi: Dziwaczko, histeryczko, wizjonerko, wynoś mi się z pokoju, niech nie znam siostry. Sypało się na głowę moją wszystko, co się dało. Kiedy przyszłam do celi, padłam na twarz przed krzyżem i spojrzałam na Jezusa, a nie mogłam już ani jednego słowa wymówić. A jednak taiłam się przed innymi i udawałam, jakoby nic nie zaszło pomiędzy nami. 

    Szatan zawsze korzysta z takich chwil; zaczęły mi przychodzić myśli zniechęcenia: za wierność i szczerość – masz nagrodę. Jak można być szczerą, kiedy się jest tak nie zrozumianą. Jezu, Jezu, już nie mogę. Upadłam znowuż na ziemię pod tym ciężarem i pot wystąpił na mnie, i lęk jakiś zaczął mnie ogarniać. Nie mam się na kim wewnętrznie oprzeć. – Wtem usłyszałam głos w duszy: Nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I jakieś dziwne światło oświeciło mój umysł, i poznałam, że nie powinnam się poddawać takim smutkom, i jakaś siła napełniła mnie, i wyszłam z celi z nową odwagą do cierpień.

    Dzienniczek, nr 129

    “Bóg łaski swojej nie poskąpi” 

    Bez pokory nie możemy się podobać Bogu. Ćwicz się w trzecim stopniu pokory, to jest nie tylko się nie tłumaczyć i uniewinniać, jak nam coś zarzucają, ale cieszyć się z upokorzenia.

    Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem. Jeżeli Bóg będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi, pomimo trudności przeprowadzi, a ty tymczasem uzbrój się w wielką cierpliwość.

    Dzienniczek, nr 270

    “Kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać dary Boże”

    Gdy pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje; jej się zdaje, że to wszystko we mnie jest udane. Kiedy jej się wydaje, że popełniam jakieś uchybienia, wtenczas mówi: Objawienia mają, a takie błędy popełniają. 

    Rozpowiedziała o tym i innym siostrom, lecz w znaczeniu zawsze ujemnym, raczej podaje opinię jakiejś dziwaczki. W jednym dniu zabolało mnie to, że ta kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać (119) dary Boże. Po Komunii świętej modliłam się, aby ją Bóg oświecił; jednak poznałam, że dusza ta, jeżeli nie zmieni swojego wewnętrznego usposobienia, nie dojdzie do doskonałości.

    Dzienniczek, nr 1527

    Stacja7.pl

    ***

    „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

    22 lutego 1931 roku. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Nagle zobaczyła w celi Pana Jezusa.


    „Wszystko było jeszcze do zniesienia. Ale kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę (12526)” – pisała Siostra Faustyna w Dzienniczku o doświadczeniach z 1931 roku.

    „Histeryczka, wizjonerka, dziwaczka”

    „Fantastyczka”, a właściwie: fantastka, ale także histeryczka, wizjonerka, dziwaczka, nędza… Ile jeszcze epitetów musiała znieść? A wszystko to za sprawą objawienia Jezusa, który nakazał jej namalowanie obrazu, dzisiaj znanego na całym świecie, z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. To był również początek realizacji misji przekazania światu orędzia o Bożym miłosierdziu.

    Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas. Bodaj najtrudniejszy w życiu.

    „Wymaluj obraz”

    Rozpoczął się 22 lutego 1931 roku. Siostra Faustyna, od sześciu lat w zakonie, niemal od roku mieszkała w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Była po kolacji i modlitwach w klasztornej kaplicy. Przygotowywała się do snu. Nagle zobaczyła w celi Jezusa. „Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady – opisywała w Dzienniczku. – W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie.

    „Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały” (47).

    – Siostry przechodzące akurat koło oficyny widziały jakieś światło w oknie, jaśniejsze niż lampy naftowej – siostra Klawera Wolska, do niedawna przełożona płockiego domu, powtarza to, co w zakonie przetrwało w ustnych przekazach.

    ***

    Orędzie i misja

    Spotkanie w celi nie było złudzeniem. Siostra Faustyna wiedziała to na pewno. Już wcześniej, kilkakrotnie, widziała Pana. Mówił do niej przed wstąpieniem do zgromadzenia, przynaglając do tego kroku, i później, gdy równolegle do formacji zakonnej postępowała na drodze życia mistycznego. Faustyna, po oczyszczeniu zmysłów i ducha podczas znanej tylko mistykom tak zwanej nocy ciemnej, coraz częściej w nagłych momentach światła udzielanego duszy przez Boga poznawała Jego Istotę i doznawała zjednoczenia z Bogiem w miłości.

    Dla Faustyny, która wcześniej nie wiedziała nic o meandrach życia mistycznego, były to wielkie, ale i trudne doświadczenia. Dopóki jednak to wszystko działo się wewnątrz jej duszy i dotyczyło jej samej, dopóty było radością jej serca. Ale tamtej niedzieli, 22 lutego 1931 roku, to się zmieniło. Tego dnia Jezus powierzył jej misję głoszenia orędzia o Bożym miłosierdziu całemu światu. Namalowanie obrazu było jej pierwszą częścią.

    Cztery lata później Jezus powie Faustynie, że ma przygotować świat na ostateczne Jego przyjście. Niemniej już wtedy, w Płocku, była przerażona wielkością zadania, które z czasem będzie się jeszcze rozrastać. I trudno się dziwić. Sama nie mogła namalować obrazu, gdyż nie miała takich zdolności. Jezus nakazał jej, aby wszystko, o czym jej mówi, przekazywała przełożonym. Ci jednak jej słowom nie dowierzali. „(…) okazują mi litość, jakbym była w złudzeniu albo pod wpływem wyobraźni” (38) – skarżyła się w duszy Bogu, co po latach zapisała w Dzienniczku. Oczekiwała, że przełożeni, którzy w jej przekonaniu powinni mieć lepsze rozeznanie w życiu duchowym niż ona, okażą jej pomoc.

    ***

    Rady spowiedników

    Pierwszą osobą, której Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, był spowiednik. Nie wiemy, niestety, kto nim był. W tym czasie spowiedzi w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia słuchali trzej księża: Adolf Modzelewski, Ludwik Wilkoński i Wacław Jezusek. Ten ostatni po drugiej wojnie światowej (zmarł w 1950 roku) dużo i z przejęciem opowiadał klerykom w seminarium w Płocku o objawieniach siostry Faustyny, co nie znaczy, że wcześniej nie mógł być wobec doświadczeń Faustyny krytyczny.

    Pan Jezus prosi o ustanowienie Święta Miłosierdzia

    Wiadomo, że Spowiednik, któremu Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, przyjął to z ogromną rezerwą. Właściwie zanegował polecenie Jezusa. Powiedział jej: „To się tyczy duszy twojej. (…) maluj obraz Boży w duszy swojej” (49). Gdy Siostra Faustyna uspokojona taką interpretacją objawienia odeszła od konfesjonału, usłyszała słowa Jezusa: „Mój obraz w duszy twojej jest”.

    Po chwili Jezus dodał: „Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (45). Powiedział też, że tego dnia kapłani mają głosić ludziom Jego „wielkie miłosierdzie względem dusz grzesznych” (50).

    Jezus sformułował więc kolejne życzenie: ustanowienia święta Bożego Miłosierdzia. Kult Jezusa w obrazie i święto Miłosierdzia Bożego to były dwie pierwsze formy nowego nabożeństwa do Miłosierdzia, o których realizację Siostra Faustyna, ponaglana przez Chrystusa, będzie się odtąd starać wytrwale. A Jezus w kolejnych odsłonach będzie jej dawał poznać, czym jest Boże Miłosierdzie.

    200px-Faustina
    Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

    ***

    Niełatwe zadanie

    Faustyna, nie znajdując zrozumienia u spowiednika, powiedziała o objawieniu Jezusa przełożonej płockiego klasztoru matce Róży Kłobukowskiej. Ale i ona nie dowierzała. „Kiedy o tym powiedziałam matce przełożonej, że Bóg tego żąda ode mnie, odpowiedziała mi, żeby Jezus dał to wyraźnie poznać przez jakiś znak. Kiedy prosiłam Pana Jezusa o jakiś znak na świadectwo, iż prawdziwie Ty jesteś Bóg i Pan mój i od Ciebie pochodzą te żądania, na to usłyszałam taki głos wewnętrzny: Dam poznać przełożonym przez łaski, których udzielę przez ten obraz” (51). Jezus wymagał, ale nie ułatwiał wykonania zadania.

    Dopiero po latach Faustyna zrozumie, a Jezus jej to wyraźnie powie, że trudności są potrzebne dla potwierdzenia prawdziwości objawienia. Ponadto największą wartość w oczach Boga ma nie efekt działania człowieka, ale sama intencja, z jaką się je podejmuje, oraz cierpienie z nim związane. Wówczas jednak, w 1931 roku, Faustyna była zdezorientowana i skonfundowana: „(…) chodziłam od przełożonych do spowiednika, od spowiednika do przełożonych, a uspokojenia nie znajdowałam” (122) – pisała. Jednak przełożone Faustyny też nie miały łatwego zadania. Musiały być mocno zdziwione i strwożone, gdy pewnego dnia młoda zakonnica drugiego chóru oświadczyła im, że ukazał się jej Jezus i nakazał namalować obraz religijny nowego typu. Co więcej, polecił, by Kościół ustanowił nowe religijne święto.

    Przełożone Faustyny widziały w niej zapewne dobrą i pokorną, zjednoczoną z Jezusem, ale prostą i niewykształconą zakonnicę, która nie złożyła jeszcze ślubów wieczystych. Dlaczego – mogło im się zdawać – to jej Jezus miał się objawiać? Dlaczego jej przekazywać orędzie? I cóż mogła ona wiedzieć o mistyce? Gdzie owych stanów duchowych doznawać? Za ladą sklepu piekarniczego albo przy piecu kuchennym – gdzie pracowała?

    Objawienia – wierzyć czy nie?

    Objawienia prywatne są sprawą trudną. Nie stanowią problemu, dopóki są przeznaczone dla człowieka indywidualnie – jego nawrócenia czy wzrostu wiary. Stają się kłopotliwe, gdy wizjoner ogłasza, że otrzymał misję: ma przekazać światu słowa Boga, Maryi czy świętych. Dla Kościoła jedynym i ostatecznym Objawieniem się Boga jest Chrystus, Syn Boży. To najważniejsze Objawienie – zwane publicznym – jest zawarte w Piśmie Świętym. Kościół nie odrzuca objawień prywatnych, jeśli w długim zazwyczaj i żmudnym procesie uzyska pewność, że nie rozszerzają one, nie przekraczają ani nie zmieniają Objawienia publicznego, lecz wydobywają z niego jakieś zapomniane czy niedoceniane wątki, które w danej epoce historycznej są istotne. Drugą nie mniej ważną okolicznością jest upewnienie się, że wizjoner nie ogłasza objawień z przyczyn egoistycznych, nie szuka chwały, zaspokojenia swoich ambicji oraz że prowadzi życie w pełni chrześcijańskie. W ocenie prawdziwości objawień niezmiernie ważne jest też poddanie się dyscyplinie kościelnej, decyzjom przełożonych nawet za cenę cierpienia.

    Sw_faustyna_helena_kowalska
    HELENA KOWALSKA (FAUSTYNA TO IMIĘ ZAKONNE) W WIEKU 18 LAT

    ***

    Jedno z największych niebezpieczeństw objawień – podkreśla ksiądz Jan Machniak, profesor teologii duchowości, autor wielu książek poświęconych duchowości siostry Faustyny – wynika z tego, że dokonują się one w sferze zmysłów. Oddziałują na wzrok, słuch, dotyk, węch. – To wszystko, co działa na nasze zmysły, podlega też działalności złego ducha, który może zwodzić człowieka – wyjaśnia ksiądz Jan Machniak. – Dlatego święty Jan od Krzyża mówił, aby odrzucać wszystkie objawienia, nawet te, które przybliżają nas do Boga, aby nie popaść w pułapkę, jaką może zastawić na człowieka zły duch.

    Dystans

    Przełożone i spowiednicy Faustyny mieli zapewne jeszcze inne powody, by zachować dystans wobec tego, co mówiła. Prawdopodobne nieraz spotkali już osoby, których rzekome objawienia były po prostu wynikiem choroby psychicznej. Przeżycia wewnętrzne bardzo mocno działają bowiem na psychikę człowieka, dlatego czasem trudno odróżnić doznanie mistyka od choroby psychicznej. Potrzeba więc dużej ostrożności, a nawet badań psychiatrycznych. Dlatego kilka lat później, w Wilnie, ksiądz Michał Sopoćko, zanim został kierownikiem duchowym siostry Faustyny i pomocnikiem w głoszeniu orędzia o Bożym miłosierdziu, najpierw poprosił o zbadanie przyszłej świętej przez psychiatrę.

    Był jeszcze jeden powód rezerwy wobec objawień Faustyny. Jezuita ojciec Józef Andrasz, który także był kierownikiem duchowym pod koniec życia siostry Faustyny, twierdził, że jej zgromadzenie sceptycznie odnosiło się do nadzwyczajnych objawień, bo zwyczajnie na nie nie czekało. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia „wychowane na ascezie świętego Ignacego”, założyciela jezuitów, „dalekie od wszelkiej egzaltacji” miało już określone metody i kierunek pracy: „Przez swoje reguły, przez swoje ćwiczenia duchowe, przez coroczne rekolekcje, przez konferencje prowadzone przez kapłanów i przełożone, wpaja [zakon – przyp. red.] w swoje siostry wielki szacunek nie dla nadzwyczajności, ale dla cichej, gruntownej pracy, zaczynając od pokuty i pokory, a kończąc na gorącej, ale równocześnie ofiarnej miłości Boga i dusz. (…) Można z całą pewnością stwierdzić, że duchowa gleba zgromadzenia nie jest bynajmniej podatna, aby na niej mogły rozwijać się wizje mistyczne niepewnej wartości” – konkludował ojciec Andrasz, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku dobrze poznał zgromadzenie.

    ***

    Po ludzku – została sama

    W ten sposób Siostra Faustyna z objawieniami, które nie były przeznaczone tylko dla niej, ale także dla całego świata, została po ludzku biorąc – sama. Był z nią Jezus, którego obecność i miłość do końca życia będą dodawać jej sił w realizacji powierzonej jej misji. Nie znaczy to jednak, że Faustynie nie towarzyszyły rozterki i wątpliwości. Podsycali je przełożeni, którzy nie dowierzali jej słowom, wprowadzali zamęt w jej sercu. Trwało to do momentu spotkania spowiedników, którzy rozpoznali charakter jej życia duchowego.

    Tymczasem w Płocku Siostra Faustyna strofowana przez przełożone zaczęła, jak pisze, „trochę opuszczać” się, czyli unikać wewnętrznych natchnień. „Zaczęłam unikać spotkania się z Panem we własnej duszy, bo nie chciałam być ofiarą złudzenia”. Ale na nic się to zdało, bo „mowa Boża wymowna jest i nic jej zagłuszyć nie może” – pisała. Pan ścigał ją „swymi darami”: „naprawdę, na przemian doznawałam męki i radości” (130).

    Gdy próbowała uciekać od nakazu Jezusa, On tym bardziej przynaglał ją do działań. Siostra Leokadia Drzazga pamiętała po latach, że przy jakiejś okazji, w Płocku, Siostra Faustyna powiedziała jej: „Za te dusze, które mają objawienia i widzenia, trzeba bardzo się modlić, bo mają wiele doświadczeń, wątpliwości i niepewności, tak, że mogą się załamać”.

    Niepewność i brak pomocy

    Kiedyś Siostra Faustyna zmęczona niepewnościami zwróciła się do Jezusa: „Jezu, czy Ty jesteś Bóg mój, czy widmo jakie? Bo mówią mi przełożeni, że bywają złudzenia i widma różne. Jeżeli jesteś Pan mój, to proszę, pobłogosław mi. – Wtem uczynił Jezus duży znak krzyża nade mną, a ja się przeżegnałam. Kiedy przeprosiłam Jezusa za to pytanie, Jezus mi odpowiedział, że tym pytaniem nie sprawiłam mu żadnej przykrości. I powiedział mi Pan, że bardzo Mu się podoba ufność moja” (54) – zapisała w Dzienniczku.

    Jednak mijały miesiące, a Siostra Faustyna nie mogła spełnić żadnego z poleceń Jezusa. Siostrze Damianie Ziółek, z którą w Płocku się zaprzyjaźniła, powiedziała kiedyś, że „jedna z sióstr” widziała „ślicznego Pana Jezusa (…) cały w promieniach jaśniejący”, chciała „odmalować Pana Jezusa, ale nie umiała”. Choć Damiana widziała zachwyt, z jakim to mówiła, nie domyślała się, że chodzi o nią. Faustyna prosiła o pomoc inne siostry, nie wtajemniczając ich w sprawę. Siostra Bożenna Pniewska: „Nie umiejąc malować twarzy, a nie wiedząc, że jej chodziło o obraz nowego typu, zaproponowałam, że mając dużo ładnych obrazków, dam je jej do wyboru. Podziękowała mi za tę propozycję, lecz jej nie przyjęła”.

    ***

    Reakcja przełożonej

    Jesienią 1931 roku przełożona płockiego domu matka Róża Kłobukowska poinformowała matkę generalną Michaelę Moraczewską, że w przekonaniu siostry Faustyny Jezus polecił jej namalować obraz. Matka Michaela Moraczewska: „(…) mimo woli, przy całej wielkiej życzliwości, musiałam Siostrze Faustynie przyczynić cierpienia. (…) Dopóki jej bogate przeżycia wewnętrzne i mistyczne zamykały się w obrębie murów zakonnych, były tajemnicą między Bogiem, jej duszą i przełożonymi, [cieszyłam się], widząc w tych wszystkich łaskach wielki dar Boży dla Zgromadzenia. Inaczej jednak, gdy objawienia Siostry zaczęły dążyć do ujawnienia na zewnątrz. Bardzo się wtedy lękałam, żeby nie wprowadzić do życia Kościoła choćby najmniejszej nowostki, fałszywych nabożeństw itp., a jako główna przełożona czułam się tu za nasze Zgromadzenie odpowiedzialna”.

    Przyznaje też, że obawiała się u Faustyny „podkładu wybujałej fantazji albo może jakiejś histerii, bo nie zawsze co zapowiadała, spełniało się”. Matka Moraczewska pamiętała bowiem, iż pewnego dnia Faustyna prosiła inne siostry, aby modlić się za pewną uczennicę, która była w zakładzie wychowawczym prowadzonym przez zgromadzenie. Miała ona, według słów siostry Faustyny, „doświadczyć wielkich trudności w wyznawaniu swoich grzechów, lecz uczennica nie myślała w ogóle, że będzie się spowiadać, i nic o tym nie mówiła”. Dlatego matka generalna przyznaje, że „chętnie i ze zbudowaniem” słuchała, gdy Faustyna opowiadała „głębokie i śliczne swoje myśli, nadprzyrodzone oświecenia”, do czasu gdy poprosiła „o jakieś posunięcia zewnętrzne”. Wówczas odniosła się do nich „z wielką rezerwą”. Nie wiadomo, co matka Moraczewska poradziła czynić przełożonej klasztoru w Płocku w związku ze sprawą Faustyny. Być może radziła zachować dużą ostrożność i nie ulegać jej sugestiom.

    Brak zrozumienia

    Gdy w listopadzie 1932 roku Faustyna przyjechała z Płocka do Warszawy i osobiście powiedziała matce generalnej o poleceniu Jezusa, ta odpowiedziała: „Dobrze, dam siostrze farby i płótno, niech siostra maluje!”. Faustyna odeszła smutna.

    Nie znajdując u nikogo zrozumienia, modliła się gorąco o kierownika duchowego, który pomoże zrozumieć, co dzieje się w jej duszy i ułatwi spełnić polecenia Jezusa.

    ***

    Pomówienia

    Tymczasem w płockim klasztorze wśród sióstr zaczęła rozchodzić się fama, jakoby Faustyna widziała Jezusa. Siostry zaczęły przyglądać się jej z zaciekawieniem, bacznie obserwować. A że na zewnątrz niczym, oprócz szczególnego umiłowania modlitwy, nie wyróżniała się, większość niedowierzała tym wiadomościom. Niektóre siostry ostrzegały Faustynę, że ulega złudzeniom, mówiły, że jest fantastką, histeryczką. Były i siostry życzliwe Faustynie, wśród nich siostra Damiana Ziółek.

    Nie wiadomo, czy to ona czy inna zakonnica prosiła Faustynę, by się broniła przed pomówieniami. „Szczera była ta dusza i co słyszała – powiedziała mi szczerze. Ale podobne rzeczy codziennie wysłuchiwać musiałam” (125) – pisała Faustyna. I chociaż ją to wewnętrznie męczyło, postanowiła nie tłumaczyć się, ale wszystko znosić w cichości i pokorze. „Jednych drażniło to moje milczenie, a zwłaszcza więcej ciekawych. Drugie – głębiej myślące – mówiły, że jednak Siostra Faustyna musi być bardzo blisko Boga, że ma siłę znieść tyle cierpień. I widziałam przed sobą jakby dwie grupy sędziów. Starałam się o ciszę wewnętrzną. Nie mówiłam nic, co się tyczyło mojej osoby, chociaż byłam przez niektóre siostry wprost pytana. Zamilkły usta moje. Cierpiałam, jak gołębica, nie skarżąc się. Jednak niektóre siostry miały jakoby przyjemność, aby mi w jakikolwiek sposób dokuczyć. Drażniła je moja cierpliwość, jednak Bóg dawał mi wewnętrznie tyle siły, że znosiłam to ze spokojem” (126).

    „Strzeżona jak złodziej”

    W Dzienniczku, pisanym przecież od 1934 roku, Faustyna raz jeszcze wraca do sytuacji w płockim klasztorze, co pokazuje, że był to dla niej trudny czas. Po okresie zainteresowania sióstr jej osobą nastąpiło chwilowe uspokojenie, po czym znów ich wścibstwo wybuchło z dużą siłą, a do tego doszły jakieś niepowodzenia zewnętrzne, których jednak Faustyna nie precyzuje. „Widzę teraz, że jestem jak złodziej strzeżona wszędzie: w kaplicy, przy obowiązku, w celi. Już teraz wiem, że oprócz obecności Bożej mam zawsze obecność ludzką; naprawdę, nieraz bardzo ta obecność ludzka mnie męczyła. Były chwile, że się zastanawiałam, czy się rozebrać do mycia czy nie. Naprawdę, biedne moje łóżko, ono także było wiele razy kontrolowane. Śmiech mnie nieraz ogarnął, jak się dowiedziałam, że nawet łóżka nie zostawią w spokoju. Sama mi jedna z sióstr powiedziała, że co dzień wieczorem patrzyła się do mnie do celi, jak się w niej zachowuję” (128).

    Siostra Faustyna pomawiana o histerię, pod obstrzałem spojrzeń przełożonych, spowiedników i sióstr, chwilami niedowierzająca samej sobie nie przestawała modlić się o kierownika duchowego. Jej prośby zostały wysłuchane w 1933 roku, gdy w Wilnie poznała księdza Michała Sopoćkę, dziś błogosławionego. Rok później powstał obraz Jezusa Miłosiernego. Ale musiało minąć niemal pół wieku, aby objawienia prywatne siostry Faustyny zostały przez Kościół uznane.

    fragment książki „Siostra Faustyna. Biografia Świętej” autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej/Stacja7.pl

    ***

    Co można wyczytać

    z obrazu Jezusa Miłosiernego?

    Prosta siostra Faustyna “od garnków”, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. O co w nim chodzi? O fenomenie Bożego Miłosierdzia opowiada s. Gaudia Skass ZMBM.

    „Uratowani” to ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia spotkali Chrystusa i poszli za Nim. „Uratowani” to też Ci, którzy w konfesjonale zostawiają cały swój ból Jezusowi. Jesteśmy wszyscy uratowani przez Miłość, bo za wszystkich nas umarł Chrystus. Wydarzenie Jego męki i śmierci najwięcej mówi o tym, jak bardzo nas kocha. Nie nas ogólnie, ale nas szczególnie – Ciebie i mnie.

    Ktoś oddał za Ciebie życie

    Nie każdy jest tego świadomy. To wielka szkoda. To straszne, jak wielu ludzi nie wie, że są uratowani. Przypomina mi się historia ze Stanów Zjednoczonych. Wyobraźcie sobie typowy amerykański dom – duży, zadbany, elegancki. W dużym salonie na parterze w szklanej gablocie wisiał mundur strażacki. Brudny, podarty mundur – widać, że po akcji. Kiedyś zaproszeni przez właścicieli goście zapytali, o co chodzi z tym mundurem, bo to dość nietypowe. Właściciel opowiedział im, że kiedy był mały w jego domu rodzinnym wybuchł pożar. Mundur ten należał do strażaka, który uratował go z płomieni, ale sam nie przeżył. „Od tej pory trzymam ten mundur u siebie w domu, żeby codziennie pamiętać, że ktoś oddał za mnie życie” – powiedział właściciel.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    „Wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”

    W pewnym sensie s. Faustyna miała łatwiej, bo mówiła „wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”. Można by jej pozazdrościć. A nam na pewno o Bożym Miłosierdziu mówi ten obraz, obraz Jezusa Miłosiernego. Patrząc na niego możemy mówić „mam wizję, mam objawienie”, bo uczestniczymy w tym samym wydarzeniu, które opisała Faustyna. Ona była zachwycona i przerażona zarazem, bo z jednej strony to wielka radość, że Bóg jest tak blisko, a jednocześnie drżenie – bo to przecież Bóg. Jezus powiedział po prostu „Wymaluj obraz. Chcę by był czczony na całym świecie. Będę dawał wiele łask przez ten obraz.”

    Jezus Miłosierny na tym obrazie jest odpowiedzią na kryzys bliskich relacji, których ciągle nam brakuje. On przychodzi zwyczajnie, by z Tobą być, by Ciebie słuchać. Ręce Jezusa mają ślady po gwoździach. Bóg, który do nas przychodzi to poraniony Bóg i może dlatego tak łatwo nam z Nim być – bo też jesteśmy poranieni. Jego dłonie są też odpowiedzią na nasze niskie poczucie własnej wartości, bo krwawa rana to wyryte na nich moje i Twoje imię. Już przez Izajasza Bóg mówił nam „jesteś dla mnie bezcenny, wykupiłem Cię”.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    Prosta siostra Faustyna od garnków, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. A wszystko zaczęło się w Płocku, w Polsce. Naprawdę dzieją się cuda, ludzie zbliżają się do Boga. Ten obraz jest niejako oknem na spotkanie z Bogiem. Jezus z tego obrazu mówi dziś „Spójrz na moje stopy. Nieustannie idę do Ciebie, nieustannie Cię szukam, ścigam Cię gdy się zagubisz”.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    Krew i woda – eucharystia i spowiedź, życie i oczyszczenie

    Jezus chce wyprostować wszystkie zawikłane ścieżki i chce dać Ci pełnię życia, abyś poczuł jego smak. Dlatego czeka na Ciebie w sakramentach. Jezus powiedział Faustynie – „moją chwałą jest grzesznik”. Bóg nie męczy się przebaczaniem, mówił o tym papież Franciszek. On jest gotów cały czas nam przebaczać. Miłosierdzie Boże to odpowiedź na naszą nieumiejętność przebaczania sobie samym i innym, których często tak łatwo osądzamy.

    „Jezu, ufam Tobie”

    Ufa się tylko komuś, o kim wiesz, że Cię akceptuje takiego, jakim jesteś; kto Cię nie odrzuci, nawet gdybyś powiedział o najgorszych świństwach swojego życia. Bóg Cię nie odrzuci, będzie wzruszony, że mu zaufałeś. Takiego Boga poznała s. Faustyna – zaufała Mu na całego. Wiedziała, że Bóg jest samą Miłością i nie ma innej opcji, jak tylko zaufać Mu bezgranicznie.


    s. Gaudia Skass ZMBM – malarka i dziennikarka, przez wiele lat pracowała w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Współorganizowała duchowe przygotowania do Światowych Dni Młodzieży.

    Stacja7.pl

    ***

    fot. Józef Wolny/Gość NIedzielny

    ***

    Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

    ***

    Koronka do Miłosierdzia Bożego.

    Modlitwa o wielkiej mocy

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.

    Stacja7.pl


    KORONKA  DO  MIŁOSIERDZIA  BOŻEGO

    odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek


    Na początku

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.


    Na dużych paciorkach (1 raz)
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.


    Na małych paciorkach (10 razy)
    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.


    Na zakończenie (3 razy)
    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    ***

    Ikona Bożego Miłosierdzia będzie pielgrzymować po świecie

    Samplefot. Marcin Jarzembowski / Biuro Prasowe Diecezji Bydgoskiej

    ***

    W Niedzielę Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się ogólnoświatowa peregrynacja ikony Bożego Miłosierdzia. Została ona pobłogosławiona przez papieża Franciszka w czasie listopadowej audiencji dla wolontariuszy i podopiecznych Małego Domu Miłosierdzia z Geli.

    Zalecenie Ojca Świętego jest jasne: zanieść przygotowaną specjalnie na tę okazję ikonę Jezusa Miłosiernego do kościołów, na place i do domów na całym świecie aż do 2033 roku, kiedy obchodzone będzie dwa tysiące lat Odkupienia, przechodząc przez zwykły Jubileusz 2025 roku. Wraz z ikoną peregrynować będą po świecie relikwie czworga świętych – Jana Pawła II, Faustyny Kowalskiej, Teresy od Dzieciątka Jezus, Matki Teresy z Kalkuty oraz bł. Carlo Acutisa.

    W 2013 roku papież Franciszek poprosił ks. Pasqualino di Dio o założenie Małego Domu Miłosierdzia. Dzięki pracy wolontariuszy rozpoczęły się różne działania solidarnościowe. Dom pomaga w różnych trudnościach udzielając potrzebującym pomocy psychologicznej, żywnościowej. Prowadzi też jadłodajne, akademik i poradnię medyczną. W liście do założyciela, Ojciec Święty nazwał ten ośrodek „latarnią światła i nadziei w ciemności cierpienia i rezygnacji”. A podczas prywatnej audiencji dla 300 pielgrzymów z Geli stwierdził: „Daliście się sprowokować potrzebami braci i sióstr, których Bóg postawił na waszej drodze, zwłaszcza tych ostatnich, najbardziej potrzebujących”. Dodał, że w obecnym czasie niepewności, wojen, mocno wybrzmiewają słowa Jezusa Miłosiernego, powierzone polskiej mistyczce: „Ludzkość nie znajdzie pokoju, dopóki nie zwróci się z ufnością do Bożego Miłosierdzia”.

    Vatican News PL/Watykan Ⓒ Ⓟ

    ***

    5 kwietnia

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00 

    Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl

    ***

    Leon XIV: „Chrystus zmartwychwstał, a wraz z Nim i my zmartwychwstajemy do nowego życia!”

    “Nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia” – apelował Leon XIV podczas Mszy św. w Niedzielę Wielkanocną.

    fot. Vatican news/youtube.com (print screen)

    ***

    W krótkiej homilii papież Leon XIV wskazał, że to wielkanocne orędzie „otwiera nas na nadzieję, która nie gaśnie, na światło, które nie zachodzi, na tę pełnię radości, której nic nie może przekreślić”, gdyż „śmierć została pokonana na zawsze, śmierć nie ma już nad nami władzy”.

    Leon XIV: „moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem”

    Zauważył, że nie zawsze łatwo jest nam przyjąć to przesłanie, „ponieważ moc śmierci zagraża nam zawsze, wewnątrz, jak i na zewnątrz nas”. Wewnątrz nas – gdy balast naszych grzechów nie pozwala nam wznieść się w górę; gdy rozczarowania lub samotność, których doświadczamy, gaszą nasze nadzieje; gdy troski lub urazy tłumią radość życia; gdy doświadczamy smutku lub znużenia, gdy czujemy się zdradzeni lub odrzuceni, gdy musimy zmierzyć się z naszą słabością, z cierpieniem, z trudem – wydaje nam się wtedy, że znaleźliśmy się w tunelu, z którego nie widzimy wyjścia – stwierdził Leon XIV.

    Zaznaczył, że śmierć zawsze czyha również poza nami. Widzimy jej obecność w niesprawiedliwościach, w partykularnych egoizmach, w ucisku ubogich, w niedostatecznej trosce o najsłabszych. Widzimy ją w przemocy, w ranach świata, w krzyku cierpienia, który wznosi się zewsząd z powodu nadużyć, które miażdżą najsłabszych, z powodu bałwochwalstwa zysku, które pustoszy zasoby ziemi, z powodu przemocy wojny, która zabija i niszczy – wyliczał papież.

    Tymczasem Wielkanoc zachęca nas, abyśmy „odkryli, że grób Jezusa jest pusty, a zatem w każdej śmierci, której doświadczamy, jest też miejsce dla nowego życia, które się rodzi”. Pan żyje i pozostaje z nami. Poprzez przebłyski zmartwychwstania przenikające ciemności, powierza On nasze serce nadziei, która nas podtrzymuje: moc śmierci nie jest ostatecznym przeznaczeniem naszego życia. Jesteśmy raz na zawsze ukierunkowani ku pełni, ponieważ w Chrystusie zmartwychwstałym także my zmartwychwstaliśmy – zapewnił Ojciec Święty.

    „Biegnijmy jak Maria Magdalena”

    Zacytował swego poprzednika, Papieża Franciszka, który w swojej pierwszej adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium” stwierdził, że zmartwychwstanie Chrystusa „nie należy do przeszłości; zawiera żywotną siłę, która przeniknęła świat. Tam, gdzie wszystko wydaje się martwe, ze wszystkich stron pojawiają się ponownie kiełki zmartwychwstania. Jest to siła nie mająca sobie równych. To prawda, iż wiele razy wydaje się, że Bóg nie istnieje: widzimy niesprawiedliwość, złość, obojętność i okrucieństwo, które nie ustępują. Jednak jest tak samo pewne, że pośród ciemności zaczyna zawsze wyrastać coś nowego, co wcześniej czy później przynosi owoc”.

    Papież podkreślił, że „w Chrystusie Zmartwychwstałym nowe stworzenie jest możliwe każdego dnia”, gdyż „rodzi się dla ludzkości nowe życie, silniejsze od śmierci”. Pascha jest nowym stworzeniem dokonanym przez Pana Zmartwychwstałego, jest nowym początkiem, jest życiem, które dzięki zwycięstwu Boga nad dawnym Przeciwnikiem zostało wreszcie uczynione wiecznym – stwierdził Leon XIV.

    Zachęcił  do tego, byśmy tę pieśń nadziei nieśli drogami świata. Biegnijmy więc jak Maria Magdalena, głośmy ją wszystkim, nieśmy naszym życiem radość zmartwychwstania, aby wszędzie tam, gdzie wciąż unosi się widmo śmierci, mogło zajaśnieć światło życia – zaapelował papież.

    Watykan/KAI, pa/Stacja7

    ***

    Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,

    nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.

    Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?

    Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.

    Każdy z nas też jest na tej drodze

    i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:

    twarde, zimne i nieubłagane.

    Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,

    żeby głaz już piersi nie przytłaczał,

    żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,

    żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,

    żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi

    zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.

    ks. Marian

    ***

    6 kwietnia

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

    Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    emaus
    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.

    Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…

    Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr
    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ***

    ZMARTWYCHWSTAŁY PAN

    Aula Pawła VI
    Aula Pawła VI  (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)

    ***

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    ***

    Trwa Oktawa Wielkanocna

    do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia

    ***

    „Regina Coeli” zamiast modlitwy „Anioł Pański”.

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA/ cathopic.com

    ***

    W okresie wielkanocnym –trwającym w Kościele katolickim do Zesłania Ducha Świętego południową modlitwę “Anioł Pański” zastępuje hymn Regina Coeli. To jedna z czterech wielkich antyfon maryjnych. Jej tekst znaleziono w pochodzącym z 1171 r. antyfonarzu z bazyliki św. Piotra.

    Kto jest jej autorem „Regina caeli”?

    Przyjmuje się, że hymn ten powstał między Xi a XII wiekiem, choć dokładna data ani autor nie są znane. Dość często autorstwo dzieła przypisuje się papieżowi Grzegorzowi V (996-99). Nazywał się on Bruno i był Saksończykiem, synem księcia Karyntii (w dzisiejszej Austrii), spokrewnionym z cesarzem niemieckim Ottonem II. Na Tron św. Piotra wstąpił, mając 24 lata, zapoczątkowując stosunkowo krótki okres papieży niemieckich. Mimo młodego wieku i krótkiego pontyfikatu, w dziejach Kościoła zdążył zapisać się m.in. tym, że jako pierwszy biskup Rzymu ogłosił interdykt, czyli klątwę, obejmującą cały kraj, w tym wypadku Francję z powodu niemoralnego, według niego, postępku jej króla Roberta II. Pod koniec krótkiego, jak się później okazało, życia zaczął reformować Kościół w duchu zmian zapoczątkowanych w Cluny. I właśnie temu papieżowi niektórzy przypisują ułożenie antyfony „Regina Caeli”.

    Anielski śpiew

    Bardzo piękna, barwna legenda widzi jej autora w innym papieżu o tym samym imieniu, ale wcześniejszym o 4 stulecia – św. Grzegorzu I Wielkim (590-604). Według tej wersji, w r. 596, w okresie wielkanocnym Rzym nawiedziła zaraza. Aby ją powstrzymać, Papież zarządził procesję pokutno-błagalną. O świcie oznaczonego dnia przybył on wraz ze swym duchowieństwem do rzymskiego kościoła Ara Caeli, skąd wyruszono do bazyliki św. Piotra. Papież niósł ikonę Matki Bożej, której autorstwo przypisywano powszechnie św. Łukaszowi Ewangeliście. Gdy mijano Zamek Hadriana, usłyszano głos z wysokości, opiewający Maryję Królową Nieba. Ojciec Święty, zaskoczony niezwykłym zjawiskiem i ujęty anielskim śpiewem, odpowiedział głośno: „Ora pro nobis Deum, alleluia” (Módl się za nami do Boga, alleluja). W tejże chwili ukazał się świetlisty anioł, trzymający w ręku miecz zarazy, który natychmiast schował do pochwy i od tego czasu epidemia ustała.

    Na pamiątkę tamtego cudownego wydarzenia nazwę Zamku zmieniono na Zamek Świętego Anioła a słowa anielskiego hymnu umieszczono na dachu kościoła Ara Caeli. Znacznie później (prawdopodobnie w wieku XII) do wezwania tego dopisano następne i tak powstała dzisiejsza antyfona.

    Wielkimi jej propagatorami, jak zresztą wielu innych modlitw maryjnych, byli franciszkanie, którzy najpierw odmawiali ją jako dodatek do hymnu Magnificat, wykonywany w w czasie Nieszporów w oktawie wielkanocnej, a w drugiej połowie XIII w. włączyli ją do modlitwy brewiarzowej swego zakonu. Na polecenie Mikołaja III (1277-80) trafiła ona do modlitw kapłańskich w całym Rzymie. Benedykt XIV (1740-58) dekretem z 20 kwietnia 1742 zalecił odmawianie tego hymnu w okresie wielkanocnym, począwszy od Wielkiej Soboty aż do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego.

    Oto oryginalny tekst tej modlitwy i tłumaczenie:

    Regina Caeli, laetare, alleluia

    (Królowo nieba, wesel się, alleluja)
    Quia quem meruisti portare, alleluia,

    (Bo Ten, któregoś nosiła, alleluja)
    Resurrexit, sicut dixit, alleluia
    ,

    (Zmartwychwstał jak powiedział, alleluja)
    Ora pro nobis Deum, allelu
    ia.

    (Módl się za nami do Boga, alleluja.)

    Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia 

    (Raduj się i wesel, Panno Mario, alleluja)

    Quia surrexit Dominus vere, alleluia 

    (Bo zmartwychwstał Pan prawdziwie, alleluja).

    Oremus. Deus, qui per resurrectionem Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per Christum Dominum nostrum. Wierni: Amen.

    Módlmy się. Boże, któryś przez zmartwychwstanie Syna swojego, Pana naszego Jezusa Chrystusa świat uweselić raczył, daj nam, prosimy, abyśmy przez Jego Rodzicielkę Pannę Maryję dostąpili radości życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    TRIDUUM PASCHALNE

    WIELKI CZWARTEK – 2 kwietnia
    Msza św. Wieczerzy Pańskiej – godz. 20.30
    Tego dnia Kościół w szczególny sposób czci Najświętszy Sakrament Eucharystii i Sakrament Kapłaństwa.
    Podczas Adoracji Pana Jezusa w ciemnicy jest możliwość spowiedzi św.

    ***

    WIELKI PIĄTEK – 3 kwietnia
    Liturgia Męki Pańskiej – godz. 20.00

    Po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.


    W tym dniu obowiązuje post ścisły co do jakości i ilości
    .

    Pierwszy dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    ***

    WIELKA SOBOTA – 4 kwietnia
    Liturgia Paschalna
    – godz. 22.30

    Wielkanocny zwyczaj święcenia pokarmów – godz. 12.00 i 15.00

    W tym czasie jest możliwość spowiedzi św.

    Drugi dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    ***

    Odpusty Wielkiego Postu, Triduum Paschalnego i Wielkiej Nocy

     Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych

    Warunki konieczne do uzyskania odpustu zupełnego są następujące:

    * wzbudzenie intencji zyskania odpustu

    * wykonanie dzieła obdarzonego odpustem

    * sakramentalna spowiedź (stan łaski uświęcającej)

    * przyjęcie Komunii świętej Eucharystycznej

    * modlitwa w intencjach papieskich (Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… lub inna dowolna wybrana przez wiernego)

    * wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego

    DROGA KRZYŻOWA

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie odprawi nabożeństwo Drogi Krzyżowej albo zjednoczy się pobożnie z nabożeństwem Drogi Krzyżowej sprawowanym przez Ojca Świętego i bezpośrednio przekazywanym za pomocą radia, telewizji lub Internetu. Co do uzyskania tego odpustu określa się następujące warunki:

    * Nabożeństwo należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi zgodnie z przepisami liturgicznymi Kościoła. Do erygowania zaś Drogi krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykle zamieszcza się, z pożytkiem duchowym dla wiernych, tyleż wizerunków przedstawiających stacje jerozolimskie.

    * Według powszechnego zwyczaju, Droga krzyżowa składa się z 14 pobożnych czytań, do których dodaje się wezwania modlitewne. Jednak dla odprawienia Drogi krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i śmierci Pana Jezusa. Nie jest konieczne rozważanie poszczególnych tajemnic każdej stacji.

    * Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak tę pobożną praktykę odbywa się publicznie i wszyscy nie mogą się przemieszczać od stacji do stacji bez niedogodności, wystarczy, gdy do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący, a inni uczestnicy pozostają na swoich miejscach.

    * Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę w odprawianiu Drogi Krzyżowej mogą uzyskać odpust zupełny, jeśli przynajmniej przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

    * Inne praktyki, polegające na rozważaniu męki i śmierci Pana Jezusa w 14 stacjach, zatwierdzone przez kompetentną władzę kościelną, mogą być przyrównane do Drogi krzyżowej, także co do zyskania odpustów.

    GORZKIE ŻALE

    Za udział w tym nabożeństwie można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu (zazwyczaj Gorzkie żale są śpiewane we wszystkie niedziele Wielkiego Postu).

    REKOLEKCJE

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przynajmniej przez pełne trzy dni będzie uczestniczyć w rekolekcjach.

    WIELKI CZWARTEK

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który adoruje Najświętszy Sakrament w Wielki Czwartek podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej, połączonej z pobożnym odmówieniem hymnu: Przed tak wielkim Sakramentem wraz z modlitwą (hymn ten jest zawsze odmawiany lub śpiewany wspólnie przez wiernych w kościołach parafialnych, uczestniczących w liturgii Wielkiego Czwartku, a modlitwę odmawia kapłan).

    KAŻDY PIĄTEK WIELKIEGO POSTU I WIELKI PIĄTEK

    * Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przyjmie Komunię Świętą w jakikolwiek piątek Wielkiego Postu, także w Wielki Piątek, połączoną z odmówieniem przed wizerunkiem Pana Jezusa Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.

    * Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie będzie uczestniczyć w adoracji Krzyża w czasie uroczystej celebracji Pamiątki Męki i Śmierci Pana w Wielki Piątek.

    WIELKA SOBOTA

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który w czasie liturgii Wigilii Paschalnej, czyli w Wielką Sobotę wieczorem, odnowi przyrzeczenia chrzcielne.

    WIELKANOC

    Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie przyjmuje błogosławieństwo udzielone przez papieża Urbi et orbi (Miastu i światu); również wtedy, gdy ze słusznej przyczyny nie uczestniczył fizycznie w liturgicznych obrzędach tylko pobożnie śledził same obrzędy w bezpośredniej transmisji przez media.

    Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych: wspomozycielki.plapdc.wspomozycielki.pl

    ***

    2 kwietnia

    Wielki Czwartek

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614) ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    +++

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    +++

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    +++

    Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek

    Za co można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek? To naprawdę proste
    fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com

    ***

    Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.

    Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.

    Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek

    Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.

    O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.

    O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.

    O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.

    +++

    Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.

    Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym  z warunków uzyskania odpustu zupełnego.

    Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba. 

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek

    Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.

    Deon.pl

    ***

    fot. stacja7.pl/AI

    ***

    Detale Triduum. Ciemnica

    Polskie słowo „ciemnica” mówi więcej niż liturgiczne „miejsce przechowania”, bo prowadzi od adoracji Najświętszego Sakramentu do nocy pojmania i miejsca, gdzie Jezus był więziony czekając na proces i wyrok.

    Samo słowo brzmi surowo. Ciemnica. W kościołach przygotowuje się ją co roku, w Wielki Czwartek, ale na krótko: na jedną noc, w praktyce często na jeden wieczór. Czasem bywa bardzo prosta, niemal ascetyczna. Czasem rozbudowana, pełna symboli, kamienia, krat i cienia. Niekiedy przypomina więzienie, niekiedy Ogrójec, a czasem po prostu wydzielone, przyciemnione miejsce modlitwy.

    Puste Tabernakulum, Najświętszy Sakrament w ciemnicy

    Ciemnica to jedno z tych polskich słów, które brzmią mocniej niż oficjalne liturgiczne objaśnienia. Mszał rzymski mówi o „miejscu przechowania” Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej. Po uroczystej Eucharystii, po wspomnieniu ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa, po geście umycia nóg, po Komunii, liturgia nagle zmienia ton. Ołtarz zostaje obnażony. Tabernakulum pozostaje puste. Najświętszy Sakrament w rytm kołatek zostaje przeniesiony do innego miejsca, do miejsca przechowania.

    Sens ciemnicy

    Podczas tej procesji śpiewa się wyjątkowy hymn „Sław, języku, tajemnicę”, którego słowa ułożył św. Tomasz z Akwinu. Drugi raz zabrzmi on dopiero w uroczystość Bożego Ciała. To miejsce jest więc najpierw miejscem adoracji i przechowania Eucharystii.

    Ale w Polsce wielowiekowe przeżywanie liturgii dopowiedziało coś więcej. W tym przeniesieniu dostrzeżono nie tylko szacunek wobec Najświętszego Sakramentu, lecz także doświadczenie Jezusa z Wielkiego Czwartku, po Ostatniej Wieczerzy: Jezusa wydanego, pojmanego, osamotnionego. Miejsce przechowania stało się zarazem miejscem uwięzienia, miejscem nocnego czuwania przy Jezusie oczekującym na poranny proces. Tak narodził się sens ciemnicy.

    Ciemnica należy do tej jednej nocy, kiedy Chrystus, wydany, pojmany i opuszczony, będzie już w rękach ludzi. Ma w sobie coś z rzeczywistego dramatu tamtego czwartku: wspólna uczta z Chrystusem wkrótce przerodzi się w rozproszenie po uderzeniu w Mistrza. Jeszcze przed chwilą wszystko skupiało się przy ołtarzu. Teraz uwaga przesuwa się gdzie indziej, jakby liturgia kazała wiernym nie pozostawać w bezruchu, ale wstać i pójść za Jezusem, nie uciec, ale być, zachować się inaczej niż uczniowie.

    Msza bez zakończenia

    Dlatego po Mszy Wieczerzy Pańskiej nie ma zwykłego zakończenia. Jest procesja. Jest przeniesienie. Jest czuwanie. Kościół jakby mówił: to jeszcze nie koniec, idziemy za Nim w noc. Wielki Czwartek to nie tylko Ostatnia Wieczerza.

    Słowo ciemnica dobrze niesie w sobie ten ruch i ten dramat. Jest w nim mrok, ale nie tylko fizyczny. Chodzi także o ciemność nocy, w której zaczyna chwiać się wszystko: wierność uczniów, ich odwaga, ich zrozumienie. W ciemnicy Kościół modli się już nie wobec triumfu, lecz wobec bezbronności Chrystusa. To adoracja Boga, który nie objawia teraz swojej mocy, ale pozwala się wydać w ręce ludzi.

    To adoracja Jezusa, który wszedł już w ten mrok. Jeśli kiedykolwiek w życiu dotknie mnie podobna ciemność, będę wiedział, że On był tam przede mną. Nie będę sam.

    Stacja7.pl

    ***

    Świadek i Pasterz. Jan Paweł II o tajemnicy kapłaństwa na Jasnej Górze

    Dziś przypada 21. rocznica śmierci św. Jana Pawła II. Papież Polak w każdy Wielki Czwartek, który jest dniem ustanowienia kapłaństwa i Eucharystii kierował listy do kapłanów. Przypominał w nich o tożsamości kapłańskiej, istocie powołania i o potrzebie zakorzenienia w modlitwie. Przez cały swój pontyfikat wspierał kapłanów modlitwą, słowem i obecnością. Wielu z nich teraz szerzy jego nauczanie, jest także ojcem wielu powołań.

    Wołanie św. Jana Pawła II o Ducha Świętego na pl. Zwycięstwa stało się początkiem odnowy oblicza Polski

    Wołanie św. Jana Pawła II o Ducha Świętego na pl. Zwycięstwa stało się
początkiem odnowy oblicza Polski
     fot. Adam Bujak/Archiwum Biały Kruk

    ***

    Św. Jan Paweł II napisał w sumie dwadzieścia sześć listów do kapłanów. Na początku swojego pontyfikatu, w 1979 roku, zapewnił w nim duchownych o modlitwie: „Nie przestaję prosić Boga, aby napełnił Was, Kapłanów Jezusa Chrystusa, wszelkim swoim błogosławieństwem i łaską. Na znak czego z serca Wam błogosławię”. Ojciec Święty prosił także, aby wraz z całym Kościołem nie ustawali w modlitwie za niego.

    26 listów do Kapłanów

    – To była jego osobista inicjatywa i wcześniej niespotykana, że przez cały pontyfikat kierował przesłanie i osobiste przemyślenia do kapłanów – mówi o. Marcin Minczyński. Opiekun Sodalicji Mariańskiej zwrócił uwagę, że Ojciec Święty pisał o duchowości, tożsamości kapłańskiej, ale także o największej istocie powołania, czyli istnieniu Eucharystycznym w Szkole Maryi, ponieważ sam w wyjątkowy sposób przeżywał swoje kapłaństwo pragnął dzielić się tym darem z kapłanami.

    – Patrzył na różne aspekty istnienia kapłaństwa: istnienie zbawione dla zbawionych, istnienie wdzięczne, to ukierunkowane na Chrystusa i to, którego wzorem jest Matka Boża. Bardzo często Maryja pojawiała się w papieskich listach. Święty nawiązywał w nich także do sytuacji w jakiej znajdował się Kościół i Ojczyzna – wyjaśniał o. Minczyński. Jak wskazywał paulin, pośród listów, które skierował do kapłanów św. Jan Paweł II były także te poświęcone Soborowi Konstantynopolitańskimu, Soborowi Efeskiemu, a także Wielkiemu Jubileuszowi Wieczernika. Zauważał, że były także listy o kulcie Bożego Miłosierdzia, sakramencie pokuty czy związane z duszpasterstwem i współpracą z młodzieżą.

    – Wyjątkowa była jego postawa całkowitego poświęcenia się posłudze najpierw kapłańskiej, później biskupiej, która przekładała się na służbę ludziom i całe jego życiowe zaangażowanie – mówił. Dodał, że św. Jan Paweł II także należał do Sodalicji Mariańskiej w czasach gimnazjum, gdzie był jej prezesem, a później w czasach akademickich pielgrzymował ze wspólnotą na Jasną Górę. O. Marcin Minczyński przypomniał, że św. Jan Paweł II podkreślał, że właśnie swoją maryjność zawdzięcza Sodalicji Mariańskiej.

    Namaszczony przez papieża Polaka

    O. Sebastian Matecki jako jedyny paulin został wyświęcony przez papieża Polaka w czasie Kongresu Eucharystycznego, w Lublinie w 1987 roku. Jak wspomina było to wydarzenie bezprecedensowe, ponieważ po raz pierwszy na polskiej ziemi, Ojciec Święty udzielił sakramentu prezbiteratu. Paulin podkreślił, że dzień swoich święceń ciągle „nosi w sercu”. – Gest nałożenia rąk przez papieża, znak pokoju, później krótka wymiana spojrzeń i słów, pozdrowienie po Mszy Świętej, ale najważniejsze jest to, co w nas pozostawił, czyli Jezusowe kapłaństwo i za to bardzo mu dziękuję – mówił.

    O. Matecki przypomniał, że papież Polak podczas homilii w Lublinie podkreślał, że to rodziny są wychowawcami. To są pierwsze seminaria, które kształtują powołanie kapłańskie.

    – Ojciec Święty zwracał uwagę na postawę jedności z Bogiem i to żebyśmy byli autentyczni w naszym kapłaństwie, a jest to możliwe, jeżeli będziemy dbali o naszą głęboką relację z Chrystusem. A z tego wypłynie i służba Bogu i drugiemu człowiekowi – opowiadał mnich.

    O. Sebastian Matecki zwrócił uwagę, że św. Jan Paweł II całym swoim życiem pokazywał jaki powinien być kapłan, czyli jak wyjaśniał taki, który naśladuje Chrystusa. – Pokazywał Chrystusa, a przez to kapłaństwo jako służbę Bogu i drugiemu człowiekowi. Cały jego pontyfikat to była szczególna troska o formację kapłańską, powołanie i tożsamość. On nie mówił do nas kim powinniśmy być tylko kim jesteśmy jako kapłani – podkreślił.

    Paulin dodał, że zadaniem kapłana jest kochać Boga, Jemu służyć i tą miłość nieść bliźnim.

    – Św. Jan Paweł II do końca był dla nas wszystkich wspaniałym, niedoścignionym wzorem kapłana. Patrząc na jego życie widzimy oddanie Bogu, człowiekowi, pochylanie się na ludzką biedą, dawanie siebie w modlitwie, o której tak często przypominał, a przede wszystkim umiłowanie Eucharystii do czego jesteśmy powołani – zwracał uwagę.

    O. Sebastian Matecki zauważył, że odejście do wieczności św. Jana Pawła II to były dni do końca naznaczone jego wielkim cierpieniem, zmaganiem, a jednocześnie naznaczone były wielką mobilizacją ludzi. – „Cały świat, oczy i serca były zwrócone ku św. Janowi Pawłowi II”. – Jasna Góra w czasie jego pogrzebu wypełniona była pielgrzymami i gorliwą modlitwą. Wyjątkowym momentem był Apel Jasnogórski, który tak bardzo ukochał papież, po którym odszedł do Domu Ojca – przypomniał paulin.

    O. Matecki dodał, że szczególnie dziś w Wielki Czwartek jest wdzięczny św. Janowi Pawłowi II, że pokazywał prawdziwe oblicze kapłaństwa oparte na służbie i bezgranicznym oddaniu Bogu.

    Jasnogórski testament

    Św. Jan Paweł II pielgrzymował na Jasną Górę sześciokrotnie. O. Grzegorz Prus, jasnogórski historyk zwrócił uwagę, że papież Polak podczas pielgrzymek na Jasną Górę pozostawił paulinom ważne zadanie, że „Jasna Góra ma być konfesjonałem i ołtarzem polskiego narodu”. Jak przypomniał, św. Jan Paweł II mówił też o jedności i wielkim charyzmacie, który zakon otrzymał, czyli charyzmacie jasnogórskim. – Mówił, że mamy napełniać się miłością, jednością i nią dzielić się z innymi – zauważył. Paulin dodał, że to jest właśnie zadanie dla paulinów, aby nauczaniem papieża żyć na co dzień i przekazywać go młodym kapłanom, którzy nie mieli możliwości go poznać.

    Zaznaczył, że inspiruje go „duch modlitwy” jaki charakteryzował Ojca Świętego, a także jego zaangażowanie duszpasterskie.

    Biskupi uczniami papieża Polaka

    Nauczanie papieża Polaka, jego myśli, które przekazywał w listach są inspiracją również dla biskupów. Oni są także tymi, którzy szerzą jego nauczanie. Bp Antoni Długosz konsekrowany był przez św. Jana Pawła II. Zwrócił uwagę, że podczas rekolekcji i pielgrzymek przypomina nauczanie świętego. – Przypominam o chrystocentryzmie, antropocentryzmie, o Bogu jako Ojcu pełnym miłosierdzia, o Matce Bożej jako naszej Matce i o tajemnicy cierpienia, które papież ukazywał w różny sposób. On zachęcał, abyśmy doświadczając cierpienia nigdy od Jezusa nie odeszli – mówił. Zwrócił uwagę, że w listach kapłańskich św. Jan Paweł II podkreślał, że to Chrystus jest przewodnikiem kapłanów i to z Nim należy kroczyć przez życie.

    – Św. Jan Paweł II mówiąc o tym, dlaczego kapłani są potrzebni odpowiadał: ponieważ Chrystus jest potrzebny. On przekazywał Ewangelię i to w odbiorze własnego serca, ale i w odpowiedzialności za prawdę wobec ludzi, którzy słuchają i do których przybywał, poprzez swoje pielgrzymki apostolskie i poprzez dokumenty – mówił abp Wacław Depo. Metropolita częstochowski zauważył, że jego hasło biskupie zostało zaczerpnięte z encykliki papieża Polaka „Redemptor hominis”- ”Ku Chrystusowi Odkupicielowi człowieka” i jak zapewniał metropolita ta droga jest najpewniejsza.

    Abp Depo zwrócił uwagę, że kapłaństwo jest dodatkowym człowieczeństwem dla Chrystusa. – I dlatego kapłan powinien ciałem, duszą, sercem, umysłem, zaangażować się po stronie tej prawdy, której służy. A prawdą jest Chrystus – wyjaśniał metropolita.

    Papież Polak zmarł 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37. Już w dniu jego pogrzebu tłum wiernych skandował: „Santo Subito” – „Święty Natychmiast”. To życzenie zaczęło się spełniać już po miesiącu, gdy rozpoczął się jego proces kanonizacyjny. Choć pielgrzymi z całego świata nie mieli wątpliwości, co do jego świętości.

    Chociaż dzisiaj upływa 21 lat od śmierci św. Jana Pawła II to na Jasną Górę wciąż pielgrzymują pokolenia Polaków, które jego wzorem zawierzają Matce Bożej swoje życie i za papieżem mówią – „Totus Tuus”. Ojciec Święty jest ważny nie tylko dla kapłanów, osób starszych, ale także dla młodzieży, która jest mu wdzięczna za to, że „zawsze w nich wierzył”.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania –

    orędzie prefekta Dykasterii ds. Duchowieństwa na Wielki Czwartek

    fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    „Kapłaństwo nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem” – pisze w orędziu skierowanym do kapłanów, diakonów i seminarzystów z okazji Wielkiego Czwartku prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik. Dokument wyraża wdzięczność Kościoła za wierność duchownych. Wskazuje, że przez ich posługę Chrystus wciąż przybliża się do swojego ludu, uzdrawia, przebacza i karmi.

    W orędziu czytamy, że Wielki Czwartek to dzień kontemplacji Chrystusa, który „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13,1). W dokumencie wyrażono podziękowanie za codzienną posługę kapłańską, która – jak zaznaczono – bywa „cicha i ukryta”. „Dziękujemy za wasze «tak», odnawiane każdego dnia, także pośród trudów, samotności i niezrozumienia” – czytamy w tekście.

    Tożsamość kapłańska i przyjaźń z Chrystusem

    Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa, kard. Lazzaro You Heung-sik przypomina, że kapłaństwo „nie jest rolą do odegrania, lecz darem, którego należy strzec z wdzięcznym sercem i pełnym zachwytem”. Przywołano słowa papieża Leona XIV, który podczas Roku Świętego Nadziei wskazał, że „kapłan jest przyjacielem Pana, powołanym do życia z Nim w osobistej i ufnej relacji”.

    Zgodnie z treścią orędzia, ta duchowa więź i przyjaźń z Chrystusem stanowi „sens celibatu i siłę służby kościelnej”, pozwalając duchownym na odnawianie pierwotnego powołania w chwilach próby – „także pośród trudów, samotności i niezrozumienia”. Autorzy, idąc za wskazówkami papieża, zachęcają kapłanów do powrotu do Wieczernika jako źródła ich tożsamości, gdzie odkrywają, że „nie są definiowani przez to, co czynią, lecz przez nieskończoną miłość, którą Chrystus ich obdarza”. W orędziu podkreślono też, że duchowny jest „człowiekiem Słowa i Eucharystii, kształtowanym każdego dnia przez to, co celebruje”.

    Ofiara i służba jako fundamenty posługi

    Prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa skupia się na dwóch kluczowych pojęciach: ofierze i służbie. Wyjaśnia, że ofiara w swoim najgłębszym znaczeniu „nie jest przede wszystkim wyrzeczeniem, lecz darem, ofiarowaniem własnego życia”. Służba natomiast została określona jako „konkretna forma tej miłości”, której miarą jest gest Jezusa umywającego nogi apostołom. „Żyć na sposób eucharystyczny oznacza żyć w perspektywie daru z siebie, czyniąc własne życie ofiarą dla wszystkich” – podkreśla w orędziu.

    Apel o bliskość i nadzieję

    W obliczu współczesnych trudności, watykańska Dykasteria ds. Duchowieństwa apeluje do duchownych o niezniechęcanie się, nawet gdy „ziemia wydaje się jałowa”. Kapłani zostali wezwani do bycia „ludźmi komunii” oraz „radosnymi świadkami Ewangelii”, cechującymi się bliskością, zdolnością słuchania i współczuciem. Dokument akcentuje także wagę jedności. „Czujcie się zjednoczeni jako prezbiterzy, w komunii z waszymi biskupami, przed którymi odnawiacie przyrzeczenia kapłańskie podczas Mszy Krzyżma” – napisano.

    Osobne słowa skierowano do diakonów, których posługę uznano za „cenną i konieczną dla życia Kościoła, dziś bardziej niż kiedykolwiek”. Do seminarzystów wystosowano apel, by „nie bali się oddać całego swojego życia Panu” i strzegli radości swojego powołania. „Kościół potrzebuje waszej autentyczności, waszego entuzjazmu i waszej wiary” – czytamy w dokumencie.

    Orędzie kończy się życzeniami owocnego Triduum Paschalnego w jedności z Chrystusem oraz modlitwą o pokój, który „leczy każdy konflikt”.

    02.04.2026 – VATICANNEWS.VA

    +++

    3 kwietnia

    Wielki Piątek

    Dzień spłacenia długu

    Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.

    Matthias Grünewald  Grupa Ukrzyżowania,  1512–1516 r.

    ***

    W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.

    Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.

    Tu jest Baranek

    Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.

    Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.

    Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.

    Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.

    „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.

    Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.

    Gdyby wiedzieli…

    „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).

    W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.

    Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.

    „Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.

    To twoja Matka

    Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.

    Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.

    Zapłacono

    Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.

    Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.

    Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.

    I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.

    Usunięcie przegrody

    „A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).

    I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    fot. Canva

    Modlitwa, która daje odpust zupełny w Wielki Piątek

    “Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy”

    W każdy piątek Wielkiego Postu, a także w Wielki Piątek można otrzymać odpust zupełny za odmówienie modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu”. Należy się nią pomodlić po Komunii św., przed obrazem Jezusa Chrystusa.

    Aby uzyskać odpust zupełny należy pamiętać także o jego podstawowych zasadach:
    • brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
    • bycie w stanie łaski uświęcającej
    • przyjęcie Komunii Świętej
    • modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec Święty np. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”.

    Tekst modlitwy:

    Oto ja dobry i najsłodszy Jezu upadam na kolana przed twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę i błagam, abyś wszczepił w moje serce największe uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silniejszą wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym uczuciem i boleścią w duchu oglądam twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając, co już prorok Dawid włożył w twoje usta „Przebodli ręce moje i nogi moje, policzyli wszystkie kości moje”. Amen.

    ***

    Bądź z Jezusem w Wielki Piątek

    Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok. Zapraszamy do włączenia się w czuwanie z cierpiącym Chrystusem.

    Patrzeć na Chrystusa to czytać Słowo Boże, szczególnie ewangeliczne opisy męki i śmierci, a przez nie przyglądać się Jemu, zadając pytania: co czuł? Co myślał? Jak się zachował? Co znaczą słowa, które powiedział? Dlaczego milczał? Z kim się spotkał? Co było w Jego sercu?

    Do uważnego patrzenia na Jezusa powinniśmy więc dołączyć jednoczenie się z Nim w bólu i cierpieniu, jednak nie tyle przez aktywne pocieszanie Go i wymyślanie coraz to nowych sposobów, by uniknął nieuniknionego, ile przez czułe i delikatne trwanie obok.

    Święte Triduum Paschalne to czas, gdy Bóg zaprasza nas do bliskości ze sobą przez Słowo, liturgię i codzienność. On nie chce byśmy byli widzami – nawet tymi najbardziej zaangażowanymi i potrafiącymi świetnie zinterpretować to, co oglądają – ale Jego przyjaciółmi, którym Jezus chce opowiedzieć o wszystkim, co usłyszał od swego Ojca (por. J 15,15). Weźmy Jego Słowo, czytajmy je niemalże w każdym miejscu i czasie, patrzmy na Niego i okazujmy Mu miłość przez czułe gesty wobec tych, których spotykamy.

    (fragment tekstu Zuzanny Marek)

    Poniżej znajdziesz fragmenty Pisma Świętego do indywidualnej medytacji oraz propozycję pytań do refleksji.

    Zachęcamy do rozważania fragmentów o określonych porach dnia – by jeszcze mocniej zjednoczyć się z Panem Jezusem w przeżywanych przez Niego wydarzeniach.


    PLAN DNIA CZUWANIA

    Noc – od północy do 6.00 rano

    JEZUS PRZED SWOIMI SĘDZIAMI

    Mt 26, 59-68

    Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, jakkolwiek występowało wielu fałszywych świadków. W końcu stanęli dwaj i zeznali: «On powiedział: „Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować”». Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?» Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: «Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?» Jezus mu odpowiedział: «Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich». Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: «Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?» Oni odpowiedzieli: «Winien jest śmierci». 

    PORÓWNAJ: Mk 14, 55-65 • Łk 22, 67-71 • J 18, 19-24

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak często wydaję niesprawiedliwy osąd, obmawiam, powtarzam plotki? 
    • Czy milczę, kiedy kogoś spotyka niesprawiedliwość? Czy potrafię stawać po stronie prawdy?

    JEZUS ZNIEWAŻONY PRZEZ SŁUGI ARCYKAPŁANA

    Mt 26, 67-68

    Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: «Prorokuj nam, Mesjaszu, kto Cię uderzył?»

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak często zdarza mi się cieszyć z cudzych niepowodzeń, błędów? 
    • Jak często zdarza mi się szydzić i znieważać innych? Dlaczego to robię?

    PIOTR TRZY RAZY ZAPIERA SIĘ JEZUSA

    Mt 26, 69-75

    Piotr siedział na zewnątrz na dziedzińcu. Podeszła do niego jedna służąca i rzekła: «I ty byłeś z Galilejczykiem Jezusem». Lecz on zaprzeczył temu wobec wszystkich i rzekł: «Nie wiem, co mówisz». A gdy wyszedł ku bramie, zauważyła go inna i rzekła do tych, co tam byli: «Ten był z Jezusem Nazarejczykiem». I znowu zaprzeczył pod przysięgą: «Nie znam tego Człowieka». Po chwili ci, którzy tam stali, zbliżyli się i rzekli do Piotra: «Na pewno i ty jesteś jednym z nich, bo i twoja mowa cię zdradza». Wtedy począł się zaklinać i przysięgać: «Nie znam tego Człowieka». I w tej chwili kogut zapiał. Wspomniał Piotr na słowo Jezusa, który mu powiedział: «Zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.

    PORÓWNAJ: Mk 14, 54. 66-72 • Łk 22, 54b-62 • J 18, 15-18. 25-27

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy w moim życiu był moment, w którym nie chciałem się przyznać do swojej wiary? Dlaczego tak postąpiłem? Czy potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie i podjąć pracę nad sobą?
    • Czy potrafię wybaczyć, gdy moi przyjaciele, rodzina i znajomi mówią o mnie: “Nie znam tego człowieka”? 

    Nad ranem, od ok. 6:00 do ok. 9:00

    PAN JEZUS WYDANY W RĘCE PIŁATA

    Mt 27, 1-2

    A gdy nastał ranek, wszyscy arcykapłani i starsi ludu powzięli uchwałę przeciw Jezusowi, żeby Go zgładzić. Związawszy Go zaprowadzili i wydali w ręce namiestnika Piłata.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 1 • Łk 23, 1 • J 18, 28

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Tak wiele wyroków zapada nade mną w moim życiu: bolesna diagnoza, utrata pracy czy zwykłe kłamstwo na mój temat. Czy potrafię w tych sytuacjach zaufać Bogu? Czy potrafię powiedzieć: “nie moja, lecz Twoja wola…”?
    • Często ja sam podejmuję sąd nad drugim człowiekiem – czy potrafię za to przeprosić? Czy mam na tyle odwagi, by przyznać się do błędu?

    ŚMIERĆ JUDASZA

    Mt 27, 3-10

    Wtedy Judasz, który Go wydał, widząc, że Go skazano, opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: «Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną». Lecz oni odparli: «Co nas to obchodzi? To twoja sprawa». Rzuciwszy srebrniki ku przybytkowi, oddalił się, potem poszedł i powiesił się. Arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: «Nie wolno kłaść ich do skarbca świątyni, bo są zapłatą za krew». Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza, na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę Pole Krwi. Wtedy spełniło się to, co powiedział prorok Jeremiasz: Wzięli trzydzieści srebrników, zapłatę za Tego, którego oszacowali synowie Izraela. I dali je za Pole Garncarza, jak mi Pan rozkazał.

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak zachowuję się w chwilach kryzysu? Czy potrafię prosić o pomoc?
    • Czy jest we mnie wiara w to, że Bóg może mnie wyprowadzić nawet z największego załamania i z najgorszej bezradności?

    JEZUS PRZESŁUCHIWANY PRZEZ PIŁATA

    Mt 27, 11-14

    Jezusa zaś stawiono przed namiestnikiem. Namiestnik zadał Mu pytanie: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Jezus odpowiedział: «Tak, Ja nim jestem». A gdy Go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiadał. Wtedy zapytał Go Piłat: «Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw Tobie?» On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 2-5 • Łk 22, 2-5 • J 18, 29-38

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Milczenie. Czy stać mnie na taką postawę? Ile razy z milczeniem wygrywał gniew, złość, szyderstwo, oszczerstwo…? 
    • Często milczenie utożsamiane jest ze słabością. “Milczy, bo nie wie co powiedzieć, jest słabszy ode mnie”. Ile razy w ten sposób demonstrowałem swoją siłę, raniąc przy tym drugiego człowieka?

    PIŁAT ODSYŁA JEZUSA DO HERODA

    Łk 23, 6-12

    Gdy Piłat to usłyszał, zapytał, czy człowiek ten jest Galilejczykiem. A gdy się upewnił, że jest spod władzy Heroda, odesłał Go do Heroda, który w tych dniach również przebywał w Jerozolimie.

    Na widok Jezusa Herod bardzo się ucieszył. Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć, ponieważ słyszał o Nim i spodziewał się, że zobaczy jaki znak, zdziałany przez Niego. Zasypał Go też wieloma pytaniami, lecz Jezus nic mu nie odpowiedział. Arcykapłani zaś i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali. Wówczas wzgardził Nim Herod wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata. W tym dniu Herod i Piłat stali się przyjaciółmi. Przedtem bowiem żyli z sobą w nieprzyjaźni.

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak reaguję na wzgardę? Co czuję? Pielęgnuję w sobie nienawiść czy pragnę przebaczyć?
    • Co jest fundamentem relacji z moimi przyjaciółmi? Wspólna nienawiść? Sojusz? Korzyść? Czy jestem interesowny w relacjach z innymi?

    PIŁAT UZNAJE NIEWINNOŚĆ JEZUSA

    Łk 23, 13-16

    Piłat więc kazał zwołać arcykapłanów, członków Sanhedrynu oraz lud i rzekł do nich: «Przywiedliście mi tego człowieka pod zarzutem, że podburza lud. Otóż ja przesłuchałem go wobec was i nie znalazłem w nim żadnej winy w sprawach, o które go oskarżacie. Ani też Herod – bo odesłał go do nas; przecież nie popełnił on nic godnego śmierci. Każę go więc wychłostać i uwolnię».

    PORÓWNAJ: J 18, 38

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • W moim życiu wiele razy ponoszę karę za niewinność – jak na nią reaguję? 
    • Jak często strach o moje dobre imię powoduje, że krzywdzę niewinnych?

    JEZUS ODRZUCONY PRZEZ SWÓJ NARÓD I SKAZANY NA ŚMIERĆ

    Mt 27, 15-23

    A był zwyczaj, że na każde święto namiestnik uwalniał jednego więźnia, którego chcieli. Trzymano zaś wtedy znacznego więźnia, imieniem Barabasz. Gdy się więc zebrali, spytał ich Piłat: «Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?» Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: «Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu». Tymczasem arcykapłani i starsi namówili tłumy, żeby prosiły o Barabasza, a domagały się śmierci Jezusa. Pytał ich namiestnik: «Którego z tych dwóch chcecie, żebym wam uwolnił?» Odpowiedzieli: «Barabasza». Rzekł do nich Piłat: «Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?» Zawołali wszyscy: «Na krzyż z Nim!» Namiestnik odpowiedział: «Cóż właściwie złego uczynił?» Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: «Na krzyż z Nim!» .

    PORÓWNAJ: Mk 15, 6-14 • Łk 23, 17-23 • J 18, 39-40 • J 19, 4-15

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy potrafiłbym dziś zamiast “Barabasz” krzyknąć “Jezus”? Czy w tłumie ludzi szydzących z Kościoła, potrafię wyznać swoją wiarę? 
    • Kto kształtuje moją relację z Panem Bogiem – tłum czy ja?

    JEZUS SKAZANY NA ŚMIERĆ I UBICZOWANY

    Mt 27, 24-26

    Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: «Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz». A cały lud zawołał: «Krew Jego na nas i na dzieci nasze». Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 15 • Łk 23, 24-25 • J 19, 16

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czym kieruję się podejmując ważne decyzje? Czy w tym procesie jest miejsce na modlitwę?
    • Jak często “umywam ręce” od odpowiedzialności i konsekwencji swoich decyzji? Czy umiem przyznać się do błędnych decyzji?

    JEZUS ZNIEWAŻANY PRZEZ ŻOŁNIERZY

    Mt 27, 26-31

    Wtedy żołnierze namiestnika zabrali Jezusa z sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: «Witaj, Królu Żydowski!» Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 15-20 • J 19, 1-3

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy nie jestem takim człowiekiem, który potrafi innym zakładać na głowy cierniowe korony? Czy nie przychodzi mi łatwo wyszydzanie innych?
    • Kiedy ostatnio wykpiłem kogoś w komentarzach w social media? Czy zastanowiłem się jak czuje się ten człowiek?

    JEZUS NIESIE KRZYŻ NA GOLGOTĘ

    Łk 23, 26-32

    Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola. Włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem.

    A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas! i do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?». 

    PORÓWNAJ: Mk 15, 20-21 • Mt 27, 31-32 • J 19, 16-17

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy potrafię przyjąć pomoc od innych osób? Czy pamiętam, by za nią dziękować?
    • Czy swoją litością nie krzywdzę innych osób? 
    • Czy nie żyję bardziej życiem innych niż swoim? 
    • Czy potrafię współczuć z miłością?

    Pomiędzy godz. 9.00 i 12.00

    JEZUS UKRZYŻOWANY

    Mt 27, 33-37

    Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy Miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić.

    Gdy Go ukrzyżowali, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. I siedząc, tam Go pilnowali. A nad głową Jego umieścili napis z podaniem Jego winy: «To jest Jezus, Król Żydowski».

    PORÓWNAJ: Mk 15, 22-26 • Łk 23, 33-34 • J 19, 17-24

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy cierpienie innych nie staje się dla mnie okazją do zdobycia korzyści materialnych?
    • Czy biorę pod uwagę uczucia i emocje innych ludzi w codziennych rozmowach czy żartach?

    JEZUS WYSZYDZONY NA KRZYŻU

    Mt 27, 38-43

    Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go i potrząsali głowami, mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, wybaw sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!» Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc, powtarzali: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: „Jestem Synem Bożym”».

    PORÓWNAJ: Mk 15, 27-32a • Łk 23, 35-38

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak reaguję na prowokacje względem mnie? 
    • Czy prowokuje innych chcąc w ten sposób osiągnąć swój cel?

    DWÓCH ŁOTRÓW

    Łk 23, 39-43

    Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju». 

    PORÓWNAJ: Mt 27, 44 • Mk 15, 32b 

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy w moim życiu walczę o świętość do samego końca? 
    • Jak wygląda ta walka? Bliżej jest mi do postawy dobrego czy złego łotra?

    KOBIETY POD KRZYŻEM

    Mt 27, 55-56

    Po śmierci Jezusa

    Było tam również wiele niewiast, które przypatrywały się z daleka. Szły one za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu. Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa, oraz matka synów Zebedeusza.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 40-41 • Łk 23, 49 • J 19, 25-27

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy zawsze jestem wierny Jezusowi, czy wystarczy małe niepowodzenie, jakaś słabość a już uciekam zostawiając Go samego na krzyżu z moimi grzechami?
    • Kiedy ostatnio adorowałem krzyż? Czy nie staję pod krzyżem zbyt rzadko? 

    Zaćmienie słońca ok. godz. 12:00, agonia i śmierć Jezusa ok. godz. 15:00

    ŚMIERĆ JEZUSA

    J 19, 31-37

    Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, aby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.

    PORÓWNAJ: Mt 27, 45-54 • Mk 15, 33-39 • Łk 23, 44-48 

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Jak przeżywam śmierć Jezusa? Czy ogarnia mnie jedynie żal, litość nad umęczonym Jezusem, czy raczej jest we mnie wola pracy nad sobą, walki z grzechem, który Jezusa do śmierci doprowadził?
    • Jaką ostatnio słabość, jaki grzech w sobie „zabiłem”? Jak nad sobą pracuję?

    Wielki Piątek wieczorem

    POGRZEB JEZUSA

    Mt 27, 57-61

    Pod wieczór przyszedł zamożny człowiek z Arymatei, imieniem Józef, który też był uczniem Jezusa. On udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Wówczas Piłat kazał je wydać. Józef zabrał ciało, owinął je w czyste płótno i złożył w swoim nowym grobie, który kazał wykuć w skale. Przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł. Lecz Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam, siedząc naprzeciw grobu.

    PORÓWNAJ: Mk 15, 42-47 •  Łk 23, 50-56 • J 19, 38-42

    PYTANIA DO REFLEKSJI:

    • Czy jestem jak kobiety czujnie pozostające przy Jezusie, czy raczej jak uczniowie, którzy zasnęli kiedy Jezus tylko na chwilę ich opuścił?
    • Jak zachowuję się gdy spotyka mnie porażka? Wierzę Jezusowi do końca i przyjmuję? Czy raczej usypiam swoją wiarę zniechęcony niepowodzeniem?

    wybór i kolejność fragmentów z Pisma Świętego: Ks. Marcin Kowalski

    +++

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął.

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    +++

    4 kwietnia

    Wielka Sobota – cisza i oczekiwanie

    Wielka Sobota jest dniem ciszy i oczekiwania. Dla uczniów Jezusa był to dzień największej próby. Według Tradycji apostołowie rozpierzchli się po śmierci Jezusa, a jedyną osobą, która wytrwała w wierze, była Bogurodzica. Dlatego też każda sobota jest w Kościele dniem maryjnym. Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca.

    Opinogóra, 25.03.2016. Grób Pański w parafii św. Zygmuntaks.
    fot. ks.Włodzimierz Piętka /Gość Niedzielny

    ***

    Wielkanoc zaczyna się już w sobotę po zachodzie słońca. Rozpoczyna ją liturgia światła. Na zewnątrz kościoła kapłan święci ogień, od którego następnie zapala się Paschał – wielką woskową świecę, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa. Na paschale kapłan żłobi znak krzyża, wypowiadając słowa: “Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Umieszcza się tam również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa oraz aktualną datę.

    Następnie Paschał ten wnosi się do okrytej mrokiem świątyni, a wierni zapalają od niego swoje świece, przekazując sobie wzajemnie światło. Niezwykle wymowny jest widok rozszerzającej się jasności, która w końcu wypełnia cały kościół.

    Zwieńczeniem obrzędu światła jest uroczysta pieśń (Pochwała Paschału) – Exultet, która zaczyna się od słów: “Weselcie się już zastępy Aniołów w niebie! Weselcie się słudzy Boga! Niech zabrzmią dzwony głoszące zbawienie, gdy Król tak wielki odnosi zwycięstwo!”.

    Dalsza część liturgii paschalnej to czytania przeplatane psalmami. Przypominają one całą historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa.

    Tej nocy powraca po blisko pięćdziesięciu dniach uroczysty śpiew “Alleluja”. Celebrans dokonuje poświęcenia wody, która przez cały rok będzie służyła przede wszystkim do chrztu. Czasami, na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich, w noc paschalną chrzci się katechumenów, udzielając im zarazem bierzmowania i pierwszej Komunii św. Wszyscy wierni odnawiają swoje przyrzeczenia chrzcielne wyrzekając się grzechu, Szatana i wszystkiego, co prowadzi do zła oraz wyznając wiarę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego.

    Wigilia Paschalna kończy się Eucharystią i procesją rezurekcyjną. Procesja ta pierwotnie obchodziła cmentarz, który zwykle znajdował się w pobliżu kościoła, by oznajmić leżącym w grobach, że Chrystus zmartwychwstał i zwyciężył śmierć. Ze względów praktycznych w wielu miejscach w Polsce procesja rezurekcyjna nie odbywa się w Noc Zmartwychwstania, ale przenoszona jest na niedzielny poranek.

    Ponieważ cud Zmartwychwstania jakby nie mieści się w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał. Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela, nazywana obecnie także Niedzielą Miłosierdzia Bożego.

    W ten dzień w Rzymie ochrzczeni podczas Wigilii Paschalnej neofici, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień świętem Miłosierdzia Bożego, którego wielką orędowniczką była św. Faustyna Kowalska.

    Wielkanoc jest pierwszym i najważniejszym świętem chrześcijańskim. Apostołowie świętowali tylko Wielkanoc i każdą niedzielę, która jest właśnie pamiątką Nocy Paschalnej. Dopiero z upływem wieków zaczęły pojawiać się inne święta i okresy przygotowania aż ukształtował się obecny rok liturgiczny, który jednak przechodzi różne zmiany.

    ks. Włodzimierz Piętka – Gość Niedzielny

    ***

    5 kwietnia

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00 

    Trzeci dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl

    ***

    Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,

    nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.

    Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?

    Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.

    Każdy z nas też jest na tej drodze

    i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:

    twarde, zimne i nieubłagane.

    Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,

    żeby głaz już piersi nie przytłaczał,

    żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,

    żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,

    żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi

    zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.

    ks. Marian

    ***

    6 kwietnia

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

    Czwarty dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia

    emaus
    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego Miłosierdzia.

    Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…

    Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, aby jak najszybciej opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Z wielką żarliwością prośmy Zmartwychwstałego Pana, aby i w naszym sercu dokonał wielkiej przemiany.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do naszego serca wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr
    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ***

    ZMARTWYCHWSTAŁY PAN

    Aula Pawła VI
    Aula Pawła VI  (fot. ks. Waldemar Turek, Vatican News)

    ***

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    Trwa Oktawa Wielkanocna

    do wigilii Niedzieli Bożego Miłosierdzia 11 kwietnia

    ***
    Od 370 lat Królowa Korony Polskiej.

    Rocznica ślubów lwowskich Jana Kazimierza

    (Jan Matejko, Śluby Jana Kazimierza)

    ***

    370 lat temu król Jan II Kazimierz Waza złożył przed obrazem Matki Bożej Łaskawej śluby lwowskie. Oddając w nich opanowany przez Szwedów i Rosję kraj pod opiekę Maryi, uznał Ją za Królową Polski. Do tego aktu nawiązywali w XX wieku kard. Stefan Wyszyński i papież Jan Paweł II.

    1 kwietnia 1656 r. w czasie potopu szwedzkiego król Jan II Kazimierz Waza w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie złożył śluby lwowskie podczas mszy odprawianej przez nuncjusza Pietro Vidoniego przed obrazem Matki Bożej Łaskawej.

    – Wydarzenie to przypada na jeden z tragiczniejszych momentów w historii Polski. Mieliśmy wówczas całkowitą zapaść państwa i poważny kryzys tożsamości społeczeństwa, które nie stawiało oporu najeźdźcom. W konsekwencji kraj niemal w całości został opanowany przez Szwedów i Rosjan. Przyrzeczenia królewskie miały na celu poderwanie do walki z wrogiem nie tylko szlachty, ale też całego ludu – powiedział PAP historyk, prof. Paweł Skibiński z Uniwersytetu Warszawskiego.

    Monarcha oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej, nazywając ją Królową Korony Polskiej. „Ciebie za opiekunkę moją i za Królową królestwa mojego obieram. I siebie i królestwo Polskie, księstwo Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflanckie i Czernichowskie, wojska obydwu narodów i lud cały Twojej osobliwej opiece i obronie polecam, Twojej pomocy i litości w tym nieszczęśliwym i przykrym królestwa mojego stanie, przeciwko nieprzyjaciołom św. Rzymskiego Kościoła pokornie błagam” – ślubował Jan Kazimierz.

    Władca przyrzekł wówczas szerzyć cześć Matki Bożej i ślubował uzyskać w Stolicy Apostolskiej pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej. Zapewnił także, że zajmie się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzi w kraju sprawiedliwość społeczną „Obowiązuję się, iż po uczynionym pokoju starać się będę ze stanami Rzeczypospolitej usilnie, ażeby odtąd utrapione pospólstwo wolne było od wszelkiego okrucieństwa” – czytamy w ślubach królewskich.

    Po władcy w imieniu senatorów i szlachty podobną rotę odczytał 1 kwietnia 1656 r. podkanclerzy koronny biskup krakowski Andrzej Trzebicki, a świadkowie powtarzali za nim słowa ślubowania. – To pokazuje, że tekst ślubów nie był tylko osobistym aktem religijnym monarchy, ale całej wspólnoty narodowej, która zobowiązała się podjąć konkretne kroki – powiedział prof. Skibiński. Zauważył, że „znaczna część polskich innowierców nie miała nic przeciwko kultowi maryjnemu”. – Zarówno grekokatolicy, jak i prawosławni, którzy w przeważającej większości zamieszkiwali wschodnie ziemie Rzeczypospolitej, uznawali i uznają kult Matki Zbawiciela – powiedział.

    Historyk zwrócił uwagę, że prymas Stefan Wyszyński i później papież Jan Paweł II wskazywali na katolicką wizję maryjności „jako pewną esencję wspólnych wartości tworzących polską tożsamość”. – Ujmowali oni wspólnotę narodową nie w kategoriach socjologicznych czy statystycznych, tylko duchowych. Nie oznacza to oczywiście, że zapominali o obecności w kraju wyznawców innych religii, natomiast uznawali, że utożsamiając się z polskością, powinni szanować wymiar duchowy większości członków wspólnoty – powiedział historyk.

    – Choć wiele publikacji utrzymuje, że autorem ślubów mógł być jezuita św. Andrzej Bobola, to ich tekst najprawdopodobniej zredagował prymas Andrzej Leszczyński – wskazał.

    Niektórzy twierdzą, że zobowiązania Jana Kazimierza były wypełnieniem życzenia Maryi przekazanego za pośrednictwem włoskiego jezuity Giulia Mancinellego. – Mimo zapewnień król Polski nie wypełnił złożonych obietnic dotyczących chłopów. Nie zmniejszono im pańszczyzny ani nie oddano ludności wiejskiej pod jurysdykcję sądów królewskich. Akt królewski jednak na trwałe zapisał się w świadomości narodowej i odwoływano się do niego przy okazji różnych wydarzeń patriotycznych – zwrócił uwagę historyk.

    W 1908 r. św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup lwowski, zwrócił się do papieża, by ten na pamiątkę ślubów Jana Kazimierza ustanowił liturgiczne święto Królowej Korony Polskiej dla archidiecezji lwowskiej i diecezji przemyskiej. Papież Pius X zgodził się i pozwolił też na wpisanie do litanii loretańskiej wezwania „Królowo Korony Polskiej – módl się za nami” (wówczas tylko dla tych dwóch diecezji). Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Benedykt XV 14 stycznia 1920 r. rozszerzył użycie tego wezwania na cały kraj. W czasach PRL zostało ono przekształcone na używane dzisiaj: „Królowo Polski”.

    Episkopat Polski zwrócił się też do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „NMP Królowej Polski”. Biskupi zaproponowali papieżowi dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską konstytucją. Pozytywną decyzję w tej sprawie podjął papież Pius XI w 1925 r.

    Po II wojnie światowej w 1945 r. polscy biskupi pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda odnowili na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowiono wówczas śluby złożone przez króla Jana Kazimierza.

    Ponowne oddanie się pod opiekę Najświętszej Maryi odbyło się w czasie Wielkiej Nowenny będącej przygotowaniem do tysięcznej rocznicy chrztu Polski. Episkopat Polski 26 sierpnia 1956 r. dokonał aktu odnowienia ślubów lwowskich. Uwięzionego wówczas przez władze PRL prymasa Polski symbolizował pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie Kościoła katolickiego w kraju oddały się pod opiekę Maryi.

    Papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Najświętszą Maryję Pannę Królową Polski główną patronką kraju, a Jej święto stało się świętem „pierwszej klasy” we wszystkich polskich diecezjach.

    – To świadczy, że pamięć publicznego zobowiązania króla Jana Kazimierza do wierności kultowi maryjnemu i zbudowania rzeczywistości społecznej kraju na fundamencie moralności chrześcijańskiej jest trwała, co jest do pewnego stopnia ewenementem w historii – powiedział prof. Skibiński.

    Formalnie jednak Polska po raz pierwszy w historii została oddana pod opiekę Najświętszej Maryi Panny na cztery lata przed lwowskim ślubowaniem. W 1652 r., po ustaniu epidemii, ratusz Warszawy ogłosił wówczas Matkę Bożą Łaskawą patronką Warszawy (Mater Gratiarum Varsaviensis) i Strażniczką Polski (Custos Poloniae). Był to akt wdzięczności za opiekę nad miastem w latach wojny i klęsk spowodowanych potopem szwedzkim.

    źródło: PAP – Magdalena Gronek/PCh24.pl

    ***

    „Z Maryją w Triduum”.

    Obchody 370. rocznicy Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza

    W związku z 370. rocznicą Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza Instytut Hetmana Żółkiewskiego organizuje w Warszawie obchody ustanowienia Matki Bożej Królową Korony Polskiej.

    Odbędą się one w Wielką Środę, dokładnie w rocznicę ślubowania (1 kwietnia 1656 roku), kiedy w czasie potopu szwedzkiego w Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie król Polski ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej i powierzył Jej opiece mieszkańców Rzeczypospolitej.

    1 kwietnia 2026 roku, o godz. 18.00 w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie zostanie odprawiona Msza św. dziękczynna za ustanowienie przez króla Jana Kazimierza Najświętszej Panny Maryi Królową Korony Polskiej oraz z prośbą o potrzebne łaski dla ojczyzny i wierność Polaków Panu Bogu, Kościołowi, krzyżowi i Ewangelii przez wstawiennictwo Matki Najświętszej.

    Po Modlitwie w dolnym Kościele św. Anny o 19.30 ks. prof. Tadeusz Guz wygłosi prelekcję „Maryja Królową Polski – historia i konsekwencje na dziś”, na którą wstęp jest wolny.

    ***

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało

    „Ostatnia wieczerza” Leonarda da Vinci powstała na ścianie (4,6 x 8,8m) w refektarzu klasztoru dominikanów w Mediolanie w latach 1495–1498.wikimedia 

    ***

    Ten obraz jest jak stop-klatka zatrzymana po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Widzimy ludzi podobnych do nas. Zdumionych, przestraszonych, niepewnych własnej wierności. Ich nerwowość kontrastuje z pokojem Pana, który daje uczniom Eucharystię.

    Bywa tak, że spotkanie z czymś oczekiwanym od dawna rozczarowuje. W tym przypadku spotkanie twarzą w twarz z arcydziełem przerosło moje oczekiwania. Nie potrafiłem oderwać wzroku. Żałowałem, że mam tylko kilka minut, aby pobyć tak blisko, nacieszyć oczy. Ekstaza mieszała się ze wzruszeniem. Na moment przeniosłem się w sam środek dramatu ostatniej wieczerzy.

    Ten wizerunek żyje w świadomości milionów dzięki tysiącom kopii, reprodukcji, przetworzeń. Ale źródło jest tylko jedno. Obok Mony Lisy to najsłynniejsze dzieło artysty, którego geniusz łączył się z niespokojnym charakterem i pragnieniem osiągnięcia doskonałości. Pan Bóg jakby przesadził z talentami u Leonarda. Artysta miał ich tyle, że nie mógł się zdecydować, który z nich ma w pełni rozwinąć. Przez całe życie brakowało mu konsekwencji, dotrzymywania terminów i zobowiązań. Wiele dzieł rozpoczynał i nie kończył. Podejmował coraz to nowe projekty, wiecznie eksperymentował, fascynował się techniką, konstruował na papierze machiny wojenne, latające maszyny oraz kopułę na mediolańskiej katedrze, marzył o wykonaniu największego na świecie pomnika konnego z brązu. Był ciągle rozedrgany, jak apostołowie na jego fresku. Zachowało się zaledwie kilkanaście jego obrazów. Leonardo ze szkicownikiem w ręku lubił chodzić po mieście. Przypatrywał się ludziom spotykanym na ulicy, na rynku, na targu. Fascynowały go ludzkie emocje wyrażone grymasami twarzy, a także gestami rąk, co jest narodową cechą Włochów. Utrwalał na papierze bogactwo przejawów ludzkiego życia, także samej natury. To, że powstała „Ostatnia wieczerza”, jest cudem. Po pierwsze, dlatego, że Leonardo ukończył dzieło. Po drugie, dlatego, że fresk, który już po 20 latach od powstania zaczął niszczeć, choć utracił swój pierwotny blask, jednak ocalał. 

    Postać Jezusa jest większa od apostołów.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Prawą ręką sięga w stronę misy, aby wskazać zdrajcę. Lewa dłoń i wzrok kierują się na chleb, który stanie się Eucharystią. Pierwszy  po prawej stronie to św. Tomasz.wikimedia

    Nigdy nie malował fresków

    Leonardo kształcił się we Florencji u boku Andrei del Verrocchia, który stał się jego mentorem i mistrzem. W jego warsztacie uczył się techniki malarstwa i rzeźby, poznawał tajniki geometrii, nauczył się grać na lutni. Kiedy zaczął samodzielnie tworzyć, nie chciał być naśladowcą. Szukał doskonałości, pragnął tworzyć dzieła, które nie są podążaniem ścieżką innych artystów. Interesowała go otaczająca rzeczywistość, w niej szukał inspiracji. Jego niespokojny duch sprawił, że przez wiele lat nie ukończył żadnego z zamówionych obrazów. We Florencji zyskał sławę wybitnego artysty, który… nie dotrzymuje słowa. Wtedy przeniósł się do Mediolanu, aby tam zacząć od nowa. Chciał porzucić malarstwo i projektować mosty, tunele, machiny wojenne. Mediolanem rządził wtedy potężny książę Ludovico Sforza. On stał się mecenasem Leonarda. W kościele Santa Maria delle Grazie Sforza planował urządzić swoje mauzoleum. Grób wielkiego pana musi mieć porządną oprawę. Był to kościół zakonny przy klasztorze dominikanów. Książę w porozumieniu z zakonnikami zamówił u Leonarda wielki fresk w zakonnym refektarzu. Było to dość dziwne zlecenie, bo artysta nigdy wcześniej nie malował fresku. Nie znał tej techniki, która nie odpowiadała jego charakterowi. Fresk powstaje na mokrym tynku, wtedy farba wiąże się z podłożem. To wymaga olbrzymiej precyzji i szybkiego malowania. Nie ma możliwości poprawki. Leonardo podjął wyzwanie, zakupił Biblię i przystąpił do pracy najprawdopodobniej w 1495 roku.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Piotr w prawej ręce trzyma nóż. To aluzja do obrony Jezusa mieczem w Ogrójcu.wikimedia

    Jeden z was Mnie zdradzi

    Leonardo znał zapewne wcześniejsze przedstawienia ostatniej wieczerzy i szukał czegoś oryginalnego. Zdecydował się uchwycić jeden moment tego wydarzenia. Nie jest to chwila ustanowienia Eucharystii, ale sekunda po słowach Jezusa: „Jeden z was Mnie zdradzi”. Jan relacjonuje: „Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi”. Artysta starał się oddać te reakcje uczniów. „Dobry malarz maluje dwie sprawy: człowieka i jego wnętrze. Pierwsza jest łatwa, druga trudna” – pisał w traktacie o malarstwie. Wnętrze człowieka oddają jego twarz i gesty. Mamy na fresku całą gamę emocji: zdziwienie, gniew, niedowierzanie, lęk i pytanie: „Chyba nie ja, Panie?”, które być może każdy z nich sobie zadawał. Na obrazie widzimy rozgorączkowanych, gestykulujących uczniów i Chrystusa, który, przeciwnie, emanuje spokojem. Tak to dokładnie jest z nami. Świat jest pełen niepokoju i napięcia. Ratunkiem jest Pan, który rozkłada ręce w geście ofiarowania i zaproszenia do siebie.

    Artysta czasem pracował w zawrotnym tempie, ani na chwilę nie odkładając pędzla. Czasem stał i przyglądał się godzinami, analizując namalowane postaci. Powstało wiele teorii na temat modeli wykorzystanych do oddania poszczególnych osób. Historycy sztuki potwierdzają, że modelem Bartłomieja był przyjaciel Leonarda, architekt Bramante. Ponoć Leonardo długo nie mógł znaleźć odpowiedniej twarzy dla Judasza. W końcu miał spotkać na ulicy człowieka o bardzo wymęczonej twarzy i zaprosić go do pozowania. Człowiek ten miał wyznać, że kilka lat wcześniej pozował już do tego obrazu jako model Jezusa. Ta opowieść miała wskazywać na ludzką zdolność zarówno do dobra, jak i do zdrady. Trzeba ją jednak uznać za pobożną legendę. Jedną z wielu, które powstały wokół arcydzieła.

    Postać Judasza intryguje. Jego twarz jest zakryta cieniem. W ręce trzyma sakiewkę z pieniędzmi. Druga dłoń sięga do misy i jest wyciągnięta w stronę dłoni Jezusa. Leonardo odstąpił od zwyczaju przedstawiania Judasza po drugiej stronie stołu, jak to bywało u innych malarzy. Zdrajca siedzi po tej samej stronie co wszyscy apostołowie. To przypomina, że zdrada może narodzić się nawet bardzo blisko Jezusa. Przed Judaszem na stole artysta namalował przewróconą solniczkę – symbol zdrady. Piotr trzyma w ręce nóż, którym przed chwilą ukroił chleb, a teraz być może ma ochotę wbić go w zdrajcę. Według Janowej Ewangelii Piotr zapytał dyskretnie Jana: „Kto jest zdrajcą?”. Na fresku widzimy Piotra, który odciągnął Jana od Jezusa i szepcze mu coś do ucha.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Piotr dyskretnie pyta Jana: „Kto jest zdrajcą?”.wikimedia

    W centrum jest Chrystus

    Jeden z biografów Leonarda twierdził, że ilekroć artysta próbował namalować twarz Syna Bożego, drżała mu ręka. Obraz jest tak zaprojektowany, że skupia uwagę widza na twarzy Jezusa. Chrystus zajmuje dokładnie środek malowidła. Apostołowie są w pewnym oddaleniu, podzieleni na trzyosobowe grupy, dotykając się wzajemnie i zasłaniając, Chrystus jest ukazany w całości. Nie ma wprawdzie aureoli (Leonardo nie lubił jej malować), ale światło bijące z okna za Jezusem zastępuje ją. Jego dłonie są tak ułożone, że tworzą trójkąt – to gest oddania siebie, ofiarowania. Prawa dłoń zmierza w tym samym kierunku, co ręka Judasza. Wzrok Chrystusa skupia się na bochenku chleba. Jezus nie daje się wciągnąć w nerwowość uczniów, ale w oczywisty sposób wskazuje na Eucharystię. Pozostaje spokojnym punktem w samym środku burzy.

    Po trzech latach pracy artysta usunął rusztowanie. Obraz mienił się jaskrawymi kolorami, czego dziś już nie widać. Gdy zakonnicy zasiedali do posiłków, stół Jezusa i uczniów dawał złudzenie, że ostatnia wieczerza ma miejsce u dominikanów w Mediolanie. Leonardo znakomicie posługiwał się wiedzą o proporcjach i perspektywie. Ponieważ widział, że mnisi siedzący w różnych miejscach refektarza będą go widzieć nieco inaczej, namalował go w taki sposób, że nie wyznaczył jednego punktu obserwacji. Dzięki tej sztuczce perspektywa nie wydaje się w żadnym miejscu zniekształcona.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    Przed Judaszem rozsypana sól – symbol zdrady.wikimedia

    Kruche piękno

    „Piękno rzeczy śmiertelnych mija – pisał Leonardo – lecz nie piękno sztuki”. Niestety także piękno sztuki jest nietrwałe, jak wszystko na tej ziemi. Obraz zaczął niszczeć niemal od razu. Powodem było to, że artysta zastosował eksperymentalną mieszankę farb olejnych i tempery na suchym tynku. Efekt był piękny, lecz nietrwały. Pigmenty nie związały się na trwałe z podłożem. Już po kilkunastu latach obraz zaczął się łuszczyć i blaknąć. Na dodatek fresk powstał tuż przy klasztornej kuchni, narażony był na wyziewy z pieca i wilgoć. W 1652 roku dominikanie dokonali barbarzyństwa. Trudno to inaczej nazwać. Postanowili wyciąć w ścianie refektarza drzwi, amputując Chrystusowi stopy i naruszając spoistość farby i tynku uderzeniami młotów. Dzieła zniszczenia dopełnili renowatorzy partacze. Obraz w kilku miejscach został przemalowany i tak np. stopa Bartłomieja zamieniła się w nogę krzesła. Armia Napoleona przekształciła refektarz w stajnię, francuscy żołnierze rzucali w apostołów kawałkami cegieł. Potem nadeszła powódź. Przez kilkanaście dni w refektarzu stała woda. Podjęto też nieudaną próbę zdjęcia farby z powierzchni i przeniesienia całości na płótno. „Ostatnia wieczerza” stała się symbolem nietrwałości sztuki. Pisarz Henry James porównał dzieło do „wytrwałego inwalidy, którego odwiedza się niczym umierającego, żeby zobaczyć, jak się trzyma, chodząc wokół niego na palcach i wzdychając przy pożegnaniu”. W sierpniu 1943 r. bomba, która została zrzucona przez aliantów, spadała na klasztor dominikanów. Malowidło zabezpieczone workami z piaskiem przetrwało. W 1977 roku rozpoczęto ratowanie dzieła za pomocą najnowocześniejszych technik. Renowacja trwała ponad 20 lat. Pomocą okazały się liczne kopie dzieła wykonywane prawie od samego początku jego powstania. Niektórzy twierdzą, że „Ostatnia wieczerza” to dziś w 80 proc. dzieło konserwatorów, a w 20 proc. – Leonarda.

    Dzieło Leonarda cudem powstało i cudem przetrwało. Czy tak wybitnego artystę mobilizowały do pracy tylko myśli o hojnej zapłacie księcia Sforzy albo o sławie? Musiała nieść go sama treść dzieła, czyli Ewangelia. Przy stole w Wieczerniku – jak przy stole w każdej jadalni – siedzą ludzie podobni do nas. Z wiarą, ale i wątpliwościami, lękiem, a nawet zdradą. Przy takim stole rodzi się Eucharystia. Jezus wnosi w nasz bałagan swój pokój, karmi nas miłością, daje Ciało i Krew.

    Zapytałem przewodniczkę, która opowiadała nam o tym dziele, gdzie jest mój patron – Tomasz. Można go poznać po palcu wzniesionym w górę, który chciał włożyć w ranę Jezusa. Ucieszyłem się, że właśnie on jest u Leonarda najbliżej Jezusa.

    Najsłynniejsza ostatnia wieczerza. Dzieło Leonarda da Vinci, które cudem powstało i cudem przetrwało
    16.08.1943 roku bomba zniszczyła refektarz. Ściana z wieczerzą ocalała. Na zdjęciu widać ją zabezpieczoną rusztowaniem i workami piasku.
    Universal Images Group North America LLC/Alamy Stock Photo/bew

    Korzystałem z: Ross King, „Leonardo i Ostatnia Wieczerza”.ks. Tomasz Jaklewicz/ Gość Niedzielny

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – kwiecień 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***

    23 kwietnia

    Święty Wojciech, biskup i męczennik
    główny patron Polski

    Święty Wojciech
    Wojciech urodził się ok. 956 roku w możnej rodzinie Sławnikowiców w Lubicach (Czechy). Jego ojciec, Sławnik, był głową możnego rodu, spokrewnionego z dynastią saską, panującą wówczas w Niemczech. Matka Wojciecha, Strzeżysława, również pochodziła ze znakomitej rodziny, być może z Przemyślidów, którzy rządzili wówczas państwem czeskim. Wojciech był przedostatnim z siedmiu synów Sławnika. W najstarszym rękopisie jego imię brzmi Wojetech. Wedle pierwotnych planów ojca Wojciech miał zostać rycerzem. Ostatecznie o jego przeznaczeniu do stanu duchownego według biografów zdecydowała choroba. Rodzice złożyli ślub, że gdy syn wyzdrowieje, będzie oddany Bogu na służbę. Nie można tego wykluczyć. Wydaje się jednak, że przyczyna była inna: taki był po prostu zwyczaj w owych czasach, że gdy można rodzina miała więcej synów czy córek, przeznaczała ich do stanu duchownego na opatów, ksienie czy biskupów.
    W 968 roku papież Jan XIII, dzięki inicjatywie cesarza Ottona I, ustanowił w Magdeburgu metropolię jako biskupstwo misyjne dla nawracania zachodnich Słowian. Pierwszym arcybiskupem tego miasta został św. Adalbert (+ 981), który poprzednio był opatem benedyktyńskim w Weissenburgu (Alzacja). Pod jego opiekę Wojciech został wysłany jako 16-letni młodzieniec w 972 roku. Na dworze metropolity kształcił się w szkole katedralnej, pod czujnym okiem znanego uczonego, Otryka. Tu także przygotowywał się przez prawie 10 lat (972-981) do swoich przyszłych duchownych obowiązków. Z wdzięczności dla metropolity przybrał sobie jego imię i jako Adalbert figuruje we wszystkich późniejszych dokumentach. Pod tym imieniem jest znany i czczony w Europie.
    Święty Wojciech
    Biografie wspominają, że do Wojciecha dołączył się również później jego młodszy, przyrodni brat, Radzim. Mieli do dyspozycji własną służbę. Ojciec hojnie zaradzał wszystkim potrzebom synów.
    Po śmierci metropolity Adalberta 25-letni Wojciech wrócił do Pragi. Zastał tam pierwszego biskupa łacińskiego Pragi i Czech, Dytmara, który od roku 973 rządził diecezją. Był Niemcem i zależał od metropolii w Moguncji. Wojciech był już wtedy subdiakonem. W Pradze przyjął pozostałe święcenia (981).
    W styczniu 982 r. biskup Dytmar zmarł. Wojciech był świadkiem jego śmierci i kajania się, że był pasterzem złym, chociaż kronikarze piszą, że był pobożny i gorliwy. Zjazd w Lewym Hradcu pod przewodnictwem księcia Bolesława wytypował na następcę Dytmara Wojciecha. Nominację jednak musiał zatwierdzić cesarz. Otton II był zajęty właśnie wyprawą wojenną na południe Italii. Dopiero w roku 983 zwołał sejm Rzeszy do Werony i tam zatwierdził Wojciecha. W tym samym roku dnia 29 czerwca odbyła się także konsekracja Wojciecha na biskupa, której dokonał metropolita Moguncji, św. Willigis (+ 1011). Tak więc Wojciech był pierwszym biskupem narodowości czeskiej w Czechach.
    Wojciech wszedł do swojej biskupiej stolicy, Pragi, boso. Miał wtedy zaledwie 27 lat. Jego hagiografowie są zgodni, że jego dobra biskupie nie były zbyt wielkie. Przeznaczał je na utrzymanie budynków i sprzętu kościelnego, na potrzeby kleru katedralnego i diecezjalnego, na potrzeby własne, które były w tych wydatkach najmniejsze, i na ubogich. Zaopatrywał ich potrzeby i sam ich odwiedzał, słuchał pilnie ich skarg i potrzeb, odwiedzał więzienia, a przede wszystkim targi niewolników. Praga leżała na szlaku ze wschodu na zachód. Handlem ludźmi zajmowali się Żydzi, dostarczając krajom mahometańskim niewolników. Biograf pisze, że Wojciech miał mieć pewnej nocy sen, w którym usłyszał skargę Chrystusa: “Oto ja jestem znowu sprzedany, a ty śpisz?”. Scenę tę przedstawia jeden z obrazów drzwi gnieźnieńskich, które powstały ok. 1127 r.
    Święty Wojciech
    Sytuacja Kościoła w Czechach w owym czasie nie była łatwa. Był on uzależniony od kaprysu możnych i władcy. Nie mniejsze kłopoty miał Wojciech z duchownymi. Wprowadzenie zasad życia wspólnego szło opornie wśród duchowieństwa katedralnego. Św. Bruno z Kwerfurtu stwierdza, że “duchowni żenili się jawnie”. Możnych zraził sobie Wojciech przypomnieniem zakazu wielożeństwa, gromieniem za wiarołomność oraz za związki małżeńskie z krewnymi. Nie liczono się ze świętami, łamano posty. Kiedy Wojciech zobaczył, że jego napomnienia są daremne, a złe obyczaje dalej się szerzą, po pięciu latach rządów (983-988) postanowił opuścić swą stolicę. Najpierw udał się do Moguncji, po poradę do metropolity Willigisa. Następnie skierował swoje kroki, za jego zgodą, do Rzymu, aby u papieża szukać rady i prosić o zwolnienie z obowiązków. Od cesarzowej Konstantynopola Wojciech otrzymał znaczny zasiłek w srebrze, by po zrzeczeniu się biskupstwa mieć środki na swoje utrzymanie. Wojciech rozdał jednak srebro między ubogich, a orszak biskupi odprawił do Czech.
    Papież Jan XV przyjął z miłością udręczonego biskupa Pragi. Nie zwolnił go wprawdzie z obowiązków, ale pozwolił mu na pewien czas oddalić się od nich. Wojciech postanowił więc udać się pieszo z bratem Radzimem do Ziemi Świętej jako pielgrzym. Kiedy po drodze znalazł się na Monte Cassino, tamtejsi mnisi chcieli go zatrzymać u siebie, aby wyświęcał ich kościoły i mnichów na kapłanów. Byli bowiem wtedy w zatargu z miejscowym biskupem. Wojciech jednak nie zgodził się na to. Udał się dalej na południe do Gaety. W pobliżu miasta zatrzymał się i spotkał się ze słynnym mnichem bazyliańskim, św. Nilem. Ten poradził mu, aby wstąpił do benedyktynów w Rzymie. Tak też św. Wojciech uczynił. Przyjął go w opactwie świętych Bonifacego i Aleksego na Awentynie jego przełożony, Leon. Wraz ze swoim bratem, bł. Radzimem, w Wielką Sobotę w roku 990 Wojciech złożył profesję zakonną. Jego żywoty podają, że z wielką pokorą wypełniał wszystkie obowiązki zakonne, jakby od dawna był jednym z mnichów. W tym czasie w rządach diecezją praską zastępował go biskup Miśni, Falkold. W charakterze mnicha Wojciech przebywał w Rzymie w latach 989-992 (w wieku 33-36 lat).
    Święty Wojciech
    W 992 r. zmarł Falkold. Czesi udali się do metropolity w Moguncji, aby zmusić Wojciecha do powrotu. Ten natychmiast przez posłów wysłał dwa listy: do Wojciecha i do papieża. Papież zwołał synod i po naradzie nakazał Wojciechowi wracać do Pragi. Po trzech i pół roku Wojciech opuścił klasztor, zabrał ze sobą kilkunastu zakonników z opactwa i założył nowy klasztor w Brzewnowie pod Pragą. Potem zabrał się do budowy kościołów tam, gdzie były osady ludzkie. Dotąd bowiem kościoły były w zasadzie jedynie przy grodach możnych panów. W porozumieniu z księciem wprowadzono dziesięciny, aby Kościołowi w Czechach zapewnić stałe dochody. Wojciech wysłał misjonarzy na Węgry. Sam też tam się udał. Stąd powstała opowieść, że udzielił chrztu (według innych źródeł – bierzmowania) św. Stefanowi, przyszłemu władcy Węgier.
    Te obiecujące poczynania zakończyły się jednak niebawem zupełną klęską. Zaważył na tym bezpośrednio następujący wypadek: na dworze książęcym w Pradze pochwycono na cudzołóstwie kobietę z możnego rodu Werszowców. Urażony śmiertelnie mąż zamierzał ją zabić. Ta jednak schroniła się do Wojciecha. Biskup udzielił jej azylu w klasztorze benedyktynek, który stał w pobliżu zamku przy kościele św. Jerzego. Wpadli tam siepacze, wywlekli ofiarę i zamordowali ją na miejscu. Wojciech rzucił na nich klątwę. W akcie zemsty Werszowcowie napadli na rodzinny gród Wojciecha. Gród spalono, ludność zapędzono w niewolę, wymordowano także czterech braci Wojciecha wraz z ich żonami i dziećmi. Działo się to 28 września 995 roku. Ocalał tylko najstarszy brat Wojciecha, Sobiebór, który w tym czasie był poza granicami Czech. Sytuacja była tak gorąca, że Wojciech nie był pewny nawet swojego życia. Złamany tymi wydarzeniami, po zaledwie niecałych trzech latach udał się potajemnie ponownie do Rzymu. Na Awentynie przyjęto go serdecznie. Papież również okazał mu dużo życzliwości.
    Niestety, w 996 r. Jan XV umarł. W maju 996 r. odbył się w Rzymie synod, na którym metropolita Moguncji, św. Willigis, oskarżył Wojciecha, że ten bezprawnie opuścił swoją stolicę. Synod nakazał Wojciechowi pod groźbą klątwy powrót. Wojciech udał się więc do Moguncji, czekając na decyzję cesarza, gdyż tylko on mógł siłą wprowadzić Wojciecha do Pragi, zbuntowanej przeciwko swojemu pasterzowi. Ponieważ cesarz zwlekał jednak z wyprawą orężną, czekając, aż Czesi sami uznają swoją winę, Wojciech skorzystał z okazji i odwiedził Francję, a w niej – jako pielgrzym – nawiedził grób św. Marcina w Tours, św. Benedykta we Fleury i św. Dionizego w Saint-Denis pod Paryżem. Kiedy zaś nadal powrót św. Wojciecha był niemożliwy, biskup udał się do Polski z postanowieniem oddania się pracy misyjnej wśród pogan. Było to późną jesienią 996 roku. Otton III wyraził na to zgodę, gdy Czesi przysłali Wojciechowi ostateczną odpowiedź, że nie godzą się na jego powrót.
    Święty Wojciech
    Bolesław Chrobry bardzo ucieszył się na wiadomość, że do Polski ma przybyć biskup Wojciech. Słyszał o nim wiele od jego rodzonego brata, Sobiebora, któremu wcześniej udzielił schronienia. Król chciał zatrzymać Wojciecha u siebie jako pośrednika w misjach dyplomatycznych. Kiedy jednak Wojciech stanowczo odmówił i wyraził chęć pracy wśród pogan, powstała myśl nawrócenia Wieletów na zachodzie. Z powodu jednak trwającej tam wówczas wojny ostatecznie urządzono wyprawę misyjną do Prus. Bolesław Chrobry dał Wojciechowi do osłony 30 wojów. Biskupowi towarzyszył tylko jego brat, bł. Radzim, i subdiakon Benedykt Bogusza, który znał język pruski i mógł służyć za tłumacza. Działo się to wczesną wiosną 997 roku. Wojciechowi przypisuje się ufundowanie pierwszych klasztorów benedyktyńskich na ziemiach polskich. Za swojego fundatora uważają Wojciecha opactwa w Międzyrzeczu, Trzemesznie i w Łęczycy (Tum).
    Wisłą udał się Wojciech do Gdańska, gdzie przez kilka dni głosił Ewangelię tamtejszym Pomorzanom. Stąd udał się w dalszą drogę. Aby nie nadawać swojej misji charakteru wyprawy wojennej, Wojciech oddalił żołnierzy. Niedługo potem dziki tłum otoczył misjonarzy i zaczął im złorzeczyć. Jeden z pogan uderzył biskupa wiosłem w plecy, aż mu brewiarz wypadł z rąk. Kiedy Wojciech zorientował się, że Prusy nie chcą nawrócenia, postanowił zakończyć misję powrotem do Polski. Prusowie poszli za nim. Miejsca męczeńskiej śmierci nie udało się uczonym dotąd zidentyfikować. Mogło to być w okolicy Elbląga lub Tękit (Tenkitten). 23 kwietnia 997 roku w piątek o świcie zbrojny tłum Prusów otoczył trzech misjonarzy: św. Wojciecha, bł. Radzima i subdiakona Benedykta Boguszę. Ledwie skończyła się odprawiana przez biskupa Wojciecha Msza św., rzucono się na nich i związano ich. Zaczęto bić Wojciecha, ubranego jeszcze w szaty liturgiczne, i zawleczono go na pobliski pagórek. Tam pogański kapłan zadał mu pierwszy śmiertelny cios. Potem 6 włóczni przebiło mu ciało. Odcięto mu głowę i wbito ją na żerdź. Przy martwym ciele pozostawiono straż. W chwili zgonu Wojciech miał 41 lat.
    Wykupienie ciała św. Wojciecha
    Po pewnym czasie wypuszczono na wolność bł. Radzima i kapłana Benedykta ze skierowaną do króla Polski propozycją oddania ciała św. Wojciecha za odpowiednim okupem. Król Polski sprowadził je najpierw do Trzemeszna, a potem uroczyście do Gniezna. Cesarz Otto III na wiadomość o śmierci męczeńskiej przyjaciela natychmiast zawiadomił o niej papieża z prośbą o kanonizację. Była to pierwsza w dziejach Kościoła kanonizacja, ogłoszona przez papieża, gdyż dotąd ogłaszali ją biskupi miejscowi. Na żądanie papieża sporządzono najpierw żywot Wojciecha na podstawie zeznań naocznych świadków: bł. Radzima i Benedykta. W oparciu o ten żywot papież Sylwester II jeszcze przed rokiem 999 dokonał uroczystego ogłoszenia Wojciecha świętym. Dzień święta wyznaczył papież zgodnie ze zwyczajem na dzień jego śmierci, czyli na 23 kwietnia. Wtedy także zapadła decyzja utworzenia w Polsce nowej, niezależnej metropolii w Gnieźnie, której patronem został ogłoszony św. Wojciech.
    W marcu roku 1000 Otto III odbył pielgrzymkę do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie. Wtedy – podczas spotkania z Bolesławem Chrobrym – została uroczyście proklamowana metropolia gnieźnieńska z podległymi jej diecezjami w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu. Otto III opuścił Polskę obdarowany relikwią ramienia św. Wojciecha. Jej część umieścił w Akwizgranie, a część na wysepce Tybru w Rzymie, w obu miejscach fundując kościoły pod wezwaniem św. Wojciecha.

    Grób św. Wojciecha w katedrze w Gnieźnie
    Św. Wojciech stał się patronem Kościoła w Polsce. Jego kult szybko ogarnął Węgry, Czechy oraz kolejne kraje Europy. Wojciech jest jednym z trzech głównych patronów Polski (obok NMP Królowej Polski i św. Stanisława ze Szczepanowa, biskupa i męczennika). Jest też patronem archidiecezji gnieźnieńskiej, gdańskiej, warmińskiej i diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej oraz miast, m.in. Gniezna, Trzemeszna, Serocka. Ku czci św. Wojciecha zostały zrobione słynne drzwi gnieźnieńskie, na których w 18 obrazach-płaskorzeźbach, wykonanych w brązie, są przedstawione sceny z życia św. Wojciecha. Św. Bruno Bonifacy z Kwerfurtu, również benedyktyn, biskup i przyszły męczennik, napisał około 1004 r. zachowany do dzisiaj “Żywot św. Wojciecha”.W ikonografii Święty występuje w stroju biskupim, w paliuszu, z pastorałem. Jego atrybuty to także orzeł, wiosło oraz włócznie, od których zginął.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 kwietnia

    Błogosławiony Idzi z Asyżu, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Agapit I, papież
      •  Święty Kajus, papież
    Błogosławiony Idzi z Asyżu

    Idzi (Egidiusz) urodził się w Asyżu. O jego młodych latach nie wiadomo niczego pewnego. 23 kwietnia 1208 r., poruszony przykładem pierwszych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu, poprosił go o przyjęcie do grona jego uczniów. Wkrótce potem wyruszył z Franciszkiem na głoszenie Ewangelii. Razem z nim udał się także do Rzymu, gdzie papież Innocenty III ustnie zatwierdził pierwszą Regułę Franciszka. Prawdopodobnie też wtedy Idzi otrzymał tonsurę. Około 1212 r. udał się z pielgrzymką do Santiago de Compostella. Po powrocie do Asyżu wyruszył do Ziemi Świętej. Odwiedził po drodze sanktuarium św. Michała Archanioła na Monte Gargano i św. Mikołaja w Bari. Zatrzymał się także w Tunezji, by nawracać tamtejszych Saracenów. Podczas pielgrzymek zawsze zarabiał na swoje wyżywienie i nocleg własną pracą, np. pomagając w noszeniu wody i grzebaniu zmarłych, zbieraniu orzechów, rąbaniu drwa.
    Jako uważny obserwator, zdobył wiele cennych doświadczeń i informacji, które umiał potem skutecznie wykorzystać. Nie przegapił żadnej okazji do głoszenia Ewangelii. Jego kazania zawsze były krótkie, ale pełne serdecznej mądrości. Był analfabetą, ale zyskał przydomek “nieuczonego teologa”. Niektóre jego wypowiedzi zostały spisane i zebrane jako tzw. Dicta aura, stanowiąc cenne świadectwo wczesnej mistyki franciszkańskiej. Po kilku latach Idzi został skierowany przez Franciszka do pustelni w Fabriano, gdzie oddał się kontemplacji. Doświadczał też ekstaz.
    Zmarł w Perugii w 1262 r., po 52 latach życia franciszkańskiego. Jego niewątpliwy kult jako świętego potwierdził Pius VI w roku 1777, wyznaczając na dzień liturgicznego obchodu ku jego czci 23 kwietnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 kwietnia

    Święty Anzelm z Canterbury,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Anzelm

    Anzelm urodził się w możnej rodzinie w miasteczku Aosta (Piemont) w 1033 r. Zatroskana o duszę dziecka głęboko religijna matka oddała Anzelma do klasztoru benedyktynów w tym samym mieście. Kiedy chłopiec miał 15 lat, tak dalece zasmakował w życiu mnichów, że postanowił z nimi pozostać do końca życia. Opat jednak chłopca nie przyjął, by nie narazić się ojcu, który miał wobec syna zupełnie inne zamiary. Po śmierci matki Anzelm poszedł śladami ojca. Miał przecież dopiero 20 lat i życie mu się uśmiechało. Opuścił więc dom rodzinny i przez trzy lata wędrował po świecie, żądny przygód.
    Odczuł całą gorycz, jak też zwodniczość przyjemności tego świata. Tęsknota za życiem zakonnym zaczęła brać stopniowo górę nad chęcią użycia. Kiedy więc miał już 27 lat, w roku 1060 wstąpił do benedyktynów w Le Bec, w północnej Francji, gdzie opatem był słynny uczony, bł. Lanfrank. Kiedy w roku 1063 Lanfrank został opatem w Caen, jego następca, Herluin, mianował Anzelma przeorem w Le Bec. Młody przełożony rychło pozyskał sobie serca współbraci troską o ich potrzeby materialne i duchowe, a także przykładem zakonnego życia. Nie wynosił się nad współbraci, chciał być raczej ich sługą. Szczególny entuzjazm wzbudził wykładami wśród młodzieży zakonnej oraz niezwykłą wiedzą, erudycją, nowoczesnym ujmowaniem problemów, traktowaniem uczniów. Toteż po śmierci Herluina (1078) wszyscy na jego następcę wybrali Anzelma. Ten zgodził się, ale sprawy administracyjne oddał komuś innemu, by mieć wolny czas dla współbraci i na studia. Tak więc rządził szczęśliwie klasztorem przez 14 lat jako przeor, a przez lat 15 jako opat. W tym czasie w Le Bec powstały jego dzieła: Monolog, Wprowadzenie, O dziewictwie, O wolnej woli, O gramatyce i O przypadku diabła. Jako opat nawiązał kontakty z najwybitniejszymi osobistościami – świeckimi i duchownymi: składał wizyty, udzielał rad, brał żywy udział w zjazdach i synodach. To zjednywało mu powszechny szacunek.
    Dlatego po śmierci arcybiskupa Canterbury, kiedy Lanfrank w 1070 r. został prymasem Anglii, zaprosił Anzelma na Wyspy. Przedstawił mu sytuację Anglii po niedawnych najazdach pogańskich Normanów. W 1093 r. bł. Lanfrank umarł. Przed śmiercią na swego następcę zaproponował właśnie Anzelma. Król Anglii, Wilhelm II, wyraził na to zgodę. Opór stawiali mnisi opactwa w Le Bec. W końcu jednak musieli ustąpić. Anzelm opuścił gościnną Francję i udał się do Anglii.
    Królowie angielscy, Wilhelm I Zdobywca (+ 1087) i Wilhelm II Rudy (+ 1100), byli przyzwyczajeni do sprawowania wyłącznej opieki nad Kościołem w Anglii. Jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz, nawet z Rzymu, traktowali zazdrośnie, uważając, że godzi w ich suwerenność. Lanfrank miał tak ogromny autorytet, że trudno było z nim walczyć, ale po jego śmierci król chciał utracone wpływy nad Kościołem na nowo odzyskać. Dlatego usiłował uzależnić Anzelma od siebie. Prymas musiał wyjechać na kontynent. Prosił Urbana II, aby zwolnił go z urzędu arcybiskupa, ale bezskutecznie. Przez pewien czas wiódł życie tułacze.
    Kiedy po śmierci Wilhelma II na tron wstąpił Henryk I, na jego zaproszenie prymas Anzelm powrócił do Anglii. Realizując wytyczne papieskie dotyczące inwestytury, wszedł w ponowny konflikt z władcą. Został skazany na wygnanie. Porozumienie między Rzymem i królem, który zrzekł się władzy mianowania biskupów i obsadzania urzędów kościelnych, umożliwiło Anzelmowi powrót do Canterbury. Witany radośnie przez kler i lud, powrócił na swoją stolicę. W ostatnich latach rządów musiał zwalczać pretensje metropolity Yorku do tytułu prymasa Anglii. Nawiązał serdeczne stosunki z hierarchią Szkocji i Irlandii. Zajął się także reformą klasztorów i popierał ich rozwój. Powstały wtedy jego dzieła teologiczne i filozoficzne, m.in. List o wcieleniu Słowa, O pochodzeniu Ducha Świętego, Dlaczego Bóg stał się człowiekiem, O dziewiczym poczęciu, O grzechu pierworodnym. Dzieła te utorowały drogę do syntezy scholastycznej – stąd nazywany jest “ojcem scholastyki”. Stworzył podstawę do rozważań wzajemnego stosunku wiary i rozumu, które nie wykluczają się, ale uzupełniają. Według biskupa Anzelma wiara uprzedza rozum, a ten wyjaśnia jej tajemnice. Anzelm daje pierwszeństwo wierze. Głośne stało się jego zdanie: “Nie pragnę wiedzieć, aby móc wierzyć, ale wierzę, aby móc rozumieć”.
    Zmarł w roku 1109 i został pochowany w katedrze w Canterbury. O jego kanonizację zabiegał jeden z kolejnych prymasów Anglii, św. Tomasz Becket (+ 1170), ale dopiero papież Aleksander VI w roku 1492 zezwolił na jego kult, a papież Aleksander VIII w roku 1690 wpisał go uroczyście do katalogu świętych. W roku 1720 Klemens XI ogłosił go doktorem Kościoła. Relikwie św. Anzelma do dziś spoczywają w katedrze w Canterbury, mimo że jest ona obecnie w ręku prymasów anglikańskich.W ikonografii św. Anzelma przedstawia się w szatach biskupich z piórem lub z księgą w dłoni. Jego atrybutem jest także zając – znak tułaczego życia podczas dwukrotnego zesłania na wygnanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święty Konrad z Parzham, zakonnik

    Święty Konrad z Parzham

    Jan Birndorfer urodził się 12 grudnia 1818 r. w Parzham w Bawarii (diecezja passawska) w wielodzietnej rodzinie rolniczej. Od najmłodszych lat ujawniała się jego przyszła świętość, głównie poprzez skromność i umiłowanie samotności. Mimo dużej odległości do kościoła, często się do niego udawał, nawet w niesprzyjającą pogodę. Codziennie odmawiał różaniec; miał głębokie nabożeństwo do Matki Bożej. W święta odbywał często krótkie pielgrzymki do różnych Jej sanktuariów. Zawsze szedł boso, a dopóki nie wrócił do domu – pościł.
    Swoją młodość spędził w gospodarstwie, w którym się urodził. W wieku 31 lat postanowił opuścić życie świeckie. Po rozdzieleniu odziedziczonego majątku, otrzymał zgodę na wstąpienie jako brat do kapucynów. Po profesji przyjął imię Konrad.
    Wkrótce został wysłany do klasztoru św. Anny w Altötting. Miejsce to jest znane jako sanktuarium Matki Miłosierdzia, Królowej Bawarii. Konradowi powierzono funkcję furtiana, którą pełnił przez resztę życia. Z racji dużej liczby przybywających do tego klasztoru osób, posługa ta była dość wyczerpująca. Konrad jednak dał się poznać jako człowiek bardzo sumienny, oszczędny w słowach, hojny dla ubogich, chętny do pomocy i przyjmowania nieznajomych. Przez ponad 40 lat towarzyszył mieszkańcom miasta i odpowiadał na ich potrzeby materialne i duchowe. Od czasu, kiedy zachorował zakrystian, przejął dodatkowo jego obowiązki. Otwierał kościół o godz. 3.30 nad ranem i do rozpoczęcia pracy na furcie o 6.00 służył do dwóch Mszy św. Pracę kończył o 21.00, ale po niej zostawał jeszcze na modlitwę.
    Konrad umiłował milczenie. W wolnych chwilach w ciągu dnia lubił udawać się do kącika przy drzwiach, gdzie mógł widzieć i adorować Najświętszy Sakrament. Często w ciągu nocy poświęcał kilka godzin na modlitwę w kaplicy braci albo w kościele.
    Zmarł 21 kwietnia 1894 r. Heroiczność jego cnót i cuda, które dokonały się za jego wstawiennictwem, wysłużyły mu w 1930 r. tytuł błogosławionego, przyznany mu przez Piusa XI. Ten sam papież 4 lata później, po potwierdzeniu kolejnych cudów, zaliczył go do grona świętych.
    Jest patronem diecezji pasawskiej, prowincji kapucynów w Środkowej Ameryce, odźwiernych, furtianów i portierów.W ikonografii przedstawiany w habicie kapucyńskim, czasami otoczony dziećmi lub biednymi. Jego atrybutem jest: krzyż, różaniec, bochen chleba.Benedykt XVI, pochodzący z Marktl am Inn (kilka kilometrów od Altötting), tak pisał o św. Konradzie: “Może jest on znakiem, że jasne rozumienie tego, co istotne, również dzisiaj, powierzane jest (…) małym, obdarzonym spojrzeniem, którego często brakuje mądrym i inteligentnym. Myślę, że właśnie ci mali święci są wielkim znakiem naszych czasów…” (kard. Joseph Ratzinger, “Moje życie”).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 kwietnia

    Święta Agnieszka z Montepulciano,
    dziewica i zakonnica

    Święta Agnieszka z Montepulciano
    Agnieszka urodziła się w 1268 r. w toskańskim Gracciano Vecchio, leżącym w pobliżu Montepulciano. Pochodziła ze szlacheckiej rodziny Lorenza i Marii Segni. Legenda głosi, że jej narodziny poprzedziła niezwykła światłość. Miała być bardzo pobożnym dzieckiem; od najwcześniejszych lat pragnęła wstąpić do klasztoru, czemu rodzice byli przeciwni. Dopiero niezwykłe wydarzenie skłoniło ich do oddania 9-letniej córki do szkoły klasztornej. Tym wydarzeniem był atak kruków, które nadleciały do dziewczynki znad domu schadzek w Montepulciano. Agnieszka miała wtedy zapowiedzieć, że w tym miejscu powstanie kiedyś klasztor. Szkołę klasztorną, do której oddano Agnieszkę, prowadziły franciszkanki zwane del Sacco – od workowatych habitów. Jako czternastoletnia dziewczyna Agnieszka postanowiła zostać zakonnicą.
    Za zezwoleniem Stolicy Świętej w wieku lat 15 stanęła na czele grupy zakonnic i założyła z nimi nowy klasztor w Procero (Viterbo). Wybrana wbrew własnej woli na przełożoną tego klasztoru, wsławiła go swoją mądrością, pobożnością i darami nadprzyrodzonymi. Pod kierownictwo duchowe przeoryszy, młodej wiekiem, ale dojrzałej doskonałością chrześcijańską, zaczęły zgłaszać się licznie nowe kandydatki.
    Na wiadomość o tym mieszkańcy Montepulciano zaprosili ją do siebie. Powróciła więc i stała się matką nowej gałęzi dominikańskiej. Magistrat miasta z wdzięczności ofiarował siostrom w 1306 r. nowy lokal i uposażenie. Nowy klasztor Santa Maria Novella stanął w tym samym miejscu, gdzie niegdyś istniał dom schadzek. Matka Agnieszka nadała mu regułę św. Augustyna, a później przyłączyła klasztor do rodziny dominikańskiej. Pan Bóg obdarzył ksienię darem wizji, proroctw i ekstaz. Św. Katarzyna ze Sieny będzie widziała w niej dla siebie wzór do naśladowania. Kiedy w roku 1377 przybyła do jej relikwii z pielgrzymką, zawołała: “Matko nasza, Agnieszko, chwalebna!” Wielkim uczuciem miłości Agnieszka otaczała Dzieciątko Jezus oraz Dziewicę Maryję. Umocniona darami Ducha Świętego, stała się jasną lampą modlitwy i miłości, a dzięki swojemu męstwu oraz autorytetowi podtrzymywała ducha obywateli w dążeniu do jedności i pokoju.
    Zmarła w rodzinnym mieście 20 kwietnia 1317 r., otoczona współsiostrami. Papież Klemens VII wyniósł ją do chwały błogosławionych w roku 1532, a papież Benedykt XIII 10 grudnia 1726 r. zaliczył ją uroczyście w poczet świętych. Jej nienaruszone ciało w 1435 r. zostało sprowadzone do kościoła dominikańskiego w Orvieto, gdzie przechowywane jest do dnia dzisiejszego. Przez ponad 300 lat pozostawało ono nienaruszone. Później umieszczono jej doczesne szczątki w woskowej figurze, pozostawiając na widoku tylko jej ręce i stopy, z których wypływał pachnący olejek.
    Pierwszą i najwcześniejszą biografię św. Agnieszki (Legenda s. Agnetis) napisał po pięćdziesięciu latach od jej śmierci bł. Rajmund z Kapui, generał dominikanów, kierownik duchowy św. Katarzyny ze Sieny, a wcześniej spowiednik sióstr w Montepulciano.Ikonografia przedstawia św. Agnieszkę najczęściej z lilią w ręku prawym, a w lewej ręce trzymającą założony przez siebie klasztor. Bywa także przedstawiana w towarzystwie św. Katarzyny ze Sieny i św. Róży z Limy – dwóch innych wielkich dominikanek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 kwietnia

    Święty Leon IX, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Ekspedyt, męczennik
    Święty Leon IX

    Bruno, hrabia Egisheim-Dagsburg, urodził się w Egisheim (Alzacja) 21 czerwca 1002 r. Był krewnym cesarza Konrada II i cesarza Henryka III. Miał zaledwie 5 lat, gdy matka oddała go do szkoły i na wychowanie biskupowi z Toul, Bertoldowi. Tu ukończył chlubnie trivium i quadrivium – a więc wszystko, co szkoła katedralna mogła mu dać. W osiemnastym roku życia został mianowany kanonikiem w Saint-Etienne. Taki bowiem był wtedy zwyczaj. W kilka lat potem otrzymał święcenia kapłańskie. Pełnił obowiązki kapelana cesarskiego na dworze Konrada II. Mając 24 lata został biskupem w Toul. Od razu zabrał się do reformy kleru diecezjalnego i zakonnego. Nie była to sprawa łatwa. Przełożeni byli wtedy mianowani przez cesarzy i panów świeckich, którzy nie zawsze liczyli się z przydatnością kandydatów, dbając o to, by mieć na tych stanowiskach ludzi sobie oddanych. Bruno swoim taktem i zabiegami umiał jednak tak pokierować sprawami, by urzędy duchowne były obsadzane ludźmi godnymi. Zwoływał synody, na których dokonywał zbawiennych reform. Zagrabione przez księcia Vaucouleurs dobra biskupie, kiedy zawiodły wszystkie inne środki, odebrał siłą. W roku 1046 interweniował u cesarza Henryka III za biskupem Lyonu, kiedy ten wpadł w zatarg z cesarzem.
    Po śmierci papieża Damazego II w 1048 r. wysłano z Rzymu poselstwo do cesarza Henryka III, by wyraził zgodę na wybór Halinarda, arcybiskupa Lyonu, na papieża. Halinard jednak odmówił przyjęcia godności. W tej sytuacji Bruno w obecności legatów rzymskich został desygnowany na papieża przez Henryka III w grudniu 1048 r. Bruno oświadczył, że przyjmie urząd papieski, jeśli rzymianie i duchowieństwo jednogłośnie zaakceptują jego wybór. Podkreślił tym samym konieczność wyboru, a nie mianowania. Przybył do Rzymu w stroju pątnika, zdjął sandały i boso udał się do grobu św. Piotra, a rzymianie i duchowieństwo jednogłośnie – przez aklamację – wybrali go na papieża. Jako biskup Rzymu zatrzymał równocześnie urząd biskupa Toul. Przyjął imię Leon IX i został koronowany w bazylice św. Piotra.
    Jego pontyfikat trwał zaledwie 5 lat. Były to jednak lata prawdziwie błogosławione. W tym czasie zreformował życie duchownych oraz kurię rzymską i papieską. Zapoczątkował trwałe reformy, które miały uniezależnić Kościół od cesarzy niemieckich, a także usunąć symonię (handel godnościami) i nikolaityzm (małżeństwa i konkubinaty kleru). Na duchownych, którzy otrzymali urzędy drogą przekupstwa lub symonii, nałożono wysokie kary. Biskupów symoniackich złożono z urzędu. Takie reformistyczne synody przeprowadził papież w Rzymie, Pawii, w Liege, w Trewirze, w Toul, w Reims, uczestnicząc w nich osobiście. W latach 1050-1051 uczestniczył w synodach m.in. w Moguncji, w Vercelli, w Salerno i w Benevento. Łącznie odbył 12 synodów: w Italii, we Francji i w Niemczech. Przez swoje podróże poza granice Italii manifestował uniwersalny charakter papiestwa i uświadomił, że papież jest zwierzchnikiem wszystkich Kościołów.
    Leon IX utworzył także kolegium kardynalskie i wyznaczył mu zadanie – wspomaganie biskupa Rzymu w jego posłudze Kościołowi. Uważał, że papież powinien osobiście głosić wiarę Kościoła i brać udział w uroczystościach kościelnych.
    Synod w Rzymie (9-15 kwietnia 1049 r.) zaostrzył kary nakładane na kapłanów nie zachowujących celibatu, a wiernym odradzał korzystania z posług żonatych księży. Na synodzie w Reims (3-4 października 1049 r.) dla papieża zastrzeżono tytuł universalis Ecclesiae primas apostolicus. Na synodzie w Siponto w 1050 r. Leon IX wydał szereg dokumentów skierowanych przeciwko zwyczajom Kościoła wschodniego. Zamiast trójporozumienia między papiestwem, Bizancjum i Niemcami, wymierzonemu przeciwko Normanom, doszło do rozłamu między Kościołem wschodnim a zachodnim (wielka schizma wschodnia w roku 1054 dokonała się ostatecznie tuż po śmierci tego papieża). Obawa przed Normanami skłoniła Leona IX do tego, by z częścią wojsk niemieckich, italskich i wspierających go powstańców apulijskich, słabo uzbrojonych i niedostatecznie wyćwiczonych, wyruszyć przeciwko Normanom. Leon IX, dowodząc osobiście wojskami, przegrał bitwę z Normanami pod Civitate i dostał się do niewoli. Po kilkumiesięcznej niewoli ciężko chory papież powrócił do Rzymu. Zmarł niedługo później, 19 kwietnia 1054 r.
    Papież Wiktor III w roku 1087 nakazał relikwie św. Leona IX umieścić w podziemiach bazyliki św. Piotra, w osobnej kaplicy. Kiedy zaś w wieku XVI została wystawiona nowa, obecna bazylika, relikwie św. Leona IX umieszczono pod ołtarzem świętych męczenników Marcjalisa i Waleriusza.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 kwietnia

    Święty Ryszard Pampuri, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia, zakonnica
      •  Święty Galdin, biskup
    Święty Ryszard Pampuri

    Hieronim Filip urodził się 2 sierpnia 1897 r. w Trivolzio niedaleko Pawii. Był dziesiątym z jedenaściorga dzieci Angeli Campari i Innocenta Pampuriego. Osierocony jako dziecko, był wychowywany przez krewnych – rodzinę wiejskiego lekarza. W czasie studiów medycznych odbył służbę wojskową w armii włoskiej. Był to okres I wojny światowej. Przerażał go bezsens działań wojennych. Pisał wtedy: “Co za marnowanie ludzkiego życia. Tylu rannych, tylu połamanych…”. Z wielkim poświęceniem pielęgnował rannych. Za tę służbę został odznaczony brązowym medalem odwagi. W okresie pobytu w wojsku poważnie chorował. Po ukończeniu studiów i stażu podjął pracę jako lekarz. Jego jedynym marzeniem było służyć Chrystusowi, pomagając chorym i cierpiącym. Do misjonarki w Egipcie pisał: “Módl się, aby pycha, egoizm lub jakakolwiek zła namiętność nie zdołała mnie powstrzymać przed tym, aby widzieć zawsze w moich chorych cierpiącego Jezusa, Jego pielęgnować i Jego pocieszać. Dopóty ta myśl we mnie żyje, jakże piękna i owocna będzie dla mnie praktyka mojego zawodu”.
    Jeszcze w czasie studiów został tercjarzem franciszkańskim, jednak do I zakonu nie został przyjęty z powodu problemów zdrowotnych. Odmówili mu także jezuici. W stanie świeckim żył radami ewangelicznymi. Aktywnie udzielał się w swojej parafii, opiekując się młodzieżą i organizując rekolekcje. Przez chorych był bardzo ceniony. Wielu pacjentom pomagał też materialnie. Siły czerpał z codziennej Eucharystii i częstej adoracji. W wieku 30 lat, odpowiadając na wewnętrzne przynaglenie, wstąpił do zakonu braci św. Jana Bożego – bonifratrów. Przyjął imię Ryszard, z wdzięczności dla kapłana, którym Pan Bóg posłużył się dla wskazania mu tej drogi, ks. Riccardo Beretty. Mediolańskie gazety odnotowały, że pacjenci żałowali bardzo porzucenia praktyki przez “świętego doktora”, jak go nazywano.
    Ryszard jednak również jako zakonnik kontynuował pełną miłosierdzia i cierpliwości posługę lekarską. W 1930 r., mając zaledwie 33 lata, zmarł na gruźlicę. W roku 1951 w związku z procesem beatyfikacyjnym doczesne szczątki Ryszarda zostały przeniesione do kościoła parafialnego w rodzinnej miejscowości Trivolzio, gdzie spoczywają do dziś. Św. Jan Paweł II beatyfikował go w 1981 r., a kanonizował osiem lat później. Jest patronem lekarzy.
    Pod wezwaniem św. Ryszarda Pampuri jest warszawski klasztor bonifratrów. Imię Świętego nosi też znajdująca się przy klasztorze jadłodajnia dla ubogich.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 kwietnia

    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Baptysta Spagnoli, prezbiter
    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Katarzyna Tekakwitha, zwana także “Genowefą Nowej Francji”, urodziła się na początku kwietnia 1656 r. w osadzie wiejskiej Osserneon (obecnie Auresville w stanie Nowy Jork), należącej do jednego z najbardziej wojowniczych plemion irokeskich. Tekakwitha jest imieniem, które Katarzyna otrzymała od swojego ludu, gdy się urodziła. W języków Mohawków oznacza ono: “ona porządkuje sprawy” albo “ta, która wszystko czyni w należytym ładzie”. Ojciec Katarzyny był naczelnikiem osady, poganinem. Matka pochodziła z plemienia Algonkinów znad Zatoki św. Wawrzyńca i była chrześcijanką. Została porwana przez Irokezów i uratowana od losu branki przez ojca Tekakwithy, któremu później również urodziła syna. Swe praktyki religijne spełniała potajemnie, ale dzieciom opowiadała o Bogu.
    Gdy Katarzyna miała cztery lata, jej rodzice i brat zachorowali na ospę i zmarli. Po mamie został jej różaniec. Ona co prawda przeżyła tę chorobę, ale pozostały jej blizny na twarzy i poważnie uszkodzony wzrok. Sierotę adoptowała ciotka Karitha i jej mąż Jowanero, który został wodzem Żółwi. W 1666 r. pięć plemion irokeskich zawarło pokój z Francuzami. Mohawkowie do układów nie przystąpili, dlatego dowódca wojsk kolonialnych, hrabia de Tracy, zorganizował przeciw nim ekspedycję karną. Plemię ukryło się w puszczy.
    W roku 1667 misjonarze z zakonu jezuitów – Bruyas, Fremin i Pierron – dotarli do plemienia z misją pokojową. To właśnie dzięki nim Katarzyna zetknęła się po raz pierwszy z chrześcijaństwem i przyjęła jego prawdy z wielkim entuzjazmem. Usiłowano ją wydać za mąż. Dzielnie opierała się tym próbom, a w końcu wyznała, że pragnie przyjąć chrzest.
    Kiedy ukończyła 18 lat, poprosiła o to o. Jacquesa de Lamberville, chociaż żyła wśród ludzi wrogo nastawionych do wiary chrześcijańskiej. Mimo protestów opiekunów, przyjęła chrzest w dniu 5 kwietnia 1667 r., biorąc za patronkę Katarzynę ze Sieny. Odtąd nazywano ją Kateri. Indiańska dziewczyna stała się nieustraszoną chrześcijanką, chociaż była obiektem narastającej pogardy i kpin niechrześcijańskiej ludności ze swojej wioski. Szydzono z jej nawrócenia, odmowy pracy w niedziele i niechęci do zawarcia małżeństwa. Ale to nie osłabiło jej wiary. Pewnego dnia młody wojownik postanowił przestraszyć Katarzynę i nakłonić ją do porzucenia nowej wiary. Ozdobiony barwami wojennymi, podniósł maczugę i zamachnął się, tak jakby chciał ją zabić. Dziewczyna myślała, że wkrótce umrze, ale zamknęła oczy i nie poruszyła się z miejsca. Jej odwaga spowodowała, że młody wojownik opuścił maczugę i odszedł.
    Katarzyna mieszkała w zajeździe swojego wuja tak długo, jak było to bezpieczne. W październiku 1677 r. została zmuszona do ucieczki do Kahnawake (dziś La-Prairie-de-la-Madelaine) nad rzeką św. Wawrzyńca na południe od Montrealu. Mieszkała tam z Anastazją Tegonhatsihonga, chrześcijanką pochodzenia indiańskiego. W 1677 w Boże Narodzenie przyjęła pierwszą Komunię Świętą, a w uroczystość Zwiastowania Pańskiego w 1679 r. złożyła ślub czystości.

    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Lubiła strugać drewniane krzyżyki, których wystrugała tysiące, by w ten sposób Jezus stał się bardziej znany wśród Indian. Rozdawała je potem ludziom, wieszała na drzewach, zostawiała przy jeziorach i na polach. Podczas zimowego sezonu łowieckiego, gdy wraz z mieszkańcami wioski znalazła się z dala od niej, zrobiła na drzewie małą, drewnianą kapliczkę z wyrzeźbionym krzyżem i tam spędzała czas na modlitwie, klęcząc na śniegu. Katarzyna kochała różaniec i zawsze nosiła go na szyi. Nazywana była lilią plemienia Mohawków.
    Indianie, Francuzi i misjonarze podziwiali jej wyjątkową pobożność. Zajmowała się uczeniem dzieci modlitwy i religii, opieką nad chorymi i starcami, aż do momentu, gdy sama śmiertelnie zachorowała.
    Zmarła mając zaledwie 24 lata w Kahnawake, 17 kwietnia 1680 r. Była to Wielka Środa. “Jesos konoronkwa”, czyli “Kocham Cię, Jezu” – to były jej ostatnie słowa. Piętnaście minut po jej śmierci – na oczach dwóch jezuitów i tubylców, zgromadzonych w jej pokoju – blizny z jej twarzy zniknęły bez śladu.
    Zaczęto modlić się za jej wstawiennictwem tuż po jej śmierci. W 1884 r. w Kahnawake wybudowano pomnik dla uczczenia jej pamięci. 3 stycznia 1943 roku papież Pius XII ogłosił, że córkę wodza Mohawków można nazywać sługą Bożą. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 22 czerwca 1980 roku. Papież Benedykt XVI kanonizował Katarzynę na początku Roku Wiary dnia 21 października 2012 r. w Rzymie.
    Do dziś wielu pielgrzymów odwiedza jej grób w kościele pw. św. Franciszka Ksawerego w Kahnawake (w pobliżu Montrealu w Kanadzie) i oddaje cześć jej relikwiom. Patronuje ekologom, działaczom ochrony środowiska, wygnańcom, ludziom, którzy utracili rodziców, ludziom mieszkającym na obczyźnie i ludziom wyśmiewanym z powodu pobożności. W 2002 r. patronowała także Światowym Dniom Młodzieży odbywającym się w Toronto w Kanadzie.W ikonografii jest przedstawiana z lilią w ręku – symbolem czystości, z krzyżem jako wyrazem jej miłości do Chrystusa, i żółwiem, symbolem jej klanu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 kwietnia

    Święta Maria Bernadetta Soubirous,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Benedykt Józef Labre, wyznawca
    Święta Maria Bernadetta Soubirous

    Maria Bernadetta urodziła się 7 stycznia 1844 r. w Lourdes jako najstarsza z rodzeństwa. Była córką ubogiego młynarza. W dwa dni po urodzeniu otrzymała chrzest. Kiedy miała 11 lat, przyjęła ją do siebie krewna, u której pasała owce. Po trzech latach wróciła do rodzinnego Lourdes, aby przygotować się do I Komunii Świętej. I wtedy – 11 lutego 1858 r. – po raz pierwszy Bernadecie objawiła się Matka Boża nad rzeką Gave, w pobliżu groty Massabielle. Wezwała ją do modlitwy różańcowej oraz do czynów pokutnych w intencji nawrócenia grzeszników. W ciągu pół roku Matka Boża objawiła się Świętej 18 razy. Wizje te dały początek słynnemu sanktuarium w Lourdes. W roku 1862 biskup diecezji Tarbes, Laurence, do której należało Lourdes, ogłosił dekret o prawdziwości objawień.
    W tym samym roku Bernadetta zapadła na obustronne zapalenie płuc. Wyzdrowiała, ale postanowiła wstąpić do zakonu. Chciała się po prostu ukryć, by ujść oczu ciekawych. Dzięki pośrednictwu biskupa z Nevers, Forcade, wstąpiła tamże do sióstr “od miłości i nauczania chrześcijańskiego”. Pożegnała się więc z rodziną i z ukochaną grotą massabielską. Schorowanej, powierzono funkcję infirmerki i zakrystianki. Dopiero 22 września 1878 roku złożyła śluby wieczyste. Zmarła 16 kwietnia 1879 r., mając 35 lat.
    Kościół nie wyniósł Bernadetty na ołtarze ze względu na głośne objawienia Maryi, ale ze względu na osobistą świętość Bernadetty. Wiele cierpiała z powodu astmy. Doświadczały ją bardzo siostry, gdyż znacznie różniła się od nich wykształceniem i prostymi obyczajami. Sławna w świecie – w klasztorze chciała być ostatnia i cieszyła się z wszelkich upokorzeń. Zwykła powtarzać: “O Jezu, daj mi swój krzyż… Skoro nie mogę przelać swojej krwi za grzeszników, chciałabym cierpieć dla ich zbawienia”. Na najwyższą pochwałę zasługuje to, że podczas gdy Lourdes i jej imię było na ustach całego świata, kiedy tysięczne tłumy codziennie nawiedzały to święte miejsce, sama Bernadetta żyła w ukryciu, nie dawała żadnych wywiadów, uważając po prostu, że jej misja się skończyła, a rozpoczęła swoją misję Matka Boża.
    W czasie procesu kanonizacyjnego (1919) stwierdzono, że ciało Bernadetty mimo upływu czasu pozostało nienaruszone. W 1925 roku (rok święty) papież Pius XI ogłosił Marię Bernadettę błogosławioną w obecności ostatniego z jej braci, a w roku 1933 zaliczył ją uroczyście w poczet świętych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Losy Bernadetty

    Losy Bernadetty
    fot. Henryk Przondziono /Foto Gośćśw. Bernadeta Soubirous

    ***

    “Widziałam Ją… Jakże była piękna!… Spieszno mi, by Ją znowu zobaczyć.” Uczyniła jeszcze raz swój piękny znak krzyża i oddała Bogu ducha. Miała 35 lat.

    Bernadetta Soubirous chętnie opowiadała o objawieniach, ale kiedy ktoś nie chciał jej wierzyć, dodawała: “Nie otrzymałam polecenia sprawić, abyście uwierzyli, ale aby wam to przekazać.” O sobie mówiła: “Maryja wybrała mnie, bo jestem najbiedniejsza.” Jej rodzina żyła istotnie w nędzy z powodu licznych nieszczęść, chorób, utraty majątku. A jednak ofiarującym jej pomoc mała wizjonerka odmawiała stanowczo, mówiąc: “Wolę pozostać biedną”. Była za to bogata bogactwem nadprzyrodzonym. Świadkowie twierdzili, że sam sposób robienia przez Bernadettę znaku krzyża “tak samo jak Pani”, nawracał grzeszników. Często chorowała. “Być może Maryja pragnie, abym cierpiała? Może potrzeba cierpienia?” – oto jej odpowiedź w obliczu licznych dotykających ją chorób. Była cicha i pokorna.

    Często uczestniczyła w uroczystościach przy grocie, wmieszana w tłum, aby nie zwracać na siebie uwagi. Kiedy stanął przed nią problem wyboru drogi życiowej oświadczyła: “Maryja powiedziała, że mam zostać zakonnicą, ale nie powiedziała, w jakim zgromadzeniu”. Broniła się przed naciskami, chcąc ponad wszystko spełnić wolę Bożą. Tymczasem biskup bardzo pragnął wysłać ją do klasztoru w odległym Nevers, aby nie skupiała na sobie ciekawości pielgrzymów. Bernadetta długo rozmyślała nad tą propozycją. Wiedziała, że z Nevers nigdy już nie powróci. Wreszcie ze łzami żegnała się z grotą: “Grota – to było moje niebo. Już jej więcej nie zobaczę”. Po przybyciu do Nevers powiedziała: “Przybyłam tu się ukryć.”

     Henryk Przondziono /Foto GośćKlasztor Saint Gildard w Nevers, gdzie Bernadetta spędziła 13 latSłużyła Bogu i bliźnim jako wspaniała pielęgniarka. Jednak w 1875 roku zaczęła bardzo poważnie chorować. Zmarła 16 kwietnia 1879. Jej ostatnie słowa skierowane były ku Bogu i ku Pięknej Pani, którą na zawsze zapamiętała ze spotkań w Massabielle: “Mój Boże! Mój Boże! Święta Matko, Matko Boga, módl się za mnie, biedną grzesznicę!” Patrzyła na krzyż i na figurę Matki Bożej z Lourdes: “Widziałam Ją… Jakże była piękna!… Spieszno mi, by Ją znowu zobaczyć.” Uczyniła jeszcze raz swój piękny znak krzyża i oddała Bogu ducha. Miała 35 lat. Nietknięta przez czas spoczywa w kościele w Nevers, oczekując na zmartwychwstanie. Wszystkie pamiątki po niej są tam starannie przechowywane. Została kanonizowana w 1933 r. przez papieża Piusa XI.

    wiara.pl

    ***

    Święta Bernadetta Soubirous
     Święci stanowią pewien rodzaj wspólnoty, nawet gdy się nie znają (porozumiewają się bezpośrednio poprzez tego samego Jezusa, którego kochają całym sercem), zważywszy, że niekiedy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, wyrażają swoje myśli w podobny sposób.Gdy w 1858 roku Bernadetta miała czternaście lat i zaznała łaski wielokrotnego widzenia Świętej Dziewicy w Lourdes, święty proboszcz z Ars (Jan Maria Vianney) dobiegał ostatniego roku życia. Jednak pomiędzy staruszkiem i dziewczynką było pewne osobliwe pokrewieństwo duchowe.Myślę — powiadał — iż Pan zechciał wybrać największego ignoranta spomiędzy wszystkich proboszczów… Gdyby znalazł gorszego ode mnie, wybrałby jego na moje miejsce, ażeby w ten sposób okazać swoje wielkie miłosierdzie.Jeżeli Święta Dziewica wybrała mnie — tłumaczyła Bernadetta — to dlatego, że byłam najbardziej niewykształconą. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, wybrałaby ją.Stary proboszcz był zaniepokojony, widząc na dróżkach swojej parafii, która stała się celem nieustających pielgrzymek, w sprzedaży swój portret. Pocieszał się jednak: za niewiele wieków nie będę więcej wart.
    W podobny sposób zareagowała Bernadetta, gdy w klasztorze, do którego wstąpiła, zorientowała się, że w Lourdes sprzedawano za dziesięć centymów jej fotografię; skomentowała to: dziesięć centymów, to wszystko, co jestem warta!To pokorne współbrzmienie przypomina nam głęboką prawdę o wspólnocie świętych i głęboko wzrusza świadomość, że gdy umiera wiekowy już, świątobliwy kapłan, który połowie Francji ukazał drogi prowadzące z ziemi do nieba, jego dziedzictwo przejmuje dziewczynka, która wskaże całemu światu jak Niebo pochyla się miłosiernie nad ziemią.Madonna mnie wybrała — w tak prosty sposób tłumaczyła swoją nadzwyczajną przygodę. Kiedy my używamy tego określenia (“być wybranym!”), nieuchronnie wkładamy w nie spore zadowolenie. Dla widzącej z Lourdes było to natomiast określenie całkowicie czyste, dostosowane do opisania pewnego wydarzenia, które samo z siebie tłumaczy się niepojętym Bożym miłosierdziem, zważywszy, że w niej, Bernadecie, nie było nic co mogłoby motywować to, co jej się przytrafiło.W wieku czternastu lat nie umiała czytać ani pisać. Nie umiała mówić po francusku, nie znała katechizmu. W języku francuskim potrafiła jedynie mówić różaniec, chociaż nie rozumiała go. Brakowało jej pożywienia i nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Nękały ją częste ataki astmatyczne. Tak więc w ludzkich oczach nie była warta nic.Święta Dziewica mnie wybrała — odpowiadała — gdy w klasztorze, dokąd schroniła się po objawieniach, niektórzy myśleli, że powinno się jej okazywać szczególne względy. Bernadetta mówiła: Nie mam żadnego prawa do tej łaski. Święta Dziewica wzięła mnie tak, jak bierze się kamień leżący na drodze… A chcąc wytłumaczyć swoje znikome zasługi, mówiła: Jestem jak kamień. Czyżbyście chcieli darzyć względami jakiś kamień?Pewnej siostrze z nowicjatu, która pytała ją o objawienia, tłumaczy: co robi się z miotłą, gdy kończy się sprzątać, gdzie się ją stawia? A gdy ta nic nie rozumiejąc, zakłopotana odpowiada: Stawia się ją w kącie za drzwiami, Bernadetta podsumowuje: A więc ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy mnie już nie potrzebuje, stawia za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.Aby podkreślić, że nie ma w tych słowach ani trochę resentymentu, a co więcej, jest w nich pewna zupełna, prawie naturalna, determinacja rozumienia i życia Ewangelią, która drażni wszystkich pyszałków; kiedy uczynicie wszystko, co wam kazano, mówcie: jesteśmy sługami nieużytecznymi.Również biskup z Lourdes, gdy pierwszy raz uznał prawdziwość objawień, użył wyrażenie świętego Pawła: Bóg wybrał to, co dla świata jest słabe… (1Kor 1,27).W jednej z modlitw do Maryi, którą ułożyła Bernadetta, czytamy słowa, będące echem Magnifikat: Tak, czuła Matko, zniżyłaś się aż do ziemi, aby objawić się słabej dziewczynce… Ty, Królowo Nieba i Ziemi, zechciałaś posłużyć się tym, co jest najmniej warte w oczach świata.Jest to tajemnica świętości Bernadetty, a trzeba koniecznie dodać, że nie została ona ogłoszona świętą dlatego, że widziała Madonnę, ale pomimo tego, że miała wizje, pomimo niespodziewanej chwały jaka została na nią zlana. Stało się tak z powodu pełnej pokory i zawierzenia, w jakim pozostała “pamiętając o tym, co się stało” oraz z powodu ofiarowania siebie dla urzeczywistnienia tego posłannictwa, które zostało jej powierzone: Módlcie się i czyńcie pokutę za grzeszników.
    Urodziła się w roku 1844 w miejscu, gdzie stało pięć młynów oddalonych od siebie o kilkadziesiąt metrów. Przedostatni wynajmował Franciszek Soubirous i jego rodzina.Państwo Soubirous zdawali się być nękani przez nieszczęścia, które stopniowo prowadziły do nędzy. Czasy były złe, marne zbiory, złe interesy, narastające długi. Gdy Bernadetta miała dziesięć lat, ojciec nie był w stanie płacić dzierżawy za młyn i z gospodarza stał się robotnikiem najemnym. W rok później rozszalała się cholera, która dotknęła także dziewczynkę, a następnego roku nastał głód. Soubirous skończyli w ciemnym i cuchnącym parterowym budynku, który kiedyś był więzieniem. Była to wilgotna i niezdrowa dziura.W wieku 12 lat Bernadetta została wysłana na służbę jedynie za posiłek. Gospodarze, u których służyła, karmili ją dzień po dniu, pokarmem z kukurydzy, którego mała nie była w stanie nawet strawić.Nie brakowało również złego traktowania, które znosiła bez uskarżania się, gdyż — jak powiadała — gdy pomyśli się, że Dobry Bóg na to pozwala, nie należy się skarżyć. O katechizmie nie było nawet mowy. A tak mówiąc prawdę, gospodyni zezwoliła jej na uczenie się, lecz szybko z tego zrezygnowała: Jesteś zbyt głupia. Nigdy nie będziesz mogła przystąpić do Pierwszej Komunii.Tymczasem w domu, bieda goni biedę. Ojciec często pozostaje bez pracy, a gdy w miejscowości ukradziono dwa worki mąki, na niego skierowano podejrzenia, ponieważ był najbiedniejszy. Franciszek trafił do więzienia. Jednak na krótko, gdyż szybko został uniewinniony, ale mimo to zła sława i smutek w sercu pozostał.Bernadetta wróciła do domu. Myśl o Pierwszej Komunii nie opuszczała jej, a proboszcz przyrzekł nauczyć przynajmniej najbardziej podstawowych pojęć (powie potem ów kapłan z oburzeniem: Nie wie nawet, że istnieje tajemnica Trójcy Świętej!).Oto wizerunek nędzy, fragment dziejów upokorzenia i smutku świata, do którego zwróciła się Dziewica, gdy postanowiła zstąpić na ziemię. I nie ma wiele przesady w smutnym obrazie, jaki wydaje się wyłaniać, gdy dodamy, że tego samego roku ciało Bernadetty zaczęła toczyć gruźlica.W tej sytuacji racjonaliści mają ułatwione zadanie. Wystarczy powiedzieć, że wielka bieda spowodowała wizje nieba otwierającego się nad ziemią, wielka frustracja została skompensowana złudzeniem własnej świętości, którym to zabawia się biedna dziecina, podobnie jak ubogie dzieci bawią się w księżniczki. Skoro tylko rozeszła się ta wiadomość, tak właśnie mówiono, czy to w miejscowej gospodzie, czy w paryskiej kawiarni. Zapomniano jednak o sprawie istotnej, że można na to spojrzeć z drugiej strony, dokładnie tak jak na to patrzyła Święta Dziewica, gdy dokonała wyboru, podobnie jak to uczyniłaby matka, wybierając spośród dzieci to najbardziej cierpiące.W konfrontacji z moralnym monumentem, pełnym godności, zrównoważenia, niewiarogodnej siły i wytrwałości ze strony owej dziewczynki, która nie nigdy przyjmowała ani pochwał ani pieniędzy, wątpliwości “oświeconych” i ich wulgarne aluzje padały zawsze jak na skałę. Za każdym razem, gdy ofiarowywano jej pieniądze, zdecydowanie je odrzucała, a jeśli ktoś niespodziewanie wkładał w ręce kilka złotych monet, rzucała je na ziemię z krzykiem: “palą mnie!” Kiedy jakieś osobistości albo biskupi nalegali żeby się z nią zobaczyć, kazała powiedzieć, że zrobiliby lepiej pozostając w swoich diecezjach, natomiast kiedy ktoś usiłował przynajmniej jej się dotknąć albo odciąć jako relikwie jakiś kawałek ubrania, mówiła z prostą chłopską szczerością: Jakże jesteście głupi!
    Powróćmy jednak do tych pierwszych miesięcy roku 1858, kiedy Bernadetta miała zaledwie czternaście lat.Był poranek 11 lutego, mżyło. A mimo tego, rozumiejąc, że też powinna iść, poprosiła o pozwolenie na towarzyszenie siostrze i pewnej przyjaciółce, które to szły w kierunku skalnego zagłębienia Massabielle, aby nazbierać trochę drzewa na opał oraz kości na sprzedaż dla szmaciarza.Doszły tam, gdzie kanał z młyna łączy się z potokiem Gave. Trzeba było go przekroczyć, stąd Bernadetta, zaniepokojona tym, że woda była lodowata, opóźniała się. W czasie, gdy usiłowała zdjąć buty aby ich nie zamoczyć, usłyszała jakiś szum, jakby uderzenie wiatru. Obróciła się w kierunku drzew na łące, lecz wszystkie były nieruchome, następnie w kierunku groty, gdzie rosła dzika róża. Zdawało się, że jest ona poruszana podmuchem wiatru. Zagłębienie rozświetliło się jakimś światłem “słodkim i ożywczym” — powie później, kiedy zobowiązano ją do dokładnego wytłumaczenia — pośród którego coś przeświecało, jakby ubrana na biało dziewczyna.Bernadetta przerażona i jednocześnie zaciekawiona, wykonuje jedyny gest, jaki podpowiada jej wiara, wyjmuje z kieszeni swój ubogi różaniec i usiłuje go odmawiać. Nie jest jednak w stanie uczynić nawet znaku krzyża do czasu, aż nie uczyniła go owa “pani”, przed którą stała, a był to znak szeroki, uroczysty i bardzo piękny.Dziewczynka odmawia różaniec, pani z wizji przesuwa paciorki swojego, lecz w ciszy.Gdy różaniec skończył się, Bernadetta została zaproszona, aby podejść bliżej, lecz nie miała odwagi. Wizja znikła.Bernadetta była tak daleka od wymyślenia tego, że nie wiedziała nawet jak wytłumaczyć to, co się stało. Myślała, że obie przyjaciółki także spotkało podobne wydarzenie, lecz kiedy im o tym wspomniała, zrozumiała, że nic nie widziały. Chciała to przemilczeć, ale było już za późno i wiadomość rozeszła się z niespotykaną prędkością.Ktoś opowiadał, że to, co się ukazało jest urojeniem. Inni twierdzili, że to wizja postaci dobrej dziewczynki, która niedawno zmarła, jeszcze inni, że jest to Święta Dziewica.Bernadetta nie wypowiadała się w tej sprawie. Co więcej, w swojej dziecięcej prostocie, osoby niewykształconej, używa zdumiewającego wyrażenia: To coś dziwnego, białego, co przypomina panienkę.Uparcie ją tak nazywa do czasu, gdy Dziewica nie objawiła jej swojego imienia.Wbrew wszystkiemu co możemy pomyśleć, wiadomość o wizji nikogo nie uradowała.Nie ucieszyła rodziny, która myślała, że będzie musiała teraz znosić nowe cierpienia obok ubóstwa i pogardy, a przy tym śmiech i upokorzenie z powodu obecności w domu wizjonerki (Bernadetta w końcu dostała nawet lanie).Nie ucieszyło to przełożonej domu, który przyjął Bernadettę do klasy, do której uczęszczały dzieci biedne. Zapytała z docinkiem: Czy skończyłaś ze swoimi błazeństwami? Nie ucieszył się proboszcz — człowiek o złotym sercu, lecz drażliwy i dużego wzrostu — przed którym Bernadetta drżała jak listek.Tym bardziej nie ucieszyło to uczonych i możnych w okolicy, którzy po trochu z tego szydzili, a po trochu byli poirytowani, aż w końcu zaczęli interweniować z całą nietolerancją, do jakiej są zdolni tak zwani wolnomyśliciele.Pierwszy artykuł jaki ukazał się w lokalnym dzienniku mówił o “pewnej dziewczynce, która jest podejrzana o to, że choruje na katalepsję i niepokoi swoimi dziwactwami ludzi w Lourdes”.Wydawano zakazy chodzenia do groty, lecz na szczęście zostały uchylone, gdy udały się w podróż niektóre wpływowe osoby, które pragnęły to zjawisko zobaczyć.
    Pomiędzy 11 lutym a 16 lipcem 1858 roku miało miejsce osiemnaście objawień Świętej Dziewicy, podczas których Bernadetta wpadała w ekstazę i nie reagowała na to, co działo się wokoło, nawet wtedy gdy płomień jednej ze świec palił jej ręce. Wszyscy zorientowali się, że dziewczynka rozmawia ze swoją wizją. Na jej obliczu malowała się radość ze słodkim uśmiechem oraz stan ogromnego smutku, prawie do płaczu, z powodu tego, co słyszała.Wszyscy odnosili wrażenie, że oblicze jej jest jak lustro, w którym odbija się to, co widzi i słyszy. Posłannictwo będące wynikiem tego nadzwyczajnego dialogu było proste i poruszające. Na osiemnaście objawień, jedenaście razy Święta Dziewica nie mówiła nic. Ograniczała się do uśmiechu, przede wszystkim kiedy Bernadetta czyniła to, co dorośli radzili jej zrobić albo mówiła to, o co kazali się zapytać.Uśmiechnęła się, gdy Bernadetta zaczęła pokrapiać grotę wodą święconą, wypowiadając egzorcyzm jakiego ją nauczono: “Jeśli przychodzisz od Boga — pozostań, a jeśli nie — odejdź stąd”.Uśmiechała się, gdy posłuszna sugestiom pewnej wpływowej pani z miasta, Bernadetta przedłożyła Jej kartkę papieru oraz pióro i poprosiła: Czy zechciałaby Pani uczynić mi grzeczność i napisać swoje imię.Ale tym razem wizja przybliżyła się i odpowiedziała jej w dialekcie: N`ey pas necessari, nie jest to konieczne.”Nie było to konieczne”, aby do swojego objawienia wybrać dziewczynkę dobrze wykształconą, która umiałaby przynajmniej czytać i pisać, tym mniej było konieczne posłużenie się nią dla przechowania dokumentów, w interpretacji których inni będą się prześcigać. Mimo tego czyniono to. W tym względzie Bernadetta okazywała zawsze ogromną stałość.Pewnego dnia jeden z posłów z Niziny Pirenejskiej zapytał wyniośle, czy Dziewica mówiła po francusku, czy po łacinie. Mówi w dialekcie — odpowiedziała Bernadetta. — W Niebie nie mówią dialektem — podsumował z niewiarygodną pewnością pan Rességnier.Lecz Bernadetta odpowiedziała: Jeśli Bóg nie zna naszego dialektu, jak my możemy go zrozumieć?Poseł ze zdziwienia zaniemówił.Innym razem pewien teolog uważał się za wystarczająco kompetentnego, aby zagwarantować, iż nie może tu chodzić o Madonnę, ponieważ ta powinna mówić po hebrajsku, a przynajmniej po łacinie (!), lecz Bernadetta zapytała go: Czy Bóg nie jest w stanie nauczyć Świętej Dziewicy mojego dialektu?Zatem “nie jest konieczne” mieszać w to “uczonych tego świata”, którzy usilnie chcą wierzyć doświadczeniu i dokumentom.Przychodzi na myśl jeszcze jeden dialog, jaki rozwinął się pomiędzy małą widzącą, a dziekanem z Vic, kiedy od kilku miesięcy zakończyły się widzenia:
    — Czy to prawda, że widziałaś Świętą Dziewicę?
    — Tak, wielebny.
    — Ale ja nie wierzę, że Ją widziałaś!
    (Milczenie Bernadetty)
    — Nic nie mówisz?
    — Co chcecie, aby wam powiedziała?
    — Powinnaś mnie przekonać, że naprawdę widziałaś Świętą Dziewicę!
    — Ależ Ona nie kazała mi w siebie wierzyć.Jest pewne zdanie, które Bernadetta często wypowiadała do najbardziej agresywnych, przesłuchujących osób, które chciały wciągnąć ją do dyskusji: “Jestem zobowiązana wam to powiedzieć, a nie zmusić do uwierzenia”.Owego trzeciego dnia Dziewica uśmiechnęła się i nie zechciała “podpisać się”, ale potem, gdy Bernadetta zwróciła się bardzo grzecznie: Czy zechciałaby Pani być tak dobra i napisać…, wizja odpowiedziała jej: Czy zachciałabyś uczynić mi łaskę (zawsze w dialekcie: aué la gracia) i przychodzić tu przez piętnaście dni?Uczyniła obietnicę i odtąd rozpocznie się walka pomiędzy nią, która czuje się zobowiązana przyrzeczeniem, pociągnięta w sposób, że nie można się temu oprzeć, a “wielkimi” i “możnymi”, którzy na wszelkie sposoby usiłują w spotkaniach przeszkodzić.Zaczęły się publiczne przesłuchania. Komisarz policji Jcomet, sędzia śledczy Rives, prokurator rządowy Dutour, wszyscy traktowali ją jako małego drania. Straszono uwięzieniem, przesłuchiwano przez wiele godzin, usiłując zmusić do przyznania się do kłamstwa. Przedstawiano fałszywe świadectwa, które Bernadetta prostowała punkt po punkcie, bez gubienia się w zeznaniach. Pewnego dnia została wezwana razem z matką. Prokurator trzymał ją na stojąco przez ponad dwie godziny, a kiedy wreszcie żona urzędnika przechodząc rzekła miłosiernie: Tam jest krzesło, usiądźcie!, Bernadetta zareagowała ostro: Nie — możemy je zabrudzić! i usiadła na ziemi. Byli także możni, którzy wychodzili pokonani.Był tak wściekły, że nie był w stanie odnaleźć kałamarza — opowiadała ze śmiechem Bernadetta o swoim spotkaniu z prokuratorem, który stale pisał i wykreślał kłamstwa, które sam napisał. W końcu usiłowano ją na siłę umieścić w szpitalu dla umysłowo chorych.Jednak najpiękniejszymi były dialogi, które miały miejsce w grocie. W ciągu piętnastu objawień, Dziewica przekazała Bernadecie trzy tajemnice, które dotyczyły jedynie jej, a których nie ujawniła, mimo usilnych pytań, nawet osób duchownych takich jak biskupi i spowiednicy.W pierwszym przesłaniu powiedziała: “Pokuta, pokuta, pokuta. Módlcie się do Boga za grzeszników” i dziewczynka wykonuje nakazane w objawieniu gesty, które niepokoją obecnych (chodziło o prawie 500 osób). Wszyscy widzieli ją jak przemierzała na klęczkach kamienistą drogę prowadzącą do groty, całując na całej długości ziemię.Znajdowało się tam niewielkie zagłębienie, w którym było trochę błota. Widziano ją jak rękoma kopała w tym miejscu, aż pojawiło się trochę zamulonej wody, którą wzięła do ust.Tymczasem źródło, tak niespodziewanie wytryskające, powiększyło się, woda przejaśniła i popłynęła obficie. Rozpoczęły się zjawiska uzdrowień, które uczyniły Lourdes sławnym na cały świat.Innego dnia Dziewica każe jej jeść gorzkie zioła. Bernadetta nawet nie rozumie dlaczego o to wszystko prosi! Powtarza jedynie to, co Ona powiedziała: są to gesty pokutne i pełne pokory, ofiarowywane “za nawrócenie grzeszników”.Tłum chciał gestów wielkich, gdy tymczasem otrzymuje do uważnego przemyślenia proste znaki, poważne, pokorne i wymagające trudu, których sens zostanie ujawniony, gdy na koniec Dziewica objawi swoje Niepokalane imię.Na początku marca Bernadetta otrzymała najtrudniejsze posłannictwo: Idź powiedzieć kapłanom, żeby przyszli tutaj w procesji i zbudowali kaplicę.Chodzi tu o spotkanie z gderliwym księdzem Peyramale. Był tym bardziej wściekły i nieustępliwy im bardziej w sercu czuł się zmuszony do uległości, tym bardziej, że jako proboszcz, weryfikował w konfesjonale nawrócenia jakie zdarzały się w grocie. Bernadetta poszła na spotkanie z nim mała i drżąca. Pozwoliła się wypytywać, lecz miała tak mało do powiedzenia!
    — Powiadasz, że widzisz Dziewicę?
    — Ja nie mówię, że to jest Dziewica.
    Bernadetta ucieka się do swojego określenia: Widziałam coś, co wydaje się być panią!
    — Coś! — Proboszcz usiłuje być zły.
    — Nieszczęściem jest mieć takich ludzi jak wy, którzy wprowadzają nieporządek w parafii.Bernadetta stała się “mała jak ziarno prosa”, jednak trwała w wypełnianiu swojego posłannictwa, prosząc w imieniu Pani o zorganizowanie procesji.Następnie ucieka. Jednak zaledwie złapała oddech, zorientowała się, że zapomniała przekazać drugą część posłannictwa — sprawę zbudowania kaplicy.Powróciła wieczorem i znalazła wszystkich księży na zebraniu. Z pokorą powiedziała, że Pani chce kaplicy i dodała pierwszy raz coś od siebie: kaplicy… nawet bardzo małej!Peyramale postawił swoje warunki: Pani powinna dać jakiś znak, powinien w grocie zakwitnąć znajdujący się tam krzak róż oraz powinna wyjawić swoje imię.Dziewczynka wyszła uradowana, z uczuciem lekkości z powodu wypełnienia swojej misji. W końcu nadszedł ostatni z piętnastu dni, o które prosiła Dziewica. Wszyscy oczekiwali wielkiego objawienia i wielkiego cudu. Nic takiego nie stało się.Na zapytania przekazane przez Bernadettę, otoczoną przez ponad dziesięć tysięcy osób oraz dokładnie obserwowaną przez komisarza Jcomet, Dziewica nie odpowiedziała zupełnie nic.Mistyczny dialog i cisza w grocie trwały trzy czwarte godziny.Powróciła, aby przekazać wszystko proboszczowi.
    — Poprosiłam o wyjawienie swojego imienia a ona uśmiechała się. Poprosiłam, aby spowodowała zakwitnięcie róż, a ona znowu się uśmiechała. Jednak ciągle chce kaplicy.
    Na to Peyramale:
    — Masz pieniądze?
    — Nie.
    — Ani ja ich nie mam. Powiedz Pani, aby dała ich trochę.Replika dobrze oddaje całe to rozczarowanie.Dzienniki jednoczyły się w zjadliwych komentarzach (pisano: “cudem jest nadzwyczajna łatwowierność tego tłumu!” i sugerowano aby tą “piętnastolatkę, która chce być świętą oddać do szpitala”!).Nadszedł dzień 25 marca. Jest to dzień Zwiastowania. Jeszcze nie nastał świt, kiedy Bernadetta wstała z łóżka, czując w sobie nieodparty impuls, aby pójść do groty.Objawienie już ją “oczekiwało” i Bernadetta grzecznie poprosiła: Pani, czy zechcesz mi okazać swoją łaskę i powiedzieć mi swoje imię, bardzo o to proszę…“To coś” uśmiechnęło się. Bernadetta nalega czterokrotnie.Za czwartym razem “zjawa” już się nie uśmiechała. Rozłożyła złożone ręce, kierując je ku ziemi, oczy zwróciła do nieba i powiedziała w dialekcie: Que soy era Immaculada Concepciou — Jestem Niepokalanym Poczęciem.Bernadetta szybko wstała, pobiegła w kierunku plebani i zaledwie zobaczyła proboszcza powtórzyła gesty i słowa Pani.Zupełnie zakłopotany proboszcz odpowiedział:
    — Pani nie może mieć takiego imienia. Wiesz co ono oznacza?
    — Nie — odpowiedziała Bernadetta.
    — A więc jak możesz to mówić, skoro nie rozumiesz.
    — Powtarzałam to sobie przez całą drogę.
    Ja jestem Niepokalanym Poczęciem! Minęły cztery lata od czasu, gdy Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi, lecz jest to pewna prawda, fakt. Nie jest to imię. Gdyby powiedziała: “Ja jestem Dziewicą!” albo: “Ja jestem niepokalaną Dziewicą!” Ale to określenie jest dziwne, tak dziwne, że niewykształcona dziewczynka nie mogła go wymyślić.A jednak, pewne ostre światło wdziera się w nasz umysł i serce. My, ludzie, gdy chcemy powiedzieć o czymś, co wydaje się jedyne na świecie, tak właśnie czynimy: bierzemy jakieś abstrakcyjne określenie i nadajemy go jakiejś osobie.Papieża nazywamy “świątobliwością” a kardynałów “eminencją”.Ty jesteś miłością! Ty jesteś moją radością! Ty jesteś uosobieniem dobroci!Maryja powiedziała o sobie, że jest tak czysta, iż jest samą czystością. Przyszła na świat w sposób tak niepokalany, że cała jest Niepokalanym Poczęciem.Dwa ostatnie objawienia miały wymiar pożegnalny. Siódmego kwietnia, wtorek po Wielkanocy, Dziewica jeszcze raz poprosiła, aby zbudować mały kościół, a 16 lipca, w święto Matki Bożej z Góry Karmel, miało miejsce ostatnie ciche objawienie. Grotę otoczono palisadą i postawiono straże, widząca nawet nie mogła się zbliżyć do groty, lecz wszystko stało się jak zwykle, jak gdyby bariery postawione przez ludzi wcale nie istniały.Od tego czasu rozpoczęła się i zaczęła rozwijać historia Lourdes, które stało się największym światowym centrum pielgrzymkowym oraz miejscem cudów, gdy tymczasem dzieje Bernadetty poszły inną drogą, która już nigdy nie prowadziła do groty.Zanim podążymy za Bernadettą w drugą fazę jej życia, musimy powrócić do tego, co wydarzyło się podczas pierwszych objawień. Już od pierwszego przesłania, Dziewica powiedziała jej coś, co dotyczyło jej osobiście: Nie przyrzekam tobie, że będziesz szczęśliwa na tym świecie, lecz na tamtym.Są to słowa, jakimi tłumaczy Niebieska Matka swojej dziewczynce błogosławieństwa ewangeliczne.Nigdy, ani przez chwilę, Bernadetta nie uważała, że jako “widząca” zasługuje na jakieś przywileje albo zadowolenie lub względy w życiu doczesnym.Przeciwnie — głosząc całej ludzkości konieczność czynienia pokuty dla nawrócenia grzeszników — Bernadetta wiedziała, iż jest przeznaczona do pewnej tajemnicy zadośćuczynienia.Pierwszy okres po objawieniach jest wypełniony chaosem. Lata młodzieńcze i pierwsze lata dorosłego życia upływają pośród pielgrzymów, turystów, księży, biskupów, dziennikarzy, fotografów, naukowców, wszystkich ustawicznie badających ostatnie “szczególne, nieujawnione przesłanie”.Po tym jak objawienia zostały oficjalnie rozpoznane przez Kościół, już w roku 1862, usiłuje się ją chronić, umieszczając przy domu sióstr w macierzystej parafii. Ale ochrona nie mogła być zbyt efektywna i Bernadetta musiała często ukrywać się sama przed wieloma wścibskimi, a często przed tymi, którzy chcieli “zorganizować jej życie”, obiecując sukcesy i pieniądze.Ucieczka od nadmiernego trzymania się na baczności, a którego stała się symbolem, było jej pierwszym obowiązkiem. Normalnym rozwiązaniem wydawał się zakon, ale nie miała ku temu ani wykształcenia, ani zdrowia, ani szczególnych zdolności.Biskupowi, który pytał ją o zamiary, pokornie odpowiada: Nie potrafię nic robić… Nie jestem w niczym dobra.Nie jest to ważne — odpowie jej — postaramy się do czegoś ciebie wykorzystać.Tak oto, w wieku 22 lat, wstąpiła do nowicjatu sióstr z Nevers (były to siostry z tego samego zgromadzenia, które pracowały w jej małej parafii). W końcu łatwiej będzie ukryć się pomiędzy 44 nowicjuszkami, jak to jej obiecano. Dzwonek wielkiego zakonu dzwonił jednak ustawicznie. Często chodziło o osoby, którym nie można było odmówić. Często byli to oficjalni historycy, którzy przychodzili wypytywać ją i kazali w kółko wiele razy wszystko powtarzać.
    W roku 1867 Bernadetta złożyła swoje pierwsze śluby zakonne, na zakończenie, których wydarza się epizod, który jest jednocześnie bolesny z powodu motywów, które do niego doprowadziły jak i dramatyczny z powodu pewnego rodzaju nieświadomego proroctwa i osądu Bożego jaki kładzie się na małych ludzkich sprawach.Chodziło o rzecz następującą: po ślubach młode siostry “muszą być posłuszne” i zostaje im wskazany klasztor oraz obowiązek, do którego są przypisane. Żadna nie pozostaje w domu macierzystym (gdzie znajduje się także nowicjat), który jest klasztorem o największym prestiżu, a gdzie przychodzi się po latach “zasług”.Bernadetta musiała zostać, gdyż w przeciwnym wypadku w małych wspólnotach nie można by było skutecznie jej ochraniać. Powinna pozostać, lecz ani ona ani inne siostry nie powinny pomyśleć, że dla niej zarezerwowano jakieś przywileje.I stało się tak, że siostry wymyśliły pewien skomplikowany scenariusz. Profeski, jedna po drugiej podchodziły do biskupa i odbierały swój przydział.Uczyniono mistyfikację, że zapomniano o Bernadecie, a następnie w ostatniej chwili, kiedy ceremonia prawie się zakończyła, pokazano, że nagle przypomniano sobie o niej, zawołano ją i między przełożoną a biskupem rozwinął się taki oto mądrze przygotowany dialog:
    — Co uczynimy z siostrą Marią Bernadettą?
    — Monsignore, nie jest w niczym dobra. Możemy jednak litościwie zatrzymać ją w domu generalnym i wykorzystać do drobnych prac w izbie chorych. Jest prawie zawsze chora. Będzie to jej obowiązek.Od tego miejsca dialog popłynął sam, jakby Duch Święty wziął w swoje ręce reżyserię tej sceny. Biskup spojrzał na Bernadettę z łagodnością. Czy prawdą jest, że siostra nie umie nic robić? — powiedział. Jest to prawda, jak to już wcześniej mówiłam, lecz ksiądz biskup upewnił mnie, że nie jest to ważne. Wtedy biskup rzekł uroczyście: Przydzielam siostrze obowiązek modlitwy.I tak się stanie. Życie Bernadetty rozwinie się całkowicie w coraz głębszym doświadczeniu modlitwy i cierpienia.Jest to ustawiczny pokorny dialog z Niebem, nawet jeśli od ostatniego objawienia wydaje się ono dla niej zamknięte tak, jak dla każdego innego śmiertelnika w czasie ziemskiej wędrówki.Dla Bernadetty, objawienie staje się coraz bardziej odległe i zaciemnione. Wszystko zmierza ku rozpłynięciu się w niepamięci, a ona nic nie czyni, aby utrzymywać i kultywować pamięć obrazów i słów.Stale obsesyjnie nalegano na uściślenie dat i szczegółów (był to czas, w którym historycy polemizowali już ze sobą), niepokojono ją, gdyż nie była w stanie być precyzyjną.Trafia do izby chorych, najpierw dla leczenia innych, z niewiarogodną łagodnością okazując dokładność, zdolność i w końcu “kulturę” pielęgniarską tym dziwniejszą, że nie miała nigdy możności niczego się nauczyć.Ale sama również znosi coraz liczniejsze choroby, pewną postać gruźlicy, która nie opuściła jej od czternastego roku życia i coraz bardziej rozwija się w ogromny guz kolana, w coraz większym stopniu utrudniający chodzenie.Ze swoimi współsiostrami żyje spokojnie, chociaż czasami zdarzają się okresy dramatyczne i skomplikowane, które znieść mogą jedynie ludzie “wielkiego ducha”, którzy całkowicie pozwolą przeniknąć się łaską Boga.Jedna z przełożonych Bernadetty miała względem niej mieszane uczucia, czci i niechęci. Czci, gdyż Bernadetta “była dziewczyną umiłowaną przez Dziewicę i jej oczy widziały Madonnę”; niechęci, gdyż nie była w stanie do głębi jej uwierzyć.Kiedy mówiło się o Lourdes (zawsze pod nieobecność Bernadetty), przełożona zawsze kończyła, podkreślając, że znak o jaki prosił proboszcz nie spełnił się: Jednak kwiat róży nie zakwitł!A przede wszystkim Matka Vauzou — kobieta surowa, pochodząca ze szlacheckiej rodziny, zakonnica bardzo skrupulatna — nie była w stanie nie zrobić przytyku, jak tak szczególna łaska widzenia Dziewicy mogła dosięgnąć swym przeznaczeniem jakąś biedną i nic nie znaczącą kreaturę jaką jest Bernadetta.Była mizerną chłopką — powie pewnego dnia. Jeśli Święta Dziewica chciała objawić się w jakimś miejscu na ziemi, nie powinna wybrać prostej i niepiśmiennej dziewczyny zamiast cnotliwej i wykształconej zakonnicy!Nie trzeba mówić, że prześladowała Bernadettę i jedynie względem niej stosowała Regułę aż do głębi, nie darując jej niczego.Powinna to czynić w taki sam sposób względem innych — według surowego zwyczaju jaki obowiązywał w zakonach — lecz względem niej robiła to szczególnie, czasem bezwolnie, z odrazą. Bernadetta, bardzo wrażliwa, pragnąca uważać ją za swoją prawdziwą matkę, stale była raniona.Powiadało się, że była jedną ze świętoszkowatych sióstr, ale tak patrząc dokładnie, była czymś więcej.Z jednej strony była to osobowość o wysokim poziomie duchowym, hartowanym przez surową ascezę, która jednak nie została jeszcze porwana przez cud wcielenia (Boga, który stał się małym jak stworzenie), a z drugiej była Bernadetta, żywy świadek i przedłużenie tego cudu.Owa surowa zakonnica — prawie “heroiczna”, lecz jeszcze nie “chrześcijanka” — przeżyła Bernadettę, a kiedy mówiło się o jej możliwej kanonizacji, powiadała: Poczekajcie, aż umrę. Ale kiedy także ona doczekała się śmiertelnego łoża, jej ostatnie słowa były: Nasza Pani z Lourdes, osłaniaj mnie przy śmierci.Tak oto Bernadetta nigdy nie była naprawdę kochana przez osoby, które w największym stopniu powinny względem niej reprezentować na ziemi Świętą Dziewicę, Matkę.Nawet na łożu boleści, gdy jej kości ulegały destrukcji, nie mogła liczyć na traktowanie uprzywilejowane. Często, jedyne co jej pozostawało, to mały srebrny krzyż, który przysłał jej papież “Niepokalanej”, a który stale ściskała w dłoniach.Gdy już nie była w stanie go utrzymać, poprosiła, aby umocowano go do łóżka.Jakaś współsiostra, wspominając przywilej jej dzieciństwa, powiedziała: Poproś naszą Matkę Niepokalaną, aby dała tobie pociechę. Nie — odpowiedziała — żadnej pociechy, jedynie siły i cierpliwość.Cierpiała także z powodu postępującej głuchoty, która izolowała ją jeszcze bardziej.Kiedy zaczęła się agonia krzyknęła: Mój Boże, a wydawało się, że nie ma już więcej sił. Potem jeszcze: Pragnę! Odnosiło się wrażenie, że na ziemi ponownie rozgrywa się scena z Kalwarii.Zawołano siostry, które otoczywszy łóżko, zaczęły odmawiać ostatni różaniec. Gdy nagle głos umierającej się podniósł i akcentując każde słowo rzekła: Mój Boże ja Ciebie kocham… Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za mnie biedną grzesznicę, biedną grzesznicę!I wydała ostatnie tchnienie, złożywszy swoją duszę w rękach owej Dziewicy, która uśmiechała się do niej w młodzieńczych latach.W ostatnich dniach życia — przywołując z głębi świadomości pamięć pewnej sceny tysiące razy widzianej w młynie w okresie dzieciństwa — powiedziała: Jestem zmielona jak ziarno… a moje cierpienie będzie trwało aż do końca.Była na pewien sposób pokorna, by powiedzieć, że staje się jakby chlebem dla sprawowania Eucharystii.Kiedy złożono jej biedne ciało na łożu śmierci, była tak wyniszczona chorobą. Stała się jedną raną i wydawało się, iż szybko ulegnie rozkładowi.Ona natomiast wydawała się odmłodnieć.Ciało nie uległo zepsuciu. Jej doczesne szczątki były trzy razy w obecnym stuleciu ekshumowane i za każdym razem znajdowano je nietknięte. Wydaje się, że Dziewica zechciała pozostawić pewien znak danego przyrzeczenia: Nie obiecuję tobie, że uczynię ciebie szczęśliwą na tym świecie, lecz na tamtym.Spełniła to szybko, bo zaledwie opuściła ten brzeg, Maryja zechciała pozostawić na ciele Bernadetty znak swojej bliskości; jakby było to ciało niepokalane, nietknięte.

    o. Antonio Sicari- tłum. Jerzy KąkolMateusz

    ***


    15 kwietnia
    Ogłoszenia – Archiwum

    Święte Anastazja i Bazylissa, męczennice

    Zobacz także:
      •  Święty Cezary Bus, prezbiter
    Śmierć świętych Anastazji i Bazylissy

    Anastazja i Bazylissa są wspominane w “Martyrologium rzymskim” jako uczennice apostolskie, matrony rzymskie nawrócone na chrześcijaństwo przez nauczanie świętych Apostołów Piotra i Pawła. Po ich męczeńskiej śmierci, odnalazły ich ciała i pochowały potajemnie pod osłoną nocy. Za to skazano je na tortury (obcięto im języki i kończyny) i ścięcie. Poniosły śmierć za czasów Nerona w roku 67 (lub 68). Są patronkami cenzorów, wzywane w bólach głowy.W ikonografii atrybutem świętych Anastazji i Bazylissy są nożyce, palma. Często są przedstawiane bez głowy, rąk i nóg.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 kwietnia

    Święty Walerian, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Ludwina, dziewica
    Święta Cecylia i święty Walerian

    Według bardzo skąpych danych historycznych Walerian był bratem św. Tyburcjusza. Obaj zginęli śmiercią męczeńską w II lub na początku III wieku. Zostali pochowani na cmentarzu przy Via Appia. Pozostałe informacje pochodzą z legend o św. Cecylii.
    Walerian miał być poganinem, za którego miała być wydana Cecylia. Taka była wola jej rodziców. Ona jednak pragnęła poświęcić swe życie Bogu. W dniu zaślubin powiedziała o tym pragnieniu Walerianowi, przez co doprowadziła do jego nawrócenia. Zaprowadziła go do papieża św. Urbana I, który pouczył go i ochrzcił. Walerian z kolei powrócił do domu swych rodziców i nawrócił swego brata, Tyburcjusza. Od tej pory bracia zaczęli pełnić liczne dzieła miłosierdzia, m.in. grzebali ciała chrześcijańskich męczenników. Zostali przyłapani na tej pracy przez jednego z prefektów, który kazał im złożyć ofiarę pogańskim bogom. Gdy oni odmówili, wyprowadzono ich poza Rzym, skatowano i ścięto mieczem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 kwietnia

    Święty Hermenegild, królewicz i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Marcin I, papież i męczennik
    Święty Hermenegild

    Po śmierci króla Wizygotów, Atanagilda (+ 567), ich królem został obrany Liuwa, który niebawem podzielił się ogromnym królestwem ze swoim bratem, Leowigildem: sobie zostawił Galię, a jemu oddał rządy nad Hiszpanią. Po śmierci Liuwy panem całego państwa Wizygotów zachodnich został Leowigild (573). Jego pierwszą małżonką była Teodozja, córka Seweriana z Kartaginy, który był ojcem świętego rodzeństwa: Leandra, Izydora z Sewilli, Fulgencjusza i Florentyny. Z tego to małżeństwa Leowigild miał dwóch synów: św. Hermenegilda i Rekareda. Po śmierci Teodozji Leowigild pojął za żonę Goswinatę, która namówiła króla do przyjęcia arianizmu.
    Dla sprawniejszych rządów Leowigild oddał Hermenegildowi w zarząd Hiszpanię, a sam pozostał w Galii. Królewicz w tym czasie ożenił się i miał syna. Zamieszkał w Sewilli. Oboje z żoną nie tylko nie przeszli na arianizm, ale ze wszystkich sił popierali Kościół katolicki. To stało się przyczyną konfliktu z ojcem. Leowigild wydał dekret, nakazujący wszystkim poddanym przejście na arianizm (580). Co więcej, zebrał synod i zmusił biskupów, by potwierdzili jego uchwałę. Zaczęło się formalne prześladowanie opornych: skazywano ich na więzienie i banicję. Jednak katolicka Sewilla i jej okolice stawiły zbrojny opór.
    Doszło do wojny domowej, która dla Hermenegilda skończyła się klęską. Cesarz wschodnio-rzymski, który przez wygnanego z kraju św. Leandra przyrzekł pomoc, skuszony okupem zaofiarowanym przez Leowigilda, zostawił katolików samych swemu losowi. Po dwóch latach wojny Hermenegild usiłował ratować się ucieczką do Kordoby. Ojciec zdobył miasto i skazał syna na wygnanie do Walencji. Hermenegild nie czuł się tam jednak bezpieczny i usiłował uciec. Został wszakże pochwycony i uwięziony w Tarragonie. Tu ojciec usiłował wszelkimi sposobami nakłonić syna do odstępstwa od wiary: obietnicami, groźbami, a nawet męką. W roku 586 posłał król do syna, do więzienia, ariańskiego biskupa z Komunią wielkanocną. Jej przyjęcie Leowigild traktował jako znak pogodzenia się z losem i przyjęcia arianizmu. Kiedy zaś Hermenegild stanowczo odmówił, w sam dzień Wielkanocy został zamordowany.
    Krew bohatera nie poszła jednak na marne. Brat św. Hermenegilda, Rekared, po śmierci Leowigilda, która nastąpiła rychło po męczeństwie Hermenegilda, przywrócił katolicyzm w całym państwie.
    O Hermenegildzie pisali opat z Biclaro i św. Izydor z Sewilli (+ 636). Św. Grzegorz I Wielki (+ 604) poświęcił mu osobny rozdział w swoich Dialogach.
    Kult królewicza nie powstał samorzutnie zaraz po śmierci, jak to się zwykle dzieje – na większą skalę rozpoczął się bowiem dopiero w wieku XII. Król Filip II wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o kanonizację. Dokonał jej papież Sykstus V w 1586 roku – a więc dopiero w 1000 lat po śmierci Świętego. Papież wyznaczył również dzień 13 kwietnia na doroczną pamiątkę i wspomnienie św. Hermenegilda. Papież Urban VIII rozciągnął to wspomnienie na cały Kościół (1636). Także Grecy obchodzą dzień męczeństwa Hermenegilda 30 października, a Ormianie – 29 marca. To piękny i wymowny ślad dawnej jedności Kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 kwietnia

    Święty Juliusz I, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Zenon z Werony, biskup
    Święty Juliusz I

    Juliusz pochodził z Rzymu, był synem Rustyka (Rustykusa). Wstąpił na tron Piotrowy 6 lutego 337 r. po czterech miesiącach sediswakancji (poprzedni papież, św. Marek, zmarł 7 października 336 r.). Podczas jego pontyfikatu zmarł cesarz Konstantyn I Wielki, co zakończyło jedność cesarstwa i jedność polityki wobec papieża. Nastąpił podział cesarstwa i podział Kościoła na wschodni i zachodni. Kościół zachodni popierał nicejskie wyznanie wiary, a Kościół wschodni – wyznanie ariańskie. Między innymi na tym tle doszło do zatargu między biskupami. Juliusz I wystosował wówczas list do biskupów Wschodu, w którym przypomniał o autorytecie i prymacie stolicy rzymskiej, do której należało się zwracać o rozstrzygnięcie sporów. W ten sposób pragnął załagodzić narastające konflikty.
    W 343 r. zwołał synod ekumeniczny w Sadyce (dzisiejsza Sofia). Synod ten ogłosił szereg praw odnoszących się do zwierzchniej władzy biskupa rzymskiego i stworzył możliwość złożonemu z urzędu biskupowi odwołania się do biskupa rzymskiego, który miał potwierdzić wyrok lub zarządzić nowe dochodzenie. W przypadku ponownego odwołania się pokrzywdzonego biskupa zagwarantowano papieżowi głos ostateczny. Juliuszowi I przypisuje się także wydanie dekretów o archiwum i kancelarii w Kościele rzymskim, na wzór ówczesnego cesarstwa, co zapoczątkowało Archiwum Watykańskie. Po raz pierwszy za pontyfikatu Juliusza I wspomina się o urzędzie primicerius notariorum, czyli starszego notariusza Kościoła.
    Papież Juliusz I zbudował dwa kościoły: bazylikę Dwunastu Apostołów (jeden z kościołów stacyjnych Rzymu) i bazylikę Santa Maria in Trastevere (Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu – kościół tytularny trzech polskich kardynałów: w XVI w. Stanisława Hozjusza, który jest w nim pochowany, a w czasach współczesnych Stefana Wyszyńskiego i Józefa Glempa), jak również salę przyjęć w pałacu laterańskim. Zmarł w Rzymie 12 kwietnia 352 r. i został pochowany na cmentarzu Kalepodiusza przy Via Aurelia. W 790 roku papież Hadrian I przeniósł doczesne szczątki św. Juliusza I, razem z relikwiami św. Kaliksta I, do bazyliki Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu.W ikonografii św. Juliusz I jest ukazywany z kościołem lub rulonem pergaminu w dłoni. Jego atrybutami są: paliusz, mitra, katedra, zwój, księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 kwietnia

    Święta Gemma Galgani, dziewica

    Święta Gemma Galgani
    Gemma przyszła na świat 12 marca 1878 roku w Lucce (Włochy) jako piąte z ośmiorga dzieci aptekarza Henryka Galgani i Aurelii z domu Landi. Chrzest otrzymała następnego dnia po urodzeniu wraz z imionami: Gemma Humberta Pia. Jeszcze jako dziecko została oddana do szkoły sióstr Oblatek Ducha Świętego. Przełożoną tej szkoły była bł. Helena Guerra (+ 1914), założycielka tego zgromadzenia. W ósmym roku życia dziewczynka została dopuszczona do I Komunii świętej i do sakramentu Bierzmowania. W wigilię przyjęcia Pana Jezusa napisała w swoim dzienniczku: “Postaram się, aby każdą spowiedź odprawiać i Komunię świętą przyjmować tak, jakby to był ostatni dzień w moim życiu. Będę często nawiedzać Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zwłaszcza gdy będę strapiona”.
    Bóg nie oszczędzał jej cierpień. Mając 8 lat straciła matkę. Potem na gruźlicę zachorował jej ukochany brat. Gemma opuściła szkołę i internat sióstr, by oddać się pielęgnacji brata-kleryka, Eugeniusza, czuwając przy nim dzień i noc. Wyczerpana, zupełnie tak osłabła, że odchorowała to przez trzy miesiące. Do pełnego zdrowia nigdy już nie mogła powrócić. Niedługo potem wywiązała się u niej choroba nóg. W czasie operacji, nader bolesnej, ściskała w rękach krzyż. To był dopiero początek doświadczeń. Wkrótce nadeszła śmierć ojca, zupełny krach majątkowy, gruźlica kręgosłupa, zapalenie nerek. Cały rok Gemma przeleżała w łóżku, unieruchomiona gipsowym gorsetem. Wreszcie musiała opuścić własny dom, gdyż było w nim zbyt ciasno. Na prośbę spowiednika przyjęła ją do siebie pewna pobożna niewiasta z rodziny Gianninich. Był moment, że jej stan był już beznadziejny. Poddała się ponownie operacji. Wpatrzona w wizerunek Chrystusa Pana na krzyżu, zniosła ją bez słowa skargi i jęku.
    8 czerwca 1899 r., w wigilię uroczystości Serca Pana Jezusa, Gemma otrzymała dar stygmatów, czyli odbicia ran Pana Jezusa. Sama tak o tym napisała: “Był wieczór, ogarnął mnie ogromny żal za grzechy, jakiego dotąd nie odczuwałam. Uświadomiłam sobie równocześnie wszystkie cierpienia, jakie Pan Jezus poniósł dla mego zbawienia. I oto znalazłam się w obecności mej Matki. Po Jej prawej ręce stał Anioł Stróż. Kochająca Matka nakazała mi wzbudzić żal serdeczny za grzechy, a gdy to uczyniłam, zwróciła się do mnie ze słowami: «Córko, w imię Jezusa masz odpuszczone grzechy. Jezus, mój Syn, bardzo cię ukochał i pragnie dać ci dowód swojej szczególnej łaski. Czy zechcesz okazać się jej godną? Ja ci będę Matką. Czy chcesz mi się okazać prawdziwą córką?» Po czym rozchyliła swój płaszcz i okryła mnie nim. W tej chwili ukazał mi się Pan Jezus. Jego wszystkie rany były otwarte, lecz zamiast krwi wydobywały się z nich płomienie. Natychmiast te płomienie dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Miałam wrażenie, że z bólu umieram, i gdyby mnie nie podtrzymała Matka Boża, byłabym upadła na ziemię. Gdy przyszłam do siebie, stwierdziłam, że klęczałam na podłodze. W rękach, w stopach i w sercu wciąż odczuwałam przejmujący ból. Kiedy się podniosłam, zauważyłam, że miejsca, w których odczuwałam ból, silnie krwawią. Okryłam je, jak mogłam, i przy pomocy Anioła Stróża dowlokłam się do łóżka (…). Boleści ustały dopiero w piątek o godzinie trzeciej po południu”. Odtąd stygmaty odnawiały się u Gemmy regularnie, co tydzień. Rany krwawiły od wieczoru w czwartek, kiedy przeżywała mękę Zbawiciela, aż do godz. 15 w piątek. Wtedy przestawały krwawić i natychmiast zasklepiały się. Dwa lata później Gemma została naznaczona kolejnymi stygmatami: korony cierniowej i śladów biczowania.
    W roku 1902, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, Gemma zachorowała śmiertelnie. Po chwilowym polepszeniu się zdrowia, nastąpiło gwałtowne pogorszenie. Wezwany spowiednik udzielił jej ostatnich sakramentów. Agonia miała jednak trwać jeszcze przez szereg długich miesięcy, bo aż do 11 kwietnia 1903 roku. W Wielką Środę Gemma przyjęła wiatyk, a w Wielką Sobotę koło południa, mając zaledwie 25 lat, zmarła. Na kilka lat przed śmiercią Gemma zapoznała się z zakonem pasjonistów, któremu założyciel, św. Paweł od Krzyża, wyznaczył jako pierwszy cel słodkie rozważanie męki Pana Jezusa i rozpowszechnianie tego nabożeństwa wśród wiernych Kościoła. Spowiednikami i kierownikami duchowymi św. Gemmy byli pasjoniści. Na ręce jednego z nich złożyła także cztery śluby, właściwe zakonowi.
    Papież Pius XI zaliczył Gemmę do chwały błogosławionych w 1933 roku, a papież Pius XII w roku 1940 dokonał jej kanonizacji. Powodem uznania jej świętości stało się świadome, milczące przyjęcie cierpienia. Atrybutem świętej jest lilia. Jest patronką studentów i aptekarzy. W Lucca, w klasztorze pasjonistów, można oglądać skromne sprzęty, których używała św. Gemma, oraz narzędzia pokuty, lekturę, fotografie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    ŚWIĘTA GEMMA GALGANI – CZYLI SZALEŃSTWO KRZYŻA

    DZIECIŃSTWO ŚWIĘTEJ GEMMY

    Urodziła się 12 marca 1878 w okolicach Lukki, w Borgonuovo, jako piąte z ośmiorga dzieci, w rodzinie Henryka i Aurelii Galganich. Nazajutrz została ochrzczona. Imię Gemma oznacza po włosku klejnot. Matka martwiła się, iż imienia tego nie nosiła żadna ze świętych, ale zaprzyjaźniony z nią ksiądz pocieszał ją, iż może to oznaczać, że dziecko stanie się pewnego dnia rajskim klejnotem.

    Zaledwie w miesiąc po jej narodzinach cała rodzina przeniosła się do miasta, na ulicę Borghi. Pod czułą opieką matki i Carlotty Landucci, która uczyła ją pisać i czytać, w wieku pięciu lat odmawiała już oficjum ku czci Najświętszej Maryi Panny, a także za zmarłych, z łatwością dorosłej osoby. Matka przed swą przedwczesną śmiercią zaszczepiła w niej pragnienie nieba i nauczyła wiele o Bogu.

    Pewnego dnia zastano Gemmę w pokoju, klęczącą przed obrazem Najświętszego Serca Maryi. Modliła się w skupieniu, ze złożonymi rękoma. Wujek, który ujrzał tę scenę był nią uderzony i zapytał ją cicho: „Co ty tu robisz?” Dziewczynka odpowiedziała: „Odmawiam Zdrowaś Maryjo. Pozwól mi się modlić.”

    Był jakiś dziwny wdzięk w tej dziewczynce już oddanej oczyszczającemu i oświecającemu działaniu Ducha Świętego. Zachowała ten wdzięk, który przemieniał jej oblicze aż do śmierci, 11 kwietnia 1903 r. Miała zaledwie 25 lat: życie krótkie, lecz wypełnione zjawiskami mistycznymi o wielkiej różnorodności.

    PIERWSZE DOŚWIADCZENIA BOGA

    Pierwsze nadprzyrodzone doznanie miało miejsce najprawdopodobniej około 26 maja 1885 r. Gemma tak to opisała: „Uczestniczyłam najlepiej jak potrafiłam we Mszy św. i modliłam się za mamę, kiedy nagle jakiś głos powiedział mi w sercu: „Czy zechcesz mi dać twoją mamę?” „Tak, odpowiedziałam, pod warunkiem, że mnie też weźmiesz, razem z nią” „Nie – mówił dalej głos – ty na razie musisz zostać z tatą. Ja ją zaprowadzę do Nieba. Oddaj mi chętnie twoją mamę.” Musiałam przytaknąć… Kiedy po mszy św. wróciła do domu rozpłakała się na widok mamy.

    Mama odeszła z tego świata w wieku 39 lat, dotknięta gruźlicą bardzo rozpowszechnioną w tamtej epoce, we wszystkich regionach. Po śmierci matki Gemma została powierzona na jakiś czas cioci, Helenie Landi. Był to okres duchowego osamotnienia młodej sieroty, pomimo uprzejmości tej oddanej osoby, która podziwiała głęboko siostrzenicę.

    Gemma kontynuowała naukę. Od początku 1887 roku rozpoczęła ją w pensjonacie Instytutu Oblatek Ducha Świętego, nazywanym zwyczajowo w Lukka Instytutem św. Zyty.

    Gemma korzystała tu z atmosfery głęboko religijnej i zrównoważonej. Jej dusza znalazła klimat sprzyjający, który pozwolił łasce przynieść owoce.

    PIERWSZA KOMUNIA ŚWIĘTA

    19 czerwca 1887 r. Gemma przystąpiła po raz pierwszy do Komunii św. W przeddzień wieczorem napisała do swego ojca: „Mój drogi ojcze, jesteśmy w przededniu mojej pierwszej Komunii Świętej, dla mnie dnia nieskończonego szczęścia. Proszę cię o przebaczenie za troski, jakich ci przysporzyłam i proszę cię dziś wieczór, abyś o wszystkim zechciał zapomnieć…”

    Dla Gemmy to spotkanie z Jezusem Eucharystycznym było jednym z najważniejszych wydarzeń jej krótkiego życia. W swoim dzienniku napisała: „Postaram się każdą spowiedź odprawiać i Komunię św. przyjmować tak, jakby to był ostatni dzień w moim życiu. Będę często nawiedzać Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zwłaszcza gdy będę strapiona…”

    Po latach zaś napisała: „Nie sposób opisać tego, co w owym momencie zaszło pomiędzy mną a Jezusem. Sprawił, że bardzo silnie odczułam Go w mej duszy. Uświadomiłam sobie wtedy, że rozkosze niebieskie różnią się od ziemskich, i ogarnęło mnie pragnienie utrwalenia tego mojego związku z Bogiem wiecznym”.

    SZKOŁA

    Po tym wielkim wydarzeniu Gemma odnalazła na nowo rytm życia Instytutu świętej Zyty.

    „Wyróżniała się od innych inteligencją – oświadczyła siostra Julia Sestini. Szczególnie łatwo uczyła się francuskiego i miała zdolności matematyczne.” Gemma zaś w tym okresie zanotowała: „Czuję, jak rodzi się w mojej duszy wielkie pragnienie poznania w szczegółach całego życia i Męki Jezusa.”

    To pragnienie poznania Męki Jezusa rozwinęło się najpierw na terenie szkoły. W wieku 13 lat Gemma była już duszą spragnioną Boga. Także rekolekcje, w jakich uczestniczyła w 1891 r., były dla niej okazją do autentycznego wzrostu duchowego.

    „Pojęłam, że Jezus zsyłał mi okazję do dobrego poznania samej siebie i do większego oczyszczenia mnie, abym Mu się bardziej podobała.”

    Gemma poszukiwała samotności, skupienia, gdyż potrafiła w nim znaleźć „samego Jezusa”. Obecność Boga tak ją pochłaniała, że coraz bardziej wspólnotowe życie stawało się dla niej przykre. Siostra Julia troskliwie czuwała, aby młoda uczennica zachowała doskonałą równowagę.

    Gemma była bardzo lubiana, tak przez nauczycieli, jak i przez koleżanki. Mimo iż cicha i pełna rezerwy, zawsze gotowa była obdarzyć każdego przyjaznym uśmiechem. Będąc z natury dzieckiem bystrym i żywym, już jako uczennica, przejawiała ogromną samodyscyplinę, panując nad swymi emocjami. Przełożona sióstr poprosiła kiedyś nauczycielkę Gemmy i całą klasę o modlitwę za konającego, który odmawiał przyjęcia Sakramentów. Kiedy modlitwa dobiegła końca, Gemma wstała, podeszła do nauczycielki i szepnęła jej na ucho: „Zostałyśmy wysłuchane”. Tego samego dnia, wieczorem, dotarła do nich wiadomość, że człowiek rzeczywiście nawrócił się i przed śmiercią odnalazł pociechę w wierze.

    Mimo iż uczyła się dobrze, chroniczna choroba zmusiła ją do przedwczesnego opuszczenia szkoły. Do końca swych dni miała kłopoty ze zdrowiem.

    WRAŻLIWOŚĆ NA NĘDZĘ

    Gemma była wrażliwa na ludzką nędzę. Opowiada: „Za każdym razem, kiedy wychodziłam z domu prosiłam mojego ojca o pieniądze, a gdy odmawiał prosiłam, aby mi pozwolił zabrać chleb, mąkę albo inne rzeczy. Zawsze na swojej drodze spotykałam biedaków. Tym, którzy przychodzili do domu dawałam ubrania i wszystko, co miałam pod ręką, lecz szybko mój spowiednik mi tego zakazał… Kiedy wychodziłam z domu spotykałam samych biedaków i oni wszyscy biegli za mną. Nie miałam im co dać. Płakałam z tego powodu stale ze smutku.”

    UMIŁOWANIE KRZYŻA

    Od najmłodszych lat matka często pokazywała jej krzyż. W ten sposób Gemma żyła w bliskości Męki Jezusa. Z roku na rok pragnienie tej bliskości w niej rosło.

    Całe życie Gemmy pełne było doświadczeń mistycznych i specjalnych dowodów łaski. Częstokroć spotykały się one z niezrozumieniem, a nawet z drwinami. Znosiła to jako jedną z form pokuty, pamiętając, że Pana naszego również nie wszyscy rozumieli, a niejeden z Niego drwił.

    POCZĄTEK TRUDNOŚCI

    Rok 1897 był dla niej i dla całej rodziny „bolesny”. Henryk Galgani – dobrze prosperujący farmaceuta – ciężko zachorował. Wcześniej każdy korzystał z jego wspaniałomyślności: jedni pożyczali od niego pieniądze, nie troszcząc się o zwrot, inni nie płacili za dzierżawę fermy. Powoli rodzina została całkowicie zrujnowana i wpadła w największą nędzę.

    Gemma zaczęła poznawać mękę Jezusa, nie tylko z opowiadań, nad którymi lubiła rozmyślać, lecz przede wszystkim poprzez wydarzenia, jakie wnikały w nią jak płomienie.

    DZIAŁANIE ANIOŁA

    Gemma często widywała swego Anioła Stróża, utrzymywała z nim bardzo bliski kontakt. Czasem Anioł chronił ją i pocieszał, niekiedy udzielał rad, a nawet ganił surowo za jej wady, mówiąc: „Wstyd mi za ciebie”. Czasem słyszano, jak się z Nim spierała, tak że nawet jej duchowy opiekun, o. Germano, przypominał jej, iż rozmawia z błogosławionym duchem, któremu winna jest szacunek.

    Pierwsze widzialne działanie Anioła Stróża zanotowano we wrześniu 1895 r. Gemma otrzymała złoty zegarek i cieszyła się, że wyjdzie przyozdobiona tą „biżuterią”. Po jej powrocie do domu ukazał się jej Anioł, mówiąc: „Pamiętaj, że kosztownymi przedmiotami, które służą do przyozdobienia się oblubienicy dla ukrzyżowanego Króla, mogą być wyłącznie ciernie i krzyż.”

    Ogarnięte bojaźnią serce Gemmy przeczuło teraz, czym się miała stać: oblubienicą ukrzyżowanego Króla. Napisała: „Chcę iść za Tobą, Jezu, za cenę wszelkiego bólu, chcę iść za Tobą z gorliwością.”

    Wzmianki o Aniele Stróżu znajdują się na niemal każdej stronie dziennika Gemmy. Opisała kiedyś, że diabeł bił ją w ramię przez prawie pół godziny. „Potem przyszedł mój Anioł Stróż i zapytał, co się dzieje; błagałam go, by spędził ze mną tę noc, on jednak odpowiedział: Muszę iść spać. „Nie – powiedziałam. – Aniołowie Jezusa nie sypiają!” „A jednak – stwierdził uśmiechając się – powinienem odpocząć. Gdzie mnie położysz?” Prosiłam, by pozostał blisko mnie. Poszłam do łóżka; potem miałam wrażenie, że rozpostarł skrzydła i uniósł się nad moją głową. Rano jeszcze był”.

    Jedną z najbardziej zadziwiających rzeczy jest fakt, iż Gemma często wysyłała swego Anioła Stróża, zazwyczaj do Rzymu. Prosiła go, by doręczył ojcu Germano list lub jakieś ustne przesłanie. Odpowiedzi nierzadko doręczał Anioł Stróż owego kapłana. Uświadamiając sobie, jakie to niezwykłe, ojciec Germano prosił Niebo o znak, iż jest to zgodne z wolą Bożą.

    Po śmierci Gemmy napisał: „Iluż próbom nie poddawałem tego fenomenu, by się upewnić, że mam do czynienia z nadnaturalną interwencją! A jednak żadna z moich prób nie dała wyniku negatywnego; coraz bardziej nabierałem przekonania, że to, jak i wiele innych nadzwyczajnych zjawisk związanych z jej życiem, dowodziło, iż niebu sprawia radość zabawa z tą niewinną i wspaniałą panną”.

    ŚMIERĆ PANA GALGANI

    Dla Gemmy i jej rodziny sytuacja stała się niepokojąca nazajutrz po śmierci pana Galgani. Napisała ona wtedy: „Po śmierci mojego ojca zostaliśmy bez niczego. Nie mieliśmy już za co żyć.”

    Od początku r. 1898 rodzina Galgani zamieszkała pod numerem 13 na ulicy Viscione w dzielnicy ludowej. A dziewiętnastoletnia Gemma zastąpiła siedmiu siostrom i braciom matkę. Kiedy starsi dorośli na tyle, by dzielić z nią obowiązki, ona przez krótki czas mieszkała z ciotką. Chociaż płaciła dobrem za każdy przejaw miłości ze strony ciotki i wujka, nie najlepiej znosiła ich bogate życie towarzyskie. Często bywali w mieście, zachęcając Gemmę, by wraz z nimi korzystała z życia, na które mogli sobie pozwolić.

    Oświadczyło się jej też dwóch młodzieńców. Ale Gemma pragnęła ciszy i spokoju, ponad wszystko przedkładając modlitwę i rozmowę z Bogiem. Po powrocie do domu Gemma niemal od razu zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Traciła stopniowo słuch i włosy. Ręce i nogi miała całkowicie sparaliżowane. Żaden z dostępnych wówczas leków nie był w stanie jej pomóc, pozostawała więc przykuta do łóżka przez prawie rok. Ale martwiło ją jedynie to, że sprawia kłopot opiekującym się nią krewnym.

    Wieści o heroicznej cierpliwości dziewczyny rozniosły się po mieście i wielu ludzi przychodziło ją pocieszyć. Dla każdego potrafiła znaleźć uśmiech i serdeczne słowo, jednak choroba postępowała…

    „Pewnego wieczoru – opowiada – bardziej zaniepokojona niż zwykle skarżyłam się Jezusowi, że skończę nie mogąc się wcale modlić, jeśli mnie nie uzdrowi. Pytałam, dlaczego pozostawiał mnie tak chorą. Wtedy Anioł mi odpowiedział: ‘Jeśli Jezus umartwia twoje ciało, to czyni tak, aby lepiej oczyścić twoją duszę.’

    Rano 3 marca 1899 r. Gemmę odwiedził jej spowiednik, prałat Volpi. Napisała: „Wyspowiadałam się i rano, wciąż przykuta do łóżka przyjęłam Komunię świętą. O, słodkie chwile, jakie spędziłam z Jezusem… odnowiłam moje przyrzeczenia Jezusowi, który mnie zapytał: ‘Gemmo, czy chcesz wyzdrowieć?’ Łaska została mi udzielona. Wyzdrowiałam.”

    PO UZDROWIENIU GEMMY

    Teraz życie powróciło do normalnego biegu. Gemma zbyt osłabiona z powodu choroby musiała na siebie uważać, lecz jej nadprzyrodzona gorliwość niosła ją pod tabernakulum. Każdego ranka śpieszyła przyjąć Jezusa, który napełniał ją tyloma łaskami.

    Pisała: „W drugi piątek marca 1899 r. wyszłam po raz pierwszy przyjąć Komunię św. I od tej chwili nigdy jej nie opuściłam…”

    Jezus obecny w Eucharystii stawał się dla Gemmy biegunem całego życia duchowego.

    Znajdując się przed wizerunkiem Serca Jezusa Gemma powiedziała Mu kiedyś: „O, mój Jezu, chciałabym tak bardzo Cię kochać, nie wiem jednak, jak to uczynić!” Usłyszałam głos – zapisała – który mi mówił: „Czy chcesz zawsze kochać Jezusa? Zatem nie przestawaj ani na chwilę cierpieć dla Niego. Krzyż jest tronem prawdziwie kochających Jezusa. Krzyż jest dziedzictwem wybranych w tym życiu.”

    GODZINA STYGMATÓW

    Życie wypełnione modlitwą i poszukiwaniem swego powołania, oczyszczeniem przez chorobę i codziennymi umartwieniami zostało ukoronowane największą łaską, która zaważyła na całym jej dalszym życiu.

    W oktawie Bożego Ciała, wieczorem 8 czerwca 1899, po powrocie do biednego domu przy ulicy Biscione, Gemma przyjęła łaskę najsłodszą i najstraszliwszą: ujrzała jak na jej ciele odciskają się święte znaki Męki, żywe odbicia ran Chrystusa. Była to również wigilia Uroczystości Najświętszego Serca Jezusa.

    „Poczułam wewnętrzny ból z powodu moich grzechów. Nigdy nie odczuwałam tego tak silnie jak wtedy. Ten ból niemal mnie przygniatał, jakbym miała umrzeć. Czułam jakby w tym uczestniczyły wszystkie władze duszy: rozum nie wiedział, że moje grzechy obrażały Boga; pamięć wszystkie je przede mną stawiała i sprawiała, że widziałam wszystkie udręki, jakie Jezus przeszedł, aby mnie zbawić; wola nakłaniała mnie, aby je wszystkie znienawidzić i obiecać, że wycierpię wszystko, żeby je wynagrodzić. Mnóstwo myśli przelatywało mi przez głowę. To były myśli bolesne, kochające, bojaźliwe, pełne nadziei i ufności. Kiedy się uspokoiłam, weszłam w stan ekstazy i ujrzałam Niebieską Mamę, która miała po swej prawicy mojego Anioła Stróża, który nakazał mi odmówienie aktu żalu. Kiedy to uczyniłam, Mama Niebieska skierowała do mnie te słowa: „Córko, w imię Jezusa, są ci odpuszczone wszystkie grzechy.” Potem dodała: „Jezus, mój Syn tak bardzo cię kocha, że chce cię obdarzyć łaską. Czy potrafisz być jej godna?”

    W mojej nędzy nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Ona zaś dodała: „Ja będę ci Matką, a czy ty będziesz umiała być mi prawdziwą córką?” Ujęła swój płaszcz i okryła mnie nim. W tej samej chwili ukazał się Jezus, który miał otwarte wszystkie rany. Z jego ran jednak nie płynęła już krew, lecz strumienie ognia, które dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Odczułam, że umieram. Upadłam na ziemię, lecz Mama mnie podniosła i znowu okryła mnie swoim płaszczem. Na kilka godzin pozostałam w takiej pozycji. Potem Mama pocałowała mi czoło i wszystko znikło. Odczuwałam jednak nadal silny ból w stopach, dłoniach i sercu. Wstałam, aby się położyć i zauważyłam, że z miejsc, które mnie tak bolały płynie krew. Owinęłam te miejsca i potem, wspomagana przez Anioła Stróża położyłam się. Ból i udręki, jakie mi wcześniej dokuczały, zastąpił doskonały pokój. Rankiem ledwo trzymałam się na nogach, aby iść przyjąć Komunię św. Włożyłam rękawiczki, aby zakryć dłonie. Ledwie powłóczyłam nogami. Sądziłam, że lada chwila umrę. Jakiż ból towarzyszył mi w ten piątek, w Uroczystość Najśw. Serca Jezusa.”

    Potem pokazała stygmaty jednej z ciotek, mówiąc: „Popatrz tylko, co zrobił mi Jezus!”

    W każdy czwartkowy wieczór Gemma wchodziła w stan ekstazy i wtedy znów pojawiały się te ślady. Stygmaty utrzymywały się do piątkowego wieczoru lub sobotniego ranka. Potem krwawienie ustawało, rany zasklepiały się, a miejsce głębokich ran zajmowały białe blizny. W późniejszym okresie jeden z opiekunów duchowych Gemmy zwrócił się do przedstawicieli nauki, prosząc o zbadanie jej stygmatów. Zgodnie z przewidywaniami Gemmy, lekarz uznał je za swoisty objaw choroby: urojenie zbyt pobożnej duszy.

    Stygmaty Gemmy przestały się pojawiać po roku. Opiekun duchowy zabronił jej przyjmowania tej łaski, wymodliła więc to, że znamiona Męki Jezusa ustąpiły, chociaż białe ślady widoczne były aż do dnia jej zgonu.

    Dzięki pomocy spowiednika Gemma zamieszkała z rodziną o nazwisku Giannini w Lukka, gdzie mogła więcej czasu poświęcać życiu duchowemu.

    Prałat Volpi polecił Cecylii Giannini, aby jak najbliżej siebie trzymała Gemmę – gdyż było dla niej konieczne, żeby była otoczona troską, a równocześnie ukryta przed światem. Rodzina, która liczyła wtedy jedenaścioro dzieci, przyjęła Gemmę jako dwunaste dziecko.

    W ich domu w Lukka do dziś czuje się niewidzialną obecność Gemmy. Ona sama odczuwała wielką wdzięczność wobec tej przybranej rodziny i niejeden raz słyszano, jak trwając w ekstazie, modliła się za jej członków. Radośnie wypełniała obowiązki domowe i pomagała w nauce dzieciom swych gospodarzy. To, co Gemma mówiła w ekstazie, jest dość dobrze udokumentowane. W tym stanie uniesienia dusza tak bardzo zespala się z Bogiem, że normalna aktywność zmysłów ulega zawieszeniu. Spowiednik oraz krewna przybranej rodziny, Cecylia, często słuchali słów Gemmy i zapisywali jej rozmowy z Niebem.

    Ojciec Germano słyszał kiedyś, jak się spierała z Najwyższym Sędzią o kwestię zbawienia pewnej duszy. Mówiła: „Szukam nie Twej sprawiedliwości, ale Twej łaski. Wiem, że przez niego roniłeś łzy, ale….nie możesz myśleć o jego grzechach. Musisz myśleć o Krwi, którą przelałeś. Odpowiedz mi teraz, Jezu; powiedz, że zbawiłeś mojego grzesznika”.

    Gemma podała nazwisko człowieka, o którego się modliła. Tuż potem zawołała radośnie: „Został zbawiony! Zwyciężyłeś; Jezu zawsze tak triumfuj”.

    Potem stan uniesienia ustąpił. Ledwie o. Germano opuścił pokój, usłyszał pukanie. Jakiś obcy chciał z nim rozmawiać. Kiedy człowiek znalazł się przed kapłanem, upadł na kolana zalewając się łzami: „Ojcze, chcę się wyspowiadać”. Kapłan ze zdumieniem stwierdził, że ma do czynienia z „grzesznikiem Gemmy”.

    Podczas badania jej apostolstwa wszyscy świadkowie zeznawali, iż w sposobie jej bycia nie było sztuczności. Kiedy kończył się stan ekstazy, powracała do normalnego życia, cicho i radośnie, zajmując się sprawami domu. Większość tych, którzy ją znali, nie miała pojęcia o wielu surowych pokutach, jakie sobie zadawała, i ofiarach, jakie podejmowała. Nieliczni mieli ten przywilej, iż uświadamiali sobie, jak bardzo została wyróżniona. Pomimo wszystkiego, co się jej przytrafiło, Gemma umiała znaleźć w tej trudnej drodze życia prawdziwą radość. Powiedziała kiedyś: „Kiedy jesteśmy ściśle związani z Jezusem, nie ma ani krzyża, ani smutku”.

    «Nikt nie umierał tak jak Gemma…»

    W styczniu 1903 r. wykryto u niej gruźlicę. Ażeby uchronić jej przybraną rodzinę, Gemmę odizolowano w niewielkim mieszkaniu niedaleko domu Gianninich. Przez cztery miesiące bez słowa skargi znosiła chorobę. Zmarła cicho, w obecności księdza z miejscowej parafii, 11 kwietnia. Ksiądz ten powiedział podczas przesłuchania: „Wielokrotnie stawałem przy łożu śmierci, nigdy jednak nie widziałem nikogo, kto by umierał tak jak Gemma; nie zapowiadając tego żadnym gestem, żadną łzą ani nawet urywanym oddechem. Umarła z uśmiechem, który pozostał na jej wargach; nie mogłem uwierzyć, że naprawdę nie żyje”.

    Za życia łączyły ją ścisłe powiązania z zakonem Męki Pańskiej, nie tylko z racji jej duchowości pasyjnej, ale i dlatego, że za życia pozostawała pod duchowym kierownictwem świątobliwego pasjonisty o. Germana Ruoppoli. Po śmierci jej ciało spoczęło w kościele Sióstr Pasjonistek w Lukka i to pasjoniści prowadzili jej proces kanonizacyjny, gdy władze Kościoła zaczęły badać życie Gemmy od r. 1917. Beatyfikował ją Pius XI w 1933 r. Dekret zatwierdzający wymagane do kanonizacji cuda został odczytany 26 marca 1939 r.– w Niedzielę Wielkanocną. Gemmę Galgani kanonizował Pius XII 2 maja 1940 roku, w trzydzieści siedem lat po jej śmierci.

    W marcu 1901 r. Gemma napisała do prałata Volpi o tym, co Jezus powiedział jej tego samego dnia: „Bądź pewna, że to ja, Jezus, mówię do ciebie, a za kilka lat, przez moje działanie, będziesz świętą, dokonasz cudów i dostąpisz chwały ołtarzy.” Wspomnienie tej młodej świętej Kościół obchodzi 16 maja.

    Vox Domini

    Na podst. artykułu „La folie de la Croix” André Castella. Stella Maris, nr 390, str. 9-10 oraz informacji internetowych oficjalnych stron włoskich poświęconych św. Gemmie.

    ***


    10 kwietnia

    Święty Fulbert z Chartres, biskup

    Święty Fulbert z Chartres
    Fulbert urodził się w 960 r. w ubogiej rodzinie. Przypuszcza się, że pochodził z Poitiers. Uczył się w szkole katedralnej w Reims. Jego mistrzem był Gerbert, późniejszy papież Sylwester II. Około 990 r. Fulbert przybył do Chartres, by podjąć pracę nauczyciela w szkole katedralnej, którą wkrótce uczynił ośrodkiem kulturalnym Francji. Został mianowany kanonikiem i kanclerzem tamtejszej kurii biskupiej. Po śmierci biskupa Raula wybrano Fulberta jego następcą (1006).
    Był aktywny w wielu dziedzinach życia publicznego, kulturalnego i kościelnego. Swoją wiedzą, gorliwością, a przede wszystkim umiejętnością obcowania z ludźmi rychło pozyskał sobie serca wiernych i duchowieństwa. Król francuski, Robert II Pobożny, nieraz zasięgał jego rady. Fulbert dbał o administrację kościelną i wyróżniał się jako doskonały gospodarz diecezji. Był wnikliwym teologiem, łączył mądrość ze świętością. Po pożarze, jaki nawiedził katedrę, odnowił ją tak okazale, że dzisiaj należy do podziwianych arcydzieł budownictwa sakralnego.
    Dbał także o podniesienie poziomu szkolnictwa, z którego na pierwszym miejscu korzystali przyszli kandydaci do stanu duchownego. Odnowił w tym celu szkołę katedralną i postawił ją na tak wysokim poziomie, że przewyższała sławą nawet szkołę w Reims. Zwalczał symonię (handel godnościami kościelnymi i dobrami duchowymi) oraz inne nadużycia, jakie od lat występowały w Kościele. Wyróżniał się szczególnym darem jednania zwaśnionych. Dlatego często w różnych sporach brano go za rozjemcę. Miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, która przywróciła mu zdrowie w ciężkiej chorobie.
    Fulbert zostawił po sobie także szereg cennych pism. Wśród nich wyróżniają się kazania i traktaty teologiczne. Był również uzdolnionym poetą łacińskim, autorem pięknych hymnów. Najcenniejsze jednak są listy, które pozwalają poznać głębiej jego osobowość, ideały i działanie. Równocześnie dają nam wgląd w ówczesną, ciekawą epokę.
    Fulbert zmarł 10 kwietnia 1028 r. w wieku ok. 68 lat.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    9 kwietnia

    Święty Gaucheriusz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Maria, żona Kleofasa
    Święty Gaucheriusz
    Gaucheriusz (Walter) urodził się w Meulan-sur-Seine we Francji. Otrzymał staranne chrześcijańskie wychowanie oraz klasyczne wykształcenie. Kiedy przyjął święcenia kapłańskie, poczuł wielką tęsknotę za życiem pustelniczym. Porzucił świat i razem ze swoim przyjacielem Germondem zamieszkiwał w regionie Limoges, gdzie prowadzili samotne życie. Z biegiem czasu zaczęła tworzyć się wokół nich wspólnota, której Gaucheriusz nadał regułę św. Augustyna i wybudował dla niej klasztor w Aureil. Wspólnota ta wydała wielu świętych i uczonych mężów, między innymi św. Lamberta, Faucheriusza i Stefana z Grammont.
    Gaucheriusz zmarł w wieku 80 lat w roku 1140 w Aureil na skutek upadku z konia. Kanonizowano go w 1194 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 kwietnia

    Święty Dionizy, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Walter z S. Martino di Pontoise, opat
    Święty Dionizy
    Dionizy był w II w. biskupem w Koryncie. Informacje o nim czerpiemy z pism św. Hieronima i Euzebiusza z Cezarei. Ten ostatni wychwala wielką gorliwość pasterską św. Dionizego. Według niego Dionizy miał zostawić 8 cennych listów do różnych biskupów. W Liście do Rzymian wysławia papieża, św. Sotera: “Rzymianie utrzymują zwyczaje ojców: wasz błogosławiony biskup Soter je nie tylko utrzymał, ale i poszerzył, dzieląc się z braćmi [ze wszystkich stron] dostatkiem, którym sam był obdarzony, i błogosławiąc słowem tych, którzy się do niego zwracają, jak ojciec do dzieci…”. W pozostałych listach zwraca się m.in. do Lacedemończyków, Ateńczyków, Nikomedyjczyków, Rzymian, mieszkańców Krety. Są one źródłem wiedzy o zasadach wiary i moralności wczesnego chrześcijaństwa.
    Na Wschodzie Dionizy odbiera cześć jako męczennik. Krzyżowcy za czasów Innocentego IV (+ 1254) przewieźli ciało św. Dionizego do Rzymu i oddali pod opiekę klasztoru pod wezwaniem Świętego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 kwietnia

    Święty Jan Chrzciciel de la Salle, prezbiter

    Święty Jan de la Salle

    Jan urodził się w Reims 30 kwietnia 1651 r. w podupadłej rodzinie książęcej jako najstarszy z jedenaściorga rodzeństwa. Straciwszy rodziców, przerwał studia na paryskim uniwersytecie i w seminarium, aby zająć się najbliższą rodziną. Po pewnym czasie kontynuował naukę. W wieku 27 lat przyjął święcenia kapłańskie. W trzy lata potem na uniwersytecie w Reims zdobył doktorat z teologii (1680). Zaraz po święceniach otrzymał probostwo. Powierzono mu także kierownictwo duchowe nad szkołą i sierocińcem, prowadzonym przez Siostry od Dzieciątka Jezus (terezjanki). Jan postarał się w Rzymie o zatwierdzenie zgromadzenia zakonnego tych sióstr. Bardzo bolał na widok setek sierot, pozbawionych zupełnie pomocy materialnej i duchowej. Gromadził ich na swej plebanii, której część zamienił na internat. Następnie na użytek biednych dzieci oddał swój rodzinny pałac.
    Ponieważ sam był zajęty duszpasterstwem, dlatego musiał szukać ochotników, by mu w tej pracy dopomogli. Oni to, pod kierunkiem Jana, zajmowali się wychowaniem i kształceniem dziatwy. Pobożne panie zajmowały się ich żywieniem. Kiedy ani plebania, ani dom rodzinny nie mogły pomieścić przygarniętych, ks. Jan za pieniądze parafialne i otrzymane od pewnej zamożnej kobiety zakupił osobny obszerny dom. Napisał też regulamin, by praca mogła iść sprawnie.
    Z tych ofiarnych pomocników wyłoniło się z czasem zgromadzenie zakonne pod nazwą Braci Szkół Chrześcijańskich (braci szkolnych). Za jego początek przyjmuje się dzień 24 czerwca 1684 roku. Jan miał wówczas zaledwie 31 lat. Stworzył wiele typów szkół – podstawowe, wieczorowe, niedzielne, zawodowe, średnie, seminaria nauczycielskie. Nauka w nich była bezpłatna. Na polu pedagogiki Jan zajmuje więc poczesne miejsce. W swoich szkołach wprowadził na pierwszym miejscu język ojczysty, podczas gdy dotychczas powszechnie uczono w języku łacińskim. Zniósł kary fizyczne, tak często stosowane w szkołach w tamtych czasach, a kary moralne ograniczył do minimum. Pierwszeństwo dał wychowaniu religijnemu, które oparł na chrześcijańskiej miłości i poszanowaniu godności człowieka, także dziecka.
    W roku 1681 powstała pierwsza szkoła założona przez Jana w Reims (1681), kolejna powstała w Paryżu (1688), potem także m.in. w Lyonie i w Rouen. W sto lat potem cała Francja była pokryta szkołami lasaleńskimi. Do rewolucji francuskiej (1789) w samej Francji zgromadzenie posiadało 126 szkół i ponad 1000 członków. Dzisiaj Bracia Szkolni mają swe szkoły w prawie 90 krajach.
    Jan de la Salle zostawił po sobie bezcenne pisma. Najwybitniejsze z nich to Zasady dobrego wychowania, które doczekało się ponad 200 wydań; nadto Rozmyślania, Wskazania, jak prowadzić szkoły i Obowiązki chrześcijanina. Bezcenne dla poznania ducha lasaleńskiego są także jego listy.
    Jan zmarł po krótkiej chorobie 7 kwietnia 1719 r. Pozostawił po sobie pisma, które przez długi okres należały do kanonu dydaktyki. Beatyfikował go Leon XIII w 1888 roku. On też wyniósł go uroczyście do chwały świętych w roku 1900. Pius XII ogłosił św. Jana de La Salle patronem nauczycieli katolickich (1950). Ciało św. Jana, zbezczeszczone w czasie rewolucji francuskiej w roku 1793, dla bezpieczeństwa przeniesiono do Belgii, a w roku 1937 złożono przy domu generalnym zakonu w Rzymie. Można tu również zobaczyć katedrę, z której wykładał Święty, jego strój, paramenty liturgiczne, przedmioty pokutnicze i rzeczy codziennego użytku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 kwietnia

    Błogosławiona Pierina Morosini,
    dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Paryża, opat
      •  Święty Prudencjusz, biskup
    Błogosławiona Pierina Morosini
    Pierina przyszła na świat w dniu 7 stycznia 1931 roku w Fiobbio koło Albino, w Lombardii. Nazajutrz po urodzeniu rodzice zanieśli ją do chrztu. Jej ojciec, Rocco Morosini, był nocnym stróżem w jednej z miejscowych fabryk, a matka, Sara Noris, zajmowała się rodziną liczącą dziewięcioro dzieci. Pierina była pierworodną córką. Rodzina była pełna modlitwy, której dzieci nauczyły się od bardzo religijnych rodziców. Często modliły się o łaskę, by raczej umrzeć niż obrazić Pana Boga.
    Pierina, gdy ukończyła 6 lat, codziennie chodziła do kościoła, choć dopiero po roku przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Wstawała codziennie rano, około godz. 5.00, i ścieżką dla mułów, wijącą się w górach, poprzez las kasztanowy, około pół godziny szła do kościółka parafialnego, by uczestniczyć we Mszy świętej. Wówczas celebrowano ją o 6.00 rano. Wracała do domu na śniadanie, a potem znowu szła do wioski, by od 9.00 brać udział w zajęciach szkolnych.
    W miarę jak dzieci podrosły, mama zabierała wszystkie dzieci rano do kościoła. Trzeba było mieć wiele odwagi, aby to uczynić w tamtym czasie. Pierina, podobnie jak św. Maria Goretti, na której przez większość życia będzie się wzorować, stała się dla sióstr i braci drugą mamą. Brała udział w pracach domowych, pomagała w kuchni, szyła lub robiła na drutach ubranka dla rodzeństwa. Jej mama opowiadała później, że nie pamięta, by Pierina była kiedykolwiek nieposłuszna lub żeby krytykowała otrzymane polecenie. Mawiała o niej: “Mieć taką córkę – to łaska od Pana!”
    Pierina była także najlepszą uczennicą w klasie, nie tylko na lekcjach religii, lecz we wszystkich innych przedmiotach. Miała wyjątkowe uzdolnienia. Bardzo chciała się uczyć, będąc jednak najstarszym dzieckiem w rodzinie wielodzietnej i z powodu ubóstwa zrezygnowała z tego marzenia. To poświęcenie wiele ją kosztowało. Kiedy miała 11 lat, mama wysłała ją na naukę do krawcowej w sąsiedztwie. Bardzo szybko nauczyła się tego fachu.
    W wieku 15 lat Pierina zaczęła zarabiać na życie. Pomagała rodzicom utrzymać rodzinę. Wkrótce ojciec, z powodu słabego zdrowia, musiał zrezygnować z pracy. Pierina podjęła pracę w przędzalni bawełny w Albino, w odległości kilku kilometrów od Fiobbio. Pracowała na dwie zmiany – jeden tydzień od 6.00 do 14.00, a następny od 14.00 do 22.00. Droga do domu zajmowała jej około godziny pieszo. Wstawała około 4.00, żeby uczestniczyć choćby w części Mszy świętej, bo tylko gdy rozpoczynała pracę o 14.00, mogła uczestniczyć w całej Eucharystii. Gdy ktoś jej radził, by zrezygnowała z takiego trybu życia, odpowiadała, że “nie może żyć bez Mszy świętej”.
    Nieliczne wolne chwile poświęcała na czytanie pobożnych lektur i żywotów świętych. Najczęściej czytała o życiu Marii Goretti. Jej dzieje znała na pamięć. W parafii była podporą miejscowej Akcji Katolickiej. Udzielała lekcji katechizmu, zajmowała się dziełem powołań i zbierała ofiary na seminarium duchowne. W niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej, popołudniowych Nieszporach i wykładach z religii. Znajdowała jeszcze czas na odwiedzenie chorych. Z umiłowania pokuty i ubóstwa wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Poświęciła się też całkowicie Panu, składając trzy śluby: dziewictwa, ubóstwa i posłuszeństwa. Śluby te odnawiała dwukrotnie w ciągu roku: w święto Niepokalanego Poczęcia oraz w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.
    Jedną z wielkich radości jej życia była pielgrzymka do Rzymu w 1947 roku, na beatyfikację małej męczennicy z Nettuno. Pierina miała wtedy 16 lat. Po usłyszeniu słów papieża Piusa XII powiedziała do swoich przyjaciółek: “Jaka by to była radość dla mnie umrzeć jak Maria Goretti!”
    Potrafiła cierpieć i przyjmowała każde cierpienie jako dar od Boga. Raz zraniła się w nogę przy warsztacie tkackim. Kiedy rana uległa zakażeniu, cierpiała ogromnie, musząc pozostać w szpitalu przez miesiąc. Nie skarżyła się. Innym razem zraniła rękę, przecinając ścięgno kciuka. Z tego powodu cierpiała aż do śmierci, ale i z tej przyczyny nigdy się nie żaliła. Pewnego wieczora wracała do domu w czasie gołoledzi. Jej matka powiedziała, że z powodu uciążliwej pogody musiałaby pójść jeszcze raz na zakupy do wioski. Mimo zmęczenia Pierina zaraz wyszła, by zrobić zakupy.
    Nadszedł dzień 4 kwietnia 1957 roku. Pierina pracowała wtedy od 6.00 do 14.00. Jak co dnia rano przyjęła Komunię świętą i uczestniczyła w części Mszy świętej. Zatrzymała się w wiosce zaledwie na chwilę, by zrobić zakupy, potem wyszła na drogę prowadzącą do domu. Zazwyczaj przychodziła do domu między 15.00 a 15.10. Kiedy minęła godzina 15.30, a jej jeszcze nie było w domu, jej brat Santo zaczął się niepokoić. Poszedł w stronę wioski. Jego oczom ukazał się zaskakujący widok. Znalazł siostrę leżącą na środku ścieżki.
    Nie było świadków tego zdarzenia. Zbrodnię odtworzono stopniowo. Niektóre szczegóły podał zabójca, zatrzymany 20 dni później. Był nim dwudziestoletni chłopak. Przyznał, że od roku obserwował Pierinę. Ponieważ tego dnia podążał za nią z tak wielką natarczywością, że nie pozostawiała ona wątpliwości co do natury jego zamiarów, dziewczyna podniosła kamień, by się bronić. On odebrał jej kamień i uderzył ją w głowę. Dziewczyna zrobiła jeszcze kilka kroków, po czym upadła na ziemię. W tym stanie znalazł ją brat. Wydawała się rozumieć, co do niej mówił, lecz aż do śmierci nie potrafiła już wypowiedzieć ani słowa. Wezwany natychmiast proboszcz, przekonawszy się, że Pierina była przytomna, udzielił jej sakramentów. Potem zawieziono ją do szpitala w Benewencie. Rany głowy były tak poważne, że nie udało się jej uratować. Młoda męczennica odeszła na spotkanie ze swą świętą przyjaciółką, Marią Goretti, w dniu 6 kwietnia 1957 roku.
    Trzy dni później pochowano ją w obecności wielu okolicznych mieszkańców. Już wtedy uważano ją za świętą. Jeden z duchownych powiedział wtedy: “Niech śmiały przykład Pieriny Morosini natchnie naszych młodych chłopców i nasze dziewczęta. Niech wybierają roztropnie jako ideał swego życia życie promieniujące pięknem, radością i czystością dla czci naszych rodzin, Kościoła i ojczyzny”. W dniu 9 kwietnia 1983 roku przeniesiono ciało Pieriny z cmentarza do kościoła parafialnego. Przy tej okazji stwierdzono, że jej ciało zachowało się w doskonałym stanie. W dniu 4 października 1987 roku, w 30 lat po dniu narodzin na nieba, papież św. Jan Paweł II ogłosił Pierinę Morosini błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 kwietnia

    Święty Wincenty Ferreriusz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Krescencja Höss, dziewica
      •  Święta Katarzyna Thomas, dziewica
      •  Błogosławiona Julianna z Mont Cornillon, pustelnica
    Święty Wincenty Ferreriusz

    Wincenty urodził się ok. 1350 r. w Walencji (Hiszpania) w rodzinie notariusza. W roku 1367 wstąpił do dominikanów. W rok potem złożył śluby zakonne. Studiował filozofię, teologię i logikę w Walencji, Barcelonie i Leridzie, gdzie zdobył tytuł doktora. Otrzymał święcenia kapłańskie w wieku 25 lat. Podjął surową dyscyplinę życia duchowego, którego piękne świadectwo pozostawił w traktacie De vita spirituali. Oddał się najpierw nauczaniu filozofii i teologii, zajmując się również (w latach 1380-1390) wieloma sprawami państwowymi i kościelnymi na polecenie kardynała legata Piotra de Luna oraz Jana I, króla Aragonii. W tym czasie oddawał się także kaznodziejstwu, najpierw na dworze papieża w Awinionie, a później w południowej Francji i we Włoszech. Posługę tę pełnił aż do roku 1399. Wtedy nastąpił nagły zwrot w życiu Wincentego. W czasie choroby, która wydawała się beznadziejna, miał wizję św. Dominika i św. Franciszka, którzy uzdrowili go i polecili głosić Ewangelię na całym świecie. Napisał natychmiast list do Benedykta XIII z prośbą o upoważnienia konieczne do nowej misji.
    Po ich otrzymaniu oddał się wyłącznie kaznodziejstwu wędrownemu. Podjął w ten sposób wielką misję, przemierzając Europę i wzywając do pokuty. Obdarzony darami Ducha Świętego oraz zaopatrzony w apostolskie pełnomocnictwa, przemawiał na placach, bo żadne kościoły nie mogły pomieścić gromadzących się tłumów. Swoją charyzmą budził zachwyt, ale i sprzeciw. Pracował na rzecz jedności podzielonego przez schizmę Kościoła. Szła za nim sława wielkich cudów. Obok rzesz wielbicieli miał Wincenty także swoich zawziętych wrogów. Zarzucano mu demagogię, ogłupianie ludu, wprost nawet opętanie. Zarzuty przeciwko wielkiemu kaznodziei wysuwano nawet na tzw. “soborze” w Pizie (1409) i na soborze w Konstancji (1415).

    Święty Wincenty Ferreriusz

    Wincenty był również spowiednikiem antypapieża Benedykta XIII, ale opuścił go, kiedy nie udało mu się nakłonić go do rezygnacji. Zmarł w Wielką Środę, 5 kwietnia 1419 r. w Vannes we Francji, wracając z misji podjętej w Anglii, gdzie przebywał na zaproszenie króla. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Przez trzy dni jego ciało było wystawione w katedrze, zanim je złożono między chórem a głównym ołtarzem. Niebawem też odbył się proces kanoniczny sługi Bożego. Komisja papieska przebadała 873 cuda. Papież Kalikst III 29 czerwca 1455 zezwolił na jego kult, a papież Pius II w trzy lata potem dokonał jego formalnej kanonizacji (1458). Jego relikwie zostały w czasie rewolucji francuskiej (1789-1794) sprofanowane, ale nie zniszczone. Znajdują się w katedrze w Vannes, a część również w Walencji.
    Wincenty Ferreriusz zostawił po sobie kilka drobnych pism, m.in. Traktat przeciwko schizmie, Traktat przeciwko Żydom, Traktat dla tych, którzy cierpią pokusy przeciwko wierze. Jest patronem Walencji, Vannes, dobrego małżeństwa, dobrej śmierci, ceglarzy, budowniczych, murarzy, hydraulików, przetwórców ołowiu, producentów dachówek i kafli. Wzywany bywa także w obronie przed epilepsją, bólami głowy i gorączką, w bezpłodności.
    W zakonie dominikańskim w imię św. Wincentego udzielało się specjalnego błogosławieństwa chorym i poświęcało się dla nich wodę. Ku czci Świętego odprawiano przed jego świętem nabożeństwo siedmiu piątków, podczas których należało przyjąć Komunię św.W ikonografii św. Wincenty bywa przedstawiany w habicie dominikańskim, jako anioł Apokalipsy z trąbą i płomieniem na czole. Jego atrybutami są koń, błyskawice, chrzcielnica, infuła, kapelusz kardynalski u stóp, osioł, krzyż, sztandar, skrzydła, turban turecki lub muzułmanin u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 kwietnia

    Święty Izydor z Sewilli,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Izydor z Sewilli

    Izydor urodził się około 560 r. w Nowej Kartaginie, w prowincji Murcji. Pochodził z rodziny, która dała Kościołowi dzieci wyniesione do chwały ołtarzy – św. Leonarda i św. Fulgencjusza, braci św. Izydora, oraz św. Florentynę – ich siostrę. Legenda głosi, że przy jego narodzinach rój pszczół osiadł mu na ustach i zostawił na nich słodki miód. Miała to być zapowiedź daru niezwykłej wymowy, jaką szczycił się Izydor. Po rychłej śmierci rodziców wychowaniem młodszego rodzeństwa zajął się najstarszy brat, św. Leonard, który był wówczas arcybiskupem w Sewilli. Przy boku brata Izydor miał okazję przypatrzeć się z bliska burzliwym wydarzeniom, jakie przeżywała wtedy Hiszpania. Po jego śmierci Izydor objął biskupstwo i podjął wysiłek odnowy Kościoła.
    Zwołał i kierował synodami w Sewilli (619) i w Toledo (633), które m.in. ułożyły symbol wiary odmawiany w Hiszpanii, oraz ujednolicił liturgię. Fundator kościołów, klasztorów, szkół i bibliotek. Zabiegał o podniesienie poziomu intelektualnego i duchowego kleru. Zapamiętano go jako człowieka wyjątkowego miłosierdzia. Był znakomitym pisarzem. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Św. Braulion, jego uczeń i sekretarz, wymienia ponad 20 zostawionych przez Izydora dzieł. Zwalczał w nich arianizm, zostawił wykład prawd wiary i moralności, pisał o dziejach Gotów i Wandali, którzy opanowali jego kraj. Święty zadziwia rozległością tematyki i podejmowanych problemów. Jego największym dziełem jest dwudziestotomowy Codex etimologiarum – pierwsza próba naukowej encyklopedii, syntezy wiedzy, jaką posiadano za jego czasów.
    Wyjątkowa była jego śmierć. Kazał zanieść się do katedry i w obecności biskupów pomocniczych, kapłanów i ludu zdjął swoje szaty biskupie, a wdział pokutny wór, głowę posypał popiołem i zalany łzami odbył spowiedź publiczną. Błagał, by mu odpuszczono jego przewiny i zaniedbania, i by się za niego modlono. Potem przyjął Komunię świętą pod dwoma postaciami i pożegnał się ze wszystkimi pocałunkiem pokoju. Zaniesiony do swojej ubogiej izby po 4 dniach oddał Bogu ducha 4 kwietnia 636 roku, gdy miał 82 lata. Pochowano go obok św. Leonarda i św. Florentyny. W roku 1063 jego śmiertelne szczątki przeniesiono do Lyonu, gdzie spoczywają dotąd. Formalna kanonizacja Izydora odbyła się dopiero w 1598 roku. Papież Innocenty XIII ogłosił św. Izydora doktorem Kościoła (1722). Jest patronem Hiszpanii i Sewilli.W ikonografii św. Izydor przedstawiany jest w stroju biskupim. Ma paliusz. Czasami ukazywany jako jeździec na koniu. Jego atrybutem jest miecz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 kwietnia

    Święty Ryszard de Wyche, biskup

    Święty Ryszard de Wyche

    Ryszard urodził się w 1197 r. w Wych (obecnie Droitwich w pobliżu Worcester w Anglii). Jako młodzieniec musiał zająć się administracją majątku rodzinnego. Odrzucił propozycje małżeńskie i po uporządkowaniu stanu majątkowego rodziny udał się na studia uniwersyteckie do Oxfordu. Po ukończeniu studiów swoją wiedzę pogłębiał na uniwersytetach w Paryżu i Bolonii. Miał 38 lat, kiedy wybrano go rektorem uniwersytetu w Oksfordzie. Wkrótce potem, w 1237 r., został mianowany kanclerzem prymasa Anglii, św. Edmunda.
    Na stanowisku rektora Ryszard zasłużył się pracą nad podniesieniem poziomu uniwersytetu w Oxfordzie tak, że wśród wszystkich uniwersytetów Europy zajmował on odtąd czołowe miejsce. Jako prawa ręka prymasa Anglii przyczynił się natomiast do przeprowadzenia koniecznych reform. Bronił także odważnie praw Kościoła wobec króla, Henryka III. Towarzyszył swemu ukochanemu pasterzowi w podróży do Pontigny, we Francji, gdzie też św. Edmund na jego rękach umarł. Przed śmiercią nakłonił jednak Ryszarda do przyjęcia święceń kapłańskich. Podarował mu także na pamiątkę drogocenny kielich. Po powrocie do Anglii Ryszard porzucił dotychczasowe stanowiska i objął skromne probostwo w Charing, a potem w Deal. Jednakże nowy prymas Anglii, Bonifacy, powołał Ryszarda ponownie na swojego kanclerza.
    W 1244 r. został wybrany biskupem Chichester. Król Henryk III, znając nieustępliwość biskupa w obronie praw Kościoła, na wybór Ryszarda nie zgodził się. Mimo tego prymas potwierdził wybór. Wtedy Henryk III zajął dobra biskupie. Ryszard był zmuszony udać się do Rzymu, by papież rozstrzygnął sprawę. Papież Innocenty IV potwierdził w Lyonie wybór Ryszarda, a nawet osobiście udzielił mu sakry biskupiej. Na wiadomość o tym król z zemsty zagarnął biskupowi wszystkie dobra, nawet jego własne mieszkanie. Biskup zamieszkał więc po powrocie u jednego z proboszczów, w Tarring. By jednak nie być gospodarzowi ciężarem, w wolnej chwili pomagał mu przy uprawie roli. Trwało to dwa pełne lata, aż król, zagrożony klątwą papieską, oddał biskupowi dom i dobra biskupie.
    Zarządzenia, jakie pozostawił Ryszard, świadczą o jego gorliwości pasterskiej. Nakazał udzielać sakramentów bezpłatnie. Kapłanów zobowiązał do zachowania celibatu i do przebywania na miejscu, aby byli zawsze do dyspozycji swoich wiernych. Wymagał także, aby nosili strój kościelny. Wiernych zobowiązywał do uczęszczania na Mszę świętą w niedziele i w święta. Szczególnie troskliwą opieką otaczał św. Ryszard kapłanów steranych wiekiem i chorobą. Starał się zapewnić im możliwie najlepszą pomoc.
    Umarł niespodziewanie podczas wizytacji pasterskiej budującego się kościoła pw. św. Edmunda w Dover 3 kwietnia 1253 r. Kanonizacji dokonał papież Urban IV w 1262 roku. 16 czerwca 1276 roku w obecności króla Anglii, Edwarda I, wielu biskupów i dygnitarzy państwa, odbyło się uroczyste przeniesienie śmiertelnych szczątków Ryszarda do katedry w Chichester. Umieszczono je w bogatym sarkofagu pod głównym ołtarzem. W średniowieczu grób św. Ryszarda należał do najliczniej uczęszczanych miejsc pielgrzymkowych w Anglii. Niestety, Henryk VIII nakazał zniszczyć grobowiec św. Ryszarda jako bojownika o niezależność Kościoła od władzy świeckiej.Ikonografia przedstawia Świętego w stroju biskupim. Trzyma w dłoni kielich – przypominający pewne wydarzenie z jego życia. Według starej opowieści, kiedy św. Ryszard odprawiał Mszę świętą, wypadł mu z ręki kielich, ale cudownie Krew Chrystusa nie wylała się z niego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 kwietnia

    Święty Franciszek z Paoli, pustelnik

    Święty Franciszek z Paoli

    Franciszek urodził się 27 marca 1416 r. w Paoli (Kalabria we Włoszech). Pochodził z ubogiej, ale głęboko religijnej rodziny. Rodzice wyprosili sobie syna żarliwą modlitwą do św. Franciszka z Asyżu. W podzięce dali więc synowi imię Franciszek. Spełniając uczyniony ślub, oddali go do klasztoru franciszkanów, kiedy Franciszek miał zaledwie 12 lat.
    Nie wiadomo, dlaczego Franciszek już po roku opuścił klasztor w S. Marco Argentano i wrócił do domu. Gdy miał 13 lat, odbył ze swymi rodzicami pielgrzymkę po najsławniejszych wówczas sanktuariach Włoch: Asyżu, Monte Cassino, Loreto, Monte Luco koło Spoleto i Rzymie. W Wiecznym Mieście pełen smutku patrzył na przepych duchowieństwa. Kiedy pewnego dnia ujrzał przejeżdżającego we wspaniałej karocy w otoczeniu licznej służby kard. Juliana Cezarini, zawołał na głos oburzony, że nie ma w tym ani śladu ewangelicznego ubóstwa. Wtedy kardynał zatrzymał się i odpowiedział chłopcu, że nie czyni tego z pychy, ale że taki jest powszechny zwyczaj, iż dygnitarze świeccy i kościelni jadą w odpowiedniej dla ich godności oprawie.
    Po powrocie do Paoli Franciszek założył w pobliżu miasta pustelnię i oddał się w niej bardzo surowemu życiu. Powoli zaczęli do niego dołączać uczniowie i tak powstała nowa rodzina zakonna braci “najmniejszych” – “minimitów” (Ordo Fratrum Minimorum – OM). Do trzech ślubów zakonnych dołączył Franciszek ślub czwarty: zachowania przez całe życie postu od mięsa i nabiału. Obecnie do rodziny zakonnej eremitów św. Franciszka należą minimici, minimitki oraz tercjarze minimiccy.
    Pan Bóg obdarzył Franciszka darem czynienia cudów. Miał m.in. wskrzesić Mikołaja, syna swojej siostry Brygidy. Podanie głosi, że kiedy statek nie chciał zabrać go na Sycylię, gdzie miał założyć nowy klasztor, przepłynął z Italii na tę wyspę na swoim płaszczu. W ikonografii, związanej z Franciszkiem, legenda ta ma silne odbicie. Dzięki sławie świętości życia i cudów mnożyły się także fundacje nowych klasztorów w Europie. O wielkim mężu dowiedział się także król francuski, Ludwik XI, kiedy był ciężko chory, i zaprosił go do siebie w nadziei, że Franciszek go uzdrowi. Na żądanie papieża Sykstusa IV Franciszek udał się do Paryża. Nie uzdrowił wprawdzie króla, ale przysposobił go do chrześcijańskiej śmierci, tak że na jego ręku spokojnie oddał ducha Bogu (1483). Z tej okazji skorzystał Franciszek i także na ziemi francuskiej założył kilka klasztorów swojego zakonu. Regułę, którą ułożył, w roku 1493 zatwierdził papież Aleksander VI. Franciszek został doradcą Karola VIII. Jako asceta wzorował się na doświadczeniach ojców pustyni.
    Zmarł 2 kwietnia 1507 r. w Plessis-les-Tours we Francji. Tam też został pochowany. Jego beatyfikacji dokonał w roku 1513 papież Leon X. Ten sam papież w sześć lat później wyniósł go również do chwały świętych (1519). Wiele miast ogłosiło św. Franciszka z Paoli za swojego patrona i orędownika, między innymi Tours, Frejus, Turyn, Genua i Neapol. Królestwo Neapolu, Sycylii i Kalabrii ogłosiło go jako swojego głównego patrona. W 1943 roku papież Pius XII proklamował św. Franciszka z Paoli patronem marynarzy włoskich. Uważany jest także za patrona grzeszników powracających do Pana Boga, skazanych na śmierć i umierających. Dzień jego dorocznej pamiątki bywa bardzo uroczyście obchodzony w południowej Italii. Na pamiątkę tego, że na płaszczu miał przedostać się z Włoch na Sycylię, urządza się nad morzem barwną procesję z figurą Świętego.W ikonografii św. Franciszek z Paoli przedstawiany jest w mniszych szatach; częstym motywem jest legenda o przebyciu morza na płaszczu. Przedstawiany jest na obrazach wielu słynnych malarzy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 kwietnia

    Święta Maria Egipcjanka, pustelnica

    Zobacz także:
      •  Święty Noniusz Alwarez Pereira, zakonnik
      •  Święty Hugo, biskup
    Święta Maria Egipcjanka
    Imię Marii Egipcjanki było niegdyś głośne na Wschodzie. Pisali o niej św. Cyryl Aleksandryjski (+ 444), św. Zozym (w. VI) i św. Sofroniusz (+ 638). Niestety, opisując jej życie pokutne, nie podali bliższych danych biograficznych.
    Kiedy miała zaledwie 12 lat, uciekła z domu rodzinnego i udała się do Aleksandrii, aby tam wieść życie rozpustne. Przez 17 lat uwodziła mężczyzn, nie dla zarobku, ale dla zaspokojenia swojej żądzy. Pewnego dnia udała się wraz z pielgrzymami egipskimi do Jerozolimy. Kiedy statek przywiózł pątników do Ziemi Świętej, Maria i tam kontynuowała swoje grzeszne życie. Przyszła jednak godzina opamiętania. W uroczystość Znalezienia Krzyża Świętego udała się do Jerozolimy, by przypatrzeć się obrzędom kościelnym. Kiedy zamierzała wejść do bazyliki Grobu Pańskiego, została jakąś niewytłumaczalną siłą odepchnięta. Miało się to powtórzyć kilka razy. Przerażona, ujrzała nad wejściem do bazyliki wizerunek Matki Bożej. Wtedy zawołała: “Matko miłosierdzia! Skoro odrzuca mnie Twój Syn, Ty mnie nie odrzucaj! Pozwól mi ujrzeć drzewo, na którym dokonało się także moje zbawienie”.
    Usłyszała wtedy wewnętrzny nakaz, by iść na pustynię, nad rzekę Jordan i tam spędzić na pokucie resztę swojego życia. Przyrzekła to uczynić – i odtąd bez żadnej przeszkody mogła wejść do bazyliki, by uczestniczyć w nabożeństwie.
    Żywoty Świętej nie podają, ile lat Maria Egipcjanka spędziła na pokucie nad Jordanem. Miał ją przypadkowo odnaleźć kapłan, św. Zozym, który przyniósł jej po odbytej spowiedzi Komunię świętą. Zawołała wówczas słowami starca Symeona: “Teraz, o Władco, pozwól odejść służebnicy Twojej w pokoju według słowa Twego, bo oczy moje ujrzały Twoje zbawienie” (por. Łk 2, 29-30). Kiedy Zozym przyszedł do niej na drugi rok, by pokrzepić ją Ciałem Pańskim, Maria już nie żyła. Legenda głosi, że podobnie jak ciało św. Pawła Pustelnika pochowały w ziemi lwy, tak i Marii miały tę przysługę wyświadczyć.Ikonografia upodobała sobie naszą Świętą. Jej wizerunki utrwalili na płótnie artyści tej klasy, co: Tintoretto, Ribera, Hans Memling i inni. Św. Maria Egipcjanka jest patronką nawróconych jawnogrzesznic i rozpustnic.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – marzec 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 marca

    Święta Balbina, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Beniamin, diakon i męczennik
    Święta Balbina
    Posiadamy dwa dokumenty, które opisują życie i męczeństwo Balbiny. Niestety, pochodzą one z wieku VI i zawierają wiele legend, w których tak bardzo rozmiłowało się średniowiecze. Jeden z tych dokumentów to opis męczeńskiej śmierci papieża, św. Aleksandra, a drugi to opis męczeńskiej śmierci św. Balbiny i św. Hermeta.
    Balbina miała być córką św. Kwiryna, który na dworze cesarza Hadriana (117-138) piastował wysoki urząd trybuna wojskowego. Sam cesarz nie był początkowo nastawiony wrogo do chrześcijan, jak przed nim Neron i Domicjan. Pod wpływem apologii, jaką skierowali do niego w obronie chrześcijaństwa św. Arystydes i św. Kwadratus, zakazał on samosądów na chrześcijanach. Niestety, wydał dekret zezwalający na skazywanie na śmierć tych chrześcijan, którzy zostaną oskarżeni o wyznawanie wiary w Chrystusa i w sądzie nie wyrzekną się jej. Tak więc właśnie za panowania cesarza Hadriana ponieśli śmierć męczeńską papieże: św. Sykstus I (+ 125) i św. Telesfor (+ 136). Być może w tym czasie zginęli także św. Kwiryn, ojciec Balbiny, wraz z córką i wielu innych. Nie jest jednak pewne, czy św. Kwiryn i jego córka ponieśli śmierć męczeńską za cesarza Hadriana, czy też później, za panowania cesarza Marka Aureliusza (161-180), jak przypuszczają niektórzy hagiografowie. Jeżeli tak, dane o ich męczeństwie trzeba by przenieść na czas nieco późniejszy.
    Balbina miała przyjąć chrzest wraz ze swoim ojcem i z całą rodziną z rąk św. Aleksandra I, papieża (+ ok. 115). Przyczyną nawrócenia się całej rodziny miało być nagłe, cudowne uzdrowienie Balbiny, którą umierającą zaniesiono przed św. Aleksandra. Według podanych źródeł wielu młodzieńców z najszlachetniejszych rodzin rzymskich ubiegało się o rękę Balbiny. Jej ojciec zajmował wszak wysokie stanowisko i posiadał spory majątek. Balbina odrzuciła kategorycznie wszystkie oferty. To właśnie miało stać się przyczyną jej śmierci, gdyż zawiedzeni pogańscy konkurenci o jej rękę oskarżyli ją przed cesarzem, że jest chrześcijanką. Wraz z ojcem wtrącono ją do więzienia. Kiedy zaś nie załamała się na widok tortur, zadawanych jej ojcu, została ścięta mieczem.
    O kulcie św. Balbiny świadczy wystawiony w Rzymie w wieku VI kościół ku jej czci. W ołtarzu głównym znajduje się duży sarkofag, widoczny pod mensą, zawierający jej relikwie. Istniał także w Wiecznym Mieście cmentarz św. Balbiny.


    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    30 marca

    Święty Leonard Murialdo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Amadeusz IX Sabaudzki, książę
    Święty Leonard Murialdo

    Leonard urodził się w Turynie i tam też dokonał swojego żywota. Pochodził z rodziny szlacheckiej, która kiedyś założyła osadę pod Turynem, Murialdo. Do dziś zachowały się ruiny zamku w Murialdo, siedziba pierwotnych właścicieli okolicy. Leonard przyszedł na świat 26 października 1828 roku. W następnym dniu został ochrzczony w kościele parafialnym S. Dalmazzo i otrzymał imiona Leonard Jan Chrzciciel Donat i Maria. Miał jednego brata i siedem sióstr.
    Kiedy miał 8 lat, rodzice oddali go do prywatnej szkoły, prowadzonej przez pijarów w Savonie. Po powrocie do Turynu studiował filozofię w kolegium św. Franciszka z Pauli, akredytowanym do tamtejszego uniwersytetu. Rozpoczął studia teologiczne, wieńcząc je doktoratem (1850). W rok potem otrzymał święcenia kapłańskie. Za zezwoleniem biskupa oddał się pracy duszpasterskiej na peryferiach Turynu, bardzo wówczas religijnie i materialnie zaniedbanych. Głosił słowo Boże, spowiadał, nawiedzał domy ubogich, szpitale, domy poprawcze i więzienia. W pracy tej zetknął się bezpośrednio ze św. Józefem Cafasso i ze św. Janem Bosko. Zakładał komitety do budowy nowych kościołów, których brak dawał się dotkliwie wtedy odczuwać w mieście. Popierał także konferencje św. Wincentego a Paulo, których celem było niesienie pomocy ubogim i opuszczonym. W latach 1857-1865 objął kierownictwo oratorium św. Alojzego, które założył św. Jan Bosko. Prowadził tam równocześnie szkołę świąteczną i codzienną wieczorową dla młodzieży pracującej; zorganizował także chór i orkiestrę. W roku 1858 miał szczęście towarzyszyć św. Janowi Bosko i bł. Michałowi Rua w pielgrzymce do Rzymu i brać udział w ich prywatnej audiencji u papieża Piusa IX. Należał bowiem do ich najbliższych współpracowników.
    W roku 1861 dołączył do szeroko wówczas zakrojonej wśród katolików akcji “uświęconej niedzieli”. W tym samym roku zorganizował akcję “świętopietrza”, by przyjść papieżowi z pomocą materialną, gdyż ten był w trudnej sytuacji. Wojska Garibaldiego zajmowały coraz to nowe obszary Państwa Kościelnego dla nowo rodzącego się państwa włoskiego. W tym czasie powstał w Europie wielki ruch, usiłujący skupić w swoich szeregach robotników katolickich i wywalczyć dla nich należne prawa. Na czele tego ruchu stanęli najwybitniejsi społecznicy katoliccy Niemiec, Francji i Anglii. Leonard udał się do tych krajów, by zetknąć się u samych źródeł z tym ruchem i przeszczepić go na ziemię włoską. Po dwóch latach (1865-1866) wrócił do Turynu i objął prowadzenie “Kolegium Rzemiosł”, które ufundował ks. Jan Cocchi. Przy tym kolegium pozostał już do śmierci, rozwijając stąd wszechstronną działalność społeczną i charytatywną przez 34 lata.

    Święty Leonard Murialdo

    Dla utrwalenia rozpoczętych dzieł założył nową rodzinę zakonną pod wezwaniem św. Józefa (józefitów). Był to rok 1867. Swoich synów duchowych zobowiązywał osobnym ślubem do obrony nieomylności papieża aż do gotowości przelania za tę prawdę krwi. Prawda o papieskiej nieomylności została zdefiniowana jako dogmat na Soborze Watykańskim I w 1869 roku. W roku 1870 założył “Stowarzyszenie Młodzieży św. Józefa” o nastawieniu wybitnie apostolskim, a w roku następnym (1871) “Stowarzyszenie Promotorów Katolickich w Turynie”. Za nimi poszły inne inicjatywy: “Związek Promotorów Katolickiego Laikatu”, “Dzieło Bibliotek Czytanek Katolickich”, “Unia Robotników Katolickich” itp. Jak bardzo na czasie było jego zgromadzenie, dowodzi tego fakt, że po zaledwie 3 latach liczyło ono już w Italii ok. 30 placówek.
    W roku 1872 Leonard wybrał się ponownie w podróż do Francji, gdzie uczestniczył w Kongresie Robotników Katolickich. Dnia 19 marca 1873 r. doszło do ostatecznego powstania józefitów. Stolica Apostolska zatwierdziła zgromadzenie w latach 1890 i 1897. Tak wielkim autorytetem cieszył się Leonard wśród rzeszy robotniczej, że został zaproszony do Rady Związków Robotników Katolickich w Turynie oraz jako członek Komisji od Spraw Kongresów i Zjazdów Katolickich.
    Umęczony tak różnorodną apostolską pracą, zmarł w wieku 72 lat na rękach współbraci i wychowanków w dniu 30 marca 1900 roku. Jego beatyfikacji w 1963 r. dokonał Paweł VI; on też ogłosił go świętym w 1970 r.


    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 marca

    Święty Bertold, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm Temperiusz, biskup
      •  Święty Stefan IX, papież
    Święty Bertold
    O Bertoldzie wiemy niewiele, choć to postać ważna w dziejach zakonu karmelitańskiego. Urodził się w Lombardii (Włochy). Około 1230 roku został wybrany jako drugi z kolei generał karmelitów. Zmarł i pochowany został na Górze Karmel w Ziemi Świętej. Nie znamy bliżej ani daty jego urodzin, ani daty jego śmierci.
    Jego stare żywoty głoszą, że Pan Bóg obdarzył Bertolda darem proroczym. Miał on także mieć widzenie, jak aniołowie wiedli do nieba mnóstwo karmelitów, których w Ziemi Świętej mieli niebawem wymordować Saraceni.
    Kult św. Bertolda wprowadziła do zakonu kapituła generalna w roku 1564. W roku 1584 kult ten zaaprobował papież Grzegorz XIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 marca

    Błogosławiona Joanna Maria de Maille, wdowa

    Zobacz także:
      •  Święty Guntram, król
    Błogosławiona Joanna Maria de Maille
    Joanna urodziła się w 1331 r. w szlacheckiej rodzinie na zamku La Roche, niedaleko Tours, we Francji. W młodym wieku wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka z Asyżu. W 1347 r. poślubiła młodego barona Roberta de Silly. Wkrótce po zawarciu małżeństwa oboje złożyli dozgonny ślub czystości. Małżonkowie pełnili dzieła miłosierdzia – wspierali ubogich, opiekowali się chorymi w czasie epidemii dżumy. W czasie wojny francusko-angielskiej baron de Silly dostał się do niewoli. Po wykupieniu wrócił do żony, ale wkrótce zmarł z trudów i wyczerpania.
    Joanna została zmuszona do opuszczenia posiadłości rodziny zmarłego małżonka i osiadła w Tours, w skromnym mieszkaniu przylegającym do klasztoru franciszkanów. Przed biskupem ponowiła ślub czystości. Wiodła życie pełne umartwienia, modlitwy i poświęcenia. Przez pewien czas przebywała w pustelni w Planche de Vaux, oddając się kontemplacji. Umartwiając się, włożyła na głowę koronę cierniową. Wróciła później do Tours i pracowała jako posługaczka w miejscowym szpitalu. Przypisuje się jej dar czynienia cudów.
    Umarła mając 82 lata w dniu 28 marca 1414 r. Została pochowana w habicie klarysek. Papież Pius IX (franciszkański tercjarz) beatyfikował ją w 1871 r. Jest patronką wdów, wygnańców, emigrantów, ludzi, którzy stracili rodziców, ofiar przemocy, ludzi wyśmiewanych dla ich pobożności i osób mających problemy rodzinne.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 marca

    Święty Ernest, opat i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Rupert, biskup
    Święty Ernest

    Ernest pochodził ze szlacheckiej rodziny von Steussling. Od roku 1141 był opatem w klasztorze w Zwiefalten (w Niemczech). W sześć lat później złożył urząd, aby wziąć udział w wyprawie krzyżowej. Uczestniczył w niej u boku biskupa Ottona z Freising. Turcy zmusili oddział do ucieczki, Ernest zaś zginął pod Doryleą we Frygii w 1147 roku podczas bitwy z wojskami otomańskimi.
    Według innej wersji głosił Ewangelię Persom i Arabom. Passio, ułożona pod koniec XII stulecia, opowiadała, że w okrutny sposób zamęczono go w samej Mekce w 1147 r.
    Wcześnie czczono go w Zwiefalten, gdzie obchodzono jego wspomnienie. Jego kult nigdy nie został oficjalnie zaaprobowany.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 marca

    Święty Dobry Łotr

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Tomasz z Costacciaro
      •  Święty Ludger, biskup
      •  Święty Braulion, biskup
    Święty Dobry Łotr
    Święty Dyzmas (w prawosławiu Rach) to jeden z dwóch łotrów, powieszonych na krzyżu obok Jezusa. Informację o nim przekazuje św. Łukasz w swojej Ewangelii. Kiedy drugi z ukrzyżowanych z Jezusem łotrów urągał Mu, Dyzmas skarcił go mówiąc, że oni umierają słusznie, za swe zbrodnie, ale Jezus nic złego nie uczynił. Zwrócił się do Jezusa, prosząc, żeby wspomniał na niego, kiedy już przyjdzie do swego królestwa. A Jezus obiecał Dobremu Łotrowi – bo tak go od tego czasu nazywamy – że jeszcze dziś będzie z Nim w raju. Był to pierwszy swoisty akt kanonizacji, którego jeszcze na Krzyżu dokonał Chrystus.O Dobrym Łotrze pisało wielu Ojców Kościoła i świętych. Jego imię – Dyzmas – pochodzi z pism apokryficznych. Kościół wschodni czci go nawet jako męczennika. W Bolonii, w kościele św. Witalisa i w bazylice św. Stefana, oddawano cześć częściom krzyża, na którym Dobry Łotr miał ponieść śmierć. Pielgrzymi, udający się do Ziemi Świętej, chętnie nawiedzali miejscowość Latrum w pobliżu Emaus, która im przypominała postać Dobrego Łotra.Dobry Łotr jest symbolem Bożego Miłosierdzia; pokazuje, że nawet w ostatniej chwili życia można jeszcze powrócić do Boga. Św. Dyzmas jest patronem Gallipoli (Apulii), skruszonych złodziejów, więźniów, umierających, skazanych na śmierć i dobrej śmierci oraz kapelanów więziennych, pokutujących i nawróconych grzeszników. Stanowi wzór doskonałego żalu za grzechy.W ikonografii przedstawiany jest jako młodzieniec, również w wieku dojrzałym, a nieraz też jako starzec. Jego strojem jest opaska na biodrach lub krótka tunika. Atrybutami św. Dyzmy są krzyż, łańcuch, maczuga, miecz lub nóż.Warto wiedzieć, że dolna (trzecia) ukośna belka prawosławnego krzyża symbolizuje skazańców ukrzyżowanych z Chrystusem. Jej prawy kraniec, uniesiony do góry, wskazuje niebo, do którego poszedł Dobry Łotr. Lewy kraniec wskazuje piekło, do którego trafił ten, który nie wyraził skruchy.Episkopat Polski zdecydował w 2009 r, że dzień wspomnienia św. Dobrego Łotra obchodzony jest w Polsce jako Dzień Modlitw za Więźniów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 marca

    Zwiastowanie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Święty Prokop, prezbiter
      •  Błogosławiona Jozafata Michalina Hordaszewska, dziewica
    Zwiastowanie - Albani

    Dzisiejsza uroczystość przypomina nam o tym wielkim zdarzeniu, od którego rozpoczęła się nowa era w dziejach ludzkości. Archanioł Gabriel przyszedł do Maryi, niewiasty z Nazaretu, by zwiastować Jej, że to na Niej spełnią się obietnice proroków, a Jej Syn, którego pocznie w cudowny i dziewiczy sposób za sprawą Ducha Świętego, będzie Synem samego Boga. Fakt, że uroczystość ta przypada często w trakcie Wielkiego Postu uzmysławia nam, że tajemnica Wcielenia jest nierozerwalnie związana z tajemnicą śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.Początki tej uroczystości są nadal przedmiotem dociekań. Najprawdopodobniej nie została ona wprowadzona jakimś formalnym dekretem władzy kościelnej, ale wyrosła z refleksji nad wydarzeniem tak szczegółowo przedstawionym na kartach Ewangelii.
    Uroczystość Zwiastowania zaczął najpierw wprowadzać Kościół Wschodni już od wieku V. Na Zachodzie przyjęło się to święto od czasów papieża św. Grzegorza Wielkiego (+ 604). Najstarszym świadectwem tego święta na Wschodzie jest homilia Abrahama z Efezu, wygłoszona najprawdopodobniej w Konstantynopolu między 530 a 550 r. Święto w Konstantynopolu potwierdzone jest w VI w., w Antiochii pod koniec VI w., w Jerozolimie w I połowie VII w. Na Zachodzie natomiast potwierdzenie znajdujemy w VII w. (Rzym i Hiszpania). W swoich początkach uroczystość ta miała wysoką rangę, gdyż była uważana za święto Pańskie. Akcentowano nie tyle moment zwiastowania, co wcielenia się Chrystusa Pana, czyli pierwszy akt Jego przyjścia na ziemię i rozpoczęcia dzieła naszego zbawienia. Tak jest i dotąd. Z czasem lud nadał temu świętu charakter maryjny, pierwszą osobą czyniąc Maryję jako “błogosławioną między niewiastami”, wybraną w planach Boga na Matkę Zbawiciela rodzaju ludzkiego. Liber Pontificalis papieża św. Sergiusza I (687-701) poleca, aby w święto Zwiastowania, podobnie jak w święto Ofiarowania Pana Jezusa, Narodzenia i Zaśnięcia Maryi wychodziła procesja z litanią z kościoła św. Hadriana do bazyliki Matki Bożej Większej. O święcie Zwiastowania wspominają synody w Toledo (656) i w Trullo (692). We Francji na ten dzień była przeznaczona osobna, bardzo piękna procesja.
    Wiadomo także, że już w IV wieku w Nazarecie powstała bazylika Zwiastowania. Wystawił ją bogacz żydowski, Józef z Tyberiady, który przeszedł na chrześcijaństwo. Wybudował on kościół na miejscu, gdzie według podania miał stać domek Świętej Rodziny. W roku 570 nawiedza tę bazylikę i opisuje pielgrzym, Antoni z Piacenzy. Przetrwała ona do wieku XI. Krzyżowcy na jej miejscu wystawili o wiele większą i bardziej okazałą. Ta z kolei przetrwała aż do roku 1955, kiedy to franciszkanie wystawili nową, obecnie istniejącą świątynię. W odległości ok. 200 metrów od niej znajduje się kościół św. Józefa. W wieku VI stał na tym miejscu kościół Matki Bożej Karmiącej. W pobliżu niego znajduje się także synagoga, zbudowana na miejscu tej, w której Chrystus często przebywał i nauczał. Pamiątką najpewniejszą z czasów Maryi jest jej studnia, jedyna zresztą w Nazarecie. Na tym miejscu stał kiedyś kościół poświęcony świętemu archaniołowi Gabrielowi.

    Zwiastowanie - Fra Angelico

    Nie mamy także pewności, dlaczego na obchód tajemnicy Zwiastowania wybrano właśnie dzisiejszy dzień. Najczęściej podaje się wyjaśnienie wiążące 25 marca z dniem, w którym celebrujemy Narodzenie Pańskie – 25 grudnia, a zatem datami, które dzieli dokładnie 9 miesięcy. Współcześni badacze genezy święta Zwiastowania wykluczają jednak ten element. Chrześcijanie pierwszych wieków przywiązywali wielką wagę do ostatnich dni marca i początku kwietnia. Związane to było z datą 14 Nizan w Starym Testamencie – ze świętem Paschy. Prawdopodobnie dlatego właśnie w ostatnich dniach marca wspominano moment Zwiastowania – początku Życia, które przez mękę, śmierć i z martwych powstanie odnowiło wszechświat.
    Powszechnie posługujemy się dwiema modlitwami, które upamiętniają moment Zwiastowania. Są to “Zdrowaś Maryjo” i “Anioł Pański”.Pozdrowienie Anielskie. Modlitwa ta składa się z pozdrowienia archanioła, z radosnego okrzyku św. Elżbiety i z modlitwy Kościoła. Na słowach pozdrowienia Gabriela – “łaski pełna” – Kościół oparł wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi. Skoro bowiem Maryja była pełna łaski, to nie mogła jej nigdy być pozbawiona. Słowa św. Elżbiety: “Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego” zawierają część pozdrowienia anioła (Błogosławionaś Ty między niewiastami). W ten sposób św. Elżbieta jakby chciała podkreślić, że znana jest jej tajemnica Zwiastowania, że w imieniu wszystkich niewiast świata winszuje Maryi tak wielkiej godności.
    Do wieku XVI odmawiano w Kościele tylko słowa anioła i Elżbiety. Papież św. Pius V oficjalnie wprowadził resztę słów, które do dnia dzisiejszego odmawiamy. Modlitwę Pozdrowienia Anielskiego odmawiały miliony wiernych i wielu świętych wielekroć na dzień. Do jej rozpowszechnienia przyczyniło się również “nabożeństwo trzech Zdrowaś”. Propagowało je wielu świętych, jak np. św. Leonard z Porto Maurizio (+ 1751), św. Alfons Liguori (+ 1787) i św. Jan Bosko (+ 1888). Jedni rozpowszechniali to nabożeństwo dla uproszenia sobie trzech cnót: wiary, nadziei i miłości; inni dla zachowania potrójnej czystości – niewinności, czystości, celibatu; inni wreszcie dla uproszenia sobie łaski dobrej śmierci i zbawienia duszy.
    Do liturgii Pozdrowienie Anielskie zostało wprowadzone w formie antyfony do Mszy świętej w IV Niedzielę Adwentu w wieku XII. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia Zdrowaś Maryjo przyczyniła się praktyka odmawiania różańca świętego, gdzie tę modlitwę powtarza się obecnie aż 200 razy.Anioł Pański. Historia tej modlitwy sięga wieków średnich, kiedy to biciem dzwonów wyznaczano trzy pory dnia: rano, południe i wieczór. Z powodu braku zegarów był to zwyczaj bardzo praktyczny. Przez pobożne odmawianie tej modlitwy przypominamy sobie scenę Zwiastowania i to, co się w niej dokonało.
    Paweł VI w Adhortacji apostolskiej Marialis cultus tak zachęca do odmawiania tej modlitwy: “Gdy chodzi o modlitwę Anioł Pański, to chcemy jedynie powtórzyć naszą zachętę, prostą, lecz gorącą, aby zwyczajowe odmawianie tej modlitwy zostało zachowane. Mimo bowiem upływu wieków zachowuje ono swoją siłę i blask. Jest to modlitwa prosta, zaczerpnięta z Pisma świętego”. Papież sam tę modlitwę codziennie odmawia, często spotykając się przy tej okazji z wiernymi gromadzącymi się na placu św. Piotra, którym po modlitwie udziela błogosławieństwa.Scena Zwiastowania to jeden z ulubionych tematów malarstwa religijnego. Najdawniejszy wizerunek Maryi – z II w. – zachował się w katakumbach świętej Pryscylli. Maryja siedzi na krześle, przed Nią zaś stoi anioł w postaci młodzieńca, bez skrzydeł, za to w tunice i w paliuszu, który gestem ręki wyraża rozmowę. Podobne malowidło spotykamy z wieku III w katakumbach św. Piotra i Marcelina. Od wieku IV spotykamy Gabriela ze skrzydłami. Ma on w ręku laskę podróżną albo lilię. Na łuku tęczowym w bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie wśród dziewięciu obrazów – barwnych mozaik – jest również scena Zwiastowania (z wieku IV). Maryja jest ubrana w bogate szaty i siedzi na tronie w świątyni jerozolimskiej w chwili, kiedy haftuje purpurową zasłonę dla świątyni. Na głowie ma królewski diadem. Nad Maryją unosi się Duch Święty w postaci gołębicy. W pobliżu jest archanioł Gabriel. Podobne ujęcie Zwiastowania w mozaice spotykamy w Parenze (w. IV).
    W jednym z kościołów Rawenny spotykamy mozaikę z wieku VI, na której Maryja jest przedstawiona, jak siedzi przed swoim domem i w ręku trzyma wrzeciono. Anioł stoi przed Nią z berłem. Podobną mozaikę spotkamy w bazylice świętych Nereusza i Achillesa w Rzymie (w. IX). Na Ewangeliarzu cesarza Ottona I (w. X) i w Sakramentarzu św. Grzegorza (w. X) spotykamy pięknie namalowane barwne sceny Zwiastowania. Podobnie piękne sceny Zwiastowania spotykamy w wieku XII w Ewangeliarzu z Gegenbach, z Hardhausen, św. Hildegardy i w rzeźbie w katedrze w Chartres. Tam również widzimy tę scenę na witrażu. Z wieku XIII pochodzi wspaniała mozaika w bazylice Matki Bożej na Zatybrzu w Rzymie. Scenę Zwiastowania unieśmiertelnili ponadto m.in.: Giotto, Szymon Marcin ze Sieny, Fra Angelico, Simone Martini, Taddeo Bartoli, Masaccio.
    Pierwsze wizerunki przedstawiają Maryję na tronie (do w. XII). Sztuka romańska (od w. XII) wprowadza ruch i usiłuje nawet oddać uczucia Maryi. Od wieku XIV Maryja otrzymuje często gałązkę oliwną. Anioł zaś trzyma prawie zawsze laskę podróżną, lilię, berło lub gałązkę oliwną. Maryja bywa przedstawiana w czasie modlitwy (klęcznik), z przędziwem, w domu lub koło domu, rzadko przy studni czy świątyni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 marca

    Święta Katarzyna Szwedzka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Oskar Romero, biskup i męczennik
    Święta Katarzyna Szwedzka

    Katarzyna urodziła się w 1330 r. jako druga córka św. Brygidy i księcia Ulfa Gudmarssona. W dzieciństwie oddano ją do internatu cysterek w Riseberg, gdzie otrzymała pełne wykształcenie i religijne wychowanie. Po powrocie z klasztoru została wydana za szlachetnego rycerza, Edgarda z Kyren. Oboje złożyli ślub dozgonnej czystości.
    W roku 1350 św. Katarzyna udała się wraz z matką, św. Brygidą Szwedzką (współpatronką Europy), do Rzymu z okazji roku jubileuszowego dla zyskania odpustu zupełnego. Podczas pielgrzymowania otrzymała wiadomość o śmierci męża. Pozostała więc z matką w Rzymie, oddana dziełom pobożnym i miłosiernym. Przez 25 lat pomagała także św. Brygidzie w założeniu i utrwaleniu nowej rodziny zakonnej, brygidek. Z matką odbywała równocześnie pielgrzymki do różnych miejsc świętych. W roku 1373 na rękach Katarzyny Brygida pożegnała życie doczesne, wyczerpana bardzo nużącą pielgrzymką do Ziemi Świętej. Kiedy Katarzyna wiozła relikwie matki do Szwecji, przejeżdżała także przez polskie Pomorze.
    W 1375 roku Katarzyna wstąpiła do klasztoru brygidek w Vadstena, gdzie złożyła relikwie św. Brygidy. Dla niewiadomych przyczyn niebawem opuściła jednak ten klasztor i powróciła do Rzymu. Zamieszkała w tym samym domu, w którym przedtem mieszkała z matką. Równocześnie podjęła starania o jej kanonizację. Nie dożyła jej wprawdzie, ale nastąpiła ona niedługo po jej śmierci, bo w roku 1391. Niemniej żarliwie zabiegała Katarzyna o zatwierdzenie zakonu brygidek. Doczekała się tego, gdy papież Urban VI wydał w tej sprawie dekret w 1378 roku.
    Tymczasem klasztor w Vadstena, pozbawiony energicznego kierownictwa, zaczął się chylić ku upadkowi. Katarzyna powróciła więc do Szwecji, by ponownie stanąć na jego czele. Niestety, wkrótce po jej przybyciu, 24 marca 1380 r. zabrała ją z ziemi nagła śmierć.
    Według podania Katarzyna miała ocalić swoimi modłami Rzym w czasie gwałtownego wylewu rzeki Tybr. Legenda ta jest przedstawiona plastycznie na ścianie kaplicy-domu, który Katarzyna przez szereg lat zamieszkiwała z matką, a później sama. Podobnie jak jej matka, Katarzyna doznawała objawień.
    Liczne łaski, jakie wierni otrzymali przy grobie św. Katarzyny w Vadstena, skłoniły naród szwedzki do starania się o jej kanonizację. Przejście Szwecji na protestantyzm przerwało te starania. Kult ostatecznie zatwierdził papież Innocenty VIII, kiedy zezwolił na uroczyste przeniesienie relikwii Katarzyny 1 sierpnia 1489 roku. Kiedy pojawił się protestantyzm, zaczęto niszczyć ślady katolicyzmu i wówczas zaginęły bezpowrotnie relikwie św. Katarzyny. Obecnie (od roku 1895) dom św. Brygidy i św. Katarzyny w Rzymie jest w posiadaniu karmelitanek. Katarzyna jest patronką Szwecji, a także ludzi dotkniętych niepowodzeniami.W ikonografii Święta ukazywana jest z kielichem w dłoni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    23 marca

    Święta Rafka, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Turybiusz z Mongrovejo, biskup
      •  Święty Józef Oriol, prezbiter
      •  Błogosławiony Metody Dominik Trćka, prezbiter i męczennik
    Święta Rafka

    Pietra Choboq Ar-Rayes przyszła na świat w dniu 29 czerwca 1832 roku w Himlaya, w libańskim regionie Metn. Wychowała się w rodzinie katolickiej. Na chrzcie otrzymała imię Boutroussyeh (Pietra). Jej rodzina po śmierci matki w 1839 roku znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Dlatego w 1843 roku jej ojciec wysłał córkę do pracy, jako służącą w domu zamożnego Libańczyka w Damaszku. Kiedy po czterech latach wróciła do domu, okazało się, że ojciec ożenił się po raz drugi. Zarówno macocha, jak jedna z ciotek chciały wydać ją za mąż, ale Boutroussyeh postanowiła swe życie poświęcić Bogu.
    Wstąpiła do Zgromadzenia Córek Maryi w Bikfaya. Rodzice próbowali przekonać ją do zmiany zdania, ale ona pozostała niewzruszona w swym postanowieniu. Po zakończeniu nowicjatu, w dniu 10 lutego 1856 roku, złożyła śluby zakonne. Dwa lata później skierowano ją do pracy w seminarium w Ghazir, które prowadzili jezuici. Pracowała w kuchni, uczyła się ortografii i arytmetyki, a w wolnym czasie pogłębiała znajomość języka arabskiego.
    Od 1860 roku była nauczycielką katechizmu i wychowawczynią w szkołach swojego zgromadzenia. Cztery lata później przeniesiono ją do Maad, gdzie razem z inną zakonnicą założyła szkołę dla dziewcząt. W tym okresie jej macierzyste zgromadzenie przechodziło poważny wewnętrzny kryzys. Siostra Boutroussyeh modliła się żarliwie, prosząc Boga o pomoc w podjęciu decyzji zgodnej z Jego wolą. Pewnego dnia w śnie ukazali się jej św. Jerzy, św. Szymon Słupnik i św. Antoni Pustelnik, który powiedział do niej: “Wstąp do Zakonu Libańskich Mniszek Maronickich”. Tak też uczyniła.
    Jeden z dobroczyńców Zgromadzenia Córek Maryi pomógł jej dostać się do klasztoru św. Szymona al-Qarn w Ad’tou. Rozpoczęła w nim nowicjat w dniu 12 lipca 1871 roku, a już w dniu 25 sierpnia następnego roku złożyła uroczyste śluby zakonne i przyjęła imię Rafka, na pamiątkę swojej matki. Przeżyła w tym klasztorze 26 lat, dając przykład posłuszeństwa, gorliwości w modlitwie, ascezy, poświęcenia i pracowitości.
    W październiku 1885 roku podczas modlitwy prosiła Boga, by dał jej udział w zbawczej męce Chrystusa. Kierowana łaską Bożą, cierpiała z powodu wielu dolegliwości, znosząc je z cierpliwością i pokorą. Jej modlitwy zostały wysłuchane. Z każdym rokiem Chrystus otaczał ją swym cierpieniem. W 1899 roku Rafka całkowicie straciła wzrok, a wkrótce także została sparaliżowana. Nieustannie dziękowała Bogu za wszystko, szczególnie za dar cierpienia. Zmarła w dniu 23 marca 1914 roku.
    Św. Jan Paweł II beatyfikował ją w dniu 17 listopada 1985 roku, a w dniu 10 czerwca 2001 roku włączył ją do grona świętych. Był to dzień uroczystości Trójcy Przenajświętszej. Do Watykanu przybyło kilkadziesiąt tysięcy rzymian i pielgrzymów z Włoch oraz z innych krajów i kontynentów, wśród nich m.in. 12 tysięcy Libańczyków. Papież powiedział wówczas: “Na Bliskim Wschodzie, tak ciężko doświadczonym przez liczne krwawe konflikty i tyle niezawinionych cierpień, świadectwo tej libańskiej zakonnicy pozostaje źródłem ufności dla wszystkich skrzywdzonych. Żyła ona zawsze w ścisłej więzi z Chrystusem i tak jak On nigdy nie zwątpiła w człowieka. Dlatego właśnie jej przykład jest wiarygodnym znakiem, ukazującym, że tajemnica paschalna Chrystusa wciąż przemienia świat, aby zakiełkowała w nim nadzieja nowego życia, ofiarowana wszystkim ludziom dobrej woli”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 kwietnia

    Błogosławiony Idzi z Asyżu, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Agapit I, papież
      •  Święty Kajus, papież
    Błogosławiony Idzi z Asyżu

    Idzi (Egidiusz) urodził się w Asyżu. O jego młodych latach nie wiadomo niczego pewnego. 23 kwietnia 1208 r., poruszony przykładem pierwszych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu, poprosił go o przyjęcie do grona jego uczniów. Wkrótce potem wyruszył z Franciszkiem na głoszenie Ewangelii. Razem z nim udał się także do Rzymu, gdzie papież Innocenty III ustnie zatwierdził pierwszą Regułę Franciszka. Prawdopodobnie też wtedy Idzi otrzymał tonsurę. Około 1212 r. udał się z pielgrzymką do Santiago de Compostella. Po powrocie do Asyżu wyruszył do Ziemi Świętej. Odwiedził po drodze sanktuarium św. Michała Archanioła na Monte Gargano i św. Mikołaja w Bari. Zatrzymał się także w Tunezji, by nawracać tamtejszych Saracenów. Podczas pielgrzymek zawsze zarabiał na swoje wyżywienie i nocleg własną pracą, np. pomagając w noszeniu wody i grzebaniu zmarłych, zbieraniu orzechów, rąbaniu drwa.
    Jako uważny obserwator, zdobył wiele cennych doświadczeń i informacji, które umiał potem skutecznie wykorzystać. Nie przegapił żadnej okazji do głoszenia Ewangelii. Jego kazania zawsze były krótkie, ale pełne serdecznej mądrości. Był analfabetą, ale zyskał przydomek “nieuczonego teologa”. Niektóre jego wypowiedzi zostały spisane i zebrane jako tzw. Dicta aura, stanowiąc cenne świadectwo wczesnej mistyki franciszkańskiej. Po kilku latach Idzi został skierowany przez Franciszka do pustelni w Fabriano, gdzie oddał się kontemplacji. Doświadczał też ekstaz.
    Zmarł w Perugii w 1262 r., po 52 latach życia franciszkańskiego. Jego niewątpliwy kult jako świętego potwierdził Pius VI w roku 1777, wyznaczając na dzień liturgicznego obchodu ku jego czci 23 kwietnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 kwietnia

    Święty Anzelm z Canterbury,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Konrad z Parzham, zakonnik
    Święty Anzelm

    Anzelm urodził się w możnej rodzinie w miasteczku Aosta (Piemont) w 1033 r. Zatroskana o duszę dziecka głęboko religijna matka oddała Anzelma do klasztoru benedyktynów w tym samym mieście. Kiedy chłopiec miał 15 lat, tak dalece zasmakował w życiu mnichów, że postanowił z nimi pozostać do końca życia. Opat jednak chłopca nie przyjął, by nie narazić się ojcu, który miał wobec syna zupełnie inne zamiary. Po śmierci matki Anzelm poszedł śladami ojca. Miał przecież dopiero 20 lat i życie mu się uśmiechało. Opuścił więc dom rodzinny i przez trzy lata wędrował po świecie, żądny przygód.
    Odczuł całą gorycz, jak też zwodniczość przyjemności tego świata. Tęsknota za życiem zakonnym zaczęła brać stopniowo górę nad chęcią użycia. Kiedy więc miał już 27 lat, w roku 1060 wstąpił do benedyktynów w Le Bec, w północnej Francji, gdzie opatem był słynny uczony, bł. Lanfrank. Kiedy w roku 1063 Lanfrank został opatem w Caen, jego następca, Herluin, mianował Anzelma przeorem w Le Bec. Młody przełożony rychło pozyskał sobie serca współbraci troską o ich potrzeby materialne i duchowe, a także przykładem zakonnego życia. Nie wynosił się nad współbraci, chciał być raczej ich sługą. Szczególny entuzjazm wzbudził wykładami wśród młodzieży zakonnej oraz niezwykłą wiedzą, erudycją, nowoczesnym ujmowaniem problemów, traktowaniem uczniów. Toteż po śmierci Herluina (1078) wszyscy na jego następcę wybrali Anzelma. Ten zgodził się, ale sprawy administracyjne oddał komuś innemu, by mieć wolny czas dla współbraci i na studia. Tak więc rządził szczęśliwie klasztorem przez 14 lat jako przeor, a przez lat 15 jako opat. W tym czasie w Le Bec powstały jego dzieła: Monolog, Wprowadzenie, O dziewictwie, O wolnej woli, O gramatyce i O przypadku diabła. Jako opat nawiązał kontakty z najwybitniejszymi osobistościami – świeckimi i duchownymi: składał wizyty, udzielał rad, brał żywy udział w zjazdach i synodach. To zjednywało mu powszechny szacunek.
    Dlatego po śmierci arcybiskupa Canterbury, kiedy Lanfrank w 1070 r. został prymasem Anglii, zaprosił Anzelma na Wyspy. Przedstawił mu sytuację Anglii po niedawnych najazdach pogańskich Normanów. W 1093 r. bł. Lanfrank umarł. Przed śmiercią na swego następcę zaproponował właśnie Anzelma. Król Anglii, Wilhelm II, wyraził na to zgodę. Opór stawiali mnisi opactwa w Le Bec. W końcu jednak musieli ustąpić. Anzelm opuścił gościnną Francję i udał się do Anglii.
    Królowie angielscy, Wilhelm I Zdobywca (+ 1087) i Wilhelm II Rudy (+ 1100), byli przyzwyczajeni do sprawowania wyłącznej opieki nad Kościołem w Anglii. Jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz, nawet z Rzymu, traktowali zazdrośnie, uważając, że godzi w ich suwerenność. Lanfrank miał tak ogromny autorytet, że trudno było z nim walczyć, ale po jego śmierci król chciał utracone wpływy nad Kościołem na nowo odzyskać. Dlatego usiłował uzależnić Anzelma od siebie. Prymas musiał wyjechać na kontynent. Prosił Urbana II, aby zwolnił go z urzędu arcybiskupa, ale bezskutecznie. Przez pewien czas wiódł życie tułacze.
    Kiedy po śmierci Wilhelma II na tron wstąpił Henryk I, na jego zaproszenie prymas Anzelm powrócił do Anglii. Realizując wytyczne papieskie dotyczące inwestytury, wszedł w ponowny konflikt z władcą. Został skazany na wygnanie. Porozumienie między Rzymem i królem, który zrzekł się władzy mianowania biskupów i obsadzania urzędów kościelnych, umożliwiło Anzelmowi powrót do Canterbury. Witany radośnie przez kler i lud, powrócił na swoją stolicę. W ostatnich latach rządów musiał zwalczać pretensje metropolity Yorku do tytułu prymasa Anglii. Nawiązał serdeczne stosunki z hierarchią Szkocji i Irlandii. Zajął się także reformą klasztorów i popierał ich rozwój. Powstały wtedy jego dzieła teologiczne i filozoficzne, m.in. List o wcieleniu Słowa, O pochodzeniu Ducha Świętego, Dlaczego Bóg stał się człowiekiem, O dziewiczym poczęciu, O grzechu pierworodnym. Dzieła te utorowały drogę do syntezy scholastycznej – stąd nazywany jest “ojcem scholastyki”. Stworzył podstawę do rozważań wzajemnego stosunku wiary i rozumu, które nie wykluczają się, ale uzupełniają. Według biskupa Anzelma wiara uprzedza rozum, a ten wyjaśnia jej tajemnice. Anzelm daje pierwszeństwo wierze. Głośne stało się jego zdanie: “Nie pragnę wiedzieć, aby móc wierzyć, ale wierzę, aby móc rozumieć”.
    Zmarł w roku 1109 i został pochowany w katedrze w Canterbury. O jego kanonizację zabiegał jeden z kolejnych prymasów Anglii, św. Tomasz Becket (+ 1170), ale dopiero papież Aleksander VI w roku 1492 zezwolił na jego kult, a papież Aleksander VIII w roku 1690 wpisał go uroczyście do katalogu świętych. W roku 1720 Klemens XI ogłosił go doktorem Kościoła. Relikwie św. Anzelma do dziś spoczywają w katedrze w Canterbury, mimo że jest ona obecnie w ręku prymasów anglikańskich.
    W ikonografii św. Anzelma przedstawia się w szatach biskupich z piórem lub z księgą w dłoni. Jego atrybutem jest także zając – znak tułaczego życia podczas dwukrotnego zesłania na wygnanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 marca

    Święta Aleksandra, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Maurycy Csak, zakonnik
      •  Święty Herbert, pustelnik
      •  Święty Wolfram, biskup
    Święta Aleksandra

    Aleksandra pochodziła z Ancyry w Galacji (dzisiejsza Ankara). Miała odmówić udziału w procesji z posążkami Artemidy i Ateny. Podczas wyznania wiary w Chrystusa została skazana na śmierć. Utopiono ją w bagnach, w pobliżu rodzinnego miasta, ok. 300 lub 310 r. wraz z sześcioma innymi kobietami, które wcześniej ślubowały dziewictwo i żyły poszcząc i pełniąc dobre uczynki. Były to: Klaudia, Eufrazja, Matrona, Julianna, Eutymia oraz najstarsza z nich, Teodozja. Przed utopieniem miały być wydane młodym mężczyznom na pohańbienie. Jednak ci uciekli, kiedy Teodozja pokazała im swoje siwe włosy. Wtedy wszystkie zostały w okrutny sposób torturowane: obnażono je, bito pałkami, obcinano piersi, ich ciała strugano ostrymi narzędziami aż do kości. Żadna z nich nie wyparła się Chrystusa.
    Ciała męczennic miał wydobyć z grzęzawisk, by je po chrześcijańsku pochować, Teodat (Teodot), siostrzeniec Teodozji (Tekusy), który od dawna pomagał chrześcijanom: odwiedzał ich w więzieniach, podnosił na duchu, ofiarował swój hotel na miejsce sprawowania liturgii. Po pochowaniu ciotki z Towarzyszkami został zdradzony przez sąsiadów i poniósł karę śmierci przez ścięcie. Jego ciało wraz z wydobytymi z grobu ciałami 7 męczennic spalono.
    Według innych hagiografów Aleksandra z Towarzyszkami po mękach została spalona żywcem w rozpalonym piecu.W ikonografii Święta przedstawiana jest zawsze w towarzystwie innych męczennic, z którymi poniosła śmierć. Między sobą różnią się praktycznie tylko kolorem szat. Aleksandra ma czerwony płaszcz i białą chustę na głowie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 marca

    Święty Józef
    Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Marceli Callo, męczennik
    Święty Józef zaślubia Maryję

    W sprawie szczegółów życia św. Józefa musimy polegać na tym, co przekazały o nim Ewangelie. Poświęcają mu one łącznie 26 wierszy, a jego imię wymieniają 14 razy. Osobą św. Józefa zajmują się wprawdzie bardzo żywo także apokryfy: Protoewangelia Jakuba (z w. II), Ewangelia Pseudo-Mateusza (w. VI), Ewangelia Narodzenia Maryi (w. IX), Ewangelia Tomasza (w. II) i Historia Józefa Cieśli (w. IV), opowiadając o rodzinie Józefa, jego małżeństwie, pracy i śmierci; zbyt wiele w nich jednak legend, by można je było traktować poważnie. Niewiele mówią one także o latach dzieciństwa i wczesnej młodości Józefa.
    Józef pochodził z rodu króla Dawida. Wykazuje to św. Mateusz w genealogii przodków św. Józefa. Genealogię przytacza również św. Łukasz. Ta jednak różni się zasadniczo od tej, którą nam przekazuje św. Mateusz. Już Julian Afrykański (w. III) wyraża zdanie, że jest to genealogia Najświętszej Maryi Panny. Św. Łukasz, który podał nam tak wiele szczegółów z Jej życia, mógł nam przekazać i Jej rodowód. Na mocy prawa lewiratu św. Józef mógł być synem Jakuba, a równocześnie adoptowanym synem Helego, noszącego także w tradycji chrześcijańskiej imię Joachima, który był ojcem Najświętszej Panny. Tak więc genealogia przytoczona przez św. Łukasza wyliczałaby przodków Maryi rzeczywistych, a odnośnie do Józefa – jego przodków zalegalizowanych. Taka jest dzisiaj opinia przyjęta przez wielu biblistów.
    Mimo wysokiego pochodzenia Józef nie posiadał żadnego majątku. Na życie zarabiał stolarstwem i pracą jako cieśla. Zdaniem św. Justyna (ok. 100 – ok. 166), który żył bardzo blisko czasów Apostołów, Józef wykonywał sochy drewniane i jarzma na woły. Przygotowywał więc narzędzia gospodarcze i rolnicze. Autor Pseudoewangelii Filipa (w. III) nazywa Józefa stolarzem.
    Zaręczony z Maryją, Józef stanął przed tajemnicą cudownego poczęcia. Nie był według ciała ojcem Chrystusa. Był nim jednak według prawa żydowskiego jako prawomocny małżonek Maryi. Chociaż więc Maryja porodziła Pana Jezusa dziewiczo, to jednak wobec prawa żydowskiego i otoczenia Józef był uważany za ojca Pana Jezusa. Tak go też nazywają Ewangelie. W takiej sytuacji trzeba było wykazać, że Józef pochodził w prostej linii od króla Dawida, jak to zapowiadali prorocy.

    Święty Józef, oblubieniec Maryi

    Kiedy Józef dowiedział się, że Maryja oczekuje dziecka, wiedząc, że nie jest to jego potomek, postanowił dyskretnie usunąć się z życia Maryi, by nie narazić Jej na zhańbienie i obmowy. Wprowadzony jednak przez anioła w tajemnicę, wziął Maryję do siebie, do domu (Mt 1-2; 13, 55; Łk 1-2). Podporządkowując się dekretowi o spisie ludności, udał się z Nią do Betlejem, gdzie urodził się Jezus. Po nadaniu Dziecku imienia i przedstawieniu Go w świątyni, w obliczu prześladowania, ucieka z Matką i Dzieckiem do Egiptu. Po śmierci Heroda udaje się do Nazaretu. Po raz ostatni Józef pojawia się na kartach Pisma Świętego podczas pielgrzymki z dwunastoletnim Jezusem do Jerozolimy. Przy wystąpieniu Jezusa w roli Nauczyciela nie ma już żadnej wzmianki o Józefie. Prawdopodobnie wtedy już nie żył. Miał najpiękniejszą śmierć i pogrzeb, jaki sobie można na ziemi wyobrazić, gdyż byli przy św. Józefie w ostatnich chwilach jego życia: Jezus i Maryja. Oni też urządzili mu pogrzeb. Może dlatego tradycja nazwała go patronem dobrej śmierci.
    Ikonografia zwykła przedstawiać Józefa jako starca. W rzeczywistości był on młodzieńcem w pełni męskiej urody i sił. Sztuka chrześcijańska zostawiła wiele tysięcy wizerunków Józefa w rzeźbie i w malarstwie.Ojcowie i pisarze Kościoła podkreślają, że do tak bliskiego życia z Jezusem i Maryją Opatrzność wybrała męża o niezwykłej cnocie. Dlatego Kościół słusznie stawia św. Józefa na czele wszystkich świętych i daje mu tak wyróżnione miejsce w hagiografii. O św. Józefie pierwszy pisał Orygenes, chwaląc go jako “męża sprawiedliwego”. Św. Jan Złotousty wspomina jego łzy i radości; św. Augustyn pisze o legalności jego małżeństwa z Maryją i o jego prawach ojcowskich; św. Grzegorz z Nazjanzu wynosi godność Józefa ponad wszystkich świętych; św. Hieronim wychwala jego dziewictwo. Z pisarzy późniejszych, piszących o Józefie, wypada wymienić: św. Damiana, św. Alberta Wielkiego, św. Tomasza z Akwinu, św. Bonawenturę, bł. Jana Dunsa Szkota i innych. Pierwszy specjalny Traktat o 12 wyróżnieniach św. Józefa zostawił słynny kanclerz Sorbony paryskiej, Jan Gerson (1416). Izydor z Isolani napisał o św. Józefie pierwszą Summę (ok. 1528). Godność św. Józefa wysławiali w kazaniach św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), bł. Bernardyn z Faltre (+ 1494), bł. Bernardyn z Busto (+ 1500). Św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) wprost wyrażał przekonanie, że Józef osobnym przywilejem Bożym, jak Matka Najświętsza, został wskrzeszony i z ciałem wzięty do nieba oraz że w łonie matki został oczyszczony z grzechu pierworodnego. Podobną opinię wyraża św. Franciszek Salezy. O dozgonnej dziewiczości św. Józefa piszą: św. Hieronim, Teodoret, św. Augustyn, św. Beda, św. Rupert, św. Piotr Damiani, Piotr Lombard, św. Albert Wielki, św. Tomasz z Akwinu i wielu innych.

    Święty Józef, Opiekun Zbawiciela

    Największą jednak czcią do św. Józefa wyróżniała się św. Teresa z Avila, wielka reformatorka Karmelu (+ 1582). Twierdziła ona wprost, że o cokolwiek prosiła Pana Boga za jego przyczyną, zawsze otrzymała i nie była nigdy zawiedziona. Wszystkie swoje klasztory fundowała pod jego imieniem. Jego też obrała za głównego patrona swoich dzieł. Doroczną uroczystość św. Józefa obchodziła bardzo bogato, zapraszając najwybitniejszych kaznodziejów, orkiestrę i chóry, dekorując świątynię, wystawiając najbogatsze paramenty liturgiczne. Podobnie św. Wincenty a Paulo ustanowił św. Józefa patronem swojej kongregacji misyjnej, przed nim zaś uczynił to św. Franciszek Salezy.
    Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się również św. Jan Bosko. Stawiał on Józefa za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. W roku 1859 do modlitewnika, który ułożył dla swoich synów duchowych i chłopców, dodał nabożeństwo do 7 boleści i do 7 radości św. Józefa; dodał również modlitwę do św. Józefa o łaskę cnoty czystości i dobrej śmierci; wreszcie dołączył pieśń do św. Józefa. Propagował nabożeństwo 7 niedzieli do uroczystości św. Józefa. W tym samym roku Jan Bosko założył wśród swojej młodzieży Stowarzyszenie pod wezwaniem św. Józefa. W roku 1868 wydał drukiem czytanki o św. Józefie. Miesiąc marzec co roku obchodził jako miesiąc św. Józefa, czcząc Go osobnym, codziennym nabożeństwem i specjalnymi czytankami. Św. Leonard Murialdo, przyjaciel św. Jana Bosko, założył zgromadzenie zakonne pod wezwaniem św. Józefa (józefici).
    Jan XXIII (Józef Roncalli) wpisał imię św. Józefa do Kanonu Rzymskiego (Pierwsza Modlitwa Eucharystyczna). Wydał także osobny list apostolski o odnowieniu nabożeństwa do niebiańskiego Patrona (1961). Św. Józefa uczynił patronem II Soboru Watykańskiego (1962-1965). Decyzją Benedykta XVI, ogłoszoną już za pontyfikatu papieża Franciszka, w 2013 r. imię św. Józefa włączono także do pozostałych modlitw eucharystycznych.Na Wschodzie po raz pierwszy spotykamy się ze wspomnieniem liturgicznym św. Józefa już w IV wieku w klasztorze św. Saby pod Jerozolimą. Na Zachodzie spotykamy się ze świętem znacznie później, bo dopiero w wieku VIII. W pewnym manuskrypcie z VIII wieku, znalezionym w Centralnej Bibliotece Zurichu, znajduje się wzmianka o pamiątce św. Józefa obchodzonej 20 marca. W martyrologiach z wieku X: z Fuldy, Ratisbony, Stavelot, Werden nad Ruhrą, w Raichenau i w Weronie jest wzmianka o święcie św. Józefa dnia 19 marca. Pierwsze pełne oficjum kanoniczne spotykamy w wieku XIII w klasztorze benedyktyńskim: w Liege i w Austrii w klasztorze św. Floriana (w. XIII). Z tego samego wieku również pochodzi pełny tekst Mszy świętej. Serwici na kapitule generalnej ustanowili w 1324 roku, że co roku będą obchodzić pamiątkę św. Józefa. Podobnie uchwalili franciszkanie (1399) i karmelici (koniec w. XIV). O święcie tym wspomina Jan Gerson w 1416 roku na soborze w Konstancji. Do brewiarza i mszału rzymskiego wprowadził to święto papież Sykstus IV w 1479 roku. Papież Grzegorz XV w 1621 roku rozszerzył je na cały Kościół. Potwierdził je papież Urban VIII w 1642 roku. W wieku XIX przełożeni generalni 43 zakonów wystosowali prośbę do papieża i ojców soboru o ogłoszenie św. Józefa patronem Kościoła. Papież Pius IX przychylił się do prośby i dekretem Quaemadmodum Deus z dnia 10 września 1847 roku wprowadził odrębne święto liturgiczne Opieki świętego Józefa. Wysłał też list do biskupów świata z wyjaśnieniem i uzasadnieniem, jakie pobudki skłoniły go do ustanowienia tego święta.

    Święty Józef, Opiekun Zbawiciela

    Papież wyznaczył to nowe święto na III Niedzielę Wielkanocy. To święto obchodzili już przedtem karmelici (od roku 1680), augustianie (od 1700), a potem dominikanie z oktawą (1721). Papież Pius X przeniósł to święto na drugą środę po Wielkanocy i podniósł ją do rangi pierwszej klasy. Zmienił jednocześnie nazwę święta na: świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, Wyznawcy, Patrona Kościoła Powszechnego. Na dzień uroczystości wyznaczył tenże papież środę po drugiej niedzieli Wielkanocy. Papież Pius XII zniósł to święto, ale w jego miejsce w roku 1956 wprowadził nowe święto tej samej klasy: św. Józefa Pracownika (1 maja). Tak pozostało dotąd, z tym jednak, że ranga tego drugiego święta została obniżona do wspomnienia (1969). Tytuł zaś Patrona Kościoła Świętego Pius XII dołączył do święta 19 marca.
    Papież Benedykt XIII w roku 1726 włączył imię św. Józefa do litanii do Wszystkich Świętych. Benedykt XV włączył również wezwanie o św. Józefie do modlitw zaczynających się od słów: “Niech będzie Bóg uwielbiony” oraz włączył do Mszału osobną prefację o św. Józefie (1919). Papież Leon XIII wydał pierwszą w dziejach Kościoła encyklikę o św. Józefie: Quamquam pluries. Papież św. Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa do publicznego odmawiania i dodał do niej wezwanie: “Święty Józefie, Opiekunie Kościoła Świętego”. Papież Leon XIII wprowadził do modlitw po Mszy świętej osobną modlitwę do św. Józefa (1884). Do dziś lokalnie bywa także obchodzone (w niektórych zakonach i miejscach) święto Zaślubin Maryi ze św. Józefem (23 stycznia).
    Apokryfy i pisma Ojców Kościoła wysławiają jego cnoty i niewysłowione powołanie – oblubieńca Maryi, żywiciela i wychowawcy Jezusa. Jest patronem Kościoła powszechnego, licznych zakonów, krajów, m.in. Austrii, Czech, Filipin, Hiszpanii, Kanady, Portugalii, Peru, wielu diecezji i miast oraz patronem małżonków i rodzin chrześcijańskich, ojców, sierot, a także cieśli, drwali, rękodzielników, robotników, rzemieślników, wszystkich pracujących i uciekinierów. Wzywany jest także jako patron dobrej śmierci.W ikonografii św. Józef przedstawiany jest z Dziecięciem Jezus na ręku, z lilią w dłoni. Jego atrybutami są m. in. narzędzia ciesielskie: piła, siekiera, warsztat stolarski; bukłak na wodę, kij wędrowca, kwitnąca różdżka (Jessego), miska z kaszą, lampa, winorośl.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 marca

    Święty Cyryl Jerozolimski,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Edward, męczennik
    Święty Cyryl Jerozolimski

    Cyryl urodził się około 315 roku w Jerozolimie. Pochodził z rodziny chrześcijańskiej, bardzo przywiązanej do wiary. Zwyczajem pobożnych rodzin od młodości zaprawiał się w ascezie chrześcijańskiej w jednym z klasztorów Palestyny. Z rąk biskupa Jerozolimy, św. Makarego, przyjął święcenia diakonatu (334), a z rąk jego następcy, św. Maksyma, otrzymał święcenia kapłańskie (344).
    Po śmierci Maksyma na stolicę jerozolimską został wybrany właśnie Cyryl. Ze względu na rangę pierwszej w świecie stolicy biskupiej wybór musiał zatwierdzić synod w Konstantynopolu, cesarz i papież. Cyryl z takim zapałem zabrał się do pasterzowania, że współczesny mu św. Bazyli Wielki (+ 379) nie szczędził mu najwyższych pochwał.
    Trzykrotnie był zsyłany na wygnanie z powodu zdecydowanej postawy wobec arian. Najpierw wystąpił przeciwko niemu ariański metropolita Cezarei Palestyńskiej, Akacjusz. Skłonił on ariańskiego cesarza Konstancjusza, żeby ten skazał Cyryla jako “heretyka” na wygnanie (351). Święty został zesłany do Tarsu, rodzinnego miasta św. Pawła Apostoła. Tamtejszy biskup przyjął go z wielką czcią. Synod w Seleucji potępił arianizm, Akacjusza skazał na wygnanie, a Cyryla odwołał z banicji. Po 9 latach Cyryl mógł wreszcie powrócić do swojej owczarni.
    Akacjusz jednak nie myślał bynajmniej ustąpić. Korzystając z ponownej życzliwości cesarza wymógł na nim, by na synodzie w Konstantynopolu Cyryl został ponownie potępiony i skazany na wygnanie. Tym razem tułaczka biskupa nie trwała długo, bo w kilka miesięcy potem kolejny cesarz, Julian Apostata, pozwolił mu powrócić.
    Żył spokojnie przez 19 lat. W tym czasie rozwinął pełną działalność, aby przywrócić jedność Kościołowi w Jerozolimie. Wtedy powstała większość jego katechez, czyli mów, w których wyjaśnił całokształt prawd wiary Chrystusowej.
    Po rychłej śmierci Juliana Apostaty panowanie objął znowu cesarz ariański, Walens (364-378). Cyryl musiał po raz trzeci opuścić swoją owczarnię. Pozostał na banicji przez 8 lat, aż do swojej śmierci, bowiem następca cesarza Walensa, Walentynian, także arianin, nie pozwolił mu wrócić.
    Cyryl pożegnał ziemię dla nieba daleko od diecezji 18 marca 386 roku, gdy miał ok. 71 lat życia, w tym 38 lat pasterzowania za sobą.
    Brał udział w Soborze Konstantynopolitańskim I w roku 381, który biskupom Konstantynopola przyznał pierwsze miejsce po Rzymie. W swojej spuściźnie literackiej zostawił dwie serie katechez: dla katechumenów i dla ochrzczonych. Jest to bodajże pierwszy systematyczny wykład nauki katolickiej i jeden z pierwszych traktatów o Najświętszym Sakramencie. Dzieje Chrystusa Pana św. Cyryl przedstawia jako dzieje zbawienia rodzaju ludzkiego. Tak też pojmuje historię biblijną. Od nawróconych żąda odmiany życia. Do najcenniejszych katechez zalicza się pięć katechez mistagogicznych, w których wykłada naukę Kościoła o chrzcie świętym, bierzmowaniu i Eucharystii. W katechezie o Najświętszym Sakramencie Cyryl wyraża głęboką wiarę w realną obecność Pana Jezusa, a Komunię świętą nazywa “wcieleniem z Chrystusem”.
    Leon XIII ogłosił w 1882 r. św. Cyryla Jerozolimskiego doktorem Kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 marca

    Święty Patryk, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Gertruda, ksieni
    Święty Patryk
    Patryk urodził się w Brytanii w 385 roku, w rodzinie chrześcijańskiej. Nosił celtyckie imię Sucat. Kiedy miał 16 lat, korsarze porwali go do Irlandii. Przez 6 lat był tam pasterzem owiec. W tym czasie nauczył się języka irlandzkiego. Na przypadkowym statku udało mu się zbiec do północnej Francji. Tam kształcił się w dwóch najgłośniejszych wówczas szkołach misyjnych: w Erinsi i w Auxerre. Podjął studium przygotowujące go do pracy na misjach. Był uczniem św. Germana z Auxerre. Przez jakiś czas przebywał w Italii i w koloniach mniszych na wyspach Morza Tyrreńskiego.
    W tym czasie zmarł w Irlandii, wysłany tam na misje przez papieża św. Celestyna I, biskup św. Palladiusz. Postanowiono na jego miejsce wysłać Patryka. Na biskupa wyświęcił go papież w roku 432 i wysłał go do Irlandii. Patryk zastał tam małe grupy chrześcijan, ale stanowiły one wyspy w morzu pogaństwa. Krajem rządzili naczelnicy szczepów i znakomitych rodzin. Kapłani pogańscy zażywali wielkiej powagi. Patryk swoim umiarem i podarkami zdołał większość z nich pozyskać dla wiary. Obchodził poszczególne rejony Zielonej Wyspy, wstępując najpierw do ich władców i prosząc o zezwolenie na głoszenie Ewangelii. W Armagh założył swoją stolicę, skąd czynił wypady na cały kraj.
    Nie jeden raz przeszkadzano mu w jego misji; zdarzały się zamachy na jego życie. Na ogół jednak praca jego miała ton spokojny. Spotykał się z życzliwością tak poszczególnych władców, jak i miejscowej ludności. Aby sobie nie zrażać władców niektórych grup etnicznych, dla poszczególnych szczepów ustanawiał biskupów. Kapłanów, których zadaniem było niesienie im pomocy, podobnie jak to uczynił św. Augustyn i św. German, zobowiązał do życia wspólnego na wzór klasztorów. Do liturgii wprowadził obrządek, jaki wówczas był powszechnie przyjęty w Galii (we Francji).
    Do nawrócenia całej wyspy św. Patryk potrzebował wielu ludzi. Misjonarze na jego apele zgłaszali się tłumnie. Największą wszakże pomocą byli dla niego mnisi. Z nich to tworzył ośrodki duszpasterskie. Tak więc w Irlandii powstał jedyny w swoim rodzaju zwyczaj, że opaci byli biskupami, a mnisi w klasztorach – ich wikariuszami. W tej pracy okazał się dla Patryka mężem opatrznościowym św. Kieran. Według podania Patryk miał wręczyć Kieranowi dzwon, którym tenże zwoływał mnichów i wiernych na wspólne pacierze liturgiczne. To było także osobliwością Irlandii. Zwyczaj dzwonienia rozpowszechnili mnisi irlandzcy po całej Europie. Patryk upowszechnił także zwyczaj usznej spowiedzi.
    Ostatnie dni swojego życia spędził Patryk w zaciszu klasztornym, oddany modlitwie i ascezie. Utrudzony pracą apostolską, oddał duszę Panu 17 marca 461 w Armagh (dziś Ulster, Północna Irlandia), które to miasto stało się odtąd stolicą prymasów irlandzkich. Patryk przeżył ok. 76 lat, w tym ok. 40 lat w Irlandii, która czci go jako swojego apostoła, ojca i patrona. Jest on również patronem Nigerii (nawróconej przez irlandzkich misjonarzy) oraz Montserrat, archidiecezji nowojorskiej, bostońskiej, Ottawy, Armagh, Cape Town, Adelajdy i Melbourne, a także inżynierów, fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz dusz w czyśćcu cierpiących. Czczony także jako opiekun wiosennych siewów i zwierząt domowych. Zwracają się do niego lękający się węży i ukąszeni przez nie.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w biskupim stroju. Jego atrybutem jest liść koniczyny – dla podkreślenia, że Patryk rozpoczynał ewangelizowanie od wykładania prawdy o Trójcy Przenajświętszej, a także wąż. Inne atrybuty to mitra, pastorał, krzyż, księga, chrzcielnica, węże, harfa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Stróż Zielonej Wyspy, Patryk

    Wikimedia Commons, Sicarr, licencja: 0

    ***

    Święty Patryk (ur. ok. 389, zm. 461) nie urodził się w Irlandii. Przywieźli go tam i sprzedali jako niewolnika Irowie po jednym z pirackich napadów na Brytanię. Miał wówczas lat szesnaście. Było to jego jedyne bogactwo. Chociaż bowiem pochodził z chrześcijańskiej, rzymsko-brytyjskiej rodziny, klerykalnej nawet, ponieważ jego ojciec był diakonem a dziadek kapłanem, to jednak jego uświadomienie religijne obejmowało zaledwie niejasne pojęcie Boga prawdziwego, a wykształcenie ogólne ograniczało się do początków języka łacińskiego. Zdobywał — zwłaszcza to pierwsze — własnym trudem myśli i serca przez sześć długich i samotnych lat, gdy na zielonych pastwiskach przymusowej ojczyzny pasł bydło swego pana. Pasterska służba, samotność i absolutna zależność od drugiego człowieka wiele go nauczyły. Wprawdzie sam będzie się później oskarżał o „wiejskość” swojej teologii oraz metody katechetycznej, a inni zarzucą mu wprost niedouczenie w tych dziedzinach, ale to właśnie on potrafił schrystianizować Irlandię, dla której mieszkańców był najpierw tylko niewolnikiem.

    W tym niewolniku jednak rosło pragnienie apostolstwa i wizja królestwa Bożego o tak szerokich horyzontach, że widział się w nim dalej sługą, ale już dobra duchowego swych panów. By zrealizować tę wizję, ucieka z Irlandii do Galii. Jak był ciekawy wszelkich informacji z zakresu życia duchowego w obcym kraju i jak je umiał zbierać, świadczy fakt, że trafia do świeżo założonej wspólnoty zakonnej w Lérins (Południowa Francja), a później do Auxerre, gdzie przyjął kapłaństwo i przez prawie dziesięć lat odbywał studia. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, w jak odmiennym świecie dotąd się wychowywał i dojrzewał psychicznie — w świecie odciętym od krystalizującej się cywilizacji europejskiej. Irlandia, podobnie jak Szkocja, nie zaznała okupacji rzymskiej z jej ujemnymi i dodatnimi skutkami. Zamknięta w swojej kulturze celtyckiej, oddzielona wodami oceanu od innych ośrodków myśli i działania, broniąca się przed obcymi wpływami oryginalnym kultem religijnym, w którym druidzi odgrywali ważną rolę, pozostawała na uboczu, podczas gdy przez dawne posiadłości Rzymu przeciągało nowe życie z całym bogactwem spraw i problemów. Żeby w Irlandii zaszczepić chrześcijaństwo, należało uwzględnić podstawowe cechy jej kultury oraz zapoznać się z duchem religii jej mieszkańców, nazywanych wówczas także Szkotami. Do nich to wysyła papież Celestyn I biskupa Palladiusza w 431 roku, by zorganizował tam rozproszonych chrześcijan w prawną jednostkę kościelną. Podając ten fakt, Prosper z Akwitanii używa określenia: ad Scottos in Christum credentes. Musiał więc ktoś przed 431 rokiem głosić w Hibernii naukę chrześcijańską, przyjmowaną jednak z wielkimi oporami, co może nam wytłumaczyć i niepowodzenie misji Palladiusza. Irlandia czekała jeszcze na prawdziwego apostoła.

    Honor ten i trud przypadły Patrykowi, który — jak sam wyznaje — we śnie usłyszał wzywający go głos Irów. Władze kościelne bez entuzjazmu potraktowały ofiarowanie się Patryka na pójście za tym głosem. Główną przeszkodą były braki w jego wykształceniu. Dobrze to świadczy o ludziach, od których zależał Patryk, że tak dbali, by misjonarze prawdziwej wiary byli wszechstronnie przygotowani do spełnienia swego obowiązku. W wypadku byłego niewolnika odgrywało rolę jeszcze i to, że posiadał bardzo nikłą znajomość języka łacińskiego — oficjalnego wówczas języka Kościoła. Do końca życia władał nim nieporadnie. Bano się więc, że nawet jego ceniona już wtedy gorliwość nie wystarczy, by przeważyć wpływ druidów na zwartą społeczność celtycką. Pisał o niej ówczesny kronikarz, że jest loricata — opancerzona przeciwko prawdzie i nie kruchym słowem, lecz taranem rozbijać ją trzeba.

    W bardzo kruche słowo uzbrojony, wybrał się jednak z otrzymanym od władz pozwoleniem i błogosławieństwem Patryk jako biskup do ziemi swojej niewoli. Może nie zdawali sobie sprawy jego zwierzchnicy z tego, z jaką mocą miał na tej ziemi stanąć i podbić ją Chrystusowi. A było nią zbierane doświadczeniem osobistym rozpoznanie charakteru ludu irlandzkiego połączone z wielką ku niemu miłością. Prawda zawsze jest najlepiej przekazywana w otoczce miłości. Tę tajemnicę odkrył „niedouczony” biskup i posłużył się nią jak kluczem. Nie był mu potrzebny taran.

    Był to prawdopodobnie rok 432, gdy Patryk rozpoczął pracę apostolską w Irlandii, przede wszystkim na jej zachodnich i północnych krańcach. Zdobył sobie uznanie i przyjaźń króla Loegaira, który wraz z innymi potentatami otoczył opieką jego duszpasterskie wysiłki. Najtrudniejsze — jak można się było spodziewać — miał przeprawy z druidami, nosicielami tradycji religijnej i kulturalnej Celtów. Korzystali ze swojego wpływu na jednolite pod względem kultu i wiary masy, by nawet władcom podsuwać rozwiązania w dziedzinie polityki. „Człowiek ze złotym sierpem” był symbolem siły ponadziemskiej, hierarchicznie zorganizowanej i nieubłaganie łamiącej wszelkie przeszkody. Przeciwstawił jej Patryk krzyż i słowo prawdy.

    Nie posiadamy szczegółowej i pewnej kroniki jego działalności. Pozostawił nam wprawdzie coś w rodzaju autobiografii Confessio (Wyznanie), ale ona nie daje pełnego obrazu przekształcania Irlandii z wyspy pogańskiej w wyspę świętych i uczonych. Tak bowiem (Insula sanctorumInsula doctorum) mówiono o niej w średniowieczu. Dla Patryka była ona najpierw wyspą trudu i niebezpieczeństw. A może trochę i rozczarowań, gdy jego styl apostołowania spotkał się z krytyką.

    Wprowadził bowiem w Irlandii odmienną od kontynentalnej, a nawet brytyjskiej, strukturę administracji kościelnej. Nie mógł jej oprzeć, jak w reszcie Europy, na ośrodkach miejskich, w których rezydowałby biskup, Pater et defensor civitatis. Miast w znaczeniu grecko-rzymskim tam nie było. Korzystając więc z tego, że wielu neofitów z najprzedniejszych również rodów pragnęło całkowicie poświęcić się doskonałości chrześcijańskiej, zakładał klasztory, naokoło których powstawały osiedla, zalążki przyszłych miast. Przełożony klasztoru, obdarzony zwykle sakrą i władzą biskupią, był odpowiedzialny nie tylko za swoją społeczność zakonną, ale i za wszystkich mieszkających w zasięgu jego misjonarskiej działalności. Mnisi irlandzcy odznaczali się od początku wielkim dynamizmem apostolskim i jednocześnie doskonałą taktyką zdobywania zwolenników dla nowej wiary. Przedstawiali bowiem chrystianizm jako naukę i system życia przyjęty przez wszystkie ówczesne cywilizowane narody, do których grona warto należeć, nie tracąc jednak nic z własnej kultury. Chrześcijanie Zielonej Wyspy, przyjmując w administracji kościelnej, studiach i liturgii język łaciński, wiedzieli, że łączą się nim z całością Kościoła jak mostem, a nie jak w krajach podległych kiedyś władzy rzymskiej — kajdanami. Ta ich postawa pewnej niezależności sprawiała, że potrafili walczyć o niektóre formy zewnętrzne rodzimego pochodzenia w praktykach religijnych (specjalny kształt tonsury kleryckiej, odmienny system obliczania daty Świąt Wielkanocnych itp.). Chrześcijaństwo zostało tutaj wszczepione w dobre drzewo celtyckiej kultury.

    Irlandczycy uważają to za dzieło Patryka. Dzieło tym cenniejsze, że dokonane przez „obcego człowieka”, człowieka z kręgu kultury Brytów, przybysza ze Wschodu, który mógł słusznie kierować się osobistymi pretensjami do narodu swoich krzywdzicieli. A tymczasem właśnie on występuje w ich obronie i to przeciwko swym pobratymcom z Brytanii, którzy pod wodzą plemiennych władców najeżdżali Irlandię, grabiąc, mordując i uprowadzając ludność w niewolę. Takim władcą był Korotyk, chrześcijanin, „niegodny tego imienia”, źródło cierpień wielu niewinnych Irów. Zaklinał go Patryk i błagał o pozostawienie w spokoju ludzi, którzy niedawno przyjęli wiarę w Chrystusa, a oto teraz prześladowani są przez Jego wyznawców. Gdy to nie pomogło, pisze list otwarty do żołnierzy Korotyka (Epistula ad Milites Corotici), przeważnie chrześcijan, ostro ich napominając, by nie brali udziału w grzesznych czynach tyrana. Chyba nie łatwo mu było zwracać się do nich w ten sposób: „Ułożyłem i własnoręcznie napisałem te słowa do przekazania i rozszerzenia wśród żołnierzy Korotyka, już nie moich współobywateli ani współobywateli świętych Rzymu, lecz obywateli miejsca zatracenia”. Ponad związki krwi, kultury i języka cenił on sobie bardziej wspólnotę wiary — jak przystało na prawdziwego apostoła — ale to nie pozbawiało go świadomości, że Irlandia nie jest jego domem rodzinnym, a jej mieszkańcy powołują się na inne drzewo genealogiczne. Przypomina nawet w tym liście krzywdy wyrządzone jemu oraz jego rodzinie przez Irów, którym on teraz, ze względu na Chrystusa, służy i służyć pragnie do końca swego życia. W takim bolesnym konkrecie stosunków międzynarodowych krystalizowało się pojęcie „rzeczpospolitej chrześcijaństwa”. Imponowało to prawdopodobnie podopiecznym Patryka. A pociągnięci przezeń i wychowani mnisi naśladowali jego szlachetny gest nakładania na wszelkie granice prawdy Chrystusowej.

    Stał się ten gest cechą charakterystyczną mnichów celtyckich. Peregrinari pro Christo, peregrinari pro amore Dei (pielgrzymować dla sprawy Chrystusowej i Bożej) było motywem wielkiej wędrówki irlandzkich zakonników, którzy uważali za jedną z zasad ascetycznych oderwanie się od najbliższych, od własnego kraju, by w środowisku obcym, często nieprzyjaznym głosić Ewangelię. Powoływali się na przykład Abrahama, o którym czytali w Księdze Rodzaju: „Jahwe rzekł do Abrahama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę… Abraham udał się w drogę, jak mu Jahwe rozkazał”. Ta mistyka dalekich dróg i odległych krajów wychowywała ludzi o szerokim spojrzeniu na sprawy całego świata, ludzi ofiarnych, ludzi rozkochanych w wielkich przygodach duchowych własnych i cudzych. Szukając tej przygody po mało wówczas znanych ziemiach Europy, scalali je przez wierność Kościołowi w jeden organizm. Tutaj więc również działał duch świętego Patryka. Ożywiony nim Kolumban (540—615) opuszcza Irlandię, udaje się do Francji, gdzie w Wogezach zakłada klasztor Luxeuil, stamtąd wyrusza do Nadrenii, by wreszcie po bardzo urozmaiconym życiu misjonarskim osiąść w Bobbio (północne Włochy), ostatnim etapie swojej wędrówki. Europa — jak każde ważne dzieło w historii — rosła ofiarami jednostek, które formującemu się jej organizmowi nadają duchową treść.

    Jednym z elementów tej treści jest świadomość własnych win i konieczności ich odpokutowania. Patryk wspominając swoją młodość, nazywa się peccator rusticissimus (grzeszny nieuk lub nieokrzesany grzesznik), by tym usprawiedliwić podejmowane przez siebie praktyki pokutne. Podpatrzyli dobrze tę postawę mnisi irlandzcy. Można powiedzieć, że w znacznej mierze oni nauczyli Europejczyków spowiadać się i zdobywać się na jasno określony gest zadośćuczynienia. Służyły do tego „katalogi grzechów z odpowiednimi za nie pokutami”, układane przez surowych, ale sprawiedliwych zakonników, odgrywających wówczas rolę sumienia społeczności wiernych. Kultura jednostkowa i zbiorowa otwarta na pojęcia winy, odpowiedzialności, kary i wyrównania rachunków jest kulturą zdrową. Wychowuje bowiem człowieka, który mówiąc o sobie: jestem grzesznikiem i szukam zmiłowania Pańskiego — zdaje sobie równocześnie sprawę z tego, że do źródła miłosierdzia prowadzi trudna droga naznaczona zawsze jakąś ofiarą i przypomnieniem o cenie ładu. Bohaterem średniowiecza był człowiek „o sercu skruszonym”. Istnieli oczywiście wówczas publiczni grzesznicy, wielcy zbrodniarze, którzy jednak, tknięci łaską i przyjmujący ją, przekształcali się w publicznych również pokutników. Biegła więc poprzez wszystkie klasy społeczne wyraźna linia podziału postaw i czynów ludzkich na złe i dobre. Przy tej granicy czuwali mnisi, którzy — jak ich wzór: Patryk — swoje sądy etyczne formowali przy najważniejszej i świętej relacji: stworzenie i Stwórca. Stosunek do Boga na pierwszym miejscu decydował o wartości moralnej czynów jednostki, wszystkie inne stosunki musiały mu być podporządkowane. Zakonnik miał obowiązek całą duszą przylgnąć do prawd Bożych przede wszystkim i światłem z nich czerpanym posługiwać się w rozwiązywaniu własnych i cudzych problemów. Z tych właśnie czasów pochodzi powiedzenie: Monachus canem agit in fide custodiens bona Domini (mnich w sprawach wiary czuwa jak pies przy dobrach Pana). Potrzebni byli tacy ludzie dbający o to, by w różnych miejscach i odmiennych kulturach chrześcijaństwo wrastało prawidłowo w każdą rzeczywistość, przekształcaną w dobrą naturalną pożywkę dla nadprzyrodzonych cnót. Nic dziwnego, że w tych czasach serca przepełnione radością i nadzieją przypadały do słów Psalmu 23: „Pan jest moim pasterzem; nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia mą duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

    Dla świętego Patryka „zielonym pastwiskiem” stała się cała Irlandia. Sam Bóg oprowadzał go po niej, każąc mu głosić prawdę jej mieszkańcom, by z nich znowu wielu wyruszyło na rozległe pastwiska Europy w poszukiwaniu zagubionych w pogaństwie lub herezji dusz. Obraz ten używany bardzo często w ówczesnym słownictwie ascetycznym i duszpasterskim doskonale charakteryzuje epokę nabrzmiałą dynamizmem apostolskim. Pięknie odwdzięczyła się Zielona Wyspa swemu Pasterzowi, rozgłaszając jego chwałę, a jeszcze bardziej sprawdzając trafność jego metody polegającej na indywidualnym działaniu wędrownych mnichów iroszkockich. Ilu ich było, trudno dociec. Pamięć o nich, nie związana z żadnym stałym miejscem pobytu, szybko wygasła. Zapisani w kronice macierzystego klasztoru jako pielgrzymi sprawy Chrystusowej, więcej już na jej karty nie wracali, chyba tylko jakąś legendą lub wyolbrzymioną przekazywaniem z ust do ust pogłoską o ich sukcesach apostolskich w krajach bez nazw, bez historii i bez określonego rzekami czy górami miejsca. Niektórzy badacze początków chrześcijaństwa w Polsce chcą ją widzieć w rzędzie tych krajów objętych działalnością pionierską misjonarzy irlandzkich na długo przed chrztem Mieszka. Hipotezy te odrzuca Aleksander Brückner w Dziejach kultury polskiej dwoma zdaniami: „Mnichom iryjskim przypisywano walny udział w tej mniemanej misji. Że jeden i drugi mnich iryjski między r. 966 a 1066 i do Polski trafił, nie myślimy przeczyć; są po nekrologach najdawniejszych klasztorów dwa, trzy najwyżej nazwiska iryjskie, ależ nic nas nie upoważnia odnachodzić tych misjonarzy i przed r. 966”. Nie tutaj miejsce na rozstrzyganie sporu między historykami. Wolno nam jednak przypuszczać, że gorliwa praca tych bezimiennych misjonarzy docierała przynajmniej pośrednio falami rozszerzającego się chrześcijaństwa do brzegów naszej prehistorii. Działało tutaj również prawo osmozy. Zasięg wpływów chociażby anonimowego apostoła prawdy Chrystusowej jest zawsze szerszy i trwalszy od tych, które się łączy z wielkimi imionami wodzów, filozofów, uczonych i artystów. Dlatego też i Polskę można w pewnej mierze uważać za dłużniczkę świętego Patryka. Przypominają to nam nawet dzwony, które zwołują z wież polskich kościołów na służbę Bożą wierzących, a niewierzącym i walczącym z Bogiem głoszą Jego miłosierną i sprawiedliwą obecność. Patryk bowiem rozpowszechnił zwyczaj posługiwania się dzwonami wzywającymi do uczczenia tajemnic zbawienia, miłosierdzia i sprawiedliwości.

    Takim również dzwonem — oczywiście w przenośni — była jego autobiografia zatytułowana Confessio (Wyznanie). Przerasta ona nawet intencje autora, który prawdopodobnie zamierzał objawić wobec Boga i ludzi swoją postawę wewnętrzną — źródło i wytłumaczenie misjonarskiego gestu. Ale dla uważnego czytelnika będzie zawsze głosem prawdy o człowieku wszystkich czasów, ponieważ mówi o zasadniczych relacjach stworzenia do Stwórcy — jest w niej bowiem wyznanie winy, wyznanie wiary i wyznanie chwały. Cały człowiek w sakralnej perspektywie. Pisał ją Patryk pod koniec życia, spiesząc się, by zdążyć opowiedzieć siebie Bogu i ludziom przed śmiercią. Et haec est confessio mea anteguam moriar — oto moje wyznanie zanim umrę.

    Nie ma w tym wyznaniu głębokiej filozofii ani subtelnych dociekań teologicznych. Treść jego nie została skojarzona z elegancją stylu. Autor używał łaciny ubogiej, od której Cycero, Hieronim i Augustyn odwróciliby się z zażenowaniem i z żalem, że z wykwintnych cesarskich pałaców klasyczny język przeprowadzono do stajenki. Widzieliby w tym upokorzenie pięknej mowy powstałej z natchnienia poetów, trudu prawników i sztuki retorów. Patryk nie zamierzał niczego i nikogo upokarzać poza sobą. Miał świadomość swojej nieporadności w posługiwaniu się łaciną, ale nie to było jego głównym zmartwieniem. Dopiero gdy zestawił grzechy swojej młodości z dobrocią i miłosierdziem Bożym, poczuł lęk a jednocześnie wdzięczność, że oto on, „prostak”, wciągnięty w wielkie sprawy królestwa Chrystusowego, ma swój udział w dziele zbawienia świata. Mógł więc śmiało nazwać się „kamieniem, który tkwił głęboko w błotnistej drodze, aż przyszedł potężny Pan i w miłosierdziu swoim podniósł go i umieścił na szczycie ściany domu swego”. W tym zdaniu jest cały Patryk, pokorny, ale zarazem rozradowany, że ma swoje miejsce w szeregu sług Bożych, tak jak on myślących o uczciwym spełnianiu obowiązku wobec Stwórcy i ludzkości.

    Przewidywał, jak bardzo będzie potrzebna cnota pokory nadchodzącej epoce. Oto bowiem chrześcijaństwu zaczęli się kłaniać królowie. Według świętego Augustyna tkwi w tym niebezpieczeństwo dla jego wyznawców. Zbyt łatwo przywyknąć by mogli do przypisywania sobie owoców łaski i mocy Bożej oraz cierpień i pracy tych męczenników i wyznawców, których dziedzictwo przejęli. Triumfalizm jest zwykle dzieckiem łatwizny. Patryk przyjmował wszystko na kolanach, z wdzięcznością i zdumiewaniem się, że aż tak wiele od Chrystusa, Kościoła i ludzi otrzymał. Zwraca się więc do swoich czytelników ze słowami: „Bądźcie przekonani i wierzcie niezachwianie, że to wszystko było darem Bożym”.

    Średniowiecze dało się przekonać Patrykowi i tym, którzy podobnie określali stosunek Stwórcy do stworzeń. Rozpoczynało swoje dzieje na kolanach, upatrując we wszystkim dar Boży. Była to mądra epoka. Sprawiedliwie oceniała człowieka z jego cnotami i wadami, ponieważ stawiała go zawsze przed trybunałem jedynego Sędziego i powoływała się stale na prawo najwyższe. Była to też epoka uczulona na obecność Boga jako Pana wszechrzeczy, od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko wrócić musi. Tylko takiemu Panu służyć całą myślą i każdym czynem warto i trzeba, żeby w sobie ukształtować prawdziwą godność stworzenia rozumnego i wolnego.

    A gdy zbliżał się już zmierzch średniowiecza, człowiek, który łączył w sobie wszystkie jego dobre cechy — Joanna d’Arc — żegnał je, żegnając równocześnie swoje życie, wyznaniem: „Pan Bóg musi być pierwszy obsłużony”. Bóg pierwszy obsłużony to obsłużony też pięknie człowiek i kosmos. Z takiego bowiem gestu służby wyrosła sztuka, filozofia, literatura religijna i świecka średniowiecza. Wszystkie objawy życia zawierały w sobie dostojność i powagę liturgiczną, a liturgia znowu wypełniona była po brzegi żywą oraz głośno wyznawaną prawdą o wierzącym człowieku — o człowieku zachowującym jedność wewnętrzną dzięki zapatrzeniu się w blask królestwa Chrystusowego. Użyte wyżej określenia miały wówczas pełną wartość. Nie zamykano ich tylko w dziełkach ascetycznych i komentarzach Ewangelii. Zrośnięte nawet z szarą codziennością, potrafiły ją tak rozjaśniać, jak złoto-błękitne i purpurowe iluminacje ozdabiające karty ówczesnych manuskryptów opromieniały monotonne szeregi słów i zdań tekstu.

    Używając porównania dziejów chrześcijaństwa w Irlandii do sporządzonego pracowicie manuskryptu, możemy śmiało nazywać Patryka wspaniałym inicjałem, który te dzieje rozpoczyna. Inicjałem bogatym w treść wewnętrzną, w świętość, przy równoczesnej prostocie i nawet ubóstwie opowieści o zewnętrznych losach apostoła Irlandii. Wszystko, co o nim wiemy, znajduje się w jego autobiografii, bardzo oszczędnej, jeśli chodzi o zapis przygód życiowych. Może dlatego zbiegły się do jego postaci legendy, by dodać jej koloru i tak ją wprowadzić w wyobraźnię rodzącej się Europy chrześcijańskiej na równi z innymi bohaterami wiary, myśli i czynu. Widzimy więc w tych legendach Patryka wyrzucającego węże z Zielonej Wyspy albo trzymającego delikatnie w palcach trójlistną koniczynkę jako symbol tajemnicy Trójcy Świętej, albo jeszcze chroniącego przed burzą miejsce wspólnych modlitw. Legendy dorzucane do życia świętych są zwykle znakiem wdzięczności za ich ofiarowanie się na przewodników po trudnych drogach doskonałości chrześcijańskiej. Prawda jednak o nich będzie zawsze piękniejsza od najpiękniejszej legendy.

    Prawda o świętości Patryka da się streścić jego własnymi słowami, że „wszystko jest darem Bożym”. A więc i on jest darem, który czyni historię ludzkości milszą w oczach naszych, bardziej zrozumiałą i bliższą Chrystusa.

    o. Mirewicz Jerzy SJ Copyright © Wydawnictwo WAM 2003,
    fragment książki “Współtwórcy Europy”

    ***


    16 marca

    Święty Gabriel Lalemant,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Renat Goupil, prezbiter i męczennik
    Gabriel Lalemant był jednym z francuskich misjonarzy jezuickich, pracujących w latach 1642-1649 wśród Indian Huronów i Irokezów w Ameryce Północnej, przede wszystkim w Kanadzie. Pracował i zginął razem z Janem de Brebeuf, który razem z Towarzyszami jest wspominany 19 października.

    Święty Gabriel Lalemant

    Gabriel urodził się w 1610 roku w Paryżu. Był synem adwokata. Mając 20 lat wstąpił do jezuitów. Studiował teologię w Bourges. Przyjąwszy świecenia kapłańskie w 1638 r., uczył w La Feche, Moulins i Bourges. W 1646 roku przybył do Quebecu, gdzie prowadził działalność ewangelizacyjną. W 1648 roku razem z Janem de Brebeuf podjął pracę misyjną wśród Indian w Kanadzie.
    Wielkie zasługi jako misjonarze w Kanadzie położyli jezuici, sulpicjanie i urszulanki (tzw. czarne). Największą przeszkodę dla ich pracy stanowiły odległości – olbrzymie, puste przestrzenie oraz dzikie szczepy Indian. Traktowali oni misjonarzy jako białych kolonizatorów, którzy przybyli tu jedynie w tym celu, by wydrzeć im ojczystą ziemię. Okrucieństwa, jakich dopuszczali się Europejczycy na Indianach, jeszcze bardziej zwiększały ich wrogość.
    Jednak praca misyjna powoli przynosiła owoce. W 1649 r. było już 7 tys. ochrzczonych Indian. Niestety, dzieło misjonarzy zostało zniszczone przez dzikich Irokezów. 16 marca 1649 r. napadli oni na wioski Huronów i wymordowali większość mieszkańców. Ze szczególną zawziętością dręczyli misjonarzy. Zachował się opis okrutnego męczeństwa o. Jana de Brebeuf. Prawdopodobnie w taki sam sposób zginął także o. Gabriel Lalemant. Razem z innymi jezuickimi męczennikami został beatyfikowany przez Piusa XI w 1925 roku, a kanonizowany w 1930 r.
    Następcy męczenników kontynuowali dzieło ewangelizacyjne. W 1674 r. udało się założyć pierwszą diecezję kanadyjską w Quebecu. Biskup Laval założył w tym mieście pierwsze seminarium duchowne, które dało początek francuskojęzycznemu uniwersytetowi, istniejącemu do dzisiaj pod nazwą Uniwersytet Laval.
    Od 1926 r. w Midland (w prowincji Ontario), w miejscu, gdzie odkryto grób Jana de Brebeuf i Gabriela Lalementa, istnieje sanktuarium Jezuickich Męczenników Kanadyjskich. Modlą się tam miejscowi Indianie oraz liczni przedstawiciele kanadyjskich imigrantów. Do tego miejsca od ponad 50 lat na uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej pielgrzymuje kanadyjska Polonia (od ok. 30 lat również w pieszej pielgrzymce, której towarzyszą co roku polscy biskupi).
    Sanktuarium to nawiedził w 1984 r. papież św. Jan Paweł II, który powiedział wówczas: “Przywołajmy na chwilę tych heroicznych świętych, których w tym miejscu czcimy, a którzy zostawili nam tak wspaniałe dziedzictwo”, a później dodał: “To sanktuarium męczenników jest miejscem pielgrzymek i modlitw, monumentem Bożego błogosławieństwa dla przeszłości, inspiracją dla nas, spoglądających w przyszłość”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 marca

    Święty Klemens Maria Hofbauer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Ludwika de Marillac, zakonnica
      •  Święty Artemides Zatti, zakonnik
    Święty Klemens Maria Hofbauer

    Klemens urodził się 26 grudnia 1751 roku na Morawach w Tasovicach w licznej czeskiej, choć zniemczonej rodzinie rzeźnika. Na chrzcie otrzymał imię św. Jana Apostoła. Gdy miał 7 lat, zmarł jego ojciec. Matka potrafiła nie tylko zapewnić dwunastce dzieci utrzymanie, ale przede wszystkim głębokie wychowanie religijne. Jego ojciec nazywał się Dvorak, ale gdy z Budziejowic Czeskich przeniósł się do miejscowości, gdzie istniała silna kolonia niemiecka, zaczął używać niemieckiego odpowiednika Hofbauer. Ponieważ ubóstwo matki nie pozwoliło Janowi się kształcić, podjął pracę jako piekarz. Nie miał wszakże spokoju: nurtowało go bowiem pragnienie poświęcenia się na służbę Bożą. Dlatego za oszczędzony grosz wraz ze swoim przyjacielem, Piotrem Kunzmannem, udał się do Rzymu, a potem do Tivoli, gdzie wstąpił do eremitów. Nie czuł się tam jednak dobrze. Gnał go żar pracy apostolskiej. Dlatego wystąpił z eremu i wrócił do kraju. W klasztorze norbertanów w Klosterbruck chodził do gimnazjum, a równocześnie służył w klasztorze, by w ten sposób opłacić swoją naukę i utrzymanie. Na nowo podjął też pracę piekarza. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i pobożnie do niej służył. To zwróciło uwagę na niego pewnych pań, które pomogły mu poświęcić się studiom wyższym na uniwersytecie wiedeńskim.
    W Rzymie zetknął się z niedawno założonym przez św. Alfonsa Marię Liguoriego zakonem redemptorystów, do którego wstąpił. Przyjął wówczas imiona Klemens Maria. Ponieważ miał już ukończone studia teologiczne, zaraz po złożeniu ślubów zakonnych otrzymał święcenia kapłańskie (1785). Miał już wtedy 34 lata. Jako neoprezbiter został wysłany do Wiednia, a następnie na Pomorze. Zatrzymał się na jakiś czas w Warszawie. Chwilowy postój przemienił się w pobyt trwający 21 lat (1787-1808).
    Klemens przybył do Warszawy z dwoma przyjaciółmi: z o. Hublem i bratem Kunzmannem. Ze względu na złe drogi i panującą jeszcze zimę nuncjusz papieski polecił gościom pozostanie w stolicy przez pewien czas. Biskup poznański, do którego należała wówczas Warszawa, powierzył im opiekę nad kościołem św. Benona w Warszawie. Był on przeznaczony dla katolików niemieckich. Polecono również Klemensowi czasową opiekę nad kościołem pojezuickim przy katedrze, gdyż po kasacie tego zakonu (1773) kościół niszczał. Redemptorystom oddano równocześnie pod opiekę dom sierot i szkołę rodzin rzemieślniczych. Na audiencji u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Klemens otrzymał zapewnienie pomocy materialnej. Podobną pomoc zadeklarowała Komisja Edukacji Narodowej, a także sejm w Grodnie. Skoro zaś dzieło zostało rozpoczęte, trzeba je było dalej prowadzić. W taki to sposób Klemens pozostał już w Warszawie.Utrzymanie kościołów, sierocińca, internatu i szkoły wymagało znacznych środków. Czasami Klemens musiał żebrać, aby zdobyć niezbędne środki. Zachowała się historia o tym, jak pewnego dnia zaszedł po prośbie do karczmy. Kiedy zwrócił się o datek do grających w karty, jeden z graczy uderzył go w twarz, na co Święty odpowiedział: «To dla mnie, a co dla moich sierot?» Skruszeni kompani oddali całą wygraną. Prowadził działalność charytatywną, opiekował się służącymi – których było wtedy w stolicy około 11 tysięcy. Uruchomił drukarnię i wydawnictwo książek religijnych oraz stowarzyszenie dla pogłębiania wiedzy religijnej. W ten sposób powstała pierwsza placówka jego zakonu w Polsce. Był wybitnym kaznodzieją.
    Dla zapewnienia trwałości rozpoczętego dzieła Klemens rekrutował z chłopców przyszłych redemptorystów. Oddawał ich do szkół gimnazjalnych, a potem sam uczył ich filozofii i teologii aż do święceń kapłańskich. Po 8 latach miał 7 kapłanów. Założył także nowicjat. W roku 1803 miał już 18 kapłanów, a w roku 1808 łączna liczba redemptorystów wyniosła 36. Władze zakonu, widząc błogosławione owoce jego pracy, mianowały Klemensa wikariuszem generalnym na tereny na północ od Alp, zezwalając mu na dużą swobodę w działaniu.
    Gdy po III rozbiorze Polski Warszawa znalazła się pod okupacją Prus, zaczęły się prześladowania. Daremnie Klemens słał memoriały do króla Fryderyka II, wykazując, że do szkoły elementarnej chodzi 256 chłopców i 187 dziewcząt; że jest to jedyna w Warszawie szkoła dla dziewcząt; że dzieci są ubogie i korzystają z nauki bezpłatnie; że wiele wśród nich jest bezdomnych sierot, które także z internatu korzystają bezpłatnie. Nic nie pomogło. Nadszedł dekret likwidacji szkoły.
    Napoleon na wniosek marszałka Davouta podpisał wyrok, skazujący redemptorystów, zwanych także benonitami (od kościoła św. Benona), na wywiezienie ich do twierdzy w Kostrzyniu nad Odrą. Działo się to 20 czerwca 1808 roku. Tam po miesiącu uwolniono redemptorystów, ale nie pozwolono im wracać do Polski. W tej sytuacji Klemens udał się do Wiednia. Osiadł przy kościele sióstr urszulanek. Był niezmordowany w konfesjonale i na ambonie. Otoczył opieką młodzież, zwłaszcza uczęszczającą na uniwersytet, chętnie ją wspomagał duchowo i materialnie. Zdołał skupić koło siebie grupę inteligencji wiedeńskiej i przez nią rozwinąć zbawczy wpływ na innych. Oni to przyczynili się do odrodzenia religijnego w Austrii.
    Zmarł w opinii świętości 15 marca 1820 roku. Jego pogrzeb był prawdziwą manifestacją w Wiedniu. W roku 1848 rewolucja skasowała redemptorystów w Austrii. Uległo wówczas zniszczeniu archiwum prowincji zakonu z bezcennymi dokumentami, dotyczącymi działalności Klemensa. W roku 1862 odbyła się ekshumacja i przeniesienie jego śmiertelnych szczątków z cmentarza komunalnego do kościoła redemptorystów. W roku 1888 papież Leon XIII wyniósł sługę Bożego do chwały błogosławionych, a w roku 1904 papież św. Pius X wpisał go uroczyście do katalogu świętych. Ze względu na to, że św. Klemens spędził 21 najpiękniejszych swoich lat w Warszawie, Episkopat Polski włączył go do katalogu świętych polskich. Jest jednym z patronów Warszawy, a także kelnerów i piekarzy.W ikonografii św. Klemens przedstawiany jest w habicie. Jego atrybutem jest krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 marca

    Święta Matylda

    Święta Matylda

    Matylda von Ringelheim (Matylda Westfalska) urodziła się w 895 r. w Westfalii. Była córką księcia saskiego Teodoryka (Dietricha) i Reinhildy – pochodzącej z duńskiego rodu królewskiego. Matylda kształciła się i młode lata spędziła w klasztorze benedyktynek w Herford pod okiem babki ze strony ojca, także Matyldy – ksieni klasztoru. Lata tu spędzone będzie zawsze zaliczać do najpiękniejszych w życiu. Tu także zasmakowała w modlitwie i w służbie Bożej.
    Mając 14 lat, w 909 r., poślubiła Henryka Ptasznika, który w trzy lata potem został księciem Saksonii, a w roku 919 królem Niemiec. Znany jest w historii pod imieniem Henryka I (919-936). Życie królowej upływało w spokoju. Mąż dał jej zupełnie wolną rękę w czynieniu dobra. Dla Bożej chwały i dla dobra ubogich nie żałowała pieniędzy. Św. Matylda dała Henrykowi I pięcioro dzieci: Jadwigę, przyszłą żonę księcia Paryża Hugona Wielkiego, matkę Hugona Kapeta; następcę tronu Ottona, późniejszego cesarza Niemiec (Otton I Wielki, 962-973); Gerbergę, która wyszła za księcia Lotaryngii, a potem za króla Francji, Ludwika IV; Henryka I, późniejszego księcia Bawarii oraz św. Brunona I, od roku 953 arcybiskupa Kolonii.
    Z mężem swoim Matylda przeżyła jako wzorowa małżonka 25 lat. Po śmierci męża (2 lipca 936 r.) musiała patrzeć na wojnę domową, jaka wybuchła o tron królewski pomiędzy jej synami: Ottonem i Henrykiem. Zwycięzcą został Otton, a Henryk jako rekompensatę otrzymał księstwo bawarskie. Nowy władca wiele przykrości wyrządził matce, oskarżając ją o to, że jest zbyt rozrzutna na cele religijne. Sam jednak szafował państwowym majątkiem bez miary, gdyż prowadził stale wojny: najpierw ze swoim bratem, Henrykiem, potem z papieżem, z królem Czech i ze Słowianami na Wschodzie.
    Matylda cierpiała nad tym wszystkim. Popierała jednak syna w założeniu metropolii w Magdeburgu w roku 960 i zależnych od niej biskupstw: w Braniborze (Brandenburg), w Hobolinie (Hawelbergu) i w Oldenburgu, które były położone między Łabą a Odrą na terenach słowiańskich. Cesarzowi przyświecała myśl polityczna, by po prostu biskupstwa te były ośrodkami germanizacji. Królowej natomiast przyświecała myśl pozyskania Słowian dla wiary.
    W 955 r. królowa Matylda przeżyła śmierć swojego najstarszego syna, Henryka, a dziesięć lat później – najmłodszego, św. Brunona, arcybiskupa. Pod koniec życia dotknęło ją jeszcze jedno bolesne przeżycie – śmierć wnuka, biskupa Wilhelma z Moguncji, którą sama przewidziała.
    W ostatnich latach życia Matylda oddała się wyłącznie modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Codziennie przy swoim stole gościła ubogich, widząc w nich samego Pana Jezusa. Hojnie wspomagała kościoły i klasztory ze swoich osobistych majętności. Wystawiła dwa duże opactwa: benedyktynów w Northausen i benedyktynek w Kwedlinburgu. Dlatego ikonografia często przedstawia Świętą z kościołem i klasztorem w ręce. W opactwie w Kwedlinburgu spędziła końcowe lata życia. Tam też przeszła do wieczności 14 marca 968 roku w wieku 73 lat. Pochowano ją obok męża w Kwedlinburgu w kaplicy zamkowej. Od roku 1539 kościół ten jest w ręku protestantów. W roku 1858 katolicy wystawili ku czci św. Matyldy nowy kościół. Pierwszy życiorys królowej ukazał się już w wieku X – a więc tuż po śmierci Świętej. Drugi życiorys polecił napisać św. Henryk II, cesarz niemiecki. Jest patronką fałszywie oskarżonych, wdów, dużych rodzin, rodziców, którym zmarły dzieci.W ikonografii przedstawiana w stroju królowej. Jej atrybutami są: korona, budynek klasztoru, jałmużniczka.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 marca

    Święta Krystyna, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Patrycja z Nikomedii, męczennica
      •  Święty Nicefor, biskup
    Święta Krystyna

    Krystyna urodziła się w Persji. Kiedy pogański król perski, Chozroes I, rozpoczął krwawe prześladowanie, św. Krystyna miała należeć do pierwszych osób, które padły jego ofiarą. Jej męczeńska śmierć miała nastąpić 13 marca 559 roku. Z dekretem prześladowczym Chozroesa łączył się pogrom, jaki poganie urządzili ludności chrześcijańskiej w Persji. Św. Krystyna musiała należeć do znakomitszych wśród nich, skoro tak prędko padła ofiarą prześladowania. Perskie imię Świętej miało brzmieć Jazdin. Święta ma nadto jeszcze imiona: Sira i Sirin.W ikonografii św. Krystyna przedstawiana jest w szacie matrony z palmą męczeńską w ręku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 marca

    Święty Alojzy Orione, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Maksymilian, męczennik
    Święty Alojzy Orione

    Alojzy urodził się 23 czerwca 1872 r. jako syn kamieniarza w Pontecurone, w pobliżu Tortony (Włochy). Był najmłodszym z czterech braci. Imię Alojzy otrzymał na chrzcie dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego brata. Matka chciała chłopcu dać w św. Alojzym najpiękniejszy wzór do naśladowania. Orione otrzymał jeszcze jedno imię, Jan, gdyż właśnie 24 czerwca odbył się jego chrzest. W wieku 6 lat Alojzy rozpoczął naukę w szkole prywatnej w stopniu podstawowym. W wolnych godzinach pomagał w domu. W trzynastym roku życia zgłosił się do franciszkanów. Pozostał tam jednak niecały rok – musiał wracać do domu, gdyż rozchorował się na zapalenie płuc. Po powrocie do zdrowia pomagał ojcu w brukowaniu ulic i dróg.
    Miejscowy proboszcz poznał się na niezwykłych zaletach chłopca – zarówno moralnych, jak i duchowych. Dlatego umieścił go w internacie, który założył i prowadził św. Jan Bosko w Turynie (wrzesień 1886 r.). Orione miał wówczas 14 lat. Ponieważ należał do najlepszych uczniów, przełożeni mieli nadzieję, że młodzieniec zgłosi się do nowicjatu, by w szeregach salezjanów pracować dalej. Orione jednak po wewnętrznej walce uznał, że jego droga jest gdzie indziej. Wstąpił do diecezjalnego seminarium duchownego w Tortonie (październik 1889 roku). Miał wówczas 17 lat. Ponieważ rodziców nie było stać na opłacanie kosztów nauki w seminarium, mieszkał wraz z klerykami-kolegami w małej przybudówce, należącej do katedry, i usługiwał do Mszy świętej kanonikom. Równocześnie był stróżem katedry. 13 kwietnia 1895 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 23 lata.
    Jako kleryk seminarium biskupiego Alojzy zbierał w swojej izdebce ubogich chłopców i uczył ich prawd wiary. Wspierał ich także materialnie, o ile tylko pozwalały na to jego skromne możliwości. Biskup, widząc wcześniej u Alojzego jako kleryka tę pracę apostolską, przeznaczył go już jako neoprezbitera do konwentu św. Klary, powierzając mu duchowe kierownictwo wobec tamtejszej młodzieży. Równocześnie młody kapłan udzielał się chętnie z kazaniami i rekolekcjami w okolicznych parafiach. Nawiedzał szpitale, więzienia, domy ubogich, by nieść pomoc duchową.
    Alojzy zdawał sobie wszakże sprawę z tego, że zadanie jest ponad siły i że należy zapewnić trwałość rozwiniętemu dziełu. Dlatego, podobnie jak św. Jan Bosko, zaczął sobie dobierać wśród wychowanków przyszłych kapłanów i wychowawców. Tak powstała w roku 1903 nowa rodzina zakonna pod nazwą Synów Bożej Opatrzności, zwana popularnie orionistami. Z czasem powstała także gałąź żeńska. Następnie Alojzy założył zakon kontemplacyjny, który miał stanowić duchowe i modlitewne zaplecze dla podejmowanej działalności.
    Alojzy zakładał szkoły, uczył w nich rzemiosła, przygotowywał do pracy na roli, tworzył internaty. Pełen troskliwości o zbawienie dusz nie zapomniał Don Orione także o misjach zagranicznych, zakładając placówki m.in. w Argentynie, Brazylii, Chile i Urugwaju, by nieść pomoc włoskim emigrantom.

    Święty Alojzy Orione

    Don Orione łączył aktywność z kontemplacją. Przeprowadził akcje ratunkowe po trzęsieniu ziemi w okolicach Mesyny oraz Reggio di Calabria w 1908 r. Na własnych rękach wynosił rannych, dostarczał żywność głodnym, starał się o dach nad głową dla bezdomnych, przygarniał do swoich domów sieroty. W rejonie klęski pozostał trzy lata, mobilizując wszelkie dostępne sobie środki do niesienia pomocy. Podobną pomoc niósł w mieście Marsica (Marsi) w Abruzzach, nawiedzonych trzęsieniem ziemi w roku 1915.
    Szczególnie ciepły stosunek żywił Alojzy do Polski. Mimo że nigdy w niej nie był, ukochał ją za jej szczególną wierność Bogu, za jej umiłowanie wolności i za szczególne nabożeństwo polskiego narodu do Najświętszej Maryi Panny. Zwykł był mawiać, że gdyby nie był Włochem, chciałby być Polakiem. Gdy 1 września 1939 roku Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę, kazał odprawić w intencji naszej Ojczyzny nabożeństwo błagalne o ratunek dla niej. Przy ołtarzu kazał umieścić biało-czerwoną flagę. Orioniści rozpoczęli pracę w Polsce jeszcze za życia Założyciela, w 1923 r.
    Alojzy Orione zmarł na zawał serca 12 marca 1940 r. w San Remo, powtarzając szeptem: “Jezu! Jezu! Idę!”. Jego ciało spoczywa w Tortonie, w założonym przez niego w 1931 r. sanktuarium Madonna della Guardia (Matki Bożej Czuwającej), najważniejszym kościele orionistów. Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 1980 r. Jego kanonizacji dokonał 16 maja 2004 r. w Rzymie.
    Dziś Małe Dzieło Opatrzności Bożej to duża rodzina zakonna, do której należą księża i bracia – Synowie Bożej Opatrzności, Pustelnicy Bożej Opatrzności (zajmujący się ewangelizacją wsi), czynne Małe Siostry Misjonarki Miłosierdzia, siostry Sakramentki Niewidome, Siostry Kontemplatywne od Jezusa Ukrzyżowanego, Orioński Instytut Świecki oraz Ruch Świecki. Ich szczególnym charyzmatem jest praca wychowawcza wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, ubogich i odtrąconych przez społeczeństwo. Pracę tę prowadzą orioniści na 4 kontynentach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 marca

    Święty Konstantyn, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Sofroniusz, biskup
    Święty Konstantyn

    Konstantyn był królem Szkocji (inne źródla podają, że Kornwalii). Urodzony około 520 r., wstąpił na tron w 537 r., prawdopodobnie po śmierci swojego ojca. Prowadził życie występne. Jednak opamiętał się i rozpoczął żarliwą pokutę. W roku 587 abdykował. Wstąpił do klasztoru irlandzkiego w Offaly. Po otrzymaniu święceń kapłańskich udał się do rodzinnego kraju, aby nieść Ewangelię. Poniósł śmierć męczeńską w 598 r.
    Święty Konstantyn jest czczony w dniu 9 marca w Walii i Kornwalii, 11 marca w Szkocji i 18 marca w Irlandii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 marca

    Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

    Zobacz także:
      •  Święty Symplicjusz I, papież
      •  Święty Makary, biskup
    Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

    Do najsilniejszych ośrodków życia chrześcijańskiego w dawnej Armenii należała Sebasta. Dlatego też po wybuchu prześladowania Dioklecjana (+ 313) miasto to musiało złożyć szczególnie krwawe ofiary. Sam Dioklecjan był synem niewolnika w Dalmacji. Jednak dzięki wybitnym zdolnościom uzyskał wolność, w karierze wojskowej pokonywał kolejne stopnie aż został komendantem gwardii cesarskiej, a wreszcie cesarzem rzymskim. W roku 286 przybrał sobie do pomocy i do współrządów jako współcesarza Maksymiliana Herkulesa, a potem jeszcze dwóch innych – Galeriusza (305-311) i Konstancjusza Chlora. Maksymian i Galeriusz wykazywali szczególne okrucieństwo w stosunku do wyznawców Chrystusa. Ten sam kurs kontynuował na Wschodzie następca, cesarz Licyniusz (306-323).
    Właśnie za jego czasów poniosło śmierć męczeńską 40 Męczenników z Sebasty. Legion rzymski, do którego należeli, nosił zaszczytny przydomek Fulminatus, czyli Błyskawica. Namiestnik cesarza nakazał legionistom tego garnizonu złożyć ofiarę kadzidła na ołtarzu rzymskiego bożka. Żołnierze chrześcijańscy w liczbie 40 stanowczo odmówili. Jeden z nich, Cyrion, tak się odezwał do namiestnika, Agrykolanusa, gdy wychwalał męstwo tego legionu i jego zasługi: “Jeśli tak mężnie, jak mówisz, walczyliśmy za cesarza ziemskiego, jakże możesz przypuszczać, że postąpimy inaczej wobec naszego najwyższego Pana, jakim jest Bóg?” Aresztowano wszystkich, zaprowadzono do Sebasty, tam w więzieniu bito ich tak, aż powybijano im zęby, a w końcu skazano ich na zamrożenie.
    Bohaterscy żołnierze uczynili wówczas wspólny testament, w którym pożegnali się ze swoimi rodzinami i prosili, aby byli pochowani wszyscy razem. Tradycja chrześcijańska zachowała imiona owych 40 żołnierzy. Dnia 4 maja 320 roku zaprowadzono ich do Sebasty (dzisiaj Siwas), kazano im się rozebrać i tak nagich wystawiono na całą noc na trzaskający mróz. Zima wtedy była długa i mroźna. Męczennicy błagali Pana Boga tylko o jedno: aby wszyscy, tak jak czterdziestu ich rozpoczęło mękę, tak zdołali ją razem szczęśliwie zakończyć. Oprawcy mieli dla siebie przygotowane ciepłe miejsce. Równocześnie zachęcali skazanych, by ratowali swoje życie przez poddanie się woli cesarza. Podanie głosi, że jeden z legionistów faktycznie się załamał i złożył nakazaną ofiarę. Ale w jego miejsce poniósł męczeństwo jeden ze strażników, zachęcony koronami chwały, jakie ujrzał nad głowami męczenników. Tak więc wszyscy 40 ponieśli śmierć dla Chrystusa.
    Późniejsza wersja głosi, że męczennicy ponieśli śmierć przez zanurzenie każdego w przerębli jeziora. Kiedy wynoszono martwe już ciała, matka jednego z nich, Melitona, zauważyła, że on jeszcze żyje. Wówczas żołnierze odsunęli go na bok. Jednak bohaterska matka w obawie, by nie załamał się, sama wzięła syna na ręce i rzuciła na wóz, gdzie były ciała męczenników.
    Życzenie bohaterskich żołnierzy spełniono tylko częściowo. Pochowano bowiem ich ciała razem, ale niebawem rozdzielono ich relikwie i rozdano po wielu kościołach tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Męczeństwo legionistów wychwalali: św. Bazyli (+ 379), św. Grzegorz z Nyssy (+ 394), św. Efrem (+ 373), św. Gaudencjusz z Brescii (+ 410), św. Grzegorz z Tours (+ 594) i wielu innych. Miejsce ich wspólnego grobu nosi dzisiaj jeszcze turecką nazwę Kyrklar, co oznacza “Czterdzieści”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 marca

    Święta Franciszka Rzymianka

    Zobacz także:
      •  Święty Dominik Savio, zakonnik
    Święta Franciszka Rzymianka i jej Anioł Stróż

    Franciszka urodziła się w patrycjuszowskiej rodzinie w Perrione koło Rzymu w 1384 r. W bardzo młodym wieku wydano ją za Wawrzyńca di Ponziani. Z domu rodzicielskiego przeniosła się więc Franciszka do domu męża, na Zatybrze, w pobliże bazyliki św. Cecylii. Pan Bóg dał małżonkom troje dzieci, których wychowaniem zajęła się Franciszka osobiście, nie wyręczając się kobietami obcymi, jak to było wówczas zwyczajem w rodzinach magnackich. Dbała o dom i o służbę, zabiegając nie tylko o ich potrzeby doczesne, ale także wieczne. Troskliwa i zapobiegliwa żona i matka miała jeszcze czas, aby pomyśleć o ubogich w mieście. Zasłynęła z dobroczynności. Zaopatrywała także sąsiednie kościoły w szaty i naczynia liturgiczne. Zadziwiała również dobrocią, życzliwością i pomocą sąsiedzką. Zagoniona w ciągu całego dnia, umiała niejedną godzinę nocy poświęcić na słodką rozmowę z Bogiem.
    Z trojga dzieci Franciszki syn, Ewangelista, odszedł z tej ziemi w siódmym roku życia; jej jedyna córka, Agnieszka, zmarła w szóstym roku życia. Podczas wojny króla Neapolu z papieżem pałac Franciszki zrabowano, ponieważ wspomagała papieża, przez co straciła środki do życia i pozostała sama – męża i syna skazano na wygnanie. W czasie epidemii, jaka nawiedziła Rzym w latach 1413-1414, z narażeniem własnego życia usługiwała zarażonym. Po powrocie męża i syna z wygnania zachęciła Wawrzyńca do złożenia ślubu czystości. Odtąd Franciszka oddała się jeszcze gorliwiej modlitwie i posłudze ubogim. Rychło znalazły się szlachetne panie, które zapragnęły wieść podobny tryb życia. W taki sposób powstało stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej, które wzięło sobie za cel uświęcenie członkiń przez modlitwę, uczynki pokutne i miłosierdzie. Franciszka osiadła z nimi przy kościele S. Maria Nova przy Forum Romanum i Colosseum.

    Święta Franciszka Rzymianka i jej Anioł Stróż

    Po śmierci ostatniego syna, a następnie męża, Franciszka przyjęła habit i zamieszkała przy tym kościele. W nim ją pochowano; zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat. Była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie Pan Bóg nawiedził Franciszkę wizjami i darem ekstaz, zmysłem proroczym, mocą uzdrawiania, a nawet wskrzeszania umarłych. Największym jednak przywilejem, jakim miała się cieszyć Franciszka, w hagiografii nader rzadkim, to częste oglądanie przy sobie Anioła Stróża. Do katalogu świętych wpisał ją uroczyście Paweł V w 1609 roku.W ikonografii św. Franciszka przedstawiana jest w czarnej sukni i białym welonie, towarzyszy jej anioł. Na niektórych obrazach jej atrybutem jest osioł – symbol pracowitości, wytrwałości, cierpliwości, zdrowego rozsądku – oraz otwarta księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święta Franciszka Rzymianka: Kawa z Aniołem Stróżem

    Święta Franciszka Rzymianka: Kawa z Aniołem Stróżem

    św. Franciszka Rzymianka

    Orazio Gentileschi (PD)

    ***

    Ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych.

    U ludzi to niemożliwe, u Boga na wszystko jest czas, zaświaty przyszły na świat i kręcą się wokół nas. I piją z nami herbatę, i sadzą cynie po wsiach – z głośników sączy się piosenka Budzyńskiego. Hmm.

    Jak uwierzyć, że zaświaty są na wyciągnięcie ręki? Jak zaprzyjaźnić się ze swoim aniołem? Wyjść poza dziecinną rymowankę: „Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój” i rozmawiać z nim jak z konkretną, pełną ognia istotą? Franciszka Rzymianka miała ten niezwykły dar. Często rozmawiała ze swoim Aniołem Stróżem. W jej życiu było wiele cudowności, ale ona, jak to zazwyczaj bywa, wcale ich nie szukała. Modliła się, a znaki i cuda były tylko potwierdzeniem trafności wyboru jej drogi.

    Urodziła się w 1384 roku w arystokratycznej rodzinie. Młodo wydano ją za mąż za Wawrzyńca di Ponziani. Miała z nim troje dzieci. I choć sąsiedzkie patrycjuszowskie rodziny zatrudniały do wychowania obce kobiety, Franciszka sama wychowywała swe pociechy. Mimo że od rana do wieczora miała ręce pełne roboty, jej dom na rzymskim Zatybrzu słynął z dobroczynności. Zaopatrywała kościoły w szaty i naczynia liturgiczne, karmiła i ubierała biedaków. Modliła się nocami, gdy jej dzieci już słodko spały. Dwoje z nich, siedmioletni synek Ewangelista i sześcioletnia córka Agnieszka, wcześnie zmarło.

    Gdy wybuchła wojna króla Neapolu z papieżem, pałac Franciszki obrabowano, a jej męża i syna skazano na wygnanie. Została sama, bez środków do życia. Większość na jej miejscu rozpaczałaby, ona była jednak pełna ufności. Gdy w Wiecznym Mieście wybuchła epidemia, na rzymskich placach często widziano ją, jak z narażeniem życia usługiwała zarażonym. Zamieniła swój pałac w szpital. „Zabierała zużyte łachmany i zabrudzoną odzież biedaków. Po oczyszczeniu i dokładnym naprawieniu, składała starannie, skrapiając wonnościami, jak gdyby miały służyć samemu Panu” – pisali świadkowie.

    Gdy mąż wrócił z wygnania, zachęciła go do złożenia ślubu czystości. Pełna życia Franciszka zarażała ufnością wszystkich dookoła. Nic dziwnego, że niebawem znalazły się kobiety, które zapragnęły żyć jak ona. Powstało stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej. Siostry osiadły przy kościele tuż przy Koloseum. Po śmierci syna i męża Franciszka ubrała habit. Zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat.

    Jeszcze za jej życia ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych. Największym jednak przywilejem było częste widzenie Anioła Stróża. Jego obecność była dla niej tak naturalna jak rozmowa z najbliższymi. Teraz, gdy piszę te słowa, stoi przy mnie anioł. Panie, wierzę, ale proszę, zaradź memu niedowiarstwu. Franciszko z Rzymu, módl się za nami.

    Żona, matka, zakonnica

    Żona, matka i zakonnica. Połączenie tych powołań wydaje się niemożliwe. A jednak św. Franciszce Rzymskiej to się udało. Przez czterdzieści lat łączyła życie małżeńskie z życiem ascezy, modlitwy i służby ubogim. Najoryginalniejszym z licznych mistycznych darów, było widzenie z własnym Aniołem Stróżem.

    Franciszka urodziła się w 1384 r. Jako 11-letnia dziewczynka postanowiła wstąpić do zakonu. Jednak posłuszna swoim zamożnym rodzicom wyszła z mąż za rzymskiego patrycjusza Wawrzyńca di Ponziani.

    Żyła w zgodnym związku, ponoć nigdy nie pokłóciła się z mężem. Wydała na świat trójkę dzieci, z których dwoje zmarło w dzieciństwie. Zajęta prowadzeniem domu znajdowała czas na modlitwę i pomaganie nędzarzom i chorym. Kiedy tylko ktoś z domowników potrzebował jej pomocy, przerywała modlitwę. Mówiła: „Mężatka musi, jeśli wzywają ją rodzinne obowiązki, zostawić Boga przed ołtarzem i znaleźć Go w domowej krzątaninie”. Legenda mówi, że kiedyś cztery razy przerywano jej modlitwę przy tym samym wersie psalmu, który odmawiała. Kiedy za piątym razem powróciła do modlitwy, znalazła ten wers zapisany złotymi literami. Mieszkała w pałacu na Zatybrzu.

    Gdy wybuchła wojna króla Neapolu z papieżem, pałac obrabowano, a jej męża i syna skazano na wygnanie. Franciszka została bez środków do życia, ale nie straciła ufności i doczekała się ich powrotu. Kiedy miasto ogarnęła epidemia dżumy, na ulicach rozdawała żywność i ubrania. Wokół niej gromadziły się kobiety, które tak jak ona chciały podjąć życie ascetyczne i działalność charytatywną. W 1425 roku Franciszka utworzyła kongregację oblatek benedyktyńskich. Sama przyjęła habit i zamieszkała w klasztorze dopiero po śmierci syna i męża. Była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi: wizjami, ekstazami, zmysłem proroczym, mocą uzdrawiania, a nawet wskrzeszania umarłych. Zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat. Pochowano ją w kościele S. Maria Nova przy Forum Romanum. Świętą ogłosił ją Paweł V w 1609 roku.

    Św. Franciszka chciała być zakonnicą, a prawie całe życie była żoną i matką, zakonnicą jedynie „półetatową”. Jej życie pokazuje, że nie każde pobożne pragnienie musi być koniecznie wolą Boga. Cała rzecz w tym, aby umieć to mądrze rozróżniać. Pomocą może być dobra rozmowa, a aniołem stróżem może okazać się mąż, żona, brat, siostra, przyjaciel czy spowiednik.

    Myśl: Nie każde pobożne pragnienie musi być koniecznie wolą Boga.

    ks. Tomasz Jaklewicz – wiara.pl

    ***

    św. Franciszka z Rzymu

    Święta oblatka (1384-1440).

    Matka Boża podaje św. Franciszce Dzieciątko Jezus

    Oratzio Gentileschi, XVIIw.

    Urodziła się w na początku roku 1384 w Parione, w rodzinie patrycjusza Pawła Bussa de Leoni i Jacobelli Rofredeschi. Jej rodzina była spowinowacona z możnymi domami Orsinich, Savellich i Mellinich. Franciszka od dzieciństwa bardzo pobożna, oddawała się modlitwie, a w wieku 12 lat chciała wstąpić do klasztoru, ale jej ojciec się nie zgodził, ponieważ została zaręczona z Wawrzyńcem de Ponziani, za którego wyszła w 1396 roku. Mieszkała w pałacu na Zatybrzu, nieopodal bazyliki p.w. św. Cecylii.
    Gdy po ciężkiej chorobie została cudownie uzdrowiona, poświęciła się pielęgnowaniu chorych, nawiedzała szpitale, opiekowała się ubogimi. Unikała teatrów, bali i innych światowych rozrywek; dwa razy w tygodniu spowiadała się, a w każdą niedzielę i święto przyjmowała Komunię. Ubierała się bardzo skromnie, starając się wykorzenić zbytek w strojach, zdarzało się że zdejmowała strojnisiom z głowy błyskotki.

    Wręczenie sukni oblatkom przez NMP

    Antonio de Viterbo, XVw.

    fresk w klasztorze przy Tor de Specchi w Rzymie

    Z czasem udało jej się zebrać stowarzyszenie kilku pań, które zobowiązały się wyrzec świata i żyć według reguły św. Benedykta, mieszkając wspólnie lub jeśli to byłoby niemożliwe, zostając przy rodzinach. Nowe zgromadzenie zatwierdził papież Eugeniusz IV w 1433 roku i nadał mu liczne przywileje.

    Św. Franciszce ukazuje się zmarły syn Ewangelista

    fresk w bazylice Matki Bożej Bramy Niebios w Rzymie

    Małżeństwo św. Franciszki Bóg pobłogosławił czwórką dzieci, dwójka z nich zmarła we wczesnym dzieciństwie. Założyła w Rzymie pierwszy dom dla porzuconych dzieci.

    Św. Franciszka nawiedza chorego

    Antoniazzo Romano, fresk, 1468r.

    W 1404 roku król Neapolu Władysław zdobył Rzym, a Wawrzyniec został ciężko ranny w walce. Gdy wyzdrowiał król skazał go na wygnanie w 1413 roku, zabrał im cały majątek, a najstarszego syna wziął jako zakładnika. Św. Franciszkę pozostawił bez środków do życia. Dopiero po soborze w Konstancji neapolitańskie wojska opuściły Rzym, oddały zrabowane majątki, wrócili wygnańcy, a wraz z nimi mąż i syn św. Franciszki. Po śmierci Wawrzyńca w 1436 roku wdowa uregulowała wszystkie swoje sprawy, po czym udała się do klasztoru.

    Fortunato Galli, 1850r.

    Rzeźba na dziedzińcu klasztoru przy Tor de Specchi w Rzymie

    Święta otrzymała dar widzenia swojego Anioła Stróża, który ją chronił i strzegł przed pokusami. Słyszała również jego głos. Czasami zdarzało się, że znikał,
    jeśli Franciszka coś przewiniła i powracał dopiero wtedy, gdy błagała Boga o przebaczenie.

    Wizja dusz czyśćcowych

    Nicolas Poussin, 1645-50, Luwr

    Obcowała z duszami czyśćcowymi, miała liczne wizje czyśćca. Odznaczała się wielkim nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Zdarzały się jej szatańskie nękania, aby ją rozproszyć na modlitwie, na przykład straszny zapach rozkładającego się ciała, gdy tylko klękała do modlitwy.

    Św. Franciszka i diabeł

    Fresk z klasztoru przy Tor de Specchi w Rzymie

    Pewnego razu diabeł porwał ją za włosy i trzymał nad przepaścią, pomogło jej wymówienie imienia Jezus i bezpiecznie wylądowała na ziemi. Wtedy też obcięła swoje piękne włosy i ofiarowała Bogu, który ją ocalił.

    Komunia św. Franciszki

    Fresk z bazylice Matki Bożej Bramy Niebios w Rzymie

    Św. Franciszka zmarła 9 marca 1440 roku, a przedziwna woń róż i fiołków napełniła pokój w którym spoczywało jej ciało. Jej ciało wystawiono w pałacu Ponzianich, ale przybywały takie tłumy, że trumna została wystawiona w kościele Santa Maria Nuova, który w XVI wieku został nazwany jej imieniem, nieopodal Forum Romanum.

    Jej spowiednik, o. Jan Mattiotti, spisał jej żywot, wyliczając nadzwyczajne łaski, jakimi ją Pan Bóg obdarzył.

    Bazylika p.w. św. Franciszki w Rzymie

    Proces kanonizacyjny otworzył jesienią 1440 roku papież Eugeniusz IV. Do 1451 roku przeprowadzono trzy poważne badania, których wyniki były imponujące.
    W 1602 roku papież Klemens VIII wydał dekret o rewizji procesu, na którego wydanie wpływ miała zdecydowana postawa kardynała Roberta Bellarmin. Św. Franciszka została kanonizowana z wielką pompą dnia 29 maja 1608 roku przez papieża Pawła V, w trzecią rocznicę jego koronacji na papieża. Grób Świętej został ponownie otwarty 2 kwietnia 1638 roku za zgodą papieża Urbana VIII, miało to na celu przeniesienie ciała do nowo wybudowanej kaplicy.

    Pietro Galli, 1850r.

    Bazylika św. Piotra w Rzymie, lewa empora

    Rzeźba ufundowana przez oblatki z klasztoru Tor di Specchi

    Patronka:
    Rzymu, oblatów, wdów, kierowców.

    Ikonografia:
    Przedstawiana w stroju oblatek (czarna suknia i biały welon), ze swoim Aniołem Stróżem, z monstrancją. Jej atrybutami są: dyscyplina, kosz z chlebem, monstrancja, osioł, otwarta księga na tekście Psalmu 73 lub z regułą zakonną.

    Impresje muzyczne:
    Antonio Caldara “Oratorio per Santa Francesca Romana”

    Klasztor przy Tor de Specchi w Rzymie

    Varia:
    Od początków zgromadzenia oblatki z rzymskiego klasztoru św. Franciszki za każdym razem, gdy papież opuszcza Watykan wystawiają relikwie świętej patronki
    i modlą się za następcę Piotra aż do jego powrotu.

    Od XVI wieku władze Rzymu corocznie ofiarują bazylice p.w. św. Franciszki Rzymianki złoty kielich i patenę.

    Na słynnej kolumnadzie Berniniego, otaczającej plac św. Piotra, znajduje się posąg św. Franciszki z aniołem autorstwa Jana Chrzciciela Theudona.

    ŚWIĘCI PAŃSCY

    ***

    8 marca

    Święty Jan Boży, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan z Obazine, opat
      •  Święta Beata, dziewica i męczennica
    Święty Jan Boży
    Jan Cidade urodził się w Portugalii w roku 1495. Ojciec Jana, Andrzej Ciudad, miał swój dom i mały warsztat rzemieślniczy. W pracy pomagała mu małżonka, Teresa Duarte. Gdy Jan miał 8 lat, zjawił się w jego domu jakiś pielgrzym wędrujący do Hiszpanii, prosząc o nocleg. Przy wieczerzy gość opowiadał o krajach, które zwiedził. Kiedy następnego dnia opuścił dom, zauważył przy sobie chłopca, który postanowił towarzyszyć kapłanowi w drodze. Uczynił to potajemnie przed rodzicami. Ci, pełni smutku, daremnie poszukiwali go po całej okolicy. Matka niebawem zmarła ze smutku, a ojciec wstąpił do franciszkanów. Nie wiemy, dlaczego kapłan nie odesłał chłopca do domu. Może myślał, że jest mu w domu bardzo źle, a może chłopiec nie chciał wrócić. Po 20 dniach forsownej drogi chłopiec nie mógł już iść dalej. Kapłan więc zostawił chłopca w mieście Oropesa u niejakiego Franciszka Mayorala, zarządcy owczarni pewnego hrabiego. Ten przyjął Jana jak syna i nazwał małego chłopca “Janem otrzymanym od Boga – a Deo“.
    Chłopiec przeżył w domu opiekuna kilkanaście lat. Przybrani rodzice tak pokochali młodzieńca, że chcieli go uczynić spadkobiercą swojego majątku i zamierzali mu oddać za żonę swoją jedyną córkę. Mając dwadzieścia kilka lat Jan opuścił dom opiekunów. Zaciągnął się do wojska. Zaczęło się typowe życie najemnego żołnierza: włóczęga, zawadiactwo, kieliszek, dziewczęta. Jan był zbyt uczciwy i religijny, by pozwalać sobie na wszystkie wybryki. Niemniej życie jego było w tym okresie bardzo dalekie od doskonałości chrześcijańskiej.
    Pewnego dnia Jan został posłany przez oficera z misją zaopatrzenia oddziału w konieczne wiktuały. Pobliski dwór zajmowali jednak Francuzi. Jan postanowił zaskoczyć ich brawurową szarżą. Koń zrzucił go jednak z siodła, tak iż cudem tylko uszedł niechybnej śmierci. Był to pierwszy głos napomnienia z nieba. Innym razem dowódca powierzył Janowi kasę oddziału. Niestety, w nocy Jana ktoś okradł. Podejrzenie padło na Jana. Został skazany na rozstrzelanie. Już zabierano się do egzekucji, kiedy nadjechał dowódca pułku i po zapoznaniu się z całą sprawą nakazał Jana uwolnić, ale wydalił go z wojska. Do końca życia Jan nie mógł sobie wytłumaczyć, jak się to stało, że tak cudownie został uwolniony, dosłownie w ostatnim momencie. W planach Opatrzności miał jeszcze żyć.

    Święty Jan Boży
    Jan powrócił do Oropesy. Opiekun przyjął go serdecznie, ale i teraz Jan nie zagrzał tu długo miejsca. Wybuchła wojna na wschodzie Europy. Jan ponownie zgłosił się do wojska. Po zawarciu pokoju przez obie strony Jan powrócił, jednak już nie do swojego opiekuna, ale w rodzinne strony. Tu dowiedział się o losie swoich rodziców. Uczyniło to na nim ogromne wrażenie. Z wielką skruchą odbył spowiedź z całego życia i udał się z pielgrzymką do Compostelli, do grobu św. Jakuba Apostoła. Pchany żarliwością o zbawienie duszy i chęcią poniesienia męczeńskiej śmierci udał się do Afryki, gdzie naprzeciw Gibraltaru była portugalska twierdza Ceuta. Przez kilka lat pracował tu ciężko przy fortyfikacji Ceuty, wspierając równocześnie pewnego szlachcica, skazanego przez króla na banicję w te strony wraz z rodziną (1533-1535). Okazji jednak do męczeństwa nie było. Arabowie nie byli też skłonni do przyjęcia wiary Chrystusa. Jan wrócił więc do Hiszpanii i przez krótki czas pracował w Gibraltarze. Za zaoszczędzone pieniądze kupił pobożne książki i założył małą księgarnię, by w ten sposób propagować dobrą prasę (1535-1536). Stąd udał się do Grenady. Założył tu księgarnię książek i obrazów religijnych (1538).
    20 stycznia 1538 r. odbywał się w Grenadzie odpust ku czci św. Sebastiana. Przybyło mnóstwo ludzi. Kazanie głosił słynny kaznodzieja, św. Jan z Avili. Kazanie wywarło na Janie wrażenie piorunujące. Ogarnął go ból za stracone dla wieczności lata. Wydał głośny jęk, rzucił się na ziemię, zaczął targać włosy i ubranie na sobie. Drapał sobie twarz, wołając: “Boże! Miłosierdzia!”. W takim też stanie wybiegł na ulicę. Otoczenie myślało, że postradał zmysły. Kilkunastu ludzi pobiegło za nim i rzuciło się na niego jako na szaleńca; związano go, wychłostano dotkliwie i zamknięto w domu dla obłąkanych. Dla Jana zaczęły się dni straszliwej katorgi fizycznej i duchowej. Metoda ówczesnego leczenia tego rodzaju zaburzeń psychicznych polegała bowiem na zamknięciu pacjenta w wilgotnym i zimnym lochu. Przykutego do ściany łańcuchem, bito do utraty przytomności i sił. Tak obchodzono się z Janem przez 40 dni. Jednak ku zdumieniu oprawców Jan nie tylko się nie bronił, ale zachęcał ich jeszcze: “Bijcie, bijcie to przeniewiercze ciało! Niech ponosi karę za swoje winy!” Stawał jednocześnie bardzo stanowczo w obronie swoich towarzyszy. Kiedy więc wypuszczono go na wolność, zaczął usługiwać nieszczęśliwym, by chociaż w części złagodzić ich dolę.

    Święty Jan Boży

    Szybko Jan przekonał się, że sam niewiele zdziała. Za użebrane pieniądze zakupił własny dom, w którym mógł postawić 47 łóżek. W miarę napływu ofiar powiększał szpital i lepiej go zaopatrywał, by chorzy mieli jak największe wygody. Szczególną troską otaczał psychicznie chorych, których traktował z wielką łagodnością i dla których przeznaczył wydzieloną część szpitala. Sam każdego dnia odwiedzał swoich podopiecznych, chorych i ubogich, przewiązywał ich rany, pocieszał, leczył. Nie mniejszą troskliwość okazywał o potrzeby duchowe swoich podopiecznych, zapraszając kapłanów w każdą niedzielę ze Mszą świętą i kazaniem, a nawet z codzienną Komunią świętą. W ciągu dnia przewidział czas na wspólne modlitwy – poranne i wieczorne. Dla uniknięcia zarazy podzielił swój szpital na sektory. Za poradą św. Jana z Avili w szpitalu leczyli się wyłącznie mężczyźni. Na parterze były miejsca przeznaczone dla bezdomnych i ubogich wędrowców.
    Troska o leki, bieliznę, bandaże, łóżka, opłata służby i wyżywienie całej załogi wymagało od Świętego heroicznego poświęcenia. Codziennie udawał się na miasto i na umówionym placu zbierał żywność i ofiary pieniężne. Najczęściej one nie wystarczały. Wtedy udawał się do domów możnych, błagając o pomoc tymi znamiennymi słowy: “Pomóżcie sobie, wspomagając ubogich i chorych, bowiem błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Kiedy wyczerpał już wszystkie środki i zadłużył się, udał się do miasta Valladolid, gdzie był wtedy dwór królewski. Nie zawiódł się, dostał szczodry zasiłek od najprzedniejszych pań i panów dworu.
    W swojej żarliwości apostolskiej nie zapomniał o kobietach. Zajął się losem kobiet upadłych. Nawiedzał je osobiście i błagał o zmianę życia. Starał się o uczciwe zabezpieczenie ich losu, by nie musiały utrzymywać się z nierządu. Staruszki i samotne wdowy polecał poszczególnym rodzinom pod opiekę. Niemniej czuły był na los sierot, których wówczas nie brakowało, powierzając je rodzinom, które zapewniały im bezpieczny los. Wszyscy, którzy pomagali Janowi, zarówno kapłani, jak i świeccy (także lekarze), za swoją posługę nie żądali zapłaty.
    Jan wiedział jednak, że ciężaru, który na siebie nałożył, sam nie udźwignie. Nadto trapiła go troska o przyszłość dzieła. Zebrał więc koło siebie gromadkę podobnych szaleńców Bożych i tak założył nową rodzinę zakonną dla obsługi chorych i opuszczonych. Tak powstał zakon Braci Miłosierdzia, zwany u nas bonifratrami. Założycielowi zaś nadał miejscowy arcybiskup przydomek “Jana Bożego” i takim go znamy.

    Święty Jan Boży

    Zmarł na klęczkach 8 marca 1550 r. w wieku 55 lat. W poczet błogosławionych zaliczył Jana papież Urban VIII w 1630 roku, a papież Aleksander VIII wpisał jego imię do katalogu świętych (1690). Papież Leon XIII ogłosił św. Jana Bożego wraz ze św. Kamilem de Lellis patronem szpitali i chorych (1886). Papież Pius XI wyznaczył go na patrona pielęgniarzy i służby zdrowia. Relikwie Świętego znajdują się w kościele zakonu w Grenadzie. Jest ponadto patronem Grenady i księgarzy.
    W ikonografii przedstawiany jest w prostym habicie bonifratra. W ręku trzyma przekrojony owoc granatu, z którego wyrasta krzyż. Jego atrybutami są: cierniowa korona, żebrak na plecach, żebrak u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 marca

    Święte męczennice Perpetua i Felicyta

    Święte Perpetua i Felicyta
    Perpetua i Felicyta żyły w II w. w starożytnym Thuburbo Minus, mieście położonym około 30 km od Kartaginy (dziś Teburbo w Tunisie). Perpetua w tajemnicy przed ojcem poganinem przyjęła wiarę chrześcijańską i zaczęła do niej przekonywać swych bliskich: brata Saturusa oraz niewolników – Felicytę, Rewokatusa, Sekundulusa i Saturninusa. Obie z Felicytą były młodymi mężatkami. Mąż Felicyty prawdopodobnie zginął razem z nią. Natomiast o mężu Perpetuy informacje są sprzeczne: raz czytamy, że był chrześcijaninem, w innych źródłach, że tak jak jej ojciec – poganinem.
    Oskarżone o bycie chrześcijankami, zostały pojmane i sprowadzone do Kartaginy. Perpetua miała malutkiego synka, w wieku niemowlęcym, którego przynoszono jej do karmienia. W tym samym czasie, będąca w ósmym miesiącu ciąży Felicyta, po ciężkim porodzie, przy wtórze grubiańskich uwag więziennego strażnika, powiła dziewczynkę, którą zaadoptował jeden z chrześcijan. Zgodnie bowiem z prawem rzymskim, matka, mająca w swoim łonie dziecię, nie mogła być stracona przed jego urodzeniem. Zachowały się autentyczne dokumenty, opisujące powyższe wydarzenia – pamiętnik pisany w więzieniu przez św. Perpetuę oraz relacja naocznego świadka. Mimo próśb ojca, który odwiedzał Perpetuę w więzieniu, kobieta nie wyrzekła się swojej wiary.

    Święte Perpetua i Felicyta
    Po krótkim procesie wszystkich więźniów skazano na rozszarpanie przez zwierzęta. Chwili triumfalnego wejścia na arenę nie dożył jedynie Sekundulus, który zmarł w więzieniu. Tuż przed męczeństwem Perpetua i Felicyta otrzymały chrzest, bowiem w czasie aresztowania były jeszcze katechumenkami. Męczennicy wymienili między sobą pocałunek pokoju. Na arenie wypuszczono na nie dzikie zwierzęta, które nie okazały się zbyt drapieżne. Jedynie dotkliwie poraniły kobiety. Gladiatorzy dobili je więc mieczami.
    Męczeństwo to stało się sławne w całym Kościele. Do dzisiaj liturgia przypomina imiona świętych “bohaterek wiary” Perpetuy i Felicyty w Kanonie Rzymskim (pierwszej Modlitwie Eucharystycznej), który jako jedyny był stosowany w każdej Mszy św. aż do 1969 r. (obecnie jest kilka modlitw eucharystycznych do wyboru). Imiona obu męczennic wymieniane są także w Litanii do Wszystkich Świętych. Późniejsza legenda uczyniła ze św. Felicyty matkę siedmiu synów, z którymi miała ponieść męczeństwo. Legenda ta wyraźnie nawiązuje do śmierci siedmiu braci machabejskich i ich bohaterskiej matki. Męczeńska śmierć miała miejsce 7 marca 202 lub 203 r.
    Perpetua i Felicyta są patronkami bezpłodnych kobiet.
    W ikonografii św. Perpetua przedstawiana jest w bogatym stroju patrycjuszki, z naszyjnikiem, welonem, zaś św. Felicyta – w skromnej sukni bez ozdób.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 marca

    Święta Róża z Viterbo,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Olegariusz, biskup
    Święta Róża z Viterbo
    Róża urodziła się w 1233 r. Jej rodzice zajmowali się rolnictwem. Legenda głosi, że dlatego nadano dziecku takie imię, gdyż było tak piękne, iż miało twarz podobną do róży. Mając 12 lat Róża wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Już wtedy musiała być bardzo dojrzała w wierze.
    Datą przełomową w jej życiu był rok 1250. Zachorowała wtedy śmiertelnie. Spokojna o swoje losy, modliła się żarliwie o powodzenie wyprawy krzyżowej w obronie Ziemi Świętej, na której czele stał św. Ludwik IX, król francuski (również tercjarz franciszkański). Kiedy cudownie wyzdrowiała, postanowiła całkowicie poświęcić się nawracaniu dusz do Boga. Przywdziała habit zakonny, zaczęła oddawać się surowym praktykom pokutnym w intencji nawrócenia grzeszników, a potem z krzyżem w ręku przebiegała ulice miasta, nawołując do pokuty. Swymi wystąpieniami wzbudziła gniew mieszkających w Viterbo patarynów i katarów (ruchy religijne, których idee w znacznej części zostały uznane za heretyckie), którzy zmusili ją i jej rodzinę do opuszczenia miasta. Już po opuszczeniu Viterbo, przebywając w Soriano, Róża otrzymała dar wizji, z której dowiedziała się o rychłym zakończeniu prześladowań Kościoła, wraz ze śmiercią cesarza Fryderyka II. Po jego śmierci, kiedy miasto zajęły wojska papieskie, Róża rzeczywiście mogła powrócić do rodzinnego domu, który przetrwał do dziś.
    Pod koniec życia Święta prosiła, by przyjęto ją do klasztoru klarysek w Viterbo. Odmówiono jej ze względu na stan zdrowia. Za radą spowiednika zamieniła swoje mieszkanie na osobisty “klasztor”, gdzie wraz z kilkorgiem przyjaciół poświęcała się modlitwie o uświęcenie ludzkich dusz. Wyczerpana pokutą i apostolstwem, zmarła w wieku niespełna 20 lat, 6 marca 1252 roku. Jej śmierć napełniła bólem mieszkańców całego miasta.
    Pan Bóg wsławił Różę za życia i po śmierci tak licznymi cudami, że jej grób stał się miejscem masowych pielgrzymek. Już w roku 1257 w obecności papieża Aleksandra IV odbyło się uroczyste przeniesienie relikwii Świętej do kościoła klarysek, gdzie do dzisiaj przechowywane są w szklanej trumnie. Mimo upływu czasu pozostały one w nienaruszonym stanie. Na wiadomość o cudownym uzdrowieniu jednego z kardynałów papież Kalikst III (+ 1458) przysłał na grób Świętej złotą różę. Równocześnie wyznaczył kanoniczną komisję dla zbadania jej życia i cudów. On też wpisał św. Różę do katalogu świętych (1458). Do dziś zachował się zwyczaj, że co roku w nocy z 3 na 4 września, w rocznicę przeniesienia jej szczątków (zachowanych w stanie nienaruszonym) z cmentarza do kościoła, przychodzi do jej grobu całe miasto i turyści, by wziąć udział w procesji z relikwiami, niesionymi w wysokiej wieży-relikwiarzu (tzw. macchina di Santa Rosa, niesiona przez 100 mężczyzn nazywanych facchini di Santa Rosa). Kiedyś starano się, by “wieża św. Róży” była jak najwyższa i jak najpiękniejsza. Dziś można oglądać wystawę tych wież-relikwiarzy. Benedykt XV ogłosił św. Różę patronką młodzieży żeńskiej Akcji Katolickiej. Patronuje ona także Viterbo, andaluzyjskiej Alcolei, kolumbijskiemu Santa Rosa de Viterbo, tercjarkom i emigrantom.W ikonografii Święta przedstawiana jest w sukni tercjarskiej, opasanej sznurem, najczęściej z krzyżem w dłoni lub z Matką Bożą z Dzieciątkiem. Jej atrybutem są róże, korona z róż, dyscyplina.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 marca

    Święty Wirgiliusz z Arles, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Józef od Krzyża, zakonnik
    Święty Wirgiliusz
    Wirgiliusz urodził się około roku 550. Jego rodzina należała do arystokracji Akwitanii (południowa Francja). Nie myślał jednak o karierze kościelnej czy świeckiej, ale zamknął się w słynnym klasztorze w Lerins, na wyspie w pobliżu Nicei. Ze szczególną pilnością oddawał się studiom patrystycznym pierwszych wieków chrześcijaństwa. Duchem ofiary i łagodnością charakteru pozyskał sobie tak dalece współbraci, że wybrali go na swojego opata.
    Nie wiemy, dlaczego opuścił jednak opactwo w Lerins i udał się do Francji. Wstąpił do klasztoru w Autun. Mnisi również i tutaj wybrali go na swojego opata. Tu właśnie odwiedził go św. Augustyn, kiedy udawał się ze swymi towarzyszami do Anglii, by podjąć misję pozyskania tego kraju dla Chrystusa.
    Niebawem zawakowało biskupstwo w Arles. Zebrani okoliczni biskupi, kapłani i wierni wybrali arcybiskupem tego miasta Wirgiliusza. Wybór ten okazał się opatrznościowy. Wirgiliusz wystawił szereg kościołów i klasztorów. Był w przyjaźni z papieżem św. Grzegorzem I Wielkim, który powołał go na swego wikariusza na całą Galię. Zachowały się listy Grzegorza do Wirgiliusza, w których papież zaleca biskupowi w stosunku do innowierców kierować się raczej duchem miłości niż surowości. W innym liście papież daje instrukcje, dotyczące kształcenia i wychowania kleru. Wreszcie w jeszcze innym liście poleca św. Grzegorz, by powracającemu z Anglii do Rzymu św. Augustynowi udzielił sakry biskupiej. To świadczy niezbicie, jak wielkiej powagi zażywał Wirgiliusz u papieża.
    Nie mniejszą powagą cieszył się Wirgiliusz w episkopacie galijskim. Kiedy zaistniał spór między biskupem Narbony a jego sąsiadami, na rozjemcę zaproszono Wirgiliusza.
    Biskup miał szczególne nabożeństwo do św. Trofima, swojego poprzednika na stolicy w Arles (wiek III). Szerzył też gorliwie jego kult. Prowadząc życie niezmiernie czynne, nie zapomniał także o własnej duszy. Wolny czas poświęcał na modlitwę i uczynki miłosierdzia. Przy pogrzebie znaleziono na jego ciele włosiennicę. Wszystkie życiorysy podkreślają, że Pan Bóg obdarzył go darem cudów. Za jego przyczyną – tak za życia, jak i po śmierci – wielu chorych miało odzyskać zdrowie.
    Wirgiliusz pożegnał ziemię dla nieba w 618 roku po 30 latach szczęśliwych rządów (588-618).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 marca

    Święty Kazimierz, królewicz

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Antoni Farina, biskup
    Święty Kazimierz
    Kazimierz urodził się 3 października 1458 r. w Krakowie na Wawelu. Był drugim z kolei spośród sześciu synów Kazimierza Jagiellończyka. Jego matką była Elżbieta, córka cesarza Niemiec, Albrechta II. Pod jej opieką Kazimierz pozostawał do dziewiątego roku życia. W 1467 r. król powołał na pierwszego wychowawcę i nauczyciela swoich synów księdza Jana Długosza, kanonika krakowskiego, który aż do XIX w. był najwybitniejszym historykiem Polski. “Był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu” – zapisał Długosz o Kazimierzu. W 1475 r. do grona nauczycieli synów królewskich dołączył znany humanista, Kallimach (Filip Buonacorsi). Król bowiem chciał, by jego synowie otrzymali wszechstronne wykształcenie. Ochmistrz królewski zaprawiał ich również w sztuce wojennej.
    W 1471 r. brat Kazimierza, Władysław, został koronowany na króla czeskiego. W tym samym czasie na Węgrzech wybuchł bunt przeciwko tamtejszemu królowi Marcinowi Korwinowi. Na tron zaproszono Kazimierza. Jego ojciec chętnie przystał na tę propozycję. Kazimierz wyruszył razem z 12 tysiącami wojska, by poprzeć zbuntowanych magnatów. Ci jednak ostatecznie wycofali swe poparcie i Kazimierz wrócił do Polski bez korony węgierskiej. Ten zawód dał mu wiele do myślenia.
    Po powrocie do kraju królewicz nie przestał interesować się sprawami publicznymi, wręcz przeciwnie, został prawą ręką ojca, który upatrywał w nim swego następcę i wciągał go powoli do współrządzenia. Podczas dwuletniego pobytu ojca na Litwie Kazimierz jako namiestnik rządził w Koronie. Obowiązki państwowe umiał pogodzić z bogatym życiem duchowym. Wezwany przez ojca w 1483 r. do Wilna, umarł w drodze z powodu trapiącej go gruźlicy. Na wieść o pogorszeniu się zdrowia Kazimierza, król przybył do Grodna. Właśnie tam, “opowiedziawszy dzień śmierci swej tym, którzy mu w niemocy służyli […], ducha Panu Bogu poleciwszy wypuścił 4 dnia marca R.P. 1484, lat mając 26” – napisał ks. Piotr Skarga. Pochowano go w katedrze wileńskiej, w kaplicy Najświętszej Maryi Panny, która od tej pory stała się miejscem pielgrzymek. W 1518 król Zygmunt I Stary, rodzony brat Kazimierza, wysłał przez prymasa do Rzymu prośbę o kanonizację królewicza. Leon X na początku 1520 r. wysłał w tej sprawie do Polski swojego legata. Ten, ujęty kultem, jaki tu zastał, sam ułożył ku czci Kazimierza łaciński hymn i napisał jego żywot. Na podstawie zeznań legata Leon X w 1521 r. wydał bullę kanonizacyjną i wręczył ją przebywającemu wówczas w Rzymie biskupowi płockiemu, Erazmowi Ciołkowi. Ten jednak zmarł jeszcze we Włoszech i wszystkie jego dokumenty w 1522 r. zaginęły. Król Zygmunt III wznowił więc starania, uwieńczone nową bullą wydaną przez Klemensa VIII 7 listopada 1602 r. w oparciu o poprzedni dokument Leona X, którego kopia zachowała się w watykańskim archiwum.

    Święty Kazimierz
    Kiedy w 1602 r. z okazji kanonizacji otwarto grób Kazimierza, jego ciało znaleziono nienaruszone mimo bardzo dużej wilgotności grobowca. Przy głowie Kazimierza zachował się tekst hymnu ku czci Maryi Omni die dic Mariæ (Dnia każdego sław Maryję), którego autorstwo przypisuje się św. Bernardowi (+ 1153). Wydaje się prawdopodobne, że Kazimierz złożył ślub dozgonnej czystości. Miał też odrzucić proponowane mu zaszczytne małżeństwo z córką cesarza niemieckiego, Fryderyka III.
    Uroczystości kanonizacyjne odbyły się w 1604 r. w katedrze wileńskiej. W 1636 r. przeniesiono uroczyście relikwie Kazimierza do nowej kaplicy, ufundowanej przez Zygmunta III i Władysława IV. W 1953 r. przeniesiono je z katedry wileńskiej do kościoła świętych Piotra i Pawła. Obecnie czczony jest ponownie w katedrze.
    Św. Kazimierz jest jednym z najbardziej popularnych polskich świętych. Jest także głównym patronem Litwy. W diecezji wileńskiej do dziś zachował się zwyczaj, że w dniu św. Kazimierza sprzedaje się obwarzanki, pierniki i palmy; niegdyś sprzedawano także lecznicze zioła (odpustowy jarmark zwany Kaziukami). W 1948 r. w Rzymie powstało Kolegium Litewskie pod wezwaniem św. Kazimierza. W tym samym roku Pius XII ogłosił św. Kazimierza głównym patronem młodzieży litewskiej. W 1960 r. Kawalerowie Maltańscy obrali św. Kazimierza za swojego głównego patrona; otrzymali wówczas część
    relikwii Świętego.

    Święty Kazimierz
    W ikonografii atrybutem Świętego jest mitra książęca. Przedstawiany także ze zwojem w dłoni, na którym są słowa łacińskiego hymnu Omni die dic Mariæ – ku czci Matki Bożej, do której św. Kazimierz miał wielkie nabożeństwo. Często przedstawia się go w stroju książęcym z lilią w ręku lub klęczącego nocą przed drzwiami katedry – dla podkreślenia jego gorącego nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 marca

    Święta Maria Katarzyna Drexel, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Kunegunda, zakonnica
    Święta Maria Katarzyna Drexel
    Katarzyna przyszła na świat w Filadelfii (Stany Zjednoczone) w dniu 26 listopada 1858 roku jako druga córka Franciszka Antoniego Drexela i Hannah Langstroth, należącej do protestanckiej wspólnoty kwakrów. Dwa miesiące później zmarła jej matka. Jej tata po upływie dwóch lat ożenił się z Emmą M. Bouvier, katoliczką, która otoczyła pasierbicę macierzyńską miłością.
    Ojciec był bankierem, współwłaścicielem międzynarodowego imperium bankowego, ale i filantropem. Rodzice uczyli córki, na czym polega prawdziwa wartość bogactwa, i wpajali im przekonanie, że należy je dzielić z innymi ludźmi. Nad jej wykształceniem czuwali najlepsi nauczyciele. Każdego dnia cała rodzina uczestniczyła w Mszy świętej. Gdy Katarzyna ukończyła 11 lat, przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Za namową mamy poprowadziła wraz siostrą niedzielną szkółkę dla dzieci osób zatrudnionych na farmie. Wielkim wydarzeniem w jej życiu była choroba i śmierć ukochanej macochy w 1882 roku. Katarzyna uświadomiła sobie wówczas, że nawet cały rodzinny majątek nie mógł ulżyć mamie, ani tym bardziej uchronić jej przed śmiercią. Coraz częściej zaczęła się zastanawiać nad sensem życia. Wahała się jeszcze co do swojej przyszłości. Każdego roku składała ślub czystości i wciąż modliła się o dar odczytania swego powołania.
    Tymczasem minęły dwa lata od śmierci matki, gdy Pan Bóg wezwał do siebie ojca Katarzyny. W testamencie jedną dziesiątą swego majątku przeznaczył on na natychmiastowe rozdanie ubogim, a resztę podzielił między swoje trzy córki. Gdyby one zmarły nie pozostawiwszy potomstwa, reszta majątku miała być przekazana na cele charytatywne.
    Po kilku latach, w 1886 roku, ze względu na chorobę i za radą lekarzy, Katarzyna udała się do Europy. Po odzyskaniu sił z całego serca werbowała, wraz siostrami, europejskich kapłanów i zakonnice do pracy wśród Indian. Udała się także do Rzymu i podczas audiencji poprosiła papieża Leona XIII o przysłanie misjonarzy do jednej z placówek, którą wspierała materialnie. W odpowiedzi papież zasugerował jej, by sama została misjonarką. Po rozważeniu tej rady razem ze swoim kierownikiem duchowym, biskupem Jamesem O’Connorem, postanowiła poświęcić się służbie Bogu i założyć zgromadzenie zakonne. Pod koniec 1887 roku siostra Drexel, na zaproszenie misjonarza ojca Stephena, udała się w podróż na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Zetknęła się wtedy po raz pierwszy z Indianami. Ogromne wrażenie wywarło na niej ich ubóstwo oraz uwłaczające ludzkiej godności warunki, w jakich zmuszeni byli żyć. Zapragnęła wówczas zrobić coś więcej, by zmienić ich sytuację. Od tej chwili poświęcała wszystkie swoje siły i majątek na wspieranie misji i misjonarzy w ojczyźnie.
    W ciągu trzynastu lat wybudowała szkoły misyjne w obu Dakotach, Montanie, Wyoming, Kalifornii, Oregonie i Nowym Meksyku. W 1889 roku ostatecznie postanowiła oddać się na służbę Bogu. Rozpoczęła nowicjat u szarytek w Pittsburgu. Gazety amerykańskie zareagowały w przewidywany sposób, nagłówki donosiły: “Panna Drexel wstępuje do klasztoru katolickiego odrzucając siedem milionów!” Dwa lata później, dnia 12 lutego 1891 roku, złożyła śluby zakonne jako pierwsza siostra Zgromadzeniu Najświętszego Sakramentu od Indian i Ludności Kolorowej, które poświęciło się głoszeniu Ewangelii Indianom i Afroamerykanom. Potem ufundowała pierwszy klasztor w Cornwells Heights koło Filadelfii. Następnie założyła szkołę dla ubogich dzieci. Kolejnym dziełem była szkoła dla Indian pod wezwaniem św. Katarzyny w Santa Fe (Nowy Meksyk). Jej dwie siostry, które wyszły za mąż, pomagały Katarzynie w tych działaniach. Otwierała szkoły i internaty dla dzieci. Gdy spotykała na swej drodze ludzi uprzedzonych rasowo, potrafiła pokornie znosić wszelkie upokorzenia i niesprawiedliwe osądy. Jej dzieło rozwijało się coraz bardziej. W 1907 roku papież św. Pius X wstępnie zatwierdził regułę nowego zgromadzenia.
    Katarzyna była kobietą modlitwy. Z niej i z Eucharystii czerpała inspirację do działania na rzecz ubogich i pokrzywdzonych. Walczyła z uprzedzeniami społecznymi i rozpowszechnioną wówczas w Ameryce dyskryminacją rasową. Troszczyła się także o formację nauczycieli. Jej wielkim osiągnięciem było powstanie w 1925 roku Xavier University w Luizjanie, pierwszej w Stanach Zjednoczonych wyższej uczelni przeznaczonej głównie dla katolików należących do mniejszości rasowych.
    Ciężka choroba tyfusu, jakiego się nabawiła podczas wizytacji misji w Nowym Meksyku, spowodowała, że przez ostatnie 18 lat swego życia pozostała przykuta do łóżka (w 1937 roku z powodu choroby zrezygnowała z urzędu przełożonej generalnej). Lata te poświęciła modlitwie i kontemplacji. Odeszła do Domu Ojca w dniu 3 marca 1955 roku w Cornwells Heights.
    Ukoronowaniem jej ofiarnego życia było włączenie jej do grona błogosławionych przez papieża św. Jana Pawła II, w dniu 20 listopada 1988 roku, a następnie ogłoszenie jej świętą w dniu 1 października 2000 roku na placu św. Piotra.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 marca

    Święta Agnieszka z Pragi, ksieni

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Karol, męczennik
    Święta Agnieszka z Pragi
    Agnieszka urodziła się w 1205 r. w Pradze jako córka króla Czech, Przemysława Ottokara I. Przez matkę Konstancję spokrewniona była z rodem Arpadów (z którego wywodziło się wielu świętych). Gdy miała trzy lata, postanowiono wydać ją za mąż za jednego z synów Henryka Brodatego, dlatego w 1216 r. wyjechała razem ze starszą siostrą Anną na dwór polski. Przebywała głównie w Trzebnicy, gdzie najprawdopodobniej powierzona była opiece św. Jadwigi, której zawdzięczała solidne podstawy życia religijnego. Kiedy dwóch synów króla umarło bardzo młodo, a trzeci poślubił jej siostrę – Annę, Agnieszka powróciła do ojczyzny. Jednak wkrótce znów została wyprawiona z domu, gdyż obiecano jej rękę synowi cesarza Fryderyka II. To małżeństwo również nie doszło do skutku. Agnieszka stanowczo postanowiła być wierną złożonemu przez siebie ślubowi czystości. Po interwencji u papieża Grzegorza IX uzyskała swobodę decyzji. Wówczas całkowicie poświęciła się działalności charytatywnej i pobożnym praktykom.
    Zatroszczyła się o dokończenie fundacji swego brata Wacława I dla franciszkanów. Kiedy dowiedziała się od przybyłych do Pragi braci mniejszych o duchowych przeżyciach Klary z Asyżu, zapragnęła gorąco iść za jej przykładem, praktykując franciszkańskie ubóstwo.
    Około 1233 roku ufundowała w Pradze szpital oraz klasztor klarysek, zwany czeskim Asyżem, do którego rok później wstąpiła. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 1234 roku złożyła śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Jej decyzja była głośna w ówczesnej Europie. Klasztor przez nią ufundowany stał się ośrodkiem odnowy religijnej, promieniującym na całą Europę Środkową. Utrzymywała stały kontakt listowny ze św. Klarą z Asyżu i z ówczesnym papieżem. Święta Klara nie szczędziła jej słów zachęty do wytrwania na raz wybranej drodze. Tak zrodziła się ich duchowa przyjaźń trwająca przez blisko dwadzieścia lat – chociaż obie święte nigdy nie spotkały się osobiście. Agnieszka Czeska angażowała się w różne akcje mediacyjne. Przypisywano jej także dar proroctwa i umiejętność czytania w ludzkich sercach.
    W swoim dosyć długim życiu, naznaczonym chorobami i cierpieniami, Agnieszka z miłości do Boga i z ogromnym poświęceniem wypełniała posługi miłosierne wobec wszystkich potrzebujących – bez względu na ich przekonania, pochodzenie i sposób myślenia. Jednocześnie służyła duchową pomocą młodym ludziom, którzy pragnęli poświęcić się Bogu poprzez życie zakonne. Prowadziła życie pełne wyrzeczenia i dzieł miłosierdzia.
    Zmarła w opinii świętości jako ksieni klarysek 2 lub 6 marca 1282 r. Św. Jan Paweł II kanonizował ją razem z Albertem Chmielowskim 12 listopada 1989 roku w Rzymie.
    W ikonografii św. Agnieszka z Pragi (zwana też Agnieszką Przemyślidką) przedstawiana jest w habicie franciszkańskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 marca

    Święty Albin, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Feliks III, papież
    Święty Albin
    Albin urodził się w 469 roku w okolicy Vannes, we Francji. Pochodził ze znakomitej rodziny. Miał zapewnioną dostatnią przyszłość. Odrzucił jednak wszelkie ponęty świata i wstąpił do klasztoru o regule św. Augustyna w Tincillac (Cincillac), gdzie potem został opatem (504). Przez 25 lat sprawował ten zaszczytny urząd z wielką korzyścią i zbudowaniem braci. Wyróżniał się dokładnością w zachowaniu reguły, umartwionym życiem i wielką miłością dla podwładnych. Tak ich traktował, jakby oni byli jego panami, a on ich sługą. Umiał jednak być stanowczy w sprawach ważnych.
    W roku 529 zmarł biskup miasta Angers. Ówczesnym zwyczajem zgromadzeni przy metropolicie biskupi, kapłani i wierni na następcę upatrzyli Albina. Wybór okazał się dla diecezji nader szczęśliwy. Albin oddał się z całą żarliwością swojej diecezji. Przewodniczył synodom, które miały za cel przywrócić pierwotną karność kościelną (w latach 538 i 541). Piętnował małżeństwa kazirodcze, które w owym czasie we Francji stały się zwyczajem wśród rodzin arystokratycznych. Jego gorliwość zyskała mu wielu wielbicieli. Należał do nich św. Cezary, biskup Arles. Nie brakowało jednak i wrogów. Doszło do tego, że na Albina urządzano nawet zasadzki i zamachy na jego życie.
    Pan Bóg dał mu dar czynienia cudów. Albin uzdrowił pewnego paralityka, wskrzesił dziecko rodzicom, kilku niewidomym przywrócił wzrok. Jednało mu to wśród ludu powszechną cześć i miłość.
    Po 21 latach utrudzonego pasterzowania zmarł 1 marca 550 roku. Jego śmiertelne szczątki pochowano ze czcią w kościele św. Piotra w Angers. Już w roku 556 ku jego czci wystawiono nowy kościół i tam przeniesiono jego relikwie. Przy tym kościele z biegiem lat powstało opactwo.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – marzec 2026

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    29 marca

    Niedziela Palmowa rozpoczyna Wielki Tydzień

    Msza święta z ceremonią poświęcenia palm o godz. 14.00

    (w nocy 28/29 zmiana czasu zimowego na letni)
    fot. cactusvstudio/Freepik

    ***

    Leon XIV: „Jezus pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu”

    “Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!” – powiedział papież podczas liturgii Niedzieli Palmowej w Watykanie.

    fot. Vatican Media

    Ojciec Święty nawiązał do odczytanego wcześniej opisu Męki Pańskiej (Mt 26, 14 – 27, 66) i zaznaczył, iż widzimy w Nim Króla Pokoju – łagodnego i pełnego miłosierdzia, nawet wobec przemocy i nienawiści. Gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny.

    Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości – stwierdził Leon XIV. Dodał, iż jest to „Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją”.

    Leon XIV zachęcił do dostrzeżenia w cierpieniu Jezusa ból wszystkich ludzi dotkniętych wojną, przemocą i samotnością. Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi! – powiedział papież.

    Ojciec Święty zakończył modlitwą Sługi Bożego,  biskupa Tonina Bello, prosząc Maryję o nadzieję, że cierpienie i niesprawiedliwość przeminą, a łzy ofiar zostaną osuszone.

    Cały tekst homilii papieża Leona XIV:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Gdy Jezus kroczy drogą krzyżową, idziemy za Nim, podążając Jego śladami. Idąc wraz z Nim, kontemplujemy Jego mękę dla ludzkości, Jego zbolałe serce, Jego życie, które staje się darem miłości.

    Spójrzmy na Jezusa, który przedstawia się jako Król Pokoju, gdy wokół Niego trwają przygotowania do wojny. Na Jezusa, który pozostaje niewzruszony w łagodności, w czasie gdy inni szaleją w przemocy. Spójrzmy na Tego, który ofiarowuje się jako ukojenie dla ludzkości, podczas gdy inni chwytają za miecze i kije. Na Tego, który jest światłością świata, podczas gdy wkrótce ziemię mają ogarnąć ciemności. Na Jezusa, który przyszedł, żeby przynieść życie, podczas gdy wypełnia się plan skazania Go na śmierć.

    Jako Król pokoju Jezus pragnie pojednać świat w objęciach Ojca i zburzyć wszelkie mury, które oddzielają nas od Boga i od bliźniego, ponieważ „On jest naszym pokojem” (Ef 2, 14).

    Jako Król pokoju wjeżdża On do Jerozolimy na osiołku, a nie na koniu, wypełniając starożytne proroctwo, które wzywało do radowania się z przybycia Mesjasza: „Oto Król twój idzie do ciebie, / sprawiedliwy i zwycięski. / Pokorny – jedzie na osiołku, / na oślątku, źrebięciu oślicy. / On usunie rydwany z Efraima, / a konie z Jeruzalem; / łuk wojenny zostanie złamany. / Pokój ludom obwieści” (Za 9, 9-10).

    Jako Król pokoju, gdy jeden z Jego uczniów wyciąga miecz, aby Go bronić, i uderza sługę arcykapłana, On natychmiast go powstrzymuje, mówiąc: „Włóż miecz na swoje miejsce, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26, 52).

    Jako Król pokoju, gdy był obarczony naszymi cierpieniami i przebity za nasze grzechy, On „nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją” (Iz 53, 7). Nie chwycił za broń, nie bronił siebie, nie stoczył żadnej wojny. Objawił łagodne oblicze Boga, który zawsze odrzuca przemoc, i zamiast ocalić samego siebie, pozwolił się przybić do krzyża, aby objąć wszystkie krzyże postawione w każdym czasie i miejscu w dziejach ludzkości.

    Bracia i siostry, oto nasz Bóg: Jezus, Król pokoju. To Bóg, który odrzuca wojnę, którego nikt nie może wykorzystać do usprawiedliwienia wojny, który nie słucha modlitwy tych, którzy wojnę prowadzą, i odrzuca ją, mówiąc: „Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham. Ręce wasze pełne są krwi” (Iz 1, 15).

    Patrząc na Tego, który został za nas ukrzyżowany, widzimy ukrzyżowanych spośród rodzaju ludzkiego. W Jego ranach widzimy zranienia wielu współczesnych kobiet i mężczyzn. W Jego ostatnim wołaniu skierowanym do Ojca słyszymy płacz tych, którzy są zdruzgotani, pozbawieni nadziei, chorzy i samotni. Przede wszystkim słyszymy jęk boleści wszystkich tych, którzy są uciskani przez przemoc oraz wszystkich ofiar wojny.

    Chrystus, Król pokoju, wciąż woła ze swojego krzyża: Bóg jest miłością! Zmiłujcie się! Odłóżcie broń, pamiętajcie, że jesteście braćmi!

    Słowami Sługi Bożego, biskupa Tonina Bello, chciałbym powierzyć to wołanie Najświętszej Maryi Pannie, która stoi pod krzyżem Syna i płacze również u stóp współczesnych ukrzyżowanych:

    „Święta Maryjo, Kobieto trzeciego dnia, daj nam pewność, że mimo wszystko śmierć nie będzie już nad nami panować; że dni niesprawiedliwości są już policzone; że łuny wojenne zmniejszą się do rozmiarów świateł zmierzchu; że cierpienia biednych będą miały swój kres. (…) Daj nam wiarę, że łzy bólu wszystkich ofiar przemocy w końcu będą osuszone, jak rosa przez wiosenne słońce”.*)

    *)A. Bello, Maria, donna dei nostri giorni, Cinisello Balsamo 1993: Maryja kobieta naszych czasów, tłum. W. Zasiura, oprac. red. E. Popielarz, Zielonka 2019 [ebook].
    Vatican – Stacja7.pl

    ***

    Niedziela Palmowa

    „Powinna nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować”

    Niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia: od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność

    Każda Niedziela Palmowa, a dokładniej Niedziela Męki Pańskiej niesie ze sobą wiele tajemnic. Osobiście za każdym razem przeżywam ją inaczej. Każdy rok daje nam mnóstwo możliwości, by przeżyć ten czas na różny sposób, a tym samym, by zobaczyć te wydarzenia od innej strony.

    Zatrzymaj się

    Kościół w tym dniu wyjątkowo proponuje nam dwa opisy ewangeliczne. Pierwszy fragment Ewangelii czytany jest na początku liturgii, gdy ma się rozpocząć procesja z palmami – słuchamy wtedy opisu uroczystego wjazdu do Jerozolimy. Lud pełen radości i entuzjazmu wita wjeżdżającego na osiołku Jezusa. Po wysłuchaniu tych słów jesteśmy zaproszeni, by również wziąć udział w procesji na wzór tamtej opisanej przez Ewangelistę – Jezusa reprezentuje tu celebrans.

    Z radością, która wypełnia nasze serca i euforią, że Jezus jest pośród nas, Kościół nagle, bez większych wstępów i wprowadzeń zaprasza nas w klimat Męki Pańskiej. Wielka radość nagle zostaje zamieniona w powagę i smutek, z wrzawy wchodzimy w zasłuchanie i zapatrzenie się na Jezusa – nie ma już palemek i osiołka, a jest krzyż. Radosny krzyk „hosanna” zamieniony jest w nienawistny ryk „na śmierć z Nim, ukrzyżuj Go!”

    Od triumfalnego wyjazdu po ból Golgoty

    Ta niedziela mieści się w tych dwóch wielkich ramach: od uroczystego, triumfalnego wjazdu po przeszywającą od bólu pustkę na Golgocie i samotność przy grobie. To niedziela krzyku dochodzącego do Nieba, by obwieścić triumfalny wjazd i krzyku w tajemnicy Krzyża i ogromnego bólu. To jest niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia. Od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność. To jest czas, który powinien nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować. Tu nie ma miejsca na rutynę, na kopiowanie wyuczonych już doświadczeń czy cukierkowato-jarmarcznych procesji czy może spacerów z kolorowymi palmami. Tu trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Tu nie wystarczy pomachać palmą nawet największą, bo zrobioną na konkurs ogłoszony w parafii, ale trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!

    Trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!

    To także nasza historia

    Codzienna liturgia Kościoła, ale chyba najbardziej liturgia Wielkiego Tygodnia, pokazuje nam ludziom wierzącym, że to, czego Jezus doświadczył przez całe życie na ziemi, a szczególnie w ostatnim tygodniu, gdy przebywał w Jerozolimie jest wpisane w ludzką codzienność. Jego życie, Jego droga, Jego historia jest moją, twoją, naszą drogą, życiem i historią lub lepiej ująć to tak, że nasza droga jest naznaczona Jego drogą – On już tędy przeszedł i nasza historia dzięki Jezusowi jest historią zbawienia, historią świętą. Doświadczenie liturgii Niedzieli Męki Pańskiej, a potem codziennej liturgii Wielkiego Tygodnia jest doświadczeniem opisującym rozdzierane codziennie ludzie serce.

    Ten czas w Kościele, który nazywamy Wielkim Tygodniem ma nam na nowo i z wielką siłą przypomnieć, że nie jesteśmy sami. O tym tak dobitnie słyszymy już w liturgii Słowa w piątym tygodniu Wielkiego Postu, gdy Jezus w Ewangelii Janowej kilkakrotnie przypomina, że nie jest sam – w Jezusie nie jesteśmy sami. Dobry, troskliwy Ojciec czuwa nad nami. Każdy dzień Wielkiego Postu nas do tego momentu przypominał, a kulminacją doświadczenia bliskości, troski i opieki nad nami będzie Triduum Paschalne z rozświetlającą ciemności swoim blaskiem Wigilia Paschalna. Wszystko, czyli nie tylko 40 dni postu, ale całe nasze życie zmierza i zwrócone jest w kierunku jednej liturgii i z niej wszystko się rodzi, tu wszystko się zaczyna. Liturgia Wigilii Paschalnej zwraca nasze serca na wieczną liturgię, liturgię Paschalnego Baranka w Królestwie Bożym do którego zdążamy i na którą zaprasza nas sam Jezus.

    Tylko świadomość, a może nawet bardziej doświadczenie tego w swoim życiu sprawia, że nie tylko jestem gotów przejść przez Wielki Post, ale przede wszystkim jestem gotów i nie boję się tego, co przynosi mi życie. Gdy widzę, że Jezus krok w krok przeszedł już wcześniej to, co teraz ja przechodzę to nie boję się w to wejść, nie chcę się cofać, nie chcę uciekać, ale wytyczoną drogą przez Jezusa otwieram się na potęgę zwycięstwa Boga. To też pomaga mi przejść przez moje upadki i niedoskonałości. Nawet, gdy coś mi się nie uda to pozwolę podnieść się Temu, którego moc udoskonala się w mojej słabości.

    Rozpoczyna się coś ważnego

    Zanim zapadnie cisza Triduum Paschalnego, nim zanurzymy się w Jego rany i ucałujemy znak naszego odkupienia dokonuje się w nas rozdarcie. Nim dokona się Pascha Chrystusa i nasza pascha musi dokonać się śmierć – Jego i nasza. To musi się dokonać i wydarzyć, by rzeczywiście przeżyć i doświadczyć namacalnie radości Wielkiej Nocy i pustego Grobu.

    Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie.

    Za chwilę rozpocznie się Wielki Tydzień. Rozpoczyna się coś bardzo ważnego w liturgii Kościoła i w naszym życiu. Na drodze w centrum stoi Krzyż, a tuż za nim czeka na nas zwycięstwo. Jeżeli chcesz zwyciężyć, nie uciekaj od cierpienia. Im bardziej boli, tym bliżej zwycięstwa jesteś. Ten, kto ucieka od Krzyża – przegrywa. Ten, kto dzieli swoje życie z Ukrzyżowanym –zwycięża. Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie. Z Jego pękniętego serca, rozdartego przez włócznię narodził się Kościół, narodziło się nowe życie. Teraz jest czas, by wejść w to nowe życie. Teraz jest czas, by doświadczyć paschy, przejścia ze śmierci do życia. Teraz jest czas zbawienia.

    o. Marek Krzyżkowski CSSR/Stacja7pl.

    +++

    Abp Adrian Galbas SAC:

    „Wielki Tydzień poświęćmy na wewnętrzne porządki”

    “Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas w Niedzielę Palmową.

    „przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności”

    Metropolita warszawski przypomniał, że w Niedzielę Palmową opis Męki Pańskiej zastępuje tradycyjną homilię, ale skierował kilka słów do parafian. Odniósł się m.in. do postaci Barabasza – przestępcy uwięzionego za bunt i zabójstwo, który powinien był iść na śmierć, ale został z okazji święta Paschy ułaskawiony przez Piłata. Zamiast niego został ukrzyżowany Jezus.

    Barabasz, Bar Sabas, czyli syn ojca, to jestem ja. Każdy z nas jest synem jakiegoś ojca. Jezus za mnie poszedł na śmierć. Za mnie oddał życie. To ja powinienem nie żyć z powodu zła, które popełniam, z powodu mojego grzechu. Ale Jezus go wziął na siebie. Kiedy stajemy przed krzyżem, pierwszym uczuciem jest wdzięczność. „Jezu, Ty to zrobiłeś za mnie, Barabasza”. Przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności – mówił arcybiskup.

    Dalej zachęcił wiernych, aby tak przeżyli rozpoczynający się Niedzielą Palmową Wielki Tydzień, by rzeczywiście w ich życiu był on wielki. On jest wielki nie przez liczbę dni, bo tych jest tyle samo, ale przez akcenty, które w tym tygodniu możemy położyć. I oby to był tydzień, który poświęcimy szczególnie na porządki wewnętrzne – podkreślił.

    Wyjaśnił, że „zwykle przed świętami jest ta panika: to jeszcze nie zrobione, tamto jeszcze nie posprzątane”. Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza: przez sakrament pokuty i pojednania, przez udział w niepowtarzalnej liturgii Triduum Paschalnego, być może też przez inne rzeczy, w których widzę, że coś jest nie tak i potrzebuję regeneracji, odbudowania, uporządkowania – mówił abp Galbas.

    Wtedy to będzie Wielki Tydzień. Tyle samo dni i godzin, co w każdy inny tydzień. Ale wtedy może być Wielki” – dodał, życząc, aby Wielki Tydzień wprowadził w Wielką Noc. – Oby taki był ten czas – nie byle jaki, nie jako taki, nie przeciętny, ale Wielki. Wielkich przeżyć w Wielkim Tygodniu i w Wielką Noc z całego serca wam życzę – zakończył metropolita warszawski.

    ze strony:Stacja7pl.

    ***

    31 marca Wielki Wtorek

    Pan Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się Piotra przed pianiem koguta

     pl.wikipedia.org

    ***

    Dzisiejszy fragment pochodzi z części Izajasza związanej z wygnaniem babilońskim (Iz 40-55). Tekst zaczyna się od wezwania „wysp” i „ludów dalekich”. Hebrajskie ’ijjim nazywa krainy za morzem, więc Sługa mówi od razu do świata szerszego niż Juda. Powołanie „od łona matki” opisuje pierwszeństwo Boga. Podobny język pojawia się u Jeremiasza, gdy Bóg mówi o poznaniu proroka przed narodzeniem. Imię zostaje wypowiedziane przed jakąkolwiek sceną publiczną. Obraz „ust jak miecz” i „strzały wyostrzonej” dotyka słowa, które tnie złudzenia i otwiera drogę prawdzie. Sługa pozostaje „ukryty w cieniu ręki” i „schowany w kołczanie”. To język długiego przygotowania, bez rozgłosu. Ukrycie w dłoni mówi o ochronie i o chwili użycia wyznaczonej przez Boga.

    W wersecie 3 Sługa słyszy imię „Izrael”, a zaraz potem otrzymuje zadanie sprowadzenia Jakuba i zebrania Izraela. Tekst zestawia misję ludu i misję jednej postaci, która niesie w sobie powołanie wspólnoty. Pojawia się doświadczenie jałowego trudu: „Na próżno się trudziłem”. Biblia nazywa zmęczenie posłańca po imieniu. Ciężar sensu zostaje jednak złożony w Bogu: „u Pana jest moja zapłata”. Werset 6 idzie dalej: samo podniesienie pokoleń Jakuba zostaje nazwane „zbyt małą” misją. Sługa otrzymuje zadanie „światła dla narodów” i zbawienia „aż do krańców ziemi”. Dzieje Apostolskie wkładają te słowa w usta Pawła i Barnaby jako uzasadnienie zwrotu ku poganom (Dz 13,47). Orygenes, komentując Ewangelię Jana, cytuje Iz 49,5-6 i pisze, że Syn przyjął postać sługi po to, aby podnieść Jakuba i stać się światłem dla narodów.

    Jan opisuje Wieczerzę w tonie pożegnania. Po obmyciu nóg Jezus „wzruszył się w duchu” i wypowiada twarde świadectwo, że jeden z uczniów Go zdradzi. To słowo wprowadza ciszę pełną napięcia. Uczniowie patrzą po sobie, bo zdanie „jeden z was” obejmuje wszystkich. Piotr reaguje żywo, a zarazem ostrożnie. Nie pyta wprost. Daje znak uczniowi spoczywającemu przy Jezusie. Chryzostom zauważa, że Piotr pamięta wcześniejsze upomnienia i dlatego szuka odpowiedzi przez Jana. Jezus wskazuje zdrajcę gestem stołu. Podaje umoczony kawałek chleba (psōmion). W realiach uczty taki gest bywał znakiem wyróżnienia i bliskości. W tym momencie tekst mówi o wejściu szatana w Judasza. Decyzja dojrzewała wcześniej, teraz zostaje doprowadzona do końca.

    Słowa „Co czynisz, czyń prędzej” odsłaniają prawdę i przyspieszają bieg wydarzeń. Augustyn wyjaśnia, że Pan nie rozkazuje zdrady, tylko ją zapowiada, a przez ten gest ujawnia zdrajcę. Reszta uczniów nadal nie rozumie. Sądzą, że Judasz idzie kupić coś na święto albo rozdać jałmużnę ubogim, bo nosił wspólny trzos. Ten szczegół pokazuje, jak długo wspólnota potrafi żyć obok ukrytej winy, bez jej rozpoznania.

    Judasz wychodzi natychmiast. Jan dopowiada: „Była noc”. To zdanie pełni funkcję znaku. Augustyn pyta o sens dnia po odejściu nocy i łączy „teraz” z męką, w której objawia się chwała Syna Człowieczego. U Jana „uwielbienie” obejmuje krzyż i zmartwychwstanie jako jedno wydarzenie objawienia. Jezus nazywa uczniów „dziećmi”. To jedyne takie miejsce w czwartej Ewangelii. Słowo brzmi jak język ojca, który zostawia domownikom ostatnie polecenia.

    Potem zostaje kwestia drogi, na którą Jezus idzie sam. Piotr pyta: „Dokąd idziesz?”. Słyszy odpowiedź o niemożności pójścia „teraz” i o pójściu „później”. Piotr deklaruje gotowość oddania życia. Jezus zapowiada trzykrotne zaparcie się przed pianiem koguta. Augustyn prosi, aby nie bronić Piotra kosztem słów Chrystusa. Nazywa to grzechem słabości i wzywa do uznania prawdy. Chryzostom widzi w Piotrze żar miłości, który wyprzedza siły. Zapowiedź upadku staje się lekcją pokory przed nocą próby.

    ks. Krzysztof Młotek/Tygodnik Niedziela

    ***

    30 marzec – Wielki Poniedziałek


    Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Namaszczenie w Betanii

    (źródło: brooklynmuseum.org)

    ***

    Według Ewangelii św. Jana, na sześć dni przed Paschą Chrystus przyszedł do Betanii do domu swoich przyjaciół Marii, Marty i Łazarza. Miało to miejsce niedługo po tym jak wskrzesił Łazarza z martwych. Tego dnia wielu Żydów przyszło z ciekawości, aby na własne oczy przekonać się czy to, co słyszeli, było prawdą: że ten, który cztery dni spędził w grobie, znów znalazł wśród żywych.

    Nie jest to bez znaczenia, że Chrystus przyszedł do Betanii zaraz przed pójściem do Jerozolimy. W Jerozolimie bowiem będzie miał umrzeć. Tutaj zaś odwiedził tego, który wcześniej był umarły, ale którego sam wskrzesił – i którym to czynem przepowiedział swoje zmartwychwstanie.

    „Sześć dni przed Paschą” to czas, kiedy Żydzi rozpoczynali przygotowania do Świąt. To właśnie w ten dzień wybierano baranka, który miał być złożony w ofierze. Świętowanie rozpoczęło się ucztą w Betanii, na którą zaproszono też Jezusa, a obok Niego przy stole znalazł się Łazarz. Ewangelista wspomina o tym, by nie pozostawić wątpliwości, że Łazarz znów przebywał wśród żywych. Prawda została ustanowiona, niewiara Żydów pokonana – mówi św. Augustyn.

    W czasie uczty Maria wzięła funt olejku drogocennego – lub inaczej: olejku bez domieszek – i namaściła nim nogi Jezusa, co spowodowało szemranie wśród Jego uczniów. Jednak św. Jan wskazuje szczególnie Judasza, który w swojej obłudzie oburzył się, że przecież lepiej byłoby sprzedać ten olejek, a otrzymane pieniądze rozdać ubogim. W rzeczywistości była to dla niego okazja do kradzieży. To on trzymał trzos, więc mógłby z łatwością przywłaszczyć sobie pieniądze ze sprzedaży olejku – tak samo jak później przywłaszczy sobie trzydzieści srebrników za wydanie czegoś bardziej drogocennego niż olejek – bo samego Jezusa.

    Chrystus skarcił go, mówiąc, że Maria zachowała ten olejek na Jego pogrzeb. Ojcowie Kościoła wyjaśniają, że Maria nie będzie miała możliwości namaścić Ciała Chrystusa po śmierci, bo gdy przybędzie do grobu, ten będzie już pusty. Dlatego teraz Boża Opatrzność dała jej tę możliwość. Przy tej okazji Chrystus raz jeszcze przypomniał o swojej nadchodzącej śmierci, mówiąc: Mnie nie zawsze macie (J 12,8) – to tak jakby chciał powiedzieć: „Poczekajcie jeszcze parę dni, a nie będziecie Mnie już mieć przy sobie.”

    Arcykapłani wpadli w gniew, bo na widok wskrzeszonego do życia Łazarza wielu Żydów przyłączyło się do Jezusa. Postanowili zatem zabić Łazarza. Św. Jan Chryzostom tak to opisuje: Żaden inny cud Chrystusa nie wzbudził takiej wściekłości jak ten. To było tak jawne i tak cudowne – widzieć człowieka chodzącego i mówiącego po tym jak był martwy przez cztery dni. Fakt ten był niezaprzeczalny. W przypadku innych cudów oskarżali Go o łamanie szabatu i w ten sposób odwracali uwagę ludzi, ale tutaj nie było w czym szukać winy, dlatego wyładowali swój gniew na Łazarzu.

    (źródło: Św. Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię według św. Jana
    Św. Augustyn, Homilie na Ewangelię według św. Jana
    )
    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    2 kwietnia

    Wielki Czwartek

    Dzień ustanowienia dwóch sakramentów: Eucharystii i Kapłaństwa

    Msza święta Wieczerzy Pańskiej

    o godz. 20.30

    po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.

    +++

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614) ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    +++

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    +++

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    +++

    Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek

    Za co można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek? To naprawdę proste
    fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com

    ***

    Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.

    Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.

    Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek

    Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.

    O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.

    O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.

    O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.

    +++

    Jak można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.

    Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym  z warunków uzyskania odpustu zupełnego.

    Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba. 

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek

    Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.

    Deon.pl

    +++

    3 kwietnia

    Wielki Piątek

    Liturgia Męki Pańskiej

    o godz. 20.00

    po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.

    w ten dzień obowiązuje post i abstynencja

    dziś rozpoczyna się pierwszy dzień Nowenny do Bożego Miłosierdzia, który jest jednym z największych darów naszych czasów.

    +++

    Dzień spłacenia długu

    Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.

    Matthias Grünewald  Grupa Ukrzyżowania,  1512–1516 r.

    ***

    W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.

    Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.

    Tu jest Baranek

    Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.

    Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.

    Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.

    Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.

    „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.

    Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.

    Gdyby wiedzieli…

    „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).

    W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.

    Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.

    „Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.

    To twoja Matka

    Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.

    Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.

    Zapłacono

    Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.

    Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.

    Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.

    I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.

    Usunięcie przegrody

    „A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).

    I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął.

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    +++

    4 kwietnia

    Wielka Sobota

    Wigilia Paschalna w Wielką Noc

    o godz. 22.30

    święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie:

    o godz.12.00 i 15.00

    w tym czasie jest możliwość spowiedzi św.

    ***

    27 marca – piątek

    „Czy jest boleść podobna do boleści mojej?”

    Kościół wspomina 7 Boleści Matki Bożej

    (Oprac. PCh24.pl)

    ***

    W życiu Matki Bożej miecz boleści przebił jej serce aż siedmiokrotnie. Na tydzień przed Wielkim Piątkiem Kościół daje nam do rozważania Jej cierpienia. Stojąc pod krzyżem, Maryja w szczególny sposób uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.

    Od 1814 r. do 1960 r. Kościół czcił Siedem Boleści Maryi aż dwukrotnie. Bardzo popularne jest Święto Matki Bożej Bolesnej – lub właśnie Jej Siedmiu Boleści – obchodzone 15 września, choć wcześniej było ono ruchome i przypadało w trzecią niedzielę września. Drugi raz boleści Maryi wspominamy właśnie w piątek w tygodniu Męki Pańskiej, czyli dokładnie na tydzień przed Wielkim Piątkiem – dniem Męki i Śmierci Jezusa.

    Tradycja tego Święta sięga roku 1423 i terenów obecnych Niemiec, jednak początkowo było ono obchodzone tam w trzeci piątek po Wielkanocy. Święto bardzo się rozpowszechniało, głównie jako odpowiedź na protestanckie herezje dotykające osoby Maryi. W XVII wieku zaczęto je obchodzić w piątek przed Wielkim Tygodniem, a w 1727 r. papież Benedykt XIII rozciągnął je na cały Kościół Zachodni.

    W swoich początkach było ono również nazywane Transfixio, czyli „Święto Przebicia” [Serca NMP]. Starzec Symeon przepowiedział bowiem Maryi w dniu Ofiarowania Jezusa: A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,35). Stąd też na wielu obrazach artyści przedstawiają serce Maryi przebite aż 7 mieczami.

    Liturgia Mszy św. nie wymienia wszystkich siedmiu boleści z osobna, ale skupia się raczej na rozważaniu Matki Bożej stojącej pod krzyżem i cierpiącej wraz z Synem. Widzimy to przede wszystkim w Ewangelii, ale również w przepięknej sekwencji Stabat Mater, pochodzącej z XIII wieku.

    Wspominanie Matki Bożej cierpiącej wraz ze swoim Synem dotyka bardzo ważnego zagadnienia teologicznego, a mianowicie zasługi de congruo. Maryja bowiem wyjednała nam zbawienie pod krzyżem, lecz nie ze względu na sprawiedliwość (de condigno) – jak to uczynił Chrystus – a raczej ze względu na swoją szczególną bliskość z Bogiem i pełne posłuszeństwo Jego woli (de congruo). Słusznie zatem przysługuje jej tytuł Współodkupicielki.

    Błogosławiona Dziewica, z racji pełni łaski, którą otrzymała, zasłużyła de congruo na zbawienie dla rodzaju ludzkiego – wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu w Summie Teologicznej. Również św. Jan Paweł II w swojej encyklice Salvifici Doloris pisze, że Maryja poprzez swoje macierzyńskie cierpienie w sposób wyjątkowy uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.

    Siedem Boleści Matki Bożej stanowią poniższe wydarzenia z Jej życia:

    1) Proroctwo Symeona (Łk 2,34-35)

    2) Ucieczka do Egiptu (Mt 2,13-21)

    3) Zagubienie Jezusa w Świątyni (Łk 2,41-50)

    4) Dźwiganie krzyża przez Jezusa (J 19,17)

    5) Ukrzyżowanie Jezusa (J 19,18-30)

    6) Zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie na rękach Matki (J 19,39-40)

    7) Złożenie Jezusa do grobu (J 19,39-42)

    PCh.24.pl/źródło: newliturgicalmovement.org, catholicus.eu

    ***

    Droga krzyżowa z Matką Bolesną

    Wstęp (przed ołtarzem)
    Tę Drogę Krzyżową odprawiamy w szczególny sposób z Matką Bolesną. Chcemy się modlić modlitwą Kościoła – Stabat Mater Dolorosa.
    Matko Bolesna, Ty jesteś jedyną Mistrzynią, która może nas nauczyć prawdziwej miłości Boga i bliźniego.


    Prosimy Cię, abyś poprowadziła nas drogą Twego Syna, objaśniła nam jej tajemnice i pobudziła do prawdziwej miłości Jezusa i bliźniego.

    Stabat Mater dolorósa
    iuxta crucem lacrimósa,
    dum pendébat Fílius.

    Stała Matka Boleściwa
    obok krzyża ledwo żywa,
    gdy na krzyżu wisiał Syn.

    Stacja I
    Pan Jezus skazany na śmierć
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Prawdopodobnie Maryja była świadkiem wydania niesprawiedliwego wyroku przez Piłata. Jakże musiała przeżywać podłość i tchórzostwo Piłata, wielką niesprawiedliwość tego wyroku i okrzyki tłumu, żądające śmierci Chrystusa!
    Bóg Ojciec chciał tego – dlatego i Ona pokornie przyjęła wyrok, który powinien być wydany na mnie.

    Cuius ánimam geméntem,
    contristátam et doléntem
    pertransívit gládius.

    Duszę Jej, co łez nie mieści,
    pełną smutku i boleści,
    przeszedł miecz dla naszych win.

    Stacja II
    Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Pan Jezus przez przyjęcie krzyża sprawił, że przestał on być hańbiącą karą. Maryja pogodziła się z wolą Boga sprawiedliwego, dzięki temu wyprosiła dla mnie łaskę przyjęcia krzyża.

    O quam tristis et afflícta
    fuit illa benedícta,
    mater Unigéniti!

    O, jak smutna i strapiona
    Matka ta błogosławiona,
    której Synem niebios Król!

    Stacja III
    Pan Jezus pierwszy raz upada pod krzyżem
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Pochód posuwał się ciasnymi uliczkami Jerozolimy. Maryja nie mogła być blisko Skazańca. Zapewne tylko przez zatrzymanie się ludzi zrozumiała, że Syn Jej upadł. Bardzo pragnęła Mu pomóc, ale była bezsilna.
    Podobna sytuacja może zaistnieć dzisiaj, gdy poddaję się pokusom. Ona chciałaby mi pomóc, ale ja nie chcę Jej pomocy.

    Quae moerébat et dolébat,
    pia Mater, dum vidébat
    Nati poenas íncliti.

    Jak płakała Matka miła,
    jak cierpiała, gdy patrzyła
    na boskiego Syna ból.

    Stacja IV
    Pan Jezus spotyka swą Matkę
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Dopiero po wyjściu z ciasnych uliczek, za bramą, Maryja mogła zbliżyć się do Jezusa. On i Ona czekali na tę chwilę od dawna, od przepowiedni Symeona. Brakuje słów na wypowiedzenie tego, co powiedzieli sobie spojrzeniami.
    Dzisiaj Ona chciałaby spojrzeć głęboko w moje oczy. Ileż może dać mnie, grzesznikowi, Jej spojrzenie… Matko Bolesna, proszę, zajrzyj do dna mojej duszy.

    Quis est homo qui non fleret,
    Matrem Christi si vidéret
    in tanto supplício?

    Gdzież jest człowiek, co łzę wstrzyma,
    gdy mu stanie przed oczyma
    w mękach Matka ta bez skaz?

    Stacja V
    Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Ona – gdyby mogła – jakże chętnie zastąpiłaby Szymona! Jak Jej przykro, że on czyni to tak niechętnie, ociągając się. I jakaż Jej wdzięczność, gdy pod wpływem łaski Szymon się zmienia.
    Ona mnie także będzie wdzięczna za każdą pomoc, którą okażę Jezusowi w bliźnich.

    Quis non posset contristári,
    piam Matrem contemplári
    doléntem cum Fílio?

    Kto się smutkiem nie poruszy,
    gdy rozważy boleść duszy
    Matki z Jej Dziecięciem wraz?

    Stacja VI
    Weronika ociera twarz Panu Jezusowi
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Z grona niewiast jedna tylko zdobyła się na odwagę i okazanie współczucia czynem – Weronika. Powinienem zrozumieć, że teraz Ona, Matka Bolesna, w wielu wypadkach chce posłużyć się mną.

    Pro peccátis suae gentis
    vidit Iesum in torméntis,
    et flagéllis súbditum.

    Za swojego ludu zbrodnię,
    w mękach widzi tak niegodnie,
    zsieczonego Zbawcę dusz.

    Stacja VII
    Pan Jezus drugi raz upada pod krzyżem
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Wyczerpanie Jezusa, którego skutkiem jest drugi upadek, przeszywa Jej serce na nowo.
    Moje powroty do tych samych grzechów mogą być odpuszczone dzięki łaskom, wysłużonym przez drugi upadek Jezusa i dzięki cierpieniom Jej Serca.
    Ona pragnie, abym teraz podniósł się, zrobił prawdziwe postanowienie poprawy, starał się zrozumieć, jakie są powody tych upadków i usunął je ze swego serca.

    Vidit suum dulcem Natum
    moriéndo desolátum,
    dum emísit spíritum.

    Widzi Syna wśród konania,
    jak samotny głowę skłania,
    gdy oddawał ducha już.

    Stacja VIII
    Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Jakże mizerne i nędzne były pocieszenia niewiast w stosunku do cierpień Jezusa. Ale ani Pan Jezus, ani Maryja nie wzgardzili ich dobrą wolą.
    Jeśli z pokorą zechcę Jezusa pocieszyć, także moje uczucia zostaną przyjęte. Mogę przecież w każdej chwili łączyć się z Nim duchowo, aby Mu wynagrodzić za grzechy własne i innych.

    Eia, Mater, fons amóris
    me sentíre vim dolóris,
    fac ut tecum lúgeam.

    Matko, coś miłości zdrojem,
    spraw, niechaj czuję w sercu moim
    ból Twój u Jezusa nóg.

    Stacja IX
    Pan Jezus trzeci raz upada pod krzyżem
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Pochód niemiłosiernie przyspiesza. Jezus znowu upada. Jak wtedy Maryja pragnęła Mu pomóc, tak teraz pragnie wyrwać mnie ze zniechęcenia do życia, do czynienia dobra, do znoszenia bliźnich. Powinienem przyjąć Jej pomoc. Z Nią na pewno będę mógł przezwyciężyć siebie.

    Fac ut árdeat cor meum
    in amándo Christum Deum,
    ut sibi compláceam.

    Spraw, by serce me gorzało,
    by radością życia całą
    stał się dla mnie Chrystus Bóg.

    Stacja X
    Pan Jezus z szat obnażony
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Maryja widzi, jak zdzierają z Niego szaty, jak otwierają się rany. Krew zaczyna spływać obfitymi strugami. Nie może zapomnieć, z jaką czcią ubierała kiedyś Jezusa – Dziecię, a teraz tak Go znieważają…
    Ale Ona wyprasza dla mnie łaskę, aby pamięć o Jego ranach chroniła mnie przed pokusami i upadkami.

    Sancta Mater, istud agas,
    Crucifíxi fige plagas
    cordi meo válide.

    Matko, ponad wszystko świętsza,
    Rany Pana aż do wnętrza
    w serce me głęboko wpój.

    Stacja XI
    Pan Jezus przybity do krzyża
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Mogłoby się wydawać, że Maryja patrząc na przybijanie do krzyża rąk i nóg Najświętszych – bardziej cierpiała niż Jezus.
    Dzięki tym cierpieniom wyprasza mi łaskę, abym nie poddał się znieczuleniu na swój grzech i na cierpienia innych.

    Tui Nati vulneráti,
    tam dignáti pro me pati,
    poenas mecum dívide.

    Cierpiącego tak niezmiernie
    Twego Syna ból i ciernie
    niechaj duch podziela mój.

    Stacja XII
    Pan Jezus umiera na krzyżu
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Maryja razem z Synem przeżywała Jego konanie. Czuła wdzięczność dla Jana i Magdaleny za to, że nie zaparli się Jezusa, że trwali przy Niej, chociaż Jej nie rozumieli.
    Zapamiętam, że przyznając się do Ukrzyżowanego, mam zapewnioną Jej pomoc, zwłaszcza wtedy, gdy sam będę miał trudności.

    Fac me tecum pie flere,
    Crucifíxo condolére,
    donec ego víxero.

    Spraw, niech leję łzy obficie
    i przez całe moje życie
    serce me z Cierpiącym wiąż.

    Stacja XIII
    Pan Jezus zdjęty z krzyża
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    On już nie cierpi, ale Ona nadal współczuje i współcierpi, oglądając rany zadane Synowi.
    Dzisiaj bardzo potrzebujemy tego, aby na nowo przeżywać te cierpienia, które Pan Jezus kiedyś dla nas poniósł. One zdolne są nasze zatwardziałe serca przemienić i uleczyć.

    Iuxta crucem tecum stare,
    fac me tibi sociáre
    in planctu desídero.

    Pragnę stać pod krzyżem z Tobą,
    z Twoją łączyć się żałobą,
    w płaczu się rozpływać wciąż.

    Stacja XIV
    Pan Jezus złożony w grobie
    Kłaniamy Ci się, Panie Jezu Chryste…

    Nieprzyjaciele Pana Jezusa tryumfują – wydaje się im, że jeżeli zapieczętują grób, mają zapewnione ostateczne zwycięstwo.
    Prawdziwa wiara i nadzieja Kościoła zachowana była tylko w Sercu Matki, chociaż było ono jeszcze przepełnione goryczą.
    Jeżeli znajdziemy się oko w oko z poczuciem jakiejś klęski czy śmierci kogoś najbliższego, wtedy zwróćmy się do Niej.

    Virgo vírginum praeclára,
    mihi iam non sis amára,
    fac me tecum plángere.

    Panno Święta, swe dziewicze
    zapłakane wznieś oblicze
    jeden niech nas łączy płacz.

    Zakończenie
    Matko Bolesna, pragnę Ci podziękować za to, że uczyłaś mnie dzisiaj prawdziwie kochać Pana Jezusa i bliźniego.
    Proszę Cię, aby Jego cierpienia nie zatarły się w moim umyśle. Przypominaj mi o nich zwłaszcza wtedy, gdy będę zniechęcony czy daleki od Jezusa, kiedy okażę Mu niewdzięczność swoim postępowaniem.

    Quando corpus moriétur,
    fac ut ánimae donétur
    Paradísi glória. Amen.

    Gdy ulegnie śmierci ciało,
    obleczone wieczną chwałą,
    dusza niech osiągnie raj. Amen

    Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.
    I ty, któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami.

    +++

    Droga Krzyżowa Cierpiących

    Droga Krzyżowa to droga wszystkich wyznawców Chrystusa, ale głównie ludzi cierpiących. Dla nich dźwiganie krzyża jest często ponad siły, dlatego nieodzowna jest pomoc Boża. To właśnie Jezus Chrystus pierwszy niósł krzyż z miłości dla nas.

    Stacja I. Jezus przed Piłatem

    *Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Stajemy przed lekarską diagnozą. Nie wiemy, co nas czeka: operacja, kalectwo, oszpecenie ciała, wielotygodniowy pobyt w szpitalu, a może unieruchomienie w gipsie lub na wózku inwalidzkim. Nasz Zbawiciel wiedział, jaki będzie wyrok i w tej świadomości cały czas żył na ziemi. Wiedział, że będzie strasznie cierpiał i umrze na krzyżu. Jezus Chrystus umiał przyjąć wyrok na Siebie, zgodnie z Wolą Ojca Niebieskiego. Prośmy Chrystusa, aby dopomógł nam w przyjęciu Woli Bożej w naszych ziemskich cierpieniach, tak jak On sam potrafił.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja II. Jezus bierze krzyż na ramiona

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Jakże niechętnie przyjmujemy cierpienia, skarżąc się wokół, dlaczego akurat takie bóle i męki spadły na mnie, dlaczego mnie dotknęła ta choroba, a nie sąsiada czy współpracownika. Zechciejmy iść śladami Chrystusa, przyjmując dobrowolnie się w Jezusa, który bez najmniejszego buntu wziął go na Swoje ramiona. On pomoże nam dźwigać krzyż naszej choroby, jeśli Mu zaufamy i będziemy Mu towarzyszyć w drodze cierpienia.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja III. Jezus upada pod ciężarem krzyża

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    W chorobie są dni pogodne i czas potęgującego się bólu. Nieraz upadamy, tak jak Chrystus pod ciężarem krzyża, pod balastem własnych cierpień fizycznych i moralnych. Może wtedy zazdrościmy tym, którzy w tym czasie są zdrowi i sprawni. Może zdenerwowani odrzucamy leki, które nie przynoszą od razu ulgi w boleściach. Prośmy Pana naszego o cierpliwość i pokorę. Razem z Nim powstańmy, by iść dalej, bo droga do Celu jeszcze daleka.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja IV. Jezus spotyka swoją Matkę

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Matka jest zawsze przy swoim chorym dziecku. Nie śpi ani w dzień ani w nocy, aby ulżyć w cierpieniu dziecku. Matka bez słów rozumie los swego dziecka, zwłaszcza w chorobie. Spotkanie z matką w czasie choroby niesie ukojenie w bólu. Ile wycierpieć musiała Matka Chrystusowa, która była ze swoim Synem Bożym aż po krzyżową śmierć. Matka Boża i nasza, ziemska, najlepiej zna cierpienie swego dziecka i tylko ona umie ukoić je we właściwy sposób. Potrafi też nadać cierpieniom swego dziecka wymiar świętości, jeżeli z Matką Bożą i Jezusem Chrystusem zechcemy nieść nasz krzyż.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja V. Cyrenejczyk pomaga Jezusowi nieść krzyż

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Człowiek chory jest bardzo wrażliwy na zachowanie się innych: lekarzy, pielęgniarek i salowych. Krytykujemy ich często niesprawiedliwie, samolubnie domagając się lepszej troski o siebie. A przecież personel szpitalny lub sanatoryjny jest tak niewielki, a tylu chorych…Wielu ciężej od nas. Nie zapominajmy, że Chrystus przyjął bez słowa skargi lub prośby pomoc Szymona z Cyreny, który nie chciał ulżyć Jego cierpieniom. Uczynił to pod przymusem, z konieczności, z odrazą. Wdzięczni bądźmy w imię Boże za każdy odruch dobroci ze strony naszych bliźnich.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja VI. Weronika ociera twarz Jezusowi

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Święta Weronika miała dużo w sobie odwagi zbliżając się do Chrystusa, skazanego na śmierć, aby obetrzeć zakrwawioną twarz Boga – Człowieka. Pomyślmy, ile ofiary i odwagi ma w sobie personel medyczny – lecząc nas. Zawsze są narażeni na zakażenie się bakteriami różnych chorób. Ile muszą mieć w sobie samozaparcia, aby nas leczyć, badać, pielęgnować, dokonywać zabiegów, myć, karmić, a także milcząco wysłuchiwać naszych obelg pod adresem “ludzi w bieli”. Naśladując Jezusa Chrystusa okażmy wszystkim wdzięczność za stałą pomoc w naszej chorobie: dobrym słowem, uśmiechem, życzliwym gestem, wyrozumiałością, a najbardziej modlitwą.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja VII. Jezus upada po raz drugi

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Choroba miała trwać krótko, ale przedłużyła się. Coraz trudniej znosić nam jej dolegliwości. Wszystko nas drażni: dieta, leki, zabiegi, rozmowy, światło, ciągle te same twarze…Upadamy pod ciężarem krzyża choroby.

    Nasz Odkupiciel upadł z wyczerpania cielesnego i duchowego. Ból, nowe rany, pot, a jeszcze bardziej był przytłoczony grzechami całej ludzkości /naszymi także/; brakiem miłości i cierpliwości od tych, których przyszedł zbawić. Podnieśmy się z tego upadku, abyśmy szli dalej dźwigać krzyż.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja VIII. Jezus poucza kobiety płaczące

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Odwiedziny przy łożu chorego są zawsze radosne, bo to i kwiaty, słodycze, owoce, różne rady i informacje z życia naszego środowiska pracy i zamieszkania…Często nas te odwiedziny zdrowych męczą, a może nawet im głośno zazdrościmy tego beztroskiego ruchu. Cieszmy się z takich wizyt, które dla zdrowych są niemałym wyrzeczeniem.

    Jezus spotykając na swej Drodze Krzyżowej niewiasty nie mówi nic o sobie ani o swoim cierpieniu; nie skarży się. Zechciejmy cierpieć w milczeniu, bo bólu nie da się wyrazić słowami.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja IX. Jezus upada po raz trzeci

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Wyczerpuje się nasza cierpliwość. Nie możemy wrócić do dawnej sprawności fizycznej i psychicznej. Mamy dość leżenia, bólu, różnych zabiegów i coraz to nowych, uciążliwych badań. Załamujemy się. Źle życzymy Bogu i bliźnim, pragniemy rozstania się z życiem. Nie chcemy już więcej cierpieć. Może taka właśnie postawa, pełna niepokoju i buntu, stała się przyczyną trzeciego upadku Jezusa pod krzyżem. On, który całym swoim życiem, męką i śmiercią świadczył Miłość przede wszystkim przez cierpienie – niech sprawi, byśmy poderwali się z kolejnego upadku. Niech nas skłoni do miłości poprzez pogodne znoszenie boleści.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja X. Jezus obnażony z szat

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    W terapii dodatkowym cierpieniem jest obnażenie. Krępuje nas odsłanianie swego schorowanego ciała dla badań lekarskich i zabiegów pielęgniarskich. Bolesne jest pokazywanie swego cierpiącego ciała lekarzowi, który także, poprzez intymną rozmowę, wnika do naszej psychiki, do wielu osobistych tajemnic. Bóg – Człowiek rozumie nas. To właśnie z Niego brutalnie zdzierano szaty, wystawiając Jego umęczone ciało na palący żar słońca i szydercze spojrzenia oprawców. Ofiarujmy Chrystusowi jako dowód miłości to nasze dodatkowe cierpienie.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XI. Jezus przybity do krzyża

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Przykuty do łoża boleści, skazany na inwalidztwo oraz na powolną, nieuniknioną śmierć, proszę swego Zbawiciela: pomóż mi, bym wytrwał w miłości krzyża aż do końca. Pozwól mi, Boże, dobrowolnie cierpieć, tak jak Ty godziłeś się w milczeniu na bezkresną w bólu mękę i śmierć na Golgocie.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XII. Jezus umiera na krzyżu

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Może lekarze oznajmili ci, że cierpisz na nieuleczalną chorobę, że czeka cię już krótki żywot ziemski. Wiesz, że zbliża się śmierć, twoje odejście z doczesnego życia do wiecznego. Czy okres swojej choroby, życiowych rekolekcji wykorzystałeś godnie, aby przygotować się do swej śmierci ? Co przyniesiesz w darze Bogu, który jako Najlepszy Ojciec czeka na ciebie ? Rozważmy to. Ofiarujmy Bogu choćby ostatnie chwile ziemskiej wędrówki, ból rozstania z najbliższymi i boleści konania. Niech to będzie nasza odpowiedź umierającemu Chrystusowi, który zapowiedział: Dziś ze Mną będziesz w raju (Łk. 23, 43)

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XIII. Jezus zdjęty z krzyża

    * Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Zechciejmy już dziś uczynić wszystko, aby przy końcu naszego życia, nieśmiertelna dusza spoczęła w macierzyńskich ramionach Matki Bożej, której Wizerunki z taką czcią otaczamy w naszej Ojczyźnie. Niech Ona wybłaga dla nas u Boga wieczne szczęście, gdzie nie ma ani ran, ani bólu, ani samotności, a tylko króluje wyłącznie Miłość.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Stacja XIV. Złożenie do grobu

    *Kłaniamy Ci się Panie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    Są ludzie, którzy za życia wykupują sobie miejsce na cmentarzu, troszcząc się, aby ich grób miał otoczenie ciche, spokojne i widoczne. Nie to jest ważne. Najważniejsze jest to, gdzie znajdzie się nasza dusza. Tak prowadzić trzeba ziemskie życie, by dusza mogła cieszyć się nieustanną radością oglądania Boga “twarzą w twarz”. Wśród tęsknot najboleśniejszą jest tęsknota za Bogiem. Prośmy Tego, który nas wyprzedził, aby nam przygotować zbawienie, o łaskę DOBREJ śmierci. Pamiętajmy, że śmierć to zmartwychwstanie do życia wiecznego.

    * Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i Ty któraś współcierpiała Matko Bolesna przyczyń się za nami.

    Zakończenie: Bądź uwielbiony Panie Boże za dar cierpienia, oby każde nasze cierpienie było połączone z Twoim.

    +++


    DROGA KRZYŻOWA
    W ZJEDNOCZENIU Z MATKĄ BOLESNĄ

    Modlitwa wstępna
    O dobry Jezu, w zjednoczeniu z Matką Bolesną, świętym Janem, świętą Magdaleną i świętymi Niewiastami, pragnę Ci towarzyszyć w bolesnej drodze na Kalwarię, rozważać Twą bolesną mękę, miłością i współczuciem pocieszać Twe Najświętsze Serce.
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci mękę i śmierć ukochanego Syna Twego i boleści Matki Najświętszej na zadośćuczynienie za grzechy moje i całego świata, w intencjach Kościoła świętego, za Ojca Świętego, za nawrócenie grzeszników i na uproszenie łaski …

    Stacja 1
    Jezus na śmierć skazany

    O drogi Jezu, nie wystarczało dla Twojej nieskończonej miłości być skrępowanym, biczowanym, cierniem ukoronowanym, porównanym z Barabaszem, oplwanym i spoliczkowanym. Twoja miłość  przynaglała Cię  do przyjęcia  haniebnego wyroku na śmierć krzyżową. Przez to nieskończone upokorzenie użycz mi skruchy serdecznej za moje grzechy i gotowości, aby raczej wszystko wycierpieć, aniżeli obrazić Cię najmniejszym grzechem.

    Stacja 2
    Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona

    Mnie to, o dobry Jezu, a nie Tobie, ten krzyż przystoi; krzyż złożony z ciężkich i licznych grzechów. Przez Twe niewysłowione cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, udziel mi siły do dźwigania krzyża codziennych obowiązków i spraw, abym się tak rozmiłował w krzyżu, iżbym w cierpieniu dla Ciebie znalazł prawdziwe szczęście.

    Stacja 3
    Jezus upada pod krzyżem

    O mój dobry Jezu, upadający pod ciężarem krzyża, aby mnie, nędznego grzesznika, wydźwignąć z przepaści moich grzechów, zmiłuj się nade mną i udziel łaski, abym do końca życia opłakiwał moje grzechy, i w akcie gorącej miłości w godzinie śmierci w ręce Twoje oddał mego ducha.

    Stacja 4
    Jezus spotyka Matkę Bolesną

    O mój dobry Jezu, jak niewypowiedziana boleść przeniknęła Twoje Najświętsze Serce przy spotkaniu z Matką Bolesną na drodze krzyżowej, a jaki przeogromny ból i smutek ogarnął Serce Maryi, gdy ujrzała Ciebie tak cierpiącego! Przez te niewypowiedziane cierpienia błagam Cię, najdroższy mój Zbawicielu, użycz mi łaski, abym za życia cieszył się szczególną opieką mej Niebieskiej Matki, a po śmierci został przez Nią wprowadzony do wiecznej chwały.

    Stacja 5
    Szymon Cyrenejczyk pomaga Jezusowi w niesieniu krzyża

    O mój dobry Jezu, który z nieskończonej miłości wybrałeś mnie, abym podobnie jak Szymon Cyrenejczyk pomagał Ci w dźwiganiu krzyża, który niewdzięczność i złość ludzka włożyła na Twoje ramiona, udziel mi światła i siły, abym przez wierne pełnienie Woli Bożej odpowiedział Twemu wezwaniu pełnemu miłości.

    Stacja 6
    Święta Weronika ociera Oblicze Jezusa

    O Jezu, który w nagrodę za miłosną i pełną odwagi usługę, oddaną Ci przez świętą Weronikę na drodze krzyżowej, odbiłeś na jej chuście Twe Przenajświętsze Oblicze, błagam Cię, odbij je również na moim sercu, abym nieustannie rozważając Twoją mękę, zapalił się gorącą miłością ku Tobie i gotów był ponieść wszelkie ofiary, które by wymagały chwała Boża lub dobro bliźniego.

    Stacja 7
    Jezus upada po raz drugi pod krzyżem

    O drogi Jezu, upadający po raz drugi pod ciężarem krzyża, aby nam wysłużyć powstanie z grzechów i niewierności, użycz mi łaski umiejętnego korzystania z moich upadków i zapal w moim sercu ogień miłości, który by je oczyścił i uczynił miłym przybytkiem dla Ciebie.

    Stacja 8
    Jezus pociesza płaczące niewiasty

    O mój dobry Jezu, dlaczego moje serce nie rozpływa się we łzach współczucia i boleści nad Twoją  męką,  i  łzami  skruchy  z  powodu  moich grzechów, abym – podobnie jak owe płaczące niewiasty – zasłużył na Twe spojrzenie pełne miłości.

    Stacja 9
    Jezus upada po raz trzeci

    O Jezu, moje częste upadki były przyczyną Twego trzeciego bolesnego upadku na drodze krzyżowej. Przyschnięte rany otworzyły się, strumienie Przenajświętszej Krwi znaczą Twoje ślady. Z najgłębszą czcią zbieram Twą Przenajświętszą Krew i ofiaruję Ojcu Przedwiecznemu za grzechy moje i całego świata.

    Stacja 10
    Jezus z szat obnażony

    O Jezu, z miłości ku mnie z szat obnażony, zbroczony krwią, napojony żółcią i octem, uwielbiam Ciebie  i błagam,  przez  zasługi  Twojej  bolesnej męki, oczyść mnie ze skłonności do grzechu i użycz ducha pokuty i wielkiej czystości duszy i ciała, abym, przyobleczony w te cnoty, zasłużył być zaliczony do grona Twoich wybranych.

    Stacja 11
    Jezus przybity do krzyża

    O Jezu najdroższy, tępymi gwoździami przybity do krzyża, któż mi da odczuć nieskończoną Twą boleść i miłość! Twą miłość, abym dla Ciebie wzgardził wszelką inną miłością, Twą boleść, abym w tym życiu ukochał wszystko, co boli i czyni podobnym do Ciebie.

    Stacja 12
    Jezus umiera na krzyżu

    O Jezu konający, upadam w duchu u stóp Twego krzyża, z największą czcią i miłością całuję Twe Najświętsze Rany, i błagam – przez konanie Twego Najświętszego Serca i przez boleści Two-jej Matki – obmyj we Krwi Twojej grzeszników całego świata, którzy teraz konają i tych, co dziś jeszcze mają umrzeć. Serce Jezusa konające, zmiłuj się na umierającymi.

    Stacja 13
    Zdjęcie Jezusa z krzyża i oddanie Matce

    O Matko bolesna, królowo męczenników, użalam się nad Tobą. Obosieczny miecz boleści przeniknął Twe Serce, gdy trzymając na swym łonie martwe ciało Jezusa, wpatrywałaś się w zranione i krwią zbroczone Jego Najświętsze Oblicze. Przyrzekam u stóp Twoich, Matko Bolesna, unikać dobrowolnych grzechów, aby nimi powtórnie nie krzyżować Jezusa. Uproś mi, Matko, wierność w wykonaniu tego postanowienia i przyjmij mnie za swoje dziecko.

    Stacja 14
    Jezus złożony do grobu

    Cześć i pokłon oddaję Tobie, mój Zbawicielu, który na haniebnym drzewie krzyża złożyłeś w ofierze za mnie swoje życie, a potem chciałeś być pogrzebany, by trzeciego dnia chwalebnie zmartwychwstać.
    Przyjdź do mego serca, niech ono będzie Twym grobem, i udziel mi łaski, abym zjednoczony z Tobą za życia, wraz z Tobą zmartwychwstał.

    Na zakończenie – 3 razy:
    O Jezu, spójrz na krwawe łzy Twej Matki, która umiłowała Cię najmocniej już tu na ziemi i nadal najgłębiej miłuje Cię w niebie.

    Modlitwa
    O Maryjo, Matko Boleści, Matko Litości i Matko Miłosierdzia, zjednocz nasze prośby ze swoimi prośbami, aby Twój Boski Syn, Jezus, którego wzywamy, wysłuchał nasze wołanie, a przez przyczynę Twoich matczynych krwawych łez udzielił nam łask, o które błagamy, i doprowadził nas do szczęścia wiecznego. Amen.
    Twoje krwawe łzy, o Matko Bolesna, kruszą moc szatana! O Jezu, zakuty w kajdany, przez Twoją Boską łagodność uchroń świat przed zagładą!

    +++

    ***

    25 marca – środa

    V Tydzień Wielkiego Postu

    Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco
    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News

    ***

    Msza św. o godz. 19.00 w kościele św. Piotra

    ***

    „Bez Maryi nie ma Kościoła”

    (słowa kardynała Josepha Ratzingera)

    ***

    Będąc na Jasnej Górze 26 maja 2006 roku, już jako papież Benedykt XVI, powiedział:

    „Maryja podtrzymywała wiarę Piotra i apostołów w wieczerniku, a dziś podtrzymuje Ona moją i waszą wiarę.”

    Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
    Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
    Alberto PIZZOLI / AFP


    Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może (…) rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej. Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa.

    św. Jan Paweł II – Encyklika Evangelium Vitae

    fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Jak podjąć Duchową Adopcję Dziecka Poczętego?

    25 marca przeżywany jest Dzień Świętości Życia. To okazja do przyjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Jak to zrobić i z czym wiąże się takie zobowiązanie?

    Święto życia
    Od 27 lat, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, w Kościele w Polsce przeżywany jest Dzień Świętości Życia. Został ustanowiony przez 293. Zebranie Plenarne Episkopatu Polski w odpowiedzi na apel papieża Jana Pawła II z encykliki Evangelium Vitae.

    Ojciec Święty pisał w niej: „proponuję (…) aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia […] Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji. Należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej”.

    W przededniu uroczystości, 24 marca w Polsce obchodzony jest także Narodowy Dzień Życia. To inicjatywa sięgająca 2004 r., kiedy ustanowił ją Sejm Rzeczypospolitej Polskiej.

    Kto może przyjąć duchową adopcję i jakie warunki trzeba spełnić?
    Dzień Świętości Życia to dobra okazja do przyjęcia Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. – To szczególna modlitewna forma opieki nad każdym dzieckiem poczętym. Trwa dziewięć miesięcy – wyjaśnia ks. dr Paweł Gałuszka, duszpasterz rodzin Archidiecezji Krakowskiej. Przez ten czas codziennie należy odmówić jedną dziesiątkę różańca oraz „Modlitwę codzienną odmawianą w ramach duchowej adopcji dziecka poczętego zagrożonego zagładą”.

    Panie Jezu za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem świętego Józefa,
    „Człowieka Zawierzenia”, który opiekował się Tobą, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady i które duchowo adoptowałem. Proszę, daj rodzicom tego dziecka miłość i odwagę, aby zachowali je przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Amen.
    Opieką obejmuje się każdorazowo tylko jedno dziecko nienarodzone. Inicjatywa skierowana jest do wszystkich, niezależnie od stanu, płci czy wieku. W przypadku dzieci zaleca się podejmowanie duchowej adopcji pod opieką rodziców.

    Zobowiązanie można podejmować wielokrotnie pod warunkiem spełnienia wszystkich poprzednich zobowiązań. Zachęca się również do podejmowania przy tej okazji także innych, dodatkowych postanowień – np. częstej spowiedź i Komunii Świętej, adoracji Najświętszego Sakramentu, czytania Pisma Świętego czy walki z własnymi nałogami.

    Jak przyjąć duchową adopcję?
    Chociaż wskazane jest, aby złożenie przyrzeczenia duchowej adopcji odbywało się uroczyście, w kościele, można jednak dokonać tego aktu prywatnie. W takim wypadku formułę przyrzeczenia należy odczytać najlepiej przed krzyżem i obrazem. Dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.

    Przyrzeczenie Duchowej Adopcji

    Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo,

    wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony/a pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych,

    Ja, (Imię i Nazwisko), (data urodzenia)

    postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…)

    biorę w duchową adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez 9 miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawiam: odmawiać codzienną modlitwę w intencji nienarodzonego, codziennie ofiarować jeden dziesiątek różańca, podjąć postanowienie:

    (…)

    (krótki opis postanowienia)

    (miejscowość i data)

    (podpis)
    Przy przyjmowaniu kolejnej duchowej adopcji, konieczne jest ponowne złożenie przyrzeczenia. Dłuższa przerwa – np. trwająca miesiąc lub dwa – w modlitwie, przerywa duchową adopcję. Wówczas należy ponownie złożyć przyrzeczenie, starając się go tym razem dotrzymać. Krótkie przerwy nie są przeszkodą do kontynuacji. Koniecznym jest jednak wtedy przedłużenie modlitwy o opuszczone dni.

    Dzieło duchowej adopcji powstało po objawieniach w Fatimie, stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987 roku inicjatywa trafiła do Polski.

    W Archidiecezji Krakowskiej corocznie, w Dzień Świętości Życia odprawiana jest Msza św. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w intencji dzieci poczętych. W czasie Eucharystii można złożyć deklarację duchowej adopcji. Dodatkowo comiesięcznie, w każdą drugą sobotę miesiąca, w krakowskich Łagiewnikach można uczestniczyć w Modlitewnym czuwaniu w intencji obrony życia poczętego. Przy tej okazji także można złożyć deklarację duchowej adopcji lub odnowić już podjęte zobowiązanie.

    ***

    Jezus był embrionem. Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia

    Gdyby urodzili się ci, którym urodzić się nie dano, świat byłby lepszy. Bo każda aborcja to utrata oszałamiającego daru, jakim jest człowiek. O tym przypomina Dzień Świętości Życia.

    My widzimy dziecko bądź osobę dorosłą, starca bądź niemowlaka. Ale Bóg nie jest ograniczony czasem i widzi człowieka całego, a nie tylko wycinkowo, jak my. Ogarnia nas w całości, z naszą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, i już na starcie obdarza nas darami potrzebnymi do tego, żebyśmy sami byli darem dla innych.

    „Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” – zachwyca się psalmista.

    Jak strasznym zgrzytem w cudzie stworzenia musi być ludzka decyzja o przerwaniu Bożego planu dla człowieka. Zniszczenie rozwijającego się życia niszczy także osoby, które za to odpowiadają. „Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia, także w fazie początkowej, która poprzedza narodziny. Człowiek już w łonie matki należy do Boga, bo Ten, który wszystko przenika i zna, tworzy go i kształtuje swoimi rękoma, widzi go, gdy jest jeszcze małym, bezkształtnym embrionem, i potrafi w nim dostrzec dorosłego człowieka, którym stanie się on w przyszłości i którego dni są już policzone, a powołanie już zapisane w księdze żywota” – napisał Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae. To właśnie ten dokument stał się inspiracją do obchodzonego w wielu krajach Dnia Świętości Życia. Papież zaproponował w nim ustanowienie na całym świecie corocznych obchodów Dnia Życia. „Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji: należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej” – zalecał Ojciec Święty.

    Mocą władzy…

    Papież z Polski przypomniał w Evangelium vitae, że „przykazanie »nie zabijaj« ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych”.

    Żeby zapobiec pseudoteologicznym spekulacjom, rozmywającym zło procederu uśmiercania niewinnych, Jan Paweł II sięgnął po papieski autorytet nieomylności, używając w encyklice formuły ex cathedra: „Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2,14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”.

    Stąd, kontynuuje papież, „świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości”.

    Oznacza to, że jednoznaczne uznanie aborcji za zło moralne jest obowiązkiem katolika, a wszelkie uniki w rodzaju popierania tzw. opcji „za wyborem” są dla wiernych niedopuszczalne. Dotyczy to także eutanazji. Jan Paweł II, pisząc o tym, przywołał w encyklice orzeczenie Kongregacji Doktryny Wiary. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” – czytamy w Deklaracji o eutanazji.

    Adopcja w duchu

    Kościół w Polsce odpowiedział na apel Jana Pawła II. W 1998 roku episkopat wyznaczył Dzień Świętości Życia na 25 marca, czyli liturgiczną uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W tym dniu Kościół świętuje poczęcie się Zbawiciela, który od tej chwili stał się człowiekiem. Oznacza to, że Jezus, jako prawdziwy człowiek, był embrionem i zanim się urodził, przeszedł wszystkie stadia rozwoju płodowego. I już na tym etapie św. Elżbieta, podczas spotkania z Maryją, nazywa Go Panem.

    Obchodom Dnia Świętości Życia w Polsce towarzyszy tzw. duchowa adopcja. Ruch Duchowej Adopcji w Kościele katolickim jest odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej, która w Fatimie prosiła o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za grzechy. To trwająca 9 miesięcy (tyle, ile ciąża) modlitwa w intencji znanego Bogu dziecka poczętego, zagrożonego zabiciem. Jedna osoba modli się za jedno dziecko, odmawiając dziennie jedną tajemnicę Różańca i specjalną modlitwę za maleństwo i jego rodziców. Duchową ­adopcję może podjąć każdy, bez względu na swoją sytuację – również osoby, które odcięły sobie dostęp do sakramentów. Decydując się na to, należy jednak wytrwale wypełniać podjęte postanowienia.

    Kościół i państwo

    Dzień Świętości Życia w wielu krajach, podobnie jak w Polsce, jest obchodzony w uroczystość Zwiastowania, ale nie jest to reguła. Na przykład w Stanach Zjednoczonych obchodzi się go w trzecią niedzielę stycznia. Ma to związek z datą 22 stycznia, czyli rocznicą wejścia w życie poprawki do konstytucji legalizującej aborcję na życzenie. Z obchodami kościelnymi korespondują tam wydarzenia natury społecznej i państwowej. Trzeba bowiem zaznaczyć, że proceder aborcyjny, który pochłonął życie kilkudziesięciu milionów dzieci, spotyka się w Ameryce ze wzrastającym oporem środowisk pro life, mobilizujących do sprzeciwu znaczną część społeczeństwa. Corocznie w całym kraju odbywają się 22 stycznia marsze dla życia. Największa manifestacja tradycyjnie ma miejsce w Waszyngtonie. Gromadzi się tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Warto zauważyć, że Ronald Reagan w 1984 r. ustanowił Narodowy Dzień Świętości Życia, który obchodzono w USA co roku 22 stycznia, aż do objęcia władzy przez Baracka Obamę. Tradycję tę przywrócił Donald Trump.

    To błogosławieństwo

    Nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu modlitwa, szczególnie ta zanoszona do Boga w Dniu Świętości Życia, wpływa na poziom ochrony dzieci poczętych, widzimy jednak, że w wielu środowiskach następuje refleksja nad wartością ludzkiego życia, a to przekłada się na spadek liczby aborcji. Szczególnie jest to widoczne w Polsce. Nie tylko dlatego, że od chwili orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności aborcji eugenicznej przerywanie ciąży jest u nas w praktyce zabronione. Także dlatego, że gdy kolejne państwa coraz bardziej ułatwiają aborcję, Polska jej de facto zakazuje. Nie ma też u nas mowy o eutanazji. To powód do dumy i wzór dla innych państw. Dzięki temu także reakcja Polski na kryzys uchodźczy jest spójna z jej ogólnym poszanowaniem zasad prawa naturalnego. W naszym kraju szanuje się ludzkie życie nie tylko w słowach, ale także w ustawodawstwie, które dziś w praktyce nie pozwala zabijać żadnego człowieka. To otwiera nas na błogosławieństwo, które jest szczególnie widoczne w tajemnicy Zwiastowania Pańskiego. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    25 marca

    Dzień Świętości Życia

    połączony z Adopcją Dziecka Poczętego

    Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.

    „Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.

    Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach:  centrumzawierzenia.jasnagora.pl,  www.duchowaadopcja.pl oraz  paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.

    Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.  Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.

    MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA

    (do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)

    O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.

    Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.

    św. Jan Paweł IIEncyklika Evangelium vitae

    ***

    Codzienna modlitwa Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego,
    towarzysząca dziesiątce różańca: 

    Panie Jezu,
    za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi,
    która urodziła Cię z miłością
    oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia,
    który opiekował się Tobą po narodzeniu,
    proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem,
    a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
    Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę,
    aby swoje dziecko pozostawili przy życiu,
    które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Ame
    n.

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    ***

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ***

    Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji

    fot. Pixabay

    ***

    W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?

    Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.

    Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”

    W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.

    Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.

    Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.

    Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.

    źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl

    +++

    Jak przygotować się do spowiedzi wielkopostnej?

    Wielki Post to często czas, w którym intensyfikujemy pracę nad swoim życiem duchowym. Podejmujemy wyrzeczenia, postanowienia i refleksje nad naszym życiem, pragnąć dobrze przygotować się na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z ważnych aspektów jest sakrament pokuty i pojednania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do spowiedzi.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Nawrócenie, przebaczenie i pojednanie

    Spowiedź, według Katechizmu Kościoła Katolickiego, jest „sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia w sposób sakramentalny wezwanie Jezusa do nawrócenia, drogę powrotu do Ojca, od którego człowiek oddalił się przez grzech”.

    – W konfesjonale sam Jezus Chrystus obdarza nas swym miłosierdziem. Papież Franciszek mówi wręcz, że „miłosierdzie jest sposobem, w jaki Bóg przebacza (…). Wielkie jest miłosierdzie Boga, wielkie jest miłosierdzie Jezusa: wybaczać nam poprzez czuły gest” – podkreśla ks. Zbigniew Bielas, kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Jak zaznacza, warto pamiętać, że dzięki temu sakramentowi „odzyskujemy stan łaski uświęcającej, otrzymujemy wewnętrzny pokój i pojednanie z Bogiem i Kościołem”. W łagiewnickim sanktuarium łącznie przez ponad 170 godzin w tygodniu pełniona jest posługa odpuszczania grzechów i przynoszenia wiernym przebaczenia. Św. Jan Paweł II, w dniu konsekracji bazyliki 17.08.2002 r. wyraził prośbę: „Modlę się, aby ten kościół był zawsze miejscem głoszenia orędzia o miłosiernej miłości Boga, miejscem nawrócenia i pokuty”.

    Warunki

    Kościół określa pięć warunków dobrej spowiedzi, które są bezpośrednią formą przygotowania i realizacji tego sakramentu. To: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.

    – Myślę, że podstawą każdej dobrej spowiedzi jest dobry rachunek sumienia i wypełnienie pozostałych warunków — mówi kustosz łagiewnickiego sanktuarium. – Oprócz tego na naszej drodze do świętości i czerpaniu właściwych owoców ze spowiedzi warto też zwrócić uwagę na wskazówki dotyczące tego sakramentu, które przekazała nam w „Dzienniczku” św. Faustyna: całkowitą szczerość i otwartość, pokorę oraz posłuszeństwo (por. Dz. 112) — dodaje.

    Rachunek sumienia

    Do przyjęcia sakramentu pokuty należy przygotować się przez rachunek sumienia. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), powinien być on przeprowadzony w świetle Słowa Bożego np. przy pomocy Dekalogu, Hymnu o miłości lub Kazania na Górze. – Dziś można znaleźć wiele różnych pomocy w modlitewnikach, czy w Internecie na stronach poświęconych spowiedzi. Trudno wskazać tylko na jeden konkretny dla wszystkich. Są opracowane rachunki sumienia dla poszczególnych stanów: małżonków, narzeczonych, młodzieży, dla starszych, dla osób duchownych, dla dzieci. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ważne, by zanim klękniemy u kratek konfesjonału przeanalizować swoje życie od czasu ostatniej spowiedzi i przypomnieć sobie ostatnie postanowienie, wyznać grzechy — wyjaśnia ks. Zbigniew Bielas. W bazylice Bożego Miłosierdzia przy wejściu do strefy spowiedzi można zaopatrzyć się w rachunek sumienia, opracowany na podstawie dziesięciu Przykazań Bożych. Ta prosta pomoc, z której chętnie korzystają penitenci.

    – Zasadniczo spowiedź jest wyznaniem grzechów. Jednak jeśli warunki czasowe na to pozwalają, warto spojrzeć na nasze życie duchowe w szerszym kontekście: czy i w jakim zakresie udało się nam coś zmienić, poprawić się w jakiejś dziedzinie, odnieść zwycięstwo nad naszą słabością i tym podzielić się ze spowiednikiem — radzi duchowny.

    Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy

    Katechizm Kościoła Katolickiego określa żal za grzechy jako „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Kościół wyróżnia dwa rodzaju żalu: doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wypływa z miłości do Boga miłowanego ponad wszystko i powoduje odpuszczenie grzechów powszednich. Drugi natomiast rodzi się z lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, ale również, jak wskazuje katechizm, jest przygotowaniem do odpuszczenia grzechów ciężkich w sakramencie pokuty. Żal za grzechy idzie w parze z kolejnym warunkiem: mocnym postanowieniem poprawy. Potrzebna jest decyzja o chęci bycia lepszym.

    Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu

    Po przystąpieniu do spowiedzi pamiętać trzeba o ostatnim warunku jej dobrego przeżycia: zadośćuczynieniu Panu Bogu i bliźniemu. – Wiemy, że grzech zrywa naszą przyjaźń z Bogiem. Rani nie tylko nas, ale często wyrządza także szkodę bliźniemu. Musimy więc uczynić wszystko, by ją naprawić. Oddać to, co sobie przywłaszczyliśmy. Przywrócić dobre imię osobie oczernionej. Odwołać poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, czy wynagrodzić krzywdy — tłumaczy ks. Zbigniew Bielas, dodając, że „odpuszczony grzech domaga się ze sprawiedliwości zadośćuczynienia i odpokutowania w różnych wymiarach”.

    Pomocą w tym wypadku staje się również zadana penitentowi w konfesjonale przez kapłana pokuta. – Zawsze powtarzałem na katechezie, że zadośćuczynienie to taka sprawa honoru: Pan Bóg mi coś darował, ja, choć w niewielkim wymiarze podejmuję pokutę, aby Mu za to podziękować i wynagrodzić popełnione zło — wyjaśnia rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.

    Kiedy jest dobry czas na wielkopostną spowiedź?

    – Myślę, że dziś wielu z nas zapomina o tym, co jest bardzo ważne w życiu wiary. Jesteśmy zabiegani. Spieszymy się. Chcemy wszystko załatwić szybko — zauważa ks. Bielas i dodaje, że właśnie dlatego warto zaplanować czas na spowiedź. – Przed świętami planujemy czas na sprzątanie, na zakupy, a często spowiedź zostawiamy na tak zwany „ostatni moment”. Potem kiedy przychodzimy do kościoła i widzimy duże kolejki, denerwujemy się. Może nieraz nawet rezygnujemy, usprawiedliwiając się brakiem czasu — zauważa.

    – W wielu parafiach organizowane są rekolekcje i uwzględniony jest dzień na spowiedź — zauważa kustosz, zachęcając do korzystania z tej cennej okazji i tego, aby nie zostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami. Niektórzy nie mają możliwości skorzystania z sakramentu wcześniej. Powodem może być stan zdrowia, obowiązki zawodowe czy pobyt za granicą. Jak podkreśla ks. Bielas, dla tych osób kapłani czuwają w konfesjonale nawet przez całą noc, szczególnie w Wielki Piątek. – Zawsze to wielka radość, gdy widzimy tylu wiernych, którzy pragną pojednać się z Bogiem i z oczyszczonym sercem przeżywać świętowanie w Kościele, domu, rodzinie – dodaje.

    Obowiązek spowiedzi oraz przyjęcia Komunii Świętej

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym, wierni są zobowiązani do przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku. Ze względu na to, że Kościół nakazuje, by również przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą, wierzący często decydują się na spowiedzi w okresie Wielkiego Postu, pomiędzy Środą Popielcową a Niedzielą Palmową. Zaleca się, aby miała ona miejsce przed Wielkim Czwartkiem, po to, aby dni Triduum Paschalnego przeżywać w stanie łaski uświęcającej.

     Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela

    ***

    Jak zrobić rachunek sumienia przed spowiedzią. Oto metoda ignacjańska

    fot. Canva/Wikipedia

    ***

    Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.

    Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.

    Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?

    Św. Ignacy z Loyoli proponuje zaskakujące podejście do rachunku sumienia!. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym. 

    Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.

    Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.

    Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła. 

    Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.

    Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku

    Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.

    1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.

    Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.

    Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu? 

    W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.

    Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!

    2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.

    Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.

    Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.

    3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…). 

    W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?

    Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?

    Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?

    Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.

    4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.

    Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!

    Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.

    5. Postanowić poprawę za Jego łaską.

    Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę. 

    Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.

    Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.

    Ojcze nasz

    Kilka przydatnych wskazówek

    • Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
    • Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
    • Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
    • Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty.

    Stacja7.pl

    ***

    Niechciany sakrament

    Niechciany sakrament
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.

    Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    +++

    Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu

    Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.

    Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?

    Ks. Łukasz Sośniak SJ:
     Oczywiście, że robię.

    Codziennie?

    Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.

    Jak to w praktyce wygląda?

    W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.

    A co po dziękczynieniu?

    Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.

    Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.

    Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.

    Podjęcie takiej praktyki może być trudne.

    Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.

    Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?

    Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.

    Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?

    Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.

    Co zrobić, żeby się „otworzyć”?

    Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.

    Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?

    Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.

    Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.

    Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.

    ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Gość Niedzielny

    +++

    22 marca 2026

    V Niedziela Wielkiego Postu

    Dlaczego zasłaniamy krzyże?

    Ten zwyczaj ma długą historię i przypomina o prostej prawdzie

    W piątą niedzielę Wielkiego Postu w kościołach zgodnie ze średniowieczną tradycją zasłania się krzyże. Aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.

    fot. Roman Koszowski – Gość Niedzielny

    ***

    Krucyfiksy, a nawet niektóre obrazy zostają ukryte za fioletowym lub czerwonym płótnem. Liturgia posługuje się znakami, które mają nas wyrwać z uśpienia, ożywić, wciągnąć w misterium. Kościół nie jest teatrem, ale zarazem posługuje się językiem teatralnych gestów i symboli. Komunikujemy jednak nie fikcję, ale prawdę – i to tę najważniejszą, bo dotyczącą naszego wiecznego losu. Materialny znak działa na zmysły, ale ma pobudzać ducha i serce. Nie inscenizujemy wydarzeń z przeszłości, ale je uobecniamy tak, byśmy sami stali się ich uczestnikami.

    Tysiącletnia tradycja

    Dlaczego zasłaniamy krzyże właśnie wtedy, gdy zbliżamy się do Wielkiego Piątku? Przecież właśnie w tym czasie tematyka pasyjna dominuje w liturgii. Piąta niedziela Wielkiego Postu była zwana dawniej Niedzielą Pasyjną. Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa, pieśni o męce Pańskiej, kazania pasyjne. To wszystko jest wielką opowieścią o krzyżu Chrystusa. Czy nie powinniśmy wpatrywać się intensywniej w ten najświętszy znak naszej wiary? Tradycja liturgiczna Kościoła ma swoją mądrość i duchową pedagogię. Czasem, aby coś zobaczyć, trzeba najpierw pozwolić, by na chwilę zniknęło z pola widzenia.

    Zwyczaj zasłaniania krzyży ma długą historię. Pojawił się w XI wieku. Oryginalna geneza tej tradycji jest dziś trudna do odtworzenia. Pojawiło się wiele różnych tłumaczeń. Jedni powiadali, że w tym właśnie czasie Jezus ukrył swoje bóstwo. Inni łączyli powstanie zwyczaju z dramatyzacją perykopy z Ewangelii św. Jana, która był wtedy odczytywana. Chodzi o J 8,59: „Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni”. W wielu miejscach zasłaniano nie tylko krzyże, ale także obrazy, a nawet całe ołtarze. Tzw. zasłony postne pojawiły się najpierw w kościołach zakonnych, a potem przeszły do kościołów parafialnych. Tłumaczono to również w ten sposób, że post to czas pokuty, a więc konieczny jest swego rodzaju „post oczu”. Podobnie jak „post uszu”, który wiązał się z nieużywaniem instrumentów muzycznych w kościele. W kontekście dzisiejszego nadmiaru obrazów, które atakują nasze zmysły ze wszechobecnych ekranów, taki post oczu byłby czymś bezcennym. Zasłanianie krzyży warto połączyć z zasłonięciem np. telewizora albo zawieszeniem korzystania z mediów społecznościowych.

    Po Soborze Watykańskim II tradycja zasłaniania krzyża przestała być obowiązkowa. Decyzję w tej sprawie pozostawiono Konferencjom Biskupów. Episkopat Polski opowiedział się za zachowaniem tego wymownego zwyczaju.

    Doświadczenie braku, milczenie Boga

    Nawet najświętsze symbole mogą się nam tak opatrzyć, że przestajemy je zauważać. Zasłona jest po to, aby doświadczyć, że czegoś nam brakuje. Właśnie o to chodzi w tym geście. Cenimy pewne rzeczy wtedy, gdy je tracimy. Zasłonięty krzyż przypomina o tej prostej prawdzie. To jakby zaproszenie do wewnętrznej tęsknoty – do ponownego odkrycia daru, który być może stał się dla nas czymś zbyt oczywistym. Opatrzył się tak bardzo, że przestał do nas „mówić”.

    Liturgia ostatnich dni Wielkiego Postu wprowadza nas w atmosferę narastającego napięcia wokół Jezusa. Ewangelia opowiada o Jezusie, który zmierza do Jerozolimy, aby tam wykonać najtrudniejszą misję. Ewangelia św. Jana mówi o „godzinie” Jezusa. Ta Jego godzina jeszcze nie nadeszła, ale jest tuż, tuż. Kościół podąża za tą ewangeliczną logiką. Zanim zobaczymy krzyż w całej jego prawdzie, przechodzimy przez chwilę ciszy i ukrycia.

    Zasłona na krzyżu ma także swój sens alegoryczno-duchowy. Na drodze wiary pojawia się taki czas, gdy Bóg wydaje się odległy. Modlitwa staje się trudna, wręcz niemożliwa. Żadne słowa nie przynoszą pocieszenia, a obecność Boga, która była kiedyś wyraźna, zostaje zakryta. Klasycy mistyki mówili o doświadczeniu „ciemnej nocy”. Ta noc gęstnieje zwykle krótko przed etapem zjednoczenia. Bóg w istocie nigdy nas nie zostawia, ale nieraz przeprowadza człowieka przez proces wewnętrznego oczyszczenia i pogłębienia. Nie dostajemy wtedy na modlitwie żadnej pociechy, jest czas strapienia, walki, modlitwa Ogrójca. Zasłonięty krzyż jest obrazem takiej właśnie próby.

    Wielkopiątkowe odsłonięcie

    Pełny sens tego znaku ujawnia się w liturgii męki Pańskiej sprawowanej w Wielki Piątek. Wtedy krzyż zostaje uroczyście odsłonięty. Kapłan odkrywa go w trzech etapach, śpiewając słowa: „Oto drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”. Odpowiadamy: „Pójdźmy z pokłonem”. Rozpoczyna się adoracja krzyża. Tego dnia nie sprawuje się Eucharystii, to krzyż staje w centrum modlitwy. Po kilku dniach patrzenia na zasłonę mamy z nową świeżością spojrzenia, z nową wiarą i miłością przytulić się do Ukrzyżowanego. Składamy pocałunek, czcimy rany Zbawiciela. Adorujemy jednak nie cierpienie, lecz miłość Wcielonego Boga, która została objawiona w tak niezwykły sposób. Zbyt często traktujemy krzyż jako element ozdobny wystroju kościoła. Cała pasyjna pobożność Wielkiego Postu zmierza do tego, aby krzyż na nowo przemówił do nas z całą siłą prawdy, którą głosi. Krzyż jest wyznaniem miłości Boga do człowieka. Miłości pełnej pasji. Jest ostatnią deską ratunku dla człowieka pogrążonego w morzu grzechu i śmierci. Trzeba się go mocno chwycić, aby stał się pomocą.

    Jako dziecko zawsze z wielką ciekawością patrzyłem na to, co się dzieje w kościele w Wielkim Tygodniu. Nie rozumiałem wiele, ale pociągała mnie aura wyjątkowości i tajemnicy. Do dziś pamiętam, jak wikary tłumaczył nam, ministrantom, gest zasłaniania krzyża. Mówił, że w tych dniach z krzyża bije tak wielkie światło, że mogłoby nas porazić, dlatego konieczna jest zasłona. Czyż nie jest to piękna katecheza? Liturgia mówi językiem gestów, znaków, symboli. Posoborowy Kościół zbyt lekką ręką porzucił wiele odwiecznych rytuałów w imię przejrzystości lub prostoty. Dziś rozumiemy lepiej, że był to błąd. Kryzys Kościoła jest w znacznej mierze także kryzysem symboli. Kościół komunikuje orędzie zbawienia językiem symbolicznym, on sam jako całość jest znakiem widzialnym tego, co niewidzialne. Kościół jest – jak twierdzi słusznie niemiecki biblista Klaus Berger – uniwersum znaków, które scalają wspólnotę wiary, oczywiście zakładając, że wszyscy rozumieją te symbole. Gdzie nie ma już żadnej wspólnoty, tam nie ma również symboli – i odwrotnie.

    Przed nami najważniejszy czas roku liturgicznego, czas najpiękniejszych celebracji, które przemawiają nie tylko do rozumu, ale i do zmysłów, serca, emocji. Nie utraćmy wrażliwości. Cisza i ukrycie, które wyraża zasłona krzyża, nie są końcem drogi. Są przygotowaniem do przeżycia Paschy, misterium śmierci, życia i miłości. Zasłona przybytku rozdarła się na dwoje w chwili śmierci Jezusa – czytamy w Ewangelii. Wielki Post zmierza ku swojej kulminacji i nawet jeśli przespaliśmy cztery tygodnie, jest jeszcze czas, aby się obudzić. Aby, gdy opadnie zasłona z krzyża, zajaśniał nam Chrystus.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ***

    ***

    „Wskrzeszenie Łazarza według Rembrandta”. Obraz Vincenta van Gogha

    Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego”. (J 11,45)

    Vincent van Gogh Wskrzeszenie Łazarza olej na papierze, 1890 Muzeum Vincenta van Gogha, Amsterdam

    ***

    Zmarły Łazarz otwiera oczy. Pochylająca się nad nim jego impulsywna siostra Marta zdejmuje tkaninę z jego twarzy i spontanicznie unosi w górę ręce. Jest ubrana w zieloną suknię, kolor tradycyjnie kojarzony z nadzieją. Druga siostra, w ciemniejszej sukni, skłonna do kontemplacji Maria, pogrąża się w modlitwie. Wschodzące nad nimi słońce jest symbolem odradzania się życia. Jego blask rozświetla niebo, ale wbrew prawom natury dominuje też we wnętrzu grobowca, otaczając głowę Łazarza.

    Zmagający się z depresją i załamaniem nerwowym Vincent van Gogh pod koniec życia trafił do szpitala psychiatrycznego Saint-Paul-de-Mausole w Saint-Rémy. W chwilach lepszego samopoczucia malował kopie dzieł innych malarzy. Inspiracją dla tego obrazu była akwaforta Rembrandta z 1632 roku. Artysta skopiował tylko jej mały fragment, bez postaci Chrystusa. Łazarzowi nadał swoje rysy twarzy, co może świadczyć o jego nadziei na przezwyciężenie nękającej go choroby. Jako swoje siostry sportretował dwie przyjaciółki z Arles, miasta, w którym powstały jego najlepsze dzieła. To Augustine Roulin w zielonej sukni i Marie Ginoux w ciemnej sukni w paski. Obie bardzo mu pomogły w powrocie do zdrowia po jego pierwszym załamaniu w 1888 roku. W liście do swojego brata Theo, napisanym 2 maja 1890 roku, van Gogh szczegółowo opisywał kolorystykę dzieła, dodając, że „połączenie kolorów powinno mówić samo za siebie, tak samo jak światłocień akwaforty”. Zwrócił uwagę na ważną rolę słońca w kompozycji. Na koniec dodał, że chciałby namalować większą wersję obrazu. Niestety, nie było mu to już dane. Zmarł niespełna trzy miesiące później, 29 lipca 1890 roku, w wieku zaledwie 37 lat.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    18 marca (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    ***

    czwartek 19 marca

    Uroczystość św. Józefa jest jednym z ważniejszych świąt liturgicznych w Kościele katolickim.

    Wielki Post to czas przygotowania do Wielkanocy, kiedy Kościół zachęca wiernych do większej pracy duchowej, opartej przede wszystkim na poście, jałmużnie i modlitwie. Są jednak takie dni, kiedy obowiązek postu nie obowiązuje. I należy do nich przypadająca 19 marca uroczystość św. Józefa, oblubieńca Najświętszej Maryi Panny oraz opiekuna Jezusa.

    Św. Józef jest otaczany szczególną czcią, jako wzór ojcostwa, dlatego Kościół zachęca, aby jego wspomnienie było dniem pełnym radości i wdzięczności za jego przykład wiary. 

    fot. John and Mable Ringling Museum of Art,jezuufamtobie.pl/Wikipedia

    ***

    Św. Józef poprosił s. Faustynę o odmawianie pewnej modlitwy. „Obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę”

    “Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo” – napisała św. s. Faustyna w swoim “Dzienniczku” i dodała: “Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę”. O jaką modlitwę poprosił św. Józef?

    „Czuję Jego szczególną opiekę”

    Święty Józef zażądał, abym miała do niego nieustanne nabożeństwo. Sam mi powiedział, abym odmawiała codziennie trzy pacierze i raz „Pomnij…”. Patrzył się z wielką życzliwością i dał mi poznać, jak bardzo jest za tym dziełem, obiecał mi swą szczególniejszą pomoc i opiekę. Codziennie odmawiam te żądane modlitwy i czuję Jego szczególną opiekę – napisała św. siostra Faustyna Kowalska w swoim „Dzienniczku” (Dz 1203).

    Modlitwę „Pomnij…”, której tekst zamieszczamy na końcu artykułu, jest modlitwą do św. Józefa, którą siostry ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odmawiały dawniej codziennie.

    Modlitwa do św. Józefa:

    Pomnij, o najczystszy Oblubieńcze Maryi, o mój najmilszy Opiekunie Józefie Święty, że nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek wzywając Twej opieki, Twej pomocy błagając pozostał bez pociechy. Tą ufnością ożywiony przychodzę do Ciebie i z całą żarliwością ducha Tobie się polecam. Nie odrzucaj modlitwy mojej, o przybrany Ojcze Odkupiciela, ale ją usłysz łaskawie i wysłuchaj.

    Amen.

    faustyna.pl, misericors.org.pl, zś/Stacja7

    ***

    Fenomen „śpiącego Józefa”, który podbija świat. Dlaczego tysiące ludzi powierzają mu swoje problemy?

    “Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa” – ks. Sebastian Picur, autor najnowszego modlitewnika “Święty Józef śpiący. 19 dni nadziei”.

    fot. Dom Wydawniczy Rafael, youtube/Ks. Sebastian Picur TeamTotusTuus

    19 marca Kościół katolicki obchodzi uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP. Bóg Ojciec sam wybrał św. Józefa na opiekuna Syna Bożego. Skoro sam Bóg postawił na Józefa, to tym bardziej my – podkreśla ks. Picur. Święty Józef jest patronem „od zadań specjalnych”, szczególnie w chwilach trudnych i wymagających odwagi.

    Kapłan przypomina, że według Ewangelii Bóg wielokrotnie przemawiał do Józefa we śnie, wskazując mu drogę działania. W ten sposób rozwiązywał jego największe problemy i pokazywał, co powinien zrobić. Józef wiernie słuchał Bożych wskazówek i odważnie wypełniał swoją misję – wyjaśnia ks. Picur.

    Pokora w świecie, w którym zabrakło miejsca na działanie Boga

    Współczesna kultura zachęca człowieka, by sam decydował o wszystkim i realizował wyłącznie własne plany. Postawa św. Józefa pokazuje zupełnie inną drogę. Dzisiaj świat mówi: możesz być kim tylko chcesz. Tymczasem św. Józef swoim życiem zdaje się mówić: mogę być tym, kim Ty, Panie, chcesz.

    Ksiądz Sebastian podkreśla, że św. Józef mógł oddalić Maryję i odrzucić Jezusa, wybierając wygodniejsze rozwiązanie. Zdecydował jednak inaczej – przyjął wolę Boga i wziął odpowiedzialność za wychowanie Odkupiciela świata. Dzięki temu nie zapisał się w historii jako ten, który zdezerterował, lecz jako człowiek wierny swojej misji – dodaje kapłan. Przykład św. Józefa jest szczególnie ważny dla młodych ludzi, którzy często czują się zagubieni w świecie nadmiaru informacji i niepewności. Zawierzenie życia Bogu daje stabilność i poczucie bezpieczeństwa.

    Święty na każde strapienie

    „Z doświadczenia wiem, że św. Józef pomaga we wszystkich potrzebach” – pisała św. Teresa z Ávili. Święty Bernard z Clairvaux dodawał: „Józef został ustanowiony przez Boga opiekunem Jego największych skarbów”, a Franciszek Salezy zachęcał: „Idźcie do Józefa – ponieważ nikt nigdy nie wzywał go z wiarą i nie został wysłuchany”.

    Ksiądz Sebastian Picur podkreśla, że kult św. Józefa nie jest jedynie pobożną tradycją, lecz żywym doświadczeniem wielu wiernych. Wiele świadectw potwierdza, że św. Józef realnie pomaga w sprawach rodzinnych, materialnych czy zawodowych. Sam doświadczam jego konkretnego wstawiennictwa w prowadzeniu ewangelizacji w internecie i rozwoju studia nagrań – mówi kapłan.Modlitewnik „Święty Józef Śpiący. 19 dni nadziei” jest moim wyrazem wdzięczności za otrzymane łaski – dodaje kapłan.

    Bóg działa tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości

    W życiu św. Józefa uderza jedno: najważniejsze decyzje zapadają wtedy, gdy on śpi. Bóg wkracza w jego życie w nocy – kiedy Józef przestaje kontrolować rzeczywistość i pozwala Bogu działać. Święty Józef Śpiący uczy, że czasem najbardziej duchowym aktem zaufania jest pozwolić sobie „zasnąć” jak dziecko w rękach Boga.

    Nabożeństwo do Świętego Józefa Śpiącego zyskało szczególną popularność dzięki papieżowi Franciszkowi, który przechowywał pod figurą kartki z intencjami – trudnymi i bolesnymi sprawami, prosząc świętego o wstawiennictwo. Modlitwa ta nie jest „magiczna”, lecz zaproszeniem do zaufania, że Bóg działa także wtedy, gdy my tracimy kontrolę.

    Święty Józef jest wzorem pokory, ciszy i wypełniania woli Bożej. Jest patronem rodzin, małżeństw, ojców oraz orędownikiem w godzinie dobrej śmierci. W Polsce patronuje aż 264 kościołom, a jednym z najważniejszych miejsc kultu jest sanktuarium w Kaliszu, gdzie znajduje się słynący łaskami obraz Świętej Rodziny, ukoronowany w 1796 roku. Do nabożeństwa do św. Józefa zachęcał św. Jan Paweł II, który podczas wizyty w Kaliszu w 1997 roku mówił, że jego świadectwo oddania jest potrzebne współczesnemu człowiekowi, zagubionemu pośród fałszywych obietnic łatwego szczęścia.

    Papież Franciszek rozpoczął pontyfikat 19 marca 2013 roku w uroczystość św. Józefa. Posiadał figurę śpiącego Józefa i podkreślał, że kiedy pojawiał się trudny problem, zapisywał go na kartce i wkładał pod figurkę, prosząc o wstawiennictwo. Papież Benedykt XVI zachęcał wiernych:„Pozwólmy się zarazić milczeniem św. Józefa. Bardzo nam tego potrzeba w świecie zbyt często hałaśliwym, który nie sprzyja skupieniu i wsłuchaniu się w głos Boga”.

    Dla milionów wiernych na całym świecie ta cicha, ale wierna postawa św. Józefa sprawia, że pozostaje ukochanym świętym.

    Stacja7.pl

    ***

    środa 18 marca

    Chrzest: sakrament, z którego powinniśmy być zawsze dumni

    Chrzest to pierwszy sakrament, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni – mówił Leon XIV. Papież wygłosił kolejną katechezę o Konstytucji dogmatycznej o Kościele

    fot. Vatican Media

    ***

    Dzisiaj chciałbym ponownie zatrzymać się na drugim rozdziale Konstytucji soborowej Lumen gentium (LG), poświęconym Kościołowi jako Ludowi Bożemu.

    Lud mesjański (LG, 9) otrzymuje od Chrystusa udział w misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej, w której urzeczywistnia się Jego zbawcze posłannictwo. Ojcowie soborowi nauczają, że Pan Jezus poprzez nowe i wieczne Przymierze ustanowił królestwo kapłanów, czyniąc swoich uczniów „królewskim kapłaństwem” (1 P 2, 9; por. 1 P 2, 5; Ap 1, 6). To wspólne kapłaństwo wiernych udzielane jest wraz z chrztem, który upoważnia nas do oddawania czci Bogu w duchu i prawdzie oraz do „wyznawania przed ludźmi wiary, którą otrzymali od Boga za pośrednictwem Kościoła” (LG, 11). Ponadto poprzez sakrament bierzmowania wszyscy ochrzczeni „jeszcze doskonalej wiążą się z Kościołem i obdarzeni są szczególną mocą Ducha Świętego, i w ten sposób jeszcze bardziej są zobowiązani, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do jej obrony” (tamże). Ta konsekracja leży u podstaw wspólnej misji, która łączy wyświęconych szafarzy i wiernych świeckich.

    W tym kontekście Papież Franciszek zauważał: „Patrzenie na Lud Boży to pamiętanie, że wszyscy włączamy się do Kościoła jako świeccy. Pierwszym sakramentem, tym, który na zawsze przypieczętowuje naszą tożsamość i z którego powinniśmy być zawsze dumni, jest chrzest. Poprzez niego i przez namaszczenie Duchem Świętym (wierni) «zostają konsekrowani, aby tworzyli duchową świątynię i święte kapłaństwo» (por. LG, 10), (…) tak że wszyscy stanowimy święty wierny Lud Boży” (List do Przewodniczącego Papieskiej Komisji do spraw Ameryki Łacińskiej, 29 marca 2016)[1].

    Pełnienie królewskiego kapłaństwa dokonuje się na wiele sposobów – wszystkich ukierunkowanych na nasze uświęcenie – przede wszystkim przez uczestnictwo w Ofierze Eucharystii. Przez modlitwę, ascezę i czynną miłość dajemy w ten sposób świadectwo życia odnowionego łaską Bożą (por. LG, 10). Jak podsumowuje Sobór, „święta i organicznie ukształtowana natura społeczności kapłańskiej aktualizuje się przez sakramenty i przez cnoty” (LG, 11).

    Ojcowie soborowi nauczają dalej, że święty Lud Boży uczestniczy również w prorockiej misji Chrystusa (por. LG, 12). W tym kontekście podjęty jest ważny temat zmysłu wiary (sensus fidei) oraz zgody wiernych (consensus fidelium). Komisja Doktrynalna Soboru uściślała, że ów sensus fidei „jest jakby zdolnością całego Kościoła, dzięki której w swojej wierze rozpoznaje on przekazane Objawienie, odróżniając prawdę od fałszu w sprawach wiary, a równocześnie wnika w nie głębiej i pełniej stosuje je w życiu” (por. Acta Synodalia, III/1, 199). Zmysł wiary przynależy zatem do poszczególnych wiernych nie jako ich prywatna właściwość, ale ze względu na bycie członkami całego Ludu Bożego.

    Lumen gentium skupia uwagę na tym ostatnim aspekcie i łączy go z nieomylnością Kościoła, z którą wiąże się – służąca jej – nieomylność Biskupa Rzymu. „Ogół wierzących, mających namaszczenie od Świętego (por. 1 J 2, 20.27), nie może zbłądzić w wierze i tę swoją szczególną właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy «poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich» ujawnia on swą powszechną zgodność [łac. consensus] w sprawach wiary i moralności” (LG, 12). Kościół zatem – jako komunia wiernych, która oczywiście obejmuje pasterzy – nie może błądzić w wierze: narzędziem tej jego właściwości, opartym na namaszczeniu Duchem Świętym, jest nadprzyrodzony zmysł wiary całego Ludu Bożego, który przejawia się w zgodzie [łac. consensuswiernych. Z tej jedności, której strzeże Magisterium Kościoła, wynika, że każdy ochrzczony jest aktywnym podmiotem ewangelizacji, powołanym do składania konsekwentnego świadectwa o Chrystusie zgodnie z darem prorockim, którym Pan obdarza cały swój Kościół.

    Duch Święty, który przychodzi do nas od Jezusa Zmartwychwstałego, rozdziela bowiem „między wiernych w każdym stanie także specjalne łaski, przez które czyni ich zdolnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą skuteczną rozbudowę Kościoła” (LG, 12). Szczególnym przejawem tej charyzmatycznej żywotności jest życie konsekrowane, które nieustannie rodzi się i rozkwita mocą łaski. Również wspólnoty i stowarzyszenia kościelne są jasnym przykładem różnorodności i płodności duchowych owoców służących budowaniu Ludu Bożego.

    Najdrożsi, rozbudźmy w sobie świadomość i wdzięczność za to, że otrzymaliśmy dar przynależności do Ludu Bożego – a także za odpowiedzialność, która się z tym wiąże.

    Watykan – KAI – stacja7.pl

    ***

    środa 11 marca

    Leon XIV: Kościół jest jeden, ale zawiera w sobie wszystkich

    O tym, że „Kościół nie może zamykać się w sobie, lecz jest otwarty na wszystkich i jest dla wszystkich” mówił Papież podczas środowej katechezy. Przypomniał także, iż, współpracując w misji Chrystusa, jego powołaniem jest szerzenie Ewangelii wszędzie i wszystkim, aby każdy mógł nawiązać relację z Panem Jezusem. Podczas audiencji kontynuowano rozważanie drugiego rozdziału Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II, poświęconego Ludowi Bożemu.

    Papież Leon XIV
     Vatican Media

    Oznacza to, że w Kościele jest i musi być miejsce dla wszystkich, a każdy chrześcijanin jest wezwany do głoszenia Ewangelii i dawania świadectwa w każdym środowisku, w którym żyje i działa

    – dodał Ojciec Święty.

    Podczas środowej audiencji rozważano fragment z Księgi proroka Izajasza (Iz 31, 33).

    Wielkim znakiem nadziei jest – zwłaszcza w naszych czasach, naznaczonych wieloma konfliktami i wojnami – wiedzieć, że Kościół jest Ludem, w którym, dzięki wierze, współistnieją kobiety i mężczyźni różni ze względu na narodowość, język lub kulturę; jest to znak umieszczony w samym sercu ludzkości, jest to wezwanie i proroctwo tej jedności i tego pokoju, do których Bóg Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.

    Wiara w Chrystusa – zasada jednocząca Kościół

    Papież wskazał, że Bóg „pragnie zbawić każdego człowieka,

    dlatego, realizując swoje dzieło, wybrał „konkretny lud i zamieszkał pośród niego”. Przypominając historię powołania Abrahama, Leon XIV zauważył:

    ten lud jest powołany, by stać się światłem dla innych narodów, niczym latarnia morska, która przyciągnie do siebie wszystkie ludy, całą ludzkość.

    Pan Jezus – poprzez dar swojego Ciała i Krwi – „jednoczy w sobie i w sposób ostateczny ten lud”; który składa się z ludzi pochodzących do różnych narodów. Jednoczy go wiara w Jezusa Chrystusa, „przynależność do Niego i życie Jego życiem, które są ożywione Duchem Zmartwychwstałego”.

    Taki jest Kościół – Lud Boży, który czerpie swoje istnienie z Ciała Chrystusa i który sam jest Ciałem Chrystusa; nie jest to lud jak inne, ale Lud Boga, zwołany przez Niego i składający z kobiet i mężczyzn pochodzących ze wszystkich ludów ziemi”.

    Królestwo Boże – cel wędrówki Kościoła wraz z całą ludzkością

    Mówiąc o wspólnocie Kościoła, Papież wskazał, że jest to „lud mesjański, właśnie dlatego, że jego Głową jest Chrystus – Mesjasz”. Ci, którzy należą do Kościoła, chlubią się jedynie „darem bycia w Chrystusie i przez Niego córkami i synami Bożymi”. Bycie wszczepionymi w Chrystusa oraz synami Bożymi jest tym „co naprawdę liczy się w Kościele”.

    Jesteśmy w Kościele, aby nieustannie otrzymywać życie od Ojca, żyć jako Jego dzieci i bracia między sobą – wskazał Papież i dodał – W związku z tym, prawem, które ożywia relacje w Kościele, jest miłość, tak jak ją otrzymujemy i doświadczamy jej w Jezusie; a jej celem jest Królestwo Boże.

    Papież Leon XIV zachęca Polaków do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”

    Do udziału w nabożeństwie „Gorzkie żale”, a także podejmowania konkretnych uczynków miłosierdzia, służących dobremu przeżyciu Wielkiego Postu zachęcił papież Polaków podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.

    Vatican Media

    ***

    Oto słowa Ojca Świętego skierowane do pielgrzymów polskich:

    Serdecznie pozdrawiam Polaków. Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając „Gorzkie żale”, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki. Zachęcam do udziału w tych nabożeństwach. Niech modlitwie towarzyszą konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju, szczególnie w waszych rodzinach i we wspólnocie Kościoła. Wszystkich was błogosławię!

    Papieską katechezę streściła po polsku siostra Sebastiana Choroś SłNSJ z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej:

    Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium ukazuje istotę Kościoła jako Ludu Bożego. Bóg w historii wybiera lud, zawiera z nim przymierze i nieustannie się o niego troszczy. W ten sposób przygotowuje nowe i doskonałe przymierze w Chrystusie. Tak rodzi się Kościół – Lud Boży, zwołany przez Pana, zjednoczony w wierze i czerpiący życie z Ciała Chrystusa. Jego prawem jest miłość, a celem Królestwo Boże. Kościół głosi Ewangelię wszystkim, aby każdy mógł spotkać Chrystusa. Jest znakiem i zapowiedzią jedności oraz pokoju, do których Ojciec wzywa wszystkie swoje dzieci.

    Vatican News

    ***

    Po co nam „Gorzkie żale”?

    Papież Leon XIV przypomniał dziś Polakom o naszym wyjątkowym nabożeństwie

    fot. Wikipedia

    ***

    Podczas dzisiejszej audiencji generalnej (11 marca 2026)Leon XIV przypomniał Polakom o Gorzkich Żalach i zachęcił do udziału w tym nabożeństwie. To dobry moment, by wrócić do pytania, czym właściwie są Gorzkie Żale, skąd się wzięły i dlaczego od ponad trzystu lat poruszają kolejne pokolenia wiernych.

    „Od ponad trzystu lat w Wielkim Poście, śpiewając Gorzkie Żale, rozważacie Mękę Jezusa i boleści Jego Matki” – powiedział Leon XIV do Polaków podczas audiencji generalnej. Papież nie tylko przypomniał o jednej z najbardziej charakterystycznych polskich tradycji wielkopostnych, ale też zachęcił, by modlitwie towarzyszyły „konkretne czyny miłości: pomoc, pojednanie i budowanie pokoju”. Ta krótka papieska wzmianka stała się dobrym pretekstem, by wrócić do pytania: po co nam dziś Gorzkie Żale?

    Po co nam „Gorzkie żale”?

    Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, święto nad świętami, przez długi czas była jedyną uroczystością chrześcijan. Celebrując śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa Kościół nie przypomina jedynie wydarzenia z przeszłości, lecz, uobecniając Zbawczą Mękę i przejście Chrystusa ze śmierci do życia, przeżywa tu i teraz, w każdym czasie, Misterium Paschy.

    Ta doniosłość Świąt Paschalnych w krótkim okresie spowodowała powstanie we wszystkich liturgiach chrześcijańskich okresu przygotowania, który nazywamy Wielkim Postem. Poza oficjalną liturgią, w której w pierwszej części Wielkiego Postu dominuje temat nawrócenia i pokuty, w ciągu wieków, powstało wiele różnych form pobożności związanej z przeżywaniem Męki i Śmierci Chrystusa.

    W okresie Średniowiecza w kościołach katedralnych i innych, znaczniejszych, które miały zespoły śpiewacze, w niedzielne popołudnia okresu Wielkiego Postu organizowano uroczyste śpiewanie Passio, czyli opisów Męki Pańskiej. Nie inaczej działo się też w Polsce. Problem w tym, iż były to śpiewy po łacinie, więc rozumiane przez nielicznych, i raczej z użyciem trudnych melodii, co uniemożliwiało wiernym włączenie się w wspólny śpiew i przeżywanie Męki Pańskiej.

    Dla chcącego…

    Z tą trudnością poradzili sobie Księża Misjonarze św. Wincentego a Paolo, związani z kościołem św. Krzyża w Warszawie, a szczególnie Bractwo Miłosierdzia św. Rocha. Napisany został polski tekst, pięknie opisujący poszczególne wydarzenia dramatu Męki Pańskiej. Także melodia – odpowiadająca treści, stonowana, rzewna, a jednocześnie przejmująca do głębi duszę człowieka. W 1707 roku powstała znana nam wszystkim wersja nabożeństwa Gorzkich żali, zatwierdzona przez władze kościelne.

    Naśladując strukturę trzyczęściowej Passio oraz brewiarzowych Laudesów, nabożeństwo było poprzedzone Pobudką, która zachęcała do refleksji, razem z aniołami i całym stworzeniem, nad cierpieniami Chrystusa. Szczególne intencje, które poprzedzały każdą z części, ogłaszały cel rozmyślania: modlitwa za świat chrześcijański, za Kościół, za duchowieństwo. Prośba o nawrócenie nieprzyjaciół Krzyża św. i zatwardziałych grzeszników. Błaganie o odpuszczenie grzechów i kar za nie, wśród których szczególnie wymieniano: zarazę, głód, ogień i wojnę. Proszono także o łaski dla żyjących i za dusze w czyśćcu cierpiące.

    Co jest takiego szczególnego w Gorzkich żalach?

    Po pierwsze – prostota formy. Prosta forma mająca postać hymnu, która wyliczała następujące po sobie wydarzenia z Męki Pańskiej. Nawet nie pamiętając opisów z Ewangelii – potrafimy się odnaleźć w chronologii tych dramatycznych wydarzeń.

    Litanijny lament duszy bolejącej nad cierpieniami Jezusa, na który uczestniczący odpowiadają wspólnym wezwaniem i wyznaniem miłości do Jezusa: JEZU MÓJ KOCHANY.

    Ujmująca jest także Rozmowa duszy z Matką Bolesną. Szczególny dialog człowieka, poruszonego cierpieniem Pana i współcierpienia z Maryją. W wielu wspólnotach dialog ten śpiewany jest z podziałem na głosy żeńskie i męskie. Kobiety wyśpiewują żałość Maryi, niejednokrotnie włączając w ten śpiew swoje własne cierpienia, mężczyźni zaś, usłyszawszy o powodach boleści Maryi, włączają się w jej przeżywanie Męki.

    Nabożeństwo Gorzkich żali jest nabożeństwem szczególnym, bogatym w treść teologiczną i niosącym w sobie ogromny ładunek ekspresji. Wszystko po to, aby jego uczestnik mógł duchowo zjednoczyć się z cierpiącym Panem. To śpiewane rozważanie o Męce Pańskiej jest jednocześnie modlitwą i prośbą o nawrócenie osobiste i całego świata do Miłości, która nie jest przez ludzi kochana.

    Módlmy się Gorzkimi Żalami:

    Gorzkie Żale – część I w I i IV Niedzielę Wielkiego Postu

    Gorzkie Żale – część II w II i V Niedzielę Wielkiego Postu

    Gorzkie Żale – część III w III i VI Niedzielę Wielkiego Postu

    o. Kamil Paczkowski OFM – WIELKI POST – PCh24.pl

    ***

    Papież: Bóg się nie zagubił, to my oddaliśmy się od Niego

    PAP/EPA/ETTORE FERRARI

    ***

    Kiedy Bóg wydaje się nieobecny, nie oznacza to, że się zagubił. To my oddaliliśmy się od Niego i dlatego mamy Go szukać z ufnością i odwagą – powiedział Papież na audiencji dla uczestników kursu formacyjnego z zakresu katolickiej nauki społecznej.

    Leon XIV podkreślił, że ważne jest, aby nie szukać Boga na miarę własnych potrzeb, ale spotykać Go tam, gdzie On rzeczywiście jest obecny.

    Duch Święty działa również w dzisiejszej młodzieży

    Ojciec Święty mówił o tym na audiencji dla uczestników czwartej już edycji kursu „Katedra gościnności”. Został on zorganizowany przez stowarzyszenie Fraterna Domus, prowadzące sieć domów rekolekcyjnych i domów gościnnych dla pielgrzymów i turystów. Tematem tegorocznego kursu jest młodzież. Papież zachęcił więc, by pamiętać, że również w życiu nowych pokoleń działa Duch Święty. Przypomniał, że każdy z nas dorasta w rzeczywistości społecznej: w rodzinie, parafii, szkole, uniwersytecie czy pracy. To tam kształtuje się nasza tożsamość, uczymy się wzajemnej obecności i opieki.

    Uczyć się od Świętej Rodziny

    Papież przypomniał, że dla stowarzyszenia Fraterna Domus wzorem jest Święta Rodzina z Nazaretu. Patrząc na tę rodzinę, każda wspólnota może odkryć swoje powołanie i nauczyć się orientować na drodze służby.

    Ojciec Święty przywołał ewangeliczną opowieść o Maryi i Józefie, którzy przez trzy dni szukali Jezusa. Wydarzenie to przypomina nam, że obecność nie jest czymś automatycznym, ale owocem stałego poszukiwania.

    Kiedy Bóg wydaje się nieobecny

    „Każdemu z nas – mówił Leon XIV – zdarzyło się zgubić kogoś lub coś, z czym byliśmy bardzo związani. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, jak cenna była ta obecność. Tak samo dzieje się w życiu wiary: uważamy obecność Jezusa w naszym życiu za coś oczywistego, aż nagle wydaje się, że On nie jest już tam, gdzie Go zostawiliśmy, jakby się zagubił, tak się nam wydaje. W rzeczywistości to nie On się zgubił, ale to my się oddaliliśmy. Dlatego kiedy coś takiego się przydarzy, trzeba Go szukać z ufnością i z odwagą wejść na nieznane drogi, patrzeć na świat nowymi oczami, pełnymi nadziei. W ten sposób przestaniemy szukać Boga na miarę nas samych, aby spotkać Go tam, gdzie On mieszka”.

    Obecność Boga zawsze nas przewyższa

    Papież podkreślił, że obecność Boga zawsze nas przewyższa. Wskazał przy tym na św. Józefa, który jest wzorem otwarcia na taką obecność, a zarazem opieki, którą otaczał Jezusa i Maryję. „Opieka oznacza bycie blisko drugiego człowieka z uwagą, szanowanie jego wyborów i troszczenie się o niego. Ta postawa jest właściwa przede wszystkim Bogu, którego Pismo Święte przedstawia jako opiekuna swojego ludu. Przypomnijmy sobie Psalm, który mówi: ‘Oto nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem. Pan cię strzeże’ (Ps 121, 4-5)”.

    Krzysztof Bronk/12.03.2026/VATICANNEWS.VA

    ***

    Pragnę, aby w Polsce wiele się modlono. Nagrania archiwalne z Janem Pawłem II

    fot. Vatican Media/YT

    ***

    Jan Paweł II w wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie mówił, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa.

    Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad – mówił Jan Paweł II podczas swego pierwszego Wielkiego Postu w Watykanie. Ubolewając nad zanikiem praktyk wielkopostnych, podkreślał szczególne znaczenie modlitwy. Definiował ją w sposób najbardziej radykalny. Nie jako naszą rozmowę z Bogiem, ale zjednoczenie ze Słowem Odwiecznym. W archiwach Watykanu zachowało nagranie słów, które Jan Paweł II skierował wówczas do Polaków.

    Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono

    „Pragnę, ażeby w Polsce wiele się modlono i w czasie Wielkiego Postu, i poza Wielkim Postem, zawsze, żeby wiele się modlono, żeby polskie słowo modlitwy włączało się w to odwieczne Słowo, które stało się ciałem i które łączy, jednoczy modlitwy wszystkich ludzi, wszystkich narodów, wszystkich języków. I swoim odwiecznym Słowem przemawia do Ojca naszego, który jest w niebie. Taka jest głębia, taka jest tajemnica modlitwy. Niech ta tajemnica nigdy nie przestanie być udziałem polskich serc” – prosił Jan Paweł II.

    Dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga

    W wygłoszonej 14 marca 1979 r. katechezie zauważył, że dojrzewamy duchowo, nawracając się do Boga, a nawrócenie realizuje się poprzez modlitwę, a także poprzez post i jałmużnę. Są to drogi wskazane przez samego Jezusa. Dzięki temu „Wielki Post musi pozostawić w naszym życiu silny i nieusuwalny ślad. Musi odnowić w nas świadomość naszego zjednoczenia z Jezusem”.

    Uczymy się modlitwy, modląc się z Jezusem

    Papież podkreślił, że bez modlitwy „nie można nawrócić się do Boga, pozostać w jedności z Nim, w tej wspólnocie, która pozwala nam dojrzewać duchowo”. Po tym też poznajemy, że jesteśmy uczniami Jezusa. Modląc się, od Niego samego uczymy się modlić, tak jak Apostołowie.

    Tylko Jezus jest drogą, chwyćmy Go za rękę

    Odwołując się do francuskiego teologa Yvesa Raguina ,Jan Paweł II zauważył, że „ponieważ koniec drogi modlitwy gubi się w Bogu, a nikt nie zna tej drogi oprócz Tego, który pochodzi od Boga, Jezusa Chrystusa, trzeba… skupić wzrok wyłącznie na Nim. On jest drogą, prawdą i życiem. Tylko On przeszedł tę drogę w obu kierunkach. Trzeba włożyć naszą dłoń w Jego dłoń i wyruszyć”.

    Małość naszych słów uzupełnia się w Słowie Odwiecznym

    „Modlić się – mówił dalej Jan Paweł II – oznacza odnaleźć się w tym jedynym wiecznym Słowie, przez które przemawia Ojciec i które przemawia do Ojca. To Słowo stało się ciałem, abyśmy mogli łatwiej odnaleźć się w Nim również poprzez nasze ludzkie słowo modlitwy. To słowo może czasami być bardzo niedoskonałe, może nam czasem wręcz brakować słów, jednak ta niezdolność naszych ludzkich słów nieustannie uzupełnia się w Słowie, które stało się ciałem, aby przemawiać do Ojca z pełnią tej mistycznej jedności, którą każdy modlący się człowiek tworzy z Nim; którą wszyscy modlący się tworzą z Nim. W tej szczególnej jedności ze Słowem tkwi wielkość modlitwy, jej godność i, w pewnym sensie, jej definicja”.

    Gdzie jest modlitwa, tam jest Kościół

    Papież podkreślił, że to również modlitwa tworzy Kościół. Kościół tak daleko, jak daleko sięga modlitwa. Gdziekolwiek jest człowiek, który się modli, tam jest Kościół.

    17 marca 2026 – Jan Paweł II (‘79): Moc modlitwy w Wielkim Poście/portal WIARA – Stacja7.pl

    ***

    Modlitwa do Maryi, Królowej Pokoju

    Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore

    Ave Regina Pacis, Królowa Pokoju w Santa Maria Maggiore

     Adobe Stock

    ***

    Maryjo, Królowo Pokoju,

    Matko Tego, który jest naszym Pokojem,

    przychodzimy do Ciebie z sercami niespokojnymi,

    pełnymi lęku o jutro i bólu świata.

    Ty w ciszy Nazaretu uczyłaś się ufać,

    a pod krzyżem zachowałaś wiarę mimo ciemności.

    Spójrz na nasze niepokoje, podziały i wojny,

    na rany zadane słowem i czynem,

    na serca, które utraciły nadzieję.

    Wyproś nam pokój —

    najpierw w naszym wnętrzu,

    abyśmy umieli przebaczać i zaczynać od nowa.

    Wyproś pokój w naszych rodzinach,

    aby rozmowa zwyciężała milczenie pełne żalu.

    Wyproś pokój między narodami,

    aby przemoc ustąpiła miejsca dialogowi,

    a sprawiedliwość szła w parze z miłosierdziem.

    Maryjo, ucz nas słuchać Boga,

    który przemawia w ciszy.

    Ucz nas odwagi czynienia dobra,

    gdy świat wybiera łatwą drogę osądu i podziału.

    Otul płaszczem swojej opieki tych,

    którzy cierpią z powodu wojen i niesprawiedliwości.

    Prowadź nas do Twojego Syna,

    abyśmy w Nim odnaleźli pokój,

    którego świat dać nie może.

    Królowo Pokoju,

    módl się za nami

    i ucz nas stawać się budowniczymi pokoju.

    Amen.

    ***

    Umiłowanie Eucharystii. Droga krzyżowa ze św. Alfonsem Liguori

    Stacja 8 Drogi Krzyżowej: Jezus pociesza płaczące niewiasty
    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    „Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą.”

    Podążać drogą świętości. Droga krzyżowa ze św. Alfonsem Liguori

    Droga krzyżowa z myślami św. Alfonsa Liguoriego

    Ofiara Mszy świętej nie jest mniej ważna niż ofiara Krzyża, ta, która dokonała się w historii, ponieważ jest to ta sama ofiara, jest to ten sam Kapłan, który uświęca ją z krzyża. Ofiara Ołtarza jest kontynuacją krzyża. 

    Najlepszą więc drogą do dobrego zrozumienia Eucharystii, wejścia w nią z pokorą, czcią i miłością jest droga krzyżowa. Prowadź nas, Panie, ku spotkaniu z sobą, którego rozpoznajemy pod postacią Chleba i Wina.

    I. Jezus skazany na śmierć (stacja obojętności)

    Słusznie św. Tomasz z Akwinu nazwał ten sakrament [Eucharystię] sakramentem miłości i rękojmią miłości. Sakramentem miłości, ponieważ właśnie miłość doprowadziła Jezusa do ofiarowania nam w tym sakramencie siebie samego. Dowodem miłości zaś dlatego, ponieważ gdybyśmy o niej zwątpili, ten sakrament będzie dla nas jej gwarancją. Tak jakby nasz Odkupiciel chciał powiedzieć: „Abyście nigdy nie zwątpili w moją miłość, zostawiam wam w tym sakramencie siebie. Mając taki dowód w ręku, nie możecie już więcej wątpić, że was kocham, i to bardziej”.

    Wydano wyrok! Nie dostrzeżono w Tobie Miłości, która zbliżyła się całkowicie do człowieka. Może liczebnie nie wielu miałeś wrogów, lecz tak dużo obojętnych obserwatorów. Piłat umył ręce, w ostateczności było mu wszystko jedno. Tłum się nie zainteresował, by poznać Ciebie, mógł więc łatwo krzyczeć: „Na krzyż!”. 

    Dziś podobnie – tak wielu obojętnych obserwatorów na Mszy św., nie przychodzą do ołtarza Twojej miłości, gdzie dajesz nam się cały.

    A dar ten zawiera wszystkie inne dary, którymi Pan nas obdarował: stworzenie, odkupienie, przeznaczenie do wiecznej chwały. Eucharystia nie jest tylko dowodem miłości Jezusa Chrystusa, ale jest także zadatkiem raju.

    II. Jezus bierze krzyż na swoje ramiona (stacja naśladowania Jezusa)

    Najukochańszy nasz Pasterz, który oddał życie za nas, swoje owieczki, nie chciał, aby śmierć odłączyła Go od nas. Oto, trzódko moja umiłowana – mówi – jestem zawsze z wami. Dla was pozostałem na ziemi w Eucharystii. Tu znajdziecie Mnie zawsze, ilekroć zechcecie, abym wam dopomógł i pocieszył was swoją obecnością.

    Jezus zaprasza do naśladowania Go, także w niesieniu swojego krzyża. Gdzie szukać sił, światła, łask – do rozpoznawania drogi, krzyża, do dźwigania go, jak nie poprzez spotkanie z Chrystusem w Eucharystii? Nigdy tak naprawdę nie wyruszę za moim Mistrzem, jeśli Msza święta nie stanie się centrum mojego życia. Miejscem słuchania Zbawiciela i odkrywaniem Jego miłości do każdego człowieka, bo tylko miłość pociąga. I tylko miłość daje siły do niesienia krzyża. Wtedy tylko pójdę do końca za Jezusem, jeśli doświadczę Jego miłości i ukochania, które jest w Eucharystii. Św. Alfons tak witał Chrystusa w Komunii świętej: 

    obejmuję Cię, życie moje, łączę się z Tobą. Aż nazbyt byłem szalony, gdy odchodziłem od Ciebie z miłości ku stworzeniom. Teraz już nie chcę rozłączyć się z Tobą. Pragnę zawsze żyć i umrzeć zjednoczony z Tobą.

    III. Pierwszy upadek Jezusa (stacja doświadczenia słabości)

    Jeśli idzie o uleczenie naszych chorób duchowych, to czyż możemy znaleźć lekarstwo skuteczniejsze od Komunii świętej, którą Sobór Trydencki nazwał środkiem uwalniającym nas od grzechów powszednich, a chroniących od śmiertelnych?

    Naszym dniom towarzyszą upadki. Widzimy, że przez lata popełniamy wciąż te same grzechy. Jeśli pragniemy z nich powstać, trzeba zbliżać się do Jezusa w Eucharystii, który jest naszą mocą i źródłem męstwa – z ufnością i pragnieniem, by wziął na siebie nasze ciężary i przemienił nas. 

    Jest rzeczą konieczną przy Komunii św. mieć wielkie pragnienie przyjęcia Pana Jezusa wraz z Jego świętą miłością. Na tej świętej uczcie tylko ci zostają nasyceni, którzy są zgłodniali.

    Jezu, pomagaj mi, bym codziennie i dobrze się modlił.

    IV. Jezus spotyka swoją Matkę (stacja spotkania)

    Dusze pobożne starają się po Komunii świętej tak długo trwać na modlitwie, jak tylko mogą. Dusza po Komunii świętej powinna więc rozmawiać z Panem Jezusem – wzbudzać pobożne uczucia i zanosić modlitwy.

    Spotkanie Jezusa z Maryją jest spotkaniem pełnym miłości we wzajemnym powierzeniu się sobie i oddaniu osób, które zawsze były ze sobą razem. Nasz udział w Eucharystii i przyjęcie Jezusa w Komunii św. powinno być takim spotkaniem:

    Oto mój Bóg przybył mnie nawiedzić; Zbawiciel mój zamieszkał w duszy mojej. Mój Jezus już rzeczywiście ze mną przebywa. Przyszedł, aby stać się moim, a mnie swoim uczynić. Jezus więc należy do mnie, a ja do Niego. Jezus jest całkowicie moim, a ja cały jestem Jego własnością.

    V. Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi (stacja przymuszonych)

    Kościół święty orzekł, iż każdy chrześcijanin powinien w czasie wielkanocnym i w niebezpieczeństwie życia przystępować do Stołu Pańskiego. Lecz należy także wiedzieć, iż człowiek z trudnością utrzyma się w łasce Bożej, jeśli będzie przystępować, jak to czynią niektórzy chrześcijanie mało dbający o zbawienie wieczne, do Komunii świętej tylko raz w roku. To zresztą widać z doświadczenia i udowadnia się to rozumem, ponieważ dusza pozbawiona przez dłuższy czas tego pokarmu Bożego z trudnością znajdzie siłę do oparcia się pokusom i tak z łatwością upadnie w grzech. Najświętszy sakrament nazywa się chlebem niebiańskim, bo jak chleb ziemski zachowuje życie ciała, tak chleb niebiański zachowuje żywot duszy.

    Ewangelia ukazuje Szymona, który został przymuszony do niesienia krzyża Jezusowego. Nie ma wątpliwości, że tak bliskie spotkanie z Bogiem jest dla człowieka piękne i błogosławione. Otwiera oczy na piękno ludzkiego życia, narodzonego z Bożej miłości i wypełniającego się w niej. Podobnie jest z prawem, które nakazuje nam spotkanie z Jezusem Eucharystycznym. Poprzez to spotkanie doświadczam, że jestem ukochany. Czasem jednak czuję się na Eucharystii tak… nijako, bez miłości do Jezusa. Św. Alfons wskazuje: 

    Temu, kto mówi: Właśnie dlatego nie przystępuję często do Komunii świętej, bo widzę, jak zimny jestem wobec Bożej miłości…, odpowiada Gerson: „Dlatego, że odczuwasz zimno, chcesz oddalić się od ognia?”. Powinieneś uczynić wręcz przeciwnie: Jeśli pragniesz kochać Chrystusa, im bardziej jesteś zimny, tym bliżej powinieneś przystąpić do Eucharystii. 

    VI. Weronika ociera twarz Jezusowi (znak miłości)

    W Komunii świętej Jezus jednoczy się z nami tak realnie, że słusznie mógł powiedzieć św. Franciszek Salezy: „Eucharystia jest najczulszym znakiem miłości, bo Jezus unicestwia się w niej, aż stanie się naszym pokarmem, by się z nami zjednoczyć”.

    Weronika otrzymała w odpowiedzi na swoją miłość odbicie umęczonej twarzy Chrystusa. Ludzie często noszą ze sobą zdjęcia osób, które kochają. Wizerunek taki otaczany jest czułością, szacunkiem, gdyż jest znakiem miłości, należenia do siebie, wyrazem pragnienia, by być blisko siebie. Taki był dar Chrystusa dla Weroniki, taki jest dar Chrystusa dla ludzkości w Jego ofierze krzyżowej, która uobecnia się, mocą miłości, w Eucharystii. 

    Tego właśnie dokonała niezmierzona miłość Boga do ludzi: nie tylko ofiarowuje się im całkowicie w Królestwie wieczności, ale już tu na ziemi daje się im posiąść w tak intymnej, jak tylko to jest możliwe, jedności, ofiarowując się pod postacią chleba w Eucharystii.

    VII. Jezus po raz drugi upada (stacja uznania grzechu)

    W Pierwszym Liście św. Jana czytamy: „jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy” (1 J 1, 8). Te słowa boleśnie potwierdza nasze doświadczenie życiowe. Tyle w nas zaniedbania, obojętności, bylejakości, przeciętności i grzechów ciężkich. A przecież nasze powołanie to być synami Światłości. Mamy obowiązek stawania się świętymi. Jak? 

    Komunia święta pomnaża w nas łaskę chroniącą przed grzechami ciężkimi. Dlatego Innocenty III napisał, że Jezus Chrystus poprzez swoją mękę i śmierć wyzwolił nas z niewoli grzechu, a poprzez Eucharystię uwalnia nas od możliwości popełnienia grzechu. Przede wszystkim jednak ten sakrament zapala dusze do Bożej miłości.

    VIII. Jezus pociesza płaczące niewiasty (aby prawdziwe widzieć Chrystusa)

    Kontekst Ewangelii skłania raczej ku przekonaniu, że niewiasty wcale nie dostrzegły Jezusa i Jego miłości, która została odrzucona. Płaczą, bo tak wypada (zwyczajowe płaczki), bo może coś je rozczuliło. Tak naprawdę nie widzą Zbawiciela ani Jego dzieła. W jakiś sposób odnajdują się w tym wydarzeniu dla siebie samych. Często tak jest z nami na Mszy świętej. Nie widzimy Jezusa! Ksiądz podaje opłatek! „Nie płaczcie nad Mną; płaczcie raczej nad sobą (Łk 23, 28).

    Powinniśmy wierzyć, że przez słowa poświęcenia, które wymawia kapłan we Mszy świętej, chleb i wino tracą swoją istotę, a przemieniają się w Ciało i Krew Pana Jezusa; a z chleba i wina nic nie pozostaje, chyba same postacie pozorne, jako to: barwa, smak, kształt, do tego stopnia, iż jest nieomylną nauką wiary, że w Najświętszym Sakramencie Ołtarza jest rzeczywiście cały Jezus Chrystus ze swoim Ciałem, Duszą i Bóstwem.

    IX. Jezus po raz trzeci upada (stacja kochania siebie)

    Nasz wiek przyzwyczaił nas do tego, iż zawsze powinniśmy odnosić sukces. Żyjemy w erze nieustannych sukcesów i dlatego każdy upadek rodzi dyskomfort, poczucie totalnej przegranej, wręcz odrzucenia siebie. A przecież znając swoją ludzką kondycję – mam też prawo do błędów, oczywiście takich, z których chcę się podnosić. Św. Paweł mówi: „moc w słabości się doskonali”. Ta doskonałość polega na tym, że widzę, iż sam bez Jezusa nie dam rady. Dopiero w Nim jestem silny! Mogę zaakceptować siebie z moimi zaletami i wadami, bo wiem, że jestem umiłowany przez Boga i powołany do rzeczy wielkich. Jeśli Bóg mnie miłuje, cóż znaczy porażka…? Znów mogę powstać! 

    Jakaż zachodziła potrzeba, żeby Pan Jezus po śmierci swojej oddał się nam na pokarm? Oto wymagała tego miłość. To zresztą czytamy wyraźnie w Ewangelii św. Jana: „widząc Jezus, iż przyszła godzina Jego, aby przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”; i chcąc wtedy dać nam najwyższy, jaki tylko być może, dowód tej swojej miłości, postanowił Przenajświętszy Sakrament Ciała i Krwi swojej.

    X. Jezus z szat obnażony (stacja ubóstwa)

    Eucharystia potwierdza całkowite wyniszczenie Jezusa. Uniżył samego siebie, aby każdy miał przez Niego dostęp do Ojca. Jezus chce być dla nas konieczny, jak konieczny do życia jest chleb. Chce być obecny w naszej codzienności. Tak zwyczajnie. Poprzez ofiarę krzyżową zostało zawarte Nowe Przymierze, w którym Jezus stał się Bogiem z nami, by ubóstwem swoim nas ubogacić.

    Aby zaś każdemu łatwo było Go przyjąć, ofiarował się nam pod postaciami chleba. Gdyby ukrył się pod postaciami jakiegoś rzadkiego lub drogocennego pokarmu, ubodzy nie mieliby do Niego dostępu. Stał się chlebem, aby być najprostszym pokarmem dla wszystkich.

    XI. Jezus przybity do krzyża (Więzień miłości)

    Więc otóż Pan Jezus przebywa na ołtarzach, jakby zamknięty w tylu i tylu więzieniach, do których wtrąca Go Jego niepojęta miłość ku ludziom.

    Śpiewamy: „To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech”. Trzeba sobie jednak uświadomić, że pierwszą przyczyną, dla której Jezus dał się przybić do krzyża, była Jego miłość do grzesznego człowieka. To nie gwoździe Cię przybiły, lecz Twoja miłość do mnie. Ta, która wszechmocnego Pana czyni słabym, jakby więźniem miłości. 

    Nie masz parafii chociażby najuboższej, nie masz klasztoru, który by nie miał szczęścia posiadania Przenajświętszego Sakramentu; we wszystkich tych miejscach Król nieba i ziemi dozwala się trzymać zamknięty w małym Tabernakulum z drzewa lub kruszcu, gdzie przebywa sam jeden, zaledwie mając przed sobą lampkę, bez nikogo, kto by Mu cześć oddawał. Ależ Panie! Woła na to św. Bernard, to nie przystoi Twojemu Majestatowi! – Mniejsza o to, odpowiada Jezus, niech to nie przystoi mojej godności, byle przystało mojej miłości.

    XII. Śmierć Jezusa  (stawanie się Bożym człowiekiem)

    Ty w Najświętszym Sakramencie dochodzisz przez swoją miłość aż do ukrycia swego majestatu i uniżenia swej chwały, dochodzisz jakby do wyniszczenia i unicestwienia swego Boskiego życia. O Jezu najukochańszy, pozwól mi powiedzieć, że jesteś za bardzo w ludziach rozmiłowany, do tego stopnia, iż ich dobro stawiasz wyżej niż Twoją własną cześć.

    Męka, śmierć krzyżowa, Eucharystia – to niezbite dowody Bożego ukochania nas. I to jest też źródło mojego pragnienia, by być świętym. Jestem umiłowany przez Pana tak bardzo, pragnę więc odpowiedzieć Mu moją miłością, odrzucając wszystko, co przeszkadza mi w kochaniu Boga, w życiu tylko dla Niego, w posłudze braciom. Chcę stać się Bożym człowiekiem, by móc powiedzieć za św. Pawłem: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”. 

    Gdyby król przybył odwiedzić ubogiego pastuszka w jego chatce, cóż więcej mógłby ów pastuszek uczynić, jak ofiarować mu ją całą? Ponieważ zaś, Jezu, Boski mój Królu, przybyłeś mnie odwiedzić w ubogim domu duszy mojej, ofiaruję i oddaję Ci ten dom i siebie całego wraz ze swoją wolą i wolnością.

    XIII. Jezus zdjęty z krzyża (stacja pokory)

    Idziesz więc, duszo moja, aby pożywać Najświętsze Ciało Pana Jezusa? A czy jesteś tego godna? Boże mój, kim ja jestem, a kim Ty jesteś? Dobrze wiem, kim jesteś Ty, który mi się oddajesz; lecz czy Ty wiesz, kim jestem ja, który ma Ciebie przyjąć? Poznaję, o mój Panie, wielki Twój majestat i nędzę swoją.

    Widzimy ciało Jezusa w ramionach Matki, całkowicie bezbronne… Tak samo Jezus oddał się nam. Jest obecny w kruszynie chleba, ale ja nigdy nie mogę stracić świadomości, że w niej przychodzi do mnie sam Bóg, wszechpotężny Pan świata; kochający, ale w swym Boskim majestacie, przed którym zginam kolana. Wszystko, czym jestem, wszystko, co posiadam, pochodzi od Niego. Dar spotkania z Nim w Eucharystii jest gestem Jego nieskończonej miłości i miłosierdzia, nie zaś moją zasługą, wypływającą z doskonałości życia. 

    Pragniesz, bym Cię przyjął jako pokarm, i wzywasz mnie do tego. Przychodzę więc, mój najukochańszy Zbawicielu, przychodzę, aby Cię przyjąć tego dnia, upokorzony i zawstydzony z powodu win swoich, lecz pełny ufności w Twoje miłosierdzie i Twoją miłość ku mnie.

    XIV. Jezus złożony w grobie (stacja nadziei i zaufania)

    Jezu mój najukochańszy! Ponieważ zapraszasz mnie do tego stołu miłości, abym pożywał Boskie Twe Ciało, czego mi jeszcze może brakować? Kogóż będę się lękać, jeśli Ty, Boże wszechmocny, jesteś światłem i ratunkiem moim? Cały się Tobie oddaję. Przyjmij mnie, a potem czyń ze mną, co Ci się podoba; karz mnie, jak chcesz, gniewaj się na mnie, zabij mnie, zniszcz, a zawsze będę mówić do Ciebie z Hiobem: „Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam, i dróg moich przed Nim chcę bronić” (Hi 13, 15). Bylebym do Ciebie należał i Ciebie kochał, a będę szczęśliwy.

    Jezus pokonał śmierć! Zmartwychwstały jest wśród nas! Karmi nas sobą i swoją miłością. Czyż jest większy skarb na ziemi? Moje życie w Bogu się wypełnia. Od Niego pochodzę i do Niego zmierzam. Jedyne zło, jakie mnie może spotkać w życiu, to stracić Boga! Z Nim niczego się nie lękam!

    opracował: o. Wojciech Pawlicki CSsRAleteia.pl

    ***

    Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra

    Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice Watykańskiej

    Nowa Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra została wykonana przez młodego szwajcarskiego artystę Manuela Andreasa Dürra, wyłonionego w międzynarodowym konkursie, na który nadesłano ponad tysiąc zgłoszeń. Inauguracja nowych obrazów Drogi Krzyżowej miała miejsce w piątek 20 lutego w ramach obchodów 400. rocznicy poświęcenia Bazyliki św. Piotra (1626–2026).

    Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku. Nabór, otwarty dla wszystkich bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie, przyciągnął ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.Selekcji dokonała komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów oraz przedstawicieli instytucji watykańskich.

    Po przeanalizowaniu życiorysów i portfolio fotograficznych czternastu artystów zaproszono do przedstawienia po dwóch szkiców, w tym obowiązkowego projektu dwunastej stacji – śmierci Jezusa na krzyżu.

    Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku

    Dzieło zostało wybrane po międzynarodowym konkursie ogłoszonym w grudniu 2023 roku

    Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie ze względu na równowagę kompozycyjną oraz siłę wyrazu w ukazaniu misterium paschalnego.

    Czternaście stacji zostało rozmieszczonych wzdłuż nawy głównej oraz wokół Konfesji na cały okres Wielkiego Postu, oferując przestrzeń modlitwy i refleksji zarówno wiernym, jak i odwiedzającym.

    Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie

    Propozycja Dürra została wybrana jednogłośnie

    Uczestnicy rozważają czternaście stacji Drogi Krzyżowej w sercu świętej przestrzeni, która przechowuje pamięć o Apostole Piotrze.

    Dzięki nowej Drodze Krzyżowej Bazylika św. Piotra odnawia dialog między sztuką a liturgią, ofiarując Kościołowi i pielgrzymom widzialny znak tego, jak piękno nadal rozświetla tajemnicę Krzyża.

    Nowa Droga Krzyżowa jest dziełem Manuela Andreasa Dürra (na pierwszym planie)
    Nowa Droga Krzyżowa jest dziełem Manuela Andreasa Dürra (na pierwszym planie)

    Vatican News

    ***

    Wszystko przemieni w piękno.

    Droga Krzyżowa w Bazylice św. Piotra

    Stacja Drogi Krzyżowej - Upadek Jezusa pod Krzyżem wg. Manuela Andreasa Dürra

    ***

    Pielgrzymi i turyści odwiedzający Bazylikę św. Piotra mogą od początku Wielkiego Postu tego roku oglądać stacje Drogi Krzyżowej, umieszczone w nawie głównej i w części prezbiterium, przyciągające uwagę swoimi kolorami, do tej pory nieznanymi w tej świątyni, i ekspresją przedstawionych postaci. Odnosi się niemal od początku wrażenie, że mamy do czynienia ze sztuką tradycyjną i nowoczesną zarazem.

    W grudniu 2023 r. Fabryka św. Piotra (watykańska instytucja zajmująca się administracją i wyposażeniem bazyliki) ogłosiła międzynarodowy konkurs na stacje Drogi Krzyżowej, mając na uwadze zarówno cele duchowe jak i artystyczne. Chodziło o znalezienie artysty, który zaproponowałby stacje harmonizujące z cała architekturą potężnej świątyni jak i z jej bogatym i różnorodnym wyposażeniem, co, oczywiście, nie było sprawą prostą. Inicjatywa wpisuje się w jubileusz 400-lecia poświęcenia bazyliki, które miało miejsce w 1626 r. Nabór prac był otwarty dla wszystkich artystów powyżej 18 roku życia, bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie. Jedynym wymogiem było zachowanie czternastu tradycyjnych stacji Drogi Krzyżowej, od skazania przez Piłata Jezusa na śmierć po złożenie Go do grobu. Odzew był niezwykły i zaskoczył samych organizatorów. Otrzymano ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.

    Wybrany jednogłośnie

    Komisja złożona z historyków sztuki, liturgistów i przedstawicieli instytucji watykańskich wyłoniła, po pierwszej selekcji, niewielką grupę czternastu artystów, których zaproszono do przedstawienia dwóch projektów: jednego, przedstawiającego obowiązkowo dwunastą stację, czyli „Jezusa umierającego na krzyżu”, i drugiego, dowolnie wybranego, poświęconego jednemu z pozostałych wydarzeń tradycyjnie składających się na Via Crucis.

    Stacja 1: Jezus na śmierć skazany

    Stacja 1: Jezus na śmierć skazany

    W propozycjach dostrzeżono różnorodność stylów, technik, kolorów, ujęć samej figury Zbawiciela i osób biorących udział w tej szczególnej wędrówce na Golgotę. Jedno i to samo wydarzenie historyczne odbijało się w najróżniejszych formach, odsłaniając osobistą interpretację i wrażliwość każdego autora. Po wnikliwej ocenie komisja jednogłośnie wybrała projekt szwajcarskiego artysty o nazwisku Manuel Andreas Dürr. Jego propozycja wyróżniała się zarówno elementami formalnymi jak i przekazem treści, klarownością strukturalną, wspartą solidną sztuką kompozycyjną. Jego Droga Krzyżowa, zaprezentowana publicznie po raz pierwszy 20 lutego 2026 roku, czyli w pierwszy piątek Wielkiego Postu, zaprasza pielgrzymów z każdego kontynentu do swoistej podróży duchowej i artystycznej kontemplacji.

    Malarstwo, które mówi prawdę

    Należę do tych, którzy tę podróż już odbyli i to o poranku, kiedy ogromna świątynia jest jeszcze pusta: jedynie tu i ówdzie przechodzą pielgrzymi, którzy weszli do niej jako pierwsi, zaraz po otwarciu bram i drzwi. Zanim jednak zdecydowałem się na obejrzenie stacji, zapoznałem się z życiorysem artysty. Urodzony w 1989 r. w Bienne (Szwajcaria), studiował najpierw malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych we Florencji, a następnie filozofię, historię sztuki i… slawistykę we Fryburgu szwajcarskim i Bernie. Można więc powiedzieć, że otrzymał staranne i różnorodne wykształcenie. „Florenckie” ślady w jego wcześniejszych dziełach były dostrzegane zarówno przez profesjonalnych znawców sztuki jak i zwykłych miłośników malarstwa. Jego prace, wystawiane na całym świecie, znane są z mocnego języka wizualnego i zdolności do sugestywnej interpretacji tematów religijnych i społecznych. A sam artysta wierzy, że „malarstwo dzisiaj może być szczególnym sposobem mówienia prawdy”.

    Stacja 12: Jezus umiera na krzyżu.

    Stacja 12: Jezus umiera na krzyżu.

    Teraz przyglądam się poszczególnym stacjom i dłużej zatrzymuję się przy czwartej, ukazującej spotkanie Zbawiciela z Jego Najświętszą Matką. Artysta koncentruje się na Maryi, ukazując Jej piękną, ciągle młodzieńczą, twarz i głębokie, pełne nostalgii i miłości, spojrzenie na Syna. Jej dłoń jest blisko twarzy Chrystusa, ale przecież Go nie dotyka, tak jak to się dzieje w słynnej Piecie Michała Anioła, znajdującej się w tej samej świątyni, zupełnie blisko Via Crucis. Uroku przedstawionej scenie dodają piękne, choć bardzo proste, szaty, zarówno Jezusa jak i Maryi.

    Zatrzymuję się następnie dłużej przy stacji XII, „Jezus umiera na krzyżu”, tej najważniejszej z wielu punktów widzenia. Zbawiciel przedstawiony jest na krzyżu między dwoma łotrami. Łatwo tu dostrzec równowagę kompozycyjną przede wszystkim w harmonijnym przedstawieniu figury Chrystusa jak i dwóch łotrów, ukazanych na dwóch różnych poziomach. Jezus patrzy na dobrego łotra, który przed chwilą prosił Go o to, aby był razem z Nim w raju. Powagi całej scenie i szczególnego nastroju dodaje bardzo ciemny, granatowy odcień koloru niebieskiego, elegancki i klasyczny.

    Stacja 4: Jezus spotyka swoją Matkę

    Stacja 4: Jezus spotyka swoją Matkę

    Swoisty klimat dostrzega się też w XIV stacji, czyli w „Złożeniu Jezusa do Grobu”. Tylu malarzy przedstawiało tę scenę… jakże tu nie wspomnieć Caravaggia. Zresztą może coś z niego artysta szwajcarski zapożyczył, zwłaszcza gdy chodzi o ukazanie samego Jezusa wkładanego do grobu. Ale kolory są tu trochę inne, przede wszystkim więcej żółtego… Czyżby chodziło już w tym momencie o ukazanie świtu poranka wielkanocnego?    

    Wierność Ewangelii i oddziaływanie na widza

    Po obejrzeniu, zresztą dosyć dokładnym, także pozostałych stacji, rozmawiam z moim znajomym historykiem sztuki i znawcą malarstwa. Pytam się go o to, co sądzi o opisywanym dziele. Gianluca pozwala sobie na dłuższy wywód.  Można by rzec – mówi – że nowoczesna sztuka religijna, proponująca jednolity język i ciągle odkrywane elementy wczesnego renesansu, zakończyła swoją jednorodną podróż w XIX wieku. Od tego czasu w coraz mniejszym stopniu uwzględniała innowacje kultury nowoczesnej. Dotyczy to nie tylko aspektów destrukcyjnych, ale także pozytywnych: zwłaszcza koncepcji obrazu jako pola, w którym kolory oddziałują na siebie, tworząc znaczącą, poruszającą całość, niezależną od tematu.

    Stacja 10: Jezus z szat obnażony

    Stacja 10: Jezus z szat obnażony

    W tej Drodze Krzyżowej artyście udało się połączyć dwa fundamentalne aspekty obrazu religijnego: wierność tekstowi Ewangelii, ale także szczere, poruszające oddziaływanie na widza. Ten drugi aspekt osiąga się przez wyrafinowane użycie przestrzeni, godne Piera della Francesca. W tym sensie wolne miejsca na płótnie, pola pozostawione niemal całkowicie bez kolorów, są również bardzo ważne, bo stanowią hołd dla abstrakcji, tak ważnej w ubiegłym stuleciu. Pokrewieństwa z niektórymi włoskimi obrazami można dostrzec także w formalnej klarowności, a także w ujęciu postaci nawiązującego do narracyjnej surowości Giotta.

    Stacja 13: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ręce Matki

    Stacja 13: Jezus zdjęty z krzyża i złożony w ręce Matki

    Jeśli chodzi o samą tematykę – kontynuuje Gianluca – tak bardzo znaną i obecną w malarstwie światowym, jej dramatyzm jest wyrażony z wielką oryginalnością i skutecznością, niemal jak kadr z filmu, w którym każda chwila jest przeżywana z niezwykłą emocjonalną głębią. Można powiedzieć, że całe dzieło dobrze wróży odrodzeniu się szczerej, figuratywnej interpretacji tajemnicy zbawienia, odpowiadającej również uczuciom tych wszystkich, którzy pragną ją odnaleźć także w dziełach sztuki.  

    Bóg wszystko przemieni w piękno

    A co mówił sam artysta w związku z wyróżnieniem, jakie stało się jego udziałem? „Jakiż to zaszczyt być wystawianym obok Michała Anioła i Berniniego. I jakiż lęk tworzyć własne dzieła, które będą umieszczone w tak ważnym miejscu z perspektywy artystyczno-historycznej i kulturowej”. Jako protestant, zgłębiał mękę Chrystusa i arcydzieła przeszłości stanowiące sedno katolicyzmu, szczególnie wspomnianą już Pietę Michała Anioła: „Płacząca matka trzyma w ramionach zmarłego syna: jaka scena jest bardziej rozdzierająca serce niż ta?” – pytał w wywiadzie dla telewizji szwajcarskiej. „A jednak geniusz, taki jak Michał Anioł, potrafił wydobyć coś pięknego z tak smutnej chwili. To paradoksalne piękno, nie natychmiastowe, skłania mnie do myślenia, że ​​Bóg czyni to samo – a nawet więcej – z nami, ludźmi: nie opuszcza tych, którzy cierpią, lecz daje nam obietnicę, że wszystko przemieni w piękno”.

    Stacja 14: Jezus złożony do grobu

    Stacja 14: Jezus złożony do grobu

    ks. Waldemar TurekWatykan (artykuł ukazał się nakładem tygodnika „Idziemy”)

    ***

    Papież: Spowiedź jako droga do pojednania z Bogiem… i pokoju na świecie

    (PAP/EPA/VATICAN MEDIA HANDOUT)

    ***

    „Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?”- takie pytanie zadał Ojciec święty podczas piątkowej audiencji z uczestnikami 36. Kursu Forum Wewnętrznego zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską.

    W Pałacu Apostolskim w Watykanie, papież Leon XIV zachęcał do kontynuowania dzieła Jana Pawła II, które służy głębokiej formacji, aby „czwarty sakrament był coraz głębiej rozumiany, właściwie sprawowany, a tym samym pogodnie i skutecznie przeżywany przez cały święty Lud Boży”.

    – Sakrament Pojednania – jak wiemy – przeszedł na przestrzeni dziejów znaczący rozwój, zarówno pod względem teologicznym, jak i formy jego sprawowania – podkreślił papież, ubolewając, że wielu ludzi nie korzysta z tego „nieskończonego skarbu miłosierdzia Kościoła” z powodu „powszechnego rozproszenia wśród chrześcijan, którzy nierzadko pozostają w stanie grzechu przez długi czas, zamiast z prostotą wiary i serca przystąpić do konfesjonału, aby przyjąć dar Zmartwychwstałego Pana”.

    Papież przypomniał, że „Sobór Laterański IV w 1215 roku ustanowił obowiązek spowiedzi sakramentalnej przynajmniej raz w roku”, zaś „Katechizm Kościoła Katolickiego, po Soborze Watykańskim II, potwierdził tę normę (por. KKK, 1457), która jest również prawem Kościoła: ‘Każdy wierny po osiągnięciu wieku rozeznania, obowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wiernie wszystkie grzechy ciężkie’” (Kodeks Prawa Kanonicznego, 989).

    Sakrament Pojednania, zwłaszcza w okresie Wielkiego Postu, oznacza „bycie w harmonii” z Bogiem, „zjednoczenie się z Nim”. Przywraca jedność z Bogiem poprzez odpuszczenie grzechów i wlanie łaski uświęcającej. Leon XIV dodał, że „sprzyja to wewnętrznej jedności jednostki i jedności z Kościołem; w konsekwencji sprzyja również pokojowi i jedności w rodzinie ludzkiej”.

    Ojciec Święty w tym kontekście zadał pytanie: „Czy chrześcijanie ponoszący poważną odpowiedzialność za konflikty zbrojne mają pokorę i odwagę, by dokonać poważnego rachunku sumienia i wyspowiadać się?” I dalej: „Ale – pytamy ponownie – czy człowiek, małe i proste stworzenie, może naprawdę „zerwać jedność” ze Stwórcą? Czy ten obraz nie jest być może stronniczą i ostatecznie poniżającą interpretacją Objawienia, które Jezus nam dał o Bogu?”

    Przechodząc do analizy tego zagadnienia, Leon wyjaśnia, że „przy bliższym przyjrzeniu się grzech nie zrywa jedności, rozumianej jako ontologiczna zależność stworzenia od Stwórcy: nawet grzesznik pozostaje całkowicie zależny od Boga Stwórcy, a ta zależność, gdy zostanie uznana, może otworzyć drogę do nawrócenia”. Dodaje jednak, że „grzech zrywa duchową jedność z Bogiem: odwraca się od Niego, a ta dramatyczna możliwość jest równie realna, jak dar wolności, którym sam Bóg obdarzył ludzi. Zaprzeczanie możliwości, że grzech rzeczywiście zrywa jedność z Bogiem, jest w rzeczywistości brakiem uznania godności człowieka, który jest – i pozostaje – wolny, a zatem odpowiedzialny za własne czyny”.

    Zwracając się do młodych kapłanów i kandydatów papież polecił im, by zdawali sobie sprawę „z najwznioślejszego zadania, jakie sam Chrystus, za pośrednictwem Kościoła, im powierza: przywracania jedności ludzi z Bogiem poprzez sprawowanie Sakramentu Pojednania”.

    – Stajemy się świętymi w konfesjonale! Pomyślmy tylko o świętym Janie Marii Vianneyu, świętym Leopoldzie Mandiciu, a ostatnio o świętym Pio z Pietrelciny i błogosławionym Michale Sopoćce – mówił Leon, wskazując na niezwykłą doniosłość spowiedzi świętej.

    To dzięki przywróceniu jedności z Bogiem następuje przywracanie jedności z Kościołem, który jest „Mistycznym Ciałem Chrystusa”. – Podczas sprawowania sakramentu spowiedzi, gdy penitenci dostępują pojednania z Bogiem i z Kościołem, sam Kościół jest budowany i wzbogacany odnowioną świętością swoich skruszonych dzieci, którym wybaczono grzechy. W konfesjonale, drodzy bracia, współpracujemy w nieustannym budowaniu Kościoła: jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego; czyniąc to, dajemy też nową energię społeczeństwu i światu – podkreślił papież.

    I dalej dodał, że „jedność z Bogiem i Kościołem jest wreszcie warunkiem wewnętrznej jedności jednostek, tak niezbędnej dziś, w dobie rozbicia, w której żyjemy”. W opinii Leona XIV, dzisiaj wielu młodych pragnie wewnętrznej jedności. Mają dość „niespełnionych obietnic, niepohamowanego konsumpcjonizmu i frustrujących doświadczeń wolności oderwanej od prawdy”. Kapłani powinni wykorzystać tę sytuację do wzmożonej ewangelizacji, aby przypominać, że Bóg stał się człowiekiem, aby nas zbawić.

    Bez „jedności z Bogiem, z Kościołem i w nas samych” nie będzie pokoju między ludźmi i narodami, gdyż jedynie osoba pojednana jest zdolna do życia w pokoju. – Ten, kto odkłada broń pychy i pozwala, by nieustannie odnawiało go Boże przebaczenie, staje się narzędziem pojednania w życiu codziennym. W nim lub w niej spełniają się słowa przypisywane świętemu Franciszkowi z Asyżu: ‘Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju’” – wskazał papież, który prosił, by „nigdy nie zaniedbywać przystępowania do Sakramentu Pojednania z wierną stałością”.

    PCh24.pl/źródło: press.vatican.va

    ***

    Sakrament ocalenia. Dobra spowiedź jako przełom na drodze nawrócenia

    fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny

    ***

    Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Znów stałam się częścią Kościoła, który kiedyś opuściłam – mówi Kasia.

    ***

    Wielkopostne nawrócenie ma wiele wymiarów, ale wszystkie ustępują najważniejszemu: dobrej spowiedzi.

    Święty Jan Vianney wielokrotnie przekonywał wiernych, jak ważne jest szczere wyznanie wszystkich grzechów. „O, jak bardzo ślepi są grzesznicy, którzy wstydzą się albo też boją wyspowiadać się ze swoich upadków! Na co się przyda to ukrywanie, skoro kiedyś tajniki serc zostaną odsłonięte na oczach całego świata?” – argumentował. Wskazywał jednak, że jest na to sposób: „Jeżeli chcemy raz na zawsze ukryć swoje grzechy, musimy się z nich dobrze wyspowiadać”.

    20 kilo mniej

    Dobra spowiedź to dla wielu katolików wydarzenie przełomowe na drodze nawrócenia.

    Kasia Biedrzycka z Rybnika przez lata żyła z dala od Kościoła. Przez 18 lat była związana z ruchem Hare Kriszna. W końcu stwierdziła, że nie wierzy w żadnego boga, ale gdy w drodze do pracy przechodziła koło kościoła, obrzucała Jezusa najgorszymi epitetami, obwiniając Go o całe zło, które wydarzyło się w jej życiu.

    Pewnej kwietniowej nocy 2022 roku, przed świętem Miłosierdzia Bożego, przyśnił jej się Pan Jezus. Usłyszała: „Głoś moje miłosierdzie”. Obudziła się z potężnym pragnieniem poznania Zbawiciela. Szukała, pytała i wciąż jej było mało. Trafiła na spotkanie wspólnoty Jezusa Miłosiernego. – Kiedy w kościele zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam obecności Boga – wspomina. Zaczęła regularnie chodzić do kościoła, a równocześnie odczuła ogromną potrzebę spowiedzi, oczyszczenia oraz pragnienie przyjmowania Komunii. Ale nie znała żadnego księdza, bała się. – Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić – tłumaczy. Aż któregoś dnia on sam do niej podszedł i mówi: „A jak tam u ciebie, sakramenty są?”. Odpowiedziała: „No, chrzest miałam, Komunię miałam, bierzmowanie miałam”. Na to on: „A spowiedź kiedy była?”.

    – To był dla mnie dar z nieba, bo bardzo tego pytania potrzebowałam. Mówię, że to było może ze 30 lat temu. A on: „A chcesz się wyspowiadać?”. Powiedziałam, że tak, ale nie znam żadnych formułek. Ksiądz na to, że to nie problem. Umówiliśmy się za tydzień. Czułam potworny stres, bo miałam mówić o rzeczach z całego życia, o których nie mówiłam nikomu. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Poszliśmy na salki i tam miałam spowiedź generalną. Po niej odczułam ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Znów stałam się częścią Kościoła, który kiedyś opuściłam – mówi Kasia.

    Uzdrowienie

    – W mojej pamięci mocno zapisała się jedna szczególna spowiedź – opowiada Robert (nazwisko znane redakcji). Przystępował do niej z noszonym przez lata ogromnym ciężarem doświadczenia wykorzystania seksualnego w dzieciństwie. Nigdy wcześniej nie potrafił nikomu o tym powiedzieć. – W trakcie tej spowiedzi po raz pierwszy zrozumiałem coś fundamentalnego: nie noszę w sobie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. To nie była moja wina, choć przez lata żyłem tak, jakby to brzemię należało do mnie. Uświadomienie sobie tego w obecności Boga i człowieka, który mnie słuchał, przyniosło mi głęboki oddech ulgi i początek wewnętrznego uzdrowienia – wspomina.

    Spowiednik okazał mu ogromne wsparcie i pociechę. – Jego słowa były pełne szacunku, delikatności i zrozumienia. Nie czułem się oceniany ani wypytywany – czułem się przyjęty. To doświadczenie pozwoliło mi zobaczyć, że Kościół może być miejscem, w którym człowiek naprawdę zostaje wysłuchany i otoczony troską – podkreśla. Co więcej, ksiądz pokierował go do osób, które pomogły mu lepiej rozumieć reakcje, emocje i trudności, z jakimi zmagał się przez lata.

    – Dziś patrzę na tamtą spowiedź jako na moment przełomowy. To był początek drogi, na której uczyłem się żyć bez wstydu, bez fałszywej winy i z coraz większą nadzieją – zaświadcza Robert.

    Nie potępia

    Ksiądz Michał Wala kocha spowiadać. – To jest dla mnie jeden z dwóch najpiękniejszych sakramentów. Pierwszym jest oczywiście Eucharystia. To niesamowite, że mogę nieść miłosierdzie Boga człowiekowi i dać mu nadzieję, że może zacząć na nowo. Ważne, że chce się podnieść i iść dalej – przekonuje.

    Stosunek księdza Michała do sakramentu pokuty ma związek z doświadczeniem sprzed prawie 19 lat. – To było na początku mojego kapłaństwa. Poszedłem na obchód chorych do szpitala. Tam jeden chory mówi, że chciałby się wyspowiadać, ale nie teraz, bo to będzie długa spowiedź. Przyszedłem więc wieczorem. On uprzedził mnie, że ze złych rzeczy w swoim życiu nie zrobił tylko tego i tego, a wszystko inne zrobił. Wyspowiadał się, ja udzieliłem mu Komunii, chwilę porozmawialiśmy i powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia rano”. Ale rano on już nie żył. To doświadczenie pokazało mi, że w spowiedzi warto być człowiekiem, ręką, słuchem Pana Boga i Jego ustami po to, żeby dać miłosierdzie, bo to może jest ostatni moment – podkreśla kapłan. I dodaje: – Pan Bóg nigdy nie potępi w konfesjonale. Zawsze przyjdzie z wielką miłością do człowieka i z wielkim przebaczeniem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***


    Znany egzorcysta: Spowiedź święta to broń przeciwko demonom. Może uwolnić od opętania

    Znany amerykański egzorcysta ks. Chad Ripperger zachęca do spowiedzi świętej. Jak podkreśla, spowiedź może uwolnić ludzi od opętania demonicznego.

    Jak podkreślił w rozmowie z amerykańskim podcasterem Shawnem Ryanem, w Kościele katolickim wskazuje się na różne stopnie wpływu demonicznego na człowieka. Opętanie jest najbardziej skrajnym przypadkiem. Jak podkreślił, ludzie muszą w pierwszej kolejności porzucić grzech. Podał przykład rodziny, w której to żona chce rządzić mężem. Jeżeli mąż zacznie zachowywać się jak mężczyzna i będzie sprawować władzę w sposób sprawiedliwy, a żona się temu podporządkuje, będzie to oznaczać wyzwolenie od demonicznego wpływu.

    Szczególną wagę ma sakrament spowiedzi świętej, podkreślił. Spowiedź może wyzwolić nawet od opętania. Kiedy wierzący w Chrystusa wyzna grzech, który otwiera demonowi drogę do jego dusz, a kapłan udzieli mu rozgrzeszenia, wówczas rozwiązana zostaje „prawna” moc wiążąca grzechu. Choć może zaskakiwać użycie w tym kontekście legalnego języka, ks. Ripperger odwołał się wprost do słów naszego Pana, Jezusa Chrystusa z Ewangelii św. Jana na temat odpuszczania grzechów: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 23).

    Może być tak, że ktoś spowiada się, ale to nie pomaga. W takich przypadkach nierzadko człowiek popełnił poważny błąd: nie wyznał wszystkich ciężkich grzechów, choćby o nich zapominając.

    Według ks. Chada Rippergera podstawowym sposobem wpływania przez demony na ludzi jest pokusa, czego doświadczają wszyscy. Kolejnym stopniem ataków demonicznych jest obsesja. Dalej znajduje się ucisk, który dotyka takich sfer życia człowieka jak pieniądze, relacje czy zdrowie. Rzadkim przypadkiem jest opętanie sensu stricto, kiedy demon przejmuje kontrolę nad ciałem człowieka.

    źródło: lifesitenews.com/PCh24.pl

    ***
    Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC:

    Nasz wiek utracił poczucie grzechu. Nie kształtujmy moralności na popularnych opiniach

    (fot. (aldg) PAP/Tomasz Gzell)

    ***

    W trakcie homilii w Środę Popielcową abp Adrian Galbas ostrzegał przed subiektywnym ustalaniem, jakie uczynki uważa się za grzeszne. Jak dodał sumienia nie powinno się formować w oparciu o modne przekazy i sądy opinii publicznej.

    Metropolita warszawski w Środę Popielcową przewodniczył mszy św. w Świątyni Opatrzności Bożej, pierwszym w tym roku kościele stacyjnym Warszawy.

    W homilii abp Galbas powiedział, że zewnętrznym wymiarem prawdziwego nawrócenia są modlitwa, post i jałmużna – „trzy postawy, które są wyrazem potrójnego przykazania miłości”.

    – Modlitwa, a więc więcej miłości Boga. Post to więcej dobrze pojętej miłości siebie samego. I jałmużna, a więc więcej miłości bliźniego – wyjaśnił.

    Ordynariusz zaznaczył, że nawrócenie oznacza zmianę dotychczasowego sposobu życia i postępowania.

    – Ten, kto się nawraca, idzie pod prąd, gdzie prąd znaczy powierzchowny styl życia, bezładny i iluzoryczny, jakiemu często ulegamy, opanowuje on nas i powoduje, że stajemy się niewolnikami zła albo więźniami moralnej mierności – powiedział hierarcha za papieżem Benedyktem XVI.

    Przyznał, że „najbardziej praktycznym i konkretnym wyrazem nawrócenia jest każda spowiedź”.

    – Kiedy przystępujemy do tego sakramentu, nie robimy tego po to, by Pana Boga poinformować o naszych grzechach. On je zna i widzi. Nie chodzi też, by jedynie informować o nich Kościół, który reprezentuje spowiadający nas ksiądz. Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił duchowny.

    Podkreślił, że „Bóg nigdy się od nas nie odwraca, nigdy nie staje do nas plecami, zawsze zwrócony jest sercem”.

    – To my na skutek grzechu ciężkiego odwracamy się od Boga, a poprzez spowiedź nasze serca znów na nowo się spotykają – kontynuował arcybiskup.

    Przypomniał, że spowiedź dotyczy wszystkich grzechów ciężkich, a więc takich, które dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością.

    – Aby spowiednik dobrze mógł ocenić, czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie – dodał.

    Hierarcha przestrzegł przed subiektywnym decydowaniem, co jest grzechem, oraz kierowaniem się w tej kwestii opinią społeczną.

    – Nawet gdyby tak żyli wszyscy ludzie na ziemi, to dany grzech – jeśli spełnia te trzy warunki – nie przestałby przez to być grzechem – zaznaczył.

    – „Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – powiedział abp Galbas.

    Poprosił księży o większą dostępność spowiedzi dla wiernych oraz o przypominanie w kazaniach moralnej nauki Kościoła o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu.

    – Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty? – zapytał. Zwrócił uwagę, że nauka o Bożym miłosierdziu „nie oznacza lekceważenia ludzkiej nieprawości i akceptacji grzechu”. Biskup zachęcił, aby nie lekceważyć grzechów lekkich, bo choć nie wymagają wyznawania ich przy spowiedzi, to mogą przyczynić się do poważnego upadku duchowego.

    Hierarcha tłumaczył, że żal za grzechy „nie jest jakąś płytką emocją, jest szczerym powiedzeniem sobie i Bogu: Szkoda, że tak zrobiłem, szkoda, że tak żyłem, szkoda, że zmarnowałem tyle czasu, by być daleko od Boga. Mogłem być bliżej Niego i dzięki temu moje życie mogło być dużo bogatsze i lepsze”. – Jeśli nie chcemy, by nasze życie pozostało pełne mroku i sprzeczności, niekonsekwencji i haniebnego fałszu, musimy odważnie patrzeć na uczynki naszego życia i stawić czoło wielkiej, nawet najstraszliwszej prawdzie, prosząc Boga, by przyszedł nam z pomocą. Nie możemy być grzesznikami zbawionymi przez łaskę, jeśli wpierw nie umiemy uznać się za grzeszników – powiedział abp Galbas, cytując kardynała Saraha.

    W czasie mszy św. nastąpił obrzęd posypania głów wiernych popiołem na znak żałoby i pokuty.

    Środa Popielcowa rozpoczyna w Kościele katolickim trwający 40 dni okres wielkiego postu nawiązujący do czterdziestodniowego pobytu Chrystusa na pustyni, gdzie pościł i był kuszony przez szatana. Dla wiernych jest on wezwaniem do pokuty, nawrócenia i przemiany życia.

    PCh24.pl(PAP)/oprac. FA

    ***
    7 głębokich treści teologicznych zawartych w pieśni „Zbliżam się w pokorze”

    (opr. PCh24.pl)

    ***

    Do 1969 r. dzień 7 marca był świętem św. Tomasza Akwinu – największego z teologów, nazywanego Doktorem Anielskim. Przypisuje się mu autorstwo kilku tekstów liturgicznych o tematyce eucharystycznej, w tym słynnej pieśni „Zbliżam się w pokorze” (łac. Adoro te devote). Utwór ten jest prawdziwą „perełką” teologii eucharystycznej. Choć jest krótki, zawiera jednak zaskakująco dużo głębokich treści dogmatycznych.

    1. „Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej”

    Eucharystia jest sakramentem (gr. mystērion), co dosłownie oznacza „tajemnicę”. W każdym sakramencie obecna jest rzeczywistość niewidzialna, w pewnym sensie „ukryta”, którą oznacza widzialny znak dostępny ludzkiemu oku. W przypadku Eucharystii tą niewidzialną rzeczywistością jest Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa – niedostrzegalne zmysłami. Oczami rozpoznajemy bowiem jedynie postacie chleba i wina, podczas gdy w istocie obecny jest tam cały Chrystus wraz ze swoim majestatem. Dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że majestat Chrystusa jest „skryty” w Hostii.

    2. „Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak”

    Słowa te podkreślają, że zmysłami nie można potwierdzić Realnej Obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Cudowna przemiana chleba w Ciało Pańskie i wina w Jego Krew, czyli transsubstancjacja, polega bowiem na tym, że choć zmienia się substancja, to postacie widzialne pozostają niezmienione. Dlatego też, choć na ołtarzu prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie obecne są Ciało i Krew Chrystusa, ich wygląd, smak, zapach i inne właściwości zmysłowe nie ulegają zmianie – nadal rozpoznajemy chleb i wino.

    Stąd Tomasz z Akwinu pisze, że zmysły „mylą się”: wydaje się im, że postrzegają chleb i wino, podczas gdy w rzeczywistości na ołtarzu obecny jest już sam Bóg.

    Co ciekawe, polskie tłumaczenie tej pieśni nie oddaje w pełni łacińskiego oryginału. W tekście Adoro te devote wymienione są trzy zmysły: „visus, tactus, gustus”, czyli wzrok, dotyk i smak, podczas gdy polska wersja wspomina jedynie o wzroku i smaku.

    3. „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas, tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz”

    Kiedy Chrystus umierał na krzyżu, przypadkowemu przechodniowi trudno było uwierzyć, że ten cierpiący Człowiek był prawdziwym Bogiem. W ludzkim rozumowaniu moglibyśmy się spodziewać, że Bóg-Człowiek zstąpi z krzyża, pokona żołnierzy i w widzialny sposób ustanowi swoje królestwo. Tak się jednak nie stało – Chrystus konał w straszliwych męczarniach, nie objawiając swojej chwały. Nie manifestował swojego Bóstwa; dlatego Tomasz z Akwinu pisze, że Zbawiciel skrył Je wobec nas.

    W Eucharystii trudność wiary jest jeszcze większa. Nie widzimy bowiem nie tylko Bóstwa Chrystusa, ale nawet Jego człowieczeństwa. Naszym oczom ukazują się postacie chleba i wina, a nie ludzkie ciało i krew. Dlatego Doktor Anielski stwierdza, że w Eucharystii wraz z Bóstwem ukryte jest jeszcze człowieczeństwo Zbawiciela.

    Zaraz potem Akwinata dopowiada, że wiara „w Oboje” – to znaczy zarówno w Bóstwo, jak i w człowieczeństwo Chrystusa – prowadzi do osiągnięcia chwały niebieskiej.

    4. „Jak niewierny Tomasz Twych nie szukam ran”

    W pieśni pojawia się nawiązanie do św. Tomasza Apostoła, który początkowo nie wierzył relacjom naocznych świadków zmartwychwstania Chrystusa. A przecież powinien zaufać pozostałym Apostołom, z którymi podążał za Chrystusem przez kilka ostatnich lat. Kiedy jednak powiedziano mu, że widzieli żyjącego Pana, nie uwierzył ich świadectwu i postanowił sam Go zobaczyć. Stało się to dopiero po ośmiu dniach – wtedy Tomasz uwierzył, dostrzegając rany Zbawiciela.

    Apostoł miał szczęście móc fizycznie zobaczyć Chrystusa po Jego Zmartwychwstaniu. Dziś, po Wniebowstąpieniu Zbawiciela, taka bezpośrednia możliwość nie istnieje, a wiara, której brakowało Tomaszowi, staje się absolutnie niezbędna. Nie możemy już oglądać fizycznego ciała Boga-Człowieka, a jedynie Jego Ciało eucharystyczne, które choć prawdziwe, to nie przypomina ludzkiego ciała. Zdarzają się cuda eucharystyczne, w których w sposób niewytłumaczalny naukowo Ciało Chrystusa przyjmuje formę fragmentu ludzkiego mięśnia. Poza tymi wyjątkami jedynie wiara pozwala nam uznać, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.

    Warto zwrócić uwagę, że tutaj o niewiernym Tomaszu pisze inny Tomasz, czyli Akwinata. Można więc powiedzieć, że choć Tomaszowi Apostołowi brakowało wiary, Pan Bóg dał Kościołowi innego Tomasza, pełnego wiary, który umacnia wierzących aż po czasy współczesne.

    5. „O pamiątko śmierci Pana”

    Polskie tłumaczenie tego wersu pieśni jest niedoskonałe. Mówi ono: „Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas”. Oryginał łaciński brzmi jednak: „O memoriale mortis Domini”, co oznacza: „O pamiątko śmierci Pana”. Msza św. jest bowiem powtórzeniem Ofiary złożonej przez Chrystusa Bogu Ojcu na Kalwarii za zbawienie ludzkości. Tym razem jest to jednak Ofiara bezkrwawa. Pomimo tego, obecność dwóch sakramentalnych postaci sprawia, że Msza św. rzeczywiście pozostaje pamiątką śmierci Pana.

    Kiedy kapłan wypowiada słowa konsekracji, a konkretnie te nad kielichem z winem, Ciało i Krew Chrystusa zostają rozdzielone. Chwilę wcześniej na ołtarzu pojawiło się już Ciało Boga-Człowieka, a teraz dołącza Krew Pańska. Oddzielenie Ciała i Krwi jest w ludzkim doświadczeniu znakiem śmierci, dlatego każda Msza św. jest pamiątką Ofiary krzyżowej Chrystusa.

    Trzeba jednak pamiętać, że po Zmartwychwstaniu Chrystusa Jego Ciało i Krew są ze sobą na zawsze złączone – Chrystus pozostaje żywym Bogiem-Człowiekiem. Oznacza to, że w każdej z dwóch sakramentalnych postaci obecny jest cały Chrystus (łac. Christus totus). Do przyjęcia całego Zbawiciela w Komunii św. wystarczy więc przyjąć Go pod jedną postacią, a z przyczyn praktycznych jest to zwykle postać Ciała Pańskiego. Podważanie tej prawdy wiary jest herezją głoszoną niegdyś przez Jana Husa, a potępioną przez Sobór Trydencki.

    Warto również przypomnieć, że podczas trzech dni, gdy Chrystus leżał w grobie, Jego Ciało i Dusza pozostawały oddzielone: martwe Ciało spoczywało w grobie, a Dusza zstąpiła do Piekieł, by wyprowadzić stamtąd sprawiedliwych Starego Testamentu. Jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu, gdyby któryś z Apostołów odprawił w tym czasie Mszę św., na ołtarzu znajdowałyby się martwe Ciało i Krew Chrystusa, pozbawione życia – dwie oddzielne postaci. Od momentu Zmartwychwstania jednak Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa pozostają ze sobą na zawsze złączone, i takie właśnie są obecne podczas każdej Mszy św.

    6. „Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud”

    Obraz pelikana bywa często przywoływany w refleksji nad Eucharystią. Jego źródłem jest starożytna legenda opisana w dziele Physiologus (Fizjolog), przypisywanym anonimowemu autorowi z Aleksandrii z II wieku. Według tej opowieści pelikan nie dopuszczał, by jego pisklęta zginęły z głodu – w chwili braku pożywienia rozdzierał własną pierś i karmił je swoją krwią. Inna wersja legendy głosi z kolei, że krew pelikana była w stanie nawet przywrócić młode do życia.

    Nic więc dziwnego, że już od pierwszych wieków chrześcijanie dostrzegali w pelikanie symbol Chrystusa Odkupiciela, który oddał własne życie i przelał Najdroższą Krew dla zbawienia ludzi, a w Eucharystii karmi wiernych swoim Ciałem i Krwią. Motyw ten obecny jest nie tylko w literaturze duchowej, lecz także w sztuce chrześcijańskiej – m.in. często pojawia się na paramentach liturgicznych.

    Św. Tomasz z Akwinu nie był pierwszym, który odwołał się do symboliki pelikana. Wcześniej podobieństwo to dostrzegali m.in. święci Epifaniusz z Salaminy, Błażej z Sebasty oraz Piotr z Aleksandrii. Po Akwinacie motyw ten podejmowali także twórcy literatury, jak Dante Alighieri w Boskiej Komedii czy William Shakespeare w Hamlecie.

    Nie dziwi zatem fakt, że Doktor Anielski sięgnął po obraz pelikana w swoim hymnie eucharystycznym, porównując Chrystusa do niego. Podkreśla w nim, że Ciało i Krew Pana są duchowym pokarmem w czasie ziemskiej pielgrzymki, a Krew Zbawiciela oczyszcza człowieka z win i zmaz grzechu. Dlatego właśnie Chrystus „jak pelikan Krwią swą karmi lud”.

    7. „Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł”

    W jaki sposób dusze w niebie mogą oglądać Boskie Oblicze, skoro nie mają oczu? W chwili śmierci, kiedy dusza oddziela się od ciała, wszystkie cechy wspólne człowiekowi i niższym stworzeniom ożywionym – zwierzętom i roślinom – pozostają w ciele. Dusza nie może z nich korzystać. Zachowuje natomiast dwie właściwości charakterystyczne dla człowieka: intelekt i wolną wolę. „Niższe” zdolności powrócą dopiero w czasie zmartwychwstania ciał na końcu czasów, gdy dusze ponownie połączą się ze swoimi ciałami.

    Dusza przebywająca w niebie nie może więc rosnąć, odżywiać się ani odczuwać emocji, ponieważ nie ma ciała. Może natomiast korzystać z intelektu, i to właśnie dzięki niemu jest w stanie oglądać Boże Oblicze. Do tego potrzebna jest szczególna właściwość, którą teolodzy nazywają lumen gloriae, czyli „światło chwały”. To „narzędzie” umożliwia stworzonej ludzkiej duszy oglądanie Boga. Catholic Online Encyclopedia wyjaśnia to w następujący sposób:

    Aby móc oglądać Boga, intelekt zbawionych zostaje nadprzyrodzenie udoskonalony przez światło chwały (lumen gloriae). Zostało to zdefiniowane przez Sobór w Vienne w 1311 roku (Denz., nr 475; dawniej nr 403); wynika to także z nadprzyrodzonego charakteru widzenia uszczęśliwiającego. Widzenie uszczęśliwiające przekracza bowiem naturalne możliwości intelektu; dlatego, aby oglądać Boga, intelekt potrzebuje pewnej nadprzyrodzonej mocy – nie tylko przemijającej, lecz trwałej, tak jak samo widzenie. To trwałe wzmocnienie nazywa się „światłem chwały”, ponieważ umożliwia duszom w chwale oglądanie Boga intelektem, podobnie jak światło materialne pozwala naszym oczom cielesnym widzieć rzeczy materialne.

    W pełni prawdziwa jest zatem nadzieja, którą miał św. Tomasz z Akwinu, i którą dzielimy wszyscy: by po śmierci móc oglądać Oblicze Boże.

    Adrian Fyda/PCh24.pźródło: pl.aleteia.org, catholic.org

    ***

    Dwie Postacie, jedna Istota. Czyli jak Chrystus jest obecny w obu konsekrowanych Postaciach?

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    W czasie Mszy św. następuje oddzielenie Ciała i Krwi Chrystusa, wyrażone przez dwie oddzielne konsekracje. Mimo tego, pod każdą z konsekrowanych Postaci Chrystus jest obecny całkowicie, tzn. ze swoim Ciałem, Krwią, Duszą i Bóstwem. Nasuwa się zatem pytanie: jak Ciało i Krew Chrystusa mogą być ze sobą złączone, skoro ewidentnie nastąpiło ich rozdzielenie?

    Krew od zawsze uważana była za nośnik życia; sformułowanie „krew życia” pojawia się już w Księdze Rodzaju (Rdz 9,4). Dopóki płynie ona w ciele człowieka, jest on uznawany za żywego. Ale gdy człowiek umiera i nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, wtedy mówi się o oddzieleniu ciała i krwi. Jest to faktem również z biologicznego punktu widzenia, bowiem w momencie śmierci krew przestaje płynąć przez żyły i tętnice, a zatem to oddzielenie jest rzeczywiście dostrzegalne.

    Oddzielenie ciała i krwi miało miejsce również w momencie śmierci Chrystusa. Jest On przecież nie tylko prawdziwym Bogiem, ale i prawdziwym człowiekiem, a więc i umarł jak człowiek. Nieśmiertelna Dusza opuściła Jego materialne Ciało, a Krew przestała płynąć przez Jego żyły. To oddzielenie ponownie się dokonuje podczas każdej Mszy św. i wyrażone jest przez dwie osobne konsekracje, a zarazem przemiany – chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew.

    Jednak tajemnica Eucharystii nie kończy się na cudownej przemianie. Pod każdą z konsekrowanych postaci znajduje się bowiem cały Chrystus (Christus totus). Oznacza to, że w Komunii św. przyjmujemy nie tylko Jego Ciało, ale całego i żywego Chrystusa. Pomimo Jego prawdziwej obecności w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych Postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.

    Jak zatem wytłumaczyć fakt, że pomimo dwóch oddzielnych Postaci – Ciała i Krwi – to cały Chrystus jest obecny pod każdą z nich? Dzieje się to na mocy tzw. naturalnej współobecności albo konkomitancji (łac. concomitantia naturalis). Dotyczy ona ciała, krwi i duszy człowieka, które przecież w żywym ludzkim organizmie są połączone. W przypadku Chrystusa musimy do tego „kompletu” dołączyć również Jego Bóstwo, gdyż od chwili Zwiastowania Bóstwo i Człowieczeństwo Chrystusa są na zawsze złączone. I chociaż na krzyżu nastąpiło wspomniane wcześniej oddzielenie Jego Ciała, Krwi i Duszy, to w momencie zmartwychwstania one ponownie się połączyły. Krew znowu zaczęła płynąć przez Jego żyły i docierać do mózgu – tak samo jak ma to miejsce u innych żywych organizmów. W takiej postaci Chrystus chodził po ziemi przez 40 dni po swoim zmartwychwstaniu i w takiej postaci przebywa teraz w niebie. Jest On żywym organizmem, związkiem Ciała i Duszy.

    Ponieważ cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch konsekrowanych Postaci, dlatego wystarczy nam przyjęcie Go pod jedną z nich. Konieczność przyjmowania obu Postaci głosili heretyccy husyci, którzy odrzucali wiarę w obecność całego Chrystusa pod każdą z Postaci. Ich herezja została potępiona na Soborze w Konstancji w 1414 r. Tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie Postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.

    Inaczej wyglądała sytuacja od momentu śmierci Chrystusa do Jego zmartwychwstania, tzn. w czasie gdy Jego Ciało było złożone w grobie. Ciało, Krew i Dusza martwego Chrystusa – jak w przypadku każdego innego człowieka po śmierci – były wtedy oddzielone od siebie. Każde z nich z osobna było jednak złączone z Jego Bóstwem. Św. Tomasz z Akwinu w swojej Summie Teologicznej (ST III q. 76 a. 1 ad. 1) stawia ciekawe pytanie: co by było, gdyby któryś z Apostołów odprawił wtedy Mszę św.? Przecież Ciało, Krew i Dusza Chrystusa nie były wtedy złączone, a więc nie mielibyśmy całego, a już na pewno nie żywego Chrystusa pod każdą z konsekrowanych Postaci.

    Akwinata odpowiada, że wciąż każda z dwóch konsekracji przyniosłaby swój efekt, czyli chleb wciąż zostałby przemieniony w Ciało Chrystusa, a wino w Jego Krew, i każde z nich byłoby złączone z Jego Bóstwem. Jednak to Ciało byłoby martwe, bowiem właśnie takie Ciało spoczywało wtedy w grobie; podobnie z Krwią – byłaby to krew martwego Chrystusa. Jego Duszy w ogóle by tam nie było, ponieważ była ona wtedy odłączona od Ciała i przebywała w Otchłani – przypomina nam o tym Wyznanie Wiary mówiące, że Chrystus „zstąpił do Piekieł”, gdzie na otwarcie bram raju oczekiwali sprawiedliwi Starego Testamentu.

    Jednak od czasu zmartwychwstania, Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo Chrystusa są ze sobą na nowo połączone – i tak już pozostaną już do końca czasów. Zatem zarówno podczas każdej Mszy św. jak i w tabernakulum cały i żywy Chrystus jest obecny zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Przypomina nam o tym przepiękna sekwencja na uroczystość Bożego Ciała, autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu:

    Pod odmiennych szat figurą, w znakach różnych, nie naturą kryje się tajemnic dziw.

    Ciało strawą, Krew napojem, cały jednak, z Bóstwem swoim, w obu znakach Chrystus żyw.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W tym miesiącu 5 marca w pierwszy czwartek nie będzie Mszy św. o godz. 19.00 i Adoracji przed Najświętszym Sakramentem w kapicy izbie Jezusa Miłosiernego – będzie natomiast w sali parafialnej przy kościele św. Piotra Adoracja o godz. 18.00 i Msza święta o godz. 19.00 w języku angielskim

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W pierwszy piątek 6 marca jest półgodzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    Następnie nabożeństwo Drogi Krzyżowej

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***

    W pierwszą sobotę 7 marca o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z III Niedzieli Wielkiego Postu

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej od godz. 13.30 i rozważamy Mękę Pańską śpiewając GORZKIE ŻALE


    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

  • ogłoszenia – luty 2026

    ***

    sobota 28 luty

    Przekazywać nadzieję – ostatnie rozważanie bp. Vardena podczas papieskich rekolekcji

    Vatican Media

    ***

    Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych – mówił bp Erik Vardne w ostatnim rozważaniu rekolekcji dla Papieża i Kurii. Poniżej zamieszczamy tłumaczenie robocze tego rozważania.

    11 października 1962 r. papież św. Jan XXIII uroczyście otworzył Sobór Watykański II. Powiedział, że „największą troską” Soboru będzie „skuteczniejsza ochrona i nauczanie świętego depozytu doktryny chrześcijańskiej. Doktryna ta obejmuje całą istotę człowieka, składającą się z ciała i duszy. Nakazuje nam, pielgrzymom na tej ziemi, dążyć do naszego niebiańskiego domu”.

    Niecały tydzień po przemówieniu papieża wybuchł kryzys kubański. Wydawało się, że człowiek zamierza zniszczyć swoją ziemską egzystencję, nie myśląc o eschatologicznym celu. Z ranami II wojny światowej wciąż świeżymi, nasz gatunek tworzył nowe, przerażające perspektywy samozniszczenia.

    Klimat niepewności otaczał Sobór; jednocześnie okres ten był pełen gorących nadziei na nowe społeczeństwo oparte na prawach człowieka, sprawiedliwym handlu i postępie technicznym. Sobór chciał odpowiedzieć na nurtujące tamte czasy „niepokojące pytania dotyczące aktualnych trendów na świecie, miejsca i roli człowieka we wszechświecie, sensu ludzkich […] dążeń, ostatecznego przeznaczenia rzeczywistości i ludzkości”. Nie tylko poruszył te kwestie. Wskazał również drogę do ich rozwiązania, ogłaszając, że Chrystus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, jest wcieleniem przyszłości rodzaju ludzkiego. Sobór postawił Kościołowi zadanie głoszenia Chrystusa w taki sposób, aby jawił się On jasno i przekonująco jako odpowiedź na najpilniejsze problemy współczesności, nie naruszając ani na chwilę świętego depozytu doktryny.

    Możemy zadać sobie pytanie, czy w ciągu sześćdziesięciu lat, które minęły od zakończenia Soboru, zawsze i wszędzie zachowano wiarę w moc i skuteczność tego depozytu. Każde pokolenie chrześcijan jest zobowiązane do rozważenia siebie w świetle kontrastu, jaki Paweł przedstawia w Liście do Efezjan między miarą pełni Chrystusa objawiającą się w jedności wiary i wiedzy, w dojrzałej męskości, a dziecinnym stanem bycia miotanym tu i tam, porywanym przez wiatry doktryny, pociąganym to przez przebiegłość, to przez podstępne sztuczki, to przez łatwy optymizm.

    Chrystus wzywa nas do przekazywania światu nadziei. Posiadanie chrześcijańskiej nadziei niekoniecznie oznacza bycie optymistą. Chrześcijanin wyrzeka się pobożnych życzeń, decydując się na rzeczywistość. Demagodzy obiecują, że sytuacja się poprawi. Twierdzą, że posiadają demiurgiczną moc zmieniania społeczności w ciągu jednej kadencji wyborczej, odwracając uwagę mas od odczuwanych rozczarowań rozdawaniem chleba, biletów do cyrku i zniesławianiem przeciwników. Jakże inne są słowa Chrystusa. Mówi nam: „Zawsze będziecie mieli ubogich”. Potwierdza, że naród będzie powstawał przeciwko narodowi. Nadejdą prześladowania. Wrogami człowieka będą członkowie jego własnej rodziny. W tych stwierdzeniach nie ma słabej rezygnacji. Pan zobowiązuje nas, swoich uczniów, do nieustannej pracy na rzecz nowego, zdrowego człowieczeństwa, ukształtowanego przez miłość i sprawiedliwość. Mówi nam, abyśmy „leczyli chorych, wskrzeszali umarłych, oczyszczali trędowatych, wypędzali demony”. Mamy realizować błogosławieństwa, ujawniając ukrytą w nich chwałę. Ale kiedy to robimy, przypomina nam się: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić”.

    Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On, wypełniając wolę Ojca, działając w Duchu, może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach.

    On może działać poprzez nas, jeśli zgodzimy się być cierpliwi. Wielki Post pokazuje nam, że Bóg, cierpiący z powodu swojej filantropii, jest najbardziej aktywny w swojej Męce. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych.

    Czas, w którym żyjemy, pragnie usłyszeć głoszenie tej nadziei. Rozważaliśmy niektóre znaki, które nas otaczają: nową świadomość religijną wśród młodych ludzi; powrót kategorii prawdy do dyskursu publicznego; poszukiwanie korzeni. Globalne instytucje i sojusze ulegają rozpadowi. Jesteśmy narażeni na zagrożenia strategiczne, ekologiczne i ideologiczne. Naturalne jest, że ludzie rozsądni i dobrej woli pytają, co w obliczu takiej niepewności ma szansę przetrwać. Zmęczeni budowaniem swojego życia na piasku, szukają solidnej skały. Tymczasem ich serca są niespokojne. Ojcowie Soboru Watykańskiego II potwierdzili w Gaudium et spes, że najlepsze aspiracje i najciemniejsze obawy współczesności muszą znaleźć echo w sercach chrześcijan. Dla chrześcijanina nie jest bowiem obce nic, co jest „prawdziwie ludzkie”.

    Pozwólcie mi podzielić się jednym z takich ech, które rezonują we mnie.

    Rok temu, 8 lutego 2025 r., amerykańska piosenkarka Gracie Abrams dała koncert w Madrycie. Jest młodą kobietą, która ma wszystko, czego można zapragnąć. Jest piękna, zamożna, odnosi sukcesy. W Madrycie miała na sobie białą jedwabną suknię. Mogłaby to być suknia ślubna, strój radości, gdyby nie długie czarne wstążki na ramionach, zwiastujące smutek, który stał się sednem jej przesłania, gdy zaczęła śpiewać.

    W jej tekstach wyczuwa się przeszywający smutek, który graniczy z rozpaczą, a może nawet ją osiąga. Abrams urodziła się w 1999 roku. Jej piosenka Camden zaczyna się od wersu: „Nigdy tego nie powiedziałam, ale wiem, że nie potrafię wyobrazić sobie niczego po 25 roku życia”. Piosenka przywołuje potrzebę ukrywania smutku, „zakopania bagażu, aż zniknie z pola widzenia”, podczas gdy na zewnątrz zachowuje się normalnie, nazywając to „w porządku” i mając nadzieję, że ktoś „zauważy, jak się staram”. Refren brzmi jak mantra: „Cała ja, rana do zamknięcia, ale zostawiam wszystko otwarte”.

    Występ Abrams w Madrycie z utworem „Camden” został sfilmowany i opublikowany na YouTube przez fana, który napisał: „Szaleństwo. Brak słów. Płakałem. Umarłem. Martwy”. Tysiące osób uczestniczyło w tym koncercie. Wszyscy śpiewali razem, znając na pamięć zawiły tekst, który stał się ich własnym. Nastoletni Weltschmerz nie jest niczym nowym. Każde pokolenie znajduje swój sposób, aby go wyrazić. Istnieje jednak coś wyjątkowego w lamentach naszych czasów. Nie możemy ich odrzucić jako fetyszyzacji rozpaczy. Słuchając i oglądając śpiew Gracie Abrams, nie ma wątpliwości co do głębi doświadczenia, z którego wynika jej krzyk. To niesamowite słyszeć, jak ta melodia, pełna melancholii, jest powtarzana przez tłum młodych ludzi: „Chciałam tylko, żebyś wiedział, że nigdy nie byłam dobra w radzeniu sobie. […] Naprawdę mam nadzieję, że to przetrwam”. Czy „nadzieja” jest odpowiednim terminem w tych okolicznościach? Właściwie wątpię. W tekście piosenki wyróżnia się raczej beznadziejność w obliczu nieustannego zagrożenia.

    Fani Gracie Abram to głównie dziewczyny. Stereotyp sugeruje, że chłopcy są inni, pociąga ich ponure uznanie trudów życia, które zamierzają znosić z brodatą, męską wytrwałością. Każdy, kto wychodzi i rozmawia z młodymi ludźmi lub spędza czas w konfesjonale, wie, że granice są mniej wyraźne. Świadomość bycia zranionym przenika nasze czasy jak dymna mgła.

    Jakże uderzające jest przeżywanie Wielkiego Postu w takim kontekście, skupianie wzroku na zranionym, rozdartym ciele i potwierdzanie, że właśnie tutaj znajduje się nadzieja. Przez wieki Kościół ostrożnie podchodził do pokazywania ran męki Chrystusa. Był zajęty formułowaniem słowami paradoksu, który stanowi sedno chrześcijańskiej propozycji: że w Chrystusie boskość i człowieczeństwo są integralnie obecne, że ten człowiek „zrodzony z Dziewicy Maryi” jest jednocześnie „Bogiem z Boga, Światłością ze Światłości”. Dopiero gdy Sobór Chalcedoński dopracował ramy koncepcyjne niezbędne do zachowania tej równowagi, duch chrześcijański mógł swobodnie wyobrażać sobie, nie tylko słowami, ale także w sztuce, graficznie, dobrowolnie przyjęte upokorzenie Boga, który stał się człowiekiem. Krucyfiks stał się najwyższym symbolem chrześcijaństwa. Zajął centralne miejsce w praktykach kultowych, przynajmniej na Zachodzie, gdzie wizerunki zranionego Boga stały się centralnym punktem kościołów i innych budowli, stopniowo kształtując świadomość społeczną.

    Przypominając chrześcijanom w Koryncie o swoim przybyciu do nich, Paweł napisał: „Nie przyszedłem do was głosić tajemnicy Boga w górnolotnych słowach lub mądrości. Postanowiłem bowiem nie znać wśród was niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Kategoryczna centralność zbawczej męki Jezusa przenikała doktrynę tego niezrównanego kaznodziei pojednania, miłosierdzia, łaskawej przemiany, radości i życia wiecznego. Potrzeba odwagi, aby podążać za jego przykładem w kulturze, która kusi nas do promowania szczęśliwszej Ewangelii, przewidywalnej w kategoriach ustalonych procesów i określonych rezultatów. Wokół nas, przyćmione krzyżem nawy starych katedr są przekazywane na potrzeby minigolfa. Sanktuaria są wykorzystywane do świeckich skeczów, mających na celu desperackie pokazanie ich „znaczenia”. Tymczasem rzut kamieniem stąd, na świeckiej arenie, młodzi ludzie smutno kołyszą się, śpiewając cicho, że życie jest otwartą raną i że nie ma balsamu w Gileadzie.

    Dwie sprzeczne tendencje charakteryzują współczesne wysiłki zmierzające do radzenia sobie z ranami. Z jednej strony ludzie chętnie pokazują nabyte, odziedziczone lub wyimaginowane rany jako znaki tożsamości. Mogą mieć ku temu dobre powody, oparte na dążeniu do sprawiedliwości. Jednak, jak wyjaśnił Bernard, tracimy motywację, jeśli nasze poczucie tożsamości opieramy na przywiązaniu do rany. Ryzykujemy pogrążenie się w gniewie, namiętności, która zastępuje dążenie do uzdrowienia afirmacją własnej nieomylności. Gniew i jego odbicie, gorycz, mogą uwięzić nas w przewrotnej, samozadowolonej rozpaczy.

    Z drugiej strony podejmowane są wysiłki, aby zatuszować rany. Słyszymy sugestie, że rany nie powinny istnieć, a jeśli już istnieją, chore kończyny należy amputować. W społeczeństwach, które stały się transakcyjne, nie ma miejsca na nieproduktywne lub nieatrakcyjne elementy. Są postrzegane jako dziwaczne zjawiska, traktowane z surowością. Postawa ta jest widoczna w trwających kontrowersjach dotyczących aborcji i eutanazji, a także w powracających rozmowach na temat eugeniki. Widać ją w dystopijnych marzeniach o uwolnieniu społeczeństw od niepożądanych osób, które niektórzy politycy zamknęliby w rezerwatach lub zrzucili z klifu.

    Można interpretować ten rozwój na różne sposoby. Trudno zaprzeczyć, że ma to coś wspólnego z zanikiem w świadomości społecznej postaci Ukrzyżowanego, Zranionego, ale Niepokonanego. Cywilizacja, która na pewnym poziomie poszukuje swojej miary w obrazie potwierdzającym znaczenie cierpliwości i odkupieńczego cierpienia, ulega zmianie. Może nauczyć się empatii, która nie jest spontaniczna dla upadłej ludzkości.

    Cześć dla ran Chrystusa przez wieki definiowała wrażliwość chrześcijańską. Znajdowała ona wyraz w kulcie relikwii Męki Pańskiej, w Drodze Krzyżowej, w wierszach i obrazach, w utworach muzycznych od renesansowych lamentacji, przez pasje Bacha, po XIX-wieczną hymnografię. Wyrażała się w kulcie Najświętszego Serca, który rozprzestrzenił się na całym świecie w następstwie rewolucyjnej zawieruchy. U jej podstaw leżał szacunek dla ogromnej tajemnicy cierpienia, stanowiącej istotny element ludzkiej kondycji, jaką znamy. Krzyż pozwala nam zaakceptować rzeczywistość, potwierdzając jednocześnie, że rany nie są ostateczne, że mogą się zagoić i stać się źródłem uzdrowienia.

    Zakorzenienie się w tej tajemnicy wiary oznacza konstruktywny bunt przeciwko kilku błędnym przekonaniom: przeciwko błędnemu przekonaniu politycznemu, że społeczeństwo i państwo powinny być zarządzane w oparciu o model ewolucyjny, mając na uwadze doskonałość człowieka; przeciwko błędnemu przekonaniu antropologicznemu, że normatywny standard „zdrowia” służy do rozróżnienia między życiem „wartym życia” a życiem „nie wartym życia”; przeciwko błędowi kulturowemu, który przypisuje ranom fatalną, deterministyczną moc; oraz przeciwko błędowi psychologicznemu, który poddaje się beznadziejności, zahipnotyzowany głosem, który szepcze nam do ucha w środku nocy, odnosząc się do naszych najbardziej intymnych ran: „Zawsze tak będzie”.

    Męka Chrystusa pozwala nam lamentować bez gniewu. Otwiera nas na współczucie, które jest kategorią epistemologiczną zdolną przygotować nas do łaskawego wglądu, takiego jak wgląd Hioba: „Słyszałem o Tobie słuchając uszami, teraz moje oczy Cię widzą”. Możemy wołać do Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego: „Panie mój i Boże mój!”. Ewangelia stwierdza, że rany Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu nie zniknęły, ale stały się chwalebne. Rany świata również mogą stać się chwalebne, gdy zostaną oblane olejem i winem Chrystusa.

     Krzyż jest dla wierzących jednocześnie symbolem i pamiątką wydarzenia. Symbol męki Chrystusa nie jest czymś, co sami tworzymy. Został nam dany. To on interpretuje nas, a nie my jego. Warto to podkreślić, gdy płyniemy pod prąd symbolicznego kapitalizmu nastawionego na „produkcję wiedzy”. W tym wirtualnym świecie „fakty” są artefaktami. Narracje, obrazy i dane są wykorzystywane do utrwalania zmian, a tym samym do dalszej konsumpcji. Trudno jest coś zrozumieć i jednocześnie zmienić. W rezultacie dążenie do jasności odgrywa niewielką rolę w obecnym dyskursie publicznym, którego ulotna retoryka i niekonsekwentne symbole mają raczej na celu wprowadzenie zamieszania.

    Jednak człowiek pragnie zrozumienia. Definiuje go potrzeba zadawania pytania „dlaczego?”. Potrzebuje jasnego myślenia Kościoła i nadziei skoncentrowanej na Chrystusie. Potrzebuje jego pewnego poczucia kierunku. Potrzebuje jego symboli, które są realistyczne, odmienne od symboli świata, skoncentrowane na historycznie zranionym ciele, na umieraniu śmierci, na wiecznym przeznaczeniu „całego człowieka, złożonego z ciała i duszy”. Wzniosła perspektywa naszej wiary opiera się na rzeczywistościach, które miały miejsce i które w komunii mistycznego ciała Chrystusa nadal mają miejsce. Wyznajemy, że przemieniająca Dobroć nasyciła ludzkie cierpienie nawet w jego najbardziej ekstremalnych przejawach, sięgając aż do samych głębin piekła, i że dlatego żadna rozpacz nie jest ostateczna.

    Taka jest nasza Ewangelia. Nasze czasy wołają o nią. Młodzi ludzie lamentujący w naszych parkach z ciężkimi sercami pragną jej. Słuchają, gdy jest ona przedstawiana „z autorytetem” przez chrześcijan zdolnych jednocześnie wyjaśnić i pokazać jej prawdę bez kompromisów, ukazując łaskawą moc Chrystusa, która odnawia i przemienia życie.

    W Clairvaux w 1139 roku Bernard wygłosił swoje ostatnie kazanie na temat Psalmu 90 w wigilię Wielkanocy. Tchnie ono radością sportowca, który ukończył wyścig. Życie mnicha, jak mówi św. Benedykt, powinno być ciągłym Wielkim Postem, zawsze skupionym na zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Okres liturgiczny ujawnia sens naszego istnienia jako takiego. Bernard wyraża to wprost. Próby życia są bólami porodowymi. Sprawiają, że odkrywamy, co to znaczy żyć: „Żyjemy w pełni, gdy życie jest istotne i ożywiające”. Jesteśmy stworzeni, aby przynosić owoce. Bernard mówi swoim mnichom, że w cierpieniu jest „nadzieja chwały”, po czym poprawia się i mówi, że nie, chwała jest w cierpieniu, tak jak owoc jest w nasieniu. Wykrzykuje: „Bracia moi, chwała kryje się teraz w cierpieniu; wieczność kryje się w chwili obecnej, w tej lekkości kryje się wysublimowana, niezmierzona waga”.

    Odwrócenie jest całkowite. To, co nas teraz obciąża, nie ma trwałej wartości. Ciężar chwały przyciąga nas w górę, ku wspaniałej, wielorakiej chwale. Ukształtowani do pełnego udziału w życiu Chrystusa, poznamy cierpliwą radość Boga, który w Psalmie 90 głosi: „Jestem z nim w utrapieniu”. Mówi również: „Moja radość jest w przebywaniu z synami ludzkimi”. „O Emmanuel”, odpowiada Bernard: „Bóg z nami!” Dodaje: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”, delikatnie podkreślając maryjny charakter łaskawego wzrostu do autentycznej chrześcijańskiej dojrzałości. Bóg wie, czego łakniemy i czego pragniemy, co nam smakuje. Nie możemy zadowalać się zbyt małą ilością. Musimy wiedzieć i głosić, na czyje podobieństwo zostaliśmy stworzeni, do jakiej wielkości jesteśmy uzdolnieni dzięki łasce.

    Następnego dnia rano po wygłoszeniu tego ostatniego kazania Bernard otworzył swój Graduale, aby zaśpiewać introit wielkanocny: piękne Resurrexi w szóstym, „poważnym” trybie, z muzycznym wyrazem wznoszącej się w górę powagi. Ta kompozycja liturgiczna głosi zmartwychwstanie z cichym zachwytem. Podnosi ona chwałę Kościoła przed pustym grobem do wiecznego objęcia Trójcy Świętej. Wciągnięci w końcu w to objęcie przez paschalne zwycięstwo Chrystusa, ujrzymy tak, jak jesteśmy widziani, poznamy tak, jak jesteśmy znani. W końcu będziemy kochać doskonale.

    Na razie jednak wiemy i widzimy tylko częściowo, czuwając w nocy. Pracujemy. Służymy. Nauczamy. Walczymy, kiedy musimy. Staramy się kochać i szanować siebie nawzajem, patrząc na Jezusa, pioniera naszej wiary. On, Baranek Boży, jest naszą lampą. Jego łagodne światło, nawet gdy jest ukryte, jest pełne radości.

    Biskup Erik Varden – Vatican Media

    ***

    Bp Erik Varden – rekolekcjonista papieża

    Bp Erik Varden, norweski trapista, teolog i autor, który obecnie prowadzi rekolekcje wielkopostne dla papieża Leona XIV oraz watykańskiej Kurii, jest już obecny na polskim rynku wydawniczym z książką „Uzdrawiające rany”. To lektura, która nie ucieka od tematów bólu, zranienia i doświadczenia traumy, lecz proponuje drogę ich przemiany w świetle wiary i ciszy.

    Bp Erik Varden oraz Leon XIV

    Bp Erik Varden oraz Leon XIV

    ***

    Trwające w Watykanie rekolekcje, zatytułowane „Oświeceni ukrytą chwałą”, skupiają się wokół tematów duchowej wolności, prawdy, nadziei oraz wewnętrznego nawrócenia. Bp Varden mówi o potrzebie odzyskania spojrzenia zdolnego dostrzec działanie Boga tam, gdzie po ludzku widzimy jedynie kruchość i pęknięcie. W centrum jego medytacji znajduje się Pascha Chrystusa – nie jako wspomnienie minionych wydarzeń, lecz jako rzeczywistość, która ma moc przemieniać życie tu i teraz.

    Nieprzypadkowo to właśnie jemu powierzono głoszenie rekolekcji dla papieża i jego najbliższych współpracowników. W Kościele jest to znak szczególnego zaufania wobec autora, którego duchowość łączy głębię teologiczną z doświadczeniem życia monastycznego i wrażliwością na ludzkie zranienie.

    Krzyż odzyskany

    Ta sama perspektywa wybrzmiewa wyraźnie w książce „Uzdrawiające rany”. Bp Varden nie proponuje duchowości, która omija to, co trudne. Przeciwnie – zaczyna tam, gdzie wielu współczesnych ludzi się zatrzymuje lub odwraca wzrok. Krzyż, często postrzegany jako znak przemocy, porażki czy religijnego ciężaru, zostaje w jego refleksji ukazany jako miejsce sensu i spotkania.

    „Jeśli odwracamy wzrok od krzyża z powodu jego nieprzyjemności, świadczy to o tym, że jesteśmy świadomi tego, co on przedstawia, ale już nie tego, co oznacza” – pisze autor. To zdanie wyznacza kierunek całej książki: nie chodzi o zaprzeczenie cierpieniu, lecz o odkrycie jego znaczenia w perspektywie wiary.

    Siedem ran – siedem etapów drogi Centralną osią „Uzdrawiających ran” jest kontemplacja siedmiu ran Chrystusa. Każda z nich staje się osobnym miejscem modlitwy i refleksji, dotykającej bardzo konkretnych ludzkich doświadczeń: zranień relacyjnych, lęku, poczucia rozbicia, straty czy wewnętrznego niepokoju.

    Bp Varden prowadzi czytelnika bez pośpiechu, zapraszając do wejścia w głęboką medytację chrześcijańską. „Nasze rany, kiedy zdrowieją, stopniowo rozkwitają, przygotowując nas do zostania źródłem pożytku i pociechy dla innych” – podkreśla. Uzdrowienie nie oznacza tu wymazania bólu. Rana pozostaje, ale zostaje przemieniona i włączona w większą całość.

    Nadzieja, która nie upraszcza

    Jednym z najbardziej charakterystycznych rysów duchowości bp. Vardena – obecnym zarówno w jego watykańskich medytacjach, jak i w książce – jest uczciwość wobec ludzkiego cierpienia. Autor konsekwentnie unika taniego optymizmu i religijnego pocieszania. Sięga po pojęcie smutkoradości (charmolypē) – doświadczenia, w którym ból i nadzieja współistnieją.

    W tym kluczu mówi o Wielkanocy jako o rzeczywistości aktualnej i działającej. „Wielkanoc nie jest wydarzeniem minionym, ale teraźniejszym; od niej zależy nasze życie, nasza radość i nadzieja” – zauważa. To właśnie ta perspektywa wybrzmiewa dziś w Watykanie i znajduje pogłębione rozwinięcie na kartach „Uzdrawiających ran”.

    Duchowość, którą można przeżyć osobiście

    Rekolekcje dla papieża mają swój określony czas i miejsce. Książka daje możliwość, by wejść w tę samą duchową przestrzeń w sposób osobisty i pogłębiony. „Uzdrawiające rany” są zaproszeniem do drogi: od rany do pokoju, od bólu do sensu, od rozbicia do wewnętrznej integracji.

    To lektura dla tych, którzy nie chcą uciekać od trudnych pytań. I dla tych, którzy wierzą – albo dopiero uczą się wierzyć – że uzdrowienie zaczyna się tam, gdzie odważymy się zatrzymać przy ranach Chrystusa.

    Vatican Media -Tygodnik Niedziela

    (więcej w książce: Uzdrawiające rany, bp Erik Varden OCSO, Wydawnictwo Esprit: ksiegarnia.niedziela.pl.)

    ***

    Bp Varden: Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka

    Z teologicznego punktu widzenia mówienie o świecie postchrześcijańskim nie ma sensu. Chrystus jest Alfą i Omegą. Jeśli już, to żyjemy w świecie postsekularnym – uważa bp Erik Varden OCSO, przewodniczący Episkopatu Krajów Nordyckich. Podkreśla, że Chrystus ma w sobie istotową świeżość porannej rosy. Chrześcijaństwo jest świtem. Jeśli czasami, w niektórych okresach czujemy się spowici półmrokiem, to dlatego, że nadchodzi kolejny dzień – przekonuje norweski biskup.

    Bp Erik Varden

    W obszernym wywiadzie dla włoskiego dziennika Il Foglio, twierdzi on, że sekularyzacja się skończyła, wyczerpała, a w człowieku nadal są żywe głębokie aspiracje.

    Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka

    On sam spotyka wielu młodych ludzi głodnych sensu i szczerych w swoich poszukiwaniach. Nie można ich lekceważyć. Trzeba mieć odwagę prezentować im wielkie, piękne ideały. A także uszanować ich, kiedy pragną przyjąć pełnię tradycji. Nie dawać im kamienia czy cukierka, kiedy proszą o chleb. Zdaniem bp Vardena, Kościół pamiętać, że nie wolno mu stawiać lampy pod korcem, ponieważ dysponuje słowami i znakami, którymi może przekazywać wieczność jako coś całkiem realnego.

    Musimy mieć zaufanie do własnej tradycji

    Norweski biskup wspomina też o poruszeniu, jakie wywołał najpierw pożar, a potem ponowne otwarcie katedry Notre Dame w Paryżu. Podkreśla, że Kościół musi zadbać, aby nasze dziedzictwo artystyczne pozostało potężnym znakiem Bożej dobroci, który powstałemu z prochu człowiekowi umożliwia spotkanie z niestworzonym blaskiem Boga. Jego zdaniem potrzeba jednak zaufania do naszej tradycji, abyśmy mogli pomóc naszym współczesnym w odkryciu jej prawdziwego znaczenia. „Wydaje mi się, że często kapitulujemy przed świecką nowoczesnością i staramy się uczynić nasze dziedzictwo ‘znaczącym’ na jej warunkach, podczas gdy nasze czasy oczekują od nas czegoś innego” – dodaje przewodniczący skandynawskiego episkopatu.

    Sobór skierował nas do źródeł, dlaczego od nich odchodzimy?

    Ostrzega on zarazem przed uległością względem ducha czasu. Trzeba go brać pod uwagę, ale podążanie za nim jest samobójstwem – mówi bp Varden. Jego zdaniem jest to tym bardziej niebezpieczne, że Kościół, który ze swej natury jest powolny, nie nadąża za współczesnymi trendami i angażuje się w nie, kiedy już wygasają. „Z pewnością bardziej obiecujące, intersujące i dające więcej radości jest trzymanie się tego, co trwa. I to też przemówi do ludzkich serc i umysłów w naszym wieku, tak jak przemawiało w przeszłości” – mówi bp Varden. Przypomina on, że Sobór Watykański II był naznaczony zachętą do czerpania ze źródeł. „Największa witalność życia katolickiego XX wieku wypływała z entuzjazmu odkrywania zapomnianych studni i czerpania z nich czystej, świeżej wody. Co się stało z tym entuzjazmem? Dlaczego teraz czujemy, że musimy porzucić te studnie na rzecz prowizorycznych stoisk z automatami?” – pyta norweski biskup.

     Vatican News -Tygodnik Niedziela

    ***

    piątek 27 luty

    24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę Niepokalanów

    Nabożeństwo 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę

    W piątek 27 lutego 2026 r. o godz. 18.00 w Bazylice Niepokalanej Wszechpośredniczki Łask w Niepokalanowie rozpoczyna się kolejne nabożeństwo ekspiacyjne „24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę”, organizowane w ramach cyklicznej, ogólnopolskiej inicjatywy. Wydarzenie ma charakter całodobowej adoracji Najświętszego Sakramentu połączonej z rozważaniem Męki Pańskiej według pism Sługi Bożej Luizy Piccarretty.

    Główną intencją nabożeństwa jest wynagrodzenie Bogu za grzechy popełnione w Ojczyźnie oraz modlitwa o wypełnienie się w niej Woli Bożej, co obejmuje w szczególności zadośćuczynienie za grzechy przeciwko życiu, wierze i jedności społecznej, takie jak zbrodnie wobec nienarodzonych dzieci, apostazja, nieczystość, nienawiść i podziały, pijaństwo, rozwody, niegodne przyjmowanie Komunii Świętej oraz zdrada Narodu.

    Pomóż Panu Jezusowi nieść krzyż za naszą Ojczyznę – dołącz do modlitwy!

    Modlitwa, która otacza świat. Zegar Męki Pańskiej wg. Luizy Piccarrety

    24 Godziny Męki Pana Jezusa

    Twoim zadaniem jest kochać za tych, którzy nie kochają. Modlić się za tych, którzy się nie modlą. Wynagradzać za tych, którzy ranią.”

    “Och, jakże ogromnie byłbym zadowolony, gdyby choć jedna osoba czytała te Godziny Mojej Męki w każdej miejscowości! Czułbym się obecny w każdej miejscowości, a Moja Sprawiedliwość, w tych czasach tak bardzo pogardzana, byłaby częściowo ułagodzona.”Pan Jezus do Luizy

    Inicjatywa „24 Godziny Męki Pańskiej” oparta na pismach służebnicy Bożej Luizy Piccarrety polega na rozważaniu kolejnych godzin męki Jezusa. Każdy może włączyć się, wybierając jedną godzinę tygodniowo (np. poniedziałek 15:00), aby towarzyszyć Jezusowi, co ma na celu wynagrodzenie i pocieszenie. 

    Jak się włączyć?

    • Zegar Męki Pańskiej: Uczestnicy zapisują się na określoną godzinę, tworząc nieustanną modlitwę. Przez cały tydzień wszyscy rozważają tę samą godzinę z 24 Godzin Zegara Męki Pańskiej, a w kolejnym tygodniu przechodzą do następnej.
    • Forma modlitwy: Modlitwa obejmuje przygotowanie, rozważanie konkretnej godziny (np. Jezus żegna Matkę) oraz dziękczynienie.
    • Zapisy: Można dołączyć poprzez stronę 24gmp.pl lub grupy WhatsApp.
    • Inne metody: Można rozważać jedną godzinę dziennie (całość w 24 dni) lub wybrać stałą godzinę w tygodniu, np. w piątki. 

    Ta forma modlitwy, według objawień, ma na celu ułagodzenie Bożej sprawiedliwości i przynoszenie ulgi w cierpieniach Chrystusa. 

    popieluszko.rzeszow.pl

    24 Godziny Męki Pańskiej – wstęp do rozważań

    ZEGAR, aby podążać z bliska za Jezusem, zjednoczyć się z Nim, przyoblec się w Niego, aby odtworzyć w nas Jego myśli, Jego intencje, Jego modlitwy, Jego zadośćuczynienia, Jego cierpienie oraz Jego Miłość; aby wspólnie z Jezusem otaczać Ojca chwałą i dawać Mu zadośćuczynienie, aby zbawić i uświęcić nas samych, jak również naszych braci dla triumfu Jego Królestwa.

    Kto napisał “Zegar Męki Pańskiej”?

    Sługa Boża Luiza Piccarreta, MAŁA CÓRECZKA WOLI BOŻEJ, jak nazywa ją sam Pan Jezus.

    Należy podkreślić, że sporządzenie tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest wynikiem genialnego pióra pisarza, ale jest owocem nieustannej kontemplacji i dzielenia Męki Jezusa, co dusza ta czyniła na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy złożyła siebie w ofierze wraz z Jezusem w wieku 16 lat, aż do czasu kiedy przedstawiła je na piśmie mniej więcej w latach 1913-1914. Uczyniła to jedynie z posłuszeństwa św. ojcu Hannibalowi M. Di Francia. Nie jest zatem powierzchowną literaturą mistyczną osoby, która pragnie opublikować swoje rzekome wizje czy objawienia nadprzyrodzone. Jest natomiast bolesnym świadectwem życia ukrzyżowanego z miłości, długich lat przykutych do łóżka, przeżytych przez Luizę na modlitwie, w ciszy, w cieniu i w posłuszeństwie. I tylko posłuszeństwo zdołało ją zmusić do pisania po ogromnej walce, którą musiała stoczyć z samą sobą.

    “Zegar” nie jest wynikiem kultury, sztuki pisarskiej lub chęci przekazania własnych objawień czy wizji, nie jest wynikiem fałszywego i niebezpiecznego mistycyzmu, ale jest owocem Posłuszeństwa (Pani Posłuszeństwa) !

    “Zegar” przybliża i przekazuje nam Mękę Jezusa, Jego cierpienie oraz Jego Miłość (a wraz z Jezusem, nierozłącznie z Nim, zjednoczona jest Jego i nasza ukochana Mama Bolesna). A wszystko to przybywa do nas za sprawą życia Luizy złożonego w ofierze.

    Jaka jest historia powstania “Zegara Męki Pańskiej”?

    Gdy Luiza miała 17 lat, w święta Bożego Narodzenia w 1882 roku odprawiała nowennę przygotowującą do tego święta. Wewnętrzny głos Jezusa ilustrował jej tę kontemplację dziewięciu godzin dziennie. Miała w końcu nieoczekiwane widzenie Dzieciątka Jezus, który ją zapraszał, aby wkroczyła głębiej w życie Jego łaski i Jego Miłości. W tym celu polecił jej kontynuować i rozważać inne medytacje (24 medytacje) Jego Męki i śmierci na Krzyżu, rozdzielając je w ciągu 24 godzin w ciągu dnia. Trzydzieści jeden lat później (w 1913 i 1914 r.) w imię posłuszeństwa Luiza musiała spisać owe GODZINY MĘKI. Od tego czasu nieprzerwanie kontynuowała tę praktykę, której z pomocą łaski Bożej – jak sama mówi – nigdy nie przerwała. Od tego czasu wypisała GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ w swojej duszy!

    Tak więc święty o. Hannibal M. Di Francia opublikował je w czterech edycjach i sam nadał im tytuł ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ.

    Wielu świadków zrelacjonowało, że św. Hannibal M. Di Francia, który się cieszył dużym zaufaniem papieża Piusa X, pewnego dnia przybył szczególnie zadowolony do domu Luizy i powiedział, że zawiózł książkę ojcu świętemu. Papież chciał, aby mu przeczytał kawałek tekstu. Przeczytał więc Godzinę dotyczącą ukrzyżowania. W pewnym momencie papież przerwał mu, mówiąc: Nie tak, Ojcze, trzeba czytać na klęczkach. To Jezus Chrystus przemawia.

    Ze “Wstępu do Zegara bolesnej Męki Pańskiej” napisanego przez św. Hannibala Marię di Francia

    «ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ napisany przez pobożną osobę»

    Opatrzność Boża, która w każdym czasie przysposabia dusze, aby mogły poznać Wolę Bożą, mogły Ją pokochać i tym samym pozwoliły innym Ją poznać i miłować, przysposobiła duszę – jak już wspomniałem w pierwszym rozdziale tej krótkiej rozprawy – która oddała się cierpieniom Boskiego Odkupiciela.

    Szczególne natchnienie, jakie miała ta dusza, daje początek nowej i niebywale owocnej metodzie kontemplowania cierpień naszego Pana Jezusa Chrystusa, to znaczy, przywołując jedna po drugiej dwadzieścia cztery godziny (od 5 po południu w Wielki Czwartek do 5 po południu w Wielki Piątek) i kontemplując godzina po godzinie to, co Jezus Chrystus przecierpiał kolejno w tych 24 godzinach.

    Powiedzieliśmy, że jest to nowa metoda, nie ze względu na sprowadzenie cierpień naszego Pana do 24 godzin, ale ze względu na formę, uczucia i cele, które tworzą zupełnie nową metodę kontemplacji.

    Tak więc podział Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa na 24 godziny nie jest nowością, ponieważ jest to tak zwany ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ, który występuje w wielu religijnych książkach, takich jak „Filotea” Giuseppe Rivy, „Giardino spirituale” („Duchowy Ogród”), jak również w duchowych dziełach doktora Kościoła, św. Alfonsa. Jakkolwiek u wielu autorów istnieje pewna mała różnica w godzinach.

    Jak każdy może zauważyć, ten kult ZEGARA BOLEŚCI, pośród tych wszystkich odnoszących się do Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa i cierpienia Jego Przenajświętszej Matki, jest jednym z najważniejszych, ponieważ analizuje i rozważa jedno po drugim wszystkie cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne naszego uwielbionego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jest to pewien rodzaj drogi krzyżowej, pełniejszej i bardziej kompletnej, ponieważ nie rozpoczyna się od skazania naszego Pana na śmierć przez sąd Piłata, ale zaczyna się dokładnie tam, gdzie rozpoczyna się Bolesna Męka, czyli od pożegnania się naszego Pana Jezusa Chrystusa ze swoją Przenajświętszą Matką (według pobożnego i powszechnego przekonania), aby pójść na śmierć. Po tym następuje Ostatnia Wieczerza, Ogrójec, pojmanie itd.

    Ale nowością ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ tej samotnej Duszy, która go napisała i mi powierzyła, jest to, że po pierwsze, o zadośćuczynieniu 24 godzin nie wspomniała ani słowem, w odróżnieniu od autorów przeze mnie wyżej wymienionych, ograniczając się do wypowiedzi dla przykładu: od 6 do 7 rano Jezus zostaje przyprowadzony przed Piłata, od 7 do 8 zostaje zaprowadzony do Heroda itd. Ale to, co wydarzyło się w każdej godzinie, ta samotna Dusza w ekstazie przedstawia żywym opisem i dodaje rozważania, uczucia i zadośćuczynienia. Po drugie, te uczucia i te zadośćuczynienia są tak wyjątkowe, nowe i tak głębokie, że nie wydają się dziełem ludzkim, ale niebiańskim.

    Wszystko wydaje się nowością w tych świętych medytacjach. Mimo że rozważa się te same tajemnice, o których tak wiele zostało już napisane i które rozważane były przez wielu świętych autorów, nie mniej jednak boskie natchnienie, które nieustannie czyni rzeczy nowe i zróżnicowuje pod wieloma postaciami swoją łaskę (multiformis gratia Dei), przejawia się za pośrednictwem tej duszy w unikalny sposób.

    Podajemy na wstępie, że ta pobożna osoba, która pisze, nie jest osobą wykształconą. Zaledwie umie czytać i pisać. Mimo to cierpienia, krzywdy, zniewagi i udręki uwielbionego Zbawiciela Jezusa są żywo opisane za pomocą słów, które przenikają serce, poruszają go, dotykają i przyciągają ku Miłości.

    Miłość – zauważmy to – Boża Miłość, w swojej najczulszej postaci, jest przewodnią nutą owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ, czyli miłość Jezusa Chrystusa do ludzi oraz miłość tej samotnej Duszy do Jezusa Chrystusa. Jest ona oblubienicą, która wyraża pełne miłości współczucie swojemu Ukochanemu. Współczuje Mu, tuli Go, obejmuje, całuje i jeszcze raz całuje, towarzyszy Mu w każdym Jego cierpieniu, nieustannie Go zastępując, czyli w miarę swoich możliwości zajmując miejsce Umiłowanego, który cierpi. Przyjmuje wszystko na siebie, jak gdyby w tym pobożnym zastąpieniu chciała oszczędzić najwyższe Dobro, i to właśnie teraz, jak gdyby to było wówczas czynione. Dla tej kontemplacyjnej Duszy nie ma przeszłości. Odtwarza sceny, jak gdyby były teraźniejszością i wczuwa się w nie. W porywie współczucia i miłości spieszy w kierunku Ukochanego z tak pełnym ufności uniesieniem, że całując Go w oczy, w twarz, w usta, w ręce, w stopy i w Serce, prosi także o pełne miłości pocałunki Jezusa. Czyni to z taką zażyłością, że w niewielu duszach z tych najbardziej kochających można spotkać podobną. To Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, która woła: „niech mnie ucałuje pocałunkiem swych ust”. Nie ma wątpliwości, że jeśli nasz Pan bardzo lubi pełną szacunku bojaźń, to Jego umiłowane Serce nie mniej lubi synowską i czułą ufność. I jak możliwe jest nie mieć tej ufności w Tym, który mogąc nas odkupić, przelewając tylko jedną kroplę swojej drogocennej Krwi, chciał przelać Ją wszystką pośród najbardziej niebywałego cierpienia i najbardziej nikczemnych zniewag, aby nam pokazać, jak bardzo nas kocha? Czy dusza wymaga zbyt wiele, prosząc o pocałunki Jezusa, który dał nam i nadal daje całego siebie? Dlaczego nasze grzechy miałyby nas powstrzymać od tego wielkiego zaufania miłości, jeśli je oczyściliśmy pokutą i pokorą? Czyż nie jest prawdą, że Ojciec syna marnotrawnego, kiedy go ujrzał powracającego, rzucił mu się na szyję i go ucałował? (Łk 15,17). A czyż i owca na ramionach Dobrego Pasterza nie była głaskana i całowana? Czyż nie jest prawdą to, co powiedziała anielska oblubienica Jezusa, św. Agnieszka: „Kocham Go tak, że im bardziej Go obejmuję i dotykam, tym bardziej staję się czysta i niewinna”? Ach, niech pełna miłości ufność, która wypływa z pokornego serca, skradnie Serce Boga! W ten oto sposób stajemy się dziećmi, jak nauczał nasz Pan, gdy przytulając dziecko do swojej kochającej piersi, powiedział: „Do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 18,2).

    Taka jest ufność, która wypływa z każdej strony owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ. Dusza, która bierze do ręki tę książkę i z tym przewodnikiem oddaje się tej pobożnej praktyce, będzie stopniowo dzielić uczucia, współczucie, miłość i zaufanie, które wypełniają tę książkę aż po brzegi.

    Czasami ta samotna Dusza wprowadza w tej książce wypowiedzi naszego Pana Jezusa Chrystusa. A więc słowa, które przywołuje, nie są już jej własnym odczuciem, ale natchnieniem wyrażonym słowami, jakie dusza jest w stanie dobrać, ponieważ każde natchnienie i każde objawienie, które dociera do nas przez kanał ludzki, zależy od możliwości czy mistycznej intuicji danej osoby. Stąd różnorodność ekspresji dusz kontemplacyjnych w odniesieniu do tego samego tematu.

    Dusza twórczyni owego ZEGARA BOLEŚCI jest nowatorska w efektach, ale jeszcze bardziej nowatorska – i rzekłbym – unikalna w zadośćuczynieniach.

    W prawdzie zadośćuczynienia za wszelkie zniewagi, których doznaje nasz Pan Jezus Chrystus, zawsze były głównym tematem wielu kochających dusz, tematem wielu książek religijnych, a niekiedy tematem szczególnych objawień. Tak na przykład, mamy pisma Błogosławionej (1) Małgorzaty Alacoque, która w nabożeństwie do Najświętszego Serca Jezusa załącza szczególne zadośćuczynienia. Cel nabożeństwa do Najświętszego Imienia Jezusa i Jego Najświętszego Oblicza jest jeszcze bardziej skierowany na zadośćuczynienie zniewagom Pana, co ukazują piękne objawienia, które miała czcigodna siostra Maria od św. Piotra, karmelitanka. Wszystkie te zadośćuczynienia zwykle składają się z wyrazów szacunku, wynagrodzeń i modlitw.

    Zadośćuczynienia owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ są natomiast wczuwaniem się w zadośćuczynienia, które składał sam nasz Pan Jezus Chrystus. Są zagłębianiem się w odczucia Najświętszego Serca Jezusa i w Jego boskie cierpienia. Wraz z Jezusem, który cierpi, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie, dusza współczuje, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie. A za co dusza składa zadośćuczynienie? Tutaj zadośćuczynienia wzmagają się, pomnażają się w nieskończoność i dostosowują się do każdego rodzaju grzechu, który mógłby mieć związek z poszczególnymi cierpieniami naszego Pana. Można powiedzieć, że od pierwszego do ostatniego słowa, dzieło to jest nieustannym i wielorakim zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy i za każdy jego rodzaj, i nie tylko za grzechy ciężkie, lecz także za te lżejsze, i nie tylko za grzechy, które zostały popełnione przeciwko godnej uwielbienia Osobie Jezusa Chrystusa, kiedy był w rękach swych wrogów, lecz także za wszystkie grzechy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, w osobie każdego grzesznika, zarówno straconego, jak i wybranego. Współczująca (2) dusza zanurza się niemal w każdą mękę naszego Pana, odmierza – w takim stopniu, w jakim jest w stanie zrobić to istota ludzka – jej bezdenną otchłań i łącząc się z bezgranicznym zamiarem zadośćuczynienia cierpiącego Boga-Człowieka, składa Jemu, Ojcu i Bożej sprawiedliwości niekończące się zadośćuczynienie za wszystkich i za wszystko!

    Tym jest właśnie ogromne, konieczne i uniwersalne zadośćuczynienie, którego wymagają nasze czasy, spotęgowana nieprawość współczesnych pokoleń!

    O WARTOŚCI I UŻYTECZNOŚCI TYCH GODZIN ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ I JAK BARDZO SĄ ONE MIŁE NASZEMU PANU

    Z należytą rezerwą i kierując się całkowitym posłuszeństwem wobec orzeczenia Kościoła Świętego, i nie wymagając żadnej innej wiary niż ludzkiej, według tego, co wskazuje mądry Dekret Urbana VIII, przedkładam tutaj niektóre objawienia, które nasz Pan Jezus Chrystus przekazał tej samotnej Duszy, dając natchnienie do tego dzieła. Objawienia, które ukazują, jak miłe jest uwielbionemu Sercu Jezusa zrobienie z nich użytku.

    Zaczynam od przytoczenia listu, który wysłała mi Autorka:

    „Przewielebny Ojcze, nareszcie przedkładam Ojcu spisane Godziny Męki Pańskiej, wszystko dla chwały naszego Pana. Załączam też stronę, która zawiera owoce, zasługi i obietnice Jezusa dla każdego, kto będzie rozważał owe Godziny Męki. Sądzę, że jeśli ten, kto będzie je rozważał, jest grzesznikiem, nawróci się; jeśli jest niedoskonały, osiągnie doskonałość; jeśli jest święty, stanie się bardziej świętym; jeśli ulega pokusom, odniesie zwycięstwo; jeśli jest cierpiący, znajdzie w tych Godzinach siłę, lekarstwo i pocieszenie, a jeśli jego dusza jest słaba i nędzna, znajdzie pokarm duchowy i zwierciadło, w którym nieustannie będzie mógł się przeglądać, aby się upiększyć i upodobnić do Jezusa, naszego wzoru.

    Zadowolenie, jakie błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy owe GODZINY jest tak duże, że chciałby, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji, do praktykowania, znajdował się w każdym mieście lub miasteczku, ponieważ gdy je rozważamy, dzieje się tak, jakby Jezus słyszał w tych zadośćuczynieniach odtwarzany swój własny głos i swoje własne modlitwy, które wznosił do Ojca podczas 24 godzin swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miasteczku, to wydaje mi się, że Jezus daje mi do zrozumienia, iż sprawiedliwość Boża zostałaby częściowo złagodzona, a jej bicze byłyby częściowo powstrzymane i jak gdyby osłabione w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi. Niech wielebny Ojciec wystosuje apel do wszystkich. Niech tym sposobem dopełni dzieła, które mój uwielbiony Jezus dał mi do zrobienia.

    Chcę również powiedzieć Ojcu, że celem owych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest tylko odtworzenie historii Męki, ponieważ jest wiele książek, które traktują o tym nabożnym temacie, i nie byłoby potrzeby pisania jeszcze jednej. Ale celem owych Godzin jest ZADOŚĆUCZYNIENIE, czyli dusza jednoczy (proszę zauważyć) rozmaite momenty Męki naszego Pana z wieloma różnymi przewinieniami i wspólnie z Jezusem daje godne zadośćuczynienie, i zwraca Mu niemal wszystkiego, co każde stworzenie jest Mu winne. Stąd też różne sposoby składania zadośćuczynień w owych GODZINACH. To oznacza, że w niektórych fragmentach dusza błogosławi, w innych współczuje, w innych wychwala, w jeszcze innych niesie pociechę cierpiącemu Jezusowi, a w innych wynagradza, błaga, modli się i uprasza. Pozostawiam więc Wam, Wielebny Ojcze, ukazanie za pomocą przedmowy celu tych pism”.

    Strona, o której mówi Autorka na początku swojego listu, zawiera (poniżej przytoczone) to, co nasz Pan jej powiedział…

    Fragmenty zaczerpnięte z tomów autobiograficznego dziennika Luizy

    Znajdując się w swoim zwyczajowym stanie, rozmyślałam nad Męką naszego Pana i gdy to czyniłam, On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, tak miły jest dla Mnie ten, kto stale rozmyśla nad moją Męką, ubolewa nad nią i Mi współczuje, że czuję się jakby pokrzepiony we wszystkim, co przecierpiałem podczas swojej Męki. A nieustannie nad nią rozmyślając, dusza przygotowuje w ten sposób stały pokarm. W tym pokarmie znajdują się różne przyprawy i smaki, które przynoszą różne efekty. Tak więc, jeśli podczas mojej Męki związano Mnie powrozami i łańcuchami, dusza Mnie odwiązuje i daje Mi wolność. Ci wzgardzili Mną, pluli na Mnie i Mnie obrażali, a ona Mnie szanuje, oczyszcza z tych opluć i Mnie wielbi. Ci obnażyli Mnie i biczowali, ona zaś leczy moje rany i Mnie przyodziewa. Ci ukoronowali Mnie cierniem, traktując jak król pośmiewisko, wypełnili moje usta żółcią i Mnie ukrzyżowali. Dusza, rozmyślając nad wszystkimi moimi bólami, koronuje Mnie chwałą i oddaje Mi cześć, uznając Mnie za swojego Króla. Wypełnia moje usta słodyczą, dając mi najbardziej wykwintny pokarm, którym jest pamięć o moich własnych czynach. A wyjmując gwoździe i zdejmując Mnie z Krzyża, sprawia, że Ja się odradzam w jej sercu, dając jej w nagrodę, za każdym razem, gdy to czyni, nowe życie łaski. Jest ona zatem moim pokarmem, a Ja czynię siebie jej stałym pożywieniem. Tym więc, co najbardziej lubię, jest nieustanne rozmyślanie nad moją Męką. (Tom 7, 9 listopada 1906)

    Pisałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ i tak sobie rozmyślałam: Ile poświęceń wymaga pisanie tych błogosławionych GODZIN MĘKI, zwłaszcza przedstawianie na piśmie niektórych wewnętrznych przeżyć, które zaszły tylko pomiędzy mną i Jezusem! Jaką On mi da za to rekompensatę?

    A Jezus, pozwalając mi słyszeć swój łagodny i słodki głos, powiedział do mnie: Córko moja, w nagrodę za to, że napisałaś GODZINY MĘKI, za każde słowo, które napisałaś, dam ci pocałunek i duszę.

    A ja: Miłości moja, to dla mnie, a co dasz tym, którzy będą je rozważać?

    A Jezus: Jeśli będą je rozważać wspólnie ze Mną i za pomocą mojej własnej Woli, im również dam duszę za każde słowo, które przeczytają, ponieważ większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.

    Innym razem skarżyłam się Jezusowi, że po tak wielu poświęceniach przy pisaniu tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ rozważało je tylko kilka dusz.

    A On: Córko moja, nie narzekaj. Nawet gdyby była tylko jedna, powinnaś być zadowolona. Czyż nie zniósłbym całej swojej Męki, nawet gdyby tylko jedna dusza miała być zbawiona? Tak samo i ty. Dobro nigdy nie może być pomijane z powodu tego, że tylko kilku z niego korzysta. Całe zło jest po stronie tego, kto z niego nie korzysta. I tak jak moja Męka sprawiła, iż moje Człowieczeństwo zdobyło zasługi, jak gdyby wszyscy zostali zbawieni, choć nie wszyscy są zbawieni (ponieważ moją Wolą było zbawienie wszystkich, więc zdobyłem zasługi zgodnie z tym, czego chciałem, a nie zgodnie z tym, jakie korzyści wyciągną z tego stworzenia), tak też i ty otrzymasz rekompensatę w zależności od tego, jak twoja wola się utożsamia z moją w chęci czynienia dobra dla wszystkich. Całe zło jest po stronie tych, którzy mogąc, nie czynią tego. GODZINY te mają największą wartość spośród wszystkiego, ponieważ nie są niczym innym jak powtórzeniem tego, co Ja czyniłem w trakcie swojego śmiertelnego życia i tego, co nadal czynię w Najświętszym Sakramencie. Gdy słyszę te GODZINY MOJEJ MĘKI, słyszę swój własny głos i swoje własne modlitwy. Widzę w tej duszy swoją Wolę, której pragnieniem jest dobro wszystkich i zadośćuczynienie za wszystkich, i czuję się porwany, aby w niej zamieszkać i czynić w niej to, co ona sama czyni. Och, jak bardzo bym chciał, żeby w każdej miejscowości choć jedna osoba rozważała te GODZINY MOJEJ MĘKI! Słyszałbym siebie samego w każdej miejscowości, a moja sprawiedliwość, ogromnie oburzona w tych czasach, zostałaby częściowo złagodzona. (Tom 11, październik 1914)

    Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, a Jezus, cały zadowolony, powiedział do mnie: Córko moja, gdybyś wiedziała, jaką ogromną radość sprawia Mi, gdy widzę cię powtarzającą i jeszcze raz powtarzającą GODZINY MOJEJ MĘKI, to byłabyś szczęśliwa. Prawdą jest, że moi święci rozważali moją Mękę i rozumieli, jak bardzo cierpiałem, rozpływali się we łzach współczucia, i to tak bardzo, że czuli się wyniszczeni z miłości do mojego bólu, ale nie czynili tego w taki ciągły i powtarzający się sposób i w takim porządku. Dlatego mogę powiedzieć, że jesteś pierwszą, która dostarcza Mi tak wielkiej i wyjątkowej przyjemności. Godzina po godzinie rozważasz szczegółowo moje Życie i to, co przecierpiałem. Czuję się tak bardzo przyciągnięty tym, co czynisz, że godzina po godzinie daję ci pokarm i sam spożywam ten pokarm razem z tobą, i czynię razem z tobą to, co ty czynisz. Niemniej jednak wiedz, że odwdzięczę ci się za to szczodrze nowym światłem i nowymi łaskami. Nawet po twojej śmierci, za każdym razem, gdy dusze na ziemi będą rozważać te GODZINY MOJEJ MĘKI, Ja w Niebie będę cię okrywać nowym światłem i nową chwałą. (Tom 11, 4 listopada 1914)

    Kiedy trwałam w swoim zwyczajowym stanie, mój uwielbiony Jezus ukazał się cały otoczony światłem, które wydobywało się z wnętrza Jego Najświętszego Człowieczeństwa i tak Go upiększało, że tworzyło przepiękny i zachwycający widok. Byłam zaskoczona, a On powiedział do mnie: Córko moja, każdy ból, który przecierpiałem, każda kropla krwi, każda rana, modlitwa, czyn, krok itp. wytworzyły światło w moim Człowieczeństwie, tak iż upiększyło Mnie, zachwycając wszystkich błogosławionych. Przy każdej myśli, którą dusza snuje o mojej Męce, przy każdym współczuciu, zadośćuczynieniu itd., nie robi nic innego, jak czerpie światło z mojego Człowieczeństwa, tak że upiększa się na moje podobieństwo. Jedna więc myśl więcej o mojej Męce będzie jednym światłem więcej, które przyniesie jej radość wieczną. (Tom 11, 23 kwietnia 1916)

    (…) Byłam pośród wielu dusz. Wydawało się, że były to dusze z czyśćca i święci.Mówili do mnie o osobie, którą znałam i która niedawno zmarła. Mówili do mnie: Czuje się on szczęśliwy, widząc, że nie ma duszy, która by wstępowała do czyśćca i nie miała na sobie piętna GODZIN MĘKI, a wspomagana i otoczona przez te GODZINY, zajmuje pozycję w bezpiecznym miejscu. Nie ma duszy udającej się do raju, której by nie towarzyszyły te GODZINY MĘKI. GODZINY te sprawiają,że z Nieba spływa nieustanna rosa na ziemię, na czyściec, a nawet na Niebo.

    Słysząc to, powiedziałam do siebie: Może mój ukochany Jezus, aby dotrzymać dane mi słowo – że da duszę za każde słowo GODZIN MĘKI – sprawia, że nie ma duszy zbawionej, która by nie skorzystała z tych GODZIN. Następnie powróciłam do siebie i znalazłszy swojego ukochanego Jezusa, zapytałam Go, czy to prawda. A On: GODZINY te są porządkiem Wszechświata i utrzymują Niebo i ziemię w harmonii oraz powstrzymują Mnie przed całkowitym zniszczeniem świata. Czuję, jak puszczasz w ruch moją Krew, moje rany, moją miłość i wszystko, co uczyniłem. I płynie to nad wszystkimi, aby przynieść zbawienie wszystkim. A gdy dusze rozważają te GODZINY MĘKI, czuję, jak puszczają w ruch moją Krew, moje rany i moje pragnienie zbawienia dusz. A ponieważ odczuwam, ponawianie swojego własnego Życia, to jakże stworzenia mogą otrzymać jakiekolwiek dobro, jeśli nie za sprawą tych GODZIN?… Dlaczego w to wątpisz? Sprawa nie jest twoja, lecz moja. Ty byłaś tylko przymuszonym i słabym narzędziem. (Tom 12, 16 maja 1917)

    Gdy jak zawsze rozważałam dalej GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, mój uwielbiony Jezus powiedział do mnie: Córko moja, świat jest w procesie nieustannego odnawiania mojej Męki. A ponieważ moja Nieskończoność ogarnia wszystko zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stworzeń, więc w kontakcie z nimi jestem zmuszony przyjąć gwoździe, ciernie, chłosty, wzgardę, oplucie i wszystko, co przecierpiałem w czasie Męki, a nawet i jeszcze więcej. Przez kontakt z duszami, które rozważają owe GODZINY MOJEJ MĘKI, czuję, jak są Mi wyciągane gwoździe, łamane ciernie, gojone rany i zmywane oplucia. Czuję, jak zło, które czynią Mi inni, wymieniane jest na dobro. I czując, że kontakt z nimi nie czyni Mi zła, lecz dobro, coraz bardziej się na nich wspieram.

    Ponadto błogosławiony Jezus, wracając do rozmowy o tych GODZINACH MĘKI, powiedział: Córko moja, wiedz, że gdy dusza rozważa te GODZINY, bierze moje myśli i czyni je swoimi, bierze moje najbardziej intymne włókna i czyni je swoimi, i wznosząc się pomiędzy Niebem a Ziemią, sprawuje mój własny urząd, i jako współodkupicielka mówi razem ze Mną: „Ecce ego, mitte me [oto ja, poślij mnie]. Chcę Ci zadośćuczynić za wszystkich, odpowiedzieć za wszystkich i wyprosić dobro dla wszystkich”. (Tom 11, 6 listopada 1914)

    Dodam, że rozmyślałam sobie o ukochanej Mamie, a Jezus powiedział do mnie: Córko moja, mojej kochanej Mamie nigdy nie umknęła myśl o mojej Męce, a dzięki jej powtarzaniu, wypełniła się Mną calutka. Tak samo dzieje się z duszą. Dzięki powtarzaniu tego, co przecierpiałem, wypełnia się Mną. (Tom 11, 24 marca 1913)

    Rozmyślałam o Męce swojego ukochanego Jezusa, a On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, za każdym razem, gdy dusza rozmyśla nad moją Męką, gdy wspomina, co przecierpiałem, lub Mi współczuje, otrzymuje na nowo dar zasług mojego cierpienia. Moja Krew tryska, aby ją zalać, a moje Rany pospieszają, aby ją wyleczyć, jeśli jest pokryta ranami albo ją upiększyć, jeśli jest zdrowa, a wszystkie moje zasługi przelewają się, aby ją wzbogacić. Ruch, który wywołuje, jest zaskakujący. To tak jakby umieściła w banku wszystko, co uczyniłem i wycierpiałem, zyskując dwukrotnie więcej. Wszystko więc, co uczyniłem i wycierpiałem, nieustannie się oddaje człowiekowi, tak jak słońce nieustannie daje ziemi światło i ciepło. Moje działanie się nie wyczerpuje. Wystarczy, że dusza tego zapragnie i ile razy chce, tyle razy może otrzymać owoc mojego Życia. Jeśli więc wspomina moją Mękę dwadzieścia razy lub sto tysięcy razy, tyle razy więcej będzie się cieszyła jej owocami. Ale jak mało jest tych, którzy czynią z niej skarb! Mimo całego dobra mojej Męki, widać dusze słabe, ślepe, głuche, nieme, chrome, żywe trupy, które budzą jedynie wstręt. Dlaczego? Ponieważ moja Męka poszła w zapomnienie. Moje bóle, moje rany i moja krew są wzmocnieniem, które przezwycięża słabości, są światłem, które daje wzrok ślepym, są językiem, który rozwiązuje języki i otwiera słuch, są drogą, która wyprostowuje chromych, są życiem, które wskrzesza umarłych… Wszelkie środki zaradcze niezbędne ludziom znajdują się w moim Życiu i w mojej Męce, ale stworzenia gardzą lekarstwem i się nie troszczą o środki. Widać więc, że mimo całego Odkupienia, stan człowieka się pogarsza, jakby był dotknięty nieuleczalną chorobą. Ale najbardziej Mnie boli widok ludzi religijnych, którzy się trudzą, aby zdobyć doktryny, filozofie, mało znaczące rzeczy, a o moją Mękę wcale się nie troszczą. Moja Męka jest więc często wydalana z kościołów i z ust kapłanów. Ich mowa jest zatem pozbawiona światła, a społeczeństwa są jeszcze bardziej spragnione niż wcześniej. (Tom 13, 21 października 1921)

    Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ. Błogosławiony Jezus powiedział zaś do mnie: Córko moja, w ciągu mojego Życia na ziemi tysiące aniołów towarzyszyło mojemu Człowieczeństwu i gromadziło wszystko, co robiłem: słowa, czyny, kroki, a nawet westchnienia, ból, krople mojej krwi, jednym słowem wszystko. Byli to aniołowie wyznaczeni, aby się Mną opiekować i oddawać Mi cześć, gotowi na każde moje skinienie. Schodzili z Nieba i wstępowali do niego, aby zanieść Ojcu wszystko, co robiłem. A teraz ci aniołowie posiadają specjalne zadanie. Gdy dusza wspomina moje Życie, moją Mękę i moje modlitwy, otaczają ją, zbierają jej słowa, jej modlitwy, współczucie, które Mi okazuje, jej łzy i ofiary, łączą je z moimi i zanoszą przed mój Majestat, aby Mi odnowić chwałę mojego własnego Życia. A radość aniołów jest tak wielka, że pełni szacunku oczekują, aby usłyszeć, co dusza powie, i się modlą razem z nią… Z jaką więc uwagą i z jakim szacunkiem dusza powinna rozważać owe GODZINY, pamiętając, że aniołowie chłoną jej słowa, żeby powtórzyć po niej to, co mówi!

    A następnie dodał: Przy tylu goryczach, które otrzymuję od stworzeń, owe GODZINY są małymi słodkimi łykami, jakie dają Mi dusze. Ale za mało jest tej słodyczy w porównaniu do tak wielu gorzkich łyków, które otrzymuję. Dlatego bardziej je rozpowszechniajcie, bardziej rozpowszechniajcie! (Tom 11, 13 października 1916)

    W jaki sposób można rozważać owe GODZINY MĘKI?

    • Jedną z metod jest rozważanie jednej GODZINY dziennie samemu lub z rodziną, lub z innymi osobami. W ten sposób w ciągu 24 dni rozważane są w komplecie 24 GODZINY. Dobry zegar nigdy się nie zatrzymuje. Życie także się nie zatrzymuje
    • Inną metodą jest utworzenie grup składających się z czterech, ośmiu, dwunastu lub nawet 24 osób, również i rodzin. Każda z tych osób rzetelnie się zobowiązuje do rozważania jednej z GODZIN, tej, którą jej powierzono, przez pewien czas aż do zmiany GODZINY. Dobry zegar wskazuje wszystkie GODZINY, żadnej nie pomija…
    • Trzecim sposobem jest rozważanie co najmniej jednej GODZINY dziennie, tej, która wypada w danej chwili dnia. W każdym razie byłoby pożądane, aby dojść do takiej znajomości GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ i przyswoić je w takim stopniu, żeby można było śledzić myślami ich zawartość przez cały dzień.

    „Rozważać” GODZINĘ MĘKI PAŃSKIEJ oznacza czytać ją dokładnie, zagłębiać ją, kontemplować i czynić modlitwą i własnym życiem… Tak, ponieważ nie jest to powierzchowne rozważanie Męki, którą każdy czyni, jak może, tak jak na przykład rozważa się tajemnice bolesne Różańca Świętego, ale jest to konkretny i specyficzny sposób, zainspirowany miłością Jezusa, aby przede wszystkim utożsamić się z Wolą Bożą oraz stale i nieprzerwanie przeżywać wewnętrzne Życie Jezusa i wszystko, co uczynił w czasie swojej Męki.

    Każda GODZINA zajmuje niewiele czasu. Niektóre GODZINY są dłuższe, a inne krótsze. Spokojne i uważne czytanie zajmuje przeciętnie mniej niż pół godziny. Niektóre mogą być dłuższe. GODZINY, które są trudne do zrobienia we wskazanym czasie jak na ogół godziny nocne, mogą być przeniesione i rozważane w innym czasie.

    Jednak ważne jest, aby podjęte zobowiązanie było codziennie dotrzymywane. Kiedy dana osoba zobowiązuje się przez jakiś czas rozważać pewną GODZINĘ, nie powinna się przejmować, myśląc: „ależ wciąż ta sama GODZINA”, ponieważ jeśli ją rozważa uważnie i z należytą miłością, nigdy nie będzie ona taka sama. Następnie należy ćwiczyć się w stałym jej rozważaniu i nie brać pod uwagę nic innego jak tylko to, aby dotrzymywać towarzystwa naszemu Panu. Po pewnym czasie, gdy widzimy, że ZEGAR działa, możemy przejść do rozważania kolejnych GODZIN. W ten sposób widać wyraźnie, że nie jest to „coś do przeczytania” i na tym koniec ani nie jest to kolejne pobożne ćwiczenie czy religijna praktyka, ale jest to wychowanie do życia – do wewnętrznego Życia, które przeżył Jezus. I tak nadejdzie taki moment, kiedy te zadośćuczynienia i czyny wewnętrzne Jezusa wypełnią nasz umysł i serce nie tylko podczas tego czytania, lecz także podczas wykonywania innych czynności lub w kontakcie z innymi osobami, przez całą GODZINĘ i przez cały dzień. Poczujemy wówczas raz za razem, że Jezus żyje w nas nie tylko naszym życiem, lecz także swoim własnym Życiem.

    GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ są modlitwą Luizy. Tak więc napisała je, używając podmiotu w liczbie pojedynczej rodzaju żeńskiego (w końcówkach przymiotników itp.). Dlatego też nawet jeśli są to modlitwy przeznaczone dla wszystkich, musimy wziąć pod uwagę, że wiele wyrażeń i sposobów obcowania z Jezusem są charakterystyczne dla Luizy, czyli dla tej, która jest Oblubienicą, jak również dla jej osobowości. Co więcej, słowa Jezusa nie są dosłownie przez Niego wypowiedziane (w przeciwieństwie do „Dziennika”), ale zostały wypielęgnowane przez Luizę w głębi jej duszy.

    Dwadzieścia cztery GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ

    1. (od 5 do 6 po południu) Jezus żegna swoją Matkę
    2. (od od 6 do 7 wieczorem) Jezus udaje się do Wieczernika
    3. (od 7 do 8 wieczorem) Wieczerza Starotestamentalna
    4. (od 8 do 9 wieczorem) Wieczerza Eucharystyczna
    5. (od 9 do 10 w nocy) Pierwsza godzina konania w ogrodzie Getsemani
    6. 6. (od 10 do 11 w nocy) Druga godzina konania w ogrodzie Getsemani
    7. (od 11 w nocy do 12 o północy) Trzecia godzina konania w ogrodzie Getsemani
    8. (od 12 o północy do 1 w nocy) Pojmanie Jezusa
    9. (od 1 do 2 w nocy) Jezus, potknięty o skałę, wpada do potoku Cedron
    10. (od 2 do 3 w nocy) Jezus przyprowadzony do Annasza
    11. (3 do 4 nad ranem) Jezus w domu Kajfasza, który skazuje Go na śmierć
    12. (od 4 do 5 rano) Jezus na łasce żołnierzy
    13. (od 5 do 6 rano) Jezus w więzieniu
    14. (od 6 do 7 rano) Jezus ponownie przed Kajfaszem, który potwierdza wyrok i odsyła Go do Piłata
    15. (od 7 do 8 rano) Jezus przed Piłatem, Piłat odsyła Go do Heroda
    16. (od 8 do 9 rano) Jezus jest ponownie przyprowadzony do Piłata, a Barabasz zostaje przedłożony nad Jezusa. Biczowanie Jezusa
    17. (od 9 do 10 rano) Jezus cierniem ukoronowany i przedstawiony ludowi: „Oto Człowiek”. Jezus skazany na śmierć
    18. (od 10 do 11 rano) Jezus bierze Krzyż i wyrusza na Kalwarię, gdzie zostaje obnażony
    19. (od 11 rano do 12 w południe) Jezus ukrzyżowany
    20. (od 12 w południe do 1 po południu) Pierwsza godzina konania na Krzyżu
    21. (od 1 do 2 po południu) Druga godzina konania na Krzyżu
    22. (od 2 do 3 po południu) Trzecia godzina konania na Krzyżu. Śmierć Jezusa
    23. (od 3 do 4 po południu) Zmarły Jezus przebity ciosem włóczni. Zdjęcie Jezusa z Krzyża
    24. (od 4 do 5 po południu) Złożenie Jezusa do grobu. Najświętsza Maryja opuszczona

    Przygotowanie do każdej GODZINY

    O mój Panie Jezu Chryste, upadam na twarz w Twojej boskiej obecności i błagam Twoje najgoręcej kochające Serce, aby zechciało mnie wprowadzić w bolesne rozważanie 24 GODZIN, w trakcie których z miłości do nas chciałeś cierpieć tak bardzo w swym uwielbionym Ciele i w swej Najświętszej Duszy, aż po śmierć na Krzyżu. Och, udziel mi pomocy, łaski, miłości, głębokiego współczucia i zrozumienia Twoich cierpień, gdy teraz rozważam godzinę…

    A dla tych godzin, których nie mogę rozważać, ofiarowuję Ci swoją wolę rozpamiętywania ich i zamierzam świadomie je rozważać w każdym czasie, który muszę poświęcić na pełnienie swoich obowiązków lub na sen.

    Przyjmij, o miłościwy Panie, moją pełną miłości intencję i spraw, aby było to dla pożytku mojego i innych, jak gdybym w sposób najbardziej skuteczny i święty dopełnił tego, co chcę uczynić.

    Tymczasem składam Ci dzięki, o mój Jezu, że za pośrednictwem modlitwy wzywasz mnie do zjednoczenia się z Tobą. I aby sprawić Ci jeszcze większą radość, biorę Twoje myśli, Twój język, Twoje Serce i zamierzam się nimi modlić, wtapiając całego siebie w Twoją Wolę i w Twoją Miłość. I wyciągając ramiona, aby Cię objąć, kładę głowę na Twoim Sercu i zaczynam…

    Dziękczynienie po każdej GODZINIE

    Mój uwielbiony Jezu, zawołałeś mnie w tej GODZINIE swojej Męki, abym Ci dotrzymał towarzystwa, i ja przybiegłem. Zdawało mi się, że słyszę Cię, jak w udręce i boleści się modlisz, składasz zadośćuczynienie, cierpisz oraz upraszasz o zbawienie dusz najbardziej wzruszającymi i wymownymi słowami. Starałem się towarzyszyć Ci we wszystkim. A ponieważ muszę Cię teraz opuścić, żeby się zająć swoją pracą, czuję się w obowiązku powiedzieć Ci dziękuję i błogosławię Cię.

    Tak, o Jezu, to dziękuję powtarzam Ci tysiąc tysięcy razy i błogosławię Cię za wszystko, co uczyniłeś i przecierpiałeś za mnie i za każdego. Dziękuję Ci i błogosławię Cię za każdą kroplę krwi, którą przelałeś, za każdy oddech, za każde uderzenie serca, za każdy krok, słowo, spojrzenie, gorycz i upokorzenie, którego doznałeś. Wszystko, o mój Jezu, zamierzam oznaczyć moim dziękuję Ci i błogosławię Cię. Tak, o Jezu, spraw, aby z całej mojej istoty płynął ku Tobie nieprzerwany potok dziękczynienia i błogosławieństw, tak abym mógł ściągnąć na siebie i na wszystkich potok Twoich błogosławieństw i Twoich łask. Och, Jezu, przytul mnie do swojego Serca i swoimi najświętszymi rękami oznacz każdą cząstkę mojej istoty Twoim błogosławię Cię, tak aby nie mogło wypłynąć ze mnie nic prócz nieustannego hymnu na Twoją cześć.

    tekst rozważań www.vicona.pl/24-godziny-meki-panskiej

    Modlimy się w intencjach:

    – Wypełnienia Woli Bożej w naszym Narodzie

    – Przemianę Polskich serc

    – Dusze czyśćcowe

    – Zaprzestanie aborcji

    – Powołania kapłańskie zakonne i misyjne

    – Za konających

    ***

    Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu – 22 lutego

    94 lata temu Jezus pierwszy raz objawił się s. Faustynie
    fot. wikipedia/domena publiczna / CC BY-SA 4.0

    ***

    95 lat temu Pan Jezus objawił się siostrze Faustynie Kowalskiej


    95 lat temu Chrystus Miłosierny objawił się siostrze Faustynie Kowalskiej. Wydarzyło się to w jej celi w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku.

    Widzenie opisane w „Dzienniczku”

    Siostra Faustyna Kowalska wieczorem 22 lutego 1931 roku przebywała w swej celi w płockim klasztorze, kiedy objawił się jej Pan Jezus. Faustyna tak to opisała w swoim „Dzienniczku”: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.

    Święto Miłosierdzia ustanowione przez Jana Pawła II

    Podczas widzeń w Płocku Pan Jezus powiedział również siostrze Faustynie, że pragnie, aby w pierwszą niedzielę po Wielkanocy zostało ustanowione Święto Miłosierdzia Bożego. Pierwsze zabiegi o ustanowienie tego święta podejmował już spowiednik s. Faustyny ks. Michał Sopoćko. Dopiero jednak św. Jan Paweł II w 2000 roku w dniu kanonizacji s. Faustyny ustanowił święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego, wyznaczając je na drugą niedzielę Wielkanocną, zgodnie z wolą Chrystusa wyrażoną podczas objawienia siostrze Faustynie.

    ***

    Z celi w Płocku na cały świat. 95 lat od objawienia „Jezu, ufam Tobie”

    Klasztor w Płocku, miejsce pierwszych objawień św. Faustynie.

    Amata J. Nowaszewska CSFN

    ***

    22 lutego 1931 roku w klasztorze w Płocku 26-letnia s. Faustyna Kowalska ujrzała Jezusa Miłosiernego i usłyszała słowa, które zmieniły duchową mapę świata: „Wymaluj obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”. Dziś, w 95. rocznicę tamtego wydarzenia, Kościół wraca do źródła nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia – przesłania nadziei, które z cichej zakonnej celi dotarło na wszystkie kontynenty.

    „22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej” – przypomniał Leon XIV podczas audiencji generalnej 18 lutego. „Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie” – dodał Ojciec Święty.

    Pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego

    Objawienie miało miejsce 22 lutego 1931 r., w niedzielę, w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku, gdzie 26-letnia siostra Faustyna przebywała od 1930 roku. W „Dzienniczku” opisała tak to wydarzenie: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady”. Jezus polecił jej: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: «Jezu, ufam Tobie»”.

    Rozwój nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia

    Płockie objawienie stało się punktem wyjścia dla nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia, które wyraża się w obrazie „Jezu, ufam Tobie”, Koronce oraz wezwaniu do zaufania Bogu i czynienia miłosierdzia wobec bliźnich. Już przed II wojną światową w domu sióstr czczono wizerunek Jezusa Miłosiernego, a kult stopniowo rozprzestrzenił się w Polsce i na świecie…

    Amata J. Nowaszewska CSFN
    VaticannewsGość Niedzielny

    ***

    „Jezu, ufam Tobie”

    95 lata temu Chrystus Pan polecił s. Faustynie namalować swój wizerunek

    Dokładnie 95 lata temu, 22 lutego 1931 r., Chrystus polecił polskiej zakonnicy s. Faustynie Kowalskiej namalować swój wizerunek z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie obrazy Miłosiernego Jezusa, namalowane według opisu św. Faustyny, są najbardziej rozpoznawalne nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Tylko Bóg jeden wie ile ludzkich serc już wyprosiło i nadal wyprasza przed wizerunkiem Boże Miłosierdzie.

    Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego

    Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego

    ***

    Wizerunek Jezusa Miłosiernego został objawiony w Płocku. Tego dnia przypadała pierwsza niedziela Wielkiego Postu.

    Dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się namalowania obrazu według wskazówek s. Faustyny. Był nim Eugeniusz Kazimirowski. Gotowy obraz Jezusa Miłosiernego został pokazany wiernym w pierwszą niedzielę po Wielkanocy w 1935 r. w Ostrej Bramie w Wilnie.

    Ten obraz to bardzo charakterystyczny wizerunek, przedstawiający Jezusa Zmartwychwstałego w postawie kroczącej. Na Jego dłoniach i stopach dostrzegamy ślady po ukrzyżowaniu. Prawa dłoń Chrystusa jest uniesiona w geście błogosławieństwa, lewa zaś odsłania białą szatę w okolicy serca, skąd wychodzą dwa promienie – czerwony symbolizuje krew, błękitny wodę. Na dole obrazu widać napis „Jezu, ufam Tobie”, który przetłumaczono na wiele języków.

    Obok s. Faustyny jednym z największych czcicieli Bożego Miłosierdzia był św. Jan Paweł II, który w 2000 r. ustanowił święto Bożego Miłosierdzia, przypadające w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. W 2002 r. konsekrował świątynię w Krakowie-Łagiewnikach, która jest światowym centrum kultu Jezusa Miłosiernego.

    ***

    I Niedziela Wielkiego Postu

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha…

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha...
    fot. Screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)

    ***

    (wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem)

    ***

    Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

    Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

    W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

    Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

    W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

    W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego. 

    Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

    Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

    Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

    Egzorcyści

    Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

    Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

    Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.  

    Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia! 

    Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

    Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

    A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

    bo człowiek jest wolny…

    …tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

    Czy ze złym duchem można rozmawiać?

    Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło. 

    Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił. 

    Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu. 

    Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą? 

    Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania… 

    Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy. 

    Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

    Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

    Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka. 

    U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha. 

    Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

    Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

    Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli? 

    Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

    Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

    Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

    Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

    Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

    Fronda.pl

    ***

    “Jeżeli szatan wejdzie do twojego domu, to jedynie przez drzwi, którymi wyprosiłeś Chrystusa.”

    ***

    Leon XIV radzi księżom starszym, jak radzić sobie z samotnością

    Samplefot. Vatican Media

    ***

    Kapłani powinni od młodości przygotowywać się na to, że w starości nie będą mogli być tak aktywni, aby umieć ofiarować Bogu chwile samotności – wskazał Leon XIV w odpowiedzi na pytanie jednego ze starszych kapłanów, jak księża mają radzić sobie z samotnością i chorobą. Zachęcił młodszych kapłanów, by towarzyszyli starszym.

    Co mogą czynić starsi księża, aby po latach aktywności nie czuć się na emeryturze lub w chorobie samotni i izolowani – zapytał jeden z rzymskich księży Papieża Leona XIV, podczas audiencji u Ojca Świętego. Dodał, że ze swego doświadczenia jako osoby starszej od Papieża wie, że wielu starszych księży odczuwa samotność po życiu całkowicie poświęconym Ewangelii i Kościołowi. „Po tak wielu spotkaniach z ludźmi, tak wiele samotności. Wielu dotkniętych chorobą musiało wycofać się jeszcze przed osiągnięciem wieku emerytalnego” – mówił ksiądz. I zapytał, jakie sugestie może Papież przekazać tym kapłanom, a także jak kapłani starsi mogą pomagać młodszym w głoszeniu z pasją Słowa Bożego.

    Przygotować się za młodu na okres starości

    W odpowiedzi Papież odniósł się najpierw do wszystkich kapłanów, mówiąc, że należy przygotować się na starość, choćby poprzez dialog i przyjaźnie z innymi, aby później mieć towarzyszy. Przestrzegł przed pewnym rodzajem goryczy, która już w młodości sprawia, że niektórzy nie doświadczają przyjaźni, braterstwa i wspólnoty. „I dlatego już jako młodzi lub w średnim wieku żyją z tą goryczą, zawsze są niezadowoleni i zawsze mają nieco negatywne nastawienie” – mówił Ojciec Święty.

    Dodał, że warto przeżywać swe życie jako świadomą wędrówkę z łaską Bożą i w duchu modlitwy i poświęcenia do przyjęcia krzyża, cierpienia, które nadchodzi – jakie pragnął mieć w dniu święceń kapłańskich, kiedy powiedział Panu: „Tak, Panie, chcę podążać za Tobą we wszystkim i przyjmę to, co daje mi życie, jako część Twojej woli”.

    „W tym przypadku potrzebna jest głęboka duchowość, którą należy pielęgnować, już od czasów seminarium i potem. Nie mogę powiedzieć 22-latkowi: ‘Przygotuj się na moment, kiedy osiągniesz 80 lat’ – ale jest to cała droga, sposób na wejście w życie z pewnym duchem wdzięczności” – dodał Leon XIV.

    Żyć we wdzięczności za życie i powołanie

    Papież zachęcił, by to wielkie i piękne powołanie do kapłaństwa przeżywać ciągle w duchu wdzięczności. „Pan powołał nas, abyśmy byli Jego przyjaciółmi, uczniami, sługami całego Jego ludu, a to jest piękne! Życie w duchu wdzięczności od pierwszego dnia mojego kapłaństwa pomoże mi żyć – nawet jako osobie starszej, dźwigającej krzyż choroby – mówiąc: ‘Dziękuję Ci, Panie, za życie, za dar, który mi dajesz’” – podkreślił Papież.

    Dodał, że wdzięczność za życie i powołanie jest także świadectwem wobec świata, który dziś coraz częściej oferuje eutanazję osobom, zmagającym się z poczuciem braku sensu życia czy chorobami. „To znaczy, że to my musimy być pierwszymi świadkami tego, że życie ma ogromną wartość. A wdzięczność w ciągu całego życia jest bardzo ważna” – mówił Leon XIV.

    „Również pokora. Pokora: postawa uznania, że to nie ja, ale to Pan Bóg dał mi życie, to Pan towarzyszy mi i niesie mnie w swoich ramionach, nawet w tych chwilach, kiedy jestem najsłabszy. Pan jest z nami. Życie w tym duchu daje życie i nadzieję” – dodał Ojciec Święty.

    Bliskość wobec starszych księży i sióstr

    Zaapelował także do wszystkich księży o pielęgnowanie bliskości z braćmi w kapłaństwie i stanie duchownym. „Z pewnością wszyscy znamy jakąś starszą osobę, chorego, księdza, świeckiego, siostrę zakonną… którzy przeżywają chwile wielkich trudności. Zadzwońmy do nich, odwiedźmy ich. Podejmijmy wysiłek, aby pomóc tym cierpiącym osobom” – zaapelował Papież. Dodał, że jest to służba, apostolat, bardzo ważna forma duszpasterstwa, aby żyć w bliskości z tymi, którzy cierpią.

    Możecie służyć Bogu też w starości

    Leon XIV podkreślił, że starsi księża również pełnią swoją służbę. Nawet jeśli są chorzy i leżą w łóżku, jeśli przeżyli życie pełne służby i poświęcenia, doskonale wiedzą, że ich modlitwa może być także wielką służbą, wielkim darem. „Ich życie nadal ma wielki sens. Mogą pamiętać i nadal towarzyszyć wielu osobom, sytuacjom, wspólnotom, które potrzebują ich modlitwy. Aby żyć tym duchem – oczywiście, jeśli ktoś nie modlił się przez czterdzieści lat, a potem mówi: ‘Leżę w łóżku, nie wiem, co robić, to trudne’ – również w tym przypadku trzeba poddawać się ciągłej formacji naszego życia duchowego. Zaczyna się to od przygotowania, zanim staniemy się, powiedzmy, starsi i chorzy” – pouczył Ojciec Święty.

    Duchowe towarzyszenie

    Wszystkich zachęcił do pielęgnowania praktyki duchowego towarzyszenia, posiadania w swoim życiu kogoś, kto nas zna. Przyjaciela czy dobrego spowiednika, księdza, osoby o wielkiej mądrości duchowej, która będzie mogła nam towarzyszyć i pomagać w chwilach wielkich trudności. „Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy przeżywamy trudne chwile, różnego rodzaju ból, ale posiadanie zaufanej osoby, która naprawdę może nam towarzyszyć z wielką bliskością, w sercu, w duchu – to także wielki dar, który możemy uznać za pomoc w naszym życiu” – dodał Papież.

    „Nie jest to więc tylko okres starości, ale całe życie, które musimy przeżyć w tej wspólnej wędrówce, wędrówce z Jezusem i we wzroście w duchu wiary, nadziei i autentycznej miłości” – zakończył.

    26 lutego 2026 – Wojciech Rogacin, Vatican News PL | Watykan Ⓒ Ⓟ

    ***

    Plac Świętego Piotra – Niedziela, 22 lutego 2026 r.

    Anioł Pański z Leonem XIV: Zróbmy miejsce milczeniu i wyciszmy smartfony

    W rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański 22 lutego 2026 r. papież Leon XIV, odnosząc się do dzisiejszej Ewangelii, wezwał wiernych do hojnego praktykowania milczenia i odcięcia się od hałasu współczesnego świata, w tym smartfonów.

    Dzisiaj, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, Ewangelia mówi nam o tym, jak Jezus, prowadzony przez Ducha, udaje się na pustynię i jest kuszony przez diabła (Mt 4, 1-11). Po czterdziestodniowym poście doświadcza ciężaru swojego człowieczeństwa – na poziomie fizycznym głód, a na poziomie moralnym kuszenie diabła. Odczuwa takie samo zmęczenie, jakiego wszyscy doświadczamy na naszej drodze, a stawiając opór demonowi, pokazuje nam, jak przezwyciężać jego zwodzenie i podstępy.

    Liturgia, poprzez to Słowo życia, zachęca nas, abyśmy spojrzeli na Wielki Post jako na pełen blasku szlak, na którym przez modlitwę, post i jałmużnę możemy odnowić naszą współpracę z Panem w tworzeniu jedynego w swoim rodzaju arcydzieła naszego życia. Chodzi o to, by pozwolić Mu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu, i starać się, aby rozkwitło ono w całym swym pięknie, aż do pełni miłości – jedynego źródła prawdziwego szczęścia.

    Oczywiście jest to wędrówka wymagająca i istnieje ryzyko, że się zniechęcimy albo damy się uwieść mniej wymagającym drogom dającym spełnienie, jak bogactwo, sława i władza (por. Mt 4, 3-8). Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi.

    Dlatego św. Paweł VI nauczał, że pokuta, bynajmniej nie zuboża naszego człowieczeństwa, a ubogaca je, oczyszczając i umacniając w jego zmierzaniu ku horyzontowi, którego celem ostatecznym jest „to, byśmy Boga lepiej kochali i oddali się mu zupełnie”(Konst. apost. Paenitemini, 17 lutego 1996, I). Pokuta bowiem uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia i do życia, z Bożą pomocą, w coraz silniejszej komunii z Nim i między nami.

    W tym czasie łaski praktykujmy ją hojnie, wraz z modlitwą i uczynkami miłosierdzia – zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne. Wtedy – jak mówi św. Augustyn – „nasza modlitwa przeżywana w pokorze i miłości – przez post i jałmużnę, przez umiarkowanie i przebaczenie, obdarzając dobrem i nie odpłacając złem, odwracając się od zła i czyniąc dobro” (Sermo 206, 3), dosięgnie nieba i przyniesie nam pokój.

    Zawierzmy naszą wielkopostną drogę Maryi Pannie, Matce, która zawsze towarzyszy swoim dzieciom w próbie.


    Leon XIV: Chrystus uczy, jak nie dać się zwieść złu

    Leon XIV zachęcił, byśmy w Wielkim Poście pozwolili Panu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu. Ta wędrówka jest jednak wymagająca, a człowiek doznaje na niej pokus takich jak bogactwo, sława, czy władza. – Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi – zauważył Ojciec Święty. Podkreślił także, że pokuta uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia.

    Papież zachęcił do pokuty, modlitwy i jałmużny. – Zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne.

    vatican.va/Kai

    ***

    USA: były dyrektor Google o swoim nawróceniu na katolicyzm i “obosiecznym mieczu AI”

    Vic Gundotra, były dyrektor Google i konwertyta na katolicyzm, opowiadał na zjeździe katolickich biznesmenów Legatus w Santa Brabara, a ostatnio także na łamach katolickiego portalu EWTN-News o swoim nawróceniu na katolicyzm.

    unsplas

    ***

    Mówił także, jak sztuczna inteligencja (AI) stała się częścią jego życia wiary oraz jakie niesie zagrożenia.

    Wychowany jako Świadek Jehowy 

    Droga urodzonego w Indiach Gundotry do katolicyzmu była kręta. Wychowany jako Świadek Jehowy, był mocno zaangażowany w życie wspólnoty, został nawet starszym zboru. Z czasem zaczął mieć wątpliwości, lecz surowe zasady zakazywały jakiegokolwiek kwestionowania doktryny pod groźbą „wykluczenia ze wspólnoty”. „Dla Świadka Jehowy to bardzo niebezpieczna rzecz. To była ogromna walka, by móc opuścić tę wiarę i się z niej wydostać” – powiedział Gundotra 

    Gdy powiedział żonie, że ma poważne zastrzeżenia wobec ich religii, wspominał: „zaczęła płakać i powiedziała: ‘Nie dam rady. Nie mogę stracić przyjaciół, rodziny’”. „Tracisz wszystko. Konsekwencją bycia Świadkiem Jehowy i prowadzenia pogłębionych badań oraz krytycznego myślenia na temat własnych doktryn, czego bardzo niewielu Świadków Jehowy w ogóle się podejmuje, jest wykluczenie. To jak potężny topór wiszący nad twoją głową” – wyjaśniał Gundotra. 

    Ostatecznie on i jego żona zdecydowali się odejść, a Gundotra został ateistą. Po latach, w okresie, który sam opisuje jako “najniższy punkt” w swoim życiu, zaczął odnajdywać drogę do katolicyzmu dzięki pomocy kolegi, z którym wcześniej pracował w Microsoft.

    Była godz. 2:00 w nocy, gdy Gundotra napisał do niego, że musi porozmawiać. Przyjaciel odpowiedział natychmiast. Gdy Gundotra zapytał, dlaczego nie śpi, usłyszał: „Mam dyżur adoracji”. Potem nastąpił długi proces odkrywania Ojców Kościoła, studiowania wiary i w końcu przyjęcia do Kościoła katolickiego. „Świadkowie Jehowy nigdy nie mówią o Ojcach Kościoła. Nawet nie wiedziałem, że oni istnieli” – powiedział Gundotra. „Pamiętam, gdy czytałem o Klemensie, sięgnąłem po moją Biblię Świadków Jehowy i otworzyłem odpowiedni fragment Pisma Świętego. A tam apostoł Paweł mówi: ‘Słuchajcie Klemensa. Jego imię jest zapisane w Księdze Życia’” (według tekstu Biblii w liście Flp 4,3 Paweł prosi o pomoc dla osób, w tym Klemensa, które walczyły razem z nim o sprawę Ewangelii, przyp. KAI)

    „Popłakałem się. Powiedziałem: ‘To jest tutaj, w mojej Biblii Świadków Jehowy. Kim jest ten Klemens? Jak to możliwe, że nie czytałem jego listów?’”. (tradycja chrześcijańska, zapoczątkowana w III/IV wieku, utożsamia tego współpracownika Pawła z późniejszym papieżem, św. Klemensem I. Jest on autorem znanego 1. Listu do Koryntian napisanego około 96 r., co czyni go jednym z Ojców Apostolskich, przyp. KAI]

    AI jako “miecz obosieczny”

    Gundotra wyznał, że codziennie rano spędza godzinę, czytając czytania mszalne i zawsze zadaje chatbotowi AI pytanie: „Czego większość ludzi nie dostrzega w tym czytaniu?”. Poleca korzystanie z techniki „pogłębionych badań”, proszenie AI o wolniejsze, bardziej przemyślane odpowiedzi, ponieważ istnieje kompromis między szybkością a głębią. „Może cztery dni w tygodniu jestem zdumiony – absolutnie zdumiony” – powiedział. „To mogą być wersety, które czytałem tysiące razy, a coś przeoczyłem”. „AI potrafi to zrobić, ponieważ przeczytała wszystkich Ojców Kościoła. Przeczytała wszystko, co Kościół napisał przez 2000 lat” – stwierdził Gundotra. „Ty możesz czytać dany werset po raz dwudziesty, ale AI potrafi zajrzeć do każdego komentarza, jaki kiedykolwiek został napisany przez Kościół na temat tych wersetów, i zsyntetyzować to w sposób unikalny dla ciebie”.

    Gundotra nie umniejsza znaczenia AI: „Sztuczna inteligencja to największa innowacja mojego życia. W istocie uważam, że jest porównywalna z wynalezieniem ognia i koła”. Jednocześnie nazwał AI „mieczem obosiecznym”, podkreślając, że widzi w niej „pewne niebezpieczeństwo”.

    „Będą ludzie, którzy uznają AI za swojego Boga” – powiedział. „Jesteśmy na początku procesu, który doprowadzi część ludzi do oddawania czci AI jak Bogu. To sprawia wrażenie czegoś niezwykle potężnego, ale to tylko narzędzie – nie Bóg”.

    Kai/Gość Niedzielny

    ***

    Były rektor anglikańskiego seminarium w Oksfordzie wstąpił do Kościoła katolickiego

    Robin Ward przyjęty do Kościoła w Opactwie Benedyktynów św. Michała w Farnborough przez jego opata, benedyktyna o. Cuthberta Brogana.materiały ks. Robina Warda 

    ***

    Były rektor anglikańskiego seminarium St. Stephen’s House w Oksfordzie, Robin Ward, ogłosił, że został przyjęty do Kościoła katolickiego. Jak donosi Vatican News, swoją decyzję podjął – jak sam napisał – „bez żalu i wahania”.

    „Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego. Proszę o modlitwę” – poinformował 14 lutego w mediach społecznościowych. Do 2025 roku przez 19 lat kierował St. Stephen’s House – jedną z kluczowych instytucji formacyjnych Kościoła Anglii, przygotowującą przyszłych duchownych anglikańskich.

    Droga akademicka i duszpasterska

    Robin Ward został wyświęcony w Kościele Anglii w 1992 roku. Posługiwał jako wikariusz, proboszcz i kapelan szpitalny. Studiował literaturę średniowieczną w Magdalen College w Oksfordzie, a formację teologiczną odbył właśnie w St. Stephen’s House w latach 1988-1991. Doktorat uzyskał w King’s College London.

    W 2004 roku został honorowym kanonikiem katedry w Rochester oraz reprezentował diecezję w Synodzie Generalnym Kościoła Anglii. Dwa lata później objął funkcję rektora seminarium w Oksfordzie, którą pełnił niemal dwie dekady.

    „Czym jest Kościół?”

    Jak relacjonuje Vatican News, Ward wielokrotnie stawiał swoim studentom trzy zasadnicze pytania: „Kim jest Jezus Chrystus? Kim jest kapłan? Czym jest Kościół?”. To właśnie ostatnie z nich – jak przyznał – prowadziło go do coraz głębszego niepokoju i przekonania, że odpowiedź, jakiej dotąd udzielał, nie jest wystarczająca.

    Istotną rolę w jego duchowej drodze odegrała bliskość wspólnot katolickich obecnych w Oksfordzie – dominikanów, jezuitów i oratorianów – a także postać św. Johna Henry’ego Newmana. Na znak duchowej więzi z tym konwertytą z anglikanizmu Ward przyjął przy bierzmowaniu imię John Henry.

    Szersze zjawisko

    Decyzja byłego rektora wpisuje się w szerszy proces konwersji duchownych anglikańskich na katolicyzm. W ostatnich latach do Kościoła katolickiego przeszli m.in. byli anglikańscy biskupi: Michael Nazir-Ali, Jonathan Goodall, John Goddard, Peter Forster, Richard Pain oraz John Ford.

    Według danych przywoływanych przez Vatican News, od 1992 roku około 700 anglikańskich duchownych w Wielkiej Brytanii zostało katolikami. Rośnie również liczba świeckich konwertytów – w pierwszych miesiącach 2026 roku Oratorium Oksfordzkie przy parafii św. Alojzego przyjęło więcej osób niż przez cały poprzedni rok.

    Decyzja Robina Warda to kolejny znak duchowych poszukiwań, które prowadzą niektórych duchownych Kościoła Anglii ku pełnej komunii z Kościołem katolickim.

    ***

    Londyn: 800 dorosłych przygotowuje się do chrztu i pełnej komunii z Kościołem

    Katedra Westminsterska w Londynie

    fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jak informuje KAI, niemal 800 dorosłych z archidiecezji westminsterskiej przystąpi w tym roku do sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. W katedrze westminsterskiej odbył się uroczysty obrzęd wybrania – ważny etap duchowej drogi tych, którzy w Wielkanoc przyjmą chrzest, bierzmowanie i Eucharystię. To jeden z najwyższych wyników od kilkunastu lat.

    Niemal 800 dorosłych z ponad 100 parafii archidiecezji westminsterskiej w Londynie zgłosiło się w tym roku do obrzędu wybrania lub uznania przed Wielkanocą – podaje KAI. Oznacza to, że w czasie liturgii paschalnej przyjmą oni w swoich wspólnotach sakramenty inicjacji chrześcijańskiej: chrzest, bierzmowanie oraz pierwszą Komunię Świętą.

    Uroczystości w katedrze westminsterskiej w sobotę 21 lutego przewodniczył arcybiskup Richard Moth.

    Jeden z najwyższych wyników od lat

    Tegoroczna grupa jest czwartą co do wielkości od czasu rozpoczęcia prowadzenia diecezjalnych rejestrów w 1993 roku. Najwięcej dorosłych wstąpiło do Kościoła w 2011 r. – 891 osób, w tym 63 kandydatów związanych z ordynariatem personalnym dla byłych anglikanów.

    Po okresie względnej stabilizacji (1993–2014) liczba kandydatów zaczęła stopniowo spadać, osiągając najniższy poziom w 2022 roku, w czasie pandemii. Od tego czasu notowany jest jednak wyraźny wzrost. Tegoroczny wynik oznacza około 60-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2025 i jest najwyższy od piętnastu lat.

    Jeszcze bardziej wymowne są dane dotyczące średniej liczby kandydatów przypadających na jedną parafię. Według szczegółowych statystyk prowadzonych od 2007 roku, tegoroczny rezultat jest najlepszy w historii.

    Katechumeni i kandydaci

    Wśród zgłoszonych są zarówno katechumeni – osoby nieochrzczone, przygotowujące się do przyjęcia chrztu – jak i kandydaci, czyli ochrzczeni wcześniej chrześcijanie, którzy pragną wejść w pełną komunię z Kościołem katolickim. Choć historycznie kandydaci stanowili liczniejszą grupę, w ostatnich latach różnica ta wyraźnie się zmniejsza. Może to świadczyć o rosnącej liczbie dorosłych, którzy po raz pierwszy spotykają się z wiarą katolicką.

    „Decydujący moment duchowy”

    W homilii abp Moth podkreślił, że obrzęd wybrania nie jest jedynie formalnością, lecz „decydującym momentem duchowym”. Zwracając się do katechumenów, których imiona wpisano do Księgi Wybranych, powiedział, że jest to „wymowny znak drogi, którą przebyli – drogi prowadzącej do nowego życia w chrzcie”.

    Rytuał wybrania, sprawowany w pierwszą sobotę Wielkiego Postu, rozpoczyna bezpośredni okres przygotowania do przyjęcia sakramentów w Wigilię Paschalną. Księga Wybranych pozostanie w baptysterium katedry westminsterskiej do Wielkiej Soboty, zachęcając wiernych do modlitwy za przyszłych członków Kościoła.

    Archidiecezja westminsterska jest jedną z trzech diecezji obejmujących obszar Wielkiego Londynu. Wśród ponad 5 milionów mieszkańców katolicy stanowią około 9 procent populacji.

    Karol Białkowski/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwa św. Johna Henry’ego Newmana:

    „Prowadź mnie, Światło! Tyś zawsze trwało przy mnie, gdym przez głuchą ciemność, bór, pustynię błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną, aż mrok przeminie, aż świt odsłoni te cenne postaci, którem niegdyś ukochał, a którem stracił”.

    ***

    Krzesło Rybaka. 22 lutego zwrócone są na nie oczy całego Kościoła

    To święto jest znakiem jedności Kościoła, prymatu pierwszego z apostołów i wskazówką, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

    Figura św. Piotra.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Choć słowo „katedra” kojarzy się nam zazwyczaj z potężnym kościołem biskupa, tu oznacza krzesło – symbol autorytetu pasterza. Zasiadał na nim pierwszy z dwunastu, na którego grobie wyrósł drugi co do wielkości kościół świata. Greckie kathedra to i krzesło, i siedziba, ale to nazwa budynku wzięła się od słowa „siedzisko”, a nie odwrotnie! Gdy papież orzeka w sprawach wiary i moralności, używamy łacińskiego zwrotu ex cathedra.

    Fragmenty krzesła, na którym wedle tradycji zasiadał Piotr i na które 22 lutego zwrócone są oczy całego Kościoła, ukryte są w absydzie Bazyliki św. Piotra, za głównym ołtarzem. Ołtarz „Cathedra Petri” wsparty jest na figurach ojców Kościoła, a nad nim tańczą promienie słońca prześwitujące przez witraż symbolizujący Ducha Świętego, który towarzyszy następcom tego, który usłyszał: „Ty jesteś Piotr (skała), na tej skale zbuduję mój Kościół”. Po zesłaniu Ducha Świętego Kefas zawędrował z Jerozolimy do Antiochii (dzisiejsza turecka Antakya), która stała się pierwszą Stolicą Apostolską. „Tu po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami”.

    „Pierwszą »siedzibą« Kościoła był Wieczernik, następnie Antiochia nad rzeką Orontes, a następnie Piotr udał się do Rzymu, do centrum cesarstwa, gdzie męczeństwem zakończył swój bieg w służbie Ewangelii. Dlatego siedziba w Rzymie przyjęła powierzone przez Chrystusa Piotrowi zadanie służenia wszystkim Kościołom partykularnym w celu zbudowania i zjednoczenia całego Ludu Bożego” – wyjaśniał Benedykt XVI.

    Święty Ireneusz z Lyonu w traktacie „Przeciw herezjom” opisuje Kościół Rzymu jako „największy i najstarszy, i wszystkim znany, przez dwu najchwalebniejszych apostołów Piotra i Pawła założony. Z tym bowiem Kościołem dla jego naczelnego zwierzchnictwa musi się zgadzać każdy Kościół, to jest wszyscy zewsząd wierni”.

    Do 1969 roku Kościół obchodził dwa święta: Katedry św. Piotra w Rzymie (18 stycznia) i Katedry św. Piotra w Antiochii (22 lutego). Po reformie liturgii zostały one połączone.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Apostazja: Nie można świadomie odejść, nie rozumiejąc czym jest Kościół

    Mówi się, że ludzie odchodzą z Kościoła z powodu jego błędów i grzechów. Rzadziej zadajemy pytanie, czy apostaci kiedykolwiek dowiedzieli się, czym jest Kościół.

    Istockphoto

    Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna, decyzja o odejściu jest jak rezygnacja z członkostwa w klubie.

    ***

    W Wielkim Poście cała wspólnota Kościoła przygotowuje się duchowo na pasję i zmartwychwstanie Jezusa. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na ten czas jak na okres indywidualnej pracy nad sobą. Skoro Kościół zaleca przeżyć te 40 dni na modlitwie, praktykując post i jałmużnę, trudno się temu dziwić. W tym roku patrzę na ten czas również z perspektywy wspólnoty. Jakiego Wielkiego Postu potrzebuje dziś Kościół? Jakiego rodzaju umartwień i jakich intencji w modlitwach zanoszonych przez wiernych?

    Tego typu optykę narzucił mi ks. Marek Gancarczyk, który w „Gościu Niedzielnym” na początku lutego postanowił skomentować odejście z kapłaństwa pewnego znanego duszpasterza. Jego diagnoza trafia w punkt, ale nie dotyczy wyłącznie popularnych księży, którzy odchodzą ze stanu kapłańskiego. Taki sposób patrzenia na katolicyzm i jego rolę w świecie jest dziś powszechny.

    Choroba horyzontalizmu

    W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się reportaż Adriana Burtana opisujący historie dwóch katoliczek, które zdecydowały się na apostazję – oficjalne odejście z Kościoła katolickiego. Pomijam, kim są te osoby, które występują w tekście pod własnym nazwiskiem. Nie chodzi mi tutaj o personalny atak, lecz o ilustrację zjawiska. Pomijam także fakt, że autor reportażu nie nazywa aktu apostazji grzechem przeciwko cnocie wiary, mającym – według prawa kanonicznego – określone konsekwencje. Rozumiem, że celem artykułu było zestawienie statystyk, diagnoz socjologicznych i duchowej refleksji z historiami ludzi, którzy zdecydowali się odejść z Kościoła. Obie te historie oraz socjologiczna diagnoza zdradzają tę samą chorobę horyzontalizmu. „Coraz więcej rzeczy w nauczaniu społecznym Kościoła zaczęło mi się nie zgadzać z tym, co wiedziałam o świecie i człowieku, relacjach, emocjach, godności” – mówi jedna z kobiet. Z coraz większą niechęcią wobec Kościoła kobieta ta zmagała się, widząc „ksenofobiczne wypowiedzi” na temat mniejszości seksualnych i „utrudnianie rozliczeń przestępstw seksualnych duchownych”. Przyznaje także, że zaraz po dokonaniu aktu apostazji zrobiła „religijny coming out” w mediach społecznościowych oraz że nadal odczuwa dumę z tej decyzji. Nie ma tu właściwie ani jednego słowa o utracie wiary, o wątpliwościach dotyczących dogmatów i doktryny. Ani słowa o Chrystusie, Jego Wcieleniu, zbawczej męce, odkupieniu świata. Tak jakby wszystkie te kwestie były albo w ogóle nieistotne, albo co najmniej drugorzędne. Jest za to dość mglista wypowiedź na temat społecznej nauki Kościoła, stosunku katolicyzmu do mniejszości seksualnych i problemu rozliczeń.

    Nie chcę odbierać tej osobie prawa do krytykowania Kościoła. Nie chcę lekceważąco patrzeć na jej złe czy nawet traumatyczne doświadczenia. Ale czymże jest ten przykład, jeśli nie chorobą horyzontalizmu, skoro decyzja o wyjściu z Kościoła uzasadniana jest sferą ideową, by nie powiedzieć ideologiczną? Powody wskazane w tej relacji wcale nie uzasadniają trwałego odejścia z Kościoła.

    Czytelnik odnosi wrażenie, że brak zgody na któryś z elementów nauczania społecznego lub krytyka działań czy słów hierarchii jest właściwie drogą w jednym kierunku – ku zerwaniu więzi z Bogiem. Gdybyśmy w tym reportażu zamienili słowo „Kościół” na „partia polityczna”, a słowo „apostazja” na „wypisanie się z członkostwa”, to tekst miałby większy sens.

    Za ciasne kościelne ramy

    Druga historia jest bardzo podobna. Zaangażowana przez lata katoliczka opowiada, jak stała się ofiarą dyskryminacji w Kościele.

    Rada parafialna stwierdziła, że nie chce, aby kobieta nadal grała w kościelnym zespole i prowadziła śpiewy z uwagi na jej obecność na paradach równości, gdzie starała się wspierać swoją dojrzewają córkę. Co ciekawe, dwukrotnie w tej historii wybrzmiewa dobra twarz Kościoła – przed tym trudnym doświadczeniem kobieta otrzymywała wsparcie ze strony księdza i wspólnoty.

    Załóżmy, że osoba ta rzeczywiście stała się ofiarą niesprawiedliwej nagonki ze strony parafii. W jednej z wypowiedzi stwierdza: „Czasem czuję ból, szczególnie wtedy, gdy czytam historie podobne do mojej. Albo kiedy widzę, że jakiś ksiądz, który robił wiele dobrego, odszedł, bo kościelne ramy okazały się dla niego zbyt ciasne”.

    Nie znamy dokładnie jej historii, ale znów w żadnym miejscu reportażu nie ma ani słowa o utracie wiary czy odrzuceniu katolickiej teologii. Moją uwagę zwrócił tatuaż tej osoby – na ramieniu wyrazisty znak Alfy i Omegi. Kto dla tej kobiety jest Alfą i Omegą, skoro, jak rozumiem, już nie Chrystus? Niewiele z tego rozumiem.

    Cytowana w reportażu Katarzyna Zielińska, socjolog religii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, stwierdza, że księża powinni troszczyć się o wspólnotę i wykazywać się empatią, włączać świeckich w działanie parafii oraz rozliczać przestępstwa seksualne. Wszystkie te kroki mają pomóc powstrzymać odpływ wiernych.

    To bardzo dobre rady, ale brakuje najważniejszej – w Kościele nie chodzi przecież o to, by stwarzać komfortowe warunki współpracy, lecz by spotkać Boga i dążyć do zbawienia duszy. Kościół nie jest instytucją integracyjno-usługowo-charytatywną, ale wspólnotą wiernych, którzy chcą naśladować Chrystusa.

    W reportażu czytam, że ze strony „Mapa apostazji” pobrano już kilka tysięcy wzorów dokumentów, że jedna z grup na Facebooku poświęconych apostazji ma 20 tys. członków. Ostatnie oficjalne dane dotyczące liczby apostatów znamy z 2010 r. Wówczas 459 osób odeszło oficjalnie z Kościoła. Cała reszta osób niepraktykujących i deklarujących w badaniach brak wiary w Boga w zdecydowanej większości formalnie nie zerwała więzi z Kościołem.

    Czytając te statystyki, internetowe coming outy i przytoczony reportaż, odnoszę wrażenie, że bycie internetowym apostatą staje się często rodzajem tożsamości, okazją do krytyki instytucji i dania swoistego świadectwa.

    Wszyscy rozglądają się na boki, ale nie patrzą ani w górę, ani w dół. Jakie są źródła tej postawy?

    Źródła choroby

    Czesław Miłosz w „Ziemi Ulro” opisywał powojenną przemianę Kościoła językiem ostrym, momentami brutalnym. Pisał o teologach występujących w roli „clownów”, którzy ogłaszają, że chrześcijaństwo – dotąd stojące w kontrze do świata – teraz chce być „ze światem i w świecie”. W oczach polskiego noblisty oznaczało to coś znacznie poważniejszego niż duszpasterską otwartość: próbę upodobnienia się do wszystkich innych, a więc rezygnację z własnej tożsamości.

    Nie chodzi tutaj wyłącznie o krytykę liberalnych teologów, poeta nie miał też na myśli krytyki Soboru Watykańskiego II. Miłosz wyczuwał w latach 60. i 70. XX wieku to, co wówczas było zauważalne wśród niektórych duchownych źle interpretujących ducha soboru, a dziś wydaje się niemal powszechną mentalnością księży i wiernych – to, co swoiste dla katolicyzmu, należy ukryć pod grubą pierzyną doczesności.

    W tym obrazie nie chodzi o potępienie dialogu ze światem, ale o diagnozę pewnej pokusy. Jeżeli Kościół zaczyna opisywać siebie przede wszystkim w kategoriach horyzontalnych – jako wspólnotę wsparcia i empatii, instytucję głoszącą prawa człowieka, platformę dialogu z innymi religiami – to w naturalny sposób traci wymiar wertykalny: odniesienie do prawdy objawionej, do grzechu, łaski, zbawienia, sensu rytuału. Miłosz dostrzegał, że w tej strategii przypodobania się światu kryje się nie tyle ewangeliczna inkulturacja, ile lęk przed byciem znakiem sprzeciwu i solą ziemi.

    Poeta notował też sceny, które dziś brzmią zaskakująco aktualnie: ukazał duchownych „sprzedających popularne idee”, kazania słodkie jak „cukier sypany do miodu”, pełne sformułowań mglistych, bezpiecznych, w gruncie rzeczy teologicznie beztreściowych.

    Najbardziej przejmująca jest jednak inna uwaga Miłosza: „Duchowni ci wyobrażają sobie, że chrześcijaństwu wolno będzie przetrwać na skromną skalę, jeżeli okaże się użyteczne społeczeństwu, to jest będzie wychowywać ludzi na lepszych obywateli, przyzwoitych sąsiadów, rzetelniejszych podatników; i gotowi są wyrzec się wszystkiego, co trąci zaświatowością, metafizyką i rytualizmem. Im więcej ustępują, tym większych ustępstw żąda nieprzyjaciel”.

    To właśnie tutaj diagnoza Miłosza spotyka się z dzisiejszym doświadczeniem apostazji. Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna – mniej lub bardziej empatyczna, mniej lub bardziej inkluzywna – decyzja o odejściu staje się czymś na kształt zmiany organizacji, rezygnacji z członkostwa w klubie.

    Post jako przygoda

    Wielki Post nie jest projektem samodoskonalenia ani sezonową terapią duchową. Nie jest też czasem budowania sprawniejszej wspólnoty czy poprawiania wizerunku Kościoła. Jest czasem powrotu do tego, co najważniejsze – do spojrzenia w głąb siebie, aby znaleźć siłę do patrzenia w górę.

    Lubię myśleć o Wielkim Poście jak o duchowej przygodzie. W okresie zwykłym jesteśmy jak Frodo, który mieszka w swojej przytulnej norce, pije dobre trunki, spożywa dobre potrawy, pozwala sobie czasem na długie wylegiwanie się w łóżku. Kiedy jednak Gandalf puka do chatki, trzeba spakować plecak i wejść w ciemną noc. Czekają nas trudy, smutki i wielkie wyzwania, ale tylko dzięki nim staniemy się kimś więcej niż hobbitami.

    Jeśli Kościół przestanie mówić o grzechu, łasce i zbawieniu, stanie się jedną z wielu instytucji społecznych. A z instytucji społecznych się rezygnuje. Z Boga – jeśli naprawdę się w Niego wierzy – się nie rezygnuje. Być może właśnie takiego postu dziś potrzebujemy: mniej horyzontalnego niepokoju, więcej wertykalnej odwagi.

    Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny

    ***

    piątek 20 luty

    W piątek od 20 lutego – polska premiera filmu „Najświętsze Serce”

    W piątek do polskich kin trafi fabularyzowany dokument „Najświętsze Serce” o historii objawień Najświętszego Serca Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque, do których doszło w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii. We Francji w dwa miesiące od premiery film obejrzało pół miliona widzów.

    Film Najświętsze Serce (Sacré Coeur)

    Film Najświętsze Serce (Sacré Coeur)

    ***

    92-minutowy dokument w reżyserii Stevena i Sabriny Gunnell opowiada historię objawień Pana Jezusa, których w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii (Francja) doświadczyła wizytka św. Małgorzata Maria Alacoque, oraz o ich znaczeniu dla współczesnego świata.

    Do pierwszego objawienia doszło 27 grudnia 1673 r. W wizjach Jezus pokazał zakonnicy swoje serce, które “goreje wielką miłością ku ludziom”. Prosił również, żeby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzone było osobne święto ku czci Jego Najświętszego Serca. W objawieniach Jezus prosił św. Małgorzatę Alacoque m.in. o przyjmowanie Komunii świętej przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca.

    Podczas pokazu przedpremierowego, który odbył się we wtorek w Warszawie, Sabrina Gunell powiedziała PAP, że głównym przesłaniem filmu są słowa, które Jezus wypowiedział do Małgorzaty Alacoque:

    Oto Serce, które tak umiłowało ludzi, a tak mało jest przez nich kochane.

    – To po prostu przesłanie o miłości Bożej dla świata – zaznaczyła.

    Czytając pisma św. Małgorzaty Marii Alacoque zrozumieliśmy, że przesłanie, które Pan Jezus dał 350 lat temu, jest przeznaczone również dla naszego pogrążonego w wojnach i ciemności świata, a zwłaszcza dla Francji. W naszej ojczyźnie niemal codziennie słyszymy doniesienia o aktach przemocy na ulicach, media podają informacje o gwałtach dokonanych na młodych kobietach, młodzi ludzie tracą poczucie sensu życia i chorują na depresję. Przesłanie Najświętszego Serca Pana Jezusa pozostaje odpowiedzią na wołanie świata dotkniętego rozpaczą.

    – mówiła.

    Reżyserka dodała, że film miał bardzo skromny budżet, dlatego sądziła, że sukcesem będzie, jeśli obejrzy go kilka tysięcy widzów. Tymczasem w ciągu dwóch miesięcy od premiery obejrzało go pół miliona Francuzów. Obecnie film wchodzi do kin na całym świecie. Miał już premierę w Libanie, Luksemburgu i Belgii. Wkrótce wejdzie do kin w Hiszpanii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

    Steven Gunell przyznał, że film wzbudził skrajne reakcje. Zdarzały się protesty przed kinami, wydano zakaz umieszczania plakatów reklamujących film w metrze, a nawet odwołano pokaz w Marsylii z powodu „naruszenia zasady laickości”. Jak twierdzi, o filmie pisały największe francuskie gazety m.in. „Le Figaro” i „La Croix”. Z drugiej strony – zdaniem reżysera – szybko rosnąca liczba widzów i pełne sale kinowe świadczą o jego popularności.

    Dostałem wiele świadectw o nawróceniach po obejrzeniu filmu. Księża z Paray-le-Monial dzwonili do mnie mówiąc, że liczba pielgrzymów do miejsca objawień wzrosła czterokrotnie od dnia premiery. Mówili, że przyjeżdżają tam ludzie, którzy chcą się wyspowiadać po 20, 30 latach, a którzy wcześniej w ogóle nie mieli nic wspólnego z Kościołem.

    – podkreślił.

    Film „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w polskich kinach będzie można oglądać od 20 lutego.

    W następstwie objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque papież Klemens XIII ustanowił uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa 6 lutego 1765 r. Początkowo uroczystość ustanowiono tylko dla Królestwa Polskiego, po tym, jak memoriał do papieża skierowali polscy biskupi. Uroczystość rozszerzył na cały kościół dopiero papież Pius IX 23 sierpnia 1856 r.

    Małgorzata Maria Alacoque została została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a wyniesiona na ołtarze 13 maja 1920 r.

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ***

    „Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. Rozmowa z twórcami dokumentu „Najświętsze Serce”

    Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.

    fot. Tomasz Gołąb /Gość Niedzielny

    ***

    Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.Tomasz Gołąb /Foto Gość

    Edward KABIESZ: Jak to możliwe, że w tak zlaicyzowanym kraju jak Francja Wasz film obejrzało aż tylu widzów?

    Steven Gunnell:
     Bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

    Sabrina Gunnell: To nie jest nasz film. To Pan tego chciał i On urządził całą promocję. Resztę dokonała poczta pantoflowa.

    W wywiadach podkreślacie, że jesteście jak gdyby nowo nawróceni. Jak to rozumieć? W jakich okolicznościach do tego doszło?

    Sabrina
    : Moja mama i ojciec obracali się w środowisku artystycznym. Tata, gdy spotkał mamę, miał już żonę i córeczkę w Brazylii. Matka w młodości poddała się aborcji. Wszystko to mówię, żeby pokazać, jak bardzo moja rodzina była oddalona od wiary. Moi rodzice nie ochrzcili mnie, kiedy byłam mała. Nie wiem, jak to się stało, ale ja zawsze wierzyłam w Boga. Może poprzez piękno stworzenia, poprzez zachwyt tym, co widziałam wokół. Myślę, że była to po prostu łaska. Kiedy miałam 10 lat, poprosiłam o chrzest. Ten dzień był dla mnie jak uderzenie pioruna, przeszły mnie niezwykle silne emocje. Tego dnia nastąpiła też moja pierwsza i przez długi czas jedyna Komunia. Ponieważ rodzice byli niewierzący, nie mieli zwyczaju chodzić na Mszę, więc też nie mogłam chodzić. Będąc sama, wręcz samotna ze swoją wiarą, przeszłam jakby długą drogę na pustyni.

    Steven: Ja również urodziłem się w artystycznej rodzinie. Mama jest Wenecjanką, a tata Anglikiem. Porzucił nas, kiedy miałem dwa lata. Mama ochrzciła mnie w dzieciństwie, ale na tym koniec, w ogóle nie praktykowaliśmy wiary. Mama przez prawie 20 lat należała do pewnej sekty związanej z ezoteryzmem. Jednak od najwcześniejszego dzieciństwa Bóg był dla mnie oczywistością. Nie miał jednak twarzy ani nazwy, nie należał do żadnej religii… Byłem duszą kontemplacyjną i widziałem odbicie Stwórcy w pięknie stworzenia. Ale to wcale nie przeszkodziło mi, by narobić mnóstwa głupstw. Kiedy miałem 21 lat, przyjechałem do Paryża, żeby zostać aktorem. Dołączyłem do grupy muzycznej Alliage, niezwykle popularnego w swoim czasie boys bandu. To trwało około 2,5–3 lat. Doświadczyłem wielkiej popularności, która z dnia na dzień zupełnie się skończyła.

    Jaki był tego efekt?

    Steven: Miałem problemy z alkoholem, myśli samobójcze, znajdowałem się na skraju. Postanowiłem się zabić, ale najpierw poszedłem do budki telefonicznej i zadzwoniłem do mamy. A ona powiedziała: „Zanim zrobisz głupstwo, idź do kościoła”. To właśnie zrobiłem.

    Czy sądzą Państwo, że w tej licznej fali nawróceń miał swój udział pożar Katedry Notre Dame?

    Steven: Do tego odrodzenia przyczyniły się różne dramatyczne wydarzenia we Francji. Tym najbardziej spektakularnym, bo ogólnoświatowym, był rzeczywiście pożar Notre Dame. Sądzimy, że jego przyczyną był jakiś akt przestępczy, o którym nie chcą nam powiedzieć. Gdybym był prezydentem Republiki Francuskiej, to zostawiłbym ją w stanie ruiny, by obrazowała stan kościoła we Francji.

    rozmawiał Edward KabieszGość Niedzielny

    ***

    Kraków: ogłoszono inicjatywę ogólnopolskiego Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    Podczas krakowskiej premiery filmu „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w Kinie Kijów oficjalnie ogłoszono ogólnopolską inicjatywę Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wydarzenie stało się nie tylko pokazem głośnej produkcji religijnej, ale także momentem inauguracji duchowego dzieła, do którego już dziś mogą dołączać parafie z całej Polski.

    Adobe Stock

    ***

    „Najświętsze Serce” opowiada historię, która ponad 350 lat temu wydarzyła się we Francji, gdy Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Tamto orędzie stało się kanwą obrazu, który – jak podkreślają komentatorzy – „obudził Francję”, przyciągnął do kin setki tysięcy widzów, a jednocześnie wywołał ostrą reakcję środowisk antyreligijnych, próby cenzury, a nawet zakazy wyświetlania w niektórych miastach.

    Film o objawieniach Najświętszego Serca Jezusa wyrósł z osobistego zawierzenia twórców oraz ich rodzin Sercu Jezusa. Akt ten dokonał się podczas rekolekcji w sanktuarium Notre-Dame du Laus w sierpniu 2023 roku. Jak zauważa ks. dr Jerzy Jastrzębski, autor książek o Najświętszym Sercu Jezusa:

    – „Kult Serca Jezusa przyczynił się do wielkiego ożywienia duchowości, wiary w Boga i korzystania z sakramentów we Francji. Twórcy filmu zawierzyli się Sercu Jezusa i zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy”.Kapłan dodaje: – „Bóg działa w historii narodów, rodzin i w historii każdego człowieka. Wierzę, że przez ten film Pan Bóg chce odnawiać naszą Ojczyznę”.

    Pierwsze Zawierzenie w Warszawie

    Korzenie inicjatywy sięgają Warszawy. Pierwsze Zawierzenie miało miejsce w Parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Starej Miłosnej, gdzie – jak podkreślają inicjatorzy – został wymodlony cud uzdrowienia przez Najświętsze Serce Pana Jezusa. To stamtąd wyszła idea Wielkiego Zawierzenia, do której zaczęły dołączać kolejne parafie, za aprobatą swoich biskupów.

    Rozszerzenie dzieła było możliwe dzięki świadectwu Gabrieli Rosiek, żony uzdrowionego Marka. Jej zaangażowanie w szerzenie kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa sprawiło, że kolejne wspólnoty zapragnęły przeprowadzić u siebie akt zawierzenia. Pisaliśmy o tym w Niedzieli: Świadectwo: Najświętsze Serce Pana Jezusa, ratuj!

    Organizatorzy podkreślają, że inicjatywa ma charakter ogólnopolski i jest otwarta na następne parafie. Zgłoszenia przyjmowane są poprzez stronę: wielkiezawierzenie.pl.

    Jak zapowiedziano podczas premiery w Krakowie, w najbliższych miesiącach dzieło ma rozszerzać się na kolejne diecezje, łącząc przesłanie filmu z konkretnym aktem duchowym we wspólnotach lokalnych. Inicjatywa wpisuje się w bogatą historię kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa w Polsce. W okresie zaborów był on znakiem duchowego i narodowego odrodzenia, a w 1921 roku poświęcenie narodu polskiego Najświętszemu Sercu Jezusa stało się wyrazem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.

    W latach 70. XX wieku rodziny w całej Polsce przeżywały akty zawierzenia w swoich domach, przyjmując obrazy Serca Jezusowego jako znak oddania, jedności i Bożej ochrony. Dzisiejsze Wielkie Zawierzenie nawiązuje do tej tradycji, przypominając – jak podkreślano w Krakowie – że Serce Jezusa pozostaje źródłem pokoju, siły i jedności także we współczesnym świecie.

    ***

    18 luty

    Środa Popielcowa rozpoczyna okres Wielkiego Postu

    czyli okres czterdziestodniowej pokuty. Ten dzień ma pobudzić katolików do podjęcia zdecydowanej drogi osobistej odnowy i nawrócenia.

    Wkroczyliśmy w okres Wielkiego Postu: czas pokuty, oczyszczenia, nawrócenia. Nie jest to łatwe zadanie. Chrześcijaństwo nie jest drogą wygodną: nie wystarczy być w Kościele i pozwalać, by mijały lata. W naszym życiu, w życiu chrześcijan, pierwsze nawrócenie (…) jest ważne; jednak jeszcze ważniejsze i jeszcze trudniejsze są kolejne nawrócenia”.

    św. Josemaría Escrivá

    +++

    Msza święta z ceremonią posypania głów popiołem

    o godz. 20.00 w kościele św.Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wielki Post zakończy się w Wielki Czwartek, w dniu kiedy Kościół rozpocznie Liturgię Triduum Paschalnego – Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa.

    W Środę Popielcową rozpoczynamy czterdziestodniowy post. Liczba 40 stanowi w Piśmie Świętym wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na konkretne zadanie człowieka, aby lepiej i pełniej zobaczyć zbawcze działanie Boga. W Wielkim Poście Kościół odczytuje i przeżywa nie tylko czterdzieści dni spędzonych przez Pana Jezusa na pustyni na modlitwie i poście przed rozpoczęciem Jego publicznej misji, ale i trzy inne wielkie wydarzenia biblijne: czterdzieści dni powszechnego potopu, po których Bóg zawarł przymierze z Noem; czterdzieści lat pielgrzymowania Izraela po pustyni ku ziemi obiecanej; czterdzieści dni przebywania Mojżesza na Górze Synaj, gdzie otrzymał on od Jahwe Tablice Prawa.

    Okresy i dni pokuty są w Kościele Katolickim specjalnym czasem ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi, m.in. poprzez inicjowanie dzieł charytatywnych i misyjnych. Z liturgii znika radosne “Alleluja” i “Chwała na wysokości Bogu”, a kolorem szat liturgicznych staje się fiolet. Istotą pozostaje przygotowanie wspólnoty wiernych do największego święta chrześcijan, jakim jest Wielkanoc.

    Wielki Post jest także okresem przygotowania katechumenów do chrztu. Każda niedziela wprowadzała w kolejne tajemnice wiary, a na Wielkanoc podczas Wigilii Paschalnej udzielany jest sakrament chrztu.

    W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowanie do świąt Zmartwychwstania trwało tylko czterdzieści godzin. W późniejszym czasie przygotowania zabierały cały tydzień, aż wreszcie ok. V w. czas ten wydłużył się. Po raz pierwszy o poście trwającym czterdzieści dni wspomina św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r.

    Tradycyjnemu obrzędowi posypania głów popiołem towarzyszą w Środę Popielcową słowa: “Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” albo “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.

    Sam zwyczaj posypywania głów popiołem na znak żałoby i pokuty znany jest w wielu kulturach i tradycjach. Znajdujemy go zarówno w starożytnym Egipcie i Grecji, jak i u plemion indiańskich oraz oczywiście na kartach Biblii, np. w Księdze Jonasza czy Joela.

    Liturgiczna adaptacja tego zwyczaju pojawia się jednak dopiero w VIII w. Pierwsze świadectwa o święceniu popiołu pochodzą z X w. W następnym wieku papież Urban II wprowadził ten zwyczaj jako obowiązujący w całym Kościele. Z tego też czasu pochodzi zwyczaj, że popiół do posypywania głów wiernych pochodził z palm poświęconych w Niedzielę Palmową poprzedzającego roku.

    ***

    Tego dnia, jak również w Wielki Piątek, katolików obowiązuje post ścisły.

    • od 14 roku życia – wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (jak we wszystkie piątki całego roku) oraz post ścisły 
    • osoby między 18 a 60 rokiem życia – spożycie trzech bezmięsnych posiłków tego dnia, w tym jednego do syta).

    ***

    Na czym polega sens postu?

    Post nie oznacza tylko tego, by jeść mniej oraz nie jeść mięsa. Sens postu polega także na tym, by poświęcić mniej czasu na przygotowanie potraw – dziś mięso można zastąpić wieloma wykwintnymi daniami, a w te dni chodzi o świadome odmówienie sobie jakiejś przyjemności. W dni postne chodzi przede wszystkim o pokutę, którą jako katolicy jesteśmy zobowiązani podjąć. (Kodeks Prawa Kanonicznego)

    ***

    Katolicy są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” (art. 2181).

    Środa Popielcowa nie należy do świąt nakazanych, dlatego katolicy nie są zobowiązani do uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i nie popełniają grzechu ciężkiego, jeśli nie przyjdą na Eucharystię.

    ***

    Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post?

    Wielki Post to czas modlitwy, wyciszenia, osobistej odnowy i nawrócenia. Rozpoczyna się w Środę Popielcową i trwa aż do Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post? Czy zawsze i wszędzie trwał 40 dni? Jak kiedyś wyglądał obrzęd posypania popiołem?

    Dlaczego Wielki Post trwa 40 dni?

    W pierwszych wiekach chrześcijaństwa poszczono tylko przez 40 godzin w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – mówi o. prof. Bazyli Degórski, patrolog, z Papieskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Post trwający 40 dni poprzedzających Wielkanoc rozpowszechnił się w pierwszej połowie IV wieku – dodaje.

    Pod koniec pontyfikatu Grzegorza Wielkiego (zmarł w 604 r.), ustalono rozpoczęcie Wielkiego Postu w środę poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W niedziele post oczywiście nie obowiązywał, a więc dodane dni dawały ważną liczbę 40 dni, która odnosi się do wydarzeń biblijnych, między innymi postu Pana Jezusa na pustyni.

    Obecnie początek Wielkiego Postu zbiega się ze Środą Popielcową. Jednak nie wszędzie w Kościele katolickim i nie we wszystkich wyznaniach chrześcijańskich tak jest. Na przykład w Mediolanie i w całej jego metropolii obowiązuje obrządek ambrozjański, w którym Wielki Post rozpoczyna się o cztery dni później. Tak więc karnawał kończy się tam dopiero w sobotę. W Lombardii dniem postu i wstrzemięźliwości, który rozpoczyna Wielki Post, jest pierwszy piątek tego okresu – mówi o. prof. Degórski.

    Tradycja posypywania głowy popiołem

    Chcąc ustalić pojawienie się i dzieje Środy Popielcowej, trzeba dodać, że wywodzi się ona ze starochrześcijańskich rytów pokutnych ­– mówi paulin. Od połowy V wieku na początku Wielkiego Postu odbywał się obrzęd wypraszania z kościoła publicznych grzeszników. Mogli wrócić do wspólnoty dopiero po odprawieniu pokuty. Spowiadali się przed biskupem (albo jego delegatem), po czym o ustalonej porze przychodzili przed wejście do kościoła, byli wprowadzani do środka, a biskup i prezbiterzy posypywali im głowy popiołem, wypowiadając formułę biblijną: +Pamiętaj, człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz; czyń pokutę, byś miał życie wieczne+. Biskup kropił ich następnie wodą święconą; święcił także ich szaty pokutne – wyjaśnia o. prof. Degórski. W X wieku, oprócz owych publicznych grzeszników, w tego rodzaju pokutnym obrzędzie uczestniczyli także inni wierni – dodaje.

    Popiołem posypywano także głowę papieża podczas specjalnej celebracji. Nałożenie w Środę Popielcową popiołu na głowę papieża miało tradycyjnie miejsce w rzymskiej bazylice św. Anastazji na Palatynie ­– mówi o. prof. Bazyli Degórski. Z bazyliki tej ruszała następnie procesja pokutna, która boso (przynajmniej do XII w.) kierowała się do pierwszego kościoła stacyjnego u św. Sabiny na Awentynie, gdzie papież odprawiał nabożeństwo i wygłaszał homilię – dodał.

    Ojciec profesor zaznacza, że świadectwa potwierdzające praktykowanie posypywania głów popiołem można znaleźć także na innych terenach. Między innymi na początku XI w. wspomina o nim anglosaski mnich benedyktyński znany jako Aelfric Grammaticus.

    Ryt posypania głowy popiołem, który powstał jako praktyka związana ze zwyczajem rozpoczynania publicznej pokuty od Wielkiego Postu (od IV w.), wiązał się z używaniem włosiennicy i popiołu – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Symbol popiołu przetrwał do naszych czasów – dodał.

    Family News Service, pa/Stacja7

    ***

    Proch z nadzieją

    Proch z nadzieją
    fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.

    W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.

    Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.

    Znak popiołu

    Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.

    Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.

    „Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.

    Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.

    Proch to nie zgliszcza

    – Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. ­cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.

    Dla nowego życia

    Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.

    Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwa na Środę Popielcową, aby dobrze rozpocząć Wielki Post

    fot. ze strony: Wydział Katechetyczny Kurii Diecezjalnej w Opolu
    ***

    Okryj mnie, Panie, swoim miłosierdziem według Twojej hojności. W ogromie Twej dobroci zamień w proch to, co powinno umrzeć dla Ciebie.

    Nie pozwól, abym przywiązywał się do tego, co moje i słabe. Nie pozwól, abym odrzucił to, co od Ciebie pochodzi. Prochem jestem i wszystkie moje myśli z dala są od Ciebie.

    Z bólu mówić nie potrafię! Mam jednak dobrą wolę pójścia za Twoimi wskazaniami. Nie chcę zostawiać już nic dla siebie, ale wszystko oddać Tobie i pod Twój osąd.

    Marne jest moje dzieło. Po ludzku powinno dawno się rozpaść, ale Ty, Panie, masz w nim upodobanie. Podtrzymujesz je i uświęcasz. Błogosławisz każdemu dobremu postanowieniu i każdej pokucie.

    Dzięki Tobie zdolny jestem do modlitwy i pokornego uklęknięcia przed Twoim majestatem. Zgięte kolana i złożone ręce niech będą wyrazem mojej służby i gotowości do podjęcia trudu, który mnie czeka.

    Niech ten Wielki Post będzie dla mnie umocnieniem na drodze wiary. Nie pozwól, aby zmiażdżyła mnie pokusa. Niech za każdym razem gdy upadnę, uratuje mnie Twoje nieskończone miłosierdzie. Nie jestem godzien, aby o nie prosić, ale Ty zachęcasz mnie do tego mimo mojej niewdzięczności.

    Dobry Jezu, czuwaj przy mnie przez czterdzieści dni, abym i ja mógł czuwać nad sobą. Ulecz przez zbawienną pokutę wszystkie moje grzechy i zranienia. Tobie oddaję cały ten czas, abym mógł na końcu wyznać wiarę w Ciebie i z radosnym okrzykiem zawołać: Chwała Tobie na wieki!

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl

    +++

    “Nawrócenie ma dwa wymiary. Pierwszy i podstawowy jest negatywny, Chodzi w nim o odwrócenie się od popełnianego zła, grzechu. – Jest więc w nim i głupota, i egoizm, i nieprawość, i kłamstwo, i nieszczęście i samotność. Grzech nie odwraca od nas Serca Bożego, lecz odwraca nasze serca od Boga. – To my, grzesząc, stajemy do Boga plecami. On zawsze jest zwrócony do nas twarzą. Miłosierną twarzą. Mamy odrzucić grzech i pojednać się z Bogiem.

    Drugi wymiar nawrócenia jest pozytywny. Chodzi w nim o „więcej”. W nawróceniu chodzi nie tylko o przejście od złego do dobrego, ale także o przejście od dobrego do lepszego. Chodzi o to, by się szarpnąć do bardziej gorliwej miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Chodzi o większą żarliwość. Na początku Wielkiego Postu dobrze jest zrobić sobie rachunek sumienia właśnie z tego. – Czy tak właśnie jest w moim życiu, czy – patrząc na siebie uczciwie – obserwuję wzrost i rozwój? Czy moja relacja z Bogiem, relacje, które buduję z innymi są bardziej dojrzałe? (…) Po prostu: czy kocham więcej?

    Bardzo ważne są wielkopostne praktyki: modlitwa, jałmużna i post. W Wielkim Poście więcej czasu poświęcę na modlitwy, czyli dobrze pojętej miłości Boga, więcej otwartości na Jego Słowo, więcej chwil spędzonych na cichej adoracji Pana. Oby był czas i na Drogę Krzyżową, i na Gorzkie Żale i na rekolekcje. – Oby w Wielkim Poście było więcej jałmużny, czyli dobrze pojętej miłości bliźniego. Post, czyli dobrze pojęta miłość siebie samego. Z czego warto zrezygnować, żeby siebie bardziej mieć, siebie odzyskać? Co mnie dziś najbardziej zagraca? Co mi przeszkadza? Co mnie uszkadza?  Post to nie tylko i nie przede wszystkim ryba zamiast mięsa i ser zamiast wędliny.

    Stanąć w prawdzie o sobie i o swoim życiu. Sama religijność nie wystarcza i nie pomaga. Ona może przytłoczyć, może być tylko pozą, kolejną teatralną sztuką w teatrze życia. Bóg widzi w ukryciu, Bóg patrzy na serce, na intencje, na pragnienia i na motywacje. Dopóki tam nie będzie wszystko uporządkowane, dopóty – choćbyśmy się nie wiem, ile namodlili, napościli i najałumużnikowali, to za czterdzieści dni będziemy w tym samym miejscu.

    Umierający na krzyżu Chrystus nie gra żadnej roli. Nie było żadnego show. Chrystus umierał prawie bez widowni. Prawie. Bo na Jego śmierć patrzył Ojciec, który widział w ukryciu i oddał Synowi. Nawrócenie to jest nasza praca na Wielki Post, to jest nasza droga powrotu do Boga, do początku, i to jest nasze „więcej”. Oby takie było nasze głębokie przeżywanie Wielkiego Postu, bo „inne jest bez sensu”

    Arcybiskup Adrian Galbas SAC

    ***

    Środa Popielcowa. Post bez modlitwy i jałmużny nie ma żadnego sensu

    MODLITWA, POST, JAŁMUŻNA

    vetre | Shutterstock

    ***

    Wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego. I dlaczego Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu?

    Popielec

    Liturgia Popielca zawiera Ewangelię, która stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post. Strategia ta zakłada trzy etapy.

    Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się, na przykład, nie ogląda telewizji. Polega na tym, że się nie je.

    Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy, ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. W świętym czasie, który rozpoczynamy w Środę Popielcową, warto ograniczyć posiłki, poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.

    Trzy etapy Wielkiego Postu

    Ojcowie mówili, że poszcząc, odmawiając sobie pokarmów i jakichś przyjemności, zyskujemy czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi.

    I to są właśnie dwa kolejne etapy: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu.

    Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o wstydzenie się, że jest się chrześcijaninem, a raczej, z jednej strony, okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.

    Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu. Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych braci w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Słowo Boga Żywego.

    o. Szymon Hiżycki OSB/Aleteia.pl 

    (fragment książki „Słowo jest blisko ciebie. Refleksje wokół czytań liturgicznych”)

    +++

    Na samym początku Wielkiego Postu Kościół przypomina jak bardzo ważne są trzy dziedziny naszej aktywności religijnej, tzn. modlitwa, post i jałmużna. Ojcowie Kościoła, żeby wytłumaczyć jak mocno są ze sobą połączone – posługiwali się obrazem ptaka. Mówili w ten sposób: modlitwa jest to taki ptak, który żeby dofrunąć do nieba, musi mieć dwa skrzydła — skrzydła postu i dzieł miłosierdzia. To samo mówili o poście: że jest to taki ptak, który nigdzie nie dofrunie, jeśli zabraknie mu skrzydła modlitwy i skrzydła dzieł miłosierdzia. I to samo mówili Ojcowie Kościoła o dziełach miłosierdzia, że ten ptak potrzebuje skrzydła modlitwy i skrzydła postu. Więc starajmy się, nie tylko w czasie Wielkiego Postu, ale każdego dnia realizować tę trójjednię modlitwy, postu i dzieł miłosierdzia.

    Filary Wielkiego Postu: Post, modlitwa i jałmużna

    +++

    Post, który prowadzi do Boga. Jak nie zgubić sensu wielkopostnych wyrzeczeń

    Istockphoto 

    Post bez modlitwy będzie tylko dietą. Modlitwa bez postu będzie pustosłowiem. A jałmużna bez jednego i drugiego będzie tylko filantropią.

    Po co jest post i jak go praktykować, żeby nie zamienił się w dietę?

    Choć post jest ostatnią rzeczą, do której chce zachęcać współczesny świat, wciąż jest wielu ludzi, którzy poszczą. Całkiem sporo osób w środy i piątki podejmuje nawet ścisły post o chlebie i wodzie. Ta praktyka pokutna zyskała w ostatnich latach na popularności m.in. dzięki ludziom związanym z duchowością Medjugorja.

    Post coś poprzedza

    Piotr Jaskiernia, Polak mieszkający w Karolinie Północnej w USA, spędził całe zawodowe życie, jeżdżąc ogromnymi, 18-kołowymi ciężarówkami z jednego wybrzeża Ameryki na drugie. Siedząc za kierownicą w wygodnej kabinie swojego wozu, zaczął w drodze odmawiać Różaniec, a potem także pościć o chlebie i wodzie – najpierw tylko w piątki, później i w kolejne dni powszednie. Kiedyś przyznał, że nie wie, po co jest post, ale zauważył, że kiedy pości, nie umie zapomnieć o Panu Bogu.

    Czasem ktoś podejmuje post o chlebie i wodzie na dłuższy czas, np. na cały Wielki Tydzień, jak jeden z naszych czytelników. – Zrobiłem to nie dlatego, żeby sobie coś udowadniać. Po prostu czułem, że jest w tym coś dobrego. Było to troszkę męczące. Szczególnie doskwierał mi brak smaku. Pod koniec Wielkiego Tygodnia doprowadzało mnie to do szału. Ale dziwna rzecz – wieczorem w Wielką Sobotę opanowała mnie bardzo głęboka radość – wspomina. Jego zdaniem post często jest przygotowaniem do czegoś nowego, coś poprzedza. W jego życiu tak właśnie się stało. Krótko po tym Wielkim Tygodniu wypadki tak się ułożyły, że w jego mieście powstały duża, międzyparafialna wspólnota i Szkoła Nowej Ewangelizacji, a on należał do założycieli.

    Post o chlebie i kawie

    Joanna Operacz, dziennikarka mediów katolickich, która razem z mężem prowadzi portal poświęcony św. Andrzejowi Boboli (andrzejbobola.info), a prywatnie żona i matka trojga dzieci, usłyszała kiedyś od znajomej, że jej tata w każdy piątek pości o chlebie i wodzie. Pomyślała od razu, że to coś dla niej. – Taki solidny post to dobry sposób na przeżycie dnia, w którym wspominam mękę i śmierć Pana Jezusa. Poza tym mam kilka intencji, w których się modlę, więc może by tak sięgnąć po jakieś bardziej natarczywe sposoby proszenia? Nie bez znaczenia było też to, że tata koleżanki jest szczupły: wizja zgubienia kilku kilogramów wydała mi się nęcąca – śmieje się. – Ale zaraz sobie uświadomiłam, że przecież codziennie piję kawę. Nie mogę odstawiać kofeiny na jeden dzień w tygodniu, bo nie będę się nadawała do życia. Odłożyłam więc poszczenie na „może kiedyś”. Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałam, że post o chlebie i kawie może być Panu Bogu równie miły – mówi.

    Od czasu do czasu Joanna wraca do tego właśnie sposobu poszczenia. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób podejmuje większe wyrzeczenia, a jednocześnie pracuje, zajmuje się rodziną. – Ani ssanie w żołądku, ani odzwyczajenie się od kawy nie jest żadnym wielkim wyczynem. Ale jeśli z jakiegoś powodu teraz nie czuję się na siłach, żeby się tego podjąć, to przecież nie znaczy, że zupełnie nie mogę pościć – mówi. – W życiu duchowym, tak samo jak w innych sferach, można wpaść w pułapkę perfekcjonizmu. Zakładamy wtedy, że nasza modlitwa i pobożne praktyki muszą być idealne. „Wszystko albo nic”, „doskonałe albo żadne”. Problem polega na tym, że życie nie jest idealne. I wtedy zostaje nam opcja „nic”. Perfekcjonista jest tak skupiony na własnej nienaganności, że traci z oczu sam cel, istotę swoich starań. Brakuje mu radości, jest niezadowolony z siebie i ze swojej sytuacji. Żyje w strachu przed karą. Perfekcjonizm to jeden z rodzajów pychy – zwraca uwagę.

    Post przerywany

    W jej opinii, jeśli zrezygnujemy z dobrych postanowień tylko dlatego, że nie umiemy ich wykonać perfekcyjnie, sporo w życiu stracimy. – To, co mogę ofiarować Bogu, często wydaje mi się kiepskie, mizerne i mało ważne. Ale to wszystko, co mam. I to jest dla Niego ważne i piękne, bo ja jestem dla Niego ważna. Przynoszę mu, jak pisała św. Teresa z Lisieux, „gałganki, stare szmaty”, a On zamienia je w klejnoty. „Kochaj mnie teraz! Kochaj mnie taka, jaka jesteś” – mówi mi Pan. Miłość jest tutaj kluczowa – podkreśla.

    Dodaje, że to wcale nie znaczy, iż powinniśmy łatwo zwalniać się z dobrych praktyk, stawiać na bylejakość. – Zwłaszcza nie można sobie odpuszczać tego, co konieczne i co jest fundamentem naszej więzi z Bogiem, np. modlitwy, niedzielnej Mszy Świętej, spowiedzi. Ale jeśli nie mogę się „szarpnąć” na coś wielkiego, mogę ofiarować Bogu coś mniejszego, ale mającego tę zaletę, że jest dla mnie wykonalne – mówi.

    Z doświadczenia Joanny Operacz wynika, że post pomaga jej kochać, uczy ją pokory, empatii i panowania nad sobą. – Gdybym jednak miała, zaabsorbowana swoim hardcorowym postem, „warczeć” na męża i dzieci, zaniedbywać pracę albo wbijać się w pychę, to lepiej byłoby dla mnie zrezygnować z tego postanowienia – mówi.

    Zdaniem dziennikarki jakieś wyrzeczenie każdy może podjąć. – Od pewnego czasu mówi się o postach przerywanych. Brzmi to śmiesznie, trochę jak „celibat przerywany” albo „wierność przerywana”, ale może to też jest coś dla nas? Spowiednik kiedyś doradził mi, że jeśli trudno mi przepościć cały dzień o chlebie i wodzie, to może warto spróbować postu przynajmniej przez jakąś część dnia. Każdy sam wie, co jest dla niego wyzwaniem. Najważniejsze są intencja i miłość do Boga – podkreśla.

    Post bez modlitwy to dieta

    Ojciec Piotr Hensel, przeor klasztoru karmelitów bosych w Katowicach, ostrzega przed pułapką, w którą łatwo wpaść, jeśli podejmuję post z założeniem, że mogę własnymi siłami coś zmienić w swoim życiu. Że jak się tak zaprę, to wytrzymam ze swoim postanowieniem przez cały Wielki Post. Tymczasem to nie wyrzeczenie samo w sobie ma być moim celem. Moim celem jest Bóg. – Czytałem ostatnio list św. Teresy od Jezusa do mojego współbrata, jednego z pierwszych karmelitów, ojca Ambrożego Mariano. Jako były pustelnik miał ciągotki pustelnicze, ascetyczne i rygorystyczne. Teresa napisała mu, że jest zwolenniczką kładzenia nacisku na cnotę, a nie na rygor. To bardzo mocne zdanie! W rygorystycznych praktykach jest obecny element naszej kontroli. Z tego rodzi się porównywanie do innych i czasem może się okazać, że nie chodzi nam o Boga, ale o bożka wysokiego mniemania o sobie. O to, żebyśmy dzięki postowi poczuli się tacy sprawni, tacy dobrzy. To pułapka – mówi.

    Jak więc pościć, żeby tę pułapkę ominąć? O. Piotr Hensel wskazuje, że post nigdy nie powinien być oderwany od jeszcze dwóch innych duchowych aktywności. Tę triadę tworzą: modlitwa, post i jałmużna. – Już ojcowie Kościoła wskazywali, że te trzy środki zawsze muszą iść ze sobą razem. Brak któregoś z nich jest jakimś wypaczeniem – mówi. – Post porządkuje relację z nami samymi, modlitwa – relację z Panem Bogiem, a jałmużna – relację z innymi ludźmi. Post bez modlitwy będzie tylko dietą albo jakimś suchym ćwiczeniem woli. Z kolei modlitwa bez postu będzie trochę pustosłowiem. Jeżeli modlitwa nic mnie nie kosztuje, to może być takim marzycielstwem. A jałmużna bez jednego i drugiego będzie tylko filantropią. Będzie w niej jakaś duchowa pycha, duchowy egoizm. Więc post, modlitwa i jałmużna powinny wypływać z jednego ruchu serca – podpowiada.

    Post od informacji

    Post nie zawsze musi dotyczyć jedzenia. O. Hensel wskazuje, że można podjąć post od oceniania drugiego człowieka, od irytowania się w pierwszej reakcji na działania kogoś, od karmienia swojego ego, swoich ambicji, od gromadzenia rzeczy. – To taki post przesunięty w sferę naszego wnętrza. Święci Teresa od Jezusa czy Jan od Krzyża woleli tego typu post, bo on nas uczy milczenia i posłuszeństwa Bogu. Taki post akcentuje też nasze wewnętrzne starania, w odróżnieniu od tych zewnętrznych, widocznych dla innych – bo to, co w poście jest widoczne dla innych, niesie ze sobą pewne ryzyko popadnięcia w pychę – tłumaczy.

    Współczesny człowiek żyje w szumie informacyjnym, trudno mu się oderwać od scrollowania treści w internecie. – Myślę, że dobry jest też post od nadmiernego karmienia się informacją. Może warto wybrać sobie jakiś czas, jakiś dzień, w którym to ograniczę? Niekonwencjonalnym postem może być również sięgnięcie po trudniejszą książkę, najlepiej w wersji papierowej, i przeczytanie jej. Możemy też obejrzeć jakiś trudniejszy film – mówi.

    Bóg jest smakiem wszystkiego

    W Kościele dniami i okresami pokutnymi są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu. W Środę Popielcową i Wielki Piątek należy zachowywać post ścisły. Natomiast w poszczególne piątki, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu Polski, katolików obowiązuje wstrzemięźliwość od spożywania mięsa. Czy jednak samo powstrzymanie się od mięsa wystarczy w czasach, gdy potrawy bezmięsne są często bardziej wykwintne niż mięsne? I po jakie wyrzeczenie mają w piątki sięgnąć wegetarianie, skoro i tak nie jedzą mięsa?

    – Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie, o co w poście chodzi. A chodzi o obecność Chrystusa. Jeśli więc piątkowa wstrzemięźliwość od mięsa naprawdę nic dla mnie nie wnosi, warto poszukać czegoś, co mi pomaga pamiętać o Jezusie. Nie rezygnowałbym jednak przy tym z piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, bo potrzebujemy także takich wyzwań i takich wymagań. Jeśli wymagań zabraknie, to raczej równamy w dół – ocenia karmelita.

    Jego zdaniem post cielesny również ma do spełnienia rolę w życiu chrześcijan. – W jednej z prefacji wielkopostnych na Mszy św. padają słowa, że przez post cielesny uśmierzamy wady, podnosimy ducha, a Bóg udziela nam cnoty. Pamiętajmy tylko, żeby z naszego horyzontu nie znikał Chrystus, bo wtedy post może stawać się sztuką dla sztuki. Post ścisły, który Kościół proponuje nam w Środę Popielcową i Wielki Piątek, to okazja, żebym powiedział sobie: sprawdzam. Czy Bóg rzeczywiście jest dla mnie w tym momencie ważniejszy niż moje odczucie głodu, dyskomfortu? – pyta. – Rezygnujemy wtedy z jedzenia nie dlatego, że jest ono czymś złym, ale dlatego, że jeszcze bardziej dobry jest Bóg. Bóg który, jak mówi Jan od Krzyża, jest smakiem wszystkiego. Chcę Pana Boga i jestem wolny od tych różnych przywiązań, które na co dzień sprawiają mi przyjemność – dodaje.

    Po co jest post? – Wydaje mi się, że dobrze to ukazuje post eucharystyczny. Dzisiaj jest skrócony, w dawnych czasach już od północy nie można było nic jeść ani pić. Chodzi o pokazanie, że jesteśmy głodni komunii z Bogiem. Post ma być nastawiony na Niego. To jedyna właściwa chrześcijańska perspektywa – mówi o. Hensel.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    +++

    Abp Galbas: chciałbym wszystkich zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi

    fot. Archidiecezja warszawska

    ***

    – Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu – mówił abp Adrian Galbas w homilii podczas Mszy św. sprawowanej w Środę Popielcową w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Świątynia Opatrzności Bożej to pierwszy z Wielkopostnych Kościołów Stacyjnych w Archidiecezji Warszawskiej.

    “Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem” – mówił abp Adrian Galbas.

    Abp Galbas przypomniał, że przyjmując popiół na głowy wyrażamy gotowość do pokuty za nasze grzechy i do nawrócenia.

    Zwrócił uwagę na wezwanie do nawrócenia wybrzmiewające w Czytaniach. Podkreślił, że najbardziej praktycznym i konkretnym wymiarem nawrócenia jest sakrament pokuty i pojednania, którym jest każda spowiedź.

    – Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu, a nie dopiero za czterdzieści dni kiedy przed konfesjonałami będą długie kolejki – powiedział abp Galbas.

    Przypomniał, że spowiedź nie jest po to, by poinformować Boga o naszych grzechach. On je zna. – Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił.

    Przypomniał też, że w sakramencie pokuty mamy obowiązek oddać Panu Bogu, przez pośrednictwo Kościoła wszystkie grzechy ciężkie, to znaczy takie, które spełniają trzy warunki: dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością, czego się dopuszczam.

    – Aby spowiednik dobrze mógł ocenić czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie. Jeśli spowiadam się u kogoś kto mnie nie zna, mam obowiązek powiedzieć, że jestem biskupem, podobnie, że ktoś jest małżonkiem, księdzem, czy osobą żyjącą w pojedynkę. Są bowiem takie okoliczności, które mogą zwiększyć, albo zmniejszyć ciężar popełnionego grzechu – powiedział kaznodzieja.

    Podkreślił też, że nie możemy sami decydować, co jest grzechem a co nim nie jest. Coś nie przestaje być grzechem z uwagi na to, że większość ludzi go popełnia albo, że „wszyscy tak żyją” – tłumaczył.

    -„Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – przypomniał kaznodzieja.

    – Bardzo proszę moich księży, by szczególnie w Wielkim Poście więcej czasu spędzali w konfesjonale, oczekując na wiernych, a także by w kazaniach częściej przypominali tę moralną naukę Kościoła, jak również naukę o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu. Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty?! – powiedział.

    Kai.pl

    ***

    Święta kościelne w 2026 roku

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W roku liturgicznym Kościół wyróżnia święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz świąt nakazanych wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    17 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2026 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni:

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Bożej Gromnicznej)

    18 lutego (środa) – Środa Popielcowa

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (niedziela) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    +++

    W czasie Wielkiego Postu dobrze jest medytować o męce Pańskiej

    Stations of the Cross
    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Jednym ze sposobów na właściwe przeżywanie Wielkiego Postu jest czytanie i rozmyślanie opisu męki i śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa.

    Czytanie Biblii przez Wielki Post

    Niektórzy kierownicy życia duchowego zalecają czytanie konkretnych fragmentów z Pisma Świętego w okresie Wielkiego Postu, jak na przykład czytanie Księgi Wyjścia, ponieważ ta Księga może pomóc poczuć się, jakbyśmy sami byli na pustyni, wędrując z ludem Izraela przez lat czterdzieści.

    Inni proponują częstsze czytanie i rozmyślanie o męce Pańskiej.

    W Liturgii Kościół czytanie o Męce Pańskiej ma szczególne miejsce w Wielkim Tygodniu, ale dobrze jest dla naszego nawrócenia wielokrotnie powracać do tych najważniejszych wydarzeń naszego zbawienia.

    Środy i piątki

    Kościół zaleca rozważanie męki Pańskiej w środę i piątek

    Piątki zawsze przypominają nam o męce Jezusa Chrystusa a środy – o zdradzie Judasza.

    Oto niektóre duchowe korzyści płynące z czytania Męki Pańskiej:

    Czytanie opisu męki Pańskiej ma wielkie znaczenie doktrynalne, bowiem przyciąga uwagę wiernych treścią o charakterze narratywnym i wzbudza w nich przeżycia autentycznej pobożności. Są nimi: żal za popełnione winy, gdyż wierni dobrze wiedzą, że Chrystus poniósł śmierć na odpuszczenie grzechów całego rodzaju ludzkiego, a więc także naszych grzechów; współczucie i solidarność z Niewinnym niesłusznie prześladowanym; wdzięczność za nieskończoną miłość do wszystkich ludzi jako swoich braci, którą Jezus, nasz Brat pierworodny, objawił w swojej męce na krzyżu; konieczność naśladowania pokory, cierpliwości, miłosierdzia, darowania win, ufnego oddania się w ręce Ojca, co Jezus uczynił w wyraźny i skuteczny sposób w czasie swej męki.

    +++

    Jak rozmyślać nad męką Pańską?

    (Nauka Krzyża – I)

    Nao Novoa | Shutterstock

    ***


    Czy chodzi o łzy i wzruszenie?

    Kiedy rozpoczynamy cykl rozmyślań wielkopostnych o tajemnicy męki Pańskiej, zastanówmy się najpierw, jak powinniśmy nad nią rozmyślać? W tradycji Kościoła istnieje kilka sposobów przeżywania Drogi Krzyżowej. O pierwszym mówi sama Ewangelia: 

    A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23, 27-31)

    Te kobiety były prawdopodobnie płaczkami, które zwyczajowo towarzyszyły skazańcom. Pierwszym ludzkim odruchem na cierpienie drugiego człowieka, szczególnie niewinnego, jest współczucie. Patrząc na Jezusa biczowanego, cierniem koronowanego, upadającego pod krzyżem i powieszonego na nim w sposób naturalny robi się Go żal. Niesprawiedliwość, przemoc budzą nasz sprzeciw i chęć pomocy ofierze. 

    To Jezus współczuje nam

    Jezus jednak obawia się takiego współczucia. Nie chce, abyśmy się na nim się zatrzymali. Nie po to się wcielił i umarł na krzyżu, żeby nam Go było żal. Jezus robi to dla nas i chce, abyśmy wzięli na poważnie nasze życie i Jego śmierć. 

    To Jemu jest żal nas i dlatego przyjął kielich cierpienia. To nie my mamy Go wesprzeć naszym współczuciem, lecz to On chce swoim krzyżem wzmocnić nas w naszych problemach i trudach. To nasze życie było dla Niego motywacją do przyjęcia cierpienia. 

    Ckliwość i sentymentalność nie jest dobrą drogą do rozważania męki Pańskiej. Jezus wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i żyli Ewangelią Krzyża, abyśmy od współczucia Jemu doszli do zrozumienia Jego miłości do nas.

    br. Damian Wojciechowski SJ., misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, ekonom diecezji, reżyser, dziennikarz, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej oraz na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie.

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    Jezuita, misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, reżyser, dziennikarz, ekonom diecezji, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni i wykłada na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie

    +++

    Nie chodzi o nasze grzechy!

    (Nauka Krzyża – II)

    Firma V | Shutterstock

    ***

    W centrum śmierci Jezusa na krzyżu nie stoją nasze grzechy. Nie one są ważne w refleksji nad Jego śmiercią.

    Zaczynając rozważania męki Pańskiej dobrze jest najpierw oczyścić naszą pamięć i wyobrażenie z tak wielu słów, jakie usłyszeliśmy już o niej np. podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej czy Gorzkich Żalów. Często kiedy w kościele mówi się o męce Jezusa, kaznodzieje starają się wzruszyć słuchaczy lub wzbudzić w nich poczucie winy. Niestety takie podejście może nam bardzo przeszkodzić w głębokim poznaniu tej tajemnicy. 

    Czy Jezusa krzyżują nasze grzechy?

    Często słyszeliśmy na Drodze Krzyżowej, że z powodu naszej nieczystości Jezus został odarty z szat – to prawda, ale zatrzymanie się na takiej interpretacji męki, która łączy nasze poszczególne grzechy z cierpieniem Jezusa, często prowadzi do fałszywego poczucia winy lub wprost do odrzucenia odkupieńczej roli krzyża. Podejście do męki, które skupia się na naszej za nią odpowiedzialności, które ukazuje jak to nasze grzechy doprowadziły do śmierci Wcielonego Słowa, jest prawdziwe, ale ograniczające duchowy horyzont. 

    Jezus nie po to wziął na siebie krzyż, abyśmy się biczowali, jak to jeszcze niedawno robiono na procesjach wielkopostnych w Hiszpanii. To prawda, że Jezus przyszedł na ziemię, aby nas wyzwolić z grzechu, ale trudno nam to będzie przyjąć, jeśli skupimy się na naszych grzechach, a nie na Jego miłości. To nie my mamy się zbawić lub pomóc Jezusowi, lecz On ma nas podnieść z naszych słabości. Czasami lżej jest nam współczuć Ukrzyżowanemu lub oskarżać się za nasze winy niż przyjąć prawdę, że jesteśmy słabi, zagubieni i potrzebujemy Jego miłosierdzia. 

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Śmierć Jezusa nie była piękna

    (Nauka Krzyża – III)

    ELEPHOTOS | Shutterstock

    ***

    Krzyż Jezusa nie jest piękny. Jego śmierć nie była piękna.

    Krzyż nie jest piękny

    Patrząc na krucyfiks możemy zapomnieć, jak w rzeczywistości wyglądała męka Chrystusa. Wielu artystów przestawia Jezusa na krzyżu w glorii, niepoddającego się cierpieniu, z pięknym ciałem, spokojnego, a nawet uśmiechniętego. Często jest to Jezus już po śmierci, a nawet zmartwychwstały, wywyższony. Jest to wizja bliska temu jak przedstawia mękę święty Jan, w którego relacji śmierć Jezusa ukazuje wiele głębokich prawd teologicznych.

    Tymczasem Jezus na krzyżu był zupełnie nagi. Jego ciało było zmasakrowane, a sam skazaniec wykonywał nieustannie rozpaczliwe ruchy, aby zaczerpnąć powietrza. Widok skazańca na krzyżu wzbudzał obrzydzenie, niesmak i szyderstwo. To było celem tej kary przeznaczonej dla buntowników i niewolników. Pokazać ich jako nie-ludzi, wyrzutków społeczeństwa. Takim wyrzutkiem był na krzyżu również Jezus.

    Nie miał On wdzięku ani też blasku,
    aby na Niego popatrzeć,
    ani wyglądu, by się nam podobał.
    Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
    Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
    jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,
    wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
     (Iz 53, 2-3)

    Bóg nie tylko chciał, aby Jego Syn przeszedł przez bramę śmierci i w ten sposób doświadczył tego, czego w końcu doświadczy każdy z nas, ale też dopuścił, że śmierć ta połączona z niesłychanym okrucieństwem i cierpieniem. Była ona doświadczeniem krańcowego upodlenia i uniżenia: 

    Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi,
    i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem,
    chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy
    i w Jego ustach kłamstwo nie postało.
    Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem.
    Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy,
    ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży,
    a wola Pańska spełni się przez Niego.
     (Iz 53, 9-10)

    Aby poznać los człowieka

    Bóg jest wszechmocny, ale czy może zrozumieć człowieka, jeśli sam nie może doświadczyć cierpienia? Bóg stał się człowiekiem, aby zaznać cierpienia tak, jak każdy człowiek. 

    Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom. (Hbr 2, 17-18).

    Przez okrutną i upadlającą  śmierć Bóg nie tylko okazał miłość wobec nas, lecz także stał się nam przez to bliski. Tę śmierć, uniżenie i ból włączył na zawsze w swoją boskość, absolut i nieskończoność:

    Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4, 15)

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++ 

    Bezsilny Bóg

    (Nauka Krzyża – IV)

    Baramyou0708 | Shutterstock

    ***

    Najstraszniejsza kara

    Ukrzyżowanie był ona tyle strasznym i odrażającym widokiem, znanym wszystkim ludziom w czasach rzymskich, że aż do IV wieku nie spotykamy wizerunków Jezusa na krzyżu. Było to na tyle okropne i napawające strachem widowisko, że chrześcijanom nie przychodziło do głowy, aby przedstawiać Jezusa na takim obrazie.

    RÓŻNE PRZEDSTAWIENIA KRZYŻA
    Graffiti Aleksamenosa

    ***

    Najstarsze przedstawienie ukrzyżowania pochodzące z III wieku znaleziono w pałacu cesarskim na Palatynie w roku 1856. Przedstawia ono człowieka z głową osła wiszącego na krzyżu. Obok widnieje napis: „Aleksamenos oddaje cześć bogu”. Według powszechnego mniemania tylko głupiec dałby się dobrowolnie ukrzyżować, a samo ukrzyżowanie było antytezą boskości, piękna, prawdy, wolności.

    Czy Bóg jest bezsilny?

    Nie możemy sobie wyobrazić, jak trudno było pierwszym chrześcijanom przyjąć, że ich Bóg zawisł na gwoździach. Jak mówią bibliści, ten „skandal krzyża” jest jednym z najważniejszych wątków czterech Ewangelii, które starają się wytłumaczyć uczniom Jezusa, jaki był sens tej okrutnej śmierci.

    Już w roku 180 Celsus mówił złośliwie do chrześcijan, których uznano za „czcicieli krzyża”: „Jak wyglądałby jako syn boży ktoś, którego ojciec nie potrafił uratować od najbardziej hańbiącej śmierci?”. 

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl 

    +++

    Krzyż nie szokuje

    (Nauka Krzyża – V)

    Frame Stock Footage | Shutterstock

    ***

    Św. Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23)

    Zgorszenie i głupstwo

    Oile u pogan krzyż wzbudzał uczucie pogardy, to u Żydów powodował przerażenie. W rozdziale 21 Księgi Powtórzonego Prawa (22-23) napisane jest, że „wiszący na drzewie jest przeklęty przez Boga”. Dlatego też Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23). Realną śmierć na krzyżu odrzucało wiele herezji. Niektórzy twierdzili, że Jezusa na krzyżu zastąpił Szymon z Cyreny. Inni twierdzili, że Jezus nie czuł bólu, gdyż Jego ciało było tylko pozorne. Tak samo twierdzi islam, w swoich hadisach. Według nich zamiast Jezusa powieszono Judasza lub jednego z Jego uczniów, któremu Bóg zmienił twarz na twarz Chrystusa. Tak o tym pisze Koran: 

    Oni ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali, tylko im się tak zdawało; i, zaprawdę, ci, którzy się różnią w tej sprawie, są z pewnością w zwątpieniu; oni nie mają o tym żadnej wiedzy, idą tylko za przypuszczeniem; oni Go nie zabili z pewnością. Przeciwnie! Wyniósł Go Bóg do Siebie! (4,157-158)

    Dlaczego Mahomet tak sądził? Ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że Bóg mógł dopuścić takie nieszczęście na najsprawiedliwszego z ludzi, którym był według niego Jezus. Takie cierpienie mogło spotkać tylko człowieka niegodnego, który sprzeciwiał się Bogu. 

    W 337 r. kiedy chrześcijaństwo było już legalną religią, Konstantyn Wielki zniósł ostatecznie ten rodzaj kary. Przedstawianie Chrystusa wiszącego na krzyżu stało się coraz popularniejsze w sztuce chrześcijańskiej. Niestety przedstawienie Jezusa na krzyżu zaczęto banalizować, znak krzyża w naszych kościołach jest często elementem dekoracji i wykończenia wnętrza. Krzyż nie szokuje, nie zmusza do myślenia, nie jest powodem oburzenia czy niesmaku. 

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Męka Jezusa to najważniejsza część Biblii (Nauka Krzyża – VI)

    Freedom Studio | Shutterstock

    ***

    Czy męka Jezusa nie jest najważniejszym elementem Ewangelii?

    Najważniejsze przesłanie Ewangelii

    Tylko opis męki Pańskiej ma identyczny schemat i bardzo podobną treść we wszystkich czterech Ewangeliach. Oznacza to, że była to najwcześniejsza część przekazu Dobrej Nowiny, uświęcona przez Tradycję, w której Ewangelie były spisywane. Męką Pańska to pierwsza i najważniejsza część przepowiadania jak to już widzimy w pierwszych kazaniach św. Piotra. Całe życie Jezusa opisane jest w kilkunastu rozdział Ewangelii, natomiast Jego męka trwająca tylko jeden dzień opisana krok po kroku zajmuje aż dwa długie rozdziały. Ewangeliści interesują się każdym szczegółem, prowadzą nas za Jezusem sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Tak bardzo ważne to było dla pierwszego Kościoła. 

    Cała Biblia pełna jest odwołań do śmierci Jezusa. Jeśli prześledzimy uważnie Ewangelie, to zobaczymy, że niemal na każdej jej stronie są nawiązania do męki i śmierci Jezusa. Tak jakby Ewangelia była w rzeczywistości tylko komentarzem do tego jednego dnia z życia Jezusa. 

    Ewangelia św. Marka o męce Jezusa

    Pierwsza część Ewangelii św. Marka koncentruje się na cudach i uzdrowieniach. Jezus przedstawiony jest jak lekarz, który uzdrawia wszelkie choroby, kalectwa, ułomności, słabości i uwalnia od wpływu demonów. Taki zbawiciel nie mógł nie fascynować i wzbudzać entuzjazmu wśród pierwszych chrześcijan. Ale w drugiej części cuda się kończą, a Jezus skupia się na przepowiadaniu swojego Krzyża i jego konsekwencji dla uczniów. Taka zmiana całego przepowiadania wzbudza wśród uczniów niezrozumienie, lęk, a nawet sprzeciw. Śmierć Zbawiciela jest nie do przyjęcia:

    Jezus pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. (Mk 9, 31-32) 

    To wielokrotne podkreślane w Ewangeliach niezrozumienie uczniów powinno być dla nas przestrogą, abyśmy sami nie podchodzili do tej tajemnicy zbyt lekkomyślnie lub pomijali ją w naszym życiu duchowym jako coś niezrozumiałego i niezbyt ważnego. 

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Zdrada, która staje się momentem chwały (Nauka Krzyża – VII) 

    JUDAS
    Public Domain

    ***

    Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia.

    Moment zdrady = moment chwały

    13. rozdział Ewangelii według św. Jana ma oprócz Jezusa jeszcze jednego bohatera: Judasza. Jezus w tym rozdziale wskazuje na człowieka, który Go zdradzi. W niewielu miejscach Ewangelia mówi o tym, że Jezus się wzruszył. Jednym z nich jest moment ujawnienia zdrajcy. Co ciekawe, Jezus stwierdza, że moment ostatecznej decyzji o zdradzie jest momentem, kiedy Syn Człowieczy został otoczony chwałą! Wydanie się w ręce zdrajcy to kulminacyjny moment życia Jezusa. W opisie pojmania w Getsemani Ewangeliści podkreślają obecność Judasza. 

    Jak to możliwe, że moment zdrady może być także momentem, kiedy ujawnia się Boża moc i Jego wielkość? Oddanie Syna Bożego szubrawcy i zdrajcy ma być sukcesem Boga?! Bóg oddający się w ręce człowieka jest słaby, bezbronny i bezradny – tak jak my. To tu ukazuje się Jego wszechmocna miłość do człowieka. Jego wszechmoc nie wyraża się w sile, przemocy, potędze, władzy, lecz w miłości. 

    Zdradza najbliższy

    Nie jesteśmy tylko oprawcami; bywa, że jesteśmy też ofiarami. Doświadczenie zdrady jest nieprzekazywalne. Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia. Taka rana często ropieje latami, a nawet dziesięcioleciami. Znałem mężczyznę, który kilkadziesiąt lat aż do swojej śmierci rozpamiętywał zdradę, której doświadczył ze strony żony. Całe życie rozmyślał o tym, że powinien wyrzucić ją z rodzinnego grobowca. 

    Jezus, Bóg-Człowiek, jak wielu ludzi przed Nim i po Nim, doświadczył zdrady. Przeszedł przez to cierpienie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Dlatego z bólem zdrady możemy przyjść do Jezusa i opowiedzieć Mu o tym, oddać to doświadczenie. Jeśli pozostaniemy w nim sami, to może się ono przerodzić w nienawiść i złość, które będą pustoszyć nasze wnętrze. Ból zdrady może stać się chorym centrum naszego życia, jego fałszywym sensem. To powinno nas motywować do wysiłku i odwagi, aby o tym bolesnym doświadczeniu opowiadać Jezusowi, który również go doświadczył i ma moc nas z niego wyzwolić. 

    Pycha zamykająca na miłosierdzie

    Judasz zrozumiał swój błąd. Na koniec nawet odrzucił pieniądze, które były dla niego tak ważne i którym służył. Jednak w odróżnieniu od Piotra nie potrafił przebaczyć samemu sobie swojej podłości, nie potrafił się zgodzić na swoją słabość. Postanowił sam siebie ukarać. To pycha zamyka nas na Boże miłosierdzie. Poczucie wyższości nie daje nam przyznać, że jesteśmy słabi i ulegamy pokusie i egoizmowi.  

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Porażka Jezusa. Szyderstwo z sensu Jego życia (Nauka Krzyża – VIII)

    Jezus w koronie cierniowej
    mady70 | Shutterstock

    ***

    Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życia.

    Cios z sens życia Jezusa

    Wyszydzenie Jezus na krzyżu, jak i wcześniej, podczas sądu, nie jest po prostu psychicznym znęcaniem się nad człowiekiem, lecz podważaniem sensu całej misji Jezusa. Wezwanie do zejścia z krzyża, drwina: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”, wymierzone są w samo centrum życia Jezusa, Jego powołania i relacji z Ojcem. 

    Jezus przyszedł, aby zbawić człowieka od grzechu, śmierci, chorób, szatana, nienawiści, a szyderstwa faryzeuszy zdają się sugerować, że cała Jego misja spaliła na panewce. Jest bankrutem, człowiekiem, który stracił wszystko, żałosnym mistyfikatorem i oszustem, uzurpatorem i bluźniercą. Szatan przez słowa ludzi ukazuje Mu Jego klęskę: ci, których miał zbawić, dla których umiera, nie tylko odrzucają Go i Jego zbawienie, ale jeszcze drwią z Jego misji i powołania. Choć Jezus mógłby wezwać zastępy anielskie, aby Go uratowały i pokazały Jego moc, dalej wisi na krzyżu i pozwala się poniżać – nie chce użyć siły wobec ludzi, którzy Go odrzucają.

    Wyszydzony Bóg, wyszydzony człowiek

    Zdrada Judasza, a także Piotra, musiały być dla Jezusa najbardziej bolesną częścią Jego poniżenia. Według Judasza Jezus zawiódł swoich uczniów, nie potrafił stanąć na wysokości zadania, poniósł klęskę jako przywódca, nie potrafił poprowadzić uczniów do zwycięstwa, a tylko wykonywał groteskowe gesty. 

    Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życiu. Patrzmy, jak Jezus na to reagował i skąd brał siłę, aby przejść przez to niezwykle druzgocące doświadczenie. Aby ból krzywdy wywołany pogardą i upokorzeniem nas nie niszczył, nie był źródłem zgorzknienia, nienawiści, w tym także do siebie samego, potrzebujemy przyjść z tymi uczuciami do Jezusa i przedstawić Mu to wszystko, co nas spotkało. Jezus przeszedł przez takie doświadczenie i jako Bóg ma moc nie tylko nas od tego wyzwolić, ale przekształcić to w dobro. Tylko Bóg potrafi ze zła wyprowadzić błogosławieństwo.

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    ***

    Szymon nie niósł krzyża z Jezusem, ale zamiast Niego (Nauka Krzyża – IX)

    artin1 | Shutterstock

    ***

    Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił, żeby z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem

    Patibulum

    Kiedy byłem niedawno w kaplicy byłego seminarium w Nowosybirsku , zobaczyłem intrygującą drogę krzyżową. Jezus nie niesie na niej całego krzyża, tylko poprzeczną belkę, do której przybijano ręce skazańca. Taka belka nazywała się patibulum i ważyła około 45 kg. I choć przywykliśmy, że Jezus niesie cały krzyż, jak to w swoich wizjach widziała Katarzyna Emmerich i co pokazał Mel Gibson w swojej „Pasji”, to wszystko wskazuje na to, że niósł tylko patibulum, do którego miał przywiązane ręce. 

    Droga krzyżowa w Nowosybirsku
    Droga krzyżowa w Nowosybirsku

    ***

    Marsz z taką belką wyglądał dużo straszniej i był o wiele okrutniejszy, ponieważ w przypadku potknięcia skazaniec nie mógł się podeprzeć rękami. Jezus nie mógł nieść całego krzyża, ponieważ nawet bardzo silny i zdrowy mężczyzna nie mógłby przenieść ciężaru kilkuset kilogramów na taką dużą odległość. Natomiast dla człowieka torturowanego i wyczerpanego niesienie 45 kg było już ogromnym wysiłkiem. Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem, że każdy z poddanej ludności był zobowiązany nieść 1000 m jakiś ciężar z polecenia rzymskiego urzędnika albo żołnierza. 

    Patibulum

    Legioniści nie byli litościwi

    Rzymscy żołnierze nie oswobodzili Jezusa od patibulum z powodu miłosierdzia i współczucia, a z praktycznych względów: ich zadaniem było ukrzyżowanie skazańca, a nie zamęczenie go w drodze na miejsce kaźni. Gdyby dopuścili do jego śmierci podczas drogi krzyżowej, naruszyliby regulamin i mogliby zostać za to surowo ukarani. Musieli znaleźć kogoś, kto poniesie belkę na Golgotę. 

    Ta belka mogła być na tyle krótka, że niewygodnie byłoby ją nieść we dwóch. Bardzo możliwe, że Szymon niósł ją samodzielnie. Ta scena ma dla nas głęboki duchowy sens. Jezus przyjmuje pomoc Szymona, choć ta nie jest dobrowolna. Aby wypełnić swoją misję, potrzebuje drugiego człowieka, który poniesie ciężar krzyża na Golgotę. 

    Pokora w przyjęciu pomocy

    Pokora polega na przyznaniu, że nie dajemy rady ze swoimi problemami, ciężarami, cierpieniami i krzyżami. Bóg przysyła nam różnych ludzi, czasami przypadkowych i obcych, którzy chcą nam ulżyć w naszych cierpieniach. Nie odtrącajmy ich pomocy. Zgódźmy się na to, aby nam ulżyli. Miejmy pokorę przyznać się do swojej słabości, niemożności niesienia własnego krzyża. Dziękujmy Bogu za każdy gest życzliwości, współczucia i pomocy ze strony innych. Jezus, choć był Zbawicielem, przyjął pomoc nieznajomego, choć była ona poniżająca, bo przymusowa. 

    Jezus potrzebuje też naszej pomocy w swojej męce. Może być tak, że nasz krzyż spada na nas niespodziewanie, bez naszej zgody, tak, że trudno nam go zaakceptować. Przypomnijmy sobie wtedy Szymona Cyrenejczyka, którego zmuszono do niesienia krzyża jakiegoś przestępcy skazanego na śmierć. Szymon wykonał niedużą pracę, ale w ten sposób uczestniczył w Bożym planie zbawienia całej ludzkości. Tak samo nasze cierpienie, nasz krzyż, choć niezrozumiały, dla nas bezwartościowy, może uzyskać sens, kiedy przyjmiemy, że niesiemy go z Jezusem. Nasze cierpienie możemy ofiarować za tych, którzy potrzebują zbawienia, pomocy i nawrócenia. 

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Nieść krzyż z radością? To niemożliwe (Nauka Krzyża – X)

    Jezus dźwiga krzyż
    artin1 | Shutterstock

    ***

    Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli.

    Szymon Cyrenejczyk nie mógł się cieszyć z rozkazu żołnierzy, szczególnie że krzyż był znakiem hańby. Nikt nie chce nieść krzyża. Ale często jest tak, że mimo naszych oporów i buntu musimy go dźwigać. Spada na nas bez naszej zgody. Krzyż jest tym, co człowiek odrzuca. 

    Krzyż nie jest miły

    Musimy odrzucić sentymentalne wyobrażenie, że będziemy radośnie nieść krzyż z Jezusem. Dopóki to będzie krzyż wymyślony przez nas samych, który podniesie naszą wartość we własnych i cudzych oczach, dopóty chętnie go weźmiemy, możemy się nawet w nim lubować, bo będzie karmił naszą chorą miłość własną. Lecz jeśli spadnie na nas prawdziwy krzyż, który będzie nas niszczył, poniżał, to czy nie będziemy go odrzucać i bluźnić Bogu? 

    Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli. Będziemy potrzebowali czasu, duchowego nawrócenia, aby go przyjąć. Znam mistrzów życia duchowego, podziwianych przez tysiące, którzy zrobili wszystko, co możliwe, żeby uciec od krzyża. On niszczy nasze plany, nasze osiągnięcia, nasz obraz siebie, szacunek ze strony bliskich, w końcu odbiera nam życie. Odrzucenie krzyża jest jak najbardziej ludzką reakcją, która Jezusa nie gorszy i nie gniewa, bo wzięcie go jest szczytem bycia uczniem Jezusa i nikt nie przyjmuje go od razu z entuzjazmem. Radość niesienia krzyża z Jezusem zmieszana jest ze sprzeciwem, zwątpieniem i rozpaczą, których doświadczał sam Jezus.

    Przyjmijmy pomoc

    Kiedy przeżywamy jakieś cierpienie, miejmy też pokorę przyjąć pomoc, współczucie i współcierpienie bliźnich, tak jak to zrobił Jezus stosownie do swoich słów „jeden drugiego brzemiona noście”. Czasami nasze cierpienie daje nam poczucie wartości, sensu życia, co może nawet prowadzić do pychy i używania własnego krzyża do poniżania innych. Nie pozwólmy, aby cierpienie była narzędziem wygrywania czegoś u bliźnich. Kiedy Bóg przysyła nam naszego Szymona Cyrenejczyka, przyjmijmy jego pomoc z dziękczynieniem i radością. Umiejętność oddania się w ręce innych, na przykład w czasie choroby, kalectwa i starości, jest oznaką dojrzałości i pokory. Jest to rodzaj dziecięctwa, do którego wzywa nas Jezus. Cierpienie nie ma być centrum i sensem naszego życia, lecz jeśli Bóg tak chce, zróbmy wysiłek, aby przyjąć Jego pomoc poprzez ludzi, których do nas wysyła. 

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Jezus doskonale zna cierpienie każdego człowieka (Nauka Krzyża – XI)

    Suffering man
    StunningArt | Shutterstock

    ***

    Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.

    Pierwsze „Ewangelia” męki

    Pierwsza wspólnota chrześcijan nie posiadała jeszcze spisanego opisu męki Chrystusa. Opowieść o drodze krzyżowej Jezusa była przekazywana przez apostołów i innych uczniów w formie ustnej. Opis męki został spisany dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela. Równocześnie pierwotny Kościół w Jerozolimie był złożony z żydów, którzy na pamięć znali Stary Testament. Ze zdumieniem odkrywali oni, że wiele fragmentów Pisma, szczególnie Proroków i Psalmów, bardzo konkretnie opisywało mękę Jezusa. Te teksty ze Starego Testamentu były pierwszymi Ewangeliami męki pierwotnego Kościoła. Fragmenty tych tekstów weszły później jako cytaty do ewangelicznych świadectw śmierci Chrystusa. Były one i później uznawane za najlepsze komentarze i objaśnienia drogi krzyżowej. 

    Jednym z takich tekstów jest Psalm 22. W sposób bardzo szczegółowy opisuje cierpienie Jezusa, zwracając szczególną uwagę na to, jak przeżywał to sam Skazaniec. Psalmista wchodzi niejako w serce Jezusa i przekazuje nam Jego przeżycia. Oczywiście ten psalm jest poetycką modlitwą człowieka, który żył setki lat przed narodzeniem Chrystusa, ale jego słowa były tak Mu bliskie, tak dobrze oddawały Jego uczucia i stan ducha, że sam Jezus wisząc na krzyżu cytuje pierwszy wers tego psalmu. Modlitwa anonimowego żyda stała się modlitwą Boga wiszącego na krzyżu. Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.

    Bóg Go opuścił

    Z drugiej strony Jezus, cytując ten psalm, wskazuje nam, że utożsamia się z każdym człowiekiem, który w jakimś okresie życia przeżywa to samo cierpienie co psalmista. Tak więc w tym psalmie następuje zjednoczenie przeżyć psalmisty, Jezusa i każdego z nas przeżywającego swoje cierpienie, swoją drogę krzyżową. Być może nasze cierpienie nie ma wymiaru fizycznego, lecz duchowy lub psychiczny, co nie oznacza, że jest lżejsze. Psalm 22 może być także naszą modlitwą w chwilach osamotnienia, zdrady, bezsilności, strachu, załamania.

    Zwróćmy uwagę, że wisząc na krzyżu Jezus wybrał właśnie werset tego psalmu, by wyrazić swoją samotność, swoje odrzucenie, przerażające odczucie, że Ojciec o Nim zapomniał. W ten sposób Jezus zjednoczył się z tymi wszystkimi, którzy przed Nim i po Nim w sposób radykalny i jednoznaczny doświadczyli tego, że Bóg ich opuścił. Jezus nie boi się wyrażać w ten sposób swojego zwątpienia. Tak więc ośmieleni przez Jezusa możemy razem z Nim zanosić do Boga tę modlitwę, kiedy zdaje się nam, że Bóg nas zostawił, kiedy wszystko traci sens i wartość. Kiedy mamy poczucie, że wszyscy zwrócili się przeciw nam, że wszyscy cieszą się z naszej klęski, gotowi są rozszarpać nas na strzępy. Kiedy jesteśmy tak udręczeni, że nasze ciało się rozsypuje. Czytając ten psalm pozwólmy sobie wspomnieć te momenty naszego życia, które była tak bolesne, że zakopaliśmy je w najgłębszych obszarach naszej pamięci, aby to cierpienie nas nigdy więcej nie przygniatało. Te chwile tkwią w nas i nas zatruwają, i możemy się od nich wyzwolić tylko wtedy, kiedy przeżyjemy je razem z Jezusem.

    Odczytujmy ten psalm do końca. Dajmy się prowadzić przez psalmistę i samego Jezusa od zwątpienia do wiary w Bożą interwencję. Nie zatrzymujmy się więc tylko na naszych trudnych chwilach, lecz pozwólmy się poprowadzić do wiary, że Pan jest ze mną. Choćby wszyscy odwrócili się ode mnie, to Bóg pozostaje wierny i szybko przyjdzie z pomocą. 

    Psalm 22

    Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?
    Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.

    Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz,
    [wołam] i nocą, a nie zaznaję pokoju.

    A przecież Ty mieszkasz w świątyni,
    Chwało Izraela! 

    Tobie zaufali nasi przodkowie,
    zaufali, a Tyś ich uwolnił;

    do Ciebie wołali i zostali zbawieni,
    Tobie ufali i nie doznali wstydu.

    Ja zaś jestem robak, a nie człowiek,
    pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.

    Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą,
    rozwierają wargi, potrząsają głową:

    «Zaufał Panu, niechże go wyzwoli,
    niechże go wyrwie, jeśli go miłuje».

    Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona;
    Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.

    Tobie mnie poruczono przed urodzeniem,
    Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,

    Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko,
    a nie ma wspomożyciela.

    Otacza mnie mnóstwo cielców,
    osaczają mnie byki Baszanu.

    Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze,
    jak lew drapieżny i ryczący.

    Rozlany jestem jak woda
    i rozłączają się wszystkie moje kości;

    jak wosk się staje moje serce,
    we wnętrzu moim topnieje.

    Moje gardło suche jak skorupa,
    język mój przywiera do podniebienia,
    kładziesz mnie w prochu śmierci.

    Bo [sfora] psów mnie opada,
    osacza mnie zgraja złoczyńców.

    Przebodli ręce i nogi moje,
    policzyć mogę wszystkie moje kości.

    A oni się wpatrują, sycą mym widokiem;
    moje szaty dzielą między siebie
    i los rzucają o moją suknię.

    Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka;
    Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!

    Ocal od miecza moje życie,
    z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro,
    wybaw mnie od lwiej paszczęki
    i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie! 

    Będę głosił imię Twoje swym braciom
    i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:

    «Chwalcie Pana wy, co się Go boicie,
    sławcie Go, całe potomstwo Jakuba;
    bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!

    Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka,
    ani nie ukrył przed nim swojego oblicza
    i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego».

    Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.
    Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.

    Ubodzy będą jedli i nasycą się,
    chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.

    «Niech serca ich żyją na wieki».
    Przypomną sobie i wrócą
    do Pana wszystkie krańce ziemi;
    i oddadzą Mu pokłon
    wszystkie szczepy pogańskie,
    bo władza królewska należy do Pana
    i On panuje nad narodami.

    Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi,
    przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.

    A moja dusza będzie żyła dla Niego,
    potomstwo moje Jemu będzie służyć,
    opowie o Panu pokoleniu przyszłemu,
    a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi:
    «Pan to uczynił».

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    „Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!” (Nauka Krzyża – XII)

    Krzyż Jezusa na wzgórzu
    Shutterstock AI | Shutterstock

    ***

    Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.

    Zadośćuczynienie

    W przeszłości w teologii odkupienia przeważało podejście prawne. Grzech człowieka jest całkowitym zaburzeniem harmonii świata, nieskończoną obrazą Boga. Bóg sprawiedliwy nie może pozostawić zła bez osądzenia i kary, inaczej nie byłby Sprawiedliwością. Obrażając nieskończonego Boga, sam grzech staje nieskończony, tak więc przywracająca sprawiedliwość odpłata powinna być również nieskończona. Bóg stając się człowiekiem przyjmuje na siebie karę, która wymierzona Jemu, niewinnemu i nieskończonemu, sama jest nieskończona. W ten sposób sprawiedliwość zostaje przywrócona, a człowiek usprawiedliwiony ze swojej winy. Takie wyjaśnienie odkupieńczej misji Jezusa obecne jest również w Piśmie Świętym, lecz nigdy nie wyczerpywało i nie wyczerpie tajemnicy męki Jezusa. 

    Kiedy Nowy Testament tłumaczy nam sens śmierci krzyżowej Chrystusa odwołuje się do pojęcia ofiary, zadośćuczynienia za grzechy:

    Niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy.
    Przeto przychodząc na świat, mówi:
    Ofiary ani daru nie chciałeś,
    aleś Mi utworzył ciało;
    całopalenia i ofiary za grzech
    nie podobały się Tobie.
    Wtedy rzekłem: Oto idę –
    w zwoju księgi napisano o Mnie –
    abym spełniał wolę Twoją, Boże.
    Wyżej powiedział: ofiar, darów, całopaleń i ofiar za grzech nie chciałeś i nie podobały się Tobie, choć składa się je na podstawie Prawa. Następnie powiedział: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją. Usuwa jedną [ofiarę], aby ustanowić inną. Na mocy tej woli uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. (Hbr 10, 4-10)

    Autor listu do Hebrajczyków dla wyjaśnienia sensu zbawienia odnosi się właśnie do tej koncepcji prawnej, do ofiar krwawych ze zwierząt, które były składane w świątyni w Jerozolimie dla oczyszczenia z grzechów i odkupienia, które jednak nie mogły osiągnąć swojego celu.

    Ofiara staje się obca

    Dzisiaj coraz trudniej zrozumieć pojęcie ofiary, szczególnie wobec Boga (oprócz może ofiary na tacę). Ofiara jest już bardzo obca naszej religijności. Trudno ją wyjaśnić  współczesnemu człowiekowi, który patrzy na świat przede wszystkim poprzez doświadczenie swojego życia. Kiedy słowa o ofierze Jezusa na krzyżu wzbudzają nasz niepokój i niezrozumienie przypomnijmy sobie, że ofiara Jezusa będzie zawsze tajemnicą, która przekracza nasze pojmowanie. Nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć jej logiki. Zarazem wychodząc pokornie od stwierdzenia swojej niewiedzy, ograniczenia naszego umysłu prośmy Boga, aby pomógł nam stopniowo pojąc mądrość i naukę krzyża. Tajemnica cierpienia Chrystusa wykracza bowiem poza prawne wyjaśnienie procesu zbawienia. Jest ono przede wszystkim bezgraniczną miłością Boga do każdego z nas, miłością, która nie zraża się naszą słabością, bylejakością, tchórzostwem i zakłamaniem. Bóg ciągle na nowo chce nas kochać, gotów wszystko i całego siebie do końca poświęcić za każdego z nas, ponieważ jestem jego ukochaną córką i synem.

    Krzyk miłości Ojca

    Wiele lat temu usłyszałem od mojej znajomej z Nowosybirska pewną historię. Oksanę z powodu komplikacjach pierwszej ciąży przywieziono do szpitala na oddział ginekologiczny. W tamtych czasach kobiety, których ciąża była zagrożona, i te, które decydowały się na aborcję trzymano na jednej sali. 

    Niektóre kobiety czekały na aborcję, drugie właśnie po niej wracały na salę, a jeszcze inne czekały na pomoc lekarza, aby uratować swoje dziecko. I wtedy nagle na korytarzu rozległ się przeraźliwy ryk: „Róbcie ze mną, co chcecie, tnijcie mnie na kawałki, tylko je uratujcie! Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!”. Tego krzyku zrozpaczonej matki słuchały te, które właśnie miały zabić swoje dziecko, i te, które dopiero co je zabiły. 

    Ten krzyk oddaje miłość Boga Ojca (który jest także naszą Matką) do każdego z nas, nawet najgorszego, najbardziej godnego pogardy. Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Szpital polowy pod krzyżem

    (Nauka Krzyża – XIII)

    fizkes | Shutterstock

    ***

    Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości.

    Nie bój się iść do Jezusa

    Nie bójmy się być razem z Jezusem w Jego drodze krzyżowej, przyłączając się do Niego ze swoimi cierpieniami, krzywdami, znieważeniem i pogardą, której doświadczyliśmy, zdradą, którą przeżyliśmy. Cierpienie w naszym życiu, tak fizyczne, jak moralne i psychiczne, jest wielką tajemnicą i pozostawia straszne, niejednokrotnie niegojące się rany. Odważmy się pójść do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszą bolesną przeszłością, z przeżyciami, które często chowamy w głębi siebie, o których chcemy zapomnieć, a które mimo to tkwią w naszej teraźniejszości. Trzeba się wyzbyć fałszywego poczucia niegodności, wyzbyć fałszywej pokory, która wmawia nam, że nasza krzywda nie może mieć nic wspólnego z Jego krzywdą, że nasze zniewagi i upodlenie nie może być porównane z Jego doświadczeniem na krzyżu. Bóg stał się człowiekiem, aby przeżyć to cierpienie, które nas niszczyło i odczłowieczało. 

    Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości. Jezus ciągle czeka na krzyżu i mówi: „Pragnę!” Jezus pragnie nas, zranionych cudzym okrucieństwem i egoizmem. Pragnie, abyśmy mu opowiedzieli o tym wszystkim, co przeżyliśmy, aby mógł oczyścić i uleczyć nasze rany. Pięknie ujął tę prawdę prorok Izajasz, który już 6 wieków przed męką Chrystusa, tak opisuje cierpienie tajemniczego Sługi Jahwe i związek Jego męki z cierpieniem doświadczanym przez nas. 

    Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
    On dźwigał nasze boleści,
    a myśmy Go za skazańca uznali,
    chłostanego przez Boga i zdeptanego.
    Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,
    a w Jego ranach jest nasze zdrowie.
     (Iz 53, 4-5)

    Ku uleczeniu

    To wielka tajemnica zbawienia, że kiedy przybliżamy się do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszymi ranami, cierpieniami, które często nosimy w sobie latami, a nawet dziesięcioleciami, to wtedy możemy doświadczyć uzdrowienia. Jeśli tylko przyznamy się, że jesteśmy słabi, skrzywdzeni, zdradzeni, wykorzystani, oszukani, jeśli przestaniemy udawać, że jesteśmy mocni i samowystarczalni, to możemy dzięki oddaniu się Jezusowi doświadczyć Jego uleczającej miłości. 

    Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili. (Hbr 4, 15-16)

    Duszo Chrystusowa…

    Módlmy się tą piękną modlitwą, abyśmy umieli przyłożyć swoje rany do ran Chrystusa: 

    Duszo Chrystusowa, uświęć mnie.
    Ciało Chrystusowe, zbaw mnie.
    Krwi Chrystusowa, napój mnie.
    Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
    Męko Chrystusowa, umocnij mnie.
    O, dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
    W ranach swoich ukryj mnie.
    Nie dozwól mi odłączyć się od Ciebie.
    Od wroga złośliwego broń mnie.
    W godzinę śmierci mojej wezwij mnie.
    I każ mi przyjść do Siebie,
    Abym ze Świętymi Twymi chwalił Cię
    Na wieki wieków.
    Amen.

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Prawdziwe chrześcijaństwo

    (Nauka Krzyża – XIV)

    Who is Danny | Shutterstock

    ***

    Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie.

    Co Jezus mówi o swojej męce?

    Męka Jezusa to Dobra Nowina. Jezus dobitnie podkreśla to wiele razy. Ale co to znaczy? I jak Dobrą Nowiną może być tak okrutna śmierć człowieka sprawiedliwego? Jednym ze sposobów odpowiedzi jest wysłuchanie tego, co sam Jezus mówi o swoim ukrzyżowaniu i jego konsekwencjach dla nas. 

    Pierwszy poziom chrześcijaństwa

    Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu rzekł: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. (Mk 10, 17-22)

    Pierwszy poziom życia chrześcijańskiego to przestrzeganie przykazań, szczególnie tych, które dotyczą naszych relacji z innymi ludźmi. Zachowywanie Dekalogu łączy chrześcijan ze wszystkimi ludźmi, także wyznawcami innych religii, którzy szukają dobra i sprawiedliwości. Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się jednak dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie: dobra materialne, pozycję w społeczeństwie, wiedzę, inteligencję, osiągnięcia i pójść za Jezusem. A to oznacza wzięcia krzyża na ramiona: 

    Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10, 38-39)

    Największe wymaganie chrześcijaństwa

    Młody człowiek wyobrażał sobie chrześcijaństwo jako radosne podążanie za prawdą i nie spodziewał się, że to może kosztować, że może oznaczać wzięcie na siebie tego, co najbardziej mu niemiłe i przeciwne. Nie można iść za Jezusem nie biorąc swojego krzyża na ramiona, nie porzucając swojego życia, wszystkiego, na czym nam zależy i dzięki czemu czujemy się bezpieczni. 

    To bardzo wymagające wezwanie. Młody człowiek zrozumiał to i pokornie odszedł od Jezusa. Wszyscy jesteśmy wezwani do przeżycia razem z Jezusem Jego męki. Wszystkich wzywa do zaparcia się siebie, wzięcia swojego krzyża i stracenia swojego życia, lecz do niewielu dociera prawdziwy sens tych słów. Niewielu je rozumie i niewielu rusza za Jezusem. Wezwanie do stracenia życia, do porzucenia wszystkiego, co dla nas cenne – a życie jest ostatecznie rzeczą najcenniejszą – przeraża nas i powoduje, że powoli wycofujemy się, myśląc, że to wezwanie dla jakichś świętych, męczenników i mistyków. Taka reakcja jest zupełnie normalna. Po grzechu pierworodnym każdy z nas działa według logiki przeciwnej wezwaniu Jezusa: o życie trzeba walczyć, nie można okazać słabości, lecz wszyscy muszą wiedzieć, że jestem na tyle silny, aby się obronić. Tak więc z jednej strony mamy wezwanie Jezusa, by oddać swoje życie, tracić wszystko, co najcenniejsze, a z drugiej wezwanie świata, w którym żyjemy, aby nie pozwolić odebrać sobie czegokolwiek, co stanowi o naszym szczęściu i bezpieczeństwie.

    br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl

    +++

    Tajemniczy wizerunek Chrystusa.

    Stworzony nieprzerwaną linią. Jak to możliwe?

    Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.

    Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte ObliczeOblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela.  Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).

    Twarz Chrystusa

    Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.

    Twarz Chrystusa. Miedzioryt autorstwa Claude’a Mellana
    Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons

    ***

    Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.

    „Święte Oblicze”

    U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.

    Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że ​​nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.

    Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.

    Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl

    +++

     Nabożeństwo Drogi Krzyżowej

    Droga krzyżowa w Jerozolimie

    Misyjne drogi.pl /fot. Hubert Piechocki

    ***

    Droga Krzyżowa – to nabożeństwo nawiązujące do przejścia Pana Jezusa z krzyżem od pretorium Piłata na wzgórze Golgoty. Tradycja ta powstała w Jerozolimie. W średniowieczu rozpowszechnili ją franciszkanie, którzy oprowadzając pątników zatrzymywali się przy stacjach przedstawiających historię śmierci Jezusa. Polega ona na medytacji Męki Chrystusa, połączonej z przejściem symbolicznej drogi wewnątrz kościoła lub kaplicy, albo na zewnątrz. Drogę tę wyznacza 14 wydarzeń, zwanych stacjamiLiczbę czternastu stacji ustalono w XVII wieku.

          W kościołach katolickich Droga Krzyżowa przedstawiana jest w postaci obrazów lub rzeźb rozmieszczonych na ścianach bocznych świątyni. Drogi krzyżowe zakładano również w otwartym terenie, zwane kalwariami. Jedna z najsłynniejszych znajduje się w rzymskim Koloseum [tu w każdy Wielki Piątek nabożeństwu Drogi Krzyżowej przewodniczy Papież].   Kalwarie pojawiły się również w Polsce na początku XVII w. Pierwsza, największa i najwspanialsza, została założona w 1604 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej. Od 1609 roku rozpoczęto odgrywać w niej Misterium Męki Pańskiej. Obecnie w Polsce istnieją 53 kalwarie.

          Teksty biblijne nie podają dokładnie drogi krzyżowej Pana Jezusa. Spośród 14 znanych stacji tylko dziewięć (I, II, V, VIII, X-XIV) ma potwierdzenie w ewangelicznych relacjach. Pozostałe (III, IV, VI, VII, IX) przekazała tradycja Kościoła. Choć dominuje tradycyjna liczba – 14 stacji, to aby ułatwić medytację całego misterium paschalnego Jezusa – jedna z propozycji zawiera 15 stacjiOstatnia stacja dotyczy Zmartwychwstania Chrystusa.

          Stacje Drogi Krzyżowej to nie tylko odtworzenie wydarzeń z ostatnich dni Chrystusa. Ale mają one swą bogatą symbolikę. Są podstawą rozważań medytacyjnych dotyczących m.in. tego, czym jest prawda, miłość. W nabożeństwie tym chodzi o rozważanie Męki Pańskiej, polegające nie tyle na współczuciu Chrystusowi, ile na gotowości uczestnictwa w Jego cierpieniach dla dobra Jego Kościoła.

          Celem Drogi Krzyżowej jest zatem ożywienie wiary i apostolstwaukształtowanie postaw chrześcijańskiej pokuty, ofiarności i wdzięczności. Droga Krzyżowa powinna być rodzajem mojego szerszego rachunku sumieniaModlitwę Drogi Krzyżowej można zrozumieć jako drogę, która prowadzi do głębokiej, duchowej jedności z Jezusem. Ukazuje ona Chrystusa, który sam dzieli cierpienia ludzi, który stał się człowiekiem, aby nieść nasz krzyż, oraz chce przekształcić nasze „kamienne serce” i wzywa nas do dzielenia cierpień innych ludzi. Chrystus chce dać nam „serce z ciała”, które nie będzie nieczułe wobec cierpień innych ludzi, ale stanie się wrażliwe i poprowadzi do miłości, która uzdrawia i pomaga. Podczas Drogi Krzyżowej Chrystus idzie razem z nami, jak kiedyś z uczniami z Emaus. Droga Krzyżowa powinna prowadzić nas do najświętszej Eucharystii, w której stale się uobecnia pośród nas owoc śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Bł. Ks. Jerzy Popiełuszko mówił, że  Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.

          Na mocy decyzji papieża Pawła VI jest możliwość uzyskania raz dziennie odpustu zupełnego – za odprawienie Drogi Krzyżowej.

    Właściwe postawy podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej:

    1. Najpierw przyjąć postawę służbypomocy wobec cierpiącego Chrystusa, być z Nim w Jego osamotnieniu (bo podczas Jego historycznej Męki niemal wszyscy Go opuścili, nawet najbliżsi), wzbudzić intencję pomagania Mu w niesieniu Krzyża, powstawaniu z Jego upadków. Należy zatem przyjąć postawę np. Weroniki czy Cyrenejczyka. Oddać (ofiarować) Chrystusowi swoje cierpienia, trudy, wyrzeczenia będące rodzajem pomocy w dźwiganiu przez Niego Krzyża.
    2. Następnie wynagradzać (dokonywać zadośćuczynienia) za wszystkie obelgi, zniewagi, świętokradztwa, obojętności itp. wyrządzone Bogu przez grzechy swoje i innych ludzi.

    ze strony:ParafiaKlwow.pl

       +++

    Nabożeństwo Gorzkich Żali 

    Nabożeństwo Gorzkich Żali ma już w tym roku 318 lat tradycji

    fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny

    +++

    Nabożeństwo Gorzkich Żali śpiewane jest w Wielkim Poście we wszystkich polskich kościołach. Bardzo pomaga w rozmyślaniu o Męce Pańskiej, jak również w głębokim przeżywaniu osobistej modlitwy.
    Historia powstania Gorzkich Żali  związana z działalnością Bractwa św. Rocha, przy kościele Księży Misjonarzy Świętego Krzyża w Warszawie. Ks. Wawrzyniec Stanisław Bennik, opiekun Bractwa, w lutym 1707 r. wydał drukiem teksty Gorzkich Żali  pod tytułem: Snopek Myrry z Ogroda Gethsemańskiego albo żałosne Gorzkie Męki Syna Bożego (…) rozpamiętywanie. Nazwa wzięła się od mirry, czyli daru, jaki Trzej Królowie złożyli Nowonarodzonemu Jezusowi. Dar mirry był zapowiedzią męki i zbawczej śmierci Chrystusa.
    Pierwsze nabożeństwo Gorzkich Żali zostało uroczyście odprawione w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu – 13 marca 1707 r. w kościele p.w. Świętego Krzyża w Warszawie.
    Nabożeństwo bardzo szybko stało się popularne w całej Polsce. Otrzymało akceptację Stolicy Apostolskiej. Tekst Gorzkich Żali  zachował do dziś oryginalne, staropolskie brzmienie. Polscy emigranci i misjonarze rozpowszechnili to nabożeństwo po całym świecie. Również św. Jan Paweł II  przyczynił się, poprzez praktykowanie tego Nabożeństwa, że poznali je katolicy innych narodów. Obecnie tekst Gorzkich Żali  jest przetłumaczony na wiele języków.
    Gorzkie Żale nawiązują treścią do tradycji pieśni pasyjnych, tzw. planktów (łacińskie słowo planctus – oznacza narzekanie, lament, płacz). Treść nabożeństwa opiera się na ewangelicznym opisie męki jak również na tekstach ze Starego Testamentu, takie jak Psalm 22  oraz Pieśń o Cierpiącym Słudze Jahwe z Księgi Proroka Izajasza. To na nich opierają się bardzo plastyczne opisy przeżyć umęczonego Jezusa podczas biczowania, cierniem ukoronowania i bardzo wielu upokorzeń, jakich doznawał Pan Jezus od otaczających Go żołnierzy i tłumu, aż do ukrzyżowania.

     Układ nabożeństwa Gorzkich Żali ma strukturę dawnej Jutrzni: rozpoczyna się tzw. „Pobudką” [Zachętą], po której następuje wzbudzenie intencji [czytanie], a następnie wykonywane są śpiewy, tzn.: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”, a całość nabożeństwa kończy antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. Całość podzielona jest na trzy części, które opisują kolejno obrazy Męki Pańskiej w poszczególnych etapach jej przebiegu.

    W każdą niedzielę Wielkiego Postu odprawia się jedną część Gorzkich Żali, 
    Pobudka [Zachęta]
    Część I (I i IV Niedziela Wielkiego Postu)
    Część II (II i V Niedziela Wielkiego Postu)
    Część III (III Niedziela Wielkiego Postu i Niedziela Palmowa).
    Antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. 

           Celem Gorzkich Żali  jest nie tylko rozważanie Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale również skłonienie uczestników nabożeństwa do refleksji nad przemijaniem, sensem cierpienia w życiu, sprawami ostatecznymi oraz utożsamianiem się z cierpiącym za nas Chrystusem, co jest wyrazem miłości i wdzięczności za tak wielki dar, jakim była Jego Śmierć i Zmartwychwstanie.
          Ważna w rozważaniach Gorzkich Żali jest obecność Matki Bożej – jako Pośredniczki cierpiącej wraz ze swym Synem, utożsamiającej się także z wiernymi, którzy pragną pojednania z Bogiem, ale są bezradni wobec swoich grzechów i potrzebują nawrócenia.

          Za udział w nabożeństwie Gorzkich Żali  w kościele lub kaplicy – wierni, pod zwykłymi warunkami, mogą zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu.

    ***

    Każdego piątku w czasie Wielkiego Postu bardzo zachęcam do uczestnictwa w nabożeństwie Drogi Krzyżowej o godz. 18.30

    a w niedziele – na śpiewanie Gorzkich Żali

    o godz. 13.30

    +++

    „Gorzkie żale” – żywe nabożeństwo i arcydzieło polskiej literatury

    Dzisiaj bardziej ceni się ironię i chłodny dystans niż patos i współodczuwanie. A jednak ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by w przeżywanie męki Chrystusa zaangażować się całym sobą.

    fot. Marek Piekara/Gość Niedzielny

    +++

    Czesio, niepełnosprawny umysłowo bohater popularnego serialu „Włatcy móch”, twierdził, że jego marzeniem jest „zostać piosenkarzem i tworzyć »Gorzkie żale«”. Prześmiewcze intencje autorów infantylnej kreskówki są dla widzów oczywiste, mimo że sam Czesio to postać całkiem sympatyczna. Ale fakt, że za symbol kościelnego „obciachu” twórcy serialu uznali akurat „Gorzkie żale”, daje do myślenia. Już sama nazwa tego nabożeństwa, w potocznym języku używana dziś jako synonim bezproduktywnego narzekania, wydaje się kompletnie archaiczna, nieprzystająca do współczesnych czasów. Nie dość, że „gorzkie”, to jeszcze „żale” – ta znaczeniowa podwójność, kumulacja smutku jednych będzie śmieszyć, innych drażnić. Z pewnością jednak jest coś takiego w „Gorzkich żalach”, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Doceniono je zresztą w wielu miejscach świata – tekst przetłumaczono na ponad 30 języków. Natomiast samo nabożeństwo jest popularne tylko w Polsce i wydaje się wyrazem typowo polskiej pobożności.

    Mistyczny rumak

    W zbiorze esejów „Zamieszkać w katedrze” Wojciech Wencel stwierdził, że autor „Gorzkich żalów” jest największym poetą, jakiego zna. „(…) czy można dezawuować ekspresję »Gorzkich żalów« za to, że jest bliższa istocie poezji niż awangardowe bazgroły, których historia liczy sobie marne sto czy dwieście lat?” – pytał. Jego esej, który zaczynał się od opisu nabożeństwa w kaszubskim Somoninie, pokazywał, że sensem literatury jest jednoczenie ludzi, budowanie wspólnoty. Pozornie niemodne „Gorzkie żale” w wielu miejscach Polski ciągle jeszcze tę funkcję spełniają. Czy jednak decyduje o tym wartość literacka tekstu?

    „»Gorzkie żale« to arcydzieło polskiej literatury, ale nie na literackiej genialności zasadza się ich niezwykły fenomen” – pisze poeta, pieśniarz i historyk sztuki Jacek Kowalski we wstępie do opublikowanego przed czterema laty reprintu i transkrypcji pierwszego wydania tekstu z 1707 r. „Są one przede wszystkim żywym nabożeństwem, czyli mistycznym rumakiem, na którym polska dusza przez trzy wieki ulatywała i wciąż ulatuje do nieba, oraz które oddało nieocenione usługi tak naszej pobożności, jak i kulturze w ogóle”.

    Autor opracowania zwraca uwagę, że „Gorzkim żalom” przez ostatnie dwa stulecia odmawiano artyzmu, traktując je „często z pobłażaniem, jako nabożeństwo dla ludu, rzewne, prymitywne i pozbawione większej wartości literackiej” (podobny los spotkał zresztą, jego zdaniem, dużą część spuścizny polskiego baroku i epoki saskiej, których rehabilitacja rozpoczęła się dopiero niedawno). Tym cenniejsza jest więc przygotowana przez Kowalskiego publikacja, pozwalająca na kontakt z oryginalnym tekstem i jego konfrontację z późniejszymi zmianami. Warto dodać, że dwa lata później w tym samym poznańskim wydawnictwie Dębogóra ukazały się „Plaintes amères”, czyli dokonany przez prof. Annę Drzewicką przekład „Gorzkich żalów” na język francuski. Dołączona do tej książki płyta dowodzi, że i w tym języku słowa nabożeństwa brzmią bardzo szlachetnie.

    Aby ludzie mogli śpiewać

    Pierwotny tytuł nabożeństwa był nieco inny. „Snopek mirry z Ogroda Getsemańskiego, albo żałosne gorzkiej Męki Syna Bożego, co piątek, a mianowicie pod czas Pasyjej w niedziele Postu Wielkiego po południu, około godzin nieszpornych rozpamiętywanie z przydatkiem króciuchnego Nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu za staraniem i kosztem IchMościów PP[anów] Braci i Sióstr Konfraternijej Rocha Ś[więtego] przy Kościele farnym Ś[więtego] Krzyża w Warszawie założonej zebrany i do druku podany” – czytamy na karcie tytułowej pierwszego wydania „Gorzkich żalów”. Wspomniane tam Bractwo św. Rocha, na co dzień zajmujące się m.in. opieką nad chorymi, kontynuowało tradycję rozważań o męce Pańskiej, obecną w Polsce od czasów średniowiecza. Od 1698 r. organizowało ono nabożeństwa pasyjne zwane Fasciculus myrrhae, czyli właśnie „Snopek mirry”. Ich nazwa nawiązywała do Pieśni nad Pieśniami, której miłosną retorykę łączono z opisami męki Pańskiej. Niestety, teatralizowane nabożeństwa złożone z łacińskich hymnów i polskich pieśni były nie tylko kosztowne, ale i coraz mniej zrozumiałe dla ludu. W miejsce dotychczasowych przedstawień postanowiono więc przygotować „książeczkę polską o Męce Pańskiej, aby sami ludzie alias bractwo mogło śpiewać”.

    Zredagowania nowego nabożeństwa podjął się moderator bractwa, ks. Wawrzyniec Stanisław Benik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. Nadał mu formę trzech podobnie zbudowanych, trójdzielnych części, poświęconych kolejnym etapom męki Pańskiej. Poprzedzono je „Pobudką”, czyli, jak mówią niektóre współczesne modlitewniki – „Zachętą”. W skład każdej części wchodzą: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”. Oczywiście autor nabożeństwa korzystał z istniejących wzorców, np. „Rozmowa (…)” to przetworzenie średniowiecznej sekwencji Stabat Mater Dolorosa. Jednak, jak podkreśla Jacek Kowalski, „Hymny” i „Lament” wydają się dziełem oryginalnym.

    Czucie i teologia

    Fenomen „Gorzkich żalów” polega, zdaniem Kowalskiego, na tym, że „bogactwu teologicznych treści towarzyszy wielki ładunek ekspresji, która ma na celu duchowe zjednoczenie śpiewającego (…) z cierpiącym Chrystusem”. Autor wstępu do wydania z 2014 r. zwraca uwagę, że tekst nieustannie uderza w zmysły i emocje śpiewających, „tak umiejętnie, że to oni sami stają się świadkami i opowiadają o Męce, jakby osobiście Ją widzieli, słyszeli, przeżywali”. Temu celowi służyć mają ciągłe odwołania do zmysłu wzroku („przypatrz się, duszo), liczne wykrzyknienia, użycie pierwszej osoby czasownika i czasu teraźniejszego („ach, widzę”), a także pytania („Co jest, pytam, co się dzieje?”). Z drugiej strony w tekście został też zawarty duży ładunek czułości, podkreślanej m.in. przez powtarzającą się frazę: „Jezu mój kochany!”.

    Oczywiście, to, co było atutem tekstu u progu XVIII wieku, może się dziś okazać jego słabością. Nie da się ukryć, że „Gorzkie żale” nie są nabożeństwem, które przyciąga masowo młodych ludzi. Składa się na to wiele kwestii – oprócz bariery językowej ważny jest także zapewne bagaż życiowego doświadczenia, które może wzmocnić stopień przeżywania opisów męki Chrystusa. Sam tekst „Gorzkich żalów” zresztą też ewoluował, był na przestrzeni wieków „uwspółcześniany”, nie zawsze z dobrym skutkiem. O ile np. zamiana fragmentów o „żydowskiej złości” na „katowską złość” wydaje się oczywista, a zastąpienie słów archaicznie brzmiących bardziej współczesnymi („najgrawany” – „wyszydzany”, „wszego” – „wszystkiego” itp.) – zrozumiałe, to już łagodzenie opisów Męki („Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany” zamiast obrazowego „Jezu, aż do mózgu przez czaszkę ciernia kolcami ukoronowany”) zdecydowanie osłabia wymowę tekstu.

    Czasy mamy jednak takie, że – przynajmniej w literaturze – bardziej ceni się chłodny dystans, a nawet ironię, niż współodczuwanie i patos. Mimo to ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” w polskich kościołach świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by nasze rozważanie męki Chrystusa nie miało charakteru wyłącznie intelektualnego, ale by angażowało całego człowieka. Być może więc to, co było istotą sarmackiej pobożności, czyli nieustanne współdziałanie rozumu i emocji, nadal pozostaje ważne dla polskiej duszy. Jeśli tak, to może jest szansa na stworzenie, obok – ciągle potrzebnych – „Gorzkich żalów”, bardziej współczesnej formy, która wyrazi to samo, ale językiem dzisiejszego człowieka?•

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    +++

    czwartek 12 luty

    12 lutego 1931 roku powstało Radio Watykańskie

    Słynni kaznodzieje na falach radia

    Wiara rodzi się z tego, co się słyszy – także przez radio. Światowy Dzień Radia to okazja do przypomnienia, jakie możliwości ewangelizacji otworzył ten wynalazek.

    Istockphoto 

    ***

    Był 12 lutego 1931 roku. Przed godziną 17 papież Pius XI zasiadł przed urządzeniem w kształcie niewielkiej skrzynki i drżącym z przejęcia głosem powiedział po łacinie: „Mogąc jako pierwsi chlubić się z tego miejsca cudownym wynalazkiem markoniańskim, zwracamy się najpierw do wszystkich bytów (…), mówiąc im słowami Pisma Świętego: »Słuchajcie, niebiosa, tego, co mówię, usłysz, ziemio, słowa ust moich« (Pwt 32,1)”. Odnosząc się do możliwości, jakie daje radio, Ojciec Święty stwierdził m.in.: „Chwała Bogu, który dał za naszych dni taką moc ludziom, że ich słowa docierają naprawdę do najdalszych zakątków ziemi”.

    Papieskie orędzie zostało powtórzone po włosku, angielsku, hiszpańsku, niemiecku, francusku, polsku i rosyjsku. Fale radiowe poniosły głos papieża na cały świat. Chwilę tę uważa się za oficjalną inaugurację niezależnej papieskiej rozgłośni radiowej, nazwanej później Radiem Watykańskim.

    Określenie „wynalazek markoniański”, zawarte w orędziu papieskim, odnosi się do twórcy radia Guglielma Marconiego, którego papież poprosił o założenie rozgłośni watykańskiej. Pius XI osobiście znał Marconiego i był zafascynowany możliwościami, które daje radio. „Uchwycił pan coś, czego nie widać, nie czuć, czego nie da się dotknąć dłonią, a co udało się umysłowi człowieka okiełznać, poddać sobie” – gratulował wynalazcy jeszcze jako kardynał.

    Prace ruszyły zaraz po ustąpieniu przeszkody, jaką był nieuregulowany status Watykanu. 11 czerwca 1929 roku, cztery dni po ratyfikacji traktatów laterańskich, ustanawiających suwerenne Państwo Watykańskie, Marconi przeprowadzał już wizję lokalną w ogrodach watykańskich, oceniając warunki dla założenia rozgłośni. W niecałe dwa lata od rozpoczęcia prac Radio Watykańskie działało, dysponując nadajnikiem o mocy 15 kW.

    Dla Kościoła było to wielkie wydarzenie: Stolica Apostolska zyskiwała możliwość błyskawicznego przekazywania nauczania papieskiego daleko poza granice Watykanu.

    Z początku Radio Watykańskie transmitowało tylko przemówienia papieża, czytano też teksty z dziennika „L’Osservatore Romano”. W wigilię Bożego Narodzenia 1936 roku radio nadało pierwsze papieskie orędzie bożonarodzeniowe. W listopadzie 1938 roku została wyemitowana pierwsza audycja w języku polskim.

    Po wybuchu II wojny z anteny Radia Watykańskiego przemówił do Polaków prymas August Hlond, zapewniając: „Polsko, jeszcześ nie stracona”. Radio Watykańskie na początku 1940 r. jako pierwsze przekazało informację o hitlerowskich obozach zagłady.

    W 1950 roku zaczęto nadawać audycje po chińsku. Od 1963 roku Radio watykańskie zaczęło towarzyszyć Pawłowi VI w jego zagranicznych pielgrzymkach. Rozgłośnia jeszcze bardziej rozwinęła się w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Obecnie radio nadaje programy w 53 językach.

    Dobry początek, ale…

    Zanim zaczęło nadawać Radio Watykańskie, na falach radia przemawiali już katoliccy duchowni. Jednym z pierwszych był ks. Charles F. Coughlin, proboszcz parafii w Royal Oak w stanie Michigan. Gdy w 1926 roku członkowie Ku Klux Klan spalili część kościoła, Coughlin, poszukując środków na odbudowę i spłacenie długów parafii, zaczął nadawać z anteny lokalnej stacji radiowej WJR swoje niedzielne kazania, a także katechezy i rozmowy z dziećmi. Jego audycje szybko stały się popularne. Na początku trzeciej dekady XX wieku krajowa sieć CBS udostępniła mu godzinę czasu antenowego w każdą niedzielę. Audycja nazywała się The Hour of Power. Coughlin nauczał o zasadach wiary katolickiej, ale także prezentował swoje poglądy na kwestie społeczne i polityczne. W swoich przemowach zwalczał komunizm, krytykował wprowadzenie prohibicji i angażował się w wybory polityczne. W 1932 roku popierał kandydaturę Franklina D. Roosevelta, zachwalając jego program ekonomiczny i twierdząc, że sam Bóg wskazuje na tego kandydata. Mówił też o prawach robotników do tworzenia związków zawodowych, o potrzebie nacjonalizacji służby zdrowia, wzywał do reformy monetarnej. W połowie trzeciej dekady XX wieku na adres radiostacji co tydzień przychodziło – w reakcji na jego audycje – kilkadziesiąt tysięcy listów. Tylko dla zajmowania się tą korespondencją zbudowano osobny urząd pocztowy. Liczbę jego słuchaczy szacowano wtedy na 10 milionów.

    Pod koniec 1934 roku polityka Roosevelta przestała się Coughlinowi podobać. Duchowny zaczął atakować władze federalne, a co gorsza w jego radiowych wystąpieniach zaczęły się pojawiać wątki antysemickie. Twierdził m.in., że to żydowscy bolszewicy doprowadzili do zwycięstwa komunizmu w Rosji, wyrażał też sympatię dla faszystów włoskich i niemieckich jako wrogów sowieckiej rewolucji. Treści wypowiedzi Coughlina zaniepokoiły władze kościelne, ten jednak powoływał się na konstytucję federalną, dającą mu prawo do swobodnej wypowiedzi. Nie zmienił zdania ani po agresji Niemiec na Polskę, ani nawet po przystąpieniu USA do wojny. W obliczu zmiany nastrojów społecznych rząd doprowadził do przerwania wystąpień publicznych kontrowersyjnego duchownego, a arcybiskup Detroit Edward Mooney zakazał mu prowadzenia jakiejkolwiek działalności nie-duszpasterskiej.

    Ks. Charles F. Coughlin zachował funkcję proboszcza w Royal Oak do 1966 roku, gdy przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1971 roku w wieku 80 lat.

    Siła ducha

    Wielkie możliwości zastosowania radia w ewangelizacji dostrzegł także niewiele młodszy od Coughlina ks. Fulton J. Sheen. Dzięki staraniom tego świetnie wykształconego i błyskotliwego kapłana już w 1926 roku w Nowym Jorku transmitowano przez radio niedzielne Msze. Cztery lata później rozpoczął prowadzenie nocnej audycji The Catholic Hour („Godzina Katolicka”). Sheen, w odróżnieniu od Coughlina, nie zajmował się bezpośrednio kwestiami ekonomicznymi czy politycznymi. Jeśli podejmował te tematy, to wyłącznie po to, aby skomentować je w świetle Ewangelii.

    Mimo że USA były krajem w większości protestanckim, radiowe audycje tego katolickiego księdza, a potem biskupa, zdobyły wielką popularność. The Catholic Hour słuchało 4 miliony Amerykanów. Wielu ludzi pod wpływem jego słów nawracało się.

    Na sukces kaznodziejski Sheena składało się wiele czynników, m.in. jego ujmująca osobowość, erudycja, bardzo dobry głos, błyskotliwość i poczucie humoru, a nade wszystko głęboka relacja z Bogiem. Fulton Sheen każdego dnia, niezależnie od okoliczności, spędzał godzinę przed Najświętszym Sakramentem, a każdą audycję powierzał w modlitwie, prosząc, żeby to nie on był znany, ale Bóg.

    Sheen w działalności ewangelizacyjnej nie ograniczał się do radia – pisał artykuły w prasie i wydał 66 książek. W roku 1951 został biskupem pomocniczym Nowego Jorku, wtedy też zaczął prowadzić cotygodniowy program telewizyjny pt. Life is Worth Living. Audycja, prowadzona na żywo, przyciągała przed ekrany dziesiątki milionów widzów.

    Sheen do końca pozostał aktywny w mediach. Dwa miesiące przed śmiercią spotkał się z Janem Pawłem II w Nowym Jorku. „Dobrze pisałeś i mówiłeś o Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś lojalnym synem Kościoła” – powiedział mu papież.

    Zmarł 9 grudnia 1979 r. przed Najświętszym Sakramentem. Jego beatyfikacja, wyznaczona na 21 grudnia 2019 r., została przełożona na czas nieokreślony. Stało się to na wniosek kilku amerykańskich biskupów w związku trwającym wówczas dochodzeniem prokuratora generalnego w sprawie m.in. diecezji Rochester. Zachodziła obawa, czy Fulton Sheen, gdy był tam biskupem, prawidłowo rozpatrzył zarzuty nadużyć seksualnych jednego ze swoich podwładnych.

    Powróćcie do Boga

    Wynalazek radia wykorzystywali do ewangelizacji także przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich. Największym ewangelistą świata protestanckiego, posługującym się m.in. tym narzędziem, był Billy Graham, baptysta. Jako młody chłopak odczuwał pragnienie „wezwania Ameryki z powrotem do Boga”, wydawało mu się jednak, że on sam nie ma po temu odpowiednich zdolności. Często jednak słyszał od innych, że Bóg powołuje go do przemawiania. Głosząc przez 60 lat Ewangelię na całym świecie, przemawiał bezpośrednio do około 210 milionów osób. Szacuje się, że za pośrednictwem radia i telewizji kazania tego płomiennego kaznodziei słyszało ponad 2,2 miliarda osób. Pierwsze audycje Graham wygłosił w 1945 roku po tym, gdy inny kaznodzieja, Torrey Johnson, poprosił go o głoszenie kazań przez radio każdego niedzielnego wieczoru. Od 1950 roku prowadził półgodzinny program radiowy Hour of Decision. Pięć lat później audycji słuchało przeszło 20 milionów stałych słuchaczy. Program, nadawany każdego niedzielnego poranka, utrzymał się na antenie przez ponad 50 lat.

    Wielokrotnie przemawiał do amerykańskich prezydentów, przyjaźnił się z wieloma z nich. Był pozytywnie nastawiony do katolicyzmu, a Jana Pawła II uważał za wzór głosiciela Chrystusa.

    Służbę radiową i telewizyjną zakończył w roku 2008. Zmarł 10 lat później, w wieku 99 lat, zostawiwszy po sobie dobrą pamięć wszystkich chrześcijan na świecie.

    Słynni kaznodzieje na falach radia

    Fulton Sheen do końca życia pozostał aktywny w mediach.

    Globe Photos, Inc /Zuma Press/Forum

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Przenikliwy myśliciel, gorliwy duszpasterz, charyzmatyczny kaznodzieja. Czekając na beatyfikację biskupa Fultona Sheena

    Już wkrótce Kościół wyniesie na ołtarze jednego z pionierów nowej ewangelizacji w mediach – arcybiskupa Fultona Sheena (1895–1979).

    Abp Fulton Sheen dla wielu amerykańskich katolików był jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu.

    Topfoto/Forum

    ***

    Historia Kościoła nie zna drugiego przypadku, by beatyfikacja sługi Bożego, wyznaczona na konkretny dzień, została niemal w ostatniej chwili odwołana. To casus arcybiskupa Fultona Sheena. Amerykański duchowny miał zostać ogłoszony błogosławionym 21 grudnia 2019 r., a jednak 2 grudnia Stolica Apostolska niespodziewanie odwołała wydarzenie. Nie była to jedyna przeszkoda w jego drodze na ołtarze.

    Zablokowany proces

    Choć najwybitniejszy kaznodzieja w historii amerykańskiego Kościoła przez 15 lat pełnił funkcję biskupa pomocniczego w Nowym Jorku, największa archidiecezja w USA nie była zainteresowana jego beatyfikacją. Gdy w 2002 r. nowojorski metropolita kard. Edward Egan po raz kolejny ogłosił swoje désintéressement w tej sprawie, do akcji wkroczył bp Daniel Jenky, który właśnie wtedy został ordynariuszem w Peorii. Było to 100-tysięczne miasto w Illinois, w którym Fulton Sheen spędził dzieciństwo, chodził do szkoły i przyjął święcenia kapłańskie. Wkrótce po ingresie energiczny hierarcha ogłosił, że jego diecezja rozpocznie proces beatyfikacyjny jednego z najsłynniejszych współczesnych apologetów chrześcijaństwa.

    Po 10 latach proces został jednak zawieszony z powodu sporu dotyczącego doczesnych szczątków sługi Bożego. Gdy w 2014 r. bp Jenky chciał przenieść je z Katedry św. Patryka w Nowym Jorku do katedry w Peorii, następca kard. Egana – Timothy Dolan – zmienił zdanie i odmówił wydania ciała. Przez 3 lata przed amerykańskimi sądami toczyła się prawna batalia o trumnę z prochami świątobliwego męża. Największy wpływ na wydany ostatecznie wyrok miały zeznania 90-letniej bratanicy i najbliższej żyjącej krewnej Fultona Sheena – Joan Sheen Cunningham. Kiedy miała 10 lat, została wysłana pod opiekę sławnego stryja, który wychował ją, wykształcił i troszczył się o nią jak własny ojciec. To ona przekonała sąd, że ciało dostojnika powinno znaleźć się w Peorii.

    Dzięki temu proces został odblokowany. A jednak 19 dni przed zaplanowaną beatyfikacją Stolica Apostolska wstrzymała go na czas nieokreślony. Stało się tak na wniosek kilku biskupów, w tym Salvatora Matano. Był to ordynariusz Rochester, a więc tej samej diecezji, na czele której w latach 1966–1969 stał Fulton Sheen. W 2019 r. tamtejsza kuria rozpatrywała pozwy o wykorzystywanie seksualne przez miejscowych księży. Obawiano się, że w trakcie tych spraw może pojawić się zarzut, iż sługa Boży zaniedbał swoje obowiązki i tuszował przypadki molestowania.

    Po 6 latach skrupulatne dochodzenie wykazało jednak, że hierarcha był czysty jak łza. Gdy 10 lutego rozeszła się wiadomość, że do beatyfikacji dojdzie jeszcze w tym roku, wielu katolików w USA westchnęło: „Nareszcie!”.

    Nowa ewangelizacja

    Nieczęsto się zdarza, by Opatrzność obdarzała kogoś tak wieloma talentami jak Fultona Sheena, by obdarowany pomnażał je niczym wierny sługa z biblijnej przypowieści. Był przenikliwym myślicielem, subtelnym filozofem, finezyjnym teologiem, błyskotliwym biblistą, gorliwym duszpasterzem i charyzmatycznym kaznodzieją. W oczach współczesnych jawił się jako prawdziwy tytan pracy. Za życia wydał 73 książki, wśród których znajdowały się tak różne gatunki jak traktaty teologiczne, eseje filozoficzne, dzieła egzegetyczne, zbiory felietonów, przewodniki duchowe czy poradniki życiowe, a niemal każda z tych pozycji natychmiast stawała się bestsellerem. Żaden z autorów katolickich nie potrafił dokonać tak wnikliwej analizy, tłumaczącej podatność współczesnej cywilizacji na lewicowe ideologie, jak właśnie Sheen w swej pracy „Komunizm i sumienie Zachodu” z 1948 r. Mimo upływu czasu diagnoza zawarta w tej książce nadal zachowuje aktualność.

    Amerykański duchowny dał się poznać jednak przede wszystkim jako jeden z pionierów ewangelizacji przez elektroniczne środki masowego przekazu. W latach 1930–1950 prowadził na antenie radia NBC stałą audycję The Catholic Hour, której regularnie słuchało ok. 4 mln ludzi. Rozgłośnia otrzymywała tygodniowo od 3 do 6 tys. listów do Sheena. Zaletą mówcy było to, że o najbardziej skomplikowanych sprawach potrafił opowiadać w sposób zrozumiały i przekonujący. To sprawiało, że na jego wykładach uniwersyteckich sale często nie mogły pomieścić wszystkich studentów chcących wysłuchać prelekcji mistrza.

    Wynalazek telewizji sprawił, że audytorium Sheena powiększyło się. W 1951 r. duchowny zadebiutował jako prowadzący stały program Life is Worth Living, najpierw na antenie stacji DuMont, a później ABC. Rok później zdobył Nagrodę Emmy przyznawaną największej osobowości telewizyjnej w USA. Jego audycja potrafiła zgromadzić przed ekranami nawet 30 mln widzów. Do historii przeszedł zwłaszcza program z 24 lutego 1953 r., gdy gospodarz wygłosił kazanie zatytułowane „Śmierć Stalina”. Sheen dokonał parafrazy dramatu Szekspira „Juliusz Cezar”, zastępując Brutusa, Kasjusza czy Marka Antoniusza imionami Berii, Malenkowa i Mołotowa. Swe wystąpienie zakończył słowami: „Stalin musi kiedyś stanąć przed sądem”. Kilka dni później sowiecki dyktator doznał udaru i zmarł w ciągu tygodnia.

    W 1957 r. Sheen na skutek konfliktu z metropolitą Nowego Jorku, kard. Francisem Spellmanem, stracił pracę w telewizji. Powrócił do niej dopiero po 4 latach. Jego nowa audycja The Fulton Sheen Program znów przyciągała miliony widzów. Zrezygnował z jej prowadzenia w 1968 r., gdy zaczął dokuczać mu wiek. Miał wówczas 73 lata.

    Godzina Święta

    Był nie tylko tytanem pracy, lecz także modlitwy. Powtarzał, że nie osiągnąłby w życiu tak wiele, gdyby nie Godzina Święta, czyli codzienna, godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, którą praktykował nieprzerwanie przez 60 lat – od dnia święceń kapłańskich aż do śmierci. Traktował ją jak „najważniejsze spotkania dnia”, uważając za źródło sił duchowych i inspiracji intelektualnych.

    Swoim słuchaczom często opowiadał następującą historię, która wydarzyła się w Chinach po zdobyciu władzy przez komunistów. Jeden z kościołów katolickich został wówczas splądrowany, a konsekrowane Hostie wyjęte z tabernakulum i rozrzucone na podłodze. Świątynię zamknięto, by nikt nie odprawiał w niej nabożeństw, a na straży postawiono wartownika. Świadkiem tego była 11-letnia dziewczynka, która nocą zakradła się do środka. Policzyła, że na posadzce leżą 32 Hostie. Przez godzinę klęczała przed nimi, modląc się w akcie zadośćuczynienia. Ponieważ ówczesne przepisy zabraniały świeckim brania Najświętszego Sakramentu do rąk, mała Chinka pochyliła się i przyjęła Komunię bezpośrednio z podłogi językiem.

    Przez 32 noce powtarzała się ta sama scena: 11-latka zakradała się potajemnie do kościoła, przez godzinę adorowała rozrzucone Hostie, a następnie spożywała jedną z nich z posadzki bez użycia rąk. Ostatniej nocy, po przyjęciu Komunii, przypadkowo potknęła się. Hałas zaalarmował strażnika. Dziewczynka została złapana i zakatowana na śmierć. Kończąc tę opowieść, Fulton Sheen mówił słuchaczom, że skoro mała Chinka potrafiła swym życiem dać świadectwo o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, to on – jako biskup – czuje się tym bardziej zobowiązany do tego samego przez codzienną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Impuls dla konwertytów

    Dzięki niemu na katolicyzm nawróciło się wiele osób, w tym tak znane i wpływowe postaci jak np. producent samochodowy Henry Ford II, pisarz Heywood Broun czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler. Jednym z konwertytów był Louis Budenz, redaktor naczelny organu prasowego Komunistycznej Partii USA „Daily Worker”. W 1936 r. w bożonarodzeniowym numerze swej gazety zarzucił on amerykańskiej hierarchii katolickiej, a zwłaszcza Sheenowi, irracjonalną niechęć do marksizmu. Hierarcha odpowiedział mu osobistym listem, proponując rozmowę w cztery oczy.

    Do spotkania doszło w 1937 r. w hotelu Commodore w Nowym Jorku. Dyskusja była ostra. Rozmówcy różnili się między sobą niemal we wszystkim. W pewnym momencie Sheen spojrzał Budenzowi głęboko w oczy i powiedział: „Porozmawiajmy może o Matce Bożej”. Redaktor, który wychował się w rodzinie katolickiej, lecz później porzucił swą wiarę dla komunizmu, osłupiał. Jak wspominał później: „W jednej chwili uświadomiłem sobie bezsens i grzeszność życia, jakie prowadziłem. Pokój, który wypływa od Maryi, a którego doświadczałem w dawnych latach, stanął przede mną z obezwładniającą wyrazistością”. Biskup, widząc, jakie wrażenie wywarła na jego rozmówcy wzmianka o Matce Bożej, rzekł na pożegnanie: „Będę się za pana modlił, ponieważ nie stracił pan całkowicie swojej wiary”. Słowa dotrzymał, a Budenz powrócił wkrótce do Kościoła.

    Inną wpływową osobistością Komunistycznej Partii USA, która nawróciła się na katolicyzm dzięki Sheenowi, była działaczka Bella Dodd. Dostojnik ochrzcił ją osobiście w Katedrze św. Patryka w Nowym Jorku podczas Wigilii Paschalnej w 1952 r. W następnym roku kobieta złożyła w Senacie USA pod przysięgą obszerne zeznania przed Komisją Śledczą ds. Działalności Antyamerykańskiej. Przyznała, że komuniści w latach 30. wprowadzili do kapłaństwa wielu agentów, by ci robili kariery, zostawali biskupami i rozkładali Kościół od środka. Ze skutkami ich demonicznej misji musiał mierzyć się abp Sheen przez kolejne lata. Stał się w ten sposób dla wielu amerykańskich katolików jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu. Jego rychła beatyfikacja potwierdza, iż nie przestaje pełnić tej funkcji także dziś.

    Grzegorz Górny/Gość Niedzielny

    ***

    Papież o objawieniach Jezusa Miłosiernego siostrze Faustynie

    Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia – życzył Ojciec Święty Polakom na zakończenie audiencji generalnej w Środę Popielcową w specjalnie do nich skierowanym pozdrowieniu. Przypomniał, że „22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej”.

    Vatican Media

    ***

    Zwracając się do Polaków, Papież powiedział: „Serdecznie pozdrawiam Polaków. 22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej. Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie”. Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia. Wszystkich was błogosławię!”.

    Św. Faustyna Kowalska przebywała w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w latach 1930–1932. To tam 22 lutego 1931 roku – jak zapisała w „Dzienniczku” – miała pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego, które podkreśla prawdę o miłosierdziu Boga i wzywa do czynienia miłosierdzia wobec bliźnich.

     Vatican Media

    ***

    środa 11 luty

    Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki

    O niespodziewanych związkach słynnego miejsca objawień z Żydami, a także z Polską, mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ.

    Sanktuarium w Lourdes

    fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Podobno figura Matki Bożej w grocie w Lourdes wyszła spod dłuta Polaka?
    O. Seweryn Wąsik SJ:
     Można tak powiedzieć. Historia była taka: żołnierz napoleoński pochodzący z Andrychowa na Podbeskidziu, tkacz pochodzenia żydowskiego po klęsce cesarza osiedla się we Francji. Czy jego rodzina przeszła na katolicyzm – nie wiadomo. Jego syn kształci się w Lyonie. Kończy Akademię Sztuk Pięknych. Zostaje jej profesorem. Jest rzeźbiarzem. Nazywa się Józef Hugo Fabisch (Fabiś).
    Proboszcz parafii w Lourdes, ks. Dominique Peyramale prosi go o przygotowanie statui Matki Bożej według wizji Bernadety Soubirous. Ustalają, że figura Matki Bożej będzie miała 1,88 m wysokości, że będzie wykonana z marmuru karraryjskiego. Bernadeta odrzuca kolejne wersje rzeźby. W końcu akceptuje jedną z nich. Córka prof. Fabischa zapamięta, że wrażenie, jakie zrobiła Bernadeta na jej tacie było takie, że on od tej pory codziennie odmawiał różaniec.

    Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki

    Lourdes, Grota Massabielska (miejsce objawień)

    fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    Zrobiła wrażenie na profesorze artystycznej uczelni?!
    Uderzające? Jeszcze bardziej uderzające, jest to, że Bóg przeprowadza swoje sprawy przez serca bardzo proste, a nie przez salony intelektualistów. Bóg nie wybiera dziewczynki z wyższych sfer Paryża, ale wybiera nastolatkę z marginesu. Z rodziny, która nie cieszyła się nawet najmniejszym szacunkiem. Dziś byłaby nazywana patologiczną.

    Dlaczego?
    Ojciec był utracjuszem, bezrobotnym. Chwytał się najniższych dorywczych, upokarzających prac. Rodzina Soubirous miała w Lourdes opinię ostatnich nędzarzy. Dlatego z początku do słowa Bernadety nikt nie będzie przywiązywać wagi.
    Tak też będzie to postrzegać sama Bernadeta. Będzie porównywać siebie do miotły: “Co robi się z miotłą, gdy skończy się sprzątać? Gdzie się ją stawia? Stawia się ją w kącie. Ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy jej już nie potrzebują, stawia się ją za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.”

    Dziś takie słowa są trudne do przełknięcia.
    Dla mnie św. Bernadeta jest odtrutką na współczesną kulturę selfie: gdy inni marzą o sławie, ona woli pozostać niezauważona, na marginesie. Chce pozostać w cieniu. Mówi: “To, co mnie dotyczy, już mnie nie dotyczy”. I tłumaczy: “Muszę odtąd należeć całkowicie do Boga, nigdy do siebie.” W duchowości ignacjańskiej nazywamy to ukierunkowaniem na Boga. Tymczasem teraz żyjemy w kulturze ukierunkowanej na samego siebie, na odnoszenie sukcesów, lajki i liczniki łapek w górę…

    …na samorealizację.
    Dokładnie! Bernadeta jest odtrutką na koncentrację na sobie. “Jeśli Święta Dziewica wybrała mnie, to dlatego, że byłam najbardziej niewykształcona. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, to wybrałaby ją” – mówi. Pamiętajmy, że mówimy o 14-letniej analfabetce, która miała objawienia, których tak naprawdę do końca nie rozumie. Jest dzieckiem, przez które Pan Bóg chce przeprowadzić swoje sprawy.

    To tak, jak św. Miriam od Jezusa Ukrzyżowanego. Ona mówiła o sobie: “małe nic”.
    “Jestem nikim w Lourdes” – to są słowa Bernadety. Ona tak siebie nazywała, ale nie chodziło bynajmniej o to, żeby siebie poniżać. To nie było ani poczucie winy, ani niskie poczucie własnej wartości. Absolutnie! To była dziewczynka o nieprawdopodobnej wytrwałości wobec przeciwności. Spokojnie znosiła też spotkania z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy w swojej dewocji chcieli ściągnąć każdą nitkę z jej ubrania.
    “Jestem zobowiązana wam powiedzieć o Niepokalanym Poczęciu, a nie zmusić was do uwierzenia” – mówiła. Tak przeżywała swoją misję: ma tylko opowiedzieć o doświadczeniu, które miała w grocie, a nie przekonywać nikogo.

    Bo niby jak dziecko z głębokiej prowincji miałoby przekonać paryskie elity…
    Salony intelektualno-polityczne Francji robiły wszystko, żeby jak najmniej ludzi jeździło do Lourdes. Nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Władze nie chciały jej budować, żeby ograniczyć dostęp pielgrzymów. Ale były minister transportu w rządzie Napoleona III –żydowskiego pochodzenia –  kupił złoża skalne w okolicach Lourdes. W efekcie już rok po objawieniach została zbudowana linia kolejowa, z której mogli korzystać pielgrzymi.

    Z Matką Bożą nikt nie wygra.
    Francuski salon polityczno-intelektualny był masońsko-antyklerykalny. Ale część tych ludzi po wizycie w Lourdes i spotkaniu z Bernadetą i tak uklękło przed figurą Matki Bożej w Grocie Massabielskiej. To udokumentowane. Wniosek jest taki, że także dla dzisiejszych elit i salonów jest nadzieja i światełko bijące z Lourdes.

    Co warto przeczytać o Lourdes i św. Bernadecie?
    Zachęcałbym do przeczytania “Pieśni o Bernadecie” – bestsellera, który miał już kilkanaście polskich wydań. To książka z 1941 r.
    Jej autorem był Franz Werfel. To był znany pisarz, urodzony w Pradze Żyd niemieckojęzyczny, przyjaciel Franza Kafki. Uciekając w czasie II wojny światowej do USA, przez przypadek trafił do Lourdes. Utknął tam, nie mając już możliwości przeprawienia się przez Pireneje. To, co tam przeżył, sprawiło, że uznał, iż swoje ocalenie zawdzięcza tajemnicy Pani z Lourdes oraz pirenejskim góralom – środowisku Lourdes. Obiecał, że jeśli przetrwa niemiecki horror zgotowany Żydom, spłaci dług, pisząc powieść o Bernadecie. Udało mu się uciec i napisać książkę (700 stron!), która zrobiła taką furorę, że Hollywood (Twentieth Century Fox) natychmiast wykupiło prawa do jej ekranizacji. I już w 1943 r., gdy Europie trwała wojna, w Hollywood powstał jeden z najpiękniejszych filmów o św. Bernadecie.
    Szefowie wytwórni obawiali się jednak krytyki. Spodziewali się, że niewierzący odrzucą film jako naiwną opowieść o dziewczynce, która miała halucynacje. Obawiali się też reakcji katolików, ponieważ odtwórczyni roli Najświętszej Panienki nie była osobą o wyszukanej moralności. Postanowili więc opatrzyć film mottem, mówiącym, że “tym, którzy wierzą w Boga nie są potrzebne żadne wytłumaczenia. A dla tych którzy w Boga nie wierzą, żaden wytłumaczenie nie jest możliwe”.
    Werfel zmarł cztery lata po napisaniu książki, w Beverly Hills.

    Jest też wydana po polsku książka Vittoria Messoriego.
    On z kolei poszedł drogą dziennikarza śledczego i napisał książkę: “Tajemnica Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała?”. Marketingowo dobrze uchwycony temat: czy prosta, uczciwa, pokorna góralka, nie mówiąca nawet po francusku, ale w dialekcie pirenejskim, nas oszukała? To oczywiście prowokacja. Ale książka jest bardzo dobra, analityczna. Dodajmy, że Kościół katolicki dość szybko uznał objawienia św. Bernadety za autentyczne. A w tym roku obchodzimy 90 rocznicę jej kanonizacji.

    ***

    ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach Dziedzicach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości ignacjańskiej, dziennikarz watykański (L’Osservatore Romano, Radio Watykańskie), pedagog. Od lat daje kursy Ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli i kard. Carla Marii Martiniego. Autor serii formacyjnych audiobooków “Elementarz ignacjańskich” i słuchowiska radiowego “Ulmowie z Markowej”.

    rozmawiał Jarosław Dudała/Gość Niedzielny/11.02.2023 

    ***

    Maryja mówi wszystkimi językami

    Grota Masabielle (2026) © ks. Witold Urbanowicz SAC

    ***

    Lourdes. O tym małym miasteczku, leżącym u stóp Pirenejów, zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Osiemnaście spotkań Bernadety z „Białą Panią” zaczęło się 11 lutego a zakończyło 16 lipca 1858 roku.

    Ku zaskoczeniu 14-letniej dziewczynki, Maria zwróciła się do niej w jej własnym dialekcie, czyli w języku gaskońskim, nazywanym częściej w Polsce językiem prowansalskim. Podobnie było w Guadalupe, gdzie mówiła do Juana Diego w języku Azteków (Nahuatl); w afrykańskim Kibeho, gdzie przekazywała swoje przesłanie w języku kinyarwanda czy w Gietrzwałdzie, gdzie mówiła po polsku.

    W rzeczy samej, Maryja mówi wszystkimi językami. Czuje się jak u siebie w każdej kulturze. Rozumie swoje dzieci i potrafi się z nimi porozumieć, bo jest Matką dla wszystkich ludzi.

    Od pierwszego uzdrowienia w Lourdes, które miało miejsce 1 marca 1858 roku, napływają tu nieprzerwanie chorzy. Spodziewają się nie tylko uzdrowienia ciała, ale szukają też sił do znoszenia cierpienia. Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, iż w 1992 roku Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, a na jego datę wybrał właśnie dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Dziś obchodzimy ten dzień po raz trzydziesty czwarty.

    I jeszcze jedno. Jest taka zabawna scena w filmie o św. Bernadecie Soubirous. Gdy rzeźbiarz dokończył pracy nad figurką „Białej Pani”, wyraźnie zadowolony z siebie woła Bernadetę i pyta: „I co, to Ona? Taką była?”. Bernadetta nieco zmieszana odpowiada: „C’est ça, et ce n’est pas ça” [To jest to, i to nie jest to]. Czyli, „to Ona, i to nie Ona”. Dlaczego? Bo piękno Maryi (i nie tylko) nie jest zakotwiczone w proporcjach ciała, lecz w proporcjach duszy. Im głębsze życie duchowe, im więcej w kimś duchowej przestrzeni, tym piękniejszą staje się ta osoba.

    ks. Stanisław Stawicki SAC/Recogito

    ***


    „Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous

    ŚWIĘTA BERNADETTA SOUBIROUS

    ***

    Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.

    Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.

    Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze

    Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.

    Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.

    Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.

    Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?

    Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.

    Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.

    Praca św. Bernadety w szpitalu

    Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.

    Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.

    Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety

    Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.

    Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.

    Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.

    Testament Bernadety Soubirous*

    Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.

    Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.

    Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.

    Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…

    Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie “siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…

    Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.

    Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: “Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

    Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: “To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.

    Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.

    I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuje Ci, Jezu.

    *źródło: “Fonti Vive”, Caravate, wrzesień 1960
    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    ***
    Trzy gesty Maryi wobec św. Bernadety Soubirous

    Fred de Noyelle / Godong

    ***

    Matka Boża, jeszcze zanim wyjawiła Bernadecie swoje imię, wykonała trzy gesty, których znaczenie pomaga nam zrozumieć dar Bożej łaski.

    Imię pięknej pani

    2 marca 1858 r. – przy okazji swego trzynastego objawienia się w Lourdes – Matka Boża zwróciła się do Bernadety ze wskazówką. „Idź powiedzieć księżom, żeby polecili wybudować tutaj kaplicę i żeby ludzie przychodzili do niej w procesji”.

    Tego samego dnia widząca spotkała się z proboszczem z Lourdes i przekazała mu życzenie pięknej Pani. Ksiądz Peyramale odpowiedział pasterce, że aby wyrazić zgodę, musi poznać imię osoby zwracającej się do niego z takim poleceniem.

    3 i 4 marca, w trosce o wypełnienie woli przyjaciółki, która okazała jej szacunek, jakiego nie okazał jej wcześniej żaden z mieszkańców Lourdes, Bernadeta postanowiła jak najszybciej uprosić piękną Panią, by zechciała wyjawić jej swoje imię. Ale za każdym razem jedyną odpowiedzią był uśmiech pięknej Pani.

    Przez to wydarzenia w Lourdes uzmysławiają nam trzy niespełnione prośby: prośbę Matki Bożej, prośbę proboszcza i prośbę Bernadety. W jaki sposób rozwikłać to zapętlenie próśb?

    25 marca 1858 r., w uroczystość Zwiastowania, Bernadeta była bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowana, by otrzymać odpowiedź od pięknej Osoby, która zechciała rozmawiać z nią w grocie. I tak się stało.

    Na ten dzień przypadł punkt kulminacyjny objawień Matki Bożej w Lourdes. Maryja uczyniła to, co nie nastąpiło nigdy wcześniej w żadnym z jej objawień na ziemi: wyjawiła swoje imię. „Ja jestem Niepokalane Poczęcie” – powiedziała do małej pasterki.

    Trzy gesty Matki Bożej

    Ale jeszcze przed wypowiedzeniem tych słów Matka Boża wykonała trzy znaczące gesty. Stanowią one krótką i zdumiewającą katechezę na temat trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości.

    Na początek złożyła dłonie: tym gestem nauczyła nas, że wiara umacnia się przez modlitwę.

    Następnie rozłożyła dłonie i wyciągnęła ręce ku Ziemi. W ten sposób pokazała, że troszczy się o los swoich dzieci zmagających się tutaj, na świecie, z różnego rodzaju trudnościami. I że słucha naszych modlitw przyjmując je w swoje dłonie. Ten drugi gest nawiązywał do motywu nadziei.

    Na koniec – przed wypowiedzeniem decydujących słów i przerwaniem milczenia, które ciążyło Bernadecie – Matka Boża ponownie złożyła dłonie na wysokości serca i wzniosła oczy ku niebu. Tym trzecim, uroczystym gestem Maryja objawiła nam, jak bardzo Bóg ją kocha.

    I jakby czując, że jej serce gotowe jest pęknąć pod naporem miłości Ojca do niej, pragnęła zachować w nim swoje szczęście. Tym podwójnym i ostatnim gestem Maryja dała nam do zrozumienia, że Bóg kocha także nas taką samą miłością, jaką ma dla swojej umiłowanej córki.

    Dary dla uczniów Jezusa

    Wszystkie trzy gesty Maryi poprzedzające wyjawienie jej imienia w Lourdes składają się na swoistą katechezę duchowości chrześcijańskiej za pośrednictwem mowy ciała. Wyposażony w dary trzech cnót teologalnych uczeń Jezusa zyskuje właściwą broń do pokonywania doświadczeń życiowych, a także do realizacji Bożych zamiarów w służbie braciom oraz ewangelizacji.

    Jean-Michel Castaing/Aleteia.pl

    ***

    Świadectwo: lekarz pojechał do Lourdes mówiąc, że “Boga nie ma”. Wrócił jako wierzący

    Z Lourdes wiąże się kilka interesujących opowieści o nawróceniu. Pierwszą z nich jest historia lekarza i noblisty.

     Adobe Stock

    ***

    Alexis Carrel (ur. 1873 r. koło Lyonu, zm. 1944 r. w Paryżu), laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i chirurg. Wychowany w wierze katolickiej, utracił ją podczas studiów, dochodząc do wniosku, że Boga nie ma, a człowiek sam może decydować o tym, co jest dobre, a co złe.

    Przełom

    Przełom w jego życiu nastąpił w 1903 r., gdy wraz z grupą chorych pojechał jako lekarz do Lourdes. Chciał dokładnie przyjrzeć się temu, co wierzący nazywali cudami, a on: autosugestią. Jedną z jego podopiecznych była 21-letnia Maria Bailla. Maria była w ostatnim stadium gruźlicy otrzewnej. Pluła krwią, często wymiotowała, miała mocno spuchnięty brzuch. Gdy dojechali do Lourdes, była w stanie agonalnym: nie mogła mówić, oddychała z trudnością, tętno miała szybkie i nierówne, a brzuch rozdęty. Carrel – jedynie pod usilnymi namowami – zgodził się, by w tym stanie zawieziono ją do groty. Widząc jej cierpienie, zaczął spontanicznie prosić Maryję: „O Panno Święta, jakże chciałbym wierzyć, jak ci wszyscy nieszczęśliwi, że to Źródło Cudowne nie jest tylko tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę. Jeśli ta dziewczyna wyzdrowieje, co wydaje się absurdem, spraw, bym mógł uwierzyć”.

    Wiara

    Podczas nabożeństwa dr Carrel zauważył, jak z twarzy Marie zaczynają znikać sine plamy, trupioblada twarz zaczęła nabierać kolorów, a na policzkach pojawiają się zdrowe rumieńce. Puls i oddech uspokoiły się, opuchnięty brzuch opadł. Lekarzowi trudno było uwierzyć w to, co widział. Marie została uzdrowiona, a dr Carrel stał się wierzący. Za to, że jawnie występował jako świadek uzdrowienia, zmuszono go do opuszczenia uniwersytetu, na którym pracował. Wyjechał do USA, podejmując prace, za które przyznano mu Nagrodę Nobla.

    „Życie polega na tym, żeby kochać, pomagać drugim, modlić się, pracować. Spraw, mój Boże, by nie było za późno…” – pisał później. „Nie możemy wybierać tylko tego, co odpowiada naszym upodobaniom, fantazji czy formacji naukowej lub filozoficznej naszego umysłu. Trudność lub niejasność jakiegoś zagadnienia nie jest wystarczającym powodem, żeby to zagadnienie lekceważyć”.

     Dorota Niedźwiecka/Tygodnik Niedziela

    ***
    Mason, aborter i okultysta nawrócił się w Lourdes. Świadectwo lekarza Maurice’a Cailleta

    Maurice Caillet
    l’1visible /Il est vivant

    ***

    Aborter, okultysta i ateista, który przez 15 lat był członkiem masońskiej loży. Kiedy poważnie zachorowała jego żona, Maurice pojechał z nią do Lourdes. Tu przeżył nawrócenie, odkrył moc Eucharystii i usłyszał głos Boga.

    W1984 r. dr Maurice Caillet zawiózł chorą żonę do Lourdes w nadziei, że w końcu wyzdrowieje. Choć nie wierzył w objawienia Matki Bożej, postanowił, że pójdzie do tamtejszego kościoła. Po chwili pełen ciepła wewnętrzny głos przemówił w jego sercu: „Byłoby dobrze, abyś poprosił o uzdrowienie Claude, ale co mógłbyś mi ofiarować?”. Tak zaczął się proces nawrócenia masona, okultysty i pioniera aborcji oraz jego powrotu do Boga. 

    Loża masońska, współpraca z Planned Parenthood i zakon różokrzyżowców

    Maurice Caillet urodził się 24 września 1933 r. w Bordeaux w rodzinie antyklerykalnej. Rodzice nie ochrzcili syna. W domu panowała atmosfera wrogości do Boga i do Kościoła katolickiego.

    Po edukacji w szkole średniej Caillet wybrał się na studia medyczne do Bretanii. Ukończył je z wyróżnieniem. Specjalizował się w chirurgii ginekologicznej. Promował antykoncepcję i aborcję. 

    W 1956 r. poślubił koleżankę ze studiów. Pod presją rodziców młodzi postanowili wziąć ślub kościelny. Małżeństwo skończyło się rozwodem. Caillet zawarł więc ślub cywilny z pielęgniarką, z którą współpracował w klinice. Ona także była rozwódką. 

    W 1968 r. Maurice wstąpił do loży masońskiej. Jak mówił, traktował ją jak „duchową rodzinę”. Został serdecznie przyjęty przez Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Francji, który zaproponował mu dołączenie do elitarnej loży w Rennes. Maurice przeszedł cztery próby inicjacji. Musiał też złożyć przysięgę o zachowaniu tajemnicy loży pod groźbą śmierci.

    Po czasie wtajemniczenia Caillet zdecydował się przejść ryt inicjacji na Wielkiego Mistrza. Wstąpił do partii socjalistycznej, którą prowadził wtedy François Mitterand.

    Funkcja Wielkiego Mistrza otworzyła mu drzwi do dalszej kariery. Został kierownikiem kliniki medycznej. Współpracował z Planned Parenthood. Dokonywał aborcji, a ciała rozszarpanych przez niego dzieci, nie robiły na nim wrażenia. W tym czasie kierował spotkaniami loży i sam przeprowadzał inicjację nowych członków. Studiował masońskie monografie, ćwiczył się w psychologicznych metodach wchodzenia w kontakt z duchami. 

    Na początku 1982 r. Urząd Perfekcyjny, wspólny dla dwóch lóż Wielkiego Wschodu w Rennes, zaprosił go do przyjęcia osiemnastego stopnia masońskiego w zakonie różokrzyżowców. Caillet objął wtedy pracę w systemie ubezpieczeń zdrowotnych na stanowisku przewodniczącego Zespołów Orzekających w Rennes. 

    Światło Chrystusa

    W 1983 r. zachorowała jego żona. U Claude lekarze stwierdzili liczne wrzody w przewodzie pokarmowym. Kobieta wiele miesięcy spędziła w łóżku. Maurice postanowił zabrać ją na wypoczynek w góry. Claude przez 10 dni nie była w stanie się podnieść. 

    W drodze powrotnej Cailletowi przyszła myśl, aby zatrzymać się w Lourdes. Mężczyzna nie wierzył w objawienia Matki Bożej, ale był przekonany, że w tym miejscu są jakieś szczególnie pozytywne promieniowanie. Kiedy Claude oczekiwała na kąpiel w cudownym źródełku, Maurice poszedł do kościoła.

    Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu – wspominał w rozmowie z Włodzimierzem Rędziochem dla tygodnika „Niedziela”. 

    Chrzest i proces nawrócenia

    Duch Święty zapytał mężczyznę, co ma do zaoferowania, prosząc o uzdrowienie żony. Maurice zdał sobie sprawę, że nie ma nic do oddania poza sobą. Patrząc na Hostię doświadczył jednak tak niezwykłej światłości i spokoju, że całe przekonanie o nieograniczoności ludzkiego rozumu, które tak budował przez 40 lat, zapadło się w ciągu tych kilku minut. Po wyjściu z kościoła spotkał Claude, której zdrowie w tamtej chwili nie poprawiło się. Maurice zadawał jej pytania dotyczące Chrystusa i wiary. Wtedy kobieta zrozumiała, że w Lourdes wydarzyło się coś niezwykłego, co nie da się po ludzku wytłumaczyć.

    Caillet zdał sobie sprawę, że wszechświat i ludzkie życie to nie są dzieła przypadku, ale zostały stworzone przez Boga. Z pomocą kolegi dotarł do proboszcza parafii prawosławnej w Rennes, który ofiarował mu katechizm. Maurice z uwagą go studiował.

    Zaczął czytać Ewangelie i niektóre pisma Ojców Kościoła. O swojej historii postanowił opowiedzieć na spotkaniu loży. Jej członkowie zaniemówili z wrażenia. Maurice coraz częściej doświadczał ataków złych mocy. W nocy widział demony, ze snu wybudzały go przeraźliwe krzyki i śmiechy. Wtedy jedynym ratunkiem była modlitwa. Caillet wzywał wstawiennictwa Maryi i złe duchy znikały.

    W Wielką Sobotę 1985 r. mężczyzna przyjął w Kościele prawosławnym sakrament pokuty i bierzmowanie. 

    Cudowne uzdrowienie i konwersja na katolicyzm

    Claude odzyskała zdrowie, ale rozpoczęły się szykany w pracy. Gdy Maurice zamierzał poskarżyć się zwierzchnikom, odwiedził go brat z loży masońskiej i zagroził śmiercią. Mężczyzna zrozumiał, że nie można być jednocześnie chrześcijaninem i masonem, że trzeba dokonać ostatecznego wyboru. Wystąpił więc z loży i zakonu różokrzyżowców. Za namową pewnego zakonnika, Caillet zdecydował się wybaczyć prześladowcom. 

    Benedyktyn zwrócił uwagę, że on i Claude nadal pozostają w związku niesakramentalnym. Para złożyła prośbę do sądu katolickiego o stwierdzenie nieważności poprzednich małżeństw. Claude i Maurice przeszli na katolicyzm i zaangażowali się w spotkania modlitewne. Wkrótce po tym wzięli ślub katolicki. Zabierali głos w obronie życia i ostrzegali przed działaniami masonerii. 

    „Boża pedagogika jest łagodna”

    Po przejściu na emeryturę dr Caillet postanowił podzielić się swoim świadectwem nawrócenia i napisał „List otwarty do mojej rodziny jako dziękczynienie Bogu”.

    Nie jestem wybrańcem, prorokiem a jeszcze mniej kimś doskonałym. Starając się być świętym, jestem zwykłym posłanym, obarczonym skromną misją, bez rozgłosu, aby przypomnieć członkom mojej rodziny, że Bóg może wejść w ich życie, jeżeli tylko otworzą Mu szparkę swoich drzwi. Bo nie mniemajcie, że Bóg wszedł w moje życie przez włamanie. Boża pedagogika jest łagodna, świadcząca o Jego wielkiej miłości, szanującej niezmiernie naszą wolę – wspominał lekarz.

    W swojej autobiograficznej książce „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, tłumaczył: „Diabeł jest, spotkałem go. Bóg jest, spotkałem Go. Diabeł ofiarował mi swoje kuszące towarzystwo, z którego zrezygnowałem, ponieważ poprowadziłby mnie od róż do cierni. Znalazłem Boga za pośrednictwem Kościoła, to w nim odnalazłem życie”.

    Dr Maurice Caiilet zmarł 6 listopada 2021 r. w Auray. 

    źródła: truechristianity.info; adonai.pl; niedziela.pl; pedkat.pl; W. Roszkowski, „Potęga nawrócenia”, Kraków, 2024; M. Caillet, „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, Kraków 2004

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    ***

    Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes

    (fot. REUTERS/Regis Duvignau/FORUM)

    ***

    Objawienia z Lourdes widowiskowo potwierdziły prawdziwość wiary katolickiej. Nie dziwi zatem, że wrogowie Kościoła próbowali i nadal próbują je „zdemitologizować”. Jednak ich argumenty, po bliższym przyjrzeniu się, same okazują się dość łatwymi do obalenia mitami.

    Początek drugiej połowy XIX wieku to trudny czas dla chrześcijan. W 1859 roku Karol Darwin opublikował książkę „O pochodzeniu gatunków”. Wbrew woli autora wykorzystano ją do walki z religią. Z kolei trzy lata później ukazało się „Życie Jezusa” Ernsta Renana. Jego autor próbował „dowieść”, jakoby Pan Jezus był zwykłym, acz wyjątkowym człowiekiem. Po upływie kolejnych pięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Kapitał”. Pozycję tę niejednokrotnie wykorzystywano do zwalczania religii.

    Jakby antycypując te ataki, w 1858 roku w miejscowości Lourdes w południowo-zachodniej Francji Matka Boża objawiła się 14-letniej ubogiej analfabetce Bernadecie Soubirous. Matka Boża w Lourdes, w grocie Massabielle zjawiła się 18 razy. Po raz pierwszy 11 lutego 1858 roku, a ostatni, osiemnasty, 16 lipca 1858 roku. Kulminacyjnym momentem jest objawienie szesnaste. Wówczas to, w Święto Zwiastowania, 25 marca Matka Boża powiedziała „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Stało się to 4 lata po ogłoszeniu przez błogosławionego Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Jednak Bernadeta, jako pochodząca z ubogiej rodziny analfabetka, nie wiedziała o tej prawdzie wiary. Podczas objawień Matka Boża wezwała też do odkopania źródła, do dziś służącego cudownym uzdrowieniom. Gorąco prosiła także o pokutę za grzeszników, a także ukazywała różaniec.

    Oprócz niezwykle istotnej treści tego objawienia, co najmniej równie istotne jest to, że w ogóle się ono wydarzyło. Jak bowiem zauważa Vittorio Messori w książce „Tajemnica Lourdes – Czy Bernadeta nas oszukała”: „jeśli Bernadeta nas nie oszukała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje siebie też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. (…) Ta grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym podarowanym wiernym, by mogli się go uchwycić w dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne izmy, wszelkie inne ideologie postchrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej”.

    Innymi słowy, jeśli objawienia w Lourdes są fałszywe, to upada tylko jeden z licznych argumentów za prawdziwością wiary. Katolicyzm może i tak być religio vera – religią prawdziwą, choć z innych powodów. Jeśli jednak Lourdes nie jest zmyśleniem, jeśli rzeczywiście zjawiła się tam Matka Boża z różańcem, prosiła o przekazanie informacji katolickim księżom, mówiła o procesji, o budowie kaplicy, o katolickim dogmacie Niepokalanego Poczęcia, to stanowi to dowód prawdziwości Kościoła i wartości katolickiej pobożności.

    Kto chce ten może, przy odrobinie dobrej woli, dojść do prawdy na temat Lourdes. Tym bardziej, że praca źródłowa została już wykonana przez ludzi takich jak Vittorio Messori. Mimo to wciąż pojawiają się, nawet w wypowiedziach „uczonych”, twierdzenia dawno już obalone. Powiela się je wyłącznie by walczyć z Kościołem i głoszoną przezeń prawdą. Warto przyjrzeć się bliżej tym kłamliwym tezom.

    Rzekome oszustwo rodziców

    Zgodnie z jedną z karkołomnych prób „racjonalistycznego” wyjaśnienia objawień w Lourdes, stanowiły one spisek… rodziców dziewczynki. Ci bowiem, wcześniej zamożni, popadli w ruinę. W dodatku cieszyli się złą sławą. Ojciec, ledwie rok przed objawieniami, z powodów humanitarnych został zwolniony z aresztu. Mimo to wiele wskazywało na to, że rzeczywiście był winny zarzucanego mu czynu: kradzieży mąki. Matka natomiast „cieszyła się” złą sławą osoby nader często używającej alkoholu.

    „Zważywszy na to” – pisze Messori – „można było zakładać oszustwo zorganizowane przez owych nędzarzy, wykorzystujących najstarszą córkę, żeby zebrać ofiary od naiwnych bigotów i wyjść z nędzy, w którą wpadli po wcześniejszym okresie dobrobytu”.

    Prawda jest jednak całkowicie inna, jak precyzuje włoski pisarz. Przecież rodzicom Bernadety wręcz zależało na ukróceniu jej wizji. Niepokoiły ich tłumy ciekawskich chcących zobaczyć córkę. Komisarz policji Dominique Jacomet wmawiał wprawdzie, że rodzice nakłaniali dziewczynkę, by ta chodziła do groty. Posunął się do sfabrykowania zeznań Bernadety, skarżącej się jakoby na tego typu przymus. W rzeczywistości to jednak komisarz (podobnie jak jej ojciec) nakłaniali dziewczynkę do rezygnacji z chodzenia do groty objawień. Ta zaś nie uginała się pod presją. – Nie proszę pana, nie mogę nie pójść. Obiecałam – mówiła do komisarza. 

    „Wiarygodności świadectwu Bernadety przydała, może w sposób ostateczny, całkowita obojętność młodej dziewczyny na korzyści oraz jej troska, by to, co się wydarzyło i co się działo, nie przyniosło profitów ani jej samej, ani jej rodzinie. Dzięki temu obalone zostały podejrzenia władzy, które – niechętnie, jak przypuszczam – wreszcie zrezygnowały z tezy o oszustwie w celu ciągnięcia zysków” – podkreśla Messori.

    Bernadetta, pomna na słowa Matki Bożej pilnowała, by nie osiągnąć żadnego zysku z objawień. Dlatego też nie przyjmowała podarunków. Zasadę tę rozumiała dosłownie: nie chciała nawet podarowanych jej książek religijnych. Odmówiła też przyjęcia drogocennego różańca od biskupa. Także rodzina nie wzbogaciła się na wizjach Bernadety. Jeśli już, to można mówić o stracie. Wszak ciekawscy przybywający do domu… odrąbywali tynk ze ścian i podniszczali stół.

    „Kiedy ktoś przyjeżdżał z Lourdes i przekazywał jej wieści o najbliższych, zawsze mówiła, kręcąc głową: Oby tylko się nie wzbogacili. I rzeczywiście, mimo otwarcia sklepiku Jean Marie ani żadne z Soubirous, nigdy się nie wzbogacił – ani wtedy, ani później” – podkreśla Vittorio Messori.

    Rzekome oszustwo księży

    Zgodnie z inną pogłoską, Lourdes to wymysł ówczesnego kleru, liczącego bądź na zysk, bądź też na przyciągnięcie ludu do wiary. Jednak i ta pogłoska rozbija się o skałę faktów. Nie wykluczał jej wprawdzie komisarz policji, Dominique Jacomet. Sam wierny katolik, był co najmniej równie wiernym policjantem.   

    Wszystko jednak wskazuje przeciwko tej tezie. Kler nie tylko nie promował wizji Bernadety, lecz stanowczo się jej sprzeciwiał. Autor bestsellera poświęconego Lourdes, Henri Lasserre, zarzucał wręcz duchownym ignorowanie ludu, widzącego w objawieniach „palec Boży”. Jest w tym sporo prawdy, choć tak ostra krytyka jest nieuzasadniona. Zdrowy sceptycyzm w odniesieniu do objawień prywatnych stanowi bowiem stałą praktykę Kościoła. Pozwala on na odróżnienie objawień prawdziwych oraz fałszywych.

    Właśnie takim racjonalnym podejściem cechował się ówczesny biskup diecezji Tarbes, na terenie której dochodziło do objawień. Rygorystyczny i surowy, popierał jednocześnie postęp naukowy i techniczny. Mawiał, że gdyby nie powołanie kapłańskie zostałby inżynierem. Z pewnością tego spokojnego hierarchy nie da się oskarżyć o wichrzycielstwo czy łatwowierność. „Tego typu człowiek mógł dać się przekonać jedynie faktom, które przeszły próbę konkretnych badań” – zauważa Vittorio Messori.

    Co więcej, księża w ogóle nie mogli udawać się do groty objawień z powodu zakazu władz kościelnych. Jedynym duchownym, jaki podczas obowiązywania biskupiego zakazu zobaczył objawienia, okazał się Antoine Desirat. Usprawiedliwiając się, że nie mieszka w Lourdes, dołączył pewnego dnia do świeckich podążających do groty objawień. Stał tuż przy wizjonerce.

    Po opuszczeniu groty nie zamierzał swojego pobytu ukrywać. Gdy jednak opowiedział całą historię w seminarium w Saint-Pe w rozmowie z dwoma księżmi „przerwał mu wybuch śmiechu obu duchownych, którzy zaczęli natrząsać się z jego łatwowierności. Niechże, jeśli już musi, poświęci czas na poważne kwestie, teologiczne, biblijne, a nie ugania się za bajkami i duchami z ludowych zabobonów” – mówili. Dobrze odzwierciedla to ówczesne podejście lokalnego kleru do sprawy.

    Ktoś jednak może stwierdzić, że duchowieństwo, nie wierząc w objawienia wymyśliło je dla zysku, dla przyciągnięcia pielgrzymów i zwiększenia ich datków. Stosunek Bernadety do korzyści finansowych był, jak już wiemy, całkowicie negatywny. A co z duchowieństwem?

    Jak już wspomniano, początkowo sprzeciwiało się ono objawieniom i zniechęcało do dawania wiary rewelacjom Bernadetty. Nawet jednak po uznaniu objawień przez biskupa miejsca i rozpoczęciu budowy sanktuariów, objawienia nie przyczyniły się do wzbogacenia lokalnego kleru ani diecezji. Francuska władza, całkowicie oddzielona od Kościoła, nie wspomagała budowy sanktuariów nad Gave de Pau. Oficjalnej pomocy nie udzielił też Watykan. Wpływały jedynie osobiste datki: papieży i hierarchów, ale przede wszystkim wiernych. Handel w Lourdes, sprzedaż pamiątek religijnych et cetera od razu przekazano „wolnemu rynkowi”. I tak też jest do dzisiaj.

    Generalnie, jak zauważa Vittorio Messori „Lourdes nie było interesem, tylko studnią bez dna, przede wszystkim ze względu na konieczność poniesienia olbrzymich wydatków na zakup ziemi, gdyż biskup chciał, aby teren był jak najrozleglejszy, by ochronić nieprzekraczalny święty pas wokół groty”. Budowa i utrzymanie kompleksu także nie należały – i nie należą – do tanich. Co zaś z handlem pamiątkami religijnymi? Otóż „jedną z pierwszych decyzji diecezji w Tarbes było pozostawienie handlu w rękach osób prywatnych”.

    Hipoteza o komedii

    Twierdzenia o wpływie kleru lub rodziców na Bernadetę okazują się zatem błędne. Walczący z prawdą nie poprzestają jednak na nich. Jedną z najbardziej obraźliwych, jakie wysuwają jest „hipoteza komediantki”. Zgodnie z nią, Bernadeta, nawet jeśli nie działała w imię zysku, chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę.

    Przeanalizujmy zatem także tę hipotezę. Otóż jej prawdziwości przeczy przede wszystkim charakter wizjonerki. Wszak Bernadeta wszystko czyniła z umiarem „(…) sprowadzała do samej istoty w sposób naturalny, bez cienia pokazowego mistycyzmu. Przychodziła do groty w ostatniej chwili w towarzystwie jedynie paru koleżanek, cicha i zamyślona, często biegła, spiesząc się na spotkanie z cudowną Postacią, z radosną twarzą, bez żadnych oznak udawanej pokory”. W objawieniach brakowało jakiejkolwiek teatralności. Ekstaza trwała krótko, a jedynym jej objawem okazywała się przemiana twarzy dziewczynki podczas wizji” – pisze Mesorri.

    Co istotne, dziewczynka nie zgadzała się też spełniać życzeń osób pragnących dotykać jej, niczym relikwii. Przeciwnie, zachowywała całkowitą skromność. Co ciekawe, Bernadeta sprzeciwiała się przedstawianiu Matki Bożej w postaci innej, niż ta, jaką rzeczywiście ujrzała. A więc drobnej dziewczynki. Obstawała przy tym, pomimo, że kłóciło się to z wyobrażeniami dominującymi w ówczesnym Kościele.

    Co więcej, objawienia Bernadety wywołały na krótki czas modę wśród okolicznych mieszkanek na udawanie wizjonerek. Zachowanie oszustek, pragnących zwrócić na siebie uwagę i usuwającej się w cień Bernadety okazało się jednak krańcowo inne.

    Halucynacje? Żadną miarą!

    Hipoteza mniej obraźliwa, a z pozoru naukowa, to twierdzenie o halucynacjach, na jakie rzekomo cierpiała Bernadeta. Z powodu niedożywienia, biedy, wątłego zdrowia uległa ona rzekomo złudzeniom. Zwolennicy tej wersji zachowują prawdę o nieskazitelności charakteru Bernadety, a jednocześnie chronią się przed przyjęciem do wiadomości „zabobonu”. Nie dziwi zatem, że to twierdzenie zyskało sobie popularność wśród inteligencji.

    Szkopuł tkwi jednak w tym, że ono także rozmija się z prawdą. Bernadeta była wprawdzie słabo wykształcona, ale zdrowego rozsądku jej nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Nie wykazywała żadnych symptomów histerii ani podobnych zaburzeń. Nigdy nie skarżyła się na brak zrozumienia ani na choroby, a jej opowieści cechował wielki realizm.

    Ponadto 27 marca 1958 roku trzech lekarzy na polecenie władzy świeckiej miało orzec o zaburzeniach psychicznych wizjonerki. Chodziło o podkładkę służącą umieszczeniu jej w zakładzie dla obłąkanych. Mimo nacisków władzy lekarze, znajdujący się w rzeczywistości pod wrażeniem dziewczynki, wydali salomonowe orzeczenie. Służyło ono oddaleniu groźby umieszczenia Bernadety w przytułku, bez jednoczesnego rozdrażniania władzy.

    Gmach wznoszony przez zwolenników racjonalizmu nieskładnie, choć z wielkim mozołem, rozpada się zatem jak domek z kart. Pozostaje prawda o niezwykłych uzdrowieniach, odnowie życia religijnego, o Niepokalanym Poczęciu. Pozostaje prawda katolicka, prawda o Bogu stale wybierającym „właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców (…) to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. Wszak „to bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” (1 Kor 25;27). 

    Korzystałem z książki Vittorio Messori „Tajemnica Lourdes czy Bernadeta nas oszukała” Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

    Marcin Jendrzejczak/PCh24.pl

    ***

    wtorek 10 luty

    źródło: IPN Twitter/Polskie Radio Koszalin

    ***

    W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, rozpoczęła się pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków na Sybir. W głąb Związku Radzieckiego wywieziono wtedy około 140 tysięcy obywateli polskich.

    fot. twitter.com/IPNRadio Maryja. pl

    ***

    „Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”.

    Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki w 84 rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir przez rosyjskiego okupanta wygłosił w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Poznaniu homilię:

    Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona. 84. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir

    Odejdę od was cicho, niespodzianie,
    Odejdę od was pewnie nocą ciemną,
    Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie
    I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!

    Na próżno składać będziecie narady!
    Pytać się, płacząc: ‘Kędy jego droga?’
    Bo wam ukryte, zostaną me ślady,
    Jak ślad dusz, z trumny lecących do Boga! 

    Lecz nie polecę ku wiecznej krainie –
    Lecz nie odejdę ku kwiecistym brzegom –
    Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom
    I pamięć moja z serc waszych upłynie.

    (Zygmunt Krasiński, Na Sybir)

    Tymi słowami Zygmunt Krasiński opisywał drogę Polaków na Sybir. Tragiczna rzeczywistość, opisywana  przez poetę, w przedziwny sposób wpisuje się – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w dawne dziejami zsyłek, które rozpoczynają się od zsyłki starożytnego Izraela do Asyrii oraz starożytnych mieszkańców Judy do Babilonu. To jakby dalszy ciąg podobnego zjawiska, którego 84. rocznicę dzisiaj obchodzimy, a które – świadomi imperialnych zapędów Rosji – może mieć swoją dalszą kontynuację.

    Z tej racji warto dzisiaj zatrzymać się choć na chwilę przy dwóch sprawach: przy kwestii starotestamentalnych zsyłek i deportacjach nowożytnych.

      1.       ZSYŁKI STAROTESTAMENTALNE (1 Krl 11,29-32; 12,19).

    „Gdy pewnego razu Jeroboam wyszedł z Jerozolimy, spotkał go na drodze prorok Achiasz z Szilo, odziany w nowy płaszcz. Sami tylko obydwaj byli na polu. Wtedy Achiasz zdjął nowy płaszcz, który miał na sobie, porozdzierał go na dwanaście części i powiedział Jeroboamowi: ‘Weź sobie dziesięć części, bo tak rzekł Pan, Bóg Izraela: Oto wyrwę królestwo z ręki Salomona, a tobie dam dziesięć pokoleń. Jedno tylko pokolenie będzie miał ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na miasto Jeruzalem, które wybrałem ze wszystkich pokoleń Izraela’. Tak więc Izrael odpadł od rodu Dawida po dzień dzisiejszy”.

    Autor tego fragmentu Pierwszej Księgi Królewskiej przedstawia teologiczną interpretację historii narodu wybranego – od przejęcia rządów przez Salomona po swoim ojcu Dawidzie (1 Krl 1–2) aż do upadku Królestwa Judy (2 Krl 24–25). W tym ludzkim porządku wydarzeń często przywołuje motyw „gniewu Bożego”. Ze szczególnym naciskiem czyni to w punktach zwrotnych tych dziejów, takich jak podział Królestwa Salomona (1 Krl 11–12), a następnie upadek Królestwa Północnego (Izraela) i  i deportacja mieszkańców do Asyrii (2 Krl 17*) a potem upadek Królestwa Południowego (Judy) i wygnanie ludności do Babilonii (2 Krl 24–25).

    Tragiczny rozpad Królestwa Salomona oraz katastrofalny koniec monarchii w Izraelu i Judzie są – według niego – skutkiem słusznego gniewu YHWH w odpowiedzi na zerwanie przymierza przez naród wybrany i bałwochwalstwo samego Salomona (1 Krl 11,31-37). Gniewne działanie Boga jest odpłatą za nieprawnie zerwanie przymierza. Tak nakreślona teologiczna wizja dziejów wskazuje na uniwersalną prawdę, że to człowiek sprowadza gniew Boży przez swoje grzeszne uczynki i zmusza Boga do wymierzenia mu zasłużonej kary. Motyw gniewu YHWH staje się ponadczasową lekcją historii i przestrogą dla przyszłych pokoleń.

    2.       DEPORTACJE NOWOŻYTNE

    Druga kwestia nowożytne deportacje w głąb Rosji. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, iż deportacja Polaków na Sybir, której 84. rocznicę obchodzimy, nie była pierwszą tego rodzaju deportacją naszych rodaków w tamte regiony. Jest to raczej jeden z wielu odcinków Golgoty Wschodu, która to droga rozpoczęła się już w XVI wieku.   

    •     Bodajże najwcześniej – bo już w XVI wieku – zesłanymi na Syberię byli polscy jeńcy z czasów wojny Stefana Batorego z Rosją.
    •     Następnie dołączyli do nich – wzięci do niewoli rosyjskiej – uczestnicy tzw. dymitriad, czyli wypraw polskiej szlachty do Rosji w XVI w., mających na celu zdobycie i zwiększenie tam wpływów polskich. Ich nazwa pochodzi od Dymitra Samozwańca, domniemanego syna Iwana Groźnego, którego szlachta polska usiłowała wprowadzić na tron moskiewski.
    •     Na początku XVIII wieku na Syberię zsyłano zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego.
    •     14 października 1767 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin rozkazał porwać przywódców konfederacji radomskiej (biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna) i zesłał ich do Kaługi. Pozbawiony opozycji sejm uchwalił w lutym 1768 prawa kardynalne i przyjął gwarancję rosyjską. Tym samym Rzeczpospolita stała się protektoratem Imperium Rosyjskiego.
    •     Potem – na podstawie rozkazu Katarzyny II – na Syberię zostali zsyłani konfederaci barscy. Według szacunków rosyjskich w 1771 wzięto wówczas do niewoli 14 tys. konfederatów.
    •     Po stłumieniu powstania kościuszkowskiego zostało zesłanych na Wschód ok. 20 tys. jego uczestników.
    •     Bliżej nieznana pozostaje dokładna liczba polskich zesłańców, wziętych do rosyjskiej niewoli po przegranej wojnie w 1812 roku.
    •     Nieznana jest też liczba polskich zesłańców po rozbiciu przez władze rosyjskie organizacji spiskowych na ziemiach zajętych w latach dwudziestych XIX wieku.
    •     Podobnie nieznana jest dokładna liczba zesłanych po powstaniu listopadowym. W latach 1831–1832 – w ramach represji po powstaniu – wcielono kilka tysięcy uczestniczących w nim dzieci do specjalnych batalionów rosyjskich i popędzono w głąb Rosji. W drodze z Warszawy do Bobrujska zmarło dwie trzecie tych dzieci, resztę wychowano na rosyjskich żołnierzy.
    •     W 1833 roku – po rozbiciu ruchu partyzanckiego Józefa Zaliwskiego – wielu z jego członków zostało skazanych na katorgę.
    •     W 1844 władze carskie rozbiły spisek chłopski księdza Piotra Ściegiennego. Zesłano wówczas w głąb Rosji wielu członków tej konspiracji.
    •     W roku 1863 – po stłumieniu powstania styczniowego – zesłano na katorgę ok. 40 tysięcy powstańców, z których więcej niż połowa już nigdy nie powróciła do Ojczyzny.
    •     W latach 1807 – 1870 zesłano na Syberię 461 tysięcy osób.
    •     W drugiej połowie XIX wieku liczba zsyłanych wahała się w granicach 10 – 15 tysięcy rocznie.

    Dzisiaj jednak obchodzimy 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir, nie zapominając owszem o wszystkich poprzedzających deportacjach.

    Pierwsza deportacja

    Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) tysiące polskich mieszkańców Kresów uległo przesiedleniu, niektórzy m.in. na Syberię (inni np. do Kazachstanu). W pierwszej wywózce (10.02.1940) Polacy stanowili 70% wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Wywożono wtedy przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano wówczas ok. 140 tys. osób.

    Druga deportacja

    W czasie drugiej deportacji (13-14.04.1940) wysiedleniu podlegały rodziny tzw. wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 tys. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów.

    Trzecia deportacja

    Trzecia deportacja (maj-lipiec 1940) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski,  przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 tys.

    Czwarta deportacja

    W czasie czwartej wywózki (maj-czerwiec 1941) na Wschód pojechała głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowani robotnicy i rzemieślnicy. Deportacja ta dotknęła szczególnie dotkliwie Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. W sumie deportowano ponad 85 tys. osób.

    O tych zbiorowych ludzkich cierpieniach nie da się zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest podtrzymać pamięć o tych, którzy zostali wywiezieni na Golgotę Wschodu. Którzy do końca swego życia pozostali wierni Bogu i Ojczyźnie, chroniąc się od wynarodowienia i utraty wiary. Wielu – zadręczonych katorżniczym losem – pozostało tam, bez znaku pamięci, pogrzebawszy wcześniej swoje dzieci w bezkresach tajgi i stepów. Podziwiamy ich heroizm i chcemy pamiętać ich niezłomne trwanie w obronie najwyższych wartości, jakimi są: życie, wolność, Polska, a nade wszystko wiara w Boga.

    Karol I, błogosławiony cesarz Austrii i Węgier, przekazał w 1920 roku bardzo ważną  obserwację: „nie ma bardziej patriotycznego narodu od narodu polskiego, […] Z katolickiej perspektywy, również nie ma bardziej wierzącego narodu od narodu polskiego i żaden w ostatnim czasie tyle nie wycierpiał dla swojej wiary, co Polacy. Jedyną tylko cechę negatywną ma państwo polskie: jest za bardzo wyeksponowane, ma zbyt wielu wrogów i bardzo złe położenie militarne” (Memoriał dla Lethbridge’a).

    Gdy więc na koniec pytamy o sens ludzkiego cierpienia, to trzeba zwrócić uwagę na to, że – po pierwsze – czasami cierpienie bywa ceną za nasze własne grzechy; podobnie jak w przypadku syna marnotrawnego. Ów syn sam sobie zgotował cierpienie, jako nieuchronny skutek popełnionych przez siebie błędów. W ten sposób rodzą się ludzkie tragedie (np. w postaci uzależnień, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa). O tego rodzaju krzyżach najchętniej mówią stacje telewizyjne. Dziennikarze opisują je z okrutną dokładnością. Nie przejmują się wcale tym, że ich relacje często inspirują kolejne pokolenia do powtarzania dramatu swych poprzedników. Istnieją całe środowiska, które w obliczu cierpienia najchętniej oskarżają Boga, o to, że On jest winny za wszelkie zło tego świata.

    Po wtóre, nasze cierpienia bywają też ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie. Cierpienie rozumiane jako cena za miłość bywa szczególnie bolesne wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których trudno jest nam pokochać.

    Po trzecie, bywa i tak, że cierpimy bez żadnej naszej winy; na przykład na skutek jakiejś niezawinionej choroby, albo wskutek kataklizmu, który niszczy nasz dobytek. W takim przypadku cierpienie pozostaje tajemnicą, ale i wtedy możemy być pewni, że to nie Bóg nam je zsyła. Zwykle za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się głupota, chciwość, lub wina innego człowieka.

    ZAKOŃCZENIE

    Zakończmy dzisiejszą refleksję słowami poety:

    Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona
    Na wschód północny wiedzie, znana od stuleci,
    Za mężem w noc porwanym płakała tam żona

    I od matek oddarte ginęły tam dzieci. […]

    O poro złud okrutnych, żałosna rachubo,
    Po której się to samo powtarza, to samo,
    Że lata są wygnaniem, dzień każdy jest zgubą
    A w nocy słychać salwy za więzienną bramą. […]

    Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później
    Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi:
    Powracają ojcowie, umarli podróżni
    Budzą synów – i walczą – polegli i żywi.

    (Kazimierz Wierzyński, Jest w Polsce jedna droga)

    Abp Stanisław Gądecki, Poznań, kościół pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela – 9.02.2024.

    ren/archpoznan.pl, fronda.pl

    ***

    Wiara, Kościół i tożsamość – dzięki nim zesłańcy zdołali przetrwać piekło na ziemi

    (Zesłańcy – zdjęcie ilustracyjne/fot. IPN)

    ***

    Zesłańców jednoczyła wiara, dzięki wierze przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia – mówi o. Alexey Mitsinskiy MIC – misjonarz z Kazachstanu, który obecnie posługuje w Tajynszy.

    Proszę Ojca, miejscowość, w której Ojciec posługuje jest chyba szczególnie Ojcu bliska?

    To jest miejscowość, do której w 1936 roku była wywieziona moja babcia. Może warto przypomnieć, że zesłańcy byli wywożeni w tragicznych warunkach – w wagonach bydlęcych, poupychani, jeden na drugim. Bez jedzenia, bez prywatności, bez toalety. Za toaletę służyła dziura w jednym z rogów wagonu. Zdarzało się, że ktoś podczas podróży umarł, to wtedy jego ciało było wyrzucane z pociągu. Oni zostali wywiezieni tylko dlatego, że byli chrześcijanami, należeli do szlachty. Dziś, kiedy się spotykam z tymi, którzy przeżyli tragedię wywózek, widzę, że oni są pogodni, nie mają w sobie żalu, złości, nienawiści. To my, młodsi, często na coś ciągle narzekamy… A zesłańcy są pogodzeni z tym, co się wydarzyło. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Zimą pamiętam minus czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, a latem – plus pięćdziesiąt w cieniu i w takich warunkach ludzie musieli przeżyć.

    Co się stało z Ojca babcią?

    Moja babcia opowiadała, że przygarnęła ich rodzina Kazachów, i w nocy tylko jedną godzinę każde z nich spało pod kożuchem. A los rzucali o to kto będzie spał przy drzwiach, ponieważ zwyczajnie mógł się nie obudzić, mógł zamarznąć. Ludzie mówią, że najbardziej w tamtym czasie dokuczał im głód i chłód. Głód był na tyle duży, że kobiety próbowały przynieść z pola w kieszeniach chociaż kilka ziaren zboża, żeby z tego ugotować strawę dla swoich dzieci. Kobiety chodziły też po stepie i próbowały znaleźć coś, co by się nadawało do jedzenia. Później wyszła ustawa, w myśl której każda kobieta, u której znaleziono kilka ziaren zboża miała być rozstrzelana na miejscu, bez dochodzenia. Często potem umierały także jej dzieci, bo nie miały co jeść.

    Historia pokazuje, że ludzie, którzy przeżyli piekło na ziemi, którym próbowano wyrwać człowieczeństwo – byli ludzcy, wrażliwi na krzywdę innych…   

    Owszem, zdarzały się takie sytuacje, że dziecko, którego matka została zamordowana, a ojciec – wcześniej wywieziony w przeciwnym kierunku, trafiło pod opiekę obcych ludzi, ale na ogół do takiego dziecka ludzie bali się zbliżyć, bo władza groziła, że za pomoc sierotom może ich spotkać taki sam los jak matkę dziecka. Kiedy ktoś w urzędzie się jednak dowiedział, że jakaś rodzina zajęła się dzieckiem – gwałcili tą kobietę. Ona się na to godziła, bo ważniejsze było dla niej życie dziecka. 

    Co jednoczyło zesłańców? 

    Wiara ich jednoczyła, dzięki wierze oni przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia.

    A jednak silna wiara przetrwała…

    Kobiety, kiedy miały kilkadziesiąt minut na przygotowanie się do wywózki zabierały ze sobą obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale też medaliki, różańce i modlitewniki. Te modlitewniki przepisywały ręcznie, a później z nich uczyły swoje dzieci modlitwy i języka polskiego.

    Co dawało tamtym ludziom siłę do życia?

    Oprócz wiary to także Kościół, ale nie w sensie budynków, bo takich nie było. Kościół jako duszpasterze, którzy byli razem z nimi zesłani, którzy uczyli i swoim przykładem zachęcali, żeby przebaczyć nieprzyjaciołom – przebaczyć tym, którzy mordowali tych, których kochali. Ci ludzie przebaczali. Księża chodzili po nocach, aby ludziom posługiwać. Jednym z takich księży był ks. Bukowiński, obecnie błogosławiony i jak ufamy, że będzie także ogłoszony świętym.

    Co Ojca fascynuje w Ks. Bukowińskim?

    To, jaki był. Miał możliwość powrotu do Polski, ale nie skorzystał z tej szansy. Wiedział, że jeśli zostanie z zesłańcami to będzie miał większy dostęp do ludzi, że będzie mógł się swobodnie poruszać po kraju. Ks. Bukowiński szukał każdej okazji by dotrzeć do człowieka. Na przykład – co może wyda się zaskakujące, szukał ludzi na cmentarzu. Przychodził w to miejsce, szukał grobów z polskimi nazwiskami i czekał, aż ktoś przyjdzie odwiedzić miejsce doczesnego spoczynku swojego bliskiego. Tam, na cmentarzu zaczęła się rodzić wspólnota Kościoła. Kiedy ks. Bukowiński był w łagrach to do niektórych swoich przyjaciół pisał, żeby wysłali mu troszkę rodzynek i chleba. Było mu to potrzebne, aby mógł odprawić Msze świętą. Napisał, że gdyby miał możliwość wybierać sobie drogę życiową, to wybrałby taką samą drogę. 

    Tamci ludzi naprawdę pragnęli Mszy świętej, chociaż wiedzieli, że „zgromadzenia” nie są legalne?

    Ludzie trwali z księdzem na modlitwie nawet i całe noce. Wiedzieli, że więcej takiej możliwości może już nie być, bo przecież nie było pewności, że ksiądz jeszcze wróci.     

    Wspomniał Ojciec o trzech filarach: wiara, Kościół i …?

    Tożsamość. To trzeci filar, a znaczyło to dla nich tyle, co drugi człowiek obok. Nie było ważne, że nie jest to brat czy siostra z rodziny. Oni mówili, że to jest ich „mała Ojczyzna”. Naprawdę ci ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Pamiętam rozmowy, kiedy zesłańcy dokładnie pamiętali z kim byli, co robili… Prawda jest taka, że Kazachowie pomogli zesłańcom przeżyć. Dzielili się tym, co mieli. Kazachowie sami cierpieli, ale dbali o zesłańców, mimo, że dzieliło ich wyznanie, język, wartości, zasady. 

    Takie przykłady można mnożyć?

    Pamiętam, że po śmierci mojej babci przyszła do zakrystii starsza pani. Była niewidoma, po omacku szła do kościoła, ale powiedziała mi, że codziennie modli się za moją babcię, bo jechały w jednym wagonie. Ogromne znaczenie dla tamtych ludzi miała wierność także i drugiemu człowiekowi. Pamięta, że były razem, i nawet po śmierci mojej babci nie przestawała za nią się modlić.

    Wspomniał Ojciec o pomocy, bezinteresownej. A dziś są wojny, nieporozumienia, morderstwa…

    Dziś wcale człowiek nie musi być dla drugiego człowieka wilkiem. Może być bratem, ale warto pielęgnować to, za co nasi przodkowie oddawali życie: wiara, Kościół, tożsamość. To wartości, które pomogły przeżyć nie tylko zesłańcom, ale mogą być pomocne także i nam. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tego, co ma prawdziwą wartość i znaczenie.

    Wydaje się, że to prawdziwe wyzwanie dla współczesnego świata, kiedy obserwujemy to, co się dzieje?

    Boli mnie serce, kiedy słyszę jak w Polsce ludzie planują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Już dwa lata wcześniej wynajmują sale, wybierają dekoracje, prezenty… Zastanawiam się czy jest jeszcze miejsce dla Pana Jezusa, w tym wszystkim.

    Jak Ojciec zapamiętał swoją Pierwszą Komunię Świętą?

    Na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej poszła ze mną babcia. Moi rodzice nie chodzą do Kościoła i pewnie jakoś po swojemu wierzą. Tamtego dnia mama coś robiła w domu, tato oglądał telewizję, ale babcia towarzyszyła mi w czasie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej.

    Pamięta Ojciec jakie dostał prezenty?

    Trochę cukierków, ale nie tak dużo, bo zmieściły się w jednej ręce. Dostałem też różaniec i Pismo Święte w obrazkach po rosyjsku.

    Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?

    Powiedzieli, że nigdy nie dadzą na to zgody. Wyjechałem jako siedemnastolatek do Polski, bo zostałem przyjęty do Zgromadzenia Księży Marianów. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym posługiwać poza Kazachstanem. Głosimy tego samego Chrystusa. Mamy kościół parafialny i kilka kapliczek dojazdowych, w odległości ok. 30-35 km. Jak na warunki Kazachstanu to mamy dużo parafian – ok. czterystu osób. W tych ludziach jest ogromne pragnienie modlitwy.   

    Co wyróżnia duszpasterstwo w Kazachstanie?

    To bardziej duszpasterstwo dla konkretnego człowieka. Oczywiście to dłużej trwa, ale ludzie, którzy do nas przychodzą wiedzą, że jesteśmy teraz tylko dla nich. Często nawet kiedy idziemy do jakiegoś domu, bo dostajemy informację, że ktoś umarł – słyszymy, że umarł z różańcem w ręce. W parafii jest jeden pan, który ma problem ze słuchem i wzrokiem, ale kiedy przychodzi się do niego z Komunią świętą – dla niego nie ma większej radości. Przygrabiony klęczy, przyjmuje Ciało Chrystusa. W jego postawie zawiera się: „Pan mój i Bóg mój”.    

    Skąd tak dobrze zna Ojciec język polski?

    Kiedy miałem jedenaście lat to zapisałem się na język polski, chociaż sam nie wiedziałem po co to zrobiłem. Mój tato jest Polakiem, mama – Rosjanką, ale poznali się w Kazachstanie. Tato powiedział, że dobrze zrobiłem, chociaż mama nie bardzo była z tego faktu zadowolona. I jak to dziecko – trochę pochodziłem na język polski, ale w końcu przestałem. Zacząłem się sam uczyć w domu. Minęło pięć lat i zrozumiałem, po co mi była ta nauka…

    Pan Bóg na każdego znajdzie sposób?

    Kiedyś na przerwie w szkole widziałem, że moja koleżanka pokazuje coś nauczycielce w zeszycie. Nie wiedziałem co to było, ale dowiedziałem się, że jest taka kapliczka, przy której Księża Marianie uczą dzieci. Jeden uczył geografii, drugi angielskiego. To mnie zaciekawiło, bo było to coś nowego. Następnego dnia poszedłem tam z moją koleżanką ze szkoły. To było moje pierwsze spotkanie z Kościołem.

    Co jest najtrudniejszym wyzwaniem na teraz?

    Już myślimy o następnej zimie, bo potrzebujemy kupić wagon węgla oraz utrzymać misję. Jak zaczynamy palić we wrześniu to kończymy czasami w połowie maja. Środki materialne są dla nas potrzebne, ponieważ poza naszym utrzymaniem – staramy się też pomagać innym, na przykład przez długi czas dokarmialiśmy w jednej ze szkół biedne dzieci, które, kiedy wracały do domu to widziały tylko pijanych rodziców; pomagamy również według rozeznania i możliwości także bezdomnym. Dziękuję też za modlitwę, bo czujemy, że są ludzie, którzy za nas się modlą. 

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ***

    Przeszli przez piekło Sybiru.

    Poznaj wstrząsające wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”

    10 lutego – kolejna rocznica pierwszej wywózki obywateli Rzeczypospolitej na Sybir.
    (zdjęcie ilustracyjne/fot.AB/PCh24/pl)

    ***

    Sowieckie wywózki były dla ich ofiar przeżyciem tak traumatycznym, że cierpienia  jakich doświadczyli na Sybirze stały się ranami, które nie zabliźniły się. Drastyczne sceny wracały w koszmarnych snach, a pamięć głodu kazała Sybirakom zawsze mieć w domu duży zapas żywności. Posłuchajmy wspomnień trzech osób, które żywe wróciły z „nieludzkiej ziemi”, choć wielu wywiezionym nie było to pisane.  

    Początek dramatu wywózki

    Genowefa Grochowska (1930 -2024) wywieziona wraz z rodziną z terenu Wileńszczyzny – „Miałam wówczas 18 lat. W kwietniu 1948 roku NKWD przyszło po naszą rodzinę o drugiej w nocy. Powiedzieli nam „wyjeżdżacie na Sybir” i dali pół godziny na spakowanie się. NKWD-zista kazał mojemu ojcu usiąść za stołem, żeby go mieć na oku. Bojec sam usiadł, wyjął pistolet i go odbezpieczył. Ojciec wzrokiem pełnym cierpienia i bezradności patrzył na nas. Ja i mama pakowałyśmy, co się dało. Innych dwóch bojców chodziło za nami i patrzyli nam ręce co bierzemy. Mama załamała się psychicznie i powiedziała do NKWDzisty „zabij mnie, tu w moim domu” on jej odpowiedział „Będziesz żyć i to jeszcze lepiej niż w swoim domu”. Potem załadowali nas z tobołkami i naszych sąsiadów Rynkiewiczów na jedną furę i wieźli, ponad 30 kilometrów, na dworzec kolejowy do Nowych Święcian. Ciągle dowozili nowe rodziny przeznaczone do wywózki”. 

    Piotr Pocałujko (1928 -2016) urodzony we wsi Zapurwie koło Grodna, sierżant AK – „Byłem członkiem, łącznikiem wileńskiego AK. Po zakończeniu wojny nasza drużyna miała zadanie pomagać oddziałom AK, które przedzierały się z Wileńszczyzny na teren Grodzieńszczyzny i później za linię Curzona, do Polski – w granicach wyznaczonych przez Stalina. Mnie i moich kolegów z naszej drużyny AK dopadli dopiero 23 marca, roku 1949. Miałem wówczas 21 lat. Siedzieliśmy wówczas w leśnym bunkrze. Wydał nas konfident, który później – w roku 1952, z wyroku sądu podziemnego, został za to zlikwidowany. Żołnierze NKWD przez komin, który był ukryty w drzewie i miał wylot w dziupli, wrzucili grant.  W tym czasie, w bunkrze było nas siedmiu. Wiem, że jeden kolega zginął na miejscu, drugi był ciężko ranny. Niewiele jednak pamiętam, bo przywaliło mnie cegłami i straciłem przytomność. NKWD – dziści, dziwili się, że przeżyłem. Potem postawiono mnie przed sowieckim wojskowym sądem. Dali mi nawet adwokata z urzędu. A to był jakiś bardzo dziwny adwokat. Na procesie zamiast mnie bronić – oskarżał, bardziej chyba niż prokurator. Wyroku można więc było łatwo się domyślić. Dali mi najpierw w sumie 105 lat łagrów, ale potem, powodu tego, że byłem sądzony na terenie białoruskiej ZSRR, gdzie prawo było nieco łagodniejsze, zmienili ten wyrok na 25 lat łagrów”.

    Michał Siewruk, syn ziemiańskiego rodu Wileńskich – Siewruków, urodzony w roku 1938 w majątku Kłącie w powiecie orańskim na dzisiejszym terytorium Litwy – „Miałem wtedy 11 lat. W marcu roku 1949 o czwartej rano nasz dwór otoczyła grupa  sowieckich żołnierzy NKWD i miejscowych działaczy komunistycznych. Jeden z nich, oficer polityczny, był Żydem. Czterej cywile komunistami Litwinami, a inni członkowie tej międzynarodowej grupy byli Rosjanami. Najstarszy stopniem NKWD-zista, lejtnant, wszedł do naszego domu i odczytał nam, czyli moim rodzicom mnie i siostrze, postanowienie sowieckiej Rady Ministrów. „Jako kułacy zostajecie wysiedleni z zajmowanego folwarku i odtransportowani w celu osiedlenia na oddalonych terenach Związku Radzieckiego. Wasze gospodarstwo zostaje skonfiskowane, a dobra materialne przekazane Skarbowi Państwa”. Zakończył czytać oficer i zaraz potem powiedział „Zbierajcie się”. Rodzice byli zdruzgotani, matka płakała, a ojciec stracił przytomność. Kiedy my się pakowaliśmy, NKWD-ziści kradli nasz majątek z dworu, a także żywy inwentarz, pakując świnie i kury na wozy. Kiedy odjeżdżaliśmy żegnali nas kochani sąsiedzi, którzy wcześniej przynieśli nam jedzenie i pomogli się pakować. Mężczyźni zdjęli czapki z głów a kobiety płakały – tak nas żegnano. Wszystko to widzę jakby było dziś”.

    Transport      

    Genowefa Grochowska – „Zaczęli nas ładować do towarowych wagonów. Cisnęliśmy się jak śledzie w beczce. W naszym wagonie było upchanych 72 osoby, w różnym wieku, od dzieci do starców. Zanim pociąg ruszył, stał na peronie aż trzy doby. W tym czasie nie dawali nam wody. Bardzo męczyło wszystkich pragnienie. W końcu dostaliśmy jedno wiadro wody dziennie na cały wagon czyli 72 osoby.  Nie wszyscy mogli wziąć z domów jedzenie, więc solidarnie jedni dzielili się z drugimi. Do końca życia nie zapomnę płaczu, zawodzenia, krzyku rozpaczy, które wydobywały się z bydlęcych wagonów. Ludzie śpiewali też maryjne pieśni. Po drodze w naszym wagonie zachorowało dwoje małych dzieci, a NKWD-ziści tylko – nic im nie będzie. Te dzieciaczki zmarły. Rodzice zakopali ich ciała przy torach. Okna w wagonach były zabite blachą. U nas w wagonie kobieta zaczęła rodzić. Na szczęście wśród nas była położna. Odebrała poród, urodziły się bliźnięta. Zawinięto je w gałganki. Bojcy zaraz je zabrali, matka rozpaczała, ale zamknęli drzwi i pociąg ruszył. Zawieźli nas aż za Ural”.

    Piotr Pocałujko – „Nikt z nas nie wiedział gdzie jedzie. Nikt też nie potrafił powiedzieć jak długo trwała ta podróż. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem się zatrzymywał i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. Jedzenie, które podawano w wiadrze „mieszkańcom” wagonów stanowiły – makaron zalany oliwą, czasami śledzie. Ale to dla dorosłych mężczyzn było za mało, żeby nie cierpieć z głodu. Kilku moich kolegów z AK było chorych, kilku bardzo mocno pobitych podczas przesłuchań NKWD. Oni zmarli po drodze, bo nie było tam żadnego lekarza. Zakopaliśmy ich podczas postoju, niedaleko torów. Do dziś nie wiem, czy ich bliscy ekshumowali ciała tych żołnierzy i godnie je pochowali. W takich warunkach dowieziono nas na Sybir”.

    Michał Siewruk – „Kiedy dowieźli nas do stacji kolejowej w Oranach, 50 towarowych wagonów już stało. Było w nich upakowane mnóstwo ludzi – przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Ich ojcowie siedzieli w sowieckich więzieniach. My byliśmy rodziną kułacką. Tylko takich rodzin nie rozdzielano i wywożono je pełne. Gdy otwarto drzwi naszego wagonu, buchnął z niego na nas okropny fetor. Pochodził on z kubła, który służył jako sedes. Kiedy wsadzono nas do tego wagonu i pociąg ruszył, ludzi zaczęli się modlić. Pamiętam jedną modlitwę „Prosimy Cię Boże zjednocz twoje dzieci rozproszone po całym świecie”. Po drodze chorzy ludzie umierali. W naszym wagonie zmarł ziemianin z Nowej Wilejki. Z tej podróży pamiętam jak ojciec opowiadał mi, że mój pradziadek był polskim działaczem niepodległościowym, którego car skazał na Sybir i odbył on taką drogę jaka my odbywamy. W wagonie był piecyk na którym w wiadrze gotowano wodę. Często wspólnie się modliliśmy i dzieliliśmy jedzeniem, bo nie wszyscy je wzięli z domu i głodowali. Jeden z naszych strażników, podczas postoju dał choremu herbaty. Za to NKWD go aresztowało, bo oni tego nie mogli robić.  Jechaliśmy bardzo długo, wielu ludzi pokonał smutek i dostali depresji. W końcu dotarliśmy do Nowosybirska. Później przewieziono nas w Ałtajski Kraj do Usolu”. 

    Katorga

    Genowefa Grochowska – „Po tej morderczej podróży dali nam zaledwie 3 dni odpoczynku. Potem pognali do wyrębu Tajgi.  Ludzie byli nie nawykli do pracy w takich warunkach. Bardzo wielu z nas raniło się siekierami. Rany były czasami ciężkie, ale NKWD- ziści mówili, „nic wam nie będzie”. Panował straszny głód. Dziennie dawno nam chochlę wodnistej zupy i kilka kromek surowego chleba. Ludzie padali jak muchy, od tych ran, od czerwonki i tyfusu. Przy pracy w lesie strasznie gryzły nas komary, meszka. Kiedy wracałam z lasu, byłam zawsze pogryziona i wykrwawiona przez te insekty. W chatynkach, w których nas zakwaterowano, roiło się od wesz i pluskiew.  Chorowałam b na tyfus, cudem przeżyłam. Bardzo pomagała nam wspólna modlitwa”.  

    Piotr Pocałujko – „Początkowo zawieźli mnie do łagru z zaostrzonym rygorem w Irkucku. Wcześniej więziono tam Niemców. Kiedy byłem w tym łagrze, większość więźniów to byli członkowie AK. Byłem tam 2,5 roku. Praca makabrycznie ciężka. Kazali nam wycinać las, gdzie rosły drzewa bardzo stare i olbrzymie. Wielu ludzi tam zmarło z wycieczenia, a niektórych zastrzelono. Kolejne łagry, jakie „zwiedziłem” znajdowały się na Kołymie. Byłem tam w sumie 5 lat i 3 miesiące. Pierwszym obóz znajdował się przy kopalni ołowiu. Straszne warunki pracy. Ten obóz był posadowiony na wysokiej górze, więc ciągle tam przeraźliwie wiało. Budowle, w których kazano nam mieszkać, były zrobione z łupanych skał. W otworach okiennych nie było szyb, a jedynie wypełniały je szklane słoiki, ustawione jeden na drugim. Wodę pitną pozyskiwaliśmy ze śniegu. Ciężko zachorowałem tam na żółtaczkę, w kopalni doznałem poważnego złamania nogi. Po kuracji w szpitalu, przewieziono mnie do kopalni. Tam wszyscy pracowaliśmy w maskach, gdyż bez tego, zaraz byśmy poumierali, głównie od pylicy płuc. W tej kopalni wydobywano głównie wolfram, ale pozyskiwano też promieniotwórczy uran, a wiadomo czym grozi praca przy wydobyciu tego ciężkiego pierwiastka”.

    Michał Siewruk – „Najgorsza była pierwsza zima. Okropny mróz. Mój ojciec pracując na dworze, odmroził nos. Tam na miejscu nie było żadnego lekarza, więc nie miał się, kto nim zająć. My nie wiedzieliśmy jak na to zaradzić, ale tubylcy poradzili nam, żeby zdobyć gęsi smalec, bo to pomaga. Ale skąd go wziąć, kiedy na miejscu nic nie było, ani kur, ani gęsi, głód i wszystko zjedzone. Ja jako 12 chłopak. Chcąc pomóc ojcu, zbiegłem z obozu i przywiozłem gęsi smalec aż z Irkucka. Ja nie pracowałem, chodziłem do sowieckiej szkoły. Do szkoły można było bezkarnie nie iść, tylko jeśli temperatura spadała poniżej – 30 stopni. Rodzice tyrali w kołchozie. To była katorżnicza praca. Mężczyzn było w tym kołchozie tylko kilku, m.in. mój ojciec Piotr, dlatego kobiety zmuszano do wykonywania ciężkich męskich prac”.  

    Powroty do Macierzy

    Genowefa Grochowska – „My nawet w tym łagrze na Syberii nie wiedzieliśmy, że po śmierci Stalina  nastąpiła w ZSSR pewna polityczna odwilż i że pozwolono wówczas Polakom wracać do kraju. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy przez nasze miejsce katorgi jechał z Irkucka pociąg z rodakami wracającymi do Polski. To oni, a nie władze obozu, nam powiedzieli. Napisaliśmy do urzędu w Krasnojarsku wniosek o pozwolenie wyjazdu do kraju. Dostaliśmy pozwolenie dopiero po roku. I tak po tej wieloletniej gehennie wróciliśmy do ojczyzny, ale prawie każdego dnia wracają do mnie te straszne obrazy z Syberii”. 

    Piotr Pocałujko – „W roku 1956 Sowieci, uznali że za swoje „odpokutowałem” i zwolniono mnie z łagru. Od razu chciałem wyjechać do Polski, ale robiono mi ogromne trudności, jako że moje rodzinne Zapurwie, znalazło się po wojnie na terytorium ZSRR i automatycznie władze sowieckie uznały mnie obywatelem swojego państwa. Ponad dwa lata starałem się o uzyskanie pozwolenia na wyjazd do Polski. Pozwolenie to otrzymałem dopiero w roku 1958 i od razu wyjechał do kraju. Po wielu staraniach do Polski udało się sprowadzić moich rodziców i młodszą siostrę, którzy również byli wiezieni w sowieckich łagrach”.  

    Michał Siewruk – „Na zesłaniu byliśmy osiem lat, do roku 1957. Kiedy przyjechaliśmy do naszego majątku, okazało się, że zamieniono go na kołchoz, a dwór zniszczono tak, że nie został po nim kamień na kamieniu. Dosłownie, ponieważ usunięto nawet fundamenty. Tak więc na rodzinnej ziemi, nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy do czego wracać, a do tego Polaków, po prostu wypędzano po wojnie z Wileńszczyzny. Robili to litewscy komuniści, którzy przenosili się do Wilna z głuchej prowincji. Organizowali oni specjalne składy pociągów i kazali Polakom wsiadać do nich i „jechać do Polski”. Tak właśnie trafiliśmy do Białegostoku, gdzie mieszkał brat mojej mamy, który nas przygarnął. Ja po krótkim pobycie w Polsce wróciłem do Wilna, gdzie mieszkałem aż do lat 80’. Do Polski przyjechałem na wezwanie umierającego ojca i tak tu zostałem, ale na Wileńszczyznę jeżdżę gdy tylko mogę”.

    notował Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Myśleliśmy, że władza bolszewików upadnie. Niezwykła relacja zesłanej na katorgę Sybiru

    (zdjęcie ilustracyjne. fot. AB/PCh24/pl)

    ***

    Kilka lat temu, goszcząc w białostockiej redakcji periodyku „Sybirak”, otrzymałem od prowadzących je osób – Bożeny Armatowicz i Roberta Tomczaka, dziś już świętej pamięci, listy które słała im pani Franciszka Michalska (ur. 1923 zm. 2016) z domu Waśkowska. Tak się złożyło, że dopiero teraz, robiąc porządki w swoich papierach, znalazłem te dokumenty i żywo zainteresowałem się nimi. W miarę jak zagłębiałem się w treść listów pani Franciszki, w których opisała ona swoje losy, ogarniał mnie coraz większy podziw dla dobra, wiary i męstwa tej naszej rodaczki i innych kresowych Polaków. Żyjąc na Kresach dawnej Rzeczypospolitej przed wojną i po niej, doznali  oni wszystkich katuszy, jakie zrodziły się w demonicznych, sowieckich umysłach.   

    Pani Franciszka w liście do redakcji „Sybiraka”, tłumacząc dlaczego tak duża liczba naszych rodaków nie wyjechała z Rosji po roku 1917 pisze: „Po rewolucji, wielu Polaków pozostała  na swoim dobytku w Rosji, ponieważ uważali, że władza bolszewików wkrótce upadnie. Myśleli, iż to żadne wyszkolone wojsko, ale jakieś chłopskie bandy, z którymi carska armia szybko się rozprawi. Stało się jednak zupełnie inaczej”.

    W piśmie skierowanym do Zarządu Wojewódzkiego Związku Sybiraków, jako świadek martyrologii kresowych Polaków i swojej własnej, pani Franciszka tak oto opisuje skutki fatalnych rozwiązań przyjętych podczas pokoju ryskiego w roku 1921: „Na mocy traktatu ryskiego wiele ziem kresowych pozostawiono po stronie sowieckiej wraz z mieszkającymi tam od wieków Polakami – w liczbie około miliona! Ich właśnie dotknęły najdotkliwsze i najdłuższe prześladowania ze strony władz sowieckich”.  Najtragiczniejszymi skutkami traktatu ryskiego dla kresowych Polaków były – śmierć głodowa tysięcy naszych rodaków podczas wielkiego głodu na Ukrainie (1932-33), masowe wywózki polskich rodzin na Sybir (1936-38) oraz wymordowanie na rozkaz Stalina ponad stu tysięcy naszych rodaków podczas tzw. „operacji polskiej NKWD” (1937-38).

    Franciszka Michalska w listach podaje: „Losy Polaków na Kresach, którzy po pokoju ryskim zostali po sowieckiej stronie granicy były straszne. Również los mojej rodziny. Pamiętam rok 1930, miałam wtedy 7 lat, jak bardzo rozpaczała moja mama, kiedy przyszło do niej powiadomienie z więzienia NKWD w Zasławiu, że jej rodzony brat Piotr Kamiński został rozstrzelany za próbę przedostania się do Polski. Od naszej miejscowości do granicy było tylko 25 kilometrów”.

    Franciszka Michalska była również świadkiem wielkiego głodu na Ukrainie. Jak mówi, jej rodzinie jedynie cudem udało się wówczas uniknąć śmierci. Często Waśkowscy byli tak głodni, że jedli brzozowe liście i suszyli je na zimę.

    „Rozpętywanie piekła głodu na Ukrainie Stalin rozpoczął już w roku 1930. Na przednówku tego roku i dwóch kolejnych lat był dotkliwy głód. Władze stalinowskie chciały w ten sposób przymusić chłopów, aby oddali ziemie państwu, a sami zatrudnili się w kołchozach. Były sowieckie brygady, zwane gołymi brygadami, które jeździły po gospodarstwach i zabierały rodzinom wszystką żywność, także nie mieliśmy co jeść. Zakopywano żywność w dołach, ale ci z gołych brygad mieli długie szpikulce i wbijając je w ziemię znajdowali te kryjówki.  Najgorszy głód był w roku 1933. Ludzie masowo umierali. Kiedy szłam do szkoły i z niej wracałam widziałam na ulicach wiele wychudzonych, martwych ciał. W miejscowości niedaleko nas przed głodem było 500 rodzin, a po głodzie przeżyło jedynie około 20 rodzin”. – pani Franciszka wspomina, że te straszne widoki śniły się jej po nocach.

    Jej rodzice – Waśkowscy mieszkali w miejscowości Maraczówka koło Sławity na Ukrainie (ziemie wołyńskie), gdzie prowadzili gospodarstwo rolne. W roku 1936 wieś była zamieszkana przez kilkaset polskich rodzin.

    „Był koniec czerwca 1936 roku, miałam wtedy 13 lat. Kilka dni przed wywózką wezwali mojego tatę do kołchozu, aby odebrał trzy pudy mąki. Tato nie wiedział jeszcze wtedy skąd taka hojność komunistów. Powiedziano mu Niech twoja żona piecze chleb i suszy z nich suchary. Przydadzą się wam. Po tych kilku dniach przyszli do nas o świcie, kazali się zbierać, pakować na podstawiony przed dom wóz. Potem razem z innymi sześciuset rodzinami wsadzili nas do bydlęcych wagonów i przez miesiąc wieźli na kazachskie stepy” – tak w swoich listach pani Franciszka wspomina wywózkę.    

    Pociąg zatrzymał się kiedy skończyły się tory. Kilkaset polskich rodzin NKWD wysadziło z wagonów w szczerym stepie. „Przez kilka dni mieszkaliśmy na pustym polu. W dzień było bardzo gorąco, a w nocy znowuż zimno. Po kilku dniach odkryliśmy studnię, ale była ona zasypana masą śmieci i padliną. Długo wyciągaliśmy z niej suche szczątki zwierząt. W końcu dokopaliśmy się do dna, pojawiła się woda. Była ona brązowa i cuchnącą, jednak pragnienie nas tak mordowało, że bez zastanowienia zaczęliśmy ją pić. Po tygodniu przyjechali przedstawiciele miejscowych komunistycznych władz – dwie Kirgizki i kilku Kirgizów. Przywieźli ze sobą namioty, które szybko rozstawiliśmy, żeby schronić się przed palącym słońcem. Wtedy też dowiedzieliśmy się od nich, że wodę z tej studni, którą żeśmy oczyścili, przed spożyciem trzeba przegotować, bo jest trująca, ale dzięki Bogu nikt nie zachorował” –   wspomina represjonowana Polka.

    Polacy wywiezieni w step, w nocy palili ogniska, żeby się ogrzać i odstraszyć wilki. „Siedząc przy ogniskach śpiewaliśmy religijne pieśni, to nas podnosiło na duchu. W pamięci utkwiła mi szczególnie pieśń Maryjna „Serdeczna Matko”. Modliliśmy się też na Różańcu. Z wielu opresji wyszłam cało jedynie dzięki Bożej Opatrzności” – wyznaje z wiarą pani Franciszka.

    Dalej podaje w liście do redakcji „Sybiraka”, że mężczyźni tworzyli złudną nadzieję, że zapewne polski rząd dowie się, iż ich wywieziono i będzie interweniował, żeby sprowadzić rodziny z kazachskiego stepu do Polski…  

    Opatrzność Boża nie pozostawiła naszych rodaków w biedzie samych. Pomoc przyszła z niespodziewanej strony. Polaków uratował szef zespołu Kirgizów komunistów, który przywiózł zesłańcom namioty. „Widząc naszą bezradność i brak wiedzy o tutejszych warunkach klimatycznych powiedział: W październiku przyjdą mrozy. Jak chcecie przeżyć to nauczę was robić lepianki i kopać studnie. A jak nie chcecie mnie słuchać to zamarzniecie i nikt z Rosjan nie będzie przejmował się waszym losem. Poszliśmy po rozum do głowy, posłuchaliśmy tego przyjaznego nam Kirgiza i dzięki temu przeżyliśmy, bo on miał całkowitą rację” – relacjonuje  nasza rodaczka.  

    Do końca roku 1936, z gliny zmieszanej z trawą, Polacy wybudowali na stepie około 200 lepianek. To ich ocaliło. Najpierw przymierano głodem, jednak jeszcze przed końcem wojny wzniesiono budynki kołchozu, w którym wszyscy ciężko pracowali. Wówczas dało się już jakoś żyć. Tak nasi rodacy założyli w Kazachstanie miejscowość Czernigowka, która istnieje do dziś – leży w rejonie Baszkiria.  

    Pani Franciszka Waśkowska przyjechała do Polski na sfałszowanych dokumentach, w roku 1946. Najpierw osiadła we Wrocławiu, gdzie ukończyła Akademię Medyczną. Wyszła za mąż za lekarza Michalskiego, urodziła troje dzieci. Od roku 1956 rodzina Michalskich mieszkała w Siemiatyczach, gdzie pani Franciszka była cenionym lekarzem pediatrą. 

    „Jestem osobą spełnioną i szczęśliwą, moją wielką radością jest powrót do Polski i życie tu, wśród swoich. Czasem jednak, kiedy wspominam moją rodzinę i tych wszystkich, którzy zostali na wywózce na zawsze, czuję smutek” – napisała pani Franciszka Michalska kończąc swoje wspomnienia.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    kościół św. Szymona i tablica upamiętniająca to ważne miejsce

    ***

    W tym roku kalendarz mojej kapłańskiej posługi w Szkocji odlicza już pięćdziesiąty pierwszy rok. Pamiętam jakby to było dziś – w piątkowy wieczór 14-tego lutego wysiadłem na glasgowskim dworcu Central Station, aby duszpasterzować tutaj naszym Rodakom, którzy przeszli przez “nieludzką ziemię”. Cudem ocaleni musieli jednak potem jeszcze długo tułać się przechodząc kolejne stacje swojej Drogi Krzyżowej: z Persji poprzez Bliski Wschód, Włochy i Francję, aby w końcu dotrzeć nie na swoją, ale obcą, choć przyjazną, szkocką ziemię. I tutaj już pozostali aż do swojej śmierci, bo nie było im dane powrócić na “Ojczyzny łono”.

    Każdego dnia polecam Miłosiernemu Bogu tych naszych Rodaków, aby już w pełni mogli posiąść Ziemię pełną szczęśliwości, która jest tym prawdziwym Domem dla tych wszystkich, którzy na tym naszym ziemskim padole musieli przejść przez dolinę śmierci – jak modlimy się w 23 psalmie: …”Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną… Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”…

    Jak ważna i potrzebna jest modlitwa za naszych zmarłych wspomnę tutaj o błogosławionej Matce Speranzie, hiszpańskiej mistyczce, która przewidziała wybór Księdza Kardynała Karola Wojtyły na papieża. 13 maja 1981 r. była jedną z kilku osób, które brały udział w ocaleniu życia św. Jana Pawła II. W 1964 roku spotkała się z Karolem Wojtyłą, który zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia jej procesu beatyfikacyjnego. Wtedy Matka Speranza poradziła przyszłemu papieżowi, aby jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka, ponieważ wkradły się tam błędy. I rzeczywiście był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i tym samym rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny.

    Otóż dlatego przywołuję bł. Matkę Speranzę, bo to ona wyprosiła dla naszych poległych żołnierzy z pod Monte Cassino łaskę nieba. Ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji, stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi.

    W 1951 roku odwiedziła cmentarz na Monte Cassino. Patrząc na groby naszych młodych polskich żołnierzy tak się wzruszyła, że prosiła Pana Boga, aby dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był o. Alfredo, który tak opisał to wydarzenie:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Panem Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Panu Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy świętej spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.

    (zainteresowanym polecam książkę:Bł. Speranza – Nieznane cuda bliźniaczej duszy ojca Pio – José María Zavala)  

    ***

    7 luty

    Pierwsza sobota miesiąca

    10 grudnia 1925 roku siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego

    100 lat temu s. Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o "niespełnioną część" orędzia fatimskiego
    fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org

    ***

    10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.

    Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos

    Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.

    ***

    Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie

    Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.

    Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor  znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.

    Pierwsze soboty miesiąca

    Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.

    Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.

    To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.

    Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.

    Spotkanie z niezwykłym Chłopcem

    Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca.  Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.

    Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.

    Polecenie Jezusa

    Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.

    Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR

    Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula

    ***

    Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl

    ***

    Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca

    Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

    ***

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ***

    6 luty

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    W kościele św. Piotra od godz. 18.00 godzinna

    Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi św.

    godz. 19.00

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata

    ***

    9 pierwszych piątków miesiąca.

    Na czym polega to nabożeństwo?

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    ***

    Wielkie objawienia Serca Jezusowego

    Wyjątkową rolę w życiu św. Małgorzaty Marii odegrały cztery objawienia zwane wielkimi. Jezus ukazywał się jej już wcześniej, lecz w latach 1673-1675 w zakonie Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial czterokrotnie objawił się z zamiarem przybliżenia istoty kultu swego Serca. Zbawiciel życzył sobie, by czczono Je jako symbol Jego nieskończonej miłości do ludzi. Apostołce powierzył specjalną misję. Miała mówić ludziom o wielkim skarbcu miłości, jakim jest Serce Jezusa. Jej zadanie polegało na uświadomieniu ludziom konieczności zadośćuczynienia i wynagradzania Jezusowi za nasze grzechy.

    12 obietnic Pana Jezusa

    W trakcie objawień Pan Jezus przekazał siostrze Małgorzacie Marii przyrzeczenia skierowane do czcicieli Jego Serca. Zakonnica opisała je w listach. Już po jej śmierci rozproszone informacje zebrano w słynne 12 obietnic.

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    ***

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Warto zwrócić uwagę, że Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.

    9 pierwszych piątków miesiąca nie jest bynajmniej praktyką magiczną, nie ma nic wspólnego z zabobonem. Pomaga ona jednak wypracować nawyk regularnej spowiedzi i częstszego, niż tylko w niedzielę, przyjmowania Komunii Świętej.

    W czerwcu szczególną uwagę poświęca się Sercu Jezusa. Codziennie odmawiana jest Litania do Serca Pana Jezusa, a w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tym bardziej warto właśnie w tym miesiącu rozpocząć praktykę 9 pierwszych piątków.

    artykuł pochodzi z portalu STACJA7 https://stacja7.pl/wiara/9-pierwszych-piatkow-miesiaca-zacznij-teraz/

    ***

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W kapicy-izbie Jezusa Miłosiernego

    o godz. 19.00 Msza święta

    po Mszy św. – godzinna Adoracja przed Najświętszym Sakramentem

    ***

    Adoracja i światło Chrystusa:

    10 małych kroków ku głębokiemu zjednoczeniu z Jezusem eucharystycznym

    web2-eucharistic-adoration-godong-fr002697a.jpg
    Pascal Deloche I Godong

    ***

    Jest to czas, gdy ty spoglądasz na Boga i pozwalasz, by On spoglądał na ciebie. Te 10 kroków pomoże ci skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej.

    Adoracja i zjednoczenie z Jezusem

    Eucharystia to spotkanie z Bożym Słowem i karmienie się Jego Ciałem. Możemy przedłużyć to spotkanie na adoracji. Jeśli ktoś nie może przyjmować komunii św. może to być dla niego możliwość na jednoczenie się z Chrystusem.

    Ponadto, jak zauważa ks. Philippe Blanc, „modlitwa adoracji zdaje się odpowiadać na szczególne pragnienie. Jakby nasz rozgorączkowany i pełen rozproszeń czas potrzebował niezbędnych do życia chwil odpoczynku, ciszy, bezinteresowności. Poświęcenia czasu, by spoglądać na Boga i pozwolenia, by On spoglądał na nas”.

    A jednak nie zawsze jest nam łatwo przeżywać czas adoracji tak, jak byśmy tego chcieli. Te 10 kroków – opracowanych przez ks. Philippe’a Blanc z diecezji Monaco – pomoże wam skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując was do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej:

    1 Wejdź w swoje serce

    Wszedłeś już do kościoła czy kaplicy. Tu spotykasz się z Jezusem eucharystycznym. Teraz wejdź do swego serca – najbardziej intymnej części twojego istnienia.

    2 Proś o łaskę zanurzenia się w Bogu

    Wokół ciebie panuje cisza. Postaraj się, by cisza zapanowała w tobie. Ucisz wszystkie głosy, które są w tobie, nie biegnij za niepotrzebnymi myślami. Nie zachowuj dla siebie swoich problemów, zmartwień i udręk, ale ofiaruj je Jezusowi.

    Podczas adoracji zajmuj się Nim, a On zatroszczy się o ciebie, lepiej, niż ty sam mógłbyś to uczynić. Proś o łaskę zanurzenia się w Nim i zaufania.

    3 Wpatruj się w Jezusa

    Wpatruj się w Jezusa eucharystycznego. Spraw, by twoje serce zaczęło mówić. To znaczy: zacznij kochać Tego, który pierwszy nas umiłował.

    4 Zacznij modlić się sercem

    Unikaj wypowiadania modlitw jedynie wargami, bez zatrzymywania się nad słowami, które mówisz. Unikaj czytania jednej strony Pisma Świętego za drugą, przez cały czas twojej modlitwy.

    Wejdź w modlitwę serca. Wybierz werset psalmu, zdanie z Ewangelii, prostą modlitwę i powtarzaj ją sercem, powoli, raz za razem, aż stanie się twoją modlitwą, twoim krzykiem, twoim błaganiem.

    5 Dziękuj

    Nie spędzaj całego czasu jedynie na narzekaniu i proszeniu. Zacznij dziękować, być wdzięcznym. Zamiast zastanawiać się nad tym, czego ci brakuje, wychwalaj Boga za to, kim jesteś, co posiadasz. Dziękuj za to, co otrzymasz nazajutrz.

    6 W razie zmęczenia wołaj Ducha Świętego

    Możesz ulegać zmęczeniu albo rozproszeniom. Nie poddawaj się! Kiedy tylko zdasz sobie z tego sprawę, zacznij znów modlić się sercem, powoli. Poproś Ducha Świętego o pomoc, aby wspierał cię w twojej słabości i aby coraz bardziej stawał się twoim wewnętrznym nauczycielem.

    7 Przyjmuj wolę Bożą

    Jezus jest w centrum Kościoła. I On chce znaleźć się w centrum twego życia. Przyglądając się Mu, ucz się przechodzenia od „ja” do „Ty”. Od chęci realizacji własnych planów do pragnienia i przyjmowania Jego woli względem ciebie.

    8 „Wystawiaj się” na światło Chrystusa

    On jest uroczyście wystawiony. Przyjmuj światło, które bije z Jego obecności. Tak jak Słońce rozgrzewa i roztapia śnieg, tak samo jeśli ty wystawisz się na Jego światło, pozwolisz Mu coraz bardziej rozświetlać ciemności, które otaczają twoje serce. Aż całkiem je rozproszy.

    9 Zaakceptuj słabości – własne i innych

    On ukrywa się pod prostą i ubogą postacią chleba. Przychodzi do ciebie ubogi, abyś mógł nauczyć się przyjmować w prawdzie słabości – twoje i twoich braci.

    10 Przyzywaj Maryję

    Trwasz w ciszy. Pozostawaj w niej. Maryja, Gwiazda Poranka i Brama Niebios, podąża przed tobą, wskazuje ci drogę i wprowadza cię do królewskiej komnaty. To dzięki niej zrozumiesz, w ciszy, że wpatrując się w Jezusa, będziesz mógł odkryć w sobie obecność Trójcy Świętej. I doświadczyć w twoim życiu słów z Psalmu 34: „Spójrzcie na Niego, promieniejcie radością, a oblicza wasze nie zaznają wstydu”.

    10 małych kroków ku głębokiemu zjednoczeniu z Jezusem eucharystycznym

    Mathilde de Robien/Aleteia.pl

    ***

    poniedziałek – 2 luty

    Uroczystość Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej

    Dzień modlitw za osoby życia konsekrowanego

    Msza święta w sali parafialnej przy kościele św. Piotra o godz. 19.00 z obrzędem poświęcenia świec

    (Francis Helminski, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.

    Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.

    Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.

    Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa „światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.

    Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.

    Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.

    Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.

    W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.

    Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.

    Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.

    Matki Bożej Gromnicznej

    W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.

    W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby „wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.

    Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

    Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.

    Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.

    Dzień Życia Konsekrowanego

    2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.

    W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.

    Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.

    PCh24.pl/źródło: KAI

    ***

    Gromnica – świeca nieco zapomniana

    W święto Ofiarowania Pańskiego, zwane u nas świętem Matki Bożej Gromnicznej, mniej ludzi niż niegdyś przychodzi do naszych kościołów, by poświęcić świece. Do niedawna przychodziło więcej. Świece wykonane z pszczelego wosku, zwane gromnicami, były ze czcią przechowywane w każdym domu i często zapalane – wówczas, kiedy nadciągały gwałtowne burze, gradowe nawałnice, wybuchały pożary, groziła powódź, a także w chwili odchodzenia bliskich do wieczności. Były one znakiem obecności mocy Chrystusa – symbolem Światłości, w której blasku widziało się wszystko oczyma wiary.

    fot.  Karol Porwich/TYgodnik Niedziela

    ***

    Wprawdzie wilki zagrażające ludzkim sadybom zostały wytrzebione, ale na ich miejsce pojawiły się inne zagrożenia. Dziś trzeba prosić Matkę Bożą Gromniczną, by broniła przed zalewem przemocy i erotyzacji płynących z ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów, przed napastliwością sekt, przed obojętnością na los bliźnich, przed samotnością, przed powiększającą się falą ubóstwa, przed zachłannością, przed bezdomnością i bezrobociem, przed uleganiem nałogom pijaństwa, narkomanii, przed zamazywaniem granic między grzechem a cnotą, przed zamętem sumień.

    Po raz pierwszy otrzymujemy płonącą świecę na chrzcie. Oznacza ona zapalenie światła wiary w naszej duszy. Jest znakiem ogarnięcia nas przez Chrystusa swoimi mocami i swym światłem. Po raz drugi – często tę samą świecę – trzymamy zapaloną podczas I Komunii św. W wielu bowiem rodzinach jest piękny, godny rozpowszechniania zwyczaj przechowywania tej chrzcielnej świecy do I Komunii św., a także do ślubu. Przynosi się ją także do kościoła każdego roku w Wielką Sobotę, by jej płomień zapalić od nowo poświęconego paschału.

    Zapalajmy ją częściej. Zapalajmy w domach, kiedy robi się w nich burzowo, kłótliwie, kiedy lodowaty grad niszczy uprawy wzajemnej miłości, kiedy wybuchają pożary zawiści, kiedy zagraża powódź pazerności. Niech gromnica nie będzie tylko jednym z przechowywanych w naszym domu bibelotów. Zapalajmy ją także wtedy, gdy ktoś z domowników ciężko choruje, gdy został okradziony, napadnięty, oszukany, poniżony, odrzucony, opuszczony. Przywróćmy zwyczaj wkładania jej do ręki konającym, opuszczającym ten świat naszym bliskim.

    Opowiadała mi pewna matka, która podejmowała bezowocne wysiłki, by wyrwać córkę z narkomanii, że przed kilku laty przyniosła wieczorem z kościoła poświęconą gromnicę, a jej córka – narkomanka zapytała, do czego ona służy. Wówczas, opowiadając legendę o Matce Bożej Gromnicznej strzegącej ludzkich sadyb przed wilkami, zapaliła na stole przyniesioną gromnicę i odmówiła modlitwę „Pod Twoją obronę”. Gdy skończyła poprosiła córkę, by wyjęła z szuflady przechowywaną od jej chrztu święcę, którą trzymała także przystępując do I Komunii św., i zapaliła ją. Przy tych dwu palących się świecach odmówiły wspólnie jeszcze raz „Pod Twoją obronę”, następnie schowały je w komodzie. Od tego dnia nastąpił przełom w życiu córki tej kobiety. Podjęła stosowne leczenie i w krótkim czasie udało się jej zerwać z nałogiem. Któregoś dnia zapytana o to, jak jej się to udało, powiedziała: – Kiedy nachodzi mnie słabość zapalam moją gromnicę i to mi daje siłę.

    ***
    O Boże mój, gdzież jest moja gromnica?
    Oto burze nadchodzą, grzmoty, błyskawice.
    Postawię ją w oknie mojej duszy,
    a Ty, Maryjo, udziel mi nadziei.
    Zapalę ją w przedsionku mego serca,
    a Ty wypełnij je miłością.
    Umieszczę ją w oknie mego rozumu,
    a Ty spraw, aby zawierzyła do końca
    Twemu Synowi moja mała wiara.

    ks. FlorianTygodnik Niedziela

    ***

    Święćmy gromnice.

    Sakramentalia zbliżają do Boga

    ***

    W święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, zgodnie z tradycją święcimy świece, by zapewnić ochronę od żywiołów i wypraszać dobrą śmierć. Dzień później, w św. Błażeja, błogosławieństwo dwoma skrzyżowanymi świecami służy zachowaniu od chorób gardła i języka. Poświęcony 5 lutego, w św. Agaty, chleb i sól mają chronić nasz dom od pożaru. Zwyczaje, ważne dla naszych przodków, dziś praktykujemy coraz rzadziej. Rzadziej rozumiemy także jak te symboliczne czynności mają wpłynąć na naszą relację z Bogiem.

    Czy to jakaś magia? – pytają niektórzy. Bynajmniej, nie chodzi tu o żadne magiczne działanie czy myślenie, lecz o rodzaj modlitwy. O przypomnienie, że Bóg wypełnia skierowaną do Niego podczas poświęcenia przedmiotu prośbę: o ochronę czy o zdrowie. Innymi słowy, chodzi o to, by nie traktować błogosławieństw i błogosławionych przedmiotów jako zabobonu czy talizmanu, lecz jako znak, że zapraszamy Boga w naszą codzienność. To, co odróżnia poświęcone podczas świąt przedmioty czy inne sakramentalia od przesądów czy talizmanów to wiara w Boga, a nie w moc przedmiotu.

    Zabobon czy wiara

    Po co zatem komuś świeczka poświęcona w Gromniczną i postawiona na oknie, by chroniła od piorunów, skoro to Bóg chroni dom przed piorunami? Jesteśmy osobami zmysłowymi, bardziej przemawia do nas to, co widzimy i czego dotykamy. Dlatego to świeca ma nam przypominać, że Bóg jest Światłem w ciemnościach burzy czy śmierci, a chleb i sól zachowuje i ocala. I w ten sposób, oddziałując na zmysły, ułatwiać nam wiarę.

    Podobnie posługujemy się innymi sakramentaliami: nosimy poświęcony medalik nie po to, by wierzyć w jego moc, ale by przypominał nam o wierze w Boga. Nosimy go też jako zgodę wyrażoną Bogu: „Tak, chcę, by w moim życiu działało błogosławieństwo, które kapłan wypowiadał poświęcając ten przedmiot”. Noszenie medalika, palenie gromnicy, czy używanie wody święconej bez wiary w Boga nie ma sensu – ponieważ poświęcenie go nie jest nadawaniem jakiejś mocy. Sakramentalia od zabobonu odróżnić bardzo prosto: po wierze tego, kto daną rzecz poświęca i nosi.

    Tradycja Kościoła

    Zwyczaj święcenia świec, chleba i soli mają swoje interesujące pochodzenie. Podczas gdy święcenie świec w Matki Bożej Gromnicznej jest w swojej symbolice dość oczywiste i związane z oczekiwaniem na wiosnę i jej pierwsze burze, opowieści związane z pozostałymi świętami intrygują. Otóż św. Błażej, lekarz a potem biskup Sebasty (dziś teren Turcji) i pustelnik, żyjący na przełomie III i IV w. n.e. został uwięziony podczas prześladowań chrześcijan za cesarza Licyniusza. Gdy przebywał w lochu, był świadkiem jak rybia ość przebiła chłopcu gardło. Nikt nie potrafił jej wyjąć i chłopcu groziła śmierć przez uduszenie. I jak to w podobnych wypadkach bywa, gdy człowiek – z bezradności zwraca się do Boga,  wysłuchał prośby św. Błażeja. Chłopiec został uratowany, a Kościół zaczął czcić świętego męczennika jako patrona od chorób gardła.

    Ciekawa historia wiąże się także ze św. Agatą. Według tradycji, po jej męczeńskiej śmierci w Katanii na Sycylii, wybuchła Etna. Rozpalona lawa zagrażała miastu. Mieszkańcy prosili więc św. Agatę o pomoc i posłużyli się jej welonem dla powstrzymania ognistej lawy. Widać święta wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, a na pamiątkę tego wierni do dziś modlą się o ocalenie przed ogniem za Jej wstawiennictwem. Aby to podkreślić, w dzień św. Agaty poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów, a dawniej poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar.

    Znak ufności

    Czym różnią się sakramentalia od sakramentów?  Różnica jest zasadnicza. Sakramenty to widzialne znaki bezpośredniego spotkania z żywym Bogiem i otrzymania Jego łaski. A sakramentalia to znaki oraz czynności (błogosławieństwa osób, posiłków, miejsc), które – przez modlitwę Kościoła – uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. O ile moc działania sakramentów pochodzi wprost od Boga, o tyle działanie sakramentaliów bierze się z wiary i modlitwy Kościoła.

    Nadchodzące dni, jak widać, są okazją, by szczególnie uświadomić sobie sprawczość naszej  wiary. I to, że w obrzędach poświęcenia nie ma żadnej magii, bo to nie przedmiot ani nie dotyk uzdrawia. Oba są jedynie zewnętrznymi znakami naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo świętego i moc Boga”.

    Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl

    ***

    Matka Boża Gromniczna strzeże przed „wilkami”. „Duchowe drapieżniki” dyszą nienawiścią!

    ***

    Jednym z najpiękniejszych kalendarzy lat trzydziestych był „Kalendarz Królowej Apostołów”, wydawany przez Księży Pallotynów. I właśnie tam widziałem reprodukcję obrazu, która na długo utkwiła mi w pamięci.

    Oto jest noc, zasypane śniegiem wiejskie chaty, nigdzie nie widać nawet nikłego blasku świecy, cała wieś pogrążona jest we śnie. Bliżej widać drzewa, tuż za wioską rozciąga się gęsty las. Na jego skraju wyraźnie widoczna jest wataha wilków: wygłodniałych, złych, szykujących się do ataku na ludzkie siedziby. I nagle z boku obrazu wyłania się przepiękna, świetlista postać, odziana – mimo mrozu – jedynie w białą szatę. Postać kobieca, tchnąca dobrocią i spokojem, rusza prosto na stado wilków i odpędza je od domostw tych, którzy pogrążeni we śnie, nawet nie domyślają się niebezpieczeństwa. Wilki warczą, ale cofają się, gdyż Pani ta trzyma w ręku świecę, której drapieżniki najwyraźniej się boją. Pod obrazem widniał podpis: Matka Boża Gromniczna…

    Nie pamiętam już, kto był autorem tego obrazu, ani wszystkich szczegółów, bo od tamtego czasu upłynęło już wiele lat. Jednak od spotkania z tym obrazkiem w kalendarzu katolickim tytuł Matka Boża Gromniczna kojarzy mi się zawsze z ową piękną Panią, która czuwa nad człowiekiem i chroni go oraz jego bliskich od niebezpieczeństwa.

    2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, od reformy kalendarza liturgicznego nazywające się Świętem Ofiarowania Pańskiego. Nazwa nie jest tu jednak najważniejsza, natomiast niezwykle ważna jest wielowiekowa tradycja łącząca to święto z gromnicą, a więc świecą, która w tym dniu jest pobłogosławiona w kościele przez kapłana na pamiątkę słów starca Symeona, który nazwał Dziecię Jezus Światłem na oświecenie pogan.

    Zapewne słyszeliśmy, jak do tego doszło. Maryja, jak każda kobieta izraelska, chciała poddać się oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo porodziła bez utraty dziewictwa, ale chciała. Ona i św. Józef pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga staruszków – Symeona i Anny, którzy wyczekiwali Zbawiciela, codziennie trwając przy Świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, ale kiedy wreszcie Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do Świątyni, Symeon wyśpiewał przepiękną pieśń, którą Kościół uczynił częścią modlitwy brewiarzowej i kazał swoim kapłanom, zakonnikom i wszystkim, którzy w tej doskonałej modlitwie chcą brać udział, odmawiać w ostatniej modlitwie danego dnia, czyli tzw. komplecie.

    To wtedy właśnie Maryja usłyszała proroctwo o Jezusie, że Jej duszę kiedyś przeniknie miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół święci w tym dniu świece i odwołuje się do wstawiennictwa Matki Zbawiciela, stąd popularnie to święto po dziś dzień nazywa się świętem Matki Bożej Gromnicznej. Poświęcona świeca jest symbolem Pana Jezusa, jako Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Stąd opisany przeze mnie na początku obraz ukazujący Maryję, jako opiekunkę ludzkich siedzib. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice, jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd gromnica) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.

    Co do wilków, to te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy czy sam szatan. Te „duchowe drapieżniki” porywają nawet niewinne dusze małych dzieci przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga, czyniąc je przez to martwymi. Nigdy chyba jeszcze od czasów Cesarstwa Rzymskiego ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak robią to teraz. Grzech stał się czymś, co „robią wszyscy”. Czy ci nieszczęśliwi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że razem z tymi „wszystkimi” mogą przegrać życie, a co gorsza – całą wieczność?

    Drodzy Czciciele Matki Bożej! Weźmy Jej świece, zaufajmy, że przez ten znak Maryja będzie nas chronić od zła fizycznego, a przede wszystkim od duchowego. Módlmy się, by kiedyś, kiedy będą się zamykać na zawsze nasze oczy na tym świecie, ostatnią rzeczą, jaką ujrzymy, było światło gromnicy. Amen.

    PCh24.pl(tekst ukazał się w 86. numerze „Przymierza z Maryją”

    ***

    Ofiarowanie Pańskie

    Ofiarowanie Chrystusa w Świątyni

    Ofiarowanie Chrystusa w Świątyni
    Obraz z XV wieku pędzla Giovanniego Belliniego

    ***

    Chrystus przez swoje „wejście w świat” spotyka się ze wszystkimi ludźmi. Przez pośrednictwo Jezusa, Maryi i św. Józefa – w spotkaniu w świątyni jerozolimskiej – „dokonało się” już w zarodku „wszechspotkanie Boga z ludźmi i ludzi pomiędzy sobą”.

    Kult Matki Boskiej Gromnicznej w świecie

    Nabożeństwo do Matki Boskiej Gromnicznej ma szczególnie uroczysty charakter: w Polsce, w Hiszpanii i w krajach, które kiedyś należały do Hiszpanii (Ameryka Południowa i Środkowa, Filipiny). Na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich jest nawet sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej w Candelaria.

    Święto Ofiarowania Pana Jezusa w Polsce

    W Polsce Święto Ofiarowania Pana Jezusa w świątyni w Jerozolimie nabrało charakteru wybitnie maryjnego. Lud polski widzi w Niej tę, która to niebiańskie Światło sprowadziła na ziemię i która nas tym światłem broni i od wszelkiego zła osłania jako nasza najpotężniejsza Pośredniczka i Orędowniczka przed tronem Boga. Dlatego lud polski często gromnicę do ręki swojej bierze, zwłaszcza w niebezpieczeństwach wielkich klęsk i grożącej śmierci. Stąd i nazwa w Polsce uroczystości dzisiejszej “Matka Boża Gromniczna”.

    Wielkim wrogiem domów i dobytku były w Polsce kiedyś burze, a zwłaszcza pioruny, które drewniane przeważnie domostwa zapalały i niszczyły w ten sposób całe nieraz osiedla. Właśnie od tych gromów miała strzec domy świeca poświęcona w święto Ofiarowania Chrystusa. Stąd i nazwa tej świecy “gromnica”. Zwykle przystrajano ją pięknie i malowano. W czasie burzy zapalano woskowe gromnice, by prosić za wstawiennictwem Matki Bożej ochronę. Po powrocie do domu z zapaloną gromnicą jeszcze dzisiaj obchodzi się domy, gumna, obory i znaczy się nią sufity (przez okopcenie gromnicą zapaloną), by je ochronić od pożaru. Podobny zwyczaj panował wśród Rusinów prawosławnych.
    Gromnicę wręcza się również konającym w tym samym znaczeniu: ochrony przed napaścią złych duchów. Panuje bowiem przekonanie, że w tej decydującej chwili szatanowi w sposób szczególniejszy zależy na tym, aby mieć w posiadaniu dusze ludzkie. Aby sobie zapewnić opiekę Matki Bożej, gromnicę umieszczano nad łóżkiem, by ją mieć zawsze pod ręką.

    Piotr Stachiewicz w cyklu swoim: Legendy o Matce Bożej ma również piękny obraz “na Gromniczną”. Przedstawia on Najświętszą Maryję jak zapaloną gromnicą odpędza od chat ludzkich wygłodniałe wilki. Jak bowiem sama nazwa głosi: luty (luto — zimno) jest miesiącem najzimniejszym. Nie dziw więc, że zgłodniałe wilki cisną się do domów. Tę właśnie scenę utrwalił rysunkiem również Wojciech Grabowski.

    Z uroczystością Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek — kończy się “przedłużony” okres Bożego Narodzenia. Liturgicznie okres ten kończy się wcześniej – świętem Chrztu Pana Jezusa. Jednak polski zwyczaj ma swoje uzasadnienie nie tylko w dawnej tradycji, ale przede wszystkim w tym, że w Matkę Bożą Gromniczną Pan Jezus jeszcze jako Dziecię jest ofiarowany w świątyni.

    Z uroczystością Matki Bożej Gromnicznej kończy się również w Polsce okres kolędy, wizytacji duszpasterskiej po domach.

    W wigilię Matki Bożej Gromnicznej lud polski zwyczajowo pościł. Powstało nawet przysłowie: “Kto kocha Maryję, nie pyta o wigilię”. Było bowiem tradycją, że przed każdym świętem Bożej Matki zachowywano post.

    wiara.pl

    ***

    Dlaczego św. Jan Paweł II ustanowił

    Dzień Życia Konsekrowanego?

    Antoine Mekary | Aleteia

    ***

    Dzień Życia Konsekrowanego obchodzony jest 2 lutego, w święto Ofiarowania Pańskiego. A jakie były intencje św. Jana Pawła II, kiedy w 1997 roku zadecydował o ustanowieniu tego dnia?

    Czterdzieści dni po narodzeniu Jezusa Jego rodzice zanoszą Go do świątyni, by ofiarować Go Bogu. W tym dniu Jezus-Mesjasz spotyka się także z tymi, którzy na Niego z tęsknotą czekali. Przez usta starego Symeona, któremu daje natchnienie Duch Święty, objawione zostaje „Światło na oświecenie pogan”. A swoimi proroczymi słowami starzec zapowiada pełną ofiarę złożoną na krzyżu przez Jezusa i Jego ostateczne zwycięstwo nad śmiercią (por. Łk 2, 25-35).

    W ten sposób w domu Bożym tego dnia objawia się Uświęcony przez Ojca, Ten, który przyszedł na świat, aby zbawić wszystkich ludzi. A Maryja, Jego matka, jednoczy się z Nim w tej samej ofierze dla zbawienia świata.

    Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest również wymownym znakiem całkowitego oddania się Bogu i wzorem dla wszystkich tych, którzy chcą iść drogą życia konsekrowanego. A Dziewica Maryja, ofiarowująca Dzieciątko Bogu, bardzo dobrze wyraża postawę Kościoła, który nadal ofiarowuje Ojcu swoje córki i synów, łącząc ich z jedyną ofiarą Chrystusa – przyczyną i wzorem wszelkiej konsekracji w Kościele.

    Jak prorokini Anna, która – podobnie jak Symeon – czekała na Mesjasza i czuwała w świątyni, tak pierwszym powołaniem tego, który podąża za Chrystusem, jest przebywanie w komunii z Nim, słuchanie Jego słowa i wielbienie Boga z pokorą i stałością. Jego życie znajdzie wówczas głęboki oddźwięk w sercach ludzi.

    Jan Paweł II pragnął, aby „obchody Dnia Życia Konsekrowanego gromadziły osoby konsekrowane wraz z innymi wiernymi dla wspólnego wychwalania z Dziewicą Maryją wielkich dzieł Bożych, których Pan dokonuje w wielu synach i córkach” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Co więcej, pragnął, aby to święto ukazywało wszystkim, że powołaniem świętego ludu Bożego ma być całkowicie poświęcenie się Jemu.

    Po co nam Dzień Życia Konsekrowanego?

    Jan Paweł II widział w tej uroczystości co najmniej potrójny cel:

    1 DZIĘKCZYNIENIA ZA DAR ŻYCIA KONSEKROWANEGO

    „Po pierwsze – odpowiada on wewnętrznej potrzebie bardziej uroczystego wielbienia Pana i dziękczynienia Mu za wielki dar życia konsekrowanego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Tak jak Jezus w swoim posłuszeństwie i poświęceniu Ojcu mówi nam, jak bardzo Bóg jest z nami, tak i osoby konsekrowane, w pełni należące do jedynego Pana, ich sposób życia i pracy, ich oddanie ludziom są wymownym znakiem, potężnym głoszeniem obecności Boga we współczesnym świecie. „To pierwsza posługa, jaką życie konsekrowane oddaje Kościołowi i światu. Pośród Ludu Bożego osoby konsekrowane są niczym strażnicy, dostrzegający i zapowiadający nowe życie, już obecne w naszych dziejach”, mówił Benedykt XVI 2 lutego 2006 r.

    2 POZNANIE ŻYCIA KONSEKROWANEGO

    „Po drugie – Dzień Życia Konsekrowanego ma za zadanie przyczynić się do poznania tej formy życia i pogłębiania szacunku dla niego ze strony całego Ludu Bożego od biskupów po kapłanów, od świeckich po osoby konsekrowane” – wyjaśniał w 1997 r. z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego św. Jan Paweł II.

    Podkreślił to także, zwracając się do osób konsekrowanych 2 lutego 2000 r.: „Świadectwo eschatologiczne należy do istoty waszego powołania. Śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości dla Królestwa Bożego są waszym orędziem o ostatecznym przeznaczeniu człowieka, które kierujecie do świata. Jest to bardzo cenne orędzie: Człowiek, który czuwa i wyczekuje spełnienia się obietnic Chrystusa, potrafi natchnąć nadzieją także swoich braci i siostry, często zniechęconych i pesymistycznie patrzących w przyszłość”.

    Ojciec święty dodaje także: „Jest ono zatem specjalną i żywą pamiątką Jego bycia Synem, który czyni Ojca swoją wyłączną Miłością – oto Jego czystość; który w Ojcu znajduje swoje wyłączne bogactwo – oto Jego ubóstwo; dla którego wola Ojca jest codziennym „pokarmem” (por. J 4,34) — oto Jego posłuszeństwo.

    Taka forma życia, przyjęta przez Chrystusa i uobecniana w szczególny sposób przez osoby konsekrowane, ma wielkie znaczenie dla Kościoła, powołanego, by we wszystkich swoich członkach przeżywać to samo dążenie do pełnego zjednoczenia z Bogiem poprzez naśladowanie Chrystusa w świetle i mocy Ducha Świętego.

    Życie specjalnej konsekracji w swoich różnorodnych formach pomaga zatem lepiej zrozumieć konsekrację chrzcielną wszystkich wiernych. Rozważając dar życia konsekrowanego Kościół zastanawia się nad swoim szczególnym powołaniem, aby należeć wyłącznie do Pana, i pragnie być w Jego oczach bez „skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,27).

    Wydaje się zatem uzasadniona potrzeba ustanowienia tego specjalnego Dnia, który przyczyni się do tego, aby nauka o życiu konsekrowanym była nie tylko szerzej i głębiej rozważana, ale również coraz lepiej przyjmowana przez wszystkich członków Ludu Bożego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997).

    3 ŚWIĘTOWANIE DZIEŁ PANA W ŻYCIU KONSEKROWANYCH

    Trzeci cel dotyczy samych osób konsekrowanych: „Są one zaproszone do wspólnego i uroczystego świętowania niezwykłych dzieł, które Pan w nich dokonał, aby w świetle wiary mogły jeszcze pełniej odkryć blask Bożego piękna – promieniującego za sprawą Ducha w sposobie ich życia – oraz aby mogły jeszcze żywiej uświadomić sobie swą niezastąpioną misję w Kościele i w świecie” – wyjaśnił św. Jan Paweł II w tym samym dokumencie.

    Świadkowie Ewangelii

    W dzisiejszym zagonionym świecie osoby konsekrowane powinny z radością i pokojem ukazywać swoim życiem życie i orędzie Syna Bożego. W ten sposób głoszą naszemu światu, w najróżniejszych sytuacjach, że ostatecznie to Pan jest dla człowieka prawdziwą miłością, prawdziwym bogactwem, najbezpieczniejszą drogą.

    Warto przy tym pamiętać, że „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (Św. Paweł VI, Adhortacja apostolska Evangelii nuntiandi, 1975, nr 41).

    Dla Jana Pawła II ustanowienie Dnia Życia Konsekrowanego w święto Ofiarowania Pańskiego oznaczało zatem wsparcie misji Kościoła. Przede wszystkim jego misji w świecie, aby ci, którzy jeszcze nie poznali Chrystusa, mogli się do Niego zbliżyć dzięki tym osobom, które przez całkowity dar siebie dają świadectwo, że Chrystus jest jedynym Synem, posłanym przez Ojca.

    Papież podkreślił, że nowa ewangelizacja jest możliwa i skuteczna za sprawą osób, które najpierw ewangelizują same siebie, aby potem innym „przedstawiać Ewangelię w jej pełni, a także ukazywać matczyne oblicze Kościoła, służącego mężczyznom i kobietom naszych czasów”.

    Modlitwa za osoby konsekrowane

    Papież był też przekonany, że dzień ten będzie wsparciem duszpasterskim dla Kościołów lokalnych: „Czasami mogą ulegać pokusie by, tak jak Marta, pojmować misję głównie jako liczne zadania do zrobienia, które, rzecz jasna, powinny zostać wykonane. Ale ten dzień przypomina wszystkim, że to wybierając tę cząstkę, którą obrała Maria, możemy przynosić obfite owoce w winnicy Pańskiej. Dziewica Maryja, która dostąpiła wielkiego przywileju ofiarowania Ojcu Jezusa Chrystusa, Syna swego Jednorodzonego, jako ofiary czystej i świętej, niech sprawi, abyśmy byli zawsze otwarci na przyjęcie wielkich dzieł, których On nieustannie dokonuje dla dobra Kościoła oraz całej ludzkości” – mówił Jan Paweł II w 1997 roku.

    Benedykt XVI, 2 lutego 2006 r., odmówił następującą modlitwę, którą zadedykował osobom konsekrowanym:

    Niech Pan codziennie odnawia w was
    i we wszystkich osobach konsekrowanych
    radosną odpowiedź na Jego bezinteresowną i wierną miłość.
    Niczym płonące świece
    promieniujcie zawsze i w każdym miejscu
    miłością Chrystusa, światłości świata.
    Niech Najświętsza Maryja, Niewiasta konsekrowana,
    pomaga wam przeżywać w pełni to wasze szczególne powołanie
    i posłannictwo w Kościele dla zbawienia świata.
    Amen!

    Marie Lafon /Aleteia.pl

    ***

    Czym są śluby zakonne?

    Odpowiada św. Jan Paweł II

    NUNS,VOWS
    Danielle McGrew Tenbusch | Diocese of Saginaw | CC BY ND 2.0

    Obchodzimy dziś Dzień Życia Konsekrowanego. Na czym polegają śluby zakonne, które składają zakonnicy?

    Życie konsekrowane

    Na przestrzeni wieków rozwinęły się różne formy życia konsekrowanego: pustelnicy, dziewice konsekrowane, zakony, zgromadzenia zakonne, instytuty świeckie, stowarzyszenia życia apostolskiego… Ludzie, którzy wybierają taką formę życia, przez konsekracje oddają swoje życie Bogu i Kościołowi. Sposobem takiej konsekracji, która jest jedną z najstarszych w Kościele, są trzy śluby zakonne: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.

    Ich rozumienie ewoluowało na przestrzeni wieków. Niektóre zmiany, niestety, nie poszły w dobrym kierunku, przez co śluby zakonne niejednokrotnie stały się tylko legalistycznym środkiem służącym do praktycznej realizacji charyzmatu, czyli misji, danego zakonu. 

    Problemy wymagające reformy

    Liczne problemy pojawiały się w związku ze ślubem posłuszeństwa, rozumianym  jako podporządkowanie się woli Boga, która zawierała się w przepisach reguły i decyzjach przełożonego. Znajomi zakonnicy z długim stażem wspominali, że w trakcie formacji dostawali nakaz… sadzenia krzewów do góry korzeniami – miało to ich nauczyć bezrefleksyjnego posłuszeństwa i nie liczyło się to, że to marnotrawstwo i czasu i pieniędzy. Popularnym zwyczajem w innym miejscu było przydzielanie komuś zadań, do których się nie nadawał: jeśli ktoś lubił pracę z młodzieżą wysyłano go na studia z prawa: cierpiał i on i ludzie, których opuszczał, a to wszystko w imię posłuszeństwa (albo apodyktycznej władzy przełożonego).

    Reforma rozumienia życia zakonnego zaczęła się przed Soborem Watykańskim II. Ten zaś zadecydował konieczności rewizji reguł i konstytucji zakonnych oraz powrotu do charyzmatów założycieli. Wisienką na torcie reformy był dokument św. Jana Pawła II, który podsumował lata refleksji i reform na nowo opisując i definiując życie konsekrowane, czyli oddane Bogu – „Vita Consecrata”. 

    Śluby zakonne wg „Vita Consecrata”

    Jan Paweł II podjął się zdefiniowania istoty ślubów zakonnych. 

    1 Życie Trójcy Świętej

    Jan Paweł II podkreśla, że rady ewangeliczne są odbiciem życia wewnętrznego Trójcy Świętej. Praktykując je, osoba konsekrowana wyznaje wiarę w Boga i naśladuje Chrystusa

    • Czystość jest odblaskiem nieskończonej miłości, która łączy trzy Osoby Boskie. Jest ona wyrazem oddania się Bogu niepodzielnym sercem i naśladowaniem „dziewiczej miłości Chrystusa” do Ojca oraz do ludzi
    • Ubóstwo głosi, że Bóg jest jedynym prawdziwym bogactwem człowieka. Naśladuje ono Chrystusa, który wszystko otrzymuje od Ojca i wszystko Mu oddaje. W wymiarze trynitarnym wyraża całkowity dar z siebie, jaki składają sobie nawzajem Osoby Boskie
    • Posłuszeństwo objawia piękno uległości synowskiej, a nie niewolniczej. Jest uczestnictwem w posłuszeństwie Chrystusa, którego pokarmem było pełnienie woli Ojca. Odzwierciedla ono harmonię miłości właściwą Trójcy Świętej

    2 Terapia duchowa ślubami zakonnymi

    Papież zauważa, że współczesny świat stawia przed Kościołem wyzwania, na które odpowiedzią są właśnie śluby zakonne.

    • Czystość jako odpowiedź na hedonizm: Wobec kultury sprowadzającej płciowość do zabawy, konsekrowana czystość jest świadectwem, że dzięki łasce Bożej możliwe jest panowanie nad instynktami.
    • Ubóstwo jako odpowiedź na materializm: Wobec żądzy posiadania i braku wrażliwości na potrzeby słabszych, ubóstwo ewangeliczne jest wyznaniem, że Bóg jest największym skarbem.
    • Posłuszeństwo jako odpowiedź na fałszywą wolność: Wobec koncepcji wolności oderwanej od prawdy moralnej, posłuszeństwo zakonne pokazuje, że nie ma sprzeczności między posłuszeństwem a wolnością.

    3 Wymiar eschatologiczny

    Szczególną rolę odgrywa tu ślub dziewictwa, który tradycja zawsze rozumiała jako zapowiedź ostatecznego świata, gdzie ludzie „nie będą się żenić ani wychodzić za mąż” (por. Mt 22, 30), lecz będą żyć w bezpośredniej bliskości Boga.

    Dariusz Dudek /Aleteia.pl

    ***

    2 lutego święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej, a także Dzień Życia Konsekrowanego

    2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.

    Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.

    Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa “światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.

    Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.

    Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.

    Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.

    W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.

    Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.

    Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.

    Matki Bożej Gromnicznej

    W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.

    W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby “wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.

    Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

    Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.

    Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.

    Dzień Życia Konsekrowanego

    2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.

    W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.

    Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.

    BP KEP/Tydodnik Niedziela

    ***

    Zakon to nie „gniazdko”. O wymaganiach i sensie życia konsekrowanego

    fot.Szymon Zmarlicki /Gość Niedzielny

    Jeśli odchodzi 40 czy 60 sióstr w ciągu roku, to jednak 15 tysięcy sióstr pozostaje w życiu zakonnym – i są szczęśliwe.

    ***

    Życie zakonne rozwija człowieka, który tego pragnie i współpracuje. Ale tego, kto nie podejmie miłości ofiarnej – rozbije.

    Siostra Anna jest przeciążona liczbą godzin religii w szkole, w domu zakonnym i w parafii. Doskwiera jej brak czasu na modlitwę, czasem niezrozumienie ze strony przełożonych. – Ale tu mamy stałą adorację Pana Jezusa. Wczoraj Mu wszystko „wygadałam”. Czuję, że On mnie zaprasza do coraz większej samotności, nawet do niezrozumienia ze strony innych. Przychodzę tu codziennie, nawet w największym nawale zadań, dzięki temu żyję – zapala się. – I jedno muszę powiedzieć: cały czas mam w sercu pokój – dodaje z uśmiechem.

    Bez wiary to bez sensu

    W mediach pełno dziś treści przedstawiających życie zakonne w ciemnych barwach. Do opinii publicznej docierają głównie relacje osób, które klasztor opuściły, a te rzadko są nastawione przychylnie do środowiska zakonnego.

    – Siostry odchodzą, ale zawsze odchodziły – zauważa s. Ewa Kaczmarek, przewodnicząca Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych oraz przełożona generalna Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej.

    – Kiedyś powstała książka „Zakonnice odchodzą po cichu”. W tej chwili nie jest to już takie aktualne. W mediach społecznościowych sporo jest publikacji typu: „Byłam w zakonie, mówię, co przeżyłam”. Zapewne są osoby, które mają negatywne wspomnienia z pobytu w klasztorze. Trudno dyskutować z ludzkimi odczuciami. Ale każdy jest wolny i jeśli jest mi źle, to po prostu odchodzę i nie kontynuuję życia, które nie daje mi szczęścia – zauważa.

    Siostra Ewa podkreśla też, że życie zakonnicy powinno być znakiem sprzeciwu wobec świata. – Pan Jezus powiedział: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. To jest jakaś forma ascezy. My się do tego zobowiązujemy w duchu wiary. Bez wiary życie zakonne nie ma żadnego sensu. Natomiast jeśli patrzę na życie z wiarą, to cierpienie, krzyż – to wszystko ma sens. Życie Jezusa też nie było miłe, łatwe i przyjemne, prawda? Czasami jestem zmęczona, czasami mi się nic nie chce i mam wrażenie, że to, co robię, nie ma żadnego sensu. Bywa, że czuję się bezradna wobec problemów, ale jeśli idę za Jezusem, to nie powinno mnie tak strasznie dziwić, że w moim życiu też bywa trudno – przekonuje.

    Misjonarka przyznaje, że siostry czasami czują się niedowartościowane w Kościele. Dzisiaj już coraz częściej mówi się o ich przepracowaniu, o niskim wynagrodzeniu czy nie zawsze dobrym traktowaniu przez pracodawców. Nie ma wątpliwości, że to powinno się zmienić. Podkreśla jednak, że żadne problemy nie mogą konkurować z radością, jaką daje jej życie w zakonie. – Czasami boję się powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo powiedzą, że kłamię i że jako przełożona muszę tak mówić. Ale mówię to: jestem szczęśliwą siostrą zakonną! – deklaruje z mocą. – Czuję się na swoim miejscu. Mam warunki do pogłębiania relacji z Nim przez modlitwę, przez życie duchowe. Nawet w regulaminie dnia mam czas przypisany na modlitwę. To daje dużą radość. Ale chyba największą radość mam z tego, że Pan Jezus mnie wybrał. Czuję Jego troskę i miłość. Po prostu jestem szczęśliwa, że jestem z Nim – deklaruje.

    Życie przepiękne

    – Sposób przeżywania życia zakonnego jest sprawą indywidualną – podkreśla s. Gabriela Porada, urszulanka Unii Rzymskiej. – W zakonie spotykam siostry bezmiernie szczęśliwe i takie, które pełnej radości nie odnalazły. O sobie mogę powiedzieć, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa. Nie znaczy to, że nie przychodzą próby i zmagania, ale i wtedy czuję się bardzo kochana przez Boga – uśmiecha się. Podkreśla, że dla niej w życiu zakonnym absolutnie pierwsza jest relacja z Jezusem. Na drugim miejscu – relacja z bliźnimi, a wśród nich najbliższe są siostry. – Cieszę się, że mogę w tych relacjach dojrzewać i że coraz mniej jest we mnie osądu czy oczekiwań, a coraz więcej zaciekawienia drugim człowiekiem i jego światem. Nie próbuję już nikogo zmieniać. Siostry są dla mnie czasami pewnego rodzaju wyzwaniem, ale to ode mnie zależy, jak zareaguję na to, co się między nami dzieje – wyjaśnia.

    Przyznaje, że były momenty, gdy ktoś sprawił jej przykrość. – Ale z taką samą przykrością spotkałam się w przychodni. Gdy pokazywałam legitymację inwalidzką, ktoś powiedział: „Co to za oszukaństwo? Przecież tak pięknie siostra wygląda”. No, ale ja nie choruję na wygląd, tylko na raka – śmieje się. – Rzeczy w sumie komiczne. W klasztorze też takie się trafiają. Kto chce zobaczyć w tym zło, niech sobie widzi, a ja uśmiechnę się do tej sytuacji – deklaruje.

    – Jedno wiem: w zakonie żadnej krzywdy nie doznałam. Zakon pomógł mi w rozwoju, w wykształceniu, od pięciu lat siostry wspierają mnie w chorobie nowotworowej. Tak się o mnie troszczą, że nie wierzę, żeby na świecie był drugi człowiek otoczony tak czułą opieką. Nie mam powodu do niezadowolenia, mam powód tylko i wyłącznie do wdzięczności – wzrusza się. A że nie zawsze jest miło? – Mój Boże, a czemu mnie jako siostry zakonnej nie ma od czasu do czasu spotkać jakaś przykrość? Czemu nie ma mnie spotkać cierpienie? Czemu moja miłość do współsiostry ma być niewymagająca, skoro każdy uczciwy małżonek przekracza siebie i jest to dla niego miłość ofiarna? Dlaczego życie wspólnotowe ma mnie nie kosztować? Dlaczego nie mam dźwigać krzyża, który każdy człowiek niesie? – pyta s. Gabriela.

    Większość sytuacji to wspólna modlitwa, spotkania, praca w radości i wzajemnym wsparciu. – Ja widzę, że życie zakonne jest przepiękne. Ono nas jednoczy z Bogiem, przemienia, promieniuje, daje możliwość służby. Gdziekolwiek się znajdę – a teraz bardzo często jestem w szpitalach i w przychodniach – wszędzie widzę ludzi potrzebujących spotkania i zauważenia. Habit zachęca ich do rozmowy. Niedawno wyniknęła z tego piękna rozmowa o dramacie człowieka, który nie wie, czy przeżyje operację, który niewiele podjął wyborów, z których byłby teraz dumny. I stawia pytania o Boga. Gdyby tam, na tym korytarzu, nie było mnie chorej i w habicie, on by z tymi pytaniami został sam. Albo nie wiedziałby, komu je zadać – przekonuje.

    Siostra zaznacza, że życie zakonne bardzo pomaga rozwinąć się człowiekowi, który tego pragnie i który współpracuje; czyni go mądrym i pięknym. – Ale tego, kto chce sobie uwić gniazdko i nie podejmie miłości ofiarnej, rozbije. Kto chce przeżyć życie zakonne w jakiejś iluzji, pod kloszem, ten się rozczaruje i odejdzie. Bo nasza droga miłości jest tak samo wymagająca jak każdego innego człowieka – zauważa urszulanka. Podkreśla, że każdy sam dokonuje wyboru, co zrobi z wymaganiami Ewangelii.

    – Pan Jezus, który mnie powołał, nie zawiódł mnie nigdy ani nie rozczarował, nieustannie zachwyca i zdumiewa we wszystkim! – zapewnia s. Gabriela.

    Wspólnota stabilizuje

    Jasne i ciemne strony życia zakonnego? – Samotność i wspólnota – uśmiecha się o. Archanioł Borek, franciszkanin, gwardian klasztoru w Cieszynie. Zastrzega, że obie te przestrzenie bywają jednocześnie i blaskami, i cieniami. – Jest to jakiś krzyż, który zakonnicy biorą na siebie. Jesteśmy dla Boga, a tym samym dla wszystkich, ale nie jesteśmy w jakiś specjalny sposób dla konkretnej osoby – tłumaczy. Podkreśla, że wspólnota jest wielkim darem i radością, ale zarazem przestrzenią, w której wychodzą ludzkie słabości. – Oczywiście, jak w każdym rodzaju życia, są momenty trudne i wymagające, ale też dające wiele radości. Czymś niesamowitym jest oglądać owoce, kiedy widzisz, jak ofiara, czas, modlitwa realnie wpływają na czyjeś życie. To są rzeczy, których nie da się załatwić pieniędzmi – cieszy się zakonnik.

    Ojciec Archanioł podkreśla, że gdy wspólnota dobrze funkcjonuje, pełni dla osób konsekrowanych funkcję stabilizatora. – Można się w niej dzielić doświadczeniem wiary. Co prawda w męskich zakonach jest to trudniejsze niż w żeńskich, bo mężczyźni nie bardzo lubią mówić o swoich uczuciach, ale staramy się znajdować przestrzenie, w których jest to możliwe. To jest takie budujące – zapewnia.

    15 tysięcy sióstr

    – Ja naprawdę lubię życie zakonne, konsekrowane, i szalenie zależy mi, żeby ono było naprawdę ewangeliczne, piękne – zapewnia s. Ewa Kaczmarek. Zwraca uwagę, że na opinie na temat życia zakonnego wpływa brak zauważenia proporcji w odbiorze społecznym. – Jeśli odchodzi, powiedzmy, 40 czy 60 sióstr w ciągu roku, to jednak 15 tysięcy sióstr pozostaje w życiu zakonnym, i są szczęśliwe. A mówi się tylko o tych, które odeszły i są niezadowolone z tego życia – choć przecież nie wszystkie odeszły dlatego, że było im źle, ale dlatego, że rozeznały, że to nie jest ich droga – zaznacza.

    Odnosząc się do zarzutów, że życie wspólne w zakonie jest trudne, pyta: – A życie we wspólnocie rodzinnej nie jest trudne? Nie ma życia bez trudu. Jeśli cała wspólnota nie jest taka super, to przecież zawsze znajdzie się w niej jakaś bratnia dusza. A i tak najważniejsza jest moja relacja z Jezusem. Ona nadaje sens mojemu życiu. Chcę więc powiedzieć młodym kobietom, żeby były odważne. Nie bójcie się powiedzieć Bogu „tak”. Życie z Jezusem to fascynująca przygoda!

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Kiedy wstajesz w nocy do dzieci, one się za Ciebie modlą. Niesamowita akcja amerykańskich norbertanek

    (zdjęcie ilustracyjne, fot. Image by Use at your Ease from Pixabay)

    ***

    Norbertanki z klasztoru w Tehachapi w Kalifornii żyją według rytmu Liturgii Godzin i codziennie przerywają sen, by odmówić nocne modlitwy. W tym szczególnym czasie obejmują swoimi intencjami zwłaszcza matki, które akurat nie śpią ponieważ opiekują się dziećmi.

    Korzenie zakonu sięgają 1121 roku, kiedy to św. Norbert z Xanten założył pierwszą wspólnotę monastyczną. W Stanach Zjednoczonych norbertanki, a właściwie Zgromadzenie Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów jest od 30 lat. Swoją siedzibę mają w Klasztorze Betlejem pw. św. Józefa w Tehachapi (Kalifornia).

    „Proces zakładania naszego klasztoru był wyjątkowy, ponieważ na kontynencie północnoamerykańskim nie ma innych norbertanek” – wyjaśniła matka Mary Oda, przełożona zgromadzenia w rozmowie z amerykańską Catholic News Agency.

    Podstawą wspólnoty jest modlitwa kontemplacyjna. O północy zakonnice wstają, aby śpiewać jutrznię. W jednej z relacji, która stała się popularna w internecie, siostry wyjaśniły, że tę właśnie nocną modlitwę ofiarują szczególnie w intencji matek — zwłaszcza tych, które o tej porze też nie śpią, bo opiekują się dziećmi. Choć to nie jest obowiązek założycielski zakonu, piękna duchowa intencja nadaje ich modlitwie również praktyczny, codzienny sens.

    Matka Oda podkreśla, że klauzurowe, kontemplacyjne życie jest głęboko zakorzenione w Liturgii Godzin. „Chwała, uwielbienie, dziękczynienie i wstawiennictwo, które przenikają modlitwę liturgiczną, przenikają również codzienne życie kanoniczki, czyniąc jej istnienie swego rodzaju „żywą liturgią” – powiedziała.

    „Dla kanoniczek klauzurowych, Liturgia Godzin stanowi ramy całego naszego dnia i reguluje wszystkie pozostałe czynności” – przyznaje matka Oda. „Chociaż mamy wiele pracy do wykonania w klasztorze, naszym głównym zadaniem jest wielbienie Boga” – dodaje.

    Siostry dzielą obowiązki na modlitwę i codzienną pracę. Prowadzą własne gospodarstwo, gdzie opiekują się zwierzętami, tworzą artykuły rzemieślnicze, wytwarzają sery i uprawiają sad. Obecnie na świecie są 172 norbertanki w 6 domach. W Polsce zgromadzenie obecne jest w klasztorze na Zwierzyńcu w Krakowie oraz w Imbramowicach k. Olkusza.

    źródło: instagram.com / wszechobecne/fakty/angelusnews.com
    PCh24.pl

    ***

    „Błogosławieni przegrani?” Papież Leon XIV wywraca nasze myślenie o szczęściu

    TIZIANA FABI | TIZIANA FABI

    ***

    Ubogi, cichy, prześladowany – według świata to przegrany. Według Ewangelii Błogosławieństw to człowiek szczęśliwy. Podczas modlitwy Anioł Pański papież Leon XIV pokazuje, dlaczego prawdziwa nadzieja rodzi się tam, gdzie inni widzą tylko klęskę.

    Podczas niedzielnego Anioła Pańskiego na placu Świętego Piotra papież Leon XIV sięgnął do jednego z najbardziej prowokujących fragmentów Ewangelii – Ośmiu Błogosławieństw. Słów, które od dwóch tysięcy lat nie przestają niepokoić, bo burzą nasze intuicyjne wyobrażenia o szczęściu, sukcesie i sensie życia.

    Papież pokazuje realizm Ewangelii, która patrzy na historię z perspektywy Boga zbawiającego słabych, zranionych i odrzuconych. To właśnie w tym kluczu Leon XIV odczytuje Błogosławieństwa jako „prawo zapisane w sercu”, zdolne przemienić gorycz prób w trwałą nadzieję.

    Poniżej publikujemy całość rozważania papieża Leona XIV oraz jego wezwania po modlitwie Anioł Pański.

    ANIOŁ PAŃSKI

    Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!

    W dzisiejszej liturgii proklamowany jest wspaniały fragment Dobrej Nowiny, którą Jezus głosi całej ludzkości: Ewangelia Błogosławieństw (Mt 5, 1-12). Są one rzeczywiście światłami, które Pan zapala w półmroku dziejów, odsłaniając plan zbawienia, jaki Ojciec urzeczywistnia poprzez Syna mocą Ducha Świętego.

    Na górze Chrystus przekazuje uczniom nowe prawo – zapisane w sercach, a nie na kamieniu: jest to prawo, które odnawia nasze życie i czyni je dobrym, nawet wtedy, gdy światu wydaje się ono przegrane i nędzne. Tylko Bóg może naprawdę nazwać błogosławionymi ubogich i tych, którzy się smucą (por. w. 3-4), ponieważ On jest najwyższym dobrem, które udziela się wszystkim z nieskończoną miłością. Tylko Bóg może nasycić tych, którzy szukają pokoju i sprawiedliwości (por. w. 6.9), bo On jest sprawiedliwym sędzią świata, sprawcą pokoju wiecznego. Tylko w Bogu cisi, miłosierni i czystego serca znajdują radość (w. 5.7-8), bo On jest spełnieniem ich oczekiwań. W prześladowaniu Bóg jest źródłem wyzwolenia; pośród kłamstwa – kotwicą prawdy. Dlatego Jezus ogłasza: „Cieszcie się i radujcie!” (w. 12).

    Błogosławieństwa te pozostają paradoksem tylko dla tych, którzy uważają, że Bóg jest inny niż objawia Go Chrystus. Kto spodziewa się, że tyrani zawsze będą panami na ziemi, zostaje zaskoczony słowami Pana. Kto przywykł myśleć, że szczęście należy do bogatych, mógłby uznać, że Jezus się łudzi. Tymczasem złudzenie polega właśnie na braku wiary w Chrystusa: On jest ubogim, który dzieli się swoim życiem ze wszystkimi; łagodnym, który trwa w cierpieniu; budowniczym pokoju, prześladowanym aż do śmierci na krzyżu.

    W ten sposób Jezus rozjaśnia sens historii: nie tej pisanej przez zwycięzców, lecz tej, którą Bóg wypełnia, zbawiając uciskanych. Syn patrzy na świat realizmem miłości Ojca; po przeciwnej stronie stoją – jak mówił Papież Franciszek – „specjaliści od łudzenia. Nie należy iść za nimi, gdyż nie są oni w stanie dać nam nadziei” ( Anioł Pański, 17 lutego 2019) [1]. Bóg natomiast daje tę nadzieję przede wszystkim tym, których świat odrzuca jako beznadziejnych.

    Dlatego, drodzy bracia i siostry, Błogosławieństwa stają się dla nas probierzem szczęścia, skłaniając nas do zadania sobie pytania, czy to szczęście uważamy za zdobycz, którą można nabyć, czy też za dar, którym można się dzielić; czy upatrujemy je w przedmiotach, które się zużywają, czy też w relacjach, które nam towarzyszą. To właśnie „z powodu Chrystusa” (por. w. 11) i dzięki Niemu gorycz prób przemienia się w radość odkupionych: Jezus nie mówi o pociesze odległej, ale o stałej łasce, która zawsze nas podtrzymuje, zwłaszcza w godzinie udręki.

    Błogosławieństwa wywyższają pokornych i rozpraszają pysznych w zamysłach ich serc (por. Łk 1, 51-52). Dlatego prośmy o wstawiennictwo Maryi Panny – Służebnicy Pańskiej, którą wszystkie pokolenia nazywają błogosławioną.

    Po modlitwie Anioł Pański:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Z wielkim niepokojem przyjąłem wiadomości o nasileniu napięć między Kubą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki – dwoma sąsiadującymi ze sobą państwami. Przyłączam się do przesłania biskupów kubańskich, wzywając wszystkich odpowiedzialnych do podejmowania szczerego i skutecznego dialogu, aby uniknąć przemocy i wszelkiego działania, które mogłoby zwiększyć cierpienia drogiego narodu kubańskiego. Niech Virgen de la Caridad del Cobre [Matka Boża Miłosierdzia z El Cobre] wspiera i chroni wszystkie dzieci tej umiłowanej ziemi!

    Zapewniam o mojej modlitwie za liczne ofiary osuwiska w kopalni w Kiwu Północnym, w Demokratycznej Republice Konga. Niech Pan wspiera ten lud, który tak bardzo cierpi!

    Módlmy się również za zmarłych i za tych, którzy cierpią z powodu burz, jakie w ostatnich dniach nawiedziły Portugalię i południowe Włochy. Nie zapominajmy także o mieszkańcach Mozambiku, ciężko doświadczonych przez powodzie.

    Dzisiaj we Włoszech obchodzony jest „Narodowy Dzień Ofiar Cywilnych Wojen i Konfliktów na Świecie”. Ta inicjatywa jest, niestety, dramatycznie aktualna: każdego dnia odnotowuje się bowiem ofiary cywilne działań zbrojnych, co w sposób jawny narusza moralność i prawo. Zmarli oraz ranni z wczoraj i z dziś zostaną naprawdę uczczeni, gdy położy się kres tej niedopuszczalnej niesprawiedliwości.

    W najbliższy piątek rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie-Cortinie, po których odbędą się Igrzyska Paralimpijskie. Składam życzenia organizatorom i wszystkim sportowcom. Te wielkie wydarzenia sportowe stanowią mocne przesłanie braterstwa i ożywiają nadzieję na świat żyjący w pokoju. Taki jest również sens „rozejmu olimpijskiego” – starożytnego zwyczaju towarzyszącego przebiegowi Igrzysk. Mam nadzieję, że ci, którym leży na sercu pokój między narodami i którzy sprawują władzę, potrafią przy tej okazji podjąć konkretne gesty łagodzenia napięć i dialogu.

    Pozdrawiam was wszystkich, drodzy Rzymianie i pielgrzymi z różnych krajów!

    W szczególności cieszę się, że mogę powitać członków Ruchu Światło-Życie z diecezji siedleckiej w Polsce, którym towarzyszy biskup pomocniczy. Pozdrawiam grupy wiernych z Paraná w Argentynie; z Chojnic, Warszawy, Wrocławia i Wągrowca w Polsce; z Puli i Sinj w Chorwacji; z Gwatemali i San Salvador, a także uczniów Instytutu „Rodríguez Moñino” z Badajoz i z Cuenca w Hiszpanii. Pozdrawiam również czcicieli Madonna dei Miracoli [Matki Bożej od Cudów] z Corbetty koło Mediolanu.

    Serdecznie dziękuję za wasze modlitwy i wszystkim życzę dobrej niedzieli!

    Aleteia.pl/tekst katechezy i pozdrowienia za vatican.va

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc luty 2026 roku

    Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:

    • Módlmy się, aby dzieci cierpiące na nieuleczalne choroby i ich rodziny otrzymały niezbędną opiekę medyczną i wsparcie oraz nigdy nie traciły sił i nadziei.

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    • Duchu Święty, Miłości rozlana w sercach, który umysłom udzielasz łaski i natchnienia, odwieczne Źródło życia, który doprowadzasz do końca misję Chrystusa przez różnorakie charyzmaty, prosimy Cię za wszystkie osoby konsekrowane. Napełnij ich serca głęboką pewnością, że zostały wybrane, aby kochać, wielbić i służyć. Pozwól im zaznać Twojej przyjaźni, napełnij je Twoją radością i pociechą, pomagaj im przezwyciężać chwile trudności i podnosić się po upadkach, uczyń je odblaskiem Boskiego piękna. Daj im odwagę podejmowania wyzwań naszych czasów i łaskę ukazywania ludziom dobroci i człowieczeństwa Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa. Amen.  (modlitwa św. Jana Pawła II)
    • Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
    • Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
    • Dodatkowe intencje dla Róż 
    • św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
    • Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
    • dla Roży  
    • bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
    • Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

     ***

    Od 1 lutego modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 stycznia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ***

    Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:

    • Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
    • Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
    • Dni w których można uzyskać odpust zupełny:

    1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca

    2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)

    3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)

    4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)

    5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)

    6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)

    7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)

    8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)

    ***

    Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:

    1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę

    2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski

    3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa

    5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie

    6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne

    7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych

    8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową

    10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie

    11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz

    12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie

    13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba

    14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem

    15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba

    Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.

    Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.

    Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.

     ***

    fot. wikipedia.org/domena publiczna

    ***

    Święta Teresa z Ávili. Dziewczyna, która nie chciała żyć byle jak

    Nie chciała żyć przeciętnie. Nie potrafiła kochać połowicznie. Historia św. Teresy z Ávili to opowieść o kobiecie, która nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące ją bliżej Boga.

    W czasach, w których przyszło jej żyć, od kobiet oczekiwano raczej posłuszeństwa niż odwagi, a od dziewczynek – spokoju, a nie wielkich pytań. Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada od początku nie bardzo pasowała do tych oczekiwań.

    Od dziecięcej wyobraźni do duchowej wrażliwości

    Przyszła na świat w 1515 roku w Ávili, w samym sercu Hiszpanii. Dorastała w licznej, religijnej rodzinie, w domu, w którym wiara była codziennością, a modlitwa czymś naturalnym. Ojciec był człowiekiem wymagającym i zasadniczym, a matka – czuła, uważna i pełna ciepła. To ona wprowadziła córkę w duchowy świat, czytając jej żywoty świętych. Teresa słuchała tych historii tak, jakby dotyczyły kogoś, kim sama kiedyś mogłaby się stać. Te opowieści stały się jej kompasem wskazującym kierunek, w którym będzie podążać przez całe swoje życie.

    Dziecięce marzenie o męczeństwie

    Jedną z najbardziej zaskakujących opowieści z jej dzieciństwa była próba ucieczki z domu. Teresa i jej brat Rodrigo postanowili wyruszyć w drogę do krajów muzułmańskich, wierząc, że tam będą mogli oddać życie za wiarę. Oboje pragnęli tego najbardziej na świecie i byli skłonni zrobić wszystko, by spełnić swoje dziecięce marzenie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to naiwną, wręcz niebezpieczną fantazją, jednak dla Teresy była to decyzja podejmowana z pełnym przekonaniem o jej słuszności. 

    Ich wyprawę przerwał wujek, który sprowadził rodzeństwo z powrotem do domu. Co ciekawe, sama Teresa po latach wspominała to wydarzenie z dystansem i humorem. Wiedziała już wtedy, że dziecięca gorliwość bywa naiwna, ale nigdy nie przestała traktować jej jako dowodu na bardzo poważne pragnienie. Skoro nie dane jej było umrzeć dla Boga, postanowiła żyć dla Niego całą sobą.

    Strata, która pogłębiła jej relację z Bogiem

    Gdy Teresa miała dwanaście lat, jej świat nagle się zatrzymał. Śmierć matki była doświadczeniem bolesnym i niezrozumiałym, szczególnie dla dziewczynki, która do tej pory znajdowała w niej ciepło, uwagę i poczucie bezpieczeństwa. To właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyła straty, która nie dawała się łatwo oswoić i na długo zapisała się w jej pamięci.

    Dziewczyna zwróciła się do Maryi z dziecięcą prostotą i szczerością, prosząc, by odtąd to Ona była jej Matką. Nie była to decyzja wynikająca z teologicznych rozważań, lecz spontaniczny gest serca, potrzeba bliskości, opieki i poczucia, że nie jest sama. Ta relacja, oparta na zaufaniu stała się jednym z fundamentów jej duchowości i z czasem ukształtowała sposób, w jaki Teresa przeżywała swoją wiarę: jak relację dziecka z kimś naprawdę bliskim.

    Klasztor daleki od ideału

    W wieku dwudziestu lat wstąpiła do klasztoru karmelitanek w Ávili. Oczekiwała ciszy, skupienia i życia skoncentrowanego na modlitwie – bo przecież tak powinno wyglądać życie zakonne. Szybko jednak okazało się, że klasztorna codzienność daleka była od ideału. W tamtych czasach klasztor bywał miejscem intensywnego życia towarzyskiego, a rozmowy w rozmównicach potrafiły trwać dłużej, niż modlitwa w kaplicy. Wspólnoty zakonne funkcjonowały wówczas w dużym otwarciu na świat zewnętrzny, a pierwotna surowość reguły została znacznie złagodzona.

    Teresa przez długi czas zmagała się z wewnętrznym rozdarciem. Pragnęła głębokiej relacji z Bogiem, ale jednocześnie nie potrafiła uwolnić się od rozproszeń i kompromisów. Ten stan niepokoju i niespełnienia towarzyszył jej przez wiele lat. To nie było takie klasztorne życie, jakie chciała przeżyć. 

    Chrystusowa mistyczka

    Rok 1554 stał się momentem zwrotnym w jej życiu. Modląc się przed figurą ubiczowanego Chrystusa, Teresa doświadczyła głębokiego nawrócenia. Zrozumiała, że nie może dłużej żyć „jak dotąd” i że jej relacja z Bogiem wymaga konkretnej decyzji, a nie tylko dobrych intencji. To wtedy narodziło się w niej pragnienie całkowitej jedności z Bogiem. Jak sama później pisała, odkryła, że Ten, którego zraniła swoją letniością, wciąż ją kocha.

    Z czasem zaczęła doświadczać intensywnych przeżyć mistycznych: głębokiego pokoju, wizji i ekstaz. Nie zawsze spotykała się z akceptacją, część osób podejrzewała ją o przesadę lub złudzenia a inni patrzyli na nią z nieufnością. Teresa sama powtarzała, że nie szuka nadzwyczajnych przeżyć i że znacznie bardziej zależy jej na wierności w codzienności niż na spektakularnych doświadczeniach. Nie uciekała od konfrontacji. Z pokorą poddawała swoje doświadczenia ocenie spowiedników i teologów, jednocześnie coraz wyraźniej dojrzewała w niej myśl o reformie Karmelu – powrocie do ciszy, ubóstwa i prostoty.

    Odważna reformatorka

    W 1562 roku założyła w Ávili pierwszy zreformowany klasztor pod wezwaniem św. Józefa. Był skromny, ubogi i radykalnie różny od dotychczasowych wspólnot. Reforma spotkała się z oporem, oskarżeniami i nieufnością, także ze strony ludzi Kościoła. Mimo towarzyszących jej chorób i zmęczenia podróżowała po całej Hiszpanii, zakładając kolejne klasztory, nie mając pewności, czy w kolejnym mieście spotka ją wsparcie czy sprzeciw. Była kobietą niezwykle konkretną, odważną i zdeterminowaną.

    Podczas jednej z podróży poznała młodego karmelitę – Jana, późniejszego św. Jana od Krzyża. Dostrzegła w nim idealnego współpracownika do reformy męskiej gałęzi zakonu. Łączyła ich głęboka duchowa przyjaźń i wspólne pragnienie odnowy życia zakonnego. Gdy Jan został uwięziony przez przeciwników reformy i przez wiele miesięcy przetrzymywany w ciężkich warunkach, Teresa bardzo cierpiała. Nie straciła jednak wiary, że dzieło, które rozpoczęli, jest Boże i przetrwa. I nie pomyliła się. 

    Boża pisarka

    Pod koniec życia nie tylko zakładała kolejne klasztory, ale także pisała swoje najważniejsze dziełaKsięgę życiaTwierdzę wewnętrzną i Drogę doskonałości. Łączyła w nich głębię mistyczną z realizmem i humorem. Uczyła, że modlitwa jest przyjacielską rozmową z Tym, o którym wiemy, że nas kocha. Jej duchowość była konkretna, dostępna i bardzo ludzka.

    Teresa z Ávili zmarła 4 października 1582 roku w Alba de Tormes. Jej ostatnie słowa brzmiały: „W końcu, Panie, nadeszła chwila spotkania.” Jej życie nie było ani proste, ani wygodne, ale było spójne – od dziecięcych pragnień po ostatni oddech. W ten sposób spełniło się marzenie dziewczynki, która nigdy nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące ją ku świętości.

    Poznaj świętą Teresę z Ávili

    Jeśli po tej opowieści masz poczucie, że chcesz poznać bliżej postać świętej Teresy – nie tylko jako tej z wielkich, teologicznych rozważań ale i zwyczajnie-niezwykłą kobietę z krwi i kości – podpowiadamy, jak to zrobić! Sięgnij po 52 tygodnie ze św. Teresą z Ávili i daj się poprowadzić przez jej myśli i doświadczenia. Spokojnie, tydzień po tygodniu, bez pośpiechu i zbędnego patosu. Poznaj historię dziewczyny z Ávili, która nie chciała żyć byle jak.

    Stacja7.pl

    ***

    fot. Jusepe de Ribera/ Museo Nacional del Prado/Wikipedia

    ***

    Św. Teresa. Wielka Madre i jej twierdza wewnętrzna – jak zdobyć kolejny level

    Twierdza wewnętrzna – powiedzielibyśmy dziś escape room lub ostatni level gry strategicznej. Tyle, że tu chodzi o prawdziwe życie. Na który poziom dotarła św. Teresa?

    Mała dziewczynka, która chciała iść do Maurów, by otrzymać palmę męczeństwa, gdy dorosła, odkryła jak być niezwyciężoną wojowniczką. Nie wychodząc z domu czy murów klasztoru. I napisała, jak to zrobić. W trudnych czasach warto przypomnieć, jak wejść do twierdzy wewnętrznej, by uzyskać dar owocnego apostolatu.

    „Twierdza wewnętrzna”. Dlaczego św. Teresa nadała taki tytuł najbardziej dojrzałemu utworowi, jaki napisała? – Jeśli ktoś był w jej rodzimej Avili, nie może mieć wątpliwości – wybór metafory był oczywisty – wychowała się i dorastała w średniowiecznych murach z osiemdziesięcioma ośmioma wieżami, w mieście, które się broniło i walczyło z Maurami, a gdy pewnego roku mężczyźni byli nieobecni, zostało obronione przez kobiety.

    Na szczęście Teresę i jej brata, którzy uciekli, by zrealizować swoje pragnienie o męczeństwie, przyłapał wujek, który odstawił uciekinierów do domu. Dzieci dostały burę i już wówczas można było się zorientować, że ta mała ma nieprzeciętny charakter. A ponieważ bardzo chciała dostać się do nieba, gdy nie powiódł się jej plan męczeństwa, zbudowała w ogrodzie pustelnię i tam naśladowała pustelników i ascetów – projekt zewnętrznego działania w świecie zastąpiła modlitwą. I tak było w jej dorosłym życiu – wszystko, co robiła i czego dokonała, wypływało z modlitwy.

    Samotne szukanie

    Co było dalej, wiadomo z jej własnych wspomnień i licznych biografii. Gdy miała dwadzieścia jeden lat wstąpiła do Karmelu w rodzinnym mieście, gdzie przeżyła rozczarowanie – było tu zbyt światowo. Odczuła potrzebę reformy i powrotu do korzeni Zakonu, ale nim stała się reformatorką Karmelu, przeszła długą drogę duchowego dojrzewania. Była to przeważnie samotna wędrówka i mocowanie się z problemami. Choć miała i świętych spowiedników, takich jak św. Franciszek Borgiasz i św. Piotr z Alkantary, ale byli też całkiem przeciętni, (w sumie naliczono ich ponad dziewięćdziesięciu), więc często była pogrążona w mroku i niepewności.

    Dobrze wiedziała, czym jest to samotne szukanie, dlatego zależało jej na przekazaniu swojego doświadczenia swym duchowym córkom oraz wszystkim, odczuwającym głód Boga.

    Mapa drogowa dla spragnionych

    Malarze przedstawiają św. Teresę z piórem w ręku, malują także nad jej głową gołębicę – symbol Ducha Świętego, bo wielka Madre była autorką najwybitniejszych dzieł chrześcijańskiej duchowości. Paradoksalnie, poza listami i poezją, wszystkie swe dzieła napisała z posłuszeństwa i z oporami. „Twierdzę wewnętrzną” napisała na polecenie prowincjała karmelitów o. Graciana i mimo trudności zakończyła pracę dość szybko, bo w pół roku. Znawcy jej dorobku twierdzą, że to najdojrzalsze jej dzieło teologiczne. I mapa drogowa dla spragnionych.

    Jak zdobyć kolejne mieszkania twierdzy?

    Porównuje w nim św. Teresa duszę, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, do twierdzy wykonanej w całości z jednego diamentu. A na jej dnie mieszka sam Bóg i celem jest dotarcie do Niego, po przejściu siedmiu mieszkań. Zaś bramą, przez którą wchodzi się do środka, jest modlitwa i rozważanie, modlitwa bez oglądania się na umiejętności i kunszt. Zaczyna się droga osobistego wysiłku, wytrwałości, odwagi i męstwa, „bo wielkie i niezliczone trudności czart stawia początkującemu”, przechodzenia od jednego do kolejnego mieszkania. Pierwsze trzy to okres, który w innym traktacie porównała do dokopywania się kilofem do źródła i czerpania wody ze studni. Głód i pragnienie Boga mają być bodźcem, aż dusza dojdzie do mieszkania czwartego, do momentu, w którym Bóg przejmuje inicjatywę. To etap, gdy człowiek unika zła, jest wierny modlitwie… i większość pobożnych chrześcijan na nim się zatrzymuje. Niesłusznie, gdyż trzeba mieć świadomość, że toczy się walkę i trzeba być gotowym ”stawić czoło wszystkiemu wojsku diabelskiemu i że do tej walki nie ma dzielniejszego oręża nad krzyż”. 

    I dalej, przez rany, pustynne oschłości i oczyszczenia, poczucie opuszczenia, ale też ekstazy i zachwyt dociera się do siódmego mieszkania, w którym przebywa Bóg, Oblubieniec i następuje zjednoczenie mistyczne duszy z Bogiem, określane jako mistyczne zaślubiny.

    Czytelnik „Twierdzy” śledząc kolejne etapy wędrówki duszy, która ją unosi wyżej i wyżej, ale jest także schodzeniem w dół, do głębin, może dostać zawrotu głowy. Bo co powiedzieć po przeczytaniu takich słów: „Chociaż w opisie tej twierdzy mówiłam o siedmiu tylko mieszkaniach, każde z nich jednak składa się z wielu komnat na górze i na dole, i po bokach, z wdzięcznymi ogrodami, wodotryskami, klombami, gajami i takim mnóstwem wszelkiego rodzaju rzeczy rozkosznych, że na widok ich chciałybyście rozpłynąć się w uwielbieniach tego Boga wielkiego, który te cuda stworzył na wyobrażenie i podobieństwo swoje”.

    Czy da się to zdobyć?

    Pojawia się pytanie, a także powątpiewanie, czy to wszystko jest przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, czy może dla ludzi z wyższej półki duchowości, mistyków i wizjonerów, skupionych za murami swoich klasztorów? A wielka Madre odpowiada kategorycznie, że ta droga jest dla wszystkich. „Bo nie w tym rzecz, wierzcie mi, czy ktoś nosi habit zakonny, czy nie, ale w tym jedynie, by usilnie ćwiczyć się w cnotach i całą istnością swoją oddać się Bogu i wszystek tryb życia swego do tego stosować, co i jak Pan zechce, i nie szukać spełnienia woli swojej, tylko spełnienia woli Bożej”.

    Więc dalej w drogę, bo gdy już ktoś wyruszy, Bóg w pewnym momencie przejmie inicjatywę i będzie nosił na rękach. Madre określa modlitwę, jako „rozmowę przyjaciół, rodzinną zażyłość z Bogiem, z którym przestajemy w ukryciu, wiedząc, że jesteśmy przez Niego ukochani”.

    Ona zdobyła siódme mieszkanie

    Św. Teresa pewnego dnia dotarła do siódmego mieszkania. Co było dalej? Nie pozostawała w czterech ścianach by kontemplować swoje absolutne szczęście, bo małżeństwo ma owocować płodnym apostolatem. Została apostołem. To było trudne, była kobietą, w tamtych czasach kobietą. Nie była uczonym teologiem ani duchownym. „Lecz nie mając żadnej możności uczynieniu czegoś w służbie Bożej na chwałę Pana, gdyż jestem niewiastą i to jeszcze tak nędzną, tym gorętsze uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby, skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej, byli prawdziwymi Jego przyjaciółmi. Postanowiłam zatem uczynić choć to maluczko, co uczynić zdołam, to jest, wypełniać rady ewangeliczne jak najdoskonalej…” I modlić się za tych, którzy bronią Kościoła.

    Reforma Karmelu

    Św. Teresa stała się gorliwą orędowniczką modlitwy za Kościół, bo zrozumiała, że celem Karmelu ma być modlitwa w tych intencjach. A czasy były trudne, kolejne kraje po Reformacji zrywały z Kościołem. Żeby ten cel osiągnąć, trzeba było stworzyć warunki do takiej modlitwy. Przejechała Hiszpanię wzdłuż i wszerz, założyła siedemnaście klasztorów i zreformowała już istniejące, bo klasztory karmelitanek miały być miejscem modlitwy i pokuty, a wszelkie umartwienia i ofiary miały na celu, by Pan ochraniał swój Kościół. Pewnego dnia otrzymała nagrodę za gorliwość i posłuszeństwo wierze katolickiej – jeszcze za życia poznała swoje mistyczne imię, o którym czytamy w Apokalipsie św. Jana: „Zwycięzcy dam (…) kamyk biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje”. Jej imię to „Córka Kościoła”.

    Córka Kościoła i doktor mistyczny. Uczy, że w każdych okolicznościach można zdobyć twierdzę i stać się opoką dla innych.

    Alina Petrowa-Wasilewicz/Stacja7.pl

    ***

    Św. Teresa Wielka z Ávila – piękna kobieta, „teolog życia kontemplacyjnego”

    “Św. Teresa”François Gérard,

    ***

    5 rad dla duszy od św. Teresy z Avila

    Gdy była nastolatką uwielbiała modnie się ubierać. Gdy dorosła wybrała bardzo surową drogę życiową, została zakonnicą i zreformowała zakon karmelitański. Święta Teresa z Avila – mistrzyni życia codziennego i duchowego. Przeczytajcie 5 skutecznych rad dla duszy!

    1

    Jest takie królestwo, którego Pan nie chce poddanych zaprzęgać do pracy wokół swoich spraw. Jedyną jego sprawą jest bowiem troska o ich szczęście. To królestwo jest w każdym z nas.

    2

    Taka jest dusza ludzka: silna i odważna, lecz zarazem słaba i bezbronna, gotowa mężnie stanąć do walki z najbardziej zaciekłym wrogiem, lecz często potykająca się o najmniejszy leżący na drodze kamień.

    3

    Mury duszy swoją solidną konstrukcją zdają się skrywać tajemnice wnętrza, lecz gdy przyjrzeć się im z bliska, są przezroczyste, miękkie i przenikliwe.

    4

    Bogactwa ludzkiej duszy, jej cnót i darów, nie da się przecenić, widać je w całej krasie, gdy rozświetla je światło promieniujące z wnętrza. Tak niewiele jednak potrzeba, żeby owe bogactwa przykryło grube czarne sukno ludzkich grzechów i ułomności, a wtedy światło – choć nadal z wnętrza duszy wypływa – już ich nie rozświetla; wtedy niszczeją i nie sprawiają radości ani mieszkańcom zamku, ani tym, którzy patrzą na niego z zewnątrz.

    5

    Najbliżej Boga, a więc i siebie samego, jest nie ten, kto ma wiele przeżyć zewnętrznych, lecz ten, kto oddala wszystko, co zewnętrzne, aby dać się przeniknąć światłu, które promieniuje z wnętrza jego własnego serca. Ten zaś, kto doświadczył pierwszych promieni tego światła, wie, że nie bije ono bezlitośnie po oczach, lecz rozprzestrzenia się cicho i delikatnie, jak poranna mgła, która kładzie się miękkim płaszczem na zaspanej ziemi, by obudzić ją swoją cudowną świeżością.

    Dorota Krawczyk/Stacja7.pl


    (fragment książki: Gdzie Mieszka Bóg? Wędrówka po zamku duszy ze św. Teresą od Jezusa, Dorota Krawczyk, Flos Carmeli 2017, Poznań)

    ***

    Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. Przebaczenie najtrudniejszą miłością
    fot. via: Pixabay – karan_kss_/ Wikipedia CC 3.0

    ***

    Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. Przebaczenie najtrudniejszą miłością

    Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek doświadczyć poczucia skrzywdzenia? Czy zranił Cię ktoś dla kogo byłeś gotowy wiele zrobić? Zapewne tak… Każdemu z nas przychodzi żyć z mniejszą lub większą krzywdą, z negatywnymi uczuciami. Na dłuższą metę jest to jednak nie możliwe…

    Krzywda jest… Niesprawiedliwością Pozbawieniem człowieka dóbr, do których ma prawo Bólem, od jej zadania aż do końca życia Cierpieniem Zranieniem

    Uczucia towarzyszące skrzywdzeniu: Najczęściej pierwszym uczuciem jaki towarzyszy jest poczucie lęku i obawy. Lęk może przybrać dwie formy – obawy przed powrotem do przeszłości i obawa przez posądzeniem o niewdzięczność względem osób którym wiele zawdzięczają – szczególnie w przypadku krzywd doświadczonych w dzieciństwie od rodziców. Lęk ten jest najczęściej lękiem względem bliźnich.

    Specyfika lęku. Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. To forma iluzji jaką człowiek sobie stwarza, zamykając się w kręgu własnych spraw. Czasem nawet sam skrzywdzony sobie go nie uświadamia. Skutkiem jest postępujące odizolowywanie się, zamykanie się w sobie. W krańcowych przypadkach może doprowadzić nawet do samobójstwa.

    Rozżalenie i gniew Najskuteczniejsza metoda postępowania z tymi uczuciami to przyzwolenie na ich przeżywanie tak, aby móc do nich podchodzić z zachowaniem wewnętrznej wolności. Często nie są adresowane do rzeczywistych krzywdzicieli ale do osób, które skrzywdzonego dotknęły choćby w sposób przypadkowy i niechcący.

    Negatywne skutki doznanej krzywdy są uzależnione od tego, w jakich sposób krzywdzony sobie z nią poradzi. Możemy wyróżnić dwie możliwości 1. zepchnięcie do podświadomości co skutkuje zatruciem na pozostały okres życia, utrudnia budowanie dojrzałych relacji, łatwo staje się źródłem krzywdy względem innych – skrzywdzony wchodzi w rolę krzywdziciela 2. przepracowanie krzywdy z pragnieniem wyjścia z krzywdzenia. W takim kontekście krzywda może się okazać daną nam łaską, stając się miejscem szczególnej wrażliwości człowieka na danej płaszczyźnie

    Jeżeli chcemy się uwolnić od tego co nas wewnętrznie niszczy, musimy przepracować w sobie to zranienie. Jedną z metod jest wzbudzenie pozytywnych uczuć do osoby przez którą zostaliśmy skrzywdzeni Uzdrowienie jest pewnego rodzaju odtruciem duszy z żalu, rozgoryczenia, zemsty i innych negatywnych emocji. Jak wiadomo, nie bez znaczenia w pracach różnego typu jest motywacja. W omawianej kwestii najlepszą motywacją jest miłość człowieka do człowieka. Ten kto potrafi kochać będzie też potrafił wiele zrozumieć, przyjąć i wybaczyć.

    Przebaczenie ….jest wewnętrznym aktem, decyzją odpuszczenia krzywdzicielowi. Przebaczenie osobiste może się dokonać jak jeszcze nie możemy pojednać się z winowajcą. Przebaczenie jest możliwe zawsze.

    Aby przebaczenie było pełne a poczucie krzywdy nie wracało do nas w najmniej oczekiwanych, powinno się ono dokonać w nas na trzech płaszczyznach Przebaczenie temu, kto nas skrzywdził Przebaczenie samemu sobie Przyjęcie, wyrażenie wewnętrznej zgody na przebaczenie. O ile kolejność drogi do przebaczenia może być różna, o tyle żaden z tych elementów nie jest zbędny.

    Przebaczyć krzywdzicielowi z zasady najbardziej mogą zranić ci, na których nam najbardziej zależy. To osoby, które z natury zostają obdarzane największym zaufaniem, więc zawód, jaki może nas spotkać z ich strony najgłębiej wpisuje się w nasze doświadczenia.

    Przebaczenie drugiemu to proces. Na jego początku należy rozpoznać i nazwać swoją krzywdę. Znaleźć to co dokładnie ją spowodowało i jakie uczucia temu towarzyszyły. Wskazane jest wypowiedzenie doznanej krzywdy przed kimś zaufanym a także spróbować zrozumieć drugą stronę. I co najważniejsze zadać sobie pytanie o wolę przebaczenia. Czasem przebaczenie może się odbyć z pobudki wręcz egoistycznej – gdy przebaczamy nie dlatego, ze ktoś zasługuje na przebaczenie ale dlatego, że nie chcemy cierpieć i ranić się na każde wspomnienie krzywdy.

    Przebaczyć sobie traktowane jako wysiłek woli powrotu do utraconego w wyniku krzywdy poczucia szacunku do samego siebie. Tym samym wyeliminowanie autoagresji. Tylko podjęcie decyzji o przebaczeniu otwiera nam drogę do uleczenia zranienia

    Przyjąć przebaczenie jest to świadoma decyzja woli osoby, aby otworzyć się na akt przebaczenia jaki kieruje do nas krzywdzący. To także praca nad niwelowaniem żyjących w pokrzywdzonym negatywnych emocji

    Prawdziwą przeszkodą w drodze do przebaczenia jest duma. Z powodu dumy, z powodu urażonej ambicji, stale podsycamy płomień, który żywi się doznaną krzywdą, by przypominał, że nie możemy wybaczyć. A tymczasem kto cierpi i gromadzi w sobie coraz więcej emocjonalnej trucizny? To my faktycznie cierpimy za wszystko, co inni ludzie robią, nawet jeśli nas to nie dotyczy.

    Uczymy się również cierpieć, by ukarać kogoś, kto nas obraził. Zachowujemy się jak małe dziecko, które ma napad złości, tylko dlatego że chce, aby ktoś się nim zainteresował. 

    Człowiek, który został skrzywdzony najprawdopodobniej na drodze do przebaczenia przejdzie przez poszczególne etapy: 1. wypieranie 2. gniew 3. targowanie się 4. smutek i depresja 5. akceptacja

    Praca nad wyleczeniem z krzywdy dokonuje się na dwóch płaszczyznach: Duchowej Psychologicznej Jedna i druga stanowią elementy integralne osoby i nie mogą zostać rozdzielone. Z tym, ze płaszczyzna duchowa powinna pozostawać nadrzędna względem duchowej. Tym samym praca przeprowadzona tylko na jednej z nich nie zapewnia wyleczenia.

    Aby mogło dojść do przebaczenia powinny zostać spełnione następujące warunki: Rezygnacja z zemsty Wgląd w siebie Potrzeba zrozumienia krzywdziciela Motywacja przebaczenia Przebaczenia ma być w imię czegoś wyższego niż ja sam. Może to być chociażby miłość, spokój, Bóg.

    Należy jednak pamiętać, że pojęcie przebaczenia nie jest tożsame z pojednaniem… Przebaczenie Wystarczy jedna osoba, nie wymaga afirmacji winowajcy Przywraca stan sprzed rozłamu – przebaczyć, znaczy przywrócić komuś jego poprzednie miejsce Konieczny warunek prawdziwej jedności i zgody między ludźmi Pojednanie Konieczna jest dobra wola dwóch stron Daje szanse stworzenia nowej rzeczywistości – pełniejszej i bogatszej Występuje jako ewentualność po przebaczeniu Budowane na prawdzie, miłości i sprawiedliwości

    Pojednanie Proces wymagający czasu i zaangażowana obu stron konfliktu Aby było pełne wymaga wzajemnego wyzbycia się uprzedzeń, urazów i niechęci emocjonalnej. Może się rozpocząć gdy krzywdziciel i skrzywdzony są na to gotowi Nie może być budowane na emocjach, niepokoju, zaniżonej poczuciu wartości, lęku o innych czy chorego poczucia winy

    Przesłanki prawidłowego pojednania 1.Uznanie odpowiedzialności za krzywdę przez obie strony 2.Zbudowane na prawdzie i sprawiedliwości 3.Równowaga stron konfliktu 4.Udział każdej ze stron na miarę swoich możliwości z uwzględnieniem ponoszonej odpowiedzialności 5.Gotowość na kompromis 6.Szczera wola pojednania

    Przebaczenie nie jest też zapomnieniem… Nie chodzi o to aby zapomnieć to jaką krzywdę nam ktoś wyrządził, ale przebaczenie jest aktem, decyzją będącą rezygnacją z prawa do żalu względem krzywdziciela.

    Z racji, ze przebaczenie ma swoje konotacje z chrześcijaństwem, Kościół dla osób skrzywdzonych często jest ostoją w ich krzywdzie i miejscem ukojenia. Pomoc w przepracowywaniu krzywdy można znaleźć w kościele w formie: Sakramentu pokuty Eucharystii Uczestniczenia we wspólnotach religijnych Kierownictwa duchowego Rekolekcji

    Dlaczego jednak przebaczenie jest dla człowieka tak istotne? O przebaczeniu nie jeden raz nauczał Jezus, nie jeden poeta się odwoływał do bólu i krzywdy jakiej doznał, powstało wiele książek i poradników jak sobie radzić z poczuciem krzywdy.

    Negatywne skutki braku przebaczenia: 1.Blokada zdrowej komunikacji 2.Kontynuacja psychologicznego odczuwania bólu 3.Doszukiwanie się w zachowaniach innych czynników, które już raz nas zraniły i mogą tego dokonać po raz kolejny 4.Dodawanie negatywnego nastawienia do innych relacji 5.Narasta złośliwość, poczucie urazy i zgorzkniałość 6.Strata szacunku do samego siebie 7.Dewaluacja na poziome psychiki 8.Duchowa blokada na możliwość przyjęcia pomocy 9.Dusza człowieka ulega coraz to większemu skurczeniu

    Dla równowagi konieczne jest przedstawienie zalet jakie płyną z przebaczenia Można je podzielić na grupy: 1. Korzyści natury fizyczne 2. Korzyści natury emocjonalnej

    Korzyści natury fizycznej Zdenerwowanie podnosi ciśnienie a więc przebaczenia, niwelując zdenerwowania zmniejsza ryzyko zachorować na serce Zmniejszenie liczny czynników stresogennych mogących mieć odzwierciedlenie w późniejszej nerwicy.

    Korzyści natury emocjonalnej Oczyszczenie umysłu Uzyskanie harmonii i spokoju Pozbycie się strachu i przygnębienia Radość życia Wolność wewnętrzna

    Częstym błędem jakiego ludzie się dopuszczają jest próba wymazania doświadczonej krzywdy z pamięci. Takie postępowanie nie może rozwiązać problemu, gdyż jest to forma wybudowania muru pomiędzy przeszłością a przyszłością. Jest to klasyczne przykłamanie mechanizmu obronnego stosowanego w sytuacjach trudnych przez ludzką psychikę.

    Innym zagrożeniem jest chęć szybkiego przejścia przez proces przebaczenia. Praca nad krzywdą nieuchronnie wiąże się ze wspomnieniami, które mogą powodować cierpienie. Dlatego tak ważna jest znajomość – szczególnie osób pomagających – poszczególnych etapów przebaczenia. Uzdrowienie duszy – analogicznie do leczenia ciała – wymaga czasu. Dodatkowo pomocy ludzkiej i boskiej. Przyspieszenie może powodować długotrwałe i nieodwracalne w skutkach kalectwo.

    Przebaczenie w Biblii Swoisty wzór biblijnego przebaczenia został zawarty w modlitwie powszechnej – Ojcze nasz – (…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcą – odpuszczenie win tym, którzy w jakiś sposób zawinili przeciwko nam oraz wybaczenie przez Boga grzechów, które my popełniliśmy. W Kościele Katolickim przebaczenie grzechów dokonuje się w sakramencie pokuty, w którym wierni leczą swoją duszę ze zranień swoich niegodziwości. Bóg zwycięża w przebaczeniu, zwycięża Jego miłość przypieczętowana śmiercią Jezusa na krzyżu. To On jest dla nas najlepszym wzorem jak kochać i jak przebaczać swoim winowajcom nawet w najtrudniejszych momentach życia.

    Przebaczenie charakteryzuje ludzi świętych. Jeżeli przebaczamy samy mamy w niej udział. Bóg pełen miłosierdzia chce przebaczać człowiekowi jego przewinienia. Uzależnione jest to jednak od tego czy człowiek chce przebaczać, bo jak jest napisane Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych. MAT. 6,14-15

    Fronda/ds

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – luty 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    28 lutego

    Święty Hilary I, papież

    Św. Hilary
    Św. Hilary
    fot. Henryk Przondziono/Gość Nniedzielny
    ***
    Hilary pochodził z Sardynii. Był w Rzymie archidiakonem za czasów papieża Leona Wielkiego. Jako legat papieski uczestniczył w synodzie w Efezie (449). W aktach synodalnych zapisano, że zaprotestował przeciwko usunięciu patriarchy Konstantynopola, Flawiana, sprzeciwiającego się herezji monofizytów. Patriarcha bowiem został w okrutny sposób pobity i wtrącony do więzienia, w którym zmarł; synod ten nazywano później “zbójeckim”.
    Po śmierci Leona Wielkiego Hilary został wybrany na stolicę Piotrową 19 listopada 461 roku. Próbował uporządkować Kościół od strony administracyjnej, zwłaszcza na terenie Galii. W Rzymie wybudował m.in. klasztor i bazylikę św. Wawrzyńca za Murami, w której został pochowany. Był wielkim czcicielem św. Jana Ewangelisty, którego uczcił budując kaplicę przy baptysterium na Lateranie. Zbudował także kaplicę św. Jana Chrzciciela. Zmarł 29 lutego 468 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 lutego

    Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Leander, biskup
    Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej

    Franciszek Possenti urodził się w Asyżu 1 marca 1838 r. Gdy miał 4 lata, zmarła jego matka. Jego ojciec piastował urząd gubernatora tego miasta i okolic z ramienia Stolicy Apostolskiej, gdyż obszar ten należał wówczas do Państwa Kościelnego.
    Pierwsze lata swojego życia Franciszek spędził w różnych miejscach, a to dlatego, że jego ojciec nie zdecydował się jeszcze, gdzie obrać sobie stałą rezydencję. W roku 1856 osiadł na stałe w Spoleto.
    Franciszek odbywał studia najpierw u Braci Szkół Chrześcijańskich, którzy pogłębili w nim zasady religijne, wyniesione już z domu. Od roku 1850 uczęszczał do kolegium jezuitów. Należał do najlepszych uczniów. Miał wówczas 12 lat. Sakrament bierzmowania przyjął z rąk arcybiskupa Jana Sabbioni. Dbał aż do przesady o swój wygląd zewnętrzny, lubił grę w karty, tańce, imprezy artystyczne, wieczorki towarzyskie, polowania.
    Po krótkim okresie zbyt swobodnej młodości 22 sierpnia 1856 r. wstąpił do klasztoru pasjonistów w Morovalle, gdzie przyjął imię zakonne Gabriel. Ojciec, który myślał o ożenieniu go z pewną panienką z dobrej rodziny, był stanowczo przeciwny, by jego syn szedł do zakonu – i to jednego z wówczas najsurowszych. Franciszek zdołał jednak przełamać opór ojca; jako 18-letni młodzieniec pożegnał bliskich i zapukał do bram nowicjatu. Obrał sobie zakon, którego celem było pogłębianie w sobie i szerzenie wśród otoczenia nabożeństwa do męki Pańskiej i do Matki Bożej Bolesnej. Te dwa nabożeństwa szczególnie przypadły mu bowiem do serca. One też uświęciły go tak dalece, że po niewielu latach wzniósł się aż na stopień heroiczny doskonałości chrześcijańskiej. Zachował się jego notatnik, w którym zapisywał postanowienia podejmowania coraz to nowych ofiar w duchu pokuty. Był gotów przyjąć wszystkie, choćby największe męki, byle tylko pocieszyć Serce Boże i Jego Matki.
    Zmarł na gruźlicę 27 lutego 1862 r., mając 24 lata, nie doczekawszy święceń kapłańskich. Włosi nazywają św. Gabriela Santo del sorriso – “Świętym uśmiechu”. Jest patronem kleryków i młodych zakonników. Papież św. Pius X ogłosił Gabriela błogosławionym (1908), a papież Benedykt XV wpisał go do katalogu świętych (1920). Papież Pius XI obrał św. Gabriela za patrona młodzieży włoskiej Akcji Katolickiej (1926). W roku 1953 papież Pius XII wyznaczył św. Gabriela na patrona diecezji Teramo i Atri na równi ze św. Bernardynem i św. Reparatą. Jego relikwie znajdują się w Sanktuarium św. Gabriela w Isola del Gran Sasso. Jest patronem studentów, działaczy Akcji Katolickiej oraz księży.Ksiądz Jan Twardowski napisał o nim krótki wiersz:
    O Gabrielu bledziutki,
    z bolesnym w ręku obrazkiem;
    jesteś mi cały – gdy kocham –
    Szczęśliwym wynalazkiem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    26 lutego

    Święta Paula Montal, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander, biskup
    Święta Paula Montal

    Paula Montal Fornés urodziła się 11 października 1799 r. niedaleko Barcelony w Hiszpanii. Otrzymała staranne i głębokie wychowanie religijne. W wieku 10 lat straciła ojca. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny, zaczęła pracować jako hafciarka. Pomagała w swojej parafii w katechizacji dzieci i młodzieży. Przez to doświadczenie zobaczyła, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie intelektualne i zawodowe młodych kobiet.
    W 1829 r., pokonując rozliczne trudności, udała się do Figueras i założyła tam pierwszą szkołę dla dziewcząt. Dbała w niej o formację chrześcijańską i ogólnoludzką. Wkrótce zaczęły powstawać kolejne szkoły. W 1847 r. założyła Zgromadzenie Córek Maryi Sióstr Szkół Pobożnych (pijarki). Od 1859 r. aż do śmierci przebywała w Olesa de Montserrat. Poprzez trud wychowawczy, a także przez ufną modlitwę uczestniczyła w przeżywaniu losów nowego zgromadzenia. W chwili jej śmierci liczyło ono 19 domów, w których mieszkało ponad 300 sióstr.
    Paula Montal Fornés od św. Józefa Kalasantego zmarła 26 lutego 1889 r. w Olesa de Montserrat. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II w kwietniu 1983 r.; w listopadzie 2001 r. włączył ją do grona świętych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 lutego

    Błogosławiony Dominik Lentini, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Cezary z Nazjanzu, pustelnik
      •  Święty Tarazjusz, patriarcha
      •  Święci męczennicy Alojzy Versiglia, biskup, i Kalikst Caravario, prezbiter
    Błogosławiony Dominik Lentini

    Dominik urodził się 20 września 1770 r. w Laurii na południu Włoch. Był ostatnim z pięciorga dzieci w ubogiej, pobożnej rodzinie. Od 14. roku życia uczył się w niższym seminarium w Policastro.
    Kiedy jego ojciec Makary dowiedział się, że syn pragnie wstąpić do seminarium, nie sprzeciwił się. Wiedział jednak, że nie było go stać, by opłacić naukę. Zastawił więc swój skromny dom, by syn mógł wstąpić do seminarium (później sam Dominik spłacił długi). Ku radości ojca w 1793 r. w Mormanno Dominik został wyświęcony na diakona, a 8 czerwca 1794 roku otrzymał święcenia kapłańskie w katedrze w Marsico Nuovo. Był potem do końca życia proboszczem w swojej parafii w Laurii. Głosił też kazania w okolicznych miastach.
    Starał się z wielką energią ewangelizować, głosząc rekolekcje i katechizując. Swoje mowy opierał na Piśmie świętym, doktrynie Ojców Kościoła i Tradycji katolickiej. Szczególną uwagą otaczał młodych, których uczył niezłomności wiary, oraz ubogich, którym oddawał wszystko, co miał. Nazywano go “Aniołem ołtarza”. Jego pobożność, asceza i dzieła miłosierdzia były przykładem i powodem wielu nawróceń. Największą jego radością było to, że jest kapłanem, a największą miłością darzył Syna Bożego. Mówił często: “Jezus Chrystus jest moim dobrem. Jezus Chrystus jest moim skarbem. Jezus Chrystus jest dla mnie wszystkim”.
    Zmarł wieczorem 24 lutego 1828 r. Papież Pius XI, który 27 stycznia 1935 r. uznał heroiczność cnót Dominika Lentini, mówił, że był on kapłanem “bogatym tylko w swoje kapłaństwo”. Te słowa przypomniał św. Jan Paweł II, gdy 12 października 1997 r. beatyfikował tego “kapłana o niepodzielnym sercu, który potrafił połączyć wierność Bogu z wiernością człowiekowi”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 lutego

    Święty Etelbert, król

    Zobacz także:
      •  Święty Marek Marconi, zakonnik
    []
    Kościół p.w. św. Etelberta w Berkshire
    ***

    Etelbert I rozpoczął panowanie w Anglii jako ośmioletnie dziecko po śmierci ojca (560). W rządach wyręczała go początkowo przyboczna rada królewska. Długoletnie, bo trwające przez 50 lat rządy Etelberta, były dla Anglii wprost opatrznościowe. Nie tylko bowiem roztropnie rządził własnym małym królestwem, ale przyczynił się do zjednoczenia prawie wszystkich królestw Anglii, dotąd ze sobą skłóconych i będących w stanie nieustannej wojny. Udało mu się utworzyć coś w rodzaju konfederacji, unii królów angielskich.
    Był poganinem przez pierwszych 36 lat życia. Około 588 udał się do Paryża, gdzie za małżonkę pojął Bertę – córkę króla Merowingów frankońskich, Chariberta. Postawiono wszak warunek, że Etelbert zostawi całkowitą swobodę Bercie i jej kapelanowi, Letardowi, biskupowi z Senlis. Pobożna królowa tak wpłynęła na męża, że zgodził się nawiązać kontakt z Rzymem. Co więcej, nakłonił papieża św. Grzegorza I Wielkiego, aby ten przysłał misjonarzy do jego królestwa w Anglii. Na czele wyprawy stanął św. Augustyn z Canterbury. Przywiódł on ze sobą 40 mnichów-kapłanów benedyktyńskich. Przybyli oni do Kentu w samą Wielkanoc 597 roku. Król wyszedł św. Augustynowi i jego misjonarzom na spotkanie i zezwolił im swobodnie głosić nową wiarę.
    Sam też po kilku latach przyjął chrzest. Zachował się list św. Grzegorza do Etelberta i jego małżonki, w którym papież czyni wyrzut, że król tak późno zdecydował się na przyjęcie wiary. Etelbert jednak wolał tak ważny krok uczynić po poważnym namyśle i dokładnym zapoznaniu się z całokształtem wiary i moralności chrześcijańskiej. Był zresztą pierwszym władcą Anglii, który się na to zdobył. Z czasem i inni królowie poszli w jego ślady. Wśród nich niedługo wprowadził do siebie katolickich misjonarzy siostrzeniec Etelberta, Sebert, król Sussexu, który też przyjął chrzest. Córka Etelberta, św. Etelburda, wydana za króla Northumbrii (środkowowschodnia część Anglii), pozyskała go również dla Kościoła katolickiego.
    Etelbert ze wszystkich sił dopomagał misjonarzom w szerzeniu wiary. Dzięki jego pomocy i hojności wystawiono świątynie, zamienione niebawem na katedry: w Canterbury, Londynie i Rochester. Kiedy zaś utworzona została metropolia w Canterbury, przydzielono do niej biskupstwa w Rochester, w Londynie i w innych miastach, które król szczodrze uposażył.
    Etelbert nie tylko poszerzył granice swojego królestwa i zabezpieczył je od napaści wrogów, ale wyróżniał się jako doskonały administrator i prawodawca. Do naszych czasów zachował się szczęśliwie zbiór praw, które wydał. Zdradzają one pokrewieństwo z prawem salickim, skodyfikowanym przez króla Francji, Chlodwika. Świadczy to o żywym kontakcie między Galią a Anglią.
    Po około 64 latach życia i 56 latach rządów Etelbert zmarł 24 lutego 616 roku. Jego śmiertelne szczątki złożono w kościele świętych Piotra i Pawła w Canterbury przy jego małżonce, Bercie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    23 lutego

    Święty Polikarp, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Izabela Francuska, dziewica
      •  Błogosławiony Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter i męczennik
    Polikarp należy do Ojców Apostolskich. Mianem tym od XVII w. określa się świętych pisarzy kościelnych, którzy żyli jeszcze w czasach apostolskich i przekazali nam pewne treści pochodzące od Apostołów. Ojcowie ci są bezpośrednim łącznikiem pomiędzy uczniami Chrystusa a chrześcijaństwem lat późniejszych. Do Ojców tych zwykło się zaliczać wśród innych: św. Klemensa I Rzymskiego, papieża (+ 97), św. Ignacego z Antiochii (+ 110-117), św. Papiasza (w. II) i św. Polikarpa (+ ok. 156). Od Ojców Apostolskich należy odróżnić Ojców Kościoła, czyli tych świętych, którzy żyli w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, a swoją wiedzą i pismami przyczynili się do wyjaśnienia wiary i jej obrony przeciwko błędom. Jako datę graniczną dla Ojców Kościoła na Zachodzie zwykło się podawać rok 636, czyli śmierć św. Izydora z Sewilli, a na Wschodzie rok ok. 749, czyli śmierć św. Jana Damasceńskiego. Od Ojców Kościoła odróżniamy wreszcie doktorów Kościoła, którzy żyli w różnych czasach, a wyróżniali się niezwykłą wiedzą i obroną wiary.

    Święty Polikarp

    Według św. Ireneusza (+ 202), Polikarp był uczniem św. Jana Ewangelisty. Tertulian i św. Hieronim przekazali nam informację, że św. Jan Apostoł ustanowił swojego ucznia, Polikarpa, biskupem w Smyrnie (dzisiejszy Izmir), w Małej Azji. Około roku 107 św. Ignacy z Antiochii napisał piękny list do Polikarpa, kiedy był wieziony okrętem do Rzymu, by tam ponieść śmierć męczeńską, i zatrzymał się w Troadzie. W liście tym Ignacy oddaje Polikarpowi najwyższe pochwały, kiedy go nazywa dobrym pasterzem, niezłomnym w wierze i mężnym atletą Chrystusa. Takim przedstawiają go wszystkie świadectwa. Wiemy, że ok. 155 r. Polikarp przybył do Rzymu, by z papieżem Anicetem prowadzić rozmowy ustalające termin obchodzenia Wielkanocy. Świadczy to o wysokiej pozycji biskupa Smyrny.
    Według relacji pierwszego historyka Kościoła, Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej, Polikarp miał rządzić Kościołem w Smyrnie przez około 60 lat i ukoronować życie śmiercią męczeńską. Miał ponad 86 lat, kiedy oskarżono go o lekceważenie pogańskiej religii i jej obrzędów, jak też zwyczajów. Oskarżono go przed namiestnikiem (prokonsulem) rzymskim, Stacjuszem Kodratosem. Na oskarżenia Polikarp odpowiedział: “Osiemdziesiąt sześć lat służę Chrystusowi, nigdy nie wyrządził mi krzywdy, jakżebym mógł bluźnić memu Królowi i Zbawcy?” Kiedy zaś sędzia groził Świętemu, że go każe spalić żywcem, Polikarp odparł: “Ogniem grozisz, który płonie przez chwilę i wkrótce zgaśnie, bo nie znasz ognia sądu, który przyjdzie, i kary wiecznej”. Stacjusz skazał Polikarpa na śmierć przez spalenie na stosie. Gdy zaś płomienie nie chciały się imać męczennika, zginął od pchnięcia puginałem. Działo się to na stadionie w Smyrnie 22 lutego, najprawdopodobniej w 156 r., choć podaje się okres pomiędzy rokiem 155 a 169. Polikarp pozostawił po sobie cenny list do Filipian – świadectwo tradycji apostolskiej. Innym ważnym pomnikiem literatury starochrześcijańskiej jest opis jego męki (Martyrium Policarpi).W ikonografii św. Polikarp przedstawiany jest jako męczennik lub jako biskup. Wzywany do obrony przed czerwonką i bólem ucha.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 lutego

    Katedry świętego Piotra, Apostoła

    Święty Piotr - pierwszy wśród równych

    Do roku 1969 Kościół łaciński obchodził dwa święta związane ze Stolicą Piotrową: Katedry św. Piotra w Rzymie (18 I) i Katedry św. Piotra w Antiochii (22 II). Po reformie liturgii oba te święta zostały połączone w jedno pod wspólną nazwą: Katedry św. Piotra.
    Od IV w. chrześcijanie rzymscy znali i obchodzili święto Katedry świętego Piotra, wspominając, że Apostoł był biskupem tego miasta. W ten sposób składali hołd św. Piotrowi za to, że właśnie w Rzymie założył gminę chrześcijańską i miasto to obrał za stolicę chrześcijaństwa. Ponieważ jednak święto wypadało dawniej często podczas postu, dlatego w wielu stronach, np. w Galii, zaczęto je obchodzić 18 stycznia. Z biegiem lat ustaliły się zwyczajowo dwa święta: 18 stycznia Katedry św. Piotra w Rzymie, a 22 lutego Katedry św. Piotra w Antiochii. Według bowiem bardzo dawnej tradycji św. Piotr miał najpierw założyć swoją stolicę prymasa Kościoła Chrystusowego w Antiochii, gdzie przebywał kilka lat, zanim udał się ok. 42 roku do Rzymu i tam poniósł śmierć męczeńską. W 1558 roku papież Paweł IV ustalił ostatecznie 18 stycznia jako pamiątkę wstąpienia na tron rzymski św. Piotra, a 22 lutego na obchód święta objęcia stolicy w Antiochii. Oba święta obchodzone początkowo w Rzymie Paweł IV rozszerzył obowiązkowo na cały Kościół łaciński.
    W bazylice św. Piotra w Rzymie za głównym ołtarzem, w absydzie, jest tron (katedra), na którym miał zasiadać św. Piotr. Do V w. znajdował się on w baptysterium bazyliki św. Piotra. Drogocenna relikwia składa się jedynie z wielu kawałków drewna, spojonych od dawna bogato zdobionymi płytami z kości słoniowej. Słynny budowniczy bazyliki św. Piotra, Jan Wawrzyniec Bernini (+ 1680), zamknął ów tron w potężnej, marmurowej budowli. Ta właśnie katedra stała się symbolem władzy zwierzchniej w Kościele Chrystusa tak w osobie świętego Piotra, jak również jego następców. Święto to jest więc z jednej strony aktem wdzięczności Rzymian za to, że św. Piotr tak bardzo wyróżnił ich miasto, z drugiej zaś strony – jest okazją dla wiernych Kościoła okazania następcom św. Piotra wyrazu czci. Tron, na którym zasiadał św. Piotr, obecny stale w kościele, gdzie papież odprawia nabożeństwa i sprawuje liturgię dnia, jest nieustannym świadectwem, że biskupi rzymscy mają tę samą władzę nad Kościołem Chrystusa, jaką miał Piotr; że następcami Piotra mogą być tylko biskupi rzymscy.Teksty ewangeliczne podają nam wiele przykładów, że Chrystus Pan spomiędzy wszystkich Apostołów wyróżniał w sposób szczególniejszy św. Piotra. Warto przypomnieć w tym miejscu dwa: obietnicę prymatu i jej wypełnienie:”[…] I ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli Skała), i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19).Wspomniany tekst znajduje się we wszystkich starożytnych kodeksach i przekładach. W jego autentyczność nie można więc naukowo wątpić. Słowa obietnicy są skierowane jasno i wyraźnie tylko do św. Piotra. Skierował zaś je Pan Jezus publicznie, wobec wszystkich Apostołów. Obrazy: opoka, klucze, władza związywania i rozwiązywania – to wszystko są znane powszechnie symbole władzy.
    Pan Jezus faktycznie oddał św. Piotrowi najwyższą władzę w swoim Kościele:”Gdy spożywali śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy Mnie miłujesz więcej aniżeli ci?» Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś baranki moje». I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?» Odparł Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś owce moje». Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?» Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» I rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego Jezus: «Paś owce moje».” (J 21, 15-17)Chrystus w przekazaniu władzy posłużył się znanym powszechnie symbolem owczarni i pasterza. W słowach jednoznacznych, wobec świadków – Apostołów, uczynił Piotra pasterzem swojej owczarni. Ojcowie Kościoła przez termin “baranki” rozumieją wiernych, a przez wyraz “owce” – matki tychże baranków, czyli biskupów i kapłanów Kościoła.
    Piotr faktycznie sprawował najwyższą władzę w Kościele po wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Mamy na to wiele dowodów, które nam przekazał św. Łukasz w Dziejach Apostolskich. To Piotr proponuje w miejsce Judasza wybór następcy (Dz 1, 15-26). Jego propozycja zostaje przyjęta. Piotr przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego (Dz 2, 5-38) i do najwyższej Rady żydowskiej (Dz 4, 5-12). Piotr został aresztowany przez Heroda jako głowa Kościoła (Dz 12, 1-19). To w końcu Piotr rozstrzyga na soborze apostolskim, żeby ewangelizację rozszerzyć także na pogan i że neofitów nawróconych z pogaństwa należy zwolnić z nakazów judaizmu (Dz 15, 1-12).
    O pobycie św. Piotra w Rzymie piszą Ojcowie apostolscy. Św. Klemens I Rzymski (koniec wieku I) pisze o męczeńskiej śmierci św. Piotra i Pawła w Rzymie. Św. Ignacy (+ 107) mówi w Liście do Rzymian: “Nie jak Piotr i Paweł rozkazuję wam”. Św. Papiasz (I-II w.) podaje, że Marek napisał Ewangelię wtedy, gdy Piotr był w Rzymie (Euzebiusz, Historia Kościoła, III, 39). Św. Ireneusz (+ 202) relacjonuje: “Mateusz wydał między Żydami w ich języku Ewangelię wtedy, gdy Piotr i Paweł w Rzymie głosili Ewangelię i zakładali Kościół” (Adversus haereses, III 1, c. 1). Tertulian (+ ok. 240) zapisał: “Jeśli przybędziesz do Italii, masz Rzym… O, jak szczęśliwy to Kościół, któremu całą naukę wraz ze swoją krwią przekazali Apostołowie, gdzie Piotr rodzajem męki zrównany z męką Pańską, gdzie Paweł ukoronowany śmiercią Jana” (De praescripto, c. 36). Wreszcie świadectwo św. Kajusa, kapłana rzymskiego (ok. 210): “Mogę pokazać ci groby Apostołów Piotra i Pawła. Bo gdy pójdziesz do Watykanu albo w kierunku Ostii, znajdziesz groby tych, którzy ten Kościół założyli” (Euzebiusz, Historia Kościoła, II, 25).
    Dowodem najwymowniejszym, że św. Piotr był w Rzymie i że tam poniósł śmierć męczeńską, jest jego grób. Według podania miał on znajdować się w bazylice św. Piotra pod konfesją. Badania przeprowadzone przed rokiem 1950 potwierdziły głos tradycji. Znaleziono tam śmiertelne szczątki Apostoła.Współcześnie wśród chrześcijan istnieją jednak spory dotyczące zakresu władzy papieża. Z tego powodu Sobór Watykański I (1870) wydał następujące orzeczenie dogmatyczne: “Nauczamy przeto i orzekamy, według świadectw Ewangelii, że Chrystus Pan bezpośrednio i wprost św. Piotrowi Apostołowi obiecał i powierzył prymat władzy nad całym Kościołem Bożym… Jeśliby tedy kto powiedział, że św. Piotr Apostoł nie jest przez Chrystusa Pana ustanowiony księciem wszystkich Apostołów i głową widzialną całego Kościoła walczącego, albo że otrzymał on od tegoż Pana naszego Jezusa Chrystusa wprost i bezpośrednio tylko honorowy a nie prawdziwy prymat władzy, niech będzie wyklęty”.Biskupi rzymscy zawsze uważali się i byli uważani za bezpośrednich następców św. Piotra Apostoła. Warto podać przynajmniej kilka przykładów:
    W latach 93-96 wybuchł w Koryncie spór gwałtowny pomiędzy wiernymi a tamtejszą hierarchią. Pomimo że żył jeszcze w Efezie św. Jan Apostoł, hierarchia Koryntu odwołuje się do biskupa Rzymu, którym był wówczas św. Klemens I. Ten wystosował do chrześcijan w Koryncie bardzo autorytatywny list.
    Św. Wiktor I ok. 190 roku wysyła do wszystkich biskupów list, wzywający ich, aby zwołali synody i rozpatrzyli sprawę daty Wielkanocy. Kiedy synod w Efezie uchwalił datę przeciwną tej, jaką wprowadził papież, św. Wiktor rzucił na tamtejszych biskupów klątwę.
    Św. Stefan I (+ 267) pod groźbą klątwy nakazał biskupom Afryki ze św. Cyprianem na czele uznać chrzest udzielony przez heretyków za ważny. Mimo oporu jednostek wszyscy biskupi opowiedzieli się wówczas za papieżem.
    Św. Juliusz I (+ 352) w liście do biskupów Afryki użala się, że bez jego wiedzy złożono ze stolicy biskupiej św. Atanazego, patriarchę Aleksandrii, a przecież powinni wiedzieć, “że jest zwyczajem naprzód pisać do nas, aby stąd według sprawiedliwości wszystko było rozstrzygnięte”. Tak więc papieże rozciągali władzę nawet nad patriarchami.
    Św. Syrycjusz (+ 399) uzasadnia troskę o czystość wiary tym, że “nosi ją w nas Apostoł Piotr, który nas, dziedziców swych, strzeże”.
    Na Soborze Efeskim (431) legat papieski zasiadał na honorowym miejscu zaraz obok cesarza. A oto fragment jego przemówienia: “Nikomu to nie jest wątpliwym, owszem wszystkim wiekom jest znane, że św. Piotr, Książę i Głowa Apostołów, kolumna wiary i fundament katolickiego Kościoła, otrzymał od Pana naszego Jezusa Chrystusa… klucze królestwa niebieskiego. Dana mu została władza związywania i rozwiązywania, który aż do tego czasu i zawsze w swych następcach żyje i sądzi. Tegoż tedy według kolejności następca, najświątobliwszy Ojciec nasz, biskup Celestyn, nas, zastępców swoich, na ten synod posłał”. Na ponad 200 biskupów tam zebranych nikt nie zaprotestował.
    Podobnie nikt nie wyraził sprzeciwu, kiedy na Soborze Chalcedońskim (451) przemówił legat papieski, nazywając papieża wprost “Głową wszystkich Kościołów”, chociaż było wówczas zgromadzonych ok. 600 biskupów. Kiedy odczytano na tymże soborze list papieża św. Leona, potępiający błędy Eutychesa, zgromadzeni ojcowie zawołali: “Piotr przez Leona przemówił!”.
    Stąd też Sobór Watykański I miał prawo orzec: “Nauczamy przeto i oświadczamy, że Kościół Rzymski z ustanowienia Pana posiada naczelną władzę nad wszystkimi Kościołami. Władza ta Kościołowi Rzymskiemu przysługuje na mocy zwykłego porządku rzeczy. Tę władzę biskup rzymski otrzymał bez niczyjego pośrednictwa… Względem niej mają też obowiązek hierarchicznej uległości i posłuszeństwa pasterze każdego obrządku i każdego stopnia godności oraz wierni, tak każdy z osobna, jako też wszyscy razem wzięci, nie tylko w sprawach wiary i obyczajów, ale również w tych, które należą do karności i rządów Kościoła na całym świecie… Jeśliby więc kto mówił, że papież ma tylko obowiązek nadzorowania lub kierowania, a nie najwyższą i pełną władzę rządzenia całym Kościołem… niech będzie wyklęty”.Dzisiejsze święto przypomina, że Stolica Piotrowa jest podstawą jedności Kościoła. Kościół modli się, aby “pośród zamętu świata nasza wiara pozostała nienaruszona”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    ***

    21 lutego

    Święty Piotr Damiani, biskup i doktor Kościoła

    Święty Piotr Damian

    Piotr urodził się w 1007 roku w Rawennie, w licznej i niezamożnej rodzinie. Matka, zniechęcona licznym potomstwem, porzuciła niemowlę. Ledwie żywe odnalazła je służąca i oddała rodzinie. Po przedwczesnej śmierci rodziców Piotr znalazł drugą, lepszą matkę, w ukochanej siostrze, Rozelinie. Zaopiekował się nim starszy brat, Damian, od którego przyjął przydomek Damiani (czyli “od Damiana”). Początkowo brat obchodził się z Piotrem surowo. Święty musiał paść u niego świnie. Kiedy jednak Damian poznał się na niezwykłych zdolnościach brata, za radą siostry oddał go na studia do Rawenny, a następnie do Faenzy i Parmy.
    Po przyjęciu święceń kapłańskich Piotr został wykładowcą w jednej ze szkół parafialnych. Po pewnym czasie zrezygnował z czynnego życia. Udał się na pustkowie, a potem do klasztoru benedyktynów-eremitów. Został mnichem, a następnie w 1043 r. opatem eremu kamedulskiego w Fonte Avellana. Odnowił życie zakonne. Stał się doradcą wielu klasztorów i kierownikiem duchowym wielu uczniów, którzy garnęli się do niego. Ponieważ opactwo, w którym przebywał, nie było zdolne ich wszystkich pomieścić, założył dwa inne i ułożył dla nich osobną regułę. Z biegiem lat powstały dalsze ośrodki pustelnicze: w Marchii, Umbrii, Romanii i w Abruzzach. Piotr Damiani był przyjacielem kolejnych cesarzy: Henryka III i Henryka IV, doradcą papieży: Klemensa II, Damazego II, Leona IX i Stefana II. Ten ostatni mianował go w 1057 r. biskupem Ostii i kardynałem.
    Piotr Damiani pracował nad wewnętrzną odnową Kościoła. Bolał bardzo nad Kościołem Chrystusowym, dręczonym wówczas chorobą symonii i inwestytury. Władcy i możni panowie świeccy pod pozorem zasług, jakie położyli dla Kościołów lokalnych, żądali dla siebie w zamian przywilejów mianowania duchownych na stanowiska proboszczów, przełożonych klasztorów, rektorów świątyń, a nawet biskupów. Panowie ci ponadto, jako fundatorzy i opiekunowie kościołów, rezerwowali sobie także kontrolę nad majątkami, które do tych kościołów przydzielili, i mieszali się w wewnętrzne sprawy Kościoła. Piotr Damiani szeregiem pism zwalczał te nadużycia.
    Wielokrotnie bywał legatem papieskim na synodach i często pełnił funkcję mediatora. Mikołaj II wysłał go do Mediolanu, by w diecezji tamtejszej zaprowadził konieczne reformy. Papież Aleksander II trzymał Piotra stale przy sobie jako doradcę. W roku 1062 zlecił mu misję we Francji, by załagodził spór między biskupem Macon a słynnym opactwem benedyktyńskim w Cluny. Z tej okazji Piotr załatwił także sporne sprawy wśród biskupów: Reims, Sens, Tours, Bourges i Bordeaux. Po drodze odbył pielgrzymkę do grobów św. Majola i św. Odylona w Souvigny.
    Przez cały czas tęsknił za życiem mniszym. W 1067 r. otrzymał pozwolenie na powrót do Fonte Avellana i zrzekł się diecezji Ostii. Jednak nadal w razie konieczności służył papieżowi pomocą. W roku 1069 udał się do Frankfurtu nad Menem, gdzie zdołał przekonać cesarza Henryka IV, by nie opuszczał swojej prawowitej małżonki, Berty. W roku 1071 jako legat papieski współuczestniczył w konsekracji kościoła benedyktynów na Monte Cassino, a w roku następnym przybył do Rawenny, by tamtejszego biskupa, Henryka, pojednać ze Stolicą Apostolską.
    W drodze powrotnej zachorował i w nocy z 22 na 23 lutego 1072 r. zmarł niespodziewanie w klasztorze benedyktynów w Faenzy i w ich kościele został pochowany. W roku 1354 jego relikwie przeniesiono do wspaniałego grobowca, wystawionego ku jego czci w tymże kościele. Od roku 1898 jego śmiertelne szczątki spoczywają w katedrze, w osobnej kaplicy.
    Piotr Damiani był wielkim znawcą Biblii i Ojców Kościoła oraz znakomitym prawnikiem kanonistą. Należał także do najpłodniejszych pisarzy swoich czasów. Zostawił po sobie ok. 240 utworów poetyckich, 170 listów, 53 kazania, 7 życiorysów i kilka innych tekstów. Pisał rozprawy o stanie Kościoła i jego naprawie. Piętnował w nich zakorzenione nadużycia, symonię i nieobyczajność kleru. Zachował się wśród jego licznej korespondencji także list do antypapieża, Honoriusza, z pogróżkami kar Bożych. Napisał osobną rozprawę w obronie praw papieża i jego absolutnej niezawisłości od cesarza w sprawach kościelnych. Z dzieł ascetycznych wymienić należy piękną rozprawę o życiu pustelniczym. Święty przedstawił je w tak ponętnych barwach, że pociągnął nim bardzo wielu ludzi do zakonu kamedułów, któremu on właśnie zapewnił największy rozwój. Jedyny to w obecnych czasach istniejący jeszcze zakon pustelników. Papież Leon XII zatwierdził w roku 1821 kult św. Piotra Damiani i ogłosił go doktorem Kościoła. Jest wzywany przy bólach głowy.
    W ikonografii św. Piotr przedstawiany jest jako biskup w mitrze, jako kardynał w cappa magna lub jako mnich w habicie. Atrybuty: anioł trzymający kapelusz kardynalski, cappa magna, czaszka, krucyfiks.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    ***

    20 lutego

    Święci Franciszek i Hiacynta Marto, dzieci fatimskie

    Zobacz także:
      •  Święty Zenobiusz, prezbiter i męczennik
      •  Święty Eleuteriusz, biskup
    Franciszek i Hiacynta Marto, kanonizowani przez papieża Franciszka w Fatimie 13 maja 2017 r., to pierwsze wyniesione na ołtarze dzieci, które nie są męczennikami.

    Święty Franciszek Marto

    Franciszek Marto urodził się 11 czerwca 1908 r. w Aljustrel w parafii Fatima, należącej do diecezji Leiria-Fatima, jako szóste z siedmiorga dzieci ubogiego małżeństwa Manuela Pedro Marto i Olímpii de Jesus. 20 czerwca został ochrzczony w parafialnym kościele w Fatimie.
    Podobnie jak większość dzieci z ówczesnych portugalskich wiosek, chłopiec nie umiał czytać ani pisać. W wieku 8 lat rozpoczął pracę jako pastuszek, wypasając – wraz ze swoją siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją dos Santos – owce należące do rodziców. W 1916 roku był świadkiem trzech objawień Anioła Pokoju, który poprosił dzieci o modlitwę do Trójcy Przenajświętszej, Najświętszego Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Wiosną i jesienią Anioł ukazał mu się na wzgórzu Cabeço, a latem – w pobliżu studni zwanej Arneiro.
    W 1917 r. Franciszek wraz z młodszą siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją, byli świadkami sześciu objawień maryjnych, które miały miejsce 13 maja, 13 czerwca i 13 lipca w Cova da Iria, 19 sierpnia w Valinhos, a następnie 13 września i 13 października ponownie w Cova da Iria. Podczas objawień, Franciszek widział postać Anioła i Maryi, jednak nie słyszał żadnego z wypowiadanych przez nich słów.
    Wkrótce po objawieniu z 13 lipca, kiedy Maryja powierzyła dzieciom tajemnice, rodzeństwo zostało aresztowane przez władze gminy Vila Nova de Ourém, lecz pomimo dwudniowego przetrzymywania w więzieniu i zastraszania dzieci nie wyjawiły treści orędzia przekazanego im przez Matkę Bożą.
    W październiku 1918 r. Franciszek zapadł na grypę “hiszpankę”, której epidemia panowała wówczas na Półwyspie Iberyjskim. Jego choroba trwała do wiosny 1919 r. 2 kwietnia Franciszek przystąpił do pierwszej spowiedzi, a następnego dnia przyjął Pierwszą Komunię Świętą, będącą zarazem wiatykiem. Zmarł 4 kwietnia 1919 r. Następnego dnia został pochowany na cmentarzu w Fatimie. 17 lutego 1952 r. nastąpiła ekshumacja jego ciała, które 13 marca przeniesiono do bazyliki fatimskiej.

    Święta Hiacynta Marto

    Hiacynta Marto urodziła się 11 marca 1910 r. w Aljustrel. Była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. 19 marca została ochrzczona w kościele parafialnym w Fatimie.
    W 1916 r. wraz z Franciszkiem i kuzynką Łucją dos Santos zaczęła wypasać owce należące do rodziców i wraz rodzeństwem była świadkiem trzech objawień Anioła: wiosną i jesienią na wzgórzu Cabeço, a latem w pobliżu studni Arneiro.
    W 1917 r. wraz z bratem i kuzynką doświadczyła także sześciu objawień Matki Bożej. W przeciwieństwie do Franciszka, Hiacynta słyszała słowa wypowiadane przez Maryję, choć rozmawiała z Nią jedynie Łucja.
    W październiku 1918 r. Hiacynta, podobnie jak brat, zaraziła się grypą “hiszpanką”, której powikłania doprowadziły do śmierci dziewczynki. Od 1 lipca do 31 sierpnia 1919 r. dziewczynka przebywała w szpitalu w Vila Nova de Ourém. W styczniu 1920 r. trafiła do ochronki w Lizbonie, a stamtąd do szpitala. Tam przeszła operację usunięcia dwóch żeber, która przyniosła bolesne komplikacje. 16 lutego 1920 r. po raz siódmy objawiła jej się Matka Boża. Po tym widzeniu Hiacynta przestała cierpieć.
    Zmarła wieczorem 20 lutego 1920 r., a przed śmiercią zdążyła przystąpić do pierwszej w życiu spowiedzi. Cztery dni później została pochowana w Vila Nova de Ourém. 12 września 1935 r. jej ciało przeniesiono na cmentarz w Fatimie i złożono obok ciała Franciszka, skąd 1 maja 1951 r. zostało przeniesione do bazyliki.

    Święta Hiacynta Marto

    Jak pisała w swoich “Wspomnieniach” s. Łucja dos Santos, Franciszek i Hiacynta po objawieniach, pomimo dziecięcego wieku, skoncentrowali swoje życie na Bogu, modlitwie i podejmowaniu różnorodnych ofiar i cierpień w intencji grzeszników. Oprócz modlitwy i wyrzeczeń, odwiedzali i pocieszali potrzebujących, a niekiedy udzielali im także rad. O ich duchowej dojrzałości świadczy także postawa wobec własnej śmierci, przed którą dzieci pocieszały bliskich i o której mówiły, że jest przejściem do nieba i spotkaniem z Bogiem. Podczas objawień Matka Boża zapowiedziała dwójce rodzeństwa, że wkrótce zabierze ich do nieba.Proces beatyfikacyjny rodzeństwa Marto toczył się w latach 1952-1979 i zakończył się promulgacją dekretu Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o heroiczności ich cnót. W 1999 r. została uznana autentyczność pierwszego z cudów za ich przyczyną, dotyczącego uzdrowienia franciszkańskiej tercjarki Marii Emilii Santos, która przez 20 lat pozostawała unieruchomiona z powodu choroby kości. Jan Paweł II beatyfikował Franciszka i Hiacyntę Marto 13 maja 2000 r. w Fatimie podczas swojej wizyty w Jubileuszowym Roku 2000.
    Następny cud uznany w procesie kanonizacyjnym dotyczył uzdrowienia brazylijskiego chłopca, do którego doszło w 2007 r. Wówczas, w trzy dni po tragicznym wypadku, podczas którego chłopiec wypadł z okna i doznał poważnych uszkodzeń mózgu, które groziły utratą życia lub głęboką niepełnosprawnością, dziecko w niewytłumaczalny sposób odzyskało zdrowie i sprawność. W marcu 2017 r. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła dekret uznający ten cud. Kanonizacji Franciszka i Hiacynty dokonał w Fatimie w 100. rocznicę objawień maryjnych papież Franciszek.Obecnie trwa proces beatyfikacyjny trzeciej uczestniczki objawień maryjnych, s. Łucji Dos Santos (1907-2005).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Świece w godzinie mroku.

    św. Franciszek i św. Hiacynta Marto

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Nie licząc tzw. świętych młodzianków, z chwilą kiedy papież dokonał ich kanonizacji, dzieci z Fatimy stały się najmłodszymi świętymi Kościoła. Oboje zasnęły w Panu, nie będąc jeszcze nastolatkami. „Kościół pragnie jak gdyby postawić na świeczniku te dwie świece, które Bóg zapalił, aby oświecić ludzkość w godzinie mroku i niepokoju” – mówił Jan Paweł II 13 maja 2000 roku, dokonując ich beatyfikacji. Uzdrowioną osobą, dzięki której rodzeństwo oficjalnie uznane zostało za święte, był mały chłopiec – tylko trochę mniejszy od nich…

    Dziecko wiszące nad przepaścią, próbujące sforsować parapet okna lub barierkę balkonu – skąd my to znamy? Jeśli macie dzieci, być może też tego kiedyś doświadczyliście albo śni wam się to w nocnych koszmarach. Taki właśnie przypadek wydarzył się brazylijskim małżonkom João Batiście i Lucilii Yurie. Około 20 wieczorem 3 marca 2013 roku ich mały pięcioletni synek Lucas bawił się z młodszą siostrą Eduardą w domu swojego dziadka w mieście Juranda, leżącym w północno- -wschodniej Brazylii.

    Co mu strzeliło do głowy, żeby zbyt niebezpiecznie zbliżyć się do okna? Nie wiadomo. W jego przypadku zabawy przy oknie zakończyły się jednak najgorzej, jak tylko mogły – wypadł. Niestety, okno znajdowało się wysoko – sześć i pół metra nad ziemią, a właściwie nad betonem. Uderzywszy z impetem o twarde podłoże, malec pogruchotał sobie czaszkę, a część tkanki mózgowej wypłynęła na zewnątrz. Nieprzytomnego chłopca zabrała karetka. Jego stan był krytyczny, zapadł w śpiączkę. Z placówki w Jurandzie wysłano dziecko w niemal godzinną drogę do szpitala w Campo Mourao. Po drodze jego serce dwa razy przestawało bić. Dawano mu niewielkie szanse na przeżycie – minimalne, prawie żadne.

    Lekarze walczyli jednak dzielnie o życie chłopca, zoperowali go w trybie pilnym i przewieźli na intensywną terapię. Zapowiedzieli jednak rodzicom, że nawet jeśli Lukas przeżyje, czeka go długa i żmudna rehabilitacja, być może do końca życia zostanie „roślinką”, a w najlepszym razie będzie miał poważne zaburzenia. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak taka informacja musiała wstrzasnąć jego rodzicami. Jeszcze tak niedawno ich synek był kompletnie zdrowy, a teraz… Dramat!

    Jako osoby wierzące João i Lucilia upadli na kolana i wznieśli ręce do Jezusa i Matki Bożej Fatimskiej. Wiedzieli, że tylko cud może uratować ich synka. Poprosili też o modlitewną pomoc siostry z klasztoru sióstr karmelitanek bosych w Campo Mourao. Przejęte ich prośbą zakonnice rozpoczęły modlitewny szturm przed relikwiami fatimskich pastuszków. Wkrótce o pomoc pastuszków zaczęła modlić się cała rodzina – nie tylko rodzice, lecz także inni krewni i bliscy dziecka.

    Po operacji stan dziecka jednak pogarszał się i rozważano przeniesienie go do jeszcze bardziej specjalistycznej placówki.

    9 marca – sześć dni po wypadku, a dwa po rozpoczęciu modlitwy do Boga za przyczyną pastuszków – wydarzyło się jednak coś niesamowitego. Chłopiec nagle wybudził się ze śpiączki i… jakby nigdy nic mu się nie stało, nawiązał kontakt z otoczeniem! Mało tego – normalnie mówił, był sprawny psychicznie, umysłowo i fizycznie i nie wykazywał żadnych oznak jakiejkolwiek niepełnosprawności. Lekarze byli zszokowani, rodzice wniebowzięci. W ciągu kolejnych dni malca badano jeszcze wielokrotnie, obserwowano, by w końcu 15 marca – kompletnie zdrowego – wypuścić do domu. Cud był ewidentny. Chłopiec nie tylko przeżył i zachował pełną sprawność, lecz także utracony fragment jego mózgu dosłownie… odrósł.

    Niemal dokładnie cztery lata później – 23 marca 2017 roku – uzdrowienie małego Lukasa zostało oficjalnie zatwierdzone przez papieża Franciszka jako cud do kanonizacji błogosławionych Franciszka i Hiacynty Marto. W stulecie słynnych objawień maryjnych – 13 maja tego samego roku – w Fatimie papież kanonizował rodzeństwo Marto. Na uroczystości nie mogło zabraknąć uzdrowionego chłopca i jego rodziców, którzy nie kryjąc łez, opowiedzieli o tym, co ich spotkało podczas zorganizowanej w sanktuarium konferencji prasowej.

    Wyznali wówczas, że karmelitanki nie od razu zaczęły modlić się o uzdrowienie ich dziecka. Kiedy następnego dnia po wypadku zadzwonili do klasztoru, siostra, która odebrała telefon, nie przekazała wiadomości wspólnocie. Karmelitanki miały właśnie godzinę skupienia, a zakonnica ze słów dzwoniącego wywnioskowała, że dziecko i tak umrze, i postanowiła modlić się nie za chłopca, ale za rodzinę. Wspólnotową modlitwę przed relikwiami błogosławionych Franciszka i Hiacynty w intencji zdrowia dziecka siostry rozpoczęły dopiero po kolejnym telefonie – 7 marca. Zainicjowała ją jedna z karmelitanek, która usłyszawszy o rodzinnym dramacie, pobiegła przed stojące przy tabernakulum relikwie. „Pastuszkowie, ocalcie to dziecko, które jest dzieckiem takim jak wy” – pomodliła się, ulegając nagłemu natchnieniu. I pomogli.

    Wynagradzali za grzechy i zniewagi

    Franciszek i Hiacynta Marto byly zwykłymi dziećmi, pastuszkami owiec, z biednej pasterskiej, wielodzietnej, pobożnej rodziny. Lubiły się bawić, śpiewać i tańczyć. Kochały Jezusa i Maryję, z wypiekami na twarzy i przestrachem słuchały opowieści o Męce Zbawiciela.

    Franciszek (1908–1919) był spokojnym, poważnym chłopcem, uprzejmym i ustępliwym, cechowało go to, że nigdy niczym się nie przejmował. Jeśli chodzi o charakter, jego siostra Hiacynta (1910–1920) była jego przeciwieństwem. Żywa, uparta, swawolna i kapryśna dziewczynka często bywała nadąsana. Mówiono o niej wtedy, że „udaje osiołka”. Oboje wzdragali się jednak przed kłamstwem, a ich grzechy i grzeszki ograniczały się zasadniczo do nieposłuszeństwa rodzicom i drobnych dziecięcych „łobuzerstw”.

    Wydarzeniem ich życia były spotkania z Matką Bożą – objawienia doznawane w Fatimie w latach 1916 i 1917 roku. Towarzyszyła im wtedy kuzynka Łucja dos Santos. Objawienia zupełnie ich odmieniły. Zachęcone przez anioła i Matkę Bożą zaczęły się niezwykle gorliwie modlić i ponosić ofiary. Zmieniły się. Hiacynta stała się poważna, skromna i miła, a Frankowi w końcu zaczęło na czymś zależeć. Dziewczynka napominała inne dzieci, żeby nie obrażały Boga grzechami. Chłopiec często krył się w kościele, by adorować eucharystycznego Jezusa. Jego „specjalnością” stało się pocieszanie i rozweselanie Pana Jezusa za zniewagi, jakich doświadczał od ludzi, wynagradzanie mu za grzechy świata. Gotów był ponieść dla Niego każdą ofiarę. Hiacynta przejęła się zwłaszcza wizją piekła – losem zaślepionych grzeszników, którzy tłumnie idą na wieczne potępienie, bo nikt nie modli się za nich ani nie umartwia. Modliła się zatem i niestrudzona w wymyślaniu mniejszych i większych ofiar pokutowała „ile się tylko da”, aby ich nawrócić i wybawić od piekła; pragnęła wynagradzać za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi i cierpieć za Ojca Świętego.

    Cała trójka wizjonerów cierpiała na skutek oskarżeń o kłamstwo. Nie szczędziły im ich świeckie władze, ich właśni rodzice, a nawet proboszcz ich parafii. Dzieci nie ugięły się jednak. To, co widzieli i opowiadali, było prawdą i – mimo próśb i gróźb – nie mieli najmniejszego zamiaru przyznać, że było inaczej. Przecież właśnie wtedy skłamałyby. Maryja powierzyła im także tajemnicę, której nie wolno im było zdradzić i chociaż na różne sposoby próbowano nakłonić dzieci do jej wyjawienia, nie pisnęły ani słówka.

    Franciszek i Hiacynta nie pożyli zbyt długo. Dobrowolnie zgadzając się na przyjęcie cierpień zesłanych nań przez Boga, niemal w tym samym czasie zachorowali na pogrypowe powikłania – zapalenie płuc (Franciszek) i opłucnej (Hiacynta). Wtedy też, podczas jednego z objawień Matka Boża powiedziała im, że wkrótce umrą i pójdą do nieba. I tak się stało.

    Jeszcze za ich życia wielu ludzi dzięki ich gorącej modlitwie doświadczyło nadzwyczajnych łask. Nie inaczej było po śmierci fatimskich dzieci.

    Usiądź! Możesz!

    Przypadek, który wzięto pod lupę przy beatyfikacji dzieci z Fatimy, dotyczył Marii Emilii Santos z Leirii (Portugalia). W 1946 roku 16-letnia Maria Emilia trafiła do szpitala z powodu wysokiej gorączki. Sądzono początkowo, że to grypa, a w końcu stwierdzono, że chodzi raczej o gorączkę reumatyczną. Dziewczynę wypisano wprawdzie ze szpitala, ale nadal źle się czuła.

    Dwa lata później doszły silne bóle nóg, przestała chodzić. W szpitalu i sanatorium spędziła kolejne długie lata – niemal cztery! Podejrzewano stan zapalny kręgów i rdzenia kręgowego, prawdopodobnie o podłożu gruźliczym. Zoperowano kręgosłup i kolana. Na próżno. Wypisano ją w końcu o domu, ale z powodu dotkliwych bólów dziewczyna nadal nie była w stanie chodzić. Nie było żadnej poprawy.

    Dziesięć lat później Maria Emilia nie mogła już nawet się czołgać. Ból, który odczuwała, był nieznośny. Obejrzał ją kolejny ortopeda i chciał ją nawet leczyć w Coimbrze lub Lizbonie, ale kobieta – czemu doprawdy trudno się dziwić – miała już dość lekarzy. Niestety, osiem dni po tej wizycie znów musiała się z nimi spotkać. Jej stan się pogorszył, wymagała kolejnej hospitalizacji. Trafiła do Szpitala Uniwersyteckiego w Coimbrze, gdzie przeszła drugą operację kręgosłupa. Z fatalnym skutkiem! Została paraplegiczką. Twierdząc, że na jej chorobę nie ma żadnego lekarstwa, odesłano ją do domu.

    8 stycznia 1978 roku na skutek gorączki kobieta po raz kolejny znalazła się w szpitalu w Leirii. Tym razem spędziła w nim kolejnych sześć lat! Po tym czasie przeniesiono ją do domu opieki pw. Świętego Franciszka. „Od tej pory do 1987 roku nie skonsultowała się z żadnym lekarzem, nie brała żadnych specjalnych leków, tylko środki przeciwbólowe, gdy ból był bardzo silny. Zawsze leżała na boku na łóżku, całkowicie zdrętwiała od pasa w dół. Mogła tylko poruszać rękami i głową. Modliła się, śpiewała i płakała, ale zniechęcenie, cierpienia i wielka trudność z zaakceptowaniem swojej sytuacji doprowadziły ją, jak sama przyznaje, do irytacji i protestów wobec tych, którzy jej służyli i chcieli tylko czynić jej dobro” – opisywał jej stan ojciec Fabrice Delestre.

    Pewnego dnia sanitarką przetransportowano kobietę do Fatimy. Właśnie od tego czasu Maria Emilia Santos zaczęła szczególną czcią otaczać Franciszka i Hiacyntę. Z nadzieją na polepszenie stanu zdrowia zaczęła odmawiać nowenny – jedną za drugą.

    Nadszedł 25 marca 1987 roku – uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Maria Emilia była w swoim pokoju. Odmówiła różaniec i zaczynając kolejny dzień nowenny, westchnęła z wyrzutem: „Hiacynto, został tylko jeden dzień, aby skończyć kolejną nowennę i wciąż nic…?”. I właśnie wtedy spostrzegła, że z jej stopami dzieje się coś dziwnego. Poczuła silne ciepło i mrowienie. Przestraszyła się. Objawy narastały. „Usiądź! Możesz!” – mówił jakiś dziecięcy głosik. Kiedy usłyszała te słowa po raz trzeci, zdobyła się wreszcie na odwagę – odrzuciła kołdrę i… usiadła na łóżku. Usiadła! Mogła!

    Zadzwoniła zaraz potem po kogoś z personelu domu opieki, a gdy wreszcie przyszedł, poprosiła o zapalenie światła. Kiedy rozbłysło, pielęgniarka przeraziła się i zaczęła krzyczeć. Przestraszyła się siedzącej na łóżku kobiety. Wezwano dyrektorkę domu i resztę pracowników i mieszkańców. Nie mogli wyjść ze zdziwienia. Przecież dopiero co podczas mycia wyła z bólu. Od tej pory Maria Emilia zaczęła jeździć na wózku inwalidzkim. Na siedząco.

    Ale to nie był koniec tej historii. Kobieta modliła się nadal, tym razem prosząc pastuszków, by pomogli jej wstać.

    20 lutego 1989 roku przypadała 69. rocznica śmierci Hiacynty. „Jeśli zmusisz mnie dzisiaj do chodzenia, czy będę najszczęśliwszą kobietą na świecie?” – zapytała podczas modlitwy. A potem… wstała z wózka. Spróbowała zgiąć kolana i… nie poczuła bólu. Postawiła pierwsze kroki, a chwilę później, podpierając się laską… zaczęła chodzić. Po ponad 20 latach! Kiedy 10 lat później rozpatrywano to uzdrowienie w Watykanie, Maria Emilia poruszała się bez trudności.

    Także konsultorzy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych uznali to za cud i w sposób oczywisty przypisali go wstawiennictwu Franciszka i Hiacynty. Na tej podstawie 13 maja 2000 roku Jan Paweł II beatyfikował Hiacyntę i Franciszka w Fatimie. Fatimscy pastuszkowie stali się tym samym najmłodszymi błogosławionymi w historii Kościoła, dystansując Dominika Savio, który zmarł na krótko przed swoimi 15. urodzinami.

    Wspólne cuda

    Ciekawostką jest, że w przypadku rodzeństwa Marto zastosowano nowe rozwiązanie proceduralne. Jan Paweł II zdecydował bowiem, że Hiacynta i Franciszek, z uwagi na to, że najważniejsze wydarzenia z ich życia – objawienia, cierpienia, jakich doświadczyli od władz, młody wiek, w którym zostali zabrani do nieba, dotyczyły ich obojga – nie potrzebują do swojej beatyfikacji i kanonizacji cudów zdziałanych osobno, ale wspólnie. Warunkiem było tylko to, by wyproszono je, przyzywając rodzeństwo. Swoją drogą – do tego, żeby tak małe dzieci zostały uznane za świętych, też potrzebne było specjalne papieskie zezwolenie.

    (tekst pochodzi z albumu „Cuda Wielkich Świętych”, Henryk Bejda) 

    PCh24.pl

    1  Opis o. Delestre za: Beatificación de Francisco y Jacinta, w: http://www.angelfire.com/extreme/neostars/fatima/beatificacion.html.

    ***


    19 lutego

    Święty Konrad z Piacenzy, pustelnik

    Święty Konrad z Piacenzy

    Konrad Confalonieri urodził się około roku 1290 w zamożnej, włoskiej rodzinie. Za młodu obrał sobie zawód rycerski. W roku 1313 w czasie polowania rozpalił ognisko dla wypłoszenia zwierzyny i wywołał pożar. Nie zdawał sobie sprawy, jaką klęskę żywiołową wywoła tym czynem. Namiestnik Piacenzy, Galeazzo Visconti, skazał na śmierć przypadkowo przyłapanego w lesie człowieka, podejrzanego o umyślny pożar lasu. Gdy Konrad się o tym dowiedział, natychmiast zgłosił się do namiestnika i wyznał swoją winę. Wynagrodził też pieniężnie wyrządzoną miastu szkodę. Oddał na ten cel cały swój majątek. Wydarzenie to stało się przełomem religijnym w życiu jego i jego małżonki, która wstąpiła do klasztoru klarysek w Piacenzy.
    Konrad natomiast zaczął prowadzić żywot wędrownego ascety. Wstąpił w 1315 r. do III zakonu św. Franciszka. Jako pielgrzym pokutny nawiedził wiele sanktuariów Italii. Osiadł w 1343 r. jako pustelnik w dolinie Noto koło Syrakuz na Sycylii, gdzie wiódł życie pełne wyrzeczenia. Miał dar prorokowania.
    Zmarł 19 lutego 1351 r. Pochowano go w Noto, w kościele św. Mikołaja. W roku 1485 jego śmiertelne szczątki umieszczono w srebrnej trumnie. Papież Urban VIII jego kult zatwierdzony dla diecezji syrakuskiej w roku 1515, potem rozszerzony na całą Sycylię (1544), rozciągnął także na zakony franciszkańskie (1625). Jest patronem osób cierpiących z powodu przepukliny.W ikonografii przedstawiany jako franciszkański pustelnik lub starzec z jeleniami i innymi zwierzętami. Jego atrybutami są: krzyż, dyscyplina, czaszka i księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 lutego

    Błogosławiony Jan z Fiesole
    – Fra Angelico, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teotoniusz, zakonnik
      •  Święta Konstancja
      •  Święty Flawian, patriarcha
    Fra Angelico: Noli me tangere

    Guido (lub Guidolino) da Pietro urodził się około 1400 roku w Castello Vecchio w Mugello (Toskania). W młodym wieku uczył się malarstwa we Florencji. Kiedy mając 20 lat odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego, wstąpił do zreformowanego konwentu dominikanów w Fiesole, który niedawno wybudował bł. Jan Dominici. Około 1420 roku otrzymał od niego habit oraz to samo imię. Śluby złożył około 1425 roku.
    Po otrzymaniu święceń kapłańskich był dwa razy wikariuszem swojego konwentu, a następnie jego przeorem. Wiernie wypełniał swoje obowiązki zakonne, a w swoich dziełach malarskich przekazywał braciom i wiernym Boże tajemnice, które kontemplował na modlitwie i w czasie studium świętej prawdy. Wezwany do Rzymu przez papieża Eugeniusza IV, wymalował dwie kaplice w kościele św. Piotra i w Pałacu Watykańskim. Na polecenie papieża Mikołaja V przyozdobił jego prywatną kaplicę i prywatny apartament (1445-1449). Pracował także w Kortonie, w konwencie św. Dominika (1438 r.) i w katedrze w Orvieto (1447 r.). Najbardziej znane są freski w konwencie San Marco we Florencji (dziś część klasztoru wydzielona jako Muzeum św. Marka).

    Fra Angelico: Św. Dominik adorujący Krzyż

    Gdy zwolniło się biskupstwo florenckie, Eugeniusz IV zaproponował jego objęcie Janowi. Brat Jan błagał papieża, aby nie musiał przyjmować tego obowiązku. “Był nie mniej znakomitym malarzem, jak i miniaturzystą, i niezwykle przykładnym mnichem” – zapisał Giorgio Vasari. Głównym źródłem jego natchnienia było Pismo Święte. Był człowiekiem prostym i uczciwym, ubogim i pokornym. Także jego malarstwo jest pełne kontemplacji Bożego piękna, a zarazem proste. Ze względu na to, że umiał połączyć cnotliwe życie ze sztuką, otrzymał przydomek Beato Angelico – anielski. Najczęściej jest nazywany Fra Angelico (Braciszek Anielski). Szeroko rozeszła się sława jego świętości i talentu.
    Zmarł w Rzymie 18 lutego 1455 roku, w konwencie Santa Maria sopra Minerva, gdzie do dzisiaj nad posadzką bazyliki znajduje się jego grób z marmurową podobizną. Beatyfikowany został przez św. Jana Pawła II w 1982 roku listem apostolskim motu proprio Qui res Christi gerit. W Polsce jest patronem historyków sztuki.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 lutego

    Siedmiu Świętych Założycieli
    Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny

    Święci Założyciele Zakonu Serwitów NMP

    Do grona czczonych dziś Założycieli należeli: Aleksy Falconieri, Bartłomiej Amidei, Benedykt Antella, Buonfiglio Monaldi, Gerardino Sostegni, Hugo Lippi-Uguccioni oraz Jan Buonagiunta Monetti.
    Najbardziej znanym z nich jest św. Aleksy Falconieri. Był kupcem i mieszkał we Florencji w czasach, kiedy kraj przeżywał rozdarcie i bratobójcze walki. W 1215 roku w samą Wielkanoc przy Ponte Vecchio we Florencji miała pojawić się Matka Boża cała we łzach, opłakująca to, że Jej dzieci są między sobą rozdarte nienawiścią i wojną. Dnia 15 sierpnia 1233 roku Matka Boża miała pojawić się po raz drugi, okryta żałobą, pełna boleści. Reakcją na te objawienia było to, że wraz z sześcioma rówieśnikami, również florenckimi kupcami, Aleksy porzucił zajęcia i usunął się na ubocze, gdzie żył w ubóstwie i pokucie. Założył z nimi pobożną konfraternię, która podejmowała zadośćuczynienie za życie i grzechy współziomków. Z czasem przeniosła się ona na Monte Senario, gdzie powstał skromny dom i kaplica Matki Bożej. Członkowie konfraterni rozważali Mękę Pańską i mieli żywą cześć do Matki Bożej Bolesnej. Tak powstał nowy zakon, tzw. serwitów, czyli sług Maryi. Wspólnota przyjęła regułę św. Augustyna, a część konstytucji przejęła od dominikanów.
    Jako wędrowni kaznodzieje serwici przemierzyli Italię, Francję, Niemcy i Węgry. Dotarli nawet do Polski. W 1304 r. Stolica Apostolska zatwierdziła ich Zakon. Istnieje on do dzisiaj. Największą sławą okrył zakon św. Filip Benicjusz (+ 1285), który stał się prawodawcą tej rodziny zakonnej i najbardziej przyczynił się do jej rozpowszechnienia. Innym znanym serwitą był św. Peregryn Laziosi (+ 1345), patron chorych na raka. Niebawem powstał także zakon żeński, serwitek, którego założycielką była św. Juliana Falconieri (1270-1341), bratanica Aleksego.
    Aleksy zmarł 17 lutego 1310 r., dożywszy 100 lat. Papież Benedykt XIII wszystkich siedmiu pierwszych serwitów wyniósł do chwały ołtarzy w latach 1717-1725, a papież Leon XIII zaliczył ich w poczet świętych 15 stycznia 1888 roku jako Siedmiu Świętych Założycieli Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny (nazywanych także Braćmi z Monte Senario). Ich relikwie przechowywane są w sanktuarium na Monte Senario.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 lutego

    Święta Juliana, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Daniel, męczennik
      •  Błogosławiony Piotr z Castelnau, mnich i męczennik
    Święta Juliana

    Juliana żyła w III w. w Nikomedii. Była jedyną chrześcijanką w rodzinie. Ojciec, zaciekły poganin, zamierzał wydać córkę za prefekta miasta, Eleuzjusza. Dziewczyna jednak stanowczo oświadczyła, że za poganina za żadną cenę nie wyjdzie. Wobec odmowy ojciec kazał przyprowadzić ją przed sąd, któremu przewodniczył. Kiedy zachęty i groźby nie odnosiły skutku – nie mogąc pojąć, jak może odrzucać zaszczytną dla siebie ofertę małżeńską – poddał ją torturom, które sam jej wymierzył, a następnie skazał na śmierć przez ścięcie mieczem w 305 r.
    Śmiertelne szczątki męczennicy z Nikomedii przeniesiono do Pozzuoli we Włoszech, w czasie najazdu Longobardów wywieziono je do Kumy pod Neapolem (ok. 567), by w roku 1207 umieścić je w jednym z kościołów Neapolu. Tak wielka troska o relikwie Świętej świadczy, jak dużą czcią cieszyła się zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Niebawem relikwie św. Juliany, męczennicy, rozdzielono pomiędzy wiele kościołów Włoch, Hiszpanii i Holandii.W ikonografii św. Juliana przedstawiana jest w długiej szacie. Jej atrybutami są: u stóp diabeł w łańcuchach, korona, księga, krzyż, lilia, miecz, palma męczeńska.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 lutego

    Błogosławiony Michał Sopoćko, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Klaudiusz de la Colombiere, prezbiter
      •  Święty Zygfryd, biskup
    Błogosławiony Michał Sopoćko

    Michał Sopoćko urodził się 1 listopada 1888 roku w Juszewszczyźnie (zwanej też Nowosadami) w powiecie oszmiańskim na Wileńszczyźnie w ubogiej rodzinie szlacheckiej, pielęgnującej tradycje patriotyczne. Mimo problemów materialnych rodzice zadbali o podstawowe wykształcenie dzieci. Wybór drogi życiowej i wczesne odczytanie powołania Michał zawdzięcza moralnej postawie rodziców, ich głębokiej pobożności i miłości rodzicielskiej. Rodzina wspólnie modliła się i razem regularnie dojeżdżała wozem konnym na nabożeństwa do odległego o 18 km kościoła parafialnego.
    Po ukończeniu szkoły miejskiej w Oszmianie, w 1910 r. Sopoćko rozpoczął czteroletnie studia w seminarium duchownym w Wilnie. Naukę mógł kontynuować dzięki zapomodze przyznanej mu przez rektora. Święcenia kapłańskie otrzymał 15 czerwca 1914 r. Kapłańską posługę rozpoczął jako wikariusz w parafii Taboryszki koło Wilna.
    W 1918 r. otrzymał pozwolenie na wyjazd do Warszawy, na studia na Wydziale Teologicznym UW. Jednak choroba, a później działania wojenne uniemożliwiły mu podjęcie studiów. Zgłosił się na ochotnika do duszpasterstwa wojskowego. Prowadził działalność duszpasterską w szpitalu polowym i wśród walczących na froncie żołnierzy. Starał się wykonywać swoją posługę jak najlepiej mimo kolejnych kłopotów zdrowotnych. W 1919 r. Uniwersytet Warszawski wznowił działalność i ks. Sopoćko zapisał się na sekcję teologii moralnej oraz na wykłady z prawa i filozofii, które ukończył magisterium w 1923 r.; trzy lata później uzyskał tam tytuł doktora teologii. W latach 1922-1924 studiował także w Wyższym Instytucie Pedagogicznym. W czasie studiów był nadal kapelanem wojskowym (aż do roku 1929).
    W 1924 roku powrócił do rodzimej diecezji; w 1927 roku został mianowany ojcem duchownym, a rok potem – wykładowcą w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.
    Po 1932 r. poświęcił się głównie pracy naukowej. Podjął naukę języków: niemieckiego, angielskiego i francuskiego, których znajomość ułatwiła mu studiowanie. Habilitował się w 1934 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Pracy dydaktyczno-naukowej oddawał się aż do II wojny światowej. Pozostawił po sobie liczne publikacje z tego okresu.
    Od 1932 r. był spowiednikiem sióstr ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Tam spotkał siostrę Faustynę Kowalską, która od maja 1933 r. została jego penitentką. Spotkanie to okazało się ważne dla obojga. Ona znalazła w nim mądrego spowiednika, który był inspiratorem powstania jej Dzienniczka Duchowego, a on za jej przyczyną stał się czcicielem Miłosierdzia Bożego i stworzył podstawy teologiczne tego kultu. W Dzienniczku siostra Faustyna zapisała obietnicę Pana Jezusa, dotyczącą jej spowiednika, ks. Michała Sopoćki, który pomagał jej przekazać prawdę o Miłosierdziu Bożym:Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to.
    Nie za pomyślność w pracy, ale za cierpienie nagradzam (Dzienniczek, 90).W czasie okupacji niemieckiej, aby uniknąć aresztowania, musiał ukrywać się w okolicach Wilna. Był założycielem zgromadzenia zakonnego Sióstr Jezusa Miłosiernego (1941). Od 1944 r., gdy Seminarium Duchowne w Wilnie wznowiło działalność, wykładał w nim aż do jego zamknięcia przez władze radzieckie. Ponieważ groziło mu aresztowanie, wyjechał w 1947 roku do Białegostoku, gdzie w seminarium wykładał pedagogikę, katechetykę, homiletykę, teologię pastoralną i ascetyczną. Uczył też języków łacińskiego i rosyjskiego.
    Jeszcze przed wojną zaczął prowadzić intensywną akcję trzeźwościową w ramach Społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego. W latach 50. zorganizował szereg kursów katechetycznych dla zakonnic i osób świeckich, a także wykłady otwarte o tematyce religijnej przy parafii farnej w Białymstoku. W 1962 r. przeszedł na emeryturę, ale do końca swych dni uczestniczył aktywnie w życiu diecezji, pracował naukowo i publikował. Zmarł w domu Sióstr Misjonarek przy ul. Poleskiej 15 lutego 1975 r., w dzień wspomnienia świętego Faustyna, patrona siostry Faustyny Kowalskiej. Został pochowany na cmentarzu w Białymstoku.
    30 listopada 1988 r. dokonano ekshumacji jego doczesnych szczątków w celu przeniesienia ich do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Białymstoku. 28 września 2008 r. w tym właśnie sanktuarium miała miejsce uroczysta beatyfikacja ks. Michała.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    14 lutego

    Święci Cyryl, mnich, i Metody, biskup
    patroni Europy

    Święci Cyryl i Metody

    Cyryl urodził się w Tesalonikach w 826 r. jako siódme dziecko w rodzinie Leona, który był wyższym oficerem miejscowego garnizonu. Jego właściwe imię to Konstanty, imię Cyryl przyjął pod koniec życia, wstępując do zakonu. Po studiach w Konstantynopolu został bibliotekarzem przy kościele Hagia Sophia. Później usunął się na ubocze. Z czasem podjął w szkole cesarskiej wykłady z filozofii. Wkrótce potem, w 855 r. udał się na górę Olimp do klasztoru w Bitynii, gdzie przebywał już jego starszy brat – św. Metody.
    Na żądanie cesarza Michała III obaj wyruszyli do kraju Chazarów na Krym, aby rozwiązać spory religijne między chrześcijanami, Żydami i Saracenami. Cyryl przygotował się do tej misji bardzo starannie – nauczył się języka hebrajskiego (by dyskutować z Żydami) i syryjskiego (by prowadzić dialog z Arabami, przybyłymi z okolic Syrii). Po udanej misji został wysłany z bratem przez patriarchę św. Ignacego, aby nieść chrześcijaństwo Bułgarom. Pośród nich pracowali pięć lat. Następnie, na prośbę księcia Rościsława udali się z podobną misją na Morawy, gdzie wprowadzili do liturgii język słowiański pisany alfabetem greckim (głagolicę). Potem jeden z uczniów św. Metodego wprowadził do tego pisma majuskuły (duże litery) alfabetu greckiego. Pismo to nazwano cyrylicą. Cyryl przetłumaczył Pismo Święte na język starocerkiewno-słowiański. Inkulturacja chrześcijaństwa stała się przyczyną ich cierpień, a nawet prześladowań.
    Z Panonii (Węgier) bracia udali się do Wenecji, by tam dla swoich uczniów uzyskać święcenia kapłańskie. Jednak duchowieństwo tamtejsze przyjęło ich wrogo. Daremnie Cyryl przekonywał swoich przeciwników, że język nie powinien odgrywać warunku istotnego dla przyjęcia chrześcijaństwa. Bracia zostali oskarżeni w Rzymie przed papieżem św. Mikołajem I niemal o herezję. Posłuszni wezwaniu namiestnika Chrystusowego na ziemi, udali się do Rzymu. W tym jednak czasie zmarł papież św. Mikołaj I (+ 867), a po nim został wybrany Hadrian II. Ku radości misjonarzy nowy papież przyjął ich bardzo serdecznie, kazał wyświęcić ich uczniów na kapłanów, a ich słowiańskie księgi liturgiczne kazał uroczyście złożyć na ołtarzu w kościele Matki Bożej, zwanym Fatne.
    Wkrótce potem Cyryl wstąpił do jednego z greckich klasztorów, gdzie zmarł na rękach swego brata 14 lutego 869 r. Papież Hadrian (Adrian) urządził Cyrylowi uroczysty pogrzeb.Metody (jego imię chrzcielne – Michał) urodził się między 815 a 820 r. Ponieważ posiadał uzdolnienia wybitnie prawnicze, wstąpił na drogę kariery urzędniczej. W młodym wieku został archontem – zarządcą cesarskim w jednej ze słowiańskich prowincji. Zrezygnował z urzędu, wstępując do klasztoru w Bitynii, gdzie został przełożonym. Tam też przyjął imię Metody. Około 855 roku dołączył do niego jego młodszy brat, św. Cyryl. Odtąd bracia dzielą razem swój los w ziemi Chazarów, Bułgarów i na Morawach.
    Po śmierci Cyryla (w 869 r.) Hadrian II konsekrował Metodego na arcybiskupa Moraw i Panonii (Węgier) oraz dał mu uprawnienia legata. Jako biskup, Metody kontynuował rozpoczęte dzieło. Z powodu wprowadzenia obrządku słowiańskiego, mimo aprobaty Rzymu, był atakowany przez arcybiskupa Salzburga, który podczas synodu w Ratyzbonie uwięził go w jednym z bawarskich klasztorów. Spędził tam dwa lata (870-872). Interwencja papieża Jana VII przyniosła Metodemu utraconą wolność.
    Nękany przez kler niemiecki, Metody udał się ponownie do Rzymu. Papież Jan VIII przyjął go bardzo życzliwie i potwierdził wszystkie nadane mu przywileje. Aby jednak uspokoić kler niemiecki, dał Metodemu za sufragana biskupa Wickinga, który miał urzędować w Nitrze. W tym czasie doszło do pojednania Rzymu z Konstantynopolem. Metody udał się więc do patriarchy Focjusza, by mu zdać sprawę ze swojej działalności (881 lub 882). Został przyjęty uroczyście przez cesarza. Kiedy powracał, przyprowadził ze sobą liczny zastęp kapłanów. Powróciwszy na Morawy, umarł w Welehradzie 6 kwietnia 885 r.W roku 907 rozpadło się państwo wielkomorawskie, a z jego rozpadem został usunięty obrządek słowiański na rzecz łacińskiego. Mimo tego dzieło św. Cyryla i św. Metodego nie upadło. Ich językiem w liturgii nadal posługuje się kilkadziesiąt milionów prawosławnych i kilka milionów grekokatolików. Obaj święci (nazywani Braćmi Sołuńskimi – od Sołunia, czyli obecnych Salonik w Grecji) są uważani za apostołów Słowian. W roku 1980 papież św. Jan Paweł II ogłosił ich – obok św. Benedykta – współpatronami Europy, tym samym podnosząc dotychczas obowiązujące wspomnienie do rangi święta.W ikonografii Bracia Sołuńscy przedstawiani są w stroju pontyfikalnym jako biskupi greccy lub łacińscy. Czasami trzymają w rękach model kościoła. Św. Cyryl ukazywany jest w todze profesora, w ręce ma księgę pisaną cyrylicą. Ich atrybutami są: krzyż, księga i kielich, rozwinięty zwój z alfabetem słowiańskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święty Walenty, biskup i męczennik

    Święty Walenty
    Walenty był biskupem Terni w Umbrii. Wiadomości o nim są dość skąpe i niejednoznaczne. Żył w III w. i był kapłanem rzymskim. Tam w czasie prześladowań (Klaudiusza II Gota), wraz ze św. Mariuszem i krewnymi, asystował męczennikom w czasie ich procesów i egzekucji. Wkrótce sam został pojmany i doprowadzony do prefekta Rzymu, który przeprowadził rutynowy proces polegający na wymuszaniu odstępstwa od Chrystusa. W tym celu kazał użyć kijów. Ponieważ nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu, kazał ściąć Walentego. Stało się to 14 lutego 269 roku.
    Pochowano go w Rzymie przy via Flaminia. Brak bliższych wiadomości o nim nie przeszkodził w szybkim rozwoju jego kultu. Jego grób już w IV w. otoczony był szczególną czcią. Nad grobem papież Juliusz I wystawił bazylikę pod wezwaniem św. Walentego. Odnowił ją później papież Teodor I. Bazylika wraz z grobem św. Walentego stała się prawdziwym sanktuarium i jednym z pierwszych miejsc pielgrzymkowych. W ciągu średniowiecza kult Walentego objął całą niemal Europę.
    W średniowieczu na terenie niemieckim Święty był wzywany jako orędownik podczas ciężkich chorób, zwłaszcza nerwowych i epilepsji. Na Zachodzie, zwłaszcza w Anglii i Stanach Zjednoczonych, czczono św. Walentego jako patrona zakochanych. W związku z tym dzień 14 lutego stał się okazją do obdarowywania się drobnymi upominkami.W ikonografii św. Walenty przedstawiany jest jako kapłan w ornacie, z kielichem w lewej ręce, a z mieczem w prawej, także w stroju biskupa uzdrawiającego chłopca z padaczki.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 lutego

    Błogosławiony Jordan z Saksonii
    zakonnik, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Eulogiusz, patriarcha
    JORDAN Z SAKSONII

    Jordan urodził się pod koniec XII w. w Borberge koło Paderborn (Westfalia w Niemczech). Studiował w Paryżu. Kiedy do stolicy Francji przybył św. Dominik Guzman, wywarł na Jordanie tak silne wrażenie, że ten odbył przed nim spowiedź z całego życia i 12 lutego 1220 r. przyjął z rąk bł. Reginalda z Orleanu habit zakonny. W dwa miesiące później jako jeden z czterech braci z klasztoru paryskiego uczestniczył w kapitule w Bolonii. Rok później, po kolejnej kapitule, został prowincjałem Lombardii. Natychmiast udał się do Bolonii, by stamtąd kierować powierzonymi sobie konwentami prowincji. W rok potem pożegnał ziemię św. Dominik (1221) i kapituła generalna w 1222 r. wybrała Jordana przełożonym generalnym całego zakonu. W rządzeniu zakonem był zatem pierwszym następcą św. Dominika, z którym łączyły go serdeczne stosunki.
    Przez 15 lat służył braciom i siostrom słowem, przykładem, listami i częstymi wizytacjami. W całej pełni ukazał się talent organizacyjny Jordana. Domy, a nawet całe prowincje szybko się mnożyły. Jordan niestrudzenie podróżował, wizytował placówki, odbywał kapituły generalne i prowincjalne, otwierał nowe domy. W ciągu 15 lat swoich rządów z 30 konwentów pomnożył liczbę domów zakonnych do 300, a liczbę współbraci z 300 powiększył do 4000! W samym Paryżu nałożył suknię zakonną 70 studentom tamtejszego uniwersytetu. Podobnie działo się na uniwersytetach w Bolonii, Kolonii i w Oksfordzie. Jednym z obłóczonych przez Jordana był św. Albert Wielki.
    Zredagował i opublikował konstytucje zakonne. Papież Grzegorz IX miał tak wielkie zaufanie do zakonu, że z jego właśnie szeregów mianował pierwszych inkwizytorów dla krajów i państw Europy celem obrony wiary. Bł. Jordan pozostawił pierwszy żywot św. Dominika Guzmana. Libellus de principiis Ordinis Praedicatorum (wydany po polsku jako Książeczka o początkach Zakonu Kaznodziejów) jest niezwykłym źródłem wiedzy o powstaniu i pierwszych latach Zakonu Kaznodziejskiego oraz o jego Założycielu.
    Jordan kierował zakonem z wielką łagodnością, a dzięki świętości swojego życia i szczególnemu darowi słowa, ogromnie go rozszerzył. Troszczył się także o wykształcenie zakonników. Był świetnym kaznodzieją. Miał poważny udział w misji dominikanów do Maroka i do Pieczyngów.
    Podczas podróży z wizytacji klasztorów w Prowincji Ziemi Świętej okręt, którym płynął, rozbił się na wybrzeżu syryjskim, w zatoce Pamfilii w Małej Azji. Jordan utonął 12/13 (?) lutego 1237 roku. Papież Leon XII zatwierdził kult, oddawany mu od dawna w Zakonie Kaznodziejskim (1826). Jego śmiertelne szczątki zdołano odnaleźć i pochowano je w konwencie św. Jana w Akce (Izrael).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 lutego

    Błogosławiony Józef Eulalio Valdés, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Reginald z Orleanu, prezbiter
      •  Błogosławiona Humbelina, mniszka
      •  Święty Melecjusz, patriarcha
    Błogosławiony Józef Eulalio Valdés

    Józef urodził się 12 lutego 1820 roku na Kubie. Miesiąc później został oddany do sierocińca. Wychowany w surowych warunkach, zachował pogodę ducha i serdeczność dla innych. Jako bardzo młody chłopiec oddawał się opiece nad chorymi, ofiarami epidemii cholery, która miała miejsce w 1835 roku.
    Odczytawszy w głębi swojego serca głos powołania, wstąpił do Zakonu Szpitalnego – bonifratrów. Przez kolejne 54 lata życia, aż do chwili śmierci, posługiwał w szpitalu jako usłużny i życzliwy pielęgniarz, później jako lekarz-chirurg. Zawsze z oddaniem wykonywał swoją pracę. Zajmował się biednymi i osobami z marginesu, troszcząc się o ich stan zdrowia, zapewniając wsparcie i pomoc materialną oraz duchową.
    Brat Józef Eulalio udowodnił swoje wielkie oddanie chorym, kiedy kubańscy przywódcy wydali dekrety delegalizujące działalność zakonów w całym kraju. Pomimo tych wydarzeń pozostał wierny swoim przekonaniom i głosowi powołania, nie pozostawiając szpitala i nie opuszczając chorych, których nazywał swoimi braćmi i siostrami. Posiadał szczególny dar rozwiązywania problemów i sporów rodzinnych.
    Zmarł 7 marca 1889 roku w Camaguey. Beatyfikowany został na Kubie w Camaguey przez kard. José Saraiva Martinsa w dniu 29 listopada 2008 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 lutego

    Najświętsza Maryja Panna z Lourdes

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz II, papież
      •  Święty Benedykt z Anianu, opat
      •  Święta Teodora II, cesarzowa
    Maryja Niepokalana objawia się św. Bernardecie w Lourdes

    W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża zjawiła się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu zjawień (w okresie 11 lutego – 16 lipca) Maryja wzywała do modlitwy i pokuty.
    11 lutego 1858 r. Bernadetta Soubirous wraz z siostrą i przyjaciółką udała się w pobliże Starej Skały – Massabielle – na poszukiwanie suchych gałęzi, aby rozpalić ogień w domu. Gdy dziewczyna została sama, usłyszała dziwny dźwięk podobny do szumu wiatru i zobaczyła światłość, z której wyłoniła się postać “Pięknej Pani” z różańcem w ręku. Odtąd objawienia powtarzały się.
    Bernadetta opowiedziała o tym wydarzeniu koleżankom, te rozpowiedziały o tym sąsiadom. Rodzice strofowali Bernadettę, że rozpowiada plotki; zakazali jej chodzić do groty, w której miała jej się ukazać Matka Boża. Cofnęli jednak zakaz, gdy zobaczyli, że dziecko gaśnie na ich oczach z udręki. Dnia 14 lutego dziewczęta udały się najpierw do kościoła i wzięły ze sobą wodę święconą. Gdy przybyły do groty, było już po południu. Kiedy w czasie odmawiania różańca ponownie ukazała się Matka Boża, Bernadetta, idąc za radą towarzyszek, pokropiła tajemniczą zjawę i wypowiedziała słowa: “Jeśli przychodzisz od Boga, zbliż się; jeśli od szatana, idź precz!”. Pani, uśmiechając się, zbliżyła się aż do brzegu wylotu groty i odmawiała różaniec.
    18 lutego Bernadetta udała się w pobliże groty z dwiema znajomymi rodziny Soubirous. Przekonane, że może to jest jakaś dusza czyśćcowa, poradziły Bernadecie, aby poprosiła zjawę o napisanie życzenia na kartce papieru, którą ze sobą przyniosły. Pani odpowiedziała: “Pisanie tego, co ci chcę powiedzieć, jest niepotrzebne”. Matka Boża poleciła dziewczynce, aby przychodziła przez kolejnych 15 dni. Wiadomość o tym rozeszła się lotem błyskawicy po całym miasteczku. 21 lutego, w niedzielę, zjawiło się przy grocie skał massabielskich kilka tysięcy ludzi. Pełna smutku Matka Boża zachęcała Bernadettę, aby modliła się za grzeszników. Tego dnia, gdy Bernadetta wychodziła po południu z kościoła z Nieszporów, została zatrzymana przez komendanta miejscowej policji i poddana śledztwu. Kiedy dnia następnego dziewczynka udała się do szkoły, uczące ją siostry zaczęły ją karcić, że wprowadziła tyle zamieszania swoimi przywidzeniami.
    23 lutego Matka Boża ponownie zjawiła się i poleciła Bernadecie, aby udała się do miejscowego proboszcza i poprosiła go, aby tu wystawiono ku Jej czci kaplicę. Roztropny proboszcz, po pilnym przeegzaminowaniu 14-letniej dziewczynki, rzekł do Bernadetty: “Mówiłaś mi, że u stóp tej Pani, w miejscu, gdzie zwykła stawać, jest krzak dzikiej róży. Poproś Ją, aby kazała tej gałęzi rozkwitnąć”. Przy najbliższym zjawieniu się Matki Bożej Bernadetta powtórzyła słowa proboszcza. Pani odpowiedziała uśmiechem, a potem ze smutkiem wypowiedziała słowa: “Pokuty, pokuty, pokuty”.
    25 lutego w czasie ekstazy Bernadetta usłyszała polecenie: “A teraz idź do źródła, napij się z niego i obmyj się w nim”. Dziewczę skierowało swoje kroki do pobliskiej rzeki, ale usłyszało wtedy głos: “Nie w tę stronę! Nie mówiłam ci przecież, abyś piła wodę z rzeki, ale ze źródła. Ono jest tu”. Na kolanach Bernadetta podążyła więc ku wskazanemu w pobliżu groty miejscu. Gdy zaczęła grzebać, pokazała się woda. Na oczach śledzącego wszystko uważnie tłumu ukazało się źródło, którego dotąd nie było. Woda biła z niego coraz obficiej i szerokim strumieniem płynęła do rzeki. Okazało się rychło, że woda ta ma moc leczniczą. Następnego dnia posłał do źródła po wodę swoją córkę niejaki Bouriette, kamieniarz, rzeźbiarz nagrobków. Stracił prawe oko przy rozsadzaniu dynamitem bloków kamiennych. Także na lewe oko widział coraz słabiej. Po gorącej modlitwie począł przemywać sobie ową wodą oczy. Natychmiast odzyskał wzrok. Cud ten zapoczątkował cały szereg innych – tak dalece, że Lourdes zasłynęło z nich jako pierwsze wśród wszystkich sanktuariów chrześcijańskich.
    27 lutego Matka Boża ponowiła życzenie, aby na tym miejscu powstała kaplica. 1 marca 1858 roku poleciła Bernadecie, aby modliła się nadal na różańcu. 2 marca Matka Boża wyraziła życzenie, aby do groty urządzano procesje. Zawiadomiony o tym proboszcz odpowiedział, że będzie to mógł uczynić dopiero za pozwoleniem swojego biskupa. 4 marca na oczach ok. 20 tysięcy ludzi został cudownie uleczony przy źródle miejscowy restaurator, Maumus. Miał on na wierzchu dłoni wielką narośl. Lekarze orzekli, że jest to złośliwy rak i trzeba rękę amputować. Kiedy modlił się gorąco i polecał wstawiennictwu Bernadetty, zanurzył rękę w wodzie bijącej ze źródła i wyciągnął ją zupełnie zdrową, bez ropiejącej narośli. Poprzedniego dnia pewna matka doznała łaski nagłego uzdrowienia swojego dziecka, które zanurzyła całe w zimnej wodzie źródła, kiedy lekarze orzekli, że dni dziecka są już policzone.
    Nastąpiła dłuższa przerwa w objawieniach. Dopiero 25 marca, w uroczystość Zwiastowania, Bernadetta ponownie ujrzała Matkę Bożą. Kiedy zapytała Ją o imię, otrzymała odpowiedź: “Jam jest Niepokalane Poczęcie”. Były to bardzo ważne słowa, ponieważ mijały zaledwie 4 lata od ogłoszenia przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, który budził pewne kontrowersje. Warto zauważyć, że pojęcie to dla wiejskiej dziewczynki nie było ani zrozumiałe, ani nawet jej znane.
    Po dłuższej przerwie 7 kwietnia, w środę po Wielkanocy, Matka Boża ponownie objawiła się Bernadecie. Po rozejściu się tłumów policja pod pozorem troski o bezpieczeństwo publiczne i konieczności przeprowadzenia badań wody źródła, zamknęła dostęp do źródła i groty. Zabrano także do komisariatu liczne już złożone wota. Jednak Bernadetta uczęszczała tam nadal i klękając opodal modliła się. 16 lipca, w uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej, Matka Boża pojawiła się po raz ostatni.
    18 stycznia 1862 roku komisja biskupa z Targes po wielu badaniach ogłosiła dekret, że “można dać wiarę” zjawiskom, jakie się przydarzyły w Lourdes. W roku 1864 ks. proboszcz Peyramale przystąpił do budowy świątyni. W roku 1875 poświęcił ją uroczyście arcybiskup Paryża Guibert. W uroczystości tej wzięło udział: 35 arcybiskupów i biskupów, 3 tys. kapłanów i 100 tys. wiernych. W roku 1891 Leon XII ustanowił święto Objawienia się Matki Bożej w Lourdes, które św. Pius X w 1907 r. rozciągnął na cały Kościół. Lourdes jest obecnie słynnym miejscem pielgrzymkowym, do którego przybywają tysiące ludzi, by czcić Matkę Bożą jako Uzdrowienie Chorych.
    Bernadetta wstąpiła w 1866 roku do klasztoru Notre Dame de Nevers i tam zmarła na gruźlicę w 1879 r. w wieku 35 lat. Pius XI w roku 1925 uroczyście ją beatyfikował, a w roku 1933 – kanonizował. Jej wspomnienie obchodzone jest 16 kwietnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    10 lutego

    Święta Scholastyka, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Alojzy Wiktor Stepinac, biskup
    Święta Scholastyka i jej rodzony brat, św. Benedykt z Nursji

    Scholastyka pochodziła z Nursji (w środkowych Włoszech) i była siostrą bliźniaczką św. Benedykta. Na miejscu ich urodzenia stoi skromny kościół pw. św. Benedykta. W podziemiach kościoła pokazują część muru, który stanowił dom rodzinny Scholastyki i Benedykta.
    Scholastyka była niewątpliwie od dziecka pod urokiem św. Benedykta. Towarzyszyła też mu w jego podróżach i naśladowała jego tryb życia, poświęcony Panu Bogu. Kiedy Benedykt założył pierwszy klasztor w Subiaco, ona założyła podobny klasztor dla niewiast. Do dnia dzisiejszego istnieją tam dwa klasztory na pobliskich wzgórzach: w Subiaco męski klasztor św. Benedykta, a w Plombariola – żeński klasztor św. Scholastyki. Można także oglądać grotę, gdzie się spotykali na świętych rozmowach. Podobnie działo się na Monte Cassino.
    Kiedy spotkali się po raz ostatni na tej ziemi, ich rozmowa przedłużyła się do nocy. Benedykt chciał już odejść wraz ze swymi towarzyszami, ale siostra błagała go, by jeszcze pozostał. Kiedy ten jednak stanowczo się temu oparł i już zamierzał odejść, na prośbę Scholastyki zaczął padać tak silny deszcz, że zmusił go do pozostania całą noc. Święty brat uczynił swojej siostrze łagodną wymówkę: “Coś uczyniła, siostro moja? Nie mogę wrócić do braci, którzy dziwić się będą, że tak długo nie wracam”. Na to Święta: “Prosiłam cię, a ty mnie nie chciałeś wysłuchać. Zwróciłam się przeto do Boga i zostałam wysłuchana”. A potem ze słodką przekorą dodała: “Jeśli ci tak spieszno, to idź teraz”. Wypowiadała te słowa w czasie, kiedy ulewa szalała na zewnątrz.
    Scholastyka umarła trzy dni później, 10 lutego 547 r. Według relacji św. Grzegorza Wielkiego, zapisanej w jego “Dialogach”, trzeciego dnia po ostatnim spotkaniu, kiedy św. Benedykt patrzył ze swojej celi na świat i na klasztor, w którym żyła św. Scholastyka, ujrzał jej duszę w postaci białej gołąbki, unoszącej się do nieba. Posłał natychmiast braci po jej ciało i złożył je w grobie, który w kościele swego klasztoru przygotował dla siebie. Jej relikwie znajdowały się we Fleury, dokąd zostały przeniesione po najeździe Longobardów na klasztor na Monte Cassino i zniszczeniu go w roku 587. Obecnie są w Le Mans. Ich część otrzymało Monte Cassino.
    Scholastyka uważana jest za matkę duchową rodzin wszystkich benedyktynek. Czczona jest także jako patronka Le Mans i Subiaco.W ikonografii Święta przedstawiana jest z gołębiem. Sztuka religijna ukazuje św. Scholastykę w habicie benedyktyńskim. Jej atrybutami są: krzyż, księga, pastorał ksieni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 lutego

    Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Apolonia, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Marian Szkot, opat
      •  Błogosławiona Euzebia Palomina Yenes, dziewica
      •  Błogosławiony Leopold z Alpandeire, zakonnik
    Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich

    Anna przyszła na świat w dniu 8 września 1774 roku w Flamschen, w Westfalii. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako dziecko razem z rodzeństwem (było ich dziewięcioro) wiele pracowała w domu i na gospodarstwie. Do szkoły chodziła tylko przez 4 miesiące. Nauczyła się jednak szyć i zarabiała na utrzymanie jako krawcowa. W dzieciństwie wyróżniała ją wielka i szczera pobożność. Już wtedy miała pierwsze wizje. Nie uważała ich za coś nadzwyczajnego. Była przekonana, że podobne wizje mają również inne dzieci. Wielokrotnie chciała wstąpić do klasztoru, ale było to trudne, bo nie miała posagu. Była zbyt uboga.
    Klaryski z Münster obiecały, że przyjmą ją, jeśli nauczy się grać na organach. W tym celu Anna Katarzyna zamieszkała u organisty Söntgena w Coesfeld. Nie znalazła jednak czasu na naukę, ponieważ opiekowała się jego liczną i biedną rodziną. Pomagała im we wszystkim, a w końcu oddała im nawet swoje oszczędności.
    Gdy miała 24 lata, ujrzała Chrystusa niosącego jej dwa wieńce – jeden z kwiatów, drugi cierniowy. Wtedy na jej głowie pojawiły się bolesne, krwawe rany. Od tego dnia, niczego nie wyjaśniając, zaczęła nosić na głowie opaskę. Potem, po wielu trudach, w 1802 roku, przyjęły ją augustianki w Agnetenbergu. Rok później złożyła śluby zakonne.
    Wszystkie swoje obowiązki wypełniała z wielką gorliwością. Dobrowolnie podejmowała się najcięższych i upokarzających zajęć. Jej gorliwość w przestrzeganiu reguły budziła podejrzliwość innych sióstr, które posądzały ją o hipokryzję. W klasztorze bardzo wiele wycierpiała, zarówno ze względu na otaczającą ją wrogość, jak i z powodu słabego zdrowia.

    Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich

    W okresie wojen napoleońskich, w 1811 roku, klasztor został zamknięty. Przeprowadzano wtedy przymusową laicyzację. Anna Katarzyna znalazła schronienie w Dülmen, w domu francuskiego kapłana J.M. Lamberta, który uciekł z Francji w czasach rewolucyjnych prześladowań Kościoła. Wkrótce po opuszczeniu klasztoru bardzo poważnie zachorowała i do końca życia nie podniosła się już z łóżka. W tym czasie otrzymała stygmaty – widzialny znak cierpień, które jednoczyły ją z ukrzyżowanym Chrystusem.
    Od tej pory zaczęło ją odwiedzać wielu ludzi i zyskała szczerych przyjaciół, takich jak jej lekarz doktor Franz Wesener czy Klemens Brentano, niemiecki poeta i prozaik, który przez 5 lat, począwszy od 1818 roku, codziennie spisywał jej mistyczne wizje, dotyczące szczegółów z życia Jezusa i Maryi. Zostały one opublikowane już po jej śmierci, w 1833 roku.
    Anna Katarzyna swoje cierpienia ofiarowywała za nawrócenie grzeszników i za dusze w czyśćcu cierpiące, które często prosiły ją o modlitwę. Była przy tym kobietą całkiem naturalną, nawet wesołą, ale mającą w sobie coś nieokreślonego. “Ona jakby widziała człowieka od środka” – mówili ci, którzy z nią rozmawiali. Miała dar rozpoznawania stanu ducha ludzkiego. Przez lata nie przyjmowała żadnych pokarmów, z wyjątkiem Komunii świętej.
    Zmarła w Dülmen w dniu 9 lutego 1824 roku.
    Od 2005 roku możemy w Polsce oglądać film “Pasja”, wybitnego reżysera i aktora Mela Gibsona. Obrazy tam przedstawione wiernie oddają wizje Błogosławionej. Są w swym wyrazie mocne, ale prawdziwe. Jest to pierwszy w historii film tak uczciwie i rzetelnie ukazujący wielkość cierpienia i ofiary Chrystusa.
    Podczas beatyfikacji Anny Katarzyny Emmerich, w dniu 3 października 2004 roku, św. Jan Paweł II powiedział: “Kontemplowała bolesną Mękę naszego Pana Jezusa Chrystusa i doświadczała jej w swoim ciele. Dziełem Bożej łaski jest to, że córka ubogich rolników, żarliwie szukająca bliskości Boga, stała się znaną mistyczką z landu Münster. Jej ubóstwo materialne stanowi kontrast z bogactwem życia wewnętrznego. Zdumiewa nas cierpliwość, z jaką znosiła dolegliwości fizyczne, a także wywiera na nas wrażenie siła charakteru nowej błogosławionej oraz jej wytrwałość w wierze. Siłę czerpała z Najświętszej Eucharystii. Jej przykład sprawił, że serca ubogich i bogatych, ludzi prostych i wykształconych otwierały się i z całą miłością oddawały Jezusowi Chrystusowi. Do dziś głosi wszystkim zbawcze orędzie: dzięki Chrystusowym ranom zostaliśmy uzdrowieni”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 lutego

    Święta Józefina Bakhita, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Hieronim Emiliani
      •  Święty Idzi Maria od św. Józefa, zakonnik
    Święta Józefina Bakhita

    Józefina Bakhita urodziła się w 1868 r. w Sudanie. W wieku około 10 lat została porwana i stała się niewolnicą. Wielokrotnie sprzedawana kolejnym właścicielom, doświadczyła niemal wszystkich fizycznych i duchowych cierpień wynikających z niewolnictwa. Gdy ostatecznie znalazła się w rękach Callisto Legnani’ego, włoskiego konsula, odzyskała wolność. Wraz z nim udała się do Włoch, by zajmować się jego rodziną. Tam zetknęła się ze zgromadzeniem Córek Miłosierdzia, które podjęło trud jej religijnego wykształcenia. Po kilku miesiącach przygotowań Bakhita przyjęła chrzest i bierzmowanie. Otrzymała wówczas imię Józefina – jako znak nowego życia. Kilka lat później wstąpiła do zgromadzenia Córek Miłosierdzia w Wenecji. Przez następnych 50 lat służyła Bogu i współsiostrom, podejmując najprostsze prace: gotowanie, sprzątanie, szycie. Jej przyjemny wygląd i ciepły głos pomagał wielu biednym i opuszczonym, którzy przychodzili do klasztoru, w którym mieszkała. Po długotrwałej chorobie zmarła w 1947 r.
    W 1992 r. beatyfikował ją św. Jan Paweł II. W następnym roku, podczas swej podróży apostolskiej do Afryki, mówił: “Ciesz się, Afryko! Bakhita wróciła do ciebie: córka Sudanu, sprzedana w niewolę, cieszy się już wolnością – wolnością wiekuistą, wolnością świętych!” W październiku 2000 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefinę Bakhitę. Benedykt XVI w encyklice Spe salvi przytoczył natomiast jej życiorys jako przykład nierozerwalnej i determinującej relacji wiary i nadziei w życiu chrześcijan.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 lutego

    Błogosławiona Klara Ludwika Szczęsna, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Ryszard, król
      •  Święty Teodor, żołnierz, męczennik
      •  Święta Koleta z Corbie, dziewica
      •  Święty Gwaryn, biskup
      •  Święty Jan z Triory, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Pius IX, papież
    Błogosławiona Klara Ludwika Szczęsna

    Ludwika Szczęsna urodziła się 18 lipca 1863 r. w Cieszkach w ubogiej rodzinie. Została ochrzczona w kościele parafialnym w Lubowidzu. Była szóstym z siedmiorga dzieci Antoniego i Franciszki z domu Skorupskiej. W dzieciństwie nie otrzymała żadnego wykształcenia. Jako dwunastolatka straciła matkę, której zawdzięczała wychowanie religijne oraz przygotowanie do życia. To doświadczenie zbliżyło ją do Boga, przyspieszając proces jej duchowego dojrzewania. Przez kolejnych 5 lat mieszkała z ojcem i rodzeństwem oraz drugą żoną ojca. Ojciec usilnie namawiał ją do wyjścia za mąż, dlatego w 1880 r. Ludwika zdecydowała się na ucieczkę z rodzinnego domu, pragnąc swoje życie poświęcić Panu Bogu. Wyjechała do Mławy, gdzie przez pięć lat utrzymywała się z krawiectwa.
    Trafiła pod duchową opieką bł. o. Honorata Koźmińskiego. Dzięki jego prowadzeniu w 1885 r. wstąpiła do ukrytego Zgromadzenia Sług Jezusa, w którym m.in. apostołowała wśród służących. W Lublinie prowadziła pracownię krawiecką i pełniła funkcję przełożonej wspólnoty sióstr. Na prośbę ks. kan. Józefa Sebastiana Pelczara, profesora i rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Zgromadzenie Sług Jezusa wysłało s. Ludwikę do Krakowa, gdzie prowadziła przytulisko dla służących. Rok później s. Ludwika podjęła trudną decyzję opuszczenia zgromadzenia i – po głębokim rozeznaniu – w dniu 15 kwietnia 1894 r. wraz z bł. Józefem Pelczarem założyła nowe zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W zgromadzeniu, w którym przyjęła imię Klara, została wybrana jego pierwszą przełożoną generalną. Współpracując z ks. Józefem Sebastianem, późniejszym biskupem przemyskim, wraz z nim otworzyła ok. 30 domów zakonnych, posyłając siostry do pracy wśród chorych i wśród dziewcząt, dla których tworzyła przytuliska i szkoły praktyczne na terenie Galicji i Alzacji.

    Błogosławiona Klara Ludwika Szczęsna

    Siostra Klara odznaczała się duchem ubóstwa, pokory oraz szacunkiem i miłością do drugiego człowieka. Cechowała ją miłość do Serca Bożego oraz szczególne nabożeństwo do Matki Bożej i św. Józefa. Dla sióstr była kochającą i wymagającą matką, uczyła umiłowania Serca Jezusowego nade wszystko i ofiarnej miłości bliźniego. Na drodze duchowego rozwoju miała w swoim życiu wspaniałych przewodników, m.in.: św. Józefa Sebastiana Pelczara, bł. Honorata Koźmińskiego oraz ks. Antoniego Nojszewskiego (rektora seminarium w Lublinie). Dewizą życia Klary Szczęsnej były słowa: “Wszystko dla Serca Jezusowego!”Matka Klara Szczęsna zmarła w Krakowie w opinii świętości w dniu 7 lutego 1916 r., w wieku 53 lat. Przez 22 lata, aż do śmierci, była przełożoną zgromadzenia, które w 1916 r. liczyło już ponad 120 sióstr i było zatwierdzone przez Stolicę Apostolską.W dniu 25 marca 1994 r. kard. Franciszek Macharski otworzył w Krakowie proces beatyfikacyjny Matki Klary. 20 grudnia 2012 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret heroiczności jej cnót, a 5 czerwca 2015 r. papież Franciszek promulgował dekret o cudzie przypisywanym jej wstawiennictwu. Jej beatyfikacja odbyła się w sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie 27 września 2015 r. Przewodniczył jej ówczesny prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kard. Angelo Amato.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    6 lutego

    Święci męczennicy
    Paweł Miki i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Dorota, dziewica i męczennica
    Święty Paweł Miki i Towarzysze

    Na początku XVI wieku chrześcijaństwo w Japonii rozwijało się bardzo dynamicznie. Pierwszym misjonarzem w tym kraju był św. Franciszek Ksawery w latach 1549-1551. Niestety, pięknie zapowiadające się dzieło zostało prędko zatrzymane przez fanatyzm władców. Wybuchło nagłe, bardzo krwawe prześladowanie. Na te właśnie czasy przypada bohaterska śmierć św. Pawła Miki i jego 25 Towarzyszy. Wśród tych męczenników było 3 jezuitów, 6 franciszkanów i 17 tercjarzy franciszkańskich.
    Paweł Miki urodził się koło Kioto w zamożnej rodzinie w roku 1565. Miał zaledwie 5 lat, kiedy otrzymał chrzest – w Japonii w XVI w. zdarzało się to niezwykle rzadko. Kształcił się u jezuitów, do których w wieku 22 lat wstąpił. Będąc klerykiem, pomagał misjonarzom jako katechista. Po nowicjacie i studiach przemierzył niemal całą Japonię, głosząc naukę Chrystusa. Kiedy miał już otrzymać święcenia kapłańskie, w 1597 r. wybuchło prześladowanie. Aresztowano go i poddano torturom, aby wyrzekł się wiary. W więzieniu spotkał się z 23 Towarzyszami. Po torturach obwożono ich po mieście z wypisanym wyrokiem śmierci. Paweł wykorzystał okazję, by zebranym tłumom głosić Chrystusa. Więźniów umieszczono w więzieniu w pobliżu miasta Nagasaki. Dołączono do nich jeszcze dwóch chrześcijan, których aresztowano za to, że usiłowali nieść pomoc więźniom. Na naleganie prowincjała władze zgodziły się dopuścić do skazanych kapłana z sakramentami. Tę okazję wykorzystali dwaj nowicjusze, by na jego ręce złożyć śluby zakonne.
    Poza miastem ustawiono 26 krzyży, na których zawieszono aresztowanych chrześcijan. Paweł Miki jeszcze z krzyża głosił zebranym poganom Chrystusa, dając wyraz swojej radości z tego, że ginie tak zaszczytną dla siebie śmiercią. Zachęcał do wytrwania także swoich Towarzyszy. Męczennicy przeszyci lancami żołnierzy dopełnili swej ofiary 5 lutego 1597 r. Są to pierwsi męczennicy Dalekiego Wschodu. Do chwały błogosławionych wyniósł ich Urban VIII w roku 1627, a do chwały świętych – Pius IX w roku 1862. Ten sam papież doprowadził ponadto do beatyfikacji kolejnych 205 męczenników japońskich, którzy ponieśli śmierć w wieku XVII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 lutego

    Święta Agata, dziewica i męczennica


    Święta Agata, dziewica i męczennica
    fot. via Wikipedia, CC 
    ***

    Agata (etymologicznie: “dobra”) zwana Sycylijską jest jedną z najbardziej czczonych w chrześcijaństwie świętych. 
    Agata (etymologicznie: “dobra”) zwana Sycylijską jest jedną z najbardziej czczonych w chrześcijaństwie świętych. Wiadomości o niej mamy przede wszystkim w aktach jej męczeństwa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa istniał bowiem zwyczaj, że sporządzano akta męczenników; większość z nich nie doczekała do naszych czasów. Akta męczeństwa Agaty pochodzą dopiero z V wieku.
    Według opisu męczeństwa Agata urodziła się w Katanii na Sycylii ok. 235 r. Po przyjęciu chrztu postanowiła poświęcić się Chrystusowi i żyć w dziewictwie. Jej wyjątkowa uroda zwróciła uwagę Kwincjana, namiestnika Sycylii. Zaproponował jej małżeństwo. Agata odmówiła, wzbudzając w odrzuconym senatorze nienawiść i pragnienie zemsty. Trwały wówczas prześladowania chrześcijan, zarządzone przez cesarza Decjusza. Kwincjan aresztował Agatę. Próbował ją zniesławić przez pozbawienie jej dziewiczej niewinności, dlatego oddał ją pod opiekę pewnej rozpustnej kobiety, imieniem Afrodyssa. Kiedy te zabiegi spełzły na niczym, namiestnik skazał Agatę na tortury, podczas których odcięto jej piersi. W tym czasie miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, w którym zginęło wielu pogan. Przerażony namiestnik nakazał zaprzestać mąk, gdyż dostrzegł w tym karę Bożą. Ostatecznie Agata poniosła śmierć, rzucona na rozżarzone węgle, 5 lutego 251 r.
    Jej ciało chrześcijanie złożyli w bezpiecznym miejscu poza miastem. Papież Symmachus (+ 514) wystawił ku jej czci w Rzymie przy Via Aurelia okazałą bazylikę. Kolejną świątynię w Rzymie poświęcił jej św. Grzegorz Wielki w roku 593. Wreszcie papież Grzegorz II (+ 731) przy bazylice św. Chryzogona na Zatybrzu wystawił ku jej czci trzeci rzymski kościół. Dowodzi to wielkiej czci, jaką otaczano ją w owych czasach. Obecnie ciało Agaty znajduje się w katedrze w Katanii. Wielkiej czci doznają jej relikwie, m.in. welon, dzięki któremu, jak niesie podanie, Katania niejeden raz miała doznać ocalenia.
    W dzień św. Agaty w niektórych okolicach poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów. Poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar w kierunku przeciwnym. W dniu jej pamięci karmiono bydło poświęconą solą i chlebem, by je uchronić od zarazy. Św. Agata jest patronką Sycylii, miasta Katanii oraz ludwisarzy. Wzywana przez kobiety karmiące oraz w chorobach piersi.W ikonografii św. Agata przedstawiana jest w długiej sukni, z kleszczami, którymi ją szarpano. Atrybutami są: chleb, dom w płomieniach, korona w rękach, kość słoniowa – symbol czystości i niewinności oraz siły moralnej, palma męczeńska, obcięte piersi na misie, pochodnia, płonąca świeca – symbol Chrystusa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    4 lutego

    Święta Maria de Mattias, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna de Valois
      •  Święta Weronika
      •  Święta Katarzyna Ricci, dziewica
      •  Święty Jan de Brito, prezbiter i męczennik
      •  Święty Gilbert z Sempringham, prezbiter
      •  Święty Józef z Leonissy, prezbiter
    Święta Maria de Mattias

    Maria de Mattias urodziła się 4 lutego 1805 r. w Vallecorsa (Włochy), na pograniczu Państwa Kościelnego, w zamożnej i głęboko religijnej rodzinie. Jej dzieciństwo było szczęśliwe, pełne radości i beztroskie. Zgodnie ze zwyczajem epoki, nie chodziła do żadnej szkoły. Podczas częstych i długich rozmów ojciec zaszczepiał w niej miłość do Boga i podziw dla dzieła stworzenia. Niezatarte wspomnienia pozostawił w niej tragiczny okres walk bratobójczych, które w latach 1810-1825 toczyły się w okolicach jej rodzinnej miejscowości.
    Głębsze zainteresowanie religią i życiem duchowym zrodziło się w niej w 1822 r. pod wpływem misji ludowych głoszonych przez św. Kaspra Del Bufalo, wielkiego krzewiciela kultu Najświętszej Krwi Jezusa. Maria stała się poniekąd spadkobierczynią jego przesłania i kontynuatorką jego dzieła. Mając zaledwie 29 lat, za radą swego kierownika duchowego ks. Giovanniego Merliniego założyła w Acuto, niedaleko Rzymu, Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Nowa wspólnota zakonna rozpoczęła swą działalność w szkole, która została jej powierzona przez administratora apostolskiego diecezji Anagni.
    Maria, która sama nauczyła się czytać i pisać, nie ograniczała się do pracy w szkole, ale po lekcjach zbierała dziewczęta i kobiety, by uczyć je miłości do Jezusa i zasad życia chrześcijańskiego. Jej katechezy przyciągały wielu ludzi, a mężczyźni – głównie pasterze, którym ówczesna obyczajowość nie pozwalała uczestniczyć w organizowanych przez nią spotkaniach – słuchali jej w ukryciu. Z czasem stała się wielką i znaną kaznodziejką, cenioną przez dzieci i dorosłych, ludzi prostych i wykształconych. Niestrudzenie szerzyła kult Najświętszej Krwi, głosiła miłosierdzie i zabiegała o pokój i jedność między ludźmi. Nowe zgromadzenie rozwijało się bardzo szybko. Dzięki swej charyzmatycznej osobowości Maria założyła niemal 70 placówek we Włoszech, w Anglii i Niemczech.
    Beatyfikował ją papież Pius XII 1 października 1950 r., a kanonizował św. Jan Paweł II w Rzymie 18 maja 2003 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    3 lutego

    Święty Błażej, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Oskar, biskup
      •  Święta Maria Klaudyna od św. Ignacego Thevenet, dziewica
    Święty Błażej

    Błażej pochodził z Cezarei Kapadockiej, ojczyzny św. Bazylego Wielkiego, św. Grzegorza z Nazjanzu, św. Grzegorza z Nyssy, św. Piotra z Sebasty, św. Cezarego i wielu innych. Był to niegdyś jeden z najbujniejszych ośrodków życia chrześcijańskiego. Błażej studiował filozofię, został jednak lekarzem. Po pewnym czasie porzucił swój zawód i podjął życie na pustyni. Stamtąd wezwano go na stolicę biskupią w położonej nieopodal Sebaście (wcześniej w Armenii, dziś Sivas w Turcji). Podczas prześladowań za cesarza Licyniusza uciekł do jednej z pieczar górskich, skąd nadal rządził swoją diecezją. Ktoś jednak doniósł o miejscu jego pobytu. Został aresztowany i uwięziony. W lochu więziennym umacniał swój lud w wierności Chrystusowi. Tam właśnie miał cudownie uleczyć syna pewnej kobiety, któremu gardło przebiła ość, uniemożliwiając oddychanie. Chłopcu groziło uduszenie. Dla upamiętnienia tego wydarzenia Kościół do dziś w dniu św. Błażeja błogosławi gardła. W niektórych stronach Polski na dzień św. Błażeja robiono małe świece, zwane “błażejkami”, które niesiono do poświęcenia i dotykano nimi gardła. W innych stronach poświęcano jabłka i dawano je do spożycia cierpiącym na ból gardła.
    Kiedy daremne okazały się wobec niezłomnego biskupa namowy i groźby, zastosowano wobec niego najokrutniejsze tortury, by zmusić go do odstępstwa od wiary, a za jego przykładem skłonić do apostazji innych. Ścięto go mieczem prawdopodobnie w 316 roku. Jest patronem m.in. kamieniarzy i gręplarzy, mówców, śpiewaków oraz wszystkich innych osób, które muszą dbać o swoje gardło i struny głosowe; jest także patronem chorwackiego miasta Dubrownik. Jego kult był znany na całym Wschodzie i Zachodzie. Przyzywany podczas chorób gardła, opiekun zwierząt, jeden z Czternastu Świętych Wspomożycieli.W ikonografii św. Błażej przedstawiany jest jako biskup, który błogosławi. Atrybutami jego są: jeleń, pastorał, ptaki z pożywieniem w dziobie, dwie skrzyżowane świece, zgrzebło – narzędzie tortur.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    2 lutego

    Ofiarowanie Pańskie

    Fra Angelico: Ofiarowanie Chrystusa w świątyni

    Nazwa obchodzonego 2 lutego święta wywodzi się od dwóch terminów greckich: Hypapante oraz Heorte tou Katharismou, co oznacza święto spotkania i oczyszczenia. Oba te święta były głęboko zakorzenione w tradycji Starego Testamentu.
    Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą 5 syklów. Równało się to zarobkowi 20 dni (1 sykl albo szekel to 4 denary lub drachmy, czyli zapłata za 4 dni pracy robotnika niewykwalifikowanego). Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
    Kościół wszystkim ważniejszym wydarzeniom z życia Chrystusa daje w liturgii szczególnie uroczysty charakter. Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim.
    Tradycyjnie dzisiejszy dzień nazywa się dniem Matki Bożej Gromnicznej. W ten sposób uwypukla się fakt przyniesienia przez Maryję małego Jezusa do świątyni. Obchodom towarzyszyła procesja ze świecami. W czasie Ofiarowania starzec Symeon wziął na ręce swoje Pana Jezusa i wypowiedział prorocze słowa: “Światłość na oświecenie pogan i na chwałę Izraela” (Łk 2, 32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exultet.
    W Kościele Wschodnim dzisiejsze święto (należące do 12 najważniejszych świąt) nazywane jest Spotkaniem Pańskim (Hypapante), co uwypukla jego wybitnie chrystologiczny charakter. Prawosławie zachowało również, przejęty z religii mojżeszowej, zwyczaj oczyszczenia matki po urodzeniu dziecka – po upływie 40 dni od porodu (czyli po okresie połogu) matka po raz pierwszy przychodzi do cerkwi, by w pełni uczestniczyć w Eucharystii. Ślad tej tradycji był kultywowany w Kościele przedsoborowym – matka przychodziła “do wywodu” i otrzymywała specjalne błogosławieństwo; było to praktykowane zazwyczaj w dniu chrztu dziecka i – tak jak wówczas także chrzest – poza Mszą św. Zwyczaj ten opisał Reymont w “Chłopach”.
    W Polsce święto Ofiarowania Pana Jezusa ma nadal charakter wybitnie maryjny (do czasów posoborowej reformy Mszału w 1969 r. święto to nosiło nazwę “Oczyszczenia Maryi Panny” – “In purificatione Beatae Mariae Virginis”). Polacy widzą w Maryi Tę, która sprowadziła na ziemię niebiańskie Światło i która nas tym Światłem broni i osłania od wszelkiego zła. Dlatego często brano do ręki gromnice, zwłaszcza w niebezpieczeństwach wielkich klęsk i grożącej śmierci. Niegdyś wielkim wrogiem domów w Polsce były burze, a zwłaszcza pioruny, które zapalały i niszczyły domostwa, przeważnie wówczas drewniane. Właśnie od nich miała strzec domy świeca poświęcona w święto Ofiarowania Chrystusa. Zwykle była ona pięknie przystrajana i malowana. W czasie burzy zapalano ją i stawiano w oknach, by prosić Maryję o ochronę. Gromnicę wręczano również konającym, aby ochronić ich przed napaścią złych duchów.
    Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Dzisiejsze święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.

    Ofiarowanie Chrystusa w świątyni

    Od 1997 r. 2 lutego Kościół powszechny obchodzi ustanowiony przez św. Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach zakonnych, stowarzyszeniach życia apostolskiego i instytutach świeckich. Pamiętajmy o nich w podczas naszej dzisiejszej modlitwy na Eucharystii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    1 lutego

    Święta Brygida z Kildare, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Rajmund z Fitero, opat
      •  Święta Weridiana
      •  Bazylika prymasowska w Gnieźnie
    Święta Brygida z Kildare

    Brygida z Kildare (nazywana także Irlandzką) urodziła się między rokiem 452 a 456 w Irlandii (w okolicach dzisiejszego Kildare albo Faughart w hrabstwie Louth). Była pogodna i hojna, energiczna i przedsiębiorcza, dobra i sprawiedliwa. Już od dzieciństwa tęskniła za życiem poświęconym Bogu. Od nieznanego z imienia biskupa otrzymała welon, symbol dozgonnego dziewictwa. Zaczęła gromadzić przy sobie dziewice o podobnych ideałach. Założyła dla nich w Kildare, na zachód od Dublina, pierwszy klasztor w Irlandii (nazwa Kildare pochodzi od iryjskiego Cill dara – kościół dębu). Klasztor ten niebawem zasłynął i dał początek wielu innym. Brygida niosła pomoc cierpiącym i ubogim, przemierzając wzdłuż i wszerz Zieloną Wyspę. Stale była w podróży.
    Zmarła w Kildare 1 lutego 523 lub 524 r. i została pochowana w istniejącej do dziś katedrze. Jednak w IX wieku, w okresie najazdu wojsk duńskich, relikwie ukryto. Zostały one odnalezione dopiero w XI w., a w roku 1185 biskup św. Malachiasz przeniósł je razem z relikwiami św. Patryka i św. Kolumbana do katedry w Downpatric. Niestety, król Henryk VIII kazał je zniszczyć. Część udało się uratować. Obecnie doznają czci w pięknym, kamiennym sarkofagu w Kildare (dzisiaj Cell Dara). Natomiast inna cząstka (prawdopodobnie relikwie głowy) znajdują się w kaplicy kościoła p.w. św. Jana Chrzciciela w Lumiar, niedaleko Lizbony.
    Święta Brygida z Kildare jest uważana za współapostołkę i patronkę Irlandii (obok św. Patryka i św. Kolumbana Starszego) oraz za matkę życia zakonnego na tej wyspie. Czczona jest jako opiekunka pracujących na roli. Jej kult szybko rozpowszechnił się w Irlandii, Anglii i krajach skandynawskich. Podobno już w średniowieczu dotarł nawet do Polski.
    Z VII w. zachował się staroirlandzki hymn ku czci św. Brygidy – najstarszy pomnik rodzimej literatury hagiograficznej Irlandii. Do dzisiaj żywa jest w Irlandii tradycja plecenia na 1 lutego wiklinowych krzyży świętej Brygidy, które mają chronić domy, a zwłaszcza zawartość spiżarni. Kultywowane są dawne zwyczaje nakazujące w wigilię św. Brygidy wysprzątać dom, upiec ciasto, przyjąć gości, w żadnym wypadku nie odmawiać potrzebującym. Domy i drzewa przy nich ozdabiane są wstążkami, które – według podań – dotyka Patronka wędrująca tego dnia po Irlandii.W ikonografii Święta przedstawiana jest w stroju opatki, w białym habicie i czarnym welonie, z pastorałem w ręku i księgą reguły zakonnej. Czasami rozdaje osełki masła. Jej atrybutami są: otwarta księga, u jej stóp krowa, pastorał ksieni, płomień nad głową, świeca w dłoni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 luty

  • ogłoszenia – styczeń 2026

    ***

    środa 27 stycznia

    Vatican Media 

    ***

    Ojciec św.Leon XIV:

    Pismo Święte i Tradycja to nierozdzielny depozyt wiary

    „Depozyt” Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i potrzeba strzec jego integralności – przypomniał Papież na audiencji ogólnej. W kolejnej katechezie o nauczaniu Soboru Watykańskiego II Leon XIV mówił o ścisłym związku między Pismem Świętym i Tradycją. Odwołał się przy tym do cytowanej przez Katechizm maksymy Ojców Kościoła: „Pismo Święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”.

    Papież kontynuował dziś refleksję nad soborową konstytucją o Objawieniu Bożym Dei Verbum. To w tym dokumencie Sobór wyjaśnił, na czym polega ścisła więź Pisma Świętego i Tradycji. Zaświadcza o tym również nauczanie samego Jezusa.

    Duch Święty doprowadzi was do całej prawdy

    Leon XIV przywołał dwie ewangeliczne sceny. Mowę pożegnalną w Wieczerniku zapowiadającą zesłanie Ducha Świętego, który wszystkiego apostołów nauczy i doprowadzi ich do całej prawdy; a także misyjne rozesłanie uczniów przez Zmartwychwstałego Pana, który nakazuje im nauczać wszystkie narody, aby zachowywały to, co Jezus przekazał apostołom. „W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki” – dodał Papież.

    Biblia i Tradycja wypływają z tego samego źródła

    Cytując Dei Verbum, Ojciec Święty przypomniał, że święta Tradycja i Pismo Święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia.

    Tradycja rozwija się w Kościele

    Papież zauważył, że pochodząca od Apostołów Tradycja rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego poprzez dociekania wierzących, „a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali ‘niezawodny charyzmat prawdy’”. Leon XIV odwołał się do nauczania Grzegorza Wielkiego, który mówił, że Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają. Przytoczył też słowa św. Augustyna, który twierdził, że Słowo Boże jest jedno: to samo słowo rozbrzmiewa w Piśmie Świętym i jest głoszone przez wielu świętych. 

    Słowo Boże nie jest skamieliną

    „Słowo Boże – mówił dalej Papież – nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów”.

    „Strzeż depozytu wiary”

    Leon XIV odwołał się w tym miejscu do nauczania św. Johna Henry’ego Newmana o rozwoju doktryny chrześcijańskiej oraz do polecenia danego przez św. Pawła Tymoteuszowi, aby strzegł powierzonego mu depozytu wiary. Cytując soborowe nauczanie, Papież podkreślił, że Tradycja i Pismo Święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt Słowa Bożego, a jego wyjaśnianie zostało zlecone Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który działa w imieniu Jezusa Chrystusa.

    Musimy strzec integralności depozytu wiary

    „Również dzisiaj – powiedział na zakończenie Papież – ‘depozyt’ Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji”. Odwołując się raz jeszcze do Dei Verbum Leon XIV podkreślił, że Biblia i Tradycja tak ściśle są ze sobą połączone, że jedno nie może istnieć bez drugiego.

    Papież o rocznicy przywrócenia Ordynariatu Polowego w Polsce

    Papież wezwał Polaków do wierności Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła. To one mają być „busolą duszpasterstwa” – powiedział Ojciec Święty. Na audiencji ogólnej Leon XIV przypominał o 35. rocznicy przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego.

    Oto pełna treść papieskiego pozdrowienia do Polaków:

    „Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich! W tych dniach mija trzydzieści pięć lat od przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego, którego zadaniem jest kształtowanie sumień osób, oddanych służbie Bogu i Ojczyźnie. Niech wierność Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła będzie busolą duszpasterstwa, szczególnie w sprawowaniu sakramentów w sytuacjach próby i niebezpieczeństwa. Wszystkim wam błogosławię!”

    Papież potępia antysemityzm i apeluje o budowanie społeczeństwa opartego na poszanowaniu każdego człowieka

    Na zakończenie dzisiejszej audiencji ogólnej Ojciec Święty nawiązał do obchodzonego wczoraj Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu i zaapelował o budowanie społeczeństwa w oparciu o wzajemny szacunek i dążenie do dobra wspólnego.

    Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu – zagłady, która doprowadziła do śmierci milionów Żydów i wielu innych osób. W tym corocznym dniu bolesnego wspomnienia proszę Wszechmogącego o dar świata bez antysemityzmu, bez uprzedzeń, ucisku i prześladowań wobec jakiegokolwiek istoty ludzkiej. Ponawiam mój apel do wspólnoty narodów, aby zawsze czuwała, żeby koszmar ludobójstwa nigdy więcej nie uderzył w żaden naród i aby budowano społeczeństwo oparte na wzajemnym szacunku i dobru wspólnym.

    Cały tekst papieskiej katechezy:

    Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!

    Kontynuując lekturę Konstytucji soborowej Dei Verbum o Objawieniu Bożym, rozważamy dzisiaj związek między Pismem Świętym a Tradycją. Jako tło mogą nam posłużyć dwie sceny ewangeliczne. W pierwszej, która rozgrywa się w Wieczerniku, Jezus w swojej ważnej mowie-testamencie, skierowanej do uczniów, stwierdza: „To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. […] Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (14, 25-26; 16, 13).

    Druga scena prowadzi nas natomiast na wzgórza Galilei. Jezus zmartwychwstały ukazuje się uczniom, którzy są zaskoczeni i wątpiący, i daje im polecenie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody […]. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki.

    Takie stanowisko potwierdza Sobór Watykański II, posługując się sugestywnym obrazem: „Święta Tradycja zatem i Pismo święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu” (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia. Katechizm Kościoła katolickiego (por. nr 113) odsyła w tej kwestii do maksymy Ojców Kościoła: „Pismo święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”, to znaczy w tekście świętym.

    W ślad za cytowanymi powyżej słowami Chrystusa, Sobór stwierdza, że „Tradycja ta pochodząca od Apostołów rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego” (DV, 8). Dzieje się to w pełnym zrozumieniu, dzięki „kontemplacji i dociekaniu wierzących”, poprzez doświadczenie wynikające z „głębokiego pojmowania przeżywanych rzeczywistości duchowych”, a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali „niezawodny charyzmat prawdy”. Podsumowując, „Kościół w swojej doktrynie, w życiu i kulcie przedłuża i przekazuje wszystkim pokoleniom wszystko, czym jest i w co wierzy” (tamże).

    Znane jest w tym kontekście wyrażenie św. Grzegorza Wielkiego: „Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają”[1]. Już św. Augustyn stwierdził, że „jest jedno słowo Boże w całym Piśmie świętym rozbrzmiewające. Pamiętajcie, że przez usta wielu świętych głoszone jest jedno Słowo”[2]. Słowo Boże nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów.

    Sugestywne jest to, co w tym temacie proponował św. Doktor Kościoła John Henry Newman w swoim dziele, zatytułowanym O rozwoju doktryny chrześcijańskiej. Twierdził on, że chrześcijaństwo – zarówno jako doświadczenie wspólnotowe, jak i jako doktryna – jest rzeczywistością dynamiczną, zgodnie z tym, co sam Jezus wskazał w przypowieściach o ziarnie (por. Mk 4, 26-29): jest ono rzeczywistością żywą, rozwijającą się, dzięki wewnętrznej sile życiowej[3].

    Św. Paweł Apostoł wielokrotnie napomina Tymoteusza, swojego ucznia i współpracownika: „Tymoteuszu, strzeż depozytu [wiary, który ci został powierzony]” (1 Tm 6, 20; por. 2 Tm 1, 12.14). Konstytucja dogmatyczna Dei Verbum powtarza ten tekst Pawła, stwierdzając: „Święta Tradycja i Pismo święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt słowa Bożego”; jego wyjaśnianie zostało zlecone „żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa” (nr 10). „Depozyt” jest terminem, który w swoim źródłosłowie ma naturę prawną i nakłada na depozytariusza obowiązek zachowania treści, którą w tym przypadku jest wiara, oraz przekazania jej w stanie nienaruszonym.

    Również dzisiaj „depozyt” słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji.

    Na zakończenie, najdrożsi, posłuchajmy raz jeszcze Konstytucji Dei Verbum, która podkreśla wzajemne powiązanie Pisma Świętego i Tradycji, które „tak ściśle łączą się ze sobą i zespalają, że jedno bez pozostałych nie może istnieć, a wszystkie razem, każde na swój sposób, pod wpływem jednego Ducha Świętego, skutecznie przyczyniają się do zbawienia dusz” (nr 10).

    [1] Homiliae in Ezechielem I, VII, 8: PL 76, 843D.

    [2] Enarrationes in Psalmos 103, IV, 1: Św. Augustyn, Objaśnienia Psalmów. Ps 103-123, Kazanie IV; tłum. Jan Sulowski, oprac. Emil Stanula, Warszawa 1986, s. 57.

    [3] Por. John Henry Newman, Lo sviluppo della dottrina cristiana, Milano 2003, s. 104: Tenże, O rozwoju doktryny chrześcijańskiej, tłum. Jolanta W. Zielińska, Warszawa 1998, s. 84-85.

    28.01.2026/VATICANNEWS.VA

    ***

    fot. Agata Combik /Gość Niedzielny

    ***

    Rok 2026 na Jasnej Górze pod znakiem 70. rocznicy Jasnogórskich Ślubów Narodu

    Programy pielgrzymek, sympozja, specjalne wydawnictwa i inicjatywy jak „Mobilizacja Kobiet” w modlitwie za Polskę czy „Święto Kobiet u Najpiękniejszej z Niewiast” 8 marca wpisywać się będą w rocznicowe obchody. Także tegoroczne czuwania nocne z 27. na 28. dzień każdego miesiąca będą przypomnieniem poszczególnych zobowiązań Polaków podjętych w ślubowaniu. Pierwsze z czuwań odbędzie się już dziś.

    Podobnie, jak to było w ubiegłym roku, nocną modlitwę podejmować będą przedstawiciele różnych grup i wspólnot. Pierwsze czuwanie prowadzi dzisiaj Stowarzyszenie Rodzin Katolickich arch. częstochowskiej. Rozpocznie je Apel Jasnogórski, a zakończy Msza św. o północy.

    Comiesięczne czuwania modlitewne inicjowane przez członkinie Instytutu Prymasa Wyszyńskiego kontynuowane są na Jasnej Górze nieprzerwanie od ponad 40 lat. Ten rok będzie czasem rozważań i aktualizacji preambuły ślubów oraz pierwszego przyrzeczenia, czyli wierności Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego Pasterzom – do maja, a od maja tematem będzie drugie przyrzeczenie – wierność łasce uświęcającej – zapowiada Beata Mackiewicz.

    Przedstawicielka Instytutu Prymasa Wyszyńskiego wyraziła nadzieję, że Jasnogórskie Śluby Narodu staną się programem na co dzień w życiu indywidualnym, ale i społecznym przez ich rozważanie, ale przede wszystkim praktykę życia.

     – Trzeba nam zacząć od nawrócenia swojego serca, żeby coraz bardziej przylgnąć do Boga, żeby być wiernym Mu na co dzień. A być wiernym Bogu, to zachowywać Jego przykazania. W obecnych czasach skupiamy się często na naszych bliskich, na innych ludziach, oceniamy wszystkich, a chyba przychodzi też czas, żeby pochylić się nad sobą, nad swoim życiem, i zacząć właśnie od siebie – powiedziała Mackiewicz.

    Anna Rastawicka z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego przypomina, że jako największe zagrożenie kard. Wyszyński uznawał, już w latach 60-tych XX wieku, nie ateizm, ale obojętność wobec Boga. W „Pro memoria” pisał, że „największe niebezpieczeństwo świata to indyferentyzm, który jest sprzymierzeńcem milczenia o Bogu i materializm praktyczny. Wobec nich ateizm jest naszym sprzymierzeńcem, bo jeszcze mówi o Bogu”.

    Przyrzeczenia, które kard. Stefan Wyszyński napisał w trakcie swojego uwięzienia w Prudniku i Komańczy, były nawiązaniem do ślubów złożonych we Lwowie przez króla Jana Kazimierza 300 lat wcześniej. Król Jan Kazimierz prosił wówczas Matkę Bożą o ratunek przed najazdem szwedzkim. Jasnogórskie Śluby Narodu z 1956 r. były ponownym uznaniem Maryi Królową Polski, tym razem przez naród. Prymas Wyszyński ułożył je jako program odnowy życia religijnego i moralnego Polaków ujęty w 9 punktów mówiących m.in. o konieczności troski o obronę życia, wierność małżeńską, godność kobiety, świętość rodziny, katolickie wychowanie dzieci, o walce z nienawiścią, przemocą i wyzyskiem, marnotrawstwem czy nieuczciwością.

    Konferencję podczas pierwszego w tym roku, styczniowego czuwania, wygłosi Beata Mackiewicz w oparciu o m.in. kazanie bł. kard. Stefana Wyszyńskiego wygłoszone na Jasnej Górze 3 maja 1957 r., w którym mówił o narodowym ciężarze ślubowań.

    Od 1981 r., a więc od śmierci kard. Wyszyńskiego, w nocy z 27. na 28. dnia każdego miesiąca na Jasnej Górze trwają nocne czuwania w intencji Prymasa Tysiąclecia, teraz z intencją o jego kanonizację. Noc modlitwy jest też sposobnością do błagania w łączności z Nim w sprawach Kościoła i Ojczyzny.

    Instytut Prymasa Wyszyńskiego Gość Niedzielny

    ***

    Niedziela 25 stycznia

    fot. Vatican Media 

    ***

    Leon XIV: jesteśmy wezwani do głoszenia Ewangelii wszystkim i wszędzie

    „My, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – powiedział papież 25 stycznia w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.

    Ojciec Święty nawiązał do czytanego w III niedzielę zwykłą fragmentu Ewangelii o powołaniu pierwszych uczniów (Mt 4, 12-22). Zwrócił uwagę, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję, gdy uwięziono Jana Chrzciciela. W tym kontekście przestrzegł przed przesadną roztropnością, zaznaczając, iż Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania. „Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza” – zachęcił Leon XIV.

    Papież zauważył, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję publiczną od „Galilei pogan”, na obszarze wielokulturowym. Zatem Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi. „Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – stwierdził Ojciec Święty.

    „Podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce” – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.

    Po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniu apostolskiego błogosławieństwa Ojciec Święty zachęcił do studiowania Słowa Bożego, zaapelował o ustanie wojny na Ukrainie a także otoczenie troską osoby chore na trąd. Pozdrowił również dzieci i młodzież z Włoskiej Akcji Katolickiej Dzieci, uczestnicach w „Karawanie Pokoju”, zachęcając do modlitwy o pokój we wszystkich krajach ogarniętych konfliktami zbrojnymi.

    Oto słowa Ojca Świętego w tłumaczeniu na język polski:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Dzisiejsza niedziela – trzecia w Okresie Zwykłym – jest Niedzielą Słowa Bożego. Papież Franciszek ustanowił ją siedem lat temu, aby w całym Kościele promować znajomość Pisma Świętego oraz zwrócić uwagę na Słowo Boże w liturgii i życiu wspólnot. Wyrażam wdzięczność i zachęcam wszystkich, którzy z wiarą i miłością angażują się w realizację tego priorytetowego celu.

    Również w ostatnich dniach Ukraina jest dotknięta ciągłymi atakami, które narażają całe grupy ludności na chłód zimy. Z bólem śledzę rozwój wydarzeń, jestem blisko i modlę się za tych, którzy cierpią. Przedłużanie działań wojennych, skutkujące coraz poważniejszymi konsekwencjami dla ludności cywilnej, pogłębia podziały między narodami i oddala sprawiedliwy oraz trwały pokój. Apeluję do wszystkich, aby jeszcze bardziej zintensyfikowali wysiłki, by położyć kres tej wojnie.

    Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Chorych na Trąd. Wyrażam moją bliskość wobec wszystkich osób dotkniętych tą chorobą. Zapewniam o wsparciu dla Associazione Italiana Amici di Raoul Follereau [Włoskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Raoula Follereau] oraz tych wszystkich, którzy opiekują się chorymi na trąd, angażując się w ochronę ich godności.

    Moje pozdrowienie kieruję do was wszystkich – wiernych z Rzymu oraz pielgrzymów z różnych krajów! W szczególności pozdrawiam chór parafialny z Rakowskiego w Bułgarii, grupę Quinceañeras de Panamá, uczniów Instytutu Zurbarán z Badajoz w Hiszpanii; a także młodzież przygotowującą się do bierzmowania z parafii San Marco Vecchio we Florencji, społeczność szkolną Zespołu Szkół Erodoto z Corigliano-Rossano oraz Stowarzyszenie Wolontariatu Cuori Aperti z Lecce.

    Serdecznie pozdrawiam chłopców i dziewczęta z Akcji Katolickiej w Rzymie – wraz z rodzicami, wychowawcami i kapłanami – którzy stworzyli Karawanę Pokoju. Dziękuję wam, drogie dzieci i droga młodzieży, ponieważ pomagacie nam – dorosłym, patrzeć na świat z innej perspektywy – perspektywy współpracy między różnymi osobami i narodami. Dziękuję! Bądźcie budowniczymi pokoju w domu, w szkole, w sporcie – wszędzie. Nigdy nie uciekajcie się do przemocy – ani poprzez słowa, ani poprzez czyny. Nigdy! Zło zwycięża się tylko za pomocą dobra.

    Wraz z tymi młodymi ludźmi módlmy się o pokój: na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie i we wszystkich regionach, gdzie, niestety, toczy się wojna w imię interesów, które nie są zbieżne z interesami narodów. Pokój buduje się w poszanowaniu narodów!

    Dzisiaj kończy się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Zgodnie z tradycją, po południu, w Bazylice Świętego Pawła za Murami, będę celebrował nieszpory wraz z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich. Dziękuję wszystkim, którzy wezmą w nich udział, również za pośrednictwem mediów, i życzę wszystkim dobrej niedzieli.

    Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!

    Po przyjęciu chrztu Jezus rozpoczyna swoją działalność przepowiadania i powołuje pierwszych uczniów: Szymona – zwanego Piotrem – Andrzeja, Jakuba i Jana (por. Mt 4, 12-22). Przyglądając się bliżej tej scenie z dzisiejszego Ewangelii, możemy zadać sobie dwa pytania: jedno dotyczące czasu, w którym Jezus rozpoczyna swoją misję, a drugie dotyczące miejsca, które wybiera, aby nauczać i powołać Apostołów. Zadajmy sobie pytanie: kiedy rozpoczynagdzie zaczyna?

    Przede wszystkim Ewangelista mówi nam, że Jezus rozpoczął swoją działalność przepowiadania, „gdy posłyszał, że Jan został uwięziony” (w. 12). Dzieje się to więc w momencie, który nie wydaje się najlepszy: Jan Chrzciciel został właśnie aresztowany, dlatego przywódcy ludu nie są zbyt skłonni do przyjęcia nowości Mesjasza. Chodzi o czas, który sugerowałby roztropność, a jednak właśnie w tej mrocznej sytuacji Jezus zaczyna nieść światło Dobrej Nowiny: „Bliskie jest królestwo niebieskie” (w. 17).

    Również w naszym życiu osobistym i eklezjalnym, czasami z powodu wewnętrznych oporów lub okoliczności, które nie uważamy za sprzyjające, myślimy, że nie jest to odpowiedni moment, aby głosić Ewangelię, podjąć decyzję, dokonać wyboru, zmienić sytuację. Ryzykiem jest jednak pozostanie w niezdecydowaniu lub uwięzieniu w nadmiernej roztropności, podczas gdy Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania: Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza.

    Relacja ewangeliczna pokazuje nam również miejsce, w którym Jezus rozpoczyna swoją publiczną misję: „Opuścił [On] jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum” (w. 13). Pozostaje jednak w Galilei, na terytorium zamieszkanym głównie przez pogan, które ze względu na handel jest również ziemią tranzytu i spotkań; moglibyśmy powiedzieć, że jest to terytorium wielokulturowe, które przemierzają ludzie o różnym pochodzeniu i przynależności religijnej. W ten sposób Ewangelia przekazuje nam, że Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi, aby głosić Boga, który staje się bliski wszystkim, który nikogo nie wyklucza, który nie przyszedł tylko dla tego, kto jest bez zmazy, ale wręcz przeciwnie – wchodzi w relacje międzyludzkie i sytuacje życiowe. Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami.

    Bracia i siostry, podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce.

    Kai/Gość Niedzielny

    ***

    Bp Marian Eleganti: Nie ma zbawienia poza Kościołem. Dlaczego o tym zapominamy?

    (fot. YouTube/Marian Eleganti)

    ***

    Relatywizacja roli Jezusa Chrystusa jest niezwykle rozpowszechnionym i zarazem głęboko niepokojącym zjawiskiem w Kościele katolickim, uważa biskup Marian Eleganti.

    Szwajcarski duchowny przypomniał znaczenie zasady „extra ecclesiam nulla salus”, czyli „nie ma zbawienia poza Kościołem”. Tej sprawie poświęcił artykuł na łamach portalu LifeSiteNews.

    Były biskup pomocniczy diecezji Chur zaznaczył, że Bóg może zbawić również tych, którzy bez własnej winy nie należą do Kościoła, ale to może się stać w sposób znany tylko Jemu. To nie relatywizuje jednak absolutnej konieczności pośrednictwa Jezusa Chrystusa oraz zasadniczych narzędzi zbawienia – Kościoła i chrztu, podkreślił. Jak przypomniał, nie ma innego imienia, w którym ludzie mogliby być zbawieni, jak tylko Jezusa Chrystusa.

    Pan Bóg chce zbawić wszystkich ludzi, ale to Boże pragnienie jest związane z misją Kościoła. Kościół jest „Matką i Nauczycielką” narodów („Mater et Magistra”). „Strzeże objawienia danego przez Boga w czasie i niesie je w niezmienionej postaci wszystkim ludziom. Jego sakramenty są nadprzyrodzonym źródłem życia, z którego każdy człowiek zostanie uzdrowiony” – wyjaśniał hierarcha. 

    Jak wskazał duchowny, kluczowym elementem funkcjonowania Kościoła pozostaje kapłaństwo, ściśle związane z Eucharystią. „Bez kapłana nie będzie Kościoła. Tam, gdzie on znika lub jest marginalizowany, Kościół znajduje się w fazie schyłkowej. Jest to związane z centralnym miejscem Najświętszej Eucharystii, która nie istnieje bez kapłana”, pisał bp Marian Eleganti. 

    Biskup podkreślił, że ta doktryna jest dziś relatywizowana w ramach synodalności. Tymczasem Prawda nie może podlegać zmianom:

    „Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Jest ten sam wczoraj, dziś i jutro. W tym sensie nie może być żadnej zmiany paradygmatu w Kościele, który zna Oblubieńca, żadnego nowego nauczania, żadnego oświecenia, które przewyższałoby lub przyćmiewało wszelką dotychczasową wiedzę. Nie ma żadnych rewolucyjnych spostrzeżeń w tym względzie, które wciąż czekają na realizację lub są niedawne. Nie ma też nowego, odmiennego Kościoła w sensie: Stare przeminęło, nowe nastało: synodalność!” – napisał bp Marian Eleganti. 

    „Nie znamy dziś Jezusa lepiej niż wierzący przed nami. Nie mamy głębszego wglądu w prawdę nadprzyrodzoną niż święci dawnych czasów, czy Kościół apostołów. Postęp technologiczny nie wyniósł nas na wyższy poziom moralny. […] To nie wiara Kościoła wymaga rewizji. To my jej wymagamy” – podkreślił.

    „Właśnie tego chciał II Sobór Watykański: naszego powszechnego powołania do świętości” – zakończył artykuł hierarcha.

    PCh24.pl/źródło: LifeSiteNews.com/Pach

    ***
    Atak na ks. prof. Waldemara Chrostowskiego: pusta narracja przeciwko faktom i uczciwości

    (fot. Jacek Lagowski / Forum)

    ***

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski to wybitny specjalista w dziedzinie biblistyki i judaizmu. Korzystając z eksperckiej wiedzy duchowny od lat rzuca światło na problemy „dialogu” z Żydami w polskim Kościele. Ostatnio karmiący wiernych rzetelną nauką pasterz padł ofiarą ostrego ataku. Wedle zarzutów odważny kapłan podważa nauczanie Kościoła. Uwagi te pod jego adresem kierują przedstawiciele narracji o „trwaniu Starego Przymierza”. W odróżnieniu od księdza prof. Chrostowskiego – choć głośno krzyczą o wierności doktrynie – oferują oderwaną od depozytu wiary narrację, której treść wydaje się wewnętrznie niespójna. O judaizmie wszyscy mamy mówić tak jak oni, choć merytorycznej polemiki odmawiają. Dla adwersarzy mają tylko zarzuty, oburzenie i półprawdę. 

    „Lęk przed zarzutem antysemityzmu dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek”, mówił w niedawnym wywiadzie z Katolicką Agencją Informacyjną ks. prof. Waldemar Chrostowski. Trafił chyba w sedno. Tuż po publikacji rozmowy z zasłużonym duchownym entuzjaści „dialogu z judaizmem” zagrzmieli. Sięgnęli po najcięższe oskarżenia – twierdząc, że poglądy księdza Chrostowskiego to prywatna opinia, odległa od sedna katolickiej wiary.

    Co tak nieprawowiernego ma do powiedzenia ks. Chrostowski? „Samo zło” – bo… garść faktów o tym, jaką religią jest judaizm rabiniczny. W wywiadzie opublikowanym w okolicach jego 75. urodzin biblista po raz kolejny unaoczniał, że nie przypomina on religii mojżeszowej. Talmudyczne wyznanie różni się od niej kilkoma właściwościami.

    Półprawdy zwolenników dialogu

    „Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa”, zaznaczał duchowny.

    „Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskie”, zwracał uwagę kapłan.

    „W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat dialogu zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców”, dodawał.

    „Wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji”, kwitował ekspert.

    Przy innych okazjach ks. prof. Chrostowski przypominał entuzjastom dialogu z judaizmem i inne ważne fakty. Wśród nich to, że Stary Testament to dla chrześcijan również księgi deuterokanoniczne, które nie są ujęte w Biblii Hebrajskiej. Kapłan zaznaczał także, że judaizm od początku istnienia Kościoła prześladował go oraz, że Stary Testament przekazali nam nie Żydzi rabiniczni, ale Żydzi, którzy przyjęli Zbawiciela, stając się chrześcijanami. 

    W wywiadzie udzielonym KAI ks. prof. Chrostowski wyjaśnił także, że u początków „dialogu z judaizmem” w polskim Kościele był on jego zwolennikiem. W latach, gdy radzie episkopatu ds. dialogu z Żydami przewodził abp Stanisław Gądecki, zdaniem księdza profesora, nie można było jej wiele zarzucić. 

    „Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład oparty na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego”, uważa ekspert.

    Poważne zarzuty i poważne manipulacje

    Przekonania wyrażone przez wybitnego biblistę agresywnie zaatakował ks. prof. Andrzej Perzyński. Duchowny opublikował pełen oburzenia tekst, w którym poglądy adwersarza przedstawił jako sprzeczne z „oficjalnym” nauczaniem Kościoła o „trwałości Przymierza”… Próby uczciwej rozmowy o rzeczywistości judaizmu nie podjął. Zamiast tego przedstawił poważne zarzuty, ciskane z pozycji wyższości.

    „Współczesna biblistyka katolicka, reprezentowana przez dokument Papieskiej Komisji Biblijnej (PKB) z 2001 roku (z przedmową kard. J. Ratzingera), Naród żydowski i jego Święte Pisma w Biblii chrześcijańskiej kreśli zupełnie inny obraz historyczny niż ten przedstawiony w wywiadzie. Zarówno chrześcijaństwo, jak i judaizm rabiniczny to dwa nurty, które wyrosły z tego samego pnia po katastrofie zburzenia Drugiej Świątyni w 70 roku. To nie reakcja nienawiści, lecz dwie drogi interpretacji wspólnego dziedzictwa. Sugerowanie, że cała tradycja Talmudu jest jedynie anty-Ewangelią, to nie tylko ryzykowne uproszczenie historyczne, ale przede wszystkim próba powrotu do zarzuconej przez Kościół teologii zastąpienia (supersesjonizmu)”, pisał ks. prof. Perzyński.

    W słowach tych widać poważne braki w rozumieniu uwag ks. prof. Chrostowskiego. Biblista nie stwierdził bowiem, jakoby „cała tradycja Talmudu” sprowadzała się do „anty-Ewangelii”. To już sobie ks. Perzyński dopowiedział. Jest jednak faktem, że Talmud zawiera antychrześcijańskie fragmenty. Choćby i święty biskup Józef Sebastian Pelczar zwracał na nie uwagę… Zamiast się z tą prawdą zmierzyć, obrońca dialogu z judaizmem zaatakował osoby jej świadome. Osobliwa strategia dyskusyjna. 

    Dalej obrońca dialogu pokusił się o niepokojące stwierdzenie:

    „Ksiądz Profesor buduje narrację, według której judaizm rabiniczny nie jest kontynuacją biblijnego Izraela, lecz jedynie reakcją przeciw Chrystusowi, powstałą w opozycji do rodzącego się Kościoła. W tej wizji współczesna wiara żydowska jawi się jako twór wtórny, niemalże pomyłka historii zbawienia, naznaczona ogromnym potencjałem antychrześcijańskości”, pisał ks. prof. Perzyński.

    A przecież jasne jest chyba dla każdego prawowiernego chrześcijanina, że istnienie jakiegokolwiek innego wyznania w świetle historii zbawienia jest pomyłką. I to nieszczęsną. Szereg dokumentów Kościoła – również Soboru Watykańskiego II, jak i późniejszych, przypomina, że człowiek ma moralny obowiązek przyjąć prawdziwą religię. W „Dominus Iesus” czytamy, że istnienia innych wyznań „de iure” nie wolno usprawiedliwiać. Choćby doceniać niechrześcijan za pewne elementy kulturowe obecne wśród nich – nie pozwala to na pochwałę samych ich przekonań religijnych. Inaczej Urząd Nauczycielski nigdy nie wykładał. Robili tak tylko samowolnie w ryzykownych pracach teologowie pokroju Karla Rahnera.

    O „pomyłce”, jaką było odrzucenie Mesjasza przez część narodu Żydowskiego, wyraźnie świadczą wystąpienia św. Piotra, czy Szczepana zapisane w Dziejach Apostolskich. Dla kogo zaś tajemnicą jest, że judaizm rabiniczny ukształtował się wśród tych Żydów, którzy Mesjasza nie przyjęli?   

    Odpowiedzi na tak poważne trudności ks. prof. Perzyński w ogóle nie zechciał szukać. Wrogi wobec próby uczciwej refleksji ks. Chrostowskiego sięgnął po okrągłe hasła, przeoczając ukryte w nich problemy– jednocześnie pewien swojej racji. Gdyby tylko tyle… próbę polemiki z góry osądził jaką niewierną kościelnemu Magisterium. 

    „Przypomnijmy przełomowe słowa z Moguncji (1980), gdzie papież nazwał Żydów Ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Jeśli Przymierze trwa, to dzisiejszy judaizm nie może być redukowany do reaktywnego filtra. Jest on żywą, autonomiczną odpowiedzią na Boże wezwanie, co potwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 839), jasno odróżniając wiarę żydowską od religii pogańskich: «w odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu”, ocenił.

    Tymczasem sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ustępy 839 i 840 katechizmu Kościoła Katolickiego, same na już na to wskazują. Przyjrzymy się ich pełnemu brzmieniu.

    „Stosunek Kościoła do narodu żydowskiego. Kościół, Lud Boży Nowego Przymierza, zgłębiając swoją tajemnicę, odkrywa swoją więź z narodem żydowskim, do którego przodków Pan Bóg przemawiał. W odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu. To do narodu żydowskiego należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała (Rz 9,4-5), ponieważ dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne (Rz 11,29)”.

    Katechizm mówi o Objawieniu Bożym w „Starym Przymierzu”, na które judaizm stanowi próbę odpowiedzi. To fakt, Bóg w sposób niepełny w Starym Zakonie się objawił – w odróżnieniu od kultów politeistycznych, w których brak i takich poszlak. Nie oznacza to jednak z konieczności, że odpowiedź współczesnego judaizmu na Stary Testament jest właściwa, czy godna pochwały.

    Wątpliwości rozwiewa właśnie nauczanie Apostoła pogan z Listu do Rzymian. Ks. prof. Perzyński sam odniósł się do tego tekstu – w sposób do bólu wybiórczy. Św. Paweł jasno wskazał bowiem, że odwrócenie Izraelitów od Mesjasza pozbawia ich obiecanych dóbr. Wyraził jednocześnie niezachwianą pewność, że gdy wszyscy poganie się nawrócą – do Kościoła przez wiarę w Chrystusa przystąpią i Żydzi.

    Izrael nie osiągnął tego, czego skwapliwie szukał; osiągnęli jednak wybrani. Inni zaś pogrążyli się w zatwardziałości”, czytamy u świętego męczennika. „ Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości!”, kontynuował Apostoł Narodów. „A i oni [jego rodacy- red.], jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponownie”, kwitował.

    Św. Paweł pisał o „ponownym wszczepieniu” Izraelitów, jeśli nie będą trwać w odrzuceniu Chrystusa. Jakiej manipulacji tym fragmentem Pisma Świętego trzeba, by nie widzieć w nim wezwania do przyjęcia chrześcijaństwa przez Żydów? Podtytuły tych akapitów w Biblii Tysiąclecia to: „Odrzucenie Izraela jest częściowe i czasowe” oraz „Całkowite nawrócenie Izraela”. Entuzjaści dialogu przywołują je dla obrony sądu, że Izrael nigdy nie został odrzucony oraz nawrócenia nie wymaga. To zatrważający absurd. Niestety – wzbudza on konieczne pytanie o intelektualną uczciwość osób głoszących podobne wizje.  

    O „dramacie” nieuznania Zbawiciela przez Żydów mówi również w dalszych ustępach katechizm:

     „Ponadto, gdy rozważa się przyszłość, lud Boży Starego Przymierza i nowy Lud Boży dążą do analogicznych celów: oczekują przyjścia (lub powrotu) Mesjasza. Oczekiwanie jednak z jednej strony dotyczy powrotu Mesjasza, który umarł i zmartwychwstał, został uznany za Pana i Syna Bożego, a z drugiej – przyjścia Mesjasza, którego rysy pozostają ukryte, na końcu czasów; oczekiwanie to jest złączone z dramatem niewiedzy lub nieuznawania Chrystusa Jezusa”.

    „Gdzieś mamy depozyt wiary. Dla nas prawdę ustalają komisje”!

    Wbrew pełnym wyższości słowom ks. prof. Perzyńskiego, mnóstwo wątpliwości można wysunąć co do „oficjalnego” i niewątpliwego” charakteru nauki o trwaniu Starego Przymierza. W jasny sposób doktryny takiej Kościół nie ogłosił nigdy. Zdaniem duchownego sprawę trzeba uznać za rozstrzygniętą ze względu na kilka przemówień papieskich i dwa dokumenty watykańskich komisji. Bądźmy szczerzy: to źródła wyjątkowo wątłe, jeśli chodzi o magisterialny autorytet. Nie mają ani charakteru nieomylnego, ani ostatecznego. Tymczasem wizja obowiązującego wciąż Starego Zakonu stoi w jasnej sprzeczności z nauczaniem doniosłej rangi.

    Przez XX wieków papieże, ojcowie i doktorzy Kościoła zgodnie uczyli, że Stare Przymierze wypełniło się w Chrystusie. Nie trwa nie dlatego, że Bóg je anulował – ale dlatego, że zawarta w nim obietnica spełniła się w ustanowieniu nowego, wiecznego testamentu. Co do tej prawdy nie było jakiejkolwiek dwuznaczności ani dozwolonej różnicy zdań w Kościele. Czy nauczanie zwyczajne „w które wszyscy, zawsze i wszędzie wierzyli” – obecne w dokumentach soborowych, wywodzone przez świętych w egzegezie Pisma Świętego, może podlegać zmianie? Ryzykowna opinia.

    „Kościół święty (…) mocno wierzy, wyznaje i naucza, że przepisy prawne Starego Testamentu czy prawa Mojżesza, dzielące się na obrzędy, święte ofiary i sakramenty, ponieważ zostały ustanowione w celu wskazania na kogoś w przyszłości, chociaż były właściwe dla kultu Bożego tamtego okresu, ustały z przyjściem Pana naszego Jezusa Chrystusa, na którego wskazywały, i zaczęły się sakramenty Nowego Testamentu. Ktokolwiek po Męce pokłada nadzieję w przepisach prawa i poddaje się im jako koniecznym do zbawienia, jak gdyby wiara w Chrystusa nie mogła bez nich zbawiać, grzeszy śmiertelnie. Jednakże [Kościół] nie zaprzecza, że od męki Chrystusa aż do ogłoszenia Ewangelii można było ich przestrzegać, byleby nie uważać ich za konieczne do zbawienia. Lecz twierdzi, że po ogłoszeniu Ewangelii nie można tego czynić pod groźbą utraty zbawienia wiecznego. Ogłasza, że po tym czasie wszyscy praktykujący obrzezanie, szabat i pozostałe przepisy prawa są obcy dla wiary Chrystusa i nie mogą być uczestnikami zbawienia wiecznego, o ile kiedyś nie odwrócą się od tych błędów. Wszystkim więc, którzy chlubią się imieniem chrześcijan, nakazuje pełne zaprzestanie obrzezania, w każdym czasie, przed i po przyjęciu chrztu, ponieważ – czy ktoś pokłada w nim nadzieję, czy nie – nie może go dalej zachowywać bez utraty zbawienia wiecznego”, czytamy w bulli ojców soboru Florenckiego „Cantate Domino”.  

    Z kolei papież Pius XII w encyklice „Mystici Corporis Christi” uczył: „Nasamprzód bowiem przez śmierć Odkupiciela przestał istnieć Stary Zakon, a na jego miejscu Nowy Zakon powstaje. Wtedy to Krwią Chrystusową poświęcony został dla całego świata Zakon Chrystusowy ze swoimi tajemnicami, ustawami, obrzędami i ustanowieniami. Podczas gdy Boski Zbawiciel głosił słowo Boże w ciasnych granicach jednego kraju – posłany był bowiem tylko do owiec Izraela, które były zginęły – (Mt 15, 24) – wtedy żyły obok siebie Stary Zakon i Ewangelia, lecz na drzewie krzyża swego Pan Jezus zniósł Stary Zakon przykazań i przepisów (Ef 2, 15), przybił do krzyża cyrograf Starego Zakonu (Kolos 2, 14), ustanawiając we Krwi swojej, przelanej za cały rodzaj ludzki, Nowy Zakon (Mt 26, 28)”.

    Św. Tomasz z Akwinu w „Summie Teologii” jednoznacznie wskazywał, że to chrześcijaństwo jest realizacją Starego Testamentu, a próba trwania w nim dzisiaj jest zakazana. Mesjasz już bowiem przyszedł.

    Nie tylko przyszedł – ale sam odmówił duchowego związku z Abrahamem tych Żydów, którzy Go nie przyjęli. Chrystus powiedział elicie Izraela, że nie Abrahama, ale diabła ma za Ojca oraz, że dziedziców obietnicy Bóg może wzbudzić choćby z głazów Ziemi świętej. Czy Pismo Święte też stoi już w sprzeczności z „oficjalnym nauczaniem”, księże profesorze?

    Soborowa deklaracja „Nostra Aetate” – wbrew fałszywej i bezpodstawnej interpretacji– nie odnosi się do kwestii aktualności Starego Przymierza. W żaden wyraźny sposób nie ogłasza odwołania dotychczasowej nauki o jego wypełnieniu. Nie deklaruje wprost trwania Starego Przymierza w judaizmie. Rozumieją ją tak jedynie zwolennicy pro-judaistycznej narracji. To jednak ich własne odczytanie niektórych niejednoznacznych zapisów dokumentu.

    Pustą narracją w uczciwą polemikę

    Przekonania głoszone przez ks. prof. Perzyńskiego mają jednak nie tylko tę słabość, że stają w radykalnej sprzeczności z utrwalonym chrześcijańskim nauczaniem. Wydaje się, że ich sens jest w ogóle niejasny – i, że mimo żarliwej retoryki, trudno powiedzieć, jak sami zwolennicy dialogu z judaizmem je rozumieją.

    Wedle nauczania Kościoła Stary Testament był z natury „czasowy” i miał obowiązywać do przyjścia Chrystusa. To Mesjasz był obietnicą daną narodowi wybranemu. Oczywiście, że Bóg Przymierza nie odwołał. Dopełnił go. Naukę tę wyrażamy, nazywając Mojżeszowe Przymierze „figuratywnym”. Czerpało ono swoją wartość ze wskazania na Chrystusa. Jako takie miało w sobie aspekt wiary w Niego – tyle, że skierowanej ku przyszłości. Wyrażało to gorące czekanie Izraela na przyjście Pomazańca. Wiemy o tym od samego Zbawiciela. Abraham ujrzał Jego dzień i rozradował się.

    Niech zatem ks. Andrzej Perzyński raczy nam jedno wyjaśnić. Jeśli wartość Starego Przymierza polegała na wskazaniu na Chrystusa – a sednem Starego Testamentu było oczekiwanie Mesjasza – to jak rozumieć „obowiązywanie” tego zakonu obecnie? W jakim sensie Stary Testament – mający wartość poprzez zapowiadanie Tego właśnie Jezusa Chrystusa – może obowiązywać dziś bez wiary w Niego lub z jasnym Jego odrzuceniem? W jaki konkretnie sposób judaizm rabiniczny uosabia nadzieję mesjańskiej obietnicy – skoro nie prowadzi do przyjęcia prawdziwego Mesjasza?

    Na te fundamentalne pytanie próżno u orędowników „dialogu z judaizmem” szukać odpowiedzi. Mamy zgadzać się z ich wizją i przyjąć ją jako „oficjalne nauczanie” – choć nie wiemy, co w zasadzie ma znaczyć. Stare Przymierze trwa, choć się dopełniło. „Gdzie tu jest sens? Gdzie tu logika?” – chciałoby się zapytać, cytując znanego wyznawcę judaizmu z „Ziemi Obiecanej”.  

    Proszę więc w dobrej wierze. Niech ksiądz profesor Perzyński wyjaśni, co jego zdaniem oznacza trwanie Starego Przymierza. Która teza z poniższych to dziś „oficjalne” nauczanie Kościoła?

    A) Kościół rezygnuje nie tylko z „teologii zastępstwa”, ale w ogóle całości swojego nauczania o figuratywnym znaczeniu Starego Testamentu. Było ono czymś innym, niż oczekiwaniem na Mesjasza zesłanego w Chrystusie. Jego wartość nie płynęła z zapowiedzi wiary chrześcijańskiej. Z tego powodu można przyjąć, że trwa ono bez wiary w Chrystusa w judaizmie rabinicznym. W wypadku wyznawców judaizmu podstawą przymierza z Bogiem nie jest wiara w Jego Syna przez oczekiwanie Jego przyjścia – ale pochodzeniowa przynależność.

    B) Relatywizm: można patrzeć na Stare Przymierze zarówno jako na figurę chrześcijaństwa, jak i nie. Opinia żydowska i chrześcijańska co do mesjaństwa Chrystusa jest dozwolona i pozostaje jedynie „interpretacją” faktu, jakim jest Stary Testament. Sobór Watykański II – mówiąc o moralnym obowiązku przyjęcia przez wszystkich jedynej religii objawionej (katolickiej) – pomylił się. Tego akurat nauczania Vaticanum II nie chcemy. (vide: Deklaracja „Dignitatis Humanae”).

    C) Stare Przymierze dopełniło się. Trwa jednak związana z nim troska Opatrzności o naród, który był figurą Kościoła. Zgodnie z tekstem Nostra Aetate Żydzi są drodzy Bogu ze względu na ich przodków. Ten nie przestaje wzywać ich zatem do złączenia się w jedno z poganami w jedynym Kościele Chrystusowym. Jeśli nawrócą się, wedle słów Św. Pawła, zostaną ponownie wszczepieni. Wypowiedzi o „braku odwołania Starego Przymierza” tego właśnie dotyczą, choć posługują się nieco mylącym językiem.

    Sądzę, że którąś z tych tez zwolennicy narracji o trwałości Starego Przymierza muszą przyjąć, aby komunikowali się z nami zrozumiale. Jeśli nie C, to A lub B. Czytelnik sam chyba jest w stanie rozsądzić, czy te dwie ostatnie nie są czasem absolutnie błędne. 

    Tak, to parodia

    Szczególną niechęć wywołało u ks. prof. Perzyńskiego sformułowanie jego adwersarza, który dialog z judaizmem nazwał parodią. Polemika, jaką „wysmażył” ten duchowny przeciwko ks. prof. Chrostowskiemu, jedynie unaocznia trafność tej diagnozy. Wybitny biblista nie pomylił się ani o jotę. Dialog z judaizmem to chaotyczny teologicznie, zamknięty na dyskusję o problemach i niezwykle pretensjonalny nurt. Nurt, który słabymi zarzutami odsądza od wierności Magisterium wybitnego specjalistę… bo ten śmie przypominać fakty. Tak – to parodia.

    Filip Adamus/PCh24.pl

    ***

    Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI

    (fot. PCh24TV)

    ***

    W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.

    W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.

    1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat. 

    ***

    Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.

    Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.

    Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?

    Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.

    Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?

    Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.

    Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?

    Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.

    Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.

    Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?

    Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.

    Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.

    Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.

    Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.

    Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?

    Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.

    A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.

    Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.

    W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.

    Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.

    Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.

    Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.

    Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…

    Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.

    A to ciekawe, dlaczego?

    Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.

    Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.

    A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.

    Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.

    Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.

    Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.

    Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?

    Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.

    Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?

    Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.

    Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.

    Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.

    Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.

    Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.

    Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.

    Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.

    Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?

    W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.

    Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.

    Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.

    Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.

    Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?

    Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.

    Dlaczego?

    Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.

    Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.

    To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.

    Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?

    Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.

    Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.

    Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.

    Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.

    Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?

    To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.

    Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?

    Są niewygodne i dlatego niechciane.

    Z jakich powodów, Księdza zdaniem?

    Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.

    Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.

    W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.

    O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?

    Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.

    Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.

    Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.

    W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.

    Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?

    Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.

    Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?

    Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.

    Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].

    Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.

    Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.

    Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?

    Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.

    Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.

    Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.

    Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)

    To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.

    Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.

    Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.

    Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?

    Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.

    Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.

    Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.

    W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.

    Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.

    Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.

    Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.

    W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?

    Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.

    Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.

    To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.

    Może więc Bóg chciał wielości religii?

    Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.

    Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?

    Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.

    Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.

    Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…

    Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.

    Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?

    Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.

    Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.

    No i oczywiście filatelistyka…

    To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.

    Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.

    Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?

    Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…

    Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?

    Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.

    To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.

    Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.

    Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.

    Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.

    Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.

    W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.

    Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.

    A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.

    I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.

    Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.

    Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.

    Może ta nasza rozmowa coś zmieni?

    Wiele czasu nie ma.

    rozmawiał Tomasz Królak (KAI)PCh24.pl

    ***

    25 stycznia

    Niedziela Słowa Bożego

    W Kościele katolickim przeżywamy Niedzielę Słowa Bożego pod hasłem:

    „Słowo Chrystusa niech mieszka w was”.

    Samplefot. ks. Paweł Kłys

    ***

    Niech ta zachęta skłoni nas do szczególnego zwrócenia naszej uwagi na Słowo Boże.

    Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.

    ***

    Co św. ojciec Pio mówił

    o lekturze Pisma Świętego?

     

    o. Pio

     Archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl/Tygodnik Niedziela

    ***

    Słowa Boga

    Co wydarzyłoby się w naszym życiu, gdybyśmy traktowali Biblię tak jak nasze telefony komórkowe, a wiadomości od Boga czytali równie często jak SMS-y? – pyta Ojciec Święty.

    Papież Franciszek zachęca, żeby mieć zawsze przy sobie – w plecaku, torebce, pod ręką – przynajmniej mały egzemplarz Ewangelii i sięgać po niego jak najczęściej. Warto więc zastanowić się nad tym, jak właściwie wygląda nasz kontakt z Pismem Świętym, które – jak wierzymy – powstało z natchnienia samego Boga.

    – Nie znam, niestety, żadnych badań na temat czytelnictwa Pisma Świętego w Polsce, więc trudno o jakieś konkretne dane. Spotkałem się jednak z badaniem przeprowadzonym przez Amerykanów dotyczącym czytania Biblii w różnych krajach – mówi biblista prof. Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – Pytano, ile osób sięga po Pismo Święte, ile ma swoją Biblię w domu. I z tego badania wynika, że Polska wypada pod tym względem całkiem dobrze, lepiej niż inne kraje europejskie. W czołówce jest również Wielka Brytania, a najwięcej ludzi czyta Pismo Święte w Stanach Zjednoczonych, głównie dlatego, że tamtejsze wyznania protestanckie kładą wielki nacisk na życie Biblią.

    Najmniej czytany bestseller

    O to, ilu Polaków ma w domu Biblię, najlepiej chyba spytać księży chodzących po kolędzie – powszechną tradycją bowiem jest, by podczas takiej wizyty położyć Pismo Święte na stole. Również wydawnictwa i księgarnie mają dane, ile egzemplarzy rozprowadzają w ciągu roku. – Sam obserwuję, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Polsce upowszechniło się posiadanie własnej Biblii w domu. Wcześniej nie było to możliwe, m.in. dlatego że cenzura nie pozwalała drukować zbyt wielu egzemplarzy. Później się to zmieniło, więc Pismo Święte zaczęło pojawiać się w wielu katolickich domach, chociażby jako prezent z okazji Pierwszej Komunii św. czy bierzmowania – zaznacza prof. Wojciechowski.

    Pytanie tylko, czy te domowe egzemplarze są otwierane, czy raczej zbierają kurz na najwyższej półce? – Moim zdaniem, ogólnie za mało sięgamy po Biblię, co wiąże się również z tym, że czytelnictwo w Polsce spada. Nie można natomiast powiedzieć, że tak to wygląda w każdym domu, bo są wśród nas osoby, które Pismo Święte czytają, niektóre okazjonalnie, inne regularnie. Wraz z rozwojem technologii pojawiły się nowe możliwości i dzisiaj można czytać Biblię w internecie. Dopóki jednak nie zostaną przeprowadzone badania, trudno mówić o konkretach. Ktoś przecież może nie sięgać po Pismo Święte w książkowym wydaniu, za to czyta je albo odsłuchuje w telefonie itd. – tłumaczy prof. Wojciechowski.

    Biblista i redaktor naukowy Biblii Impulsy ks. dr hab. Janusz Wilk opowiada: – Nie tak dawno poznałem wyniki jednego z sondaży na temat czytelnictwa książek w naszej ojczyźnie. Podobno 60% Polaków w ciągu roku nie przeczyta ani jednej książki. Coraz mniej czytamy tekstów rozbudowanych, wielowątkowych i dłuższych, a co za tym idzie – również Biblii. Coraz częściej opinie na dany temat budujemy na podstawie nagłówków, krótkich newsów i komentarzy internetowych. Czasem mówi się, że Biblia jest najmniej czytanym bestsellerem. Jest ona w prawie każdym polskim domu, ale w niewielu systematycznie czyta się ją i rozważa. Nie jest jednak tak źle, gdyż znaczna część katolików zna słowo Boże ze słyszenia. Tak też było w Kościele pierwszych wieków, kiedy to chrześcijanie poznawali Biblię przede wszystkim podczas liturgii, ponieważ w swoich domach nie posiadali jej zwojów. Jeśli co tydzień chodzimy na Mszę św. i do tego dodamy jeszcze naszą obecność na niej w uroczystości i święta, to w ciągu 3 lat (tyle trwa cykl czytań w liturgii niedzielnej) usłyszymy ok. trzech czwartych treści Ewangelii. Raczej znamy treść Dobrej Nowiny, gorzej, gdybyśmy mieli sami znaleźć dany fragment w Biblii – np. samemu odszukać przypowieść o synu marnotrawnym i miłosiernym ojcu.

    Warto szukać samemu

    Ogólny spadek czytelnictwa nie jest jedynym powodem, dla którego część z nas po Pismo Święte sięga rzadko albo wcale nie sięga. Niektórzy usprawiedliwiają się tym, że jest to trudna lektura, niezrozumiała, nieprzystająca do dzisiejszych czasów. Dla innych przeszkodę stanowi język, nierzadko odbiegający od tego, którym posługujemy się na co dzień. Profesor Wojciechowski podchodzi ze zrozumieniem zwłaszcza do tego drugiego argumentu. – Żeby Pismo Święte było chętnie czytane, powinno być podane w języku, który przemawia do słuchacza. Dawniej robiono to zupełnie świadomie i np. Biblia w tłumaczeniu ks. Wujka operowała językiem stosunkowo bliskim ówczesnemu człowiekowi. Dzisiaj to tłumaczenie wydaje nam się podniosłe i trudne, ale w czasach ks. Wujka tak nie było. Później się od tego odeszło i w nowszych tłumaczeniach np. Pan Jezus „spożywa” zamiast „jeść”. Również dość niedawno zaczęto stosować wielkie litery w zaimkach odnoszących się do Boga, Chrystusa czy Maryi. To może, choć, oczywiście, nie musi, kojarzyć się z podniosłością i nasuwać myśli, że nie wypada czy nie ma sensu sięgać po te treści tak po prostu, zwyczajnie – wyjaśnia biblista. – Dzisiaj chyba najbliższe współczesnemu językowi jest tłumaczenie Edycji Świętego Pawła. Przystępny językowo jest też, według mnie, przekład ekumeniczny. To naturalne, że chętniej sięgniemy po coś, co wygodnie nam się czyta, warto więc poświęcić trochę czasu na znalezienie tłumaczenia, które będzie nam bliskie.

    – Biblia jest trudna – przyznaje z kolei ks. dr Wilk. – Tylko rzeczy i sprawy banalne są łatwe i nic nas nie kosztują. Trudność ta nie dotyczy samego jej języka (w Polsce mamy tyle nowych, dobrych tłumaczeń) czy zrozumienia kultury, środowiska i czasów, kiedy Duch Święty kształtował myśli autorów danych ksiąg, bo mamy już bardzo dobre studia w tym zakresie i pomocne opracowania. Trudność ta dotyczy przełożenia słów Biblii na własne życie. Czasem chce się postępować po swojemu, tak, jak nam wygodniej, tak, jak się tego domagają współczesne trendy i współczesna poprawność. A w Biblii mamy coś innego.

    Potrzeba przewodnika

    Dziś Biblia jest właściwie „na wyciągnięcie ręki”. Można ją kupić lub czytać za darmo w internecie. Jednak, jak zauważa biblista ks. dr Krzysztof Kowalik, samo czytanie to za mało: – Jak wiemy, Biblia może być przeczytana na poziomie zwykłej książki. Wtedy poznamy pewne historie, postacie, zaznajomimy się ze starożytnym dokumentem, ze starożytną kulturą itd. Dlatego czasem nawet, dość niesprawiedliwie, niektórzy zrównują Biblię z tekstami mitologicznymi. Ktoś przeczyta Biblię w całości, a następnie jak inną książkę odstawi na półkę i nigdy do niej nie wróci. A tymczasem w lekturze Pisma Świętego chodzi przede wszystkim o to, by doprowadziło nas ono do spotkania z Jezusem.

    Jak jednak spotkać Boga w tekście, który niekiedy trudno zrozumieć? – Sama Biblia daje nam na to odpowiedź, bo możemy w niej przeczytać o różnych takich trudnościach. W Dziejach Apostolskich diakon Filip spotyka dworzanina królowej Kandaki, który czyta fragment z Izajasza. Na pytanie, czy rozumie, co czyta, dworzanin odpowiada: „Jakże mogę zrozumieć, skoro nikt mi tego nie wyjaśnił?”. Filip nie tylko tłumaczy mu, o co chodzi w tym tekście, ale też pokazuje, w jaki sposób te słowa prowadzą do Jezusa. Tak samo każdy z nas, zwłaszcza na początku, potrzebuje kogoś, kto pomoże nam zrozumieć i kto pokaże nam, jak w tym tekście spotkać się ze słowem Boga. Zauważmy, że wspomniany Filip był diakonem, a więc nie pierwszą lepszą osobą, ale przedstawicielem Kościoła. Pismo Święte zostało powierzone wspólnocie ludu Bożego i to ta wspólnota z jednej strony słucha i strzeże słowa Bożego, a z drugiej – wyjaśnia je i prowadzi do spotkania z Chrystusem. Taka jest istota czytania Biblii – podkreśla ks. dr Kowalik. – Możemy nauczyć się fragmentów Biblii na pamięć, czytać ją wielokrotnie, możemy być ekspertami od jej treści, od jej języka, stylu, a nawet od zawartej w niej teologii, ale to wszystko samo z siebie nie musi koniecznie doprowadzić nas do wiary – jeśli człowiek nie będzie poprowadzony w tym kierunku, nie otworzy serca na spotkanie z Bogiem, to nie dojdzie do tego najważniejszego celu.

    Zweryfikujmy oczekiwania

    Ksiądz Kowalik zauważa również, że do lektury Biblii mogą nas zniechęcić niewłaściwe oczekiwania wobec tej księgi. Mogą to być choćby próby „dostosowania” jej treści do naszych prywatnych zapatrywań, do naszych wyobrażeń o tym, jaki Pan Bóg powinien być. Nie sprawdza się też zakładanie, że po przeczytaniu stosownego fragmentu od razu rozwieją się nasze wszystkie wątpliwości i pojawi się rozwiązanie. Bywa, że szukamy w niej odpowiedzi, których tam nie znajdziemy, bo nie po to została napisana. – To prawda, że w Biblii możemy znaleźć wiele wskazówek dotyczących życia, chociażby rodzinnego. Nie powinniśmy jednak traktować jej jak typowego poradnika. To, że znajdziemy w niej odniesienia do finansów, nie znaczy, że na tej podstawie należy podejmować decyzje inwestycyjne. Podobnie ma się rzecz np. z odniesieniami do diety. W księgarniach znajdziemy mnóstwo książek bardziej przydatnych w tych kwestiach. Pismo Święte nie jest zbiorem prostych, gotowych odpowiedzi na każdy temat. Musimy zbierać fragmenty, układać je, wsłuchiwać się w nie – to wymaga czasu, cierpliwości i przede wszystkim otwarcia na Boga – mówi duszpasterz.

    Nie zagłodzić wiary

    – Bóg przez Biblię nie chce nam utrudniać ziemskiego życia, ale pragnie nas doprowadzić do celu, którym jest życie z Nim w ojczyźnie, tej w niebie – przypomina ks. dr Wilk. – By bezpiecznie dojechać do celu, potrzebujemy ustalenia, po której stronie drogi będziemy się poruszać, namalowania na niej wyraźnych pasów, ustawienia różnych znaków, rozmieszczenia sprawnych świateł sygnalizacyjnych i czytelnych drogowskazów. Ktoś powie, że on tego nie potrzebuje, bo sam doskonale prowadzi niezły samochód, ale wtedy dosyć szybko stanie się zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale i dla innych. W obrazie tym słowa Biblii są pasami, znakami, światłami i drogowskazami na drodze zwanej życiem. Oczywiście, to tylko ułomne porównanie, ale to jeden z aspektów Biblii: ma nam pomóc dotrzeć do życia wiecznego z Bogiem. Można bowiem w życiu się zagubić i tam nie trafić – przypomina i zachęca do zadbania o systematyczną lekturę, bo podobnie jak ciało potrzebuje pokarmu kulinarnego, tak wiara potrzebuje pokarmu duchowego. – Trzeba dbać o to, aby nie zagłodzić ciała, ale trzeba też dbać o to, aby nie zagłodzić wiary. W najbliższym tygodniu, jak w każdym innym, otrzymamy dziesiątki, a nawet setki informacji, przeczytamy kilka tekstów, spędzimy sporo godzin przed telewizorem, w internecie czy z telefonem komórkowym. Wszystkie tak dostarczone nam informacje wpływają na nas. A co otrzyma nasza wiara? Najgorsza opcja jest wtedy, gdy w środę (a może nawet już wcześniej!) nie potrafimy sobie nic przypomnieć z czytań z ubiegłej niedzieli, a przez te dni wychwyciliśmy już wiele informacji przeciwnych człowiekowi, Kościołowi, wierze, Bogu. Trzeba zadbać o to, aby w naszym umyśle nie były tylko słowa ludzkie, ale żeby były w nim także słowa Boże.

    Ks. Wilk kładzie nacisk również na znalezienie czasu na osobistą lekturę Pisma Świętego. – Dla kogoś będzie to poranna lektura przed pójściem do pracy lub na uczelnię, a dla kogoś innego wieczorne, spokojne spotkanie ze słowem Bożym. Chodzi nie o to, by czytać wiele, ale by czynić to systematycznie. Czasem będzie to jeden rozdział, a innym razem jeden wers. Istotne jest to, aby nie narzekać na siebie, że danego dnia pragnęliśmy przeczytać więcej, a nie było to możliwe, ale cieszmy się tym, że udało nam się dzisiaj przeczytać tyle, ile mogliśmy przeczytać. Pobożna lektura Biblii jest modlitwą, w której Bóg do nas mówi.

    Słowo budzące nadzieję

    – Warto pamiętać o tym, o czym mówią papież Franciszek i nasi biskupi, a mianowicie, że Pismo Święte to słowo, które zaczyna budzić w nas nadzieję. Sprawia, że człowiekowi chce się żyć. Pokazuje mu cel – podkreśla ks. Kowalik. – To nie znaczy, że wszystko zostanie nam pokazane w jednym momencie, ale słowo Boże będzie nam ukazywać prawdę krok po kroku. To nie musi być łatwa lektura, ale ważne jest to, byśmy przyjmowali te treści z wiarą. Pamiętajmy, że również Maryja nie wszystko rozumiała z tego, co powiedział Jej anioł, co mówił do Niej Jezus, ale rozważała te wszystkie sprawy w sercu. Trzeba zaufać, że we właściwym momencie przyniesie to konkretny owoc. Ta nadzieja daje siłę do przetrwania sytuacji trudnych, tak jak dała ją Maryi na czas od ukrzyżowania Jezusa do Jego zmartwychwstania. Matka Boża stojąca pod krzyżem nie była osobą bezduszną, która nie cierpiała, ale słowa Jezusa dały Jej nadzieję. Święty Piotr napisał, że słowo Boże jest jak lampa, która pozwala nam przetrwać ciemną noc, aż zajaśnieje poranek.

    Katarzyna Krawcewicz/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”

    “Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.

    fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl

    ***

    Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?

    Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!

    Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.

    W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?

    Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.

    Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.

    A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.

    Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?

    Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.

    Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.

    KAI/Stacja7.pl

    ***

    Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:

    nie trzeba czytać Biblii od deski do deski

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.

    Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.

    Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.

    Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.

    Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.

    Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.

    Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?

    Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.

    Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.

    Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?

    Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!

    A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.

    Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!

    Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?

    W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.

    W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.

    Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?

    Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.

    Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.

    Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?

    Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.

    Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?

    Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.

    Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.

    rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela

    ***

    Ks. Krzysztof Wons:

    Słowo Boże już nas zna, czeka na nas

    ***

    O medytującym Kowalskim, który wychodzi pokonany jako… zwycięzca, mówi ks. Krzysztof Wons, salwatorianin.

    Marcin Jakimowicz: Jeszcze przed dekadą plakat ze słowem „medytacja” pachniał z daleka New Age. Dziś to słowo pada coraz częściej w zakrystiach i salkach katechetycznych…

    ks. Krzysztof Wons: 
    I Bogu dzięki! Nie możemy być w odwrocie, nie możemy być w sytuacji, gdy słowa, które opisywały święte wartości, jak „tęcza”, „orientacja”, „medytacja”, zostają skradzione przez narrację tego świata. To przecież ogromne bogactwo, głęboko zakorzenione w chrześcijaństwie. Słowo meditare wskazuje przecież na to, co dzieje się z nami w najświętszym momencie, jakim jest słuchanie słowa Bożego i przyjmowanie go do własnego życia. Jak moglibyśmy z niego rezygnować? By nie wprowadzać w błąd ludzi zagubionych w informacyjnym chaosie, dodaję do słowa „medytacja” określenie „chrześcijańska”.

    Jan Kowalski chce rozpocząć dzień od biblijnej medytacji. Poranki są naprawdę dobre? A może zostawić sobie medytację na wieczór, na deser?

    Nie! Poranki są bardzo dobre, bo pokazują, że… decyzja nie jest po naszej stronie. Słowo już nas wybrało. Słowo jest poranne, paschalne, otwierające. Wybrzmiewa w nim poranek wielkanocny. Jest w nim Syn Ojca, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. A On jest zawsze poranny. Ja naprawdę nie muszę czekać cały rok na śniadanie wielkanocne. Mogę je spożywać codziennie, i to zasiadając do stołu z samym Jezusem. Poranna medytacja słowa jest jak wschodzące słońce. Ma ona wyprzedzać wszystko, bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Przecież wyznajemy od pierwszej strony Biblii, aż po Prolog Janowy, że „na początku było Słowo” (Brandstaetter przetłumaczy „na początku jest Słowo”). To Ono daje początek wszystkiemu. Ono stworzyło i stwarza ten świat. Teologia mówi o creatio continua – ciągłym stwarzaniu. Jestem nieustannie stwarzany przez Słowo. W dzień i w nocy.

    Kowalski postanawia medytować, „gdy znajdzie czas”. Da się tak czy musi z góry go sobie wygospodarować?

    Musi go sobie wygospodarować, bo inaczej wszystko skończy się na pobożnych życzeniach. Niezwykle ważne są systematyczność i wierność. Słowo powinienem asymilować od poranka, i to najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Jasne, trzeba być realistą i dostosować medytację do planu dnia. Jesteśmy bardzo niecierpliwi i czytamy Biblię, przyciskając od razu klawisz „enter”. Domagamy się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas. To żywa księga, która bada nasze intencje. Jesteśmy pokoleniem, które spędza sporo godzin przy komputerze i ma pod paluszkami klawiaturę. Wydaje się nam, że wciskając „enter”, mamy wszystko pod kontrolą. Klikamy i wyświetlamy to, co chcemy. A pokorny Bóg, który ukrył się w literze, otwiera się przed nami stopniowo, gdy spotyka się z naszą miłością. Słowo Boże już nas zna, czeka na nas.

    Kowalski zerka na opasły tom Biblii i drapie się po głowie: od czego zacząć? Od słowa „z dnia”?

    Wyjął mi to pan z ust! Unikajmy myślenia, że to ja wybieram słowo. To ono wybiera mnie. Kościół, jak dobra matka, karmi nas nim we wszystkich szerokościach geograficznych, a dzień rozpoczyna z nim i profesor teologii, i prosty robotnik, i proboszcz, i wikary. To nie jest słowo, które pochodzi od Kościoła, on je jedynie przekazuje. Czytajmy słowo „z dnia”. Jasne, można się na nie otworzyć już wcześniej. W Centrum Formacji Duchowej jednym z owoców gorzkiego czasu COVID-u jest codzienne internetowe przygotowanie do słuchania słowa z kolejnego dnia. Z tej propozycji korzystają tysiące osób!

    Śniadanie wielkanocne smakuje, bo jest raz w roku. Co zrobić, gdy trawione dzień w dzień słowo nam powszednieje?

    Być mu wiernym i czytać je codziennie. Nawet jeśli nie czujemy jego smaku. Jesteśmy wychowywani do hedonistycznego, zrelatywizowanego przeżywania rzeczywistości: „To czuję, tego nie; to lubię, tego nie”, a słowo niezależnie od tego, w jakim jestem stanie (czy uniesienia, czy acedii), jest zawsze takie samo – i jest pełne życia. Rozwiązanie? Być wiernym, stałym, konsekwentnym, nie oceniać medytacji wedle własnego samopoczucia (to pułapka, którą Zły chętnie wykorzystuje). Mówię kończącym rekolekcje: „Być może owoc zobaczysz dopiero po miesiącach, po latach. Ale naprawdę go zobaczysz!”. Słowo przemienia od środka, delikatnie, bez fajerwerków. W Krakowie nie ma weekendu bez fajerwerków, a niebo jest im potrzebne jedynie jako tło. Nie możemy z Boga robić tła dla naszych medytacyjnych fajerwerków, a z Biblii tła dla naszych oczekiwań!

    Kowalski, otwierając Biblię, ma zrezygnować z oczekiwań i pragnień?

    Nie! Ma chodzić z wielkimi pragnieniami, ale jednocześnie szukać w sobie wewnętrznej wolności wobec własnych oczekiwań. Czasami musi przełknąć gorzkie lekarstwo, ze świadomością, że jeśli będzie je cierpliwie zażywał, to pomoże mu wyzdrowieć. Bóg ma odpowiedź na wszystko, naprawdę. Trzeba tylko otwierać Biblię i czytać, czytać, czytać.

    Właściwie kto kogo czyta? Kowalski Biblię czy Biblia Kowalskiego?

    To kluczowe pytanie! To Biblia czyta mnie, choć wydaje się, że jest odwrotnie. To absolutne sedno tej rzeczywistości! To nie my mamy panować nad tekstem, ale on nad nami. Jak wiele zależy od tego, jak się otwieram na Słowo, czy je przeżywam i „przeżuwam”. Lectio divina to przecież Boże czytanie. To Bóg mnie czyta, nie ja Jego. Może być przecież i tak, że czytam słowo, nie wychodząc poza własne myśli. Benedykt XVI przypominał, że trzeba pytać, co mówi tekst sam sobie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że moje czytanie będzie jedynie pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli. Wiem lepiej! Ktoś otwiera Biblię i ziewa: „Znowu to samo? Co tu jeszcze medytować? Ileż homilii na ten temat powiedziałem”.

    Często zdarza się Księdzu odkryć coś nowego w słowie, które zna na pamięć?

    Nieustannie. Bo ono nigdy nie jest tym samym Słowem. Stare są tylko litery, ale za ich murem skrywa się słowo, które jest zawsze świeże, nowe, kochające. Nie narzekajmy: „Znam to na pamięć”. I nie chodzi nawet o pamięć intelektualną, ale o serce, bo to ono „pamięta”. Psycholog powie, że najsilniejsza pamięć to pamięć przeżyciowa. Ojcowie pustyni – często analfabeci – uczyli się na pamięć całych ksiąg czy nawet psałterza.

    Ale często „przeżuwali” przez cały dzień jedno słowo!

    Sam to praktykuję. Łapię się jednego zdania, wersetu i to przeżuwam. „Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione. Starożytni powtarzali, że „Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli”. Tym jednym jedynym, najdroższym słowem jest imię „Jezus”.

    „Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytam w katechizmie.

    To przecież to jedno jedyne Słowo uczyło tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. Świetnie, że o tym mówimy, bo to ono właśnie odróżnia medytację chrześcijańską od niechrześcijańskiej. Ewagriusz z Pontu podpowiadał, by powtarzać to Imię „z gniewem” (użył takiego określenia! Chodziło mu o wiarę, dynamikę, modlitwę całym sercem), dlatego że to Słowo kryje w sobie moc, rodzi do życia, zbawia. To nie jest tak, że jakąś techniką wywołuję skutki (to sedno medytacji niechrześcijańskiej). To nie jest mantrowanie, które przynosi ukojenie. Niektórzy podpowiadają: powtarzaj jedno słowo, nieważne jakie. Nie! Tu nie ma relatywizmu, tu chodzi o słowo Boga, bo to Ono nas stwarza.

    A gdy Kowalski natrafia na fragment, którego nie rozumie? Na przykład opis budowy świątyni? Ma się mu poddać?

    To kluczowe sformułowanie! Trzeba czytać, nie rezygnować. Najbardziej głęboka modlitwa jest… pasywna. Passivum divinum. Pozwalam słowu działać. To najbardziej święty moment medytacji. I nie chodzi o letniość, bierność, doskonale znany nam stan „lelum polelum”. Łukasz opisał, jak pięknie przeżywa ten stan Maryja. Najpierw słucha, potem zachowuje, jednocześnie strzeże – tłumacząc inaczej: „strzeże jak żołnierz” (zdając sobie sprawę, że złodziej szuka okazji, by to słowo wykraść) – i wreszcie medytuje, czyli pozwala, „by słowo wyjaśniało się przez słowo”.

    „Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań. Nieraz trzeba się z Biblią pokłócić” – opowiadał mi Ksiądz. Kowalski się na to odważy?

    Czasami jego medytacja będzie przypominała walkę Jakuba z aniołem. W ciemnej nocy zniechęcenia, posuchy, zmęczenia. Najważniejsze jest to, co zrobił Jakub. Jego krzyk: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Bóg zachęca: „Kłóć się ze Mną, wiedź ze Mną spór”. W medytacji przychodzi moment, który ojcowie starożytni nazywali synkrisis – kryzysem. Konfrontacja. Słowo wprowadza cię w błogosławiony kryzys, który prowadzi do nawrócenia. Kłóćmy, się, walczmy, opowiadajmy Bogu, „co nam leży na wątrobie”. Ważne, byśmy na końcu otrzymali imię, które otrzymał Jakub: „Walczący z Bogiem”, bo „walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś”. Kto wyszedł z tej medytacji, kuśtykając, z przetrąconym biodrem? Anioł czy Jakub? Ale – uwaga! – Jakub wyszedł jako zwycięzca. Nigdy bardziej nie jesteśmy zwycięzcami niż wtedy, gdy dajemy się pokonać przez Boga i Jego słowo.

    rozmawiał –Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Słowo Boże – pożywienie codzienne.

    „On mnie prowadzi,

    a ja nie mam się czego bać”

    fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Na to, co się kocha, czas się zawsze znajdzie. Przybywa tych, którzy kochają Pismo Święte – więc mają dla niego czas.

    Msza w Niedzielę Słowa Bożego. Proboszcz, rozpoczynając kazanie, pokazuje egzemplarz Biblii. Sam wygląd księgi robi wrażenie: zakładki, naklejki, adnotacje, uwagi na marginesach. Ksiądz zobaczył to Pismo Święte podczas wizyty kolędowej w domu Grażyny i Stanisława Kotów i pożyczył je w charakterze rekwizytu kaznodziejskiego.

    Lektura Biblii jest dla Grażyny i Staszka czymś niezwykle istotnym. Skąd ta miłość do słowa Bożego? – Zaczęło się po kursie ewangelizacyjnym „Emaus”. Tam zadeklarowaliśmy, że chcemy poświęcić pół godziny dziennie na czytanie Biblii. Od tego dnia czytamy słowo Boże po kolei, od początku do końca. Jeden rozdział dziennie – tłumaczy Grażyna.

    – Jeżeli coś się powiedziało, to temu słowu trzeba być wiernym. Teraz czytamy Biblię już chyba po raz szósty – wyjaśnia Staszek.

    Słowo Boże odpowiada na wiele ich pytań. Gdy Grażyna w czasie modlitwy otwiera Pismo, często otrzymuje precyzyjną odpowiedź na przedstawiony Bogu problem. Na przykład gdy najmłodszy syn zdał maturę i dostał pracę, nie bardzo chciał iść na studia. – Ja mówię: zapytajmy, jak Pan Bóg chce tym pokierować. Otwieramy słowo Boże i czytamy: „Nie jest dobra gorliwość bez wiedzy, a kto przyspiesza kroku, pobłądzi” (Prz 19,2) – śmieje się Grażyna. Odpowiedź była tak oczywista, że Tomek poszedł na studia. Od razu mu się spodobało, ale w domu było krucho z pieniędzmi. Znajomi mówią: „Wiecie, ile to kosztuje? Macie za co?”. Grażyna modli się, sięga do Pisma Świętego, otwiera i czyta: „Za naukę dajcie wielką ilość srebra, a zyskacie z nią bardzo wiele złota” (Syr 51,28). – Pan Jezus przez Pismo Święte powiedział, że nas w tym nie opuści. I to się wszystko stało, kiedy trzeba było, pojawiały się pieniądze – opowiada wzruszona.

    Słowo odpowiada

    Kilka lat temu państwo Kotowie zostali oszukani przy zakupie węgla przez internet. Stracili pieniądze i zostali z niczym. Modląc się, zajrzeli do Biblii. „Pan użyczy łaski, a ziemia nasza wyda owoc” – przeczytała Grażyna 13. wiersz Psalmu 85. Bardzo ją to uderzyło. W jej egzemplarzu Biblii ten werset jest podkreślony, a obok niego widnieje odręczna adnotacja: „8 XI 2020 otrzymaliśmy węgiel”. Jakim cudem? Ano było tak: Grażyna zadzwoniła do Agnieszki, znajomej ze wspólnoty Jezusa Miłosiernego, do której i państwo Kotowie należą. Chciała ją wesprzeć w kryzysie, który tamta przeżywała. W czasie rozmowy Grażyna wspomniała o oszustwie, którego padła ofiarą. Agnieszka natychmiast zaalarmowała wspólnotę, że Grażyna i Staszek nie mają węgla. Kilka dni później pod ich dom podjechała ciężarówka z zapasem węgla na cały sezon grzewczy. – Trudno przyjąć pomoc, ale mieliśmy wrażenie, że to się nam stało, żeby wspólnota „wydała owoc”. Bo myślę, że ta „ziemia” to jest nasza wspólnota, która zareagowała – uśmiecha się Grażyna.

    – Sądzę, że jeśli codziennie poświęcamy czas słowu Bożemu, to ono także nam jakoś odpowiada. Tak jakby Bóg mówił: „Skoro ty jesteś wierny słowu, to słowo jest wierne tobie” – przekonuje Staszek.

    Słowo Boże u państwa Kotów pełni funkcję nauczyciela i przewodnika. Służy także jako podarunek: gdy ktoś ma urodziny, małżonkowie modlą się, otwierają Biblię i posyłają mu przeczytany fragment. Wielu stwierdza potem, że to było im bardzo potrzebne.

    Staszek za sprawą swojej miłości do Pisma Świętego zaczął interesować się językiem hebrajskim. – Skoro to święty język Biblii, to ja chcę go usłyszeć. Dlatego codziennie staram się przeczytać na głos fragment w tym języku. Wtedy sam się tym słowom przysłuchuję – mówi Staszek. Przyjął też taką praktykę, że zanim sięgnie po Pismo Święte, myje ręce. – Zauważyłem, że gdy na aukcji biorą do ręki jakąś cenną rzecz, robią to w białych rękawiczkach. A tu mam coś jeszcze cenniejszego – wyjaśnia.

    – Wczoraj robiłam coś do jedzenia i tak sobie pomyślałam: narobisz się, zjemy raz-dwa, mycie i znowu to samo. A teraz siadasz do słowa Bożego i ono cię nakarmi. Ono da ci wszystko, czego potrzebujesz, i wypełni wszystkie twoje niedostatki. Pismo Święte mnie naprawdę karmi – zapewnia Grażyna.

    Otwarcie drzwi

    Miłość do słowa Bożego to doświadczenie wielu katolików. Marta Witkowska zachwyciła się Bogiem dawno temu, na rekolekcjach oazowych. – Bardzo chciałam poznać Tego, o którym tak fenomenalnie opowiadali moi znajomi. Wtedy zaczęłam czytać Pismo Święte dzień po dniu. Pasjonował mnie Bóg, który sam siebie przedstawia na jego kartach – opowiada. Chciała wiedzieć o Nim więcej i więcej. – Zaczęłam czytać o kulturze starożytnego Izraela, o zwyczajach semickich, ciekawił mnie kontekst historyczny, poznawałam często niezrozumiałe dla mnie obrazy, którymi w Biblii Bóg opowiada o sobie – tłumaczy. Kilka lat temu także ją zafascynował język hebrajski. – To otworzyło kolejne drzwi do przygody ze słowem Bożym. Odkrywanie głębi języka, wieloznaczeniowości słów, ich kolorytu i niezwykłej barwy, sprawia, że mogę codziennie doświadczać i uczyć się na nowo, jaki jest Ten, któremu zaufałam i w którym bez reszty zakochałam się 28 lat temu – cieszy się Marta.

    Ks. Marcin Duś z diecezji tarnowskiej ze wzruszeniem mówi o znaczeniu słowa Bożego w swoim życiu. Jeszcze jako diakon szukał cytatu na prymicyjny obrazek, a zarazem na hasło kapłańskiej posługi. Wybrał słowa z Psalmu 37: „Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał”. – Przez te lata, które upłynęły od święceń kapłańskich, Pan nieustannie konfrontował mnie z tymi słowami: na ile potrafię Mu zaufać. I z każdym rokiem coraz bardziej się przekonuję, do jak niezwykle głębokiej ufności zaprasza mnie Bóg. Cokolwiek by się działo w moim życiu, wiem, że On mnie prowadzi, a ja nie mam się czego bać – przekonuje. I dodaje: – To jest piękne, że te słowa to nie tylko hasło na prymicyjny obrazek, ale i program na całe życie kapłańskie.

    Słowo uzdrowienia

    Arkadiusz Szweda z sentymentem wspomina pewien marcowy poranek na weekendzie Alpha. – Rano wstałem wcześniej i po raz pierwszy w życiu przeczytałem słowo z dnia. Była to przypowieść o miłosiernym ojcu. Nie tylko przeczytałem, ale i przyjąłem. Więcej: zobaczyłem w tej perykopie siebie. I to w obu synach… – wspomina. Od tamtej pory Biblia stała się dla niego pożywieniem. – I karmi mnie Król królów swoim słowem codziennie. Choć minęło od tego czasu kilkanaście lat, to słowo nadal się dzieje – wyznaje.

    Łukasz Samek opowiada o członku swojej dalszej rodziny, który nie mógł wybudzić się po operacji na sercu. – Byliśmy z żoną na adoracji w kościele, modląc się za Mariana. Po niej żona wyciągnęła z koszyczka karteczkę z fragmentem Psalmu 30. Mocno dotknęły nas słowa: „Jaki będzie pożytek z krwi mojej, z mojego zejścia do grobu? Czyż proch Cię będzie wysławiał albo rozgłaszał Twą wierność?” oraz: „Biadania moje zmieniłeś mi w taniec; wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością, by moje serce, nie milknąc, psalm Tobie śpiewało”. Już wtedy byliśmy niemal pewni, że ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale do większej chwały Bożej – opowiada Łukasz. W sobotę na weekendzie Alpha modlili się w grupie kilku osób o uzdrowienie kuzyna. Następnego dnia serce się uspokoiło, ale lekarze obawiali się, że jeśli mężczyzna się wybudzi, to może być w kiepskim stanie. Marian jednak obudził się bez niepełnosprawności, co medycy uznali za niewytłumaczalne.

    Warunek życia

    Łukasz Wilczyński z Open Doors spotyka ludzi, dla których samo posiadanie Biblii jest marzeniem. Na przykład w Hondurasie. – Tam Pismo Święte nie jest ozdobą czy dodatkiem do życia – jest jego warunkiem – zauważa. To tam 34-letni Armando każdego dnia idzie głosić Ewangelię do więzień. Dotrzymuje słowa, które złożył po tym, gdy jako 18-latek został brutalnie pobity. „Jeśli mnie stąd wyprowadzisz, Boże, będę Ci służył całe życie” – modlił się, leżąc na ziemi. – Dziś jego „amboną” do ewangelizacji są mury przepełnionych do granic możliwości więzień. Tam nie rządzi prawo państwowe, lecz gangi. Tam każde słowo jest ważone, a każda decyzja może kosztować życie. Głoszenie Ewangelii bywa tolerowane tylko pod warunkiem, że nie dotyczy „tych ludzi, co nie powinno”. A jednak Armando wraca, bo jak mówi, „każdy ma prawo poznać prawdę” – opowiada Łukasz.

    Problem w tym, że w kraju, gdzie ponad połowa społeczeństwa żyje w skrajnym ubóstwie, Biblia bywa luksusem. Czasem Armandowi brakowało pieniędzy nawet na dojazd do miejsca posługi, nie mówiąc już o książkach. Posługa opierała się na pamięci, na pojedynczych fragmentach Pisma i na wierze. – Przełom przyszedł wraz ze wsparciem naszej organizacji Open Doors. W lipcu do Hondurasu trafiły egzemplarze Biblii oraz książek o tematyce chrześcijańskiej, a dziesięciu liderów, w tym Armando, przeszło specjalistyczne szkolenie dotyczące biblijnego przeżywania prześladowań. Od tego momentu posługa zaczęła wychodzić poza mury więzień. Pojawiły się szkoły, uczelnie, a z nimi młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy trzymali w rękach własną Biblię – tłumaczy Łukasz Wilczyński.

    Inna uczestniczka tego szkolenia, Isabella, pracuje w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów kraju. Dla niej otrzymane materiały były jak światło zapalone w ciemnym pomieszczeniu – nagle wszystko stało się wyraźniejsze. Mówi: „Wielu ludzi przychodzących do kościoła nie ma Biblii. Teraz możemy im ją dać”.

    Open Doors dostarczyło w 2024 roku ponad 2,5 mln egzemplarzy Pisma Świętego oraz książek o tematyce chrześcijańskiej do krajów, gdzie są trudno dostępne lub wręcz zakazane. – To miliony historii podobnych do świadectw Armanda i Isabelli – tłumaczy Łukasz Wilczyński. I dodaje: – Miliony ludzi, dla których słowo Boże nie jest oczywistością, lecz darem okupionym odwagą i solidarnością innych chrześcijan.

    Franciszek KucharczakGość Niedzielny

    ***

    10 powodów, dla których warto czytać Pismo Święte

    fot. episkopat.pl

    ***

    Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte. Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Podzielę się dziesięcioma powodami – pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi.

    Po co Niedziela Słowa Bożego?

    30 września 2019 r. Papież Franciszek opublikował list „Aperuitillis”. Okazją do napisania krótkiego, ale bardzo treściwego dokumentu o Biblii była 1600 rocznica śmierci św. Hieronima. Wszak to słynny tłumacz Wulgaty powiedział: „Nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. W dokumencie tym Ojciec Święty między innymi ustanawia Niedzielę Słowa Bożego, która ma przypadać w 3. niedzielę zwykłą.

    Powodów wybrania jednej niedzieli na to, by skupić wszystkie myśli na Piśmie Świętym jest kilka. Po pierwsze na zakończenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia Papież poprosił, aby «jedna niedziela [w ciągu roku została] w całości poświęcona słowu Bożemu, aby zrozumieć niewyczerpalne bogactwo pochodzące z tego nieustannego dialogu między Bogiem a Jego ludem» (List Apost. Misericordia er misera, 7). Po drugie, ma to pomóc wiernym „wzrastać w miłości i w świadectwie w wiary” (AI, 2). Po trzecie, wybór niedzieli w tym czasie roku liturgicznego jest odpowiednim w kontekście troski o jedność chrześcijan i dialog religijny z wyznawcami judaizmu. Jak to ujął Franciszek: „Nie jest to przypadek: celebrowanie Niedzieli Słowa Bożego wyraża charakter ekumeniczny” (AI, 3).

    Uroczyste, czyli jakie świętowanie?

    Jak można przeżywać tę niedzielę? Z jednej strony Ojciec Święty zachęca ogólnie, by  „przeżywać tę Niedzielę jako dzień uroczysty” (AI,3) tak, by była ona poświęcona „celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego” (AI, 3). Z drugiej podaje konkretne przykłady, co można w ten dzień zrobić: intronizację Pisma Świętego, udzielanie urzędu lektoratu, wręczenie przez proboszcza wiernym całej Biblii albo chociaż jednej Księgi. Niewątpliwie to też najlepszy czas na to, by całą homilię poświęcić Słowu Bożemu. Przecież niedawno czytaliśmy o tym, że „Słowo stało się Ciałem”, jak i rozpoczęliśmy nowy cykl czytań w Liturgii, co jest dobrą okazją, by chociaż wytłumaczyć sens i układ czytań mszalnych.

    Dołóżmy do tego jeszcze parę propozycji. Niedziela ta jest dobrą okazją, żeby zaprezentować ciekawie aplikację z tekstami biblijnymi (np. „Pismo Święte” Zespołu Pisma Świętego), super produkcję Biblii Audio czy strony internetowe z najpiękniejszymi obrazami biblijnymi (np. artbible.info czy biblical-art.com). To dobry czas, bo sprawdzić, czy i gdzie w domu znajduje się Pismo Święte, porozmawiać o sensie i pożyteczności czytania Słowa Bożego, jak również podzielić się najbardziej uderzającymi postaciami, wydarzeniami czy cytatami z Biblii. Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze listu papieża Franciszka „Aperuitillis”, to niech to zrobi właśnie w tę niedzielę. Tak jak wigilia jest dobrym czasem na składanie życzeń najbliższym, jak Popielec właściwym dniem, by posypać głowę popiołem, tak Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte.

    Dlaczego warto? 10 powodów

    Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Powodów jest zapewne wiele. Podzielę się dziesięcioma powodami, pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi. Nawet jeśli ktoś nie jest osobą wierzącą, warto, by przeczytał Biblię. Po co? Po to…

    1) by rozumieć 1/3 ludzkości, czyli chrześcijan i Żydów.

    2) by rozumieć literaturę, jak „Na wieży Babel” Szymborskiej czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa,

    3) by rozumieć dzieła sztuki, jak „Powrót Syna Marnotrawnego” Rembrandta czy „Ofiarę Izaaka” Caravaggia,

    4) by rozumieć muzykę, chociażby „Pasję wg św. Mateusza” Bacha czy „Mesjasza” Haendla,

    5) by rozumieć język, gdy ktoś powie o zakazanym owocu czy nazwie cię faryzeuszem.

    A jeśli jest ktoś wierzącym, znajdzie dodatkową motywację. Jaką? Czytam Biblię…

    1) żeby być wiernym Jezusowi, który mówi: „Pisma nie można odrzucić” (J 10,35),

    2) żeby Jezusa poznać, bo „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim),

    3) żeby być wiernym Kościołowi, który zachęca „aby w każdym domu była Biblia … by można ją było czytać i posługiwać się nią w modlitwie” (Benedykt XVI, VD 85),

    4) żeby spotykać się z Bogiem, „albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (SWII, KO 21),

    5) żeby nie zmarnować życia, bo każdego kto słucha słów Jezusa i wypełnia je, „można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).

    Kiedy czytamy Biblię, „w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (Dei Verbum, 21). Dla takiego Ojca warto i dla takich rozmów nie szkoda marnować czasu.

    ks. Wojciech Węgrzyniak/Stacja7.pl


    ***

    fot. Kamil Gąszowski /Gość Niedzielny

    Dzięki autorskiej aplikacji ks. Januszkiewicza nauka biblijnego hebrajskiego i greki staje się dostępna na wyciągnięcie ręki. Otwiera to drogę do osobistego studium Pisma Świętego w oryginale.

    Rozszyfruj Boży list

    O tym, czy nowe technologie mogą być sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym, dlaczego każdy tłumacz jest zdrajcą i jak smartfon może stać się bramą do starożytnego świata Biblii, mówi ks. Marcin Januszkiewicz, proboszcz par. św. Bartłomieja Apostoła w Topoli, biblista, twórca aplikacji Biblos do nauki greki i hebrajskiego.

    Kamil Gąszowski: Ostatnio odkryłem, że sztuczna inteligencja zaskakująco skutecznie pomaga w odnajdywaniu biblijnych kontekstów i poszerzaniu zrozumienia tekstu. Czy nowe technologie mogą stać się naszym sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym?

    ks. Marcin Januszkiewicz: Oczywiście. Samo AI to rzeczywiście duże ułatwienie, choć technologia jest nowa i wciąż trochę się jej boimy. Trzeba pamiętać o zagrożeniach. Sztuczna inteligencja często się myli i, co gorsza, nie potrafi się do błędu przyznać. Dlatego trzeba podchodzić do niej ostrożnie.

    Z drugiej strony to świetne narzędzie do zgłębiania Pisma Świętego. Pomaga klasyfikować treści i znajdować konkretne cytaty pasujące do danej idei czy myśli, którą w sobie noszę. Pozwala dostrzec konteksty, których nie znaleźlibyśmy tak wprost, bez sięgania po podręczniki i komentarze. Sam wykorzystuję AI w pracy naukowej, żeby porządkować myśli i idee, które w Biblii są mocno porozrzucane. To pomaga zrozumieć, jak one dojrzewały, bo inaczej wyglądają w Księdze Rodzaju, inaczej w Psalmach, a jeszcze inaczej w Nowym Testamencie.

    Również tłumaczenia są żywe i się zmieniają, co wpływa na nasze rozumienie Biblii.

    Powiedzenie Traduttore, traditore – „Tłumacz to zdrajca” – jest tutaj bardzo trafne. Każdy przekład Pisma Świętego jest już pewnego rodzaju interpretacją tłumacza. Weźmy prostą sprawę: czy napisać słowo „duch” małą, czy wielką literą? W oryginale wszystko było pisane majuskułą, czyli wielkimi literami. Dobór tej litery ma ogromne znaczenie i zmienia sens całego tekstu. Dlatego tak ważne jest, by nie zatrzymywać się tylko na jednym tłumaczeniu. Jesteśmy bardzo przywiązani do Biblii Tysiąclecia, ale istnieją też inne świetne przekłady, jak choćby Biblia Poznańska, która uchodzi za najlepsze tłumaczenie. Sięgnięcie po inne tłumaczenie pozwala zobaczyć dany fragment z zupełnie nowej perspektywy.

    Czy czytanie w oryginale jest dla Księdza takim „prywatnym przekładem”?

    Czytanie w oryginale to przede wszystkim wejście w świat biblijny. Tłumaczenia, mimo najszczerszych starań, nie są w stanie oddać wszystkiego, na przykład specyficznych wyrażeń idiomatycznych. Kontakt z językiem oryginalnym pozwala sięgnąć głębiej w treść i poczuć ducha epoki, w której Biblia powstawała.

    Nie chodzi o to, że przekłady mocno różnią się od oryginału. Większość jest naprawdę bardzo wierna. Jednak każdy tłumacz sam musi wybrać wariant, który jego zdaniem jest najbliższy prawdy. Czytając w oryginale, to ja decyduję o tym, jak rozumiem tekst. Jestem wtedy wolny od interpretacji, którą nakłada na mnie tłumacz.

    Żeby modlić się Pismem Świętym i by było ono żywe dla naszego życia, musimy je dobrze poznać. Pomocą są tu komentarze biblijne, których na naszym rynku jest coraz więcej, ale też właśnie aplikacja Biblos, którą stworzyłem, aby poprzez poznawanie języków biblijnych ułatwić zrozumienie mentalności i kultury, w której powstawała Biblia.

    Istnieje zasada, że Pismo tłumaczy samo siebie. Czy to jest właśnie klucz do zrozumienia trudnych fragmentów Biblii?

    Tak, ponieważ myśl biblijna zmieniała się na przestrzeni wieków. Pan Bóg nie objawił człowiekowi wszystkiego od razu, ale odsłaniał tajemnice stopniowo.

    Kiedy czytamy najstarsze teksty, choćby Torę czy niektóre Psalmy, zauważamy, że w tych pierwotnych warstwach w ogóle nie ma idei życia po śmierci. Człowiek jest równy zwierzętom, które giną, nie ma nic poza tym. Dopiero późniejsze teksty wprowadzają pojęcie Szeolu, otchłani, do której trafia dusza. A objawienie zmartwychwstania i życia wiecznego czy modlitwy za zmarłych pojawia się dopiero w Księgach Machabejskich – zaledwie kilkadziesiąt lat przed Nowym Testamentem.

    Widzimy więc wyraźnie, jak te idee i sam obraz Boga ewoluowały w poszczególnych księgach. Aby to właściwie zrozumieć, trzeba czytać te teksty łącznie, w szerszym kontekście. Fragmenty wyrwane z całości zawsze mogą prowadzić do wykrzywienia obrazu Boga.

    Jaki jest Księdza ulubiony fragment Pisma Świętego?

    Dla mnie takim szczególnym tekstem jest Psalm 131, psalm ufności. W wielu momentach życia stawał się on moją osobistą modlitwą zaufania Panu Bogu. Szczególnie w chwilach trudnych, w obliczu jakiejś tragedii czy życiowego dramatu, ten tekst ma niezwykłą moc przywracania nadziei. Często do niego wracam i właśnie nim się modlę.

    Czy w poznawaniu Biblii – żywego słowa Bożego – chodzi właśnie o to, by wyjść poza same litery i wejść w realną więź z Nim?

    Oczywiście. Za każdym razem, gdy otwieram ten sam fragment, odczytuję go inaczej, ponieważ zmienia się kontekst mojego życia. Ale przychodzi moment, kiedy ten sam fragment zapada w pamięć na całe życie, bo dotyka najczulszych strun.

    Tak było w dniu śmierci mojej mamy. Gdy umierała w szpitalu, w liturgii przypadły akurat słowa Jezusa: „Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście byli tam, gdzie Ja jestem”. W tamtej chwili stało się to dla mnie osobistym doświadczeniem. Bóg mówił bezpośrednio do mnie. A przecież czytałem ten fragment wcześniej wielokrotnie, choćby na pogrzebach, i nigdy nie miał on dla mnie tak potężnego znaczenia.

    Dlatego gdy moi uczniowie pytają: „Po co czytać Biblię kolejny raz, skoro już ksiądz wie, co tam jest?”, odpowiadam, że za każdym razem odkrywa się coś nowego. Bo to nie jest zwykła lektura, ale relacja osobowa. Bóg mówi do nas konkretnie, tu i teraz.

    Czy wystarczy po prostu zaufać rytmowi roku liturgicznego, by odkryć, że słowo przewidziane na dany dzień idealnie tłumaczy i wspiera naszą codzienność?

    To jedna z najlepszych metod lektury i studiowania Pisma Świętego. Nie jest to ani przypadkowe otwieranie go na chybił trafił, ani realizacja własnego planu, który sami sobie układamy. Tutaj porządek przychodzi z zewnątrz, to liturgia wyznacza nam tekst.

    Jest to niezwykle cenne, bo Pan Bóg działa właśnie w ten sposób. Mam wiele takich doświadczeń, kiedy czytanie przewidziane na dany dzień idealnie odpowiadało na sytuację czy pytanie, które akurat nosiłem w sercu. Nagle czytam Ewangelię i widzę, że Bóg precyzyjnie odpowiada na problem, który właśnie dzisiaj przeżywam i który jest dla mnie ważny.

    Czy nie jest tak, że chrześcijaninem stajemy się w pełni dopiero wtedy, gdy odczytamy Biblię jako opowieści o nas samych i zaczniemy ją realnie przeżywać?

    Właśnie o to chodzi. Musimy nauczyć się przeżywać Pismo Święte jako coś osobistego, przygotowanego przez Boga specjalnie dla nas. To nie jest tekst ogólny, dla wszystkich, ale wiadomość skierowana konkretnie do mnie. Pięknie się mówi, że to list Boga do człowieka, a ja ten list muszę odebrać i przeżyć osobiście.

    Choć wszyscy czytamy ten sam fragment, każdy zrozumie go inaczej – i to jest właśnie najcenniejsze. Dlatego nie przepadam za filmami biblijnymi, ponieważ redukują przekaz jedynie do opowiedzenia pewnej historii. A Pismo Święte to nie jest tylko zapis tego, co się wydarzyło kiedyś. To rzeczywistość, która dzieje się dzisiaj. Bóg tekstami sprzed dwóch tysięcy lat odpowiada na to, czym żyjemy tu i teraz.

    rozmawiał Kamil Gąszowski– Gość Niedzielny


    ***

    Biblia wraca na “listę bestsellerów”. Niespodziewane przebudzenie duchowe w laickim kraju

    W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w rekordowym tempie, mimo że kraj od dekad uchodzi za jedno z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Europy.

    Biblia wraca na "listę bestsellerów". Niespodziewane przebudzenie duchowe w laickim kraju
    fot. depositphotos.com

    ***

    W jednym z najbardziej zsekularyzowanych krajów Europy Biblia znów staje się książką masowo kupowaną. W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w tempie, jakiego nie notowano od dekad. Towarzyszy temu wyraźny wzrost zainteresowania duchowością – szczególnie wśród młodych dorosłych. Czy to początek głębszej zmiany w zachodnich społeczeństwach?

    Niespodziewany powrót 

    Brytyjski rynek wydawniczy odnotowuje zjawisko, które jeszcze kilka lat temu wydawało się mało prawdopodobne. W 2025 roku przychody ze sprzedaży Biblii osiągnęły 6,3 mln funtów – to wzrost o 134 procent w porównaniu z 2019 rokiem. Szczególnie popularne są nowe edycje językowe, w tym English Standard Version.

    Trend nie jest jednorazowym skokiem. Między 2024 a 2025 rokiem sprzedaż Biblii zwiększyła się o kolejne 27,7 procent. Dane Nielsen BookScan pokazują, że kategoria literatury religijnej rośnie dziś szybciej niż cały brytyjski rynek książki, kompensując spadki w segmencie non-fiction.

    Choć dla wydawców to przede wszystkim statystyka ekonomiczna, dla socjologów i badaczy religii – ważny sygnał zmiany nastrojów społecznych.

    Brak świadomości, czym są korzenie żydowskie dla chrześcijaństwa, tak samo jak brak relacji z dzisiejszą żywą wiarą Żydów, utrwala funkcjonowanie fałszywego obrazu samego Boga i człowieka w prowadzonej przez Niego z miłości historii zbawienia.

    Młodzi częściej mówią o Bogu i sensie życia

    Zjawisko wzrostu sprzedaży Biblii znajduje potwierdzenie w badaniach społecznych. Jesienią 2025 roku Policy Institute przy King’s College London przeprowadziło ogólnokrajowy sondaż “Grateful Britain“, który analizował postawy duchowe Brytyjczyków.

    Wyniki pokazują, że najmłodsza dorosła grupa (18–34 lata) częściej niż starsi deklaruje doświadczenia o charakterze duchowym. 21 procent młodych respondentów przyznało, że codziennie odczuwa “głęboki zachwyt nad wszechświatem”. To dwukrotnie więcej niż w grupie 35–49 lat.

    Równie wyraźna jest różnica w deklarowanej wierze w Boga – przynajmniej częściowej – którą wskazało 51 procent najmłodszych badanych. Badacze odnotowali też wyższy poziom odczuwanej wdzięczności za życie wśród młodych niż w starszych grupach wiekowych.

    Dyrektor instytutu zapowiedział kolejne badania w 2026 roku, które mają sprawdzić, czy obserwowane zmiany utrzymają się w dłuższym okresie.

    Kościoły wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii

    Wzrost zainteresowania duchowością nie przekłada się jednak wprost na pełny powrót do praktyk religijnych w tradycyjnej formie.

    W 2019 roku w katolickich mszach w Wielkiej Brytanii uczestniczyło tygodniowo ponad 700 tysięcy wiernych. W 2024 roku liczba ta była niższa o około 125 tysięcy. Wspólnota anglikańska odnotowała niewielkie wzrosty uczestnictwa w latach 2023–2024, jednak nadal pozostaje o blisko 19 procent poniżej poziomu sprzed pandemii. Katedry anglikańskie zwiększyły frekwencję o 10 procent w 2024 roku, lecz wciąż nie wróciły do wcześniejszych wartości.

    Eksperci wskazują, że społeczeństwo powoli odbudowuje nawyki publicznej pobożności po lockdownach, ale długoterminowy trend spadkowy nie został jeszcze odwrócony.

    Internet i kryzysy jako nowa przestrzeń ewangelizacji

    Badacze zwracają uwagę na jeszcze jeden istotny element – wielu młodych Brytyjczyków pochodzi z rodzin bez chrześcijańskiego zaplecza kulturowego. Ich kontakt z religią odbywa się często poprzez media społecznościowe, podcasty, influencerów czy treści publikowane poza tradycyjnymi kanałami medialnymi.

    Religia obecna w Internecie funkcjonuje bez ograniczeń charakterystycznych dla klasycznych mediów, co sprzyja oddolnym formom ewangelizacji. Jednocześnie globalne kryzysy ostatnich lat – pandemia, wojny, rozwój sztucznej inteligencji i rosnące problemy psychiczne – zwiększają potrzebę szukania trwałych punktów odniesienia.

    Podobny wzrost sprzedaży Biblii obserwowany jest także w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2025 roku sprzedano ponad 19 milionów egzemplarzy – dwukrotnie więcej niż w 2019 roku. To sugeruje, że zjawisko nie jest lokalne, lecz wpisuje się w szerszą zmianę kulturową Zachodu.

    Aleteia.org / Deon.pl

    ***

    Kardynał Dolan wzywa katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych

    Emerytowany arcybiskup Nowego Jorku kard. Timothy Dolan opublikował w mediach społecznościowych serię krótkich filmów, w których zachęca katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych tradycyjnie katolickich.

    Najświętsze Serce Jezusa Chrystusa

    fot. ilustracyjne.UNSPLASH

    ***

    Pierwszą z nich jest obecność krucyfiksu w mieszkaniu. „Krzyż jest ośrodkiem naszego życia, ośrodkiem zbawienia”, podkreśla hierarcha, wskazując, że umieszczenie go u siebie w domu jest okazaniem chrześcijańskiej tożsamości rodziny i jej odniesienia do Jezusa Chrystusa jako życiowego przewodnika i Zbawiciela.

    Kardynał przypomniał również o praktykowanym w katolickich domach poświęceniu rodziny Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Dostrzega on w tym sposób włączenia życia rodzinnego w stałą i pełną ufności relację z Chrystusem.

    Zachęcił także do codziennej modlitwy: porannej, by ofiarować Bogu rozpoczynający się dzień i poprosić Go o pomoc, oraz wieczornej, by podziękować Mu, zrobić rachunek sumienia i – gdy to konieczne – wyrazić żal za grzechy. Taka modlitwa staje się duchową „ramą” dnia.

    Emerytowany metropolita nowojorski polecił też czynienie znaku krzyża przed jedzeniem, co staje się dyskretnym, ale rzeczywistym świadectwem. Uczynienie znaku krzyża, by podziękować Bogu również w miejscu publicznym, takim jak restauracja, jest prostym działaniem, które przypomina o miejscu Boga w codziennym życiu człowieka.

    Centralne miejsce zajmuje jednak Msza św. w niedzielę. Kard. Dolan podkreśla, że nie jest ona zwykłym aktem pobożności, lecz stanowi filar życia katolika i wymóg zgodny z posłuszeństwem Chrystusowi.

    Hierarcha apeluje również o ponowne odkrycie pokutnego charakteru piątku, przypominając dawną praktykę piątkowych wyrzeczeń, zwłaszcza niejedzenia mięsa, na pamiątkę dnia, w którym Chrystus umarł na krzyżu.

    Wreszcie kardynał zwraca uwagę na atmosferę liturgii w kościołach, ubolewając, że czasem jest tam „tak głośno jak na parkingu”. Opowiada się za powrotem do ciszy i skupienia przed Mszą św., aby się wewnętrznie przygotować do tej „najważniejszej ze wszystkich modlitw” i do eucharystycznej Ofiary.

    Gość Niedzielny

    ***

    Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz

    Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.

    fot. Henryk Przondziono/GOść Niedzielny/WIKIPEDIA /PERSONA77

    ***

    Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.

    Władysław

    O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.

    Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii.

    Komendant  obozu Auschwitz  Rudolf Höss  i jezuita  Władysław Lohn,  który przed śmiercią udzielił mu  rozgrzeszenia  – montaż.
    Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż.
    NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA

    ***

    Rudolf

    Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.

    Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.

    Pierwsze spotkanie

    Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.

    Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.

    Przemiana

    Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.

    Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.

    Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.

    Drugie spotkanie

    Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.

    Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.

    Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:

    „Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.

    Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.

    Ostatnie chwile

    W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.

    Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.

    Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.

    Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ***

    Katechizm o przykazaniach: wprowadzenie i przykazanie pierwsze

    Każda religia opiera się na pewnym systemie moralnym. Wiara chrześcijańska, a także tradycyjnie judaizm, opiera swoją naukę moralną na przykazaniach objawionych przez Boga Mojżeszowi. Mają one swoje czcigodne miejsce w tradycyjnym wykładzie wiary katolickiej, na nich też opiera się teologia moralna. O nich to postanowiłem napisać. I tym właśnie artykułem zaczynam moją nową serię. Będzie ona swoistym „katechizmem” na temat Dekalogu. W pierwszej części zajmę się przykazaniem dotyczącym wiary w Boga oraz krótkim wprowadzeniem w zagadnienie dziesięciu przykazań. Przedstawię, co w rzeczywistości oznacza nakaz wiary w Boga oraz zakaz pokładania ufności w fałszywych bogach. Zapraszam do lektury!

    Czym są przykazania?

    Przykazania Boże, zgodnie z nauczaniem „Katechizmu Rzymskiego”, są „zbiorem i skróceniem wszystkich praw” (KR3, s. 17). W owych przykazaniach, przekazanych Mojżeszowi na górze Synaj, zawarte jest całe prawo moralne ustanowione przez Stwórcę. Są one zbiorem nakazów i zakazów, które Bóg ustanowił. Przykazania są również nazywane „Dekalogiem”, co znaczy „dziesięć słów” (Por. Wj 34, 28). Dekalog ma za zadanie strzec naszej wolności, wskazuje on „warunki życia wyzwolonego z grzechu” (KKK 2057).

    Czy przykazania moralne Starego Przymierza wciąż obowiązują?

    Kwestia aktualności Starego Przymierza stanowi pewien problem w rozumieniu dlaczego przykazania, dane ludowi żydowskiemu, wciąż obowiązują. Zgodnie z nauczaniem Soboru Florenckiego, wszystkie prawa i obrzędy związane ze Starym Testamentem nie są już skuteczne i nakazane. W rzeczywistości jest tak, że Dekalog obowiązuje nas nie na podstawie autorytetu Mojżesza i Starego Zakonu, lecz jest on konieczny i wciąż aktualny, gdyż jest ugruntowany w prawie naturalnym oraz został potwierdzony i udoskonalony przez Jezusa Chrystusa. Tak naucza właśnie katechizm Soboru Trydenckiego: „[N]ie dlatego rozkazaniu temu posłuszni być mamy, iż jest przez Mojżesza podane, ale że jest w umysły wszystkich ludzi wrodzone, a przez Chrystusa Pana wyłożone i potwierdzone” (KR3, s. 19). Według najnowszego katechizmu „Jezus przejął dziesięć przykazań, ale w ich literze ukazał moc działającego Ducha Świętego” (KKK 2054). O wartości prawa naturalnego, które obowiązuje wszystkich ludzi w ich sumieniach, pisał św. Paweł: „Gdy bowiem poganie, którzy nie mają Zakonu, z natury czynią to, czego Zakon wymaga; tacy, co nie mają Zakonu, sami sobie są Zakonem. Oni okazują treść Zakonu wypisaną na sercach swoich” (Rz 2, 14-15).

    Czy trzeba przestrzegać przykazań, aby się zbawić?

    Katechizm, ogłoszony przez św. Piusa V, nauczał wyraźnie, że „[z]akonowi posłuszni być musimy” (KR3, s. 21). Nie jest to opcja, możliwość czy kwestia wyboru. Dobre życie i wieczne zbawienie zależy od tego czy zachowujemy przykazania Boga. Przestrzeganie tychże przykazań, a nie dawnych obrzędów takich jak obrzezanie, ma wielką wartość w oczach Pana (Por. 1 Kor 7, 19). Chrystus Pan powiedział: „Kto ma przykazania moje, i zachowuje je, ten jest, który mnie miłuje” (J 14, 21).

    Czy da się przestrzegać przykazań?

    Dla niektórych ludzi ilość nakazów i zakazów, których należy przestrzegać, aby żyć moralnie, może wydawać się przytłaczająca. Wielu stwierdzi nawet, iż to niemożliwe, żeby postępować dobrze. W pewnym sensie jest to prawda, gdyż żaden człowiek po grzechu pierworodnym, poza Jezusem Chrystusem oraz Maryją, nie jest w stanie uniknąć grzechu. Każdy w swoim życiu, ze względu na zranioną ludzką naturę, popełni przynajmniej jakiś grzech powszedni. Według definicji Koncylium zgromadzonego w Trydencie, błędem i herezją jest stwierdzenie, zgodnie z którym „sprawiedliwy przez całe życie może unikać wszystkich grzechów, nawet lekkich” (BF, s. 197).

    Da się natomiast uniknąć grzechów śmiertelnych w całym swoim życiu. Tak samo jest możliwe, żeby przynajmniej od jakiegoś momentu swojego życia, dzięki działaniu łaski Boga, ustrzec się jakiegokolwiek grzechu. Św. Jan, w swoim liście, napisał: „Ta bowiem jest miłość Boga, abyśmy przykazań jego strzegli, a przykazania jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3). Święty Sobór Trydencki, w dekrecie o usprawiedliwieniu, orzekł dogmatycznie, że herezją jest teza, według której „przykazania Boże nawet dla człowieka sprawiedliwego i będącego w łasce są niemożliwe do zachowania” (BF, s. 196).

    Podział na dwie tablice

    Zgodnie ze świadectwem Księgi Wyjścia, Bóg spisał przykazania swoje na dwóch tablicach: „Wyciosaj sobie dwie tablice kamienne (…) a napiszę na nich słowa” (Wj 34, 1). Istnieje kilka tradycji, co do podziału przykazań. Tradycja żydowska zakłada, iż na obu tablicach znajdowało się po 5 przykazań. Na pierwszej miały być te przykazania dotyczące Boga oraz czci rodziców, natomiast na drugiej reszta, która dotykała kwestii miłości bliźniego. Tradycja katolicka przyjmuje jednak podział, zgodnie z którym przykazania dotyczące Boga znajdują się na pierwszej tablicy, a przykazania odnoszące się do bliźnich na drugiej. Zwolennikiem takiego podziału był św. Augustyn z Hippony: „Tak jak są dwa przykazania miłości, o których mówi Pan, że na nich zawisło całe Prawo i Prorocy (…) tak te dziesięć przykazań zostało dane na dwóch tablicach. Trzy (…) są wypisane na jednej tablicy, a siedem na drugiej” („Sermones”, 33, 2 – Patrologia Latina 38, 208).

    Pierwsze przykazanie – monoteizm

    Pełna wersja przykazania objawionego przez Stwórcę, które według tradycji katolickiej jest pierwszym z dziesięciu, brzmi tak: „Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył” (Wj 20, 2-5). Zaczyna się ono od przypomnienia tego, że Jahwe jest Bogiem narodu żydowskiego oraz wspomnienia wielkich rzeczy, które uczynił dla ludu izraelskiego Pan Bóg. Dalsza część zakazuje kultu obcych bogów pogańskich, ogłaszając jednocześnie prawdę monoteizmu. W innej księdze mojżeszowej, w Księdze

    Powtórzonego Prawa, wiara w jednego Boga jest wyrażona w następujących słowach: „Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest” (Pwt 6, 4). I choć wszystkie teksty mozaizmu wskazują na

    istnienie tylko jednego Najwyższego Bytu – Jahwe, tak fragment o cudzych bogach jest napisany w taki sposób, aby mniej wykształceni, jeszcze nie w pełni uformowani, Izraelici mogli pojąć sens religijnego nakazu. Według „Katechizmu Rzymskiego” takie ujęcie tej sprawy wynika ze „ślepoty wielu ludzi, którzy przedtem wyznawali to, że chwalą prawdziwego Boga, a jednak mnóstwu Bogów służyli, jakich między żydami wiele było” (KR3, s. 32).

    Najważniejsze przykazanie

    Według katechizmu, który został ogłoszony przez św. Piusa V, przykazanie to jest „najpierwsze i największe”, gdyż „bardziej Pana Boga miłować i w większej powadze mieć mamy, niż pana i króla” (KR3, s. 32). Jest to najważniejsze przykazanie, ponieważ odnosi się do miłości i wiary w najdoskonalszą Istotę, czyli Pana Boga, Który jest Dawcą życia i naszym Zbawicielem.

    Dlaczego jest tylko jeden Bóg?

    Tomasz z Akwinu, najbardziej znany i szanowany teolog w historii Kościoła katolickiego, na łamach swojej „Sumy Teologicznej” podał powody, dla których nie jest możliwe istnienie wielu bogów. Święty ten pisał, między innymi, iż „Bóg mieści w sobie całą pełnię doskonałości istnienia. Gdyby przeto istniało więcej bogów; musieliby się jakoś między sobą różnić, a to znaczy. co przyzna się jednemu, drugiemu trzeba tego odmówić; i jeśli to, co się przyzna jednemu, będzie brakiem – pozbawieniem, już nie ma mowy o pełnej jego doskonałości; jeśli zaś będzie to jakaś doskonałość, drugiemu trzeba będzie jej odmówić. A więc istnienie wielu bogów jest wprost niemożliwe” („Suma Teologiczna”, 1, 11, 3). Według niego także przyczyna wszystkiego, czyli ten, „który jest pierwszy, jest w najwyższym stopniu doskonały, i zarazem jest przyczyną zasadniczą, a nie uboczną, czyli pod jakimś tylko względem, dlatego i ów pierwszy porządkowy ujmujący wszystkie rzeczy w jeden harmonijny układ musi być li tylko jeden; i takim właśnie jest Bóg” (Tamże).

    Obowiązki wynikające z przykazania oraz grzechy przeciwko przykazaniu

    Przykazanie to obejmuje wiarę, nadzieję i miłość. Wiara nakazuje nam wierzyć w istnienie Boga. Domaga się od nas także przyjęcia całej prawdy objawionej, którą przechowuje, wykłada i głosi w swoim nauczaniu Kościół katolicki (Por. KKK 2087-2089). Nadzieja zaś to oczekiwanie w ufności na otrzymanie Bożego błogosławieństwa oraz uszczęśliwiającego widzenia Stwórcy po śmierci. Jest też lękiem przed znieważeniem Boga oraz wiarą w możliwość odpuszczenia grzechów (Por. KKK 2090). Miłość natomiast jest związana z naszym obowiązkiem miłowania Pana ponad wszystko i wszystkich (Por. KKK 2093). Te trzy cnoty teologalne wyrażają się w naszej modlitwie, adoracji i w naszych ofiarach. Adoracja polega na oddawaniu Bogu chwały Jemu należnej. Modlitwa może być zaś błagalna, dziękczynna, uwielbienia lub wstawiennicza (Por. KKK 2095-2100).

    Przeciwko wierze możemy zgrzeszyć poprzez dobrowolne wątpienie w Boga lub prawdy objawione przez Niego. Z cnotą tą sprzeczna jest też niewiara, czyli odrzucenie wiary. Grzechem również jest herezja, czyli uporczywe negowanie któregoś z dogmatów Kościoła katolickiego, a także schizma, czyli odrzucenie władzy biskupa Rzymu lub komunii z biskupami Kościoła (Por. KKK 2088-2089). Wykroczeniami przeciwko nadziei są rozpacz oraz zuchwała ufność. Rozpacz oznacza brak wiary w możliwość przebaczenia grzechów lub zrezygnowanie z oczekiwania na pomoc od Boga w przezwyciężeniu swoich słabości. Zuchwała ufność zasadza się na fałszywym przekonaniu, iż albo można się zbawić wyłącznie dzięki swoim wysiłkom, albo otrzymać zbawienie bez nawrócenia z grzechów (Por. KKK 2091-2092). Miłości wobec Boga sprzeciwia się obojętność, niewdzięczność, oziębłość (lub też zwlekanie czy niedbałość), lenistwo duchowe oraz nienawiść do Stwórcy (Por. KKK 2094).

    Czy istnieje zakaz tworzenia wizerunków i oddawania im czci?

    Pierwsze przykazanie obejmuje zakaz czczenia fałszywych bogów, a także tworzenia wizerunków i oddawania im czci boskiej. Według „Katechizmu Rzymskiego”, ogłoszonego na polecenie Soboru Trydenckiego, „obrazy dlatego Pan Bóg zakazał, aby podobno chwaląc obrazy jak bogi, prawdziwego Boga chwały nie zaniedbali” (KR3, s. 37). Bóg zakazał Izraelitom również tworzenia obrazów przedstawiających Go, gdyż objawił się On w sposób transcendentny, bez żadnego konkretnego fizycznego obrazu. Niemniej, sam Pan nakazał Żydom uczynić wizerunki węża miedzianego (Por. Lb 21, 4-9), arki Przymierza oraz cherubinów (Por. Wj 25, 10-22), które miały symbolizować przyszłe Odkupienie oraz obecność Jahwe. Katolicka wiara i praktyka, tworzenia oraz oddawania czci obrazom przedstawiającym Boga lub świętych, nie jest jednak sprzeczna z tym przykazaniem, ponieważ ta cześć, którą oddajemy obrazom, nie jest adoracją czy też czcią należną jedynie Bogu. Zgodnie z nauczaniem Soboru Nicejskiego II, powtórzonym przez katechizm wydany przez św. Jana Pawła II, „kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia” (KKK2132). Cześć, którą oddajemy obrazom, jest „pełną szacunku czcią”, a nie „uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu” (Tamże). Dozwolone są obrazy Trójcy Świętej, aniołów lub też świętych. Zgodnie z katolicką praktyką, Boga Ojca można przedstawiać jako „Starowieczną Osobę, na stolicy siedzącą”, natomiast Ducha Świętego ukazuje wizerunek „gołębicy i ogniste języki” (KR3, s. 39-40).

    Bałwochwalstwo jednak nie ogranicza się wyłącznie do czczenia fałszywych bogów, lecz przybiera także postać magii lub wróżbiarstwa, które polega na odwoływaniu się do Szatana, demonów lub

    innych praktyk uchodzących za magiczne (Por. KKK 2116-2117). Samo bałwochwalstwo może polegać też na wywyższaniu innych rzeczy, które nie są Bogiem, np. pieniędzy. Istnieją również grzechy zwane „bezbożnością”. Wśród nich znajduje się wykroczenie symonii, czyli kupowanie lub sprzedawanie rzeczy duchowych. Poważnym złem jest świętokradztwo, które polega na profanowaniu i znieważaniu sakramentów lub osób, rzeczy i miejsc poświęconych Stwórcy. Czynem niemoralnym jest kuszenie czy też wystawianie na próbę Boga (Por. KKK 2118-2121). Złem jest również zabobon, który polega na przypisywaniu magicznych cech pewnym elementom kultu Bożego.

    Wszystkie cytaty biblijne za: „Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie polskim

    W. O. Jakuba Wujka S. J., Wydanie trzecie poprawione, Kraków 1962”

    Wykaz skrótów:

    BF – Breviarium Fidei, Ignacy Bokwa (red.), Poznań 2007

    KKK – Katechizm Kościoła katolickiego

    KR3- Katechizm Rzymski, t. 3, Komorów 2022

    PCh24.plDominik Bartsch

    ***

    Odsłonięto mozaikę Leona XIV w Bazylice św. Pawła za Murami

    W Bazylice św. Pawła za Murami, w galerii papieskich mozaik, okalających wnętrze świątyni, można już oglądać wizerunek Leona XIV. Jako jedyny jest on podświetlony, bowiem, według tradycji, iluminacja wskazuje papieża, który aktualnie zasiada na Tronie Piotrowym.

    Vatican Media

    ***

    Mozaika z wizerunkiem Leona XIV została podświetlona w niedzielę, 25 stycznia, przed nieszporami, którym Papież przewodniczył w Bazylice św. Pawła za Murami z okazji zakończenia Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Papieski portret został umieszczony w prawej nawie świątyni, na wysokości 13 m, w galerii, zawierającej 267 papieskich wizerunków.

    Tradycja z czasów Leona Wielkiego

    Umieszczanie w Bazylice św. Pawła za Murami – Apostoła Narodów – portretów kolejnych papieży, to tradycja, sięgająca V w. i pontyfikatu Leona Wielkiego. Początkowo wizerunki te były malowidłami, jednak w znacznej większości zostały one zniszczone podczas tragicznego pożaru, jaki strawił świątynię w 1823 r.

    W 1847 r. Pius IX zadecydował o odtworzeniu papieskiej galerii, powierzając to zadanie watykańskiej pracowni mozaik. Prace przebiegały w ekspresowym tempie: w niespełna pół roku stworzono malowane portrety 262 papieży, które następnie posłużyły jako wzór do wykonania mozaik – każdej w formie tonda, o średnicy 137 cm.

    Od Piotra do Leona XIV

    Tradycja wykonywania mozaiki na podstawie wcześniej przygotowanego portretu jest pielęgnowana do dziś. Autorem obrazu z wizerunkiem Leona XIV jest ceniony we Włoszech twórca sztuki sakralnej dr Rodolfo Papa. Wykonał go w ciągu kilku tygodni w lipcu ubiegłego roku. Ostateczną wersję malowidła, wybrał spośród 4 przedstawionych szkiców sam Leon XIV.

    Następnie, w ciągu zaledwie 3 miesięcy, przygotowano na tej podstawie mozaikę, na którą składa się 15 tys. elementów o łącznej wadze 130 kg. W styczniu mozaika została zaprezentowana Papieżowi, a następnie przystąpiono do jej instalowania w Bazylice św. Pawła za Murami. Przez cały pontyfikat Leona XIV pozostanie ona podświetlona, na znak sprawowania przez niego urzędu Piotrowego.

     Vatican News -Tygodnik Niedziela

    ***

    Papież zaprasza chrześcijan do głoszenia światu Jezusa z pokorą i radością

    Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan wzywa nas co roku do odnowienia naszego wspólnego zaangażowania w tę wielką misję, mając świadomość, że podziały między nami – choć z pewnością nie przeszkadzają jaśnieć światłu Chrystusa – to jednak sprawiają, że to oblicze, które ma je odzwierciedlać w świecie, staje się bardziej przyćmione – mówił Papież podczas nieszporów w Bazylice św. Pawła za Murami na zakończenie LIX Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan.

     Vaican Media

    ***

    Na początku homilii Ojciec Święty podkreślił, że św. Paweł „dzięki łasce Bożej poznał Pana Jezusa Zmartwychwstałego, który objawił się Piotrowi, a następnie Apostołom i setkom innych zwolenników tej Drogi, a w końcu także jemu, prześladowcy”. Spotkanie Szawła ze Zmartwychwstałym przyczyniło się do przemiany prześladowcy chrześcijan w wielkiego Apostoła, co upamiętnia święto Nawrócenia św. Pawła obchodzone w Kościele 25 stycznia. Szaweł zaś stał się Pawłem.

    Misja św. Pawła – misją wszystkich chrześcijan

    Papież podkreślił też, że „gromadząc się przy doczesnych szczątkach Apostoła Narodów, przypominamy sobie, że jego misja jest również misją wszystkich współczesnych chrześcijan: polega ona na głoszeniu Chrystusa i zapraszaniu wszystkich, aby w Nim pokładali nadzieję”. Papież dodał, że „każde prawdziwe spotkanie z Panem jest bowiem momentem przemieniającym, który daje nowe spojrzenie i nowy kierunek, aby wypełnić zadanie budowania Ciała Chrystusa”.

    Głosić Chrystusa wszystkim

    Sobór Watykański II w Konstytucji o Kościele wyraził pragnienie głoszenia Ewangelii każdemu stworzeniu, aby „oświecić wszystkich ludzi blaskiem Chrystusa jaśniejącym na obliczu Kościoła”. Papież przypomniał, że wszyscy chrześcijanie są powołani do mówienia światu z pokorą i radością o Chrystusie, a obchodzony co roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan szczególnie wzywa do odnowienia zaangażowania w ten proces.

    1700. rocznica Soboru Nicejskiego

    Leon XIV nawiązał też do ubiegłorocznej 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, gdy „Jego Świątobliwość Bartłomiej, Patriarcha Ekumeniczny, zaprosił do świętowania tej rocznicy w İzniku”. Papież wyraził wdzięczność Bogu za to, że „dwa miesiące temu, podczas tej uroczystości, było reprezentowanych tak wiele tradycji chrześcijańskich. Wspólne odmówienie Credo Nicejskiego w tym miejscu, w którym zostało ono zredagowane, było cennym i niezapomnianym świadectwem naszej jedności w Chrystusie”. Dodał: „Ta chwila braterstwa pozwoliła nam również wychwalać Pana za to, czego dokonał w Ojcach z Nicei, pomagając im jasno wyrazić prawdę o Bogu, który stał się naszym bliźnim, spotykając się z nami w Jezusie Chrystusie”. Papież wyraził nadzieję, że również dzisiaj Duch Święty mógł znaleźć w chrześcijanach „pojętny umysł, aby jednym głosem przekazywać wiarę mężczyznom i kobietom naszych czasów!”.

    Ojciec Święty nawiązał do fragmentu Listu do Efezjan, wybranego jako temat tegorocznego Tygodnia Modlitw, gdzie ciągle powtarza się określenie „jeden”: jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg. „Drodzy bracia i siostry, jakże te natchnione słowa nie mogłyby poruszyć nas do głębi? Jakże nasze serca mogą nie pałać pod ich wpływem?” – mówił Papież. „Stanowimy jedno! Już jesteśmy jedno! Uznajmy to, doświadczajmy tego, ukazujmy to!” – dodał.

    Nawiązanie do przesłania papieża Franciszka

    Leon XIV odniósł się też do przesłania swojego poprzednika, który podkreślał, że „droga synodalna Kościoła katolickiego ‘jest i musi być ekumeniczna, tak jak synodalny jest proces ekumeniczny’”. W latach 2023 i 2024 r. odbyły się dwa Synody Biskupów, które, jak wskazał Leon XIV, „charakteryzowały się głęboką gorliwością ekumeniczną i zostały ubogacone udziałem licznych bratnich delegatów. Uważam, że będzie to droga ku wspólnemu rozwojowi we wzajemnym poznaniu odpowiednich struktur i tradycji synodalnych”.

    W 2033 r. będziemy obchodzić 2000. rocznicę Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pana Jezusa. „Starajmy się o dalsze rozwijanie ekumenicznych praktyk synodalnych i wzajemnego oznajmiania tego, kim jesteśmy, co czynimy i czego nauczamy”- zachęcił Papież.

    Słowa pozdrowienia i podziękowania

    W kontekście dobiegającego końca Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan Papież skierował pozdrowienia do kard. Kurta Kocha, członków, konsultorów i pracowników Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan oraz do uczestników dialogów teologicznych i innych inicjatyw promowanych przez tę Dykasterię. „Jestem wdzięczny za obecność na tej liturgii licznych zwierzchników i przedstawicieli różnych światowych Kościołów i wspólnot chrześcijańskich, w zwłaszcza Metropolity Polykarposa, reprezentującego Patriarchat Ekumeniczny, Arcybiskupa Khajaga Barsamiana, reprezentującego Ormiański Kościół Apostolski, oraz Biskupa Anthony’ego Ball’a, reprezentującego Wspólnotę Anglikańską – wskazał Papież. – Pozdrawiam również stypendystów Komitetu ds. Współpracy Kulturalnej z Kościołami Prawosławnymi i Wschodnimi Dykasterii do spraw Popierania Jedności Chrześcijan, studentów Instytutu Ekumenicznego Światowej Rady Kościołów w Bossey, grupy ekumeniczne i pielgrzymów uczestniczących w tej uroczystości”.

    Vatican NewsTygodnik Niedziela

    ***

    czwartek 22 stycznia

    Apostoł Rzymu – Święty tygodnia:

    św. Wincenty Pallotti

    ***

    Myśl: Nie obrażał się na ciężkie czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół.

    WWW.WATRA.PL

    ***

    Św. Wincentego Pallotti można śmiało nazwać prekursorem Soboru Watykańskiego II. Był wielkim propagatorem zaangażowania ludzi świeckich w życie Kościoła. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.

    Urodził się w roku 1795 r. w Rzymie i tam spędził całe życie. Studiował na uniwersytecie Sapienza, gdzie zdobył doktorat z teologii i filozofii. Święcenia kapłańskie przyjął w Bazylice św. Jana na Lateranie. Duszpasterzował na wielu frontach. Wykładał na uniwersytecie, był ojcem duchownym w seminarium. Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt. Był kapelanem więźniów i żołnierzy, rekolekcjonistą, kaznodzieją, cenionym spowiednikiem. Zabiegał o to, aby wszystkie te działania jednoczyć i koordynować.

    Stąd zrodziła się idea powołania do życia Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Główną ideą tej instytucji było pobudzanie wszystkich członków Kościoła, a szczególnie ludzi świeckich, do apostolstwa. Księża, którzy angażowali się w dzieło, zawiązali z czasem Stowarzyszenie Apostolatu Katolickiego (pallotyni). Ks. Pallotti założył także zgromadzenie żeńskie. Nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim Filipem Nereuszem”. Pewnego dnia ks. Pallotti użyczył swego płaszcza biedakowi, na skutek czego dostał ostrego zapalenia płuc i zmarł 22 stycznia 1850 roku. Został pochowany w kościele San Salvatore in Onda.

    Kanonizował go Jan XXIII w czasie trwania Soboru Watykańskiego II w 1963 r. Pallotti żył w czasach, w których rodziły się podwaliny nowoczesnego świata. Idee oświecenia i rewolucji francuskiej, niepokoje czasów napoleońskich, tzw. kwestia robotnicza, tendencje liberalne i ruchy narodowościowe, likwidacja państwa kościelnego – to tylko niektóre ze zjawisk tego czasu. Pallotti nie obrażał się na czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół. Pisał: „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ***

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    O tajemnicy zaufania

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Od ponad 8 lat fascynowała mnie duchowość świętego Wincentego Pallottiego. Człowieka pokornego, człowieka miłosiernego, Apostoła XIX wieku. Przez lata również zastanawiałem się nad zagadnieniami zaufania i nieskończoności jakie często cytował w swoich dziełach wspomniany święty.

    Kiedy jeszcze studiowałem na wykładach jeden z moich profesorów na pytanie: co trzeba zrobić aby być świętym? Odpowiedział: trzeba być po prostu człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, nie pędzącym za nienawiścią, za bogactwami, zazdrością. Trzeba być człowiekiem zwyczajnym, prostym (nie prostackim) który umie rozmawiać z innymi ludźmi i z Bogiem. Umieć rozmawiać z człowiekiem znaczy umieć rozmawiać z Bogiem, bo nie można kochać Boga jeżeli nie kocha się człowieka. Nie można rozmawiać przyjaźnie z Bogiem nienawidząc innych. W człowieku, w jego gestach, słowach można zobaczyć miłość Boga, ale można i również innym ją ukazać. I tak sobie myślę, że św. Wincenty Pallotti doskonale potrafił ukazać miłość Boga widząc w drugim człowieku Jego obraz. Zaufać Bogu być może oznacza coś innego niż zaufać człowiekowi. Człowieka mamy na co dzień, możemy go zawsze skontrolować, możemy wiedzieć czy mówi prawdę, czy jest wiarygodny, możemy mieć nad nim kontrolę, a Bóg? Nie znamy Jego planów, nie wiemy co zamierza i czasami wydaje nam się bardzo daleki.

    Nieskończoność, być w nieskończonym kontakcie z Bogiem, nieskończenie mu zaufać, nieskończenie poddać się Jego woli i zdać się na Jego zbawcze posłannictwo. Czasami było bardzo trudno mi w to było uwierzyć, do tego się przekonać. Wydaje mi się, że najtrudniej jest pokonać barierę zaufania, zawierzenia. Niczym Abraham wyruszyć ze swojego domu by iść w nieznane, niczym Mojżesz stawać w obronie kogoś kto wcale nie chce być bronionym, jak buntujący się lud na pustyni, niczym ślepiec z Ewangelii pomimo sprzeciwu zgromadzonych „dopchać się” za wszelką cenę do upragnionego celu — do Chrystusa. Być może ktoś powie, ładna, bardzo ładna teoria, ale daleko jej jeszcze do praktyki. W XXI wieku rządzonym przez pieniądz, politykę trudno jest mówić o zaufaniu do człowieka, łatwiej jest mówić o „plecach” dzięki którym można się dostać do pracy, na studia, na wysokie stanowiska. Ciężej się mówi o zaufaniu do człowieka, a jeszcze ciężej o zaufaniu do Boga, gdy liberalizm stara się nam ukazać bezsens wiary, a ludzkość pyta: Gdzie jest Bóg? Czy naprawdę jest On wszechmogący?

    Nieskończenie zaufać Bogu, stanąć ponad systemami społecznymi, uwierzyć, że nad wszystkim co nam się w życiu przytrafia czuwa Bóg. Chroni nas i nigdy nie chce dla nas źle. Żyć wiarą i uwierzyć w życie, zaufać nieskończenie, że ostatnie słowo zawsze należy do Boga, a nie do człowieka. To brzmi jak prawdziwy sprawdzian z naszej wiary. Bo życie jest sprawdzianem z rozumienia Bożej miłości.

    W ubiegłym roku w Zurychu, Lozannie i wielu innych miastach odbyła się największa wystawa Techniki XX i XXI wieku — „Expo 2002”. Kolorowe afisze, reklamy telewizyjne. Tłumy Szwajcarów wyruszały by ujrzeć „cuda techniki”. W każdym sklepie można było usłyszeć pytanie: Czy widziałeś już EXPO 2002? Kiedyś na jednym z kazań powiedziałem, że zachwycamy się cudami techniki, a tymczasem nie zastanawiamy się nad sferą duchową. EXPO 2002 nie było niczym innym jak tylko Wieżą Babel XXI wieku krzyczącą na cały kraj: „patrzcie co jesteśmy w stanie uczynić!!!” My ludzie, zawładnęliśmy techniką, pieniądzem, możliwościami. Być może dzięki temu niektórzy chcą stać się równymi Bogu. A tymczasem? Kiedy pojawia się jakaś choroba, np. rak, czy też gdy nadchodzi śmierć zdajemy sobie sprawę, że ani pieniądze, ani technika nie są w stanie nam pomóc. Coś co może nas trzymać przy życiu nie może zostać ujęte w kryteriach materialnych. Wiary i zaufania nie da się kupić, nie da się ich wyprodukować. Są one owocem miłości. I tak sobie myślę, że źródłem nieskończoności jest również miłość, czyli sam Bóg, jako nieskończona miłość. Myślę, że słowa Wincentego były aktualne zarówno w XIX wieku , ale są jeszcze bardziej „na czasie” w 200 lat później:

    Szukaj Boga
    A znajdziesz go
    Szukaj Boga
    We wszystkich dziełach
    A znajdziesz go w nich.
    Szukaj go zawsze
    A zawsze Go znajdziesz

    Gdy znajdziemy w naszym życiu Boga, prawdziwie go spotkamy, myślę, że wówczas odkryjemy tajemnicę nieskończoności i zaufania. Odkrywając te tajemnice poznajemy tym samym Boga, jego miłość i troskę, jaką nas otacza każdego dnia. Tajemnica nieskończoności, jest tajemnicą Boga, bo On jest nieskończony, On jest Bogiem Nieskończonej Miłości.

    Artur Marek Wójtowicz/Opoka

    ***

    Noc ciemna w życiu Pallottiego?

    św.Wincenty Pallotti (1963)Jan Ekiert © SAC

    ***    

    Przy okazji dzisiejszego liturgicznego wspomnienia św. Wincentego Pallottiego, zaglądam do jego chronologii. Rok 1824: nie ma ani jednego odnotowanego wydarzenia. Podobnie jest w jego duchowych zapiskach. Puste strony.

    Zawsze mnie to intrygowało, a ponieważ w tym roku mija 200 lat od tego „doświadczenia”, postanowiłem o nim wspomnieć. Czy chodzi o „noc ciemną” w życiu Pallottiego? Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale co to jest „noc ciemna”?

    To bardzo trudne doświadczenie, ale ważne w perspektywie głębszego życia duchowego. Trudne, bo masz poczucie, że wali się świat, że wszystko straciło sens, że nic cię nie zadowala, że przeżywasz chaos. Wszystko staje się pustką i ciemnością. A przecież osoby, które przeżyły „noc ciemną”, uważają, że prowadzi ona do większej wrażliwości i otwartości na życie. Wprowadza na inny poziom przyjmowania świata, siebie, drugiego człowieka i Boga, choć w tym momencie, w którym ją przeżywasz, wcale ci się nie wydaje, że o to chodzi.

    Święty Jan od Krzyża, mistrz duchowości chrześcijańskiej, którego Pallotti poczytywał z pożytkiem, spróbował opisać to doświadczenie. Dla niego noc jest łaską, „wzniosłą szczęśliwością” udzielaną wierzącemu, by wesprzeć go w jego wychodzeniu z „ziemi niewoli” ku wolności dzieci bożych. To łaska, której Bóg udziela na różne sposoby, dostosowując się jednak zawsze do rytmu i potrzeb człowieka. Bo jeśli Bóg trapi, to jedynie po to, by wywyższyć. To jest droga przez ciemność, do coraz większej jasności. Dzięki temu doświadczeniu człowiek nie staje się kimś lepszym, ale kimś nowym.

    Otóż myślę, że to właśnie owe doświadczenie nocy ciemnej pozwoli Pallottiemu zapisać kilka lat później: „W dniu 26 marca 1840 roku, po odprawieniu Najświętszej Ofiary poczułem, o mój Boże, mój Ojcze, Miłosierdzie me nieskończone, że raczyłeś we mnie zburzyć całego mnie, a ukształtować i stworzyć we mnie nowy cud miłosierdzia. Tak, w Kościele twym ustanawiasz mnie jako nowy cud miłosierdzia” (OOCC X, 211).

    Proszę zauważyć, iż Pallotti aż dwukrotnie precyzuje w tym krótkim zapisie, że chodzi o nowy cud miłosierdzia! Ta świadomość „nowości” będzie w nim zawsze bardzo żywa. To ona będzie napędzała jego kreatywność i odwagę angażowania się na nowych, nieznanych dotąd w Kościele drogach.

    Nie wiemy jak długo trwała „noc ciemna” w życiu Pallottiego. Jedno jest pewne, że próba ta przyszła wtedy, gdy był w stanie ją znieść, i że wyszedł z niej „nowym”.

    ks. Stanisław Stawicki SACRecogito, rok XXV, styczeń 2024

    ***

    Wszechmogący Boże, Ty powołałeś świętego Wincentego Pallottiego, aby w Kościele pogłębić wiarę i ożywić miłość. Spraw łaskawie, abyśmy żyjąc duchem wiary i pełniąc uczynki miłości, zasłużyli na nagrodę życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.      

    Święty Wincenty Pallotti, Ty poprzez swoje życie dałeś nam przykład gorącej miłości Boga i niestrudzonej gorliwości w trosce o zbawienie wszystkich ludzi. Wstawiaj się u Boga za nami, abyśmy przeniknięci miłością i ożywieni Twoim duchem, wiernie realizowali otrzymane powołanie apostolskie. Amen.

    ***

    Abp Galbas: Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca!

    Święty Wincenty Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu! – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas, który przewodniczył Mszy św. odpustowej w parafii pallotyńskiej w Łodzi.

    Abp Adrian Galbas w Sanktuarium Świętości Życia w Łodzi

    Abp Adrian Galbas w Sanktuarium Świętości Życia w Łodzi

    ***

    W liturgiczne wspomnienie św. Wincentego Pallotiego założyciela Zgromadzenia Księży Pallotynów, wspólnota parafii św. Wincentego Pallottiego w Łodzi przeżywała odpust ku czci swojego patrona. Poprzedziło je Triduum o św. Wincentym, które poprowadził ks. dr Jan Jędraszek SAC. Metropolitę warszawskiego w Sanktuarium Świętości Życia powitał ks. Andrzej Lemański SAC, proboszcz, prosząc o modlitwę w intencji całej wspólnoty parafialnej.

    W homilii abp Adrian Galbas odniósł się m.in. do Listu św. Pawła do Koryntian. – W kościele są i prorocy i nauczyciele, dziś byśmy powiedzieli, że są biskupi, i księża, ale są także ludzie świeccy, których jest najwięcej. Nie można powiedzieć, że ktoś jest ważniejszy, każdy ma taką samą godność. I każdy w Kościele ma takie samo wspólne powołanie, powołanie do świętości które dostaliśmy przed założeniem świata. Święty Paweł mówi, że to wszystko nie miałoby sensu, jeśliby nie było ożywiane przez miłość. Miłość jest jak dusza w Kościele, nadaje sensu wszystkiemu. Święty Paweł opowiada jaka ona jest … ona jest najważniejsza, ona jest stała, wszystko przeminie. Nawet wiara w życiu wiecznym nie będzie nam potrzebna, ale miłość zostanie wieczna. Paweł pisze list do Koryntian i mówi, że wszystko przeminie, jeśli nie ma miłości. O miłości mówi także prorok Izajasz, mówi o miłości bardzo praktycznej. Jeśli podasz kubek spragnionego, nagiego przyodziejesz nie będziesz obracał się od współziomków… To nie tylko ci, których obdarowujesz na tym zyskają, ale zyskasz i Ty sam. Wtedy twoja ciemność stanie się południem, w tobie będzie nagle więcej światła, będzie więcej jasności i przejrzystości. Rdzeniem miłości jest dawanie – podkreślał abp Galbas w homilii.

    W dalszej części homilii metropolita warszawski odniósł się do ewangelicznej postaci miłości w życiu św. Wincentego Pallottiego. – To wszystko dostajemy właśnie w dzień świętego Wincentego. Dlaczego? Bo w Jego życiu i posługiwaniu najważniejsza była miłość. Mówiąc o nim często podkreślamy to co on zrobił: spowiednik, rekolekcjonista, rektor kościoła, kaznodzieja itd. Ciągle w jego życiu jest jakaś aktywność, jakieś działanie. Ale to nie jest najważniejsze – nie z powodu swojego aktywizmu został świętym. On to wszytko robił z miłości. Tego ludziom zabrakło, nie pracoholizmu, ale miłości (…) Wincenty doświadczył tego jak bardzo jest kochany nieskończoną miłosierną miłością Boga. Im bardziej będziemy misjonarzami, tym bardziej będziemy kochać. Czy to jest moje chrześcijaństwo oparte na tym doświadczeniu – czy jestem kochany nieskończoną miłością Boga? Bóg mnie kocha nieskończoną miłością (…) Umieramy, ale to co się liczy to jest miłość, która jest przepustką do lepszego świata. On nie jest w układzie z Schengen, tam potrzebna jest przepustka z miłości. Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu. Mówił „dobrom, które czynimy razem, jest długotrwałe”. Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca! – zakończył abp Adrian Galbas.

    Na zakończenie Mszy św. wierni mieli możliwość adoracji relikwii św. Wincentego poprzez ich ucałowanie.

    Św. Wincenty Pallotti nie umiał żyć bez współpracy ze świeckimi

    Piotr DrzewieckiTygodnik Niedziela

    ***

    PATRON DNIA: ŚW. WINCENTY PALLOTTI

    Św. Wincenty Pallotti - Radio Watykańskie

    W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.

    Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.

    „Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego” – podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC

    Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.

    „Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej” – podkreślił superior pallotynów.

    W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.

    Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmatem założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.

    „Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.

    We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.

    „Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją” – ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC

    Polskifr.fr22 stycznia 2024 Radio Maryja

    ***

    18 – 25 stycznia

    Tydzień modlitw o jedność chrześcijan

    Pan Jezus jako Dobry Pasterz na witrażu w jednym z kościołów, fot. z książki

    Pan Jezus jako Dobry Pasterz na witrażu w jednym z kościołów

    fot. z książki “Przymierze z Bogiem. Obrazy Kościoła w Piśmie Świętym” ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, str. 41.

    ***

    Ekumenizm według św. Jana Pawła II.

    7 najważniejszych elementów

    Jan Paweł II rozmawia z patriarchą Bartłomiejem
    PATRICK HERTZOG | AFP

    św. Jan Paweł II rozmaiwa z patriarchą Barłomiejem I

    ***

    Jan Paweł II – człowiek dialogu i jeden z ojców Soboru Watykańskiego II stawia sprawę jasno: ekumenizm nie jest dodatkiem.

    Zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Dla tych, którzy mają relację z członkami innych Kościołów to czas intensywnych spotkań, dla innych – czas, gdy przypominają sobie o wadze jedności Kościoła. Jeszcze dla innych to świadectwo upadku Kościoła i rezygnacji z jego misji. 

    Dla wyrównania oddechu i uspokojenia nastrojów warto sięgnąć do nauczania św. Jana Pawła II, który wciąż dla wielu jest autorytetem duchowym. Nie sposób w krótkim artykule streścić całego nauczania św. Papieża na temat ekumenizmu, ale chciałem zwrócić uwagę na siedem jego ważnych myśli.

    Rozumienie ekumenizmu

    według św. Jana Pawła II?

    Siedem cech ekumenizmu, które są zawarte w Encyklice „Ut unum sint” z roku 1995.

    1 EKUMENIZM NIE JEST DODATKIEM

    Jan Paweł II stwierdza stanowczo, że ekumenizm jest istotnym elementem działania Kościoła i powinien przenikać wszystkie jego działania:

    Ekumenizm, ruch na rzecz jedności chrześcijan, nie jest jakimś tylko „dodatkiem”, uzupełnieniem tradycyjnego działania Kościoła. Przeciwnie, należy on w sposób organiczny do całości jego życia i działania i w konsekwencji winien tę całość przenikać i z niej wyrastać jak owoc ze zdrowego i kwitnącego drzewa, które osiąga pełnię życia (UUS, 20).

    Zatem oznaką zdrowia Kościoła jest zaangażowanie w jedność całej wspólnoty.

    2 DUCHOWY EKUMENIZM

    Jan Paweł II zaznacza, że sercem ekumenizmu jest duch: nawrócenie oraz świętość, które są połączone z modlitwą. 

    Szlak nawrócenia serc jest wyznaczany rytmem miłości, która zwraca się równocześnie do Boga i do braci: do wszystkich braci, również do tych, którzy nie są w pełnej komunii z nami. Miłość ożywia pragnienie jedności nawet w tych, którzy nigdy nie dostrzegali jej potrzeby. Miłość tworzy komunię osób i Wspólnot. Jeśli się miłujemy, staramy się pogłębić naszą komunię i czynić ją coraz doskonalszą. Miłość zwraca się do Boga jako najdoskonalszego źródła komunii – która jest jednością Ojca, Syna i Ducha Świętego – aby z tego Źródła czerpać moc tworzenia komunii pomiędzy ludźmi i Wspólnotami lub odtwarzania jej pomiędzy jeszcze rozdzielonymi chrześcijanami. Miłość jest najgłębszym, życiodajnym nurtem procesu zjednoczenia.

    Miłość ta znajduje najpełniejszy wyraz we wspólnej modlitwie. Sobór nazywa modlitwę duszą całego ruchu ekumenicznego, gdy jednoczą się w niej bracia, między którymi nie ma doskonałej komunii (UUS, 21).

    Gdy chrześcijanie modlą się razem, wówczas cel, jakim jest zjednoczenie, wydaje się bliższy (UUS, 22)
    .

    3 WIERNOŚĆ PRAWDZIE

    Dążenie do słusznej jedności nie jest przyzwoleniem na rezygnację z prawdy i przyjęciem za wszelką cenę kompromisów. 

    Dekret o ekumenizmie wymienia wśród elementów nieustannej reformy także sposób przedstawiania doktryny. Nie chodzi tu o modyfikację depozytu wiary, o zmianę znaczenia dogmatów, o usunięcie w nich istotnych słów, o dostosowanie prawdy do upodobań epoki, o wymazanie niektórych artykułów Credo pod fałszywym pretekstem, że nie są one już dziś zrozumiałe. Jedność, jakiej pragnie Bóg, może się urzeczywistnić tylko dzięki powszechnej wierności wobec całej treści wiary objawionej (UUS, 18).

    Nie zamyka to jednak drogi do dialogu i prób zrozumienia siebie. 

    Strony prowadzące dialog spotykają się nieuchronnie z problemem odmiennych sformułowań, za pomocą których wyrażona jest doktryna różnych Kościołów i Wspólnot kościelnych; ma to liczne konsekwencje dla procesu ekumenicznego.

    Jedną z korzyści, jakie przynosi ekumenizm, jest to, że pomaga on chrześcijańskim Wspólnotom w odkrywaniu niezgłębionego bogactwa prawdy (UUS, 38).

    4 EKUMENIZM TO RACHUNEK SUMIENIA

    Dialog, którym jest ekumenizm, przynosi owoce, którymi są wymiana dóbr, rachunek sumienia, który przybliża do Boga oraz porzucenie wrogości:

    Trzeba niejako rozpocząć od opuszczenia pozycji przeciwników, stron poróżnionych, aby znaleźć się na płaszczyźnie, na której obie strony traktują siebie nawzajem jako partnerów. Podejmując dialog, każda ze stron zakłada u swego rozmówcy wolę pojednania, czyli jedności w prawdzie. Aby to wszystko mogło się urzeczywistnić, muszą zaniknąć przejawy wzajemnego zwalczania się. Tylko wówczas dialog pomoże w przezwyciężeniu podziału, a posłuży do przybliżenia jedności (UUS, 29).

    Zjednoczenie chrześcijan – także po wszystkich grzechach, które przyczyniły się do historycznych podziałów – jest możliwe. Warunkiem jest pokorna świadomość, że zgrzeszyliśmy przeciw jedności i przekonanie, że potrzebujemy nawrócenia (UUS, 34).

    5 OCZYSZCZENIE PAMIĘCI HISTORYCZNEJ

    Ważnym elementem, który przyświeca ekumenizmowi, jest dążenie do oczyszczenia pamięci historycznej. Żywym owocem takiego podejścia jest zdjęcie ekskomunik pomiędzy Rzymem a Konstatnynopolem:

    Historycznym wyrazem zmiany, jaka się dokonała, był eklezjalny akt, mocą którego „zostało usunięte z pamięci i z życia Kościoła” wspomnienie o ekskomunikach, które dziewięćset lat wcześniej, w 1054 r., stały się symbolem schizmy między Rzymem i Konstantynopolem (UUS, 52).

    Podjęcie podobnych działań nadal stoi przed Kościołem:

    Dlatego zaangażowanie ekumeniczne musi się opierać na nawróceniu serc i na modlitwie, które doprowadzą także do niezbędnego oczyszczenia pamięci historycznej. Dzięki łasce Ducha Świętego uczniowie Chrystusa, ożywieni miłością, odwagą płynącą z prawdy i szczerą wolą wzajemnego przebaczenia i pojednania, są powołani, aby ponownie zastanowić się nad swoją bolesną przeszłością i nad ranami, jakie niestety zadaje ona do dzisiaj (UUS, 2).

    6 WSPÓLNE ŚWIADECTWO ŚWIĘTOŚCI

    Jan Paweł II zaznacza, że mimo podziałów, chrześcijanie mają wspólne Martyrologiów, czyli spis osób, które oddały życie za Chrystusa. Ich świadectwo jest znakiem, że pdziały mozna przezwyciężyć, przez oddanie życia Jezusowi:

    Odważne świadectwo licznych męczenników naszego stulecia, należących do innych także Kościołów i Wspólnot kościelnych, które nie są w pełnej komunii z Kościołem katolickim, nadaje nową moc wezwaniu Soboru i przypomina nam o obowiązku przyjęcia i wprowadzenia w czyn jego zalecenia. Ci nasi bracia i siostry, połączeni przez wielkoduszną ofiarę z własnego życia, złożoną dla Królestwa Bożego, są najbardziej wymownym świadectwem tego, iż można przekroczyć i przezwyciężyć wszelkie elementy podziału, składając całkowity dar z siebie dla sprawy Ewangelii (UUS, 1).

    7 UKIERUNKOWANIE NA EWANGELIZACJĘ

    W Ewangelii Jana przeczytamy modlitwę Jezusa, w której prosi: „aby i ani stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłałˮ (J 17, 21). Jedność Kościoła już sama w sobie jest głoszeniem Chrystusa:

    Czyż można bowiem głosić Ewangelię pojednania, nie dążąc zarazem czynnie do pojednania chrześcijan? To prawda, że Kościół, przynaglany przez Ducha Świętego i mocny obietnicą, iż nic nie zdoła go zwyciężyć, głosił i nadal głosi Ewangelię wszystkim narodom, ale jest też prawdą, że musi zmagać się z trudnościami wynikającymi z podziałów. Czyż niewierzący, stykając się z misjonarzami, którzy nie zgadzają się ze sobą nawzajem, choć wszyscy powołują się na Chrystusa, będą umieli przyjąć prawdziwe orędzie? Czy nie pomyślą, że Ewangelia, choć jest przedstawiana jako podstawowe prawo miłości, stanowi raczej przyczynę podziału? (UUS, 98).

    Niech te ostatnie zdania będą elementem naszego ekumenicznego rachunku sumienia.

    Dariusz Dudek – publikacja 18.01.26/Aleteia.pl

    ***

    „Jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym?”

    2 Kor 6,11-18:

    Sample

    fot. Wikipedia

    ***

    Tekst w przekładzie Biblii Tysiąclecia

    11 Usta nasze otwarły się do was, Koryntianie, rozszerzyło się nasze serce. 12 Nie brak wam miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno. 13 Odpłacając się nam w ten sam sposób, otwórzcie się i wy: jak do swoich dzieci mówię.
    14 
    Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmoCóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? 15 Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? 16 Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego – według tego, co mówi Bóg:
    Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich,
    i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem.
    17 Przeto wyjdźcie spośród nich
    i odłączcie się od nich, mówi Pan,
    i nie tykajcie tego, co nieczyste,
    a Ja was przyjmę
    18 
    i będę wam Ojcem,
    a wy będziecie moimi synami i córkami –
    mówi Pan wszechmogący.

    Krytyka literacka

    Kontekst i kompozycja

    Powyższy tekst znajduje się w Drugim Liście do Koryntian. Św. Paweł wzywa w nim wiernych Kościoła korynckiego do otwartości serca oraz ostrzega ich przed brataniem się z niewierzącymi. Wcześniej była mowa o trudnościach życia głosicieli Ewangelii (6,1-10), a po naszym fragmencie pojawiają się słowa pociechy po wieściach przyniesionych przez Tytusa (7,1-16). Nasz fragment stanowi początek czwartej i ostatniej części wywodu apostoła na temat apostolatu (6,11-7,4)

     Gatunek literacki

    Cała księga stanowi formę starożytnego listu (mającego wstęp, główny trzon oraz zakończenie). Nasz fragment należy do tego trzonu, w którym pojawiają się wypowiedzi o charakterze pojednawczym. Pod względem retorycznym warto zauważyć trzykrotne powołanie się apostoła na słowa Boga za pomocą zwrotów: „mówi Bóg” (w. 17), „mówi Pan” (w. 17) i „mówi Pan wszechmogący” (w. 18).

    Orędzie teologiczne

    Na początku św. Paweł wzywa swych adresatów do ich pojednania się z nim (jakkolwiek termin „pojednać się” tu nie występuje). Zachęca ich do otwartości serca (w. 11). Powołuje się na swoje (i swych towarzyszy) otwarte usta i takiej otwartości oczekuje od chrześcijan z Koryntu. Otwartość ust (wyrażona za pomocą czasownika anoigo) stanowi nawiązanie do nauk, zarówno słownie wygłoszonych, jak i zapisanych w poprzednim liście (a najpewniej w poprzednich listach), nielimitowanych i nieograniczanych. Teraz Koryntianie mają rozszerzyć swe serca (czarownik platyno) na te nauki i na wynikające z nich postępowanie. Wzorem dla nich ma być serce Pawła, w którym nie brak dla nich miejsca. Inaczej jest u nich z powodu ciasnoty ich serc (w. 12). Użyty tu dwukrotnie czasownik stenochoreomai oznacza „brakować miejsca”, „być ciasnym”, „być ograniczonym przestrzennie”. Warto zwrócić uwagę, że Paweł wyraźnie personalizuje swych adresatów, zwracając się do nich słowami „Koryntianie”, co rzadko zdarza się w jego listach. Apostoł posługuje się nie tylko metaforą serca, ale również obrazem z relacji rodzicielskich. Siebie uznaje za ojca duchowego chrześcijan korynckich i wzywa ich do otwartości (powtarza się tu znów czasownik platyno), tak jak powinny zachować się dzieci względem rodzica (w. 13).

    W dalszych słowach św. Paweł pisze o powstrzymywaniu się od niewłaściwych relacji z ludźmi niewiernymi i niewierzącymi (apistoi), a konkretnie o tym, by się z nimi nie sprzęgać do jednego jarzma. Zauważamy tu echo starotestamentalnych reguł, w myśl których nie wolno w jedno jarzmo wprzęgać woła i osła (por. Pwt 22,10) oraz nie wolno krzyżować ze sobą różnych zwierząt (por. Kpł 19,19). Wyznawcy Chrystusa stanowią inną kategorię ludzi niż bałwochwalczy poganie. Nie mogą ze sobą wchodzić w relacje, tak jak by stanowili jeden rodzaj ludzi. Tutaj wspólnego mianownika nie ma. Dodać warto, że samo jarzmo, jakie nakłada Jezus, jest słodkie (por. Mt 11,30). Jarzmo, w które są wprzęgnięci poganie, jest odmienne. Powagę problemu apostoł wzmacnia serią pytań retorycznych zbudowanych na zestawianiu przeciwstawnych sobie pojęć i obrazów (według schematu „co ma wspólnego X z Y?”). Na początku pojawia się zestawienie „sprawiedliwości” z „niesprawiedliwością” (w. 14). Chrześcijanie dążąc do sprawiedliwości, zachowują przykazania Boże, podczas gdy poganie ich nie przestrzegają. Dalej pojawia się zestawienie „światła” i „ciemności”. Chrześcijanie są „dziećmi światłości” (por. Ef 5,8) oświeconymi przez wiarę i objawienie. Jako uczniowie Pana mają świecić światłem widocznym i nieprzykrytym przez korzec (por. Mt 5,15). Z kolei poganie idą złą drogą, wyznając nieistniejące bóstwa. Pozostają w ciemności, z dala od zbawienia (światło często jest synonimem zbawienia, a ciemność jego braku). Ciemność ponadto kojarzy się z działaniem złych duchów. W tym kontekście nie dziwi kolejne przeciwstawienie. Apostoł pyta, co ma wspólnego Chrystus z Beliarem (w. 15a). Beliar to jedno z określeń odnoszących się do szatana, który jest całkowitym przeciwieństwem Chrystusa. W ostatniej parze autor zestawia człowieka „wierzącego” z „niewiernym” (w. 15b). Użyty tu przymiotnik apistos tworzy inkluzję wraz z w. 14.

    Ostatnim zestawieniem w retorycznych pytaniach apostoła stanowi kwestia braku jakiegokolwiek wspólnego mianownika między świątynią Boga a bożkami (idolami). Po tym pytaniu św. Paweł wyjaśnia adresatom: „my jesteśmy świątynią Boga żywego” (w. 16). Jest tylko jeden Bóg (określony jako żywy), a pogańskie bóstwa nie istnieją. Poganie jednak ślepo wierzą w ich istnienie i oddają im cześć, m.in. budując liczne świątynie (a takich w czasach apostoła w Koryncie było wiele). Nie tylko wyznawany przez chrześcijan Bóg jest jedynym, prawdziwym i żywym Panem, ale także oni sami jako wspólnota Kościoła stanowią żywy, duchowy organizm dzięki działaniu Ducha Świętego. Widzimy tu echo Pawłowej nauki o Kościele jako Ciele Chrystusa połączonej z przekonaniem, że w ciele chrześcijanina zamieszkuje Duch Boży. Św. Paweł prawdę tę pokazuje jako wypełnienie starotestamentalnych zapowiedzi, zwłaszcza proroctw Jeremiasza i Ezechiela o Nowym Przymierzu oraz proroctwa Natana z 2 Sm 7,14: „Ja będę mu ojcem, a on będzie Mi synem” (przywołane jest ono w w. 18). W taki oto sposób św. Paweł uzasadnia powstrzymywanie się od relacji z poganami. Chrześcijanin żyje w żywym organizmie Kościoła i niejako należy do duchowej rodziny Boga, a poganin funkcjonuje poza tą wspólnotą i nie należy się z nim bratać.

    Ojcowie Kościoła

    Św. Augustyn: „Czym jest nasza dusza dla członków ciała, tym jest Duch Święty dla członków Chrystusa, którym jest Kościół” (Kazanie 268).

    Św. Ireneusz: „Istotnie, samemu Kościołowi został powierzony dar Boży. W nim zostało złożone zjednoczenie z Chrystusem, to znaczy Duch Święty, zadatek niezniszczalności, utwierdzenie naszej wiary i drabina wstępowania do Boga. Bowiem tam, gdzie jest Kościół, jest także Duch Boży; a tam, gdzie jest Duch Boży, tam jest Kościół i wszelka łaska” (Adversus haereses, III,24,1).

    Katechizm Kościoła Katolickiego

    O roli Ducha Świętego w Kościele:

    „Duch Święty jest „Zasadą wszystkich żywotnych i rzeczywiście zbawczych działań w poszczególnych częściach Ciała”. Na różne sposoby buduje On, całe Ciało w miłości: przez słowo Boże, które jest „władne zbudować” (Dz 20, 32); przez chrzest, przez który formuje Ciało Chrystusa; przez sakramenty, które dają wzrost i uzdrowienie członkom Chrystusa; przez „łaskę daną Apostołom, która zajmuje pierwsze miejsce wśród Jego darów”; przez cnoty, które pozwalają działać zgodnie z dobrem, a wreszcie przez wiele łask nadzwyczajnych (nazywanych „charyzmatami”), przez które czyni wiernych „zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą pożyteczną rozbudowę Kościoła”” (798).

    Nauczanie papieży

    Bednedykt XVI : „Świątynia z cegieł jest symbolem żywego Kościoła, wspólnoty chrześcijańskiej, którą już apostołowie Piotr i Paweł w swoich listach określali jako «budowlę duchową», wzniesioną przez Boga z «żywych kamieni», którymi są chrześcijanie, na jedynym fundamencie, którym jest Jezus Chrystus, porównywany do «kamienia węgielnego» (por. 1 Kor 3, 9-11.16-17; 1 P 2, 4-8; Ef 2, 20-22). «Bracia, wy zaś jesteście (…) Bożą budowlą», pisze św. Paweł, i dodaje: «Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście» (1 Kor 3, 9 i 17). (…) Kościół żywych kamieni buduje się w prawdzie i miłości i jest wewnętrznie kształtowany przez Ducha Świętego — przemienia się w to, co otrzymuje, upodabniając się coraz bardziej do swego Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli żyje on w szczerej i braterskiej jedności, staje się duchową ofiarą miłą Bogu.” (Rozważanie przed modlitwą Anioł Pański 9.11.2008).

    Pytania do modlitwy i refleksji

    • Co powinienem zrobić, żeby „rozszerzyć” swoje serce?
    • W jaki sposób powinienem rozmawiać z ludźmi niewierzącymi?
    • Co oznacza dla mnie fakt, że jestem członkiem Kościoła jako Świątyni Boga żywego?

    Lektura dodatkowa

    • Dąbrowski E., Listy do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Pismo Święte Nowego Testamentu VII), Poznań – Warszawa 1965
    • Kowalski M., Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Biblia Impulsy. Nowy Testament VII), Katowice 2018
    • Paciorek A. Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (t. VIII) (Nowy Komentarz Biblijny VII), Częstochowa 2009
    • Stegman T.D., Drugi List do Koryntian (Katolicki Komentarz do Pisma Świętego), Poznań 2021

    e-KAI/ 13 stycznia 2026 – opracował: ks. dr Wojciech Kardyś | Pelplin

    ***


    Czy katolik, który odrzuca ekumenizm, może żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła?

    „Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?” – o właściwej koncepcji ekumenizmu mówi ks. dr hab. Sławomir Pawłowski SAC.

    Franciszek Kucharczak: W 2022 roku z papieżem Franciszkiem spotkali się liderzy polskich wspólnot charyzmatycznych – katolickich i ewangelikalnych. Potem jedni i drudzy spotkali się z krytyką ze strony niektórych współwyznawców. Dialog ekumeniczny ma wrogów po obu stronach?

    ks. Sławomir Pawłowski: Przeciwnicy ekumenizmu są w wielu wyznaniach chrześcijańskich. Myślę, że jest ich znaczna mniejszość, ale są głośniejsi.

    Skąd się to bierze?

    Zapewne z błędnej koncepcji ekumenizmu. Wielu myśli, że ekumenizm oznacza kompromis w sprawach wiary albo że dialogi ekumeniczne są rodzajem handlu prawdami wiary. A tak nie jest.

    A jak jest?

    Dialog ekumeniczny to jest wspólne odkrywanie objawionej prawdy. Wyobraźmy sobie, że dwie osoby idą obok siebie różnymi ścieżkami i te ścieżki zbliżają się do siebie. I nawet jeśli na razie nie widać punku ich spotkania, to może gdzieś za horyzontem one się zejdą. Jest wiele dialogów ekumenicznych, które poświadczają, że tak jest. Chociażby deklaracja katolicko-luterańska o usprawiedliwieniu z 1999 roku czy deklaracje chrystologiczne z tak zwanymi Kościołami przedchalcedońskimi, które przez katolików, protestantów i prawosławie były uznawane za heretyckie.

    Czy jako ekumenista spotyka się Ksiądz z wrogością?

    Z wrogością rzadko, o wiele częściej spotykam się z obojętnością albo też z nieznajomością innych wyznań. W Polsce jest to częściowo usprawiedliwione, bo katolików jest tu olbrzymia większość i często nie mamy okazji poznać innych chrześcijan. Ciekawie wyszło to w syntezie krajowej procesu synodalnego na temat ekumenizmu. Wynika z tego po pierwsze, że my, katolicy, czujemy, iż ekumenizm jest czymś ważnym, i to dobrze. Po drugie, często boimy się, że ekumenizm zagraża naszej katolickiej tożsamości. I po trzecie – nie mamy doświadczenia ekumenicznego, jest za to poczucie, że ekumenizm dotyczy innych, którzy sąsiadują z innymi wyznaniami. Pewną zmianę wprowadziło tu przybycie emigrantów z Ukrainy, często wyznania prawosławnego. To nam trochę otworzyło oczy na relację z innymi wyznaniami.

    W kwestii ekumenizmu istnieje u nas duży opór, szczególnie widoczny w środowiskach tradycjonalistycznych.

    Radykalnym przeciwnikom ekumenizmu w Kościele katolickim chciałbym pokazać przeciwników ekumenizmu po stronie protestanckiej. I powiedzieć: „No i co? Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?”. Trafiła kosa na kamień – i tworzą się mury. Ja myślę, że antyekumenizm po stronie wielu wyznań sam siebie dyskredytuje, bo pozostawia chrześcijan w kompletnej izolacji względem siebie i nie wskazuje żadnej drogi wyjścia.

    Ale czy te stawiane przez wieki mury nie brały się z założenia, że formalna przynależność do Kościoła katolickiego jest warunkiem zbawienia?

    No tak, tylko że ci z drugiej strony myśleli tak samo.

    Sobór Watykański II to zmienił.

    To się zaczęło ciut wcześniej. Już przed soborem byli prekursorzy ekumenizmu. Ostatnim papieżem, którego tradycjonaliści bardzo szanują, jest Pius XII. I to z jego akceptacją Święte Oficjum w 1949 roku wydało dekret De motione oecumenica, który po raz pierwszy uznawał ruch ekumeniczny za przejaw działania Ducha Świętego i zezwalał na trochę więcej niż poprzednie ustalenia Stolicy Apostolskiej.

    Wtedy inaczej rozumiano cel ekumenizmu, czyli żeby wszyscy zostali katolikami, prawda?

    Tak, niektóre ustalenia pionierów ekumenizmu w pierwszej połowie XX wieku rzeczywiście trochę grzeszyły pewnym relatywizmem czy panchrystianizmem. Ruch ekumeniczny jednak dojrzał i dostrzeżono, że czymś bardzo ważnym jest pielęgnowanie własnej tożsamości, a na tyle, na ile można, dopuszczenie jakiejś wymiany darów duchowych lub przynajmniej współpracy. Jest to zbieżne z tym, co zauważył Jan Paweł II w Ut unum sint, gdy stwierdził, że obydwie strony mają sobie bardzo wiele do zaproponowania.

    Co oni mogą nam zaproponować, skoro my, katolicy, mamy pełnię środków zbawienia?

    Proszę zauważyć, że ta pełnia jest nam dana i zadana. Można to porównać do posiadania skrzyni ze skarbem. My mamy ten skarb, ale nie do końca wiemy, co w tej skrzyni jest. Na przykład chrześcijanie w III wieku nie mają jeszcze wyznania wiary – ono się ukształtuje dopiero w latach 325–381. Czyli co? Mają pełnię, ale nie mają tak sformułowanego, jak w następnym wieku, wyznania wiary. A potem trzeba było poczekać do początku wieków średnich, aż ukonstytuuje się nauka o tym, że sakramentów jest siedem, a nie sto dwadzieścia. Sakramenty były sprawowane, ale obdarzenie wspólną nazwą tych siedmiu misteriów to dopiero następne wieki.

    Czyli w tej skrzyni są rzeczy, których jeszcze nie odkryliśmy?

    Tak. Tu chodzi najpierw o pełnię środków zbawienia, np. o sakramenty. Ale Bóg może udzielać łaski także poza sakramentami! Dalej chodzi tu o pełnię objawionej prawdy. Ale objawienie Boże, choć zostało już zakończone, nie zostało jeszcze w pełni zgłębione. Nie zapominajmy, że Kościół ciągle pielgrzymuje w odkrywaniu tego objawienia. Jeżeli tak pielgrzymował przez ostatnie 20 wieków, to czy możemy zakładać, że to pielgrzymowanie już się zakończyło? Dlaczego? Jeśli, na przykład, ludzkość będzie istnieć jeszcze 18 tysięcy lat, to w roku 20 000 ludzie Kościoła będą myśleli o roku 2000 tak, jak my dzisiaj myślimy o roku 200. A co my myślimy o roku 200? Kościół niemalże pierwotny, który dopiero zaczyna pielgrzymkę. Więc status Kościoła w drodze jest bardzo ważny. Dlatego może się zdarzyć, że potrzebujemy innych, żeby odkryć, co my w tej skrzyni mamy.

    Ci inni więc też mają jakieś dary?

    Duch Święty dał innym chrześcijanom dary, które są również darami dla nas. My mamy więc tę pełnię, ale z drugiej ręki, i musimy sobie to od nich wziąć.

    Co na przykład?

    Na przykład siłę słowa Bożego i jego głoszenia, umiłowanie osobistego czytania Pisma Świętego – to było w protestantyzmie, a myśmy to sobie przyswoili. Albo synodalność, bardzo rozwiniętą w Kościołach wschodnich. Sobór przypomniał nam ponadto o tzw. hierarchii prawd wiary, która polega nie na tym, że coś jest mniej lub bardziej prawdziwe, tylko na tym, że jakieś prawdy są w centrum – i to są prawdy kerygmatyczne. Trzeba przyznać braciom protestantom, zwłaszcza ewangelikalnym, że oni potrafią doskonale głosić kerygmat. My w Kościele katolickim poprzez wysiłek tzw. nowej ewangelizacji oswoiliśmy się z tym pojęciem i wiemy, że – chociażby w Ruchu Światło–Życie – słynne „cztery prawa życia duchowego” to jest właśnie kerygmat. Czyli pierwsza prawda, że Bóg cię kocha. Druga prawda – o grzechu, który mnie oddziela od Boga. Trzecia prawda o Chrystusie, który tę wyrwę między Bogiem a człowiekiem zasypał sobą, stał się mostem. I czwarta, że ja muszę do Chrystusa przylgnąć, żeby być pojednanym z Bogiem. W katolickiej wersji jest jeszcze aspekt wspólnotowy i jest też przyjęcie Ducha Świętego. Ksiądz Franciszek Blachnicki wziął to od protestantów. To są prawdy centralne.

    Co nas dzisiaj, poza prawdami centralnymi, realnie łączy? Zapewne chrzest?

    Owszem, ale większość ewangelikalnych Kościołów uznaje tylko chrzest dorosłych. Mają trudności z uznaniem chrztu osób nieświadomych. Chociaż tu też następuje pewne zbliżenie, bo my wiemy, że człowiek ochrzczony bez swojej świadomości musi w którymś momencie – żeby być żywym chrześcijaninem – wyznać wiarę osobiście. Z kolei ewangelikalni coraz częściej uznają pewne odwrócenie kolejności – czyli że ktoś był ochrzczony, nie mając świadomości, a potem wyznaje swoją wiarę. Tu też jest zbliżenie. Katolików, starokatolików i prawosławnych łączą również praktycznie wszystkie sakramenty. Uznajemy nawzajem ważność wszystkich siedmiu sakramentów. No i łączą nas niektóre prawdy dotyczące moralności.

    Nie wszystkie?

    Dopiero w ubiegłym wieku kwestie moralne zaczęły dzielić chrześcijan: podejście do „małżeństw” osób tej samej płci, aborcji czy do in vitro. Ale co różni jednych, to łączy drugich. I bywa, że chrześcijanie, którzy pod względem nauki o sakramentach są trochę dalej od siebie, są bardzo blisko, jeśli chodzi o naukę etyczną. Na przykład Adwentyści Dnia Siódmego mają taką jak protestanci naukę o sakramentach, ale sprzeciwiają się małżeństwom osób jednej płci.

    Czy katolik, który odrzuca ekumenizm jako taki, jest w zgodzie z nauczaniem Kościoła?

    Nie jest w zgodzie z tzw. zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Nie neguje żadnego dogmatu, ale nauczanie Kościoła katolickiego nie ogranicza się do dogmatów, jest o wiele bogatsze. Myślę, że niektóre osoby z nurtu tradycjonalistycznego, negujące ekumeniczne nauczanie ostatnich papieży, są podobne do osób siedzących na gałęzi i ją piłujących. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może się nazywać do końca katolikiem. To dla mnie nie do wyobrażenia. Bo w nauczaniu Kościoła wciąż zachodzą pewne zmiany, a ci, którzy siedzą na tej gałęzi, cytują stare dekrety, jakieś inne dokumenty, z których wynika co innego, niż to, o czym teraz mówimy. Popełniają błąd ahistoryzmu. Niektóre sformułowania miały przecież trochę inny sens i inny był też w tamtych czasach kontekst.

    Rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Spotkania ekumeniczne są wyrazem realnej wspólnoty czy tylko znakiem przyszłej nadziei?

    I jedno, i drugie, bo nawet Sobór Watykański II uczy, że wspólnota między chrześcijanami różnych wyznań już istnieje i jest realna, tylko niedoskonała. Czyli jest wyrazem już istniejącej wspólnoty, niedoskonałej, i nadzieją na przyszłość, bo się modlimy. A tym, którzy krytykują, że chrześcijanie się modlą, chciałbym zadać pytanie: a jak jest w ich życiu? Czy to, że chodzą w niedzielę do kościoła, zmienia ich życie na co dzień? Ale jeszcze trzeba powiedzieć, że oprócz tego są modlitwy i inicjatywy w ciągu roku, poza tym styczniowym tygodniem. Wiadomo, że tydzień ma szczególną uroczystą oprawę, ale uroczystości nie mogą trwać codziennie. Są po to, by przypomnieć, że ekumenizm jest ważny dla katolików i w ogóle dla Kościoła.

    Gość Niedzielny

    ***

    „Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie!”.

    Muzułmanie coraz częściej pukają do drzwi kościołów i proszą o chrzest

    istockphoto 

    ***

    To będą historie, które nie śniły się filozofom… Chociaż nie – śniły się, nawet profesorom wyższych uczelni. W krajach muzułmańskich.

    Przyszła do mnie wstrząśnięta Uzbeczka, mówiąc, że przyśniła jej się Maryja, która miała powiedzieć: „Podążaj za moim Synem”. Kobieta spytała: „Ale jak mam to zrobić, przecież jestem muzułmanką!”. I mnie też zapytała, co ona ma teraz z tym począć – mówi o. Piotr Kawa, franciszkanin. W Uzbekistanie pracował 27 lat. Był świadkiem przebudzenia duchowego u wielu muzułmanów, często również niewierzących, ale wychowywanych w kulturze przenikniętej islamem, gdzie nikt sobie nie wyobraża konwersji na chrześcijaństwo. Jego opowieści to zresztą jedne z wielu podobnych historii, o których mówią ludzie z różnych stron świata. Odkrywanie Jezusa przez muzułmanów to rosnące od lat zjawisko w świecie islamu. Potwierdzają to również Polacy, którzy głoszą w tych krajach Ewangelię. „Problem” występuje i jest uważnie monitorowany także w wielu krajach zachodnich, gdzie żyją duże społeczności muzułmanów. Można nie wierzyć, gdy sami zainteresowani mówią, że śnił im się Jezus. Choć powtarzalność tych opowieści u setek osób z różnych zakątków globu powinna zastanowić największych sceptyków. Nie można jednak zaprzeczyć faktom: byli muzułmanami – wybrali Chrystusa, ryzykując wszystko.

    Od Koranu do Biblii

    Mohammeda Al-Musawiego poznałem 9 lat temu. Irakijczyk przyjechał do Polski z Francji. Mieszka nad Sekwaną od czasu, gdy uciekł ze swojego kraju: stał się chrześcijaninem, a jego kuzyni chcieli wymierzyć mu „sprawiedliwość”. Właściwie nie poznałem Mohammeda, tylko Jusefa Fadella, bo takie imię i nazwisko nosi od momentu swojego chrztu. Zmiana tożsamości była konsekwencją wyboru, którego dokonał. Wcześniej nie tylko imię, popularne wśród muzułmanów, łączyło go z Prorokiem, twórcą islamu. Również nazwa rodu, Musawi, dawała jemu i jego rodzinie uprzywilejowane miejsce w irackim społeczeństwie. Imam Musa był jednym z potomków Alego, kuzyna i zarazem zięcia Mahometa. Dla szyitów (jeden z dwóch głównych, obok sunnitów, nurtów w islamie) Ali jest równie ważny jak Mahomet. I chyba nie trzeba już więcej nic dodawać, by zrozumieć, jak wielkim szokiem była wiadomość, że pupil głowy rodu został chrześcijaninem.

    Koran przeczytał dopiero za sprawą… swojego chrześcijańskiego współlokatora w wojsku. – Chciałem mu wytknąć w Biblii jego chrześcijańskie błędy, a on powiedział, że przyniesie mi Pismo Święte dopiero wtedy, gdy ja przeczytam Koran. Zdziwiłem się, ale zacząłem go dokładnie czytać. Ku swojemu przerażeniu nie mogłem znaleźć ukojenia, czytając poszczególne fragmenty. Po pewnym czasie poczułem, że w sercu rozstaję się powoli z islamem, że tracę grunt pod nogami, filar, na którym opierałem swoje życie, dumę z nazwiska i pochodzenia – ciągnął opowieść. Nie powiedział o tym od razu swojemu chrześcijańskiemu koledze z koszarów. Miał za to sen. – Widziałem, że stoję koło rzeki, blisko brzegu, metr od wody, a po drugiej stronie była postać mężczyzny. Czułem wyraźnie przynaglenie, żeby zbliżyć się do niego. Mężczyzna wyciągnął rękę i powiedział: „Jeśli chcesz przejść przez tę rzekę, musisz spróbować chleba życia”. Obudziłem się i stwierdziłem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tego określenia, to było zupełnie nieznane w naszej kulturze. Tego samego dnia po przyjeździe Masud dał mi Ewangelię. Doradził, żeby zacząć czytać od św. Mateusza. Ja jednak otworzyłem najpierw przypadkowy fragment Ewangelii według św. Jana. Pierwszym zdaniem, jakie w życiu przeczytałem w Biblii, było: „Ja jestem chlebem życia”… Po chrzcie, który niemal wyżebrał u jednego z biskupów w sąsiedniej Jordanii (bo w Iraku nikt nie chciał się tego podjąć, tamtejsi biskupi byli przekonani, że to prowokacja), był przez długie miesiące torturowany przez ludzi nasłanych przez własną rodzinę. Musiał uciekać do Europy. Z żoną, którą również sprowadził na nową (złą w oczach ziomków) drogę.

    Wpuście mnie!

    Stanisław Cinal jest dyrektorem w Alpha International odpowiedzialnym za rozwój kursów Alpha w Europie Wschodniej i Alpha w więzieniu w regionie EMENA (Europa, Bliski Wschód i Afryka Północna). Od lat z bliska obserwuje muzułmanów, którzy mają w sobie głód Ewangelii, nawet jeśli nie od razu potrafią go zwerbalizować. Opowiada mi o najbardziej poruszających go historiach. W jednym z budynków stolicy pewnego państwa w Azji Środkowej oficjalnie prowadzono działalność sportową. Nikt nie miał prawa wiedzieć, że spotykają się tam również chrześcijanie, w tym konwertyci z islamu. Pewnego dnia do domofonu zadzwonił Timur (imię zmienione). Był praktykującym muzułmaninem, który powiedział, że szuka informacji o Jezusie i wie, że w tym miejscu może je otrzymać. Gospodarze zamarli – początkowo byli przekonani, że to jakaś prowokacja ze strony służb, które być może chcą przeprowadzić aresztowania. Timur jednak nie odpuszczał i zaczął uderzać wręcz pięściami w drzwi, błagając o ich otwarcie. „Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie”. Gdy gospodarze nadal próbowali przekonać go, że to pomyłka i tutaj odbywają się zajęcia sportowe, Timur powiedział: „Miałem sen, w którym Jezus wskazał mi ten adres i powiedział, że tutaj o Nim usłyszę”. Dziś Timur jest chrześcijaninem i aktywnym członkiem Kościoła.

    Stanisław poznał też osobiście anglikańskiego biskupa Jasira Erica, znanego w środowisku byłych muzułmanów, konwertytów na chrześcijaństwo (tzw. MBBs – Muslim-Background Believers). Sam biskup był przez lata bardzo radykalnym dżihadystą z Sudanu. – Został chrześcijaninem, bo był świadkiem cudu. Po prostu przyszli chrześcijanie, zaczęli się modlić nad nieuleczalnie chorym i nastąpiło uzdrowienie na jego oczach. To mu wystarczyło. Ochrzcił się i oczywiście rodzina od razu go odrzuciła, zwłaszcza że jego dziadek był głową lokalnego klanu – opowiada Staszek. Historia, którą biskup niedawno opowiadał, zapewne i naszych czytelników przyprawi o gęsią skórkę. – Biskup Jasir był w Niemczech, gdy zadzwonił do niego jakiś człowiek, mówiąc, że mieszka w Libii na pustyni i prosi, by biskup przyjechał i ochrzcił 38 mężczyzn. Biskup zapytał o adres. Wtedy człowiek odpowiedział: „Przyjedź na granicę”. Powtarzał wiele razy właśnie to zdanie: „Przyjedź na granicę”. Biskup miał podobną refleksję jak gospodarze z owej sali sportowej, że to jakaś prowokacja. Postanowił to zignorować. Ale po kilku dniach zadzwonił do niego jego przyjaciel, pastor z Egiptu, i powiedział: „Słuchaj, nie wiem, o co chodzi, ale usłyszałem głos mówiący mi, że mam z tobą jechać na granicę libijską”. Gdy biskup Jasir to usłyszał, od razu się spakował i wyleciał do Egiptu. Tam spotkał się z przyjacielem i pojechali w stronę granicy, dzwoniąc do tego człowieka „z pustyni”. I rzeczywiście, tam go spotkali i później jechali z nim jeszcze 9 godzin w głąb kraju. Na miejscu czekało faktycznie 38 mężczyzn, którzy prosili o chrzest. Na pytanie, dlaczego chcą się ochrzcić, odpowiedzieli, że przyszedł do ich wioski jakiś nieznajomy człowiek. Gościł u nich przez tydzień, wywarł na nich ogromne wrażenie i na końcu powiedział, że przyjedzie do nich dwóch mężczyzn, którzy ich ochrzczą. Oni są przekonani, że przyszedł do nich sam Zmartwychwstały, tak to opisują… – Stanisław sam ma świadomość, że ta opowieść biskupa Jasira może szokować nawet wierzących odbiorców. Biskup, który narażał życie, porzucając islam, nie zamierza jednak cenzurować swoich opowieści: mówi tak, jak to sam przeżył i zapamiętał.

    „Wygooglana” modlitwa

    Aleksander Szczyrba z przyjaciółmi z wodzisławskiej wspólnoty „Kahal” od paru lat również jeździ do krajów w Azji Środkowej, gdzie prowadzą ewangelizacyjne kursy Alpha i kursy małżeńskie wypracowane pod szyldem Alpha International. Uczestniczą w nich m.in. muzułmanie. – Na początku „nie ma Jezusa w przekazie”. Jest za to obecne Jego przesłanie: miłość, akceptacja, ludzka godność… On jest od początku, ale w nas. Działa przez nas, a oni Go rozpoznają. Na końcu kursu często mówią: „A my czekaliśmy, kiedy w końcu zaczniecie nas nawracać”. Wolność, jakiej doświadczają, jest tutaj kluczem – mówi Olek. Największe wrażenie zrobiło na nim nawrócenie młodej muzułmanki, która została uwolniona z opętania. – Reakcja jej rodziny, ludzi inteligentnych i wykształconych, którzy byli świadkami tego cudu, była niesamowita. Rodzice nie mogli znaleźć pomocy u imama, psychiatry czy w innych miejscach. Zapukali więc do… furty klasztoru katolickiego. Po kilku miesiącach regularnych spotkań i egzorcyzmach, została uzdrowiona. Postanowiła się ochrzcić. Uczestniczyła w katechezie, a z nią jej początkowe nieufni rodzice. Podczas tych spotkań rodzice byli biernymi słuchaczami. Ale słowo, które słyszeli, zaczęło w nich kiełkować… Teraz wszyscy chcą się ochrzcić – ciągnie opowieść Olek.

    Podobną historię słyszę od księdza pracującego w jednym z krajów islamskich. Rodzina niewierzących akurat muzułmanów, mówiąc wprost – ateiści. Praktycznie wszyscy są uznanymi profesorami na jednej z wyższych uczelni. – Córka zaczyna zachowywać się tak, że z naszej perspektywy wygląda to na opętanie – mówi ksiądz. – Dla rodziny ateistów odkryło się nagle nieznane im wcześniej okno: widzą, że istnieje jakiś świat duchowy, o którym oni nie mieli pojęcia. W poczuciu zupełnej bezradności przychodzi jej do głowy myśl: muszę znaleźć Michała Archanioła. Ale ona nie ma w ogóle pojęcia, kto to jest. Prosi brata, by „wygooglał” jej takie hasło w internecie. Drukuje sobie na kartce egzorcyzm prywatny do św. Michała Archanioła, modli się tymi słowami. Później przychodzi jej do głowy myśl o modlitwie „Ojcze nasz” – tego również wcześniej nigdzie nie słyszała! – kontynuuje mój rozmówca. Dziewczyna modli się tymi słowami, następuje walka duchowa, ksiądz jest świadkiem uwolnienia… Wszyscy przygotowują się do chrztu, prawdopodobnie przyjmą go w najbliższą Wielkanoc.

    My ich nie szukamy

    Trudno powiedzieć, jaka jest rzeczywista skala takich przypadków. Z pewnością o wielu z nich nigdy się nie dowiemy. Jeśli wierzyć danym stowarzyszenia Notre-Dame de Kabylie, założonego przez pochodzącego z Algierii konwertytę Mohammeda Christophe’a Bileka, rocznie na całym świecie aż 6 mln muzułmanów prosi o chrzest. „The Times” ocenił kiedyś (bazując na danych różnych wspólnot chrześcijańskich), że aż 15 proc. muzułmanów przybywających do Europy przechodzi na chrześcijaństwo.

    W przypadku krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej ta skala jest trudniejsza do ogarnięcia. Były metropolita Algieru, abp Paul Desfarges SJ, mówił parę lat temu w rozmowie z Radiem Watykańskim, że w samym Kościele katolickim to ciągle mały nurt, ale jednak coraz bardziej zauważalny: „My ich [muzułmanów] nie szukamy, to oni przychodzą do nas, z własnej inicjatywy. Jeden po drugim. Zawsze jest to wielka niespodzianka. Przychodzą, bo sami szukają, rozwijają się duchowo. Wielu z nich, naprawdę wielu z nich, miało jakiś sen, wizję, która wstrząsnęła ich życiem. I to po tym wydarzeniu przychodzą i pukają do drzwi naszego Kościoła”.

    Zjawisko jest na pewno bardziej zauważalne w Kościołach protestanckich, głównie w nurtach ewangelikalnych, które są bardzo aktywne w krajach muzułmańskich. Pytam o to przywołanego na początku o. Piotra Kawę. – Mogę mówić tylko o Uzbekistanie, który znam. Pamiętajmy, że do 1987 roku oficjalnie Kościół katolicki tutaj nie istniał. Protestanci działali poza strukturami, więc u nich jest najwięcej tych konwersji z islamu. Oni też lepiej wykorzystali do ewangelizacji krótki moment pieriestrojki: wchodzili do szkół, do kin i wyświetlali film „Jezus”, sprowadzali Pismo Święte, niektóre wspólnoty gromadziły nawet po parę tysięcy ludzi. Poprzedni prezydent, gdy zobaczył, że tak dużo Uzbeków przyjmuje chrześcijaństwo, zaczął to „piłować”, wprowadzając obostrzenia. Część konwertytów wyjechała, część wróciła do islamu. My, katolicy, trzeba przyznać, nie wykorzystaliśmy tej okazji. Zajęliśmy się głównie duszpasterstwem żyjących tu Polaków i Niemców. I dobrze, bo to jest ważne, ale jednak zabrakło nam zainteresowania ewangelizacją Uzbeków. Ale Pan Bóg zmienia również i to w naszym Kościele – mówi.

    Bóg robi atmosferę

    Do parafii w Taszkencie przychodzi mnóstwo młodych Uzbeków. To stały punkt wycieczek po mieście – przyciąga wyjątkowa na tle reszty gotycka architektura. – Młodzi muzułmanie przychodzą, siedzą w ławce, patrzą się w tabernakulum, nie wiedząc, co to jest, czasem pytają, co znajduje się „w tej skrzynce”. Ale to, z czym wychodzą i czego nigdzie nie doświadczają, to pokój. I nieraz ci odważniejsi pytają nas, co się tutaj takiego dzieje, że oni tego nie doświadczają w meczecie. I to jest punkt wyjścia do opowiadania im o Jezusie. Oni Go znają jako proroka, ale tego wyciszenia i pokoju nigdy i nigdzie nie doświadczyli. Dwie Uzbeczki mówiły, że nie doświadczyły tego nawet u protestantów. Pan Bóg robi atmosferę, a my możemy opowiadać o Jezusie – ciągnie opowieść o. Kawa. – Sytuacja jest o tyle trudna, że Uzbekistan się radykalizuje. Rodzice jednego z konwertytów najpierw „jakoś” przyjęli informację, że syn chce się ochrzcić, ale kiedy społeczeństwo zaczęło się radykalizować, to on musiał opuścić Uzbekistan, bo zaczął mieć problemy w rodzinie – mówi franciszkanin. Jego zdaniem częstotliwość występowania snów, w których pojawia się Jezus, związana jest też z tym, że ludzie na Wschodzie są bardziej wrażliwi duchowo niż ludzie Zachodu. – To są naprawdę dość częste przypadki, że spotykają we śnie Jezusa, rzadziej Maryję, ale to również się zdarza [jak w przywołanej na wstępie historii – J.Dz.].

    Islam drogą do prawdy?

    Czasem dochodzi do zabawnych wręcz sytuacji: kiedyś imamowie z meczetu wysyłali do parafii katolickiej swoich ludzi z prośbą, by ksiądz katolicki „wygonił ducha chrześcijańskiego, który dręczy tego pobożnego muzułmanina”. Mężczyzna miał sny o Jezusie, zaczął myśleć o chrześcijaństwie, opowiedział o tym imamom, a ci uznali, że widocznie jest opętany przez jakiegoś ducha i na egzorcyzmy wysłali go do katolików – opowiada o. Piotr.

    Wierzy mocno, że Chrystus upomina się o wyznawców islamu. – Muzułmanie często modlą się taką modlitwą: „Oby Allah prowadził nas drogą prawdy”. Na drodze pobożnego muzułmanina pojawia się często pragnienie poznania Jezusa. Wtedy ich myśli idą w stronę Biblii. Muzułmanie modlą się przecież do Boga Abrahama, a więc modlą się do Ojca Jezusa. Jeśli to jest szczera prośba o podążanie drogą prawdy, to mają szansę odkryć Chrystusa, bo Bóg Abrahama wysłucha ich modlitw. Przecież w Ewangelii Jezus mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Paradoksalnie – podkreśla o. Kawa – być może trzeba mówić muzułmanom, żeby byli gorliwymi muzułmanami, bo wtedy będą mieli większą szansę odkryć Jezusa jako Syna Bożego…

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    ***

    2,38 mld chrześcijan na świecie. Tak wygląda religijna mapa świata

    Chrześcijanie stanowią największą grupę religijną świata. Jest ich 2,38 mld, co sprawia są prawie jedną trzecią wśród 8,3 mld mieszkańców Ziemi. W gronie chrześcijan najliczniejsi są katolicy – 1,2 mld.

    FOT. CANVA PRO

    ***

    Dane te przynosi najnowszy raport World Population Review – amerykańskiego bloga internetowego, zbierającego je od 2013 roku.

    O ile w skali świata najwięcej chrześcijan mieszka w Stanach Zjednoczonych (213 mln) i Brazylii (180 mln), to procentowo dominują oni zazwyczaj w niewielkich państwach. W Watykanie stanowią 100 proc. mieszkańców, w Timorze Wschodnim 99,6 proc. w Samoa Amerykańskim 98,3 proc. Kolejne miejsce, z 98 proc., zajmuje pierwszy duży kraj w tym zestawieniu – Rumunia. Za nią znajdują się: Armenia (97,9 proc.), Wyspy Salomona i Wyspy Marshalla (po 97,5 proc.), Grenada (97,3 proc.), Papua-Nowa Gwinea (97 proc.), Grenlandia (96,6 proc.), Haiti i Paragwaj (po 96 proc.).

    Chrześcijaństwo dominuje w obu Amerykach, Rosji, Afryce subsaharyjskiej, na Filipinach i Timorze Wschodnim oraz w sporej części Oceanii. Gdy chodzi o Europę, która historycznie była instytucjonalnym i demograficznym centrum chrześcijaństwa, to od połowy XX wieku odnotowuje stały spadek liczby osób uważających się za chrześcijan. Wynika to z wielu czynników, w tym sekularyzacji, zmiany stylu życia, stopniowej marginalizacji instytucji religijnych, a także zmian demograficznych związanych z napływem imigrantów. Rumunia jest tu obecnie „raczej wyjątkiem niż normą”.

    Ilu jest wiernych w innych religiach?

    Oprócz chrześcijan najwięcej jest wyznawców islamu (1,91 mld), hinduizmu (1,16 mld), buddyzmu (507 mld), religii tradycyjnych (430 mln), judaizmu (14,6 mln). Inne, mniejsze religie wyznaje łącznie 61 mln ludzi. Jednocześnie bez przynależności religijnej pozostaje lub uważa się za ateistów 1,19 mld mieszkańców Ziemi.

    W sumie do religii przyznaje się 85 proc. populacji naszej planety. Najwięcej ludzi wierzących mieszka w Indiach (1,4 mld), w Indonezji (274,6 mln), USA (238,5 mln), Pakistanie (235 mln), Nigerii (213,2 mln), Brazylii (180,6 mln), Bangladeszu (166,3 mln), Chinach (148 mln), Etiopii (118,9 mln), Rosji (116,8 mln), Meksyku (113,3 mln), Filipinach (112 mln) i Egipcie (109,3 mln). Polska zajmuje 39. miejsce z 34,9 mln osób wierzących.

    Dane przedstawione w World Population Review pochodzą z uznanych międzynarodowych źródeł, takich jak: ONZ, instytut badawczy Pew Research Center, CIA World Factbook i Association of Religion Data Archives. Nie mierzą one praktyk religijnych ani siły wiary.

    stycznień 2026
    worldpopulationreview.com, tribunechretienne.com, KAI, js/Stacja7

    ***

    11 stycznia

    Niedziela Chrztu Pańskiego

    Msza św. koncelebrowana w kościele św. Piotra o godz. 14.00

    Głównym celebransem będzie ks. Jan Oleszko SAC, sekretarz do spraw misji prowadzonych przez Księży Pallotynów.

    fot. Ron Lach/Pexels

    ***

    Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.

    Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.

    Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.

    Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.

    Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.

    W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

    Kai

    ***

    Wody czyste

    Wody Jordanu są dzisiaj mętne, szarożółte. Dwa razy miałem okazję przypatrywać się ludziom, którzy do nich wchodzili i symbolicznie odnawiali chrzest.

    ***

    Po krótkiej modlitwie księdza zanurzali się w wodzie, z której wychodzili radośni i szczęśliwi, a towarzyszył temu entuzjazm pozostałych uczestników obrzędu. Za każdym razem oglądałem te sceny z innego brzegu: raz z palestyńskiego, raz z jordańskiego. Zapamiętałem żarliwe zapewnienia przewodnika z Jordanii, że to właśnie przy jordańskim brzegu rzeki Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa Chrystusa. Pamiętam też własne zdziwienie i podziw dla odwagi uczestników tych obrzędów, bo krótką chwilę wcześniej przewodnik wyjaśniał, jak bardzo zanieczyszczona jest rzeka. Przy tej okazji zawsze przypomina mi się słynna mapa z Madaby – najstarsza zachowana do dzisiaj mapa Ziemi Świętej (to ona między innymi ma rozwiewać wątpliwości co do miejsca, w którym chrzest przyjął Jezus). Wystarczy przejechać jakieś pół godziny od stolicy Jordanii, żeby ją podziwiać, a i wziąć udział w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Na przykład to o przedstawione na niej dwie ryby, które stykają się pyszczkami. Jedna jakby oddala się od Morza Martwego (w którym, jak wiadomo, żyć się nie da), a druga płynie jej na spotkanie z nurtem Jordanu. Większość historyków i archeologów interpretuje ten punkt na mapie jako symbol miejsca spotkań chrześcijan.

    Bieżący numer „Gościa” poświęciliśmy temu, co jest najważniejsze, nie tylko ostatnio. Z jednej strony piszemy o sakramencie chrztu, a to z powodu przypadającego w tę niedzielę święta Chrztu Pańskiego. Z drugiej kontynuujemy wątek katechezy w szkole – za sprawą stanowiska Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wobec zmian wprowadzanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w organizacji lekcji religii w szkołach publicznych, odczytanego w wielu kościołach 1 stycznia. Zmiany te, wprowadzone bez wymaganego przez ustawę porozumienia z władzami Kościoła katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych, komunikat nazywa szkodliwymi z punktu widzenia wychowawczego. „Wobec takich działań MEN i braku woli porozumienia w sprawie kluczowej dla edukacji i wychowania polskich dzieci i młodzieży do wartości wyrażamy stanowczy sprzeciw” – piszą biskupi i dodają, że Kościół będzie podejmował dalsze stosowne kroki prawne mające na celu powstrzymanie wprowadzanych zmian. W bieżącym numerze nie tylko omawiamy szczegóły tych bezprawnych posunięć („Spór nie tylko o naukę religii” – s. 16), ale i wracamy pamięcią do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to religię usunięto z polskich szkół („Salami z religii” – s. 19). No cóż… jakie czasy, takie reformy (lub taka demokracja). Czy może inaczej – taki styl wchodzenia ludziom w życie, z jednoczesną deklaracją, że to w imię demokracji i dla ich dobra. W czystej wodzie widać byłoby więcej, praktycznie więc rozumują niektórzy, że najpierw trzeba ją trochę zamącić. Ważne, żebyśmy jako obywatele państwa demokratycznego nie dali się na to złowić.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***


    „Przez chrzest dziecko ma relację z Bogiem”. Biskup odpowiada byłej prezydent Irlandii

    (bp Alphonsus Cullinan, fot. PrtScr / YouTube / Waterford & Lismore Diocese)

    ***

    Biskup Alphonsus Cullinan, ordynariusz diecezji Waterford i Lismore, wyjaśnił w rozmowie ze stacją EWTN News, że chrzest niemowląt jest powszechną praktyką w większości wyznań chrześcijańskich i był praktykowany w Kościele od I wieku. – Chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział. Tym samym odniósł się do zarzutów byłej prezydent Irlandii Mary McAleese, która stwierdziła, że chrzest niemowląt rzekomo narusza prawa człowieka dzieci.

    Była prezydent Irlandii Mary McAleese, prawniczka i kanonistka, stwierdziła niedawno w artykule opublikowanym na łamach dziennika Irish Times, że chrzest niemowląt narusza prawa człowieka dzieci i stanowi akt kontroli ze strony Kościoła. McAleese, która niegdyś działała w instytucjach Kościoła katolickiego – m.in. w 1984 została przedstawicielką irlandzkiego episkopatu przy nacjonalistycznym New Ireland Forum, stwierdziła, że przyrzeczenia chrzcielne składane i odnawiane podczas bierzmowania są „fikcyjne” oraz że chrzest niemowląt ignoruje późniejsze prawo dzieci do swobodnego decydowania o swojej tożsamości religijnej, do przyjęcia lub odrzucenia członkostwa w Kościele, bądź do zmiany religii.

    Duchowieństwo i świeccy katolicy w Irlandii zdecydowanie odrzucili te twierdzenia, postrzegając je jako okazję do wyjaśnienia, czym w istocie jest chrzest. Na ten temat wypowiedział się choćby bp Alphonsus Cullinan, w rozmowie z EWTN News. – Jezus daje nam polecenie, aby iść i chrzcić. Kościół chrzci więc w posłuszeństwie wyraźnemu nakazowi, który ma oparcie w Biblii. Dlatego chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział hierarcha.

    – Gdybyśmy powiedzieli, że poczekamy, aż dziecko dorośnie, by samo podjęło taką decyzję, to jakie inne decyzje także byśmy mu odebrali? Czy na przykład nie dalibyśmy mu dobrego jedzenia? Czy nie pokazalibyśmy mu piękna ruchu i aktywności fizycznej? Czy nie zapewnilibyśmy mu odpowiedniej opieki medycznej? Czy czekalibyśmy, aż samo podejmie te decyzje? – pytał biskup. – Jedną z pierwszych rzeczy, jakie katoliccy rodzice robią wobec swojego dziecka, jest wzięcie jego małej rączki i uczynienie znaku krzyża. Jakże to piękne. Dlaczego rodzice to robią? Ponieważ pragną, aby ich dziecko miało relację z żywym Bogiem przez całe życie i aby zostało poprowadzone ku życiu wiecznemu – dodał.

    Zarzuty byłej prezydent odparł również Mahon McCann, filozof i etyk z uniwersytetu w Dublinie. McCann był wychowywany jako ateista przez rodziców ochrzczonych w Kościele katolickim, a został ochrzczony w Kościele katolickim w Wielką Sobotę 2025 roku. – Jako matka Kościół kocha swoje dzieci i mądrze wskazuje rodzicom, by prowadzili je do łaski Boga i zbawczych wód chrztu od najmłodszych lat. Chodzi o zapewnienie im tego, co najlepsze, aby mogły mieć jak najlepsze życie jako część Ciała Chrystusa, Kościoła. Kościół pragnie tego nie z chęci kontroli czy sprawowania władzy, lecz po to, by – jako mądra i przezorna matka – obdarzyć ludzi dobrem – powiedział w rozmowie z EWTN News.

    McCann powołał się tu na własne doświadczenia rodzinne. – Moi rodzice po prostu „anulowali” w swoich głowach prawdę o Zmartwychwstaniu i przestali chodzić na Mszę św. itd., jak wielu katolików dzisiaj. Kościół nie ma żadnych prawnych środków, by zmusić kogokolwiek do dążenia do świętości (…) Zamiast oceniać chrzest niemowląt przez pryzmat „praw”, należy zapytać: „czy prawa człowieka są właściwym standardem etycznym do oceny katolickiej teologii moralnej?” – zauważył.

    Jego odpowiedź brzmi „nie”. – Katolicka teologia moralna ma charakter teleologiczny, zmierza ku świętości osoby. Dlatego to, co prowadzi do świętości, jest „dobre”, a to, co od niej oddala, jest „złe”. Etyka praw człowieka nie jest ukierunkowana na osiągnięcie świętości i dlatego nie stanowi właściwych ram do oceny katolickich sakramentów czy praktyk – wyjaśnił.

    McCann dodał, że przed swoim nawróceniem nie rozumiał w pełni chrztu niemowląt, ale nie zgadza się z traktowaniem go jako umowy prawnej między dwiema stronami. – Tradycja z definicji jest międzypokoleniowa – tradycja, która nie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie jest tradycją – podkreślił. – Chrzest niemowląt jest przede wszystkim decyzją rodziców, którzy obdarowują swoje dzieci uczestnictwem w życiu Kościoła i tradycyjnym katolickim stylem życia prowadzącym do zbawienia. Dlatego też twierdzenie, że niemowlęta i dzieci powinny „wyrazić zgodę” na przynależność do określonej tradycji, jest tak absurdalne, jak mówienie, że powinny same wybierać język, którym będą się posługiwać – podsumował McCann.

    PCh24.pl żródło: KAI

    ***

    Była prezydent Irlandii przeciwko chrztom dzieci. Naruszają „prawa człowieka”

    Mary McAleese – była prezydent Irlandii – nie pierwszy raz wypowiedziała się przeciwko chrześcijańskiej prawdzie. Choć kobieta deklaruje katolicyzm, to wielokrotnie podważała nauczanie Kościoła. Odrzuca jego doktrynę o homoseksualizmie, podważa porządek hierarchiczny, domaga się również święceń kapłańskich kobiet. Do zbioru błędów McAleese dodała niedawno kolejny – wyrażając sprzeciw wobec udzielania chrztu świętego dzieciom. Wedle heterodoksyjnej „katoliczki” praktyka ta godzi w prawa człowieka.

    Sprzeciwiający się wierze artykuł McAleese opublikowała przy okazji… Święta Chrztu Pańskiego. Wedle byłej prezydent Irlandii praktyka chrzczenia niemowląt jest „poważnym, systematycznym ograniczeniem praw człowieka na dużą skalę”, która „dotyka Irlandii w szczególny sposób”.

    Sednem zarzutu McAleese jest fakt, że chrzest na całe życie włącza w Mistyczne Ciało Chrystusa. To jej przeszkadza, ponieważ ogranicza swobodę samodzielnego wyboru tożsamości religijnej w tym zmiany religii. Więcej, McAleese uważa, że nie można widzieć w uczynieniu z ochrzczonego katolika na zawsze „duchowego skutku” tego sakramentu z bożej woli. Widać brak jej nawet podstaw katechezy…

    Jak zaznaczył portal infocatolica.com, komentując artykuł byłej prezydent, chrzest niewiele różni się pod względem wyznaczania dziecku życiowej drogi od wychowania i socjalizacji. Nikt nie pyta dziecka, przychodzącego na świat, w jakim systemie prawnym uważa za słuszne funkcjonować, jakiej moralności ma ochotę się uczyć i w jakiej rodzinie życzy sobie się urodzić. A przecież wszystko to wpływa na człowieka przez resztę jego życia…

    W przeszłości McAleese wielokrotnie dawała wyraz poglądom wyjątkowo trudnym do pogodzenia z wiarą katolicką. Jej błędy mają nie tylko charakter materialnej herezji – ale przekładają się również na zgubną praktykę. McAleese uczestniczy w ceremoniach anglikańskiego „kościoła Irlandii” …

    Wydaje się, że w sprzeciwie kobiety wobec udzielania Chrztu świętego dzieciom widzieć można skutek jej własnych błędnych opinii. Przecząc wielokrotnie prawdzie chrześcijańskiej McAleese chciałaby, aby i inni mogli czynić to swobodnie. Tymczasem włączenie w Kościół katolicki wraz z jego depozytem bożego objawienia od narodzin w błądzeniu skutecznie przeszkadza.

    PCh24.pl – żródła: infocatolica.com, irishtimes.com
    FA

    ***

    Istocphoto/Gość Niedzielny

    ***

    Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich

    Kościół katolicki uznaje chrzest poprawnie udzielony w innych wspólnotach chrześcijańskich, nawet gdy one nie uznają chrztu katolickiego. Nie każda jednak grupa religijna, która chrzci, jest chrześcijańska.

    W 2020 roku głośny był dramat księdza Matthew Hooda, proboszcza parafii św. Wawrzyńca w amerykańskim mieście Utica, który odkrył, że… nie jest katolikiem. Przyczyną był fakt, iż nie został on ważnie ochrzczony. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przeglądał zarejestrowane w 1990 roku nagranie wideo z własnego chrztu, a dokładniej z ceremonii, która miała być chrztem. Nie była nim z powodu niewłaściwego sformułowania, jakiego użył kapłan. Zamiast słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, przewodniczący obrzędowi diakon powiedział: „My ciebie chrzcimy…”.

    Odnosząc się do tej kwestii, watykańska Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła w nocie wyjaśniającej, że chrzest nie jest ważny i musi być udzielony ponownie. Tym samym nieważne okazały się wszystkie inne sakramenty, które przyjął Matthew Hood, i większość sakramentów, których udzielał, pełniąc funkcję duchownego.

    Proboszcz został skutecznie ochrzczony 9 sierpnia 2020 roku, przyjął Komunię i został bierzmowany, po tygodniu przyjął święcenia diakonatu, a dwa dni później święcenia prezbiteratu.

    Sytuacja ta pokazała, jak ważna jest staranność w udzielaniu sakramentów, a także jak kluczowym sakramentem jest chrzest.

    Niekoniecznie katolik

    „Chrzest jest konieczny do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia i którzy mieli możliwość proszenia o ten sakrament” – głosi katechizm (1257).

    O konieczności chrztu mówi sam Jezus w rozmowie z Nikodemem: „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3,5).

    Kościół stara się nie zaniedbywać nakazu Chrystusa, „by »odradzać z wody i z Ducha Świętego« wszystkich, którzy mogą być ochrzczeni”, bo, jak czytamy w katechizmie, „nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego”.

    Chrzest jest ważny, gdy udziela go człowiek, który ma właściwą intencję – nawet jeśli nie jest katolikiem. Taka jest praktyka Kościoła już od starożytności. W połowie III wieku papież Stefan I wzywał do zachowania tradycji nakładania rąk na heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego, bez powtarzania chrztu. Podobnie twierdził św. Augustyn, który podkreślał, że ważność chrztu nie zależy od osobistej świętości szafarza ani też od jego przynależności kościelnej.

    Ważność chrztu udzielanego przez niekatolików wynika z faktu, iż prawdziwym szafarzem sakramentu jest Chrystus. Potwierdził to sobór trydencki, ustalając, że prawdziwy jest chrzest udzielany także przez heretyków w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, z intencją czynienia tego, co czyni Kościół katolicki. Chodzi o to, aby, jak precyzuje Katechizm Kościoła Katolickiego, „chcieć uczynić to, co czyni Kościół, gdy chrzci”.

    Nauczanie to podtrzymują najnowsze dokumenty Kościoła katolickiego, stanowiąc, iż ochrzczeni w niekatolickiej wspólnocie kościelnej nie powinni być powtórnie chrzczeni, o ile nie zachodzi uzasadniona wątpliwość co do materii, formy albo intencji ochrzczonego lub szafarza chrztu.

    Z tej przyczyny Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w innych wspólnotach chrześcijańskich. Ma to szczególne znaczenie w przypadku zawierania małżeństw mieszanych – wystarczy wówczas świadectwo chrztu małżonka innego wyznania. Także gdy, na przykład, luteranin deklaruje gotowość zostania katolikiem, nie musi ponownie przyjmować chrztu.

    Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich
    Chrzest dorosłych w Jordanie /fot. ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***

    Pionierskie porozumienie

    Podobnie jest w przypadku innych Kościołów chrześcijańskich. Uznanie chrztu to kluczowa kwestia dla relacji ekumenicznych. Ważne decyzje zapadły w tym względzie w roku 1964, kiedy podczas Soboru Watykańskiego II zatwierdzono „Dekret o ekumenizmie”. Trzy lata później zalecono m.in. prowadzenie dialogu z władzami i radami ekumenicznymi innych Kościołów w ramach jakiegoś jednego narodu lub terytorium.

    Pionierem pod tym względem była Polska. Rozmowy w sprawie ważności chrztu rozpoczęły się jeszcze w latach 60. minionego wieku i były prowadzone między Kościołem Rzymskokatolickim i Wspólnotami Chrześcijańskimi zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej.

    Dialog na temat wzajemnego uznania ważności chrztu trwał prawie 30 lat i zakończył się porozumieniem pomiędzy Kościołem Rzymskokatolickim i siedmioma Wspólnotami Chrześcijańskimi.

    23 stycznia 2000 roku w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie deklaracji „Sakrament chrztu znakiem jedności”. Sygnatariuszami byli przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego i sześciu Wspólnot Chrześcijańskich należących do Polskiej Rady Ekumenicznej: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP (luteranie), Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP (kalwiniści), Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego (metodyści), Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i Kościoła Polskokatolickiego.

    „W moim przekonaniu deklaracja o wzajemnym uznawaniu chrztu to najważniejszy dokument, jaki udało się wypracować, podpisać i wprowadzić w życie, w ekumenizmie w Polsce” – mówił podczas uroczystości prezes Polskiej Rady Ekumenicznej bp Jerzy Samiec.

    Stanowisko Kościoła Katolickiego jest zgodne w trzech kwestiach ze wspólnotami chrześcijańskimi:

    1. Sakrament chrztu ustanowił Jezus Chrystus i polecił go udzielać. Chrzest jest wyjściem z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze, jest znakiem nowego życia w Chrystusie, obmyciem z grzechu, jest oświeceniem przez Chrystusa, nowymi narodzinami, przyobleczeniem się w Chrystusa, odnowieniem przez Ducha, zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie i wyzwoleniem, które prowadzi do jedności w Jezusie Chrystusie, gdzie zostają przezwyciężone podziały ze względu na stan społeczny, rasę czy płeć.

    2. Chrzest jest z wody i Ducha Świętego; udziela się go w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest jednoczy ochrzczonego z Chrystusem, chrześcijan między sobą. Wprowadza do Kościoła i stanowi początek życia w Chrystusie, którego celem jest „uwielbianie chwały”.

    3. Ochrzczeni żyjący w jednym miejscu i czasie wspólnie ponoszą odpowiedzialność za świadectwo składane Chrystusowi i Ewangelii. Ochrzczeni żyją dla Chrystusa, dla Jego Kościoła i dla świata, który On miłuje, oczekując w nadziei na objawienie się nowego stworzenia Bożego oraz na czas, gdy Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Chrzest w Chrystusie jest wezwaniem, aby chrześcijanie przezwyciężali swoje podziały i w widzialny sposób zamanifestowały swoją wspólnotę.

    Kościoły zadeklarowały wzajemne uznanie ważności chrztu udzielanego we wspólnotach sygnatariuszy dokumentu.

    Nie podpisali

    Dokumentu nie podpisały Wspólota Chrześcijan Baptystów RP i mniejsze denominacje wywodzące się z ruchu ewangelikalnego. Baptyści, życzliwie odnosząc się do wysiłków dotyczących wzajemnego uznania chrztu, nie zgodzili się jednak z wszystkimi wnioskami dokumentu, m.in. ze stwierdzeniem, że chrzest wyprowadza z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze i jest znakiem nowego życia w Chrystusie. Głównym powodem odmowy przystąpienia do porozumienia był fakt, iż deklaracja uwzględnia także chrzest dzieci, a baptyści i członkowie wspólnot ewangelikalnych nie uznają sakramentu osób nieświadomych.

    Sytuacja jest więc taka, że Kościół katolicki uznaje chrzest baptystów i osób ochrzczonych we wspólnotach ewangelikalnych, ale oni nie uznają chrztu przyjętego w Kościele katolickim.

    Kościół katolicki bowiem zasadniczo uznaje ważność chrztu we wszystkich Wspólnotach Chrześcijańskich, jeśli został on prawidłowo udzielony.

    Wątpliwości

    Wypracowana w Polsce deklaracja „Sakrament chrztu znakiem jedności” stała się inspiracją dla innych krajów i Wspólnot Chrześcijańskich, które także podjęły wysiłki dla wypracowania porozumienia co do wzajemnego uznania chrztu.

    Rozmowy nie dotyczą jednak każdej grupy religijnej, która chrzci swoich członków.

    Przez długi czas nie było jasności co do ważności tego sakramentu udzielonego w niektórych wspólnotach, szczególnie powstałych w XIX wieku w USA, takich jak mormoni czy świadkowie Jehowy. Ci ostatni, bardzo rozpowszechnieni w Polsce, przyjmują chrzest podczas kongresów, w obecności wielu współwyznawców, zazwyczaj w specjalnie przygotowanych basenach, zanurzając się całkowicie w wodzie. Towarzyszące im osoby wypowiadają nad nimi tzw. formułę trynitarną, czyli, zgodnie ze słowami Jezusa, robią to „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Forma i materia są więc zachowane, ale jest problem z intencją czynienia tego, co czyni Kościół, gdy chrzci. Świadkowie Jehowy nie wierzą m.in. w bóstwo Chrystusa, nie uznają bóstwa Ducha Świętego ani nawet tego, że jest osobą, i nie uważają chrztu za wszczepienie w Chrystusa.

    Co do ważności chrztu świadków Jehowy nie ma dotąd oficjalnego stanowiska Kościoła, ale ich chrzest jest na ogół uważany za nieważny, ponieważ nie wyznają Trójcy Świętej. Wynika to już z uchwał I Soboru Nicejskiego, stwierdzającego, że chrzest udzielany w kontekście błędnej wiary trynitarnej nie jest ważny.

    Chrzest nieważny

    Od roku 2002 jasne jest stanowisko Kościoła w odniesieniu do chrztu mormonów. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary udzieliła negatywnej odpowiedzi na pytanie o ważność chrztu udzielonego we Wspólnocie Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich, znanym jako mormoni.

    Kierowana wówczas przez kard. Josepha Ratzingera kongregacja przeanalizowała cztery elementy w nauczaniu i praktyce mormonów. Nie było problemu w kwestii materii chrztu – mormoni stosują chrzest przez zanurzenie w wodzie, co jest jednym ze sposobów celebracji tego sakramentu także w Kościele katolickim. Wskazano jednak wątpliwości w odniesieniu do formuły, która u mormonów brzmi: „Będąc upoważnionym przez Jezusa Chrystusa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pozornie jest to wezwanie Trójcy, ale według mormonów Ojciec Syn i Duch Święty nie są osobami, w których istnieje jedyne Bóstwo, ale trzema bogami, którzy tworzą jedno bóstwo. Każdy jest różny od pozostałych, nawet jeżeli pozostają w doskonałej harmonii. W ich doktrynie trzej bogowie, będący zarazem ludźmi, zjednoczyli się w celu zbawienia człowieka. Bóg Ojciec, według nich, ma żonę, tzw. Niebiańską Matkę, a Jezus jest ich potomkiem, podobnie jak Duch Święty, co sprawia, że w istocie wierzą w czterech bogów. Zatem mormoni rozumieją Ojca, Syna i Ducha Świętego w sposób całkowicie różny od chrześcijańskiego, a ich doktryna czerpie ze źródeł pozachrześcijańskich.

    W tej sytuacji, jak wskazała Kongregacja, samo pojęcie Boga u mormonów sprawia, iż szafarz Wspólnoty Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół katolicki, czyli tego, co Chrystus nakazał czynić, gdy ustanowił sakrament chrztu. Między innymi z tych powodów Kościół uznał chrzest udzielany przez mormonów za nieważny.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    fot. brikel21/Freepik

    ***

    „Chrzest daje nam wszystkie narzędzia do walki o świętość”

    Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych? Czy niewierzący może zostać chrzestnym? Wyjaśnia ks. dr hab. Marcin Kowalski.

    Michał Górski: Czym jest chrzest? Jak najprościej go zdefiniować?

    Ks. Marcin Kowalski: Nasze słowo „chrzest” to tłumaczenie greckiego baptisma, które oznacza „obmycie”, „zanurzenie”. Przywodzi ono na myśl pierwsze obrazy Ewangelii, gdzie opisane jest zanurzenie Jezusa w Jordanie. Wszystkie Ewangelie synoptyczne (Marka, Mateusza, Łukasza) wspominają postać Jana Chrzciciela i moment, w którym Jezus przyjmuje do niego chrzest.

    Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Czym ten chrzest różni się od naszego?

    Egzegeci właściwie zadają to pytanie do dzisiaj. Wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie jest z punktu widzenia nauk biblijnych fascynujące. Dla pierwszych chrześcijan było równocześnie problematyczne. Pytali, „dlaczego Ten, który jest Mistrzem, Mesjaszem, podporządkowuje się i przyjmuje chrzest z rąk Jana, który chrzci grzeszników, i który jest niższy od Niego?” To wydarzenie zachowane w Ewangeliach jest w 100% historyczne. Chrześcijanie nie mogliby skomponować historii, która rzucała wątpliwe światło na Jezusa.

    Dlaczego Jezus przyszedł nad Jordan? Jan udzielał tam Chrztu, który Marek nazywa „chrztem nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). Ten Chrzest przygotowuje przyjście Mesjasza. Chrzest Janowy zapowiada przyjście kogoś mocniejszego (Mk 1,7-8).

    Istnieją hipotezy, które mówią, że Jezus wchodzi do Jordanu jako grzesznik, ale biorąc pod uwagę całą tradycję Nowego Testamentu dot. bezgrzeszności Jezusa, jest to hipoteza nie do przyjęcia.

    Inni sugerują, że wchodzi On tam jako reprezentant grzesznego Izraela. W historii Izraela opisanej w Starym Testamencie wielcy liderzy, tacy jak Ezdrasz biorąc odpowiedzialność za lud – chociaż sami nie popełnili grzechu – wyznają razem z nim grzech i proszą Boga o przebaczenie (Ezd 9,6-15; Ne 9,6-37). Niektórzy mówią, że Jezus dokonuje tu aktu solidarności z grzesznym Izraelem, który potrzebuje nawrócenia i modlitwy. W Jordanie nie słyszymy jednak wyznania grzechu ze strony Jezusa, więc idea solidarności z grzechem jest również wykluczona. Niektórzy mówią, że Jezus wchodzi tam jako sprawiedliwy, który się nawraca i solidaryzuje ze sprawiedliwymi w Izraelu – z resztą, która czeka na zbawienie. Jest to lepsza interpretacja, ale ona także jest niepełna.

    Ostatecznie patrząc na całą narrację – na objawienie, które następuje później, a także otwierające się niebo i słowa „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” – widać, że Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji. Czytając Ewangelie Marka, Łukasza i Mateusza widzimy, że Jezus przychodzi nad Jordan już przekonany o swoim synostwie i o swojej wyjątkowości. Nie przychodzi odkrywać tego kim jest, jak w filmie Ostatnie kuszenie Jezusa Martina Scorsese. On przychodzi objawić, kim jest. Marek mówi, że Jezus wchodzi w wody Jordanu oddzielnie, jakby obok innych (Mk 1,9). To już jest Jezus wypełniający swoją misję. Według Marka nad Jordanem ukazuje On swoją jedność z Ojcem w pragnieniu zbawienia grzeszników. Złamanej grzechem ludzkości chce dać swoje synostwo, swoją miłość, miłość Ojca. Mateusz pisze o Jezusowym przyjściu nad Jordan w celu wypełnienia całej Bożej sprawiedliwości, Pism, zapowiadających Mesjasza i jego dzieło zbawienia (Mt 3,15). Jezus nad Jordanem doskonale wie co robi. Rozpoczyna drogę, która zaprowadzi go do Jerozolimy.

    Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji.

    Chrystus nad Jordanem ukazuje nam także dary, które będą naszymi dzięki Sakramentowi Chrztu. Chrzest Jezusa i chrześcijanina mają ze sobą wiele wspólnego, choć są także w swojej istocie różne. Chrześcijanin nie może skopiować tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Kiedy przyjmujemy chrzest musimy uświadomić sobie, że chrzest Jezusa był wyjątkowy. Równocześnie – jak mówili Ojcowie Kościoła – „Chrystus wszedł tam, aby uświęcić te wody i zostawił nam na brzegu szatę chrzcielną”. Chrzest Jezusa zapowiada nasz chrzest i dary, którymi także nas obsypie Ojciec: Ducha, dziecięctwo Boże, chwałę nieba.

    Jednym z celów chrztu jest obmycie nas z grzechu pierworodnego. Czy oznacza to, że po przyjęciu tego sakramentu stajemy się zupełnie innymi ludźmi? Jesteśmy bardziej przygotowani na prowadzenie walki duchowej? W jaki sposób tłumaczyć rodzicom, którzy chcą dać dziecku „wybór” w kontekście chrztu, że sakrament inicjacji chrześcijańskiej jest nam potrzebny już na początku naszej życiowej drogi?

    Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa. To prawda, że Chrystus umarł za wszystkich, ale Nowy Testament kładzie nacisk na wiarę, która jest naszą konieczną odpowiedzią na to, co uczynił dla nas Zbawiciel. Taką decyzję wiary i przyjęcia zbawienia w Chrystusie wyrażamy właśnie we chrzcie. Chrzest gładzi grzech pierworodny, ale także, jeśli przyjmuje go dorosły, wszystkie inne grzechy. Przez to otwiera nam drogę do życia wiecznego.

    Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa.

    Czym zatem jest grzech pierworodny?

    Najlepiej ilustruje to opowiadanie z Księgi Rodzaju 3, które opisuje historię człowieka kuszonego przez Złego. Pierwsi rodzicie w raju buntują się przeciw prawom Stwórcy, próbują zająć jego miejsce, bo do tego zachęcał ich Szatan. Grzech pierworodny to próba bycia jak Bóg. Ma ona tragiczne skutki, ponieważ widać jak później zło rozlewa się i zaraża cały stworzony świat, rozbija relacje z Bogiem oraz relacje między ludźmi. Grzech pierworodny to pierwszy grzech buntu przeciw Bogu. On tkwi u korzeni ludzkiej historii i zatruwa nasz stworzony świat do tego stopnia, że każdy kto się w nim rodzi jest przesiąknięty skłonnością do zła. Grzech pierworodny, ze względu na ludzką solidarność, tkwi głęboko w nas – wszyscy jesteśmy potomkami pierwszych ludzi, którzy się zbuntowali. My także nosimy w sobie gen buntu, którym zostaliśmy zainfekowani.

    Grzech pierworodny, tak jak każdy grzech, wykopuje przepaść pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Rodząc się jako ludzie, przychodzimy na ten świat jako przeciwnicy Boga. Od kontrowersji teologicznych pomiędzy Augustynem i Pelagiuszem Kościół stoi mocno na stanowisku, że wszyscy bez wyjątku są skażeni grzechem pierworodnym, także małe, „niewinne” dzieci. Nie warto czekać z chrztem. Grzech pierworodny, zło tego świata, są rzeczywistością, a nie fikcją. Potrzebujemy Bożej łaski, obmycia, które przychodzi razem z chrztem. Tak jak nie czeka się z miłością do momentu, aż dziecko dojrzeje, tak samo nie czeka się z chrztem – on jest gestem miłości rodzica i Boga wobec dziecka.

    Czy w związku z tym można powiedzieć, że bez chrztu tendencja do czynienia zła jest w nas większa?

    Bez chrztu ona się w nas rozwija i nie znajduje tamy w postaci Bożej łaski. Razem z Chrztem przychodzi łaska uświęcająca, rozwój w wierze, wspólnota Kościoła, która będzie nas wspomagać. Razem z chrztem przychodzi włączenie w Chrystusa i Jego dzieło. Chrzest daje coś więcej niż proste powiększenie naszego potencjału duchowego i odporności na zło. Chrzest gładzi grzech pierworodny i to, co z niego wynika – bez Chrztu jestem nad przepaścią, po drugiej jej stronie stoi Bóg. Tej przepaści nie możemy pokonać o własnych siłach. Bez Chrztu po śmierci wpadamy w tę przepaść, która oznacza potępienie.

    Oczywiście Kościół mówi też o „chrzcie krwi”, który można przeżyć oddając życie za Chrystusa, nawet jeśli ktoś nie jest ochrzczony. Mówi również o „chrzcie pragnienia”, czyli o tych wszystkich, którzy nie poznawszy Chrystusa i nie mogąc przyjąć chrztu, zbawiają się przez dobre życie, albo o dzieciach, których rodzice nie zdążyli ochrzcić, choć tego pragnęli. W takim przypadku będą one zbawione.

    Bez chrztu nie ma dla nas życia wiecznego. Paweł jasno stwierdza w Liście do Rzymian, że nikt nie może zbawić się o własnych siłach (1-4). Chrzest daje nam wszystkie narzędzia potrzebne do walki o świętość. W naszym życiu wspinamy się na najwyższą górę świata – Górę Królestwa Bożego. Sami o własnych siłach tam nie dotrzemy. Chrzest jest naszym wyposażeniem. To nasz czekan i nasze raki. To także cała ekipa – Szerpowie – wszyscy, którzy będą wspinać się na nasz życiowy Mount Everest razem z nami. Samemu to niemożliwe.

    Słuchając Księdza zastanawiam się nad tym, ilu z nas ma choćby połowiczną świadomość tego, o czym Ksiądz mówi. Ilu z nas ma świadomość znaczenia własnego Chrztu? Czy nie powinniśmy przejść pewnego rodzaju reedukacji na temat tego sakramentu? Czym jest katechumenat i czy nie powinien on być obowiązkowy dla wszystkich ochrzczonych w dzieciństwie, często nie zdających sobie sprawy z tego, jak wielką łaską zostali obdarowani?

    Katechumenat w tradycji Kościoła był przeznaczony dla tych, którzy jako dorośli przygotowywali się do przyjęcia sakramentu chrztu. Po przyjęciu chrztu w dzieciństwie formalnie nie ma on racji bytu. Z tradycji wiemy, że katechumenat był długi i bardzo surowy. Droga przygotowania katechumena była wymagająca. (…) Od II wieku mamy już jednak wzmianki o chrzcie dzieci, natomiast w Nowym Testamencie pojawiają się informacje o chrzcie przyjmowanym przez całe domostwo, z czego można dedukować, że także przez dzieci.

    Chrzest dzieci był później uzupełniany katechezą domową, rodzinną. Po chrzcie rozpoczyna się właściwe wdrażanie w życie wiary. Sobór mówi o tym, że rodzina jest miejscem ewangelizacji, pierwszym miejscem głoszenia Ewangelii i nauki życia nią. To także miejsce, gdzie realizuje się nasza misja kapłańska, składania ofiary z siebie, i prorocka. To nasze chrześcijańskie rodziny zapewniają tzw. katechumenat, przygotowanie do życia wiary, którego potrzebuje dziecko po chrzcie.

    Temu dojrzewaniu służy również katecheza w szkole oraz kolejne sakramenty. Świadomość chrztu powinna rosnąć w dziecku dzięki rodzicom, chrzestnym, dzięki Kościołowi, katechezie oraz kolejnym krokom wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pytanie, do jakiego stopnia wywiązujemy się z naszej rodzinnej i kościelnej katechezy chrzcielnej.

    Przejdźmy teraz do tematu rodziców chrzestnych. Wiemy, że życie pisze różne scenariusze i nie zawsze jest tak, że rodzice chcący ochrzcić dziecko będą ludźmi wierzącymi. W przypadku chrzestnych sytuacja jest już inna. Tutaj człowiek chcący zostać chrzestnym musi wykazać się wiarą…

    Ideałem są wierzący rodzice i chrzestni. Kościół jest jednak przygotowany na różne scenariusze i są one przewidziane w Kodeksie Prawa Kanonicznego oraz w dokumentach dot. sakramentów chrześcijańskich. Może zdarzyć się sytuacja, że rodzice są niewierzący, ale chcą dla swojego dziecka chrztu. To szlachetne, dalekowzroczne, pełne miłości myślenie o swoim dziecku, w którym zakłada się, że chrzest może prezentować dar i szansę, której nie rozumiem, ale chciałbym, żeby moje dziecko nie było go pozbawione.

    Kluczową sprawą są wówczas wierzący chrzestni. Wymaga się by był ktoś, np. w rodzinie, który zagwarantuje chrześcijańskie wychowanie dziecka. Warto zwrócić uwagę, że prawo wprowadza rozróżnienie między świadkami chrztu a chrzestnymi. Świadkiem może być każdy – nie musi być to człowiek wierzący. Wystarczy, że będzie w stanie stwierdzić, że chrzest się odbył. Ojciec chrzestny/matka chrzestna to już ktoś, kto charakteryzuje się wiarą i kto może prowadzić dziecko po drogach wiary. To ktoś gwarantujący pomoc rodzicom w chrześcijańskim wychowaniu dziecka.

    Chrztu nie można odmówić, szafarz może jednak zdecydować o jego odłożeniu. Według instrukcji „Pastoralis actio” z 1980 roku, szafarz sakramentu może odłożyć chrzest, jeśli nie ma gwarancji, że dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej. (…) Odłożenie jest po to, żeby znaleźć kogoś, kto zagwarantuje właśnie proces wzrastania w wierze.

    Jak wygląda sprawa warunków udzielenia chrztu? Czy są one inne dla dziecka, a inne dla osoby dorosłej?

    Podstawowym warunkiem jest wiara. Od osoby dorosłej wymaga się świadomego wyznania swojej wiary. Żeby to wyznanie było świadome i wolne musi być poparte doświadczeniem poznania Chrystusa i jego Kościoła w wymiarze intelektualnym i duchowym, dlatego mamy instytucję wspomnianego katechumenatu. Tego procesu nie ma w przypadku dziecka. Za wiarę i proces chrześcijańskiego wychowania dziecka ręczą rodzice. To oni powodowani miłością chcą włączyć swoje dziecko w miłość Bożą. Chcą, aby nie było ono pozbawione wszelkich łask płynących z Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że wiara jest procesem, jest nam dana jakby w zalążku, z którego ma się rozwijać i dojrzewać. W dziecku widać to szczególnie wyraźnie. Wiara, której oczekuje się od dorosłych, w kontekście chrztu dziecka jest wciąż w początkowym stadium rozwoju.

    Przyglądając się uroczystościom chrzcielnym widać, że większa część z nich dokonuje się podczas niedzielnej Eucharystii. Istnieje jednak zwyczaj chrzczenia dzieci również w inne dni, bez Mszy św. Wybór którejś z opcji świadczy o mniejszej lub większej dojrzałości w wierze u rodziców?

    Nie ma w tym wypadku rozróżnienia pomiędzy bardziej lub mniej dojrzałym podejściem do sakramentu. Wiele zależy od tradycji lokalnych. Pracując w USA, spotkałem się z tym, że chrzty są tam najczęściej udzielane poza Mszą świętą. Rodzice chrzestni, cała rodzina przychodzą na Mszę i dopiero po niej udziela się chrztu. Ma on wtedy dłuższą, bardziej rozwiniętą formę ze specjalnym kazaniem do całej rodziny. Ktoś, kto chce przeżyć głębiej chrzest w sensie sakramentalnym, kto chce lepiej zrozumieć całą jego symbolikę, może wybrać opcję chrztu poza Mszą świętą, bo rzeczywiście pozwala ona na więcej.

    Sam chrzest włączony w Eucharystię ma jednak również przepiękną symbolikę. Nieprzypadkowo w Wigilię Paschalną chrzci się dzieci. Jest to bardzo stara praktyka Kościoła, pokazująca do czego zmierza sakrament Chrztu. Włącza on nas w życie Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich najpiękniejszą celebracją jest Eucharystia. Chrzest włącza także w życie sakramentalne i liturgiczne. To początek naszej drogi dojrzewania w Kościele. Ochrzczone dzieci już niedługo będą karmić się Ciałem Chrystusa. Jeśli sprawujemy chrzest z całą wspólnotą Kościoła, podczas Eucharystii, to cieszy się ona razem z nami z przyjęcia nowych członków, okazuje się być „płodną matka”. Ojcowie Kościoła używali pięknej metafory łona macierzyńskiego aplikując ją do źródła chrzcielnego, z którego rodzą się kolejne dzieci Kościoła.

    Jak więc widzimy, oba sposoby celebrowania chrztu mają swoje walory, oba są godne polecenia. Zasadniczą praktyką w naszym polskim Kościele jest chrzest podczas Eucharystii i dobrze byłoby uświadomić sobie ich głębokie połączenie oraz symbolikę.

    rozmawiał Michał Górski/Stacja7.pl

    ***

    piątek 9 stycznia

    Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot

    9 stycznia Kościół wspomina bł. Paulinę Jaricot, założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary oraz Żywego Różańca. Jej duchowe dziedzictwo pozostaje żywe i owocne, szczególnie we wspólnotach różańcowych.

    bł. Paulina Jaricot

    ***

    22 maja br. miną cztery lata od beatyfikacji Pauliny Jaricot. Od tego czasu jej postać staje się coraz bardziej znana, zwłaszcza wśród członków Żywego Różańca, dla których rok 2026 jest szczególny – przypada bowiem jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca.

    Obchody jubileuszowe zostały zaplanowane w trzech etapach:

    • Pierwszym będzie III Ogólnopolski Kongres Różańcowy na Jasnej Górze, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca. Wydarzenia odbędą się w dniach 5-6 czerwca br. w sanktuarium na Jasnej Górze.
    • Drugi etap jubileuszu stanowić będą spotkania w diecezjach,
    • Trzeci etap – obchody w poszczególnych wspólnotach parafialnych. Każda parafia będzie miała wyznaczony własny dzień dziękczynienia – Niedzielę Różańcową.

    Do Żywego Różańca w Polsce należy obecnie ok. 2 milionów osób. Koła i róże różańcowe działają we wszystkich diecezjach, stanowiąc jedną z najliczniejszych i najbardziej stabilnych form modlitwy wspólnotowej w Kościele.

    ***

    W 2013 roku dzieło Żywego Różańca otrzymało nową ogólnopolską strukturę organizacyjną, określoną w Statucie Stowarzyszenia „Żywy Różaniec”, zatwierdzonym przez Konferencję Episkopatu Polski. Pismem formacyjnym wspólnot Żywego Różańca jest miesięcznik „Różaniec”, wydawany przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek.

    Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot przypomina o jej wyjątkowym charyzmacie mobilizowania świeckich do systematycznej modlitwy, odpowiedzialności za misje oraz prostego, a zarazem konsekwentnego zaangażowania w życie Kościoła.

    Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot jest także zaproszeniem do osobistej modlitwy i do odkrywania jej duchowości – prostej, a zarazem wymagającej. Warto sięgać po jej wstawiennictwo, szczególnie w intencjach misji oraz wspólnot Żywego Różańca.

    Zachęcamy, aby modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Jaricot była podejmowana indywidualnie oraz we wspólnotach – szczególnie w różach Żywego Różańca, podczas spotkań formacyjnych i w ramach przygotowań do jubileuszu 200-lecia tego dzieła. Jej życie pokazuje jasno – wierna modlitwa realnie zmienia Kościół i świat.

    Modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Marii Jaricot

    Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów:

    „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15).

    Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców,

    a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją,

    by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej,

    zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec.

    Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan

    płonęło duchem głoszenia Ewangelii,

    objawiając Twoją nieskończoną miłość.

    Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…,

    o którą szczególnie Cię proszę.

    Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Papieskie Dzieła Misyjne

    ***

    Bł. Paulina Jaricot

    Założycielka Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary

    bł. Paulina Jaricot

       ***

    O trudnej sytuacji w Chinach dowiedziała się z biuletynu Paryskiego Seminarium Misji Zagranicznych (MEP). W celu zorganizowania pomocy dla swoich misjonarzy przełożeni seminarium reaktywowali stowarzyszenie, które działało przy ich seminarium przed rewolucją. Wtedy celem stowarzyszenia była modlitwa za misjonarzy. Teraz oprócz modlitwy prosili o pomoc materialną. Nosiło ono nazwę: „Stowarzyszenie modlitwy dla uproszenia u Boga nawrócenia niewiernych, wytrwania chrześcijan, którzy żyją między nimi i rozwoju instytucji przeznaczonych do rozkrzewiania wiary”. Również z biuletynów Paulina dowiedziała się, że anabaptyści w Anglii organizują szeroko zakrojoną akcję pomocy dla swoich misjonarzy stosując metodę „jednej monety tygodniowo”. Taką samą metodę postanowiła zaproponować osobom ze swojego otoczenia, których zaczęła prosić o pomoc dla misjonarzy z Chin. Ten kraj był jej o tyle bliski, że nasłuchała się o nim wiele w dzieciństwie z opowiadań pani Róży, służącej w domu państwa Jaricot. Jej środowisko natomiast, w którym wtedy żyła, to dziewczyny w jej wieku, zorganizowane w ruchu nazwanym „Wynagrodzicielki Najświętszego Serca Pana Jezusa”. Był to ruch nieformalny, czyli nie założony oficjalnie, ale za to z gęstą siecią grup w różnych parafiach dzielnicy św. Pawła w Lyonie. Wchodziły do tych grup często nawet biedne dziewczyny, robotnice lyońskich fabryk. One były pierwszymi osobami, które odpowiedziały na apel Pauliny i modlitwą i drobną ofiarą pieniężną zaczęły wspierać misjonarzy z MEP. Ofiara pieniężna, którą proponował Paulina była naprawdę niewielka: jeden sou czyli 1/20 franka. Była to cena jednej bułki. Propozycja wspomagania misji padła na podatny grunt, ale Paulina, gdy uświadomiła sobie jak wielkie są potrzeby misjonarzy zorientowała się, że taka pomoc jest kroplą w morzu potrzeb. Szukała sposobu by rozpoczęta zbiórka dawała większe efekty. Wymyśliła, że wszystkich chętnych do pomocy zorganizuje w grupy po dziesięć osób, każda grupa będzie miała swojego odpowiedzialnego, a wszystkie grupy będą podporządkowane hierarchicznie tworząc setki i tysiące, które nazwała „dywizjami”. Wyczuwała, że szykuje się poważna „bitwa” i zorganizowała „wojsko”. System okazał się na tyle skuteczny, że pochwalnie pisała o nim nawet liberalna prasa. Od czerwca 1821 r. do czerwca następnego roku zebrała w ten sposób prawie 1400 franków.   

       W tym czasie do katolików z Lyonu przyszedł list od bpa Luisa W. Dubourga z Luizjany w Stanach Zjednoczonych. Prosił o pomoc dla swojej nowo utworzonej diecezji. Znajomy biskupa,  Didier Petit, zorganizował spotkanie, na które zaprosił grupę wpływowych osób, znanych w mieście z otwartości na działalność charytatywną. Odbyło się ono 3 maja 1822 r. Wobec wcześniejszych prób organizowania pomocy, które spełzły na niczym, teraz postanowiono powołać stowarzyszenie. Zaadaptowano dla swojej działalności metodę znaną w mieście, którą już prawie trzy lata rozwijała Paulina Jaricot. Przyjęto też nazwę, która była popularną nazwą jej zbiórki: Stowarzyszenie Rozkrzewiania Wiary. Jeden z uczestników, Benedykt Coste, nakreślił cel działania: „Jesteśmy katolikami i musimy troszczyć się o powstanie czegoś katolickiego czyli uniwersalnego. Nie powinniśmy wspierać w sposób szczególny takiej czy innej, konkretnej misji, ale wszystkie misje świata”. Jego słowa stały fundamentem ideowym Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary. 

       Stowarzyszeni po kilku latach zmieniło nazwę na Dzieło Rozkrzewiania Wiary a po stu latach papież podniósł je do rangi papieskiego i teraz jest nazywane Papieskim Dziełem Rozkrzewiania Wiary. 

       Sposób organizacji zbiórki wymyślony przez Paulinę Jaricot  do tego stopnia wpłynął na rozwój dzieła, że jej wkład trzeba uznać za fundamentalny. Chociaż nie była na zebraniu założycielskim, nie zasiadała w radzie Stowarzyszenia, choć inne osoby jak Petit, Coste i de Verna – pierwszy przewodniczący, mieli swój niewątpliwy wkład, to jednak Paulina Jaricot jest dzisiaj uznawana powszechnie za założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.

       Nie byłoby takiego dzieła, gdyby nie duchowość, którą żyła Paulina Jaricot. Po duchowym przebudzeniu jakie przeżyła w wieku lat siedemnastu, cała oddała się w ręce Maryi. Żyła przecież w pobliżu znanego sanktuarium maryjnego na wzgórzu Fourvière. Domy, które zakładała, nazwała kolejno „Nazaret” i „Loretto”. Od wczesnych lat dziecięcych czytała codziennie „O naśladowaniu Chrystusa”, codziennie też choć godzinę poświęcała na adorację Najświętszego Sakramentu. W ciągu jednej nocy napisała krótkie rozważania o Eucharystii. W każdy piątek odprawiała drogę krzyżową.

        Z tego umiłowania Jezusa i Maryi powstały w niej też pragnienia, które wcielone w życie przyniosły zadziwiające owoce.

       Jej wielkim dziełem, przez nią zapoczątkowanym i prowadzonym przez całe życie, jest Żywy Różaniec. Dla niej był to sposób, my modlitwę uczynić dostępną dla każdego. W modlitwie zaś różańcowej widziała skuteczny lek na bezbożność swoich rodaków. Gdy Żywy Różaniec zaczął się rozwijać zaproponowała, by w ten sposób modlić się o nawrócenie niewierzących. Nie wystarczało jej dać różaniec jako ratunek dla Francji, chciała ratować cały świat. 

       Inne jej pragnienia, niestety, nie przyniosły spodziewanego efektu. Chciała utworzyć „Bank Niebios” – rodzaj kasy oszczędnościowo-pożyczkowej. Zaczęła tworzyć przedsiębiorstwo idealne, w którym „robotnicy pracując w godziwych warunkach, otrzymywaliby godziwe wynagrodzenie, aby godnie żyć”. Był to huta „Rustrel”. Nie udało się. Nieuczciwi ludzie połakomili się na zebrane w tym celu znaczne środki. Była też próba założenia zgromadzenia zakonnego. „Córki Maryi” nie przetrwały jednak swej założycielki. Angażowała się też w ruch ekumeniczny, który dzisiaj trzeba ocenić jako efekt jej myślenia misyjnego. Ona, zakochana w Jezusie, szukała sposobu jakby tu wszystkich doprowadzić do Jezusa.

       Takie próby nie obyły się oczywiście bez krzyży. Znany jest krzyż materialny, drewniany, który otrzymała od swojego zaprzyjaźnionego księdza, Jana Vianneya, proboszcza z Ars (to ten sam czas i to samo miejsce na Ziemi). Mniej znane są jej krzyże duchowe, cierpienia wywołane chorobami, śmiercią najbliższych i upokorzeniami.  Chorowała w dzieciństwie i została uzdrowiona po tym jak jej matka, Joanna, ofiarowała swoje życie w zamian za życie córki.  W wieku lat 35, śmiertelnie chora, udała się w podróż do sanktuarium św. Filomeny obok Neapolu, i doznała tam cudownego uzdrowienia. Mocno przeżyła śmierć swojej matki, brata Fileasa i  siostry Loretty. Większe cierpienia przyszły wraz z oskarżeniami jaki nadeszły po ogłoszeniu upadłości huty Rustrel. Oskarżono ją o niegospodarność, o wyłudzanie pieniędzy. Od wyśmiewanej i pozbawionej szacunku odsunęli się wszyscy, nawet najbliższa rodzina stroniła od niej jak od intrygantki. Kiedyś bogata i znana, popadła w skrajne ubóstwo i został wciągnięta na listę pomocy społecznej. Zmarła w opuszczeniu i zapomnieniu.

    Kilka dat z jej życia:
    1799 – przyszła na świat 21 lipca w Lyonie
    1814 – choroba Pauliny i śmierć matki
    1816 – kazanie wielkopostne ks. J. Würtza i duchowe przebudzenie
    1819 – rozpoczęcie zbiórki na rzecz MEP, początek Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary
    1822 – oficjalne założenie Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary
    1826 – założenie Żywego Różańca
    1835 – śmiertelna choroba i uzdrowienie w sanktuarium św. Filomeny
    1845/1848 – Spółka hutnicza św. Anny d’Apt w Rustrel
    1853 – wpisanie do rejestru ubogich miasta Lyon
    1862 – odeszła z tego świata 9 stycznia


    Po roku 1862:
    1910 – rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego
    1919 – uroczystości zorganizowane w Lyonie, w parafii św. Polikarpa, upamiętniające sto lat od rozpoczęcia przez Paulinę Jaricot zbiórek na rzecz misji
    1922 – uroczystości z okazji stulecia założenia Dzieła Rozkrzewiania Wiary
    1963 – podpisanie przez Jana XXIII dekretu o heroiczności cnót czcigodnej służebnicy Bożej Pauliny Jaricot
    2012 – ogólnoświatowe obchody 150. rocznicy śmierci Pauliny Jaricot

    2012 – cud uzdrowienia za przyczyną Pauliny Jaricot. Doznała go 3,5-letnia Mayline Tran.

    27 maja 2020 r. – Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła cud uzdrowienia za przyczyną sł. Bożej Pauliny Jaricot

    22 maja 2022 – beatyfikacja Pauliny Jaricot w Lyonie we Francji

    Modlitwa do bł. Pauliny Jaricot

    Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15). Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców, a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją, by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej, zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec. Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan płonęło duchem głoszenia Ewangelii, objawiając Twoją nieskończoną miłość. Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…, o którą szczególnie Cię proszę. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Modlitwa dziękczynna za Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec

    Boże Ojcze, dzięki Twojej dobroci bł. Paulina Jaricot w 1822 roku zainicjowała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, które później zostało uznane za papieskie. Dzieło to otwiera nasze serca „na najszersze wymiary Kościoła, który tak kochamy, abyśmy uczestniczyli w jego radościach i trudach, w jego troskach z owym synowskim uczuciem, dzięki któremu stają się one jakby osobiste”.

    Dziękujemy Ci, dobry Boże, za każde dobro, które dokonało się dzięki Papieskiemu Dziełu Rozkrzewiania Wiary: za wszystkie świątynie i kaplice powstałe w krajach misyjnych, za każdego członka tego dzieła, który swoją modlitwą i ofiarą wspiera działalność Twoich apostołów. Dzięki nim Twoje imię i Twoja miłość mogą być coraz bardziej znane.

    Dobry Boże, dziękujemy Ci także za Żywy Różaniec, który za sprawą bł. Pauliny Jaricot, otwartej na Ducha Świętego, przez „zjednoczenie serc w jedności tajemnic” uprasza łaski dla całego świata.

    Prosimy, błogosław tym dziełom i wspieraj je, aby przynosiły jak najobfitsze owoce. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary

    ***

    Bł. Paulina Jaricot – uboga z certyfikatem

    Odwieczna zagadka, jak połączyć głębokie życie modlitewne z rzuceniem się w wir rozkrzewiania wiary, została rozwiązana przez Paulinę Jaricot. Za bardzo wysoką cenę.

    Piękna i bogata, której życie było jak karta martyrologium i powieść Balzaka zarazem.
    fot. Józef Wolny

    ***

    Historia to jak najbardziej prawdziwa, choć mogłaby zdawać się baśnią, scenariuszem jednej z hollywoodzkich produkcji, wartych nakręcenia, by w dniu premiery zarobić sporo na wyciśniętych przez widzów łzach. Jej bohaterka to kobieta sukcesu. I to od dnia narodzin 22 lipca 1799 roku. Ubogi ojciec zdążył się dorobić dużych pieniędzy na suknie, atmosfera rodzinna była sielankowa, a i urody dziewczynie nie brakowało, więc w orszaku królewskiej córki nosiła się dumnie.

    Jak u Balzaka

    „Pięknie wystrojona w suknię przyozdobioną kwiatami, dostojnie przemierzałam z rodzicami wielką salę św. Piotra. Dumna niczym paw, czułam się godna ogólnego podziwu i chociaż nie znajdowałam przyjemności w tańcach, moja próżność była zaspokojona. To święto jednak drogo kosztowało moją duszę i całkowicie rozstroiło moje nerwy. Miłość własna strąciła mnie w fale próżności. (…) Słowem, stałam się kokietką” – zanotowała w swoim duchowym dzienniku. Przyznać się do błędów można jedynie wówczas, gdy dostąpi się nawrócenia. Ciekawe, że opisując je, porównała siebie do świętego Pawła: „Bez wahania rzuciłam się do stóp Ananiasza”. Tak napisała o kapłanie, którego kazanie poruszyło ją do głębi. Wszystko w jej życiu ulegnie odtąd zmianie, ale przez długi czas pozostanie „kobietą sukcesu”, tyle że w Kościele, a nie na dworze. Czy inaczej niż sukcesem można nazwać wzbudzenie w Kościele wielkich dzieł, które zostaną określone jako papieskie, a także wielokrotny, prywatny wręcz kontakt z Ojcem Świętym?

    Każdy z tych sukcesów pod koniec jej życia zamieni się w katastrofę. Sześćdziesięcioparolatka na fotografii wyglądać będzie, jakby miała lat ponad osiemdziesiąt. W garści ściskać będzie urzędowe zaświadczenie o ubóstwie, a mówić o niej będą źle. Bardzo źle…

    Poznajcie Paulinę Jaricot. Kobietę, o której życiu wybitny francuski pisarz, poeta i dyplomata Paul Claudel napisał, że było jednocześnie jak karta martyrologium i powieść Balzaka, a przy tym cały rozdział z życia Lyonu. Faktycznie, Lyon ma ogromne znaczenie w tej historii.

    Między jedwabiem a żałobnym suknem

    Dziesiątki, o ile nie setki bardzo stromych schodów. W upalnym, choć dopiero kwietniowym słońcu trzeba się nieźle napocić, żeby ze wzgórza Fourvière zobaczyć panoramę tego drugiego, zaraz po Paryżu, miasta Francji. Ale warto. Bo zapiera dech w piersiach – dopiero co odzyskany z zadyszki. I przypomina, że to miasto jedwabiu, ale i ognisko społecznych problemów.

    Gdy Joseph Marie Jacquard wynalazł programowalne krosna, zatrudnienie w fabrykach jedwabiu bardzo wzrosło. To właśnie Lyon w XIX wieku stał się stolicą produkcji jedwabiu i ma to ogromne znaczenie dla tej historii. Marne wynagrodzenia, fatalne warunki pracy, zakaz zrzeszania się, krwawo tłumione bunty – w takich okolicznościach żyła i działała Paulina Jaricot. Ten kontekst stał się przyczyną zarówno jej sukcesów, jak i ogromnej – po ludzku sądząc – porażki. Kiedy zbuntowani robotnicy okupować będą wzgórze, na którym za pieniądze ojca kupiła dom nazywany do dzisiaj Loretto, dojdzie do konfrontacji Pauliny i rozwścieczonego tłumu, którą opisuje jej biografka siostra Cecylia Giacovelli: „Okupacja wzgórza Fourvière stwarza pewne problemy: jak znaleźć zajęcie dla trzystu ludzi w ciągu jednego dnia? Odpowiedź jest niekorzystna dla posiadłości »Loretto«. Otóż rozpoczyna się tam wyrąb lasu, raz, żeby łatwiej było kontrolować teren, dwa, żeby czymś owych ludzi zająć. W tej grupie nie zabraknie osób, nie tylko mężczyzn, ale i kobiet, które próbują sforsować drzwi domu Córek Maryi, by zażądać od dostojnej »obywatelki« Jaricot jej fortuny. Ale jak tylko Paulina wychodzi im naprzeciw, niespokojni przedstawiciele ludu nie tylko stają się spokojni, ale zamieniają swoje wzburzone uczucia na postawę pełną szacunku i zaufania”.

    Odwieczna prawda, że łaska pańska, albo ludzki szacunek, na pstrym koniu jeździ, zrealizuje się stuprocentowo. Paulina po założeniu swoich dzieł, w tym Żywego Różańca i Dzieła Rozkrzewiania Wiary, zapragnie stworzyć kolejne, mające na celu rozwiązanie poważnych problemów społecznych. Zostanie oszukana i wpadnie w wir sądowych procesów, podejrzeń, kolejnych oszustw, które postawę „pełną szacunku i zaufania” zamienią w pogardę i nieufność. Straci wszystko. Otrzyma nawet urzędowe zaświadczenie o ubóstwie.

    Umiera 9 stycznia 1862 roku i – jak napisze jej biografka – „mroźna pogoda pozwala zgromadzić tylko okrojoną grupkę biedaków, którzy utożsamiają się z żałobnym suknem, zarezerwowanym dla ich klasy”.

    Kto czyni cuda

    Na frontonie domu, w którym mieszkała Paulina, znajduje się napis: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. A fotografia, na której wygląda na o wiele starszą niż w rzeczywistości, wisi właśnie tam – w odremontowanym domu Loretto, obecnie należącym do Papieskich Dzieł Misyjnych, w jednym z pokoi przerobionych na muzeum. Łóżko, fotele, klęczniki, sekretarzyk – wszystko stylizowane na modłę tamtych czasów, łącznie z tapetami w kwiaty. Siostra Paulina ze zgromadzenia Famille Missionnaire de Notre-Dame, które opiekuje się domem, pokazuje nam pamiątki po Paulinie i opowiada jej historię. Między innymi o tym, jak ciężko chora wybrała się do sanktuarium świętej Filomeny we Włoszech. – Odradzano jej to, bo podróż trwała kilka dni i była trudna – mówi siostra. I dodaje: – W Rzymie zatrzymała się u sióstr Sacré-Coeur. Papież, który ją znał z powodu dzieła Żywego Różańca, odwiedził ją tam. Opowiedziała mu o swojej chorobie i o tym, że postanowiła odbyć pielgrzymkę do świętej Filomeny z prośbą o uzdrowienie. Powiedziała też: „Ojcze Święty, jeśli zostanę uzdrowiona, proszę autoryzować jej kult”. „Jeśli wyzdrowiejesz, to faktycznie będzie cud” – odpowiedział papież. Paulina w sanktuarium doznała uzdrowienia, do dzisiaj znajduje się tam fotel, na którym siedziała w tej chwili. A obok domu Loretto stoi wybudowana przez nią kaplica ku czci świętej Filomeny, w której siostry gromadzą się każdego dnia na modlitwie, i statua świętego Jana Marii Vianneya, któremu ze swej pielgrzymki Paulina przywiozła jej relikwie i który stał się odtąd ogromnym czcicielem Filomeny. – Kiedy ktoś przypisywał mu jakiś cud, odpowiadał: „To nie ja, to święta Filomena!” – śmieje się nasza przewodniczka i pokazuje krzyż, który z kolei proboszcz z Ars podarował Paulinie.

    Istotnie, cudów w życiu Pauliny nie brakowało. A ten, który zdarzył się za jej wstawiennictwem, utorował jej drogę na ołtarze. 29 maja 2012 r. właśnie w Lyonie na rodzinnym przyjęciu doszło do tragicznego wypadku. 3,5-letnia Mayline zadławiła się jedzeniem. Pomimo prób ratowania dziecku życia stwierdzono śmierć mózgową. Lekarze byli pewni, że dziewczynka umrze w ciągu kilku tygodni. Zrozpaczeni rodzice razem ze znajomymi zaczęli odmawiać nowennę za przyczyną Pauliny. Stan Mayline się poprawił i ostatecznie powróciła do całkowitej sprawności.

    Misje nie dla kobiet?

    W gablotach z pamiątkami znajdują się różańce. Trudno, by było inaczej, skoro to dom założycielki jednego z największych dzieł modlitewnych w historii – Żywego Różańca. – Myślę, że w tamtym czasie była to genialna intuicja, czego w rzeczywistości potrzeba światu chrześcijańskiemu – mówi siostra Paulina. I dodaje: – Myślę również, że jest to coś, co we współczesnym świecie, w którym zmysł modlitwy tak bardzo się stępił, może być doskonałym środkiem powrotu do tego, co najważniejsze. Jak wynika z objawień Matki Bożej w Lourdes i Fatimie, Różaniec to Jej „ulubiona” modlitwa. Jest nie tylko ponadczasowa, ale również przekracza wszystkie inne granice. To modlitwa bardzo prosta, a jednocześnie o niezwykłej mocy.

    Na ścianach jednej z sal wiszą figury Matki Bożej pochodzące z różnych stron świata, przywiezione zapewne przez misjonarzy. Pośród rozmaitych druków znajdują się również pierwsze egzemplarze gazetki zachęcającej do wpłacania datków na misje – „Podaruj pieniążek”. To małe „sou” stało się zaczątkiem potężnej struktury – dzieł, które obejmą zasięgiem cały świat i otrzymają przydomek „papieskie”. Na myśl przychodzi tu wspomnienie z dzieciństwa, gdy mała Paulina wraz z bratem snuli marzenia o przyszłości na misjach. Chłopiec, jak na mężczyznę przystało, patrząc na siostrzyczkę z wyższością, stwierdził, że warunki misyjne nie są dla kobiet, więc to on pojedzie, a ona tu, na miejscu, w Lyonie, nazbiera pieniędzy, dzięki którym on tam, na misjach, będzie mógł głosić Ewangelię. Dodał podobno, że na tych misjach to trzeba umieć jeździć również na krokodylu.

    Dziecięce miraże spełniły się tylko połowicznie, bo ­Fileas ostatecznie na misje nie wyjechał, choć księdzem został. A Paulina? – Nie tylko przekroczyła granice swojej parafii czy Francji – mówi ks. Maciej Będziński, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce. – Ona na nowo odkryła Kościół powszechny, odkrywając Kościół misyjny.

    Kwintesencja francuskości

    Ponoć socjologowie odkryli, że jedną z cech Francuzów jest ruchliwość idąca w parze z gadatliwością. Trudno to zweryfikować, ale faktycznie: siostra Paulina w żywy sposób, szybko, jakby się bała, że coś pominie, opowiada wszystko, co o domu Pauliny Jaricot i o niej samej wie. A wie bardzo dużo, podobnie jak pracownicy centrum Papieskich Dzieł Misyjnych we Francji w Lyonie przy rue Sala 12. Oni również zasypują nas masą informacji, pokazując zbiory. A te są imponujące. Doktor Bernadette Truchet specjalizująca się w misjach katolickich, zwłaszcza XIX-wiecznych misjach jezuickich w Chinach, odpowiedzialna za centrum dokumentacji i archiwa, mówi: – Znajduje się tu przede wszystkim korespondencja z misjonarzami, którzy opisywali szczegóły swojej posługi oraz kultury, w jakiej się znaleźli, co było cennym wkładem w naukę w czasach, kiedy podróżowało się znacznie mniej.

    Oprócz dokumentów w archiwach są też relikwie świętych misjonarzy męczenników i setki fotografii, w tym zachwycające ostrością zdjęcia z drukarni w Niepokalanowie. Jest zapisany piękną kaligrafią protokół pierwszego spotkania Dzieła Rozkrzewiania Wiary. No i roczniki – „Les Annales de la propagation de la foi”. Jeanne Orlé, archiwistka, pokazuje ich polską wersję. A na pytanie, czy ma może jakąś osobistą pamiątkę po założycielce tego dzieła, z uśmiechem pokazuje czapkę Pauliny.

    Sekretarz generalny Dzieł, Gaëtan Boucharlat de Chazotte, jak na szlachetne pochodzenie przystało (sygnet rodowy na palcu, uosobienie elegancji i taktu), oprowadza nas po biurach. A w nich wszędzie Paulina i przygotowania do jej beatyfikacji. Zapytany o aktualność jej historii i o to, czy beatyfikacja Pauliny Jaricot stanowi jakiś szczególny znak dla dzisiejszego Kościoła i świata, odpowiada bez namysłu: – Uważam, że tak. Żyjemy przecież w bardzo podobnych czasach. Po rewolucji francuskiej cała Europa i Kościół były w ruinie. To wówczas pojawiła się Paulina jako założycielka Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Europa być może w ruinie nie jest, ale dla Kościoła nadeszły czasy bardzo trudne. Nie wiem, czy dla Polski również, ale dla Francji i dla reszty Europy na pewno ta beatyfikacja jest znakiem, że tylko przez powrót do prawdziwej ewangelizacji można to naprawić.

    Oczy błogosławionej

    W kościele Saint-Nizier, do którego przeniesiono ciało zmarłej Pauliny Jaricot, oprócz niezwykle sugestywnej, „współczesnej” drogi krzyżowej przykuwa uwagę ogromny baner z jej wizerunkiem. Paulina patrzy zeń z uśmiechem, młodymi, rozżarzonymi oczami. Jakby chciała powiedzieć, że zawsze jest szansa, tylko trzeba wrócić do tego, co jest powołaniem Kościoła – modlić się i krzewić wiarę. Ale by nowej błogosławionej tego Kościoła oddać chwałę, bo na nią zasłużyła, i by z tej beatyfikacji wyciągnąć wnioski, warto wrócić do wspomnianej czarno-białej fotografii, na której wygląda biednie i licho, prawie niewidoma, choć – jak mówi ks. Maciej Będziński – nikt z biografów tego nie odnotował. I do słów Paula Claudela: „Oto stara, uboga kobieta, która zapragnęła zbawiać świat! Prosiła Boga o Kościół katolicki i o żadną inną rzecz dla siebie na okręgu ziemi”. Claudel kończy swój wiersz słowami, które chwytają za serce: „Aby niewinny Baranek przyjął ją u stóp swego tronu, ściska mocno w dłoni swoje zaświadczenie o ubóstwie”. •

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc styczeń 2026 roku

    Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:

    • Módlmy się, aby modlitwa Słowem Bożym była pokarmem dla naszego życia i źródłem nadziei w naszych wspólnotach, pomagając nam budować Kościół bardziej braterski i misyjny.

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    • Panu Bogu, który jest pełen Miłosierdzia z wielką wdzięcznią dziękujemy za miniony rok. A u progu Nowego Roku Pańskiego 2026 patrzymy pełni ufności, bo przecież Ty Jesteś nieustannie z nami – nasz Emanuelu. Wpatrując się w Bożą Rodzicielkę, która otwiera kolejny okres naszego pielgrzymowania na tym ziemskim padole, oddajemy Jej nasze serca, umysł i wolę, aby uczyła nas coraz lepiej wypełniać tylko Bożą wolę.
    • Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
    • Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
    • Dodatkowe intencje dla Róż 
    • św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
    • Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
    • dla Roży  
    • bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
    • Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

     ***

    Od 1 stycznia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 grudnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ***

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:

    • Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
    • Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
    • Dni w których można uzyskać odpust zupełny:

    1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca

    2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)

    3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)

    4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)

    5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)

    6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)

    7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)

    8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)

    ***

    Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:

    1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę

    2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski

    3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa

    5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie

    6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne

    7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych

    8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową

    10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie

    11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz

    12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie

    13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba

    14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem

    15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba

    Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.

    Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.

    Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.

     ***

    Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – nie był tylko podobny do nas, nie udawał, ale rzeczywiście stał się człowiekiem.

    ISTOCKPHOTO 

    ***

    Po co Bóg stał się człowiekiem?

    Rozmowa z o. Cyprianem Klahsem o tajemnicy Wcielenia

    – Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin.

    Jarosław Dudała: Joan Osborne pytała w piosence: „Co, gdyby Bóg był jednym z nas?”. To wzruszający tekst, pełen tęsknoty za Bogiem, ale… przecież On już stał się jednym z nas!

    o. Cyprian Klahs OP: To jest jedna z najważniejszych prawd wiary chrześcijańskiej: Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – nie był tylko podobny do nas, nie udawał, ale rzeczywiście stał się człowiekiem.

    Mówimy w Credo, że Syn Boży dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i stał się człowiekiem. Ale co to właściwie znaczy?

    Zasada jest prosta: gdy chcesz się z kimś skomunikować, to mów do niego w języku, który jest dla niego zrozumiały. I to jest właśnie pierwszy punkt Wcielenia: Bóg przemówił do nas w ludzkim języku – nie tylko w sensie użycia słów aramejskich czy hebrajskich, ale przemówił całym sobą, całą osobą, ciałem, gestem, emocjami. Ewangelia mówi, że się wzruszył; że zapłakał nad śmiercią przyjaciela; zapłakał nad Jerozolimą; gniew Go ogarnął z powodu niesprawiedliwości, zamknięcia na dobro, na cud. To jedna strona tajemnicy Wcielenia – Objawienie. Druga to miłość i bliskość. U chrześcijańskich mistyków można czasem znaleźć stwierdzenie, że Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski. Wcielenie Boga jest po prostu wyrazem miłości, pragnienia bliskości, solidarności z człowiekiem.

    Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Bóg może współczuć naszym słabościom, bo jest doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Jezus dzielił nasz lęk, ból, głód. Można by nawet powiedzieć, że był w gorszej sytuacji niż my, bo nie popełniwszy żadnego grzechu, przyjął na siebie wszystkie jego straszliwe skutki.

    Tak. Bóg zna los człowieka. Wie, co to znaczy być człowiekiem. W piątym rozdziale Ewangelii według św. Jana mamy fragment, w którym jest mowa o tym, że Ojciec przekazał cały sąd Synowi, ponieważ On jest Synem Człowieczym – czyli wie, co to znaczy być człowiekiem, i jest w Nim jakaś solidarność, jakieś ogromne współczucie dla nas.

    Mimo że jesteśmy grzeszni? A może właśnie dlatego, że jesteśmy grzeszni?

    Bóg może nam współczuć, a ponieważ jest i Stworzycielem, i Zbawicielem, to może także zaradzić temu, w co człowiek się wpakował z powodu swoich grzechów. Współczucie Boga pociąga za sobą Jego działanie. Nie jest tak, że On sobie z góry patrzy, lituje się nad biednym człowiekiem, ale nie rusza mu na ratunek. Przeciwnie – On rozpoznaje nasze cierpienie, które wynika z grzechu, i chce mu zaradzić. To jest pierwszy i podstawowy sens zbawienia: uratować, wyzwolić, uzdrowić.

    Nie tylko uratować, ale także wywyższyć. Bo gdy wszechmocny, wszechwiedzący i wieczny Bóg stał się człowiekiem, to przez sam ten fakt w nieprawdopodobny sposób wywyższył, nobilitował człowieczeństwo. Człowiek – to brzmi dumnie (choć raczej nie z tych powodów, o których myślał autor tego powiedzenia, komunista Maksym Gorki).

    To wywyższenie jest spełnieniem okrężną drogą tego, co było w Bożych planach już na samym początku. Bo po co Pan Bóg nas stworzył? Stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, żebyśmy mieli udział w Jego życiu. Ale ponieważ trochę Mu namieszaliśmy, to trzeba było doprowadzić do tego celu okrężną drogą i naprawić to, co zostało zepsute. W każdym razie chodzi o realizację pierwotnego zamysłu, żeby człowiek uczestniczył w życiu Bożym, miał udział w Boskiej naturze, czyli żeby został przebóstwiony.

    W kazaniach prawie nie mówi się dziś o przebóstwieniu. A przecież w Drugim Liście Świętego Piotra mowa jest o danej ludziom niesłychanej obietnicy udziału w Boskiej naturze (2 P 1,4). Wielu największych teologów przez wieki powtarzało tę samą myśl: Bóg stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się bogiem. Na przykład Mistrz Eckhart w komentarzu do Ewangelii według św. Jana stwierdził: „Nie miałoby dla mnie większej wartości, że »Słowo stało się ciałem« dla człowieka w Chrystusie jako osobie odrębnej ode mnie, gdyby nie stało się ciałem również we mnie osobiście, abym i ja mógł stać się synem Bożym”.

    To mi się najbardziej kojarzy z encykliką Jana Pawła II Redemptor hominis, w której powiedziano, że Syn Boży, stając się człowiekiem, zjednoczył się w jakiś sposób z każdym z nas. Nie tylko z jednym człowiekiem, Jezusem z Nazaretu. U Eckharta możemy też znaleźć stwierdzenie, że Bóg stał się drugim ja, żebym ja się stał drugim Nim. Św. Katarzyna ze Sieny z kolei w zachwycie zwraca się do Jezusa z pięknym pytaniem: co było przyczyną, że Ty – Bóg, Ty – Miłość stałeś się człowiekiem, a człowiek stał się Bogiem?

    To wydaje się wręcz szalone. Czy naprawdę człowiek przy w całej swojej słabości, grzeszności i skończoności może stać się bogiem?

    Nie może – sam z siebie w żaden sposób nie może. To jest możliwe jedynie dzięki działaniu Pana Boga – dzięki temu, że On przyjął ludzką naturę, całkowicie jednocząc się z człowiekiem, żeby móc wynieść człowieka na wyżyny. O tym mowa jest w uroczystość Wniebowstąpienia Pana Jezusa w kolekcie podczas Mszy Świętej: „Wszechmogący Boże, wniebowstąpienie Twojego Syna jest wywyższeniem ludzkiej natury…”. Poza tym Wcielenie Boga ma dziś swoje niesłychanie praktyczne konsekwencje.

    Jakie?

    Na nim opiera się na przykład cała sakramentalność. Bo skoro Bóg stał się człowiekiem, wszedł w ludzki świat, w ludzkie ciało, czyli w materię, to materia stała się nośnikiem Bożej łaski. Inaczej mówiąc, sakramenty właśnie dlatego mogą być skutecznym narzędziem łaski Bożej, że materia została do tego uzdolniona przez Wcielenie Pana Boga. Inna kwestia: z historii teologii znamy wielki spór o obrazy – o to, czy możemy przedstawiać na obrazach Boga (a także świętych). Rozstrzygnięcie było takie, że możemy. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Syn Boży, stając się człowiekiem, dał nam swój obraz. Przez Wcielenie dał nam obraz Boga. Kolejna kwestia to nowe spojrzenie na cierpienie. Ponieważ Chrystus, stając się człowiekiem, poddał się cierpieniu i potrafił nadać mu sens, to człowiek wierzący może w cierpieniu odkrywać sens, wartość. No i oczywiście trzeba pamiętać, że Wcielenie jest fundamentalną i nieodłączną częścią całego dzieła zbawienia. Bez Wcielenia nie byłyby możliwe śmierć, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie Chrystusa, ale też nasze zmartwychwstanie w ciele. 

    Po co Bóg stał się człowiekiem? Rozmowa z o. Cyprianem Klahsem o tajemnicy Wcielenia
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    o. Cyprian Klahs OP ur. 1969. jest wychowawcą dominikańskich braci studentów. Mieszka w Krakowie. Fascynuje się duchowością dominikańską. Jest autorem książek „Nadzieja. Lekarstwo na narzekanie i zniechęcenie”, „Różaniec. Modlitwa prostoty i głębi” czy „Pamiętniki Jonasza i inne apokryfy”.

    Gość Niedzielny

    ***

    Papież zamknął Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra – zakończył się Jubileusz Nadziei

    Leon XIV zamknął Drzwi Święte w bazylice św Piotra

    ***

    Ojciec Święty Leon XIV zamknął ostatnie Drzwi Święte Roku Jubileuszowego Nadziei. Tym samym dobiegł końca Jubileusz rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 r. – informuje Vatican News.

    Zwyczaj ustanowiony w 1975 r., a następnie uproszczony przez św. Jana Pawła II przy okazji Roku Świętego 2000, obejmuje zamknięcie skrzydeł drzwi. Ich zamurowanie nastąpi z kolei bez udziału wiernych, ok. 10 dni później.

    Do Rzymu przybyło i wzięło udział w wydarzeniach jubileuszowych 33 475 369 pielgrzymów. Wstępne szacunki mówiły o 31,7 mln osób, więc liczba uczestników znacząco je przekroczyła. Jak pokazują dane, począwszy od maja nastąpił nieoczekiwany wzrost przybywających do Wiecznego Miasta; ale mimo to, wszystko było zarządzane z ogromną starannością. Doceniono współpracę między Watykanem, a przedstawicielami władz i służb.

    Wśród pielgrzymów, którzy przybyli do Rzymu (poza Włochami) najliczniej reprezentowane były kraje: USA (12,57 proc.), Hiszpania (6,23 proc.), Brazylia (4,67 proc.), Polska (3,69 proc.) oraz Niemcy (3,16 proc.).

    Kolejny Jubileusz zwyczajny odbędzie się za 25 lat, natomiast już w 2033 r. będzie miał miejsce Wielki Jubileusz Odkupienia.

    A oto pełny tekst dzisiejszego kazania Ojca Świętego:

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Ewangelia (por. Mt 2,1-12) opisuje ogromną radość Mędrców z powodu ponownego ujrzenia gwiazdy (por. w. 10), ale także przerażenie Heroda i całej Jerozolimy w obliczu ich poszukiwań (por. w. 3). Za każdym razem, gdy mowa o objawieniu się Boga, Pismo Święte nie ukrywa tego rodzaju rozdźwięków: radości i przerażenia, oporu i posłuszeństwa, lęku i pragnienia. Świętujemy dziś Objawienie Pana, świadomi, że w Jego obecności nic nie pozostaje takie samo, jak wcześniej. To jest początkiem nadziei. Bóg objawia się i nic nie może trwać niezmiennie. Kończy się pewien rodzaj spokoju, który sprawia, że melancholicy powtarzają: „Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem” (Koh 1, 9). Zaczyna się coś, od czego zależą teraźniejszość i przyszłość, jak zapowiada Prorok: „Powstań! Świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą” (Iz 60, 1).

    Zaskakujące jest to, iż zostaje poruszona właśnie Jerozolima, miasto będące świadkiem jakże wielu nowych początków. W jej obrębie właśnie ci, którzy studiują Pismo Święte i uważają, że znają wszystkie odpowiedzi, wydaje się, że stracili zdolność stawiania sobie pytań i pielęgnowania pragnień. Co więcej, miasto jest przerażone tymi, którzy – poruszeni nadzieją – przybywają do niego z daleka, przerażone do tego stopnia, że postrzega jako zagrożenie to, co powinno mu sprawiać wielką radość. Ta reakcja stanowi wyzwanie również dla nas, jako Kościoła.

    Drzwi Święte tej Bazyliki, które jako ostatnie zostały dziś zamknięte, widziały przepływ niezliczonych mężczyzn i kobiet – pielgrzymów nadziei, zmierzających do Miasta o bramach zawsze otwartych, do nowego Jeruzalem (por. Ap 21, 25). Kim byli i co nimi kierowało? Pod koniec Roku Jubileuszowego szczególnie poważnym pytaniem jest dla nas duchowe poszukiwanie współczesnych nam [osób], znacznie bogatsze niż być może jesteśmy w stanie pojąć. Miliony z nich przekroczyły próg Kościoła. Co znaleźli? Jakie serca, jaką wrażliwość, jaką wzajemność? Tak, Mędrcy nadal istnieją. Są to osoby, z których każda podejmuje wyzwanie zaryzykowania swej podróży, które w naszym niespokojnym świecie, pod wieloma względami odpychającym i niebezpiecznym, odczuwają potrzebę wyruszenia w drogę, poszukiwania.

    Homo viator, mawiali starożytni. Jesteśmy życiem w drodze. Ewangelia zobowiązuje Kościół, aby nie bał się tej dynamiki, ale aby ją doceniał i kierował ku Bogu, który ją pobudza. Jest to Bóg, który może nas niepokoić, ponieważ nie pozostaje w naszych rękach nieruchomo, jak srebrne i złote bożki: jest natomiast żywy i ożywiający, jak to Dziecię, które Maryja trzymała w swoich ramionach, a Mędrcy oddali Mu pokłon. Miejsca święte, takie jak katedry, bazyliki, sanktuaria, które stały się celem pielgrzymek jubileuszowych, muszą upowszechniać woń życia, niezatarte wrażenie, że rozpoczął się inny świat.

    Zadajmy sobie pytanie: czy w naszym Kościele jest życie? Czy jest miejsce dla tego, co się rodzi? Czy kochamy i głosimy Boga, który ponownie posyła nas dalej w drogę?

    W tej opowieści Herod obawia się o swój tron, niepokoi się tym, co wymyka się jego kontroli. Próbuje wykorzystać pragnienie Mędrców i nakłonić ich poszukiwania na swoją korzyść. Jest gotów kłamać, jest zdolny do wszystkiego; strach bowiem zaślepia. Radość Ewangelii natomiast wyzwala: sprawia, że stajemy się roztropni, ale także śmiali, uważni i kreatywni; podpowiada drogi inne niż te, którymi już podążaliśmy.

    Mędrcy przynoszą do Jerozolimy proste i zasadnicze pytanie: „Gdzie jest nowo narodzony?” (Mt 2, 2). Jakże ważne jest, aby każdy, kto przekracza próg Kościoła, odczuwał, że Mesjasz tam się dopiero co narodził, że gromadzi się tam wspólnota, w której zrodziła się nadzieja, że tam właśnie dokonuje się historia życia! Jubileusz nadszedł, aby nam przypomnieć, że można zacząć od nowa, a nawet, że jesteśmy dopiero na początku, że Pan chce wzrastać pośród nas, chce być Bogiem-z-nami. Tak, Bóg poddaje w wątpliwość istniejący porządek: ma marzenia, którymi inspiruje swoich proroków również dzisiaj; stanowczo pragnie wybawić nas od dawnych i nowych form zniewolenia; w swoje dzieła miłosierdzia, w cuda swojej sprawiedliwości angażuje młodych i starszych, ubogich i bogatych, mężczyzn i kobiety, świętych i grzeszników. Nie czyni zgiełku, ale Jego Królestwo kiełkuje już wszędzie na świecie.

    Ileż objawień zostało nam danych lub wkrótce zostanie nam dane! Trzeba je jednak odebrać zamysłom Heroda, lękom, które zawsze mogą przerodzić się w agresję. „Od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni” (Mt 11, 12). To tajemnicze wyrażenie Jezusa, zawarte w Ewangelii św. Mateusza, nie może nie skłaniać nas do refleksji nad wieloma konfliktami, przez które ludzie mogą się opierać, a nawet atakować ową Nowość, którą Bóg przygotował dla wszystkich. Miłować pokój, dążyć do pokoju oznacza chronić to, co święte, a właśnie dlatego ono się rodzi: małe, delikatne, kruche jak dziecko. Wokół nas wypaczona gospodarka próbuje czerpać zyski ze wszystkiego. Widzimy to: rynek zamienia w biznes nawet ludzkie pragnienie poszukiwania, podróżowania, zaczynania od nowa. Zadajmy sobie pytanie: czy Jubileusz nauczył nas uciekać od tego rodzaju wydajności, która sprowadza wszystko do produktu, a człowieka do konsumenta? Czy po tym roku będziemy bardziej zdolni dostrzegać w gościu – pielgrzyma, w nieznajomym – człowieka poszukującego, w dalekim – bliźniego, w innym – towarzysza podróży?

    Sposób, w jaki Jezus spotykał wszystkich i pozwalał się wszystkim zbliżyć uczy nas doceniać tajemnicę serc, którą tylko On potrafi odczytać. Z Nim uczymy się dostrzegać znaki czasu (por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 4). Nikt nie może nam tego sprzedać. Dziecię, które adorują Mędrcy, jest Dobrem bezcennym i bez miary. Jest Objawieniem bezinteresowności. Nie czeka na nas w prestiżowych „posiadłościach”, ale w skromnych realiach. „A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy” (Mt 2, 6). Ileż to miast, ileż to wspólnot potrzebuje usłyszeć: „Nie jesteś naprawdę najlichsze”. Tak, Pan wciąż nas zaskakuje! Pozwala się znaleźć. Jego drogi nie są naszymi drogami, a ludzie gwałtowni nie potrafią ich opanować, ani też moce tego świata nie mogą ich zablokować. Stąd ogromna radość Mędrców, którzy porzucają pałac i świątynię, i wyruszają do Betlejem: wtedy ponownie widzą gwiazdę!

    Dlatego, drodzy bracia i siostry, pięknie jest stać się pielgrzymami nadziei. I pięknie być nimi nadal razem! Wierność Boga jeszcze nas zadziwi. Jeśli nie zredukujemy naszych kościołów do zabytków, jeśli nasze wspólnoty będą domami, jeśli zjednoczeni oprzemy się pokusom możnych, wtedy będziemy pokoleniem jutrzenki. Maryja, Gwiazda zaranna, zawsze będzie kroczyć przed nami! W Jej Synu będziemy kontemplować i służyć wspaniałej ludzkości, przemienionej nie przez urojenia wszechmocy, ale przez Boga, który z miłości stał się ciałem.

    VATICAN MEDIA/Gość Niedzielny 

    ***

    wtorek 6 stycznia

    Uroczystość Objawienia Pańskiego

    Msza św. o godz. 20.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra

    ***

    Mędrcy wyruszają, gwiazda prowadzi ich dalej. Radość rośnie w chwili odnalezienia.

    Adobe Stock

    ***

    Iz 60,1-6

    Izajasz 60 należy do części księgi powstałej po powrocie z niewoli babilońskiej. Jerozolima jest wtedy słaba i poraniona. Prorok zwraca się do niej jak do kobiety i wzywa: «Powstań, świeć» (qûmî ’ôrî). To wezwanie do podniesienia głowy i do odważnego spojrzenia. Światło przychodzi od Pana.

    «Chwała» to hebrajskie (kābôd). Oznacza ciężar Jego obecności. To słowo łączy się z obłokiem chwały z pustyni i ze świątyni. Prorok widzi ją jak wschód nad Syjonem. Ciemność okrywa ziemię i narody. Nad Jerozolimą wschodzi Pan. Werset «narody pójdą do twojego światła» odsłania sens misji Izraela. Miasto staje się znakiem Boga dla ludów. Pada też polecenie: «podnieś oczy wokoło i patrz».

    Wizja obejmuje powrót rozproszonych dzieci. Synowie idą z daleka, córki są niesione na ramionach. To obraz odbudowanej wspólnoty, a nie tylko odbudowanych murów. Werset piąty mówi o mieście, które widzi i promienieje. Czasownik oddany jako «promienieć» pochodzi od rdzenia (nāhar), który oznacza także «płynąć». Serce drży i rozszerza się. W Biblii rozszerzone serce oznacza wolność i przestrzeń na radość.

    Prorok mówi też o bogactwie morza i o skarbach narodów. To język wielkich szlaków handlowych. Pojawiają się karawany wielbłądów z Madianu i Efy oraz ludzie z Saby. Nazwy wskazują na obszary Arabii, znane z handlu wonnościami.

    Tekst wymienia złoto i kadzidło. Kadzidło należy do modlitwy świątyni i unosi się ku Bogu jak prośba ludu. Złoto mówi o czci składanej Temu, który króluje inaczej niż władcy narodów. W tej pieśni Jerozolima promieniuje, ponieważ Bóg w niej mieszka. Obietnica dana Abrahamowi o błogosławieństwie dla wszystkich ludów przybiera tu postać pielgrzymki do światła.

    Ef 3, 2-3a. 5-6

    Autor Listu do Efezjan przedstawia się jako Paweł i mówi o zadaniu, które otrzymał dla pogan. W prologu tej części nazywa siebie «więźniem» ze względu na Chrystusa. Uwięzienie nie zamyka Ewangelii. Używa słowa «zarząd» łaski, w grece (oikonomia). Oznacza odpowiedzialność za dar, który nie należy do niego. Łaska staje się czymś powierzonym, a nie zdobytym.

    Centralnym pojęciem perykopy jest «tajemnica» (mystērion). W Biblii oznacza zamysł Boga, dotąd ukryty, a teraz odsłonięty w historii. Paweł mówi o «objawieniu» (apokalypsis). To odsłonięcie pochodzi od Boga i kształtuje całe spojrzenie na świat. Tekst zestawia «dawne pokolenia» i «teraz». Nie chodzi o pogardę dla przeszłości. Chodzi o nowość Chrystusa. To, co było zapowiadane w Pismach i figurach, zostaje w pełni pokazane w Jezusie. Tajemnica zostaje dana «świętym apostołom i prorokom» i zostaje przekazana «w Duchu». Duch Święty jest tu środowiskiem poznania. Słowo «poganie» tłumaczy greckie (ethnē), czyli narody.

    W Starym Testamencie narody przynoszą światło i dar do Syjonu. Tu zostają nazwane domownikami obietnicy. Sedno brzmi krótko: poganie są «współdziedzicami» (synklēronoma), «współczłonkami Ciała» (sussōma) i «współuczestnikami obietnicy» (symmetocha). Trzy słowa układają się w jedno wyznanie równej godności.

    «Ciało» oznacza Kościół jako żywy organizm. Jego Głową pozostaje Chrystus, a więzią życia Duch. Jedność rodzi się «w Chrystusie Jezusie» i przychodzi «przez Ewangelię» (euangelion). Kościół jawi się jako przestrzeń, w której obcy staje się bratem, a dom buduje sam Pan.

    Mt 2,1-12

    Mateusz umieszcza scenę w czasach Heroda Wielkiego, króla Judei pod zwierzchnictwem Rzymu. Narodziny Jezusa dzieją się na uboczu wielkiej polityki, a jednak poruszają stolicę. Do Jerozolimy przybywają mędrcy ze Wschodu. Grecki termin brzmi (magoi). Oznacza ludzi uczonych, kojarzonych z obserwacją nieba i z mądrością dworów. Pytają o nowo narodzonego «króla żydowskiego». Widzą Jego gwiazdę i przychodzą oddać Mu pokłon.

    Wyrażenie «na Wschodzie» w tekście greckim brzmi (en tē anatolē) i wskazuje także na moment pojawienia się gwiazdy, na jej wschód. Gwiazda w Biblii bywa znakiem obietnicy. W Księdze Liczb pojawia się zapowiedź «gwiazdy z Jakuba» (Lb 24,17). Mateusz pokazuje spotkanie dwóch dróg poznania. Znak na niebie budzi pragnienie. Pismo prowadzi do miejsca. Herod reaguje lękiem, a lęk udziela się Jerozolimie. Władza oparta na kontroli boi się dziecka. Król zwołuje arcykapłanów i uczonych w Piśmie. Oni wskazują Betlejem w ziemi judzkiej. Betlejem to miasto Dawida. Nazwa znaczy «dom chleba» (bêt leḥem).

    Mateusz cytuje Micheasza i dopowiada obraz pasterza, znany z tradycji Dawida. Mesjasz ma prowadzić lud, a nie nim manipulować. Herod wypytuje o czas ukazania się gwiazdy. Wysyła mędrców do Betlejem i domaga się wieści. W opowiadaniu narasta ciemność podstępu.

    Mędrcy wyruszają. Gwiazda prowadzi ich dalej. Radość rośnie w chwili odnalezienia. Mateusz mówi o domu, o Dziecięciu i o Matce. W centrum stoi Jezus, a Maryja pozostaje przy Nim. Mędrcy padają na twarz. Słowo «pokłon» oddaje greckie (proskyneō) i oznacza gest czci, znany także z języka kultu. Otwierają swoje skarby i składają dary: złoto, kadzidło i mirrę.

    Tekst nie podaje liczby mędrców. Tradycja Kościoła rozpoznaje trzech z powodu trzech darów. Złoto mówi o królewskiej godności. Kadzidło unosi się w świątyni jako znak modlitwy. Mirra pachnie, a w Biblii pojawia się także przy pogrzebie Jezusa. Złoto i kadzidło przywołują też słowa Izajasza o narodach niosących dary do światła Syjonu.

    U Mateusza dary trafiają do Chrystusa. Poganie pierwsi oddają Mu cześć. To odsłania szerokość obietnicy. Na końcu Bóg prowadzi mędrców przez sen. Wracają inną drogą. Ten szczegół zostawia obraz drogi odmienionej przez spotkanie…

    Ks. Krzysztof Młotek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Trzej niekrólowie

    Jeśli nie byli królami, to kim mogli być? Skąd wzięły się ich tajemnicze imiona? I dlaczego historia o Mędrcach ma tak wiele różnych wersji?

     

    MATTHIAS STOM, POKŁON TRZECH KRÓLI /REPRODUKCJA ERIK CORNELIUS/NATIONALMUSEUM/WIKIMEDIA

    Czy jest coś, co wiemy na pewno o Trzech Królach? „Po pierwsze, być może w ogóle nie istnieli i wielu uczonych biblistów uważa ich za postacie fikcyjne. (…) Po drugie, jeśli nawet istnieli, nie wiadomo, czy było ich trzech, a po trzecie… z całą pewnością nie byli królami” – pisze biblista Roman Zając we wstępie do fascynującej książki „Trzej Królowie. Tajemnica Mędrców ze Wschodu”. Trzeba przyznać, że ta historia zaczyna się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. A potem napięcie tylko rośnie.

    Poganie szukają Mesjasza

    Bo skoro nie byli królami, to kim mogli być? W jedynym fragmencie Biblii, gdzie się pojawiają, czyli w zaledwie dwunastu wersetach drugiego rozdziału Ewangelii według świętego Mateusza (2,1-12), w polskim tłumaczeniu pojawia się określenie „Mędrcy”. Jednak słowo magoi, występujące w greckim tekście, jest znacznie bardziej wieloznaczne i może występować zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym kontekście. Roman Zając podaje w swojej książce długą listę możliwych znaczeń tego terminu. Okazuje się, że może się ono odnosić do: „członków staroirańskiego medyjskiego plemienia; przedstawicieli perskiej kasty kapłańskiej (zwłaszcza kapłanów irańskiego kultu ognia); ogólnie Persów; królewskich doradców i dworzan; znawców nauk tajemnych; czarodziejów praktykujących magię, wizjonerów i tłumaczy snów; szarlatanów, oszustów, zwodzicieli i fałszywych proroków; chaldejskich astrologów i astronomów; ludzi uczonych, zgłębiających prawa natury; filozofów i mędrców”. Uff!

    Czy z tego wyliczenia dowiadujemy się czegoś więcej o tajemniczych gościach, którzy według ewangelisty mieli przybyć ze Wschodu do Jerozolimy, następnie udać się do Betlejem, by powitać nowo narodzonego Króla, wreszcie – posłuszni nakazowi ze snu – wrócić do ojczyzny inną drogą, omijając pałac Heroda? Jedno nie ulega wątpliwości: „Z punktu widzenia Żydów byli poganami, ponieważ nie wierzyli w Jedynego Boga Jahwe, który uczynił narodem wybranym dwanaście plemion Izraela” – wyjaśnia Roman Zając. Od razu jednak nasuwa się inne pytanie: „Dlaczego (…) szukali żydowskiego Mesjasza? Skoro wyznawali inną religię, czy ich wyznanie miało coś wspólnego z oczekiwaniami Żydów?” – zastanawia się autor „biografii” owych Mędrców.

    Wypatrywali znaków

    Fakt, że Magowie podążali za gwiazdą, mógłby wskazywać, iż zajmowali się astrologią. Z tego powodu powinni więc wzbudzać wśród Żydów szczególną nieufność. W książce „Trzej Królowie. Dziesięć tajemnic” dziennikarz i publicysta Grzegorz Górny zwraca uwagę, że naród żydowski traktował astrologów jak bałwochwalców. Izraelici bowiem „dostali od Boga nakaz, by trzymać się z dala od wróżbitów, wywoływaczy duchów czy astrologów. Polecenia mógł wydawać im jedynie Bóg przez swoich proroków. Charakterystyczne dla postawy Żydów są słowa wypowiedziane przez Izajasza: »Niechaj się stawią, by cię ocalić, owi opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy, przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się tobie przydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni« (Iz 47,13-14). W tym kontekście nie ma nic zaskakującego w fakcie, że przybycie Mędrców do Judei oraz przywieziona przez nich wiadomość o gwieździe zwiastującej narodziny Mesjasza wywołały w Jerozolimie powszechne zaskoczenie. Proroctwa nakazywały co prawda wyczekiwać w owym czasie pojawienia się pomazańca Bożego, ale nikt spośród Żydów nie śledził nieba, by właśnie stamtąd wypatrywać znaków” – podkreśla autor.

    Z fragmentu Ewangelii nie wynika jednak, że Mędrcy rościli sobie pretensje do przepowiadania przyszłości. Roman Zając zwraca uwagę, że są ukazani raczej jako „pobożni poganie, którzy wypatrywali na niebie znaków od Boga”. „Epizod o Magach przybyłych ze Wschodu do Betlejem, aby oddać cześć nowo narodzonemu Mesjaszowi, jest niejako dowartościowaniem świata pogańskiego, potwierdzeniem prawdy, że również w nim byli ludzie, którzy co prawda nie otrzymali takiego objawienia, jakie mieli Żydzi, a mimo to doszli do poznania Jezusa Chrystusa. (…) Dla czytelnika Ewangelii według świętego Mateusza stawało się w ten sposób jasne, że późniejsze wejście pogan do Kościoła nie było przypadkiem, ale od samego początku odpowiadało ono Bożym planom. W królestwie Jezusa Chrystusa nie ma bowiem różnic wynikających z rasy i pochodzenia. (…) W postaciach Magów Kościół odnajdywał niejako samego siebie, czyli pogański świat poza narodem wybranym, który stał się nowym Ludem Bożym, uznając Chrystusa za swego Pana i Zbawiciela. Nic dziwnego, że pokłon Magów został uznany za symbol objawienia się Króla Wszechświata wszystkim narodom i wszystkim ludziom, którzy szukają prawdy” – wyjaśnia biblista.

    Prawie królowie

    Skąd jednak wzięło się przekonanie, że tajemniczy goście Dzieciątka Jezus byli królami? I skąd pomysł, że było ich trzech? Według Romana Zająca źródłem przypisywania Magom godności królewskiej były prawdopodobnie fragmenty Starego Testamentu, które odczytywano jako zapowiedź ich wizyty, np.: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie, wszystkie narody będą mu służyły” (Ps 72,10-11). Albo: „I pójdą narody do swego światła, królowie do blasku twojego Wschodu (…). Wszyscy oni przybędą ze Saby zaofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60,3.6). Fragmenty te Kościół wyznaczył zresztą do czytania podczas liturgii w uroczystość Objawienia Pańskiego, co jeszcze silniej ugruntowało w naszych umysłach obraz królów odwiedzających małego Jezusa.

    Warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze na przełomie II i III wieku Tertulian, łaciński teolog z Afryki Północnej, pisał, że „Wschód uważał Magów prawie za królów”. Słówko „prawie” wydaje się tu kluczowe. Dopiero w późniejszych wiekach zrodziło się przekonanie, że do Jezusa, jako Króla Królów, powinni przybyć z pokłonem monarchowie. Także liczba Magów nie była od początku ustalona i wahała się od dwóch postaci namalowanych w katakumbach Świętych Piotra i Marcellina do sześćdziesięciu (nie licząc służby!) cudzoziemców w tradycji koptyjskiej. Popularna była dwunastka (nawiązanie do dwunastu plemion Izraela i dwunastu apostołów), ale w ikonografii spotkać można też wyobrażenia… sześciu mężczyzn stojących przed Dzieciątkiem. Ostatecznie utrwaliła się wersja z trzema gośćmi, za którą przemawiały przede wszystkim trzy dary wspomniane w Ewangelii: złoto, kadzidło i mirra – ale też bogata symbolika religijna trójki, uważanej w starożytności za liczbę doskonałą.

    Niespokojne serca

    Również imiona tajemniczych gości w rozmaitych apokryfach brzmią różnie, a najstarszy zapis tych, które znamy dzisiaj: Kacper, Melchior i Baltazar, pochodzi z 526 r. i możemy go znaleźć w bazylice św. Apolinarego w Rawennie. Nad głowami Magów uwiecznionych na mozaice widnieje adnotacja: +SCS BALTHASSAR +SCS MELCHIOR +SCS GASPAR. Różnie tłumaczy się znaczenie tych imion. Zdaniem Grzegorza Górnego wszystkie one oznaczają mniej więcej to samo i wywodzą się od greckiego, hebrajskiego i łacińskiego określenia władcy: basileus, melech i caesar. Roman Zając nie zgadza się jednak z tą wykładnią. Według przytaczanych przez niego hipotez imię Gaspar (Kacper) pochodzi z języka perskiego i może oznaczać „skarbnika” lub „tego, który dba o swoją cześć”. Z kolei imię Baltazar jest pochodzenia babilońskiego i wywodzi się od zawołania Bēl-šar-usur, co znaczy „Belu (Baalu), króla strzeż!”. Jest więc życzeniem pomyślności dla władcy. Natomiast Melchior rzeczywiście pochodzi od hebrajskiego melech, oznaczającego króla, a właściwie jest połączeniem tego wyrazu ze słowem or, czyli „światło”. W całości znaczy więc: „Król mój jest światłością”, co należy zapewne odnosić do Boga.

    Dla nas, chrześcijan XXI wieku, postacie Magów powinny być przypomnieniem, że również wśród osób o innych przekonaniach religijnych są ludzie szczerze poszukujący prawdy. I że – jak mówi biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski – „każdy poszukujący prawdy może odnaleźć Boga objawionego”. Warto więc wsłuchać się w słowa Benedykta XVI, który tak scharakteryzował biblijnych Mędrców: „Byli ludźmi o niespokojnym sercu, którzy nie zadowalali się tym, co widoczne i normalne. Byli to ludzie poszukujący obietnicy, poszukujący Boga. I byli to ludzie czujni, potrafiący dostrzegać znaki Boga, Jego cichą i nieprzerwaną mowę”. Tego z pewnością możemy się od nich uczyć. •

    Szymon Babuchwski/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego piszemy C+M+B na drzwiach i okadzamy domy?

    Litery na drzwiach, zapach kadzidła i barwne orszaki, przechodzące ulicami miast i wiosek – tak w wielu miejscach w Polsce wygląda 6 stycznia. O znaczeniu kredy, kadzidła i napisu C+M+B w kontekście uroczystości Objawienia Pańskiego opowiada ks. dr Stanisław Szczepaniec, przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego i konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Objawienie, które mówi o Bogu

    Choć dziś najczęściej mówimy „Trzech Króli”, pierwotnie 6 stycznia Kościół wspominał trzy wydarzenia: pokłon Mędrców, chrzest Jezusa w Jordanie oraz cud w Kanie Galilejskiej. Wszystkie wskazywały na Jezusa jako na obiecanego Mesjasza.

    – Epifania oznacza ukazanie się. To święto Boga, który daje się poznać człowiekowi i wchodzi w jego historię – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.

    Jak dodaje liturgista, znaki związane z tym dniem mają wielką siłę, ponieważ nie są jedynie dodatkiem do tradycji, ale mówią o Bogu obecnym wśród ludzi. – Te tradycje trwają, bo pomagają ludziom przeżywać wiarę – podkreśla.

    Kreda – znak, który staje się modlitwą

    W uroczystość Objawienia Pańskiego wielu wiernych sięga po kredę. Sama w sobie nie ma ona rozbudowanego znaczenia symbolicznego. – Kreda nabiera sensu dopiero wtedy, gdy służy do oznaczenia drzwi mieszkania – mówi konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Na drzwiach pojawia się napis C+M+B lub K+M+B. W pobożności ludowej bywa kojarzony z imionami mędrców, ale liturgista wskazuje głębszą interpretację. – Najpełniejsze teologicznie odczytanie to Christus Mansionem Benedicat, czyli: „Niech Chrystus błogosławi temu domowi” – zaznacza.

    Kreda nawiązuje również do darów, które mędrcy złożyli Dzieciątku Jezus. – Podobnie jak mirra, także kreda ma sens dopiero w odniesieniu do Chrystusa. Służy do oznaczenia mieszkania, które jest Jego świątynią – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.

    Pisanie liter na drzwiach nie jest więc dekoracją. – Ten znak powinien być modlitwą i wyrażeniem pragnienia, aby Chrystus błogosławił domowi i mieszkającym w nim ludziom – podkreśla liturgista.

    Co zrobić z kredą po poświęceniu?

    Przepisy liturgiczne nie regulują tego szczegółowo. – Nie ma tutaj ustalonych wskazań ani zwyczajów – wyjaśnia przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego.

    Obowiązuje jednak zasada szacunku. – Rzeczy pobłogosławionych nie wyrzuca się po prostu do śmietnika. Jeśli przestają być potrzebne, najlepiej spalić je albo złożyć w ziemi – zaznacza ks. Szczepaniec.

    Najważniejsze jest to, by pamiętać, że były związane z modlitwą.

    Kadzidło – woń modlitwy i obecności Boga

    Kadzidło od wieków obecne jest w Piśmie Świętym i liturgii Kościoła. – Jest jednym z najbogatszych treściowo znaków w całej historii zbawienia – zauważa ks. dr Stanisław Szczepaniec.

    Dym unoszący się ku górze symbolizuje modlitwę wznoszącą do Boga, a jego woń przypomina o Bożej obecności. Jak wskazuje liturgista, w czasach prześladowań oddanie czci bożkom poprzez spalenie kadzidła było próbą wiary; wielu chrześcijan wybierało męczeństwo, odmawiając takiego gestu. Właśnie dlatego także dziś okadzanie domu nie jest czynnością „na szczęście”. – Ten znak ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z modlitwą i wiarą. Wyraża przekonanie, że Bóg jest obecny w tym miejscu i że chcemy oddać Mu cześć – podkreśla konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Zauważa, że kadzidło pojawia się w liturgii także, gdy okadza się osoby. – Okadzanie człowieka przypomina, że jest on świątynią Boga. Kadzimy nie samą osobę, ale Boga, który w niej mieszka – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.

    Ta sama logika dotyczy mieszkania. Okadzany dom nie staje się „magicznie chroniony”, lecz zostaje powierzony Bogu. – Okadzanie domu jest wyznaniem wiary i oddaniem czci Bogu obecnemu w naszej codzienności – dodaje.

    – Zapalenie kadzidła w mieszkaniu może stać się głęboką modlitwą, jeśli człowiek przeżywa je świadomie – zaznacza liturgista.

    Jak używać poświęconego kadzidła?

    Nie potrzeba go wiele. Najczęściej spala się je podczas rodzinnej modlitwy lub w uroczystość Objawienia Pańskiego. Okadzanie ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z wiarą i modlitwą. – To musi być związane z modlitwą, która jest spójna ze znakiem. Znak mówi, że wierzę, że tu jest Bóg i że chcę Bogu oddać cześć – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.

    Liturgista tłumaczy przy tym, dlaczego dziś nie błogosławi się złota. – Trudno byłoby nadać temu realną funkcję religijną, a rzeczy pobłogosławionych nie traktuje się jak zwykłego towaru – mówi.

    Tradycja, która żyje

    Objawienie Pańskie przypomina, że wiara nie zatrzymuje się na znakach, ale prowadzi głębiej – do relacji z Bogiem. Kreda, kadzidło i wszystkie związane z tym dniem zwyczaje mają jeden cel: pomóc człowiekowi odkryć, że Bóg naprawdę jest blisko i że Jego obecność obejmuje także dom, codzienność i najprostsze sprawy życia.

    – Te gesty mają sens wtedy, gdy stają się modlitwą i świadomym wyborem serca – podsumowuje ks. dr Stanisław Szczepaniec.

    Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela

    ***

    Kończy się “rekordowy” Rok Święty.

    Drzwi Święte zostaną zamurowane.

    Około 33,5 miliona pielgrzymów przybyło do Rzymu w Roku Świętym, który zakończy się we wtorek zamknięciem Drzwi Świętych w bazylice watykańskiej. Dokona tego papież Leon XIV. W Roku Świętym odbyło się około 40 wielkich jubileuszy tematycznych. Minął zaś w cieniu wojen i wśród licznych apeli o pokój.

    Papież zamknie Drzwi Święte

    Papież zamknie Drzwi Święte

    ***

    Pielgrzymowali do ostatniej chwili

    Do ostatniej chwili, mimo ulewnego deszczu, wierni stali w poniedziałek w kolejce, by przejść przez Drzwi Święte w bazylice watykańskiej, co jest najbardziej symbolicznym gestem uczestnictwa w Roku Świętym. W ostatniej grupie, która przez nie przeszła, byli pracownicy Dykasterii ds. Ewangelizacji wraz z jej proprefektem arcybiskupem Rino Fisichellą i wolontariuszami, pomagającymi pielgrzymom w ciągu minionych 12 miesięcy.

    Papież zamyka Drzwi Święte

    O godzinie 9.30 papież zamknie wrota w bazylice watykańskiej, otwierane tylko z okazji Roku Świętego. W bazylice Św. Piotra obecny będzie prezydent Włoch Sergio Mattarella.

    Drzwi Święte zostaną zamurowane. Pod koniec grudnia zamknięto je w trzech innych papieskich bazylikach, a dokonali tego kardynałowie- reprezentanci papieża.

    Rok Święty dwóch papieży

    Rok Święty pod hasłem „Pielgrzymi nadziei” zainagurował w Wigilię 2024 r. papież Franciszek, a po jego śmierci obchodom przewodniczył wybrany 8 maja Leon XIV.

    Miliony pielgrzymów i rekord

    To był rekordowy pod względem liczby uczestników Rok Święty. W przeddzień jego zakończenia w Watykanie poinformowano, że przybyło około 33,5 miliona pielgrzymów. Ogromne tłumy na ulicach stolicy Włoch widoczne były niemal codziennie przez 12 miesięcy.

    Dane dotyczące Wielkiego Jubileuszu roku 2000 za pontyfikatu Jana Pawła II to 24,5 miliona pielgrzymów według oficjalnej rzymskiej agencji współorganizującej obchody i 32 miliony, jak podał Instytut Badań Censis wskazując na szerszą liczbę osób, które odwiedziły Wieczne Miasto w tym czasie.

    Kto pielgrzymował do Rzymu?

    W 2025 r. jedną trzecią pielgrzymów stanowili Włosi, a 12 procent- Amerykanie, co uważa się za efekt wyboru pierwszego w dziejach papieża z USA. Na trzecim miejscu byli Hiszpanie (6 procent), a na kolejnych: Brazylijczycy (4,6 procent), Polacy (3,7 proc.) i Niemcy (3,16 procent). Odnotowano ponadto, że masowo przybyli wierni z Peru, czyli drugiej ojczyzny Leona XIV, bo to tam pełnił przez wiele lat posługę jako misjonarz.

    Rok Święty był impulsem dla rozwoju miasta, dla jego transformacji, przy jednoczesnym spojrzeniu na świat, bo radość pielgrzymów poruszyła serca rzymian, którzy z kolei okazali swą gościnność.

    – powiedział burmistrz Roberto Gualtieri.

    Odbyło się prawie 40 jubileuszy tematycznych, w których uczestniczyły tysiące przedstawiciele różnych zawodów, grup społecznych i pokoleń, ruchów i stowarzyszeń religijnych z całego świata. Zorganizowano między innymi Jubileusze: świata mediów, policji, wojska oraz innych służb mundurowych, artystów, chorych i pracowników służby zdrowia, bractw kościelnych, sportowców, rządzących, cyfrowych misjonarzy i katolickich influencerów, pracowników wymiaru sprawiedliwości, ludzi pracy, ubogich, więźniów.

    Największy był Jubileusz Młodzieży na przełomie lipca i sierpnia. Wzięło w nim udział około miliona osób z całego świata, w tym 20 tysięcy Polaków.

    To było pierwsze tak masowe spotkanie pontyfikatu Leona XIV.

    Wołanie o pokój

    Całemu wydarzeniu 2025 roku w Kościele towarzyszyło echo wojen, od Ukrainy po Strefę Gazy i liczne apele obu papieży o pokój. Nie było ani jednej południowej modlitwy z wiernymi bez apeli najpierw Franciszka, a potem Leona XIV o pokój na świecie.

    Pokój był jednym z głównych tematów Roku Świętego; nie tylko za sprawą słów papieży, ale także obecności w Watykanie pielgrzymów z rejonów konfliktów oraz licznych rozmów Leona XIV z przywódcami wielu państw.

    Najbardziej spektakularnym momentem był koncert 13 września na placu Świętego Piotra, gdzie wystąpili Pharrell Williams, Andrea Bocelli, John Legend, Jennifer Hudson i Karol G. Oklaskiwało ich około 100 tysięcy osób.

    Pierwszy Rok Święty odbył się w 1300 roku, a ogłosił go papież Bonifacy VIII. Co 25 lat obchodzony jest od 1475 roku.

    Vatican News/Tygodnik Niedziela

    ***

    niedziela 4 stycznia


    Najświętsze Imię Jezus. Wybrane przez Boga Ojca

    3 stycznia obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano.

    (Chrystus Pantokrator – mozaika z XII wieku w apsydzie katedry w Cefalù.

    By Photo by Andreas Wahra, edited by Entheta [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)], via Wikimedia)

    ***

    Chociaż zapowiadany w Starym Testamencie Mesjasz był przez proroków określany różnymi imionami, to Bóg Ojciec za pośrednictwem Aniołów podał ludzkości jedno konkretne imię swojego Syna. 3 stycznia Kościół rozważa tajemnice związane z Najświętszym Imieniem Jezus.

    W czasach Starego Prawa mówiono i pisano o Nim jako o Emmanuelu, Przedziwnym Doradcy, Bogu Mocnym, Odwiecznym Ojcu, Księciu Pokoju, Synu Człowieczym. Autorzy ksiąg Nowego Testamentu również znają inne określenia: Słowo, Syn człowieczy, Światłość świata, Droga Prawdy i Życia, Dobry Pasterz. Mimo tego od dnia, gdy do Świętej Dziewicy przybył Archanioł Gabriel wiemy, że Syn Boży, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, ma na imię Jezus. Jego wagę dobitnie podkreśla fakt, że to samo imię Anioł Pański przekazał również świętemu Józefowi. Także ziemski opiekun Syna Bożego otrzymał polecenie, by Syna zrodzonego z jego żony nazwać Imieniem Jezus, które – jak zauważa portal brewiarz.pl – w dosłownym tłumaczeniu z hebrajskiego oznacza „Jahwe zbawia”. Z kolei Chrystus oznacza namaszczonego lub Pomazańca Pańskiego, co jest odwołaniem do starotestamentalnych proroków, królów i kapłanów Izraela, gdyż Chrystus jest zarazem Królem i Najwyższym Kapłanem, Jego osoby dotyczyły proroctwa, a i sam Zbawiciel wiele mówił o przyszłości ludzkości – a więc prorokował. Od Imienia Chrystus pochodzi nazwa Jego wyznawców – chrześcijan.

    Zesłane z nieba Imię Zbawiciela czyniło cuda, gdyż to sam Pan Jezus powiedział swoim uczniom, by wszystko co czynią, czynili w Jego Imieniu. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 23-24) – czytamy w Ewangelii świętego Jana.

    „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18) – przekazuje Kościołowi Ewangelista Marek.

    Moc Imienia Jezus została nie tylko zapowiedziana przez Zbawiciela. W Ewangelii odnajdujemy również przykłady Jego działania. „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6) – opisuje Pismo Święte cud dokonany Bożą Mocą przez świętego Piotra nad człowiekiem niepełnosprawnym od urodzenia. „Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły” (Dz 3, 16) – odnotowują w tej sprawie Dzieje Apostolskie.

    Również w imieniu Syna Bożego apostołowie wyrzucali z opętanych ludzi złe duchy. „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł!” (Dz 3, 6-7) – czytamy w księdze Nowego Testamentu, który w wielu miejscach podkreśla godność Najświętszego Imienia. Święty Paweł pisze, byśmy wszystko czynili w imię Pana Jezusa (Kol 3, 17). Jak zauważa portal brewiarz.pl, Apostoł Pogan odwoływał się do Imienia aż 254 razy.

    Kult imieniu Syna Bożego – Jezusa Chrystusa – oddawali również starożytni Ojcowie i Doktorzy Kościoła, a za ich sprawą głęboka wiara i cześć przetrwała przez wieki i dotarła do współczesności.

    źródło: brewiarz.pl

    ***

    Wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus

    Dla ludzi wierzących imię Jezus jest najdroższe i najświętsze, oznacza bowiem osobę Syna Bożego, naszego Zbawiciela.

    Co dokładnie znaczy imię JEZUS – wyjaśniał na antenie Radia Niepokalanów ks. prof. Józef Naumowicz

    Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza „Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: „a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego „Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne: W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).

    Święto Najświętszego Imienia Jezus, ustanowione w roku 1721, w nowym kalendarzu rzymskim zostało uwzględnione jako wspomnienie w dniu 3 stycznia. Do rozpowszechnienia kultu Imienia Jezus przyczynił się w XV w. zakon franciszkański, a papież Innocenty XIII w XVIII w. rozszerzył święto na Kościół powszechny. W oficjum brewiarzowym jest bardzo piękny hymn z XI w. Jesu, dulcis memoria, opiewający słodycz tego imienia (za: brewiarz.pl)

    Skoro Pismo Święte poucza nas, że „Każdy, kto będzie wzywać Imienia Pańskiego, będzie zbawiony”, warto odmówić dziś – w dniu wspomnienia Najświętszego Imienia Jezus – Litanię do Najświętszego Imienia Jezus.

    Litania do Imienia Jezus

    Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, – zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże,
    Duchu Święty, Boże,
    Święta Trójco, Jedyny Boże,

    Jezu, Synu Boga żywego, – zmiłuj się nad nami.
    Jezu, odblasku Ojca,
    Jezu, jasności światła wiecznego,
    Jezu, Królu chwały,
    Jezu, słońce sprawiedliwości,
    Jezu, Synu Maryi Panny,
    Jezu najmilszy,
    Jezu przedziwny,
    Jezu, Boże mocny,
    Jezu, Ojcze na wieki,
    Jezu, wielkiej rady zwiastunie,
    Jezu najmożniejszy,
    Jezu najcierpliwszy,
    Jezu najposłuszniejszy,
    Jezu cichy i pokornego serca,
    Jezu, miłośniku czystości,
    Jezu, miłujący nas,
    Jezu, Boże pokoju,
    Jezu, dawco życia,
    Jezu, cnót przykładzie,
    Jezu, pragnący dusz naszych,
    Jezu, Boże nasz,
    Jezu, ucieczko nasza,
    Jezu, Ojcze ubogich,
    Jezu, skarbie wiernych,
    Jezu, dobry Pasterzu,
    Jezu, światłości prawdziwa,
    Jezu, mądrości przedwieczna,
    Jezu, dobroci nieskończona,
    Jezu, drogo i życie nasze,
    Jezu, wesele Aniołów,
    Jezu, królu Patriarchów,
    Jezu, mistrzu Apostołów,
    Jezu, nauczycielu Ewangelistów,
    Jezu, męstwo Męczenników,
    Jezu, światłości Wyznawców,
    Jezu, czystości Dziewic,
    Jezu, korono Wszystkich Świętych,
    Bądź nam miłościw, – przepuść nam, Jezu.
    Bądź nam miłościw, – wysłuchaj nas, Jezu.

    Od zła wszelkiego, – wybaw nas, Jezu.
    Od grzechu każdego,
    Od gniewu Twego,
    Od sideł szatańskich,
    Od ducha nieczystości,
    Od śmierci wiecznej,
    Od zaniedbania natchnień Twoich,
    Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego,
    Przez narodzenie Twoje,
    Przez dziecięctwo Twoje,
    Przez najświętsze życie Twoje,
    Przez trudy Twoje,
    Przez konanie w Ogrójcu i Mękę Twoją,
    Przez krzyż i opuszczenie Twoje,
    Przez omdlenie Twoje,
    Przez śmierć i pogrzeb Twój,
    Przez Zmartwychwstanie Twoje,
    Przez Wniebowstąpienie Twoje,
    Przez Twoje ustanowienie Najświętszego Sakramentu,
    Przez radości Twoje,
    Przez chwałę Twoją,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    – przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    – wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    – zmiłuj się nad nami.

    Jezu, usłysz nas! Jezu, wysłuchaj nas!

    Módlmy się: Panie, Jezu Chryste, któryś rzekł: „Proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone”; daj nam, prosimy, uczucie swej Boskiej miłości, abyśmy Cię z całego serca, usty i uczynkiem miłowali i nigdy nie przestawali wielbić. Racz nas obdarzyć, Panie, ustawiczną bojaźnią i miłością świętego Imienia Twego, albowiem nigdy nie odmawiasz Twej opieki tym, których utwierdzasz w Twej miłości. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    Radio Niepokalanów

    ***

    Na Imię Jezus niech się zegnie każde kolano

    W kościele kult Najświętszego Imienia Jezus rozpowszechnił się w XV w. Przyczynili się do tego św. Jan Kapistran i św. Bernardyn, który starał się na wzór św. Pawła być prawdziwym apostołem Imienia Jezus. Dla tego imienia cierpiał, był krytykowany, a nawet posądzany o herezję. W 1426 r. papież Marcin V potwierdził ortodoksyjność nauki głoszonej przez św. Bernardyna i jego formę kultu Imienia Jezus.

    W tradycji franciszkańskiej kult Najświętszego Imienia Jezus zajmuje pierwsze miejsce przed Męką Pańską i żłóbkiem. Powszechnie przyjmuje się, że Zakon Franciszkański nadał temu nabożeństwu stałą formę i przez to włączył w rytm życia religijnego całego Kościoła katolickiego.
    „Bóg zbawia” jest to imię drugiej Osoby Trójcy Świętej, Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Imię to zapowiedział Archanioł w chwili Zwiastowania Maryi: „Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus” (Łk 1,31). Imię to zostało nadane Dzieciątku w ósmym dniu po narodzeniu.
    O mocy Swego Imienia uczy nas sam Pan Jezus (por. J 16, 23-24). Wielokrotnie na kartach Ewangelii Pan Jezus mówi o mocy i ważności tego Imienia. Zapewnia, że tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w Jego imię, On jest pośród nich (por. Mt 18, 20).
    Największym apostołem Imienia Jezus był św. Paweł. Sam Pan wybrał go, aby zaniósł Jego Imię do wszystkich narodów i wiele musiał wycierpieć z tego powodu. Swoją nauką i cierpieniem św. Paweł potwierdził wielkość Imienia Bożego, bo jak napisał w Liście do Filipian: „Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (2, 9-11).

    Św. Franciszek z Asyżu był zawsze pełen głębokiej czci dla Imienia Boga. Jego postawa wobec Imienia Bożego jest nacechowana najgłębszym szacunkiem, a równocześnie niezwykłą miłością i serdecznością. Biograf św. Franciszka -Tomasz z Celano pisze, że bracia, którzy z nim przebywali, wiedzą jak codziennie i stale głosił Jezusa, jak słodko opowiadał o Nim, jak łagodnie i z pełną miłością rozmawiał na Jego temat. Imię Jezus nosił w sercu, na ustach i na rękach. W liście do wszystkich braci pisał: „Franciszek prosi wszystkich braci, aby gdy tylko usłyszą Imię Jezus, oddawali Mu pokłon z lękiem i szacunkiem, pochyleni do ziemi”.
    Święto Imienia Jezus przypomina nam, abyśmy z szacunkiem, miłością i czcią wymawiali święte Imię Jezus i nie wzywali tego Imienia daremnie.

    Br. Mateusz Miklos OFM/Tygodnik Niedziela

    ***

    12 krótkich modlitw wzywających imienia Pana Jezusa

    JESUS
    Fred de Noyelle | Godong

    ***

    Modlitwy te łatwo zapamiętać i odmawiać w ciągu dnia.

    Jezus zapowiedział: „O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (J 14,13-14).

    Imię Jezusa jest samo w sobie potężną modlitwą, a On sam prosił, abyśmy często je wymawiali modląc się do niego.

    I choć możemy ograniczyć się do wypowiadania wyłącznie imienia „Jezus”, Kościół zna wiele innych krótkich modlitw zawierających imię Pańskie. Można je odmawiać w ciągu dnia w różnych okolicznościach.

    Oto 12 takich łatwych do zapamiętania modlitw, które pomogą nam skupiać naszą uwagę na Jezusie bez względu na to, czym w danej chwili się zajmujemy:

    Jezu, Boże mój, kocham Cię nade wszystko.

    Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

    Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym.

    Chwała bądź Jezusowi, teraz i zawsze.

    Słodkie Serce Jezusa, bądź moją miłością!

    Jezu, cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według Serca Twego.

    Jezu mój, zmiłuj się!

    O najsłodszy Jezu, nie bądź mi Sędzią, ale Zbawcą!

    Jezu, ufam Tobie!

    Najsłodsze Serce Jezusa, dozwól mi kochać Cię coraz goręcej!

    O, Serce Jezusa miłością ku nam pałające, rozpal serca nasze miłością ku Tobie!

    Jezu, kocham Cię!

    Philip Kosloski/Aleteia.pl

    ***

    Najświętsze Imię Jezus. Imię w centrum modlitwy chrześcijańskiej

    Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna.

    N/z fresk święty Józef nadaje imię Jezus

    fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Napisałem do „Gościa” ponad 6400 tekstów. Tak wyliczył mi komputer. A Bóg – jak mawiał Fiodor Dostojewski – wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna. „Starożytni powtarzali, że »Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli«. Tym jednym, jedynym, najdroższym słowem jest imię Jezus” – opowiadał mi niedawno ks. Krzysztof Wons, salwatorianin, dyrektor Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. „Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione”.

    Bóg wypowiedział Imię ponad wszelkie imię, mimo naszej niewierności, krnąbrności, niedowierzania. A może ze względu na nią? Oznacza ono bowiem Tego, który „wybawia, ratuje, zbawia”. „Nadasz Mu imię Jezus, albowiem On zbawi swój lud od jego grzechów” – usłyszał od anioła Józef. Już wypowiadając imię Jezusa… wołamy do Niego o ratunek.

    „Imię Jezus oznacza, że samo imię Boga jest obecne w osobie Jego Syna, który stał się człowiekiem dla powszechnego i ostatecznego odkupienia grzechów. Jest to imię Boże, jedyne, które przynosi zbawienie; mogą go wzywać wszyscy, ponieważ Syn Boży zjednoczył się ze wszystkimi ludźmi przez Wcielenie w taki sposób, że »nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni«” – czytam w Katechizmie Kościoła Katolickiego. „Imię to znajduje się w centrum modlitwy chrześcijańskiej. Wszystkie modlitwy liturgiczne kończą się formułą: »Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa«”.

    To jedno, jedyne słowo uczyło przez wieki tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. „Wypowiadaj imię Jezusa bezustannie w kościele, w domu, w czasie drogi, podczas pracy, podczas odpoczynku, w łóżku, od chwili, gdy otworzysz oczy, aż do momentu, kiedy je zamkniesz. Odpowiada to dokładnie wystawianiu czegoś na słońce, ponieważ oznacza trwanie przed obliczem Pana, który jest słońcem świata duchowego” – nauczał mnich Teofan Pustelnik, odpowiadający za ostateczną redakcję popularnych „Opowieści pielgrzyma”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus to imię własne Syna Bożego, nadane Mu przez samego Ojca w niebie. Słowo to oznacza „Jahwe zbawia”, a zatem określa posłannictwo, z jakim Syn Boży przyszedł na świat.

    ISTOCKPHOTO 

    ***

    Imię Jezus – słowo, które przynosi ocalenie

    Imię Pańskie przynosi ocalenie. Nie używaj go bezmyślnie

    .

    W połowie lutego 2015 roku świat ujrzał wstrząsający film przedstawiający kaźń 21 egipskich Koptów. Mężczyźni w pomarańczowych uniformach klęczeli na brzegu morza ze skutymi z tyłu rękami. Byli świadomi, że za chwilę terroryści z Państwa Islamskiego obetną im głowy. Mogli ocalić życie, deklarując przejście na islam, ale woleli umrzeć niż zaprzeć się Zbawiciela. Oprawcy, publikując film, nie wycięli ścieżki dźwiękowej, dzięki czemu wiemy, że ich ostatnimi słowami było wezwanie: „Panie Jezu Chryste”.

    Słowo ostatnie

    Słowa, które wypowiadamy w sytuacjach granicznych, wiele mówią o tym, czym żyjemy na co dzień i co jest dla nas najcenniejsze. Przypadające 3 stycznia liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus przypomina, jak wielkim darem jest imię Pańskie i z jak wielką czcią należy go używać.

    Kilka lat temu na Ukrainie u starszego mężczyzny zdiagnozowano chorobę wymagającą amputacji języka. Przed podaniem narkozy młody lekarz miał „dowcipnie” powiedzieć pacjentowi: „No, dziadku, jakie będą wasze ostatnie słowa?”. Staruszek odpowiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Wezwanie w takich razach Boga jest naturalnym odruchem człowieka wierzącego. Licznych przykładów dostarczają świadectwa historyczne. „Jednych ścinali, drugich na śmierć kłuli, a gdy więźniowie konając wołali: »Jezus!«, przestraszyli Tatarów, a zatem po gardłach siekali, żeby imienia Jezus zbawiennego nie wspominali” – pisał Wespazjan Kochowski o ostatnich chwilach tysięcy jeńców polskich, pojmanych w 1652 roku po bitwie pod Batohem i zabijanych z polecenia Bohdana Chmielnickiego.

    Wypowiedzenie imienia Jezus w obliczu tego, co przeraża, to świadectwo wiary i wezwanie Zbawiciela na pomoc. To modlitwa, najprostsza, a zarazem najbardziej żarliwa. Tak modlił się łotr wiszący na krzyżu obok Zbawiciela. Słowa: „Jezu, wspomnij na mnie” otwarły mu niebo.

    …będzie zbawiony

    Nicky Gumbel, założyciel kursów ALPHA, bardzo niepokoił się o wieczny los swojego ojca. „On był agnostykiem, nigdy nie chodził do kościoła. Kiedy zmarł, byłem załamany” – tłumaczył w jednym z wywiadów. Pewnego dnia podczas modlitwy Nicky sięgnął do Biblii i trafił na fragment z Listu do Rzymian (10,13): „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Czuł, że Bóg mówi mu: „To dotyczy twojego ojca”. Chwilę później do jego pokoju weszła żona z Biblią w ręku. „Trafiłam na taki fragment i myślę, że on jest o twoim ojcu” – powiedziała. To było prawie tak samo brzmiące zdanie, ale z Dziejów Apostolskich (2,21): „Każdy, kto wzywać będzie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Następnego dnia Gumbel, wciąż nie w pełni przekonany, wysiadał z pociągu. Na wprost niego, na budynku stacji, wisiał ogromny billboard z napisem: „Każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Gdy opowiedział o tym swojemu przyjacielowi Sandy’emu Millarowi, ten powiedział z uśmiechem: „Nie sądzisz, że Bóg chce ci coś przez to powiedzieć?”. „Dziś jestem spokojny. Mam pewność, że mój ojciec wezwał imienia Pańskiego i jest zbawiony” – zapewnia Nicky Gumbel.

    Podobne zdanie o zbawczej mocy imienia Bożego znajdujemy w Starym Testamencie. „I uczynię znaki na niebie i na ziemi: krew i ogień, i słupy dymne. Słońce zmieni się w ciemność, a księżyc w krew, gdy przyjdzie dzień Pański, dzień wielki i straszny” – zapowiada Bóg przez proroka Joela. Wtedy pada to zdanie: „Każdy jednak, który wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Jl 3,3-5).

    Ponad wszelkie imię

    W Starym Testamencie imienia Boga, którym sam się przedstawił, nie wolno było wymawiać nawet kapłanom. Z szacunku dla imienia Jahwe Żydzi zastępowali je różnymi określeniami, między innymi: Adonai (Pan), Elohim (Bóg doskonały), Szaddaj (Wszechmocny) albo Kaddosz (Święty). Miało to związek z drugim przykazaniem Dekalogu: „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”. W Księdze Wyjścia (20,7) brzmi ono tak: „Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy”.

    Drugie przykazanie zobowiązuje chrześcijan do okazywania szczególnego szacunku dla imienia Jezus, które jest imieniem własnym Syna Bożego, nadanym Mu przez samego Ojca w niebie. Słowo to oznacza „Jahwe zbawia”, a zatem określa posłannictwo, z jakim Syn Boży przyszedł na świat.

    O zbawczej mocy imienia Jezus uczy św. Piotr: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,10-12). A św. Paweł pisze, że Bóg „darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 1,8-10). Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że człowiek nie może nadużywać imienia Pańskiego. „Powinien używać go tylko po to, by je błogosławić, wychwalać i uwielbiać” – czytamy (2143).

    Chrześcijanin od Chrystusa

    Szacunek dla imienia Pańskiego obejmuje także imiona świętych. Katechizm uczy, że „drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych” (2146). Czczym i nieodpowiednim używaniem imion świętych jest bez wątpienia wszelkie bezmyślne stosowanie ich w charakterze przerywników, a nawet jako zamienników słów nieprzyzwoitych. „Tam jest wielkie imię Jego, gdzie nazywają Go zgodnie z wielkością Jego majestatu (…). Tam jest święte imię Boże (…), gdzie wzywają Go ze czcią i bojaźnią, by Go nie obrazić” – pisze św. Augustyn.

    O powszechnej czci dla imienia Pańskiego świadczy Litania do Imienia Jezus, która powstała w wieku XV, a także rozpowszechnione po całym świecie pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

    Chrystus to drugie imię Jezusa, nadane przez wyznawców. Pochodzi od greckiego słowa oznaczającego Pomazańca Pańskiego. To od imienia „Chrystus” bierze się nazwa „chrześcijanie”. Do tego faktu nawiązał Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii wygłoszonej w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku. „Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana. Już w samej tej nazwie zawarte jest wzywanie imienia Pańskiego. Drugie przykazanie Boże powiada: »Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno«. Zatem jeśli jesteś chrześcijaninem, niech to nie będzie wzywanie imienia Pańskiego nadaremno. Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy, nie bądź chrześcijaninem byle jakim”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    3 stycznia

    Pierwsza sobota miesiąca

    100 lat temu siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego

    100 lat temu s. Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o "niespełnioną część" orędzia fatimskiego
    fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org

    ***

    10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.

    Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos

    Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.

    ***

    Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie

    Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.

    Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor  znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.

    Pierwsze soboty miesiąca

    Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.

    Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.

    To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.

    Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.

    Spotkanie z niezwykłym Chłopcem

    Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca.  Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.

    Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.

    Polecenie Jezusa

    Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.

    Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR

    Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula

    ***

    Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl

    ***

    Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca

    Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ***

    Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę. Ty też możesz wylosować swojego patrona

    Na początku każdego nowego roku w klasztorach Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odbywa się tradycyjne losowanie rocznych patronów. Do tej wieloletniej praktyki mogą dołączyć także osoby świeckie za pośrednictwem strony internetowej www.faustyna.pl.

    Intencja na cały rok

    Wraz z patronem każda siostra otrzymuje intencję modlitewną oraz przesłanie na cały rozpoczynający się rok. Patronów losują również osoby związane ze zgromadzeniem, wśród nich kapłani, współpracownicy, członkowie i wolontariusze stowarzyszenia „Faustinum”, przyjaciele sióstr oraz uczestnicy grupy „Sanktuarium Bożego Miłosierdzia” działającej na Facebooku.

    Każdy może wylosować swojego rocznego patrona

    Od 1 stycznia 2017 roku możliwość losowania patronów udostępniona jest także użytkownikom strony www.faustyna.pl. Zwyczaj ten ma w zgromadzeniu długą historię i był praktykowany m.in. przez św. Siostrę Faustynę Kowalską, która opisała losowanie patrona na rok 1935 w swoim „Dzienniczku”.

    Święta zakonnica zapisała, że po krótkim przygotowaniu duchowym sięgnęła po obrazek z imieniem patrona, a chwilę później odczytała, iż na dany rok został jej dany Najświętszy Sakrament. Jak zanotowała, doświadczeniu temu towarzyszyła głęboka radość serca.

    Ważna praktyka w życiu św. Faustyny

    Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę, traktując ją jako formę szczególnego duchowego towarzyszenia w codziennym życiu. Chciała, aby w nowym roku ktoś z Nieba wspierał ją w realizacji powołania i wierności Bożemu Miłosierdziu.

    Potrzebujesz wsparcia? Wylosuj patrona

    Siostry z krakowskich Łagiewnik podkreślają, że wylosowani patroni często odpowiadają na aktualne potrzeby i sytuacje życiowe osób, które podejmują tę praktykę. Zwracają uwagę, że doświadczenie duchowej pomocy i wstawiennictwa świętych potwierdzają liczne świadectwa. Na stronie zgromadzenia w polskiej wersji językowej można wylosować jednego z 200 patronów, natomiast w wersjach obcojęzycznych jednego ze 100.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    Nowy Rok Pański MMXXVI

    Uroczystość

    Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Msza święta w kościele św. Piotra

    o godz. 14.00

    W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:

    O Stworzycielu, Duchu, przyjdź,
    Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg.
    Niebieską łaskę zesłać racz
    Sercom, co dziełem są Twych rąk.

    Pocieszycielem jesteś zwan
    I najwyższego Boga dar.
    Tyś namaszczeniem naszych dusz,
    Zdrój żywy, miłość, ognia żar.

    Ty darzysz łaską siedemkroć,
    Bo moc z prawicy Ojca masz,
    Przez Boga obiecany nam,
    Mową wzbogacasz język nasz.

    Światłem rozjaśnij naszą myśl,
    W serca nam miłość świętą wlej
    I wątłą słabość naszych ciał
    Pokrzep stałością mocy Twej.

    Nieprzyjaciela odpędź w dal
    I Twym pokojem obdarz wraz.
    Niech w drodze za przewodem Twym
    Miniemy zło, co kusi nas.

    Daj nam przez Ciebie Ojca znać,
    Daj, by i Syn poznany był.
    I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,
    Niech wyznajemy z wszystkich sił.

    Niech Bogu Ojcu chwała brzmi,
    Synowi, który zmartwychwstał,
    I Temu, co pociesza nas,
    Niech hołd wieczystych płynie chwał.
    Amen.

    ***

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Święto dwóch tajemnic

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Papież Leon XIV zachęca do odwagi miłości i przebaczania w nowym roku

    Papież Leon XIV. Fot. PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI

    fot. PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI

    ***

    Papież przypomniał błogosławieństwo z dzisiejszej liturgii Słowa: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech Pan zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”.

    Papież podkreślił, iż wraz z początkiem roku „prośmy Pana, abyśmy w każdej chwili odczuwali wokół siebie i nad sobą ciepło Jego ojcowskiego objęcia i światło Jego błogosławiącego spojrzenia, abyśmy coraz lepiej rozumieli i mieli stale na uwadze, kim jesteśmy i ku jakiemu cudownemu przeznaczeniu zmierzamy. Jednocześnie jednak, my również oddajmy Mu chwałę poprzez modlitwę, świętość życia i stając się dla siebie nawzajem odbiciem Jego dobroci”.

    Nawiązując do Światowego Dnia Pokoju Papież przypominał jedną z podstawowych cech oblicza Boga: „całkowitą bezinteresowność Jego miłości, dzięki której objawia się nam ‘nieuzbrojony i rozbrajający’, nagi, bezbronny jak niemowlę w kołysce. A to wszystko po to, aby nauczyć nas, że świata nie zbawia się ostrząc miecze, osądzając, uciskając lub eliminując braci, ale raczej niestrudzenie starając się rozumieć, przebaczać, wyzwalać i przyjmować wszystkich, bez kalkulacji i bez strachu”.

    W uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Leon XIV wskazał, że „w Bożym Macierzyństwie Maryi widzimy spotkanie dwóch ogromnych „nieuzbrojonych” rzeczywistości: Boga, który rezygnuje z wszelkich przywilejów swojej boskości, aby narodzić się według ciała (por. Flp 2, 6-11), oraz rzeczywistości osoby, która z ufnością całkowicie przyjmuje Jego wolę, oddając Mu hołd w doskonałym akcie miłości, swoją największą mocą, jaką jest wolność”.

    W tym kontekście Leon XIV odwołał się do słów św. Jana Pawła II, który rozważając tę tajemnicę, powiedział: „rozbrajająca łagodność Dzieciątka, zdumiewające ubóstwo, jakim jest otoczone, pokorna prostota Maryi i Józefa” przemieniły ich życie, czyniąc ich „zwiastunami zbawienia”.

    W związku z kończącym się Jubileuszem Roku 2025 Ojciec Święty przypomniał, że św. Jan Paweł II na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 użył słów, które mogą skłonić do refleksji: „Ileż darów, ileż niezwykłych sposobności przyniósł wierzącym Wielki Jubileusz! Przebaczenie otrzymane i ofiarowane, wspomnienie męczenników, wrażliwość na wołanie ubogich świata […] – w tym wszystkim my także dostrzegliśmy zbawczą obecność Boga w dziejach. Mogliśmy niejako dotknąć ręką Jego miłości, która odnawia oblicze ziemi”.

    „Na początku nowego roku, w związku ze zbliżającym się zakończeniem Jubileuszu Nadziei, przybliżmy się w wierze do Żłóbka, jako miejsca pokoju ‘nieuzbrojonego i rozbrajającego’ par excellence, miejsca błogosławieństwa, gdzie wspominamy cuda, jakich Pan dokonał w historii zbawienia i w naszym życiu, aby następnie wyruszyć na nowo, jako pokorni świadkowie groty, ‘wielbiąc i wysławiając Boga’ za wszystko, co zobaczyliśmy i słyszeliśmy” – podsumował Papież.

    „Niech to będzie naszym zobowiązaniem, naszym postanowieniem na nadchodzące miesiące i na zawsze na nasze chrześcijańskie życie” – życzył Leon XIV. 

    Vatican News

    ***

    Bardzo proste życie brata Wawrzyńca – ulubionego autora papieża

    „Gdyby i do piekła Bóg mnie wtrącił, tobym się czuł szczęśliwym, albowiem Bóg byłby przy mnie i piekło by w raj obrócił” – notował przed śmiercią ten kucharz i szewc. Ukochany autor Leona XIV.

     ISTOCPHOTO

    ***

    Na pokładzie samolotu wracający z Libanu Leon XIV mówił: „Jeden z was powiedział mi niedawno: »Proszę podać książkę, którą moglibyśmy przeczytać, żeby zrozumieć, kim jest Prevost«. Jest nią książka zatytułowana »O praktykowaniu Bożej obecności«. To bardzo prosta książka, napisana wiele lat temu przez kogoś, kto podpisał ją tylko imieniem – brat Wawrzyniec. Przeczytajcie ją, jeśli chcecie wiedzieć coś o mnie, o duchowości, którą żyłem przez wiele lat, wśród wielkich wyzwań – mieszkając w Peru w latach terroryzmu, będąc powoływanym do posługi w miejscach, o których nigdy nie myślałem, że będę tam służyć”. Wydawnictwo Esprit, które opublikowało przed laty nad Wisłą tę znakomitą książkę, nie mogło wymarzyć sobie lepszej promocji.

    Szewczyk

    Podczas procesu beatyfikacyjnego Faustyny Kowalskiej niektóre jej siostry kręciły głowami: „To wariatka, histeryczka!”. Po śmierci Małej Tereski jej sąsiadka z klasztoru w Lisieux zakłopotana rzuciła: „Nie wiem, co o niej powiedzieć. Taka przeciętna była”. Możesz żyć obok świętego, nie zdając sobie z tego sprawy. Wielu nie domyślało się, że zwykły kucharz i szewc z paryskiego klasztoru karmelitów przy Rue de Vaugirard nosił w sobie bezcenną tajemnicę i jak szewczyk z wiersza Leśmiana: „Szył buty na miarę stopy Boga”. Sam nazywał siebie „wielkim, niezgrabnym facetem, który wszystko psuje”.

    Przez lata pracował w klasztornej kuchni, a gdy chora noga uniemożliwiła mu wykonywanie obowiązków, zajął się reperowaniem butów karmelitów, którzy jedynie z nazwy są bosi. Mikołaj Herman z Hériménil był żołnierzem. Walcząc u boku księcia Lotaryngii, wpadł w ręce wrogów i oskarżony o szpiegostwo w ostatniej chwili cudem uniknął śmierci. Ciężko ranny 21-latek porzucił karierę wojskową i po wielu dziejowych zawirowaniach (w Paryżu został nawet asystentem doradcy królewskiego) osiadł w klasztorze karmelitów. Zanim to nastąpiło, musiał stoczyć jeszcze jedną bitwę. Najtrudniejszą. Wewnętrzną.

    Martwe drzewo

    Gdy w gruzy runęła przyszłość lotaryńskiego wojaka, znalazł się w martwym punkcie. Zima sparaliżowała Francję, a Herman spacerując, mijał zmarznięte, pozbawione liści drzewo. „Wygląda na martwe – pomyślał – a przecież za kilka miesięcy ożyje i pokryje się zielonymi liśćmi”. Obraz ten bardzo go poruszył, bo dojrzał w nim metaforę swego życia. To była chwila jego nawrócenia. „Bóg udzielił mu wówczas szczególnej łaski. Gdy myślał o tym, że po pewnym czasie liście pojawią się na nowo, a po nich kwiaty i owoce, doznał niezwykłego objawienia Opatrzności i mocy Bożej, które nigdy nie zatarło się w jego duszy” – opowiadał po latach jego współbrat. 26-latek zapukał do furty klasztoru karmelitów i przyjął imię Wawrzyniec od Zmartwychwstania. „Prymitywny z wyglądu, subtelny w obejściu. To połączenie zwiastowało obecność Boga w nim” – pisał o nim teolog abp François Fénelon.

    Ciemność

    Pierwsza dekada spędzona za klauzurą była bolesnym oczyszczeniem, pustynią, wewnętrzną szarpaniną. „Pogrążałem się w myślach o śmierci, o sądzie, o piekle, o raju i o swoich grzechach. (…) Przez pierwsze dziesięć lat wiele cierpiałem. Obawa, że nie należę do Boga, moje przeszłe grzechy, zawsze obecne w mych oczach, i wielkie łaski, jakie Bóg mi wyświadczał, były źródłem wszystkich tych mąk” – wyznał. „Miałem wrażenie, że wszyscy tutaj pasują, tylko nie ja. I choć miałem przeświadczenie, że nareszcie zacząłem oddychać rześkim powietrzem, to jeszcze latami zmagałem się z wątpliwościami, że wszystko to sobie sam wymyśliłem” – opowiadał dominikanin o. Krzysztof Pałys. „Po wielu perypetiach dopuszczono mnie do profesji wieczystej. I kiedy już leżałem twarzą na gołej posadzce, rozpłakałem się ze szczęścia, wstydząc się, aby nikt tego nie zobaczył. Jakbym nagle, w jednej sekundzie, wszedł w zupełnie inną rzeczywistość, która jest nie do opanowania. Przyszedł naturalny pokój”.

    Podobne było doświadczenie Wawrzyńca, który czuł, że nie potrafi sprostać duchowym radom przełożonych („Często zdarzało mi się spędzić całą modlitwę na odrzucaniu myśli i ponownym w nie wpadaniu. Poznawszy różne metody kroczenia do Boga i rozmaite praktyki życia duchowego uznałem, że służyły raczej zakłopotaniu mojego ducha, a nie ułatwieniu tego, do czego dążyłem”). I wtedy nastąpił przełom. Wawrzyniec uznał, że nie doskoczy do wysoko zawieszonej poprzeczki i zaczął oddawać Najwyższemu drobnostki. Dwieście lat przed Tereską opisał „małą drogę”, którą sam nazwał „prostym życiem pod okiem Boga” lub „ssaniem Jego piersi”.

    „Jeżeli nie mogę robić co inszego, to słomkę z ziemi podnoszę z miłości ku Panu Bogu” – opowiadał. „Nie należy zaniedbywać się w robieniu małych rzeczy z miłości do Boga, który patrzy nie na wielkość dzieła, ale na miłość. Najbardziej wzniosłym środkiem kroczenia ku Niemu są najzwyklejsze czynności. Wśród pracy rozmawiam z Bogiem poufale, ofiarując Mu najmniejsze usługi. Zajmuję się jedynie tym, by zawsze trwać w tej świętej obecności, w której utrzymuję się przez prostą uwagę i przez miłosne spojrzenie na Boga”.

    Wawrzyniec nie napisał żadnej książki. Po jego śmierci (odszedł 12 lutego 1691 roku) jego współbrat o. Joseph de Beaufort spisał rozmowy, jakie odbyli, zebrał garść jego sentencji i szesnaście listów. Sam Leon XIV napisał właśnie wstęp do wznowionej po latach we Włoszech książki tego niekanonizowanego świętego Karmelu: „Droga, którą wskazuje, jest jednocześnie prosta i trudna: prosta, bo nie wymaga niczego innego, jak tylko ciągłego pamiętania o Bogu przez drobne, nieustanne akty uwielbienia, modlitwy, błagania i adoracji, w każdym działaniu i w każdej myśli. Trudna, ponieważ wymaga oczyszczenia, ascezy, wyrzeczenia i przemiany naszej najgłębszej istoty – umysłu i myśli – znacznie bardziej niż samych czynów. W tej przestrzeni odnajdujemy miłosną i żarliwą obecność Boga, tak inną, a jednak tak bliską naszemu sercu”. Papież podkreślił, że w sercu chrześcijańskiej etyki znajduje się nie abstrakcyjna zasada, ale świadomość: „Bóg jest obecny. Jest tutaj”.

    Ulubieniec Boga

    „Mieszkam w Bogu, to znaczy, że jestem stale w obecności Bożej” – opowiadał mi dominikanin o. Joachim Badeni. W jednym z listów św. Paweł wzywa adresatów: „Nieustannie się módlcie”. „Nie jest to oczywiście wezwanie do tego, by porzucić swe obowiązki, pracę, zadania i oddać się medytacjom”–wyjaśnia biblista ks. prof. Mariusz Rosik. „Nieustanna modlitwa przybrać winna odmienną formę. Jaką? Z podpowiedzią przychodzi św. Paweł, gdy stwierdza: »Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie«”. Przecież to streszczenie stylu życia Wawrzyńca, który pokazywał, jak zmywać naczynia, będąc zanurzonym w Bożej obecności!

    Jakże często wracam do jego genialnej intuicji: „Patrzę na siebie jak na najnędzniejszego ze wszystkich ludzi, pokrytego ranami, wypełnionego smrodem, który popełnił wszelkiego rodzaju zbrodnie przeciwko swemu Królowi. Poruszony żalem, wyznaję Mu wszystkie nieprawości: oddaję się w Jego ręce, aby uczynił mnie takim, jakiego mnie mieć chce. A ten Król pełen dobroci i miłosierdzia, daleki od karania mnie, obejmuje mnie z miłością, karmi przy swoim stole, własnoręcznie mi usługuje, daje mi klucze do skarbca i we wszystkim traktuje mnie jak swego faworyta; rozmawia ze mną i nieustannie dobrze się ze mną czuje”.

    To wyznanie graniczące z bezczelnością. Zamiast nucić popularną oazową piosenkę: „Jak mi dobrze, że jesteś tu, Panie”, Wawrzyniec pisze: „Bóg dobrze czuje się w mojej obecności”. Przed laty muzyk Leopold „Poldek” Twardowski opowiadał mi: „Kiedyś przy wstawaniu wyrwał mi się okrzyk: »Panie, wstał Twój ulubieniec!«. Ojej – spłoszyłem się – ogromna pycha! Ale Bóg tę pychę zaraz zamienił w radość!”.

    Bardzo proste życie brata Wawrzyńca – ulubionego autora papieża

    Brat Wawrzyniec od Zmartwychwstania “O praktykowaniu Bożej obecności”, wyd. Esprit, Kraków 2026, ss. 120

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwa i szkoła modlitwy

    Znane z łacińskiej nazwy Magnificat, czyli po polsku „Wielbi”, to modlitwa wyjątkowa.

    Maryja w swoim Magnificat uczy, że uwielbienie jest najważniejsze w naszej relacji do Boga.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzi z Ewangelii według św. Łukasza, ze sceny, w której Maryja spotyka się z matką Jana Chrzciciela, Elżbietą (Łk 1,46-55). I jest nie tyle modlitwą skierowaną do Maryi, co modlitwą samej wychwalającej Boga Maryi: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy./ Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej./ Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,/ gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny./ Święte jest Jego imię…”.

    Stylem nawiązuje do psalmów i kantyków Starego Testamentu, co dziś niejednego, przyzwyczajonego do stwierdzenia, że modlitwa to rozmowa z Bogiem, może dziwić. Bo recytująca Magnificat Maryja nie zwraca się do Boga, nie mówi do Niego, ale wychwala Go. „On niech będzie pochwalony” – mówi, a nie: „Ty bądź pochwalony”. Za co? Najpierw za wielkie rzeczy, które Jej uczynił. Maryja zdaje sobie sprawę, że przez to, iż z Bożej łaski ma porodzić Tego, który „będzie nazwany Synem Najwyższego”, błogosławić Ją będą wszystkie ludzkie pokolenia. To Ona, pokorna służebnica Pańska, dozna za sprawą Boga wielkiego wywyższenia.

    Maryja wielbi Boga również za łaskę, którą wyświadcza Jej narodowi – Izraelowi. „Ujął się” za nim – mówi. To nawiązanie do ówczesnego oczekiwania narodu wybranego na Mesjasza. Od stuleci pozbawiony niepodległości, zależny od kaprysu zmieniających się okupantów, teraz ma zostać wyzwolony. Bo właśnie teraz Bóg zaczyna realizować swój plan. I choć Maryja pewnie jeszcze nie podejrzewa, że królestwo Jej syna „nie będzie z tego świata”, to przecież nie zmienia to faktu, że obietnice Boże zaczynają się spełniać, gdy jako „dziewica poczęła” i niebawem porodzi.

    Chrześcijanie od wieków powtarzają słowa Maryi jako własną modlitwę. Razem z Nią wychwalają Boga za wielkie rzeczy, które wyświadczył Jej, Izraelowi, a przez nich całej ludzkości. Bo przecież i dla nas, Polaków, jest zbawienie i nadzieja życia wiecznego. Ta modlitwa Maryi jest jednocześnie szkołą modlitwy. Chrześcijanin powinien być świadomy, że pierwszym celem każdej modlitwy powinno być oddanie czci Bogu. Także wtedy, gdy przedstawiamy Mu swoje prośby. W ten sposób wyznajemy, że jesteśmy zależni od Stwórcy, że Go potrzebujemy; że On, nie my, jest tym, który w kwestiach tego, co dobre, a co złe, ma zawsze rację. Maryja w swoim Magnificat uczy, że uwielbienie jest najważniejsze w naszej relacji do Boga.

    Jako pochwała wielkości Boga, Magnificat przypomina też o nadziei, jaką człowiek może w Nim pokładać. On „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych; głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia”. Gdy losy nasze, społeczeństw, narodów czy całego świata toczą się inaczej, niż byśmy chcieli, gdy królować zdają się zło i nieprawość, modlitwa Maryi przypomina, że Bóg w każdej chwili może wszystko odwrócić i nawrócić. Jeśli tego nie robi, to dlatego, że Jego strategie są dla nas po prostu nie do odgadnięcia.

    Andrzej Macura/Gość Niedzielny

    ***

    Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt
    nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    18 marca (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Liturgia wróciła do korzeni

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.
    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.

    ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    Gość Niedzielny

    ***


    9 sposobów, by zadbać o piękno Eucharystii

    Catherine Leblanc / Godong

    ***

    Eucharystia jest spotkaniem z Chrystusem – to truizm, ale obserwując to, jak wygląda wiele Mszy Świętych w naszym kraju, trzeba powtarzać i przypominać, jak wielki należy się jej szacunek.

    Mamy obowiązek dbania o piękno Eucharystii

    W Kościele, który jest Ciałem Chrystusa, nie wszyscy członkowie pełnią jednakowe czynności. To  zróżnicowanie funkcji w sprawowaniu Eucharystii ukazuje się zewnętrznie przez różnorodność szat liturgicznych. Dlatego szaty te powinny być znakiem funkcji właściwej każdemu z posługujących. Poza tym szaty liturgiczne winny podkreślać piękno świętych czynności (OWMR, 335).

    Na każdej Eucharystii spotykamy się z Bogiem: we wspólnocie, w osobie przewodniczącego liturgii, w Słowie Bożym i – w całej pełni – w Komunii. Każdy zatem element Mszy Świętej winien być traktowany z szacunkiem i pieczołowitością. I nie jest to trudne do zrobienia! 

    Największa odpowiedzialność spoczywa w tej kwestii na księżach, ale także my – wierni świeccy, członkowie parafii – mamy prawo i obowiązek dbać o piękno Mszy. Będzie to wymagać zdobycia wiedzy, zaangażowania, a czasami odwagi w upomnieniu się o to, co słuszne.

    Skąd zaczerpnąć wiedzę? Na początek wystarczy Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego. Gdyby wszyscy odpowiedzialni za liturgię robili to, co jest tam napisane, nie czytalibyśmy o gorszących nadużyciach i samowolkach przy ołtarzu.

    9 sposobów na to, by zadbać o piękno Mszy świętej

    1 Eucharystia to dar powierzony Kościołowi

    Chrystus Pan, mając sprawować z uczniami ucztę paschalną, na której ustanowił Ofiarę swego Ciała i Krwi, polecił przygotować przestronną komnatę, usłaną (Łk 22,12). Kościół zawsze uważał, że polecenie to odnosi się również do niego, gdy ustanawiał przepisy dotyczące sprawowania Najświętszej Eucharystii co do duchowego przygotowania ludzi oraz miejsc, obrzędów i  tekstów (OWMR, 1).

    Trzeba pamiętać, że Eucharystia jest darem, który otrzymał Kościół i o który troszczy się na przestrzeni wieków. Z powodu wagi Mszy Świętej ustanawia on przepisy po to, by chronić ów dar i by przynosił dobre owoce. Dlatego mamy się stosować do zaleceń Kościoła i nikomu nie wolno zmieniać niczego w liturgii na własną rękę.

    2 Świadome uczestnictwo Ludu

    Sprawowanie Eucharystii jest bowiem czynnością całego Kościoła, w której każdy powinien w  pełni wykonywać wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy, ze względu na jego stopień w ludzie Bożym. Stąd również należy bardziej zwracać uwagę na pewne zasady celebracji, o które w ciągu wieków mniej dbano. Lud ten jest bowiem ludem Bożym, nabytym Krwią Chrystusa, przez Pana zgromadzonym, Jego słowem karmionym, ludem powołanym do  tego, aby przedstawiał Bogu prośby całej ludzkiej rodziny (OWMR, 5).

    W Eucharystii są czynności, które może wykonać tylko biskup lub prezbiter: to przede wszystkim modlitwa eucharystyczna, oracje, kolekta, odczytanie Ewangelii, wygłoszenie homilii i udzielenie końcowego błogosławieństwa. Są elementy przeznaczone dla świeckich: lektura czytań mszalnych, przygotowanie procesji z darami, wygłoszenie komentarzy i asysta przy ołtarzu. Każdy wierny jest wezwany do włączenia się w śpiew i odpowiedzi mszalne, by rzeczywiście uczestniczyć: myślami i ciałem w Eucharystii.

    3 Uważne słuchanie Słowa Bożego

    Dlatego wszyscy winni z  szacunkiem słuchać czytań słowa Bożego, które są najważniejszym elementem liturgii. Chociaż bowiem słowo Boże zawarte w czytaniach Pisma świętego zwraca się do wszystkich ludzi każdego czasu i jest dla nich zrozumiałe, jego pełniejsze rozumienie i skuteczność pogłębiają się dzięki żywemu wykładowi, czyli homilii, która jest częścią czynności liturgicznej (OWMR, 29).

    Po pierwszy do czytań powinni podchodzić odpowiednio przygotowane osoby, który nie tylko czytają dobrze, ale wiedzą, o czym czytają. Po drugie, każdy z uczestników powinien uważnie słuchać tego, co jest czytane. Po trzecie, homilia nie może być głoszona przez świeckich, nie może być zastąpiona listem ani adoracją.

    4 Waga śpiewu

    Apostoł zachęca chrześcijan, którzy schodzą się razem w  oczekiwaniu na  przyjście Pana, aby śpiewali wspólnie psalmy, hymny i pieśni pełne ducha (por. Kol 3, 16). Śpiew jest bowiem znakiem radości serca (por. Dz 2, 46). Dlatego św. Augustyn słusznie mówi: „Kto kocha, ten śpiewa” (OWMR, 39).

    Śpiew ma niebagatelną rolę w celebracji Eucharystii. Parafie, które mają dobrych organistów, chór lub scholę mogą uczynić Mszę niezwykle pięknym doświadczeniem. Warto włączyć się w śpiew zwracając uwagę na tekst, który się wypowiada. 

    5 Postawa ciała

    Gesty i postawy ciała zarówno kapłana, diakona i usługujących, jak i  ludu winny zmierzać do  tego, aby cała celebracja odznaczała się pięknem i  szlachetną prostotą, aby w pełni przejrzyste było znaczenie jej poszczególnych części, zaś uczestnictwo wszystkich stawało się łatwiejsze. Zachowywanie przez wszystkich uczestników jednolitych postaw ciała jest znakiem jedności członków chrześcijańskiej wspólnoty zgromadzonych na  sprawowanie świętej liturgii: wyrażają one bowiem i kształtują duchowe przeżycia uczestniczących (OWMR, 42).

    To, że na Eucharystii stajemy, klękamy i siadamy w tym samym momencie, jest ważne. Pokazuje, że modlitwy się wspólnie, jako rodzina Boża. Złożone ręce, prostota gestów i skłony i przyklęknięcia przypominają ponadto o pokorze.

    6 Milczenie

    Należy również zachować w odpowiednim czasie pełne czci milczenie (OWMR, 45).

    Msza Święta to misterium, wobec którego należy zachować szacunek i cześć. Milczenie ułatwia wejście w dziękczynienie i rozważanie Słowa Bożego.

    7 Przyjmowanie Komunii świętej

    Jest bardzo pożądane, aby wierni podobnie jak kapłan, który jest do  tego zobowiązany, przyjmowali Ciało Pańskie z hostii konsekrowanych w czasie danej Mszy świętej, a w przewidzianych przypadkach (por. nr 283) przystępowali do kielicha. Dzięki temu Komunia święta ukaże się także przez znaki jako uczestnictwo w aktualnie sprawowanej Ofierze (OWMR, 85).

    Kulminacją Eucharystii jest przyjęcie Komunii. Można ją przyjąć w stanie łaski uświęcającej. Ideałem byłoby konsekrowanie na Mszy tylu hostii, by wszyscy obecni mogli je przyjąć. Konsekrowane komunikanty schowane w tabernakulum, jak mówi nam historia Kościoła, są przeznaczone przede wszystkim dla chorych oraz do adoracji.

    8 Odpowiednie wyposażenie kościoła

    Na  sprawowanie Eucharystii lud Boży gromadzi się zwykle w  kościele lub gdy kościoła brak albo jest on  niewystarczający, w  innym odpowiednim miejscu, godnym tak wielkiego misterium. Zarówno kościoły, jak i te miejsca powinny być odpowiednio przystosowane do  sprawowania czynności liturgicznych i  osiągnięcia czynnego udziału wszystkich wiernych. Świątynie i przedmioty związane z kultem Bożym winny być prawdziwie godne i piękne, stanowiąc jednocześnie znaki i symbole rzeczywistości nadprzyrodzonych (OWMR, 288).

    Miejsce kultu powinno być poświęcone, wyposażone w sprzęty wykonane ze szlachetnych materiałów i uwzględniające miejscową kulturę i sztukę. W kościele nie powinien panować przepych, ale prostota, która kieruje uwagę na Boga. Ołtarz powinien być trwale przytwierdzony do posadzki, wykonany z kamienia naturalnego. W nowych kościołach ma być tylko jeden ołtarz, nieprzylegający do ściany, by można go obchodzić (choćby podczas kadzenia) oraz celebrować twarzą do wiernych (co nie zabrania odwrotnego kierunku). Ma być na nim biały obrus, a przy nim przynajmniej dwie świece oraz krzyż.

    9 Piękny ubiór

    Ten przepis odnosi się do szat liturgicznych, ale także my możemy przyjść na Eucharystię w odświętnym, schludnym ubraniu.

    BONUS Czytaj czarne, rób czerwone

    W Mszale Rzymskim to, co ma być wypowiedziane, jest wydrukowane na czarno, a to, co ma być zrobione – na czerwono. By zadbać o piękno liturgii wystarczy czytać to, co jest na czarno, a robić to, co jest na czerwono!

    Dariusz Dudek /Aleteia.pl

    ***

    Pić czy nie pić?

    o. Jacek Salij o alkoholu i Bogu

    Pić czy nie pić? O. Jacek Salij o alkoholu i Bogu
    fot. via: Pxere.com – Lovely2912/screenshot – YouTube (Salve TV)

    ***

    “Nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe” – pisze Jacek Salij OP.

    PYTANIE: Należę do tych żon, które bardzo dużo już wycierpiały z powodu pijaństwa męża. Przekonałam się, że alkohol to jest doprawdy coś bardzo złego. I tak od dłuższego czasu wciąż chodzi mi po głowie: dlaczego Pan Jezus w Kanie Galilejskiej uczynił z wody wino. Przecież ono na pewno też zawierało alkohol, a przecież to niemożliwe, żeby Pan Jezus uczynił coś złego. Dokonanie przez Niego tego właśnie cudu stawia przede mną pytania, z którymi nie umiem sobie poradzić.

    ODPOWIADA JACEK SALIJ OP

    Zanim podejmę zadany mi przez Panią temat, powiem parę słów na temat, jak mi się wydaje, znacznie ważniejszy, jaki przed Panią stoi. Ludzie, którzy poświęcili się ratowaniu alkoholików, bardzo zwracają uwagę na to, jak istotnie żona może pomóc swemu pijącemu mężowi w powrocie do normalnego życia. Niestety, niektóre żony alkoholików wzmacniają jeszcze w swoich mężach pogardę dla samego siebie i brak wiary w przezwyciężenie tego nałogu — i w ten sposób, potępiając nałóg i cierpiąc z jego powodu, same przyczyniają się bezwiednie do pogłębiania tego nieszczęścia.

    Toteż ogromnie namawiałbym Panią do nawiązania kontaktu z ruchem anonimowych alkoholików. W wydanej przez Wydawnictwo “Pax” książce D. Selviga i D. Rileya Nie piję, czy w antologii pt. Sami o sobie, wydanej przez Księgarnię Świętego Wojciecha, znajdzie Pani adresy wspólnot Al-Anon, w których spotykają się ludzie, którzy mają alkoholika w swojej rodzinie i sami nie potrafią mu pomóc. Z pewnością taka wspólnota istnieje również w Pani mieście albo gdzieś w pobliżu. Bardzo radziłbym Pani nawiązać z nią kontakt.

    Żeby zaś bezpośrednio podjąć Pani pytanie, chciałbym nieco poszerzyć obszar refleksji. Mianowicie starożytni chrześcijanie byli niekiedy niepokojeni przez manichejczyków zarzutem, że wystarczy sobie uświadomić, ile zła wynika z wina, żeby dojść do wniosku, że z pewnością winną latorośl stworzył nie Bóg, ale diabeł. Argument ten był elementem sprytnie pomyślanej taktyki, której celem było udowodnienie tezy, jakoby diabeł był stwórcą całej w ogóle materii, nie wyłączając ciała ludzkiego. Otóż manichejczycy zwracali uwagę na istnienie różnych groźnych lub dokuczliwych dla człowieka stworzeń — takich jak drapieżne i jadowite zwierzęta, niekorzystne zjawiska klimatyczne, trujące rośliny, różne gryzonie i insekty, które mogą być utrapieniem naszego codziennego życia — i starali się doprowadzić swoich słuchaczy do zwątpienia, czy wszystko to może pochodzić z ręki dobrego Boga. Po zbombardowaniu słuchacza tego rodzaju przykładami — wśród których nie zabrakło oczywiście również winnej latorośli — łatwiej im było zasiać zwątpienie co do tego, czy w ogóle Bóg jest stwórcą świata materialnego.

    Zmagając się z tą argumentacją, Ojcowie Kościoła sformułowali wiele wspaniałych intuicji na temat obecności Boga w tym świecie widzialnym oraz podatności materii na służbę temu, co duchowe. Bezpośrednio zaś odpowiadając na wspomniane zarzuty poczynili ważne rozróżnienie między naszym dobrem cząstkowym a dobrem powszechnym wszechstworzenia, ale nie tu miejsce, żeby omawiać tę problematykę szczegółowo. Ograniczę się tylko do przykładowego zacytowania odpowiedzi na zarzut związany z naszym tematem. “Niektórzy — mówił św. Jan Złotousty — zobaczywszy zachowujących się nieprzyzwoicie pijaków, nie ganią ich, lecz owoc dany przez Boga. Mówią: Niech nie będzie wina! Powiedzmy im raczej: Niech nie będzie pijaństwa! Wino bowiem jest dziełem Boga, pijaństwo dziełem diabła. Nie wino stwarza pijaństwo, lecz niepowściągliwość. Nie oczerniaj tworu Boga, lecz oskarżaj o szaleństwo swego współsługę. (…) Wino zostało nam dane, aby leczyło słabość ciała, nie żeby niszczyło siłę duszy” (Homilia na słowa: “Wina po trosze używaj”).

    Ostatnie zdanie łatwiej zrozumieć, jeśli wie się o tym, że Jan Złotousty wypowiedział powyższe słowa w ramach wyjaśniania 1 Tm 5,23: “Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości”. Nawiasem mówiąc, cytowana homilia świadczy o tym, jak głęboko zarzuty manichejskie weszły w ówczesną świadomość chrześcijan. Złotousty kaznodzieja nie podejmuje bynajmniej w tej homilii polemiki z manichejczykami, nie jest też jego celem uodparnianie słuchaczy na manichejskie zarzuty. Zarzuty te zostały przez wielu ówczesnych chrześcijan na tyle zinternalizowane, że stanowiły już ich własny problem religijny. Tak w każdym razie wynika z tekstu homilii.

    Wydaje mi się, że podobnie jest z problemem postawionym przez Panią. On chyba również nie jest dla Pani problemem pierwotnym. Zapewne jego początkiem było pijackie powoływanie się na samego Pana Jezusa i Jego cud w Kanie Galilejskiej. Przypuszczam, że dopiero kiedy Pani nie umiała sobie poradzić z tym argumentem, problem ten stał się dla Pani własnym problemem.

    Jest jeszcze drugi tekst Pisma Świętego, bezczelnie przytaczany przez pijaków dla usprawiedliwienia swojego grzechu. Chodzi o wypowiedź Psalmu 104, który wśród różnych darów, jakich Bóg nam udziela, wymienia “wino, co rozwesela serce człowieka”. Wielu z tych, którzy powołują się na te słowa, może nawet nigdy w życiu Pisma Świętego w ręku nie miało, a wypowiedź ta jest jedynym zdaniem, jakie potrafią z niego zacytować. Niestety, próby posłużenia się Panem Bogiem, aby był adwokatem mojego grzechu, dowodzą tylko tego, że pijaństwo prowadzi również do utraty przytomności duchowej.

    Nasze wyjaśnienie rozpocznijmy może od zastanowienia się nad tym, jaki Boży sens zawiera się w słowach, że Bóg daje nam “wino, co rozwesela serce człowieka”. Nawet nie da się przytoczyć wszystkich wypowiedzi Pisma Świętego, w których potępia się pijaństwo. Przypomnijmy tylko przykładowo: “Wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4,11); “Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo się je połyka. Bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza” (Prz 23,31); “Biada tym, którzy wstając wczesnym rankiem, szukają wódki, i zostają do późna w noc, bo wino ich rozgrzewa (…) Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina i dzielni w mieszaniu wódki” (Iz 5,11 i 22); “Wino i kobiety wykolejają mądrych” (Syr 19,2); “Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu” (Syr 31,25); Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5,18).

    Dwie grupy tekstów zasługują na przypomnienie szczególne. Po pierwsze, w Pawłowych katalogach grzechów, które wykluczają człowieka z Królestwa Bożego, niezmiennie wymieniane jest również pijaństwo: “Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy (…) ani pijacy (…) nie posiądą Królestwa Bożego” (1 Kor 6,10; por. Ga 5,21; Ef 5,5). Można zatem się zastanawiać, czy my na serio wierzymy w życie wieczne, jeśli tak niewiele czynimy dla stworzenia atmosfery społecznej, która skutecznie blokowałaby rozwój alkoholizmu. Przecież tu chodzi już nie tylko o to, że alkoholizm wprowadza wielki chaos w życie społeczne i jest źródłem nieszczęścia wielu rodzin; tutaj już chodzi wręcz o życie wieczne wielu spośród nas!

    Druga grupa tekstów znajduje się w Księdze Jeremiasza oraz w Apokalipsie. Mianowicie wszelkie oddanie grzechowi jest tam porównane do pijaństwa: grzech często pociąga człowieka niby wódka, jego czynienie może być równie atrakcyjne jak przyłączenie się do pijackiej kompanii, ale też jego skutki są równie żałosne: “To powiedział do mnie Pan, Bóg Izraela: (…) Niech piją, zataczają się i szaleją! (…) Pijcie i upijajcie się, wymiotujcie i padajcie, nie mogąc powstać wobec miecza, który poślę między was. Jeżeli zaś się zdarzy, że nie będą chcieli wziąć kubka z twej ręki, by pić, powiesz im: To mówi Pan Zastępów: Musicie wypić!” (Jr 25,15n.27n; por. 51,7). Kielicha grzechu nie da się bowiem oddzielić od kielicha kary Bożej. Według Apokalipsy całe narody mogą w ten sposób upić się grzechem i leżeć nieprzytomnie we własnych wymiotach (Ap 14,8; 17,2).

    Powyższe teksty rozstrzygają sens wypowiedzi Psalmu 104, że od Boga otrzymaliśmy “wino, co rozwesela serce człowieka”. Mianowicie nie można mieć wątpliwości co do tego, że jeśli skutkiem używania alkoholu jest osobiste upodlenie, krzywda najbliższych, demoralizacja młodszych, wówczas dopuszczamy się ciężkiego nadużycia daru Bożego i obrazy Stwórcy. Wino zostało nam dane, aby być znakiem radości życia, a nie narzędziem grzechu, którego kresem jest zawsze rozpacz.

    I właśnie na znak Bożej radości życia uraczył Pan Jezus winem uczestników wesela w Kanie Galilejskiej. Ojcowie Kościoła jednomyślnie odczytywali w tamtym wydarzeniu głęboki sens mesjański: wesele ubogiej pary z Kany Galilejskiej było zapowiedzią innego wesela, wesela, które jest celem i sensem całych ludzkich dziejów. Mianowicie Syn Boży przyszedł na tę ziemię, aby poślubić Kościół, czyli odkupioną ludzkość. Jest to Oblubieniec niezwykły, On ma moc uwalniać swoją Oblubienicę od grzechów i czynić ją piękną od wewnątrz. Przychodzi On do swojej Oblubienicy jako Dawca pokoju Bożego i radości. Czy mogło więc na tym weselu zabraknąć wina, skoro jest ono znakiem radości? Z tego też powodu wino zostało wybrane przez Chrystusa Pana jako materia eucharystyczna — mianowicie pod postacią wina uobecnia się podczas mszy świętej Jego Krew.

    Ojcowie Kościoła lubili wskazywać na różne sytuacje, w których również dzisiaj powtarza się cud przemiany wody w wino. “Pismo Święte naprawdę było wodą, lecz dzięki Jezusowi stało się winem” — powiada Orygenes, a chodziło mu o to, że Stary Testament, jeśli go czytać w wierze Chrystusa, odsłania sensy dotychczas w nim nie dostrzegane oraz ma moc upajać Duchem Świętym. Podobnie Pan Jezus cudownie przemienia sens życia małżeńskiego: Samo z siebie dobre małżeństwo jest tylko wspólną drogą przez życie, której owocem są dzieci wychowane na porządnych ludzi; ale mocą sakramentu małżeństwa wszystko, co w życiu małżonków dobre i zgodne z wolą Bożą, doznaje cudownej przemiany i dostępuje uczestnictwa w wiekuistym małżeństwie Chrystusa Pana z odkupioną ludzkością, dzieci zaś swoje małżonkowie wychowują już nie tylko na porządnych ludzi, ale przygotowują je do życia wiecznego. Ostatecznie zaś, jak powiada św. Augustyn, “my sami byliśmy wodą, a Chrystus winem nas uczynił” — bo przecież to tylko Jego mocą nasze życie może stać się zasługiwaniem na życie wieczne.

    W starożytności Kościół przeżył aż dwie pokusy, żeby zrezygnować z wina podczas odprawiania mszy świętej. Najpierw niektórzy ebionici, zamiast konsekrować chleb i wino, jak to ustanowił Pan Jezus, wprowadzili chleb i wodę, a motywowali to względami ascetycznymi. Druga pokusa przyszła w momencie, kiedy władze prześladowcze nauczyły się rozpoznawać chrześcijan po tym, że rankiem można było poczuć od nich zapach wina (Komunię świętą przyjmowali oni bowiem na czczo). Wówczas niektóre wspólnoty chrześcijańskie — nazwane później akwarianami — zaczęły odprawiać poranną Eucharystię na chlebie i wodzie, ograniczając konsekrowanie chleba i wina tylko do Eucharystii odprawianych wieczorem, kiedy to, że się pachniało winem, nie budziło już niczyich podejrzeń.

    Na innowację tę stanowczo zareagował św. Cyprian. “Zanikłaby wszelka religijna i prawdziwa dyscyplina — pisał w połowie III wieku — gdybyśmy przestali wiernie zachowywać to, co nakazuje Duch Święty: gdyby ktoś przy porannych ofiarach lękał się, aby zapachem wina nie zdradzić, że wypił krew Chrystusa. Gdyby przy składaniu Ofiary wierni nauczyli się wstydzić krwi Chrystusa, świadczyłoby o tym, że w czasie prześladowań wycofują się z udziału w Jego męce” (List 63 15).

    W obszernym Liście 63 św. Cyprian sformułował szereg głębokich argumentów, dlaczego jest rzeczą niezwykle istotną, aby do mszy świętej było używane właśnie wino. Przede wszystkim “ani Apostoł, ani anioł z nieba nie może nic innego głosić lub nauczać, niż to, co sam Chrystus nauczał i co głosili Jego apostołowie” (List 63 11).

    Panią zapewne najbardziej zainteresują sformułowania św. Cypriana, które sugerują, że działanie kielicha Pańskiego jest dokładnie odwrotne niż kielicha pijackiego. Kielich pijacki paraliżuje umysł i ogłupia człowieka, czyni go niewolnikiem tego świata, odciąga od Boga i pogrąża w smutku. Natomiast “kielich Pański w taki sposób upaja, że czyni nas trzeźwymi i podnosi umysły do duchowej mądrości, a każdy, kto go zakosztuje, odwróci się od świata i skieruje się do poznawania Boga”.

    Ale, rzecz jasna, również zwykłe wino jest darem Bożym, a przeklęte jest jedynie jego nadużywanie, toteż zaraz w następnym zdaniu Cyprian pisze tak: “I podobnie jak zwykłe wino odpręża umysł, rozwesela ducha i uwalnia go od smutku, tak też przez picie Krwi Pańskiej i zbawiennego kielicha zatraca się wspomnienie o dawnym człowieku, zapomina się o poprzednim światowym postępowaniu, a smutne, zbolałe serce, przygniecione przedtem ciężarem dręczących grzechów, raduje się teraz otrzymanym od Boga przebaczeniem”.

    Skoro już tak długo zatrzymujemy się przy Liście 63 św. Cypriana, warto przy okazji przedstawić głęboką symbolikę, jaką dostrzegł on w zwyczaju dolewania do kielicha mszalnego odrobiny wody: “Woda oznacza lud, wino zaś jest krwią Chrystusa. Gdy więc w kielichu miesza się wino z wodą, to lud staje się jednym z Chrystusem i wspólnota wiernych jednoczy się i łączy z Tym, w którego uwierzyła. To zjednoczenie i złączenie wody i wina w kielichu Pana przez zmieszanie tak się dokonuje, że owej mieszaniny już nie można od siebie oddzielić. Dlatego też nic nie zdoła Kościoła, czyli będącego w Kościele ludu, jeśli wiernie i mocno trzyma się tego, w co uwierzył, odłączyć od Chrystusa; będzie się Go stale trzymać i jego miłość będzie nierozerwalna. Nie można więc przy święceniu kielicha Pana ofiarowywać tylko samej wody ani też samego wina. Jeśli bowiem ktoś ofiarowuje samo wino, to krew Chrystusa pozostaje bez nas; jeżeli zaś ofiarowuje się samą tylko wodę, to lud jest bez Chrystusa. Skoro zaś oba się zmiesza i przez to wzajemnie się złączy, dopełnia się duchowa i niebiańska tajemnica”.

    Jak Pani widzi, nie tylko nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe. To zaś, że pijacy potrafią nawet w Ewangelii szukać błogosławieństwa dla swojego grzechu, jest zwykłym nadużyciem, które powinno budzić w nas niepokój nie co do treści zawartych w Ewangelii, ale z powodu zaślepienia, które nie waha się powoływać samego Boga na fałszywego świadka, jakoby zło nie było złem.

    Nie chciałbym swoim listem sprawiać wrażenia, jakoby całkowita abstynencja od napojów alkoholowych była w świetle wiary chrześcijańskiej czymś podejrzanym. Na pewno czymś podejrzanym byłoby przymuszanie do powszechnej abstynencji (eksperyment taki podjęto w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych naszego wieku). Jednakże ludzie, którzy dobrowolnie postanowili na jakiś czas lub do końca życia powstrzymać się całkowicie od napojów alkoholowych, spełniają w społeczeństwie ważną misję, zwłaszcza w społeczeństwie tak zagrożonym przez alkoholizm jak nasze.

    Wykład o sensie abstynencji zacznijmy jednak od podstaw. Jak wiadomo, Pan Jezus nie był abstynentem, wyrażał się jednak z wielkim szacunkiem o abstynencji Jana Chrzciciela: “Przyszedł Jan Chrzciciel, nie jadł chleba i nie pił wina, a wy mówicie: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników” (Łk 7,33n). Pan Jezus jest jednak Synem Bożym i swoim stylem życia wyrażał niepowtarzalny sens swojego przyjścia do nas. Przyszedł bowiem do nas jako Oblubieniec, a na weselu przecież się nie pości. Wyraźnie jednak powiedział, że po odejściu Pana Młodego Jego uczniowie będą pościć (Łk 5,34n). Że dotyczyło to również używania napojów alkoholowych, świadczy o tym choćby wspomniany już przypadek Tymoteusza, którego Apostoł Paweł zachęca do tego, aby w związku z problemami żołądkowymi rozluźnił nieco rygor swojej abstynencji (1 Tm 5,23).

    Najpełniejsze wytyczne na temat właściwego stosunku do abstynencji znajdują się w czternastym rozdziale Listu do Rzymian: “Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (w. 17). Można się jednak znaleźć w sytuacji, kiedy człowiek poczuje się do abstynencji przymuszony moralnie: “Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata rani” (Rz 14,20n).

    W czasach dzisiejszych decyzję o całkowitej abstynencji różni ludzie podejmują najczęściej z dwóch powodów: żeby bardziej skutecznie przyczynić się do zmiany naszej obyczajowości, która niestety bardzo sprzyja rozwojowi pijaństwa, albo też żeby pomóc w ten sposób swemu bliskiemu w jego trudnej drodze wychodzenia z nałogu. I chwała Bogu, coraz więcej jest u nas takich ideowych abstynentów. Oby tylko nie wynosili się nad tych, którzy postanowili na razie nie rezygnować z rozumnego używania alkoholu.

    Fronda.pl

    ***
    „Potęga Krzyża” – książka pomagająca dobrze przeżyć cierpienie

    (oprac. PCh24.pl)

    ***

    Pomimo rozwoju technologii i kolejnych sukcesów medycznych, nie da się zupełnie uchronić człowieka od cierpienia. Świadomość tej bezsilności napawa nas lękiem, a może nawet wstrętem. Najważniejsze jest, by nie dać się pokusie szatana, który w cierpieniu chce nas zepchnąć do zamętupesymizmu i porzucenia modlitwy. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – mówił raczej ks. Dolindo Ruotolo, który w swoim życiu doświadczył przeciwności i bólu na wielu płaszczyznach. Książka Potęga Krzyża. Ks. Dolindo o tajemnicy cierpienia ukazuje, w jaki sposób duchowny przeżył swoje cierpienia, i daje nam wiele cennych wskazówek do tego, jak uczynić najtrudniejsze okresy naszego życia najbardziej cennymi.

    Autorką pozycji jest s. Maria Angella Jakubczak FI – zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej. W swojej książce pragnęła przybliżyć życiorys znanego ks. Dolindo Ruotolo – XX-wiecznego kapłana, który w swoim życiu cierpiał wiele i na różnych płaszczyznach. Siostra Maria Angella zadedykowała swoje dzieło wszystkim duszom udręczonym cierpieniem, aby odnalazły skarb ukryty w cieniu Krzyża i mogły powiedzieć o sobie już nie „dusze udręczone”, lecz „obdarzone cierpieniem”.

    Ks. Dolindo przeżył bardzo trudne dzieciństwo w skrajnym ubóstwie i surowości – a wręcz okrutności – swojego ojca. To był jednak dopiero początek trudności w życiu bohatera omawianej książki. Kiedy został kapłanem, bardzo szybko został niezrozumiany, a wręcz oskarżony o herezję, a przez to przez lata nie mógł pełnić swojej kapłańskiej posługi. Na domiar tego odczuwał skrupuły i pokusy przeciwko wierze. Szatan nękał go zniechęceniem, strachem, zamętem; oddziaływał też na niego fizycznie i próbował powstrzymać wydanie książki o Matce Bożej.

    Pomimo tylu cierpień ks. Dolindo nie poddawał się. Można nawet powiedzieć, że z każdej przeciwności wychodził silniejszym. Zawsze pozostawał wierny Chrystusowi i Jego Matce, a jego siłą było regularne przystępowanie do sakramentów św. Kiedy ojciec się nad nim znęcał – nie miał do niego żalu, ale zawierzał się Chrystusowi. Gdy doświadczał duchowych pokus – dziękował za nie Bogu, gdyż postrzegał je jako oczyszczające. Doświadczając napaści złego ducha – wierzył, że to pozwoli mu lepiej współczuć innym, którzy z tym się mierzą. Oskarżany przez przełożonych – bronił Kościoła przed krytyką, a otrzymując dekret rehabilitacyjny czuł, że traci skarb cierpienia. Nieustannie podejmował dobrowolne umartwienia, pracował nad swoimi wadami i pragnął śmierci z miłości do Boga.

    Po tak traumatycznych przeżyciach niejeden psycholog mógłby podejrzewać u niego poważne zaburzenia emocjonalne, zniszczenie poczucia wartości oraz inne, często nieodwracalne skutki. Jednak jego życie jest dowodem na to, że łaska Boża może ocalić od tragicznych konsekwencji bolesnych doświadczeń każdego, kto bezgranicznie Mu zaufa i z wiarą patrzy na wszystkie wydarzenia. Całkowite zrównoważenie psychiczne ks. Dolindo poświadczają badania psychiatryczne i analiza grafologiczna. Pośród mnóstwa cierpień neapolitańczyk stał się w świecie uosobieniem uwielbienia Boga, w łączności z Maryją, żyjącym „Magnificat” – zauważa autorka książki.

    Bez wątpienia najlepszą lekcją dobrego przeżywania cierpienia, jaką ks. Ruotolo po sobie pozostawił, było jego własne życie. Oprócz tego zostawił również spisane wskazówki – zawarte w komentarzach do Pisma Świętego, w których tematowi cierpienia poświęcił wiele uwagi. Nie jest to zaskoczeniem, że spośród starotestamentalnych ksiąg wybrał akurat Księgę Hioba. Z kolei w Nowym Testamencie kapłan wyróżnił opisy wskrzeszeń i uzdrowień dokonanych przez Zbawiciela oraz przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Zatrzymał się również nad fragmentami Listów św. Pawła, w których Apostoł Narodów temat cierpienia poruszył.

    Nie sposób przytoczyć w tej recenzji wszystkich myśli ks. Dolindo ukazujących wartość cierpienia. Należy jednak wymienić choć kilka z nich. Duchowny podkreślał, że poprzez trudności czy kataklizmy szatan próbuje wytworzyć w nas obraz Boga jako bezwzględnego i niemającego litości – słowem: oddalić nas od Niego. A przecież niejednokrotnie to właśnie choroba pozwala dopiero na rozwój życia nadprzyrodzonego w duszy – ćwiczy posłuszeństwo i cierpliwość; pozwala poczuć, że jesteśmy w ojcowskich ramionach Boga.

    Ks. Dolino uczył również, że okres cierpienia szansą na refleksję nad własnym życiem, jego kresem i przeznaczeniem, oraz okazją na zbliżenie się do Boga. Odkupiciel chce, byśmy przez cierpienie stali się współpracownikami w dziele Zbawienia. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – pisał ks. Ruotolo.

    Podkreślał wreszcie, że okres cierpienia tu na ziemi jest niczym w porównaniu z wieczną chwałą, którą mamy szansę otrzymać w Niebie. Życie człowieka jest bowiem kruche i za kilka, może kilkadziesiąt lat, nic z tego cierpienia nie zostanie, tylko nagroda za jego dobre przeżycie. Co więcej, działanie szatana jest ograniczone. „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13) – przypominał ks. Dolindo. Największą wartość dodaje cierpieniu zjednoczenie się w nim z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, co włoski kapłan opisał następująco:

    Najpotężniejszą siłą w boleściach życia i cierpieniach ducha jest to zjednoczenie z Nim w Najświętszym Sakramencie, ponieważ z Nim uczestniczymy w Jego całopalnej ofierze i czujemy się pokrzepieni (sostenutti) dzięki temu uczestnictwu. (…) W tym tkwi sekret, aby nie zbłądzić w próbach życia i ducha: żyć w wierze Syna Bożego, który nas umiłował i wydał samego siebie za nas.

    Wydaje się, że ks. Dolindo otrzymał szczególną misję, by pokazywać światu oddalonemu od Boga i wiary wartość i skuteczność cierpienia. Łączył swoje trudności z boleściami Chrystusa i Maryi, a ich bliskość przynosiła mu ulgę. Zachęcał wszystkich, by i oni czynili to samo. Przekonywał, że choć cierpienie nigdy nie jest słodkie same w sobie, to jednak bierze ono słodycz ze swojej wielkiej wartości. Lektura Potęgi Krzyża może być nieocenioną pomocą dla wszystkich zmagających się z cierpieniem – a zatem dla każdego człowieka, ponieważ nikt nie jest w stanie od cierpienia uciec zupełnie.

    Adrian Fyda

    Maria Agnella Jakubczak FI, Potęga Krzyża. Cierpienie u ks. Dolindo. Rok wydania: 2025, Wydawnictwo Rosa Mystica.

    Publikacja objęta patronatem portalu PCH24.

    Autorka książki, s. Maria Agnella Jakubczak FI, należy do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej, jest absolwentką Akademii Katolickiej w Warszawie (2025), gdzie ukończyła teologię w zakresie katechetyki. Życie we wspólnocie zakonnej przeżywa w duchu całkowitego oddania się Matce Bożej, której zawierza swoją posługę i codzienne wybory.

    PCh24.pl

    ***

    Kobiety z rodu Zbawiciela. Dlaczego genealogia Jezusa Chrystusa jest taka ważna?

    Przodkowie Syna Bożego nie byli aniołami – również znaczące dla historii zbawienia kobiety. Ale to właśnie pokazuje, jak bardzo Bóg jest obecny w ludzkiej historii.

    Maryja – najważniejsza kobieta w rodowodzie Jezusa – przynosząc na świat zapowiadanego przez proroków Mesjasza, odegrała wyjątkową rolę w Boskim planie zbawienia i stała się Matką wszystkich ludzi.
    ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    Ciąg imion wydaje się nużący: „Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci…”. A jednak w ten sposób św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię – od genealogii Jezusa (1,1-17). Żydzi nie nudzili się przy poznawaniu przodków i utrwalaniu w pamięci ciągu ich pokoleń. Dla narodu wybranego, którego tożsamość oparła się na schemacie dwunastu pokoleń, znajomość genealogii była tyleż ważna, co fascynująca – a była bardzo ważna.

    W Ewangelii znajdujemy dwa rodowody Jezusa. Ewangelista Mateusz zaczyna od Abrahama, a kończy na Jezusie, zaś ewangelista Łukasz wychodzi od Jezusa i dochodzi do Adama – syna Bożego. Różnice wynikają z faktu, że każdy z ewangelistów miał inne teologiczne cele, które realizował za pomocą odmiennych genealogii. – Pierwszym odbiorcą Mateusza jest środowisko żydowskie. Stąd tak bardzo akcentuje on ten rodowód od strony Dawida i strony Abrahama – zauważa ks. dr hab. Janusz Wilk. Biblista wskazuje, że rodowód przedstawiony przez Mateusza składa się z trzech zestawów po czternaście imion, co miało wymiar symboliczny. – Jeśli to podzielimy, wychodzi sześć razy po siedem. Siedem dla Żydów oznacza pełnię. A w tym układzie „siódmym pokoleniem” jest Jezus. I w Nim jest cała pełnia. Mateusz opracował ten rodowód tak precyzyjnie pod względem całej symboliki żydowskiej, że odbiorcy widzieli, że w Jezusie dokładnie wypełnia się to, co było zapowiedziane Abrahamowi i Dawidowi – podkreśla.

    Odbiorcami Łukasza są nie-Izraelici, stąd jego genealogia zaczyna się od Jezusa, a kończy na „Adamie, Synu Bożym”. – U Łukasza jest bardziej uwidoczniony aspekt uniwersalny: odkupienie każdego człowieka. Jednak i u Mateusza ten aspekt jest obecny w osobach pojawiających się tam kobiet. Wydawałoby się, że oprócz Maryi powinny to być ważne dla kultury żydowskiej żony patriarchów: Sara, Rebeka, Lea i Rachela. A jednak nie. Mateusz zamiast tego umieszcza w rodowodzie kobiety związane ze środowiskiem pogańskim: Kananejki Tamar i Rachab oraz Moabitkę Rut. Jest też Batszeba, być może Żydówka, ale z kolei jej mąż, Uriasz, nie był Żydem, tylko Hetytą. W ten sposób Mateusz, dowodząc wypełnianie się Pisma, jednocześnie pokazuje rolę tych czterech kobiet, które w historii Izraela pojawiają się jakby z zewnątrz, a jednak Boża Opatrzność włączyła je w proces dziejów zbawienia – tłumaczy biblista.

    Tamar z rodu Kananejczyków dopuściła się cudzołóstwa ze swoim teściem Judą. Mateusz informuje, że była matką Faresa i Zary.

    Tamar z rodu Kananejczyków dopuściła się cudzołóstwa ze swoim teściem Judą. Mateusz informuje, że była matką Faresa i Zary.

    ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    Tamar

    „Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar…” – pisze Mateusz (1,3). Nieco dalej czytamy: „Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut, Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była [dawna] żona Uriasza”. Genealogię zamyka wzmianka o Józefie, mężu „Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem”.

    Dzieje każdej z tych kobiet, za wyjątkiem Maryi, są świadectwem dramatów, z jakimi zmagają się ludzie uwikłani w grzech, własny lub cudzy. Mamy tam do czynienia z mentalnością, prawodawstwem i zwyczajami szokująco odmiennymi od naszych. Wyraźnie widać to w historii Tamar, opisanej w 38 rozdziale Księgi Rodzaju.

    Juda, syn Jakuba, wybrał tę kobietę na żonę dla Era, pierwszego z trzech swoich synów. Er jednak „był zły w oczach Pana” i szybko zmarł. Według obowiązującego wówczas prawa lewiratu (od łacińskiego levir: brat męża, szwagier) jeśli mężczyzna zmarł bezdzietnie, brat zmarłego miał obowiązek poślubić wdowę, aby mieć z nią dzieci. Zrodzony z tego związku pierworodny otrzymywał imię zmarłego i stawał się jego spadkobiercą. Stąd też po śmierci Era Juda polecił drugiemu synowi, Onanowi, wypełnienie obowiązku szwagra. Ten jednak, świadom, że formalnie dziecko nie będzie jego, „ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu”. Egoizm Onana i jego grzech przeciw naturze małżeństwa sprowadził również na niego śmierć. Obowiązek wzbudzenia potomstwa swojemu bratu przypadł więc trzeciemu synowi Judy – Szeli. Ten jednak był jeszcze nieletni, Juda więc odesłał Tamar do domu jej ojca, aby tam czekała na osiągnięcie przez Szelę stosownego wieku. Bał się jednak, że i tego syna straci, i nie miał zamiaru dać mu Tamar za żonę. Może miał też nadzieję, że Tamar zrezygnuje ze swoich uprawnień. W takim wypadku jednak zostałaby z niczym, bo wdowy nie miały prawa do dziedziczenia.

    Kobieta jednak nie dała za wygraną. Gdy zmarła żona Judy, jego synowa użyła podstępu: udając prostytutkę, doprowadziła teścia do współżycia ze sobą. Za „usługę” zażądała zastawu na poczet długu – insygniów naczelnika szczepu: pieczęci teścia, jego sznura i laski. „Dał jej więc, aby się zbliżyć do niej; ona zaś stała się przez niego brzemienną” – czytamy. Gdy po trzech miesiącach gruchnęła wieść, że „Tamar stała się nierządnicą i nawet stała się brzemienną z powodu czynów nierządnych”, Juda kazał ją spalić. Wtedy jego synowa pokazała insygnia Judy, dowodząc, że to on jest sprawcą jej brzemienności. „Ona jest sprawiedliwsza ode mnie, bo przecież nie chciałem jej dać Szeli, memu synowi!” – zawołał Juda.

    Tamar urodziła bliźniaki – Feresa i Zarę. Tu widać, jak Bóg pisze prosto na krzywych liniach ludzkiego życia: Fares stał się przodkiem Jezusa.

    Kananejka Rachab była matką Booza. Udzieliła pomocy izraelskim zwiadowcom w Jerychu.

    Kananejka Rachab była matką Booza. Udzieliła pomocy izraelskim zwiadowcom w Jerychu.

    HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    Rachab

    O ile Tamar udawała nierządnicę, o tyle Rachab rzeczywiście nią była. W dodatku nie należała do narodu wybranego – była Kananejką. Jej „profesję”, podobnie jak dziś, otaczały pogarda i obrzydzenie. Mieszkała w Jerychu akurat w czasie, gdy lud Izraela po 40-letniej wędrówce przez pustynię dotarł do granic Ziemi Obiecanej. Jozue, który przejął przewodzenie narodowi po Mojżeszu, wysłał do Jerycha dwóch zwiadowców. Ci przenocowali w domu Rachab. Gdy wieść o tym dotarła do króla Jerycha, rozkazał kobiecie wydać szpiegów. Ta jednak ukryła zwiadowców. Wyjaśniła im, że cały Kanaan drży na wieść o podbojach dokonywanych przez Izraelitów, i wyznała wiarę w Boga Jedynego, który sprzyja Izraelowi. Za pomoc zażądała ocalenia siebie i swojej rodziny, gdy Jerycho upadnie. Zwiadowcy przysięgli i ustalili, że Rachab z bliskimi ma zamknąć się w domu oznaczonym purpurowym sznurem.

    Gdy Izraelici stanęli pod Jerychem, Bóg sprawił, że runęły mury miasta. Zdobywcy wypełnili zobowiązanie i z ogarniętego pożogą Jerycha wyprowadzili bezpiecznie Rachab i jej krewnych. „Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła wywiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho” – zapisał autor Księgi Jozuego (6,25).

    Rachab jest dawana za wzór także w Nowym Testamencie. „Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki? – pyta retorycznie św. Jakub (2,25). Chwali ją także autor Listu do Hebrajczyków: „Przez wiarę nierządnica Rachab nie zginęła razem z niewierzącymi, bo przyjęła gościnnie wysłanych na zwiady” (11,31).

    Rachab wyszła za Salmona; oboje wraz ze swoim synem Boozem weszli do rodowodu Jezusa.

    Moabitka Rut, matka Obeda, po śmierci męża ze swoją teściową Noemi zamieszkała w jej rodzinnym Betlejem.

    Moabitka Rut, matka Obeda, po śmierci męża ze swoją teściową Noemi zamieszkała w jej rodzinnym Betlejem.

    HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    Rut

    Rachab była babką kolejnej kobiety wymienianej przez Mateusza: Rut. Jej historię opisuje księga Starego Testamentu, biorąca nazwę od jej imienia. Była Moabitką i poganką. Gdy głód zapanował w Betlejem, do Moabu przybyła Noemi wraz z mężem i dwoma synami. Tam mąż Noemi zmarł, a jej synowie ożenili się z miejscowymi dziewczynami: Orpą i Rut. Ale i oni zmarli bezpotomnie. Złamana na duchu Noemi postanowiła wrócić do Betlejem. Z nią poszła Rut. „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem” – oświadczyła (Rt 1,16).

    W Betlejem Rut spotkała Booza, zamożnego krewnego Noemi. Ten okazał Rut życzliwość, pozwalając jej towarzyszyć żniwiarzom i zbierać pozostawione kłosy. Gdy dowiedziała się o tym Noemi, powiedziała: „Człowiek ten jest naszym krewnym, jest jednym z mających względem nas prawo wykupu” (2,20). Mowa o prawie, na mocy którego najbliższy krewny zmarłego miał obowiązek odkupić jego majątek, aby zachować dziedzictwo w rodzie, oraz poślubić wdowę po zmarłym, aby wzbudzić potomstwo dziedzicowi zmarłego męża. Tutaj Booz jako goel (wykupiciel) miał obowiązek wykupu należącego do Noemi pola Elimeleka i poślubienia Rut, aby zapewnić ciągłość rodu i imienia zmarłego męża Rut. Pojawił się wprawdzie inny krewny, mający pierwszeństwo do wykupu, ale zrzekł się tego prawa, co pozwoliło Boozowi na poślubienie Rut i wypełnienie tego obowiązku.

    Booz, pozostając pod wrażeniem wierności, jaką Rut okazała teściowej, a także doceniając jej szczerość, poślubił ją. Z tego małżeństwa na świat przyszedł Obed, który stanie się ojcem Jessego i dziadkiem króla Dawida.

    Kobiety, błogosławiąc Boga, mówiły o synu Rut, o wnuku Noemi: „Imię jego będzie wspominane w Izraelu. On będzie dla ciebie pociechą, będzie cię utrzymywał w twojej starości. Zrodziła go dla ciebie twoja synowa, która cię kocha, która dla ciebie jest warta więcej niż siedmiu synów” (4,15). 

    Batszeba, żona wojownika Uriasza, popełniła cudzołóstwo z królem Dawidem. Dziecko, które urodziło się z tego związku, bardzo szybko zmarło.

    Batszeba, żona wojownika Uriasza, popełniła cudzołóstwo z królem Dawidem. Dziecko, które urodziło się z tego związku, bardzo szybko zmarło.

    HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    Batszeba

    Batszeba to postać tragiczna. Pojawia się na kartach Biblii za sprawą króla Dawida, który ujrzał ją z tarasu swojego pałacu, gdy się kąpała. Król, owładnięty pożądaniem, „zaprosił” ją do siebie. Wykorzystując swoją pozycję, uwiódł ją i popełnił z nią cudzołóstwo. Gdy okazało się, że kobieta jest w ciąży, Dawid próbował zamaskować swój czyn, sprowadzając do domu jej męża Uriasza Hetytę z pola walki pod ammonicką twierdzą Rabba. Ten jednak, zachowując prawo nakazujące wstrzemięźliwość od pożycia w czasie wojny, odmówił pójścia do żony. Dawid odesłał go więc z powrotem, nakazując dowódcy skierować Uriasza w miejsce najbardziej zażartej walki, żeby ten zginął.

    Król osiągnął cel. Batszeba cierpiała z powodu śmierci męża i zapewne z powodu tego, co stało się między nią a królem. Gdy minął czas żałoby, król uczynił Batszebę jedną ze swoich żon. Wydawało się, że sprawa została załatwiona. Wtedy wkroczył Bóg, przysyłając do Dawida proroka Natana. Ten opowiedział mu historię o bogaczu, który odebrał biedakowi jedyną owieczkę, bo żal mu było zabijać owieczki ze swojej trzody. Król, oburzony, zawołał, że ten, kto to zrobił, winien jest śmierci. Wtedy padło słynne zdanie: „Ty jesteś tym człowiekiem” (2 Sm 12,7). Natan zapowiedział śmierć dziecka, co też, mimo skruchy i gorących błagań Dawida, się stało.

    „Dawid okazywał współczucie dla swej żony Batszeby” – czytamy dalej. „Poszedł do niej i spał z nią. Urodził się jej syn, któremu dała imię Salomon” – informuje autor biblijny. I choć Dawid miał wiele żon i jeszcze więcej nałożnic, a także wiele dzieci, to jednak właśnie Salomon, syn Batszeby, został największym królem w historii Izraela, i przedłużył linię rodową, z której wyjdzie druga Ewa – Maryja, a z Niej Jej Syn, Zbawiciel.

    Boża dydaktyka

    Historie kobiet wymienionych w genealogii Mateusza pokazują, że Bóg pozwala człowiekowi dojrzewać w rozumieniu Jego woli. Ważne, żeby nie oceniać historii przodków według dzisiejszych standardów moralnych. – Nie możemy czytać Pisma Świętego bez uwzględnienia epoki, w której powstawały dane księgi – przestrzega ks. Janusz Wilk. Pan Bóg szanuje rozwój człowieka oraz etapy tego rozwoju i niczego nie przyspiesza. – Dzieje zbawienia można przyrównać do etapów naszej edukacji. Najpierw jest przedszkole. Abraham i jego ziomkowie nie różnili się od innych narodów, wiedzieli tylko, że jest jeden Bóg i że nie wolno im składać dzieci w ofierze. Byli tak samo krwawi i brutalni, też była wśród nich poligamia. Potem jest szkoła podstawowa, w której Bóg daje Izraelowi Dekalog. Potem jest etap szkoły średniej. To już są czasy późnego Starego Testamentu. A Nowy Testament porównałbym do studiów. To już jest szkoła wyższa – snuje analogię duchowny. I zaznacza: – Nie możemy od przedszkolaków wymagać wykształcenia wyższego, czyli wiedzy nowotestamentalnej. Trzeba przejść po kolei przez wszystkie etapy, zgodnie z tym, jak Bóg prowadzi dzieje człowieka.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***


    Katarzyna Aragońska – nieobwołana święta królowa

    (Unidentified painter, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Każdy katolik zna Salve Regina – „Witaj, Królowo” – maryjną antyfonę śpiewaną na cześć Najświętszej Maryi Panny, Królowej Niebios, bez wątpienia i bezdyskusyjnie najczęściej opiewanej spośród wszystkich bohaterów Christianitas. Dlatego to w świetle Jej heroizmu powinniśmy spoglądać na inne święte królowe, które są bohaterkami świata chrześcijańskiego. Myślimy o tych świętych królowych, kanonizowane przez Kościół, jak św. Elżbieta Portugalska czy św. Małgorzata Szkocka, ale mało prawdopodobne, przyszły nam na myśl te, których nie kanonizowano, takie jak Katarzyna Aragońska czy Maria, Królowa Szkotów. To ku tej pierwszej z królowych, których nie obwołano świętymi, zwrócimy teraz naszą uwagę.

    To naprawdę zadziwiające, jak większość osób niewiele wie o Katarzynie Aragońskiej, oprócz faktu, że była pierwszą żoną Henryka VIII, z którą rozwiódł się w wyniku niefortunnego zauroczenia Anną Boleyn. Jednak podczas gdy Anna była prawdziwą femme fatale, której uwodzicielski czar doprowadzi zarówno króla, jak i jego królestwo do apostazji, Katarzyna była femme formidable, kobietą wiary i hartu ducha, która pozostała wierna swoim ślubom małżeńskim i nienaruszalnej godności małżeństwa.

    Jako królowa Anglii była znana ze swojej cnoty. Po zamieszkach w Londynie, znanych jako Evil May Day (dosł: Zły Dzień Majowy lub Tragiczny Dzień Majowy), skutecznie wstawiła się o darowanie życia buntownikom ze względu na ich rodziny. Podziwiano ją za pionierskie działania na rzecz ulżenia doli ubogich i znano ją jako mecenasa renesansowego humanizmu, nawiązującą przyjaźnie z wielkimi uczonymi, takimi jak Erazm z Rotterdamu czy Tomasz Morus. Nim Henryk opuścił ją dla Anny Boleyn, urodziła sześcioro dzieci, z których tylko jedno przeżyło. Wygnano ją z dworu, a do jej dawnych komnat wprowadziła się Anna.

    Katarzyna pisała w 1531 roku:

    Moje zgryzoty są tak wielkie, moje życie tak zakłócone przez plany codziennie wymyślane, by posuwać do przodu niegodziwe zamiary króla, niespodzianki, które król mi sprawia – wraz z pewnymi osobami z jego rady – są tak śmiertelne, a moje traktowanie jest takie, jakie Bóg wie, że wystarczy, by skrócić dziesięć podobnych istnień, a tym bardziej moje.

    Henryk był zdecydowany unieważnić swoje małżeństwo z Katarzyną, pomimo sprzeciwu papieża. Co ciekawe, unieważnienie to potępili również przywódcy protestanccy, Marcin Luter i William Tyndale, a także czołowi katolicy angielscy: Jan Fisher i Tomasz Morus, z których jeden i drugi stali się męczennikami za sprzeciw wobec tyrańskiego kierowania się przez króla swą monomaniakalną wolą.

    W następstwie bezprawnego małżeństwa króla z Anną Boleyn, Katarzynę umieszczono w areszcie domowym. Zamykano ją w różnych zamkach i pałacach, a ostatecznie trafiła do zamku Kimbolton w Cambridgeshire. Ograniczyła się do jednej komnaty, wychodząc z niej jedynie na Mszę świętą, i bez przerwy pościła. Zabroniono jej widywania się z córką, Marią, a nawet pisania do niej. Henryk zaproponował tak matce, jak i córce wygodniejsze warunki życia i pozwolenie na widywanie się w zamian za uznanie jego małżeństwa z Anną Boleyn, ale obie odmówiły.

    Jeśli chodzi o pobożność i wiarę Katarzyny, należała ona do Trzeciego Zakonu św. Franciszka i nabożnie spełniała swoje religijne obowiązki jako franciszkanka, łącząc swoje obowiązki królowej z osobistą pobożnością. „Wolałabym być żoną ubogiego żebraka i być pewna nieba – oznajmiła po swym wygnaniu – niż królową całego świata i wątpić w nie z powodu mojego własnego przyzwolenia.” Zmarła w styczniu 1536 roku w zamku Kimbolton, niezmiernie ukochana przez lud angielski i podziwiana przez wszystkich, nawet przez swych nieprzyjaciół. „Gdyby nie jej płeć – pisał Tomasz Cromwell, jej przeciwnik – mogłaby rzucić wyzwanie wszystkim bohaterom historii.”

    „Dla łagodnej, prostej i dostojnej królowej Katarzyny wszyscy odczuwali współczucie” – pisał Hilaire Belloc. „Znali z portretów i relacji jej szeroki uśmiech, z jakim się prezentowała, jej jasne rysy (…), jej powszechnie uznaną dobroć.” Ponadto – kontynuował Belloc:

    jej niedole zjednały ją ludowi angielskiemu. Rodziła kolejne dzieci swojemu mężowi i doznawała rozczarowań, bowiem wszystkie te dzieci, z wyjątkiem jednego, zmarły w niemowlęctwie lub urodziły się martwe i wiedziano o jej poronieniach.

    William Cobbett wysławiał ją równie górnolotnie, jak miażdżąco potępiał znieważającego ją męża:

    Wygnano ją z dworu. Była świadkiem unieważnienia swego małżeństwa przez Cranmera oraz uznania aktem parlamentu swej córki i jedynego ocalałego dziecka zarazem za nieślubną; zaś mąż, który miał z nią pięcioro dzieci (…) posunął się do barbarzyństwa, jakim było nieustanne oddzielenie jej od jedynego dziecka i niepozwolenie, by kiedykolwiek mogła je zobaczyć ponownie! Zmarła tak, jak żyła – kochana i szanowana przez każdego dobrego mężczyznę i kobietę w królestwie, a pochowano ją wśród szlochów i łez ogromnej rzeszy ludu zgromadzonego w kościele opactwa w Peterborough.

    Dziś, prawie pięćset lat od śmierci Katarzyny Aragońskiej, Anglia wciąż zmaga się z katastrofalnymi następstwami zdrady jej męża. Choć święta Matka, jaką jest Kościół, jej nie kanonizowała, pielgrzym mimo to może pomodlić się u grobu angielskiej królowej o złamanym sercu. Czas leczy wszelkie rany, zaś świątynia wieczności zachowuje świętych. Dawno po tym, jak świeckie świątynie współczesnej świeckiej Anglii przeminą – ze swym połyskiem, szkłem, imitacją marmuru i nierdzewną stalą – ktoś pozostanie pod kamieniami katedry w Peterborough – nieobwołana święta, wciąż pozostająca chwalebną i nieskalaną damą.

    Joseph Pearce/źródło: theimaginativeconservative.org/tłum. Jan Franczak/Fronda.pl

    ***

  • Matka Boża i święci Pańscy – styczeń 2026

    ***

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 stycznia

    Święty Jan Bosko, prezbiter

    Święty Jan Bosko - zdjęcie z 16 marca 1886 r.

    Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 r. w Becchi (ok. 40 km od Turynu). Był synem piemonckich wieśniaków. Gdy miał 2 lata, zmarł jego ojciec. Jego matka musiała zająć się utrzymaniem trzech synów. Młode lata spędził w ubóstwie. Wcześnie musiał podjąć pracę zarobkową. Kiedy miał 9 lat, Pan Bóg w tajemniczym widzeniu sennym objawił mu jego przyszłą misję. Zaczął ją na swój sposób rozumieć i pełnić. Widząc, jak wielkim powodzeniem cieszą się przygodni kuglarze i cyrkowcy, za pozwoleniem swojej matki w wolnych godzinach szedł do miejsc, gdzie ci popisywali się swoimi sztuczkami, i zaczynał ich naśladować. W ten sposób zbierał mieszkańców swojego osiedla i zabawiał ich w niedziele i świąteczne popołudnia, przeplatając swoje popisy modlitwą, pobożnym śpiewem i “kazaniem”, które wygłaszał. Było to zwykle kazanie, które tego dnia na porannej Mszy świętej zasłyszał w kościele parafialnym.
    Pierwszą Komunię świętą przyjął w wieku 11 lat (1826). Gdy miał lat 14, rozpoczął naukę u pewnego kapłana-emeryta. Musiał ją jednak po roku przerwać po jego nagłej śmierci. W latach 1831-1835 ukończył szkołę podstawową i średnią. Nie mając funduszów na naukę, Jan musiał pracować dodatkowo w różnych zawodach, by zdobyć konieczne podręczniki i opłacić nauczycieli. Musiał także pomyśleć o własnym utrzymaniu, mieszkając na stancji. Dorabiał nadto dawaniem korepetycji.

    Święty Jan Bosko

    Po ukończeniu szkół średnich Jan został przyjęty do wyższego seminarium duchownego w Turynie. Tutaj pod kierunkiem św. Józefa Cafasso, wykładowcy i spowiednika, czynił znaczne postępy w doskonałości chrześcijańskiej (1835-1841). 5 czerwca 1841 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Za poradą św. Józefa Jan wstąpił do Konwiktu Kościelnego dla pogłębienia swojej wiedzy religijnej i życia wewnętrznego.
    8 grudnia 1841 roku napotkał przypadkowo 15-letniego młodzieńca-sierotę, zupełnie opuszczonego materialnie i moralnie. Od tego dnia zaczął gromadzić samotną młodzież, uczyć ją prawd wiary, szukać dla niej pracy u uczciwych ludzi. W niedzielę zaś dawał okazję do wysłuchania Mszy świętej i do przyjmowania sakramentów świętych, a później zajmował młodzież rozrywką. Ponieważ wielu z nich było bezdomnych, starał się dla nich o dach nad głową. Tak powstały szkoły elementarne, zawodowe i internaty, które rychło rozpowszechniły się w Piemoncie. “Zaniósł wiarę, światło i pokój tam, gdzie samotność rodziła nędzę” (z hymnu Liturgii Godzin).
    Ten apostoł młodzieży uważany jest za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła. Zdawał sobie wszakże sprawę, że sam jeden tak wielkiemu dziełu nie podoła. Aby zapewnić stałą pieczę nad młodzieżą, założył dwie rodziny zakonne: Pobożne Towarzystwo św. Franciszka Salezego dla młodzieży męskiej – salezjanów (1859) oraz zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych dla dziewcząt (1872). Będąc tak aktywnym, Jan potrafił odnajdywać czas na modlitwę i głębokie życie wewnętrzne. Obdarzony niezwykłymi charyzmatycznymi przymiotami, pozostawał człowiekiem pokornym i skromnym. Uważał siebie za liche narzędzie Boga.
    Rozwinął szeroko działalność misyjną, posyłając najlepszych swoich synów duchowych i córki do Ameryki Południowej. Dzisiaj członkowie Rodziny Salezjańskiej pracują na polu misyjnym na wszystkich kontynentach świata, zajmując jedno z pierwszych miejsc. W dziedzinie wychowania chrześcijańskiego św. Jan Bosko wyróżnił się nie tylko jako jeden z największych w dziejach Kościoła pedagogów, ale zostawił po sobie kierunek-szkołę pod nazwą “systemu uprzedzającego” (zachowawczego), który wprowadził prawdziwy przewrót w dotychczasowym wychowaniu. Ta metoda wychowawcza nie jest oparta na stosowaniu przymusu, lecz odwołuje się do potencjału dobra i rozumu, jakie wychowanek nosi w swoim wnętrzu. Wychowawca, w pełni szanując wolną wolę młodego człowieka, staje się mu bliski i towarzyszy mu na drodze autentycznego wzrastania. System zapobiegawczy polega na uprzedzaniu czynów podopiecznego tak, aby nie doprowadzić do zrobienia przez niego czegoś niewłaściwego.

    Święty Jan Bosko

    Nie mniejsze zasługi położył św. Jan Bosko na polu ascezy katolickiej, którą uwspółcześnił, uczynił dostępną dla najszerszych warstw wiernych Kościoła: uświęcenie się przez sumienne wypełnianie obowiązków stanu, doskonalenie się przez uświęconą pracę. Najświętsza Maryja Panna i św. Józef nie poszli w swoim życiu codziennym drogą nadzwyczajnych pokut czy też wielu godzin modlitwy. Wszystko jednak czynili dla wypełnienia woli Bożej, dla Jezusa. W ten sposób wszystkie ich czynności były aktem czci i miłości Bożej. Ta właśnie tak prosta i wszystkim dostępna asceza salezjańska wyniosła na ołtarze Jana Bosko, Michała Rua, jego następcę, Dominika Savio – jego wychowanka, Alojzego Orione – założyciela Małego Dzieła Boskiej Opatrzności (orionistów) oraz Marię Dominikę Mazzarello – współzałożycielkę Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, a także Alojzego Versiglia, biskupa, i Kaliksta Caravario, misjonarzy i męczenników w Chinach (+ 25 lutego 1930 r.).
    Cały wolny czas Jan poświęcał na pisanie i propagowanie dobrej prasy i książek. Początkowo wydawał je w drukarniach turyńskich. Od roku 1861 posiadał już własną drukarnię. Rozpoczął od wydawania żywotów świątobliwych młodzieńców, by swoim chłopcom dać konkretne żywe przykłady i wzory do naśladowania. Od roku 1877 dla wszystkich przyjaciół swoich dzieł zaczął wydawać jako miesięcznik, do dziś istniejący, Biuletyn Salezjański. Wszystkie jego pisma wydane drukiem to 37 tomów. Ponadto pozostawił po sobie olbrzymią korespondencję.
    W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych. Wiemy o wskrzeszeniu co najmniej jednego umarłego. Jan Bosko posiadał nader rzadki nawet wśród świętych dar bilokacji, rozmnażania orzechów czy kasztanów jadalnych. Zanotowano także przypadek rozmnożenia przez Jana Bosko konsekrowanych komunikantów. Najwięcej rozgłosu przyniosły mu jednak dar czytania w sumieniach ludzkich, którym posługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości jednostek, swojego zgromadzenia, dziejów Italii i Kościoła.
    Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 r. Pius XI beatyfikował ks. Bosko 2 czerwca 1929 r., a kanonizował 1 kwietnia 1934 r., w Wielkanoc. Jest patronem młodzieży, młodych robotników i rzemieślników.W chwili śmierci Założyciela zgromadzenie salezjanów miało 58 domów i liczyło 1049 członków. Obecnie ponad 16 000 salezjanów prowadzi 1830 placówek w 128 krajach świata. Rodzina Salezjańska, do której należą zakonnicy i świeccy żyjący duchowością ks. Bosko, liczy ponad 400 000 członków.
    Duchowi synowie św. Jana Bosko, zwani najczęściej salezjanami, przybyli do Polski w 1898 roku. Córki Maryi Wspomożycielki przybyły do Polski w roku 1922. Ze zgromadzenia salezjańskiego wyszli m.in. prymas Polski, kardynał August Hlond (1881-1948) i metropolita poznański Antoni Baraniak (1904-1977). Salezjaninem był bł. Bronisław Markiewicz (+ 1912), który założył na ziemiach polskich zgromadzenie św. Michała Archanioła (michalitów). Z grona polskich salezjanów wywodzi się także bł. August Czartoryski, beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 25 kwietnia 2004 r.W ikonografii św. Jan Bosko przedstawiany jest jako kapłan w sutannie zakonnej. Najczęściej ukazywany jest w otoczeniu młodzieży, której poświęcił swoje życie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    30 stycznia

    Błogosławiony Bronisław Markiewicz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Hiacynta, dziewica
      •  Święty Teofil, męczennik
      •  Kościół katedralny w Świdnicy
    Błogosławiony Bronisław Markiewicz

    Bronisław Markiewicz urodził się 13 lipca 1842 r. w Pruchniku koło Jarosławia. Otrzymał staranną formację religijną; nie uchroniło go to jednak przed pewnym załamaniem wiary podczas nauki w gimnazjum przemyskim. W 1863 r. wstąpił do seminarium duchownego. We wrześniu 1867 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do pracy duszpasterskiej w Harcie i w katedrze przemyskiej. Pragnął poświęcić się pracy z młodzieżą, dlatego podjął dodatkowe studia z pedagogiki, filozofii i historii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1875 r. został proboszczem parafii Gać, a dwa lata później – w Błażowej. Od 1882 r. wykładał teologię pastoralną w seminarium duchownym w Przemyślu.
    Z czasem ks. Bronisław odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego. W listopadzie 1885 r. wyjechał do Włoch i tam wstąpił do salezjanów. W marcu 1887 r. złożył śluby na ręce św. Jana Bosko. Z oddaniem i gorliwością wypełniał powierzane mu zadania. Z powodu surowego trybu życia zachorował na gruźlicę; uważano go za bliskiego śmierci. Udało mu się jednak odzyskać zdrowie. W marcu 1892 r., za pozwoleniem przełożonych, powrócił do Polski i został proboszczem w Miejscu Piastowym (koło Krosna).
    Oddał się tutaj pracy z młodzieżą, głównie z ubogimi i sierotami. Otworzył Instytut Wychowawczy, przez który troszczył się o materialną i zawodową przyszłość podopiecznych. W 1897 r. założył dwa nowe zgromadzenia zakonne pod opieką św. Michała Archanioła, oparte na duchowości św. Jana Bosko. Zostały one zatwierdzone dopiero po śmierci założyciela – gałąź męska w 1921 r., a żeńska – siedem lat później.
    W Miejscu Piastowym w 1892 r. ksiądz Markiewicz stworzył dom, w którym wychowały się setki chłopców. Obecnie jest tam sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. Bronisława, dom generalny michalitów z muzeum Założyciela, dom centralny michalitek z muzeum misyjnym oraz duży zespół szkół dla młodzieży. W 1903 r. powstała też nowa placówka w Pawlikowicach koło Krakowa.
    Bronisław Markiewicz, wyczerpany pracą, zmarł 29 stycznia 1912 r. W 1958 r. rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Zakończył się on uroczystą beatyfikacją, dokonaną w Warszawie przez delegata papieskiego, kard. Józefa Glempa, w dniu 19 czerwca 2005 r.
    Obecnie michalici pracują w 15 krajach na całym świecie; podobnie michalitki, które mają kilkanaście domów w Polsce i 8 za granicą. Oba zgromadzenia należą do Rodziny Salezjańskiej. Znanym michalitą był tragicznie zmarły w 2001 r. bp Jan Chrapek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 stycznia

    Błogosławiona Bolesława Lament, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela Merici, dziewica
      •  Święty Józef Freinademetz, prezbiter
      •  Błogosławiona Archaniela Girlani, dziewica
      •  Święty Walery, biskup
      •  Święty Sulpicjusz Sewer, biskup
    Błogosławiona Bolesława Lament

    Bolesława urodziła się 3 lipca 1862 roku w Łowiczu. Jej ojciec był rzemieślnikiem. Po niej w rodzinie przyszło na świat jeszcze siedmioro dzieci. Atmosfera domu, w którym się wychowała, przepojona była głęboką i prawdziwą religijnością, a Bolesława od dziecka kochała Boga i miała dar modlitwy.
    W 1880 roku ukończyła ze złotym medalem gimnazjum w Łowiczu. Tam też miała okazję poznać problemy religijne, narodowe i społeczne swojej epoki, co miało duże znaczenie dla jej duchowej formacji. Przez dwa lata uczyła się w Warszawie zawodu krawcowej, po czym otworzyła w Łowiczu własny zakład krawiecki, wykazując dużo inicjatywy, przedsiębiorczości i talentu organizacyjnego.
    Wkrótce zlikwidowała swoją pracownię i mając 22 lata razem z siostrą Stanisławą wstąpiła do zgromadzenia sióstr Rodziny Maryi w Warszawie. Jako postulantka wyróżniała się darem modlitwy, skupienia oraz wiernością obowiązkom. Po złożeniu pierwszej profesji była wychowawczynią dziewcząt w internatach zgromadzenia i instruktorką krawiectwa; uczyła także w szkołach podstawowych. Ujawnił się wtedy jej talent organizacyjny. Nie będąc pewna swego powołania, nie złożyła profesji wieczystej. W 1893 roku opuściła zgromadzenie. Rok później nagła śmierć ojca postawiła przed nią zadanie zapewnienia bytu matce i młodszemu rodzeństwu. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie. Tu Bolesława odznaczyła się szczególną wrażliwością na ludzką biedę, rozwinęła działalność charytatywną wśród ubogich i bezdomnych, prowadząc dom noclegowy na Pradze.
    Ojciec Honorat Koźmiński – jej duchowy przewodnik polecił, aby objęła stanowisko przełożonej świeckiego III zakonu św. Franciszka przy jednej z warszawskich parafii. Przeżywając boleśnie rozdarcie jedności Kościoła przez podziały chrześcijan, dostrzegła w sobie powołanie do pracy nad zjednoczeniem Kościoła przez troskę o braci odłączonych. W 1903 roku poszła za radą ojca Honorata i wyjechała razem z dwiema ochotniczkami do Mohylewa nad Dnieprem (Białoruś), aby zająć się tam katolickim wychowaniem młodzieży.
    W 1905 roku wszystkie trzy rozpoczęły nowicjat zakonny. Z pomocą jezuity, ojca Józefa Wiercińskiego, Bolesława Lament napisała konstytucje nowego zgromadzenia zakonnego Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny, którego celem było wspieranie zjednoczenia chrześcijan na Wschodzie z Kościołem katolickim i umocnienie wiary. Służyła gorliwie tej sprawie, przyczyniając się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych. W 1906 roku wraz ze swymi dwoma towarzyszkami Bolesława Lament złożyła pierwsze śluby zakonne, a w rok później siostry przeniosły się do Petersburga, gdzie rozwinęły działalność wychowawczą wśród dzieci i młodzieży. W 1913 roku wszystkie trzy złożyły wieczyste śluby. W tym samym roku założyła internat dla młodzieży żeńskiej w Wyborgu, poszerzając działalność zgromadzenia na Finlandię.
    Stawiając siostrom i sobie wzór Świętej Rodziny, Bolesława naśladowała Ją w ubóstwie, umiłowaniu pracy, wytrwałości i delikatności. W jej duchowości uderza wierność woli Bożej, postawa wstawiennicza i wynagradzająca.
    Po wybuchu rewolucji październikowej zgromadzenie nie mogło prowadzić swojej działalności. Za naukę religii więziono siostry, jedna z nich została wywieziona na Syberię. Mężnie znosiły prześladowania i głód. Pozbawione domu i środków do życia, w 1921 r. wróciły do Polski. W 1922 roku w Chełmnie na Pomorzu siostry otoczyły opieką młode repatriantki z Rosji. Po raz pierwszy włożyły wówczas habity. W 1925 roku siostra Bolesława zorganizowała nowicjat w Piątnicy pod Łomżą, a w rok później przeniosła dom generalny do Ratowa w diecezji płockiej. W 1935 r. zrzekła się urzędu przełożonej generalnej zgromadzenia.
    Decyzją nowej przełożonej generalnej wysłana do Białegostoku, zorganizowała tam przedszkole, kursy kroju i szycia oraz gimnazjum. Z jej inicjatywy siostry podjęły pracę w dwóch internatach, domu noclegowym i stołówce dla bezrobotnej inteligencji. Otaczały też opieką więźniów. Jeden z domów zgromadzenia przeznaczyła na ośrodek opiekuńczy dla bezdomnych dzieci, utrzymując je ze skromnych zasobów zakonnych. Zorganizowała też, formalnie jako kursy do Pierwszej Komunii św., tajną szkołę, gdzie dzieci uczyły się przedmiotów zakazanych przez okupantów. Od 1941 r. Bolesława znosiła cierpliwie paraliż, zamieniając swe czynne apostolstwo na apostolstwo cierpienia i modlitwy. Przez całe życie była człowiekiem głębokiej modlitwy, umiała modlić się w każdej sytuacji, jednocząc się z Bogiem. Dała przykład życia ofiarnego i pełnego ufności do Boga.
    Zmarła 29 stycznia 1946 roku w Białymstoku w opinii świętości. Jej ciało przeniesiono do klasztoru w Ratowie i złożono w krypcie pod kościołem św. Antoniego. Beatyfikował ją w Białymstoku w 1991 roku św. Jan Paweł II. Mówił wtedy o niej:W głębokim poczuciu odpowiedzialności za cały Kościół, boleśnie przeżywała Bolesława rozdarcie jedności Kościoła. Sama doświadczyła wielorakich podziałów, a nawet nienawiści narodowych i wyznaniowych, pogłębionych jeszcze bardziej przez ówczesne stosunki polityczne. Dlatego też głównym celem jej życia oraz założonego przez nią zgromadzenia stała się jedność Kościoła, ta jedność, o którą modlił się w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus: “Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim Imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” (J 17, 11). Służyła matka Lament sprawie zjednoczenia tam zwłaszcza, gdzie podział zaznaczał się ze szczególną ostrością. Nie szczędziła niczego, byleby umacniać wiarę i rozpalać miłość do Boga, byle tylko przyczynić się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych: “Żebyśmy wszyscy – jak mówiła – miłowali się i stanowili jedno”. Pracę na rzecz jedności Kościoła, zwłaszcza na terenach wschodnich, uważała za szczególną łaskę Bożej Opatrzności. Długo przed Soborem Watykańskim II stała się inspiratorką ekumenizmu w życiu codziennym przez miłość.W ikonografii bł. Bolesława przedstawiana jest w habicie zgromadzenia. W dłoniach trzyma otwartą księgę.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 stycznia

    Święty Tomasz z Akwinu,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Tomasz z Akwinu

    Tomasz urodził się na zamku Roccasecca niedaleko Akwinu (Włochy) w 1225 r. Jego ojciec, rycerz Landulf, był z pochodzenia Lombardczykiem, matka zaś była Normandką. Kiedy chłopiec miał 5 lat, rodzice oddali go w charakterze oblata do opactwa na Monte Cassino. Jednak Opatrzność miała inne zamiary wobec młodzieńca. Z niewyjaśnionych przyczyn opuścił on klasztor i udał się do Neapolu, gdzie studiował na tamtejszym uniwersytecie. Tam zapoznał się z niedawno założonym przez św. Dominika (+ 1221) Zakonem Kaznodziejskim. Rok wstąpienia do tego zakonu nie jest bliżej znany. Święty miał wtedy ok. 20 lat. Spotkało się to z dezaprobatą rodziny. Wszelkimi sposobami, włącznie z dwuletnim aresztem domowym, próbowano zmienić jego decyzję; bezskutecznie. Wysłano nawet jego własną siostrę, Marottę, by mu dominikanów “wybiła z głowy”. Tomasz jednak umiał tak do niej przemówić, że sama wstąpiła do benedyktynek.
    Przełożeni wysłali go na studia do Rzymu, a stamtąd około roku 1248 do Kolonii, gdzie wykładał na tamtejszym uniwersytecie głośny uczony dominikański, św. Albert Wielki (+ 1260), który miał wypowiedzieć prorocze słowa o Tomaszu: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”. W Kolonii Tomasz przyjął święcenia kapłańskie. Po chlubnym ukończeniu studiów przełożeni wysłali go do Paryża, by na tamtejszej Sorbonie wykładał teologię. Był najpierw bakałarzem nauk biblijnych (1252-1253), z kolei wykładał Sentencje Piotra Lombarda (1253-1255). Zadziwiał wszystkich jasnością wykładów, wymową i głębią. Stworzył własną metodę, w której najpierw wysuwał trudności i argumenty przeciw danej prawdzie, a potem je kolejno zbijał i dawał pełny wykład.
    Na skutek intryg, jakie przeciwnicy dominikanów rozbudzili na Sorbonie, Tomasz po siedmiu latach powrócił do Włoch. Na kapitule generalnej został mianowany kaznodzieją (1260). Przez pewien czas prowadził także wykłady na dworze papieskim Urbana IV (1261-1265). W latach 1265-1267 przebywał ponownie w domu generalnym Zakonu – w klasztorze św. Sabiny w Rzymie. W latach 1267-1268 przebywał w Viterbo jako kaznodzieja papieski.
    Kiedy ucichła burza w Paryżu, przełożeni ponownie wysłali swojego czołowego teologa do Paryża (1269-1272). Po trzech latach wrócił do Włoch i wykładał na uniwersytecie w Neapolu (1272-1274). W tym samym czasie kapituła generalna zobowiązała go, aby zorganizował teologiczne studium generale dla Zakonu. Tomasz upatrzył sobie na miejsce tychże studiów Neapol.
    W roku 1274 papież bł. Grzegorz X zwołał do Lyonu sobór powszechny. Zaprosił także Tomasza z Akwinu. Tomasz jednak, mając 48 lat, po krótkiej chorobie zmarł w drodze na sobór w opactwie cystersów w Fossanuova dnia 7 marca 1274 roku. Z tego właśnie powodu do roku 1969 doroczną pamiątkę św. Tomasza Kościół obchodził właśnie 7 marca, w dzień śmierci. Ten dzień przypada jednak prawie zawsze w Wielkim Poście. Dlatego reforma liturgiczna doroczne wspomnienie świętego przesunęła wyjątkowo na 28 stycznia – a więc na dzień przeniesienia jego relikwii do Tuluzy w 1369 r.Akwinata wsławił się szczególnie niewinnością życia oraz wiernością w zachowywaniu obserwancji zakonnych. Właściwe Zakonowi zadanie, jakim jest służba Słowu Bożemu w dobrowolnym ubóstwie, znalazło u niego wyraz w długoletniej pracy teologicznej: w gorliwym poszukiwaniu prawdy, którą należy nieustannie kontemplować i przekazywać innym. Dlatego wszystkie swoje zdolności oddał wyłącznie na służbę prawdy. Sam starał się ją posiąść, skądkolwiek by pochodziła, i ogromnie pragnął dzielić się nią z innymi. Odznaczał się pokorą oraz szlachetnym sposobem bycia.
    Kaznodzieja, poeta, ale przede wszystkim wielki myśliciel, człowiek niezwykłej wiedzy, którą umiał połączyć z niemniej wielką świętością. Powiedziano o nim, że “między uczonymi był największym świętym, a między świętymi największym uczonym”. W swej skromności kilkakrotnie odmawiał propozycji zostania biskupem.

    Święty Tomasz z Akwinu

    Stworzył zwarty system nauki filozoficznej i teologii katolickiej, zwany tomizmem. Wywarł głęboki wpływ na ukierunkowanie zachodniej myśli chrześcijańskiej. Spuścizna literacka św. Tomasza z Akwinu jest olbrzymia. Wprost wierzyć się nie chce, jak wśród tak wielu zajęć mógł napisać dziesiątki tomów. Wyróżniał się umysłem nie tylko analitycznym, ale także syntetycznym. On jedyny odważył się dać panoramę całej nauki filozofii i teologii katolickiej w systemie zdumiewająco zwartym. Do najważniejszych jego dzieł należą: Summa contra gentiles, czyli apologia wiary przeciwko poganom, Kwestie dysputowane, Komentarz do “Sentencji” Piotra LombardaSumma teologiczna i komentarze do niektórych ksiąg Pisma świętego. Szczególną czcią Tomasz otaczał Chrystusa Zbawiciela, zwłaszcza na krzyżu i w tajemnicy Eucharystii, co wyraził w tekstach liturgicznych do brewiarza i mszału na uroczystość Bożego Ciała, m.in. znany hymn Zbliżam się w pokorze. Płonął synowską miłością do Najświętszej Maryi Panny.
    Jest patronem dominikanów, księgarni, studentów i teologów; opiekun podczas sztormów. Papież Jan XXII zaliczył go do grona świętych 18 lipca 1323 roku. Papież św. Pius V ogłosił go 11 kwietnia 1567 roku piątym doktorem Kościoła zachodniego. Papież Leon XIII ustanowił go 4 sierpnia 1880 roku patronem wszystkich uniwersytetów i szkół katolickich.W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w białym habicie dominikańskim, w czarnej kapie i białym szkaplerzu. Jego atrybutami są: anioł, gołąb; infuła u nóg, której nie przyjął; kielich, kielich z Hostią, księga, laska, model kościoła, monogram IHS, monstrancja, pióro pisarskie, różaniec, słońce na piersiach, które symbolizuje jego Boską inspirację. Jego znakiem jest także Chrystus w aureoli.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Tomasza z Akwinu lekcja słuchania

    „Bóg jest nieporównywalnie szczęśliwszy od wszystkiego” – pisze Akwinata i zdradza Janowi Kowalskiemu receptę na życie w takim stanie: „Szczęście człowieka polega na kontemplowaniu Boga”.

    Witraż z kościoła św. Patryka w Ohio, Św. Tomasz z Akwinu rozmawia z Ukrzyżowanym Jezusem

     pl.wikipedia.org

    Witraż z kościoła św. Patryka w Ohio, “Św. Tomasz z Akwinu rozmawia z Ukrzyżowanym Jezusem”.

    ***

    To opowieść o Bogu, który schodzi do grzesznika. „Ewangeliści nie zapisali nigdzie, że Jezus dobrze się czuł tylko w towarzystwie swojej Mamy, bo Ona jako jedyna była bez grzechu” – wyjaśnia ks. Krzysztof Porosło w książce „Kościół kocham i rozumiem”. „Chrystus świadomie wchodził tam, gdzie był grzech, bo stał się człowiekiem – nieustępliwie będzie to podkreślał w swojej teologii św. Tomasz z Akwinu – przede wszystkim dlatego, by uwolnić człowieka od grzechu i przywrócić mu godność przybranego dziecka Bożego” – dodaje.

    Jak w trzech tysiącach znaków opisać tego, którego opasłe tomy „Summa Theologiae” z dumą prężą swe grzbiety w klasztornych i uniwersyteckich bibliotekach (to niedokończone dzieło w polskim wydaniu składa się, bagatela, z ponad 30 tomów, każdy po kilkaset stron) i którego myśl stała się fundamentem katolickiej teologii? „Tomasz wszystko przepuszczał przez własną wewnętrzną tubę. Był wsobny w dobrym znaczeniu tego słowa, taki dobry introwertyk. Kochał ludzi, tylko nie miał potrzeby, by ktokolwiek skupiał na nim uwagę. Potrafił słuchać, naprawdę interesowało go to, co ludzie mówią” – podkreśla o. Tomasz Gałuszka, który o imienniku z Akwinu może opowiadać z pasją godzinami. „Reprezentował model duchowości pełen spokoju. Kilkukrotnie w swoich dziełach wspominał o tym, że nie rozumiał zainteresowania swoją osobą. Pochodził z normandzkiego rodu, był postawnym mężczyzną, więc gdy przechodził przez toskańskie pola, tamtejsi, raczej niscy mieszkańcy, nieprzyzwyczajeni do widoku prawie dwumetrowego mężczyzny, biegli za nim. Tomasz dziwił się temu i nie rozumiał, po co koncentrować się na takich szczegółach. Czy jego erudycja nie onieśmielała braci? To jest nasza perspektywa, nie był to problem braci jemu współczesnych, w XIII wieku. Choć już bracia w XIV wieku podchodzili do Tomasza z większym onieśmieleniem. Kanonizacja dokonana przez Jana XXII, sprawiła, że już w XIV wieku na Tomasza patrzono z wielkim szacunkiem. Dzisiaj jesteśmy w stanie podchodzić do niego tylko na kolanach, i to ze spuszczoną głową. Większość w ogóle nie ma śmiałości się do niego zbliżyć, co jest dla mnie, osoby, która czyta św. Tomasza każdego dnia, niezrozumiałe. Gdyby dzisiaj Tomasz stanął przed teologami, zadałby im jedno pytanie: »Jaki błąd popełniłem, że mnie nie czytacie? Przecież ja tych wszystkich rzeczy nie napisałem dla stopni naukowych ani po to, by się popisywać«. »Summa contra gentiles« została napisana dla prostych ojców, którzy idą pracować wśród muzułmanów, »Suma teologiczna« dla początkujących teologów, dla prostych, młodych braci”.

    Czego uczę się od Akwinaty? Tego, że ważna jest wiara szukająca zrozumienia, iż „sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem”, a „jeśli nie mam wiary, mogę wypowiadać słowa, a serce pójdzie za nimi”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    27 stycznia

    Błogosławiony Jerzy Matulewicz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk de Ossó y Cervelló, prezbiter
    Błogosławiony Jerzy Matulewicz

    Jerzy urodził się 13 kwietnia 1871 roku w wielodzietnej rodzinie litewskiej, we wsi Lugine koło Mariampola na Litwie. Oboje rodzice umarli, gdy był małym dzieckiem. Był wychowywany przez swojego starszego brata Jana, niezwykle surowego i wymagającego człowieka. Pomimo kłopotów zdrowotnych i materialnych – często nie miał za co kupić podręczników – uczył się dobrze dzięki swojej niezwykłej pilności i pracowitości. Po kilku latach nauki na prawach eksternisty w gimnazjum (od 1883 r.) zachorował na gruźlicę kości. Musiał posługiwać się kulami. Choroba ta gnębiła go do końca życia. Już w gimnazjum pragnął zostać kapłanem. Jednakże dopiero w 1891 roku, jako dwudziestoletni młodzieniec, wstąpił do seminarium duchownego w Kielcach. Wówczas też zmienił swoje nazwisko z Matulaitis na Matulewicz. Zapamiętano go jako kleryka pełnego spokoju, wewnętrznej równowagi, otwartego i pracowitego. Gdy władze carskie zamknęły seminarium, kontynuował naukę w Warszawie, a następnie w Petersburgu. Tu przyjął święcenia kapłańskie 31 grudnia 1898 roku. W następnym roku ukończył Akademię Petersburską jako magister teologii. Doktorat uzyskał na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim.
    Powrócił do Kielc, gdzie podjął zajęcia jako profesor seminarium (do 1904 r.). Postępująca gruźlica kości spowodowała, że musiał poddać się ciężkiej operacji w jednym z warszawskich szpitali. Po kuracji rozwinął działalność społeczną w Warszawie, zakładając m.in. Stowarzyszenie Robotników Katolickich oraz gimnazjum na Bielanach. W 1907 roku objął katedrę socjologii w Akademii Duchownej w Petersburgu. Dojrzał w nim wówczas zamiar odnowienia i zreformowania zakonu marianów, skazanego przez władze carskie na wymarcie. 29 sierpnia 1909 roku, w kaplicy biskupiej w Warszawie, złożył śluby zakonne na ręce ostatniego żyjącego marianina ojca Wincentego Senkusa. Rok później ułożył nowe konstytucje dla marianów, którzy odtąd mieli być zgromadzeniem ukrytym. Jeszcze w tym samym roku Pius X potwierdził regułę. Pierwszy nowicjat odnowionej wspólnoty złożony z 2 profesorów i jednego ucznia został utworzony w Petersburgu. W 1911 r. we Fryburgu Szwajcarskim powstał drugi nowicjat, następnie powstał dom zakonny w Chicago, a podczas I wojny światowej dom na Bielanach pod Warszawą. W 1911 roku Jerzy Matulewicz został generałem zakonu, którym kierował do śmierci.
    Po zakończeniu działań wojennych ojciec Jerzy powołał Zgromadzenie Sióstr Ubogich Niepokalanego Poczęcia NMP, które szybko rozprzestrzeniło się na Litwie i w Ameryce. Założył również Zgromadzenie Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii oraz wspierał zgromadzenia założone przez bł. o. Honorata Koźmińskiego. W 1918 roku Benedykt XV mianował go biskupem wileńskim. Udało mu się umocnić katolicyzm w diecezji. Na własną prośbę został zwolniony z obowiązków biskupa w sierpniu 1925 roku. Pragnął poświęcić się całkowicie kierowaniu zgromadzeniem marianów, lecz już w grudniu tego samego roku został mianowany wizytatorem apostolskim na Litwie. W ciągu dwóch następnych lat nieludzkimi wprost wysiłkami udało mu się zorganizować życie katolickie w tym kraju i naprawić stosunki ze Stolicą Apostolską.
    W trakcie prac nad zatwierdzeniem konkordatu, ojciec Jerzy umarł nagle po nieudanej operacji 27 stycznia 1927 r. Beatyfikowany został przez św. Jana Pawła II w 1987 roku podczas uroczystości z okazji 600-lecia Chrztu Litwy. Jego relikwie spoczywają w kościele w Mariampolu. Jest jednym z patronów Litwy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    26 stycznia

    Święci biskupi Tymoteusz i Tytus

    Zobacz także:
      •  Święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci
      •  Święta Paula, wdowa
    Święci Tymoteusz i Tytus

    Tymoteusz był wiernym i oddanym uczniem oraz współpracownikiem św. Pawła. Św. Paweł nazywa go “najdroższym synem” (1 Kor 4, 17), “bratem” (1 Tes 3, 2), “pomocnikiem” (Rz 16, 21), którego wspomina ze łzami w oczach (2 Tm 1, 4).
    Kiedy Apostoł Narodów zatrzymał się w czasie swojej drugiej podróży w miasteczku Listra, nawrócił dwie Żydówki: kobietę imieniem Lois i jej córkę, Eunikę. Synem tejże Euniki, a wnukiem Lois był św. Tymoteusz. Jego ojcem był zamożny Grek, poganin, który jednak pozwolił babce i matce wychować Tymoteusza w wierze mojżeszowej. Tymoteusz był młodzieńcem wykształconym. Znał Pismo święte i często się w nim rozczytywał. Wyróżniał się dobrymi obyczajami. Chrzest przyjął z rąk św. Pawła. Dlatego słusznie Apostoł nazywał go swoim synem. Dla ułatwienia Tymoteuszowi pracy wśród rodaków św. Paweł poddał go obrzezaniu.
    Św. Paweł często wysyłał Tymoteusza w trudnych i poufnych sprawach do poszczególnych gmin, które założył, m.in. do Koryntu, Filippi i Tesalonik. Jego też wyznaczył na biskupa Efezu, ówczesnej metropolii Małej Azji i stolicy rzymskiej prowincji. W czasie swoich podróży po Małej Azji, Achai (Grecji) i do Jerozolimy św. Paweł zabierał ze sobą Tymoteusza do pomocy w posłudze apostolskiej. Święty uczeń dzielił także ze swoim mistrzem więzienie w Rzymie (Flp 2, 19-23). Dwa Pawłowe listy do Tymoteusza znajdują się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu. Paweł wydaje mu najpiękniejsze świadectwo i daje pouczenia, jak ma rządzić Kościołem w Efezie.
    Według podania, kiedy św. Jan Apostoł przybył do Efezu, Tymoteusz oddał się do jego dyspozycji. Kiedy zaś Apostoł został skazany na banicję na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana, Tymoteusz miał na nowo objąć biskupstwo w tym mieście.
    Tradycja głosi, że Tymoteusz miał ponieść śmierć męczeńską za Trajana z rąk rozjuszonego tłumu pogańskiego, kiedy miał odwagę publicznie zaprotestować przeciwko krwawym igrzyskom. Tłum miał rzucić się na starca i tak go pobić, że ten niebawem wyzionął ducha. Martyrologium Rzymskie podaje jeszcze inną wersję, że biskup miał występować przeciwko czci pogańskiej bogini Diany, która w Efezie miała swoje centralne sanktuarium. Możliwe, że obie przyczyny były powodem jego śmierci około roku 97. Dlatego do roku 1969 św. Tymoteusz odbierał chwałę jako męczennik. Ostatnia reforma liturgii czci go jednak jako wyznawcę w przekonaniu, że ostatnie chwile życia Tymoteusz spędził nie jako męczennik, mimo że w latach swojego pasterzowania wiele musiał wycierpieć dla sprawy Chrystusa.
    Jego relikwie przeniesiono z Efezu do Konstantynopola (356 r.) i umieszczono w bazylice Dwunastu Apostołów. W XII w. krzyżowcy wywieźli je do włoskiego miasta Termoli. Zamurowane, zostały odnalezione przypadkiem 7 maja 1945 roku.W ikonografii św. Tymoteusz przedstawiany jest w tunice lub jako biskup w liturgicznych szatach. U jego stóp leżą kamienie.Tytus znany jest wyłącznie z listów św. Pawła. Pochodził z rodziny grecko-rzymskiej, zamieszkałej w okolicy Antiochii Syryjskiej. Stamtąd bowiem Apostoł zabrał go do Jerozolimy. Został ochrzczony przez św. Pawła przed soborem apostolskim w 49 r. Obok Tymoteusza i św. Łukasza Ewangelisty Tytus należał do najbliższych i najbardziej zaufanych uczniów św. Pawła Apostoła. Towarzyszył mu w podróżach i na soborze apostolskim w Jerozolimie. Dowodem wyjątkowego zaufania, jakim młodego człowieka darzył św. Paweł, były delikatne misje, jakie mu powierzał. Jego to właśnie wysłał do Koryntu. Nie pozwolił go też obrzezać w przekonaniu, że jego praca apostolska będzie rozwijać się nie wśród Żydów, ale wśród pogan. W swoich Listach Apostoł Narodów oddaje Tytusowi najwyższe pochwały. Jeden list skierował wyłącznie do niego – tekst ten został włączony do kanonu Nowego Testamentu. Około roku 63 Paweł ustanowił Tytusa biskupem gminy chrześcijańskiej na Krecie.
    Tytus zmarł mając 94 lata. Według podania miał ponieść śmierć męczeńską w mieście Gortyna na Krecie za panowania cesarza Domicjana (81-96). Od roku 1969 Kościół zachodni, rzymski, oddaje mu cześć jako wyznawcy. Jego śmiertelne szczątki złożono w miejscu jego śmierci. Św. Andrzej z Jerozolimy, metropolita Krety (712-740), wygłosił ku czci św. Tytusa płomienne kazanie, nazywając go fundatorem Kościoła na Krecie, jego pierwszym pasterzem, kolumną, bramą obronną i ojcem wyspy. Po najeździe Saracenów na Kretę odnaleziono tylko relikwię jego głowy i umieszczono ją w relikwiarzu (823). W roku 1662 Wenecjanie zabrali ją do swego miasta i umieścili w bazylice św. Marka. Paweł VI w ramach ducha ekumenicznego zbliżenia nakazał tę relikwię zwrócić Kościołowi prawosławnemu. Wśród wielkich uroczystości została przewieziona na Kretę (12 maja 1966 roku) i umieszczona w mieście Heraklion (Iraklion).W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutem jest księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 stycznia

    Nawrócenie św. Pawła, Apostoła

    Nawrócenie św. Pawła

    Szaweł urodził się w Tarsie w Cylicji (obecnie Turcja) około 5-10 roku po Chrystusie. Pochodził z żydowskiej rodziny silnie przywiązanej do tradycji. Byli niewolnikami, którzy zostali wyzwoleni. Szaweł odziedziczył po nich obywatelstwo rzymskie. Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Później przybył do Jerozolimy, aby studiować Torę. Był uczniem Gamaliela (Dz 22, 3). Gorliwość w strzeżeniu tradycji religijnej sprawiła, że mając około 25 lat stał się zdecydowanym przeciwnikiem i prześladowcą Kościoła. Uczestniczył jako świadek w kamienowaniu św. Szczepana. Około 35 roku z własnej woli udał się z listami polecającymi do Damaszku (Dz 9, 1n; Ga 1, 15-16), aby tam ścigać chrześcijan. Jak podają Dzieje Apostolskie, u bram miasta “olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» – «Kto jesteś, Panie?» – powiedział. A On: «Jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić» (Dz 9, 3-6).
    Po tym nagłym, niespodziewanym i cudownym nawróceniu przyjął chrzest i zmienił imię na Paweł.
    Po trzech latach pobytu w Damaszku oraz krótkim pobycie w Jerozolimie odbył trzy misyjne podróże: pierwszą – w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; drugą w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecią w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Św. Paweł, nazywany Apostołem Narodów, jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu.
    W Palestynie Paweł został aresztowany i był przesłuchiwany przez prokuratorów Feliksa i Festusa. Dwa lata przebywał w więzieniu w Cezarei. Gdy odwołał się do cesarza, został deportowany drogą morską do Rzymu. Dwa lata przebywał w więzieniu o dość łagodnym regulaminie. Uwolniony, udał się do Efezu, Hiszpanii (prawdopodobnie; jak podaje Klemens, “dotarł do kresu Zachodu”, a tak określano tereny Półwyspu Iberyjskiego) i na Kretę. W Efezie albo w Troadzie aresztowano go po raz drugi (64 r.). W Rzymie oczekiwał na zakończenie procesu oraz wyrok.
    Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie mieczem w tym samym roku co św. Piotr Apostoł (67 r.). W Rzymie w IV wieku szczątki Pawła Apostoła złożono w grobowcu, nad którym wybudowano bazylikę św. Pawła za Murami. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.W ikonografii św. Paweł przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    24 stycznia

    Święty Franciszek Salezy,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Paula Gambara Costa, tercjarka
    Święty Franciszek Salezy

    Franciszek urodził się pod Thorens (w Alpach Wysokich) 21 sierpnia 1567 r. Jego ojciec, także Franciszek, był kasztelanem w Nouvelles i miał tytuł pana di Boisy. Matka, Franciszka, pochodziła również ze znakomitego rodu Sionnaz. Spośród licznego rodzeństwa Franciszek był najstarszy.
    W domu otrzymał wychowanie głęboko katolickie. Duży wpływ na jego późniejsze życie wywarła mamka Puthod i kapelan Deage. Jednak wpływ decydujący na wychowanie syna miała matka. Wyszła za pana di Boisy, gdy miała zaledwie 15 lat. On miał wówczas 45 lat, mógł być zatem dla niej raczej ojcem niż mężem. Wychowała 13 dzieci. Jej opiece było zlecone ponadto całe gospodarstwo i służba. Franciszka umiała znaleźć czas na wszystko, była bardzo pracowita, systematyczna, spokojna i zapobiegliwa. Właśnie przykład matki będzie dla Franciszka wzorem, jaki poleci osobom żyjącym w świecie, by nawet wśród najliczniejszych zajęć umiały jednoczyć się z Panem Bogiem.
    W roku 1573 jako sześcioletni chłopiec Franciszek rozpoczął regularną naukę w kolegium w La Roche-sur-Foron. W dwa lata później został przeniesiony do kolegium w Annecy, gdzie przebywał trzy lata. W tym też czasie przyjął pierwszą Komunię świętą i sakrament bierzmowania (1577). Kiedy miał 11 lat, zgodnie z ówczesnym zwyczajem otrzymał tonsurę jako znak przynależności do stanu duchownego. Kiedy miał zaledwie 15 lat, udał się do Paryża, by studiować na tamtejszym słynnym uniwersytecie. Ponadto w kolegium jezuitów studiował klasykę. W czasie tych studiów owładnęły nim wątpliwości, czy się zbawi, czy nie jest przeznaczony na potępienie. Właśnie wtedy wystąpił we Francji Kalwin ze swoją nauką o przeznaczeniu. Franciszek odzyskał spokój dopiero wtedy, gdy oddał się w niepodzielną opiekę Matki Bożej w kościele św. Stefana des Gres. Franciszek studiował ponadto na Sorbonie teologię i zagadnienia biblijne. Do rzetelnych studiów biblijnych przygotował się dodatkowo przez naukę języka hebrajskiego i greckiego.
    Posłuszny woli ojca, który chciał, by syn rozpoczął studia prawnicze, które mogły mu otworzyć drogę do kariery urzędniczej, Franciszek udał się z Sorbony do Padwy. Studia na tamtejszym uniwersytecie uwieńczył doktoratem. Wybrał się następnie do Loreto, gdzie złożył ślub dozgonnej czystości (1591). Potem odbył pielgrzymkę do Rzymu (1592). Kiedy syn powrócił do domu, ojciec miał już gotowy plan: zamierzał go wprowadzić jako adwokata i prawnika do senatu w Chambery i czynił starania, by go ożenić z bogatą dziedziczką, Franciszką Suchet de Mirabel. Franciszek jednak ku wielkiemu niezadowoleniu ojca obie propozycje stanowczo odrzucił. Natomiast zgłosił się do swojego biskupa, by ten go przyjął w poczet swoich duchownych. Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1593 przy niechętnej zgodzie rodziców. Jednocześnie został prepozytem kolegiaty św. Piotra, co uczyniło go drugą osobą po miejscowym biskupie.

    Święty Franciszek Salezy

    W rok potem (1594) za zezwoleniem biskupa Franciszek udał się w charakterze misjonarza do okręgu Chablais, by umocnić w wierze katolików i aby próbować odzyskać dla Chrystusa tych, którzy odpadli od wiary i przeszli na kalwinizm. Właśnie ten rejon Szwajcarii został wówczas przyłączony do Sabaudii (1593). Wśród niesłychanych trudów Franciszek musiał przełęczami pokonywać wysokości Alp, dochodzące w owych stronach do ponad 4000 m. Odwiedzał wioski i poszczególne zagrody wieśniaków. Miał dar nawiązywania kontaktu z ludźmi prostymi, umiał ich przekonywać, swoje spotkania okraszał złotym humorem. Na murach i parkanach rozlepiał ulotki – zwięzłe wyjaśnienia prawd wiary. Może dlatego właśnie Kościół ogłosił św. Franciszka Salezego patronem katolickich dziennikarzy. Wśród jego cnót na pierwszy plan wybijała się niezwykła łagodność. Był z natury popędliwy i skory do wybuchów. Jednakże długoletnią pracą nad sobą potrafił zdobyć się na tyle słodyczy i dobroci, że przyrównywano go do samego Chrystusa.
    W epoce fanatyzmu i zaciekłych sporów Franciszek objawiał wprost wyjątkowy umiar i łagodność. Jego ujmująca uprzejmość i takt spowodowały, iż nazwano go “światowcem pośród świętych”. W kontaktach między ludźmi wyznawał zasadę: “Więcej much się złapie na kroplę miodu aniżeli na całą beczkę octu”. Według podania miał on w ten sposób odzyskać dla Kościoła kilkadziesiąt tysięcy kalwinów. W swojej żarliwości apostolskiej Franciszek posunął się do tego, że w przebraniu udał się do Genewy i złożył wizytę głowie Kościoła kalwińskiego, Teodorowi Beze, usiłując nakłonić go do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Wizytę ponowił Franciszek aż trzy razy, chociaż nie dała ona konkretnych wyników.
    Misja w Chablais trwała 4 lata. W roku 1599 papież Klemens VIII mianował Franciszka biskupem pomocniczym. Po otrzymaniu sakry biskupiej Franciszek udał się ponownie do Chablais, by dokończyć tam swoją misję (1601).
    W 1602 r. został biskupem Genewy po śmierci biskupa Graniera. Z właściwą sobie żarliwością zabrał się natychmiast do dzieła. Rozpoczął od wizytacji 450 parafii swojej diecezji, położonej po większej części w Alpach. Niestrudzenie przemawiał, spowiadał, udzielał sakramentów świętych, rozmawiał z księżmi, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wiernymi. Wizytował także klasztory. Zreformował kapitułę katedralną. Zdając sobie sprawę, jak wielkie spustoszenia może sprawić ignorancja religijna, popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Za podstawę nauczania wiary służył katechizm, ułożony niedawno przez kardynała św. Roberta Bellarmina. Sam także cały wolny czas poświęcał nauczaniu. Stworzył nowy ideał pobożności – wydobył z ukrycia życie duchowe, wewnętrzne, praktykowane w klasztorach, aby “wskazywało drogę tym, którzy żyją wśród świata”. W roku 1604 zapoznał się Franciszek ze św. Joanną Franciszką de Chantal i przy jej współpracy założył nową rodzinę zakonną sióstr Nawiedzenia NMP (wizytek). Uzyskała ona zatwierdzenie papieskie w 1618 r. W 1654 r. przybyły one do Polski i zamieszkały w Warszawie. Zaproszony do Paryża w celu odbycia konferencji (1618-1619), Franciszek zapoznał się tu ze św. Wincentym a Paulo.
    Zmarł nagle w Lyonie, w drodze powrotnej ze spotkania z królem Francji, w dniu 28 grudnia 1622 r. Jego ciało przeniesiono do Annecy, gdzie spoczęło w kościele macierzystym Sióstr Nawiedzenia. Jego serce zatrzymały jednak wizytki w Lyonie. Beatyfikacja odbyła się w roku 1661, a kanonizacja już w roku 1665. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła (1877), a papież Pius XI patronem dziennikarzy i katolickiej prasy (1923). Ponadto czczony jest jako patron wizytek, salezjanów i salezjanek (Towarzystwa św. Franciszka Salezego, założonego przez św. Jana Bosko); Annecy, Chabery i Genewy.
    Jego pisma wyróżniają się tak pięknym językiem i stylem, że do dnia dzisiejszego zalicza się je do klasyki literatury francuskiej. Do najbardziej znanych należą: Kontrowersje, Filotea, czyli wprowadzenie do życia pobożnego (1608) i Teotym, czyli traktat o miłości Bożej (1616). Zostało także sporo jego listów (ok. 1000).
    Co roku w dzień wspomnienia św. Franciszka Salezego papież ogłasza orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W Polsce ten dzień obchodzony jest w III niedzielę września.Ikonografia przedstawia św. Franciszka Salezego w stroju biskupim – w rokiecie i mantolecie lub w stroju pontyfikalnym z mitrą na głowie. Jego atrybutami są: gorejąca kula ośmiopłomienna, księga, pióro, serce przeszyte strzałą i otoczone cierniową koroną trzymane w dłoni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    23 stycznia

    Błogosławieni
    Wincenty Lewoniuk i Towarzysze,
    męczennicy z Pratulina

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Henryk Suzo, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj Gross, męczennik
      •  Święty Ildefons, biskup
    Męczennicy z Pratulina

    Męczennicy z Pratulina byli prostymi chłopami z Podlasia. Zasłynęli niezwykłym męstwem i przywiązaniem do swej wiary podczas prześladowań Kościoła katolickiego, które miało miejsce na terenie zaboru rosyjskiego.
    Kościół unicki, będący w jedności z Rzymem, powstał na mocy Unii Brzeskiej z 1596 roku. Doprowadziła ona do zjednoczenia Kościoła prawosławnego na terenach Rzeczpospolitej z Kościołem katolickim i papieżem. Wyznawcy tego Kościoła, po zjednoczeniu, nazywani są powszechnie unitami.
    Prześladowania rosyjskie były wyjątkowo krwawe i dobrze zorganizowane. Carowie zaczynali likwidację Kościoła katolickiego od zniszczenia właśnie Kościoła unickiego. Czynili to planowo i systematycznie. W roku 1794 caryca Katarzyna II zlikwidowała Kościół unicki na podległych sobie ziemiach. W roku 1839 car Mikołaj I dokonał urzędowej likwidacji Kościoła unickiego na Białorusi i Litwie. W drugiej połowie XIX w. na terenach zajętych przez Rosję Kościół unicki istniał już tylko w diecezji chełmskiej, w Królestwie Polskim. Administracja carska zaplanowała likwidację także tego Kościoła. Car Aleksander II zaaprobował program prześladowań.
    Na styczeń 1874 roku zaplanowano wprowadzenie obrzędów prawosławnych do liturgii unickiej. Następnie mieli to zaakceptować wierni, a rząd rosyjski oficjalnie potwierdzał przystąpienie danej parafii do Kościoła prawosławnego. Wcześniej usunięto biskupa i kapłanów, którzy nie zgadzali się na reformy prowadzące do zerwania jedności z papieżem. Za swoją wierność zapłacili oni zsyłkami na Sybir, więzieniem lub usunięciem z parafii. Wierni świeccy, pozbawieni pasterzy, sami ofiarnie bronili swojego Kościoła, jego liturgii i jedności z papieżem, często nawet za cenę życia.
    W Pratulinie doszło do starcia z Kutaninem, carskim naczelnikiem powiatu. Żądał on, aby miejscowi parafianie oddali kościół nowemu duszpasterzowi. Ludność nie zgodziła się na oddanie świątyni. Mieszkańcy otrzymali kilka dni do namysłu. Kutanin powrócił do Pratulina w dniu 24 stycznia 1874 roku, ale nie sam, lecz z kozakami. Żołnierzami dowodził pułkownik Stein. Na wieść o tym przy cerkwi zebrała się niemal cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy cerkiewnych. Straszył zgromadzonych wojskiem. Otoczył kościół, zajmując pozycje za parkanem przykościelnym.
    Unici wiedzieli, że obrona świątyni może ich kosztować utratę życia. Szli do kościoła, aby bronić wiary i byli gotowi na wszystko. Żegnali się z bliskimi w rodzinach, ubierali się odświętnie, ponieważ, jak mówili, szło o najświętsze sprawy. Nie mogąc nakłonić unitów do rozejścia się ani groźbami, ani obietnicami łask carskich, dowódca dał rozkaz strzelania do zebranych. Widząc, że wojsko ma nakaz zabijania stawiających opór, wierni uniccy uklękli na cmentarzu świątynnym i śpiewem przygotowywali się do złożenia życia w ofierze. Umierali pełni pokoju, z modlitwą na ustach, śpiewając “Święty Boże” i “Kto się w opiekę”. Nie złorzeczyli prześladowcom, gdyż jak mówili: “słodko jest umierać za wiarę”.
    Pułkownik Stein wydał rozkaz, aby żołnierze się przegrupowali, a następnie ustawili bagnety na karabinach i przygotowali do odebrania cerkwi przemocą. Wśród obrońców byli dawni żołnierze carskiej armii, którzy znali zasady wojskowego rzemiosła. Wiedzieli, że żołnierze nie mogą postępować brutalnie wobec ludności cywilnej. Wojsko przekroczyło parkan i bijąc ludzi kolbami karabinów i kłując bagnetami, torowało sobie drogę do cerkwi.Przy świątyni w Pratulinie w dniu 24 stycznia 1874 roku poniosło śmierć za wiarę i jedność Kościoła 13 unitów. Byli to:
    Wincenty Lewoniuk, lat 25, żonaty, pochodził z Woroblina. Był człowiekiem pobożnym i cieszył się uznaniem u ludzi. Jako pierwszy oddał życie w obronie świątyni.
    Daniel Karmasz, lat 48, żonaty, pochodził z Lęgów. Jego syn mówił, że ojciec był człowiekiem religijnym. Jako przewodniczący bractwa podczas obrony kościoła stanął na czele z krzyżem, który do dzisiaj jest przechowywany w Pratulinie.
    Łukasz Bojko, lat 22, kawaler, pochodził z Lęgów. Brat zaświadczył, że Łukasz był człowiekiem szlachetnym, religijnym i cieszył się dobrą opinią wśród ludzi. W czasie obrony świątyni bił w dzwony.
    Konstanty Bojko, lat 49, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był ubogim rolnikiem i sprawiedliwym człowiekiem.
    Konstanty Łukaszuk, lat 45, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem, szanowanym przez ludzi. W wyniku otrzymanych ran zmarł następnego dnia, zostawiając żonę i siedmioro dzieci.
    Bartłomiej Osypiuk, lat 30, pochodził z Bohukal. Był żonaty z Natalią i miał dwoje dzieci. Cieszył się szacunkiem mieszkańców. Był uczciwy, roztropny i pobożny. Śmiertelnie ranionego przewieziono go do domu, gdzie zmarł modląc się za prześladowców.
    Anicet Hryciuk, lat 19, kawaler, pochodził z Zaczopek. Był młodzieńcem dobrym, pobożnym i kochającym Kościół. Idąc do Pratulina z żywnością dla obrońców, powiedział do matki: “Może i ja będę godny, że mnie zabiją za wiarę”. Zginął przy świątyni 24 stycznia w godzinach popołudniowych.
    Filip Kiryluk, lat 44, żonaty, pochodził z Zaczopek. Wnuk zaświadczył, że miał opinię troskliwego ojca, dobrego i pobożnego człowieka. Zachęcał innych do wytrwania przy świątyni i sam oddał życie za wiarę.
    Ignacy Frańczuk, lat 50, pochodził z Derła. Był żonaty z Heleną. Miał siedmioro dzieci. Syn mówił, że ojciec starał się wychowywać dzieci w bojaźni Bożej. Wierność Bogu przedkładał nad wszystko. Idąc do Pratulina założył odświętne ubranie i ze wszystkimi się pożegnał, przeczuwając, że już nie wróci. Po śmierci Daniela podniósł krzyż i stanął na czele broniących świątyni.
    Jan Andrzejuk, lat 26, pochodził z Derła. Był żonaty z Mariną, miał dwóch synów. Uważany był za człowieka bardzo dobrego i roztropnego. Pełnił funkcję kantora w parafii. Odchodząc do Pratulina żegnał się ze wszystkimi, jakby to miało być ostatnie pożegnanie. Ciężko ranny przy kościele, został przewieziony do domu, gdzie niebawem zasnął w Panu.
    Maksym Gawryluk, lat 34, pochodził z Derła. Był żonaty z Dominiką. Cieszył się opinią dobrego i uczciwego człowieka. Ciężko ranny przy świątyni, umarł w domu dnia następnego.
    Onufry Wasyluk, lat 21, pochodził z Zaczopek. Był praktykującym katolikiem, uczciwym i szanowanym w miejscowości człowiekiem.
    Michał Wawryszuk, lat 21, pochodził z Derła. Pracował w majątku Pawła Pikuły w Derle. Cieszył się dobrą opinią. Ciężko ranny przy kościele, zmarł następnego dnia w domu.Męczeństwo w Pratulinie nie było faktem odosobnionym. Szczególnie od stycznia 1874 roku każda parafia unicka na Podlasiu pisała swoje męczeńskie dzieje. Car oficjalnie zlikwidował unicką diecezję chełmską w 1875 roku, a unitów zapisał wbrew ich woli do Kościoła prawosławnego. Wierni tego nie przyjęli i za swoją wierność Kościołowi katolickiemu płacili wielokrotnie śmiercią, zsyłkami na Sybir, więzieniem, karami. Pozostawionym bez pasterzy unitom z tajną posługą kapłańską śpieszyli księża katoliccy z Podlasia oraz misjonarze z Galicji i regionu poznańskiego. Mocna wiara unitów i solidarna pomoc Kościoła katolickiego pozwoliły przetrwać czas prześladowań i doczekać dekretu o wolności religijnej cara Mikołaja II z kwietnia 1905 roku. W tym właśnie roku większość unitów z Podlasia i lubelszczyzny przepisała się do parafii rzymskokatolickich, gdyż struktury Kościoła unickiego jeszcze wtedy nie istniały.
    Ponieważ o męczeństwie unitów z Pratulina zachowało się najwięcej dokumentów, biskup podlaski Henryk Przeździecki wybrał ich jako kandydatów na ołtarze i przedstawicieli wszystkich męczenników, którzy na Podlasiu oddawali życie za wiarę i jedność Kościoła.
    Unici z Pratulina i innych parafii zostali od samego początku uznani za męczenników przez swoje rodziny, przez parafian, przez lud na Podlasiu, a także przez Kościół powszechny. Hołd dla męczeńskiej śmierci unitów złożyli papieże Pius IX, Leon XIII i Pius XII. Ich ofiara pomogła mieszkańcom Podlasia zachować wiarę i tożsamość narodową w ciężkich czasach panowania ateistycznego komunizmu.
    Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i 12 Towarzyszy byli mężczyznami w wieku od 19 do 50 lat. Z zeznań świadków i dokumentów historycznych wynika, że byli ludźmi dojrzałej wiary. Masakra przy kościele zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez innego kozaka. Przerwano więc ogień i żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli siekierą. Do świątyni wprowadzono rządowego proboszcza. Rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było około 180 osób. Ciała zabitych leżały na cmentarzu kościelnym przez całą dobę. Potem pogrzebano je bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce. Zostali pogrzebani przez wojsko rosyjskie bez szacunku i bez udziału najbliższej rodziny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku grób męczenników został należycie upamiętniony. 18 maja 1990 roku szczątki Męczenników zostały przewiezione z grobu do świątyni parafialnej.
    Obrona świątyni otoczonej uzbrojonym wojskiem nie była skutkiem chwilowego przypływu gorliwości, ale konsekwencją głębokiej wiary mieszkańców Pratulina. Męczennicy uniccy pod wieloma względami są podobni do męczenników z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to prości wierni ginęli za odważne wyznawanie wiary w Chrystusa.
    Do grona błogosławionych męczennicy pratulińscy zostali wprowadzeni przez św. Jana Pawła II w dniu 6 października 1996 roku, w rocznicę 400-lecia zawarcia Unii Brzeskiej. Trzy lata później, w czerwcu 1999 r. w homilii podczas Mszy św. odprawianej w Siedlcach papież mówił m.in.:
    Męczennicy z Pratulina bronili Kościoła, który jest winnicą Pana. Oni tej winnicy pozostali wierni aż do końca i nie ulegli naciskom ówczesnego świata, który ich za to znienawidził. W ich życiu i śmierci wypełniła się prośba Chrystusa z modlitwy arcykapłańskiej: “Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził (…). Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. (…) Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17, 14-15. 17-19). Dali świadectwo swej wierności Chrystusowi w Jego świętym Kościele. W świecie, w którym żyli, z odwagą starali się prawdą i dobrem zwyciężać szerzące się zło, a miłością chcieli pokonywać szalejącą nienawiść. Tak jak Chrystus, który za nich w ofierze oddał samego siebie, by byli uświęceni w prawdzie – tak też oni za wierność prawdzie Chrystusowej i w obronie jedności Kościoła złożyli swoje życie. Ci prości ludzie, ojcowie rodzin, w krytycznym momencie woleli ponieść śmierć, aniżeli ulec naciskom niezgodnym z ich sumieniem. “Jak słodko jest umierać za wiarę” – były to ostatnie ich słowa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 stycznia

    Święty Wincenty Pallotti, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wincenty, diakon i męczennik
      •  Błogosławiona Laura Vicuña, dziewica
      •  Błogosławiony Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
    Święty Wincenty Pallotti

    Wincenty Pallotti urodził się 21 kwietnia 1795 r. i pracował przez całe życie w Rzymie. Matka Wincentego, Magdalena de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, a ojciec, Piotr Pallotti – zamożnym kupcem i żarliwym miłośnikiem różańca; po latach Wincenty dziękował Bogu za “świętych rodziców”. Został ochrzczony następnego dnia po narodzeniu. Otrzymał wówczas imiona: Wincenty, Alojzy, Franciszek. Był trzecim z dziesięciorga dzieci. Po ukończeniu szkoły podstawowej i gimnazjalnej Wincenty zapisał się na studia filozoficzne, a potem teologiczne na papieskim uniwersytecie “Sapienza”, które uwieńczył podwójnym doktoratem. W czasie studiów zapoznał się ze św. Kasprem del Bufalo (+ 1837). Święcenia kapłańskie otrzymał w Rzymie 16 maja 1818 roku. Jako doktor filozofii i teologii, a także magister filologii greckiej, w latach 1819-1829 wykładał na uniwersytecie. W latach 1827-1840 był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim. Przez pewien czas pełnił funkcję duszpasterza wojskowego w państwie kościelnym (1842). Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia cechowe dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt.
    4 kwietnia 1835 roku założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, charakteryzujące się nowatorskim programem duszpasterskim, który opiera się na współpracy świeckich i duchownych. Na czele Zjednoczenia miała stać nowa rodzina zakonna, Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (SAC), która miała spełniać zadanie animatora wszystkich dzieł katolickiego apostolatu. Nową rodzinę zakonną związał jedynie przyrzeczeniem i profesją. Do dziś centralną część tego dzieła stanowią księża i bracia pallotyni oraz siostry pallotynki. Pallotyni zatwierdzeni zostali przez Stolicę Apostolską w roku 1904. Na ziemiach polskich pallotyni pojawili się w 1907 roku, już trzy lata po zatwierdzeniu Stowarzyszenia.
    Jeszcze za swojego życia Wincenty Pallotti otrzymał zaszczytny tytuł “apostoła Rzymu” i “drugiego św. Filipa Nereusza”. Nazywa się go również prekursorem Akcji Katolickiej, która swoje apogeum osiągnęła za rządów papieża Piusa XI (1922-1939). Święty może być uważany także za ojca współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował Oktawę Modlitw o jedność po uroczystości Objawienia Pańskiego (obecnie jest ona obchodzona w dniach 18-25 stycznia). Pozostawił po sobie wiele pism.
    Zmarł 22 stycznia 1850 r. z powodu choroby, której nabawił się spowiadając w zimnym kościele, oddawszy swój płaszcz żebrakowi. Chociaż jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się bardzo wcześnie, bo w dwa lata po jego śmierci, trwał długo właśnie z powodu rozległej działalności, jaką sługa Boży prowadził. Błogosławionym ogłosił Wincentego papież Pius XII 22 stycznia 1950 r. (dokładnie w setną rocznicę śmierci Wincentego), a do chwały świętych wyniósł go 20 stycznia 1963 r. Jan XXIII. Jest patronem hodowców winorośli.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    21 stycznia

    Święta Agnieszka, dziewica i męczennica

    Święta AgnieszkaAgnieszka była w starożytności jedną z najbardziej popularnych świętych. Piszą o niej św. Ambroży, św. Hieronim, papież św. Damazy, papież św. Grzegorz I Wielki i wielu innych. Jako 12-letnia dziewczynka, pochodząca ze starego rodu, miała ponieść męczeńską śmierć na stadionie Domicjana około 305 roku. Na miejscu “świadectwa krwi” dzisiaj jest Piazza Navona – jedno z najpiękniejszych i najbardziej uczęszczanych miejsc Rzymu. Tuż obok, nad grobem męczennicy, wzniesiono bazylikę pod jej wezwaniem, w której 21 stycznia – zgodnie ze starym zwyczajem – poświęca się dwa białe baranki.
    Według przekazów o rękę Agnieszki, która złożyć miała wcześniej ślub czystości, rywalizowało wielu zalotników, a wśród nich pewien młody rzymski szlachcic oczarowany jej urodą. Ona jednak odrzuciła wszystkich, mówiąc, że wybrała Małżonka, którego nie potrafią zobaczyć oczy śmiertelnika. Zalotnicy, chcąc złamać jej upór, oskarżyli ją, że jest chrześcijanką. Doprowadzona przed sędziego nie uległa ani łagodnym namowom, ani groźbom. Rozniecono ogień, przyniesiono narzędzia tortur, ale ona przyglądała się temu z niewzruszonym spokojem.
    Wobec tego odesłano ją do domu publicznego, ale jej postać budziła taki szacunek, że żaden z grzesznych młodzieńców odwiedzających to miejsce nie śmiał się zbliżyć do niej. Jeden, odważniejszy niż inni, został nagle porażony ślepotą i upadł w konwulsjach. Młoda Agnieszka wyszła z domu rozpusty niepokalana i nadal była czystą małżonką Chrystusa.
    Zalotnicy znów zaczęli podburzać sędziego. Bohaterska dziewica została wtedy rzucona w ogień, ale kiedy wyszła z niego nietknięta, skazano ją na ścięcie. “Udała się na miejsce kaźni – mówi św. Ambroży – szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Wśród powszechnego płaczu ścięto jej głowę. Poszła na spotkanie Nieśmiertelnego małżonka, którego ukochała bardziej niż życie.Święta AgnieszkaAgnieszka jest patronką dzieci, panien i ogrodników. Według legendy św. Agnieszka, całkowicie obnażona na stadionie, została rzucona na pastwę spojrzeń tłumu. Za sprawą cudu okryła się płaszczem włosów. Imię Agnieszki jest wymieniane w I Modlitwie Eucharystycznej – Kanonie rzymskim. Artyści przedstawiają Agnieszkę z barankiem, gdyż łacińskie imię Agnes wywodzi się zapewne od łacińskiego wyrazu agnus – baranek. Dlatego powstał zwyczaj, że w dzień św. Agnieszki poświęca się baranki hodowane przez trapistów w rzymskim opactwie Tre Fontane (znajdującym się w miejscu ścięcia św. Pawła), a następnie przekazuje się je siostrom benedyktynkom z klasztoru przy kościele św. Cecylii na Zatybrzu. Z ich wełny zakonnice wyrabiają paliusze, które papież nakłada co roku 29 czerwca (w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła) świeżo mianowanym metropolitom Kościoła katolickiego.W ikonografii św. Agnieszkę przedstawia się z barankiem mającym nimb lub z dwiema koronami – dziewictwa i męczeństwa. Nieraz obok płonie stos, na którym próbowano ją spalić. Jej atrybutami są ponadto: gałązka palmowa, kość słoniowa, lampka oliwna, lilia, miecz, zwój. W sztuce wschodniej św. Agnieszka przedstawiana jest w szatach żółtych (a nie czerwonych, jak męczennicy) i z krzyżem męczeńskim w ręce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 stycznia

    Święty Sebastian, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Fabian, papież i męczennik
      •  Święta Eustachia Calafato, dziewica
      •  Błogosławiony Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
      •  Błogosławiony Angelo Paoli, prezbiter
    Święty Sebastian

    Informacji o Sebastianie dostarcza nam Opis męczeństwa nieznanego autora z roku 354 oraz komentarz św. Ambrożego do Psalmu 118. Według tych dokumentów ojciec Sebastiana miał pochodzić ze znakomitej rodziny urzędniczej w Narbonne (Galia), matka zaś miała pochodzić z Mediolanu. Staranne wychowanie i stanowisko ojca miało synowi utorować drogę na dwór cesarski. Miał być przywódcą gwardii cesarza Marka Aurelego Probusa (276-282).
    Według św. Ambrożego Sebastian był dowódcą przybocznej straży samego Dioklecjana. Za to, że mu wypomniał okrucieństwo wobec niewinnych chrześcijan, miał zostać przeszyty strzałami. “Dioklecjan kazał żołnierzom przywiązać go na środku pola do drzewa i zabić strzałami z łuków. Tyle strzał tedy utkwiło w nim, że podobny był do jeża, a żołnierze przypuszczając, że już nie żyje, odeszli” – zapisał bł. Jakub de Voragine OP w swojej średniowiecznej “Złotej legendzie”.
    Na pół umarłego odnalazła go pewna niewiasta, Irena, i swoją opieką przywróciła mu zdrowie. Sebastian, gdy tylko powrócił do sił, miał ponownie udać się do cesarza i zwrócić mu uwagę na krzywdę, jaką wyrządzał niewinnym wyznawcom Chrystusa. Wtedy Dioklecjan kazał go zatłuc pałkami, a jego ciało wrzucić do Cloaca Maxima. Wydobyła je stamtąd i pochowała ze czcią w rzymskich katakumbach niewiasta Lucyna. Był to prawdopodobnie rok 287 lub 288.
    Św. Sebastian cieszył się tak wielką czcią w całym Kościele, że należał do najbardziej znanych świętych. Rzym uczynił go jednym ze swoich głównych patronów. Papież Eugeniusz II (824-827) podarował znaczną część relikwii św. Sebastiana św. Medardowi do Soissons (biskupowi z terenów obecnej Francji). Relikwię głowy Świętego papież Leon IV (+ 855) podarował dla bazyliki w Rzymie pod wezwaniem “Czterech Koronatów”, która znajduje się w pobliżu Koloseum. Św. Sebastiana zaliczano do grona Czternastu Wspomożycieli. Nad grobem męczennika wybudowano kościół pod jego wezwaniem – to obecna bazylika św. Sebastiana za Murami (San Sebastiano fuori le Mura), gdzie spoczywają jego relikwie. W miejscu męczeństwa powstał drugi kościół, bazylika św. Sebastiana na Palatynie (San Sebastiano al Palatino). W bazylice św. Piotra w Watykanie znajduje się kaplica św. Sebastiana, która obecnie jest miejscem spoczynku św. Jana Pawła II.
    Sebastian jest patronem Niemiec, inwalidów wojennych, chorych na choroby zakaźne, kamieniarzy, łuczników, myśliwych, ogrodników, rusznikarzy, strażników, strzelców, rannych i żołnierzy. Poświęcono mu liczne i wspaniale dzieła. Jego męczeństwo natchnęło wielu artystów – malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy i muzyków tej miary, co Messina, Rubens, Veronese, Ribera, Guido Reni, Giorgetti, Debussy.
    W ikonografii przedstawiany jest w białej tunice lub jako piękny obnażony młodzieniec, przywiązany do słupa albo drzewa, przeszyty strzałami. Czasami u jego nóg leży zbroja. Na starochrześcijańskiej mozaice w kościele św. Piotra w Okowach w Rzymie ukazany jest jako człowiek stary z białą brodą, w uroczystym dworskim stroju. Atrybuty Świętego: krucyfiks, palma męczeństwa, włócznia, miecz, tarcza, dwie strzały w dłoniach, przybity wyrok śmierci nad głową.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 stycznia

    Święty Józef Sebastian Pelczar, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
      •  Święty Mariusz, męczennik
      •  Błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
      •  Święty Makary Wielki, opat
      •  Święty Kanut Leward, król i męczennik
    Święty Józef Sebastian Pelczar

    Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna, w rodzinie Wojciecha i Marianny, średniozamożnych rolników. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu. Wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Od szóstego roku życia był ministrantem w kościele parafialnym. Po ukończeniu szkoły w Korczynie kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Zaowocowało to jego pracą zatytułowaną Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim.
    Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny.
    W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny. Zwiększył o 57 liczbę placówek duszpasterskich. Dzięki pomocy biskupa sufragana Karola Fischera dokonywał często wizytacji kanonicznych w parafiach.
    W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy.
    Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez św. Jana Pawła II. Papież podczas homilii mówił wtedy m.in.:Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie – tacy jak każdy z nas – którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.

    18 maja 2003 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:

    Święty Józef Sebastian Pelczar - obraz kanonizacyjny

    Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: “Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez niepokalane ręce Najświętszej Maryi Panny”. To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi Chrystusowi przez Maryję.
    Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. “Zdumienie – mówił – musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (…) ustanawiając Najświętszy Sakrament”. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która “w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła”; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była “tabernakulum” – pierwszym “tabernakulum” w historii (por. encyklika Ecclesia de Eucharistia, 55). Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał. Do założonego przez siebie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego pisał: “Pośród pragnień Serca Jezusowego jednym z najgorętszych jest to, by Najświętsza Jego Rodzicielka była czczona od wszystkich i miłowana, raz dlatego, że Ją Pan sam niewypowiedzianie miłuje, a po wtóre, że Ją uczynił Matką wszystkich ludzi, żeby Ona swą słodkością pociągała do siebie nawet tych, którzy uciekają od świętego Krzyża, i wiodła ich do Serca Boskiego”.
    Relikwie św. Józefa Sebastiana Pelczara znajdują się w przemyskiej katedrze. W szczególny sposób święty biskup jest czczony w krakowskim kościele sercanek, gdzie znajduje się poświęcona mu kaplica.
    W ikonografii św. Józef Pelczar przedstawiany jest w stroju biskupim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 stycznia

    Święta Małgorzata Węgierska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Regina Protmann, dziewica
    Święta Małgorzata Węgierska

    Małgorzata urodziła się 27 stycznia 1242 r. w twierdzy Klis. Była ósmym dzieckiem króla Węgier Beli IV i Marii Laskaris. Pochodziła z rodziny Arpadów, z której wywodzili się także: św. Stefan (+ 1038), jego syn św. Emeryk (+ 1031) i św. Władysław (+ 1095). Jej rodzonymi siostrami były: św. Kinga (+ 1292) i bł. Jolenta (+ 1298), a ciotkami – św. Elżbieta z Turyngii (+ 1231) i bł. Salomea (+ 1268). Jej dziadek po kądzieli był cesarzem bizantyjskim.
    Jeszcze przed swoim narodzeniem (w 1242 r.) została przez rodziców ofiarowana Bogu za ocalenie ojczyzny od najazdu Tatarów. W wieku około czterech lat powierzona została opiece mniszek Zakonu Kaznodziejskiego (dominikanek) w Veszprem (czyt.: Vesprem). Gdy chciano ją później zwolnić ze zobowiązań, aby mogła wyjść za mąż, odmówiła. Rodzina usiłowała ją bowiem za wszelką cenę wydobyć z zakonu i wydać za księcia kaliskiego, Bolesława Pobożnego, następnie za Ottokara II, króla czeskiego, wreszcie za króla Neapolu, Karola Andegaweńskiego. Wszystkie te ponętne propozycje stanowczo odrzuciła. Co więcej, w obecności prymasa Węgier i innych dostojników państwa uroczyście potwierdziła stanowczą wolę pozostania w zakonie, korony ziemskie oddając za koronę niebieską.
    Kiedy miała 10 lat, przeniosła się do klasztoru dominikanek na wyspie Lepri na Dunaju jako internistka, a niebawem jako zakonnica. Chociaż pochodziła z tak znakomitej rodziny, Małgorzata nie wstydziła się prac fizycznych, służebnych. Budowała wszystkich umiłowaniem ubóstwa, rezygnując chętnie nawet z rzeczy najpotrzebniejszych, czyniąc to z miłości do Chrystusa. Pan Bóg wyróżnił ją darem kontemplacji, wizji i charyzmatem proroczym. W wieku dwunastu lat, w Budzie, w klasztorze zbudowanym dla niej przez króla, złożyła śluby zakonne na ręce generała Zakonu Dominikańskiego, bł. Humberta z Romans. Doszła do godnej podziwu gorliwości i bez reszty oddała się Chrystusowi Ukrzyżowanemu. Prowadziła życie surowe.

    Święta Małgorzata Węgierska

    Trwając w ascezie monastycznej i pełnieniu dzieł miłosierdzia, potrafiła połączyć ze sobą gorliwe starania o przywrócenie pokoju i niezwykłe męstwo w znoszeniu niesprawiedliwych podejrzeń z wielką miłością w stosunku do sióstr, dla których pragnęła spełniać najniższe posługi. Pełniła oficjum infirmerki – z wielkim oddaniem opiekowała się chorymi. Płonęła ogromną miłością do tajemnicy Eucharystii oraz męki Odkupiciela. Wyróżniała się również nabożeństwem do Ducha Świętego i Najświętszej Maryi Panny.
    Zmarła 18 stycznia 1270 roku w wieku 28 lat. Wyspę Lepri nazwano wyspą św. Małgorzaty i tak do dzisiaj się ona nazywa. Do grobu Małgorzaty spieszyły tłumy Węgrów. Obecnie grób ten jest zachowany, ale pusty, ponieważ szczątki Małgorzaty przeniesiono w 1782 r. do klasztoru klarysek w Pozsony (obecnie Bratysława), po kasacie klasztoru w Budapeszcie. Relikwie częściowo zniszczono w 1789 roku, a ocalałe części znajdują się w Esztergomie (Ostrzyhomiu), Gyor i Pannonhalmie.
    Proces beatyfikacyjny wymienia ok. 300 niezwykłych łask, otrzymanych za wstawiennictwem Małgorzaty. 28 lipca 1789 papież Pius VI zaliczył ją w poczet błogosławionych, a w poczet świętych włączył ją Pius XII 19 listopada 1943 roku.
    W ikonografii przedstawia się św. Małgorzatę w habicie dominikańskim, z królewską koroną złożoną u jej stóp, z lilią i księgą w ręce. Atrybutem jej są także stygmaty.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 stycznia

    Święty Antoni, opat

    Święty Antoni i św. Paweł z Teb

    Antoni (zwany później Wielkim) urodził się w Środkowym Egipcie w 251 r. Miał zamożnych i religijnych rodziców, których jednak wcześnie stracił (w wieku 20 lat). Po ich śmierci, kierując się wskazaniem Ewangelii, sprzedał ojcowiznę, a pieniądze rozdał ubogim. Młodszą siostrę oddał pod opiekę szlachetnym paniom, zabezpieczając jej byt materialny. Sam zaś udał się na pustynię w pobliżu rodzinnego miasta. Tam oddał się pracy fizycznej, modlitwie i uczynkom pokutnym. Podjął życie pełne umartwienia i milczenia. Nagła zmiana trybu życia kosztowała go wiele wyrzeczeń, a nawet trudu. Jego żywot, spisany przez św. Atanazego, głosi, że Antoni musiał znosić wiele jawnych ataków ze strony szatana, który go nękał, jawiąc mu się w różnych postaciach. Doznawał wtedy umacniających go wizji nadprzyrodzonych.
    Początkowo Antoni mieszkał w grocie. Około 275 r. przeniósł się na Pustynię Libijską. Dziesięć lat później osiadł w ruinach opuszczonej fortecy Pispir na prawym brzegu Nilu. Miał dar widzenia rzeczy przyszłych. Słynął ze świętości i mądrości. Walki wewnętrzne, jakie ze sobą stoczył, stały się później ulubionym tematem malarzy (H. Bosch, M. Grünewald) i pisarzy (G. Flaubert, A. France).

    Święty Antoni Pustelnik

    Jego postawa znalazła wielu naśladowców. Sława i cuda sprawiły, że zaczęli ściągać uczniowie, pragnący poddać się jego duchowemu kierownictwu. Po wielu sprzeciwach zdecydował się ich przyjąć i odtąd oaza Faium na pustyni zaczęła zapełniać się rozrzuconymi wokół celami eremitów (miało ich być około 6000). Owe wspólnoty pustelników nazwano laurami. Wśród pierwszych uczniów Antoniego znalazł się św. Hilarion.
    W 311 r. Antoni gościł w Aleksandrii, wspierając duchowo prześladowanych przez cesarza Maksymiana chrześcijan. Spotkał się wówczas ze św. Aleksandrem, biskupem tego miasta i męczennikiem. Następnie, ok. 312 roku, udał się do Tebaidy, gdzie w grocie w okolicy Celzum, w górach odległych ok. 30 km od Nilu, spędził ostatnie lata życia. Stąd właśnie wybrał się do Teb, gdzie odwiedził św. Pawła Pustelnika. W latach 334-335 ponownie udał się do Aleksandrii. W roku 318 wystąpił tam bowiem z błędną nauką kapłan Ariusz. Znalazł on wielu zwolenników. Zatroskany o czystość wiary, żyjący jeszcze św. Aleksander zwołał synod, na którym około stu biskupów potępiło naukę Ariusza. Znalazł on jednak potężnych protektorów, nawet w samym cesarzu Konstantynie Wielkim, a przede wszystkim w jego następcy – Konstancjuszu, który rozpoczął bezwzględną walkę z przeciwnikami arianizmu. Dla ustalenia, po czyjej stronie jest prawda, Antoni udał się do Aleksandrii, gdzie biskupem był wówczas św. Atanazy. Po rozmowach z nim stał się żarliwym obrońcą czystości wiary wśród swoich uczniów.
    Cieszył się wielkim poważaniem. Korespondował m.in. z cesarzem Konstantynem Wielkim i jego synami. Zachowane listy Antoniego do mnichów zawierają głównie nauki moralne – szczególny nacisk kładzie w nich na poszukiwanie indywidualnej drogi do doskonałości, wsparte lekturą Pisma św.

    Święty Antoni Pustelnik

    Według podania św. Antoni zmarł 17 stycznia 356 roku w wieku 105 lat. Życie św. Antoniego było przykładem dla wielu nie tylko w Egipcie, ale i w innych stronach chrześcijańskiego świata. Jego kult rychło rozprzestrzenił się na całym Wschodzie. W roku 561 cesarz Justynian I przeniósł uroczyście jego relikwie do Aleksandrii. W roku 635 przeniesiono je do Konstantynopola. W wieku XII krzyżowcy zabrali je stamtąd do Francji do Monte-Saint-Didier, a w roku 1491 do Saint Julien koło Arles. Antoni jest patronem zakonu antoninów (powstałego w XII w. dla obsługi pielgrzymów przybywających do grobu św. Antoniego), dzwonników, chorych, hodowców trzody chlewnej (według legendy uzdrowił niewidome prosię), koszykarzy, rzeźników, szczotkarzy i ubogich. Orędownik w czasie pożarów. W ciągu wieków wzywano go podczas epidemii oraz chorób skórnych. Ku czci św. Antoniego Pustelnika wyrabiano krzyżyki w formie tau. Ku jego czci poświęcano również ogień, by chronił bydło od zarazy zwanej “ogniem”.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest jako pustelnik, czasami w długiej szacie mnicha. Szczególne zainteresowanie artystów budził temat kuszenia św. Antoniego. Jego atrybutami są: jeden, dwa lub trzy diabły, diabeł z pucharem, dzwonek, dzwonek i laska, krzyż egipski w kształcie litery tau, księga reguły monastycznej, lampa, lampka oliwna, laska, lew kopiący grób, pochodnia, świnia, pod postacią której kusił go szatan, źródło.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 stycznia

    Święty Honorat, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Marceli I, papież i męczennik
      •  Święta Joanna z Balneo, dziewica
      •  Święci Berard i Towarzysze, pierwsi męczennicy franciszkańscy
    Święty Honorat

    Honorat pochodził z dostojnej rodziny namiestników rzymskich w Galii. Urodził się w drugiej połowie wieku IV. Chrzest przyjął, gdy był już młodzieńcem. Czytając żywoty świętych, zapalił się do ich naśladowania. Nie umiejąc jednak zachować miary w zadawanych sobie pokutach, nabawił się ciężkiej choroby. Gdy wrócił do zdrowia, zamieszkał na jednej z dwóch Wysp Leryńskich (Lerins) u wybrzeży Francji w pobliżu Cannes. Wyspa ta potem otrzymała nazwę Wyspy św. Honorata. Niebawem koło mistrza zaczęli gromadzić się uczniowie. W taki to sposób powstał jeden z najsłynniejszych w średniowieczu ośrodków życia zakonnego. Klasztor w Lerins dał Kościołowi ok. 70 świętych. W wieku VI opactwo przyjęło regułę św. Benedykta. Od roku 1859 są tu cystersi.
    Jako opat klasztoru w Lerins Honorat przyjął święcenia kapłańskie. W 427 roku został powołany na biskupstwo w Arles. Przy katedrze założył klasztor i ze swymi kanonikami prowadził zakonny tryb życia.
    Otoczony licznym zastępem swoich uczniów, oddał Bogu ducha 16 stycznia 429 lub 430 roku. Relikwie Świętego spalili jakobini w czasie rewolucji francuskiej pod koniec wieku XVIII. Zachowała się jedynie ich część w Auribeau i w Cannes. Żywot Honorata spisał św. Hilary z Arles.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 stycznia

    Święty Paweł z Teb, pustelnik

    Zobacz także:
      •  Święci Maur i Placyd, uczniowie św. Benedykta
      •  Święty Arnold Janssen, prezbiter
      •  Święci Franciszek de Capillas, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy chińscy
      •  Błogosławiony Alojzy Variara, prezbiter
    Święty Paweł Pustelnik i św. Antoni

    Paweł urodził się w Tebach – starożytnej stolicy faraonów – w 228 r. Za jego czasów Teby były już tylko małą wioską. Pierwsze lata spędził szczęśliwie w domu rodzinnym. Odebrał bardzo staranne wychowanie, biegle władał greką i egipskim. Wcześnie stracił rodziców i odziedziczył po nich pokaźny majątek. Gdy miał ok. 20 lat, w 250 r. rozpoczęły się prześladowania Decjusza. Dowiedziawszy się, że jego szwagier-poganin, chcący przejąć jego bogactwa, planuje wydać go w ręce prześladowców, Paweł porzucił wszystko, co posiadał, odszedł na pustkowie i zamieszkał w jaskini. Prześladowanie trwało krótko, bo zaledwie dwa lata, ale Paweł tak dalece zasmakował w ciszy pustyni, że postanowił tam pozostać na zawsze. Jako pustelnik spędził samotnie 90 lat!

    Święty Paweł Pustelnik

    Przez cały ten czas zanosił do Boga swe gorące modlitwy, żywiąc się tylko daktylami i połówką chleba, którą codziennie przynosił mu kruk. Kiedy był bliski śmierci, odwiedził go św. Antoni, pustelnik. Tego dnia kruk miał przynieść Pawłowi cały bochenek. Nagość swego ciała od znoju i chłodu chronił Paweł jedynie palmowymi liśćmi. Legenda ta znalazła swoje odbicie w herbie zakonu paulinów, którzy obrali sobie św. Pawła Pustelnika za swojego głównego patrona: kruk na palmie z bochenkiem chleba.
    Zmarł mając 113 lat w 341 r. Miał oddać Bogu ducha, spoczywając na rękach św. Antoniego. Kiedy ten był w kłopocie, jak wykopać grób dla przyjaciela, według podania miały zjawić się dwa lwy i ten grób wykopać. Dwa lwy znalazły się dlatego również w herbie paulinów. Zakon paulinów czci św. Pawła jako swego patrona; czcią darzą go także piekarze i tkający dywany.
    W ikonografii św. Paweł Pustelnik przedstawiany jest w tkanej sukni z liści palmowych. Jego atrybuty: kruk, kruk z chlebem w dziobie, lew kopiący grób, przełamany chleb.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 stycznia

    Błogosławiony Piotr Donders, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Odoryk z Pordenone, prezbiter
      •  Święty Feliks z Noli, prezbiter
    Błogosławiony Piotr Donders

    Piotr Donders (po niderlandzku: Peerke Norbertus Donders) urodził się 27 października 1809 roku w Tilburgu w Holandii w rodzinie Arnolda Denis Dondersa i Petronili von den Brekel. Ze względu na trudną sytuację materialną, nie mógł chodzić do szkoły – musiał pracować w fabryce. Jednak dzięki pomocy duchownych z parafii, Piotr w wieku 20 lat mógł rozpocząć naukę w seminarium. 5 czerwca 1841 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni skierowali go do pracy na misjach w holenderskiej kolonii w Surinamie (Ameryka Południowa). Piotr przybył tam we wrześniu 1842 r. i niezwłocznie podjął pracę duszpasterską. Jego praca polegała na docieraniu do pracowników plantacji położonych wzdłuż rzek, głoszeniu im Ewangelii i sprawowaniu sakramentów. W swoich listach wielokrotnie dawał wyraz oburzeniu z powodu brutalnego traktowania ludności afrykańskiej, zmuszanej do niewolniczej pracy. W ciągu ośmiu lat ochrzcił około 1200 osób.
    Podczas epidemii w 1851 r., angażując się w pomoc cierpiącym, sam padł ofiarą choroby. Zanim wrócił do zdrowia, podjął na nowo wysiłki duszpasterskie. W 1856 r. został przeniesiony do Batavi, gdzie mieszkało około 600 trędowatych. Z krótkimi przerwami pracował wśród nich do końca życia. Sam próbował ich leczyć, nie mogąc liczyć na pomoc ze strony władz. Dzięki nieustannym wysiłkom udało mu się poprawić warunki życia swoich podopiecznych. Kiedy w 1866 r. do Surinamu przybyli na misje redemptoryści, Piotr Donders poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia.
    Rok później złożył pierwsze śluby zakonne. Swą uwagę skierował odtąd w stronę Indian Surinamu. Nauczył się ich języków, a potem zaczął przekazywać im prawdy wiary. W roku 1883 wikariusz apostolski, chcąc mu ulżyć w ciężkich obowiązkach, przeniósł go do Paramirabo, a następnie do Coronie. Jednak dwa lata później Piotr wrócił do Batavi. W grudniu 1886 r. zaczął chorować.
    Zmarł 14 stycznia 1887 r. w Batavii w Surinamie. Został pochowany w katedrze świętych Piotra i Pawła w Paramaribo (stolicy Surinamu). Kiedy sława jego świętości rozeszła się poza granice Surinamu i rodzinnej Holandii, rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Do grona błogosławionych włączył go św. Jan Paweł II 23 maja 1982 r. Obecnie trwa proces kanonizacyjny.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 stycznia

    Błogosławiona Weronika Nagroni, mniszka

    Zobacz także:
      •  Święty Hilary z Poitiers, biskup i doktor Kościoła
    Błogosławiona Weronika Nagroni

    Weronika urodziła się w 1445 r. w Binasco (Lombardia we Włoszech). Pochodziła z bardzo ubogiej, wieśniaczej rodziny. W 1466 r. jako 22-letnia dziewczyna wstąpiła do surowego klasztoru sióstr augustianek św. Marty w Mediolanie, gdzie pozostała do śmierci. W tym klasztorze nauczyła się czytać i pisać, a przede wszystkim poznawać i kochać Boga. Była mistyczką. W kontemplacji była tak zaawansowana, że otrzymała dar łez, a nawet ekstaz. Duch Święty obdarzył ją szczególnymi darami i Bożą mądrością. Radzono się jej nawet w bardzo trudnych i zawiłych sprawach. Otrzymała dar proroctwa i czytania w sercach ludzkich. Naglona natchnieniem Bożym, udała się do Rzymu, aby błagać o zmianę postępowania papieża Aleksandra VI, który złym przykładem swojego prywatnego życia wiele zła wyrządził Kościołowi Chrystusowemu.
    Weronika zmarła w klasztorze 13 stycznia 1497 r. w wieku 52 lat. Pochowano ją w kościele zakonnym, a kiedy klasztor został zlikwidowany, relikwie przeniesiono do jej rodzinnej wioski – Binasco. Papież Leon X zezwolił na jej kult (1518), a potwierdził go papież Aleksander VIII w 1690 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 stycznia

    Święty Antoni Maria Pucci, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Elred z Rievaulx, opat
      •  Święty Bernard z Corleone, zakonnik
      •  Święty Marcin z León, prezbiter
      •  Święty Arkadiusz, męczennik
      •  Święta Tacjana, męczennica
      •  Święta Małgorzata Bourgeoys, dziewica
    Święty Antoni Maria Pucci

    Antoni Maria Pucci urodził się 16 kwietnia 1819 roku w Poggiole di Vernio w pobliżu Pistoi (Włochy). Pochodził z rodziny licznej i ubogiej. Jego ojciec był kościelnym w parafii wiejskiej.
    W 1837 roku Antoni wstąpił we Florencji do zakonu serwitów, który za cel stawiał sobie szerzenie w sposób szczególny kultu Matki Bożej Bolesnej. Po sześciu latach studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Przełożeni wysłali go do Viareggio w charakterze wikariusza. Po trzech latach został proboszczem w tym mieście. Przez kolejnych 45 lat tej posługi pozyskał sobie powszechną miłość i szacunek swoich parafian. Wyróżniał się bowiem umiłowaniem biednych i chorych, których często nawiedzał i wspomagał. Był propagatorem duszpasterstwa stanowego. Popierał także związki i bractwa religijne na terenie swojej parafii.
    Przez jakiś czas był przełożonym domu zakonnego, a w latach 1884-1890 jako prowincjał zarządzał całą prowincją zakonną.
    Zmarł 12 stycznia 1892 r. Do chwały błogosławionych wyniósł go papież Pius XII, a kanonizował go papież Jan XXIII w 1962 roku. Jego relikwie spoczywają w Viareggio w kościele parafialnym serwitów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 stycznia

    Święty Teodozy, opat

    Zobacz także:
      •  Święta Honorata, dziewica
    Święty Teodozy

    Teodozy urodził się ok. roku 424 w Mogariassos, w Małej Azji, w Kapadocji (obecna Turcja). Po św. Bazylim, św. Grzegorzu z Nazjanzu i św. Grzegorzu z Nyssy to już kolejny Święty, który pochodził z Kapadocji, gdzie kiedyś Kościół był w stanie swego najpełniejszego rozwoju.
    Tęskniąc za życiem bogobojnym, Teodozy opuścił rodzinne strony i udał się w podróż do Syrii, gdzie spotkał się ze św. Symeonem Słupnikiem. Nawiedził też w Ziemi Świętej miejsca uświęcone działalnością i męką Chrystusa. Osiadł tam jako pustelnik w jaskini położonej na szlaku z Jerozolimy do Betlejem. Niedługo zaczęli gromadzić się przy nim uczniowie. Mnisi zaadoptowali na swoje mieszkania okoliczne pieczary skalne. Święty wystawił w pobliżu nich domy dla pielgrzymów oraz warsztaty, by mnisi mieli zajęcie. Tak powstało miasteczko mnichów. Z czasem Teodozy miał tak wielu uczniów, że musiał wystawić oddzielne pawilony dla pielgrzymów o różnych narodowościach: Palestyńczyków, Greków, Syryjczyków, Ormian. W roku 494 patriarcha Jerozolimy, Salustiusz, powierzył Teodozemu (Teodozjuszowi) opiekę nad wszystkimi eremami Ziemi Świętej. Nad pustelnikami Palestyny powierzył zaś pieczę św. Sabie. Obaj święci żyli ze sobą w wielkiej przyjaźni.
    W owym czasie wybuchła herezja monofizytów, którzy twierdzili, że Pan Jezus miał tylko jedną naturę, Boską, nie posiadał natomiast, jak to głosi Kościół, oddzielnej natury ludzkiej. Sobór powszechny, zwołany przez papieża św. Leona I Wielkiego do Chalcedonu w 451 roku, potępił błędy monofizytów. Ci mieli jednak potężnego sprzymierzeńca w cesarzu Anastazym, który rozpoczął prześladowanie wyznawców prawowiernej wiary. Ofiarą prześladowań padł także ówczesny patriarcha Konstantynopola, Eliasz. Cesarz chciał dla nowej herezji pozyskać klasztory palestyńskie, licząc się z ich liczbą i znaczeniem. Przeciwstawił się temu jednak stanowczo Teodozy. Jako już 90-letni starzec osobiście obchodził wszystkie klasztory, by przestrzec je przed herezją i zachęcić do wierności orzeczeniom soboru. Cesarz skazał go za to na wygnanie. Po śmierci cesarza Teodozy powrócił jednak do swoich synów duchownych. Zmarł w wieku 105 lat.
    Jego ciało pochowano ze czcią w grocie Trzech Króli, gdzie według podania Święta Rodzina miała przyjąć Magów. Arabowie do dziś nazywają to miejsce Deir Dosi, czyli “Klasztorem św. Teodozego”. Klasztor przetrwał szczęśliwie do wieku XV. W stanie ruiny przejął go od beduinów w roku 1900 prawosławny patriarcha Jerozolimy i osadził tam mnichów prawosławnych.
    Teodozy otrzymał zaszczytny tytuł i przydomek Cenobiarchy, czyli “ojca wielu klasztorów”. Jego żywot zostawił potomnym jego uczeń, Teodor, biskup miasta Petra.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    10 stycznia

    Święty Grzegorz z Nyssy, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Bourges, biskup
    Święty Grzegorz z Nyssy

    Grzegorz urodził się w 335 r. w Cezarei Kapadockiej. Jego ojciec był retorem w szkole wymowy. Był młodszym bratem św. Bazylego, którego przypominał wyglądem zewnętrznym. Chrzest przyjął jako młodzieniec. Po ojcu obrał sobie zawód retora i wstąpił w związek małżeński.
    Po śmierci małżonki poświęcił się ascezie. Za namową św. Bazylego przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do założonego przez niego klasztoru położonego nad Morzem Czarnym. Stamtąd powołano go w roku 371 na biskupa Nyssy (obecnie Nevsehir w Turcji). W 380 roku został wybrany metropolitą Sebasty (współcześnie Sivas).
    Grzegorz znany był jako żarliwy kaznodzieja i interpretator Słowa Bożego. Uczestniczył w Soborze w Konstantynopolu (381 r.), gdzie był głównym autorem słów uzupełniających Nicejski Symbol Wiary, dotyczących nauki o Duchu Świętym. Sobór ten nazwał Grzegorza “filarem Kościoła”. Dla potomnych pozostał w pamięci jako człowiek otwarty i miłujący pokój, współczujący biednym i chorym. Był jednym z najwybitniejszych teologów Kościoła Wschodniego. Jego pisma wyróżniają się subtelnością filozoficzną. Od Orygenesa zapożyczył alegoryczną metodę w interpretacji Pisma świętego. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę pism religijnych, m.in. ascetycznych i mistycznych, oraz komentarzy biblijnych. Papież św. Pius V (+ 1572) zaliczał go do doktorów Kościoła wschodniego, choć na żadnej oficjalnej liście doktorów Kościoła Grzegorz nie figuruje. Św. Grzegorz z Nyssy razem z bratem św. Bazylim i przyjacielem św. Grzegorzem z Nazjanzu nazywani są ojcami kapadockimi.
    Zmarł w wieku ok. 60 lat w dniu 10 stycznia ok. 395 roku.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako grecki biskup. Trzyma ewangeliarz w lewej ręce, a prawą ma wyciągniętą w geście błogosławieństwa. Zazwyczaj jest przedstawiany ze św. Bazylim, od którego ma krótszą brodę i bardziej siwe włosy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    9 stycznia

    Święty Adrian z Canterbury, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Julian z Antiochii, męczennik
      •  Święty Andrzej Corsini, biskup
      •  Błogosławiona Alicja le Clerc, dziewica
    Święty Adrian

    Adrian (znany także jako Hadrian) urodził się w VII w. w północnej Afryce. W wieku ok. 10 lat przybył z rodziną do Neapolu, uciekając przed arabską inwazją. Wstąpił do klasztoru benedyktynów niedaleko Monte Cassino. Został z czasem opatem Niridanum, klasztoru na wyspie Nisida w Zatoce Neapolitańskiej. Papież św. Witalian (pontyfikat 657-672) nominował go dwukrotnie na arcybiskupa Canterbury. Adrian odmówił przyjęcia tego zaszczytu, gdyż uważał się za niegodnego. Na to miejsce zaproponował św. Teodora z Tarsu. Witalian zgodził się, ale mianował Adriana asystentem nowego arcybiskupa Canterbury. Obaj przez Francję wyruszyli w 668 r. do Brytanii.
    Podczas podróży Adrian został uwięziony przez Ebroina, burmistrza Neustrii we Francji, który podejrzewał, że Święty udaje się do angielskich królów z tajną misją od cesarza Konstansa II. Teodor musiał pojechać dalej sam. Kiedy Adrian został uwolniony, pojechał do Brytanii i tam został mianowany opatem w klasztorze świętych Piotra i Pawła w Canterbury (późniejsze opactwo św. Augustyna z Canterbury). Adrian wspierał biskupa Teodora w umacnianiu rzymskiego Kościoła w Anglii. Jemu przypisuje się zasługę utrwalenia chorału gregoriańskiego w angielskich kościołach.
    Opat Adrian przekształcił szkołę klasztorną w Canterbury w prężny ośrodek naukowy, w którym wiedzę pobierało wielu studentów, także z zagranicy. Oprócz prowadzenia studiów biblijnych, nauczał tam greki i łaciny, matematyki, poezji i astronomii. Tłumaczył też na staroangielski.
    Zmarł 9 stycznia 710 roku i został pochowany w klasztornym kościele. Jego grób stał się miejscem licznych pielgrzymek za sprawą cudów. Kiedy nastąpiło otwarcie grobu w roku 1091, ciało znaleziono w nienaruszonym stanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 stycznia

    Święty Daniel Comboni, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Tomasz, biskup
      •  Święty Wawrzyniec Iustiniani, biskup
      •  Święty Seweryn z Noricum
      •  Błogosławiona Eurozja Barban
    Święty Daniel Comboni

    Daniel Comboni urodził się 15 marca 1831 r. w Limone nad jeziorem Garda (północne Włochy). Jego rodzice byli prostymi rolnikami, mieli ośmioro dzieci, ale wszystkie – oprócz Daniela – zmarły w dzieciństwie lub młodości. Daniel już w latach szkolnych wykazywał talenty organizacyjne i przywódcze. Chętnie spotykał się z kolegami na wspólne odrabianie lekcji i modlitwę. Wysłano go do szkoły dla zdolnych, ale ubogich dzieci w Weronie. Szkoła miała charakter misyjny; co pewien czas przybywali do niej na odpoczynek misjonarze z Afryki.
    Daniel chętnie słuchał opowieści z dalekich krajów. To zrodziło w nim powołanie misyjne. Zorganizował Koło Przyjaciół Misji Afrykańskich. Wraz z czterema towarzyszami, po przyjęciu święceń kapłańskich, wyjechał do Afryki. Wcześniej jednak przeżywał poważny dylemat – jego wyjazd oznaczał pozostawienie bez opieki starych rodziców. Ostatecznie jednak podjął decyzję i opuścił kraj, podejmując pracę głównie wśród niewolników.
    Walczył gorliwie o to, by mieszkańcy Afryki mogli cieszyć się szacunkiem dla ich ludzkiej i chrześcijańskiej godności. 15 września 1864 roku, klęcząc u grobu świętego Piotra, Daniel otrzymał natchnienie Planu Odnowienia Afryki. Plan został zaaprobowany i poparty przez papieża Piusa IX. W 1867 r. ks. Comboni założył w Weronie Instytut Misyjny dla Afryki (w roku 1885, cztery lata po śmierci Daniela, Instytut przekształcono w zgromadzenie misjonarzy kombonianów) i koło przyjaciół “Dzieło Dobrego Pasterza” (dziś Dzieło Zbawiciela), a w 1872 r. – zgromadzenie sióstr dla misji w Afryce. W 1877 r. został wikariuszem apostolskim Afryki Środkowej i konsekrowany na jej pierwszego biskupa z siedzibą w Chartumie.
    Daniel zmarł 10 października 1881 r. w Chartumie w wieku tylko 50 lat. Zaledwie kilka dni przed śmiercią napisał w jednym z listów: “Naprawdę obchodzi mnie tylko, czy Nigeria się nawróci i czy Bóg mi da i zachowa te pomocne narzędzia, które mi dał i jeszcze zechce mi dać”. Został pochowany obok swojego polskiego poprzednika, o. Maksymiliana Ryłły. Proces beatyfikacyjny Daniela Comboniego rozpoczęto w Weronie w 1928 r. Do grona błogosławionych biskupa Daniela zaliczył św. Jan Paweł II 17 marca 1996 roku; on też ogłosił go świętym w dniu 5 października 2003 roku.Dziś w Afryce działa ponad 150 wspólnot komboniańskich. W wielu krajach tego kontynentu panuje wojna – praca misjonarzy polega tam na codziennym towarzyszeniu ludziom. W innych miejscach z kolei kombonianie starają się dotrzeć do najuboższych, np. na przedmieściach wielkich miast, w szpitalach i leprozoriach. Działają także poza Czarnym Lądem – m.in. w Brazylii, Peru, Meksyku czy na Filipinach. Do Polski kombonianie przybyli w 1986 toku, zakładając w Warszawie dom formacyjny i centrum duszpasterstwa powołaniowego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 stycznia

    Święty Rajmund z Peñafort, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Lucjan, prezbiter i męczennik
    Święty Rajmund z Peñafort

    Rajmund, urodzony między 1170 a 1175 r. w Villafranca del Panades w pobliżu Barcelony (Hiszpania), w starej szlacheckiej rodzinie katalońskiej Peñafort, był spokrewniony z królem Aragonii. W szkole katedralnej ukończył trivium i quadrivium. Już jako dwudziestoletni młodzieniec wykładał filozofię w Barcelonie, nie otrzymując za swoją pracę wynagrodzenia. W tym też czasie wydał swoje pierwsze monumentalne dzieło: Summę prawa, podręcznik dla studentów prawa.
    U swoich uczniów starał się formować zarówno serce, jak i intelekt. Obdarzony głęboką wiedzą i osobistą kulturą, odznaczał się gorliwością w formowaniu przyszłych kapłanów, dla których napisał Summę nauki, pełną duszpasterskiej mądrości. W trzydziestym roku życia wyjechał do Bolonii, aby kontynuować studia nad prawem kanonicznym i cywilnym, tam też uzyskał stopień doktora. W 1218 roku biskup Barcelony, Berengariusz IV z Palou, zakładając wyższą szkołę dla kształcenia kleru swojej diecezji, zaprosił do współpracy Rajmunda jako wykładowcę. Po powrocie do Barcelony w roku 1219 Rajmund został mianowany kanonikiem, archidiakonem i wikariuszem generalnym. Berengariusz równocześnie zaprosił dominikanów, których w 1220 roku przysłał św. Dominik. Rajmund rychło zaprzyjaźnił się z nimi tak dalece, że wstąpił do nich w 1222 roku. Było to osiem miesięcy po śmierci świętego założyciela tego Zakonu

    .Święty Rajmund z Peñafort

    Rajmund pracował żarliwie nad nawróceniem Maurów i Żydów, a równocześnie opracowywał dzieło zawierające wskazówki dla spowiedników. Papież Grzegorz IX w 1230 r. wezwał go do Rzymu i mianował kapelanem pałacu apostolskiego, penitencjariuszem i swoim osobistym spowiednikiem. Jako doradca papieski Rajmund rozwinął szeroką i owocną działalność. To, co uznawał, że sprawie Bożej wyjdzie na lepsze, podsuwał Ojcu świętemu. Na dworze papieskim zapoznał się z najznakomitszymi osobistościami Kościoła owych czasów. Miał więc okazję również za ich pośrednictwem rozwijać działalność apostolską.
    W tym czasie napisał pracę z prawa kanonicznego, znaną jako “Pięć dekretów”. Była ona zbiorem dekretów biskupów rzymskich. W ciągu wieków nagromadziło się tak wiele zarządzeń i ustaw papieskich, także soborowych, że trudno było nawet znawcom rozeznać się w ich gąszczu. Papież Grzegorz IX bullą Rex Pacificus promulgował opracowany przez Rajmunda zestaw obowiązujących odtąd praw kanonicznych pod nazwą Decretales Gregorii IX.

    Święty Rajmund z Peñafort

    W 1236 r. Rajmund wrócił do Hiszpanii. Dwa lata później, w 1238 r., został na kapitule generalnej w Barcelonie wybrany generałem zakonu dominikanów, obejmując ten urząd po bł. Jordanie z Saksonii, który był bezpośrednim następcą św. Dominika. Miał wówczas ok. 60 lat. Natychmiast z właściwą sobie energią zabrał się najpierw – jako wytrawny jurysta – do przeredagowania konstytucji zakonnych. Zatwierdzono je na kapitułach w latach 1239-1241. Okazał się wspaniałym administratorem i organizatorem zakonu, który rozszerzał się po Europie błyskawicznie, ale któremu groziło rozluźnienie. Po dwóch latach zrezygnował z funkcji i ponownie poświęcił się apostolatowi.Napisał dzieła prawnicze: Summę pastoralną i Traktat o małżeństwie. Był spowiednikiem i doradcą króla Aragonii, Jakuba I, a także wielu mężów stanu. Pomimo bardzo czynnego życia i praktyk pokutnych, którymi trapił swoje ciało, dożył 100 lat. Umarł w Barcelonie 6 stycznia 1275 r. Jego pogrzeb był prawdziwą manifestacją. Wziął w nim udział sam król ze swoim dworem. Jego wspomnienie doroczne przypadało zawsze 23 stycznia; obecnie przeniesiono je na 7 stycznia, gdyż dzień ten jest najbliższy dnia jego zgonu. Relikwie jego spoczywają w Barcelonie, w katedrze św. Eulalii, w jednej z bocznych kaplic. 29 kwietnia 1601 roku został zaliczony do grona świętych przez papieża Klemensa VIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 stycznia

    Objawienie Pańskie – Trzej Królowie

    Pokłon Trzech Króli

    Pokłon Mędrców ze Wschodu złożony Dziecięciu Jezus, opisywany w Ewangelii przez św. Mateusza (Mt 2, 1-12), symbolizuje pokłon świata pogan, wszystkich ludzi, którzy klękają przed Bogiem Wcielonym. To jedno z najstarszych świąt w Kościele.Trzej królowie być może byli astrologami, którzy ujrzeli gwiazdę – znak narodzin Króla. Jednak pozostanie tajemnicą, w jaki sposób stała się ona dla nich czytelnym znakiem, który wyprowadził ich w daleką i niebezpieczną podróż do Jerozolimy. Herod, podejmując ich, dowiaduje się o celu podróży. Podejrzewa, że narodził się rywal. Na podstawie proroctwa w księdze Micheasza (Mi 5, 1) kapłani jako miejsce narodzenia Mesjasza wymieniają Betlejem. Tam wyruszają Mędrcy. Odnajdując Dziecię Jezus, ofiarowują Mu swe dary. Otrzymawszy we śnie wskazówkę, aby nie wracali do Heroda, udają się do swoich krajów inną drogą.Uroczystość Objawienia Pańskiego należy do pierwszych, które uświęcił Kościół. Na Wschodzie pierwsze jej ślady spotykamy już w III w. Tego właśnie dnia obchodził Kościół grecki święto Bożego Narodzenia, ale w treści znacznie poszerzonej: jako uroczystość Epifanii, czyli zjawienia się Boga na ziemi w tajemnicy wcielenia. Na Zachodzie uroczystość Objawienia Pańskiego datuje się od końca IV w. (oddzielnie od Bożego Narodzenia).
    W Trzech Magach pierwotny Kościół widzi siebie, świat pogański, całą rodzinę ludzką, wśród której zjawił się Chrystus, a która w swoich przedstawicielach przychodzi z krańców świata złożyć Mu pokłon. Uniwersalność zbawienia akcentują także: sama nazwa święta, jego wysoka ranga i wszystkie teksty liturgii dzisiejszego dnia.

    Pokłon Trzech Króli

    Ewangelista nie pisze o królach, ale o Magach. Ze słowem tym dość często spotykamy się w Starym Testamencie (Kpł 19, 21; 20, 6; 2 Krn 33, 6; Dn 1, 20; 2, 2. 10. 27; 4, 4; 5, 7. 11). Oznaczano tym wyrażeniem astrologów. Herodot, historyk grecki, przez Magów rozumie szczep irański. Ksantos, Kermodoros i Arystoteles przez Magów rozumieją uczniów Zaratustry.
    Św. Mateusz krainę Magów nazywa ogólnym mianem Wschód. Za czasów Chrystusa Pana przez Wschód rozumiano cały obszar na wschód od rzeki Jordanu – a więc Arabię, Babilonię, Persję. Legenda, że jeden z Magów pochodził z murzyńskiej Afryki, wywodzi się zapewne z proroctwa Psalmu 71: “Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary. Królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą Mu pokłon wszyscy królowie… Przeto będzie żył i dadzą Mu złoto z Saby”. Przez królestwo Szeby rozumiano Abisynię (dawna nazwa Etiopii). Na podstawie tego tekstu powstała także tradycja, że Magowie byli królami. Tak ich też powszechnie przedstawia ikonografia.
    Prorok Izajasz nie pisze wprost o królach, którzy mają przybyć do Mesjasza, ale przytacza dary, jakie Mu mają złożyć: “Zaleje cię mnogość wielbłądów, dromadery z Madianu i Efy. Wszyscy oni przybędą ze Saby, ofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60, 6). Kadzidło i mirra były wówczas na wagę złota. Należały bowiem do najkosztowniejszych darów.
    Św. Mateusz nie podaje także liczby Magów. Malowidła w katakumbach rzymskich z wieku II i III pokazują ich dwóch, czterech lub sześciu. U Syryjczyków i Ormian występuje ich nawet dwunastu. Przeważa jednak w tradycji Kościoła stanowczo liczba trzy ze względu na opis, że złożyli trzy dary. Tę liczbę np. spotykamy we wspaniałej mozaice w bazylice św. Apolinarego w Rawennie z wieku VI. Także Orygenes podaje tę liczbę jako pierwszy wśród pisarzy chrześcijańskich. Dopiero od wieku VIII pojawiają się imiona Trzech Magów: Kacper, Melchior i Baltazar. Są one zupełnie dowolne, nie potwierdzone niczym.Kepler usiłował wytłumaczyć gwiazdę betlejemską przez zbliżenie Jowisza i Saturna, jakie zdarzyło się w 7 roku przed narodzeniem Chrystusa (trzeba w tym miejscu przypomnieć, że liczenie lat od urodzenia Jezusa wprowadził dopiero w VI w. Dionizy Exiguus; przy obliczeniach pomylił się jednak o 7 lat – Jezus faktycznie urodził się w 7 roku przed naszą erą). Inni przypuszczają, że była to kometa Halleya, która także w owym czasie się ukazała. Jednak z całego opisu Ewangelii wynika, że była to gwiazda cudowna. Ona bowiem zawiodła Magów aż do Jerozolimy, potem do Betlejem. Stanęła też nad miejscem, w którym mieszkała Święta Rodzina. Św. Mateusz nie tłumaczy nam, czy tę gwiazdę widzieli także inni ludzie.
    Żydzi przebywali na Wschodzie, w Babilonii i Persji, przez wiele lat w niewoli (606-538 przed Chr.). Znane więc mogło być Magom proroctwo Balaama: “Wschodzi gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło” (Lb 24, 17). U ludów Wschodu panowało wówczas powszechne przekonanie, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę.

    Pokłon Trzech Króli

    Kiedy Magowie przybyli do Syna Bożego? Z całą pewnością po ofiarowaniu Go w świątyni. Według relacji Ewangelisty, że Herod kazał wymordować dzieci do dwóch lat, wynika, iż Magowie przybyli do Betlejem, kiedy Chrystus miał co najmniej kilka miesięcy, a może nawet ponad rok. Magowie nie zastali Jezusa w stajni; św. Mateusz pisze wyraźnie, że gwiazda stanęła nad “domem” (Mt 2, 11). Było w nim jednak bardzo ubogo. A jednak Mędrcy “upadli przed Nim na twarz i oddali Mu pokłon”. Padano na twarz w owych czasach tylko przed władcami albo w świątyni przed bóstwami. Magowie byli przekonani, że Dziecię jest przyszłym królem Izraela.
    Według podania, które jednak trudno potwierdzić historycznie, Magowie mieli powrócić do swojej krainy, a kiedy jeden z Apostołów głosił tam Ewangelię, mieli przyjąć chrzest. Legenda głosi, że nawet zostali wyświęceni na biskupów i mieli ponieść śmierć męczeńską. Pobożność średniowieczna, która chciała posiadać relikwie po świętych i pilnie je zbierała, głosi, że ciała Trzech Magów miały znajdować się w mieście Savah (Seuva). Marco Polo w podróży na Daleki Wschód (wiek XIII) pisze w swym pamiętniku: “Jest w Persji miasto Savah, z którego wyszli trzej Magowie, kiedy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi. W mieście tym znajdują się trzy wspaniałe i potężne grobowce, w których zostali złożeni Trzej Magowie. Ciała ich są aż dotąd pięknie zachowane cało tak, że nawet można oglądać ich włosy i brody”.
    Identyczny opis zostawił także bł. Oderyk z Pordenone w roku 1320. Jednak legenda z wieku XII głosi, że w wieku VI relikwie Trzech Magów miał otrzymać od cesarza z Konstantynopola biskup Mediolanu, św. Eustorgiusz. Do Konstantynopola zaś miała je przewieźć św. Helena cesarzowa. W roku 1164 Fryderyk I Barbarossa po zajęciu Mediolanu za poradą biskupa Rajnolda z Daszel zabrał je z Mediolanu do Kolonii, gdzie umieścił je w kościele św. Piotra. Do dziś w katedrze kolońskiej za głównym ołtarzem znajduje się relikwiarz Trzech Króli, arcydzieło sztuki złotniczej.

    Pokłon Trzech Króli

    Od XV/XVI w. w kościołach poświęca się dziś kadzidło i kredę. Kredą oznaczamy drzwi na znak, że w naszym mieszkaniu przyjęliśmy Wcielonego Syna Bożego. Piszemy na drzwiach litery K+M+B, które mają oznaczać imiona Mędrców lub też mogą być pierwszymi literami łacińskiego zdania: (Niech) Chrystus mieszkanie błogosławi – po łacinie:Christus mansionem benedicatZwykle dodajemy jeszcze aktualny rok.Król Jan Kazimierz miał zwyczaj, że w uroczystość Objawienia Pańskiego składał na ołtarzu jako ofiarę wszystkie monety bite w roku ubiegłym. Święconym złotem dotykano całej szyi, by uchronić ją od choroby. Kadzidłem okadzano domy i obory, a w nich chore zwierzęta. Przy każdym kościele stały od świtu stragany, na których sprzedawano kadzidło i kredę. Zwyczaj okadzania ołtarzy spotykamy u wielu narodów starożytnych, także wśród Żydów (Wj 30, 1. 7-9; Łk 1). W Biblii jest mowa o kadzidle i mirze 22 razy. Mirra to żywica drzewa Commiphore, a kadzidło – to żywica z różnych drzew, z domieszką aromatów wszystkich ziół. Drzew wonnych, balsamów jest ponad 10 gatunków. Rosną głównie w Afryce (Somalia i Etiopia) i w Arabii Saudyjskiej.
    W dawnej Polsce w domach pod koniec obiadu świątecznego roznoszono ciasto. Kto otrzymał ciasto z migdałem, był królem migdałowym. Dzieci chodziły po domach z gwiazdą i śpiewem kolęd, otrzymując od gospodyni “szczodraki”, czyli rogale. Śpiewało się kolędy o Trzech Królach. Czas od Bożego Narodzenia do Trzech Króli uważano tak dalece za święty, że nie wykonywano w nim żadnych ciężkich prac, jak np.: młocki, mielenia ziarna na żarnach, kobiety przerywały przędzenie.
    W ikonografii od czasów wczesnochrześcijańskich Trzej Królowie są przedstawiani jako ludzie Wschodu w barwnych, częstokroć perskich szatach. W X wieku otrzymują korony. Z czasem w malarstwie i rzeźbie rozwijają się różne typy ikonograficzne Mędrców.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 stycznia

    Błogosławiona
    Marcelina Darowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dydak Józef z Kadyksu, prezbiter
      •  Święty Edward Wyznawca, król
      •  Święty Szymon Słupnik
      •  Święty Jan Nepomucen Neumann, biskup
      •  Święty Karol Houben, prezbiter
    Błogosławiona Marcelina Darowska

    Marcelina urodziła się 16 stycznia 1827 r. w Szulakach, w rodzinie ziemiańskiej. W młodości pracowała w majątku, a także uczyła wiejskie dzieci. Często też odwiedzała chorych. Od dzieciństwa myślała o życiu zakonnym; jednak zgodnie z wolą ojca w wieku 22 lat wyszła za mąż za Karola Darowskiego. Wkrótce urodziła syna i córkę. Obowiązki żony i matki wypełniała wzorowo, nie pamiętając o sobie. Po trzech latach małżeństwa jej mąż zmarł nagle na tyfus, w rok później zmarł ich maleńki synek.
    W celach leczniczych wyjechała za granicę. W Rzymie w czasie modlitwy zrozumiała, że jest wezwana do stworzenia zgromadzenia o charakterze wychowawczym. Jej ojcem duchowym był o. Hieronim Kajsiewicz. To on zapoznał ją z Józefą Karską, która także myślała o założeniu nowego zgromadzenia. Niestety, choroba córki Marceliny zmusiła ją do powrotu na Podole. Podjęła tu pracę społeczno-oświatową, pomagała chłopom w usamodzielnieniu się po uwłaszczeniu.
    Mając 27 lat związała się w Rzymie prywatnymi ślubami ze zgromadzeniem tworzącym się wokół o. Hieronima i Józefy Karskiej. W 1863 r., po śmierci Józefy, została przełożoną nowej wspólnoty. Pius IX, błogosławiąc temu dziełu, powiedział: “To zgromadzenie jest dla Polski”.
    W tym samym roku matka Marcelina przeniosła Zgromadzenie Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (niepokalanek) do Jazłowca (obecnie Ukraina). Otworzyła tam zakład naukowo-wychowawczy dla dziewcząt, który wkrótce stał się ośrodkiem polskości na terenie zaborów. Sercem pracy Zgromadzenia miało być wychowywanie dzieci i młodzieży. Wprowadziła nowatorską wówczas zasadę indywidualizacji w nauczaniu. Starała się nie tylko uczyć, ale przede wszystkim kształtować młode dziewczęta, aby mogły potem stać się dojrzałymi kobietami, żonami i matkami, zaangażowanymi w sprawy narodu i Kościoła.
    Po kilku latach otwarto kolejny zakład, w Jarosławiu. Z czasem powstały też placówki w Niżnowie, Nowym Sączu i Słonimie. W 1907 r. Marcelina wysłała siostry do nowego zakładu w Szymanowie, niedaleko Warszawy. Uzyskanie od rządu carskiego pozwolenia na otwartą pracę u wrót stolicy graniczyło z cudem. Zgoda jednak nadeszła. Obecnie w Szymanowie znajduje się dom generalny zgromadzenia.
    Marcelina zmarła 5 stycznia 1911 r. w Jazłowcu. Pozostawiła po sobie 144 tomy maszynopisów; stworzyła polską terminologię mistyczno-ascetyczną o zabarwieniu romantycznym. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II w Rzymie 6 października 1996 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 stycznia

    Święta Genowefa Torres Morales, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela z Foligno, zakonnica
      •  Święta Elżbieta Seton, wdowa
      •  Święty Cyriak Eliasz Chavara, prezbiter
    Święta Genowefa Torres Morales

    Genowefa urodziła się 3 stycznia 1870 roku w Al-nemara w Kastylii, w Hiszpanii. Była najmłodszą spośród sześciorga dzieci. W wieku ośmiu lat straciła rodziców i czworo rodzeństwa; została sama z młodszym bratem Jose. Musiała się nim opiekować, co nie było łatwe. Jose był krnąbrny, zadawał się z podejrzanymi kolegami. Kiedy dwa lata później Genowefa natrafiła na książki z żywotami świętych, odkryła, że wsłuchiwanie się w wolę Bożą prowadzi do szczęścia. To pomogło jej dźwigać ciężar trudnego życia.
    Gdy miała 13 lat, lekarze musieli amputować jej lewą nogę z powodu gangreny. Zabieg odbył się w domu, co wiązało się z brakiem odpowiednich warunków higienicznych i wywołało kolejne cierpienia. Genowefa musiała poruszać się o kulach, wymagała pomocy innych osób. W 1885 r. zamieszkała w prowadzonym przez karmelitanki sierocińcu. Przez dziewięć lat żyła tam z innymi dziećmi, ucząc się krawiectwa. Jej kierownikiem duchowym był kapłan, który później wstąpił do jezuitów i założył leprozorium. Dzięki jego radom Genowefa dojrzewała duchowo. Pragnęła wstąpić do zgromadzenia Sióstr Miłości, ale nie przyjęto jej z powodu fizycznej ułomności.
    Opuściwszy mury sierocińca, rozpoczęła wspólne życie wraz z dwiema towarzyszkami. Na swoje utrzymanie zarabiały krawiectwem; dużo czasu poświęcały na modlitwę. Za radą przyjaciół zaczęła tworzyć wspólnotę religijną dla kobiet, dotkniętych chorobą lub ubóstwem. W ten sposób w Walencji powstała wspólnota Najświętszego Serca Jezusa i od Świętych Aniołów, zwana popularnie angelikami. Podstawą duchowości stała się częsta adoracja Najświętszego Sakramentu; stąd siostry czerpały siłę do służby potrzebującym, opuszczonym i chorym. W ciągu kilku lat kolejne domy powstały w całej Hiszpanii, a potem także poza jej granicami.
    Genowefa zmarła 4 stycznia 1956 r. w Saragossie. 29 stycznia 1995 r. św. Jan Paweł II beatyfikował ją, a 4 maja 2003 r. kanonizował podczas swej wizyty w Madrycie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    3 stycznia

    ***

    Najświętsze Imię Jezus

    Zobacz także:
      •  Święta Genowefa, dziewica
      •  Błogosławiony Alan de Solminihac, biskup
      •  Święty Józef Maria Tomasi, kardynał
    Jezus Chrystus

    Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza “Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: “a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego “Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne: W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: “Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).Św. Mateusz przypomina, że to samo polecenie otrzymał również św. Józef:Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: “Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 20-21).Pod tym też imieniem Słowo Wcielone odbiera największą cześć. Etymologicznie hebrajskie imię Jezus znaczy tyle, co “Jahwe zbawia”. Tak więc imię było synonimem posłannictwa, celu, dla którego Syn Boży przyszedł na ziemię. Imię to nadano Synowi Bożemu w ósmym dniu po narodzeniu, który liturgicznie przypada dnia 1 stycznia. Św. Łukasz tak nam krótko opisuje to wydarzenie: Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie (Matki) (Łk 2, 21).

    Jezus Chrystus

    Sam Jezus powiedział o swoim Imieniu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16, 23-24).Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18).Apostołowie zawierzyli Chrystusowej obietnicy i spełniła się ona na nich w całej pełni. W imię Chrystusa czynili cuda. Św. Piotr do napotkanego kaleki od urodzenia mówi: Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! (Dz 3, 6).Do zdumionego tym cudem tłumu Apostoł mówi: Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły (Dz 3, 16).To samo wyznanie powtórzy także przed najwyższą Radą żydowską: Jeżeli przesłuchujecie nas w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął zdrowy… I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4, 10-12).Św. Paweł Imieniu Jezusa oddaje najwyższe pochwały: Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych (Flp 1, 8-10).Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko (czyńcie) w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3, 17).Jako cel swojej całej niezmordowanej działalności apostolskiej św. Paweł wskazuje:Aby w was zostało uwielbione imię Pana naszego Jezusa Chrystusa (Dz 16, 18).Także św. Paweł w imię Jezusa czynił cuda. Do szatana, który opętał pewną dziewczynę, woła: Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł! (Dz 3, 6-7).Kult Imienia Jezus ma więc głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Tekstów to potwierdzających można by przytoczyć znacznie więcej (J 14, 13-14; Dz 5, 40-41; 9, 15-16; Hbr 1, 4; Rz 10, 13; 2 Kor 5, 20; Ap 7, 1-11). Św. Paweł tak się rozmiłował w tym Najświętszym Imieniu, że w swoich pismach wymienia je aż 254 razy.Kult Imienia Jezus jest żywy także w tradycji Kościoła. Św. Efrem, ilekroć napotkał to imię wypisane czy wyryte, całował je ze czcią. Orygenes o tym Imieniu pisze: “Imię Jezus – to imię Wszechmocnego… To imię Pańskie niech będzie błogosławione na wieki”. Św. Jan Złotousty mówi: “Imię Jezusa Chrystusa, gdy je uważnie rozważymy, oznajmia nam całe jego dobrodziejstwo. Nie bez przyczyny bowiem zostało nam dane. Jest ono skarbcem tysiąca dóbr”.
    Przepiękny hymn ku czci Imienia Jezus ułożył św. Bernard z Clairvaux: “Wszystkie Boże przymioty dają się słyszeć uszom moim na dźwięk Imienia Jezus. Czczym jest wszelki pokarm, gdy tym olejem nie jest namaszczony… Gdy piszesz, nie rozumiem, gdy tam nie czytam Jezusa. Gdy dyskusję wiedziesz i rozmawiasz, nie pojmuję, gdy nie dźwięczy w niej Imię Jezus… Jezus jest miodem w ustach moich, słodką melodią w uszach, radosną uciechą w sercu… Smuci się kto z was? Niech tylko Jezus przyjdzie do jego serca, niech wypłynie na jego usta – a oto wobec światłości Jego Imienia pierzchnie każda chmura i powróci wesele” (Sermo 15 super Cantica).
    Św. Bernardyn ze Sieny nosił ze sobą tablicę, na której złotymi głoskami był wypisany monogram Pana Jezusa; w każdym kazaniu Bernardyn adorował to Imię: “O Imię Jezusa, wyniesione ponad wszelkie imię! O Imię zwycięskie! Radości aniołów, szczęście sprawiedliwych, przerażenie potępionych… Umysł się miesza, język drętwieje, wargi niezdolne są wyrzec słowo, gdy się ma sławić Najświętsze Imię Jezusa”.
    Syn duchowy św. Bernardyna, bł. Władysław z Gielniowa, każde swoje kazanie rozpoczynał od Imienia Jezusa. W znanym wierszu o Męce Pańskiej każdą nową strofę rozpoczyna tym Najświętszym Imieniem. Kiedy w Wielki Piątek 1505 r. wymawiał Imię Jezus, wpadł w zachwyt i został porwany na oczach słuchaczy nad ambonę.
    Św. Wawrzyniec Justynian pisze: “W przeciwnościach, w niebezpieczeństwach, w lęku – w domu, na drodze, na pustkowiu, na falach – gdziekolwiek się znajdziesz, wszędzie wzywaj Imienia Zbawiciela”.
    Św. Redegunda, bł. Henryk Suzo i św. Joanna de Chantal na swoich piersiach wyryli Imię Jezusa. Św. Ignacy Loyola umieścił w herbie założonego przez siebie zakonu jezuitów monogram imienia Jezus.
    W wieku XV powstała litania do Imienia Jezus, co dowodzi powszechności kultu tegoż Imienia. Zwyczajem powszechnym we wszystkich niemal językach świata stało się pozdrowienie chrześcijańskie: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.Pan Jezus ma jeszcze imię drugie, nadane Mu przez proroków i Jego wiernych wyznawców. Jest nim greckie imię Chrystus (hebrajskie – Mesjasz). Oznacza ono tyle, co “namaszczony” lub “Pomazaniec Pański”. Namaszczano w Starym Testamencie królów i arcykapłanów, a Duchem Świętym byli namaszczeni prorocy. Chrystus Pan jest Królem; jest Kapłanem (por. Hbr 4, 14 – 12, 2); jest także Prorokiem – On bowiem był celem wszystkich proroctw. On również wiele rzeczy przepowiedział: o sobie, jak też odnośnie losów ludzkości i świata. Od imienia Chrystusa otrzymali także imię Jego wyznawcy, najpierw w Antiochii, potem niedługo w całym świecie: W Antiochii po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami (Dz 11, 26).Ojcowie Kościoła i święci wiele razy podkreślali wagę tego Imienia. Tertulian pisze: “Chrześcijanin – to drugi Chrystus”. Św. Pacjanowi przypisuje się piękne wyznanie: “Imię moje – chrześcijanin, nazwisko – katolik”. Św. Grzegorz z Nyssy napomina: “Jesteś chrześcijaninem, naśladuj Chrystusa… Nie noś tego Imienia na próżno”. Podobnie pisze św. Leon I Wielki: “Poznaj, chrześcijaninie, godność twoją… Pamiętaj, jakiego Ciała jesteś członkiem”. A św. Bernard przypomina: “Od Chrystusa nazywamy się chrześcijanami… Czyż przeto nie tą drogą, którą podążał Chrystus, i my powinniśmy podążać? Chrześcijanie otrzymali imię od Chrystusa. To zaś zobowiązuje do czynu chrześcijańskiego – byśmy, będąc spadkobiercami imienia, byli również spadkobiercami Jego cnót”.Do pierwszych i najpowszechniej spotykanych jeszcze dzisiaj symboli Jezusa Chrystusa należą Jego monogramy. W sztuce starożytnej były one wyrazem osoby. Najdawniejsze pochodzą już z wieku III. Do najdawniejszych należą: I X, co oznacza Jezus Chrystus; X P, co znaczy Chrystus; wreszcie najczęściej spotykane monogramy IHS lub grecką literę X (chi) i wpisaną w nią grecką literę P (ro) – są to dwie pierwsze litery od greckiego słowa XPISTOS, czyli Pomazaniec, Mesjasz. Ostatni symbol ma o tyle jeszcze wymowę, że wyraźnie określa, iż Chrystus stał się naszym Zbawicielem przez ofiarę krzyża. Symbol przedostatni natomiast wywodzi się od czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego, kiedy to ów władca kazał na sztandarach swoich wojsk umieścić ten symbol (po roku 313). Najwięcej rozpowszechnił się też on w świecie. Często do tego symbolu dodawano inne, wieniec laurowy jako znak zwycięstwa, litery alfa i omega, co oznacza wieczność i bóstwo Jezusa Chrystusa itp.
    Od wieku XV bardzo popularny stał się monogram Pana Jezusa, złożony z trzech liter: IHS. Jest to “zlatynizowany” skrót grecki trzech pierwszych liter greckich od imienia Jezus (wielkimi literami: IHSOYS). Wreszcie symbolem Pana Jezusa najdawniejszym, bo sięgającym wieku II, jest słowo greckie Ichthys (“ryba”). Był to umowny znak rozpoznawczy dla chrześcijan w czasie prześladowań. W literach tego słowa chrześcijanie odczytywali skrót greckich słów: Jesous Christos Theou Yios Soter, co znaczy: Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel.W Starym Testamencie tak wielką czcią otaczano imię Boga, że nie wolno go było wymawiać nawet kapłanom. Przy czytaniu publicznym zamieniano imię Jahwe na określenia zastępcze: Pan, Władca itp. Cześć Imienia Bożego wymaga, aby i dziś nie wymawiać go bez potrzeby. Drugie przykazanie Dekalogu mówi wyraźnie: “Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremnie”. Papież Klemens XII (+ 1534) pozwolił na osobne oficjum i Mszę świętą o Imieniu Jezus. Papież Innocenty XIII rozciągnął to święto na cały Kościół (1721), a papież św. Pius X wyznaczył je na niedzielę po Nowym Roku lub – gdy tej zabraknie – na 2 stycznia. Najnowsze, trzecie wydanie Mszału Rzymskiego, przypisało je jako wspomnienie dowolne na dzień 3 stycznia.Warto dodać, że chrześcijanie Wschodu praktykują Modlitwę Jezusową, polegającą na wielokrotnym powtarzaniu imienia Jezus, znaną od pierwszych wieków.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    2 stycznia

    Święty Grzegorz z Nazjanzu,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Bazyli Wielki, biskup i doktor Kościoła
    Święty Grzegorz z Nazjanzu
    Grzegorz urodził się w roku 329 lub 330 w Arianzie, w pobliżu Nazjanzu w Kapadocji (obecnie Turcja). Podobnie jak św. Bazyli Wielki, pochodził z rodziny świętych. Świętą była jego babka – Nonna, brat – św. Cezary i siostra – św. Gorgonia. Ojciec św. Grzegorza, również Grzegorz, był biskupem Nazjanzu. Pierwsze nauki Grzegorz pobierał w Nazjanzie (337-343) u swego wuja Amfilochiusza (uczył go krasomówstwa), studia średnie odbył w Cezarei Kapadockiej (343-349), a następnie udał się na studia wyższe retoryki do Cezarei Palestyńskiej (349-352), gdzie zapoznał się z nauką Orygenesa i stał się odtąd jego wielbicielem. W tym czasie podążył do Aleksandrii (351-352), gdzie metropolitą był wówczas sławny św. Atanazy Wielki. W samą Wielkanoc przyjął chrzest, mając 28 lat (358). Na dalsze studia udał się do Aten, gdzie odbywał je wraz ze św. Bazylim Wielkim (352-358). Po powrocie do ojczyzny zajął się administrowaniem rodzinnym majątkiem (359-361). W uroczystość Bożego Narodzenia z rąk ojca otrzymał święcenia kapłańskie i odtąd pomagał mu w duszpasterstwie i w zarządzaniu diecezją (361-363).
    Grzegorz pragnął jednak życia pustelniczego. Udał się więc do Neocezarei w Poncie, gdzie przebywał już wtedy św. Bazyli (363-364). Posłuszny jednak ojcu wrócił do Nazjanzu i nadal pomagał mu w zarządzaniu diecezją (364-371). Kiedy św. Bazyli został metropolitą w Cezarei Kapadockiej (372), w tym samym roku namówił Grzegorza, by przyjął biskupstwo w Sasimie. Grzegorz nie czuł się dobrze na tym urzędzie i dlatego usunął się do klasztoru św. Tekli w Seleucji Izauryjskiej, gdzie spędził cztery lata (375-379).
    Po wkroczeniu cesarza Teodozego I Wielkiego do Konstantynopola, Grzegorza powołano na metropolitę Konstantynopola. Cesarz uroczyście wprowadził go do katedry Hagia Sofia. Od maja do lipca 381 roku odbywał się w Konstantynopolu sobór powszechny. Przewodniczył mu biskup Antiochii, Melecjusz, a po jego nagłej śmierci – Grzegorz. Na soborze tym metropolitom Konstantynopola, Aleksandrii, Antiochii i Jerozolimy przyznano tytuł patriarchów. Grzegorz był więc pierwszym patriarchą Konstantynopola. Wkrótce jednak zrzekł się tej godności i udał się do Karbala Arianzos, gdzie oddał się wyłącznie kontemplacji i pracy pisarskiej (382).
    Zmarł w rodzinnym Arianzie w roku 389 lub 390. Data jego zgonu nie jest pewna (tradycja prawosławna podaje 25 stycznia 389 r.). Cesarz Konstantyn II (912-959) sprowadził jego relikwie z Arianzu do Konstantynopola, gdzie umieścił je w kościele Dwunastu Apostołów. Obecnie część tych relikwii znajduje się w Rzymie, w bazylice św. Piotra (w kaplicy św. Grzegorza), w klasztorze benedyktynek S. Maria in Campo Marzio oraz w Mantui w kościele św. Andrzeja.
    Wspomnienie św. Grzegorza obchodzi się wraz ze wspomnieniem św. Bazylego. Jak na ziemi łączyła ich przyjaźń, tak po śmierci łączy ich wspólna chwała.
    Grzegorz był wielkim teologiem, humanistą i poetą. Spuścizna literacka po nim jest bardzo bogata. Na pierwszym miejscu wypada wymienić jego kazania. Pozostało ich do naszych czasów czterdzieści pięć. Obszerna kiedyś musiała być jego korespondencja, skoro do dziś zachowało się szczęśliwie aż 245 listów. Grzegorz zasłynął ponadto jako jeden z największych poetów Kościoła Wschodniego. Ocalało aż 507 jego poetyckich utworów. Opiewa w nich tajemnice wiary, swoje osobiste przeżycia, uniesienia mistyczne i wydarzenia współczesne. Jest patronem bazylianów i poetów.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako biskup rytu bizantyjskiego lub w pontyfikalnych szatach rytu rzymskiego. Czasami u jego stóp Lucyfer – symbol herezji. Jest przedstawiany jako starszy mężczyzna z jasnokasztanową, krótką brodą i znaczną łysiną czołową. Zazwyczaj prawą rękę ma złożoną w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma Ewangelię. Jego atrybutami są: anioł, księga Ewangelii, paliusz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 stycznia

    Święta Boża Rodzicielka Maryja

    Bogarodzica Maryja

    Pierwszy dzień Nowego Roku to ósmy dzień od Narodzenia Jezusa. Według prawa żydowskiego każdy chłopiec miał być tego dnia obrzezany. W oktawę Bożego Narodzenia, dziękując Bogu za przyjście na świat Chrystusa, Kościół obchodzi uroczystość Maryi jako Matki Bożej, przez którą spełniły się obietnice dane całej ludzkości, związane z tajemnicą Odkupienia. Tego dnia z wszystkich przymiotów Maryi czcimy szczególnie Jej macierzyństwo. Dziękujemy Jej także za to, że swą macierzyńską opieką otacza cały Lud Boży.Poświęcenie Maryi pierwszego dnia rozpoczynającego się roku ma także inne znaczenie. Matka Jezusa zostaje ukazana ludziom jako najdoskonalsze stworzenie, a zarazem jako pierwsza z tych, którzy skorzystali z darów Chrystusa. Pragnienie zaakcentowania specjalnego wspomnienia Matki Bożej zrodziło się już w starożytności chrześcijańskiej. Kościół zachodni już w VII wieku wyznaczył w tym celu dzień 1 stycznia.Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi to najstarsze maryjne święto. Do liturgii Kościoła wprowadził je dość późno papież Pius XI w roku 1931 na pamiątkę 1500. rocznicy soboru w Efezie (431). Pius XI wyznaczył na coroczną pamiątkę tego święta dzień 11 października. Reforma liturgiczna w roku 1969 nie zniosła tego święta, ale podniosła je do rangi uroczystości nakazanych i przeniosła na 1 stycznia.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka

    W Starym Testamencie jest wiele szczegółowych proroctw, zapowiadających Zbawiciela świata. Pośrednio dotyczą one także osoby Jego Matki. Niektóre z nich są nawet wyraźną aluzją do Rodzicielki Zbawiciela, np. zapowiedź dotycząca Niewiasty, która zetrze głowę węża-szatana (Rdz 3, 15). Jeszcze wyraźniej o Matce Mesjasza wspomina prorok Micheasz (Mi 5, 1-2). Jako proroctwo dotyczące Maryi traktuje się także zapowiedź Izajasza:Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel (Iz 7, 14).Poza tymi tekstami tradycja chrześcijańska uznaje wiele innych w znaczeniu typicznym (stanowiącym wzór, pra-obraz), jak np. królowa stojąca po prawicy króla (Ps 45, 10), oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, zwycięska Judyta czy ratująca swój naród od niechybnej zguby bohaterska Estera.Maryja była córką świętych Joachima i Anny (tak przekazuje nam apokryf Protoewangelia Jakuba, pochodzący z roku ok. 150). To oni oddali ją do Świątyni (to także przekaz apokryficzny – wspomnienie tego wydarzenia obchodzimy w liturgii 21 listopada). Przez Boga została wybrana na Matkę Jezusa Chrystusa. Jej postać jest obecna na kartach Nowego Testamentu od chwili Zwiastowania po Zesłanie Ducha Świętego.
    Anioł Gabriel zwiastuje Jej narodzenie Syna, który będzie “Synem Najwyższego” (Łk 1, 26-38). Od tej chwili Maryja całkowicie oddaje się Bogu. Za wskazaniem anioła odwiedza swoją krewną, św. Elżbietę, matkę Jana Chrzciciela (Łk 1, 39-56). Wraz ze swym oblubieńcem, św. Józefem, w związku ze spisem ludności udaje się do Betlejem, miasta, z którego wywodzi się Jej ród (a także ród Józefa, Jej męża). Tutaj przychodzi na świat Jezus (Łk 2, 1-20). Zgodnie z żydowskim obyczajem ofiarowuje Syna w świątyni (Łk 2, 21-38). Wobec zagrożenia ze strony Heroda ucieka z Jezusem i św. Józefem do Egiptu (Mt 2, 13-18). Po śmierci króla wraca do Nazaretu (Mt 2, 19-23). Podczas pobytu w Jerozolimie przeżywa niepokój z powodu zagubienia swego Syna (Łk 2, 41-49). Na godach weselnych w Kanie poprzez Jej wstawiennictwo Jezus czyni swój pierwszy cud (J 2, 1-11).
    Synoptycy (św. Mateusz, św. Łukasz i św. Marek) wspominają, że Maryja towarzyszyła Panu Jezusowi w Jego wędrówkach apostolskich (Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35; Łk 8, 19-21). Maryja jest także świadkiem śmierci Chrystusa. Stoi pod krzyżem Jezusa, gdy Ten powierza Ją opiece swego umiłowanego ucznia Jana (J 19, 25-27). Pod krzyżem zostaje Matką Kościoła i ludzkości. Po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu pozostaje wśród Apostołów w Jerozolimie.
    Maryja niewątpliwie jest osobą najbliższą Jezusowi ze względu na szczególną rolę w dziele zbawienia. Jej niezwykłe posłannictwo i miejsce w chrześcijaństwie odsłania tekst Apokalipsy.
    Według tradycji po wniebowstąpieniu Jezusa żyła jeszcze 12 lat. Niektóre dokumenty mówią, że mieszkała ze św. Janem w Efezie, inne – że nie opuszczała Jerozolimy. Pusty grób Maryi znajduje się obok Ogrodu Oliwnego w dolinie Cedron. Fakty z Jej życia, tytuły i wezwania modlitewne oraz cudowne wydarzenia, które miały miejsce za Jej przyczyną, Kościół rozważa w ciągu wielu świąt podczas całego roku liturgicznego.Spośród szczególnych przywilejów Maryi na pierwszym miejscu trzeba wymienić Jej Boskie macierzyństwo, które w dzisiejszej uroczystości czcimy. Kiedy Nestoriusz, patriarcha Konstantynopola, odważył się odróżniać w Jezusie Chrystusie dwie natury i dwie osoby, wtedy Maryję zaczął nazywać Matką Chrystusa-Człowieka i odmówił Jej przywileju Boskiego macierzyństwa. Jednak biskupi zebrani na soborze w Efezie (431) stanowczo odrzucili i potępili naukę Nestoriusza, wykazując, że Jezus miał tylko jedną osobę, której własnością były dwie natury: Boska i ludzka. Dlatego Maryja była Matką Osoby Jezusa Chrystusa w Jego ludzkiej naturze – była więc Matką Bożą. Prawda ta została ogłoszona jako dogmat. Zebrani na tym soborze biskupi Kościoła pod przewodnictwem legatów papieskich orzekli jednogłośnie, że nie tylko można, ale należy Maryję nazywać Matką Bożą, Bogurodzicą (greckie Theotokos). Maryja nie zrodziła Bóstwa, nie dała Panu Jezusowi natury Boskiej, którą On już posiadał odwiecznie od Ojca. Dała Chrystusowi Panu w czasie naturę ludzką – ciało ludzkie. Ale dała je Boskiej Osobie Pana Jezusa. Jest więc Matką Syna Bożego według ciała i w czasie, jak według natury Bożej i odwiecznie Pan Jezus jest Synem Bożym. Ta godność i ten przywilej wynosi Maryję ponad wszystkie stworzenia i jest źródłem wszystkich innych Jej przywilejów.
    Prawdę o Boskim macierzyństwie Maryi potwierdzono na soborach w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553 i 680), w konstytucji Pawła IV przeciwko arianom (socynianom) w roku 1555, w wyznaniu wiary Benedykta XIV (1743) oraz w encyklice Piusa XI Lux veritatis w 1931 roku.
    Kościół właściwie przez cały rok wysławia ten wielki przywilej Maryi. W codziennej Komplecie w antyfonie końcowej spotykamy słowa: “Witaj, Matko Zbawiciela!”, “Witaj, Królowo nieba, Pani aniołów!”, “Witaj korzeniu i bramo święta, z której Światło zeszło na ziemię!”, “Królowo nieba, wesel się, alleluja, albowiem, którego zasłużyłaś nosić, zmartwychwstał, jak przepowiedział, alleluja!”, “Witaj, Królowo… a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż”.Macierzyństwo Maryi wobec Jezusa jest wyjątkowe, ponieważ jest dziewicze. Maryja była Dziewicą zawsze: przed porodzeniem Jezusa i po Jego urodzeniu, aż do śmierci. Kościół nie ustanowił osobnego święta dla podkreślenia tego tytułu. Łączy go jednak bezpośrednio z Boskim macierzyństwem. Prawdę o dziewiczym macierzyństwie ogłosił jako dogmat na Soborze Laterańskim I w roku 649. Jednak wiarę w tę prawdę Kościół wyraził również na soborach poprzednich, np. w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553). Nadto prawdę tę akcentuje w wyznaniach wiary, w orzeczeniach papieży, w pismach Ojców Kościoła i w liturgii.Pan Bóg godnością przewyższa wszystko, co tylko istnieje. Dlatego kult najwyższy, tak prywatny, jak i publiczny, należy się Panu Bogu. Maryja jest tylko stworzeniem, ale wśród stworzeń wyróżniona została najwyższą godnością. Dlatego Kościół oddaje Jej cześć szczególną, większą niż innym Świętym, co w liturgii nazywa się kultem hyperduliae – czcią wyjątkową. Kult Świętych jest zawsze względny i pośredni. Czcimy ich bowiem, ponieważ są przyjaciółmi Boga, a całą swoją godność i chwałę zawdzięczają Panu Bogu. To samo odnosi się również do Matki Bożej.
    W swoich początkach chrześcijaństwo na pierwszy plan wysuwało kult Pana Jezusa jako Wcielonego Słowa i Zbawiciela świata. W miarę jednak, jak nauka Chrystusa ogarniała coraz to nowe obszary, powiększało się też zainteresowanie osobą Matki Zbawiciela. Dlatego wspomnienie o Niej spotykamy u pierwszych Ojców Kościoła oraz w apokryfach. Kiedy zaczął rozwijać się kult męczenników, a zaraz potem wyznawców, kult Matki Bożej zyskiwał na znaczeniu. Od wieku IV można już mówić o powszechnym kulcie Maryi w Kościele. Wzrósł on po Soborze Efeskim (431), kiedy zaczęto stawiać ku czci Matki Bożej kościoły, otaczać kultem Jej obrazy, układać modlitwy, wygłaszać homilie i obchodzić Jej święta. Dzisiaj kult Matki Bożej w Kościele katolickim jest tak powszechny i żywy, że stanowi jedną z jego cech charakterystycznych. Do jego najważniejszych elementów należą:
    Dni i święta Maryi. W roku liturgicznym mamy kilkanaście obchodów maryjnych, co jest sytuacją wyjątkową – nikt inny nie jest tak często w liturgii wspominany. Niektórym z tych obchodów Kościół nadaje rangę najwyższą – uroczystości: Boskiego macierzyństwa Maryi (1 stycznia), Jej Wniebowzięcia (15 sierpnia) i Niepokalanego Poczęcia (8 grudnia). Dwa miesiące: maj i październik są miesiącami Maryi, w których Maryja odbiera szczególną cześć u wiernych. Są także święta lokalne, np. w Polsce – Królowej Polski (3 maja) czy Matki Bożej Częstochowskiej (26 sierpnia). Także poszczególne miejscowości czy zakony mają swoje święta. Sobota każdego tygodnia już od wczesnego średniowiecza była obchodzona jako dzień Maryi. W Okresie Zwykłym Kościół dozwala na odprawianie w soboty Mszy św. według specjalnego formularza o Matce Bożej.Świątynie pod wezwaniem Matki Bożej. Zaczęto je stawiać już od wieku IV. Dzisiaj są ich tysiące na całym świecie. Najdostojnieszą z nich jest bazylika Matki Bożej Większej w Rzymie.Obrazy i rzeźby Matki Bożej. Ikonografia w tej dziedzinie jest niezmiernie bogata. Obejmuje setki tysięcy obrazów i rzeźb. Pierwsze wizerunki Maryi spotykamy już w katakumbach w II w. – w katakumbach Pryscylli w Rzymie umieszczono literę M z krzyżem. Nadto na suficie jednej z krypt tych katakumb widzimy Maryję siedzącą na wysokim krześle niby na tronie albo na katedrze biskupiej. Jest ubrana w białą tunikę i ma welon dziewiczy na głowie. Na kolanach trzyma Dziecię Jezus. Powstały całe szkoły ikonografii maryjnej. Wiele obrazów i figur zasłynęło niezwykłymi łaskami, tak że zostały uznane za cudowne (jest ich ok. 3000, w tym kilkaset koronowano koronami papieskimi). Do sanktuariów maryjnych podążają milionowe rzesze pielgrzymów.Figury Maryi, stawiane na placach. W samym Awinionie we Francji jest ich 158. Wiele z nich przedstawia wysoką wartość artystyczną. W Rzymie znana jest kolumna Matki Bożej Niepokalanej na Placu Hiszpańskim, przed którą papież co roku zwyczajowo w każde święto Niepokalanej (8 grudnia) składa wiązankę kwiatów.Pisma teologów. Nie było pisarza kościelnego, który by nie podejmował tematyki maryjnej. Rocznie wychodzi kilkaset prac na temat Matki Bożej. Istnieją specjalne biblioteki, czasopisma i encyklopedie mariologiczne.Kongresy mariologiczne: miejscowe, diecezjalne, prowincjalne, krajowe, międzynarodowe. Rocznie przypada ich w różnych krajach kilka do dziesięciu, z okazji specjalnych – więcej. Pierwszy międzynarodowy kongres mariologiczny odbył się w Lyonie w dniach 5-8 września 1900 roku.Rozmaite nabożeństwa. Wystarczy wymienić najgłośniejsze: nabożeństwo 3 Zdrowaś Maryjo, koronki, różaniec, szkaplerze, medaliki, małe oficjum brewiarzowe (czyli Godzinki), nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, nowenny, pielgrzymki, peregrynacje obrazów i figur Matki Bożej, prywatne i publiczne akty poświęcenia się Matce Bożej, Święte Niewolnictwo, Dzieło Pomocników Maryi.Maryja jest patronką Kościoła powszechnego, wielu diecezji, zakonów, krajów, miast oraz asysty kościelnej, lotników, matek, motocyklistów, panien, piekarzy, prządek, studentów i szkół katolickich.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka

    W ikonografii Najświętsza Maryja Panna jest – obok Jezusa – najczęściej występującą postacią. Sztuka chrześcijańska rozwinęła szereg typów Madonny: z Dzieciątkiem, Matki Bożej tkliwej, majestatycznej (w sztuce bizantyjskiej), tronującej, opiekuńczej, orędującej, dziewczęcej, surowej władczyni, królowej, mieszczki, wieśniaczki, wytwornej damy. Ukazywana jest jako Bogurodzica, Niepokalana, Bolesna, Wniebowzięta, Niewiasta z Apokalipsy, Różańcowa, Wspomożycielka, Królowa, Matka Kościoła.
    Jej atrybutami są m.in.: gołąb – symbol Ducha Świętego, siedem gołębi – oznaczających siedem darów Ducha Świętego, jagnię, jaskółka, jednorożec; ciała niebieskie: gwiazdy, księżyc, półksiężyc, słońce i gwiazdy; kwiaty: anemon, fiołek, irys, lilia, lilia w ręku – symbol Niepokalanej, róża, różany szpaler; drzewa: cedr, dąb, drzewo figowe; owoce: cytryna – znak cierpienia, goździk, jabłko – symbol Odkupienia, truskawka, winorośl, winogrono jako symbol Jezusa zrodzonego ze szlachetnego winnego szczepu; ciernie, łza, mały krzyż, krucyfiks, miecz, miecz w piersi, siedem mieczów, narzędzia męki w dłoniach anioła; Boskie Miasto, kielich, kielich z hostią, korona, księga, otwarta księga, naszyjnik, naszyjnik z korali, perła, różaniec, smok u stóp, studnia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – grudzień 2025

    ***

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    © José Luiz Bernardes Ribeiro / CC BY-SA 4.0/ Wikipedia/Stacja7.pl

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***

    31 grudnia

    Święta Katarzyna Laboure,
    dziewica i zakonnica

    Święta Katarzyna Laboure

    Katarzyna urodziła się 2 maja 1806 r. w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers, w licznej rodzinie chłopskiej (była dziewiąta z jedenaściorga rodzeństwa). Kiedy miała 9 lat, zmarła jej matka. Nigdy nie uczęszczała do szkoły. Po pogrzebie matki Katarzynę zabrała ciotka Małgorzata. W tym czasie starsza siostra Katarzyny wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia (szarytek). Kiedy rodzeństwo rozeszło się, ojciec wezwał Katarzynę, by pomogła mu w prowadzeniu gospodarstwa. Miała wówczas zaledwie 12 lat. Z całą energią zabrała się do nowych obowiązków, zajmując się ponadto wychowaniem najmłodszego brata i siostry.
    Kiedy miała 20 lat i przekonała się, że w domu jej pomoc nie jest już nagląco potrzebna, wyznała ojcu, że pragnie wstąpić do szarytek. Ojciec stanowczo jednak odmówił i wysłał córkę do Paryża, do jej brata, Karola, żeby mu pomagała prowadzić tam skromną restaurację. Nie czuła się tam jednak dobrze i dlatego też, na własną rękę, przeniosła się do bratowej, by pomagać jej w prowadzeniu pensjonatu. Równocześnie nawiązała kontakt z siostrami miłosierdzia. Wstąpiła do nich w 24. roku życia. Po odbyciu postulatu i trzech miesięcy próby odbyła nowicjat w domu macierzystym zakonu w Paryżu. W domu na rue du Bac w Paryżu doznała mistycznych łask. Rzadki to wypadek, by już w nowicjacie, a więc na progu życia zakonnego, Pan Bóg obdarzał swoich wybrańców darem wysokiej kontemplacji aż do ekstaz i objawień. Katarzyna należała do tych szczęśliwych wybranek. Najgłośniejszym echem odbijały się po świecie objawienia dotyczące “cudownego medalika”. Było ich w sumie pięć. Najbardziej znane są dwa.
    W nocy z 18 na 19 lipca 1830 roku, kiedy Francja przeżywała rewolucję lipcową, w której został obalony król Karol X, podczas snu ukazał się Katarzynie anioł, zbudził ją i zaprowadził do kaplicy nowicjackiej. Tam zjawiła się jej Matka Boża, która skarżyła się na publiczne łamanie przykazań, zapowiedziała kary, jakie spadną na Francję i zachęciła Katarzynę do modlitwy i uczynków pokutnych.
    Kilka miesięcy później, w nocy z 26 na 27 listopada 1830 roku, ten sam anioł w podobny sposób obudził Katarzynę i zaprowadził ją do kaplicy. Szarytka ujrzała Najświętszą Maryję Pannę stojącą na kuli ziemskiej, depczącą stopą łeb piekielnego węża. W rękach trzymała kulę ziemską, jakby chciała ją ofiarować Panu Bogu. Równocześnie Katarzyna usłyszała głos: “Kula, którą widzisz, przedstawia cały świat i każdą osobę z osobna”. Niebawem obraz zmienił się. Matka Boża miała ręce szeroko rozwarte i spuszczone do dołu, a z Jej dłoni tryskały strumienie promieni. Usłyszała ponownie głos: “Te promienie są symbolem łask, jakie zlewam na osoby, które Mnie o nie proszą”. Święta ujrzała następnie literę M z wystającym z niej krzyżem, dokoła 12 gwiazd, a pod literą M dwa Serca: Jezusa i Maryi. Dokoła postaci Maryi z rękami rozpostartymi ujrzała napis: “O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Pod koniec tego objawienia Katarzyna otrzymała polecenie: “Postaraj się, by wybito medale według tego wzoru”.
    Katarzyna o swoim objawieniu oraz o otrzymanym poleceniu zawiadomiła spowiednika, o. Aladela. Ten nie chciał sam decydować, ale poradził się arcybiskupa Paryża. Arcybiskup po wstępnym zbadaniu sprawy orzekł, że nie widzi w tym nic, co sprzeciwiałoby się nauce katolickiej. 30 czerwca 1832 roku wybito 1500 pierwszych medalików. Dla bardzo wielu łask zyskały one sobie tak wielką sławę, że zaczęto je szybko określać mianem “cudownego medalika”. W ciągu 10 lat w samym tylko Paryżu wybito w różnych wielkościach ponad 60 milionów jego egzemplarzy. W roku 1836 arcybiskup Paryża zarządził kanoniczne zbadanie objawień oraz łask, jakie wierni otrzymali przez cudowny medalik. Raport komisji stwierdził wiarygodność tak objawień, jak i cudów. Wtedy biskup wydał oficjalną aprobatę.
    Cudowny Medalik Niepokalanej nie był pierwszą w dziejach Kościoła katolickiego tego rodzaju formą czci Matki Bożej. Znaleziono już z wieku IV dwa medaliony z wizerunkiem Matki Bożej. Papieże w wiekach średnich podobne medale błogosławili i rozdzielali pomiędzy wiernych. Papież św. Pius V w 1566 roku udzielił nawet odpustu zupełnego dla tych, którzy będą go nosić. Z czasem jednak przestano je nosić. Cudowny medalik przywrócił ten chwalebny zwyczaj, a ponieważ współczesne medaliki są małe i bardzo lekkie, dlatego wiele osób bardzo chętnie je nosi. Nazwę “cudowny medalik” zatwierdziła Stolica Święta, a papież Leon XIII dekretem z dnia 23 lipca 1894 roku zezwolił na coroczne obchodzenie święta Objawienia Cudownego Medalika (dnia 27 listopada).

    Cudowny Medalik

    Mimo sławy objawień Katarzyna pozostała cicha i nieznana. Nie uczyniła bowiem ze swego objawienia sprawy publicznej – powiedziała o nim jedynie swojemu spowiednikowi. W 1831 r. Katarzyna znalazła się w hospicjum przy ulicy Picpus i tam, w ukryciu, dokończyła swego skromnego życia, wypełnionego uciążliwymi posługami około starców. Zmarła 31 grudnia 1876 r. Ciało Świętej spoczywa w kaplicy nowicjatu w domu macierzystym sióstr w Paryżu. W 24 lata po objawieniu medalika Niepokalanej papież Pius IX ogłosił dogmat Niepokalanego Poczęcia Maryi (1854), a w 4 lata potem Matka Boża objawiła się jako Niepokalane Poczęcie św. Bernadetcie Soubirous (1858). Beatyfikacji Katarzyny dokonał papież Pius XI 28 maja 1933 roku, a do chwały świętych wyniósł ją papież Pius XII w 1947 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święty Sylwester I, papież

    Święty Sylwester I - mozaika bizantyjska

    Sylwester był z pochodzenia Rzymianinem, urodził się za panowania papieża św. Marcelego lub nawet wcześniej. Jego ojcem był prawdopodobnie kapłan Rufin (w tym czasie duchowieństwa nie obowiązywał jeszcze ścisły celibat). O jego dzieciństwie, młodości i wykształceniu nic nie wiadomo. Kiedy prześladowanie dioklecjańskie ze szczególną wrogością odnosiło się do ksiąg świętych w Kościele i nakazało je niszczyć, właśnie Rufin przechowywał w tajemnicy księgi liturgiczne i Pismo święte, należące do Kościoła w Rzymie.
    Sylwester wstąpił na tron papieski po św. Milcjadesie w styczniu 314 roku. Zasiadał na nim bardzo długo – przez 21 lat. Po edykcie mediolańskim kończącym erę prześladowań chrześcijan w cesarstwie rzymskim podjął organizację kultu Bożego. Duchowieństwo chrześcijańskie zwolniono od pełnienia publicznych funkcji pozakościelnych, decyzje sądów biskupich obowiązywały chrześcijan w poszczególnych okręgach, a niedzielę uznano oficjalnie za święto państwowe.
    Za pontyfikatu Sylwestra odbył się pierwszy sobór powszechny w Nicei (325). Ze względu na podeszły wiek papież nie uczestniczył w nim osobiście – wysłał tam jednak swoich legatów, a następnie na synodzie w Rzymie zatwierdził uchwały tego soboru. Przyjęto tam m.in. wyznanie wiary, które recytujemy w czasie Mszy świętych oraz ogłoszono dogmat o boskości Syna i Jego równości z Ojcem. Ujednolicono obchodzenie świąt Wielkanocy w całym Kościele. Ogłoszono 20 kanonów prawa kościelnego, które obejmowały uprawnienia jurysdykcyjne biskupów Rzymu oraz określały sposób wybierania biskupów. Gdy Konstantyn Wielki ufundował bazyliki św. Jana na Lateranie i św. Piotra na Watykanie, Sylwester I dokonał obrzędu uroczystej konsekracji obu świątyń. Odtąd każda świątynia była konsekrowana w podobny sposób. Według legendy to właśnie św. Sylwester pozyskał dla wiary matkę Konstantyna Wielkiego – św. Helenę.

    Święty Sylwester I
    Zmarł 31 grudnia 335 r. Data ta wydaje się pewna, gdyż spotykamy ją w najdawniejszych dokumentach. Jego święto obchodzi się od V wieku – Grecy obchodzą je 2 stycznia. Śmiertelne szczątki papieża spoczęły w katakumbach św. Pryscylli, gdzie w VII wieku wystawiono ku jego czci bazylikę. Obecnie relikwie św. Sylwestra I znajdują się niedaleko miasta Modena. Sylwester jest patronem tego miasta i diecezji, która ma w tym mieście swą stolicę. Jest także patronem zwierząt domowych, wzywany bywa w modlitwie o dobre zbiory paszy, a także o szczęśliwy i pomyślny nowy rok. Dzień św. Sylwestra jest ostatnim dniem w roku kalendarzowym. Dlatego w kościołach urządza się wieczorem specjalne nabożeństwo dziękczynno-ekspiacyjno-błagalne. Duszpasterze zdają wiernym sprawozdania z całorocznej pracy w parafii. Znane są także w całym świecie “zabawy sylwestrowe”, czyli “Sylwestry”.
    Ikonografia przedstawia św. Sylwestra w papieskim stroju pontyfikalnym lub jako papieża w tiarze i czerwonym płaszczu. Jego atrybutami są: kościół, księga, trzyramienny krzyż, paliusz, tiara, wąż z książką, smok u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    30 grudnia

    Święty Egwin, biskup

    Święty Egwin
    Egwin urodził się w VII w. Kształcił się u benedyktynów w Worcester. Tam został mnichem, a potem kapłanem. W 693 r. powołano go na biskupstwo w rodzinnym mieście. Stał się reformatorem życia kościelnego. Bronił świętości małżeństwa, stawał w obronie sierot i wdów. Był doradcą Eldera, króla Mercji, jego syna Kenreda oraz Offy I, króla wschodnich Sasów. Podczas pobytu w Rzymie otrzymał od papieża zgodę na rezygnację z biskupstwa. W ostatnich latach życia pełnił obowiązki opata w założonym przez siebie opactwie w Evesham. Osiedlenie się tam było poprzedzone objawieniem Maryi, która powiedziała Egwinowi, gdzie chce mieć swój klasztor.
    Zmarł 30 grudnia 717 r. Po śmierci dokonał wielu cudów: przywracał wzrok i słuch, uzdrawiał chorych. Jego relikwie były otaczane tak wielkim kultem, że w 1077 roku trzeba było przebudować opactwo w Evesham, by mogło pomieścić napływ pielgrzymów.
    W ikonografii św. Egwin przedstawiany jest w stroju biskupim, w ręku ma rybę, która w pyszczku trzyma klucz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 grudnia

    Święty Tomasz Becket, biskup i męczennik

    Święty Tomasz Becket

    Tomasz urodził się w 1118 r. w Londynie. Jego ojciec był zamożnym kupcem normandzkim w tym właśnie mieście. Również jego matka była Normandką.
    Pierwsze nauki Tomasz pobierał u kanoników regularnych w Merton, a na studia wyższe przeniósł się do Paryża. Po powrocie do Londynu pomagał ojcu w jego handlowych interesach, a równocześnie pełnił funkcję w skarbowym urzędzie miejskim. Udał się na dwór prymasa Anglii, Teobalda, do Canterbury. Prymas przyjął go do swojego kleru i wysłał na dalsze studia prawnicze do Bolonii i Auxerre; kiedy zaś po ich ukończeniu Tomasz powrócił, mianował go archidiakonem Canterbury (1154). W roku następnym (1155) król Henryk II obrał go swoim lordem kanclerzem, a po śmierci prymasa, 7 lat później, wybrał go jego następcą. Tomasz zmienił wtedy radykalnie styl życia, podejmując ascezę. Dotychczasowy dworak, ambitny karierowicz, nagle nawrócił się i stał się mężem Kościoła w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jako prymas zrezygnował natychmiast z urzędu kanclerza królewskiego, chociaż godność ta dawała mu majątek i duże wpływy w państwie. Po przyjęciu święceń kapłańskich i sakry biskupiej przywdział włosiennicę, zaczął wieść życie ascetyczne, oddawać się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Stał się także nieustraszonym obrońcą praw Kościoła. Dawniejsze oddanie królowi zamienił na głęboką troskę o Kościół, o zachowanie jego praw i przywilejów.
    Próby poszerzenia zakresu i kompetencji sądów królewskich kosztem sądów kościelnych oraz ograniczenia władzy Kościoła spowodowały konflikt Tomasza z królem. W roku 1164 król ogłosił tzw. Konstytucje Klarendońskie, ograniczające znacznie prawa Kościoła na rzecz króla. Prymas swojej pieczęci ani podpisu na znak zgody pod nimi nie położył. Gdy zaś papież Aleksander III potępił te regulacje, to samo uczynił i prymas Anglii. Król wezwał wówczas Tomasza przed swój sąd w Northampton. Zamierzał go aresztować, uwięzić i urządzić proces. Prymas odwołał się do papieża i wezwał biskupów, by nie brali w nim udziału. Sam zaś potajemnie, w przebraniu, opuścił Anglię i udał się do Francji, do Pontigny, a potem do Sens (1164). Po 6 latach, w 1170 r., dzięki interwencji papieża i króla Francji, Henryk II zgodził się na powrót Tomasza do kraju. Traktował go jednak jako niewdzięcznika i głowę opozycji.
    Spokój trwał niezbyt długo. Kiedy król przebywał w Normandii, usłużni dworacy donosili mu, co dzieje się w Anglii. Pewnego dnia Henryk II miał zawołać: “Poddani moi to tchórze i ludzie bez honoru! Nie dochowują wiary swemu panu i dopuszczają, żebym był pośmiewiskiem jakiegoś tam klechy z gminu”. Czterej rycerze z otoczenia króla za zezwoleniem monarchy jeszcze tej samej nocy udali się do Anglii i wpadli do Canterbury, do pałacu prymasa. Nie zastali go tam, gdyż właśnie w katedrze odprawiał Nieszpory. Dobiegli do ołtarza i z okrzykiem “Śmierć zdrajcy!” zarąbali go na śmierć. Ranili również kapelana arcybiskupa, który usiłował prymasa bronić. Działo się to 29 grudnia 1170 roku.
    Przy ubieraniu biskupa do pogrzebu znaleziono na jego ciele włosiennicę i krwawe ślady od biczowania się. Zbrodnia wywołała oburzenie w całej Anglii i w świecie. W zaledwie trzy lata po męczeńskiej śmierci papież Aleksander III ogłosił Tomasza świętym i męczennikiem Kościoła. Król dla uwolnienia się od kar kościelnych, które groziły mu nawet utratą tronu (jako wyklęty z Kościoła według średniowiecznego prawa nie mógł być królem wyznawców Chrystusa) rozpoczął pokutę. Odbył pieszą pielgrzymkę do grobu św. Tomasza i przyrzekł wziąć udział w wyprawie krzyżowej, ale zamieniono mu ją na obowiązek wystawienia trzech kościołów (1174). Grób św. Tomasza stał się celem licznych pielgrzymek. Kazał go zniszczyć dopiero król Henryk VIII w 1538 roku.
    Św. Tomasz Becket jest obok św. Jerzego drugim patronem Anglii; jest także patronem duchownych.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są: model kościoła, krzyż, miecz, palma męczeńska.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 grudnia

    Święci Młodziankowie, męczennicy

    Rzeź świętych Młodzianków

    Dwuletnim, a nawet młodszym chłopcom zamordowanym w Betlejem i okolicy na rozkaz króla Heroda św. Ireneusz, św. Cyprian, św. Augustyn i inni ojcowie Kościoła nadali tytuł męczenników. Ich kult datuje się od I wieku po narodzinach Chrystusa. W Kościele zachodnim Msza za świętych Młodzianków jest celebrowana – tak jak Msze święte Wielkiego Postu – bez radosnych śpiewów; kolor liturgiczny – czerwony.
    Wśród Ewangelistów jedynie św. Mateusz przekazał nam informację o tym wydarzeniu (Mt 2, 1-16). Dekret śmierci dla niemowląt wydał Herod Wielki, król żydowski, kiedy dowiedział się od mędrców, że narodził się Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski. W obawie, by Jezus nie odebrał jemu i jego potomkom panowania, chciał w podstępny sposób pozbyć się Pana Jezusa.
    Za czasów Heroda panowało przekonanie, że wszystko w państwie jest własnością władcy, także ludzie, nad którymi władca ma prawo życia i śmierci. Jeśli mu stoją na przeszkodzie, zagrażają jego życiu lub panowaniu, może bez skrupułów w sposób gwałtowny się ich pozbyć. Historia potwierdza, że Herod był wyjątkowo ambitny, żądny władzy i podejrzliwy. Sam bowiem doszedł do tronu po trupach i tylko dzięki terrorowi utrzymywał się u władzy. Był synem Antypatra, wodza Idumei. Za cel postawił sobie panowanie. Dlatego oddał się w całkowitą służbę Rzymianom. Dzięki nim jako poganin otrzymał panowanie nad Ziemią Świętą i narodem żydowskim z tytułem króla. Wymordował żydowską rodzinę królewską, która panowała nad narodem przed nim: Hirkana II, swojego teścia; Józefa, swojego szwagra; Mariam, swoją żonę; ponadto trzech swoich synów – Aleksandra, Arystobula i Antypatra; arcykapłana Arystobula; Aleksandrę, matkę Mariamme i wielu innych, jak to szczegółowo opisuje żyjący ok. 70 lat po nim historyk żydowski, Józef Flawiusz (Dawne dzieje Izraela). Jeszcze przed samą swoją śmiercią, by nie dać Żydom powodu do radości, ale by wycisnąć łzy z ich oczu i w ten sposób “upamiętnić” swój zgon, rozkazał dowódcy wojska zebrać na stadionie sportowym w Jerychu najprzedniejszych obywateli żydowskich i na wiadomość o jego śmierci wszystkich zgładzić. Na szczęście nie wykonano tego polecenia. Te i wiele innych faktów wskazuje, kim był Herod i czym było dla takiego okrutnika pozbawienie życia kilkudziesięciu niemowląt.
    Bibliści zastanawiają się nad tym, ile mogło być tych niemowląt? Betlejem w owych czasach mogło liczyć ok. 1000 mieszkańców. Niemowląt do dwóch lat w takiej sytuacji mogło być najwyżej ok. 100; chłopców zatem ok. 50. Jest to liczba raczej maksymalna i trzeba ją prawdopodobnie zaniżyć. Szczegół, że Herod oznaczył wiek niemowląt skazanych na śmierć, jest dla nas o tyle cenny, że pozwala nam w przybliżeniu określić czas narodzenia Pana Jezusa. Pan Jezus mógł mieć już ok. roku. Herod wolał dla “swego bezpieczeństwa” wiek ofiar zawyżyć.
    Czczeni jako flores martyrum – pierwiosnki męczeństwa, Młodziankowie nie złożyli świadomie swojego życia za Chrystusa, ale niewątpliwie oddali je z Jego powodu. Zatriumfowali nad światem i zyskali koronę męczeństwa nie doświadczywszy zła tego świata, pokus ciała i podszeptów szatana.
    Ikonografia podejmowała często ten tak dramatyczny temat dający wiele możliwości artystom. Dlatego wśród malarzy i rzeźbiarzy, którzy wykonali obrazy przedstawiające “Rzeź Niewiniątek”, figurują m.in.: Giovanni Francesco Baroto, Mikołaj Poussin, Guido Reni, Dürer, Romanino, Piotr Brueghel, Bartolomeo Schedoni, Rubens i wielu innych. W Padwie, w bazylice św. Justyny, a także w kilkunastu innych kościołach, można oglądać “relikwie” Młodzianków. Są one oczywiście nieprawdziwe, ale dowodzą, jak wielki w historii Kościoła był kult Świętych Młodzianków.
    Święci Młodziankowie są uważani za patronów chórów kościelnych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 grudnia

    Święty Jan, Apostoł i Ewangelista

    Święty Jan Ewangelista

    Jan był synem Zebedeusza i Salome, młodszym bratem Jakuba Starszego (Mt 4, 21). Jeśli chodzi o zestaw tekstów ewangelicznych, w których jest mowa o św. Janie, to ich liczba stawia go zaraz po św. Piotrze na drugim miejscu. Łącznie we wszystkich Ewangeliach o św. Piotrze jest wzmianka aż na 68 miejscach (193 wiersze), a o św. Janie na 31 miejscach (90 wierszy).
    Początkowo Jan był uczniem Jana Chrzciciela, ale potem razem ze św. Andrzejem poszedł za Jezusem (J 1, 35-40). Musiał należeć do najbardziej zaufanych uczniów, skoro św. Jan Chrzciciel z nimi tylko i ze św. Andrzejem przebywał właśnie wtedy nad rzeką Jordanem. Jan w Ewangelii nie podaje swojego imienia. Jednak jako naoczny świadek wymienia nawet dokładnie godzinę, kiedy ten wypadek miał miejsce. Rzymska godzina dziesiąta – to nasza godzina szesnasta. Po tym pierwszym spotkaniu Jan jeszcze nie został na stałe przy Panu Jezusie. Jaki był tego powód – nie wiemy. Być może musiał załatwić przedtem swoje sprawy rodzinne. O ostatecznym przystaniu Jana do grona uczniów Jezusa piszą św. Mateusz, św. Marek i św. Łukasz (Mt 4, 18-22; Mk 1, 14-20; Łk 5, 9-11).
    Jan pracował jako rybak. O jego zamożności świadczy to, że miał własną łódź i sieci. Niektórzy sądzą, że dostarczał ryby na stół arcykapłana – dzięki temu mógłby wprowadzić Piotra na podwórze arcykapłana po aresztowaniu Jezusa. Ewangelia odnotowuje obecność Jana podczas Przemienienia na Górze Tabor (Mk 9, 2), przy wskrzeszeniu córki Jaira (Mk 5, 37) oraz w czasie konania i aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (Mk 14, 33).
    Kiedy Jan wyraził zgorszenie, że ktoś obcy ma odwagę wyrzucać z ludzi złe duchy w imię Jezusa (sądził bowiem, że jest to wyłączny przywilej Chrystusa i Jego uczniów), otrzymał od Pana Jezusa odpowiedź: “Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9, 37-38).
    Pewnego dnia do Pana Jezusa przybyła matka Jana i Jakuba z prośbą, aby jej synowie zasiadali w Jego królestwie na pierwszych miejscach, po Jego prawej i lewej stronie. Pan Jezus wiedział, że matka nie uczyniła tego sama z siebie, ale na prośbę synów. Dlatego nie do niej wprost, ale do nich się odezwał: “Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” Kiedy zaś ci odpowiedzieli: “Możemy”, otrzymali odpowiedź: “Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej czy lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował” (Mt 20, 21-28; Mk 10, 41-52).
    Szczegół ten zdradza to, że nawet tak świątobliwy Jan nie całkiem bezinteresownie przystąpił do Pana Jezusa w charakterze Jego ucznia. Przekonany, że wskrzesi On doczesne królestwo Izraela na wzór i co najmniej w granicach królestwa Dawida, marzył, by w tym królestwie mieć wpływowy urząd, być jednym z pierwszych ministrów u Jego boku. Samemu jednak wstydząc się o to prosić, wezwał interwencji swojej matki. Potem zrozumie, że chodzi o królestwo Boże, duchowe, o zbawienie ludzi – i odda się tej wielkiej sprawie aż do ostatniej godziny życia. Warto tu tylko uzupełnić, że według relacji Marka to oni sami: Jan i Jakub zwrócili się do Chrystusa z tą dziwną prośbą, nie wyręczając się przy tym matką.
    Chrystus nadał Janowi i Jakubowi, jego bratu, drugie imię – “Synowie gromu” (Łk 9, 51-56). Jan zostaje wyznaczony razem ze św. Piotrem, aby przygotowali Paschę wielkanocną. Podczas Ostatniej Wieczerzy Jan spoczywał na piersi Zbawiciela. Tylko on pozostał do końca wierny Panu Jezusowi – wytrwał pod krzyżem. Dlatego Chrystus z krzyża powierza mu swoją Matkę, a Jej – Jana jako przybranego syna (J 19, 26-27).
    Po zmartwychwstaniu Chrystusa Jan przybywa razem ze św. Piotrem do grobu, gdzie “ujrzał i uwierzył” (J 20, 8), że Chrystus żyje. W Dziejach Apostolskich Jan występuje jako nieodłączny na początku towarzysz św. Piotra. Obaj idą do świątyni żydowskiej na modlitwę i dokonują u jej wejścia cudu uzdrowienia paralityka (Dz 3, 1 – 4, 21). Jan z Piotrem został delegowany przez Apostołów dla udzielenia Ducha Świętego w Samarii (Dz 8, 14-17). We dwóch przemawiali do ludu, zostali pojmani i wtrąceni do więzienia (Dz 4, 1-24). O Janie Apostole wspomina także św. Paweł Apostoł w Liście do Galatów. Nazywa go filarem Kościoła (Ga 2, 9).
    Jan przebywał przez wiele lat w Jerozolimie (Ga 2, 9), potem prawdopodobnie w Samarii, a następnie w Efezie. To tam napisał Ewangelię i trzy listy apostolskie. Wynika z nich, że jako starzec kierował niektórymi gminami chrześcijańskimi w Małej Azji. Z Apokalipsy dowiadujemy się, że były to: Efez, Smyrna, Pergamon, Tiatyra, Sardes, Filadelfia i Laodycea.
    Tradycja wczesnochrześcijańska okazywała żywe zainteresowanie losami św. Jana Apostoła po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Św. Papiasz (ok. 80-116) i św. Polikarp (ok. 70-166) szczycą się nawet, że byli uczniami św. Jana. Podają nam pewne cenne szczegóły z jego późniejszych lat. Podobnie św. Ireneusz (ok. 115-202) przekazał nam zaczerpnięte z tradycji niektóre wiadomości. Także w pismach apokryficznych znajdujemy o życiu Jana okruchy prawdy. Z tych wszystkich źródeł wynika, że Jan głosił Ewangelię albo w samej Ziemi Świętej, albo w jej pobliżu, a to ze względu na Matkę Bożą, nad którą Chrystus powierzył mu opiekę. Po wybuchu powstania żydowskiego Jan schronił się zapewne w Zajordanii, gdzie przebywał do końca wojny, tj. do roku 70 (zburzenie Jerozolimy). Stamtąd udał się do Małej Azji, gdzie pozostał aż do zesłania go na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana (81-96). Po śmierci cesarza Apostoł wrócił do Efezu, by tu za panowania Trajana (98-117) zakończyć życie jako prawie stuletni starzec. Potwierdzają to św. Ireneusz i Polikrates, biskup Efezu (ok. 190 roku).
    W wieku II lub III powstał w Małej Azji apokryf Dzieje Jana. Przytacza go m.in. Focjusz. Do naszych czasów dochowały się jego znaczne fragmenty. Według tego pisma Domicjan wezwał najpierw Jana do Rzymu. Nie miał jednak odwagi skazać starca na gwałtowną śmierć, dlatego zesłał go na wygnanie na wyspę Patmos, by na tej skalistej, niezaludnionej wyspie Morza Egejskiego zginął powolną śmiercią. Na szczęście chrześcijanie nie zapomnieli o ostatnim świadku Chrystusa. Główną treścią apokryfu są cuda, jakie Jan miał zdziałać w Rzymie i w Efezie. W opisach znajduje się tak wiele legendarnych motywów, że trudno wydobyć z tego apokryfu prawdę. Utrwaliło się podanie, że Domicjan usiłował najpierw w Rzymie otruć św. Jana. Kielich pękł i wino się rozlało w chwili, gdy Apostoł nad nim uczynił znak krzyża świętego. Wtedy cesarz kazał go męczyć we wrzącym oleju, ale Święty wyszedł z niego odmłodzony. Przez kilkaset lat (do roku 1909) 6 maja było nawet obchodzone osobne święto ku czci św. Jana w Oleju.
    Jan miał mieć ucznia, którego w sposób szczególniejszy miłował i z którym łączył wielkie nadzieje. Ten wszakże wszedł w złe towarzystwo i został nawet hersztem zbójców. Apostoł tak długo go szukał, aż go odnalazł i nawrócił. Euzebiusz z Cezarei pisze, że Jan nosił diadem kapłana, że organizował gminy i ustanawiał nad nimi biskupów, a w Efezie miał wskrzesić zmarłego.
    Swoją Ewangelię napisał Jan prawdopodobnie po roku 70, kiedy powrócił do Efezu. Miał w ręku Ewangelie synoptyków (Mateusza, Marka i Łukasza), dlatego jako naoczny świadek nauk Pana Jezusa i wydarzeń z Nim związanych nie powtarza tego, co już napisano, uzupełnia wypadki szczegółami bliższymi i faktami przez synoptyków opuszczonymi. Nigdzie wprawdzie nie podaje swojego podpisu wprost, ale podaje go pośrednio, kiedy pisze na wstępie: “I oglądaliśmy Jego chwałę” (J 1, 14), zaś w swoim pierwszym liście napisze jeszcze dobitniej: “To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce” (1 J 1, 1). Ewangelię św. Jana zna św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 107) i cytuje ją w swoich listach. Zna ją również św. Justyn (+ ok. 165), a Fragment Muratoriego (160-180) pisze wprost o św. Janie jako autorze Ewangelii.
    Pierwszymi adresatami Ewangelii św. Jana byli chrześcijanie z Małej Azji. Znali oni dobrze Jana, nie musiał się więc im przedstawiać. W owych czasach rozpowszechniały się pierwsze herezje gnostyckie: ceryntian, nikolaitów i ebionitów. Dlatego Ewangelia św. Jana nie ma charakteru katechetycznego, jak poprzednie, a raczej historyczno-teologiczny. Jan wykazuje, że Jezus jest postacią historyczną, że jest prawdziwie Synem Bożym. Tradycja za symbol słusznie nadała mu orła, gdyż głębią i polotem przewyższył wszystkich Ewangelistów.
    Według podania, cesarz Nerwa (96-98) miał uwolnić św. Jana z wygnania. Apostoł wrócił do Efezu, gdzie zmarł niebawem ok. 98 roku. Jako więc jedyny z Apostołów zmarł śmiercią naturalną. Dlatego podczas dzisiejszej liturgii celebrans nosi szaty białe, a nie – jak w przypadku wszystkich pozostałych Apostołów – czerwone. Pierwszą wzmiankę o grobie św. Jana w Efezie ok. 191 roku podaje w liście do papieża św. Wiktora Polikrates, biskup Efezu. Papież św. Celestyn I w liście swoim do ojców soboru efeskiego z 8 maja 431 roku winszuje im, że mogą czcić relikwie św. Jana Apostoła. Św. Grzegorz z Tours (+ 594) wspomina o cudach, jakie działy się przy tym grobie. Badania archeologiczne, przeprowadzone w 1936 roku, potwierdziły istnienie tego grobu. Dzisiaj z wielkiej metropolii, jaką niegdyś był Efez, pozostały jedynie ruiny, a na nich powstała mała wioska turecka.

    Święty Jan Ewangelista

    Jan jest patronem Albanii i Azji Mniejszej; ponadto aptekarzy, bednarzy, dziewic, zawodów związanych z pisaniem i przepisywaniem: introligatorów, kopistów, kreślarzy, litografów, papierników, pisarzy oraz owczarzy, płatnerzy, skrybów, ślusarzy, teologów, uprawiających winorośl oraz wdów. Kult św. Jana Apostoła w Kościele był zawsze bardzo żywy. Najwspanialszą świątynię wystawiono mu w Rzymie. Jest nią bazylika na Lateranie pod wezwaniem świętych Jana Chrzciciela i Jana Apostoła. Zwana jest również bazyliką Zbawiciela – matką wszystkich kościołów chrześcijaństwa, gdyż jako pierwsza była uroczyście konsekrowana przez papieża św. Sylwestra I (+ 335) i dotąd jest katedrą papieską. Nadto w Rzymie wystawiono św. Janowi Apostołowi jeszcze inne kościoły, np. przy Bramie Łacińskiej (ante Portam Latinam), gdzie Apostoł miał być męczony w rozpalonym oleju. Do Jana Apostoła szczególne nabożeństwo miały św. Gertruda i św. Małgorzata Maria Alacoque. Właśnie w dniu dzisiejszym, w dniu jego święta miały objawienia dotyczące nabożeństw do Serca Pana Jezusa. Szczególnym nabożeństwem do św. Jana Apostoła wyróżniali się kiedyś w Polsce krzyżacy. Wystawili też oni szereg kościołów ku jego czci.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako stary Apostoł, czasami jako młodzieniec w tunice i płaszczu, rzadko jako rybak. Najczęściej występuje w scenach będących ilustracjami tekstów Pisma św.: jest jedną z centralnych postaci podczas Ostatniej Wieczerzy, Jan pod krzyżem obok Maryi, Jan podczas Zaśnięcia NMP, Jan na Patmos, Jan i jego wizje apokaliptyczne. Bywa – błędnie – przedstawiany w scenie męczeństwa, zanurzony w kotle z wrzącą oliwą. Czasem na obrazach towarzyszy mu diakon Prochor, któremu dyktuje tekst. Jego atrybutami są: gołębica, kielich z Hostią, kielich zatrutego wina z wężem (wąż jest symbolem zawartej w kielichu trucizny-jadu; na tę pamiątkę podaje się dzisiaj w wielu kościołach wiernym poświęcone wino do picia, by nie szkodziła im żadna trucizna), kocioł z oliwą, księga, orzeł w locie, na księdze lub u jego stóp, siedem apokaliptycznych plag, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 grudnia

    Święty Szczepan, diakon
    pierwszy męczennik

    Ukamienowanie świętego Szczepana
    Greckie imię Stephanos znaczy tyle, co “wieniec” i jest tłumaczone na język polski jako Stefan lub Szczepan. Nie wiemy, ani kiedy, ani gdzie św. Szczepan się urodził. Jego greckie imię wskazywałoby na to, że był nawróconym hellenistą – Żydem z diaspory, zhellenizowanym, czyli posługującym się na co dzień językiem greckim. Nie są nam znane szczegóły jego wcześniejszego życia. Jego dzieje rozpoczynają się od czasu wybrania go na diakona Kościoła. Apostołowie w odpowiedzi na propozycję św. Piotra wybrali siedmiu diakonów dla posługi ubogim, aby w ten sposób odciążyć uczniów Chrystusa oraz dać im więcej czasu na głoszenie Ewangelii. W gronie tych siedmiu znalazł się Szczepan. Nie ograniczył się on jednak wyłącznie do posługi ubogim. Według Dziejów Apostolskich, “pełen łaski i mocy Ducha Świętego” głosił Ewangelię z mądrością, której nikt nie mógł się przeciwstawić.
    Został oskarżony przez Sanhedryn, że występuje przeciw Prawu i Świątyni. W mowie obrończej Szczepan ukazał dzieje Izraela z perspektywy chrześcijańskiej, konkludując, że naród ten stale lekceważył wolę Boga (Dz 6, 8 – 7, 53). Publicznie wyznał Chrystusa, za co został ukamienowany (Dz 7, 54-60). Jest określany mianem Protomartyr – pierwszy męczennik.
    Oskarżycielami Szczepana przed Sanhedrynem żydowskim byli inni zhelenizowani Żydzi, z wymienionych w tekście Dziejów Apostolskich synagog. Wynika stąd, że Szczepan zaczął od nawracania swoich rodaków, do których mógł przemawiać w ich własnym języku, czyli po grecku. Zadziwia znajomością dziejów narodu żydowskiego i wskazuje, że powołaniem narodu wybranego było przygotowanie świata na przyjście Zbawiciela. Żydzi nie tylko sprzeniewierzyli się temu wielkiemu posłannictwu, ale nawet zamordowali Chrystusa. Stąd oburzenie, jakie wyrywa się z ust Szczepana.
    Był to rok 36, a więc od śmierci Chrystusa Pana upłynęły zaledwie 3 lata. Prozelici musieli praktykować i wypełniać, podobnie jak Apostołowie i uczniowie Chrystusa, także prawo judaizmu z przyjęciem obrzezania, pogłębione jedynie o nakazy Ewangelii. Dopiero sobór w Jerozolimie w roku 49/50 zdecydował, że poganie nawróceni na chrześcijaństwo nie są zobowiązani do zachowania prawa mojżeszowego. Same niemal imiona greckie wskazują, jak wielkie były wpływy helleńskie w czasach apostolskich w narodzie żydowskim. Nadto wynika z tekstu, że pieczę nad ubogimi zlecono głównie nawróconym hellenistom, aby nie mieli żalu, że są krzywdzeni przez wiernych pochodzenia żydowskiego.
    Autor Dziejów Apostolskich podkreśla, że przy śmierci Szczepana był obecny Szaweł, późniejszy Apostoł Narodów, którego św. Łukasz stanie się potem uczniem. Pilnował szat oprawców. Był oficjalnym świadkiem kamienowania – reprezentował Sanhedryn.
    Bibliści zastanawiają się, jak mogło dojść do jawnego samosądu oraz morderstwa, skoro każdy wyrok śmierci był uzależniony od podpisu rzymskiego namiestnika, jak to widzimy przy śmierci Pana Jezusa. Właśnie wtedy, w 36 roku Piłat został odwołany ze swojego stanowiska, a nowy namiestnik jeszcze nie przybył. Żydzi wykorzystali ten moment, by dokonać samosądu na Szczepanie, co więcej, rozpoczęli na szeroką skalę akcję niszczenia chrześcijaństwa: “Wybuchło wówczas wielkie prześladowanie w Kościele jerozolimskim” (Dz 8, 1).
    Kult Szczepana rozwinął się natychmiast. Jednakże na skutek zawieruch, jakie nawiedzały Ziemię Świętą, w tym także Jerozolimę, zapomniano o jego grobie. Odkryto go dopiero w 415 roku. Skoro udało się go rozpoznać, to znaczy, że św. Szczepan musiał mieć grób wyróżniający się i z odpowiednim napisem. O znalezieniu tego grobu pisze kapłan Lucjan. Miał mu się zjawić pewnej nocy Gamaliel, nauczyciel św. Pawła, i wskazać grób swój i św. Szczepana w pobliżu Jerozolimy (Kfar Gamla, czyli Beit Jamal). Chrześcijanie, uciekając przed oblężeniem Jerozolimy i w obawie przed jej zburzeniem przez cesarza Hadriana, zabrali ze sobą śmiertelne szczątki tych dwóch czcigodnych mężów i we wspomnianej wiosce je pochowali. Gamaliel bowiem miał zakończyć życie jako chrześcijanin. Na miejscu odnalezienia ciał biskup Jerozolimy, Jan, wystawił murowaną bazylikę; drugą zbudował w miejscu, gdzie według podania Szczepan miał być ukamienowany. Bazylikę tę upiększyli św. Cyryl Jerozolimski (439) i cesarzowa św. Eudoksja (460).
    Imię Szczepana włączono do Kanonu rzymskiego. Jest patronem diecezji wiedeńskiej; kamieniarzy, kucharzy i tkaczy.
    Z dniem św. Szczepana łączono w Polsce wiele zwyczajów. Podczas gdy pierwszy dzień Świąt spędzano w zaciszu domowym, wśród najbliższej rodziny, w drugi dzień obchodzono z życzeniami świątecznymi sąsiadów, dalszą rodzinę i znajomych. W czasie Mszy świętej rzucano w kościele zboże na pamiątkę kamienowania Świętego. Wieczór 26 grudnia nazywano “szczodrym”, gdyż służba dworska składała panom życzenia i otrzymywała poczęstunek, a nawet prezenty. Po przyjęciu smarowano miodem pułap i rzucano ziarno. Jeśli zboże przylgnęło, było to dobrą wróżbą pomyślnych zbiorów.
    Zaskoczenie może budzić fakt, że Kościół w drugim dniu oktawy Świąt Bożego Narodzenia umieścił święto św. Szczepana. Być może stało się tak po to, byśmy zapatrzeni w żłóbek Chrystusa nie zapomnieli, że ofiara ze strony Boga dla człowieka pociąga konieczność także ofiary ze strony człowieka dla Boga, chociażby ona wymagała nawet krwi męczeństwa.

    Święty Szczepan
    W ikonografii św. Szczepan występuje jako młody diakon w białej tunice lub w bogato tkanej dalmatyce. Jego atrybutami są: księga Ewangelii, kamienie na księdze lub w jego rękach, gałązka palmowa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 grudnia

    Święta Anastazja, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Nolasco, prezbiter
    Święta Anastazja

    Anastazja urodziła się w Rzymie w połowie III w. Była córką poganina i chrześcijanki. Miała męża okrutnika, który jej życie zamienił w pasmo udręk. Po jego śmierci zajęła się pomocą uwięzionym chrześcijanom. Opłacała strażników więziennych, żeby uzyskać dostęp do więzionych i niosła taką pomoc, jaka była dostępna.
    Kierownikiem duchowym Anastazji był św. Chryzogon, który z polecenia cesarza Dioklecjana został uwięziony i skazany na śmierć za wyznawanie wiary. Wyrok został wykonany w 303 r. w Akwilei. Anastazja towarzyszyła Chryzogonowi do ostatnich chwil. Wtedy również i ona została uwięziona i wtrącona do więzienia w Sirmium (Dalmacja, obecnie Sremska Mitrovica). Po wielu torturach, które zniosła bez słowa skargi, została skazana na śmierć. Z rozkazu sędziego wysłano Anastazję dziurawym statkiem na pełne morze, jednak ku zdumieniu wszystkich statek nie poszedł na dno. Skazano ją więc na śmierć przez spalenie; wyrok wykonano w Sirmium w 304 roku.
    Imię Anastazji wymienia się w Kanonie Rzymskim. Jest patronką wdów i męczennic.
    W ikonografii przedstawiana jest z palmą w ręku, z mieczem, nożyczkami albo naczyniem na maść; często także na stosie albo przywiązana do pala.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 grudnia

    Święci Adam i Ewa, pierwsi rodzice

    Adam i Ewa byli pierwszymi rodzicami. W Martyrologium Rzymskim nie ma o nich wzmianki. Jednakże Bibliotheca Sanctorum nazywa ich wprost świętymi. Nie ma też ani jednego wśród pisarzy kościelnych, który by miał odwagę umieszczać rodziców rodzaju ludzkiego wśród
    potępionych.

    Święci Adam i Ewa

    Adam był pierwszym człowiekiem, praojcem ludzkości. Imię “Adam” wywodzi się od słowa hebrajskiego Adamah, co znaczy tyle, co ziemia, aby podkreślić myśl natchnionego autora, że ciało pierwszego człowieka powstało z materii i do niej powróci (Rdz 3, 19). Nie jest wykluczone, że wyraz “Adam” wywodzi się od słowa sumeryjskiego ada-mu, czyli “mój ojciec” – dla podkreślenia tego, że cały rodzaj ludzki wywodzi się ze wspólnego pnia. Według relacji biblijnej o stworzeniu, Bóg ulepił Adama “z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (Rdz 2, 7), czyli ducha, czyniąc go zdolnym do samodzielnej egzystencji fizycznej i religijno-moralnej. Ukształtował go na swój “obraz i podobieństwo” (Rdz 1, 26; 5, 1). Z Ewą, swą niewiastą, Adam cieszył się rajem – pełnią szczęścia. Po grzechu pierworodnym stracił szczególną i wyjątkową więź z Bogiem. Musiał pracować i w pocie czoła zdobywać chleb powszedni. Był pierwszym rolnikiem.
    Będąc ojcem ziemskim, jest figurą Chrystusa, od którego pochodzimy według ducha (Rz 5, 12-21; Kol 1, 15; 3, 9-10; 1 Tm 2, 13-14).

    Święci Adam i Ewa

    Ewa to pierwsza kobieta, pramatka, małżonka Adama (Rdz 3, 20; 4, 1; Tb 8, 6; 2 Kor 11, 3; 1 Tm 2, 13). Jej imię oznacza “życie”, jak to tłumaczy Pismo święte: “bo stała się matką wszystkich żyjących” (ludzi) (Rdz 3, 20). Opis stworzenia jej “z żebra Adama” podkreśla tożsamość człowieczeństwa kobiety i mężczyzny. Zwiedziona przez szatana, popełniła grzech, powodując nieszczęście duchowe i egzystencjalne. Grzech i kara nie przekreśliły zawartego w błogosławieństwie Bożym daru przekazywania życia, choć sprowadziły cierpienia i trudy. Ewa urodziła Kaina, Abla, Seta i innych.
    Ewa jest figurą Maryi, przez którą przyszło na świat zbawienie.Z opisów biblijnych wynika, że pierwsi ludzie po stworzeniu byli święci. Ich ciała miały nie podlegać cierpieniom ani śmierci. Ich rozum był światły, a wola skłonna do dobrego. Byli szczęśliwi. Ich stan, jak też miejsce przebywania, Biblia nazywa “ogrodem”. Aby jednak te wszystkie dary nie były bez żadnej zasługi ze strony człowieka, Pan Bóg wystawił go na bliżej nam nieznaną próbę, którą Biblia w sposób obrazowy przedstawia jako zakaz spożywania owocu z drzewa zakazanego. Pierwsi rodzice, za namową szatana, nie wypełnili polecenia Bożego, dlatego utracili wszystkie przywileje otrzymane w raju. Pan Bóg w swoim miłosierdziu zapowiedział jednak Zbawiciela świata, który wyjdzie z rodzaju ludzkiego i pokona szatana: przywróci zakłócony przez grzech pierworodny ład – ludziom da zbawienie, a Panu Bogu pełne wynagrodzenie.
    Jak żywe było zainteresowanie losami pierwszych ludzi w pierwotnym chrześcijaństwie, świadczy apokryf z I wieku zatytułowany Życie Adama i Ewy. Do naszych czasów dochował się w kilku językach. W języku greckim ma on tytuł Apokalipsa Mojżesza. Według niego, losy naszych pierwszych rodziców miały być objawione Mojżeszowi na Górze Synaj, kiedy Pan Bóg przekazał mu Dekalog i rozmawiał z nim przez 40 dni. Po wypędzeniu z Edenu pierwsi rodzice postanowili pokutować, aby Pana Boga przebłagać za swój grzech. Ewa zanurzyła się w wodach Tygrysu na 37 dni, a Adam w Jordanie na dni 40. Po 18 dniach zjawił im się szatan i zwiastował im w postaci anioła, że ich pokuta jest już niepotrzebna, gdyż Pan Bóg przebaczył im grzech. Adam poznał wszakże złego ducha, który był sprawcą wszystkich nieszczęść ludzkich, i uczynił mu z tego powodu gorzkie wyrzuty. Wtedy diabeł przyznał się, że skusił pierwszych rodziców z zazdrości i z nienawiści do rodzaju ludzkiego. Jedna z legend głosi, że Adam miał być pochowany w okolicach Hebronu, inna zaś podaje, że na Kalwarii, gdzie krople Krwi umierającego Chrystusa padły poprzez szczeliny spękanej trzęsieniem ziemi na czaszkę Adama.
    Powszechne jest przekonanie, że Adam i Ewa pokutą zadośćuczynili Bogu w tej mierze, w jakiej byli zdolni to uczynić. Zbawiciel zaś, Syn Boży, tak obficie zadośćuczynił za winę naszych prarodziców i tak wiele nam przyniósł dobra, że Kościół ma odwagę śpiewać w liturgii Wigilii Paschalnej: O szczęśliwa wino Adama!
    Autor Księgi Mądrości wychwala mądrość Bożą, że “ustrzegła Prarodzica (…) i wyprowadziła go z jego upadku” (Mdr 10, 1). Św. Augustyn w jednym ze swoich listów pisze o bogobojnym życiu Adama i Ewy. W Kościele wschodnim natrafiamy na ślady formalnego kultu Adama i Ewy. Pierwszą niedzielę Adwentu poświęca się przodkom Pana Jezusa. W kanonie na ten dzień kapłani modlą się słowami: “Oddajemy chwałę najpierw Adamowi, który zaszczycony ręką Boga Stworzyciela i ustanowiony naszym pierwszym ojcem, zażywa błogosławionego pokoju ze wszystkimi wybranymi w przybytkach niebieskich”.
    Ikony greckie oraz obrazy łacińskie, kiedy przedstawiają tajemnicę zstąpienia Chrystusa do otchłani, niemal z reguły na pierwszym miejscu przedstawiają Adama i Ewę, wyprowadzanych przez Chrystusa z piekieł i prowadzonych do nieba. W niektórych ikonach wschodnich Chrystus wprost trzyma za ręce naszych prarodziców. Przy bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie istnieje kaplica poświęcona św. Adamowi. Apokryf grecki z V w. O zstąpieniu (Chrystusa) do otchłani wśród dusz oczekujących Zbawiciela Adamowi oddaje szczególne pochwały.
    W ikonografii ukazuje się Adama i Ewę w scenach biblijnych: stworzenie Ewy obok Adama leżącego na ziemi; scena w raju: Adam w przepasce z liści figowych stoi pod drzewem wraz z Ewą, która podaje mu owoc zerwany z drzewa (czasami winogrona); Adam i Ewa wypędzani z raju przez anioła. Atrybutami naszych prarodziców są: baranek, kłos i łopata – symbol troski o pożywienie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    23 grudnia

    Święta Maria Małgorzata d’Youville

    Zobacz także:
      •  Święty Serwulus
    Święta Maria Małgorzata d'Youville

    Maria Małgorzata przyszła na świat w dniu 15 października 1701 roku w Varennes, w prowincji Quebec w Kanadzie. Była najstarszą spośród sześciorga dzieci Cristoforo Dufrost de Lajemmerais i Marii Renee Gaultier. Kiedy miała zaledwie siedem lat, umarł jej ojciec. Rodzina żyłaby w skrajnej nędzy, gdyby nie pomoc pradziadka, Pierre’a Voucher. To on sfinansował jej wyjazd do szkoły urszulanek w Quebec. Po powrocie do domu Małgorzata była nieocenioną pomocą dla matki, zajęła się też edukacją braci i sióstr. Wyrosła na piękną, młodą, wykształconą pannę i wszystko wskazywało na to, że dobrze wyjdzie za mąż.
    Tymczasem wszystko się skomplikowało, kiedy jej matka wyszła za mąż za irlandzkiego lekarza, którego społeczność małego Varennes nie zaakceptowała. Rodzina Małgorzaty przeniosła się do Montrealu, gdzie 21-letnia Małgorzata spotkała Francois’a d’Youville. Wkrótce, bo już w dniu 12 sierpnia 1722 roku, wyszła za niego za mąż. Niedługo po ślubie mąż przestał interesować się rodziną i coraz częściej znikał z domu. Okazało się, że zajmował się nielegalnym handlem alkoholem wśród Indian. Ta wiadomość stała się dla Małgorzaty wielkim ciężarem. Tymczasem po ośmiu latach małżeństwa, kiedy kolejne, szóste już dziecko miało przyjść na świat, mąż zachorował i zmarł, mając zaledwie 30 lat. Małgorzata została sama z dwojgiem dzieci (czworo zmarło w niemowlęctwie). Mimo tych tragedii Małgorzata nie załamała się. Jej wiara jeszcze bardziej się umocniła. Żeby spłacić ogromne długi, jakie zaciągnął mąż, i zarobić na utrzymanie siebie i synów, otworzyła niewielki sklepik. Choć jej samej nie było lekko, pomagała każdemu, kto potrzebował pomocy, wszystkim się dzieliła z biedniejszymi od siebie. Pewnego razu wzięła do domu biedną, bezdomną i niewidomą kobietę, żeby się nią opiekować. Wierzyła mocno, że to sam Bóg działa w jej życiu. Jej postawa wzbudzała podziw i pociągała innych do naśladowania. Jej dwaj synowie zostali kapłanami.
    Przykład jej zaufania do Boga i poświęcenia się dla ubogich spodobał się trzem młodym kobietom, które postanowiły jej pomóc. Początek 1737 roku był decydującym czasem dla Małgorzaty. Złożyła przysięgę Bogu, że w jego imię poświęci się ubogim. Zawsze walczyła o prawa biednych i pokrzywdzonych, narażając się na złośliwości i krytykę swoich krewnych i sąsiadów; teraz jeszcze bardziej oddała się tej posłudze. Robiła to mimo wielu przeszkód – nawet gdy była chora i jedna z jej towarzyszek umarła, a jej dom zniszczył pożar. Te przeciwności tylko ją wzmocniły.
    Dnia 2 lutego 1745 roku Małgorzata i jej dwie towarzyszki odnowiły przysięgę poświęcenia się całkowicie pomocy biednym i opuszczonym. Stało się to początkiem zgromadzenia szarych sióstr. Dwa lata później Małgorzacie – “Matce ubogich”, jak ją już zaczęto nazywać, zaproponowano objęcie kierownictwa szpitala Charon Brothers w Montrealu, któremu groziło zamknięcie. Małgorzata z siostrami odbudowała szpital i została jego dyrektorką. Z pomocą sióstr i świeckich współpracowników założyła fundację dla biednych i chorych. Pan Bóg wciąż doświadczał swą apostołkę. W 1765 roku pożar zniszczył doszczętnie szpital. Choć po ludzku rzecz biorąc wszystko runęło, wiara i męstwo Małgorzaty pozostały niewzruszone. W tym tragicznym zdarzeniu dostrzegła obecność Boga. Mając 64 lata podjęła się heroicznej pracy odbudowy budynku, z przeznaczeniem na dom opieki dla najuboższych. Otworzyła pierwszy w Ameryce Północnej dom dla porzuconych dzieci.
    Wyczerpana pracą na rzecz biednych, zmarła w dniu 23 grudnia 1771 roku. Jej ofiarność i miłość ubogich nie została zapomniana. 3 maja 1959 roku papież bł. Jan XXIII beatyfikował Małgorzatę, nazywając ją matką powszechnego miłosierdzia. W dniu 9 grudnia 1990 roku została ona uroczyście wprowadzona do grona świętych przez papieża św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 grudnia

    Święta Franciszka Ksawera Cabrini,
    dziewica i zakonnica

    Święta Franciszka Cabrini

    Franciszka urodziła się jako ostatnia z trzynaściorga dzieci w dniu 15 lipca 1850 r. w Lombardii. Jej rodzicami byli Augustyn Cabrini i Stella Oldini. O religijności rodziny świadczy fakt, że wszyscy uczestniczyli codziennie we Mszy świętej, a pracę traktowali jako swojego rodzaju posłannictwo na ziemi. Wieczorami w domu czytano katolickie pisma.
    Kiedy Franciszka miała 20 lat, w jednym roku utraciła oboje rodziców. Po studiach nauczycielskich pracowała przez dwa lata w szkole. Próbowała poświęcić się na wyłączną służbę Bożą, ale z powodu słabego zdrowia nie przyjęto jej ani u sercanek, ani u kanonizjanek. Wstąpiła przeto do Sióstr Opatrzności (opatrznościanek), u których przebywała 6 lat (1874-1880). Zakon został założony do opieki nad sierotami. Po złożeniu ślubów została przez założyciela, biskupa Lodi, mianowana przełożoną zakonu. Miała wówczas 27 lat. Wtedy to obrała sobie imię Franciszki Ksawery, marzyła bowiem od dziecka, by zostać misjonarką.
    14 listopada 1880 r. założyła z siedmioma towarzyszkami zgromadzenie Misjonarek Najświętszego Serca Jezusowego, którego celem była praca zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących. Napisała również regułę dla nowej rodziny zakonnej. Za cel postawiła zakonowi pracę wśród wiernych i niewiernych dla zbawienia dusz nieśmiertelnych. W 1888 roku udała się do Rzymu, gdzie założyła dom zgromadzenia. Tu przy ołtarzu św. Franciszka Ksawerego złożyła ze swoimi towarzyszkami ślub pracy na Wschodzie.
    Potem zetknęła się z biskupem Placencji, Scalabrinim, a ten wskazał jej inne pole działania. Mówił o losie włoskich emigrantów za oceanem. Leon XIII zachęcił ją, by tam podjęła pracę ze swoimi siostrami. Papież zwolnił Franciszkę od ślubu pracy na Wschodzie. Siostry udały się więc do Stanów Zjednoczonych. Pracowały w oratoriach świątecznych, w więzieniach, w katechizacji, szkolnictwie parafialnym, posługiwały chorym. Za oceanem powstało wiele nowych domów, samo zaś zgromadzenie uzyskało w 1907 r. aprobatę Stolicy Apostolskiej. Franciszka przekazała mu duchowość ignacjańską, równocześnie wyryła jednak na nim rysy swej własnej osobowości, przenikniętej duchem wiary i gotowością misjonarską. Wkrótce powstały nowe domy w Chinach i Afryce.
    Franciszka Ksawera zmarła cicho, bez cierpień i agonii w Chicago 22 grudnia 1917 roku, w 67. roku życia. Zostawiła 66 placówek i 1300 sióstr. Za dyspensą papieża Piusa XI proces kanoniczny odbył się w trybie przyspieszonym, tak że już w roku 1938 tenże papież dokonał beatyfikacji Sługi Bożej, a w 8 lat potem papież Pius XII wyniósł ją uroczyście do chwały świętych. Franciszka jest patronką emigrantów.
    W ikonografii św. Franciszka Ksawera przedstawiana jest w stroju zakonnym, zgodnie z fotografią z 1914 r. Jej atrybutem jest Boże Serce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 grudnia

    Święty Piotr Kanizjusz,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Piotr Friedhofen, zakonnik
    Święty Piotr Kanizjusz

    Piotr Kanizjusz urodził się 8 maja 1521 r. w Nijmegen (Holandia) jako syn Jakuba Kanijs, który pełnił w tym mieście urząd burmistrza. Młody Piotr już w dzieciństwie zdradzał oznaki swojego powołania, gdyż lubił służyć podczas nabożeństw liturgicznych i “odprawiać msze” – jak mawiał. Ojciec chciał skierować go na studia prawnicze, ale Piotr udał się do Kolonii na wydział teologii. Tutaj spędził 10 lat (1536-1546) z wyjątkiem jednego roku, kiedy to zatrzymał się na uniwersytecie w Lowanium (1539-1540). Już w czasie studiów nastawiał się Kanizy na apologetykę. Dlatego też ze szczególną pilnością studiował prawdy atakowane przez protestantów. W roku 1540 zdobył tytuł magistra nauk wyzwolonych.
    W 1543 r. wstąpił do jezuitów, których św. Ignacy Loyola założył zaledwie przed 9 laty, w 1534 r. Piotr szybko zaczął cieszyć się tak wielkim autorytetem, że nie będąc jeszcze kapłanem, trzykrotnie został wysłany do cesarza Karola V, wówczas władcy Hiszpanii, Niemiec i Niderlandów (Holandii i Belgii), aby ten usunął arcybiskupa Kolonii, elektora Hermana, jawnie sprzyjającego protestantyzmowi. W roku 1546 Piotr przyjął święcenia kapłańskie. Jako znakomity teolog został wezwany przez biskupa Augsburga, kardynała Ottona Truchsess, by mu towarzyszył na soborze w Trydencie w charakterze teologa-konsultora (1547). Na uniwersytecie w Bolonii uzyskał tytuł doktora teologii. Skierowano go do krajów germańskich, aby powstrzymał napór protestantyzmu.
    Przez 30 lat Piotr Kanizjusz niezmordowanie pracował, by zabliźnić rany, zadane Kościołowi przez Marcina Lutra. Brał czynny udział we wszelkich zjazdach i obradach dotyczących tej sprawy. Prowadził misje dyplomatyczne między cesarzem, panami niemieckimi a papieżem. Ułatwiał nuncjuszom papieskim oraz legatom ich zadania. W wykładach na uniwersytecie w Ingolstadcie wyjaśniał ze szczególną troską zaatakowane prawdy, wykazywał błędy nowej wiary. Był wszędzie, gdzie uważał, że jego obecność jest potrzebna dla Kościoła. Jego misji sprzyjało to, że cesarzem był wówczas Ferdynand I (1566-1569), wychowanek jezuitów, któremu sprawa katolicka leżała bardzo na sercu.
    W 1556 roku św. Ignacy mianował Piotra pierwszym prowincjałem nowo utworzonej prowincji niemieckiej, która liczyła wówczas zaledwie 3 domy: w Ingolstadcie, w Wiedniu i w Pradze. Pod rządami Kanizego w latach 1566-1569 powstało 5 kolejnych konwentów: w Monachium, w Innsbrucku, w Dillingen, w Trynau i w Hali (Tyrol). Nadto powstała w północnych Niemczech druga prowincja. W 1558 r. Piotr odbył krótką podróż do Polski (Kraków, Łowicz, Piotrków Trybunalski), towarzysząc nuncjuszowi Kamilowi Mentuati. Cieszył się przyjaźnią kardynała Hozjusza.
    Największą wszakże sławę Piotr Kanizy zyskał sobie pismami. Do najcenniejszych należą te, które wyszły z jego praktycznego, apologetycznego nauczania. Są to Katechizm Mały, Katechizm Średni i Katechizm Wielki, przeznaczone dla odbiorców o różnym stopniu przygotowania umysłowego. Katechizmy Piotra w ciągu 150 lat doczekały się ok. 400 wydań drukiem. Nie mniej wielkim wzięciem i popytem cieszyło się potężne dzieło św. Kanizego Summa nauki katolickiej, na którą złożyły się jego wykłady, dyskusje i kazania. Dzieło to stało się podstawą do wykładów teologii na katolickich uniwersytetach i do kazań.
    Ostatnie lata życia spędził Piotr Kanizy we Fryburgu Szwajcarskim (1580-1597). Zmarł tam 21 grudnia 1597 roku. Zaraz po jego śmierci Niemcy, Austria i Szwajcaria rozpoczęły starania o jego kanonizację. Jeszcze za jego życia ukazał się jego pierwszy żywot, napisany przez o. Jakuba Kellera. Aktu beatyfikacji dokonał dopiero w 1864 roku papież Pius IX, a do katalogu świętych i doktorów Kościoła wpisał go uroczyście papież Pius XI w 1925 roku. Relikwie św. Piotra Kanizego spoczywają w kościele jezuitów we Fryburgu szwajcarskim.
    Zachowały się szczęśliwie dwa portrety św. Piotra, wykonane jeszcze za jego życia. Jest nazywany “apostołem Niemiec”. Patronuje diecezji Brixen, czczą go także Innsbruck oraz szkolne organizacje katolickie w Niemczech.
    W ikonografii przedstawia się św. Piotra Kanizego w sutannie jezuity. Jego atrybutami są: katechizm, krucyfiks, młotek, pióro.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 grudnia

    Święci Makary i Eugeniusz, prezbiterzy

    Zobacz także:
      •  Święty Dominik z Silos, opat
    Święty Makary
    Makary i Eugeniusz byli kapłanami w Antiochii. Publicznie wystąpili przeciw decyzjom i zachowaniu Juliana Odstępcy. Pochwycono ich i torturowano, a następnie zesłano do Mauretanii. Trudno ustalić, gdzie wówczas przebywali: w miejscowości o nazwie Gildona (Gildoba) czy też w oazie na pograniczu dzisiejszego Egiptu i Libii. Tam prowadzili działalność misyjną. Nie ma jednoznacznych dokumentów na temat ich męczeńskiej śmierci. Męczeństwo przypisuje się im zapewne w znaczeniu szerszym, obejmującym śmierć na wygnaniu. Pamięć o nich utrwaliło kilka utworów hagiograficznych, przy czym niektóre zlokalizowały wygnanie Makarego i Eugeniusza w Arabii. Wspominano ich w różnych dniach: Grecy 20 grudnia, Martyrologium Hieronimiańskie 23 stycznia, a grecka Passio 22 lutego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 grudnia

    Święty Anastazy I, papież

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Urban V, papież
    Święty Anastazy I

    Anastazy pochodził z Rzymu, był synem kapłana Maksymusa (w tamtym okresie duchowieństwa nie obowiązywał jeszcze ściśle celibat). Na stolicę Piotrową Anastazy został wybrany w 399 r. Szczególną troską otoczył Kościół afrykański. Nawoływał biskupów afrykańskich zebranych na synodzie w Kartaginie w 401 r. do walki przeciwko donatyzmowi i zabraniał nawracającym się kapłanom-donatystom zajmować wyższe stanowiska w Kościele. Polecił czytać w liturgii Ewangelię w postawie stojącej z pochyloną głową. W czasie sprawowania pontyfikatu zajmował się kwestiami prawowierności poglądów Orygenesa.
    Zmarł 19 grudnia 401 r. w Rzymie, po zaledwie dwóch latach rządów. Został pochowany na cmentarzu Poncjana przy Via Portuensis. Św. Augustyn nazwał go “mężem apostolskiej gorliwości”.
    W ikonografii przedstawia się św. Anastazego w papieskim stroju pontyfikalnym. Jego atrybutem jest księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 grudnia

    Święci męczennicy
    Paweł Mi, Piotr Doung-Lac i Piotr Truat

    Zobacz także:
      •  Święty Auksencjusz, biskup
    Święci męczennicy wietnamscy

    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i dziesięciu Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.Wspominani dziś trzej bracia: Paweł Mi, Piotr Doung-Lac oraz Piotr Truat byli katechumenami. Gdy wybuchło prześladowanie chrześcijan w Wietnamie, aresztowano ich, wtrącono do więzienia i poddano torturom. Zamęczono ich przez uduszenie. Beatyfikowani zostali w 1900 r., a kanonizowani w 1988 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    ***

    17 grudnia

    Święty Łazarz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan z Mathy, prezbiter
      •  Święty Józef Manyanet y Vives, prezbiter
    Święty Łazarz

    Łazarz był bratem Marii i Marty. Mieszkali razem w Betanii, na wschodnim zboczu Góry Oliwnej. Chrystus darzył ich swoją przyjaźnią i bywał w ich domu. Kiedy Łazarz zmarł i został pochowany, Jezus przybył do Betanii i wskrzesił go (J 11, 1-44). Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11).
    Według starej tradycji wschodniej Łazarz po Zesłaniu Ducha Świętego udał się na Cypr i był tam biskupem. Średniowieczna legenda opowiada o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta.
    W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 grudnia

    Błogosławiony Sebastian Maggi, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Adelajda, cesarzowa
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów, dziewica
    Błogosławiony Sebastian Maggi

    Urodził się około 1414 r. w starym szlacheckim rodzie gwelfów – zwolenników władzy papieża. Mając piętnaście lat wstąpił w swym rodzinnym mieście do dominikanów i przyjął imię Sebastian. Wyróżniał się przywiązaniem do reguł życia zakonnego, gorliwością religijną i czystością życia. Studia ukończył w Padwie.
    Był jednym z największych dominikańskich kaznodziejów swoich czasów. Wygłaszał nauki w Weronie, Padwie, Brescii, Bolonii i Piacenzie. Wiele czasu i energii poświęcił też zreformowaniu lombardzkich klasztorów w Mantui, Brixen i Bolonii. Doprowadził do przeniesienia i przebudowy klasztoru w Mediolanie. W latach 1480-1483 oraz 1495-1496 był generalnym wikariuszem prowincji lombardzkiej. Wtedy to papież Aleksander VI polecił, by Sebastian wystąpił przeciwko reformatorskim działaniom Hieronima Savonaroli, skierowanym przeciwko kurii rzymskiej. Zadanie to było trudne dla Sebastiana, bo był spowiednikiem Hieronima. Stąd też zawsze świadczył na korzyść Savonaroli, gdy ktoś zaatakował go jako człowieka.
    Sebastian Maggi był dobrym przełożonym: surowym wobec siebie, a łagodnym i cierpliwym wobec innych. W drodze na wizytację do jednego z klasztorów zachorował i zmarł w Genui 16 grudnia 1496 r. Sława świętości i cudów przy jego grobie sprawiły, że proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1753 r., a siedem lat później, 15 kwietnia 1760 r., beatyfikował go papież Klemens XIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 grudnia

    Święta Maria Crocifissa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Karol Steeb, prezbiter
    Święta Maria Crocifissa

    Paula di Rosa urodziła się 6 listopada 1813 roku w Brescii (Włochy) jako córka Klemensa i księżnej Kamili Albani z Bergamo. Rodzice dali jej wszechstronne wykształcenie oraz religijne wychowanie. Kiedy miała 11 lat, zapadła na ciężką chorobę, którą przeszła szczęśliwie. Wcześnie straciła matkę. Jako sierota obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. Oddana do szkoły i na wychowanie sióstr wizytek, uczyniła duże postępy w nauce i w cnotach chrześcijańskich. W wieku 17 lat wróciła do domu. Kiedy ojciec zaproponował jej małżeństwo, odmówiła i w 19. roku życia złożyła ślub dozgonnej czystości.
    Równocześnie podjęła się kierownictwa nad 70 pracownicami w przędzalni ojca w Acquafreddzie, rozwijając wśród nich prawdziwie misyjną i apostolską pracę w latach 1831-1836. Podobną chrześcijańską pracę rozwijała, ilekroć przebywała w wiejskiej, letniej posiadłości rodzinnej w Capriano (Brescia), zajmując się ze szczególną troskliwością biednymi i chorymi, dopomagając miejscowym kapłanom w pracy nad młodzieżą żeńską, w misjach, w rekolekcjach lub w różnych inicjatywach kościelno-społecznych. Jej bohaterstwo zabłysło w czasie epidemii cholery, kiedy to z całym poświęceniem usługiwała zarażonym. W latach 1836-1839 podjęła się pracy w dwóch szkołach dla głuchoniemych oraz w instytucjach przeznaczonych dla opuszczonych kobiet i dziewcząt narażonych na utratę niewinności.
    Pod kierownictwem wytrawnego kierownika duchowego, ks. Faustyna Pinzoni, postanowiła założyć stowarzyszenie pielęgniarek dla posługi chorym. Po otrzymaniu zezwolenia od władz państwowych w 1840 Paula zebrała 32 dziewczęta, przeszkoliła je i udała się z nimi do szpitala kobiecego w Brescii. Przekonała się bowiem, że oprócz pomocy lekarskiej chorzy potrzebują stałej opieki. Tak powstało zgromadzenie Służebnic Miłości. W rok potem Paula otworzyła drugi podobny szpital w Cremonie. Świątobliwy ojciec z radością wspierał te wszystkie wysiłki i inicjatywy swojej córki. Na dom centralny dla powstającej nowej rodziny zakonnej przeznaczył zakupiony pałac w Brescii. Starał się ponadto o poparcie władz. W 1844 roku Rzym wydał dekret pochwalny, a w roku 1847 papież Pius IX zatwierdził warunkowo na czas próby konstytucje, napisane przez ks. Pinzoni. W roku 1852 Paula w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego złożyła śluby i przybrała imię zakonne Maria Crocifissa (Maria od Chrystusa Ukrzyżowanego). Wraz ze swoją przełożoną przyjęło habit 18 sióstr.
    Siostry dały o sobie znać przede wszystkim w czasie zarazy, jaka kilkakrotnie nawiedziła północne Włochy. Ich bohaterskie poświęcenie zyskało im powszechne uznanie. Maria patrzyła z radością, jak mnożyły się nowe fundacje. W roku 1855 było ich już siedem. Pewna, że dzieło ma zapewnione trwanie, mogła spokojnie odejść. W czasie ćwiczeń duchowych w Mantui zasłabła (26 listopada), ukończyła je wszakże i udała się do macierzystego domu w Brescii, gdzie 15 grudnia 1855 roku oddała Bogu ducha w wieku zaledwie 42 lat. Jej ciało, pochowane początkowo w grobowcu rodzinnym, zostało umieszczone w kościele domu macierzystego w Brescii. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius XII w 1940 roku, a do chwały świętych – ten sam papież w roku 1954.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 grudnia

    Święty Jan od Krzyża,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Wenancjusz Fortunat, biskup
    Święty Jan od Krzyża

    Jan de Yepes był trzecim z kolei dzieckiem Gonzaleza de Yepes i Katarzyny Alvarez. Przyszedł na świat w 1542 roku w Fontiveros, w pobliżu miasta Avila (Hiszpania). Miał dwóch braci: Ludwika i Franciszka, ale pierwszy z nich zmarł niedługo po urodzeniu. Warunki w domu były bardzo ciężkie, gdyż rodzina wyrzekła się Gonzaleza za to, że będąc szlachcicem śmiał wziąć za żonę dziewczynę z ludu. Jeszcze cięższe warunki nastały, kiedy zmarł ojciec. Jan miał wówczas dwa i pół roku. Matka przeniosła się z dziećmi do Arevalo (1548), a potem do Medina del Campo (1551). Jan został oddany do przytułku. Potem pracował w szpitalu, by następnie próbować różnych zawodów u kolejnych majstrów: w tkactwie, krawiectwie, snycerstwie, jako malarz, jako zakrystian, wreszcie jako pielęgniarz. Za zebrane z trudem pieniądze uczył się w kolegium jezuickim w Medinie (1559-1563), jednocześnie pracując na swoje utrzymanie. W roku 1563, mając 21 lat, wstąpił do karmelitów i wtedy obrał sobie imię Jan od św. Macieja. W zakonie napotkał na znaczne rozluźnienie. Dlatego gdy składał śluby, czynił to z myślą o profesji według dawnej obserwancji. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w Salamance, w 25. roku życia otrzymał święcenia kapłańskie (1567).
    W dniu swojej Mszy prymicyjnej spotkał św. Teresę z Avila, która podjęła się dzieła reformy żeńskiej gałęzi Karmelu. Te dwie bratnie dusze zrozumiały się i postanowiły wytężyć wszystkie siły dla reformy obu rodzin karmelitańskich. W następnym roku św. Teresa namówiła pewnego szlachcica, żeby ofiarował dom w Duruelo na założenie pierwszej fundacji reformy. Tam przeniósł się Jan wraz z dwoma przyjaciółmi, których pozyskał dla reformy. 28 listopada 1568 r. złożyli ślub zachowania pierwotnej reguły. Jan przybrał sobie wówczas imię Jana od Krzyża. Postanowił pozostać wierny reformie, choćby “miał to przypłacić życiem”. Wkrótce okazało się, że będzie miał okazję dać dowód tej wierności. W latach 1569-1571 został wybrany na mistrza nowicjatu. W roku 1570 musiał jednak przenieść klasztor do Pastrany. W roku 1571 został rektorem pierwszego klasztoru karmelitów w Alcali, który przyjął reformę. Równocześnie pełnił obowiązki spowiednika karmelitanek zreformowanych w Avila (1572-1577).
    W postępowaniu Jana przełożeni dopatrzyli się niesubordynacji. Obawiali się rozkładu zakonu. Posypały się napomnienia i nakazy. Gdy Jan okazywał się na nie głuchy, został aresztowany w Avila w nocy z dnia 2 na 3 grudnia 1577 roku i siłą zabrany do Toledo. Wtrącony do więzienia klasztornego, był nie tylko pozbawiony wolności, ale skazany na głód i częstą chłostę. Nie załamał się jednak. Jak sam pisał, w “paszczy wieloryba” przebył 9 miesięcy. Pan Bóg w tych miesiącach udręki zalewał go potokami pociech mistycznych. “Noce ciemne” długiego więzienia wykorzystał dla doświadczenia nie mniej bolesnego stanu, kiedy Pan Bóg pozornie opuszcza swoich wybranych, by ich zupełnie oczyścić i ogołocić z niepożądanych pragnień, uczuć i przywiązań.
    15 sierpnia 1578 roku udało mu się uciec z zakonnego więzienia w Toledo po długich i żmudnych do tego przygotowaniach. Bracia z własnego klasztoru przyjęli go z wielką radością. 9 października tego roku wziął udział w kapitule, na której został wybrany przełożonym konwentu w Jaen, w Andaluzji. W roku następnym (1579) otworzył nowy dom reformy, w Baeza, gdzie pozostał jako przełożony do 1582 r. W roku 1581 z domów zreformowanych karmelitów utworzona została osobna prowincja. Zezwolił na to papież Grzegorz XIII specjalnym breve z 22 lipca 1580 roku.
    Cierpienia Jana podjęte dla reformy zaczęły owocować. Gorliwi zakonnicy widzieli w nim męczennika sprawy i zaczęli przekonywać się do reformy. Mnożyły się także nowe fundacje dzięki hojności panów duchownych i świeckich. W roku 1582 Jan został mianowany przełożonym domu w Granadzie, a trzy lata później kapituła wybrała go wikariuszem prowincji Andaluzja. W 1587 r. zrzekł się tego urzędu i został ponownie mianowany przełożonym konwentu w Granadzie.
    Kiedy liczba zreformowanych klasztorów zaczęła rosnąć i powstawały nowe prowincje, papież Sykstus V zezwolił na wybór osobnego wikariusza generalnego dla prowincji zreformowanych, ale generał miał być jeszcze wspólny dla obu rodzin karmelu. Papież miał bowiem nadzieję, że niebawem cały zakon przyjmie reformę. W roku 1588 odbyła się pierwsza kapituła generalna prowincji zreformowanych.
    Jednak stronnictwo złagodzonej reguły wzięło górę. Jan został usunięty ze wszystkich urzędów i jako zwykły zakonnik zakończył niebawem życie w klasztorze w Ubedzie 14 grudnia 1591 roku w wieku zaledwie 49 lat. Umierał zupełnie osamotniony, bowiem św. Teresa z Avila dawno już nie żyła – przeszła do nieba 4 października 1582 roku.
    Najbardziej sławny stał się Jan od Krzyża dzięki swoim pismom. Było ich znacznie więcej, ale spalono je zaraz po śmierci w obawie, by nie dostały się do rąk wrogów zakonu jako materiał przeciwko złagodzonej regule. Pozostały 22 dzieła, w tym kilkanaście utworów poetyckich, które dla mistyki chrześcijańskiej mają wprost bezcenną wartość. Najważniejsze są dwa z nich: Noc ciemna i Pieśń duchowa. Są one perłą w światowej literaturze mistyki. Oba dzieła początek swój wywodzą z więzienia w Toledo. One też przysporzyły Janowi tytuł doktora Kościoła; dzięki nim zwany jest on także doktorem mistycznym. Dzisiaj jego dzieła są przełożone na wszystkie znane języki świata i należą do klasyki dzieł mistycznych.
    Nie mniejszym powodzeniem cieszą się dotąd Droga na Górę Karmel i Żywy płomień. Nikt dotąd nie poddał stanów mistyki tak subtelnej analizie, jak właśnie Jan od Krzyża. Św. Teresa z Avila zostawiła wprawdzie także poważne dzieła z zakresu mistyki chrześcijańskiej, ale podeszła ona do problemu raczej od strony praktycznej, podczas gdy Jan wskazał na podstawy teologiczne mistyki. Miał także wybitne zdolności plastyczne. Umiał rysunkiem, poglądowo, przedstawić nawet bardzo skomplikowane drogi mistyki (np. szkic Góra doskonałości). Chyba to jedyny wypadek w dziejach mistyki katolickiej. Najsłynniejszym rysunkiem, zachowanym do dziś (i przechowywanym jako relikwia) jest szkic Ukrzyżowanego Chrystusa, utrwalona na kartce wizja z objawienia w Avila (1572-1577). Rysunek ten stał się inspiracją dla współczesnych twórców (m.in. Salvadore Dali namalował obraz zatytułowany Chrystus św. Jana od Krzyża).
    Relikwie Doktora Mistycznego znajdują się w kościele karmelitów w Segovii. Beatyfikowany został przez papieża Klemensa X w 1675 r., a kanonizowany w 1726 r. przez Benedykta XIII. Pius XI ogłosił go doktorem Kościoła w 1926 r. Jest patronem karmelitów bosych.
    W ikonografii św. Jan od Krzyża przedstawiany jest w habicie karmelitańskim. Jego atrybutami są: otwarta księga, krucyfiks, lilia, orzeł u jego stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Zobacz także:
      •  Święty Finian, opat
      •  Błogosławiony Hartmann, biskup
    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Jak głosi przekaz, 12 grudnia 1531 roku Matka Boża ukazała się Indianinowi, św. Juanowi Diego. Mówiła w jego ojczystym języku nahuatl. Ubrana była we wspaniały strój: w różową tunikę i błękitny płaszcz, opasana czarną wstęgą, co dla Azteków oznaczało, że była brzemienna. Zwróciła się ona do Juana Diego: “Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”.
    Początkowo biskup Meksyku Juan de Zumárraga nie dał wiary Indianinowi. Ten poprosił więc Maryję o jakiś znak, którym mógłby przekonać biskupa. W czasie kolejnego spotkania Maryja kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza. Chociaż w Meksyku w grudniu kwiaty nie kwitną, rosły tam przepiękne róże. Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał rogi swojego płaszcza. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i wszyscy obecni uklękli w zachwycie. Na rozwiniętym płaszczu zobaczyli przepiękny wizerunek Maryi z zamyśloną twarzą o ciemnej karnacji, ubraną w czerwoną szatę, spiętą pod szyją małą spinką w kształcie krzyża. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami, spod którego widać było starannie zaczesane włosy z przedziałkiem pośrodku. Maryja miała złożone ręce, a pod stopami półksiężyc oraz głowę serafina. Za Jej postacią widoczna była owalna tarcza promieni.
    Właśnie ów płaszcz Juana Diego, wiszący do dziś w sanktuarium wybudowanym w miejscu objawień, jest słynnym wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Na obrazie nie ma znanych barwników ani śladów pędzla. Na materiale nie znać upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po przypadkowym oblaniu żrącym kwasem. Oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię. W źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci.
    Płaszcz z wizerunkiem Maryi w dniu 24 grudnia 1531 r. w uroczystej procesji biskup przeniósł ze swojej rezydencji do kaplicy wybudowanej w pobliżu wzgórza Tepeyac, spełniając tym samym życzenie Maryi. Obecnie jest to największe sanktuarium maryjne świata, gdzie przybywa co roku około 12 milionów pielgrzymów.

    Matka Boża z Guadalupe - Opiekunka nienarodzonych

    Największym cudem Maryi była pokojowa chrystianizacja meksykańskich Indian. Czas Jej objawień był bardzo trudnym okresem ewangelizacji tych terenów. Do czasu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć Słońcu i różnym bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci pierzastego węża. Wierzyli, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Według relacji Maryja miała poprosić Juana Diego w jego ojczystym języku nahuatl, aby nazwać Jej wizerunek “święta Maryja z Guadalupe”. Przypuszcza się, że “Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem “Coatlallope”, które w náhuatl znaczy “Ta, która depcze głowę węża”.
    Gdy rozeszła się wieść o objawieniach, o niezwykłym obrazie i o tym, że Matka Boża zdeptała głowę węża, Indianie zrozumieli, że pokonała Ona straszliwego boga Quetzalcoatla. Pokorna młoda Niewiasta przynosi w swoim łonie Boga, który stał się człowiekiem, Zbawicielem całego świata. Pod wpływem objawień oraz wymowy obrazu Aztekowie masowo zaczęli przyjmować chrześcijaństwo. W ciągu zaledwie sześciu lat po objawieniach aż osiem milionów Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej.
    3 maja 1953 roku kardynał Miranda y Gomez, ówczesny prymas Meksyku, na prośbę polskiego Episkopatu oddał Polskę w opiekę Matki Bożej z Guadalupe. Do dziś kopia obrazu z meksykańskiego sanktuarium znalazła się w ponad stu kościołach w Polsce. Polacy czczą Madonnę z Guadalupe jako Patronkę życia poczętego, ponieważ przedstawiona jest na obrazie w stanie błogosławionym.Opracowano na podstawie materiałów “Godziny Różańcowej” z 16.12.2001

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 grudnia

    Święta
    Maria Maravillas od Jezusa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Damazy I, papież
      •  Błogosławiony Dawid, mnich
      •  Święty Wicelin, biskup
    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Maria Maravillas Pidal y Chico de Guzmán urodziła się 4 listopada 1891 r. w Madrycie. Pochodziła z najwyższych sfer arystokracji hiszpańskiej. Była nawet spokrewniona z rodami królewskimi. Ojciec jej był działaczem Partii Konserwatywnej i z jej ramienia piastował wysokie stanowiska w administracji państwowej. Był ministrem robót publicznych, przewodniczącym Rady Państwa, a nawet ambasadorem przy Stolicy Apostolskiej. Na miejsce urodzenia swojego trzeciego dziecka, Marii, rodzice wybrali Madryt, choć mieszkali wówczas w Rzymie.
    Dziewczynka początkowo był wychowywana przez babcię, która była równocześnie jej matką chrzestną. Na życzenie matki, pochodzącej z Cohedin, córeczka otrzymała imię Maria de las Maravillas (Maria od Cudów) na cześć patronki tej miejscowości.
    Nauką Marii zajmowali się prywatni nauczyciele zatrudnieni przez jej rodziców. Uczyła się języków francuskiego i angielskiego oraz gry na fortepianie. Babcia podsuwała jej do czytania żywoty świętych, a ona dużo i chętnie czytała. To, co w nich wyczytała, starała się praktykować w swoim życiu, np. modliła się z rozkrzyżowanymi rękami, narzucała sobie różnego rodzaju praktyki pokutne. Podczas wakacji w San Sebastian mała markiza namówiła brata i siostrę do zabawy w ubogich. Dzieci przebrały się za żebraków i na ulicach prosiły o jałmużnę, którą potem przekazywały naprawdę biednym.
    Gdy Maria zaczęła dorastać, jej opiekunem duchowym został o. López, jezuita. Od dziecka była bardzo gorliwą katoliczką. Codziennie rano uczestniczyła we Mszy św. Nie chciała też korzystać z przywilejów jej klasy. Za to z siostrą szarytką odwiedzała i udzielała pomocy materialnej ubogim rodzinom w dzielnicy nędzarzy, zwanej Las Injurias (krzywdy). Tam chętnie ubierała, karmiła i uczyła katechizmu zaniedbane dzieci.
    Z jej zachowania otoczenie szybko wywnioskowało, że myśli o pójściu do zakonu. Jej surowy ojciec był temu przeciwny, chociaż sam był postrzegany jako apostoł, bo chętnie pomagał zakonom i był człowiekiem głęboko wierzącym. Mimo to musiała poczekać. Gdy chorował przed śmiercią, która nastąpiła w grudniu 1913 r., przez kilka miesięcy Maria była jego pielęgniarką. Opiekowała się nim z oddaniem dniem i nocą.
    Po śmierci ojca nic nie stało już na przeszkodzie w realizacji powołania Marii. Dzięki lekturze dzieł św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Jezusa oraz osobistym kontaktom z karmelitankami postanowiła, że właśnie wśród nich jest jej miejsce. Wybrała karmelitański klasztor El Escorial w Madrycie. Uzyskała zgodę matki i kierownika duchowego, chociaż nie bez trudności.
    Do klasztoru wstąpiła 12 października 1919 r., a 21 kwietnia 1920 r. otrzymała habit zakonny. Jako nowicjuszka, ucząc się życia zakonnego, wiele godzin dziennie poświęcała modlitwie, ale też spełniała zwykle prace codzienne, jak karmienie drobiu, sprzątanie, szycie szkaplerzy. Pierwsze śluby zakonne złożyła 7 maja 1921 r. Wkrótce za swój spadek po ojcu postanowiła ufundować klasztor w Cerro de los Angeles (przedmieścia Madrytu) obok ogromnego pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Śluby wieczyste złożyła 30 maja 1924 r. w Getafe, gdzie zamieszkała w prowizorycznym klasztorze z kilkoma innymi siostrami w oczekiwaniu na dokończenie budowy. Otwarcie klasztoru nastąpiło 26 października 1926 r. w uroczystość Chrystusa Króla. Wyżej wspomniany pomnik stał w geograficznym centrum Hiszpanii. Przed nim 30 maja 1919 r. król Alfons XIII poświęcił naród hiszpański Sercu Jezusa, a ciągła modlitwa karmelitanek miała być przedłużeniem i potwierdzeniem tego aktu.

    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Zaledwie półtora roku po profesji Maria Maravillas została mistrzynią nowicjuszek, a w czerwcu 1926 r., z nominacji biskupa, również przeoryszą. Przeoryszą różnych klasztorów była już do końca życia, a obowiązki mistrzyni nowicjuszek pełniła do 1967 r. Maria Maravillas była niewątpliwie najaktywniejszą karmelitanką bosą XX w., porównywaną niekiedy do św. Teresy z Avila, wielkiej reformatorki Karmelu z XVI w. Była zwolenniczką powrotu do źródeł reformy terezjańskiej.
    Gdy wybuchła w Hiszpanii wojna domowa, w lipcu 1936 roku karmelitanki z Cerro de los Angeles musiały opuścić klasztor. Przez pewien czas mieszkały u urszulanek w Getafe, a potem w prywatnym domu w Madrycie. Dzięki zdolnościom dyplomatycznym matki Marii (być może odziedziczonym po jej ojcu), zgromadzenie uzyskało zgodę na wyjazd do Francji. Wkrótce jednak siostry powróciły do opanowanej przez reżim generała Franco Hiszpanii i zamieszkały w Las Batuecas. Były tam ruiny pierwszego klasztoru eremickiego karmelitów bosych, założonego przez o. Tomasza od Jezusa w 1602 r. W 1939 r. matka Maravillas z częścią zgromadzenia wróciła do zdewastowanego klasztoru w Cerro de los Angeles.
    Ponieważ klasztor w Cerro był przepełniony z powodu napływu nowych sióstr, przyciąganych sławą świętości Marii Maravillas, postanowiła ona założyć nowy klasztor w Mancera de Abajo. Sama kierowała budową klasztoru, dojeżdżając do niego pociągiem z Cerro. Kilka lat zajęły jej starania o zakupienie ruin klasztoru w Duruelo, gdzie jej mistrz, św. Jan od Krzyża, rozpoczynał życie zakonne według ducha św. Teresy od Jezusa. Początkowo żądania finansowe właściciela okazały się zbyt wygórowane; nawet ona, mimo że miała możliwość pozyskania bogatych dobrodziejów, nie mogła tyle zapłacić. W końcu przyszedł jednak czas na osiedlenie się karmelitanek w Duruelo, które to miejsce św. Teresa od Jezusa nazywała “stajenką betlejemską”. Ku radości matki Maravillas siostry wiodły tu bardzo ubogie życie.
    Przyszła święta rozumiała potrzeby robotników, budowała mieszkania dla bezdomnych, troszczyła się o opuszczone dzieci, a dla zakonnic klauzurowych, które źle czuły się w szpitalach ogólnodostępnych, otworzyła hospicjum, gdzie mogły korzystać z opieki lekarskiej.
    Od roku 1961 mieszkała w założonym przez siebie klasztorze w Aldehuela. Często chorowała na zapalenie płuc, zdarzały się jej też ataki serca; surowy tryb życia wyczerpywał jej siły fizyczne. Mimo to nie ustawała w działaniach, zwłaszcza że był to okres głębokich przemian w życiu Kościoła po II Soborze Watykańskim. Matka Maria troszczyła się bardzo, aby założone przez nią klasztory pozostałe wierne idei reformy św. Teresy, dlatego utworzyła z nich Stowarzyszenie św. Teresy, zatwierdzone w 1973 roku przez Stolicę Apostolską. W roku następnym została wybrana przewodniczącą Stowarzyszenia.
    Nigdy nie narzekała, lecz gdy jej córki pytały, jak się czuje, odpowiadała: “Córki, ja nigdy dobrze się nie czułam” – i aby umniejszyć znaczenie tych słów, dodawała: “W moim wieku to normalne”. Tak było aż do 5 grudnia 1974 r., gdy obudziła się z gorączką. 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanej, przyjęła Wiatyk i namaszczenie chorych. Powoli gasła. W nocy 9 grudnia matka Dolores od Jezusa, podprzeorysza z La Aldehuela, powiedziała do niej czułym głosem: “Odchodzisz do nieba, moja matko”, a ona, ze spojrzeniem promieniującym szczęściem, odpowiedziała: “Co za radość! Dlaczego nie powiedziała mi matka o tym wcześniej?”
    W czasie tych dni powtarzała łamiącym się głosem: “My naprawdę jesteśmy szczęśliwe. Jakie to szczęście umierać karmelitanką!” W środę, 11 grudnia, o godzinie 16.20, otoczona przez swą wspólnotę z La Aldehuela odeszła do domu Pana. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 10 maja 1998 r. w Rzymie, a kanonizował 4 maja 2003 r. w Madrycie. W uroczystościach kanonizacyjnych udział wzięło kilkuset kardynałów, arcybiskupów i biskupów hiszpańskich oraz wielu innych, przybyłych z całego świata, a także ponad 2 000 kapłanów. Ze strony Zakonu uczestniczył w nich przełożony generalny karmelitów bosych o. Luis Aróstegui. Obecna była również hiszpańska rodzina królewska i wielu przedstawicieli władz cywilnych i wojskowych. Wzięła w nich udział spokrewniona z Marią Maravillas królowa Belgii Fabiola.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna Loretańska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz III, papież
    Figura Matki Bożej Loretańskiej z Dzieciątkiem

    Kult Matki Bożej Loretańskiej wywodzi się z sanktuarium domu Najświętszej Maryi Panny w Loreto. Jak podaje tradycja, jest to dom z Nazaretu, w którym Archanioł Gabriel pozdrowił przyszłą Matkę Boga i gdzie Słowo stało się Ciałem. Sanktuarium w Loreto koło Ankony (we Włoszech) jest pierwszym maryjnym sanktuarium o charakterze międzynarodowym i stało się miejscem modlitw wiernych. Wewnątrz Domku nad ołtarzem umieszczono figurę Matki Bożej Loretańskiej, przedstawiająca Maryję z Dzieciątkiem na lewej ręce. Rzeźba posiada dwie charakterystyczne cechy: jedna dalmatyka okrywa dwie postacie, a twarze Matki Bożej i Dzieciątka mają ciemne oblicza. Pośród kaplic znajdujących się w bazylice warto wspomnieć Kaplicę Polską, ozdobioną freskami w latach 1920-1946, przedstawiającymi dwa wydarzenia z historii Polski: zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem oraz cud nad Wisłą.2000 lat temu w ciepłym klimacie Palestyny ludzie znajdowali schronienie w grotach wykuwanych w skałach. Czasem dobudowywano dodatkowe pomieszczenia. I tak pewnie postąpili Joachim i Anna, bo ich dom znajdował się obok groty, zbyt małej dla powiększającej się rodziny. Już pierwsi chrześcijanie otaczali to skromne domostwo opieką i szacunkiem. Między innymi cesarzowa Helena w IV w. zwiedziła je, pielgrzymując po Ziemi Świętej, i poleciła wznieść nad nim świątynię. Obudowany w ten sposób Święty Domek przetrwał do XIII w., chociaż chroniący go kościół był parokrotnie burzony i odbudowywany.
    Gdy muzułmanie zburzyli bazylikę chroniącą Święty Domek, sam Domek przetrwał, o czym świadczą wspomnienia pielgrzymów odwiedzających w tym czasie Nazaret. Jednak po 1291 r. brakuje już świadectw mówiących o murach tego Domku. Kilka lat później domek Maryi “pojawił się” we włoskim Loreto. Dało to pole do powstania legendy o cudownym przeniesieniu Świętego Domku przez anioły.
    Okazało się, że legenda ta wcale nie jest taka daleka od prawdy. W archiwach watykańskich znaleziono dokumenty świadczące o tym, że budynek z Nazaretu został przetransportowany drogą morską przez włoską rodzinę noszącą nazwisko Angeli, co po włosku znaczy aniołowie. Cała operacja przeprowadzona była w sekrecie ze względu na niespokojne czasy i strach o to, by cenny ładunek nie wpadł w niepowołane ręce. Była to na tyle skomplikowana akcja, że bez udziału Opatrzności i wojska anielskiego wydaje się, że była nie do przeprowadzenia. Nie od razu przewieziony budynek znalazł się w Loreto. Trafił najpierw do dzisiejszej Chorwacji, a dopiero po trzech latach pieczołowicie złożono go w całość w lesie laurowym, stąd późniejsza nazwa Loreto. Nie ulega też wątpliwości, że to ten sam Domek. W XIX w. prowadzono szczegółowe badania naukowe, które w pełni potwierdziły autentyczność tego bezcennego zabytku.
    Do Loreto przybywali sławni święci, m.in. Katarzyna ze Sieny, Franciszek z Pauli, Ignacy Loyola, Franciszek Ksawery, Franciszek Borgiasz, Ludwik Gonzaga, Karol Boromeusz, Benedykt Labre i Teresa Martin.
    Jest to miejsce szczególnych uzdrowień i nawróceń. Papież Leon X w swojej bulli wysławiał chwałę tego sanktuarium i proklamował wielkie, niezliczone i nieustające cuda, które za wstawiennictwem Maryi Bóg czyni w tym kościele.
    Ciekawa jest także historia papieża Piusa IX i jego uzdrowienia, które zawdzięcza właśnie Matce Bożej z Loreto. Według historyków, młody hrabia Giovanni Maria Mastai-Ferretti już od wczesnego dzieciństwa poświęcony był Dziewicy Maryi. Jego rodzice wraz z dziećmi każdego roku jeździli do Świętego Domu. Początkowo ich syn miał być żołnierzem broniącym Stolicy Apostolskiej. Zachorował jednak na epilepsję. Lekarze przepowiadali bliski koniec. Jednak za namową papieża Piusa VIII postanowił poświęcić się całkowicie służbie Bożej. Odbył pielgrzymkę do Loreto, aby błagać o uzdrowienie. Ślubował tam, że jeśli otrzyma tę łaskę, wstąpi w stan kapłański. Gdy Święta Dziewica wysłuchała go, po powrocie do Rzymu został księdzem, mając 21 lat.
    To właśnie papież Pius IX ogłosił światu dogmat o Niepokalanym Poczęciu. “Oprócz tego, że został mi przywrócony wzrok, to jeszcze ogarnęło mnie ogromne pragnienie modlitwy. To było największe wydarzenie w moim życiu, bo właśnie w tym miejscu narodziłem się z łaski i Maryja odrodziła mnie w Bogu, gdzie Ona poczęła Jezusa Chrystusa”.Warto pamietać, że rejon Marchii Ankońskiej, gdzie leży Loreto, był w lipcu 1944 r. wyzwolony spod władzy hitlerowców przez 2. Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Bitwa o Loreto i później bitwa o Ankonę to wielki sukces militarny Polaków w ramach tzw. Kampanii Adriatyckiej. Włosi byli wdzięczni Polakom za uchronienie najcenniejszych zabytków, w tym Domku Loretańskiego. W Loreto, u stóp bazyliki, znajduje się polski cmentarz wojenny, gdzie pochowanych jest ponad 1080 podkomendnych gen. Władysława Andersa. Natomiast wewnątrz bazyliki jest polska kaplica. W jej ołtarzu widać portrety polskich świętych: św. Jacka Odrowąża, św. Andrzeja Boboli i św. Kingi.Z Loreto związana jest też Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, która rozbrzmiewa również w polskich kościołach i kapliczkach każdego roku, zwłaszcza podczas nabożeństw majowych. Mimo że w historii powstało wiele litanii maryjnych, to powszechnie i na stałe przyjęła się właśnie ta, którą odmawiano w Loreto. Została ona oficjalnie zatwierdzona przez papieża Sykstusa
    V w 1587 r.

    Wnętrze kościoła w polskim Loretto

    Święty Domek w Loreto stał się wzorem do urządzania podobnych miejsc kultu w całym chrześcijańskim świecie. Również w Polsce wybudowano kilka Domków Loretańskich (znane miejsca to Gołąb, Głogówek, Warszawa-Praga, Kraków, Piotrkowice, Bydgoszcz).
    Bardzo znane jest sanktuarium maryjne w Loretto niedaleko Wyszkowa. Jego początki sięgają 1928 roku. Wówczas bł. Ignacy Kłopotowski, założyciel Zgromadzenia Sióstr Loretanek i ówczesny proboszcz parafii Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie, zakupił od dziedzica Ziatkowskiego duży majątek – Zenówkę nad Liwcem w pobliżu Warszawy. 27 marca 1929 roku zmieniono urzędową nazwę miejscowości na Loretto, nawiązując w ten sposób bezpośrednio do Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto.
    Na początku była tu tylko skromna kapliczka w lesie. Z uwagi na wzrastającą liczbę wiernych przychodzących na nabożeństwa, konieczne było wybudowanie dużej kaplicy poświęconej Matce Bożej Loretańskiej. Mimo utrudnień ze strony PRL-owskich władz, prace rozpoczęto w 1952 roku. Pierwsza Msza św. została odprawiona 19 marca 1960 roku. Prace nad wykończeniem kaplicy trwały przez wiele lat.
    Ostateczny wystrój nadał kaplicy artysta Jerzy Machaj, a jej poświęcenia dokonał 19 lutego 1984 r. ks. bp Jerzy Modzelewski. Początkowo kaplica była pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej. W 1981 roku sprowadzono z Włoch wierną kopię figury Matki Bożej Loretańskiej. Od tej pory kaplica znana jest pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej. Obecnie w polskim Loretto mieści się klasztor sióstr loretanek i dom nowicjatu, dom dla osób starszych pod nazwą “Dzieło Miłości im. ks. Ignacego Kłopotowskiego”, domy rekolekcyjne, wypoczynkowe i kolonijne. Sanktuarium to jest celem pielgrzymek nie tylko z okolicznych dekanatów i parafii. Odpust w Loretto odbywa się w niedzielę po święcie Narodzenia Matki Bożej, czyli po 8 września. Wierni modlą się przed figurą Matki Bożej Loretańskiej i przy grobie bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 grudnia

    Święty Juan Diego

    Zobacz także:
      •  Święta Leokadia, dziewica i męczennica
      •  Święty Piotr Fourier, prezbiter
    Święty Juan Diego

    Juan Diego urodził się w 1474 r. w wiosce Tlayacac, odległej o ok. 20 km od obecnej stolicy Meksyku. Rodzice dali mu indiańskie imię Cuauhtlatoatzin, które w języku Azteków znaczy “Mówiący Orzeł”. Należał do najbiedniejszej, a zarazem najliczniejszej klasy społeczności Azteków. Ciężko pracował na roli i zajmował się wyrabianiem mat w zamieszkanym przez plemię Nahua mieście Cuautitlan, zdobytym przez Azteków w 1467 r. Gdy państwo Azteków zostało podbite przez Hiszpanów (1519-1521), Juan Diego wraz z żoną Malitzin (Maria Łucja) przyjęli w 1524 r. chrzest, prawdopodobnie z rąk hiszpańskiego misjonarza, franciszkanina o. Torbio de Benavente. Otrzymał imię Juan Diego. Byli jednymi z pierwszych nawróconych Azteków. W kilka lat później, w 1529 roku, Maria Łucja zmarła, nie pozostawiając potomstwa. Po jej śmierci Juan Diego przeniósł się do swego wuja do Tolpetlac.
    Juan Diego był bardzo gorliwym chrześcijaninem. W każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy św. i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 9 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Zgodnie z życzeniem Maryi, na wzgórzu wkrótce wybudowano kaplicę, w której umieszczono Jej cudowny wizerunek odbity na płaszczu Indianina. Juan Diego zamieszkał w pokoju, przygotowanym dla niego obok świątyni. Spędził tam resztę życia, opowiadając przybywającym do sanktuarium pielgrzymom o objawieniach, wyjaśniając prawdy wiary i przygotowując wielu do chrztu. Zmarł 30 maja 1548 r. w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac.
    6 maja 1990 r. św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a 31 lipca 2002 r., podczas swojej kolejnej pielgrzymki do Meksyku, włączył go do grona świętych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Juan Diego Cuauhtlatoatzin

    Św. JUAN DIEGO

    Niech będzie waszym wzorem, niech wskazuje drogę do Maryi

    W środę 31 lipca 2002 roku, w sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe Jan Paweł II odprawił Mszę św., podczas której kanonizował Indianina bł. Juana Diego. Powiedział przy tej okazji:

    „Wysławiam Cię, Ojcze (…) że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Mt 11,25).

    Jaki był Juan Diego? Dlaczego Bóg zwrócił na niego uwagę? Księga Eklezjastyka, jak słyszeliśmy, poucza nas, że tylko Bóg „jest potężny i przez pokornych bywa chwalony” (por. 3,20). Podobnie słowa św. Pawła, odczytane podczas tej Liturgii, rzucają światło na ten Boży sposób dokonania zbawienia: „Bóg wybrał (…) to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone (…), tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1 Kor 1,27-29).

    Ze wzruszeniem czyta się relacje guadalupskie, napisane w sposób delikatny i z wielkim uczuciem. Według nich, Dziewica Maryja, Służebnica „wielbiąca Pana” (por. Łk 1,46), objawia się Juanowi Diego jako Matka prawdziwego Boga. Daje mu Ona jako znak wspaniałe róże, a gdy on pokazuje je biskupowi, odkrywa na swym płaszczu święty wizerunek Matki Bożej.

    „Guadalupe – jak napisali biskupi Meksyku – naznaczyło początek ewangelizacji, której dynamika przeszła wszelkie oczekiwania. Orędzie Chrystusa, przekazane przez Jego Matkę, przenikało główne elementy kultury miejscowej, oczyszczało je i nadawało im ostateczny sens zbawczy” (14 maja 2002, n.8). Tak więc Guadalupe i Juan Diego mają głębokie znaczenie dla Kościoła oraz misji i stanowią wzór ewangelizacji doskonale osadzonej w kulturze.

    „Pan patrzy z nieba, widzi wszystkich synów ludzkich” (Ps 33 [32],13) – powtarzaliśmy za psalmistą, raz jeszcze ponawiając wyznanie naszej wiary w Boga, który nie zważa na różnice rasy czy kultury. Juan Diego, przyjąwszy chrześcijańskie orędzie bez rezygnowania ze swej rdzennej tożsamości, odkrył głęboką prawdę o nowej ludzkości, w której wszyscy są powołani, by być dziećmi Bożymi w Chrystusie. Umożliwił tym samym owocne spotkanie dwóch światów i stał się protagonistą nowej tożsamości narodu meksykańskiego, głęboko związanego z Dziewicą z Guadalupe. Jej metyskie oblicze wyraża duchowe macierzyństwo, obejmujące wszystkich Meksykanów. Dlatego świadectwo jego życia winno nadal zachęcać do kształtowania narodu meksykańskiego, szerzenia braterstwa między jego synami i w coraz większym stopniu sprzyjać powrotowi Meksyku do jego źródeł, wartości i tradycji.

    Juanie Diego, dobry Indianinie i chrześcijaninie, którego prosty lud zawsze uważał za świętego męża! Prosimy cię, towarzysz Kościołowi meksykańskiemu w jego pielgrzymowaniu, aby z każdym dniem stawał się coraz bardziej misyjny i coraz lepiej ewangelizował. Dodawaj otuchy biskupom, wspieraj kapłanów, wzbudzaj nowe i święte powołania, wspomagaj wszystkich, którzy swe życie oddają sprawie Chrystusa i szerzenia Jego królestwa.

    Bł. Juanie Diego, mężu prawy i wiarygodny! Polecamy ci naszych wiernych braci i siostry świeckich, aby czując się powołani do świętości, wnosili ducha Ewangelii we wszystkie środowiska życia społecznego. Błogosław rodziny, umacniaj małżonków w ich życiu małżeńskim, wspieraj wysiłki rodziców wychowujących po chrześcijańsku swe dzieci. Wejrzyj życzliwie na udrękę tych, którzy cierpią fizycznie i duchowo, których dotyka ubóstwo, samotność, którzy doświadczają zepchnięcia na margines społeczeństwa czy przykrych skutków ignorancji. Niech wszyscy — rządzący i podwładni — postępują zawsze zgodnie z wymogami sprawiedliwości i poszanowania godności każdego człowieka, przyczyniając się w ten sposób do utrwalania pokoju.

    Umiłowany Juanie Diego! Wskazuj nam drogę prowadzącą do Czarnej Madonny z Tepeyac, aby nas przyjęła do swego Serca, gdyż Ona jest Matką kochającą i litościwą, która prowadzi do prawdziwego Boga. Amen.

    Św. Juan Diego Cuauhtlatoatzin

    Urodził się ok. 1474 r. w mieście Cuauhtitlan, należącym do Królestwa Texcoco (Meksyk). Jego pierwotne imię Cuauhtlatoatzin w języku Cziczimeków znaczyło: „Mówiący orzeł» lub «Ten, kto mówi jak orzeł». Był człowiekiem świeckim i ojcem rodziny. Został ochrzczony przez pierwszych misjonarzy franciszkańskich prawdopodobnie w 1524 r., gdy miał ok. 48 lat. W 1529 r. zmarła jego żona Maria Lucia.

    Życie Juana było proste i uczciwe. Był dobrym i bogobojnym chrześcijaninem. Pokorny, posłuszny i cierpliwy, postępował zgodnie z sumieniem i dawał przykład innym.

    Źródła historyczne podają, że po raz pierwszy Matka Boża ukazała mu się w sobotę 9 grudnia 1531 r., kiedy szedł wczesnym rankiem do Tlatelolco na Mszę św. i katechezę prowadzoną przez franciszkanów. Ujrzał wtedy piękną postać kobiecą, odzianą w różową tunikę i błękitny płaszcz, która przedstawiła mu się jako: «Święta Maryja zawsze Dziewica, Matka prawdziwego Boga» i poprosiła, by na tym miejscu została zbudowana świątynia, w której będzie czczony Jej Syn. Poleciła Juanowi przekazać to życzenie władzom Kościoła w Meksyku.

    Początkowo misjonarze franciszkańscy, a także biskup Juan de Zumarraga odnieśli się do Juana Diego nieufnie. Maryja podczas następnych objawień – które trwały do 12 grudnia 1531 r. – nalegała, by Jej polecenie rychło zostało spełnione. Juan Diego poprosił Ją wówczas o znak, który pomógłby przekonać biskupa. Matka Boża powiedziała mu, by udał się na szczyt wzgórza Tepeyac i nazbierał dla Niej kwiatów. Choć było to miejsce jałowe i w dodatku pokryte lodem, Juan Diego rzeczywiście znalazł tam piękne, wielobarwne kwiaty, które zebrał i okrył swoim płaszczem. Gdy biskup Zumarraga rozwinął płaszcz, zebrani zobaczyli na nim wizerunek Maryi…

    Wkrótce na wzgórzu Tepeyac powstał mały kościółek, który stał się celem licznych pielgrzymek Indian, Metysów i Hiszpanów. Szczególną czcią wiernych został otoczony wizerunek Matki Bożej — który w cudowny sposób pojawił się na płaszczu Juana Diego i zachował się do dziś — oraz Jej przesłanie pełne miłości i miłosierdzia skierowane nie tylko do ludności Meksyku, ale całego świata.

    Za zgodą biskupa Juan Diego zamieszkał w pobliżu kościoła i służył w nim Panu oraz Jego Matce. Zostawił wszystko, co miał, by poświęcić resztę życia modlitwie i głoszeniu Ewangelii. Zmarł w 1548 r. i został pochowany w kościele, przy którym pracował.

    Kult Juana Diego zaczął się szerzyć w Meksyku zaraz po jego śmierci. Jednym ze świadectw tego kultu jest świątynia, którą wzniesiono w Cuauhtitlan, miejscu urodzenia Juana Diego, a którą poświęcono Matce Bożej.

    6 maja 1990 r. Ojciec Święty wyniósł go do chwały ołtarzy podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej w bazylice pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe w stolicy Meksyku.

    31 lipca 2002 r. podczas kolejnej podróży do Meksyku ogłosił go świętym.

    wydawnictwo “VOX DOMINI”

    ***

    8 grudnia

    Niepokalane Poczęcie
    Najświętszej Maryi Panny

    Bartolome Esteban Murillo: Niepokalana Maryja

    Prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi jest dogmatem wiary. Ogłosił go uroczyście 8 grudnia 1854 r. bullą Ineffabilis Deus papież Pius IX w bazylice św. Piotra w Rzymie w obecności 54 kardynałów i 140 arcybiskupów i biskupów. Papież pisał tak:Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.Tym samym kto by tej prawdzie zaprzeczał, sam wyłączyłby się ze społeczności Kościoła, stałby się odstępcą i winnym herezji.Maryja od momentu swojego poczęcia została zachowana nie tylko od wszelkiego grzechu, którego mogłaby się dopuścić, ale również od dziedziczonego przez nas wszystkich grzechu pierworodnego. Stało się tak, chociaż jeszcze nie była wtedy Matką Boga. Bóg jednak, ze względu na przyszłe zbawcze wydarzenie Zwiastowania, uchronił Maryję przed grzesznością. Maryja była więc poczęta w łasce uświęcającej, wolna od wszelkich konsekwencji wynikających z grzechu pierworodnego (np. śmierci – stąd w Kościele obchodzimy uroczystość Jej Wniebowzięcia, a nie śmierci). Przywilej ten nie miał tylko charakteru negatywnego – braku grzechu pierworodnego; posiadał również charakter pozytywny, który wyrażał się pełnią łaski w życiu Maryi.

    Francisco de Zurbaran: Niepokalana Maryja

    Historia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu jest bardzo długa. Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa liczni teologowie i pisarze wskazywali na szczególną rolę i szczególne wybranie Maryi spośród wszystkich ludzi. Ojcowie Kościoła nieraz nazywali Ją czystą, bez skazy, niewinną. W VII wieku w Kościele greckim, a w VIII w. w Kościele łacińskim ustanowiono święto Poczęcia Maryi. Późniejsi teologowie, szczególnie św. Bernard i św. Tomasz z Akwinu zakwestionowali wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi, ponieważ – według nich – przeczyłoby to dwóm innym dogmatom: powszechności grzechu pierworodnego oraz konieczności powszechnego odkupienia wszystkich ludzi, a więc także i Maryi. Ten problem rozwikłał w XIII w. Jan Duns Szkot, który wskazał, że uchronienie Bożej Rodzicielki od grzechu pierworodnego dokonało się już mocą odkupieńczego zwycięstwa Chrystusa. W 1477 papież Sykstus IV ustanowił w Rzymie święto Poczęcia Niepokalanej, które od czasów Piusa V (+ 1572 r.) zaczęto obchodzić w całym Kościele.
    W czasie objawień w Lourdes w 1858 r. Maryja potwierdziła ogłoszony zaledwie cztery lata wcześniej dogmat. Bernardecie Soubirous przedstawiła się mówiąc: “Jestem Niepokalane Poczęcie”.Kościół na Wschodzie nigdy prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi nie ogłaszał, gdyż była ona tam powszechnie wyznawana i praktycznie nie miała przeciwników.
    Warto zwrócić uwagę, że teologia rozróżnia niepokalane poczęcie i dziewicze poczęcie. Niepokalane poczęcie dotyczy ustrzeżenia Maryi od chwili Jej poczęcia od grzechu pierworodnego (przywilej, cud w porządku moralnym). Dziewicze poczęcie polega natomiast na tym, że Maryja poczęła w sposób dziewiczy “za sprawą Ducha Świętego” Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa (przywilej, cud w porządku natury).

    Giotto: Spotkanie przy Złotej Bramie

    Kościół Wschodni ustalił tylko jeden typ ikonograficzny w X w. Obraz przedstawia spotkanie św. Joachima ze św. Anną przy Złotej Bramie w Jerozolimie. W tym bowiem momencie według tradycji wschodniej miał nastąpić moment poczęcia Maryi. Ikonografia zachodnia jest bogatsza i bardziej różnorodna. Do najdawniejszych typów Niepokalanej (XV w.) należy Niewiasta z Apokalipsy, “obleczona w słońce”. Od czasów Lourdes powstał nowy typ. Ostatnio bardzo często spotyka się także Niepokalaną z Fatimy. Dokoła obrazu Niepokalanej często umieszczano symbole biblijne: zamknięty ogród, lilię, zwierciadło bez skazy, cedr, arkę Noego.

    Niepokalana Maryja

    Zgodnie z kanonem 1246 Kodeksu Prawa Kanonicznego w dniu dzisiejszym mamy obowiązek uczestniczyć w Eucharystii. Jednakże na mocy dekretu Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 4 marca 2003 r. Polacy są zwolnieni z tego obowiązku (ze względu na fakt, że nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy). Nie jesteśmy zatem zobowiązani do udziału we Mszy św. i powstrzymania się od prac niekoniecznych. Jeśli jednak mamy taką możliwość – powinniśmy wziąć udział w Eucharystii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 grudnia

    Święty Ambroży, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Józefa Rossello, dziewica
    Święty Ambroży
    Ambroży urodził się około 340 r. w Trewirze, ówczesnej stolicy cesarstwa (dziś w Niemczech). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Biskupstwo powstało tu już w wieku III/IV, od wieku VIII było już stolicą metropolii. Po św. Marcelinie i po św. Uraniuszu Satyrze, Ambroży był trzecim z kolei dzieckiem namiestnika.
    Podanie głosi, że przy narodzeniu Ambrożego, ku przerażeniu matki, rój pszczół osiadł na ustach niemowlęcia. Matka chciała ten rój siłą odegnać, ale roztropny ojciec kazał poczekać, aż rój ten sam się poderwał i odleciał. Paulin, który był sekretarzem naszego Świętego oraz pierwszym jego biografem, wspomina o tym wydarzeniu. Ojciec po tym wypadku zawołał: “Jeśli niemowlę żyć będzie, to będzie kimś wielkim!”. Wróżono, że Ambroży będzie wielkim mówcą. W owych czasach był zwyczaj, że chrzest odkładano jak najpóźniej, aby możliwie przed samą śmiercią w stanie niewinności przejść do wieczności. Innym powodem odkładania chrztu był fakt, że ten sakrament przyjęcia do grona wyznawców Chrystusa traktowano nader poważnie, z całą świadomością, że przyjęte zobowiązania trzeba wypełniać. Dlatego Ambroży przez wiele lat był tylko katechumenem, czyli kandydatem, zaś chrzest przyjął dopiero przed otrzymaniem godności biskupiej. Potem sam będzie ten zwyczaj zwalczał.
    Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę. W 365 roku, kiedy Ambroży miał 25 lat, udał się z bratem św. Satyrem do Syrmium (dziś: Mitrovica), gdzie była stolica prowincji Pannonii. Gubernatorem jej bowiem był przyjaciel ojca, Rufin. Pozostał tam przez 5 lat, po czym dzięki protekcji Rufina Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu, zmarł bowiem ariański biskup tego miasta, Auksencjusz. Przy wyborze nowego biskupa powstał gwałtowny spór: katolicy chcieli mieć biskupa swojego, a arianie swojego (arianizm kwestionował równość i jedność Osób Trójcy Świętej, został potępiony ostatecznie na Soborze Konstantynopolitańskim w 381 r.).
    Ambroży udał się do kościoła na mocy swojego urzędu, jak również dla zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Kiedy obie strony nie mogły dojść do zgody, jakieś dziecię miało zawołać: “Ambroży biskupem!” Wszyscy uznali to za głos Boży i zawołali: “Ambroży biskupem!” Zaskoczony namiestnik cesarski prosił o czas do namysłu. Skorzystał z nastającej nocy i uciekł z miasta. Rano jednak ujrzał się na koniu u bram Mediolanu. Widząc w tym wolę Bożą, postanowił więcej się jej nie opierać. O wyborze powiadomiono cesarza Walentyniana, który wyraził na to swoją zgodę. Dnia 30 listopada 373 r. Ambroży przyjął chrzest i wszystkie święcenia, a 7 grudnia został konsekrowany na biskupa. Rozdał ubogim cały swój majątek. Na wiadomość o wyborze Ambrożemu swoje gratulacje przesłali papież św. Damazy I i św. Bazyli Wielki.
    Pierwszym aktem nowego biskupa było uproszenie św. Bazylego, by przysłał mu relikwie św. Dionizego, biskupa Mediolanu, wygnanego przez arian do Kapadocji (zmarł tam w 355 r.). Św. Bazyli chętnie wyświadczył tę przysługę delegacji mediolańskiej. Relikwie powitano uroczyście. Z tej okazji Ambroży wygłosił porywającą mowę, którą wszystkich zachwycił. Odtąd będzie głosił słowo Boże przy każdej okazji, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek. Sam również w każdy Wielki Post przygotowywał osobiście katechumenów na przyjęcie w Wielką Sobotę chrztu. W rządach był łagodny, spokojny, rozważny, sprawiedliwy, życzliwy. Kapłani mieli więc w swoim biskupie najpiękniejszy wzór dobrego pasterza.
    Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską i który został zachowany do dzisiaj; celebracje w liturgii ambrozjańskiej dozwolone są w diecezji mediolańskiej i we włoskojęzycznej części Szwajcarii.
    Ambroży dał się poznać jako pasterz rozważny, wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyróżniał się silną wolą, poczuciem ładu, zmysłem praktycznym. Cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczą nadawane mu określenia: “kolumna Kościoła”, “perła, która błyszczy na palcu Boga”. Ideałem przyświecającym działalności św. Ambrożego było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo.

    Święty Ambroży
    Dla odpowiedniego przygotowania kleru diecezjalnego Ambroży założył rodzaj seminarium-klasztoru tuż za murami miasta. Życiu przebywających tam kapłanów nadał regułę. Sam też często ich nawiedzał i przebywał z nimi. Był wszędzie tam, gdzie uważał, że jego obecność jest wskazana: w roku 376 wziął udział w Syrmium w wyborze prawowitego biskupa, a w dwa lata potem w tym samym mieście uczestniczył w synodzie przeciw arianom. Wziął także udział w podobnym synodzie w Akwilei, na którym usunięto ostatnich biskupów ariańskich (381). W roku 382 Ambroży wziął udział w synodzie w Rzymie, zwołanym przez papieża przeciwko apolinarystom (kwestionującym równość boskiej i ludzkiej natury Chrystusa) oraz przeciwko antypapieżowi Ursynowi. W roku 383 udał się do Trewiru, by omówić pilne sprawy kościelne.
    W roku 378 przeniosła się do Mediolanu matka cesarza Walentyniana II, Justyna, jawna zwolenniczka arian. Zabrała jedną z bazylik dla swoich wyznawców i obsadziła ariańskimi duchownymi swój zamek. Na swym 12-letnim synu wymogła, żeby prefektem (namiestnikiem) miasta mianował poganina, Symmacha, a gubernatorem całego okręgu mediolańskiego Pretestata, innego poganina. W tym czasie legiony ogłosiły cesarzem Maksymiana. Walentynian II, niepewny o swój los, przeniósł się do Mediolanu, ulegając we wszystkim matce-ariance. Gdy Ambroży udał się do Wenecji na początku roku 386, Justyna wymogła na cesarzu, żeby wydał dekret równouprawnienia dla arian z groźbą kary śmierci dla ich “prześladowców”. Kiedy zaś Ambroży powrócił do Mediolanu, nakazała ariańskiemu biskupowi Mercurino Aussenzio zająć dla arian bazylikę Porziana. Uprzedzony przedtem o niebezpieczeństwie, Ambroży zamknął się w tej właśnie bazylice wraz z ludem. Straż cesarska wraz z arianami otoczyła kościół, ale Ambroży ich do niego nie wpuścił. Oblężenie trwało przez szereg dni i nocy (podobno aż dwa miesiące). Mieszkańcy Mediolanu donosili pokarm oblężonym. Ponieważ mogło to skończyć się rewoltą, arianie musieli ustąpić, gdyż stanowili już wówczas mniejszość. Wywołało to ogromny entuzjazm, a Ambrożemu przyniosło daleki rozgłos. W dwa lata potem zmarła Justyna. Ponieważ wzrastała liczba wiernych, a w mieście były tylko trzy kościoły, Ambroży wystawił dalsze dwa oraz kilka kaplic.
    Pod wpływem Ambrożego cesarz Gracjan zrzekł się tytułu i stroju arcykapłana, jaki przynależał cesarzom rzymskim, usunął posąg Zwycięstwa oraz zniósł przywileje kapłanów pogańskich i westalek. Nie mniej serdeczne stosunki łączyły Ambrożego z następcą Gracjana, cesarzem Teodozjuszem Wielkim, który również na pewien czas obrał sobie w Mediolanie stolicę. Cesarz, nie bez wpływu biskupa Mediolanu, dekretem z roku 390 nakazał trzymać się orzeczeń soboru nicejskiego (325), w roku następnym zabronił wróżb i ogłosił kary za powrót do pogaństwa. W 390 roku wybuchły zamieszki w Tesalonice, w Macedonii. Cesarz łatwo je uśmierzył, lecz w swojej zapalczywości kazał zebrać się mieszkańcom miasta w amfiteatrze i wymordował ponad 7000 osób. Kiedy wracał z Werony do Mediolanu, Ambroży, wstrząśnięty wypadkami w Tesalonice, wystosował do niego list pełen czci, ale i wyrzutu, prosząc Teodozjusza, aby za tę publiczną, głośną zbrodnię przyjął publiczną pokutę. Jak wielki miał Ambroży autorytet, świadczy fakt, że cesarz pokutę wyznaczoną przyjął i przez trzy miesiące nie wstępował do kościoła (jako grzesznik). Pod wpływem kazań św. Ambrożego nawrócił się św. Augustyn, którego biskup ochrzcił w 387 r.
    W roku 392 Ambroży udał się aż do Kapui, by wziąć udział w synodzie zwołanym dla potępienia herezji, która Maryi odmawiała dziewictwa. Chciał udać się także do Pawii, by wziąć udział w instalacji nowego biskupa (397). Niestety, zabrakło mu sił. Pożegnał ziemię dla nieba dnia 4 kwietnia 397 roku, mając ok. 57 lat. Pochowano go w Mediolanie w bazylice, która dzisiaj nosi nazwę św. Ambrożego, obok śmiertelnych szczątków świętych męczenników Gerwazego i Protazego.
    Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny – te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów. Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Z powodu bogatej spuścizny literackiej został zaliczony, obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego, do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Jego święto ustalono w rocznicę konsekracji biskupiej. Jest patronem Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.
    W ikonografii św. Ambroży przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym. Malarze często ukazywali go w grupie czterech ojców Kościoła. Jego atrybutami są: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro jako znak boskiej inspiracji, księga, krzyż, mitra, model kościoła, napis: “Dobra mowa jest jak plaster miodu”, pastorał, pióro, ul.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    6 grudnia

    Święty Mikołaj, biskup

    Święty Mikołaj

    Mikołaj urodził się w Patras w Grecji ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także wrażliwością na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców swoim znacznym majątkiem chętnie dzielił się z potrzebującymi. Miał ułatwić zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w “Boskiej komedii”. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre w południowej Turcji), podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie.
    Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków od niechybnego utonięcia w czasie gwałtownej burzy. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie mogli mu zapłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie Mikołaja podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV), Święty został uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. Biskup Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza (kwestionującego równość i jedność Osób Trójcy Świętej).
    Po długich latach błogosławionych rządów Mikołaj odszedł po nagrodę do Pana 6 grudnia (stało się to między rokiem 345 a 352). Jego ciało zostało pochowane ze czcią w Mirze, gdzie przetrwało do roku 1087. Dnia 9 maja 1087 roku zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari. 29 września 1089 roku uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci papież bł. Urban II.
    Najstarsze ślady kultu św. Mikołaja napotykamy w wieku VI, kiedy to cesarz Justynian wystawił mu w Konstantynopolu jedną z najwspanialszych bazylik. Cesarz Bazyli Macedończyk (w. VII) w samym pałacu cesarskim wystawił kaplicę ku czci Świętego. Do Miry udawały się liczne pielgrzymki. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już w wieku IX. Papież św. Mikołaj I Wielki (858-867) ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. Z czasem liczba kościołów św. Mikołaja w Rzymie doszła do kilkunastu. W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: “Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”. W XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg.
    O popularności św. Mikołaja jeszcze dzisiaj świadczy piękny zwyczaj przebierania się ludzi za św. Mikołaja i rozdawanie dzieciom prezentów. Podobiznę Świętego opublikowano na znaczkach pocztowych w wielu krajach. Postać św. Mikołaja uwieczniło wielu malarzy i rzeźbiarzy. Wśród nich wypada wymienić Agnolo Gaddiego, Arnolda Dreyrsa, Jana da Crema, G. B. Tiepolo, Tycjana itd. Najstarszy wizerunek św. Mikołaja (z VI w.) można oglądać w jednym z kościołów Bejrutu.
    W Polsce kult św. Mikołaja był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest aż 327 kościołów w naszej Ojczyźnie. Po św. Janie Chrzcicielu, a przed św. Piotrem i Pawłem najpopularniejszy jest św. Mikołaj. Do najokazalszych należą kościoły w Gdańsku i w Elblągu. Ołtarzy Mikołaj posiada znacznie więcej, a figur i obrazów ponad tysiąc. Zaliczany był do Czternastu Orędowników. Zanim jego miejsce zajął św. Antoni Padewski, św. Mikołaj był wzywany we wszystkich naglących potrzebach.

    Święty Mikołaj

    Postać Świętego, mimo braku wiadomości o jego życiu, jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii. Jest patronem Grecji, Rusi, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; bednarzy, cukierników, dzieci, flisaków, jeńców, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, panien, piekarzy, pielgrzymów, piwowarów, podróżnych, rybaków, sędziów, studentów, więźniów, żeglarzy.
    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub greckiego. Jego atrybutami są m. in.: anioł, anioł z mitrą, chleb, troje dzieci lub młodzieńców w cebrzyku, trzy jabłka, trzy złote kule na księdze lub w dłoni (posag, jaki według legendy podarował biednym pannom), pastorał, księga, kotwica, sakiewka z pieniędzmi, trzy sakiewki, okręt, worek prezentów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    O św. Mikołaju

    Święty Mikołaj. Kim jest nasz patron?

    Sw Mikolaj z Miry
    Św. Mikołaj zmarł, jak podaje tradycja, 6 grudnia 343 roku. Gdy jego ciało zostało złożone w marmurowym grobowcu, wytrysnęły spod niego dwa cudowne źródła – z jednego płynęła oliwa, z drugiego zaś najczystsza woda.

    Patrona naszej fundacji przedstawiać nie trzeba – to święty Mikołaj! Ten od prezentów? Oczywiście! Ale tych płynących ze szczerej i bezinteresownej potrzeby dzielenia się dobrem, nie zaś z konsumpcyjnego nawyku. Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał go „patronem daru człowieka dla człowieka”. Warto przypomnieć sobie historię życia i cudów Mikołaja, w której błyszczą szczególnie te cnoty, którymi staramy się kierować w naszej codziennej działalności.

    Życiorys świętego

    Mikołaj bez wątpienia jest jednym z najpopularniejszych świętych. Wydaje nam się bardzo bliski i dobrze znany, jako że każdy potrafi przywołać przynajmniej kilka opowieści o jego uczynkach. Jednocześnie o życiu historycznego biskupa Miry posiadamy bardzo niewiele pewnych informacji. Według przekazów, Mikołaj urodził się ok. 270 roku, jako jedyne dziecko niepłodnej dotąd pary; jego rodzice, bardzo zamożni, osierocili Mikołaja podczas zarazy, która zbierała wówczas żniwo w Mirze. Mikołaj w młodym wieku stał się dziedzicem pokaźnego majątku.

    Według „Złotej legendy” Jakuba de Voragine, już sam wybór Mikołaja na tron biskupi dokonał się w sposób cudowny: otóż po śmierci biskupa Miry dostojnicy kościelni zgromadzili się, by wybrać nową głowę diecezji. Wśród nich był jeden, który cieszył się największym autorytetem; jemu to pewnej nocy zostało objawione, że nowym biskupem zostanie ten, który jako pierwszy przekroczy rankiem wrota kościelne.

    Tradycja zalicza go również do uczestników soboru w Nicei w 325 roku. Dał się wówczas poznać jako żarliwy obrońca chrześcijańskiej ortodoksji, przemawiając przeciwko Ariuszowi; zatwardziały heretyk nie dał się jednak przekonać nawet najbardziej wyszukanym argumentom.

    Zmarł, jak podaje tradycja, 6 grudnia 343 roku. Tego dnia przypada również jego wspomnienie w Kościele. Pogrzebany został w swoim rodzinnym mieście. Gdy jego ciało zostało złożone w marmurowym grobowcu, wytrysnęły spod niego dwa cudowne źródła – z jednego płynęła oliwa, z drugiego zaś najczystsza woda.

    Gdy Mira trafiła w ręce Turków, relikwie św. Mikołaja dzięki staraniom włoskich marynarzy zostały przewiezione do miasta Bari. Miało to miejsce w 1089 roku. W uroczystościach poświęcenia grobowca w Bari uczestniczył osobiście papież Urban II.

    Choć dziś możemy ubolewać, że Mikołaj został dziś zawłaszczony i wykoślawiony przez kulturę masową, należy jednak przyznać, że był jej częścią od dawna. Jego barwna legenda, wyrazistość cnót i troska, jaką darzył ludzi sprawiły, że święty Mikołaj stał się jednym z najpopularniejszych patronów w całym chrześcijańskim świecie. Poświęcona jest mu wielka liczba kościołów, także w Polsce – pod tym względem wyprzedza go jedynie św. Jan Chrzciciel. Jest wzywany w modlitwach w rozmaitych trudnych sytuacjach i nie pozostawia ich bez odpowiedzi – w kościołach wschodnich znany jest jako Mikołaj Cudotwórca.

    Cuda świętego Mikołaja

    Cudowne interwencje Mikołaja, co warto podkreślić, często dokonywały się w sposób akcentujący działanie Bożej potęgi, której ów był tylko pomocnikiem. Gdy ginący na wzburzonym morzu żeglarze wezwali jego pomocy, jak znów pisze de Voragine, „zjawił się ktoś przed nimi, kto miał postać świętego”. Święty chwycił za liny i wespół z marynarzami doprowadził statek bezpiecznie do portu.

    Mikołajowi przypisywane są również liczne wskrzeszenia, najczęściej dzieci i młodzieńców. Jako szafarz Bożego miłosierdzia wrócił życie wielu zmarłym w tragicznych, a nierzadko i makabrycznych okolicznościach, przyczynił się również do odnalezienia zaginionych i odzyskania uprowadzonych dzieci.

    Pokaźną część bogatego korpusu legend o Mikołaju stanowią również opowieści o obronie niesłusznie skazanych. Najbardziej znana jest historia o trzech książętach skazanych na śmierć na podstawie fałszywego oskarżenia. Mikołaj objawił się we śnie Konstantynowi – który był wówczas cesarzem rzymskim – i w ostrych słowach wypomniał mu ów niesprawiedliwy wyrok.

    Święty Mikołaj w kulturze

    Święty Mikołaj to postać kojarzona z obdarowywaniem. I słusznie! Czyny świętego uczą nas, w jaki sposób należy korzystać z majątku i władzy. Już jako bogaty młodzieniec, później biskup niepośledniego miasta ustrzegł się pokus, przychodzących niechybnie w podobnych okolicznościach. Przeciwnie, jego pobożność, skromność i umiłowanie sprawiedliwości nie tylko uchroniły go od grzechu i doprowadziły do świętości, lecz również dzięki nim stał się on drogowskazem dla każdego chrześcijanina. To właśnie sprawiło, że Dante przywołał jego postać w „Boskiej komedii” jako przykład miłego Bogu korzystania z bogactw. Podczas wędrówki przez piąty taras Czyśćca poeta spotyka Hugona Kapeta, który „…sławił dobrotliwość, / Przez którą dziewkom skłonionym na zgubę / Mikołaj dziewiczą ocalił poczciwość”[1].

    Święty Mikołaj jest przedstawiany w stroju biskupim z mitrą i pastorałem. Na obrazach często zobaczyć go można trzymającego trzy złote kule, stanowiące nawiązanie do posagu, który wręczył trzem pannom.

    Warto przywołać w tym miejscu również kilka ludowych obrzędów związanych ze świętym Mikołajem. Tradycja obdarowywania dzieci w dniu św. Mikołaja, nawiązująca rzecz jasna do licznych przykładów jego szczodrości, przede wszystkim potajemnie wręczanych upominków, znana jest od dawna w całej Europie. Przykłady wspólnego świętowania dnia swojego patrona odnajdziemy zaś we wszystkich miejscach, które są w jakiś sposób oddane Mikołajowi w opiekę.

    Jeśli 6 grudnia znajdziemy się na Śląsku, gdzie otaczany jest on szczególną czcią (i gdzie znajduje się najstarszy zachowany kościół romański w Polsce – oczywiście pod wezwaniem świętego Mikołaja!), mamy szansę napotkać na swojej drodze barwny orszak, na czele którego maszeruje biskup Miry. W języku śląskim obyczaj ten nazywa się „mikołajstwym”. Orszaki świętego Mikołaja znane są również w innych miejscach w Europie i na świecie, między innymi w Alzacji i Lotaryngii, a także w południowych Niemczech i Austrii, gdzie towarzyszą mu tradycyjnie groteskowe postaci, które zajmują się karaniem niesfornych dzieci – tych, jak wiadomo, przeważnie jest więcej niż grzecznych, nierzadko więc w tych orszakach za jednym Mikołajem podąża kilkanaście takich straszydeł.

    Wyjątkowo barwne były również obrzędy ku czci Mikołaja w dawnych Niderlandach, gdzie znaczna część mieszkańców utrzymywała się z żeglarstwa.  Każdego roku marynarze hucznie obchodzili więc święto swojego patrona, okazując w ten sposób radość i wdzięczność za bezpieczne powroty do portu.

    Lekcja świętego Mikołaja

    Mnogość legend i obrzędów związanych ze świętym Mikołajem, a nawet jego wykorzystanie przez współczesną kulturę masową (choć wątpliwej próby) świadczą o tym, jak żywotna i silnie rezonująca była to postać. Nie powinniśmy jednak tracić z oczu wzoru postępowania, który wyznacza nam sylwetka świętego Mikołaja. Pamiętajmy, że działał zawsze w imię sprawiedliwości i miłosierdzia, a przeciw nikczemności i wiarołomności. Pokazał nam, w jaki sposób godnie korzystać z Bożych darów i mądrze udzielać z nich pomocy potrzebującym. Nieprzypadkowo wybraliśmy go na naszego opiekuna. Oto nasz patron – święty Mikołaj.

    [1] Przekład Edwarda Porębowicza. Tercyna w oryginalnym brzmieniu: „Esso parlava ancor de la larghezza / che fece Niccolò a le pulcelle, / per condurre ad onor lor giovinezza”.

    (autorem artykułu jest Mikołaj Rajkowski, redaktor Teologii Politycznej)

    ***

    Od świętego Mikołaja do Santa Clausa

    Z AZJI MNIEJSZEJ DO LAPONII PRZEZ NOWY JORK

    Święty Mikołaj był biskupem Myry w Azji Mniejszej. Czemu zatem dzieciom mówi się, że mieszka w Laponii i jeździ saniami ciągniętymi przez renifery? Ano dlatego, że znana wszystkim postać zażywnego starca w czerwonych szatach i z białą brodą jest tworem wyobraźni dwóch pisarzy z Nowego Jorku oraz speców od reklamy Coca-Coli.

    Święty Mikołaj - średniowieczna ikona rosyjskaOd czasu do czasu ktoś przypomina kim naprawdę był święty Mikołaj. Żył na przełomie III i IV wieku (zm. ok. 342 r.). Pełnił obowiązki biskupa Myry (obecnie Demre) – na południowym wybrzeżu Azji Mniejszej (dziś Turcja). Według tradycji był dobroczyńcą wspierającym ubogich. Na Wschodzie czczono go od VI wieku, na Zachodzie jego kult stał się popularny w XI wieku, kiedy relikwie świętego przewieziono do Bari (Włochy). Został patronem niektórych krajów (np. Rosji) i grup zawodowych (np. żeglarzy).

    W połowie XIII wieku w niektórych krajach powstał zwyczaj obdarowywania się w dzień wspomnienia tego świętego, czyli 6 grudnia. Dawano prezenty zwłaszcza dzieciom. W Polsce zwyczaj ten rozpowszechnił się dopiero w pierwszej połowie XVIII wieku. Podkładano dzieciom prezenty w nocy, mówiąc, że to dar św. Mikołaja.

    W różnych krajach w tradycji ludowej łączono jednak postać świętego z miejscowymi legendami: w Skandynawii z Gnomami, w Rosji z Dziadem Mrozem, we Włoszech z Dobrą Czarodziejką…
    W Holandii święty Mikołaj został patronem Amsterdamu i jego kult był wyjątkowo mocny. Przedstawiano go jako starego człowieka w szatach biskupa, jeżdżącego na ośle. Od XVI wieku przypływał statkiem i jeździł na białym koniu. Grzecznym dzieciom rozdawał prezenty, a niegrzecznym rózgi. Nikt się jednak za niego nie przebierał.

    Sinter Klaas
    Większość miast w Ameryce Północnej założyli Hiszpanie, Francuzi i Anglicy. Nowy Jork ma jednak korzenie holenderskie. W roku 1624 Holendrzy założyli na wyspie Manhattan miasto Nowy Amsterdam. Czterdzieści lat później miejscowość zdobyli Anglicy i przemianowali na Nowy Jork. Tym niemniej w samym mieście i w jego okolicach pozostało sporo Holendrów. Co roku 6 grudnia kultywowali oni przywieziony z ojczyzny zwyczaj obdarowywania się prezentami w dzień św. Mikołaja, którego zwali w swym języku Sinter Klaas. Anglicy i inni mieszkańcy Nowego Jorku nie potrafili tego wymówić prawidłowo, przekręcali więc imię świętego, wymawiając je Santa Claus.

    W roku 1809 pisarz i miłośnik folkloru Washington Irving napisał książkę “Historia Nowego Jorku”, w której opisał holenderski zwyczaj mikołajkowy. Święty u Irvinga nie miał już szat biskupich, a zamiast na białym koniu, podróżował na pegazie – rumaku ze skrzydłami. Zjawiał się co roku w domach Holendrów. Książka zdobyła dużą popularność. Sinter Klaas nazwany był w niej Santa Claus… I tak już zostało.

    Klasyczne rysunki Thomasa Nasta

    Czerwona czapa i renifery
    23 grudnia 1823 roku w jednym z nowojorskich dzienników ukazał się nie podpisany poemat pt. “Relacja z wizyty św. Mikołaja”. Kilkadziesiąt lat później okazało się, że autorem był Clement Clark Moore, profesor studiów biblijnych z Nowego Jorku. W poemacie Santa Claus jechał w zaprzęgu ciągniętym przez renifery. Moore przedstawił świętego jako postać wesołą, z dużym brzuchem i niskiego wzrostu. Chciał przez to upodobnić go do gnoma, znanego z legend skandynawskich i brytyjskich. Miał zapewne nadzieję, że w ten sposób ta nowa dla większości społeczności północnoamerykańskiej postać zyska większą akceptację. Jednocześnie przyjazd św. Mikołaja umiejscowił nie w nocy z 5 na 6 grudnia, jak było w Europie, lecz w wigilię Bożego Narodzenia.

    Ten wykreowany w Nowym Jorku nowy “image” św. Mikołaja zyskał ostateczny kształt w latach 1860-1880. Wtedy to nowojorskie czasopismo “Harper’s” opublikowało wiele rysunków znanego amerykańskiego rysownika, Thomasa Nasta. Mikołaj w wykonaniu Nasta był niskim grubasem z poematu Moore’a. Nast umieścił siedzibę Santa Clausa na biegunie północnym. On także, jako pierwszy, konsekwentnie rysował go w czerwonych szatach.

    Produkt Coca-Coli


    Pod koniec XIX wieku prężna i ekspansywna kultura północnoamerykańska zaczynała wywierać pewien wpływ na Europę. Wpływ ten stał się silny po I wojnie światowej. Wykreowana w Nowym Jorku postać Santa Clausa została przeniesiona do Wielkiej Brytanii. Tam nazwano świętego Father Christmas, czyli Ojciec Bożonarodzeniowy. We Francji natomiast stał się popularny jako Bonhomme Noël, a potem Père Noël, co znaczyło mniej więcej to samo.

    W wielu krajach amerykański święty Mikołaj łączył się z miejscowymi tradycjami. Dlatego w Danii nazywa się Julemanden i przyjeżdża w towarzystwie elfów. W Holandii po staremu przypływa statkiem i jeździ na białym koniu.
    Po II wojnie światowej znany stał się już praktycznie wszędzie, choć w niektórych krajach przyjmowany jest z oporami. W Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej nazywają go z francuska papá Noél. Prezenty dzieciom rozdaje jednak nie on, lecz Trzej Królowie. Hiszpańskie dzieci czekają więc na prezenty miesiąc dłużej.

    Tymczasem ostatni “szlif” amerykańskiej postaci św. Mikołaja nadał… koncern Coca-Cola, w swej kampanii reklamowej w roku 1931.
    Na zlecenie Coca-Coli Habdon Sundblom nieco zmienił wizerunek wykreowany pół wieku wcześniej przez Thomasa Nasta. Stworzył świętego Mikołaja wysokiego i potężnego, z białymi włosami, wąsami i długą białą brodą. Strój utrzymano w barwach czerwonej i białej, lecz stał się on bardziej atrakcyjny i luksusowy. Modelem dla Sundbloma był emerytowany sprzedawca Lou Prentice.

    W latach trzydziestych wymyślono także imiona poszczególnych fruwających reniferów, których liczbę ustalono na siedem i dodano inne szczegóły, znane dziś dzieciom z całego świata. Wówczas także duże sklepy zaczęły przebierać pracowników w św. Mikołaja.

    I tylko czasem ktoś przypomni, że święty Mikołaj był biskupem i nie mieszkał w Laponii…

    Santa Claus w kampanii Coca-Coli w r. 1931, mal. Habdon Sundblom

    wiara.pl

    ***

    Mikołaj – święty nieznany

    Fragmenty książki o św. Mikołaju

    Mikołaj - święty nieznany

    Atanazy Dębowski

    MIKOŁAJ ŚWIĘTY NIEZNANY

    Oficyna Artystyczna Astraia
    Kraków 2006
    ISBN 83-60569-03-7

    Spis treści
    Słowo wstępne5
    Urodziny11
    Trzy córki nędzarza15
    Droga morska23
    Mikołaj Biskup27
    Prześladowania33
    Sobór w Nicei (rok 325)39
    Zboże z Italii43
    Niewinna śmierć trzech mężów45
    Wyzwolenie wojewodów49
    Morska podróż57
    Narodziny dla Nieba63
    Demońska zasadzka65
    Fałszywy „Mikołaj ”71
    Ikona Świętego Mikołaja73
    Cuda Świętego Mikołaja dokonane po jego pogrzebie77
    Drugie święto św.Mikołaja (ciepłego Mikołaja)101
    Akatyst do św.Mikołaja105
    Spis ilustracji124

    Fragmenty książki (całość dostępna w wersji papierowej)

    Urodziny

    Święty Mikołaj, arcybiskup Miry Licyjskiej, wielki cudotwórca, urodził się w mieście Patarze w Azji Mniejszej w prowincji Licja, która dziś nazywa się Anatolią i wchodzi w skład Turcji. Jego rodzice – Teofan i Nonna – byli bogobojnymi chrześcijanami, znacznymi i zamożnymi obywatelami swojego miasta.

    Za ich prawdziwie chrześcijańską postawę i życie, za liczne dzieła miłosierdzia, chętne dzielenie się z potrzebującymi, Bóg wynagrodził ich świętą latoroślą, niczym gałązką ze świętego pnia, którą “jako drzewo zasadzone nad płynąca wodą daje owoc swój we właściwym czasie” (Ps 1, 3). Przy narodzinach tego błogosławionego dziecięcia nadano mu imię Nikolaos, co oznacza zwycięzca narodów. I rzeczywiście, według woli Bożej, Mikołaj miał stać się zwycięzcą nad złem w świecie i dobroczyńcą całego chrześcijańskiego świata.

    Po urodzeniu syna Nonna aż do samej śmierci pozostała niepłodną. Sama natura zaświadczyła niejako, że ta pobożna niewiasta nie będzie już miała więcej dzieci podobnych do św. Mikołaja. On sam miał pozostać w rodzinie pierwszym i ostatnim. Uświęcony jeszcze w łonie swej matki, już jako niemowlę okazał się wyznawcą Trójjedynego Boga, czym zadziwił współczesnych. Czynił cuda zanim zaczął ssać mleko z piersi matki; był postnikiem jeszcze zanim zaczął przyjmować pokarm.

    Po narodzeniu, gdy zanurzono niemowlę w wodzie Chrztu Świętego, Mikołaj stał przez trzy godziny na własnych nogach, przez nikogo nie podtrzymywany, oddając w ten sposób cześć Przenajświętszej Trójcy, której wielkim głosicielem i wielbicielem był przez całe swoje życie. Zapowiedzią jego przyszłego życia jako cudotwórcy był już sposób jego karmienia: Mikołaj ssał tylko prawą pierś swojej matki, tak jakby chciał zaświadczyć, że chce stać tylko po prawej stronie Boga-Sędziego, razem ze sprawiedliwymi. Jako poszczący asceta objawił się już w niemowlęctwie, ponieważ w środy i piątki ssał mleko z prawej piersi swej matki tylko jeden raz, i to w czasie wieczornym, gdy rodzice skończyli wspólne modlitwy. Ojciec i matka dziwili się patrząc na swoje dziecko i przepowiadali mu twardy i ascetyczny sposób życia. I rzeczywiście, święty Mikołaj, przywykłszy już od niemowlęcych pieluszek do takiego srogiego sposobu życia, do końca życia pościł we wszystkie środy i piątki.

    Wzrastając w latach, chłopiec wzrastał w rozumie, udoskonalając się w dobrych uczynkach miłosierdzia, których niezliczone przykłady czerpał z życia swoich rodziców. Był on jak rola urodzajna, w które wpadające ziarno daje stokrotne płody. Nic, co wpadało w duszę młodego Mikołaja, nie pozostawało bezowocne, lecz natychmiast tryskało z niego płodami dobrych uczynków.

    Dla młodzieńca przyszedł czas nauki, którą rodzice oparli na Piśmie Świętym. Chłopiec wykazał tu ogromną bystrość rozumu, posłuszeństwo rodzicom i pilność w nauce. W nadzwyczaj krótkim czasie, wspierany łaską Przenajświętszego Ducha, osiągnął tak wielką wiedzę, zarówno duchową, jak i tę zawartą w książkach, że już w młodych latach stał się nosicielem tej mądrości, która w przyszłości miała mu być potrzebna jako pasterzowi owiec Chrystusowych.

    Osiągając doskonałość w mądrości i w swoich wypowiedziach, Mikołaj okazał się również doskonałym w codziennym życiu. Nie marnował czasu na zabawy z kolegami i na świeckie imprezy, unikał próżnych dyskusji i zwykłej paplaniny. Nie przestawał w towarzystwie kobiet, a raczej stronił od nich – jako przyszły asceta i przyszły biskup. Chronił w swoim młodzieńczym sercu niebiańską mądrość, czystym wzrokiem spoglądał na swego Zbawiciela, nawiedzając często Świątynię Bożą; podobny był do Psalmisty, który śpiewał: “Wolę stać u progu Domu Boga mego, niż mieszkać w namiotach grzeszników” (Ps 84, 11). W świątyni Bożej młody Mikołaj spędzał wiele dni i nocy na modlitwie, na czytaniach i śpiewie psalmów. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa zbierano się na tak zwane całonocne czuwania. Punktem kulminacyjnym była Eucharystia nad ranem, poprzedzona właśnie długimi modlitwami, śpiewami, czytaniami i pouczeniami starszych. W takiej atmosferze wzrastał młody Mikołaj, ucząc się i ubogacając Bożą łaską spływającą od Przenajświętszego Ducha, która sama czyni z ludzi godne siebie mieszkanie, według słów Pisma Świętego: “Wy jesteście świątynią Bożą i Duch Boży żyje w was” (1 Kor 3, 16).

    Duch Święty prawdziwie znalazł sobie godne mieszkanie w sercu czystego młodzieńca, który sławiąc Boga, cały rozpalał się mocą tego Ducha. Z tego powodu nie było w nim tych wszystkich przywar i niedoskonałości, które właściwe są młodemu wiekowi i którymi często kieruje się młodzież. Dla współczesnych Mikołaj był raczej podobny do mędrca i starca, do którego przychodzi się po radę i pomoc, i tak też go spostrzegano.

    Stary człowiek, jeżeli wykazuje w swym życiu dziecięce cechy, czyli dziecinnieje, staje się dla otoczenia pośmiewiskiem. Jeżeli zaś młodzieniec objawia w swoim zachowaniu cechy mędrca i starca, staje się dla wszystkich przedmiotem podziwu, a nawet uwielbienia. Pośmiewiskiem jest w starości zdziecinnienie, lecz godna uwagi i czci jest dojrzałość w młodości.

    (…)

    Mikołaj Biskup

    Po powrocie do Patary Mikołaj skierował swoje kroki do wspólnoty mnichów, żyjących ściśle według Świętej Ewangelii. Wspólnotę tę założył jego wujek, biskup Mikołaj, nazywając ją Patarskim Syjonem. Święty Mikołaj był dla wszystkich braci miłym sercu gościem. Przyjęli go z wielką radością, niczym anioła Bożego, a spoglądając na jego święte życie, czerpali z niego wielką słodycz.

    Znajdując w tej wspólnocie bezpieczny port, miejsce ciszy, modlitwy i życia Ewangelią, Mikołaj zapragnął pozostać w niej do ostatniego dnia swojej ziemskiej wędrówki. Jednak Bóg chciał mu ukazać inną drogę, niż zamknięcie za murami monasteru. Nie mógł taki nosiciel światła zamykać się przed światem, potrzebującym Bożego oświecenia światłem Ewangelii. Ów mąż Boży musiał iść w świat, by pouczyć go o grzechu i sądzie, o pokucie i o potrzebie chrztu, który jako kąpiel odradzająca ze śmierci do życia przeprowadzi ludzi z egipskiej niewoli zła do Ziemi Obiecanej w Królestwie Bożym. Do tego był potrzebny pełen miłości Mikołaj.

    Pewnego dnia, stojąc na modlitwie, Mikołaj usłyszał głos z góry: “Mikołaju, jeśli pragniesz stać się uczestnikiem Mojego wieńca, idź i trudź się dla dobra tego świata”.

    Usłyszawszy te słowa Mikołaj zląkł się i rozmyślał, co mogą one oznaczać i czego chce od niego ten głos. Po chwili usłyszał go ponownie: “Mikołaju, nie tutaj jest niwa, na której przyniesiesz oczekiwane przez Mnie płody. Wyjdź stąd i idź w świat i niech będzie uwielbione przez ciebie Imię Moje”.

    Teraz święty Mikołaj zrozumiał, iż Bóg pragnie, by pozostawił zamknięty świat życia mniszego z jego milczeniem, a poszedł do ludzi, niosąc im Ewangelię Chrystusa.

    Zastanawiał się teraz, dokąd ma się udać – czy do ojczystej Patary, czy też do innego miejsca? Chcąc uciec przed sławą ludzką i przed zaszczytami światowymi postanowił udać się do miasta, w którym byłby nikomu nieznany. Wybrał więc stolicę całej prowincji licyjskiej -Mirę Licyjską, które dzisiaj Turcy nazywają Dembre. Do tego właśnie miasta udał się ojciec Mikołaj, kierowany Bożą Opatrznością. Tutaj nie był znany nikomu, zaś pozbawiony środków do życia stał się jednym z biedaków tego miasta, tak że nie miał nawet gdzie skłonić głowy do snu. Znalazł sobie kącik przy świątyni i tam, w obecności Bożej, czuł się najlepiej.

    W tym czasie zmarł arcybiskup Jan, metropolita i ojciec wszystkich chrześcijan żyjących w prowincji licyjskiej. Z tego powodu w Mirze zebrali się wszyscy biskupi metropolii licyjskiej, aby wybrać na opuszczoną stolicę arcybiskupią najgodniejszego następcę zmarłego Jana. Jako kandydatów przedstawiono wielu mężów bogobojnych i uczonych. Jednak wśród wybierających nie było jednomyślności i niektórzy, pod wpływem światła Bożego, zawołali:

    – Wybranie biskupa na tron metropolity nie podlega woli ludzi, ale to dzieło planów Bożych. Trzeba zanieść gorące modlitwy, aby sam Bóg objawił nam, kto jest godny przyjąć tron metropolity i zostać pasterzem całej Licji.

    Tę dobrą radę wszyscy przyjęli z radością i rozpoczęli gorące modły połączone z postem. Bóg spełniający prośby swych wyznawców, którzy Mu ufają, słuchając błagań biskupów, w taki oto sposób objawił swą wolę najstarszemu z nich. Podczas modlitwy stanął przed nim mąż pełen światła, w świetlistych szatach, rozkazał udać się nocą do świątyni i czuwać w pobliżu jej drzwi, aby zobaczyć, kto pierwszy do niej wejdzie na modlitwę. “Ten – powiedział świetlisty mąż – jest moim wybrańcem, przyjmijcie go ze czcią i postawcie na katedrze arcybiskupiej. Imię tego męża – Mikołaj”.

    O swoim widzeniu stary biskup opowiedział wszystkim zgromadzonym biskupom. Ci zaś, słysząc jego słowa, jeszcze bardziej nasilili swoje modlitwy do Boga.

    W nocy stary biskup, zgodnie z objawieniem Bożym, udał się do świątyni i czekał na przybycie przepowiedzianego męża. Kiedy nastał czas modlitwy, święty ojciec Mikołaj, przynaglony Duchem Bożym, wszedł do świątyni przed wszystkimi, gdyż od dziecka miał zwyczaj wstawać o północy i wchodzić do świątyni przed wszystkimi.

    Po przekroczeniu drzwi świątyni został zatrzymany przez czekającego tam biskupa, który go zapytał:

    – Jakie jest twoje imię, mężu Boży? Mikołaj milczał. Biskup ponownie zapytał go o imię. Teraz zwiesił głowę i cichym drżącym głosem odpowiedział: – Imię moje Mikołaj. Jestem sługą twojej świątyni, święty ojcze.

    Bogobojny biskup, widząc taką postawę Mikołaja i słysząc objawione mu wcześniej jego imię, zrozumiał, że stoi przed nim wybrany przez samego Boga kandydat na pasterza Mirskiego Kościoła. Wiedział on z Pisma Świętego, że Bóg z miłością spogląda na pokornego, cichego, na mającego strach Boży swojego wyznawcę. Rozradował się więc wielce bogobojny biskup, tak jakby odkrył najcenniejszy skarb. Chwycił świętego Mikołaja za rękę i powiedział:

    – Chodź ze mną, moje dziecko.

    Przyprowadził Mikołaja przed zgromadzonych biskupów, ci zaś napełnili się duchową słodyczą i radością, że znaleźli danego im przez Boga męża. Zaprowadzili go do świątyni. Wiadomość o tym dziwnym wyborze rozniosła się po mieście lotem błyskawicy i świątynia wnet wypełniła się ludem, pragnącym widzieć wybór nowego pasterza, w tak cudowny sposób danego im przez Boga.

    Biskup, który był godzien tego widzenia, jako najstarszy, przemówił do narodu:

    – Przyjmijcie, bracia, swego pasterza, którego namaścił Duch Święty i którego On sam obarczył troską o zbawienie dusz waszych. Nie z woli ludu i nie przez nasz wybór, lecz z woli samego Boga zostaje on waszym biskupem. Mamy dziś tego, kogo pragnęliśmy mieć. Znaleźliśmy i przyjęliśmy tego, którego szukaliśmy. Pod jego pasterskim staraniem i kierownictwem nie zostaniemy pozbawieni nadziei, iż wraz z nim staniemy po prawicy Boga w dniu Jego przyjścia i Sądu.

    Cały naród złożył Bogu dziękczynienie i cieszył się szczerą i nieopisaną radością. Pokorny Mikołaj długo wymawiał się od przyjęcia tej godności, wreszcie ustąpił usilnym prośbom soboru biskupów i całego narodu i dał się wprowadzić na katedrę arcybiskupią wbrew swojej woli. Pobudziło go do tego pewne widzenie, które Bóg objawił mu jeszcze przed śmiercią arcybiskupa Jana. O widzeniu tym wspomina święty Metody, patriarcha Konstantynopola.

    “Pewnego razu – opowiada patriarcha – święty Mikołaj w czasie nocnej modlitwy zobaczył, że stoi przed nim Zbawiciel w swojej chwale i daje mu Ewangelię ozdobioną złotem i drogimi kamieniami. Po drugiej swojej stronie ujrzał święty Mikołaj Przeczystą Bogurodzicę, która założyła na jego ramiona biskupi omoforion, czyli biały pas z owczej wełny, symbol owieczki, którą pasterz bierze na swe ramiona, aby nie zginęła poza owczarnią Chrystusa. Po tym widzeniu minęło kilka dni i arcybiskup Jan przeszedł do wieczności”. Wspominając przed soborem biskupów to widzenie, Mikołaj zrozumiał wolę Bożą, która została mu wyraźnie objawiona i przestał się wzbraniać przed przyjęciem urzędu pasterskiego. Wszyscy biskupi i kler licyjskiej metropolii udzielili Mikołajowi święceń biskupich i z radością świętowali wraz z danym im przez Boga pasterzem.

    W ten sposób Kościół Chrystusowy przyjął tę latarnię wiary, której nie schowano pod naczyniem, czy pod łóżkiem, ale postawiono na wybranym przez Boga i przygotowanym miejscu w Mirze Licyjskiej.

    Stając się godnym tak wielkiego urzędu w Kościele, biskup Mikołaj prawowiernie nauczał słów Bożej Prawdy zawartej w Ewangelii i mądrze kierował swoimi owcami, prowadząc je po ścieżkach wiary na zielone pastwiska.

    Opoka.pl/opr. mg/mg
     

    ***

    5 grudnia

    Błogosławiony Narcyz Putz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Saba Jerozolimski, prezbiter
      •  Błogosławiony Filip Rinaldi, prezbiter
    Błogosławiony Narcyz Putz w seminarium

    Narcyz Putz urodził się 28 października 1877 r. w Sierakowie, w Wielkopolsce. Chrzest przyjął 25 listopada 1877 r. w sierakowskim kościele parafialnym pw. Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Uczęszczał do gimnazjum św. Marii Magdaleny (zwanego też “Marynką”) w Poznaniu, gdzie w 1898 r. uzyskał świadectwo dojrzałości. Następnie studiował filozofię i teologię w seminarium duchownym w Poznaniu.
    Święcenia kapłańskie przyjął w 1902 r. w Gnieźnie z rąk Prymasa Polski, arcybiskupa Floriana Stablewskiego. Został administratorem parafii św. Andrzeja Apostoła w Boruszynie; potem pracował także w Obrzycku, Szamotułach i Wronkach. Narcyz nie tylko wykonywał posługę kapłańską, ale udzielał się także w różnych polskich stowarzyszeniach działających w zaborze pruskim. Uczestniczył w ruchu spółdzielczym w Szamotułach. Pracował społecznie w bankach ludowych i instytucjach charytatywnych.
    Najbardziej zapamiętano jego odczyty z historii Polski. Występował przeciwko wywłaszczaniu polskiej ziemi, pomagał przy zakładaniu organizacji skupiającej polskich rolników. W jednym z przedwojennych czasopism pisano o nim: “Jako młody wikary pracuje przez szereg lat w parafii szamotulskiej i stacza sławne boje z początkującą naówczas w Wielkopolsce Polską Partią Socjalistyczną. Poza gorliwą pracą w kościele pracuje w organizacjach parafialnych, narodowych i oświatowych, jak również w ruchu spółdzielczym”.
    Tuż przed wybuchem I wojny światowej został proboszczem w parafii św. Jadwigi Śląskiej we wsi Mądre, w powiecie średzkim. W czasie wojny wspomagał stowarzyszenia i związki Polaków żyjących i pracujących w głębi ówczesnych Niemczech, zwłaszcza w Saksonii, gdzie corocznie bywał. Był też prezesem Towarzystwa Czytelni Ludowych na powiat średzki oraz prezesem Banku Ludowego w pobliskim Zaniemyślu.
    Cztery lata później, w 1918 r., tuż przed końcem wojny i odrodzeniem Rzeczpospolitej, został komendarzem (pełniącym obowiązki proboszcza) w parafii pw. św. Mikołaja w Ludzisku. Organizował powstańców, z którymi pośpieszył na pomoc w oswobodzeniu przez nich Inowrocławia w 1919 roku. Od 1920 r. był administratorem okręgu duszpasterskiego przy kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. W 1924 r. kościół ten stał się sercem nowo erygowanej bydgoskiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jej pierwszym proboszczem został ks. Narcyz.

    Błogosławiony Narcyz Putz

    Był skutecznym polonizatorem okręgu i parafii, w owych latach zamieszkałych w dużej mierze przez Niemców – dopiero po 1920 r. zaczęła przybywać na te tereny ludność polska. Zapoczątkował odwiedzanie parafian w ich domach, organizował polskie duszpasterstwo. Gdy proporcja Polaków do Niemców na to pozwoliła, zlikwidował kazania po niemiecku (Niemców na Mszę św. przychodziło bowiem niewielu). Pomimo skarg mniejszości niemieckiej nie uległ ich presji.
    Szczególną uwagę przywiązywał do duszpasterstwa dzieci. Był współorganizatorem i jednym z najaktywniejszych członków Komitetu Kolonii Feryjnych, dla którego zakupił gospodarstwa w Jastrzębcu pod Bydgoszczą. W 1924 r. z wyjazdów wakacyjnych skorzystało ok. 200 dzieci. Oprócz spełniania rozlicznych obowiązków duszpasterskich, aktywnie uczestniczył w życiu społecznym miasta. Od 1920 r. zasiadał w radzie miejskiej. Wchodził w skład kilku deputacji: bibliotecznej, teatralnej, szkolnej oraz komisji gospodarczej.
    W 1925 r. otrzymał instytucję kanoniczną na beneficjum dużej parafii i kościoła pw. św. Wojciecha w Poznaniu. Jako proboszcz kontynuował prace restauratorskie i upiększające w świątyni. W 1930 r. został mianowany przez kard. Augusta Hlonda honorowym radcą duchownym, a w 1937 r. kanonikiem honorowym Kapituły Metropolitalnej w Poznaniu. Pełnił funkcję inspektora duchownego nauki religii. Podobnie jak w Bydgoszczy, i tu zajmował się dziećmi.
    Jednym z charakterystycznych rysów jego pasterzowania była umiejętność budowania kościołów i tworzenia wokół nich nowych parafii. W Poznaniu stało się tak w przypadku kościoła pw. św. Stanisława Kostki na Winiarach, kościoła pw. św. Jana Vianneya na Sołaczu i kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Naramowicach. Nie zaniedbywał biednych, z myślą o nich prowadził tanie kuchnie.
    Miał opinię dobrego kaznodziei i spowiednika. Bardzo aktywnie uczestniczył w pracach nad tworzeniem i rozwojem katolickich czasopism religijnych w Poznaniu. W końcu lat 20-tych i w latach 30-tych ubiegłego wieku był redaktorem wielu poznańskich pism parafialnych o treści wychowawczo-pastoralnej. Również w Poznaniu aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym.
    Wybuch II wojny światowej zastał go w Warszawie. 4 października 1939 r. został aresztowany przez niemieckie gestapo i uwięziony na Pawiaku. Zwolniono go po dwóch tygodniach. Powrócił do Poznania, ale już 9 listopada 1939 r. Niemcy ponownie go aresztowali i tym razem już nie wypuścili. Osadzili go w osławionym Forcie VII, poznańskim obozie koncentracyjnym, gdzie przeszedł prawdziwą gehennę. Pijani niemieccy SS-mani nawet w nocy nie dawali mu spokoju, bili go i grozili bronią, pastwili się nad nim. Mimo różnego rodzaju szykan i tortur, zachowywał cierpliwość i wspierał współcierpiących nieszczęśników. Zachował pogodę ducha. W grypsie do siostry z 27 grudnia 1939 r. pisał: “Wilja była trochę smutna, ale Bóg pomoże. Zdrów jestem. Wspaniałą miałem brodę, ale ją we wilję zgoliłem […] Uściski. Z Bogiem. N.”.
    24 kwietnia 1940 r. przewieziono go do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Dachau. Był to pierwszy transport więźniów polskich do tego miejsca kaźni. 6 czerwca 1940 r. osadzono go w obozie koncentracyjnym KL Mauthausen. Pracował tam niewolniczo w kamieniołomach i przy budowie obozu. Cierpiał na dławicę piersiową, nie miał jednej nerki, a mimo tego przetrwał skrajnie trudne warunki egzystencji obozowej. Nie tylko przetrwał – dalej sprawował, na ile warunki pozwalały, posługę kapłańską, po kryjomu organizując modlitwy i nabożeństwa oraz podnosząc współwięźniów na duchu.
    Po pół roku, 8 grudnia 1940 r., przewieziono go z powrotem do KL Dachau, gdzie otrzymał numer obozowy 22064. Tam pracował najpierw na plantacjach, a później w pończoszarni. Słynne były inicjowane przez niego Godzinki i Gorzkie Żale. Nazywano go “hetmanem duchowym”, który pocieszał i podnosił na duchu swoim optymizmem i radosnym przyjmowaniem doświadczenia Bożego. Cieszył się sympatią wszystkich polskich więźniów.
    Wyczerpany ciężkimi warunkami i zapaleniem płuc, zmarł 5 grudnia 1942 r. w baraku dla niezdolnych do pracy w Dachau. Świadek zeznał, że ostatnim zabiegiem w tym niemieckim “szpitalu” był dany ks. Narcyzowi zastrzyk benzyny. Jego ciało spalono w obozowym krematorium.
    13 czerwca 1999 r. ks. Narcyz Putz został beatyfikowany w Warszawie przez św. Jana Pawła II w gronie 108 męczenników, ofiar II wojny światowej. Dwa lata wcześniej, 3 czerwca 1997 r., w czasie Mszy św. w Poznaniu, papież przypominał czasy życia i posługi ks. Narcyza: “Ileż to razy wiara i nadzieja narodu polskiego była wystawiana na próbę, na bardzo ciężkie próby w tym XX wieku, który się kończy! Wystarczy przypomnieć pierwszą wojnę światową i związaną z nią determinację tych wszystkich, którzy podjęli zdecydowaną walkę o odzyskanie niepodległości. Wystarczy przypomnieć międzywojenne dwudziestolecie, w czasie którego trzeba było wszystko budować właściwie od początku. A potem przyszła druga wojna światowa i straszliwa okupacja w wyniku układu między Niemcami hitlerowskimi a Rosją sowiecką, który przesądził o wymazaniu Polski jako państwa z mapy Europy. Jakże radykalnym wyzwaniem był ten okres dla nas wszystkich, dla wszystkich Polaków! Rzeczywiście, pokolenie drugiej wojny światowej spalało się poniekąd na wielkim ołtarzu walki o utrzymanie i zapewnienie wolności Ojczyzny”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 grudnia

    Święta Barbara, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Damasceński, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Błogosławiony Archanioł Canetoli, prezbiter
      •  Błogosławiony Piotr ze Sieny, tercjarz
      •  Błogosławiony Adolf Kolping, prezbiter
      •  Święty Jan Calabria, prezbiter
    Święta Barbara
    Nie wiemy dokładnie ani kiedy, ani w jakich okolicznościach św. Barbara z Nikomedii poniosła śmierć. Przypuszcza się, że zapewne ok. roku 305, kiedy nasilenie prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305-311) było największe. Nie znamy również miejscowości, w której Święta żyła i oddała życie za Chrystusa. Późniejszy jej żywot jest utkany legendą.
    Według niej była piękną córką bogatego poganina Dioskura z Heliopolis w Bitynii (Azja Mniejsza). Ojciec wysłał ją na naukę do Nikomedii. Tam zetknęła się z chrześcijaństwem. Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży. Jej zdecydowana postawa wywołała w nim wielki gniew. Przez pewien czas Barbara była głodzona i straszona, żeby wyrzec się wiary. Kiedy to nie poskutkowało, ojciec zaprowadził ją do sędziego i oskarżył. Sędzia rozkazał najpierw Barbarę ubiczować, jednak chłosta wydała się jej jakby muskaniem pawich piór. W nocy miał ją odwiedzić anioł, zaleczyć jej rany i udzielić Komunii św. Potem sędzia kazał Barbarę bić maczugami, przypalać pochodniami, a wreszcie obciąć jej piersi. Chciał ją w takim stanie pognać ulicami miasta, ale wtedy zjawił się anioł i okrył jej ciało białą szatą. Wreszcie sędzia zrozumiał, że torturami niczego nie osiągnie. Wydał więc wyrok, by ściąć Barbarę mieczem. Wykonawcą tego wyroku miał się stać ojciec Barbary, Dioskur. Podobno ledwie odłożył miecz, zginął rażony piorunem. Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku.
    Być może tak nietypowa śmierć, zadana ręką własnego ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie. Żywoty jej ukazały się w języku greckim, syryjskim, koptyjskim, ormiańskim, chaldejskim, a w wiekach średnich we wszystkich językach europejskich. W wieku VI cesarz Justynian sprowadził relikwie św. Barbary do Konstantynopola. Stąd zabrali je Wenecjanie w 1202 roku do swojego miasta, by przekazać je z kolei pobliskiemu Torcello, gdzie znajdują się w kościele św. Jana Ewangelisty.
    Również w Polsce kult św. Barbary był zawsze bardzo żywy. Już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II (XI w.), wspominana jest pod datą 4 grudnia. Pierwszy kościół ku jej czci wystawiono w 1262 r. w Bożygniewie koło Środy Śląskiej. Poza Polską św. Barbara jest darzona wielką czcią także w Czechach, Saksonii, Lotaryngii, południowym Tyrolu, a także w Zagłębiu Ruhry. W Nadrenii uważana jest za towarzyszkę św. Mikołaja – warto wiedzieć, że w wielu miejscach to właśnie ona obdarowuje dzieci prezentami.
    Święta Barbara
    Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Nie zawiódł się. Kiedy znalazł się w śmiertelnej chorobie na łożu boleści, a właściciel wynajętego przez Kostków domu nie chciał jako zaciekły luteranin wpuścić kapłana z Wiatykiem, wtedy zjawiła mu się św. Barbara i przyniosła Komunię świętą. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.
    W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej, pofałdowanej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i Hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle 3 okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła. Atrybuty: anioł z gałązką palmową, dwa miecze u jej stóp, gałązka palmowa, kielich, księga, lew u stóp, miecz, monstrancja, pawie lub strusie pióro, wieża.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    3 grudnia

    Święty Franciszek Ksawery, prezbiter

    Święty Franciszek Ksawery

    Franciszek urodził się 7 kwietnia 1506 r. na zamku Xavier w kraju Basków (Hiszpania). Jego ojciec był doktorem uniwersytetu w Bolonii, prezydentem Rady Królewskiej Navarry. W 1525 r. Franciszek podjął studia teologiczne w Paryżu. Po uzyskaniu stopnia magistra przez jakiś czas wykładał w College Domans-Beauvais, gdzie zapoznał się z św. Piotrem Faberem (1526), zaś w kilka lat potem (1529) ze św. Ignacym Loyolą. Niebawem zamieszkali w jednej celi. Mieli więc dosyć okazji, by się poznać, by przedstawić swoje zamiary i ideały. Równocześnie Franciszek rozpoczął na Sorbonie studia teologiczne z zamiarem poświęcenia się na służbę Bożą. Duszą całej trójki i duchowym wodzem był św. Ignacy. Razem też obmyślili utworzyć pod sztandarem Chrystusa nową rodzinę zakonną, oddaną bez reszty w służbę Kościoła Chrystusowego. Potrzeba nagliła, gdyż właśnie w tym czasie Marcin Luter rozwinął kampanię przeciwko Kościołowi, a obietnicą zagarnięcia majątków kościelnych pozyskał sporą część magnatów niemieckich i z innych krajów Europy.
    Dnia 15 sierpnia 1534 roku na Montmartre w kaplicy Męczenników wszyscy trzej przyjaciele oraz czterej inni towarzysze złożyli śluby zakonne, poprzedzone ćwiczeniami duchowymi pod kierunkiem św. Ignacego. W dwa lata potem wszyscy udali się do Wenecji, by drogą morską jechać do Ziemi Świętej. W oczekiwaniu na statek usługiwali w przytułkach i szpitalach miasta. Kiedy jednak nadzieja rychłego wyjazdu zbyt się wydłużała, gdyż Turcja spotęgowała wtedy swoją ekspansję na kraje Europy, a w jej ręku była ziemia Chrystusa, wszyscy współzałożyciele Towarzystwa Jezusowego udali się do Rzymu. Tam Franciszek otrzymał święcenia kapłańskie 24 czerwca 1537 roku; miał już 31 lat. W latach 1537-1538 Franciszek apostołował w Bolonii, a potem powrócił do Rzymu, gdzie wraz z towarzyszami oddał się pracy duszpasterskiej oraz charytatywnej. Dnia 3 września 1540 r. papież Paweł III zatwierdził ustnie Towarzystwo Jezusowe, a 27 września tego samego roku osobną bullą dał ostateczną aprobatę nowemu dziełu, które niebawem miało zadziwić świat, a Kościołowi Bożemu przynieść tak wiele wsparcia.
    W tym samym czasie przychodziły do św. Ignacego naglące petycje od króla Portugalii, Jana III, żeby wysłał do niedawno odkrytych Indii swoich kapłanów. Św. Ignacy wybrał grupę kapłanów z Szymonem Rodriguezem na czele. Ten jednak zachorował i musiał zrezygnować z tak dalekiej i męczącej podróży. Wówczas na jego miejsce zgłosił się Franciszek Ksawery. Oferta została przez św. Ignacego przyjęta i Franciszek z małą grupą oddanych sobie towarzyszy opuścił Rzym 15 marca 1540 roku, by go już więcej nie zobaczyć. Udał się zaraz do Lizbony, stolicy Portugalii, aby załatwić wszelkie formalności. Wolny czas w oczekiwaniu na okręt poświęcał posłudze wobec więźniów i chorych oraz głoszeniu słowa Bożego.

    Święty Franciszek Ksawery

    7 kwietnia 1541 roku, zaopatrzony w królewskie pełnomocnictwa oraz mandat legata papieskiego, wyruszył na misje do Indii. Po długiej i bardzo uciążliwej podróży, w warunkach nader prymitywnych, wśród niebezpieczeństw (omalże nie wylądowali na brzegach Brazylii), przybyli do Mozambiku w Afryce, gdzie musieli czekać na pomyślny wiatr, bowiem żaglowiec nie mógł dalej ruszyć. Franciszek wykorzystał czas, by oddać się posłudze chorych. W czasie zaś długiej podróży pełnił obowiązki kapelana statku. Wszakże trudy podróży i zabójczy klimat rychło dały o sobie znać. Franciszek zapadł na śmiertelną chorobę, z której jednak cudem został uleczony. Kiedy dotarli do wyspy Sokotry, leżącej na południe od Półwyspu Arabskiego, okręt musiał ponownie się zatrzymać. Tu Franciszek znalazł grupkę chrześcijan zupełnie pozbawioną opieki duszpasterskiej. Zajął się nimi, a na odjezdnym przyrzekł o nich pamiętać. Wreszcie po 13 miesiącach podróży 6 maja 1542 roku statek przybył do Goa, politycznej i religijnej wówczas stolicy portugalskiej kolonii w Indiach. Spora liczba Portugalczyków żyła dotąd bez stałej opieki kapłanów. Święty zabrał się energicznie do wygłaszania kazań, katechizacji dzieci i dorosłych, spowiadał, odwiedzał ubogich. Następnie zostawił kapłana-towarzysza w Goa, a sam udał się na tak zwane “Wybrzeże Rybackie”, gdzie żyło około dwadzieścia tysięcy tubylców-rybaków, pozyskanych dla wiary świętej, lecz bez duchowej opieki. Pracował wśród nich gorliwie dwa lata (1543-1545).
    W 1547 roku Franciszek zdecydował się na podróż do Japonii. Za płatnego tłumacza służył mu Japończyk Andziro, który znał język portugalski. Był on już ochrzczony i bardzo pragnął, aby także do jego ojczyzny zanieść światło wiary. Franciszek mógł jednak udać się do Japonii dopiero w dwa lata potem, gdy Ignacy przysłał mu więcej kapłanów do pomocy. Dzięki nim założył nawet dwa kolegia jezuickie w Indiach: w Kochin i w Bassein. W kwietniu 1549 roku z portu Goa Franciszek wyruszył do Japonii. Po 4 miesiącach, 15 sierpnia wylądował w Kagoshimie. Tamtejszy książę wyspy przyjął go przychylnie, ale bonzowie stawili tak zaciekły opór, że musiał wyspę opuścić. Udał się na wyspę Miyako, wprost do cesarza – w nadziei, że gdy uzyska jego zezwolenie, będzie mógł na szeroką skalę rozwinąć działalność misyjną. Okazało się jednak, że cesarz był wtedy na wojnie z książętami, którzy chcieli pozbawić go tronu. Udał się więc na wyspę Yamaguchi, ubrał się w bogaty strój japoński i ofiarował tamtejszemu władcy bogate dary. Władca Ouchi-Yshitaka przyjął Franciszka z darami chętnie i dał mu zupełną swobodę w apostołowaniu. Wtedy udał się na wyspę Kiu-siu, gdzie pomyślnie pokierował akcją misyjną. Łącznie pozyskał dla wiary około 1000 Japończyków. Zostawił przy nich dwóch kapłanów dla rozwijania dalszej pracy, a sam powrócił do Indii (1551). Uporządkował sprawy diecezji i parafii, utworzył nową prowincję zakonną, założył nowicjat zakonu i dom studiów.
    Postanowił także trafić do Chin. Daremnie jednak szukał kogoś, kto by chciał z nim jechać. Chińczycy bowiem byli wówczas wrogo nastawieni do Europejczyków, a nawet uwięzili przybyłych tam Portugalczyków. Udało mu się wsiąść na okręt z posłem wice-króla Indii do cesarza Chin. Przybyli do Malakki, ale tu właściciel statku odmówił posłowi i Franciszkowi dalszej żeglugi, przelękniony wiadomościami, że może zostać aresztowany. Wtedy Franciszek wynajął dżonkę i dojechał nią aż do wyspy Sancian, w pobliżu Chin. Żaden jednak statek nie chciał płynąć dalej w obawie przed ciężkimi karami, łącznie z karą śmierci, jakie czekały za przekroczenie granic Chin.
    Franciszek, utrudzony podróżą i zabójczym klimatem, rozchorował się na wyspie Sancian i w nocy z 2 na 3 grudnia 1552 roku oddał Bogu ducha zaledwie w 46. roku życia. Ciało pozostało nienaruszone rozkładem przez kilka miesięcy, mimo upałów i wilgoci panującej na wyspie. Przewieziono je potem do Goa, do kościoła jezuitów. Tam spoczywa do dnia dzisiejszego w pięknym mauzoleum – ołtarzu. Relikwię ramienia Świętego przesłano do Rzymu, gdzie znajduje się w jezuickim kościele Il Gesu we wspaniałym ołtarzu św. Franciszka Ksawerego.
    Z pism św. Franciszka pozostały jego listy. Są one najpiękniejszym poematem jego życia wewnętrznego, żaru apostolskiego, bezwzględnego oddania sprawie Bożej i zbawienia dusz. Już w roku 1545 ukazały się drukiem w języku francuskim, a w roku 1552 w języku niemieckim.
    Do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka Ksawerego papież Paweł V w 1619 roku, a już w trzy lata potem, w 1622 r., kanonizował go papież Grzegorz XV wraz z Ignacym Loyolą, Filipem Nereuszem, Teresą z Avila i Izydorem Oraczem. W roku 1910 papież św. Pius X ogłosił św. Franciszka Ksawerego patronem Dzieła Rozkrzewiania Wiary, a w roku 1927 papież Pius XI ogłosił go wraz ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus głównym patronem misji katolickich. Jest patronem Indii i Japonii oraz marynarzy. Orędownik w czasie zarazy i burz.
    W ikonografii św. Franciszek Ksawery przedstawiany jest w sukni jezuickiej obszytej muszlami lub w komży i stule. Niekiedy otoczony jest gronem tubylców. Jego atrybutami są: gorejące serce, krab, krzyż, laska pielgrzyma, stuła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    2 grudnia

    Błogosławiony Rafał Chyliński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Rusbroch, prezbiter
      •  Święta Blanka Kastylijska
      •  Błogosławiona Maria Aniela Astorch, dziewica
    Błogosławiony Rafał Chyliński

    Melchior Chyliński urodził się 6 stycznia 1694 r. we wsi Wysoczka (woj. poznańskie) w rodzinie szlacheckiej. Jego rodzice Arnold Jan i Marianna Kierska wychowali go w wierze chrześcijańskiej. Do chrztu podawało go dwoje bezdomnych z przytułku sąsiadującego z majątkiem rodzinnym. Prawdopodobnie odwiedzając ich, młody Melchior poznał trudny los ludzi ubogich. Ukończył szkołę parafialną w Buku, a następnie kolegium humanistyczne jezuitów w Poznaniu, założone przez ks. Jakuba Wujka, autora polskiego przekładu Biblii. W 1712 roku zaciągnął się do wojska, prawdopodobnie jako zwolennik króla Stanisława Leszczyńskiego, gdzie przez trzy lata doszedł do stopnia oficerskiego i został komendantem chorągwi (w tej kwestii biografowie nie są zgodni; niektórzy uważają, że służył w rajtarii króla Augusta II Sasa, pod marszałkiem Joachimem Flemmingiem).
    Trzy lata później opuścił wojsko, gdzie cierpiał widząc demoralizację żołnierzy i nie mogąc pogodzić się z bratobójczymi walkami (był to okres wojen między zwolennikami dwóch królów, wspominany do dziś w przysłowiu “Od Sasa do Lasa”). Wkrótce potem wstąpił do franciszkanów konwentualnych w Krakowie. 4 kwietnia 1715 r. został obłóczony i otrzymał imię zakonne Rafał. Śluby wieczyste złożył już 26 kwietnia następnego roku, a w czerwcu 1717 r. przyjął święcenia kapłańskie. Życie ascetyczne łączył z posługą misyjną. Przebywał w klasztorach w Radziejowie, Poznaniu, Warszawie, Kaliszu, Gnieźnie i Warce nad Pilicą. Najdłużej pracował w Łagiewnikach koło Łodzi i w Krakowie. Niektórzy biografowie uważają, że powodem tak częstych przenosin była okazywana biednym miłość, bo o. Rafał rozdawał na jałmużnę wszystko, co sam miał, a często i całe zapasy klasztornej spiżarni. We wszystkich miejscach, gdzie posługiwał, z zapałem głosił kazania i prowadził katechizację, dał się poznać jako doskonały spowiednik. Szerzył apostolstwo miłości i miłosierdzie wśród biednych, cierpiących, kalek – dla których był troskliwym i cierpliwym opiekunem. Ponad wszystko przedkładał miłość do Boga. Powtarzał często: “Miłujmy Pana, wychwalajmy Pana zawsze, nigdy Go nie obrażajmy”. Dla wynagrodzenia Panu Bogu za grzechy świata wybrał drogę pokuty, licznych umartwień, wyrzeczeń i surowych postów (pod habitem nosił włosiennicę, a spał zawsze w nieogrzewanej celi). Z radością wychwalał Pana, wiele czasu poświęcał na modlitwę osobistą. Swoim życiem w zgodzie z Ewangelią wyrażał ogromną miłość do Boga. Był gorącym orędownikiem ufności w łaskawość Boga i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, którą czcił z ogromną pobożnością i synowskim oddaniem. Jego pobożność oraz miłosierdzie zjednały mu za życia opinię świętości.
    Kiedy w 1736 roku wybuchła epidemia w Krakowie, niezwłocznie pospieszył z pomocą, opiekując się troskliwie chorymi i umierającymi. Nie dbając o swoje bezpieczeństwo, spędzał w lazarecie dnie i noce, wykonując wszelkie posługi przy chorych, pocieszając, spowiadając i przygotowując konających na śmierć. Po dwóch latach, gdy epidemia w Krakowie ustała, powrócił do Łagiewnik, gdzie opiekował się ubogimi, rozdając im jedzenie i ubranie. Pełną miłości i pokory opiekę nad chorymi przerwała choroba, zmuszając go do pozostania w celi zakonnej. Chorując przez trzy tygodnie, dawał przykład wielkiej cierpliwości, z jaką znosił wszelkie cierpienia. Współbracia uważali, że przepowiedział dzień swojej śmierci, prosząc w przededniu o udzielenie sakramentów.

    Grób bł. Rafała Chylińskiego

    Zmarł 2 grudnia 1741 r. w Łagiewnikach koło Łodzi. Tam znajdują się jego relikwie, do których pielgrzymki rozpoczęły się niemal od razu po pogrzebie. Kult o. Rafała, podtrzymywany cudami, które dokumentowali współbracia, przetrwał 250 lat. Proces beatyfikacyjny, przerwany przez rozbiory Polski, został wznowiony w naszych czasach.
    Ojca Rafała beatyfikował 9 czerwca 1991 r. św. Jan Paweł II w Warszawie w czasie Mszy św. odprawianej w Parku Agrykola. Papież powiedział w homilii: “To, że przez tak długi czas nie zaginęła pamięć o jego świętości, jest świadectwem, że Bóg jakby specjalnie czekał na to, aby Jego sługa mógł zostać ogłoszony błogosławionym już w wolnej Polsce. Bardzo się nad tym zastanawiałem, czytając jego życiorys. Jego życie jest związane z okresem saskim, a wiemy, że były to smutne czasy (…), były to czasy jakiegoś zadufania w sobie, bezmyślności, konsumizmu rozpanoszonego wśród jednej warstwy. I otóż na tle tych czasów pojawia się człowiek, który pochodzi z tej samej warstwy. Wprawdzie nie z wielkiej magnaterii, ale ze skromnej szlachty, w każdym razie z tej, która miała wszystkie prawa społeczne i polityczne. I ten człowiek, czyniąc to, co czynił, wybierając powołanie, które wybiera, staje się – może nawet jest – protestem i ekspiacją. Bardziej niż protestem, ekspiacją za wszystko to, co niszczyło Polskę. (…) Jego życie ukryte, ukryte w Chrystusie, było protestem przeciwko tej samoniszczącej świadomości, postawie i postępowaniu społeczeństwa szlacheckiego w tamtych saskich czasach, które wiemy, jaki miały finał. A dlaczego dziś nam to Opatrzność przypomina? Dlaczego teraz dopiero dojrzał ten proces przez wszystkie znaki z ziemi i z nieba, że można ogłosić ojca Rafała błogosławionym? Odpowiedzcie sobie na to pytanie. Odpowiadajmy sobie na to pytanie. Kościół nie ma gotowych recept. Papież nie chce wam podpowiadać żadnej interpretacji, ale zastanówmy się wszyscy, ilu nas jest – 35 milionów Polaków – zastanówmy się wszyscy nad wymową tej beatyfikacji właśnie w Roku Pańskim 1991”.
    W ikonografii bł. Rafał przedstawiany jest w habicie franciszkańskim i ze stułą. Jego atrybutami są: księga na stole, dyscyplina, krzyż. Wiele oddziałów Caritas przyjęło go za swojego patrona.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 grudnia

    Święty Karol de Foucauld, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy jezuiccy Edmund Campion, prezbiter, i Towarzysze
      •  Święty Eligiusz, biskup
    Błogosławiony Karol de Foucauld
    Karol de Foucauld urodził się 15 września 1858 r. w katolickiej, arystokratycznej rodzinie w Strasburgu. Dwa dni później przyjął sakrament chrztu świętego. 13 marca 1864 r. umarła jego matka, a w pięć miesięcy później ojciec. Małym Karolem i jego młodszą siostrą Marią od tej pory zajmował się dziadek Karol Morlet, pułkownik w stanie spoczynku. 28 kwietnia 1872 r. przyszły błogosławiony przyjął pierwszą Komunię świętą.
    W sierpniu 1874 roku zdał maturę, a w październiku tego roku wstąpił do szkoły jezuitów w Paryżu na ulicy des Postes. Na dalsze zachowanie i poglądy Karola źle wpłynęły jego spotkania z cyganerią literacką. Odszedł od religii już w parę miesięcy od przybycia do Paryża. Został wyrzucony ze szkoły dwa lata później. Zaczął wtedy prowadzić beztroski tryb życia w towarzystwie przypadkowych kolegów.
    3 lutego 1878 roku umarł jego dziadek i opiekun, pułkownik Morlet. Pół roku później Karol uzyskał pełnoletność i wszedł w posiadanie majątku rodzinnego. Wkrótce wstąpił do szkoły kawalerii w Saumur. W dalszym ciągu prowadził nieuporządkowane życie. Nic więc dziwnego, że szkołę ukończył w 1880 r. ze złymi wynikami. Udał się do Setifu w Algierii w randze podporucznika. Jednak w armii nie był długo, bo już w marcu 1881 roku został wydalony za brak dyscypliny i złe prowadzenie – sprowadził do obozu kochankę, którą przedstawił jako swoją żonę. Karol próbował początkowo powrócić do armii. Kiedy w maju 1881 roku wybuchło w Algierii powstanie Bou Amama, wziął udział w kampanii w południowym Oranie. Wsławił się nawet bohaterską postawą, za co został odznaczony. Mimo to po pewnym czasie złożył dymisję i udał się do Algieru, aby uczyć się języka arabskiego. Tam przez 18 miesięcy przygotowywał się do wyprawy naukowej po Maroku, na którą wybrał się w latach 1883-1884 w przebraniu rabina, ponieważ jako chrześcijaninowi grozić mu mogła śmierć z rąk muzułmanów. Podróżował także po południowych terenach Algierii oraz Tunezji. W tym czasie pragnął też zrehabilitować się w oczach rodziny.
    Owocem jego podróży była książki Reconnaissance au Maroc, która zawierała wiele ważnych informacji etnologicznych. Otrzymał za nią złoty medal Towarzystwa Geograficznego w Paryżu. Powrócił do Francji, nie umiał jednak już żyć jak dawnej w Paryżu. Ponownie udał się do Algierii i chociaż tu zakochał się w młodej kobiecie – Marie-Marguerite Titre, wybrał się w podróż po pustyni Magrebu, gdzie zdecydował, że odtąd będzie żył w celibacie.
    Po powrocie do Paryża zamieszkał u zamężnej siostry, nieopodal kościoła pod wezwaniem św. Augustyna. Podczas długich modlitw w tym i innych kościołach powtarzał modlitwę: “Boże mój, jeśli istniejesz, spraw, abym Cię poznał”. 29 lub 30 października 1886 roku spotkał w kościele św. Augustyna wikarego ks. Huvelin, z którym zaczął odtąd prowadzić długie rozmowy religijne. Zaprzyjaźnili się i gdy Karol poprosił go o znalezienie kierownika duchowego, ten nakazał mu najpierw przystąpienie do spowiedzi. Tak zaczęło się trwałe nawrócenie Karola, a ks. Huvelin pozostał jego kierownikiem duchowym aż do jego śmierci.
    Od tej pory de Foucauld rozpoczął intensywne życie duchowe. W sierpniu 1888 r. odwiedził klasztor trapistów w Fontgombault. W końcu listopada wyjechał na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Boże Narodzenie w sposób szczególny przeżył w Betlejem. 5 stycznia odwiedził Nazaret, który go zachwycił i pobudził do kontemplacji ukrytego życia Jezusa. 14 lutego wrócił do Paryża. Potem odbył rekolekcje w kilku klasztorach. W bazylice Montmartre 6 czerwca 1889 r. zawierzył swoje życie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wszystko to prowadziło do tego, że Karol postanowił iść drogą powołania zakonnego w ukryciu przed światem. W połowie stycznia 1890 r. pożegnał się z rodziną i wstąpił do trapistów w klasztorze Matki Bożej Śnieżnej w Masywie Centralnym, przyjmując imię zakonne Maria Alberyk (Marie-Albéric).
    W czerwcu 1890 r. na własną prośbę przeniósł się do ubogiego klasztoru filialnego Matki Bożej Śnieżnej w Akbes w Syrii. Spędził w nim sześć lat. Mnisi, poza modlitwą i kontemplacją, pracowali w polu i przy budowie dróg. 2 lutego 1892 r. Karol de Foucauld złożył pierwsze śluby zakonne. Jako mnich ciągle myślał o życiu bardziej ubogim i odosobnionym. Został wysłany do Staouéli w Algierii.Błogosławiony Karol de Foucauld
    Wrócił jeszcze na studia do Rzymu, ale przełożeni uznali, że Bóg wyznaczył mu szczególną drogę. 14 lutego 1894 r. został zwolniony ze ślubów prostych i złożył dwa śluby prywatne: czystości i nie posiadania niczego poza narzędziami potrzebnymi do pracy fizycznej. Został wysłany do klasztoru klarysek w Nazarecie, gdzie potrzebna była pomoc przy pracach w gospodarstwie. Był tam skromnym bratem. Zamieszkał w komórce na narzędzia i czuł się szczęśliwy. Za namową ksieni zakonu klarysek w 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Wyjechał do Beni-Abbes, na południu Algierii, niedaleko granicy marokańskiej. Jadąc tam zdawał sobie sprawę, że na tych słabo zaludnionych terenach nie będzie miał misyjnych osiągnięć, ale nie miało to dla niego znaczenia. Chciał cichego życia, by móc się nieustannie modlić. Zawsze jednak był otwarty na ludzkie problemy. Otaczał opieką niewolników, karmił ich i podtrzymywał na duchu. Ściągał na siebie gniew miejscowego biskupa Guérina za krytykowanie niesprawiedliwych poczynań kolonizatorów francuskich. W 1903 roku planował wyjazd do Maroka, ale zrezygnował na rzecz ewangelizacji Tuaregów. W sierpniu 1903 roku zajmował się rannymi podczas bitwy pod Tanghit. W 1904 roku udał się w kolumnie żołnierzy do krainy Tuaregów, gdzie pozostał do stycznia 1905 roku.
    W 1905 r. osiedlił się w Tamanrasset, gdzie zaprzyjaźnił się z szefem Tuaregów Mussą Ag Amastanem. Gdy na przełomie 1906 i 1907 r. był bliski śmierci, miejscowa ludność zaopiekowała się nim. Noszono go na rękach i karmiono jak niemowlę kozim mlekiem, nie pozwalając, by wpadł w depresję.
    W tym czasie Karol de Foucauld pisał regułę swojej wymarzonej wspólnoty Małych Braci Jezusa, która powstała niestety dopiero po jego śmierci. W 1910 r. wysłał gotowe statuty do Rzymu, lecz odpowiedzi nigdy nie otrzymał. W czerwcu 1915 roku skończył po jedenastu latach prace nad słownikami.
    W 1916 r. wybuchła wojna między miejscowymi plemionami. Walki i napady rabunkowe objęły niemal całą południową Saharę. Karol został zmuszony do ufortyfikowania swojej pustelni w Tamanrasset. Gdy wieczorem 1 grudnia 1916 r. grupa uzbrojonych jeźdźców otoczyła fort, prawdopodobnie pilnujący go uzbrojony szesnastolatek wystrzelił ze strachu i przypadkowo zabił Karola. Pustelnia została splądrowana, a Najświętszy Sakrament wyrzucono w piasek pustyni. Gdy przybyli tam francuscy oficerowie, zobaczyli leżące obok Karola Ciało Jezusa. Jeden z nich ukląkł, podniósł Hostię i przyjął Komunię. Ciało brata Karola de Foucauld od 1929 r. złożone jest w El Goléa.
    Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym został zamknięty 4 marca 2003 roku w Mediolanie, a beatyfikacja odbyła się 13 listopada 2005 roku w Rzymie. Kanonizacji Karola de Foucauld dokonał papież Franciszek w dniu 15 maja 2022 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Bł. Karol de Foucauld, męczennik od islamu

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Bł. Karol de Foucauld, męczennik od islamu

    Karol de Foucauld – znak pustyni. Podjął on próbę radykalnego naśladowania Jezusa z Nazaretu, pociągając do Niego innych swoim życiem w duchu ewangelicznego ubóstwa.

    Nie założył wspólnoty, ale jego zapiski posłużyły w 1933 r. do utworzenia przez ojca René Voillaume – zmarłego 13 maja 2003 r. – Zgromadzenia Małych Braci Jezusa. W 1939 r. Magdalena Hutin powołała Małe Siostry Jezusa, które żyją z ludźmi prowadzącymi życie koczownicze: plemionami na Saharze, Cyganami, pracownikami cyrku czy kramarzami. Duchowa rodzina Karola de Foucauld obejmuje ponad 20 wspólnot, instytutów świeckich i stowarzyszeń kościelnych. Żyją w nowoczesnych aglomeracjach, które są dla nich – jak pisał Carlo Caretto – „pustyniami w mieście”. Na duchowość wspólnoty wpływ wywarł filozof francuski Ja-cques Maritain, autor „Humanizmu integralnego”, który po śmierci żony został małym bratem Jezusa.

    Zanim poznał Boga

    Przyszedł na świat 15 września 1858 r. w Strasburgu w arystokratycznej rodzinie, kultywującej tradycje wojskowe. Miał sześć lat, kiedy stracił rodziców i znalazł się pod opieką dziadków. W wieku dojrzewania, pod wpływem lektury filozofów pozytywistycznych, odszedł od wiary i został agnostykiem. Po maturze zgłosił się do Szkoły Wojskowej Saint-Cyr. W szkole oficerskiej zaczął trwonić majątek odziedziczony po rodzinie, prowadząc hulaszcze życie, a w pogoni za przyjemnościami tak bardzo zatracił się duchowo, że -jak to napisał po latach – w tym czasie przypominał bardziej „świnię niż człowieka”. Otrzymał przydział do garnizonu w Algierii, ale kiedy podporucznik de Foucauld przybył do 4 . Pułku Szwoleżerów Afrykańskich z kochanką u boku, uznano, że splamił honor Francji i wydalono go z wojska za złe prowadzenie się. Powrócił, gdy dowiedział się, że jego pułk został wysłany przeciw rebeliantom do Południowego Oranu.

    Zauroczony pięknem Afryki porzucił ostatecznie armię, aby zgłębiać tajniki etnologii oraz języków arabskich. Przebrany za rabina, emigranta z Rosji, pod przybranym nazwiskiem – ze względów bezpieczeństwa – wyruszył na niebezpieczną wyprawę do Maroka. Zdobył w Europie sławę badacza i podróżnika, a Towarzystwo Geograficzne nagrodziło go złotym medalem. Jego jednak zafascynowały gościnność i głęboka religijność wyznawców islamu.

    Tęsknota za Nazaretem

    Po powrocie do Francji zaczął chodzić do kościoła i modlić się: „Boże, jeśli istniejesz, daj znak!”. W 1886 r., po spotkaniu w Paryżu ks. Huvelina, wyspowiadał się i przyjął Komunię św. Udał się potem na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, podczas której powziął decyzję, że chce żyć tak jak Jezus z Nazaretu.

    Czterokrotnie odprawił rekolekcje zamknięte i wstąpił do trapistów. Choć poszukiwał dla siebie „najniższego miejsca”, uległ woli przełożonych i skończył teologię oraz przyjął święcenia kapłańskie. Po siedmiu latach uznał jednak, że jest to życie nazbyt ustabilizowane. Przyjął imię brat Karol od Jezusa i zaczął wieść żywot pustelnika. Przywdział białą tunikę z czerwonym sercem zwieńczonym krzyżem, z napisem: „Jezus-Caritas”. Został kontemplującym ascetą, przebywającym i pracującym fizycznie wśród ubogich. Cztery lata posługiwał klaryskom w Nazarecie jako ogrodnik, murarz i stolarz. Zamieszkał w Beni-Abees, niedaleko granicy z Marokiem, wśród koczowniczej społeczności Tuaregów na Saharze.

    Jak Tuareg pomiędzy Tuaregami

    Przełożył Ewangelię na język Tuaregów, opracował pierwszy słownik i gramatykę, a także ułożył antologię przysłów. Wkrótce ofiarował Bogu swe życie za nawrócenie wszystkich ludów zamieszkujących Saharę. Z głębi pustyni niósł świadectwo o chrześcijaństwie jako religii miłości i braterstwa wobec każdego człowieka, bez względu na rasę czy kolor skóry. Przemierzał pustynię wszerz i wzdłuż, żywiąc się jedynie daktylami oraz mlekiem, zamieszkując w szałasach i ewangelizując poprzez osobisty przykład życia.

    Żył pragnieniem męczeństwa za wiarę. W 1916 r., podczas pierwszej wojny światowej doszło do walk plemiennych między Tuaregami a Senussami. Brata Karola wywleczono z pustelni; 1 grudnia został zastrzelony w Hoggarze przez piętnastoletniego strażnika.

    źródło: OPOKA.org.pl

    ***

    Duchowy nauczyciel małych braci Jezusa

    Z bratem Kazkiem, małym bratem Jezusa, rozmawia Michał Gryczyński

    Czego uczy nas Karol de Foucauld?

    -Wskazuje na Jezusa i Ewangelię, poświadczając to swoim życiem, dając przykład życia wiarą. Jego przesłanie zawiera przekonanie, że codzienne życie ma wielką wartość, zarówno dla człowieka, jak i dla Boga. Na tym polega duchowość Nazaretu, którą żył.

    Kim był dla małych braci Jezusa?

    -Nauczycielem duchowym. Po śmierci zapomniano o nim i dopiero po latach został na nowo odkryty. Staramy się, jak on, trwać na modlitwie i kontemplacji.

    To szczególny charyzmat: życie kontemplacyjne w świecie, a nie za klauzurą zakonną.

    – Jezus także wybrał życie rodzinne, czyli we wspólnocie, więc i my chcemy żyć podobnie. Tworzymy małe wspólnoty braterskie – moja jest trzyosobowa – dzieląc ze sobą jedno mieszkanie, domową kaplicę z Najświętszym Sakramentem, jedną kuchnię i jedną kasę. Mszę św. odprawia brat prezbiter, który otrzymuje święcenia wyłącznie dla służby we wspólnocie, i nadal jest „bratem”, a nie „ojcem”.

    A co sprawiło, że Brat również znalazł się we wspólnocie?

    – Próbowałem odnaleźć swoje miejsce w Kościele, ale nie widziałem się wśród duchownych – skłonnych podkreślać „ja – kapłan”, i nie odpowiadała mi żadna wspólnota zakonna. Swoje miejsce odnalazłem wśród małych braci Jezusa. Ten styl życia w świecie, w zwyczajnych warunkach i ze zwyczajnymi ludźmi, trwania tam, gdzie się jest, w zgodzie z Ewangelią, był dla mnie pociągający. We wspólnocie jestem od 1979 r.; przeszedłem obowiązującą formację i ukończyłem studia teologiczne.

    W jaki sposób bracia zdobywają środki do życia?

    – Z założenia wykonujemy proste, zwyczajne prace fizyczne, takie jak ludzie, których znamy i z którymi żyjemy. Przez kilkanaście lat byłem murarzem, a teraz – jako że zacząłem już drugą „sześćdziesiątkę” życia – dbam o dom, który dzielę z dwoma współbraćmi, m.in. sprzątam i gotuję posiłki. A jest wśród nas tynkarz, elektryk, mechanik, a także opiekun w domu pomocy społecznej.

    Czy ludzie, wśród których żyjecie, wiedzą kim jesteście?

    – Wchodzimy w różne środowiska i nie ukrywamy swojej przynależności. Jeśli ktoś pyta np. dlaczego się nie ożenisz, odpowiadam: to mój wybór, ze względu na Jezusa i wyjaśniam, kim jestem. Nasze życie to zwrot do osoby samego Jezusa; skoro On wybrał wioskę Nazaret i pracował fizyczne, to nie był przypadek. Wniosek: to ma sens. Jak wytłumaczyć, że życie rodzinne ma sens? My nie mamy wprawdzie żon, bo zachowujemy celibat, ale żyjemy jako bracia, dążymy do miłości braterskiej, dając świadectwo wiary.

    Ilu małych braci Jezusa żyje w Polsce?

    – Mali bracia przybyli do Polski w 1977 r. i osiedli w Przegorzałach niedaleko Krakowa, a później w podwarszawskiej wsi Truskaw. Jest nas ośmiu: jeden przebywa obecnie w nowicjacie we Francji.

    Nie nosicie habitów…

    – Kiedyś mieliśmy je, ale żyjemy wśród ludzi, którzy też ich nie noszą. Posiadamy natomiast kremowe tuniki z kapturami, które zakładamy podczas modlitwy osobistej i liturgicznej. Praktykujemy bowiem Liturgię Godzin i codzienną godzinną adorację Jezusa Eucharystycznego.

    Duchową rodzinę Karola de Foucauld tworzą, obok małych braci, również inne wspólnoty. Czy utrzymujecie ze sobą kontakty?

    – Oczywiście. W dobie telefonów i e-mailów to nietrudne. Jesteśmy zorganizowani jak wszystkie rodziny zakonne, nasze władze mają siedzibę w Londynie, a niedługo przeniosą się do Brukseli.

    źródło: OPOKA.org.pl

    ***

    MODLITWA KAROLA DE FOUCAULD

    Ojcze, Powierzam się Tobie, Uczyń ze mną co zechcesz.       Cokolwiek uczynisz ze mną  dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko,Przyjmuję wszystko, Aby Twoja wola spełniała się we mnie i we wszystkich Twoich stworzeniach. Nie pragnę nic więcej mój Boże. W Twoje ręce powierzam  ducha mego, Z całą miłością mojego serca. Kocham Cię i miłość przynagla mnie, by oddać się całkowicie w Twoje ręce, Z nieskończoną ufnością, Bo Ty jesteś moim Ojcem.

    ***

  • ogłoszenia – grudzień 2025

    ***

    Boże Narodzenie

    Dziś narodził się Wam Zbawiciel – Jezus, Mesjasz Pan!

    Szopka bożonarodzeniowa na świecie: różne tradycje, których być może nie znasz
    Holyart.pl

    ***

    Trwa oktawa Bożego Narodzenia

    W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję.

    Najwcześniej w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.

    Kolejne dni oktawy

    Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.

    Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już od IV wieku. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.

    Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.

    Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.

    Dni następne, to jest 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy, są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne – św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).

    Ostatni dzień oktawy w pierwszy dzień nowego roku

    Oktawę Bożego Narodzenia zamyka uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi obchodzona zawsze 1 stycznia, w Nowy Rok. 

    1 stycznia to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli.

    KAI/Stacja7

    fot. unsplash

    ***

    środa 31 grudnia

    kościół św. Piotra

    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    od godz. 18.00

    Msza św. o godz. 19.00

    Wdzięczni Miłosiernemu Bogu za kolejny rok życia prośmy o błogosławieństwo na następny!

    “Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia”.

    Ta krótka modlitwa sprawdzi się idealnie dla tych, którzy także duchowo chcą przeżyć zakończenie roku i rozpoczęcie nowego. Litania składa się z części dziękczynnej i błagalnej. Warto odmówić ją 31 grudnia w gronie rodzinnym, parafialnym lub indywidualnie.


    Litania na ostatni dzień roku

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.
    Łaskawy i miłosierny Boże – zmiłuj się nad nami.

    Boże, który stworzyłeś nas z niczego na obraz i podobieństwo swoje – dziękujemy Ci za to.
    Boże, który dałeś nam duszę nieśmiertelną –
    Boże, który wybawiłeś nas od wiekuistego potępienia –
    Boże, który pomimo naszych grzechów zawsze wyświadczasz nam Miłosierdzie –
    Boże, który dajesz nam deszcze i pogodę słoneczną –
    Boże, który nas żywisz i utrzymujesz przy życiu –
    Boże, który zsyłasz nam kapłanów i nauczycieli –
    Boże, który uwolniłeś nas swoją pomocą od tyłu niebezpieczeństw –
    Boże, który zechciałeś nas utrzymywać w pokoju i jedności –

    My, grzeszni, prosimy Cię – wysłuchaj nas, Panie.
    Abyś zechciał być naszym dobroczyńcą i w przyszłym roku, prosimy Cię –
    Abyś zechciał oświecać mądrością i umacniać naszego papieża Leona XIV., prosimy Cię –
    Abyś zechciał napełnić gorliwością apostolską naszego metropolitę archidiecezji Glasgow Williama, naszego arcybiskupa Stanisława i wszystkich kapłanów, prosimy Cię –
    Abyś zechciał kierować wszystkie świeckie rządy dla dobra ich poddanych, prosimy Cię –
    Abyś zechciał być pomocny rodzicom, prosimy Cię –
    Abyś zechciał użyczyć wszystkim chrześcijanom ducha jedności i braterskiej miłości, prosimy Cię –
    Abyś zechciał zawrócić błądzących na drogę prawdy i dobra, prosimy Cię,
    Abyś zechciał być Ojcem biednych, opuszczonych, wdów i sierot, prosimy Cię,
    Abyś zechciał pocieszyć zasmuconych i przybyć na pomoc uciśnionym, prosimy Cię,
    Abyś zechciał pokrzepić chorych, a umierających doprowadzić do życia wiecznego, prosimy Cię,
    Abyś zechciał odpłacić łaskami niebieskimi naszym dobroczyńcom ich dary, prosimy Cię,
    Abyś zechciał zachować nas od powietrza, głodu, ognia, wojny i wszelkich chorób, prosimy Cię,
    Abyś zechciał odwrócić wszelkie nieszczęścia od naszych mieszkań, prosimy Cię,
    Abyś zechciał wprowadzić nas po skończonym życiu do szczęśliwej wieczności, prosimy Cię,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Ojcze miłosierdzia i Boże wszelkiej pociechy, dziękujemy Ci przez Jezusa Chrystusa, Twego Jednorodzonego Syna, żeś zechciał darować nam z Twojej ojcowskiej dobroci ten jeszcze jeden rok dla poprawy naszego życia. Mocno i szczerze postanawiamy, jeśli nas jeszcze przy życiu zechcesz zostawić, służyć Ci w następnym roku z większą wiernością. Racz nam, o Boże, udzielić Twojej łaski dla wykonania tego postanowienia. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    stacja7.pl/adonai.pl

    ***

    Papież Leon XIV zachęca do refleksji i dziękczynienia na koniec roku

    Papież Leon XIV podczas ostatniej w tym roku audiencji generalnej na placu św. Piotra wezwał wiernych do refleksji nad minionym rokiem, powierzenia się Bożej Opatrzności i dziękczynienia za otrzymane łaski. W przemówieniu, wygłoszonym w kontekście kończącego się Jubileuszu i okresu Bożego Narodzenia, Ojciec Święty, przywołując słowa swego poprzednika, podkreślił znaczenie postaw uwielbienia, zadziwienia i wdzięczności.

    Pope Leo
    Vatican Media

    ***

    Podsumowanie roku w świetle wiary

    Papież rozpoczął od lektury fragmentu Listu św. Pawła do Efezjan (Ef 3,20-21), chwalącego Boga za Jego nieskończoną moc. Leon XIV  podsumował 2025 r. jako czas naznaczony radością z pielgrzymek w Roku Świętym, ale też bólem po śmierci papieża Franciszka i trwających konfliktach zbrojnych. Zachęcał do przedstawienia wszystkiego Bogu i proszenia o odnowę łaski.

    Wdzięczność, która „oddycha inną atmosferą”

    Przypomniał słowa swego poprzednika, Franciszka, o tym, że katolicka wdzięczność i nadzieja „oddychają zupełnie inną atmosferą: uwielbienia, zadziwienia, wdzięczności”, przeciwstawiając ją często powierzchownej i skoncentrowanej na sobie nadziei świata.

    „Jesteśmy dziś wezwani do rozważania tego, co Pan uczynił dla nas w minionym roku, a także do szczerego rachunku sumienia, do oceny naszej odpowiedzi na Jego dary” – mówił Leon XIV. Zachęcił do proszenia o przebaczenie za chwile, w których nie potrafiliśmy docenić Bożych natchnień i najlepiej wykorzystać powierzonych talentów.

    Znaki Jubileuszu: wędrówka i próg

    Nawiązując do przeżywanego Roku Jubileuszowego, Papież wskazał na kluczowe znaki, które towarzyszyły wiernym w minionych miesiącach. Pierwszym jest znak wędrówki i celu, symbolizowany przez pielgrzymów przybywających do grobu św. Piotra. Przypomniał, że całe życie jest pielgrzymowaniem ku pełnemu spotkaniu z Bogiem.

    Kolejnym znakiem jest przejście przez Drzwi Święte. Dokonane przez miliony wiernych, wyrażało – jak podkreślił Papież – ich „tak” dla Boga, który przebaczeniem zaprasza do przekroczenia progu nowego życia. Życia „ożywionego łaską, wzorowanego na Ewangelii, rozpalonego miłością do bliźniego”, także tego „irytującego i nieprzyjaznego, ale obdarzonego niezrównaną godnością brata”.

    Refleksja w blasku Narodzenia

    Refleksję o tych znakach Leon XIV osadził w blasku świąt Bożego Narodzenia. Przywołał słowa św. Leona Wielkiego, że Narodzenie Jezusa to radość dla świętego, grzesznego i poganina. „Jego zaproszenie jest skierowane dzisiaj do nas wszystkich” – mówił Papież. Wyjaśniał, że Bóg jest towarzyszem w drodze ku życiu, daje łaskę powstania z grzechu, a w swoim Wcieleniu odkupił i ukazał piękno ludzkiej słabości.

    Przesłanie na nowy rok: Bóg jest Miłością

    Na zakończenie swego rozważania Papież zacytował Pawła VI, który przesłanie Jubileuszu streścił w jednym słowie: „miłość”. „Bóg jest Miłością! Bóg mnie miłuje! Bóg czekał na mnie, a ja Go nowo odnalazłem! Bóg jest miłosierdziem! Bóg jest przebaczeniem! Bóg jest zbawieniem! Bóg, tak, Bóg jest życiem!” – przypomniał słowa swego poprzednika z 1975 roku Papież Leon.

    Błogosławieństwo na przyszłość

    „Niech te myśli towarzyszą nam w przejściu między starym a nowym rokiem, a następnie zawsze w naszym życiu” – zakończył swoją ostatnią audiencję generalną w 2025 roku Papież Leon XIV.

    Vatican News

    ***

    Nowy Rok Pański MMXXVI

    Uroczystość

    Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Msza święta w kościele św. Piotra

    o godz. 14.00

    W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:

    O Stworzycielu, Duchu, przyjdź,
    Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg.
    Niebieską łaskę zesłać racz
    Sercom, co dziełem są Twych rąk.

    Pocieszycielem jesteś zwan
    I najwyższego Boga dar.
    Tyś namaszczeniem naszych dusz,
    Zdrój żywy, miłość, ognia żar.

    Ty darzysz łaską siedemkroć,
    Bo moc z prawicy Ojca masz,
    Przez Boga obiecany nam,
    Mową wzbogacasz język nasz.

    Światłem rozjaśnij naszą myśl,
    W serca nam miłość świętą wlej
    I wątłą słabość naszych ciał
    Pokrzep stałością mocy Twej.

    Nieprzyjaciela odpędź w dal
    I Twym pokojem obdarz wraz.
    Niech w drodze za przewodem Twym
    Miniemy zło, co kusi nas.

    Daj nam przez Ciebie Ojca znać,
    Daj, by i Syn poznany był.
    I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,
    Niech wyznajemy z wszystkich sił.

    Niech Bogu Ojcu chwała brzmi,
    Synowi, który zmartwychwstał,
    I Temu, co pociesza nas,
    Niech hołd wieczystych płynie chwał.
    Amen.

    ***

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Święto dwóch tajemnic

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    28 grudnia

    NIEDZIELA ŚWIĘTEJ RODZINY

    File:John everett millais, cristo in casa dei genitori (la bottega del carpentiere), 1849-50, 01.jpg
    (Wikimedia Commons)

    Jezus w domu rodzicówobraz olejny Johna Everetta Millais’go

    Święta Rodzina pracuje w stolarskiej izbie w Nazarecie. Dwie osoby pomagają św. Józefowi przy pracy drewnianych drzwi. Jedna z nich – to św. Anna, matka Maryi. Mały Jezus wystraszony z powodu skaleczenia swojej lewej ręki pokazuje ranę Matce Bożej, która czule całuje go w policzek, Także św. Józef z troską ogląda dłoń Jezusa, do którego z prawej strony zbliża się św. Jan Chrzciciel przynosząc miską czystej wody, aby obmyć ranę.

    Warsztat Józefa wygląda ubogo. Widać proste narzędzia i deski, Na podłodze są wióra. Przez otwarte drzwi do warsztatu Józefa zaglądają owce. W przedstawieniu nawet bardzo drobnych szczegółów artysta posłużył się autentyczną pracownią biednego cieśli na Oxford Street w Londynie. Obraz po raz pierwszy został pokazany w Royal Academy w 1850 roku.

    Obraz Millais’go zawiera w sobie bardzo bogatą religijną symbolikę. Jest węgielnica zawieszona nad głową Jezusa, która oznacza Trójcę Świętą. Jest Gołębica symbolizująca Ducha Świętego. Jest drabina oparta o ścianę nawiązując do Drabiny Jakuba. Również krwawiąca rana na ręce i krople krwi na stopie Jezusa zapowiadają Ukrzyżowanie. A naczynie z wodą niesione przez Jana symbolizuje Chrzest Chrystusa. Zaś stado owiec z lewej strony obrazu zapowiada wspólnotę wiernych czyli Kościół.

    ***

    Świętość to jest coś normalnego i codziennego

    Świętość, to nie nadzwyczajność

    ks. Wojciech Węgrzyniak, rekolekcjonista i teolog, wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.

    ***

    Normalność polega na tym, bym nie myślał kategoriami „ja nie będę święty, bo nie jestem nadzwyczajny”. Przyjechałem do was, do świętych, w parafii Świętej Rodziny – jesteście święci. Świętość to imię chrześcijan! – mówił ks. Wojciech Węgrzyniak podczas Mszy św. odpustowych w parafii św. Rodziny w Łodzi-Retkini.

    Rekolekcjonista w swojej homilii pokazał Świętą Rodzinę w jej codzienności i wymienił pięć cech tej rodziny. – Boże, Ty w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia – śpiewaliśmy w pieśni na wejście. Chcemy patrzeć na ten wzór, który został nam tu dany czy coś trzeba przyfastrygować w naszym życiu czy doszyć. Normalność. My świętość pomyliliśmy z nadzwyczajnością, tak jak można by zdrowie pomylić z mistrzostwami świata. Aby być mistrzem świata, musisz być zdrowym, ale nie musisz być mistrzem świata, by być zdrowym. Świętość to jest coś normalnego, codziennego. Normalność polega na tym, bym nie myślał kategoriami „ja nie będę święty, bo nie jestem nadzwyczajny”. Przyjechałem do was, do świętych, w parafii Świętej Rodziny – jesteście święci. Świętość to imię chrześcijan! Najważniejsze jest zdrowie nie tylko ciała ale o duszy. Drugie to niepowtarzalność. Święta Rodzina to nie jest wzór o wychodzeniu za mąż, posiadaniu dziecka itp. Każdy święty jest niepowtarzalny. On tylko pokazuje, że można zostać świętym też nadzwyczajnie i że każdy z nas jest oryginałem. Każdy z nas ma swoją cechę świętości, zastanówmy się jaka jest moja cecha charakteru. Niepowtarzalność Świętej Rodziny jest piękna – przekonywał ks. Wojciech Węgrzyniak.

    W dalszej części homilii rekolekcjonista wskazał na kolejne trzy cechy Świętej Rodziny. – Krzyż osobisty rodziny. Nie było porodu w domu, mieszkali w trudnych warunkach, Jezus umiera, Maryja ogląda śmierć swojego syna… To nie jest tak, że jak będziesz święty, to nie będziesz cierpiał. Świętość nie eliminuje krzyża, pozwala nam się wspiąć do chwały zmartwychwstania (…) Czwartą cechą jest krzyż rodzinny. To nie generuje, że masz być grzeszny albo to, że jesteś gorszy. Każdy jest odpowiedzialny za swoje grzechy. To nie była kwestia rodowodu Jezusa, ale i naszego życia. Wiara to jest tajemnica wolności. (…) Ostatnią cechą jest posłuszeństwu Panu Bogu. W Świętej Rodzinie każdy jest absolutnie posłuszny Panu Bogu. „Bądź wola Twoja” czy „Ojcze, w Twoje ręce oddaje ducha mego”. Na to, co zdarza się nam jako chrześcijanom, mówimy „bądź wola moja”. Jak nie dasz mi tego czy tamtego, to się obrażam na Pana Boga. Jak nas nie posłuchasz to…. Życie chrześcijan zaczyna się, gdy mówimy: „bądź wola Twoja!”. Chcę słuchać pragnienia Pana Boga. Bądźmy w sobie cierpliwi, bo do niektórych rzeczy trzeba dochodzić całe życie. Zachęcam, byśmy nie tylko świętowali pięknie, ale i spróbowali popatrzeć na ten wzór i zobaczyć, czy czegoś tam nie ma jeszcze dla nas. Chcemy w tym wzorze zobaczyć swoją rodzinę – mówił ks. Węgrzyniak…

    Piotr Drzewiecki/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    14.00 – MSZA ŚW.

    REPRODUKCJA HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ

    ***
    Ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu miała miejsce około 2 lat po narodzinach Jezusa. Maryja i Józef wrócili na teren Palestyny po śmierci Heroda, który czyhał na życie Dzieciątka.

    Franciszek Kucharczak: Gdy Maryja z Józefem przybyli do Betlejem, „nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Ale właściwie dlaczego? Jak można rodzącą kobietę posłać do chlewa?

    ks.Dawid Ledwoń: Grubo. (śmiech)

    Ale jak – gospodarze obawiali się rytualnej nieczystości związanej z porodem?

    Zasadniczo, ale nie tylko. Dla wielu z nas, wyrosłych w tzw. kulturze zachodniej, dom, mieszkanie mają określony standard, różny od pomieszczeń gospodarczych czy hodowlanych, jak stajnia, chlew czy kurnik. Te rzeczywistości mogą się stykać i do dziś w bardzo starych domostwach stykają się ze sobą choćby przez ścianę, ale się nie przenikają. Tymczasem na starożytnym Bliskim Wschodzie, oprócz domów w szeregowej małomiasteczkowej czy wielkomiejskiej zabudowie, biedniejsi ludzie mieszkali też w zaadaptowanych na mieszkania naturalnych grotach. Głębsze, niższe części groty stanowiły pomieszczenia magazynowe, tam mieściły się cysterny na wodę i schronienie znajdowały również zwierzęta, o czym świadczą zachowane do dziś kamienne żłoby. Po prostu życie, o którym my, przyzwyczajeni do wypachnionych wnętrz, szpitali położniczych czy porodówek, nie mamy bladego pojęcia. Nieco innym wątkiem jest brak miejsca w Betlejem, do którego zawitał Józef z brzemienną Maryją.

    No właśnie – w czym był problem?

    W polskich przekładach czytamy, że tego miejsca dla nich nie było w gospodzie (Łk 2,7). Użyty przez Łukasza grecki rzeczownik katalyma oznacza „salę” lub „pokój” gościnny (zob. 1 Mch 3,45). Ponieważ wszystkie takie miejsca były zajęte i nie zapewniały należytej intymności, trzeba było wybrać inne rozwiązanie. Była nim zaciszna grota, która wcale nie musiała być chlewem ani zagrodą, ale mogła być opuszczonym domostwem. W misternie ułożonej przez Łukasza narracji każdy szczegół jest ważny, zwłaszcza ten dotyczący wspomnianego terminu katalyma. Drugi raz użyje go ewangelista w pytaniu Jezusa: „Gdzie jest izba (katalyma), w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami?” (Łk 22,11). W ten sposób Łukasz obejmuje swoją opowieść literacką i teologiczną klamrą. Chce nam powiedzieć, że choć przed laty w Domu Chleba – jak tradycyjnie rozumie się nazwę Betlejem (od hebr. Bet Lechem, a pierwotnie, prawdopodobnie: Bet el-Lahami – „dom/świątynia [boga] Laham”) nie było miejsca dla Jezusa, to On sam przygotowuje dla nas miejsce przy stole eucharystycznym, ofiarując samego siebie za życie świata.

    Święta Rodzina nie mieszkała cały czas w Grocie Narodzenia. Potem już chyba było lokum o wyższym standardzie?

    Rzeczywiście, w Ewangelii Mateusza czytamy, że trzej mędrcy nie przybyli do groty, lecz do domu (gr. oîkos; Mt 2,11). Na tym miejscu zgodnie z tradycją stoi do dziś sanktuarium Domu św. Józefa, wspominanego przez pielgrzymów w XIV w. Kościół ten znajduje się 450 m od Groty Mlecznej, gdzie według legendy z VI wieku Maryja schroniła się z Jezusem podczas rzezi niewiniątek, dokonanej na rozkaz Heroda Wielkiego, tuż przed ucieczką do Egiptu.

    W potocznym wyobrażeniu między narodzeniem Jezusa a ucieczką do Egiptu minęło niewiele czasu. Tak chyba nie było?

    To wyobrażenie nie jest takie bezpodstawne. Ono wynika z tego, że ewangeliści syntetycznie ujęli to, co wymagało czasu chociażby z obowiązku zachowania przepisów Prawa. W Kpł 12,1-4 czytamy przecież, że po urodzeniu chłopca kobieta pozostawała nieczysta, a po obrzezaniu chłopca ósmego dnia od jego narodzin, powinna pozostać w domu jeszcze przez trzydzieści trzy dni. W przypadku urodzenia dziewczynki ten czas był dwa razy dłuższy!

    Zatem jaka mogła być chronologia? W jakim odstępie czasowym od narodzenia mógł nastąpić pokłon Trzech Króli?

    W odstępie dwóch lat. Już wyjaśniam. Chronologie wydarzeń przedstawione u Matusza i Łukasza różnią się, bo różne są ich tradycje i założenia teologiczne, ale się uzupełniają. Relacja Mateusza sugeruje, że po oczyszczeniu w świątyni Święta Rodzina pozostała w Betlejem. Łukaszowi taki porządek zdarzeń jest nieznany. Nie wie nic o Mędrcach. Nie odnotował ucieczki do Egiptu. Chcąc jednak uzgodnić dwie wersje relacji ewangelistów, musielibyśmy przyjąć taką kolejność wydarzeń: narodziny (około 7 r. przed Chr.), pokłon pasterzy jeszcze w betlejemskiej grocie, obrzezanie Jezusa po ośmiu dniach od Jego narodzin i ofiarowanie w świątyni trzydzieści trzy dni później, wreszcie pokłon Mędrców ze Wschodu po około dwóch latach. Przyjmuje się bowiem powszechnie, że owa rzeź niewinnych dzieci miała miejsce około dwa lata od narodzin Jezusa. Jest to zgodne z informacją, jaką mamy w Ewangelii: „Herod, widząc, że go mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał [oprawców] do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od mędrców” (Mt 2,16). Następna w porządku chronologicznym byłaby ucieczka do Egiptu i po śmierci Heroda w 4 r. przed Chr. powrót na teren Palestyny. Ponieważ Matusz odnotował, że umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia, można przyjąć, że Józef dowiedział się też o wczesnej śmierci trzech synów Heroda, których ojciec kazał zamordować. Poza tym Józef z Maryją obawiali się też Archelaosa. Zarządzał on Jerozolimą i całą Judeą oraz Samarią i Idumeą, dlatego udali się wraz z Jezusem do Nazaretu w Galilei, który był pod rządami Heroda Antypasa.

    Z czego Józef utrzymywał rodzinę w Betlejem? Cieśla to chyba nie był najgorszy zawód?

    Nie najgorszy, ale też nie najlepiej wynagradzany. Święta Rodzina od samego początku wiodła skromne życie. Świadczy o tym chociażby ofiara, jaką według relacji Łukasza Maryja i Józef mieli złożyć w świątyni (Łk 2,24). Były to według Prawa przewidziane dla ubogich dwa młode gołębie albo para synogarlic (Kpł 5,7;12,8). Trzeba też pamiętać, że użyty przez Mateusza i Marka grecki termin tektōn, oddany w polskich przekładach jako „cieśla”, jest niejednoznaczny, podobnie jak łacińskie słowo faber. Ten termin nie oznacza jedynie człowieka pracującego w drewnie, ale rzemieślnika w ogóle, zwłaszcza pracującego na budowie. Jednak mając na uwadze realia palestyńskie, trzeba przyznać, że Józef musiał mieć w swojej pracy więcej do czynienia z kamieniem niż z drewnem. Fakt, że współcześni Jezusa identyfikowali Go jako syna cieśli (Mt 13,55; Mk 6,3), może świadczyć o tym, że tego zawodu, jak było to w zwyczaju, nauczył się On od swojego opiekuna.

    Niektórzy sądzą, że na wyprawę do Egiptu posłużyło złoto ofiarowane przez Mędrców. To możliwe?

    Mateusz nie rozwija wątku związanego z kosztownościami, choć z racji fachu ma upodobanie w pisaniu o dużych sumach pieniędzy. W swojej wersji Ewangelii o ucieczce do Egiptu informuje zdawkowo, operuje dużą ilością czasowników, ale w tej relacji, mimo pośpiechu, nie ma chaosu. Józef postępuje zdecydowanie, konkretnie. Z Betlejem zabiera największe skarby swojego życia – Dziecię i Jego Matkę. Dla tego ubogiego cieśli z Betlejem liczą się tylko oni, nie żadne złoto ani przywożone z dalekiej Arabii Południowej i Somalii kosztowne kadzidło, które w czasach Jezusa w przeliczeniu na wagę było cenniejsze niż wspomniany kruszec! Jakie to różne od myślenia wielu współczesnych ludzi, którzy swojego szczęścia upatrują nie w rodzinie, ale w majątku czy w karierze.

    Opis okoliczności narodzenia Jezusa w Ewangelii według św. Łukasza jest najbogatszy. Czy Łukasz znał to z opowiadań Maryi?

    Łukasz i Mateusz komponując swoje narracje o narodzinach Jezusa, nie tylko sięgali do odległych i niezależnych od siebie tradycji, ale też redakcja tekstów dokonywała się w odmiennych środowiskach. Inne też były duchowe potrzeby wspólnot – pierwszych adresatów każdej z kanonicznych postaci Ewangelii. Na pewno Mateusz napisał swoje opowiadanie o dzieciństwie Jezusa z perspektywy św. Józefa, natomiast Łukasz – z perspektywy Maryi. Ponieważ uczniowie Jezusa poznali Go w wieku dorosłym, to szczegóły dotyczące Jego dzieciństwa ewangeliści mogli poznać jedynie z bliskiego otoczenia, jakim musieli być krewni Chrystusa. W przypadku Łukasza źródłem wiedzy mogła być Maryja, skoro sam ewangelista podkreśla, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”. Musimy jednak pamiętać, że Ewangelie to nie kroniki historyczne w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, ale historia zbawienia. Ewangeliści sięgają do historii, ale łączą ją z teologią i to właśnie ona – jeśli można tak powiedzieć – w przekazie gra zwykle pierwsze skrzypce.

    Gość Niedzielny

    ***

    Papieskie orędzie Urbi et Orbi:

    Narodziny Pana to narodziny pokoju

    Jezus jest Zbawicielem. Dzięki Jego łasce każdy z nas może i musi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby oddalić nienawiść, przemoc i antagonizmy, a praktykować dialog, pokój i pojednanie – podkreślił Papież Leon XIV w orędziu Urbi et Orbi. Prawdziwy pokój wymaga odpowiedzialności i otwarcia serca na cierpiących, a jego źródłem jest przyjęcie Dzieciątka z Betlejem, które przynosi nadzieję całemu światu – relacjonuje Vatican News.

    Vatican News

    ***

    „Dzisiaj narodził się nam Zbawiciel” – rozpoczął Leon XIV swoje pierwsze orędzie Urbi et Orbi na Boże Narodzenie. Podkreślił, że Jezus Chrystus jest naszym pokojem, który zwycięża nienawiść i wrogość miłosierną miłością Boga. Dlatego „Narodziny Pana to narodziny pokoju”.

    Pokój zaczyna się w sercu człowieka

    Ojciec Święty wyjaśnił, że „Jezus Chrystus jest naszym pokojem przede wszystkim dlatego, że uwalnia nas od grzechu, a następnie, ponieważ wskazuje nam drogę, którą należy podążać, aby przezwyciężyć konflikty, wszystkie konflikty, od międzyludzkich po międzynarodowe”. Pokój zaczyna się w sercu człowieka, który przyjmuje Boże przebaczenie i wchodzi w dialog oraz solidarność z cierpiącymi.

    Odpowiedzialność i miłość – warunek pokoju

    Zaznaczył, że w Narodzeniu widzimy wybór Chrystusa: „On sam go poniósł za nas, wziął go na siebie. Tylko On mógł to uczynić. Ale jednocześnie pokazał nam to, co tylko my możemy zrobić, a mianowicie, aby każdy wziął na siebie własną część odpowiedzialności”.

    Leon XIV przypomniał, że pokój wymaga miłości i osobistego zaangażowania: „Kto nie kocha, nie zbawia się, jest zgubiony”. Wezwał „wszystkich do odnowienia z przekonaniem naszego wspólnego zaangażowania w pomoc tym, którzy cierpią”.

    Bliski Wschód i świat – wołanie o pokój

    Papież przywołał sytuacje konfliktów i cierpienia na świecie, modląc się o sprawiedliwość, bezpieczeństwo i pokój dla Libanu, Palestyny, Izraela, Syrii oraz Ukrainy, wzywając do odważnego, pełnego szacunku dialogu i zakończenia przemocy.

    Leon XIV powierzył Księciu Pokoju „cały kontynent europejski, prosząc, aby nadal inspirował go duchem wspólnoty i współpracy, wiernym jego chrześcijańskim korzeniom i historii, solidarnym i otwartym na tych, którzy są w potrzebie”.

    Orędzie obejmuje także cierpiących w Sudanie, Sudanie Południowym, Mali, Burkina Faso, Demokratycznej Republice Konga, Haiti, Mjanmie, Tajlandii, Kambodży, Jemenie, w Azji Południowej i Oceanii, a także uchodźców i migrantów szukających bezpieczeństwa oraz godnego życia.

    Nadzieja, która pozostaje

    Ojciec Święty podkreślił, że Rok Jubileuszowy dobiega końca, ale Chrystus pozostaje z nami na zawsze: „On jest Bramą zawsze otwartą, która wprowadza nas do Bożego życia”. „Dziecię, które się narodziło, jest Bogiem, który stał się człowiekiem; nie przychodzi On, aby potępiać, ale aby zbawiać” – zaznacza Papież. W Nim każda rana zostaje uleczona i każde serce znajduje ukojenie i pokój.

    Vatican News

    ***

    Ojciec św.Leon XIV podczas Pasterki:

    Boże Narodzenie to historia miłości, która nas angażuje

    “Podziwiajmy mądrość Bożego Narodzenia. Nie jakąś ideę rozwiązującą wszystkie problemy, ale historię miłości, która nas angażuje” – powiedział Leon XIV podczas Pasterki sprawowanej w bazylice watykańskiej.

    FOT. VATICAN MEDIA

    ***

    Papież Leon XIV podkreślił, że rodząc się jako człowiek Jezus rozjaśnia zbawieniem naszą noc. Nie istnieje ciemność, której by ta gwiazda nie rozjaśniała, ponieważ w jej świetle cała ludzkość widzi jutrzenkę nowego i wiecznego życia – wskazał Ojciec Święty. Dodał, iż Boskie światło, które promieniuje z tego Dzieciątka, pomaga nam dostrzec człowieka w każdym rodzącym się życiu.

    Leon XIV podczas Pasterki: „Tam, gdzie jest miejsce dla człowieka, jest miejsce dla Boga”

    Papież zwrócił uwagę, że objawiając się człowiekowi jako człowiek Pan Jezus ukazał mu jego prawdziwy obraz, a jak długo noc błędu zaciemnia tę opatrznościową prawdę, dopóty „nie ma miejsca dla innych, dla dzieci, dla ubogich, dla obcokrajowców…. Na ziemi nie ma miejsca dla Boga, jeśli nie ma miejsca dla człowieka: nieprzyjmowanie jednego oznacza nieprzyjmowanie tego drugiego. Natomiast tam, gdzie jest miejsce dla człowieka, jest miejsce dla Boga: wówczas stajnia może stać się bardziej święta niż świątynia, a łono Dziewicy Maryi jest arką Nowego Przymierza” – powiedział Leon XIV.

    „Bóg w obliczu oczekiwań narodów, posyła niemowlę”

    Ojciec Święty podkreślił mądrość Bożego Narodzenia, bowiem Bóg w obliczu oczekiwań narodów „posyła niemowlę, aby było słowem nadziei; wobec cierpienia ubogich posyła On bezbronnego, aby był siłą do podniesienia się; w obliczu przemocy i ucisku zapala On łagodne światło, które oświeca zbawieniem wszystkie dzieci tego świata”.

    Przeciwstawił urzeczowienie człowieka proponowane przez wypaczoną ekonomię – godności osoby objawionej przez Boga. Zaznaczył, iż podczas gdy człowiek chce stać się Bogiem, aby panować nad bliźnim,  Bóg chce stać się człowiekiem, aby uwolnić nas od wszelkiej niewoli”.

    „Boże Narodzenie jest dla nas czasem wdzięczności i misji”

    Nawiązując do uwielbienia aniołów, wyśpiewujących chwałę Bogu papież zaznaczył, iż jej przejawem jest pokój na ziemi. Przypomniał wypowiedziane przed rokiem słowa papieża Franciszka, że Narodzenie Jezusa ożywia w nas „dar i zobowiązanie do zaniesienia nadziei tam, gdzie została utracona” – rozpoczynające Rok Święty.

    Teraz, gdy Jubileusz przybliża się do swego zakończenia, Boże Narodzenie jest dla nas czasem wdzięczności i misji. Wdzięczności za otrzymany dar, a misji, aby dać o nim świadectwo światu – wskazał Leon XIV.

    „Głośmy zatem radość Bożego Narodzenia, które jest świętem wiary, miłości i nadziei. Jest to święto wiary, ponieważ Bóg staje się człowiekiem, rodząc się z Dziewicy. Jest to święto miłości, ponieważ dar Syna Odkupiciela urzeczywistnia się w braterskim oddaniu. Jest to święto nadziei, ponieważ Dzieciątko Jezus rozpala ją w nas, czyniąc nas zwiastunami pokoju. Z tymi cnotami w sercu, nie bojąc się nocy, możemy wyjść na spotkanie jutrzenki nowego dnia” – powiedział Ojciec Święty na zakończenie homilii.

    vatican.va, KAI, zś/Stacja7

    ***

    papież Leon XIV:

    „Chrześcijanin nie ma wrogów,

    ma braci i siostry”

    “Chrześcijanin nie ma wrogów, ma braci i siostry, którzy pozostają nimi nawet wtedy, gdy się nie rozumieją” – mówił papież Leon XIV w rozważaniu poprzedzającym dzisiejszą modlitwę „Anioł Pański” i apostolskie błogosławieństwo. 

    FOT. VATICAN MEDIA

    Papież zaznaczył, iż obchodzone bezpośrednio po Bożym Narodzeniu święto pierwszego męczennika, św. Szczepana podkreśla jego narodziny dla nieba. Zwrócił uwagę, iż wszystko co Szczepan czyni i mówi odzwierciedla boską miłość objawioną w Jezusie. Dlatego też narodziny Syna Bożego między nami wzywają nas do życia dzieci Bożych. Podkreślił, że pomimo sytuacji odrzucenia, żadna siła nie jest w stanie pokonać dzieła Boga.

    Wszędzie na świecie są ci, którzy wybierają sprawiedliwość, nawet jeśli to kosztuje, którzy przedkładają pokój nad własne lęki, którzy służą ubogim zamiast sobie samym. Wtedy kiełkuje nadzieja i mimo wszystko świętowanie ma sens – stwierdził Leon XIV.

    Leon XIV: „Chrześcijanin nie ma wrogów”

    Ojciec Święty przyznał, że osoby wierzące w pokój i obierające  bezbronną drogę Jezusa i męczenników są często wyśmiewane, wykluczane z publicznej debaty i nierzadko oskarżane o sprzyjanie przeciwnikom i wrogom. Chrześcijanin nie ma jednak wrogów, ma braci i siostry, którzy pozostają nimi nawet wtedy, gdy się nie rozumieją – wskazał papież. Przypomniał, iż „Szczepan umarł przebaczając, tak jak Jezus: dzięki sile prawdziwszej niż siła broni”.

    Niech Maryja wprowadzi nas do swojej radości – radości, która rozprasza wszelki strach i wszelkie zagrożenia, tak jak w słońcu topnieje śnieg – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.

    KAI, vatican news, pa/Stacja7

    ***

    środa 24 grudnia

    This image has an empty alt attribute; its file name is candle-64179_960_720.jpg
    pixabay/Aleteia.pl

    ***


    Modlitwa przed Wieczerzą Wigilijną

    Boże Narodzenie jest przede wszystkim świętem religijnym. Dlatego w ten szczególny wieczór bardzo ważna jest wspólna modlitwa i serce otwarte do każdego.

    Stół nakryty jest białym obrusem a na środku krzyż, świeca, Pismo Święte i opłatki. Z nastaniem zmroku i pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy rodzina gromadzi się do wspólnej modlitwy, którą prowadzi ojciec rodziny lub inna osoba wedle starszeństwa.

    „Jest taki zwyczaj w mym kraju rodzinnym,

       Gdy pierwsza gwiazda błyśnie na wieczornym niebie,

       Ludzie wspólnego gniazda łamią chleb biblijny,

        Najtkliwsze uczucie, przekazują w tym chlebie”  

    Cyprian Kamil Norwid

    *** 

    fot. Canva Pro

    ***

    Prowadzący modlitwę zapala świecę i oznajmia:

    Oto światłość, która w noc dzisiejszą przyszła na ziemię, by rozproszyć ciemności grzechu.

    Rodzina odpowiada:

    Bogu niech będą dzięki.

    Prowadzący modlitwę:

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

    Wszyscy:

    Amen.

    Z Księgi proroka Izajasza:

    Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. Bo każdy but pieszego żołnierza, każdy płaszcz zbroczony krwią, pójdą na spalenie, na pastwę ognia. Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki.

    Ewangelia o Narodzeniu Jezusa Chrystusa według św. Łukasza:

    W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz.

    Wybierali się więc wszyscy, żeby się zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, dlatego że miejsca dla nich nie było w gospodzie. Otóż w tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swą trzodą. Naraz stanął przy nich Anioł Pański i jasność Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz Anioł rzekł do nich: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam wielką radość, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, czyli Mesjasz Pan.

    A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie”. I nagle przyłączyło się do Anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”.

    Śpiewamy kolędę „Wśród nocnej ciszy” lub „Bóg się rodzi”. Do przygotowanej Bożonarodzeniowej Szopki najmłodsze z dzieci umieszcza w niej figurkę Dzieciątka Jezus. Następnie modlimy się słowami:

    Boże, nasz Ojcze, w tę Świętą Noc, podczas której wspominamy Narodzenie Twojego Syna Jezusa Chrystusa, błagamy Cię, abyś błogosławił naszą doczesność, a naszym zmarłym dał udział w swojej Światłości.

    • Udziel naszej rodzinie daru miłości, zgody i pokoju. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
    • Przyjmij do swojego Królestwa naszych zmarłych (wymienić imiona). Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
    • Obdarz także naszych sąsiadów, przyjaciół i znajomych pokojem tej nocy. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
    • W serca tych, którzy nie uznają Twego Syna za swojego Pana, wlej łaskę wiary i nawrócenia. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!
    • Wszystkich samotnych, opuszczonych, biednych i chorych obdarz pocieszeniem. Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie!

    Wspólnie modlimy się „Ojcze nasz”

    Najświętsza Maryjo Panno, Matko Boga, prosimy Cię: wstawiaj się za tymi, którzy przez wiarę w Twojego Syna, a naszego Pana, Jezusa Chrystusa, są prześladowani i nie mogą w pokoju świętować Jego Wcielenia.

    Następuje modlitwa przed łamaniem się opłatkiem.

    Panie Jezu Chryste, dzięki swemu Narodzeniu sprawiłeś, że krocząca w ciemnościach ludzkość ujrzała Twoje zbawienie. Spraw, abyśmy i my jaśnieli chwalebnym blaskiem Twojego światła i byli Twoimi uczniami. Amen.

    Łamiąc się opłatkiem składamy życzenia i po zakończeniu modlimy się przed posiłkiem:

    Pobłogosław Panie Boże nas, pobłogosław ten posiłek, tych, którzy go przygotowali i naucz nas dzielić się chlebem i radością z wszystkimi. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Kończymy Wieczerzę Wigilijną również modlitwą:  

    Dziękujemy Ci, Boże, za te dary, któreśmy z dobroci Twojej spożywali. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ***

    kościół św. Piotra

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    ***

    Pasterka o godz.21.30

    Msza święta w Dzień Bożego Narodzenia

    o godz. 14.00

    Również w Drugi Dzień Świąt Msza święta o godz. 14.00


    Życzenia na Boże Narodzenie

    i na Nowy Rok 2025

    Św. Franciszek z Asyżu po powrocie z Ziemi Świętej był tak urzeczony i wzruszony, że zainscenizował betlejemski żłóbek w grocie znajdującej się w Greccio. Pragnął jak najbardziej uroczyście przeżyć narodziny Dzieciątka Jezus, aby pobudzić wszystkich do wielkiej wdzięczności i miłości, bo jak zwykł mówić: ” Miłość nie jest kochana! Jakże ludzie mogą kochać się nawzajem, jeżeli nie kochają Miłości?”

    Klasztorne Kroniki opisują, że “kazał przygotować żłób, przynieść siano i przyprowadzić na to miejsce woła i osła. Zwołują się bracia, schodzą ludzie, las rozbrzmiewa różnymi głosami, a owa błogosławiona noc rozjaśnia się licznymi i jasnymi światłami, napełnia pochwalnymi i harmonijnymi śpiewami stając się wspaniałą i odświętną. Mąż Boży stał przed żłobem przepełniony pobożnością, zalany łzami i radością. Przy żłobie odprawiana jest uroczysta Msza św., a Franciszek, diakon Chrystusowy, śpiewa świętą Ewangelię. Następnie wygłasza do stojących tam ludzi kazanie o narodzeniu się ubogiego Króla, którego, gdy chciał nazwać po imieniu, z nadmiaru czułej miłości, nazywał Dzieciątkiem z Betlejem”…

    Biedaczyna z Asyżu pragnąc jak najbardziej upodobnić się do Jezusa, któremu Ojciec niebieski wybrał drogę przyjścia na ten świat jako słabe, bezradne Niemowlę skrajnie ubogie, pozostawił nam wspaniały, cudowny dar żłóbka betlejemskiego. Sam przeżywał rozmaite trudności, które pochodziły nawet od najbliższych. Jednak nie załamał się, bo patrzył na Maleńkiego w żłobie złożonego. Ta Boża Tajemnica dała mu ogromną pociechę. Boży Syn wybrał dla siebie ubóstwo i maleńkość, słabość i bezradność. W taki właśnie sposób przyszła na ten świat Boża moc – przez ogołocenie się z wszelkiej ludzkiej potęgi, znaczenia i mocy.  

    Klika wieków później Franciszek Karpiński ujął najtrafniej jak to jest możliwe ludzkimi słowami cały ten paradoks Tajemnicy Wcielenia wyśpiewując w kolędzie:

    “Bóg się rodzi, moc truchleje.

     Pan niebiosów obnażony.

     Ogień krzepnie, blask ciemnieje,

     Ma granice Nieskończony.

     Wzgardzony, okryty chwałą,

     Śmiertelny Król nad wiekami.

     A Słowo ciałem się stało

     I zamieszkało między nami”.

    Św. Franciszku jesteśmy wdzięczni za dar odkrycia Bożego żłóbka, dlatego prosimy, abyś nam wyprosił w to Boże Narodzenie Roku Pańskiego 2025 u Bożej Dzieciny moc wiary, niezachwianą nadzieję i żar miłości, bo żyjemy w czasie ogromnego zaczadzenia ludzkich serc diabelskim zbałamuceniem.

    Jesteśmy także wdzięczni św. Janowi Pawłowi II, który wprowadził ten cudowny zwyczaj stawiania każdego roku szopki z Betlejemu na placu św. Piotra wraz z ogromną choinką przypominającą, że to na drzewie rajskim diabeł zwiódł ludzki ród w osobie Adama i Ewy i to również na drzewie krzyża dokonało się zbawienie.

    W styczniu 1983 roku w Sali Klementyńskiej tak tłumaczył polskiej młodzieży znaczenie choinki:

    “Co znaczy to drzewko? (…). Ja osobiście myślę, że to drzewko jest symbolem drzewa życia, tego, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju, i tego, które z Chrystusem razem zostało na nowo zasadzone w glebie ludzkości. Niegdyś człowiek został od tego drzewa życia odcięty przez grzech. Z chwilą kiedy Chrystus przyszedł na świat, to drzewo życia w Nim, przez Niego zostaje zasadzone na nowo w glebie życia ludzkości i rośnie razem z Nim, i dojrzewa do krzyża. Istnieje związek między drzewkiem wigilijnym Bożego Narodzenia a drzewem krzyża Wielkiego Piątku. Tajemnica paschalna… Piękna to tradycja i wymowna, tym bardziej że te drzewka świecą. Symbolizują życie i światło. Chrystus jest życiem i światłem.

    Muszę Wam powiedzieć, że ja osobiście, chociaż mam już wiele lat, nigdy nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie Boże Narodzenie i kiedy mi to drzewko postawią w mieszkaniu. Jest w tym wszystkim głęboka wymowa, która jednoczy nas bez względu na wiek: zarówno starsi, jak i małe dzieci reagują podobnie, chociaż na innym poziomie świadomości”.

    VATICAN-CHRISTMAS

    fot. Antoine Mekary/Aleteia

    ****

    To dzięki naszemu papieżowi co roku na placu św. Piotra choinka rozbłyskuje światełkami. Św. Jan Paweł II świętował Boże Narodzenie według naszego prastarego zwyczaju.Tęsknił za swoją Ojczyzną. Widział jak wciąż istnieje zagrożenie nie tylko zewnętrznych wrogów, ale również jak sami Rodacy czynią wielką krzywdę Ojczystej Ziemi. Choć jesteśmy porozrzucani po różnych miejscach świata, nie jest nam obojętne co dzieje się w naszym rodzinnym Kraju. Dlatego prosimy Ciebie, Ojcze Święty o wstawiennictwo u Tej, która dała największy dar – Boga dla ludzkości – Chrystusa – prawdziwe “drzewo życia”.

    Zielona jodła zawsze jest zielona, w zimowej aurze również – dlatego jest znakiem życia, które nie umiera. Wpatrując się na ten wymowny symbol przyjmijmy bożonarodzeniowe życzenia, nie tyle poprzez prezenty, co poprzez dawanie coraz bardziej siebie samych. Pozwólmy więc,aby BOŻA MOC mogła leczyć nasze bardzo poranione serca.

    ks. Marian

    ***

    „Gość Niedzielny” z wizytą w Greccio. To tu św. Franciszek zbudował pierwszą stajenkę

    Góry Lacjum parują, a sanktuarium w Greccio otulają chmury.

    Góry Lacjum parują, a sanktuarium w Greccio otulają chmury.

    zdjęcia: Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    „Noc stała się widna jak dzień, rozkoszna dla ludzi i zwierząt” – notował Tomasz z Celano. Ruszyliśmy do Greccio po śladach Biedaczyny, by zobaczyć to u źródła i przeczytać „Ewangelię bez komentarza”.

    Poza sezonem to zmoknięte jak kura miasteczko śpi. Jedynie bar kusi obłędnym zapachem kawy. Un bicchiere di vino e il classico panino – sączy się z głośników piosenka, którą śpiewa Jovanotti. Wino pozostawiam na wieczór. Teraz zamawiam un caffè. 1,10 euro. Polacy mieszkający w Italii zapewniają, że to jedyny tańszy produkt niż w Polsce.

    Stajenka kojarzy się ze śniegiem. A tu, w Greccio, leje jak z cebra. Przeżyłem już klimaty Bożego Narodzenia w 30-stopniowym meksykańskim upale, teraz adoruję Nowonarodzonego w strugach deszczu.

    Sam na sam

    Gdy przestaje padać, zielone góry Lacjum parują w słońcu, a sanktuarium otulają chmury. Ten kontrast przypomina mi dewizę Biedaczyny: „Wszystkie ciemności świata nie zgaszą światła jednej świecy”. 

    To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi.

    To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi.

    ***
    705 m n.p.m. Niecałe 1500 mieszkańców, którzy pochowali się przed deszczem w domach. Sporo z nich z tabliczką: Vendesi – na sprzedaż. By dotknąć misterium, musicie zastosować magiczne zaklęcie: „Poza sezonem”. Najlepiej od listopada do kwietnia, gdy Italia nie jest rozdeptywana przez 65 milionów turystów (to dane z ubiegłego roku). Jasne, możecie zmoknąć, będziecie zwiedzać „ogród Europy” opatuleni, bo wiatr wdziera się we wszelkie szczeliny, ale dzięki temu będziecie w tych miejscach sami. I być może choć w jednej setnej doświadczycie tego, co czuł mieszkający w wilgotnej grocie Franciszek. Z tą różnicą, że wieczorem wrócicie do ciepłego hotelu i nie będziecie spali z kamieniem podłożonym pod głowę, pilnując, czy nie zakrada się pod niego skorpion. Nasz przewodnik, o. Grzegorz Gwidon Hensel (na co dzień penitencjarz na Lateranie), opowiada, że gdy mieszkając w Umbrii, miał odprawić Mszę św., zauważył tego pajęczaka przyczepionego do ornatu.

    Boże Narodzenie w strugach deszczu? Witajcie w Lacjum!

    Boże Narodzenie w strugach deszczu? Witajcie w Lacjum!

    ***
    Jak to dobrze, że przyjechaliśmy właśnie teraz! Możemy poczuć się, jak Franciszek, który tu, w Greccio, przebywał o tej samej porze roku. Pamiętam, jak kiedyś zacząłem przeglądać w księgarni: „Pod słońcem Toskanii”, „Winnica w Toskanii”, „Mądrość Toskanii” „Toskania dzień po dniu”, „Wzgórza Toskanii”, „Lato w Toskanii”, „1000 dni w Toskanii”, „Za dużo słońca w Toskanii”, „Miłość w Toskanii”… Na szczęście Lacjum pozostaje wciąż dziewicze i niezadeptane. Spotykamy więcej kotów niż ludzi. Choć listopad ustępuje miejsca grudniowi, szaroburość nie kłuje w oczy jak nad Wisłą. Drzewa pozostały zielone.

    Jestem tu osiem wieków po pierwszym przedstawieniu przez Biedaczynę Bożego Narodzenia, gdy – jak notował Tomasz z Celano – „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”. Za chwilę ruszamy do Fonte Colombo, gdzie powstawała reguła. A wszystko w 800. rocznicę zatwierdzenia jej przez Honoriusza III bullą Solet annuere. Jak tu nie czuć wzruszenia?

    Dlaczego wybrał Greccio? „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – doskonale wiedział, co miał na myśli jego Mistrz. Przemierzał setki kilometrów, zdeptał Umbrię i Lacjum wzdłuż i wszerz. „Miłość Jezusa przynagla nas” – wołał za Pawłem. Przyszedł tu w 1223 roku prosto z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka. Musiało być to dla niego ważne doświadczenie, skoro postanowił przenieść Boże Narodzenie do oddalonego o 100 kilometrów miasta.

    Od kołyski

    To również nasza marszruta. Przyjechaliśmy z Wiecznego Miasta, wprost od niezwykłej kołyski… Żłóbek, w którym swe pierwsze chwile na ziemi miał spędzać sam Mesjasz, wykonano z drewna klonu palestyńskiego. Pierwsze informacje na jego temat pochodzą z 248 roku. Jak zwykle, jeśli chodzi o bezcenne znaleziska Ziemi Świętej, w grę wchodzi jedno imię: Helena. To cesarzowa miała odnaleźć kołyskę przechowywaną pieczołowicie przez mieszkańców Betlejem i nakazać wybudowanie bazyliki Narodzenia Pańskiego, w której ją umieszczono. Gdy Palestyną zaczęli rządzić muzułmanie, patriarcha Miasta Pokoju św. Sofroniusz wysłał relikwie Cunabulum Domini (Kołyski Pana) do Rzymu. Ostatecznie spoczęły w kryształowej urnie w krypcie pod ołtarzem głównym bazyliki Matki Bożej Większej na Eskwilinie (tej samej, o której wybudowanie miała prosić papieża Liberiusza sama Maryja, potwierdzając to pragnienie cudem: śniegiem, który pokrył Rzym 4 sierpnia, wyznaczając przy tym kontury przyszłej świątyni). Do naszych czasów przetrwało pięć deseczek, które pozostały z najsłynniejszego żłóbka świata (cztery o długości 70 cm i jedna dłuższa o 10 centymetrów). Wedle badań mają rzeczywiście dwa tysiące lat. Co ciekawe, z inicjatywy papieża Franciszka część żłóbka Jezusa wróciła cztery lata temu do Betlejem.

    W tej grocie „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”.

    W tej grocie „Greccio stało się jakby nowym Betlejem”.

    ***
    Kard. Grzegorz Ryś opisuje Greccio czterema słowami: liturgia, dziecięctwo, pokora i ubóstwo. – To właśnie ze względu na ubóstwo Franciszek najbardziej ukochał Boże Narodzenie – wyjaśnia. – Chciał, by żłób stał się ołtarzem Eucharystii, bo szopka stwarza scenerię, ale faktem Boże narodzenie staje się podczas Mszy! To istota tej inscenizacji. Franciszek zwrócił uwagę na to, że liturgia to nie jest teatr. Nie odgrywamy tego, że Pan Jezus się narodził. A za czasów Franciszka była ogromna pokusa, by z liturgii zrobić przedstawienie. Liturgia nie jest teatrem. My jesteśmy w Betlejem. Franciszek tym różni się od reszty świata, że bierze Ewangelię dosłownie. Na pierwszym roku seminarium przyszedł do nas kard. Macharski i powiedział: „Weźcie sobie na całe życie wzór z Franciszka. On napisał piątą Ewangelię – cztery Ewangelie bez komentarza”.

    Tomasz z Celano pisze, że w Greccio Franciszek sam stał się „dzieckiem z Dziecięciem”. Bezbronność spotkała bezbronność, Ostatni – ostatniego, obnażony Pan niebiosów – tego, który nazywał siebie simplex et idiota.

    Beeeeetlejem!

    Biograf Franciszka notował: „Przyprowadzono wołu i osła. Uczczono prostotę, wysławiono ubóstwo, podkreślono pokorę. Był na owym terenie mąż imieniem Jan, dobrej sławy, a jeszcze lepszego życia, którego błogosławiony Franciszek kochał szczególną miłością, ponieważ mimo że w swojej ziemi był on szlachcicem i człowiekiem bardzo poważanym, jednak gardził szlachectwem cielesnym, natomiast szedł za szlachectwem ducha. Jego to właśnie, prawie na piętnaście dni przed Narodzeniem Pańskim, Franciszek poprosił do siebie i rzekł doń: »Przygotuj wszystko, co ci powiem. Chcę bowiem dokonać pamiątki Dziecięcia«”. I tak się zaczęło!

    Poza sezonem miasteczko smacznie śpi.

    Poza sezonem miasteczko smacznie śpi.

    ***

    O osła nie musiał się starać, bo przeciągłe ryki tych sympatycznych uparciuchów słychać na zielonych wzgórzach. „Nastał dzień radości, nadszedł czas wesela. Z wielu miejscowości zwołano braci” – pisał Tomasz z Celano. „Mężczyźni i kobiety, pełni rozradowania, według swej możności przygotowali świece i pochodnie dla oświetlenia nocy, co promienistą gwiazdą oświeciła niegdyś wszystkie dnie i lata. Głosy rozchodziły się po lesie, a skały odpowiadały echem na radosne okrzyki”. Biograf Franciszka wspomina, że wymawiał on słowo „Betlejem” jak… becząca owca: Beeeeetlejem!

    Noc jak dzień

    Nie lubię słowa „szopka”. Kojarzy się z czymś banalnym. Wyrażenie „niezła szopka” oznacza żenujące wydarzenie, a do krwiobiegu popkultury przeniknęły słowa „poziom jak na jasełkach”. Nie! To, co zainicjował Franciszek, nie miało nic wspólnego z banałem! – Centrum tego, co tu się wydarzyło, nie było przedstawienie szopki Bożego narodzenia, raczej przeżywanie Eucharystii w takich warunkach, w jakich narodził się sam Jezus – wyjaśnia o. Gwidon. – Wszystko było skoncentrowane na żywej obecności Pana Jezusa. Zachowały się opowieści, że ludzie widzieli, jak figurka ożywa w rękach Franciszka, który podczas tej Mszy Świętej czytał Ewangelię i głosił słowo Boże. Był diakonem i nigdy nie odważył się przyjąć święceń kapłańskich.

    W Greccio oglądamy szopki z całego świata. Jesteśmy sami. Nie słychać głosów, które nagrałem, gdy montowano potężną stajenkę w gigantycznej franciszkańskiej bazylice w katowickich Panewnikach: „Barany przodem!”, „Uwaga! Wół zahaczył o okno, dajcie tego pierona na lewo!”, „Kaj niesiesz tego osła?”, „Dawać anioła!”, a bracia w brązowych habitach zamyślali się: „Najtrudniej jest rozciągnąć niebo”. Nic z tych rzeczy. Słychać krople deszczu. Bardzo sprzyja to kontemplowaniu tego, co wydarzyło się tu przed ośmiu wiekami.

    Franciszek przyszedł do Greccio z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka.

    Franciszek przyszedł do Greccio z Rzymu, gdzie w Santa Maria Maggiore adorował relikwie Żłóbka.

    ***

    By liturgia mogła odbyć się na zewnątrz (po raz pierwszy!), potrzebna była zgoda papieża. To pokazuje, jakim zaufaniem następca Piotra obdarzył „ojca serafickiego”. To właśnie w Greccio papież Franciszek podpisał list Admirabile signum (dosł. „Godny podziwu”). „Święty Franciszek, z prostotą tego znaku, dokonał wielkiego dzieła ewangelizacji” − pisał, dodając, że szopka wywołuje wzruszenie, gdyż „ukazuje czułość Boga”. Gdy odwiedził grób świętego imiennika jako następca Piotra, był pierwszym, który wszedł do Sali Obnażenia, czyli miejsca, w którym młodziutki Bernardone zrzucił szlacheckie jedwabie i zrezygnował z zaszczytów. „Wszyscy mamy się obnażyć ze światowości” – powiedział wówczas.

    Kamień na kamieniu

    Ojciec Hensel pokazuje nam ambonę św. Bernardyna ze Sieny – wielkiego reformatora franciszkanów, oskarżanego o nadużywanie imienia Jezus. Obok la cantina – piwniczka, w której bracia podawali wino. Wspinamy się na piętro. – Jesteśmy w czasach Bonawentury, gdy klasztor rozrósł się (ma już drewniane przepierzenia). Modliło się tu więcej braci… Pewnego razu na Wielkanoc Franciszek przebrał się za żebraka. Bracia nie rozpoznali go, ale przyjęli, wyciągając w refektarzu drogą zastawę. A on usiadł na podłodze w popiele i powiedział: „Teraz czuję się jak prawdziwy brat mniejszy” – mówi o. Gwidon. Przypomina mi się stół, który widziałem na Kalatówkach, w pustelni Brata Alberta, który powtarzał: „Nisko siadać, mało jadać, dużo robić, mało gadać”. Stół miał wysokość… 12 centymetrów. Bracia, jedząc posiłki, siedzieli na podłodze.

    XIII-wieczna stajenka z rzymskiej bazyliki w Santa Maria Maggiore.

    XIII-wieczna stajenka z rzymskiej bazyliki w Santa Maria Maggiore.

    ***

    – To pierwszy kościół poświęcony Franciszkowi. Pomimo wielu remontów i przebudów nie zmieniono jego pierwotnej formy. Ponieważ stawiali go miejscowi, ma bardzo prostą konstrukcję – opowiada o. Gwidon, wskazując na beczkowe sklepienie. – A tu, na fresku, zapłakany Biedaczyna. Bracia często widzieli, jak płakał nad swymi grzechami, ale może to być związane z tym, że Franciszek chorował na oczy, które bracia leczyli, stosując drastyczne metody – na przykład przykładając mu do skroni rozpalone żelazo. Zniósł próbę „brata ognia” niezwykle mężnie.

    Jak we Włoszech obchodzi się Boże Narodzenie? – pytamy, zjeżdżając w dolinę. – Nie jest tu popularna nasza tradycyjna wigilia – opowiada franciszkanin. – Szopki ukończone są już 8 grudnia (wówczas otwiera się ogromną wystawę w Asyżu), a wszystko to znika w Trzech Króli. Nie ma zwyczaju trzymania choinki czy szopki do Matki Boskiej Gromnicznej. W czasie świąt (sporo zależy od regionu) Włosi jedzą zupę z soczewicy, dania rybne (zwłaszcza w Neapolu) i koniecznie wszechobecne w sklepach spożywczych panettone, czyli słynne drożdżowe babki.

    Przed chwilą w Greccio widziałem kolejny kamień, który służył Franciszkowi za poduszkę. – Spał na gołej skale, podkładając sobie pod głowę kamień – opowiada o. Hensel. – Bardzo symboliczne! On kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne. Bo dla niego skałą był Chrystus, a wejście w taką szczelinę było wejściem w Jego serce. Franciszek wchodził w ruinę, pęknięcie, by spotkać tam Pana. A o samym Greccio mawiał, że jest „bogate ubóstwem”.

    Franciszek kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne – opowiada o. Hensel.

    Franciszek kochał takie rozpadliny, pęknięcia, wyłomy skalne – opowiada o. Hensel.

    Gość Niedzielny

    ***

    Bożonarodzeniowa kartka od Leona XIV

    Bożonarodzeniowa kartka od Leona XIV
    Bożonarodzeniowa kartka od Leona XIV

    ***

    Ich adresatami są głównie pracownicy i emeryci watykańscy. Udekorowane są reprodukcjami dzieł sakralnych, głównie obrazów przechowywanych w Watykanie, których tematyka jest związana z danym świętem.

    Tradycję tę podtrzymuje również Leon XIV, który zlecił przygotowanie kartki na Boże Narodzenie. Mamy na niej – z jednej strony – reprodukcję mozaiki włoskiego artysty Alberto Salietti z 1955 r. przedstawiającą Pokłon Trzech Króli. Z drugiej strony umieszczono papieski herb, a pod nim odręcznie napisany tekst. Życzeniami Papieża są słowa jego poprzednika: Narodziny Pana są narodzinami pokoju (Św. Leon Wielki, Mowa 26). Pod nimi podpis Leon XIV i data: Boże Narodzenie 2025, Rok Jubileuszowy.


    Włodzimierz Rędzioch/Watykan

    ***

    Boże Narodzenie w Watykanie.

    Tak będą wyglądać święta Leona XIV

    FOT. VATICAN MEDIA

    ***

    Wraz z papieską audiencją bożonarodzeniową dla Kurii Rzymskiej, w poniedziałek rano rozpoczęła się seria uroczystości i innych tradycyjnych spotkań w Watykanie, trwająca ponad dwa tygodnie. To pierwsze Boże Narodzenie Leona XIV jako papieża.

    W Wigilię zamknięcie pierwszych Drzwi Świętych

    W Wigilię Bożego Narodzenia o godzinie 22:00 w Bazylice św. Piotra zostanie odprawiona Pasterka. Papież Franciszek zazwyczaj odprawiał ją wczesnym wieczorem, ale teraz ponownie odbędzie się przed północą. Leon XIV przywrócił Mszę św. w Boże Narodzenie, 25 grudnia o godz. 10 w Bazylice św. Piotra, która będzie transmitowana na żywo.

    W południe z centralnej loggii Bazyliki św. Piotra odbędzie się kolejne wydarzenie transmitowane na cały świat: papieskie błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (Miastu i Światu). Nie wiadomo jeszcze, czy Leon XIV będzie kontynuował tradycję swoich poprzedników, polegającą na składaniu życzeń bożonarodzeniowych w kilku językach.

    Po południu 25 grudnia, o godzinie 17:00, zostaną zamknięte pierwsze z czterech Drzwi Świętych w Rzymie. Jako pierwsza będzie Bazylika Santa Maria Maggiore. Ceremonii przewodniczyć będzie jednak nie papież, lecz archiprezbiter, kardynał Rolandas Makrickas.

    W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia papież poprowadzi tradycyjną modlitwę południową Anioł Pański z pielgrzymami zgromadzonymi na Placu św. Piotra. Następnego dnia, o godzinie 11:00, planowane jest zamknięcie Drzwi Świętych w katedrze papieskiej, św. Jana na Lateranie. Nabożeństwu przewodniczyć będzie wikariusz generalny papieża dla diecezji rzymskiej, kardynał Baldassare Reina.

    Następnie, w niedzielę 28 grudnia, kardynał James Harvey, jako archiprezbiter zamknie Drzwi Święte w Bazylice św. Pawła za Murami podczas uroczystego nabożeństwa.

    Papież Leon XIV zakończy rok kalendarzowy 2025 „Te Deum” podczas Nieszporów w Bazylice św. Piotra; to dziękczynienie za miniony rok rozpocznie się 31 grudnia o godzinie 17:00.

    Uroczystości w styczniu. Jak będą wyglądać?

    W Nowy Rok papież odprawi Mszę św. w Bazylice św. Piotra o godzinie 10:00. Ojciec Święty opublikował już swoje orędzie na 59. Światowy Dzień Pokoju, który Kościół katolicki obchodzi tego dnia. W orędziu ostro krytykuje obecne globalne zbrojenia i rosnącą militaryzację myślenia

    Kolejnym punktem papieskiego programu będzie zamknięcie Drzwi Świętych w Bazylice św. Piotra podczas Mszy św. we wtorek, 6 stycznia, o godzinie 9:30. Ten symboliczny akt zakończy, po 54. tygodniach, Rok Święty, który papież Franciszek zainaugurował w Boże Narodzenie 2024 roku.

    Po serii bożonarodzeniowych uroczystości, 7 stycznia w Watykanie rozpocznie się długo oczekiwane dwudniowe zgromadzenie wszystkich kardynałów Kościoła z całego świata. Na pierwszym „nadzwyczajnym konsystorzu” swojego pontyfikatu papież Leon XIV zamierza omówić z nimi ważne kwestie dotyczące przyszłości Kościoła katolickiego.

    Vatican mediaKAI – Stacja7

    ***

    Radość Świąt kontra obchód męczeństwa. Dlaczego czcimy św. Szczepana w oktawie Narodzenia Pańskiego?

    (Męczeństwo św. Szczepana © Raimond Spekking Wikimedia Commons)

    ***

    Liturgiczny obchód męczeństwa św. Szczepana pozornie zdaje się stać w sprzeczności z radością Bożego Narodzenia. Przecież do Świąt przygotowywaliśmy się przez cały Adwent, poprzedziliśmy je dniem Wigilii, a wreszcie przyszliśmy nawet na Mszę św. w środku nocy – wszystko po to, by radować się z narodzin Boga-Człowieka. Jednak już następnego dnia Kościół zdaje się odwracać uwagę od żłóbka, by rozważać ukamienowanie św. Szczepana. Czy obchód ku czci Pierwszego Męczennika znalazł się w tym dniu przypadkiem, czy raczej ma on głębsze znaczenie?

    Święty Szczepan był pierwszym męczennikiem, który oddał życie za wiarę w Chrystusa. W tym czasie Kościół był „nowonarodzony”, bo założony przez Chrystusa niewiele wcześniej. Umieszczenie obchodu ku czci świętego diakona jeszcze w oktawie Bożego Narodzenia symbolicznie łączy Narodziny Chrystusa z narodzinami Kościoła. Jak podkreślił ks. Aaron B. Huberfeld ICRSS, wspomnienia konkretnych świętych w oktawie Bożego Narodzenia mają starożytną tradycję:

    Pierwsze trzy święta oktawy Bożego Narodzenia są obchodzone od starożytności. Zawsze pobożnie nazywano je Trzema Towarzyszami. Zaczynamy od św. Szczepana, zamordowanego z polecenia Szawła z Tarsu, którego nawrócenie będziemy świętować miesiąc później. Szczepan był męczennikiem loquendo et moriendo – przez swoje słowa i przez swoją śmierć. Następnego dnia wracamy do białych szat liturgicznych, ponieważ św. Jan jest jedynym Apostołem, którego nie wspomina się w czerwieni. Był on jedynym Apostołem, który nie opuścił swego Zbawiciela na Kalwarii, i dlatego Bóg postanowił, że będzie on męczennikiem loquendo sed non moriendo – przez swoje słowa, lecz nie przez śmierć: został bowiem cudownie zachowany od egzekucji i zakończył swoje życie w pokoju na wyspie Patmos. Następnie, 28 grudnia, obchodzimy święto Świętych Młodzianków Męczenników – tych maleńkich dzieci z Betlejem, które, jak modlimy się w kolekcie ich Mszy, dały świadectwo Chrystusowi non loquendo, sed moriendo – nie przez słowa, lecz przez swoją śmierć, gdyż zostały zabite przez rozszalałego Heroda na wypadek, gdyby jedno z nich było nowo narodzonym Królem[1]– napisał ks. Huberfeld na łamach portalu New Liturgical Movement.

    Umieszczenie św. Szczepana w kalendarzu liturgicznym zaraz po Bożym Narodzeniu ma jeszcze głębszy powód, który można zobaczyć analizując mowę Pierwszego Męczennika wygłoszoną przed Sanhedrynem. Szczepan przedstawił w niej prawie całą historię zbawienia, począwszy od starotestamentalnych patriarchów: Abrahama, Izaaka, Jakuba i Mojżesza. To właśnie w dziejach tych postaci widzimy zapowiedzi obiecanego Mesjasza, który miał wybawić swój lud.

    Abraham nie wahał się poświęcić swojego Syna, aby wypełnić Boską prośbę. Podobieństwo jego historii do Boga Ojca ofiarującego swojego Syna za nasze grzechy nasuwa się samo. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne – czytamy w Ewangelii św. Jana (J 3,16). To jeszcze nie koniec symboli mesjańskich. Izaak mający umrzeć na górze wchodził na nią niosąc drewno; podobnie kilka tysięcy lat później Chrystus niósł drzewo krzyża na Górę Kalwarię, by na jej szczycie oddać zostać zabitym dla odkupienia ludzkości. Obydwu nim śmierć nie wyrządziła szkody; Izaak został od niej uratowany, a Chrystus, choć śmierć poniósł, to jednak wyszedł z niej zwycięsko.

    Kolejnym archetypem Mesjasza był Józef, sprzedany Egipcjanom przez swoich braci. Z tego złego czynu Bóg wyprowadził jednak dobro, ponieważ wiele lat później ten sam Józef – już jako wysoki urzędnik faraona – uratował swoich braci od śmierci z głodu. Historia ta powtórzyła się w osobie Chrystusa, który został wydany przez swój lud, a nawet sprzedany przez Judasza za trzydzieści srebrników. Śmierć Chrystusa była jednak elementem Bożego planu i właśnie przez nią ludzkość została wyzwolona z niewoli grzechu.

    Najwięcej mesjańskich zapowiedzi znajdujemy jednak w dziejach Mojżesza. Pierwszym z nich było cudowne przejście przez Morze Czerwone, w czym Kościół widzi zwiastun paschalnego przejścia Chrystusa ze śmierci do życia – stąd opis tego wydarzenia czytany jest w czasie Wigilii Paschalnej. Mojżesz był również tym, który przekazał Prawo Narodowi Wybranemu. Podobnie Chrystus dał prawo Nowego Testamentu odkupionej ludzkości, z taką jedynie różnicą, że jako Bóg sam był autorem tego prawa. Symboli jest nawet więcej. W czasie podróży przez pustynię pod wodzą Mojżesza Bóg karmił swój lud manną, tak jak później będzie ich karmił Ciałem i Krwią swojego Syna, a miedziany wąż wywyższony na pustyni i wybawiający od śmierci jest archetypem Chrystusa wywyższonego na krzyżu, przynoszącemu wierzącym wybawienie od śmierci wiecznej. Wreszcie sam Mojżesz zapowiedział mającego nadejść Mesjasza w słowach: Proroka jak ja wzbudzi wam Bóg spośród braci waszych (Pwt 18,15).

    Starotestamentalni posłannicy Boga byli niestety niejednokrotnie odrzucani. Tak stało się m.in. z Józefem sprzedanym do Egiptu czy Mojżeszem, którego faraon nie tylko nie posłuchał, ale nawet ścigał ze swoim wojskiem. Co więcej, Mojżesza odrzucił również jego własny lud, przeprowadzony niegdyś cudownie przez Morze Czerwone. Ci sami Izraelici, którzy widzieli plagi i cuda z jego ręki, a więc sami doświadczyli tego, że Bóg działał przez niego, zwątpili i zaczęli tęsknić za Egiptem. A przecież to właśnie w Egipcie cierpieli ogromny ucisk! Zamiast oddawać cześć Bogu, który ich wybawił, uczynili złotego cielca i oddawali mu cześć.

    W podobny sposób Chrystus został odrzucony i zabity przez własny lud. Żydzi wydali Go na śmierć pomimo cudów, a nawet wskrzeszeń, które uczynił. I właśnie to Szczepan wypomniał Sanhedrynowi: że skazali niewinnego człowieka na śmierć. Porównał ich zachowanie do postawy braci Józefa czy Izraelitów na pustyni. Któregoż z proroków nie prześladowali wasi ojcowie? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. A wyście zdradzili Go teraz i zamordowali. Wy, którzy otrzymaliście Prawo za pośrednictwem aniołów, lecz nie przestrzegaliście go – mówił Szczepan (Dz 7,52-53). Te słowa wywołały gniew u żydów, którzy rzucili się na świętego diakona z kamieniami. Powodem śmierci Szczepana była więc jego wiara w Chrystusa będącego wypełnieniem figur Starego Testamentu.

    Mowa Szczepana miała miejsce niedługo po zakończeniu ziemskiego żywota Zbawiciela, czyli po Jego Wniebowstąpieniu. I właśnie w tej mowie Pierwszy Męczennik pokazał, że Jezus Chrystus był wypełnieniem starotestamentalnych figur i Mesjaszem oczekiwanym od dawna. Kościół, umieszczając obchód św. Szczepana jeszcze w oktawie Bożego Narodzenia, chce podkreślić – tak jak Szczepan w swojej mowie – że w tym narodzonym w Betlejem Dzieciątku wypełniły się biblijne zapowiedzi Mesjasza.

    Pojawiające się 26 grudnia w kościele czerwony kolor liturgiczny i opis ukamienowania Pierwszego Męczennika pozornie stanowią pewną sprzeczność z radosnym czasem Bożego Narodzenia. W rzeczywistości jednak święto to pozwala nam lepiej zastanowić się nad tajemnicą Wcielenia, ponieważ Szczepan jako pierwszy oddał swoje życie za wiarę w Bóstwo Dzieciątka z Betlejem. Jak opisuje św. Łukasz, nawet gdy żydzi zapłonęli gniewem przeciwko Szczepanowi, on odważnie wyznawał wiarę w Bóstwo Syna Człowieczego: Gdy to usłyszeli, zawrzały gniewem ich serca i zgrzytali zębami na niego A on, pełen Ducha Świętego, patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7,54-56).

    Adrian Fyda

    [1] https://www.newliturgicalmovement.org/2018/12/guest-article-octave-and-twelve-days-of.html

    PCh24.pl

    ***

    Nakazane święta kościelne w 2025 roku

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.

    Święta nakazane w 2025 roku:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2025 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak polscy biskupi zachęcają do udziału w liturgii również w te dni.

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    5 marca (środa) – Środa Popielcowa

    17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 30 listopada.

    ***

    Czwarta Niedziela Adwentu

    21 grudnia

    ***

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    kościół św. Piotra

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    ***

    W poniedziałek 22 grudnia i w środę 24 grudnia – ostatnie Msze święte Roratnie w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 7.00

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW, G3 7SD

    fot. Daiga Ellaby/ Unsplash

    ***

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    środa 17 grudnia


    Ojciec święty Leon XIV:

    Prawdziwy skarb znajdujemy w sercu otwartym na Boga

    (PCh24TV)

    ***

    – Prawdziwą przystanią dla serca nie jest posiadanie dóbr tego świata, lecz osiągnięcie tego, co może je napełnić całkowicie, czyli miłości Boga, a raczej Boga, który jest Miłością – powiedział Ojciec Święty podczas audiencji generalnej 17 grudnia. Temat wygłoszonej katechezy brzmiał: „Pascha jako przystań dla niespokojnego serca”.

    Leon XIV przypomniał, że ludzkie życie naznaczone jest nieustannym ruchem i działaniem. W świecie, który wymaga szybkości i skuteczności, rodzi się pytanie: czy w zmartwychwstaniu Chrystusa odnajdujemy odpoczynek? – Wiara mówi nam: tak, odpoczniemy. Nie będziemy bezczynni, lecz wkroczmy do odpoczynku Boga, który jest pokojem i radością – zaznaczył papież.

    Ojciec Święty zauważył, że nadmiar aktywności bywa wirującym chaosem, odbierającym pokój serca. – Czasami, pod koniec dni pełnych zajęć, czujemy się puści. Dlaczego? Ponieważ nie jesteśmy maszynami, lecz „mamy serce”, a nawet więcej, możemy powiedzieć, że „jesteśmy sercem” – zaznaczył Ojciec Święty. Serce stanowi centrum naszego człowieczeństwa, miejsce, gdzie przechowujemy prawdziwy skarb, bowiem jak uczy Pan Jezus: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. (Mt 6, 21).

    – To w sercu przechowuje się prawdziwy skarb, a nie w ziemskich sejfach, nie w wielkich inwestycjach finansowych, które dziś jak nigdy dotąd są szalone i niesprawiedliwie skoncentrowane, ubóstwiane za krwawą cenę milionów ludzkich istnień i zniszczenia Bożego stworzenia – wskazał papież. Zachęcił do odczytywania swego życia w świetle Paschy. Wyjaśnił, że oznacza to odnalezienie dostępu do istoty człowieka, do naszego niespokojnego serca.

    Leon XIV zauważył, że pośród licznych zajęć, którym nieustannie stawiamy czoła, coraz częściej pojawia się ryzyko rozproszenia, braku sensu lub rozpaczy – nawet u osób pozornie odnoszących sukcesy. Zaznaczył, iż ten niepokój nie jest chaosem, lecz znakiem, że zostaliśmy stworzeni dla pełni, dla miłości. W tym kontekście papież przywołał słowa św. Augustyna, który powiedział, że nasze serce jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu.- Prawdziwą przystanią dla serca nie jest posiadanie dóbr tego świata, lecz osiągnięcie tego, co może je napełnić całkowicie, czyli miłości Boga, a raczej Boga, który jest Miłością. Ten skarb można jednak odnaleźć jedynie miłując bliźniego, którego spotykamy na naszej drodze: braci i siostry z krwi i kości, których obecność pobudza i stawia pytania naszemu sercu, wzywając je do otwarcia się i dania siebie w darze – powiedział Ojciec Święty, dodając, iż w ten sposób serce wraca do swojego źródła i odnajduje sens.

    – Niespokojne serce nie będzie rozczarowane, jeśli wejdzie w dynamizm miłości, dla której jest stworzone. Cel jest pewny, życie zwyciężyło i w Chrystusie będzie nadal zwyciężało: we wszystkim, co na co dzień obumiera. Oto nadzieja chrześcijańska: błogosławmy i dziękujmy zawsze Panu, który nam ją dał! – stwierdził papież na zakończenie swojej katechezy.

    źródło: KAI

    ***

    Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.

    Wielkie O! Antyfony o niezwykłej treści

    Zestawienie pierwszych liter antyfon wielkich, czytane od tyłu, daje zawołanie, które jest istotą ostatnich dni Adwentu.

    fot. Józef Wolny/Tygodnik Niedziela

    ***

    Od 17 grudnia w aklamacjach śpiewanych przed Ewangelią pojawiają się antyfony o niezwykłej treści. „Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać” – słyszymy 19 grudnia. „Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach” – rozbrzmiewa w kościołach następnego dnia. To niektóre z wezwań tzw. antyfon wielkich, śpiewanych w ostatnich dniach przed Narodzeniem Pańskim. Ich brzmienie i styl zdradzają wielowiekową tradycję. Istotnie – powstały pod koniec VI wieku, gdy na gruzach Imperium Rzymskiego w bólach rodziło się średniowiecze. Straszne to były czasy dla spadkobierców chwały dawnego Rzymu. Przez Europę przewalały się dzikie ludy, wywracając ustalony od wieków porządek, mordując lub porywając ludzi tysiącami i zajmując ich siedziby. Obrazu totalnej zagłady dopełniały kataklizmy naturalne i zarazy koszące całe społeczności. W takich okolicznościach na Stolicy Piotrowej zasiadł Grzegorz I (590–604), któremu chrześcijanie nadadzą niebawem przydomek Wielki, a Kościół wyniesie go do chwały ołtarzy, aby wreszcie ogłosić doktorem Kościoła. To za jego pontyfikatu ustalono, że Adwent w wersji rzymskiej będzie trwał 4 tygodnie, i to on wprowadził do liturgii antyfony wielkie, których treść w niezrównany sposób wyraża tęsknotę za Zbawicielem. W jego czasach ludzie, wciąż niepewni nie tylko swojego jutra, ale nawet swego dziś, zdawali sobie sprawę z chwiejności spraw tego świata. Byli zatem bardziej świadomi swojej rzeczywistej kondycji, niż są jej świadomi ludzie współcześni, żyjący w pozornej stabilizacji. Słowo Boże pozostaje jednak niezmienne. I niezmiennie aktualne pozostają zakorzenione w Starym Testamencie słowa tęsknoty. To esencja Adwentu.

    Skąd się to wzięło

    Mrok słabo rozjaśniony światłami lampionów – to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi na myśl w odniesieniu do Adwentu. Nastrój tajemniczości, jaki towarzyszy przygotowaniu na przyjście Zbawiciela, dobrze wyraża istotę tego okresu – czekamy przecież na nadejście wieczystej światłości. Takie jest znaczenie łacińskiego słowa adventus: przyjście, przybycie. Już w starożytności chrześcijanie określali tym słowem podwójne nadejście Chrystusa. Pierwsze odnosiło się do Mesjasza, który przyjął ciało i narodził się, gdy nadeszła „pełnia czasu”. Drugie dotyczy przyjścia Chrystusa w czasie paruzji.

    Na początku chrześcijanie „adwentem” nazywali święta Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego, a dopiero później zaczęto używać tego określenia na oznaczenie czasu przygotowania do tych świąt. Mogło to być najwcześniej w drugiej połowie IV wieku, bo dopiero wówczas na stałą datę obchodów Narodzenia Pańskiego wyznaczono 25 grudnia. Nie od razu jednak wyznaczono jednolity czas trwania Adwentu. Długo obok siebie istniały tradycje gallikańska i rzymska. Ta pierwsza nadała Adwentowi charakter pokutny, powiązany z postem i wzmożoną modlitwą, nieco podobny w atmosferze do Wielkiego Postu. W Rzymie było inaczej. Tam obchody Adwentu wprowadzono dopiero w drugiej połowie VI wieku i nie miały one charakteru pokutnego. Nie poszczono, położono za to akcent na liturgię, która podkreślała radosne oczekiwanie na święta Narodzenia Pańskiego.

    Z upływem czasu doszło do połączenia obu tradycji, wskutek czego Adwent przyjął formę istniejącą do dzisiaj. W liturgii obecne są elementy rzymskie, akcentujące radosne oczekiwanie, a także gallikańskie, podkreślające rys ascetyczny w postaci koloru fioletowego i braku śpiewu Gloria (brak ten nie jest jednak wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, ale oczekiwania na pełne wybrzmienie tego hymnu w noc Narodzenia Pańskiego).

    Nowa forma była propagowana zwłaszcza przez benedyktynów i cystersów. W XIII w., w znacznym stopniu za sprawą nowych zakonów, takich jak franciszkanie, rozpowszechniła się w całym Kościele.

    Im bliżej, tym gęściej

    Adwent w obecnym kształcie otwiera rok liturgiczny i obejmuje cztery niedziele poprzedzające 25 grudnia. W zależności od kalendarza może więc trwać od 23 do 28 dni. Dzieli się na dwa okresy. Pierwszy, trwający od początku Adwentu do 16 grudnia, akcentuje powtórne przyjście Jezusa na końcu czasów. Znajduje to odbicie w tekstach liturgicznych.

    Okres drugi, nawiązujący już bezpośrednio do uroczystości Narodzenia Pańskiego, koncentruje się na wezwaniu do powrotu do dziecięctwa Bożego. Obie części łączą czytania z Księgi Izajasza, które zapowiadają nadejście Mesjasza albo wyrażają tęsknotę za Nim. Przyjście Zbawiciela jest powodem do radości, co najmocniej podkreśla liturgia III niedzieli Adwentu, zwanej niedzielą Gaudete. Tego dnia antyfona na wejście brzmi: Gaudete in Domino (Radujcie się w Panu). Radość tę symbolizuje kolor różowy, którego można użyć podczas liturgii. Również teksty liturgiczne w tym dniu wyrażają radość z bliskiego już przyjścia Pana.

    Atmosfera ostatnich dni Adwentu, poczynając od 17 grudnia, gęstnieje. Przyczyniają się do tego wspomniane wielkie antyfony, zwane także antyfonami „O!”, bo w oryginalnej wersji każda z nich zaczyna się od tego wołacza. Treść owych krótkich wezwań modlitewnych, adresowanych do Chrystusa, pochodzi ze Starego Testamentu, a pojawiające się tam imiona Boże są głęboko zakorzenione w proroctwach mesjańskich. O Sapientia, quae ex ore Altissimi prodisti… – brzmi początek pierwszej (O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego…). Kolejne zaczynają się od słów: O Adonai (Panie); O Radix (Korzeniu); O clavis David (Kluczu Dawida); O Oriens (Wschodzie); O Rex (Królu); O Emmanuel.

    Pierwsze litery antyfon, zebrane razem i odczytane od tyłu, tworzą tajemnicze łacińskie hasło ERO CRAS (Będę jutro).

    Żywy zabytek

    Wielkie antyfony śpiewa się przed hymnem „Magnificat” podczas nieszporów w ostatnich dniach Adwentu. Od Soboru Watykańskiego II są obecne w uproszczonej formie także we Mszy św., w wersecie śpiewanym przed Ewangelią. Są to jakby okrzyki radości na cześć nadchodzącego Pana, zapowiadanego w proroctwach.

    Według tradycji antyfony „O” wprowadził do liturgii papież św. Grzegorz Wielki. To wezwania do mającego się wkrótce narodzić Jezusa Chrystusa. Obecny kształt literacki nadał im żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu, wybitny teolog i liturgista. To za jego czasów charakter Adwentu wzbogacił się o rys eschatologiczny, stając się także czasem oczekiwania na ostateczny powrót Chrystusa w chwale.

    Antyfony wielkie to żywy zabytek, liczący prawie półtora tysiąca lat tradycji, ale, jak zwykle w przestrzeni ducha, jest to tradycja ciągle pełna treści i nigdy nie traci aktualności. Mogą one służyć za podstawę wspólnych lub osobistych rozważań i modlitw. Można się nimi modlić także poza liturgią, wielokrotnie w ciągu dnia, na przykład traktując jako tzw. akty strzeliste. Bezustannie karmią duszę, bo też niezmiennie wyrażają tę samą tęsknotę kolejnych pokoleń chrześcijan za Tym, który jest już blisko. Będzie jutro.

    ***

    Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.

    Antyfony te obecne są w liturgii Adwentu od czasów Grzegorza Wielkiego. Znane zwłaszcza z wieczornych nieszporów, kiedy śpiewamy je przed hymnem „Magnificat”, swoje miejsce znalazły też we Mszy świętej.

    Treść antyfon stanowi jakby okrzyki radości, wzywające Pana różnymi imionami: Mądrość, Adonai, Korzeń Jessego, Klucz Dawida, Wschód, Król narodów czy Emmanuel. Imiona te są głęboko zakorzenione we wskazujących na oczekiwanego Mesjasza proroctwach Starego Testamentu.

    Piękną obietnicę kryją również pierwsze litery wyśpiewywanych w antyfonach imion – tytułów oczekiwanego Mesjasza, stanowiące akrostych: gdy odczytamy je od tyłu, powstaje tajemnicze łacińskie hasło „Ero cras” (Emmanuel – Rex – Oriens – Clavis – Radix – Adonai – Sapientia), czyli „Jutro przybędę”.

    Teksty Antyfon:

    17 grudnia – Mądrości Najwyższego, która zarządzasz wszystkim mocno i łagodnie, przyjdź i naucz nas drogi roztropności (Iz 11,2-3; 28,29)

    18 grudnia – Wodzu domu Izraela, który na Synaju dałeś Prawo Mojżeszowi, przyjdź nas odkupić mocą Twojego ramienia (Iz 11,4-5; 33,22)

    19 grudnia – Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać (Iz 11:1; 11:10)

    20 grudnia – Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach (Iz 9,6; 22:22)

    21 grudnia – O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci (Iz 9,2)

    22 grudnia – Królu narodów, Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego z mułu utworzyłeś (Iz 2,4; 9,7)

    23 grudnia – Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, przyjdź nas zbawić, nasz Panie i Boże (Iz 7,14)

    ***

    Adwentowe antyfony „O”.

    Kryją w sobie ważną obietnicę

    Elena/Flickr

    ***

    Gdy zestawimy łacińskie tytuły wielkich antyfon adwentowych i spojrzymy na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzą akrostych „Ero cras” – „Przyjdę jutro”.

    Czas poprzedzający Wigilię Bożego Narodzenia to chyba najbardziej zabiegane dni w roku. Pomimo że tempo codziennych wydarzeń wydaje się zwalniać i coraz mniej myślimy o naszych zwykłych obowiązkach, to lista spraw, które wymagają szybkiego załatwienia, wciąż rośnie.

    Trzeba kupić choinkę i rozejrzeć się za odpowiednią ilością karpia, wciąż jeszcze nie mamy wszystkich prezentów, w domu czekają nas porządki itp.

    Wielkie antyfony adwentowe – co to jest

    Tymczasem w wieczory tych grudniowych dni, od 17 do 23 grudnia, czyli w ostatnim tygodniu Adwentu, w tradycji Kościoła łacińskiego podczas modlitwy nieszporów śpiewa się lub odmawia od wieków tzw. wielkie antyfony „O”. Poprzedzały one hymn Magnificat, stanowiący dziękczynienie Maryi za łaskę cudownego poczęcia Chrystusa.

    Za autora tych krótkich, zawierających trzy lub cztery wersy płomiennych wezwań modlitewnych, uważany jest św. Grzegorz Wielki – papież, którego pontyfikat przypadł na koniec VI wieku i który jest czczony zarówno przez chrześcijański Zachód, jak i Wschód. Był on równocześnie najbardziej prawdopodobnym twórcą liturgii rzymskiej.

    O czym mówią antyfony „O”

    Ostateczny, niezmieniony po dziś dzień, kształt literacki antyfonom miał z kolei nadać żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu. Każda z napisanych przez niego siedmiu antyfon na dni od 17 do 23 grudnia ma dość logiczną konstrukcję stylistyczną.

    Zaczyna się od wezwania do przychodzącego Chrystusa (zawsze poprzedzonego “O”, stąd nazwa antyfon). Choć nigdy nie nazywa Go po imieniu, lecz określa opartymi na Starym Testamencie metaforami literackimi: „Mądrość, która wyszła z ust Najwyższego”, „Adonai, wódz Izraela”, „Korzeń Jessego”, „Klucz Dawida”, „Wschód”, „Król narodów” oraz „Emmanuel”.

    Te dostojne synonimy potęgują uczucie tajemniczości i oczekiwania na wielkie wydarzenie. Zapadające coraz szybciej mroki wieczoru rozświetla wizja zwycięskiego władcy i króla, który – jak wschodzące o poranku słońce – przezwycięża nocny lęk i zagubienie, ogrzewając swoim nieprzemijającym i wiecznym blaskiem pogrążony w letargu świat.

    „O Wschodzie, Blasku światłości wieczystej i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć żyjących w mroku i cieniu śmierci” – woła antyfona z 21 grudnia. Dobrze ona koresponduje z troparionem (specjalnym hymnem liturgicznym) śpiewanym na Wschodzie w dzień Bożego Narodzenia, który „napełnił wszechświat światłem poznania, dzięki czemu czciciele gwiazd od Gwiazdy nauczyli się czcić Ciebie, Słońce sprawiedliwości, i poznali, że Ty jesteś Wschodzącym z wysokości”.

    Po każdym wezwaniu antyfony, w jej drugiej części, znajdziemy krótką prośbę o dobre owoce wcielenia, które wyzwala człowieka z jego grzesznej i słabej kondycji. Słyszymy słowa o „wyprowadzeniu z więzienia człowieka pogrążonego w cieniu śmierci”, o „wyzwoleniu potężnym ramieniem” czy też „nauczenie nas dróg roztropności”. Nacechowane optymizmem i nadzieją zapowiedzi poprzedza konsekwentnie ten sam czasownik: „przyjdź” (łac. „veni”).

    ***

    Przyjdź, Panie Jezu!

    Co ciekawe, gdy zestawimy łacińskie tytuły antyfon i spojrzymy na ich pierwsze litery, to czytane od końca utworzą akrostych „Ero cras” – „Przyjdę jutro”.

    Sapientia
    Adonai
    Radix Jesse
    Clavis David
    Oriens
    Rex gentium
    Emmanuel

    Przez stulecia antyfony ostatniego tygodnia przed Bożym Narodzeniem stanowiły natchnienie dla artystów i kompozytorów. Śpiewane najpierw w klasztorach w jednogłosowej tonacji chorałowej, przez wieki obudowane zostały coraz bardziej dostojnymi formami muzycznymi. Niezależnie jednak od iskrzącej się feerią dźwiękowych barw ornamentyką, wszystkie wyrażają gotowość rodzaju ludzkiego na przyjęcie przychodzącego Pana, który przed wiekami nie znalazł miejsca narodzenia, poza małą szopą za miasteczkiem.

    Dzisiaj, biegnące gdzieś niepostrzeżenie między zakorkowanymi ulicami i migotającymi przedświątecznymi reklamami, słowa antyfon każą na chwilę przystanąć i zapytać się: czy jesteśmy gotowi przyjąć Dziecię narodzone w Betlejem?

    Czy Jego blask i obraz dostrzegamy nie tylko w tych, którzy zmęczeni, choć zadowoleni, wracają obładowani torbami z upominkami z galerii handlowych, ale we wszystkich potrzebujących, samotnych i opuszczonych? Śpiących w środkach komunikacji miejskiej i gromadzących się w tych dniach tak licznie na wigiliach dla ubogich lub bezdomnych? W kolumnach uchodźców przemierzających pieszo Bałkany i stojących pod granicami Unii Europejskiej?

    Do nich również, a może i przede wszystkim, zwracają się teksty grudniowych antyfon, z radością oznajmujących, że to, co niemożliwe dla człowieka, zawsze jest możliwe dla Boga i Jego Syna. Pan przyjdzie już jutro – do wszystkich i dla wszystkich.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    ***

    Wielkie antyfony adwentowe – wezwania pełne tajemnicy

    fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny

    ***

    Wielkie antyfony wyrosły w tradycji monastycznej i znalazły swoje miejsce w liturgii godzin.

    Wszystkie nawiązują do tekstów Starego Testamentu, z nich też zaczerpnęły tytuły mesjańskie: Mądrość, Adonai, Pan, Wódz Izraela, Korzeń Jessego, Znak dla narodów, Klucz Dawida, Berło domu Izraela, Wschód, Blask Światła wiecznego, Słońce Sprawiedliwości, Król narodów, Kamień węgielny Kościoła, Emmanuel, Król i Prawodawca, Zbawiciel narodów. Głębia tych tytułów budzi zachwyt, tęsknotę za Chrystusem, objawieniem się tej pełni, która nastanie wraz z Jego ostatecznym przyjściem. Zdumiewa fakt, że „imię Jezus” nie pojawia się bezpośrednio w żadnej antyfonie, natomiast każda z nich odsłania jakąś część Jego tajemnicy. Każdą z antyfon można podzielić na trzy części. W pierwszej znajduje się jeden lub kilka tytułów mesjańskich, w drugiej rozwinięcie, które stanowi komentarz. Ostatnia część to bezpośredni zwrot do Chrystusa, rozpoczynający się od słowa „przyjdź”. Antyfony to pełna tęsknoty modlitwa, żarliwe błaganie, wołanie o…

    Mądrość, która wyszła z ust Najwyższego

    O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego, Ty obejmujesz wszechświat od krańca do krańca i wszystkim rządzisz z mocą i słodyczą; przyjdź i naucz nas dróg roztropności.

    Ta antyfona jest utkana z trzech starotestamentalnych cytatów. Pierwszy pochodzi z Księgi Syracydesa. Uosobiona Mądrość otwiera usta wobec zgromadzenia i stwierdza: „Wyszłam z ust Najwyższego i niby mgła okryłam ziemię” (24,3). Drugi zaczerpnięty jest z Księgi Mądrości. Tutaj Mądrość „sięga potężnie od krańca do krańca i włada wszystkim z dobrocią” (8,1). Z Księgi Przysłów zaczerpnięty jest motyw wzywający ludzi do prawego postępowania: „Odrzućcie głupotę i żyjcie, chodźcie drogą rozwagi!” (9,6).

    Mądrością jest Boży Syn, Logos, Odwieczne Słowo. W Nim zamieszkała cała pełnia Bóstwa. On otwiera swe usta pośród swego ludu, a w Jego słowach jest Duch i życie. Słuchając ich z wiarą, otwieramy się na dar, zbliżamy się do obiecanej nam pełni. Chrystus, Odwieczne Słowo, staje się pochodnią dla naszych stóp i światłem na naszych ścieżkach, pokarmem dla pokładających w Nim nadzieję. Jednocześnie nawiązanie do biblijnej tradycji mądrościowej wskazuje na tajemnicę Trójcy oraz temat nowego stworzenia. Ojciec stwarza świat przez Słowo, swojego Syna, oraz tchnienie Ducha. Syn z łagodnością wprowadza nas w tajemnicę królestwa, obdarza łaską i chwałą, uzdalnia do tego, by żyć darem nowego życia.

    Adonai, Pan, Wódz Izraela

    O Adonai, Wodzu Izraela, Tyś w krzaku gorejącym objawił się Mojżeszowi  i na Synaju dałeś mu Prawo; przyjdź nas wyzwolić swym potężnym ramieniem.

    Ta antyfona to kompozycja czterech cytatów z Księgi Wyjścia, które stanowią niezwykle głęboką interpretację opowieści o krzewie gorejącym. Bóg wychodzi na spotkanie Mojżesza w tajemnicy krzewu, który płonie, ale się nie spala. Jest Wodzem Izraela, Tym, który prowadzi przez pustynię do ziemi obietnic. On wybawia swój lud z niewoli grzechu, działa mocą swojego potężnego ramienia, które wskazuje na wyzwalającą moc Boga.

    Chrystus nazwany jest Adonai, to znaczy Pan i Władca. To tytuł, który w Starym Testamencie zarezerwowany był jedynie dla Boga. Odniesienie go do Chrystusa wskazuje na Jego Bóstwo. Słowa antyfony wskazują i na to, że teraz to człowieczeństwo Syna Bożego jest nowym krzewem gorejącym, miejscem objawienia się potęgi Bożej miłości. W Nim zostały wypełnione wszystkie obietnice. On jest nowym Mojżeszem, nową Torą, Panem i Prawodawcą. On jest Zbawicielem, którego wyglądali patriarchowie, prorocy i wszyscy, którzy poszli za ich słowem. On jest Wodzem, który prowadzi nas z niewoli grzechu ku prawdziwej wolności dzieci Bożych.

    Przyjdź, o Adonai, Panie i Królu! Rozgrzej płomieniem miłości nasze letnie serca. Wypisz w ich głębi swoje Prawo. Wyzwól nas z tego, co ogranicza objawienie się Twojej chwały. Obyśmy mogli spocząć w Tobie, krzewie gorejącym, który nigdy nie przestaje płonąć żarliwą miłością.

    Korzeń Jessego, Znak dla narodów

    O Korzeniu Jessego, który się wznosisz jako znak dla narodów, przed Tobą zamilkną królowie, a ludy modlić się będą do Ciebie; przyjdź nas wyzwolić, już dłużej nie zwlekaj.

    Do głosu w tej antyfonie dochodzą dwa wersety z Księgi Izajasza. „Owego dnia to się stanie: Korzeń Jessego stać będzie na znak dla narodów. Do niego ludy przyjdą po radę” (11,10). Autor antyfony zestawił to proroctwo z innym fragmentem, zaczerpniętym z czwartej pieśni o słudze Pańskim: „Tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta” (Iz 52,15). Zapowiedź narodzin i odniesienie do pieśni, która mówi o cierpieniu Mesjasza, tworzą przedziwne zestawienie.

    Spełnienie mesjańskich obietnic wiąże się z tajemnicą paschalną. Syn „owinięty w pieluszki i złożony w żłobie” jest znakiem dla pasterzy. Ale też On, zgodnie z proroctwem Symeona, jest znakiem, któremu sprzeciwiać się będą. W sposób szczególny ów „znak” ujawni swoje znaczenie w „godzinie Jezusa”. Ukrzyżowanie to moment, w którym narody patrzą na „Tego, którego przebili”. W zmartwychwstaniu Chrystus wychodzi z „wnętrza ziemi”, by na wielki królować w chwale Ojca. Wówczas ujawnia się potęga Bożej miłości. Ta miłość podnosi i wyzwala, uzdrawia i przebacza. Tęsknota za nią dosięga najgłębszych warstw naszego istnienia.

    Klucz Dawida, Berło domu Izraela

    O Kluczu Dawida i Berło domu Izraela, Ty, który otwierasz, a nikt zamknąć nie zdoła, zamykasz, a nikt nie otworzy; przyjdź i wyprowadź z więzienia człowieka, pogrążonego w mroku i cieniu śmierci.

    Ta antyfona jest kompilacją trzech cytatów. Pierwszy pochodzi z Księgi Izajasza. Bóg ogłasza przez proroka: „Położę klucz domu Dawidowego na jego ramieniu; gdy on otworzy, nikt nie zamknie, gdy on zamknie, nikt nie otworzy (22,22). Drugi to nawiązanie do błogosławieństwa Jakuba z Księgi Rodzaju: „Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród kolan jego, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów!” (49,10). Trzeci zaczerpnięty jest z Psalmu 107, medytacji o wędrówce Izraelitów przez pustynię. „W swoim ucisku wołali do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. I wyprowadził ich z ciemności i mroku, a ich kajdany pokruszył” (107,10-14).

    Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii, absolutnym centrum, Alfą i Omegą. On posiada pełnię władzy, która nie przeminie. Władza ta obejmuje nie tylko „dom Dawida”, czyli naród wybrany, ale rozciąga się na wszystkie ludy i narody. Słowa o więzieniu, a także o mroku i cieniu śmierci, możemy odczytywać w świetle prawdy o zstąpieniu Chrystusa do otchłani. Klucz Dawida jest zatem metaforą zmartwychwstania. Bóg wyprowadza swego Syna z krainy śmierci, pokazując, że bramy nieba pozostają dla nas otwarte. „W nadziei już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,24).

    Wschód, Blask Światła wiecznego, Słońce Sprawiedliwości

    O Wschodzie, Blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci.

    W antyfonie możemy odnaleźć nawiązanie do co najmniej trzech starotestamentalnych cytatów. Pierwszy, z Księgi Mądrości, ukazuje mądrość jako „odblask wieczystej światłości” (7,26). Proroctwo z Księgi Malachiasza mówi o prawdziwie pobożnych, adorujących Boga: „A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach” (3,20). Współcześnie najmniej ewidentne jest odniesienie do trzeciego cytatu z Księgi Zachariasza: „Przyjdzie mąż, a imię jego Odrośl” (6,12a). W Wulgacie, łacińskim tłumaczeniu Biblii używanym w czasie, w którym komponowano antyfony, słowo „Odrośl” przetłumaczono jako „Oriens”, czyli Wschód. W antyfonie widać także wyraźne echo pieśni Zachariasza, nowotestamentalnego kantyku, który nazywa Chrystusa Słońcem sprawiedliwości (Łk 1,79). Bóg zamieszkujący światłość niedostępną odsłonił siebie w życiu Jezusa. On przyszedł i rozproszył ciemności grzechu. On jest światłością prawdziwą oświecającą każdego człowieka, a żadna ciemność nie jest w stanie przysłonić blasku, który ma swoje źródło w Nim. I choć w tym życiu „wpatrujemy się w jasność Pańską jak w zwierciadle”, „widzimy niejasno”, to jednak kształtując je ,opierając się na nauce Chrystusa, „upodobniamy się do Jego oblicza”. Odkrywamy prawdę i osiągamy prawdziwą wolność.

    Król narodów, Kamień węgielny Kościoła

    O Królu narodów, przez nie upragniony; Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego utworzyłeś z prochu ziemi.

    W tej antyfonie odnajdujemy dwa starotestamentalne cytaty. Pierwszy został zaczerpnięty z Księgi Jeremiasza: „Nikogo nie można porównać do Ciebie, Panie! Jesteś wielki i wielkie jest przepotężne imię Twoje! Kto nie lękałby się Ciebie, Królu narodów?” (10,6-7). Drugi pochodzi z Księgi Izajasza: „Przeto tak mówi Pan Bóg: »Oto Ja kładę na Syjonie kamień, kamień dobrany, węgielny, cenny, do fundamentów założony. Kto wierzy, nie potknie się«” (28,16). Ten wątek został podjęty w Liście do Efezjan. Chrześcijanie zgromadzeni w Kościele nie są już „obcymi i przychodniami, ale współobywatelami świętych i domownikami Boga – zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus” (2,19-20). Antyfona zawiera także nawiązanie do dzieła stworzenia, prochu, który symbolizuje kruchość istnienia.

    Wszystko przemija, wieczny jest Bóg. Przetrwać może tylko to, co z Niego. Kościół, Jego dzieło, jest przystanią i portem dla wszystkich rozbitków, rzeczywistością, w której przebywa Chrystus „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. On przez śmierć i zmartwychwstanie zburzył mur wrogości i uczynił obie części ludzkości jednością. Jeżeli pytamy o źródło jedności w Kościele, to jest nim właśnie wyrażana na różne sposoby wiara w Chrystusa Jezusa.

    Emmanuel, Król i Prawodawca, Zbawiciel narodów

    O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany Zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas zbawić, nasz Panie i Boże.

    Antyfona w syntetyczny sposób łączy kilka cytatów z Księgi Izajasza. Mesjasz jest Emmanuelem, Bogiem z nami, synem Dziewicy (7,14). Jednocześnie, jak stwierdza Izajasz, jest naszym sędzią, prawodawcą i królem. „On nas zbawi!” (33,22). Ten sam Izajasz żarliwie woła do Boga: „Teraz więc, Panie, Boże nasz, wybaw nas z jego ręki! I niech wiedzą wszystkie królestwa ziemi, że Ty sam jesteś Bogiem, o Panie!” (37,20). W antyfonie możemy znaleźć także aluzję do Ewangelii Jana: „Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (4,42).

    Bóg, który wszedł w przymierze z narodem wybranym, od zawsze był bliski tym, którzy pokładali w Nim ufność. Jednak wierząc we wcielenie Syna Bożego, możemy pójść o krok dalej: Bóg nie tylko jest bliski, ale jest ludzki. Od momentu, w którym „słowo stało się ciałem”, żadne nasze doświadczenie nie jest Mu obce. Jesteśmy nie tylko w orbicie Jego zainteresowania. Wzywając Go, otwieramy się na Jego przychodzenie, doświadczamy wyzwolenia z grzechu, odnowy naszej natury. On przyszedł i zbawił to, co przyjął – obarczone słabością człowieczeństwo. Zbawia nas. Zbawia mnie.

    ks. Włodzimierz PiętkaGość Niedzielny

    ***

    Adwent to jeszcze nie Boże Narodzenie! Czyli kiedy mamy świętować, a kiedy pościć

    (opr. PCh24.pl / GS)

    ***

    Liturgiczny okres Bożego Narodzenia trwa od wieczora 24 grudnia aż do Święta Chrztu Pańskiego. W polskiej tradycji czas świąteczny jest nawet dłuższy, a to ze względu na ludowy zwyczaj śpiewania kolęd aż do 2 lutego. Niestety coraz częściej „okresem świątecznym” staje się czas przed Świętami, kiedy to bombardowani jesteśmy świąteczną muzyką, filmami, czy produktami w sklepach. Przepiękny okres Adwentu jest pomijany, a ci, którzy „świętowali” przez cały Adwent, wraz z nadejściem Bożego Narodzenia świętowania mają już dosyć.

    Kościół daje nam przepiękny i trwający nieco ponad dwa tygodnie okres Bożego Narodzenia. Rozpoczyna się on Nieszporami w Wigilię Bożego Narodzenia, czyli 24 grudnia wieczorem. To właśnie wtedy liturgiczne teksty po raz pierwszy wyrażają radość z Narodzin Zbawiciela. Kolejne obchody Bożego Narodzenia zawierają Mszę w nocy („Pasterkę”), dzień Bożego Narodzenia, a następnie całą Oktawę, czyli osiem dni świętowania. Radosny obchód Bożego Narodzenia jest więc niejako wydłużony aż do 1 stycznia włącznie. Spotkania z rodziną i znajomymi, wspólne śpiewanie kolęd, a przede wszystkim medytacja nad liturgicznymi tekstami bożonarodzeniowymi, pozwalają nam lepiej świętować Narodziny Mesjasza.

    O cudowna zamiana: Stworzyciel rodzaju ludzkiego przyjmując ciało z duszą, raczył się narodzić z Dziewicy: i stając się człowiekiem bez udziału człowieka, udzielił nam swego Bóstwa – mówi treść jednej z nieszpornych antyfon na dzień 1 stycznia. Przykład ten pokazuje, że Kościół obdarza nas głębokimi tekstami bożonarodzeniowymi przez całe osiem dni.

    To jednak nie koniec. Po zakończeniu Oktawy, czyli tego „rozciągniętego dnia”, okres Bożego Narodzenia trwa nadal. W jego trakcie, 6 stycznia, obchodzimy Objawienie Pańskie, znane powszechnie jako święto Trzech Króli. Uroczystość ta jest starsza nawet od samego obchodu Bożego Narodzenia, a jej szczególne znaczenie polega na tym, że wspomina ona objawienie się Narodzonego Zbawiciela mędrcom, a przez nich – całemu światu. Do 1960 r. święto to również miało swoją Oktawę, która wraz z obchodzonym 13 stycznia Świętem Chrztu Pańskiego „na dobre” kończyła okres Bożego Narodzenia. W nowym kalendarzu liturgicznym, czyli tym wprowadzonym w 1969 r., czas świąteczny również kończy się świętem Chrztu Pańskiego, które jednak obchodzi się kilka dni wcześniej, a mianowicie w niedzielę po uroczystości Trzech Króli.

    Zgodnie z polską tradycją, nieformalny okres świąteczny jest jeszcze dłuższy i trwa aż do święta Ofiarowania Pańskiego 2 lutego. Chociaż w kościołach nie słyszymy już kolęd, to w domach rozbrzmiewają one jeszcze przez trzy tygodnie, a dzięki świątecznym spotkaniom radość z przyjścia Chrystusa na świat trwa nadal.

    Oprócz radosnego okresu Narodzenia Pańskiego, Kościół daje nam również wyjątkowy czas na przygotowanie się do niego, czyli niespełna cztery tygodnie Adwentu. W tym czasie wyczekujemy zarówno kolejnych w naszym życiu świąt Bożego Narodzenia jak i powtórnego przyjścia Chrystusa na końcu czasów. Medytowanie nad Sądem Ostatecznym może być dla nas okazją do nawrócenia i odejścia od życia w grzechu, a rozważanie starotestamentalnych proroctw zapowiadających nadejście Mesjasza oraz drogi Matki Bożej, którą przeszła od Zwiastowania przez Nawiedzenie św. Elżbiety aż do stajenki w Betlejem, pozwala nam jeszcze bardziej pragnąć przeżycia świąt Bożego Narodzenia po raz kolejny. Maryja jako niezwykle ważna postać w dziele Zbawienia jest dla nas szczególną towarzyszką w całym Adwencie, co wyrażają choćby Roraty, czyli Msze św. ku Jej czci tradycyjnie odprawiane jeszcze przed świtem. Oczekiwanie w ciemności i jedynie przy świetle świec symbolizuje ciemność grzechu, w której pogrążona była ludzkość zanim Chrystus przyszedł na świat, by ją odkupić.

    Mimo, że Adwent jest czasem radosnego przygotowania, to nie jest on jednak pozbawiony ducha pokuty. Przypomina nam o tym m.in. fioletowy kolor liturgiczny, czy też brak hymnu Gloria („Chwała na wysokości”) na niedzielnej Mszy św. W Adwencie warto zatem powziąć drobne wyrzeczenia, bo jak mówią święci przewodnicy duchowi, im więcej się umartwiamy w czasie przygotowania, tym większa będzie nasza radość, gdy przyjdą Święta. Wierni przywiązani do starej tradycji mają ku temu szczególną okazję dzięki przypadającym w 3. tygodniu Adwentu Suchym Dniom, czyli trzema dniami modlitwy i postu (środa, piątek i sobota).

    Cisza i pokuta mają dobry wpływ zarówno na duszę jak i na ciało. Bardzo potrzebne jest nam odmówienie sobie jakiejś przyjemności, pójście naprzeciw swojej wygodzie poprzez wczesne wstanie na Roraty, czy rezygnacja z internetu na koszt modlitwy. Post i modlitwa pomagają nam bowiem uśmierzać nasze pożądliwości i zwracać się ku Bogu, o czym mówi sama Ewangelia. Kiedy Apostołowie zapytali Jezusa, czemu nie mogli wyrzucić konkretnego rodzaju złego ducha, On im odpowiedział: „Ten rodzaj żadnym sposobem wyjść nie może, jak tylko przez modlitwę i post” (Mk 9,28). Kiedy pościmy, nasze ciało oczyszcza się oraz uczy się posłuszeństwa naszemu rozumowi, a dzięki temu łatwiej jest nam zwalczać pokusy. Ogromną korzyść odnosi także nasza dusza, która ma okazję zerwać z ciążącym w niej grzechem, pojednać się z Bogiem bądź wzmocnić relację z Nim. Pięknym doświadczeniem jest zatem czterotygodniowe wyczekiwanie na mające się narodzić Dzieciątko, a dzięki temu radość, gdy Ono się narodzi, będzie jeszcze większa. Nic więc dziwnego, że Kościół tradycyjnie zalecał przygotowanie do wielu świąt poprzez Wigilię, czyli dzień postu. A nawet ta najsłynniejsza – Wigilia Bożego Narodzenia – zakłada powstrzymanie się od pokarmów mięsnych.

    Pokutno-przygotowawczy charakter Adwentu jest czymś zupełnie przeciwnym do tego, co oferują nam sklepy, radio, czy telewizja. Motywy świąteczne królują tam już w listopadzie, próbując nakłonić nas do „świętowania” jeszcze wcześniej. Podporządkowując się takiej modzie omija nas ten przepiękny czas adwentowego przygotowania, będący jednocześnie (być może ostatnią!) okazją do nawrócenia. Tracimy również właściwy okres Bożego Narodzenia przypadający między Wigilią a świętem Chrztu Pańskiego. Kiedy on bowiem nadejdzie, czujemy zmęczenie „świętowaniem” już w Adwencie. Choinki ubrane na początku grudnia trafiają do kosza zaraz po Świętach, a muzyki świątecznej, którą byliśmy bombardowani od co najmniej miesiąca, mamy już dosyć. Adwent zostaje więc zastąpiony „okresem świątecznym”, a właściwy okres Bożego Narodzenia po prostu ginie.

    Wbrew pozorom, takie zjawisko nie jest niczym nowym i w niektórych krajach trwa już od kilkuset lat. W latach 80. ubiegłego stulecia w języku angielskim pojawiło się nawet określenie „Christmas creep” („gorączka bożonarodzeniowa”), oznaczające czas świątecznych zakupów na długo przed Bożym Narodzeniem. Sprzedawcy wystawiają produkty bożonarodzeniowe wcześniej, aby wydłużyć czas rzekomo „świąteczny” i zwiększyć swoją sprzedaż. Sklepy zakładają, że trzymiesięczny okres: październik-listopad-grudzień winien być czasem największego utargu w roku.

    Niestety przesunięcie świętowania Bożego Narodzenia na Adwent widoczne jest nawet we wspólnotach katolickich, choć może jeszcze nie w Polsce. W krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej do porządku dziennego przeszło organizowanie parafialnych koncertów kolęd i spotkań świątecznych już od samego początku Adwentu. Tymczasem konia z rzędem temu, kto znajdzie tam świąteczne dekoracje lub kolędy w styczniu.

    Czy naprawdę o to chodzi w Adwencie? Tracimy ten piękny czas refleksji i modlitwy przed jednymi z największych Świąt w roku! W końcu Boże Narodzenie to radosne świętowanie Wcielenia Syna Bożego i Jego Narodzin w Betlejem. Cała otoczka składająca się z ubierania choinki i szykowania wystroju naszych domostw, gotowania tradycyjnych potraw, a także obdarowywania się prezentami ma nam pomóc lepiej przeżyć świąteczny czas, ale nigdy nie może stać się celem samym w sobie.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    Trzecia Niedziela Adwentu

    14 grudnia

    fot. Bożena Sztajner/Tygodnik Niedziela

    13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu

    (w tym czasie jest możliwość spowiedzi św.)

    14.00 – Msza święta

    fot. Ranyel Paula/cathopic.com

    ***

    Gaudete, czyli radujcie się! Najbardziej radosna Niedziela w Adwencie

    Tradycja świętowania Niedzieli “Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu.

    Nazwa III niedzieli Adwentu pochodzi od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się zawsze w Panu”. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i z odkupienia, jakie przynosi.

    Nazywana jest także „Niedzielą różową” gdyż jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego.

    Przewaga światła

    W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela „Gaudete”. Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.

    Kulminacyjny punkt oczekiwania

    Tradycja świętowania Niedzieli „Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu. Teraz, gdy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania stanowi ona bardziej kulminacyjny punkt tego okresu trafnie wyrażając jego prawdziwą tożsamość.

    Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego „adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania.

    KAI/Stacja7

    ***

    Dziś 14 grudnia wspomnienie św. Jana od Krzyża

    Ukrzyżowanie według św. Jana od Krzyża

    Św. Jan od Krzyża jest nie tylko autorem traktatów teologicznych, ale również rysunku przedstawiającego ukrzyżowanie Chrystusa, który różni się od popularnych przedstawień tej sceny.

    W okresie, gdy Jan od Krzyża był spowiednikiem w klasztorze Wcielenia w Awili, narysował szkic przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa. Wyrażał on w plastyczny sposób jego wizję. Jan posiadał wrodzony talent wzmocniony uduchowionym trybem życia. Często podczas wolnych chwil rzeźbił drewniane postacie Chrystusa. Narysował też jedynego w swoim rodzaju Jezusa Ukrzyżowanego. Niektórzy twierdzą, że niejednego. Minie jeszcze sporo czasu (Jan przebywa w Awili w latach 1572—1577), zanim napisze swoje dzieła. Ale podstawowe idee duchowe kształtujące myślenie Jana od Krzyża już w nim tkwią. Są to między innymi etapy oczyszczenia, które prowadzą do zjednoczenia z Bogiem, w czym pomagają święte obrazy. „Pozwalają ulecieć ku Bogu żywemu” (DGK III 15, 2). Z tej idei narodził się ukrzyżowany Chrystus ojca Jana.

    Pewnego dnia, najprawdopodobniej między 1574 a 1577 rokiem, Jan od Krzyża modlił się w wewnętrznej galerii klasztoru. Nagle objawił mu się ukrzyżowany Chrystus. Natychmiast na kartce papieru naszkicował to, co ujrzał. Była to postać Chrystusa w skrócie perspektywicznym. Ciało Jezusa przypominało skręcony stożek. Sam krzyż był prosty. Ciało martwego Jezusa, z głową opadającą na piersi, było odchylone ku przodowi. Podtrzymywały je gwoździe. Nadprzyrodzona wizja przekształciła się w straszny i okrutny obraz trudny do zaakceptowania w tamtych czasach. Można powiedzieć, że mistycyzm Jana od Krzyża przełamywał estetyczne kanony. Mamy w jego obrazie oszczędność i pewność linii, pełen niepokoju skurcz ciała, głębię przeżyć i genialny skrót perspektywiczny. Jan kontempluje Jezusa, który jest już cieniem człowieka. Jego pokaleczone ciało przybiły do krzyża grzechy ludzi, za których zginął.

    Ten szkic jest czymś wyjątkowym u kogoś, kto, tak jak Jan, nie lubił osobistych zwierzeń, kto niechętnie odnosił się do doznań zmysłowych na drodze życia duchowego. Jest on jednak zgodny z jego upodobaniem dla „obrazów realistycznych i żywych, które pobudzają wolę i pobożność wiernych” (DGK, III 35, 3). Być może jest to także próba wyrażenia czegoś, czego nie można wyrazić słowami. W każdym razie szkic Jana od Krzyża nie jest co prawda cudem, ale nie jest też dziełem czysto ludzkim. To mistyczny impuls wyzwolił zdolności artystyczne Świętego. Mistyk i artysta są w równej mierze autorami tego dzieła. Byłoby błędem przesadnie realistyczne traktowanie wizji, która doprowadziła do powstania szkicu. Najprawdopodobniej Jan ujrzał ją zmysłami wewnętrznymi (w wyobraźni) lub własnym intelektem. Była ona wyraźna i jednocześnie zawierała elementy materialne.

    Genialny szkic na wiele lat został zapomniany. Święty podarował go swojej ulubionej córce duchowej, s. Annie Marii od Jezusa. Przechowywała go ona ponad 40 lat. Na światło dzienne został wydobyty podczas procesu beatyfikacyjnego Jana od Krzyża. Wtedy to została wykonana kopia dzieła, którą sporządzono na potrzeby procesu. Kopia ta później zaginęła. Natomiast sam oryginalny szkic s. Anna Maria przekazała przed swoją śmiercią s. Marii Pinel, która umieściła go w specjalnym relikwiarzu. Dzięki temu stał się on dostępny dla biografów Świętego. Jeden z nich zalecił nawet wykonanie ryciny dzieła i umieścił ją w swojej książce o Janie. Był nim Hieronim od św. Józefa. Ta rycina zapoczątkowała obiegowe przedstawianie rysunku Świętego. W pewien sposób różniło się to przedstawienie od oryginału, ale miało duży wpływ na kolejne reprodukcje dzieła. W 1641 r., po śmierci s. Marii Pinel, właścicielki rysunku, został on umieszczony w relikwiarzu, w którym przebywał do 1969 roku.

    Ukrzyżowanie według św. Jana od Krzyża

    W XX wieku nadszedł czas na odkrycie dzieła mistycznego Jana od Krzyża. Wraz z tym procesem odkryto także szkic ukrzyżowanego Chrystusa. Najwięksi i najwybitniejsi pisarze karmelitańscy i nie tylko poświęcili wiele stron rozważań na temat wizji Świętego. Francuski karmelita bosy, wielki znawca Świętego, Bruno de Jésus-Marie pokazał go dwóm wybitnym malarzom hiszpańskim, José Maríi Sertowi i Salvadorowi Dalí. Sert przypuszczał, że ciało Chrystusa zostało naszkicowane w pozycji horyzontalnej, gdy już stygło. Namalował w związku z tym trzy szkice, na których Chrystus znajduje się w pozycji horyzontalnej. Analiza Serta odbiega od prawdy o oryginalnym szkicu. Dziś wiadomo już z całą pewnością, że Jan od Krzyża wykonał swój rysunek, przedstawiając Chrystusa w pozycji pionowej. Również drugi artysta, Dalí, po swojemu zinterpretował genialne dzieło Świętego. Jego Chrystus św. Jana od Krzyża, wystawiony w Art Gallery w Glasgow, w formie i treści jest inny od oryginału. Postać Chrystusa jest zimna, niewzruszona, wręcz marmurowa i przypomina raczej bóstwo greckie niż dramatycznego i żywego Chrystusa z Kalwarii św. Jana od Krzyża. Również inne prace Dalíego przedstawiające ten temat mają niewiele wspólnego z dziełem Świętego.

    W dobie współczesnej każdy z nas może dzięki milionowym reprodukcjom szkicu św. Jana od Krzyża obcować z tym niepojętym dziełem: owocem kunsztu artystycznego i mistycznego.

    o. Bartłomiej Józef Kucharszki OCD/Głos Karmelu 6/2010Opoka.pl

    ***

    Słynny rysunek Chrystusa na krzyżu autorstwa św. Jana od Krzyża

    fot.Józef Wolny – Gość Niedzielny

    ***

    To jest coś bardziej subtelnego

    Wieczory uwielbienia czy różaniec są dobre, ale… istnieje droga prowadząca dalej. O. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o jej opisie u św. Jana od Krzyża.

    Jarosław Dudała: Załóżmy, że prowadzę jakieś życie wewnętrzne. Słyszałem, że św. Jan od Krzyża był wielkim mistrzem duchowości. Skąd mam wiedzieć, czy jego pisma to coś dla mnie?

    O. Serafin Tyszko OCD: Ścieżek na drodze, którą jest Jezus, jest wiele. Ale jeżeli coś we mnie iskrzy, jeśli budzą się jakieś pragnienia na wspomnienie o św. Janie, to dlaczego nie miałbym uważać, że Duch Pański mnie do tego zaprasza?

    Może dlatego, że św. Jan jest trudny? Nawet św. Teresa Wielka mówiła, że nie do końca go rozumie.

    To, o czym o pisze Jan (o przeobrażającym zjednoczeniu), a także Teresa – przynajmniej do piątych mieszkań “Zamku wewnętrznego” włącznie – jest absolutnie dla wszystkich chrześcijan! A że Teresa nie do końca rozumiała Jana, to nic dziwnego. Nie ma co tego dramatyzować. Każdy z nas idzie własną ścieżką i druga osoba nigdy nie staje się mną.

    Czyli nie trzeba być mnichem, mniszką czy zakonnikiem, żeby osiągać szczyty kontemplacji?

    Gdyby to ode mnie zależało, to spokojnie beatyfikowałbym brata św. Teresy od Jezusa (miał na imię Lorenzo), brata św. Jana od Krzyża (Francisco) czy siostrę św. Elżbiety od Trójcy Świętej – Małgorzatę. Małgorzata, mama 9 dzieci (jedno wcześnie zmarło), która w wieku 42 lat została wdową, osiągnęła szczyty życia kontemplacyjnego w życiu małżeńsko-rodzinnym. Wzrastała przy tym w życiu kontemplacji i miłości bez szczególnego nauczania ze strony innych, poza podpowiedziami jej klauzurowej siostry.

    Albo taka babcia Hala, która spotkałem w 1990 r. w Ukrainie. Dziś ma 91 lat. Przy niewielkim moim udziale poddała się pewnym Bożym działaniom, w tym intensywnej nocy ciemnej. Jestem przekonany, że prowadzi głębokie życie kontemplacyjne w ramach swojego świeckiego życia.

    Kwestią jest tylko to, czy dana osoba zgodzi się na prowadzenie Boże, czerpiąc z doświadczenia Jana czy Teresy.

    Zapytam więc przewrotnie: dla kogo nie jest św. Jan? Czego nie można u niego znaleźć?

    Początków życia duchowego. Sam zresztą pisał, że jest szereg dobrych książek o początkach medytacji, dlatego on nie będzie się tym zajmował. – Chcę pisać o punktach stycznych, kiedy Duch Pański przeprowadza duszę z jednego poziomu na drugi, czyli o nocach ciemnych – deklarował Jan. (Teresa w ramach tzw. próby miłości w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” mówi, że chce pisać o tym, jakie przeobrażenia i jakie oczyszczenia są potrzebne.) I wreszcie – w różnych momentach – Jan pisze o szczytach: w “Pieśni duchowej” czy “Żywym płomieniu miłości”.

    Jeżeli ktoś chce czerpać z Jana początki życia duchowego, to trochę u niego znajdzie, ale niewiele.

    Jeżeli ktoś chce pytać, na czym polega medytacja chrześcijańska, to też nie.

    Wątku ewangelizacyjnego – kerygmatycznego, pierwszej metanoi  – tam się nie znajdzie.

    Trochę można znaleźć w życiorysie św. Teresy, ale nie jest to opracowane w sposób systematyczny.

    Pisał Ojciec w książce “Geniusz św. Jana od Krzyża”, że droga, którą proponuje św. Jan, to droga bez atrakcji. I że jeżeli nie wyciszy się w sobie pewnego rodzaju pobożności, to w ogóle nie można wejść na tę drogę.

    Może tak być, może tak być…

    Pisałem to w 1988-1989 roku. Dziś bym tak tego nie nazwał. Nie mówiłbym o “braku atrakcji”. Ale tym kluczu układ podstawowy jest prosty: czy dana osoba szuka zjednoczenia ze sobą Ojca, Syna i Ducha Świętego przez wcielone Słowo Boga żywego, jakim jest Jezus, czy szuka Jego Osoby i zjednoczenia z Nim, czy raczej szuka wrażeń.

    Dziś napisałbym, że Jan nie zachęca do zatrzymywania się na wrażeniach – ale to też trzeba dobrze rozumieć. Jan mówił: – Proszę bardzo: jeśli interesują cię dary, przeżycia, doznania i jest ci to potrzebne, to ja nie będę dyskutować z Duchem Świętym. Ale podpowiadam ci: jeśli nie pójdziesz w ubóstwo ducha, nie oderwiesz się od tego, to to, co na pewnym etapie w życiu duchowym ci służyło, na innym etapie będzie ci przeszkadzać.

    Chce Ojciec powiedzieć, że aby pójść głębiej za św. Janem, trzeba przestać chodzić na wieczory uwielbienia, przestać odmawiać różaniec?

    Nie, to zła interpretacja.

    Główny problem jest taki: czy dana osoba chce zostać: niewolnikiem religijnym, strachliwym wobec Boga, czy chce – i to jest częstsze – zostać najemnikiem Boga, czyli osobą, która mówi o opłacalności (“co ja będę z tego miał, że będę odmawiał różaniec?”, “co ja będę z tego miał, że będę prowadził życie liturgiczne?” itd., itd.) Jeżeli dana osoba się na tym zatrzyma, to nie pójdzie dalej.

    To nierzadkie zjawisko. Mam kontakt z wieloma dawnymi znajomymi z ruchu oazowego czy odnowy charyzmatycznej, którzy z różnych powodów tak się przyzwyczaili do doznań, przeżyć czy nawet głębszych doświadczeń, tak się przyzwyczaili do modlitw ustnych w pewnym kluczu, że dalej nie mogą pójść. Bo nie chcą wejść w większą pustkę, świętą pustkę, noc ciemną, to, co Jan nazywa próżnią – czyli głębokie ubóstwo duchowe, które sprawia, że moja przestrzeń duchowa jest otwarta na dalsze działanie. Zatrzymują się na tym poziomie. I wtedy to przeszkadza.

    Natomiast to, co się dzieje po drodze, jest dobre, jeśli ta osoba daje się prowadzić dalej. Jeśli  nie prowadzi modlitw ustnych na kilometry i tony, paplając i próbując zakląć Boga, żeby jej coś dał – ze zbawieniem włącznie.

    Jak zaczniesz chodzić na modlitwę dla Niego, żeby to On “więcej z tego miał”, to dokonuje się jakieś pogłębienie. I wówczas rewidujesz swoje dotychczasowe zaangażowanie modlitewne – nie musisz go odrzucać. Stanowisko typu: “To ja już w ogóle nie będę uwielbiał” byłoby dziwaczne.

    A że mogę się na tej atrakcji, przeżyciu, wrażeniu zatrzymać – to zupełnie inna kwestia. To się zdarza: dana osoba nie chce wejść w świętą, pierwszą, błogosławioną, będącą darem Bożym noc ciemną – czyli przejście z poziomu sentido (poziomu płytko-emocjonalnego, płytko-racjonalistycznego, podstawowo-wyobrażeniowego, fantazyjnego, doznaniowego) na poziom espiritu. Wówczas rzeczy, o których pan wspomniał – które na pewnym etapie były potrzebne, bo wyprowadziły tę osobę ze śmierci duchowej albo z bylejakości czy przeciętności kościelnej –  te rzeczy zostają przywłaszczone i zaczynają przeszkadzać. To myślenie typu: “To ma być, a jak mi Pan Bóg tego nie da, to mogę się na Niego obrazić”. I  zaczyna się latanie po miejscach, w których “to” dają… A Bóg mówi: “Wcale nie musisz tam latać. Ja jestem w tobie, tylko na inny sposób. Czy jesteś gotów przejść przez błogosławioną ciemną noc? Czy jesteś gotów zostawić to, co było, na rzecz ubóstwa duchowego, czyli poddania się Duchowi Bożemu, w którym wchodzisz w darmowość, bezinteresowność, a nie atrakcyjność, wrażeniowość, doznaniowość itd.?”

    Wiele osób, które przyjeżdżają do nas na rekolekcje, wywodzi się z tego nurtu doznaniowego. Problem pojawia się, gdy proponuje im się coś idącego dalej. Wtedy zdarza się, że pojawia się lekkie przerażenie, bo człowiek do czegoś się przyzwyczaił, zna to, to jest jego. A kiedy wchodzi w noc ciemną, duchowe podpórki i częściowo ziemia trzęsą się, jakby nie było oparcia. Jan od Krzyża pisze o kimś takim: “oparty, a bez oparcia”. Bo nie odczuwa tego, ale jest oparty na samym Bogu. Do tej pory mógł być oparty na darach, doznaniach, wrażeniach, na przeżyciach, a Osoba była na drugim miejscu. Pytanie brzmi: czy pragnę za wszelką cenę Osoby i Jej prowadzenia, czy bardziej pragnę mieć coś dla siebie, np. doznania religijno-charyzmatyczne czy jakiekolwiek inne. I tutaj problem mają absolutnie wszyscy: czy są z różańca, czy z modlitwy ustnej, tzw. charyzmatycznej czy jakiejkolwiek innej.

    A wcześniej czy później każda taka osoba stanie przed propozycją nocy ciemnej. Zgodzi się – pójdzie dalej. Nie zgodzi się – będzie krążyć na jakimś poziomie. Bóg to będzie tolerował przez jakiś czas: “Dobrze, jeśli tak sobie życzysz, wrócę za jakiś czas i znów zaproponuję ci coś dalej”. To jest niezmiernie dyskretna historia!

    Załóżmy, że zgodzę się pójść dalej. Co będzie dalej?

    Dalej będzie większa prostota i głębsze zjednoczenie, ale bardziej z Osobą aniżeli z działaniami Osób Boskich, bynajmniej Ich nie odrzucając. Będzie głębsze doświadczenie, ale już niekoniecznie doznaniowe, przeżyciowe. Wtedy dokonuje się paschalne “odkręcenie się” od samego siebie, a kręcenie się wokół Niego. Silniejsze stają się wiara, nadzieja i miłość jako najistotniejsze elementy życia Bożego we mnie. I zaczynam bardziej prowadzić życie w Duchu Świętym (u Teresy to jest w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”) aniżeli religijno-pobożnościowe, religijno-moralne. Jestem gotów na dobre paschalne cierpienia. Jestem gotów na bardziej ofiarną, ale roztropną służbę. Jestem bardziej gotowy na całkowite wydanie się Jemu: “zdobądź mnie, przejmij mnie, ja nie chcę już należeć do siebie, chce należeć do Ciebie”. Jan mówi, że jeśli taka osoba pozwoli żeby ją przekroczyć, Bóg – żeby jej nie zniechęcić – przeważnie daje jej pewne doświadczenia, których nie można już nazwać odczuciami, wrażeniami, atrakcjami. To jest coś bardziej subtelnego. Opisuje to zarówno w “Pieśni duchowej”, jak i w “Żywym płomieniu miłości”. To jest nieporównywalne do tego, co się działo na poziomie sentido. On tamtego poziomu nie neguje, mówi tylko: “Idź na skróty. Dlaczego idziesz drogą zmysłowo-wyobrażeniową, zamiast iść drogą duchową?”

    Św. Paweł o tym samym pisze do Koryntian: nie neguję, stwierdzam, że macie wszystkie dary łaski”. Ale – mówi dalej – duchowi nie jesteście. Nie jesteście pneumatikoi. Podpowiedzieć wam, dlaczego nie jesteście pneumatikoi? Jesteście sarkikoi, czyli ludźmi starego człowieka, tyle że już z pierwszymi darami, pierwocinami Ducha. Ale duchowymi w sensie ścisłym (pneumatikoi ), poddanymi Duchowi jeszcze nie jesteście. Jesteście sarkikoi (my to tłumaczymy jako “cieleśni”, ale to nie jest do końca prawidłowe), bo zdarzają się u was takie a takie rzeczy. Ale nie neguję, że nie brak wam żadnych darów łaski.

    I dokonuje się wreszcie w niektórych przypadkach – nie we wszystkich – przeobrażające, oblubieńcze, zaślubiające zjednoczenie z Bogiem, gdy ta osoba jest do głębi wolna, jest uwolniona od opinii ludzkiej i uwolniona od przywłaszczania sobie rzeczy duchowych. Jest głęboko uboga i nic jej nie brakuje. Jest miłosierna wobec braci – nie potrafi osądzać. Jest służebna, ale mądrze – ponieważ łączy w sobie miłość miłosierną z prawdą i sprawiedliwością w rozumieniu biblijnym. Może mieć pewne doświadczenia duchowe i może ich nie mieć. Może być w głębokiej oschłości przez resztę życia, ale jest cała zjednoczona i nie odchodzi od Boga.

    Przeważnie ludziom towarzyszą przy tym pewne doświadczenia – niekoniecznie ekstatyczne, jak u Teresy; u Jana było tego prawdopodobnie mniej, przynajmniej nic o tym nie pisze.

    Taki człowiek jest przeobrażająco zjednoczony z Bogiem. Jest u celu tego, co może się wydarzyć po tej stronie.

    Potem jeszcze Jan opisuje rzeczy zupełnie niezwykłe: taka osoba jest na tyle poddana Duchowi Świętemu, że sama tchnie Ducha Świętego.

    Ponieważ w jej duszy jest niebo (już teraz, nie gdzieś daleko), ponieważ ma życie wieczne w Chrystusie, Duch Święty czasem podwiewa zasłonę i ta osoba jakby zaczyna widzieć Boga, chociaż nie w sensie absolutnym – nie tak, jak po drugiej stronie. Ma też prawdziwe owoce Ducha Świętego: miłość (agape), radość, pokój…

    Niektórzy są w tym kluczu widoczni, niektórzy bardzo ukryci. Taka babcia Hala… Niewiele osób odkryło, że to jest osoba prawdopodobnie głęboko zjednoczona z Bogiem. Jest uboga, prosta. Nie jest przeznaczona na świecznik.

    To są piękne rzeczy! Ale bez nocy ciemnej to jest niemożliwe.

    O. Serafin Maria Tyszko (ur. 1953) jest karmelitą bosym. Pochodzi ze Słupska. W Karmelu od 1979 r., kapłanem jest od roku 1985. Ponad 3 lata pracował w Ukrainie, 18 lat spędził w karmelitańskim eremickim domu modlitwy w Drzewinie koło Pruszcza Gdańskiego, obecnie (od 7 lat) w będącym w budowie klasztorze rekolekcyjnym na Zwoli koło Poznania.

    Gość Niedzielny

    ***

    piątek -12 grudnia

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ Z GUADALUPE

    Uroczysta Msza św. o godz. 19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra,

    której przewodniczył będzie paulin o. Marcin Sylwan Wirkowski z Apostolstwa Różańca Świętego i Płaszcza Najświętszej Dziewicy z Guadalupe.

    Podczas Mszy św. odnowienie naszego zawierzenia, aby Najświętsza Maryja Panna okryła nas swoim płaszczem.

    Maryja z Guadalupe jest jak żywa osoba. Najważniejsze fakty dotyczące cudownego wizerunku
    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    Tajemnicze światło na obrazie Matki Bożej z Guadalupe – Patronki życia

    Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe, w Sanktuarium w Meksyku, wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych.

    Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej Francuskiego Stowarzyszenia Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa.

    Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki.

    Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.

    12 grudnia 2015-Pustynia Serca/źródło: sanctus.pl

    ***

    POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA

    ***

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą ogarniamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Zobowiązanie:

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego – www.duchowa-adopcja.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach


    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniom podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ***

    Dlaczego ochrona życia od poczęcia jest tak ważna? Odpowiedź w nauczaniu Jana Pawła II

    POPE JOHN PAUL II
    Derrick CEYRAC | AFP

    ***

    „W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu” – pisał papież.– Każda ludzka istota ma prawo do absolutnego poszanowania podstawowego dobra, jakim jest życie, a uznanie tego prawa stanowi fundament współistnienia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej – przypominał Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae”.

    Ekskomunika za aborcję

    Nauczanie św. Jana Pawła II nt. świętości życia ludzkiego wydaje się szczególnie aktualne w kontekście ogłoszonego wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego.

    Wedle Katechizmu Kościoła Katolickiego, przyjętego w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II i za jego aprobatą: „Życie ludzkie od chwili poczęcia powinno być szanowane i chronione w sposób absolutny. Już od pierwszej chwili swego istnienia istota ludzka powinna mieć przyznane prawa osoby, wśród nich nienaruszalne prawo każdej niewinnej istoty do życia” (KKK 2270).

    A zatem „bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel lub środek, jest głęboko sprzeczne z prawem moralnym” (2271) i pociąga za sobą kanoniczną karę ekskomuniki.

    Mówi o tym Kodeks Prawa Kanonicznego w kan. 1314. „Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”.

    Cywilizacja śmierci

    „Cywilizacji śmierci” należy się przeciwstawić – wielokrotnie apelował Jan Paweł II. Budowa „cywilizacji miłości” nie jest utopią – zapewniał – i jest to najważniejsze zadanie rodziny.

    W „Liście do rodzin” z 1994 r. pisze, że ta wspólnota znajduje się „pośrodku wielkiego zmagania pomiędzy dobrem a złem, między życiem a śmiercią, między miłością a wszystkim, co jest jej przeciwieństwem”.

    Obrona życia od poczęcia jest tematem jednej z najważniejszych encyklik Jana Pawła II – „Evangelium vitae” z 1995 r. W encyklice tej zwraca uwagę, że zarówno teksty biblijne (np. Ps 139,13-16), jak i najstarsza Tradycja chrześcijańska (np. Didache i List do Diogneta) ostro sprzeciwiały się zamachom na niewinne życie ludzkie. Afirmując jednocześnie jego wartość od samego początku, tj. od poczęcia.

    Teksty Pisma Świętego wyrażają wielki szacunek dla ludzkiej istoty w matki, co każe nam wyciągnąć logiczny wniosek, że także ona jest objęta Bożym przykazaniem: „nie zabijaj”.

    Aborcja jest zawsze złem

    „Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej – uczy Jan Paweł II w tejże encyklice – jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości.

    Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” (EV, 57).

    Encyklika, będąca żarliwą obroną najsłabszych, jest równocześnie gorzką diagnozą współczesnej cywilizacji, nazwanej „cywilizacją śmierci”. U jej źródeł – pisze Jan Paweł II – tkwi egoizm i relatywizm etyczny. Spaczone pojęcie wolności absolutyzuje znaczenie jednostki ludzkiej i przekreśla jej solidarność z drugimi.

    Efektem takich postaw jest oderwanie wolności od prawdy. Pogarda dla bezbronnych – nienarodzonych, upośledzonych, umierających, powoduje, iż sferę życia społecznego kształtuje siła.

    Ograniczenie szkodliwości prawa

    Legalizacja aborcji i eutanazji przez większość parlamentarną jest natomiast decyzją tyrańską wobec najbardziej bezbronnych.

    Szczególna powinność – podkreśla papież Wojtyła – spoczywa na chrześcijańskich politykach, współuczestniczących w procesie kształtowania prawa. W przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu („Evangelium vitae” 73).

    Polityk chrześcijański musi jednoznacznie opowiedzieć się po stronie życia, dążąc do jego całkowitej ochrony przez prawo. Nie zawsze osiągnięcie tego celu jest możliwe od razu. W takiej sytuacji może i powinien on wesprzeć te inicjatywy, które doprowadzą do ograniczenia szkodliwości już obowiązującego prawa.

    Prawo do odmowy

    W tym kontekście Jan Paweł II z naciskiem wskazuje na moralny obowiązek sprzeciwu wobec prawa umożliwiającego dokonywanie aborcji, niezależnie od przesłanek je usprawiedliwiających. Oznacza to także, że lekarze, personel medyczny i pielęgniarski oraz osoby kierujące instytucjami służby zdrowia, klinik i ośrodków leczniczych, powinny mieć zapewnioną możliwość odmowy uczestnictwa w planowaniu, przygotowywaniu i dokonywaniu czynów wymierzonych przeciw życiu. Kto powołuje się na sprzeciw sumienia, nie może być narażony nie tylko na sankcje karne, ale także na żadne inne ujemne konsekwencje prawne, dyscyplinarne, materialne czy zawodowe.

    Z kolei w książce „Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II podkreśla, że legalizacja przerywania ciąży to uprawnienia dane dorosłemu człowiekowi do pozbawienia życia człowieka nienarodzonego, czyli tego, który nie może się bronić.

    „Trudno pomyśleć sytuację bardziej niesprawiedliwą i trudno tu naprawdę mówić o obsesji – odpowiada papież krytykom – gdy w grę wchodzi podstawowy nakaz prawego sumienia: to znaczy obrona prawa do życia ludzkiej istoty – niewinnej i bezbronnej”.

    Wartości nienegocjowalne

    Istotnym wątkiem nauczania Jana Pawła II było przypominanie o istnieniu „wartości nienegocjowalnych”, a są to te wartości, które w najbardziej podstawowy sposób chronią życia, godności i dobra osoby ludzkiej oraz jej prawa do rozwoju, muszą więc stanowić nienaruszalny fundament życia społeczności ludzkiej.

    Wartości te – w świetle nauczania Kościoła – mają wymiar uniwersalny i ponadkonfesyjny: wynikają bowiem nie tylko z Objawienia, ale i z prawa naturalnego, zapisanego w każdym ludzkim sumieniu. Zaliczał do nich m.in. prawo człowieka do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

    „Podstawą tych wartości nie mogą być tymczasowe i zmienne »większości« opinii publicznej – tłumaczył Jan Paweł II w encyklice »Evangelium vitae« – ale wyłącznie uznanie obiektywnego prawa moralnego, które jako »prawo naturalne«, wpisane w serce człowieka, jest normatywnym punktem odniesienia także dla prawa cywilnego.

    Gdyby na skutek tragicznego zagłuszenia sumienia zbiorowego sceptycyzm podał w wątpliwość nawet fundamentalne zasady prawa moralnego, zachwiałoby to samymi podstawami ładu demokratycznego, tak że stałby się on jedynie mechanizmem empirycznej regulacji różnych i przeciwstawnych dążeń”.

    Dzień Życia

    Jan Paweł II zaproponował ponadto, aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i w każdej kondycji.

    W odpowiedzi na to wezwanie papieża, zebranie plenarne Episkopatu Polski uchwaliło w 1998 roku datę obchodów na uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca).

    Katolicka Agencja Informacyjna

    ***

    Aborcja wiąże się z ekskomuniką i zakazem przystępowania do sakramentów. Jak uzyskać rozgrzeszenie?

    REPORTER

    ***

    „Nie mam uprawnień, aby udzielić rozgrzeszenia z tego grzechu” – powiedział młody ksiądz głośniej, niż trzeba. Poczuła się jak odesłana od okienka w jakimś urzędzie.

    Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.

    Wesprzyj nasPrzekaż darowiznę za pomocą zaledwie 3 kliknięć

    Opuszczona przez wszystkich

    Nie była u spowiedzi niemal pół wieku. Można powiedzieć, że od tego dnia, gdy zostawiona przez wszystkich, także najbliższych, sama sobie, na drugim roku studiów, nie widząc innego wyjścia, poszła na “zabieg”.

    Nauczyła się z tym żyć. Potem wyszła za mąż, urodziła i wychowała troje dzieci. Doczekała się wnuków. Raz, przed chrztem pierwszego dziecka, poszła do spowiedzi, aby wyznać ten grzech.

    Ledwo zaczęła, po drugiej stronie kratki konfesjonału wyczuła panikę pomieszaną z wrogością. “Nie mam uprawnień, aby udzielić rozgrzeszenia z tego grzechu” – powiedział młody ksiądz głośniej, niż trzeba. Nerwowo tłumaczył jej, co powinna zrobić, z namaszczeniem wypowiadając słowo “penitencjarz”.

    Poczuła się jak odesłana od okienka w jakimś urzędzie. Jakby wpadła w biurokratyczną machinę. Doszła do wniosku, że widocznie nie zasłużyła na przebaczenie, skoro mimo szczerego żalu i postanowienia, że nigdy więcej, go nie dostała.

    Decyzja papieża Franciszka

    Nigdy więcej nie próbowała. Aż do roku 2016. “Idź” – powiedziała córka, której wszystko opowiedziała niedawno, gdy urodził się drugi wnuk. “Teraz żaden ksiądz nie może cię odesłać”.

    Wiedziała, o co jej chodzi. Słyszała o Nadzwyczajnym Jubileuszu i decyzji papieża Franciszka, że każdy ksiądz może teraz udzielić rozgrzeszenia takim, jak ona.

    Ale na wszelki wypadek, gdy miesiąc później w sąsiedniej parafii drżąc z emocji klęknęła w konfesjonale, od razu powiedziała, że przyszła, bo jest Rok Miłosierdzia. Odchodziła po spowiedzi zapłakana, wdzięczna i szczęśliwa. “W tym momencie zrozumiałam najgłębszy sens Roku Miłosierdzia. Doświadczyłam go” – powiedziała potem.

    Grzechy zastrzeżone

    Grzech zabicia dziecka w łonie matki, nazywany aborcją, Kościół zalicza do tzw. grzechów zastrzeżonych.

    “Chodzi o to, by uświadomić ludziom powagę tego grzechu” – wyjaśniał w 2010 roku ówczesny regens Penitencjarii Apostolskiej (zastępca Wielkiego Penitencjarza) bp Gianfranco Girotti. Kodeks Prawa Kanonicznego w kanonie 1398 stwierdza: “Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa”.

    Osoba ekskomunikowana nie może przystępować do sakramentów. Nie może uzyskać rozgrzeszenia z tego grzechu, także wtedy, gdy w pełni pojmuje popełnione zło, żałuje, ma mocne postanowienie poprawy i pragnie zadośćuczynić. Dopóki nie zostanie z niej zdjęta kara ekskomuniki. Nie każdy ksiądz może to zrobić. Uprawnienia ma biskup i wyznaczeni przez niego kapłani.

    W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Konferencja Episkopatu Polski ujednoliciła na terenie naszego kwestię takich uprawnień i ogłosiła, którzy kapłani otrzymują jurysdykcję od swojego biskupa diecezjalnego do zwalniania z ekskomuniki związanej z grzechem aborcji (m. in. dziekani i wicedziekani, proboszczowie, księża spowiadający w katedrach). A także w jakich sytuacjach każdy spowiednik może od niej uwolnić (np. “w czasie komunii wielkanocnej, misji i rekolekcji”).

    Rok Miłosierdzia

    Podczas Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia na całym świecie w sprawie udzielania rozgrzeszenia z grzechu przerwania ciąży obowiązywały inne zasady. Zmienił je papież Franciszek. Po jego ogłoszeniu w liście, który otrzymał abp Rino Fisichella, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji, Franciszek napisał:

    “Przebaczenia Bożego nie można odmówić nikomu, kto żałuje. Zwłaszcza jeśli ze szczerym sercem przystępuje do sakramentu spowiedzi, by pojednać się z Ojcem. Również z tego powodu postanowiłem, mimo wszelkich przeciwnych rozporządzeń, upoważnić wszystkich kapłanów w Roku Jubileuszowym do rozgrzeszenia z grzechu aborcji osób, które jej dokonały, żałują tego z całego serca i proszą o przebaczenie“.

    Dodał, że kapłani powinni się przygotować do tego wielkiego zadania, “by potrafili łączyć słowa szczerego przyjęcia z refleksją, która pomoże zrozumieć popełniony grzech oraz wskaże drogę autentycznego nawrócenia, by pojąć prawdziwe i wielkoduszne przebaczenie Ojca, który wszystko odnawia swoją obecnością”.

    Jak bardzo papieżowi zależy na ułatwieniu korzystania z tego daru świadczy fakt, że jego decyzja objęła też wiernych chodzących do kościołów, gdzie sakramenty sprawują kapłani z Bractwa św. Piusa X.

    Każdy ksiądz może rozgrzeszyć z aborcji

    Ostatecznie papież podjął decyzję, że takie rozszerzone uprawnienia będą obowiązywały na stałe. W liście apostolskim Misericordia et misera z dnia 20 listopada 2016 roku czytamy:

    Z powodu tego wymagania, aby żadna przeszkoda nie stała pomiędzy prośbą o pojednanie a Bożym przebaczeniem, udzielam od tej pory wszystkim kapłanom, na mocy ich posługi, władzy rozgrzeszania osób, które popełniły grzech aborcji.

    Decyzja Franciszka nie oznacza, że zmienił stanowisko Kościoła w sprawie aborcji. W lutym 2016 r. mówił: “Aborcja to nie jest ‘mniejsze zło’. To zbrodnia. To zabić jedno, aby ocalić drugie. Tak samo postępuje mafia. To zbrodnia. To zło absolutne”.

    Jednak Boże Miłosierdzie jest większe od nawet najcięższego grzechu.

    Artur Stopka – publikacja 10.10.16 – aktualizacja 25.05.22/Aleteia.pl

    ***

    Tajemnica wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, obecny na indiańskim płaszczu uplecionym z włókien agawy, od prawie pięciu wieków spędza sen z powiek zatwardziałym agnostykom i wielu naukowcom. O jego tajemnicy z Ewą Kowalewską rozmawia Bernadeta Grabowska.

    Adobe Stock

    ***

    BERNADETA GRABOWSKA: – Czym jest acheiropoietos?

    EWA KOWALEWSKA: – Wolę sformułowanie „nerukotvornyj”, a więc dzieło niewykonane ręką ludzką. Na świecie istnieją trzy takie wizerunki, ukazujące Zbawiciela i Niepokalaną: Całun Turyński, Chusta z Manoppello oraz Tilma św. Juana Diego, na której jest cudownie „zapisany” obraz Maryi Panny. Mówi się błędnie o tych dziełach, że nie mają one autora. Tymczasem ich pochodzenie jest niezwykłe, ponadnaturalne. Wpatrując się w nie, kontemplujemy oblicze samego Boga i jego Matki. To wielka, święta tajemnica. Obcujemy bowiem z czymś, co przekracza nasze ludzkie granice pojmowania. Obraz Matki Bożej z Guadalupe został namalowany ręką Matki Bożej na słabym jakościowo płótnie – z włókien agawy – niemal pięć wieków temu i trwa nienaruszony po dziś dzień…

    – Jak doszło do jego powstania?

    – 9 grudnia 1531 r. Matka Boża ukazała się prostemu człowiekowi, Indianinowi Juanowi Diego. Zwróciła się do niego w jego ojczystym języku nahuatl z prośbą o wybudowanie na wzgórzu Tepeyac świątyni ku Jej czci. Juan Diego udał się z tą prośbą do biskupa Juana de Zumárragi. Ten jednak – trudno się dziwić – nie uwierzył mu, ale poprosił Juana o jakiś znak. Podczas kolejnego objawienia Madonna kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza Tepeyac. Jakież było jego zdziwienie, kiedy spostrzegł morze kwiatów – róż kastylijskich, niespotykanych o tej porze roku i w tym rejonie. Przepiękna Pani poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować do tilmy. Ten natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał swój płaszcz. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i otaczający go ludzie uklękli w zachwycie. Jednak to nie kwiaty zrobiły na nich takie wrażenie.

    – Na tilmie ukazał się wizerunek Maryi…

    – Tak, na rozwiniętym płaszczu uwidoczniona była jakby fotografia Madonny. Wszystkim zebranym ukazał się przepiękny wizerunek Matki Bożej ubranej w różową szatę. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami. Maryja miała złożone ręce, a pod Jej stopami był półksiężyc. Zebrani oniemieli, oniemiał również sam Juan Diego, który nie spodziewał się, że Matka Boża wykorzyta jego stary płaszcz, aby namalować na nim samą siebie…

    – Czy naprawdę możemy wierzyć w to, że historia o cudownej Tilmie z Meksyku to nie ciekawa legenda, ale rzeczywistość sprzed prawie pięciu wieków?

    – Jest wiele argumentów, które wskazują na to, że wizerunek Matki Bożej to obraz nieuczyniony ludzką ręką. Jednym z nich jest ten, że pomimo licznych naukowych badań nie można określić, jaką techniką obraz został wykonany, jakich barwników użyto przy jego powstaniu. Co więcej, zdjęcie w podczerwieni wykazało brak śladów pędzla, a sam wizerunek wskazuje bardziej na technikę wykonania zdjęcia polaroidem… Potwierdził to m.in. laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii – Richard Kuhn, który ustalił, że nie ma na obrazie śladu ani farb organicznych, ani mineralnych. Na uwagę zasługuje również niebywała trwałość materiału. Płaszcz utkany z liści agawy wytrzymuje nie więcej niż 20-30 lat. Tymczasem niemalże w 500 lat po „różanym cudzie” tkanina z wizerunkiem Madonny pozostaje tak mocna, jak tamtego grudniowego dnia.

    – To nie jedyne cudowne znaki ukryte w wizerunku Matki Bożej z Guadalupe…

    – Obraz Matki Bożej z Guadalupe zawiera znacznie więcej ukrytych symboli i znaków, które przybliżają nas do Bożej Tajemnicy. Jesteśmy niczym Jan, który nawiedził grób po zmartwychwstaniu Chrystusa – „ujrzał i uwierzył” (J 20, 8). Podobnie i my, kontemplując ikonę Madonny z Meksyku, przyjmujemy wiarą, ale i rozumem prawdę o Boskim pochodzeniu obrazu.

    – Trudno się oprzeć wrażeniu, że Bóg przychodzi z pomocą naszej wierze, która często potrzebuje wzmocnienia…

    – Bóg zawsze wychodzi naprzeciw człowiekowi. Daje wiele możliwości „spotkania”. W wizerunku Morenity z Guadalupe jednym z bardziej fascynujących elementów są oczy Matki Bożej. Otóż przy pomocy silnie powiększającego szkła możemy zauważyć w źrenicach Madonny rzecz niebywałą – wizerunek brodatego mężczyzny, podobnego do tego z najstarszych wizerunków Juana Diego. Podobny obraz odnaleziono w drugiej źrenicy Matki Bożej. Podczas badania oftalmoskopem okazało się, że światło skierowane na źrenicę Madonny reaguje refleksem, dając wrażenie wklęsłej rzeźby. Takie zjawisko nie zostało zaobserwowane na żadnym innym obrazie świata. Oznacza to, że oczy Matki Bożej z Guadalupe załamują światło dokładnie tak, jak ludzkie, żywe oczy. Co więcej, dr José Aste Tönsmann, który poświęcił badaniu oczu Matki Bożej z Guadalupe połowę swojego życia, odkrył zadziwiające zjawisko. Otóż przy powiększeniu na źrenicach Madonny widoczna jest dokładnie scena z 12 grudnia 1531 r., kiedy na tilmie pojawił się wizerunek. Widać 13 osób, jak gdyby zastygłych w bezruchu – Indianina siedzącego ze skrzyżowanymi nogami, biskupa Zumárragę, jego tłumacza Gonzaleza, Juana Diego z otwartą tilmą, czarnoskórą dziewczynę i indiańską rodzinę. Oczy Maryi żyją.

    – Jak my, katolicy, powinniśmy traktować ten obraz?

    – Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe jest jednym z najbardziej znanych na całym świecie. Bez wątpienia nie jest on zwykłym wizerunkiem religijnym. Jest ikoną, niosącą ze sobą konkretny przekaz ewangelicznych treści. Maryja ukazana jest jako „Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12,1). Świetliste promienie widoczne na ikonie to typowy krąg spotykany w ikonach, zwany mandorlą. Wiele mówi również symbolika kolorów – niebieski oznacza nieśmiertelność i wieczność mieszkańców nieba, różowy oznacza Bożą miłość i męczeństwo za wiarę. Królewskość Niewiasty wyraża się w pięknym, złotym oblamowaniu płaszcza. Wizerunek Madonny z Guadalupe to otwarta księga, pełna znaków i symboli… Im bardziej się w nie zagłębiamy, tym większe zdziwienie wobec dzieł Bożych pojawia się w naszym sercu.

    – Dlaczego Maryja wybrała na miejsce swoich objawień w tamtym czasie Meksyk?

    – Kiedy Maryja objawiła się Juanowi Diego, był to trudny czas ewangelizacji Meksyku. Do momentu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć różnym pogańskim bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci węża. Ich przekonanie o potrzebie oddawania czci bożkom było wyjątkowo silne. Wierzono, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Oblicza się, że rocznie Aztekowie składali ok. 50 tys. ofiar z ludzi. Święta Panienka z Guadalupe miała prosić Juana Diego, aby nadał Jej wizerunkowi tytuł „Guadalupe”. Tymczasem „Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem „Coatlallope”, które w nahuatl znaczy „Ta, która depcze głowę węża”. Indianie spostrzegli, że Maryja nie jest jakąś „zwykłą boginią”. Zrozumieli, że jest silniejsza od czczonych przez nich bóstw. Odczytując symbolikę obrazu z Guadalupe zgodnie z azteckim kodeksem, a więc dokumentem, który za pomocą obrazków miał przekazać najważniejsze prawdy Azteków, możemy być zaskoczeni ogromem indiańskich symboli zawartych w wizerunku. Dzięki temu Indianie rozpoznali w Maryi swoją największą Królową. W ciągu zaledwie 6 lat po objawieniach aż 8 mln Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej. to był prawdziwy cud Matki Bożej, Jej wielkie zwycięstwo. Jan Paweł II nazywał Maryję z Guadalupe Gwiazdą Ewangelizacji.

    – Dlaczego Morenitę z Guadalupe nazywa się patronką życia poczętego?

    – Obraz Matki Bożej z Guadalupe jest szczególnie bliski wszystkim broniącym ludzkiego życia. Na swoim cudownym autoportrecie Matka Boża przedstawiła się w stanie błogosławionym. W samym centrum wizerunku, na łonie Maryi jest widoczny czteropłatkowy kwiat, przez Meksykanów nazywany Nahui Olin – Kwiatem Słońca. To symbol pełni i nowego życia. Ten niezwykły kwiat, umieszczony na łonie Maryi, z całą pewnością oznacza, że była Ona brzemienna. Dodatkowo Niepokalana ma czarną szarfę na talii, która symbolizuje stan odmienny.

    – Jakie było przesłanie Matki Bożej z Guadalupe, co Maryja chce nam powiedzieć dzisiaj?

    – Maryja na przestrzeni wieków ukazywała się zawsze najbiedniejszym, odrzuconym. W Lourdes – biednej, niewykształconej Bernadetcie Soubirous, w Fatimie – trojgu portugalskim pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, w Gietrzwałdzie – dwóm dziewczynkom: Justynce i Barbarze z warmińskiej wsi. Również w Meksyku przychodzi do prostego człowieka – Juana Diego, który sercem ufa Bogu jak dziecko. Przesłanie Matki Bożej zazwyczaj jest podobne. Maryja prosi o modlitwę, o nawrócenie.

    – O co dzisiaj prosi Matka Boża z Guadalupe?

    – Matka Boża tak jak kiedyś, również i dziś przychodzi bronić tych najbardziej wykluczonych, bezbronnych – nienarodzonych. Maryja prosi nas o poszanowanie każdego ludzkiego życia, które jest najcenniejszym darem Boga – jest ono święte i nienaruszalne.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    7 grudnia

    Druga Niedziela Adwentu

    Od niedzieli zapalamy świece w adwentowym wieńcu
    fot. depositphotos.com


    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    ***

    papież Leon XIV:

    „Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”

    “Każdy z nas może być małym światełkiem, jeśli przyjmie Jezusa” – mówił Leon XIV w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.

    FOT. VATICAN MEDIA

    ***

    Papież niedzielną modlitwę „Anioł Pański” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie. Swoje przemówienie poświęcił „duchowości Adwentu”.

    Ojciec Święty zwrócił uwagę, że Ewangelia drugiej niedzieli Adwentu zapowiada nadejście królestwa Bożego, związane z wezwaniem do nawrócenia, głoszonym przez Jana Chrzciciela. W jego słowach rozbrzmiewa „Boże wezwanie, by nie igrać z życiem i wykorzystać chwilę obecną, aby przygotować się na spotkanie z Tym, który sądzi nie na podstawie pozorów, lecz na podstawie czynów i intencji serca”.

    Królestwo Boże „objawi się w Jezusie Chrystusie, w łagodności i miłosierdziu”. Prorok Izajasz porównuje je do odrośli, co jest obrazem „narodzin i nowości”. Na odrośl, który wyrasta z pozornie martwego pnia, zaczyna wiać Duch Święty ze swoimi darami. (…) Jest to doświadczenie, które Kościół przeżył podczas Soboru Watykańskiego II, zakończonego dokładnie sześćdziesiąt lat temu: doświadczenie, które odnawia się, gdy wspólnie zmierzamy ku królestwu Bożemu, wszyscy pragnąc je przyjąć i służyć mu – wskazał papież. Dodając, że wówczas „realizuje się to, co po ludzku wydawałoby się niemożliwe”.

    Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Przygotujmy się na Jego królestwo, przyjmijmy je – wezwał Leon XIV, zapewniając, że będzie nas prowadził Jezus. Na tym polega „duchowość Adwentu, tak świetlista i konkretna”. Iluminacje wzdłuż ulic przypominają nam, że każdy z nas może być małym światełkiem, jeśli przyjmie Jezusa, odrośl nowego świata – powiedział papież.

    Stacja7.pl

    ***

    8 grudnia

    Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny

    Msza święta o godz. 7 rano w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego

    w Godzinie Łaski – adoracja przed Najświętszym Sakramentem od godz. 12.00 – 13.00

    ***

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.

    Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.


    Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?

    Są ciekawe pytania dotyczące Matki Bożej, na które dogmat o Niepokalanym Poczęciu nie odpowiada wiążąco – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

    Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?

     Scena zwiastowania Maryi na fresku w Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Co to znaczy: Niepokalane Poczęcie?

    Ks. prof. Jacek Kempa: 
    Niepokalane Poczęcie to jest prawda, a nie wydarzenie. Prawda o tym, że Maryja od początku swojego istnienia, czyli od poczęcia, jest zachowana od grzechu pierworodnego.

    Często Niepokalane Poczęcie Maryi jest mylone z dziewiczym poczęciem Jezusa. Tymczasem w Niepokalanym Poczęciu nie chodzi o to, jak Pan Jezus został poczęty, ale o to, Kim była Matka Boża.

    Dokładnie tak. To jest mylone nieustannie i wprowadza bardzo duży zamęt. Ta pomyłka prawdopodobnie bierze się z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że ta uroczystość przypada 8 grudnia, a więc w Adwencie, w pobliżu Bożego Narodzenia.

    Kolejny powód jest pewnie taki, że w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi czytamy podczas Mszy o dziewiczym poczęciu Pana Jezusa – czytamy opis sceny Zwiastowania z Ewangelii według św. Łukasza.

    Bardzo możliwe. A ten fragment jest przecież czytany dlatego, że Maryja jest w nim przez Archanioła Gabriela nazwana „łaski pełną”. Tu znajduje się podstawowe ewangeliczne odniesienie do prawdy wiary, którą nazywamy Niepokalanym Poczęciem.

    Co to znaczy: „pełna łaski”? Są co do tego wątpliwości, ponieważ użyte w tym miejscu greckie słowo kecharitomene nie oznacza dosłownie „pełna łaski”, a raczej „obdarowana łaską”. A to przecież mniej kategoryczne stwierdzenie.

    Prawda wyrażona w dogmacie o Niepokalanym Poczęciu nie jest prostym, dosłownym powtórzeniem tego, o czym mówi nam Ewangelia. Jest daleko idącą interpretacją, wynikającą z wiary Ludu Bożego, która rozwijała się po ogłoszeniu Ewangelii, po spisaniu i zamknięciu kanonu pism Nowego Testamentu. Dlatego odwoływanie się do słowa kecharitomene jak do fundamentu jest oczywiście potrzebne, ale nie wyczerpuje treści nauki o Niepokalanym Poczęciu.

    Wracam więc do pierwszego pytania – co to dokładnie znaczy: Niepokalane Poczęcie?

    Ściśle odpowiada na to definicja dogmatyczna papieża Piusa IX z 1854 roku. Mówi ona, że Maryja od początku swojego istnienia jest zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego i że dzieje się to mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa.

    Jakie to zachowanie od grzechu pierworodnego miało skutki dla Matki Bożej i jakie skutki ma dla nas?

    Najpierw jest to zwierciadlane odbicie stwierdzenia, że Maryja jest cała święta – z tym dopowiedzeniem, że jest święta od poczęcia, a nie tak jak my, uświęcona przez chrzest sakramentalny. Nie była przecież ochrzczona. Nie było wtedy sakramentu chrztu świętego. Mówiąc jeszcze inaczej: Nie mogło być łaski chrztu, skoro nie było odkupienia dokonanego przez Pana Jezusa.

    Dogmat ten orzeka więc, że to wszystko, co się składa na pełnię świętości Maryi, zostało Jej podarowane od początku Jej istnienia. Dar ten zaś otrzymała przed dokonaniem się odkupienia w Chrystusie. To obdarowanie nie wydarzyło się jakby „poza darem odkupienia”, ale na mocy przewidzianego przez Boga odkupienia ludzkości.

    Czy Matka Boża była zatem jak Ewa w raju przed grzechem pierworodnym, czy raczej jak my po chrzcie świętym?

    Odniesienie Maryi do Ewy w raju jest znane z Tradycji wiary. Wnosi ważne światło w rozumienie roli Maryi w historii zbawienia. Niestety, może prowadzić też do spekulacji, których prawdziwości nie sposób sprawdzić.

    Prawda o Niepokalanym Poczęciu pozwala nam powiedzieć, że Maryja jest jak Ewa przed grzechem: obdarzona nadprzyrodzoną przyjaźnią z Bogiem. Umocniona tą łaską nigdy nie traci więzi z Bogiem. Jest więc „nową Ewą”, początkiem „nowego stworzenia”. Istotą tego stanu jest pozostanie w podarowanej więzi z Bogiem – czyli w łasce.

    Kiedy stawia Pan alternatywę między stanem Ewy w raju a stanem człowieka po chrzcie, to zostaje wprowadzony jeszcze inny problem. Chrzest gładzi grzech pierworodny i grzechy osobiste, jeśli zostały wcześniej popełnione. Czyli, mówiąc pozytywnie, chrzest obdarza nowym życiem w Chrystusie. Wprowadza w więź z Bogiem. Czy to uświęcenie przez chrzest wprowadza nas w stan pierwszych rodziców? Intuicyjnie zawołamy „nie!”, wskazując na to, że w dalszym życiu niestety popełniamy wiele grzechów, czyli ulegamy skutkom grzechu pierworodnego, do których należy skłonność do grzeszenia. Gdybyśmy do tego dodali jeszcze tradycyjną wykładnię wiary biblijnej, że pierwsi rodzice byli wyposażeni w niezwykłe dary wolności od cierpienia i śmierci, to zamęt gotowy. Zdecydowanie chrzest nie przywraca nas do stanu rajskiego. Nawet stwierdzenie, że chrzest „przywraca” nam łaskę nie jest poprawne. On nas po prostu obdarowuje czymś, na co nie zasłużyliśmy: nowym życiem w Chrystusie, czyli łaską wielkiego, miłosiernego Ojca. Gdzie jest Maryja w tym zestawieniu? Jest jak Ewa jedynie w sensie symbolicznym, jako Matka „nowej ludzkości”, odkupionej przez Chrystusa. Poza tym nie odwracamy się już wstecz ku Ewie. Maryja nie jest wolna od cierpień, od przemijania ku śmierci. Przecież czcimy ją także jako Matkę Bolesną. Maryja, odkupiona od początku swojego istnienia przez Chrystusa, wskazuje drogę ku przyszłości – jest prawzorem naszego odkupienia. W tym sensie jest jak wszyscy ochrzczeni, a nie jak Ewa. Jej przywilejem jest to, że otrzymała ten dar od początku swojego istnienia i na mocy specjalnego Bożego przywileju. Tajemnicą tego daru, ale i Jej współpracy z nim jest jej nieprzerwana świętość, to znaczy Jej zupełne oddanie Bogu, które się nigdy nie zachwiało.

    Czyli można by powiedzieć, że Matka Boża była wolna od winy, ale nie była wolna od skutków grzechu pierworodnego?

    Tak. A do skutków grzechu pierworodnego należy – jak wiadomo – skłonność do grzechu osobistego. Trwały i trwają spory co do tego, czy można z dogmatu o Niepokalanym Poczęciu wyciągać wnioski sięgające stwierdzenia, że Maryja nie przeżywała skłonności do złego. Wydaje się, że takie twierdzenie prowadziłoby do osobliwego wniosku, że Maryja stoi w swej „nadziemskiej” doskonałości poniekąd wyżej od Jezusa, czyli Syna Bożego w Jego ludzkiej naturze. Bo przypomnijmy, że Syn Boży stał się człowiekiem i jako Jezus z Nazaretu był kuszony do złego, a więc musiał się mierzyć z jakiegoś rodzaju pociąganiem w stronę zła. Owszem, zwyciężał je, ale w tym doświadczeniu pociągania do złego objawia swoją solidarność z nami. Gdyby twierdzić, że Maryja takiego stanu narażania na zło – np. w postaci doświadczania zwyczajnych codziennych słabości – nie przeżywała, to trzeba by uznać, że w porządku łaski stała Ona wyżej niż Pan Jezus. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu oczywiście tego nie zakłada.

    Z historii teologii wiemy, że w Kościele coraz wyraźniej rozwijało się przekonanie, iż Maryja nigdy nie popełniła żadnego grzechu, nawet lekkiego. Niemniej byli także autorzy sugerujący, że Maryja postępowała w doskonałości swojego życia. Nie popełniła nigdy grzechu ciężkiego (czyli nie zerwała nigdy swojej więzi z Bogiem), ale podlegała procesowi doskonalenia się w miłości Boga. To są otwarte kwestie. Można o nich dyskutować, bo dogmat o Niepokalanym Poczęciu tego nie przesądza.

    Już święty Augustyn uważał, że Matka Boża była niepokalanie poczęta. Święto Niepokalanego Poczęcia zostało oficjalnie wprowadzone przez papieża Sykstusa IV w 1477 r. Sobór Trydencki zastrzegał, że grzech pierworodny nie dotyczy Maryi. Dlaczego w takim razie tak długo zajęło Kościołowi ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu? Przypomnijmy, że stało się to dopiero w 1854 r.

    Z poglądami św. Augustyna na ten temat sprawa jest skomplikowana. Trzeba by naświetlać kontekst teologiczny, w jakim formułował swoje przemyślenia. Trudno go uznać za prekursora współcześnie ogłoszonej nauki o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Na pewno głosił świętość Maryi.

    Rzeczywiście łatwiej jest wprowadzić święto do kalendarza liturgicznego niż ogłosić dogmat. Chwalenie Boga, Maryi i świętych w liturgii Kościoła nie domaga się w każdym przypadku precyzyjnych definicji. Natomiast ogłoszenie dogmatu nasuwało trudności. Czy można mówić o świętości Maryi jako efekcie dzieła odkupienia w Chrystusie? Jak można mówić, że Maryja jest od chwili poczęcia odkupiona przez Chrystusa, skoro dopiero stanie się osobą dorosłą, dopiero ma Go urodzić, a On dopiero za jakiś czas dokona dzieła Odkupienia?

    Jak rozstrzygnięto tę wątpliwość?

    Zwykle przywołujemy tu naukę franciszkańskiego teologa bł. Jana Dunsa Szkota, który jako pierwszy bardzo wyraźnie podkreślił, że Bóg nie jest związany biegiem historii. W swojej wszechwiedzy przewiduje, że Maryja zostanie Matką Odkupiciela. Przewidując to, udziela daru odkupienia Maryi, zanim spełni się Odkupienie przez Chrystusa.

    Duns Szkot był zatem prekursorem myśli o tym, że Maryja cieszy się łaską Odkupienia za sprawą Bożego przewidzenia daru odkupienia przez Krzyż Chrystusa. I tak to zostało zapisane w definicji dogmatycznej w 1854 roku: Maryja na mocy przewidzianych zasług Zbawiciela rodzaju ludzkiego Jezusa Chrystusa została zachowana od grzechu pierworodnego.

    Około czterech lat po tym uroczystym akcie miały miejsce objawienia w Lourdes. Matka Boża przedstawiła się tam św. Bernadecie jako Niepokalane Poczęcie.

    Myślę, że miało to niesłychanie wielkie znaczenie dla szerokiego spopularyzowania tego tytułu Maryi i zawartej w nim treści. W każdym razie kult Maryi jako wyróżnionej przez Boga darem Niepokalanego Poczęcia rozpowszechnił się bardzo i stał się pośrednio przyczyną jeszcze większego wyniesienia Maryi w Kościele.

    Szereg badaczy historii teologii mówi, że mniej więcej od tamtego czasu zaczęła się niestety umacniać także niepoprawna pobożność maryjna. Wyobrażała ona sobie Maryję nie jako jedną z nas w Kościele, jako pierwszą w Kościele, ale jako kogoś nieomal boskiego, jako osobę, którą można już tylko czcić, ale nie da się Jej naśladować. Szczęśliwie wróciliśmy do równowagi w Kościele: czcząc Maryję, nie stawiamy jej ponad ludzkością, ponad Kościołem. Jej wyjątkowa rola Matki Zbawiciela nie oddala jej od nas, Jej przywilej Niepokalanego Poczęcia nie stawia Jej ponad nami, ale czyni z Niej osobę „pierwszą w pielgrzymce wiary”.

    Mówiliśmy, że ze względu na nagminne mylenie Niepokalanego Poczęcia Maryi z dziewiczym poczęciem Jezusa dość nieszczęśliwie się stało, że uroczystość Niepokalanego Poczęcia jest w Adwencie i że niemal sąsiaduje z Bożym Narodzeniem. Ale teologicznie to ma sens. Skoro definicja dogmatyczna mówi, że Niepokalane Poczęcie Maryi to skutek przewidzianych zasług Pana Jezusa, to mamy prawo – jak Dante Alighieri – nazywać Matkę Bożą „córką Swego Syna”.

    Tak. Myślę, że dobrze jest przeżywać Adwent jako wielki skrót historii zbawienia. W takim szybkim résumé nauka o Niepokalanym Poczęciu ma swoje miejsce: oto po wiekach oczekiwania w narodzie wybranym pojawia się osoba, która jest przygotowana przez Boga do tego, żeby stać się Matką Zbawiciela. Tak, to bardzo pasuje! Należy tylko przesunąć akcent z tego nieprawidłowego skojarzenia z poczęciem Jezusa…

    rozmawiał: Jarosław Dudała/Gość Niedzielny

    ***

    Niepokalane Poczęcie: kto tu kogo począł? Uroczystość, której wielu katolików nie rozumie.

    NIEPOKALANE POCZĘCIE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
    CERES/Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    8 grudnia świętujemy nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś zupełnie innego.

    Niepokalane Poczęcie Maryi, którego uroczystość obchodzimy w liturgii 8 grudnia, często bywa mylone z Jej dziewiczym macierzyństwem. To pierwsza sprawa, którą warto wyjaśnić.

    Świętujemy dzisiaj nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś innego. A mianowicie o to, że Bóg, wybierając Ją jeszcze przed Jej urodzeniem na Matkę swojego Syna, przygotował Ją do tej roli, pozwalając Jej począć się i urodzić bez obciążenia grzechem pierworodnym.

    Pełna łaski

    Nie znaczy to, że Maryja była pozbawiona jakiejś części ludzkiego doświadczenia czy bagażu człowieczej natury. Bóg Jej niczego nie odjął. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że od czasów Adama i Ewy była pierwszym pełnym człowiekiem. Grzech jest w nas pewnym brakiem. Grzech pierworodny to rana, pęknięcie w naturze, z którym się rodzimy. W Niej tego braku nie było.

    Była i pozostała pełna – Pełna łaski – bo miała stać się Matką Tego, który jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Aby Jezus – tak jak od Ojca otrzymał pełnię bóstwa – tak po Matce mógł odziedziczyć pełne, niewybrakowane grzechem człowieczeństwo.

    Nie znaczy to, że Maryi nie dotyczył problem grzechu pierworodnego i że nie potrzebowała odkupienia. Ta pełnia uzdrowionego człowieczeństwa została Jej podarowana dzięki męce, śmierci i zmartwychwstaniu Syna. Tyle, że niejako przed czasem.

    Próbując jakoś wyrazić tę uprzedniość, liturgia mówi, że stało się to na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa. Pan mógł to tak urządzić, bo w przeciwieństwie do nas nie jest ograniczony czasem. U Niego wszystko jest teraz.

    To przygotowanie, którego Bóg dokonał w Maryi, nie oznacza także jakiegokolwiek ograniczenia Jej woli. Maryja nie była zmuszona zostać Matką Boga, choć oczywiście łatwiej Jej było dzięki temu powiedzieć: Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie. O ile coś takiego w ogóle może być łatwe.

    Niespętana, nieograniczona grzechem była w momencie decyzji i w każdym innym momencie swojego życia najbardziej wolnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi. Bardziej wolny jest już tylko Jezus, ale On nie jest stworzeniem, lecz Stwórcą. Nie kimś wolnym, ale samą Wolnością.

    Bez grzechu

    Z powyższego akapitu można wyciągnąć wniosek, że Maryi w ogóle było łatwiej czynić dobro i unikać grzechu. To prawda. Nie miała w sobie niszczącego wolność kosmicznego wirusa grzechu. Tylko powiedzmy sobie szczerze, że to jest względne ułatwienie w świecie skażonym grzechem. Pełnia niewinności to także maksymalna wrażliwość na najmniejsze nawet zło.

    Maryja była trochę jak główna bohaterka Miasta ślepców (nota bene świetna rola Julianne Moore, znanej szerzej jako pani prezydent Coin z Igrzysk śmierci). Jedyna widząca wśród niewidomych, pochłoniętych egoistyczną walką o przetrwanie. Jeśli to znaczy, że miała łatwiej, to owszem – miała łatwiej. Dodajmy tylko, że do programu tego łatwiej należało stanie pod krzyżem i Wielka Sobota.

    W to szczególne, uprzednie wybranie i przygotowanie Maryi, w tę Jej zachwycającą i dającą nam nadzieję wolność Kościół wierzył od samego początku. Nie jest to wymysł Piusa IX, który korzystając z bycia papieżem, narzucił go innym.

    Wiara w Niepokalane Poczęcie ma swoją podstawę w Piśmie Świętym. Składają się na nią: zapowiedź nieprzyjaźni między Niewiastą a wężem, która kończy się zmiażdżeniem głowy tego ostatniego przez jej Potomstwo; obrazy starotestamentalne, w których Kościół widział od samego początku zapowiedź Maryi (Arka Przymierza, lilia między cierniem, ziemia kapłańska, runo Gedeona – tak, dobrze wam się kojarzy, Godzinki są przecież o Niepokalanym Poczęciu).

    A także określenia Pełna łaski oraz błogosławiona między niewiastami, jakich używają w stosunku do niej Gabriel i Elżbieta.

    Jestem Niepokalane Poczęcie

    Wiarę tę podzielali również ojcowie Kościoła, nazywając ją czystą, niewinną i bez skazy. Na Wschodzie od VII, a na Zachodzie od VIII wieku obchodzono święto Poczęcia Maryi. Zastrzeżenia zgłaszali późniejsi teologowie (w tym święci Bernard i Tomasz z Akwinu).

    Ale to dlatego, że nie za bardzo zgadzało im się to z prawdą o tym, że grzech pierworodny dotyczy wszystkich ludzi i że wszyscy potrzebują odkupienia. Sprawę wyjaśnił ostatecznie kilka wieków później doktor subtelny, czyli błogosławiony Jan Duns Szkot. A i my już to sobie wyjaśniliśmy powyżej.

    Ogłoszenie dogmatu przez Piusa IX nie polegało więc na wyciągnięciu nikomu nieznanego wcześniej poglądu teologicznego z papieskiej tiary. Chodziło raczej o ostateczne zdefiniowanie formalne i potwierdzenie prawdy wiary, jaką Kościół nosił w swoim łonie i wyznawał od samego początku.

    Kościół na Wschodzie wierzy tak samo. A jego dystans do rzeczonego dogmatu wynika z przekonania, iż definiowanie i ogłaszanie prawd wiary jest raczej kompetencją soboru niż pojedynczych biskupów (choćby był to biskup samego Rzymu).

    Objawienie prywatne

    W tym kontekście warto dodać, że była to inicjatywa oddolna i to dochodząca do głosu już od dobrych kilku wieków. Samo ogłoszenie bulli Niewysłowiony Bóg (Ineffabilis Deus) papież poprzedził konsultacjami z komisją teologów, konsystorzem kardynałów i biskupami całego świata. Mieli oni za zadanie napisać, jak wiara w Niepokalane Poczęcie miewa się w praktyce religijnej ich wiernych.

    Cztery lata po ogłoszeniu dogmatu do całej sprawy uprzejma była odnieść się nawet sama Zainteresowana. Bernadecie Soubirous (prostej dziewczynie, którą trudno posądzać o dogłębną wiedzę teologiczną) Maryja przedstawiła się, mówiąc: Jestem Niepokalane Poczęcie.

    W objawienia prywatne – w przeciwieństwie do dogmatów – katolik nie ma co prawda obowiązku wierzyć, ale trzeba przyznać, że Maryja trafiła w Lourdes w samo sedno. Jesteśmy tym, co pozwolimy zrobić ze sobą Bogu. Jesteśmy tym, co otrzymamy od Niego. Jeśli chcemy być w pełni sobą, w pełni ludźmi, to tylko On może dać nam tę pełnię.

    Michał Lubowicki -Aleteia.pl

    ***

    GODZINA ŁASKI

    8 grudnia godz.12.00

    W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia każdego roku od godz. 12:00 do 13:00 trwa Godzina Łaski.

     Adobe Stock

    ***

    O tej godzinie Maryja obiecuje morze łask i zachęca do modlitwy w kościele, a jeżeli to nie jest to możliwe, można także prosić o łaski w domu, pracy, tam, gdzie akurat przebywamy. To wezwanie do modlitwy nie tylko swoich i swojej rodziny intencjach, lecz także pokój na świecie, Kościół i nawrócenie grzeszników, a także do ofiary i pokuty.

    Niewielu w Polsce słyszało o objawieniach Matki Bożej w Montichiari-Fontanelle, choć przyjęło się już w licznych parafiach nabożeństwo zwane Godziną Łaski. U jego początków są właśnie objawienia Matki Bożej Róży Duchownej we włoskim Montichiari.

    UWAGA! Warto przypomnieć, że Kościół oficjalnie nie potwierdził tych objawień, choć zezwolił na kult Maryi w sanktuarium w Montichiari – tak wyglądała sytuacja do 8 lipca 2024. Tego dnia bowiem Dykasteria Nauki Wiary wydała pozytywną opinię na temat objawień, jakich doznała włoska mistyczka Pierina Gilli. Zgodnie z nowymi normami ws. zjawisk nadprzyrodzonych dykasteria stwierdziła, że w treści objawień nie znaleziono żadnych elementów bezpośrednio sprzecznych z nauczaniem Kościoła.

    O niewielkim miasteczku w północnej Italii, u podnóża Alp, 20 km od Brescii, zrobiło się głośno tuż po II wojnie światowej. Wówczas to, w roku 1946, najpierw w Montichiari, a potem – w następnych latach – w położonej nieco na uboczu dzielnicy Fontanelle Matka Boża wielokrotnie ukazała się Pierinie Gilli, pielęgniarce z miejscowego szpitala. Dzięki tym objawieniom miasteczko zupełnie zmieniło swój charakter, m.in. w górującym nad okolicą starym zamku, zwanym obecnie Zamkiem Maryi, ulokowano ośrodek dla ludzi chorych i starych, natomiast przy źródle w Fontanelle – według życzenia Maryi – powstał ogromny ośrodek leczniczy z basenami z leczącą wodą z poświęconego przez Najświętszą Pannę źródła.

    Pierina Gilli

    Powiernicą Matki Bożej – jak wspomniałem – była Pierina Gilli, urodzona 3 sierpnia 1911 r. w wiosce San Giorgio pod Montichiari. Pochodziła ona z biednej, wielodzietnej rodziny. Gdy jej ojciec, Pancrazio, zmarł wskutek ran odniesionych podczas I wojny światowej, mała Pierina trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Sytuacja materialna rodziny poprawiła się, kiedy jej matka, Rosa, wyszła powtórnie za mąż, i Pierina mogła wrócić do domu. Była jednak źle traktowana przez ojczyma. W trudnych chwilach – jak wspominała – śpiewała Litanię loretańską do Matki Bożej, by powstrzymać jego agresję.

    W wieku 18 lat podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Montichiari. Przekonana od dzieciństwa o opiece Matki Bożej, pragnęła wstąpić do zakonu, jednak z powodu słabego zdrowia i braku posagu nie została przyjęta. Nie załamując się, oddała Maryi swoje życie. Postanowiła równocześnie praktykować uczynki miłosierdzia i pokuty. Pod wpływem duchowych natchnień złożyła prywatny ślub czystości i odmówiła zamążpójścia. Celem wybranej przez nią drogi było uświęcenie własne, a także ofiarowanie praktyk pokutnych oraz cierpień za przeżywających trudności kapłanów oraz osoby konsekrowane.

    Ponownie starała się o przyjęcie do zakonu w 32. roku życia. Choć została przyjęta do Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia, nie złożyła ślubów wieczystych, głównie z powodu nękających ją ciężkich chorób. W wieku 35 lat po raz pierwszy miała widzenie Matki Bożej.

    Objawienia Róży Duchownej

    Pierwsze objawienie Pierina przeżyła 24 listopada 1946 r. podczas pracy w szpitalu. Ujrzała płaczącą Madonnę z zanurzonymi w piersi trzema mieczami. Szatę Maryi zdobiły trzy róże: biała, czerwona i złota. Maryja nazwała siebie Różą Duchowną. Głównym przesłaniem była prośba o szerzenie kultu Matki Bożej Róży Duchownej w intencji uświęcenia dusz konsekrowanych. Kiedy Pierina opowiedziała o tym widzeniu swojemu spowiednikowi, nie znalazła zrozumienia, co więcej – nakazał jej milczenie.

    Podczas kolejnych widzeń i mistycznych ekstaz Pierina widziała Matkę Bożą w różnych miejscach: w domowym oratorium, w szpitalnej sali, w domowej kaplicy, w kościołach… Świadkami tych objawień były setki osób. W licznych orędziach Matka Boża nawiązywała do wielkich objawień: w Lourdes – nazywając się Niepokalanym Poczęciem; w Fatimie – pragnąc, aby rozwijano w zgromadzeniach zakonnych nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca i czczono Ją pod wezwaniem Róży Duchownej (Mistycznej); na rue du Bac w Paryżu – nakazując wybicie medalika podobnego do tego z 1830 r., kiedy to miały miejsce objawienia św. Katarzynie Labouré. Już bodaj z tego wynika, że przesłania Maryi w Montichiari okazały się bardzo kościelne, a tym samym uniwersalne, stąd też figury Matki Bożej Róży Duchownej zaczęto wkrótce stawiać w wielu kościołach na całym świecie.

    Fenomenem tych objawień jest wspomniana Godzina Łaski: 60 minut między godz. 12.00 a 13.00 w dniu 8 grudnia, czyli w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Oto Jej słowa: „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu”.

    Słowo Kościoła

    Objawienia z Montichiari przez wiele lat nie były zatwierdzone przez Kościół, mimo że potwierdziły je cuda uzdrowień, zjawiska świetlne i słoneczne oglądane wielokrotnie w Montichiari, a nawet to, że papież Paweł VI miał na swoim biurku statuę pielgrzymującej Madonny Róży Duchownej.

    Biskup Brescii Giacinto Tredici, który ostatecznie musiał wydać werdykt o prawdziwości objawień, nie będąc im przeciwny, sugerował Pierinie Gilli życie w ukryciu. Ta pokornie zastosowała się do zaleceń i przez wiele lat mieszkała w skromnym domku przy franciszkańskim klasztorze w Fontanelle, gdzie spotykała się z pielgrzymami w swojej niedużej kaplicy. Aż do śmierci prowadziła pustelnicze życie. Poświęciła się modlitwie i pokucie, jednak nigdy nie przywdziała habitu zakonnego. Zmarła w opinii świętości 12 stycznia 1991 r., nie doczekawszy się zatwierdzenia objawień. Jej grób i miejsca objawień odwiedza rocznie ponad 100 tys. pielgrzymów.

    Kolejny biskup Brescii, Giulio Sanguinetti, widząc, jak statuy Maryi z trzema różami na piersiach lub też z trzema mieczami zdobywają świat, 15 sierpnia 2000 r. uznał kult Matki Bożej Róży Duchownej z objawień w Montichiari. Przesłał także list do dwóch stowarzyszeń, które spontanicznie zajmowały się miejscami kultu w Fontanelle. Poinformował je o mianowaniu „kapłana, który ma zająć się sprawą kultu, w osobie Pierino Bosellego, dyrektora diecezjalnego wydziału do spraw liturgii”. Wkrótce w Montichiari powstało nowe stowarzyszenie, utworzone z dwóch dotychczasowych, zatwierdzone przez biskupa i przez proboszcza Montichiari ks. Franco Bertoniego. Jego celem jest szerzenie pobożności do Matki Bożej w Fontanelle. To nowe stowarzyszenie nazywa się Róża Duchowna – Fontanelle.

    Uznanie objawień Róży Duchownej wpłynęło na jeszcze liczniejsze fundowanie świątyń pod tym wezwaniem, powstały nowe ruchy religijne; także wiele osób, które odwiedzają i poznają Montichiari, odkrywa powołanie kapłańskie lub zakonne. Chociaż więc objawienia w Montichiari-Fontanelle nie wniosły szczególnie wiele nowego czy to do teologii, czy do pobożności maryjnej, to należałoby napisać, że Bóg zawsze wybiera sobie tylko znany i właściwy moment na swoje przesłanie do Kościoła i świata. Orędzie Matki Bożej z Montichiari jest wołaniem o zagrożoną świętość kapłanów i osób konsekrowanych, jest wezwaniem do modlitwy, do podejmowania dzieł zadośćuczynienia i pokuty szczególnie za tych kapłanów, którzy przeżywają kryzys wiary, a nierzadko odchodzą z drogi powołania lub nawet otwarcie zaczynają walczyć z Kościołem.

    „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie, ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie nawiedzić kościoła, a będzie modlił się w południe w domu, ten także otrzyma za moim pośrednictwem wiele łask. Każdy, kto będzie modlić się w tej intencji i wylewał łzy pokuty, odnajdzie pewną drabinę niebieską, przez me macierzyńskie Serce będzie też miał zapewnioną opiekę i łaskę. Spójrz na to Serce, które tak umiłowało ludzkość, ale większość ludzi tylko rzuca w nie obelgami. Jeśli dobrzy i źli zjednoczą się w modlitwie, dostąpią przez to Serce miłosierdzia i otrzymają dar pokoju”.

    Prośby i obietnice

    1. Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata.

    2. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała.

    3. Będą masowe nawrócenia.

    4. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga.

    5. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich.

    6. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona.

    7. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny łaski.

    8. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu.

    Czesław Ryszka/Tygodnik Niedziela

    ***

    Ten jeden obraz w Barcelonie zatrzymał mnie w pół kroku. Nie spodziewałam się, że zmieni moją wiarę

    Inmaculada (Zurbarán, Barcelona)

    Museu Nacional d’Art de Catalunya/ Public Domain/ Canva

    Inmaculada (Zurbarán, Barcelona)

    ***

    Pojechałam do Hiszpanii wygłosić wykład o dekonstrukcji symboli teologicznych w malarstwie. Weszłam do muzeum tylko „przy okazji”. A wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidziałam.

    Gdy praca staje się pustą bieganiną

    Samolot przechylał się nad Barceloną, a ja patrzyłam w mleczną mgłę z coraz cięższym sercem. Słoneczna Hiszpania. Akurat. Bardziej jak Londyn. Jechałam z kolejnym wykładem — dekonstrukcja symboli teologicznych w malarstwie współczesnym. Temat ukochany, a mimo to czułam w sobie wypalenie, jakby moje przemyślenia były skazane na porażkę w świecie, który nie ma już czasu na piękno.

    Przez całą drogę wracało do mnie jedno pytanie: po co ja to jeszcze robię?

    Ludzie wolą rolki, Tik Toka, śmieszne filtry, migoczące obrazy. Jak coś o sztuce to w 10 sekund, zabawnie.  A ja próbuję mówić o ikonografii, o tradycji, o teologicznych sensach, o ukrytych symbolach które wymagają ciszy, skupienia, otwartości. O tym, że nadal istnieją malarze nawiązujący do tego, co kiedyś było kanonem. To bez sensu. Nikogo to nie interesuje już. 

    Mgła zagania mnie do Museu Nacional d’Art de Catalunya. Wchodzę z przyzwyczajenia, z  zamiarem „odfajkowania” kilku sal. Nic mnie nie rusza. Wszystko jest poprawne, znane, przewidywalne.

    I wtedy widzę Ją. Niepokalane Poczęcie Zurbarána.

    Wiszący skromnie, wśród innych obrazów, cichy, na ich tle wstydliwie niepozorny. A jednak coś mnie zatrzymało.

    Inmaculada (Zurbarán)
    Inmaculada (Zurbarán)

    ***

    Maryja Niepokalana

    Podchodzę z czystej ciekawości — zawodowy odruch. Maryja w bieli, księżyc pod stopami, dłonie złożone. W głowie automatycznie odhaczam schematy epoki, wskazówki Pacheco o tym, jak należy malować Maryję: młodą, o pięknych rysach, otoczoną wieńcem gwiazd dwunastu.

    Chcę już odejść. Ale kątem oka zauważam Bramę Niebieską po lewej stronie.

    „Zamknięta brama przez którą przechodzi Zbawiciel … dziewicze macierzyństwo… Ezechiel.” – myślę.

    I nagle czuję lekkie zawstydzenie. Dlaczego nie zobaczyłam tego od razu?

    Przesuwam wzrok na drugą stronę:

    Schody — Drabina Jakubowa. Łącznik nieba i ziemi. Maryja jest tu Pośredniczką i Tą, która niesie pomoc ludziom w dążeniu do Królestwa Niebieskiego.

    Poniżej lustro — „zwierciadło bez skazy” z Księgi Mądrości. Wybraństwo bez grzechu poczętej Matki Boga.

    Świątynia. Miasto. Palma. Wieża Dawidowa. “Tyś zdrojem wód żywych spływających z Libanu “(PnP 4,15) tyle proroctw, które spełniły się w Jej osobie!

    A nad jej głową — dziesięć gwiazd, dziesięć, nie dwanaście!
    A jednak nie — dwie kolejne, ukryte w chmurach.

    Nagle wszystko zaczyna pulsować znaczeniem. I coś we mnie pęka.

    Moment, którego nie potrafię wyjaśnić

    Patrzyłam na Maryję, a ona — inaczej niż większość Inmaculadas — nie kierowała wzroku ku niebu. Patrzyła w dół, na ziemię. Na mnie.

    W tamtej sekundzie poczułam, jak cała drętwieję. Jakby cały mój wewnętrzny chaos został nagle „złapany” przez to spojrzenie.

    Przez lata tłumaczyłam studentom, że symbole są językiem, którym sztuka rozmawia z wiarą. Ale miałam wrażenie, że sama od dawna słyszę już tylko echo swojej wiedzy, a nie głos Boga.

    A teraz — przy tym jednym obrazie — poczułam coś, co trudno nazwać inaczej niż łaską.

    Jakby wszystkie te dawne symbole — Brama, Drabina, Gwiazdy, Wieża, Morze — zaczęły składać się w jedną wielką opowieść o czystości, wyborze, pięknie i o tym, że Maryja jest tajemnicą, którą próbujemy może czasem zbyć i sprowadzić do roli zwykłej kobiety, której zdarzyło się urodzić Jezusa. 

    Poczułam wilgoć pod powiekami. I choć było mi głupio płakać w muzeum, nie mogłam się opanować.

    Przestań analizować. Popatrz na Nią sercem.

    Zwierciadło sprawiedliwości, 
    Wieżo Dawidowa,
    Bramo niebieska, 
    Gwiazdo zaranna, 
    Uzdrowienie chorych, 
    Ucieczko grzesznych,
    Pocieszycielko strapionych,  

    Pocieszycielko strapionych! Módl się za nami.

    Jak bardzo nie doceniamy pomocy, jaką mamy w Maryi!

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta!

    Następnego dnia mówiłam inaczej.
    Nie jak historyk sztuki.
    Bardziej jak świadek.

    O tym, że stare mistrzostwo nie było kwestią estetyki czy artystycznego widzimisię, lecz modlitwą. I opowiedziałam o skromnym skarbie, który mają tuż pod nosem, ale nie widzą. O tym, że Niepokalane Poczęcie nie jest po prostu malowidłem, a teologicznym poematem zapisanym w symbolach. Studenci – nie wiem, czy którykolwiek był wierzący, słuchali obojętnie.

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta! Módl się za nami.
    Pocieszycielko strapionych! Módl się za nami.

    Po wykładzie podeszła do mnie dziewczyna.

    – Pierwszy raz dotarło do mnie, że to coś więcej, niż tylko obraz. Że to  hymn pochwalny wysławiający Maryję.  Modlitwa zamknięta w obrazie, którą ja też mogę się modlić,  razem z malarzem, ponad wiekami!  – powiedziała.

    I wtedy zrozumiałam: to właśnie jest sens.

    Nie to, by cały świat natychmiast się nawrócił, ale to, by jedna osoba zobaczyła w nim posłanie, które czekało na nią od wieków.

    Sztuka zmienia nas, jeśli jej na to pozwolimy

    Od tamtego wieczoru w Museu Nacional d’Art de Catalunya noszę w sobie jedno przekonanie:

    Mistrzowie przekazują więcej, niż widzą nasze oczy. Ale tylko otwarte serce pozwala, by ich dzieła nas przemieniały.

    Maryja z obrazu Zurbarána patrzy w dół, nie dlatego, że boi się nieba, ale dlatego, że chce zejść do naszego świata, Pocieszycielka strapionych!

    Do mojego zmęczenia.
    Twojego szukania.
    Naszych pytań.

    I być może właśnie wtedy sztuka sakralna robi to, co robi najlepiej: prowadzi do modlitwy, a przez nią do Boga.

    Miriam Wysocka –Aleteia.pl

    ***

    Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:

    „Rorate caeli desuper” – „Spuśćcie rosę niebiosa”.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Świecę Roratnią zapala się w czasie Mszy św. odprawianej przed wschodem słońca. Ciemność symbolizuje świat, w którym ludzkość oczekiwała na przyjście Mesjasza. Ciemność symbolizuje współczesnego człowieka, w którego życiu nie narodził się jeszcze Chrystus, albo człowieka, który się od Niego oddalił. Ciemność uzmysławia sytuację, którą całkowicie odmienił Bóg poprzez Tajemnicę Wcielenia. Podczas Pasterki w pierwszym Czytaniu Kościół ogłasza proroctwo Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. (…) Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany” (Iz 9, 1. 5). To wszystko prowadzi do uwielbienia Boga za to, że stał się jednym z nas, by nas zbawić.

    Świeca roratnia rozjaśnia ciemności. którą symbolizuje Maryja, wybrana przez Boga na Matkę Bożego Syna. W Adwencie słyszymy proroka Izajasza: „Wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański” (Iz 11, 1-2). Duch Święty zstąpił na Maryję, co opisuje scena Zwiastowania. Wybrana przez Boga wywodzi się z rodu Dawida,

    Świeca Roratnia symbolizuje Najświętszą Maryję Pannę, bo to Ona nosi w swoim łonie Światłość świata – Jezusa Chrystusa. Ta Światłość jest już obecna w Maryi, dlatego nazywamy Ją Jutrzenką i Gwiazdą Zaranną. Tak jak ta gwiazda zapowiada wschód Słońca, tak Maryja zapowiada radość przyjścia Mesjasza. W oczekiwaniu na Narodzenie Pańskie Adwent jest tym szczególnym czasem medytowania nad Tajemnicą Wiecienia: Boży Syn, który jest w Jej łonie i ten sam Boży Syn obecny we wspólnocie Kościoła, w sakramentach i w Bożym Słowie.

    ***

    Adwent w dziejach Polski odgrywał wielką rolę w przygotowaniu do świąt Bożego Narodzenia, wyrażając wielką tęsknotą na cud Pańskich Narodzin.

    ***

    W czasie tej Mszy św. na ołtarzu pali się dodatkowa świeca, pięknie ubrana, symbolizująca Maryję, która w noc betlejemską poda nam swymi rękami najdoskonalsze światło – Chrystusa, swego Syna.                                                                                    

    Przed rozpoczęciem Mszy św. podchodził do ołtarza król, niosąc pięknie ozdobioną świecę i stawiał ją na najwyższym lichtarzu na środku ołtarza. Podobne świece, lecz już nieozdobione, przynosili do ołtarza prymas, senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin, chłop – przedstawiciele ówczesnych stanów i każdy składając świecę mówił: Gotów jestem na sąd Boży.

    Od Bolesława, Łokietka, Leszka,
    Gdy jeszcze w Polsce Duch Pański mieszkał,
    Stał na ołtarzu przed mszą roraty
    Siedmioramienny lichtarz bogaty.
    A stany państwa szły do ołtarza,
    A każdy jedną świecę rozżarza.
    Król – który berłem potężnym włada,
    Prymas – najpierwsza senatu rada,
    Senator – świecki opiekun prawa,
    Szlachcic – co królów Polsce nadawa,
    Żołnierz – co broni swoich współbraci,
    Kupiec – co handlem ziomków bogaci,
    Chłopek – co z pola, ze krwi i z roli
    Dla reszty braci chleb ich mozoli.
    Każdy na świeczkę grosz swój przyłoży
    I każdy gotów iść na sąd Boży…

    Codziennego udziału w roratach przestrzegali królowie: Zygmunt Stary, Zygmunt August, królowa Bona, Anna Jagiellonka i Marysieńka Sobieska.

    (według Joanny Komaszyło: Tradycje Katolickie w Białymstoku)

    ***

    W adwencie w każdy poniedziałek i środę Msza święta Roratnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godzinie 7 rano.

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW, G3 7SD

    ***

    Jak nie zepsuć Adwentu? Nie popełnij tych błędów

    fot. Daiga Ellaby/ Unsplash

    ***

    Adwent jest wyjątkowym czasem w życiu człowieka wierzącego. Kościół proponuje nam na te kilka tygodni bardzo obfitą paletę możliwości większego zaangażowania w oczekiwanie na przyjście Pana. Oto wskazówki, które pomogą dobrze przeżyć ten czas.

    1. Uświadom sobie, na co tak naprawdę czekasz

    Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy słyszysz “Boże Narodzenie”? Dla wielu z nas oznacza to: świętowanie, rodzinną atmosferę, wolne od szkoły czy pracy, możliwość odpoczynku. Ale czy to na to najbardziej czekamy? Adwent ma nas przygotować na przyjście Pana – zarówno na Jego powtórne przyjście na końcu świata, paruzję, jak i na Jego narodzenie. To na Nim powinno się skupić nasze oczekiwanie.

    2. Pomyśl, kto czeka na Ciebie

    Okres przedświąteczny zdaje się wyzwalać w ludziach większą otwartość, szczodrość i chęć pomocy. Rozliczne przedświąteczne zbiórki, charytatywne koncerty, przygotowywanie paczek z prezentami zachęcają nas do dawania siebie innym. Co ciekawe – mimo wielu wydatków w tym czasie, chętniej otwieramy swoje serca i portfele, by pomóc bardziej potrzebującym. Pomyśl, komu możesz w tym adwencie coś ofiarować, kto oczekuje Pana Boga i mógłby Go znaleźć w Twojej dobroci.

    3. Roratnie wstawanie to nie wyścig po zaliczenie

    Moda na roraty rozpowszechnia się. Kościoły w wielu parafiach są pełne wiernych, także i dzieci, mimo porannej pory. Łatwo jednak wpaść w przekonanie, że Adwent będzie ważny tylko z nimi. Roraty to nie konkurs z medalami. Jaka motywacja przyświeca Twojemu porannemu wstawaniu? Im bliższa jest Boga, tym lepiej. Roraty nie mogą być sposobem na udowodnienie sobie i komukolwiek, że jest się lepszym i wytrwalszym.

    4. Nastrój – tak, ale czemu od razu świąteczne piosenki?

    Bolączką naszych czasów jest nieumiejętność czekania. Denerwują nas korki i kolejki, biegniemy na metro nawet jeśli kolejne przyjedzie za kilkadziesiąt sekund, a w sklepach choinki, bombki i światełka pojawiają się prawie obok zniczy na początku listopada. Adwent może być dla nas lekcją cierpliwego czekania. Ale nie da się tego zrobić, jeśli od początku fundujemy sobie świąteczne – urocze skądinąd – piosenki we wszystkich gatunkach muzycznych. Poczekaj z tym. W sieci można znaleźć wiele pięknych adwentowych utworów o niezwykle bogatych tekstach – może skorzystasz z adwentowej playlisty Stacji7. Zdążysz jeszcze nasłuchać się kolęd i piosenek o Nowonarodzonym.

    5. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę

    Przygotowanie Świąt to spore wyzwanie. Kiedy żyjemy w biegu, czas ucieka nam nie wiadomo kiedy i nagle robi się 22, 23 grudnia. Zdenerwowani biegamy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentów, przytłacza nas ogrom sprzątania, nie wspominając o gotowaniu. Spróbuj zrobić, co możesz, wcześniej – szczególnie jeśli chodzi o duchowe porządki czyli spowiedź. Pomoże Ci to zaoszczędzić stres i niepotrzebne nerwy.

    6. Niech przygotowania nie będą ważniejsze od Gościa

    Chyba wszyscy zgodzimy się, że celem adwentu i przygotowań na Boże Narodzenie nie jest wzorcowe posprzątanie domu, suto zastawiony stół i spełniające marzenia prezenty. Jezus przychodzi, by dać nam miłość i pokój, którymi będziemy mogli się dzielić w gronie najbliższych. W ferworze przygotowań nie zapomnij, że najważniejszy w tym wszystkim jest Pan Bóg. W końcu to jego narodzenie będziemy świętować – nie można zostawiać go na dalszym planie.

    7. Nie nadymaj się tak

    Bóg przyszedł na świat jako maleńkie dziecko. To, co może nam Go przesłonić, to przerost formy nad treścią. Zastanów się, co w adwencie pomoże Ci przygotować się na jak najszczersze przyjęcie Go do swego życia. Pomysłów może być wiele, ale aktywność to nie wszystko, bo „nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz”. Niech to będzie błogosławiony czas!

    Otylia Sałek/Stacja7pl

    ***

    30 listopada

    Pierwsza Niedziela Adwentu

    13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość przystąpienia do sakramentu pojednania

    14.00 – MSZA ŚW.

    Po Mszy św. w godzinie miłosierdzia – Koronka do Bożego Miłosierdzia

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS


    ***

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.

    „Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.

    „Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).

    „W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

    „W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.

    „Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”.
    „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .

    “Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .

    (z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)

    *

    Podsumowanie piątego dnia papieskiej podróży: Miłość nie jest na czas określony

    Podsumowanie piątego dnia papieskiej podróży: Miłość nie jest na czas określony

     Papież przy grobie św. Szarbela.

    ***

    Wizytą przy grobie wielkiego libańskiego świętego – Szarbela – w sanktuarium św, Marona w Annai Papież Leon XIV rozpoczął piąty dzień swojej podróży apostolskiej do Turcji i Libanu. Był to zarazem drugi dzień jego pobytu w Libanie. Naznaczony został wołaniem o pokój, jedność i wezwaniem do młodych, aby budowali prawdziwą przyjaźń i miłość, która nie jest „na czas ograniczony”.

    „Św. Szarbel uczy nas zachowań, które są sprzeczne z postawami ogółu. Lecz właśnie dlatego tak nas pociągają, bo są jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię” – tak mówił Leon XIV przy grobie libańskiego świętego pustelnika.

    Czego uczy św. Szarbel?

    Jego przemożnemu wstawiennictwu zawierzył jedność Kościoła i pokój na świecie, a w szczególności w Libanie i na Bliskim Wschodzie.

    Papież przyznał, że przybywa do grobu św. Szarbela jako pielgrzym. Zastanawiając się nad dziedzictwem św. Szarbela, Leon XIV zwrócił uwagę na paradoks tego świętego pustelnika. Nic nie napisał, żył w ukryciu, a jego sława rozeszła się po całym świecie. Czego nas zatem uczy dzisiaj św. Szarbel? – pytał Papież. „Chciałbym to podsumować – powiedział – w następujący sposób: Duch Święty ukształtował go, aby tych, którzy żyją bez Boga, nauczył modlitwy; tych, którzy żyją w hałasie – nauczył ciszy; tych, którzy żyją dla pozorów – nauczył skromności, a tych, którzy poszukują bogactw – nauczył ubóstwa. Są to zachowania przeciwne głównemu nurtowi, ale właśnie dlatego nas pociągają, jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię”.

    „Dla Kościoła – powiedział – prosimy o komunię i jedność: począwszy od rodzin, małych Kościołów domowych, poprzez wspólnoty parafialne i diecezjalne, aż po Kościół powszechny. Komunia, jedność. A dla świata prosimy o pokój. Szczególnie błagamy o niego dla Libanu i całego Bliskiego Wschodu”.

     Papież przy grobie św. Szarbela.

    U Maryi, Pani Libanu w Harissie

    Od grobu św. Szarbela Leon XIV pielgrzymował dziś rano do sanktuarium maryjnego w Harissie. Czczonej tam Pani Libanu przekazał w darze złotą różę. Spotkał się też z libańskim duchowieństwem oraz osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo.

    Papież odwołał się do nauczania Jana Pawła II, który mówił w 1984 roku: „Wytwarzajcie wszędzie tam, gdzie żyjecie i pracujecie, atmosferę braterstwa.”

    „Jeśli chcemy budować pokój – powiedział Leon XIV – zakotwiczmy się w Niebie i, kierując się tam mocno, kochajmy bez obawy utraty tego, co przemija, i dawajmy bez miary. Z tych korzeni, silnych i głębokich jak korzenie cedrów, wyrasta miłość i z Bożą pomocą powstają konkretne i trwałe dzieła solidarności” Papież ofiarował złotą różę sanktuarium Maryi, Pani Libanu w Harissie.

    Niech się wzniesie ku niebu pieśń pokoju

    O pokoju i pojednaniu mówił Leon XIV także podczas spotkania ekumenicznego i międzyreligijnego z przywódcami wielu wspólnot religijnych na Placu Męczenników w Bejrucie.

    W coraz bardziej powiązanym świecie jesteście wezwani do bycia budowniczymi pokoju: do przeciwstawiania się nietolerancji, przezwyciężania przemocy i eliminowania wykluczenia – powiedział Leon XIV. Dodał, że Liban jest przykładem, iż wyznawcy różnych religii mogą żyć razem i budować kraj zjednoczony poprzez szacunek i dialog.

    Leon XIV wezwał, by waśnie z tej ziemi, „gdzie minarety i wieże kościelne stoją obok siebie, sięgając nieba” wznosiły się do Jedynego Boga błagania o pokój. „Niech tutaj, na tej ukochanej ziemi, każdy dzwon, każdy adhan, każde wezwanie do modlitwy łączy się w jedną, wznoszącą się pieśń – nie tylko po to, aby wielbić miłosiernego Stwórcę nieba i ziemi, ale także aby z głębi serca modlić się o boski dar pokoju” – wzywał Leon XIV. Podczas spotkania międzyreligijnego Leon XIV mówił o pokojowym współistnieniu różnych religii .

    Macie entuzjazm, by zmienić historię

    Następnie Leon XIV spotkał się z kilkunastoma tysiącami młodych przybyłych nie tylko z Libanu, ale też z diaspory libańskiej, m.in. z Iraku czy Syrii. Najpierw Ojciec Święty wysłuchał świadectw czworga młodych Libańczyków, którzy opowiadali o tragicznych momentach związanych z wydarzeniami w kraju, a także o nawiązywanych mimo trudności relacjach i więzach solidarności.

    „Drodzy młodzi, być może ubolewacie nad tym, że odziedziczyliście świat rozdarty wojnami i zniekształcony przez niesprawiedliwości społeczne. Jednak w was tkwi nadzieja – dar, który nam, dorosłym, wydaje się już nieosiągalny. Wy macie czas! Macie więcej czasu, aby marzyć, organizować się i czynić dobro. Jesteście teraźniejszością, a przyszłość już powstaje w waszych rękach! Macie entuzjazm, by zmienić bieg historii!” – Mówił Leon XIV. Młodych Libańczyków Papież wzywał, by mieli odwagę zmieniać historię.

    Miłość nie jest na czas określony

    Papież powiedział również młodym, jak budować relacje przyjaźni i wzajemną miłość.

    „Jeśli w centrum relacji przyjaźni lub miłości znajduje się nasze „ja”, relacja ta nie może być owocna. Podobnie nie można naprawdę kochać, jeśli kocha się na czas określony, dopóki trwa uczucie: miłość na czas ograniczony jest miłością ograniczonej jakości” – przekonywał Papież.

    Spotkanie w Nuncjaturze

    Po zakończeniu spotkań dnia, Papież Leon XIV przyjął w siedzibie Nuncjatury Apostolskiej zwierzchników islamskich i druzyjskich wspólnot Libanu. Podczas spotkania rozmawiano o dobrych relacjach między różnymi wspólnotami religijnymi, wyrażając nadzieję na zachowanie pluralizmu i współistnienia, które czynią Liban wyjątkowym, oraz na położenie kresu przemocy utrudniającej spokój i samo życie wspólnot.

    02.12.2025/VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny

    ***

    Leon XIV: św. Szarbelu uproś Kościołowi jedność, a światu pokój

    Św. Szarbel uczy nas zachowań, które są sprzeczne z postawami ogółu. Lecz właśnie dlatego tak nas pociągają, bo są jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię. Leon XIV mówił o tym przy grobie libańskiego świętego pustelnika. Jego przemożnemu wstawiennictwu zawierzył jedność Kościoła i pokój na świecie, a w szczególności w Libanie i na Bliskim Wschodzie.

    Vatican Media

    ***

    Papież przyznał, że przybywa do grobu św. Szarbela jako pielgrzym. Wyraził przypuszczenie, że i jego poprzednicy pragnęliby tam przybyć, a w szczególności św. Paweł VI, który beatyfikował i kanonizował tego maronickiego mnicha.

    Żył w ukryciu, nic nie napisał, a jest znany w całym świecie

    Zastanawiając się nad dziedzictwem św. Szarbela, Leon XIV zwrócił uwagę na paradoks tego świętego pustelnika. Nic nie napisał, żył w ukryciu, a jego sława rozeszła się po całym świecie. Czego nas zatem uczy dzisiaj św. Szarbel? – pytał Papież.

    Jak świeża i czysta woda na pustyni

    „Chciałbym to podsumować – powiedział – w następujący sposób: Duch Święty ukształtował go, aby tych, którzy żyją bez Boga, nauczył modlitwy; tych, którzy żyją w hałasie – nauczył ciszy; tych, którzy żyją dla pozorów – nauczył skromności, a tych, którzy poszukują bogactw – nauczył ubóstwa. Są to zachowania przeciwne głównemu nurtowi, ale właśnie dlatego nas pociągają, jak świeża i czysta woda, której pragną wędrujący przez pustynię”.

    Duchownym przypomina o wymaganiach ich powołania

    Leon XIV zauważył, że św. Szarbel jest też szczególnym przykładem dla duchownych. Przypomina im o ewangelicznych wymaganiach ich powołania. „Jednak jego spójność życia, tyle radykalna, co pokorna, jest przesłaniem dla wszystkich chrześcijan” – dodał Ojciec Święty.

    Moc wstawiennictwa: „rzeka miłosierdzia”

    Papież wspomniał też o przemożnym wstawiennictwie św. Szarbela, podkreślając, że nigdy nie przestał on wstawiać się za nami u Ojca Niebieskiego. „Już za jego życia wielu ludzi przychodziło do niego, aby otrzymać od Pana pocieszenie, przebaczenie i radę. Po jego śmierci wszystko to się zwielokrotniło i stało się rzeką miłosierdzia. Również z tego powodu, każdego 22. dnia miesiąca, tysiące pielgrzymów przybywa tu z różnych krajów, aby spędzić dzień na modlitwie i odpoczynku duszy i ciała”.

    Prosimy o jedność dla Kościoła i pokój dla świata

    Modląc się przy grobie św. Szarbela, Leon XIV zawierzył jego wstawiennictwu potrzeby Kościoła, Libanu i świata. „Dla Kościoła – powiedział – prosimy o komunię i jedność: począwszy od rodzin, małych Kościołów domowych, poprzez wspólnoty parafialne i diecezjalne, aż po Kościół powszechny. Komunia, jedność. A dla świata prosimy o pokój. Szczególnie błagamy o niego dla Libanu i całego Bliskiego Wschodu”.

    Nie ma pokoju bez nawrócenia

    Papież przypomniał jednak, że nie ma pokoju bez nawrócenia. O tym właśnie przypominają nam święci. „Niech więc św. Szarbel pomoże nam zwrócić się do Boga i prosić o dar nawrócenia dla nas wszystkich”.

    On jest światłem, które Bóg zapalił w Libanie

    Na zakończenie Leon XIV odniósł się do daru, którzy przywiózł do tego górskiego sanktuarium. Jest nim lampa, która, jak wyjaśnił ma być symbolem światła, które Bóg zapalił w tym miejscu poprzez św. Szarbela. „Ofiarowując tę lampę, opiece św. Szarbela powierzam Liban i jego naród, aby zawsze kroczył w świetle Chrystusa. Dzięki Bogu za dar św. Szarbela! Dziękuję wam, którzy strzeżecie jego pamięci. Wędrujcie w świetle Pana!” – dodał Ojciec Święty.

    Vatican Media/Tygodnik Niedziela

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana,miłowana, uwielbiana i słuchana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc grudzień 2025 roku

    Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:

    • Módlmy się, aby chrześcijanie żyjący w strefie wojny lub konfliktu, szczególnie na Bliskim Wschodzie, byli siewcami pokoju, nadziei i pojednania.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    ***

     Intencje Polskiej Misji Katoickiej w Glasgow:

    • Boża Matko, któraś w milczeniu Tajemnicy Zwiastowania nosiła w swoim łonie naszego Zbawiciela, bądź z nami na drogach naszego adwentowego czasu, abyśmy żyjąc w zgiełku niespokojnej codzienności mogli się dobrze przygotować na Narodziny Bożej Dzieciny w naszych sercach.
    • Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
    • Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego  

    Dodatkowe intencje dla Róż:  

    Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:

    • Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

      dla Roży:  

    bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    • Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten  radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

     ***

    Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca, choć do niedawna mieliśmy 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

     ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    ***

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani

    ***

    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.

    ***

    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***

    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    Naczynia połączone

    Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.

    Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
    ISTOCKPHOTO

    ***

    Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.

    Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.

    Jak ciąża

    Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.

    Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?

    – Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.

    Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.

    Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.

    Chodzi o cel

    Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.

    Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.

    – W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.

    Wynagrodzenie

    Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.

    – Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.

    Czwartki

    Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.

    ***

    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?

    Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

    fot.  Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.

    Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.

    W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.

    Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.

    Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.

    Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.

    Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.

    To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.

    Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.

    Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.

    Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?

    Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.

    Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).

    Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).

    Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).

    Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.

    – Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.

    Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.

    W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.

    Wielkie zmiany

    Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.

    W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.

    Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.

    Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.

    A co jeśli…

    Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?

    – Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.

    Co po Komunii?

    Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Wyjść z siebie.

    Wskazówki od św. Piotra na temat żywej nadziei

    W życiu św. Piotra to nie upadki, słabości i wady okazały się decydujące. Ważniejsze były jego powroty. Dlatego postawa Piotra budzi nadzieję.

    PETER PAUL RUBENS, ŚW PIOTR, 1610 R; WIKIMEDIA

    ***

    Był charakterny i impulsywny, zuchwały i porywczy, a czasem nawet bardzo pochopny. Nie zawsze rozumiał Chrystusa, często upadał i ranił Pana.

    Bez Niego?

    To on, krocząc po jeziorze w kierunku Jezusa, odwracając od Niego wzrok, zaczął tonąć. To on wziął Mistrza na bok, aby napomnieć Go za zapowiedź męczeńskiej śmierci. To on wyszedł z inicjatywą rozstawienia na górze Tabor trzech namiotów, nie rozumiejąc wymowy sceny Przemienienia, zapowiedzi przyszłej chwały i zmartwychwstania Jezusa. To on w Ogrójcu zaatakował mieczem sługę arcykapłana, za co został napomniany przez Mistrza. To on przechwalał się, że nigdy nie opuści Pana, nawet jeśli uczyniliby to inni, a „zanim kogut zapiał”, w noc męki Jezusa, zaparł się Go aż trzykrotnie. To poważne „wpadki” i dowody niewierności. Jednocześnie wystarczające powody, by po ludzku odejść od Chrystusa, mając świadomość, że zawaliłem, nie dałem rady, po prostu zawiodłem. Łatwiej byłoby pójść własną drogą, już bez Niego. Zacząć życie na własnych warunkach. Może mniej ambitne, ale z pewnością spokojniejsze i wygodniejsze. Zresztą nie tylko Piotr mógł się przekonać, że pójście za Chrystusem ma swoje konsekwencje i nie wiąże się w żadnym wypadku z urządzaniem sobie wygodnego miejsca na ziemi. Chrześcijaństwo to wspólna wędrówka, oddanie inicjatywy Temu, który zaprasza i powołuje; powierza ważne zadania, mówiąc: „Wypłyń na głębię”, a czasem z zatroskaniem pyta: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Taką drogą i taką okazją jest rozpoczynający się Adwent, czas nadziei i oczekiwania na przyjście Pana.

    Ważne powroty

    Mimo tak wielu niepowodzeń postawa Piotra budzi nadzieję. Przetrwał wszystkie porażki i kryzysy. Nie podporządkował im swojego życia. Nie rozpaczał, nie lamentował, nie rozdrapywał starych ran. Dał się prowadzić Jezusowi. Miał wewnętrzną świadomość, że obcuje z Kimś wyjątkowym. To on jako pierwszy z grona apostołów wyznał, że Jezus jest Chrystusem, Synem Boga żywego. W życiu Piotra to nie upadki, jego brak wiary, słabości i wady okazały się decydujące. O wiele ważniejsze były jego powroty.

    Tak jest też z nami. Potykamy się, upadamy i grzeszymy, zapewniamy, że już nigdy nie będziemy się zapierać Jezusa, a tymczasem boleśnie Go zdradzamy. Piotr nam podpowiada, że nasz trudny charakter, niezrozumienie Chrystusa, ciężkie grzechy nigdy nie zniechęcą Boga do nas. On zawsze na nas liczy i czeka. Ale historia Piotra pokazuje coś jeszcze. Jezus widzi nas inaczej, niż my postrzegamy samych siebie. Chrystus inspiruje, zachęca, zaprasza i powołuje do tego, co nowe i nieznane. On nie zwleka. Szymona podczas pierwszego spotkania nazwał Piotrem – Opoką. Ten od razu poszedł za Nim, będąc świadkiem pierwszego cudu, obfitego połowu ryb. A później widział kolejne nadzwyczajne dzieła Mistrza: wraz z Jakubem i Janem był świadkiem wskrzeszenia przez Jezusa córki Jaira. Nie zabrakło go podczas Przemienienia na górze Tabor. Wraz z Janem otrzymał też od Pana specjalne zadanie przygotowania ostatniej wieczerzy. Te cuda dzieją się też w naszym życiu. Pod warunkiem, że opieramy je na Nim, nie na sobie.

    Na boku

    Spotkania Piotra z Jezusem wskazują, że życie szczęśliwe polega na słuchaniu bardziej Boga aniżeli siebie. Nie na projektowaniu własnych pomysłów, ale przyjęciu Jego woli, nawet zgody na Jego cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie. Wszystkie napomnienia, także te uczynione przez Chrystusa „na boku”, były dla Piotra szansą na powrót do Pana i bezcenną lekcją wierności. To wskazówka dla nas. Jeśli Bóg nas napomina, to nie po to, by nas upokorzyć czy ośmieszyć, ale po to, byśmy myśleli coraz bardziej „po Bożemu”, nie po ludzku.

    W prostym rybaku z Galilei, z całą jego gamą słabości i wad, Jezus dostrzegł kogoś, komu zechciał powierzyć stery Kościoła, czyniąc go „rybakiem ludzi”. I byłoby to niemożliwe, gdyby nie zgoda Piotra na pójście za Panem i porzucenie dotychczasowego stylu życia, wszystkiego, co posiadał. Bez naszej zgody Bóg nie mógłby w nas działać. O tym, jak ten prosty i nieuczony człowiek głosił z odwagą i mocą Dobrą Nowinę, już po zmartwychwstaniu Chrystusa, świadczy reakcja słuchaczy opisana przez św. Łukasza w Dziejach Apostolskich. Gdy w dniu Pięćdziesiątnicy Duch Święty zstąpił w postaci ognistych języków na zebranych w Wieczerniku apostołów i Maryję, św. Piotr wygłosił pierwszą wielką mowę, a po niej ochrzcił ok. 3 tys. Żydów przybyłych do Jerozolimy. A potem dokonał licznych cudów: uzdrowił chromego w świątyni oraz Eneasza, wskrzesił Tabitę, a także setnika Korneliusza. To wydarzenie o szczególnym charakterze, bo mamy tu do czynienia z nawróceniem pierwszego poganina. Dokonania tego domagał się od Piotra sam Jezus.

    Myśl o nadziei

    Apostoł Piotr to autor dwóch listów. Pierwszy z nich nazywany jest pierwszą encykliką papieską, czasem też homilią. Jego adresatami są wierni z Azji Mniejszej. Ale i my. Piotr najprawdopodobniej nigdy nie głosił tam Ewangelii. Osnową całego listu jest myśl o nadziei, a Piotr pociesza, dodaje odwagi i umacnia wiarę swych adresatów. Przekonuje, że człowiek, zaproszony przez Boga do życia nadprzyrodzonego, na ziemi jest wędrowcem, podróżnym i pielgrzymem, a jego prawdziwe mieszkanie, jedyny trwały dom, jest w niebie. To wskazówka dla nas. Zbyt często bywamy „ziemscy i światowi”, pochłonięci doczesnością. Zapominamy, że jako chrześcijanie mamy być w drodze. Zamiast szukać Ojczyzny, która jest w niebie, urządzamy się wygodnie i komfortowo na ziemi. Do czasu. Piotr przypomina, że to pułapka. Jesteśmy bowiem przeznaczeni przez Ojca do „dziedzictwa niezniszczalnego, nieskalanego i niewiędnącego”. To, co ziemskie, jest podatne na zniszczenie, starzeje się i usycha, marnieje i więdnie, po prostu bezpowrotnie przemija i ginie. Nadzieja, i to żywa nadzieja, jest tylko w Bogu i z Boga.

    Nie znaczy to, że ziemskie życie pozbawione jest wyzwań i trudów. Piotr zachęca do trwania w prawdziwej radości mimo bólu i cierpienia: „Musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń; przez to wartość waszej wiary okaże się o wiele cenniejsza od zniszczalnego złota”. Te trudne doświadczenia, podobnie jak w życiu Piotra, są nam bardzo potrzebne. Ich celem nie jest pogrążenie człowieka, przeciwnie – wypróbowanie i wydoskonalenie naszej wiary, po to, aby mogła ulec oczyszczeniu, a przez to się wzmocnić. Cierpienia i różne doświadczenia życiowe są ogniem, który, podobnie jak w przypadku złota, nie unicestwia wiary, ale niszczy wszelkie pseudowartości, zanieczyszczenia; usuwa wszystko to, co nie jest wiarą.

    Ku rzeczom przyszłym

    Adwent jest doskonałą okazją, by podczas radosnego oczekiwania na Pana spojrzeć na siebie, na swoje wzloty i upadki, trudy i wyzwania, w duchu „żywej nadziei”, która ostatecznie prowadzi do budowania swego życia na Bogu. W tej adwentowej wędrówce za radą św. Piotra warto odrzucić przyziemny model życia opierający się wyłącznie na zaspokajaniu żądz i namiętności. Pożądania cielesne kierują człowieka wyłącznie ku teraźniejszości, a nie rzeczom przyszłym. Są też radykalnie przeciwne nadziei, wręcz ją zabijają. Ale z drugiej strony także mocna nadzieja zabija pożądania cielesne. Piotr niejako zachęca, by „wyjść z siebie”, porzucić wszystko to, co nie jest nadziejorodne i nie prowadzi do spotkania z Bogiem. To właśnie wyjście – „z siebie” i na spotkanie przychodzącego Pana – cechuje prawdziwych chrześcijan. Nieżyjący już ojciec Piotr Rostworowski, komentując Pierwszy List św. Piotra, mówi tak: „W doczesnym życiu wciąż trzeba z czegoś wychodzić, bo inaczej grozi nam ugrzęźniecie w ociężałości ciała, i wciąż trzeba wypatrywać Pana, bo wciąż na nowo trzeba Go gdzieś spotykać. Aby duch ludzki mógł mieć tę sprężystość i tę nieustanną gotowość, musi być trzeźwy. Uleganie namiętnościom zabija energię ducha. Otępiały duch nie ma sił wybiegać na spotkanie Pana, co więcej – przyćmiony jego wzrok w ogóle nie jest w stanie zauważyć Jego przyjścia”.

    Czuwajmy zatem. Bądźmy ludźmi nadziei. Zawsze w drodze i tylko z Chrystusem. Wyjdźmy z siebie, by spotkać przychodzącego Pana. Adwent czas zacząć.

    ks. Rafał Skitek/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego Biblia i Kościół potępiają wywoływanie duchów?

    Wiedza, której Bóg nam nie odsłania, jest wiedzą, której mieć nie powinniśmy.

    Tęsknotę Zygmunta Augusta za zmarłą żoną miało ukoić wywołanie jej ducha – praktyka zakazana przez Kościół.

    VIDIMAGES /ALAMY STOCK PHOTO/BEW

    ***

    Była noc z 7 na 8 stycznia 1569 roku. W tonącej w półmroku komnacie zamku siedział król Zygmunt August. Dobiegający pięćdziesiątki polski władca czekał na spotkanie ze swoją drugą żoną, Barbarą Radziwiłłówną, która… nie żyła od 18 lat.

    Przez te wszystkie lata król nie zdołał pogodzić się z jej śmiercią. Od dnia odejścia Barbary z tego świata ubierał się na czarno, pamiątek po zmarłej nie pozwalał ruszać, a swoje pokoje mieszkalne kazał obić żałobnym kirem. Ani trzecie małżeństwo, ani romanse, w które się angażował, nie przyniosły mu oczekiwanego ukojenia. Stan władcy budził troskę jego otoczenia, bo zgorzkniały i przybity król nie służy dobrze państwu. Wtedy to podobno zaufani dworzanie Zygmunta Augusta, Mikołaj i Jerzy Mniszchowie, poinformowali go o możliwości wywołania ducha Barbary. Monarcha zgodził się ochoczo.

    Ceremonię miał poprowadzić czarnoksiężnik Twardowski – ten sam, którego legenda umieściła na księżycu. Niektórzy badacze twierdzą, że był Niemcem z Wittenbergi i nazywał się Laurentius Dhur – po łacinie Durentius, czyli „twardy”. Z tego miało powstać spolszczone nazwisko szarlatana. To on miał, według pogłosek, podjąć się wywołania ducha zmarłej królowej – a naprawdę przeprowadzenia mistyfikacji z udziałem łudząco podobnej do Radziwiłłówny Barbary Giżanki. Król, któremu Twardowski kazał nie ruszać się z miejsca, na widok „zjawy” zerwał się z fotela i rzucił się w jej kierunku, ale mag zatrzymał władcę. W zamieszaniu zgasła świeca i „duch” znikł w ciemności.

    Jak było naprawdę? Wiarygodności tej historii dodaje fakt, że ostatni z Jagiellonów na polskim tronie rzeczywiście był zabobonny, parał się alchemią i otaczał astrologami.

    Za zasłoną

    Tęsknota za bliskimi sercu zmarłymi potrafi być tak wielka, że owładnięty nią człowiek czasami próbuje sięgnąć za zasłonę doczesności, żeby choć na chwilę „spotkać się” z tymi, bez których trudno mu żyć. Bywa, że takie osoby, desperacko szukając nadziei, nawiązują kontakt z czymś, co biorą za „sygnał z tamtej strony”, i zakładają pochopnie, że odzywa się do nich ich bliski. Na przykład ręka matki porusza się bez udziału jej umysłu, zapisując słowa, jak sądzi, jej zmarłego syna. Albo ktoś zadaje pytania, a „zmarły” odpowiada stuknięciami czy w inny sposób. Przyjmowanie, że w ten sposób rozmawia się rzeczywiście z kimś bliskim, jest naiwne. W podobnych sytuacjach można stwierdzić jedynie, że „po drugiej stronie” mamy do czynienia z jakąś inteligencją. Co jednak uprawnia do założenia, że to inteligencja przychylna człowiekowi? Skąd pewność, że to „coś” nie chce człowieka oszukać, a w końcu zatracić? Wystarczy zwrócić uwagę na konsekwencje, z jakimi borykają się ludzie, którzy naiwnie weszli w kontakt z siłami, o których nic nie wiedzą, na przykład duchowe zniewolenia i opętania. Podobne praktyki naruszają bezpośrednio pierwsze przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. To próba wykradzenia Bogu tego, co człowiek bezpiecznie może otrzymać tylko od Niego. Bóg tego nie toleruje. Wprost mówi: „Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym”.

    Obrzydliwość

    Było to oczywiste już dla starożytnych Hebrajczyków. Księga Powtórzonego Prawa napomina: „Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza” (18,10-12).

    Zakaz sformułowany jasno. Milczenie Boga nie uprawnia do poszukiwania wiedzy u „konkurencji”. Ilustruje to tragiczna historia Saula. Gdy pierwszy król Izraelitów okazał nieposłuszeństwo, Bóg odrzucił go i kazał Samuelowi namaścić nowego króla – Dawida.

    Od tamtej pory Bóg nie dawał mu odpowiedzi na jego pytania, a prorok Samuel już nie żył. „Radził się Saul Pana, lecz Pan mu nie odpowiadał ani przez sny, ani przez urim, ani przez proroków” – pisze autor natchniony (1 Sm 28,6). Wtedy Saul, choć sam wcześniej usunął z kraju wróżbitów i czarnoksiężników, niepewny co do losów bitwy z Filistynami, postanowił wydrzeć ukrytą wiedzę w inny sposób – kazał dworzanom znaleźć kobietę wywołującą duchy. „Chciałbym pójść i się jej poradzić” – wyjaśnił. I poszedł. Polecił wróżbiarce wywołać ducha Samuela. Nie skończyło się to dobrze. Saul wpadł w śmiertelne przerażenie, gdy wywołany z zaświatów Samuel potwierdził jego odrzucenie przez Boga i zapowiedział mu, co się nazajutrz wydarzy, mianowicie klęska i śmierć Saula oraz jego synów.

    Lepiej mu było nie wiedzieć. Skoro jednak był uparty i sięgnął po wiedzę do złego źródła, zasłużył na stwierdzenie: masz, co chciałeś.

    Kościół mówi „nie”

    Jakąś namiastkę „kontaktu” ze zmarłymi może zaoferować rozwijająca się technologia. Zapewne za sprawą sztucznej inteligencji będzie możliwe dokonanie samooszustwa co do spotkania z duszami zmarłych, ale żadne oszukiwanie się dobra nie przynosi.

    Katechizm Kościoła Katolickiego zwraca uwagę, że Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. „Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie” – mówi dokument. Kościół nie pozostawia złudzeń: „Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość”.

    Katechizm przestrzega też przed innymi groźnymi dla człowieka zachowaniami, takimi jak korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa czy posługiwanie się medium. Dokument wskazuje, że są to przejawy chęci panowania nad czasem, nad historią i nad ludźmi, a zarazem jest to pragnienie zjednania sobie ukrytych mocy. „Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu” – stwierdza.

    W punkcie 2117 czytamy, że wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – „są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności”.

    Katechizm podkreśla także, że praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Piętnuje też noszenie amuletów. „Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich” – podkreślają autorzy katechizmu.

    Sobór Watykański II przypomina, że ze zmarłymi może łączyć nas jedynie modlitwa – „wzajemne udzielanie sobie dóbr duchowych”. Ponadto komisja doktrynalna soboru wyraźnie zabroniła „prowokowania za pomocą ludzkich środków doświadczalnego kontaktu z duchami lub duszami ludzi zmarłych w celu otrzymania informacji”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    „Najświętsze Serce” robi furorę. Film dotknie „serca Francji” w epoce antyklerykalizmu?

    (Plakat filmu “Sacré-Cœur: son règne n’a pas de fin” (“Najświętsze Serce. Jego panowanie nie ma końca”) / materiał promocyjny producenta)

    ***

    W antyklerykalnej Francji, gdzie często zakazuje się nawet wystawiania szopek bożonarodzeniowych w przestrzeni publicznej, nikt nie spodziewał się, że historia Najświętszego Serca Jezusa przyciągnie większe tłumy niż hollywoodzkie produkcje. Jeszcze przed premierą film Najświętsze Serce. Jego panowanie nie ma końca był wyśmiewany przez część francuskich pseudo-elit kulturalnych, wywołując kpiny lub oburzenie wobec treści uznawanych za zbyt „prozelityczne”. Państwowe spółki kolejowe we Francji odmówiły reklamowania filmu.

    „Jednak, jak pokazują wyniki sprzedaży biletów, te starania niewiele zdziałały. Wręcz przeciwnie film Sacré-Cœur: son règne n’a pas de fin (Najświętsze Serce: Jego panowanie nie ma końca), wyreżyserowany i wyprodukowany przez Stevena Gunnella i jego żonę Sabrinę Gunnell, stał się kinową sensacją roku” – napisała na stronie NCR katolicka dziennikarka Solène Tadié.

    Od premiery 1 października film przełamał wszelkie przewidywania: odnotowano rekordową frekwencję na seansach, a w całej Francji pojawiła się fala nawróceń. Planowane jest rozszerzenie dystrybucji na cały świat – amerykańska premiera ma mieć miejsce tuż przed lub w trakcie obchodów uroczystości Najświętszego Serca Jezusa w 2026 r., jak informuje SAJE Distribution.

    Reżyser filmu, Steven Gunnell, były członek popularnego zespołu popowego Alliage z lat 90. XX w., odbudował swoje życie po latach uzależnień i depresji po rozpadzie grupy, odnajdując na początku lat 2000 wiarę. I to wiara, jak mówi, stopniowo doprowadziła go do stworzenia tego filmu. Dla Gunnella ten sukces nie jest kwestią marketingu ani kontrowersji, lecz objawieniem czegoś głębszego. – Świat umiera, bo nie wie, jak bardzo jest kochany…Ten film jest po prostu odpowiedzią – powiedział w rozmowie z Solène Tadié.

    92-minutowy fabularyzowany dokument opowiada o objawieniach Jezusa danym św. Małgorzacie Marii Alacoque w Paray-le-Monial w XVII wieku, jednym z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa. Poprzez świadectwa, opisy cudów eucharystycznych, analizę historyczną i rekonstrukcje, film przedstawia chwilę, w której Chrystus objawił światu swoje serce: płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami.

    Projekt zrodził się ze zbiegu osobistych historii. Orędzie z Paray-le-Monial odegrało kluczową rolę także w duchowej drodze Sabriny Gunnell – żony Stevena i współreżyserki filmu budząc w niej młodzieńcze pragnienie, by podążać przez życie z chrześcijańskim mężem i razem poprzez sztukę przekazywać coś z Bożego piękna. Również matka Stevena przeżyła kiedyś niespodziewane, głęboko osobiste spotkanie z Najświętszym Sercem – na długo przed swoim nawróceniem.

    – To właśnie przez te dwie historie, a później przez nasze ponowne odkrycie sanktuarium już jako małżeństwo, zaczęliśmy rozumieć duchowość Najświętszego Serca — wyjaśnił Gunnell. Z czasem oboje dostrzegli, że przesłanie powierzone św. Małgorzacie Marii pozostaje odpowiedzią na współczesny świat dotknięty rozpaczą, podziałami i utratą transcendencji.

    Ogromne pragnienie Boga w świecie

    Część siły oddziaływania filmu, jak zauważa reżyser, wynika z szerszego kontekstu kulturowego, w którym się pojawił. Na całym Zachodzie społeczeństwa wydają się coraz bardziej kruche, z narastającą rozpaczą młodych, powszechną samotnością i poczuciem bezsensu. Gunnell przywołał niedawne zabójstwo amerykańskiego chrześcijańskiego działacza Charliego Kirka, które ujawnia głębię globalnej polaryzacji. – Spójrz na tę przemoc. Spójrz na młodzież, która zabija za nic, która upada pod ciężarem rozpaczy. Kiedy byłem młody, bójki kończyły się na pięściach. Dziś  niestety nie kończy się tylko na pięściach – powiedział.

    Ten klimat niepokoju pomaga też wyjaśnić odnowione poszukiwanie Boga – również we Francji, gdzie nadzwyczajny wzrost liczby chrztów dorosłych skłonił biskupów do zwołania krajowego synodu w 2026 roku. „Tu chodzi o odpowiedź na pragnienie, ogromne pragnienie Boga – podkreślił Gunnell.

    Jezus kocha Francję”… nawet gdy Francja Go nie kocha

    Sprzeciw, z jakim film się spotkał, wydaje się tylko zwiększać jego sukces. Po tym jak publiczne sieci reklamowe odmówiły wywieszenia plakatów filmu w imię „neutralności”, burmistrz Marsylii poszedł o krok dalej i godzinę przed seansem zakazał zaplanowanej projekcji, mimo że sala była już pełna, a widzowie czekali na zewnątrz. Gunnell powiedział, że taka reakcja ma źródło w tożsamościowej traumie Francji. – Pewne elity nie mogą znieść, że ten film dotyka serca Francji. Dla nich historia zaczęła się w 1789 roku, i byli wstrząśnięci przypomnieniem dziedzictwa, które zaczęło się wiek przed rewolucją, bo oczywiście Chrystus widział te nadchodzące wydarzenia – wyjaśnił.

    Dla Gunnella objawienia w Paray-le-Monial wpisują się w Boży plan. – Jezus przyszedł na świat przez naród wybrany. Ale nie w Jerozolimie objawił swoje serce — uczynił to we Francji. Dlaczego? Myślę, że kocha Francję! – powiedział. To twierdzenie, jak zaznaczył, nie jest próżnym patriotyzmem, lecz teologicznym przekonaniem. Lista świętych, którą przywołał w rozmowie z NCR  jest bowiem nieprzypadkowo francuska: św. Małgorzata Maria Alacoque, św. Franciszek Salezy, św. Wincenty a Paulo, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, św. Teresa z Lisieux i św. Jan Maria Vianney.

    Przypominając, że Pismo Święte nazywa Izrael „ludem o twardym karku”, dodał z uśmiechem, że „Francja może być drugim narodem o twardej głowie i sztywnym karku. Być może dlatego Jezus tak nalegał i ukazywał się przez 18 miesięcy św. Małgorzacie Marii!”

    Boży doskonały czas”

    Od premiery filmu Paray-le-Monial zostało niemal zalane pielgrzymami. Sanktuarium otrzymuje stały napływ e-maili i telefonów od ludzi – wielu bardzo dalekich od wiary – którzy przybywają, chcąc poświęcić się Najświętszemu Sercu, pójść do spowiedzi czy porozmawiać z kapłanem. Pracownicy zostali nawet przeszkoleni, aby poradzić sobie z tym nieoczekiwanym napływem.

    Wśród tych duchowych owoców w życiu Gunnella zbiegły się tragedia i łaska. Jego ojciec, z którym nie utrzymywał kontaktu od dziesięcioleci i który był daleko od Kościoła, przyjął Eucharystię 15 sierpnia 2023 roku, w trakcie kręcenia filmu. Było to ich ostatnie spotkanie. Rok później, po jego śmierci, matka Gunnella znalazła w jego rzeczach małą angielską modlitewną kartę do Najświętszego Serca. Gunnell zobaczył w tym delikatny znak Bożej wierności.

    „Najświętsze Serce Jezusa, ufam Tobie”

    Jeszcze jeden nieoczekiwany zbieg okoliczności wzmocnił jego poczucie Bożego prowadzenia. Po drugiej stronie Atlantyku biskupi USA jednogłośnie zdecydowali o poświęceniu kraju Najświętszemu Sercu Jezusa w czerwcu 2026 roku, przed 250. rocznicą niepodległości. Dla niego to potwierdzenie, że przesłanie Serca Jezusowego powraca wszędzie tam, gdzie społeczeństwa stają się niespokojne i podzielone. 

    Gdy trwają prace nad angielską wersją filmu, gotowy jest już kolejny projekt. Gunnellowie przygotowują teraz swój następny film – La Lumière du Monde (Światłość Świata), który ma zgłębiać Tajemnice Światła Chrystusa. Ruszyła już nowa kampania fundraisingowa, aby ten projekt mógł się zrealizować.  Solène Tadié tak wyraża swoja refleksje w końcówce tego wywiadu-artykułu: Sacré-Cœur – źródło zakłopotania dla elit kulturowych, a jednocześnie źródło nadziei dla szerokich mas – jawi się jako znak czasu. W świecie określanym jako postchrześcijański jest to dyskretne, ale głęboko poruszające duchowe odkrycie miłości Chrystusa.

    PCh24.plźródło: KAI

    ***

    Fenomen „Sacré Coeur”. Dlaczego dokument o wydarzeniach sprzed lat poruszył Francję?

    Saje

    ***

    Ponad 400 tys. widzów w półtora miesiąca, kolejki przed kinami, a jednocześnie próby cenzury i zakazy w przestrzeni publicznej – oto „Sacré Coeur”.

    Ponad 400 tys. widzów w półtora miesiąca, kolejki przed kinami, a jednocześnie próby cenzury i zakazy w przestrzeni publicznej – „Sacré Coeur” stał się we Francji jednym z najbardziej komentowanych filmów roku. Produkcja poświęcona objawieniom Najświętszego Serca Jezusa w Paray-le-Monial nie tylko ożywiła debatę o religii, ale ujawniła duchowe pragnienia tysięcy ludzi, którzy – jak się okazuje – od dawna czekali na kino wyrażające ich wiarę.

    Ten sukces zaskoczył wszystkich!

    Film, wyświetlany od 1 października, łączy rekonstrukcje życia św. Małgorzaty Marii Alacoque, komentarze ekspertów oraz świadectwa osób poruszonych przesłaniem wypływającym z objawień Najświętszego Serca Jezusowego. Francuskie media nie ukrywają zaskoczenia: kolejki przed kinami są „najdłuższe od lat”. Równocześnie jednak część środowisk świeckich i lewicowych próbuje film marginalizować. Pokaz w miejskim kinie w Marsylii odwołano z powodu rzekomego „naruszenia laickości”, a agencja odpowiedzialna za reklamy w metrze odmówiła ekspozycji plakatów, uznając je za prozelityzm”.

    Paradoksalnie – te decyzje jeszcze bardziej nagłośniły film. Jak zauważają komentatorzy, sprzeciwy wobec religijnej tematyki jedynie spotęgowały zainteresowanie i stały się niezamierzoną promocją. Choć takie porównanie w kontekście filmu katolickiego może być nie na miejscu: zakazany owoc smakuje najlepiej!

    {"rendered":"[GALERIA] Film \u201eSacr\u00e9 Coeur\u201d \u2013 kadry z produkcji"}

    kadr z filmu „Sacré Coeur”

    ***

    Kto naprawdę ogląda „Sacré Coeur”?

    Eseista Jean Duchesne, piszący dla francuskiej edycji Aletei, zwraca uwagę na grupę widzów, o której w debacie mówi się niewiele: ludzi wierzących, często milczących, pozbawionych przestrzeni publicznego wyrażenia swojej wiary. To oni, a nie typowi bywalcy kin, wypełniają sale.

    Duchesne nazywa ich „publicznością niekinofilską” – ludźmi, którzy rzadko chodzą do kina, bo nie znajdują tam treści zgodnych z ich światopoglądem. „Sacré Coeur” daje im coś, czego brakowało od dawna: możliwość przeżycia wiary w przestrzeni publicznej, anonimowo, ale w naprawdę głęboki sposób.

    Kolejny krok francuskiego nawrócenia?

    „Le Figaro” mówi o „cichym, ale realnym powrocie religii”. „La Croix” podkreśla, że jak na dokument film cieszy się „bezprecedensową popularnością”, a widownia jest bardziej różnorodna, niż wskazywałyby kontrowersje.

    Jednak to, co najbardziej porusza widzów, to nie spór o świeckość, lecz samo przesłanie objawień. Ks. Pascal Ide zwraca uwagę, że film „odkurza centralną prawdę chrześcijaństwa: Bóg ma Serce”. To pragnienie Boga, który chce dotrzeć do każdego człowieka, jest – jak mówi kapłan – „najbardziej uderzającym doświadczeniem filmu”.

    Zarówno twórcy, jak i komentatorzy podkreślają, że film unika wątków politycznych. Nie ma w nim odniesień do historycznych nadużyć symboliki Sacré Coeur ani sporów ideologicznych. W centrum jest orędzie: „Miłość nie jest kochana, ale nic nie może jej zniechęcić”. Dla Francji, w której od kilku lat obserwujemy wzrost liczby chrztów dorosłych i powrót do wiary, ten film zdaje się kolejnym „znakiem czasu” i nawrócenia Najstarszej Córy Kościoła.

    Czy „Sacré Coeur” zainspiruje inne produkcje?

    Duchesne sugeruje, że sukces filmu może stać się początkiem nowego rodzaju kina – „docufiction” inspirowanego życiem świętych, które nie tyle opowiada ich biografię, ile ukazuje promieniowanie ich duchowości dziś.

    Czy można sobie wyobrazić podobne filmy o św. Augustynie, św. Teresie z Lisieux, św. Edycie Stein, św. Matce Teresie? Autor uważa, że tak. „To nie kwestia pieniędzy, lecz inspiracji – łaski Bożej”.

    źródło: aleteia.fr, vaticannews.va

    ***

    O tym, jak Małgorzata Maria Alacoque wymodliła uzdrowienie i nawrócenie swego brata – księdza

    Św. Małgorzata Maria Alacoque
    Wikimedia Commons | domena publiczna

    ***

    „Przepełnia Mnie pragnienie, aby być czczonym przez ludzi w Najświętszym Sakramencie. Tymczasem nie ma prawie nikogo, kto chciałby ugasić to pragnienie i odpowiedzieć na moją miłość” – mówił Jezus do św. Małgorzaty Marii Alacoque.

    Francuska święta, siostra Małgorzata Maria Alacoque przeszła do historii Kościoła jako ta, której Pan Jezus objawił tajemnicę swojego Serca. To jej powierzył też zadanie propagowania nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego. Mimo, że w ostatnich dniach życia zakonnica chciała, aby wszystkie jej notatki zniszczono, przełożeni zdecydowali inaczej i dzięki temu znamy nie tylko szczegóły jej mistycznych rozmów z Jezusem, ale też zwykłe – i niezwykłe – wydarzenia z jej czterdziestotrzyletniego życia. Dziś zaglądamy do tych notatek i przybliżamy historię rodzinną, choć – jak to u św. Małgorzaty – z Sercem Jezusa w roli głównej.

    Ksiądz, który umiera

    Rok 1686 zbliżał się ku końcowi. Siostra Małgorzata spędzała piętnasty rok życia za murami klasztoru Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial.

    Pewnego dnia otrzymała krótki, nerwowy w treści list przyniesiony przez posłańca. Autorem był rodzony brat siostry Małgorzaty, Chryzostom. Donosił w korespondencji, że ksiądz Jakub Alacoque, drugi z braci obojga i proboszcz parafii w Bois-Sainte-Marie, ciężko zachorował.

    List zawierał gorącą prośbę o modlitwę, ponieważ „przypadek szybko został uznany przez trzech lekarzy za nierokujący nadziei i medycy zaprzestali dalszego leczenia” – pisał Chryzostom Alacoque.

    Pogodzono się z diagnozą i nieuniknioną śmiercią księdza, jednak czy nie zaszkodzi poprosić o modlitwę jego rodzoną siostrę – klauzurową mniszkę?

    Umrze, ale czy już?

    Małgorzata przeczytała rozpaczliwy list ze spokojem. I co najciekawsze – natychmiast stwierdziła, że nie sądzi, aby jej brat był bliski śmierci. Poprosiła jednak, aby posłaniec zechciał poczekać i… poszła pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem.

    Zdumiony chłopak czekał, mniszka nie wracała, ale gdy już wróciła, jego zdumienie jeszcze wzrosło. Oznajmiła bowiem, z radosnym uśmiechem, że jej brat, proboszcz w Bois-Sainte-Marie, z pewnością umrze, ale jeszcze nie teraz, nie na tę chorobę!

    Poprosiła też, aby wiadomość tę, na piśmie, dostarczył rodzinie. Jakież było zdumienie wszystkich, gdy tydzień później chory kapłan, na którym medycy postawili krzyżyk, całkowicie wyzdrowiał!

    Upomnienie siostrzane

    A co tak naprawdę wydarzyło się, gdy Małgorzata uklękła przed Jezusem ukrytym w Najświętszym Sakramencie? Okazuje się, że gdy złożyła Panu Bogu kilka gorliwych obietnic, usłyszała, że owszem, kapłan wróci do zdrowia, ale Bóg pragnie, aby wzrosła jego gorliwość w wierze i duszpasterski zapał. Chce się nim posłużyć, jako narzędziem, w ważnych, Bożych sprawach.

    Zaraz w styczniu, po nowym roku, s. Małgorzata napisała dług list do swojego brata, aby podzielić się z nim treścią rozmów z Jezusem i ustaleniami, na które się zgodziła. Przypomniał mu też, że „Boga nie należy lekceważyć, że on, kapłan, musi wyzwolić się z przywiązania do przemijających dóbr, porzucić gry hazardowe i zmienić postępowanie”.

    Wzywała też, aby powierzył się we wszystkim Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, który w swojej ogromnej miłości pragnie uczynić go świętym. „To w tym celu zachował cię w dobrym zdrowiu, choroba miała tobą wstrząsnąć i pomóc szybciej kroczyć drogą ku doskonałości. Nie zaznasz spoczynku, jeżeli wszystkiego nie oddasz Bogu” – pisała.

    Trzy narzędzia w ręku Boga

    List wywołał wielkie poruszenie. Brat – kapłan nie spodziewał się pouczeń od młodszej siostry. Sposób, w jaki dotąd żył nie budził w nim niepokoju, choć z treści listu wynika, że Małgorzata wiedziała o niezbyt gorliwym w pobożności sposobie życia Jakuba, i że w niej, ten sposób, niepokój budził.

    Uzdrowienie księdza Alacoque, a potem jego nawrócenie, to jedna z wielu wysłuchanych modlitw, które św. Małgorzata złożyła u stóp Jezusa. Co zrobił niezbyt niegorliwy dotąd, kapłan?

    Ze świadectw wynika, że nie tylko uporządkował swoje życie codzienne, porzucił hazard i zrezygnował z zabiegania o powiększanie majątku, ale całkowicie poddał się Bożemu prowadzeniu, a wierni parafii w Bois-Sainte-Marie byli jednymi z pierwszych, którzy zaczęli czcić Najświętsze Serce Jezusa w nabożeństwie, jakie objawił św. Małgorzacie Jezus.

    Chryzostom Alacoque podjął się nawet budowy kaplicy poświęconej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa wewnątrz kościoła, a ksiądz Jakub zadbał, aby w każdy piątek odprawiano w niej mszę świętą. Rodzeństwo Alacoque – mniszka, kapłan i świecki – działali zgodnie w jednej sprawie – szerzenia kultu Boskiego Serca.

    Artykuł powstał na podstawie książki pt. „Przedziwna historia. Bulla kanonizacyjna bł. Małgorzaty Marii Alacoque” papieża Benedykta XV z 1920 r.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ***

    O co chodzi w kulcie Serca Jezusa?

    Ks. Jan Twardowski cudownie to wyjaśnia i trafia w sedno wiary

    STATUE-SACRE-COEUR-JESUS-shutterstock
    Shutterstock I Maria.Ratta

    ***

    „Stwórz, Boże, we mnie serce czyste, bo wstydzę się tego połatanego” – mówił ksiądz Jan Twardowski. Może dzień uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa to najlepszy termin na porzucenie łachmanów?

    „Nabożeństwo ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa powstało w czasie, kiedy Kościół był bardzo bogaty i świątynie budowano jak królewskie rezydencje. Powstało w czasie politycznej potęgi Kościoła, kiedy kardynałowie bywali mężami stanu. Wtedy nabożeństwo to odkryto jako powrót do samotności Jezusa w tym świecie, do Jezusa z pokaleczonym sercem.

    Powstało w dobie uczonych dyskusji teologicznych i rozmaitych sporów – jako powrót do najprostszego stosunku do Pana Boga poprzez intymną modlitwę. Serce Jezusa nie potrzebowało ani pieniędzy, ani złota. Potrzebowało drugiego serca” – mówił ks. Jan Twardowski.

    Najświętsze Serca Jezusa

    Poeta, ksiądz Jan wygłosił przed laty cykl homilii poświęconych tajemnicy Najświętszego Serca Pana Jezusa. Głosił je z zapałem w piątki. Każdą z nich z można by z powodzeniem wydać jako zbiór złotych myśli o Bożym Sercu, ale tego by skromny kaznodzieja z Krakowskiego Przedmieścia nie chciał.

    Wolałby, aby nie tyle zachwycać się kunsztem jego przepowiadania, ale pójść po sznurze ułożonym ze słów do samego sedna duchowego życia, którym jest Serce Jezusa. „Nabożeństwo do Serca Jezusa jest powrotem do serdecznych uczuć wiary, do rozmowy z Przyjacielem” – mówił.

    Przyzwyczailiśmy się, że w maju chodzimy na majowe – i modlimy się Litanią loretańską – a w czerwcu na czerwcowe – i odmawiamy Litanię do Serca Pana Jezusa. Dlaczego właśnie tak?

    „Wygląda na to, że Pan Jezus sam wybrał czerwiec na miesiąc swego Serca. Największe objawienie, tak zwane wielkie objawienie św. Małgorzaty Marii, miało miejsce 16 czerwca, kiedy to usłyszała słowa: «Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło, aż do wyczerpania i wynoszenia się, by dać im dowody swej miłości»” – mówił i wyjaśniał, że czerwiec jest pośrodku roku, czyli dokładnie tak, jak serce pośrodku człowieka.

    Serce przy Sercu

    Jeśli coś zatrważa w objawieniu się Jezusa św. Małgorzacie Alacoque, to skarga Jezusa na brak miłości. I jeśli coś w nabożeństwie czerwcowym chcieć uznać za najważniejsze, to to, że odkrywając i adorując Serce Jezusa, przez wymienianie kolejnych Jego przymiotów i cech, tak naprawdę kontemplujemy Jego życie.

    Mówimy: Twoje Serce, które doświadczyło od nas, ludzi, wiele zła, mimo to wybacza i kocha. Odkrycie Jego wyznania miłości, otwiera nas na wzajemność. Serce człowieka przy sercu Jezusa – tylko to się liczy. Tylko to daje życie.

    Trzeba patrzeć na serce Jezusa z Wielkiego Piątku” – uczył ks. Jan. Cierpienie całkowicie niewinnego pozwoli nam na odnalezienie sensu innego, niewinnego cierpienia. Jeśli ktoś w twoim domu choruje – dziecko, mąż, żona, mamusia, czy tatuś i wiesz, że niczym, absolutnie niczym nie zasłużyli sobie na to cierpienie, to gdzie szukasz odpowiedzi o jego przyczynę?

    „W Sercu Boga jest jedyna prawdziwa odpowiedź” – mówił ks. Jan i proponował, aby nabożeństwo czerwcowe zaczynało się od ukazania umęczonego, cierpiącego Serca Jezusa. Przed zmartwychwstaniem.

    Ojciec dla Syna

    W jednym z duchowych ćwiczeń ks. Jan radził, aby postawić pytanie jakie Serce Jezusa było dla samego siebie. Czy czułe, kochające, dobre, troskliwe, rozczulone nad swoim bólem i cierpieniem? Nad odrzuceniem i zdradą jednego z przyjaciół? Jakie było? Czy Serce Jezusa było dla siebie serdeczne? Czy uważało: Jesteś tego warte, jesteś wszechmocne, potężne, z Twojej myśli powstał świat – możesz wszystko?

    To jest Serce, które nigdy nie myślało o sobie. Przeżyło biedne dzieciństwo w stajni, ucieczkę, poniewierkę na obczyźnie i samotność. Serce, które nigdy nie myślało os sobie. Jedyne, jakie przybiło siebie na krzyż. Było dla siebie nie tylko surowe, ale nawet okrutne” – tłumaczył ks. Jan.

    Trudno to zrozumieć, bo nam, ludziom, przeszkadza chęć panowania nad sytuacją, udowadniania, że mamy rację, nie chcemy uchodzić za naiwnych, którzy dali się wykorzystać, oszukać zaradniejszym, sprytniejszym. A jednak tylko cierpienie Jezusa mogło pojednać grzeszników z Bogiem. Jego Serce cierpliwe, miłosierne, przebaczające nam wszystko, wstecz i na zapas, mogło otworzyć nam powrót do raju.

    Serce Jezusa musiało być niedobre dla siebie, by nas odkupić” – mówił. Czy to można zrozumieć? Można wtedy, gdy jest miłość. Mama, która rezygnuje z pełnego posiłku, gdy wie, że nie starczy dla dzieci jest odbiciem Jego decyzji. Serce ludzkie zawsze czerpie zdolność do miłości ze źródła, którym jest Jego Serce. Nawet jeśli o tym nie wie.

    Serce na swoim miejscu

    Pustoszeją nam kościoły, w mediach biją na alarm. Wielu wieści koniec pewnej epoki w Kościele. „Nieraz mówią – głosił ks. Jan – że nabożeństwo piątkowe przeżywa kryzys. To świat przeżywa kryzys, bo myśli o interesach, polityce, uczonych księgach, a traci świadomość prostego, ludzkiego serca”.

    A jak kończą ludzie bez serca? Wiadomo – cierpią. Istotą życia Kościoła i bycia w Kościele jest osobisty kontakt z Jezusem. Na kolanach i w ciszy. „Ludzkie Serce Jezusa jest samotne” – mówił ks. Jan.

    Czy nie powinniśmy Go pocieszyć? To przecież nie ma nic wspólnego z sentymentalizmem… A jednak uciekamy od Bożego Serca. Dlaczego? Bo stawia nam wymagania. W Nim, jak w lustrze, widzimy to, co krzywe i brzydkie.

    Bycie z Jezusem sercem, to kochać Tego, który od nas wiele wymaga. To miłość trudna, ale tylko ta i taka uświęca” – uczył.

    Przebij, czyli otwórz

    Kiedy Kościół przypomina nam Wielki Piątek? „W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa” – pisał ks. Jan. Jest ciepło, wszystko kwitnie, żar leje się z nieba a Kościół staje przed nami „z łamaniem kości, śmiercią, gromadką kobiet mdlejących z wrażenia i z bólu”.

    Po co? Przecież to zupełnie nie pasuje do czerwca, pogody, zbliżających się wakacji. Czemu taki brak wyczucia? A czy twoje serce nigdy nie było zranione w środku lata? Czy nie zdarzyło ci się płakać, krzyczeć z bólu, dotykać dna rozpaczy, gdy za oknem kwitły kaliny i piwonie różowiły się w ogródku sąsiada? Czy nie ma pogrzebów w czerwcu…? I co robić, gdy nam się przydarzą serdeczne dramaty ludzkiego losu?

    Tajemnica Bożego Serca to tajemnica serca pokaleczonego, poranionego, przebitego a jednak Serca, które kocha i służy innym” – uczył ks. Jan. Jeśli ktoś zrani twoje serce, upokorzy, okaleczy je i podepcze – nieważne, czy w grudniu, czy w maju – zapamiętaj na zawsze, że Jego Serce też przebito na wylot, ale nawet na jedną chwilę, nie przestało wierzyć w sens miłości. I zmartwychwstało!

    Co robić, gdy nas zranią do żywego? Gdy już się wydaje, że to koniec? „Własną mocą nie umiemy uszyć sobie ani nowej głowy, ani nowego serca, ani nowego sumienia, ani nowego życia. Jesteśmy oberwańcami, którzy stale łatają samych siebie. Tylko jeden Bóg może człowieka stworzyć na nowi. Jeszcze za jego życia” – mówił ks. Jan i podpowiadał, żeby często powtarzać:

    Stwórz, Boże, we mnie serce czyste, bo wstydzę się tego połatanego”. Może dzień uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa to najlepszy termin na porzucenie łachmanów?

    Artykuł powstał na podstawie książek:
    J. Twardowski, Kilka myśli o Sercu Pana Jezusa
    A. Sulikowski, Świat poetycki ks. Jana Twardowskiego

    Agnieszka Bugała – Aleteia.pl

    ***