Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • ogłoszenia – październik 2026

    Październikowy miesiąc przybliża nas do Matki Bożej, która jest Królową Różańca Świętego.

    ***

    ***

    17 października wspominamy 55. rocznicę beatyfikacji św. Maksymiliana Marii Kolbego. Św. Maksymilian był beatyfikowany jako wyznawca przez papieża Pawła VI (17.10.1971) a kanonizowany jako męczennik przez papieża Jana Pawła II (10.10.1982). To jedyny taki przypadek w historii Kościoła, aby motywy beatyfikacji i kanonizacji były różne. Również po raz pierwszy w historii Kościoła beatyfikacji dokonał osobiście papież.

    ***

    LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY

    w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra

    46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    W KAŻDY PIĄTEK jest GODZINNA ADORACJA od godz.. 18.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    w pierwsze czwartki miesiąca

    MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00

    po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.

    w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )

    ***

    poniedziałek – 19 października 2026

    42. rocznica porwania ks. Jerzego Popiełuszki. Msza Święta w Warszawie

    W poniedziałek 19 października przypada 42. rocznica porwania błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki. Kapelan Solidarności, obrońca wiary i najwyższych wartości głoszonych z narażeniem życia w okresie stanu wojennego, został zamordowany przez funkcjonariuszy komunistycznych. W poniedziałek o godzinie 18:00 w stołecznym kościele p.w. Św. Stanisława Kostki odprawiona zostanie uroczysta Msza święta z udziałem metropolity warszawskiego abpa Adriana Galbasa. 

    Śmierć księdza Popiełuszki wstrząsnęła Polską i poruszyła światową opinię publiczną – przypomina Biuro Prasowe Sanktuarium Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Beatyfikacja kapłana w 2010 roku była dowodem trwałej siły jego kultu. Grób męczennika komunizmu odwiedziły do dziś ponad 23 miliony ludzi.

    Dzień porwania księdza Popiełuszki przypadający 19 października ustanowiony został Narodowym Dniem Duchownych Niezłomnych.

    W Mszy Świętej sprawowanej w poniedziałek w  stołecznym kościele p.w. św. Stanisława Kostki weźmie udział rodzina księdza Jerzego Popiełuszki, wysocy rangą przedstawiciele administracji państwowej oraz liczne poczty sztandarowe Solidarności wraz z władzami związku. Na zakończenie obchodów, o godzinie 20:30 w kościele odbędzie się młodzieżowe czuwanie modlitewne.

    – Ksiądz Jerzy Popiełuszko nie tylko mówił o Polsce, ale przede wszystkim jej służył. Była to służba ewangeliczna niesiona aż do ofiary z życia. Pokazał w ten sposób, na czym polega wolność od nienawiści. Takiej wolności bardzo nam dziś potrzeba – powiedział ks. Karol Oparcik, kustosz Sanktuarium Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki.

    Świecką część obchodów objął patronatem Prezydent RP Karol Nawrocki. Wydarzeniom religijnym patronuje Metropolita Warszawski Abp Adrian Galbas.

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko, urodzony w 1947 roku w Okopach na Białostocczyźnie, po zdaniu matury wstąpił do Warszawskiego Seminarium Duchownego. Jako kleryk odbywał przymusową służbę wojskową w specjalnej jednostce kleryckiej w Bartoszycach, gdzie wobec komunistycznej indoktrynacji dał się poznać jako niezłomny obrońca wiary i wartości.

    Po święceniach kapłańskich w 1972 roku pełnił posługę w kilku parafiach Archidiecezji Warszawskiej, zajmując się m.in. duszpasterstwem młodzieży i służby zdrowia.

    W ostatnich latach życia posługiwał w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, gdzie związał się z Solidarnością oraz celebrował comiesięczne Msze święte za Ojczyznę gromadzące wokół świątyni wielotysięczne tłumy. W czasie stanu wojennego ksiądz Jerzy występował w obronie internowanych, wskutek czego stał się obiektem nękania i prowokacji ze strony służb komunistycznego reżimu.

    Swoją ostatnią duszpasterską podróż odbył 19 października 1984 roku do Parafii Świętych Polskich Braci Męczenników do Bydgoszczy. Podczas podróży powrotnej został porwany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Oficjalna wersja uwiarygadniana farsowym procesem toruńskim mówi, że zginął tego samego dnia. Ustalenia prokuratora Andrzeja Witkowskiego mówią zaś o przejęciu duchownego przez funkcjonariuszy Wojskowej Służby Wewnętrznej, kilkudniowych torturach towarzyszących nakłanianiu do podjęcia współpracy, wreszcie śmierci, prawdopodobnie dopiero 25 października. Umęczone ciało księdza wrzucono do Wisły na wysokości tamy we Włocławku.

    Pogrzeb Księdza Jerzego, który odbył się 3 listopada 1984 roku, zgromadził blisko milionową rzeszę ludzi.

    Od 1984 roku grób męczennika odwiedził blisko 23 miliony wiernych, w tym liczni prezydenci i przedstawiciele świata kultury. Papież Benedykt XVI 6 czerwca 2010 roku zaliczył księdza Jerzego Popiełuszkę do grona błogosławionych, a papież Franciszek w 2014 r. ustanowił go patronem Solidarności.

    Kult ks. Popiełuszki trwa nieprzerwanie od czasu jego śmierci i przejawia się na wielu płaszczyznach – od licznych pielgrzymek do miejsc związanych z jego życiem i męczeństwem, poprzez powstające w Polsce i za granicą ośrodki jego kultu, po niezliczone inicjatywy edukacyjne i artystyczne. 

    Relikwie błogosławionego znajdują się w 67 krajach na sześciu kontynentach. Ten globalny zasięg świadczy o uniwersalnym oddziaływaniu kapłana. 

    źródła: KAI, PCh24.pl

    ***

    Niedziela Misyjna – 18 października

    100. Światowy Dzień Misyjny. Stolica Apostolska ogłasza możliwość uzyskania odpustu

    Penitencjaria Apostolska na mocy uprawnień udzielonych przez Papieża Leona XIV ogłosiła, iż 18 października 2026 roku, w 100. Światowym Dniu Misyjnym można uzyskać odpust zupełny modląc się na różańcu i wypełniając zwykłe warunki uzyskania odpustu.

    Fot. Vatican Media
    fot. Vatican Media

    ***

    Warunki umożliwiające uzyskanie odpustu

    Aby móc uzyskać odpust w tym dniu należy włączyć się w modlitwę różańcową oraz wypełnić zwykłe warunki: być w stanie łaski uświęcającej lub przystąpić do sakramentu spowiedzi i przyjąć Komunię Świętą. Następnie w sumieniu szczerze wyrzec się przywiązania do wszelkiego grzechu oraz pomodlić się w intencjach, w których modli się Papież.  

    Możliwość odpustu dla starszych i chorych

    Osoby starsze, chore, ich opiekunowie oraz wszyscy, którzy z poważnych powodów nie mogą tego dnia opuścić domu mogą również uzyskać odpust zupełny. Warunkiem jest wyrzeczenie się przywiązania do wszelkiego grzechu i wzbudzenie intencji wypełnienia trzech zwykłych warunków, gdy tylko będzie to możliwe (być w stanie łaski uświęcającej lub przystąpić do sakramentu spowiedzi, przyjąć Komunię Świętą oraz pomodlić się w intencjach, w których modli się Papież). Muszą też duchowo przyłączyć się do tej modlitwy różańcowej, ofiarując miłosiernemu Bogu swoje modlitwy, cierpienia lub trudy własnego życia i znajdując w tym pociechę pośród utrapień.

    Penitencjaria Apostolska usilnie prosi, by kapłani posiadający odpowiednie upoważnienia do spowiadania z gotowością, wielkodusznie i miłosiernie oddali się do dyspozycji wiernych w sprawowaniu sakramentu pokuty.

    Dar odpustu zupełnego związany jest z obchodami setnej rocznicy ustanowienia Światowego Dnia Misyjnego, w Polsce nazywanego Niedzielą Misyjną. Odpust zupełny można ofiarować za dusze w czyśćcu cierpiące. 

    Dekret w sprawie odpustu podpisał bp Krzysztof Nykiel, regens Penitencjarii Apostolskiej.

    żródło: vaticannews.va/pl

    ***

    Papież Leon XIV dziękuje za modlitwy: Naprawdę odczułem wasze wsparcie!

    Leon XIV pozdrawia wiernych podczas modlitwy Anioł Pański

    W pozdrowieniu po modlitwie Anioł Pański Papież podziękował wiernym za wsparcie modlitewne podczas jego operacji i hospitalizacji. Zapowiedział, że będzie teraz stopniowo wracał do swoich obowiązków.

    „Pragnę podziękować wszystkim, którzy w ostatnich dniach modlili się za mnie. Naprawdę czułem wasze wsparcie, dziękuję!” – powiedział Leon XIV na zakończenie modlitwy Anioł Pański z kilkunastoma tysiącami wiernych zebranych na Placu św. Piotra, pod oknami Pałacu Apostolskiego.

    „Szczególną wdzięczność wyrażam lekarzom, pielęgniarkom i pielęgniarzom oraz całemu personelowi Polikliniki Gemelli” – mówił Ojciec Święty.

    „To doświadczenie sprawiło, że w szczególny sposób doświadczyłem bliskości z tymi, którzy zmagają się z chorobą i słabością. Po przejściu tego trudnego etapu, jak wiecie, będę teraz stopniowo powracał do swoich zajęć, zawsze z Bożą pomocą i wspierany waszymi modlitwami” – dodał Papież.

    Wspomnienie misjonarzy

    Wcześniej Leon XIV przypomniał obchodzony w tę niedzielę 100. Światowy Dzień Misyjny. „Pomyślmy, jak bogata jest historia misji w ciągu tych stu lat! Módlmy się, aby Kościół zawsze pozostawał wierny nakazowi Pana Zmartwychwstałego: ‘Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!’” – stwierdził Papież.

    Pierwszy Anioł Pański po operacji

    Był to pierwszy Anioł Pański Papieża z wiernymi po wyjściu ze szpitala. Leon XIV spędził pięć dni w Klinice Gemelli, gdzie usunięto mu dolny płat prawego płuca w związku z wykryciem na nim guzka. W sobotę 17 października lekarze stwierdzili, że stan Ojca Świętego jest dobry i może on opuścić szpital. Leon XIV powrócił do Watykanu 17 października wczesnym popołudniem.

    Wojciech Rogacin – Watykan

    ***

    Kościół katolicki nadal się rozwija.

    Oto najnowsze dane podane przez Watykan.

    Pomimo kryzysu religijnego obserwowanego w wielu krajach zachodnich Kościół katolicki na świecie nadal się rozwija. Z najnowszego raportu watykańskiej agencji Fides, opublikowanego 16 października, wynika, że liczba katolików przekroczyła 1,42 miliarda. Szczególną uwagę zwraca sytuacja w Afryce, gdzie katolicyzm rozwija się dynamicznie, a liczba wiernych jest już większa niż w Europie.

    Bazylika św. Piotra
    Bazylika św. Piotra · fot. via Pixabay.com

    ***

    Raport przygotowano przed setnym Światowym Dniem Misyjnym, obchodzonym 18 października pod hasłem „Jedno w Chrystusie, zjednoczeni w misji”. Dane dotyczą 2024 roku i zostały porównane z rokiem poprzednim.

    Afryka wyprzedza Europę – rośnie liczba katolików i kapłanów

    Według Fides na świecie żyje obecnie, według najnowszych dostępnych statystyk, 1 422 144 000 katolików, czyli 17,8 proc. ludności globu. W ciągu roku ich liczba wzrosła o 16,69 mln. Największy przyrost odnotowano w Afryce – 7,58 mln, a następnie w obu Amerykach – blisko 7 mln.

    Szczególnie wymowne jest porównanie Afryki i Europy. Na Czarnym Lądzie mieszka już 288,3 mln katolików, podczas gdy w Europie – 287,2 mln. Jeszcze większe różnice widać w statystykach powołań kapłańskich i zakonnych.

    – Liczba katolików na świecie rośnie, a liczba kapłanów ponownie wzrasta, choć nieznacznie – informuje agencja Fides.

    Po pięciu latach spadków liczba księży wzrosła o 425, osiągając 407 421. W Afryce przybyło 1676 kapłanów, w Azji 1065, natomiast w Europie ubyło ich aż 2483.

    Niepokojące pozostają jednak dane dotyczące nowych powołań. Na całym świecie liczba seminarzystów wyższych seminariów duchownych zmniejszyła się o 2891, do 103 604. Jedynym kontynentem, na którym odnotowano wzrost, była Afryka, gdzie przybyło 786 seminarzystów.

    Spadła również liczba sióstr zakonnych – o 9292, do 580 131. Także w tym przypadku wyjątkiem okazała się Afryka, gdzie liczba zakonnic wzrosła o 2190.

    – Afryka odnotowała największy wzrost liczby katolików i była jedynym kontynentem, na którym zwiększyła się zarówno liczba sióstr zakonnych, jak i seminarzystów – podkreślono w watykańskim opracowaniu.

    Raport pokazuje również rosnące zaangażowanie świeckich. Liczba misjonarzy świeckich wzrosła o ponad 18 tys., a katechistów o ponad 22 tys.

    Najnowsze statystyki potwierdzają zatem, że geograficzny środek ciężkości światowego katolicyzmu stopniowo przesuwa się w stronę Afryki. Podczas gdy Europa zmaga się ze spadkiem liczby duchownych i powołań, Kościół afrykański staje się coraz ważniejszą częścią wspólnoty katolickiej.

    żródło: mp/ Agenzia Fides, Vatican News, Fronda.pl

    ***

    Nie możesz się zabrać za różaniec? Zrób te 3 rzeczy

    Publikacja 12.10.26|

    Redakcja

    |2 min czytania

    shutterstock_1339331306.jpg
    A small child takes a rosary from his dad’s hand

    ***

    Jak przełamać w sobie opór do różańca? Mamy dla ciebie trzy proste rady.

    Różaniec nie jest najłatwiejszy

    Różaniec jest jednocześnie prostą i trudną modlitwą. Jego struktura nie jest skomplikowana, a samo powtarzanie „Zdrowaś Maryjo” nie nastręcza większych trudności. Jeśli jednak różaniec ma być owocną modlitwą, wymaga nieco wysiłku, czasu i motywacji. A tych w codziennym zabieganiu może nam po prostu brakować.

    Oto trzy proste porady, jak zabrać się za różaniec.

    1. Wzbudź intencję

    Dobrą motywacją do odmawiania różańca jest intencja, w której ofiarujemy całą modlitwę lub poszczególne dziesiątki. Warto nie tylko prosić, ale także dziękować. Wdzięczne serce otwiera się na przychodzącego Boga i ułatwia spędzanie z Nim czasu na modlitwie.

    2. Podziel różaniec

    Może być nam trudno odmówić cały różaniec za jednym razem. Możemy jednak w wolnych chwilach w ciągu dnia odmawiać poszczególne dziesiątki. Warto wykorzystać na to dojazd do pracy, przerwę na kawę czy spacer do sklepu. Skupienie się na medytacji jednej tajemnicy, zamiast wszystkich pięciu, również może być łatwiejsze.

    3. Po prostu zacznij

    Różaniec trzeba po prostu zacząć. Gdy tylko przyjdzie ci do głowy myśl: „Może odmówić różaniec?”, zacznij go odmawiać. Zmów tyle dziesiątek, ile dasz radę. Przecież nie chodzi o to, by koniecznie go skończyć, ale by być z Jezusem i rozważać tajemnice Jego życia.

    ***

    sobota -17 października

    Dziś w Rzymie międzynarodowy różaniec

    W przededniu 100. Światowego Dnia Misyjnego wierni na całym świecie zaproszeni zostali do włączenia się w Międzynarodowy Różaniec Misyjny w intencji papieża i jego powrotu do zdrowia. Inicjatorem wspólnej modlitwy są Papieskie Dzieła Misyjne, które przypominają, że „Leon XIV to misjonarz, który został papieżem”.

    Adobe Stock

    ***

    Główna modlitwa odbędzie się w Rzymie. W sobotę o godz. 15 wierni zawierzą papieża opiece Matki Bożej. Różaniec poprowadzi kard. Louis Antonio Tagle, pro-prefekt Dykasterii ds. Ewangelizacji oraz od niedawna dziekan Kolegium Kardynalskiego.

    Uczestnicy będą rozważać kolejne tajemnice radosne na tarasie Międzynarodowego Centrum Animacji Misyjnej, które znajduje się na kampusie Papieskiego Uniwersytetu Urbanianum – roztacza się stamtąd widok na Plac św. Piotra. Do duchowego włączenia się w tę modlitwę zaproszeni są misjonarze, parafie, rodziny i wierni na całym świecie.

    Misyjna modlitwa

    Nazwy kolejnych tajemnic różańca będą wypowiadane w języku włoskim, angielskim i hiszpańskim, a pięćdziesiąt modlitw „Zdrowaś Maryjo”, zostanie poświęconych każdemu z pięciu kontynentów (w kolejności: Afryce, Ameryce, Europie, Oceanii i Azja) i odmówionych w dwóch językach lokalnych.

    Medytacji towarzyszyć będą trzy fragmenty z orędzi papieża Franciszka na Światowe Dni Misyjne oraz dwa z nauczania Leona XIV. Mają wybrzmieć m.in. jego pierwsze słowa wypowiedziane do wiernych tuż po wyborze na Następcę św. Piotra: „Musimy razem poszukiwać sposobów, jak być Kościołem misyjnym, Kościołem, który buduje mosty, dialog, zawsze otwartym na przyjęcie, jak ten plac, z otwartymi ramionami dla wszystkich, wszystkich, którzy potrzebują naszego miłosierdzia, naszej obecności, dialogu i miłości”.

    Modlitwa poszerza serca

    Międzynarodowy Różaniec Misyjny został zaplanowany już wcześniej z okazji jubileuszu Światowego Dnia Misyjnego, ale w obecnej sytuacji nabiera głębszego znaczenia. Modlitwie za papieża towarzyszyć będzie wołanie w intencji Kościoła i jego posługi misyjnej oraz za misjonarzy rozsianych w najdalszych zakątkach globu.

    Różaniec Misyjny zapoczątkował w lutym 1951 r. amerykański duchowny abp. Fulton J. Sheen, niedawno ogłoszony błogosławionym, który pełnił wówczas funkcję krajowego dyrektora Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Różaniec miał otworzyć ludzkie serca na modlitwę nie tylko w osobistych intencjach, ale objąć nią potrzeby całej rodziny ludzkiej oraz dzieło ewangelizacyjne Kościoła na świecie.

    Wielki jubileusz misji

    Światowy Dzień Misyjny został ustanowiony w 1926 roku przez papieża Piusa XI i obchodzony jest co roku w przedostatnią niedzielę października. W tym roku przypada jego setna edycja.

    Orędzie Leona XIV na ten jubileuszowy dzień nosi tytuł „Jedno w Chrystusie, zjednoczeni w misji” i przypomina, że „im bardziej będziemy zjednoczeni w Chrystusie, tym pełniej będziemy mogli wspólnie wypełniać misję, jaką On nam powierzył”.

    W Polsce Światowy Dzień Misyjny, zwany także Niedzielą Misyjną, otwiera Tydzień Misyjny.

     jol, Fides/KA/TYgodnik NiedzielaI

    ***

    Dziś 17 października papież opuścił szpital

    Ojciec Święty może już opuścić szpital – poinformowali lekarze nadzorujący leczenie Leona XIV w Klinice Gemelli. W związku z tym Papież jeszcze dziś 17 października powróci z Kliniki Gemelli do Watykanu

    O godz. 12.00 Leon XIV odprawił Mszę św. w sali specjalnie przygotowanej na 10 piętrze Polikliniki Gemelli.

    Leon XIV odprawił Eucharystię w Klinice Gemelli

    Biuro prasowe Stolicy Apostolskiej przekazało komunikat:

    Dr Luigi Carbone i prof. Stefano Margaritora przekazują następujące informacje dotyczące przebiegu rekonwalescencji Papieża po operacji: Na podstawie wyników badań krwi, badania radiologicznego klatki piersiowej wykonanego dziś rano oraz oceny stanu klinicznego uznano, że Ojciec Święty może zostać wypisany ze szpitala.

    Papież wraca do Watykanu. Anioł Pański z okien Pałacu

    W związku z informacją przedstawioną przez lekarzy, papież Leon XIV zostanie dziś wypisany z Kliniki Gemelli, gdzie przebywał w związku z operacją prawego płuca i jutro w niedzielę będzie mógł przewodniczyć modlitwie Anioł Pański z okna papieskiego apartamentu.

    Vatican News

    ***

    Różaniec to “Ewangelia” przełożona na modlitwę

    Modlitwa różańcowa od wieków pozostaje jedną z najważniejszych praktyk duchowych Kościoła. Skąd się wywodzi, dlaczego Maryja tak często zachęca do jej odmawiania i jak przeżywać ją owocnie? O tym opowiada bp Maciej Małyga.

    Zdaniem biskupa Macieja Małygi, korzeni różańca należy szukać przede wszystkim na kartach Pisma Świętego. – Początków modlitwy różańcowej możemy się dopatrywać w Ewangelii. Właściwie większość modlitwy Zdrowaś Maryjo to są słowa, które do Maryi wypowiedział Archanioł Gabriel, jak nam przekazuje św. Łukasz, czyli: “Bądź pozdrowiona”, to znaczy “Raduj się”, czyli “Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą”. Tam są też słowa Elżbiety do Maryi, do Matki Bożej. Jeśli chodzi o same tzw. zdrowaśki, to właśnie one pochodzą z Ewangelii. Oczywiście cała modlitwa Ojcze nasz, czyli początek każdej dziesiątki, jest zupełnie ewangelijna. To modlitwa, której nauczył swoich uczniów Pan Jezus, czyli także nas.”

    Tajemnice różańcowe są bezpośrednio związane z wydarzeniami opisanymi przez ewangelistów. – Same tajemnice to oczywiście znowu Ewangelia. Dwadzieścia różnych wydarzeń z życia Pana Jezusa. Możemy więc powiedzieć, że różaniec bardzo mocno łączy się z tym, o czym mówi nam Pismo Święte. Właściwie łączy się lub jest niemalże tożsamy. To jest Pismo Święte przełożone na bardzo prostą modlitwę, na modlitwę medytacyjną, której rytm uspokaja i powinien naszą uwagę kierować właśnie na to, co stało się dwa tysiące lat temu – wskazuje biskup.

    Biskup Maciej przywołał również osobiste wspomnienie związane z Piesza Pielgrzymką Wrocławską, które dobrze oddaje sens modlitwy różańcowej. – Bardzo lubię rozważanie księdza Orzechowskiego, które raz tylko słyszałem podczas pierwszej pielgrzymki wrocławskiej, kilkadziesiąt lat temu. To było chyba podczas modlitwy tajemnicą bolesną – ukrzyżowanie Pana Jezusa. Ksiądz Orzechowski mówił: “Oto teraz Maryja prowadzi nas pod krzyż i pokazuje nam swojego cierpiącego Pana Jezusa”. Właśnie to jest tajemnicą różańca: Maryja, która prowadzi nas za swoim Synem.

    Ważnym etapem rozwoju różańca było ukształtowanie modlitwy maryjnej w znanej dziś formie. – Zakon cystersów, bardzo zakochany w Maryi, tę modlitwę rozwija o element związany z postacią Matki Bożej. Wiąże ją także z obrazem róż, czyli stu pięćdziesięciu róż ofiarowanych Maryi. Około roku 1350 ukształtowała się modlitwa “Zdrowaś Maryjo”, jaką znamy dzisiaj. Pierwsza część modlitwy to słowa Archanioła Gabriela, potem słowa Elżbiety, a następnie dodano jeszcze wezwanie: “Módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”.

    Jak zaznacza bp Małyga, różaniec jest owocem długiego procesu duchowego dojrzewania całego Kościoła. – Historia jest taka: początkowo niejasna, a potem pojawia się coraz więcej różnych elementów. Różne szkoły duchowości coś dodają, więc różaniec jest jakimś wspólnym długim dziełem Kościoła. Jego powstanie jest pięknym procesem. Każdy coś dodał. Jest to dzieło ludu Bożego prowadzonego przez Magisterium i Słowo Boże.

    Maryja w objawieniach wielokrotnie zachęca wiernych do odmawiania różańca. – Myślę, że siła różańca tkwi w tym jednym słowie, które się powtarza sto pięćdziesiąt razy, czyli “Jezus”. I to słowo, właściwie to imię, jest rozważane w bardzo konkretnych okolicznościach, które bardzo pasują do naszego życia. Bo mamy swoje tajemnice radosne i mamy swoje tajemnice bolesne. Nie brakuje nam światła i czasem jest także wiele Bożej chwały. To sprawia, że różaniec jest nam bliski – wskazuje bp Małyga, dodając, że powtarzalny rytm modlitwy pomaga również uporządkować wnętrze człowieka. – Ten rytm, który z jednej strony może wprowadzić jakąś nieuważność, z drugiej strony pozwala naszej duszy się uspokoić, naszej duszy i naszemu ciału, i powędrować gdzieś dalej. To już zależy od naszej uwagi, dokąd ten duch powędruje. Czy do Nazaretu, jak w wielu tajemnicach radosnych, czy gdzieś na sufit – mówi biskup Maciej.

    Wielu ludziom, szczególnie młodym, różaniec może wydawać się modlitwą długą i powtarzalną. – Bardzo dobrym sposobem jest różaniec z dopowiedzeniami, czyli w każdej dziesiątce po imieniu Jezus można dodać taką ilustrację. Na przykład: “Jezus, który zmartwychwstał”. I potem dalsza część modlitwy. Ale możemy to rozwijać: “który zmartwychwstał dla mnie”, “który jest życiem”. Albo możemy to ilustrować jeszcze bardziej Ewangelią: “który ukazał się Marii Magdalenie w ogrodzie”, “który powiedział uczniom: Pokój wam”- opowiada hierarcha, zachęcając również do rozważania fragmentów Biblii przed każdą dziesiątką: – Na pewno rozważanie przed rozpoczęciem każdej dziesiątki. Najlepszym jest zawsze odczytanie fragmentu Słowa Bożego, czyli tego wydarzenia, które będzie rozważane. Ale też tam umieszczamy swoje życie. Właśnie nasze światła, krzyże i radości.

    Różaniec jest także przestrzenią do dawania świadectwa. – Na pewno jest jakimś znakiem i na pewno ma jakieś znaczenie. Na pewno też powinien być używany zgodnie ze swoim znaczeniem, ale jest pięknym znakiem. Budzi się we mnie sympatia, gdy widzę jakiegoś kierowcę, który w swoim samochodzie ma zawieszony różaniec. Myślę, że jest on zawieszony zasadniczo jako znak modlitwy, żeby się pomodlić, żeby pamiętać o Panu Jezusie – podkreśla biskup przyznając, że sam również wozi różaniec w samochodzie. – Ja mam różaniec zawieszony w swoim samochodzie po to, żeby mi przypominał o modlitwie. I mam jeszcze taki drugi oczywiście pod ręką, żeby się nim w czasie drogi modlić.

    Różaniec jest związany także z doświadczeniem bliskości Boga i pokojem serca: – Kiedy się modlimy, jesteśmy bliżej Niego. Przenosimy się naszymi myślami i może naszą wyobraźnią, w ogóle naszą duszą właśnie na te dróżki Palestyny, po których Maryja nas prowadzi. I to już jest bardzo ważne doświadczenie prawdy różańca – zaznacza biskup, dodając: – Różaniec daje pokój. Zwłaszcza kiedy nam trudno poskładać myśli, jest dobrą modlitwą. A także doświadczamy siły Boga, który odpowiada na nasze prośby i intencje zanoszone podczas tej modlitwy.

    bp Maciej Małyga – ks. Łukasz Romańczuk/Tygodnik Niedziela

    (artykuł powstał na podstawie rozmowy w Katolickim Radiu Rodzina)

    ***

    15 obietnic, które Boża Matka ofiaruje każdemu, kto modli się modlitwą różańcową.

    53181.jpg
    fot. wikimedia.org

    ***

    Rozpropagowanie modlitwy różańcowej powszechna świadomość przypisuje św. Dominikowi Guzmanowi, założycielowi Zakonu Kaznodziejskiego. I choć jest w tym sporo racji, trzeba podkreślić, że to innemu dominikaninowi zawdzięczamy kształt Różańca oraz poznanie obietnic przekazanych ludzkości przez Matkę Bożą.

    Rola jaką odegrał św. Dominik w szerzeniu nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny jest niepodważalna. Według przekazów to właśnie jemu objawiła się Matka Boża wręczając skuteczną broń przeciwko odstępstwom od wiary – modlitwę różańcową. Była to Jej odpowiedź na błagalne wołanie o pomoc w walce o wybawienie dusz od herezji albigensów.

    Kształt Różańca, opracowany przez Dominika, różnił się od tego znanego nam dzisiaj. Początkowo składał się ze 150 powtórzeń (na wzór 150 psalmów Starego Testamentu) Pozdrowienia Anielskiego. Było to podyktowane względami praktycznymi, ponieważ nie wszyscy bracia zakonni potrafili czytać, dlatego też przełożeni zalecali im zastępowanie lektury Pisma Świętego modlitwą różańcową, zwaną ówcześnie Psałterzem Maryjnym.

    W tej formie Różaniec (z kilkoma niewielkimi zmianami, takimi jak dodanie na końcu każdego „Zdrowaś Maryjo” jednego z wydarzeń z życia Pana Jezusa i Maryi w celu rozmyślań) dotrwał aż do XV wieku. Wtedy to bł. Alan de La Roche, również dominikanin, przebudował strukturę modlitwy różańcowej, dzieląc ją na trzy części (Radosną, Bolesną i Chwalebną) oraz dodając do niej modlitwę „Ojcze nasz”. Ten układ Różańca (wraz z modlitwą „O mój Jezu” odmawianą po każdej dziesiątce na polecenie Maryi, która ukazała się Pastuszkom w Fatimie oraz z tajemnicami światła dodanymi w 2002 roku przez św. Jana Pawła II) znamy i stosujemy do dziś.

    Bł. Alan de La Roche kochał Matkę Bożą nie mniej niż św. Dominik. Propagował oddawanie Jej czci zakładając Bractwa Różańcowe do czego namawiała go sama Maryja. W objawieniu, otrzymanym przez dominikanina, Bogarodzica przekazała mu również 15 obietnic. Wyświadczone zostaną one każdemu, kto poważnie i sumiennie będzie odmawiał Różaniec.

    Oto one:

    1. Tym, którzy będą pobożnie odmawiali Różaniec, obiecuję szczególną opiekę.

    2. Dla tych, którzy będą wytrwale odmawiali Różaniec, zachowam pewne szczególne łaski.

    3. Różaniec będzie potężną bronią przeciwko piekłu; zniszczy występek i rozgromi herezję.
    4. Różaniec doprowadzi do zwycięstwa cnoty i dobra; w miejsce miłości do świata wprowadzi miłość do Boga i obudzi w sercach ludzi pragnienie szukania nieba.
    5. Ci, którzy zawierzą mi się przez Różaniec, nie zginą.
    6. Ci, którzy będą z pobożnością odmawiali mój Różaniec, rozważając jego tajemnice, nie zostaną zdruzgotani nieszczęściem ani nie umrą nie przygotowani.
    7. Ci, którzy prawdziwie oddadzą się memu Różańcowi, nie umrą bez pocieszenia Kościoła.
    8. Ci, którzy będą odmawiali Różaniec, znajdą podczas swego życia i w chwili śmierci światło Boże oraz pełnię Bożej łaski i będą mieli udział w zasługach błogosławionych.
    9. Szybko wyprowadzę z czyśćca te dusze, które z pobożnością odmawiały Różaniec.
    10. Prawdziwe dzieci mojego Różańca będą się radować wielką chwałą w niebie.
    11. To, o co prosić będziecie przez mój Różaniec, otrzymacie.
    12. Ci, którzy będą szerzyć nabożeństwo do mojego Różańca, otrzymają ode mnie pomoc w swych potrzebach.
    13. Otrzymałam od mego Syna zapewnienie, że czciciele mego Różańca będą mieli w świętych niebieskich przyjaciół w życiu i w godzinie śmierci.
    14. Ci, którzy wiernie odmawiają mój Różaniec, są moimi dziećmi – prawdziwie są oni braćmi i siostrami mego Syna, Jezusa Chrystusa.
    15. Nabożeństwo do mego Różańca jest szczególnym znakiem Bożego upodobania

    Dlatego warto przecierać palcami paciorki różańca rozważając wydarzenia z życia Pana Jezusa i Maryi. Tym bardziej, że – jak zapewniała sama Matka Boża – “nie ma takiego problemu, ani osobistego, ani rodzinnego, ani narodowego, ani międzynarodowego, którego nie można byłoby rozwiązać przy pomocy Różańca”.

    PCh24.pl

    ***

    piątek – 16 października

    Z Krakowa na Stolicę Piotrową.

    48 lat temu wybrano Kardynała Karola Wojtyłę na 264 następcę św. Piotra.

     

    Karol Wojtyła jako Jan Paweł II na balkonie bazyliki św. Piotra w dniu wyboru/Wikipedia

    ***

    48 lat temu, 16 października 1978 r., kardynałowie wybrali na papieża metropolitę krakowskiego, 58-letniego kard. Karola Wojtyłę. Przyjął on imię Jan Paweł II.

    Został 264. zwierzchnikiem Kościoła katolickiego i pierwszym od 1903 r. papieżem, który nigdy nie był urzędnikiem Kurii Rzymskiej. Konklawe, czyli wybór następcy, rozpoczęło się 14 października 1978 r. Uczestniczyło w nim 111 kardynałów. Z tego 56 było Europejczykami, a 26 Włochami.

    Zgodnie z obowiązującym prawem obrady i głosowania odbywały się w Kaplicy Sykstyńskiej. Przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i na konklawe kard. Karol Wojtyła noc spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W czasie konklawe, w wyniku ósmego głosowania 16 października, kardynałowie wybrali na papieża metropolitę Krakowa, 58-letniego kard. Karola Wojtyłę.

    Oznaczało to, że pierwszy raz od 1522 r. papieżem został duchowny, który nie był Włochem. Na kard. Wojtyłę zagłosowało wówczas 99 kardynałów ze 111 uczestniczących w konklawe. O wyniku wyborów poinformował świat zewnętrzny biały dym unoszący się nad Kaplicą Sykstyńską.

    Dym powstaje ze spalenia kartek do głosowania, do których dodaje się mniej lub więcej słomy i ewentualnie innych substancji (dla uzyskania odpowiedniego koloru dymu). Kard. Wojtyła przyjął imię Jan Paweł II. Tradycja, w której nowo wybrany papież przybiera nowe imię, wywodzi się z Biblii. Powołując Szymona (w języku hebr. Szymon pochodzi od im. Symeon – “Jahwe wysłuchał”) na apostoła, Jezus zmienił jego imię na Kefas (po aramejsku, w tłum. na grekę “Piotr”, czyli “kamień”).

    Była to zapowiedź tego, czym Piotr stanie się dla Kościoła. Pełny tytuł Jana Pawła II brzmiał: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego”. Został on 264. zwierzchnikiem Kościoła katolickiego i pierwszym od 1903 r. papieżem, który nigdy nie był urzędnikiem kurii rzymskiej.

    W pierwszym wystąpieniu powiedział, że kardynałowie “powołali go z dalekiego kraju, z dalekiego, lecz zawsze tak bliskiego przez łączność w wierze i tradycji chrześcijańskiej. Lękałem się przyjęcia tego wyboru, jednak czynię to w duchu posłuszeństwa naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi oraz w całkowitym zawierzeniu Jego Matce, Najświętszej Maryi Pannie”.

    Uroczysta msza inaugurująca pontyfikat odbyła się 22 października na Placu św. Piotra w Rzymie. W homilii nowy papież powiedział: “Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi”. Przesłanie to uważane jest za jeden ze społecznych i teologicznych fundamentów jego pontyfikatu. Pierwszą pielgrzymką papieża była wizyta 29 października w Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli.

    Podczas 27 lat posługi odbył 104 pielgrzymki międzynarodowe, odwiedzając 129 krajów na wszystkich kontynentach. Ponadto odbył ponad 140 podróży apostolskich po Włoszech. Pierwszą podróż odbył do Republiki Dominikańskiej, Meksyku i na Wyspy Bahama – w styczniu 1979 r. Polska jest krajem, który papież odwiedzał najczęściej – dziewięć razy. Siedem razy odwiedził USA i Francję, Meksyk i Hiszpanię – po pięć razy.

    W czasie podróży zagranicznych Jan Paweł II wygłosił ponad 2400 przemówień. Najdalszą była 32. podróż zagraniczna – na Daleki Wschód i do Oceanii (18 listopada – 1 grudnia 1986 r.), papież przebył 48 974 km. Podróż na Daleki Wschód i do Oceanii była też najdłuższa, trwała 13 dni.

    Na drugim miejscu pod tym względem była pielgrzymka do Ameryki Południowej (31 marca – 13 kwietnia 1987 r.). Na trzecim – siódma podróż do Polski – 12 dni.

    Podczas swego pontyfikatu papież Jan Paweł II ogłosił 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji apostolskich i 43 listy apostolskie. Zwołał 9 konsystorzy, mianował 232 kardynałów (łącznie z ogłoszonymi 28 września 2003 r.), w tym 10 Polaków. Kanonizował 478 świętych (w tym 9 Polaków i dwóch świętych związanych z Polską) i beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków). 

    Gość Niedzielny

    ***

    „Czy przyjmujesz?” Jan Paweł II wiedział, komu powierza swoje życie

    O godz. 19.20 16 października 1978 r. nowy papież Jan Paweł II ukazał się w Loży Błogosławieństw

    W poniedziałek 16 października 1978 roku o godzinie 19.20, papież Jan Paweł II ukazał się w Loży Błogosławieństw i powiedział: “Staję przed wami, aby wyznać naszą wspólną wiarę i bezgraniczne zaufanie do Matki Najświętszej”.
    fot. Arturo Mari/L’Osservatore Romano

    ***

    16 października 1978 roku Karol Wojtyła usłyszał w Kaplicy Sykstyńskiej pytanie, od którego zależała jego przyszłość. Odpowiedział, choć nie wiedział, co przyniosą następne lata. Kilka miesięcy później wyjaśnił, na czym opierała się jego decyzja. To świadectwo pozwala dostrzec zasadniczy rys całego pontyfikatu. TODO MESSAGE

    „Czy przyjmujesz?” Jan Paweł II wiedział, komu powierza swoje życie

    Wspomnienie wyboru Jana Pawła II przywołuje przede wszystkim scenę na balkonie Bazyliki św. Piotra. Nowy papież, pierwszy od wieków nie-Włoch, pozdrawia zgromadzonych wiernych. W Polsce wiadomość wywołuje niezwykłe poruszenie. Rozpoczyna się pontyfikat, który wywrze ogromny wpływ na dzieje Kościoła i świata.

    Warto jednak cofnąć się o kilkadziesiąt minut, do Kaplicy Sykstyńskiej. Tam, po zakończeniu głosowania, Karol Wojtyła usłyszał krótkie pytanie: „Czy przyjmujesz?”. Odpowiedź nie była formalnością. Wybrany kardynał miał prawo odmówić. Wojtyła przyjął wybór, a wraz z nim odpowiedzialność, której rozmiarów nie mógł w pełni przewidzieć.

    Co myślał Karol Wojtyła?

    Moglibyśmy  zapytać, co wówczas czuł i myślał. Czy obawiał się nowego zadania? Czy zastanawiał się nad losem krakowskiej diecezji, którą pozostawiał? Czy próbował wyobrazić sobie przyszłość?

    Odpowiedź na te pytania byłaby niezmiernie interesująca, ale jej nie znamy. Nie znamy i nie będziemy jej zgadywać. Próby odtwarzania cudzych przeżyć, choć tak popularne w opowieściach o wielkich postaciach, więcej często mówią o wyobraźni autorów niż o samych bohaterach. Mamy natomiast własne świadectwo Jana Pawła II, zapisane zaledwie kilka miesięcy po wyborze.

    Znalazło się ono w pierwszej encyklice Redemptor hominis, ogłoszonej kilka miesięcy później, 4 marca 1979 roku. Papież wrócił do tamtego momentu. Przytoczył pytanie, które usłyszał, i odpowiedź, jakiej udzielił: „W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa, mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła — świadom wielkich trudności — przyjmuję”.

    Trzeba uważnie przeczytać to zdanie. Wojtyła nie powołuje się na swoje doświadczenie, zdolności czy gotowość do kierowania Kościołem. Przeciwnie, zaznacza świadomość trudności. Uzasadnieniem jego decyzji jest posłuszeństwo Chrystusowi. W tych kilku słowach zawiera się coś, co okaże się jednym z najważniejszych rysów całego pontyfikatu.

    Chrystus, a nie program naprawy świata

    Pierwsze zdanie Redemptor hominis brzmi: „Odkupiciel człowieka Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii”. To niezwykle mocne otwarcie dokumentu, w którym nowy papież przedstawia podstawowe kierunki swojej posługi.

    Warto przypomnieć atmosferę, w jakiej te słowa zostały wypowiedziane. Od zakończenia Soboru Watykańskiego II minęło zaledwie kilkanaście lat. Życie Kościoła wypełniały dyskusje o odnowie, stosunku do współczesnego świata, dialogu, nowych formach duszpasterstwa i przemianach społecznych. W niektórych nurtach debaty posoborowej można było odnieść wrażenie, że sprawą najważniejszą staje się znalezienie nowego sposobu obecności Kościoła w świecie.

    Jan Paweł II nie kwestionował potrzeby tej odnowy. Przeciwnie, wielokrotnie podkreślał, że realizacja nauczania soborowego należy do podstawowych zadań jego pontyfikatu. Wskazywał jednak punkt, od którego należy rozpocząć: nie od analizy świata, nie od programu reform, nawet nie od rozważań o samym Kościele. Rozpocząć należy od Chrystusa.

    Nie było to odrzucenie Soboru, ale konsekwentne rozwinięcie jego nauczania. Konstytucja Gaudium et spes, poświęcona przecież Kościołowi w świecie współczesnym, zawiera fundamentalne stwierdzenie, że tajemnica człowieka wyjaśnia się dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego.

    Wojtyła uczynił tę prawdę osią swojej refleksji. Nie można właściwie zrozumieć człowieka, jego godności, wolności, cierpienia i przeznaczenia, pomijając Chrystusa. I nie można zrozumieć misji Kościoła, traktując ją jedynie jako działalność społeczną, wychowawczą czy humanitarną. Powtórzy tę myśl potem w słynnym kazaniu na placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979 roku.

    Kościół ma służyć człowiekowi, ponieważ Chrystus przyszedł człowieka odkupić. Chodzi o porządek teologiczny: to od Chrystusa należy wychodzić, by zrozumieć człowieka, a nie odwrotnie. Odwrócenie tego porządku prowadziłoby do zasadniczej zmiany sensu misji Kościoła.

    „Świadom wielkich trudności”

    Powróćmy jednak do Kaplicy Sykstyńskiej. W odpowiedzi Wojtyły znajduje się jeszcze jedno istotne sformułowanie: „świadom wielkich trudności”. Nie jest to zapewnienie człowieka, który nie ma wątpliwości co do własnych możliwości. Przeciwnie, papież otwarcie przyznaje, że podejmuje zadanie trudne. A jednak je przyjmuje.

    Właśnie tu ujawnia się praktyczne znaczenie chrystocentryzmu. Nie chodzi wyłącznie o pogląd teologiczny, o przekonanie dotyczące miejsca Chrystusa w historii zbawienia. Chodzi również o sposób podejmowania decyzji i rozumienia własnego życia.

    Jeśli Chrystus jest Panem, to chrześcijanin nie musi uważać siebie za ostateczne źródło własnej siły. Nie musi też znać całej przyszłości, zanim odpowie na rozpoznane powołanie.

    Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z rozsądku. Wiara nie zwalnia z rozeznawania, przygotowania ani przewidywania konsekwencji decyzji. Nie każda propozycja jest powołaniem i nie każde trudne zadanie należy przyjmować.

    Ale nawet po starannym rozeznaniu pozostaje granica ludzkiej wiedzy. Podejmujemy zobowiązania, których wszystkich następstw nie możemy przewidzieć. Karol Wojtyła nie wiedział 16 października 1978 roku, jakie wydarzenia przyniesie jego pontyfikat. Nie znał przyszłych pielgrzymek, dramatycznych wydarzeń na placu św. Piotra, przemian politycznych w Europie ani własnej drogi przez cierpienie i chorobę. Znał natomiast Tego, któremu zawierzył.

    Pytanie, które dotyczy również nas

    Łatwo uznać wydarzenie z Kaplicy Sykstyńskiej za wyjątkową historię, niemającą wiele wspólnego z codziennym życiem. W końcu wybór papieża zdarza się niezwykle rzadko, a większość ludzi nigdy nie stanie wobec odpowiedzialności o podobnej skali. Jednak samo pytanie „czy przyjmujesz?” nie jest nam obce.

    Staje przed nim człowiek podejmujący decyzję o małżeństwie. Stają przed nim rodzice przyjmujący odpowiedzialność za dziecko. Jak mocno brzmią wtedy właśnie, gdy dowiadują się o poczęciu te słowa encykliki: „W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa, mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła — świadom wielkich trudności — przyjmuję”. Może je wypowiedzieć ktoś, kto musi zaopiekować się bliskim człowiekiem, choć wie, jak bardzo zmieni to jego życie. Dotyczą one kapłana rozpoczynającego posługę. Każdy, komu zostaje powierzony obowiązek, którego nie potrafi wypełnić bez wysiłku i wyrzeczeń może je powtarzać.

    Żadna z tych osób nie zna swojej przyszłości. Nie może przewidzieć wszystkich trudności ani zagwarantować, że zawsze podejmie właściwą decyzję. Pewność powodzenia nie jest wcale warunkiem podjęcia odpowiedzialności. Chrześcijańska odpowiedź na pytanie o powołanie nie opiera się wyłącznie na przekonaniu o własnych możliwościach. Istotne jest również pytanie, czy rozpoznajemy w nim wolę Boga i czy jesteśmy gotowi Mu zaufać.

    To zasadnicza różnica między poleganiem jedynie na sobie a posłuszeństwem wiary.

    Od kogo zaczynamy?

    W 48. rocznicę wyboru Jana Pawła II warto przypomnieć sobie nie tylko wydarzenie historyczne, lecz także tę prostą prawdę, którą nowy papież postawił w centrum swojego nauczania. Dziś, podobnie jak pod koniec lat siedemdziesiątych, Kościół staje wobec licznych pytań o swoje miejsce w świecie, o język, jakim powinien się posługiwać, o sposoby docierania do ludzi i o odpowiedzi na współczesne problemy.

    Są to pytania ważne. Ale pierwsze pytanie dotyczy Chrystusa. Jan Paweł II przypomniał to już w chwili przyjęcia wyboru, a następnie uczynił fundamentem swojej pierwszej encykliki.

    Być może właśnie dlatego jego odpowiedź z 16 października 1978 roku pozostaje tak aktualna. Nie daje gotowej recepty na wszystkie życiowe trudności. Wskazuje jednak, od czego należy zacząć, kiedy przychodzi podjąć odpowiedzialność, która nas przerasta.

    Od Chrystusa.

    Michał Jędryka/Aleteia.pl

    ***

    Msza święta przy grobie św. Jana Pawła II stała się polską tradycją na Watykanie.

    W każdy czwartek o godz. 7.10 Polacy gromadzą się w w Bazylice św. Piotra w kaplicy św. Sebastiana.

     Odprawianie Mszy św. przy grobie Jana Pawła II zainicjował ks. Konrad Krajewski, ceremoniarz papieski, obecnie kardynał i ordynariusz Archidiecezji łódzkiej.

    fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    W tej kaplicy pod ołtarzem znajduje się sarkofag św. Jana Pawła II. Polacy w każdy czwartkowy poranek uczestniczą tam we Mszy świętej koncelebrowanej przez 30 kapłanów, czasem 100, a  nawet 150. W ciągu roku tę Eucharystię celebruje 2200 polskich księży. A ilość wiernych jest nieraz tak duża, że często nie mieszczą się w kaplicy św. Sebastiana i wypełniają nawet część nawy Bazyliki św. Piotra. Choć św. Jan Paweł II “odszedł do domu Ojca” – jak to pięknie określił w czasie pogrzebu na placu przed watykańską Bazyliką kardynał Joseph Ratzinger – minęło już 21 lat, to nadal uczestników tej Eucharystii nie ubywa.

    ***

    Polacy zgromadzili się na Placu św. Piotra w 48. rocznicę wyboru św. Jana Pawła II modląc się na różańcu

    Watykan_Plac Świętego Piotra_night_noc.jpg
    fot. Pixabay / jeon214

    ***

    W 48. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową Polacy zgromadzili się na Placu św. Piotra, by odmówić różaniec w intencji pokoju oraz powrotu do zdrowia Leona XIV. Pięć dziesiątek powierzono różnym środowiskom polonijnym. W ten sposób rocznica sprzed niemal pół wieku połączyła pamięć o Papieżu Polaku z troską o jego następcę.

    Pięć dziesiątek, jedna intencja

    Nie była to uroczystość poświęcona wyłącznie wspominaniu wyboru św. Jana Pawła II. W centrum spotkania znalazły się sprawy, które dziś szczególnie poruszają Kościół: zdrowie Ojca Świętego i pokój w świecie naznaczonym konfliktami.

    Organizatorem czuwania był Kościół i Hospicjum św. Stanisława w Rzymie, we współpracy z Watykańską Fundacją Jana Pawła II oraz polskimi duszpasterstwami działającymi przy sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Rzymie i kościele św. Mikołaja w Ostii.

    Poszczególne dziesiątki prowadzili przedstawiciele polskich wspólnot i organizacji oraz siostra zakonna. Każde środowisko wniosło swój udział w czuwanie, łącząc Polaków związanych z różnymi miejscami i instytucjami Wiecznego Miasta. Czuwaniu przewodniczył o. Jan Maciejowski OFMConv, gwardian kolegium penitencjarzy Bazyliki Watykańskiej.

    Modlitwa za Leona XIV i o pokój

    W dniu rocznicy wyboru pierwszego Papieża Polaka uczestnicy zwrócili się szczególnie ku Leonowi XIV, który przebywa w rzymskiej Poliklinice Gemelli. Prosili o jego zdrowie, siły fizyczne i duchowe oraz światło Ducha Świętego w kierowaniu Kościołem. W ten sposób wdzięczność za pontyfikat Jana Pawła II została wyrażona poprzez duchową bliskość z obecnym Następcą św. Piotra.

    Drugim ważnym wymiarem czuwania był pokój. Uczestnicy odmówili modlitwę Jana Pawła II, której słowa nabierają szczególnej wymowy wobec współczesnych wojen: „Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy”. W dalszej części modlitwy znalazło się wezwanie do przezwyciężenia logiki odwetu i zemsty oraz poszukiwania rozwiązań opartych na dialogu i cierpliwości.

    źródło: KAI / Ks. Paweł Rytel-Andrianik, ks. Łukasz Bankowski, Vatican News .pl

    ***

    św. Jan Paweł II w obronie teologii moralnej. 6 głównych błędów potępionych w encyklice „Veritatis splendor”

    6570422177_2e6e8c346b_o-2.jpg
    św. Jan Paweł II, fot. Piotr Drabik/Flickr, Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

    ***

    Teologii moralnej Jan Paweł II poświęcił swoją encyklikę Veritatis splendor („Blask prawdy”). Przypomniał w niej o podstawowych zasadach moralności chrześcijańskiej i wskazał błędy podważające nauczanie Kościoła.

    Kryzys teologii moralnej w XX wieku

    Wiek XX to niewątpliwie czas wielu błędów w dziedzinie teologii moralnej. To właśnie w II połowie tego stulecia coraz bardziej szerzył się relatywizm moralny, który nie uznawał jednoznacznego dobra i zła, co jak nietrudno się domyślić było pochodną modernizmu. Innym niebezpieczeństwem była opcja fundamentalna, czyli pogląd, że dopóki człowiek ukierunkowuje swoje życie na Boga, to jego grzechy się nie liczą. Trzeba również wspomnieć o poglądzie, że przykazania są rzekomo zbyt trudne do zachowywania, oraz o słynnym „cel uświęca środki”.

    Do odnowy teologii moralnej wezwał Sobór Watykański II, jednak przygotowany wówczas przez specjalną komisję projekt dokumentu został odrzucony przez ojców soborowych jako nieadekwatny. A ponieważ nie byli w stanie opracować nowego tekstu, kwestię teologii moralnej i wydania odpowiedniego dokumentu w tej sprawie pozostawiono późniejszym papieżom.

    Tego zadania podjął się najpierw św. Paweł VI, wydając 1968 roku encyklikę Humanae vitae o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego. Papież bronił nauczania Kościoła w tej kwestii i jednoznacznie potępił jakiekolwiek praktyki antykoncepcyjne.

    Z kolei św. Jan Paweł II postanowił w encyklice Veritatis splendor dokonać głębszej refleksji w dziedzinie teologii moralnej i omówić jej fundamentalne prawdy. Przypomniał kryteria podziału grzechów na lekkie i ciężkie (czyli śmiertelne). Podkreślił także, że dobro lub zło konkretnego czynu zależą zarówno od przedmiotu działania, jak i od intencji danej osoby, okoliczności oraz konsekwencji. Ponadto poruszył temat ludzkiej wolności.

    Jednak jednym z najważniejszych celów tego dokumentu było wskazanie i odrzucenie błędnych koncepcji moralnych rozpowszechnionych w XX wieku. Wśród najistotniejszych zagadnień omawianych przez papieża znalazły się: fałszywie rozumiana autonomia sumienia, relatywizm moralny, ewolucjonizm dogmatyczny, podwójny status prawdy moralnej, opcja fundamentalna i przekonanie, że cel uświęca środki.

    Błąd #1: fałszywie rozumiana autonomia sumienia

    Jednym z podejmowanych przez św. Jana Pawła II zagadnień była kwestia sumienia i tego, co należy rozumieć przez fakt, że dokonuje ono osądów moralnych. Papież zwrócił uwagę na szerzący się wówczas błąd, którego zwolennicy twierdzili, że sumienie jest ostatecznym trybunałem rozstrzygania dobra i zła.

    Do tezy o obowiązku kierowania się własnym sumieniem niesłusznie dodano tezę, wedle której osąd moralny jest prawdziwy na mocy samego faktu, że pochodzi z sumienia. (…) Powstała tendencja, by przyznać sumieniu jednostki wyłączny przywilej autonomicznego określania kryteriów dobra i zła oraz zgodnego z tym działania. Wizja ta łączy się z etyką indywidualistyczną, według której każdy człowiek staje wobec własnej prawdy, różnej od prawdy innych. Posunięty do skrajnych konsekwencji, indywidualizm prowadzi do zaprzeczenia samej idei natury ludzkiej – pisał papież (VS 32).

    Tymczasem Jan Paweł II podkreślił, że sumienie nie ustanawia samodzielnie norm moralnych ani nie decyduje arbitralnie o tym, co jest dobre, a co złe. Jego zadaniem jest rozpoznawanie prawdy moralnej i wydawanie osądu na temat konkretnego ludzkiego działania w jej świetle. Dlatego sumienie wymaga nieustannej formacji, która pomaga właściwie rozeznawać dobro i unikać zła. Dokonuje się ona między innymi poprzez zgłębianie Pisma Świętego oraz poznawanie nauczania Kościoła.

    Błąd #2: relatywizm moralny

    Jeszcze większym XX-wiecznym błędem było całkowite odrzucanie istnienia norm moralnych wypływających z Objawienia Bożego.

    Jan Paweł II wskazał, że niektórzy teologowie moralni – wbrew nauczaniu Kościoła – rozróżniali „porządek zbawienia”, dotyczący relacji człowieka z Bogiem i dążenia do zbawienia, oraz „porządek etyczny”, dotyczący konkretnych czynów człowieka i jego relacji ze światem. Uznawali te dwie sfery za odrębne, co doprowadziło ich do wniosku, że Objawienie Boże nie zawiera uniwersalnych prawd moralnych.

    Doszli do stwierdzenia, że Boże Objawienie nie zawiera żadnej konkretnej i określonej treści moralnej, trwale i powszechnie obowiązującej: Słowo Boże miałoby moc wiążącą jedynie jako zachęta, ogólnikowe napomnienie, które później tylko autonomiczny rozum musi sam wypełnić konkretną treścią, ustanawiając normy moralne rzeczywiście „obiektywne”, tzn. dostosowane do określonej sytuacji historycznej – zauważył Jan Paweł II (VS 37).

    Takie podejście prowadzi w konsekwencji do odrzucenia nie tylko norm moralnych zawartych w Objawieniu, lecz także autorytetu doktrynalnego Kościoła.

    Papież wyjaśnił, że rozdzielenie „porządku zbawienia” od „porządku etycznego” jest niezgodne z nauczaniem katolickim. Już w chwili stworzenia Bóg obdarzył bowiem człowieka prawem naturalnym, które jest światłem rozumu wszczepionym przez Boga w ludzką naturę. Dzięki niemu człowiek może rozpoznawać, co należy czynić, a czego unikać. Prawo to nazywamy naturalnym, ponieważ rozum, który je rozpoznaje i ogłasza, należy do ludzkiej natury.

    Ojciec Święty przywołał słowa swojego poprzednika, Leona XIII, który pisał, że „prawo naturalne zostało wypisane i wyryte w duszy wszystkich ludzi i każdego człowieka, nie jest to bowiem nic innego, jak sam ludzki rozum, który nakazuje nam czynić dobro i zabrania grzeszyć”.

    Aby pomóc człowiekowi w pełniejszym rozpoznawaniu dobra i zła, Bóg obdarzył go również darem Objawienia i wiarą. Objawienie obejmuje prawdy, które Bóg objawił o sobie w Piśmie Świętym, Tradycji oraz przez Wcielenie swojego Syna. Jednym z pierwszych wyrazów tego Objawienia było przekazanie Dziesięciu Przykazań i innych przepisów Narodowi Wybranemu. Z kolei w Nowym Testamencie Bóg, przyjmując ludzką naturę, przyszedł na ziemię i obdarzył ludzkość Nowym Prawem, zapisanym przede wszystkim na kartach Ewangelii.

    Zadanie interpretacji reguł moralnych zawartych w Objawieniu Chrystus „powierzył Apostołom i ich następcom, zapewniając im specjalną pomoc Ducha prawdy” (VS 25).

    Błąd #3: ewolucjonizm dogmatyczny

    Trzecią grupę błądzących stanowią ci, którzy choć uznają istnienie norm moralnych objawionych przez Boga, to twierdzą, że ich obowiązywanie może zmieniać się w zależności od kontekstu kulturowego i historycznego. W konsekwencji coś, co było uznawane za złe w czasach apostolskich, niekoniecznie musiałoby być złe również dzisiaj. Takie podejście podważa niezmienność prawa moralnego i jest częścią herezji ewolucjonizmu dogmatycznego, wynikającej z modernizmu.

    Prawda jest jednak inna: normy moralne zachowują swoją moc obowiązującą niezależnie od zmieniających się warunków historycznych. I tak choćby słowa Chrystusa: „Kto oddala żonę, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo” (por. Mt 19,9) nie straciły na aktualności. Ich znaczenie nie ograniczało się do czasów, w których Zbawiciel nauczał, lecz pozostaje aktualne także dzisiaj. Nie zmieniają tego ani postęp technologiczny, ani przemiany cywilizacyjne.

    Jan Paweł II podkreślił, że choć człowiek zawsze żyje w określonej kulturze, to jednocześnie jego natura wykracza poza uwarunkowania kulturowe. Możliwy jest zatem rozwój rozumienia prawa moralnego, ale nie zmiana jego istoty.

    Ta prawda prawa moralnego, podobnie jak prawda „depozytu wiary”, ujawnia się stopniowo w ciągu stuleci: wyrażające ją normy w swej istocie pozostają w mocy, muszą jednak być uściślane i definiowane „eodem sensu eademque sententia” [w tym samym sensie i w tym samym znaczeniu – red.] w świetle historycznych okoliczności przez Magisterium Kościoła, którego decyzję poprzedza i wspomaga proces ich odczytywania i formułowania, dokonujący się w umysłach wierzących i w ramach refleksji teologicznej – wyjaśnił papież (VS 53).

    Błąd #4: podwójny status prawdy moralnej

    Kolejny błąd omawiany przez Jana Pawła II polega na uznawaniu, że choć objawione prawo moralne istnieje i jest niezmienne, to w pewnych sytuacjach można od niego odstąpić. Zwolennicy tego poglądu przypisują prawdzie moralnej rzekomo „podwójny status”. Pierwszy określają jako doktrynalny lub abstrakcyjny, i odnosi się on do ogólnych zasad moralnych. Drugi zaś nazywają egzystencjalnym lub pastoralnym, i dotyczy on konkretnych sytuacji życiowych.

    Ujęcie to, uwzględniające okoliczności i sytuację, mogłoby dostarczać uzasadnień dla wyjątków od reguły ogólnej i tym samym pozwalać w praktyce na dokonywanie z czystym sumieniem czynów, które prawo moralne uznaje za wewnętrznie złe. W ten sposób wprowadza się w niektórych przypadkach rozdział lub nawet opozycję między doktryną wyrażoną przez nakaz o znaczeniu ogólnym a normą indywidualnego sumienia, które w praktyce miałoby stanowić ostateczną instancję orzekającą o dobru i złu – zauważył Ojciec Święty (VS 56).

    Papież wskazał, że na tej podstawie próbuje się uzasadnić istnienie rzekomych „pastoralnych” rozwiązań, sprzecznych z Magisterium Kościoła, a także usprawiedliwiać łamanie zakazów w nim zawartych, które w tym ujęciu nie miałyby obowiązywać bezwzględnie.

    Tezy te podważają samą tożsamość sumienia w jego relacji do wolności człowieka i prawa Bożego – podkreślił święty papież (VS 56).

    Błąd #5: opcja fundamentalna

    Piątym błędem jest popularna w XX wieku koncepcja opcji fundamentalnej. Jej zwolennicy twierdzą, że dopóki człowiek zasadniczo ukierunkowuje swoje życie na Boga, to popełniane przez niego pojedyncze grzechy ciężkie nie skazują go na wieczne potępienie. W tym ujęciu pojęcia dobra i zła moralnego odnoszą się jedynie do całościowego wyboru człowieka – opowiedzenia się za Bogiem lub odrzucenia Go. Co zaś tyczy się konkretnych, codziennych wyborów, zwolennicy tej teorii używają jedynie pojęć słuszności i niesłuszności, rezygnując z oceny moralnej danych czynów.

    W ten sposób wewnątrz rzeczywistości ludzkiego działania zarysowuje się jakby podział na dwie płaszczyzny moralności: na porządek dobra i zła, zależny od woli, oraz sferę konkretnych czynów, które oceniane są jako moralnie słuszne lub niesłuszne wyłącznie na podstawie technicznego obliczenia proporcji między dobrem i złem, „przed-moralnym” lub „fizycznym”, które jest rzeczywistym następstwem czynu. Podział ten sięga tak daleko, że konkretne działanie, nawet będące skutkiem wolnej decyzji, rozpatruje się jako proces czysto fizyczny, nie zaś w kategoriach właściwych dla czynu ludzkiego. Skutkiem takiego ujęcia jest ograniczenie moralnej oceny osoby w oparciu o dokonaną przez nią opcję fundamentalną, wyłączając z tej oceny, całkowicie lub częściowo, poszczególne czyny i konkretne zachowania – pisał św. Jan Paweł II (VS 65).

    Papież zauważył, że gdyby koncepcja opcji fundamentalnej była prawdziwa, wówczas „człowiek miałby pozostawać moralnie dobrym, trwać w łasce Bożej i osiągnąć własne zbawienie, nawet gdyby poprzez niektóre swoje czyny sprzeciwiał się świadomie i w rzeczy ważnej przykazaniom Bożym przedstawionym na nowo przez Kościół” (VS 68). Oznaczałoby to, że nawet po popełnieniu grzechu ciężkiego człowiek nie zrywałby relacji z Bogiem, jeśli tylko prawdziwie kocha Go w swoim sercu. Tymczasem świadoma decyzja o popełnieniu grzechu ciężkiego już jest zaprzeczeniem tej miłości.

    Ojciec Święty podkreślił, że podstawowy wybór Boga i przyjęcie radykalnych zobowiązań wobec Niego – będące odpowiedzią na wezwanie Chrystusa „Pójdź za Mną” – mają oczywiście fundamentalne znaczenie. Nie można jednak oddzielać ich od konkretnych czynów i codziennych decyzji. Co więcej, to właśnie poprzez te decyzje urzeczywistnia się wybór Boga dokonany przez człowieka.

    W rzeczywistości człowiek nie idzie na zatracenie tylko na skutek niewierności wobec tej opcji fundamentalnej, poprzez którą „z własnej woli cały powierza się Bogu”. Za każdym razem, gdy świadomie popełnia grzech śmiertelny, obraża Boga, który nadał mu prawo i tym samym staje się winnym wobec całego prawa (…); choć zachowuje wiarę, traci „łaskę uświęcającą”, „miłość”, i „szczęśliwość wieczną” „Raz otrzymaną łaskę usprawiedliwienia – naucza Sobór Trydencki – można utracić nie tylko na skutek niewierności, która prowadzi aż do utraty wiary, ale także przez jakikolwiek inny grzech śmiertelny” – przypomniał Jan Paweł II (VS 68).

    Błąd #6: cel uświęca środki

    Szóstym wreszcie błędem jest przekonanie, że cel uświęca środki. Jan Paweł II stanowczo odrzucił tę zasadę i przypomniał, że nigdy nie wolno popełniać czynów wewnętrznie złych (intrinsece malum – czyli takich, które są złe w każdej okoliczności), nawet jeśli miałyby one prowadzić do osiągnięcia dobrego rezultatu.

    Nie można zatem usprawiedliwiać czynów moralnie niedopuszczalnych samym powołaniem się na ich spodziewane korzystne skutki. Ocena moralna nie zależy bowiem wyłącznie od celu, jaki chce osiągnąć działający. Papież przytoczył w tym kontekście słowa św. Tomasza z Akwinu:

    Zdarza się często – pisze znowu Akwinata – że człowiek działa w dobrej intencji, ale bez duchowego pożytku, ponieważ zabrakło mu prawej woli; dzieje się tak wówczas, gdy na przykład ktoś kradnie, aby nakarmić biednego: w tym przypadku, chociaż intencja jest dobra, brakuje prawości woli. W konsekwencji, nie można usprawiedliwić żadnego złego czynu dokonanego w dobrej intencji: „A czyż mamy (jak nas powtarzają i jak niektórzy powiadają, że mówimy) czynić złe rzeczy, aby z nich wyszły dobre? Potępienie takich jest sprawiedliwe” (por. Rz 3, 8) – pisał Jan Paweł II (VS 78).

    Powołując się na nauczanie Soboru Watykańskiego II, papież wymienił szereg czynów, których nie można zaakceptować w żadnych okolicznościach:

    Sam Sobór Watykański II, mówiąc o szacunku należnym ludzkiej osobie, wymienia wiele przykładów takich czynów: „Wszystko, co godzi w samo życie, jak wszelkiego rodzaju zabójstwa, ludobójstwa, spędzanie płodu, eutanazja i dobrowolne samobójstwo; wszystko, cokolwiek narusza całość osoby ludzkiej, jak okaleczenia, tortury zadawane ciału i duszy, wysiłki w kierunku przymusu psychicznego; wszystko, co ubliża godności ludzkiej, jak nieludzkie warunki życia, arbitralne aresztowania, deportacje, niewolnictwo, prostytucja, handel kobietami i młodzieżą, a także nieludzkie warunki pracy, w których traktuje się pracowników jak zwykłe narzędzia zysku, a nie jak wolne, odpowiedzialne osoby; wszystkie te i tym podobne sprawy i praktyki są czymś haniebnym; zakażają cywilizację ludzką, bardziej hańbią tych, którzy się ich dopuszczają, niż tych, którzy doznają krzywdy i są jak najbardziej sprzeczne z czcią należną Stwórcy”­ – podkreślił Ojciec Święty (VS 80).

    Znaczenie encykliki

    Encyklika Veritatis splendor, ogłoszona 6 sierpnia 1993 roku, miała ogromne znaczenie dla Kościoła. Wobec pojawiających się teorii podważających podstawowe zasady katolickiej teologii moralnej konieczne stało się jasne przedstawienie stanowiska Kościoła oraz wskazanie błędów, które zagrażały integralności jego nauczania.

    Należy docenić wkład zarówno św. Pawła VI, jak i św. Jana Pawła II, którzy poprzez swoje encykliki bronili katolickiej teologii moralnej przed koncepcjami podważającymi jej fundamenty. Humanae vitae potwierdziła nauczanie Kościoła w kwestii przekazywania życia ludzkiego, natomiast Veritatis splendor przedstawiła szerszą refleksję nad podstawami moralności chrześcijańskiej.

    Niestety, nauczanie obu papieży bywa dziś pomijane, a wielu katolików w swoim codziennym życiu postępuje w sposób sprzeczny z zawartymi w nim wskazaniami. Nie brakuje osób, które deklarują przywiązanie do Kościoła, a jednocześnie odrzucają te elementy jego nauczania, które uznają za zbyt wymagające lub niedostosowane do współczesnych realiów.

    Warto sięgnąć po papieskie encykliki – a św. Jan Paweł II pozostawił ich po sobie cały szereg – aby lepiej poznać i zrozumieć nauczanie Kościoła. Trudno żyć zgodnie z zasadami, których się nie zna lub których znaczenia się nie rozumie. Sama lektura nie gwarantuje oczywiście zmiany postępowania, ale może być pierwszym krokiem ku refleksji i wcielaniu nauczania Kościoła we własne życie.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    wtorek – 13 października 2026

    Znak, o którym zaświadczyły tysiące. Mija 109. rocznica Cudu Słońca z Fatimy

    13 października 1917 doszło do cudu, znaku zapowiadanego przez Maryję, który wpłynął na odbiór wydarzeń z Fatimy. Wielki tłum ludzi – wśród którego byli wierzący, poszukujący uzdrowienia, ciekawscy, jak i… zadeklarowani antyklerykałowie – stał się świadkiem rzeczy niewytłumaczalnej. Słońce zaczęło przypominać srebrny dysk i… tańczyć!

    Wiemy, że całe to zdarzenie nie trwało długo, około dziesięciu minut. Obserwowało go kilkadziesiąt tysięcy osób o różnym nastawianiu i stosunku wobec wiary. Słońce zaczęło przypominać ogromny srebrny dysk, jego promienie jednak nie oślepiały. Na krawędziach Słońca pojawiły się różnobarwne rozbłyski, dysk począł drżeć, ślizgać się po niebie. Słońce „tańczyło”. Następnie okazało się, że promienie tak dziwnie zachowującego się Słońca osuszyły ubrania zgromadzonych i samo wzgórze.

    Wiemy, że reakcje zgromadzonych ludzi były różne. Niektórzy myśleli, że oto nadciąga koniec świata, słychać było modlitwę, inni wyznawali swoje grzechy. Wiemy że w trakcie tych wydarzeń doszło do wielu nawróceń, doszło także do uzdrowień. Nawrócił się m.in. dowódca mundurowych wysłanych w okolice Cova da Iria celem zapobieżenia gromadzeniu się ludzi. Wiemy także, że wskutek tego cudu nawrócił się wpływowy mason Antonio da Silva, przez co spotkał się z szykanami ze strony dawnych „braci”. Wiemy także, że te ani wydarzenia ani relacja świadków nie wpłynęły na stanowisko Artura de Oliveira Santos, masona, republikanina i antyklerykała parającego się dziennikarstwem. Umarł wspominając swą dawno utraconą pozycję i wpływy polityczne.

    Wiemy także, że objawienia w Fatimie i Cud Słońca wywołały wściekłą reakcję masonerii i środowisk pracujących nad laicyzacją Portugalii, prowadzących walkę na śmierć i życie z Kościołem i religią. Często nie pamiętamy o kontekście, w którym doszło do samych objawień: w Portugalii tamtych czasów masoneria i animowani przez nią republikanie starali się „zmodernizować” Portugalię i Portugalczyków, a to oznaczać miało koniec wiary, koniec religii, koniec Kościoła. Małe, katolickie dotąd państwo na Półwyspie Iberyjskim stało się areną prześladowań, a Lizbona została okrzyknięta stolicą ateizmu. Wiemy, że kres życia masońskich animatorów tego ruchu był… smutny. Jeden z nich porzucił swój światopogląd racjonalistyczny i oddał się spirytyzmowi. Dla innego kres życia był okresem rozczarowania i zgryzoty.

    Sednem objawień nie był oczywiście znak, tylko treść objawień danych pastuszkom. Dany został także i znak, lecz to, do czego on prowadził zależało już jednak od wolnej woli konkretnych ludzi.

    „Matka Boża otworzyła po raz pierwszy ręce, przekazując nam światło tak silne, jak gdyby blask wychodzący z Jej rąk. To światło dotarło do naszego wnętrza, do najgłębszej głębi duszy, i spowodowało, żeśmy się widzieli w Bogu, który jest tym światłem, wyraźniej niż w najlepszym zwierciadle. Pod wpływem wewnętrznego impulsu, również nam przekazanego, padliśmy na kolana i powtarzaliśmy bardzo pobożnie: »O Trójco Przenajświętsza, uwielbiam Cię, mój Boże, kocham Cię w Najświętszym Sakramencie«”.

    PCh24.pl

    ***

    „Cud słońca” w Fatimie

    Tłum patrzący na “Cud Słońca” – fot. Judah Rua/Wikipedia

    ***

    13 października 1917 r. w Fatimie miał miejsce tzw. cud słońca. Wydarzenie to zakończyło trwające kilka miesięcy objawienia Matki Bożej. Czym był “cud słońca”?

    Mimo ulewnego deszczu na cud oczekiwało 90 tys. osób

    Opisy tego ostatniego, publicznego akcentu objawień obiegły całą ówczesną prasę. Objawienia były już na tyle znane i wywoływały sprzeczne emocje, że w Fatimie, mimo ulewnego deszczu oczekiwało wówczas 70 tys. osób przybyłych z całej Portugalii, a kolejne 20 tys. na obrzeżach. Byli to zarówno wierzący jak i skrajni sceptycy i antyklerykałowie, gdyż taki reżim panował wówczas w Portugalii.

    Po długim czasie oczekiwania nad skalnym dębem ukazała się Maryja, zwracająca się do Łucji z prośbą, aby zbudowano tu na jej cześć kaplicę. Dodaje, że jest Matką Bożą Różańcową, wzywa do odmawiania różańca i zapowiada rychły koniec wojny i powrót z niej żołnierzy.

    Tłum patrzący na „Cud Słońca” | fot. Judah Rua/Wikipedia

    ***

    Jak wyglądał „cud słońca”?

    Wkrótce potem Maryja rozchyla szeroko ręce, nagle przestaje padać deszcz, rozstępują się chmury i ukazuje się słońce, świecące silniejszym blaskiem niż zwykle. Wtem – jak czytamy w opisach – słońce zaczyna migotać, jakby zapalało się i przygasało, a następnie wirować, rzucając we wszystkie strony promienie w różnych kolorach.

    Nagle słońce przestaje wirować, a olbrzymia świetlista kula pędzi z wielką prędkością w kierunku przerażonego tłumu. Nagle zatrzymuje się i wraca na swoje miejsce. A kiedy rzesze szaleją z zachwytu, trójka pastuszków doznaje wizji, w której Maryja wraz z Dzieciątkiem błogosławi świat.

    W ten sposób zakończyły się najsłynniejsze w XX stuleciu objawienia maryjne, które nastąpiły w czasie, gdy toczyła się pierwsza wojna światowa, a w Portugalii sprawował rządy ostro antykościelny reżim. W Rosji za kilka tygodni miała zacząć ateistyczna rewolucja, która – w swych konsekwencjach – przyniosła najwięcej zbrodni i ofiar w historii świata oraz prześladowania Kościoła w niespotykanej dotąd skali.

    KAI,zś/Stacja7

    ***

    Fatima – wyjaśnienie i rozwiązanie współczesnego kryzysu

    fatima.jpg
    fot. MA/PCh24.pl

    ***

    Społeczność ludzka zaprezentowała w pierwszej części tego stulecia, tj. przed rokiem 1914, swoją świetlaną stronę. We wszystkich dziedzinach postęp był niekwestionowany. Gospodarka znajdowała się w bezprecedensowym rozkwicie. Życie społeczne wydawało się wkraczać w złotą erę.

    Tymczasem pewne poważne symptomy zaciemniały ten radosny obraz. Istniały problemy moralne i materialne, lecz niewielu zwracało w pełni uwagę na zakres i znaczenie tych zjawisk. Olbrzymia większość oczekiwała, że nauka i postęp rozwiążą wszystkie te problemy.

    Pierwsza wojna światowa była straszliwym tego zaprzeczeniem. We wszystkich sferach życia narastały nieustannie trudności, aż do 1939 r., kiedy to wybuchła II wojna światowa. I tak dochodzimy do sytuacji obecnej, gdzie możemy powiedzieć, że nie ma ani jednego narodu na ziemi, który nie borykałby się z poważnymi problemami w prawie wszystkich dziedzinach.

    Innymi słowy, gdy analizujemy wewnętrzną sytuację każdego narodu, to zauważamy tam stan pełen niepokoju, zamętu, rozpasania apetytów i ambicji oraz podważania wszystkich wartości, który jeśli nie jest już otwartą anarchią, to w każdym razie do niej zmierza. Żaden z mężów stanu nie potrafił zaproponować lekarstwa, które położyłoby kres temu chorobliwemu procesowi o światowym zasięgu.

    Istotnym elementem orędzi Matki Bożej i Anioła Portugalii w Fatimie w roku 1917 jest uświadomienie ludziom powagi tej sytuacji i wyjaśnienie jej w świetle planów Opatrzności Bożej oraz wskazanie niezbędnych środków do uniknięcia katastrofy. Oto jest właściwa historia naszej epoki, a nawet więcej, jest to jej przyszłość, o której poucza nas Matka Najświętsza.

    Zachodnie Cesarstwo Rzymskie zakończyło swoje istnienie katastrofą, opisaną i wyjaśnioną przez geniusz wielkiego Doktora Kościoła – św. Augustyna. Upadek średniowiecza został przewidziany przez wielkiego proroka, św. Wincentego Ferreriusza. Rewolucja francuska, która oznacza koniec epoki nowożytnej, była przewidziana przez innego wielkiego proroka, św. Ludwika Marię Grignion de Montfort. Epoka współczesna, która wydaje się kończyć nowym kryzysem, została obdarzona większym przywilejem, gdyż to sama Matka Boża przyszła przemówić do ludzi.

    Św. Augustyn mógł tylko potomności wyjaśnić przyczyny tragedii, której sam był świadkiem. Św. Wincentemu Ferreriuszowi i św. Ludwikowi Grignion de Montfort nie udało się odsunąć burzy, gdyż ludzie nie chcieli ich słuchać. Z kolei Matka Boża wyjaśnia przyczyny obecnego kryzysu i zarazem wskazuje środki zaradcze, przepowiadając jednocześnie katastrofę, jeśli ludzie Jej nie posłuchają.

    Pod każdym względem, zarówno z powodu swej treści, jak i godności objawiającej się Osoby, orędzie fatimskie przewyższa więc to wszystko, co Opatrzność przekazywała ludziom w obliczu wielkich nawałnic dziejowych.

    Z tego też powodu, można kategorycznie stwierdzić bez najmniejszej obawy popadnięcia w sprzeczność, że objawienia Matki Bożej i Anioła Pokoju w Fatimie stanowią najważniejsze i najbardziej zachwycające wydarzenia XX wieku.

    Plinio Corrêa de Oliveira

    * Powyższy artykuł, tak trafnie przewidujący również obecne wydarzenia na świecie, został opublikowany ponad pięćdziesiąt lat temu w miesięczniku „Catolicismo”, nr 29, maj 1953 r. (fragmenty).

    źródło: przymierzezmaryja.pl

    ***

    455 lat po Lepanto. Czy dziś wierzymy jeszcze w moc broni, która ocaliła Europę?

    455 lat po zwycięstwie pod Lepanto znów kreślone są scenariusze, w których Europa staje się zdominowana przez wyznawców islamu. Tym razem mają zapewnić to już nie potężne wojska sułtana, a – jak miał wyrazić się niegdyś prezydent Algierii Huari Bumedien – brzuchy muzułmańskich kobiet. To więc może ostatni dzwonek, by sięgnąć po broń, która przed podobnym zagrożeniem ochroniła Stary Kontynent 7 października 1571 roku?

    Grafika wygenerowana komputerowo
    Grafika wygenerowana komputerowo

    ***

    Dziś mija 455 lat od niezwykłego wydarzenia, które zdecydowało o losach Europy. 7 października 1571 roku flota chrześcijańska pokonała pod Lepanto wojska tureckie. Stało się tak, choć wielu przewidywało tryumf sił sułtana Selima II, który chciał podbić Europę i zaprowadzić w niej muzułmańską wiarę. Liczebna przewaga sił Imperium Osmańskiego została jednak zniwelowana przez… nieoczekiwaną, a sprzyjającą flocie Ligi Świętej zmianę wiatru, która utrudniła manewry wrogiej armadzie.

    Non virtus, non arma, non duces, sed Mariae Rosiae victores nos fecit

    Współcześni widzieli w tym wydarzeniu cud. Nie był to jednak cud niespodziewany, a cud wymodlony. Gdy ówczesny papież, św. Pius V usłyszał o zbliżającej się wojnie, wezwał cały katolicki świat do modlitwy różańcowej. W całej Europie samą bitwę poprzedziła walka innej armii – codziennie odmawiającej różaniec, poszczącej i organizującej maryjne procesje. Tak też Pius V nie miał wątpliwości co do tego, komu należy przypisać zwycięstwo pod Lepanto i ocalenie Europy. Na pamiątkę tego zwycięstwa uczynił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które obchodzimy dziś jako święto Matki Bożej Różańcowej. 

    Różaniec to przedziwna modlitwa. Każdy katolik dobrze ją zna – przecież towarzyszy nam od dziecka. Zasad jej odmawiania nauczyliśmy się mając zaledwie kilka lat. Wielu z nas szczególnie w pamięci zapadły październikowe nabożeństwa z okresu przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. W dorosłym życiu jesteśmy różańcowi mniej lub bardziej wierni. Niezależnie od tego, na koniec bliscy odmówią go przy naszej trumnie. 

    Odkrywając skarb, który przynosi pokój 

    Ogłaszając Rok Różańca, św. Jan Paweł II pisał w Liście Apostolskim Rosarium Virginis Mariae, że różaniec to „skarb, który trzeba odkryć”. Są przynajmniej cztery powody, które sprawiają, że dziś papieskie przesłanie jest jeszcze aktualniejsze. 

    Pierwszym z tych powodów jest coraz bardziej niepokojąca sytuacja na świecie. W 2002 roku, widząc początki nowych niepokojów czy to w zamachach z 11 września 2001 roku, czy w wydarzeniach na Bliskim Wschodzie, papież z Polski pisał o „pilnej potrzebie wołania do Boga o dar pokoju”. 24 lata później widzimy, że niestety potrzeba ta stała się jeszcze pilniejsza. Dlatego Leon XIV, mówiąc o dramacie trwających wojen i widmie ich rozszerzenia, wskazuje na różaniec, apelując o wspólną modlitwę w intencji pokoju. Różaniec stał się typową dla tej intencji formą modlitwy. Być może dlatego, że jego naturalnym działaniem jest wprowadzanie pokoju do serca i umysłu osoby go odmawiającej. „Różaniec ze swej natury jest modlitwą pokoju z racji samego faktu, że polega na kontemplowaniu Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i « naszym pokojem » (Ef 2, 14). Kto przyswaja sobie misterium Chrystusa – a różaniec właśnie do tego prowadzi – dowiaduje się, na czym polega sekret pokoju, i przyjmuje to jako życiowy projekt. Ponadto, mocą swego charakteru medytacyjnego, przez spokojne następowanie po sobie kolejnych « Zdrowaś Maryjo », różaniec wywiera na modlącego się kojący wpływ, który usposabia go do przyjmowania i doświadczania w głębi swego jestestwa oraz do szerzenia wokół siebie tego prawdziwego pokoju, który jest szczególnym darem Zmartwychwstałego (por. J 14, 27; 20, 21)” – pisał św. Jan Paweł II. 

    Bardzo modne – co również zauważał już Wojtyła – jest dziś sięganie po znane z obcych tradycji religijnych metody medytacji, wyciszenia i uspokojenia. Joga, mantra, techniki oddechowe, medytacja transcendentalna, zen, mindfulness… Znany z dzieciństwa różaniec może wydaje nam się zbyt staroświecki i nudny. Może kojarzy się jedynie z bezmyślnym powtarzaniem formułki. Może tak jest, bo nigdy nie spróbowaliśmy odmówić go jako dorośli i jak dorośli, zatrzymując się jedynie na etapie dziecięcej modlitwy. Różaniec to modlitwa kontemplacji, w której uczymy się przyglądać życiu Chrystusa i swojemu życiu w perspektywie Ewangelii. Dlatego „z natury swej wymaga odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i powolnej refleksji”. Tak odmawiany – przemienia odmawiającego, napełniając jego życie pokojem. 

    Odkrywając skarb, który chroni rodzinę

    Obok modlitwy o pokój, Jan Paweł II wskazał też na pilną potrzebę modlitwy w intencji rodziny, zwracając uwagę na grożące jej u początku XXI wieku niebezpieczeństwa. Zauważył, że rodzina jest „coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa”. Tak wiele uwagi poświęcamy dziś grożącym rodzinie ideologiom. Czy sięgamy po narzędzie, w którym nasz święty rodak widział skuteczną obronę przed tym zagrożeniem?

    Szczególną wartość papież widział we wspólnym odmawianiu różańca w rodzinie. Różaniec odmawiany wspólnie przez małżonków, różaniec odmawiany przez rodziców z dziećmi… Już sama wspólna modlitwa jednoczy i wzmacnia rodzinę. Dlatego Jan Paweł II określił różaniec „modlitwą rodziny i za rodzinę”. 

    Odkrywając skarb, który strzeże wiary Kościoła 

    O rodzinie, stojących przed nią zagrożeniach i związanych z tym wyzwaniach duszpasterskich papież Leon XIV będzie w najbliższych dniach rozmawiał z biskupami całego świata. Dziś rozpoczyna się w Watykanie spotkanie zwołane przez ojca świętego z okazji 10. rocznicy ogłoszenia adhortacji apostolskiej Amoris laetitia. Ten przygotowany przez papieża Franciszka dokument wywołał prawdziwe trzęsienie ziemi w Kościele katolickim. Pojawiła się w nim możliwość dopuszczenia do Komunii świętej rozwodników żyjących w ponownych związkach, nawet jeżeli nie zachowują wstrzemięźliwości seksualnej. Dokonano w ten sposób przewrotu kopernikańskiego w katolickiej teologii moralnej, stawiając pod znakiem zapytania samą istotę nierozerwalności małżeństwa? Katolików przestały obowiązywać obiektywne normy i podlegają już tylko subiektywnej ocenie własnego sumienia? Amoris laetitia jest jednym z tych dokumentów, które wywołały dyskusję na temat zachowania jedności doktrynalnej w Kościele katolickim. Czy Kościół przetrwa jako wierny swojej doktrynie? 
    Wedle tradycji Maryja przekazała św. Dominiakowi różaniec jako broń przeciwko herezji albigensów. „Historia różańca pokazuje, jak tej modlitwy używali zwłaszcza dominikanie, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?” – pytał św. Jan Paweł II. 

    Odkrywając skarb, który broni chrześcijańskiego dziedzictwa Europy

    Wedle badań przeprowadzonych przez francuskie Obserwatorium Imigracji i Demografii, niezależnie od wariantu polityki imigracyjnej, dotychczasowe otwarcie Francji na masową migrację sprawi, że do 2050 roku w kraju tym nastąpią bardzo poważne zmiany demograficzne. We dwóch z trzech przebadanych scenariuszy osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się między 2050 a 2060 rokiem mniejszością w ludności tego europejskiego kraju. Zmiany demograficzne niosą ze sobą oczywiście również zmiany religijne. Mówimy wszak o imigrantach w przytłaczającej większości wyznających islam. „Pewnego dnia miliony ludzi opuszczą półkulę południową, aby wedrzeć się na półkulę północną. I z pewnością nie jako przyjaciele. Ponieważ wedrą się, aby dokonać podboju. I podbiją ją, zaludniając swoimi dziećmi. To brzuchy naszych kobiet dadzą nam zwycięstwo” – miał powiedzieć na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1974 roku prezydent Algierii Houari Boumedienne. Czy rzeczywistość ta się zrealizuje, a Europa stanie się muzułmańska? 

    Przed podobnym zagrożeniem nasz kontynent stanął 455 lat temu. Wówczas uratował go różaniec. Przez wieki ratował też rodzinę i jedność Kościoła, a pokolenia katolików widziały w nim nadzieję wobec targających światem wojen. Wiele uwagi poświęcamy dziś w Kościele rozważaniom na temat kryzysu rodziny. Z przerażeniem obserwujemy sytuację geopolityczną. Rozprawiamy na temat podejścia do doktryny. Zastanawiamy się nad rosnącym wpływem islamu. Czy w tym wszystkim wierzymy jeszcze w moc różańca? To skarb, który na tych czterech płaszczyznach może okazać się niezwykle cenny. 

    Karol Kubicki/Fronda.pl

    ***

    Odmawiam różaniec, ale myślę o wszystkim oprócz różańca.

    W modlitwie różańcowej jest nasza siła.

    Przy pierwszym „Zdrowaś Maryjo” jeszcze wiemy, po co się modlimy. Przy drugim przypominamy sobie, że mieliśmy odpisać na wiadomość. Przy trzecim myślimy o jutrze. Przy czwartym wraca rozmowa sprzed kilku dni. Przy piątym zastanawiamy się, czy o czymś ważnym nie zapomnieliśmy. I nagle orientujemy się, że właśnie skończyliśmy dziesiątkę. Chyba wielu z nas zna ten moment.

    W odmawianiu Różańca jest nasza siła

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Bierzemy różaniec do ręki. Siadamy albo wychodzimy na spacer. Chcemy się pomodlić. Naprawdę chcemy. Przez chwilę jesteśmy skupieni, a potem myśli zaczynają biec w zupełnie inną stronę. Praca, zakupy, wiadomość, na którą wciąż nie odpisaliśmy. Ktoś, kto nas zranił. Ktoś, za kim tęsknimy. Sprawa, którą odkładamy od kilku tygodni. Coś, co wydarzyło się dzisiaj. Coś, co może wydarzyć się jutro. Czasem można odnieść wrażenie, że właśnie podczas różańca przypominamy sobie o wszystkim. I wtedy pojawia się myśl: „Przecież ja się w ogóle nie modlę”. Ale może nie do końca tak jest.

    Może po prostu przychodzimy na modlitwę tacy, jacy jesteśmy. Ze zmęczeniem, niepokojem, problemami i sprawami, których nie udało nam się zostawić przed drzwiami. Bo jeśli podczas różańca przypomina nam się ktoś bliski, możemy przecież pomodlić się właśnie za niego. Jeśli myślimy o kimś chorym – powierzmy go Maryi. Jeśli wraca osoba, która nas zraniła, możemy oddać Jej również tę trudną relację. A kiedy zaczynamy martwić się o przyszłość, czasem wystarczy powiedzieć: „Maryjo, Ty przecież wiesz”. Wtedy różaniec przestaje być czymś oderwanym od naszego życia. To właśnie nasze życie przynosimy na modlitwę.

    Oczywiście, dobrze jest się skupić. Dobrze jest zatrzymać się przy tajemnicy, którą rozważamy. Ale nie zawsze się to udaje. Czasem przez kilka minut jesteśmy gdzieś daleko i dopiero po chwili orientujemy się, że nie wiemy nawet, które „Zdrowaś Maryjo” właśnie odmówiliśmy.

    Wtedy można po prostu wrócić. Bez złości na siebie. Bez przekonania, że wszystko robimy źle. Bez zaczynania modlitwy od wyrzutów sumienia. Po prostu wrócić. I może właśnie tego różaniec uczy nas nie tylko w modlitwie.

    Ile razy w ciągu dnia tracimy z oczu to, co naprawdę ważne? Ile razy zamartwiamy się czymś, co jeszcze się nie wydarzyło? Ile razy wracamy myślami do sytuacji, których nie możemy już zmienić? A przecież zawsze można spróbować wrócić do tego, co jest teraz. Do człowieka, który stoi obok. Do chwili, która właśnie trwa. Do Boga. Dlatego jeśli podczas różańca znowu uciekły nam myśli, nie musimy się zniechęcać. Możemy wrócić. Nawet jeśli zdarzy się to po raz dziesiąty. Nawet jeśli po raz pięćdziesiąty.

    Maryja nie czeka na nas z oceną, czy dobrze odmówiliśmy różaniec. Przynosimy Jej to, co mamy: radość, zmęczenie, wdzięczność, lęk, ludzi, o których chcemy pamiętać, i sprawy, które od dawna chodzą nam po głowie. Bierzemy więc paciorki do ręki. I zacznijmy jeszcze raz: „Zdrowaś Maryjo…”

    Natalia Janowiec/TYgodnik Niedziela

    ***

    Pomoce do dobrego odmawiania różańca

    Ojciec Święty proponuje pewne innowacje, zmiany, które mogą pogłębić modlitwę różańcową i uczynić ją drogą do kontemplacji Oblicza Jezusa.

    fot. Magdalena Pijewska

    ***

    Pierwsza rada papieska dotyczy modlitw: Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. Po wysłuchaniu słowa Bożego i skupieniu się na rozważanej tajemnicy, czymś naturalnym jest wzniesienie ducha ku Ojcu. Jezus w każdej swej tajemnicy prowadzi nas do Ojca, np. w czasie chrztu w Jordanie, czy w momencie przemienienia na Taborze. Jest On zawsze zjednoczony z Ojcem i nas chce wprowadzić w zażyłość z Nim, byśmy razem z Jezusem wołali Abba, Ojcze (Rz 8,15; Ga 4,6). Ojcze nasz nadaje charakter eklezjalny modlitwie różańcowej. Zdrowaś Maryjo zajmuje najwięcej miejsca w Różańcu. Dzięki temu jest on modlitwą maryjną. Charakter maryjny nie przeciwstawia się chrystologicznemu, ale go podkreśla i uwypukla.

    Pierwsza część Zdrowaś Maryjo jest zaczerpnięta ze słów Gabriela i św. Elżbiety i skierowana do Maryi; jest adorującą kontemplacją tajemnicy Wcielenia, która spełnia się w Maryi za sprawą Ducha Świętego. Ośrodkiem Zdrowaś Maryjo i zwornikiem między jego pierwszą a drugą częścią jest święte imię Jezus. Przy zbyt szybkim odmawianiu centrum to uchodzi uwagi, a wraz z nim misterium Chrystusa, które jest kontemplowane. Umyka to, co jest istotne w Różańcu – imię Jezus i to, co gwarantuje jego owocność, a mianowicie medytacja tajemnicy. Tylko jeden krok do klepania pacierzy. Jan Paweł II, idąc za Pawłem VI, proponuje, żeby podkreślić imię Jezus, dodając do niego tzw. dopowiedzenie, które nawiązuje do rozważanej tajemnicy (RVM 33). Dopowiedzenie można by nazwać „przystankiem Jezus” w modlitwie Różańca. Świadome zatrzymanie się zwraca uwagę na Jezusa, Jego życie i misteria; jest wyznaniem wiary i pozwala przyswajać treść tajemnicy. Na „przystanku Jezus”, modlący się budzi się z monotonnego odmawiania modlitwy i staje w obliczu Jezusa, naszego Pana i Zbawiciela. Czyż to nie jest właśnie kontemplacja: pełne miłości i podziwu zatrzymanie się przy Jezusie. Jak powinno wyglądać takie dopowiedzenie? Weźmy jako przykład znak Kany (J 2,1-12). Pod imieniu „Jezus” możemy dodać: który wysłuchuje prośbę swej Matki.

    Druga rada Papieża, wielkiego Duszpasterza – rola doksologii i końcowy akt strzelisty. Doksologia trynitarna, czyli Chwała Ojcu…, jest celem chrześcijańskiej kontemplacji (RVM 34).

    Drogą jest sam Chrystus, który prowadzi nas do Ojca w Duchu Świętym. Idąc drogą Chrystusa stajemy wobec misterium trzech Osób Boskich, którym należy się chwała i uwielbienie. Chwała Ojcu jako szczyt kontemplacji powinno być w publicznym odmawianiu uwydatnione, np. śpiewem. Krótkie Chwała Ojcu… nie pełni tylko roli zakończenia. To ma być szczyt kontemplacji, doświadczenie Taboru, przedsmak kontemplacji (wizji) uszczęśliwiającej. „Dobrze, że tu jesteśmy” (Łk 9,33). Po doksologii trynitamej następuje końcowy akt strzelisty, który ma różną formę. U nas w Polsce funkcjonują szczególnie dwa: O Maryjo bez zmazy pierworodnej poczęta… i fatimska: O mój Jezu… Ojciec Święty ma tu bardzo interesującą propozycję: lepiej będzie można wyrazić owocność danej tajemnicy, gdy każdą tajemnicę zakończy się modlitwą o osiągnięcie specyficznych owoców konkretnej tajemnicy. W ten sposób będzie można podkreślić związek Różańca z życiem. Papież wzywa tu do badań i pastoralnych eksperymentów, które można przeprowadzić w sanktuariach maryjnych. Co można by tu zaproponować?

    W prywatnym odmawianiu Różańca, akty strzeliste mogą być improwizowane; natomiast w odmawianiu wspólnotowym można czerpać akty strzeliste z liturgii lub pieśni Kościoła.

    Mamy wielkie bogactwo pieśni na Boże Narodzenie, na Wielki Post, na święta maryjne i eucharystyczne. Dopowiedzenia do tajemnic światła:
    1) …Jezus, który w czasie chrztu w Jordanie został namaszczony Duchem Świętym;
    2) …Jezus, który objawił w Kanie swą chwałę i uwierzyli w Niego;
    3) …Jezus, który głosił nadejście panowania Boga i wzywał wszystkich do nawrócenia;
    4) …Jezus, który objawił uczniom swoje Bóstwo na Taborze, aby ich wzmocnić na godzinę męki;
    5) …Jezus, który z miłości oddał swoje Ciało i Krew za zbawienie świata.

    Akty strzeliste wymawiane po Chwała Ojcu:
    1) Panie Jezu, który w czasie chrztu w Jordanie zostałeś namaszczony Duchem Świętym, spraw, abyśmy byli wrażliwi na natchnienia Twojego Ducha i żyli zobowiązaniami chrztu świętego. Tobie cześć i chwała na wieki.
    2) Jezu, który objawiłeś swoją chwałę na weselu w Kanie, spraw, abyśmy na wzór Twojej Matki wierzyli w Ciebie bez cudownych znaków. Tobie cześć…
    3) Jezu, który głosiłeś nadejście panowania Boga, spraw, abyśmy się nawrócili i przyjęli orędzie Dobrej Nowiny…
    4) Jezu, który objawiłeś swe Bóstwo na Taborze, spraw, abyśmy zawsze kontemplowali Twe Oblicze wraz z Maryją i słuchali Twojego słowa. Tobie cześć…
    5) Jezu, który w czasie Wieczerzy dałeś swoje Ciało i Krew za zbawienie świata, spraw, abyśmy żyli dla braci. Tobie…

    Warto skorzystać z propozycji Ojca Świętego.

    ks. Józef Kudasiewicz/Tygodnik Niedziela

    ***

    Krótka historia różańca świętego według o. Amortha

    Wszystko zaczęło się w klasztorach. Tu od nie-pamiętnych czasów odmawiano sto pięćdziesiąt psalmów Dawidowych. Mnichom, a także ludowi, który nawiedzał klasztory, trudno było nauczyć się na pamięć każdego z nich. W związku z tym około roku 850 pewien mnich o irlandzkich korzeniach zaproponował, aby odmawiano zamiast nich sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz. I tak się stało. Wierni i mnisi skorzystali z rady irlandzkie-go duchownego i zaczęli odliczać powtórzenia Modlitwy Pańskiej na różne sposoby. Niektórzy posługiwali się stu pięćdziesięcioma kamykami, niektórzy sznurkami, a jeszcze inni węzłami.

    Fot. screenshot - YouTube/Pixabay (Myriams-Fotos)
    fot. screenshot – YouTube/Pixabay (Myriams-Fotos)

    ***

    Wszystko zaczęło się w klasztorach. Tu od nie-pamiętnych czasów odmawiano sto pięćdziesiąt psalmów Dawidowych. Mnichom, a także ludowi, który nawiedzał klasztory, trudno było nauczyć się na pamięć każdego z nich. W związku z tym około roku 850 pewien mnich o irlandzkich korzeniach zaproponował, aby odmawiano zamiast nich sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz. I tak się stało. Wierni i mnisi skorzystali z rady irlandzkie-go duchownego i zaczęli odliczać powtórzenia Modlitwy Pańskiej na różne sposoby. Niektórzy posługiwali się stu pięćdziesięcioma kamykami, niektórzy sznurkami, a jeszcze inni węzłami.

    Z biegiem lat z węzłów i kamyków powstał różaniec. W XIII wieku mnisi cysterscy opracowali nową formę modlitwy, którą nazwali właśnie różańcem. Dlaczego? Po prostu porównywali ją do bukietu mistycznych róż ofiarowanych Maryi. Następnie św. Dominik rozpowszechnił różaniec, ogłaszając w 1214 roku, że nabożeństwo różańcowe jest pomocne w walce chrześcijan z herezjami.

    Tajemnice różańcowe w takiej postaci, w jakiej znamy je dzisiaj, jeszcze się wtedy nie ukształtowały. Nastąpiło to dopiero w XIII wieku. Różni teologowie od dawna uważali, że sto pięćdziesiąt psalmów to ukryte proroctwa o życiu Jezusa. W oparciu o studia nad psalmami opracowano psałterze naszego Pana, Jezusa Chrystusa, a tak-że hymny na cześć Maryi. Powstały cztery różne psałterze: sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz, sto pięćdziesiąt razy Pozdrowienie anielskie, sto pięćdziesiąt razy Chwała Jezusowi, sto pięćdziesiąt razy Chwała Maryi.

    Około roku 1350 ukształtowało się Zdrowaś Mario w takiej postaci, w jakiej znamy je dzisiaj. Stało się to dzięki zakonowi kartuzów, który połączył pozdrowienie archanioła Gabriela z pozdrowieniem św. Elżbiety oraz dodał „teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”.

    W XIV wieku cystersi, zwłaszcza we francuskim regionie Trèves, wprowadzili dodatkowe fragmenty wypowiadane po imieniu Jezus, aby objąć w tej modlitwie całe życie Chrystusa.

    Około połowy XIV wieku Enrico Kalkar, kar-tuz z Kolonii, wprowadził Ojcze nasz przed każdą dziesiątką Zdrowaś Mario. Ten sposób odmawiania różańca szybko rozpowszechnił się w całej Eu-ropie.

    Również w kartuzji w Trewirze na początku XV wieku Dominik Helion (zwany także Dominikiem z Prus lub Dominikiem z Trewiru) opracował różaniec, do którego dodał pięćdziesiąt ułożonych przez siebie formuł odnoszących się do wydarzeń związanych z życiem Jezusa Chrystusa. Formuły dodawał po każdym odmawianym Zdrowaś Mario, po słowach „błogosławiony owoc żywota twojego, Jezus”.

    Podobnie jak w propozycji Enrica Kalkara, wezwania Dominika z Prus były podzielone w grupy po dziesięć, przy czym każdą grupę poprzedzało Ojcze nasz.

    W latach 1435–1445 Dominik ułożył dla flamandzkich braci kartuzów odmawiających psałterz Maryi sto pięćdziesiąt formuł podzielonych na trzy grupy odwołujące się do ewangelicznych przekazów o dzieciństwie Chrystusa, Jego publicznej działalności i męce oraz zmartwychwstaniu.

    W 1470 roku dominikanin Alan de la Roche w porozumieniu z kartuzami, od których na-uczył się odmawiać różaniec, stworzył pierwszą konfraternię różańcową, szybko rozpowszechniając ten rodzaj modlitwy. Nazwał nowym różańcem formę obejmującą rozważania wewnątrz każdego Zdrowaś Mario, a starym różańcem – formę bez medytacji, w której odmawia się jedynie Zdrowaś Mario.

    Należy również wspomnieć o św. Piotrze z Werony, dominikaninie, który przyczynił się do wielkiej popularyzacji konfraterni maryjnych. Alan de la Roche ograniczył modlitwę różańcową do piętnastu tajemnic podzielonych na radosne, bolesne i chwalebne i – jak już wspomniałem – dopiero Jan Paweł II, wielki apostoł modlitwy różańcowej, w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła streszczające publiczne życie Jezusa.

    Dominikanie byli wielkimi głosicielami modlitwy różańcowej na świecie. Stworzyli liczne bractwa różańcowe, wśród których należy wy-mienić Konfraternię Różańca założoną w 1470 roku, Konfraternię Różańca Nieustającego, zwaną także Godziną Czuwania, założoną w 1630 roku przez ojca Tymoteusza Ricciego (inicjatywa polegała na tym, aby odmawiać różaniec przez wszystkie godziny dnia i nocy we wszystkie dni roku) oraz Konfraternię Żywego Różańca założoną w 1826 roku przez Paulinę Jaricot.

    Od średniowiecznej formuły różańca odchodzono stopniowo w okresie renesansu. Ostateczną formę różaniec uzyskał w 1521 roku za sprawą dominikanina Alberta de Castella.

    Święty Pius V, również dominikanin, był pierwszym papieżem różańcowym. W 1569 roku opisał owoce zebrane przez św. Dominika dzięki tej modlitwie i zachęcał wszystkich chrześcijan, aby ją odmawiali. Leon XIII ze swoimi dwunasto-ma encyklikami poświęconymi różańcowi był drugim papieżem różańcowym.

    Od roku 1478 do dnia dzisiejszego powstało ponad dwieście dokumentów papieskich poświęconych różańcowi.

    W kilku objawieniach sama Matka Boża wskazała modlitwę różańcową jako najbardziej potrzebną ludzkości. W czasie objawienia w Lourdes w 1858 roku miała długi sznur różańca na ramieniu. W 1917 roku w Fatimie, podobnie jak w ostatnich latach w Medjugorje, Matka Boża zachęcała, aby odmawiać różaniec codziennie.

    o. Gabriele Amorth

    Esej pochodzi z książki “Mój różaniec” o. Gabriele Amortha wydanej nakładem wydawnictwa Esprit

    ***

    Niedziela – 11 października

    Leon XIV: Nasza radość, to dar Boży dla zbawienia świata

    Tysiące ludzi przybyły na modlitwę Anioł pański z Leonem XIV

    Przyjęcie weselne z ewangelicznej przypowieści, to nasze święto, a sala bankietowa to nasze kościoły, domy, gdzie każdego dnia Syn Króla – Jezus Chrystus, powraca, by wyrażać nam swoją miłość – wskazał Leon XIV w katechezie podczas modlitwy Anioł Pański. Papież dodał, że głoszona przez chrześcijan radość, łzy, gesty dobroci są darem Bożym dla zbawienia świata.

    Dobro dąży do rozprzestrzeniania się

    Papież w katechezie nawiązał do sceny z Ewangelii św. Mateusza, odczytywanej w tę niedzielę, przedstawiającej ucztę weselną, wyprawianą przez króla dla jego syna. Zaproszenie na ucztę wielu osób jest znakiem – jak pisał św. Tomasz z Akwinu w Summa theologiae – że dobro z natury dąży do rozprzestrzeniania się: „Bonum dicitur diffusivum sui”.

    Niestety – wskazał Ojciec Święty – „nie zawsze dobro, które oferujemy, jest rozumiane, dostrzegane i doceniane; wręcz przeciwnie, czasami jest ono źle interpretowane i odrzucane.” Stąd wielu w przypowieści odrzuca zaproszenie króla. Ten jednak nie rezygnuje z uroczystości, przeciwnie, zaprasza jeszcze więcej osób, przechodniów, „aby radość nowożeńców stała się darem dla wszystkich”.

    Na modlitwie obecni licznie Polacy

    Na modlitwie obecni licznie Polacy   (VATICAN MEDIA)

    Jesteśmy wybrani na ucztę

    Papież wskazał, że to my jesteśmy tymi wybranymi na ucztę. „Przyjęcie weselne to nasze święto, a sala bankietowa to nasze kościoły, nasze domy, miejsca, w których żyjemy i gdzie każdego dnia Syn Króla – Jezus Chrystus, powraca, by wyrażać nam swoją miłość i oczekuje na nasze „tak” – mówił Papież.

    Tam Go spotykamy przyodziani w białą szatę chrzcielną i „ozdobieni klejnotami dobrych uczynków, które przybliżają nas do Boga i do siebie nawzajem.”

    Jak mówił Leon XIV, radość, którą głosimy, „nie jest zatem sztuczna, lecz głęboka, konkretna, rzeczywista, piękna jak oblicza ludzi, których spotykamy, prawdziwa jak praca, uśmiechy, łzy, uściski dłoni i gesty dobroci, które wypełniają nasze dni. Jest to dar Boży dla zbawienia świata.”

    Wojciech Rogacin – Watykan

    ***

    piątek – 9 października 2026

    Kardynał Gerhard Müller:

    Tak, Maryja jest Współodkupicielką. Oto, dlaczego

    Maryja 12.webp

    Matka Boża jest Współodkupicielką. Ten tytuł w pełni sprawiedliwie opisuje Jej rolę w Bożym planie zbawienia. Maryja w pełnej wolności wypowiedziała “fiat”, dając w ten sposób wzór doskonałego chrześcijaństwa. Mówił o tym kardynał Gerhard Ludwig Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary.

    Kardynał Gerhard Müller opublikował artykuł na temat roli Matki Bożej na włoskim portalu “La Nuova Bussola Quotidiana”. To treść przemówienia, które wygłosił w czwartek 8 października na konferencji międzynarodowej “De Maria numquam satis”, która odbyła się w Rzymie na Augustinianum.

    Purpurat rozpoczął od kwestii fundamentalnych, pokazując, jaka jest natura relacji pomiędzy Bogiem a człowiekiem. “Bóg niczego nie zyskuje ani nie traci, pozwalając stworzeniom osobowym uczestniczyć w swojej nieskończonej Istocie, swoim Duchu i swojej niewyczerpanej dobroci. Łaska Boża nie wzrasta, im mniej myślimy o człowieku. Jego Majestat nie miażdży nas w proch. Wręcz przeciwnie: Syn, współistotny Ojcu, przyjmuje nasze uniżenie i staje się podobny do nas, ludzi, aż do śmierci na krzyżu, aby wywyższyć nas w swojej osobie ku chwale Boga Ojca. Jego doskonałość objawia się w tym, że stwarza nas bez nas i odkupuje od grzechu pierworodnego i grzechów osobistych czystą łaską” – mówił.

    Następnie wskazał, że współpraca człowieka z Bogiem jest najwyższą godnością, jaką Bóg może przekazać ludzkości. “Bóg nie wyklucza nas z dzieła odkupienia, lecz włącza nas, pozwalając nam uczestniczyć i współpracować w dziele odkupienia i udoskonalenia ludzkości we wspólnocie Ojca, Syna i Ducha Świętego. Ludzka współpraca z Bogiem stanowi zatem najwyższą godność, jaką Bóg może przekazać ludzkości, ponieważ natura, stworzona i pobłogosławiona przez Boga, urzeczywistnia się w duchowych aktach poznania Boga i doskonali się w działaniu moralnym w wolnej przyczynowości” – zaznaczył. 
    “Musimy zrozumieć, że współpraca stworzenia w Bożym planie zbawienia jest szczytem naszej ludzkiej godności” – podkreślił dobitnie.

    Z tego wypływają konkretne wnioski dla prawdy o Matce Bożej.

    “Mariologia jest szczytem antropologii katolickiej i kryterium katolickiej ortodoksji, ponieważ całe odkupienie zależy od tego, czy Bóg udzieli Maryi dignitas causalitatis w urzeczywistnieniu swojej powszechnej woli zbawczej. Akt Wcielenia jest wyłącznym dziełem Boga, ponieważ wieczny Syn Ojca przyjął ludzką naturę z Maryi i uczynił ją trwałą w swojej Boskiej Osobie” – wyjaśnił. 

    Jak powiedział, ludzka natura Matki Bożej jest “duchową naturą wolnej osoby”; dlatego Jej “fiat” to nie jest tylko “posłuszne wykonanie rozkazu przełożonego, jak w wojsku”. 

    “Bóg objawia wielkość swojej łaski w miłości, która nie przytłacza, lecz przynosi zbawienie, podporządkowując się wolnej zgodzie, „ consensusowi ” stworzenia. Bóg uzależnił wypełnienie swojej zbawczej woli we Wcieleniu, Krzyżu i Zmartwychwstaniu swego Syna od dobrowolnej zgody jednej kobiety, powierzając jej w ten sposób zbawienie całej ludzkości w jej dziewiczym i macierzyńskim sercu” – powiedział kardynał.
    “Gdyby zaparła się swego „ Fiat ”, wszyscy bylibyśmy na wieki zgubieni. Lecz Bóg nie ryzykował; wręcz przeciwnie, od wieczności wybrał Maryję, aby stała się Matką swego Syna. I z tego powodu, od pierwszej chwili swego poczęcia, została Ona również zachowana od grzechu pierworodnego dla odkupienia świata przez swego Syna. Zatem Jej dobrowolne „tak” nie było arbitralnym wyborem między dwiema równoważnymi możliwościami, lecz wypełnieniem Jej najczystszej miłości, która jednoczy Ją w oblubieńczym przymierzu z Duchem Świętym, właśnie jako Oblubienicę” – kontynuował.
    Właśnie to sprawia, że Matka Boża jest w tak wyjątkowy sposób związana ze zbawczym dziełem Jej Syna.

    “Maryja deklaruje gotowość, w wolności urzeczywistnionej przez łaskę, do oddania się na służbę powszechnej woli zbawczej Boga, a tym samym do współpracy w jej historycznym urzeczywistnieniu aż do krzyża i zmartwychwstania Chrystusa. To ten sam Duch Święty, który dokonał wcielenia Słowa w Jej ciele i w Jej woli, i który w swoim eschatologicznym wylaniu na uczniów Jezusa czyni Maryję Dziewicą, która otrzymuje wszelką łaskę, i Matką wierzących. Z tego powodu Maryja jest w sposób wyjątkowy i istotny związana ze zbawczym dziełem Chrystusa” – powiedział były prefekt Kongregacji Nauki Wiary.
    To z kolei oznacza, że można w pełni sprawiedliwie mówić o współpracy Matki Bożej w dziele Odkupienia.

    “Maryja, poprzez swoją konstytutywną współpracę we Wcieleniu, jest nierozerwalnie i ściśle związana z dziełem odkupienia. Jeśli Maryja, swoim „ Fiat mihi secundum verbum tuum ”, przyczyniła się konstytutywnie do Wcielenia, to obejmuje to również – w imieniu całej ludzkości – Jej współpracę w odkupieniu przez krzyż Jej Syna, obok którego stała i gdzie Jej dusza została przebita mieczem. W istocie, ciało, które wisiało na krzyżu i w którym Chrystus ofiarował się Ojcu dla zbawienia świata, jest tym samym ciałem, które narodziło się z Niej dla zbawienia świata” – wyjaśnił.
    Wynika stąd, że tytuł “Współodkupicielka” jest wobec Maryi w pełni adekwatny.

    “Kiedy Maryja jest nazywana „współodkupicielką” w katolickiej pobożności i teologii, nie jest to mylące określenie ani entuzjastyczna przesada, lecz prawda obiektywnie zawarta w objawieniu. Tytułu tego nie należy wstrzymywać z powodu jego odrzucenia przez protestantów, którzy, opierając się na swojej doktrynie usprawiedliwienia, rozumieją odkupienie bez dobrowolnego udziału człowieka, a tym samym je minimalizują. Wymaga on wyjaśnienia w ogólnym kontekście bosko-ludzkiego dzieła odkupienia dokonanego przez Chrystusa, Syna Bożego, i Maryję” – zaznaczył.

    PCh24.pl/źródło: La Nuova Bussola Quotidiana

    ***

    środa – 7 października 2026

    Msza św. w kaplicy Jezusa Milosiernego o godz. 19.00

    Święto Matki Bożej Różańcowej.

    Pamiątka cudownej interwencji Maryi pod Lepanto

    31363.jpg
    Lepanto. Andries van Eertvelt

    ***

    Październik w Kościele katolickim jest miesiącem poświęconym Maryi i modlitwie różańcowej. 7 października Kościół obchodzi święto Matki Bożej Różańcowej, ustanowione przez papieża Piusa V w 1572 r.

    Święto Matki Bożej Różańcowej zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa wojsk Ligi Świętej, skupionej wokół Państwa Kościelnego, nad wojskami Imperium Osmańskiego, odniesionego pod Lepanto 7 października 1571 r.

    Przed bitwą, w obliczu zagrożenia islamizacją Europy, papież Pius V, dominikanin, skierował do całego Kościoła wezwanie do modlitwy różańcowej w intencji zwycięstwa chrześcijan. Według tradycji w czasie modlitwy różańcowej Pius V miał wizję, w której zobaczył zatokę, gdzie toczyła się walka, a nad nią Maryję patrzącą ze spokojem na zmagania.

    Bitwa, która rozstrzygnęła o losach wojny, przypadła akurat w dzień, kiedy dominikanie obchodzili wspomnienie Maryi Królowej Różańca. Mimo znacznej przewagi liczebnej wojska Imperium Osmańskiego poniosły klęskę. Do zwycięstwa przyczyniła się raptowna zmiana kierunku wiatru, co papież przypisał interwencji Maryi.

    W podzięce ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Dwa lata później papież Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na święto Matki Bożej Różańcowej a jego obchody przeniósł na pierwszą niedzielę października. Obchody święta na cały Kościół rozszerzył w 1716 r. papież Klemens XI, w podzięce za odniesione pod Belgradem kolejne zwycięstwo nad Turkami.

    W 1883 r. Leon XIII wprowadził do Litanii loretańskiej do Najświętszej Marii Panny wezwanie „Królowo różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.

    Pierwsze ślady modlitwy różańcowej zostały zanotowane wśród egipskich pustelników w V w. n.e. Mnisi powtarzali wielokrotnie pierwszą część modlitwy Zdrowaś Maryjo, czyli pozdrowienie anielskie, i błogosławieństwo św. Elżbiety. Drugą część modlitwy dodano prawdopodobnie w XIV w. podczas epidemii dżumy w Europie. Ostateczny tekst modlitwy Zdrowaś Maryjo zatwierdził papież Pius V w 1568 r.

    Powstanie modlitwy różańcowej w formie zbliżonej do znanej obecnie tradycja Kościoła przypisuje założycielowi zakonu dominikanów św. Dominikowi Guzmánowi. Matka Boża miała mu się objawić i podarować różaniec, zachęcając go do odmawiania tej modlitwy.

    Różaniec składający się z trzech części – radosnej, bolesnej i chwalebnej – i z 15 tajemnic, zatwierdził po soborze trydenckim w roku 1569 papież Pius V. W 2002 r. papież Jan Paweł II listem apostolskim Rosarium Virginis Mariae dodał do różańca tajemnice światła, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką.

    Na modlitwę różańcową jako szczególnie skuteczną i miłą Bogu wskazywało wielu papieży, począwszy od Piusa X. Wielkim czcicielem różańca był m.in. papież Leon XIII, którego pontyfikat przypadał na lata 1878-1903. Napisał on 12 encyklik i dwa listy apostolskie poświęcone różańcowi. Papież Paweł VI w adhortacji Marialis cultus z 2 lutego 1974 r. wskazał na różaniec jako na modlitwę głęboko zakorzenioną w Biblii.

    W liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae z 16 października 2002 r. papież Jan Paweł II nazwał różaniec „modlitwą o wielkim znaczeniu, przynoszącą owoce świętości”.

    „W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem” – zaznaczył papież. Podkreślił, że od młodzieńczych lat modlitwa ta miała ważne miejsce w jego życiu duchowym i zachęcał wszystkich do jej odmawiania.

    Jak wskazał, różaniec jest szczególnie skuteczną modlitwą o dar pokoju. Zachęcał, by różańcem modlić się w rodzinach.

    „Powrót do różańca w rodzinach chrześcijańskich ma być, w ramach szerzej zakrojonego duszpasterstwa rodzin, skuteczną pomocą, by zapobiec zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” – pisał.

    źródło: Iwona Żurek/PAP/PCh24.pl

    ***
    455 lat po Lepanto. Czy dziś wierzymy jeszcze w moc broni, która ocaliła Europę?

    455 lat po zwycięstwie pod Lepanto znów kreślone są scenariusze, w których Europa staje się zdominowana przez wyznawców islamu. Tym razem mają zapewnić to już nie potężne wojska sułtana, a – jak miał wyrazić się niegdyś prezydent Algierii Huari Bumedien – brzuchy muzułmańskich kobiet. To więc może ostatni dzwonek, by sięgnąć po broń, która przed podobnym zagrożeniem ochroniła Stary Kontynent 7 października 1571 roku?

    Grafika wygenerowana komputerowo
    Grafika wygenerowana komputerowo

    ***

    Dziś mija 455 lat od niezwykłego wydarzenia, które zdecydowało o losach Europy. 7 października 1571 roku flota chrześcijańska pokonała pod Lepanto wojska tureckie. Stało się tak, choć wielu przewidywało tryumf sił sułtana Selima II, który chciał podbić Europę i zaprowadzić w niej muzułmańską wiarę. Liczebna przewaga sił Imperium Osmańskiego została jednak zniwelowana przez… nieoczekiwaną, a sprzyjającą flocie Ligi Świętej zmianę wiatru, która utrudniła manewry wrogiej armadzie.

    Non virtus, non arma, non duces, sed Mariae Rosiae victores nos fecit

    Współcześni widzieli w tym wydarzeniu cud. Nie był to jednak cud niespodziewany, a cud wymodlony. Gdy ówczesny papież, św. Pius V usłyszał o zbliżającej się wojnie, wezwał cały katolicki świat do modlitwy różańcowej. W całej Europie samą bitwę poprzedziła walka innej armii – codziennie odmawiającej różaniec, poszczącej i organizującej maryjne procesje. Tak też Pius V nie miał wątpliwości co do tego, komu należy przypisać zwycięstwo pod Lepanto i ocalenie Europy. Na pamiątkę tego zwycięstwa uczynił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które obchodzimy dziś jako święto Matki Bożej Różańcowej. 

    Różaniec to przedziwna modlitwa. Każdy katolik dobrze ją zna – przecież towarzyszy nam od dziecka. Zasad jej odmawiania nauczyliśmy się mając zaledwie kilka lat. Wielu z nas szczególnie w pamięci zapadły październikowe nabożeństwa z okresu przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. W dorosłym życiu jesteśmy różańcowi mniej lub bardziej wierni. Niezależnie od tego, na koniec bliscy odmówią go przy naszej trumnie. 

    Odkrywając skarb, który przynosi pokój 

    Ogłaszając Rok Różańca, św. Jan Paweł II pisał w Liście Apostolskim Rosarium Virginis Mariae, że różaniec to „skarb, który trzeba odkryć”. Są przynajmniej cztery powody, które sprawiają, że dziś papieskie przesłanie jest jeszcze aktualniejsze. 

    Pierwszym z tych powodów jest coraz bardziej niepokojąca sytuacja na świecie. W 2002 roku, widząc początki nowych niepokojów czy to w zamachach z 11 września 2001 roku, czy w wydarzeniach na Bliskim Wschodzie, papież z Polski pisał o „pilnej potrzebie wołania do Boga o dar pokoju”. 24 lata później widzimy, że niestety potrzeba ta stała się jeszcze pilniejsza. Dlatego Leon XIV, mówiąc o dramacie trwających wojen i widmie ich rozszerzenia, wskazuje na różaniec, apelując o wspólną modlitwę w intencji pokoju. Różaniec stał się typową dla tej intencji formą modlitwy. Być może dlatego, że jego naturalnym działaniem jest wprowadzanie pokoju do serca i umysłu osoby go odmawiającej. „Różaniec ze swej natury jest modlitwą pokoju z racji samego faktu, że polega na kontemplowaniu Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i « naszym pokojem » (Ef 2, 14). Kto przyswaja sobie misterium Chrystusa – a różaniec właśnie do tego prowadzi – dowiaduje się, na czym polega sekret pokoju, i przyjmuje to jako życiowy projekt. Ponadto, mocą swego charakteru medytacyjnego, przez spokojne następowanie po sobie kolejnych « Zdrowaś Maryjo », różaniec wywiera na modlącego się kojący wpływ, który usposabia go do przyjmowania i doświadczania w głębi swego jestestwa oraz do szerzenia wokół siebie tego prawdziwego pokoju, który jest szczególnym darem Zmartwychwstałego (por. J 14, 27; 20, 21)” – pisał św. Jan Paweł II. 

    Bardzo modne – co również zauważał już Wojtyła – jest dziś sięganie po znane z obcych tradycji religijnych metody medytacji, wyciszenia i uspokojenia. Joga, mantra, techniki oddechowe, medytacja transcendentalna, zen, mindfulness… Znany z dzieciństwa różaniec może wydaje nam się zbyt staroświecki i nudny. Może kojarzy się jedynie z bezmyślnym powtarzaniem formułki. Może tak jest, bo nigdy nie spróbowaliśmy odmówić go jako dorośli i jak dorośli, zatrzymując się jedynie na etapie dziecięcej modlitwy. Różaniec to modlitwa kontemplacji, w której uczymy się przyglądać życiu Chrystusa i swojemu życiu w perspektywie Ewangelii. Dlatego „z natury swej wymaga odmawiania w rytmie spokojnej modlitwy i powolnej refleksji”. Tak odmawiany – przemienia odmawiającego, napełniając jego życie pokojem. 

    Odkrywając skarb, który chroni rodzinę

    Obok modlitwy o pokój, Jan Paweł II wskazał też na pilną potrzebę modlitwy w intencji rodziny, zwracając uwagę na grożące jej u początku XXI wieku niebezpieczeństwa. Zauważył, że rodzina jest „coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa”. Tak wiele uwagi poświęcamy dziś grożącym rodzinie ideologiom. Czy sięgamy po narzędzie, w którym nasz święty rodak widział skuteczną obronę przed tym zagrożeniem?

    Szczególną wartość papież widział we wspólnym odmawianiu różańca w rodzinie. Różaniec odmawiany wspólnie przez małżonków, różaniec odmawiany przez rodziców z dziećmi… Już sama wspólna modlitwa jednoczy i wzmacnia rodzinę. Dlatego Jan Paweł II określił różaniec „modlitwą rodziny i za rodzinę”. 

    Odkrywając skarb, który strzeże wiary Kościoła 

    O rodzinie, stojących przed nią zagrożeniach i związanych z tym wyzwaniach duszpasterskich papież Leon XIV będzie w najbliższych dniach rozmawiał z biskupami całego świata. Dziś rozpoczyna się w Watykanie spotkanie zwołane przez ojca świętego z okazji 10. rocznicy ogłoszenia adhortacji apostolskiej Amoris laetitia. Ten przygotowany przez papieża Franciszka dokument wywołał prawdziwe trzęsienie ziemi w Kościele katolickim. Pojawiła się w nim możliwość dopuszczenia do Komunii świętej rozwodników żyjących w ponownych związkach, nawet jeżeli nie zachowują wstrzemięźliwości seksualnej. Dokonano w ten sposób przewrotu kopernikańskiego w katolickiej teologii moralnej, stawiając pod znakiem zapytania samą istotę nierozerwalności małżeństwa? Katolików przestały obowiązywać obiektywne normy i podlegają już tylko subiektywnej ocenie własnego sumienia? Amoris laetitia jest jednym z tych dokumentów, które wywołały dyskusję na temat zachowania jedności doktrynalnej w Kościele katolickim. Czy Kościół przetrwa jako wierny swojej doktrynie? 
    Wedle tradycji Maryja przekazała św. Dominiakowi różaniec jako broń przeciwko herezji albigensów. „Historia różańca pokazuje, jak tej modlitwy używali zwłaszcza dominikanie, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?” – pytał św. Jan Paweł II. 

    Odkrywając skarb, który broni chrześcijańskiego dziedzictwa Europy

    Wedle badań przeprowadzonych przez francuskie Obserwatorium Imigracji i Demografii, niezależnie od wariantu polityki imigracyjnej, dotychczasowe otwarcie Francji na masową migrację sprawi, że do 2050 roku w kraju tym nastąpią bardzo poważne zmiany demograficzne. We dwóch z trzech przebadanych scenariuszy osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się między 2050 a 2060 rokiem mniejszością w ludności tego europejskiego kraju. Zmiany demograficzne niosą ze sobą oczywiście również zmiany religijne. Mówimy wszak o imigrantach w przytłaczającej większości wyznających islam. „Pewnego dnia miliony ludzi opuszczą półkulę południową, aby wedrzeć się na półkulę północną. I z pewnością nie jako przyjaciele. Ponieważ wedrą się, aby dokonać podboju. I podbiją ją, zaludniając swoimi dziećmi. To brzuchy naszych kobiet dadzą nam zwycięstwo” – miał powiedzieć na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1974 roku prezydent Algierii Houari Boumedienne. Czy rzeczywistość ta się zrealizuje, a Europa stanie się muzułmańska? 

    Przed podobnym zagrożeniem nasz kontynent stanął 455 lat temu. Wówczas uratował go różaniec. Przez wieki ratował też rodzinę i jedność Kościoła, a pokolenia katolików widziały w nim nadzieję wobec targających światem wojen. Wiele uwagi poświęcamy dziś w Kościele rozważaniom na temat kryzysu rodziny. Z przerażeniem obserwujemy sytuację geopolityczną. Rozprawiamy na temat podejścia do doktryny. Zastanawiamy się nad rosnącym wpływem islamu. Czy w tym wszystkim wierzymy jeszcze w moc różańca? To skarb, który na tych czterech płaszczyznach może okazać się niezwykle cenny. 

    Karol Kubicki/żródło: Fronda.pl

    ***

    poniedziałek – 5 października 2026

    Św. Faustyna Kowalska. Apostołka Miłosierdzia

    wikipedia

    ***

    Choć edukację zakończyła po zaledwie 3 latach podstawówki – jej książka jest jednym z największych światowych bestsellerów. Pogardzana w zakonie, posądzana o szaleństwo stała się wielkim narzędziem w rękach Pana Boga, który przypomniał światu o swoim Miłosierdziu.

    Św. Faustyna urodziła się 25 sierpnia 1905 r. jako trzecie z dziesięciorga dzieci w ubogiej wiejskiej rodzinie. Rodzice Heleny, bo takie imię święta otrzymał na chrzcie, mieszkali we wsi Głogowiec. Z trudem utrzymywali rodzinę z 3 hektarów posiadanej ziemi. Dzieci musiały ciężko pracować, by pomóc w gospodarstwie.

    Dopiero w wieku 12 lat Helena poszła do szkoły, w której mogła, z powodu biedy, uczyć się tylko trzy lata. W wieku 16 lat rozpoczęła pracę w mieście jako służąca. Jak ważne było dla niej życie duchowe pokazuje fakt, że w umowie zastrzegła sobie prawo odprawiania dorocznych rekolekcji, codzienne uczestnictwo we Mszy św. oraz możliwość odwiedzania chorych i potrzebujących pomocy.

    Decyzja o zakonie

    Mając 20 lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Decyzję wstąpienia do klasztoru podjęła podczas jakiejś zabawy tanecznej. Po latach opisała to w swoim „Dzienniczku”: „W chwili, kiedy zaczęłam tańczyć, nagle ujrzałam Jezusa obok, Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego ranami, który mi powiedział: »Dokąd cierpiał będę i dokąd Mnie zwodzić będziesz«”. To była chwila, która dała jej siłę, by pokonać wszelkie przeszkody: sprzeciw rodziców, brak posagu (dawniej wstępując do zakonu trzeba było wnieść całkiem niemały posag), własny lęk i niezdecydowanie.

    Orędzie miłosierdzia

    Przez 13 lat zakonnego życia wielokrotnie objawiał jej się Jezus przekazując orędzie miłosierdzia, które Faustyna zapisywała w swoim „Dzienniczku”, tłumaczonym dziś na wiele języków. Jedno z tych objawień zaowocowało znanym dziś w całym świecie obrazem Jezusa Miłosiernego. Święta opisuje to pod datą 22 lutego 1931: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony a drugi blady (…) Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według wzoru, który widzisz, z podpisem: »Jezu, ufam Tobie«”.

    Obraz w dwóch wersjach powstał dopiero kilka lat później. Jeden znajduje się w Wilnie, w polskim kościele Świętego Ducha, drugi w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie-Łagiewnikach. Na polecenie Chrystusa przekazane przez Faustynę pierwsza niedziela po Wielkanocy miała być – i obecnie rzeczywiście jest – obchodzona jako Niedziela Miłosierdzia.

    „Moje posłannictwo nie kończy się ze śmiercią, ale się zacznie”

    Faustyna zmarła 5 października 1938 r. Była prostą, niewykształconą kobietą, najdłużej mieszkała w klasztorze w Krakowie, także w Wilnie, Płocku i Warszawie, pełniąc obowiązki kucharki, ogrodniczki i furtianki. W ostatnich latach życia bardzo cierpiała – trawiła ją gruźlica, była też niezrozumiana przez współsiostry, które czyniły jej wiele przykrości.

    Doświadczała jako mistyczka cierpień Chrystusa, pisała: „Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. O dusze wątpiące, uchylę wam zasłony nieba, aby was przekonać o dobroci Boga, abyście już więcej nie raniły niedowierzaniem Najsłodszego Serca Jezusa. Bóg jest miłością i Miłosierdziem”. Beatyfikował ją Jan Paweł II 18 kwietnia 1993 r. w Rzymie, a kanonizował 30 kwietnia 2000 r. też w Rzymie. Wspominana jest w Liturgii Kościoła 5 października.

    Obietnica Jezusa

    Jezus, który wielokrotnie objawiał się Faustynie, kazał jej zapisać takie słowa: „Córko moja miłowana, mów światu o moim miłosierdziu, o mojej miłości. Palą mnie płomienie miłosierdzia, pragnę je wylewać na dusze ludzkie. O jaki mi ból sprawiają, kiedy ich przyjąć nie chcą. Córko moja, czyń co jest w twej mocy w sprawie rozszerzenia czci miłosierdzia mojego, ja dopełnię czego ci nie dostawa. Powiedz zbolałej ludzkości, niech się przytuli do miłosiernego serca mojego, a ja ich napełnię pokojem. Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym. Kiedy dusza zbliża się do mnie z ufnością, napełniam ją takim ogromem łaski, że sama w sobie tej łaski pomieścić nie może, ale promieniuje na inne dusze. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im sędzią, ale miłosiernym zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość. Wszystko, co istnieje, jest zawarte we wnętrznościach mojego miłosierdzia, głębiej niż niemowlę w łonie matki. Jak boleśnie rani mnie niedowierzanie mojej dobroci? Najboleśniej ranią mnie grzechy nieufności”.

    5 form kultu Bożego Miłosierdzia

    Od Faustyny pochodzi pięć form kultu Bożego Miłosierdzia: obraz Miłosierdzia Bożego – „Jezu ufam Tobie”; Koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godz. 15, w której Jezus skonał na krzyżu), a także Litania i samo święto – Niedziela Miłosierdzia.

    W czasie konsekracji sanktuarium Bożego Miłosierdzia w sierpniu 2002 Ojciec Święty zawierzył cały świat Bożemu Miłosierdziu i wezwał do rozprzestrzenia kultu miłosierdzia. Jan Paweł II powiedział: „Dziś w tym sanktuarium chcę dokonać uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tu zostało ogłoszone przez pośrednictwo św. Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść »iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście« (por. Dzienniczek, 1732). Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście! To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tu przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!”

    Miłosierdzie na co dzień

    Kult Miłosierdzia Bożego, zainicjowany przez św. Faustynę i bł. ks. Michała Sopoćkę (beatyfikowanego w 2008 r., wileńskiego spowiednika Faustyny, głosiciela kultu miłosierdzia, założyciela zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego) rozwinął się z Polski na cały świat. Chyba najbardziej przyjął się na Filipinach, gdzie codziennie o godzinie 15:00 zamiera ruch na ulicach i odmawiana jest koronka do Miłosierdzia Bożego, a także w Stanach Zjednoczonych i wielu innych miejscach świata. Do sanktuarium w Łagiewnikach pielgrzymowały już miliony wiernych. Wyzwaniem pozostaje konkretne okazywanie miłosierdzia na co dzień wobec bliźnich i przyjęcie daru Bożego przebaczenia w postaci trwałej przemiany życia.

    KAI

    ***

    Co to jest miłość miłosierna?

    Dlaczego Święto Miłosierdzia obchodzone jest w Drugą Niedzielę Wielkanocną? Wybór tego właśnie dnia nie jest przypadkiem.

    Kluczem jest fragment Ewangelii św. Jana odczytywany zawsze w czytaniach z tej niedzieli (J 20, 19-31). Mowa w nich o ukazaniu się Jezusa Apostołom w pierwszym dniu tygodnia w Wieczerniku, pokazaniu im ran, przekazaniu władzy odpuszczania grzechów oraz o kłopotach Apostoła Tomasza z wiarą w zmartwychwstanie.

    Bł. ks. Michał Sopoćko podkreślał, że obraz Jezusa miłosiernego namalowany według wizji św. Faustyny ma oddawać właśnie ów moment ukazania się Zmartwychwstałego w Wieczerniku. Nawiasem mówiąc z tych powodów krytykował obraz Adolfa Hyły jako nieliturgiczny, a bronił pierwszego wizerunku namalowanego w Wilnie przez artystę Eugeniusza Kazimirowskiego. Zostawmy jednak na boku spór o to, który obraz lepiej oddaje wizję św. Faustyny. Faktem jest, że pierwsze publiczne wystawienie pierwszego obrazu miało miejsce w 1935 roku w Ostrej Bramie właśnie w II Niedzielę Wielkanocną.

    Najprościej i najkrócej można powiedzieć, że tak chciał sam Jezus, który „sekretarce” Bożego Miłosierdzia powiedział: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia” (Dzienniczek 299). Ale jakie jest powiązanie kazania się Jezusa Zmartwychwstałego w Wieczerniku z tajemnicą Bożego Miłosierdzia? Na pierwszy rzut oka nie widać tego związku, ale spróbujmy poukładać pewne fakty po kolei.

    Miłosierdzie – ruch w dół i w górę

    Jezus mówi do Siostry Faustyny: „Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła rąk moich są ukoronowaniem miłosierdzia” (Dzienniczek, 301). Pojawia się pytanie, czym właściwie jest miłosierdzie i czym różni się ono od miłości. Św. Jan pisze „Bóg jest miłością” (1 J 4,8). Można powiedzieć, że miłosierdzie jest wyjątkowym, najpiękniejszym obliczem Bożej miłości. Jest ono Bożą odpowiedzią na tajemnicę zła, śmierci i grzechu. Prościej, jest to miłość wobec słabych, dotkniętych złem, grzechem, chorobą, samotnością, rozpaczą, śmiercią.

    Miłosierdzie ma sobie podwójny dynamizm: ruch w dół i w górę. Pierwszy jest ruch w dół – zejście na poziom ludzkiego bólu, grzechu, samotności, choroby, śmierci. Drugi jest ruch w górę, czyli wydobywanie nieszczęśnika z dołka, podnoszenie z upadku, przywracanie do życia przez przebaczenie, uzdrowienie.

    Biblia pokazuje tę dwoistą aktywność miłosierdzia w wielu obrazach. Dobry Pasterz wyrusza na poszukiwanie zagubionej owcy, następnie przyprowadza ją do stada. Samarytanin pochyla się nad ofiarą napadu, a następnie leczy jej rany, zawozi do gospody.

    Co to jest miłość miłosierna?

    Ten podwójny ruch miłosierdzia Bożego widać w osobie Jezusa, w całej jego misji, ale najpełniej w krzyżu i zmartwychwstaniu, czyli Jego Passze.

    Krzyż to ogołocenie, uniżenie, zejście Boga w ludzkiej postaci na samo dno ludzkiego bólu, samotności, ciemności. „Zstąpił do piekieł” – mówimy w credo, czyli wszedł w rzeczywistość ludzkiej śmierci. Jan Paweł II pisze: „Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem… Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka”. Dlatego w koronce powtarzamy: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. „Dla” – czyli „z powodu”, „ze względu na”.

    Krzyż jest jednak tylko pierwszym etapem aktywności Bożego miłosierdzia. Drugim jest powstanie z martwych. Jezus po to wchodzi do mrocznej krainy śmierci, by nas z niej wybawić, czyli pociągnąć w górę ku życiu, ku zmartwychwstaniu.

    Miłosierdzie pochyla się nie tylko, by współczuć, by towarzyszyć w ciemności. Ono wyprowadza z mroku do światła, ze śmierci ku życiu, bierze na ręce i przyprowadza do wspólnoty zbawionych.

    Miłosierna miłość Boga okazuje się potężniejsza niż nienawiść, grzech i śmierć. „Wykonało się!” – te słowa zwiastują już na krzyżu zwycięstwo Bożego miłosierdzia.

    „Pokazał im ręce i bok”

    Wróćmy teraz do Wieczernika. Zmartwychwstały Jezus ukazuje się jako ten, który właśnie odbył paschalną drogę, dokonał największego dzieła Bożego miłosierdzia. Przynosi uczniom owoce tego czynu. Daje im pokój i przekazuje moc odpuszczania grzechów. „Weźmijcie Ducha Świętego!” – mówi.

    A Duch Święty to owa miłosierna miłość Boga, która przeprowadziła Jezusa ze śmierci do życia. Ta sama moc miłosierdzia będzie odtąd obecna we wspólnocie Kościoła, w sakramentach. Teraz uczniowie Pana mają dawać ją światu, leczyć nią ludzi, wydobywać ich z niewoli zła.

    Jezus „pokazał im ręce i bok”, czyli swoje rany. Wątpiącemu Tomaszowi kazał nawet dotknąć ran. Mówi tym gestem: „Moja miłość jest silniejsza niż wszelkie zło, wszystko przetrzyma. Wasze zranienia ranią i Mnie. To, co was najbardziej boli, dotyczy Mnie. Jestem w samym środku waszego cierpienia. Dlatego w moich ranach jest wasze uzdrowienie, przebaczenie, życie. Te rany są zdrojem miłosierdzia, które nieustannie rozlewa się na cały świat!”.

    „Ofiaruj mi nędzę i niemoc swoją, a ucieszysz serce moje”

    „Miejscem”, gdzie łaska Bożego Miłosierdzia dotyka nas i leczy są sakramenty, a zwłaszcza chrzest i spowiedź.

    Ochrzczeni jako dzieci nie bardzo rozumiemy, że chrzest jest sakramentem odpuszczenia grzechów. Ale każda spowiedź jest w gruncie rzeczy odnowieniem łaski chrztu. Jezus może powtórzyć każdemu z nas, to co powiedział do św. Faustyny: „Jestem dla ciebie miłosierdziem samym, przeto proszę cię, ofiaruj mi nędzę i tę niemoc swoją, a ucieszysz tym serce moje”. Czy nie tak dzieje się zawsze, gdy klękamy przy konfesjonale?

    Osobiście z Niedzielą Miłosierdzia kojarzy mi się wiersz ks. Jana Twardowskiego. Usłyszałem go kiedyś od innego księdza, który mówił z ambony, a ja siedziałem w konfesjonale. Spowiadałem innych, ale ciążyły mi strasznie własne grzechy. Ja, wątpiący Tomasz, usłyszałem wtedy odpowiedź z Góry:

    „Święty Tomaszu niewierny
    ze mną było inaczej
    On sam mnie dotknął
    włożył dłonie w grzechu mego rany
    bym uwierzył że grzeszę i jestem kochany

    Bóg grzechu nie pomniejsza ale go wybaczy
    za trudne
    i po co tłumaczyć”
    („Wybaczyć).

    ks. Tomasz Jaklewicz/Stacja7.pl

    ***

    Co można wyczytać z obrazu Jezusa Miłosiernego?

    fot. Stacja7

    ***

    Prosta siostra Faustyna “od garnków”, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. O co w nim chodzi? O fenomenie Bożego Miłosierdzia opowiada s. Gaudia Skass.

    „Uratowani” to ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia spotkali Chrystusa i poszli za Nim. „Uratowani” to też Ci, którzy w konfesjonale zostawiają cały swój ból Jezusowi. Jesteśmy wszyscy uratowani przez Miłość, bo za wszystkich nas umarł Chrystus. Wydarzenie Jego męki i śmierci najwięcej mówi o tym, jak bardzo nas kocha. Nie nas ogólnie, ale nas szczególnie – Ciebie i mnie.

    Ktoś oddał za Ciebie życie

    Nie każdy jest tego świadomy. To wielka szkoda. To straszne, jak wielu ludzi nie wie, że są uratowani. Przypomina mi się historia ze Stanów Zjednoczonych. Wyobraźcie sobie typowy amerykański dom – duży, zadbany, elegancki. W dużym salonie na parterze w szklanej gablocie wisiał mundur strażacki. Brudny, podarty mundur – widać, że po akcji. Kiedyś zaproszeni przez właścicieli goście zapytali, o co chodzi z tym mundurem, bo to dość nietypowe. Właściciel opowiedział im, że kiedy był mały w jego domu rodzinnym wybuchł pożar. Mundur ten należał do strażaka, który uratował go z płomieni, ale sam nie przeżył. „Od tej pory trzymam ten mundur u siebie w domu, żeby codziennie pamiętać, że ktoś oddał za mnie życie” – powiedział właściciel.

    fot. www.faustyna.pl

    ***

    „Wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”

    W pewnym sensie s. Faustyna miała łatwiej, bo mówiła „wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”. Można by jej pozazdrościć. A nam na pewno o Bożym Miłosierdziu mówi ten obraz, obraz Jezusa Miłosiernego. Patrząc na niego możemy mówić „mam wizję, mam objawienie”, bo uczestniczymy w tym samym wydarzeniu, które opisała Faustyna. Ona była zachwycona i przerażona zarazem, bo z jednej strony to wielka radość, że Bóg jest tak blisko, a jednocześnie drżenie – bo to przecież Bóg. Jezus powiedział po prostu „Wymaluj obraz. Chcę by był czczony na całym świecie. Będę dawał wiele łask przez ten obraz.”

    Jezus Miłosierny na tym obrazie jest odpowiedzią na kryzys bliskich relacji, których ciągle nam brakuje. On przychodzi zwyczajnie, by z Tobą być, by Ciebie słuchać. Ręce Jezusa mają ślady po gwoździach. Bóg, który do nas przychodzi to poraniony Bóg i może dlatego tak łatwo nam z Nim być – bo też jesteśmy poranieni. Jego dłonie są też odpowiedzią na nasze niskie poczucie własnej wartości, bo krwawa rana to wyryte na nich moje i Twoje imię. Już przez Izajasza Bóg mówił nam „jesteś dla mnie bezcenny, wykupiłem Cię”.

    Fot. faustyna.pl

    Prosta siostra Faustyna od garnków, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. A wszystko zaczęło się w Płocku, w Polsce. Naprawdę dzieją się cuda, ludzie zbliżają się do Boga. Ten obraz jest niejako oknem na spotkanie z Bogiem. Jezus z tego obrazu mówi dziś „Spójrz na moje stopy. Nieustannie idę do Ciebie, nieustannie Cię szukam, ścigam Cię gdy się zagubisz”.

    fot. faustyna.pl

    ***

    Krew i woda – eucharystia i spowiedź, życie i oczyszczenie

    Jezus chce wyprostować wszystkie zawikłane ścieżki i chce dać Ci pełnię życia, abyś poczuł jego smak. Dlatego czeka na Ciebie w sakramentach. Jezus powiedział Faustynie – „moją chwałą jest grzesznik”. Bóg nie męczy się przebaczaniem, mówił o tym papież Franciszek. On jest gotów cały czas nam przebaczać. Miłosierdzie Boże to odpowiedź na naszą nieumiejętność przebaczania sobie samym i innym, których często tak łatwo osądzamy.

    „Jezu, ufam Tobie”

    Ufa się tylko komuś, o kim wiesz, że Cię akceptuje takiego, jakim jesteś; kto Cię nie odrzuci, nawet gdybyś powiedział o najgorszych świństwach swojego życia. Bóg Cię nie odrzuci, będzie wzruszony, że mu zaufałeś. Takiego Boga poznała s. Faustyna – zaufała Mu na całego. Wiedziała, że Bóg jest samą Miłością i nie ma innej opcji, jak tylko zaufać Mu bezgranicznie.

    Stacja7.pl
    siostra Gaudia Skass ZMBM – malarka i dziennikarka, przez wiele lat pracowała w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Współorganizowała duchowe przygotowania do Światowych Dni Młodzieży.

    ***

    siostra Gaudia Skass ZMBM:

    Koronka do Miłosierdzia Bożego modlitwą całego świata

    Oblicze Jezusa z obrazu z Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Wilnie

    Proste obrazki z modlitwą, dramat II wojny światowej, działalność misjonarzy i papieży sprawiły, że Koronka do Miłosierdzia Bożego dotarła niemal do wszystkich zakątków świata. „To jest zadziwiające, na jak wielką skalę rozeszła się ta modlitwa” – mówi Vatican News s. Gaudia Skass ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. W tych dniach mija 89 lat od pierwszego wydania Koronki w Krakowie.

    Pierwszy druk w Krakowie

    Podczas audiencji generalnej 7 października Leon XIV zawierzył Polaków wstawiennictwu św. Faustyny, której liturgiczne wspomnienie przypadało dwa dni wcześniej. Jest jeszcze inna ważna data w październiku, związana z kultem Miłosierdzia Bożego. Jesienią 1937 roku w oficynie Józefa Cebulskiego przy ul. Szewskiej 22 w Krakowie wydrukowano pierwsze obrazki Jezusa Miłosiernego z Koronką do Miłosierdzia Bożego oraz małe modlitewniki. Ich wydanie przygotował bł. ks. Michał Sopoćko, kierownik duchowy s. Faustyny, który przekazał do druku Koronkę, nowennę oraz ułożoną przez siebie litanię do Miłosierdzia Bożego. 27 września siostra Faustyna odwiedziła drukarnię wraz z przełożoną matką Ireną Krzyżanowską, a w październiku publikacja znalazła się na półkach księgarskich.

    To Jezus polecił Faustynie rozpowszechnienie nabożeństwa Koronki do Miłosierdzia Bożego

    To Jezus polecił Faustynie rozpowszechnienie nabożeństwa Koronki do Miłosierdzia Bożego

    Modlitwa na czas wojny

    „Koronka bardzo szybko zaczęła docierać do ludzi poprzez obrazki Jezusa Miłosiernego, na odwrocie których drukowano tekst modlitwy. Jeszcze przed II wojną światową wydawano też małe modlitewniki, dzięki którym Koronka trafiała do coraz szerszego grona osób.” – mówi s. Gaudia Skass.

    Paradoksalnie do jej dalszego rozpowszechnienia przyczynił się dramat wojny. „To był taki czas, kiedy ludzie bardzo szukali nadziei, pomocy i ta modlitwa nagle przynosiła im dużo pocieszenia, dodawała sił” – wskazuje. Jak dodaje, zachowały się także świadectwa ludzi, którym w czasie wojny Koronka „dosłownie ratowała życie”.

    Kongres Miłosierdzia Bożego w Wielnie w czerwcu 2026 r.

    Kongres Miłosierdzia Bożego w Wielnie w czerwcu 2026 r.   ((© Aistė Karpytė))

    Papieże i Miłosierdzie

    W kolejnych dziesięcioleciach kult Bożego Miłosierdzia rozwijał się na świecie, a szczególne znaczenie miał pontyfikat św. Jana Pawła II. „To jest jego olbrzymia zasługa” – podkreśla s. Gaudia.

    W kontekście samej Koronki rozmówczyni Vatican News wspomina również Papieża Franciszka i inicjatywę „Misericordina” – pudełeczka stylizowanego na opakowanie lekarstwa, zawierającego m.in. różaniec i obrazek z tekstem Koronki. „Papież Franciszek w mojej pamięci jest zapamiętany jako promotor Koronki” – dodaje.

    Symfonia Miłosierdzia - z Krakowa na cały świat

    Symfonia Miłosierdzia – z Krakowa na cały świat

    W 2025 roku zorganizowano wielki most modlitewny spod Łagiewnik na kilka kontynentów. Ludzie modlili się Koronką do Miłosierdzia Bożego

    Siła Koronki

    Według s. Gaudii wyjątkowość modlitwy nie wynika jedynie z jej prostoty. „Myślę, że siła Koronki głównie tkwi w tym, że podyktował ją sam Jezus” – mówi. Jak zaznacza, w „Dzienniczku” św. Faustyny wielokrotnie pojawia się przypomnienie o mocy tej modlitwy i łaskach, które mogą być przez nią wypraszane.

    „Ta modlitwa w swojej istocie, w swoim teologicznym przekazie odwołuje się do samego centrum Ewangelii – do miłosiernej miłości Boga objawionej w Misterium Paschalnym, w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa” – wyjaśnia.

    Dla s. Gaudii Koronka jest przede wszystkim modlitwą nadziei. „Każdy mój upadek woła po prostu o miłosierdzie Boga, a Bóg jest tym, który to miłosierdzie chce mi okazywać” – mówi.

    Koronka do Miłosierdzia Bożego - potężna modlitwa grzeszników

    Koronka do Miłosierdzia Bożego – potężna modlitwa grzeszników

    Siłę Koronki do Miłosierdzia Bożego stanowi fakt, że to sam Jezus polecił modlić się tą modlitwą

    W niemal każdym języku

    Dokładnej skali rozpowszechnienia Koronki nie sposób dziś określić. „To jest w ogóle nie do zbadania, bo ta skala jest tak olbrzymia” – przyznaje s. Gaudia Skass. Jak zauważa, modlitwę tłumaczono nie tylko na języki narodowe, ale również na liczne lokalne dialekty. Siostra z klasztoru w krakowskich Łagiewnikach żartobliwie zauważa, że łatwiej byłoby dziś wskazać języki, na które Koronka nie została jeszcze przełożona.

    „Koronka jest przetłumaczona na wszystkie języki, o których ja kiedykolwiek słyszałam, także na wiele dialektów” – mówi. Dużą rolę odegrali w tym misjonarze. „Koronka dotarła nawet do niewielkich społeczności, małych grup etnicznych, które posługują się własnymi lokalnymi językami czy dialektami. Czasem mówi nimi zaledwie garstka ludzi, ale oni też modlą się słowami Koronki. To naprawdę zadziwiające, jak daleko dotarła ta modlitwa” – zaznacza.

    Symfonia Miłosierdzia w Krakowie

    Symfonia Miłosierdzia w Krakowie

    Transmisja na cały świat

    Skalę kultu pokazują również codzienne transmisje modlitwy z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Koronkę transmituje kilka stacji telewizyjnych, w tym jedna ogólnopolska i jedna wileńska, kilkanaście rozgłośni radiowych. Z krakowskim sanktuarium można łączyć się także za pośrednictwem YouTube’a, dziewięciu stron internetowych, również zagranicznych oraz aplikacji Faustyna.pl. „Ciężko to zliczyć, ale średnio tylko w samym TVP na modlitwie z nami łączy się około 400–500 tysięcy osób dziennie, w dzień powszedni” – podaje s. Gaudia. Jak dodaje, według docierających do niej szacunków łączna liczba uczestników codziennej modlitwy może sięgać nawet około milion.

    Karol Darmoros – Vatican News

    ***

    Bł. Bartolo Longo: były satanista i pierwszy apostoł Nowenny Pompejańskiej

    BARTOLO LONGO

    Wstąpił do sekty spirytystów i oddał duszę diabłu. Dziś jest błogosławionym. W tej niezwykłej historii pojawia się również – a jakże – różaniec.TODO MESSAGE

    5 października Kościół wspomina bł. Bartolo Longo. Przeszedł drogę od piekła do chwały ołtarzy. Mówiono o nim: kapłan szatana. Po nawróceniu stał się oddanym sługą Matki Bożej – Królowej Różańca Świętego.

    Jan Paweł II określił go „wzorem dla współczesnych świeckich katolików”. I choć nazywa się go pierwszym apostołem Nowenny pompejańskiej, to jego kult w Kościele wciąż jest mało rozpowszechniony.

    Bartolo Longo: kapłan szatana

    Bartolo (Bartłomiej) Longo urodził się w 1841 roku w Latiano we Włoszech. Jego rodzina była religijna. Kultywowało się w niej tradycje chrześcijańskie. Upowszechnienie różnych idei i ateistycznych koncepcji w tamtym czasie – na temat wiary, istnienia Boga – miały negatywny wpływ na młodego mężczyznę.

    Bartolo rozpoczął studia prawnicze na uniwersytecie w Neapolu. Wstąpił w szeregi satanistycznej sekty spirytystów. Służył tam jako kapłan szatana i okultysta.

    Podczas jednej z wizji oddał swoją duszę diabłu. Brał aktywny udział w demonstracjach wolnomularskich opowiadających się przeciwko religii i papiestwu. Był czas, że czuł się jak obłąkany, myślał o samobójstwie.

    Czy chcesz trafić do piekła?

    Pewnego dnia w niewytłumaczalny sposób usłyszał błagalny głos swego zmarłego ojca, który namawiał go do nawrócenia i zawierzenia Bogu. Longo zwrócił się z pomocą do przyjaciela, opowiadając mu o zaistniałej sytuacji. Vincenzo Pepe zapytał go wprost, czy chce trafić do piekła, czy jednak może zmieni dotychczasowe życie.

    Obaj udali się do dominikanina Alberta Radentego – filozofa i teologa. Zakonnik otoczył Bartolo modlitwą, przekonał do generalnej spowiedzi. Po okresie przygotowawczym 25 marca 1871 roku wstąpił do świeckiego zakonu dominikańskiego. Przyjął imię „Brat Różaniec” (Rosario).

    Bartolo Longo: nawrócenie i różaniec

    W swoim dziele zatytułowanym „Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach” Bartolo Longo napisał, że każdy grzesznik, choćby był najbardziej upadły, jeśli zwróci się do Matki Bożej, może znaleźć ocalenie.

    Ratunkiem na tej drodze jest różaniec, bowiem czysta intencja sprowadza z nieba nadprzyrodzoną moc.

    On sam podążał tą drogą wiodącą do zbawienia, odkąd w duszy usłyszał głos: „Kto szerzy różaniec, będzie zbawiony”.

    Owoce nawrócenia

    Owoce jego nawrócenia i pracy były ogromne. Powstało sanktuarium Matki Bożej Różańcowej, wybudowano sierocińce, domy opieki, rozpoczęto wydawanie czasopisma „Różaniec i Pompeje” (drukowane do dziś i rozprowadzane po całym świecie).

    Bartolo był również inicjatorem powstania Zgromadzenia Sióstr Różańca Świętego. Dzięki jego staraniom na ponurej ziemi naznaczonej wybuchami Wezuwiusza powstało nowe miasto z nowymi drogami, zakładami, usługami. Jego wiara i miłość do Matki Bożej zaczęła promieniować na zewnątrz i przejawiała się w konkretnych działaniach.

    W domu Cateriny Volpicelli, założycielki Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca, poznał swoją przyszłą małżonkę – Mariannę de Fusco (sługę Bożą, trwa jej proces beatyfikacyjny). Kobieta była wdową, miała pięcioro dzieci. Bartolo został administratorem jej dóbr oraz opiekunem jej dzieci.

    Pobrali się w 1885 roku, żyjąc w czystej miłości. Po śmierci Marianny spadkobiercy przejęli dom. Longo wyjechał do rodzinnej miejscowości – Francavilli. Po namowach przyjaciół powrócił w 1925 roku do Pompejów. Nie posiadał wówczas żadnych dóbr. Mieszkańcy miasta przyjęli go niezwykle życzliwie. Otrzymał od nich zaszczytny tytuł Rycerza Wielkiego Krzyża Orderu Grobu Świętego w Jerozolimie.

    Powołany do wielkich spraw

    Kilka lat wcześniej o. Emanuel Ribera, redemptorysta, przepowiedział mu, że Bóg oczekuje od niego wielkich rzeczy. Takie też były jego udziałem. To jemu zawdzięczamy Nowe Pompeje, jest inicjatorem modlitwy piętnastu sobót oraz autorem medytacji.

    Dzięki jego prośbie papież Leon XIII ustanowił w 1883 roku październik miesiącem różańca świętego. To on spisał obietnicę Maryi daną Fortunatinie: „ktokolwiek odmówi tę nowennę, otrzyma łaski, o które prosi”.

    Jego marzeniem było zobaczyć Maryję. Zmarł 5 października 1926 roku. Pochowany został w krypcie pod obrazem Matki Bożej Pompejańskiej.

    Przepowiedział wizyty papieży w Pompejach. Dwukrotnie to miejsce odwiedził Jan Paweł II w 1979 i 2003 roku. W 2008 r. przybył tam także Benedykt XVI. Bartolo został beatyfikowany 26 października 1980 r.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    ***

    Niezwykła historia o tym, jak powstała Nowenna pompejańska i o cudach Matki Bożej Różańcowej

    Our-Lady-of-the-Rosary-Basilica-in-Pompeii

    Concettina była przerażona i zdziwiona zarazem. Dała im znak, by zbliżyły się po cichu i szepnęła: „Natina rozmawia z Najświętszą Panną”.TODO MESSAGE

    Biografia bł. Bartola Longa – włoskiego satanisty, który przeżył cudowne uwolnienie i nawrócenie, a w ramach pokuty obiecał, że „nie opuści tej dzikiej krainy, dopóki nie rozszerzy tutaj różańca Maryi” – jest materiałem na świetny film. Jednak dziś nie opowiemy Państwu o życiu budowniczego Pompejów, ale o Nowennie pompejańskiej, nazywanej „nowenną nie do odparcia”, którą miliony wierzących na całym świecie modli się z ufnością w sprawach, których po ludzku nie da się rozwiązać. I zaświadczają, że sprawy te zostają rozwiązane.

    Bartolo Longo: satanista zostaje tercjarzem

    Nawrócenie Bartola Longa było mocne, przeżył potężny wstrząs. Ale nie było jednorazowym aktem. Co pewien czas targały nim nie tylko wątpliwości, ale doświadczał napadów panicznego wręcz lęku.

    „Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa” – pisał były kapłan świątyni szatana.

    Dominikanin Albert Radente, u którego Bartolo odbył generalną spowiedź, modlił się za niego gorąco i pościł w jego intencji. 25 marca 1871 r. przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego, a Longo wybrał dla siebie imię brat Różaniec.

    Różaniec i zbawienie

    Mimo powracającej depresji  i lęków walczył, podjął pokutę. Porządkował dawne sprawy i odwiedzał znajomych z sekty, mówiąc im, że całym sercem tkwią w błędzie, który może skazać ich na wieczne potępienie. Był wyśmiewany, nikt nie rozumiał, o co mu chodzi.

    Poszedł nawet na spotkanie grupy oddającej się seansom spirytystycznym i trzymając w dłoniach medalik Matki Bożej zawołał: „Wyrzekam się spirytyzmu, bo jest on tylko plątaniną kłamstw i błędów!”. W chwilach największych pokus przeciw nadziei przywoływał słowa o. Radentego, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony”.

    Podczas kolejnego ataku rozpaczy, którego doświadczył już w Pompejach, też przypomniał sobie te słowa, upadł na kolana i wyznał: „Jeżeli te słowa są prawdą, to osiągnę zbawienie, ponieważ nie opuszczę tej dzikiej krainy, dopóki nie rozszerzę tutaj Twojego różańca”.

    I ruszył. Tak zaczęła się jego ciężka, wyczerpująca zdrowie i siły, pełna trudności praca nad zbudowaniem nie tylko świątyni z kamieni i drewna, ale żywej, z serc ludzi wierzących Królowej Różańca Świętego. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – zanotował po latach.

    BARTOLO LONGO
    Bartolo Longo

    ***

    Potęga ufności Bartola Longa

    Był rok 1879, Bartolo Longo chorował na dur brzuszny, którego nikt nie potrafił wyleczyć. Bardzo cierpiał, wydawało się, że umiera. Jednocześnie nadzorował prace budowy świątyni w Pompejach.

    „Nadszedł dzień Wniebowzięcia, 15 sierpnia 1879 roku. Po raz pierwszy koronę ze złota umieszczono na głowie Matki Bożej, lecz tego dnia leżałem w łóżku we wciąż pogarszającym się stanie. Wszyscy otaczający mnie przyjaciele, a wśród nich ojciec Radente, modlili się do Madonny za moje życie. Nie było nawet promyka nadziei…

    Wtedy pomyślałem, żeby już dłużej nie czekać i z Bożą pomocą zatrzymać ciężki dur. Trzeba było wziąć obraz z parafii i postawić go w mojej sypialni. Tak się stało. Obecni powtarzali: Wtedy i my uwierzymy w cuda Maryi pod tym obrazem, gdy wyzdrowieje. A ja zwróciłem się z ufnością do świętej Katarzyny ze Sieny i powiedziałem jej tak:

    Moja droga siostro, napisałem o tobie w książce «Piętnaście Sobót», że z nieba narzekasz na małą liczbę swoich wiernych na ziemi, którzy uciekaliby się do ciebie z prośbą o łaski, jakby zmniejszyła się w niebie moc, którą Jezus powierzył ci na ziemi. Dziś jakim sposobem czytelnicy mają dać wiarę moim słowom, jeśli ja jako pierwszy, który się do ciebie zwracam, nie otrzymam od ciebie łaski? I jak uwierzą w cuda Maryi Różańcowej z Pompejów, jeśli ona pozwoli umrzeć temu, kto zainicjował budowę jej świątyni i rozpowiada o jej czynach?

    Niewypowiedziana dobroci Matki, która spełniła modlitwy świętej Katarzyny! O północy otworzyłem oczy – ból w karku i kręgosłupie minął wraz z durem, tak że pierwszy promień słońca przyjemnie skaleczył moje oczy pierwszy raz po wielu dniach, gdy przez ból nie znosiłem światła! Czy nie jest to jawny cud?” – pisał wzruszony Bartolo Longo będąc pewnym interwencji Matki Bożej Różańcowej.

    Pięć lat później, w 1884 r., Maryja czczona w Pompejach w wizerunku Królowej Różańca sama zabierze głos, dając tym samym światło Bartolowi Longowi na napisanie nowenny, dziś zwanej pompejańską.

    Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach
    Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach

    ***

    Cud Królowej Różańca

    8 maja 1884 r. w Neapolu, na pierwszym piętrze pałacu Rocco przy Via Settembrini 5 wydarza się rzecz niewytłumaczalna. W pokoju stoi 21-letnia Fortunatina Agrelli, od prawie dwóch lat chorująca na dziwną chorobę, która objawiała się silnymi konwulsjami, trwającymi nieustannie przez dziesięć godzin. Każdego wieczoru coś dusiło ją w środku, a ona trzymała się kurczowo za gardło, rzucała się na łóżku, wyrywała włosy z głowy, gryzła i z nadludzką siłą uderzała w ludzi i przedmioty.

    Były wieczory, że czterech silnych mężczyzn nie potrafiło utrzymać jej na łóżku. Po atakach padała bezsilna i wyczerpana, a jej ciałem wstrząsały drgawki. Poza atakami cierpiała na bóle głowy, nóg i brzucha, a temperatura jej ciała raz opadała, a raz się podnosiła do niebezpiecznych wartości. Nikt nie wiedział, co robić. Medycyna wyczerpała możliwości, nietypowe objawy trwały przez dwa lata.

    Fortunatina, nazywana przez bliskich Natiną, modliła się do Matki Bożej, prosząc Ją o pomoc. I właśnie 8 maja, po tych dwuletnich torturach wstała z krzesła i bez żadnego problemu stanęła prosto na środku pokoju. Wszyscy świadkowie wstrzymali oddech, a ona odkryła, że może się poruszać, nic jej nie dusi, nie przypiera do łóżka. Została uzdrowiona!

    Natychmiast przypomniała sobie słowa Maryi: „Kiedy zaczniesz znów chodzić, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu”. Ruszyła pod obraz i uklękła w skupieniu.

    18 czerwca 1884 r. przyjechała do Doliny Pompejańskiej i w obecności całej rodziny dała świadectwo cudu. Był to cud nie tylko o jej uzdrowieniu, ale o skuteczności nowenny, którą podpowiedziała sama Maryja. Bartolo Longo rozpropagował modlitwę w oparciu o relację Fortunatiny, która pod przysięgą zeznała, że sposób odmawiania został jej objawiony przez Matkę Bożą. Jak to się stało?

    Skuteczność „pompejanki”

    Żeby zrozumieć cud uzdrowienia Fortunatiny i rolę, którą odegrał w spisaniu nowenny pompejańskiej Bartolo Longo, musimy się cofnąć w czasie. „Był 16 lutego 1884 roku. Pan Mariano Rosati, gorliwy pomocnik w budowie świątyni, przybył do mnie i poprosił o poświęcony medalik Matki Bożej Pompejańskiej. Chciał go wręczyć swojemu przyjacielowi, doktorowi Belmontemu dla jego ciężko chorej pacjentki” – zapisał w książce pt. Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach bł. Bartolo Longo.

    „Jeżeli Najświętsza Panna Pompejańska uzdrowi pannę Agrelli – powiedział – to do grona jej czcicieli na pewno dołączy wielu neapolitańczyków. Ojciec chorej ma sporo przyjaciół. Wyślę jej także książeczkę z nowenną, niech rodzina się modli, a obrazek Matki Bożej Pompejańskiej niech zawieszą nad łóżkiem chorej”.

    Kiedy Natina odebrała obrazek, medalik i nowennę od swojego lekarza, poczuła przypływ miłości i jakąś tajemniczą ufność ku nabożeństwu do Matki Bożej Pompejańskiej. Przejęta tym pobożnym uczuciem zapragnęła napisać prośbę do Matki Bożej. Ponieważ była bardzo osłabiona i nie mogła utrzymać pióra, podyktowała następujące słowa:

    Ciężko chora Fortunatina Agrelli prosi o uzdrowienie Najświętszą Pannę Różańcową w Pompejach. Jeżeli zostanie wysłuchana, przyrzeka osobiście przybyć do Pompejów, złożyć swoje podziękowanie i przekazać ofiarę na Jej kościół”.

    Pan Rosati odesłał prośbę do Pompejów, Bartolo Longo złożył ją na ołtarzu u stóp Matki Bożej Pompejańskiej, a Fortunatina i cała jej rodzina rozpoczęła nowennę w intencji odzyskania zdrowia. Stan chorej nie tylko nie ulegał poprawie, ale zaczął się pogarszać. Dziewczyna zaczęła wątpić w pomoc Maryi.

    Gdy jednak upłynęły dwa dni od zakończenia nowenny, zaczęły dziać się nadzwyczajne zdarzenia, które obszernie opisała, a potwierdzili je liczni świadkowie, w tym jej ojciec, adwokat Camil Agrelli, ksiądz Salvator Nisio oraz Vincent Belmonte, lekarz z Neapolu.

    BLESSED VIRGIN OF THE ROSARY OF POMPEI
    Matka Boża Pompejańska – obraz znajdujący się w ołtarzu głównym bazyliki w Pompejach

    ***

    Rozmowy z Maryją

    W świadectwie złożonym w sanktuarium w Pompejach czytamy: „3 marca po godzinie 14 na nowo zaczęły się konwulsje, które po godzinie jednak niespodziewanie ustąpiły. Concettina, która siedziała przy łóżku chorej, usłyszała nagle głos Fortunatiny, która zupełnie głośno i wyraźnie wypowiedziała następujące słowa: Królowo Różańca z Pompejów, udziel mi tej łaski!

    Wystraszyło to Concettinę i zaczęła uważnie przysłuchiwać się słowom chorej. Pragnąc, by także inni członkowie rodziny byli świadkami tego nadzwyczajnego wydarzenia, pociągnęła za dzwonek. Przybyła natychmiast jej matka Teresa oraz inni domownicy. Concettina była przerażona i zdziwiona zarazem. Dała im znak, by zbliżyły się po cichu i szepnęła: Natina rozmawia z Najświętszą Panną!

    Wszyscy zaczęli przysłuchiwać się tej tajemniczej rozmowie. Do ich uszu docierały tylko odpowiedzi chorej, ale nie słyszeli słów niewidzialnej Rozmówczyni. Zauważyli, że podczas rozmowy Natina szukała czegoś na szyi, jakby pragnęła wziąć do ręki medalik Matki Bożej. Zabrano mi go! – zawołała głosem pełnym bólu. Potem zaczęła składać różne obietnice, że będzie ten medalik nosiła na szyi i zawiesi obrazek nad łóżkiem. W końcu usłyszeli takie słowa: Pozwól mi, Matko, ucałować koniec Twojej szaty!

    Zapadła cisza. Fortunatina przeżegnała się tak dokładnie i z taką swobodą, jakby odzyskała wszystkie siły. Lecz zaraz potem znów wpadła w konwulsje”.

    Świadectwo widzenia Maryi

    Fortunatina później zrelacjonowała swoje widzenie: „Leżałam w półśnie, gdy ukazała mi się Matka Boża Różańcowa. Gdy ją ujrzałam, natychmiast uczyniłam znak krzyża. Najświętsza Panna jedną ręką trzymała Dzieciątko Jezus, a drugą różaniec. Siedziała na tronie, który otaczali aniołowie. Maryja i Jezus byli ubrani w biało-złote szaty z jedwabiu, na głowach mieli korony wysadzane drogimi kamieniami.

    Towarzyszyli im zakonnik i zakonnica św. Dominika. Tron, piękno Maryi i wspaniałość nieba mnie zachwyciły. Maryja patrzała na mnie czułym, macierzyńskim wzrokiem. Wzbudziło to moje zaufanie i zaczęłam ją natychmiast błagać:

    Królowo Różańca Świętego w Pompejach, udziel mi łaski zdrowia! Już złożyłam Ci tę prośbę, odmówiłam nowennę, ale nie doświadczyłam jeszcze Twojego miłosierdzia. O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi jeszcze żadnej łaski. Chcę być zdrowa!

    Maryja odpowiedziała: Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze odbierałaś łaski. Teraz, gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca Świętego z Pompejów, które mi jest bliższe ponad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a wyzdrowiejesz”.

    Nowenna pompejańska

    W trakcie trwania trzyczęściowej nowenny Maryja przyszła do Fortunatiny jeszcze kilka razy. W czasie jednego z widzeń powiedziała: „W trakcie ostatniej nowenny pogorszy ci się tak bardzo, że lekarz potwierdzi beznadziejny stan. A gdy już wszyscy zwątpią w twoje wyzdrowienie, ty tym bardziej w to ufaj. 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, będziesz zupełnie zdrowa”.

    Po dwóch tygodniach, w nocy z 19 na 20 kwietnia Fortunatina znów zobaczyła Matkę Bożą Różańcową. To widzenie dodało jej odwagi i wyznała: „Najświętsza Panno Pompejańska, nie chcę czekać do 15 sierpnia na całkowite wyzdrowienie”. I o dziwo Maryja wysłuchała prośby o zmianę daty cudu uzdrowienia. Co ciekawe, Maryja odpowiedziała natychmiast:

    „Ponieważ znosiłaś chorobę z poddaniem się woli Bożej, Bóg udzieli ci tej łaski na Moją prośbę. W 26 dniu tego miesiąca zostaniesz uzdrowiona z porażenia. 30 kwietnia ustaną wszystkie inne cierpienia. Od tego dnia będziesz mogła chodzić. Kiedy znów staniesz na nogi, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu. Zanim upłynie maj, wyjdziesz z domu”.

    Zanim odeszła, dodała głosem pełnym przychylności i dobroci: „Ktokolwiek pragnie otrzymać łaski, niech odprawi na moją cześć trzy nowenny, odmawiając piętnaście tajemnic różańca, a potem niech odmówi znowu trzy nowenny dziękczynne” – zapisał Bartolo Longo.

    26 kwietnia, w święto Matki Bożej Dobrej Rady, około godziny 3 nad ranem, całkowicie ustało wewnętrzne porażenie, któremu medycyna nie mogła w żaden sposób zaradzić. Fortunatina Agrelli cierpiała na nie przez rok i dwa tygodnie bez przerwy. W ten sposób spełniła się zapowiedź Maryi. Zgodnie z Jej słowami 30 kwietnia ustały wszystkie inne cierpienia.

    8 maja odmówiła modlitwę błagalną do potężnej Królowej Różańca w Pompejach, którą tego dnia w południe odmawiają wszyscy czciciele Matki Bożej Różańcowej. Wpatrywała się też ufnie w obraz Matki Bożej Pompejańskiej wiszący na przeciwległej ścianie, przed którym paliły się od rana dwie duże świece.

    WIARA

    Cuda z rąk Matki

    Bartolo Longo, pewny wstawiennictwa Maryi nie tylko uporządkował Jej rady co do sposobu odprawiania nowenny, ale zaczął starannie zapisywać wszystkie świadectwa o łaskach otrzymanych za pośrednictwem Królowej Pompejów.

    „O ukochane serce Maryi! Pojawiła się ona córce kapitana Agrelli z Neapolu i powtórzyła jej te słodkie słowa: Za każdym razem, gdy chcesz otrzymać ode mnie łaskę, zmów trzy razy nowennę z piętnastoma tajemnicami różańca, a potem trzy nowenny dziękczynne.

    Młoda Fortunatina odmówiła wszystko w tym porządku i cudownie ozdrowiała. Za jej przykładem, po odmówieniu trzech nowenn, cudownie ozdrowiało i otrzymało odpowiednie łaski tysiące osób nie tylko we Włoszech, ale także we wszystkich rejonach Europy, w Ameryce, Afryce, a nawet w Indiach i Chinach.

    Relacje o łaskach i cudach, jakie miały miejsce w następstwie odmawiania nowenny pompejańskiej – poświadczone procesami kanonicznymi i zeznaniami wiarygodnych świadków oraz dyplomowanych lekarzy, opisywane przez wielu biskupów z dalekich diecezji – przeczytać można w czasopiśmie Różaniec i Nowe Pompeje począwszy od roku 1884 aż do dziś” – pisał niestrudzony brat Różaniec.

    B. Longo, “Historia sanktuarium w Pompejach”.
    B. Longo, “Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach
    “.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ***

    Niedziela – 4 października

    Dzisiejsze przesłasnie Ojca świętego Leon XIV:

    Naszymi wyborami budujemy lub niszczymy Kościół

    Leon XIV

    W rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański Leon XIV mówił o tym, że człowiek przez swoje wybory może budować lub niszczyć Kościół. Jako przykład wielkiego budowniczego Kościoła wskazał św. Franciszka z Asyżu, który „naprawił Kościół mocą wiary w Pana Jezusa” i którego charyzmat wciąż jest żywy.

    Aktualność przypowieści o winnicy

    W rozważaniu, wygłoszonym jak co tydzień z okna biblioteki w Pałacu Apostolskim, Papież odwołał się dzisiejszej Ewangelii i zawartej w niej przypowieści o winnicy oraz słów o tym, że „kamień, który odrzucili budujący stał się głowicą węgła”. Leon XIV wskazał na aktualność tego fragmentu: zarówno jego przesłania o odrzuceniu Boga, które dokonuje się także dziś, jak też na obraz niszczonej winnicy. „Winnicą, którą należy uprawiać w duchu sprawiedliwości, jest Kościół, który budujemy lub niszczymy poprzez nasze wybory” – przypomniał. 

    Bóg odpowiada miłosierdziem na odrzucenie

    Ojciec Święty mówił o tym, że nauczanie Chrystusa „skłaniając nas do refleksji nad licznymi okrucieństwami, które niszczą świat i historię narodów, objawia zawsze większe miłosierdzie Jego Ojca”. Podkreślił, że nawet gwałtowne odrzucenie Boga przez człowieka nie jest w stanie „udaremnić woli Boga, który w swojej nieskończonej sprawiedliwości przemienia zło w odkupienie”. Jak zapewnił Papież „Wszechmocny kieruje biegiem historii, przychodząc nam z pomocą we wszystkich naszych upadkach: Bóg nigdy nie odrzuca naszego życia!”.

    Św. Franciszek – zbudował życie na Chrystusie i odbudował Kościół mocą wiary

    Mówiąc o biblijnych robotnikach w winnicy, Papież przypomniał też o św. Franciszku, którego 800. rocznicę śmierci wspomina dziś Kościół i który otrzymał od Chrystusa polecenie, aby ten Jego Kościół odbudować. „Franciszek, zainspirowany Krucyfiksem, zbudował przede wszystkim własne życie na fundamencie Chrystusa, dzieląc Jego ubóstwo, radość i cierpienia, aż po mistyczny znak stygmatów – mówił – Będąc człowiekiem żarliwej modlitwy, pełen miłości wobec wszystkich, był wzorem dla pierwszych braci, którzy podzielali jego ascezę, uznając ją za autentyczny warunek reformy Kościoła. Św. Franciszek naprawił Kościół mocą wiary w Pana Jezusa, uzdrawiając pęknięcia niezgody świadectwem braterskiej miłości”.

    Aktualność franciszkańskiego charyzmatu

    Leon XIV wskazał też na aktualność charyzmatu św. Franciszka, o czym świadczy m.in. liczna rodzina franciszkańska. Zachęcił by jubileusz 800-lecia śmierci Biedaczyny z Asyżu był czasem wytrwałej modlitwy o pokój o zaangażowania w budowę zgody między narodami. Zapewnił też o duchowej łączności z sanktuarium w Pompejach, gdzie odmawiana jest suplika do Matki Bożej Różańcowej.

    Dorota Abdelmoula-Viet – Watykan

    ***

    Święty Franciszek z Asyżu – ten, który pogodził życie ze śmiercią

    800 lat od śmierci św. Franciszka, Jan Paweł II w Asyżu (1982)

    Pierwszy historycznie potwierdzony stygmatyk, jedyny święty, który nie ma wrogów. 4 października przypada wspomnienie św. Franciszka z Asyżu. W 2026 roku ten dzień jest wyjątkowy, ze względu na obchody 800-lecia śmierci Biedaczyny z Asyżu.

    Franciszek, a właściwie Jan Bernardone, przyszedł na świat na przełomie 1181 i 1182 roku we włoskiej Umbrii. Jego rodzice Piotr i Joanna należeli do zamożniejszych obywateli miasta. Chłopcu nie spieszno było ani do nauki, ani do interesów. Swoją młodość spędzał beztrosko w otoczeniu kompanów, marząc o sławie rycerskiej.

    Przełomowe zdarzenie

    20-letni Jan Bernardone wyruszył na wojnę z Perugią. Dostał się do niewoli i ciężko zachorował. Gdy wyzdrowiał, ponownie spróbował żołnierskiej przygody, ale w jego duszy toczyła się już cicha walka. 

    W pewnym momencie postanowił jednak zostawić przyjaciół, interesy ojca i marzenia o sławie. W samotności, ubóstwie i na modlitwie, pragnął zostać doskonałym naśladowcą Chrystusa i „odbudować Jego Kościół”. Szybko zgromadzili się wokół niego uczniowie, a papież zatwierdził ułożoną przez Franciszka regułę, która dała początek Zakonowi Braci Mniejszych, Sióstr Klarysek i Trzeciemu Zakonowi, przeznaczonemu dla ludzi świeckich.

    Dziś mija 800 lat od śmierci św. Franciszka. W 1982 r. z okazji 800. rocznicy jego urodzin do Asyżu pielgrzymował Jan Paweł II. W watykańskim archiwum zachowało się nagranie …

    Radosny stygmatyk

    14 września 1224 roku spełniło się największe pragnienie Franciszka – upodobnić się całkowicie do Mistrza. Chrystus w postaci serafina odcisnął na jego ciele swoje rany (pierwsze potwierdzone stygmaty). Od tamtej chwili Franciszek, nazywany „Serafickim”, żył jeszcze dwa lata, w czasie których Bóg stopniowo go ogołacał. 

    Wtedy jednak, gdy tracił wzrok, cierpiał na malarię, wrzody żołądka i reumatyzm, napisał swoją „Pieśń słoneczną”, najradośniejszą modlitwę jaką zna świat.

    Nie tylko rośliny i zwierzęta

    W świadomości przeciętnego chrześcijanina funkcjonuje na ogół uproszczony obraz św. Franciszka, kojarzonego z kwiatkami, ptaszkami i wilkiem podającym łapę. A przecież ten mistyk i stygmatyk był człowiekiem z krwi i kości, był kimś, kto w XIII wieku nie tylko wydobył Kościół z kryzysu, ale dokonał w nim największej „rewolucji”, trwającej po dzień dzisiejszy. 

    Postać, która nie przestaje inspirować

    Jest rzeczą niepojętą, że ten, którego „tak trudno naśladować”, który wydaje się tak odległy, tak niepodobny do współczesnego człowieka, wciąż zadziwia, oczarowuje, i to nie tylko chrześcijan, bo nawet niewierzący są pod urokiem tej postaci. „To chyba jedyny święty, który nie ma wrogów i jest powszechnie akceptowany” – słusznie ktoś zauważył.

    Św. Franciszek między pamięcią a przyszłością. Obchody 800-lecia śmierci

    W Sali Marconi w Palazzo Pio zaprezentowano kalendarz wydarzeń związanych z 800. rocznicą śmierci św. Franciszka z Asyżu. „Nauczanie Franciszka zachowuje nieustanną aktualność, …

    Święty pokoju i pojednania

    Gdy Franciszek umierał 3 października 1226 roku na gołej ziemi w Porcjunkuli poprosił braci, aby mu zaśpiewali: ci rzewnie płacząc rozpoczęli „Pieśń słoneczną”, ułożoną przez niego w czasie choroby. Gdy skończyli, słabnącym głosem dodał do niej ostatnią strofę: „Bądź pochwalony, Panie mój, przez naszą siostrę, Śmierć cielesną…”.

    Tak umierał ten, któremu tu na ziemi udało się pogodzić człowieka z wilkiem, radość z cierpieniem i życie ze śmiercią.

    Biedaczynę z Asyżu kanonizował papież Grzegorz IX w 1228 roku. Jego relikwie znajdują się w bazylice jemu poświęconej w Asyżu. Patronuje franciszkanom, ekologom i handlarzom.

    ks. Arkadiusz Nocoń, Artur Hanula – Vatican News

    ***

    Ostatnie godziny świętego Franciszka z Asyżu

    Giotto, śmierć św. Franciszka, domena publiczna

    3 października 2026

    Osiemset lat temu, 3 października 1226 roku, też była sobota. Franciszek miał zaledwie 44 lata. Chciał umrzeć tam, gdzie przed laty zaczęła się historia jego wspólnoty

    Żył zaledwie 44 lata. A Kościół odmienił tak bardzo, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo styl chrześcijaństwa, w którym dziś jesteśmy zanurzeni, ukształtował właśnie on. 

    800 lat temu, 3 października 1226 roku też była sobota.  Organizm Franciszka był wyniszczony chorobami i latami bardzo surowego życia. Dwa lata wcześniej, na górze La Verna, otrzymał stygmaty. 

    Od kilku lat cierpiał na ciężką, postępującą chorobę oczu. Niemal nie widział, musiał stronić od światła, a podejmowane leczenie nie przyniosło poprawy. Dziś lekarze przypuszczają, że mogła to być jaglica, czyli przewlekłe zakażenie spojówek i rogówki. Nieleczone prowadzi do bliznowacenia i utraty wzroku. Franciszek mógł nabawić się tej choroby podczas wyprawy na Wschód w 1219 r., kiedy przebywał w rejonie Damietty podczas V krucjaty. 

    Ale jego organizm wyniszczała inna choroba, rodzaj malarii, też nabytej prawdopodobnie na Wschodzie. Już po powrocie stamtąd, w 1220 roku, zrezygnował z kierowania założonym przez siebie zakonem. Z jednej strony widział problemy, jakie rodziły się w rozrastającej się dynamicznie wspólnocie, które wymagały jego twardej ręki, z drugiej strony – był świadomy, że z powodu utraty sił nie jest w stanie stawić im czoła. O pomoc w tej sprawie zwrócił się do papieża. Franciszek pracował nad regułą zakonu, którą ostatecznie papież zaaprobował w 1223 roku. 

    Po ustanowieniu reguły stan Franciszka zaczął się pogarszać jeszcze bardziej. Zdołał przenieść się do Greccio, gdzie urządził pierwszą bożonarodzeniową szopkę, wprowadzając zaszczepiony do dziś w chrześcijaństwie sposób świętowania uroczystości Narodzenia Pana. Nie mieszkał wtedy we wspólnocie wraz z braćmi, lecz najpierw w chatce przy kościele San Damiano w Asyżu – to tam, niemal zupełnie niewidomy, napisał Pieśń Słoneczną – a potem w pustelni.

    Wiosną 1226 roku był już tak słaby, że braciom podyktował krótką ostatnią wolę. Sprowadzała się właściwie do trzech próśb: żeby bracia wzajemnie się kochali, pozostali wierni ubóstwu i byli wierni Kościołowi. Sam nie był już w stanie długo mówić.

    Ostatnie miesiące życia spędzał w okolicach Asyżu. Kiedy zrozumiał, że śmierć jest blisko, podjął jeszcze jedną decyzję.

    Chciał umrzeć tam, gdzie wszystko się zaczęło

    Franciszek przebywał wówczas w rezydencji biskupa Asyżu. Poprosił braci, żeby przenieśli go kilka kilometrów niżej, do Porcjunkuli, niewielkiego kościółka Matki Bożej Anielskiej.

    To miejsce było dla niego szczególne. Tutaj przed laty gromadzili się pierwsi bracia, tutaj odbywały się kapituły rodzącego się zakonu i stąd bracia wyruszali głosić Ewangelię. Franciszek chciał więc umrzeć tam, gdzie jego franciszkańska droga właściwie się zaczęła. Tradycja zapamiętała to jako pragnienie, by „oddać ducha życia tam, gdzie otrzymał ducha łaski”.

    W drodze do Porcjunkuli Franciszek poprosił niosących go braci, aby zatrzymali się i odwrócili go twarzą w stronę Asyżu. Niemal niewidomy pobłogosławił wtedy miasto.

    Z ostatnimi dniami Franciszka wiąże się również jedna z najbardziej niezwykłych kobiecych postaci w jego biografii: rzymska arystokratka Jakobina Settesoli.

    Franciszek znał ją z wcześniejszych pobytów w Rzymie. Pomagała mu w organizacji wielu spraw zakonnych, przyczyniła się do uzyskania audiencji u papieży. Została tercjarką. Franciszek przed śmiercią chciał ją wezwać i prosił, aby przywiozła rzeczy potrzebne do jego pochówku oraz potrawę, którą przygotowywała dla niego podczas wcześniejszej choroby. Oraz mustaccioli, słodkie ciasteczka przypominające toruńskie pierniki.

    List nie zdążył nawet zostać wysłany, kiedy Jakobina pojawiła się w Porcjunkuli sama, przywożąc wszystko to, o co Franciszek chciał prosić. Również neapolitańskie pierniczki.

    Chciał umierać na nagiej ziemi

    Franciszek chciał umierać tak, jak próbował żyć: niczego nie posiadając. Poprosił braci, aby mógł nałożyć włosienicę. Wymógł również, aby położono go na gołej ziemi. Franciszkańska tradycja zachowała obraz umierającego założyciela leżącego bezpośrednio na ziemi, pozbawionego wszystkiego, co mógłby jeszcze nazwać swoim.

    Giotto di Bondone, Śmierć św. Franciszka, fot. domena publiczna

    ***

    Ale Franciszek nie chciał umierać sam. Wokół niego byli bracia. Pobłogosławił ich, także tych nieobecnych i tych, którzy mieli dopiero kiedyś do zakonu wstąpić. Jeszcze w swoim testamencie nazywał siebie „małym bratem Franciszkiem”.

    W pewnym momencie poprosił o Ewangeliarz. Chciał usłyszeć fragment Ewangelii według św. Jana rozpoczynający się od słów: „Było to przed Świętem Paschy…”. To początek trzynastego rozdziału Ewangelii św. Jana relacjonującego Ostatnią Wieczerzę, obmycie nóg uczniom i ostatnie godziny Jezusa przed Męką.

    Potem Franciszek zaczął odmawiać Psalm 142: „Głośno wołam do Pana, głośno Pana błagam”. Psalm kończy się prośbą człowieka osaczonego i bezsilnego: „Wyprowadź mnie z więzienia, bym dziękował Twemu imieniu”.

    Św. Bonawentura napisał, że właśnie po modlitwie tym psalmem Franciszek umarł.

    „Siostra śmierć”

    Rok wcześniej, ciężko chory i cierpiący, dopisał do swojej „Pieśni słonecznej” słowa pochwały Boga za „siostrę naszą, śmierć cielesną, której żaden człowiek żyjący uniknąć nie może”.

    Śmierć nie przestała być śmiercią. Franciszek nie udawał, że choroba nie boli ani że umieranie jest łatwe. Ale Franciszek nawet śmierć włączył do wielkiej rodziny stworzenia. Słońce było bratem. Księżyc siostrą. Woda siostrą. Ogień bratem. A na końcu siostrą stała się również śmierć.

    Pochwalony bądź, Panie, przez naszą siostrę, śmierć cielesną,
    Której żaden człowiek żywy ująć nie może;
    Biada tym, co konają w grzechach śmiertelnych;
    Błogosławieni, którzy znajdą się w Twej najświętszej woli,
    Bowiem śmierć wtóra zła im nie uczyni.

    Franciszek umarł w sobotę wieczorem, 3 października 1226 roku, w Porcjunkuli. Franciszkanie 3 października obchodzą jego Transitus, czyli „przejście”. Według liturgicznego sposobu liczenia czasu rozpoczął się już następny dzień, jego wspomnienie przypada 4 października. 

    I dziś wieczorem, 3 października, osiemset lat po tamtym wieczorze, franciszkanie na całym świecie będą celebrowali niezwykłą noc, w której śmierć nazywają nie końcem, lecz Transitus. Przejściem.

    mt/stacja7.pl

    ***

    ***

    Plac św. Piotra rozświetli różaniec o pokój

    2023.10.08 Rosario e Processione in Piazza San Pietro 7 ottobre

    W każdą sobotę października Plac św. Piotra rozświetlą pochodnie. O godz. 21.00 wierni i pielgrzymi będą wspólnie odmawiać różaniec, prosząc o zakończenie wojen i pokój między narodami. Pięć wieczorów modlitwy z wizerunkiem Mater Ecclesiae będzie odpowiedzią na szczególny apel Leona XIV.

    Plac św. Piotra rozświetli różaniec o pokój

    W każdą sobotę października Plac św. Piotra rozświetlą pochodnie. O godz. 21.00 wierni i pielgrzymi będą wspólnie odmawiać różaniec, prosząc o zakończenie wojen i pokój między narodami. Pięć wieczorów modlitwy z wizerunkiem Mater Ecclesiae będzie odpowiedzią na szczególny apel Leona XIV.

    Z Różańcem przeciw wojnie

    3, 10, 17, 24 i 31 października – przez pięć kolejnych sobót – Plac św. Piotra stanie się miejscem wieczornej modlitwy o pokój. O godz. 21.00 rozpoczynać się będzie różaniec aux flambeaux, odmawiany przy świetle pochodni. Modlitwie towarzyszyć będzie wizerunek Matki Bożej Mater Ecclesiae.

    Intencja jest jedna: pokój dla narodów dotkniętych wojną.

    Odpowiedź na apel Leona XIV

    Inicjatywa jest bezpośrednią odpowiedzią na wezwanie Ojca Świętego, który prosił, aby październik stał się czasem szczególnej modlitwy różańcowej o ustanie konfliktów.

    „Zapraszam wszystkich wiernych i wszystkie wspólnoty chrześcijańskie, aby w nadchodzącym październiku odmawiali różaniec w szczególnej intencji ustania wojen i zaprowadzenia pokoju między narodami pozostającymi w konflikcie” – mówił Leon XIV.

    Pięć wieczorów pod oknami Papieża

    W blasku pochodni mieszkańcy Rzymu i pielgrzymi z całego świata będą powierzać Maryi cierpienie ludzi żyjących pośród wojny. Organizatorzy zapraszają do wspólnego rozważania tajemnic życia Chrystusa i modlitwy o pojednanie.

    Przez cały październik, w każdą sobotę wieczorem, Plac św. Piotra ma więc odpowiadać Różańcem na jedno z najczęściej powracających wezwań Leona XIV:  wezwanie do modlitwy o pokój.

    ks. Łukasz Bankowski – Watykan

    ***

    środa – 1 październik 2026

    Ojciec św. Leon XIV podczas audiencji generalnej na placu św. Piotra powiedział:

    „Kościół jest zbudowany z osób miłujących Jezusa Chrystusa”.

    Nie można nie zauważyć wyraźnych znaków nadziei widocznych we Francji

    mid-epa13272107-2.jpg
    Leon XIV, fot. EPA/ETTORE FERRARI Dostawca: PAP/EPA.

    ***

    Papież Leon XIV zwrócił uwagę na pewne oznaki nadziei, które dostrzegł podczas podróży apostolskiej do Francji. Podkreślił, że od kilku lat rośnie liczba nawróceń i chrztów osób dorosłych. Wskazał również, że symbolem tego odrodzenia może być odbudowa paryskiej katedry Notre Dame.

    Papież podczas audiencji generalnej w Watykanie podzielił się swoimi obserwacjami po zakończonej podróży apostolskiej do Francji. Zwrócił uwagę na kilka ważnych zjawisk i wydarzeń, które napawają radością i nadzieją. Leon XIV podkreślił, że podróż ta „była wielkim darem dla niego i dla Ludu Bożego” we Francji. Ojciec święty wskazał na odrodzenie, które jest kluczem do odczytania jego pielgrzymki do Paryża, Lourdes i Metz.

    Leon XIV zwrócił uwagę na dwa ważne wydarzenia. Z jednej strony na Nieszpory sprawowane ku czci Najświętszej Maryi Panny oraz sprawowanie solennej Mszy świętej w katedrze Notre Dame.

    „Chciałbym zebrać – wciąż jeszcze bardzo żywe – myśli i wrażenia z tej wizyty duszpasterskiej wokół jednego wielkiego symbolu: Katedry Notre-Dame w Paryżu. Tam, po południu pierwszego dnia, sprawowaliśmy Nieszpory ku czci Najświętszej Maryi Panny, solenną, a zarazem pełną radości liturgię, podczas której muzyka, śpiew i piękno świątyni poruszały do głębi serca zjednoczone w modlitwie. Właśnie Katedra Notre-Dame, poprzez dramat, którego doświadczyła, może symbolicznie rzucić światło na całą tę Podróż Apostolską, dając nam klucz do jej odczytania, który ująłbym w jednym słowie, jakim jest odrodzenie” – mówił Ojciec święty.

    „Przede wszystkim jednak Notre-Dame jest obrazem Kościoła żywych kamieni, świętego Ludu Bożego” – wskazał.

    Leon XIV zwrócił uwagę również na drugie spotkanie z wiernymi, do którego doszło na stadionie Stade de France w Paryżu. Uczestniczyły w nim tysiące młodych osób,

    „Dwa zupełnie różne miejsca, a jednak dwa wydarzenia wzajemnie się dopełniające, jakby zjednoczone duchowo. Co je łączyło? Kościół, który nie jest zbudowany z kamieni ani betonu, lecz z osób miłujących Jezusa Chrystusa, ponieważ same zostały przez Niego umiłowane. W Notre-Dame byli kapłani i diakoni, osoby konsekrowane oraz osoby zaangażowane w duszpasterstwo; na stadionie zaś zgromadziło się nowe pokolenie Francuzów: nowe, powiedziałbym, nie tylko ze względu na wiek, lecz jeszcze bardziej ze względu na ducha, wolność serca i wiarę. Ci młodzi śpiewali i wołali, ale potrafili także trwać w ciszy i słuchać. Ich skupione i wzruszone twarze odsłaniały serca spragnione prawdy i miłości. Z radością powiedziałem im: „Jesteście świętymi Francji!”. Tamto czuwanie było wielkim znakiem nadziei” – podkreślił papież.

    Leon XIV zauważył również, że we Francji jest dostrzegalny również inny znak nadziei i odrodzenia, który dostrzegalny jest od kilku lat. Zwrócił uwagę, że stale rośni liczna osób, które proszą o chrzest w Kościele katolickim.

    „Kulminacyjnym wydarzeniem mojej wizyty w stolicy była Msza św. na Place de la Concorde. Tam znak odrodzenia ukazał się w sposób zaskakujący: zgromadzenie liturgiczne, obejmujące na rozległym placu kapłanów, chór i znaczącą rzeszę wiernych, rozciągało się wzdłuż całej Avenue des Champs-Élysées aż po Łuk Triumfalny. W czasie Komunii św. wszyscy mogli przystąpić do Eucharystii, która była udzielana w wielu miejscach. Oto prawdziwa odbudowa, odnowa Kościoła, której może dokonać jedynie Bóg za wstawiennictwem Maryi Panny” – mówił Ojciec święty.

    „Było więc czymś naturalnym i koniecznym, abym po Paryżu udał się jako pielgrzym do Lourdes, aby oddać cześć Maryi, Matce Kościoła – Tej, która w godzinie męki i śmierci podtrzymuje lampę wiary i nadziei. Poprzez macierzyńską troskę Maryi Panny, w Lourdes, Pan kieruje przesłanie nadziei i odrodzenia do wszystkich: do pielgrzymów, a zwłaszcza do osób cierpiących na ciele i duchu. Pragnąłem wyraźnie przypomnieć to przesłanie: każde ludzkie życie, niezależnie od jego kondycji, nawet naznaczone najgłębszą kruchością, zachowuje swoją nienaruszalną godność i zasługuje na troskę, towarzyszenie oraz niesienie ulgi w cierpieniu, z ludzkim współczuciem i przy wykorzystaniu środków, jakie daje nam nauka. Dlatego Lourdes jest dla całego świata sanktuarium cywilizacji miłości” – podsumował Leon XIV.

    źródło: vaticanbews.va, KAI

    ***

    1 października 2026

    Akcja „Milion dzieci modli się na różańcu”

    Październik to tradycyjnie miesiąc modlitwy różańcowej. 1 października o godz. 18.00 ok. tysiąc dzieci z Rzymu będzie modlić się w Ogrodach Watykańskich razem z Papieżem na Różańcu w intencji pokoju. Wspólna modlitwa przy Grocie Lourdes zainauguruje inicjatywę „Milion dzieci modli się na różańcu”. Jej organizatorem jest Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN). Zapraszamy do śledzenia transmisji z tego wydarzenia w mediach watykańskich.

    Gdy Leon XIV odwiedził Lourdes w czasie podróży apostolskiej do Francji, zachęcił wiernych by w październiku odmawiali Różaniec Święty „w szczególnej intencji ustania wojen i nastania pokoju między ludami pozostającymi w konflikcie”. Prosił też by tej modlitwie towarzyszyły „konkretne uczynki pokuty i miłosierdzia oraz zobowiązanie do nieustannego wspierania dialogu i pojednania”.

    Do szczególnej gorliwości w modlitwie różańcowej Leon XIV zachęcił również podczas audiencji ogólnej 30 września br. Wezwał, aby w październiku odmawiać Różaniec Święty, zwłaszcza w intencji zakończenia wojen i osiągnięcia pokoju.

    To wyjątkowa inauguracja miesiąca różańcowego – wspólna modlitwa Leona XIV z dziećmi z rzymskich szkół i parafii. Przy grocie Matki Bożej z Lourdes w Ogrodach Watykańskich o godz. 18.00 Ojciec Święty odmówi Różaniec z ok 700-1000 dziećmi.

    Tegoroczna kampania modlitewna pierwszy raz potrwa cały tydzień, od 1 do 7 października.

    Tego wieczoru z Watykanem duchowo połączą się dzieci, rodziny, szkoły i wspólnoty na całym świecie. Od wspólnot tubylczych boliwijskiej Amazonii po parafie w Sudanie, Zimbabwe, Mozambiku, Sierra Leone i wielu innych miejscach naznaczonych wojną, ubóstwem lub niestabilnością.

    Szczególną inspiracją dla tegorocznej kampanii jest przesłanie fatimskie: „Na końcu moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    Gdy miliony ludzi zmagają się z wojną, przemocą, prześladowaniami, ubóstwem i niepewnością, ta inicjatywa modlitewna ma szczególne znaczenie.

    Niezwykły rozwój inicjatywy

    Akcja „Milion dzieci modli się na różańcu” powstała w Wenezueli w 2005 roku. Stopniowo przekształciła się w światowy ruch modlitewny, który angażuje dzieci, rodziny, parafie, szkoły i grupy kościelne na wszystkich kontynentach. Kampania czerpie inspirację ze słów przypisywanych św. Ojcu Pio z Pietrelciny: „Kiedy milion dzieci będzie odmawiać Różaniec, świat się zmieni”.

    Do modlitwy zaproszone są nie tylko dzieci, ale takżę rodzice, nauczyciele, kapłani, osoby zakonne, katecheci i rodziny.

    Międzynarodowa inicjatywa odbywa się we współpracy z Sanktuarium Fatimskim, Światową Siecią Modlitwy Papieża oraz Światowym

    Wojciech Rogacin, Artur Hanula – Vatican News

    ***

    Dzieci z całego świata łączą się z Ojcem Świętym w modlitwie różańcowej

    mid-epa13272099.jpg
    fot. PAP/EPA/ETTORE FERRARI

    ***

    Październik to tradycyjnie miesiąc modlitwy różańcowej. 1 października o godz. 18.00 około tysiąca dzieci z Rzymu będzie modlić się w Ogrodach Watykańskich razem z Papieżem na Różańcu w intencji pokoju. Wspólna modlitwa przy Grocie Lourdes zainauguruje inicjatywę „Milion dzieci modli się na różańcu”. Jej organizatorem jest Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN).

    Gdy Leon XIV odwiedził Lourdes w czasie podróży apostolskiej do Francji, zachęcił wiernych by w październiku odmawiali Różaniec Święty „w szczególnej intencji ustania wojen i nastania pokoju między ludami pozostającymi w konflikcie”. Prosił też by tej modlitwie towarzyszyły „konkretne uczynki pokuty i miłosierdzia oraz zobowiązanie do nieustannego wspierania dialogu i pojednania”.

    Do szczególnej gorliwości w modlitwie różańcowej Leon XIV zachęcił również podczas audiencji ogólnej 30 września br. Wezwał, aby w październiku odmawiać Różaniec Święty, zwłaszcza w intencji zakończenia wojen i osiągnięcia pokoju.

    To wyjątkowa inauguracja miesiąca różańcowego – wspólna modlitwa Leona XIV z dziećmi z rzymskich szkół i parafii. Przy grocie Matki Bożej z Lourdes w Ogrodach Watykańskich o godz. 18.00 Ojciec Święty odmówi Różaniec z ok 700-1000 dziećmi.  Tegoroczna kampania modlitewna pierwszy raz potrwa cały tydzień, od 1 do 7 października.

    Tego wieczoru z Watykanem duchowo połączą się dzieci, rodziny, szkoły i wspólnoty na całym świecie. Od wspólnot tubylczych boliwijskiej Amazonii po parafie w Sudanie, Zimbabwe, Mozambiku, Sierra Leone i wielu innych miejscach naznaczonych wojną, ubóstwem lub niestabilnością.

    Szczególną inspiracją dla tegorocznej kampanii jest przesłanie fatimskie: „Na końcu moje Niepokalane Serce zatriumfuje”. Gdy miliony ludzi zmagają się z wojną, przemocą, prześladowaniami, ubóstwem i niepewnością, ta inicjatywa modlitewna ma szczególne znaczenie. 

    Akcja „Milion dzieci modli się na różańcu” powstała w Wenezueli w 2005 roku. Stopniowo przekształciła się w światowy ruch modlitewny, który angażuje dzieci, rodziny, parafie, szkoły i grupy kościelne na wszystkich kontynentach. Kampania czerpie inspirację ze słów przypisywanych św. Ojcu Pio z Pietrelciny: „Kiedy milion dzieci będzie odmawiać Różaniec, świat się zmieni”.

    Do modlitwy zaproszone są nie tylko dzieci, ale takżę rodzice, nauczyciele, kapłani, osoby zakonne, katecheci i rodziny.

    Międzynarodowa inicjatywa odbywa się we współpracy z Sanktuarium Fatimskim, Światową Siecią Modlitwy Papieża oraz Światowym Apostolatem Fatimskim. W tym roku po raz pierwszy do inicjatywy dołączy również Światowy Dzień Różańca (World Rosary Day).

    żródło: Vatican News PL, Wojciech Rogacin, Artur Hanula / KAI

    ***

    Papież, setki dzieci i Różaniec o pokój

    Październik to tradycyjnie miesiąc modlitwy różańcowej. 1 października o godz. 18.00 ok. tysiąc dzieci z Rzymu będzie modlić się w Ogrodach Watykańskich razem z Papieżem na Różańcu w intencji pokoju. Wspólna modlitwa przy Grocie Lourdes zainauguruje inicjatywę „Milion dzieci modli się na różańcu”. Jej organizatorem jest Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN). Zapraszamy do śledzenia transmisji z tego wydarzenia w mediach watykańskich.

    Apele Papieża

    Gdy Leon XIV odwiedził Lourdes w czasie podróży apostolskiej do Francji, zachęcił wiernych by w październiku odmawiali Różaniec Święty „w szczególnej intencji ustania wojen i nastania pokoju między ludami pozostającymi w konflikcie”. Prosił też by tej modlitwie towarzyszyły „konkretne uczynki pokuty i miłosierdzia oraz zobowiązanie do nieustannego wspierania dialogu i pojednania”.

    Do szczególnej gorliwości w modlitwie różańcowej Leon XIV zachęcił również podczas audiencji ogólnej 30 września br. Wezwał, aby w październiku odmawiać Różaniec Święty, zwłaszcza w intencji zakończenia wojen i osiągnięcia pokoju.

    Szczególna inicjatywa

    To wyjątkowa inauguracja miesiąca różańcowego – wspólna modlitwa Leona XIV z dziećmi z rzymskich szkół i parafii. Przy grocie Matki Bożej z Lourdes w Ogrodach Watykańskich o godz. 18.00 Ojciec Święty odmówi Różaniec z ok 700-1000 dziećmi. 

    Tegoroczna kampania modlitewna pierwszy raz potrwa cały tydzień, od 1 do 7 października.

    Dzieci z Różańcem

    Tego wieczoru z Watykanem duchowo połączą się dzieci, rodziny, szkoły i wspólnoty na całym świecie. Od wspólnot tubylczych boliwijskiej Amazonii po parafie w Sudanie, Zimbabwe, Mozambiku, Sierra Leone i wielu innych miejscach naznaczonych wojną, ubóstwem lub niestabilnością.

    Świat potrzebuje modlitwy

    Szczególną inspiracją dla tegorocznej kampanii jest przesłanie fatimskie: „Na końcu moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    Gdy miliony ludzi zmagają się z wojną, przemocą, prześladowaniami, ubóstwem i niepewnością, ta inicjatywa modlitewna ma szczególne znaczenie. 

    Wojciech Rogacin, Artur Hanula – Vatican News

    ***

    Ojciec św. Leon XIV przewodzi dziś różańcowej modlitwie o pokój z setkami dzieci w Watykanie

    Papież będzie się modlić wraz z dziećmi przy grocie Matki Bożej z Lourdes w Ogrodach Watykańskich

    Około tysiąc dzieci z Rzymu będzie się modlić w Ogrodach Watykańskich razem z Papieżem na Różańcu w intencji pokoju. Wspólna modlitwa 1 października przy Grocie Lourdes zainauguruje inicjatywę „Milion dzieci modli się na różańcu”, zorganizowaną przez papieską fundację Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN).

    Poświęcony Różańcowi miesiąc – październik – Papież Leon XIV rozpocznie wspólną modlitwą wraz z dzieci z rzymskich szkół i parafii. Przy grocie Matki Bożej z Lourdes w Ogrodach Watykańskich 1 października o godz. 17 Ojciec Święty odmówi Różaniec z ok 700-1000 dziećmi. W ten sposób zainaugurują oni wspólnie tegoroczną akcję „Milion dzieci modli się na Różańcu”, organizowaną od ponad dwudziestu lat przez papieską fundację Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN).

    Z Watykanem tego wieczora łączyć się będą duchowo dzieci, rodziny, szkoły i wspólnoty na całym świecie.

    W tym roku – jak informuje ACN – po raz pierwszy kampania potrwa cały tydzień, od 1 do 7 października – do dnia święta Matki Bożej Różańcowej – aby umożliwić diecezjom, parafiom, szkołom, wspólnotom i rodzinom na różnych kontynentach wybór dnia najlepiej odpowiadającego ich rzeczywistości duszpasterskiej, przy jednoczesnym zjednoczeniu we wspólnej intencji modlitwy o pokój i jedność.

    Pomoc Kościołowi w Potrzebie pomaga prześladowanym

    Pomoc Kościołowi w Potrzebie pomaga prześladowanym

    Papieska fundacja działa wśród Kościoła prześladowanego

    Dzieci z całego świata zjednoczone na modlitwie

    Podczas gdy w Rzymie dzieci będą modlić się wraz z Leonem XIV, podobne inicjatywy są już przygotowywane w wielu krajach — od wspólnot tubylczych boliwijskiej Amazonii po parafie w Sudanie, Zimbabwe, Mozambiku, Sierra Leone i wielu innych miejscach naznaczonych wojną, ubóstwem lub niestabilnością.

    Modlitwa za zraniony świat

    Kampania 2026 czerpie inspirację z przesłania fatimskiego: „Na końcu moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    W tegorocznym zaproszeniu skierowanym do uczestników kardynał Kurt Koch, międzynarodowy przewodniczący Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie oraz prefekt Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan, przypomina, że Niepokalane Serce Maryi oznacza życie całkowicie otwarte na Ducha Świętego i ukazuje Maryję jako wzór wiary, miłości i modlitwy.

    Inicjatywa nabiera szczególnego znaczenia w czasie, gdy miliony ludzi zmagają się z wojną, przemocą, prześladowaniami, ubóstwem i niepewnością. Modlitwa dzieci ma być w tym kontekście prostym, a zarazem uniwersalnym znakiem zaufania i nadziei: dzieci różnych języków, kultur i krajów, zjednoczone we wspólnej modlitwie o pokój.

    Papież również w maju 2026 r.  modlił się wraz z wiernymi na Różańcu przed grotą Matki Bożej z Lourdes

    Papież również w maju 2026 r. modlił się wraz z wiernymi na Różańcu przed grotą Matki Bożej z Lourdes   (@Vatican Media)

    Od małej grupy w Wenezueli do światowej sieci

    Inicjatywa „Milion dzieci modli się na różańcu” narodziła się w Wenezueli w 2005 roku i stopniowo przekształciła się w światowy ruch modlitewny, który angażuje dzieci, rodziny, parafie, szkoły i grupy kościelne na wszystkich kontynentach.

    Kampania czerpie inspirację ze słów przypisywanych św. Ojcu Pio z Pietrelciny: „Kiedy milion dzieci będzie odmawiać Różaniec, świat się zmieni”.

    Zaproszenie nie jest skierowane wyłącznie do dzieci, ale też do rodziców, nauczycieli, kapłanów, osoby zakonne, katechetów i rodziny, aby modlili się razem z nimi. Wystarczy odmówienie dziesiątka Różańca.

    Międzynarodowa inicjatywa odbywa się we współpracy z Sanktuarium Fatimskim, Światową Siecią Modlitwy Papieża oraz Światowym Apostolatem Fatimskim. W tym roku po raz pierwszy do inicjatywy dołączy również Światowy Dzień Różańca (World Rosary Day).

    Wojciech Rogacin – Vatycan News

    ***
    Dzień i noc przez cały październik. Polacy podejmą „Nieustający Różaniec” w intencji pokoju

    Przez cały październik, dzień i noc, ma trwać nieprzerwana modlitwa różańcowa o pokój na świecie i Boże błogosławieństwo dla Polski. Organizatorzy piątej edycji „Nieustającego Różańca” proszą o zapisy, aby wypełnić wszystkie godziny miesiąca. Dołączyć może każdy, odpowiadając w ten sposób na ponawiane przez Leona XIV wezwania do modlitwy o pokój.

    Fot. Vatican Media
    Fot. Vatican Media

    ***

    Potrzeba ludzi na każdą godzinę

    Od pierwszej minuty 1 października aż do końca miesiąca różaniec ma być odmawiany bez przerwy w dzień i w nocy. Aby było to możliwe, potrzebni są kolejni uczestnicy. Zapisy już trwają na stronie nieustajacyrozaniec.pl.

    Dalsza część artykułu pod video

    „Chcemy, żeby przez cały październik trwała nieustanna modlitwa różańcowa o pokój na świecie i Boże błogosławieństwo dla Polski” – mówi Vatican News Arkadiusz Kuzniacki, jeden z organizatorów inicjatywy.

    Doba została podzielona na półgodzinne odcinki. Uczestnik wybiera odpowiadającą mu porę i zobowiązuje się w tym czasie do odmówienia różańca. Każdego dnia potrzeba więc co najmniej 48 osób, aby modlitwa nie została przerwana ani na chwilę.

    Inicjatywa otrzymała błogosławieństwo bp. Tadeusza Lityńskiego, ordynariusza diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.

    W jedności z Leonem XIV

    Tegoroczny „Nieustający Różaniec” rozpocznie się w szczególnym momencie. 1 października, dokładnie w dniu rozpoczęcia inicjatywy, Leon XIV będzie modlił się na różańcu o pokój wraz z setkami dzieci w Ogrodach Watykańskich. Spotkanie przy Grocie Matki Bożej z Lourdes rozpocznie światowy tydzień modlitwy w ramach inicjatywy „Milion dzieci modli się na różańcu”.

    W ten sposób polska inicjatywa wpisuje się w modlitwę, do której Ojciec Święty zaprasza cały Kościół. Leon XIV regularnie apeluje o modlitwę za narody dotknięte wojną, ofiary przemocy oraz o pokój. 

    Październikowy różaniec może być więc bardzo konkretną odpowiedzią na jego wezwanie – wybrać swoją godzinę i dołączyć do modlitwy, która przez cały miesiąc nie ma ustawać.

    744 godziny – także w środku nocy

    „Nieustający Różaniec” organizowany jest już po raz piąty przez Stowarzyszenie Katolicka Wschowa. Co roku formalnie zapisuje się ponad 120 osób. Niektórzy wybierają szczególnie wymagające godziny – drugą czy trzecią w nocy – i pozostają im wierni przez cały miesiąc.

    W tym roku organizatorzy wprowadzają również skrzynkę intencji. Uczestnicy będą mogli przekazywać własne prośby, które zostaną objęte wspólną modlitwą. Jedną z głównych intencji będzie także odnowa życia sakramentalnego Polaków w perspektywie zbliżającej się 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.

    Wybierz swoją godzinę

    Do „Nieustającego Różańca” może dołączyć każdy – nie trzeba należeć do żadnej wspólnoty ani stowarzyszenia. Wystarczy ofiarować swój czas, wybrać godzinę i włączyć się w modlitwę o pokój podejmowaną w jedności z Ojcem Świętym.

    Zapisy prowadzone są na stronie nieustajacyrozaniec.pl. Można tam wybrać dzień i godzinę modlitwy oraz dołączyć do 744-godzinnego różańcowego łańcucha.

    Vatican News/ ks. Łukasz Bankowski

    ***

    Październik z różańcem. Skąd wzięła się ta modlitwa i jakie ma znaczenie?

    Październik jest w Kościele katolickim miesiącem poświęconym modlitwie różańcowej. Według papieża Jana Pawła II różaniec, choć ma charakter maryjny, w istocie jest modlitwą chrystologiczną.

     James Coleman/Unsplash

    ***

    Należy do tradycji kontemplacji chrześcijańskiej i jest jakby streszczeniem ewangelicznego przesłania. Przez cały październik w parafiach odprawiane są nabożeństwa różańcowe. Ponadto 7 października obchodzone jest wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej, ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi pod Lepanto 7 października 1571 r.

    Pierwsze ślady modlitwy różańcowej zanotowali egipscy pustelnicy w V w. n.e. Mnisi powtarzali wielokrotnie pierwszą część modlitwy “Zdrowaś Maryjo”, czyli pozdrowienie anielskie, i błogosławieństwo św. Elżbiety. Drugą jej część dodano prawdopodobnie w XIV w. podczas epidemii dżumy w Europie. Ostateczny tekst “Zdrowaś Maryjo” zatwierdził papież Pius V w 1568 r.

    Powstanie modlitwy różańcowej w formie zbliżonej do znanej obecnie tradycja Kościoła przypisuje założycielowi zakonu dominikanów św. Dominikowi Guzmanowi. Matka Boża miała mu się objawić i podarować różaniec, zachęcając go do odmawiania tej modlitwy. Różaniec w znanym dziś kształcie zatwierdził papież Pius V w 1569 r.

    Do 2002 r. składał się z trzech części: radosnej, bolesnej i chwalebnej, po pięć tajemnic w każdej. Czwartą część różańca, tajemnice światła, dodał papież Jan Paweł II 16 października 2002 r. listem apostolskim “Rosarium Virginis Mariae”, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką. W dokumencie tym papież zaznaczył, że “różaniec należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej”. Podkreślił, że różaniec jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd “modlitwie sercať czy “modlitwie Jezusowej”, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu.

    Według Jana Pawła II różaniec, choć ma charakter maryjny, jest modlitwą o sercu chrystologicznym. “W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem […]. Przez różaniec lud chrześcijański niejako wstępuje do szkoły Maryi, dając się wprowadzić w kontemplację piękna oblicza Chrystusa i w doświadczanie głębi Jego miłości” – pisał papież. Dodał, że jest to modlitwa “o wielkim znaczeniu, przynosząca owoce świętości”.

    Papież przypomniał również, że to właśnie do modlitwy różańcowej wzywała wielokrotnie Matka Boża w wielu objawieniach oficjalnie uznanych przez Kościół katolicki, m.in. w Fatimie i Lourdes. O modlitwie różańcowej wielokrotnie pisali również inni papieże. Leon XIII w ogłoszonej 1 września 1883 r. encyklice “Supremi apostolatus officio” nazwał różaniec skutecznym narzędziem duchowym wobec bolączek społeczeństwa. Paweł VI w adhortacji apostolskiej “Marialis cultus” podkreślił kontemplacyjny charakter różańca, przestrzegając: “jeśli różańcowi brak kontemplacji, upodabnia się on do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł”.

    Na niezwykłą moc tej prostej modlitwy wskazywało na przestrzeni wieków także wielu świętych. Jednym z nich był francuski misjonarz św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, który uważał różaniec za “przedziwny sekret” i “potężną broń duchową”. Kapucyn, św. ojciec Pio z Pietrelciny nazywał różaniec “tarczą w walce z pokusami” i radził, by nigdy się z nim nie rozstawać.

    Jednym z najgorliwszych propagatorów różańca był kanonizowany w październiku 2025 r. świecki tercjarz dominikański św. Bartolo Longo – inicjator budowy Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach i autor “Nowenny pompejańskiej”. Longo, który nawrócił się po wielu latach życia z dala od Kościoła, miał usłyszeć od Maryi zapewnienie, że “kto szerzy różaniec, będzie zbawiony”.

    Z kolei założyciel Rycerstwa Niepokalanej św. Maksymilian Kolbe nazwał różaniec “prostą a wzniosłą zarazem modlitwą, którą sama Niepokalana wskazała, objawiając się w Lourdes”. Dodał, że różaniec powinien stać się “mieczem każdego Rycerza i Rycerki Niepokalanej”. 

    Gość Niedzielny

    ***

    Różaniec – pomoc na drodze do Nieba

    6279.jpg
    fot. notoryczna / freeimages.com

    ***

    Jako Matka Jezusa Chrystusa, Maryja Dziewica godna jest wszelkiego uwielbienia. I dlatego chrześcijanie, od najdawniejszych czasów, pozdrawiali ją słowami anioła: Zdrowaś, łaski pełna, Pan z Tobą (czyli bądź pozdrowiona pełna łaski).

    Do tych słów dołączano zwykle inne, wypowiedziane przez św. Elżbietę (matkę św. Jana Chrzciciela, proroka poprzedzającego Mesjasza), gdy Maryja, jej kuzynka, przyszła ją odwiedzić. Wiedząc, dzięki nadprzyrodzonej wizji, że będzie ona matką Boga, św. Elżbieta pozdrowiła ją mówiąc: Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego.

    Ze swej strony Kościół stosownie dołączył słowa Jezus po żywota Twojego, i Maryja po początkowym zdrowaś. W wieku XII używanie tej pierwszej części Zdrowaś Maryjo stało się częstsze, a w następnym stuleciu liczne zakony religijne zalecały jej odmawianie swoim członkom. W XIV wieku zaczęto dodawać prośbę: Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    W 1568 roku papież św. Pius V usankcjonował tę dodaną część, gdy ogłaszając Brewiarz Rzymski (zbiór modlitw i lektur przeznaczonych do codziennego odmawiania przez księży), nakazał, aby po Ojcze Nasz, na początku każdej godziny Brewiarza, odmawiać także Zdrowaś Maryjo.

    Jako że słowa anioła Gabriela stanowią pierwotny rdzeń, do którego dodawano różne elementy, które tworzą dziś Zdrowaś Maryjo, modlitwa ta nazywana jest Pozdrowieniem Anielskim.

    Odnawianie radości zwiastowania

    Zdrowaś Maryjo jest najwznioślejszym pozdrowieniem Przenajświętszej Dziewicy, najdoskonalszą pochwałą, jaką możemy do Niej skierować, składa się ona bowiem ze słów, jakimi sam Bóg natchnął swojego posłańca, anioła Gabriela.

    Maryja nie posiadała się z radości w obliczu dobrej nowiny o nadejściu Odkupiciela, którą oznajmił jej anioł. Dlatego też chrześcijanie wierzyli, że każde powtarzane przez nich Zdrowaś Maryjo, będzie usłyszane przez Przenajświętszą Maryję Pannę jako echo tej radości. I przyłączając się do tego radowania, chętnie powtarzali wiele razy Zdrowaś Maryjo.

    Temu maryjnemu pozdrowieniu zwykle towarzyszyło uklęknięcie, by lepiej wyrazić znaczenie słowa Ave, co oznacza „pozdrawiam Cię”. Opowiada się na przykład o św. Ludwiku, królu Francji w latach 1226–1270, że miał on zwyczaj odmawiać codziennie 50 Zdrowaś Maryjo, to klękając, to powstając na przemian przy każdym, wolno odmawianym, Zdrowaś Maryjo.

    Powstanie Różańca

    Z biegiem czasu utrwalił się zwyczaj odmawiania za jednym razem 150 Zdrowaś Maryjo. Liczba ta odpowiada liczbie Psalmów (poematów religijnych ułożonych w większości przez Króla Dawida). A jako że zbiór 150 psalmów nazywany jest Psałterzem, analogicznie nadano zbiorowi 150 Zdrowaś Maryjo tak odmawianych nazwę Psałterza Maryi.

    Do Zdrowaś Maryjo dołączono Ojcze Nasz, doskonałą modlitwę, której Jezus Chrystus nauczył swoich uczniów. A później również Chwała Ojcu – doksologię (rodzaj formuły wychwalającej) Trójcy Świętej: Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu. Jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.

    Dla lepszego układu całości, zbiór 150 Zdrowaś Maryjo został podzielony na 15 dziesiątek, a każda dziesiątka poprzedzona Ojcze Nasz i zakończona Chwała Ojcu.

    Aby ułatwić liczenie dziesiątek Zdrowaś Maryjo, używa się nasion pewnych roślin lub ziarenek (zwanych paciorkami) zrobionych z drewna, metalu, kamienia lub innego materiału, nawleczonych regularnie na sznurek lub połączonych drutem. Krzyżyk upamiętniający Krzyż, na którym nasz Pan Jezus Chrystus zmarł dla odkupienia ludzi, stanowi wykończenie tego nabożnego przedmiotu.

    Takie jest nabożeństwo, które pobożność katolicka nazwała Różańcem (nazwę tę rozciąga się także na opisany wcześniej przedmiot, za pomocą którego liczy się kolejne Zdrowaś Maryjo).

    Zaczynając modlitwę różańcową, odmawia się Credo (streszczenie podstawowych artykułów wiary katolickiej), trzymając nabożnie krzyżyk.

    Skąd wzięła się nazwa Różaniec?

    Nazwa Różaniec pochodzi, jak wiadomo, od róży. W średniowiecznej łacinie rosarium oznaczało różany ogród. A Najświętsza Panna, w niektórych poematach średniowiecznych, nazywana jest różanym ogrodem.

    W Różańcu kolejne Zdrowaś Maryjo pojmuje się jako róże duchowe, które wierny składa Maryi Przenajświętszej Dziewicy, wijąc w ten sposób, na jej cześć, symboliczną koronę różaną lub wianek z róż (stąd określenia corona po włosku i chapelet po francusku, a więc dosłownie „korona”, „wianek” na oznaczenie jednej trzeciej Różańca […].

    Różaniec, wspaniała forma kultu

    Różaniec stanowi szczególnie wspaniałą formę kultu prywatnego oddawanego Bogu i Przenajświętszej Dziewicy.

    Pierwszym i najwyższym aktem kultu katolickiego jest ofiara Mszy Świętej. Pobożność katolicka umieszcza święty Różaniec jako nabożeństwo zaraz po Mszy Świętej i Modlitwie Brewiarzowej (dawniej Brewiarz, dzisiaj Liturgia Godzin) dla kapłanów i uczestnictwie w sakramentach dla świeckich.

    Pewnego dnia Przenajświętsza Maryja Panna objawiła błogosławionemu Alanowi de la Roche, że po ofierze Mszy Świętej, która jest pierwszą i najbardziej żywą pamiątką Męki Jezusa Chrystusa, nie ma praktyki wspanialszej i przynoszącej większe zasługi niż Różaniec, który jest jakby drugim upamiętnieniem i przedstawieniem życia i męki Jezusa Chrystusa (Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Przedziwny sekret Różańca świętego, Wrocław, 2000 str. 53).

    Tajemnice Różańca świętego

    Mając na uwadze fakt, że ciągłe powtarzanie tej samej formuły mogłoby często prowadzić do błądzenia myśli, powstał pomysł, aby połączyć odmawianie Zdrowaś Maryjo z rozważaniem tajemnic naszej wiary związanych z pozdrowieniem Anielskim. W ten sposób, podczas gdy usta wymawiałyby słowa Pozdrowienia Anielskiego, duch kontemplowałby różne momenty historii naszego zbawienia. To szczęśliwe połączenie modlitwy ustnej z modlitwą myślną przypisuje się mnichowi kartuskiemu Dominikowi z Prus, który żył w Niemczech na początku XV wieku. […]

    Na początku każdy wybierał tajemnice wedle własnego uznania, podczas odmawiania 150 Zdrowaś Maryjo. Z biegiem czasu jednak ich liczba została ograniczona do piętnastu, a każdej tajemnicy przypisane zostało dziesięć Zdrowaś Maryjo.

    Tajemnice z kolei zostały podzielone na trzy serie, każda licząca pięć tajemnic, zwane odpowiednio tajemnicami radosnymi, bolesnymi i chwalebnymi.

    W tajemnicach radosnych rozważamy radości Matki Boskiej: (I) zwiastowanie anielskie; (II) nawiedzenie jej kuzynki, świętej Elżbiety; (III) narodzenie naszego Pana Jezusa Chrystusa w grocie w Betlejem; (IV) ofiarowanie małego Jezusa w świątyni w Jerozolimie czterdzieści dni po Jego narodzeniu; (V) zgubienie i odnalezienie małego Jezusa w świątyni, gdy miał dwanaście lat i słuchał oraz wypytywał uczonych w piśmie.

    W tajemnicach bolesnych kontemplujemy różne wydarzenia związane z męką i śmiercią naszego Pana Jezusa Chrystusa: (I) Jego modlitwę w Ogrodzie Oliwnym, gdy pocił się krwią; (II) biczowanie przywiązanego do kolumny przez rzymskich żołnierzy; (III) umieszczenie na Jego głowie korony cierniowej; (IV) skazanie Go na śmierć i dźwiganie przezeń krzyża aż na szczyt Góry Kalwaryjskiej; i w końcu (V) Jego odkupieńczą śmierć na krzyżu.

    W tajemnicach chwalebnych rozważamy triumf naszego Pana Jezusa Chrystusa i Jego Przenajświętszej Matki: (I) Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa; (II) Jego Wniebowstąpienie; (III) zesłanie Ducha Świętego na Matkę Boską i Apostołów pięćdziesiąt dni (Pięćdziesiątnica, pol. Zielone Świątki) po Zmartwychwstaniu; (IV) Wniebowzięcie Matki Boskiej; (V) chwalebne ukoronowanie Matki Boskiej w niebie jako Królowej Aniołów i Świętych.

    Jednocześnie taki podział tajemnic Różańca został powszechnie zaakceptowany dopiero, gdy został ustalony i zatwierdzony przez papieża Benedykta XIII w bulli Pretiosus z 26 maja 1727 roku, która uczyniła obligatoryjnym rozważanie tajemnic, równocześnie z odmawianiem ustnym Pozdrowienia Anielskiego, aby pozyskać odpusty łączone z tym nabożeństwem. […]

    Odpusty złączone z Różańcem

    Odmawianie Różańca zostało wzbogacone cennymi odpustami: odpustem zupełnym, jeśli dokonuje się w kościele, w publicznym miejscu modlitwy lub w rodzinie, społeczności religijnej lub pobożnym stowarzyszeniu; odpust cząstkowy – w innych okolicznościach.

    Aby uzyskać odpust całkowity, wystarczy odmawiać jedną trzecią Różańca (cząstkę), lecz wtedy owe pięć dziesiątek należy odmawiać w sposób nieprzerwany. A do modlitwy ustnej powinno się dodać pobożne rozważanie tajemnic.

    Wierny, który posługuje się z należytą czcią przedmiotem kultu (Krzyż lub Krucyfiks, Różaniec, Szkaplerz, Medalik), odpowiednio pobłogosławionym przez kapłana, może uzyskać odpust cząstkowy.

    Warto podkreślić wagę, jaką przywiązuje Kościół do części Różańca odmawianej w rodzinie: mianowicie przyznając odpust zupełny wszystkim, którzy w tym uczestniczą.

    Odmawianie Różańca w rodzinie jest bardzo miłe Matce Boskiej. To właśnie w nawiązaniu do tego o. Peyton ułożył formułę, uświęconą później przez papieża Piusa XII: Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczoną pozostaje.

    Różaniec sprzyja bowiem jedności rodziny, dobru w najwyższym stopniu cennemu, zwłaszcza w naszych czasach, gdy rodzina zagrożona jest przez tyle czynników rozkładu, jak bezbożne wychowanie przekazywane w tylu szkołach, demoralizujące filmy i programy, które wdzierają się nawet do takiego schronienia, jakim jest ognisko domowe, rozpowszechniająca się rozwiązłość obyczajów etc. Przeciwko temu wszystkiemu Różaniec odmawiany w rodzinie jest szczególnym antidotum.

    W rzeczywistości Różaniec jest jednym z najdoskonalszych środków, aby otrzymać od Boga, za pośrednictwem Matki Boskiej, wszystkie cnoty i wykorzenić wszelkie wady i złe skłonności. […]

    Różaniec w walce z szatanem

    Opętany wieczną nienawiścią szatan pragnie jedynie powodować wszelkiego rodzaju szkody chwale Boga i zabrać do piekła tyle dusz, ile tylko będzie mógł. A jako że utracił on niebo na zawsze, pragnie, aby wszyscy, podobnie jak on, byli wiecznie nieszczęśliwi.

    Dlatego kusi on nieustannie ludzi, starając się pociągnąć ich do grzechu. Miało to już miejsce w przypadku Adama i Ewy w raju i dziać się będzie podobnie w przypadku wszystkich ludzi aż do końca świata – oprócz wyjątków szczególnego boskiego przywileju, na przykład u Najświętszej Maryi Panny.

    W walce z Szatanem człowiek może liczyć na pomoc łaski, której udziela mu Bóg i na specjalnych opiekunów, jak Najświętsza Maryja Panna, Aniołowie Stróże i święci.

    W tej walce rola Matki Boskiej jest wybitna. Nazywa się Ją Postrachem demonów. W najbardziej znanym ze swoich dzieł, Traktacie o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, święty Ludwik Grignion de Montfort wyjaśnia, dlaczego:

    Jedyna nieprzyjaźń, jaką Bóg popierał i ustanowił, wrogość nieprzejednana, która nie tylko ma trwać, lecz zwiększać się aż do końca: to nieprzyjaźń pomiędzy Maryją, Jego godną Matką a Szatanem; pomiędzy synami i sługami Przenajświętszej Maryi Panny a synami i zwolennikami Lucyfera; tak, że Maryja jest najstraszliwszą nieprzyjaciółką, jaką Bóg ustanowił przeciwko Szatanowi. On dał Jej, począwszy od raju, aż tyle nienawiści do tego przeklętego nieprzyjaciela Boga, tyle przenikliwości w wykrywaniu podłości tego starego węża, tyle siły, aby zwyciężyć, zmiażdżyć i unicestwić tego pysznego bezbożnika, że przestrach jaki Maria wzbudza w Szatanie jest większy niż ten, jaki wzbudzają w nim wszyscy aniołowie i ludzie, i w pewnym sensie, sam Bóg. Nie chodzi o to, że gniew, nienawiść i potęga Boga nie są nieskończenie większe od tych, które posiada Najświętsza Maryja Panna, bowiem doskonałości Maryi są ograniczone, lecz po pierwsze, że Szatan, jako że jest dumny, cierpi nieporównanie bardziej dlatego, że zwyciężyła go i ukarała mała i pokorna niewolnica Boga, której pokora upokarza go bardziej niż potęga Boska; po drugie, ponieważ Bóg udzielił Maryi tak wielkiej mocy nad demonami, że jak to wiele razy zmuszeni wyznali ustami opętanych, tylko jedno z Jej westchnień za jedną duszę napawa ich większym strachem niż modlitwy wszystkich świętych; a jedna tylko Jej groźba bardziej niż wszystkie inne tortury. (op. cit., str. 517–518).

    Aby uzyskać wstawiennictwo Matki Boskiej na rzecz nas samych w walce z Szatanem, nie ma nabożeństwa bardziej wskazanego niż Różaniec:

    Uzbrójcie się bronią Boga, uzbrójcie się w Różaniec – mówi święty Ludwik Grignion de Montfort – a zmiażdżycie głowę Szatana i pozostaniecie niewzruszeni wobec wszelkich jego pokus. Stąd bierze się to, że Różaniec, mimo iż jest narzędziem materialnym, jest tak przerażający dla diabła i fakt, że święci posługiwali się nim, aby spętać Szatana i wydalić go z ciała opętanych [to jest ludzi, których ciałem zawładnął Szatan], co poświadcza wiele historii.

    Pewien człowiek, mówi nam błogosławiony Alan, na próżno próbował wszelkiego rodzaju pobożnych praktyk, aby uwolnić się od złego ducha, który go opętał, wpadł tedy na pomysł, aby umieścić cząstkę Różańca na własnej szyi, co przyniosło mu ulgę. A upewniwszy się, że gdy ściągał go z szyi, Szatan wielce go dręczył, postanowił nosić go na szyi dzień i noc, co zupełnie przepędziło diabła, który nie mógł znieść tak straszliwego łańcucha.

    Błogosławiony Alan zaświadcza, że uwolnił wielką liczbę opętanych, kładąc im na szyi cząstkę Różańca.

    Ojciec Juan Amat, z zakonu świętego Dominika, głosił kazania w czasie Wielkiego Postu w pewnym miejscu położonym w Królestwie Aragonu; przyprowadzono wtedy do niego pewną dziewczynę opętaną przez diabła. Po tym jak wiele razy na próżno odprawił nad nią egzorcyzmy, położył jej na szyi cząstkę Różańca, a ona natychmiast poczęła krzyczeć i wydawać przeraźliwe jęki, wołając: Zabierz, zabierz te paciorki, które mnie dręczą. W końcu, ulitowawszy się nad nią, Ojciec zdjął jej z szyi cząstkę różańcową.

    Tej nocy, gdy czcigodny Ojciec odpoczywał w swoim łożu, te same demony, które opętały ową dziewczynę, rzuciły się na niego i z pianą wściekłości na ustach starały się nim zawładnąć; jednak kapłan, mocno ściskając Różaniec w dłoni, mimo wysiłków czynionych przez demony, aby go wyrwać, smagał je nim, a krzycząc Święta Maryjo, Matko Boska Różańcowa, pomóż mi! wreszcie je odpędził.

    Następnego ranka, kiedy poszedł do kościoła, spotkał biedną dziewczynę nadal będącą w mocy Szatana; jeden z demonów, które w niej przebywały, począł się śmiać, drwiąc z niego: Ach! bracie, gdybyś nie miał twego Różańca, zgotowałybyśmy ci los. Wówczas szacowny Ojciec zarzucił ponownie cząstkę Różańca na szyję dziewczyny mówiąc: Na najświętsze imiona Jezusa i Maryi Jego świętej Matki, i na mocy Przenajświętszego Różańca, nakazuję wam, złe duchy, abyście natychmiast opuściły to ciało. I tak oto diabły zmuszone zostały do natychmiastowego posłuchu, a dziewczyna została uwolniona.

    Te historie ukazują siłę świętego Różańca, zdolną pokonać wszelkie diabelskie sztuczki i wszelkie możliwe grzechy, ponieważ błogosławione paciorki cząstki Różańca przepędzają je. (Przedziwny sekret Różańca świętego, str. 335–336).

    Antonio A. Borelli – PCh24.pl

    tekst jest fragmentem książki Antonio A. Borellego pt. „Różaniec – ratunek dla świata”.

    ***

    Różaniec Święty – nić kontemplacji spleciona z bojowym orężem

    meski-rozaniec2-1.jpg
    zdjęcie: Męski Różaniec / meskirozaniec.pl

    ***

    Pomimo usilnych prób ukrycia niewygodnego oblicza Ecclesia Militans podejmowanych przez kościelnych modernistów, prawda na temat natury Matki naszej, Kościoła Świętego, pozostaje zawsze na wyciągnięcie ręki. Wystarczy sięgnąć do tradycyjnego Magisterium lub… do kieszeni. Na paciorkach różańca, który tam znajdziemy, zapisane są nie tylko święte tajemnice życia, śmierci i zmartwychwstania naszego Pana, ale także chwalebne dzieje potyczek Christianitas z bezbożnym światem. 

    „W pobożności – tak samo jak w miłości – nie przykrzy się częste powtarzanie tych samych słów, gdyż ogień miłości, która nas rozpala, sprawia, że zawsze zawierają coś nowego” – pisał o Różańcu Ojciec Święty Pius XI. Ilość fenomenów zawartych w tej prostej, a jednocześnie niezwykłej modlitwie, trudno zliczyć – podobnie jak wypowiedzi świętych, myślicieli katolickich i papieży na jej temat. Sam Leon XIII zyskał sobie przydomek „różańcowego papieża”, gdyś poświęcił Różańcowi aż 12 encyklik. To właśnie ten papież dodał do Litranii Loretańskiej wezwanie „Królowo Różańca Świętego”.

    „Kochajcie Maryję i czyńcie wszystko, co możecie, aby ludzie ją kochali. Odmawiajcie ku jej czci różaniec. Czyńcie to zawsze. Przylgnijcie do różańca. Okazujcie wdzięczność Maryi, bo to Ona dała nam Jezusa. Modlitwa różańcowa jest syntezą naszej wiary, podporą naszej nadziei, żarem naszej miłości” – nauczał św. o. Pio.

    Z kolei wielki czciciel Bogurodzicy, św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, wzywał: „Niechaj wszyscy, mężczyźni i niewiasty, uczeni i prości, sprawiedliwi i grzesznicy, wielcy i mali, wysławiają i cześć oddają Jezusowi dniem i nocą odmawiając święty różaniec. Wierzcie w moc różańca. Nie oparł mu się żaden grzesznik, skoro oplotłem go różańcem.  Różaniec to łańcuch bezpieczeństwa na stromej skale szczytów górskich. Nie wolno się zatrzymywać na żadnej tajemnicy. Trzeba iść dalej. Bo pełnia życia jest u szczytu. Zżyjmy się z różańcem tak, abyśmy go stale odmawiali, abyśmy łatwo doń wracali, abyśmy mu poświęcali wszystkie wolne chwile”.

    „Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać za pomocą różańca” – zapewniała siostra Łucja z Fatimy. Najbardziej skuteczną formą tej modlitwy jest cudowna nowenna pompejańska, a sam Różaniec towarzyszy dziejom chrześcijańskiego świata w najbardziej chwalebnych chwilach jego tryumfu nad siłami zła, jak również w codziennych, mniejszych lub większych, potyczkach.

    Skąd się wzięło święto Matki Bożej Różańcowej?

    „Pragniemy, aby cały miesiąc październik bieżącego roku był poświęcony niebieskiej Królowej Rożańcowej. Poczynając od pierwszego października do drugiego listopada, we wszystkich kościołach parafialnych oraz innych, jeśli Ordynariusze miejscowi uznają to za stosowne, a także we wszystkich kościołach i kaplicach poświęconych czci Bogurodzicy winna być odmawiana uroczyście przynajmniej jedna część różańca wraz z litanią loretańską. Zalecamy też, by odmawianie różańca z ludem było połączone z nabożeństwem lub wystawieniem Najświętszego Sakramentu” – pisał Leon XIII w encyklice Supremi apostolatus w roku 1883.

    W innej maryjno-różańcowej encyklice, zatytułowanej Laetitiae sanctae, papież zwracał uwagę na trzy choroby ówczesnego świata. Były nimi niechęć do chrześcijańskiego modelu pracowitego, upływającego w cichości życia, chęć wyrugowania cierpienia przez człowieka i zapomnienie o perspektywie wieczności. Czy choroby te nie osiągają dziś swego delirium? Powszechny socjalizm wykorzenia szacunek dla owoców własnej pracy, żądanie uznania aborcji i eutanazji za „prawa człowieka” wpisują się w wizję świata bez przeciwności i cierpienia, a wreszcie kryzys, jaki dotyka samego Kościoła – jest smutnym „ukoronowaniem” porzucenia nadprzyrodzonej postawy na rzecz świeckiego „humanitaryzmu”. Lekarstwem na te choroby duszy jest według Leona XIII stała, wytrwała modlitwa połączona z rozważaniem tajemnic Różańca Świętego.

    Obchodząc przypadające na 7 października święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej, należy pamiętać, że o ile Różaniec stanowił zawsze duchową broń w walce o własne zbawienie i o przyprowadzenie heretyków na łono Kościoła, o tyle ma on również swoją odsłonę stricte militarną. I to niebagatelną. Chodzi oczywiście o kontekst bitwy pod Lepanto, z którym nierozerwalnie związane jest maryjno-różańcowe wspomnienie liturgiczne.

    „Pragniemy szczególnie, aby nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny w dniu 7 października 1571 r., odniesione w walce przeciw Turkom, nieprzyjaciołom wiary katolickiej” – pisał św. Pius V, ustanawiając święto Matki Bożej Różańcowej. Jak wiemy, podczas gdy działa chrześcijańskiej floty morskiej uderzyły w tureckie statki, w Rzymie pod wodzą świętego papieża wierni szturmowali niebo z różańcami w rękach.

    Nie był to ostatni i jedyny dowód specjalnej przychylności Opatrzności Bożej wyjednanej przez modlitwę różańcową. Jej rola była niebagatelna także przy zwycięskim pochodzie wojsk Jana III Sobieskiego pod Wiedeń. Po drodze król zatrzymywał się w maryjnych sanktuariach, a gdy doszło do potyczki wojsk Rzeczypospolitej ze znacznie liczniejszymi zastępami ottomańskich bisurmanów, polskie miasta, w tym szczególnie Kraków, trwały właśnie na modlitwie różańcowej. W procesji z Najświętszym Sakramentem lud śpiewał Różaniec, a życie w mieście zamarło na rzecz postu, umartwienia i modlitwy w intencji zwycięstwa.

    Męski Różaniec – przypomina o roli mężczyzny

    Jakiś czas temu Gazeta Wyborcza próbowała wszcząć „awanturę o bojowy różaniec”. Publikując zdjęcie Wojciecha Cejrowskiego z różańcem z linki spadochronowej, lewicowa redakcja sugerowała, że może to być… „sprawa dla ABW”, gdyż jak to – tak masywne, twarde i wytrzymałe sakramentalium, do tego jeszcze z ostrymi krawędziami, może stanowić doskonałą broń… nie tylko duchową!

    Abstrahując od kuriozalności tego publicystycznego casusu, zwróciliśmy się z pytaniem do jednego z koordynatorów inicjatywy Męski Różaniec, reżysera Dariusza Walusiaka. – Dlaczego męski Różaniec? Od jakiegoś czasu przyjęło się, że Różaniec kojarzony jest wyłącznie z kobietami, ze starszymi paniami, które siedzą i klepią „Zdrowaśki”. Jednak zupełnie inaczej wyglądało to w przeszłości, kiedy rolą mężczyzny w sposób oczywisty i niezaprzeczalny była walka. Różaniec jest dla nas bronią przeciwko władzy szatana na ziemi. Tę broń dostaliśmy od Maryi i zawsze tak było, że mężczyźni, rycerze, szli walczyć z wrogiem, który zagrażał nam jako katolikom, z muzułmanami czy bolszewikami, których celem było zniszczenie chrześcijańskiego świata. Polacy zawsze stawali naprzeciw tej ekspansji, broniąc dostępu do Europy. Ale w tym samym czasie, gdy rycerstwo lub wojsko wychodziło do walki, trwały procesje, modlitwy, pokuty, wznoszono do Boga modły o zwycięstwo. Żony, matki i starcy, a nawet dzieci, mieli w ten sposób swój udział, sięgając częstokroć właśnie po Różaniec. Każde zwycięstwo oręża polskiego zostało wymodlone – podkreśla rozmówca PCh24.pl. 

    Męski Różaniec to ogólnopolska akcja, w ramach której katolicy podejmują wezwanie Najświętszej Maryi Panny do modlitwy za grzechy świata, odmawiając publicznie Różaniec – Wracamy do tego modelu, w którym mężczyzna jest zawsze wojownikiem. Kościół w swojej pierwotnej formie był także wojowniczy. Wszystkie wyzwania, jakie niosło życie, związane były z walką – walką ze złem, której elementem była broń w postaci różańca. Dzisiejszy mężczyzna w sytuacji, kiedy jesteśmy atakowani i siły zła chcą zmienić nasze podejście do życia, odebrać nam Boga, czuje w sobie agresję, ale z drugiej strony jest też bezsilność, bo nie ma możliwości podjęcia fizycznej walki, jak kiedyś. Ale mam broń, Różaniec, i ta walka odbywa się dziś przede wszystkim na duchowej płaszczyźnie. Stajemy przeciwko przejawom złego ducha, a z nim możemy walczyć tą bronią, którą otrzymaliśmy od Maryi, która zdeptała głowę węża. Uczestnicząc w Męskim Różańcu, nie czujemy się bezsilni, odnajdujemy jedność siłę i wspólną wiarę w modlitwę, które może odmienić oblicze świata – tłumaczy Dariusz Walusiak.

    Nasz rozmówca odniósł się także do zmiany paradygmatu w samym Kościele, gdzie nie mówi się już o Kościele wojującym, lecz raczej pielgrzymującym. – To odejście od Kościoła Wojującego, który walczył ze złem, doprowadziło w jakiś sposób do zinfantylizowania Kościoła. Wielu mężczyzn nie widzi swojego miejsca. W sytuacji, gdy kościół był wojowniczy odnajdowaliśmy swoje miejsce zgodne z charakterem i naturą. Chcieliśmy pokazać, że nasze miejsce w Kościele to jest walka ze złem, obrona rodziny i cywilizacji. Staję z Różańcem w ręku i spełniam swoją powinność. W przeciwnym wypadku pozostaje albo fizyczny bunt na ulicy albo położenie uszu po sobie, kapitulacja i dostosowanie się do świata – mówi. I niech te słowa posłużą za puentę tych refleksji na święto Najświętszej Maryi Panny Różańcowej.

    17 października odbędą procesje w Warszawie i kilku innych miastach w Polsce organizowane przez środowisko Męskiego Różańca.

    Filip Obara/PCh24.pl

    ***

    Dlaczego różaniec nazywa się różańcem? Poznaj historię jednej z najpopularniejszych modlitw Kościoła

    ***

    Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę prostą i zarazem głęboką modlitwę. Znasz jego historię?

    150 psalmów

    Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Kolejno anachoreci, benedyktyni, cystersi, kartuzi słysząc słowa: „Nieustannie się módlcie” (1Tes 5,17), na wzór Chrystusa uświęcali poszczególne pory dnia i nocy, obok Eucharystii, rozważaniem Ojcze nasz oraz modlitwą stu pięćdziesięcioma psalmami.

    Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    W późniejszych wiekach różaniec połączy rozmaite tradycje, w tym także hezychastyczną modlitwę Jezusową. Na Zachodzie przy klasztorach w VIII i IX w. uczono świeckich wiernych oraz rozmaitych illiterati (analfabetów) modlitw, opartych na Piśmie Świętym, pobożnych hymnach, a przede wszystkim na Modlitwie Pańskiej. Taki zastępczy „psałterz” służył także mnichom, którzy nawet podczas pracy fizycznej mogli odmówić 150 modlitw – tyle, ile jest psalmów w Psałterzu.

    „Zdrowaś Maryjo”

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety.

    Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi.

    Skąd nazwa „różaniec”?

    Interesujące są również hipotezy dotyczące pochodzenia nazwy „różaniec” (rosarium). Jedna z nich kieruje nas na Daleki Wschód, gdzie ludzie także wykorzystują jako techniczną pomoc w medytacji sznur modlitewny. Indyjskie słowo „japamala” oznaczające „zbiór modlitw”, bądź „zbiór róż” („japa” – róża), służyło dla opisu metody modlitwy na paciorkach, która w VIII i IX wieku przeszła do islamu, a na przełomie XII i XIII wieku dalej, do chrześcijaństwa.

    Między innymi dominikanin Wilhelm de Nubruk, przebywając jakiś czas wśród Tatarów, relacjonuje: „Oni noszą sznury modlitewne (paternoster) tak jak my”. Tradycja zachodnia podaje legendę o cystersie, któremu Maryja objawiła, że zamiast wieńca kwiatów składanego u stóp jej figury, może składać „wieniec róż” (niem. Rosenkranz; róża – kwiat symbolicznie związany z Bogurodzicą) w formie wielokrotnej modlitwy Ave Maria.

    W XV wieku ostatecznie powiązano dwa wymiary: powtarzanie modlitewnych formuł oraz rozważanie tajemnic z życia Jezusa i Maryi. Obok maryjnego różańca, znane są inne jego formy. Przykładem może być Różaniec Najświętszego Imienia Jezus, odmawiany podobnie, choć odnoszący się do innych tajemnic radosnych z życia Jezusa.

    Pierwszy podział różańca, tajemnice, bractwa różańcowe

    Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy.

    Dominikanie – propagatorzy modlitwy różańcowej

    Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    „W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją”. Św. s. Faustyna o modlitwie różańcowej

    Różaniec zatwierdzony przez Papieża

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej.

    Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób.

    Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    POLECAMY: Rozważania różańcowe z Prymasem Wyszyńskim [POBIERZ PDF]

    Jak powracanie do ukochanej osoby – wciąż i wciąż

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin!

    Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Więź z Chrystusem

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń.

    Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Prostota i głębia

    Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały.

    Tajemnice światła

    Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).


    o. Marcin Lisak OP, KAI

    ***

    Jak odmawiać różaniec?

    Modlitwa różańcowa krok po kroku

    Różaniec to modlitwa, która w prosty sposób wskaże ci drogę do Bożej Miłości. Daj sobie szansę i znajdź czas na chwilę spędzoną sam na sam z Bogiem i Maryją. Jak odmawiać różaniec?

    Zastanawiasz się jak odmawiać różaniec? To proste! Wystarczy poznać kilka podstawowych zasad i chwycić różaniec w dłoń, a także znaleźć ciche miejsce, w którym będziesz mógł się skupić i już! My powiemy ci, jak prawidłowo odmawiać tę piękną modlitwę.

    Zanim przejdziemy do tekstu, warto wspomnieć o wyjątkowym przewodniku duchowym na każdy czas. Mowa o książce pt. „37 scen z życia ks. Jerzego Popiełuszki”. Sceny wybrane z trzydziestu siedmiu lat życia księdza Popiełuszki to 37 szans, by przejrzeć się w nich i postawić sobie bardzo osobiste pytania o prawdę, lęk, nienawiść, rządzę odwetu i o zwycięstwo dobra w życiu. Książkę znajdziesz na Dobroci.pl!

    Różaniec – modlitwa znana już od średniowiecza, która wiąże się z powrotem rycerzy z pierwszych wypraw krzyżowych. Odmawianie różańca polega na rytmicznym powtarzaniu wybranych modlitw i odmierzaniu koralików nawleczonych na sznurek. Różaniec znany jest także mieszkańcom Palestyny, muzułmanom, a także wyznawcom buddyzmu i hinduizmu.

    Aby pogłębić swoje duchowe życie i lepiej zrozumieć znaczenie modlitwy, sięgnij po modlitewnik „Weź i się módl”. To duchowy przewodnik, który pomoże Ci skupić się na Słowie Bożym. Zawiera słowa klucze, cytaty z Pisma Świętego i rozważania na każdy dzień roku, przygotowane przez 100 kapłanów. Dzięki temu modlitewnikowi, codzienna modlitwa stanie się bardziej świadoma i głęboka. Więcej informacji i możliwość zakupu znajdziesz tutaj.

    Jak odmawiać różaniec? Modlitwy

    Różaniec rozpoczynamy od Znaku Krzyża Świętego – tzw. „przeżegnania się”. Na różańcowym krzyżu odmawiamy „Wierzę w Boga”, a następnie przesuwając się na pierwszy koralik odmawiamy „Ojcze Nasz”. Na trzech kolejnych koralikach 3 razy „Zdrowaś Mario”, a na kolejnym koraliku wieńczącym część różańca, która nie wchodzi w okrąg odmawiamy „Chwała Ojcu i Synowi” oraz „O mój Jezu’.

    Kiedy wchodzimy w koraliki, które znajdują się w okręgu różańca, odmawiamy na pierwszym koraliku „Ojcze nasz”, a następnie 10x „Zdrowaś Mario”, na łączącym koraliku „Chwała Ojcu” i „O mój Jezu”. Po tym podajemy nazwę tajemnicy różańca i odmawiamy ponownie „Ojcze nasz”. Tę sekwencję powtarzamy pięć razy. Na koniec modlitwy odmawiamy „Pod Twoją obronę”.

    Modlitwy przed rozważaniem tajemnic

    • Znak Krzyża Świętego
    • Wierzę w Boga
    • Ojcze Nasz
    • Zdrowaś Maryjo (3x)
    • Chwała Ojcu
    • O mój Jezu

    Odmawianie poszczególnych tajemnic

    • Podaj nazwę tajemnicy
    • Ojcze Nasz
    • Zdrowaś Mario (10x)
    • Chwała Ojcu
    • O mój Jezu

    Modlitwa na koniec:

    • Pod Twoją obronę
    Modlitwa różańcowa – co odmawiamy na poszczególnych koralikach?

    Jak odmawiać różaniec? Tajemnice różańca

    Tajemnice różańca to nieodłączny element modlitwy różańcowej. Służą one rozważaniu poszczególnych wydarzeż z życia Jezusa i Maryi. Każda część tajemnicy różańca zawiera 5 tajemnic, co w sumie daje 20 tajemnic różańca. Wyróżniamy cztery części różańca: część radosną, część światła, część bolesną część chwalebną.

    Tajemnice radosne:

    • Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny,
    • Nawiedzenie św. Elżbiety,
    • Narodziny Jezusa,
    • Ofiarowanie Jezusa w świątyni,
    • Odnalezienie Jezusa w świątyni.

    Rozważania tajemnice radosne >>>

    Tajemnice światła:

    • Chrzest Jezusa w Jordanie,
    • Wesele w Kanie Galilejskiej,
    • Głoszenie Królestwa Bożego,
    • Przemienienie na górze Tabor,
    • Ustanowienie Eucharystii.

    Rozważania tajemnice światła >>>

    Tajemnice bolesne:

    • Modlitwa Jezusa w Ogrójcu,
    • Biczowanie Jezusa,
    • Cierniem ukoronowanie,
    • Droga krzyżowa,
    • Ukrzyżowanie.

    Rozważania tajemnice bolesne >>>

    Tajemnice chwalebne

    • Zmartwychwstanie Jezusa,
    • Wniebowstąpienie Jezusa,
    • Zesłanie Ducha Świętego,
    • Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny,
    • Ukoronowanie Matki Bożej na Królową Nieba i Ziemi.

    Rozważania tajemnice chwalebne >>>

    Każda tajemnica różańca ma swoje rozważanie. Każda część różańca przypisana jest do poszczególnego dnia tygodnia. Tajemnice radosne odmawiamy w poniedziałek i sobotę, tajemnice bolesne we wtorek i w piątek, tajemnice światła w czwartek, a tajemnice chwalebne w środę i w niedzielę.

    ***

    Rozważanie Różańcowych Tajemnic

    Te rozważania mogą pomóc szczególnie tym,, którym trudno znaleźć chwilę na cały różaniec. Wystarczy jedna tajemnica, by każdego dnia poczuć się częścią wielkiego różańcowego poruszenia!

    Rozważania pochodzą z różnych źródeł, dzięki czemu każdego dnia można modlić się w nieco inny sposób. Są tu rozważania inspirowane nauczaniem Prymasa Wyszyńskiego oraz rozważania ks. Gabriela Amortha, znanego egzorcysty. Wykorzystaliśmy także teksty z cyklu „Różaniec. Prosta droga do nieba” o. Macieja Okońskiego OP oraz historie z książki „30 Scen z życia Maryi” Anety Liberackiej.


    1 października

    PIERWSZA TAJEMNICA BOLESNA:  MODLITWA W OGRÓJCU

    Po Ostatniej Wieczerzy Jezus udał się do Ogrodu Oliwnego. Droga była krótka, ale wystarczająca, aby w Jezusie zaszła radykalna przemiana – ogarnęły Go strach i przygnębienie. Powiedział wtedy: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie!”. Następnie upadł twarzą na ziemię i długo się modlił: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty [niech się stanie]”.

    Patrząc na tę orację, warto zastanowić się, czego Jezus uczy nas na temat modlitwy. Po pierwsze: słuszne jest modlenie się w intencji potrzeb materialnych (zdrowia, pracy, uczuć), ale kto zatrzymuje się w tym miejscu, nie modli się, a jedynie prosi. Modlitwa to coś innego. Pierwszym krokiem powinna być adoracja wielkiego i świętego Pana. Drugim – dziękowanie Mu za to, czym jesteśmy i co posiadamy, ponieważ jest to Jego darem i nie mamy w tym żadnej zasługi. Trzecim – wystosowanie prośby o przebaczenie naszych niedoskonałości. Dopiero na końcu możemy prosić Boga o to, czego potrzebujemy.

    Po drugie: modlitwa Jezusa – krótka, ale jakże intensywna – uczy nas, że rozmowie z Bogiem trzeba poświęcić czas, i że należy ją powtarzać. Nie jest ona jak włączanie światła, nie wystarczy naciśnięcie przycisku.

    Po trzecie – Jezus uczy nas, że modlitwa powinna kończyć się całkowitym poddaniem się woli Bożej. My sami nigdy nie wiemy, co jest dla nas najlepsze. Po powrocie Jezus zastał trzech apostołów śpiących. Zwrócił się do Piotra, który niedawno oświadczył, że jest gotowy umrzeć za Niego: „Tak [oto] nie mogliście jednej godziny czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Jaka wspaniała lekcja! Diabeł nieustannie nas kusi i jeśli nie będziemy czuwać, możemy ulec pokusie, upaść. Aby tego uniknąć, trzeba się modlić.

    Rozważanie jest fragmentami z książki „Mój różaniec” ks. Gabriela Amortha, egzorcysty.

    ***


    PIERWSZA TAJEMNICA RADOSNA: ZWIASTOWANIE

    Każdy z nas byłby zaskoczony tą sytuacją. Oto przychodzi anioł i mówi “będziesz matką”. “Będziesz Matką Syna Bożego”. “Będzie On nazwany Synem Najwyższego”.

    Wobec tej sytuacji Maryja pyta jak się to stanie i po zupełnie niezwykłym wyjaśnieniu anioła mówi “tak, zgadzam się, niech się dzieje wola Pana Boga”.

    Oddała wszystko, co miała – swoje plany, swoją cielesność, swój czas. Oddała wszystko, a Bóg dał jej jeszcze więcej. Jej postawa uczy nas “To, co daje Bóg: chwile, mgnienia dni, Ty w Miłości je oddaj”.

    Maryjo, ucz nas oddawania tego, co dla nas najcenniejsze, byśmy mogli otrzymać jeszcze więcej.

    Rozważanie inspirowane nauczaniem Prymasa Wyszyńskiego, przygotowane przez redakcję Stacji7


    PIERWSZA TAJEMNICA CHWALEBNA: ZMARTWYCHWSTANIE PANA JEZUSA

    Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby martwi.

    Anioł zaś przemówił do niewiast: „Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak zapowiedział. Przyjdźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem”.

    Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i pobiegły oznajmić to Jego uczniom.

    A oto Jezus stanął przed nimi, mówiąc: „Witajcie!” One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: „Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech udadzą się do Galilei, tam Mnie zobaczą”.

    (Mt 28, 1-10)

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    21 października

    Święty Kasper del Bufalo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
    Święty Kasper del Bufalo

    Kasper urodził się 6 stycznia 1786 r. w Rzymie, ochrzczony został dzień później w rzymskim kościele San Martino ai Monti. 6 sierpnia 1787 r. przyjął w domu bierzmowanie z powodu groźby śmierci. W 1788 r. został uzdrowiony z choroby oczu za wstawiennictwem św. Franciszka Ksawerego.
    Ojciec Kaspra, Antoni, był kucharzem, matka – Anuncjata z domu Quartieroni – zajmowała się synem, bo był on chorowitym chłopcem. Od najmłodszych lat często przebywał w kościele, a zapał, z jakim poznawał prawdy wiary sprawił, że zyskał przydomek “małego apostoła Rzymu”. Chciał być misjonarzem. Gdy miał dziewiętnaście lat, został przełożonym nowej szkoły katechetycznej przy Santa Maria del Pianto. Często przemawiał w kościołach i na placach Rzymu, mówił jasnym i prostym językiem. Zajmował się też ewangelizacją prostych, biednych ludzi z wiosek. Ze szczególną miłością zajmował się obłożnie chorymi w hospicjach i szpitalach. W latach 1797-1808 studiował w Collegium Romanum w Rzymie od pierwszego kursu łaciny aż do ukończenia teologii.
    Dnia 31 lipca 1808 r. otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i został mianowany kanonikiem przy bazylice San Marco. Zajmował się wiernymi w ubogich dzielnicach miasta. Gdy Napoleon zajął Rzym i deportował papieża, a od kapłanów zażądał złożenia przysięgi na wierność sobie, Kasper, kierując się wiernością Ojcu Świętemu, 13 czerwca 1810 r. odmówił złożenia przysięgi. Został za to zesłany do Piacenzy, a później do Bolonii. 13 września 1812 r. został uwięziony w San Giovanni in Monte, w Bolonii, za powtórne odmówienie złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. 12 stycznia 1813 r. przewieziono go do więzienia w Imoli. Gdy 16 maja 1813 r. po raz trzeci odmówił złożenia przysięgi, został przewieziony do fortecy w Lugo, a 10 grudnia skazano go na wyjazd na Korsykę.
    W lutym 1814 r., po czterech latach wygnania i niewoli, Kasper wrócił do Rzymu. Liczył na to, że teraz za przykładem św. Franciszka Ksawerego, którego chciał naśladować, zostanie misjonarzem. Jednak wówczas powierzono mu, wraz z grupą księży i za zgodą papieża, głoszenie nauk rekolekcyjnych i misji ludowych na terenie Włoch. Chciał wstąpić do jezuitów, ale jego spowiednik i przewodnik duchowy poradził mu, by założył własny zakon. Ponieważ chciał przybliżyć wiernym tajemnicę Krwi Chrystusa, założył, wraz z trzema towarzyszami, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Miało to miejsce w opactwie w San Felice w Giano, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1815 r. Bardzo szybko papież Pius VII zaakceptował nazwę i to on ofiarował pierwszą siedzibę.
    W styczniu 1821 r. Kasper wstawił się u papieża w sprawie ocalenia miasta Sonnino, które miało być ukarane z powodu istniejącego tam rozboju. Dlatego Pius VII powierzył mu uzdrowienie moralne całej prowincji dotkniętej bandyckimi napadami. W czasie swojej posługi Kasper mocno naraził się karbonariuszom, których zwalczał. Oskarżano go nawet przed papieżem. Reakcję papieża Leona XII, który w rezultacie pomówień wycofał udzielone pełnomocnictwa i gotów był rozwiązać założoną przez Kaspra kongregację, zniósł z pokorą i w rezultacie niebawem mógł znowu podjąć przerwaną działalność. 15 sierpnia 1825 r. papież zorientował się, że oskarżenia skierowane przeciwko Kasprowi były fałszywe. W lutym następnego roku chciał go nominować na biskupa, internuncjusza w Brazylii, ale Kasper odmówił przyjęcia tej godności. Pozostał w Rzymie i pracował w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, a w październiku 1826 r. wrócił do pracy w swoim zgromadzeniu. W 1834 r. pomógł św. Marii de Mattias założyć Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
    W dwa lata później był już tak wyczerpany, że musiał zmniejszyć swoją aktywność. Jednak gdy w grudniu 1837 r. dowiedział się, że w Rzymie wybuchła epidemia cholery, pośpieszył do miasta, by nieść posługę kapłańską wśród umierających na ulicach. Wygłaszał dla nich ostatnie nauki rekolekcyjne. Gdy sam zachorował, 27 grudnia 1837 r. w Albano otrzymał sakrament namaszczenia chorych, a dzień później zmarł. Pochowano go w kościele San Paolo w Albano. Beatyfikował go w bazylice św. Piotra w Rzymie papież Pius X dnia 18 grudnia 1904 r., a kanonizował w pięćdziesiąt lat później papież Pius XII.Święty Kasper uznawany jest za jednego z patronów osób cierpiących na choroby nowotworowe.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.opracowano na podstawie tekstu ks. Grzegorza Kalwarczyka

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz

    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz

    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński

    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
    Święta Jadwiga Śląska

    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska

    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Görlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski SAC,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Jankowski

    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.

    Błogosławiony Józef Jankowski

    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy:W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.
    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Święta Teresa od Jezusa
    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka zapisała wspaniałą kartę nie tylko jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
      •  Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik
    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 października

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    Błogosławiony Jan Beyzym

    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:

    Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.

    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 października

    Święty Karol Acutis

    Święty Karol Acutis

    Karol (Carlo) Acutis urodził się 3 maja 1991 r. w Londynie, gdzie przebywali jego rodzice. Już od najmłodszych lat wyróżniał się niezwykłą pobożnością. Codziennie odmawiał różaniec, a w wieku 7 lat poprosił o możliwość przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Był zwykłym chłopcem, który lubił sport, komputery i nowe technologie. Fascynowały go również zwierzęta, które hodował w domu.
    Jednocześnie Carlo aktywnie wspierał imigrantów w Mediolanie, pomagał młodszym kolegom w nauce i tworzył strony internetowe dla parafii oraz różne projekty. W wieku 11 lat rozpoczął prace nad swoją najsłynniejszą inicjatywą: stroną internetową dokumentującą cuda eucharystyczne z całego świata.
    Jego życie nagle przerwała choroba. Początkowo myślano, że to przeziębienie, ale diagnoza okazała się poważna: stwierdzono ostrą białaczkę szpikową. Carlo zmarł 12 października 2006 r. w Monzie we Włoszech zaledwie 72 godziny po postawieniu diagnozy.
    Jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się w diecezji mediolańskiej w 2013 r. W 2018 r. papież Franciszek zatwierdził dekret o heroiczności jego cnót, a w 2020 r. cud za jego wstawiennictwem. Carlo Acutis został beatyfikowany 10 października 2020 r. w Asyżu, gdzie spoczywają jego szczątki. W dniu 7 września 2025 r. papież Leon XIV dokonał jego kanonizacji.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    Błogosławiony Jan XXIII

    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.

    Błogosławiony Jan XXIII

    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.

    Błogosławiony Jan XXIII

    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska

    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Jan Henryk Newman, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Abraham, patriarcha
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    Bł. Wincenty Kadłubek: Wychowawca Narodu Polskiego

    Fot. via Wikipedia, CC 0
    fot. via Wikipedia, CC 0 · fot. Fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Bł. Wincenty Kadłubek: Wychowawca Narodu Polskiego

    W swym trudzie pisarskim błogosławiony Wincenty czuwał nad tym, aby wszystkich swoich czytelników uczyć przede wszystkim miłości ojczyzny. Nie tylko walczy o praworządność kraju, nie tylko zwalcza i odważnie piętnuje nadużycie prawa – jak czynił to później Piotr Skarga – ale w sposób pozytywny uczy miłości ojczyzny i wyzbywania się prywaty dla dobra publicznego – mówił Prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński w homilii na 200-lecie beatyfikacji Wincentego Kadłubka. Opublikowana została ona przed rokiem w „Teologii Politycznej Co Tydzień”: „Mistrz Wincenty. Opowiadanie Polski”

    Myśli, które nam Kościół pragnie przedstawić dziś, w uroczystość 200-lecia beatyfikacji błogosławionego Wincentego Kadłubka (homilia z 30. VIII 1964 r. wygłoszona w opactwie cystersów w Jędrzejowie – red.), biskupa i zakonnika cystersów, ujmiemy w słowach wstępnych dzisiejszej liturgii: Pan zawarł z nim przymierze pokoju i ustanowił go przełożonym, aby godność kapłańska została przy nim (Syr 45,20).

     Tę wysoką godność otrzymał zwykły, prosty, świecki człowiek, który po rzetelnych studiach w kraju i na uniwersytetach zagranicznych został kapłanem, a po powrocie do ojczyzny, współpracując najbliżej z dworem książęcym, został biskupem krakowskim, a wreszcie zakonnikiem. Darów tych użył znakomicie.

    Błogosławiony mistrz Wincenty, pierwszy historyk polski, jest postacią tak ubogaconą, że dziś, po siedmiu wiekach, trudno byłoby wyczerpująco przedstawić te wszystkie dary Boże. Dlatego pragnąłbym rozważyć przynajmniej kilka bardziej zasadniczych rysów jego życia.

    Zastanowimy się, co zmarły w 1223 roku w Jędrzejowie i tu pochowany, błogosławiony Wincenty Kadłubek może nam dziś jeszcze, po wiekach, powiedzieć. Zdawałoby się, że człowiek, który żył tak dawno, nie ma nic do powiedzenia współczesnemu Polakowi. Nieraz z wyniosłością odnosimy się do przeszłości. Wydaje nam się, że tamte czasy, to „uwsteczniony ciemnogród”, jak nieraz czyta się w prasie. Jest to jakaś wielka pycha i zarozumiałość ludzi współczesnych wobec przeszłości narodu, z którego przecież wyrośliśmy. To tak jakby liść, albo owoc na drzewie był zarozumiały i pyszny z powodu tego, że rośnie dzisiaj. Zapomina o tym, że potrzebował pracy wielu lat całego drzewa, z którego i dziś jeszcze czerpie soki, aby mógł wznieść się na wyżyny.

    Podobnie jest z narodem i z naszym pokoleniem, w którego żyłach płynie krew ojców i matek, dziadów i pradziadów, a w którego duchowej formacji mieści się cała przeszłość historyczna i przeżycia tysiącletniej pracy Kościoła Chrystusowego.

    Wzór świętości dla przyszłych pokoleń

    W szeregu najrozmaitszych zasług błogosławionego Wincentego jest jedna, o której tu, w promieniach tych wieżyc i krzyży, trzeba naprzód powiedzieć. Stał się on niejako kolebą, wzorcem świętości Polaków. Żyjąc w wieku XII zapoczątkował wiek świętych. Zostawił po sobie przykład życia, wspaniałe pisma i Kronikę Polski, która stała się natchnieniem i pobudką wychowawczą dla przyszłych pokoleń.

    Zaraz później przychodzi wiek XIII, wiek świętych w Polsce. Wśród nich święty Jacek, błogosławiony Czesław, błogosławiona Salomea, błogosławiona Bronisława, błogosławiona Kinga, błogosławiona Jolanta, święta Jadwiga Śląska i inni wielcy ludzie, jak Iwo Odrowąż i jemu podobni. Wiek XIII to czasy dalekie, ale jednak do dziś dnia imiona tych ludzi żyją w Kościele Chrystusowym: Obchodzimy ich święta, chociaż ciała ich rozsypały się w proch, a dusze są u Ojca niebieskiego. Co więcej, my sami nosimy ich imiona. Gdybym w tej chwili poprosił was, aby wszyscy imiennicy wymienionych świętych podnieśli swe dłonie, ujrzelibyśmy las ramion, który świadczyłby, że święci wieku XIII żyją dzisiaj wśród nas, jak w liściu żyją soki drzewa, przekazywane z ojczystej piersi matki ziemi.

    Warto też przypomnieć – gdy dziś przy ołtarzu pontyfikalnym staje arcybiskup metropolita krakowski – że błogosławiony Wincenty oddał wielkie zasługi w przygotowaniu drogi do kanonizacji biskupa krakowskiego, świętego Stanisława Szczepanowskiego. Za swoich czasów miał wielki wpływ na ówczesną inteligencję, na ludzi, którzy czytali książki, jeździli za granicę i szukali tam wiedzy. A i dzisiaj ma wielki wpływ na historyków, badaczy przeszłości i tych, którzy tę przeszłość znają.

    Sam Wincenty zanim został biskupem krakowskim, studiował na uniwersytetach zagranicznych. Wrócił stamtąd z duchową formacją zachodnio-europejską, tak że można go było wtedy nazwać człowiekiem na miarę Europejczyka. Po powrocie do ojczyzny pracował naprzód jako biskup krakowski, a później złożył mitrę i na kolanach przyklęknął w tej świątyni, aby przyjąć habit zakonnika cysterskiego.

    Wychowawca narodu

    Druga myśl, którą warto tu rozwinąć, wiąże również przeszłość z teraźniejszością i sprawia, że mistrz Wincenty żyje swoją duchowością w naszym pokoleniu. Można powiedzieć, że za swoich czasów Wincenty Kadłubek był wychowawcą narodu. Właściwie to on zaczął formować cnoty społeczne i poczucie wspólnoty narodowej, chociażby przez to, że sięgnąwszy do przeszłości historycznej Polski wieku XII i początków XIII, wszystkie fragmenty naszych dziejów starannie zebrał, zapisał w Kronice – pierwszej historii Polski, zostawił swemu pokoleniu i naszym czasom. Jest to księga ciekawa, niezwykła, pełna przedziwnego optymizmu i głębokiego szacunku dla dziejów narodu.

    Jak wy w domu waszym znajdujecie pamiątki po matce, ojcu, dziadkach, szanujecie je i przechowujecie, tak na przykład pukiel włosów zmarłej matki, czy zdartą szatę ojca, tak dla was drogą, tak dla błogosławionego Wincentego drogim było wszystko, co stanowiło przeszłość dziejową narodu. W przedziwnym świetle, ze szlachetnym entuzjazmem i niezwykłym uwielbieniem ukazywał ją tak, że można go nazwać nie tylko kaznodzieją, ale i wychowawcą. A jego Kronikę, która ma charakter wybitnie nauczycielski, można nazwać pedagogiką katolicką i narodową.

    W swym trudzie pisarskim błogosławiony Wincenty czuwał nad tym, aby wszystkich swoich czytelników uczyć przede wszystkim miłości ojczyzny. To jest znamienne! Czegoś równie gorącego i żarliwego nie znajdziemy łatwo w piśmiennictwie polskim, chyba dopiero w Kazaniach sejmowych Piotra Skargi, dla którego Wincenty Kadłubek był wzorem. Nie tylko walczy on o praworządność kraju, nie tylko zwalcza i odważnie piętnuje nadużycie prawa – jak czynił to później Piotr Skarga – ale w sposób pozytywny uczy miłości ojczyzny i wyzbywania się prywaty dla dobra publicznego. Swojej Kronice stawia bardzo ciekawy i świetlany cel: uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, własnego kraju i ziemi ojczystej, zachęcać do czynów rycerskich i wzniosłych.

    Dawne to czasy, ale wyraziście przemawiają do nas dziś, gdy stojąc na progu tysiąclecia chrztu Polski, zachęcamy się wzajemnie do wyniszczania wszystkich wad narodowych, tych „nabytków” dziejowych, i do wypracowywania w sobie cnót, potrzebnych do dalszego spokojnego życia i współżycia wszystkich warstw społecznych naszej ojczyzny w sprawiedliwości i miłości.

    Kronika błogosławionego Wincentego jest wstępem do nieustannego trudu uczenia cnoty. Zachęcał on usilnie do czynów rycerskich i wzniosłych. Pozwólcie, że z jego pism przytoczę kilka wyjątków, w których przemawia do młodzieży. Między innymi tak mówi: Ktokolwiek występuje przeciwko męstwu, świadczy tchórzostwem, przeciwko siwiźnie – jest szaleństwo, a przeciwko gnuśności trzeba zawsze przeciwstawić młodość. […] Trzeba szukać sposobności okazania odwagi, jeżeli sama się nie nawinie. […] – Kto kiedy uchylał się przed okazją sławy, chyba tylko ten, kto całkiem zatracił poczucie sławy. – Obrona lub ocalenie szczęścia współobywateli, największym jest ze wszystkich triumfów. – Nie godzi się myśleć o własnym bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu na niebezpieczeństwo jest narażone.

    Widzimy z tego, jak bardzo mistrz z Jędrzejowa uczy nas troski o społeczne życie narodu, jak ostrzega przed prywatą, samolubstwem, kręceniem się wokół siebie i wokół własnych spraw. Czyż te słowa nie są dziś na czasie? Czyż nie należałoby ich wypisać na wszystkich sztandarach, transparentach i na ulicach w czasie uroczystości narodowych?

    Dzisiaj często spotykamy się ze zjawiskiem „opluwania własnego gniazda”. Ludzie, zwłaszcza niezbyt wykształceni, natrząsają się z naszej przeszłości historycznej, nie doceniając wielkiej ofiary, każdej kropli krwi wylanej za naród, czy każdej kropli potu z czoła rolnika, która wsiąkła w ziemię ojczystą. To wszystko wskazuje na wielką potrzebę wołania o szacunek dla dziejów narodowych, dla trudu pokoleń, które minęły, dla ich ofiarnej krwi wylanej w powstaniach, w walce o wolność ojczyzny, na wszystkich kontynentach, czy w ostatnim powstaniu warszawskim. Chociaż wiele z tych zrywów było nieudanych, jednak zawdzięczamy im to, że sumieniu międzynarodowemu przypomniały o naszym narodzie. Ich praca, trud i ofiarne poświęcenie dało taki rezultat, że obecnie jesteśmy i istniejemy w granicach własnego państwa i narodu.

    Błogosławiony Wincenty występował otwarcie przeciwko wszystkim kpiarzom, którzy wyśmiewali przeszłość i oceniali ją niesprawiedliwie, jak to niekiedy i dziś się zdarza. Można powiedzieć, że Kronika, którą napisał Wincenty Kadłubek, jest księgą miłości ojczyzny. Jest to wołanie o miłość ojczyzny!

    Przypomnę z niej jeszcze jedno zdanie: Co się z miłości ku ojczyźnie podejmuje, miłością jest, nie szałem, walecznością a nie zuchwalstwem; waleczną bowiem niby śmierć jest miłość. I daje nam przykład zdawałoby się tragiczny. Oto opis oblężenia Głogowa. Wspominając widok polskich dzieci przywiązanych przez najeźdźców do oblężniczych machin, które szły na mury Głogowa, pisze: Lecz wszystko na próżno, nieugięcie trwa ojców postanowienie… że lepiej, by rodzice utracili dzieci, niżby obywatelom wydarto ojczyznę, i że raczej o wolności, niż o dzieciach myśleć należy!

    W imię takiego założenia ojczyzna nasza wiele razy wzywała waszych synów i córki; aby poświęcili wszystko, byleby tylko ocalał naród, i to, co jest obok miłości najwspanialszym darem – wolność.

    Obrońca ludu

    Tych kilka myśli wystarczy, aby przypomnieć, że pierwszym nauczycielem miłości ojczyzny na ziemi naszej był mistrz Wincenty, którego śmiertelne szczątki przechowywane są w tej świątyni. Ale w czasach dzisiejszych, w wieku postępu społecznego, walki o sprawiedliwość i wyrównanie społeczne, można przytoczyć inne jeszcze przykłady z jego pism i życia.

    Pamiętajmy, że był to wiek XII. Inna była wtedy formacja społeczna, inny ustrój, choć może w Polsce nie tak bolesny, jak w innych ówczesnych państwach europejskich. Niemniej jednak istniała w Polsce warstwa ludzi, której warunki bytowania były szczególnie krzywdzące i trudne. Byli to ludzie pracujący na roli, obarczeni nadmiernymi ciężarami osobistego wysiłku i pracy, a zarazem niedocenieni społecznie, bez należytej pozycji w narodzie. Ludzie ci swoim stanem i niskim poziomem bytowania, brakiem opieki i oświecenia budzili współczucie tych, którzy myśleli szeroko i którzy do swego serca dali dostęp uczuciom prawdziwie chrześcijańskim.

    W szeregu takich ludzi wieku XII i XIII stanęli również biskupi polscy. W roku 1180 odbywał się synod kościelny w dalekiej Łęczycy. Błogosławiony Wincenty opisuje w swojej Kronice owoce pracy tego synodu, który między innymi zajął się poprawą bytu ludności rolniczej i pracującej na roli. Można powiedzieć, że tak zwana „sprawa chłopska”, która stała się głośną w wieku ubiegłym i obecnym, została właściwie zapoczątkowana już w pismach Wincentego Kadłubka. Było to dzieło synodu łęczyckiego, a więc kościelnego zjazdu biskupów katolickich, w głównej mierze dzieło współdziałania arcybiskupa gnieźnieńskiego Henryka, zwanego Kietliczem i biskupa krakowskiego Wincentego Kadłubka. Oni to dali początek prawodawstwu na rzecz ludności rolniczej.

    Tenże Wincenty Kadłubek, notując wysiłki i osiągnięcia w dziedzinie poprawy bytu ludności rolniczej, z wielkim uznaniem odnosi się do ówczesnego biskupa krakowskiego Gedko, który za czasów Mieszka Starego widział niesprawiedliwość sędziów gnębiących lud rolniczy. O biskupie Gedko tak pisze błogosławiony Wincenty: Nie mógł bowiem pobożny Pasterz zaniedbać i w zapomnienie puścić tak okropnego ucisku trzody swojej, nie narażając własnego zbawienia.

    Nie brak więc było w tym czasie ludzi, którzy po chrześcijańsku czuli, że trzeba dążyć do wyrównania społecznego, bo w nauce Chrystusowej nie masz niewolnika ani wolnego, ale wszyscy jesteśmy braćmi. Te rzucane ziarna może zbyt długo leżały w ziemi, może zbyt późno kiełkowały, ale jednak nurtowały sumienia. Takich uczuć doznawali też i późniejsi czytelnicy Kroniki polskiej Kadłubka. Może wzrastał w nich niepokój i dlatego dążyli do większej sprawiedliwości i wyrównania ekonomicznego, co w szczególny sposób przeżywaliśmy w drugiej połowie wieku XIX i w naszych czasach.

    Obrońca wolności Kościoła

    Jeszcze jedną myśl chciałbym tu rozwinąć. Błogosławiony Wincenty Kadłubek żył w czasach niesłychanie trudnych i burzliwych dla Kościoła powszechnego i dla naszej ojczyzny. W takich czasach umiał połączyć miłość ojczyzny i Kościoła.

    Na zewnątrz w całym niemal świecie panowała wtedy walka o wolność Kościoła, której przewodniczył wybitny papież Innocenty III. Ale i u nas nie było wtedy czasów spokojnych, bo między książętami różnych dzielnic ówczesnej Polski rozgorzała walka o pierwszeństwo. I może w tej walce zagubiliby ojczyznę, gdyby nie to, że był Kościół rzymskokatolicki, uznawany przez książąt; byli biskupi, był lud katolicki, tak że w imię wyższych spraw można było odwołać się do walczących i uspokoić ich.

    Błogosławiony Wincenty razem z arcybiskupem gnieźnieńskim Kietliczem odegrali tutaj niezwykle dodatnią i pożyteczną dla narodu i dla Kościoła w Polsce rolę. Stanęli na stanowisku, że Kościół święty musi odzyskać pełną i całkowitą swobodę i wolność od władców, zwłaszcza niesprawiedliwych. Błogosławionemu Wincentemu jako biskupowi krakowskiemu udało się przekonać o tym władców; podobnie w skali ogólnopolskiej udało się to arcybiskupowi gnieźnieńskiemu Henrykowi Kietliczowi. Rzecz znamienna, że w walce o wolność Kościoła Gniezno i Kraków – arcybiskup gnieźnieński i biskup krakowski – wspierali się wzajemnie i podawali sobie dłonie. Działali ożywieni przekonaniem, że Kościół święty, swobodnie prowadzący swoją pracę, odda się całkowicie sprawie Bożej i w duchu Ewangelii będzie uczył powszechnego braterstwa. Taki Kościół przynosi ojczyźnie sprawiedliwość, miłość i pokój, a więc tylko korzyść. Ich walka więc o wolność Kościoła nie była walką przeciwko Polsce, ale była walką na rzecz Polski, na rzecz zespolenia dzieci jednego narodu, we wspólnej miłości w Jezusie Chrystusie.

    Biskup zakonnik

    Wielkie były zmagania i niełatwe zadania biskupa krakowskiego. Może umęczony nimi, a zwłaszcza znużony wiekiem, postanowił odsunąć się od trudów. A były one liczne. Wędrował przecież – w ówczesnych czasach samochodów nie było – od jednego miasta do drugiego. Kroniki zapisują jego wszędobylstwo, pomimo że oddawał się pracy naukowej. Był więc już dostatecznie znużony. Kierując się też pobudkami nadprzyrodzonymi złożył w ręce Stolicy Świętej swoją mitrę i pastorał biskupi w Krakowie i przywędrował tutaj, aby na kolanach prosić o przyjęcie do nowicjatu zakonu cystersów.

    Sądzę, że człowiek tego typu i o takich zasługach wiedział, gdzie trafić. Zakon cystersów w owych czasach był instytucją religijną o niezwykłej mocy. Było to gniazdo czynów i twórczej pracy. Kwitła tam praca naukowa, o czym możecie się przekonać, przyglądając się tu, w krużgankach, wystawie historii zakonu cystersów. Kwitła tam również sztuka budowlana. Najwspanialsze budowle, które wtedy powstawały, były dziełem zakonu cysterskiego. Zakon ten, pomimo że kontemplacyjny i całkowicie skierowany ku Bogu, umiał jednak sprawy Boże łączyć ze sprawami ziemskimi. Synowie tego zakonu w całym świecie, a i w ojczyźnie naszej, byli przodownikami w dziedzinie ówczesnej kultury rolnej. Oni pierwsi na ziemi naszej zajęli się systematyczną uprawą roli, karczowaniem lasów, melioracją bagnisk, budowaniem mostów. W ten sposób modlitwę łączyli z pracą – pracę uświęcali modlitwą. Swój twórczy trud poświęcali dla ludzi biednych, bo im samym niewiele było potrzeba. Z ich pracy cywilizacyjnej korzystały szerokie warstwy społeczne, zwłaszcza biedny lud.

    Do takiego zakonu przyszedł biskup o czynnej, ruchliwej psychice i duchowości i tu szukał odpoczynku i schronienia. Dobrze trafił, bo prawdopodobnie jego doświadczenia i umiłowania przyczyniły się do spotęgowania błogosławionej pracy zakonu, w której sprawy ludzkie wiązały się przez modlitwę ze sprawami Bożymi.

    Biskup – zakonnik nie przestał być człowiekiem skierowanym sercem ku swojemu narodowi, który tym razem umacniał przykładem modlitwy i któremu na modlitwie wyjednywał opiekę Ojca wszystkich narodów. Ostatnie lata błogosławionego Wincentego upływają na czytaniu pism świętego Bernarda z Clairvaux, wielkiego czciciela Matki Najświętszej. To również zaznaczyło się w pismach i w duchowości błogosławionego Wincentego Kadłubka. Dał wzór i przykład wielkiej żarliwości w czci należnej Matce Najświętszej.

    Można by tak iść rozdział po rozdziale, strona po stronicy Kroniki Polski, pisanej przez błogosławionego Wincentego i widzieć, jak w zamierzchłych czasach żył duch i zasady, które mają znaczenie i dla naszych czasów. Tak więc uroczystość dzisiejsza nie jest wspomnieniem historycznym, ale ma charakter programowania na czasy nowe!

    Stefan kard. Wyszyński

    mod/Teologia Polityczna Co Tydzień

    ***

    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia

    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    Święty Brunon

    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
      •  Święty Bartolo Longo
    Święta Faustyna Kowalska

    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

    Święta Faustyna Kowalska

    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.

    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    3 października

    Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
      •  Błogosławiony Kolumban Józef Marmion, prezbiter
    Święty Franciszek Borgiasz

    Franciszek urodził się 28 października 1510 r. w Gandii koło Walencji, w jednym z najznakomitszych hiszpańskich rodów Borgiów. Był pierworodnym dzieckiem Jana, księcia Gandii, i Joanny Aragońskiej, a prawnukiem: po mieczu – niesławnego papieża Aleksandra VI, zaś po kądzieli – króla Ferdynanda Katolickiego. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Gdy miał dziesięć lat, umarła jego ukochana matka. Zaopiekował się nim i zadbał o jego wykształcenie wuj, arcybiskup Saragossy.
    Już jako młodzieniec Franciszek miał ochotę zamienić wspaniałe komnaty pałacowe na klasztorną celę, ale ojciec wysłał go jako pazia na dwór cesarza Karola V do Valladolid, gdzie, mimo okazji do złego, Franciszek zachował czystość. Podczas służby ożenił się z Eleonorą de Castro Melo e Menezes, która słynęła nie tylko z urody, ale i z niezwykłej zacności duszy. Mieli ośmioro dzieci – Karola Carlosa urodzonego w 1530 r., dwa lata młodszą Izabelę (matkę Franciszka Goméz de Sandoval y Rojas – faworyta króla Filipa III Habsburga), trzy lata młodszego Jana. Były jeszcze o pięć lat młodsze od Karola bliźniaki Alvaro i Joanna, a także Ferdynand, Dorota i Alfons.
    O pobożności całej rodziny niech świadczy fakt, że ilekroć usłyszeli dzwonek towarzyszący kapłanowi idącemu do umierającego, zrywali się wraz z dziećmi, we dnie czy w nocy, i odprowadzali księdza z Ciałem Pańskim na miejsce.
    Mimo że szczęście sprzyjało Franciszkowi, nie zaprzestał pracy nad sobą. Często uczestniczył we Mszy świętej, przystępował do spowiedzi i Komunii i dużo pracował. W rzadkich godzinach wypoczynku zajmował się śpiewem i muzyką, niekiedy myślistwem, unikał gier w karty i kostki, bo jak mawiał, “tracimy przez to trzy kosztowne rzeczy: czas, pieniądze i sumienie”.
    W 1539 r. podczas sejmu w Toledo niespodzianie zmarła młoda cesarzowa Izabela Portugalska. Uchodziła ona za dobrą, szlachetną i najpiękniejszą z kobiet swoich czasów. Miała zaledwie 36 lat i cieszyła się powszechną miłością dla swej szlachetności i dobroci. Franciszek towarzyszył z urzędu jej ciału do grobu w Grenadzie. Wielkie wrażenia na nim zrobiły zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy cesarzowej. Postanowił odtąd służyć Bogu i wstąpić do zakonu, gdyby przeżył żonę. Później nieraz wspominał, że śmierć cesarzowej Izabeli powołała go do nowego życia.
    Niezwłocznie po pogrzebie pośpieszył do Toledo, aby zrezygnować z pełnienia urzędu, ale cesarz nie chciał się pozbyć swego najwierniejszego towarzysza i mianował go wicekrólem Katalonii. Franciszek Borgiasz w latach 1539-1543 rządził mądrze i sprawiedliwie i był dla wszystkich wzorem zacności. Co dzień odmawiał różaniec, spowiadał się, przystępował do Komunii w każdą niedzielę i święto, biczował się, a sypiał tylko cztery do pięciu godzin na dobę.
    Po śmierci ojca w 1543 r. zrzekł się godności wicekróla, wyjechał z Katalonii i objął zarząd dziedzicznego księstwa Gandii. Dbał o swoich poddanych. Starał się o poprawę ich moralności i warunków materialnych. Chciał też podnieść poziom oświaty. Swoim przykładem doprowadził do tego, że każdy w Gandii chociaż raz na miesiąc przystępował do Stołu Pańskiego.
    Gdy umierała jego żona Eleonora, klęcząc u stóp Ukrzyżowanego, prosił Boga o jej zdrowie i życie. Usłyszał wtedy głos: “Jeśli koniecznie żądasz, aby małżonka twoja dłużej żyła, niech się stanie wola twoja, ale wiedz, że to nie wyjdzie jej na dobre”. “Panie – odpowiedział zapłakany Franciszek – jakże bym miał żądać, abyś spełnił wolę moją? Niech się zawsze i wszędzie dzieje wola Twoja! U nóg Twych składam moje, mej żony i mych dzieci życie i wszystko, co tylko posiadam. Rozporządzaj wszystkim według upodobania”.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1548 r. żona Franciszka umarła, mając tylko 35 lat. Wypełnił on wtedy powzięte po śmierci cesarzowej Izabeli postanowienie – wstąpił do zakonu jezuitów. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej został jeszcze rok w świecie, aby zabezpieczyć dzieci i zamknąć wszystkie sprawy osobiste i publiczne. W 1549 r. w Rzymie został przez św. Ignacego przyjęty do zakonu. Na wieść o tym, że papież Juliusz III chce mu ofiarować kapelusz kardynalski, uciekł z Rzymu i wrócił do Hiszpanii, gdzie w roku 1551 przyjął święcenia kapłańskie.
    W małej celce kolegium w Ognate przeżył kilka następnych lat na modlitwie i pokucie, pełniąc najniższe posługi. Codzienne zastanawiał się nad sobą i robił rachunek sumienia, co doprowadziło do takiej pokory, że uważał się za największego grzesznika na świecie. Swoje listy podpisywał wtedy “Franciszek grzesznik”. W okolicy działał jako misjonarz. Tam, gdzie przychodził, zbierały się tysiące ludzi, by go słuchać i doznać od niego pociechy. Później św. Ignacy wysłał go na dwa lata, by był kaznodzieją i spowiednikiem przy dworze portugalskim. Cieszył się tam zaufaniem najwyższych dostojników i magnatów. Pięć razy papież ofiarował mu godność kardynalską, on jednak za każdym razem odpowiadał: “Nie dlatego zrzuciłem gronostaje książęce, aby przywdziać arcykapłańską purpurę!”
    Nie chciał piastować żadnych stanowisk, ale przekonano go, że jego pochodzenie, zdolności i wykształcenie powodują, że powinien kierować innymi. Dlatego w 1554 r. został prowincjałem Hiszpanii, Portugalii i Indii, a jedenaście lat później wybrano go na generała zakonu. Przyjął tę godność, mówiąc: “Prosiłem Boga o krzyż, ale przyznaję się, że o takim jak ten nie myślałem”. Rządził z niezwykłą mądrością. Zakon liczył wtedy już około stu trzydziestu domów i trzech i pół tysiąca członków, dlatego Franciszek musiał odbywać częste i męczące podróże. Wzmocnił organizacyjnie zakon, kładąc podstawy pod jego potęgę. To on przyjął do nowicjatu Stanisława Kostkę. Był również spowiednikiem św. Teresy z Avila.
    Będąc przyjacielem i doradcą Ignacego Loyoli, wspomógł utworzenie przez niego Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego (Collegium Romanum). Ponadto w Rzymie głosił kazania, uczył dzieci, a w czasie zarazy w 1566 r. ratował chorych.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1572 r. z polecenia papieża św. Piusa V Franciszek, mimo złego samopoczucia, objechał wraz z kardynałem Alessandrim dwory hiszpański, francuski i portugalski, aby namówić te państwa do wyprawy przeciw Turkom. Ta mediacja doprowadziła do powstania koalicji państw chrześcijańskich, która pokonała wielką flotę turecką pod Lepanto.
    W czasie drogi powrotnej, już we Włoszech, zasłabł tak bardzo, że zaniesiono go w lektyce do Rzymu, gdzie zmarł po kilku miesiącach 1 października 1572 r. w opinii świętości. Przeżył 62 lata. Pozostawił po sobie wiele pism filozoficznych. Relikwie Franciszka Borgiasza zostały przeniesione z Ferrary do kościoła jezuitów w Madrycie w 1901 roku.
    Został beatyfikowany przez papieża Urbana III 23 listopada 1624 r., a kanonizowany przez Klemensa X 20 czerwca 1670 r. Jest patronem Portugalii, Roty (Mariany Północne), a także orędownikiem, do którego zwracają się zagrożeni trzęsieniem ziemi. W ikonografii jego atrybutem jest często czaszka w diademie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż

    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego. Amen.


    Anioł Stróż

    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23).

    Anioł Stróż

    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.

    Anioł Stróż

    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon
    Święta Teresa z Lisieux

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Święta Teresa z Lisieux

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa z Lisieux

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi.
    Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Święta Teresa z Lisieux

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – wrzesień 2026

    ***

    środa 30 września


    Dzień i noc przez cały październik. Polacy podejmą „Nieustający Różaniec” w intencji pokoju

    Przez cały październik, dzień i noc, ma trwać nieprzerwana modlitwa różańcowa o pokój na świecie i Boże błogosławieństwo dla Polski. Organizatorzy piątej edycji „Nieustającego Różańca” proszą o zapisy, aby wypełnić wszystkie godziny miesiąca. Dołączyć może każdy, odpowiadając w ten sposób na ponawiane przez Leona XIV wezwania do modlitwy o pokój.

    Fot. Vatican Media
    Fot. Vatican Media

    Potrzeba ludzi na każdą godzinę

    Od pierwszej minuty 1 października aż do końca miesiąca różaniec ma być odmawiany bez przerwy w dzień i w nocy. Aby było to możliwe, potrzebni są kolejni uczestnicy. Zapisy już trwają na stronie nieustajacyrozaniec.pl.

    Dalsza część artykułu pod video

    „Chcemy, żeby przez cały październik trwała nieustanna modlitwa różańcowa o pokój na świecie i Boże błogosławieństwo dla Polski” – mówi Vatican News Arkadiusz Kuzniacki, jeden z organizatorów inicjatywy.

    Doba została podzielona na półgodzinne odcinki. Uczestnik wybiera odpowiadającą mu porę i zobowiązuje się w tym czasie do odmówienia różańca. Każdego dnia potrzeba więc co najmniej 48 osób, aby modlitwa nie została przerwana ani na chwilę.

    Inicjatywa otrzymała błogosławieństwo bp. Tadeusza Lityńskiego, ordynariusza diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.

    W jedności z Leonem XIV

    Tegoroczny „Nieustający Różaniec” rozpocznie się w szczególnym momencie. 1 października, dokładnie w dniu rozpoczęcia inicjatywy, Leon XIV będzie modlił się na różańcu o pokój wraz z setkami dzieci w Ogrodach Watykańskich. Spotkanie przy Grocie Matki Bożej z Lourdes rozpocznie światowy tydzień modlitwy w ramach inicjatywy „Milion dzieci modli się na różańcu”.

    W ten sposób polska inicjatywa wpisuje się w modlitwę, do której Ojciec Święty zaprasza cały Kościół. Leon XIV regularnie apeluje o modlitwę za narody dotknięte wojną, ofiary przemocy oraz o pokój. 

    Październikowy różaniec może być więc bardzo konkretną odpowiedzią na jego wezwanie – wybrać swoją godzinę i dołączyć do modlitwy, która przez cały miesiąc nie ma ustawać.

    744 godziny – także w środku nocy

    „Nieustający Różaniec” organizowany jest już po raz piąty przez Stowarzyszenie Katolicka Wschowa. Co roku formalnie zapisuje się ponad 120 osób. Niektórzy wybierają szczególnie wymagające godziny – drugą czy trzecią w nocy – i pozostają im wierni przez cały miesiąc.

    W tym roku organizatorzy wprowadzają również skrzynkę intencji. Uczestnicy będą mogli przekazywać własne prośby, które zostaną objęte wspólną modlitwą. Jedną z głównych intencji będzie także odnowa życia sakramentalnego Polaków w perspektywie zbliżającej się 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.

    Wybierz swoją godzinę

    Do „Nieustającego Różańca” może dołączyć każdy – nie trzeba należeć do żadnej wspólnoty ani stowarzyszenia. Wystarczy ofiarować swój czas, wybrać godzinę i włączyć się w modlitwę o pokój podejmowaną w jedności z Ojcem Świętym.

    Zapisy prowadzone są na stronie nieustajacyrozaniec.pl. Można tam wybrać dzień i godzinę modlitwy oraz dołączyć do 744-godzinnego różańcowego łańcucha.

    Vatican News/ ks. Łukasz Bankowski

    ***

    piątej – 25/09/2026

    Papież zawierzył młodych

    Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    2026.09.25 Papież zawierzył młodych Bożemu Sercu

    Na zakończenie piątkowego czuwania na Stade de France w Saint-Denis Leon XIV zawierzył młodych całego świata Bożemu Sercu. W wydarzeniu wzięło udział ok. 80 tys. osób. Wcześniej Ojciec Święty odpowiadał na pytania uczestników spotkania i skierował do nich swoje przesłanie.

    W słowach zawierzenia Papież prosił Serce Jezusa, źródło miłosierdzia, aby młodzi przychodzili do Niego „z pokorą i ufnością”. Prosił, aby jednoczyli swoje życie z Bożym Sercem, aby umieli miłować i przebaczać bez granic, i służyć Bogu z hojnością i dobrocią, oddając siebie za innych.

    W czuwaniu wzięło udział ok. 80 tys. osób.

    Ojciec Święty wypraszał Bożego błogosławieństwa dla tych, którzy szukają Jego obecności. Prosił o wsparcie dla katechumenów, neofitów i wszystkich, którzy działają na rzecz nadziei płynącej z Bożego Królestwa.

    Leon XIV do młodych Francuzów: uciekaj, podążaj, walcz

    CZUWANIE MODLITEWNE Z MŁODZIEŻĄ

    DIALOG OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV Z MŁODYMI

    Paryż Saint-Denis, Stade de France
    Piątek, 25 września 2026 r.

    ___________________________________

    Dialog Ojca Świętego Leona XIV z młodymi

    Medytacja Ojca Świętego Leona XIV

    __________________________________

    Dialog Ojca Świętego Leona XIV z młodymi
     

    Pytanie Chloé

    Ojcze Święty, dziękujemy za Twoją obecność pośród nas tego wieczoru oraz za czas spotkania i rozmowy, który nam ofiarujesz.

    Mam na imię Chloé, mam 25 lat i kończę studia z farmakologii. Działam w grupie młodych katolików z peryferyjnej dzielnicy regionu Île-de-France, noszącej nazwę La Cité Céleste. Organizujemy między innymi różne wydarzenia, takie jak nocne adoracje i spotkania modlitewne połączone z uwielbieniem, które gromadzą wielu młodych z naszych dzielnic, pragnących żyć wiarą i szeroko się nią dzielić. Angażuję się również w życie mojej parafii, zwłaszcza w duszpasterstwo młodzieży licealnej. Poprzez te różne formy zaangażowania pragnę oddawać swoją energię i umiejętności na służbę innym, budując więzi między wiarą, młodymi ludźmi a codziennymi realiami życia w naszych dzielnicach.

    Jak mówi św. Paweł, „dla nas żyć to Chrystus”. A jednak społeczeństwo, w którym żyjemy, budowane jest na innych fundamentach, a niekiedy wydaje się wręcz obojętne na pytanie o Boga. Pragniemy z mocą i wytrwałością głosić Chrystusa ludziom wokół nas, a zarazem, oczywiście, czynić to z szacunkiem i delikatnością wobec tych, których spotykamy. Jak możemy połączyć siłę naszego misyjnego zapału z autentycznym życiem braterskim z tymi, którzy nie podzielają naszej wiary? 

    Odpowiedź Ojca Świętego

    Drodzy przyjaciele, pierwszą rzeczą, którą chciałbym powiedzieć, jest coś bardzo prostego: dziękuję! Dziękuję Bogu, dziękuję wam, dziękuję za waszą odwagę, dziękuję za waszą obecność, dziękuję za waszą wiarę. Jesteście świętymi Francji! I dziękuję, Chloé, za to pytanie. Przytoczone przez ciebie zdanie św. Pawła nie jest jedynie stwierdzeniem. Stanowi prawdziwą syntezę jego życia. W kilku krótkich, lecz doniosłych słowach Apostoł wypowiada modlitwę uwielbienia, składa wyznanie wiary i wskazuje drogę świętości prowadzącą aż po męczeństwo: „Dla mnie bowiem żyć to Chrystus” (por. Flp 1, 21). Powtarzając to wyznanie miłości, staramy się mieć udział w doświadczeniu Apostoła. Świadczy on bowiem, że Bóg nigdy nie jest kimś obcym w jego życiu, ale przeciwnie, wychodzi mu na spotkanie: powołuje go do siebie, przemienia wewnętrznie i posyła na świat.

    Ta duchowa dynamika dotyczy nas wszystkich także dzisiaj. To prawda – jak mówisz – że społeczeństwo, w którym żyjemy, zdaje się być obojętne na Boga. Ale Pan nie jest obojętny na nas! To właśnie jest najważniejsze… i to zawsze daje nam nadzieję!

    To, że wielu ludziom obce jest pytanie o Boga, stanowi niewątpliwie problem; równie poważnym problemem jest jednak to, że dla wielu obce staje się także pytanie o człowieka. Jakże wiele osób, niestety, przestaje interesować się drugim człowiekiem, prowadząc egoistyczne życie, albo gardzi ubogimi, trwoniąc swoje dobra na rzeczy błahe. Jak wielu odrzuca ludzi prostych czy chorych, sądząc, że wartość człowieka zależy wyłącznie od tego, co potrafi wytworzyć. Myślę szczególnie o twoim zaangażowaniu w peryferyjnych dzielnicach regionu Île-de-France wraz z La Cité Céleste. To właśnie tam, w konkretnej codzienności, niekiedy naznaczonej trudnościami, twoja wiara staje się żywym i wymownym świadectwem nadziei.

    Człowiek błądzi gdy twierdzi, że Bóg umarł. Jeśli Boga nie ma z człowiekiem, nie znajduje on już zbawienia i traci sens własnego istnienia, które sprowadza się wówczas do ślepej uliczki albo do nicości. Kto natomiast mówi: Dla mnie żyć to Chrystus!, doświadcza czegoś zupełnie przeciwnego. W Chrystusie wiemy bowiem, że Bóg nigdy nie jest obojętny na człowieka. Przez Jezusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego daje nam swoje własne życie, abyśmy mogli żyć. Oto więc sposób głoszenia Chrystusa, który łączy odwagę z szacunkiem: głosić Go jako Ewangelię zbawienia, jako słowo prawdy i życia. Ewangelia ta jest dobrą nowiną dla wszystkich, orędziem wyzwolenia i zasadą nowego życia.

    Ewangelia Jezusa nie prowadzi bowiem do konfliktu, lecz zawsze wzywa do przebaczenia; rozświetlając dramat dziejów, uczy nas zarazem braterskiej troski. Spotkanie z Chrystusem otwiera na dialog i przygotowuje do przyjęcia Jego pokoju, ponieważ daje każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie największą obietnicę, zdolną zaspokoić wszystkie pragnienia: obietnicę życia wiecznego.

    Droga Chloé, drodzy młodzi, doświadczenie religijne każdego człowieka wyraża owo poszukiwanie sensu, które ożywia ludzką duszę. W Jezusie, Odkupicielu świata, Bóg pozwala się odnaleźć, zwracając się „do ludzi jak do przyjaciół” (Sobór Wat. II, Konst. dogmat. Dei Verbum, 2). On jest źródłem wody żywej, światłem pośród ciemności. Dlatego w radości wiary wyznajmy dziś wieczorem razem: dla nas żyć to Chrystus!Powtórzmy razem: dla nas żyć to Chrystus!

    Dzięki Niemu można połączyć misyjny zapał z doświadczeniem braterstwa wobec tych, którzy nie wierzą w Boga lub należą do innych tradycji religijnych. Braterstwo to, oparte na słuchaniu i wzajemnym szacunku, ma swoje korzenie w jedności rodziny ludzkiej, która na przestrzeni dziejów rozwijała wymiar religijny jako istotną cechę życia każdego ludu.

    Pielęgnowanie braterskiej więzi „z tymi, którzy nie podzielają naszej wiary”, przyczynia się zatem do budowania społeczeństwa, a zarazem staje się praktykowaniem wiary i miłości, ponieważ nie można dawać świadectwa o Chrystusie, nie kochając tych, którym pragniemy Go głosić. Spotkania młodych ludzi z krajów regionu śródziemnomorskiego, organizowane w ostatnich latach, są budzącym nadzieję znakiem takiego braterstwa.

    Orędzie chrześcijańskie nie stanowi więc przeszkody dla braterskiego współistnienia. Przeciwnie, sprzyja mu, ponieważ w wolności zaprasza każdego do przyjęcia nowiny o pokoju i zbawieniu. Podobnie nasza misja nie pozostaje w sprzeczności z szacunkiem dla innych religii, gdyż Kościół nie odrzuca niczego z tego, co jest w nich prawdziwe i święte (por. Sobór Wat. II, Dekl. Nostra aetate, 2).

    Dziękuję!
     

    Pytanie François

    Ojcze Święty, dziękujemy, że przybywasz, aby umocnić nas w wierze i w pragnieniu dawania świadectwa Ewangelii!

    Nazywam się François Bigot. Wychowałem się na wsi w Burgundii, a obecnie studiuję agronomię na UniLaSalle. Chętnie poświęcam swój czas trosce o piękno liturgii. Angażuję się również w życie mojej diecezji poprzez pielgrzymkę rowerową Pélé VTT de Nevers oraz w przygotowanie nowej pielgrzymki burgundzkiej. Jestem także drużynowym skautów i działam w duszpasterstwie akademickim na mojej uczelni.

    My, młodzi, chcemy się angażować: w służbę najbardziej potrzebującym, na rzecz pokoju w naszym kraju i na świecie, w służbę Kościołowi Chrystusa. Często jednak trudno rozeznać, w jakim kierunku zwrócić własne życie, aby oddać się bez reszty i dochować wierności, a zarazem nie rozpraszać sił ani nie tracić odwagi, zwłaszcza gdy zadanie wydaje się przerastać nasze możliwości. Lęk i niepewność nierzadko osłabiają entuzjazm właściwy młodości. Ojcze Święty, jak rozeznawać, gdzie Pan na nas czeka, abyśmy Mu służyli i ofiarowali nasze życie?


    Odpowiedź Ojca Świętego

    Czy jest tu wielu skautów? O, bardzo dobrze! Witajcie!Przede wszystkim serdecznie dziękuję wam za wasze zaangażowanie. Wielką radością jest dla mnie widzieć was tak licznie zgromadzonych, ożywionych pragnieniem służby pokojowi, który pomaga nam wzrastać jako mężczyznom i kobietom, przemieniając lęk w nadzieję, a narzekanie w odpowiedzialne zaangażowanie. Dziś ta wielka misja jest pilniejsza niż kiedykolwiek, ponieważ wzywa nas, abyśmy z rozeznaniem nawigowali pośród współczesnych przemian technologicznych i cyfrowych, nie pozwalając, by umniejszały nasze człowieczeństwo.

    Zwłaszcza wtedy, gdy poświęcamy się ochronie najmniejszych i najsłabszych, uświadamiamy sobie także własną kruchość, wspólną nam wszystkim. Kruchość ta nie napawa nas lękiem, lecz jednoczy jako stworzenia, które w Chrystusie odkrywają, że są braćmi i siostrami. To On jako pierwszy daje nam samego siebie, a żywym znakiem tej łaski jest Eucharystia, „źródło i zarazem szczyt całego życia chrześcijańskiego” (Sobór Wat. II, Konst. dogmat. Lumen gentium, 11). Z tego sakramentu, który umacnia naszą wiarę, czerpiemy siłę, by również ofiarowywać siebie bliźnim, naśladując bezinteresowną miłość Pana Jezusa. Dążenie do sprawiedliwości i pokoju skłania nas zarazem do dostrzegania konfliktów, które nosimy w sobie, oraz do oczyszczania serca. Gdy oddajemy się służbie Bogu i innym, nasze rany znajdują ukojenie i odkupienie.

    Nie ma takiej porażki, z której Bóg nie mógłby nas podźwignąć: Jego miłosierdzie jest naszą radością. Wspomnieliście jednak o lęku i niepewności jako o przeszkodach dla waszego entuzjazmu. Uczucia te są dziś bardzo rozpowszechnione z powodu niepewności dotyczącej planów na przyszłość, nietrwałości więzi uczuciowych oraz kruchości relacji. Dołączają do nich inne obciążenia szczególnie dotykające wasze pokolenie, takie jak zmęczenie nadmiarem czasu spędzanego przed ekranem czy niepokój związany ze zmianami klimatycznymi, sytuacją gospodarczą i międzynarodową. Tak, trzeba nadstawiać ucha na te odczucia. Drodzy młodzi, zachęcam was wszystkich, abyście zachowali serca otwarte na cierpienia swoich rówieśników.

    Jednocześnie doświadczenie kruchości, każdej kruchości, staje się dla ucznia Chrystusa sposobnością do dawania świadectwa. Kto idzie za Jezusem drogą pokornej i bezinteresownej służby, zostaje uwolniony od lęku i odzyskuje nowy entuzjazm, doświadczając wewnętrznej radości i pokoju. Nie są to uczucia chwilowe ani czysto subiektywne, lecz rzeczywistość zakorzeniona w pewności wiary, o której wspólnie dajemy świadectwo jako Kościół.

    Tak, razem tworzymy Kościół: kruchy i święty, niczym gliniane naczynia, które przechowują skarb (por. 2 Kor 4, 7). Św. Paweł raz jeszcze przypomina nam, że właśnie w słabości jesteśmy mocni (por. 2 Kor 12, 10). To szczególnie w chwilach trudności Bóg podtrzymuje naszą wolność i umacnia nas swoją łaską. Zechciał stać się człowiekiem, abyśmy mogli żyć z Nim na zawsze jako radośni świadkowie nadziei.

    Drodzy przyjaciele, to właśnie w tej przyjaźni z Jezusem dokonuje się nasze rozeznanie, będące refleksją podejmowaną wraz z przyzywaniem daru Ducha Świętego. Jest to stałe ćwiczenie, które pozwala iść naprzód w sposób uporządkowany i pewny.

    Jak dobrze rozeznawać?

    Przede wszystkim pamiętajcie, że Słowo Pana jest zawsze lampą dla naszych kroków (por. Ps 119, 105). W świetle Ewangelii formacja duchowa dokonuje się poprzez modlitwę i służbę, adorację i działanie, ciszę – tę tak rzadką, a zarazem tak potrzebną, z dala od medialnego zgiełku – oraz przez głoszenie.

    Ponadto czerpcie natchnienie z przykładu świętych – nawet pośród prześladowań ci nasi bracia i siostry otwierali drogi pokoju. Spójrzcie na kapłanów rozmiłowanych w Chrystusie, takich jak św. Eugeniusz de Mazenod i św. Jan Maria Vianney; na mistyczne piękno św. Teresy od Dzieciątka Jezus; na bł. Paulinę Jaricot, pełną gorliwości w miłości i działalności misyjnej; na odwagę pięćdziesięciu męczenników apostolstwa z czasów II wojny światowej, którzy służyli swoim braciom aż po ofiarę z własnego życia. Święci zmieniali bieg dziejów, prowadząc wiele osób od cierpienia ku nadziei, ponieważ najpierw pozwolili przemienić własne serca w świetle wiary.

    Drodzy młodzi, kiedy rozeznajecie swoje powołanie, bądźcie pewni, że Pan nie przemawia do was w sposób niejasny, lecz zwraca się do każdego z was po imieniu i zaprasza was, byście za Nim poszli, ponieważ was kocha. Przyjmując Jego Ewangelię z jasnym umysłem i czystym sercem, zrozumiecie, do jakiej służby wzywa was Jezus. Zawsze chodzi o dar z życia: pełny, wierny, przepełniony miłością. Aby przezwyciężyć lęk i niepewność, miejcie odwagę wypowiedzieć jedno proste i piękne słowo: dziękuję. Dziękuję Ci, Jezu, za Twoją miłość.

    Dlatego już teraz, bez lęku, lecz z ufnością i pełni radości, możemy wszyscy, wszyscy razem, za przykładem świętych, powiedzieć: Oto jestem, Panie!

    Wszyscy razem:Oto jestem, Panie!

    Zwracam się także do tych spośród was – a jest was tu dziś wieczorem wielu – którzy sądzą, że słyszą wezwanie, by pójść za Jezusem drogą kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Drodzy przyjaciele, Kościół we Francji tak bardzo was potrzebuje!… Modli się za was i czeka na was. Drodzy przyjaciele, nie lękajcie się tego wezwania! Miejcie odwagę i zaufajcie Jezusowi, który pragnie uczynić was swoimi najbliższymi przyjaciółmi. On was nie zawiedzie i zawsze będzie u waszego boku; wasze życie stanie się niezwykle piękne i owocne.

    Na zakończenie możemy podjąć modlitwę, którą przekazał nam św. Jan Paweł II: „Nauczycielu, Ty, który kochasz i szanujesz człowieka, Ty, który wziąłeś na siebie ludzkie cierpienie, który rozjaśniasz tajemnicę ludzkiej egzystencji, pozwól nam odkryć prawdziwy sens naszego życia i powołania!” ( Homilia podczas Mszy św. na zakończenie XII Światowego Dnia Młodzieży, Paryż, 24 sierpnia 1997) [1].

    Dziękuję!

    __________________________
     

    [1]  Idźcie budować cywilizację miłości: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 10 (196)/1997, s. 30.

    ____________________________________

    Medytacja 
     

    W ciemności nocy światło jaśnieje jeszcze mocniej. Tak właśnie, drodzy młodzi, wspólnie usłyszeliśmy słowa św. Pawła. Chcemy wznieść je wysoko niczym pochodnię, która rozświetla nie tylko modlitwę każdego z nas, lecz także całe dzieje Kościoła. Apostoł spogląda na swoją epokę i przyjmuje Boże natchnienie, to znaczy Ducha Świętego, który zawsze otwiera przed nami pełne światła perspektywy przyszłości. Tak, Bóg jest Panem dziejów i cokolwiek się wydarza, prowadzi je ku zbawieniu; w Chrystusie każde zło ma swój kres, właśnie dlatego, że kres staje się początkiem nowego i wiecznego życia.

    Drodzy przyjaciele, aby rozświetlać naszą epokę i przemieniać teraźniejszość w świetle Ducha, pamiętajmy przede wszystkim, że podobnie jak Tymoteusz jesteśmy ludźmi Bożymi. To określenie – Boży – którym posługuje się św. Paweł, wyraża więź, a nie posiadanie. Kto żyje z Bogiem, jest wolny: wolny od wszystkiego, co przesłania życie, czyniąc je pustym i pozbawionym sensu. Młodzi Francji, nosicie w sercach ogromne pragnienie wolności, słowa, które z wielką mocą rozbrzmiewa w waszej kulturze. Gdzie jednak bije źródło prawdziwej wolności? Jezus wskazuje je wyraźnie, mówiąc, że prawda nas wyzwoli (por. J 8, 32) oraz że On sam jest Prawdą (por. J 14, 6). Oto więc źródło prawdziwej wolności: jest nim żywa więź z Jezusem.

    Towarzyszenie Pana nadaje bowiem mądrość naszym zamierzeniom i piękno pragnieniom, które nosimy w sercu. Bóg przenika naszą duszę niczym światło, wzywając nas do nieustannej odnowy, do nawrócenia, które nadaje istnieniu pełny sens, ponieważ czyni nas uczestnikami historii przechodzącej od zamętu do poszukiwania prawdy, od obojętności do zaangażowania na rzecz sprawiedliwości. Św. Paweł wyraża to trzema czasownikami, które odwołują się do naszej wolności: uciekaj, podążaj, walcz.

    Apostoł pisze do Tymoteusza: przede wszystkim „uciekaj od tego rodzaju rzeczy”, to znaczy pychy, próżności, przemocy i chciwości (por. 1 Tm 6, 4.10). Są to uczucia, które nas ogarniają i biorą w posiadanie. Egoizm, który je cechuje, skrywa przerażającą samotność. Aby zasmakować bliskości Boga i ludzkiego braterstwa, trzeba odrzucić tę zachłanność, która pochłania relacje, niczego nie dając w zamian, i przesyca nas rzeczami, nie dając prawdziwego nasycenia. Jest to styl życia, który popycha człowieka, by mieć wszystko, a zarazem nie być osobą; otrzymywać mnóstwo lajków, a mimo to pozostawać samotnym.

    Kiedy decydujemy się nie iść za takim stylem życia, zaczynamy wówczas podążać za „sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością” (w. 11). Tak, kto żyje z Bogiem, dąży ku temu, co lepsze: nieustannie nad sobą pracuje. Szuka cnoty, czyli tej siły, która czyni go dobrym i prawdziwym. Drodzy przyjaciele, dynamika właściwa życiu chrześcijańskiemu ma swoją konkretną nazwę: jest nią droga świętości. To droga, którą Pan otwiera przed każdym z nas i na której towarzyszy nam przez cały czas. Jakże wielu synów i córek tej umiłowanej ziemi francuskiej pozwoliło się nią poprowadzić! Pomyślmy choćby o bł. Marcelu Callo, młodym Francuzie, skaucie i robotniku, który pośród ciemności obozu koncentracyjnego nie przestał dążyć do dobra, zachowując wewnętrzną wolność.

    W miarę jak postępujemy na drodze świętości, coraz wyraźniej widzimy, że nie wystarczy unikać zła: trzeba wybierać dobro. Nie chodzi tu o abstrakcyjną zasadę ani o oczywiste stwierdzenie: wybór dobra jest właściwym aktem wolności, przez który wolność ta urzeczywistnia się, oczyszcza i dojrzewa. Aby dokonywać właściwych wyborów, pamiętajcie o tym kryterium: dobro daje życie, nigdy go nie odbiera; dobro otacza troską, a nie zawłaszcza. Dobro nie jest pięknym pojęciem, lecz promiennym obliczem miłości: to Bóg we własnej Osobie! Cnoty, które św. Paweł wskazuje nam jako odblaski Jego dobroci, są następujące: sprawiedliwość wobec ludzi; pobożność i wiara wobec Boga; miłość wobec wszystkich; cierpliwość wobec tych, którzy zadają nam cierpienie; łagodność właściwa tym, którzy czystym sercem szukają pokoju. Zasady równości i braterstwa, które inspirują wasze społeczeństwo, właśnie tutaj znajdują swój fundament; są one czymś więcej niż przepisami prawa – są radykalnymi i odważnymi wyborami wolnego serca. Przyjęcie ich za własne nie jest jedynie zobowiązaniem moralnym, lecz wyborem, by stawać się autentycznymi mężczyznami i kobietami, wolnymi od wszelkich kompromisów.

    W związku z tym Apostoł przekazuje nam trzeci czasownik: walcz. Istotnie, uciekać od zła i podążać za dobrem oznacza także walczyć. Walczcie, tak, jak czynił to św. Paweł, często przedstawiany z mieczem w dłoni, będącym obrazem Słowa Bożego, „miecza Ducha” (Ef 6, 17). Czasownik ten brzmi szczególnie mocno tutaj, we Francji, ziemi św. Joanny d’Arc, młodej kobiety, która potrafiła walczyć z odwagą. Ale uwaga: trzeba jednak dobrze zrozumieć zarówno ten czasownik, jak i obraz: walka, do której jesteśmy wezwani, jest walką wiary, to znaczy zobowiązaniem do życia według Ewangelii jako uczniowie Jezusa, Syna Bożego, który czyni nas braćmi i siostrami. To w Jego imię otrzymujemy moc ludzi sprawiedliwych, aby opierać się pokusie. To w Jego imię otrzymujemy wytrwałość ludzi łagodnych, aby poświęcać się dobru. Nasza walka nie jest walką przeciwko innym i nie posługuje się bronią przemocy, pogardy czy ucisku. Jedyną naszą bronią jest miłość, która daje samą siebie. Wiemy niestety, że istnieją siły sprzeciwiające się naszej więzi z Bogiem; moce, które usiłują dzielić osoby i narody, zwracając jednych przeciw drugim. Zło to przybiera nie tylko postać jawnej przemocy, lecz niekiedy działa również podstępnie, obiecując nam właśnie to, czego nas pozbawia, a mianowicie szczęście. Kiedy jednak czujemy się ogarnięci jego ciemnością, światło Ducha Świętego rozjaśnia nas i umacnia. Dlatego tej nocy wybierzmy wspólnie cnoty, które powinniśmy rozwijać, aby iść za Panem.

    Nie jesteśmy sami na tej drodze świętości, ponieważ przemierzamy ją w jedności ze wszystkimi braćmi i siostrami, którzy są wokół nas. Doświadczacie tego zresztą także dziś wieczorem, podobnie jak podczas wielkich spotkań, takich jak Światowe Dni Młodzieży. Mamy ponadto sprzymierzeńców w świętych, którzy wspierają nas w chwilach próby. Drodzy przyjaciele, kiedy życiowe wybory wymagają odwagi, proście ich o wstawiennictwo i naśladujcie ich przykład. Jak śpiewaliśmy w litanii, wsparcie świętych daje nam pewność, że nigdy nie jesteśmy sami na modlitwie i nigdy nie jesteśmy sami w Kościele. W tych szczególnych czasach prośmy ich o pomoc, abyśmy stawali się budowniczymi pokoju, który jest odwiecznym pragnieniem Boga i nieustannym zadaniem ludzkości. Wspomniałem dziś wieczorem niektórych z nich. Prośmy także św. Teresę od Dzieciątka Jezus, aby nauczyła nas swojej małej drogi codziennej miłości, będącej mocnym fundamentem każdego trwałego pokoju.

    Pan urzeczywistnia ten pokój poprzez Przymierze, które zawiera z nami wszystkimi za pośrednictwem Jezusa Chrystusa. Dlatego św. Paweł, wskazując na fundament naszego doświadczenia wiary, mówi nie tylko o tym, co my możemy uczynić, odpowiadając Bogu, lecz także o tym, co Bóg czyni dla nas. Apostoł streszcza to w jednej scenie: Jezus przed Piłatem, prawda miłości wobec obłudy władzy. „Dobre zawody” łączy się więc z „dobrym [pięknym] wyznaniem” (por. 1 Tm 6, 12-13). Ukazuje to użycie tego samego przymiotnika kalos, który oznacza tutaj coś dobrze spełnionego. Tym dobrze spełnionym dziełem, tym, co jest dobre, jest odkupienie, którego Jezus dokonuje dla nas. W Jego walce z grzechem i śmiercią zwycięstwo Chrystusa wyzwala nas, ocala od wszelkiego zła i otwiera na każde dobro.

    W tym świetle spójrzmy na dwie relikwie, które mamy przed oczami: tunikę i krzyż. Jedną Chrystusowi odebrano, drugi Mu dano. W tym sensie obie są znakami Jego męki: Jezus zostaje odarty z tuniki, aby nas przyoblec w białą szatę, opłukaną „we krwi Baranka” (Ap 7, 14). W ten sposób krzyż, narzędzie śmierci, staje się znakiem nadziei. Obie zatem – tunika i krzyż – ukazują nas samych: nas, Kościół, który rodzi się z życia Boga ofiarowanego światu. Drodzy młodzi, aby wzrastać w świętości i czynić nasze społeczeństwo lepszym, bądźcie pełnymi światła świadkami tej Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, którą jest sam Chrystus, nasz Zbawiciel: „Jemu cześć i moc wiekuista! Amen” (1 Tm 6, 16).

    Copyright © Dykasteria ds. Komunikacji – Libreria Editrice Vaticana

    the holy see

    Intensywny dzień

    Czuwanie modlitewna na Stade de France było ostatnim punktem bogatego programu pierwszego dnia Leona XIV we Francji. W piątek 25 września Papież przemawiał do władz i korpusu dyplomatycznego w Pałacu Elizejskim, złożył historyczną wizytę w siedzibie UNESCO, modlił się podczas nieszporów w odnowionej katedrze Notre-Dame, a na zakończenie spotkał się z młodymi na narodowym stadionie Francji.

    W sobotę Papież m.in. odprawi Mszę św. na Placu de la Concorde w Paryżu, a wieczorem uda się do Lourdes.

    Artur Hanula/Vatican News

    ***

    Roberto de Mattei:

    Leon XIV w obliczu zbrodni rewolucji francuskiej

    rew_franc_portal.jpg
    fot: Sternfahrer/stock.adobe.com

    ***

    Leon XIV odwiedzając Francję musiał skonfrontować się z dziedzictwem rewolucji francuskiej. Jak poradził sobie z tym zadaniem Ojciec Święty? O tym pisze włoski historyk, profesor Roberto de Mattei.

    Podajemy cały tekst prof. de Mattei, który ukazał się w kierowanej przez niego agencji Corrispondenza Romana:

    Podróż apostolska Leona XIV do Francji, która odbyła się w dniach 25-28 września 2026 r., okazała się ogromnym sukcesem pod względem frekwencji, co zaskoczyło samego Papieża. Francja jest bowiem jednym z europejskich krajów, w których najbardziej ujawnia się agresywny sekularyzm. W przeddzień wizyty Papieża ukazał się szczegółowy raport Europejskiego Centrum Prawa i Sprawiedliwości (ECLJ) zatytułowany „Souffrances et espérance de l’Église en France”. Tekst ten, opracowany przez Grégora Puppincka we współpracy z Constance Avenel, dokumentuje silną presję ze strony świeckiego państwa w obszarach rodziny, edukacji, opieki zdrowotnej oraz przepisów dotyczących bioetyki.

    Do tego obrazu dochodzą akty przemocy wobec kościołów, sanktuariów i wiernych. 4 marca 2024 r. Francja jako pierwszy kraj na świecie włączyła aborcję do praw konstytucyjnych, a 19 sierpnia 2026 r. opublikowała w Dzienniku Urzędowym nową ustawę zatwierdzającą wspomagane samobójstwo i eutanazję. W reakcji na to coraz bardziej rozwijają się niezależne szkoły katolickie, rośnie liczba chrztów, wzrasta udział młodzieży w wielkich pielgrzymkach, takich jak ta do Chartres. W tym roku we Francji odbyło się 21 386 nowych chrztów, o 20 procent więcej niż w roku poprzednim, a wśród nich 8 152 nastolatków i 13 234 dorosłych, w większości młodych ludzi. – Jestem zaskoczony liczbą osób, które ponownie zbliżają się do progu wiary – stwierdził Papież podczas spotkania w Institut Catholique rano 26 września.

    Punktem kulminacyjnym papieskiej podróży była Msza Święta odprawiona na Place de la Concorde, w samym sercu Paryża, po południu 26, przed ogromnym tłumem liczącym około 800 000 osób. Wydarzenie to miało charakter symboliczny ze względu na znaczenie, jakie plac ten miał niegdyś.

    Place de la Concorde, zaprojektowany w 1755 roku przez architekta Ange-Jacquesa Gabriela, pierwotnie nosił nazwę Place Louis XV. Rewolucja Francuska na zawsze zmieniła historię tego miejsca. Wielki plac stał się głównym miejscem jakobinowskich egzekucji, a w 1792 roku przemianowano go na Place de la Révolution. Gilotyna zamieniała karę śmierci w widowisko, przed którym Republika demonstrowała swoją władzę w zakresie eliminowania wszystkich „wrogów ludu”. 21 stycznia 1793 r. ścięto tam Ludwika XVI, a 16 października tego samego roku królową Marię Antoninę. Zbrodnią Ludwika XVI było to, że był królem. Trybunał Rewolucyjny nie skazał na śmierć człowieka, ale instytucję monarchiczną, którą reprezentował. Plac zaprojektowany w celu uczczenia najstarszej monarchii katolickiej w Europie stał się w ten sposób miejscem jej symbolicznego zniszczenia. „Sam tytuł króla – głosił Robespierre – sprowadza plagi wojny na wstrząśniętą narodowość”. Jednak również Robespierre, po Dantonie, został zgilotynowany na Place de la Concorde w 1794 roku: Rewolucja bezlitośnie pożerała swoje dzieci.

    Pius VI w przemówieniu „Quare lacrymae”, wygłoszonym podczas konsystorza 17 czerwca 1793 r., przypisał Ludwikowi XVI „chwałę męczeństwa”. Stwierdził bowiem: „Ktoż mógłby wątpić, że ten król został skazany na śmierć z nienawiści do wiary i z pogardy dla dogmatów katolicyzmu?”. Jak wyjaśnił Pius VI w swoim przemówieniu, u podstaw procesu i skazania francuskiego władcy leżały „bezbożne ideologie” „perwersyjnych filozofów”: czołowych przedstawicieli oświecenia. Już na początku swojego pontyfikatu, w bulli Inscrutabile Divinae z 25 grudnia 1775 r., Papież, zwracając się do ludu chrześcijańskiego i jego pasterzy, wyraził swój niepokój, widząc, że „ludzie wzburzeni i wściekli, jakby ogarnięci niepohamowaną żądzą nowości, nie wahają się atakować samych podstaw racjonalnej natury, a nawet próbują – gdyby tylko mogli – je obalić”. Głównym narzędziem rewolucji była lawina książek inspirowanych ideami oświeceniowymi, które zalewały Francję już od czasów panowania Ludwika XV. Dlatego Pius VI tak napominał francuskich biskupów: „Usuwajcie z waszego grona zło, to znaczy z wielką energią i troską starajcie się wyeliminować ze swojej owczarni wszystkie te zatrute książki”.

    Oświecenie stanowi decydujący etap tego procesu ideologicznego, który – wychodząc od rewolucji humanistycznej i protestanckiej – doprowadził w ciągu niecałych pięciu stuleci do rewolucji komunistycznej. Lenin pisał: „Prawdopodobnie będziemy musieli postępować zgodnie z […] radą, jaką Engels udzielił kiedyś niemieckim socjalistom, a mianowicie przetłumaczyć i rozpowszechniać wśród mas francuskie publikacje oświeceniowe i ateistyczne z XVIII wieku” (O religii, Wydawnictwo Rinascita, Rzym 1950, wyd. II, s. 17). Jeśli jednak prawdą jest, że rewolucja musi nieustannie odnawiać swoje błędy, to autentyczna reakcja katolicka nie może nie kontynuować walki z tymi błędami, które rozprzestrzeniły się na świecie, przenikając niestety również do wnętrza Kościoła. Sam Leon XIV wydawał się ignorować historyczne znaczenie oświecenia, określając je podczas swojego przemówienia w Pałacu Elizejskim 25 września jako „etap, który przyniósł światu ważne osiągnięcia w dziedzinie praw człowieka”. A jednak następnego dnia, przed spotkaniem z zgromadzeniem synodalnym, papież zatrzymał się na modlitwę w ogrodzie przylegającym do Institut Catholique, przed tablicą z napisem „Hic ceciderunt” (tutaj polegli), gdzie we wrześniu 1792 roku około 115 księży i biskupów poniosło śmierć męczeńską za odmowę wyrzeczenia się wierności Stolicy Piotrowej.

    Oprawcy tych świadków wiary, później beatyfikowanych przez Kościół, byli przesiąknięci ideologią oświeceniową, której celem było wyrwanie chrześcijańskich korzeni ze społeczeństwa. Święto Bogini Rozumu, obchodzone w katedrze Notre Dame 10 listopada 1793 roku, stanowiło punkt kulminacyjny procesu dechrystianizacji, do którego dążyła „filozofia oświecenia”. Dlatego Pius XI w przemówieniu z 17 października 1926 r., wygłoszonym z okazji beatyfikacji męczenników z wrześniowych rzezi, przypomniał o „zburzeniu porządku publicznego, które pod koniec XVIII wieku miało swój początek we Francji i zmiatało wszystko, zarówno to, co święte, jak i to, co świeckie, i srożyło się nie tylko przeciwko królowi i szlachcie, ale przede wszystkim przeciwko Kościołowi i jego sługom. Najnikczemniejsi ludzie, którzy bezprawnie przejęli władzę, maskując pod pozorem filozofii nienawiść, jaka ich napędzała wobec Kościoła, próbowali z całych sił całkowicie wymazać imię chrześcijaństwa”.

    Leo XIV podczas swojej podróży domagał się „poszanowania godności ludzkiej oraz podstawowych praw i wolności wynikających z natury ludzkiej” (przemówienie w Pałacu Elizejskim z 25 września). Jednak negacja istnienia natury ludzkiej, będącej źródłem praw i obowiązków człowieka, została teoretycznie sformułowana w okresie oświecenia i znalazła swój wyraz w Deklaracji praw człowieka i obywatela z 1789 roku. Jej artykuł 4 definiuje wolność jako możliwość „czynienia wszystkiego, co nie szkodzi innym”; artykuł 5 dodaje, że prawo może zakazywać jedynie działań szkodliwych dla społeczeństwa. Czy jednak wystarczy, że dane działanie nie szkodzi innym, aby było moralnie dobre, bez żadnego odniesienia do prawa naturalnego, które wykracza poza wolę ludzi? Kto ustala, co jest szkodliwe dla innych? Jeśli wolność rozumie się jako zwykłą zdolność wyboru, a nie jako zdolność wyboru dobra, ograniczenia wpisane w naturę ludzką zaczynają być postrzegane jako przeszkody, które należy usunąć, i zostają zastąpione przez roszczenie człowieka do samodzielnego określania i narzucania innym tego, co uważa się za dobro społeczeństwa. Tak stało się podczas rewolucji francuskiej i tak dzieje się we Francji Emmanuela Macrona, który odwołuje się do tego przełomowego wydarzenia.

     „Nikt” – powtórzył Leon XIV w Lourdes 27 września – „nie ma prawa, nigdy, na podstawie laboratoryjnych algorytmów, decydować o życiu konkretnego zarodka lub konkretnej osoby starszej”. Prawo to wywodzi się ze zatrutych źródeł oświecenia, któremu przeciwstawiamy słowa tego samego papieża Leona wygłoszone na Place de la Concorde: „Widząc was tu zgromadzonych, drodzy bracia i siostry, spadkobiercy długiej i pięknej świętej historii Francji, mówię wam: czerpcie tylko z tego źródła, jakim jest przebite Serce Jezusa”.

    Roberto de Matte/PChr24.pl

    ***

    Roberto de Mattei:

    Jak uniknąć demonicznej rozpaczy? Jest jedna droga

    66355.jpg
    Prof. Roberto de Mattei/youtube/TVP

    ***

    Jest jedna droga, która pozwala uniknąć popadnięcia w rozpacz. To wiara w Boga i Jego Syna, Jezusa Chrystusa. Tylko wiara pozwala zrozumieć, że nie jesteśmy przypadkiem, który pogrąża się w nicości – ale stworzeniami przeznaczonymi do życia wiecznego. Pisze o tym włoski myśliciel i historyk, prof. Roberto de Mattei.

    Tzw. wspomagane samobójstwo we Włoszech

    W ostatnich dniach szerokim echem odbiła się wiadomość o przyjęciu w Wenecji Euganejskiej ustawy mającej na celu uregulowanie na poziomie regionalnym kwestii wspomaganego samobójstwa. Wenecja Euganejska jest czwartym regionem, który przyjął tego rodzaju przepisy, ale pierwszym spośród regionów rządzonych przez centroprawicę. Fakt ten nabiera zatem znaczenia politycznego i kulturowego wykraczającego poza granice regionu: pokazuje, że zasada absolutnego samostanowienia przenika również do środowisk politycznych, które – przynajmniej nominalnie – powinny odwoływać się do obrony życia, rodziny i porządku naturalnego.

    Samobójstwo wspomagane polega na świadomym dążeniu do śmierci przez osobę, która stwierdza, że nie ma już powodów, by żyć – i zwraca się do instytucji publicznych o pomoc w zakończeniu swojego życia. Kwestia ta nie dotyczy zatem wyłącznie prywatnej decyzji. W momencie, gdy wkracza w nią prawo, samobójstwo przestaje być postrzegane jako tragedia, której należy zapobiec, a staje się możliwością, akceptowaną i nawet zorganizowaną przez władze regionalne lub państwowe. Wybór ten jest przedstawiany przez środki przekazu jako korzystanie z prawa oraz jako szlachetny akt samostanowienia, którego prawo nie powinno zakazywać, a osąd moralny nie powinien potępiać. Mówi się o „wolności”, „godności”, „świadomym wyborze”, „prawie”, podczas gdy skrupulatnie unika się przypominania, że każda prośba o samobójstwo zawiera – jeszcze zanim stanie się wyrazem woli śmierci – rozpaczliwy krzyk bólu.

    Jeżeli dobrowolną śmierć przedstawia się jako odważny i godny wybór, to przekaz, który dociera do opinii publicznej, jest po prostu porażający. Osoba starsza, która czuje się ciężarem; chory, który obawia się, że zostanie opuszczony; osoba z niepełnosprawnością, która odczuwa związane z opieką nad nią koszty ekonomiczne i psychiczne – wszyscy oni mogą dojść do przekonania, że śmierć będzie aktem empatii wobec bliskich albo najbardziej godnym rozwiązaniem całej sytuacji.

    Ujawnia się tutaj głęboka sprzeczność. Kiedy zrozpaczona osoba próbuje odebrać sobie życie, społeczeństwo mobilizuje lekarzy, psychologów i służby porządkowe, aby ją uratować. Kiedy natomiast ta sama wola zostaje wyrażona w określonych warunkach klinicznych i przełożona na procedurę prawną, jest ona przedstawiana jako przejaw wolności. W jednym przypadku stwierdza się, że życie należy chronić przed rozpaczą chwili; w drugim zaś tę samą rozpacz uznaje się za podstawę prawa.

    Rozpacz, czyli brak nadziei

    W tych samych dniach, w których przyjęto regionalną ustawę o samobójstwie wspomaganym, na pierwszych stronach gazet pojawiały się informacje o wyjątkowo brutalnych zbrodniach, popełnianych przede wszystkim w obrębie rodziny: ojcach, którzy mordują swoich najbliższych, matkach zabijających dzieci, mężczyznach, którzy zabijają żony lub partnerki, a następnie odbierają sobie życie. Oczywiście istnieje różnica moralna i prawna między kimś, kto zabija członków swojej rodziny, a kimś, kto prosi o pomoc w umieraniu. Jednak u źródeł obu tych zjawisk można dostrzec to samo uczucie rozpaczy.

    Rozpacz jest brakiem wszelkiej nadziei. Stanowi ona jedną z najgłębszych konsekwencji materializmu, który dominuje we współczesnym społeczeństwie. Materializm nie polega jedynie na przywiązaniu do pieniędzy czy dóbr materialnych. W bardziej fundamentalnym sensie, jest on koncepcją rzeczywistości, która sprowadza człowieka do jego wymiaru biologicznego, ekonomicznego i psychologicznego. W tej perspektywie wartość życia zależy od przyjemności, jaką ono daje, od autonomii, jaką zapewnia, od zdrowia, którym się cieszymy, oraz od sukcesu, jaki osiągamy. Kiedy tych warunków zabraknie, znikają również powody, by żyć.

    Demoniczny materializm

    W najbardziej tragicznych przypadkach ten, kto utracił wszelką nadzieję, nie poprzestaje na odebraniu sobie życia, lecz usiłuje pociągnąć za sobą także tych, których uważa za część własnego losu. Rodzina, która powinna być miejscem ochrony i miłości, staje się wówczas sceną dla skrajnej woli panowania: „Jeśli moje życie nie ma już sensu, wasze również nie powinno trwać”. To demoniczne wypaczenie miłości, która nie szuka już dobra drugiego człowieka, lecz pragnie go posiadać aż do jego unicestwienia.

    Współczesne społeczeństwo obiecuje szczęście dzięki dobrobytowi, przyjemności, sukcesowi i brakowi wszelkich ograniczeń. Jednak właśnie ta fałszywa obietnica przygotowuje grunt pod rozpacz. Człowiek wychowany w przekonaniu, że szczęście jest równoznaczne z zaspokojeniem własnych pragnień, nie jest przygotowany na stawienie czoła chorobie, stracie, opuszczeniu i porażce. Jeżeli człowiek uznaje rzeczywistość materialną za jedyny horyzont swojego istnienia, nie jest już zdolny nadać sensu swojemu życiu. Cywilizacja, która obiecała człowiekowi autonomię i zaspokojenie każdego pragnienia, a jednocześnie odebrała mu Boga i nadzieję życia wiecznego, pozostawia go bezbronnym wobec cierpienia i śmierci.

    Rozpacz jest zatem czymś znacznie poważniejszym niż tylko indywidualnym stanem psychicznym: jest duchową i społeczną chorobą naszych czasów. Tego głębokiego zła nie można uleczyć za pomocą środków prawnych czy politycznych. Trzeba przede wszystkim przywrócić człowiekowi prawdziwą nadzieję – tę nadprzyrodzoną, która nigdy nikogo nie zawiodła. Aby jednak przywrócić nadzieję, trzeba najpierw przywrócić człowiekowi wiarę, która jest fundamentem i warunkiem nadziei.

    Wiara w Boga, Stwórcę człowieka

    A jakaż to wiara, jeśli nie wiara w Boga, Stwórcę i Pana dziejów; w Jezusa Chrystusa, Odkupiciela i Zbawiciela ludzkości; w Jego Krzyż, który zwyciężył grzech; w Jego Zmartwychwstanie, które pokonało śmierć?

    Kto przyjmuje tę szeroką i pocieszającą wizję, którą daje wiara, ten rozumie, że nie jest wytworem przypadku ani istotą przeznaczoną do nicości, ale stworzeniem umiłowanym przez Boga i powołanym do życia wiecznego. Nadzieja, która rodzi się z wiary, jest pewnością, że życie nie kończy się w ciasnych granicach ziemskiego istnienia i że człowiek jest powołany do posiadania dóbr wiecznych, nawet wtedy, gdy wszystko wokół niego zdaje się walić.

    Chrześcijańska nadzieja nie pomniejsza dramatyzmu doświadczeń. Uczy jednak, że żadne przyjęte i ofiarowane cierpienie nie jest daremne, że żadna łza nie uchodzi spojrzeniu Boga i że nawet z najgłębszych ciemności Opatrzność może wyprowadzić większe dobro. Kiedy na płaszczyźnie ludzkiej wszystko zdaje się stracone, pozostaje otwarty horyzont wieczności. To właśnie ten horyzont nie pozwala rozpaczy wypowiedzieć ostatniego słowa.

    Roberto de Mattei – Corrispondenza Romana – PCh24.pl

    ***

    piątek 25 września 2026

    „Formuła Fultona Sheena” dla Polski

    abp-Sheen-Polska-Jasna-Gora.jpg

    Beatyfikacja arcybiskupa Fultona J. Sheena w St. Louis w USA 24 września 2026 r. to uroczystość długo wyczekiwana przez wielbicieli dzieła i życia wielkiego amerykańskiego duchownego. Spośród wielu pytań – także o to, dlaczego to tyle trwało, mimo uznania w 2019 r. cudu za jego wstawiennictwem – jedno wydaje się szczególnie istotne: Czego zmarły w 1979 r. Arcybiskup może nas nauczyć dzisiaj? Odpowiedzią, zwłaszcza w Polsce dzisiaj, może być „Formuła Fultona Sheena”[1].

    Kiedy 20 września 1919 r. w katedrze w Peorii 24-letni Fulton Sheen przyjmował święcenia kapłańskie, złożył sobie dwie obietnice: że codziennie spędzi całą godzinę przed Najświętszym Sakramentem, adorując Pana Jezusa oraz że w każdą sobotę odprawi Mszę św. ku czci Matki Bożej w intencji ochrony jego kapłaństwa.

    Ta dwuczęściowa „Formuła Fultona Sheena” była istotną częścią jego życia i tym, co zarówno wzmacniało go, jak i czymś, co zalecał innym kapłanom.

    Choć postanowienie praktykowania Godziny Świętej musiało być trudne do spełnienia, wziąwszy pod uwagę tryb życia i konieczność częstych podróży późniejszego wykładowcy, kaznodziei, radiowego i telewizyjnego celebryty-ewangelizatora, autora licznych publikacji i książek, a wreszcie biskupa i arcybiskupa, to Fulton Sheen obietnicy dotrzymał aż do śmierci – czyli przez 60 lat.

    Gdy zmarł 9 XII 1979 r., znaleziono jego ciało przed domową kaplicą w jego ostatnim mieszkaniu w Nowym Jorku. Jeśli bowiem mieszkał dłużej w jakimś miejscu, przeznaczał jeden pokój właśnie na kaplicę, po to, by mieć możliwość spędzenia godziny przed Chrystusem w Najświętszym Sakramencie. Sam przyznawał przy różnych okazjach, że nie pominął „żadnego dnia. Żadnego – niezależnie od trudności”[2]. Kiedyś zdarzyło mu się nawet, że zatopiony w adoracji nie zauważył, że zamknięto go w kościele.

    Co ciekawe, pisał, że w gruncie rzeczy praktykowanie Godziny Świętej nie jest trudne, ale „wyjątkiem są okresy urlopu, czyli dni, w których nie ma nic do zrobienia. Wtedy bywa naprawdę ciężko”. Tymczasem, „gdy jesteśmy bardzo zajęci, godzina nie sprawia problemu, bo wiemy, że musimy ją zmieścić w planie dnia”[3].

    Arcybiskup Sheen porównał Godzinę Świętą do butli tlenowej, „która w zatęchłej atmosferze świata pozwala ponownie poczuć tchnienie Ducha Świętego”. W czasach kiedy słyszy się często krytykę mechanicznego niemal odmawiania czy to różańca świętego, czy innych modlitw, dalsza uwaga arcybiskupa o Godzinie Świętej, pozwala spojrzeć na ten problem nieco inaczej – nie zawsze bowiem doświadczamy duchowych fajerwerków: „Jeśli nawet wydawało mi się, że nie mam z niej żadnej korzyści i odczuwałem brak duchowej bliskości, miałem przynajmniej wrażenie, że jestem jak pies warujący u drzwi pana na wypadek, gdyby ten miał go wezwać”[4].

    Choć abp Sheen twierdził, że taka praktyka pomaga mu „utrzymać głowę nad wodą” i „wzmacnia wrażliwość na obecność eucharystyczną”, to skromnie dodawał, że nie dowodzi to jego własnej prawości. A nawet uznawał istnienie kapłanów, którzy nie mając w zwyczaju częstego nawiedzania Najświętszego Sakramentu z pewnością „w oczach Boga są tysiąc razy bardziej godni niż”[5] on sam. Mimo to wzywał zarówno biskupów, księży, siostry zakonne tak i małżonków do praktykowania Godziny Świętej. Dlaczego?

    Mówiąc o sobie zauważył, że jest wielu kapłanów inteligentniejszych od niego albo równie inteligentnych jak on, a jednak to Godzina Święta dała mu skuteczność, której tamtym duchownym brak: „Ja jednak mam moc tysiąc razy większą od mocy któregokolwiek z was! Staję przed ludźmi, zaczynam mówić, a oni mnie słuchają!” Czyżby to były pełne pychy czcze przechwałki? Wiemy na podstawie niezwykłej popularności arcybiskupa jako wykładowcy i autora audycji radiowych i telewizyjnych, że nie – w końcu bił oglądalnością na głowę nawet takie gwiazdy jak Frank Sinatra! Zresztą zaraz dodawał (ponownie) skromnie: „Czy jest to moja własna moc? Bynajmniej! Święty Paweł pisze: Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś otrzymał? (1 Kor 4,7)”. To codzienna bliskość Chrystusa w Eucharystii była tą siłą.

    Abp Sheen wskazywał na trzy powody praktykowania Godziny Świętej. Pierwszy z nich wydaje się szczególnie aktualny dzisiaj, a wręcz bardziej niż w czasach samego arcybiskupa, gdy media elektroniczne były jeszcze w powijakach. Pisząc o „świecie pełnym pośpiechu i napięcia”, charakteryzującym się brakiem ciągłości i „w którym co godzinę otrzymujemy nowe informacje”, wielki duchowny wskazywał na szczególną rolę telewizji w rozpraszaniu uwagi i skupienia. Bowiem „telewizja pokazuje ciąg niepowiązanych ze sobą logicznie psychodelicznych obrazów, a brak logiki niekorzystnie wpływa na zdolność myślenia”. Dziś zatem, wraz z elektronicznymi gadżetami, które każdy nosi w kieszeni, kryzys pogłębił się w stopniu chyba nawet dla samego arcybiskupa niewyobrażalnym.

    Tym pierwszym powodem praktykowania Godziny Świętej jest więc to, że pozwala na „utrzymanie ciągłości modlitwy”, a w świecie tak potężnych rozproszeń „nie jest możliwe, by znaleźć się w Bożej obecności w ciągu pięciu czy dziesięciu minut. Na modlitwę potrzebujemy całej godziny. Już samo oderwanie się od świata zajmuje przynajmniej piętnaście, dwadzieścia minut. Ziemski pył okrywa nas jak płaszcz, który najpierw musimy odrzucić, aby następnie zanurzyć się w głąb”[6].

    Drugi powód dla codziennej praktyki Godziny Świętej to modlitwa wstawiennicza: „Skoro możliwe jest przetaczanie krwi, możliwe jest również przetaczanie modlitwy”. Ten powód jest ponownie niezwykle aktualny w dzisiejszej Polsce, kiedy skala nienawiści między różnymi frakcjami politycznymi prowadzi wręcz do niespotykanej wcześniej agresji, także między samymi katolikami należącymi do różnych partii.
    „My wszyscy – zarówno osoby duchowne, jak i świeckie – jesteśmy jako członkowie Kościoła zjednoczeni z Chrystusem – Kapłanem i Ofiarą. Ponieważ dźwigamy na swoich barkach ciężar świata, musimy wstawiać się za światem i za grzesznikami. Jeśli kapłan sam się nie modli, to jedną z najokrutniejszych rzeczy, jakie może powiedzieć osobie, która zwraca się do niego po słowa otuchy, jest polecenie: Módl się”. Dalej Sheen podkreśla, że w świecie skupiającym się na socjologii i polityce, „zapomnieliśmy, że możemy wywierać duchowy wpływ na siebie nawzajem”[7]. Modlitwa przed Najświętszym Sakramentem temu właśnie służy.

    Ostatni, trzeci, powód praktykowania Godziny Świętej, jest zdaniem Sheena najważniejszy. To fakt, że sam Pan Jezus nas o to prosił, a „była to jedyna prośba, jaką do nas skierował”. Arcybiskup przypomina poruszającą scenę w Ogrodzie Oliwnym, gdy nasz Pan w czasie modlitwy doświadczył krwawego potu, a chcąc towarzystwa swoich uczniów w tych bolesnych chwilach, trzykrotnie zastaje ich śpiących i mówi: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26,40).

    Sheen, zwracając uwagę na to, że w Ewangeliach „godzina” ma związek z działaniem zła i przewidując nasilenie się aktywności satanistycznej (co przecież też obserwujemy we współczesnej Polsce), podkreśla, że „celem praktykowania Godziny Świętej jest więc walka ze złem obecnym w świecie oraz zadośćuczynienie za skutki działania szatana. Nabożeństwo to nie ma charakteru arbitralnego. Nie jest to tylko jedna z wielu praktyk religijnych. Jest to wezwanie wynikające z Pisma Świętego”[8].

    Poświęciliśmy sporo miejsca pierwszemu filarowi dwuczęściowej „Formuły Fultona Sheena”, ale wypada powiedzieć też choć słowo i o filarze drugim – nabożeństwie do Matki Bożej, które w przypadku arcybiskupa nie ograniczało się jedynie do dedykowanej Jej sobotniej Mszy św. Sheen twierdził, że to Jej zawdzięczał zachowanie celibatu. Maryja Panna towarzyszyła mu od samego początku życia, gdy jego matka po ochrzczeniu go w kościele w El Paso poświęciła swoje dziecko Matce Bożej kładąc je na ołtarzu. Sam Sheen z kolei poświęcił się potem Maryi jako dwunastolatek przyjmując I Komunię Świętą. To o Niej napisze już jako dorosły całą książkę – „Maryja. Pierwsza miłość świata” – i tam też można znaleźć pełny wykład mariologii Sheena.

    Spośród wielu aspektów związanych z nabożeństwem maryjnym Sheena wspomnijmy, że jako biskup obrał sobie za motto „Da per Matrem me venire” (Daj mi przyjść do Ciebie przez Maryję). Odbył też 30 pielgrzymek do Lourdes oraz ok. 10 do Fatimy. Te pielgrzymki świadczą nie tylko o wielkiej czci, jaką darzył Matkę Bożą, ale miewały one również rys humorystyczny, związany z ufnością jaką w Niej pokładał, o czym pisał w swojej autobiografii.

    W Polsce, w której przez wieki nabożeństwo do Maryi Panny odgrywało ogromną rolę, zwłaszcza w chwilach zagrożeń dla naszej Ojczyzny i w której obecnie tak bardzo się Ją znieważa bluźnierczym symbolem grzechu ciężkiego, warto wspomnieć o dwóch refleksjach arcybiskupa.

    Po pierwsze, nie dziwi ten atak na wizerunki Matki Bożej. Jak podkreślał bowiem abp Sheen: „Maryja jest oknem, przez które nasze człowieczeństwo chwyta pierwsze mignięcie Bóstwa na ziemi. Lub być może jest Ona raczej jak szkło powiększające; wzmacnia naszą miłość do Jej Syna oraz rozjaśnia i rozpłomienia nasze modlitwy”[9]. Maryja zatem zawsze prowadzi do Chrystusa, a z kolei „wszelkie nabożeństwo do Maryi przeszkadza tym, którzy negują Jego bóstwo lub winią naszego Pana z powodu tego, co mówi o piekle, rozwodzie i sądzie”. A zatem detronizacja Królowej Polski, to równocześnie odrzucenie Chrystusa jako jej Króla.

    Po drugie, skoro Maryja zawsze prowadzi do Chrystusa, to abp Sheen wysuwa z tego wniosek, że to właśnie poprzez Matkę Bożą dokona się nawrócenie muzułmanów. Oto bowiem miejsce słynnych objawień nie tylko musi kojarzyć się mahometanom z nawróconą na katolicyzm córką ostatniego dowódcy wojsk islamskich w Portugalii, ale także z córką Mahometa Fatimą. A to z kolei prowadzi do refleksji o znaczeniu samej Maryi, która jest darzona przez muzułmanów ogromną czcią. Zdaniem Sheena to właśnie od tego powinien wychodzić wysiłek misyjny wobec wyznawców Allacha – od Maryi, ona bowiem – jako uważana również przez samego Mahometa za ważniejszą od jego córki – zaprowadzi ich ostatecznie do Chrystusa.

    Jeszcze przed II wojną światową ks. Sheen podkreślał, że rozwiązanie kryzysu cywilizacji Zachodu nie ma charakteru ekonomicznego czy politycznego, ale duchowy. Czy zatem rozwiązaniem kryzysu i zagrożeń w Polsce nie powinna stać się „Formuła Fultona Sheena”: propagowanie Godziny Świętej wśród duchownych, osób zakonnych i świeckich oraz wzmocnienie nabożeństwa do Maryi Panny – Królowej Polski?

    Jan J. Franczak/PCh24.pl

    Przypisy:

    1. Por. Joan Sheen Cunningham, Janel Rodriguez, Mój stryj Fulton Sheen. Spojrzenie z bliska, tłum. Jan J. Franczak, Wydawnictwo AA, Kraków 2022, s. 121.
    2. Fulton J. Sheen, O siłach zła, zebrał i opracował ks. Dave Tomaszycki, tłum. Zbigniew Kasprzyk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2026, s. 167.
    3. Op. cit., s. 167.
    4. Fulton J. Sheen, Skarb w glinianym naczyniu, tłum. Zbigniew Kasprzyk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2020, s. 262.
    5. Op. cit., s. 270-271.
    6. Fulton J. Sheen, O siłach zła, op. cit., s. 253.
    7. Op. cit., s. 257-258.
    8. Op. cit., s. 261-266.
    9. Fulton J. Sheen, Maryja. Pierwsza miłość świata, tłum. Dominika Krupińska, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2018, s. 105.

    ***

    poniedziałek 21 września 2026

    Ojciec święty Leon XIV: powołania nie rodzą się z kampanii przy biurku, ale z modlitwy

    epa13248469_2(1).jpg
    fot. PAP/EPA/MASSIMO PERCOSSI

    ***

    Powołania nie rodzą się z wdrażania strategii organizacyjnych czy kampanii opracowanych przy biurku, ale z modlitwy, bliskości Ewangelii, z ciszy, poczucia przynależności – powiedział papież 21 września podczas audiencji dla klarysek kapucynek. Podkreślił, że zmniejszająca się liczba powołań nie może prowadzić do zamknięcia się w sobie czy kompromisów, lecz musi skłaniać do odnowy życia.

    Kontemplować Boga i trwać w modlitwie

    Papież wskazał na ogromne znaczenie powołania, którym żyją mniszki. Poprzez modlitwę kontemplacyjną, ubóstwo i całkowite przylgnięcie do Ewangelii realizują one charyzmat św. Franciszka i św. Klary. Ich pierwszym i stałym zadaniem jest kontemplacja rzeczywistości boskich i stała jedność z Bogiem w modlitwie.

    Leon XIV zacytował list św. Klary do św. Agnieszki, założycielki klarysek w Pradze: „Wpatruj się umysłem w zwierciadło wieczności, wznieś duszę do blasku chwały, przyłóż serce do obrazu boskiej istoty i przez kontemplację cała się przemieniaj w obraz samego Bóstwa”.

    Brak powołań to okazja do odnowy

    Papież podkreślił, że słowa te określają też perspektywę, w jakiej powinno się patrzeć zarówno na teraźniejszość, z jej dramatami i niepewnościami, jak i na wyzwania dotyczące przyszłości. Wskazał w szczególności na zmniejszającą się liczbę powołań. Mogłoby to skłaniać do wyborów opartych na zamknięciu się w sobie i na kompromisach. Tymczasem trzeba na to spojrzeć z innej perspektywy. Nie powinno nas to niepokoić ani odbierać nadziei – powiedział Ojciec Święty – ale raczej skłonić do odnowy naszego życia i lepszego towarzyszenia tym, którzy pukają do drzwi klasztorów. Trzeba tworzyć radosne i żywe wspólnoty, w których można doświadczać bliskości z Bogiem, serdeczności, wspólnoty i autentyczności relacji.

    – Powołania nie rodzą się z wdrażania strategii organizacyjnych ani z kampanii opracowanych przy biurku, ale z modlitwy, z bliskości Ewangelii, z ciszy, z umiejętności akceptowania siebie wraz z własnymi niedoskonałościami (por. Gal 6,2), z poczucia przynależności do całości, która tworzy jedność. Aby to osiągnąć, Pan nie wymaga od nas, byśmy byli bez skazy, ale byśmy pozwolili się kształtować Jego łasce, pokornie, dzień po dniu – mówił dalej Leon XIV.

    Świadkowie ciszy i kontemplacji

    Ojciec Święty wskazał też na specyficzną misyjność powołania klauzurowego. Są one znakiem obecności Królestwa Bożego na ziemi. Uczą ciszy, która w społeczeństwie zdominowanym przez pośpiech i hałas pozwala odczuć potrzebę czasu i przestrzeni, w których można się zatrzymać, rozeznawać, bez obawy o utratę ulotnej chwili.

    Zdaniem papieża znaczenie mniszego powołania wyrażają słowa Psalmu 9 z dzisiejszej liturgii: „Nie jest to słowo, nie są to mowy, których by dźwięku nie usłyszano; ich głos się rozchodzi na całą ziemię i aż po krańce świata ich mowy”. – Pan wzywa was, byście wychowane w szkole Ewangelii, były Jego świadkami w ciszy i kontemplacji, umieszczając was w historii jako żywą i proroczą pamięć Dobrej Nowiny – powiedział Ojciec Święty.

    źródło: KAI / Vatican News PL

    ***

    Niedziela 20 września 2026

    Ojciec święty Leon XIV:

    Bóg ma inne drogi. Miłosierdzie ponad logiką kalkulacji

    Papież podczas modlitwy Anioł Pański

    Boże zamysły nieskończenie przewyższają nasze i – powiedzmy wprost – są bardziej „ludzkie” niż wszystko, co my, ludzie naznaczeni grzechem, potrafimy pomyśleć i urzeczywistnić – wskazał Papież w rozważaniu przed niedzielną modlitwą Anioł Pański.. Zyskujemy radość, zrozumienie i przyszłość, kiedy prawo miłości przerywa logikę kalkulacji.

    Ojciec Święty nawiązał do proroka Izajasza przypominającego, że „myśli [Boga] nie są myślami naszymi ani nasze drogi Jego drogami” (Iz 55, 8). Boże zamysły nieskończenie przewyższają ludzkie wyobrażenia i „są bardziej «ludzkie» niż wszystko, co my, ludzie naznaczeni grzechem, potrafimy pomyśleć i urzeczywistnić” – zauważył Papież. 

    Nie według ludzkiej kalkulacji

    Ewangeliczna przypowieść o robotnikach wezwanych do winnicy (Mt 20, 1-16) ukazuje tę Bożą nowość poprzez historię tych, którzy rozpoczynają pracę o różnych porach dnia. Jedni pracują od rana, inni przychodzą dopiero w południe, a jeszcze inni niemal o zachodzie słońca. Przełomowym momentem jest wypłata. Gospodarz nakazuje, aby rozpoczęto ją od ostatnich. Wszyscy otrzymują taką samą zapłatę. Ci, którzy pracowali cały dzień, zaczynają więc szemrać, choć gospodarz wypłaca im dokładnie tyle, ile obiecał.

    „Ta kolejność nie jest przypadkowa – zauważa Leon XIV. – Gospodarz świadomie dopuszcza do niezadowolenia pierwszych, aby odsłonić każdemu swoją dobroć, ponieważ objawienie dobroci Boga jest dla wszystkich, a nie tylko dla niektórych. Boże miłosierdzie nie jest nagrodą zarezerwowaną dla tych, którzy uważają się za pierwszych i są przekonani, że sami «zapracowali» na swoją pozycję”.

    Miłość zamiast rywalizacji

    Przypowieść stawia więc pytanie o sposób, w jaki patrzymy na Boga i na drugiego człowieka. Czy potrafimy cieszyć się dobrem, którego doświadcza ktoś inny, nawet jeśli sami uważamy, że na nie bardziej zasłużyliśmy? Boża logika prowadzi dalej niż ludzka kalkulacja. 

    „Wszyscy natomiast zyskujemy radość, zrozumienie i przyszłość, kiedy prawo miłości przerywa logikę kalkulacji, doświadczenie miłosierdzia poszerza perspektywę zasługi, a dar pokoju kładzie kres rywalizacji i zbliża nas do siebie we wdzięczności” – zaznaczył Papież, wskazując przesłanie liturgii słowa.

    Dlatego bycie współpracownikami Boga, praca w Jego winnicy i służba Jego Królestwu sprawiedliwości i pokoju są łaską. Tam, gdzie przychodzi Boża nowość, nie ma miejsca na zazdrość i podziały.

    „Jego drogi naszymi drogami”

    Wezwanie Izajasza pozostaje aktualne: szukać Pana, powracać do Niego i porzucać błędne drogi oraz nieprawe myśli. To właśnie w przyjęciu Bożego miłosierdzia człowiek może uczyć się patrzeć inaczej – nie przez pryzmat rywalizacji i zasługi, ale wdzięczności i zaufania.

    Na tej drodze wierzących wspiera Maryja – „stworzenie takie jak my, lecz wolne od wszelkiej zmazy”. Ona pomaga pokładać nadzieję w Bogu i zawierzać Jego miłosierdziu, aby – jak przypomina zgodnie z liturgią Leon XIV – „Jego drogi stawały się naszymi drogami, a Jego myśli – naszymi myślami”.

    s. Róża Chrzanowska CSFN – Watykan

    ***

    sobota 19 września 2026

    Łzy przeciw obojętności. La Salette 180 lat później

    W centrum La Salette nie stoi cudowność, lecz łzy. Maryja nie ukazuje się jako triumfująca Królowa, ale jako Kobieta płacząca. Ten szczegół decyduje o całym sensie wydarzenia.

     Sanktuarium maryjne w La Salette. – fot. Roman Koszowski / Gość Niedzielny

    ***

    La Salette łatwo zamknąć w konwencji maryjnej opowieści: górskie pastwisko, dwoje dzieci, tajemnicza Pani, przesłanie dla świata. Taki opis jest prawdziwy, ale niewystarczający. Objawienie z 19 września 1846 roku należy bowiem do tych wydarzeń religijnych, które odsłaniają coś więcej niż prywatną pobożność. Pokazują pęknięcie kultury.

    W centrum La Salette nie stoi cudowność, lecz łzy. Maryja nie ukazuje się jako triumfująca Królowa, ale jako Kobieta płacząca. Ten szczegół decyduje o całym sensie wydarzenia. Łzy nie są ozdobą orędzia ani emocjonalnym dodatkiem do teologii. Są formą poznania. Mówią, że świat można rozumieć nie tylko przez pojęcia, statystyki i projekty polityczne, ale także przez zdolność cierpienia z powodu dobra, które zostało utracone.

    Orędzie La Salette zaskakuje konkretnością. Maryja mówi o niedzieli, modlitwie, przekleństwach, poście, pracy, zbożu, ziemniakach, głodzie. Nie przedstawia programu społecznego, a jednak dotyka samego rdzenia życia społecznego. Pyta, co dzieje się z kulturą, gdy znika w niej doświadczenie sacrum. Co zostaje z niedzieli, jeśli jest już tylko dniem produkcji albo konsumpcji? Co zostaje z języka, jeśli imię Boga staje się częścią przekleństwa? Co zostaje z człowieka, jeśli modlitwa przestaje kształtować jego pamięć, sumienie i wdzięczność?

    Dlatego La Salette nie jest ucieczką od historii. Przeciwnie, wydarza się w samym środku nowoczesnego przesilenia. Francja XIX wieku żyje jeszcze skutkami rewolucji, kolejnymi zmianami ustroju, konfliktami między Kościołem a państwem, awansem nowych klas społecznych, przyspieszeniem technicznym i narastającym antyklerykalizmem. W tym świecie Maryja nie przemawia do centrów władzy, ale do ubogich dzieci. Nie wybiera języka ideologii, lecz język życia podstawowego: chleba, pracy, święta, modlitwy.

    W tym sensie La Salette jest jednym z najbardziej społecznych objawień maryjnych. Nie dlatego, że proponuje polityczny manifest, lecz dlatego, że pokazuje religię jako tkankę codzienności. Wiara nie jest dodatkiem do życia po godzinach. Organizuje czas, język, relacje, odpoczynek, stosunek do ziemi i pracy. Kiedy ta tkanka pęka, człowiek nie staje się automatycznie wolny. Często staje się tylko bardziej samotny, bardziej zmęczony i bardziej podatny na przemoc ekonomii, pośpiechu i użyteczności.

    Szczególnie ważny jest motyw niedzieli. W La Salette nie chodzi jedynie o przestrzeganie kościelnego przepisu. Chodzi o antropologię. Niedziela broni człowieka przed sprowadzeniem go do funkcji pracownika. Przypomina, że istnieje czas, którego nie wolno sprzedać, zmierzyć wydajnością ani podporządkować rynkowi. W świecie, który coraz skuteczniej organizuje człowieka wokół produkcji i konsumpcji, niedziela pozostaje jednym z ostatnich znaków wolności.

    Równie istotny jest język. Maryja mówi o imieniu Jej Syna mieszanym z przekleństwami. Dla współczesnego ucha może to brzmieć archaicznie, ale problem jest bardzo aktualny. Język nie tylko opisuje świat; on go także tworzy. Kultura, która traci zdolność czci, szybko traci również zdolność odpowiedzialności. Słowo pozbawione szacunku staje się narzędziem agresji, upokorzenia albo pustki.

    Łzy przeciw obojętności. La Salette 180 lat później 

    Figura Matki Bożej w La Salette.- fot. Roman Koszowski / Gość Niedzielny

    ***

    La Salette domaga się jednak także oczyszczenia samej pobożności. Motyw „ramienia Syna” bywał rozumiany jako obraz Chrystusa gotowego karać i Maryi, która powstrzymuje Jego gniew. To odczytanie jest zbyt proste i teologicznie niebezpieczne. W języku biblijnym ramię Boga oznacza nie tylko sąd, ale także moc wybawienia. Maryja nie broni człowieka przed Chrystusem. Ona prowadzi człowieka ku Chrystusowi. Nie osłabia Ewangelii, lecz przypomina, że miłosierdzie bez prawdy staje się sentymentalne, a prawda bez miłosierdzia — nieludzka. 

    Tu kryje się religijno-kościelna aktualność La Salette. Kościół nie jest powołany ani do nostalgii za utraconą pozycją społeczną, ani do bezradnego dostosowania się do ducha czasu. Jego zadaniem jest przechowywać pamięć o człowieku jako istocie zdolnej do Boga. O człowieku, który potrzebuje nie tylko praw, dobrobytu i komunikacji, ale także przebaczenia, święta, ciszy, modlitwy i sensu.

    Maryja z La Salette jest więc nie tylko Matką pobożności ludowej. Jest figurą duchowego oporu wobec obojętności. Płacze, ponieważ widzi, że więź została zraniona: więź człowieka z Bogiem, z czasem świętym, z językiem, z chlebem, z drugim człowiekiem. Jej łzy nie są rozpaczą. Są znakiem, że miłość nie pogodziła się jeszcze z utratą człowieka.
    Po 180 latach La Salette pozostaje niewygodne. Nie pozwala wierzącym schronić się w religijnym sentymencie, a niewierzącym łatwo zbyć wiary jako prywatnej emocji. Pyta o kulturę, która potrafi produkować coraz więcej, ale coraz słabiej świętuje; mówi coraz szybciej, ale coraz rzadziej błogosławi; broni wolności, ale często nie wie, od czego człowiek ma być wolny i ku czemu ma być wolny.

    Dlatego łzy Maryi z La Salette są tak przenikliwym znakiem nowoczesności. Nie zatrzymują historii. Nie cofają świata. Stawiają tylko pytanie, którego nie da się ominąć: czy postęp, który nie umie uklęknąć, naprawdę ocala człowieka?

    ks. prof. dr hab. Stanisław Rabiej jest profesorem teologii, aktualnie pracującym na Wydziale “Artes Liberales” UW  oraz w Instytucie Teologicznym UO – Tygodnik Niedziela

    ***

    Matka Boża Płacząca

    Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.

    Matka Boża z La Salette

    ***

    Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.

    OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI

    Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła >z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.

    Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.

    Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.

    Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.

    TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ

    „Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.

    Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?

    ***

    Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.

    UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI

    Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.

    Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.

    fot. Monika Książek –Tygodnik Niedziela

    ***

    DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA

    W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.

    Wincenty Łaszewski “Świat Maryjnych objawień”
    /ks. Eugeniusz Burzyk
    /Tygodnik Niedziela

    ***

    Mama płacze w La Salette. Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

    LA SALETTE

    Figura płaczącej Maryi w La Salette/ fot. A Bugała

    ***

    To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…

    Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.

    Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?

    Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.

    Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.

    Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?

    Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.

    Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.

    Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.

    Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.

    19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.

    Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?

    Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.

    To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.

    Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.

    „Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.

    „Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.

    Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?

    Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?

    A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?

    Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ***

    czwartek 17 września 2026

    17 września – inwazja krwawego komunizmu na Polskę. Kolejna faza mordów i wywózek

    17-wrzesnia-sowiety-Polacy.jpg

    87 lat temu rozpoczęła się sowiecka agresja na Polskę, a z nią mordowanie polskich patriotów i masowe wywózki na wschód. Wskutek nieludzkich deportacji szczególnie mocno ucierpiał Białystok, tracąc piątą część mieszkańców. Podobne, szacowane łącznie nawet na ponad milion osób potężne ubytki ludności poniosły także inne polskie kresowe miasta i wsie. Dlatego 17 września obchodzony jest również jako Międzynarodowy Dzień Sybiraka.

    Agresja, która nastąpiła 17 września 1939 roku, była wynikiem tajnego układu Ribbentrop – Mołotow. Związek Sowiecki i niemiecka III Rzesza zawarły go kilka tygodni wcześniej, 23 sierpnia, uzupełniając później roboczymi uzgodnieniami.  Łącznie siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły około 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tysięcy czołgów i około 1 800 samolotów. Zajęły nasze wschodnie tereny, włączając w granice ZSRS połowę powierzchni przedwojennej Polski wraz z około 13 milionami osób. Najeźdźcy zawartą 28 września umową o „granicy i przyjaźni”, przypieczętowaną wspólną paradą wojsk okupacyjnych w Brześciu, rozdarli Rzeczpospolitą między sobą. Granicę poprowadzili wzdłuż rzek Pisy, Narwi, Bugu i Sanu. Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej rozpoczął się czas komunistycznego terroru, zbrodni i nieludzkich wywózek na Sybir. Prezentujemy wspomnienia ich ofiar.

    Stanisław Jodkowski (1934 – 2009)

    „Nasza rodzina mieszkała w osadzie Popławce niedaleko Grodna. Mój ojciec Hieronim był osadnikiem wojskowym, w randze starszego plutonowego. Mama miała na imię Antonina. Miałem dwie siostry – Annę i Klementynę oraz brata Mieczysława. Kiedy 17 września 1939 roku Sowieci zajęli nasze ziemie, zaraz zaczęły się aresztowania polskich patriotów, wówczas szczególnie wojskowych i leśników. Ojca aresztowano w październiku i słuch po nim zaginął. Dopiero w roku 1994 od prokuratury w Grodnie uzyskałem zaświadczenie następującej treści „Jodkowski Hieronim został aresztowany przez NKWD 3 października 1939 roku i skazany, jako społecznie niebezpieczny element, na 8 lat pracy w łagrze. Zmarł 20 lutego 1941 roku”.

    Potem przyszli po nas. 10 lutego 1940 wczesnym rankiem do naszej osady Popławce przyjechało wielu enkawudzistów. Miałem wówczas zaledwie 6 lat. Zrobili rewizje w naszym gospodarstwie. Mamie kazali pakować toboły na daleką podróż. Poradzili, żeby koniecznie wziąć ze sobą ciepłe ubrania i żywność. Dobrze się złożyło, że akurat mieliśmy dużo wędlin od moich stryjków, którzy kilka dni wcześniej nas odwiedzili. Mróz był wielki. Posadzili nas, mamę z czwórką małych dzieci, z tobołami do sań i zawieźli na dworzec kolejowy w Wielkiej Brzostowicy. Następnie kazali wsiadać do wagonu towarowego, wyposażonego w dwupoziomowe prycze do spania, żelazny piecyk i otwór w podłodze do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Do tego niedużego wagonu wepchnięto kilkadziesiąt osób. Pamiętam, że podczas podróży drewniane drzwi wagonu pokrywały się lodem. Podróż była nieznośnie długa, szczególnie dlatego, że przez cały czas jej trwania w wagonie panowały smród, głód i chłód. W końcu transport dotarł do Ałtajskiego Kraju, do syberyjskiej tajgi. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku. Praca tam była ponad siły, panował okropny głód, ziąb i choroby. Dużo ludzi umierało. Mama odeszła na wiosnę 1942 roku – z powodu wycieńczenia organizmu. Naszą czwórką nieletniego rodzeństwa zaopiekowała się pani Maria Zaniewska – sąsiadka z rodzinnej osady w Popławcach, również wywieziona z czwórką swoich dzieci. To była wspaniała kobieta. Opiekowała się nami aż do września roku 1943, kiedy to zawieziono nas do Polskiego Domu Dziecka w Zudziłowie na Syberii. Cały ten dom dziecka (75 wychowanków i 18 opiekunów) w lipcu 1946 przewieziono do Gostynina na Mazowszu. Ja i moje rodzeństwo do osiągnięcia wieku pełnoletniego byliśmy wychowankami domów dziecka”.  

    Stanisław Pietrewicz ps. „Gałązka” (1926 – 2020), żołnierz dowodzonego przez Władysława Stefanowskiego ps. „Grom” oddziału zdziesiątkowanego przez Sowietów podczas Obławy Augustowskiej – w bardzo krwawej bitwie nad jeziorem Brożane.

    „Nasze gospodarstwo znajdowało się na kolonii miasta Lipsk nad Biebrzą. Niedaleko od domu przechodziły ważne trasy komunikacyjne – drogi z Augustowa do Grodna oraz z Dąbrowy Białostockiej do Goniądza. Dlatego zaraz jak 17 września wkroczyli Sowieci, NKWD zrobiło w naszym domu swoją siedzibę. Nas oczywiście wygonili z domu do budynku gospodarczego. Było ich około czterdziestu. Na parterze domu urządzili sobie bazę łączności, a na strychu – obserwację terenu. W piwnicy zrobili areszt i tam trzymali tego, kogo uważali za osobę podejrzaną o wrogi stosunek do ZSRR. Wśród enkawudzistów byli też tajni agenci, którzy przebrani w cywilne ubrania jeździli po okolicznych wsiach i węszyli. Między innymi ustalali, które rodziny należy wywieźć na Sybir. Po cichu werbowali też konfidentów. Kiedy w roku 1944 Sowieci weszli ponownie na nasze ziemie, mieli już przygotowane przez tych konfidentów listy AK-owców do aresztowania. Wielu ich wywieźli do łagrów. Pierwsze aresztowania były w październiku 1944. Nieco później – w lipcu 1945 podczas Obławy Augustowskiej, na podstawie tych list Ruscy prowadzili aresztowania, a później egzekucje w nieznanym do dziś miejscu. Zostałem zatrzymany, tak zresztą jak wielu innych. Przesłuchiwali, ale na szczęście nie było mnie na tych konfidenckich listach. A kto był, to zaraz wiązali mu sznurem albo drutem na plecach ręce, do samochodu i gdzieś wieźli. Słuch po nich zaginął”. 

    Czesław Milewski, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych ps. „Bernard” (1920 – 2013)

    „Kiedy wybuchła wojna, byłem w ostatniej klasie gimnazjum. Należałem do Stronnictwa Narodowego. Zaraz jak Białystok zajęli Sowieci, rozpoczęli aresztowania moich starszych kolegów ze Stronnictwa. Mnie NKWD „zaprosiło” na przesłuchanie. Nie aresztowali, ale wiedziałem, że nie dadzą mi już spokoju i w końcu po mnie przyjdą. Dlatego zaraz uciekłem do moich kuzynów, którzy mieszkali w podbiałostockiej wsi. Ukrywałem się u nich jakieś trzy miesiące. Kiedy ustały zatrzymania, wróciłem do domu. Wielu moich kolegów ze Stronnictwa Narodowego Sowieci wysłali na Sybir, niewielu żywych stamtąd wróciło. Ruskim nie udało się jednak zatrzymać działalności naszej organizacji narodowej. Spotykaliśmy się potajemnie i organizowaliśmy akcje dywersyjne.

    Za Sowieta było bardzo trudno prowadzić konspirację, gdyż NKWD miało wszędzie szpiegów, inwigilacja była totalna. Komuniści dopadli mnie dopiero po wojnie. To była zima 1946 roku. Wsadzili nas do wagonów i pod eskortą wieźli na Sybir. My się jednak nie daliśmy. W nocy wyrwaliśmy deskę ze ściany wagonu i skakaliśmy w głęboki śnieg. To nas uratowało od śmierci”.

    Jan Priachin – Drucki Lubecki (1920 – 2009)

    „W czasie agresji Sowietów na Polskę we wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. 3 kilometry od Rakowa stał dwór majątku Nowopole, który zbudował mój dziadek – książę Hieronim Drucki Lubecki. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, wyprawiały się tam wówczas dantejskie sceny. Dopuszczali się oni gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu – Żydzi złapali kapitana KOP, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem. Dobrze pamiętam jak Wilno w czasie wojny przechodziło co jakiś czas z jednej niewoli w drugą. Najpierw do miasta weszli Sowieci. Przez sześć tygodni robili swoje krwawe porządki, aresztując wybrane osoby. Potem Wilno oddali Litwinom, ci też prześladowali Polaków – no może w mniejszym stopniu niż inni okupanci, ponieważ nie stosowali deportacji. Po niecałym roku litewskich rządów na powrót do Wilna wkroczyła armia radziecka. Zaczęły się aresztowania polityczne, a od czerwca 1940 masowe deportacje, przerwane dopiero atakiem Niemców na ZSRR w 1941 roku… Moja mama Maria Drucka Lubecka, zmarła w roku 1945, zaraz po wyjściu z więzienia NKWD w Nowej Wilejce. Sowieci zamordowali też mojego brata Jerzego. Mój wuj Konstanty Drucki Lubecki, który w roku 1939 był ostatnim dowódcą Wileńskiej Brygady Kawalerii, został zamordowany przez Rosjan. Mojego drugiego wuja Józefa Druckiego Lubeckiego zamordowali sowieccy partyzanci. Z całej mojej rodziny czasów powojennych doczekałem tylko ja”.   

    Ks. Władysław Podeszwik (1933 – 2021)

    „Pamiętam taką sytuację z sowieckiej okupacji. Miałem wówczas iść do I Komunii Świętej. Przyszedł do naszego gospodarstwa chłopak od sąsiadów i mówi, że jego rodzinę wywożą na Sybir, a on się NKWD wyrwał i przyszedł schować się u nas. Udzieliliśmy mu schronienia. A to był niebezpieczny czas. Rosjanie bombardowali, strzelali na oślep. Taka właśnie zabłąkana kula zraniła poważnie moją ciocię. Sowieci spalili kościół św. Antoniego Padewskiego w Przytułach. Chcieli zamordować księdza proboszcza. Ten ocalał cudem. Schował się za drzwiami zakrystii, a więc powinni go znaleźć, ale on z wielką wiarą odmawiał Różaniec. Matka Boża zasłoniła go przed oczami bolszewików i tak ocaliła”.

    Adam Białous – PCh24.pl

    fragmenty wywiadów ze świadkami historii z archiwum Adama Białousa

    ***

    17 września 1939 roku Sowieci zadali Polsce cios w plecy

    17-wrzesnia-2022.jpg
    Oprac. GS/PCh24.pl

    Wkroczenie Armii Czerwonej na teren Rzeczpospolitej zdezorientowało Polaków, a skuteczna obrona i wola walki osłabła – tak o 17 września 1939 roku mówi historyk, prof. dr hab. Marek Wierzbicki z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Jak dodaje ekspert KUL, 19 miesięcy sowieckiej okupacji Ziem Wschodnich Polski przebiegało pod znakiem terroru, eksterminacji  oraz rabunku mienia obywateli i instytucji państwa polskiego.

    Genezy września 1939 roku należy szukać w skutkach I wojny światowej i zakwestionowania układu wersalskiego. Republika Weimarska jako państwo pokonane, bardzo boleśnie odczuwało utratę swojej mocarstwowej pozycji. Podobnie Rosja bolszewicka (późniejszy Związek Sowiecki), której próbę szerzenia rewolucję proletariacką na całą Europę powstrzymała Polska w wojnie lat 1919-1920. Te dwa rewizjonistyczne państwa nie wyzbyły się jednak planów ekspansji: Niemcy na wschód Europy, a Sowieci na zachód.

    – A Polska w 1939 roku po raz drugi stanęła im na drodze. Tym razem jednak była w gorszej sytuacji. Niemcy i Związek Sowiecki ogromnie wzmocniły się w latach trzydziestych XX wieku, miały o wiele większy potencjał militarny, demograficzny i ekonomiczny od II Rzeczpospolitej. Kiedy osiągnęły porozumienie to los naszego kraju był przesądzony – mówi ekspert KUL, historyk prof. Marek Wierzbicki.

    Polacy nie widzieli o podpisanym 23 sierpnia w Moskwie pakcie Ribbentrop-Mołotow. Jego następstwem był atak Hitlera na Polskę od zachodu. 17 września wschodnia granicę RP przekroczyli Sowieci. – Polska była jedynym krajem w Europie zaatakowanym z dwóch stron przez wrogie państwa. I dlatego nie mogła skutecznie obronić się, tym bardziej, że jej sojusznicy – Wielka Brytania i Francja – nie udzieliły nam żadnej skutecznej pomocy, ograniczając się tylko do gestów politycznych, czyli do wypowiedzenia wojny Niemcom  – dodaje historyk.
     
    Cios od wrogów i sojuszników
     
    1 września był dla Polaków ogromnym zaskoczeniem i wstrząsem. – Dominowała jednak determinacja i wola walki. Bardzo ważną rolę odgrywała nadzieja na to, że sojusznicy, czyli Francja i Wielka Brytania, uderzą z zachodu na Niemcy – mówi prof. Wierzbicki.

    Tyle, że podczas konferencji w Abbeville 12 września sojusznicy podjęli decyzję o nierozpoczynaniu działań wojennych przeciwko Niemcom. – O swojej decyzji nie poinformowali jednak polskiego rządu. Polacy żyli nadzieją, że losy wojny się zmienią, a oddziały polskie wraz z sojusznikami wkroczą do Berlina. Ta nadzieja osłabła, gdy około 11 września Niemcy zaczęli przekraczać Wisłę, a 13 września docierali do Bugu – dodaje prof. Wierzbicki.

    – Uderzenie Sowietów jeszcze bardziej zmieniło sytuację i nastroje ludności, ponieważ przyniosło ogromną dezorientację. Polacy nie wiedzieli, w jakim charakterze wkraczają wojska sowieckie, które często informowały, że nie przychodzą z wrogimi zamiarami, ale „bić Germańca” i wziąć pod opiekę Białorusinów i Ukraińców. Po sowieckim ataku tak naprawdę już ta skuteczna, efektywna obrona i wola walki ogromnie osłabła – wyjaśnia.

    Józef Stalin, który nie wybaczył Polakom przegranej wojny 1920 roku, tłumaczył atak rozpadem państwa polskiego i koniecznością ochrony mniejszości słowiańskich – Ukraińców i Białorusinów.

    – Propaganda sowiecka kłamliwie informowała, że najpierw uciekły władze Polski, a dopiero potem Armia Sowiecka wkroczyła do Polski. A było dokładnie odwrotnie. Polski rząd i Naczelny Wódz opuścili terytorium Rzeczpospolitej pod wpływem wiadomości o nadciągających ze wschodu oddziałach Armii Czerwonej – wyjaśnia prof. Wierzbicki.
     
    Na przegranej pozycji
     
    Wojsko Polskie nie miało szansy w starciu z dwiema militarnymi potęgami. Główne siły walczyły z Niemcami w zachodniej i centralnej kraju. Część północno-wschodnia i centralna tzw. Kresów Wschodnich była słabo broniona, co ułatwiło sowiecką agresję. Wódz Naczelny Wojska Polskiego, marszałek Edward Rydz-Śmigły, 17 września wieczorem wydał rozkaz, który zaczynał się od słów „Z Sowietami nie walczyć”. – Rozkaz zdezorientował żołnierzy, bo zakazywał walki, chyba że Sowieci zaatakują lub podejmą próbę rozbrojenia – mówi prof. Marek Wierzbicki. Mimo tego na Kresach było kilka punktów oporu, które przeszły do historii. Najważniejszym z nich to była obrona Grodna w dniach 20-22 września 1939 roku. Około 1,5 tys. żołnierzy i cywilów przez prawie trzy dni , broniło miasta przed oddziałami pancernymi Sowietów.

    – Pierwszego dnia obrońcy odnosili sukcesy. Kilkadziesiąt czołgów sowieckich zostało spalonych butelkami z benzyną, a reszta się wycofała. Ale napór Armii Czerwonej był tak duży, że 22 września Sowieci weszli do Grodna i w odwecie rozstrzelali 300 obrońców miasta, również ludność cywilną i jeńców. Była to zbrodnia wojenna – dodaje historyk KUL.

    Pod Kodziowcami (bój pod Sopoćkiniami) polskie oddziały zniszczyły kilkadziesiąt wozów pancernych i sowieckich czołgów. Duże walki toczyły się na Polesiu, gdzie działało pod dowództwem generała Franciszka Kleeberga zgrupowanie Korpusu Ochrony Pogranicza wycofujące się w kierunku Warszawy. Żołnierze stoczyli bitwy pod Szackiem i Wytycznem koło Włodawy.

    Napór sowiecki był za duży i polskie wojska musiały się cofać na zachód. Ostatecznie zostały otoczone przez Niemców pod Wolą Gułowską i Kockiem i tam zmuszone do kapitulacji.
     
    Lubelszczyzna pod sowieckim butem
     
    Jak mówi prof. Wierzbicki, na skutek układu Ribbentrop-Mołotow Polska została podzielona między oba mocarstwa. To był czwarty rozbiór Polski. Obszary etnicznie polskie, w tym Lubelszczyzna, miały znaleźć się w państwie sowieckim. – Doszło do zamieszania, gdy Niemcy doszli do Bugu i zajęli prawie całą Lubelszczyznę, a następnie wycofywali się i oddawali teren wojskom sowieckim. Po nowym układzie sowiecko-niemieckim, „Pakcie o przyjaźni i granicach” z 28 września 1939 roku wojska sowieckie ostatecznie wycofały się na linię Bugu. Był to dziesięciodniowy okres okupacji sowieckiej wschodniej i centralnej Lubelszczyzny, między Bugiem a Piaskami – mówi prof. Wierzbicki.

    Sowietom na tych terenach pomagali ich zwolennicy, którzy często wywodzili się z mniejszości narodowych: ukraińskiej, żydowskiej, czy białoruskiej. – Byli to ludzie często o poglądach lewicowych czy wręcz przedwojenni komuniści. Byli m.in. przewodnikami oddziałów sowieckich, pomagali sporządzać listy zakładników czy listy osób przeznaczonych do aresztowania. Wielu z tych aresztowanych nigdy nie wróciło do domów, bo stracili życie w Związku Sowieckim lub zostali zabici na miejscu – przypomina tragiczne losy Polaków ekspert KUL.  

    Dochodziło do wielu napaści i egzekucji polskich jeńców wojennych. Związek Sowiecki nie był stroną Konwencji Haskiej o ochronie jeńców wojennych i dlatego władze sowieckie nie czuły się skrępowane żadnymi ograniczeniami w stosunku do schwytanych przeciwników. Apogeum tragicznych losów żołnierzy był zbrodnia katyńska z kwietnia i maja 1940 r., czyli wymordowanie  z zimną krwią 22,5 tys. oficerów, policjantów i przedstawicieli polskiej inteligencji.

    prof. Marek Wierzbicki – PCh24.pl/źródło: KUL / KAI

    ***

    środa 16 września 2026

    149 rocznica ostatniego objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    Najświętsza Maryja Panna aż 187 razy ukazywała się Gietrzałdzie Justynie Szafryńskiej i Barbarze Samulowskiej w dniach od 27 czerwca do 16 września 1877 roku.

    Te Maryjne objawienia są uznane przez Kościół jako jedyne w naszej Ojczyźnie.

    A w tamtym czasie Polska była wymazana z map Europy z powodu rozbiorów na okres 123 lat.

    opis

    Matka Boska Gietrzwałdzka

    ***

    W 149 rocznicę objawień maryjnych Gietrzwałd rozpoczął duchowe przygotowania do przyszłorocznych obchodów. Jednym z elementów na 150-lecia jest peregrynacja kopii obrazu „Pani Gietrzwałdzkiej”. Obraz już rozpoczął pielgrzymowanie. Ta wielomiesięczna wędrówka poprzez wszystkie parafie ma przygotować całą Archidiecezję Warmińską do wielkiego wydarzenia w Gietrzwałdzie i ma szansę zakończyć się w 2028 roku papieską pielgrzymką.

    Podczas tego duchowego przygotowania będą odbywać się rekolekcje i dni skupienia, aby jak najpełniej przypomnieć przekazanie treści objawień Pani Gietrzwałdzkiej z roku 1877, które wciąż są jak najbardziej aktualne.

    ***

    Gietrzwałd to jedyne objawienie maryjne w Polsce uznane przez Kościół

    Gietrzwałd, (woj. warmińsko-mazurskie) 10.09.2017 r. Uroczysta procesja z okazji 140. rocznicy objawień maryjnych w Sanktuarium Maryjnym w Gietrzwałdzie. Fot. PAP/Tomasz WaszczukUroczysta procesja z okazji 140. rocznicy objawień maryjnych w Sanktuarium w Gietrzwałdzie (10 września 2017 roku).

    fot.Tomasz Waszczuk/PAP

    ***

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie jako jedyne w Polsce zostały oficjalnie uznane przez Kościół – powiedziała PAP dr Ewa Czaczkowska. Dodała, że choć należą do elitarnego grona 31 objawień maryjnych zatwierdzonych przez Kościół na świecie, obok Fatimy i Lourdes, to ich przesłanie jest mało znane.

    W archidiecezji warmińskiej trwają przygotowania do obchodów jubileuszu 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, które trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Matka Boża miała wówczas objawić się dwóm dziewczynkom: 13-letniej Justynie Szafryńskiej i 12-letniej Barbarze Samulowskiej.

    Autorka książki wydanej przez wydawnictwo Biblos „Odkryć Gietrzwałd na nowo”, historyk i publicystka dr Ewa K. Czaczkowska, przypomniała, że objawienia trwały 82 dni, podczas których Matka Boża objawiła się 187 razy.

    Zaznaczyła, że Gietrzwałd znajdował się wówczas od ponad 100 lat na terenie zaboru pruskiego. Miejscowa ludność doświadczała różnego rodzaju represji związanych z polityką kanclerza Ottona von Bismarcka, określaną przez historyków mianem Kulturkampfu (niem. walka o kulturę). Celem tej polityki było ograniczenie wpływów Kościoła katolickiego i germanizacja mieszkańców Prus.

    Elementem represji była m.in. walka z językiem polskim, który był usuwany ze szkolnictwa oraz z życia publicznego, a także kontrola państwa nad obsadą stanowisk kościelnych oraz zamykanie części kościołów.

    – Gietrzwałd i jego okolice to były ubogie tereny rolnicze. Warmiacy borykali się z wieloma problemami społecznymi i wyznaniowymi. W takie właśnie miejsce przyszła ze swoim przesłaniem Matka Boża – stwierdziła Czaczkowska.

    Przypomniała, że przesłanie Maryi było bardzo proste: prosiła o codzienne odmawianie różańca i o wzniesienie kapliczki z Jej figurą w miejscu objawień.

    – Bardzo szybko na miejsce objawień zaczęły przybywać tłumy pielgrzymów. Ludzie za pośrednictwem wizjonerek przekazywali Maryi pytania i prośby, a Ona konsekwentnie wskazywała na modlitwę, w której mieli szukać rozwiązań swoich problemów osobistych, ale też dotyczących wspólnoty – mówiła Czaczkowska.

    – W tej bardzo trudnej sytuacji Matka Boża przyszła do nich z wielką nadzieją. Pokazała, że Bóg ich widzi, dostrzega ich problemy i się o nich troszczy – dodała.

    Wezwanie do odmawiania modlitwy różańcowej powtarza się nie tylko w objawieniach w Gietrzwałdzie, ale jest stałym elementem objawień maryjnych na całym świecie. Zdaniem Czaczkowskiej Maryja wskazuje na różaniec, ponieważ jest to modlitwa bardzo prosta, którą może odmawiać każdy, niezależnie od wykształcenia czy wieku. Przypomniała, że modlitwę różańcową z powodzeniem odmawiają zarówno małe dzieci, jak i wybitni teologowie oraz papieże, którzy odnajdują w niej niezwykłą głębię.

    – Żeby odmawiać „Różaniec” nie trzeba iść do kościoła, można modlić się w domu, przy pracy albo w podróży i w ten sposób przez cały dzień utrzymywać duchową łączność z Panem Bogiem i z Maryją – wyjaśniła.

    Podkreśliła, że „Różaniec” „kryje w sobie moc przemiany konkretnego człowieka, ale też moc przemiany wspólnoty, ponieważ może być odmawiany wspólnie”.

    Gietrzwałd, (woj. warmińsko mazurskie) 10.09.2017 R. Uroczystości związane 140. rocznicy objawień maryjnych odbyły się w Sanktuarium Maryjnym w Gietrzwałdzie. Fot. PAP/Tomasz Waszczuk

    Uroczystości związane 140. rocznicą objawień maryjnych w Sanktuarium w Gietrzwałdzie (10 września 2017 roku).

    fot.Tomasz Waszczuk/PAP

    ***

    Według Czaczkowskiej duchowość Gietrzwałdu można określić mianem „pobożności ludowej”, która przez niektóre środowiska jest niesłusznie deprecjonowana. Tymczasem – jak wskazała historyk – jest to po prostu duchowość ponadczasowa i bliska każdemu człowiekowi.

    Zaznaczyła, że pozytywne zmiany, do których doszło na Warmii pod wpływem tych wydarzeń, przyczyniły się do oficjalnego uznania objawień przez Kościół. W dokumentach zachowały się opisy wzrostu pobożności i zainteresowania praktykami religijnymi, licznych powołań kapłańskich i zakonnych czy dynamicznego rozwoju na Warmii stowarzyszeń propagujących abstynencję. Kolejnym „owocem” objawień było powstanie nowych zgromadzeń zakonnych, m.in. bezhabitowych Służek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej.

    Czaczkowska przypomniała, że objawienia w Gietrzwałdzie jako jedyne w Polsce zostały oficjalnie uznane przez Kościół katolicki. Znalazły się też w elitarnej grupie 31 objawień maryjnych uznanych przez Kościół na całym świecie, obok objawień w Lourdes, Fatimie czy La Salette. Mimo to – wskazała Czaczkowska – w porównaniu z innymi miejscami objawienia w Gietrzwałdzie są wciąż mało znane.

    – Wydaje się, że wynika to ze specyficznego kontekstu, w jakim doszło do tych objawień. Fakt, że Matka Boża objawiła się w 1877 r. w zaborze pruskim, w okresie największego nasilenia Kulturkampfu, i w dodatku mówiła do wizjonerek po polsku, został wykorzystany przez działaczy niepodległościowych do wzmacniania narodowej tożsamości Polaków.

    Spowodowało to, że objawienia zostały szybko uznane za skierowane głównie do Polaków, a ludzie innych narodowości, którzy w początkowym okresie dość licznie przybywali do miejsca objawień, poczuli, że są z gietrzwałdzkiego orędzia wykluczeni – oceniła.

    Jednocześnie Czaczkowska zastrzegła, że chociaż Matka Boża przyszła do polskich dziewczynek i mówiła do nich po polsku, to jednocześnie osobą, która najbardziej przyczyniła się do uznania objawień za autentyczne, był Niemiec – ówczesny proboszcz parafii w Gietrzwałdzie ks. Augustyn Weichsel.

    – Ten ksiądz na wszelkie sposoby ułatwiał rzeszom pielgrzymów przebywanie w tym miejscu, otaczał dziewczynki opieką duszpasterską i zrobił naprawdę wszystko, co mógł, żeby propagować te objawienia, za co spotkały go represje, m.in. pobyt w więzieniu – przypomniała historyk.

    Czaczkowska dodała, że skomplikowane losy Warmii sprawiły, że oficjalne uznanie objawień przez Kościół było możliwe dopiero w 1977 r., po normalizacji stosunków polsko-niemieckich.

    – Można powiedzieć, że od oficjalnego uznania objawień minęło dopiero 50 lat. Jednak w moim odczuciu Kościół w Polsce miał wystarczająco dużo czasu, by przybliżyć wiernym płynące z Gietrzwałdu orędzie. Dlaczego tak się wciąż nie stało? Dlaczego w większości polskich parafii odprawiane są nabożeństwa fatimskie, a nie ma nabożeństw gietrzwałdzkich? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie – zastrzegła.

    Według Czaczkowskiej Kościół w Polsce wciąż robi za mało w sprawie przybliżenia wiernym orędzia z Gietrzwałdu, które mimo upływu lat jest wciąż aktualne.

    – Słowa, które Matka Boża skierowała do wizjonerek: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”, to są słowa pełne nadziei, aktualne na każdy czas, nie tylko na rok 1877. Podobnie jak wezwanie do modlitwy, trzeźwości i duchowej odnowy – stwierdziła.

    Objawienia w Gietrzwałdzie trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Według relacji wizjonerek Matka Boża, przemawiając do nich, wzywała do pokuty i nawrócenia, głębokiej przemiany życia, zachowania trzeźwości i codziennej modlitwy różańcowej. Podkreślała też wagę życia sakramentalnego, zwłaszcza uczestnictwa we Mszy św.

    W ocenie historyków objawienia gietrzwałdzkie miały duży wpływ na życie religijne i narodowe. Zaowocowały przebudzeniem świadomości narodowej warmińskiej ludności polskiej, poddawanej wówczas silnej germanizacji, i odrodzeniem się poczucia jedności z Polakami mieszkającymi w innych zaborach. Gietrzwałd dał także impuls do powstania ruchu polskiego na Warmii. 

    Iwona Żurek (PAP) Dzieje pl. – Portal historyczny

    ***

    Objawienia w Gietrzwałdzie.

    Plan uroczystości na 12-13 września

    Procesja z figurą Matki Bożej, nocna modlitwa w intencji powołań kapłańskich i Msza św. pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego w Polsce. Jak będą wyglądały uroczystości 149 rocznicy objawień gietrzwałdzkich?

    Fot. Stacja7

    W Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej spodziewane są rzesze pielgrzymów nie tylko z archidiecezji warmińskiej. Do licznego udziału uroczystościach przed przyszłorocznym okrągłym jubileuszem zachęca abp Józef Górzyński. – Chcemy, aby ta rocznica nie była jedynie wspomnieniem wydarzeń sprzed lat, ale okazją do odnowienia naszej wiary i głębszego odkrycia gietrzwałdzkiego orędzia – apeluje metropolita warmiński.

    Na uroczystościach odpustowych spodziewane są dziesiątki tysięcy wiernych. Do Gietrzwałdu przybędą grupy pielgrzymkowe z co najmniej kilkunastu parafii archidiecezji warmińskiej, ale także wierni z innych części kraju.

    Dwudniowe uroczystości rozpoczną się w sobotę 12 września o godz. 18.00 Mszą św. z nieszporami ku czci Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Dwie godziny później zaplanowano muzyczną medytację „Jestem słowem z Maryją”, a o 21.00 – Apel Maryjny przy Kaplicy Objawień i różaniec. O 21.30 rozpocznie się procesja z figurą Matki Bożej i świecami do Źródełka.

    O północy odprawiona zostanie msza św. w intencji powołań kapłańskich i zakonnych przy Kaplicy Objawień, po której do godzin porannych potrwa czuwanie modlitewne.

    W niedzielę o godz. 11.00 celebrowania będzie uroczysta msza św. pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Guido Antonio Filipazziego, poprzedzona modlitwą różańcową przy Źródełku.

    Przygotowania do jubileuszu

    Przygotowania do jubileuszu 150-lecia objawień maryjnych w Gietrzwałdzie rozpoczęły się już w ubiegłym roku. Pracowali nad tym m.in. członkowie Komisji Maryjnej Konferencji Episkopatu Polski pod przewodnictwem abp. Wacława Depo. Przygotowania rozpoczęły się też w samym sanktuarium Matki Bożej w Gietrzwałdzie.

    Z ramienia Zakonu Księży Kanoników Regularnych Laterańskich, opiekunów gietrzwałdzkiego sanktuarium, oraz wiernych świeckich z Ostrołęki – powstał pomysł uczczenia jubileuszu ciekawą inicjatywą – przekazania do 150 polskich parafii 150 figur Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Jedna z nich trafiła m.in. na Jasną Górę.

    Zaproszenie dla papieża

    Na 150-lecie objawień maryjnych w Gietrzwałdzie metropolita warmiński abp Józef Górzyński zaprosił podczas audiencji w październiku ub. roku w Watykanie papieża Leona XIV. Zaproszenie to jest kolejnym po zaproszeniach wystosowanych wcześniej przez prezydentów Andrzeja Dudę i Karola Nawrockiego. Stolica Apostolska nie ustosunkowała się na razie do tego zaproszenia.

    W lipcu br. sejmowa Komisja Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu zarekomendowała podjęcie przez Sejm RP uchwały ustanawiającej rok 2027 Rokiem Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Projekt czeka na rozpatrzenie na sali plenarnej. Jego sprawozdawcą ma być poseł Marek Biernacki.

    W projekcie, pod którym podpisało się 34 posłów różnych klubów parlamentarnych, podkreślono, że gietrzwałdzkie objawienia przyczyniły się do ożywienia religijnego oraz integracji Polaków z różnych zaborów, a także oddziaływały na kulturę, naukę i dziedzictwo narodowe. Tzw. „ruch gietrzwałdzki” odegrał też istotną rolę w budowaniu świadomości narodowej, która w konsekwencji przyczyniła się do odzyskania niepodległości w 1918 r. Projekt przypomina ponadto, że Gietrzwałd jest jedynym w Polsce miejscem objawień maryjnych uznanych przez Kościół katolicki.

    Peregrynacja obrazu MB Gietrzwałdzkiej

    Dzień po uroczystościach odpustowych, w poniedziałek 14 września rozpoczęła się peregrynacja obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej po Archidiecezji Warmińskiej. Z tej okazji abp Józef Górzyński wystosował do wiernych komunikat, w którym przypomniał o znaczeniu objawień maryjnych dla kształtowania się religijności na Warmii.

    „Maryja z Gietrzwałdu wyrusza w drogę po naszej warmińskiej archidiecezji. W swoim wizerunku nawiedzi nasze parafie, nasze wspólnoty i nasze rodziny, aby przypomnieć nam swoje gietrzwałdzkie orędzie wygłoszone przed 150 laty” – napisał arcybiskup.

    Peregrynacja – wskazał abp Górzyński – będzie wyjątkowym czasem przygotowania do przyszłorocznej 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.

    „Chcemy, aby ta rocznica nie była jedynie wspomnieniem wydarzeń sprzed lat, ale stała się okazją do odnowienia naszej wiary i jeszcze głębszego odkrycia gietrzwałdzkiego orędzia” – podkreślił metropolita warmiński.

    Obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej będzie peregrynował po parafiach archidiecezji warmińskiej do 26 czerwca 2027 r. Abp Górzyński zaprasza w komunikacie do licznego udziału w tym wydarzeniu, apelując o „otwarcie serc na Maryję”.

    „Niech Jej nawiedzenie będzie czasem modlitwy i duchowej przemiany, pojednania z Bogiem i braćmi, umocnienia rodzin i odnowienia naszych wspólnot. Przynieśmy przed Maryję nasze radości i troski, powierzmy Bogu przez Jej wstawiennictwo nasze rodziny, dzieci i młodzież, osoby chore. Powierzmy także przyszłość naszej archidiecezji i naszej Ojczyzny” – zachęcił hierarcha.

    Objawienia gietrzwałdzkie

    Ludność Gietrzwałdu (niem. Dietrichswalde) stanowili najpierw potomkowie dawnych Prusów, a później głównie Warmiacy – przybysze z Polski, którzy od XIV w. zasiedlali te ziemie. Do XIX w. posługiwali się oni gwarą pozostającą pod silnym wpływem literackiego języka polskiego, którym mówiono zarówno w kościele, jak i w szkole. Dopiero po pierwszym rozbiorze i włączeniu Warmii do Prus zaczęła napływać ludność niemiecka. Proces germanizacji nasilił się szczególnie w drugiej połowie XIX w., w okresie Kulturkampfu. Od 1873 r. język polski został zakazany w szkołach warmińskich, a władze rugowały niepokornych księży i zgromadzenia zakonne.

    Od XIV w. w Gietrzwałdzie rozwijał się kult maryjny: początkowo związany z Pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele.

    27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska, przygotowująca się do I Komunii Świętej, wracając z kościoła, zobaczyła na klonie obok plebanii niezwykłą jasność i postać kobiety w bieli, siedzącej na złocistym tronie. Obok niej pojawił się anioł w białej szacie ze złotymi skrzydłami. Po odmówieniu „Pozdrowienia Anielskiego” postacie uniosły się ku niebu. Tak rozpoczęły się objawienia, które trwały do 16 września.

    Już następnego dnia wizjonerka zobaczyła Maryję ponownie – tym razem z Dzieciątkiem Jezus na kolanach i otoczonymi aniołami. 30 czerwca do Justyny dołączyła 12-letnia Barbara Samulowska, która również doznała widzenia.

    Podczas jednego z pierwszych spotkań dziewczynki zapytały: „Czego żądasz, Matko Boża?”. Maryja odpowiedziała: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”. Kiedy Szafryńska spytała: „Kto Ty jesteś?”, usłyszała: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”. Maryja mówiła w gwarze zrozumiałej dla dziewczynek i okolicznych mieszkańców.

    Od lipca 1877 r. obie wizjonerki doświadczały codziennych objawień podczas nabożeństw różańcowych. W sumie Maryja ukazała się 160 razy, mówiąc o potrzebie nawrócenia, modlitwy i życia zgodnie z Ewangelią, a także odpowiadając za ich pośrednictwem na pytania pielgrzymów. Objawienia przyczyniły się nie tylko do odnowy wiary, ale też ożywienia polskości w pozostającym pod zaborami społeczeństwie.

    W marcu br. papież Leon XIV zezwolił na promulgację dekretu o heroiczności cnót służebnicy Bożej s. Stanisławy Barbary Samulowskiej. To kluczowy moment w procesie kanonizacyjnym szarytki. Do jej beatyfikacji niezbędne pozostaje zatwierdzenie przez Kościół cudu, który wydarzył się za jej wstawiennictwem.

    Barbara Samulowska urodziła się 21 stycznia 1865 r. we wsi Woryty na Mazurach. W 1883 r. wstąpiła do zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Podobnie uczyniła Justyna Szafryńska. Większość życia zakonnego s. Samulowska spędziła w Gwatemali, gdzie była m.in. mistrzynią nowicjatu, pracownicą szpitala i kierowniczką sierocińca. Zmarła w Gwatemali, 6 grudnia 1950 r., wskutek złośliwego nowotworu jamy ustnej.

    Stacja7.pl

    ***

    Maryja objawiła się w Gietrzwałdzie.

    „Chcę, abyście codziennie odmawiali różaniec”

    fot. Brewiarz.pl

    ***

    Czy wiesz, jakie miejsca Maryja wybrała na spotkania? Lourdes, Fatima… Zgadza się. Ale jednym z 12 uznanych przez Stolicę Apostolską miejsc objawień maryjnych jest też położony w województwie warmińsko-mazurskim Gietrzwałd!

    Przykościelny klon i rozchodzący się blask

    Niewielka, polska wieś. 27 czerwca 1877 roku. Kilkunastoletnia Justyna Szafrańska wracała z kościoła, z egzaminu przed I Komunią Świętą. Jej uwagę przykuł przykościelny klon i rozchodzący się wokół niego blask. Po podejściu bliżej zobaczyła przepiękną, ubraną w białą suknię Panią oraz małego aniołka w biało-złotych szatkach. Maryja nic nie powiedziała.

    Jak objawiła się Maryja w Gietrzwałdzie?

    Za namową proboszcza, któremu Justyna opowiedziała o tej sytuacji, kolejnego dnia również przyszła w to miejsce. Nie zawiodła się. Dwóch aniołów przyprowadziło Królową, a ta usiadła na tronie. Kolejnych dwóch przyniosło i położyło na Jej lewym kolanie Dzieciątko Jezus, trzymające w lewej rączce kulę ziemską. Następni unosili nad Jej głową koronę, a obok nich jeden, w prawym ręku berło. Ostatni anioł wskazywał na krzyż bez wizerunku Chrystusa.

    30 czerwca na spotkanie przyszła również Barbara Samulowska. Dziewczynki były w zbliżonym wieku, pochodziły z niezamożnych rodzin. Była to przełomowa wizyta. Najświętsza Matka przybyła sama, a na pytanie „Czego żądasz, Matko Boża?” odpowiedziała w języku zrozumiałym, zbliżonym do polskiego: „Chcę, abyście codziennie odmawiali różaniec.” Od tego czasu Maryja odwiedzała Gietrzwałd codziennie, aż do 17 września.

    Kapliczka wybudowana w miejscu objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie | Fot. Zofia Świerczyńska

    Co powiedziała Maryja?

    Na spotkania przychodziło wiele osób, ale Matkę widziały tylko dwie dziewczynki. Zadawały liczne pytania. Na te o kapłanów dla zamkniętych i osieroconych parafii oraz uwolnienie Kościoła w Polsce usłyszały: „jeśli ludzie gorliwie się będą modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”

    Warto zaznaczyć, że na pytanie: „Kim jesteś?”, Maryja odpowiedziała: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta.”. To zdanie potwierdza prawdziwość ogłoszonego 25 lat wcześniej Dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi.

    Kapliczka w otoczeniu Sanktuarium w Gietrzwałdzie | fot. Paweł Witek

    W obawie przed aresztowaniem

    Życie Justyny i Barbary w kolejnych latach nie było łatwe. Aby chronić je przed aresztowaniem przez władze pruskie, umieszczono je u Sióstr Miłosierdzia w Lidzbarku Warmińskim, a następnie razem z siostrami przeniesiono je do Chełmna. Kontynuowały naukę w Domu Św. Józefa w Pelplinie. W kolejnych latach wyjechały do Paryża, do domu macierzystego zgromadzenia. Obie wstąpiły do zakonu. Ich drogi po kilku latach się rozeszły.

    Barbara czuła, że jej powołaniem jest praca misyjna. W 1895 roku wyjechała do Gwatemali, gdzie pełniła wiele funkcji i pomagała potrzebującym na wszystkie możliwe sposoby. W 1917 roku została siostrą przełożoną w tamtejszym Szpitalu Głównym. Po 54 latach posługi misyjnej zmarła na skutek ciężkiej choroby. Jej życzliwość, troska, pokora i więź z Bogiem sprawiły, że umierała w opinii świętości. Po staraniach o proces beatyfikacyjny, przysługuje jej tytuł Sługi Bożego.

    Justyna nie wytrwała w życiu zakonnym. W 1897 roku odeszła z zakonu, a w 1899 roku poślubiła w Paryżu Raymonda Etienne Bigota. Nie wiadomo gdzie mieszkała, ani gdzie spoczywa jej ciało.

    Joanna Bogdewicz/Stacja7.pl

    Materiał powstał dzięki współpracy z Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    ***

    Korony obrazu znaleziono w… nasypie kolejowym! Ciekawostki o obrazie Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    sanktuariummaryjne.pl

    Na początku XX wieku zamalowano jego szczegóły. Tuż po koronacji z obrazu zostały skradzione korony. Z okazji rocznicy koronacji obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, przypominamy zaskakującą historię ikony.

    Kim jest autor?

    Nie wiadomo kto namalował obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Historycy szacują, że czas powstania obrazu przypada na połowę XVI wieku. Ikona przedstawia Maryję okrytą w ciemnoniebieski płaszcz, która na lewym ramieniu trzyma Dzieciątko Jezus odziane w długą, czerwoną suknię. Dzieciątko prawą rączkę układa na znak błogosławieństwa, a lewą podpiera się na księdze.

    Na górze obrazu dwaj aniołowie trzymają wstęgę z napisem „Ave Regina Caelorum, ave Domina Angelorum”, co tłumaczy się na „Bądź pozdrowiona Królowo Nieba, bądź pozdrowiona Pani Aniołów”.

    Kopia Matki Boskiej Częstochowskiej?

    Kiedy w Gietrzwałdzie zaczęły się objawienia, przybywający tam pielgrzymi mylili ikonę Matki Bożej Gietrzwałdzkiej z obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej. Ten sam błąd powielali również autorzy piszący o obrazie.

    Historyk warmiński Franciszek Hipler, kiedy został przysłany, by zbadać prawdziwość objawień, napisał później, że „w ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Bożej będący wierną kopią Częstochowskiej Pani, którą tu lud czci od dawna”.

    Ksiądz. J. K. Łomnicki, historyk sztuki, jeszcze w tym samym roku na próżno usiłował tłumaczyć, że obraz ten nie może być kopią Czarnej Madonny, ponieważ podobny jest do wielu innych znanych mu cudownych obrazów w Polsce, które występowały od XV wieku. Niestety, tę samą pomyłkę, którą zamieścił w swoich pracach Hipler, powielił również Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego z 1881 roku.

    sanktuariummaryjne.pl

    Wypadki chodzą po ludziach… i obrazach

    Obraz kilka razy był poddawany konserwacji, która nie zawsze kończyła się szczęśliwie. Na początku XX wieku Agata Kros zamalowała jego szczegóły. Stało się to na skutek nałożenia odmiennych farb olejnych, które spowodowały naruszenie substancji.

    Obraz przeszedł ponowną renowację w 1949 roku przed przeniesieniem do ołtarza głównego w gietrzwałdzkim sanktuarium. W wyniku starań o koronację, dokładnego odrestaurowania dokonano w pracowni konserwatorskiej na Wawelu pod kierunkiem prof. T. Kozłowskiego, który wcześniej usunął warstwę farby olejnej.

    Wreszcie koronacja

    10 września 1967 roku Prymas Tysiąclecia dokonał koronacji wizerunku Maryi. W tym wydarzeniu uczestniczyło wielu pielgrzymów – ponad 200 tysięcy wiernych z całej Polski, a także prawie wszyscy biskupi polscy. Uroczystość nie ominęła także ówczesnego metropolity krakowskiego, Karola Wojtyły.

    Od tamtej pory ożywił się ruch pielgrzymkowy na ziemi warmińskiej. Zmierzający do Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, modlili się słowami pieśni:

    Od wszystkich na świecie opuszczeni, 
    jak nędzarze głodni i spragnieni
    przyszli, Matko, byś nas nakarmiła
    i pociechą serca napoiła
    .

    sanktuariummaryjne.pl

    Skradzione korony i ponowna koronacja

    Rok po koronacji obrazu, nieznani sprawcy ukradli korony. Zakonny kronikarz opisał to wydarzenie następująco: „W nocy z 10 na 11-go września dokonano włamania do naszego kościoła. Złoczyńcy zniszczyli witraż obok ołtarza Matki Bożej Bolesnej w lewej nawie, przedostali się do kościoła i po ściągnięciu siłą zasłony z cudownego Obrazu zrabowali korony z głów Matki Bożej i Dzieciątka Jezus”. Dalej dowiadujemy się, że włamanie zauważył kleryk Piotr Szmatta. Sprawców nigdy nie zidentyfikowano, natomiast korony zostały znalezione jeszcze tego samego roku w nasypie kolejowym w pobliżu Kraśnika na Lubelszczyźnie.

    Rok później, po naprawieniu koron, rekoronacji dokonał ks. bp Józef Drzazga. Od tego wydarzenia obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej zaczęto nazywać „Matki Bożej dwakroć koronowanej”, jednak nazwa nie zachowała się do dzisiaj. Obraz obecnie znajduje się w ołtarzu głównym w Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.

    źródła:

    Kazimierz Łatak, „Koronacja i rekoronacja obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej”, Komunikaty Mazursko-Warmińskie 2008;

    Helena Teresa Kupiszewska, „Królowa Polski o wielu obliczach. Wizerunki Matki Bożej koronowane przez Prymasa Tysiąclecia Stefana kardynała Wyszyńskiego”, Fundacja „Czas to Miłość”, Częstochowa 2014
    ;

    sanktuariummaryjne.pl;

    Kinga Adamczyk/Stacja7

    ***

    Gietrzwałd. Polskie Lourdes

    FOT. PAWEŁ WITEK / STACJA7.PL

    ***

    Gietrzwałd jest nazywany “polskim Lourdes” i rzeczywiście trudno nie zauważyć podobieństw pomiędzy objawieniem się Maryi Bernadetcie Soubirous i wydarzeniami w Gietrzwałdzie. Matka Boża ukazała się najpierw Justynie Szafryńskiej, następnie jej kuzynce, Barbarze Samulowskiej niespełna dwie dekady po objawieniach we Francji.

    Co ciekawe, w obu wypadkach Maryja przedstawiła się świadkom jako Niepokalane Poczęcie, zarówno na Warmii jak i we Francji uczyniła to, używając miejscowego dialektu i w obu miejscach Maryja wskazała źródło, z którego woda przez jej wstawiennictwo leczyła i wciąż leczy ludzi z nieuleczalnych chorób.

    „Piękna Pani” w koronie drzewa

    Gdy Justyna Szafryńska po raz pierwszy ujrzała „Piękną Panią”, wracała z egzaminu do pierwszej komunii świętej. Matka Boża ukazała jej się w koronie drzewa. Sytuacja powtórzyła się na drugi dzień i regularne objawienia trwały przez prawie trzy miesiące, podczas których Matka Boża ukazywała się nawet kilka razy dziennie.

    Historia znana jest ze szczegółami dzięki miejscowemu proboszczowi, który spisywał wszystkie opowieści dziewczynek. Co ciekawe, natychmiast, gdy zaczęły opowiadać o swoich niezwykłych widzeniach, zarządził ich stałe rozdzielenie, tak aby nie miały ze sobą kontaktu. O wszystko wypytywał je na osobności, a ich odpowiedzi idealnie do siebie pasowały.

    Kapliczka objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie | fot. Wikipedia

    Sto lat później

    Miejscowy kult i pamięć o tych wydarzeniach trwa od pierwszego dnia objawień aż do dziś. Oficjalnie jednak objawienia zostały uznane przez Kościół jako prawdziwe dopiero 100 lat później. Co ciekawe, już dekadę wcześniej papież Paweł VI zezwolił na koronację obrazu. Odbyła się ona w 1967 roku i uczestniczyli w niej m.in. kard. Wyszyński i kard. Wojtyła.

    Tomasz Adamski/Stacja7.pl

    ***

    Jedyne w Polsce miejsce objawień maryjnych uznane przez Kościół. Wszystko o Gietrzwałdzie

    fot. Stacja7

    ***

    Gietrzwałd jest jednym z kilkunastu na świecie, a jedynym w Polsce miejsc objawień maryjnych uznanych przez Stolicę Apostolską za autentyczne.

    Pieta i cudowny obraz

    Gietrzwałd został założony przez Warmińską Kapitułę Katedralną. Przywilej lokacyjny wystawiono 19 maja 1352 r. Odbiorcą przywileju był zasadźca Dittrich, od którego imienia osada przyjęła swą nazwę. Na przełomie XIV i XV w. wybudowano na jej terenie kościół.

    Kult Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie datuje się od drugiej połowy XIV wieku. Związany najpierw był z Pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele. Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewym ramieniu Dziecię, ubrane w długą, czerwoną sukienkę. W 1717 r. obraz został ozdobiony srebrnymi koronami. Kult obrazu potwierdzają liczne vota.

    „Warmiacy” i charakterystyczna gwara

    Gietrzwałd zamieszkiwali najpierw potomkowie dawnych Prusów, a potem głównie „Warmiacy”, potomkowie przybyszów z Polski, którzy od XIV wieku zasiedlali ten teren. Posługiwali się charakterystyczną gwarą, która do XIX w. pozostawała pod wpływem literackiego języka polskiego, który był językiem literatury religijnej. Po pierwszym rozbiorze nastąpiło oderwanie Warmii od reszty Polski i wówczas zaczęła tam przybywać także ludność niemiecka. Spowodowało to przyswojenie licznych germanizmów. W gwarze warmińskiej charakterystyczne są też nieliczne zapożyczenia leksykalne z dawnego języka pruskiego. Jednak językiem polskim posługiwano się zarówno w miejscowej szkole, jak i w kościele.

    Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Germanizacja przebiegała coraz gwałtowniej od momentu wprowadzenia ustaw uderzających w Kościół katolicki. W latach 1871-1878, kanclerz Bismarck usiłował doprowadzić do ograniczenia wpływów Kościoła katolickiego w państwie. Katolicyzm i polskość były tu odgórnie osłabiane i „gaszone”. W 1873 r. język polski został zabroniony we wszystkich szkołach warmińskich, a pod wpływem Kulturkampfu zaczęto rugować z Warmii niepokornych kapłanów i zgromadzenia religijne, z wyjątkiem tych, które zajmowały się działalnością charytatywną.

    Stacja Drogi Krzyżowej w Gietrzwałdzie | fot. Paweł Witek / Stacja7.pl

    Klon, niezwykła jasność i Matka Boża

    27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do I komunii świętej i właśnie zdała egzamin u miejscowego proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła Anioł Pański, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie, udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła Pozdrowienie Anielskie, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września.

    Dziewczynka już po pierwszym widzeniu opowiedziała wszystko proboszczowi, który polecił jej następnego dnia przyjść na to samo miejsce. Gdy zadzwoniono na Anioł Pański, drzewo klonu zostało oświetlone. Wokół niego utworzył się złoty krąg, a na jego tle ukazał się tron ze złota, do którego dwaj aniołowie przyprowadzili Najświętszą Dziewicę. Gdy usiadła, inni dwaj aniołowie przynieśli Dziecię Jezus w niebiańskim blasku, trzymające w lewym ręku kulę ziemską i posadzili Je na lewym kolanie Matki Bożej. Nad wszystkimi pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.

    30 czerwca Matka Boża objawiła się sama, bez towarzystwa aniołów. Tego dnia po raz pierwszy miała wizję także 12-letnia Barbara Samulowska, która przyszła wraz z Justyną. Obie dziewczynki pochodziły z ubogich katolickich warmiackich rodzin o korzeniach polskich.

    „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”

    Podczas widzenia Szafryńska zapytała Najświętszą Pannę: „Czego żądasz Matko Boża?” i otrzymała odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec.” Matka Boża mówiła w zrozumiałej dla widzących miejscowej gwarze, bliskiej językowi polskiemu.

    1 lipca Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w odpowiedzi: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta.” Warto przypomnieć, że objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w niecałe 20 lat po objawieniach w Lourdes, gdzie Matka Boża powiedziała Bernadetcie Soubirous: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”, a także niespełna 23 lata po ogłoszeniu przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Figura Maryi w Gietrzwałdzie w jednym z dwóch miejsc, gdzie objawiła się Maryja | fot. Paweł Witek / Stacja7.pl

    Matka Boża ukazała się 160 razy

    Od lipca Szafryńska i Samulowska miały codziennie objawienia w czasie wieczornego nabożeństwa różańcowego. W sumie Matka Boża ukazała się 160 razy. Matka Boża odpowiadała także na pytania przybywających tam ludzi, przekazywane za pośrednictwem wizjonerek.

    Pytania do Matki Bożej są bardzo „życiowe”. Dotykają często prozaicznych spraw. Coś się zdarzyło w rodzinie i ktoś stawia bardzo konkretne pytanie. Czy np. ta osoba, która zachorowała bądź odeszła z zakonu, co się z nią będzie działo? Odpowiedzi Maryi stanowią przykład pedagogii wskazującej w jakim kierunku życie chrześcijanina winno się rozwijać. Te dialogi spisane są dzień po dniu. Jest to znakomity materiał, przypominający czasami „Dzienniczek” s. Faustyny.

    Któregoś dnia ktoś zapytał, jak odnosić się do osób, które trwają w nałogu? Ze strony Matki Bożej pada odpowiedź, która jest wezwaniem do radykalnej przemiany. Maryja wzywa całą społeczność, aby poprzez wsparcie duchowe, ale także konkretną pracę i duchową mobilizację, podejmowała walkę z tymi wadami. Cały czas powtarza, że człowiek musi się zmieniać i to nie wedle takiego czy innego programu, ale wedle klucza Ewangelii. Wskazuje zawsze na Chrystusa, wedle przesłania Maryi podczas cudu w Kanie Galilejskiej: „Uczyńcie, co Syn mój wam powie!”

    Niezwykle ważne orędzie do kapłanów

    Objawienia zawierają też ważne orędzie do kapłanów. Matka Boża nie odpowiada inaczej jak: „Idźcie do swoich kapłanów, taką rzecz należy wyjaśniać na spowiedzi!”. A gdy jest wątpliwość, kogo trzeba słuchać, mówi: „Słuchajcie księdza w konfesjonale!” Zwraca uwagę jak ważna jest posługa kapłanów dla życia duchowego Ludu Bożego. Przypomina, że odpowiedź na bardzo wiele problemów jakie napotykamy w naszym życiu, znaleźć można na drodze życia sakramentalnego. A chodzi o uczestnictwo w Eucharystii i sakramencie spowiedzi oraz poważne traktowanie tego, co otrzymujemy w nauczaniu, jakie kapłan wówczas do nas kieruje.

    Między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci zapytały także: „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?” oraz czy osierocone – na skutek Kulturkamfu – parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?

    W odpowiedzi usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”

    Liczne pielgrzymki i cudowne źródełko

    Wieść o objawieniach spowodowała napływ do Gietrzwałdu licznych pielgrzymów. Pierwszą wzmiankę o objawieniach podał pelpliński „Pielgrzym”, 10 lipca 1877 r. 7-9 września, podczas trzydniowych obchodów święta Narodzenia Matki Bożej zgromadziło się w Gietrzwałdzie aż 50 tys. ludzi. Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. wieczorem źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, którą przynosiła ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia.

    6 września 1877 r. w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża, umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

    Kapliczka wybudowana w miejscu objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie | Fot. Zofia Świerczyńska

    Duże zasługi w upowszechnianiu przesłania Matki Bożej z Gietrzwałdu przypisać trzeba miejscowemu proboszczowi Augustynowi Weichslowi (1830-1909 r.), który prawie czterdzieści duszpasterzował w Gietrzwałdzie. Co ciekawe, ks. Weichsel wywodził się z rodziny niemieckiej, od lat zamieszkałej w Pieniężnie, ale wspierał Polaków w ich przywiązaniu do wiary i języka ojców. Wydarzenia gietrzwałdzkie przeżył bardzo głęboko, starał się je pilnie obserwować i propagować. Władze pruskie poddały go za to różnym represjom, nawet z krótkotrwałym osadzeniem w więzieniu, nakładaniem grzywien i zawieszaniem w możliwościach wypełniania posługi duszpasterskiej.

    Odrodzenie polskości

    Objawienia wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności.

    Inne regiony Polski szybko zareagowały pielgrzymkami do Gietrzwałdu. Pierwsza była Ziemia Kujawska. Tamtejsi duszpasterze podawali, że tradycyjne pielgrzymki na Jasną Górę straciły swoją frekwencję, na rzecz pielgrzymowania do Gietrzwałdu. Informacje o objawieniach znajdujemy także w prasie np. na Śląsku, w Małopolsce, w Galicji, praktycznie we wszystkich zaborach.

    Choć objawienia te spowodowały odrodzenie polskości, miały też istotny wymiar uniwersalny. Do Gietrzwałdu przybywają głównie katolicy, ale – co ciekawe – i ewangelicy, miejscowi protestanci. Można mówić o szczególnych więziach, jakie istniały na Warmii pomiędzy katolikami a protestantami. Jeszcze bardziej było to widoczne w sanktuarium w Świętej Lipce, gdzie przybywało wielu protestantów, mimo, że jest to sanktuarium maryjne. I dlatego do dziś sanktuarium to nosi tytuł sanktuarium jedności chrześcijan.

    Sanktuarium w Gietrzwałdzie | fot. Bogitor / WikimediaCommons

    Niezwykły wzrost pobożności

    Pięć lat po objawieniach, w sprawozdaniu z 27 września 1882 r. ks. Augustyn Weichsel pisał: „nie sama tylko moja parafia, ale też cała okolica stała się pobożniejsza po objawieniach. Dowodzi tego wspólne odmawianie różańca świętego po wszystkich domach, wstąpienie do klasztoru bardzo wielu osób, regularne uczęszczanie do Kościoła”.

    Dobre skutki objawień szybko się rozprzestrzeniały, przeniknęły także do Królestwa Kongresowego i Rosji. Jednym z nich był zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania różańca, nieraz także publicznie. Na południowej Warmii różaniec był odmawiany prawie we wszystkich domach, podobnie też w wielu parafiach diecezji chełmińskiej, poznańskiej i wrocławskiej. W samym Gietrzwałdzie parafianie odmawiali różaniec w kościele trzy razy dziennie: rano, w południe i wieczorem. Poza tym miały miejsce liczne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych.

    Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Pielgrzymowali też Niemcy, Kaszubi, Mazurzy i Litwini. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów, bratanka ks. Augustyna Weichsla, Juliusza, Jana Hanowskiego, Hieronima Nahlenza, Franciszka Klinka do rozbudowy sanktuarium.

    Widok na Sanktuarium w Gietrzwałdzie | fot. Paweł Witek / Stacja7.pl

    Pierwsze „skutki” objawień

    Jednym ze skutków objawień był rozwój ruchu trzeźwościowego, promieniujący na inne zabory. W Gietrzwałdzie powstało bractwo trzeźwości. Objawieniom gietrzwałdzkim nadał szczególne znaczenie słynny kapucyn o. Honorat Koźmiński (1829-1916), twórca wielu bezhabitowych zgromadzeń żeńskich. Pod wpływem objawień gietrzwałdzkich założył on zgromadzenie służek NMP Niepokalanej. Zgromadzenie szczególną uwagę zwraca na szerzenie wiedzy religijnej i kształtowanie sumienia chrześcijańskiego dzieci, młodzieży i dorosłych.

    Rok po objawieniach z inicjatywy Andrzeja Samulowskiego została otwarta w Gietrzwałdzie polska księgarnia. W 1866 r. w miejscowości tej światło dzienne ujrzał pierwszy numer „Gazety Olsztyńskiej”. Pod koniec XIX wieku Gietrzwałd liczył ok. 1000 mieszkańców. Ruch pątniczy podbudował lokalną gospodarkę. Działały tam w tym okresie cztery karczmy, sklep kolonialny, dwie księgarnie, sklepy spożywcze i piekarnie.

    Po zakończeniu I wojny światowej aktywną działalność rozpoczęli na Warmii działacze Akcji Polskiej, których celem było uzyskanie jak największego poparcia dla idei przyłączenia Warmii do Polski. Zadecydować miał o tym plebiscyt, który odbył się 11 lipca 1920 r. W plebiscycie ludność zamieszkująca Warmię, Mazury i Powiśle miała zdecydować o przyłączeniu tych ziem do nowo powstałego państwa polskiego lub o pozostawieniu ich w granicach Prus Wschodnich. Wyniki plebiscytu były dla Polski druzgocącą klęską. W samym Gietrzwałdzie za Polską oddano 178 głosów, a za Prusami Wschodnimi 412. Taki wynik plebiscytu historycy tłumaczą tym, że przeprowadzony on został w czasie, kiedy na Polskę zmierzała nawałnica ze Wschodu i jej losy były wysoce niepewne.

    Po przyłączeniu do Prus Wschodnich, w Gietrzwałdzie w okresie międzywojennym działało jednak nadal koło Związku Polaków w Niemczech, katolicka Szkoła Polska (do 1933 r.), polska biblioteka Towarzystwa Czytelni Ludowych oraz koło Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich. W 1927 roku uruchomiono polskie przedszkole.

    Co stało się z dziewczynkami, którym objawiła się Maryja?

    Losy obu wizjonerek do pewnego czasu po objawieniach były takie same. Obie zostały siostrami w zakonie szarytek (św. Wincentego a Paulo), najpierw w Chełmnie, a potem w Paryżu. Z Paryża Barbara Samulowska (imię zakonne Stanisława) wyjechała z misją do Gwatemali, gdzie zmarła 6 grudnia 1950 r. w opinii świętości. 2 lutego 2005 r. w bazylice gietrzwałdzkiej, abp Edmund Piszcz, metropolita warmiński, otworzył proces beatyfikacyjny siostry Stanisławy Barbary Samulowskiej.

    Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 r. opuściła zakon i powróciła do życia w stanie świeckim. Poślubiła w 1899 w Paryżu, Raymonda Etienne Bigota. Po 1904 r. ślad o niej zaginął, nie wiadomo gdzie spędziła resztę życia oraz gdzie jest pochowana.

    Sanktuarium w Gietrzwałdzie | fot. Paweł Witek / Stacja7.pl

    Jedyne uznane przez Kościół objawienia Maryjne w Polsce

    Ówczesny biskup warmiński, Filip Krementz, jeszcze podczas trwania objawień w 1877 r. zwołał specjalną komisję teologów, by gruntownie zbadali sprawę. Komisja przebywała w Gietrzwałdzie już od 20 sierpnia, jeszcze podczas trwania objawień. Zbadała przede wszystkim osobowość i wiarygodność dziewczynek, a także treść i zgodność ich wypowiedzi oraz oddziaływanie wydarzeń na społeczeństwo. W liczącym 47 stron sprawozdaniu zajęła stanowisko pozytywne, a dziewczęta określiła jako „bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.

    Na początku września 1877 r. biskup powołał ponadto komisję składającą się z trzech lekarzy, by zbadali wizjonerki podczas objawień. Lekarze orzekli, że symulacja nie wchodzi w rachubę. W czasie objawień u dziewczynek zaobserwowali zwolnienie tętna, utratę ciepłoty w rękach i ramionach, zastygnięcie twarzy.

    10 września 1967 r. prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński dokonał koronacji obrazu Matki Bożej. 2 czerwca 1970 r. papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej.

    1 września 1977 odbyły się, poprzedzone IV Ogólnopolskim Kongresem Mariologicznym, uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył Ks. Karol Kardynał Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu bp Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Wydał dekret zatwierdzający objawienia jako wiarygodne, nie sprzeciwiające się wierze i moralności chrześcijańskiej. A później objawienia zostały uznane przez Stolicę Apostolską.

    24 czerwca 2002 roku papież Jan Paweł II przesłał list z okazji 125 rocznicy objawień Matki Bożej, w duchu pielgrzymując do sanktuarium gietrzwałdzkiego, by dziękować Maryi za Jej obecność i matczyną opiekę.


    KAI/Stacja7

    artykuł z 28 sierpnia 2017 roku.

    ***

    wtorek 15 września 2026

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Miesiąc wrzesień jest miesiącem Matki Bożej Bolesnej – następuje bezpośrednio po sierpniowym nabożeństwie do Jej Niepokalanego Serca i poprzedza październikowe nabożeństwo do Matki Bożej Różańcowej. To dobry czas, aby wzmocnić naszą więź Bożą Matką.

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Matka Boża Staniątecka

    fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.

    Od dwóch świąt do jednego wspomnienia

    Dwa święta obchodził niegdyś Kościół dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej i 15 września – Siedmiu Boleści Najświętszej Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je „Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich huszyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.

    Drugie święto miało nieco inny charakter. Czciło Bożą Matkę jako Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Zaczęli to święto wprowadzać Serwici. Od roku 1667 wprowadza się je w niektórych diecezjach. Papież Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X podniósł je do rangi drugiej klasy i ustalił na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 roku zawiera Mszę: „De tribulatione Beatae Virgini” oraz drugą: „De quinque doloribus B.M.Virginis”. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.

    Łatwo zauważyć, że oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła święto przed Niedzielą Palmową.

    Królowa Męczenników

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie rozumienia Ksiąg świętych, gdzie na tylu miejscach i tak szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie wszystko rozumiała, co się działo, że pewne wydarzenia ewangeliczne były dla niej zagadkowe i tajemnicze, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Boskiego Syna. Czytamy bowiem u św. Łukasza: „A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono” (Łk 2,33). „Oni jednak tego nie rozumieli, co im powiedział” (Łk 2,50). Być może, Maryja nie pojmowała wszystkiego, co się przy Niej działo. Jednak przyznać musimy, że wiedziała więcej, niż inni, czemu daje wyraz, kiedy o sobie samej wypowiada w Magnificat prorocze słowa.

    Jest rzeczą pewną, że Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale że miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok cierpień syna. Im syn dla niej jest więcej ukochany, tym cierpienia matki są większe. Cóż dopiero musiała wycierpieć Matka Boża na widok tylu przeogromnych cierpień Swego Syna! Możemy bez przesady powiedzieć, że Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Ogrom cierpień Maryi wzrośnie, kiedy przeniesiemy je w wymiar nadprzyrodzony. Maryja zdawała sobie sprawę, że Jej Syn jest przecież Zbawicielem rodzaju ludzkiego, że ma dać Ojcu niebieskiemu ekspiację za grzechy całego świata. Jeśli św. Jan wiedział, że Chrystus jest Barankiem Bożym: „który gładzi grzechy świata” (J l,36), to Maryja musiała wiedzieć więcej o tajemnicy posłannictwa Jej Syna.

    Tradycja chrześcijańska wskazuje na pewne etapy cierpień Maryi. Mają one silne oparcie w tekstach Pisma świętego. I tak musiała Maryja bardzo wiele wycierpieć już w czasie swojej podróży do Betlejem, kiedy będąc bliska rozwiązania, nie miała dachu nad głową i musiała zrodzić Chrystusa w najuboższych warunkach – w grocie pasterzy. Bólem napełniło się Jej serce, gdy usłyszała bolesne kwilenie swojej Dzieciny w chwili Jego obrzezania, kiedy to po raz pierwszy polała się krew Zbawiciela świata. Starzec Symeon wprost zapowiada: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35). Ucieczka do Egiptu, udręka dalekiej podróży przez pustynię, pobyt w obcej ziemi wśród obcych ludzi w Egipcie, a potem nader skromne i ubogie życie w Nazarecie, to wszystko przyczyniało Maryi wiele cierpień, zwłaszcza, że zdawała sobie sprawę, że Jej Dziecię jest Synem Bożym. Było dla Niej tajemnicą, dlaczego taka jest wola Ojca niebieskiego. Samo postępowanie Pana Jezusa było w pewnych wypadkach niezrozumiałe dla Maryi, jak np. to, że nic Jej nie powiedział, iż pozostanie w świątyni i zbolała, pełna lęku musiała Go szukać przez trzy dni, aż Go znalazła nauczającego wśród kapłanów (Łk 2,41-50).

    W podróżach apostolskich nie towarzyszyła wprawdzie stale swojemu Synowi. Ewangeliści podają imiona innych niewiast (Łk 8,2-3). Niemniej była świadkiem tułaczego życia Chrystusa Pana i musiała bardzo nad tym boleć. A kiedy pod koniec życia starszyzna żydowska jawnie zaczęła występować przeciwko Panu Jezusowi, kiedy zaczęły się na Jego życie zamachy, jakże bardzo musiała cierpieć Maryja i jak wielkim lękiem napełniał ją każdy dzień! Wreszcie nie da się opisać, jaki ogrom cierpienia i bólu zwalił się na Nią w czasie samej męki Chrystusowej. Obecnie wymienia się jako „Siedem Boleści Maryi”: przepowiednię Symeona (Łk 2,34-35), ucieczkę do Egiptu (Mt 2,13-15), zgubienie Pana Jezusa w świątyni (Łk 2,41-52), drogę na Golgotę, Ukrzyżowanie Pana Jezusa, zdjęcie z krzyża i Jego pogrzeb.


    Kult Matki Bożej Bolesnej w Kościele

    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić: Siedmiu Założycieli zakonu Serwitów (w. XIII), św. Bernardyna (+ 1444), naszego bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela Pasjonistów (+1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie nawet imię obrał zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).

    Ikonografia chrześcijańska w trojaki sposób zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze od wieku XIV jako Pietę, czyli Maryję z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś czy też serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie.

    Średniowiecze, które wyeksponowało mękę Pana Jezusa, często także przedstawiało wizerunki Matki Bożej Bolesnej. Nie było chyba ani jednego artysty wielkiej miary, który by nie uwiecznił również i tej tajemnicy na swoich płótnach, na plafonach kościołów czy w rzeźbie.

    Do największych arcydzieł świata zalicza się Piętę – dzieło Michała Anioła. Barbarzyńska próba jej zniszczenia przez pewnego szaleńca w roku 1973 spotkała się z powszechnym oburzeniem.

    Jak miłe jest Bożej Matce to nabożeństwo, świadczy, że tak wiele jest na świecie wizerunków Matki Bożej Bolesnej, które zasłynęły niezwykłymi łaskami. W Italii jest ich ponad 40. W Polsce tych wizerunków jest kilkanaście, z tych kilka koronowanych koronami papieskimi, jak np. obraz Matki Bożej Bolesnej w kościele Franciszkanów w Krakowie, czy figura Matki Bożej w Limanowej, obraz w Oborach, Sulisławicach, w Chełmie i w Staniątkach. Posiadają wizerunki Matki Bożej Bolesnej: Warszawa, Kraków (4), Jarosław, Poniatowo, Mądre, Melentyn, Skrzatusz, Boleszyn, Rymanów, Kościerzyn, Chełmno, Młodzawy, Orłowa, Czarny Potok, Brzozowice i Osiek. Wymieniamy jedynie wizerunki uznane za cudowne. Zakonów ku czci Matki Bożej Bolesnej, zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską, jest obecnie 21: dwa męskie i dziewiętnaście żeńskich.

    A oto inne objawy nabożeństwa do Matki Bożej Bolesnej w naszej ojczyźnie.


    Od XI wieku znane są godzinki do Matki Bożej Bolesnej. W 1595 roku przy kościele franciszkanów w Krakowie zostało założone bractwo M.B. Bolesnej. W 1607 roku zostały napisane konstytucje tego bractwa. Należeli do niego najznakomitsi Polacy: królowie – Zygmunt III, Władysław IV i Jan Kazimierz, wielu biskupów i magnatów. W wieku XVII i XVIII mamy drukiem wydane dzieła o Męce Pańskiej i o boleściach Maryi. Od wieku XIV spotykamy liczne obrazy Matki Bożej Bolesnej: z mieczem (mieczami) przebijającym Jej Serce, jako Piętę czy też stojącą pod krzyżem.

    Najdawniejszym śladem tego nabożeństwa w literaturze polskiej są powstałe na przełomie XIV i XV w. „Treny Matki Pana Jezusowej” a w muzyce polskiej „Stabat Mater” Grzegorza Gorczyckiego z wieku XVI skomponowany na cztery głosy. Sekwencja ta była także natchnieniem dla Elsnera (w. XIX) i Surzyńskiego, a przede wszystkim dla nieśmiertelnego „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego.

    Sekwencja Stabat Mater

    Bolejąca Matka stała
    U stóp krzyża, we łzach cała,
    Kiedy na nim zawisł Syn

    A w Jej pełnym jęku duszy
    Od męczarni i katuszy
    Tkwił miecz ostry naszych win.

    Jakże smutna i strapiona
    Była ta Błogosławiona,
    Z której się narodził Bóg
    !
    Jak cierpiała i bolała.
    Jakże drżała, gdy widziała
    Dziecię swe wśród śmierci trwóg.

    Któryż człowiek nie zapłacze,
    Widząc męki i rozpacze Matki
    Bożej w żalu tym?

    Któż od smutku się powstrzyma,
    Mając Matkę przed oczyma,
    Która cierpi z Synem swym?

    Widzi, jak za ludzkie winy
    Znosi męki Syn jedyny,
    Jezus, jak Go smaga bat.

    Widzi, jak samotnie kona
    Owoc Jej czystego łona,
    Dając życie za ten świat.

    Matko, coś miłości zdrojem.
    Przejmij mnie cierpieniem swoim,
    Abym boleć z Tobą mógł.

    Niechaj serce moje pała,
    By radością mą się stała
    Miłość, którą Chrystus Bóg.

    Matko święta, srogie rany,
    Które zniósł Ukrzyżowany,
    Wyryj mocno w duszy mej.

    Mękę Syna rodzonego,
    Co dla dobra cierpiał mego,
    Ze mną się podzielić chciej.

    Pragnę płakać w Twym pobliżu,
    Cierpiąc z Tym, co zmarł na krzyżu,
    Po mojego życia kres.

    Chcę pod krzyżem stać przy Tobie,
    Z Tobą łączyć się w żałobie
    I wylewać zdroje łez.

    Panno czysta nad pannami,
    Niechaj dobroć Twoja da mi
    Płakać z żalu z Tobą współ.

    Bym z Chrystusem konał razem,
    Męki Jego był obrazem.
    Rany Jego w sobie czuł.

    Niech mnie do krwi rani zgraja,
    Niech mnie męki krzyż upaja
    I Twojego Syna krew.

    W ogniu, Panno, niech nie płonę,
    Więc mnie w swoją weź obronę,
    Gdy nadejdzie sądu gniew.
    .
    Gdy kres dni przede mną stanie,
    Przez Twą Matkę dojść mi, Panie,
    Do zwycięstwa palmy daj.

    Kiedy umrze moje ciało,
    Niechaj duszę mą z swą chwałą
    Czeka Twój wieczysty raj. Amen.

    Napisali o Matce Bożej Bolesnej

    Piotr Semenenko: „Kazania na niedziele i święta” (fragment)
    „Oto Matka twoja!” – Wielka, święta, słodka tajemnica, dzieło łaski, sakrament miłości; święty i wieczny skutek owego Boskiego pragnienia, a pragnienia wspólnego z Maryją. Chce nam dać ciało swe za pokarm, za napój, a przez to dać nam życie, stać się nowym Ojcem naszym… Ale to ciało jest ciałem Maryi i krew Jego Jej krwią… Więc jeżeli On staje się Ojcem, to Maryja stać się musi Matką. Jedno od drugiego nierozłączne. Wspólna przyczyna i wspólny skutek. Oto Ojciec nasz, oto Matka! Ich ciało staje się naszym ciałem, ich krew naszą krwią…

    Tak to wprzódy stajemy się synami Jezusa i Maryi, potem dopiero i przez to synami Boga. Tak więc, kto nie ma Maryi za Matkę, nie może mieć Boga za Ojca… O Maryjo! Tam pod krzyżem Tyś patrzyła, jak Syn Twój umierał w człowieczeństwie swoim; patrzyłaś w boleściach największych. Ile męczarni na krzyżu, tyle mieczy w Twej duszy… Ale wtedy najwyższa boleść zamieniła się w najsłodszą pociechę nowych urodzin. W tej boleści nadludzkiej i nas urodziłaś. Od Ciebie bierzemy ciało Chrystusowe, od Ciebie krew Jego, od Ciebie nowe życie. I tak stajemy się dziećmi Twymi a Ty stajesz się naszą Matką (Kazania na niedziele i święta, Lwów 1913).

    Goethe: „Faust” (fragment)
    Modlitwa Małgosi przed ołtarzem Matki Bożej Bolesnej. Ołtarzyk jest w murze, we wnęce. Małgosia stroi obraz Matki Bożej i tak się modli:

    Przed Tobą staję
    grzeszna i drżąca,
    spójrz na mnie,
    Matko. O, Bolejąca!

    Miecz w Twojej piersi,
    Matko Jedyna!
    Patrzysz na męki
    swojego Syna!

    ,,Ojcze w niebiesiech” –
    szepcą Twe wargi –
    „ukój mą boleść,
    usłysz me skargi”

    Takam zstrachana
    i taka biedna –
    Matko Bolesna,
    Ty wiesz to jedna!

    Wieczny ból we mnie,
    ból za mną, ze mną –
    oczy spłoszone
    już się nie zdrzemną.

    Samotna jestem
    i przeto płaczę –
    łzami dróg nędzę
    skraplam i znaczę.

    A w Twoim sercu
    rany wieczyste –
    a na Twych kwiatach
    łzy me rzęsiste.

    Rwałam je Tobie
    w dzisiejsze rano,
    godziną wczesną
    i zapłakaną.
    Jeszcze złocista
    nie zeszła zorza –
    rozpacz mnie gnała
    z zimnego łoża.

    Spójrz na mnie, Matko,
    z gwiaździstej drogi,
    ochroń od śmierci,
    od hańby srogiej.

    Przed Tobą staję
    grzeszna i drżąca,
    spójrz na mnie, Matko!
    O, Bolejąca!

    Teofil Lenartowicz: „Stabat Mater”

    Wiatr w przelocie skonał chyżym,
    Przeniknęła ziemię groza.
    Krzyż na skale, a pod krzyżem
    Stabat Mater Dolorosa.

    Żadnych słów i żadnych głosów,
    Krew z korony bożej spływa;
    Wobec Boga i niebiosów
    Stała Matka Boleściwa.

    Na konania patrząc bóle,
    Rany, pręgi od powroza,
    Na łzy oczu, cierń na czole,
    Stabat Mater Dolorosa.

    Konająca od współmęki,
    Przyjmująca śmierć za żywa,
    Cierń i gwoździe bożej ręki,
    Stała Matka Boleściwa.

    Jak świat wielki opuszczona,
    Gdy ją zdjęła życia zgroza.
    Przerażona, że Bóg kona,
    Stabat Mater Dolorosa.

    Z wysokości więc boleści.
    Która ludzkie gładzi grzechy,
    Na jęk trwogi, żal niewieści,
    Jeszcze promień spadł pociechy:

    – Nie zostawię Cię sierotą.
    Ukochana do ostatka,
    O, Niewiasto, Syn Twój oto!
    Janie, oto twoja Matka! –

    O, pociecho, jakżeś sroga!
    O, radości z sercem sprzeczne!
    Za człowieka oddać Boga,
    Za doczesne oddać wieczne…

    O Maryjo, nie gardź nami,
    Patrząc na łzę, co nam ścieka,
    Że częstokroć mniej kochamy
    Stwórcę Boga, niż człowieka.

    Oczyść nas Twej szaty płótnem,
    Jedynym wiewem złotej poły,
    Niech się kocham w życiu smutnym
    I w wieczności Twej wesołej!

    A w dzień zgonu – Bolejąca –
    Nim do wiecznych zejdę mroków,
    Niech mi żal nie będzie słońca,
    I powietrza, i obłoków.

    Od siedmiu boleści

    Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.

    „Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.

    Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.

    Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    wiara.pl –autorem tekstu “Od siedmiu boleści” jest ks. Tomasz Jaklewicz

    ***

    Maryjne tajemnice Rzymu – Matka Boża Bolesna

    Marmurowa Pieta - Maria trzymająca ciało Chrystusa

    Pieta Michała Anioła

    ***

    Watykańska Bazylika Świętego Piotra – bo o niej mowa – jest miejscem szczególnym. Zbudowana nad grobem Pierwszego z Apostołów, od wieków przyciąga niezliczone rzesze pielgrzymów z całego świata. Każdy, kto przestępuje progi tej świątyni, zwieńczonej olbrzymią kopułą, jest olśniony jej bogactwem i monumentalnością. Piękno Bazyliki dyskretnie podkreślają delikatne smugi światła.

    Setki zwiedzających, dobiegające zewsząd komentarze przewodników grup i błyskające flesze są tutaj codziennością. Całe poruszenie wydaje się jednak nie zakłócać spokoju i powagi tego świętego miejsca o centralnym znaczeniu dla wiary i pobożności chrześcijańskiej. Bezmierne bogactwo znajdujących się tutaj dzieł sztuki odkrywa przed pielgrzymującymi nie tylko mistrzowski kunszt ich twórców, lecz przede wszystkim głębię Bożego przesłania.

    Poszukiwania maryjnych tajemnic Rzymu nie bez przyczyny wiodą właśnie do Bazyliki Świętego Piotra. Marmurowa rzeźba, znajdująca się w bocznej kaplicy, po prawej stronie od wejścia, odsłania bolesne misterium Maryi. Pieta, czyli przedstawienie Madonny opłakującej śmierć trzymanego w ramionach Syna, jest jednym z najczęstszych tematów podejmowanych w sztuce sakralnej. Pośród wielu tego typu ujęć, dzieło dłuta Michała Anioła jest najbardziej znane i chyba najpiękniejsze. Utrwalona w nim bolesna tajemnica Maryi zachwyca od pięciu wieków wszystkich, którzy odwiedzają watykańską świątynię.

    Słynna rzeźba została ukończona w roku 1499, kiedy artysta miał zaledwie 25 lat. Historia podaje, że po wystawieniu Piety młody Michał Anioł często przychodził ją oglądać, i stojąc wśród ludzi przysłuchiwał się rozmowom na temat swojego dzieła. Kiedy okazało się, że nikt nie zna imienia twórcy, zagniewany rzeźbiarz przybył nocą, by potajemnie wyryć na szarfie Madonny widoczny jedynie z bliska napis: Michael Angelus Bonarotus Florentinus fecit, czyli “Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk wykonał”.

    W dzieje Piety wpisane jest jeszcze jedno szczególne wydarzenie: w roku 1962 papież Jan XXIII polecił umieścić ją na nieco niższym cokole, aby była lepiej widoczna. Dokładnie dziesięć lat później do Bazyliki niespodziewanie wtargnął szaleniec i za pomocą młotka uszkodził w kilku miejscach rzeźbę. Dopiero po dwóch latach wytężonej pracy konserwatorzy zdołali przywrócić jej pierwotny stan. Dzięki tej renowacji odkryto jeszcze jeden ślad pozostawiony przez Michała Anioła: na prawej dłoni Madonny dostrzeżono monogram artysty w postaci maleńkiej litery M wtopionej dyskretnie w całość. Ze względu na bezpieczeństwo, Pietę od 30 lat chronioni szyba pancerna.

    Ból Matki Bożej uwieczniony w marmurze odsłania Jej cierpienie, zapowiedziane już w proroctwie Symeona, które osiągnęło punkt kulminacyjny pod krzyżem Syna. Miecz boleści, który wtedy przeniknął serce Matki, oznacza Jej współudział w dziele zbawienia. Nauka o tej bolesnej tajemnicy została podana przez Sobór Watykański II, który objaśnia, że Maryja “najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem” (Lumen gentium, 58). Błogosławiona Dziewica uczestniczy w odkupieńczej śmierci Chrystusa przez posłuszeństwo wiary. Znaczenie tej cnoty podkreślił Jan Paweł II, przypominając w encyklice Redemptoris Mater, że “przez wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu” (nr 18).

    Tajemnica współcierpienia Matki Bożej, przedstawiona przez Michała Anioła, odkrywa jeszcze inny sekret Niewiasty z Nazaretu. Kontemplacja Piety zachęca do naśladowania Maryi w Jej posłuszeństwie wiary i pokornym przyjęciu cierpienia. Ból Matki został zaznaczony przez Michała Anioła w sposób bardzo delikatny, jedynie skupionym wyrazem twarzy. Wiele osób zarzucało artyście, że niedostatecznie wyraził cierpienie postaci. Być może kryje się w tym jednak pewna intuicja: Maryja bolejąca po śmierci Jezusa tak naprawdę nigdy nie utraciła ufności w moc Bożą. Podążanie Jej śladami może zatem opromienić światłem nadziei każde, nawet największe, ludzkie cierpienie.

    Szymon Kiera/Gość Niedzielny 29/2001 – Opoka.pl

    ***

    „I ty, któraś współcierpiała”. Jaką wartość miały cierpienia Maryi?

    forum-0421223076.jpg
    fot. Philippe Lissac / Godong / AKG Images / Forum

    ***

    Adorujemy Krzyż. Wpatrujemy się w symbol Męki Chrystusa, zdjąwszy zasłonę, jaka przesłaniała ten tron chwały od V Niedzieli Wielkiego Postu. W Wielki Piątek staramy się oddawać hołd Odkupicielowi dłużej, niż zwykle. A jednak choćbyśmy trwali godzinami przy Grobie Pańskim, jest ktoś, komu nigdy nie dorównamy w czci dla Ukrzyżowanego. To Matka Najświętsza. Maryja towarzyszyła swojemu synowi do samego końca, a widok umęczonego Zbawiciela dotykał ją głębiej, niż kogokolwiek z nas. Czy łzy – smutku i czci – które Maryja wylała na Golgocie, zdobyły jakąś zasługę? A może jej trwanie na Kalwarii nie miało znaczenia?

    O roli Matki Bożej w Dziele Odkupienia napisano ostatnio wiele. Mariolodzy przypominali udział Naszej Pani w Męce jej Syna nie raz, komentując opublikowaną pod koniec 2025 roku notę doktrynalną Dykasterii Nauki Wiary „Mater Populi Fidelis”.

    W tym kontrowersyjnym dokumencie Watykan wypowiedział się przeciwko używaniu tytułu „Współodkupicielki” w kulcie maryjnym. Wedle przekonania autorów, podobna terminologia mogłaby „przesłonić” zbawczą kompletność i jedyność chrystusowej Pasji.

    „Biorąc pod uwagę konieczność wyjaśnienia podporządkowanej roli Maryi wobec Chrystusa w dziele Odkupienia, używanie tytułu Współodkupicielki dla określenia współpracy Maryi jest zawsze niewłaściwe. Tytuł ten grozi bowiem zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej, ponieważ nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4, 12) (…). W tym przypadku nie przyczynia się to do wywyższenia Maryi jako pierwszej i najważniejszej współpracowniczki dzieła Odkupienia i łaski, gdyż niebezpieczeństwo przesłonięcia wyłącznej roli Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który stał się człowiekiem dla naszego zbawienia i jako jedyny mógł złożyć Ojcu ofiarę o nieskończonej wartości, nie stanowiłoby prawdziwego zaszczytu dla Matki”, stwierdziła Dykasteria Nauki Wiary.

    Wierni z troską i pewnym oburzeniem zareagowali na to wskazanie. Wśród licznych odpowiedzi na dokument Dykasterii najpoważniejszą stanowi krytyczna analiza „Mater Populi Fidelis”, opublikowana przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Maryjne. Na jej kartach teologowie podjęli polemikę z przekonaniami wyrażonymi w Nocie, obszernie wykładając katolickie spojrzenie na rolę Maryi w Dziele Odkupienia. W tym świetle uznali zastrzeżenia wobec tytułu „Współodkupicielki” za bezzasadne. Termin ten oraz bliskoznaczne z nim pojęcie „reparatrix” wykorzystywano nierzadko w Kościele, ale ich rozumienie nigdy nie podważało doskonałości Chrystusowej Ofiary, twierdzili przeciwnicy watykańskiego orzeczenia.  

    Niezależnie od dyskusji o zasadności omawianego pojęcia – wizja uczestnictwa Najświętszej Panny w cierpieniach jej Syna od zawsze była obecna w Tradycji. Również nota z końca listopada nie podważyła tej doktryny. Przeciwnie: w dokumencie tym autorzy wspomnieli „podporządkowaną” rolę Maryi w Męce Chrystusa.

    Jak dokładnie rozumieć ten udział Matki Bożej? Gdzie miejsce na jej „wkład”, skoro Chrystus złożył z Siebie ofiarę doskonałą – niewymagającą jakichkolwiek uzupełnień? W odpowiedzi na to pytanie tkwi nauka o olbrzymiej wartości dla wszystkich, kontemplujących Mękę Pańską.

    Spójrzmy zatem, jak sens uczestnictwa Maryi w Pasji Zbawiciela wyjaśniał św. Pius X w encyklice „Ad Diem Illum Laetissimum”.

    „Ale nie tylko chwałą Dziewicy jest to, że dała materię ciała jednorodzonemu Synowi Boga, mającemu narodzić się z członkami ludzkimi (S. Bed. Ven. IV. in Luc. XI) i że tym sposobem przygotowała ofiarę dla zbawienia ludzi, ale i Jej posłannictwem było nadto opiekować się tą ofiarą, wykarmić ją i w dniu przeznaczonym zanieść ją przed ołtarz. Stąd między Maryją a Jezusem bezustanna wspólność życia i cierpienia (…). A gdy nadeszła dla Jezusa ostatnia godzina, widziano Maryję stojącą u stóp krzyża, przejętą z pewnością grozą widoku, a jednak szczęśliwą, że Syn Jej poświęcał się dla zbawienia rodu ludzkiego i zresztą tak uczestniczącą w Jego cierpieniach, że byłoby Jej się wydało nieskończenie lepszym, gdyby mogła wziąć na siebie męki, które przechodził (Św. Bonaw. I. Sent. 48, ad Sitt dub. 4). Wynikiem tej wspólności uczuć i cierpień między Maryją a Jezusem jest to, że Maryja zasłużyła na to, aby stać się Odkupicielką upadłej ludzkości i stąd szafarką wszystkich skarbów, które Jezus nam uzyskał przez Swą śmierć i krew Swoją”.

    Zaraz Ojciec Święty dodawał: „Nie można bez wątpienia powiedzieć, aby szafowanie tymi skarbami nie było właściwym i wyłącznym prawem Jezusa Chrystusa, gdyż one są wyłącznym owocem Jego śmierci, On sam zaś z natury Swej jest Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi (…). Jesteśmy zatem bardzo dalecy od przypisywania Matce Bożej sprawczej przyczyny łaski – mocy, która należy do Samego Boga. Wszelako, ponieważ Maryja wzniosła się nad wszystkich w świętości i łączności z Jezusem Chrystusem i uczestniczyła przez Jezusa Chrystusa w Dziele Odkupienia, zasługuje de congruo, jak mówią teologowie, jak zasłużył się Jezus Chrystus de condigno i jest najwyższą szafarką łask”.

    Te łacińskie formuły mogą być obce wielu czytelnikom, ale właśnie dzięki nim św. Pius X zwięźle porządkuje dyskusję, potwierdzając kompletność ofiary Chrystusa oraz godząc z tą prawdą udział Matki Najświętszej w dziele zbawienia.

    Pojęcie zasługi de condigno (pol. ze sprawiedliwości), zgodnie z objaśnieniem ks. dr. Sieniatyckiego, dotyczy uczynku, którego wartość jest równa łasce otrzymanej z jego tytułu. „Jest ona wtedy, gdy zachodzi równość między nagrodą a wartością czynu”, tłumaczył autor przedwojennych podręczników dogmatycznych. Tymczasem „zasługa de congruo (pol. z odpowiedniości) jest wtedy, gdy między nagrodą a wartością czynu zasługującego nie ma równości, nagroda jest wyższa, niż wartość uczynku”.

    W tym świetle Męka Pańska jawi się jako jedyna wystarczająca zapłata, zdolna wyjednać u Boga miłosierdzie dla grzesznej ludzkości. Wartość płynąca z ofiary Syna Bożego sama sprowadza nam przystęp do nadprzyrodzonego życia, stając się jego „przyczyną sprawczą”. Ofiara Maryi nie ma podobnej rangi. Nie oznacza to jednak, że jest bezowocna. Boża sprawiedliwość sprawia, że dobrowolne cierpienia Syna Bożego, ofiarowane za nas, przynoszą nam odkupienie. Boża miłość zaś, że mimo tej wystarczającej zasługi, pokorne łzy Matki nie są bez znaczenia.

    Z tego powodu część dóbr, które w ogóle mogą przypaść nam w udziale dzięki krzyżowi Chrystusa, wypraszają nam boleści Najświętszej Panny, okazując się pełnymi łask dla ludu wiernego. Dla adorujących chrystusowy Krzyż, w tym boskim uznaniu dla cierpień Maryi tkwi obraz prawdy o doniosłym znaczeniu.

    Jeśli trwanie Najświętszej Panny na Golgocie okazało się zasługujące, to my również możemy nie tylko uwielbiać ofiarę krzyżową – ale i realnie przyłożyć rękę do zwycięstwa Zbawiciela. Oczywiście, Bóg wysłużył nam łaskę bez naszej zasługi. A jednak – kazał nam też podjąć Jego drogę. Wezwał nas, byśmy „naśladowali Go, biorąc swój krzyż i zapierając się siebie samych”, w ten sposób umożliwiając nam współpracę z Jego Dziełem.  

    Chrystus oczekuje przecież od nas pomocy braciom. Powierzył swoim uczniom zadanie szerzenia wiary w Niego, by wielu mogło się zbawić. Kazał nam nawzajem pomagać sobie wytrwać w łasce. Mało tego! Kapłanom dał władzę odpuszczania grzechów oraz sprowadzania na świat owoców Jego Męki przez Mszę świętą. Jedynym źródłem tych dóbr jest Jego zbawcze Dzieło. Mimo to, sami czerpiąc z niego owoce, mamy dzielić się nimi z braćmi.

    Maryja, która „współcierpiała”, to zatem nasza poprzedniczka – w adoracji Odkupiciela oraz w udziale w przejmującym zwycięstwie Wielkiego Piątku. Będąc dla nas przykładem, pozostaje mimo wszystko niedościgniona, a jej uczestnictwo wyraźnie inne.

    Historia zbawienia zna tylko dwie osoby, które nie miały żadnych win do odpokutowania. Obok Chrystusa to właśnie Matka Boża. Oboje cierpieli w życiu ogromnie – choć taka chłosta nie była im potrzebna. Śmierć i ból to dziedzictwo grzechu, ciągnące się od pierwszych ludzi. Niepokalana była bez zmazy. Jeśli więc cierpiała, to na podobieństwo Syna – z naszego powodu. Podczas, gdy Ewa podała mężowi zakazany owoc i zjednoczyła się z nim w nieprawości, Matka Boża do końca trwała z cierpiącym Chrystusem, którego przyniosła na świat, gdy Zbawiciel zgładził grzech pierworodny. Wobec tego podobieństwa trudno wątpić o jej współpracy w Odkupieniu.

    Filip Adamus/PCh24.pl

    ***

    Matka Boża Bolesna Smętna Dobrodziejka

    1430.jpg

    W krakowskiej bazylice oo. Franciszkanów znajduje się późnogotycki obraz Matki Bożej Bolesnej, zwanej – z powodu licznych łask tu otrzymywanych przez wiernych – Smętną Dobrodziejką.

    Na cierpienia Maryi wskazują tutaj: układ ust, załamanie rąk, postawa nieco pochylona, oczy wezbrane łzami oraz nade wszystko przeszywający Jej serce miecz – symbol boleści. Po bokach Maryi czterej aniołowie, współbolejąc z Nią, trzymają narzędzia Męki Pańskiej.

    Z obrazem tym łączy się tradycja ułaskawiania przez Smętną Dobrodziejkę skazanych na śmierć złoczyńców. Udzielanie amnestii odbywało się na mocy przywileju przyznanego przez królów polskich pierwszemu w Polsce Bractwu Męki Pańskiej. W Wielki Czwartek więźniowie spowiadali się, przyjmowali Komunię św., potem prowadzono ich do Kaplicy Matki Bożej Bolesnej, następnie do kaplicy Męki Pańskiej, gdzie po nabożeństwie skazańcy odzyskiwali wolność.

    Piotr Hiacynt Pruszcz w swym dziele pt. “Morze łaski Bożej” tak pisze o Smętnej Dobrodziejce “Przed tym obrazem grzeszni wielkimi ciężarami nieprawości obciążeni, za przyczyną tej Panny od Pana Boga pociechy odnoszą… Ludzie w różnych frasunkach, kłopotach i jakichkolwiek dolegliwościach będący, gdy się tam z nabożeństwem ofiarują, za pomocą Bożą i niezwłoczną przyczyną Panny błogosławionej to, o co poproszą, otrzymują. Jest to obraz na wejrzenie żałobny, do skruchy i łez wylania każdego pobudzający”.

    Dawniej na ścianach kaplicy widniało wiele tablic, na których malowano doznane cuda. Wszystkie one spłonęły podczas pożaru w 1850 r., z którego jedynie sam obraz Matki Najświętszej cudownie ocalał. Z wdzięczności i miłości do swojej niebieskiej Opiekunki krakowianie wraz z duchowieństwem postarali się o koronację cudownego wizerunku. Miała ona miejsce 20 września 1908 r. Koronatorem był ks. Jan kardynał Puzyna.

    Kult Matki Bożej Bolesnej bardzo się rozwinął podczas II wojny światowej, kiedy dniami i nocami błagano o odwrócenie od narodu zagłady hitlerowskiej. Po wojnie cześć i miłość do Smętnej Dobrodziejki nie osłabły. Wizerunek nadal otaczany jest wielką czcią, o czym świadczą choćby liczne wota i tabliczki z podziękowaniami za otrzymane łaski.

    Wierni, nawiedzający bazylikę Franciszkanów w Krakowie, ciągle z ufnością błagają Maryję: Matko Boża Bolesna – Smętna Dobrodziejko, módl się za nami!

    MB – PCh24pl

    ***

    poniedziałek 14 września 2026

    Święto Podwyższenia Krzyża

    Gdyby zbawienie zależało od ludzkiej pomysłowości, krzyż nigdy nie zostałby jego narzędziem. Ludzka logika kojarzy zbawienie z siłą, prawem, władzą, sukcesem – ale nie z hańbiącą śmiercią.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.

    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”.

    Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.

    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.

    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).

    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.

    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.

    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).

    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.

    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.

    Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.

    źródło: brewiarz.pl

    ***

    Na drzewie zwyciężył czy na drzewie został pokonany? Czyli o wężu w Biblii i Krzyżu Świętym

    krucyfiks-waz-na-drzewie.jpg

    Co wspólnego ma wąż z krzyżem Chrystusa? Okazuje się, że bardzo wiele. Sam Zbawiciel, mówiąc o swoim wywyższeniu na krzyżu, odwołał się do miedzianego węża, którego Mojżesz podniósł na pustyni. Motyw węża prowadzi nas jeszcze dalej – aż do ogrodu Eden, gdzie to on stał się narzędziem pierwszego grzechu i początkiem ludzkiego dramatu. Nieprzypadkowo więc to właśnie do niego nawiązał Chrystus: ten, przez którego na początku historii zbawienia przyszła śmierć, na krzyżu zostaje ostatecznie pokonany. W święto Podwyższenia Krzyża Świętego warto zatem spojrzeć na krzyż także przez pryzmat tajemniczej historii biblijnego węża.

    Wąż i grzech pierwszych rodziców

    Pierwszy wąż pojawił się już na samym początku Biblii, czyli w Księdze Rodzaju. To właśnie tam szatan przyjął postać węża by skłonić pierwszych rodziców do nieposłuszeństwa Bogu. Przez niego Adam i Ewa przekroczyli Boży nakaz i tym samym sprowadzili grzech na świat.

    Wąż (…) rzekł do niewiasty: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,1-5).

    Wąż kusił Ewę nie tylko samym owocem, lecz grzechem pychy. Chciał bowiem, by pierwsi rodzice uznali się za równych samemu Bogu. To znajdujące się w środku ogrodu drzewo było drzewem poznania dobra i zła. I chociaż w posiadaniu wiedzy nie ma nic złego (wprost przeciwnie, zdobywanie wiedzy jest rzeczą chwalebną!), to w przypadku pierwszych rodziców to pragnienie miało miejsce w sposób nieumiarkowany, czyli ponad odpowiednią miarę. Chcąc posiadać wiedzę, pragnęli w rzeczywistości posiadać doskonałość równą samemu Bogu.

    Pierwszy człowiek zgrzeszył głównie przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie „poznania dobra i zła” za namową węża, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał decydować, co jest dobre, a co złe – pisze św. Tomasz z Akwinu (ST II-II q. 163 a. 2 c.) W drugiej kolejności zgrzeszył przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie własnej mocy działania, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał działać w taki sposób, aby osiągnąć szczęście – dodaje Akwinata.

    Skutkiem grzechu pierwszych rodziców była śmierć i wygnanie z raju. Co zaś tyczy się węża, to za karę od tamtego momentu miał już czołgać się na brzuchu, a w przyszłości miała pojawić się niewiasta, która zmiażdży mu głowę.

    Surowość kary wymierzonej za ten pierwszy grzech odpowiada wielkości samego grzechu – nie ze względu na jego rodzaj, lecz ze względu na to, że był pierwszym grzechem: ponieważ zniszczył on niewinność naszego pierwotnego stanu i, pozbawiając go niewinności, sprowadził nieład na całą naturę ludzką – wyjaśnia Doktor Anielski (ibid., a. 3 ad. 2).

    Kara i lekarstwo

    Węże pojawiają się ponownie w Księdze Liczb – tym razem już nie jako powód grzechu, lecz jako kara za grzech i lekarstwo z niego wybawiające. Izraelici po długiej drodze przez pustynię zaczęli tracić cierpliwość i szemrać przeciw Bogu i Mojżeszowi. Karą za ten grzech była właśnie plaga jadowitych węży. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła (Lb 21,6). Lekarstwem chroniącym od śmierci również stał się wąż – tym razem miedziany, uczyniony przez Mojżesza na polecenie Boga.

    Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu (Lb 21,8-9).

    Izraelici poprzez swoje szemranie pokazali brak zaufania wobec Stwórcy; co więcej, oskarżali Tego, których ich wybawił, o ukryty podstęp zaprowadzenia ich na śmierć. Bóg na lekarstwo od grzechu wybrał właśnie miedzianego węża, ponieważ spojrzenie na ten posąg było aktem ufności Bogu; Izraelici patrzyli na węża, bo Bóg im tak polecił, a z zaufania Bożej obietnicy przychodziło wybawienie od śmierci. Figura sporządzona przez Mojżesza nie była zatem przedmiotem kultu bałwochwalczego, ale wyrazem zaufania Bogu.

    Chrystus odwraca grzechy Starego Testamentu

    W Nowym Testamencie symbolika węża nabiera zupełnie innego znaczenia, ponieważ dwa wspomniane wydarzenia łączą się w scenie śmierci Chrystusa na krzyżu. Sam Zbawiciel podkreślił bowiem, że wywyższenie węża było zapowiedzią Jego własnego ukrzyżowania:

    Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,14-16).

    Śmierć Jezusa na krzyżu była odwróceniem złej doli ludzkości po grzechu pierworodnym. Zbawiciel bowiem swoją śmiercią otworzył im bramy raju – które to podwoje były zamknięte od chwili grzechu pierwszych rodziców. I jak mówi św. Tomasz, konieczny był wykup zniewolonej ludzkości z niewoli grzechu.

    Skoro więc diabeł zwyciężył człowieka, skłaniając go do grzechu, człowiek stał się poddany jego niewoli. (…) Męka Chrystusa była wystarczającym i nadobfitym zadośćuczynieniem za grzech i dług rodzaju ludzkiego; była ceną, za którą zostaliśmy uwolnieni (ST III q. 48 a. 4 c.)

    W czasie swojej Męki Zbawiciel pokazał cnoty przeciwne grzechom pychy i nieufności, które popełnili odpowiednio: pierwsi rodzice w raju i Izraelici na pustyni. Śmierć Chrystusa była bowiem najgłębszym wyrazem jego posłuszeństwa. Pozwolił się przybić do krzyża, ośmieszyć; pozwolił nawet by Jego Bóstwo było w pewien sposób „ukryte” – bo przecież trudno było uwierzyć, że ten konający człowiek był Bogiem. Chrystus „odwrócił” również grzech pierwszych rodziców, ponieważ gdy Adam i Ewa chcieli być równymi Bogu, to On – Bóg, druga Osoba Trójcy – stał się równy ludziom, a następnie cierpiał i umarł jak człowiek.

    Zbawiciel dał również przykład zaufania Bogu, którego tak bardzo brakowało Izraelitom na pustyni. Podczas modlitwy w Ogrojcu Chrystus prosił Ojca by – jeśli to możliwe – odsunął od Niego to cierpienie, które miało nadejść. W swojej Boskiej naturze wiedział, jak bardzo miał cierpieć, a w ludzkiej – zwyczajnie się tego bał. Zaufał jednak Ojcu i pokornie przyjął to okrutne cierpienie, które czekało Go już kilkanaście godzin później.

    Wydaje się więc, że Bóg celowo wybrał drzewo krzyża za narzędzie męki swojego Syna, a przypomina o tym jedna z prefacji mszalnych w słowach: Tyś postanowił dokonać zbawienia rodzaju ludzkiego na drzewie krzyża, aby skąd śmierć wzięła początek, stamtąd i życie zmartwychwstało, i aby ten, który na drzewie zwyciężył, na drzewie również został pokonany (Prefacja o Męce Pańskiej).

    Widać bowiem, że scena z ogrodu Eden i scena ukrzyżowania Chrystusa mają wspólne cechy. W raju to właśnie drzewo, z którego Ewa zerwała jabłko, stało się narzędziem pozornego triumfu szatana (symbolizowanego przez węża) i śmierci. Nie jest to więc przypadkowe, że właśnie na drzewie krzyża Zbawiciel odniósł zwycięstwo nad „wężem” i śmiercią. Znany łaciński hymn Vexilla Regis, czyli Króla wznoszą się znamiona, podkreśla, że to właśnie na krzyżu Chrystus ukazał swoje królowanie, mówiąc, że „Bóg królował z drzewa”.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    Ojciec Święty Leon XIV dziś kończy 71 lat

    Papież Leon XIV, od 8 maja 2025 r. Następca Świętego Piotra, kończy 71 lat. Pierwszy papież pokolenia wyżu demograficznego po II wojnie światowej i pierwszy Amerykanin – Biskup Rzymu urodził się jako Robert Francis Prevost w Chicago 14 września 1955 roku.

    fot. Krzysztof Tadej – fot. Vatican Media

    ***

    Papież Leon XIV kończy w poniedziałek 71 lat. W dniu urodzin odwiedzi Bibliotekę Apostolską, gdzie otworzy wystawę prac. W Watykanie nie przewidziano specjalnych obchodów. Papież przygotowuje się do podróży do Francji pod koniec września.

    Pierwsze życzenia urodzony 14 września 1955 roku w Chicago papież usłyszał już w niedzielę. Gdy pojawił się w południe w oknie Pałacu Apostolskiego, by odmówić z wiernymi modlitwę Anioł Pański, rozległy się okrzyki z życzeniami po włosku i angielsku.

    W przeddzień urodzin brat papieża, John Prevost powiedział w wywiadzie dla włoskiej telewizji Mediaset: Jestem dumny, że jeszcze się nie załamał, że się trzyma, daje sobie radę.

    – Stawia czoła sytuacji z dawką humoru, z siłą i z determinacją, by zrobić coś, co pomoże uczynić świat lepszym miejscem. Chce umacniać wiarę katolicką na całym świecie – dodał.

    Brat papieża opowiedział również: Jakiś czas temu pomógł mi z komputerem, bo ja się na tym nie znam i nie potrafiłem go uruchomić. A w zeszłym roku, kiedy był okres składania deklaracji podatkowych, zadzwoniłem do niego i zapytałem: Co mam zrobić? I on pomógł mi także przy zeznaniu podatkowym.

    – Ma rozległą wiedzę – stwierdził John Prevost mówiąc o swoim bracie Robercie, który ma także dyplom z matematyki, uzyskany na augustiańskim uniwersytecie Villanova w Pensylwanii.

    Ścisłe wykształcenie papież wykorzystuje też obecnie. Jego pierwsza encyklika „Magnifica Humanitas”, opublikowana w maju tego roku poświęcona jest trosce o godność człowieka w dobie sztucznej inteligencji.

    W dniu urodzin Leon XIV po raz pierwszy odwiedzi Bibliotekę Apostolską, gdzie otworzy pierwszą ekspozycję z cyklu wystaw „Katastrofa i cud”. Jej celem jest zwrócenie uwagi na wodę jako dobro i zasób, ale równieź zagrożenie w związku z globalnym kryzysem klimatycznym.

    Agenda papieża nie ulegnie szczególnym zmianom w związku z jego urodzinami, ale zapewne dzień rozpocznie małe świętowanie w gronie najbliższych współpracowników i osób zajmujących się papieskim apartamentem w Pałacu Apostolskim.

    W poniedziałki po porannych audiencjach Leon XIV udaje się zazwyczaj do podrzymskiej rezydencji w Castel Gandolfo. Jak opowiedział John Prevost, który odwiedził papieża latem, pływa on tam w basenie, gra w tenisa.

    W tych dniach Leon XIV przygotowuje się do podróży do Francji, którą rozpocznie 25 września. Podczas czterodniowej, intensywnej wizyty wygłosi kilkanaście przemówień. W Paryżu odwiedzi Pałac Elizejski, siedzibę UNESCO, otwartą ponownie po pożarze katedrę Notre-Dame, a na Place de la Concorde odprawi mszę z udziałem około miliona osób. Na Stade de France w Saint- Denis papież spotka się z młodzieżą. Drugim etapem jego pielgrzymki będzie sanktuaroum w Lourdes.

    W mieście Metz Leon XIV wygłosi przemówienie podczas spotkania „Ku korzeniom Europy, dla pokoju i jedności” i odprawi mszę w tamtejszej katedrze.

    To będzie przedostatnia zapowiedziana na ten rok zagraniczna podróż papieża. W listopadzie odwiedzi Urugwaj, Argentynę, a także Peru, gdzie przez wiele lat był misjonarzem i biskupem.

    PCh24.pl – źródło: PAP / Sylwia Wysocka, Rzym

    ***

    Niedziela 13 września 2026

    Leon XIV: „Tylko przebaczenie wyzwala i na nowo przynosi światło”

    “Przebaczenie jest niezbędne, a bez niego nie sposób żyć w pokoju; prędzej czy później w ludzkich sercach i między ludźmi rodzą się konflikty, oskarżenia, urazy i pragnienie zemsty, które niszczą relacje, rozbijają rodziny i rozpętują wojny” – zauważył papież Leon XIV przed dzisiejszą modlitwą Anioł Pański.

    fot. Vatican News

    ***

    Papież przestrzegł, że oskarżenia, urazy i pragnienie zemsty niszczą relacje, rozbijają rodziny i rozpętują wojny.

    Przebaczać bez granic

    W rozważaniu przed niedzielną modlitwą Anioł Pański Leon XIV nawiązał do pytania, które Piotr stawia Jezusowi w Ewangelii: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?”.

    Papież zauważył, że już propozycja Piotra świadczy o wielkoduszności, ponieważ liczba siedem oznacza w Biblii pełnię. Jezus idzie jednak znacznie dalej: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Oznacza to – wyjaśnił Leon XIV – przebaczenie „bez granic, bez miary”.

    Dar i przebaczenie u podstaw życia

    Ojciec Święty wskazał na przypowieść o słudze, któremu pan darował ogromny, praktycznie niemożliwy do spłacenia dług. Ten jednak nie potrafił okazać podobnego miłosierdzia swojemu współsłudze.

    U podstaw naszego istnienia leżą dar i przebaczenie – podkreślił Papież. Wszystko, co człowiek posiada, otrzymuje od Boga z czystej miłości, a nikt nie może powiedzieć, że doskonale odpowiada na Jego dobroć. Dlatego bezinteresowność, z której wyrasta ludzkie życie, powinna stać się również zasadą wzajemnych relacji.

    Urazy rozbijają rodziny i rozpętują wojny

    Leon XIV zaznaczył, że znaczenie przebaczenia widać w codziennym życiu. Bez niego w ludzkich sercach i relacjach wcześniej czy później pojawiają się „konflikty, oskarżenia, urazy i pragnienie zemsty”. Ich konsekwencje mogą być dramatyczne: „niszczą relacje, rozbijają rodziny i rozpętują wojny”.

    Tylko przebaczenie wyzwala i na nowo przynosi światło – mówił Papież. Porównał je do dobrego wiatru, który potrafi rozproszyć nawet najgęstsze chmury, pozwalając ponownie zobaczyć słońce.

    Miłość, która zapomina i uzdrawia

    Przykładem takiego doświadczenia był św. Piotr. Po zaparciu się Jezusa i opuszczeniu Go podczas Męki spotkał Zmartwychwstałego nad Jeziorem Galilejskim. Chrystus nie wypomniał mu zdrady, lecz zapytał: „Szymonie […], czy miłujesz Mnie?”, a następnie ponownie wezwał: „Pójdź za Mną!”.

    Zupełnie jak na początku, w dniu ich pierwszego spotkania, jakby nic się nie wydarzyło – zauważył Leon XIV. To właśnie „miłość, która zapomina i uzdrawia”, stała się dla Piotra potwierdzeniem jego misji.

    Na zakończenie Papież prosił o wstawiennictwo Maryi, Matki Miłosierdzia, aby pomagała przebaczać także wtedy, gdy trudno uczynić pierwszy krok, i nieść światu „uzdrawiające światło miłości, która zwycięża nienawiść i rozbraja wszelką urazę”.

    Vatican News/ ks. Łukasz Bankowski 

    ***

    Jasnogórska Pani

    Jasnogórska Pani

    fot. Agata Combik /Gość Niedzielny

    ***

    Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi

    Jasna Góra, 8 września 1946

    Błogosławiona Dziewico, Matko Boga Przeczysta! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz Ciebie za Patronkę i Królowę państwa obrał i Rzeczpospolitą Twojej szczególnej opiece i obronie polecił, tak w tę dziejową chwilę, my, dzieci narodu polskiego, stajemy przed Twym tronem w hołdzie miłości, czci serdecznej i wdzięczności. Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, cały naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, oddanie zupełne oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Synowi Twojemu, a naszemu Odkupicielowi ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła, szerzenie Jego królestwa.

    Pani i Królowo nasza! Pod Twoją obronę uciekamy się; macierzyńską opieką otocz rodzinę polską i strzeż jej świętości. Natchnij duchem nadprzyrodzonym i pobożnością naszą parafię; ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swymi łaskami. Narodowi polskiemu uproś stałość w wierze, świętość życia, zrozumienie posłannictwa. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj tej polskiej ziemi, przesiąkniętej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczpospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, natchnieniem i Patronką.

    Potężna Wspomożycielko wiernych! Otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół święty. Bądź mu puklerzem: wyjednaj mu świętość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności Chrystusowej owczarni. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.

    Władna świata Królowo! Spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy rodzaju ludzkiego. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom pojednanie szczere i trwałe. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowały życie swoje. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie, zaufaniu.

    Przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie, Matko Boga i nasza. Przygarnij wszystkich do swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym królestwem. Amen.

    ***

    Jasna Góra, 26.08.1956 podczas odnowienia Ślubów Narodu przez milion dwieście tysięcy zgromadzonych wiernych.

    Polska za wskazaniem ks. Prymasa kard. Augusta Hlonda 8 września 1946 r. wybrała fatimską drogę ocalenia. W rodzinach, w parafiach, w diecezjach a następnie na Jasnej Górze dokonał się uroczysty Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi. Uciemiężony Naród dopiero co po zakończeniu straszliwej wojny, stojąc przed kolejnym zniewoleniem, uczynił wielki akt wiary postanawiając wypełnić prośbę Matki Najświętszej z Fatimy.
    Polska zaznała w swojej historii ogromnych i wielorakich cierpień w czasach niewoli, ponieważ„nie wypełniła zaprzysiężonych zobowiązań z 1656 r.roku”.


    „Trzeba, aby się Naród odrodził w Bogu, aby był katolicki nie tylko z imienia, ale z przekonania, więcej jeszcze, z życia ; nie od święta, ale na każdy roboczy dzień. Poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi, to pierwszy krok na tej drodze mozolnej ku odrodzeniu” – list Episkopatu Polski z 1948r..

    Zdając sobie sprawę tych wyraźnych znaków, postanówmy każdego dnia modlić się na różańcu, podejmujmy akty pokuty, a w pierwsze soboty miesiąca wynagradzajmy za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Jej Niepokalanemu Sercu.

    ***

    wtorek 8 września

    Urodziny Najpiękniejszej

    Ile lat kończy 8 września Maryja? Matka Boża nie ma z tym problemu. Spełniwszy wiernie swoje życie, uczestniczy w wiecznej młodości Boga.

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny – obraz w parafii Bezmiechowa Górna

    ***

    We wschodniej części starej Jerozolimy, obecnie zamieszkanej przez większość muzułmańską, znajdują się wykopaliska odnalezionej w minionym wieku Sadzawki Owczej (Betesda), przy której Jezus uzdrowił paralityka. Tuż obok wznosi się zbudowana przez krzyżowców romańska bazylika św. Anny. Dużo wcześniej jednak, bo już w V wieku, stał tu bizantyński kościół upamiętniający miejsce narodzin Najświętszej Maryi Panny. To tu bowiem, według starożytnej tradycji, był dom Joachima i Anny, rodziców Maryi, i tu urodziła się i wychowała matka Zbawiciela.

    Stąd do świątyni było bardzo blisko. Pasuje to do wczesnochrześcijańskiego przekazu, według którego Maryja urodziła się nieomal w cieniu murów Przybytku. Jest to jednak przekaz wyłącznie pozabiblijny. Pismo Święte nic nie wspomina o okolicznościach, czasie i miejscu urodzenia Matki Bożej. Nawet imiona Jej rodziców pojawiają się jedynie w literaturze apokryficznej.

    Znaczna rodzina?

    Wśród licznych apokryfów mówiących o pochodzeniu i pierwszych latach życia Maryi najstarsza jest tzw. Protoewangelia Jakuba. Powstała około roku 150 po Chrystusie. Według tego utworu Joachim i Anna byli ludźmi bardzo zamożnymi, jednak cierpieli z powodu braku potomstwa. Pewnego razu zasmucony Joachim odszedł na pustynię, aby pościć przez 40 dni i nocy. Powiedział wtedy do siebie: „Nie zstąpię z góry ani aby jeść, ani aby pić, póki nie spojrzy na mnie Pan, Bóg mój, i będzie mi modlitwa pokarmem i napojem” – czytamy w apokryfie.

    W tym samym czasie Anna, żona Joachima, opłakiwała swoją bezdzietność. Któregoś dnia zwróciła się do Boga: „Panie ojców moich, pobłogosław mi i wysłuchaj modlitwę moją tak, jak pobłogosławiłeś Sarę i dałeś jej syna – Izaaka”. Wtedy ujrzała anioła Pańskiego. „Anno, Anno. Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją. Poczniesz i porodzisz, a potomstwo twoje będzie przepowiadane po całej ziemi” – powiedział niebieski posłaniec. Anna odpowiedziała obietnicą, że urodzone dziecko ofiaruje Bogu. „Na Boga żywego, czy zrodzę chłopca, czy dziewczynkę, zawiodę ją w darze Panu, Bogu mojemu, i [dziecko to] będzie Mu służyło po wszystkie dni swego żywota” – zapewniła.

    Opisana sytuacja przypomina historię innej niepłodnej kobiety, także Anny, która tysiąc lat wcześniej otrzymała obietnicę narodzenia syna. Tamta kobieta również przeznaczyła dziecko na służbę w świątyni. Chłopiec otrzymał imię Samuel i stał się potężnym prorokiem Izraela.

    Według Protoewangelii Jakuba Anna, żona Joachima, dowiedziawszy się, że urodziła dziewczynkę, powiedziała: „W tym dniu dusza moja została wywyższona”, a po upłynięciu dni rytualnej nieczystości „poczęła piersią karmić dziecko i nazwała je imieniem Maryja”.

    Gdy dziecko miało roczek, Joachim wydał wielką ucztę z udziałem kapłanów, arcykapłanów, uczonych w Piśmie i innych ważnych postaci, goście zaś błogosławili Maryję, mówiąc: „Bóg ojców naszych niech pobłogosławi to dziecię, niech da jej imię znakomite pośród wszystkich narodów na wieki”.

    Gdy Maryja skończyła trzy lata, Joachim i Anna postanowili spełnić zobowiązanie i zaprowadzić Maryję do świątyni. Miała tam wejść w orszaku dziewic idących z kagankami w rękach. „Niech kaganki będą zapalone, by nie zwróciła się wstecz i serce jej nie zostało uwięzione daleko od świątyni Pańskiej” – zalecił Joachim. Gdy malutka Maryja weszła do świątyni, przyjął ją arcykapłan, który wygłosił przy tym proroctwo: „Pan Bóg wywyższy twe imię pośród wszystkich narodów. Na tobie w dniach ostatecznych ukaże Pan zbawienie synom Izraela”. Dalej czytamy, że „Maryja przebywała w świątyni Pańskiej i żyła jak gołąbka, i otrzymywała pokarm z rąk anioła”. Miała tam przebywać do 12. roku życia.

    Popularny utwór

    Protoewangelia Jakuba jest chrześcijańskim midraszem, czyli opowieścią, której celem jest wyjaśnienie poszczególnych fragmentów biblijnych. W tradycji żydowskiej ta metoda była powszechnie stosowana jako sposób interpretowania i komentowania Pisma Świętego.

    Autor Protoewangelii Jakuba zna opisy narodzenia Jezusa według ewangelistów Mateusza i Łukasza, i uzupełnia je informacjami, o których pisma natchnione nie mówią, próbując zharmonizować je z tekstami Starego i Nowego Testamentu.

    Niektóre elementy apokryficznego opisu środowiska, w jakim urodziła się Maryja, były odpowiedzią na zarzuty stawiane chrześcijanom przez pogan. Ci, jak na przykład filozof Celsus z II wieku, twierdzili, że Jezus był zrodzonym z cudzołóstwa synem ubogiej prządki marnego pochodzenia. To wyjaśnia nacisk, z jakim autor apokryfu podkreśla majętność i koligacje rodziców Maryi. Z tego też powodu wiele w tekście nadzwyczajnych zdarzeń, proroczych zapowiedzi i podobieństw do dziejów Samuela, Abrahama, Tobiasza czy Judyty. Niektóre z tych wątków pojawiają się także w innych apokryfach.

    Niezależnie od pewnej baśniowości tych opisów Protoewangelia Jakuba zajmuje ważne miejsce w literaturze mariologicznej. Przede wszystkim jest to tekst bardzo wczesny, być może korzystający z tradycji ustnej, przekazywanej w środowisku chrześcijan tamtej epoki. Oznacza też, że na wiedzę o pochodzeniu Maryi panowało już wtedy duże zapotrzebowanie. Na tym utworze zresztą bazuje wiele kolejnych maryjnych tekstów – apokryfów, żywotów Maryi i dzieł pobożnościowych. Nic dziwnego, że apokryf ten przez wieki cieszył się wielkim powodzeniem.

    Siewna

    Stopniowo w Kościele pojawiły się liturgiczne obchody narodzin Maryi. Najwcześniejsze wzmianki o nich sięgają początku VI wieku. Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w całym Kościele wprowadził w roku 688 papież św. Sergiusz I.

    W Polsce święto Narodzenia NMP bywa także nazywane dniem Matki Bożej Siewnej. Nazwa pochodzi od zwyczaju, wedle którego dopiero po tym święcie rolnicy wychodzili na pola, żeby rozpocząć orkę i siew. Chcieli, żeby ziarno rzucone w ziemię pobłogosławiła Matka Boża. Święto Matki Bożej Siewnej bywało też tradycyjnym czasem urządzania dożynek. Czasem wdzięczności i radości, bo też urodziny Maryi to – jak każde urodziny – święto bardzo radosne. Wyraża to antyfona na wejście w Mszale rzymskim, która zawiera zdanie: „Z radością obchodzimy narodzenie Najświętszej Maryi Panny, z Niej wzeszło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem”.

    Narodzenie Maryi jest zapowiedzią nadejścia Zbawiciela. Matka Boża jest nazywana Gwiazdą Zaranną, bo Jej pojawienie się oznacza przyjście Słońca sprawiedliwości. „Wypadało, aby to promienne i zdumiewające przyjście Boga do ludzi poprzedzało jakieś wydarzenie, które by nas przygotowało na przyjęcie z radością wielkiego daru zbawienia. I takie jest znaczenie święta, które dzisiaj sprawujemy, gdyż narodzenie Matki Bożej jest wstępem do tej skarbnicy dóbr (…). Niechaj więc całe stworzenie wyśpiewuje z zadowolenia i na swój sposób przyczyni się do radości właściwej temu dniowi. Niechaj niebo i ziemia złączą się w tych obchodach i niechaj świętuje wszystko, co jest na świecie i ponad światem” – pisał w VII wieku św. Andrzej z Krety.

    Nasza nieznajomość w pełni wiarygodnych „danych biograficznych” Maryi nie stoi na przeszkodzie radosnemu świętowaniu, bo niewątpliwe pozostaje to, że Maryja się urodziła. A przyszedłszy na świat, wiernie spełniła wszystko, o co poprosił Ją Bóg. Dlatego, jak sama powiedziała w proroczym uniesieniu, błogosławią Ją wszystkie pokolenia.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny,

    Święto Matki Boskiej Siewnej

    Prawdziwa data i miejsce urodzenia Maryi nie są znane. Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Jak podaje tradycja, choć od 20 lat byli małżeństwem, nie mieli potomstwa. Ślubowali Bogu, że jeżeli urodzi im się dziecko, poświęcą je na służbę Panu. Z wiarą i nadzieją co roku udawali się do Jerozolimy i tam prosili o potomka. Pewnego dnia Joachimowi ukazał się anioł i zapewnił, że jego prośba została wysłuchana. Oznajmił, że żona urodzi córkę, którą nazwie Maryją i która w łonie matki zostanie napełniona Duchem Świętym. Anioł objawił się także Annie, zwiastując, że córka będzie błogosławiona nad wszystkie niewiasty. Obojgu, oddzielnie, nakazał udać się do Złotej Bramy w Jerozolimie. Kiedy małżonkowie spotkali się przy bramie, nie mieli wątpliwości, że anioł mówił prawdę.

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego, Maryja była Niepokalanie Poczęta, to znaczy bez obciążenia grzechem pierworodnym.

    „Będzie Ona błogosławiona między wszystkimi niewiastami.
    Będzie darem dla całej ludzkości, bowiem z Niej narodził się Zbawiciel”

    Prorok Micheasz, Stary Testament

    „Święto Narodzenia Matki Bożej. Kościół dziękuje Jej za to, że jest światłością Ludu Bożego.
    Jest to światłość, w której odbija się światło słowa przedwiecznego, światło Chrystusa.
    Ona najpełniej, najwierniej odbija to światło i przekazuje Ludowi Bożemu
    we wszystkich Kościołach na całej ziemi.”

    św. Jan Paweł II – tekst ze strony parafii w Siemiechowie

    ***

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Narodzenie Dziewicy Maryi

    Bartolomé Esteban Murillo, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Kiedy i gdzie urodziła się Maryja, Matka Jezusa? Kim byli Jej rodzice? Czy wiemy coś na ten temat i skąd? Kościół katolicki 8 września obchodzi liturgiczne święto narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Pobożność ludowa związała to święto maryjne z początkiem nowego cyklu rolnego. Jest ono nazywane świętem Matki Boskiej siewnej, bo dopiero po tym święcie można było rozpoczynać przygotowywanie pól i nowy zasiew na przyszłoroczne plony.

    W Piśmie świętym nie mamy żadnej wzmianki o narodzinach Maryi. Informacje o tym pochodzą z tekstów apokryficznych, przede wszystkim z Protoewangelii Jakuba, która pochodzi z połowy II wieku i jest bliska czasowo Ewangelii św. Jana.

    Z niej się dowiadujemy, że rodzicami Maryi byli starsi już i przez długi czas bezdzietni Joachim i Anna. Nie wiemy gdzie Maryja się urodziła. Przyszła na świat prawdopodobnie około 18 roku przed narodzeniem Jezusa.

    Pierwsze informacje o liturgicznych obchodach narodzin Maryi pochodzą z VI wieku. Kult maryjny, po Soborze w Efezie w roku 431, przeżywał wtedy rozkwit. Jako święto ogólnokościelne pojawia się pod koniec VII wieku za sprawą papieża Sergiusza I. Data obchodów święta została przejęta ze Wschodu.

    Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny było obchodzone w Jerozolimie już w V wieku. W miejscu wskazywanym przez apokryfy, jako miejsce narodzenia Maryi, cesarz Justynian I wybudował około 550 roku bazylikę poświęconą jej czci.

    Obchody rzymskie święta narodzenia Matki Bożej uświetniane były uroczystą procesją ze świecami z kościoła św. Adriana do Bazyliki Matki Boskiej Większej. Był to czas dziękczynienia za  zebrane plony i prośby o urodzaj.

    Matka Boska siewna - Piotr Stachiewicz, Public domain, via Wikimedia Commons

    Matka Boska siewna

    Piotr Stachiewicz, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Pobożność ludowa w Polsce to święto maryjne związała także z prośbą o urodzaje i obfite plony. Nazwane zostało świętem Matki Boskiej siewnej, gdyż dopiero po tym święcie przystępowano do przygotowania pól pod jesienną orkę i nowy zasiew. Wiele prac polowych w Polsce rozpoczynanych było symbolicznie w sobotę, aby Maryja pobłogosławiła podejmowanym wysiłkom. Dlatego też w niektórych rejonach był zwyczaj, że do ziarna siewnego dodawano ziarno wyłuskane z kłosów, które wraz z kwiatami i ziołami były poświęcone w dniu Wniebowzięcia Maryi. W innych regionach rolnicy przed zasiewem kropili swe dłonie wodą święconą, a pierwszą garść ziarna, jakie wrzucali w ziemię układali w formie krzyża, czyniąc to ‘w imię Boże’, jak opisują te zwyczaje kronikarze i etnografowie.

    W parafiach wiejskich, w dniu 8 września, błogosławi się ziarno przeznaczone do zasiewu. Kościół modli się: „Boże, (…) pobłogosław te ziarna i inne nasiona, zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźniaj rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony… Udziel nam tego przez zasługi Najświętszej Dziewicy, której narodziny dziś obchodzimy”.

    Uciekanie się do wstawiennictwa Maryi i prośba o błogosławieństwo w pracach polowych i plonach, ma prawdopodobnie źródło w apokryfach.

    Apokryficzna Ewangelia Pseudo-Mateusza, a za nią polskie apokryfy opowiadają, jak podczas ucieczki do Egiptu Święta Rodzina spotkała rolnika siejącego zboże na polu. Zaniepokoił się, co ma powiedzieć ścigającym, którzy niebawem nadejdą. Maryja powiedziała mu, żeby mówił tylko prawdę, bo kłamstwo jest grzechem. Słudzy Heroda chcieli zabić Dziecię. Kiedy nadeszli, spytali rolnika, czy nie widział przechodzącej kobiety z małym dzieckiem. On odparł, że owszem, widział, i miało to miejsce, kiedy siał zboże. Żołnierze zatem zawrócili, a rolnik ze zdumieniem zobaczył, że na nowo obsianym polu był łan dorodnej, dojrzałej pszenicy.

    Święto narodzenia Maryi przypomina o jej człowieczeństwie. Została niepokalanie poczęta, ale miała wolną wolę, nie była do niczego zmuszona. Obchodzone święta przypominają o Jej zaufaniu, posłuszeństwie i całkowitej uległości Bogu.

    o. Paweł Kosiński SJ – Deon.pl

    ***

    Ewangelia na 8 września:

    Urodziny Najświętszej Maryi Panny

    Ewangelia ze Święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny wraz z komentarzem. “Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.

    Mt 1,1-16.18-23

    Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama.
    Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida.
    Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego.
    Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
    Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
    Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów».
    A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy: «Bóg z nami».


    Komentarz

    Drzewo genealogiczne, od którego św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię, ukazuje Jezusa jako człowieka, który włącza się w ludzkie dzieje wraz z ich wzlotami i upadkami. Bóg jest wierny. Obietnica dana Abrahamowi, od którego rozpoczyna się genealogia, spełnia się w Jezusie: „On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1,21).

    W Mateuszowym rodowodzie Jezusa wspomina się również o czterech kobietach z dziejów Izraela. Nie ma wśród nich Sary, Rebeki, Lei czy Racheli, uznanych w tradycji Izraela za kobiety wyróżniające się znaczeniem, dokonaniami czy zasługami. Mateusz wylicza takie, które na ludzki rozum lepiej raczej pominąć milczeniem. Naruszają bowiem czystość drzewa genealogicznego. Uznawano je raczej za skazę na dziejach Izraela.
    Kolejną cechą wspólną czterech kobiet z rodowodu jest to, że nie były one Żydówkami. Te poganki pojawiają się w zwrotnych punktach dziejów Izraela. Rachab, będąca jawnogrzesznicą, otwiera wysłannikom Jozuego drogę do Jerycha. Rut dobrowolnie przyłącza się do Izraela i staje się matką rodu Dawida. Batszeba, żona Uriasza, zostaje matką Salomona. Z kolei Tamar podstępem wymusza od Judy prawo do potomstwa, królestwo zostanie związane z pokoleniem Judy, przez co może się spełnić błogosławieństwo Jakuba: „Nie zostanie odjęte berło od Judy, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów” (Rdz 49,10). Drzewo genealogiczne, które na pierwszy rzut oka jest drzewem Abrahama i Dawida, dzięki tym czterem kobietom staje się drzewem genealogicznym Kościoła, do którego należą Żydzi i poganie. Rodowód wskazuje tym samym na to, co ma nadejść: Kościół dla wszystkich narodów.

    Mateusz już na samym początku swej Ewangelii ukazuje myśl, do której będzie powracał: ostatni będą pierwszymi. U Boga ludzkie miary zostają odwrócone. Bóg wybrał to, co słabe w oczach ludzkich, lecz przez Boże wybranie staje się mocne i cenne. Grzeszne kobiety są włączone w drzewo łaski, która pochyla się nad grzesznikiem i która buduje na przebaczeniu, a nie na ludzkiej wielkości czy ludzkich dokonaniach.

    Cały opis genealogiczny zmierza jednak do piątej kobiety: do Maryi, a przez Nią do Jezusa. Gdy rodowód dochodzi do Niej, w opisie Mateusza następuje zmiana. Józef nie zrodził Jezusa, lecz był jedynie „mężem Maryi, z której narodził się Jezus, zwanym Chrystusem” (Mt 1, 16). Jezus – jako syn Józefa – należy do tej genealogii wyłącznie za sprawą przynależności prawnej, a nie z więzi biologicznej. Mamy tu do czynienia z nowym początkiem. Ten prawdziwy początek, od którego ostatecznie wszystko zależy, dokonuje się poprzez wiarę, dzięki „tak” wypowiedzianemu przez Maryję. Do Jej „tak” przyłącza się Józef, biorąc do swojego domu Maryję wraz z nienarodzonym Zbawicielem. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.

    Opus Dei

    ***

    Narodzenie Maryi.

    Dlaczego 8 września?

    fot. Canva Pro

    ***

    Narodzenie Maryi nie jest „zwykłą” rocznicą. Święto to nawiązuje do jerozolimskiego kościoła, w którym czczono tajemnicę Jej narodzin.

    Daty uroczystości i świąt kościelnych rzadko są przypadkowe. Zwykle mają swoją genezę, a niekiedy także głęboką logikę. Jedne odnotowują „rocznicę” wydarzeń zbawczych, inne zyskały określone miejsce w kalendarzu w wyniku rozumowania teologicznego czy symbolicznego.

    Do pierwszej grupy należy Wielkanoc. Choć nie wiemy dokładnie, w którym roku nastąpiła śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa (tradycyjnie wskazuje się rok 33, choć niektórzy badacze podają rok 30), to pewne jest, że stało się to podczas pierwszej wiosennej pełni księżyca. Właśnie ten moment został utrwalony w zasadzie obliczania daty Wielkanocy, określonej przez Sobór Nicejski. Dlatego Wielkanoc w naszym kalendarzu jest świętem ruchomym – ale zawsze ściśle powiązanym z pierwszą pełnią księżyca po równonocy wiosennej.

    Od daty Wielkanocy zależy wiele innych uroczystości roku liturgicznego: Środa Popielcowa otwierająca Wielki Post, a także Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, uroczystość Trójcy Świętej czy Boże Ciało. Wszystkie one są umieszczone w kalendarzu w stałym związku z Paschą.

    Inaczej jest ze świętami „stałymi”. Boże Narodzenie obchodzimy zawsze 25 grudnia, a Zwiastowanie Pańskie – dziewięć miesięcy wcześniej, 25 marca. To właśnie data Zwiastowania zadecydowała o grudniowym święcie Narodzenia Pańskiego, a nie odwrotnie. W badaniach przeważa tzw. teoria kalkulacyjna: przyjmowano, że Jezus Chrystus począł się dokładnie w tym samym dniu, w którym później umarł na krzyżu – w zachodniej tradycji 25 marca. Zasada ta miała obowiązywać największe postaci ludzkości, których życie tworzyło pełny, symboliczny krąg. W ten sposób obliczono dziewięć miesięcy od poczęcia i otrzymano datę Bożego Narodzenia – 25 grudnia. Istnieje wprawdzie także hipoteza, że chrześcijaństwo wykorzystało w tym dniu święto Sol Invictus, ale pierwszeństwo ma logika „25 marca”.

    Wiele innych świąt ustalano stopniowo. Od pierwszych wieków 29 czerwca czczono w Rzymie apostołów Piotra i Pawła, a 24 czerwca – narodzenie Jana Chrzciciela. Z czasem do kalendarza weszły też daty innych apostołów i męczenników. W starożytności rozumiano je zazwyczaj jako dies natalis, czyli dzień narodzin dla nieba – rocznicę śmierci lub translacji relikwii.

    Narodzenie Maryi a zasada „dziewięciu miesięcy”

    Zasada „dziewięciu miesięcy” pojawia się także w odniesieniu do Maryi: 8 grudnia obchodzimy Jej Niepokalane Poczęcie, a dziewięć miesięcy później – 8 września – Jej narodziny. W rzeczywistości jednak najpierw świętowano Narodzenie Maryi (od pierwszego tysiąclecia przypadające 8 września), a dopiero wiele wieków później – w XV wieku – utrwalono w kalendarzu łacińskim uroczystość Niepokalanego Poczęcia, zachowując logikę naturalnego cyklu życia.

    Narodzenie Maryi należy do najstarszych świąt chrześcijańskich. Odnotowuje je już Sakramentarz gelazjański (kompilacja z VII wieku, zachowany w rękopisach od VIII wieku), który zawiera formularze na główne maryjne uroczystości: Oczyszczenie Maryi (2 lutego), Zwiastowanie (25 marca), Zaśnięcie/ Wniebowzięcie (15 sierpnia) oraz właśnie Narodzenie Maryi (8 września). W tym samym źródle znajdujemy też liczne święta obchodzone w tych samych dniach co dziś: Boże Narodzenie, Objawienie Pańskie, św. Jana Ewangelisty, Świętych Młodzianków, świętych apostołów czy narodzenie św. Jana Chrzciciela.

    Dlaczego 8 września? Jerozolima jako punkt odniesienia

    Tradycja daty 8 września wiąże się z Jerozolimą. Tego dnia obchodzono tam rocznicę dedykacji kościoła wzniesionego w pobliżu sadzawki Betesda, czczonego jako miejsce narodzin Maryi i domu Joachima i Anny. Świątynia nosiła wezwanie Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i szybko stała się celem pielgrzymek chrześcijan z całego Wschodu. Zwyczaj corocznego świętowania rocznicy jej konsekracji rozpowszechnił się w Kościołach wschodnich, a następnie – za pontyfikatu papieża Sergiusza I († 701) – w Rzymie i w całym Kościele zachodnim.

    Tak jak Boże Narodzenie ma swój geograficzny punkt odniesienia w Betlejem, tak Narodzenie Maryi związano z tym jerozolimskim miejscem. Stąd data 8 września nabrała znaczenia symbolicznego i została na trwałe wpisana do kalendarza liturgicznego. Nie jest ona „historyczną rocznicą” urodzin Maryi – których nigdy nie znano – lecz upamiętnieniem i celebracją miejsca, gdzie od IV wieku czczono tajemnicę Jej narodzin. W ten sposób Kościół podkreślił, że życie Maryi – od narodzin, poprzez zwiastowanie i macierzyństwo, aż po zaśnięcie – pozostaje nierozerwalnie związane z historią zbawienia i ze świętą geografią: Jerozolimą, Betlejem, Nazaretem.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7.pl

    ***

    Maryja przemówiła w Gietrzwałdzie

    W Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, w Fatimie – sześć. W Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy około 160 razy.

    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    ***

    W niewielkiej miejscowości Gietrzwałd, leżącej kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna, w czerwcu 1877 r. pojawiła się Piękna Pani, która wkrótce przedstawiła się jako Maryja Niepokalanie Poczęta.

    Taki był początek trwających do 16 września objawień – jedynych na terytorium Polski oficjalnie uznanych przez Kościół. W tym roku obchodzimy 148. rocznicę tamtych wydarzeń.

    Specyfika

    Objawienia w Lourdes (1858 r.), Gietrzwałdzie (1877 r.) i Fatimie (1917 r.) nazywane są czasami objawieniami różańcowymi i można się doszukać wielu podobieństw między nimi. Podczas wszystkich tych objawień Matka Boża ukazywała się dzieciom z ubogich, lecz pobożnych rodzin wiejskich. W Gietrzwałdzie były to 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska. Wszędzie Maryja wskazywała wprost lub pośrednio na swoje Niepokalane Poczęcie: w Gietrzwałdzie Justynie przedstawiła się jako „Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”, Barbarze – jako „Maryja Niepokalane Poczęcie”. Zawsze nawoływała do odmawiania Różańca i obiecywała udzielenie licznych łask przez tę modlitwę. Wszystkie objawienia zyskały dużą popularność już w okresie swojego trwania lub bezpośrednio po nim. Przy czym popularność Gietrzwałdu wśród Polaków w tym początkowym okresie być może nawet przewyższała popularność Lourdes wśród Francuzów czy Fatimy wśród Portugalczyków (co uległo zmianie, gdy Lourdes i Fatima zyskały międzynarodową popularność). W roku objawień (praktycznie przez 6 miesięcy) Gietrzwałd odwiedziło ok. pół miliona pątników, podczas gdy stałych mieszkańców było ok. 400.

    Istnieją jednak różnice między Lourdes i Fatimą a Gietrzwałdem. Pierwszą z nich – i bardzo zaskakującą – jest niezwykła intensywność warmińskich objawień. O ile w Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, a w Fatimie – sześć, to w Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy pojawiła się ok. 160 razy: do 24 lipca Maryja ukazywała się prawie codziennie, a od tego dnia do końca objawień nawet i trzy razy w ciągu dnia! Drugą różnicą jest intensywność nawoływań do odmawiania Różańca. W Fatimie, znanej z wagi, jaką Maryja przywiązywała do modlitwy różańcowej, wzywała głównie do błagań w intencji nawrócenia grzeszników. W Gietrzwałdzie Piękna Pani (bo tak nazywały Maryję widzące) wskazywała na Różaniec jako na środek na wszystkie kłopoty – w życiu zarówno osobistym, jak i społecznym.

    Panaceum

    Ważnym aspektem objawień w Gietrzwałdzie – o wyraźnym znaczeniu ponadczasowym – jest szczególny nacisk na potrzebę modlitwy różańcowej odmawianej w najróżniejszych sytuacjach kryzysowych. Jedne z pierwszych zanotowanych podczas warmińskich objawień słów Maryi brzmiały: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec”, słowa ostatnie zaś: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Między tymi dwoma wezwaniami znajdziemy różne zachęty do odmawiania Różańca (a dodajmy jeszcze, że wiele wizji nawiedzało Justynę i Barbarę podczas odprawianych w parafii nabożeństw różańcowych).

    Jak to bywa w czasie objawień maryjnych, w trakcie rozmów z Bogurodzicą widzący zadają pytania, na które Maryja odpowiada. Nie inaczej było w Gietrzwałdzie: za pośrednictwem Justyny i Barbary ludzie pytali, a Niepokalana odpowiadała. I na podstawie tych odpowiedzi rysuje się obraz wszechstronnej skuteczności modlitwy różańcowej: potrzebne jest uzdrowienie z choroby – należy odmawiać Różaniec; chcemy czyjegoś nawrócenia – Różaniec; pomyślne rozwiązanie problemów Kościoła – Różaniec… Podczas gietrzwałdzkich objawień Najświętsza Maryja Panna ukazuje nam więc modlitwę różańcową jako swoiste panaceum – lekarstwo na wszystkie prawie dolegliwości ducha i ciała, indywidualne i społeczne.

    Gietrzwałd i polityka

    Objawienia gietrzwałdzkie mają też znaczenie polityczne. W najśmielszych wizjach komentatorów objawienia w małej warmińskiej wsi mocno wpłynęły na losy ówczesnej Europy i świata, zapobiegając w drugiej połowie XIX wieku ni mniej, ni więcej, tylko światowej wojnie i opóźniając ten konflikt o prawie 40 lat (I wojna światowa trwała w latach 1914-18). W skromniejszym wymiarze wskazuje się na rolę Gietrzwałdu w procesie odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Pamiętajmy, że w 1877 r. Polska pozostawała pod zaborami, a w zaborze pruskim, gdzie leżał Gietrzwałd (wówczas Dietrichswalde), szalał Kulturkampf, czyli wytężona akcja germanizacyjna, skierowana przeciwko polskości i katolicyzmowi. W zaborze rosyjskim natomiast był to wciąż okres brutalnych prześladowań po powstaniu styczniowym (1863 r.). Widoki na odzyskanie niepodległości były więc w tej sytuacji niewielkie. Tymczasem Święta Dziewica objawia się dwóm polskim dziewczynom i mówi do nich po polsku (dzisiaj ostrożnie mówi się o miejscowym dialekcie, tylko że ten dialekt jako przejaw polskości był tępiony przez Prusaków). Mówiąca po polsku (choć w dialekcie) i o Polsce Maryja przyciągała do Gietrzwałdu setki tysięcy głównie polskich pielgrzymów z wszystkich zaborów. W tym kontekście objawienia były jednym z impulsów wzmocnienia polskości, które zaowocowało odzyskaniem niepodległości w 1918 r. Wpływ objawień gietrzwałdzkich na losy Polski ma znaczenie przede wszystkim dla Polaków, lecz jego wydźwięk jest również uniwersalny – jako kolejny znak zbawczego zaangażowania Boga w losy ludzkości. Kardynał Karol Wojtyła w kazaniu z 11 września 1977 r., podczas obchodów 100. rocznicy objawień, zinterpretował je jako Boże potwierdzenie praw wszystkich narodów i regionów do podmiotowości oraz wolności, czyli m.in. własnego wyznania, kultury, języka i tradycji.

    Przesłanie

    Objawienia gietrzwałdzkie, nieco zapomniane przez Polaków, są przesłaniem nadziei, ponieważ wskazują na działanie Bożej Opatrzności w dziejach poszczególnych ludzi i całych narodów. Mieszczą się one w szeregu licznych świadectw, które wskazują, że człowiek nie jest bezbronną igraszką mrocznych i przytłaczających sił drzemiących w jego psychice czy też geopolitycznych planów mocarstw dążących do podporządkowania sobie narodów, lecz ma Obrońcę i Opiekuna, czyli jest dzieckiem Boga, który w dzisiejszej dobie historii chce działać szczególnie przez Niepokalane Serce Maryi. Jest to przesłanie podobne do tego, które znamy z Lourdes czy Fatimy oraz wielu innych miejsc objawień: ratunek jest w nawróceniu, na porzuceniu grzechów i zaufaniu Bogu, a środkiem do tego jest modlitwa, zwłaszcza różańcowa. W Gietrzwałdzie przesłanie to zostało skierowane do Polski i świata w naszym języku (przy wszystkich zastrzeżeniach, o których było wyżej), a przez to spotkały nas nie tylko zaszczyt, ale i szczególne zobowiązanie do pamiętania i realizowania wezwań Pięknej Pani z podolsztyńskiej miejscowości.

    Jarosław Mitek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska. To im w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża

    Obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem w koronie

    Matka Boska Gietrzwałdzka, fot. Wikipedia

    ***

    Pierwsze było francuskie Lourdes, 20 lat później Matka Boska objawiła się w Gietrzwałdzie. To jedyne w Polsce objawienia maryjne zatwierdzone przez Kościół. Maryję widziały Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska.

    Gietrzwałd, niewielka warmińska wieś, 27 czerwca 1877 roku. Justyna Szafrańska wraca z mamą z kościoła, z egzaminu przed I Komunią Świętą. Jej uwagę przykuwa przykościelny klon i rozchodzący się wokół blask. Matka się spieszy, niczego nie widzi i popędza dziewczynkę. Ale ta, jak to dziecko, jest ciekawa. Myśli, że to ogień: „Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie” – mówi do mamy. Podchodzi bliżej i w koronie liści dostrzega przepiękną, ubraną w białą suknię „Jasną Panią” oraz małego aniołka w biało-złotych szatach. Tylko tyle i aż tyle.

    Justyna szarpnięta przez mamę za rękę, sprawia wrażenie przebudzonej z głębokiego snu. Musi się otrząsnąć. Jasność znika, ale trudno jej o niej zapomnieć. Później opowiada o wszystkim proboszczowi Augustynowi Weichslowi. Jest oczarowana, ale też zdezorientowana. Bo co to mogło być? Ale ksiądz przeczuwa, że do Gietrzwałdu przyszła Maryja. Radzi dziewczynce, aby jeszcze raz podeszła do klonu. Ma rację. Justyna ponownie widzi „Jasną Panią”. Za drugim razem aniołowie sadzają ją na tronie z Dzieciątkiem Jezus. Maluch trzyma w lewej rączce kulę ziemską.

    Gietrzwałdzki proboszcz Augustyn Weichsel, fot. Wikipedia

    „Dobrze ułożona i skromna dziewczyna”

    Justyna Szafryńska jest córką młynarza Wilhelma z Woryt i Anny Schlonga. Przychodzi na świat 31 marca 1864 roku. Gdy rozpoczynają się objawienia, ma 13 lat i blisko 3 miesiące.

    – Wzrostu na swój wiek ani małego, ani też wybujałego, postawy wątłej, pokornej, nieco chudawa, ruchy jej umiarkowane, skromne, ni prędkie, ni powolne, słowem jak mówią dobrze ułożona i skromna dziewczyna – czytamy o Justynie w broszurze „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie” wydanej w Poznaniu w 1877 roku. — Twarz jej blada, ni biała, ni opalona, dość regularna, pociągła, lecz nie odznaczająca się po prostu niczym, tak że ani dobrze spamiętać można. Obojętności tej nie zmieniają wcale jej oczy, są bowiem blado niebieskie, spokojne, wcale nie żywe, zawsze w siebie zwrócone, o świat zewnętrzny się nie troszczące. Wstydliwości wielkiej, chodzi między ludźmi, jakby ich nie widziała, gdy pomaga w pracy np. w nakrywaniu stołu, to wcale nie odrywa oczu od roboty swojej, choć izba pełna ciekawych. (…) Na uzupełnienie dodam, że suknia Szafryńskiej jest bardzo skromna, pół wełniana, pół bawełniana, brudnożółta, nieznaczna. Prócz sukni nie ma na widoku nic, jak ciemnoczerwoną wełnianą chusteczkę na głowie, podpiętą pod brodę, tak jak zwykle w miastach noszą dziewczęta stanu uboższego.

    Z tego opisu wynika, że Justyna Szafrańska jest przeciętną dziewczynką. Ma trudności w nauce, a nawet zdaje egzamin przed I Komunią Świętą z opóźnieniem. Nie zmienia to faktu, że jest pobożna i po prostu dobra. Dlatego to właśnie jej ukazuje się Maryja.

    „Obraz niczym nieskrępowanej swobody”

    Justyna ma koleżankę, Barbarę Samulowską. To przyjaciółki od serca, choć spokrewnione. Dlatego zdradza jej, co widziała. Razem idą pod klon i widzą Maryję.

    Barbara jest młodsza od Justyny, przychodzi na świat 21 stycznia 1865 roku w Worytach, jako córka Józefa i Karoliny Barczewskiej.

    – Jeżeli Justyna Szafryńska jest obrazem cichości i wielkiej nawet powolności, to przeciwnie mała Barbara biega ciągle jak kozaczek lub płocha sarenka – czytamy w książeczce „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie”. — Twarzyczkę ma bardzo nieregularną, nosek zadarty, usta szerokie, z których wychodzą ciągle dwa białe rzędy, niezupełnie drobnych ząbków. Oczy czarne i płoche, cera jeżeli nie spalona, to oliwkowa z natury, włosy ciemne. Barbara pewnie nie chodzi, tylko ciągle skacze, gdy ją chcesz zatrzymać, ledwie się obróci, ledwie posłucha, wyrwie się i ucieka dalej. Jest to obraz niczym nieskrępowanej swobody, obraz prostoty i natury jak przystało na małą wiejską dziewczynę z zakątku kraju, o którym dotąd nikt nie wiedział.

    „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”

    Najciekawsze jest to, że Maryja nie przemawia ani pierwszego dnia, ani następnego. Dopiero trzeciego dnia, gdy Barbara Samulowska odmawia pod klonem różaniec i widzi Matkę Bożą, na pytanie: „Kto ty jesteś?” uzyskuje odpowiedź: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”. Gdy Barbara pyta, czego chce, Maryja nakazuje codziennie odmawiać różaniec. Obiecuje, że jeśli ludzie będą się gorliwie modlić, to parafie pozbawione kapłanów odzyskają ich, a prześladowania Kościoła osłabną. Wszystko to mówi po polsku, w lokalnej gwarze. To ważne, bo w tym czasie na Warmii jest nakaz mówienia po niemiecku. Germanizacja daje się Polakom we znaki. „Gazeta Olsztyńska” pisze wówczas: „Jeśli Matka Boska przemówiła w języku polskim do dzieci, jeśli moce niebieskie nie gardzą tym językiem, jakże my, ludzki, szary proch możemy się wstydzić polskości”.

    Objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie na znaczku, fot. Poczta Polska

    160 objawień w Gietrzwałdzie

    Wieść o objawieniach roznosi się po terenach dawnej I Rzeczpospolitej lotem błyskawicy. Przez pobliską granicę przybywają pątnicy z zaboru rosyjskiego, a ci z zaboru pruskiego przyjeżdżają koleją. Wysiadają na oddalonej ok. 7 kilometrów stacji Biesal, po niemiecku Biessellen, i idą piechotą. Przybywają z książeczkami do nabożeństw i różańcami, modlą się i proszą dziewczynki, by zadawały Maryi pytania dotyczące najróżniejszych kwestii.

    W sumie Matka Boża w Gietrzwałdzie objawia się 160 razy. Poświęca źródełko znajdujące się na łące opodal kościoła, by chorzy mogli czerpać z niego wodę. Później w tym miejscu miejscowi stawiają kapliczkę, a w niej umieszczają figurę wykonaną według opisu Justyny i Barbary.

    Kościół katolicki uznaje objawienia w Gietrzwałdzie i zatwierdza ich kult po stu latach od tych wydarzeń — 11 września 1977 roku. Oficjalny dokument zatwierdzający objawienia podpisuje biskup warmiński Józef Drzazga. Tym samym jest to jedyne zatwierdzone miejsce objawień maryjnych na terytorium Polski i jedno z 12 tego typu miejsc na świecie.

    Ślub w Paryżu i misja w Gwatemali

    Życie Justyny i Barbary po objawieniach nie jest łatwe. Władze pruskie chcą je aresztować, więc dziewczynki znajdują schronienie u Sióstr Miłosierdzia w Lidzbarku Warmińskim. Robią to poniekąd na życzenie Matki Bożej, która chciała, by żyły w zakonie. Następnie razem z siostrami jadą do Chełmna. Kontynuują naukę w Domu Św. Józefa w Pelplinie. W kolejnych latach jadą do Paryża, do domu macierzystego zgromadzenia. Obie wstępują do zakonu. Ich drogi po kilku latach jednak się rozchodzą.

    Siostra Barbara Samulowska w Gwatemali pod koniec życia, fot. Wikipedia

    Justyna nie jest w stanie wytrwać w życiu zakonnym. W 1897 roku odchodzi z zakonu, a w 1899 roku w Paryżu wychodzi za mąż za Raymonda Etienne Bigota. Co dzieje się z nią później? Nie wiadomo. Nie znamy daty jej śmierci ani miejsca pochówku.

    Barbara natomiast czuje, że jej powołaniem jest praca misyjna. W 1895 roku wyjeżdża do Gwatemali, gdzie pełni wiele funkcji i pomaga potrzebującym na wszystkie możliwe sposoby. W 1917 roku zostaje siostrą przełożoną w tamtejszym szpitalu. Po 54 latach posługi misyjnej, 6 grudnia 1950 roku, umiera na skutek ciężkiej choroby. Jej życzliwość, troska, pokora i więź z Bogiem sprawiają, że umiera w opinii świętości. Po staraniach o proces beatyfikacyjny, przysługuje jej tytuł Sługi Bożego.

    – Było w niej coś takiego, że kolejki ustawiały się do niej po rady w trudnych sprawach życiowych, małżeńskich, zawodowych, a nawet związanych z funkcjonowaniu miasta po trzęsieniu ziemi. Ta kobieta miała w sobie „magnes”, który sprawiał, że ludzie garnęli się do niej, potrzebowali jej obecności i rady. Nie zawdzięczała tego spektakularnym darom, ale była to konsekwencja osobistej bliskiej więzi z Panem Bogiem. Ta więź zawsze sprawia, że człowiek jest atrakcyjny także dla innych, gdziekolwiek by nie pracował — wspomina Barbarę Samulowską ks. prof. Lucjan Świto, delegat biskupi trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym Barbary Samulowskiej. — Natomiast o swoich objawieniach siostra Samulowska nigdy nie opowiadała. Było wiadomo, że widziała Matkę Bożą, natomiast kiedy próbowano ją dopytać o szczegóły, jedynie się uśmiechała i nie odpowiadała. Z pewnością jednak była bardzo mocno związana z Matką Bożą, a same objawienia odegrały w jej życiu ważną rolę.

    ze strony: Kopernik na Warmii

    ***

    XXIII Niedziela zwykla – 6 września 2026

    Leon XIV: Ponawiam apel o położenie kresu przemocy!

    Moje serce łączy się z cierpieniem ludności, która od lat żyje w niepokoju i lęku – mówił Leon XIV po modlitwie Anioł Pański

    fot. Vatican Media

    ***

    Chrześcijanie są wezwani do życia „długiem wzajemnej miłości” – podkreślił Papież w niedzielnym rozważaniu. Odwołując się do słów św. Pawła z Listu do Rzymian, wskazał, że wszystkie przykazania streszczają się w miłości bliźniego.

    Jezus, jak zaznaczył Leon XIV, uczy nie tylko przebaczania długów, ale także przyjmowania dobra, które otrzymujemy od innych, i odpowiadania na nie troską oraz odpowiedzialnością. Miłość jest długiem, który nie zniewala, lecz prowadzi do wolności.

    Braterskie upomnienie zamiast obmowy

    Papież wskazał dwa konkretne sposoby przeżywania wzajemnej miłości we wspólnocie. Pierwszym jest braterskie upomnienie – szczere zmierzenie się z problemem, najpierw w rozmowie w cztery oczy, a w razie potrzeby także z udziałem innych osób i całej wspólnoty.

    Jak zauważył, narzekanie i obmowa są łatwiejsze, ale nie prowadzą do rozwiązania konfliktów. Ewangelia natomiast uczy, jak przemieniać trudności w okazję do wzrostu.

    Zgoda, która prowadzi do jedności

    Drugim wymiarem wzajemnej miłości jest dążenie do zgody i jedności, także w modlitwie. Przywołując słowa Jezusa: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie…”, Ojciec Święty podkreślił, że wspólna modlitwa pozwala odkrywać wspólne pragnienia, cierpienia i nadzieje oraz wzrastać w jedności.

    „Radosny dług” wobec drugiego człowieka

    Na zakończenie Papież zawierzył tę naukę Maryi, która po zwiastowaniu pospieszyła do Elżbiety, aby dzielić z nią radości i trudy. Prosił, by nauczyła chrześcijan przeżywać wzajemną miłość jako „radosny dług” wobec drugiego człowieka.

    Vatican News 

    ***

    Pierwsza sobota miesiąca – 5 września

    kościół św. Piotra:

    od godz. 17.00 jest możliwość spowiedzi świętej

    Msza święta wigilijna z XXIII Niedzieli (Rok A)

    o godz. 18.00

    Po Mszy świętej nabożeństwo pierwszych sobót.

    Pierwsze Soboty Miesiąca

    Jak je odprawiać?

    Skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych sobót? Dlaczego jest ich pięć? Jak odprawiać to nabożeństwo?

    Nabożeństwo pierwszych sobót to wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi. Zostało podyktowane przez Matkę Bożą podczas objawień fatimskich. „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje” – przekazała Matka Boża w Fatimie.

    Dlaczego pięć sobót?

    Pięć sobót nawiązuje do pięciu rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu, Jej Dziewictwu, Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka, bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki, bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach.

    Jak odprawiać nabożeństwo pierwszych sobót?

    Nabożeństwo należy odprawiać przez 5 kolejnych pierwszych sobót miesiąca. Nabożeństwu towarzyszą 4 warunki.

    Warunek 1: Spowiedź święta w pierwszą sobotę miesiąca.

    Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę: 

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas. Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2: Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca.

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę: 

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3: Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca.

    Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę: 

    Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.

    Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić Modlitwę: 

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Warunek 4: Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca.

    Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę: 

    Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie!

    Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    • Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
    • Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
    • Z pokorą pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    1. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    2. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    3. rozważ wcielenie Syna Bożego.
    • Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: 

    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    • Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.

    źródło: https://stacja7.pl/wiara/nabozenstwo-pierwszych-sobot-jak-je-odprawiac/


    ***

    Dziś 6 września wspominamy w kalendarzu liturgicznym św. Matkę Teresę

    Dlaczego Matka Teresa nazywała Matkę Boża swoją „towarzyszką podróży”?

    Mother-Teresa-of-Calcutta-Statue-of-the-Virgin-Mary

    Matka Teresa miała niezachwiane przekonanie, że Maryja ją wysłucha i spełni jej prośbę. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.

    Pod koniec kwietnia zaczęłam sobie planować, jak dobrze przeżyć maj z Maryją: codzienny różaniec, w miarę możliwości codzienna msza święta, mniej sądów, więcej rozsądku.

    I jak to zwykle bywa, życie regularnie wywraca mi plany do góry nogami, a wieczorem mogę tylko skonstatować, jak niewiele czasu poświęcam na modlitwę. 13 maja, w święto Matki Bożej Fatimskiej, obiecałam sobie, że odprowadzę córkę do szkoły, a potem pójdę na mszę na 8.30. I jeszcze nocą wezmę udział w pielgrzymce do siedmiu kościołów.

    Matka Boża Fatimska

    Oczywiście nic z tego nie wyszło: cały dzień w biegu, kompletnie zakręcona, nie znalazłam nawet chwili, żeby pomyśleć o Matce Bożej Fatimskiej, a co dopiero pielgrzymować do siedmiu kościołów. Udało mi się tylko w czasie obiadu króciutko opowiedzieć dzieciom historię Franciszka, Hiacynty i Łucji.

    Wieczorem, kiedy sięgałam na półkę po książkę, którą dzieci chciały poczytać przed snem, na ziemię spadła jakaś karteczka. „A cóż to takiego?” – zapytałam głośno. Podnoszę i… tadam!!! Obrazek z Matką Bożą Fatimską!

    „Spokojnie, jestem z Tobą”

    Odruchowo uklękłam na dywanie pośród rozrzuconych zabawek, żeby Jej podziękować za ten cudowny prezent. Ona po prostu powiedziała: „Spokojnie, jestem z Tobą”.

    Tak to właśnie jest. Matka Boża woła nas jako pierwsza, jak każda matka. Nie czeka, aż się odezwiesz, sama się troszczy. Maryja pozwala się znaleźć, zanim ja zdam sobie sprawę, że jej szukam.

    Św. Teresa z Kalkuty i Matka Boża

    We włoskiej książce Madre Teresa. Il mio segreto: prego uderzyły mnie anegdoty opowiadające o relacji świętej z Kalkuty z Matką Bożą.

    W domu dla porzuconych dzieci Shishu Bhavan, czytamy w książce, Matka Teresa przyjmowała wiele dzieci. Niektóre z nich były w takim stanie, że nie miały szans na przeżycie. Ale ona nie przejmowała się, kiedy zarzucano jej, że w ośrodku jest wysoka śmiertelność. Zależało jej na tym, żeby dać tym najmniejszym choćby godzinę troski i miłości.

    „Mamy je przyjmować i kochać”

    “Nie troszczę się o to, co ludzie mówią o wskaźniku śmiertelności. Nawet jeśli umrą godzinę później, mamy je przyjmować i kochać. Nie chcę, żeby umierały, nie otrzymawszy choćby odrobiny opieki i miłości, ponieważ nawet najmniejsze dziecko jest w stanie to sobie uświadomić” – napisała.

    W czasie odwiedzin zatrzymywała się przy łóżeczkach dzieci, bawiła się i rozmawiała z nimi, a kiedy widziała, że któreś z nich jest u kresu swojej drogi (…) owijała je w kocyk i odmawiała Zdrowaś, Maryjo, trzymając je w ramionach. Potem oddawała je którejś z sióstr lub opiekunce, przykazując, żeby tuliły je mocno do końca.

    Jedno Zdrowaś, Maryjo i przytulanie. W tym obrazku jest czułość i ufność. Matka Teresa miała pewność, że żeby wezwać Matkę Bożą „teraz i w godzinie śmierci naszej”, wystarczy jedno Zdrowaś, Maryjo.

    Matka Teresa: „Matka Boża jest moją towarzyszką podróży”

    Matka Teresa miała mocne, niezachwiane przekonanie, że Matka Boża ją wysłucha i spełni jej prośbę. Zresztą jedno pociąga za sobą drugie. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.

    Pewnego dnia Matka Teresa miała przewieźć pociągiem dużą, słynącą cudami figurę Matki Bożej, którą dostała od pewnego księdza. Miała darmowy bilet, na którym było napisane „Matka Teresa i osoba towarzysząca”, ale kontroler chciał, żeby zapłaciła za przewóz skrzyni z figurą…

    Figura Matki Bożej podróżuje ze mną

    „To jest osoba towarzysząca, powiedziałam. To figura Matki Bożej, która podróżuje ze mną jako osoba towarzysząca!”.  No i zgodzili się na przewiezienie skrzyni. Odtąd mówię, że Matka Boża jest moją towarzyszką podróży” – czytamy w książce.

    Tę historyjkę przypomniał mi brat Ettore Boschini, który jeździł z figurą Najświętszej Maryi Panny przymocowaną na dachu rozlatującego się samochodu.

    „Latająca nowenna” Matki Teresy

    Dopiero kilka lat temu odkryłam, że modlitwa, której mój dziadek nauczył moją mamę (obiecał 10 dolarów temu ze swoich dzieci, które się jej nauczy) i której ona nauczyła mnie (bez żadnego wynagrodzenia…), nazywa się Memorare i jest przypisywana św. Bernardowi z Clairvaux.

    Kiedy Matka Teresa i jej siostry prosiły Matkę Bożą o jakąś pilną łaskę, odmawiały właśnie tę modlitwę, dziewięciokrotnie. Matka Teresa nazywała ją „latającą nowenną”.

    Zawierzyć na kolanach

    Pewnego dnia – był rok 1980 – Matka Teresa przywiozła do domu w Berlinie Wschodnim (pierwszego w komunistycznym kraju) pewną siostrę, która miała tam pracować. Tyle, że siostra nie miała wizy, więc miała prawo do pobytu tylko przez jeden dzień. Władze wyraziły się jasno: przed wieczorem hinduska siostra ma opuścić Berlin Wschodni. Wtedy Matka Teresa i siostry zaczęły odmawiać modlitwę św. Bernarda. Ktoś zadzwonił z informacją, że chyba nic nie da się zrobić, ale święta z Kalkuty nie podała się i znowu zaczęła odmawiać nowennę, tym razem na klęczkach. Przy ósmym powtórzeniu zadzwonił telefon: wiza przyznana – siostra może zostać.

    A ja zmieniłam swoje plany: mniej miotania się na stojąco, więcej zawierzenia na klęczkach.

    Silvia Lucchetti – Aleteia.pl

    ***

    Pierwszy piątek miesiąca – 4 września

    kościół św. Piotra:

    – godzinna adoracja od godz. 18.00

    – w tym czasie jest możliwość spowiedzi świętej

    – Msza święta o godz. 19.00


    Aby uczcić Najświętsze Serce Pana Jezusa w pierwszy piątek miesiąca według objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque należy:

    1. Uczestniczyć we Mszy św. wraz z przyjęciem Komunii św. wynagradzającej Sercu Jezusa za grzechy swoje i całego świata.

    2. Pomodlić się do Serca Pana Jezusa (np.: Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa i Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa).

    Sakrament pokuty i pojednania (spowiedź św.) potrzebny jest do przywrócenia stanu łaski uświęcającej tylko tym, którzy zgrzeszyli śmiertelnie, aby mogli odprawić nabożeństwo pierwszego piątku.

    ***

    Historia praktykowania pierwszych piątków miesiąca jako kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa

    – W Paray-le-Monial we Francji, w zupełnym ukryciu w klasztorze sióstr wizytek, żyła skromna zakonnica św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690). W tym samym czasie żył jezuita o. Kasper Drużbicki SI (1590-1662), prekursor kultu Bożego Serca w Polsce i Europie i oratorianin, ks. Jan Eudes (1601-1680), wychowanek kolegium jezuickiego w Caen, który założył Zgromadzenie Jezusa i Maryi i poświęcił się misji szerzenia kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi. W latach 1673-1689 s. Małgorzata doświadczyła przed Najświętszym Sakramentem 80 prywatnych wizji i objawień związanych z tajemnicą Serca Jezusowego, z których 30 opisała na polecenie swojego pierwszego spowiednika i kierownika duchowego jezuity o. Klaudiusza de la Colombière SI. Podczas trzeciego wielkiego objawienia 2 lipca 1674 r. w piątek oktawy Bożego Ciała w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu ukazał się siostrze Jezus “jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce”. Pan Jezus ponownie odsłonił swoją pierś i pokazał swoje Serce w pełnym blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Pragnął, aby w duchu wynagrodzenia w każdą noc przed pierwszym piątkiem miesiąca odbywałą się godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu (tzw. godzina święta) oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką. Podczas ostatniego wielkiego objawienia 10 czerwca 1675 r. w piątek po oktawie Bożego Ciała podczas adoracji Najśw. Sakramentu Jezus św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca, a w ostatniej z nich przyrzekł: “W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia”.

    – S. Małgorzata zmarła w opinii świętości w klasztorze w Paray-le-Monial 17 października 1690 r., gdzie do dziś spoczywa jej ciało w Kościele Sióstr Wizytek. Już za życia s. Małgorzaty w obiegu była książeczka poświęcona czci Bożego Serca, napisana przez wizytkę s. J. M. Joly. Jean Croiset otrzymał ją od świętej i zachęcany przez kilka osób postanowił ją przejrzeć, poprawić i powiększyć. W ciągu kilku tygodni powstało poważne dzieło noszące tytuł: La dévotion au Sacré-Coeur de Notre-Seigneur Jésus-Christ (Nabożeństwo do Najświętszego Serca naszego Pana Jezusa Chrystusa).W ciągu trzech letnich miesięcy 1689 r. książka miała trzy wydania. W Paray-le-Monial została przyjęta z entuzjazmem. Pod koniec 1689 lub 1690 roku Croiset odwiedził Paray-le-Monial. Wizyta ta była dla niego nowym bodźcem do propagowania kultu Bożego Serca. W Wielki Czwartek 1690 r. otrzymał święcenia kapłańskie w zakonie jezuitów, a z nimi nowe możliwości oddziaływania na wiernych. Był ostatnim spowiednikem św. Małgorzaty Alacoque. Dzieło J. Croiseta cieszyło się popularnością w całej Francji, z aprobatą zostało przyjęte przez teologów. Przygotowano jego przekład na język włoski, a po 1697 r. było już znane w Polsce.

    – Praktyka pierwszych piątków przyczyniła się do spopularyzowania częstego przystępowania do Komunii. Przez kilku papieży Stolica Apostolska potwierdzała wagę tych objawień stopniowo zatwierdzając formy kultu Serca Pana Jezusa.

    – Biskupi polscy wysłali Memoriał Episkopatu Polskiego z 11 lutego 1764 r. do papieża Klemensa XIII, w którym obszernie zawarli historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadniali bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. W odpowiedzi, 6 lutego 1765 r. Klemens XIII dekretem „Instantibus” wydanym przez Kongregację Obrzędów zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa dla Królestwa Polskiego, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Nie pod wpływem prywatnego objawienia, ale na prośby wiernych, na wniosek Kongregacji Rytów, ukazał się dnia 25 stycznia 1765 r. dekret Kongregacji Rytów, zatwierdzony dn. 6 lutego tegoż roku przez Papieża Klemensa VIII, udzielający pozwolenia Biskupem Polskim i Rzymskiemu Arcybractwu Serca Jezusowego na celebrowanie uroczystego święta ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Aktem tym Stolica Apostolska wyraziła życzenie, żeby kult już istniejący i kwitnący rozwijał się jeszcze więcej w tym celu, by “ożywić symbolicznie wspomnienie miłości Bożej”, która sprawiła, że Zbawiciel nasz złożył ofiarę wynagradzającą za grzechy ludzkie.”

    – 23 sierpnia 1856 r. w dekrecie św. Kongregacji Rytów papież bł. Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Po tej pierwszej aprobacie udzielonej w formie przywileju i w pewnych granicach, nastąpiła druga dopiero o wiek później, już o wiele donioślejsza, w formie więcej uroczystej. Mówić chcemy tu o przedtem wspomnianym dekrecie św. Kongregacji Rytów z dnia 23 sierpnia 1856 roku. Poprzednik nasz, Papież Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia Biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Zdarzenie to zasługuje na wieczną pamięć wiernych, albowiem, jak czytamy w liturgii tejże uroczystości, “odtąd kult Najświętszego Serca Jezusa jako rzeka wezbrana, usunąwszy wszelkie zapory, rozlał się na cały świat”.

    – 18 września 1864 roku bł. Pius IX beatyfikował s. Małgorzatę Marię Alacoque, a dwa lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny.

    – 28 czerwca 1889 roku Leon XIII podniósł dekretem uroczystość Serca Jezusowego do święta stopnia pierwszej klasy.

    – 25 maja 1899 roku papież Leon XIII wydał encyklikę „Annum sacrum” o poświęceniu się ludzi Najświętszemu Sercu Jezusa, do której dołączył osobiście napisany akt oddania rodzaju ludzkiego Najśw. Sercu Pana Jezusa.

    – 11 czerwca 1899 roku Leon XIII oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

    – Papież Benedykt XV kanonizował s. Małgorzatę Marię Alacoque 13 maja 1920 roku, gdy w Europie wygasła burza wojenna.

    – Papież Pius XI poświęcił Sercu Jezusowemu encyklikę „Miserentissimus Redemptor” 8 maja 1928 r. Wtedy nastąpiło bezpośrednie odniesienie do praktyki pierwszych piątków miesiąca i ich formalne zatwierdzenie przez papieża: “Za przyczynieniem się i wolą Boga stało się, że z dnia na dzień coraz bardziej wzrastała wśród wiernych chęć uczczenia Najświętszego Serca Jezusowego, stąd to tu i tam powstały owe sodalicje ku szerzeniu czci Boskiego Serca, stąd to ów zwyczaj przyjmowania Komunii św. wedle życzenia Jezusa Chrystusa w pierwszy piątek każdego miesiąca, który do czasów obecnych wszędzie się rozpowszechnił” (3). “Spośród praktyk, związanych najściślej ze czcią Najświętszego Serca, wybija się pobożna praktyka poświęcenia Sercu Jezusa samych siebie i wszystkiego, co posiadamy. (…) należy dołączyć jeszcze inny hołd (…) obowiązek godnego zadośćuczynienia Najświętszemu Sercu Jezusa. Albowiem jeśli poświęcenie się ma na celu głównie i przede wszystkim odwzajemnienie Stwórcy miłością za miłość, wynika stąd, że należy się zadośćuczynienie tej samej odwiecznej miłości za krzywdy wyrządzone jej bądź przez niedbalstwo i zapomnienie (…). Dla zmazania tych win, wśród wielu środków Jezus wskazuje św. Małgorzacie Marii dwa jako sobie najmilsze: aby ludzie w celu ekspiacji przyjmowali tzw. Komunię wynagradzającą i aby przez całą godzinę oddawali się modlitwie i błaganiu, co słusznie nazywano Godziną św. Te pobożne ćwiczenia Kościół nie tylko zatwierdził, lecz obdarzył także nader obfitymi łaskami” (12).

    – Czcigodny Sługa Boży papież Pius XII w encyklice „Haurietis aquas” z 15 maja 1956 r. napisał: “Podamy dla przykładu, że dla ustalenia tego kultu i jego rozwoju dobrze zasłużyli się świeci; Bonawentura, Albert Wielki, Gertruda, Katarzyna Sieneńska, bł. Henryk Suso, Piotr Kanizy, Franciszek Salezy, Jan Eudes. Ten ostatni był autorem pierwszego officium liturgicznego ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Na prośby biskupów francuskich pierwsze święto ku czci Najświętszego Serca Jezusa było dozwolone i obchodzone 20 października 1672 roku. Szczególne miejsce wśród promotorów tego najwznioślejszego kultu zajmuje św. Małgorzata Maria Alacoque. Przy pomocy swego duchowego przewodnika, bł. Klaudiusza de la Colombiere, przez wytrwałe i wspaniałe swoje wysiłki osiągnęła to, że kult przybrał pewne określone formy i rozwijał się dobrze wśród entuzjazmu wiernych, że wśród innych form pobożności odznaczał się i wyróżniał duchem miłości i wynagrodzenia. Wystarczy krótkie wspomnienie owych czasów, byśmy należycie zrozumieli, że swój niezwykły rozwój kult ten zawdzięczał temu, że zgadzał się doskonale z istotą chrześcijańskiej religii, religii miłości. Nałoży więc stwierdzić, że kult ten nie stąd wziął początek, że przez Boga był prywatnie objawiony, że nagle zjawił się w Kościele, ale ten kult wyrósł z wiary żywotnej i z gorliwej pobożności, a rozszerzali go ludzie obdarzeni łaskami, mający cześć dla Zbawiciela i dla jego chwalebnych ran, osoby, które w sposób wymowny przekonywały umysły i porywały serca dla tego kultu. Objawienia św. Małgorzaty Marii, jak wiemy, nie przyniosły żadnych nowych objawień, nie dodały nowych treści dla nauki katolickiej. Główna ich myśl polega na tym, że Chrystus Pan, okazując swe serce w sposób niezwykły i wyjątkowy, chciał wezwać umysły ludzi do rozważania i czczenia tajemnicy miłości, okazanej ludzkości przez Boga miłosiernego. Przez to szczególniejsze objawienie Chrystus w słowach wyraźnych, kilka razy powtórzonych, wskazał na Serce swoje, jako na symbol, któryby zachęcił ludzi do poznania i uznania swej miłości. Zarazem JEZUS uczynił to Serce jakby znakiem i poręczeniem miłosierdzia i łaski dla Kościoła w naszych czasach. […] Dlatego niech wszyscy będą o tym najmocniej przekonam, że w tym kulcie Najświętszego Serca Jezusa zewnętrzne praktyki pobożności nie zajmują pierwszego miejsca, i że ten kult jest ważny nie dlatego, że daje wiele dobrodziejstw. Chrystus Pan dlatego do objawień prywatnych dołączył pewne obietnice o łaskach, by ludzie najgłówniejsze obowiązki religii katolickiej miłości i ekspiacji wykonywali więcej gorliwie i tak lepiej zabezpieczyli swoje i bliźnich zbawienie”.

    – Św. Jan Paweł II w czasie wizyty w Paray-le-Monial, 5 października 1986 roku miał mszę św. i Anioł Pański, nawiedził Klasztor wizytek, gdzie modlił się w Kaplicy Objawień oraz przy grobach św. Małgorzaty Marii Alacoque i bł. Klaudiusza La Colombiere. Następnie miał spotkanie z generałem jezuitów o. Peterem Hansem Kolvenbachem SI. Tego dnia papież tak modlił się w kaplicy objawień Serca Jezusa: „Składamy dzięki za szerokie rozpowszechnienie się adoracji i komunii eucharystycznej, które tu właśnie nabrały nowego rozmachu dzięki kultowi Serca Jezusa, rozwijanemu zwłaszcza przez Zakon Wizytek i Ojców Jezuitów, a następnie zatwierdzonemu przez papieży. Wiele owoców przyniosło nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca, wprowadzone w wyniku naglących wezwań skierowanych do Małgorzaty Marii”. Tego dnia św. Jan Paweł II w liście przekazanym na spotkaniu generałowi jezuitów o. Kolvenbachowi napisał: “Gorąco pragnę, byście z wytrwałością szerzyli prawdziwy kult Serca Jezusa i byście zawsze byli gotowi nieść skuteczną pomoc moim Braciom w Biskupstwie, by wszędzie rozwijać ten kult, troszcząc się o znalezienie najodpowiedniejszych środków do przedstawiania i praktykowania go, aby człowiek współczesny, ze swoją mentalnością i wrażliwością, odkrył w nim pełną odpowiedź na swoje pytania i oczekiwania“.

    – W 1999 r. sto lat po encyklice Leona XIII, św. Jan Paweł II przynajmniej trzykrotnie odmówił Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego podczas czerwcowych nabożeństw jakie odprawiał w czasie siódmej pielgrzymki w Polsce: 6 czerwca w Elblągu dla 250 tys. wiernych m.in. powiedział: “Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i przez naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucanie dobroci i miłości Boga. Przybliżajmy się każdego dnia do tego źródła, z którego płyną zdroje wody żywej.” Nabożeństwa czerwcowe odbyły się jeszcze z udziałem Jana Pawła II 7 czerwca w Toruniu i 11 czerwca w domu sióstr urszulanek szarych w kaplicy domowej, skąd w październiku 1978 r. wyjechał na konklawe do Rzymu, dokładnie 100 lat po tym jak uczynił to Leon XIII.

    – 15 maja 2006 r. papież Benedykt XVI napisał List do przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego z okazji 50. rocznicy ogłoszenia Encykliki «Haurietis aquas».

    ***

    Dziewięć pierwszych szans

    Pierwsze piątki miesiąca znane są najczęściej od czasu Pierwszej Komunii św. W ten sposób uczyliśmy się m.in. systematyczności w praktykowaniu spowiedzi. Czy jednak dziś są one równie popularne jak dawniej?

    fot.  Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Kapłani podkreślają, że penitentów jest mniej niż kiedyś. Bywają parafie, w których w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi systematycznie przystępuje tylko garstka tych najbardziej świadomych wiernych. Są jednak takie rejony Polski, gdzie wciąż w ten dzień do konfesjonałów ustawiają się długie kolejki. Co zatem zrobić: odpuścić sobie tę praktykę jako niemodną czy może jednak propagować i wskazywać aktualność przesłania pierwszych piątków?

    Obietnice

    Początki praktyki pierwszych piątków miesiąca sięgają 1673 r., gdy francuskiej zakonnicy – św. Małgorzacie Marii Alacoque podczas adoracji Najświętszego Sakramentu objawił się Pan Jezus. Przez ponad 1,5 roku Boski Mistrz ukazywał jej swoje Najświętsze Serce i zapraszał do umiłowania Go w tej tajemnicy. Orędzie zostało spisane i przekazane wiernym na całym świecie. Idea praktyki pierwszych piątków sprowadza się do podjęcia zaproszenia Pana Jezusa, by przez 9 kolejnych pierwszych piątków przystąpić do Komunii św. i ofiarować ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego. Kto zaś podejmie to zaproszenie, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu – nie umrze bez Jego łaski.

    Pan Jezus miał św. Małgorzacie przekazać jeszcze dwanaście innych obietnic dotyczących czcicieli Najświętszego Serca: „Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wyleję obfite błogosławieństwo na wszystkie ich przedsięwzięcia. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych. Imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w moim Sercu i na zawsze w Nim pozostaną. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Sianie

    Najczęściej uczymy dzieci praktykowania pierwszych piątków przy okazji Pierwszej Komunii św. Duszpasterze podkreślają, że dzięki temu dzieci uczą się systematyczności w życiu duchowym. Co także istotne – gdy połączymy okres przygotowania do Pierwszej Komunii św. z nabożeństwem pierwszych piątków miesiąca, wydłużamy czas ich formacji liturgicznej do blisko 2 lat.

    – W mojej wspólnocie parafialnej od wielu lat są praktykowane wśród dzieci, które były u Pierwszej Komunii św., spowiedź i Komunia św. w pierwsze piątki. Dzieci podczas „białego tygodnia” otrzymują książeczki, w których zbierają podpisy. W ciągu 9 lat, jak jestem proboszczem w tej parafii, zauważam, że taka forma pobożności jest dobrze przeżywana przez dzieci i rodziców – podzielił się swoim doświadczeniem ks. Jacek Makowski, proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytoniu.

    O tym, że warto szerzyć ideę tego nabożeństwa wśród najmłodszych, przekonany jest także ks. Michał Gławdel z parafii Trójcy Świętej w Gorzowie. Podkreśla jednak potrzebę odpowiedniego zmotywowania dzieci. – Do wielu spraw przymusić się nie da, ale można je pozytywnie wypromować. Osobiście już w czasie przygotowania do Pierwszej Komunii św., podczas comiesięcznych spotkań dla rodziców, podejmuję ten temat. Pierwszy raz na spotkaniu pt. „Spowiedź św. dziecka”, już w lutym, wyjaśniam wartość stałej, regularnej spowiedzi. Spotkania formacyjne kończymy tematem: „Komunia św. i co dalej?”. To katecheza w całości poświęcona formacji dziecka w klasie IV i klasach następnych, a szczególnie pierwszym piątkom miesiąca. Z pierwszymi piątkami startujemy po wakacjach. Czas urlopów, kolonii, obozów może być trudny dla praktyki pierwszych piątków, zaś w roku szkolnym mamy 10 miesięcy na naukę, a nam potrzeba ich tylko 9. Dzieci w październiku dostają motywacyjne kalendarze, by samemu się sprawdzić i kontrolować swoje postępy. To pozwala nam całość zakończyć w czerwcu wspólną rocznicą Komunii św. – podkreślił duchowny.

    Owoce

    Z czasem może się jednak zrodzić przekonanie, że pierwsze piątki są tylko dla najmłodszych. Ciekawe doświadczenie w tej sprawie mają duszpasterze z parafii Mariackiej w Słupsku. – Zaczęło się od tego, że nasz proboszcz przywiózł obrazki do zbierania pierwszych piątków i powiedział, że trzeba coś z tym zrobić – opowiada ks. Wojciech Marcinkiewicz. – Akurat ja miałem dyżur kaznodziejski i zdecydowałem się powiedzieć o pierwszych piątkach kazanie. To była ostatnia niedziela sierpnia ub.r. Na koniec powiedziałem, że przy wyjściu można zabrać ze sobą te obrazki i podjąć osobiście praktykę. Efekt był taki, że do maja przez tych 9 miesięcy przy konfesjonałach był prawdziwy tłum. Dopiero w czerwcu parafian przyszło mniej. Na koniec sierpnia znów przypomnimy o tej praktyce i zachęcimy do kolejnego cyklu. Także dzieci, które rok temu przystąpiły do Pierwszej Komunii św., podjęły tę praktykę. Gdy była kwarantanna i nie mogły wychodzić z domu, rodzice sami dzwonili na parafię i prosili, by kapłan przyszedł ze spowiedzią do ich dziecka.

    Na praktykę pierwszych piątków warto spojrzeć jak na szansę dla całej rodziny, a szczególnie dla rodziców, którzy mają pomagać swoim dzieciom w rozwoju sumienia. – Pierwsza Komunia św. i pierwsza spowiedź za każdym razem były w naszej rodzinie wydarzeniem wyjątkowym – opowiadają Anna i Hubert Kowalewscy ze Szczecina. – Troje z naszych dzieci już je przeżywało. Rodzinna katecheza oraz parafialne przygotowania były bazą dla zachowania regularności przystępowania do comiesięcznej spowiedzi. Na początku zachętą dla dzieci były obrazki z zaznaczonymi pierwszymi piątkami miesiąca, rozdawane przez księdza proboszcza. Przywiązywaliśmy ogromną wagę do tego, aby wspólnie z dziećmi przygotowywać się i przystępować do spowiedzi. Jest to dla całej naszej rodziny bardzo ważne, że o relacji z Panem Bogiem, o modlitwie, o sakramentach rozmawiamy i nigdy nie sprowadziliśmy tego do jakichś „intymności”, o których się nie wspomina. Mimo że dzieci są już duże, mają 21, 18 i 13 lat, o zbliżającej się spowiedzi zwyczajnie przypominamy.

    Dobrze wykorzystana praktyka pierwszych piątków z pewnością przyniesie obfite owoce w życiu zarówno parafii, jak i poszczególnych rodzin.

     Bp Adrian Put –Tygodnik Niedziela

    ***

    Rodzinny przewodnik po pierwszych piątkach

    To pierwsze tak kompleksowe narzędzie, którym nie tylko pomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny – mówi Adrian Pakuła z Zespołu ODDANIE33.

    Kamil Krasowski: Dwa miesiące temu na rynku wydawniczym ukazała się niezwykła publikacja SERCE9. Weź udział w przygodzie 9 pierwszych piątków. Szybko podbiła serca czytelników, stała się bestsellerem. Co to za projekt?

    Adrian Pakuła: Przygotowaliśmy książkę dla dzieci, ale też dla rodziców, duszpasterzy i katechetów, która może stać się skuteczną pomocą w przeżyciu nabożeństwa dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. To bardzo dobra okazja do tego, by wiele duchowego dobra mogło się wydarzyć w życiu zarówno dzieci, jak i rodziców. Praktykując to nabożeństwo, uczymy dzieci comiesięcznej, regularnej spowiedzi św., a przy okazji pokazujemy, że warto uczestniczyć we Mszy św. nie tylko w dzień Pański, ale również w dni powszednie. Uczymy także, czym jest wynagrodzenie, bo w ramach nabożeństwa wyjaśniamy, że w każdy pierwszy piątek przyjmujemy Komunię św. jako wynagrodzenie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa za nasze grzechy. Zawsze przyświeca nam też piękna obietnica Pana Jezusa związana z tym nabożeństwem, bo myślę, że każdy, komu zależy na dziecku, najbardziej na świecie chciałby, żeby ono kiedyś poszło do nieba. Nabożeństwo jest jedną z ważnych i cennych dróg w tym kierunku, ponieważ nasz Zbawiciel obiecał, że każdy, kto odprawi nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków, nie umrze bez sakramentów, czyli w chwili śmierci będzie się znajdował w stanie łaski uświęcającej, a tym samym będzie miał zapewnione przejście do nieba. Dlatego te pierwsze piątki nazywamy takimi „biletami do nieba dla dzieci”. Książka SERCE9 to atrakcyjne narzędzie, wykorzystujące wszystko to, co może zainteresować dziecko pierwszymi piątkami i dopomóc mu w jeszcze głębszym przeżyciu tego nabożeństwa.

    Jak strukturalnie prezentuje się publikacja, którą jako Zespół ODDANIE33 opracowaliście?

    Zadbaliśmy o piękne grafiki, które bardzo się podobają dzieciom, zresztą nie tylko im. Postaraliśmy się, by forma przekazu tych duchowych treści była również urozmaicona. Znajdziemy w tej publikacji piosenki, rymowanki, a także duchowe pierwszopiątkowe zatrzymania, w których mamy piękne opowiadania o najważniejszych prawdach wiary: miłości, grzechu, wspólnocie czy Duchu Świętym. Można te treści odczytywać, można też skorzystać z kodów QR, żeby ich odsłuchać. W każdym z poszczególnych modułów znajdziemy refleksje o spowiedzi św. związane z tematem danego pierwszego piątku, po to, by inspirować i zachęcać dzieci do comiesięcznej spowiedzi, która wydaje błogosławione owoce. Dalej są refleksje o Eucharystii i zachęta do częstej Komunii św., nie tylko w niedziele czy święta. W książce znajdziemy również zadania do wykonania – w całej pozycji znajduje się ich dwadzieścia siedem. Przed każdym pierwszym piątkiem jest zadanie wprowadzające, bo jak wiadomo, lepiej coś przeżywamy, kiedy na coś oczekujemy. Później – zadanie na pierwszy piątek i po pierwszym piątku, np. by zaaranżować swój własny kącik modlitewny. Chodzi o to, żeby dziecko jak najbardziej w to nabożeństwo zaangażować, by nie zapomniało, że w nim uczestniczy. Tym, co wyróżnia tę publikację, są również ciekawostki, atrakcyjne nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców. Na końcu książki znajduje się coś, co docenili również dorośli – bardzo prosty, a jednocześnie głęboki rachunek sumienia. Jest to pierwsze tak kompleksowe, interaktywne i urozmaicone narzędzie, którym nie tylko dopomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny.

    Jaki jest fenomen książki, która w ciągu pierwszych 48 godzin od premiery rozeszła się w liczbie 500 egzemplarzy, choć tak naprawdę jeszcze nie trafiła do księgarń?

    Książka składa się z dwóch osobnych wersji publikacji – dla chłopców i dziewczynek. Skąd pomysł na taki podział?

    To jedna z cech naszego podejścia do pracy, które wydaje piękne owoce. Jako Zespół ODDANIE33 próbujemy dotrzeć do każdego odbiorcy. Prawdą jest – co potwierdzimy pod każdym względem – że chłopcy i dziewczynki się różnią: wrażliwością estetyczną, tym, jakie kolory preferują, jakiej muzyki słuchają, i tym, że chłopcy wzorują się na przykładach chłopców, a dziewczynki – dziewczyn. Przygotowując publikację, uwzględniliśmy te wszystkie aspekty. W wersji dla chłopców przewodnikami po pierwszych piątkach są święci chłopcy, tacy jak Dominik Savio, Józef Sánchez del Río czy Staś Kostka, których piękne wizerunki możemy zobaczyć. Dziewczynki natomiast mają swoje święte patronki: Ritę z Cascii, Karolinkę Kózkównę czy Hiacyntę z Fatimy. Obie wersje różnią się kolorystyką, osobne piosenki są przygotowane dla chłopców i dziewczynek. I to się pięknie sprawdza. Oczywiście, z roku na rok chcemy to narzędzie jeszcze bardziej ulepszać i dostosowywać. Będziemy tworzyć różne materiały dodatkowe, które będą pomagać w nabożeństwie dziewięciu pierwszych piątków. Myślimy o grze planszowej, o kartach kolekcjonerskich z wizerunkami świętych czy specjalnych aplikacjach. Chcemy cały czas to rozwijać, żeby pierwsze piątki były czymś, co każde dziecko zna i w czym uczestniczy, by mogło dostąpić tej pięknej obietnicy, którą dał nam Pan Jezus.

    rozmowę z Adrianem Pakułą przeprowadził Kamil Krasowski – Tygodnik Niedziela

    ***

    LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY

    w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra

    46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    I czwartek miesiąca – 3 września

    MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00

    po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.

    w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )

    NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI

    Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego  Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru,  jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.   

     Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie

    W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian  o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie  żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.

    Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.    

    Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest  kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię  bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy  ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie  nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.  

    Znienawidzeni przez siły zła  

    Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał  jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100). 

    z książki “IN SINU JESU”  

    ***

    Eksplozja konwersji pokolenia Z dociera także do Szkocji

    St._Mary_s_Cathedral2C_Edinburgh_1.jpg

    W 2026 roku w Szkocji wzrosła liczba osób przechodzących na katolicyzm. Te dane dobrze wróżą przyszłości Kościoła w tym kraju.TODO MESSAGE

    Wiosną tego roku, gdy kościoły w całej Szkocji celebrowały Wigilię Paschalną, do Kościoła przyjęto aż 549 osób. To niezwykła liczba, pokazująca zjawisko, jakiego wcześniej w takiej skali nie obserwowano.

    W archidiecezji St Andrews i Edynburga w jezuickim kościele Najświętszego Serca podczas niedzielnej wieczornej Mszy gromadzi się około 100 młodych dorosłych. Poświęcona im grupa na WhatsAppie liczy ponad 200 członków. Choć jest to wyraźny znak zainteresowania młodych mieszkańców miasta katolicyzmem, także w innych częściach kraju pojawia się wielu nowych konwertytów.

    Przeprowadziłem rozmowy z dwojgiem przedstawicieli pokolenia Z, którzy opowiedzieli mi, co przyciągnęło ich do Kościoła i co, ich zdaniem, katolicyzm ma do zaoferowania. Podzielili się również swoimi przemyśleniami na temat przyszłości Kościoła w Szkocji.

    Od św. Augustyna do realnej obecności Chrystusa

    27-letni Aaron Johnstone pochodzi z Aberdeen w Szkocji. Został ochrzczony i przyjęty do Kościoła katolickiego w 2024 roku. Wychowywał się w świeckim środowisku i nie znał ani Mszy, ani katolickich tradycji. Jako nastolatek zainteresował się jednak filozofią.

    Lektura dzieł św. Augustyna stała się dla Aarona impulsem, który rozpoczął jego drogę ku wierze. Z czasem pisma św. Tomasza z Akwinu skłoniły go do udziału we Mszy. Następnie rozpoczął przygotowanie do przyjęcia do Kościoła w ramach Obrzędu Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych (RCIA), obecnie znanego jako Obrzęd Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych (OCIA). Aaron uczestniczył również w wystawieniu Najświętszego Sakramentu. Jak wspomina:

    „Zrozumiałem wtedy, że w monstrancji rzeczywiście jest Chrystus”.

    Aaron mówi, że przebywanie przed realnie obecnym Chrystusem „jednoczy nas sakramentalnie z Kalwarią i wiecznością”. Niedzielna Msza i święta nakazane dają mu także poczucie wspólnoty, ponieważ – jak zauważa – wszyscy gromadzą się wtedy jako jedno Ciało.

    Jego zdaniem młodzi ludzie zwracają się ku katolicyzmowi między innymi dlatego, że licząca dwa tysiące lat tradycja Kościoła oraz jego nauczanie społeczne, moralne i teologiczne dostarczają odpowiedzi i ram, według których można żyć.

    Aaron mówił również o wpływie mediów cyfrowych na zdrowie psychiczne.

    „Możemy włączyć wiadomości albo spojrzeć na nagłówki w gazecie” – zauważył. „Zawsze widzimy cały ciąg strasznych rzeczy, które dzieją się na świecie. Smartfony jeszcze to pogarszają. Ludzie potrzebują Zbawiciela”.

    Johnstone wyraził nadzieję, że Kościół w Szkocji będzie nadal się rozwijał.

    Część czegoś większego

    Corey Morrison ma 21 lat i pochodzi z Inverness, miasta nazywanego potocznie „stolicą szkockich Highlands”. Został przyjęty do Kościoła katolickiego podczas Wigilii Paschalnej w 2026 roku w Exeter w Anglii, ale jego droga do katolicyzmu rozpoczęła się w Szkocji.

    Dorastając, nie był związany z religią. W okolicach Inverness silną pozycję zajmował jednak Kościół Wolny Szkocji. W szkole uczestniczono w obchodach chrześcijańskich świąt, ale dopiero gdy Corey dorósł, jego zainteresowanie wiarą zaczęło się rozwijać.

    Po raz pierwszy uczestniczył we Mszy w kościele św. Aidana w Aviemore, około 30 mil na południe od Inverness.

    „Była to Msza w rycie łacińskim” – wspomina. „Nie rozumiałem, co mówi kapłan, ale było w tym coś niezwykle mocnego… Otrzymałem błogosławieństwo i poczułem spokój”.

    Corey wyjaśnia, że katolicyzm przyciągnął go między innymi dlatego, że daje poczucie wspólnoty i więzi z innymi wiernymi. Pomocna okazała się także regularna spowiedź. Pomaga mu ona brać odpowiedzialność za własne życie, a jednocześnie daje pocieszenie dzięki duchowemu przewodnictwu, które nie opiera się na osądzaniu.

    Ponieważ poczucie wspólnoty jest dla niego tak ważne, uważa, że również młodzi ludzie z pokolenia Z potrzebują możliwości odnalezienia takiej wspólnoty.

    „[Dołączając do Kościoła katolickiego], młody człowiek zyskuje większą rodzinę i staje się częścią czegoś większego od siebie” – mówi.

    Corey dodaje, że po zakończeniu szkoły szczególnie dobrze jest znaleźć nowe miejsce, do którego można należeć. Jego zdaniem Kościół daje taką możliwość wszystkim, którzy jej szukają.

    Corey zachęca młodych ludzi, by „dali katolicyzmowi szansę”. Uważa również, że przed Kościołem katolickim w Szkocji rysuje się dobra przyszłość.

    Katolicka przyszłość Szkocji

    Przedstawiciele pokolenia Z odnajdują swoje miejsce w Kościele katolickim. Dla jednych jest to związane ze spotkaniem ze Zmartwychwstałym Chrystusem podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, dla innych ze wspólnotą, która daje im wsparcie i duchowe umocnienie, jeszcze inni znajdują w wierze odpowiedzi na trudności życia. Młodzi ludzie szukają pocieszenia w Kościele, swojej Matce.

    Obserwowane obecnie zainteresowanie młodych ludzi w Szkocji pozwala patrzeć na przyszłość Kościoła katolickiego w tym kraju z nadzieją. Nie wiadomo jeszcze, czy ten wzrost będzie się utrzymywał i w jaki sposób Kościół będzie potrafił wykorzystać nowe więzi nawiązujące się z młodym pokoleniem.

    Jeśli liczba konwertytów z pokolenia Z będzie nadal rosła, można oczekiwać, że przyniesie to dobre owoce dla przyszłości życia duchowego w Szkocji.

    Bryan Lawrence Gonsalves/Aleteia.pl

    ***

    Modliła się za kapłanów i wynagradzała Bogu za ich niewierności. Rok Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej

    W Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów od 2 sierpnia przeżywany jest Rok Sł. B. siostry Wandy Boniszewskiej CSA, ustanowiony z okazji setnej rocznicy jej przyjęcia do nowicjatu w tym Zgromadzeniu. Jest to czas wdzięczności za dar jej życia i powołania oraz szczególnej modlitwy o jej beatyfikację.

    Służebnica Boża s. Wanda Boniszewska

    Służebnica Boża s. Wanda Boniszewska

    Każdego drugiego dnia miesiąca w kaplicy Sióstr od Aniołów w Domu Generalnym w Konstancinie-Jeziornie sprawowana jest Msza święta w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej. 2 września Eucharystii przewodniczył delegat metropolity warszawskiego Trybunału Beatyfikacyjnego s. Wandy Boniszewskiej ks. kanonik dr Jacek Wiliński. W koncelebrze uczestniczył również ks. prałat Lech Sitek.

    W homilii ksiądz kanonik przypomniał, że Pan Bóg pragnie być obecny w całym naszym życiu – nie tylko w świątyni i podczas modlitwy, ale także w naszych domach, obowiązkach, relacjach i codziennych decyzjach. Wiara ma przenikać codzienność i prowadzić nas do rozpoznawania Bożej woli.

    Msza Święta sprawowana w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej

    Msza Święta sprawowana w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej

    W tym świetle szczególnie wymowne jest świadectwo życia s. Wandy Boniszewskiej. Była świadoma swojego powołania i misji, którą otrzymała od Boga. Jej życie było naznaczone modlitwą, ofiarą i troską o innych, szczególnie o kapłanów i osoby konsekrowane. Wiernie podejmowała modlitwę i pokutę w ich intencji, powierzając Bogu ich życie i posługę, oraz wynagradzając za niewierności kapłanów.

    Ks. Wiliński odwołał się również do wydarzenia przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Lud Boży znalazł się w sytuacji, w której po ludzku nie było wyjścia: przed nim było morze, za nim ścigające go wojsko egipskie. Dopiero całkowite zaufanie Bogu otworzyło drogę.

    Także w naszym życiu stajemy wobec sytuacji, których nie potrafimy rozwiązać własnymi siłami. Świadectwo s. Wandy przypomina, że w takich momentach szczególnie potrzebne są modlitwa, zaufanie i wierność powołaniu. Bóg może otworzyć drogę tam, gdzie człowiek jej nie widzi.

    Prośby o modlitwę przez wstawiennictwo Sł. B. s. Wandy Boniszewskiej

    Prośby o modlitwę przez wstawiennictwo Sł. B. s. Wandy Boniszewskiej

    Ksiądz kanonik zachęcił nas, abyśmy bliżej poznawali osobę Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej – jej życie, powołanie, duchowość i niezwykłe świadectwo wiary. Poznawanie jej historii może stać się dla nas inspiracją do głębszego przeżywania własnej relacji z Bogiem i odkrywania Jego działania w naszym życiu. Jesteśmy bardzo wdzięczne za Księdza obecność, modlitwę oraz wygłoszone do nas słowo.

    Przeżywany Rok Sł. B. Siostry Wandy Boniszewskiej jest więc nie tylko wspomnieniem jej życia, ale również zaproszeniem skierowanym do każdego z nas, aby pytać Boga: „Do czego mnie powołujesz? Jaka jest Twoja wola wobec mojego życia?”

    Niech kolejne miesiące tego wyjątkowego Roku będą czasem pogłębiania wiary, wdzięczności za świadectwo S. Wandy oraz gorliwej modlitwy o jej beatyfikację. Niech jej przykład uczy nas, że świętość rodzi się z codziennej wierności Bogu – w modlitwie, pracy, cierpieniu, służbie i miłości do drugiego człowieka.

    Serdecznie zapraszamy każdego drugiego dnia miesiąca do wspólnej modlitwy w intencji beatyfikacji s. Wandy podczas Mszy św. w naszej kaplicy w Konstancinie-Jeziornie.

    zdjęcia i tekst:s. Joanna Andruszczyszyna, CSA – Tygodnik Niedziela

    ***

    3 września 2026

    Św. Grzegorz Wielki i chorał gregoriański. Co dla muzyki kościelnej zrobił ten papież reformator?

    chorał gregoriański.jpg
    fot. pixabay.com / Arcaion

    ***

    Chorał gregoriański swoją nazwę zawdzięcza papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu, który go zebrał i skodyfikował. Ten rodzaj śpiewu jest jednak znacznie starszy, bowiem wywodzi się z Rzymu już z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Rozwijał się w Europie zachodniej i centralnej przez całe średniowiecze – a nawet i później – i aż do dziś jest pierwszorzędnym śpiewem Kościoła katolickiego.

    Już od pierwszych wieków chrześcijanie modlili się śpiewem psalmów. Ewangeliści Mateusz i Marek wspominają, że Chrystus wraz z Apostołami „odśpiewali hymn” zanim wyszli z Wieczernika na Górę Oliwną (Mt 26,30; Mk 14,26). Kiedy jeszcze w czasach apostolskich Rzym stał się centrum chrześcijaństwa, to tam również rozwijał się liturgiczny śpiew. Na przełomie VI i VII wielki papież Grzegorz Wielki (590-604) zebrał te śpiewy i ułożył w zorganizowany system. Tak historię śpiewu gregoriańskiego wyjaśnia papież Pius XII w wydanej w 1955 r. encyklice Musicae sacrae disciplina:

    Liczne świadectwa Ojców i Pisarzy Kościoła stwierdzają, że z nastaniem wolności i pokoju dla Kościoła [Edykt mediolański z 313 r. – red.], psalmy i pieśni liturgiczne były w codziennym niemal użyciu. Co więcej, tworzono nowe rodzaje świętych pieśni, które bardziej udoskonalały Szkoły śpiewacze, szczególnie w Rzymie. Poprzednik zaś Nasz, błogosławionej pamięci święty Grzegorz Wielki, jak to przekazała nam tradycja, wszystko to, co zostawiły w spuściźnie dawne pokolenia, troskliwie zebrał i mądrze uporządkował, chroniąc czystość i całość śpiewu kościelnego odpowiednimi prawami i regułami.

    Zbiór, w który św. Grzegorz Wielki zgromadził wszystkie znane dotąd śpiewy, nazwano Antyfonarzem. Choć oryginał tej księgi zaginął w X wieku, to przetrwały jego ręczne odpisy; najstarszy z nich pochodzi z klasztoru benedyktynów w St. Gallen w Szwajcarii. Reforma papieża Grzegorza miała jednak znacznie większe znaczenie; zjednoczyła bowiem Kościół – przynajmniej ten zachodni – pod względem liturgicznym. To właśnie dzięki temu papieżowi, a potem dzięki cesarzowi Karolowi Wielkiemu, większość Kościoła katolickiego sprawuje liturgię w ten sam rzymski sposób. Podobne było z muzyką kościelną, gdyż jest to zasługą właśnie św. Grzegorza, że śpiew gregoriański rozpowszechnił się na cały zachodni Kościół i tam się rozwijał.

    Tradycyjnie śpiew gregoriański był śpiewem jednogłosowym, wykonywanym a cappella, jednak w VIII lub IX zaczęto chorał gregoriański ozdabiać towarzyszeniem organów. Niektóre zakony pozostały przy tradycyjnej formie śpiewu bez instrumentów, a inne przyjęły praktykę śpiewania go z organami. Również od IX w. zaczęto dopisywać do chorału gregoriańskiego drugą, zwykle niższą, równoległą linię melodyczną, nazywaną organum.

    Chorał gregoriański początkowo przekazywany był wyłącznie ustnie, aż wreszcie w IX i X w. rozpoczęto jego spisywanie. Stało się to dzięki benedyktynowi Guidonowi z Arezzo, który opracował sposób zapisywania melodii za pomocą notacji liniowej. Najpierw była to jedna linia, a potem kilka, aż do czterech – i właśnie w taki sposób zapisuje się chorał gregoriański aż do dzisiaj. W późnym średniowieczu dołożono jeszcze jedną linię, otrzymując używaną również dziś w muzyce nowoczesnej – pięciolinię.

    To właśnie śpiew gregoriański pozostał jedynym dopuszczonym do liturgii przez stulecia. Dopiero pod koniec średniowiecza zaczęły pojawiać się pierwsze kompozycje polifoniczne, czyli na kilka głosów jednocześnie. Ojcowie Soboru Trydenckiego (1545-1563) zastanawiali się jednak czy takie utwory powinny być w ogóle dopuszczone do wykonywania podczas Mszy św. Przekonał ich najwybitniejszy z katolickich kompozytorów – Giovanni Pierluigi da Palestrina – swoimi modlitewnymi kompozycjami. Utwory Palestriny, choć wielogłosowe, to często bazowały na melodii zaczerpniętej właśnie z chorału gregoriańskiego.

    Rozwój muzyki polifonicznej i innych późniejszych form nie zmniejszył bynajmniej znaczenia śpiewu gregoriańskiego. Ten rozwijał się nadal, choć już w mniejszym stopniu; większość obchodów liturgicznych miała już bowiem opracowane śpiewy, a zatem potrzeba było stworzyć melodie tylko do nowo wprowadzanych świąt. Pomimo swojego bogatego dziedzictwa muzycznego Kościół zawsze utrzymywał chorał gregoriański na pierwszym miejscu. Tak pisał o nim w 1903 r. św. Pius X w motu prorpio Tra le sollecitudini:

    Kościół przechował go wiernie przez wieki całe w księgach swych liturgicznych, podaje go wiernym jako śpiew swój własny, przepisuje, by w niektórych częściach liturgii używano wyłącznie tylko jego i cieszy się, że wskutek najnowszych poszukiwań naukowych przywrócono mu dawną jego nieskazitelność i czystość.

    Warto podkreślić, że chorał gregoriański nigdy nie został „zniesiony” ani – przynajmniej oficjalnie – zdegradowany. Niestety dzisiaj rzadko już można go usłyszeć w kościołach – chyba że podczas Mszy św. sprawowanej w rycie tradycyjnym. Niesłusznie współczesne odejście od śpiewu gregoriańskiego tłumaczy się to potrzebą „rozumienia śpiewu przez uczestników liturgii”. Modlitewny śpiew łaciński potrafi bowiem znacznie bardziej przykuć uwagę uczestników liturgii i skierować ją ku Bogu niż współczesne śpiewy w językach narodowych. Co ciekawe, nawet dokumenty Soboru Watykańskiego II mówią wprost, że chorał gregoriański jest pierwszorzędnym (!) śpiewem Kościoła Rzymskiego.

    Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu – czytamy w Konstytucji o Liturgii Świętej z 1963 r.

    Mimo iż na pierwszy rzut oka chorał gregoriański może wydawać się mało wyszukanym, to jego budowa jest w rzeczywistości bardzo bogata. Ta jedna linia melodyczna zawiera niezwykle wysublimowany rytm, pełen melizmatów – coś, co bez wątpienia można nazwać sztuką wysoką. Jednak jego największą zaletą jest modlitewny charakter i adekwatne podłożenie melodii pod tekst, dające wrażenie niezwykłej płynności śpiewu. Korzyść ze słuchania śpiewu gregoriańskiego można odnieść nawet bez rozumienia jego słów; jeśli jednak posiada się przed oczami jego tłumaczenie, tym bardziej pomaga to w modlitwie.

    Chorał gregoriański przetrwał w oryginalnej formie w wielu zakonach, które modlą się nim na co dzień. Największymi strażnikami tego rodzaju śpiewu są benedyktyni. W klasztorach takich jak Solesmes czy Fontgombault śpiew gregoriański jest integralną (!) częścią codziennej Mszy św. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o pacierzach kapłańskich, czyli Brewiarzu, który duchowni odmawiają aż osiem razy dziennie; w niektórych klasztorach wszystkie te modlitwy śpiewa się na melodie chorałowe. Oczywiście w innych zakonach śpiew gregoriański też jest pielęgnowany; wydaje się jednak, że benedyktyni troszczą się o niego w sposób szczególny. I to właśnie z tego zakonu pochodził papież, który go zebrał i uporządkował, czyli św. Grzegorz Wielki.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    Pluscarden Abbey to jedyny średniowieczny klasztor w Szkocji, który do dziś służy celom, jakie przyświecały jego założycielom. Klimat toczącego się tu życia nie różni się niczym od tego, jaki znali modlący się w opactwie mnisi w XIII wieku.

    Msza łacińska i śpiewy gregoriańskie są ogniwem spinającym siedem stuleci historii monastycyzmu.

    Opactwo powstało w 1230 roku dzięki staraniom króla Szkocji, Aleksandra II. W tym czasie powstały także dwa inne domy, Beauly w Ross i Ardchattan w Argyll. Oba związane były z tradycją benedyktyńską.

    Opactwo zamieszkali ojcowie valliskulianie. Ich nazwa pochodzi od nazwy doliny, w której znajduje się opactwo (łac. Vallis Caulium). Kim byli? Pochodzili od bł. Viarda, który jako kartuz otrzymał zezwolenie, aby stać się eremitą.

    Po reformacji władze Szkocji zlikwidowały klasztory i zagrabiły ich majątki. Taki też los spotkał Pluscarden.

    Budynki klasztorne zaczęły podupadać, a z czasem przeszły w ruinę. W tym czasie nielegalnie z punktu widzenia prawa świeckiego sprawowano tu Eucharystię.

    W XVIII wieku, aby upokorzyć bardzo nielicznych katolików mieszkających w okolicy, rozebrano dużą część pozostałości dawnego klasztoru, aby zdobyty w ten sposób materiał użyć do budowy kościoła protestanckiego.

    W 1897 r. John Crichton-Stuart, III markiz Bute, stał się właścicielem ruin Opactwa. Wcześniej, w 1868 r. przyjął on katolicyzm (co było ogromnym skandalem w tamtej epoce) i stał się nieformalnym przywódcą katolickiej arystokracji w Wielkiej Brytanii. Jego najmłodszy syn lord Colum Crichton-Stuart podarował w 1943 r. Opactwo Pluscarden benedyktynom z Prinknash. Dzięki pomocy lorda Crichton-Stuarta, benedyktyni rozpoczęli odbudowę Opactwa i w 1948 r. zamieszkali tam. W 1955 r. odbudowano częściowo kościół klasztorny. Pluscarden zyskało niezależność organizacyjną w 1966 r., a rangę opactwa otrzymało oficjalnie w 1974 r.

    zdjęcie i informacje – ks. Mariusz Rosik – Ocalić od zapomienia. Pluscarden Abbey

    ***

    Gregoriański śpiew Kościoła

    fot. Ośrodek Formacji Liturgicznej

    ***

    „Chorał gregoriański jest śpiewem własnym liturgii rzymskiej i w liturgii on powinien zajmować pierwsze miejsce”, II Sobór Watykański, Konstytucja o liturgii, rozdział VI poświęcony muzyce.

    4 listopada 1963 roku II Sobór Watykański zalecił kultywowanie tradycji śpiewu chorału gregoriańskiego. Musimy poznać jego źródła i zrozumieć jego miejsce i zadanie w liturgii.
    Pomaga nam w tym wyznanie Tomasza Mertona, konwertyty, cystersa trapisty, pisarza i współczesnego mistyka, dotyczące śpiewu gregoriańskiego: „Ciepło śpiewu gregoriańskiego jest pełne surowej powagi. Ukrywa się głęboko pod powierzchnią zwykłego wzruszenia i dlatego nigdy cię nie nuży. Ta muzyka wciąga cię w głąb, gdzie kołysze cię w skupieniu i pokoju i gdzie odnajdujesz Boga. Spoczywa w Nim i On cię uzdrawia swoją ukrytą mądrością”.
    Początki muzyki kościelnej wywodzą się z tradycji synagogalnej, greckiej i bizantyjskiej. Pierwsze śpiewy liturgiczne w kościele to psalmy i hymny. Muzyka w Kościele jest uzupełnieniem liturgii i jej integralną częścią a chorał gregoriański jest śpiewem kościelnym występującym od początku Kościoła katolickiego. Jest on modlitwą śpiewaną przez jedną lub kilka osób. Melodyka dostosowana jest do skali przeciętnego głosu ludzkiego. Nigdy nie miał być śpiewem koncertowym czy też estradowym. Jest śpiewem jednogłosowym, bez względu ile osób śpiewa zawsze brzmi jedna i ta sama melodia (choć nie wszystkie średniowieczne melodie udało się odtworzyć). I ta sama melodia trwa przez wieki aż do dzisiejszych czasów.

    Daje to uczestnikom liturgii poczucie trwania w Kościele w czasie i przestrzeni.. Chorał śpiewa się w języku łacińskim.

    Chorał gregoriański jest muzyką wokalną dostosowaną do słów. Oznacza to, że tekst jest najważniejszy. Melodie gregoriańskie nie istnieją same dla siebie, są stworzone, aby uwypuklić tekst liturgiczny, z którym stoją w najściślejszym związku; melodia oddaje i podkreśla znaczenie słów. Melodia chorału jest dla tekstu dźwiękową szatą – ubiera go i ozdabia. Unika jednak ozdobników muzycznych i indywidualnych popisów wokalnych gdyż służy modlitwie, czyli rozmowie duszy z Bogiem. Stąd słuchając śpiewu chorałowego mamy odczucie dostojności i powagi, skupienia i „dotykania” Boga. Wszystko, co w naszej muzyce współczesnej, tak świeckiej jak i para religijnej, jest mdłe, sentymentalne, romantyczne, zniewieściałe – nie występuje w chorale gregoriańskim. Można powiedzieć zatem, że bogactwo tkwi w jego prostocie. To powoduje, że ten śpiew jest męski w swoim wyrazie i brzmieniu.
    Śpiewy chorałowe są wtopione w liturgię. Chorał i liturgia to jedna nierozerwalna całość, jak dusza i ciało.
    Wartość śpiewu gregoriańskiego jest doceniana i jest on stawiany kompozytorom i artystom za wzór, który wskazuje jak kościelna muzyka ma wyglądać i jakie cechy powinna posiadać. Wielu współczesnych wykonawców stylizuje swoją muzykę na wzór średniowiecznej nuty gregoriańskiej.
    Chorał gregoriański zajmuje zaszczytne miejsce w liturgii Kościoła.
    Jego rozkwit rozpoczął się za pontyfikatu św. Grzegorz Wielkiego w VI w. gdy papież zebrał i uporządkował zbiór używanych w liturgii melodii. Dzieło św. Grzegorza bardzo szybko rozszerzyło się na terenach dzisiejszych Włoch, a przez jego uczniów trafiło do Anglii. We Francji śpiew ten wprowadzany został przez króla Pepina. Na cześć św. Grzegorza Wielkiego nazwano zbiór tych melodii carmen gregorianum. Pierwszy raz użył tego określenia papież Leon IV około 850 roku.

    Historycy i badacze dziejów Kościoła wymieniają wśród źródeł chorału gregoriańskiego księgi liturgiczne rękopiśmienne lub drukowane. Najstarsze teksty zawarte są w sakramentarzach: leoniańskim (V w.), galezjańskim (VII-VIII w.) oraz gregoriańskim (VIII w.). Z tych ksiąg powstały następnie mszały (Missalia plenaria), w Polsce najstarszym tego typu mszałem jest rękopis pochodzący z opactwa benedyktyńskiego Niederaltaich k. Pasawy (ok. 1070-1131).
    Innymi źródłami są kantatoria, zawierające śpiewy solowe liturgii mszalnej, antyfonarze, graduały oraz procesjonały. Najstarsze rękopisy tych źródeł zawierające chorał gregoriański zachowały się w bibliotekach opactw benedyktyńskich Sankt Gallen, Metz, Einsiedeln, Monte Cassino.
    W Polsce opracowano wydanie śpiewów oparte na dawnych rękopisach. Graduał i Antyfonarz zatwierdzone zostały w 1621 i 1628 roku przez Synod Piotrkowski i Uniwersytet Jagielloński.
    Prace nad rekonstrukcją chorału gregoriańskiego rozpoczęto w XIX w. Największe znaczenie zyskali benedyktyni z opactwa Solesmes we Francji, którzy zrekonstruowali średniowieczną wersję chorału gregoriańskiego (słynna szkoła solesmeńska). Ich praca została zaakceptowana przez papieża Leona XIII a papież Pius X w encyklice Tra le Sollecitudini z 22 listopada 1903 roku zlecił im nową redakcję ksiąg liturgicznych. (tzw. Editio Vaticana). Następnie Pius XI ogłosił konstytucję Divini cultus, dotyczącą pielęgnowania chorału gregoriańskiego, a Pius XII wydał 2 encykliki potwierdzające dawne przepisy. W 1957 r. benedyktyni przygotowali nowe wydanie Graduału rzymskiego, które zostało ostatecznie zatwierdzone przez Sobór Watykański II zwołany przez papieża Jana XXIII w 1963 roku.

    ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W LISTOPADZIE 2012 ROKU.

    ***

    Ksiądz Biskup Marek Mendyk:

    Szkoła nie jest świecka. Szkoła jest publiczna

    W przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego bp Marek Mendyk mocno zabrał głos w sprawie obecności religii w szkole i kierunku wychowania młodego pokolenia. – Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły – powiedział biskup świdnicki.

    Słowa padły 29 sierpnia w katedrze świdnickiej podczas Mszy św. za Ojczyznę i NSZZ „Solidarność”, sprawowanej w związku z Dniem Solidarności i Wolności. Bp Marek Mendyk przypomniał w homilii wydarzenia sprzed ponad 45 lat, rolę św. Jana Pawła II w przemianach społecznych oraz znaczenie solidarności rozumianej jako odpowiedzialność za drugiego człowieka.

    Od historycznych doświadczeń przeszedł jednak do spraw bardzo aktualnych. W perspektywie rozpoczynającego się roku szkolnego zwrócił uwagę na spór dotyczący wychowania dzieci i młodzieży oraz miejsca religii w polskiej szkole.

    – Wkrótce zacznie się rok szkolny. Trzeba stale – nie tylko dzisiaj – ale stale o tym mówić. Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły, uczynić ze szkoły świecką placówkę. Zapominając przy tym, że szkoła nie jest świecka; szkoła jest publiczna i każdy ma do niej prawo – mówił bp Mendyk.

    Biskup podkreślił, że w jego ocenie nie jest to jedynie dyskusja dotycząca organizacji zajęć czy liczby godzin katechezy. Problem jest znacznie głębszy i dotyczy odpowiedzi na pytanie o to, jaka wizja człowieka ma stać u podstaw wychowania młodego pokolenia.

    – Atak na lekcję religii i wprowadzana siłą „edukacja zdrowotna” to tak naprawdę jeden poważny spór: spór o człowieka. Idzie o antropologię, nie o godziny dla katechetów, ale właśnie o wizję człowieka, z którym będzie można potem zrobić wszystko. Powtórzę jeszcze raz: nie chodzi o godziny w szkole, nie chodzi o etaty, ale o integralną wizję człowieka – zaznaczył.

    W ten sposób bp Mendyk wskazał, że dyskusji o miejscu religii w szkole nie można sprowadzić do kwestii zawodowych katechetów. Chodzi przede wszystkim o rozumienie człowieka, wychowania, wolności rodziców oraz odpowiedzialności szkoły za formację młodego pokolenia.

    Hierarcha połączył ten temat z dziedzictwem „Solidarności”, która przed laty upominała się o prawa i godność człowieka.

    – Upomina się o człowieka Solidarność, upomina się Kościół. Dlaczego? Bo mamy integralną propozycję na wychowanie młodego pokolenia. Propozycję, za którą przemawiają całe wieki chrześcijaństwa – powiedział.

    Wypowiedź biskupa świdnickiego, wygłoszona zaledwie kilka dni przed pierwszym szkolnym dzwonkiem, staje się tym samym apelem o poważną debatę nad przyszłością polskiej szkoły. Nie tylko nad programami i liczbą godzin, ale przede wszystkim nad tym, jakiego człowieka szkoła ma wychowywać i na jakim fundamencie ma budować jego rozwój.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    Ks. Wojciech Węgrzyniak:

    Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty Barbara Nowacka

    Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.

    Jaka jest reakcja minister?

    Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.

    Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.

    Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.

    Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.

    Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.

    Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.

    Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.

    Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił “o rozpasaniu kleru”.

    W “Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.

    Tygodnik Niedziela

    Ks. Węgrzyniak:

    Przestańcie kłamać. To KOŚCIÓŁ utrzymuje państwo, nie odwrotnie!!!

    Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”

    Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”

    Wiadomo, że każde hasła są uproszczające i mogą budzić skrajne reakcje. Dlatego dodam parę myśli w sprawie rozdziału Kościoła od państwa, skoro temat ten wydaje się tak aktualny.

    Po pierwsze, Kościół jest rozdzielony od państwa w tym sensie, że ani władze Kościoła nie wpływają na rządy w państwie ani władze państwowe nie ingerują w rządzenie Kościołem. I co jak co, ale parlamentarzyści, którzy uchwalają ustawy powinni znać statystykę, ile z przegłosowanych ustaw zostało uchwalonych tylko dlatego, że tak chciała Konferencja Episkopatu Polski.

    Po drugie, musimy ustalić pojęcia i raz na zawsze zrozumieć, że Kościół to jest wspólnota ludzi a nie biskupi i księża. A skoro państwo składa się z obywateli, to znaczy, że państwo polskie z 90% składa się z Kościoła katolickiego. To Kościół płaci państwu polskiemu największe podatki i to Kościół w dużej mierze utrzymuje państwo polskie. Jeśli chcemy całkowitego rozdziału Kościoła od państwa, to nie ma problemu. Katolicy mogą przestać płacić podatki i zorganizować sobie swoje przedszkola, szkoły, uniwersytety, szpitale, straż, a nawet swoją policję. Z tych wszystkich podatków, które wpłacamy jako obywatele do państwa, zorganizujemy sobie spokojnie życie bez wypominania nam, że my tylko bierzemy od państwa.

    Po trzecie, każdy kto myśli wie, że nie da się rozdzielić całkowicie żadnej organizacji od państwa, tylko trzeba się dogadać. Sprawy między państwem a Kościołem są dogadane i o tym mówi m.in. konkordat. Czy jednak możemy pewne rzeczy zmienić jak chociażby kwestię religii w szkole? Pewno, że możemy. Potrzebne są jednak dwa warunki.

    Najpierw musimy przestać kłamać. Bo mantra o tym, że państwo płaci księżom na ubezpieczenia, albo że Fundusz Kościelny to są pieniądze darowane Kościołowi przez państwo to jedno wielkie kłamstwo. W skróci to jest tak: Państwo ukradło Kościołowi po wojnie majątki na niebywałą skalę. W zamian zobowiązało się, że z tych kradzionych dóbr łaskawie będzie wydzielać co roku jakąś daninę. Ale teraz już nie chce. Tak jakby złodziej ukradł milion i co roku okradzionemu zobowiązał się wypłacać po tysiąc złotych. Niestety po 30 latach zaczął krzyczeć, że on nie ma zamiaru finansować okradzionego. Każdy normalny w Kościele wolałby, żeby państwo oddało nam to, co zabrało a nie wymachiwało co jakiś czas tekstami o Funduszu.

    Drugim warunkiem dogadania się jest uczciwość intelektualna i wzajemność. Jeśli mamy usunąć religię ze szkół, to usuńmy też przygotowanie do życia w rodzinie, edukację seksualną, godziny wychowawcze, wykłady na medycynie, które promują antykoncepcję. Usuńmy finansowanie szpitali, w których ma miejsce aborcja i in vitro. Usuńmy wszelkie dotacje stowarzyszeń, czasopism, organizacji, zajęć i ludzi, które głoszą wartości niezgodne z nauką Kościoła.

    Rozumiem, że niewierzących denerwuje, że z ich pieniędzy opłacane są lekcje religii. Niech jednak i oni zrozumieją, jak bardzo nas, katolików boli, że za nasze pieniądze opłacani są ludzie, którzy niszczą nas samych i to, w co głęboko wierzymy.

    Jeśli nie będziemy kłamać, jeśli postawimy na wzajemność i uczciwość intelektualną, wtedy możemy wiele spraw poukładać na nowo. Dlaczego by nie? Ale jeśli w całej dyskusji o rozdziale państwa od Kościoła, chodzi tylko o hucpę, darujmy sobie. Szkoda życia na takie potyczki. Szkoda też śmierci. Bo to ona często decyduje, że ludzie wolą jednak nie zamykać sobie drogi przez Kościół do nieba. Nawet jeśli ono nie jest dla wielu tak pewne jak dopłata z budżetu dla partii politycznych. I to dopłata głównie z pieniędzy katolików.

    ks. Wojciech Węgrzyniak

    ***

    87 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ

    BENEDYKTYNKI SAKRAMENTKI, POWSTANIE WARSZAWSKIE

    Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.

    ***

    Obraz Matki Bożej Królowej Pokoju

    Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej Pokoju obchodzimy 1 września, ponieważ data ta jest rocznicą wybuchu II wojny światowej. Wybór tego dnia ma głęboki wymiar symboliczny i modlitewny – w rocznicę rozpoczęcia tragicznego konfliktu Kościół w Polsce zwraca się o wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny jako dawczyni pokoju, jedności i pojednania między narodami.

    Kult ten jest w Polsce związany z konkretnym miejscem i historią:

    • Sanktuarium w Stoczku Warmińskim: Kult Maryi jako Królowej Pokoju rozwinął się wokół sanktuarium w Stoczku Klasztornym (Warmińskim). Świątynia ta powstała w XVII wieku jako wotum dziękczynne biskupa Mikołaja Szyszkowskiego za zawarcie pokoju ze Szwedami w Sztumskiej Wsi w 1635 roku.
    • Święty Jan Paweł II w czasie pielgrzymki do Ojczyzny 19 czerwca 1983 roku na Jasnej Górze po raz kolejny koronował obraz Matki Bożej ze Stoczka Warmińskiego nazywając Ją Matką Pokoju i zawierzając Jej losy naszej Ojczyzny.
    • W Stoczku Warmińskim był uwieziony przez komunistyczne władze błogosławiony Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski. To właśnie tam w 1953 roku napisał on swój akt osobistego oddania się Matce Bożej.

    Historia obrazu

    Do nowej świątyni w Stoczku Klasztornym biskup Mikołaj Szyszkowski sprawdził w 1640 roku z bazyliki rzymskiej Matki Bożej Większej kopię obrazu Matki Bożej, Salus Populi  Romani(Ocalenie Ludu Rzymskiego)  i umieścił go w ołtarzu głównym.

    Obraz Matki Bożej, którego kopia znajduje się w Stoczku Klasztornym jest wizerunkiem bardzo czczonym w całym Kościele już od średniowiecza, a zwłaszcza po bitwie pod Lepanto, która rozegrała się 7 października  1571 roku. W tym dniu wojska  chrześcijańskie odniosły zwycięstwo  nad wojskami tureckimi. Zwycięstwo floty chrześcijańskiej  było wyraźnym  znakiem i dowodem wstawiennictwa Matki Bożej. Aby wyprosić zwycięstwo i obronę chrześcijaństwa przed zalewem islamu, papież zarządził specjalne modlitwy w tej intencji. Obraz Matki Bożej był niesiony w procesji po ulicach Rzymu i odmawiano różaniec. Po zwycięstwie floty chrześcijańskiej nad turecką obraz Matki Bożej był czczony jako obraz Matki Bożej Zwycięskiej albo obraz Matki Bożej Różańcowej, a kult obrazu rozpowszechniał się po całym chrześcijańskim świecie.

    Na ziemiach Rzeczypospolitej zauważa się rozwój kultu Matki Bożej Zwycięskiej zwłaszcza po Soborze trydenckim(1543-1563) i po zakończeniu Synodu Krakowskiego w 1621 roku, który polecił, aby Matka Boża była malowana na wzór obrazu częstochowskiego lub rzymskiego ”Salus Populi Romani”. Sytuacja polityczno – społeczna w jakiej znalazła się Rzeczypospolita w tym czasie sprawiła, że wizerunek  Matki  Bożej  Zwycięskiej był przyjmowany jako znak szczególnej opieki Matki Bożej nad naszym  narodem  w obliczu zagrożenia ze strony wrogich  mocarstw: Rosji, Turcji i Szwecji.

    Budowa nowej świątyni w Stoczku Klasztornym  jako wotum wdzięczności za podpisany rozejm ze Szwedami i obecność w niej kopi Obrazu Matki Bożej Zwycięskiej miało szczególne znaczenie dla ówczesnej Rzeczypospolitej.

    Obraz Matki Bożej Stoczkowskiej namalowany na płótnie o wymiarach 230 cm wysokości i 166 cm szerokości  jest oceniany przez historyków w sztuki jak obraz o „nieprzeciętnej wartości artystycznej”. Nie zachowały się żadne informacje na temat  autora  ani czasu wykonani kopi obrazu.

    Obraz przedstawia całą postać Matki Bożej, która obiema rękoma podtrzymuje Dzieciątko Jezus. Wzrok Maryi i Dzieciątka jest zwróconej w kierunku patrzących. U stóp Matki Bożej widzimy półksiężyc, a w tle wokół postaci obłoki, od dołu obrazu mgliste, a wyżej coraz bardziej złociste. Postacie na obrazie są wielkości nieco większej niż naturalna. Oblicze Matki Bożej jest pełne pokoju , godności i wyraża dobroć Jej serca i gotowość niesienia pomocy. Dziecię Jezus trzyma w lewej ręce księgę Pisma Świętego a prawą unosi w geście błogosławieństwa. Palce prawej dłoni Maryi mają bardzo wymowną symbolikę i znaczenie. Trzy złączone palce wyrażają wiarę w Trójcę Świętą, a dwa pozostałe oznaczają unię hipostatyczną dwóch natur Jezusa Chrystusa – Jego Bóstwo i Człowieczeństwo. Taki sam jest układ palców prawej dłoni Dzieciątka Jezus. Treść obrazu jest bardzo wymowna i czytelna. Maryja jakby mówiła do patrzących, patrzcie na Jezusa, nie na mnie, On jest celem waszego życia, Jego słuchajcie.

    Opisując obraz warto jeszcze zwrócić uwagę na pierścień na środkowym palcu prawej dłoni Matki Bożej. Jest to pewien szczegół, bardzo ważny, który znajduje się tylko na oryginalnym obrazie i niektórych kopiach, nie znajdziemy go natomiast na kopi obrazu Matki Pokoju w  Stoczku  Klasztornym. Pierścień na palcu Matki Bożej jest symbolem zaślubin i oblubieńczej miłości Maryi do Boga oraz wyraża Jej wierność Bogu. Przybywając do Matki Pokoju  jako Oblubienicy Wiernej pielgrzymi mogą odnajdywać pokój i pojednanie z Bogiem i drugim człowiekiem. Wszyscy wierni mogą też znaleźć u Matki Bożej  umocnienie swojej oblubieńczej  wierności Bogu.

    Kopia obrazu matki Bożej Stoczkowskiej została otoczona szczególna czcią wiernych. W 1670 roku obraz został przyozdobiony dwiema koronami, a w roku 1687 udekorowany srebrną szatą, podarowaną Matce Bożej przez biskupa Michała Radziejowskiego, bratanka króla Jana III Sobieskiego, jako wotum wdzięczności za zwycięstwo pod Wiedniem. Srebrna szata została wykonana w barokowym stylu i skomponowana z dużej ilości stylizowanych kwiatów: słoneczników, piwonii i żonkili. Na sukience Dzieciątka motywy kwiatów są drobne. Głowa Matki Bożej jest otoczona kolistym nimbem z gwiazdami, a Dzieciątka Jezus promienistą aureolą. Szatę wykonano z osiemdziesięciu darów wotywnych, co świadczy o szczególnej  czci  i otrzymywanych łaskach za wstawiennictwem do Matki Bożej.


    ks. Wojciech Sokołowski MIC – Kustosz Sanktuarium

    ***

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    … Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    … Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    Co święta siostra Faustyna Kowalska mówiła

    o drugiej wojnie światowej?

    fot. Wikipedia

    ***

    Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.

    Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.

    święta siostra Faustyna o II wojnie światowej. Takie słowa skierowała do błogosławionego księdza Michała Sopoćki

    W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.

    Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.

    Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski

    W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).

    Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.

    święty Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia

    Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.

    święta siostra Faustyna o Ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”

    Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)

    W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)

    faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7

    ***

    Skąd wiemy, że czyściec istnieje?

    Fot. via Wikipedia, CC 0
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    P. Jakże dowiedziesz że czyściec jest?

    P. Jakże to dowiedziesz ze Starego Testamentu?

    O. Z drugiej Księgi Machabeuszów r. XII, w. 43.

    P. Co się o tym dowiadujemy z tej Księgi?

    O. W miejscu przytoczonym opisuje święty pisarz, jako Juda Machabejczyk, naczelny wódz żydowski wysłał do Jerozolimy po pewnej bitwie 12000 drachm srebra na ofiarę za grzechy poległych.

    P. Co w końcu tego opowiadania Pismo święte dodaje?

    O. Że “to jest świętą i zbawienną rzeczą modlić się za zmarłych, aby byli z grzechów rozwiązani”.

    P. Co z tego wnosisz?

    O. Wnoszę, że oprócz nieba i piekła powinno być jeszcze trzecie miejsce, gdzie dusze zmarłych się znajdują.

    P. A to dlaczego?

    O. Bo jeżeli dusze zmarłych znajdują się w niebie, to modlitwy naszej nie potrzebują, jeżeli są w piekle to im nasza modlitwa jest niepożyteczną, a zatem musi być jeszcze inne miejsce, gdzie im modlitwa nasza pożyteczną być może.

    P. Czy jednak Księgi Machabejskie są kanoniczne czyli Boskie, iżby z nich artykuł wiary mógł być dowiedzionym?

    O. Tak jest, Księgi te są kanoniczne czyli Boskie i Kościół je za takowe po wszystkie czasy uważał.

    P. Jakże się to dowodzi?

    O. Dowodzi się to z wielu Ojców Kościoła, między innymi z świętych: Cypriana, Ambrożego, Augustyna i innych.

    P. Jakże się wyraża św. Augustyn w księdze VIII, rozdz. 36 “O Mieście Bożym”?

    O. “Żydzi, pisze, Księgi Machabejskie nie liczą do Ksiąg kanonicznych, lecz Kościół Chrześcijański je za takowe uznaje”.

    P. Jakże zaś to miejsce rozumieć należy, gdzie ten święty pisarz swoich czytelników prosi, ażeby uwzględnili błędy, których by się mógł w piśmie dopuścić?

    O. Mówi on tylko o błędach przeciwko czystości i ozdobie swojej mowy.

    P. Czy to może osłabiać w czymkolwiek rzetelność jego wykładu?

    O. Bynajmniej (1).

    Nauka II

    P. Jak dowodzisz istnienia Czyśćca z Nowego Testamentu?

    O. Dowodzę to słowy Zbawiciela, u świętego Mateusza rozdz. XII, w 32. “Ktobykolwiek mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani na tym świecie ani na przyszłym”.

    P. Jaki wniosek stąd wyprowadza św. Augustyn w księdze XXI swojego Miasta Bożego w r. 24?

    O. Stąd wywodzi, że są grzechy, które w przyszłym żywocie będą odpuszczone.

    P. Ależ, może niektóre grzechy będą odpuszczone w niebie?

    O. Nie, bo tam żaden grzesznik nie wnijdzie.

    P. Ale, może będą odpuszczone w piekle?

    O. Nie, bo stamtąd nie ma żadnego zbawienia.

    P. Co mówi św. Paweł w pierwszym liście do Koryntczyków w r. III, w. 13?

    O. “Każdego roboty, jaka jest, ogień spróbuje”.

    P. Co dodaje w w. 14 i 15-tym?

    O. “Jeśli którego robota zostanie, którą przybudował, zapłatę weźmie. Jeśli którego robota zgore, szkodę odniesie”.

    P. A jak to zdanie kończy?

    O. “Lecz on sam będzie zbawion, wszakże tak, jakoby przez ogień”.

    P. Co mówi tenże Apostoł w liście do Filipensów r. II, w. 10?

    O. “Aby na Imię Jezusowe wszelkie kolano klękało niebieskich, ziemskich, podziemnych”.

    P. Jaki stąd dowód wywodzisz za istnieniem Czyśćca?

    O. Ci, którzy są w piekle nie uginają kolan na Imię Jezusa, więc musi być inne miejsce pod ziemią, gdzie na Imię Jezusa swoje kolana zginają, musi przeto być Czyściec, czyli miejsce, które Apostoł jako znajdujące się pod ziemią oznacza, i gdzie owa cześć Imienia Jezusowego jest możebną.

    P. Co mówi święty Jan w swoim Objawieniu r. XXI, w. 27?

    O. “Nie wnijdzie do niego (do Królestwa niebieskiego) nic nieczystego”.

    P. Jakiż stąd wniosek?

    O. Stąd się wnosi, że musi być miejsce, gdzie się dusze ze swoich brudów oczyszczają.

    P. A to dlaczego?

    O. Ponieważ sprawiedliwy uchybia siedem razy dziennie, nie można zaś przypuścić, ażeby tacy (sprawiedliwi) co nagłą śmiercią umierają, zawsze mieli czas i sposobność do oczyszczenia się ze wszystkich uchybień przez pokutę (2).

    P. A jakże zrozumieć się ma miejsce Eklezjasty Pańskiego: “Jeżeli drzewo na północ lub południe upadnie, to pozostanie na miejscu, gdzie zostało” (Eklezjastes XI, 3)?

    O. To miejsce oznacza, że człowiek gdy umiera, to umierając odziedzicza albo wieczne zbawienie albo wieczne potępienie.

    P. Czy jednak zdanie to nie sprzeciwia się istnieniu czyśćca?

    O. O tyle się temu nie sprzeciwia, o ile się mu nie sprzeciwiało istnienie otchłani (3).

    P. Alboż się nie znajduje w Objawieniu św. Jana, r. 14, w. 13: “Błogosławieni umarli, którzy w Panu umierają. Odtąd już, mówi Duch, aby odpoczywali od prac swoich”?

    O. Słowa te odnoszą sie do Męczenników albo do dusz pobożnych, które już za życia, na tym świecie, za swoje grzechy odpokutowały.

    P. Alboż Pan Jezus nie rzekł do nawróconego łotra: “Dziś ze mną będziesz w raju”?

    O. Łaska, którą umierający Zbawiciel komuś wyjątkowo wyświadczył, nie służy za powszechne prawidło dla innych.

    P. Nie mógłbyś inaczej odpowiedzieć?

    O. Łotr odprawił na krzyżu surową i skuteczną pokutę, a uczucia jego były tak wzniosłe, że niemniej one, jako i jego pokuta ogień czyśćcowy zastąpiły.

    Uwaga tłumacza. Zdarzenie to posłużyć może za przykład zupełnego odpustu, który nie mógł być stosowniej przez samegoż Pana Jezusa udzielony, jak w chwili zbliżającej się śmierci krzyżowej. Ocenić też należy zadziwiającą wiarę łotra onego, który w umierającym haniebną śmiercią Jezusie, uznał Dawcę Królestwa niebieskiego. Przykład podobnegoż, przez Pana Jezusa udzielonego odpustu, mamy w rozgrzeszeniu Magdaleny pokutującej.

    Nauka III

    P. Jak to dowiedziesz po trzecie, że czyściec istnieje?

    O. Z podania.

    P. Skąd poznajesz takie podanie?

    O. Z świadectwa Ojców Kościoła.

    P. Czego pragnął św. Efrem w swoim Duchownym testamencie?

    O. Żądał po śmierci modlitwy za spokój swej duszy.

    P. Co opowiada Euzebiusz o Konstantynie cesarzu?

    O. Pragnął, powiada, być pochowanym przy kościele, aby większy mieć udział w modlitwach wiernych.

    P. Co mówi św. Chryzostom w swojej 41 homilii nad pierwszym listem do Koryntczyków?

    O. Zwraca uwagę na to, że zmarłym nie pomaga się płaczem i jękami, ale modlitwą i jałmużną.

    P. Co pisze św. Hieronim do Pammachiusza?

    O. Za jego czasów, powiada, było zwyczajem, że mąż na grobie swej żony kwiatki rozsypywał, lecz że Pammachiusz duszę swej żony daleko lepiej modlitwą i jałmużnami poratował.

    P. Co zaświadcza św. Augustyn w księdze IX swoich Wyznań r. XII, gdzie pogrzeb swej matki opisuje?

    O. Nie płakałem w czasie modlitwy, gdy Ofiarę naszego Zbawiciela za moją matkę odprawiano, a ciało już przed grobem stało (4).

    P. Przytocz jeszcze inne nad tym uwagi świętego Augustyna?

    O. “Oczyść mnie, pisze, na tym świecie Panie! abym w przyszłym żywocie oczyszczenia, w ogniu czyśćcowym, nie potrzebował”. (Ad. 37 Psalm.).

    P. Co dalej mówi w Księdze o Kacerstwach (Haeresis 53)?

    O. Pisze, że Ariusz nauczał, iż za umarłych nie należy się ani modlić, ani ofiary czynić i że to właśnie jest pięćdziesiątym trzecim kacerstwem.

    P. Co należy odpowiedzieć tym, którzy zowią Czyściec wymysłem popów i oszustwem?

    O. Należy im w odpowiedzi przypomnieć słowa św. Augustyna: “czyli, że to jest pięćdziesiątym trzecim kacerstwem, które na tym zawisło, że modlitwę za umarłych gani”.

    P. Czy z nauki o Czyśćcu nie wypływa, że dzieło zbawienia naszego Zbawiciela nie jest dostatecznym?

    O. Nie, tego stąd żadną miarą wywnioskować nie można.

    P. Dlaczego?

    O. Z tego tylko wywnioskować można, że za grzechy trzeba także docześnie pokutować. Ale za tym nie idzie, żeby dzieło naszego Zbawiciela nie było dostatecznym.

    P. Wyprowadź stąd dalszy wniosek?

    O. Doczesne zadosyćuczynienia muszą albo w tym życiu albo w przyszłym być spełniane, zaczem idzie że i doczesne zadosyćuczynienia za grzechy, w przyszłym życiu dziełu zbawienia bynajmniej nie ubliżają; ponieważ cała skuteczność naszych zadosyćuczynień wypływa z zasług Zbawiciela.

    ___________________

    Katechizm Polemiczny czyli Wykład nauk wiary chrześcijańskiej przez zwolenników Lutra, Kalwina i innych z nimi spokrewnionych zaprzeczanych lub przekształcanych, pierwotnie w języku francuskim ułożony przez O. J. J. Szeffmachera Zgrom. Jezusowego, z poprzedzeniem listów dwóch nawróconych pastorów, wykazujących powody nawracania się licznych Protestantów na łono Kościoła Katolickiego. Przełożył z francuskiego na język niemiecki J. M. nauczyciel religii, a z niemieckiego na język polski przełożył i uwagami objaśnił X. Nestor Higin Soter Bieroński kanonik, proboszcz małogoski, prof. semin. kieleckiego. Częstochowa 1883, ss. 143-150.

    Przypisy:

    (1) O kanoniczności dwóch Ksiąg Machabejskich dowodzi się z Klemensa Aleksandryjskiego Strom. V, z Orygenesa in Joann. Tom. XXIII, z Cypriana ad Fortun. XI, z Canon. apost. Can. 85, z Grzegorza Nazjanzeńskiego Oratio ad Macch., z Ambrożego de Job. II. c. 10. 11. 12. Ofic. 40, 41 itd.

    Uwaga tłumacza. Lutrzy i kalwinianie lubo by zaprzeczali kanoniczności Ksiąg Machabejskich, nie mogą atoli zaprzeczać wiarogodności Historyka. Nie mogą nie uznać najstarodawniejszej praktyki żydów, którzy się za dusze zmarłych modlili i modlą. Praktyka ta tak była niezaprzeczoną i za świętą w żydowskim, jako i w katolickim Kościele poczytywaną, że święci Ewangelistowie uważali za rzecz zbyteczną o niej wyraźnie i osobliwie nauczać; raczej należało ich utwierdzać w wierze kar wiecznych, których niektórzy zaprzeczali i zaprzeczają.

    (2) A tak nieoczyszczeni nie mogą iść do nieba, bo tam nic skażonego nie wnijdzie, nie mogą iść do piekła, bo pomimo swoich uchybień Pismo św. zowie ich sprawiedliwymi. (Przyp. tłum. polskiego).

    (3) Miejsce to nie ubliża bynajmniej czyśćcowi, bo lubo by tylko dwa miejsca były: miejsce łaski i miejsce potępienia, to jeszcze stąd nie wypływa, żeby miejsce łaski nie mogło być jeszcze dwojakie tj. albo miejsce oczyszczenia albo miejsce uwielbienia. Allioli na to miejsce. (Przyp. autora).

    Dusze bowiem w czyśćcu zostające są też w łasce Bożej, a cierpienia ich i kara doczesna nie stoją w sprzeczności ze stanem łaski, bo i w tym życiu ludzie najpobożniejsi, których Bóg miłuje, różnym jednak cierpieniem ich albo z grzechów powszednich oczyszcza, albo ku pomnożeniu zasług ich doświadcza. Przykładem jest Najświętsza Maryja Panna, Królowa Męczenników, która jedynie ku pomnożeniu zasług i chwały w niebiesiech siedem boleści ponosiła. (Przyp. tłum. polskiego).

    (4) Warto przeczytać i zastanowić się nad dwunastym i trzynastym rozdziałem Księgi 9-tej Wyznań św. Augustyna, z jaką pobożnością ten Święty nie tylko posługę pogrzebową spełniając, ale też czytelników do modlitwy wzywając, o swojej matce wspomina. Coś wznioślejszego w przedmiocie pamięci o zmarłych nie może być ani pomyślanym ani napisanym. (Przyp. tłum. niem.).

    Fronda.pl – Ultra montes (www.ultramontes.pl)

    ***

    o. Jacek Salij: Śmierć samobójcza a losy duszy…

    PO ŚMIERCI SAMOBÓJCZEJ KOGOŚ BLISKIEGO

    Śmierć samobójcza a losy duszy...

    Śmierć samobójcza a losy duszy… · fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Wiedziałam, że na ludzi czasem spada nieszczęście. Spotykałam ludzi dotkniętych takim nieszczęściem, że strach było pomyśleć, co by było, gdyby na mnie kiedyś takie nieszczęście przyszło. Ale nigdy nie przypuszczałam, że nieszczęście tak może człowieka załamać. Syn mojej znajomej popełnił samobójstwo. Stało się to osiem miesięcy temu, a czas niczego nie leczy. Powiedziałabym nawet, że w miarę upływu czasu nieszczęsna matka przemieniła się w jedną ranę. Stała się chodzącym smutkiem i rozpaczą. Jest przepełniona poczuciem winy: że gdyby go lepiej wychowała, gdyby więcej kochała, gdyby nie rozwiodła się z mężem, gdyby umiała zauważyć dramaty, jakie syn przeżywał, nic doszłoby tragedii. Jest ona osobą wierzącą, daje na mszę za syna, ale to niczego nie zmienia. Patrzeć nie można, jak się zagryza. Moich argumentów słucha, ale jej nie przekonują. Powiada, że nic już jej nie pocieszy. Jak do niej przemówić? Już ludzie jej unikają, bo straszy wszystkich swoim przygnębieniem. Może skończyć się na tym, że zagryzie się kobieta na śmierć.

    Odpowiada o. Jacek Salij OP:

    Tak, gdyby ktoś, odbierając sobie życie, pomyślał o tym, ile bólu po sobie pozostawi, zapewne by się zastanowił i zamiaru swego nie wykonał. To prawda, czasem ktoś popełni samobójstwo, będąc tylko w niewielkim stopniu panem swojej woli. Kto inny w gruncie rzeczy wcale nie chciał targnąć się na swoje życie, chciał tylko nadać bardzo ostre wołanie o pomoc, przesadził jednak w natężeniu sygnału, tak że skończyło się śmiercią, która ma wszystkie zewnętrzne cechy samobójstwa. Zawsze jednak, kiedy człowiek odbiera sobie życie, to dlatego, że dał się jakoś zamknąć w sobie: w swoim poczuciu bezsensu, w swojej samotności nie do uniesienia, w jakimś obrzydzeniu dla samego siebie, w swoim całkowitym rozczarowaniu do ludzi, w niewierze w siebie itp. Zapewne nie doszłoby do tragedii, gdyby człowiek ten próbował przekroczyć altruistycznie swoje zamknięcie we własnych problemach. Sądzę, że odnosi się to nawet do tych, którzy podejmują decyzje samobójcze nie w pełni świadomie — bo przecież wszyscy, również psychicznie chorzy, są prawdziwymi ludźmi, a więc zdolni są do miłości.

    Powyższe uwagi napisałem nie dlatego, że poczułem się uprawniony do wydawania sądu nad ludźmi, którzy popełnili samobójstwo. Sąd ten należy wyłącznie do Pana Boga. Pragnę jedynie wydać sąd nad mechanizmami, które do samobójstwa prowadzą. Niejednego już człowieka, który znalazł się w samobójczej depresji, od skoku w otchłań uchroniła właśnie myśl o bólu, jaki by to zadało najbliższym, świadomość, że się będzie jeszcze komuś potrzebnym, czy religijny lęk, aby nie podeptać w ten sposób ostatecznie miłości Boga. Wydaje się, że wystarczy nawet niewielka miłość, byleby to była miłość prawdziwa, aby skutecznie unieszkodliwić żądło pokusy samobójczej. Miłość zabroni również takiej samobójczej próby, której celem jest co innego niż odebranie sobie życia, bo przecież takie próby niekiedy naprawdę kończą się śmiercią.

    Jak jednak pomóc nieszczęsnej matce, którą samobójcza śmierć syna wciągnęła w takie wiry samozniszczenia, nad którymi nie jest już w stanie zapanować? Przypomina mi się metoda wyciągania matek z rozpaczy po śmierci dziecka, podawana przez mądrość ludową. Mianowicie wśród różnych opowiastek przy darciu pierza czy podczas przędzenia opowiadano sobie też o matce, której umarło dziecko. Pogrążona w rozpaczy, poszła kiedyś nocą do kościoła i była świadkiem wielkiej procesji dusz czyśćcowych. Dziecko jej wlokło się na samym końcu tej procesji, gdyż musiało dźwigać dwa ciężkie wiadra jej łez.

    Dopatruję się w tej opowiastce czegoś więcej niż sprytnej psychologicznie techniki pocieszania po stracie kogoś najdroższego. Opowiastka ta wyraża obrazowo część prawdy o świętych obcowaniu. Jeśli bowiem śmierć nie rozrywa istotnych więzów między ludźmi, to dla losu zmarłego nie jest obojętne, w jaki sposób zachowujemy się po jego odejściu. Jeśli w naszej żałobie zabraknie szukania woli Bożej, jeśli śmierć bliskiej nam osoby powoduje w nas nie kończące się rozbicie duchowe, to stajemy się niezdolni do udzielenia zmarłemu tej pomocy duchowej, której on potrzebuje szczególnie. Nie wolno nam dopuścić do tego, żeby żałoba nas zagryzła — nie tylko dlatego, że jakoś trzeba żyć dalej, ale również ze względu na zmarłego, któremu możemy pomóc naszą piękną postawą duchową, natomiast swoim załamaniem na pewno nie pomożemy.

    A jeśli to była śmierć samobójcza? Czy nawet takiemu zmarłemu można pomóc? Weźmy to na zdrowy rozum i zastanówmy się nad tym w duchu wiary. Śmierć tego człowieka dokonała się poprzez akt samozniszczenia. Otóż zgodnie z ciemną logiką takiego aktu, jedno zniszczenie pociąga za sobą zniszczenia następne. Toteż pierwszą formą duchowej pomocy człowiekowi, który popełnił samobójstwo, jest nie dopuścić do tego, aby za jego śmiercią poszły zniszczenia następne. Dzięki temu zmarły będzie mógł bronić się przed sądem Bożym: “To prawda, Panie Boże, że dopuściłem się czegoś bardzo złego. Ale to mam na swoją obronę, że moja śmierć nie spowodowała już zła następnego”. Oby udało się Pani wytłumaczyć swojej znajomej, że trwając w duchowym rozbiciu, ściąga na głowę syna winę następną. Musi się zatem jakoś pozbierać, żeby syna przed taką winą obronić.

    Można się starać o coś więcej: żeby tę śmierć niepotrzebną i bezsensowną napełnić sensem od zewnątrz. Wówczas zmarły będzie miał jeszcze lepszą obronę, będzie mógł powiedzieć Sędziemu: “Panie Boże Miłosierny, nie potępiaj mnie za mój czyn godny potępienia. Weź to pod uwagę, że wskutek mojej śmierci moi bliscy bardziej zwrócili się do Ciebie, zaczęli wydawać więcej duchowych owoców”. Jest to jednym z największych dowodów wszechmocy miłosiernego Boga, że nawet z grzechu potrafi wyprowadzić dobro, jeśli tylko ludzie zwracają się ku Jego łasce.

    Znajomą Pani gnębią wyrzuty sumienia, sama uważa się za przyczynę tej śmierci nieszczęsnej. Moim zdaniem nie powinna Pani udowadniać jej na siłę, że jej wina nie jest aż tak duża. Trzeba raczej dążyć do tego, aby zrozumiała, że nie człowiekowi mierzyć ostatecznie wielkość swojej winy, że jeden tylko Bóg widzi obiektywnie, jak wielki jest nasz grzech. Toteż zamiast gryźć się bezpłodnie swoją winą, zamiast biadać nad tym, że nie da się cofnąć czasu ani unieważnić zła i jego owoców, które już z niego wyrosły — trzeba raczej z całą żarliwością i ufnością zwrócić się ku Bożemu Miłosierdziu; “Panie Boże Miłosierny, to moje grzechy spowodowały tak wielki grzech mojego syna. Nie odrzucaj mojego syna za moje grzechy! Okaż mu swoje miłosierdzie, a mnie nawróć ku Sobie, abym Cię kochała za nas dwoje”. Jest to z pewnością postawa dużo bardziej sensowna niż jałowe zagryzanie się rozpamiętywaniem swoich win.

    I jeszcze jedno. Pisze Pani, że znajoma zabiega o msze za swojego syna. Warto sobie uświadomić, czym jest Msza święta za zmarłych. Otóż Msza święta jest to sakramentalne uobecnienie tej Ofiary Chrystusa, która za nas wszystkich została złożona na Kalwarii. Jeśli pragniemy, aby za kogoś bliskiego, kto zszedł z tego świata, odprawiła się Msza święta, znaczy to, że zależy nam na tym, aby sam Chrystus błagał u Przedwiecznego Ojca za tym, za kogo się modlimy. Niech Pani to wytłumaczy swojej znajomej. Niech podczas Mszy świętej za swojego syna stara się modlić jakoś tak: “Panie Jezu Chryste, weź w swoje Boskie ręce los ostateczny mojego syna. Ubłagaj Ojca Swojego Miłosiernego, aby raczył odpuścić mu grzechy i dopuścił go do wiekuistego oglądania Swojego Oblicza. Twoja modlitwa, Jezu Chryste Zbawicielu ludzi, jest przecież wszechmocna. Ty przecież przyszedłeś na ten świat nie po to, żeby nas potępić, ale żeby znaleźć i zbawić każdą zagubioną owieczkę. Ty jeden możesz uratować mi syna od śmierci wiecznej. Panie Jezu, nie mam nikogo, kto by mógł mi dopomóc. Jezu, ufam, że mnie wysłuchasz i okażesz mu miłosierdzie!”

    Większej pociechy wiara udzielić nie może. Ale na cóż nam większa pociecha, skoro ta, o której tu mówimy, opiera się na nieskończonym Bożym miłosierdziu, a jej moc płynie z Krwi Syna Bożego?

    źródło: Fronda.pl

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – wrzesień 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    30 września

    Święty Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Oświeciciel, biskup
    Święty Hieronim

    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.

    Święty Hieronim

    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej.
    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak,e miał wybuchowy charakter.

    żŚwięty Hieronim

    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca, w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego, lub w postawie siedzącej przy pulpicie. Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 września

    Święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

    Zobacz także:
      •  Święty Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter
      •  Błogosławiony Ludwik Monza, prezbiter
      •  Rachela, żona Jakuba
    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    Archanioł Michał depcze bestię

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.
    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.
    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.
    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.
    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).
    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi wolę Bożą

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.
    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.
    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.
    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 września

    Święty Wacław, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy
      •  Baruch, prorok
    W 845 roku 14 książąt czeskich przyjęło chrzest w Ratyzbonie. W tymże wieku książę Mojmir (+ 846) utworzył państwo wielkomorawskie. Jego następca, Rościsław, sprowadził na Morawy św. Cyryla i św. Metodego. Z ich pomocą zaprowadził chrześcijaństwo w obrządku słowiańsko-bizantyńskim. Z końcem wieku IX i na początku wieku X książę czeski Bożywoj podbił państwo wielkomorawskie i przyjął chrzest w obrządku słowiańskim. W wieku X obrządek ten został wyparty przez obrządek rzymski, łaciński. W roku 973 powstało biskupstwo w Pradze, zależne od metropolii w Moguncji. Drugim biskupem Pragi był św. Wojciech (+ 997). Jednak największym bohaterem katolickich Czech jest św. Wacław, król i męczennik. On też jest głównym patronem kraju i narodu.

    Święty Wacław

    Wacław był synem księcia Czech, Wratysława I, i Drahomiry lutyckiej. Pogaństwo miało w kraju jeszcze wielu przedstawicieli. Wśród nich złym duchem była Drahomira, która po śmierci męża objęła w Czechach rządy. Korzystając z małoletniości Wacława, urządziła napad na jego babkę, św. Ludmiłę, wdowę po Bożywoju, pierwszym chrześcijańskim władcy w Czechach. Ludmiłę napadnięto 15 września 921 roku na zamku w Tetin i uduszono. Drahomira zaczęła na nowo wprowadzać siłą pogaństwo i niszczyć Kościół. Doprowadziło to do wojny z Niemcami. Najpierw na Czechy wyruszył książę Bawarii, Arnulf (922), a potem sam cesarz, Henryk I (928) występując w obronie misjonarzy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie śmierci.
    Na skutek tej interwencji Drahomira została zmuszona do tego, by ustąpić i oddać rządy swemu starszemu synowi, Wacławowi. Przyszedł on na świat ok. roku 907. Kiedy miał 7 lat, zwyczajem ówczesnym, któremu podlegał jeszcze nasz król, Bolesław Chrobry, odbyła się na zamku praskim uroczystość postrzyżyn. Kapłan przy tym obrzędzie odmawiał modlitwę: “Wszechmogący, wieczny Boże, spójrz łaskawie na Twego sługę, Wacława, którego zechciałeś powołać do łaski postrzyżyn. Udziel mu przebaczenia wszystkich grzechów i użycz mu darów niebieskich”.

    Święty Wacław

    Młody książę zabrał się natychmiast do zagojenia ran, zadanych Kościołowi. Trzeba było zająć się odbudową zniszczonych kościołów i uzupełnieniem szeregów duchowieństwa. Żywot Wacława głosi, że wyróżniał się on wielką pobożnością. Ikonografia przedstawia go czasem, jak nocą nawiedza kaplicę zamkową, gdyż pracowity dzień nie zostawiał mu wiele czasu na modlitwę. Miał osobiście uprawiać winną latorośl i pszenicę, by na ołtarz do katedry i swojej kaplicy zamkowej dostarczać koniecznego wina i chleba. Szczególną miłością darzył ubogich. Mówi się o nim, że podobnie jak św. Edward Wyznawca w Anglii, miał nawet na swoich ramionach nosić znalezionych chorych i zajmować się nimi. Państwo czeskie było wówczas podzielone na wiele mniejszych księstw. Nie były to więc łatwe rządy. Dochodziło nawet często do starć zbrojnych. Legenda głosi, że w czasie jednej z potyczek przy św. Wacławie miał zjawić się szereg aniołów, co tak przeraziło przeciwników, że wycofali się z walki. Ikonografia często przedstawia więc Wacława w otoczeniu aniołów.
    Od cesarza Henryka I Wacław otrzymał w darze relikwię św. Wita i św. Zygmunta. Ku czci św. Wita książę wystawił najpierw skromny kościół, który został z czasem rozbudowany do najokazalszej świątyni Czech. Do dziś jest ona klejnotem Pragi. Wacław wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do tego męczennika (+ ok. 305) jakby w przeczuciu, że i jemu przypadnie podobna śmierć.
    Tak się też stało. Jego młodszy brat, Bolesław, za namową niecnej matki, Drahomiry, zaprosił Wacława do udziału w konsekracji świątyni, jaką wystawił przy swoim zamku w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Kiedy Wacław tam się udał, został zamordowany przez siepaczy, nasłanych przez Bolesława. Według podania, mord miał mieć miejsce w samym kościele. Działo się to 28 września ok. 929 roku. Ciało Wacława pochowano w kościele św. Wita, zamienionym potem na katedrę, kiedy w Pradze zostało założone biskupstwo (963).
    Święty książę został natychmiast uznany za męczennika, a niebawem został głównym patronem kraju. Zaczęły ukazywać się jego żywoty, a Widuking, mnich z Korbei, w roku 967 pisał o cudach, jakie działy się przy grobie Świętego. Najpiękniejszy plac w Pradze otrzymał jego imię. Znajduje się na nim okazały pomnik, przedstawiający św. Wacława w zbroi rycerza na koniu. Wystawiono go w roku 1908. Imię Świętego stało się w Czechach bardzo popularne. Trzech władców kraju po św. Wacławie nosiło to imię. Dwóch z nich było nawet królami Polski: Wacław II (1291-1300) i Wacław III (1305-1306).
    Ku czci św. Wacława wystawiono w Czechach ok. 180 kościołów oraz ok. 100 kaplic. Z jego podobizną bito monety czeskie. Kiedy Karol IV odbywał koronację (1347), swoją koronę przytknął do relikwii św. Wacława, które znajdują się w bogatym sarkofagu w kaplicy katedry św. Wita. Odtąd koronę królów czeskich, a również państwo czeskie zaczęto nazywać “koroną św. Wacława”.
    Papież Benedykt XIV zatwierdził kult św. Wacława w roku 1729 z okazji 800-lecia śmierci Świętego i rozszerzył jego cześć na cały Kościół. Córką Bolesława I Okrutnego, który dokonał zabójstwa na osobie św. Wacława, była Dobrawa, żona księcia Mieszka I, która przyczyniła się walnie do jego nawrócenia (966). Św. Wacław jest patronem Czech, Moraw, Pragi i katedry krakowskiej na Wawelu.W ikonografii atrybutami św. Wacława są: anioł podający włócznię, aniołowie niosący jego trumnę, korona, sztylet, którym go zabito, zbroja rycerska z białym orłem na tarczy lub proporcu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    27 września

    Święty Wincenty a Paulo, prezbiter

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty urodził się w Pouy (obecnie St-Vincent-de-Paul w południowo-zachodniej Francji) 24 kwietnia 1581 r. jako trzecie z sześciorga dzieci, w biednej, wiejskiej rodzinie. Jego dzieciństwo było pogodne, choć od najmłodszych lat musiał pomagać w ciężkiej pracy w gospodarstwie i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Rodzice marzyli o tym, by ich syn w przyszłości wyrwał się ku łatwiejszemu życiu. Czternastoletniego Wincentego wysłali więc do szkoły franciszkanów w Dax. Na opłacenie szkoły Wincenty zarabiał dawaniem korepetycji kolegom zamożnym, a mniej uzdolnionym lub leniwym. Po ukończeniu szkoły nie bez zachęty ze strony rodziny podjął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat został kapłanem; jednak kapłaństwo było dla niego jedynie szansą na zrobienie kariery. Chciał w ten sposób pomóc swojej rodzinie. Studia w Tuluzie Wincenty zwieńczył bakalaureatem w 1604 r. Później pogłębił swoje studia jeszcze na uniwersytecie w Rzymie i w Paryżu, zdobywając licencjat z prawa kanonicznego (1623).
    Kiedy udał się Morzem Śródziemnym z Marsylii do Narbonne, został wraz z całą załogą i pasażerami napadnięty przez tureckich piratów i przewieziony do Tunisu jako niewolnik. W ciągu dwóch lat niewoli miał kolejno czterech panów. Ostatnim z nich był renegat z Nicei Sabaudzkiej. Młody kapłan zdołał go jednak nawrócić. Obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Właściciel Wincentego znalazł w Rzymie przytułek. Wincenty przez ten rok nawiedzał w Rzymie miejsca święte i dalej się kształcił. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji w nieznanej bliżej misji na dwór Henryka IV. Pozyskał sobie zaufanie królowej, Katarzyny de Medicis, która obrała go sobie za kapelana, mianowała go swoim jałmużnikiem i powierzyła mu opiekę nad Szpitalem Miłosierdzia.
    Wincenty przeżył ogromny kryzys religijny. Był skoncentrowany wyłącznie na tym, co może osiągnąć jedynie własnymi siłami. Zmianę w jego sposobie myślenia przyniosły dopiero lata 1608-1620. Poznał wówczas w Paryżu wielu wyjątkowych ludzi, m.in. ks. Pierre’a de Berrulle’a, który zgromadził wokół siebie kapłanów, ukazując im wielkość i znaczenie posługi kapłańskiej. Wincenty niemało zawdzięczał też św. Franciszkowi Salezemu i św. Franciszce de Chantal. Przez pewien czas głosił Chrystusa galernikom (więźniom, którzy pracowali jako wioślarze). Zaczął dostrzegać ludzką nędzę – materialną i moralną.

    Święty Wincenty a Paulo

    Prawdopodobnie duże znaczenie w życiu Wincentego odegrało zdarzenie, jakie miało miejsce 25 stycznia 1617 r. w Folleville. Wincenty głosił wówczas rekolekcje. Wezwano go do chorego, cieszącego się opinią porządnego i szanowanego człowieka. Na łożu śmierci wyznał mu on, że jego życie całkowicie rozminęło się z prawdą, że ciągle udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. W liturgii tego dnia przypadała uroczystość Nawrócenia św. Pawła. Dla Wincentego był to wstrząs. Zrozumiał, że Bóg pozwala się dotknąć w ubogich, w nich potwierdza swoją obecność. Odtąd Wincenty zaczął gorliwie służyć ubogim i pokrzywdzonym. Złożył Bogu ślub poświęcenia się ubogim. Głosił im Chrystusa i prawdę odnalezioną w Ewangelii. Zgromadził wokół siebie kilku kapłanów, którzy w sposób bardzo prosty i dostępny głosili ubogim Słowo Boże. W ten sposób w 1625 r. powstało Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów.
    Wincenty w sposób szczególny dbał o przygotowanie młodych mężczyzn do kapłaństwa. Organizował specjalne rekolekcje przed święceniami, powołał do życia seminaria duchowne. Wincenty założył również stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, które w sposób systematyczny i instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrakami, kalekami. Spotkanie ze św. Ludwiką zaowocowało powstaniem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (1633 r.), zwanych szarytkami (od franc. charite – miłosierdzie). W okresie frondy (zamieszki polityczne w Paryżu w latach 1648-1653) Wincenty niósł pomoc rzeszom głodujących, dotkniętym nieszczęściami i zniszczeniami wojennymi. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Zajmując tak wysokie stanowisko pozostał cichy i skromny.

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty zmarł w 1660 r. w wieku 79 lat. Jego misjonarze pracowali wtedy już w większości krajów europejskich, dotarli też do krajów misyjnych w Afryce północnej. W 1651 r. przybyli również do Polski. W roku 1729 papież Benedykt XIII wyniósł Wincentego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XII kanonizował go w roku 1737. W 1885 r. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Jest także patronem zgromadzenia lazarystów (założonego przez Wincentego zgromadzenia księży misjonarzy), szarytek, kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów.W ikonografii św. Wincenty a Paulo przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp, krucyfiks.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 września

    Święci męczennicy Kosma i Damian

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Najświętsza Maryja Panna Leśniańska
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    Święci Kosma i Damian

    Na temat życia tych dwóch świętych nie wiemy niestety nic pewnego. Historia nie pozostawiła po nich żadnych wiarygodnych dokumentów. Istnieją jedynie różne legendy, w których z całą pewnością jest i ziarno prawdy historycznej. Mówią one m.in. o tym, że byli prawdopodobnie bliźniakami. Rodzina dała im solidne wychowanie chrześcijańskie, dzięki któremu zdolni byli do ofiarnego życia, aż do oddania go za wiarę. Być może pochodzili z Arabii. Stamtąd udali się do Syrii, do Cylicji w Małej Azji, by doskonalić się w sztuce lekarskiej. Zamieszkali w Egei, w portowym mieście Cylicji. Byli lekarzami, cieszyli się więc szeroką sławą; leczyli bowiem wielu chorych – również
    pogan, przez co wielu z nich doszło do Chrystusa.

    Święci Kosma i Damian

    Odznaczali się niezwykłą sumiennością, dzięki czemu stali się wybitnymi lekarzami. Przedmiotem ich troski był każdy potrzebujący ich pomocy, chory człowiek. W szczególny sposób zajmowali się biednymi. Podkreśla się, że za swe usługi nie pobierali zapłaty (stąd źródła wschodnie nazywają ich anargyrami, prawosławni zaś biezsriebriennikami). Uważali, że wszystko mają od Boga i należy to do Boga i Jego stworzeń. Pragnęli postępować zgodnie z poleceniem Zbawiciela: “Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8).
    Godnie i cierpliwie znieśli okrutne tortury, do końca nie wyparli się Chrystusa. Pozostali niezłomnymi do ostatniej chwili swego życia. Do sędziego podczas procesu mieli powiedzieć: “Jesteśmy chrześcijanami”.Według legendy ich męczeństwo miało miejsce ok. 300 r. podczas prześladowań za czasów Dioklecjana. Zginęli w Cyrze (Kyrros) w Syrii, gdzie zostali pochowani. Ich grób od razu zasłynął cudami, a kult wzrastał, czego mamy dowody w piśmiennictwie wczesnochrześcijańskim. Nad grobem męczenników wzniesiono wspaniałą bazylikę, która do czasów przybycia Arabów, a potem Turków, była celem licznych pielgrzymek. Stamtąd ich kult rozpowszechniał się bardzo szybko i objął cały Kościół. W Konstantynopolu cesarz Justynian Wielki (+ 565) wystawił ku ich czci dwie świątynie, gdyż – jak twierdził – dzięki ich wstawiennictwu wyzdrowiał z ciężkiej choroby.
    Już w VI wieku św. Grzegorz z Tours był w posiadaniu ich relikwii. W Rzymie papież św. Symmach (498-514) wybudował ku ich czci oratorium, a papież Feliks IV (526-530) kościół świętych Kosmy i Damiana przy Forum Romanum – dziś jest to główne miejsce ich kultu. Tam znajduje się znaczna część relikwii obu Świętych. Pozostałe relikwie odbierają cześć w różnych miejscach świata; w sposób szczególny w kościele katedralnym w Amalfi, na południu Włoch. Fragment relikwii znajduje się także w Polsce – w cerkwi na Bacieczkach w Białymstoku.
    Święci Kosma i Damian są patronami Florencji, aptekarzy, farmaceutów, lekarzy, chirurgów, akuszerek, dentystów, fryzjerów, fizyków, cukierników, wytwórców substancji chemicznych, mędrców; są też opiekunami fakultetów medycznych, przemysłu chemicznego, ludzi niewidomych i osób chorych na nowotwory; chronią przed epidemiami, przed przepukliną i przed chorobami koni. Ich imiona są wymieniane w Kanonie Rzymskim.W ikonografii święci Kosma i Damian przedstawiani są jako ludzie młodzi, ubrani w wytworne szaty, z narzędziami medycznymi, szkiełkami, pudełkami maści, łyżką aptekarską do nabierania maści, moździerzem, laską Eskulapa, a także podczas męczeństwa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 września

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Kleofas, uczeń Pański
    Błogosławiony Władysław z Gielniowa

    Marcin Jan (takie imiona otrzymał na chrzcie) urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
    W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną św. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci Szymona pełnił zajmowany wcześniej przez niego urząd kaznodziei.
    W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, troszcząc się o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
    Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najbardziej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które – zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) – stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
    Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej. Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem. Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem. Na modlitwę poświęcał wiele godzin. Miał dar łez i ekstaz. Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy. Boso także (w trepkach) odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże. Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
    Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem. Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych. W swoich konstytucjach wyznacza bardzo surowe kary wobec przełożonych, którzy zaniedbują opiekę nad chorymi braćmi. Silnie zabiegał, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by nie ważyli się kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek, zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu. Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób. Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy. Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
    Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję. Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam je układał i uczył wiernych śpiewać. Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Nie tylko sam układał teksty, ale zachęcał do tego także swoich współbraci. Ponadto układał w języku polskim koronki, godzinki i inne nabożeństwa.
    Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny. Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, także Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus. Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.
    W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie. Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek. Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: “Jezu, Jezu!”.
    Zaraz po śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym. 13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardynała-legata papieskiego, Franciszka Commendone, i nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy. W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII. Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otworzyła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.
    Benedykt XIV wydał urzędowy akt beatyfikacji 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300. rocznicą przybycia bernardynów do Polski. W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy. 19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił go głównym patronem Warszawy. Obecnie bł. Władysław jest patronem drugorzędnym, a główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z wizerunku znajdującego się w kościele jezuitów przy archikatedrze na Starym Mieście.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 września

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard, biskup i męczennik
      •  Błogosławiona Kolumba Gabriel, zakonnica
      •  Znalezienie ciała św. Klary
      •  Święta Tekla, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Herman Kaleka
      •  Błogosławiony Antoni Marcin Slomšek, biskup
      •  Święty Pacyfik z San Severino, prezbiter
      •  Święty Liberiusz, papież
      •  Kościół katedralny w Kaliszu
    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Prawdopodobnie już w chwili lokacji Bielska pod koniec XIII w. istniał w nim drewniany kościółek, otoczony cmentarzem. Wzrost znaczenia miasta i jego rozbudowa skłoniła księcia Wacława I do budowy nowego, murowanego kościoła, wybudowanego w stylu gotyckim w latach 1443-1447. Jego patronem został św. Mikołaj, biskup, uważany w średniowieczu za opiekuna kupców. W 1447 r. kościół ten stał się kościołem parafialnym, a św. Mikołaj – patronem całego miasta. W 1559 r. w wyniku reformacji kościół bielski został zamieniony w zbór protestancki. W ręce katolików wrócił dopiero w 1630 r. W 1659 r. spłonął doszczętnie w wyniku pożaru. Został szybko odbudowany dzięki finansowej pomocy właścicieli Bielska. W 1682 r. powstańczy oddział węgierskiej armii obrabował miasto, nie oszczędzając również kościoła św. Mikołaja.
    Na początku XVIII w. ufundowano nowe, barokowe wyposażenie (m.in. ołtarz główny). W 1750 r., w wyniku uderzenia pioruna, wnętrze kościoła ponownie spaliło się. Wkrótce podjęto jego odbudowę i wyposażono w ołtarz główny i 6 bocznych w stylu barokowym. W 1783 r. zlikwidowano okalający kościół cmentarz. W 1792 r. do kościoła trafił łaskami słynący obraz – cudowna kopia wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. W 1808 r. nastąpił kolejny pożar; kościół odbudowano i ufundowano tym razem barokowo-klasycystyczne wyposażenie. W 1836 r. mniejszy pożar dotknął jedynie dach i wieżę kościoła, oszczędzając jego wnętrze. Ostatni, również niegroźny pożar, miał miejsce w 1860 r.
    W 1893 r. kościół zelektryfikowano (jako pierwszy kościół w diecezji wrocławskiej). W latach 1908-1910, wskutek szybkiego rozwoju miasta i znacznego wzrostu liczby parafian, dokonano rozbudowy dotychczasowej świątyni. Dobudowano drugą część nawy, utrzymaną w stylu neoromańskim. Jej poświęcenia dokonał w 1911 kard. Jerzy Kopp.

    bp Roman Pindel, ordynariusz bielsko-żywiecki

    Po II wojnie światowej, w wyniku migracji ludności, parafia w Bielsku po raz pierwszy w swej historii stała się jednonarodowościowa; dotychczas, zwłaszcza od czasów reformacji, raczej zgodnie koegzystowali w niej Polacy i Niemcy. 25 marca 1992 r. św. Jan Paweł II na mocy bulli Totus Tuus Poloniae Populus powołał do istnienia diecezję bielsko-żywiecką. Tym samym, w 545. rocznicę konsekracji, podniósł kościół św. Mikołaja do rangi katedry, a do rangi konkatedry – kościół Narodzenia NMP w Żywcu. Obecnie ordynariuszem diecezji jest bp Roman Pindel. Pomaga mu biskup Piotr Greger oraz biskup senior Tadeusz Rakoczy.
    Diecezja bielsko-żywiecka zajmuje obszar ok. 3 tys. km kwadratowych, liczy ok. 770 tys. mieszkańców i jest podzielona na 22 dekanaty, obejmujące 210 parafii. Pracuje w niej ok. 550 kapłanów diecezjalnych i ok. 110 zakonnych. Patronami diecezji są św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Kanty i św. Jan Sarkander.
    Najważniejszym wydarzeniem w historii tej diecezji była wizyta św. Jana Pawła II, który 22 maja 1995 r., w trakcie pielgrzymki do Czech, gdzie dzień wcześniej kanonizował św. Jana Sarkandra, odwiedził Bielsko-Białą, Żywiec i Skoczów. Mówił wtedy m.in.:
    Z waszym miastem związany byłem od wczesnego dzieciństwa, gdyż w Białej urodził się mój ojciec, tutaj i w okolicy mieszkali moi krewni, a w bielskim szpitalu pracował mój starszy brat – lekarz; tam też zmarł, służąc chorym. Potem doszły związki innego rodzaju, wynikające z mojej posługi biskupiej w Kościele krakowskim, który jeszcze do niedawna obejmował Białą, aż po rzekę Białkę.
    To, co uderza w Bielsku-Białej, to fakt spotkania i harmonijnego przenikania się tutaj dwóch tradycji kulturowych i kościelnych: to znaczy tradycji krakowskiej i śląskiej. Jest to wielkie bogactwo tego miasta i całego regionu. Ta wielość w jedności stanowi także wielkie bogactwo duchowe nowej diecezji bielsko-żywieckiej. Trzeba, ażebyście, drodzy bracia i siostry, umiejętnie z tych zasobów czerpali, a także ciągle je pomnażali. Niech ta wymiana darów duchowych przyczynia się do pogłębienia i rozwoju życia chrześcijańskiego wszystkich i każdego z osobna!
    Bielsko-Biała jest obecnie nie tylko miastem wojewódzkim, ale także stolicą diecezji, czyli Kościoła lokalnego. To jest nowa jakość w życiu tego miasta. Jest to także jakieś nowe zadanie. Stolica diecezji to nie tylko centrum administracyjne, lecz przede wszystkim centrum duchowego promieniowania na cały region. Życzę więc, aby Bielsko-Biała do tej ważnej roli coraz bardziej dorastała, ku pożytkowi wszystkich.
    2 lipca 1995 r. Ojciec Święty kanonizował także św. Melchiora Grodzieckiego, kapłana pochodzącego z Cieszyna – miasta leżącego na terenie nowo powstałej diecezji.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 września

    Święty Pio z Pietrelciny, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Linus, papież i męczennik
      •  Błogosławiona Emilia Tavernier Gamelin, zakonnica
      •  Błogosławiony Józef Stanek, prezbiter i męczennik
    Święty ojciec Pio

    Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie (na południu Włoch) 25 maja 1887 r. Już w dzieciństwie szukał samotności i często oddawał się modlitwie i rozmyślaniu. Gdy miał 5 lat, objawił mu się po raz pierwszy Jezus. W wieku 16 lat Franciszek przyjął habit kapucyński i otrzymał zakonne imię Pio. Rok później złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne. W 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już wtedy od dawna miał poważne problemy ze zdrowiem. Po kilku latach kapłaństwa został powołany do wojska. Ze służby został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo i tam przebywał aż do śmierci. Był kierownikiem duchowym młodych zakonników.

    Ojciec Pio przed wizerunkiem Ukrzyżowanego

    20 września 1918 r. podczas modlitwy przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego o. Pio otrzymał stygmaty. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiły się otwarte rany – znaki męki Jezusa. Wkrótce do San Giovanni Rotondo zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów i dziennikarzy, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego kapucyna. Stygmaty i mistyczne doświadczenia o. Pio były także przedmiotem wnikliwych badań ze strony Kościoła. W związku z nimi o. Pio na 2 lata otrzymał zakaz publicznego sprawowania Eucharystii i spowiadania wiernych. Sam zakonnik przyjął tę decyzję z wielkim spokojem. Po wydaniu opinii przez dr. Festa, który uznał, że stygmatyczne rany nie są wytłumaczalne z punktu widzenia nauki, o. Pio mógł ponownie publicznie sprawować
    sakramenty.

    Ojciec Pio ze stygmatami na dłoniach

    Ojciec Pio był mistykiem. Często surowo pokutował, bardzo dużo czasu poświęcał na modlitwę. Wielokrotnie przeżywał ekstazy, miał wizje Maryi, Jezusa i swojego Anioła Stróża. Bóg obdarzył go również darem bilokacji – znajdowania się jednocześnie w dwóch miejscach. Podczas pewnej bitwy w trakcie wojny, o. Pio, który cały czas przebywał w swoim klasztorze, ostrzegł jednego z dowódców na Sycylii, by usunął się z miejsca, w którym się znajdował. Dowódca postąpił zgodnie z tym ostrzeżeniem i w ten sposób uratował swoje życie – na miejsce, w którym się wcześniej znajdował, spadł granat.

    Ojciec Pio odprawiający Eucharystię

    Włoski zakonnik niezwykłą czcią darzył Eucharystię. Przez długie godziny przygotowywał się do niej, trwając na modlitwie, i długo dziękował Bogu po jej odprawieniu. Odprawiane przez o. Pio Msze święte trwały nieraz nawet dwie godziny. Ich uczestnicy opowiadali, że ojciec Pio w ich trakcie – zwłaszcza w momencie Przeistoczenia – w widoczny sposób bardzo cierpiał fizycznie. Kapucyn z Pietrelciny nie rozstawał się również z różańcem.

    Ojciec Pio niedługo przed śmiercią

    W 1922 r. powstała inicjatywa wybudowania szpitala w San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio gorąco ten pomysł poparł. Szpital szybko się rozrastał, a problemy finansowe przy jego budowie udawało się szczęśliwie rozwiązać. “Dom Ulgi w Cierpieniu” otwarto w maju 1956 r. Kroniki zaczęły się zapełniać kolejnymi świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki wstawienniczej modlitwie o. Pio. Tymczasem zakonnika zaczęły powoli opuszczać siły, coraz częściej zapadał na zdrowiu. Zmarł w swoim klasztorze 23 września 1968 r. Na kilka dni przed jego śmiercią, po 50 latach, zagoiły się stygmaty.W 1983 r. rozpoczął się proces informacyjny, zakończony w 1990 r. stwierdzeniem przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych jego ważności. W 1997 r. ogłoszono dekret o heroiczności cnót o. Pio; rok później – dekret stwierdzający cud uzdrowienia za wstawiennictwem o. Pio. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji o. Pio w dniu 2 maja 1999 r., a kanonizował go 16 czerwca 2002 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    23 września

    Błogosławiony Józef Stanek, pallotyński
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Stanek

    Józef Stanek urodził się w 1916 r. w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej, na pograniczu polsko-słowackim. Był ósmym, najmłodszym dzieckiem Józefa i Agnieszki, którzy zajmowali się rolnictwem. W 1923 r. rodzinę nawiedziła tragedia. Epidemia tyfusu w ciągu dziewięciu miesięcy pochłonęła życie obojga rodziców i dwóch dziadków. Opiekę nad Józefem przejęło starsze rodzeństwo, w szczególności 34-letnia najstarsza siostra Stefania i brat Wendelin.
    W 1929 r. Józef po ukończeniu podstawowej edukacji został wysłany do Wadowic. Tam ukończył szkołę średnią prowadzoną przez pallotynów. Nie było to łatwe, bo gdy przyjeżdżał do tej szkoły, nie znał dobrze języka polskiego – w domu rodzinnym mówiono bowiem spiską, góralską gwarą.
    Po maturze, w 1935 r., wstąpił do pallotynów w Sucharach nad Notecią k. Nakła. Tam odbył nowicjat. Pierwszą profesję złożył dwa lata później. Studia filozoficzno-teologiczne rozpoczął w seminarium pallotynów w Ołtarzewie koło Ożarowa. Gdy wybuchła II wojna światowa, klerycy z Ołtarzewa zostali ewakuowani przed najeżdżającymi Rzeczpospolitą wojskami niemieckimi – na wschód. Tam wpadli w ręce sowieckie.
    Józkowi udało się na szczęście uciec z naprędce zorganizowanego obozu przejściowego. Powrócił do rodzinnego Spiszu, w międzyczasie przyłączonego do współpracującego z Niemcami państwa słowackiego. Po krótkim pobycie w rodzinnych stronach wrócił do Ołtarzewa. Spotkał się tam z wieloma innymi seminarzystami, którzy po wojnie obronnej 1939 r. zdołali powrócić. Święcenia kapłańskie przyjął w 1941 r. w katedrze w Warszawie.
    Rozpoczął studia specjalistyczne na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Złożył też, gdzieś w 1941 r., przysięgę Związku Walki Zbrojnej ZWZ, przemianowanej w 1942 r. na Armię Krajową, stając się jej członkiem i rozpoczynając działalność w podziemnej konspiracji. Jednocześnie posługiwał jako duszpasterz i kapelan Zakładu Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach przy ul. Hożej w Warszawie. Tam też, 1 sierpnia 1944 r., zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.
    Do drugiej połowy sierpnia ofiarnie spełniał posługę na Koszykach, pełniąc rolę kapelana, także w prowizorycznych szpitalach powstańczych. Wtedy to przełożeni skierowali go do pracy w Zgrupowaniu AK “Kryska”, walczącym w okolicy ul. Czerniakowskiej na Powiślu. Ksiądz Józef przybrał pseudonim “Rudy”. Rozpoczął szeroką i wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Odprawiał Msze św. polowe i spowiadał. Często odwiedzał polowe szpitale, niosąc duchową pomoc i nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych.
    Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach Powstania na przyczółku czerniakowskim, jednym z regionów Warszawy znajdującym się jeszcze w ręku powstańców.
    Chociaż miał możliwość uratowania życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej. Oddał przeznaczone dla niego miejsce rannemu żołnierzowi. Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym, walczącym brzegu rzeki. Od 10 do 23 września trwały krwawe walki o przyczółek Czerniakowski. Teren opanowany przez powstańców nieustannie zmniejszał się. Wkrótce część żołnierzy ewakuowała się kanałami na Mokotów, inni dostali się na prawy brzeg Wisły.
    23 września 1944 r. Niemcy wysłali na tereny bronione przez “Kryskę” parlamentariuszy – przedstawicieli ludności cywilnej – z wezwaniem do poddania się i całkowitej kapitulacji. Powstańcy podjęli rozmowy. Działania zostały przerwane. Nastąpiła ewakuacja rannych i ludności cywilnej. W pertraktacjach wziął udział kapelan “Kryski” – Józef Stanek “Rudy”. Rozmowy nie dały jednak rezultatów. Powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków. Józef Stanek został zatrzymany przez Niemców jako zakładnik.
    Ściągnął na siebie specjalną nienawiść Niemców między innymi za to, że polecił powstańcom, na własną odpowiedzialność, przed poddaniem niszczyć broń. Każdego bowiem schwytanego powstańca z bronią w ręku rozstrzeliwano. Ks. Józef nie chciał także, aby broń dostała się w ręce hitlerowców i służyła zabijaniu Polaków.
    Dla ks. Józefa Niemcy przygotowali specjalny rodzaj śmierci. Bity, popychany przez hitlerowskich siepaczy, został odprowadzony pod szubienicę – wystającą z muru żelazną belkę. Podchodził do niej spokojnie, z powagą i majestatem… W sąsiedztwie Niemcy pędzili – jak się okazało do niewoli, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – opuszczającą płonącą Warszawę ludność cywilną i ukrywających się wśród niej żołnierzy AK. Chcieli im pokazać, jaki los spotyka “głównego bandytę Powstania”. Zarzucono mu pętlę na szyję (ponoć była to jego stuła). Ks. Stanek, w czarnej sutannie, choć bez oznak Armii Krajowej, wyprostował się i w ostatnich chwilach życia, spod szubienicy, błogosławił przechodzących żołnierzy i ludność cywilną, których wcześniej spowiadał i podnosił na duchu. Powieszono go na zapleczu magazynu przy ulicy Solec.
    W 1945 r. jego szczątki ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie (ogółem, w dwóch mogiłach, pochowano 278 pomordowanych). Rok później przeniesiono je na Powązki. Szczątki, w sutannie, były dobrze zachowane – na szyi widać było odciśniętą pętlę. W kieszeni sutanny znajdował się kapłański brewiarz. W 1987 r. spoczęły one w kwaterze zgrupowania AK “Kryska” na tym cmentarzu. Przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec w 1994 r. postawiono pomnik księdza oraz innych żołnierzy i powstańców walczących na tym terenie.
    Beatyfikacji ks. Józefa Stanka dokonał św. Jan Paweł II w grupie 108 polskich męczenników za wiarę w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie. W 2000 r. relikwie bł. ks. Józefa Stanka zostały przeniesione do dolnego kościoła Chrystusa Króla w parafii pw. św. Wincentego Pallottiego w Warszawie. Cztery lata później ks. Józefa ustanowiono patronem kaplicy w nowo otwartym Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 września

    Błogosławiona
    Bernardyna Maria Jabłońska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci Maurycy i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Emmeran, męczennik
      •  Święty Ignacy z Santhià, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Maria od Krzyża Mendez, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławieni Tomasz Sitjar, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Błogosławieni Dionizy Pamplona, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks IV, papież
    Błogosławiona Bernardyna Maria Jabłońska

    Maria Jabłońska urodziła się 5 sierpnia 1878 roku we wsi Pizuny koło Lubaczowa. Była jednym z czworga dzieci niezamożnych rolników Grzegorza i Marii. Do szkoły nie chodziła, pisać i czytać nauczył ją domowy nauczyciel. W wieku 18 lat po spotkaniu Brata Alberta Chmielowskiego wstąpiła do Albertynek. Została główną kucharką w Miejskim Domu Kalek. W jej zapiskach można przeczytać: “Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególnie Jego miłosierdzia nad nędzami duszy i ciała bliźnich”.
    24-letnią siostrę Marię, która w zakonie przybrała imię Bernardyna, brat Albert mianował przełożoną generalną Albertynek. W testamencie napisała: “Czyńcie dobrze wszystkim” – jakby uzupełniając słowa Adama Chmielowskiego: “Trzeba być dobrym jak chleb”. Siłę siostra Bernardyna odnajdywała w Eucharystii. W dzień zajęta sprawami Zgromadzenia i ubogich, nie miała czasu na dłuższą modlitwę, więc wynagradzała Panu Bogu, trwając nocą godzinami przed Najświętszym Sakramentem. To umiłowanie Jezusa w Eucharystii przekazała swoim siostrom, zachęcając je do częstej adoracji. Zmarła 23 września 1940 roku.
    Beatyfikacji Bernardyny Jabłońskiej dokonał 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas Mszy św. odprawianej pod Krokwią w Zakopanem. W homilii mówił on między
    innymi:

    Św. Jan Paweł II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej, Zakopane, 6 czerwca 1997 r.

    Maria Bernardyna Jabłońska – duchowa córka św. brata Alberta Chmielowskiego, współpracownica i kontynuatorka jego dzieła miłosierdzia – żyjąc w ubóstwie dla Chrystusa poświęciła się służbie najuboższym. Kościół stawia nam dzisiaj za wzór tę świątobliwą zakonnicę, której dewizą życia były słowa: “dawać, wiecznie dawać”. Zapatrzona w Chrystusa, szła wiernie za Nim, naśladując Go w miłości. Chciała zadośćuczynić każdej prośbie ludzkiej, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choćby słowem każdą cierpiącą duszę. Chciała być dobrą zawsze dla wszystkich, a najlepszą dla najbardziej pokrzywdzonych. “Ból bliźnich moich jest bólem moim” – mawiała. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych.
    Ta wielka heroiczna miłość dojrzewała na modlitwie, w ciszy pobliskiej pustelni na Kalatówkach, gdzie przez jakiś czas przebywała. W najtrudniejszych chwilach życia – zgodnie z zaleceniami jej duchowego opiekuna – polecała się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jemu ofiarowała wszystko, co posiadała, a zwłaszcza cierpienia wewnętrzne i udręki fizyczne. Wszystko dla miłości Chrystusa! Jako przez wiele lat przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Posługujących Ubogim III Zakonu św. Franciszka – albertynek, nieustannie dawała swoim siostrom przykład tej miłości, która wypływa ze zjednoczenia ludzkiego serca z Najświętszym Sercem Zbawiciela. To Serce Jezusa było jej umocnieniem w heroicznej posłudze najbardziej potrzebującym.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 września

    Święty Mateusz, Apostoł i Ewangelista

    Zobacz także:
      •  Jonasz, prorok
    Święty Mateusz

    Ewangeliści Marek i Łukasz nazywają Mateusza najpierw “Lewi, syn Alfeusza” (Mk 2, 14; Łk 5, 27), dopiero później w innych miejscach wymieniane jest imię Mateusz. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Pochodzi ono z hebrajskiego Mattaj lub Mattanja, co po polsku oznacza “dar Boga” (Teodor, Deusdedit, Bogdan).
    Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów.

    Nawrócenie świętego Mateusza

    W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei.
    Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami (Mt 9, 11; 11, 19; Mk 2, 15. 16; Łk 3, 12; 5, 29-30; 7, 34; 15, 12; 19, 2), to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich (Łk 19, 9-10; Mt 9, 10-11), nawet z nimi jadał (Łk 5, 29-33), jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści (Łk 18, 9-14). Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia (Łk 19, 8). Kiedy Żydzi postawili zarzut: “Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie św. Mateusz (Mt 9, 12-13).
    O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania (Mt 9, 1-8). O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Być może Mateusz słuchał wcześniej mów pokutnych Jana Chrzciciela. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.
    O powołaniu Mateusza na Apostoła piszą w swoich Ewangeliach także św. Marek i św. Łukasz (Mk 2, 13-17; Łk 5, 27-32). Jest to jednak równocześnie pierwsza i ostatnia osobna wzmianka o nim w Piśmie świętym. Potem widzimy go jedynie w spisach ogólnych na liście Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). W katalogach Apostołów figuruje on na miejscu siódmym lub ósmym.

    Święty Mateusz

    Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Najstarsza tradycja kościelna za autora pierwszej Ewangelii zawsze uważała Mateusza. Twierdzą tak m.in. Papiasz, biskup Hierapolis, Klemens Aleksandryjski, Orygenes i Ireneusz. Pierwotnie Ewangelia według św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Tłumacze pozostawili część słownictwa aramejskiego, chcąc zachować tzw. ipsissima verba Iesu – najbardziej własne słowa Jezusa.
    Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.
    Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Relikwie Mateusza miały być przewiezione ze Wschodu do Paestum (Pasidonii) w Italii. Jego ciało przewieziono do Italii w X w. Znajduje się ono obecnie w Salerno w dolnym kościele, wspaniale ozdobionym marmurami i mozaikami. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Mateusz uznawany jest za męczennika.
    Z apokryfów o Mateuszu dochowały się jedynie tzw. Ewangelia (inna, oczywiście) i Dzieje. Pierwszy utwór nieznanego autora pochodzi z VI w. i zdradza duże zapożyczenie w Protoewangelii Jakuba (aż 24 rozdziały są niemal identyczne). Pozostałe rozdziały tej Pseudo-ewangelii zawierają w sobie tak wiele cudowności i legend, że nie stanowią wiarygodnego źródła.W ikonografii św. Mateusz przedstawiany był w postaci młodzieńca, później – zwłaszcza w sztuce bizantyjskiej – jako siwowłosy, stary mężczyzna. W sztuce zachodniej od czasów średniowiecza dominuje obraz silnie zbudowanego, brodatego mężczyzny w średnim wieku. Ubrany bywa w tradycyjną długą, białą suknię apostolską i w tunikę. Bywa także ukazywany w postawie siedzącej, kiedy pisze – przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda, postać uskrzydlonego młodzieńca, sakwa z pieniędzmi u stóp, torba podróżna.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 września

    Błogosławiona
    Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter, Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze
      •  Święty Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
      •  Błogosławiony Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
      •  Kościół katedralny w Legnicy
    Błogosławiona Maria Teresa od św. Józefa

    Anna Maria Tauscher van den Bosch urodziła się 19 czerwca 1855 r. w niemieckiej rodzinie protestanckiej w miejscowości Sądów, tuż przy obecnej granicy Polski z Niemcami. Za jej życia obszar ten należał geograficznie do Państwa Niemieckiego, a wioska nosiła nazwę Sandow. Jej ojciec, Herman, był tam pastorem protestanckim. Matka, Maria Paulina, także wyznania luterańskiego, żywiła jednak szczególne nabożeństwo do Matki Chrystusa, co spowodowało, że pierwsza córka została ochrzczona jako Anna Maria.
    W maju 1862 r. rodzina przeniosła się do Arnswalde. Dla siedmioletniej Anny Marii był to czas wielkiej zmiany: z cichej wiejskiej plebani, dom rodzinny przekształcił się w miejski ośrodek katechetyczno-charytatywny, w którym rodzice gromadzili dzieci na naukę religii i który nawiedzali liczni ubodzy, znajdując pociechę duchową i pomoc materialną.
    Kiedy w 1865 r. pastor Herman Tauscher otrzymał przeniesienie do Berlina, Anna Maria rozchorowała się i musiała przerwać naukę w szkole. Rodzice posłali ją wraz z siostrą Elizą na wieś do krewnych matki. Tam poczuła się lepiej, chodziła do szkoły i tam też poznała katolicyzm, który zaczął ją stopniowo urzekać. Gdy w 1872 r. ojciec zaproponował jej przyjęcie sakramentu konfirmacji (w katolicyzmie bierzmowania), oświadczyła mu, że bardziej niż z protestantyzmem utożsamia się z Kościołem katolickim.
    W 1874 r. zmarła matka Anny Marii. Dziewczyna, jako najstarsza córka, zaczęła prowadzić dom, wspomagając ojca i swe młodsze siostry. Opuściła ich dopiero pięć lat później, gdy owdowiały ojciec poślubił nową małżonkę i plebania zyskała nową “panią pastorową”. Anna Maria przeprowadziła się wówczas do Kolonii, gdzie została dyrektorką domu dla upośledzonych i chorych psychicznie. Tam, mimo sprzeciwu ojca, postanowiła przejść na katolicyzm. W wieku 33 lat przyjęła chrzest w kościele Świętych Apostołów w Kolonii. Uczyniła to pod wpływem lektury Księgi życia św. Teresy od Jezusa. W reformatorce Karmelu Anna Maria znalazła wzór życia, łączącego modlitewnego ducha Karmelu Terezjańskiego z działalnością apostolską. Przy pomocy kilku kobiet, które do niej dołączyły, zakładała ośrodki dla dzieci i ludzi starszych, którzy potrzebowali opieki.
    Po trzech latach postanowiła założyć zgromadzenie zakonne i przyjęła w nim imię Marii Teresy od św. Józefa. Od początku zajmowało się ono opieką nad biednymi, zwłaszcza dziećmi. Jego pierwszy dom w Berlinie nazywał się: “Dom dla nie mających domu”. Wspólnota przyjęła zaś nazwę zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Boskiego Serca Jezusa. W okresie kulturkampfu państwo pruskie przeszkadzało w zakładaniu klasztorów i rozwijaniu życia zakonnego, matka Maria Teresa postanowiła więc przenieść macierzysty dom zgromadzenia do Rocca di Papa koło Rzymu. Nowicjat dla całego zgromadzenia powstał natomiast w Sittard w Holandii.
    W 1912 r. Maria Teresa wyjechała na kilka lat do Stanów Zjednoczonych na fundację nowego klasztoru za oceanem, co uczyniła za swego życia nie tylko w USA, ale i w Kanadzie. Gdy jednak wybuchła I wojna światowa, władze włoskie skonfiskowały macierzysty dom zgromadzenia w Rocca di Papa jako “własność niemiecką”. Wróciwszy do Europy w 1920 r., Maria Teresa skierowała się do Sittard, przekształcając dom nowicjatu w dom generalny. Tam zmarła 20 września 1938 r., mając 83 lata.
    Proces beatyfikacyjny m. Marii od św. Józefa rozpoczął się w Holandii w 15 lat po jej śmierci. Jej beatyfikacja nastąpiła 13 maja 2006 r.
    Siostry ze zgromadzenia założonego przez bł. Marię pracują dziś w 11 krajach Europy i obu Ameryk. W 57 klasztorach jest ich prawie pięćset. W swym życiu łączą ducha Karmelu z działalnością w przedszkolach, szkołach, ośrodkach dla młodzieży i osób starszych potrzebujących opieki.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 września

    Najświętsza Maryja Panna z La Salette

    Zobacz także:
      •  Święty January, biskup i męczennik
      •  Święty Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
      •  Święty Józef z Kupertynu, prezbiter
      •  Błogosławiony Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
      •  Święta Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
    Matka Boża z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.
    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.
    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
    Słowo pommes de terre wprawiło w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używało w tamtej okolicy, na ziemniaki mówiło się las truffas. Pasterka zwróciła się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedziła: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.
    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.
    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.
    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.
    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Matka Boża z La Salette

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.
    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.
    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.
    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.
    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 września

    Święty Stanisław Kostka, zakonnik
    patron Polski

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Kut, prezbiter i męczennik
    Święty Stanisław Kostka

    Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
    Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim “nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
    Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za “dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami “jezuity” i “mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę “normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
    W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Dzieciątko Jezus z rąk Maryi

    Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
    Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Komunię św. z rąk anioła

    Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
    Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”.
    Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).

    Święty Stanisław Kostka

    W ikonografii św. Stanisław Kostka przedstawiany jest w stroju jezuity. Jego atrybutami są: anioł podający mu Komunię, Dziecię Jezus na ręku, krucyfiks, laska pielgrzymia, lilia, Madonna, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    17 września

    Stygmaty św. Franciszka z Asyżu

    Zobacz także:
      •  Święty Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
      •  Święta Hildegarda z Bingen, dziewica i doktor Kościoła
      •  Święty Jan Macías, zakonnik
      •  Święty Piotr z Arbués, męczennik
      •  Święty Marcin z Finojosa, biskup
      •  Święty Lambert z Liege, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
    Święty Franciszek z Asyżu otrzymuje stygmaty

    W roku 1224 św. Franciszek z Asyżu otrzymał dar stygmatów. W jego życiu od dawna szczególne miejsce zajmowała kontemplacja wcielenia Chrystusa. Najprawdopodobniej 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, kiedy na górze La Verna Franciszek modlił się i kontemplował mękę Chrystusa, doświadczył nadprzyrodzonego spotkania z Chrystusem, który ukazał mu się jako serafin, okryty sześcioma skrzydłami i przybity do krzyża. Z jego ciała wychodziły promienie, które przeszyły stopy, dłonie i bok św. Franciszka.
    Opis tego wydarzenia przekazał nam Tomasz z Celano, franciszkanin żyjący w XIII wieku, historyk i pierwszy biograf Franciszka. Zatopiony w kontemplacji, Franciszek “ujrzał w widzeniu rozciągniętego nad sobą Serafina, wiszącego na krzyżu, mającego sześć skrzydeł, za ręce i nogi przybitego do krzyża. Dwa skrzydła unosiły się mu nad głową, dwa wyciągały do lotu, a dwa okrywały całe ciało. Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż, podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu.
    Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu. Jego ręce i nogi wyglądały przebite gwoździami w samym środku; główki gwoździ były widoczne na wewnętrznej stronie rąk i na wierzchniej stronie nóg, a ich ostre końce były na stronie odwrotnej… Zaś prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.Święto stygmatów św. Franciszka, potwierdzone przez papieża Benedykta XI, zostało ustanowione na kapitule generalnej franciszkanów w 1337 roku w Cahors we Francji. Jest obchodzone 17 września w całym zakonie franciszkańskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    17 września

    Hildegarda – święta nie tylko od diet i postów

    Św. Hildegarda, którą w Kościele wspominamy 17 września, to nie tylko autorka znanych diet i postów, jak często ją kojarzymy. To przede wszystkim wielka święta, której duchowość może zachwycić niejednego z nas.

    • Nigdy jednak nie wbiła się w pychę – przeciwnie, pozostała nad wyraz skromna, nawet kiedy przemawiała w imię autorytetu danego jej z góry
    • Mnich Gwibert z Gembloux chwalił macierzyńską postawę Hildegardy, która okazywała wielką miłość swoim ukochanym córkom i nikomu nie odmawiała uwagi i bliskości, dodając ducha nawet grzesznikom
    • Po pogrzebie świętej dwóch chorych ludzi doznało natychmiastowego uzdrowienia. Opowiadano również, że wokół jej grobu unosił się wspaniały zapach

    Jako prorokini i teolog uwierzytelniona przez Stolicę Apostolską zdobyła taką sławę, że nie mogła dłużej pozostawać w zamknięciu swojego klasztoru. Wyruszyła więc w drogę po męskich i żeńskich wspólnotach monastycznych, aby wzywać duchownych i świeckich do nawrócenia.

    Nigdy jednak nie wbiła się w pychę – przeciwnie, pozostała nad wyraz skromna, nawet kiedy przemawiała w imię autorytetu danego jej z góry. W razie konieczności okazywała stanowczość wobec upartych i zatwardziałych serc, w głębi duszy jednak była słaba i zawsze potrzebowała wsparcia modlitewnego oraz zaufanych osób, pojętnych i oświeconych, takich jak drogi jej mnich Wolmar, którego pewnego dnia zabrała śmierć.

    “Wtedy wielka żałość przeniknęła mą duszę i ciało, gdyż wskutek przeznaczenia śmierci zostałam pozbawiona owego człowieka, mędrca tego świata.”

    Wciąż była rozdarta – a przez to upokorzona – między chorobą, która okresowo unieruchamiała ją w łóżku, a odpowiedzialnością przewodniczki w Kościele.

    Z biegiem czasu, po przejściu arcytrudnych prób, zrozumiała, że w ludzkiej słabości dopełnia się moc Chrystusa wedle słów św. Pawła Apostoła: Mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.

    “Nigdy nie zaznałam spokoju, lecz męczyłam się z powodu licznych utrapień, aż [Bóg] wylał na mnie rosę swojej łaski. […] Ale zarazem tak mnie dotknął wieloma krzywdami, że nie ośmielałam się [nawet] myśleć, jak wielką łaskę mi okazuje w swojej dobroci, kiedy jeszcze widziałam wielkie opory ze strony tych, którzy sprzeciwiali się prawdzie Bożej.”

    Życie w Rupertsbergu było ciągłym współzawodnictwem w cnotach. Święta Hildegarda stała się wspaniałym przykładem tego, czym jest osoba kobiety w zamyśle Bożym: zbudowaniem bliźniego, dążeniem do wzniosłości, bliskością wobec spraw nieba.

    Mnich Gwibert z Gembloux, który odwiedził opactwo w 1177 roku, pozostawił cenne o nim świadectwo w liście do znajomego Bovo:

    Matka otacza córki taką miłością, a one podporządkowują się matce z takim uszanowaniem, że trudno ocenić, czy w tym wielkim zapale matka prześciga córki, czy raczej one matkę. Te pobożne służebnice gorliwie oddają cześć Bogu jednozgodnymi uczuciami, sobie samym – swoją dyscypliną, sobie nawzajem – szacunkiem i posłuszeństwem. Pałają taką żarliwością, że dzięki pomocy Chrystusa doprowadziły do zwycięstwa płci słabej nad sobą, światem i demonem, a widok ten raduje serce. Pamiętają bowiem o wezwaniu Pana: „Oswobodźcie swoje serce, a poznacie, że ja jestem Bogiem”.

    W dni świąteczne zakonnice przerywały pracę i zasiadały w milczeniu w klauzurze, aby z zapałem oddawać się lekturze i nauce śpiewu. W dni robocze natomiast poza porami modlitwy pilnie pracowały: przepisywały księgi, szyły ubiory liturgiczne, haftowały, zajmowały się ogrodem, pielęgnowały kwiaty, uprawiały rośliny lecznicze, prowadziły infirmerię i aptekę… Działała także szkoła, ponieważ szlachta powierzała mniszkom wychowanie swoich córek, i to niezależnie od ich powołania zakonnego.

    W klasztornym skryptorium ciągle zużywano atrament na przepisywanie woluminów Hildegardy. Poza tym czytano treści duchowe dla zbudowania dusz i pracowano dla odpędzenia próżniactwa, wroga duszy, tym sposobem przeciwdziałając spłyceniu, które zagraża tam, gdzie wspólnie spędza się czas na bezczynności.

    Mnich Gwibert z Gembloux chwalił macierzyńską postawę Hildegardy, która okazywała wielką miłość swoim ukochanym córkom i nikomu nie odmawiała uwagi i bliskości, dodając ducha nawet grzesznikom. Za św. Paweł Apostołem mogła powtórzyć: Nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam.

    Na terenie klasztoru Rupertsberg mieszkały nie tylko, jak wiemy, córki szlacheckich rodzin, lecz także służba, którą należycie szanowano i wynagradzano. Niektórzy jednak krytykowali to rozwiązanie, dopatrując się w nim uprzedzeń klasowych.

    Jej córki duchowe pozostawiły świadectwo, że ich matka po niezliczonych, ciężkich bojach, rozpoczętych już we wczesnym dzieciństwie, pragnęła wreszcie umrzeć, aby zjednoczyć się z Chrystusem. Pan jej wysłuchał i objawił, kiedy nastąpi jej odejście.

    Rano w poniedziałek 17 września 1179 roku Hildegarda oddała ducha w wieku osiemdziesięciu jeden lat. Świadkowie opowiadali, że ujrzano wtedy na niebie niezwykły znak – dwa różnobarwne łuki. W najwyższym punkcie ich przecięcia świeciło w oddali jasne światło w kształcie księżyca, a w nim ukazał się czerwony, stopniowo rosnący krzyż. Otaczały go liczne różnobarwne kręgi, w których tworzyły się kolejne małe krzyże lśniące czerwono, z własnymi wieńcami dookoła. Najpierw powiększały się na firmamencie, aby następnie rozpostrzeć się nad domostwem, w którym umarła św. Hildegarda, i cała Góra św. Ruperta została zalana promienistym światłem.

    Po pogrzebie świętej dwóch chorych ludzi doznało natychmiastowego uzdrowienia. Opowiadano również, że wokół jej grobu unosił się wspaniały zapach.

    Wbrew temu, jak zwykło się postępować ze zmarłymi założycielami, św. Hildegardy nie pochowano przed ołtarzem w kościele, lecz w zwykłym, poświęconym miejscu na przyklasztornym cmentarzu. Niemniej z racji dużej liczby pielgrzymów, którzy przybywali nawiedzać jej grób, ciało przeniesiono właśnie przed główny ołtarz świątyni w Rupertsbergu.

    Napływ pielgrzymów wciąż się jednak nasilał i wymykał spod kontroli, dlatego arcybiskup Moguncji postanowił przybyć do opactwa i stanąwszy przed grobem ksieni, uroczyście nakazał jej zaprzestać wstawiennictwa. Hildegarda – jak piórko mogąca swobodnie wzlatywać już nie w wizjach, lecz w osiągniętej rzeczywistości królestwa niebieskiego – posłuchała.

    Cristina Siccardi/Tygodnik Niedziela

    (artykuł zawiera fragmenty z książki Cristiany Siccardi “Święta Hildegarda z Bingen. Życie i Duchowość”, wyd. eSPe)

    ***

    Św. Hildegarda, mistyczka, która już od 3. roku życia rozmawiała z Bogiem

    Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet.

    Św. Hildegarda z Bingen
    Św. Hildegarda z Bingen · fot. Thomas Hummel, Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.

    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.

    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.

    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.

    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.

    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.

    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.

    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.

    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili. Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.

    źródło: brewiarz.pl

    ***

    16 września

    Święci męczennicy
    Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Edyta, ksieni
      •  Święta Eufemia, męczennica
      •  Święty Doroteusz z Tebaidy
      •  Błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, męczennicy
    Święty Korneliusz

    Korneliusz był synem Kastyna z rodu Cornelia. Jako kapłan rzymski był bliskim współpracownikiem papieża św. Fabiana (236-250). Z listu św. Cypriana z Kartaginy dowiadujemy się, że Korneliusz został namiestnikiem Chrystusa nie dzięki własnej inicjatywie, ale został wybrany głosem ludu rzymskiego ze względu na swoją pokorę, łagodność i roztropność. Cyprian pisze, że Korneliusz przeszedł wszystkie stopnie w hierarchii kościelnej, zanim został wybrany biskupem rzymskim. Z tego wynika, że w Kościele rzymskim był już od dłuższego czasu. Po męczeńskiej śmierci św. Fabiana (+ 250), poniesionej w czasie prześladowania, jakie rozpętał cesarz Decjusz, Stolica Rzymska była przez dłuższy czas nieobsadzona. W tym okresie Kościołem zarządzali wspólnie duchowni, których rzecznikiem był prezbiter Nowacjan.
    Gdy prześladowania ustały, wybór większości padł na Korneliusza, a nie – jak się spodziewał Nowacjan – na niego. Mniejszość gminy ogłosiła w tym czasie papieżem Nowacjana. Nowacjan, by zyskać dla siebie zwolenników, zaczął rozsyłać do biskupów listy i swoich wysłańców. Nawet Cyprian nie był pewien, kto jest właściwie biskupem rzymskim. Wysłał swoich delegatów, by na miejscu zorientowali się w sytuacji. Kiedy przekonał się, że prawowitym biskupem rzymskim jest Korneliusz, udzielił mu całkowicie swojego wsparcia. Skłonił także biskupów Afryki, by go uznali. Nowacjanowi natomiast udało się pozyskać dla siebie biskupa Antiochii.
    Korzystając z chwilowego pokoju, jaki nastał dla Kościoła po śmierci Decjusza (+ 251), papież Korneliusz zwołał do Rzymu synod, na którym Nowacjan został potępiony i wyłączony ze wspólnoty Kościoła. Aktualne wówczas stało się pytanie, co należy uczynić z tymi, którzy za prześladowania Decjusza ze strachu wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić (z łac. lapsi). Rygoryści byli za tym, by ich do Kościoła ponownie nie przyjmować; jednak dzięki papieżowi uchwalono, że ich powrót do Kościoła – po spełnieniu określonych warunków – będzie możliwy.
    Korneliusz rządził Kościołem w latach 251-253. Po raz pierwszy w historii Kościoła Korneliusz wymienił w swoich pismach wszystkie stopnie duchowieństwa rzymskiego. Kościół w Rzymie liczył za jego panowania 46 kapłanów, 7 diakonów, 7 subdiakonów, 42 akolitów, 52 egzorcystów, a także kilkunastu lektorów i ostiariuszy. Cała gmina chrześcijańska w Rzymie liczyła wówczas, jak się przypuszcza, ok. 10 tysięcy wiernych.

    Święci Korneliusz i Cyprian

    Po krótkotrwałym pokoju w Rzymie wybuchła epidemia (252). Dla przebłagania bóstw urządzano publiczne procesje i modły, składano ofiary. Chrześcijanie nie mogli w nich uczestniczyć. Rozjuszony tłum rzucał się na domy modlitwy chrześcijan i burzył je. Atakowano chrześcijan i zabijano ich, uważając, że to oni są sprawcami zarazy, bo swoim kultem wywołali gniew bogów. W takiej właśnie sytuacji w 253 r. poniósł śmierć męczeńską Korneliusz. Według innej wersji Korneliusz został skazany przez cesarza Trebonaniusa Gallusa na wygnanie do Civitavecchia, a tam, źle traktowany – zmarł.
    Cyprian w swoich listach nazywa go męczennikiem – i taką też Korneliusz odbiera cześć. Tytuł znaleziony w katakumbach św. Kaliksta potwierdza, że już w początkach chrześcijaństwa Korneliusz odbierał cześć jako męczennik. Grób św. Korneliusza ozdobił pięknym wierszem w katakumbach papież św. Damazy (366-384). Relikwie św. Korneliusza rozdzielono z czasem po różnych kościołach Włoch, Francji i Niemiec.
    Hieronim pisze, że już za jego czasów doroczną rocznicę św. Korneliusza liturgia rzymska łączyła ze wspomnieniem św. Cypriana. Dlatego ich wspomnienie przypada dzisiaj, chociaż śmierć zastała Korneliusza zapewne w lipcu 253 r.W ikonografii św. Korneliusz przedstawiany jest w stroju papieskim z paliuszem, czasami w tiarze. Jego atrybutami są korona w ręku, gałązka palmowa, miecz, róg, tiara.

    Święty Cyprian

    Thascius Caecilius Cyprianus urodził się około 210 r. w rodzinie pogańskiej, najprawdopodobniej w Kartaginie. Jego ojciec był senatorem i należał do najznakomitszych obywateli miasta. Początkowo jego życie było podobne do życia ówczesnej złotej młodzieży z arystokracji rzymskiej. Sam mówi, że “oddany był złym nałogom”, z których nawrócił go dopiero kapłan Cecyliusz. Miało to miejsce w 246 r. Wtedy też Cyprian przyjął chrzest. Przez wdzięczność dla mistrza i ojca duchowego przybrał jego imię. Rozpoczął wówczas w odosobnieniu pokutę za swe grzechy.
    Przykładnym, prawdziwie chrześcijańskim życiem uzyskał takie poważanie, że w 247 roku został wyświęcony na prezbitera przy jednomyślnym poparciu wiernych z Kartaginy. Kiedy w roku 248 umarł Donatus, biskup Kartaginy, Cyprian, mimo ucieczki i stawianego oporu, został odszukany i konsekrowany na biskupa. Sprzeciw wyraziło jednak pięciu kapłanów, którzy zazdrościli Cyprianowi tak szybkiego awansu. Odtąd stali się jego śmiertelnymi wrogami.
    Jako biskup Cyprian z całym zapałem zabrał się do naprawy obyczajów, do zwalczania błędów, do opieki nad powierzonymi sobie duszami, wreszcie także do misji, jaka go czekała wśród większości pogańskiej. Te wszystkie zabiegi przerwało jednak jedno z najkrwawszych prześladowań, jakie rozpoczął cesarz Decjusz (249-251). Nowy władca obrał sobie za cel wzmocnienie państwa w oparciu o pogan. Sobie nakazywał oddawać cześć boską. Ponieważ chrześcijanie kultu takiego oddawać mu nie chcieli i nie mogli, w odwecie nakazał ich tępić jako wrogów cesarstwa. Żądał, aby torturami zmuszać opornych do wyrzeczenia się wiary. Szczególną nienawiść obrócił przeciwko hierarchii kościelnej. Lud zaczął się domagać w amfiteatrze, aby biskupa Cypriana oddać na pożarcie lwom. Cyprian, idąc za radą Ewangelii i znanymi mu przykładami roztropnych i świątobliwych pasterzy, ukrył się na czas prześladowania (na początku 250 r.). Ze swego ukrycia przez kilka lat rządził Kościołem kartagińskim zarówno za pośrednictwem licznych listów pasterskich, jak i emisariuszy, których starannie wybierał spośród biskupów i prezbiterów.
    Po śmierci Decjusza powrócił do Kartaginy. Tu spotkał się z nowym problemem: wielu chrześcijan wystraszonych torturami wyparło się wiary. Teraz chcieli powrócić do wspólnoty z Kościołem. Rygoryści byli zdania, że nie wolno ich przyjmować. Inni znowu z biskupów afrykańskich przyjmowali ich na łono Kościoła zbyt łatwo. Na synodzie, zwołanym do Kartaginy, Cyprian przeprowadził zasadę, że “upadłych” (łac. lapsi) należy przyjmować ponownie do ich gmin, ale pod warunkami, które gwarantowałyby, że nie powtórzą już tego występku. Podobne stanowisko zajął w Rzymie papież Korneliusz, ale przeciwko niemu stanęła opozycja z antypapieżem Nowacjanem na czele. Cyprian nie tylko poparł papieża, ale nawet napisał osobny traktat: O jedności Kościoła. W tej samej sprawie napisał potem także drugi traktat: O upadłych. Na oba dzieła i na dekrety synodu kartagińskiego rygoryści odpowiedzieli zarzutem, że takie postępowanie będzie tylko zachętą, by przy najbliższej okazji ponownie wyprzeć się wiary.
    Niedługo potem północną Afrykę nawiedziła epidemia, która pochłonęła wiele ofiar. Podobnie jak w Rzymie, poganie urządzali procesje do świątyń swoich bóstw i składali ofiary. Chrześcijanie milczeli. Poganie uznali to za oznakę nienawiści do nich, a zarazę poczytali za gniew obrażonych bóstw. Cyprian napisał nowy traktat – O nieśmiertelności – w którym zbijał zarzuty stawiane przez pogan wyznawcom Chrystusa. Wykorzystał czas pokoju na to, by uzupełnić szeregi kleru swojej diecezji. Zwoływał synody dla przywrócenia karności i jedności w Kościele, organizował nowe gminy. Zyskał sobie w całej Afryce tak wielką powagę, że zwracano się do niego ze wszystkich stron po radę.
    W roku 255 powstał nowy problem: czy należy chrzcić na nowo tych, którzy wyrzekli się błędów heretyckich i połączyli się z Kościołem. Rzym stanął na stanowisku, że chrzest, jeśli był udzielony ważnie, nie może być ponawiany. Inaczej twierdzili jednak biskupi afrykańscy. Na synodzie w Kartaginie uchwalili oni w 256 r., że heretyków powracających na łono Kościoła, a ochrzczonych w herezji, należy chrzcić na nowo. Uchwałę tę podpisało w okręgu kartagińskim 72 biskupów, a w okręgu Mauretanii – 87. Cyprian popierał tę decyzję i stosowne uchwały przesłał do Rzymu, do papieża św. Stefana.
    Wybuchło w tym czasie kolejne prześladowanie zorganizowane przez cesarza Waleriana. Pod karą śmierci zakazał on zebrań liturgicznych. Wyłamujących się z tego zakazu karano konfiskatą majątku, banicją i śmiercią. Do dzisiaj zachował się dokładny opis przewodu sądowego i tekst wyroku śmierci na biskupa Cypriana. Po aresztowaniu został zesłany do miasteczka Kombis (257 r.). Przebywał tam prawie rok. Korzystając ze względnej wolności, w ukryciu nadal rządził swoją diecezją przez listy i swoich wysłanników. W lipcu 258 r. postawiono go przed sędzią, którym był ówczesny namiestnik cesarski (prokonsul), Galeriusz Maksym. Został skazany na śmierć przez ścięcie głowy. Wyrok wykonano w obecności zebranego ludu 14 września 258 r. W tym samym czasie w Rzymie odbywało się przeniesienie relikwii św. Korneliusza. Imiona obu męczenników wymienia się w Kanonie rzymskim.
    Św. Cyprian z Kartaginy jest największą postacią wśród świętych Kościoła Afryki północnej, obejmującej wybrzeże Morza Śródziemnego od Cieśniny Gibraltarskiej do Libii i Egiptu (wyłącznie).W ikonografii św. Cyprian przedstawiany jest w szatach biskupich. Jego atrybuty to biskupi krzyż, księga, gałązka palmowa, miecz, paliusz, pastorał.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 września

    Najświętsza Maryja Panna Bolesna

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Genueńska
      •  Błogosławiony Antoni Maria Schwartz, prezbiter
      •  Błogosławiony Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Paweł Manna, prezbiter
    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Maryja siedmiokrotnie przebita mieczem boleści

    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Maryja Bolesna

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.
    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 września

    Podwyższenie Krzyża Świętego

    Zobacz także:
      •  Święty Albert, biskup

    Aniołowie adorujący Krzyż

    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”

    Podwyższenie Krzyża

    W 614 r. na Ziemię Świętą napadli Persowie pod wodzą Chozroeza. Zburzyli wówczas wszystkie kościoły, także i kościół Bożego Grobu, a wiedząc, jak wielkiej czci doznaje Krzyż Pana Jezusa, zabrali go ze sobą. Cały świat modlił się o odzyskanie Krzyża Świętego. Po zwycięstwie, jakie cesarz Herakliusz odniósł nad Chozroezem, w traktacie pokojowym Persowie zostali zmuszeni do oddania świętej relikwii (628). Podanie głosi, że kiedy sam cesarz chciał na swoich ramionach zanieść Krzyż Chrystusa na Kalwarię, mógł to uczynić dopiero wówczas, kiedy zdjął swoje królewskie szaty. Jest to legenda, gdyż ze świadectwa św. Cyryla Jerozolimskiego (+ 387) wiemy, że już za jego czasów czcigodną relikwię podzielono na drobne części i rozesłano je niemal po wszystkich okolicznych kościołach.Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).

    Relikwiarz Krzyża św. z Olkusza

    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).

    Krzyż celtycki z Irlandii

    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 września

    Święty Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
    Święty Jan Chryzostom

    Jan urodził się ok. 349 r. (jak uważają katolicy) lub ok. 347 r. (jak podają prawosławni) w Antiochii, ówczesnej metropolii prowincji syryjskiej, jednym z największych miast świata. Pochodził z możnej rodziny. Jego ojciec był oficerem cesarskim. Wcześnie osierocił syna. Wszechstronne wykształcenie zapewniła Janowi matka. U jej boku wiódł życie na pół mnisze. Rozczytywał się w klasykach i uczył się ich na pamięć. Lubił jednak także rozrywkę i nie gardził młodzieńczymi figlami.
    Chrzest przyjął dopiero, gdy miał 20 lat. To był punkt zwrotny w jego dotychczasowym życiu. Wstąpił do stanu duchownego. Jako lektor uczestniczył w służbie liturgicznej u boku biskupa Antiochii, Melecjusza. Jednak po śmierci matki (372) opuścił Antiochię i udał się na pustkowie, by tam prowadzić życie ascetyczne. W grocie spędził 4 lata. Zbyt surowe życie tak dalece nadwyrężyło mu zdrowie, że musiał pustynię opuścić. Powrócił więc do Antiochii, gdzie ponownie pełnił obowiązki lektora (378), a potem diakona (381). Święcenia kapłańskie przyjął w roku 385, gdy miał już ok. 36 lat.
    W roku 387 w Antiochii wybuchły rozruchy przeciwko cesarzowi, Teodozemu I Wielkiemu. Rozjuszony tłum zaczął rozbijać pomniki cesarza, co wywołało ze strony władz represje. Wtedy to Jan wygłosił słynne Mowy wielkopostne, w których zganił popędliwość ludu, a równocześnie wstawiał się za nim. Wpłynął także na biskupa Antiochii, Flawiana, by ten osobiście wstawił się za swoim ludem u cesarza. Cesarz ogłosił amnestię i zakazał swojemu namiestnikowi represji. To zjednało Janowi wielką wdzięczność ludu i przydomek Złotousty (Chryzostom). Na jego kazania przybywały tłumy.
    W roku 397 zmarł patriarcha Konstantynopola. Urząd ten cesarz ofiarował Janowi. Konsekrowany na biskupa przez patriarchę Aleksandrii, Jan z całym zapałem wziął się do pracy dla dobra swojej owczarni. Udało mu się najpierw pojednać ze Stolicą Apostolską biskupa Antiochii, Flawiana. W ten sposób zakończyła się przykra schizma z Rzymem. Na swoim dworze Jan zniósł wszelki przepych, jakim dotąd otaczali się jego poprzednicy. Zachęcał swoje duchowieństwo do podobnej reformy. Lud zjednał sobie wspaniałymi kazaniami, jakie regularnie głosił, i troską o potrzeby zwykłych ludzi. Piętnował nadużycia, nie szczędząc także dworu cesarskiego. Dla ubogich i bezdomnych wystawiał gospody i schroniska. Użyczył azylu nawet ministrowi cesarskiemu, kiedy ten popadł w niełaskę. Wysyłał misjonarzy na obszary objęte przez Arabów.
    Tradycja przypisuje św. Janowi Chryzostomowi autorstwo jednej z form celebracji Boskiej Liturgii, nazywanej jego imieniem, która do dziś jest praktykowana w obrządku bizantyjskim. Jest to tzw. zwyczajna (czyli odprawiana przez większą część roku) liturgia prawosławna i grekokatolicka.

    Święty Jan Chryzostom

    Z czasem pojawili się przeciwnicy radykalnego patriarchy. Duchowni mieli mu za złe, że zbyt wiele od nich wymagał; klasztory – że wprowadzał w nich pierwotną karność, a zwalczał rozluźnienie obyczajów. Ponadto Jan naraził się na gwałtowne ataki ze strony św. Epifaniusza tym, że dał u siebie schronienie zwalczanym zwolennikom nauki Orygenesa. Zarzucano mu, że okazuje jawnie sympatię dla Orygenesa. Najwięcej kłopotów wywołało jednak to, że Jan zaatakował w swoich kazaniach zbyt swobodne życie dworu cesarskiego, przede wszystkim cesarzowej Eudoksji. Z polecenia cesarzowej zwołano pod Chalcedonem synod, zwany później synodem “Pod Dębem” (nazwa wywodzi się od miejscowości Onercia – Dąb). Wrogowie Jana pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii, Teofila, posunęli się do tego, że usunęli Jana z urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go na banicję. Wywieziono go do Prenetos w Bitynii. Lud jednak tak gwałtownie wystąpił w obronie swego pasterza, że cesarzowa była zmuszona przywrócić biskupowi wolność.
    Spokój trwał jednak krótko. Cesarzowa kazała wystawić sobie pomnik przed samą katedrą Mądrości Bożej, gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nie licujące ze świętym miejscem. Jan potępił to w kazaniu z całą stanowczością. W odwecie cesarzowa zwołała do Konstantynopola synod swoich zwolenników, który ponownie deponował Jana. Na mocy orzeczeń tegoż synodu, w roku 404, cesarzowa skazała Jana na wygnanie. Wśród szykan i niewygód prowadzono go do Cezarei Kapadockiej, stąd do Tauru, wreszcie do Pontu nad Morzem Czarnym. Zima była bardzo surowa, co wymagało od biskupa szczególnego hartu. On jednak nie załamał się. Pisał listy do papieża oraz do wpływowych i wiernych sobie osób. Papież pięknym listem pochwalił bohaterstwo Chryzostoma i wysłał legatów w jego obronie do Konstantynopola. Dwór cesarski jednak ich nie przyjął.

    Święty Jan Chryzostom

    Jan Złotousty zmarł w drodze, w mieście Comana, 14 września 407 r. Już w roku 428 Kościół w Konstantynopolu obchodził doroczną pamiątkę św. Jana Chryzostoma. W roku 438, na żądanie patriarchy stolicy cesarstwa – św. Proklusa, cesarz Teodozy II nakazał sprowadzić relikwie Chryzostoma. 27 stycznia 438 r. triumfalnie witał je Konstantynopol. Ciało złożono w kościele Dwunastu Apostołów. W roku 1489 sułtan turecki Bajazed II podarował te relikwie królowi francuskiemu Karolowi VIII. Od roku 1627 relikwie znajdują się w Rzymie, w bazylice św. Piotra, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Ponadto relikwie św. Jana Chryzostoma znajdują się dzisiaj także na Górze Athos, w Brugii, Clairvaux, Dubrowniku, Kijowie, Maintz, Messynie, Moskwie, Paryżu i Wenecji.
    Jan pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką: kanon liturgii świętej (Boska Liturgia św. Jana Złotoustego), liczne pisma teologiczne (traktaty o naturze boskiej i ludzkiej Jezusa, o Eucharystii – jako identycznej ofierze z ofiarą na Krzyżu, o prymacie papieskim, O kapłaństwie, O wychowaniu syna oraz Przeciwko Żydom i poganom), kazania, które są w znacznej mierze komentarzem do Pisma świętego, mowy i szeroką korespondencję (w tym 17 listów do św. Olimpii, diakonisy). Jan Złotousty wyróżniał się przede wszystkim jako znakomity znawca pism św. Pawła Apostoła. Całość dzieł Chryzostoma obejmuje kilka opasłych tomów.
    Św. Jan Chryzostom należy do czterech wielkich doktorów Kościoła wschodniego (obok św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Atanazego). Na Wschodzie cieszy się tak wielkim kultem, że jego imię wspomina się w roku liturgicznym kilka razy. Papież Pius V ogłosił go doktorem Kościoła (1568). Jest patronem kaznodziejów i studiujących teologię oraz orędownikiem w sytuacjach bez wyjścia.W ikonografii św. Jan Chryzostom przedstawiany jest jako patriarcha w stroju rytu ortodoksyjnego (z dużymi krzyżami), czasami jako biskup Kościoła katolickiego, zazwyczaj z krótką, niekiedy spiczastą bródką i łysiną czołową. Prawą rękę ma uniesioną w błogosławieństwie, w lewej trzyma Ewangelię. Niekiedy wyobrażany jest z krzyżem w dłoni. W ikonografii często spotykany jest na ikonach “Trzech Wielkich Hierarchów” razem ze św. Bazylim Wielkim i św. Grzegorzem Teologiem, spośród których wyróżnia się przede wszystkim najkrótszą brodą.
    W sztuce zachodniej jego atrybutami są: księga, osioł, pisarskie pióro.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 września

    Najświętsze Imię Maryi

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Piekarska
      •  Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
      •  Święty Gwidon z Anderlecht
      •  Święty Piotr z Tarentaise, biskup
      •  Błogosławiona Maria od Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Luiza Prosperi, zakonnica
    Najświętsza Maryja PannaI

    mię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się “Mój Pan jest wielki”.
    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa
    Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna

    Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    10 września

    Święty Mikołaj z Tolentino, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Pulcheria, cesarzowa
      •  Błogosławiony Ogleriusz, opat
      •  Błogosławiony Franciszek Gárate, zakonnik
    Święty Mikołaj z Tolentino

    Mikołaj urodził się w Castel Sant Angelo (obecnie Sant Angelo di Pontano), we Włoszech, w roku 1245. Na chrzcie otrzymał imię Mikołaj, gdyż rodzice prosili o syna przez wstawiennictwo św. Mikołaja z Bari – matka była bowiem od wielu lat niepłodna. W podzięce rodzice ofiarowali syna, gdy miał zaledwie 12 lat, jako oblata do zakonu augustianów (1257). W trzy lata potem młodzieniec wstąpił do nowicjatu. W domach zakonnych w Tolentino i w Cingoli odbył studia średnie, a potem studia w zakresie filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk św. Benvenuta, biskupa Osimo, w roku 1269 w Cingoli, w wieku 24 lat.
    W latach 1269-1275 Mikołaj pełnił funkcję misjonarza-kaznodziei: w Macerata, w Piaggiolino di Fano, w Montegiorgio, w Corridonio, w San Elpidio, w Recanati, w Treia, w Valmente di Pesaro oraz w Fermo. W latach 1275-1305 – przez 30 lat – przebywał w Tolentino.
    W posłuszeństwie zakonnym był tak doskonały, że wypełniał nie tylko najdrobniejsze nawet nakazy reguły, ale i życzenia swoich przełożonych. Chętnie spełniał także życzenia swoich współbraci, chociaż niektórzy z nich byli od niego młodsi i mniej zasłużeni. Był tak bardzo skromny, że nigdy nie podnosił oczu: na słuchaczy, na rozmówców, na penitentów w sakramencie pokuty. Miał tylko jeden habit, a na noc okrywał się swoim wytartym płaszczem. W uczynkach pokutnych naśladował ascetów pierwszych wieków chrześcijaństwa: co piątek biczował się do krwi specjalnie przez siebie sporządzoną wymyślnie dyscypliną; nigdy nie jadł mięsa, nabiału ani owoców; cztery razy w tygodniu pościł o chlebie i wodzie, podobnie we wszystkie dni Wielkiego Postu z wyjątkiem niedziel. Sypiał trzy do czterech godzin na dobę; oprócz Mszy świętej, którą odprawiał ze szczególną żarliwością, odmawiał wspólnie brewiarz, a ponadto psalmy pokutne, oficjum o Świętym Krzyżu i o zmarłych. Wszystkie te pacierze odmawiał na kolanach, na posadzce kamiennej. Chociaż był tak surowy dla siebie, był niezwykle wyrozumiały dla bliźnich, zwłaszcza dla grzeszników w konfesjonale. Spowiadał bardzo wiele, gdyż sława jego świętości gromadziła przy jego konfesjonale nieraz całe tłumy.

    Święty Mikołaj z Tolentino

    Był szczególnie wrażliwy na niedolę ubogich. Umiał przemawiać do zamożnych, by dzielili się chętnie swoją majętnością z tymi, którzy są głodni. Za zezwoleniem przełożonych utworzył stały fundusz dla ubogich. Bywało, że mył im nogi.
    Największą jednak sławę Mikołaj zdobył swoją pracą kaznodziejską. Zatroskany o wieczne zbawienie dusz nieśmiertelnych, okupionych tak wielką ceną męki i śmierci Syna Bożego, wykorzystywał każdą okazję, by przemawiać i kruszyć serca. Jego żarliwość apostolska i widok wychudłej od postów twarzy przemawiał wymowniej od najpiękniejszych słów. Swoje cierpienia i pokuty miał zwyczaj ofiarowywać za nawrócenie grzeszników.
    Pan Bóg obdarzył go niezwykłymi charyzmatami. Mikołaj miał rzadki dar łączności z duszami w czyśćcu cierpiącymi. W procesie kanonicznym stwierdzono ponad 300 wypadków cudownych uzdrowień, jakie wierni otrzymali za przyczyną Mikołaja tak za jego życia, jak i po jego śmierci. Wśród nich są wymienione trzy wypadki wskrzeszenia umarłych: 12-letniej córki Filipa z Fermo – cud potwierdzony przysięgą czterech kapłanów-świadków (1306); wskrzeszenie córki Jacopuzzo z Chieti (1320) i Venturyna z Gigliolo, potwierdzone przez niego, jego ojca, żonę i biskupa Maceraty.

    Święty Mikołaj z Tolentino

    Mikołaj zmarł w Tolentino 10 września 1305 roku. Jego pogrzeb był wielką manifestacją miasta i okolicy. Pochowano go w kościele klasztornym. Kiedy w roku 1345 odjęto od ciała dwie ręce, by je umieścić w drogocennych relikwiarzach, według kroniki klasztoru z ciała nienaruszonego rozkładem miała wypłynąć obficie krew. Ta sama kronika wspomina, że fakt płynięcia krwi miał się powtórzyć w ciągu wieków jeszcze kilka razy. Papież Eugeniusz IV w roku 1446 wyniósł Mikołaja uroczyście do chwały świętych. Jego kult zakon augustianów rozniósł po całym świecie. Jego główne sanktuarium znajduje się w Tolentino. Pierwotny kościół klasztorny pw. św. Jerzego powiększono i dano mu nowy tytuł – św. Mikołaja. Sanktuarium nawiedziło 12 papieży, 9 świętych i błogosławionych, 38 królów i książąt (wśród nich sam Napoleon i nasza królowa, Maria Kazimiera, żona króla Jana III Sobieskiego).Ikonografia przedstawia zwykle św. Mikołaja z Tolentino w czarnym habicie augustianina z regułą w ręku na znak sumiennego jej zachowania; z lilią w ręku, symbolem niewinności jego serca; z krzyżem w ręku, który oznacza ducha pokuty i z gwiazdą na piersiach lub nad głową Świętego, gdyż świadkowie mieli ją kilka razy nad nim oglądać.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 września

    Święty Piotr Klawer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Pébrac, prezbiter
      •  Błogosławiony Jakub Laval, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr Bonhomme, prezbiter
    Święty Piotr Klawer

    Piotr Klawer urodził się 25 czerwca 1580 r. w Verdú (Katalonia w Hiszpanii) w zamożnej rodzinie rolniczej. Wcześnie stracił matkę i starszego brata. W roku 1596 rozpoczął studia na uniwersytecie w Barcelonie, który prowadzili wówczas jezuici. Zawarł z nimi przyjaźń i wstąpił w ich szeregi. W latach 1602-1604 odbył nowicjat i złożył pierwsze śluby. Praktykę pedagogiczną jako kleryk odbył w roku szkolnym 1604/1605 w Geronie. W czasie studiów filozoficznych (1605-1608) w kolegium jezuickim w Palma na Majorce zetknął się z bratem zakonnym, św. Alfonsem Rodriguezem. Ten przepowiedział mu, że polem jego misyjnej pracy będzie troska o Murzynów w Ameryce Południowej.
    Studia teologiczne Piotr odbywał w Barcelonie (1608-1610). Właśnie w tym czasie jezuici otworzyli w Kolumbii misję. Piotrowi nakazano przerwać studia i wyjechać tam do pracy wśród niewolników murzyńskich, których wówczas masowo zwożono z Afryki w charakterze niewolników – jako darmowej, najtańszej siły roboczej. Przewożeni w najprymitywniejszych warunkach, często nieszczęśliwi, nie wytrzymywali długiej podróży. Bezceremonialnie wyrzucano ich wtedy na pożarcie rekinom, które gromadami towarzyszyły tragicznym konwojom. Epidemie niemniej licznie dziesiątkowały ofiary barbarzyństwa. Nie znano bowiem współczesnych środków sanitarnych, zresztą uważano je za rzecz zbędną. Sumienie uspokajano naiwnym twierdzeniem, że Murzyni nie są ludźmi i nie mają duszy.

    Święty Piotr Klawer chrzczący Murzynów

    Wstrząśnięty niedolą i krzywdą czarnych braci, Piotr Klawer oddał się posłudze wobec nich; stał się niewolnikiem niewolników. Swoim bezgranicznym poświęceniem chciał chociaż w małej części wynagrodzić im krzywdę. Na kartce formuły ślubów zakonnych Piotr dopisał znamienne słowa: Piotr Klawer, sługa Etiopczyków. Tak wówczas nazywano Murzynów.
    Święcenia kapłańskie Piotr otrzymał w 1616 r. w Kartagenie. Jako kapłan mógł służyć Murzynom wszechstronną pomocą duchową i materialną: starał się dla spragnionych o orzeźwiający napój, dla wygłodniałych o posiłek, dla nagich o jakiś ubiór, dla chorych o lekarstwa. Energicznie interweniował tak u osób prywatnych, jak i u władz, by ulżyć niedoli niewolników. Osobnym ślubem zobowiązał się im służyć. Jego bezgraniczne miłosierdzie otwierało mu ich serca. Miał pozyskać dla wiary i osobiście ochrzcić kilkadziesiąt tysięcy Murzynów.
    Siły do ponad czterdziestoletniej posługi Piotr Klawer znajdował w rozważaniu Męki Pańskiej, w codziennej Mszy świętej i w serdecznym nabożeństwie do Matki Bożej. Odszedł po nagrodę do nieba 8 września 1654 r. Choć proces beatyfikacyjny rozpoczęto na tyle wcześnie, że zeznania złożyli bezpośredni współpracownicy Piotra Klawera (w tym niewolnicy-tłumacze), jednak dopiero po 200 latach papież Pius IX w roku 1851 włączył go do grona błogosławionych. Powodem tego opóźnienia było zawieszenie procesu w okresie kasaty zakonu jezuitów. Papież Leon XIII zaliczył Piotra Klawera do grona świętych w roku 1888 (jednocześnie z jego mistrzem duchowym, br. Alfonsem Rodriguezem). Ten sam papież ogłosił św. Piotra Klawera patronem misji wśród Murzynów (1896).
    Dwa lata wcześniej (1894) Polka, bł. Maria Teresa Ledóchowska (+ 1922), założyła Stowarzyszenie św. Piotra Klawera dla Misji Afrykańskiej, które niebawem przeobraziło się w nową rodzinę zakonną, zatwierdzoną przez Stolicę Apostolską w roku 1910. Istnieją ponadto jeszcze dwa inne zgromadzenia zakonne, które obrały sobie św. Piotra Klawera za szczególnego patrona. Są to siostry św. Piotra Klawera w Kolumbii i w Italii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Błogosławiona Aniela Salawa, dziewica

    Błogosławiona Aniela Salawa

    Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w wielodzietnej, ubogiej rodzinie chłopskiej w Sieprawiu pod Krakowem. Jej rodzice byli bardzo pobożni, a matka mimo wielu zajęć i obowiązków nie zaniedbywała wspólnej modlitwy rodzinnej, głośnego czytania książek i czasopism religijnych. Aniela odznaczała się niezwykłą urodą. Ukończyła jedynie dwie klasy szkoły elementarnej, ponieważ musiała pomagać matce przy gospodarstwie. Mimo wątłego zdrowia zawsze była bardzo chętna do pracy.
    Jako młoda dziewczyna, jesienią 1897 r. udała się do Krakowa, gdzie podjęła pracę jako służąca. W dwa lata później bardzo przeżyła śmierć swojej dwudziestopięcioletniej siostry. Uświadomiła sobie wówczas, jak bardzo kruche jest życie. Po głębokim namyśle zdecydowała się na złożenie ślubu dozgonnej czystości. W 1900 r. przystąpiła do Stowarzyszenia Sług Katolickich św. Zyty, którego zadaniem było niesienie pomocy służącym. Miała więc okazję, aby bardzo owocnie prowadzić apostolstwo w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wywierała bardzo silny wpływ na otoczenie. Dzieliła się pożywieniem i pieniędzmi z biedniejszymi od siebie. Garnęły się do niej zwłaszcza najmłodsze służące, dla których była matką i przyjaciółką.
    W 1912 r. Aniela Salawa wstąpiła do III zakonu św. Franciszka i złożyła profesję. Zafascynowana duchowością Biedaczyny z Asyżu, okazywała niezwykłą wrażliwość na działanie Ducha Świętego. Modlitwa umacniała ją w cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża. Wszelkie urazy i poniżenia składała w ofierze Bogu za grzeszników. Umiała przebaczać i odpłacać dobrem za zło.
    W czasie I wojny światowej – mimo że bardzo pogorszył się jej stan zdrowia, nasiliły się dolegliwości płuc i żołądka – pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc pomoc i wsparcie rannym żołnierzom. Opiekowała się także jeńcami wojennymi. W 1916 r. podupadła jednak na zdrowiu tak, że konieczna stała się hospitalizacja. Po wypisaniu ze szpitala nie mogła już podjąć pracy zarobkowej. Ostatnie pięć lat życia spędziła w nędzy, z pogodą ducha dźwigając krzyż choroby. Swoje cierpienia ufnie ofiarowała Chrystusowi jako wynagrodzenie za grzechy świata. W tym czasie wiele też modliła się, czytała, rozmyślała. Obdarzona została przeżyciami mistycznymi.
    Zmarła na gruźlicę 12 marca 1922 r. w krakowskim szpitalu św. Zyty. Umierała samotnie, opuszczona przez wszystkich, wśród straszliwych cierpień, ale w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem jako tercjarka franciszkańska. Beatyfikowana została 13 sierpnia 1991 r. przez św. Jana Pawła II na krakowskim Rynku.W ikonografii bł. Anielę przedstawia się w pomieszczeniu kuchennym. Jej atrybutem jest także szczotka do zamiatania.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Serafina de Montefeltro
      •  Błogosławiony Alan de la Roche, prezbiter
      •  Błogosławiony Fryderyk Ozanam
      •  Święty Sergiusz I, papież
      •  Błogosławiony Wilhelm z Saint-Thierry, opat
      •  Błogosławiony Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
    Narodziny Maryi

    Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
    Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.

    Narodziny Maryi

    Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim: Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba. Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, jest więc bardzo bliska Ewangelii według św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele w dniu 21 listopada wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do bazyliki Matki Bożej Większej.
    Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu – w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno – wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

    Narodziny Maryi

    W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
    We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria – a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej – najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny; Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello – znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że “będą Ją chwalić wszystkie pokolenia”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka

    Maryja ukazuje się dzieciom w Gietrzwałdzie

    Gietrzwałd znajduje się między Olsztynem a Ostródą. Stał się sławny dzięki objawieniom Matki Bożej, które miały miejsce 19 lat po Lourdes i trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Wizjonerkami były trzynastoletnia wtedy Justyna Szafryńska i dwunastoletnia Barbara Samulowska. Matka Boża, która ukazała się im na klonie, przemówiła po polsku. Jej głównym przesłaniem było zachęcenie ludzi do gorliwego odmawiania różańca. Maryja podczas objawień przedstawiła się jako “Niepokalane Poczęcie” – powszechnie uznano to za potwierdzenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, ogłoszonego 8 grudnia 1854 roku przez Piusa IX.

    Wizerunek Maryi z Sanktuarium w Gietrzwałdzie

    10 września 1967 r. prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński dokonał koronacji obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. 2 czerwca 1970 r. papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej. We wrześniu 1977 roku biskup warmiński, na terenie którego diecezji znajduje się sanktuarium w Gietrzwałdzie, na mocy dekretu Prymasa Polski i za zgodą Stolicy Apostolskiej zatwierdził autentyczność objawień gietrzwałdzkich jako wiarygodnych, nie sprzeciwiających się wierze i moralności chrześcijańskiej. To jedyne jak dotąd objawienia Matki Bożej na terenie Polski, uznane oficjalnie przez Kościół za zgodne z nauką katolicką.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 września

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Melchior Grodziecki, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Eugenia Picco, zakonnica
    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski

    Ignacy urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu w patriotycznej i głęboko wierzącej rodzinie. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Dalsze kształcenie podjął w seminarium duchownym w Lublinie i w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej.
    Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Jednocześnie w lubelskim seminarium duchownym od 1892 r. przez czternaście lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego. Pracował też w wikariacie katedralnym, a potem był rektorem kościoła św. Stanisława (w tym czasie pomagał prześladowanym unitom).
    Swojej działalności nie ograniczał do obowiązków duszpasterskich. Był wrażliwy na potrzeby innych i nie pozostawał obojętnym wobec biedy i upadku moralnego, z którymi zetknął się w czasie swojej pracy. Z myślą o bezdomnych i bezrobotnych już w 1893 r. stworzył Lubelski Dom Zarobkowy, w którym mogli oni pracować w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Zadbał również o kształcenie zacofanego społeczeństwa, inicjując szkołę rzemieślniczą. Trzy lata później dla moralnie upadłych kobiet założył Przytułek św. Antoniego. Zakładał też domy opieki dla starców i sierocińce.
    Z pomocą bogatych ziemian zainicjował też założenie w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich; pomagały mu w tym także siostry zgromadzenia Służek Niepokalanej z Mariówki, za co Ignacego spotkały represje ze strony władz rosyjskich.
    Pisał, wydawał i rozpowszechniał modlitewniki oraz tanie broszurki religijno-patriotyczne. Wydawał: dziennik “Polak-Katolik”, tygodniki “Posiew” i “Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci), miesięczniki “Dobra Służąca” i “Kółko Różańcowe”. Łączny ich nakład wyniósł ponad 8 milionów egzemplarzy. Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował “Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać “Głos Kapłański”. Zakładał też księgarnie.
    W 1908 r. przeniósł się z działalnością wydawniczą do Warszawy, aby ją rozwinąć na szerszą skalę. Mimo kłopotów z cenzurą, trudności finansowych i krytyki ze strony prasy liberalnej, trwał wiernie przy tej formie apostolstwa.
    W Warszawie prowadził także pracę duszpasterską. W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem dominikańskiego kościoła przy ul. Freta, którym opiekowało się duchowieństwo diecezjalne po usunięciu zakonników w ramach carskich represji. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Pelnił rownież funkcje dziekana praskiego i kanonika gremialnego kapituły warszawskiej.
    Kierując się chęcią zapewnienia ciągłości zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 r. założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które kontynuują dzieło ks. Kłopotowskiego, prowadząc drukarnię oraz wydawnictwo, w którym ukazuje się wiele pism i książek.
    Ks. Ignacy przyczynił się do powstania domów noclegowych, przytułków dla starców i kobiet oraz ochronek dla dzieci i młodzieży również w Warszawie. W 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Dziś Loretto stało się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej.
    Ks. Kłopotowski organizował dla najbiedniejszych bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.
    Ludzie, którzy zetknęli się z nim, nazywali go “prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Jako kapłan odznaczał się wielką gorliwością, umiłowaniem Boga i bliźniego, wiernością modlitwie, szczególną czcią Najświętszej Eucharystii i gorącym nabożeństwem do Matki Najświętszej.

    Grób bł. Ignacego Kłopotowskiego

    Ignacy Kłopotowski zmarł nagle 7 września 1931 r., w wigilię święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W dniu śmierci ostatnią Mszę św. swego życia odprawił przy Jej ołtarzu w kościele św. Floriana.
    Początkowo został pochowany na Powązkach, ale zgodnie z jego wolą 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto, a w 2000 r. prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.
    Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 1988 r. W grudniu 2004 r. w obecności papieża św. Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót ks. Ignacego. 3 maja 2005 r. Stolica Apostolska orzekła, że złożone w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych udokumentowane świadectwo uzdrowienia ks. Antoniego Łatko z Szerokiej ma charakter cudu dokonanego za pośrednictwem ks. Kłopotowskiego. Beatyfikacja ks. Ignacego odbyła się 19 czerwca 2005 r. w Warszawie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 września

    Święta Matka Teresa z Kalkuty,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktoryn, męczennik
    Święta Matka Teresa z KalkutyMatka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”.
    Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia.
    W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci.
    Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996).
    Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych.
    Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie.
    Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 września

    Bł. Maria Stella i Towarzyszki,
    męczennice z Nowogródka

    Zobacz także:
      •  Święta Rozalia, dziewica
      •  Najświętsza Maryja Panna, Matka Pocieszenia
      •  Błogosławieni męczennicy francuscy
      •  Święty Bonifacy I, papież
      •  Błogosławiona Katarzyna z Racconigi
      •  Błogosławiona Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
      •  Mojżesz, prorok i prawodawca
    Błogosławione męczennice z Nowogródka

    Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom.
    Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele.
    6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków.
    Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął.
    31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach.
    Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna.
    Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli.
    Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele.
    5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    3 września

    Święty Grzegorz Wielki,
    papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Marinus, pustelnik
      •  Święta Feba z Kenchr, wdowa
      •  Błogosławiony Gerard z Jerozolimy, zakonnik
      •  Błogosławiony Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
    Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

    Święty Grzegorz Wielki

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Święty Grzegorz Wielki - reformator śpiewu kościelnego

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.
    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

    Zurbaran: Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    2 września

    Błogosławiona Ingrida Szwedzka, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy franciszkańscy z okresu rewolucji francuskiej
      •  Święta Beatrycze z Silvy, dziewica
      •  Święty Wilhelm, biskup
    Błogosławiona Ingrida Szwedzka title=

    Ingrida Elofsdotter urodziła się w połowie XIII w. w Skänninge, w Szwecji. Była po kądzieli wnuczką króla Knuta Johansona, spokrewnioną z najmożniejszymi rodami kraju. Jej duchowym wychowaniem zajmował się Piotr z Dacji, dominikanin. Nie wiadomo, za kogo i kiedy wyszła za mąż. Gdy owdowiała, utworzyła z siostrą Krystyną i kilkoma kobietami grono tercjarek współpracujących z dominikanami ze Skánninge. Kierował nimi Piotr.
    Ingrida była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi, także stygmatami. Nieco później odbyła pielgrzymkę do Ziemi Świętej i Rzymu. Przebywając w roku 1281 w stolicy chrześcijaństwa, uzyskała od papieża Marcina IV upoważnienie do założenia w Skánninge klasztoru żeńskiego, który uposażył jej brat, Jan Elovson, a inni członkowie rodziny hojnie obdarowali. W 1281 r. klasztor dominikanek otwarto uroczyście w obecności króla Magnusa I, a Ingrida oficjalnie przyjęła habit dominikański.
    Rok później, prawdopodobnie w dniu 2 września, zmarła jako przeorysza klasztoru św. Marcina. Wcześnie otoczono ją czcią. Cuda następujące po jej śmierci przypisywano jej wstawiennictwu. Wywołały one jej powszechny kult. W 1414 r. biskup z Linköping skierował do Stolicy Świętej prośbę o jej kanonizację. Sprawa jednak nie została zakończona, prawdopodobnie z braku dostatecznych funduszy. Niemniej jednak papież Aleksander VI w 1499 roku zezwolił na publiczny kult Ingridy oraz na uroczyste przeniesienie relikwii, które nastąpiło 29 lipca 1507 roku. W Skandynawii odmawiano również oficjum i sekwencję ku jej czci. Na skutek reformacji starania o potwierdzenie tego kultu ustały.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    1 września

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Bronisława, dziewica
      •  Święta Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
      •  Święta Dulcelina
      •  Jozue, praojciec
      •  Gedeon, sędzia Izraela
      •  Rut
    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.
    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.
    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    Maryja - Królowa Pokoju

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.
    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.
    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku.Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – sierpień 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***

    31 sierpnia

    Święty Józef z Arymatei

    Zobacz także:
      •  Święty Nikodem
      •  Święty Arystydes Marcjanus, męczennik
      •  Święty Jan z Riły, pustelnik
      •  Święty Rajmund Nonnat, kardynał
      •  Błogosławiony Piotr Tarrés y Claret, prezbiter
    Święty Józef z Arymatei

    Jak pisze św. Jan Ewangelista, Józef z Arymatei “był uczniem [Jezusa], lecz ukrytym z obawy przed Żydami” (por. J 19, 38). Żaden z Ewangelistów nie wspomina o jakichkolwiek kontaktach Józefa z Jezusem czy Jego uczniami. Arymatea była niewielkim miasteczkiem, leżącym ok. 50 km na północ od Jerozolimy.
    Józef z Arymatei był członkiem Sanhedrynu, najwyższej władzy żydowskiej w zakresie spraw państwowych, prawnych i religijnych (Łk 23, 50-53; Mt 27, 57-58; Mk 15, 42-46; J 19, 38-42). Św. Łukasz stwierdza, że Józef “nie zgodził się na uchwałę i postępowanie Wysokiej Rady” (por. Łk 23, 51), polegające na prześladowaniu Jezusa. Ewangeliści Mateusz i Marek, identycznie jak św. Łukasz, stwierdzają, że Józef śmiało poprosił Piłata o ciało Jezusa, kupił płótna, zdjął ciało z krzyża i złożył w grobie, który wykuty był w skale, a przed wejście zatoczył kamień. Mateusz dodaje, że był to grób, który Józef wykuł dla siebie (por. Mt 27, 57-60; Mk 15, 42-46).

    Święty Józef z Arymatei i święty Graal

    Według późnośredniowiecznej legendy o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu, arcykapłani na wieść o zmartwychwstaniu Jezusa wtrącili Józefa z Arymatei do lochu. Jezus nie zapomniał jednak oddanej Mu przysługi i po swym zmartwychwstaniu miał mu się ukazać w więzieniu, przekazując kielich, do którego według jednych Nikodem, a według innych – Józef – zebrał po zdjęciu z krzyża krew, jaka wypływała z ran Jezusa. Był to ten sam kielich, którym Jezus posługiwał się podczas Ostatniej Wieczerzy. Kielich ten, nazwany Graalem, stanowi główny wątek tej legendy. Mówi ona, że Józefa po kilku latach miał uwolnić z więzienia sam cesarz, który zabrał go do Rzymu. Potem wysłał Józefa do Anglii, gdzie kielich niebawem zaginął. Poszukiwali go rycerze króla Artura: Lancelot i Persifal.
    Legenda ta posiada kilka wariantów. Według innej wersji, Józef przekazał kielich w spadku swoim synom. Przekazywany z pokolenia na pokolenie, trafił w ręce patriarchy Jerozolimy, który w 1257 r. ofiarował go królowi Anglii Henrykowi III. Inna legenda utrzymuje, że Józef razem z Łazarzem, Martą i Marią, uciekając przed prześladowaniami, dopłynęli statkiem do Marsylii, gdzie głosili Dobrą Nowinę o Jezusie. Jeszcze inna legenda ukazuje Józefa w Hiszpanii, dokąd udał się razem ze św. Jakubem Apostołem, który ustanowił go tam biskupem.W ikonografii św. Józef występuje przeważnie wraz ze św. Nikodemem w scenach zdjęcia z krzyża, złożenia do grobu i opłakiwania Jezusa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    31 sierpnia

    Święty Nikodem

    Święty Nikodem

    O Nikodemie posiadamy skąpe wiadomości, pochodzące jednak wprost z Ewangelii. Pisze o nim św. Jan Apostoł. Nazywa on go “dostojnikiem żydowskim”. Na ten tytuł Nikodem zasłużył sobie zapewne majątkiem, pochodzeniem i wpływami, jakimi się cieszył wśród starszyzny żydowskiej. Należał on do stronnictwa faryzeuszów (J 7, 45-52; 19, 39-42) – patriotów żydowskich, wyróżniających się przywiązaniem do ojczyzny i wiary. Zaraz na początku publicznej działalności Pana Jezusa Nikodem zainteresował się Jego osobą i nauką. Cuda, których był świadkiem, dawały mu gwarancję, że ma do czynienia z człowiekiem niezwykłym, co najmniej z prorokiem. Zaintrygowany, bał się jednak jawnie opowiedzieć za Nim. Dlatego przybył do Jezusa w nocy o umówionej z Nim porze. Dialog, jaki wówczas przeprowadził Nikodem z Panem Jezusem, należy do najpiękniejszych kart Ewangelii (J 3, 1-22).
    Kiedy Sanhedryn (najwyższa rada żydowska) wydał na Jezusa wyrok śmierci bez przeprowadzenia nad Nim formalnego sądu, Nikodem stanowczo zaprotestował przeciw takiemu postępowaniu: “Czy prawo nasze potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha i zbada, co czyni?” (J 7, 49-52). Ta odważna obrona musiała zaskoczyć Sanhedryn. Dlatego niektórzy odezwali się z przekąsem: “Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei”. Nikodem jednak musiał mieć oparcie także u innych, skoro wówczas nie uchwalono niczego przeciwko Chrystusowi, bo wszyscy “rozeszli się – każdy do swego domu”.
    Najodważniej Nikodem wystąpił z okazji pogrzebu Jezusa. Gdy wszyscy Apostołowie uciekli (poza św. Janem, który Mu towarzyszył aż do śmierci krzyżowej), Nikodem zakupił sto funtów kosztownych olejków i wraz z Józefem z Arymatei zabrał się do namaszczenia ciała Pana Jezusa: “Przybył także Nikodem; ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania” (J 19, 39-40).
    Ówczesny funt odpowiadał wadze 325 gramów. Nikodem przyniósł więc ponad 30 kilogramów zakupionych wonności, aby zabezpieczyć ciało Pana Jezusa od zepsucia.Był to piękny i bardzo kosztowny gest dla Zbawiciela.

    Święty Nikodem

    Nikodem miał przyjąć chrzest z rąk świętych Piotra i Jana. Poniósł śmierć męczeńską z rąk Żydów. Pochowany został w Kefaz-Gamla. Na początku XX w. znaleziono tu szczątki bazyliki świętych Szczepana i Nikodema.W ikonografii św. Nikodem przedstawiany jest przeważnie razem z Józefem z Arymatei w scenie zdjęcia z krzyża.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    30 sierpnia

    Przebicie serca św. Teresy od Jezusa,
    dziewicy i doktora Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Ward, męczennica
      •  Święci Gwaryn i Amadeusz, biskupi
      •  Święty Juniper Serra, prezbiter
      •  Błogosławiony Ghebre Michał, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alfred Ildefons Schuster, biskup
      •  Rebeka, żona Izaaka
    Bernini: Ekstaza św. Teresy

    Święta Teresa od Jezusa, odnowicielka Karmelu, w Księdze Życia wspomina wydarzenie, które miało miejsce w klasztorze w Avili w 1560 r. Na prośbę jej duchowych synów i córek papież Benedykt XIII w 1726 roku zgodził się na ustanowienie specjalnego święta przebicia serca świętej Matki Teresy, które zakony karmelitańskie obchodzą 30 sierpnia.Widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej (…). Nie był wysokiego wzrostu, raczej mały, a bardzo piękny. Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą, złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu. Nie jest to ból cielesny, ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny ma w nim udział. Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył (Księga Życia, rozdz. 29, 13).Serce św. Teresy, wyjęte po śmierci z jej ciała i umieszczone w specjalnym relikwiarzu, znajduje się w klasztorze mniszek w Alba de Tormes.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Wspomnienie Przebicia Serca św. Teresy od Jezusa

    30 sierpnia w karmelitańskim kalendarzu liturgicznym przypada wspomnienie Przebicia Serca św. Teresy od Jezusa (zwanej Teresą z Avili lub Wielką), doktora Kościoła.

    Święta Teresa od Jezusa, dziewica i doktor Kościoła

    Święta Teresa od Jezusa, dziewica i doktor Kościoła/ François Gerard PD

    ***

    Fakt ten stał się tematem najznakomitszej kompozycji rzeźbiarskiej Giovanni Lorenzo Berniniego (1598-1680). Jako rzeźbiarz, Bernini zasłynął jeszcze marmurowym portretem kard. Scypiona Borghese i paroma kompozycjami. Jednakże ten najwybitniejszy twórca rzymskiego baroku był przede wszystkim architektem i znany jest jako twórca niezwykle przemyślanie skomponowanej kolumnady przed Bazyliką św. Piotra w Rzymie.

    Przed laty, mieszkając w centrum Rzymu, tuż przy piazza Indipendenza, wybrałem się na daleki spacer ulicami miasta, by zobaczyć tę frapującą mnie od czasu studiów kompozycję Berniniego, zwaną Ekstazą św. Teresy, a która w rzeczywistości przedstawia wizję Świętej lub raczej zjawisko bliskie faktom stygmatyzacji. W tej mojej wędrówce punktem orientacyjnym była znana fontanna Aqua Felice. To właśnie obok tej fontanny znajduje się niewielki kościół karmelitański pw. Matki Bożej Zwycięskiej (Santa Maria della Vittoria), mieszczący to wspaniałe dzieło.
    Gdy wchodzimy do tego niewielkiego i raczej skromnego XVII-wiecznego wnętrza, całą uwagę przykuwa ogromna barokowa kompozycja architektoniczna blisko głównego ołtarza. Ujęta jest monumentalnym obramieniem kolumnowym. Sama rzeźba w białym marmurze przedstawia osuwającą się w omdleniu św. Teresę; jej głowa opada do tyłu. Przed Świętą stoi mniejszy, uśmiechnięty anioł, który kieruje grot strzały w stronę jej serca.
    Bernini wykonał tę rzeźbę na zlecenie Karmelitanek, kierując się dokładnym opisem tego nadprzyrodzonego zdarzenia, szczegółowo zrelacjonowanego przez samą św. Teresę w głównym jej dziele pt. Księga Życia (rozdz. 29, 10-14, a zwłaszcza 13).


    Wśród różnych widzeń, jakich Bóg udzielał św. Teresie, częste były wizje aniołów. W odniesieniu do omawianego faktu Święta pisze w p. 13: “(…) anioł mi się zjawił w postaci widomej. Nie był wysokiego wzrostu, mały raczej, a bardzo piękny; (…) znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą włócznię złotą, a grot jej żelazny u samego końca był jakoby z ognia. Tą włócznią ­ zdało mi się ­ kilkoma nawrotami serce mi przebijał, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał; tak mię pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi one jęki, o których wyżej wspominałam; ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodkość sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło (…)”.
    Św. Teresa otrzymała tę łaskę w 45. roku życia w klasztorze Wcielenia w Avili. Papież Benedykt XIII w 1726 r. ustanowił osobne święto tego cudownego zdarzenia.

    W porównaniu z wyznaniami Świętej wspaniała kompozycja rzeźbiarskaBerniniego wydaje się zbyt poruszona i zwichrowana (co jest cechą baroku), choć zdumiewającym wprost efektem artystycznym jest tu głębia przeżycia, wyrażona w mistrzowsko ujętej twarzy św. Teresy.

     Wojciech Skrodzki – Tygodnik Niedziela

    ***

    Wspomnienie przebicia serca św. Teresy od Jezusa


    Jesteśmy w kaplicy przebicia serca św. Teresy od Jezusa w kościele Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Znajduje się tu arcydzieło Gianlorenzo Berniniego, ukazujące wspomnianą scenę z życia świętej. Fundatorem kaplicy był patriarcha Wenecji, Kard. Federico Cornaro, zafascynowany postacią świętej Matki Karmelu reformowanego. Kiedy papież Innocentego X mianował go prefektem kongregacji „Propaganda Fide”, zaprosił w 1645 r. mistrza Berniniego, by rozpoczął prace nad wystrojem kaplicy. Mistrz zaczytuje się w dziełach Teresy, zwłaszcza w 29 rozdziale „Księgi Życia”, by zrozumieć nieco z tajemnicy doświadczenia mistycznego.

    Cała kompozycja wyraża fascynacje teatralno-scenograficzne artysty. Przez połączenie architektury przestrzennej, rzeźby i malarstwa, tworzy on niesamowity układ, wciągający oglądającego w niezwykle dynamiczną scenę. Sam Bernini uważał kompozycję za „men cattiva opera” – najlepszą rzeźbę, jaka wyszła z jego ręki.


    1. Kard. Federico Cornaro w otoczeniu krewnych ogląda scenę przebicia z loży po prawej stronie (drugi od prawej). Może to sprawiać wrażenie świeckiej przestrzeni teatralnej, jednak kolumny i kapitele nad głowami obserwujących, jasno wskazują, że mamy do czynienia z przestrzenią sacrum. I tu znajdujemy jedyny słaby punkt wybitnej kompozycji. Układ postaci, rzeźbiony w pracowni artysty, zawiera błąd perspektywy – spojrzenie pierwszej z lewej postaci wbija się w ścianę zamiast w centralną scenę.

    2. Na przeciwległej loży pierwszy z prawej klęczy ojciec kardynała, doża Jan Cornaro (w typowym nakryciu głowy dożów), który jako pobożny i sprawiedliwy Wenecjanin zrezygnował z urzędu w momencie objęcia funkcji patriarchy przez jego syna Federico. Nie było dobrze, żeby władza świecka i duchowna należała do jednego rodu.


    3. Dysputy teologiczne w lożach to niewątpliwie nawiązanie do słynnych fresków Raffaela z pałacu papieskiego w Watykanie, a szczególnie znajdującej się tam sceny dysputy o Najświętszym Sakramencie.


    4. Centralna kompozycja to synteza doświadczenia mistycznego, wyczytanego z opisów św. Teresy. Całość oświetlona Bożym światłem z wysoka. Specjalne okienko ze złocistym witrażem dostarcza światło, które spływa po pozłacanych promieniach glorii otaczającej rzeźbę przebicia serca. W rzeczywistości system lusterek zainstalowanych na gzymsie pod sufitem o różnych porach dnia dostarczał potrzebnego we wnęce światła.



    5. Habit świętej układa się na kształt płomienia ognia, który niejako konsumuje Teresę w doświadczeniu ekstazy. Jak pisze mistyczka „czułam się cała w płomieniach miłości Bożej”. Załamania materiału (tutaj habitu), dopracowane w Baroku do perfekcji, są niczym tańczący płomień wznoszący się ku twarzy Teresy, wyrażającej rozkosz doświadczenia Bożego.


    6. Aniołek patrzy na świętą i się uśmiecha – widzi efekt strzały, którą dopiero co wyciągnął z jej serca. Wskazuje na to rozluźniony biceps. Tak, do takiej precyzji posunął się mistrz Bernini.

    7. Anioł lewą ręką, przy pomocy dwóch palców, podnosi Teresę niczym hostię. Święta staje się lekka i filigranowa. Dla spójności dzieła z koncepcją efektu doświadczenia mistycznego, Bernini decyduje się na wydrążenie rzeźby – jest ona pusta w środku!

    8. Teresa jest uniesiona ku wymalowanemu na sklepieniu kaplicy niebu. Jest to dzieło ucznia Berniniego, Guido Ubaldo Abbattini: święto w niebie ze względu na Teresę. Malunek przechodzi w trójwymiarowe stiuki. Napis wyraża zachwyt Jezusa nad jego oblubienicą Teresą: „gdyby nie istniało niebo, to bym je stworzył dla ciebie”. Kompozycja nieba zawiera także cztery sceny z życia Teresy umieszczone po obu stronach okna: Teresa uciekająca do kraju Maurów, Jezus wkładający koronę na głowę Teresy, Teresa u stop rzeźby „Ecco Homo” oraz Jezus dający Teresie gwóźdź zaślubin duchowych. By wyrazić doświadczenie tajemnicy twarz Chrystusa spowijają obłoki przedstawionej chwały nieba.

    9. Teresa przeżywa doświadczenie niebiańskiej rozkoszy, a dokonuje się ono na kanwie głębokiego zjednoczenia eucharystycznego – nie dziwi nas zatem odniesienie do wspomnianej dysputy o Najświętszym Sakramencie. Zresztą u podstawy ołtarza przebicia serca, znajduje się najcenniejsze w Rzymie pozłacane antepedium z brązu, ukazujące scenę ustanowienia Eucharystii podczas ostatniej wieczerzy. Tak jak Jezusa cały wydał się za zbawienie świata, tak i Teresa daje całą siebie Bogu.


    10. Obok doświadczenia eucharystycznego drugim kluczem interpretacyjnym w duchowości Teresy jest modlitwa. W dwóch okrągłych medalionach z drogocennych marmurów na podłodze kaplicy, u samych podstaw całej sceny przebicia serca, spotykamy dwa szkieletory z rękoma wyrażającymi postawy modlitwy. To nie „memento mori” – to pokorna modlitwa „de profundis”, która jest wstępem do życia duchowego, gdyż jak pisał Teresa, „bramą do twierdzy jest modlitwa”. Jeśli chcesz zrozumieć miłość Boga, to w uniżonej modlitwie kontempluj, to co uczynił On w noc przed swoją męką.

    tekst i foto: o. Andrzej M. Cekiera OCD – Karmel.pl

    ***

    29 sierpnia

    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Beatrycze z Nazaretu, dziewica
      •  Błogosławiona Teresa Bracco, dziewica i męczennica
      •  Święta Eufrazja od Najświętszego Serca Jezusa, zakonnica
      •  Błogosławiony Dominik Jędrzejewski, prezbiter i męczennik
    Męczeństwo św. Jana Chrzciciela
    Jan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa.
    Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia odbijały się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.Głowa św. Jana ChrzcicielaZainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim prorokiem Starego Testamentu.Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego Kościół czci w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca – w uroczystość jego narodzenia, i 29 sierpnia – we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    29 sierpnia 2026

    „Człowiek, który stracił głowę”. Abp Fulton J. Sheen o męczeństwie św. Jana Chrzciciela

    70454.jpg

    Odkupieńczy cel przyjścia Boga na ziemię objawił się pod postacią wielu symboli i figur, a jedna z najbardziej uderzających została przepowiedziana w tym, co przydarzyło się Janowi Chrzcicielowi. Chociaż Jan nie dążył do ziemskich zaszczytów, otrzymał je. Albowiem odszukał go król Herod Antypas, syn tego krwawego Heroda, który usiłował pozbawić naszego Pana życia, gdy nie miał On jeszcze nawet dwóch lat. „Herod (…) czuł lęk przed Janem, wiedząc, że jest mężem prawym i świętym” (Mk 6,20). Nikczemni lękają się dobrych, gdyż dobrzy są dla nich nieustannym wyrzutem sumienia. Bezbożni lubią religię w taki sam sposób, jak lubią lwy: albo martwe, albo za kratami. Czują lęk przed religią, kiedy ta zrywa się z uwięzi i zaczyna dręczyć ich sumienie.

    Herod był typowym światowcem posyłającym po jednego z tych, których zwą „uczonymi w duchownej sukience” (tak jak Feliks posłał po św. Pawła). Kochają oni ich błyskotliwość, ich sposób wysławiania się, ich abstrakcyjną mądrość, ale gdy tylko ci ludzie zaczynają ukonkretniać swoją naukę i czynić ją czymś osobistym, od razu odsyłają ich ze słowami: „to zbyt poważne”, „nietolerancyjne” albo „Czy wiesz, że on rzeczywiście próbował mnie nawrócić?” Herod, zawsze szukając nowych podniet i ekscytacji, zaprosił dwór, by posłuchać tego porywającego kaznodziei, który był ostatnim krzykiem mody owych czasów. Jaki tekst wybierze Jan Chrzciciel? Czy będzie mówić o miłości braterskiej (bez Bożego ojcostwa) albo o konieczności redukcji armii, albo o wielkiej potrzebie reform gospodarczych w Galilei? Jan wiedział, że to wszystko jest ważne, ale wiedział, że istnieje coś jeszcze ważniejszego; a więc zdecydował się podjąć temat sumienia.

    Herod prawdopodobnie patrzył na niego z zadowolonym półuśmieszkiem. Herodiada, jego żona, musiała rzucać spod oka gniewne spojrzenia. Inni byli ciekawscy, ale tak naprawdę niezainteresowani. Herod i Herodiada byli oboje wcześniej w związkach małżeńskich. Ona z bratem Heroda. Był to przypadek tego paskudnego, szerzącego się rozprzężenia, które staje się powszechne w narodzie zaczynającym gnić. Herod był wcześniej mężem córki Aretasa, która zostawiła go, kiedy zaczął się wiązać z Herodiadą, żoną swego brata – Filipa. Herodiada miała córkę, Salome, z pierwszego małżeństwa z Filipem.

    Jeśli istniał jakiś temat, którego ze światowego punktu widzenia Jan powinien mądrze unikać na tym dworze, to była to właśnie ta sytuacja. Ale Jan był zdecydowany podobać się Bogu, nie ludziom. Postanowił wystąpić przeciwko tak lubieżnemu życiu. Był nazbyt dobry, by usprawiedliwiać grzech Heroda, zbyt interesowało go zdrowie moralne, by zostawił tę ranę niezbadawszy jej, zbyt kochał, by myśleć o czymkolwiek innym niż ratowanie duszy Heroda.

    Jan kierował się nauczaniem naszego Pana, że małżeństwo jest święte i nierozdzielne: „Co więc Bóg złączył, tego niech człowiek nie rozdziela” (Mk 10,9). Nie patyczkował się, od razu uderzył w czuły punkt słowami, które były jasne, stanowcze i ostre. Wskazując palcem Heroda i jego żonę, siedzących na złotych tronach, powiedział:

    Nie wolno ci mieć żony twego brata (Mk 6,18).

    Herodiada skrzywiła się. Wiedziała, że Jan przywoływał fakt, iż uwiodła Heroda, który już był pod jej pantoflem. Jedno jej spojrzenie wystarczyło Herodowi. Nim Jan zdołał skończyć następne zdanie, żelazne łańcuchy znalazły się na jego nadgarstkach, a strażnicy zaczęli wywlekać go z dworu, by wrzucić do czarnego lochu. Kaznodzieja znalazł się w więzieniu, ale jego słowa nie – będą rozbrzmiewać w sumieniu na długo po uciszeniu głosu.

    Miesiącami przetrzymywano Jana w ciemnym lochu Macherontu. Czy ta wymuszona bezczynność spowodowała, że zaczął wątpić w Mesjasza i Baranka Bożego, o którym wcześniej mówił? Czy jego wiara zachwiała się odrobinę w ciemnościach lochu? Być może niecierpliwie tęsknił aż Bóg ukarze tych, którzy odmówili przyjęcia Jego nowiny. W każdym bądź razie:

    Przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów

    i posłał ich do Pana z zapytaniem:

    „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść,

    czy też innego mamy oczekiwać?” (Łk 7,19).

    Sam sposób, w jaki Jan sformułował pytanie, wskazywał na to, że miał wiarę w wielką obietnicę mesjańską i w Tego, którego pytał.

    Kiedy przybyli do Niego z tym pytaniem, nasz Pan nie odpowiedział obietnicą, że Jan zostanie wypuszczony z więzienia albo że On sam zniszczy jego wrogów. Odpowiedział jedynie wskazując na swoje własne dzieło uzdrawiania, pocieszania i nauczania:

    Idźcie i donieście Janowi to,

    coście widzieli i słyszeli:

    niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą,

    trędowaci zostają oczyszczeni i głusi słyszą;

    umarli zmartwychwstają, ubogim

    głosi się Ewangelię.

    A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie (Łk 7,22-23).

    Boskość i jej drogi zawsze będą skandalem dla ludzi. Ubóstwo i brak większego znaczenia (pod względem światowym) naszego Zbawiciela to najwcześniejsze zastrzeżenie wobec Jego Ewangelii. To uprzedzenie wyrosło z bardzo fałszywej koncepcji władzy i majestatu Boga, tak jakby osiągnięcie Jego celów było naprawdę zależne od środków, które świat kojarzy z sukcesem. W rzeczywistości Chrystus udzielał podwójnej odpowiedzi uczniom Jana, wskazując zarówno na swoje czyny, jak i słowa, swoje cuda, jak i nauki. Jego cuda nie były tylko czymś, czemu można było się dziwować, ale znakami Bożego królestwa prawości i miłosierdzia; a moc, dzięki której je zdziałał, będzie mocą spoza natury, mogącą kontrolować przyrodę. W szczególności Jego nauczanie będzie kolejnym dowodem Jego boskości: ubogim głosi się Ewangelię.

    To było wyjątkowo znaczące, gdyż ubóstwo jest jedynie innym określeniem ludzkiej niedoskonałości i słabości. Silni ciałem i błyskotliwi intelektualnie oraz ci, którzy posiadają dary ziemi, otrzymują swą nagrodę na tym świecie; ale ubodzy i słabi często są głodni i cierpią. Chrystus mówił, że w królestwie niebieskim będzie Ewangelia dla ubogich. Bóg ma inny świat, w którym można zadośćuczynić za nierówność na tym. Kiedy bogatemu mówi się, że jeśli chce pójść do nieba, musi rozstać się ze swoimi bogactwami dla Chrystusa, ubogiemu mówi się, że jego znużenie i cierpienie, mozół i rozczarowanie, i jednoczesne trwanie w jedności z krzyżem, przyniosą swój własny pokój i nagrodę.

    Kiedy wysłannicy odeszli, nasz Pan zaczął chwalić Jana. Jan dał Mu świadectwo. Teraz On da świadectwo Janowi. Odpowiedział tym, którzy być może sądzili Jana podług wiadomości wysłanej w godzinie próby. Porównał tych, którzy uważnie słuchali słów wysłanników, z samym Janem – niestałość tłumu ze stałością proroka. To nie Jan był słaby, ale ich serca. To nie wątpienie skłoniło Jana do wysłania zapytania ani nie był to lęk o cielesne konsekwencje. Używając trzech figur retorycznych, nasz Pan stanął w obronie Jana. Pierwszą figurą była trzcina, która chwiała się na wietrze nad silnym, gwałtownym nurtem Jordanu, gdzie słyszeli, jak Jan głosił kazania. Drugą figurą były miękkie szaty tych, którzy żyli w pałacu Heroda. Trzecią figurą był znak z nieba i nawiązanie do wszystkich ludzi, którzy przeszli przez portal ciała w czasie ludzkich narodzin.

    Gdy wysłannicy Jana odeszli,

    Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie:

    „Coście wyszli zobaczyć na pustyni?

    Trzcinę kołyszącą się na wietrze?

    Ale coście wyszli zobaczyć?

    Człowieka w miękkie szaty ubranego?

    Oto w pałacach królewskich

    przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje

    i żyją w zbytkach.

    Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka?

    Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka.

    On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam

    mego wysłańca przed Tobą, aby przygotował

    Ci drogę. Powiadam wam bowiem: Między narodzonymi z niewiast

    nie ma większego od Jana.

    Lecz najmniejszy w królestwie Bożym

    większy jest niż on” (Łk 7,24-28).

    Trzy razy nasz Pan spytał: „Coście wyszli zobaczyć?”. To był ich błąd; wyznając pragnienie poznania woli Boga, tak naprawdę skłaniali się ku widokom i widowiskom, ku cieszeniu się dziwami i popularnością wysłańca. Wyszli, by po prostu zobaczyć kogoś, a nie żeby kogoś usłyszeć; by zaspokoić pożądliwość oczu, a nie naśladować wstrzemięźliwość i samowyrzeczenie Chrzciciela. Nasz Pan mówił tłumowi, że św. Jan nie zadał swojego pytania z więzienia po prostu dlatego, że był trzciną kołysaną publiczną opinią albo dlatego, że był tym, który troszczy się o swoje cielesne dobro, jak robili to dworzanie w pałacu Heroda. Jan nie był lekkomyślną trzciną kołysaną każdym podmuchem powszechnego aplauzu. Udzielał nagany z odwagą, był surowy nie tylko dla innych, był nawet surowszy dla siebie samego. Mógłby mieszkać w pałacach królów, a jednak swym domem uczynił pustynię. W stosunku do Boga był prorokiem, a nawet więcej niż prorokiem – zwiastunem i poprzednikiem Mesjasza i Syna Bożego.

    Wielkość jest dwóch rodzajów: ziemska i niebiańska. Gdyby wielkość Jana była z ziemi, żyłby w pałacach, jego szaty byłyby jarmarczne, a jego opinie prawdopodobnie zmieniałyby się, jak trzcina niesiona podmuchem ku jednej popularnej filozofii jednego dnia, a następnego ku drugiej. Ale jego wielkość należała do porządku Bożego, a jego wyższość nie była po prostu w jego osobie, ale w jego niezmiennym dziele i misji, a mianowicie: misji zapowiadania Baranka Bożego.

    Parę miesięcy później nadszedł czas urodzin Heroda, które miano świętować wielką ucztą. Na tę ucztę Baltazara zostali zaproszeni wszyscy panowie i panie z pałacu Heroda, personel wojskowy i różni pochlebcy z Galilei. Był wieczór, a zamek oświetlono łagodnym światłem. Twarze umalowano, by wyglądały najlepiej, jak tylko można w przyćmionym, korzystnym świetle świec. Dźwięk muzyki, trąbienie rogów i odgłosy hucznej zabawy rozbrzmiewały w kamiennym zamku Macherontu, docierając nawet do wąskiego, ciemnego lochu poniżej, gdzie od dziesięciu miesięcy marniał Jan Chrzciciel. Tym niemniej goście prawdopodobnie byli śmiertelnie znudzeni, gdyż nic bardziej nie przyprawia o mdłości niż zorganizowana radość zblazowanych.

    W tym pierwszym nocnym klubie nowej, chrześcijańskiej ery rozległ się głos Heroda, wołający o zmysłowy taniec, by pobudzić ich znużonego ducha. Tancerką będzie Salome, piękna młoda córka królewskiej żony z jej pierwszego małżeństwa. To dziewczę, które było potomkiem szlachetnych Machabeuszy, ale które zostało do cna upodlone i zepsute za przyzwoleniem jej zdegenerowanej matki, weszło tańcząc na salę. Biesiadujący byli zauroczeni, a Heroda, śledzącego wzrokiem każdy jej pełen wdzięku ruch, wkrótce równie mocno pobudził taniec, co wino. Kiedy w finałowych tanecznych podrygach Salome wskoczyła mu na kolana, wyrwało mu się w nagłym przypływie namiętności:

    Proś mnie, o co chcesz, a dam ci.

    (…) Dam ci, o co tylko poprosisz,

    nawet połowę mojego królestwa (Mk 6,22-23).

    Salome nie wiedziała, o co poprosić, a więc zwróciła się do swojej matki. Herod już zapomniał o tym niefortunnym kazaniu Jana Chrzciciela, ale kobieta nie zapomina tak łatwo. Te dziesięć miesięcy, jakie spędził w więzieniu pod ziemią, spędził także w duszy Herodiady, dręcząc ją, zakłócając jej sen, męcząc jej sumienie i prześladując ją we snach. Postanowiła teraz pozbyć się go, myśląc, że jeśli mogłaby po prostu zlikwidować tego moralnego przedstawiciela Boga, będzie mogła grzeszyć bezkarnie przez resztę swojego życia. Jednym słowem skierowanym do Salome uciszy swoje sumienie i sumienie swojego męża na zawsze. Wyszeptała córce odpowiedź do ucha. Salome zbliżyła się do Heroda. Przenikliwa muzyka urwała się. Cisza spadła na zgromadzonych. Jedzenie przestało smakować i nawet w ich duszy pojawiła się odraza, gdy młoda dziewczyna poprosiła Heroda:

    Daj mi tu (…) na misie

    głowę Jana Chrzciciela (Mt 14,8).

    Ze względu na swoją przysięgę Herod wprawiony był w zakłopotanie. Pomyślał o całym swoim minionym szacunku dla proroka, ale jednocześnie bał się drwin i szeptanych żartów gości, gdyby zobaczyli, że wycofuje się z obietnicy. Niewierny Bogu, sumieniu, sobie samemu, nie wstydząc się żadnej zbrodni, ale wstydząc się opinii publicznej, zdecydował się być wiernym swojej pijanej obietnicy. Nade wszystko drżał przed gniewem swojej drugiej żony.

    Herod wezwał kilku służących. Zapalono pochodnie. Wszyscy milczeli, gdy dobiegały ich odgłosy schodzących po schodach, głębiej i głębiej, coraz cichsze i cichsze. Wreszcie usłyszeli zgrzyt kluczy w drzwiach lochu, skrzyp zawiasów. Na kilka sekund zapanowała cisza, a potem zakłócił ją nieprzyjemny głuchy odgłos czegoś spadającego. A później powolny marsz po stopniach w górę, coraz głośniejszy i głośniejszy, w rytmie bicia ich serc. Niewolnicy zbliżyli się do Herodiady z krwawym podarunkiem. Ta podeszła do Salome, a Salome, idąc przez salę taneczną, poniosła go na złotej misie Herodowi: brodatą głowę Proroka Ognia.

    W tę ciemną noc, na skinienie dziecka cudzołożnicy, Herod zamordował zwiastuna Chrystusa.

    Potem Heroda nawiedzały lęki, tak jak Nerona nawiedzał duch jego matki, którą zamordował. Cesarz Kaligula nie mógł spać, gdyż i jego nawiedzały twarze jego ofiar. Historyk Swetoniusz pisze, że „siedział w łóżku” albo chodził w kółko długimi portykami pałacu, wyglądając nadejścia dnia.

    Herod, dowiedziawszy się jakiś czas później o naszym boskim Panu, myślał, że to Jan Chrzciciel powstał z martwych. Herod nie wierzył w życie przyszłe. Żaden człowiek zmysłowy nie wierzy. Wiara w nieśmiertelność umiera z łatwością w tych, którzy żyją w taki sposób, że nie potrafią stanąć twarzą w twarz wobec perspektywy sądu. Życie przyszłe odmówione jest komuś nie tyle z powodu sposobu, w jaki ktoś myśli, ale z powodu sposobu, w jaki ktoś żyje. Herod wmówił sobie, że drzwi zamykają się wraz ze śmiercią. Jednak teraz, gdy tylko usłyszał o tym, że nasz Pan głosi słowo Boże, zaczął myśleć, że Jan powstał z martwych. Sceptycyzm nigdy nie jest pewien samego siebie, będąc nie tyle stanowiskiem intelektualnym, co pozą, by usprawiedliwić złe zachowanie. Jak saduceusze, Herod odrzucał życie po życiu, ale jednak lękał się swojego sumienia. A słysząc o dziwach i cudach naszego Pana, „starał się Go zobaczyć” (Łk 9,9). I faktycznie Go zobaczył. Niecałe dwa lata później Piłat wysłał do niego naszego Pana:

    Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć,

    ponieważ słyszał o Nim

    i spodziewał się, że zobaczy jakiś znak,

    zdziałany przez Niego (Łk 23,8).

    Herod nigdy przedtem nie widział twarzy Jezusa, dopiero w tej ostatniej godzinie. Nigdy przedtem nie słyszał Jego głosu. Kiedy nadeszła ta chwila, nasz Pan odmówił rozmowy z nim.

    Po Przemienieniu apostołowie, którzy widzieli, jak Mojżesz i Eliasz rozmawia z naszym Panem, zaczęli pytać o Eliasza. Nasz Pan powiedział im, że Eliasz już był pośród nich duchem; widzieli go w pustelniku, człowieku odzianym w sierść wielbłąda, który żywił się mizerną strawą. Wówczas ponownie wyciągnął im przed oczy krzyż. Pokazał im, że śmierć Jana Chrzciciela była zapowiedzią Jego własnej śmierci. Jak ludzie, którzy widząc Jana, nie uwierzyli mu, tak też nie uwierzą naszemu Panu:

    i postąpili z nim tak, jak chcieli.

    Tak i Syn Człowieczy ma

    od nich cierpieć (Mt 17,12).

    Poprzez komentarz na temat losu Chrzciciela Jezus przepowiedział swoje własne cierpienie i śmierć. Dążył do tego, by myśl o Mesjaszu, który zarówno umiera, jak i zwycięża, stała się dla nich czymś znajomym. Jak ludzie popełniali błąd w swej ślepocie, nie przyjmując Chrzciciela, kiedy przyszedł w duchu pokutnego Eliasza, tak przeoczą Mesjasza, kiedy przyjdzie pośród nich jako Ten, który poniesie ich winę, by odkupić ją na drzewie krzyża. Apostołowie dowiedzieli się, że takie przeznaczenie zostało przepowiedziane o Synu Człowieczym:

    Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym (Mk 9,12).

    Psalmy i prorocy nawiązywali do Jego cierpienia jako Syna Człowieczego. Jak nasz Pan nie ocalił Jana Chrzciciela przed okrucieństwem Heroda, tak nie ocali samego siebie przed tym samym Herodem. Zwiastun poniósł los Tego, którego zwiastował. Posłaniec spotkał się z przemocą, ponieważ ogłaszał Nowinę. I ponownie góra Kalwarii rzucała swój cień na dolinę, tym razem sięgając stóp Góry Przemienienia. Wszystko w Jego życiu mówiło o Jego krzyżu, także gwałtowna śmierć Jana.

    Abp Fulton J. Sheen

    Tekst jest fragmentem książki abp. Fultona J. Sheena pt. Życie Jezusa Chrystusa, wydanej nakładem Wydawnictwa AA. Tłumaczenie Jan J. Franczak

    PCh24.pl.

    Sheen Fulton J.; Życie Jezusa Chrystusa; Wydawnictwo AA 2018, s. 681.

    ***

    28 sierpnia

    Święty Augustyn, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria od Krzyża (Joanna Jugan), zakonnica
      •  Błogosławiony Alfons Maria Mazurek, prezbiter i męczennik
      •  Ezechiasz, król
    Święty Augustyn z matką, św. Moniką

    Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie do spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostawał rozdarty między wpływem matki i ojca.
    Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie wiadomo, kiedy go sobie nadał.
    W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii – Wyznaniach – z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Jego ulubionym autorem był Wergiliusz.
    Jako młodzieniec Augustyn żył swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej, i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. “dany od Boga”). Augustyn żył z tą dziewczyną przez 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr – to był jego ulubiony żywioł.

    Święty Augustyn

    Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem.
    W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego – pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat.
    W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął słuchać jego kazań. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią przekazywanej treści.
    Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawła Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14).
    Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco, i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła w Ostii jego matka, św. Monika; wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł także jego syn. Po przybyciu do Tagasty Augustyn rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi – św. Alipiuszem i Ewodiuszem – zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.Więcej informacji o nawróceniu św. Augustyna – pod datą 24 kwietnia.

    Święty Augustyn

    W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: “Augustyn kapłanem!” Ten, zalany łzami, przyjął propozycję biskupa i ludu. Po przyjęciu święceń nie zmienił jednak trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: św. Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz konsekrował wkrótce Augustyna na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności (396) i Augustyn został jego następcą, biskupem Hippony.


    Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych (m.in. augustianów, kanoników regularnych, dominikanów i paulinów). Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako okazję do apostolstwa. Korespondował m.in. ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles.
    Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić – zwanych lapsi. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym pozyskał sobie donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona.
    W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją do tego, aby jako pierwszy z Ojców mógł gruntownie wyjaśnić teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia.
    Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów.
    Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.

    Święty Augustyn

    Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą: Wyznania (386-387), 
    O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary (396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Święty Augustyn – wzór nawrócenia

    Saint_Augustine_by_Philippe_de_Champaigne.jpg
    Filip de Champaigne, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    28 sierpnia w Kościele Katolickim jest dniem szczególnym. Wówczas w kalendarzu liturgicznym przypada wspomnienie św. Augustyna z Hippony, biskupa i doktora Kościoła. Droga jego nawrócenia – jak podkreślił papież Benedykt XVI – „jest przykładem dla chrześcijan wszystkich czasów”.

    Augustyn przyszedł na świat 13 listopada 354r. w Tagaście (dzisiejsza Algieria). Pochodził ze specyficznej rodziny, jego ojciec był poganinem, matka zaś była wierząca. Wychowana w chrześcijańskim domu, troszczyła się o religijną edukację swojego syna. Augustyn błądził przez wiele lat, pozostawał rozdarty, między poglądami i wpływami ojca oraz matki. Pomimo różnic w podejściu do życia, jakie obserwował u swych rodziców, jego matce – św. Monice udało się w nim zaszczepić miłość do Prawdy. Przejawiała się ona w nieustających poszukiwaniach, jakie czynił Augustyn.

    Okres studiów, podczas którego przygotowywał się do zawodu retora, nie wpłynął na niego dobrze. Jako młodzieniec żył bardzo swobodnie. Używał życia i nie stronił od trunków i dobrej zabawy. Po zakończeniu studiów w Tagaście i Madurze, postanowił skorzystać z oferty podjęcia nauki w Kartaginie, która wówczas była jedną z metropolii Afryki Północnej. Zafascynowany wielkomiejskim życiem, zaczął jeszcze bardziej oddalać się od Boga. Prowadził niemoralne życie, przez wiele lat będąc w nieformalnym związku z kobietą, z którego to zrodzony został jego syn – Adeodatos (łac. dany od Boga).

    Nieumiejętne dążenie do Prawdy

    Ziarno wiary zasiane w jego sercu przez św. Monikę, nadal w nim istniało. Niestety Augustyn nie potrafił odpowiedzieć na Bożą łaskę. Szukał odpowiedzi na bardzo ważne pytania, które nieustannie pojawiały się w jego umyśle. Jego racjonalny sceptycyzm, który zaistniał w nim po lekturze rzymskich klasyków, doprowadził go do sekty manichejskiej. Sytuacja życiowa Augustyna niezwykle smuciła jego matkę, która przez całe swe życie prosiła Boga o nawrócenie syna.

    Pewnego dnia św. Ambroży, ówczesny biskup Mediolanu, pocieszył św. Monikę mówiąc: „Matka tylu łez nie może być niewysłuchana przez Boga”. Słowa te, wlały w serce matki Augustyna ogromną otuchę.

    Cud wymodlony przez matkę

    Życie Augustyna niedługo miało się diametralnie zmienić. Słowa biskupa Ambrożego okazały się prorocze. 30 – letni wówczas Augustyn rozpoczął pracę jako retor w Mediolanie. Pozwoliło mu to na regularne słuchanie jego kazań, które otworzyły jemu serce na Chrystusa. Dodatkowym impulsem, który zbliżył go do Boga była rozmowa ze swym przyjacielem z młodości – Pontycjanem, który okazał się głęboko wierzącym chrześcijaninem. Jego opowieść o poświęceniu i życiu świętego eremity Antoniego spowodowało w duszy Augustyna wielki wstrząs.

    Augustyn prowadził wielką walkę duchową pomiędzy chęcią zbliżenia się do Boga, a utratą dotychczasowego przyjemnego życia. Aby poradzić sobie ze swymi rozterkami, postanowił wyjechać na podalpejską wieś, gdzie nastąpiło ostateczne uderzenie wielkiej Bożej łaski.

    Pewnego razu, rozmyślając w ogrodzie usłyszał z sąsiedztwa śpiew dziecka: „Tolle lege! Tolle lege!”, co znaczyło: „Weź, czytaj”. Natychmiast wziął do ręki zbiór listów św. Pawła, a tam natrafił na słowa: „Nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14). To zdarzenie odmieniło całe jego życie i pozwoliło na uporanie się z grzechem.

    Nowe życie Augustyna

    Na początku marca 387 r. powrócił on do Mediolanu, gdzie został ochrzczony przez jednego ze swoich mentorów – biskupa Ambrożego. Przyszły święty stał się człowiekiem modlitwy, który poznał gorycz doczesnego świata i piękno Bożej miłości. Jego wewnętrzna przemiana spowodowała poczucie żalu i goryczy z powodu tak późnego poznania Chrystusa.

    W swoim dziele pt. „Wyznania” napisał: „Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. […] Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę i Ciebie”.

    Niedługo potem Augustyn został wyświęcony na kapłana. W 396 r., po śmierci bp. Waleriusza, został mianowany biskupem Hippony. Po wielu latach ułożył regułę, która stała się podstawą formacji wielu zakonów, m. in. augustianów, kanoników regularnych laterańskich czy też paulinów.

    Św. Augustyn jako wzór doskonałego nawrócenia

    Św. Augustyn dopiero po 33 latach swego życia odnalazł Boga. Przyjął chrzest i zaczął niezwykłą drogę, którą wyprosiła dla niego jego święta matka – Monika. Jak podkreślił w jednej ze swoich katechez papież Benedykt XVI, „jego nawrócenie nie było wydarzeniem związanym z jednym momentem, ale drogą”. Ojciec Święty podzielił ją na trzy etapy.

    Pierwszym z nich jest stopniowe zbliżanie się wiary i nieustanne poszukiwanie Boga i Prawdy, które ziściło się w momencie przeczytania słów św. Pawła, dotyczących porzucenia dzieł ciała i przyobleczenia się w Chrystusa. Kolejnym etapem nawrócenia Augustyna, było otwarcie się na oczyszczenie i oddanie się życiu kontemplacyjnemu. Jego medytacje i życie w całkowitej prawdzie spowodowały, że został kapłanem.

    Początkowo nowa sytuacja, w której się znajdował była dla niego trudna, ale z czasem uświadomił sobie, że tylko żyjąc dla innych, będzie mógł spełniać swe powołanie. Ostatnim etapem drogi Augustyna jest trzecie nawrócenie, które pozwoliło mu zaznać wielkiej duchowej i intelektualnej pokory. Wtedy zrozumiał, że każdego dnia powinien prosić Boga o przebaczenie.

    Każdy z nas potrzebuje tego codziennego obmycia z grzechów i stałego, nieustającego nawracania. Musimy uznać, że jesteśmy grzesznikami, a bez łaski Bożej jesteśmy niczym. Postawa głębokiej pokory, którą zauważamy w licznych dziełach św. Augustyna, powinna zagościć również w naszych duszach i umysłach. Będzie to wielki krok, który zbliży nas do wielkiej nagrody w Niebie, którą przygotował nam Jezus Chrystus.

    Św. Augustyn zmarł w 430 r. Początkowo jego doczesne szczątki spoczęły w Hipponie, ale z czasem przeniesiono je do Pawii we Włoszech, gdzie jako relikwie są czczone po dzień dzisiejszy.

    PCh24.pl

    “Radość mojego serca, za którą tęsknię jedynie, nie milknie i nie znika, gdy godzina minie… gdy mijają tygodnie, miesiące i lata, bo jest ponadczasowa, nie jest z tego świata… Nie jest pragnieniem przyszłości ani sakramentu, nie jest tym, co uchwytne, co dotknąć się daje… Jest serca wyobrażeniem, o miłości marzeniem… takiej, która trwa zawsze… nigdy nie ustaje”…

    Św. Augustyn jest nie tylko wspaniałym przykładem nawrócenia. W jego życiu widać bardzo wyraźnie jak dzięki Bożemu działaniu wszystko jest możliwe pośród przewrotnego świata.

    ***

    27 sierpnia

    Święta Monika

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dominik od Matki Bożej Barberi, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Pilar Izquierdo Albero, zakonnica
    Święta Monika

    Monika urodziła się ok. 332 r. w Tagaście (północna Afryka), w rodzinie rzymskiej, ale głęboko chrześcijańskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, Patrycjusza, członka rady miejskiej w Tagaście. Małżeństwo nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia chrztu. W wieku 22 lat urodziła syna – Augustyna. Po nim miała jeszcze syna Nawigiusza i córkę, której imienia historia nam nie przekazała. Nie znamy także imion innych dzieci.
    W 371 r. zmarł mąż Moniki. Monika miała wówczas 39 lat. Zaczął się dla niej okres 16 lat, pełen niepokoju i cierpień. Ich przyczyną był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca, żył bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę; z tego związku narodziło się nieślubne dziecko. Ponadto młodzieniec uwikłał się w błędy manicheizmu. Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając dla niego u Boga o nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by zetknąć się z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika odnalazła syna. Pewien biskup na widok jej łez, kiedy wyznała mu ich przyczynę, zawołał: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. To były prorocze słowa. Augustyn pod wpływem kazań św. Ambrożego w Mediolanie przyjął chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie (387).

    Święta Monika i jej syn, św. Augustyn

    Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii w 387 r. Daty dziennej Augustyn nam nie przekazał. Wspomina jednak jej pamięć w najtkliwszych słowach.
    Ciało Moniki złożono w Ostii w kościele św. Aurei. Na jej grobowcu umieszczono napis w sześciu wierszach nieznanego autora. W 1162 r. augustianie mieli zabrać święte szczątki Moniki do Francji i umieścić je w Arouaise pod Arras. W 1430 r. przeniesiono je do Rzymu i umieszczono w kościele św. Tryfona, który potem otrzymał nazwę św. Augustyna. Św. Monika jest patronką kościelnych stowarzyszeń matek oraz wdów.W ikonografii św. Monika przedstawiana jest w stroju wdowy. Jej atrybutami są książka, krucyfiks, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    26 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Częstochowska

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna Elżbieta Bichier des Ages, dziewica
      •  Święta Teresa od Jezusa Jornet e Ibars, dziewica
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów Ginard Marti, zakonnica i męczennica
    Klasztor na Jasnej Górze

    Wśród bardzo licznych w Polsce sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie nawiedza ją od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski.
    Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
    Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu.
    Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie.
    Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.

    Klasztor na Jasnej Górze

    Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.
    Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).
    Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.
    Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie.

    Cudowny Obraz Maryi z Jasnej Góry

    Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.
    Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem w 1999 r.

    Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.
    Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.

    Św. Jan Paweł II przed Cudownym Obrazem

    Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni.Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 sierpnia

    Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Mała Arabka), dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Ludwik IX, król
      •  Święty Józef Kalasanty, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria del Transito od Jezusa Sakramentalnego, dziewica
      •  Święta Maria Troncatti, zakonnica
    Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego

    Miriam Baouardy, zwana także Małą Arabką, urodziła się 5 stycznia 1846 r. w Abellin, pod starożytną Ptolemaidą, w Galilei. Jej ojciec pochodził z Damaszku, a matka – z Libanu. Gdy Maria miała trzy lata, straciła rodziców. Na wychowanie zabrał ją wtedy wuj. W dwunastym roku życia przynaglano ją już do małżeństwa, ale wybroniła się przed nim i złożyła ślub czystości. Poszukując pracy, dotarła do Marsylii, gdzie została służącą.
    W 1865 r. wstąpiła do józefitek, ale te – widząc, że Maria doznaje ekstaz i jest stygmatyczką – skierowały ją do karmelu w Pau. Tam to dziewczyna przyjęła imię Marii od Jezusa Ukrzyżowanego. W 1870 r. razem z innymi wyjechała do Indii, aby w Mangalore założyć nowy klasztor. Do Francji wróciła z tych samych powodów, dla których józefitki oddały ją karmelitankom.
    W Pau spotkała ks. Piotra Estrate, przełożonego sercanów w Betherram, który podjął się kierownictwa duchowego, a po latach został jej biografem. W roku 1875 Maria zaczęła realizować dzieło swych dawnych marzeń: założenie karmelu w Betlejem. Zainicjowała ponadto nowy klasztor w Nazarecie.
    22 sierpnia 1878 r. przeżyła upadek ze schodów, w trakcie którego złamała lewą rękę. Błyskawicznie rozwinęła się gangrena i Miriam zmarła 26 sierpnia 1878 r. w Betlejem. Nie pozostawiła żadnych pism, była zresztą prawie analfabetką. Zachowały się jednak relacje osób, które się z nią stykały. Dowiadujemy się z nich o jej wizjach, ekstazach, spełnionych proroctwach, także o improwizowanych poematach. Wszystko to przeżywała w sposób zupełnie zwyczajny, jak gdyby chodziło o rzeczy najnormalniejsze w świecie, nieświadoma swojej niezwykłości. Wywierała ogromny wpływ na otoczenie. Szerzyła przede wszystkim nabożeństwo do Ducha Świętego.
    Św. Jan Paweł II dokonał jej beatyfikacji 13 listopada 1983 r. w Rzymie. Papież Franciszek włączył ją do grona świętych 17 maja 2015 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    24 sierpnia

    Święty Bartłomiej, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święta Emilia de Vialar, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia (Vincenta Rosal), dziewica
      •  Błogosławiony Mirosław Bulesić, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Poznańska Piątka, męczennicy
    Święty Bartłomiej

    Święty Bartłomiej jest jednym z dwunastu Apostołów, których wybrał sobie Jezus spośród kilkudziesięciu uczniów.
    W Ewangeliach spotykamy dwa imiona: Bartłomiej i Natanael. Synoptycy (Mateusz, Łukasz i Marek) używają nazwy pierwszej, natomiast Jan posługuje się imieniem drugim. Jednak według krytyki biblijnej i tradycji chodzi w tym wypadku o jedną i tę samą osobę. Jan pisze o Natanaelu jako o Apostole (J 1, 35-51; 21, 2). Ponadto akcentuje wyraźnie, że Natanaela łączyła przyjaźń z Filipem Apostołem, a synoptycy umieszczają Bartłomieja zawsze właśnie przy Filipie w katalogach Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14). Co więcej, są oni nawet wymienieni ze spójnikiem “i”: “Filip i Bartłomiej”.
    Aramejskie słowo Bartolmaj znaczy tyle, co “syn Tolmaja”. Z tym imieniem spotykamy się w Biblii kilka razy (Joz 15, 14; 2 Sm 3, 3). Wyraz Natanael jest imieniem hebrajskim i znaczy tyle, co “Bóg dał” – byłby więc odpowiednikiem greckiego imienia Teodoros czy łacińskiego Deusdedit oraz polskiego Bogdan. Z imieniem Natanael spotykamy się w Piśmie świętym znacznie częściej (Lb 1, 8; 2, 5; 7, 18; 10, 15; 1 Krn 2, 14; 15, 24; 24, 6 i in.). Jeśli Bartłomiej jest tożsamy z Natanaelem, to jego imię brzmiałoby poprawnie: Natanael, bar Tholmai (Natanael, syn Tolmaja).

    Święty Bartłomiej

    Synoptycy wymieniają imię św. Bartłomieja jedynie w katalogach Apostołów. Św. Jan podaje, że pochodził z Kany Galilejskiej. Szczegółowo zaś opisuje pierwsze spotkanie Natanaela z Chrystusem (J 1, 35-51), którego był naocznym świadkiem. To Filip, uczeń Pana Jezusa, późniejszy Apostoł, przyprowadził Natanaela do Chrystusa i dlatego zawsze w wykazie Apostołów Natanael znajduje się tuż za Filipem. Niektórzy uważają, że to właśnie na weselu Natanaela w Kanie był Chrystus z uczniami i Matką, gdzie na Jej prośbę dokonał pierwszego cudu.
    Z opisu pierwszego spotkania wynika, że Natanael nie był zbyt pozytywnie nastawiony do mieszkańców Nazaretu. Kiedy jednak usłyszał słowa Chrystusa i poznał, że Chrystus przeniknął głębię jego wnętrza, serce i duszę, od razu zdecydowanie w Niego i Jemu uwierzył. Świadczy to o wielkiej prawości jego serca i otwarciu na działanie łaski Bożej. Odtąd już na zawsze pozostał przy Chrystusie. O Natanaelu św. Jan Ewangelista wspomina jeszcze raz – brał on udział w cudownym połowie ryb na jeziorze Genezaret po zmartwychwstaniu Chrystusa (J 21, 2-6).Tradycja chrześcijańska ma niewiele do powiedzenia o św. Bartłomieju. Zainteresowanie innymi Apostołami jest znacznie większe, postać św. Bartłomieja jest raczej w cieniu. Pierwszy historyk Kościoła, św. Euzebiusz, pisze, że ok. roku 200 Pantenus znalazł w Indiach Ewangelię św. Mateusza. Wyraża przy tym przekonanie, że zaniósł ją tam właśnie św. Bartłomiej. Podobną wersję podaje św. Hieronim. Natomiast św. Rufin i Mojżesz z Horezmu są zdania, że św. Bartłomiej głosił naukę Chrystusa w Etiopii. Pseudo-Hieronim zaś twierdzi, że św. Bartłomiej apostołował w Arabii Saudyjskiej. Jeszcze inni są zdania, że św. Bartłomiej pracował wśród Partów i w Mezopotamii. Ta rozbieżność pokazuje, jak mało wiemy o losach Apostoła po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.

    Święty Bartłomiej odzierany ze skóry

    Z apokryfów o św. Bartłomieju zachowały się Ewangelia Bartłomieja i Apokalipsa Bartłomieja. Znamy je jednak w dość drobnych fragmentach. Zachował się również obszerniejszy apokryf Męka Bartłomieja Apostoła. Według niego Bartłomiej miał głosić Ewangelię w Armenii. Tam miał nawet nawrócić brata królewskiego – Polimniusza. Na rozkaz króla Armenii, Astiagesa, został pojmany w mieście Albanopolis, ukrzyżowany, a w końcu ścięty. Od św. Izydora (+ 636), biskupa Sewilli, rozpowszechniła się pogłoska, że św. Bartłomiej został odarty ze skóry. Stąd też został uznany za patrona rzeźników, garbarzy i introligatorów. Jako przypuszczalną datę śmierci Apostoła podaje się rok 70.

    Święty Bartłomiej

    Zaraz po śmierci Bartłomiej odbierał cześć jako męczennik za wiarę Chrystusową. Dlatego i jego relikwie chroniono przed zniszczeniem. Około roku 410 biskup Maruta miał je przenieść z Albanopolis do Majafarquin, skąd przeniesiono je niedługo do Dare w Mezopotamii. Stamtąd zaś relikwie umieszczono w Anastazjopolis we Frygii w Azji Mniejszej ok. roku 507. Kiedy jednak najazdy barbarzyńców groziły zniszczeniem i profanacją, w roku 580 przewieziono je na Wyspy Liparyjskie, a w roku 838 do Benewentu. Obecnie znajdują się pod mensą głównego ołtarza tamtejszej katedry. Część tych relikwii została przeniesiona za panowania cesarza Ottona III do Rzymu. Władca ten wystawił bazylikę na Wyspie Tyberyjskiej (dla przechowania relikwii św. Wojciecha), do której to bazyliki sprowadzono potem relikwie Apostoła, zmieniając jej tytuł.

    Święty Bartłomiej

    Kult św. Bartłomieja datuje się od V w. Grecy obchodzą jego uroczystość 11 czerwca, Ormianie 8 grudnia i 25 lutego, Etiopczycy 18 lipca i 20 listopada. Kościół łaciński święto Apostoła od wieku VIII obchodzi 24 sierpnia. W VI w. spotykamy już pierwszy kościół wzniesiony ku jego czci na wyspie Eolia. Piza, Wenecja, Pistoia i Foligno wystawiły mu okazałe świątynie. W Polsce kult św. Bartłomieja był niegdyś bardzo żywy – wystawiono ku jego czci na naszych ziemiach ponad 150 kościołów. Miał on nawet w Polsce swoje sanktuaria, np. w Polskich Łąkach koło Świecia, gdzie na odpust ściągały tłumy z daleka.W ikonografii św. Bartłomiej jest przedstawiany w długiej tunice, przepasanej paskiem, czasami z anatomiczną precyzją jako muskularny mężczyzna. Bywa ukazywany ze ściągniętą z niego skórą. Jego atrybutami są: księga, nóż, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 sierpnia

    Błogosławiony Władysław Findysz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Róża z Limy, dziewica
      •  Błogosławiony Bernard z Offidy, zakonnik
      •  Święty Filip Benicjusz, prezbiter
    Błogosławiony Władysław Findysz

    Władysław Findysz urodził się 13 grudnia 1907 roku w Krościenku Niżnym koło Krosna, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej, jako trzecie dziecko. Następnego dnia przyjął chrzest. Jego rodzinny dom był miejscem głębokiego przeżywania wiary, a przy tym szacunku dla tradycji i historii Polski. Dzieciństwo przygotowało go do prób, które Pan Bóg zaplanował dla niego w przyszłości. Gdy miał zaledwie pięć lat, śmierć zabrała mu ukochaną matkę, a w niedługim czasie także troje spośród rodzeństwa. W 1913 roku rozpoczął naukę w szkole ludowej w rodzinnej miejscowości, a następnie w szkołach krośnieńskich. Tam poznał Sodalicję Mariańską i zaangażował się w jej działania. Z daleka doświadczał skutków tragicznej wojny. Już w odrodzonej Polsce w 1927 roku, po maturze, zdecydował się na wstąpienie do seminarium duchownego w Przemyślu. 19 czerwca 1932 roku przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni wysłali ks. Władysława w charakterze wikariusza do parafii kolejno w Borysławiu, Drohobyczu, Strzyżowie i Jaśle. Dwie pierwsze obejmowały tereny przemysłowe, zamieszkane przez ludność zróżnicowaną narodowościowo, religijnie i materialnie. Strzyżów i Jasło, duże parafie miejskie, choć mniej zróżnicowane narodowościowo, stanowiły wielkie wyzwanie dla młodego kapłana – czas posługi w nich zbiegł się z okresem II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. W Strzyżowie przez pierwszy rok wojny (1939-1940) ks. Władysław był administratorem parafii, gdyż zmarł tamtejszy proboszcz. W Jaśle związał się z ruchem oporu, przyjmując na siebie obowiązki kapelana. Już w 1941 r. pełnił urząd administratora, a od 1942 roku proboszcza parafii pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła w Nowym Żmigrodzie.
    Władysław przywiązywał dużą wagę do formacji wewnętrznej i zachowywania praktyk ascetycznych. Był przy tym skromny i pełen szacunku dla ludzi. Praca w Nowym Żmigrodzie przypadła na burzliwy okres najnowszych dziejów Polski. W czasie okupacji hitlerowsko-sowieckiej ks. Władysław niósł pomoc potrzebującym, zrozpaczonych podnosił na duchu, a błądzących upominał. Był świadkiem prześladowania Polaków, Żydów i przedstawicieli innych narodów. Najtrudniejszy był ostatni okres okupacji, kiedy został wysiedlony. Parafia została bez pasterza. Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, wrócił do Nowego Żmigrodu, by zająć się pracą nad odnową moralną mieszkańców i odbudową materialną parafii. Wierni zagrożeni propagandą ateistyczną znajdowali w jego posłudze pomoc i oparcie.

    Błogosławiony Władysław Findysz

    Organizował katolickie pogrzeby ofiar wojny i pomoc materialną dla poszkodowanych, bez względu na narodowość i wyznanie. Dzięki temu wiele rodzin łemkowskich uniknęło wysiedlenia w ramach Akcji “Wisła”. Brał udział w odbudowie miasteczka. Katechizował dzieci i młodzież, najpierw w szkole, dopóki władze komunistyczne pozwalały, a potem poza nią. Wiernie i z oddaniem realizował swe obowiązki. Jego gorliwa działalność duszpasterska naraziła go szybko na prześladowania ze strony władz komunistycznych. Śledzono go, nagrywano kazania. Wielokrotnie odmawiano mu wydania przepustki na pobyt w strefie nadgranicznej, uniemożliwiając tym samym posługę kapłańską wśród mieszkających tam parafian. Był też nieustannie inwigilowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.
    W 1963 roku apelował do parafian o włączenie się do prowadzonej przez Kościół w Polsce akcji tzw. “soborowych czynów dobroci”. Zadenuncjowali go ludzie, którzy poczuli się urażeni listami, w których zachęcał ich do pojednania się z Bogiem i Kościołem. Tym, którzy żyli w związkach niesakramentalnych, oferował pomoc w doprowadzeniu ich do ołtarza.
    Oskarżony o złamanie dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania, w 1963 roku został aresztowany. Przewieziono go na komendę w Rzeszowie, gdzie był przesłuchiwany, a w jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję. Był już wtedy ciężko chory – rozpoznano raka przełyku. Postawiono mu zarzut zmuszania do praktyk religijnych. Wkrótce odbył się pokazowy proces. Skazano go na karę dwóch i pół roku więzienia. Mimo złego stanu zdrowia przez kilka miesięcy był więziony. Przez kilka miesięcy odbywał karę na Zamku w Rzeszowie, a na wiosnę 1964 r. został przeniesiony do krakowskiego więzienia dla więźniów politycznych na Montelupich. Komuniści sprawę ks. Findysza wykorzystali dla zastraszenia innych niepokornych księży. W obronie uwięzionego kapłana, wymagającego natychmiastowego leczenia, interweniowały władze diecezji przemyskiej. Prokuratura odrzucała kolejne prośby i apele.
    Do gwałtownego pogorszenia zdrowia ks. Władysława przyczyniły się fizyczne i psychiczne tortury. Miesiące spędzone w uwłaczających ludzkiej godności warunkach i brak opieki lekarskiej wpłynęły na radykalne pogorszenie stanu jego zdrowia. Kiedy 29 lutego 1964 roku, po uchyleniu aresztu przez Sąd Najwyższy, opuszczał więzienie, był skrajnie wyczerpany. Nie rokowano mu powrotu do zdrowia.
    Zmarł 21 sierpnia tego roku w Nowym Żmigrodzie. Jego pogrzeb stał się okazją do manifestacji przywiązania do wiary katolickiej. Uczestniczyło w nim 130 kapłanów oraz tysiące wiernych. Ksiądz Findysz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Nowym Żmigrodzie.
    Komuniści nawet po jego śmierci nie dali mu spokoju. Przez wiele lat nie można było wszcząć procesu beatyfikacyjnego. Wśród parafian pozostała jednak żywa pamięć o jego posłudze. Wyróżniał się w ich przekonaniu jako wzór wypełniania obowiązków pasterskich, a zwłaszcza jako obrońca wiary i moralności chrześcijańskiej. Dopiero zmiana sytuacji politycznej po 1989 roku pozwoliła podjąć starania o beatyfikację ks. Władysława, które rozpoczęto w 2000 roku.
    Już 20 grudnia 2004 roku Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wydała dekret o męczeństwie ks. Findysza, ponieważ zmarł on w wyniku cierpień zadanych mu w więzieniu z powodu nienawiści do wiary (in odium fidei).
    19 czerwca 2005 r., w imieniu papieża Benedykta XVI, prymas Polski kardynał Józef Glemp, podczas Eucharystii sprawowanej w Warszawie, włączył ks. Władysława w poczet błogosławionych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Królowa

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Agatonik i Towarzysze
      •  Błogosławiony Franciszek Dachtera, prezbiter i męczennik
    Guido Reni: Dziewica na tronie z Dzieciątkiem

    Wspomnienie Maryi Królowej zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII encykliką Ad caeli Reginam (Do Królowej niebios), wydaną 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Już w czasie Soboru Watykańskiego I w roku 1869 biskupi francuscy i hiszpańscy prosili o to święto. Pierwszy Krajowy Kongres Maryjny w Lyonie (1900) prośbę tę ponowił. Uczyniły to również międzynarodowe kongresy maryjne odbyte we Fryburgu (1902) i w Einsiedeln (1904). Od roku 1923 wyłonił się specjalny ruch pro regalitate Mariæ. Początkowo wspomnienie Maryi Królowej obchodzone było w dniu 31 maja, ale w wyniku posoborowej reformy kalendarza liturgicznego przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia Maryi – 22 sierpnia. To właśnie wydarzenie ukoronowania Maryi wspominamy w piątej tajemnicy chwalebnej różańca.W Piśmie świętym nie mamy tekstu, który by wprost mówił o królewskim tytule Najświętszej Maryi Panny. Są jednak teksty pośrednie, które tę prawdę zawierają. W raju pojawia się zapowiedź Niewiasty, która skruszy głowę węża (Rdz 3, 15). Archanioł Gabriel i Elżbieta wołają do Maryi: “Błogosławiona jesteś między niewiastami” (Łk 1, 28. 43) – a więc spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi Ty jesteś pierwsza. Sama też Maryja w proroczym natchnieniu wypowiada o sobie słowa: “Oto błogosławić Mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” (Łk 1, 48). Apokalipsa zawiera taką relację: “Potem ukazał się znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod Jej stopami, a na Jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12, 1) – tą Niewiastą, według Tradycji Kościoła, jest właśnie Maryja.
    Drugim źródłem naszej wiary w królowanie Maryi jest podanie ustne, które objawia się w zwyczajnym nauczaniu Kościoła i w pismach jego Ojców. Tu mamy już świadectwa wprost, a jest ich bardzo wiele. Św. Efrem (+ 373) już 1600 lat temu tak pisze o Maryi: “Dziewico czcigodna, Królowo i Pani”, “po Trójcy jest Panią wszystkich”, “jest Panią wszystkich śmiertelnych”. Samego siebie nazywa “sługą Maryi”. Św. Piotr Chryzolog (+ 451), również doktor Kościoła, nazywa Matkę Bożą “Panią” (Domina). W dawnej terminologii oznaczało to słowo godność władcy i króla. Św. Ildefons, biskup Toledo (+ 669), nazywa Maryję nie tylko Panią, ale “panującą nad wszystkimi ludźmi”. Przy tej okazji wypowiada przepiękne słowa: “Stałem się sługą Twoim, boś Ty się stała Matką mojego Stworzyciela”. Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), nazywa Maryję “Królową wszystkich mieszkańców ziemi”, a św. Jan Damasceński (+ 749) “Królową rodzaju ludzkiego” i “Królową wszystkich ludzi”, “Panią wszechstworzenia”.

    Maryja - Królowa nieba i ziemi

    Potwierdzenie powszechnej wiary w to, że Maryja jest Królową nieba i ziemi, wyraża również ikonografia chrześcijańska, która od lat najdawniejszych przedstawia Maryję na tronie, z nimbem, w którym przedstawiano tylko cesarzy. Spotykamy taki sposób przedstawiania Najświętszej Maryi Panny już od III w. w katakumbach. Na ikonach bizantyjskich od wieku VI Matka Boża jest zawsze na tronie. Tego rodzaju obrazy, a potem figury nosiły nazwę Basilissa, czyli Królowa, lub Theantrōpos, czyli Pani siedząca na tronie, mająca na kolanach Dziecię Boże. Często dla podkreślenia, że Maryja jest także Królową aniołów, przedstawiano Jej postać w ich otoczeniu. W obrazach wczesnośredniowiecznych aniołowie podtrzymują koronę nad Jej głową. Ten typ obrazów nosił grecką nazwę Panagia angeloktistos. Od X w. powszechnym zwyczajem staje się przedstawianie Maryi na tronie i z koroną, w szatach królewskich, a nawet siedzącej po prawicy Chrystusa. Od XIV w. ulubionym tematem artystów staje się scena “koronacji” Maryi przez Pana Jezusa i Boga Ojca.W VIII w. jako forma walki z obrazoburcami przyjął się zwyczaj prywatnego koronowania obrazów i figur Matki Bożej, zwłaszcza słynących szczególnymi łaskami. W 732 r. papież św. Grzegorz III ukoronował obraz Matki Bożej szczerozłotymi koronami z diamentami. Papież Grzegorz IV w roku 838 podobną koronę ofiarował Matce Bożej w kościele św. Kaliksta w Rzymie. Od XVII w. zwyczaj ten stał się urzędowo zastrzeżony Stolicy Apostolskiej. Początkowo koronacje te były zastrzeżone jedynie w stosunku do cudownych obrazów włoskich. Wkrótce jednak rozszerzono je na cały świat. Pierwszym obrazem, który doczekał się zaszczytu papieskiej koronacji, był obraz Matki Bożej w zakrystii bazyliki św. Piotra w Rzymie (1631). W Polsce tego zaszczytu dostąpił jako pierwszy obraz Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (1651), a następnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej w roku 1717.
    Do najdawniejszych i najbardziej popularnych modlitw Kościoła należą “Pod Twoją obronę” (Sub Tuum præsidium) i “Witaj, Królowo” (Salve Regina) oraz Litania Loretańska, gdzie ostatnie wezwania wychwalają Matkę Bożą jako Królową.
    Tytuł Maryi Królowej podkreślony został także w dokumentach Soboru Watykańskiego II, szczególnie w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen gentium:

    Koronacja Maryi na Królową nieba i ziemi

    Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59).Tytuł “Królowa” podkreśla stan Maryi w czasach ostatecznych jako Tej, która zasiada obok swego Syna, Króla chwały. W ten sposób wypełniły się słowa Magnificat: “Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Maryja ma uczestnictwo w chwale zmartwychwstałego Chrystusa, gdyż miała udział w Jego dziele zbawczym. Jest Jego Matką, nosiła Go w swoim łonie, urodziła Go, zadbała o Jego wychowanie, towarzyszyła Mu nieustannie podczas Jego nauczania – aż do krzyża, a potem Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy.
    Maryja nie jest Królową absolutną, najwyższą i jedyną. Jest nad Nią Bóg i tylko On ma najpełniejsze prawo do tego tytułu. Jeśli więc Maryję nazywamy Królową, to jedynie ze względu na Jej Syna. Godność Jej Boskiego Macierzyństwa wynosi Ją ponad wszystkie stworzenia, czyni Ją Królową aniołów i wszystkich Świętych, Królową nieba i ziemi. Królewskość Maryi jest więc pośrednia. Tylko Pan Bóg jest władcą najwyższym i jedynym. Maryja ma władzę jedynie honorową i zleconą, pełni na ziemi rolę “Regentki”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 sierpnia

    Święty Pius X, papież

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Brunon Zembol, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiona Wiktoria Rasoamanarivo
    Święty Pius X

    Giuseppe (Józef) Sarto urodził się 2 czerwca 1835 r. w rodzinie wiejskiego listonosza, w Riese koło Wenecji. Uczęszczając do szkoły podstawowej w Riese, uczył się równocześnie języka łacińskiego u kapelana tej wioski, ks. Alojzego Horacjusza. W 1846 r. został przyjęty do gimnazjum w Castelfranco Veneto. Codziennie musiał więc przebiegać 14 km (po 7 km tam i z powrotem do domu). Trwało to przez 4 lata (1846-1850). W 1845 r. otrzymał sakrament bierzmowania; pierwszą Komunię świętą przyjął dwa lata później, kiedy miał 12 lat.
    Za pieniądze kardynała Jakuba Monico Józef podjął studia w seminarium w Padwie. Przebywał tam 8 lat (1850-1858). W tym czasie zmarł jego ojciec (1852) i była obawa, że Józef będzie musiał przerwać studia, aby pomagać matce. Matka jednak zdecydowała się dorabiać krawiectwem, aby synowi nie przerywać studiów. Święcenia kapłańskie Józef otrzymał 18 września 1858 r.
    Pierwszą placówką młodego kapłana była kapelania w Tombolo. Wyróżniał się tam jako doskonały kaznodzieja. Dlatego zapraszano go chętnie z kazaniami z różnych okazji. Swoje kazania przygotowywał bardzo starannie, każde z nich zapisując. Budował wiernych pobożnością i gorliwością kapłańską. Opiekował się ubogimi. Po 9 latach (1858-1867) biskup przeznaczył go na proboszcza do Salvano. Tu zajął się szczególnie katechizacją dzieci, uczeniem chóru śpiewu liturgicznego i biednymi. Sam będąc wiele razy głodny jako chłopiec, umiał zrozumieć głód innych. Był tak szczodry dla ubogich, że siostra częstokroć z płaczem skarżyła się mu, że nie ma co do garnka włożyć, a wstydzi się brać w sklepie na kredyt. Miał dwóch wikariuszy do pomocy, z którymi codziennie wieczorem omawiał potrzeby parafii. Po 8 latach został zwolniony z parafii i mianowany kanonikiem w Treviso. Niebawem biskup mianował ks. Józefa Sarto swoim kanclerzem (1875). Po śmierci biskupa został wybrany na wikariusza kapitulnego diecezji (1882).

    Święty Pius X w ówczesnym uroczystym stroju papieskim

    W 1884 r. papież Leon XIII mianował ks. Sarto biskupem Mantui i sam udzielił mu sakry biskupiej. Jako pasterz diecezji Józef umiał być kochającym i życzliwym dla wszystkich ojcem, ale bywał także stanowczy, kiedy tego wymagała chwała Boża. Sam przyświecał swojemu duchowieństwu przykładem modlitwy, ubóstwa i gorliwości kapłańskiej. Baczną uwagę zwrócił na seminarium duchowne, by mogli stąd wychodzić odpowiednio przygotowani do przyszłej misji kapłani. Osobiście zwizytował wszystkie kościoły i parafie diecezji, by się przekonać naocznie o ich potrzebach materialnych i duchowych. Na zakończenie wizytacji zwołał synod diecezjalny (1888), którego nie było od 250 lat. W 1891 roku urządził wielkie uroczystości w 300-lecie śmierci św. Alojzego Gonzagi, który pochodził z Mantui.
    W 1892 r. zmarł patriarcha Wenecji, kardynał Dominik Agostini. Leon XIII wyznaczył na jego miejsce biskupa Józefa Sarto. W trzy dni potem nowy patriarcha Wenecji otrzymał nominację na kardynała Kościoła. Całe swoje doświadczenie i gorliwość oddał do usług nowej archidiecezji. Rozwinął więc akcję katechizacji, by ją postawić na poziomie i ożywić ją we wszystkich parafiach oraz rektoratach swojej metropolii. W seminarium oprócz teologii dogmatycznej i moralnej wprowadził studia biblijne, historię Kościoła i ekonomię społeczną. Rozpoczął akcję oczyszczania muzyki kościelnej z elementów świeckich, jakie powszechnie wówczas wdarły się do liturgii. Pomagał mu w tym znany muzyk, Wawrzyniec Perosi. W roku 1895 zorganizował uroczystości jubileuszu 800-lecia konsekracji bazyliki św. Marka. W roku 1900 celebrował rocznicę 100-lecia konklawe, na którym w Wenecji został wybrany papieżem Pius VII. Jako patriarcha Wenecji mawiał do swoich kapłanów: “Głosicie wiele dobrych kazań. Niektóre zdradzają ogień najcudowniejszej wymowy i przewyższają nawet aktorów gestami i grą twarzy. Ale bądźmy szczerzy. Co mają z tego nasi biedni rybacy? Ile z tego rozumieją służące, robotnicy portowi i tragarze? Można dostać zawrotu głowy od tych hamletycznych salw huraganowych, ale serce, bracia, serce pozostaje puste. Proszę was, bracia, mówcie prosto oraz zwyczajnie, żeby i najprostszy człowiek was zrozumiał. Mówcie z dobrego i pobożnego serca, wtedy traficie nie tylko do uszu, ale i do duszy waszych słuchaczy”.

    Święty Pius X

    W 1903 r. zmarł wielki papież Leon XIII. 62 kardynałów po siódmym głosowaniu w dniu 4 sierpnia wybrało na jego następcę kardynała Józefa Sarto. Wybór przyjął zalany łzami. Uroczysta koronacja odbyła się 9 sierpnia. Nowy papież przyjął imię Piusa X. W dwa miesiące później (4 października 1903 r.) wydał swą pierwszą encyklikę E supremi apostolatus,

     w której wyłożył program swojego pontyfikatu: odnowić wszystko w Chrystusie (instaurare omnia in Christo). W 1906 r. wydał drugą z kolei encyklikę, dotyczącą karności i reformy duchowieństwa. W 1908 r. zaprowadził reformę kurii papieskiej i zmiany w procedurze konklawe. Rozpoczął reformę prawa kanonicznego, którą dokończył papież Benedykt XV, jego następca, wydaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (1917). W 1905 r. ukazał się Katechizm Piusa X najpierw dla diecezji rzymskiej, potem dla całego Kościoła z instrukcją o nauczaniu dzieci prawd wiary. Za pomocą listu motu proprio z 1903 r. Pius X wprowadził reformę muzyki kościelnej. Zreformował również brewiarz. Dekretem z 1905 r. zniósł konieczność przystępowania do spowiedzi przed każdym przyjęciem Komunii świętej, a dekretem Quam singulari Christus amore (z 8 sierpnia 1910 r.) obniżył wiek dzieci mogących przyjąć Komunię świętą.
    Z całą energią zwalczał współczesne błędy. Największym niebezpieczeństwem był modernizm – prąd, który obalał niemal wszystkie dogmaty. W encyklice Pascendi dominici gregis z 8 września 1907 r. modernizm został uroczyście potępiony, a kapłani zostali zobowiązani do składania przysięgi antymodernistycznej. Dla podniesienia wagi nauk biblijnych i dla przeciwstawienia się szerzonym błędom racjonalistycznym Pius X ustanowił Papieski Instytut Biblijny, istniejącą do dziś najwyższą szkołę biblijną (1909).
    Z całą stanowczością stawał w obronie Kościoła. Na tym tle doszło do gwałtownego zatargu z rządem francuskim, który w roku 1905 samowolnie zerwał konkordat z roku 1801 i usiłował narzucić Kościołowi ograniczające jego wolność prawa. Wtedy właśnie wypędzono z Francji zakonników i zlikwidowano niemal wszystkie klasztory. Papież mianował 40 biskupów na nie obsadzonych dotąd diecezjach, nie konsultując tego z rządem.
    Pius X bywa nazywany papieżem dzieci. Kochał je i pragnął, by jak najwcześniej spotkały się z Panem Jezusem, zanim szatan zajmie jego miejsce. Po wydaniu dekretu o wczesnej Komunii świętej otrzymał moc listów od dzieci. Pan Bóg obdarzył go także darem łask niezwykłych, m.in. uzdrawiania chorych.

    Święty Pius X - papież Eucharystii

    25 maja 1914 r. zdołał jeszcze zwołać konsystorz i ogłosić na nim wybór 13 nowych kardynałów. Z tej okazji dał wyraz swojemu przeczuciu bliskiej śmierci z powodu choroby nerek i oskrzeli, na którą od dawna cierpiał. 28 czerwca 1914 r. padł w Sarajewie od kuli zamachowca następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Wojna wisiała na włosku. Papież wydał orędzie do państw, usiłując zatrzymać groźbę wojny. Nie udało mu się to – 28 lipca stała się ona faktem. 21 sierpnia 1914 r. o godzinie 1 w nocy papież Pius X przeniósł się do wieczności. Następnego dnia odbył się jego pogrzeb i złożenie ciała do podziemi watykańskich pod bazyliką św. Piotra. 3 czerwca 1951 r. Pius XII dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego, a w trzy lata później, 29 maja 1954 r., ten sam papież dokonał jego uroczystej kanonizacji. Ciało św. Piusa X znajduje się w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Jest on czczony jako patron esperantystów.W ikonografii św. Pius X przedstawiany jest w stroju papieskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 sierpnia

    Święty Bernard z Clairvaux,
    opat i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Władysław Mączkowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Alojzy od Świętego Sakramentu (Jerzy Häfner), prezbiter i męczennik
      •  Samuel, prorok
    Święty Bernard z Clairvaux

    Bernard urodził się w rycerskim rodzie burgundzkim, na zamku Fontaines pod Dijon (Francja) w 1090 r. Jego ojciec, Tescelin, należał do miejscowej arystokracji jako wasal księcia Burgundii. Jego matka (Aletta) była córką hrabiego Bernarda z Montbard. Jako chłopiec Bernard uczęszczał do szkoły prowadzonej przez kanoników diecezjalnych w St. Vorles, gdzie ojciec Bernarda miał swoją posiadłość. Ojciec marzył dla syna o karierze na dworze księcia Burgundii. W Boże Narodzenie Bernardowi miało się pojawić Dziecię Boże i zachęcać chłopca, aby poświęcił się służbie Bożej. Kiedy Bernard miał 17 lat (1107), umarła mu matka. Zwrócił się wówczas do Maryi, by mu zastąpiła matkę ziemską. Będzie to jeden z rysów charakterystycznych jego ducha: tkliwe nabożeństwo do Bożej Matki.
    Mając 22 lata wstąpił do surowego opactwa cystersów w Citeaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa. Żywoty Bernarda głoszą, że wśród niewiast powstała panika, iż nie będą miały mężów, bo wszystko, co było najszlachetniejsze, Bernard zabrał do zakonu.
    Nadmierne pokuty, jakie Bernard zaczął sobie zadawać, tak dalece zrujnowały jego organizm, że był już bliski śmierci. Kiedy tylko poczuł się nieco lepiej, wraz z 12 towarzyszami został wysłany przez św. Stefana, opata, do założenia nowego opactwa w pobliżu Aube, w diecezji Langres, któremu Bernard od pięknej kotliny nadał nazwę Jasna Dolina (Clara Vallis – Clairvaux). Jako pierwszy opat tegoż klasztoru otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 25 lat. W tym opactwie pozostał przez 38 lat jako opat. Stąd też rozpowszechniał dzieło św. Roberta (+ 1110) i św. Stefana (+ 1134) przez założenie 68 nowych opactw, toteż słusznie nadano mu tytuł współzałożyciela zakonu cystersów. Bernard nadał mu bowiem niebywały dotąd rozwój w całej Europie. Co więcej, oprócz nowych kandydatów w szeregi jego synów duchowych zaczęli się zaciągać także zwolennicy reformy z wielu opactw benedyktyńskich.

    Francisco Goya: Święty Bernard przyjęty do cystersów

    Bernard był nie tylko gorliwym opatem swojej rodziny zakonnej. Zasłynął także jako myśliciel, teolog i kontemplatyk. Umiał łączyć życie czynne z mistyką. Mając do dyspozycji na rozmowę z Bogiem tak mało czasu w ciągu dnia, poświęcał na nią długie godziny nocy. Założył około trzystu fundacji zakonnych, w tym także cysterską fundację w Jędrzejowie. Wywarł wpływ na życie Kościoła swej epoki. Był jedną z największych postaci XII wieku. Nazwano go “wyrocznią Europy”. Był obrońcą papieża Innocentego II. Położył kres schizmie Anakleta w Rzymie. Z polecenia Eugeniusza III ogłosił II krucjatę krzyżową. Napisał regułę templariuszy, zakonu powołanego w 1118 r. do ochrony pielgrzymów od napadów i stania na straży Grobu Chrystusa. Wyjednał także u papieża jej zatwierdzenie.

    Święty Bernard z Clairvaux - gorliwy czciciel Maryi

    Bernard bardzo żywo bronił czystości wiary. Wystąpił przeciwko tezom Abelarda, znanego dialektyka, bardzo awanturniczego i zbyt intelektualizującego prawdy wiary. Skłonił go do pojednania z Kościołem.
    Bernard zasłynął także swymi pismami. Jest ich wiele: od drobnych rozpraw teologicznych, poprzez utwory ascetyczne, kończąc na listach i kazaniach. Z traktatów najważniejsze to: O łasce i wolnej woli, O stopniach pokory i pychy, Księga o miłowaniu Boga, Pięć ksiąg do papieża Eugeniusza III. Z jego kazań najpiękniejsze to komentarze do Pieśni nad pieśniami (1136) i O Najświętszej Maryi Pannie. Wśród listów zachował się także list do biskupa krakowskiego.
    Bernard wyróżniał się także nabożeństwem do Męki Pańskiej. Na widok krzyża zalewał się obfitymi łzami. Bracia zakonni widzieli nieraz, jak czule rozmawiał z Chrystusem ukrzyżowanym. Dla wyrażenia swojej miłości do NMP nie tylko pięknie o Niej pisał, ale często Ją pozdrawiał w Jej świętych wizerunkach. Powtarzał wówczas radośnie Ave, Maria! Legenda głosi, że raz z figury miała mu odpowiedzieć Matka Boża na to pozdrowienie słowami: Salve, Bernardzie! Ikonografia często przedstawia go w tej właśnie sytuacji. Nadzwyczajny dar wymowy zjednał mu tytuł “doktora miodopłynnego”.

    Święty Bernard z Clairvaux - czciciel Męki Pańskiej

    Zmarł w Clairvaux 20 sierpnia 1153 r. Do chwały świętych wyniósł go papież Aleksander III w 1174 roku. Doktorem Kościoła ogłosił Bernarda papież Pius VIII w 1830 roku. W osiemsetną rocznicę jego śmierci Pius XII w 1953 r. wydał ku czci św. Bernarda piękną encyklikę, zaczynającą się od słów Doktor miodopłynny. Bernard jest czczony jako patron cystersów, Burgundii, Ligurii, Genui, Gibraltaru, Pelplina, a także pszczelarzy; wzywany jako opiekun podczas klęsk żywiołowych, sztormów oraz w godzinie śmierci.W ikonografii Bernard przedstawiany jest w stroju cysterskim. Jego atrybutami są m.in.: księga, krzyż opacki, krucyfiks; Matka Boża z Dzieciątkiem, narzędzia Męki Pańskiej, pióro pisarskie, różaniec, trzy infuły u stóp, rój pszczeli, ul.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    19 stycznia

    Święty Józef Sebastian Pelczar, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
      •  Święty Mariusz, męczennik
      •  Błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
      •  Święty Makary Wielki, opat
      •  Święty Kanut Leward, król i męczennik
    Święty Józef Sebastian Pelczar

    Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna, w rodzinie Wojciecha i Marianny, średniozamożnych rolników. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu. Wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Od szóstego roku życia był ministrantem w kościele parafialnym. Po ukończeniu szkoły w Korczynie kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Zaowocowało to jego pracą zatytułowaną Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim.
    Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny.
    W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny. Zwiększył o 57 liczbę placówek duszpasterskich. Dzięki pomocy biskupa sufragana Karola Fischera dokonywał często wizytacji kanonicznych w parafiach.
    W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy.
    Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez św. Jana Pawła II. Papież podczas homilii mówił wtedy m.in.:Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie – tacy jak każdy z nas – którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.

    18 maja 2003 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:

    Święty Józef Sebastian Pelczar - obraz kanonizacyjny

    Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: “Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez niepokalane ręce Najświętszej Maryi Panny”. To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi Chrystusowi przez Maryję.
    Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. “Zdumienie – mówił – musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (…) ustanawiając Najświętszy Sakrament”. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która “w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła”; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była “tabernakulum” – pierwszym “tabernakulum” w historii (por. encyklika Ecclesia de Eucharistia, 55). Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał. Do założonego przez siebie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego pisał: “Pośród pragnień Serca Jezusowego jednym z najgorętszych jest to, by Najświętsza Jego Rodzicielka była czczona od wszystkich i miłowana, raz dlatego, że Ją Pan sam niewypowiedzianie miłuje, a po wtóre, że Ją uczynił Matką wszystkich ludzi, żeby Ona swą słodkością pociągała do siebie nawet tych, którzy uciekają od świętego Krzyża, i wiodła ich do Serca Boskiego”.
    Relikwie św. Józefa Sebastiana Pelczara znajdują się w przemyskiej katedrze. W szczególny sposób święty biskup jest czczony w krakowskim kościele sercanek, gdzie znajduje się poświęcona mu kaplica.W ikonografii św. Józef Pelczar przedstawiany jest w stroju biskupim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 sierpnia

    Święta Helena, cesarzowa

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Sancja Szymkowiak, zakonnica
      •  Święty Albert Hurtado, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy z Rochefort
    Święta Helena

    Flawia Julia Helena Augusta urodziła się ok. 255 r. w Depanum w Bitynii (późniejsze Helenopolis). Była córką karczmarza. Została żoną (lub konkubiną – na co zezwalało ówczesne prawo rzymskie) Konstancjusza Chlorusa, zarządcy prowincji. 27 lutego pomiędzy rokiem 271 a 284 Helena urodziła mu syna Konstantyna.
    W 285 r. mąż Heleny udał się do Galii. Podążyła za nim Helena. Konstancjusz Chlorus musiał wykazać się niezwykłymi zaletami wodza, skoro 1 marca 293 r. został wyniesiony do godności cesarskiej przez Dioklecjana. Stary cesarz dla zapewnienia bezpieczeństwa w imperium rzymskim wobec naciskających coraz groźniej barbarzyńców germańskich podzielił imperium rzymskie pomiędzy współcesarzy: Maksymiana Herkulesa, któremu oddał w zarząd Italię; Konstancjusza Chlorusa, który otrzymał odcinek najbardziej zagrożony – Galię, Brytanię i część Germanii; Galeriusza, który otrzymał Wschód. Dla siebie cesarz zatrzymał Bliski Wschód ze stolicą w Nikomedii. Wiosną 289 r. Konstancjusz poślubił pasierbicę cesarza Maksymiana, Teodorę. Wtedy też odsunął od siebie Helenę, wstydząc się jej niskiego pochodzenia. Wyrachowanie polityczne i nacisk ze strony prawej żony wzięły górę nad uczuciem. Dla Heleny i jej syna nastały bolesne dni. Na dworze cesarskim w Trewirze byli w cieniu, ledwie tolerowani jako niepożądani intruzi.
    W 306 r. Konstancjusz umarł, a w jego miejsce legiony obwołały cesarzem Konstantyna. Cesarz natychmiast po swoim wyniesieniu wezwał do siebie matkę. Odtąd dzielił z nią rządy przez 20 lat. Dla wynagrodzenia Helenie krzywd, uczynił ją pierwszą po sobie osobą. Z biegiem lat pokonał swoich rywali i został jedynowładcą całego imperium rzymskiego. Najpierw doszło do wojny z Maksencjuszem, synem Maksymiana Herkulesa. Chrześcijanie opowiedzieli się za Konstantynem, gdyż Maksencjusz, podobnie jak jego ojciec, okazywał im jawną nienawiść. 28 października 312 r. doszło do bitwy o Rzym na moście Milwińskim, gdzie zginął Maksencjusz, a jego wojsko poniosło zupełną klęskę. Jako akt wdzięczności dla chrześcijan, którzy poparli go w tej wojnie, Konstantyn ogłosił w roku 313 w Mediolanie edykt tolerancyjny, deklarujący chrześcijanom całkowitą swobodę kultu, anulujący wszystkie dotychczasowe dekrety prześladowcze, wymierzone przeciwko Kościołowi. Po tym zwycięstwie Konstantyn przeniósł się do Rzymu. W 323 r. odniósł decydujące zwycięstwo nad władcą całej wschodniej części imperium, Licyniuszem. Stał się w ten sposób panem całego imperium rzymskiego.

    Święta Helena

    Tymczasem Helena – prawdopodobnie około roku 315 – przyjęła chrzest. W roku 324 Helena otrzymała od syna najwyższy tytuł “najszlachetniejszej niewiasty” i “augusty”, czyli cesarzowej, jak też związane z tym tytułem honory. W znalezionych monetach z owych czasów widnieje popiersie cesarza z popiersiem Heleny, jego matki. Jej głowę zdobi korona-diadem, który nałożył na głowę matki sam kochający ją syn. Dokoła widnieje napis: “Flavia Helena Augusta”. Na innej monecie, znalezionej pod Salerno, można przeczytać inny, zaszczytny napis: “Babka cesarzy”. Byli nimi Konstans I i Konstancjusz II.
    Pod wpływem matki Konstantyn otaczał się na swoim dworze tylko chrześcijanami. Spośród nich mianował oddanych sobie urzędników, a w czasie orężnej rozprawy z Maksencjuszem pozwolił na sztandarach umieścić krzyże. Zakazał kary śmierci na krzyżu, kapłanów katolickich zwolnił od podatków i od służby wojskowej, wprowadził dekret o święceniu niedzieli jako dnia wolnego od pracy dla chrześcijan (321). W duchu kościelnym unormował prawo małżeńskie i zakazał trzymania konkubin (326), ograniczył też rozwody (331). Biskupom przyznał prawo sądzenia chrześcijan, nawet w sprawach cywilnych.
    W 326 roku Helena udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Korzystając ze skarbca cesarskiego, wystawiła wspaniałe bazyliki: Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Świętego Krzyża oraz Zmartwychwstania na Golgocie w Jerozolimie, Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej. Wstrząśnięta profanacją, jakiej na Kalwarii dokonał cesarz Hadrian, umieszczając na miejscu odkupienia rodzaju ludzkiego ołtarz i posąg Jowisza, nakazała oczyścić to miejsce i wystawiła wspaniałą bazylikę. Pilnym poszukiwaniom Heleny chrześcijaństwo zawdzięcza odnalezienie relikwii Krzyża Chrystusowego. Piszą o tym szczegółowo św. Ambroży (+ 397), św. Paulin z Noli (+ 431), Rufin (+ 410), św. Jan Chryzostom (+ 407), Sokrates (+ 450), Teodoret (+ 458) i inni. Ku czci św. Lucjana, męczennika, Helena wystawiła bazylikę w Helenopolis, a także w Trewirze i w Rzymie ku czci św. Piotra i św. Marcelina.
    Helena zasłynęła także z hojności dla ubogich. Szczodrze rozdzielała jałmużny dla głodnych, uwalniała więźniów, troszczyła się o powrót skazanych na banicję. Wpłynęła na syna, aby wydał osobne ustawy, gwarantujące ze strony państwa opiekę nad wdowami, sierotami, porzuconymi dziećmi, jeńcami i niewolnikami.
    Cesarzowa Helena zmarła między 328 a 330 rokiem w Nikomedii, gdzie chwilowo się zatrzymała. Jej ciało przewieziono do Rzymu, gdzie w pobliżu bazyliki św. Piotra i św. Marcelego, męczenników, cesarz wystawił jej mauzoleum. Od samego początku w całym Kościele doznawała czci liturgicznej. Euzebiusz, który jako kanclerz cesarski znał ją osobiście, nazywa ją “godną wiecznej pamięci”. Św. Ambroży nazywa ją “wielką panią”. Św. Paulin z Noli wychwala jej wielką wiarę. Jest patronką m.in. diecezji w Trewirze, Ascoli, Bambergu, Pesaro, Frankfurcie, miasta Bazylei; farbiarzy, wytwórców igieł i gwoździ.

    Święta Helena i jej syn, cesarz Konstantyn

    W ikonografii święta Helena przedstawiana jest w stroju cesarskim z koroną na głowie lub w bogatym wschodnim stroju, czasami w habicie mniszki. Jej atrybutami są: duży krzyż stojący przy niej, krzyż, który otacza ramieniem, mały krzyż w dłoni, trzy krzyże, krzyż i trzy gwoździe, model kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 sierpnia 2026

    Święta Helena. Zawdzięczamy jej odnalezienie Krzyża Pańskiego, oraz… Konstantyna Wielkiego

    podwyzszenie-Krzyza-1.jpg

    Historia Kościoła dostarczyła wielu przykładów świątobliwych matek, których wiara i gorliwa modlitwa przyczyniły się do nawrócenia „marnotrawnych synów”. Wśród przekazów obrazujących tę zasadę znajdziemy i takie, które pokazują, że powodowana wiarą w Boga matczyna miłość rodzi owoce, które smakować może już nie tylko dziedzic, ale też rzesze wyznawców Chrystusa. Z taką sytuacją spotykamy się, studiując żywot św. Heleny, matki cesarza Konstantyna I Wielkiego, która – według relacji różnych podań – przyczyniła się do odnalezienia Drzewa Świętego, na którym zawisło nasze Zbawienie.

    W syryjskim tekście legendy o Judzie Kyriaku, nawróconym na chrześcijaństwo żydzie, czytamy o wizji Konstantyna, jaką ten otrzymał w ostatnią noc przed wielką bitwą. Na widok licznie zgromadzonego wojska barbarzyńców nad rzeką Dunaj cesarz zaczął odczuwać lęk. Wówczas ujrzał wyraźnie cudowne światło, które rozbłysło nad nim w kształcie krzyża, a litery ułożone przez gwiazdy oznajmiły mu: „w tym (znaku) zwyciężysz”. Poruszony tym obrazem, kazał sporządzić coś na kształt tego, co zobaczył, a następnie rozkazał nieść to przed sobą podczas boju, który zakończył się dla niego zwycięstwem.

    Następnie – jak czytamy w tzw. tekście Petersburskim syryjskiej wersji legendy – po kilku dniach, kazał przywołać kapłanów rzekomych bóstw. Pokazał im znak, który mu się objawił i zapytał ich: „Do którego z bóstw należy ten znak?” Odrzekli mu: „Nie jest to znak ziemskich bóstw, które czcimy, lecz potężny Znak Boga niebios. Kiedy bowiem ten znak przechodził, wszystkie bóstwa naszych świątyń padały i rozbijały się, a ich świątynie rozpadały się”. W tym samym czasie przyszli do cesarza chrześcijanie, których słudzy przedstawili mu jako Nazarejczyków, i powiedzieli mu: „Panie, racz nas wysłuchać! To zwycięstwo, jakie zapowiedziano ci z nieba, (pochodzi) od Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, żyjącego w wieczności. Kiedy On widział, że rodzaj ludzki ginie, nie wzgardził nim, lecz zstąpił jako jedyny Bóg, aby dać życie i odkupić swoje stworzenie. On to dobrowolnie podjął cierpienie i przez swe ukrzyżowanie sprowadził nas do Boga”. Kiedy cesarz Konstantyn usłyszał te słowa, wysłał poselstwo do świętego Euzebiusza, biskupa Rzymu. A gdy już został przez niego pouczony i stał się prawdziwie wierzącym, wtedy przyjął chrzest wraz ze swą matką i wielką liczbą dworzan. Następnie z wielką radością i mocą wyznanej wiary posłał swą matkę na Wschód, aby odszukała Krzyż Chrystusa i odbudowała Jerozolimę.

    Legenda o Judzie Kyriaku to jedna z trzech wersji legendy o znalezieniu Krzyża Świętego. Opowiada o przybyciu cesarzowej Heleny do Jerozolimy w poszukiwaniu Krzyża Jezusowego. Z rozkazu matki Konstantyna pięciuset uczonych w Piśmie stanęło przed cesarzową, która zaczęła ich pouczać tymi słowami:

    „Zaiste nierozumni jesteście, synowie Izraela, jak mówi Pismo (por. Ps 14,1; 53,1), bo postępujecie w ślepocie waszych przodków, tych morderców, którzy twierdzili, że Chrystus nie jest Bogiem. Czytacie Prawo i Proroków, ale nie rozumiecie”. Oni odrzekli: „Czytamy i rozumiemy. Co znaczą twoje słowa skierowane do nas, o Pani?” Mów do nas jaśniej i daj nam poznać, abyśmy również mogli odpowiedzieć twemu majestatowi według naszych możliwości”. Odrzekła im: „Idźcie i wybierzcie ludzi, którzy są najlepszymi znawcami Prawa”. Po odejściu mówili oni między sobą: „Dlaczego cesarzowa nałożyła na nas tak wielkie zadanie?”

    Gdy tak zaskoczeni intencją Heleny dysputowali, jeden z nich (Juda) stwierdził, że szuka ona drzewa Krzyża. Wtedy żydzi posłali go do cesarzowej, on jednak nie umiał wskazać miejsca, gdzie pogrzebano zostało drzewo Krzyża. Za to rodzicielka cesarza wrzuciła Judę do studni na siedem dni. Wtedy to bowiem nieszczęśnik zdecydował się spełnić wolę Heleny: udał się na Golgotę i prosił Boga, by wskazał mu miejsce, gdzie ukryty został poszukiwany skarb. Bóg odpowiedział na modlitwę i objawił wołającemu o pomoc miejsce, w którym znalezione zostały trzy krzyże. Prawdziwy rozpoznano po cudzie wskrzeszenia, jaki stał się za jego przyczyną. Po tym wydarzeniu Juda się nawrócił, przyjął chrzest i nawet został biskupem Jerozolimy. Czyniąc zadość woli Heleny Juda Kyriakos, czyli przynależący do Chrystusa, odnalazł też gwoździe, którymi przebite były niegdyś dłonie Syna Bożego. Cesarzowa natomiast zbudowała w miejscu odnalezienia drzewa Krzyża kościół. Gdy się to wszystko spełniło, Helena rozkazała wypędzić żydów z Jerozolimy i Judei, a dzień odnalezienia Krzyża świętować co roku.

    Zainteresowanie legendą o odnalezieni Krzyża przez cesarzową Helenę wzrosło, gdy światło dzienne ujrzał jej przekład łaciński (1889 r.), zapisał ją po grecku Gelazjusz, biskup Cezarei Palestyńskiej (ok. 390 r.) Również publikacja zawartej w rękopisach syryjskich wersji, stanowiącej lokalną adaptację legendy o Helenie, przyczyniła się do wzrostu zainteresowania wątkiem cesarzowej w odnalezieniu drzewa Krzyża. Współcześnie dyskurs wokół tej problematyki wiąże znalezienie relikwii z budową bazyliki Konstantyna na Golgocie. Nie rozstrzygnięty pozostaje udział Cesarzowej w tym wydarzeniu. Niektórzy badacze twierdzą, że legenda należy do liturgii jerozolimskiej i była czytana w święto Znalezienia Krzyża (13 września). Inni, że dopiero w 2. Poł. IV wieku połączono fakt odnalezienia Krzyża z imieniem cesarzowej Heleny, a twórcą legendy był żyjący w IV w. Cyryl, patriarcha Jerozolimy.

    Niezależnie od sygnalizowanych powyżej wątpliwości warto zwrócić uwagę na osobę św. Heleny, którą św. Ambroży nazwał „Wielką Panią”, a Paulin z Noli, biskup i poeta, wychwalał za jej wielką wiarę. Matkę Konstantyna cechowało niezwykle miłe usposobienie. Za wszelkie okazane synowi dobro ten wynagrodził ją w stosownym czasie tytułem Cesarzowej, która miała realny wpływ na to, co dzieje się w państwie, gdyż Konstantyn bardzo liczył się z jej zdaniem. W otoczeniu władcy przebywało wielu chrześcijan, jako że wyznawcy Chrystusa stanowili w tym czasie wcale niemałą grupę poddanych. Pod ich wpływem przyszła Święta Kościoła katolickiego i prawosławnego przyjęła chrzest (ok. 311-315). Pragnienie czynienia dobrych uczynków Cesarzowa spełniała, włączając się – jak to byśmy dzisiaj powiedzieli – w dzieła charytatywne. I tak, rozdawała jałmużnę ubogim, uwalniała więźniów, pomagała banitom w powrocie do ojczyzny. Stosunek matki Konstantyna do bliźnich wyrażają upamiętniające jej czyny ówczesne monety, na których Helena przedstawiona jest jako uosobienie miłosierdzia, przygarniająca do siebie sieroty. W dokumentach pisano o niej: piissima (najpobożniejsza), venerabilis (czcigodna) czy też clementissima (najłaskawsza).

    Trudno dzisiaj dokładnie oszacować wpływ św. Heleny na zarządzenia państwowe wychodzące z cesarskiej kancelarii, podejrzewać jednak należy, że był on wcale niemały. I choć cesarz Konstantyn odwlekał przyjęcie Chrztu świętego do ostatnich dni swojego życia (337 r.), to stanowione przez niego prawo wychodziło naprzeciw potrzebom wyznawców Chrystusa, by wspomnieć tylko o wydanym w 313 r. edykcie mediolańskim, dającym swobodę wyznania chrześcijan, zakazie wykonywania kary śmierci przez ukrzyżowanie, ustanowieniu niedzieli jako dnia świątecznego, wolnego od pracy dla wiernych Kościoła, zwolnieniu kapłanów chrześcijańskich z podatków i służby wojskowej, zatwierdzeniu nowego prawa małżeńskiego, które ograniczało możliwość rozwodu, wprowadzało karę śmierci dla cudzołożników, zakazywało trzymania konkubin, jak też otaczało opieką sieroty i wdowy. Pozostałe rozporządzenia zabraniały też znęcania się nad niewolnikami czy organizowania walk gladiatorów, natomiast sądownictwo chrześcijan, nawet w sprawach czysto świeckich, oddano w ręce biskupów.

    Helena zmarła przy boku syna w Nikomedii między 327 a 330 r., w wieku około osiemdziesięciu lat. Na ostatniej drodze oddano należne Cesarzowej honory. Jej szczątki przewieziono do Rzymu, a następnie umieszczono w pięknym sarkofagu w mauzoleum przy via Lavicana. Od chwili śmierci rozwijał się kult Cesarzowej, którą Euzebiusz z Cezarei, kanclerz na dworze cesarskim, nazwał „godną wiecznej pamięci” W martyrologium rzymskim napisano, że Kościół obchodzi uroczystość „świętej Heleny, matki bogobojnego Konstantyna Wielkiego, który pierwszy dał wszystkim władcom wspaniały przykład, jak należy bronić Kościoła i jak go rozszerzać”. Historia dwojga władców Imperium Romanum pokazuje, że matczyna miłość i synowskie oddanie staje się motorem napędowym dziejów, gdy nad tak niezwykłą relacją świeci Słońce Sprawiedliwości, jakim jest Chrystus. Być może na ten osobliwy układ wpływ wywarło Słowo Boże, które poucza nas w Księdze Przysłów „Synu mój, słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauk swej matki, gdyż one ci są wieńcem powabnym dla głowy i naszyjnikiem cennym dla szyi” (1, 8-9).

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    pytanie:

    In hoc signo vinces („pod tym znakiem zwyciężysz”) – słowa, jakie pod świecącym krzyżem na niebie miał usłyszeć Konstantyn Wielki w czasie marszu na Rzym, przed stoczeniem bitwy z Maksencjuszem, tzw. bitwy przy moście Mulwijskim w 312 roku. A więc: nad Dunajem czy na Tybrem. “Zainteresowanie legendą o odnalezieni Krzyża przez cesarzową Helenę wzrosło, gdy światło dzienne ujrzał jej przekład łaciński (1889 r.), zapisał ją po grecku Gelazjusz, biskup Cezarei Palestyńskiej (ok. 390 r.)” Przecież to różne epoki: 1889 i 390.

    ***

    17 sierpnia

    Święty Jacek, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci Alipiusz i Posydiusz, biskupi
      •  Święta Klara z Montefalco, dziewica
      •  Święta Joanna Delanoue, zakonnica
      •  Błogosławiony Augustyn Anioł Mazzinghi, prezbiter
    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Być może jego nauczycielem był bł. Wincenty Kadłubek, który w kapitule krakowskiej mógł wówczas sprawować godność kanonika scholastyka (1183-1206). Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pełki lub bł. Wincentego. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim – został mianowany nim przez Iwona. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. Sam wykształcony w Paryżu i w Vicenza, chciał, by i jego bratanek zdobył wiedzę i nabrał europejskiej ogłady. Jednak o tym źródła milczą.
    W 1215 r. biskup Iwo – przebywając jako kanclerz księcia Leszka Białego na Soborze Laterańskim – poznał św. Dominika Guzmana. Po raz drugi zetknął się ze św. Dominikiem być może w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd (obediencję) nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby św. Dominik wysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem. Iwo wrócił do Polski, a Jacek i Czesław pozostali w Rzymie u boku św. Dominika.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Pojawił się on w zakonie św. Dominika dopiero w 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w rzymskim klasztorze św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów przez Jacka i Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia św. Dominika w czasie Mszy świętej, uniesionego w ekstazie w górę. Tego właśnie dnia św. Dominik wskrzesił Napoleona, siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Jacek i Czesław odbyli jedynie półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce św. Dominika.
    Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii. Szli pieszo o żebranym chlebie, jak to było wówczas w zakonie w zwyczaju, a nie konno, jak w czasie, gdy przybywali do Rzymu w orszaku biskupa Iwona. W Bolonii znajdował się wówczas główny i największy klasztor Zakonu Kaznodziejskiego. Pozostali tam rok, dokształcając się duchowo i umysłowo w obserwancji zakonu. Zdaniem niektórych pisarzy, dopiero teraz w roku 1220 lub nawet w 1221 Jacek i Czesław złożyli śluby, a nie w roku 1219. W maju 1221 r. w same Zielone Święta wzięli, być może, udział w kapitule generalnej Zakonu, na której utworzono pięć prowincji.
    W roku 1221 św. Dominik lub jego pierwszy następca, bł. Jordan z Saksonii, wysłał grupę 4 braci do Polski. Prowincjałem ustanowił Pawła Węgra. Ponieważ ten musiał chwilowo zostać w Bolonii, na czele wyprawy ustanowił Jacka. Do Polski udali się więc pieszo Jacek, Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek niósł ze sobą, jak to było w zwyczaju, odpis bulli papieskiej polecającej biskupom nowy zakon. Za nimi po pewnym czasie podążył Paweł Węgier.
    Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii zatrzymali się na dłuższy czas u kanoników regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej św. Dominika. Jacek zostawił więc we Fryzaku jednego z kapłanów i brata Hermana Niemca wraz z nowymi kandydatami, a sam udał się do Lorch koło Linzu w Austrii. Stąd podążył do Pragi Czeskiej. Biskup Pragi przyjął ich bardzo serdecznie i prosił, by tam zostali. Ponieważ nie było jeszcze konkretnych propozycji, Jacek udał się z towarzyszami dalej do Krakowa.
    Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. To świadczy o tym, że Jacek nie miał jeszcze konkretnego planu działania. Św. Dominik polecił mu badać po drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu.

    Święty Jacek rozmawia z Matką Bożą

    Jesienią 1221 r. (6 sierpnia tego roku zmarł św. Dominik, jego następcą został wybrany bł. Jordan z Saksonii) Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie. 1 listopada w Krakowie pierwszych synów św. Dominika uroczyście przyjął biskup Iwo. Zamieszkali oni początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Koszty poniósł w całości biskup Iwo. Konsekracji nowego kościoła dokonał legat papieski kardynał Grzegorz Krescencjusz. W 1227 r. biskup Iwo dokonał uroczyście aktu przekazania fundacji. Dokument ten zachował się szczęśliwie po nasze czasy. Kiedy w dwa lata potem (1229) zmarł biskup Iwo w czasie swojej podróży do Włoch, dominikanie z wdzięczności sprowadzili jego ciało do Polski i umieścili je w swoim kościele w Krakowie. Biskup zażywał tak wielkiej czci, że oddawano mu cześć jako błogosławionemu aż do wydania dekretu przez papieża Urbana VIII (1634), który zabraniał oddawania czci osobom, które nie otrzymały oficjalnej aprobaty Stolicy Apostolskiej. Biskup Iwo darzył wielką czcią św. Dominika i sam zamierzał wstąpić do dominikanów krakowskich. Wystarał się nawet o zgodę papieża Honoriusza III (+ 1227). Jednak na wieść o tym z Polski posypały się protesty i papież zezwolenie swoje wycofał. Zachowały się listy papieża z grudnia 1223 r., pisane do biskupa Wrocławia i do kapituły krakowskiej, w których papież wyjaśnia, dlaczego najpierw wyraził swoją zgodę, a teraz ją cofa.
    W roku 1225 przeorem w Krakowie został mianowany Gerard. Prowincjałem polsko-węgierskim był wówczas po Pawle Węgrze Teodoryk. Być może Jacek w tym czasie był już na Pomorzu, gdzie w Gdańsku i w okolicy miasta rozwijał żywą działalność. Zakon cieszył się niebywałym wzięciem. Garnęło się w jego szeregi wiele wybitnych jednostek. W bardzo krótkim czasie zaczęły się więc także mnożyć klasztory. Już w 1226 r. powstała odrębna prowincja polska. Jej pierwszym przełożonym został były student uniwersytetu paryskiego, Gerard. Na pierwszej kapitule prowincjalnej uchwalono wysłanie dominikanów do Pragi, Wrocławia, Kamienia Pomorskiego, Gdańska i Sandomierza. To, że kapituła uchwaliła założenie klasztorów w Gdańsku i Kamieniu Pomorskim, mogło być zasługą Jacka. Do Pragi został wysłany bł. Czesław, który jeszcze w tym samym roku założył tam klasztor, a w roku 1230 – w Iławie. W 1226 r. bł. Czesław założył konwent we Wrocławiu.
    W 1228 roku Jacek został wybrany na kapitule prowincji delegatem na kapitułę generalną. Udał się więc w podróż w towarzystwie przeora konwentu sandomierskiego, Marcina, i prowincjała, Gerarda. Kapituła odbyła się w Paryżu. Wybór Jacka na delegata prowincji świadczy, że cieszył się on wówczas wielkim autorytetem. Na kapitule paryskiej wydzielono 6 klasztorów jako odrębną prowincję polską. Należały do niej domy w Krakowie, Gdańsku, Kamieniu Pomorskim, Sandomierzu, Pradze i we Wrocławiu. Liczba polskich dominikanów wynosiła wtedy ok. 50.

    Święty Jacek wskrzesza Napoleona

    W latach 1233-1236 głową polskiej prowincji był bł. Czesław. Jacek w tym czasie zakładał placówki dominikańskie na Pomorzu. Polska prowincja, zatwierdzona ostatecznie na kapitule generalnej w 1228 roku jako dwunasta z kolei, przeżywała swój prawdziwy rozkwit. Na Pomorzu dominikanów przyjął życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku i w Kamieniu Pomorskim (po roku 1225), w Chełmie i w Płocku (1233), w Elblągu (1236), potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu.
    Jacek ustanowił przełożonym nad klasztorami pomorskimi swojego ucznia, Benedykta, a nad klasztorami litewskimi – Wita. Obaj do czasu wydania wspomnianego wcześniej dekretu papieża Urbana VIII (1634) cieszyli się chwałą błogosławionych. Wierny swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w Kijowie (po roku 1228). Misja ta musiała rokować wielkie nadzieje, skoro z tego czasu mamy aż pięć bulli papieskich. Jednak w 1233 r. książę kijowski, podburzony przez prawosławnych kniaziów, zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu, gdzie Jacek założył również konwent (1238). Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu (1235).
    Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Ci, zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała Zakonu Kaznodziejskiego, bł. Jordana, o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała chętnie Krzyżakom z pomocą pospieszyli dominikanie z klasztorów w Gdańsku, Chełmnie i Płocku. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. 2 października 1233 r. odbył się w Kwidzynie zjazd, w którym wzięli udział przywódcy krzyżaccy, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki, arcybiskup gnieźnieński Pełka i bł. Czesław – ówczesny prowincjał polski. Był na tym zjeździe również Jacek. Omawiano na nim plan akcji nawrócenia Prus. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów: biskupem Chełmna został były prowincjał polski, Henryk z Lipska (1245), diecezję pomezańską (Kwidzyn) otrzymał dominikanin Ernest (1249), a biskupem sambijskim (w Królewcu) został Theward (1251). Biskupem na Litwie w Wilnie został uczeń Jacka, Wit. Książę litewski Mendog przyjął chrzest i otrzymał z rąk papieża Innocentego IV koronę królewską (1253). W tym samym czasie książę ruski, Daniel, przystąpił do unii z Kościołem rzymskim i otrzymał z rąk tegoż papieża koronę (1253). Wcześniej, w 1248 r., zostali wyświęceni na biskupów inni uczniowie Jacka: Henryk dla Jaćwingów, Bernard dla Halicza i Gerard dla reszty Rusi. Były starania, aby w Łukowie utworzyć stałe biskupstwo dla nawracania pogańskich Jadźwingów. Wreszcie biskupem łotewskim został mianowany inny uczeń Jacka, Meinard. Wszyscy wymienieni biskupi cieszyli się chwałą błogosławionych. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Litwę źle usposobił przeciwko chrześcijaństwu zaborczy i bezwzględny zakon Krzyżaków, tak że odpadła wtedy od Kościoła. Podobnie stało się z Jaćwingami. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa.
    Według listy cudów, jakie nam zostawił biograf Jacka – lektor dominikański, o. Stanisław – wynika, że od roku 1240 Jacek mieszkał już w konwencie krakowskim. Przyczyną zaprzestania tak rozległej i dynamicznej akcji mogła być niechęć prawosławnych książąt ruskich, najazd Tatarów na Ruś i zaborcza polityka Krzyżaków, którzy paraliżowali wszelkie misyjne wysiłki polskich dominikanów. Zachowały się dwa dokumenty z lat 1236 i 1238, które zawierają podpis Jacka. Przyznają one Krzyżakom przywileje odnośnie ziem pruskich. Jacek występuje w nich jako świadek. Dowodzi to, że piastował wtedy jakiś urząd, przez co jego podpis był konieczny. Jednak rychło Jacek zawiódł się na zakonie rycerskim. Jako prawy syn św. Dominika nie mógł zrozumieć, że można ideę misyjną tak dalece wypaczyć.Lektor Stanisław podaje, że Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Być może forsowne podróże misyjne, w ówczesnych warunkach bardzo prymitywne i męczące, zniszczyły jego organizm. W tym czasie liczba klasztorów dominikańskich dochodziła do 30, w tym liczba konwentów, czyli pełnych, kanonicznych klasztorów, dochodziła do 20: w Polsce, w Prusach i na Pomorzu było ich 12, w Czechach i na Morawach – 8, a 10 klasztorów – na Śląsku. Liczba zakonników była szacowana na 300-400. Prowincja czeska została wyłoniona z polskiej dopiero w roku 1311.

    Święty Jacek z monstrancją i figurą Matki Bożej

    Jacek musiał swoim braciom zostawić wzór niezwykłej świętości i zakonnej obserwancji, skoro od samego początku jego grób był otoczony wielką czcią i otrzymywano przy nim niezwykłe łaski. W zapiskach konwentu krakowskiego z roku 1277 czytamy taki fragment: “W klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać zmarłych”. Rozpoczęto także starania o kanonizację, jak świadczy o tym fakt prowadzenia księgi cudów. Księga ta, prowadzona przy grobie Jacka w latach 1257-1290, przytacza ponad 35 niezwykłych wypadków. Jednak najazdy tatarskie, a potem walki o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. Wskutek tych działań papież Klemens VII w roku 1427 zezwolił na obchodzenie święta św. Jacka w prowincji polskiej. Intensywne dalsze starania poparte przez królów polskich Stefana Batorego i Zygmunta III dały rezultat. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Jacek był siódmym z kolei dominikaninem wśród świętych, a piątym spośród Polaków wyniesionych na ołtarze. Relikwie św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Kiedy w roku 1612 została utworzona dominikańska prowincja ruska, otrzymała za patrona św. Jacka. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce (zwłaszcza w Krakowie i na Śląsku), ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji.
    Jak głosi tradycja, Jacek Odrowąż nie przyjmował żadnych godności zakonnych. Skupił się na ważnych celach zakonu dominikańskiego na terenie Polski. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?” “Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?” Jednak na polecenie z nieba, kiedy uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie pokazują dużą statuę kamienną pod nazwą “Matki Bożej Jackowej”.W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 sierpnia

    Wniebowzięcie

    Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna z Rokitna
      •  Matka Boża Zwycięska
      •  Najświętsza Maryja Panna z Kalwarii Pacławskiej
      •  Święty Tarsycjusz, męczennik
    Prawda o Wniebowzięciu Matki Bożej stanowi dogmat naszej wiary, choć formalnie ogłoszony stosunkowo niedawno – przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus:“…powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105)

    Wniebowzięcie Maryi

    Orzeczenie to papież wypowiedział uroczyście w bazylice św. Piotra w obecności prawie 1600 biskupów i niezliczonych tłumów wiernych. Oparł je nie tylko na innym dogmacie, że kiedy przemawia uroczyście jako wikariusz Jezusa Chrystusa na ziemi w sprawach prawd wiary i obyczajów, jest nieomylny; mógł je wygłosić także dlatego, że prawda ta była od dawna w Kościele uznawana. Papież ją tylko przypomniał, swoim najwyższym autorytetem potwierdził i usankcjonował.Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.
    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to “jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: “Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.
    U Ormian uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. Liturgia ormiańska na ten dzień mówi m.in.: “Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (…) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna”.
    W liturgii abisyńskiej, czyli etiopskiej, w tę uroczystość Kościół śpiewa: “W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani”.
    15 sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Chaldejczycy, Syryjczycy i maronici. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa Wniebowzięcie ciała Matki
    Bożej do nieba.

    Wniebowzięcie Maryi

    Różne bywają nazwy tej uroczystości: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie, Odpocznienie Maryi. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego także Pius XII w swojej konstytucji apostolskiej nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz “zasypiając”.Warto przytoczyć dość jasne wypowiedzi Ojców Kościoła na temat wniebowzięcia Maryi. Na Zachodzie pierwszą wzmiankę o tym niezwykłym przywileju Maryi podaje św. Grzegorz z Tours: (+ 594):I znowu przy Niej stanął Pan, i kazał Jej przyjąć święte ciało i zanieść w chmurze do nieba, gdzie teraz połączywszy się z duszą zażywa wraz z wybranymi dóbr wiecznych, które się nigdy nie skończą.Św. Ildefons (+ 667):Wielu przyjmuje jak najchętniej, że Maryja dzisiaj przez Syna Swego (…) do pałaców niebieskich z ciałem została wyniesiona.Św. Fulbert z Chartres (+ 1029) pisze podobnie:Chrześcijańska pobożność wierzy, że Bóg Chrystus, Syn Boży, Matkę swoją wskrzesił i przeniósł Ją do nieba.Św. Piotr Damiani (+ 1072) tak opiewa wielkość tajemnicy dnia Wniebowzięcia:Wielki to dzień i nad inne jakby jaśniejszy, w którym Dziewica królewska została wyniesiona do tronu Boga Ojca i posadzona na tronie. (…) Budzi ciekawość aniołów, którzy Ją pragną zobaczyć. Zbiera się cały zastęp aniołów, aby ujrzeć Królową, siedzącą po prawicy Pana Mocy w szacie złocistej w ciele zawsze niepokalanym.Z innych świętych można by wymienić: św. Anzelma (+ 1109), św. Piotra z Poitiers (+ 1112), św. Bernarda (+ 1153) i św. Bernardyna (+ 1444).

    Wniebowzięcie Maryi

    Najpiękniej jednak o tej tajemnicy piszą Ojcowie Wschodu. Św. Jan Damasceński (+ ok. 749) podaje, jak cesarzowa Pulcheria (ok. roku 450) wystawiła kościół ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu i prosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o relikwie Matki Bożej. Juwenalis odpisuje jej na to, że relikwii takich nie ma, gdyż ciało Jej zostało wzięte do nieba “jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania”.Z kolei św. Jan Damasceński opisuje śmierć Maryi Panny w otoczeniu Apostołów:Kiedy zaś dnia trzeciego przybyli do grobu, aby opłakiwać Jej zgon, ciała już Maryi nie znaleźli.Kazanie swoje kończy refleksją:To jedynie mogli pomyśleć, że Ten, któremu podobało się wziąć ciało z Dziewicy Maryi i stać się człowiekiem; Ten, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem. (…) W czasie tego wniebowzięcia, o Matko Boża, wojska anielskie przejęte radością i czcią okryły swoimi skrzydłami Twoje ciało, wielki namiot Boży.Św. Modest, biskup Jerozolimy (+ 634), niemniej pewnie opowiada się za tajemnicą Wniebowzięcia Maryi:Jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, wskrzesił Ją z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy.Św. Andrzej z Krety (+ 740):Był to zaiste nowy widok, przechodzący siły rozumu, gdy niewiasta, która swoją czystością przewyższała niebian, w ciele (swoim) weszła do niebieskich przybytków. Jak przy narodzeniu Chrystusa nienaruszonym był Jej żywot, tak samo po Jej śmierci nie rozsypało się Jej ciało. O dziwo! Przy porodzeniu pozostała nieskażoną i w grobie również nie uległa zepsuciu.Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), w kilku kazaniach sławi tę tajemnicę, a nawet opisuje przymioty ciała Maryi po Jej wzięciu do nieba:Najświętsze ciało Maryi już powstaje z martwych, jest lekkie i duchowe, gdyż zostało już przemienione na zupełnie nieskazitelne i nieśmiertelne. (…) Tak jak napisano, jesteś piękna i Twoje dziewicze ciało jest święte, jest przybytkiem Boga i dlatego zostało zachowane od obrócenia się w proch. (…) Niemożliwym było, aby Twoje ciało, to naczynie godne Boga, w proch się rozsypało po śmierci. (…) Ciało Twoje dziewicze jest całkiem święte, choć jest ciałem ludzkim. Ponieważ dostąpiło najdoskonalszego żywota nieśmiertelnego (…), nie może ulec śmierci.Św. Kosma, biskup z Maiouma (+ 743), mówi:Rodząc Boga, Niepokalana, zdobyłaś palmę zwycięstwa nad naturą, (…) zmartwychwstałaś dla wieczności. Grób i śmierć nie mogą zatrzymać pod swoją władzą Bogurodzicy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Teolodzy Kościoła usiłują nie tylko stwierdzić fakt istnienia tej tajemnicy, ale także go uzasadnić. O tej tajemnicy pisali św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Jan Gerson (+ 1429), Suarez (+ 1617) i inni. Kiedy w XV w. Jan Marcelle w kazaniu na Wniebowzięcie Maryi wypowiedział zdanie, że “nie jesteśmy wcale zobowiązani pod grzechem śmiertelnym wierzyć, że Maryja została z ciałem do nieba wziętą”, gdyż nie jest to dogmat, cały fakultet uniwersytetu paryskiego wystąpił z całą stanowczością przeciwko niemu i zażądał, by te słowa odwołał, gdyż tego rodzaju wypowiedź pobrzmiewa herezją i jest sprzeczna z ogólnie wyznawaną prawdą.
    Pisarze kościelni podkreślają, że skoro Matka Chrystusowa była poczęta bez grzechu, skoro Bóg obdarzył Ją przywilejem Niepokalanego Poczęcia, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Śmierć bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień.
    Dlaczego jednak dopiero od VI w. ta prawda przenika tak mocno świadomość wierzących? W Kościele jest więcej takich prawd, które rozwijały się i zostały wyjaśnione definitywnie później. Tak było np. odnośnie do osoby Jezusa Chrystusa, gdy występowano przeciwko Jego naturze Boskiej, przeciwko prawdzie o Jego dwóch naturach, dwóch wolach (arianizm, nestorianizm, monofizytyzm), a nawet przeciwko Jego naturze ludzkiej. Ogłoszenie prawdy o wniebowzięciu Maryi jako dogmatu wiary było przypieczętowaniem i ukoronowaniem starożytnej tradycji Kościoła.

    Wniebowzięcie Maryi

    Według Tradycji Matka Boża ostatnie lata swego życia spędziła w Jerozolimie w pobliżu Wieczernika albo w Efezie. Większość badaczy przychyla się do pierwszej możliwości. Istnieje przekaz, że św. Jan Apostoł opuścił Ziemię Świętą w czasie pierwszego wielkiego prześladowania Kościoła w roku 34 i udał się z Maryją do Efezu. Chciał Ją w ten sposób uchronić przed niebezpieczeństwami prześladowań. Jednakże w pierwotnej literaturze chrześcijańskiej nie ma żadnej wzmianki o takiej podróży. Ponadto ustalono, że św. Jan udał się do Efezu dopiero ok. 68 roku, Maryja miałaby więc wtedy około 85-90 lat. Św. Paweł Apostoł, który wkrótce po śmierci Chrystusa przybył do Efezu, nic nie wspomina, aby przed nim w tym mieście był św. Jan z Maryją. Nie napotkał tam też żadnych śladów chrześcijaństwa.
    Apokryficzne Acta Johannis z drugiej połowy II w. wspominają, że Jan, gdy przybył do Efezu, sam był już stary, nie ma też żadnej wzmianki, by Maryja była tam z nim. Aeteria, pątniczka nawiedzająca miejsca święte w latach 385-386, wspomina, że Jan był pogrzebany w Efezie, natomiast nie wie nic, aby tam był grób Maryi. Pseudo-Dionizy Areopagita pisze, że w czasie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 363-364 dowiedział się od św. Cyryla Jerozolimskiego, patriarchy Jerozolimy, że grób Maryi był w Jerozolimie w Dolinie Jozafata. Podobny opis zawiera apokryf Księga Jana z IV w. W apokryfie tym jest mowa o tym, że Maryja umarła śmiercią naturalną w Jerozolimie, została pogrzebana u stóp Góry Oliwnej w Dolinie Jozafata i że została wzięta do nieba. Wszystkie znane starożytne apokryfy wskazują, że grób Maryi jest w Getsemani w Dolinie Jozafata. Obecnie znajduje się tam kościół, którym opiekują się prawosławni Grecy.

    Wniebowzięcie Maryi

    Kult Maryi Wniebowziętej był w Kościele bardzo żywy i zdecydowanie wyróżniał się wśród wielu innych. Wystawiono tysiące świątyń pod wezwaniem Matki Bożej Wniebowziętej. W ciągu wieków powstało 8 zakonów pod tym wezwaniem: 1 męski (asumpcjoniści – Augustianie od Wniebowzięcia) i 7 żeńskich. W ikonografii scena Wniebowzięcia Maryi należy do bardzo często przedstawianych (dla przykładu: Fra Angelico – w kilku obrazach, Taddeo di Bartolo, Ottaviano Nelli, Giotto, Pinturicchio, C. Bellini, Raffael, Tycjan, Tintoretto, Tiepolo, Perugino, Procaccini, Filippino Lippi, Veronese, Murillo, Velasquez, Konrad von Goest; rzeźbiarze: Liberale da Verona, L. della Robbia, Michał Pacher, Wit Stwosz). Pod opiekę Maryi Wniebowziętej oddał Węgry król św. Stefan, a Francję – król Ludwik XIII (powtórzył to także Ludwik XV).W polskiej (i nie tylko) tradycji dzisiejsze święto zwane jest również świętem Matki Bożej Zielnej. Na pamiątkę podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli kwiaty, poświęca się kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Lud wierzy, że zioła poświęcone w tym dniu za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy tego dnia dziękują Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    14 sierpnia

    Święty Maksymilian Maria Kolbe,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Meinard, biskup
      •  Święci Antoni Primaldo i Towarzysze, męczennicy z Otranto
      •  Kościół archikatedralny w Gdańsku-Oliwie
    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Rajmund Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę: w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień.
    Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne.
    Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: “Mundziu, co z ciebie będzie?” Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby Ona sama odpowiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy chce je otrzymać. “Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, czerwona – że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”. Działo się to w kościele parafialnym w Pabianicach.
    W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców obaj udali się do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady także najmłodszy brat, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe i jego współbracia

    Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec – do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał zakonne imię Maksymilian.
    W tym czasie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go jednak na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji.
    1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje duszy, napisane przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura dzieła św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z tekstem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję.
    Kiedy wybuchła I wojna światowa, klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkrótce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Po wojnie Franciszek założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914).
    W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jednak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).

    Święty Maksymilian Maria Kolbe i Rycerz Niepokalanej

    Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla realizacji tego celu członkowie Rycerstwa mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian poświęcił się odtąd z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo.
    8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny – również ze stopniem naukowym doktora.
    W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam przez osiem miesięcy, po czym przełożeni za radą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 r. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Przełożeni, zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanej franciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą maszynę drukarską i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5.000 wzrósł on do 70.000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma o. Kolbe otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił.
    Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. – w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
    Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18.000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20.000, a grudniowy – 25.000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono – Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół.
    W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanej osiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik – nakład codzienny 137 tys., a niedzielny – 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowano Informator Rycerstwa Niepokalanej, Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa. Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostawali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu.
    O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3 tys. miejsc dla wysiedlonych Polaków z województwa poznańskiego, wśród których było ok. 2 tys. Żydów. Ojciec Maksymilian znowu zdołał skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp.
    17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź “wierzę”, wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału “Krwawego Krotta”, znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie, ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej.
    Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportführer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciało o. Maksymiliana zostało spalone w krematorium.
    Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. św. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.

    Święty Maksymilian Maria Kolbe

    Święty Maksymilian Maria Kolbe jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz – jak powiedział św. Jan Paweł II – “naszych trudnych czasów”.W ikonografii św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony – czerwona i biała.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    13 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Kalwaryjska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Poncjan, papież, i Hipolit, prezbiter
      •  Święty Maksym Wyznawca
      •  Błogosławiony Marek z Aviano, prezbiter
      •  Błogosławieni męczennicy Filip Munarriz, prezbiter, i Towarzysze
    Bazylika w Kalwarii Zebrzydowskiej
    W ufundowanym przez Mikołaja Zebrzydowskiego na początku XVII w. klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Płaczącej. Znajduje się on w bocznej kaplicy bazyliki Matki Bożej Anielskiej. Został on ukoronowany w dniu 15 sierpnia 1887 r. przez kard. Albina Dunajewskiego.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej (bez sukienek)

    Sam obraz o wymiarach 74 cm x 90 cm, nieznanego autorstwa, pochodzi z I połowy XVII w. Namalowano go farbą olejną na grubym, lnianym płótnie. Jego twórca wzorował się na obrazie znajdującym się w kościele parafialnym w Myślenicach koło Krakowa. Madonna z tulącym się do Niej Dzieciątkiem przedstawiona jest w półfigurze, z wyraźnym nachyleniem w stronę Dzieciątka. Jej lewa dłoń, z szeroko rozpostartymi palcami, spoczywa na wysokości piersi. Uwagę zwracają ciemne, zamyślone oczy Maryi, ze spojrzeniem skierowanym w dół, w stronę widza. Wysokie czoło, wolne od zmarszczek, okalają brązowe włosy okryte welonem. Głowę przykrywa ozdobny czepiec. Pulchne Dzieciątko zostało przedstawione w pozycji stojącej od kolan, wyraźnie przechyla się w stronę Madonny. Lewą rączką obejmuje Jej szyję, prawą zaś chwyta fałdy Jej płaszcza. Szeroko otwarte, ciemne oko, kieruje ufne spojrzenie w stronę Matki. Usta pozostają lekko rozchylone. Ciemnowłosą główkę okrywa czepiec. Delikatna szata osłaniająca biodra opada miękko w dół.

    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej

    Bazylika i klasztor bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej położone są na południe od miasta, a na południe i wschód od nich znajdują się 42 kaplice i kościoły dróżek. Jest to jedno z ważniejszych miejsc kultu pasyjnego i maryjnego. Znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Od 1979 r. głównemu kościołowi w Kalwarii przysługuje tytuł bazyliki mniejszej.
    Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej szczególnie czułym kultem otaczał kard. Karol Wojtyła, a potem – również papież św. Jan Paweł II. Wielokrotnie modlił się przed tym obrazem, zarówno w czasie swojej posługi arcybiskupa metropolity Krakowa, jak i następcy św. Piotra. W sanktuarium modlił się także papież Benedykt XVI.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    12 sierpnia

    Święta Joanna Franciszka de Chantal, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Innocenty XI, papież
      •  Błogosławiony Izydor Bakanja, męczennik
      •  Błogosławiony Karol Leisner, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Wiktoria Díez y Bustos de Molina, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Florian Stępniak, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Straszewski, prezbiter i męczennik
    Święta Joanna Franciszka de Chantal

    Joanna urodziła się w Dijon (w tym samym mieście urodził się też św. Bernard z Clairvaux i dominikanin Lacordaire) 23 stycznia 1572 r. Jej ojciec był prezydentem parlamentu Burgundii. Mając niecałe 2,5 roku Joanna straciła matkę, która zmarła przy porodzie jej młodszego brata, Andrzeja. Odtąd wychowywała się pod okiem opiekunki. Otrzymała staranne wykształcenie.
    W 1592 r. 20-letnia Joanna poślubiła Krzysztofa II, barona de Chantal, z którym miała sześcioro dzieci. Święta matka przyświecała swoim dzieciom przykładem życia chrześcijańskiego, a przede wszystkim wyczuleniem na potrzeby biednych. Toteż ci licznie nawiedzali codziennie jej dwór. Pan Bóg wynagrodził jej złote serce, bowiem gdy pewnego dnia zabrakło ziarna, a był głód, cudownie je rozmnożył. W 1601 r. w czasie polowania przyjaciel – przez lekkomyślną nieostrożność – zabił jej męża. Owdowiawszy w 29. roku życia, poświęciła się wychowaniu dzieci i podjęła głębokie życie wewnętrzne. Cios przeżyła tak boleśnie, że omal nie przypłaciła go utratą zdrowia. Wspaniałomyślnie jednak darowała nieumyślnemu zabójcy wyrządzoną jej i jej dzieciom krzywdę.
    Przeniosła się teraz do ojca, do Dijon, a potem do teścia w Monthelon. Ten jednak okazał się dla niej bardzo przykry i na każdym kroku dawał jej odczuć, że jest dla niego ciężarem. Jeszcze więcej Joanna cierpiała ze strony wszechwładnej na zamku służącej-metresy. Zachęcana do ponownego zamążpójścia, pomimo obiecujących ofert, Joanna postanowiła oddać się wyłącznie wychowaniu dzieci i służbie Bożej.
    W marcu 1604 r. spotkała św. Franciszka Salezego. Od tego czasu datuje się ich wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju przyjaźń duchowa. Święty zaszczepił w niej własny styl życia: dobroci i życzliwości dla wszystkich, naturalnego sposobu życia, przepojonego stałą pamięcią o obecności Bożej i czynienia wszystkiego dla Boga. Joanna zarzuciła więc dotychczasowy surowy styl życia, a oddawała się w wolnych chwilach posłudze chorym i ubogim. W trzy lata później św. Franciszek przedstawił baronowej projekt zgromadzenia akcentujący umartwienie wewnętrzne. W 1610 r. Joanna, zapewniwszy przyszłość dzieciom, opuściła Dijon. W Annecy założyła pierwszy klasztor nowego zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny – wizytek. Święty umyślnie dał tę nazwę swojemu zakonowi, gdyż w planie pierwotnym był on przeznaczony dla posługi ubogim. Niestety, Rzym na to nie zezwolił. Obawiał się, że to nowość zbyt śmiała, bez precedensu, by zakonnice wychodziły poza mury klasztoru i w pracy czynnego posługiwania bliźnim narażały własną duszę na niebezpieczeństwo. Św. Robert Bellarmin oraz Joanna zachęcali Franciszka, by nie ustępował. Może by i wygrał, ale pod naciskiem Rzymu ustąpił w obawie, że zakonu jego nie zatwierdzi.

    Święta Joanna Franciszka de Chantal

    W 1611 roku trzy pierwsze wizytki złożyły profesję. Jako pieczęć i herb dla swojego zakonu Franciszek Salezy obrał Serce Pana Jezusa, otoczone koroną cierniową z wyrastającym z niego krzyżem, oraz dwa miecze przecinające to Serce, wyobrażające miłość Boga i bliźniego.
    28 grudnia 1622 roku Franciszek zmarł. Dzięki energicznym zabiegom Joanny jego ciało zostało umieszczone w Annecy, w kościele wizytek. Joanna zajęła się również bardzo troskliwie zebraniem wszystkich pism Franciszka. Rozpoczęła także proces wstępny do kanonizacji Założyciela zakonu. Oddała teraz swój zakon pod bezpośrednią opiekę duchową św. Wincentego a Paulo. Przez 40 lat Wincenty udzielał rad i wskazań oraz prowadził siostry na wyżyny doskonałości chrześcijańskiej. Przez następne lata Joanna założyła 87 fundacji. Ostatnie lata życia spędziła na niezmordowanym wizytowaniu i umacnianiu powstałych klasztorów, jak też na zakładaniu nowych. Ostatnim domem przez nią założonym był klasztor w Turynie (1638).
    Zmarła podczas podróży 13 grudnia 1641 r. Wincenty a Paulo miał widzieć jej duszę idącą do nieba. Serce Joanny zatrzymano w Moulins, a jej ciało przewieziono uroczyście do Annecy, gdzie złożono je obok relikwii św. Franciszka Salezego w kościele wizytek. Uroczystej beatyfikacji dokonał w bazylice Św. Piotra papież Benedykt XIV w 1751 roku, a niedługo potem – w 1767 r. – papież Klemens XIII dokonał jej kanonizacji. Jest patronką sióstr wizytek. Do Polski zakon ten sprowadziła już w 1650 r. królowa Maria Ludwika Gonzaga, żona Jana Kazimierza.
    Św. Joanna zostawiła po sobie wiele pism. Jej duchowe córki zebrały je wszystkie z pietyzmem i wydały w ośmiu tomach. Składają się na nie listy i pouczenia duchowe, ascetyczne oraz okólniki organizacyjne.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    11 sierpnia

    Święta Klara, dziewica

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Świętolipska, Matka jedności chrześcijan
      •  Święta Zuzanna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Alojzy Biraghi, prezbiter
    Święta Klara

    Klara urodziła się w Asyżu w 1193 lub 1194 r. Była najstarszą z trzech córek pana Favarone z rycerskiego rodu Offreduccio i jego żony Ortolany. Jej matka, podczas ciąży, w trakcie modlitwy usłyszała słowa: “Nie bój się, gdyż to dziecko zabłyśnie swym życiem jaśniej niż słońce!” Pod wpływem tych słów nadała dziewczynce imię Klara (z języka łacińskiego clara – jasna, czysta, sławna)

    .Święta Klara

    Klara wzrastała w atmosferze miłości i pobożności. Gdy miała 12 lat, w Asyżu zaczął swą działalność Jan Bernardone, przyszły św. Franciszek. Z czasem zaczął zdobywać ludzi, którzy poświęcali swe życie Bogu. Klara często spotykała się z nim, by zrozumieć jego słowa. Rodzice, zamożni mieszczanie, daremnie dwa razy usiłowali wydać córkę za mąż. Klara poprosiła bowiem Franciszka, by zwrócił się z prośbą do biskupa Asyżu, aby mogła stać się siostrą Braci Mniejszych. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. z całą rodziną poszła do pobliskiego kościoła. Po poświęceniu palm każdy odbierał palmę z rąk biskupa. Biskup Gwidon podszedł jednak sam do Klary i wręczył jej palmę – był to umówiony wcześniej znak zgody. Tej samej nocy dziewczyna wymknęła się z domu, by oddać życie Chrystusowi. Z rąk św. Franciszka otrzymała zgrzebny habit i welon zakonny. Po pewnym czasie przyłączyła się do niej jej siostra, bł. Agnieszka.

    Święta Klara

    Klara odmówiła powrotu do domu swoim krewnym, którzy przyjechali, by ją do tego przekonać. Franciszek wystawił siostrom mały klasztor przy kościółku św. Damiana. Pierwszą jego ksienią została Klara. Franciszek bardzo cieszył się z powstania tej rodziny żeńskiej. Kiedy bowiem bracia byli zajęci życiem apostolskim, siostry miały dla nich stanowić zaplecze pokuty i modlitwy. Zakon nosił nazwę Pań Ubogich, potem nazwano je II Zakonem, a popularnie klaryskami. W 1215 roku Innocenty III nadał zakonowi Klary “przywilej ubóstwa”. Siostry nie mogły posiadać żadnej własności, a powinny utrzymywać się jedynie z pracy swoich rąk. Odtąd San Damiano stało się kolebką nowego Zakonu. Wstępowały do niego głównie córki szlacheckie, pozostawiając wszystko i wybierając skrajne ubóstwo.

    Święta Klara

    Swoje żarliwe modlitwy Klara wspierała surowym życiem, częstymi postami i nocnymi czuwaniami. Dokonywała już za życia cudów – cudownie rozmnożyła chleb dla głodnych sióstr, uzdrawiała je, wyjednała im opiekę Jezusa. Pod koniec życia doznała cudownej łaski; kiedy bowiem nadeszła noc Narodzenia Pańskiego, osłabiona i chora Klara pozostała na swym posłaniu. Otrzymała jednak łaskę widzenia i słyszenia Pasterki, odprawianej w pobliskim kościele z udziałem Franciszka i jego braci. Z tego też powodu św. Klara została patronką telewizji. Po śmierci św. Franciszka cały trud utrzymania zakonu spadł na jej barki.
    Klara w klasztorze św. Damiana żyła przez 42 lata. Wyczerpujące posty, umartwienia i czuwania spowodowały, że 11 sierpnia 1253 r. umarła. Następnego dnia odbył się jej uroczysty pogrzeb, któremu przewodniczył papież Innocenty IV. Jej ciało złożono w grobie, w którym przedtem spoczywało ciało św. Franciszka. Już dwa lata później Aleksander IV, po zebraniu koniecznych materiałów kanonizacyjnych, ogłosił ją świętą. Papież dokonał jej uroczystej kanonizacji w Anagni w 1255 roku.Ikonografia najczęściej przedstawia św. Klarę z monstrancją w ręku. Podanie bowiem głosi, że w czasie najazdu Saracenów na Asyż Klara miała ich odstraszyć Najświętszym Sakramentem, który wyniosła z kościoła. Blask płynący z Hostii miał jakoby porazić wroga i zmusić go do ucieczki. Legenda powstała zapewne na tle szczególnego nabożeństwa, jakie miała św. Klara do Eucharystii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 sierpnia

    Święta Filomena, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec, diakon i męczennik
      •  Błogosławiony Amadeusz Portugalski, zakonnik
      •  Błogosławiony Edward Detkens, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Edward Grzymała, prezbiter i męczennik
    Święta Filomena

    Filomena przez ponad 150 lat należała do najbardziej czczonych świętych. Jej kult został zapoczątkowany w oparciu o znalezisko. W czasie wykopalisk prowadzonych w Katakumbach Pryscyli w Rzymie 25 maja 1802 r. odnaleziono grób z ceramiczną tabliczką, na której znajdowały się symbole strzały, palmy, lilii, bicza oraz napis Pax tecum, Filemena. Wyciągnięto wniosek, że w miejscu tym pochowana została męczennica nosząca imię Filomena. Proboszcz parafii w Mugnano w diecezji Nola w Kampanii przeniósł 10 sierpnia 1805 r. odnalezione szczątki do Mugnano, miasta położonego na wzgórzu niedaleko Neapolu. Temu wydarzeniu towarzyszyły liczne cuda. Od tego dnia zaczął rozwijać się silny kult Filomeny, który wkrótce rozprzestrzenił się po świecie i został powiązany z legendą o rzymskiej męczennicy. W latach 1824-1836 wstawiennictwu św. Filomeny przypisywano wiele nagłych uzdrowień. Papież Grzegorz XVI zaaprobował Mszę i oficjum ku czci Świętej. Również kolejni papieże pozytywnie odnosili się do kultu św. Filomeny. Dopiero w roku 1961 Kościół katolicki zniósł święto Filomeny, chociaż do dziś jej kult jest dość żywy, szczególnie w Mugnano.
    Sama zaś legenda mówi, że ojciec Filomeny był greckim królem, który nawrócił się na chrześcijaństwo. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować ją, a na koniec z kotwicą przywiązaną do szyi wrzucić do Tybru, gdzie strzelano do niej z łuku. Ponieważ Filomena przeżyła, a co więcej nie odniosła żadnych ran, cesarz zarządził jej ścięcie, co miało nastąpić około 303 roku.
    Została formalnie kanonizowana po długim i dojrzałym rozważeniu oraz po zbadanym i potwierdzonym uzdrowieniu bł. Pauliny Jaricot (założycielki Krzewienia Wiary i Żywego Różańca) przez papieża Grzegorza XVI.
    Do najbardziej oddanych czcicieli św. Filomeny należał św. Jan Maria Vianney, który wraz z Pauliną Jaricot przyczynił się do powstania tego szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa do Filomeny, z którego słynęła Francja. Medaliki błogosławione przez Vianney’a wysyłane były do wszystkich regionów Francji i stawały się kanałami niezliczonych błogosławieństw nimi obdarowanych, a uzdrowienia wszelkiego rodzaju miały miejsce dzięki użyciu oleju, który płonął dniem i nocą przed figurą Filomeny w kościółku w Ars, gdzie teraz znajduje się kaplica Cudotwórczyni.
    Do czcicieli św. Filomeny należeli też św. Magdalena Zofia Barat, założycielka zakonu Najświętszego Serca, św. Piotr Chanel, pierwszy męczennik Oceanii i św. Piotr Eymard, założyciel Ojców od Najświętszego Sakramentu (tzw. eucharystów).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    św. Filomena

    Historia tej pięknej świętej jest niesamowita. O życiu św. Filomeny nazywanej “dziewiętnastowiczną Cudotwórczynią” pewnie nikt by dzisiaj nie wiedział gdyby nie jedno wydarzenie z 25 maja 1802 r. A cóż się wtedy takiego stało?

    Właśnie w tym dniu, w najstarszych rzymskich katakumbach pod wezwaniem św. Pryscylii przy via Salaria Nuova, gdzie chowano głównie męczenników chrześcijańskich z okresu rzymskich prześladowań, odkryto grób przykryty trzema terakotowymi płytkami. Na poszczególnych płytkach widniały napisy: /LUMENA /PAX TE /CUM FI/

    Z punktu widzenia archeologicznego nie ulega żadnej wątpliwości, że grób został odkryty w stanie pierwotnym i nienaruszonym, chodciaż płytki były ułożone na grobie w niewłaściwej kolejności. Gdy ustawimy je poprawnie, to naszym oczom ukazuje się inksrypcja: PAX TECUM FILUMENA, co tłumaczymy jako: “Pokój z tobą Filumeno (Filomeno).

    Między różnymi dociekaniami przypuszcza się, że grabarz, który dokonywał pochówku (jak się później okaże w 302 r.) był analfabetą. Jako, że nie umiał ani pisać, ani czytać ułożył płytki w złej kolejności nie zauważając różnicy w treści. Napisy na płytkach wykonane były tzw. minią ołowianą. Były też na nich namalowane: trzy strzały, kotwica, bicz – narzędzia tortur, gałązka oliwna – symbol męczeństwa i śmierci oraz lilia – symbol dziewictwa. Po otwarciu grobu w jego wnętrzu znajdowało się ciało mniej więcej 13 letniej dziewczynki oraz owalny flakonik z grudkami zaschniętej krwi. Te wszystkie rzeczy jednoznacznie wskazywały, że w katakumbowym grobie pochowane było ciało młodziutkiej chrześcijanki-dziewicy, umęczone pod koniec trzeciego bądź na początku czwartego wieku, a więc podczas najokrutniejszego prześladowania chrześcijan jakie miało miejsce w Rzymie za czasów panowania cesarza Dioklecjana. Niezwykłe odkrycie zrodziło powszechne przekonanie, że oto mamy ciało młodziutkiej świętej dziewicy i męczennicy. Zaczęto ją nazywać imieniem “Filumena” – czy z czasem Filomena.

    Odkryte relikwie św. Filomeny zabrano i złożono w Skarbcu Rzadkich Znalezisk Chrześcijańskiej Starożytności na Watykanie pod czujnym okiem ich stróża i zarządcy Don Ponzettiego. Gdy cząsteczki zaschniętej krwi św. Męczennicy przekładano z pękniętego flakonika grobowego do kryształowej urny zdarzyła się niezwykła rzecz. Na oczach wielu ludzi grudki krwi zaczyły błyszczeć jak szlechetne kamienie w biżuterii. Kardynał Luigi Ruffo Scilla skomentował ten fakt słowami: „Widzieliśmy jej krew zmieniającą się w kilka olśniewających, małych, drogocennych kamieni różnych kolorów, w tym złota i srebra”.

    Relikwie św. Filomeny spoczywały na Watykanie tylko 3 lata. Stało się to za sprawą poczciwego kapłana Francesco di Lucia, pochodzącego z Mugnano, małej wioski położonej na wschód od Neapolu. Zapragnał on zdobyć do swojej kaplicy domowej relikwie jakiegoś świętego męczennika znanego z imienia. Z pomocą przyszedł mu przyjaciel, nowo mianowany biskup Potenzy Bartolomeo de Cesare, który udzielił mu rekomendacji w Rzymie. I tak w 1805 roku zarządca skarbca z relikwiami – wspomniany już ks. Ponzetti pozwolił mu wybrac upragnione relikwie “jakiegoś świetego męczennika”. Opatrzność sprawiła, że serce don Fancesco przylgnęło do relikwi św. Filomeny.

    I tak, 10 sierpnia 1805 r. relikwie św. Filomeny ruszyły z Rzymu do Mugnano. Przenoszeniu relikwii towarzyszyły liczne i różnorodne cuda – uzdrowień i nawróceń. Również kaplica w Mugnano, w której złożono relikwie, stała się odtąd miejscem niezwykłych zdarzeń. Na tę małą i nieznaczącą wioskę zaczął padać deszcz łask i cudów. Wielu mieszkańców zostało uzdrowionych z różnych chorób. Wyzdrowiał m.in. Michael Ulpicella, prawnik, który z powodu choroby nie mógł się ruszać przez sześć tygodni. Uleczona została także kobieta cierpiąca na chorobę nowotworową. Jednak najsłynniejszy cud jaki znamy, to uzdrowienie Pauliny Jaricot, którą znamy jako założycielkę “Stowarzyszenia Żywego Różańca”.

    Paulina Jaricot, która w wieku 35 lat była bardzo chora, prawie umierająca, zapragnęła przed śmiercią powierzyć swoje życie właśnie św. Filomenie. Wyprosiła u lekarza pozwolenie na wyjazd i wybrała się do jej sanktuarium w Mugnano. Podróż z Lyonu do Neapolu trwała cztery miesiące, bo ze względu na stan zdrowia Pauliny trzeba było robić częste postoje. Do sanktuarium pielgrzymi dotarli na główne święto. Tam 9 sierpnia 1835 r. w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu Paulina doznała uzdrowienia. Żywy Różaniec działał już od dziewięciu lat i rozwijał się nie tylko we Francji, ale również poza jej granicami. Papież Grzegorz XVI przyjął więc Paulinę na audiencji i ucieszył się, widząc ją w pełni zdrowia. Uznał uzdrowienie Pauliny za cud. Na podstawie tego zatwierdził kult św. Filomeny, ustanawiając jej wspomnienie na 11 sierpnia, i uczynił grecką męczennicę patronką Żywego Różańca.

    Wróćmy jeszcze do ks. Francesco. Szczęśliwy posiadacz relikwi św. Filomeny z jednej strony cieszył się, że Mugnano ma niezwyką orędowniczkę i cudotwórczynię, ale z drugiej wypełniał go smutek, który był spowodowany faktem, że właściwie nie wiele było o niej wiadomo. Pragnął z całego serca poznać życie św. Męczennicy. Modlił się więc wytrwale o łaskę nadprzyrodzonego poznania historii jej życia. Prosił też inne osoby o midlitwę w tej intencji. I łaski tej dostąpił. Sama św. Filomena premówiła na swój temat. Objawiła się i przemówiła do trzech osób. Jedną z nich była s. Maria Luiza do Jezusa, dominikańska tercjarka. Urodziła się w Barra 23 lutego 1799 r. Już w bardzo młodym wieku prowadziła głębokie życie duchowe. W wieku 18 lat wstąpiła do zakonu sióstr dominikanek gdzie podczas modlitw doznawała wielu objawień i mistycznych wizji. Ich treść – z polecenia kierownika duchowego – wiernie spisywała. Wszystkie te pisma, w których prostocie i jasności stylu towarzyszyła głęboka doktryna ascetyczna i teologiczna, zostały opublikowane przez dominikanów z Imoli, gdzie biskupem był nie kto inny jak Mastai Ferretti, późniejszy papież Pius IX. Papież ten ogromnie cenił siostrę Marię Luizę i w czasie swojego pontyfikatu napisał do niej wiele listów, w których nazywał ją „najukochańszą córką”.

    3 sierpnia 1833 roku siostra Maria Luiza od Jezusa uklęknęła przed figurą św. Filomeny by odmówić modlitwę dziękczynną po przyjęciu Komunii św. Oczy jej się zamknęły tak, że nie mogła ich ponownie otworzyć. Od posągu św. Filomeny usłyszała miły głos. Święta przemówiła do niej i opowiedziała jej całe swoje życie i męczeńską śmierć ze szczegołami. ( RELACJA ŚWIĘTEJ )

    Z ust Filomeny współcześni dowiedzieli się, że była córką małżonków rządzących małym państwem w Grecji. Rodzice początkowo byli poganami, jednak za namową swojego lekarza przyjęli wiarę chrześcijańską i dzięki Bożej pomocy doczekali się upragnionego dziecka. Przy narodzinach dano Jej imię Lumena („światło wiary”). W dniu chrztu została Filomeną, gdyż tego dnia stała się dzieckiem wiary. Wychowywana w wielkiej miłości do Jezusa Chrystusa, jako 11-letnia dziewczynka złożyła śluby czystości. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować: zakuł w kajdany, obnażoną publicznie biczował, wrzucił do Tybru z kotwicą u szyi i kazał ją ostrzelać strzałami z łuków. Za każdym razem Filomena doznawała nadprzyrodzonej pomocy z nieba. Ostatecznie, cesarz widząc swą niemoc, skazał Ją na śmierć przez ścięcie głowy. I tak Filomena osiągnęła palmę męczeństwa 10 sierpnia 302 r.

    Sława młodziutkiej męczennicy i łaski jakie wyjednywała szybko przekroczyły granice Mugnano i św. Filomena zaczęła zdobywać niezliczoną rzeszę nowych czcicieli. A czcicielami stwali się ludzie wszystkich stanów, począwszy od Papieży. I tak: Papież Leon XII w 1826 r. zezwolił na odprawianie własnej Mszy św. w jej liturgiczne wspomnienie 11 sierpnia oraz zezwolił na wzniesienie ołtarzy i kościołów ku jej czci. Papież Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku, uroczyście wyniósł Ją na ołtarze, nadając pełne prawa jej kultowi w całym katolickim świecie po wszystkie czasy. Bł. Pius IX, zanim został papieżem, doznał cudownego uzdrowienia za przyczyną św. Filomeny a gdy już objał urząd Piotrowy, pielgrzymował do jej sanktuarium w Mugnano 7 listopada 1849 r. i nadał Filomenie zaszczytny tytuł: „Patronka Dzieci Maryi.” Papież Leon XIII, który jeszcze jako kardynał, dwukrotnie pielgrzymował do jej sanktuarium podniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa. Zatwierdził też biało-czerwony „sznur św. Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą. Papież św. Pius X 21 maja 1912 r. podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Powszechnego Arcybractwa i mianował św. Jana Marię Vianneya jego patronem.

    Na koniec warto jeszcze wspomnieć właśnie o św. probosczu z Ars, który był niedoścignionym i opatrznościowym czcicielem św. Dziewicy i Męczennicy. Wraz ze wspominąną już Pauliną Jaricot, przyczynił się w znakomitym stopmniu do powstania szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa ku jej czci. Często powtarzał: “Moje dzieci. Święta Filomena ma wielką moc u Boga. Jej dziewictwo i gotowość objęcia bohaterskiego męczeństwa uczyniły ją tak miłą Bogu, że nigdy nie odmówi jej niczego, o co Go poprosi.” I tak, kiedykolwiek św. Filomona jest proszona o pomoc, zsyła obfite łaski; Jej sanktuaria są rozsiane po całym świecie. Największym cudem związanym z tą Świętąjest chyba szybkość z jaką rozwinęło się do Niej nabożeństwo na całym świecie. Kościoły, szpitale, sierocińce, stowarzyszenia, bractwa – wszystkie one powstały w związku z Jej imieniem bądź zostały zbudowane na Jej cześć. Oręduje u swego Boskiego Oblubieńca we wszystkich ludzkich sprawach niezależnie od czasu i przestrzeni geograficznej. Jest patronką: szczęśliwych narodzin dzieci, matek, dzieci i młodzieży, ludzi interesu, szkół i konwentów. Jest opiekunką spokojnej starości i szczęśliwej śmierci. Błądzącym wyjednuje powrót do Chrystusa i sprzyja licznym konwersjom. Oręduję w intencji misji zagranicznych i misjonarzy, kapłanów, zakonników i zakonnic; wspiera osoby udręczone skrupułami w życiu wewnętrzym.

    No i oczywicie jest patronką Żywego Różańca.

    Zachęcam do zaprzyjaźnienia się z tą niezwykła Świętą i dołączenia do naszej wspólnoty “Żywego różańca”. TUTAJ

    ks. Rafał Sikorski

    ***

    Św. Filomeny, dziewicy i męczennicy

    O czysta dziewico i niepokonana męczennico Jezusa Chrystusa, święta Filomeno! Z pełnym oddaniem klękam przed Bogiem i przed tobą, którą wybrałem za swą pośredniczkę i miłującą patronkę, abym mógł być zaszczycony twym wstawiennictwem u twego Boskiego Oblubieńca Jezusa Chrystusa i Maryi, Jego Najświętszej Matki. Wiem, że oboje niczego Ci nie odmawiają, i proszę cię z całym głębokim odczuciem mego serca, abyś spojrzała na mnie jako na jedno z twych dzieci i wzięła mnie w obronę przed mymi nieprzyjaciółmi. Zachowaj mi łaskę, abym do końca mego życia zachował swą duszę czystą od wszelkiej skazy i ozdabiał ją każdą cnotą. W szczególności chcę przyjąć z pełnym oddaniem memu Bogu wszystkie cierpienia, których zesłanie na mnie na tym świecie uważa za dobre dla oczyszczenia przez to mej duszy i dania jej okazji do uzyskania pokuty za wiele grzechów. Przyciągnięty twą wspaniałą łaskawością, proszę cię ze względu na twe wielkie i doskonałe zasługi o wybłaganie dla mnie upragnionej łaski (tu należy wymienić swe życzenie), której pokornie od ciebie oczekuję, jeśli jest ona zgodna z wolą Bożą i z pożytkiem dla mego zbawienia wiecznego. Proszę cię również o wyjednanie dla mnie pomnożenia wiary, nadziei, miłości i żalu za moje grzechy.

    Święta Filomena poniosła śmierć męczeńską w 302 r. w Rzymie, za panowania cesarza Dioklecjana. Pochodziła z greckiej rodziny arystokratycznej; jej rodzice, Kalistos i Eutropiau, mieszkali w Nikopolis w Macedonii. Ojciec był zarządcą prowincji. Małżeństwo długo było bezdzietne; ostatecznie ich lekarz, który był chrześcijaninem, sugerował, żeby modlili się do chrześcijańskiego Boga. Filomena urodziła się ok. 289 r. Po jej urodzeniu rodzice przyjęli chrzest.

    Od najmłodszych lat Filomena poświęciła swoje dziewictwo Panu Bogu, a jej serce pałało coraz większą i większą miłością do Niebiańskiego Oblubieńca. Jej jedynym życzeniem było żyć tylko dla Niego, ale o jej rękę starał się sam cesarz rzymski Dioklecjan. Kiedy Filomena odmawiała mu z racji wyznawanej wiary chrześcijańskiej, została przez cesarza uwięziona, torturowana, a następnie umarła w okrutnych męczarniach. Jej tortury miały być zapłatą dla niej za okazaną cesarzowi wzgardę. Początkowo Dioklecjan postanowił skazać ją na taką samą karę na jaką Poncjusz Piłat skazał Pana Jezusa. Filomena została więc skazana na biczowanie. Kiedy jednak nie zmarła, ale nawet w cudowny sposób została wyleczona z ran, Dioklecjan postanowił wrzucić ją do Tybru, przywiązaną do kotwicy. Jednak aniołowie, w cudowny sposób, wydobyli ją z rzeki, tak, że i tym razem Filomena nie poniosła śmierci, ale została uznana za czarownicę. Następnie usiłowano pozbawić ją życia strzelając do niej z łuku, ale kiedy i to się nie udawało, Dioklecjan,, który osobiście był świadkiem egzekucji, polecił, aby Filomenę przebić strzałami rozpalonymi w ogniu, ponieważ sądził, że czarownica nie ma władzy nad ogniem. Jednak strzały kierowane w dziewczynę zmieniały kierunek i ze zdwojoną siłą godziły w łuczników. Groza i przerażenie opanowały świadków tych wydarzeń, wielu z nich skłonnych było nawet do przyjęcia religii chrześcijańskiej. Ostatecznie egzekucji dokonano przez ścięcie głowy.

    Po 1500 latach zapomnienia w katakumbach, św. Pryscylli przy Via Salaria Nova drogocenne relikwie Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zostały odkryte 24 maja 1802 roku, w dniu święta Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych. Na grobowcu widniał napis LUMENIA PAX CUM, co oznacza „Pokój tobie Filomeno”, albo „Pokój tobie ukochana.” Na grobowcu wyryte były ponadto: kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii, symbolizujące śmierć przez utopienie, męczeństwo, palmę zwycięstwa i symbol dziewictwa.

    W 35 lat po odkryciu relikwii ta młoda grecka księżniczka wyniesiona została na ołtarze i ogłoszona Cudotwórczynią XIX w., bo tak liczne i uderzające były cuda uzyskane dzięki jej potężnemu wstawiennictwu. W różnych krajach zaczęto wznosić kaplice pod jej wezwaniem, fundować ołtarze i figury. Innym świętym dana jest zdolność wspomagania nas w jakiejś jednej szczególnej potrzebie, ale Święta Filomena posiada moc wspomagania nas we wszystkich potrzebach, cielesnych i duchowych. Zwracajmy się więc do niej z wielką ufnością, miłością i wiarą, ona jest bowiem „ukochaną córką” Jezusa i Maryi, córką, której niczego się nie odmawia. W naszej miłości do niej kierujmy się wskazówkami i przykładem papieży. Papież Leon XII zezwolił na wzniesienie ołtarzy i kościołów na jej cześć. Papież Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku, uroczyście wyniósł Ją na ołtarze, nadając pełne prawa jej kultowi w całym katolickim świecie po wszystkie czasy, a dzień jej wspomnienia wyznaczono na 11 sierpnia. Papież Pius IX nadal jej wspaniały tytuł: „Patronka Dzieci Maryi.” Papież Leon XIII podniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa i zatwierdził „sznur Świętej Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą. Papież św. Pius X podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa i mianował Świętego Jana Vianney jego patronem.

    W 1912 r. papież św. Pius X zatwierdził wezwanie: „Święta Filomeno, Patronko Dzieci Maryi, módl się za nami!”

    Święta Filomena ma wielką moc u Boga. Jej dziewictwo i gotowość objęcia bohaterskiego męczeństwa uczyniły ją tak miłą Bogu, ze nigdy nie odmówi jej niczego, o co Go poprosi. Święty Jan Vianney zawsze powtarzał, „Filomena jest wielką Świętą.” Papież Leon XII mówił: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie.” Paulina Jaricot, założycielka stowarzyszenia żywego różańca, powiedziała: „Słyszałam jak demony mówiły podczas egzorcyzmu: <<Dziewica i Męczennica, święta Filomena, jest naszym przeklętym wrogiem. Nabożeństwo do niej jest nową straszną bronią przeciw piekłu.>>”

    Modlitwa do Świętej Filomeny
    Święta Filomeno, Dziewico i Męczennico, którą Bóg tyloma cudami wsławia, którą Namiestnik Jezusa Chrystusa mianował Protektorką Żywego Różańca i Dzieci Maryi, pokaż nam coraz wyraźniej z niebiańskich wysokości, że głos tak święty jak twój musi być wysłuchany i że mamy prawo liczyć na twoją pomoc. Wystaraj się dla nas o łaskę wierności Jezusowi Chrystusowi, aż do śmierci. Amen.

    Litania Do Świętej Filomeny, ułożona przez Świętego Jana Vianney’a

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami,
    Synu, Odkupicielu świata Boże, zmiłuj się nad nami,
    Duchu Święty Boże, zmiłuj się nad nami,
    Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami,
    Święta Filomeno, módl się za nami,
    Święta Filomeno, z chwilą poczęcia łaskami napełniona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wierna naśladowczyni Maryi, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wzorze dziewic, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Świątynio doskonałej wiary, módl się za nami,
    Święta Filomeno, ożywiona zapałem do Chwały Bożej, módl się za nami,
    Święta. Filomeno, Ofiaro miłości Chrystusa, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Przykładzie siły i wytrwałości, módl się za nami,
    Święta Filomeno, niezwyciężona siło czystości, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Zwierciadło heroicznej cnotliwości, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wytrwała i nieustraszona w męczarniach, módl się za nami,
    Święta Filomeno, jak Twój Niebiański Oblubieniec biczowana, módl się za nami,
    Święta Filomeno, gradem strzał przebita, módl się za nami,
    Święta Filomeno, skuta łańcuchami, przez Matkę Najświętsza pocieszana, módl się za nami,
    Święta Filomeno, w więzieniu cudownie uzdrowiona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, w czasie tortur przez aniołów wspierana, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która wybrałaś mękę i śmierć nad wspaniałości tronu królewskiego, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która nawróciłaś świadków swego męczeństwa, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która znosiłaś furię swoich oprawców, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Opiekunko niewinnych, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Patronko młodzieży, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Ucieczko nieszczęśliwych, módl się za nami,
    Święta Filomeno, Zdrowie chorych i słabych, módl się za nami,
    Święta Filomeno, nowe Światło Kościoła Walczącego, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która zwalczasz bezbożność świata, módl się za nami,
    Święta Filomeno, która przywracasz wiarę i dajesz odwagę jej wyznawania, módl się za nami,
    Święta Filomeno, której imię sławione jest w niebie, a straszne dla piekieł, módl się za nami,
    Święta Filomeno, wspaniałymi cudami sławiona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, mocą Bożą wzmocniona, módl się za nami,
    Święta Filomeno, panująca w chwale, módl się za nami,
    Święta Filomeno, patronko Dzieci Maryi, módl się za nami,
    Święta Filomeno, patronko Żywego Różańca, módl się za nami,
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zachowaj nas Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módl się za nami Św. Filomeno.
    Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się:

    Błagamy Cię, Panie, przez wstawiennictwo Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zawsze Ci miłej przez jej nieskalaną czystość i praktykowanie wszelkich cnót, przebacz nam grzechy nasze i udziel nam łask nam potrzebnych (nazwij łaskę, której specjalnie potrzebujesz). Amen.

    Deus, omnium largitor bonorum, qui in famula tua Philumena cum Virginitatis flore martyrii palmam consecrasti; mentes nostras ejus intercessione Tibi charitate conjuge, ut amotis periculis præmia consequamur æterna. Per Christum Dominum nostrum. Amen.

    ***

    Św. Filomena mogła być cesarzową, wybrała męczeństwo

    24 maja 1802 roku, podczas prac archeologicznych prowadzonych w katakumbach św. Pryscylli przy starożytnej drodze Via Salaria Nova w Rzymie, odkryto grobowiec ze szczątkami młodej dziewczyny. Na mogile widniał napis z niepoprawnie ułożonych płyt, który znawcy łaciny odszyfrowali jako „Pax Tecum Filumena”, czyli „Pokój z Tobą, Filomeno”. Na mogile były też wyrzeźbione symbole kotwicy, dwóch strzał, włóczni, gałązki palmowej i kwiatu lilii, symbolizujące kolejno: śmierć przez utonięcie, męczeństwo, palmę zwycięstwa oraz dziewictwo.

    Archeolodzy byli poruszeni. Wszystkie poszlaki wskazywały na to, że właśnie odnaleziono grób wczesnochrześcijańskiej męczennicy o imieniu Filomena. Sęk w tym, że nic więcej o tej świętej nie wiedziano…

    Szczątki dziewczyny ekshumowano i przeniesiono do Kustodii Świętych Relikwii, gdzie leżały zapomniane przez kolejne trzy lata. W 1805 roku św. Filomena niespodziewanie objawiła się włoskiej stygmatyczce, zakonnicy Marii Luizie od Jezusa, której opowiedziała o swoim życiu i męczeństwie. Wydarzenie to zbiegło się w czasie z przedziwnymi cudami i uzdrowieniami, jakie zaczęły się dziać wokół miasta Mugnano del Cardinale (Kampania) w środkowych Włoszech, gdzie misjonarz Franciszek Lucia umieścił relikwie Filomeny.

    Kult nieznanej świętej


    Na Półwyspie Apenińskim zaczął rodzić się lokalny kult młodziutkiej męczennicy. Jednak, jako że jej postać nie była wcześniej znana Kościołowi, nie można było potwierdzić, czy w czasach tuż po jej śmierci otaczano ją kultem, jak innych świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Dlatego nowo odkryta męczennica musiała przejść procedurę kanonizacyjną, tak jak święci nowożytni. Wizje siostry Marii Luizy zostały spisane, zbadane i oficjalnie uznane za prawdziwe przez Święte Oficjum 21 grudnia 1833 roku. Już wcześniej papież Leon XII zezwolił na budowę ołtarzy i kościołów ku czci Filomeny. Jego następca, Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku uroczyście kanonizował św. Filomenę w Rzymie, wyznaczając dzień jej wspomnienia liturgicznego na 11 sierpnia.


    Nową świętą zainteresował się ks. Jan Maria Vianney z wioski Ars koło Lyonu, który zaszczepił kult Filomeny we Francji, skąd rozlał się on na cały świat. Powstało Bractwo Świętej Filomeny, a kolejni papieże dodawali tej wyjątkowej świętej kolejne atrybuty świętości. Bł. Pius IX nadał jej tytuł Patronki Dzieci Maryi. Leon XIII wyniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi arcybractwa i zatwierdził „sznur Świętej Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą. Z kolei św. Pius X podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Powszechnego Arcybractwa i mianował proboszcza z Ars jego patronem, a także zatwierdził wezwanie: Święta Filomeno, Patronko Dzieci Maryi, módl się za nami!


    – Ja cudów nie czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… Zwróćcie się do świętej Filomeny. Ilekroć prosiłem o coś Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany –
     mawiał ks. Vianney o młodej męczennicy, którą przedstawiał swoim parafianom jako wyjątkowo skuteczną orędowniczkę w modlitwie.


    Po ludzku straciła wszystko. Po Bożemu – wszystko wygrała


    Kim była św. Filomena? Jak już wcześniej wspomniano, na temat św. Filomeny nie zachowały się żadne źródła z jej epoki poza płaskorzeźbami na grobowcu. Dlatego żywot męczennicy znamy właściwie tylko z objawień siostry Marii Luizy od Jezusa.


    Filomena urodziła się ok. 10 stycznia 291 roku w Nikopolis (dzisiaj północno-zachodnia Grecja) za czasów panowania cesarza Dioklecjana, najokrutniejszego ze wszystkich prześladowców chrześcijan pierwszych wieków. Z pochodzenia była Greczynką, a jej rodzice, Kalistos i Eutropiau, miejscowi arystokraci, bardzo długo zmagali się z problemem niepłodności. Modlili się o dziecko do znanych sobie bóstw greckich, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Dopiero lekarz rodziny, chrześcijanin, polecił im zwrócić się do Boga chrześcijańskiego. I On ich wysłuchał.


    Cała rodzina nawróciła się na chrześcijaństwo i w tej wierze wychowywała córkę. Nadano jej imię Filomena. W wieku 13 lat dziewczyna zdecydowała się złożyć Jezusowi wieczyste śluby czystości. Niedługo potem Dioklecjan zagroził jej ojcu, że wypowie wojnę jego domowi, jeśli ten nie porzuci chrześcijaństwa. W obliczu poważnej groźby zdecydował się on wyjechać z rodziną do Rzymu, by poprosić imperatora o pokój.


    W tym momencie interpretacje objawień siostry Marii Luizy nieznacznie się rozmijają. Pewne jest to, że młodziutka Filomena bardzo spodobała się cesarzowi, lecz jedne opracowania mówią o tym, że zaproponował jej małżeństwo, a drugie, że chciał uczynić ją jedną ze swoich nałożnic. Oczywiście bardziej podniośle brzmi ta pierwsza wersja, gdyż przyjęcie oferty byłoby wtedy równoznaczne ze staniem się cesarzową Rzymu, współwładczynią największego imperium starożytnego świata!


    Niezależnie od tego, jak dokładnie brzmiała propozycja Dioklecjana, w obu przypadkach jej przyjęcie byłoby dla Filomeny równoznaczne z porzuceniem chrześcijaństwa i życia w czystości, które przysięgała. Dlatego z męstwem, którego uczyć się od niej mogło wielu mężczyzn, odpowiedziała najpotężniejszemu wówczas człowiekowi na świecie: Lepiej jest stracić życie na ziemi, by osiągnąć wiekuiste szczęście, niż uniknąć śmierci doczesnej i zasłużyć na wiekuistą karę. Pozostanę wierna Jezusowi nawet za cenę mojego życia!


    Cesarz nakazał wtrącić ją do więzienia na 40 dni, aby jeszcze raz „przemyślała” swoją decyzję. Już same warunki przebywania w ówczesnych więzieniach, którymi były podtopione lochy pełne szczurów, czyniły taką karę straszliwą. A poza tymi cierpieniami Filomena musiała jeszcze wytrzymać biczowanie i inne tortury. Nic nie skłoniło jej jednak do zmiany stanowiska – ani obietnica bogactwa, ani fizyczne cierpienia i groźba śmierci.


    Po odbyciu przez dziewczynę kary więzienia Dioklecjan skazał ją na śmierć. Według uznanych przez Kościół objawień Filomena miała być najpierw wrzucona do Tybru z kotwicą uwiązaną u szyi, jednak – zgodnie z tradycyjnym przekazem – wyciągnęli ją stamtąd aniołowie. Następnie rzymscy żołnierze strzelali do niej z łuku, ale strzały w niewytłumaczalny sposób ją omijały. Wreszcie prześladowcy zdecydowali się ściąć jej głowę toporem, co nastąpiło ok. 10 sierpnia 304 roku.


    Pochowano ją po chrześcijańsku, oznaczając grobowiec symbolami mówiącymi o tym, w jaki sposób i za co poniosła śmierć męczeńską. Następnie została zapomniana na piętnaście stuleci. Bóg jednak zatroszczył się o to, aby jej postać w odpowiednim czasie została przypomniana naszemu nieszczęsnemu światu.


    Święta na trudne czasy


    Choć kult św. Filomeny rozwijał się wspaniale w XIX i pierwszej połowie XX wieku, współcześnie pozostaje ona postacią stosunkowo mało znaną. Faktem bardzo smutnym jest niestety to, że w 1961 roku, tuż przed Soborem Watykańskim II, jej wspomnienie zostało wykreślone z kalendarza liturgicznego. Oczywiście, nie ma to żadnego wpływu na kult jako świętej, bo kanonizacja jest nieodwołalna.


    Na początku obecnego stulecia w Polsce ukazała się mała książeczka z nowenną do św. Filomeny. Została ona wielokrotnie „przemodlona” przez autora tego artykułu i jego rodzinę. Wszyscy zaświadczają o tym, jak niejeden raz św. Filomena pomogła oddalić choroby i inne czyhające na nich zagrożenia, na które po ludzku nie było już żadnego sposobu…

    Marcin Więckowski – artykuł z PzM 125 Lipiec/Sierpień 2022

    ***


    9 sierpnia

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein),
    dziewica i męczennica, patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Irena, cesarzowa
      •  Święta Marianna Cope z Molokai, zakonnica
      •  Błogosławiony Jan Guarna z Salerno, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan z Alwerni, prezbiter
      •  Błogosławiony Franciszek Jägerstätter, męczennik
    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę.
    W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Następnie wróciła do domu i z nowym zapałem podjęła dalszą naukę w gimnazjum. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta w wieku 20 lat uważała się za ateistkę. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. “Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą” – pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla, zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała u niego tytuł doktorski. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki temu, że w Getyndze spotkała Maxa Schelera, po raz pierwszy poznała idee katolickie.
    W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie – szukając prawdy – znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę – Różę. 1 stycznia 1922 r. przyjęła chrzest i I Komunię św. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania.
    Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów na konferencjach i przy innych różnych okazjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.

    Święta Teresa Benedykta od Krzyża

    W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące – gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: “żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża”. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste.
    W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam 9 sierpnia 1942 roku obie zostały zagazowane i spalone.
    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 sierpnia

    Święty Dominik Guzman, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Bonifacja Rodríguez Castro, zakonnica
      •  Święta Maria od Krzyża Helena MacKillop, zakonnica
      •  Błogosławiony Zefiryn Gimenez Malla, męczennik
      •  Błogosławiony Włodzimierz Laskowski, prezbiter i męczennik
    Święty Dominik

    Święty Dominik urodził się około 1170 roku w Caleruega w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu kastylijskiego Guzmanów. Jego ojcem był Feliks Guzman, a matką – bł. Joanna z Azy. Miał dwóch braci – bł. Manesa (który wstąpił potem do założonego przez Dominika zakonu) i Antoniego, kapłana diecezjalnego. Gdy Dominik miał 14 lat, rodzice wysłali go do szkoły w Palencji. Następnie studiował w Salamance. W 1196 roku, po ukończeniu studiów teologicznych, przyjął święcenia kapłańskie i wkrótce został mianowany kanonikiem katedry w Osmie. Pięć lat później został wiceprzewodniczącym tej kapituły. Gorliwie pracował tam nad sobą i nad bliźnimi, głosząc im słowo Boże.

    Święty Dominik

    Król Kastylii, Alfons IX, wysłał biskupa diecezji, w której pracował Dominik, Dydaka, z poselstwem do Niemiec i Danii. Dydak był przyjacielem Dominika, dlatego też przyszły święty towarzyszył biskupowi w podróży, w czasie której znalazł się w okolicach Szczecina i polskiego Pomorza. Dominik był świadkiem najazdu pogańskich Kumanów z Węgier na Turyngię. Wkrótce po zakończeniu powierzonej im misji udał się do Rzymu, by prosić Innocentego III o zezwolenie na pracę misyjną wśród Kumanów. Papież jednak takiej zgody nie udzielił.
    Wracając do Hiszpanii, Dydak i Dominik zetknęli się w południowej Francji z legatami papieskimi, wysłanymi tam do zwalczania powstałej właśnie herezji albigensów i waldensów. Sekta ta pojawiła się ok. 1200 r. w mieście Albi. Jej członkowie zaprzeczali ważnym prawdom wiary, m.in. Trójcy Świętej, Wcieleniu Syna Bożego, odrzucali Mszę świętą, małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli kościoły i klasztory, niszczyli obrazy i krzyże.

    Święty Dominik

    W porozumieniu z legatami Dominik postanowił oddać się pracy nad nawracaniem odszczepieńców. Do tej akcji postanowił włączyć się bezpośrednio także biskup Dydak. Ponieważ heretycy w swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi atakowali go za majątki i wystawne życie duchownych, biskup i Dominik postanowili prowadzić życie ewangeliczne na wzór Pana Jezusa i Jego uczniów. Chodzili więc od miasta do miasta, od wioski do wioski, by prostować błędną naukę i wyjaśniać autentyczną naukę Pana Jezusa. Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. W centrum herezji znajdowało się miasto Prouille, położone pomiędzy Carcassonne a Tuluzą. Tam Dominik założył klasztor żeński, w którym życie zostało oparte na całkowitym ubóstwie.
    Pojawiły się pierwsze sukcesy. Niebawem biskup musiał powrócić do swojej diecezji. Natomiast do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili wieść podobny tryb życia apostolskiego. Z nich właśnie w 1207 r. powstał zalążek nowej rodziny zakonnej. W tym samym jednak roku papież ogłosił przeciwko albigensom i waldensom zbrojną krucjatę na wiadomość, że heretycy ruszyli na kościoły, plebanie i klasztory, paląc je i niszcząc. To skomplikowało pracę apostolską Dominika. Wtedy Dominik zwiększył posty, umartwienia, częściej się modlił. Dotychczasowe doświadczenie wykazało, że okazyjnie werbowani do tej akcji kapłani często nie byli do niej wystarczająco przygotowani. Wielu zniechęcał prymitywny rodzaj życia i połączone z nim niewygody.
    Dominik wybrał więc spośród swoich współtowarzyszy najpewniejszych. Na jego ręce złożyli oni śluby zakonne w 1215 r. Tak powstał Zakon Kaznodziejski – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Założyciel wymagał od zakonników ścisłego ubóstwa, panowania nad sobą i daleko idącego posłuszeństwa. Dzięki poparciu biskupa Tuluzy, Fulko, w Tuluzie powstały wkrótce aż dwa klasztory dominikańskie, które miały za cel nawracanie albigensów i waldensów. W tym samym roku odbył się Sobór Laterański IV. Dominik udał się wraz ze swoim biskupem, Fulko, do Rzymu. Innocenty III po wysłuchaniu zdania biskupa Tuluzy ustnie zatwierdził nową rodzinę zakonną.
    Zaraz po powrocie z soboru (1216) Dominik zwołał kapitułę generalną, na której przyjęto za podstawę regułę św. Augustyna i konstytucje norbertanów, którzy wytyczyli sobie podobny cel. Wprowadzono do konstytucji jedynie te zmiany, które w zastosowaniu do specyfiki zakonu okazały się konieczne. Kiedy Dominik po odbytej kapitule ponownie udał się do Rzymu, papież Innocenty III już nie żył (+ 1216). Bóg pokrzepił jednak Dominika tajemniczym, proroczym snem: pojawili mu się Apostołowie św. Piotr i św. Paweł, i zachęcili go, by na cały świat wysyłał swoich synów duchowych jako kaznodziejów. Dlatego kiedy tylko powrócił do Tuluzy, rozesłał grupę 17 pierwszych zakonników: do Hiszpanii, Bolonii i do Paryża. W dniu 22 grudnia 1216 r. papież Honoriusz III zatwierdził nowy zakon. Co więcej, wydał polecenie dla biskupów, by udzielili nowej rodzinie zakonnej jak najpełniejszej pomocy.
    Dominik założył również zakon żeński, zatwierdzony przez Honoriusza III dwa lata później.

    Święty Dominik

    Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. odrzuciła z reguły i z konstytucji to wszystko, co okazało się nieaktualne. W miejsce odrzuconych wstawiono nowe artykuły, wśród których znalazł się między innymi ten, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób zakon wszedł do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.
    W 1220 r. kard. Wilhelm ufundował dominikanom w Rzymie klasztor przy bazylice św. Sabiny, który odtąd miał się stać konwentem generalnym zakonu. Niemniej hojnym okazał się sam papież, który ofiarował dominikanom własny pałac. Tutaj właśnie Dominik miał wskrzesić bratanka kardynała Stefana z Fossanuova. Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry.
    Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Zakładał nowe klasztory zakonu, który bardzo szybko się rozpowszechnił. W 1220 r. Honoriusz III powołał Dominika na generała zakonu

    .Święty Dominik

    Dominik prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach, wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa”. Zmarł 6 sierpnia 1221 r. na rękach swych współbraci. W jego pogrzebie wziął udział kardynał Hugolin i wielu dygnitarzy kościelnych. Dominik został pochowany w kościele klasztornym w Bolonii, w drewnianej trumnie, w podziemiu (w krypcie) tuż pod wielkim ołtarzem. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci. Notowano za jego wstawiennictwem otrzymane łaski. Dlatego papież Grzegorz IX nakazał rozpocząć proces kanoniczny. Po jego ukończeniu wyniósł sługę Bożego do chwały świętych w 1234 r.
    Dominik odznaczał się wielką prawością obyczajów, niezwykłą żarliwością o sprawy Boże oraz niezachwianą równowagą ducha. Potrafił współczuć. Jego radosne serce i pełna pokoju wewnętrzna postawa uczyniły z niego człowieka niebywale serdecznego. Oszczędny w słowach, rozmawiał z Bogiem na modlitwie albo o Nim z bliźnimi. Żył nader surowo. Bardzo cierpliwie znosił wszelkie przeciwności i upokorzenia.Imię Dominik pochodzi od łacińskiego dominicus, co znaczy Pański, należący do Boga. Przed św. Dominikiem imię to było znane, ale właśnie Dominik Guzman spopularyzował to imię w całej Europie.
    Największą zasługą św. Dominika i pamiątką, jaką po sobie zostawił, jest założony przez niego Zakon Kaznodziejski. Zakon dał Kościołowi wielu świętych. Wśród nich do najjaśniejszych gwiazd należą św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), doktor Kościoła, św. Rajmund z Penafort (+ 1275), św. Albert Wielki (+ 1280), doktor Kościoła, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), św. Antonin z Florencji (+ 1459), papież św. Pius V (+ 1572), św. Ludwik Bertrand (+ 1581), św. Katarzyna ze Sieny (+ 1380), doktor Kościoła i patronka Europy, oraz św. Róża z Limy (+ 1617). Zakon położył wielkie zasługi na polu nauki, wydając uczonych na skalę światową w dziedzinie teologii, biblistyki czy liturgii. Kiedy zostały odkryte nowe lądy, dominikanie byli jednymi z pierwszych, którzy na odkryte tereny wysyłali swoich misjonarzy.

    Herb Zakonu Kaznodziejskiego

    W ikonografii św. Dominik przedstawiany jest w dominikańskim habicie. Jego atrybutami są: gwiazda sześcioramienna, infuła u stóp, lilia – czasami złota, księga, podwójny krzyż procesyjny, pastorał, pies w czarne i białe łaty trzymający pochodnię w pysku (symbol zakonu: Domini canes – “Pańskie psy”), różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 sierpnia

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Zobacz także:
      •  Święty Sykstus II, papież i męczennik
      •  Święty Kajetan, prezbiter
      •  Błogosławieni prezbiterzy i męczennicy Agatanioł i Kasjan
      •  Święty Albert z Trapani, prezbiter
      •  Błogosławiony Tadeusz Dulny, męczennik
    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 r. w Grabonogu. W dzieciństwie został cudownie uzdrowiony za przyczyną Matki Bożej Bolesnej, czczonej na Świętej Górze w Gostyniu.
    Otrzymał staranne wychowanie w katolickiej rodzinie. Poważna choroba uniemożliwiła mu ukończenie studiów filozoficznych, które podjął na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie. Po intensywnej kuracji zamieszkał w rodzinnej miejscowości. Chociaż wykazywał zainteresowania literackie, jego głównym charyzmatem okazała się praca społeczna i charytatywna. Zakładał czytelnie dla ludu, rozpowszechniając dobre czasopisma, by w ten sposób pomagać ubogiej młodzieży w zdobywaniu wykształcenia. Dał się poznać jako człowiek wielkiej wytrwałości i dobroci serca. Wielokrotnie był zapraszany do uczestnictwa w stowarzyszeniach niosących pomoc ubogim. Podczas epidemii cholery w 1849 r. poświęcił się służbie zarażonym.

    Błogosławiony Edmund Bojanowski

    Będąc człowiekiem głęboko religijnym i praktykującym, na każdego człowieka, a zwłaszcza na biedne dziecko, patrzył przez pryzmat miłości do Boga. Mimo słabego zdrowia robił wszystko, by nieść pomoc zaniedbanemu ludowi wiejskiemu przez organizowanie ochronek dla dzieci i opieki nad chorymi, troszcząc się jednocześnie o podniesienie moralności dorosłych. Chociaż był człowiekiem świeckim, 3 maja 1850 r. założył zgromadzenie zakonne Sióstr Służebniczek Maryi Niepokalanej.
    Problemy zdrowotne uniemożliwiły mu realizację marzeń o kapłaństwie, chociaż podejmował próby studiów seminaryjnych.
    Dla otoczenia był zawsze przykładem heroicznej wiary, prostoty, miłości i ufności w Bożą Opatrzność. Już za życia przez wielu ludzi uznawany był za człowieka świątobliwego. Doczesne życie zakończył 7 sierpnia 1871 r. na plebanii w Górce Duchownej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    6 sierpnia

    Przemienienie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Oktawian, biskup
      •  Święty Hormizdas, papież
      •  Błogosławiony Bronisław Kostkowski, męczennik
    Przemienienie Pańskie

    Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe. Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa.
    Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też “jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21).
    Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą.
    Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu.
    W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.

    Girolamo de Sermoneta: Przemienienie Pańskie

    Termin “Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie “zmienić formę zewnętrzną (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała.
    Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem.
    Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: “Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: “Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna Śnieżna

    Zobacz także:
      •  Święty Oswald, król i męczennik
      •  Błogosławiony Fryderyk Jansoone, prezbiter
    Bazylika Sancta Maria Maior

    Przypadające dzisiaj wspomnienie dotyczy rocznicy poświęcenia bazyliki Najświętszej Maryi Panny “Większej” w Rzymie. Przymiotnik ten wynika z faktu, że jest to pierwszy i największy kościół rzymski poświęcony Maryi. Jest to także jedna z pierwszych na świecie świątyń poświęconych Matce Bożej. Kościół tak dalece ją wyróżnia, że należy ona do czterech tzw. bazylik większych Rzymu, które każdy pielgrzym nawiedzał w roku świętym, jeśli pragnął uzyskać odpust zupełny. Należą do nich: bazylika laterańska św. Jana (będąca katedrą biskupa Rzymu), bazylika św. Piotra na Watykanie, bazylika św. Pawła za Murami i właśnie bazylika Matki Bożej Większej.
    W Bazylice tej czci się Matkę Bożą Śnieżną. Według tradycji, w 352 r. Maryja ukazała się papieżowi Liberiuszowi i rzymskiemu patrycjuszowi Janowi, nakazując im budowę kościoła w miejscu, które im wskaże. 5 sierpnia, w okresie upałów, Wzgórze Eskwilińskie pokryło się śniegiem – tam zbudowano świątynię. Musiała być ona niewielka i być może uległa zniszczeniu. Sykstus III (432-440), pragnąc uczcić zakończenie soboru w Efezie, na którym ogłoszono dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi (Theotokos), postanowił przebudować gruntownie tę bazylikę. Wspomnienie tego wydarzenia obchodzono pierwotnie jedynie w samej bazylice, z czasem jednak kolejni papieże rozszerzali je najpierw na teren Rzymu, a potem już całego Kościoła.
    W ciągu wieków wielu papieży tę bazylikę upiększało i powiększało: Eugeniusz III (1145-1153) powiększył przedsionek i dał dzisiejszą przepiękną posadzkę; Mikołaj IV (1288-1293) dał nową bogatą absydę; za czasów Grzegorza XI (1370-1378) wzniesiono wieżę-dzwonnicę romańską; dziełem Klemensa X (1670-1676) jest tylny front bazyliki; Benedykt XIV (1740-1758) dokonał gruntownej przebudowy wnętrza, które podziwiamy po dzień obecny, oraz dał nowy, okazały, do dziś zachowany front główny bazyliki; Pius XI dla uczczenia 1500. rocznicy ogłoszenia na soborze efeskim dogmatu o Boskim Macierzyństwie Maryi (431-1931) odnowił wspaniałe pierwotne mozaiki, które znajdują się na łuku triumfalnym. Sykstus V (1585-1590) wystawił “Kaplicę Sykstyńską” w głębi prawej nawy, gdzie jest przechowywany Najświętszy Sakrament. Tam też spoczęły relikwie papieży św. Piusa V i Sykstusa V. Dziełem Pawła V (1605-1621) jest usytuowana naprzeciw Kaplicy Sykstyńskiej wspaniała Kaplica Matki Bożej Większej z Jej cudownym wizerunkiem (w kaplicy po lewej stronie bazyliki). Tu spoczęły śmiertelne szczątki papieży: Pawła V i Klemensa VIII.
    Starożytne mozaiki rzymskiej świątyni, dotyczące Bożego macierzyństwa Maryi, świadczą o tym, że Kościół już w wieku V przejął do celów religijnych znajomość najlepszej sztuki pogańskiego cesarstwa rzymskiego. W bazylice znajdują się relikwie żłóbka betlejemskiego i starożytny obraz Matki Bożej. Jest on największym skarbem bazyliki. Paweł V wystawił ku jego czci przebogatą kaplicę, od jego rodu zwaną także Borghese. Ołtarz, w którym mieści się obraz, jest wykładany agatami, ametystami i lazurytem. Całość kaplicy jest wyłożona najkosztowniejszymi marmurami.

    Salus Populi Romani

    Sam obraz Matki Bożej pochodzi z XII w. Ma wyraźne cechy bizantyjskie, o czym świadczą litery greckie. Dziecię Jezus trzyma księgę Ewangelii. Maryja trzyma Dziecię na lewym ręku i obejmuje je prawą. Ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym, kosztownym krzyżem. Jest piękny zwyczaj, że co roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej (5 sierpnia) właśnie w kaplicy Matki Bożej z kopuły zrzuca się płatki białych róż, przypominające płatki śniegu. Są one również symbolem niezliczonych łask, jakie wyprasza sobie tu lud rzymski. Obraz jest uważany za cudowny. Jest też koronowany koronami papieskimi. Lud rzymski nazywa go Salus Populi Romani – Ocaleniem Ludu Rzymskiego, gdyż w Rzymie panuje powszechne przekonanie, że ten obraz wiele razy ratował Wieczne Miasto. Był bowiem dawny zwyczaj, że – na wzór Arki Przymierza – w czasach klęsk i niebezpieczeństw obnoszono ten obraz po ulicach Rzymu. Obraz Matki Bożej Większej stał się prototypem dla wielu innych obrazów Matki Bożej tak dalece, że mamy dzisiaj setki (w Polsce kilkadziesiąt) sanktuariów, w których znajdują się kopie tego obrazu. Wiele z nich (w Polsce kilkanaście) doczekało się koronacji koronami papieskimi. Można powiedzieć, że jest to najczęściej spotykany w świecie wizerunek Maryi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 sierpnia

    Święty Jan Maria Vianney, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Rajner, biskup
      •  Błogosławiony Henryk Krzysztofik, prezbiter i męczennik
    Święty Jan Maria Vianney

    Jan urodził się w rodzinie ubogich wieśniaków w Dardilly koło Lyonu 8 maja 1786 r. Do I Komunii przystąpił potajemnie podczas Rewolucji Francuskiej w 1799 r. Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Ponieważ szkoły parafialne były zamknięte, nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat.
    Po ukończeniu szkoły podstawowej, otwartej w Dardilly w 1803 roku, Jan uczęszczał do szkoły w Ecully (od roku 1806). Miejscowy, świątobliwy proboszcz udzielał młodzieńcowi lekcji łaciny. Od służby wojskowej Jana wybawiła ciężka choroba, na którą zapadł. Wstąpił do niższego seminarium duchownego w 1812 r. Przy tak słabym przygotowaniu i późnym wieku nauka szła mu bardzo ciężko. W roku 1813 przeszedł jednak do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, litując się nad nim, radzili mu, by opuścił seminarium. Zamierzał faktycznie tak uczynić i wstąpić do Braci Szkół Chrześcijańskich, ale odradził mu to proboszcz z Ecully. On też interweniował za Janem w seminarium. Dopuszczono go do święceń kapłańskich właśnie ze względu na tę opinię oraz dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 roku Jan otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 29 lat.
    Pierwsze trzy lata spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu swego kapłaństwa natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Po jego śmierci biskup wysłał Jana jako wikariusza-kapelana do Ars-en-Dembes. Młody kapłan zastał kościółek zaniedbany i opustoszały. Obojętność religijna była tak wielka, że na Mszy świętej niedzielnej było kilka osób. Wiernych było zaledwie 230; dlatego też nie otwierano parafii, gdyż żaden proboszcz by na niej nie wyżył. O wiernych Ars mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Ks. Jan przybył tu jednak z dużą ochotą. Nie wiedział, że przyjdzie mu tu pozostać przez 41 lat (1818-1859).
    Całe godziny przebywał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Sypiał zaledwie po parę godzin dziennie na gołych deskach. Kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadł nędznie i mało, można mówić o wiecznym poście. Dla wszystkich był uprzejmy. Odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko. Powoli wierni przyzwyczaili się do swojego pasterza. Kiedy biskup spostrzegł, że ks. Jan daje sobie jakoś radę, erygował w 1823 r. parafię w Ars. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.

    Święty Jan Maria Vianney

    Pomimo tylu zabiegów nie wszyscy jeszcze zostali pozyskani dla Chrystusa. Ks. Jan wyrzucał sobie, że to z jego winy. Uważał, że za mało się za nich modli i za mało pokutuje. Wyrzucał także sobie własną nieudolność. Błagał więc biskupa, by go zwolnił z obowiązków proboszcza. Kiedy jego błagania nie pomogły, postanowił uciec i skryć się w jakimś klasztorze, by nie odpowiadać za dusze innych. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Posłuszny, uczynił to.
    Nie wszyscy kapłani rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni podśmiewali się z dziwaka. Większość wszakże rozpoznała w nim świętość i otoczyła go wielką czcią.
    Sława proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza parafię Ars. Napływały nawet z odległych stron tłumy ciekawych. Kiedy zaś zaczęły rozchodzić się pogłoski o nadprzyrodzonych charyzmatach księdza Jana (dar czytania w sumieniach ludzkich i dar proroctwa), ciekawość wzrastała. Ks. Jan spowiadał długimi godzinami. Miał różnych penitentów: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Bywało, że zmordowany jęczał w konfesjonale: “Grzesznicy zabiją grzesznika!” W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ich ok. 80 000. Łącznie przez 41 lat jego pobytu w tym miejscu przez Ars przewinęło się około miliona ludzi.
    Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Do cierpień fizycznych dołączyły duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Jakby tego było za mało, szatan przez 35 lat pokazywał się ks. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami wybryków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.

    Święty Jan Maria Vianney

    Jako męczennik cierpiący za grzeszników i ofiara konfesjonału, zmarł 4 sierpnia 1859 r., przeżywszy 73 lata. W pogrzebie skromnego proboszcza z Ars wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6000 wiernych. Nabożeństwu żałobnemu przewodniczył biskup ordynariusz. Śmiertelne szczątki złożono nie na cmentarzu, ale w kościele parafialnym. W 1865 r. rozpoczęto budowę obecnej bazyliki. Papież św. Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 roku, a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 Pius XI. Ten sam papież ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego w roku 1929. W stulecie śmierci proboszcza z Ars Jan XXIII wystosował osobną encyklikę, w której przypomniał tę piękną postać.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju duchownym ze stułą na szyi, często w otoczeniu dzieci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 sierpnia

    Święta Lidia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Augustyn Kazotić, biskup
    Święta Lidia

    Lidia to postać znana z kart Nowego Testamentu. Mieszkała w Filippi, w Macedonii. Była zapewne osobą zamożną, bowiem purpura – tkanina, którą sprzedawała – stanowiła towar luksusowy. Kiedy św. Paweł przybył do miasta, w którym mieszkała, Lidia była poganką skłaniającą się ku monoteizmowi. Spotkawszy Apostoła, przyjęła chrzest. Tekst Łukasza odnotowuje, że udzieliła mu gościny:Odbiwszy od lądu w Troadzie, popłynęliśmy wprost do Samotraki, a następnego dnia do Neapolu, a stąd do Filippi, głównego miasta tej części Macedonii, które jest [rzymską] kolonią. W tym mieście spędziliśmy kilka dni. W szabat wyszliśmy za bramę nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. I usiadłszy, rozmawialiśmy z kobietami, które się zeszły. Przysłuchiwała się też nam pewna bojąca się Boga kobieta z Tiatyry, imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swoim domem, poprosiła nas: “Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu – powiedziała – przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim”. I wymogła to na nas (Dz 16, 14-15).Paweł pozyskał ją dla Chrystusa jako pierwszą pogankę w Europie w czasie swojej drugiej podróży, która obejmowała Małą Azję, Macedonię oraz Grecję. Miała ona miejsce w latach 50-52. Łukasz podaje, że spotkanie Apostoła Narodów z Lidią odbyło się nad rzeką. Taki był bowiem u Żydów zwyczaj, że jeśli nie mieli jeszcze własnego domu modlitwy (synagogi), zbierali się w pobliżu rzeki dla obmyć rytualnych. Te miejsca nazywano proseuche, czyli miejscem modlitwy.
    Z mieszkańcami Filippi św. Paweł zawarł wielką przyjaźń, którą przypieczętował osobnym Listem; wchodzi on w skład ksiąg Nowego Testamentu. Apostoł chwali w nim nie tylko gorliwość tamtejszych chrześcijan, ale także ich niezwykłą ofiarność, jakiej nigdzie nie napotkał (Flp 4, 15). W tych słowach kryje się chyba również wyraźna pochwała dla św. Lidii, która pierwsza udzieliła Apostołowi gościny i zapewne nadal hojnie go wspierała w jego potrzebach.
    O dalszych losach św. Lidii nie wiemy nic więcej. Baroniusz wprowadził jej imię do Martyrologium Rzymskiego w wieku XVI (1584). Jest patronką farbiarzy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***
    2 sierpnia

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Aniołów
    Odpust Porcjunkuli

    Zobacz także:
      •  Święty Euzebiusz z Vercelli, biskup
      •  Święty Piotr Julian Eymard, prezbiter
      •  Błogosławiona Joanna z Azy
      •  Błogosławiony August Czartoryski, prezbiter
      •  Święty Piotr Faber, prezbiter
      •  Święty Justyn Maria Russolillo od Trójcy Przenajświętszej, prezbiter
      •  Święty Stefan I, papież
    Porcjunkula we wnętrzu Bazyliki MB Anielskiej

    U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwany Porcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał – Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie. Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał świątyni św. Franciszek z Asyżu. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek zimą 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:“Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 6-10).Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia.
    W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą “Ubogich Pań”. Niebawem w ślady św. Klary poszła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku.
    11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.

    Ikona Matki Bożej - Królowej Aniołów

    Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie “Królowo Aniołów, módl się za nami” zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.

    Święty Franciszek przed obliczem Chrystusa i Jego Matki

    W 1216 roku św. Franciszkowi objawił się Pan Jezus, obiecując zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto – oprócz kościołów franciszkańskich – Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej.
    Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża – nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    1 sierpnia

    Święty Alfons Maria Liguori,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Etelwold, biskup
      •  Błogosławiony Aleksy Sobaszek, prezbiter i męczennik
      •  Eleazar, uczony w Piśmie
    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Maria urodził się 27 września 1696 r. w Marinelli pod Neapolem, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. W dwa dni potem otrzymał chrzest. Jego ojciec marzył dla niego o karierze urzędniczej. W rodzinnym pałacu Alfons miał doskonałych nauczycieli. Wykazywał także od dziecka niezwykłą pilność do nauki i duże zdolności. Gdy ukończył szkołę podstawową, został wysłany na studia prawnicze na uniwersytet w Neapolu. Miał wtedy zaledwie 12 lat (1708). Kiedy miał zaledwie 17 lat, był już doktorem obojga praw. Ojciec planował Alfonsowi odpowiednie małżeństwo. Wybrał mu nawet córkę księcia, Teresinę. Ta jednak wstąpiła do zakonu i niebawem zmarła. Alfons po kilku latach praktyki adwokackiej, zniechęcony przekupstwem w sądownictwie, ku niezadowoleniu ojca postanowił spełnić swoje marzenia. Przed obrazem Matki Bożej w Porta Alba złożył swoją szpadę i rozpoczął studia teologiczne (1723).
    Po 4 latach studiów Alfons przyjął święcenia kapłańskie (1727). Miał wówczas 31 lat. Pragnąc życia doskonalszego, marzył o zakonie. Zamierzał najpierw wstąpić do teatynów, potem do filipinów albo do jakiejś kongregacji misyjnej. Nie mógł się jednak zdecydować. Z zapałem oddał się więc pracy apostolskiej wśród młodzieży rzemieślniczej i robotniczej. Gromadził ją w dni wolne od pracy, grał z nimi na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie pieśni, uczył prawd wiary. Zasłynął też jako doskonały kaznodzieja. Po trzech latach nadludzkiej pracy musiał udać się na wypoczynek do Amalfi. Nie przestał tam jednak pracować. Zetknął się z rodziną Sióstr Nawiedzenia. Zajął się nimi i przekształcił je na Kongregację Zbawiciela. Był to młody zakon kontemplacyjny. W przyszłości będzie on stanowił żeńską gałąź redemptorystów.
    Alfons zauważył, że tamtejsi górale nie mają dostatecznej opieki duszpasterskiej. Dojrzała więc w nim myśl utworzenia zgromadzenia męskiego, które oddałoby się pracy wśród najbardziej opuszczonych oraz zaniedbanych. Tak powstało dzieło “Najświętszego Odkupiciela” (redemptorystów). Był to rok 1732. Na zatwierdzenie reguł nowej rodziny zakonnej Alfons nie czekał długo. Zatwierdził ją niebawem papież Benedykt XIV (1749).
    W 1762 r. papież Klemens XIII mianował Alfonsa biskupem-ordynariuszem w miasteczku S. Agata dei Goti. Alfons miał wtedy już 66 lat. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym w Kościele, udał się do Rzymu, by przedstawić się papieżowi. Z Rzymu podążył do Loreto, by w tym sanktuarium uprosić sobie błogosławieństwo u Matki Bożej. Pomimo wieku, z młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy: wizytował, przemawiał, spowiadał, odwiedzał kapłanów i zagrzewał ich do gorliwości, reformował klasztory, budził nowe powołania kapłańskie i zakonne. Wszystkie dochody, jakie mu pozostawały dzięki nader skromnemu życiu, oddawał ubogim i fundacjom nowych placówek swojej kongregacji. Kiedy nastał głód, sprzedał sprzęty i naczynia domu biskupiego, aby za to kupić chleb dla głodujących. Jako biskup nie tylko nie zmienił surowego trybu życia, ale go nawet obostrzył, twierdząc, że teraz musi pokutować za swoich wiernych. Sypiał mało, jadł tylko zupę, chleb i jarzyny, nosił włosiennicę i kolczasty łańcuch, biczował się często do krwi.
    Nadmierne trudy, wiek i surowy tryb życia wyniszczyły jego organizm tak, że poczuł się zmuszony prosić papieża o zwolnienie z obowiązków pasterza diecezji. Paraliż kręgosłupa był dla niego bolesnym krzyżem. Po 13 latach pasterzowania powrócił więc do swoich duchowych synów (1775). Wskutek zatargu politycznego rozdzielono redemptorystów na dwie odrębne grupy. Papież ustanowił nad redemptorystami, zamieszkałymi na terenie Państwa Kościelnego, osobnego przełożonego, a redemptorystów neapolitańskich pozbawił wszelkich przywilejów. Założyciel bolał nad tym, ale znosił to cicho, z poddaniem się woli Bożej. Do tych cierpień przyczyniły się cierpienia fizyczne: reumatyzm, skrzywienie kręgosłupa i inne. Pochylony do ziemi, nie mógł już chodzić i został przykuty do fotela. Bóg doświadczył go także falą udręk moralnych: pokus, oschłości i skrupułów.

    Święty Alfons Maria Liguori

    Alfons Liguori zmarł 1 sierpnia 1787 r. w wieku 91 lat. Sława jego świętości była tak wielka, że Pius VI już w 1796 roku nakazał rozpoczęcie procesu kanonicznego. W 11 lat potem (1807) został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Alfonsa. Pius VII dokonał jego uroczystej beatyfikacji w 1816 roku, a Grzegorz XVI kanonizował go w 1839 roku. W 10 lat potem Pius IX osobiście nawiedził grób św. Alfonsa (1849) i przy jego relikwiach odprawił Mszę świętą. Z tej okazji jako wotum ofiarował swój pierścień. Podobny pierścień ofiarował Jan XXIII w 1960 roku na wieść o kradzieży, jakiej dokonano w kaplicy św. Alfonsa. Pius IX ogłosił św. Alfonsa doktorem Kościoła (1871), a papieże Benedykt XV, Pius XI i Pius XII w publicznych wypowiedziach oddali mu najwyższe pochwały.Św. Alfons Liguori był ekspertem w tym, co dzisiaj nazywane jest teologią pastoralną. W swojej kapłańskiej pracy wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji. Najwięcej jednak zasłużył się Kościołowi Chrystusa jako pisarz, jeden z najpłodniejszych, jakich znają dzieje chrześcijaństwa. Do dzieł, które mu zjednały największą sławę, należą: Teologia moralna, Uwielbienia Maryi, które zdobyły aż 324 wydania w różnych językach; rekordową popularność osiągnęła mała książeczka Nawiedzenie Najśw. Sakramentu i Najśw. Maryi Panny, która doczekała się ponad 2000 wydań w różnych językach. Łącznie wymienia się 160 tytułów prac, napisanych przez św. Alfonsa, których liczba wydań sięgnęła 17 125 w 61 językach! Św. Alfons pisał dla wszystkich: dla kapłanów, kleryków, zakonników, spowiedników, wiernych. Dzieła jego obejmują teologię dogmatyczną, moralną i ascetyczną. 26 kwietnia 1950 roku papież Pius XII ogłosił św. Alfonsa patronem spowiedników i profesorów teologii moralnej. Nauczanie duchowe św. Alfonsa zdominowało życie chrześcijańskie Italii XVIII w. Jest patronem zakonu redemptorystów; adwokatów, osób świeckich, spowiedników, teologów, zwłaszcza moralistów.

    Święty Alfons Maria Liguori

    W ikonografii św. Alfons przedstawiany jest w czarnej, zakonnej sutannie lub w szatach biskupich. Czasami trzyma krzyż lub ma różaniec na szyi. Bywa, że stoi przy nim anioł z pastorałem i mitrą.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – sierpień 2026

    ***

    Niedziela 30 sierpnia

    Modlitwa Anioł Pański odbyła się na Piazza della Liberta w Castel Gandolfo

    Papież Leon XIV: jak Piotr mówmy Bogu to, co naprawdę czujemy

    Prośmy Pana, abyśmy w naszym życiu wiary mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt – wskazał Leon XIV w rozważaniu przed dzisiejszą modlitwą Anioł Pański.

    Trzeba ufać Bogu nawet wtedy, gdy Jego drogi są inne niż nasze oczekiwania. – mówił Papież w rozważaniu, wygłoszonym w Castel Gandolfo.

    Pokusa, by pomyśleć, że Pan się myli

    Ojciec Święty nawiązał do fragmentu z niedzielnej Ewangelii wg św. Mateusza i dialogu Jezusa z Piotrem, który upomina Pana, słysząc, że ma On wiele wycierpieć i zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.

    „Wbrew pięknemu wyznaniu wiary, które właśnie złożył – upomina Chrystusa. Wydaje się mówić: ‘Tak, wierzę, że jesteś Mesjaszem, ale nie w ten sposób zbawia się świat’” – przypomniał Papież.

    „Również nam nie zawsze jest łatwo zrozumieć i zaakceptować drogi Boga, zwłaszcza gdy są one bardzo odległe od naszych. Wtedy pojawia się pokusa, by wbrew wszelkiej logice wiary pomyśleć, że to Pan się myli, albo – co gorsza – że nas nie słucha lub się nami nie interesuje” – mówił Leon XIV..

    Nauka od Piotra

    Wskazał jednak, że – pomimo swej porywczości – Piotr w tej scenie uczy nas po pierwsze, aby nigdy „nie przerywać dialogu z Panem, lecz z ufnością mówić Mu również o naszych trudnościach ze zrozumieniem tego, o co nas prosi.”

    „Po drugie jednak, nigdy nie należy osądzać działania Boga, lecz raczej z pokorą, na modlitwie, wsłuchiwać się w to, co objawia nam poprzez swoje działanie, nawet jeśli to nie odpowiada naszym oczekiwaniom” – dodał Papież.

    Pierwszy z Apostołów okazał się wielki, bo na ostrą odpowiedź Jezusa „Zejdź Mi z oczu, szatanie!”, podejmie wyzwanie, zaprze się samego siebie i weźmie swój krzyż, pozostając wiernym słowom Chrystusa, którego uznał za swojego Odkupiciela, przez całe życie, aż do męczeństwa.

    Szczerze mówmy Jezusowi

    „Prośmy więc Pana, abyśmy i my w naszym życiu wiary i w naszej modlitwie mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt, a jednocześnie potrafili pielęgnować tę samą co On uległość, przyjmując to, o co nas prosi, nawet gdy wykracza to poza nasze oczekiwania” – podkreślił Leon XIV.

    s. Róża Chrzanowska CSFN, Wojciech Rogacin – Watykan

    ***

    Kapłani pracujący w Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji zapraszają na doroczną pielgrzymkę

    Niedziela – 30 sierpnia

    do szkockiego sanktuarium w Carfin,

    aby wspólnie modlić do Miłosiernego Boga

    za naszą Ojczyznę

    przez wstawiennictwo Bożej Matki,

    która Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie.

    Tego dnia z racji pielgrzymki nie będzie Mszy św. niedzielnej w kościele św. Piotra o godz. 14.00

    ***

    Pielgrzymowanie Polaków do Carfin rozpoczęło się w czasie II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził Szkocję nasz wielki Rodak.

    ***

    IMG_20190511_140037.jpg

    ***

    Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.

    ***

    PROGRAM PIELGRZYMKI:

    GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE

    PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA

    ***
    Tego dnia jest również możliwość pielgrzymować pieszo do Carfin

    Początek pielgrzymki: 

    niedziela 30 sierpnia 2026 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang

    o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde

    Po drodze jest wspólny Różaniec

    Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00

    (poniżej jest plakat pieszej pielgrzymki do Carfin z Glasgow z minionego roku)

    ***

    Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszu razem z krótkimi postojami.

    Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.

    ***

    Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:


    – stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton  do Carfin  21 km)

    – okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre  do Carfin 16 km)

    – przy parku rozrywki M&D’s  ML1 3RT – około godz.13.00 (z  M&D’s  do Carfin 10 km)

    ***

    Każdy kto zdecyduje się na pieszą pielgrzymkę idzie na własną odpowiedzialność.

    Osoby niepełnoletnie muszą być pod opieką osoby dorosłej.

    ***

    Transport publiczny :

    • autobusem ze stacji Buchanan o godz. 11.30 do Motherwell a następnie do Carfin (numery autobusów: X 11, 240, 255)
    • pociąg ze stacji Central Station w kierunku Edynburga zatrzymuje się w Carfin

    ***

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    W NASZYCH MODLITWACH PAMIĘTAJMY O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    ***

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++++++

    +++

    RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.

    ***

    ***

    Dlaczego wciąż idziemy do Matki?

    26 sierpnia 2026

    forum-1122760198.jpg
    fot. Piotr Tumidajski / Forum

    ***

    Hałas, ekrany, tysiące powiadomień i nieustanny bieg – codzienność potrafi przytłoczyć układ nerwowy do granic możliwości. Podobnie jak przez cały sierpień, tak i dziś – w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, na jasnogórskich błoniach meldują się tysiące pątników. Wśród nich są ci, którzy szukają tam czegoś absolutnie bezcennego: ciszy, resetu i powrotu do tego, co w życiu najważniejsze.

    Dlaczego idę?

    – Idę, by spotkać się z Bogiem, ze sobą i z drugim człowiekiem. Idę, by wyraźnie usłyszeć, co Bóg do mnie mówi. Chodzę w grupie wyciszenia, gdzie nie ma gitar, gdzie w czasie wędrówki nie odzywamy się do siebie. To jest mój czas. Bóg mówi w ciszy. Czasem jestem mocno przebodźcowany, a na pielgrzymce wracają „ustawienia fabryczne”. Na nowo odzyskuję pokój w sercu. Idę także ponieważ chcę w czasie pielgrzymkowego trudu oddać sprawy dla mnie ważne dobremu Bogu. Zwyczajnie lubię tę formę modlitwy – mówi o. Leonard Bielecki OFM, Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.

    To samo pytanie zadaje sobie co roku tysiące pątników, jednak odpowiedzi bywają bardzo osobiste.

    – Na to pytanie pewnie każdy pielgrzym odpowiedziałby trochę inaczej. Niesiemy ze sobą własną historię, swoje intencje, radości, trudności i sprawy, które chcemy powierzyć Bogu. Dla mnie pielgrzymka od lat jest przede wszystkim czasem zatrzymania się, „przeglądu” swojego serducha i spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy – mówi Marceli Łyczko, uczestnik Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. – Zazwyczaj idę z konkretnymi intencjami. W tym roku było jednak trochę inaczej. Tegoroczna pielgrzymka miała dla mnie charakter pokutny. Była czasem, w którym chciałem nie tylko prosić, ale przede wszystkim podziękować, przeprosić i oddać Bogu to, co przez ostatni czas było dla mnie trudne. Kilkadziesiąt kilometrów drogi daje przestrzeń, żeby pewne rzeczy poukładać, przemodlić i ponazywać – dodaje pielgrzym.

    Bo choć cel podróży jest wspólny, to bagaż niesionych intencji i doświadczeń pozostaje sprawą głęboko indywidualną. Indywidualne zmagania na szlaku szybko jednak ustępują miejsca sile, jaka drzemie we wspólnym wędrowaniu.

    – Chyba najważniejsi na pielgrzymce są dla mnie ludzie. Idziemy razem – osoby, które często na co dzień bardzo się od siebie różnią. Mamy inne historie, zawody, charaktery i problemy. A jednak przez te kilka dni łączy nas coś bardzo prostego: wiara, wspólne wartości i przekonanie, że warto podjąć trud drogi do Matki Bożej – mówi pielgrzym z Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki. – To jest niezwykłe doświadczenie. Można iść obok kogoś, kogo wcześniej się nie znało, a po kilku godzinach rozmawiać o rzeczach, o których czasem trudno powiedzieć nawet bliskim. Są wspólna modlitwa, śpiew, zmęczenie, żarty, cisza i zwykła ludzka pomoc. Kiedy jednemu zaczyna brakować sił, drugi po prostu idzie obok i towarzyszy – wyjaśnia Marceli.

    Ta wspólnotowa wędrówka ma też swój głęboki fundament formacyjny, który pozwala pątnikom spojrzeć poza horyzont samej trasy.

    – Bardzo mocno wybrzmiało to dla mnie również w tegorocznych konferencjach przygotowanych przez ks. Daniela Bembenka i ks. Tomasza Wolnika. Ich temat: „Podróż po nowe serce” był czymś więcej niż tylko hasłem na trzy dni. Pojawiła się tam myśl o tym, że pielgrzymka nie kończy się w momencie wejścia na Jasną Górę. Droga ma prowadzić dalej – do naszego codziennego życia, relacji i decyzji – mówi. – I chyba właśnie to najbardziej daje mi pielgrzymka. Nie ucieczkę od codzienności, ale możliwość powrotu do niej z odmienionym sercem. Z większą wdzięcznością, większym pokojem i świadomością, że nie idę przez życie sam – dodaje.

    W tym roku, kiedy przeżywaliśmy 400-lecie gliwickiego pielgrzymowania, szczególnie mocno czułem, że jesteśmy częścią czegoś większego. Przed nami szli nasi przodkowie, a po nas pójdą kolejni. My tylko na chwilę przejmujemy tę drogę i mamy ją przekazać dalej. 400 lat przy sercu Mamy – i mam nadzieję, że jeszcze wiele kolejnych – podsumowuje gliwicki pątnik.

    Gliwice to jednak tylko jeden z wielu punktów na mapie, z których Polacy wyruszają w stronę Jasnej Góry. Szlak zyskuje zupełnie inne, niemal poetyckie barwy w opowieściach pątników ze stolicy. Dla Magdaleny, która z Warszawską Akademicką Pielgrzymką Metropolitalną pielgrzymowała w tym roku po raz piąty, pielgrzymka ma wiele zmysłowych odcieni. To doświadczenie, które rejestruje się sercem.

    – Dla mnie pielgrzymka ma kolor wschodzącego słońca, które nieśmiało o poranku budzi się do życia. Ma smak ciepłej zupy, którą ktoś zupełnie obcy chce mnie nakarmić. Kojarzy mi się z otwartym sercem i wyciągniętą dłonią, która pomaga iść wtedy, gdy sama nie mam już sił – mówi.

    To właśnie w tych drobnych momentach i napotkanej na szlaku bezinteresowności kryje się sedno rekolekcji w drodze.

    – Pielgrzymka jest dla mnie wielką, coroczną lekcją wdzięczności. Uczy, że piękno często rodzi się w prostocie i uważności. Piękny staje się świat, kiedy nie masz nic, a od Pana otrzymujesz wszystko. W codziennym pośpiechu łatwo jednak przeoczyć, jak wiele mamy – zauważa Magdalena. – Dlatego tak bardzo doceniam czas pielgrzymki. Każdego roku otwiera mi oczy na to, co naprawdę ważne oraz odziera ze złudzeń, w których żyję na co dzień – podsumowuje pątniczka.

    Oprócz osobistego zachwytu nad prostotą drogi, kluczowym elementem pielgrzymowania okazuje się doświadczenie wspólnoty.

    – Pielgrzymka jest dla mnie czasem w roku, który weryfikuje stan mojego serca, pomaga obrać kierunek na następny rok. Pielgrzymując od wielu lat, wiem, że jest dla mnie stałym punktem w roku. To właśnie podczas pielgrzymki nawiązałam najlepsze i najtrwalsze relacje – mówi Magda, która od szesnastu lat bierze udział w WAPM. – Co roku zawierzam się na nowo Maryi oraz zanoszę nowe intencje swoje i bliskich. Trud przebytej drogi daje mi siłę do kroczenia w życiu drogą wiary, a piękno żywego Kościoła przyciąga do powrotu w to samo miejsce za rok – podsumowuje Magda.

    Ten magnetyzm jasnogórskiego szlaku i potrzebę cyklicznego powrotu do Matki doskonale rozumieją również pielgrzymi z południa Polski.

    – Nie wyobrażam sobie, aby nie iść do Matki Bożej Częstochowskiej, to takie ładowanie akumulatorów na cały rok. Coroczna droga do Matki Bożej to podziękowanie za łaski otrzymane od Boga przez Jej wstawiennictwo przez cały rok i prośba o dalsze wsparcie na kolejne dni – mówi Barbara z Katowickiej Pieszej Pielgrzymki, która w tym roku była dwudziesty drugi raz. – Pomimo upału czy deszczu – cudowna droga, ze wspaniałymi ludźmi, tworzącymi jedną, wielką Wspólnotę opartą na wierze i miłości – podkreśla pątniczka.

    Ta sama wewnętrzna tęsknota towarzyszy Marii, dla której tegoroczna piesza pielgrzymka była już piętnastą w życiu.

    – Mam taką potrzebę płynącą z serca, dziękując Bogu za dar życia, rodzinę. Idąc na pielgrzymkę do Matki Boskiej Częstochowskiej czuję się szczęśliwa będąc w tak dużej rodzinie, jaką są wszyscy pątnicy – mówi pątniczka Katowickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.

    Zupełnie inny region Polski, ale dokładnie te same emocje i poczucie wdzięczności budzą się na trasie wiodącej z Podkarpacia.

    – Pielgrzymuję, ponieważ mogę. Mogę iść, śpiewać, modlić się, służyć innym w drodze – i już samo to daje mi mnóstwo powodów do wdzięczności. A jednocześnie zawsze znajdzie się coś, co mogę powierzyć Bogu i o co mogę Go prosić – mówi Karolina z Przemyskiej Pieszej Pielgrzymki. – Pielgrzymka jest dla mnie wyjątkowym czasem – z jednej strony spotkania z samą sobą i z Bogiem, budowania i pogłębiania tej relacji, a z drugiej spotkania z drugim człowiekiem. W drodze tworzą się więzi, które często zostają na długo po powrocie do domu i potrafią dodawać siły także w zwykłej codzienności. Chyba właśnie dlatego wracam na pielgrzymi szlak – żeby dziękować, prosić, być z ludźmi i na chwilę zostawić za sobą codzienny pęd – dodaje Karolina.

    Z kolei na Podlasiu to niezwykłe doświadczenie drogi i wspólnoty staje się szkołą życiowej pokory.

    – Do końca nie da się wytłumaczyć tego fenomenu pielgrzymki, dopóki samemu się nie pójdzie. Jest to ogromne święto wspólnoty Kościoła  w drodze, poczucie jedności, braterstwa, zauważenia drugiego człowieka a może bardziej zauważenia Chrystusa w drugim człowieku – mówi Piotrek Skowron, muzyk Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. – Jest to też walka z samym sobą, ze swoimi słabościami fizycznymi, trudnościami, ćwiczenie silnej woli poprzez trudności pielgrzymiego szlaku. Zawsze powtarzam, że pielgrzymka uczy ogromnej pokory, ale i docenienia tego, co małe, drobne, choćby butelki wody, odpoczynku w cieniu. Chodzi o dostrzeganie Boga w tak małych i prostych rzeczach. Pielgrzymka to Kościół w drodze, Kościół poszukujący Boga i ewangelizujący. Daje mi od lat duchowe naładowanie, duchową moc na pokonywanie trudności w codziennym życiu później, przez cały rok. Pielgrzymka to budowanie jedności małżeńskiej i rodzinnej, przyjacielskiej. To na pielgrzymce zbudowałem również relacje w naszej rodzinie – dodaje muzyczny z Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej.

    Wszystkie te historie – od ciszy w milczącym tłumie, przez zachwyt prostotą, aż po budowanie rodzinnych więzi – sprowadzają się ostatecznie do jednej decyzji: by wstać z kanapy i ruszyć przed siebie. Bez względu na to, ile kilometrów ma się do pokonania.

    Dlaczego pieszo?

    – Bo pielgrzymka to też proces. To również zmęczenie, to zdanie się na Opatrzność Bożą. Różne noclegi, różna pogoda. Zresztą wyruszenie z miejsca gdzie jestem wymaga też wyjścia ze strefy komfortu. I oczywiście można samochodem czy pociągiem, ale jak wspomniałem ja lubię tak, na pieszo, by dać sobie czas – wyjaśnia o. Leonard Bielecki OFM.

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ***

    środa 26 sierpnia

    Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej

    Msza święta o godz. 19.00

    w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego

    NMP Częstochowska

    ***

    Piękną poetycką modlitwą do Królowej Polskiej Korony jest wzruszający wiersz Jana Lechonia, powstały w 1942 roku w Nowym Jorku. Wiersz zatytułowany “Matka Boska Częstochowska” zawiera nawiązania do historii  obrazu i do miejsc szczególnego kultu maryjnego w Polsce:

    Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami,
    Cała w złocie i brylantach, modli się za nami.
    Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę
    I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.

    Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe,
    Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę.
    O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
    I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej
    komnacie,

    W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
    I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
    Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
    W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,

    Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami,
    Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!
    Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu,
    Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu.

    Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu
    I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu.
    Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty
    I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.

    I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę.
    Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę.
    Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną,
    Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną

    I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia
    Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia.
    Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną,
    Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.

    Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała,
    A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała.
    I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną,
    A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Pann
    o,

    I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną,
    I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono.
    Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży
    Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.

    Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie,
    Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie.
    I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali
    Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.

    ***

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.

    Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.

    Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka

    Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.

    Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.

    W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej.
    Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.

    (tekst ze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)

    ***

    Papież Leon XIV łączy się z uczestnikami uroczystości na Jasnej Górze

    2026.08.26 Papież podczas audiencji generalnej zwrócił się do uczestników uroczystości w Częstochowie

    Leon XIV w pozdrowieniach do Polaków podczas środowej audiencji generalnej łączył się z wiernymi i hierarchami zgromadzonymi na Jasnej Górze. Po 70 latach odnawiane są tam dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu. Papież zachęcił, aby zawarty w nich program odnowy moralnej ciągle był „inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa”.

    Pełna treść pozdrowienia Leona XIV do Polaków:

    „Serdecznie pozdrawiam Polaków. Łączę się duchowo ze zgromadzonymi w Częstochowie, gdzie po 70 latach odnawiane są dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu, opracowane przez uwięzionego kard. Stefana Wyszyńskiego. Niech zawarty w nich program odnowy moralnej społeczeństwa przez ochronę życia ludzkiego, troskę o małżeństwo i rodzinę oraz o wychowanie dzieci i młodzieży będzie ciągle inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa. Wszystkim wam błogosławię!”.

    70 lat po historycznym wydarzeniu

    W środę 26 sierpnia, w 70. rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu, biskupi i wierni w Polsce ponawiają zawarte w nich przyrzeczenia. Główna Msza św. w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej rozpocznie się o godz. 11.00 przy ołtarzu polowym na Jasnej Górze. Przewodniczyć jej będzie i homilię wygłosi Prymas Polski abp Wojciech Polak. Na obchody przybywają pielgrzymi z różnych stron kraju.

    Tekst Ślubów ułożony przez kard. Wyszyńskiego odczytał 26 sierpnia 1956 roku bp Michał Klepacz. Akt powstał w 300. rocznicę ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza jako program religijnej i moralnej odnowy narodu. Wzywał m.in. do wierności Bogu i Kościołowi, troski o rodzinę, życie i sprawiedliwość społeczną.

    Artur Hanula, Karol Darmoros/Vatican News

    ***

    Andrzej Solak:

    Jasnogórskie Śluby Narodu AD 1956.

    I co dalej?

    26 sierpnia 2026

    forum-0431398442.jpg
    Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego
    fot. Henryk Przondziona / Gość Niedzielny / Forum

    ***

    – Zapaliliśmy wam pochodnię Jasnogórskich Ślubów na „górach wysokich, osobno” – mówił kardynał Stefan Wyszyński do górali w Zakopanem, w pierwszą rocznicę pamiętnego wydarzenia. – Powstały one wśród gór, w odosobnieniu mego więzienia, gdy prymasowi Polski dana była radość „dla imienia Jezusowego zelżywości cierpieć” (Dz 5, 41). Ogromny program pracy w nich zawarty, nie tylko w górach jest zrodzony, ale w górę prowadzi. […] Mamy przecież podnieść całą Polskę wzwyż! Musimy mówić naszemu Narodowi: Sursum corda! W górę serca!…

    Noc długa i ciemna

    Rok 1956 miał okazać się wyjątkowy w dziejach naszych i całej Europy Wschodniej.

    Z początku nic tego nie zapowiadało. W całym Soc-Łagrze krzepko dzierżyli niepodzielną władzę twardogłowi komuniści. W Polsce za murami więzień i obozów wciąż przebywały tysiące patriotów. Trwało dorzynanie antykomunistycznego podziemia, a właściwie garstki partyzantów, co wciąż tułali się po lasach, bez nadziei zwycięstwa. Obecne w każdym mieście ubeckie katownie wzbudzały nieopisany lęk. W szkołach, zakładach pracy, gazetach forsowano ateizm i dyskryminację wierzących. Na szarego człowieka wylewały się potoki propagandy, nieustannie wychwalającej uroki życia pod rządami Partii.

    I nagle ten potężny gmach terroru zachwiał się, u samych fundamentów. W lutym w Moskwie, w trakcie XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Nikita Chruszczow potępił „kult jednostki” i zbrodnie epoki stalinizmu. Chruszczow nie był typem nawróconego grzesznika. Za życia Stalina zaliczał się do jego najwierniejszych popleczników. Wciąż uważał się za prawdziwego komunistę. Miał ręce lepkie od krwi. Teraz odciął się od niedawnej przeszłości dla celów polityki doraźnej, w ramach frakcyjnej walki na szczytach władz. Nie przewidział, jakie wrażenie w całym bloku komunistycznym wywoła podważenie „nieomylnych” dotąd dogmatów.

    Publiczne obnażenie zbrodniczości systemu wywołało społeczną lawinę, którą trudno było okiełznać. Ludzie coraz śmielej podnosili głowy, także w naszym kraju. W czerwcu na ulice Poznania wyległo sto tysięcy demonstrantów, żądających „chleba, wolności i nauki religii w szkołach”. Protest przerodził się w walki zbrojne, które pochłonęły dziesiątki ofiar. Władze okrutnie zdławiły rewoltę, groziły „odrąbywaniem rąk prowokatorom i szaleńcom”, ale wrzenie narastało. W powietrzu czuć było zbierającą się burzę, choć nikt nie wiedział, dokąd to wszystko doprowadzi, co przyniesie jutro.

    Interrex

    W rządzonej przez marksistów Polsce jedyną instytucją, która wciąż rozpaczliwie broniła swej niezależności, pozostawał Kościół katolicki.

    Dwanaście dotychczasowych lat „czerwonego” panowania przyniosło bolesne rany. Blisko stu zamordowanych oraz tysiąc uwięzionych kapłanów, nadto nieprzeliczone ofiary wśród świeckich, administracyjny ucisk na każdym kroku, codzienne szykany w każdej parafii, próby wywołania rozłamów i wasalizacji… Widok potęgi wroga mógł odebrać nadzieję, a miejsce przy rydwanie zwycięzcy kusiło przywilejami. Były więc także upadki, zdrady, odstępstwa. Jednakże wspólnota wierzących miała to szczęście, że na jej czele stanął człowiek wyjątkowy – duchowy mocarz, a zarazem mąż stanu, który potem zyska u Polaków miano Prymasa Tysiąclecia.

    Od 1948 roku godność arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, a tym samym prymasa Polski, dzierżył Stefan Wyszyński, cztery lata później wyniesiony do godności kardynalskiej. Człowiek szczerej wiary i patriota, był zarazem twardo stąpającym po ziemi realistą. W 1944 roku, jako kapelan Armii Krajowej, na własne oczy oglądał dramat powstańczej Warszawy; wiedział czym kończy się rzucenie ofiarnej, ale bezbronnej młodzieży przeciw czołgom, artylerii i bombowcom. Dlatego jako prymas starał się unikać otwartej konfrontacji z władzami. Negocjował z komunistami, lawirował, a gdy uznał to za konieczne – szedł na ustępstwa. Chciał dać Kościołowi czas na przeczekanie najgorszego. Jednakże komuna wciąż żądała więcej i więcej. W końcu nie było się gdzie wycofać.

    8 maja 1953 roku, co znaczące w dniu wspomnienia św. Stanisława Szczepanowskiego Męczennika, z inicjatywy prymasa Episkopat Polski wystosował list do rządu PRL w obronie prześladowanego Kościoła:

    „Gdy postawiono nas wobec alternatywy – albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista wiara – wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym spokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy najmniejszego powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno: Non possumus!”.

    Tego władza nie mogła darować. 25 września 1953 roku bezpieka zatrzymała prymasa. Został następnie internowany pod strażą w klasztorze w Rywałdzie Śląskim, potem w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim, w Prudniku Śląskim oraz w klasztorze sióstr Nazaretanek w Komańczy. Mimo wielu starań wrogów nie dał się złamać. Nie pozwolił też, by zawładnęło nim uczucie nienawiści, czy choćby niechęci do prześladowców, przecież po ludzku zrozumiałe w jego położeniu. Jak stwierdził:

    – Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.

    Dał nam przykład Jan Kazimierz

    W roku 1956 przypadało trzechsetlecie Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza.

    Równo przed trzema wiekami szwedzko-protestancki „potop” zalewał niepowstrzymaną falą polskie ziemie. Wtedy to wracający z wygnania nasz monarcha, w zawsze wiernym polskim Lwowie powierzył Ojczyznę opiece Matki Bożej, nadając jej miano Królowej Korony Polskiej. Pokonana militarnie i politycznie Rzeczpospolita sięgnęła wówczas po swą broń ostateczną – duchowe siły narodu. Ta moc poprowadziła ją ku ocaleniu.

    Zaskakujące, że prymasa Wyszyńskiego zainspirowała… literatura piękna. Przypadek sprawił, że podczas internowania w Prudniku w zasięgu ręki prymasa znalazł się „Potop” Henryka Sienkiewicza, zawierający potężną scenę Ślubów Lwowskich.

    – Czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie – wspominał kardynał. – Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, w którym król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa: drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje  Henryk Sienkiewicz. Gdy z kolei i mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać akt Ślubowań odnowionych!

    Czy zatem o nadchodzących wydarzeniach rzeczywiście zadecydował przypadek? Fakt, że prymas sięgnął właśnie po tę, a nie inną książkę?

    „Przypadek to pseudonim Boga, gdy nie chce pod czymś umieścić Swego autografu” – napisał niegdyś Anatol France…

    Najpiękniej pisze się w więzieniu

    Myśl o odnowieniu Ślubów Lwowskich, przystosowanych do nowej sytuacji, dojrzewała także w innych kręgach.

    Do więzionego w Komańczy prymasa przybyła jego dawna współpracownica, Maria Okońska, założycielka Stowarzyszenia Żeńskiej Młodzieży Katolickiej. Przedstawiła prośbę biskupów oraz jasnogórskich paulinów o zredagowanie nowej wersji Ślubów Narodu.

    – W pierwszym momencie twarz Ojca rozpromieniła się radośnie – wspominała wysłanniczka. –  Widoczne było, że Ojciec nie tylko uradował się naszym przybyciem, ale także tą prośbą.

    Nieoczekiwanie dla wszystkich prymas jął wahać się i zwlekać z wypełnieniem zadania. W końcu, indagowany przez Okońską, wyznał:

    – Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać.

    Na szczęście rozmówczyni natychmiast rozwiała jego wątpliwości: – […] powiedziałam: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia!”. Ojciec popatrzył na mnie jakoś dziwnie, jakby mnie pierwszy raz zobaczył, i odpowiedział: „Masz rację, najpiękniejsze jego listy pochodziły z więzienia”.

    Nazajutrz, 16 maja, w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli, tekst nowych Ślubów był gotów. Zawarto w nim wielki program odnowy religijnej i moralnej narodu.

    – Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów. Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych – pisał prymas. W tekście odnawiał śluby przodków, uznawał Matkę Bożą za Patronkę i Królową narodu polskiego. Powierzał Jej opiece „wszystkie ziemie polskie”, przyrzekał wierność w „życiu osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Ślubował bronić życia poczętego, małżeństwa, godności kobiety i ognisk domowych, wychowywać dzieci w wierności Chrystusowi, w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, odrzucając nienawiść, przemoc i wyzysk. Obiecywał wreszcie walkę z wadami narodowymi – lenistwem, lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością. Śluby kończyło wezwanie: „Prowadź nas poprzez poddaną Ci ziemię polską do Bram Ojczyzny Niebieskiej. A na progu nowego życia sama okaż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twojego. Amen”.

    Prymas zarządził, by Śluby zostały odczytane z Wałów Jasnogórskich w dniu 26 sierpnia przez biskupa Michała Klepacza, zastępującego w tym czasie uwięzionego prymasa. Gdyby z jakichkolwiek powodów biskup nie mógł tego uczynić, tekst miał odczytać generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, bądź przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w ostateczności zaś „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.

    Ów dzień

    Maria Okońska nadal pełniła swą pracę emisariuszki między prymasem a pozostającymi na wolności hierarchami Kościoła:

    „Przyjechałam do Komańczy 25 sierpnia wieczorem. Przywiozłam dokładny program uroczystości na Jasnej Górze i prośbę ojców paulinów, aby Ksiądz Prymas czynił to samo w Komańczy, z 10-minutowym wyprzedzeniem. Tak też się stało.

    Bardzo przeżyłam moment składania Ślubów. Ojciec [tj. Prymas] stanął przed ogromnym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej, wziął tekst Ślubów do ręki i powiedział do mnie:

    – Powtarzaj – «Królowo Polski – przyrzekamy!». Jesteśmy jakby symbolem ludu zebranego pod Szczytem Jasnej Góry.

    Czytał dobitnie, wyraźnie, z ogromnym wzruszeniem. Ja drżącym głosem powtarzałam:

    – Królowo Polski, przyrzekamy!”

    A w dalekiej Częstochowie, na Jasnogórskich Wałach, odczytywał tekst ślubów biskup Michał Klepacz. „Królowo Polski, przyrzekamy!” odpowiadała potężnym chórem milionowa rzesza pielgrzymów. Zwracał uwagę pusty fotel przeznaczony dla prymasa. Ktoś położył na nim biało-czerwoną wiązankę kwiatów.

    Polska zmieniała się. W październiku, na fali politycznych przeobrażeń na szczytach władz, zwrócono wolność prymasowi. Stalinowska frakcja komunistów została zmuszona do odwrotu. Udało się przy tym uniknąć krwawej jatki, jakiej w owym czasie doświadczyły bratnie Węgry. Rządy marksistów miały potrwać jeszcze długie dekady. W tym czasie wyrządzono jeszcze wiele krzywd i zniszczono wielu ludzi, jednakże najbrutalniejszy okres „Polski Ludowej”, czas prawdziwie masowego codziennego terroru został zamknięty.

    Jasnogórskie Śluby Narodu nie były jednorazowym wydarzeniem. W nawiązaniu do nich zrealizowano we wszystkich parafiach program Wielkiej Nowenny, przygotowujący do przeżywania Milenium Chrztu Polski.

    Modlitwa na zgliszczach

    Jasnogórskie Śluby Narodu, podobnie jak niegdyś Śluby Lwowskie odegrały ogromną rolę, konsolidując Polaków w dramatycznych dla nich chwilach. Co pozostało po złożonych przyrzeczeniach? Czy zostały dotrzymane?

    Do serca Twego, Pani świata

    My, Twoje dzieci garniem się…

    – śpiewały wciąż nowe pokolenia polskich katolików. Czy dzisiaj Matka Boża chętnie przyznałaby się do naszej czeredy?

    Ślubowaliśmy jako naród i teraz odnawiamy nasze przyrzeczenia. Ale co wiąże się z faktem, że coś ślubujemy? Czymże jest dziś naród polski?

    Nie będę już wracał do czasów komuny, kiedy łudziliśmy się, że wszystko jest winą obcych; że wystarczy tylko wyprosić z naszych granic sowieckie dywizje, a wtedy przykładnie posprzątamy i zagospodarujemy nasz wspólny dom. Bo co zrobiliśmy z ofiarowaną nam wolnością? Jakich wyborów dokonywał nasz naród?

    Toż nie przypiszemy cudzoziemskim bagnetom mordów na nienarodzonych maleństwach. Nie zwalimy na obce rządy odpowiedzialności za rozpadające się małżeństwa, za konkubinaty nowomodnie zwane „związkami partnerskimi”, za tolerowanie zboczeń i wynaturzeń. Czy tak ma wyglądać polskie Królestwo Maryi?

    Jakże często przyznanie się do polskości sprowadzało się do wymachiwania flagą i odśpiewania paru piosenek. Ale kiedy obce flagi wisiały na naszych urzędach – ilu z nas to nie przeszkadzało? Ilu z nas biło brawa szubrawcom z gębami pełnymi patriotycznych frazesów, co jawnie uprawiali uniżone służalstwo wobec obcych, wobec wrogów?

    A kiedy setki tysięcy wyznawczyń lesbijki Lempart maszerowały ulicami polskich miast, żądając prawa do mordowania dzieci nienarodzonych – ilu z nas podążyło bronić kościołów, a ilu tłumaczyło swą bierność restrykcjami kowidowymi ogłoszonymi przez tak zwany „nasz rząd”?

    Prawda, mieliśmy w tamtych czasach rządowe zakazy procesji, zgromadzeń, nawet pogrzebów. Przychodziłem wtedy do kościoła, był prawie pusty; była nas garść. Gdzie był naród?

    Który biskup wspiera dziś POLSKOŚĆ? Który wspiera zasadę SPRAWIEDLIWOŚCI wynikającą z katolickiej nauki społecznej? Który w minionych latach odważył się powiedzieć głośno, że polskie dzieci spychane w dół w kolejkach do lekarzy nie są wcale mniej ważne od dzieci ukraińskich imigrantów? Który stwierdził, że Polak nie powinien być we własnym kraju obywatelem gorszego sortu?

    Który biskup napomniał naszych greckokatolickich braci w Wierze o ich kleryków i duchownych, co pieją przed kamerą „Baćko nasz Bandera, Ukraina mati”? Który oświadczył tym ludziom otwarcie, prosto w oczy, że promowanie zbrodniarzy przez duchownych jest nikczemnością, że stanowi zaprzeczenie Chrystusowej wiary; że wiernych niezorientowanych w temacie prowadzi ku potępieniu?

    Ślubowaliśmy jako naród i jako naród upadaliśmy wielokrotnie. To ostatnie nie jest niczym wyjątkowym w ludzkich dziejach. Przecież upadali nawet Apostołowie. Tyle, że oni nie poklepywali się wtedy po plecach, nie pocieszali się krzepiącym pustosłowiem. Gdy wreszcie opuścili swe kryjówki, w których wcześniej chowali się „ze strachu przed Żydami”, zaczęli od rachunku sumienia, od aktu żalu. Pierwszy św. Piotr, co po trzykroć publicznie zaparł się Zbawiciela – on pierwszy ukorzył się i szczerze zapłakał nad własną nędzą. To uczyniło zeń twardą, niezniszczalną Skałę, na której zbudowano Kościół.

    Potrzebne są nam wielkie, narodowe rekolekcje.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ***

    Napisane w więzieniu, wypowiedziane na Jasnej Górze

    Pusty fotel na Jasnej Górze przypominał, że Prymasa nie ma wśród pół miliona wiernych. Kard. Stefan Wyszyński był więziony w Komańczy, ale to napisane przez niego słowa 26 sierpnia 1956 r. rozbrzmiewały w Częstochowie. Tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu powstał w ciągu jednego poranka i został potajemnie przewieziony na Jasną Górę. 70 lat później historyczna księga Ślubów znów jest w sanktuarium.

    Oby każde słowo Ślubów Jasnogórskich weszło w naszę krew, pisał Pryms Tysiąclecia

     Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

    Oby każde słowo Ślubów Jasnogórskich weszło w naszę krew, pisał Pryms Tysiąclecia

    ***

    Śluby nosił już w sercu

    Był rok 1956. Mijało 300 lat od ślubów lwowskich Jana Kazimierza, a internowany od 1953 r. kard. Stefan Wyszyński przebywał w Komańczy. Myśl o odnowieniu historycznego aktu towarzyszyła mu jednak już wcześniej, podczas uwięzienia w Prudniku. Gdy jesienią 1955 r. przewożono go stamtąd do Komańczy, przemierzał część drogi, którą trzy wieki wcześniej król podążał do Lwowa.

    Episkopat przygotowywał już „Rok Ślubów Narodowych”. Komunistyczne władze próbowały jednak storpedować te plany. 17 marca Wyszyński zapisał, że rząd „wyraził życzenie”, aby program obchodów został wycofany. Prymas pytał wówczas, czy powodem był lęk przed „masowymi wystąpieniami opinii katolickiej pod przewodnictwem Episkopatu”.

    Kilka dni później, 24 marca, do Komańczy przyjechały z Jasnej Góry Maria Okońska i Janina Michalska. Przywiozły Prymasowi wiadomości o przygotowaniach do Roku Ślubów Narodowych. Okońska przekonywała go, aby napisał nowy tekst ślubowania. Wyszyński jednak odmawiał.

    „Więzień musi milczeć”

    Prymas uważał, że skoro Bóg dopuścił jego uwięzienie, powinien przyjąć również wynikające z niego milczenie. „Jestem więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć” – argumentował.

    Maria Okońska przypomniała mu wtedy św. Pawła, który właśnie z więzienia pisał listy i prowadził założone przez siebie wspólnoty. Ten argument przełamał opór Wyszyńskiego. Gdy Okońska zapytała, czy wie, co chciałby napisać, odpowiedział: „Marysiu, ja je już od Prudnika noszę w sercu!”

    Rankiem 16 maja 1956 r., we wspomnienie św. Andrzeja Boboli, Prymas przelał to, co nosił w sobie, na papier. Według zachowanych relacji rozpoczął około godz. 5.00. Dwie godziny później gotowy był kilkustronicowy rękopis Jasnogórskich Ślubów Narodu, niemal bez poprawek.

    Tajny tekst rusza w drogę

    Rękopis przepisano na maszynie. 22 maja Janina Michalska wyruszyła z tekstem do Częstochowy. Wiozła także listy Prymasa do przełożonych paulinów. Wyszyński liczył się z możliwością kontroli. Przed zaklejeniem kopert przeczytał więc Michalskiej ich treść, aby w razie konieczności mogła zniszczyć dokumenty, a wiadomość przekazać ustnie.

    Misja się powiodła. Śluby dotarły na Jasną Górę. Aby nie dopuścić do przedwczesnego ujawnienia tekstu, był on następnie przepisywany m.in. w klasztorach klauzurowych. Przygotowano także uroczystą księgę Ślubów.

    Nawet jasnogórski kuchcik

    Wyszyński zdawał sobie sprawę, że 26 sierpnia może nie otrzymać zgody na wyjazd do Częstochowy. Dlatego przygotował szczegółowy plan. Śluby miał odczytać bp Michał Klepacz. Gdyby władze mu to uniemożliwiły – generał paulinów, a następnie przeor Jasnej Góry. Prymas był zdecydowany: w ostateczności miał zrobić to nawet „jasnogórski kuchcik”. Najważniejsze było, aby Śluby zostały złożone.

    26 sierpnia Wyszyński rzeczywiście pozostał w Komańczy. Na Jasnej Górze ustawiono dla niego pusty fotel. Tekst odczytał bp Klepacz, a zgromadzone tłumy odpowiadały: „Królowo Polski, przyrzekamy!”

    Tego samego dnia Prymas pisał w Komańczy: „Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich”. I dodawał: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.

    Pusty fotel z herbem Prymasa Soli Deo

    Pusty fotel z herbem Prymasa “Soli Deo”

    ***

    Księga znów na Jasnej Górze

    Trzy dni po uroczystości księga dotarła do Komańczy. Wyszyński złożył pod tekstem swój podpis i dopisał: „In vinculis pro Ecclesia” – „w kajdanach za Kościół”.

    Dziś, 70 lat później, historyczny dokument ponownie można zobaczyć na Jasnej Górze. Księga „Odnowienie Ślubów Narodu na Jasnej Górze 1956 RP”, przechowywana na co dzień w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie, jest prezentowana do połowy września na wystawie poświęconej Prymasowi Tysiąclecia w Bastionie św. Rocha.

    Historia zatacza więc symboliczne koło. Tekst powstał w Komańczy, potajemnie dotarł na Jasną Górę, wrócił do uwięzionego Prymasa po jego podpis, a po 70 latach znów znalazł się w miejscu, w którym jego słowa wypowiedziały setki tysięcy Polaków.

     Vatican News/Tygodnik Niedziela

    ***

    Dokonało się wielkie dzieło

    26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze wydarzyło się coś, co nie byłoby możliwe w żadnym innym kraju znajdującym się pod wpływem Związku Sowieckiego.

    Malowidło z Klasztoru Franciszkanów w Prudniku-Lesie – miejsca uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego

    Malowidło z Klasztoru Franciszkanów w Prudniku-Lesie – miejsca uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego

    fot. Grażyna Kołek

    ***

    Ponad milion ludzi składało przyrzeczenie Matce Najświętszej: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Komuniści mogli się tylko bezradnie przyglądać rozmodlonej rzeszy wiernych i słuchać, jak po każdym z dziewięciu wezwań rozlegało się potężne: „przyrzekamy”.

    Obrona przed zalewem nowych „czarów”

    W tym czasie autor ślubów – kard. Stefan Wyszyński przebywał w więzieniu w Komańczy, przy granicy ze Związkiem Sowieckim. Śluby były początkiem gigantycznego planu duszpasterskiego prymasa Wyszyńskiego, dzięki któremu chciał przygotować naród na Tysiąclecie Chrztu Polski, przypadające w 1966 r.

    Kardynał Wyszyński, więzień władzy komunistycznej, która usiłowała budować państwo bez Boga, dostrzegł, że trzeba pomyśleć o „obronie Jasnej Góry” w innych kategoriach: jako obronie duszy, rodziny, narodu, Kościoła, przed zalewem nowych „czarów”, pod którym to pojęciem można rozszyfrować wrogą kulturze chrześcijańskiej ideologię.

    Tłumaczył to następująco: „«Obrona Jasnej Góry» dziś – to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzinnej, obrona jedności serc ludzkich w Bożym Sercu, to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom po Bożemu”.

    W Prudniku prymas rozmyślał także o zbliżającej się rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych podczas potopu szwedzkiego 1 kwietnia 1656 r. w katedrze we Lwowie. Komuniści nie mogli wiedzieć, że w głowie prymasa Polski kiełkowała myśl, której realizacja wstrząśnie podwalinami budowanego z tak ogromnym nakładem sił i środków nowego ustroju. Prymas nie miał wątpliwości, że w 300. rocznicę ślubów lwowskich, które uważał za jeden z „największych porywów sprawiedliwości społecznej” w Polsce, powinien powstać tekst nowych ślubów, dostosowanych do czasów współczesnych. Kiedy w końcu października 1955 r. był przewożony z Prudnika do Komańczy w Bieszczadach, ostatniego miejsca uwięzienia, zdał sobie sprawę, że porusza się tym samym szlakiem, którym przed 300 laty podążał do Lwowa król Jan Kazimierz z prymasem Wacławem Leszczyńskim, aby tam złożyć swe śluby: ogłosić Maryję, Matkę Chrystusa, Królową Polski, zawierzyć Jej wojsko i lud oraz przyrzec ulżenie doli chłopów.

    Pomny na to wielkie historyczne wydarzenie ksiądz prymas postanowił, że w następnym roku – 1956, a więc w 300. rocznicę ślubów króla Jana Kazimierza, powstanie tekst odnowionego ślubowania, składanego już nie przez króla, ale przez cały naród. Z tą myślą jechał do Komańczy, aby rozpocząć trzeci rok swego uwięzienia.

    Z więzienia, jak św. Paweł

    Prymas nie był sam. Również na Jasnej Górze dojrzewała myśl o ponowieniu ślubów. Nikt nie miał wątpliwości, że ich tekst powinien napisać prymas Polski. Gdy jednak dotarła do niego prośba episkopatu Polski i paulinów z Jasnej Góry, kard. Wyszyński odmówił, tłumacząc, że jest więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć. Odmówił również bp Michał Klepacz, który pełnił obowiązki przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Sytuację próbowali ratować paulini, ale zredagowany przez ich kierownictwo tekst, co przyznali sami zakonnicy, nie dorastał do rangi wydarzenia.

    Był to już czas, kiedy uwięzionego kard. Wyszyńskiego mogły odwiedzać osoby z jego najbliższego otoczenia. 24 marca 1956 r. do Komańczy pojechały Maria Okońska i Janina Michalska z Instytutu Prymasowskiego. Ponownie przedstawiły kard. Wyszyńskiemu prośbę biskupów i paulinów. Na te słowa twarz prymasa rozpromieniła się radośnie, jednak dni mijały, a tekstu ślubów nadal nie było. „Ojcze, dlaczego?” – pytała codziennie Maria Okońska. Dawał wymijające odpowiedzi. Wreszcie, a było to 15 maja, uzasadnił odmowę: „Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać”.

    Wówczas Marii Okońskiej przyszła do głowy olśniewająca myśl: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia”. Prymas przyznał jej rację.

    Na drugi dzień rano wszedł do domowej kaplicy z rozpromienioną miną. Na klęczniku Marii Okońskiej położył plik papieru maszynowego, zapisanego jego drobniutkim pismem. Na pierwszej stronie widniał tytuł: „Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego”.

    Teraz zostało do wykonania najtrudniejsze zadanie: dostarczyć tekst na Jasną Górę, aby nie dostał się w niepowołane ręce. Zadanie to prymas powierzył Janinie Michalskiej, załączył też list do ojca generała. W liście tym prosił, aby 26 sierpnia 1956 r. tekst Ślubów został odczytany z wałów jasnogórskich, wobec zebranych pielgrzymów, przez bp. Klepacza, który zastępował uwięzionego prymasa. Jeżeli władze komunistyczne przeszkodzą, niech tekst Ślubów przeczyta generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, gdy i ten będzie „przeszkodzony”, niech przeczyta przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński. A jeżeli i jemu zabronią, „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.

    W Jej imieniu jednoczyć i odradzać

    Na szczęście nikt nie został „przeszkodzony”, a rotę ślubów odczytał bp Klepacz. Dziesięć minut wcześniej, w swoim pokoju w Komańczy, przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, tekst ślubowania wypowiedział prymas Wyszyński. Rolę „ludu Bożego” odegrała Maria Okońska, która po każdym wezwaniu odpowiadała: „przyrzekamy”. Kardynała bardzo ucieszyła przywieziona przez nią hostia jako znak łączności z Jasną Górą.

    Prymas, prymus w szkole Maryi, nie buntował się, że nie ma go wśród rzeszy Polaków zgromadzonych przed jasnogórskim szczytem. Widział w tym wolę Matki Najświętszej. Pod datą 26 sierpnia 1956 r. zapisał: „W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać wola Twoja. W tym jest Twoja wielka moc, której ja ulegle się poddaję, jako całkowity niewolnik najpotężniejszej Królowej. Bądź uwielbiona w tej mocy, którą mi dajesz, bym w pełni uznał, że największa moc i miłość jest w tej uległości”.

    Po odczytaniu roty Ślubów ogarnął go wielki spokój. Rozsadzająca radość podyktowała mu słowa: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.

    Trzy dni później, w liście do generała paulinów, prymas napisał: „Bóg jeszcze raz pokazał, w imię jakiej siły trzeba jednoczyć i odradzać Naród”. Dla kard. Wyszyńskiego tą niezawodną siłą była Maryja.

    Grzegorz Polak –Tygodnik Niedziela

    ***

    Uroczystość NMP Częstochowskiej

     

    Nietypowy wizerunek NMP Częstochowskiej. W towarzystwie kard. Wyszyńskiego. Obraz znajduje się w Prudniku, w sanktuarium św. Józefa.

    fot. HENRYK PRZONDZIONO / Gość Niedzielny

    ***

    W środę w Kościele przypada uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Obraz Matki Bożej na Jasnej Górze otaczany jest przez Polaków czcią od XIV w. Co roku do jasnogórskiego sanktuarium pielgrzymuje ok. 2 mln wiernych.

    W ciągu roku na Jasnej Górze są dwa szczyty pielgrzymkowe – 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz 26 sierpnia w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Najwięcej pątników dociera do Częstochowy w pielgrzymkach pieszych, jednak część przyjeżdża na rowerach i na rolkach, a część w pielgrzymkach biegowych.

    Legenda głosi, że Cudowny Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Maryi. Rzeczywista data powstania ikony i jej autor nie są znane. Historycy sztuki wykazują na duże podobieństwo do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza: “Ta, która prowadzi”. Zdaniem ekspertów obraz może pochodzić z X w.

    Wiadomo, że ikonę sprowadził do Częstochowy na przełomie lat 1382-1384 książę Władysław Opolczyk. Obraz uznany został za cudowny i otoczony kultem, a na Jasną Górę zaczęli przybywać pielgrzymi przynoszący z sobą liczne wota. Przyciągnęły one też złodziei, którzy w 1430 r. dokonali napaści na klasztor.

    Napad opisał kronikarz Jan Długosz. Według jego relacji napastnicy ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby, a także złoto i klejnoty, którymi przyozdobiony był obraz. Następnie, w czasie ucieczki, uszkodzili twarz Maryi cięciem szabli. Choć z rozkazu króla Władysława Jagiełły ikona poddana została renowacji, ślady napaści z 1430 r. pozostały widoczne – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi.

    Przed ikoną wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz i Jan III Sobieski.

    Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został dwukrotnie ozdobiony papieskimi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego – decyzją Klemensa XI – odbyła się w 1717 r. To on sam ufundował korony dla Matki Bożej. Korony te skradziono w nocy z 22 na 23 października 1909 r. wraz z perłową suknią i innymi kosztownościami. Po kradzieży nowe korony ofiarował Maryi papież Pius X. Powtórna koronacja odbyła się 22 maja 1910 r.

    Po wieloletnich staraniach uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w 1904 r. ustanowił dla Jasnej Góry i diecezji włocławskiej papież Pius X. Ogłoszenie święta wyjednał u papieża bł. Honorat Koźmiński. W 1931 r. Pius XI rozciągnął obchody na całą Polskę.

    Z Matką Bożą na Jasnej Górze od młodości byli mocno związani zarówno św. Jan Paweł II, jak i bł. kard. Stefan Wyszyński. Papież Jan Paweł II podczas mszy św. na Jasnej Górze 4 czerwca 1979 r. wskazał, że “jeśli chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj. Trzeba przyłożyć ucho do tego miejsca. Trzeba usłyszeć echo życia całego narodu w Sercu jego Matki i Królowej”.

    Prymas Tysiąclecia napisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, które nawiązywały do lwowskich ślubów Jana Kazimierza z 1656 r., oddających naród w opiekę Maryi. Tekst ten w czasie uroczystości odpustowych w 1956 r. odczytał bp Michał Klepacz.

    W ramach przygotowanego przez kard. Wyszyńskiego programu odnowy moralno-duchowej, przygotowującego do obchodów tysiąclecia chrztu Polski, stworzono kopię obrazu jasnogórskiego, która od 26 sierpnia 1957 r. odwiedza kolejne diecezje w kraju.

    4 września 1966 r. obraz został siłą zatrzymany przez władze komunistyczne w drodze do Katowic i odwieziony do Warszawy, gdzie przechowywano go w zakrystii. Jednak, kiedy przed oknem zakrystii zaczęli gromadzić się wierni, kopia ikony została przewieziona do kaplicy św. Antoniego na Jasnej Górze. Po zatrzymaniu obrazu, od 1966 do 1972 r., po polskich diecezjach pielgrzymowały tylko puste ramy i ewangeliarz. “Aresztowanie Matki Bożej” odczytane zostało przez wiernych jako symbol braku wolności religijnej w Polsce i wywołało w społeczeństwie wiele emocji. Ostatecznie obraz powrócił na trasę 18 czerwca 1972 r. po tym, jak potajemnie wykradł go z Jasnej Góry ks. Józef Wójcik z pomocą dwóch sióstr służek z Markówki: s. Heleny Trentowskiej i s. Marii Kordas.

    Wizerunek do dziś wędruje po Polsce. 26 sierpnia br. kopia ikony rozpoczęła wędrówkę po diecezji świdnickiej, która zakończy się 24 kwietnia 2027. Obraz odwiedzi 192 parafie w 24 dekanatach.

    Gość Niedzielny

    ***

    Jacek Kowalski:

    Matka Boska Częstochowska.

    Mity narodowe – kity naukowe

    26 sierpnia 2026

    MB-Czestochowska_03.jpg
    Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Pewne grono wykształconych Polaków wciąż wierzy, że blizny na obliczu Matki Boskiej Częstochowskiej zostały sztucznie domalowane przez średniowiecznych malarzy, bo Obraz nigdy nie został zbezczeszczony przez husytów, a jedynie obrabowany z kosztowności wskutek katolickiej prowokacji. Takie przekonanie wynika z nieaktualnego już – uwaga, PRL-owskiego u korzeni – stanu badań. Było zaskakująco inaczej.

    W Niedzielę Wielkanocną 16 kwietnia 1430 roku napastnicy najechali jasnogórski klasztor, wpadli do kaplicy Cudownego Obrazu, odarli Obraz z kosztowności, wlekli po ziemi, zadawali ciosy malowanemu Obliczu, wreszcie oberwali srebrną blachę scalającą deski podobrazia, które rozpadło się na części.

    To fakty. Rany zadane Obliczu były bardzo liczne – znacznie liczniejsze niż te, które widzimy na Obrazie dziś, a zadano je ze szczególną perwersją (wszystko to wiemy dzięki najnowszym badaniom konserwatorskim).

    Kto był sprawcą napadu?

    Ksiądz kanonik Jan Długosz w swoich Rocznikach Królestwa Polskiego zapisał, iż przez długi czas uważano, że tego występku dopuścili się czescy heretycy, to znaczy husyci, w związku z czym zarówno król Władysław, jak panowie polscy zamierzali wszcząć wojnę z Czechami (…) po zbadaniu jednak sprawy i dojściu do prawdy wyszło na jaw, że napadu dokonali pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi. Pragnąc długi te spłacić, urządzili napad, dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska. Po odkryciu tego faktu, król wtrącił sprawców do więzienia.

    Problem w tym, że w tradycji jasnogórskiego klasztoru trwał inny przekaz: że napadu dokonali husyci – i kropka. W tejże tradycji zapisano, że król Jagiełło zlecił naprawę znieważonego Obrazu, ale mimo usiłowań nie udało się zamalować blizn na Obliczu Matki Bożej: farba nieodmiennie spływała. Dlatego blizny pozostały i są do dziś.

    Jak widzimy, dwa równoległe źródła są ze sobą niezgodne. Historyk Długosz i klasztorna tradycja paulinów mówią co innego.

    Problemy badaczy minionej epoki

    W latach panowania „światopoglądu naukowego” – czyli epoce PRL-u – okazało się, że polscy komuniści mają z tym wydarzeniem problem. Husytów wypadało bowiem uznawać za ruch postępowy – prekursorów rewolucji. Ba, doszło wręcz do uprzedmiotowienia Husa przez dogmatyczny marksizm (to cytat z Pawła Krasa i Martina Nodla). Co więcej, napad na klasztor i likwidacja katolickiej dewocji mogły zostać uznane przez komunistów za czyn chwalebny, bo rewolucyjny. A jednak głupio im było chwalić się zbezczeszczeniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Mimo wszystko.

    Zaczęły się więc inne spekulacje – swoją drogą niepozbawione logiki. W roku 1430 na Śląsku trwała wszak wojna. Husyci radykalni ścierali się z umiarkowanymi, którzy gotowi byli do ugody z cesarzem Zygmuntem Luksemburczykiem i resztą katolickiego świata. Zygmunt Luksemburczyk zaś to notoryczny sojusznik Krzyżaków. Radykałowie dążyli więc do zawarcia z Jagiełłą antykrzyżackiego sojuszu. Taki sojusz (do którego ostatecznie doszło) mógł się wielu wydawać wątpliwy. Otóż napad wydarzył się właśnie wtedy, kiedy Jagiełło przyjmował w Kaliszu husyckie poselstwo, rozpoczynając rozmowy w tej sprawie. Czyli był to kij w szprychy porozumienia.

    Badacze zaczęli więc sugerować, że cały ten napad to po prostu katolicka prowokacja, która podała broń do ręki antyheretyckiej propagandzie, aby oczernić husytów (swoją drogą trudno było ich oczerniać na tej podstawie, bo eksces częstochowski to i tak pryszcz wobec tego, co wyrabiali u siebie). Napad opisywano więc jako husycki w cudzysłowie, dokonując zdjęcia odpowiedzialności z czeskich husytów za wypadek częstochowski. Inni badacze uważali, że Długosz w ogóle konfabulował, skoro nieznane są jakiekolwiek zapiski o tym, iż srodze ukarana została zbrodnicza szlachta. Czyli wszystko to katolicka fikcja, gwoli wykreowania blizn na obliczu Maryi na atrybut Królowej Korony Polskiej i nabożną metaforę naszych dziejów.

    Współczesna konsternacja

    A tymczasem – rękopisy nie płoną. W świetle niedawno odkrytych dokumentów relacja Długosza okazała się dokładna i prawdziwa, tak samo jak… tradycja zakonna. Sęk w tym, że oba przekazy omijały część prawdy – tu niewygodnej dla króla Jagiełły, tam wstydliwej dla rycerstwa polskiego. Nowo odkryte źródła – w połączeniu z relacją Długosza – wskazały, że sprawcą napadu był husycki oddział księcia Fedka Ostrogskiego, acz jego przewodnikami lub prowodyrami było faktycznie kilku polskich młodzieńców z dobrych rodów: Jakub Nadobny z Rogowa, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa i Rogala z Kozolina.

    Tu wyjaśnienie: Fedko Ostrogski to ruski kniaź, który przekabacił się na radykalnego heretyka i hulał po Śląsku, ale wcześniej, za młodu, bywał prawą ręką Jagiełły. Z kolei polscy młodzieńcy do husytów nie należeli. Zapewne zawędrowali na Śląsk w asyście jakiegoś (królewskiego?) poselstwa. Faktycznie byli straszliwie zadłużeni, więc albo sami podsunęli husytom pomysł napadu, albo najęli się za przewodników w zamian za udział w łupach. Wszyscy trzej trafili do wawelskich lochów (skąd zresztą szybko się wydostali). Tylko książę Fedko, pozostający poza królewską jurysdykcją, uszedł bez szwanku.

    Średniowieczna konserwacja

    Tymczasem król zlecił naprawę Obrazu i ufundował srebrne blachy dla jego ozdoby, oddając dzieło w ręce malarzy krakowskich. Rozłamane deski podobrazia scalono, ujmując je w malowaną ramę (istniejącą do dziś). Pamiętamy, że wedle tradycji wynajęci malarze żadną miarą zamalować nie mogli blizn na Obliczu Maryi. Otóż to nieprawda: stało się wręcz przeciwnie. Malarzom udało się zamalować niemal wszystkie blizny, których było bardzo wiele. Te, które widzimy dziś, nie zostały jednak domalowane: to zapuszczone czerwoną farbą fragmenty prawdziwych szram, pozostałych po ciosach, które obrazoburcy-rabusie zadali Obliczu Maryi. Te blizny malarze (decyzją paulinów?) pozostawili jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.

    Książka profesora Kurpika

    W ciągu ostatnich kilku dekad zmieniał się radykalnie stan badań nad Jasnogórskim Obrazem. Parę lat temu otrzymaliśmy ich podsumowanie: książkę Częstochowska Hodegetria, pióra zasłużonego konserwatora i badacza, świętej pamięci profesora Wojciecha Kurpika.

    To pozycja, którą każdy wykształcony polski katolik powinien mieć na półce. Nie negując większości dotychczasowych ustaleń, lecz dodając arcyważne szczegóły, profesor Kurpik przedstawia krytycznie dzieje badań, dodając nieznane dotąd fakty i nowe przesłanki. Z tej właśnie książki w znacznym stopniu czerpię moją opowieść. Przechodząc wreszcie do wcześniejszych dziejów Matki Boskiej Częstochowskiej, którymi wypada zakończyć ten tekst.

    Legenda i prawda

    Pierwsze doniesienia o Obrazie, zapisane w XV wieku, są niestety wewnętrznie sprzeczne. Mowa w nich o namalowaniu wizerunku Maryi przez świętego Łukasza na deskach ze stołu w domu Matki Bożej, następnie o przeniesieniu Obrazu przez cesarza Konstantyna Wielkiego z Jerozolimy do Konstantynopola; legenda podaje, że Konstantyn miał potem ofiarować Obraz księciu Rusi Halickiej – Lwu, który umieścił go na zamku w Bełzie. Kiedy książę Władysław Opolczyk został namiestnikiem Rusi z ramienia króla Ludwika Węgierskiego, Bełz oblegli Tatarzy. Wtedy to pogańska strzała utkwić miała w obliczu Maryi, a Tatarzy pierzchli za sprawą Boskiej interwencji. Następnie książę ofiarował Obraz klasztorowi jasnogórskiemu.

    Niestety, ta wersja nie jest wiarygodna. Jak to bywa w legendach, wykluczają się wzajemnie daty i osoby. Co do świętego Łukasza, przypisuje mu się wiele obrazów, ale jego autorstwo można ze spokojem przenieść w sferę mitu. Opowieść o Ewangeliście jako malarzu powstała dopiero u końca pierwszego tysiąclecia, a za czasów Konstantyna Wielkiego nie znano jeszcze ikon. Dalej, w czasach Konstantyna Ruś nie istniała, a za Władysława Opolczyka Bełz nie był oblegany przez Tatarów.

    Obraz mówi

    Mimo to legendy lekceważyć nie wolno. Tytuł: malowany przez świętego Łukasza trwał przy obrazach o szczególnym znaczeniu i pochodzeniu. Tak jest i w tym przypadku. Choć nie zgadzają się chronologia i geografia opowieści, zgadzają się, o dziwo, fakty, które pozostawiły wyraźne ślady w deskach podobrazia i na częstochowskim malowidle. Można by rzec, że wydarzenia, o których mówi legenda, miały istotnie miejsce – lecz w innym czasie i okolicznościach, których nie znamy i może nigdy już nie poznamy.

    Aby spróbować do nich dotrzeć, trzeba pozwolić, aby Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej przemówił swoją materialną historią. Otóż namalowano go na kilku zespolonych ze sobą deskach. Pierwotnie był prawosławną ikoną, powstałą bodaj na Bałkanach w drugiej połowie XIII wieku. Zapewne już po kilkudziesięciu latach czczony był jako cudowny i jako dzieło świętego Łukasza. W istocie stanowił część jakiegoś cerkiewnego ikonostasu (o czym mówią ślady na deskach).

    W niewiadomych okolicznościach, w wieku XIV, został zbezczeszczony: ugodzono go ostrym narzędziem (strzałą?) i po raz pierwszy połamano. To do tego wydarzenia odnosi się opowieść o tatarskiej napaści. Kto naprawdę był obrazoburcą – trudno powiedzieć, ale akt obrazoburstwa wątpliwości nie ulega.

    Mniej więcej wtedy Obraz przeszedł z rąk prawosławnych w katolickie. Może jako dar monarszy? Rozerwane deski na powrót zespolono, obijając je od tyłu srebrną blachą, a ślad uderzenia – u dołu szyi Matki Bożej, przy ramieniu – ujęto w ozdobną aplikację (dziś już jej nie ma). Na starych deskach, traktowanych jak prawdziwe relikwie, jakiś italski malarz wykonał obecny, nowy Obraz – ten, który znamy i który de facto ikoną już nie jest, choć bywa tak nazywany.

    W rękach świętej Jadwigi

    W tym stanie Obraz trafił do skarbca królowej Węgier, Elżbiety Łokietkówny, a potem do jej synowej, królowej Elżbiety Bośniaczki, matki świętej Jadwigi. Wymieniają go królewskie inwentarze. Niewykluczone, że był drogocennym darem od któregoś z prawosławnych władców, może nawet cesarza Konstantynopola? Kiedy święta Jadwiga udawała się do Polski, prawdopodobnie otrzymała cudowny Obraz na drogę, a występujący w jej imieniu książę Władysław Opolczyk ofiarował Go do nowo założonego klasztoru paulinów na Jasnej Górze. Tu Matka Boża zasłynęła łaskami. Wkrótce potem, po objęciu tronu przez Władysława Jagiełłę, polski król stał się głównym patronem i dobrodziejem klasztoru.

    Musimy wszakże pamiętać, że znaczna część tej opowieści to jednak hipoteza. Ojcowie paulini opublikowali zarówno książkę profesora Kurpika, jak i wiele artykułów naukowych, które przeczą legendzie, ale też bywają sprzeczne ze sobą. A ojcowie nie porzucają legendy definitywnie. Może się jeszcze okazać, że jakieś nowe ziarna prawdy oświetlą ją w niespodziewany sposób.

    Jacek Kowalski/PCh24.pl

    ***

    sobota – 22 sierpnia

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej

    Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania

    Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.

    ***

    Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

    “Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

    papież Pius XII

    ***

    “Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

    z Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium (KK59)

    ***

    Bardzo serdecznie zapraszam do kościoła św. Piotra na godz. 18.00, aby odnowić AKT ODDANIA SIĘ MATCE BOŻEJ RODZICIELCE, KRÓLOWEJ ŚWIATA,

    który złożyliśmy 22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona. Wtedy oddaliśmy siebie i całą naszą wspólnotą do dyspozycji Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za tak wiele błogosławieństw, które dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    ***

    Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
    Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
    i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
    Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
    Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
    była rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen. 

    ***

    22 sierpnia 2012

    Maryja to królowa, która służy

    Królowaniu Maryi poświęcił papież swoją katechezę podczas audiencji ogólnej w Castel Gandolfo. Ojciec Święty zaznaczył, że temat ten obrał w związku z przypadającym dziś w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

    Benedykt XVIBroc/CC-SA 3.0

    ***

    Drodzy bracia i siostry,

    Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny przyzywanej jako „Królowa”. Święto to wprowadzono niedawno, chociaż jego pochodzenie i kult są bardzo dawne. Ustanowił je Czcigodny Sługa Boży Pius XII w 1954 roku, na zakończenie Roku Maryjnego, wyznaczając jego datę na 31 maja (por. Encyklika Ad Caeli Reginam, 11 octobris 1954: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową, bardziej niż wszelka inna istota stworzona ze względu na wyniesienie Jej duszy i doskonałość otrzymanych darów. Nieustannie obsypuje Ona ludzkość wszystkimi skarbami swej miłości i troski (por. Discorso in onore di Maria Regina, 1° novembre 1954). Obecnie, po posoborowej reformie kalendarza liturgicznego zostało ono umieszczone osiem dni po uroczystości Wniebowzięcia NMP, aby podkreślić ścisły związek między królowaniem Maryi a Jej uwielbieniem w duszy i ciele, u boku swego Syna. W konstytucji dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen gentium czytamy: „Maryja z ciałem i duszą została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna” (n. 59).

    Tutaj jest źródło dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ jest związana w sposób wyjątkowy ze swym Synem, zarówno w życiu doczesnym, jak i w chwale nieba. Jak stwierdza Efrem Syryjczyk, królewskość Maryi pochodzi z Jej Boskiego macierzyństwa: jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), a ukazuje nam Jezusa jako nasze życie, zbawienie i nadzieję. Jak już przypominał Sługa Boży Paweł VI w adhortacji apostolskiej Marialis Cultus: „W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy: mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił darami, jakich nikomu innemu nie udzielił”(n. 25),

    Pytamy się teraz, co oznacza, „ Maryja-Królowa”? Czy to jeden z tytułów między innymi, czy korona jest jedną z ozdób? Jak już wskazałem jest to konsekwencja Jej zjednoczenia z Synem, przebywania w niebie, czyli w jedności z Bogiem. Ma Ona udział w odpowiedzialności Boga za świat i miłości Boga wobec świata. Istnieje popularne pojęcie króla czy królowej, zgodnie z którym miała by to być osoba obdarzona władzą i bogactwem. Nie jest to jednak ten rodzaj królowania, właściwy Jezusowi i Maryi. Pomyślmy o Panu Jezusie. Królowanie Chrystusa jest utkane z pokory, służby i miłości. Jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, gdy Piłat napisał „Król żydowski”. Na krzyżu ukazał On, że jest królem i w jaki sposób jest królem – cierpiąc za nas, z nami, miłując aż do końca i w ten sposób rządzi, tworzy prawdę, miłość, sprawiedliwość. Czy też podczas Ostatniej Wieczerzy, pochylając się i obmywając stopy swoim uczniom. Tak więc królowanie Jezusa nie ma nic wspólnego z panowaniem władców tego świata, jest Królem, który służy swoim sługom. Ukazał to na przestrzeni całego swego życia ziemskiego.

    Tak samo jest z Maryją: jest Ona Królową w służbie Bogu i ludzkości; jest Królową miłości, przeżywającą dar z siebie dla Boga, aby wejść w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: „Oto ja, Służebnica Pańska”, a w Magnificat wyśpiewuje: „Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy”. Pomaga nam i jest Królową właśnie miłując nas, kochając nas. W każdej naszej potrzebie jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.

    Jak Maryja sprawuje tę królewskość służby i miłości? Czuwając nad nami, Jej dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej podziękować lub wypraszać Jej macierzyńską opieką i Jej niebiańską pomoc, być może zagubiwszy drogę, uciskani bólem lub udręką z powodu smutnych i trudnych perypetii życiowych. W pomyślności czy też mrokach życia zwracamy się do Maryi, powierzając się jej nieustannemu wstawiennictwu, aby wyjednywała nam u Syna wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne na nasze pielgrzymowanie po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata zwracamy się ufni, za pośrednictwem Maryi Panny. Jest Ona od wieków przyzywana, jako Królowa Nieba. Po modlitwie Różańca Świętego osiem razy jest Ona w Litanii Loretańskiej przyzywana jako Królowa aniołów, patriarchów, proroków, apostołów, męczenników, wyznawców, dziewic, Wszystkich Świętych i rodzin. Rytm tych starożytnych wezwań i codziennych modlitw, jak na przykład Salve Regina, pomaga nam w zrozumieniu, że Najświętsza Dziewica jako nasza Matka u boku Syna swego Jezusa w chwale niebios jest z nami zawsze, w dniu powszednim naszego życia. Tak więc tytuł „Królowej” jest więc tytułem zaufania, radości, miłości. Wiemy, że Ta, która ma po części w ręku losy świata jest dobra, kocha nas i pomaga w naszych trudnościach.

    Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie zwracamy się do Niej ufni. Maryja nie omieszka wstawiać się za nami u swego Syna. Spoglądając na Nią, naśladujmy Jej wiarę, pełną gotowość wypełniania Bożego planu miłości, hojne przyjęcie Jezusa, uczymy się od Maryi życia. Maryja jest Królową Nieba, bliska Bogu, ale jest również matką bliską każdego z nas, miłującą nas i wysłuchującą nasz głos. Dziękuję za uwagę.

    Benedykt XVI

    Watykan news/Kai

    ***

    Dlaczego nazywamy Maryję Królową?

    QUEEN OF HEAVEN

    Matka Boża jest czczona jako Królowa. Dlaczego tak ją nazywamy?

    Królowa matka

    Tytuł „Królowa matka” odnosi się do wdowy po zmarłym królu, która jest matką panującego władcy. Matki monarchów miały wielokrotnie duży wpływ na dworze, często bywały także regentkami. Świadectwo tego zjawiska znajdziemy także w Biblii. Na dworach wielu królów z dynastii Dawida była gebira – Wielka Pani, czyli ich matka. Król Salomon tak zwracał się do swojej mamy, Batszeby: „Król Samolom odrzekł jej [Batszebie]: «Proś, moja matko, bo tobie nie będę odmawiał»” (1 Krl 2, 20). Alegoryczna interpretacja tych słów kieruje naszą uwagę na Maryję, Matkę Jezusa z rodu Dawida.

    W zwiastowaniu Maryja słyszy, że jej Syn będzie „będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida” (Łk 1, 31). W tym momencie sama otrzymuje ona tytuł królowej matki.

    Królowa wszystkich świętych

    Wśród wezwań Litanii loretańskiej znajdziemy kilka, które opiewają Maryję, jako Królową Wszystkich Świętych: apostołów, dziewic, męczenników, wyznawców… Co oznacza, że Maryja jest ich królową?

    Co więcej, jej królowanie nie oznacza władzy związanej z uciskiem, odbieraniem hołdów i danin. Jej królowanie wynika z panowania Jezusa, które objawiło się przez miłość po krzyż, po służbę do oddania własnego życia. 

    Królowa Niebios

    Maryja jest w końcu nazywana Królową Niebios. Jak twierdzi Pius XII w Encyklice „Ad Caeli Reginam”: 

    Do niebios Królowej zasyłał lud chrześcijański korne modły i zbożne pienia już od pierwszych wieków chrześcijaństwa, czy to w chwilach radosnych uniesień, czy zwłaszcza wśród ciężkich udręk światowych i nigdy go nie zawodziła nadzieja pokładana w Matce Boskiego Króla, Jezusa Chrystusa i nigdy w nim wiara nie słabła, że Bogarodzica Dziewica Maryja włada po macierzyńsku całym tu światem, jak w szczęśliwości niebieskiej dzierży koronę królewskiej chwały (ACR, 1).

    Ten sam papież wyjaśnia, że królewska  godność Maryi, która obejmuje także niebo, opiera się na jej macierzyństwie. Jan Damasceński napisał: „Kiedy stała się Matką Stwórcy, stała się prawdziwie Królową wszelkiego stworzenia”. A skoro stała się Matką Pana Niebios, sama stała się ich Królową.

    Jak stać się jej poddanym?

    Stajemy się jej poddanymi, gdy wypełniamy jej testament: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Możemy także modlić się za jej przyczyną.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ***

    Litania do Królowej Niepokalanej

    (do prywatnego odmawiania)

    Panie, zmiłuj się nad nami!
    Panie, zmiłuj się nad nami!

    Chryste, zmiłuj się nad nami!
    Chryste, zmiłuj się nad nami!

    Panie, zmiłuj się nad nami!
    Panie, zmiłuj się nad nami!

    Maryjo, Królowo Niepokalana, króluj nad nami!
    Świątynio Świętej Trójcy…
    Umiłowana Córko Ojca…
    Najgodniejsza Matko Syna Bożego…
    Najczystsza Oblubienico Ducha Świętego…
    Od grzechu pierworodnego zachowana…
    Przez Najwyższego pełnią łaski obdarzona…
    Błogosławiona między niewiastami…
    Matko czystej miłości…
    Różo miłosierdzia…
    Lilio czystości…
    Kwiecie pokory…
    Królowo wszelkich cnót…

    Maryjo, Królowo Niepokalana, błagamy Cię, wysłuchaj nas!
    Matko Bożego miłosierdzia, bądź ucieczką dla biednych grzeszników…
    Zwycięska w Bożych zmaganiach, nawróć wszystkich prześladowców Kościoła…
    Ty, która odnosisz zwycięstwo nad złem i śmiercią, bądź nadzieją dla umierających…
    Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, zmiłuj się nad nędzą biednych…
    Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, ulżyj cierpieniu wszystkim samotnym…

    Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź nam zwycięska!
    Dziewico najsłodsza, Władczyni serc wszystkich…
    Dziewico najlepsza, Królowo ognisk rodzinnych…
    Dziewico najczystsza, Królowo dziecięcych dusz…
    Najwierniejsza Dziewico, Królowo osób konsekrowanych…
    Znaku zbawienia, Królowo naszej Ojczyzny…
    Królowo pokoju…
    Królowo wszystkich narodów…

    Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź umiłowana,
    błogosławiona,
    wywyższona
    i władaj całym wszechświatem,
    tak na ziemi, jak i w niebie!

    Módlmy się. Wszechmogący wieczny Boże, Ty zabrałeś Maryję, Matkę Twojego Syna i naszą Matkę, do chwały nieba z Jej duszą i ciałem, i ukoronowałeś Ją jako niepokalaną Królową nieba i ziemi, spraw, aby wszyscy ludzie mogli rozpoznać Ją na Jej właściwym miejscu i sprawić, by zatriumfowała i królowała we wszystkich sercach i życiach. Amen.

    źródło: Stacja7, en.wikipedia.org, maryjni.pl

    ***


    Pontyfikat pod płaszczem Maryi. Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa.

    Pontyfikat pod płaszczem Maryi. Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa

    Papież podczas modlitwy przy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe (fot. @Vatican Media)

    ***

    Pierwszą podróż jako nowo wybrany papież Leon XIV odbył już dwa dni po wyborze – do sanktuarium maryjnego w Genazzano, gdzie zawierzył swój pontyfikat Maryi Matce Dobrej Rady. W pierwszym roku swego pontyfikatu Leon XIV wielokrotnie zawierzał Maryi trudne sprawy. Był w ukochanym przez Jana Pawła sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na górze Mentorella, polecał sprawy pokoju na świecie podczas czuwań różańcowych. O samym różańcu mówił, że jak na krośnie tworzy tkaninę pokoju.

    Pierwsza wizyta – u Matki Bożej w Genazzano

    – Bardzo pragnąłem przybyć tutaj w tych pierwszych dniach nowej posługi, którą powierzył mi Kościół, aby kontynuować tę misję jako następca Piotra – tak powiedział Leon XIV, kiedy dwa dni po swoim wyborze, 10 maja 2025 roku, przybył do sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady w Genazzano, będące pod opieką augustianów. 

    Przypominając wizytę do tego samego sanktuarium, którą odbył po wyborze na przeora generalnego Zakonu Świętego Augustyna, oraz decyzję o „ofiarowaniu życia Kościołowi”, papież podkreślił swoją „ufność w Matkę Dobrej Rady”, towarzyszkę „światła i mądrości”.

    Do Matki Bożej Łaskawej

    Kolejnym miejscem związanym z nabożeństwem maryjnym, jakie odwiedził Leon XIV było położone na górze Mentorelli sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, którym się opiekują polscy Zmartwychwstańcy. 19 sierpnia 2025 roku, na zakończenie swoich letnich wakacji papież przybył tu, by modlić się do Maryi. 

    Celem wizyty Leona XIV na zakończenie wakacji było oddanie się pod opiekę Matki Bożej Łaskawej.

    – Gdy papież wszedł do kościoła – opowiadał kustosz sanktuarium o. Adam Dźwigoń – u stóp Madonny zapalił świecę, wyrażając szczególną prośbę o pokój na świecie.

    Ksiądz Adam relacjonował, że Leon podzielił także obiad z zakonnikami. – Było to bardzo wzruszające spotkanie, a zarazem pełne prostoty, ducha ojcostwa i braterstwa między ojcem świętym a nami, którzy tu jesteśmy stróżami tego miejsca – podsumował kustosz.

    Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa

    Dla Leona XIV Maryja jest Tą, która wskazuje na Jezusa i zachęca do wsłuchania się w słowa Zbawiciela.

    „Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” – te słowa Maryi z Kany Galilejskiej Podczas czuwania modlitewnego w intencji pokoju, 11 października 2025 roku, przy figurze Matki Bożej z Fatimy Papież mówił, że te słowa są ostatnimi, jakie zapisała Ewangelia, są zatem jakby testamentem matki dla jej dzieci. 

    – Cokolwiek wam powie. Jest pewna, że Syn przemówi, że Jego Słowo nie jest skończone, że nadal stwarza, rodzi, działa, napełnia świat wiosną, a stągwie weselne winem. Maryja, niczym drogowskaz, kieruje poza siebie, pokazuje, że punktem docelowym jest Pan Jezus i Jego Słowo, centrum, do którego wszystko zmierza, oś, wokół której obracają się czas i wieczność – wskazywał Leon XIV.

    I zachęcał za Maryją: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie: całą Ewangelię, słowo wymagające, pocieszającą czułość, upomnienie i uścisk. To, co rozumiesz, a także to, czego nie rozumiesz. Maryja zachęca nas, abyśmy byli jak prorocy: abyśmy nie pozwolili, żeby choć jedno z Jego słów się zmarnowało.

    8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Leon XIV modlił się pod kolumną Niepokalanej przy Placu Hiszpańskim w Rzymie: 

    „Jesteś Matką rodzącego się Kościoła”

    „Spójrz, o Maryjo, na tak wielu synów i córki, w których nie zgasła nadzieja:

    niech w nich wzrośnie to, co zasiał Twój Syn,

    On – Żywe Słowo, które w każdym z nas pragnie dalej wzrastać,

    przyjąć ciało, oblicze i głos.

    Niech jubileuszowa nadzieja rozkwita w Rzymie i w każdym zakątku ziemi,

    nadzieja na nowy świat, który Bóg przygotowuje

    i którego Ty, Panno, jesteś jak klejnot i jutrzenka.

    Po świętych drzwiach niech otworzą się teraz inne drzwi

    domów i oaz pokoju, w których niech odrodzi się godność,

    niech wychowuje się do niestosowania przemocy, niech uczy się sztuki pojednania.

    Niech przyjdzie królestwo Boże,

    nowość, na którą tak bardzo liczyłaś i na którą całkowicie się otworzyłaś,

    jako dziewczynka, jako młoda niewiasta i jako Matka rodzącego się Kościoła.”

    Szczególnie przejmującą modlitwę do Maryi wypowiedział papież cztery dni później w homilii podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra we wspomnienie Najświętszej Marii Panny z Gadalupe. Przy wizerunku Maryi czczonej w całej Ameryce Południowej wołał, nawiązując do słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Syrakuzach w 1994 roku: – Matko „Boga prawdziwego, dla którego się żyje”, przyjdź z pomocą Następcy Piotra, aby był umocnieniem w jedynej drodze, prowadzącej do błogosławionego Owocu Twojego łona tych wszystkich, którzy zostali mi powierzeni. Przypomnij temu swojemu synowi, „któremu Chrystus powierzył klucze królestwa niebieskiego dla dobra wszystkich”, że klucze te mają służyć „misji wiązania i rozwiązywania, dla odkupienia wszelkiej ludzkiej nędzy”. I spraw, abyśmy ufając Twojej opiece, postępowali coraz bardziej zjednoczeni z Jezusem i między sobą, ku wiecznej ojczyźnie, którą On nam przygotował i w której Ty na nas czekasz. Amen.”

    Różaniec, tkanina życia i pokoju

    Leon XIV wielokrotnie zachęca do modlitwy do Maryi, zwłaszcza w intencji pokoju. Czyni to podczas audiencji generalnych, czy w czasie pozdrowień po modlitwie Anioł Pański w niedziele. 

    11 kwietnia 2026 r. zaprosił wiernych na całym świecie do włączenia się razem z nim w modlitewne czuwanie w intencji pokoju, któremu przewodniczył w Bazylice św. Piotra. Tak mówił wtedy o tej maryjnej modlitwie: „Różaniec – podobnie jak inne prastare formy modlitwy – zjednoczył nas dziś wieczorem swoim równym rytmem, opartym na powtarzaniu: w taki właśnie sposób pokój toruje sobie drogę – słowo po słowie, gest po geście; jak skałę drąży kropla po kropli, jak na krośnie stopniowo powstaje tkanina. Są to długie okresy życia, znak cierpliwości Boga.”

    Jak mówił papież, to właśnie modlitwa, także różańcowa stanowi potężną siłę przeciwko złu.

    „Modlitwa wychowuje nas do działania. Ograniczone ludzkie możliwości łączą się w modlitwie z nieskończonymi możliwościami Boga. Wówczas myśli, słowa i czyny kruszą demoniczny łańcuch zła i oddają się na służbę Królestwu Bożemu.”

    To także dlatego swoją pierwszą rocznicę na tronie Piotrowym Papież zapragnął spędzić w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, gdzie odmówi suplikę pompejańską do Matki Bożej.

    Modlitwa różańcowa kropla po kropli drąży skałę, w ten sposób pokój toruje sobie drogę – wskazał Leon XIV podczas czuwania w intencji pokoju .

    Wojciech Rogacin/Vatican News/dm

    ***

    Cudowne uratowanie życia i nawrócenie… pilota! Niezwykła historia Apelu Jasnogórskiego

    fot. Wenhao Ryan,Unsplash/ jasnagora.pl

    ***

    Apel Jasnogórski jest wieczorną modlitwą kierowaną do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła. Można go przeżywać indywidualnie, w rodzinie lub w większej wspólnocie. Apel sprawowany jest szczególnie uroczyście – jako odrębne nabożeństwo maryjne – na Jasnej Górze, codziennie o godzinie 21.00. Piękna jest jego geneza.

    „Zniż lot, ląduj!”

    Kapitan Władysław Polesiński, pilot, podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „Zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie, a po tym, jak wysiadł – samolot eksplodował. Było to o godzinie 21.00.

    Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie to się stało. Okazało się, że właśnie tego dnia o godzinie 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.

    Kapitan Władysław Polesiński – wcześniej skłócony z Panem Bogiem – nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godzinie 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. W tej historii upatruje się genezy Apelu Jasnogórskiego.

    „Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”

    Ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył tę praktykę w Warszawie wśród młodzieży akademickiej na tajnych kompletach i w sodalicjach mariańskich podczas okupacji. O godzinie 21.00 młodzież modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej i odmawiała akt zawierzenia. To ks. Cieślak ułożył słowa: „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.

    W tym samym czasie o. Polikarp Sawicki, paulin, gromadził różne grupy akademickie, najczęściej członków sodalicji mariańskiej, na wieczorną modlitwę przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej.

    Po II Wojnie Światowej Apel pojawił się na Jasnej Górze. Kiedy kard. Wyszyński przebywał w więzieniu, w roku 1953, 8 grudnia, jeden z ojców paulinów – o. Polikarp Sawicki – zapoczątkował odmawianie Apelu codziennie o 21.00 w intencji uwolnienia prymasa Wyszyńskiego. Kiedy po trzech latach komuniści wreszcie go uwolnili, on sam pokochał tę modlitwę. Kiedy tylko mógł, osobiście prowadził ją na Jasnej Górze. Potem pokochał Apel krakowski kardynał, Karol Wojtyła.

    Wyznanie miłości

    Ta tradycja trwa do dzisiaj. Każdego wieczoru o 21.00 w kaplicy Cudownego Obrazu wierni gromadzą się na Apelu, zaczynając go od śpiewu “Bogurodzicy”. Następnie śpiewany jest trzykrotnie Apel oraz prowadzona jest modlitwa różańcowa. Na koniec udziela się modlącym błogosławieństwa.

    Apel transmitowany jest drogą internetową, radiową i telewizyjną. Dzięki temu codziennie może w nim uczestniczyć duchowo każdy chętny. Apel został też przełożony na sześć języków. Tekst łaciński apelu przygotował Marian Plezia i brzmi następująco: Maria, Regina mundi, Maria, Mater Ecclesiae, Tibi assumus. Tui memores. Vigilamus!

    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Jasną Górę w 1983 r., ukazał szczególnie polskiej młodzieży, że apel jest programem i wezwaniem skierowanym do każdego Polaka i Polki. Podkreślił on również, jak bogate treści ewangeliczne mieszczą się w tych zwięzłych słowach: Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!

    “Słowa: Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam są wyznaniem miłości, którą pragniemy odpowiedzieć na miłość, jaką jesteśmy odwiecznie miłowani. Są one zarazem wewnętrznym programem miłości. Miłować – to znaczy: być przy Osobie, którą się miłuje i nosić Ją w sercu. Czuwać – to znaczy być człowiekiem sumienia i czuć się odpowiedzialnym za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska”


    informacje z cyklu „Jasna Góra z bliska” powstały w oparciu o materiały od jasnogórskich paulinów, wydane przez nich książki oraz informacje zawarte na stronie www.jasnagora.pl

    Stacja7.pl/ artykuł opublikowany 21 lipca 2017 roku.

    ***

    Socjolog: figura Matki Bożej z Konotopia przebija bańki medialne i skłania do refleksji

    21 sierpnia 2026

    Figura Matki Bożej Miłosiernej w Konotopie, fot. Marzena Nykiel/Radio Maryja

    ***

    Monumentalna figura Matki Bożej z Konotopia jest próbą zaakcentowania miejsca religii w przestrzeni publicznej – powiedział PAP dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego dr hab. Marcin Jewdokimow. Dodał, że statua swoim rozmiarem przebija bańki medialne i skłania do refleksji.

    Pomnik Matki Bożej Miłosiernej o wysokości 55,6 m został 15 sierpnia poświęcony w Konotopiu (woj. kujawsko-pomorskie) przez ordynariusza diecezji włocławskiej bp. Krzysztofa Wętkowskiego. Monument stanął na polu przy drodze krajowej nr 10, na trasie między Szczecinem a Warszawą. Jego inicjatorami i fundatorami są Grażyna i Roman Karkosikowie, którzy ofiarowali go jako „osobiste wotum wdzięczności za powrót do zdrowia i życia”.

    Dr Jewdokimow przypomniał, że w okolicy pomnika kult Matki Bożej obecny jest od dawna. Od 1855 r. znajduje się tam figura Matki Boskiej Bolesnej, która od lat była celem pielgrzymek wiernych z okolicznych parafii. W 1948 r. stanęła tam murowana kaplica.

    – Możemy więc powiedzieć, że kult Matki Bożej w tym miejscu rozwija się od dawna – od małej figurki, poprzez kaplicę, aż do monumentalnej figury Matki Bożej Miłosiernej – zaznaczył.

    Według socjologa pomimo faktu, że fundatorami i pomysłodawcami budowy są osoby prywatne, to sama obecność figury w tym miejscu ma wymiar społeczny.

    – Niestety, nie rozmawiałem osobiście z państwem Karkosikami, jednak z ich wypowiedzi medialnych wynika, że ich intencją było dziękczynienie Matce Bożej za doznane łaski, konkretnie za powrót do zdrowia. Mimo tego nie jest to oczywiście działanie wyłącznie prywatne, ale fakt społeczny. W tym sensie, że odnosi się do kwestii obecności religii w przestrzeni publicznej, do pamięci i tożsamości zbiorowej i związana jest z procesami sekularyzacyjnymi, które mają miejsce w Europie i w Polsce – ocenił.

    Zdaniem dr. Jewdokimowa tym, co odróżnia figurę z Konotopia od licznie obecnych w Polsce przedstawień Maryi jest rozmiar pomnika. – Nasuwa się pytanie: dlaczego twórca zdecydował się na budowę figury tak monumentalnej? – pytał.

    W ocenie rozmówcy PAP odpowiedzi na to pytanie należy szukać m.in. w wypowiedzi autora figury Matki Bożej Miłosiernej, rzeźbiarza Adama Matejkowskiego. W jednym z wywiadów twórca wyjaśnił, że figurę rzeźbił z myślą o ludziach młodych, ponieważ „starsi znają drogę do kościoła”. Według Matejkowskiego młodzi są dzisiaj „pogubieni”, „oddają wolną wolę za gadżety, a „Matka Boska ma być zatrzymaniem”.

    – W interpretacji socjologicznej możemy więc myśleć o tej figurze jako o materialnej reakcji na sekularyzację. Monumentalizacja religii jest odpowiedzią na słabnącą oczywistość religii w przestrzeni publicznej i społecznej oraz w świadomości zbiorowej. Uważam, że jest to również próba wpłynięcia na postawy religijne w skali ogólnopolskiej – ocenił.

    Dr Jewdokimow przypomniał, że przedstawień Matki Bożej lub Jezusa Chrystusa podobnych rozmiarów jest więcej. W Polsce znajduje się jeszcze pomnik Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, a najsłynniejszą tego typu figurą na świecie jest pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro.

    Każdy monument ma inną historię: pomnik Matki Bożej z Konotopia został sfinansowany z pieniędzy prywatnych. Monument z Rio powstał w latach 1922–1931 z inicjatywy Kościoła i brazylijskiej społeczności. Został sfinansowany z ogólnokrajowej zbiórki, a jego wzniesienie związane było z obchodami setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Brazylię.

    Inicjatorem budowy pomnika Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, który wyglądem nawiązuje do figury z Rio, był proboszcz parafii i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie ks. Sylwester Zawadzki. Koszty budowy zostały pokryte z dobrowolnych datków parafian, lokalnych przedsiębiorców i polonii amerykańskiej.

    Zdaniem dyrektora ISKK wszystkie te figury, które powstały w innym czasie i z inicjatywy innych osób, łączy dążenie do mocnego zaakcentowania znaczenia i obecności religii w przestrzeni publicznej.

    – W krajach, w których religia jest czymś oczywistym, nie ma potrzeby, by w takiej skali uwidaczniać ją w przestrzeni publicznej. Natomiast kiedy status religii zaczyna być negocjowany czy nawet podważany przez niektórych, wtedy silny fakt społeczny, jakim jest ogromna figura Matki Boskiej, może być głośną wypowiedzią twórców na temat tego, że religia ma dla nich fundamentalne znaczenie – ocenił.

    Zauważył, że pomimo faktu, iż budowa figury była inicjatywą prywatną, to jednak jej powstanie wywołało w internecie burzliwą dyskusję. Zdaniem socjologa podziały pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami monumentu z Konotopia pokrywają się ze światopoglądem internautów. Najczęściej pomnik krytykowały osoby mające negatywny stosunek do religii w ogóle, a osoby religijne broniły jego powstania.

    Dodał, że w perspektywie socjologicznej pomniki są nie tylko wyrazicielami pewnych idei. Ich zadaniem jest również kształtowanie postaw w dłuższej perspektywie.

    – Podobnie jak pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro czy Chrystusa Króla w Świebodzinie, pomnik Matki Bożej Miłosiernej w Konotopiu będzie wpływał na dyskurs i praktyki religijnew Polsce, właśnie ze względu na jego rozmiar. Moje osobiste zdanie jest takie, że to będzie oddziaływanie pozytywne – zastrzegł.

    Według dr Jewdokimowa obecnie wielu ludzi żyje w bańkach informacyjnych, w których treści religijne przebijają się słabo albo wcale.

    – W przypadku pomnika Matki Bożej z Konotopia mamy do czynienia z obiektem, który swoją skalą przebija bańki medialne i staje się dostrzegalny także dla osób, do których treści religijne w ogóle nie docierają. To może pobudzić do refleksji i pozwolić zastanowić się nad swoją religijnością tych ludzi, którzy nie robili tego od dłuższego czasu, albo nawet nigdy wcześniej – stwierdził.

    PCh24.pl/źródło: PAP / Iwona Żurek

    ***

    Filip Obara:

    Komu przeszkadza pomnik Matki Bożej w Konotopiu?

    18 sierpnia 2026

    Zrzut ekranu 2026-08-17 o 15.24.13.png
    Pomnik Matki Bożej w Konotopiu / fot. PCh24 TV

    ***

    Na nagłówki wszystkich mediów głównego nurtu trafiła sprawa pomnika Matki Bożej w Konotopiu. Spośród Polaków powstały zastępy bojowników o sprawiedliwość, którzy wiedzą lepiej, jak bliźni powinien wydawać swoje pieniądze. Zastanawiam się, czy oburzenie byłoby takie samo, gdyby na przykład szewc wystawił pomnik nożyczek albo jakiś Janusz Palikot zechciał podobnej wielkości monumentem zakpić z postaci religijnych…

    Gdyby w szczerym konotopskim polu stanęły nożyczki, napisałaby o tym lokalna prasa i co najwyżej jakiś tabloid. Gdyby jakiś znany antyklerykał zakpił monumentalnie z wiary, zapewne odezwałyby się głosy, że wy, katole, nie macie dystansu, a ten oto bohatersko kontestuje zastane, fasadowe wzorce. Pech chciał, że na działce Romana Karkosika w Konotopiach stanęła ogromna figura Najświętszej Matki Zbawiciela jako wotum dziękczynne za wyjście z ciężkiej choroby. Tego uśmiechnięci, wiecznie aspirujący do mitycznego Zachodu, Polacy nie mogli puścić płazem.

    Odpalono dyżurny w takich przypadkach argument, że po co wydawać na pomnik, jeżeli można dać na chore dzieci. Takie nagłówki i infografiki dotarły do wszystkich zakątków polskiego internetu. W komentarzach objawiły się tabuny Polaków, którzy wiedzą najlepiej, jak burżuj ma wydawać swoje pieniądze.

    Co ciekawe, jest to dyżurny argument nie tylko w Polsce. Swego czasu głośno było o niejakim Milo Yiannopoulosie, Amerykaninie greckiego pochodzenia, który z sukcesem wyleczył się z homoseksualnych skłonności, a na znak wyrwania się z tego duchowego i cielesnego zniewolenia wrzucił swój bajońsko drogi pierścionek „zaręczynowy” do morza. O, jaki jazgot się podniósł – że mógł oddać potrzebującym, a on wolał zaświecić całemu światu przed oczami swoim „homofobicznym” gestem.

    Przypomina mi się przy tej okazji inny post, który podpowiedział mi kiedyś Facebook. Dotyczył pomnika w Czechach, przedstawiającego Chrystusa, który zszedł z krzyża, by usiąść na jednym z jego ramion i… popijać wino. Choć Syn Boży pił wino i dzielił się nim z innymi, to jednak w odniesieniu do symboliki Męki Krzyżowej, takie przedstawienie było co najmniej nie na miejscu. Dziś mówi się o tym używając enigmatycznego terminu „obraza uczuć religijnych”. Ale co tam uczucia religijne, przecież mamy wolność artystyczną, a naczelnym celem sztuki jest przełamywanie konwenansów – tak mniej więcej brzmiała spora część komentarzy wstukiwanych po polsku…

    Nie jest moją intencją bronić pana Romana Karkosika, gdyż nie mam pojęcia kto zacz i niezbyt mnie to interesuje. Bardziej godna uwagi wydaje mi się reakcja części rodaków, dla których budowa pomnika stała się okazją do rytualnego wylewu bezinteresownej zawiści.

    Jest w tej nagonce coś bolszewickiego. Jeden z komentujących na Facebooku postanowił wyjawić „całą prawdę” na temat pana Karkosika, wskazując na jego domniemane „winy”, takie jak omijanie podatków przez zakładanie fundacji czy zatrudnianie ludzi na czarno. Autor komentarza, jak widać, dobrze przyswoił dogmaty socjalistycznego etatyzmu. Wszak jest rzeczą „patriotyczną” oddawać połowę obrotu państwu, które zajmuje się wszystkim oprócz zabezpieczenia naszego dobra wspólnego, podobnie jak zbrodnią jest zatrudniać Polaków z pominięciem przymusowych „składek” na ZUS i innych haraczy.

    Nie wiem, czy jest to prawda, ale towarzyszowi, który wysmarował ten „demaskatorski” komentarz, przypominam, że gdyby nie przedsiębiorcy, którzy mają odwagę żyć normalnie w systemie biurokratycznej opresji, to nie wiadomo, czy z tego państwa byłoby jeszcze co zbierać.

    Ale załóżmy, że mówią prawdę ludzie, którzy twierdzą, iż „stary komuch” pan Karkosik cieszy się złą sławą w swoim mieście, ponieważ krzywdził pracowników. W takim wypadku, albo mamy do czynienia z nawróceniem (i jest sprawą sumienia penitenta, żeby wynagrodzić swoje winy) albo… tak czy inaczej nic to nie zmienia, bo w dalszym ciągu mamy do czynienia z prywatnym człowiekiem, który za prywatne pieniądze postawił na prywatnej działce pomnik, który nie reprezentuje zła. I nikomu nic do tego.

    Inna sprawa, że krytyka pojawia się również w kręgach katolickich. Pomijam fakt takiej a nie innej estetyki pomnika, bo akurat o niej można by dyskutować. Ale pragnę zauważyć, że sytuacja ta wypisz wymaluj przypomina sceny z trzech Ewangelii, w których Chrystus Pan jest namaszczany przez niewiasty (u dwóch ewangelistów jest to przypadkowa kobieta, u trzeciego – publiczna grzesznica).

    Czemu uprzykrzacie się tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie – mówi Pan do uczniów i innych osób, które oburzyły się widząc, jak niewiasta wylewa drogi olej na głowę Mesjasza. Już tam pojawił się – i to dosłownie – argument, że olejek należało sprzedać, a pieniądze rozdać potrzebującym (Mateusz XXVI, 6 i Marek XIV, 3).

    Tymczasem właśnie o tej niewieście mówi Pan: Gdziekolwiek opowiadana będzie Ewangelia ta po wszystkim świecie, i co ta uczyniła, powiadać będą na pamiątkę jej. I dodaje św. Chryzostom w swoim komentarzu: Kto więc jest tak nieszczęsny, by sprzeciwiać się tak wielkiej prawdzie? Bo oto, co On powiedział, spełniło się i gdziekolwiek się udasz, zobaczysz ją sławioną.

    W przypadku jawnogrzesznicy (Łukasz VII, 36) Chrystus idzie jeszcze dalej. Łamie konwenans ku oburzeniu faryzeuszy. Tam nie chodziło już tylko o pieniądze wydane na olejek, ale o niegodność ofiarowującej go. Tamta scena zamyka dyskusję. Syn Boży uznaje za godne i sprawiedliwe wylanie drogocennego kosmetyku nie tylko przez zamożniejszą niewiastę, ale i przez tę, która pokutowała za znane wszystkim grzechy.

    Zresztą, spójrzmy z pespektywy wieczności, do której pan Karkosik ma już bliżej niż dalej. Co zostanie po bogaczu. Majątek? Z niego będą korzystały dzieci i wnuki, przy założeniu, że prawdziwą korzyść wyniosą tylko wtedy, gdy pomyślności finansowej będzie towarzyszyła cnota. Co jeszcze? Wdzięczność ludzi, którym pomógł budowniczy pomnika? Tak, ale w tym wypadku obowiązuje zasada: niechaj nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni. I tu dochodzimy do kwestii non omnis moriar, która ma przecież prawo zrodzić się w głowie bogacza wiedzącego, że majątku do grobu nie zabierze.

    Sytuacja ta pokazuje wyrugowanie nadprzyrodzoności ze sfery publicznej, co było postulatem masonerii w XIX wieku, a stało się powszechną rzeczywistością w naszych czasach. Skoro w Hucisku może stać ogromne krzesło upamiętniające Tadeusza Kantora, to dlaczego w Konotopiu nie miałby stać pomnik oddający cześć Maryi z Nazaretu? Może dlatego, że ten drugi pomnik przypomina, że może jednak jest „coś więcej” – a może nawet Ktoś, kto stawia nam wymogi moralne i nie jest entuzjastą dowolnego stylu życia?

    Czemu się uprzykrzacie temu człowiekowi? Wypada zapytać. Tym bardziej, że jest to ten rodzaj celnego przytyku, w którym Boski Autor nie unosił się gniewem (to robił przy innych, poważniejszych okazjach), ale wskazywał na małoduszność osób, których szemrania w ten sposób ucinał. Czemu uprzykrzacie się temu człowiekowi, jak muchy latające koło ucha, zamiast zająć się własnymi sprawami?

    Filip Obara/PCh24.pl

    ***

    17 sierpnia 2026

    „W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój”. Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu

    fot. Flickr Krakow2016,Eric Draper,whitehouse.gov/Wikipedia

    ***

    17 sierpnia 2002 roku, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II przybył do Łagiewnik, gdzie poświęcił Bazylikę Bożego Miłosierdzia i zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu.

    17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował nową świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia!

    Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat – mówił Jan Paweł II w homilii i apelował: Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!

    To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia! – mówił.

    Treść Aktu Zawierzenia Świata Bożemu Miłosierdziu

    Boże, Ojcze miłosierny,
    który objawiłeś swoją miłość
    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,
    Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi,
    ulecz naszą słabość,
    przezwycięż wszelkie zło,
    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
    doświadczyć Twojego miłosierdzia,
    aby w Tobie, trójjedyny Boże,
    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze przedwieczny,
    dla bolesnej męki
    i zmartwychwstania Twojego Syna,
    miej miłosierdzie dla nas
    i całego świata!

    KAI,zś/Stacja7

    ***

    fot. M. Mazur/Flickr episkopat.pl

    ***

    Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?

    Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego? Na to pytanie odpowiedzi szukają wszyscy Ci, którzy rozpoczynają swoją przygodę z poznawaniem Bożego Miłosierdzia. Nie da się ukryć, że ta modlitwa jest kluczem i sednem do zrozumienia sensu Bożej Miłości.

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.


    Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?

    odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek


    Na początku

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.


    Na dużych paciorkach (1 raz)
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.


    Na małych paciorkach (10 razy)
    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.


    Na zakończenie (3 razy)
    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    ***

    . fot. domena publiczna, wikipedia,org/ Freepik / Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego

    ***

    Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia, których należy unikać

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. Wskazał On konkretne słowa, jakie należy odmawiać podczas tej modlitwy.

    Koronkę do Bożego Miłosierdzia można odmawiać indywidualnie i we wspólnocie. Zdarza się, że w tekście formuły tej modlitwy popełniamy błędy – sprawdź, czego unikać.

    Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?

    Zanim wskażemy częste błędy w formułach modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia, przypomnijmy ich prawidłowe brzmienie. Są to słowa, które Jezus przekazał św. siostrze Faustynie (por. Dz. 476). Taka formuła modlitwy jest przeznaczona do  indywidualnego i wspólnotowego jej odmawiania.

    Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiamy na różańcu. Na początku modlitwy odmawiamy trzy modlitwy: Ojcze nasz… , Zdrowaś Maryjo…, Wierzę w Boga. Następnie kolejno, na dużych paciorkach, jeden raz odmawiamy modlitwę w formule:

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy) odmawiamy formułę:

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie całej modlitwy, 3 razy odmawiamy formułę:

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia

    1. Przekształcanie liczby mnogiej na pojedynczą

    Niedopuszczalna jest zamiana formuły „nasze grzechy” na: „moje grzechy”; „miej miłosierdzie dla nas” na: „miej miłosierdzie dla mnie” itd.

    Ktokolwiek zmieniłby w recytacji indywidualnej liczbę mnogą na pojedynczą działałby wbrew woli Jezusa – pisze ks. prof. Ignacy Różycki – i to, co recytowałby, nie byłoby już Koronką do Miłosierdzia.

    Kim są „my” w tej formule modlitwy? „My” oznacza recytującego i wszystkich tych, za których się on specjalnie modli, podczas gdy „cały świat”, to są wszyscy inni, żyjący i zmarli. W ten sposób Jezus domagając się, aby recytujący Koronkę błagał o litość „dla nas” – a nie „dla  mnie” – zwalcza egoizm w modlitwie i czyni z Koronki do Miłosierdzia akt ofiarnej miłości – wyjaśnia ks. prof. Ignacy Różycki.

    2. Wprowadzanie zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich usuwanie

    W treści Koronki do Miłosierdzia Bożego nie tylko nie można zmieniać liczby, ale także wprowadzać żadnych zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich ujmowanie.

    Najczęstsze błędy to:

    • dodawanie różnych słów lub zdań, np.: miej miłosierdzie dla nas, dla Ojca Świętego, dla… i całego świata lub: dla Jego bolesnej męki, dla siedmiu boleści Matki Bożej, miej miłosierdzie… 
    • dodawanie modlitwy Chwała Ojcu i Synowi… wstawione po: Wierzę w Boga. 
    • opuszczanie słów np. w zakończeniu nie odmawia się słów: … i nad całym światem, poprzestając na formule wyjętej z Suplikacji. Wszelkie zmiany, „dodatki” lub ujmowanie słów z treści Koronki do Miłosierdzia Bożego sprawiają zmianę znaczenia i w efekcie odmawiamy już inną modlitwę, nie tę, którą podyktował Pan Jezus.

    3. Dodawanie rozważań pomiędzy poszczególne dziesiątki

    Koronki do Bożego Miłosierdzia nie powinno się odmawiać na wzór różańca i poszczególne dziesiątki rozdzielać rozważaniami, intencjami czy jakimikolwiek tekstami.

    Intencje czy teksty do rozmyślań powinny być podane na początku, przed tekstem Koronki, aby ona odmówiona była w całości w takiej formie, jak ją podał Pan Jezus.

    Uwaga! Jedyna dopuszczalna zmiana w tekście Koronki do Bożego Miłosierdzia

    W formule Koronki do Miłosierdzia Bożego dopuszczalne jest tylko przestawienie słów: świata całego na: całego świata, ponieważ ono nie wprowadza żadnej zmiany merytorycznej, a bardziej właściwe jest dla składni języka polskiego.

    Taki tekst Koronki ma imprimatur Kościoła.

    źródło: faustyna.pl

    ***

    Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego | Fot. Wikipedia

    ***

    Obietnice, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia

    Koronka do Bożego Miłosierdzia to modlitwa, jaką Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. W “Dzienniczku” zapisała ona obietnice, jakie Jezus złożył wszystkim odmawiającym tę modlitwę.

    W „Dzienniczku”, w którym św. s. Faustyna zapisywała słowa Jezusa, znajdziemy treść obietnic, jakie Jezus złożył wszystkim modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia.

    O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do Siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320).

    14 obietnic, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Miłosierdzia Bożego:

    1. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały.

    (Dz 48)


    2. Te dwa promienie oznaczają krew i wodę. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz…

    Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje zostało włócznią otwarte na krzyżu.

    Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca Mojego. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga.

    (Dz 299)


    3. Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci.

    (Dz 687)


    4. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu.

    (Dz 687)


    5. Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat.

    (Dz 699)


    6. Dusze, które odmawiać będą tę koronkę, miłosierdzie Moje ogarnie je w życiu, a szczególnie w śmierci godzinie.

    (Dz 754)


    7. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia Mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im Sędzią, ale miłosier(21)nym Zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia Mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość.

    (Dz 1075)


    8. Utrata każdej duszy pogrąża Mnie w śmiertelnym smutku. Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się (36) modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa za nawrócenie dusz grzesznych; wiedz, córko Moja, że ta modlitwa zawsze jest wysłuchana.

    (Dz 1397)


    9. Większe jest miłosierdzie Moje aniżeli nędze twoje i świata całego. Kto zmierzył dobroć Moją? Dla ciebie zstąpiłem z nieba na ziemię, dla ciebie pozwoliłem przybić się do krzyża, dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią najświętsze serce swoje i otworzyłem ci źródło miłosierdzia; przychodź i czerp łaski z tego źródła naczyniem ufności. Uniżonego serca nigdy nie odrzucę, nędza twoja utonęła w przepaści miłosierdzia Mojego. Czemuż byś miała przeprowadzać ze Mną [spór] o nędzę twoją. Zrób Mi przyjemność, że Mi oddasz wszystkie swe biedy i całą nędzę, a Ja cię napełnię skarbami łask.

    (Dz 1485)


    10. Córko Moja, nie ustawaj w głoszeniu miłosierdzia Mojego, ochłodzisz przez to serce Moje, które pała płomieniem litości dla grzeszników. Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu Moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim. Kapłanom, którzy głosić będą i wysławiać miłosierdzie Moje, dam im moc przedziwną i namaszczę ich słowa, i poruszę serca, do których przemawiać będą.

    (Dz 1521)


    11. Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą Moją.

    (Dz 1731)


    12. Zatwardziali grzesznicy, gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina śmierci ich będzie szczęśliwa.

    (Dz 1541)


    13. Żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci Mojej. Napisz: Gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny.

    (Dz 1541)


    14. O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w Mój śmiertelny smutek. W tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę Moją…

    (Dz 1320)

    ***

    fot. Magnolia/Cathopic

    ***

    Litania do Miłosierdzia Bożego

    “Pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem”.

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.

    Miłosierdzie Boże, nieogarniony przymiocie Stwórcy, Ufam Tobie
    Miłosierdzie Boże, najwyższa doskonałości Odkupiciela,
    Miłosierdzie Boże, niezgłębiona miłości Uświęciciela,
    Miłosierdzie Boże, niepojęta tajemnico Trójcy Świętej,
    Miłosierdzie Boże, wyrazie największej potęgi Pana,
    Miłosierdzie Boże, w stworzeniu duchów niebieskich,
    Miłosierdzie Boże, powołujące nas z nicości do istnienia,
    Miłosierdzie Boże, ogarniające wszechświat cały,
    Miłosierdzie Boże, darzące nas życiem nieśmiertelnym,
    Miłosierdzie Boże, chroniące nas przed zasłużonymi karami,
    Miłosierdzie Boże, dźwigające nas z nędzy grzechu,
    Miłosierdzie Boże, usprawiedliwiające nas w Słowie wcielonym,
    Miłosierdzie Boże, wypływające z ran Chrystusowych,
    Miłosierdzie Boże, tryskające z Najświętszego Serca Jezusowego,
    Miłosierdzie Boże, dające nam Najświętszą Maryję Pannę za Matkę Miłosierdzia,
    Miłosierdzie Boże, w objawieniu tajemnic Bożych,
    Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu Kościoła powszechnego,
    Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu sakramentów świętych,
    Miłosierdzie Boże, przede wszystkim w sakramencie chrztu i pokuty,
    Miłosierdzie Boże, w sakramencie ołtarza i kapłaństwa,
    Miłosierdzie Boże, w powołaniu nas do wiary świętej,
    Miłosierdzie Boże, w nawracaniu grzeszników,
    Miłosierdzie Boże, w uświęcaniu sprawiedliwych,
    Miłosierdzie Boże, w udoskonalaniu świątobliwych,
    Miłosierdzie Boże, pociecho dla chorych i cierpiących,
    Miłosierdzie Boże, ukojenie serc udręczonych,
    Miłosierdzie Boże, nadziejo dusz zrozpaczonych,
    Miłosierdzie Boże, towarzyszące wszystkim ludziom zawsze i wszędzie,
    Miłosierdzie Boże, uprzedzające nas łaskami,
    Miłosierdzie Boże, pokoju konających,
    Miłosierdzie Boże, rozkoszy niebiańska zbawionych,
    Miłosierdzie Boże, ochłodo i ulgo dusz czyśćcowych,
    Miłosierdzie Boże, korono wszystkich świętych,
    Miłosierdzie Boże, niewyczerpane źródło cudów.

    Baranku Boży, któryś okazał największe miłosierdzie w odkupieniu świata na krzyżu – przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który się miłosiernie ofiarujesz za nas w każdej Mszy świętej – wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który z nieprzebranego miłosierdzia gładzisz grzechy nasze – zmiłuj się nad nami.

    K. Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego.
    W. Przeto miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę (Ps 144,9; Ps 88,2).

    Módlmy się: Boże, którego miłosierdzie jest niezgłębione, a skarby litości nieprzebrane, wejrzyj na nas łaskawie i pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Króla miłosierdzia, który z Tobą i Duchem Świętym okazuje nam miłosierdzie na wieki wieków. Amen.

    adonai.pl

    ***

    14 sierpnia 2026

    Wigilia Wniebowzięcia Matki Bożej. Dzień postu i przygotowania do chwalebnej uroczystości

    MB-Fatimska-post-popielec.jpg
    PCh24.pl

    ***

    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Kościół tradycyjnie poprzedzał pokutną Wigilią. Post, modlitwa i rozważanie nadchodzącej uroczystości pomagają nam lepiej się do niej przygotować.

    Tradycyjnie obchód największych świąt w ciągu roku Kościół poprzedzał Wigiliami. Wszyscy znamy Wigilię Bożego Narodzenia, a być może słyszeliśmy również o Wigilii Paschalnej przygotowującej do Wielkanocy. Wigilii jest jednak więcej. W taki sposób tradycyjnie przygotowywano się m.in. do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, Wszystkich Świętych (1 listopada), św. Jana Chrzciciela (24 czerwca), śś. Piotra i Pawła (29 czerwca), czy święta św. Wawrzyńca (6 sierpnia). Swoją własną Wigilię posiada również obchodzona 15 sierpnia uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej.

    Wigilie były dniami postu i abstynencji od mięsa. I choć obecnie taki wymóg już nie obowiązuje, to wciąż podjęcie jakiejś praktyki pokutnej jest rzeczą jak najbardziej dobrą, a nawet wskazaną. Poprzez dzień wyciszenia i umartwienia możemy lepiej przygotować się na świętowanie radosnego obchodu Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy.

    Również liturgia Mszy św. w Wigilię tej uroczystości (wciąż obecna w tradycyjnym rycie rzymskim) odprawiana jest w kolorze fioletowym, który symbolizuje pokutę. Nie odmawia się Gloria („Chwała na wysokości”) ani nie ma radosnego Alleluia przed Ewangelią. Pozostałe teksty liturgiczne mówią o Matce Bożej, podkreślając Jej Boże Macierzyństwo i Jej obcowanie w Niebie. Kościół poprzez liturgię zwraca naszą uwagę na to, co mamy świętować już następnego dnia, aby przez rozważanie i modlitwę lepiej się przygotować do święta.

    Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej obecna była w Kościele katolickim już przez dwa tysiące lat, mimo iż oficjalnie jako dogmat ogłosił to dopiero papież Pius XII w roku 1950. Kościół jednak nie odpowiedział na pytanie czy przed Wniebowzięciem Matka Boża umarła czy nie. Wyznawcy prawosławia wierzą iż śmierć Maryi miała miejsce, jednak w ciągu trzech dni Bóg wskrzesił Ją do życia i zabrał – z ciałem i duszą – do Nieba. Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jest to równie możliwe, że Maryja tylko zasnęła; stąd używany zarówno przez katolików jak i prawosławnych termin dormitio (“zaśnięcie”), który nie wskazuje jednoznacznie czy śmierć Maryi nastąpiła czy nie.

    Jednak ciekawą obserwacją jest, że teksty tradycyjnej katolickiej liturgii Wigilii Wniebowzięcia NMP wskazują, że śmierć Maryi mogła mieć miejsce. Udziel, miłosierny Boże, ochrony naszej słabości, abyśmy, którzy obchodzimy spoczynek świętej Matki Bożej, powstali z naszych grzechów dzięki pomocy Jej wstawiennictwa – mówi treść modlitwy Postcommunio.

    Użyte w tekście łacińskim słowo requiem (“spoczynek”) w kontekście liturgicznym często odnosi się do tego wiecznego odpoczynku, czyli śmierci; nawet sama liturgia za zmarłych nosi właśnie nazwę Requiem. Zacytowana wersja modlitwy po Komunii używana była tylko do Soboru Trydenckiego. Wtedy bowiem sformułowanie requiem celebrámus (“obchodzimy spoczynek”) zastąpiono frazą festivitátem praevenímus (“wyprzedzamy/oczekujemy uroczystość”), co może oznaczać, że autorzy reformy liturgicznej nie chcieli zajmować w stanowiska w debacie o możliwej śmierci Matki Bożej. Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba, i tę prawdę wiary świętujemy w Kościele co roku 15 sierpnia.

    PCh24.pl – żródło: newliturgicalmovement.org

    ***

    Prof. Tadeusz Kulik: W sierpniu 1920 roku rzeczywiście wydarzył się cud

    „Bitwa Warszawska nazywana jest >>Cudem nad Wisłą<< nie tylko przez czcicieli Matki Bożej, ale również przez obojętnych religijnie specjalistów wojskowych. Ci ostatni uważają, że kumulacja tylu korzystnych dla Polaków zdarzeń o znaczeniu militarnym jest nieprawdopodobna, więc śmiało można nazwać to cudem” – zauważa prof. Tadeusz Kulik z Wydziału Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej.

    Gen. Władysław Sikorski ze sztabem 5 Armii podczas bitwy warszawskiej za: Wikipedia (domena publiczna)
    Gen. Władysław Sikorski ze sztabem 5 Armii podczas bitwy warszawskiej za: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    W opublikowanym na łamach „Rycerza Niepokalanego” artykule warszawski uczony dowodzi, że mówienie o „cudzie” w kontekście Bitwy Warszawskiej nie jest jedynie metaforą. Nie świadczą o tym tylko wspomnienia samych bolszewików, którzy – jak odnotował to kard. Aleksandr Kakowski – opowiadali, że „widzieli księdza w komży i z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską”. O cudowności tego wydarzenia świadczy również kumulacja zdarzeń, dzięki której „osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata pod Warszawą w 1920 r.” zakończyła się zwycięstwem Polski. Te zdarzenia to m.in. odszyfrowanie bolszewickiej korespondencji przez polski wywiad, dostawa amunicji z Węgier, absurdalne błędy bolszewików czy zjednoczenie całego polskiego społeczeństwa. 

    – „Należy zauważyć, że ten cudowny splot korzystnych dla Polaków zdarzeń mógł jedynie opóźnić zdobycie Warszawy, ale w żaden sposób nie wyjaśnia nagłego, panicznego odwrotu bolszewickiej armii, mającej za sobą tyle zwycięstw”

    – zastrzega prof. Kulik. 

    Podkreśla, że „paniczny odwrót Armii Czerwonej spod Radzymina 15 sierpnia 1920 r. można wytłumaczyć jedynie jakimś nadzwyczajnym i zaskakującym wydarzeniem”. Sami bolszewicy przekonywali, że zaczęli uciekać, bo zobaczyli na niebie Matkę Bożą z połamanymi strzałami w rękach. To wizerunek Matki Bożej Łaskawej, której przypisuje się kilkukrotne uchronienie polskich miast od zarazy, a w 1652 ogłoszonej Patronką Warszawy i Strażniczką Polski. 

    – „>>Cud nad Wisłą<< został wymodlony przez Polaków, którzy zjednoczyli się ponad podziałami stanowymi i politycznymi. W lipcu i sierpniu 1920 r. w stolicy trwały żarliwe modlitwy do Boga za wstawiennictwem Matki Bożej Łaskawej, bł. Andrzeja Boboli, patrona Polski, i bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy. Modliła się wówczas cała Polska, a Matka Boża nie pozostała obojętna na prośby swych dzieci”

    – podsumowuje autor. 

    źródło: Opoka.org, Fronda.pl

    ***

    14 sierpnia 2026

    Święty Maksymilian Maria Kolbe. Anioł w Auschwitz

    Kolbe_swieci.jpg
    oprac. GS/Pch24.p

    ***

    – Był dla mnie jak anioł, ocierał zawsze moje łzy… – wspominał Zygmunt Gorson, polski Żyd ongiś więziony w obozie KL Auschwitz. Gorson trafił do lagru wraz z najbliższymi, mając trzynaście lat. To tutaj Niemcy zabili mu rodziców, dziadków, trzy siostry. Z całej rodziny przeżył tylko on jeden, aby dać świadectwo prawdzie. Także prawdzie o pewnym polskim franciszkaninie, który w owej otchłani zła i okrucieństwa otoczył opieką żydowskie dziecko.

     Dwie korony

    Czterdzieści siedem lat wcześniej w Zduńskiej Woli, w ówczesnym Królestwie Polskim włączonym do Imperium Rosyjskiego, przyszedł na świat Rajmund Kolbe.

    W młodości, wedle opinii matki, „był chłopcem bardzo żywym, bystrym, trochę łobuzowatym”, ale gdy trzeba także posłusznym, prawdziwą podporą rodziców we wszelkich pracach domowych. Otrzymał pobożne wychowanie, wszak ojciec i matka należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. W pamięci rodziców zachował się pewien epizod z dzieciństwa Rajmunda. Syn opowiedział im, ogromnie poruszony, przeżytą wizję spotkania z Matką Bożą, od której dobrowolnie przyjął dwie korony – białą oznaczającą, że wytrwa w czystości, oraz czerwoną zapowiadającą męczeństwo.

    Rajmund szybko odnalazł swe powołanie. Jako trzynastolatek wstąpił do Małego Seminarium Ojców Franciszkanów we Lwowie. Trzy lata później, po rozpoczęciu nowicjatu, przybrał zakonne imię Maksymilian, potem, przy okazji ślubów wieczystych uzupełnione jeszcze o imię Maria. W 1912 roku rozpoczął studia w Krakowie, kontynuowane w Rzymie, zwieńczone doktoratem z filozofii, następnie z teologii.

    Czarne chorągwie z Lucyferem

    W Rzymie Maksymilian zderzył się z ostrym antyklerykalizmem, forsowanym przez loże masońskie Wielkiego Wschodu Włoch. W owym czasie godność wielkiego mistrza tamtejszych „farmazonów” pełnił Ernesto Nathan, naturalizowany we Włoszech angielsko-niemiecki Żyd, który walkę z Kościołem uznał za swe posłannictwo.

    W październiku 1917 r. Maksymilian Maria Kolbe miał wątpliwą przyjemność oglądać w Rzymie hałaśliwe, agresywnie antykatolickie manifestacje wolnomularzy, hucznie świętujących dwustulecie założenia ich organizacji. Na czarnych chorągwiach masonów widniał wizerunek Lucyfera, depczącego Michała Archanioła.

    – Jątrzące ręce ośmielały się wypisywać takie hasła jak: „Szatan panować będzie na Wzgórzu Watykańskim, a papież będzie mu sługą” – wspominał święty.

    Kolbe był wstrząśnięty, jednakowoż nie zamierzał poprzestać na wyrazach oburzenia. Jeszcze w tym samym miesiącu, wraz z sześcioma klerykami z Międzynarodowego Kolegium Franciszkańskiego „Seraphicum”, powołał nowy ruch maryjny – Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae), do walki z „siłami ciemności” zagrażającymi Kościołowi. Rycerze mieli się „starać o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków, a najbardziej masonów, i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”.

    Założyciel ruchu zalecał: „Niechaj każdy z członków i każda z członkiń Milicji uważnie, a gorąco, co dzień odmawia nasz akt strzelisty: »O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za masonami«, bo masoni to nic innego, jak tylko zorganizowana klika fanatycznych Żydów, dążących nieopatrznie do zniszczenia Kościoła katolickiego, któremu nam Bóg Człowiek zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą go”.

    Maksymilian był człowiekiem czynu i walki. Zadanie powołanego Rycerstwa przedstawiał jako udział w duchowej bitwie pod Bożymi sztandarami: „Rycerz, Milicja, walka: wojowniczo brzmią te słowa, bo i oznaczają wojnę. Nie walkę przy pomocy karabinów, kulomiotów, armat, samolotów, trujących gazów, ale – prawdziwą walkę. Jakaż jej taktyka? Przede wszystkim modlitwa”.

    Wielkie dzieła

    Powrócił do wolnej już Polski w roku 1919 i od razu rzucił się w wir pracy. Z niespożytą energią realizował wciąż nowe dzieła.

    Chyba najbardziej znaczące z nich to wzniesienie franciszkańskiego klasztoru w Niepokalanowie, który w roku 1939 stał się najliczniejszym konwentem katolickim na świecie. To również prowadzona z rozmachem działalność wydawnicza –- na czele z pismami o charakterze religijno-społeczno-polityczno-kulturalnym, „Rycerzem Niepokalanej” oraz „Małym Dziennikiem”. Były także miesięczniki dla dzieci, był „Biuletyn Misyjny” i  „Informator Rycerstwa Niepokalanej”. Łączny nakład tych pism w roku 1939 sięgnął półtora miliona egzemplarzy!

    Maksymilian, choć posiadacz tytułów naukowych z zakresu teologii i filozofii, wykazywał też ogromne zainteresowanie naukami ścisłymi. Studiował matematykę, fizykę, chemię, biologię, astronomię. Postęp techniczny nie przerażał go, szukał możliwości wykorzystania jego potencjału. Jeszcze na studiach opracował projekt pojazdu kosmicznego. W Niepokalanowie uruchomił elektrownię, zamierzał ulokować tam również lotnisko, siedzibę radia i telewizji. Wybuch wojny pokrzyżował większość z tych planów, choć zdołano wyemitować kilka próbnych audycji radia SP3-RN (Stacja Polska 3 – Radio Niepokalanów), z melodią pieśni Po górach, dolinach jako sygnałem wywoławczym.

    Niezwykle trafnie przewidział konieczność tworzenia silnych mediów katolickich:

    – Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste.

    Błogosławiona góra Hikosan

    W roku 1930 zakon zatwierdził Maksymilianowi projekt powołania placówki misyjnej na Dalekim Wschodzie.

    Udał się tam niezwłocznie w towarzystwie kilku współbraci. Po pierwszym niepowodzeniu w chińskim Szanghaju, został serdecznie przyjęty na Wyspach Japońskich. Rychło rozpoczął tam wydawanie miejscowej edycji „Rycerza Niepokalanej”, o nakładzie sięgającym 60 000 egzemplarzy (z japońskimi redaktorami dogadywał się znakomicie – po łacinie). Najpoważniejszym przedsięwzięciem w Kraju Kwitnącej Wiśni było wzniesienie klasztoru franciszkańskiego – Ogrodu Niepokalanej (Mugenzai no Sono) oraz seminarium duchownego w Nagasaki.

    Oczywistą lokalizacją klasztoru wydawała się zdominowana przez katolików dzielnica Urakami, chlubiąca się wspaniałą katedrą Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Tymczasem Maksymilian zaskoczył wszystkich, nakazując, by konwent wznieść na drugim końcu miasta, na stoku góry Hikosan.

    Czternaście lat później, 9 sierpnia 1945 roku, dokładnie nad katolicką dzielnicą Urakami eksploduje bomba atomowa, zrzucona przez Amerykanów. Szatański „blask tysiąca słońc” spopieli dzielnicę wraz z mieszkańcami, zrujnuje doszczętnie katedrę (choć w jej ruinach przetrwa, w sposób po ludzku niewytłumaczalny, drewniany posąg Maryi, odtąd zwany Postnuklearną Madonną). Z ogniowej burzy ocaleje klasztor zbudowany przez Maksymiliana. Góra Hikosan osłoniła konwent przed falą uderzeniową i promieniowaniem cieplnym.

    O nawrócenie Żydów

    Po pięcioletnim pobycie w Azji Maksymilian powrócił do ojczyzny. A Polska okresu międzywojennego, budująca swą państwowość po długim okresie niewoli, gnębiona skutkami niedawnych działań wojennych oraz bieżącymi następstwami światowego kryzysu gospodarczego, borykała się z wieloma problemami.

    Pełno było konfliktów społecznych, politycznych i narodowościowych. Były także spory polsko-żydowskie. Trwała zawzięta, a niekiedy brutalna walka o swoje miejsce na ziemi; o dominację – w polityce, gospodarce, handlu, oświacie. Nikt uczciwy nie może zaprzeczyć, że wzajemne kontakty Polaków i Żydów, ich codzienne sąsiedztwo miewały różne, niekiedy skrajnie odmienne następstwa w rozmaitych okolicznościach. Były więc przejawy życzliwości, pomocy sąsiedzkiej, a co najmniej zaciekawienia odmiennością drugiej strony. Występowały także obojętność, nieufność i podejrzliwość. Zdarzały się wreszcie akty wrogości, a nawet przypadki przemocy z jednej i drugiej strony (choć skala takich zjawisk została potężnie zmitologizowana).

    Trudno tu generalizować, bo przecież wielu Żydów okazało się lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. Ale równocześnie szerokie rzesze ich ziomków nie utożsamiały się z państwem polskim (co dobitnie potwierdzi ich postawa we wrześniu 1939 roku). Kręgi ekstremalne zaangażowały się w działalność konspiracji komunistycznej, dążącej do zniszczenia naszej państwowości.

    Maksymilian Maria Kolbe, pamiętając co widział w Rzymie w roku 1917, niestrudzenie prowadził swą antymasońską krucjatę modlitewną. Dostrzegał także zagrożenie ze strony Żydów:

    „Żydostwo szkodziło i szkodzi nam na każdym kroku, wżera się jak rak w ciało narodu, szerzy przekupstwo i zepsucie wśród dorosłych, a rozpustę i bezbożnictwo wśród młodzieży, wydziera nam handel, przemysł, rzemiosło, a nawet ziemię”.

    Maksymilian zawsze żywo reagował na ataki wymierzone w Kościół. Nigdy nie chował głowy w piasek, także w obliczu antychrześcijańskich wystąpień Żydów. „W Talmudzie nazywają owi rabini chrześcijan bałwochwalcami, gorszymi od Turków, mężobójcami, rozpustnikami, nieczystymi, gnojem, zwierzętami w ludzkiej postaci, gorszymi od zwierząt, synami diabła […] księgę […] dyszącą nienawiścią ku Chrystusowi Panu i chrześcijanom wtłacza się w głowy, że to księga święta, ważniejsza od Pisma Świętego […]” – pisał z wyrazistością, która zawstydzać musi dzisiejszych, ugrzecznionych hierarchów Kościoła.

    Maksymilian stwierdzał też jednak: „Ani przeciętny żyd, ani rabin nie ma zazwyczaj pojęcia o religii Chrystusowej, karmiony jedynie nienawiścią ku swemu Odkupicielowi, zakopany w sprawach doczesnych, goniący za złotem i władzą, nie przypuszcza nawet, ile pokoju i szczęścia daje jeszcze na tej ziemi wierna, gorliwa i wspaniałomyślna miłość Ukrzyżowanego, jak ono przewyższa wszystkie „szczęścia” zmysłowe, czy umysłowe, które daje nędzny świat. […] Pamiętajmy, że za każdego, bez względu na różnicę narodowości, umarł Pan Jezus. I że każdy, a więc i każdy Żyd, jest niewdzięcznym, ale jednak dzieckiem naszej Matki w niebie”.

    Zwalczając religijne błędy żydowskich innowierców Maksymilian kochał ich jako bliźnich, jako dzieci Boże. Chciał ratunku ich dusz, ich nawrócenia, prowadzonego „w sposób roztropny, doprawdy bardzo roztropny”. Stanowczo odżegnywał się od przemocy, ostrzegał przed nienawiścią, zalecając rozwagę i umiarkowanie:

    „Mówiąc o Żydach bardzo bym uważał na to, żeby czasem nie wzbudzić, albo nie pogłębić nienawiści do nich w czytelnikach i tak już nastrojonych do nich czasem nawet wrogo. Na ogół więcej bym się starał o rozwój polskiego handlu i przemysłu niż piętnował Żydów. Oczywiście zdarzają się i wypadki złej woli z ich strony, kiedy to trzeba będzie wystąpić energiczniej, nie zapominając, jednak o tym, że naszym pierwszorzędnym celem jest zawsze nawrócenie i uświęcenie dusz, czyli zdobycie ich dla Niepokalanej, miłość ku wszelkim duszom, nawet Żydów i masonów i heretyków…”.

    Dzień wyboru

    Po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r., okupanci aresztowali ojca Maksymiliana. Przez blisko trzy miesiące więziono go w obozach w Łambinowicach, Gębicach i Ostrzechowie. Zwolniony, powrócił do Niepokalanowa.

    Rychło siedziba konwentu stała się prężnie działającym ośrodkiem pomocowym, dając schronienie między innymi tysiącom Wielkopolan wypędzonych przez Niemców z ojcowizny. Spiesząc tułaczom na ratunek Maksymilian nie stosował żadnych kryteriów narodowościowych ani religijnych – pod jego opieką znalazło się także 1500 Żydów.

    Aresztowany powtórnie w lutym 1941 r., przetrzymywany na warszawskim Pawiaku, został wysłany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz (Oświęcimiu), gdzie oznaczono go numerem 16670. Przydzielony do komanda „Babice”, pracował przy wyrębie lasu, znosząc codziennie katorżniczy wysiłek, głód i bestialstwo strażników.

    W lipcu 1941 r. zastępca komendanta obozu, SS-Haupsturmführer (kapitan SS) Karl Fritzsch, skazał dziesięciu więźniów na powolną śmierć w bunkrze głodowym. Jeden z nieszczęśników, więzień nr 5659 Franciszek Gajowniczek, jęknął z żalu za żoną i dziećmi…

    Wówczas  dobrowolnie wystąpił więzień nr 16670. Jeden ze świadków, Michał Micherdziński, tak zapamiętał rozmowę Maksymiliana z niemieckim oficerem. Niemiec zapytał:

    – Czego chce ta polska świnia?

    Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. Ojciec Maksymilian w postawie na baczność odpowiedział spokojnie po niemiecku:

    – Chcę umrzeć za niego.

    I wskazał lewą ręką stojącego obok Gajowniczka. Padło kolejne pytanie:

    – Kim jesteś?

    – Jestem polskim księdzem katolickim.

    Ojciec Maksymilian, mimo iż wiedział, jak Niemcy traktują polskich księży, nie bał się przyznać do swego kapłaństwa. Panowała wtedy nieznośna cisza. Każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS, który zawsze zwracał się do więźniów przez wulgarne „ty”, zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”:

    – Dlaczego chce pan umrzeć za niego?

    Ojciec Maksymilian odpowiedział:

    – On ma żonę i dzieci.

    Po chwili esesman odpowiedział:

    – Dobrze.

     Ocalony Gajowniczek relacjonował po latach: „Wyciągnęli mnie z tej dziesiątki. Minąłem Ojca Maksymiliana, który tam, w tym szeregu został, na moim miejscu. Nic do siebie nie powiedzieliśmy, nawet nie mogłem powiedzieć: – Dziękuję”.

    Dwanaście dni Golgoty

    Maksymiliana oraz dziewięciu innych skazańców umieszczono nagich w bunkrze głodowym (blok 11).

    Pracujący w okolicy więźniowie wspominali, że niektórzy skazani, ogarnięci rozpaczą, zrazu głośno bluźnili przeciw Bogu; jednakże pod wpływem ojca Kolbego zmienili swą postawę. Odtąd z bunkra dobiegały tylko wspólnie odmawiana modlitwa różańcowa i pieśni maryjne. Po dwunastu dniach żyło już tylko czterech skazanych, wśród nich Maksymilian. Niemiecki kryminalista Bock dobił ich zastrzykiem fenolu.

    Maksymilian Maria Kolbe zginął męczeńską śmiercią w dniu 14 sierpnia 1941 roku, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

    Franciszek Gajowniczek przeżył obóz. Po wojnie przyjechał odwiedzić miejsce swej niedoli. Pokazano mu bunkier, w którym cierpiał ostatnie katusze jego wybawiciel. Na ścianie Gajowniczek odkrył wydrapany paznokciami krzyż.

     Przyjaciele i wrogowie

    Maksymilian Maria Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca w roku 1971, zaś jedenaście lat później kanonizowany jako męczennik.

    – Światu […] potrzeba Bożych szaleńców, którzy będą szli przez ziemię, jak Chrystus, jak Wojciech, Stanisław czy Maksymilian Maria Kolbe […], którzy będą mieli odwagę miłować i nie cofną się przed żadną ofiarą – rzekł o nim papież św. Jan Paweł II.

    Bezkompromisowość świętego do dziś pozostaje solą w oku wielu wrogów Kościoła.

    – Ojciec Kolbe był nacjonalistą o wielkiej żarliwości. Jego sprzeciw wobec nazizmu był typu nacjonalistycznego, a nie moralnego – gromił „niesłuszne” poglądy więźnia nr 16670 Żyd Elie Wiesel.

    – Kolbe był również w jakiejś mierze twórcą „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”, a więc pism, które symbolizują ciemny i obskurancki nurt polskiego katolicyzmu, pism prymitywnych, krzewiących religijną nietolerancję i etniczną nienawiść – wybrzydzał „tolerancyjnie” inny esteta, Żyd Adam Michnik.

    Nad rzekomym „antysemityzmem” męczennika biadali zgodnym chórem tak „światli” osobnicy, jak minister komunistycznego rządu PRL Żyd Jerzy Urban, czy mistrz masońskiej loży „Kopernik” Jan Józef Lipski (ten ostatni na łamach tytularnie katolickiego „Tygodnika Powszechnego”…). Znaczące, że wśród osobników gorliwie rozliczających życiorys więźnia nr 16670 znalazła się pokaźna grupa dziennikarzy… niemieckich (!!!).

    Takie i podobne enuncjacje zawodowych tropicieli „antysemityzmu” zderzały się ze świadectwami ludzi, których los postawił na drodze świętego; także Żydów.

    Cytowany na wstępie Zygmunt Gorson, co jako bezradny dzieciak znalazł się w Auschwitz, tak wspominał polskiego duchownego:

    – Był dla mnie jak anioł, i jak matka bierze swe pisklęta pod skrzydła, tak on mnie wziął w ramiona. Ocierał zawsze moje łzy. Od tego momentu wierzę o wiele bardziej w Boga, ponieważ od czasu, kiedy zmarli moi rodzice, pytałem siebie nieustannie: „Gdzie jest Bóg?”. I straciłem wiarę. Kolbe mi ją przywrócił! On wiedział, że byłem żydem, lecz to nie stanowiło różnicy. Jego serce nie czyniło rozróżnienia między osobami i nie miało dla niego znaczenia to, czy są żydami, katolikami lub z jeszcze innych religii: on kochał wszystkich i dawał miłość, nic innego jak miłość.

    Profesor Eugene Zolli, Wielki Rabin Rzymu, który doznał łaski nawrócenia na katolicyzm, stwierdził:

    – Jeśli byłbym zdolny napisać książkę o Maksymilianie Kolbe – nie jestem tego godny, inaczej Opatrzność dałaby mi zdolność uczynienia tego – zatytułował bym ją: „Ojciec Maksymilian Kolbe, zmarły w imię miłości”.

    Czas drogi

    – Co chwila bądź lepszy. Teraz czas drogi – nauczał św. Maksymilian.

    Żyjemy w czasach, kiedy ogarnięci pychą „teologowie” uznają się za mądrzejszych od Pana Boga. Skwapliwie przypochlebiając się obowiązującym modom, w imię „politycznej poprawności” przystępują do „poprawiania” zapisów Ewangelii, katechizmu i nauczania Ojców Kościoła, do swoistej lustracji biogramów świętych. Miernoty, które nigdy nie podejmowały wyborów w obliczu bunkra głodowego i zastrzyku fenolu, rwą się do rozliczania męczenników. Święty Maksymilian precyzyjnie wskazał na źródła takich pogubień:

    – Szatani są lepszymi teologami niż my. A jednak, chociaż w rzeczach Bożych niejedno mogą więcej wiedzieć – są szatanami. Jest to wiedza, która nic nie pomoże.

    Zaś tym wszystkim, którzy upadli na duchu, tym z nas, którzy ogarnięci przerażeniem i brakiem nadziei rozglądają się po otaczającym nas zewsząd świecie ruin, Anioł z Auschwitz zostawił słowa otuchy:

    – Wszystko się skończy, więc i cierpienia się skończą. Droga chwały to droga krzyża. Matka Najświętsza z nami, Ona nam zawsze pomaga.

    Andrzej Solak/PCh24.pl

    ***

    Czy Maryja umarła?

    wniebowziecie-lichen-grota.jpg
    Grota Wniebowzięcia Matki Bożej. Sanktuarium w Licheniu Starym Fot. MA

    Wiemy, że Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Ale czy przed tym Wniebowzięciem Najświętsza Dziewica umarła, czy może tylko zasnęła?

    Kiedy człowiek umiera, nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, które następnie ulega rozkładowi. Dusze tych, którzy umarli w stanie łaski uświęcającej, idą wtedy do nieba – choć może po czasowej pokucie w czyśćcu; zaś dusze tych, którzy opuścili ten świat w stanie grzechu ciężkiego, skazane są na męki wieczne w piekle. Na końcu czasów, gdy Chrystus przyjdzie ponownie na ziemię by sądzić ludzkość, ciała zmartwychwstaną – tzn. dusze ponownie połączą się z nimi – i właśnie w takiej postaci wszyscy staniemy przed Sądem Bożym.

    Rozkład nie dotknął jednak ciała Matki Bożej, a to było rezultatem Jej Niepokalanego Poczęcia. Bóg zabrał Maryję – z duszą i ciałem – do chwały Nieba. W konsekwencji doświadcza Ona nie tylko tego szczęścia, którym się cieszą dusze zbawionych w niebie, ale również przebywa tam wraz ze swoim ciałem, co wszyscy inni sprawiedliwi osiągną dopiero po Sądzie Ostatecznym.

    Spod tego rodzaju ogólnego prawa zechciał Bóg wyjąć Najświętszą Maryję Pannę. Ona to, na mocy zupełnie szczególnego przywileju, swoim Niepokalanym Poczęciem zwyciężyła grzech, i dlatego nie podlega temu prawu trwania w rozkładzie grobowym, ani nie musiała aż do końca świata czekać na wybawienie swego ciała – pisze papież Pius XII (Konstytucja Apostolska Munificentissimus Deus, określająca dogmat o Wniebowzięciu NMP, 1.11.1950).

    Pismo Święte przytacza przykłady dwóch innych osób, które zostały zabrane „do niebios” lub „do Boga”; chodzi tu o Eljasza i Henocha. O tym pierwszym opowiada Druga Księga Królewska w słowach: Oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi (…), a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios (2 Krl 2,11). Dzieje Henocha są znowu opisane w Księdze Rodzaju: Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg (Rdz 5,24). Jednak – jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu – żadnej z tych dwóch historii nie należy interpretować jako wniebowzięcia takiego jak w przypadku Matki Bożej. Raczej, Eljasz i Henoch przebywają w jakimś innym miejscu, które można rozumieć jako „raj ziemski” i tam oczekują powtórnego przyjścia Chrystusa. Henoch został przeniesiony do raju ziemskiego, gdzie – jak się wierzy – żyje wraz z Eliaszem aż do przyjścia Antychrysta – pisze Akwinata (ST III q. 49 a. 5 ad. 2). Opinię Doktora Anielskiego podzielają Ojcowie Kościoła. Eljasz i Henoch byli bowiem obciążeni grzechem pierworodnym, którego skutkiem jest śmierć, czyli oddzielenie duszy od ciała. Maryja jednak – na mocy szczególnego wybrania Bożego – została od grzechu pierworodnego zachowana i dlatego jej ciało może już teraz obcować w Niebie.

    Wiemy zatem, iż Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Pojawia się jednak pytanie: czy Maryja przed swoim Wniebowstąpieniem umarła?

    Taką wersję wydarzeń uznają wyznawcy prawosławia. Opierają się oni na Tradycji, szczególnie na pismach św. Jana Ewangelisty, św. Jana Damasceńskiego i św. Dionizego Areopagity. Prawosławni wierzą, że anioł ukazał się Maryi trzy dni przed Jej śmiercią, obwieszczając Jej to nadchodzące wydarzenie. Najświętsza Dziewica miała spędzić te ostatnie dni swojego życia na modlitwie i trosce o wdowy. Gdy leżała już na łożu śmierci, Apostołowie – poza Tomaszem – zostali w cudowny sposób przeniesieni z różnych stron świata do Jerozolimy, by tam towarzyszyć konającej Matce ich Mistrza. Gdy Ona dokonała już swojego żywota, uczniowie złożyli Jej martwe ciało w Ogrodzie Getsemani. Ale gdy trzy dni później przybył tam również Tomasz i zajrzał do grobu, by po raz ostatni pokłonić się Maryi, okazało się, że Jej ciała już tam nie było. Matka Boża miała jednak pocieszyć zasmuconego Tomasza, zsyłając mu z nieba pas od swojej szaty.

    W konsekwencji prawosławni wierzą, że Maryja umarła tak jak wszyscy ludzie, tzn., że Jej nieśmiertelna dusza opuściła Jej materialne ciało, ale gdzieś w ciągu trzech dni to martwe ciało zostało na nowo połączone z duszą, a następnie zabrane do nieba. Oznacza to iż Maryja już wtedy dostąpiła zmartwychwstania umarłych, które nas spotka na końcu czasów.

    Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jakkolwiek dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej ogłoszony przez papieża Piusa XII potwierdza jasno i niezaprzeczalnie, że również Jej ciało zostało zabrane do Nieba, to nie zajmuje jednak stanowiska czy przedtem nastąpiła Jej śmierć, czy też nie. Jest to bowiem możliwe, że Maryja nigdy nie umarła, a tylko zasnęła. Oznaczałoby to, że będąc cały czas żywą, Jej ciało i dusza – nigdy nie rozłączone od siebie – zostały zabrane do nieba. I właśnie taka wersja wydarzeń jest zwykle przedstawiana na katolickich obrazach. Zarówno katolicy jak i prawosławni używają terminu dormitio, dosłownie znaczącego zaśnięcie, który nie wskazuje jednoznacznie czy nastąpiła śmierć Maryi czy nie.

    Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Mimo, że nie było świadków tego wydarzenia, to jest to jednoznaczny wniosek płynący ze wspomnianego już Jej Niepokalanego Poczęcia, a także z faktu iż była ona Matką Syna Bożego. I chociaż Kościół potwierdził to nieomylnym dogmatem dopiero w 1950 r., to we Wniebowzięcie Maryi wierzono przez całe dwa tysiące chrześcijaństwa. Dogmat był zatem tylko jednoznacznym potwierdzeniem tej prawdy obecnej w Kościele już od wieków.

    Wydaje się rzeczą wprost niemożliwą, widzieć oddzieloną od Niego po ziemskim życiu, jeśli nie duchem to przecież ciałem, Tę która Go poczęła, porodziła, mlekiem własnym wykarmiła, na rękach piastowała i do serca swego tuliła – mówi treść ogłoszonego przez Piusa XII dogmatu.

    Wreszcie, fragmenty Pisma Świętego łączą się w spójną konkluzję dowodzącą Wniebowzięcia Matki Bożej. Księga Psalmów mówi: Wyrusz, o Panie, na miejsce Twego odpocznienia, Ty i Twoja arka pełna chwały! (Ps 131,8). A to właśnie Maryja jest uważana za „Arkę Przymierza”, bowiem Jej ciało nosiło samego Boga. W Arce zaś przymierza zrobionej z niepsującego się drzewa i umieszczonej w świątyni Bożej, widzą jakby obraz przeczystego ciała Dziewicy Maryi, które zostało zachowane wolnym od wszelkiego Skażenia grobowego i wyniesione do tak wielkiej chwały w niebie – wyjaśnia Pius XII w treści dogmatu.

    Podobne teologowie katoliccy wnioskują, że nie ma innej możliwości poza tą iż także ciało Maryi została zabrane do nieba.

    Maryja została przez Syna uhonorowana szczególnym przywilejem, zachowując w Chrystusie ciało, które zrodziła; czemu więc nie także ciało, przez które zrodziła? – pisze św. Augustyn. Tron Boga, komnata Pana, dom i przybytek Chrystusa powinny być tam, gdzie On sam jest. Tak cenny skarb bardziej przystoi, by strzegło go niebo, niż ziemia – kontynuuje.

    Podobnie stwierdził św. Albert Wielki w słowach: Jest rzeczą jasną, że Najświętsza Matka Boża z duszą i ciałem została wzięta do nieba ponad chóry anielskie. Wierzymy, że jest to prawda pod każdym względem.

    Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej była obecna w Kościele od samego momentu Jej śmierci bądź zaśnięcia i nie ma (!) ani w Piśmie Świętym ani w Tradycji choćby jednego wersu, który by temu przeczył. Co więcej, nie można rozumowo podważyć tej prawdy, ponieważ jest ona spójną konkluzją wynikającą z Objawienia Bożego. Dlatego papież Pius XII w 1950 r. uczynił naukę o Wniebowzięciu Najświętszej Dziewicy dogmatem wiary katolickiej.

    Ogłaszamy, wyjaśniamy i określamy, jako dogmat przez Boga objawiony, że Niepokalana Bogarodzica Zawsze Dziewica Maryja, po zakończeniu biegu życia ziemskiego, została z ciałem i duszą wzięta do niebieskiej chwały – mówi treść dogmatu. Dlatego też, gdyby ktoś, nie daj Boże, dobrowolnie odważył się temu cośmy określili przeczyć, lub o tym powątpiewać, niech wie, że odstąpił zupełnie od wiary Boskiej i katolickiej – zaakcentował papież.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    ***

    13 sierpnia Kościół czci Matkę Bożą Kalwaryjską

    4978.jpg
    Matka Boża Kalwaryjska (fragm.)

    ***

    13 sierpnia Kościół krakowski czci Matkę Bożą Kalwaryjską. Wizerunek Matki Bożej z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej należy do najbardziej znanych i otoczonych szczególnym kultem obrazów maryjnych w Polsce. Jak się szacuje rocznie przybywa tu ponad milion pielgrzymów z kraju i zagranicy.

    Kalwaria Zebrzydowska leży około 40 km na południowy zachód od Krakowa między majestatycznie wznoszącymi się górami Lanckoroną i Żarem. Miejsce to znane jest z najsłynniejszej w Polsce Kalwarii – kompleksu 21 kaplic i kościołów postawionych wzdłuż tzw. Dróżek Matki Bożej i Pana Jezusa. Wybudowana w XVII wieku Droga Krzyżowa wzorowana jest w dużej mierze na kościołach i kaplicach związanych z Męką Pana Jezusa w Jerozolimie.

    Znajdujące się w Kalwarii Zebrzydowskiej sanktuarium maryjne od początku swego istnienia aż do dzisiaj pozostaje pod opieką oo. Bernardynów. Główny kościół Kalwarii to bazylika pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej. Od 1641 roku zwiększa się gwałtownie sława Kalwarii jako sanktuarium maryjnego za sprawą podarowanego bernardynom cudownego obrazu Płaczącej Madonny. Kult tego obrazu rozpoczął się od wydarzenia, które miało miejsce 3 maja 1641 roku. Wówczas obraz Matki Bożej zapłakał krwawymi łzami. O fakcie tym właściciel obrazu Stanisław Paszkowski powiadomił władze duchowne. Kiedy obraz trafił do kościoła kalwaryjskiego, zaczęły napływać rzesze pielgrzymów pragnących oddać mu cześć. Ówczesny biskup krakowski nakazał na pewien czas przechowywać go w zakrystii. Pobożny lud nadal garnął się do Kalwarii i wielu za sprawą tego wizerunku doznawało licznych łask i uzdrowień.

    Przez 17 lat obraz pozostawał w zakrystii, po czym biskup zezwolił na umieszczenie go w bocznym ołtarzu kościoła. W 1667 roku umieszczono wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem w specjalnie wybudowanej dla niego kaplicy, którą zaczęły wypełniać wota za otrzymane łaski. Wkrótce rozpoczęto starania o koronację obrazu. Rozbiory opóźniły ten dzień, aż do 15 sierpnia 1887 roku. Na uroczystość przybyło około 230 tys. wiernych z wszystkich dzielnic Polski, a także z Węgier, Słowacji i Czech. Koronacji papieskimi koronami Leona XIII dokonał ówczesny ordynariusz krakowski ks. abp Albin Dunajewski.

    Obraz o wymiarach 74×90 cm namalowany farbą olejną na płótnie, przedstawia Matkę Bożą z tulącym się do Niej Dzieciątkiem. „Zawsze, kiedy tu przychodziłem, miałem świadomość, że zanurzam się w tym rezerwuarze wiary, nadziei i miłości, które naniosły na te wzgórza, na to sanktuarium całe pokolenia Ludu Bożego ziemi, z której pochodzę, i że ja z tego skarbca czerpię. Nawet niewiele dając z siebie, czerpię… I zawsze też miałem świadomość, że owe tajemnice Jezusa i Maryi, które tu rozważamy, modląc się za żywych lub umarłych są istotnie niezgłębione…” – mówił o tym sanktuarium papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Kalwarii 7 czerwca 1979 r.

    W stulecie koronacji obrazu, 10 czerwca 1987 Jan Paweł II przekazał dla sanktuarium złotą różę. Ceremonia miała miejsce podczas III pielgrzymki Papieża do Ojczyzny. Na tę okoliczność Obraz opuścił Kalwarię Zebrzydowską i został umieszczony przy ołtarzu na krakowskich Błoniach.

    źródło: PzM, KAI

    ***

    Dlaczego dzieci w Fatimie nie spotkały się z Maryją 13 sierpnia?

    Childrens_of_Fatima.jpg
    Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Choć objawienia fatimskie najczęściej kojarzymy z 13. dniem miesiąca, to w sierpniu 1917 r. było inaczej. Do spotkania Matki Bożej z Łucją, Hiacyntą i Franciszkiem doszło dopiero 19 sierpnia. Wszystko dlatego, że 13 sierpnia dzieci zostały uwięzione.

    Środowiska i media wrogie Kościołowi początkowo starały się przemilczeć sprawę objawień, jednak wraz ze wzrostem liczby ludzi przybywających do Cova da Iria, gdzie ukazywała się Matka Boża, stało się to niemożliwe. Sięgnięto zatem po kolejny oręż: ośmieszanie, kpiny i szyderstwa z Kościoła i ludu, którzy wierzyli w „zabobon fatimski”.

    13 sierpnia 1917 r. doszło nawet do uwięzienia Łucji, Franciszka i Hiacynty przez Artura de Oliveirę Santosa, burmistrza Vila Nova de Ourém, do którego administracyjnie należała Fatima. O ile rodzice Hiacynty i Franciszka byli przerażeni tym faktem, o tyle matka Łucji, niedowierzająca córce, miała nadzieję, że dzieci w końcu przyznają się do prawdy. Mama Łucji bardzo kochała córkę, choć nie szczędziła jej wielu przykrości i upokorzeń, licząc na to, że córka wyzna kłamstwo w sprawie Fatimy. Pani dos Santos do końca życia była sceptyczna co do objawień i tego, że tak wielkie wyróżnienie spotkało jej córkę.

    Po latach Łucja tak wspominała uwięzienie w Ourém: – Co mnie bolało najbardziej, to obojętność, jaką mi okazywali moi rodzice, a którą odczuwałam tym bardziej, gdyż widziałam, z jaką miłością wujostwo otaczało swoje dzieci. Pamiętam, że w czasie tej podróży zrobiłam to spostrzeżenie: Jak różni są moi rodzice od wujostwa. Oni aby swe dzieci obronić, sami osobiście stawiali się w urzędzie. Moi rodzice natomiast oddawali mnie z największą obojętnością władzom. (cytat za: sekretariatfatimski.pl).

    Przed 13 sierpnia

    Wspomniany Artur de Oliveira Santos był m.in. członkiem Sądu Najwyższego, jednak znana jest również jego działalność w masonerii. Krótko przed 13 sierpnia 1917 r. burmistrz polecił rodzicom dzieci, aby przybyli do nie­go ze swoimi pociechami 11 sierpnia. Ojciec Hiacynty i Franciszka Manuel Marto poszedł sam; tłumaczył, że jego dzieci są zbyt małe, żeby odbyć podróż do Ourém. Łucja natomiast udała się tam na osiołku z ojcem.

    Intryga burmistrza

    13 sierpnia Artur de Oliveira Santos przybył do proboszcza i do domów dzieci w Aljustrel nieopodal Fatimy. Oznajmił, że osobiście zabierze wizjonerów samochodem na miejsce objawień, żeby przekonać się o ich prawdziwości. Mimo oporu dzieci wsiadły do jego samochodu. Najpierw przyjechali do miejscowego proboszcza, który zadawał Łucji pytania. – Jeżeli kłamcy idą do piekła, ja tam na pewno nie pójdę, po­nieważ wszystko, co mówiłam, jest prawdą. Jeżeli chodzi o lu­dzi, którzy zdążają do Cova, to idą tam, ponieważ sami chcą iść, my ich do niczego nie namawiamy – powiedziała dziewczynka odważnie proboszczowi i burmistrzowi.

    Trudne chwile dzieci w Ourém

    Dzieci ponownie zostały zmuszone, aby wsiąść do samochodu burmistrza. Co ważne, ten kierował się jednak nie do Cova da Iria, ale do Vila Nova de Ourém. Sprawca tego incydentu przykrył dzieci płachtą, aby je ukryć w aucie. Ludzie przybyli na miejsce spodziewanego czwartego objawienia, jednak dowiedzieli się o porwaniu dzieci. Ich złość skierowała się na burmistrza i niesłusznie również na księdza, którego posądzano o bycie wspólnikiem w porwaniu.

    Warto dodać, że choć dzieci nie mogły tego dnia przybyć do Cova, zebrany tłum dostrzegł małą chmurkę nad dębem, nad którym ukazywała się Maryja. Słychać było też grzmot, któremu towarzyszyła błyskawica. Wspomniana chmurka szybko zniknęła.

    W Ourém dzieci przeżyły prawdziwe fizyczne i psychiczne tortury. Było im bardzo smutno również z tego powodu, że ominęło ich spotkanie z Matką Bożą. Zamknięto je w pokoju i grożono, że warunkiem ich uwolnienia jest wyjawienie tajemnicy ws. rzekomych objawień. Stosowano różne sposoby, aby je zmusić do mówienia – łącznie z groźbą, że zostaną usmażone w oleju. Nic jednak nie poskutkowało. Wszystko miało na celu przestraszenie ich i zmuszenie do mówienia prawdy, ale dzieci były skłonne raczej umrzeć niż wyjawić tajemnicę otrzymaną od Maryi miesiąc wcześniej. W trakcie pobytu u burmistrza mogły liczyć jedynie na sympatię ze strony jego żony.

    Ze wspomnień Łucji wiemy, że dzieci przez pewien czas przebywały w areszcie z kilkoma więźniami, którzy byli poruszeni ich postawą i modlili się wraz z nimi. Łucja zawiesiła na ścianie medalik, przed którym wspólnie się modlili. Czas aresztowania najgorzej znosiła najmłodsza Hiacynta, ale wszystko wraz z bratem i kuzynką ofiarowali Bogu i Maryi.

    Artur de Oliveira Santos wierzył, że na skutek aresztowania dzieci uda się przynajmniej zniszczyć zainteresowanie ludzi Fatimą, ale jak wiemy, skutek jego działań był przeciwny do zamierzonego. Koniec końców nic nie poskutkowało i dzieci zostały prawdopodobnie po dwóch dniach odwiezione do domu, a 19 sierpnia po raz czwarty przyszła do nich Matka Boża.

    Muzeum miejskie w Ourém (Museu Municipal de Ourém)

    W dawnym mieszkaniu Artura de Oliveiry Santosa istnieje Muzeum Miejskie. Można tam znaleźć eksponaty związane z dziedzictwem i historią Ourém, ale oczywiście w tym miejscu upamiętnia się również temat pobytu dzieci fatimskich.

    źródło: Polskifr.fr / KAI

    ***

    10 ważnych faktów na temat Fatimy

    74885.jpg
    fot. Źródło: kadr filmu Fatima – Orędzie wciąż aktualne

    ***

    Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!

    1. Będzie siódme objawienie

    Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.

    Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.

    2. Różaniec i czyściec

    Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.

    Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!

    3. Różnica między objawieniami Maryi i Anioła

    Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”

    Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.

    4. Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników

    Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.

    Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.

    5. Prześladowania z powodu objawień

    Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.

    Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.

    6. Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót

    Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.

    Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.

    7. Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?

    Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:

    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;
    – bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu;
    – bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu
    – wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci;
    – bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków

    8. Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!

    Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.

    Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.

    9. Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?

    Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.

    Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.

    10. Ostatnie, porażające słowa Hiacynty

    Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:

    – Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.

    – Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.

    – Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.

    – Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.

    – Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.

    – Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.

    – Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.

    – Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.

    PCh24.pl/malk

    ***

    Niedziela 23 sierpnia – Anioł Pański z papieżem

    Leon XIV podczas modlitwy Anioł Pański

    Leon XIV zachęca, aby wracać do pytania: kim jest dla mnie Jezus?

    W rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański, Leon XIV mówił o fundamentalnym znaczeniu pytania: kim jest dla mnie Jezus? Podkreślił, że należy często je ponawiać, a odpowiedź weryfikować także w relacjach i sytuacjach dnia codziennego. Przestrzegł też przed zadowalaniem „przekonaniami” na temat wiary, który nie może zastąpić osobistej więzi z Panem.

    Wiara nie jest dana raz na zawsze

    Odwołując się do dzisiejszej Ewangelii, w której Jezus pyta uczniów, za kogi Go uważają, Papież podkreśla, że jest to pytanie na które każdy wierzący powinien nieustannie szukać odpowiedzi, bowiem wiara nie jest nikomu dana raz na zawsze, ale wymaga ciągłej troski. „Zawsze musimy na nowo odkrywać oblicze Chrystusa i Jego Ewangelię, zgłębiać Jego przesłanie i odnawiać wybory naszego życia, aby były spójne z tym, co wyznajemy, pokonując pokusę, że już wszystko wiemy i że wiara staje się dla nas zwyczajem” – mówił.

    Na Placu św. Piotra było wielu pielgrzymów z Polski

    Na Placu św. Piotra było wielu pielgrzymów z Polski   (@Vatican Media)

    Szukać odpowiedzi na modlitwie i codzienności

    Ojciec Święty zauważa również, że odpowiedź na to pytanie pojawia się zarówno w modlitwie i podczas medytacji Ewangelii, jak też w codziennych sytuacjach, zwłaszcza tych, które poruszają nasze sumienie. „W praktyce naszego życia możemy sprawdzić, czy Pan Jezus jest dla nas jedynie wielką postacią historyczną, która powiedziała i uczyniła ważne rzeczy, czy też Chrystusem Boga, Tym, który został posłany, aby wprowadzić nas w miłość Ojca i przemienić nasze życie oraz świat, w którym żyjemy”.

    Pielgrzymi chronili się w cieniu kolumnady Berniniego

    Pielgrzymi chronili się w cieniu kolumnady Berniniego   (@Vatican Media)

    Przestroga przed religijnymi pewnikami

    „Najdrożsi, nauczmy się nie zamykać w naszych przekonaniach i religijnych pewnościach, aby pozostać otwartymi na autentyczną relację z Chrystusem” – zachęca Leon XIV. Przestrzega przed zadowalaniem się stereotypami i przekazem „z drugiej ręki” – nawet jeśli głoszącym je przyświecały dobre intencje. „Jezus wzywa nas do osobistej odpowiedzi, do poznania Go z bliska, do pozwolenia, by przyjaźń z Nim nas kształtowała, w nieustannie nowym spotkaniu, które może nawet wymagać od nas podążania nieznanymi dotąd drogami i dokonywania wyborów innych niż te, które sobie wyobrażaliśmy” – przekonuje Ojciec Święty. Dotyczy to nie tylko wiary, przeżywanej osobiście, ale też całego Kościoła i wyborów duszpasterskich, w których nie należy ulegać pokusie postępowania według utartych schematów.

    „Ważne jest natomiast, byśmy często zadawali sobie pytania: kim jest dla mnie Pan? Czy naprawdę Go znam? O co prosi mnie dzisiaj Jego Ewangelia? Jakie kroki i jakie wybory powinienem podjąć?” – zaprasza Ojciec Święty.

    Dorota Abdelmoula-Viatican News

    ***

    środa – 12 sierpnia

    Leon XIV: Wirtualna obecność nie zastąpi udziału we Mszy świętej

    Samej obecności wirtualnej nie można uznać za udział w niedzielnej Eucharystii – powiedział Leon XIV podczas środowej audiencji generalnej. Papież podkreślił również, że zgromadzenie liturgiczne nie może pozostawać bierne.

    fot. Vatican Media

    ***

    Podczas audiencji w Bazylice Świętego Piotra Leon XIV kontynuował cykl katechez poświęconych dokumentom Soboru Watykańskiego II. Omawiając konstytucję Sacrosanctum Concilium, zatrzymał się nad znaczeniem roku liturgicznego i niedzieli, nazwanej przez św. Jana Pawła II „Paschą tygodnia” oraz „dniem dni”.

    Papież przypomniał, że centrum niedzieli stanowi Eucharystia, podczas której wspólnota słucha słowa Bożego, przyjmuje Ciało Chrystusa i gromadzi się razem. – Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa – powiedział Leon XIV. Jak dodał, zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się przez czynny udział braci i sióstr.

    Papież nie odniósł się w tym miejscu do sytuacji chorych ani osób, które z poważnych powodów nie mogą dotrzeć do kościoła. Jego wypowiedź dotyczyła znaczenia rzeczywistego zgromadzenia wiernych jako elementu właściwego przeżywania niedzielnej Eucharystii. W oficjalnym streszczeniu katechezy Stolica Apostolska zaznaczyła wprost: „Świętowanie niedzieli polega głównie na czynnym udziale w Eucharystii – nie można go zastąpić wirtualną transmisją”.

    Leon XIV zaapelował również o tworzenie „jak najlepszych warunków”, aby we Mszy świętej mogły uczestniczyć osoby, które w niedzielę nie mogą powstrzymać się od pracy. Rok liturgiczny – podsumował – nie jest wyłącznie przypominaniem wydarzeń z przeszłości, lecz uobecnia dzieło zbawienia i stanowi podstawowy punkt odniesienia dla całej działalności duszpasterskiej.

    Pełny tekst katechezy papieskiej

    Piąty rozdział Konstytucji soborowej Sacrosanctum Concilium (SC) poświęcony jest rokowi liturgicznemu. Nad tym właśnie zagadnieniem chcemy się dziś zatrzymać, aby ukazać jego znaczenie w życiu każdego wierzącego.

    Przede wszystkim należy przypomnieć, że określenie cyklu świąt chrześcijańskich mianem „roku liturgicznego” upowszechniło się w języku kościelnym dzięki dziełu Sługi Bożego, Opata Prospera Guérangera (1805-1875).

    W Encyklice Mediator Dei Papież Pius XII stwierdza, że [rok liturgiczny] „nie jest zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków. Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają” (III. Divinum Officium et Annus Liturgicus, II. Cyclus Mysteriorum)[1]. Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską (por. SC, 102c). Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego.

    Dlatego Ojcowie Soboru uznają właśnie niedzielę za „podstawę i rdzeń całego roku liturgicznego”, za „pierwotny dzień świąteczny” (por. SC, 106). W wielu współczesnych językach sama jej nazwa poświadcza, że jest to dies Domini, czyli „dzień Pański”. Także w tych językach, w których przeważyło odniesienie do „dnia słońca” (Sunday, Sonntag), można dostrzec związek z Chrystusem: to Chrystus jest prawdziwym „Słońcem sprawiedliwości”, które oświeca każdego człowieka!

    Św. Jan Paweł II w Liście apostolskim Dies Domini (31 maja 1998) naucza, że niedziela jest dniem Pańskim, dniem Kościoła, dniem człowieka i wreszcie „dniem dni”: „Skoro niedziela jest Paschą tygodnia, która przypomina i uobecnia dzień zmartwychwstania Chrystusa, to jest także dniem, który objawia sens czasu. (…) Bierze początek ze zmartwychwstania i narzuca własny rytm ludzkim miarom czasu – miesiącom, latom i wiekom; jest jakby wektorem, który je przenika i sprawia, że prowadzą ku drugiemu przyjściu Chrystusa. Niedziela jest prefiguracją dnia ostatniego, dnia Paruzji” (n. 75)[2], kiedy wszyscy zmartwychwstaniemy.

    Aby uświęcić niedzielę, nieodzowne jest sprawowanie Eucharystii. Słuchanie Słowa Bożego i uczestnictwo w Ciele Chrystusa zakładają – według Ojców Soboru – „convenire in unum” (por. SC, 106), czyli świąteczne zgromadzenie wiernych. W nim wspólnota chrześcijańska ukazuje w sposób widzialny swoją komunię z Panem oraz daje świadectwo przynależności do Chrystusa i wierności Kościołowi. Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa. Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby „składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)” (tamże).

    W związku z tym zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy.

    Najdrożsi, rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele, ma interesującą historię, w której splatają się wiara i pobożność Kościoła. Już od II w. po Chr. do obchodzenia cotygodniowej Paschy dołączyła celebracja Paschy dorocznej, „największej uroczystości” (SC, 102), rozciągnięta na radosny okres pięćdziesięciu dni, zwieńczony Pięćdziesiątnicą, a poprzedzony Wielkim Postem o charakterze pokutnym (por. SC, 109). Późniejszy rozwój cyklu Bożego Narodzenia, ukształtowanego na wzór cyklu paschalnego, pozwolił na nowo przeżywać misteria Wcielenia Słowa Bożego, Jego narodzenia i objawienia się światu. Następnie Kościół włączył w poszczególne okresy roku liturgicznego cześć Najświętszej Maryi Panny, „nierozerwalnym węzłem złączonej ze zbawczym dziełem swojego Syna” (SC, 103), a także „wspomnienia męczenników oraz innych świętych, którzy (…) wyśpiewują Bogu w niebie doskonałą chwałę i wstawiają się za nami” (SC, 104).

    Rok liturgiczny ukazuje w ten sposób, w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały. W ciągu tego roku Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo. Dlatego rok liturgiczny stanowi zasadnicze źródło inspiracji i podstawowy punkt odniesienia dla wszelkiej działalności duszpasterskiej.

    mt/stacja7.pl, Vatican News

    ***

    17 sierpnia 2026

    Leon XIV mówi „nie” wirtualnej liturgii. Msza św. domaga się obecności

    epa13173679.jpg
    PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI

    ***

    Bezpośredniego uczestnictwa we Mszy świętej niedzielnej nie można zastąpić wirtualnym nabożeństwem – przypomniał papież Leon XIV w jednej z katechez wygłoszonej 12 sierpnia br. na temat znaczenia liturgii. Katolicy, którzy nie mają przeszkód, aby brać bezpośredni udział w niedzielnej Mszy świętej, nie mogą tłumaczyć się tym, że uczestniczą w liturgii wirtualnie. 

    Leon XIV wezwał wiernych do priorytetowego uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej, albowiem aktywnego uczestnictwa w Eucharystii nie można zastąpić spotkaniami wirtualnymi.

    – Zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy – mówił podczas katechezy wygłoszonej w Watykanie 12 sierpnia.

    Ojciec Święty kontynuował swoje cotygodniowe rozważania na temat konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” Soboru Watykańskiego II.

    Leon wyjaśnił znaczenie roku liturgicznego. Nawiązywał do nauki papieża Piusa XII, a także Sługi Bożego, francuskiego benedyktyna, opata Prospera Guérangera z Solesmes, kluczowej postaci ruchu liturgicznego.

    Dodał za Piusem XII, że rok liturgiczny nie jest jedynie „zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków”. „Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają”.

    – Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską. Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego – wyjaśnił Leon.

    Dodał, że Kościół zawsze postrzegał niedzielę jako cotygodniowe święto zmartwychwstania Chrystusa: „dies Domini” („dzień Pański”). Dlatego tak ważny jest bezpośredni udział we Mszy świętej w niedzielę. Leon XIV apelował, by nie zastępować „takiego zgromadzenia” „obecnością wirtualną”. Nie można go także „sprowadzić do biernego uczestnictwa”. – Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby ‘składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)’ – wskazał. 

    Rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele „ukazuje (…) w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały”. 

    – W ciągu tego roku – kontynuował papież – Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo – przypomniał papież.

    PCh24.pl/źródła: ewtnnews.com, vatican.va

    ***

    Nie zamykaj drzwi, przez które Bóg może jeszcze wejść

    Jak rozmawiać o wierze z dorosłymi dziećmi, które przestały chodzić do Kościoła?

    Są zdania, które w rodzinie bolą bardziej niż kłótnia o pieniądze, wybór studiów czy decyzja o wyjeździe za granicę: nie chodzę już do kościoła”, „nie wierzę tak jak wy”, „Kościół mnie nie przekonuje”, „nie chcę o tym rozmawiać”….

     Adobe Stock

    ***

    Dla wierzących rodziców takie słowa nie są jedynie informacją o zmianie poglądów, ale dotykają one samego rdzenia religijnego życia: chrztu, modlitwy przy łóżku dziecka, pierwszej komunii, rodzinnych świat, niedzielnej eucharystii, pacierza, krzyża na ścianie czy też w końcu nadziei zbawienia.

    W takiej chwili pojawiają się pytania: co zrobiliśmy źle? Czy za mało wymagaliśmy? Czy za mało tłumaczyliśmy? Czy zlaicyzowany świat odebrał nam dziecko? Czy może Kościół je zranił? Czy Bóg odnajdzie jeszcze moje dziecko?

    Właśnie wtedy, w tej pierwszej chwili bólu i wywołanej nim reakcji, rodzic musi bardzo uważać, bo można powiedzieć słowa, które nie przyprowadzą dziecka bliżej Boga, ale odsuną je jeszcze dalej. Łatwo bowiem pomylić troskę z kontrolą, świadectwo z naciskiem, wiarę z pretensją, a miłość z lękiem.

    Nie jesteś prokuratorem wiary

    Pierwsza zasada w takiej sytuacji jest prosta, choć zarazem bardzo trudna. Dorosłego dziecka nie wolno traktować jak oskarżonego. Rodzic bowiem nie jest prokuratorem wiary, a rodzinny stół nie jest salą sądową. Pytania (choć mogą wydawać się słuszne i potrzebne): „dlaczego nie chodzisz do Kościoła?”, „jak możesz nam to robić?”, „czy ty w ogóle myślisz o zbawieniu?”, „po co ci był chrzest, komunia, bierzmowanie?” mogą wypływać z bólu i wydawać się słuszne i potrzebne, zwykle jednak rodzą opór, ale nie nawrócenie.

    Dorosłego człowieka nie da się doprowadzić do Boga przymusem.

    Można go zaprosić, poruszyć, zaintrygować, wzruszyć, dać mu świadectwo, czasem powiedzieć mocne słowo, ale nie da się wymusić wiary tak, jak wymusza się wykonanie obowiązku domowego. Wiara nie jest meldunkiem posłuszeństwa wobec rodziców. Wiara jest wolną odpowiedzią człowieka na łaskę Boga. Dlatego pierwszym zadaniem rodzica nie jest wygrać spór w dyskusji o wierze i sposobie jej wyznawania, ale ocalić więź. Jeśli bowiem zniszczymy więź z dzieckiem, bardzo często burzymy także ostatni most, po którym kiedyś mogłaby wrócić rozmowa o Bogu.

    Za odejściem często kryje się rana

    Nie każde odejście od Kościoła zaczyna się od buntu przeciw Bogu. Czasem zaczyna się od zgorszenia, od złego doświadczenia, od chłodu i obojętności w spólnoty, od skandalu, od niezrozumienia, od złego doświadczenia, od języka , który bardziej ranił niż prowadził, od spowiedzi, która bardziej podnieść – upokorzyła, od kazań, które nie odpowiadały na realne pytania życia, od poczucia, że w Kościele nie ma miejsca na moje wątpliwości, moje osobiste cierpienie, moje sumienie i moją historię. Dlatego warto usłyszeć nie tylko deklarację: „nie chodzę do kościoła”, ale także to, co się pod nią kryje. Może tam jest wołanie: „nie umiem już wierzyć tak jak dawniej”, może: „zostałem zraniony”, może: „nie widzę sensu”, „nie spotkałem Boga, tylko instytucję”, „nie chcę udawać”. Rodzic, który od razu odpowiada kontrargumentem, może przegapić to co najważniejsze. Natomiast rodzic, który pyta: „co się stało?”, „co cię najbardziej oddaliło”, „czego dziś nie możesz przyjąć?”, „czy ktoś cię zranił”, „jak to przeżywasz” nie zdradza wiary, on otwiera przestrzeń, w której prawda może zostać wypowiedziana bez lęku.

    Słuchanie nie jest kapitulacją

    Wielu rodziców boi się, że jeśli zaczną słuchać, to tak jakby przyznawali dziecku rację. To nieporozumienie. Słuchanie nie jest zgoda na wszystko. Jest aktem miłości, jest powiedzeniem: „twoja historia jest dla mnie ważna, nawet jeśli nie zgadzam się z twoimi poglądami i wnioskami”. Komunikacyjnie dojrzała rozmowa o wierze nie zaczyna się od wykładu, ale od uznania doświadczenia drugiego człowieka. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć podać prawdę tak, by nie stała się kamieniem rzuconym w twarz. Prawda bez miłości może upokarzać, a miłość bez prawdy może rozmywać, ale prawda wypowiedziana w miłości może stać się początkiem drogi. Rodzić może powiedzieć: „nie ukrywam, że jest mi z tym trudno. Wiara jest dla mnie czymś najgłębszym, ale chce cię zrozumieć. Nie chce cię przesłuchiwać, ale chce wiedzieć, co się w tobie dzieje”. Tego typu zdanie ma większą moc niż dziesięć oskarżeń. Ono nie zamyka rozmowy, ono ją rozpoczyna.

    Wiara nie może być narzędziem emocjonalnego nacisku

    Jednym z najpoważniejszych błędów jest użycie wiary jako narzędzia emocjonalnego nacisku: „przez ciebie cierpię”, „zawiodłeś nas”, „tak staraliśmy się ciebie wychować, a ty wszystko zmarnowałeś”, „co ludzie powiedzą?”, „ja w twoim wieku dwa razy dziennie chodziłam do kościoła”, „babcia by tego nie przeżyła”. Takie zdania mogą budzić poczucie winy, a z pewnością rzadko budzą wiarę. Bóg nie powinien być w rodzinie argumentem do zawstydzania, Kościół nie może być kijem wychowawczym a modlitwa nie może stać się formą wyrzutu. Jeśli dziecko zacznie kojarzyć Boga głownie z presją, obowiązkiem, rozczarowaniem rodziców i rodzinnym napięciem, wtedy im więcej będziemy mówić o wierze, tym bardziej dziecko może się przed nią bronić. Trzeba odróżnić świadectwo od nacisku. Świadectwo bowiem mówi: „wiara mnie niesie, daje mi siłę”. Nacisk mówi: „masz wierzyć, żeby mnie nie ranić”. Świadectwo zaprasza, nacisk osacza. Świadectwo może pracować w sercu przez lata, nacisk często zamyka człowieka w jednej chwili.

    Miłość nie oznacza milczenia

    Czy zatem w tej przykrej i skomplikowanej sytuacji rodzice mają nic nie mówić? Oczywiście, że nie, bo milczenie może zostać odebrane jako obojętność. Rodzice mają prawo mówić, że wiara jest dla nich święta. Mają prawo powiedzieć, że wiara jest dla nich święta i maja prawo powiedzieć, że cierpią. Maja prawo bronić swoich przekonań, domowych znaków religijnych, świątecznych zwyczajów, niedzielnej Eucharystii. Dorosłe dziecko ma prawo do własnej drogi, ale rodzice maja prawo do szacunku wobec swojej wiary. W rozmowie chodzi jednak o ton, moment i i intencję. Inaczej brzmi zdanie wypowiedziane przy stole w obecności krewnych, jako publiczne upomnienie, inaczej brzmi to samo zdanie wypowiedziane spokojnie, w cztery oczy, z troską. Sprawy sumienia wymagają delikatności, bo dusza nie otwiera się przed reflektorem. Można powiedzieć: „boli mnie, że odchodzisz od Kościoła, bo wiara jest dla mnie źródłem sensu, ale chcę, żebyś wiedział: nie kocham cię mniej, nie jesteś dla mnie mniej ważny, nie zamykam przed tobą drzwi i zawsze możesz ze mną o tym porozmawiać”. Taka rozmowa to nie jest słabość, to jest ewangeliczna siła.

    Zachować dom jako miejsce powrotu

    Najmądrzejsza szkołą rodzicielskiej postaw pozostaje przypowieść o synu marnotrawnym, gdzie ojciec pozwala odejść synowi, choć zapewne pęka mu serce. Nie urządza za nim pościgu, nie upokarza go, nie przeklina, nie mówi: „już nie jesteś moim synem”, ale też nie przestaje czekać. To czekanie nie jest jednak bezradnością i bezczynnością, ale jest miłością, która nie zamyka serca, ani nie zamienia bólu w przemoc. Ojciec zachowuje dom jako miejsce powrotu. Gdy syn wraca, nie spotyka najpierw komisji moralnej ani sądu rodzinnego, ale ramiona ojca. Nie słyszy wykładu, ale zostaje przywrócony do godności. Zanim pojawia się rozliczenie, jest miłosierdzie. To bardzo ważne. Dom rodzinny nie może kojarzyć się dziecku wyłącznie z sądem nad wiarą. Ma być miejsce,, w którym nawet człowiek daleki od Kościoła nie przestaje czuć, że jest synem, córką, kimś kochanym. Tylko taki dom może stać się kiedyś przestrzenią powrotu.

    Codzienność jest pierwszą amboną rodziców

    Najbardziej przekonujące rozmowy o wierze nie odbywają się przy wielkich słowach. Często dzieją się po cichu, w sposobie, w jaki rodzice przebaczają sobie i dzieciom, jak nie plotkują, jak przezywają chorobę, jak traktują innych, jak mówią o nieobecnych, jak przezywają chorobę, jak modlą się bez demonstracji, jak idą do kościoła bez pogardy wobec tych, którzy nie idą.

    Dorosłe dzieci bardzo uważnie patrzą i obserwują i bardziej niż słów słuchają stylu życia. Jeśli widzą wiarę nerwową, agresywną, pełną pretensji, mogą uznać, że nie daje ona ani wewnętrznego, ani zewnętrznego pokoju. Jeśli widzą wiarę cierpliwą, szczerą, uczciwą, pokorną, zdolną do przebaczania, mogą po latach zapytać: ”skąd oni to mają?”. Codzienność jest pierwszą amboną rodziców, niekiedy jedynej z której dorosłe dziecko jeszcze chce słuchać.

    Miłość bez warunków, wiara bez agresji

    Najważniejsza postawa wobec dorosłego dziecka, które odeszło od Kościoła, łączy cztery rzeczy: miłość bez warunków, wiarę bez agresji, cierpliwość bez obojętności i modlitwę bez manipulacji. Nie trzeba wyrzekać się własnej wiary, aby kochać dziecko i nie trzeba ranić dziecka, aby pozostać wiernym Bogu. Być może najważniejsze zdanie jakie rodzic może wypowiedzieć, brzmi: „nie przestanę cię kochać, nie przestane się modlić za ciebie i nie zamknę przed tobą drzwi”. W tym zdaniu nie ma rezygnacji z Ewangelii. Bóg czeka, puka, zaprasza, szuka, przebacza i wygląda powrotu. Rodzic, który kocha w taki sposób, nie przegrywa walki o wiarę dziecka, ale staje się znakiem Boga, który nawet, gdy człowiek odchodzi, nie przestaje być Ojcem.

     ks. dr hab. Witold Ostafiński, prof. UPJPII – Tygodnik Niedziela

    ***

    poniedziałek – 10 sierpnia

    Ofiarowanie dnia

    Modlitwa, krzyż
    Modlitwa, krzyż · fot. via Pixabay.com

    ***

    Niech wszystko, co czynię, przeniknie miłość Twoja. 

    Dalsza część artykułu pod videoPlay

    Napełnij duchem Twoim wszystko, co czynię, 

    napełnij mocą Twoją trud mojego dnia. 

    Nieustannie proszę Cię, Panie, wyrwij ze mnie wszelką złość, obdarz pokorą, wytrwałością, zaparciem się siebie. 

    Niech gardzę działaniem, które nie szuka Ciebie; 

    niech uciekam przed ciszą, która nie spoczywa w Tobie. 

    Obdarz mnie Twoją radością, niech ona mnie ogarnie 

    jak płomień niegasnący i wśród tego, co ciężkie, 

    i wśród tego, co boli. 

    Obdarz mnie światłem, aby przeniknęło ciemności, 

    w których ludzie zapomnieli o Tobie. 

    Obdarz mnie męstwem w działaniu, 

    cierpliwością w wypełnianiu codziennych zadań, 

    wytrwałością, kiedy wynik moich trudów zakrywasz przede mną 

    w tajemnicy zamierzeń Twoich. 

    Panie, przyjmij ten dzień i wszystkie dni życia mojego. 

    Niech wszystko, co czynię, przenika miłość Twoja.

    żródło: Fronda.pl

    ***

    W sierpniu obserwujemy na niebie „łzy św. Wawrzyńca”

    W sierpniu, jak o żadnej innej porze roku, możemy obserwować na niebie „spadające gwiazdy”. Kiedy Ziemia na swojej drodze wokół Słońca przecina tor komety Swifta-Tuttle’a, wielkie ilości odłamków komety pędzące z prędkością 60 km na sekundę, a więc 216 tys. km na godzinę, które dostają się w sferę okołoziemską i tam się spalają.

     Adobe.Stock

    ***

    Liczba spadających gwiazd nie jest co roku taka sama: wynika to z faktu, że Swift-Tuttle szczególnie zbliża się do orbity Ziemi tylko co 134 lata – ostatnio w 1992 r., a drugi raz w 2126 r. Bliżej Słońca, kometa traci jedną część swojej materii podczas każdego orbitowania. Pozostałości rozkładają się w podobny sposób, jak gdyby ciężarówka podczas jazdy traciła piasek ze swego załadunku.

    Ludowa tradycja mówi, że to „płacze niebo”, albo że są to „łzy świętego Wawrzyńca”, ponieważ nasilenie tego zjawiska ma miejsce w okresie, w którym przypada wspomnienie tego świętego – 10 sierpnia.

    Określenie „łzy św. Wawrzyńca” nawiązuje do świętego, który zmarł śmiercią męczeńską 10 sierpnia 258 r. w Rzymie. Poddany został okrutnym torturom, w trakcie których, jak głosi tradycja, płakał nad grzechami ludzi na świecie. Inna legenda mówi, że męczennik śmiał się w czasie, gdy go torturowano i pomagał swoim oprawcom, gdy przewracali go z boku na bok na rozżarzonym ruszcie. Do dziś św. Wawrzyniec jest patronem osób poparzonych na skutek pożaru, gorączkujących oraz strażaków, kucharzy i piekarzy, a także węglarzy. Święty ten chroni także przed ogniem piekielnym.

    Bardziej prawdopodobne są podania, według których Wawrzyniec był jednym z siedmiu diakonów w Rzymie i odpowiadał za finanse oraz opiekę nad ubogimi. Ponieważ odmówił cesarzowi Walerianowi wydania własności kościelnych, został skazany na tortury i stracony na rzymskiej Via Tiburtina.

    W krótkim czasie stał się on jednym z najbardziej czczonych świętych. Nad jego grobem cesarz Konstantyn wzniósł w 330 r. kościół San Lorenzo fuori la Mura (dziś bazylika św. Wawrzyńca za Murami). Jego doczesne szczątki spoczywają obok relikwii „pierwszego męczennika” – św. Szczepana.

    Kult św. Wawrzyńca bardzo się rozwinął w Europie po zwycięstwie cesarza Ottona I nad Węgrami w dniu św. Wawrzyńca 955 r. Najcenniejsza relikwia – głowa świętego znajduje się w Watykanie. Jej część ma także katedra w Dubrowniku.

    Dzień św. Wawrzyńca ma też znaczenie w przekazach ludowych w różnych krajach, Tego dnia w kościołach błogosławiony jest specjalny „chleb św. Wawrzyńca”, rozdawany następnie biednym. „Zielem św. Wawrzyńca” jest nazywana nawłoć, kwitnąca złotymi kiściami o tej porze roku i mająca znaczenie lecznicze. W kalendarzu rolniczym święty męczennik jest pierwszym spośród „jesiennych braci”, zapowiadającym rozpoczęcie zbioru owoców jesieni. Właściciele winnic cieszą się, „kiedy w świętego Wawrzyńca piękna pogoda”, bo wtedy mają zapewnione obfite winobranie i beczki pełne nowego wina.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ***

    Niedziela – 9 sierpnia

    Leon XIV: „W Jezusie odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”

    “W każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza, jeśli z pokorą przyjmiemy Go do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa – w Nim odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki” – zapewnił Leon XIV przed dzisiejszą modlitwą “Anioł Pański”.

    fot. Vatican Media

    ***

    O tym, „abyśmy nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności” mówił Papież w rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański – informuje Vatican News.

    Papież nawiązał do Ewangelii dnia mówiącej o Jezusie, który przyszedł do uczniów pośród burzy, krocząc po wodzie Jeziora Galilejskiego (por. Mt 14, 22-33). Leon XIV przypomniał, że Apostołowie po doświadczeniu sukcesu, kiedy byli uczestnikami cudownego znaku rozmnożenia chlebów i ryb, „teraz stają bezradni i przerażeni wobec groźby fal i przeciwnego wiatru”.

    Rozpoznać Boga we własnej słabości

    Po przybyciu Jezusa wszystko się zmieniło. Św. Piotr był nawet w stanie uczynić kilka kroków po falach w stronę Mistrza, ale potem ogarnął go lęk i zaczął tonąć. Jezus go uratował. Po wejściu Chrystusa do łodzi, burza ustała, a uczniowie wyznali wiarę w to, że Jezus jest Synem Bożym.

    Papież podkreślił, że Apostołowie właśnie w doświadczeniu własnej słabości rozpoznali obecność Boga, choć niedawno byli świadkami cudu rozmnożenia chlebów i ryb, co wydawało się sukcesem w oczach ludzi. Jednak dopiero doświadczając porażki „mogli naprawdę otworzyć oczy i serce na Jego bliskość, odnajdując pokój nawet pośród burzy”.

    Papież przypomniał słowa Jezusa, który na kartach Ewangelii zachęca uczniów do wiary przenoszącej góry. Wskazał, że „pokój Chrystusa, który wcześniej modlił się na górze, dotarł do nich pośród szalejących wód”.

    Nie popadać w skrajności

    Jak zaznaczył Ojciec Święty, cud Jezusa uczy nas, abyśmy „nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności”, gdy czujemy się bezradni wobec problemów i gdy wydaje się nam, że cofamy się pomimo podejmowanych wysiłków.

    Papież zapewnił, że „w każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza”. Trzeba tylko z pokorą przyjąć Go „do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa”. To w Nim „odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”.

    Niech Maryja pomaga nam żyć w ten sposób, z pełnym ufności zawierzeniem Bogu – Ona, która została nazwana błogosławioną ze względu na swoją wiarę – podsumował Leon XIV.

    Artur Hanula, Vatican News/Stacja7

    ***

    sobota – 8 sierpnia 2026

    Święty Dominik Guzman nocami kładł się na posadzce kościoła i płakał: Co się stanie z grzesznikami?

     Modlitwa Świętego Dominika; obraz pędzla El Greca/Wikipedia

    ***

    Opat ze św. Pawła w Narbonne pisał, że „nigdy nie znał nikogo, kto by modlił się tak wiele i tak dużo płakał”.

    Płacze jeszcze ojciec czytając publicznie Biblię? – zapytałem o. Tomasza Nowaka, rozchwytywanego rekolekcjonistę. „Coraz bardziej! Ostatnio najczęściej wtedy, kiedy sobie uświadamiam bliskość Jezusa, ale też – od niedawna – gdy wspominam św. Dominika”.

    Dominik Guzmán nocami zamykał się w pustym rzymskim kościele św. Sabiny na Wzgórzu Awentyńskim i leżąc na posadzce, płakał: „Boże, co się stanie z grzesznikami?”. Dominikanie zrodzili się z tego płaczu.

    „Dominik był, jak zauważył kardynał Villot, człowiekiem »zdumiewająco wolnym«” – pisze Irlandczyk Paul Murray OP. „Zwłaszcza podczas modlitwy z ledwością mógł się opanować, często wołał do Boga pełnym głosem. Jego prywatna modlitwa była otwartą księgą dla braci”. Jordan z Saksonii notował: „Bóg obdarzył Dominika specjalną łaską płaczu nad grzesznikami oraz nad nieszczęśliwymi i strapionymi; nosił ich cierpienia w wewnętrznym sanktuarium swojego współczucia, a owo współczucie, które wobec nich odczuwał, zraszał serdecznymi łzami”. „Był człowiekiem, który płakał, i w jego błyszczących łzach widać było miłość ludzką i delikatną; ludzką, ponieważ boską” – dodaje dominikanin Simon Tugwell, przywołując opinię opata ze św. Pawła w Narbonne, który „nigdy nie znał nikogo, kto by się modlił tak wiele i tak dużo płakał”.

    W czasach, w których żył założyciel Zakonu Kaznodziejskiego, w południowej Francji i we Włoszech jak grzyby po deszczu wyrastały sekty głoszące, że należy żyć w całkowitym ubóstwie. Dominik zdawał sobie sprawę z tego, że by dotrzeć do tych ludzi, sam musi stać się żebrakiem. Zaczął od tego, że… zdjął z nóg sandały.

    Mocno akcentował element życia żebraczego. Poszedł w tym nawet dalej niż Biedaczyna z Asyżu. Święty Franciszek mówił do braci: „Gdy zabraknie wam pożywienia i będziecie głodni, idźcie żebrać”, a Dominik uczynił z żebrania sposób głoszenia Dobrej Nowiny i dotarcia do ludzi. Wraz z biskupem Diego (który proponował cysterskim opatom debatującym w Montpellier, jak zdławić dynamicznie rozwijającą się herezję albigensów: „Jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”), przez lata głosił Dobrą Nowinę, wędrując po terenach południowej Francji. Był w tym niestrudzony. ​Po roku 1207 większość z tych, którzy ruszali wraz z nimi, wycofała się z misji, widząc, że niewiele osiągnęli. „Brat Dominik pozostał sam, nieustannie głosząc” – dopowiadał Jordan z Saksonii.

    To on zanotował: „Gdy mistrz Dominik zbliżał się do końca ziemskiej pielgrzymki, przywołał do swego łoża najroztropniejszych braci i powiedział im w zaufaniu, że będzie dla nich bardziej pożyteczny po śmierci niż za życia”.

    Zmarł 6 sierpnia 1221 roku w Bolonii – mieście ​z czerwonej cegły, które słynie z najstarszego uniwersytetu świata i portyków, które w samym centrum mają długość 38 kilometrów.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    czwartek – 6 sierpnia 2026

    „To jest mój Syn umiłowany”. Pełnia Objawienia Bożego ukazana w Osobie Jezusa Chrystusa

    Transfiguration_Raphael.jpg
    Raphael, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Od początku świata Pan Bóg stopniowo dawał się poznać ludziom; objawił się Adamowi i Ewie, Noemu, czy Abrahamowi, przemawiał przez patriarchów i proroków. Jednak najbardziej dał się poznać przyjmując ludzką naturę. To właśnie podkreślają słowa: „To jest mój Syn umiłowany” oraz „Jego słuchajcie!”, słyszane z obłoku podczas Przemienienia na Górze Tabor. Wskazują one iż pełnia Objawienia Bożego zawarta jest właśnie w Jezusie Chrystusie.

    Scena Przemienienia Chrystusa symbolicznie łączy Stary i Nowy Testament. To właśnie wtedy Chrystus – Bóg Wcielony, centralna Osoba Nowego Testamentu – rozmawiał z dwoma przedstawicielami Starego Przymierza: Mojżeszem i Eliaszem. Mojżesz symbolizuje Prawo, czyli Torę. W tych pierwszych pięciu Księgach Starego Testamentu Bóg przekazał ludziom nakazy, które mieli zachowywać. Eliasz z drugiej strony jest jednym z proroków, których zadaniem było przygotowanie Narodu Wybranego na przyjście Zbawiciela. Cudowne przejście Mojżesza przez Morze Czerwone zapowiedziało przejście Chrystusa ze śmierci do życia, a wzięcie Eliasza do nieba wskazuje na późniejsze Wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa.

    Nie bez znaczenia jest fakt, że Mojżesz i Eliasz ukazali się akurat podczas Przemienienia na Górze Tabor. To właśnie wtedy bowiem, w słowach: „Jego słuchajcie!”, Bóg Ojciec wskazał na Chrystusa jako prawodawcę Nowego Przymierza. Zaś zestawienie Go z Mojżeszem i Eliaszem stanowi łącznik między Starym i Nowym Testamentem.

    To w tym momencie Bóg Ojciec przemówił z obłoku: „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5). Słowa te niezaprzeczalnie potwierdzają Bóstwo Chrystusa, który – jak pisze św. Paweł – „jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). A Sam Chrystus powiedział Apostołowi Filipowi: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,9-11). Nikt bowiem nie może ukazać ludziom Bóstwa lepiej niż sam Syn Boży, który w jednej Osobie łączy Boską i ludzką naturę.

    Jedność dwóch natur w jednej – Boskiej – Osobie Chrystusa czyni Go najlepszym pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Św. Paweł podkreślił to pisząc do Tymoteusza: „Jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus” (1 Tm 2,5). Dlaczego Apostoł napisał właśnie „człowiek, Chrystus Jezus”? Chrystusowe pośrednictwo stało się bowiem możliwe z chwilą Wcielenia, czyli przyjęcia przez Niego ludzkiej natury. Chociaż zawsze był w pełni Bogiem, to w momencie poczęcia w łonie Maryi stał się również w pełni człowiekiem, przyjął pełną ludzką naturę. Mając tak wiele wspólnego z obiema stronami, jest idealnym pośrednikiem między nimi. Ojcu zanosi nasze modlitwy i ofiary – w tym najdoskonalszą Ofiarę Mszy Świętej; dla ludzi zaś otrzymuje łaski i dary, którymi ich hojnie obdarza.

    Jedność dwóch natur w Chrystusie powoduje również, że to właśnie w Nim zawarta jest pełnia Objawienia Bożego. Objawienie można w skrócie wyjaśnić jako działanie Boga, przez które daje się On poznać ludziom, aby przez to doprowadzić ich do zjednoczenia z Sobą w niebie. W Objawieniu Bóg ujawnił w sposób tajemniczy misteria nadprzyrodzone i prawdy naturalne religii w taki sposób, by mogły być następnie nieomylnie przedkładane przez Kościół bez jakiejkolwiek zmiany znaczenia, aż do skończenia świata – pisze w dziele De Revelatione wybitny teolog, tomista i dominikanin, ojciec Réginald Garrigou-Lagrange.

    Choć Pan Bóg dawał się poznać ludzkości od samego początku świata, to Jego Objawienie osiągnęło pełnię właśnie w Osobie Jezusa Chrystusa. Święty Paweł pisze w Liście do Hebrajczyków: Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat (Hbr 1,1-2). Poprzez swoje Wcielenie, niewidzialny Bóg dał się ludziom zobaczyć w widzialnej postaci.

    Stary Testament zawiera Objawienie Boże, ale niepełne i – można powiedzieć – „w kawałkach”. Był to etap przygotowania ludzkości na przyjście Zbawiciela. Poprzez patriarchów i proroków, poprzez dziejące się wtedy wydarzenia, Bóg objawiał Izraelitom jakąś część wiedzy o Sobie. Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 54-64) wylicza kilka tego przykładów: stworzenie świata, przymierze z Noem po potopie, powołanie Abrahama, czy wybranie Izraela jako Ludu Bożego. Przykłady można by mnożyć, jednak żaden z nich nie stanowił pełni Objawienia Bożego, która miała miejsce dopiero w Osobie Jezusa Chrystusa.

    Najgłębsza zaś prawda o Bogu i o zbawieniu człowieka jaśnieje nam przez to objawienie w osobie Chrystusa, który jest zarazem pośrednikiem i pełnią całego objawienia – czytamy w konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei Verbum (paragraf 2).

    To Objawienie odbyło się przez czyny Chrystusa, Jego nauczanie, a przede wszystkim przez śmierć i chwalebne zmartwychwstanie. Wszystko to zostało spisane na kartach Ewangelii, które są Torą Nowego Testamentu, czyli podstawowym zbiorem praw Nowego Przymierza. Nie bez powodu jest zatem obecność w scenie Przemienienia właśnie Mojżesza: ten, który był bożym instrumentem w przekazaniu Starego Prawa, teraz stoi obok samego Chrystusa w momencie, w którym Bóg Ojciec wypowiada z obłoku polecenie: „Jego słuchajcie!”. Bóg Ojciec jasno wskazuje wtedy iż odtąd ludzkość ma słuchać już nie patriarchów czy proroków, ale Jego własnego Syna.

    Nie oznacza to jednak, że Stary Testament został wówczas wyrzucony do kosza. Oczywiście nie obowiązują nas już starotestamentalne przepisy ceremonialne, rytualne, czy oczyszczenia, ponieważ zostały one zastąpione jedną doskonałą Ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jednak wszystkie Księgi Pisma Świętego – zarówno Starego jak i Nowego Testamentu – zawierają Objawienie Boże i są niezbędne do zrozumienia sensu chrześcijaństwa. Znajdują one jednak swoje wypełnienie właśnie w owej nowotestamentalnej Torze, czyli w Ewangeliach, i dlatego nie mogą być rozumiane w oderwaniu od treści Ewangelii.

    Bóg, sprawca natchnienia i autor ksiąg obydwu Testamentów, mądrze postanowił, by Nowy Testament był ukryty w Starym, a Stary w Nowym znalazł wyjaśnienie. Bo choć Chrystus ustanowił Nowe Przymierze we krwi swojej (…), wszakże księgi Starego Testamentu, przyjęte w całości do nauki ewangelicznej, w Nowym Testamencie uzyskują i ujawniają swój pełny sens (…) i nawzajem oświetlają i wyjaśniają Nowy Testament (konstytucja Dei Verbum, 16). To właśnie zostało podkreślone obecnością Mojżesza w scenie Przemienienia.

    Przyjście na świat Chrystusa było nie tylko najdoskonalszym, ale również ostatnim publicznym objawieniem w historii zbawienia. Nie należy się już spodziewać żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego Jezusa Chrystusa (konstytucja Dei Verbum, 4). W erze po Chrystusie mogą jeszcze mieć miejsce objawienia prywatne, ale te nic nowego nie wniosą do prawdy objawionej, a jedynie podkreślą bądź zwrócą uwagę wiernych na różne aspekty doktryny Kościoła.

    I tak choćby św. Małgorzata Maria Alacoque doznawała prywatnych objawień Chrystusa, których przesłanie dotyczyło kultu Jego Najświętszego Serca. Nie wniosło to nic nowego do nauczania Kościoła, ale zwróciło uwagę katolików właśnie na ten boski atrybut – Serce Jezusa – który do tej pory był nieco marginalizowany. Podobnie można powiedzieć o objawieniach Matki Bożej w Fatimie, Gietrzwałdzie, czy wszystkich innych zatwierdzonych przez Kościół objawieniach.

    Skoro wszystko, co możemy tu na ziemi wiedzieć o Bogu, zostało objawione, czy oznacza to, że żaden postęp teologiczny nie może mieć miejsca? Bynajmniej! Postęp może, a nawet powinien mieć miejsce, jednak nie polega on na dalszym objawianiu się Boga, a raczej na naszym głębszym zrozumieniu Go. Nasze zdobywanie wiedzy o Bogu dokonuje się poprzez łączenie objawionych faktów, poszukiwanie zależności między nimi i wyciąganie wniosków. Taki postęp jest nam potrzebny, bowiem dążenie do coraz głębszego poznania Boga powoduje w nas wzrost miłości do Niego. Jak mówi św. Augustyn: „Nie można kochać tego, czego się nie zna” (De Trin. X, 1,2).

    Oczywiście taki postęp musi się odbywać w nawiązaniu do Pisma Świętego, Tradycji i magisterium Kościoła. Spotykamy niestety teologów, których tezy zrywają z tym, co Kościół orzekł podczas dwóch tysięcy lat swojego istnienia. Ich metodologia jest błędna. Poznawanie Boga nie może bowiem polegać na zaprzeczaniu temu co już o Nim wiemy, ale raczej na rozwijaniu już istniejącej wiedzy. Tak właśnie działali wielcy teologowie Kościoła – ze św. Tomaszem z Akwinu na czele. A żyjący w IV w. św. Wincenty z Lerynu tak wyjaśnił jak powinien wyglądać rozwój doktryny w Kościele:

    Może jednak ktoś zapyta: Jak to? Więc nie będzie w Kościele Chrystusowym żadnego postępu religii? Owszem, powinien być, i to jak największy. (…) Ale ten postęp niech będzie naprawdę postępem wiary, a nie zmianą. Boć przecie istota postępu na tym polega, że rzecz jakaś rozrasta się w sobie; istota zaś zmiany na tym, że rzecz jakaś przechodzi w zupełnie inną. Niechże więc wzrasta i olbrzymie nawet postępy czyni zrozumienie, wiedza, mądrość, (…) ale koniecznie w swojej jakości, to jest w obrębie tego samego dogmatu, w tym samym duchu, w tym samym znaczeniu.

    Adrian Fyda/PCh24.pl

    komentarz ze strony PCh24.pl:
    Podstawowym pytaniem, jest pytanie o sens życia oraz kim jest człowiek? Nauki empiryczne nie są w stanie przedstawić pełnego skończonego obrazu świata. Człowiek usiłuje rozumem poprzez refleksję filozoficzną poznać rzeczywistość świata, odnajdując znaki i ślady boskiej działalności. Wg. św. Pawła wszyscy ludzie są zdolni do poznania Boga na płaszczyznie racjonalnej z analizy dzieł stworzenia ( Rz. 1, 19-20) Racjonalne dowody na istnienie Boga w oparciu o filozoficzną analizę rzeczywistości udzielił św. Tomasz z Akwinu, doszedł do wniosku, że jeśli bytowanie człowieka nie ma być bezsensowne i absurdalne, to musi swoją celowość odnosić do Absolutu. Jednakże, cokolwiek by się nie powiedziało, to ostatecznie Bóg jawi się człowiekowi jako Wielka Tajemnica, której nie da się ogarnąć ludzkim rozumem, gdyż przekracza to jego pojemność poznawczą. Bóg ukazany w Biblii w sposób szczególny i pełny objawił się przez Jezusa Chrystusa, który jest obrazem Boga dla ludzi, gdyż posiada naturę ludzką i boską. Sobór Trydencki pouczał by nikt nie ośmielał się objaśniać Pisma Święte wbrew sensowi, który utrzymywał i utrzymuje święta Matka Kościół, któremu został powierzony mandat nauczania, jaki Chrystus pozostawił apostołom i ich prawowitym następcom; dlatego Tradycja jako świadek przeszłości, jaką pozostawili wielcy święci, Sobory Powszechne, świadectwa pobożności jest wiążąca jeśli nie stoi w sprzeczności z Pismem Świętym. Bóg kieruje losami świata i ludzi, których obdarzył wolnością i ją respektuje. Opatrzność Boża jest w ścisłej relacji z Bożym planem. Bóg jest stwórcą bytów widzialnych i niewidzialnych czyli duchowych, wszystkie one uczestniczą w Bożym planie. Człowiek egzystuje w przestrzeni między rzeczywistością duchową i materialną. Pierwszy człowiek utracił świętość i sprawiedliwość, którą został obdarzony i ten ” pra-grzech ” jest przekazywany jako utrata łaski i sprawiedliwości. Jezus przyszedł na świat aby przywrócić utracone szczęście człowiekowi jakiego pragnie Bóg,; gdyż tylko On posiadając dwie natury, mógł tego dokonać. Jezus wziął na siebie akt karzącej sprawiedliwości za grzechy całej ludzkości; św. Paweł naucza, iż za wielką cenę jesteśmy odkupieni. Chrześcijańskie orędzie głosi iż odkupienie i zbawienie polega na wszczepieniu i wspólnocie z Jezusem, i przez żywą wiarę zakotwiczoną w miłości Boga i człowieka, będącą darem łaski Bożej. Człowiek nie może dostąpić zbawienia siłami natury l bez łaski Bożej. Chrystusa spotykamy w Kościele, a poza Kościołem nie ma zbawienia, kto z własnej winy odrzuca Kościół Chrystusowy, odrzuca zbawienie. Przynależność do Kościoła Chrystusowego urzeczywistnia się w różnym stopniu i nie należy go redukować do instytucji administracyjnej. Kościół jest święty, gdyż jest związany z Jezusem. Sukcesja apostolska jest uczestnictwem w misji Jezusa. a sakramenty są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski przynoszącej owoce duchowe. Nadzieja chrześcijańska sięga poza doczesność, a wspólnota z Bogiem w doczesności jest mocniejsza od śmierci i prowadzi do pełni życia wiecznego, do którego wszyscy nieuchronnie zdążamy. Tak w wielkim skrócie i uproszczeni można przedstawić orędzie wiary katolickiej.

    ***

    Dziś w pierwszy czwartek miesiąca MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00

    po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.

    w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )

    NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI

    Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego  Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru,  jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.   

     Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie

    W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian  o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie  żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.

    Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.    

    Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest  kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię  bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy  ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie  nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.  

    Znienawidzeni przez siły zła  

    Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał  jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100). 

    z książki “IN SINU JESU”  

    ***

    czwartek – 6 sierpnia

    Papież w Asyżu: „Nie mylcie ewangelicznego radykalizmu z fundamentalizmem”

    Leon XIV mówił do 2,5 tys. młodych zebranych w Asyżu. Papieska wizyta zakończyła czterodniowe franciszkańskie spotkanie młodzieży.

    Leon XIV w Asyżu. fot. Vatican Media

    ***

    Leon XIV przybył w czwartek 6 sierpnia do Asyżu na zakończenie „GO! Franciscan Youth Meeting 2026”. W spotkaniu uczestniczyło około 2,5 tys. osób w wieku od 18 do 33 lat, przybyłych z różnych krajów Europy i świata. Wśród nich znajdowali się również młodzi, którzy nie deklarują się jako osoby wierzące.

    Nowa Kapituła Namiotów

    Wydarzenie odbyło się w roku 800. rocznicy śmierci św. Franciszka. Według organizatorów Leon XIV osobiście wybrał właśnie spotkanie młodych spośród wielu inicjatyw przygotowanych na jubileusz franciszkański.

    Franciszkanie porównują spotkanie młodych do słynnej Kapituły Namiotów z 1221 r. Około pięciu tysięcy braci z różnych części Europy zebrało się wówczas wokół Porcjunkuli. Ponieważ nie było dla nich odpowiednich budynków, spali na prostych matach i pod prowizorycznymi zadaszeniami.

    Osiem wieków później w tym samym miejscu spotkali się młodzi ludzie z różnych krajów. Wielu z nich również nocowało w prostych warunkach, w śpiworach. Przez cztery dni uczestniczyli w modlitwach, warsztatach, spotkaniach formacyjnych i rozmowach poświęconych wierze, pokojowi i powszechnemu braterstwu.

    Radykalizm to nie fundamentalizm

    Przed Mszą św. papież odpowiedział na trzy pytania dotyczące dawania świadectwa w podzielonym świecie, podejmowania decyzji na całe życie oraz miłości do Kościoła pomimo jego ran.

    Papież podkreślił, że ewangeliczny radykalizm jest przeciwieństwem fundamentalizmu. Nie czyni człowieka ślepym i gwałtownym, lecz wrażliwym i uważnym, zawsze podążającym za Jezusem, a przez to pokornym i otwartym na wszystkich – mówił.

    Radykalizm Ewangelii nie polega na zaostrzeniu języka, bezwzględnej walce z przeciwnikami ani zamknięciu się w grupie ludzi myślących w ten sam sposób. Oznacza przyjęcie Ewangelii bez zastrzeżeń i pozwolenie, aby przemieniła relację człowieka z Bogiem, innymi ludźmi i dobrami materialnymi.

    Papież zachęcił młodych, aby uczyli się od św. Franciszka ewangelicznego radykalizmu. Wskazał również na potrzebę odrzucenia kultury siły i budowania cywilizacji miłości.

    „Pośród was nowi święci”

    Podczas Mszy św. papież nawiązał do tajemnicy Przemienienia Pańskiego. Zwrócił uwagę, że Piotr chciał zatrzymać niezwykłe doświadczenie na górze, ale uczeń Chrystusa nie może jedynie przyglądać się rozmowie Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Musi sam w nią wejść, słuchać i podejmować decyzje.

    Chrześcijanie są wezwani do odczytywania Pisma Świętego razem z Chrystusem, rozumienia własnych czasów oraz pisania nowych kart historii. W Asyżu rozpoczęła się kiedyś przemiana Franciszka, Klary i tysięcy innych młodych ludzi, którzy przyjęli Ewangelię bez zastrzeżeń i pozwolili, aby nadała ich życiu nową formę.

    – Drodzy młodzi, dziś Europa i cały świat poszukują pośród was nowych świętych – mówił Leon XIV.

    Papież wezwał młodych do uwolnienia się od kultury siły, burzenia murów oraz odrzucenia obrazu świata zbudowanego z wymyślonych wrogów. Zaznaczył, że nie oznacza to zdrady rodziny, miasta ani tradycji, lecz oczyszczenie ich z lęku, niewiedzy i przemocy.

    „Go!” oznacza posłanie

    Leon XIV zwrócił uwagę, że sama nazwa spotkania – „Go!”, czyli „Idź!” – zawiera program misyjny. Zachęcał młodych, aby udawali się na peryferie, gdzie niesprawiedliwość, wojna i obojętność odbierają ludziom godność oraz możliwość realizowania marzeń.

    Chrześcijanin nie powinien szukać bezpiecznych miejsc pozwalających mu zachować dystans wobec ludzkiego cierpienia. Ma dotykać ran świata i budować cywilizację miłości, której pierwszymi znakami są bezinteresowność, służba i praca na rzecz pokoju.

    – Idźcie! A jeszcze lepiej: idźmy! – zachęcił papież.

    Osiem zobowiązań młodych

    Na zakończenie spotkania młodzi przedstawili zobowiązania wypracowane podczas czterech dni rozmów. Postanowili wybierać ciszę, która pozwala słuchać, budować braterstwo, troszczyć się o stworzenie i tworzyć autentyczne relacje.

    Wśród zobowiązań znalazły się także odpowiedzialne korzystanie z technologii, odkrywanie piękna jako drogi ewangelizacji, odwaga podejmowania życiowych decyzji oraz gotowość do zbliżania się do ran współczesnego człowieka.

    Papież otrzymał kopię Kodeksu 338 zawierającego najstarszy zachowany zapis „Pieśni słonecznej” św. Franciszka oraz projekt jednej z figur przygotowywanych z okazji jubileuszu. Rzeźba autorstwa Eleny Mutinelli ma stanąć na Lampedusie.

    Franciszkanie podarowali Leonowi XIV także reprodukcję starego fresku z Ospedale delle Pareti. Dzieło łączy tradycję franciszkańską z augustiańską, dlatego miało szczególne znaczenie dla pierwszego papieża wywodzącego się z Zakonu św. Augustyna.

    Po zakończeniu Mszy św. i ceremonii pożegnania Leon XIV odleciał do Watykanu. Spotkanie zakończyło się nie tylko błogosławieństwem, lecz także posłaniem młodych do ich krajów i wspólnot.

    – On wam ufa, na was liczy i pozostaje zawsze z wami – powiedział papież.

    mt/stacja7.pl, VaticanNews

    ***

    środa – 5 sierpnia 2026

    Wizerunek Matki Bożej Śnieżnej i tajemnica śniegu w letni dzień

    MB-Sniezna.jpg
    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Historia Kościoła obfituje w niezwykłe zdarzenia, będące owocem ingerencji Nieba w porządek ziemski. Wierzących budują moralnie, z kolei dla odrzucających wiarę stanowią przyczynę zgorszenia lub, w najlepszym wypadku, budzą ich sceptycyzm. Do takich faktów należą m.in. dzieje bazyliki i obrazu Matki Bożej Śnieżnej.

    Śnieg w letni poranek

    Rzymianie, którzy 5 sierpnia 352 roku przechodzili przez wzgórze eskwilińskie, z wielkim zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Mimo letniej pory jego zbocze pokrywała warstwa śniegu. Co było przyczyną niezwykłego wydarzenia, wiedział papież Liberiusz oraz rzymski patrycjusz Jan. W nocy ukazała im się bowiem Matka Boża i wyraziła wolę, by w tym miejscu stanęła świątynia ku Jej czci. Jak mówi stara tradycja, wspomniany patrycjusz oraz jego żona nie doczekawszy się potomstwa, zastanawiali się, jak spożytkować ku chwale Bożej swój majątek. Jakże zadziwić, a zarazem uradować musiała ich taka odpowiedź…

    W miejscu cudu stanęła pierwsza świątynia poświęcona Bogarodzicy. Nie była jeszcze tak wielka i wspaniała jak dziś. Tę wzniesiono dopiero za pontyfikatu Ojca Świętego Sykstusa III (432-440), który chciał uczcić sukces soboru w Efezie, a przede wszystkim ogłoszenie dogmatu, że Najświętszej Maryi Pannie przysługuje tytuł Bożej Rodzicielki (Theotokos). Świątynia zyskała nazwę bazyliki Matki Bożej Większej.

    Pamięć cudu leżącego u genezy fundacji świątyni przetrwała w nazwie wizerunku Maryi czczonego w jej wnętrzu oraz święcie ustanowionym w rocznicę niezwykłego zjawiska (5 sierpnia) – Matki Bożej Śnieżnej. Piękna legenda przenosi moment powstania ikony daleko wstecz, przypisując jej namalowanie św. Łukaszowi Ewangeliście. Według historyków sztuki, znany nam obecnie obraz powstał najprawdopodobniej w XII wieku. Do Rzymu trafił zapewne w XIII stuleciu, wraz z krzyżowcami powracającymi do Europy.

    Wybawicielka Rzymian

    Obraz cieszy się sławą cudownego, a przedstawia Maryję trzymającą na lewej ręce małego Pana Jezusa, który z kolei lewą rączką podtrzymuje Księgę, a prawą wyciąga przed siebie w geście błogosławieństwa. Znany jest także pod nazwą Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Wielokroć bowiem, w chwilach poważnych zagrożeń, Matka Boża Śnieżna przychodziła z pomocą Rzymianom.

    To właśnie Jej ingerencji lud rzymski przypisuje ocalenie miasta przed dżumą za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego. Później, podczas wielkiego pożaru, który wybuchł w 847 roku, gdy papieżem był Leon IV, wizerunek Matki Bożej Śnieżnej niesiono ulicami Wiecznego Miasta, wypraszając wygaśnięcie ognia. Podobna procesja z obrazem Maryi Salus Populi Romani przeszła przez Rzym w trakcie starcia z flotą muzułmańską pod Lepanto w 1571 roku. Wtedy to losy bitwy rozstrzygnęły się na korzyść połączonej floty katolickiej.

    Należy dodać, że wizerunek Matki Bożej Śnieżnej stał się bardzo popularny w całym świecie chrześcijańskim. Do jego rozpropagowania przyczynił się generał jezuitów św. Franciszek Borgiasz, zamawiając liczne kopie cudownego wizerunku, by potem wysłać je do różnych zakątków świata. Jedna z nich trafiła do Jarosławia w Polsce. W oparciu o ten obraz powstały kolejne repliki.

    Rada na wagę zwycięstwa

    Należy podkreślić, że także w Polsce Matka Boża Śnieżna uczyniła cud porównywalny do rzymskich, przyczyniając się do zwycięstwa w bitwie chocimskiej.

    Stało się to w 1621 roku, gdy rok po zwycięstwie nad armią polską na polach Cecory, w której zginął hetman Stanisław Żółkiewski, Turcy szykowali nową wyprawę na Rzeczpospolitą. Całej potędze Turcji drogę zastąpiły szczupłe siły pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Niestety, utalentowany militarnie hetman zmarł w oblężonym obozie. Gdy wieść o tym doszła do kraju, biskup Marcin Szyszkowski zarządził w Krakowie uroczystą procesję błagalną, podczas której niesiono ulicami miasta przechowywaną w kościele oo. Dominikanów kopię wizerunku Matki Bożej Śnieżnej. Gdy wszystko zapowiadało klęskę, bo otoczone przez pogan wojska polskie dysponowały zaledwie jedną beczką prochu, dowodzącemu nimi regimentarzowi Stanisławowi Lubomirskiemu ukazała się Matka Boża. Madonna wypowiedziała tylko jedno słowo: Wytrwałość. Wódz zastosował się do rady, dzięki czemu Polska strona wynegocjowała pokój na korzystnych warunkach. Sukces uznano za dzieło Niepokalanej.

    Jako wotum dziękczynne dla Bogarodzicy żona Stanisława Lubomirskiego, Anna, ufundowała w Krakowie kościół i klasztor ss. Dominikanek, naturalnie pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej. Do dziś zakonnice oraz wierni czczą w nim Maryję, modląc się przed jedną z kopii eskwilińskiego obrazu.

    Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej

    O Maryjo, Matko moja Niebieska,
    najczulsza, najlepsza z matek,
    do stóp i do Serca Twego Macierzyńskiego
    tulę się z miłością i ufnością dziecięcą.
    Patrz, oto Twe dziecię przychodzi do Ciebie
    i wzywa Twej pomocy!
    Czy potrzeba o Matko, by wiele Ci mówiło,
    Twe Serce wszystko już odczuło…
    Ty wiesz, że cierpi, że płacze, że zgrzeszyło…
    O Matko łaski Bożej, źródło życia i radości,
    o Ty wsławiona w tym cudownym Obrazie łaskami bez miary,
    spraw Twoim wstawiennictwem u Boga,
    by i na moje serce dotknięte cierpieniem i winami,
    spadły białe, śnieżne płatki Twej pociechy,
    zmiłowania i wysłuchania.
    Bóg Ci niczego odmówić nie może,
    jeśli tylko prośby nasze nie sprzeciwiają się
    zamiarom Jego Ojcowskiego Serca, tak bardzo nas miłującego.
    O Matko Najświętsza, wierzę, iż wszystko możesz u Boga!
    O Matko Miłosierdzia, ufam Twemu Macierzyńskiemu Sercu,
    O Matko Najczulsza, Tobie powierzam wszystko,
    co dotyczy mojej duszy, mego ciała i moich najdroższych!
    O Matko Ukochana, miłuję Cię i wiem,
    że miłujesz mnie jak dziecię swoje.
    W Twoje ręce najświętsze składam życie,
    śmierć i wieczność moją,
    wierząc, że nie zginę na wieki. Amen.

    Litania do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej

    Kyrie, eleison. Chryste, eleison. Kyrie, eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z Nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata Boże,
    Duchu Święty Boże,
    Święta Trójco, Jedyny Boże,

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Maryjo Panno Śnieżna,
    Święta Maryjo Dziewico Niepokalana,
    Święta Maryjo Pokorna Służebnico Pańska,
    Święta Maryjo Żywy Przybytku Słowa Wcielonego,
    Święta Maryjo Nowa Ewo, obiecana w raju,
    Święta Maryjo Pociecho, radości i błogosławieństwo Ludu Wybranego,
    Święta Maryjo Idąca za Chrystusem aż do stóp Krzyża,
    Święta Maryjo Świeczniku ozdobiony w siedmiorakie dary Ducha Świętego,
    Święta Maryjo Najwyższa chlubo świata chrześcijańskiego,
    Święta Maryjo Królowo Nieba i ziemi,
    Święta Maryjo Wzorze modlitwy i wyrzeczenia,
    Święta Maryjo Wspomożenie małżeństw i rodzin,
    Święta Maryjo Opiekunko pielgrzymów i podróżujących,
    Matko nasza najłaskawsza,
    Matko Miłosierdzia,
    Matko ofiarności i dobroci,
    Matko poświęcenia i służby,
    Matko zsyłająca swe łaski wraz z płatkami śniegu,
    Matko prowadząca zagubionych w chaosie świata,
    Matko darząca uśmiechem swoich gości,
    Matko o każdej porze roku zapraszająca do siebie czcicieli,
    Matko udzielająca wszelkiej pomocy potrzebującym,
    Matko wypraszająca łask wszelkich,
    Matko której bezgranicznie zaufaliśmy,
    Matko pouczająca o Miłowaniu Boga i bliźnich,
    Matko wypraszająca pokój i Boże przebaczenie,
    Matko nawołująca do gorliwego odmawiania Różańca,
    Matko wzywająca do czynienia pokuty,
    Matko umacniająca chorych i cierpiących,
    Matko wychowawczyni powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych,
    Matko otaczająca opieką wszystkich parafian,
    Matko roztaczająca Macierzyńską opiekę nad młodzieżą i dziećmi,
    Matko chroniąca nas od niewiary,
    Matko ucząca nas prostoty i życia w prawdzie,
    Matko pomagająca naszej Ojczyźnie i światu całemu,
    Matko towarzysząca nam w pielgrzymce wiary,
    Matko pocieszająca strapionych i nadziejo umierających,
    Matko prosząca swego Syna o świętość dla nas,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami.

    K. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się: Boże Wszechmogący, Ojcze i Przyjacielu ludzi, Ty prowadzisz Swój lud pośród zmieniających się kolei życia. Dzięki Ci składamy za to, że łaskawie wejrzałeś na naszą ziemię, gdzie czcimy Najświętszą Maryję Pannę Śnieżną. Udziel nam i tym wszystkim, którzy powierzają się Jej Matczynej Opiece, łaski coraz większego umiłowania Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen

    źródło: dladuszy.piotrskarga.pl/PCh24.pl

    ***

    wtorek – 4 sierpnia

    Jan Vianney: wiejski proboszcz, którego świętość nawróciła tysiące

    AdobeStock_1748183942_800x460.jpg
    fot: http://stock.adobe.com/

    ***

    Święty Jan Maria Vianney – wzór kapłaństwa zrodzonego z modlitwy, Eucharystii i spowiedzi. Skromny, pokorny proboszcz z Ars żył miłością i oddaniem wobec Stwórcy oraz innych ludzi. Jego wiara była tak autentyczna, że przekonała do Boga ogromne rzesze.

    Jan Maria Vianney został kanonizowany przez papieża Piusa XI wiosną 1925 roku. Wówczas Ojciec Święty ogłosił proboszcza z Ars „niebiańskim patronem wszystkich kapłanów świata”. O wzorze kapłańskich cnót, jakim jest święty Jan Maria, mówiono też podczas uroczystości rocznicowych celebrowanych w Ars, a centralnie w sanktuarium Ars-sur-Formans. – Święty Proboszcz z Ars był pokornym kapłanem, ale wielkim przed Bogiem, bo żył z miłością i oddaniem wobec innych – podkreślił kardynał Lazzaro Heung-sik You, prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa. 

    Wskazał on na jeszcze inną, mocną stronę Chrystusowego kapłaństwa, które wiernie naśladował proboszcz z Ars. Otóż takie wypełnianie powołania ma moc jednoczenia wokół spraw najważniejszych. – Ars stało się duchowym centrum Europy, gdyż św. Jan Maria Vianney stawiał Boga na pierwszym miejscu, bez kompromisów – przypomniał. Jakże daleko od takiej duchowości są rządzący dzisiejszą Unią Europejską, przez co zamiast jednoczyć, coraz bardziej dzielą.

    Jan Maria Vianney jest przykładem człowieka, którego pokora zaprowadziła na szczyty świętości. Jego młodość przypadła na trudne czasy porewolucyjnej Francji. Do Pierwszej Komunii Świętej przystępował w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę. Wejście do niej, z obawy przed bezwzględnymi przewrotowcami, zasłonięto furą siana. Młody Jan Maria naukę mógł podjąć dopiero kiedy miał 17 lat. Wcześniej wiejskie szkoły podstawowe, które funkcjonowały jedynie przy parafiach katolickich, były zamknięte przez władze rewolucyjne, czyli krwawy Dyrektoriat.

    Droga Jana Marii do uzyskania święceń kapłańskich była jeszcze trudniejsza. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny, więc nie stać go było na opłacenie swojego utrzymania w seminarium duchownym. Tę poważną przeszkodę udało się pokonać dzięki dobremu człowiekowi – księdzu Karolowi Balley, który wcześniej uczył go w szkole parafialnej i poznał niezwykłą pobożność młodego Vianneya.

    Nauka od początku szła Janowi Marii bardzo trudno. Dlatego też do seminarium musiał zdawać dwa razy. Na początku studiów w seminarium nie było lepiej. Szczególnie gramatykę języka francuskiego i łacinę kleryk Vianney ledwo ciągnął, jak przysłowiowy „koń furę pod górę”. Nauka tych przedmiotów sprawiała mu taką udrękę, że chciał zrezygnować z seminarium. Na szczęście jego wierny przyjaciel ks. Balley, odwiódł go od tej decyzji. Trudno sobie wyobrazić, jak dzisiejsza młodzież, której rodzice usuwają każdą, nawet najmniejszą przeszkodę spod nóg, mogłaby pokonać takie olbrzymie przeszkody, z jakimi mierzył się Jan Maria Vianney?

    Jan dobrnął do końca seminarium, ale z obawy przed tym, że nie da rady zdać końcowych egzaminów po łacinie, jak wówczas zdawano, pozwolono mu zaliczać przedmioty po francusku. W ten sposób szczęśliwie ukończył seminarium i został wyświęcony na księdza. Z powodu słabej znajomości łaciny, na pewien okres zabroniono mu jednak spowiadać. Ta decyzja wydaje się dziś paradoksalna – przecież św. Jan Maria Vianney, z powodu swego niezwykłego charyzmatu udzielania sakramentu pokuty oraz ogromnych kolejek do jego posługi, przez potomnych nazwany został „niewolnikiem konfesjonału”.

    Wszystkie duchowe osiągnięcia św. Jana Marii Vianneya, dzięki któremu Bóg mógł nawrócić tysiące „zagubionych owiec”, wiele proboszcza z Ars kosztowały – dlatego były tak niezwykle cenne. Podobnie było z jego kaznodziejstwem. Na początku podczas kazań często gubił wątek i z przejęcia okrutnie jąkał się. Z czasem stał się jednak charyzmatycznym mówcą, którego słuchały rzesze ludzi.

    Używając porównania rodem z wojska, ks. Jan Maria Vianney był w francuskim Kościele wybitnym komandosem do zadań specjalnych. Dlatego też skierowano go jako proboszcza do parafii w Ars, którą duchowo niemal zupełnie wyjałowiła rewolucja francuska. Kiedy ks. Vianney obejmował tamtejszą parafię, spośród 250 ochrzczonych mieszkańców do kościoła na Mszę świętą przychodziło zaledwie około 20 osób.

    Najstraszniejszym „biczem”, jakiego użył nowy proboszcz, aby na powrót zagonić zbłądzone owieczki do zagrody Pańskiej, były modlitwa i post. „Wchodził do kościoła przed jutrzenką i nie wychodził aż do wieczornej modlitwy Anioł Pański” – opisywała praktykę modlitewną ks. Vianneya jedna z jego parafianek Katarzyna Lassagne. Proboszcz nie bał się również „smagać” mieszkańców Ars biczem słowa. Sam Vianney w jednym ze swoich kazań mówił:

    – Jeśli duszpasterz nie chce się potępić na wieki, powinien bez miłosierdzia chłostać wszelkie nadużycia w parafii; powinien przy tym zdeptać nogami wzgląd ludzki i obawę przed wzgardą lub nienawiścią ze strony parafian; a choćby miał pewność, że go zabiją, skoro zejdzie z ambony – nie wolno mu ustąpić.

    Dobroć księdza Vianneya, także surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały kolejnych mieszkańców Ars. Kościół, z początku prawie pusty, zaczął się z wolna zapełniać nie tylko w niedziele i święta, ale nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów. W końcu nawróciła się ogromna większość. Do ich proboszcza na spowiedź i kazania z całej Francji przybywały rocznie tysiące wiernych. Módlmy się o takich świętych kapłanów, bo „żniwa wprawdzie wielkie, ale robotników mało” (Mt 9, 37).

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Księża przywożą do Ars kryzysy. Święty wciąż wskazuje drogę

    Współcześni kapłani przybywają do grobu św. Jana Marii Vianneya z doświadczeniem zwątpienia, społecznej niechęci i ciężaru odpowiedzialności za powierzoną im misję. Proboszcz z Ars przypomina im, że odnowa kapłaństwa zaczyna się od postawienia Chrystusa na pierwszym miejscu.

    św. Jan Maria Vianney.fot. Jakub Szymczuk / Gość Niedzielny

    ***

    Rektor z Ars: św. Jan Maria Vianney inspiruje współczesnych księży
    4 sierpnia Kościół powszechny obchodzi wspomnienie św. Jana Marii Vianneya, Proboszcza z Ars, ogłoszonego w 1929 roku przez Piusa XI „patronem wszystkich proboszczów świata”. W rozmowie z mediami watykańskimi rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, opowiada o wsparciu, jakie u tego świętego odnajdują współcześni kapłani, zmagający się z wewnętrznymi kryzysami i trudnościami w otoczeniu.
    Adélaïde Patrignani, Dorota Abdelmoula-Viet – Watykan

    Św. Jan Maria Vianney, znany jako Proboszcz z Ars (1786–1859), pochodził ze skromnej rodziny i miał tak duże trudności w nauce, że wątpiono, czy poradzi sobie z przygotowaniem do kapłaństwa. Ostatecznie jednak przyjął święcenia w 1815 roku, a posługa, jaką pełnił w niewielkiej francuskiej miejscowości Ars i okolicznych wioskach, wydała niezwykłe owoce, szczególnie poprzez sakrament pojednania i świadectwo zanurzenia w modlitwie. W ostatnich latach jego życia odwiedzało go ok. 100 tys. osób rocznie, a dziś do sanktuarium w Ars, w którym jest pochowany przybywają liczne grupy z całego świata, a wśród nich wielu kapłanów. Także ostatni papieże przybliżali tę postać Kościołowi: w 150-lecie jego śmierci (2009 r.) Benedykt XVI ogłosił Rok Kapłański, któremu patronował francuski święty, zaś 10 lat później Franciszek poświęcił mu obszerne fragmenty okolicznościowego listu, skierowanego do kapłanów.

    Zranienia i niepokoje przywożone do Ars

    Mówiąc o dzisiejszym kulcie św. Jana Marii Vianneya, rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, podkreśla, że cechy, które charakteryzowały Proboszcza z Ars – nieustanna więź z Bogiem oraz miłosierdzie, dobroć i gościnność okazywane każdemu człowiekowi – przemawiają także do współczesnych księży, którzy przyjeżdżają do jego grobu z własnym bagażem doświadczeń.

    „Kiedy patrzę na kapłanów, którzy tutaj przybywają, widzę, że są oni naznaczeni wyzwaniami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi we Francji, w Niemczech czy w Ameryce. A jednocześnie dostrzegam w nich miłość do Boga i do posługi, która została im powierzona – mówi – Są odpowiedzialni i świadomi ciężaru powierzonej im misji. Doświadczają wokół siebie pogardy, a jednocześnie odczuwają, że ludzie mają wobec nich oczekiwania”.

    Mówiąc o trudnościach, z jakimi mierzą się współcześni księża, podkreśla, że kluczowym pozostaje pytanie o to, czy współczesny świat przyjmuje dziś ich posługę. „To właśnie budzi ich niepokój. A jednocześnie wiedzą, że to Bóg zbawia – mówi ks. Griveaux – Widzę u nich autentyczną troskę pasterzy, którzy pragną dotrzeć do ludzi żyjących w najróżniejszych warunkach”.

    Proboszcz z Ars – wzór dla współczesnych księży

    Rektor francuskiego sanktuarium wskazuje, że święty patron proboszczów już za życia słynął zarówno z niezwykłej gościnności i braterskiej atmosfery, jaka udzielała się odwiedzającym go, jak też z tego, że nigdy nie wypowiadał się źle o innych kapłanach. To przykład na nasze czasy, podobnie jak niezwykłe zaufanie wobec świeckich, którym powierzył liczne dzieła społeczne i miłosierdzia w czasach, gdy powierzano je przede wszystkim zakonom. „Jeśli ktoś uważa go za postać przestarzałą, staromodną czy wręcz muzealną, wystarczy spojrzeć na jego elastyczność i dyspozycyjność” – zachęca.

    Jednocześnie podkreśla, że „przede wszystkim Bóg zawsze był dla niego na pierwszym miejscu”, a on sam wiele czasu poświęcał każdego dnia na modlitwę. „Ludzie to dostrzegali”. To z tej bliskości z Bogiem, brały początek inne jego cechy, jak choćby wyjątkowy talent spowiednika. „Warto przypomnieć słowa jego biskupa – mówi ks. Griveaux – ‘Może nie jest uczony, ale jest oświecony’. To zdanie jest niezwykle wymowne. Zmienia spojrzenie na człowieka i otwiera drogę ku Jezusowi Chrystusowi, ku Bogu i ku Kościołowi”.

    Odnowić otrzymane kapłaństwo

    Dla księży spotkanie ze św. Proboszczem z Ars jest zaproszeniem do odnowienia własnego kapłaństwa, także w czasie kryzysu czy zwątpień i takim doświadczeniem dzieli się wielu spośród tych, którzy przybywają dziś do południowo-francuskiej miejscowości. „Chodzi o ponowne odkrycie Chrystusa jako Tego, który jest pierwszy: Chrystusa umiłowanego, spotkanego, rozpoznanego, adorowanego i ofiarowanego duszom – mówi rektor – Świętość jest darem Boga. Od kapłanów wymaga się nawrócenia – ale także samo nawrócenie jest łaską Boga. Świętość oznacza komunię z Bogiem, dyspozycyjność wobec Niego, przyjaźń z Nim. Oznacza karmienie się Jego słowem, życie sakramentami i sprawowanie sakramentów. Jeśli sami nie będziemy się nawracać i wchodzić na drogę Boga, jak mamy pozwolić Mu działać przez nas? On i tak będzie działał, ale lepiej nie być przeszkodą ani zasłoną – lepiej być Jego sługą”.

    4 sierpnia 2026VATICANNEWS.VA

    ***

    Odpust za nawiedzenie kościoła parafialnego.

    2 sierpnia uzyskać Odpust Porcjunkuli!

    Porcjunkula.jpg
    Francesco Vanni, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Odpust Porcjunkuli jest szczególnym darem Kościoła – 2 sierpnia każdy wierny może go uzyskać, niezależnie od miejsca zamieszkania. Łaskę tę wyprosił u Boga św. Franciszek. Na sklepieniu kościoła Matki Bożej Anielskiej w Asyżu widnieje napis odnoszący się do tego przywileju: „To jest brama życia wiecznego, zawsze otwarta”.

    Porcjunkula. Cóż to jest?

    Porcjunkula (z łac. mała cząstka, coś małego) to ulubiony kościół św. Franciszka w Asyżu, który w roku 1207 wyremontował on własnymi rękami. Otrzymał go od benedyktynów w symbolicznej dzierżawie. Pierwotnie ten malutki kościół mieli zbudować w VI wieku pielgrzymi powracający z Ziemi Świętej. Mieli tu umieścić grudkę ziemi z grobu, do którego złożono ciało Matki Bożej, po jej zaśnięciu (ten pusty grób Matki Bożej znajduje się w Dolinie Jozafata). Świątynia ta, po odbudowie przez św. Franciszka, który nadał jej imię Matki Bożej Anielskiej, stała się miejscem narodzin i sercem wspólnoty franciszkańskiej. Dziś, gdy wchodzi się do wnętrza tego kościoła, na progu widnieje napis: „hic locus sanctus est” – czyli „to miejsce jest święte, ponieważ tutaj Bóg rozmawiał z Franciszkiem.

    Jak Bóg przemówił do Franciszka w Porcjunkuli

    Pewnej nocy św. Franciszek leżąc krzyżem w kościele Porcjunkula i będąc cały zatopiony w modlitwie, ujrzał jak nagle ciemne wnętrze małej świątyni, rozświetla światło. Franciszek podniósł się z posadzki i zobaczył nad ołtarzem Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę w towarzystwie mnóstwa aniołów. Franciszek padł na kolana i zaczął uwielbiać Boga. Wtedy usłyszał pytanie Stwórcy „Czego pragniesz dla zbawienia dusz?”.  Odpowiedź Franciszka była natychmiastowa: „Błagam, aby wszyscy, którzy skruszeni i wyspowiadani przyjdą odwiedzić ten kościół, mogli uzyskać obfite i hojne przebaczenie z całkowitym odpuszczeniem wszystkich kar za grzechy”. Pan Jezus obiecał mu spełnienie tej prośby pod warunkiem, że zwróci się do papieża po stosowne zezwolenia.

    Czym Franciszek przekonał papieża?

    Z samego rana wyruszył w drogę do Rzymu. Kiedy stanął już przed papieżem Honoriuszem III, zaraz przedłożył mu swoją prośbę. Ojciec święty zgodził się, zapytał jednak „Franciszku, na ile lat chcesz tego odpustu?”. Franciszek chcąc, aby papież zatwierdził nowy odpust bezterminowo, odpowiedział dyplomatycznie „Ojcze Święty, nie proszę o lata, ale o dusze”. Ojciec święty zrozumiał intencję Franciszka i postąpił tak, jak on chciał.

    „Chcę was wszystkich wysłać do raju!”

    Był dzień 2 sierpnia 1216 roku. Mały kościółek Porcjunkula wypełniony był wiernymi po brzegi. Przy ołtarzu stał Franciszek i kilku biskupów. Wspólnie ogłosili oni początek nowego odpustu. Franciszek mówiąc o odpuście zaczął tymi słowami „Bracia moi, chcę was wszystkich wysłać do raju!”. Był to pewien przełom w uzyskaniu odpustu za ciężkie grzechy. Wcześniej odpust taki można było uzyskać jedynie odbywając pielgrzymkę pokutną do Jerozolimy, Santiago lub Rzymu, a na to było stać niewielu. Z czasem ziściło się marzenie Franciszka, aby odpust ten był dostępny dla wszystkich. Obecnie 2 sierpnia  można go uzyskać w każdym kościele na świecie, a w kościele Porcjunkula każdorazowo, kiedy tylko nawiedzi się tę świątynię.

    Warunki odpustu Porcjunkuli

    Każdy, kto 2 sierpnia pobożnie nawiedzi swój kościół parafialny, odmówi w nim „Ojcze nasz” i wyznanie wiary, a także przystąpi do spowiedzi i przyjmie Komunię Świętą oraz pomodli się w intencjach wyznaczonych przez papieża i wyzbędzie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego, zyska odpust zupełny.

    źródła – niezbędnik.niedziela.pl, brewiarz.pl, misericors.org

    Adam Białous/PCh24.pl

    ***

    Odpust Porcjunkuli

    2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.

    Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula

    Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula –  fot. Grażyna Kołek

    ***

    Trochę historii

    Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?

    Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.

    W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.

    Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.

    Skąd odpust Porcjunkuli?

    Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.

    Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.

    By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:


    – pobożnie nawiedzić kościół,

    – odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,

    – przystąpić do spowiedzi świętej,

    – przyjąć Komunię świętą,

    – pomodlić się według intencji Ojca Świętego,

    – wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

    Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.

    ks. Paweł Staniszewski – Tygodnik Niedziela

    ***

    Niedziela – 2 sierpnia

    Leon XIV: Chrystus zaspokaja nasz głód prawdy i życia

    Chrystus nie tylko uzdrawia ludzkie zmysły, ale nadaje życiu głęboki sens i prowadzi do pełni zbawienia – wskazał Ojciec Święty w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański”.

    fot. Vatican Media

    ***

    Odwołując się do ewangelicznego opisu rozmnożenia chleba (Mt 14, 13-21), papież podkreślił, że Jezus objawia w nim bliskość Królestwa Bożego.

    Na pustyni, czyli w miejscu naszej potrzeby, Chrystus jest chlebem życia – zaznaczył, wskazując, że obfitość daru Boga wyraża troskę, która nigdy nie ustaje.

    Chrystus zaspokaja nasze głody

    Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus zaspokaja nie tylko głód fizyczny, ale także głód prawdy i życia. Zauważył, że cud rozmnożenia chleba jest jednocześnie wezwaniem do dzielenia się z innymi. Przestrzegł przed zachłannością, która prowadzi do obojętności wobec cierpienia ludzi pozbawionych podstawowych środków do życia.

    Na pustyni wojny i arogancji zobaczmy, z jaką dobrocią Pan «spojrzał w niebo», «odmówił błogosławieństwo», „połamał chleby i dał je” swoim uczniom, aby rozdali je tłumom (por. w. 19). W tym cudzie miłości rozpoznajemy charakterystyczne gesty Jezusa, które osiągają swój szczyt podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy bowiem Syn Boży oddaje nam swoje własne życie jako nasz brat w człowieczeństwie – wskazał Ojciec Swięty.

    Wyrażajmy piękno Ewangelii w codzienności!

    Papież zachęcił wiernych, aby piękno Eucharystii wyrażali w codziennych gestach miłości, m.in. przez dzielenie się chlebem w rodzinach i wspólnotach. Podkreślił, że także czas wakacji może stać się okazją do budowania braterstwa i pamięci o osobach znajdujących się w potrzebie.

    Kosztując łaski Eucharystii, starajmy się dawać świadectwo o jej pięknie naszymi codziennymi gestami, poczynając od błogosławieństwa posiłku, gdy dzielimy się chlebem w rodzinie i wśród przyjaciół. W towarzystwie Jezusa także wakacje mogą stać się czasem braterskiej pogody ducha, obejmującym również tych, którzy obok nas znajdują się w potrzebie – mówił.

    Na zakończenie modlił się za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, prosząc, aby pomagała wiernym wzrastać w miłości i trosce o to, by nikomu nie zabrakło chleba powszedniego.

    Watykan/KAI/Stacja7

    ***

    sobota – 1 sierpnia

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1_image0jpeg.jpg

    Dziś sobota pierwszego sierpnia. O godz. 17-tej w Warszawie znowu dźwięk syren zatrzyma nas Polaków na moment, aby upamiętnić 82 rocznicę Powstania Warszawskiego. My zgromadziliśmy się tutaj również I z innego powodu, bo wciąż nosimy w sobie żywą pamięć o kościele św. Szymona. Stoimy tutaj przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Minęło już pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie w nas nocą z związaną ze smutkiem. Przypomnijmy sobie co przeżywaliśmy tu, na tym miejscu, uczestnicząc w Liturgii Kościoła w oprawie naszej ojczystej tradycji – pamiętamy nasze polskie szopki, grób Pański czy procesje z Bożym Ciałem…Tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym. 

    Przypomnę, w krótkim zarysie historię tego miejsca.

    Kościół św. Piotra był jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świętą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Ale w roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.

    Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku ks. Arcybiskup Szczepan Wesoły wyznaczył mnie, abym objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.

    ***

    Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona                                                   

    i klękam razem z tymi,     

    których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus

    karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.           

    To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,

    że tutaj w płomieniach ogromnego ognia

    pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum

    przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.                                                    

    Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,  

    który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać                                                              

    nawet ze zła wiele dobra.       

    Te olbrzymie buchające płomienie z wnętrza ginącej świątyni,  

    w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,             

    już sprawiły,

    że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,

    osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,

    który nawet urzędowo nakazywał

    dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.  

    Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,

    że wiara w wielu ludziach wygasła.     

    Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.     

    Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,               

    nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,           

    które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,

    wydawałoby się –  opuszczonej przez Boga.

    A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona                                

    rozświetliły ciemności,                                                                                                   

    w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.        

    Widok ten sprawił,      

    że przebudziło się ludzkie serce   

    uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.

    Niech będzie błogosławiony wstrząs,                                                                          

    który sprawia, że nagle, choć tak różni jesteśmy,    

    powracamy do tego co jest najistotniejsze.

    Każda zmiana boli,  

    bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,                                         

    że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.     

    Widać potrzebne było,            

    aby Słowo Boga,

    wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,  

    niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.  

    W tych zgliszczach  

    pozostała również Matka Bożego Syna,

    która jest i naszą Matką                                                            

    w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna                                                           

    i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.                                                                

    Czterdzieści dwa lata temu

    przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,

    pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,

    kardynała Stefana Wyszyńskiego,                                

    którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.

    ***

    Mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:

    Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,                          

    mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.    

    Jedne są jak wieże obronne,                                                                       

    inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo. 

    Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,   

    katolikom dzwonić nie wolno.  

    Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,                             

    tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,                 

    budowali swoje własne kościoły.                                                                

    Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,      

    bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,               

    stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.

    Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,         

    bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.       

    W takiej oto scenerii w niedzielny poranek      

    na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road                                 

    można usłyszeć polską mowę.      

    Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.   

    I tak kolejne już pokolenia

    w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem

    i Jezusowym Ciałem.         

    A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,                                   

    choćby nawet niewielką,      

    że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.                                                           

    Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,

    zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?  

    Statystyki cóż mogą powiedzieć                                                                         

    o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,                                        

    gdzie dokonują się ludzkie wybory,                                                             

    gdzie rodzi się prawdziwe życie.

    Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży                               

    otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,                

    a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,                

    jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.

    ***

    po spaleniu kościoła św. Szymona w lipcu 2021 roku LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra – 46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ***

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

    ***

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2026 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    18 marca (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    ***

    Papież Leon XIV podczas środowej audiencji 5 sierpnia 2026 roku przypomniał:

    Liturgia jest sercem modlitwy Kościoła i szkołą życia duchowego

    forum-1120818927-(1)_800x460.jpg
    Fot: Remo Casilli / Reuters / Forum

    ***

    Liturgia, a zwłaszcza Eucharystia i Liturgia Godzin, stanowi centrum modlitwy Kościoła oraz podstawowe źródło życia duchowego – podkreślił papież w kolejnej katechezie poświęconej konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium o liturgii świętej. Zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie, zdominowanym przez kult skuteczności i konsumpcji, modlitwa bywa postrzegana jako zbędna, tymczasem pozostaje ona podstawowym wymiarem ludzkiego życia.

    Leon XIV przypomniał, że to Duch Święty uczy Kościół modlitwy i nieustannie ożywia jego życie od dnia Pięćdziesiątnicy. Jak zaznaczył, liturgia jest przede wszystkim miejscem spotkania Boga z człowiekiem, a nie jedynie zbiorem obrzędów. Reforma liturgiczna Soboru Watykańskiego II, oparta na konstytucji Sacrosanctum Concilium, miała prowadzić do pełnego i czynnego uczestnictwa wiernych w tym spotkaniu.

    Ojciec Święty zwrócił uwagę, że modlitwa nie może być sprowadzana do techniki służącej osiąganiu dobrego samopoczucia ani traktowana jako ucieczka od rzeczywistości. Przypomniał słowa św. Pawła VI, który nazwał liturgię „pierwszym źródłem udzielanego nam życia Bożego” oraz „pierwszą szkołą życia duchowego”.

    Szczególne miejsce w katechezie papież poświęcił Liturgii Godzin. Zachęcił, aby codzienna modlitwa Kościoła była coraz szerzej praktykowana zarówno przez wspólnoty, jak i przez osoby świeckie, stając się szkołą modlitwy dla wszystkich, zwłaszcza katechumenów.

    Ojciec Święty przypomniał, że Eucharystia i Liturgia Godzin są „oddechem życia Kościoła”, przez który Duch Święty jednoczy wiernych z Chrystusem i włącza ich coraz głębiej w misterium paschalne. Cytując św. Augustyna, podkreślił, że Chrystus modli się za swój lud, modli się w nim i jest Tym, do którego Kościół zanosi swoje modlitwy.

    Na zakończenie Leon XIV zaznaczył, że Liturgia Godzin uświęca rytm codziennego życia – od porannej modlitwy po nocny spoczynek – i podtrzymuje nadzieję Kościoła oczekującego na chwalebny powrót Chrystusa.

    „Każdego tygodnia i każdego dnia Eucharystia oraz Liturgia Godzin są oddechem życia Kościoła” – mówił Leon XIV. Jak dodawał, dzięki tej modlitwie wierni są coraz bardziej włączani w misterium paschalne i upodabniani do Chrystusa. Papież wskazał również, że związana z Eucharystią Liturgia Godzin uświęca codzienność – od poranka aż po noc. Każda z tych Godzin jest, jak zaznaczył, aktem nadziei i czuwaniem z całym Kościołem w oczekiwaniu na chwalebny powrót Pana.

    KAI/Vatican Media

    ***

    Ojciec św. Leon XIV na temat Mszy świętej w internecie mówi bardzo zdecydowanie:

    Eucharystii nie zastąpi ekran.

    Leon XIV o oglądaniu Mszy w internecie. Papież mówi wprost

    fot. Grzegorz Gałązka / deon.pl

    ***

    Niedziela nie jest jedynie dniem wolnym od pracy ani cotygodniowym obowiązkiem religijnym. Jest spotkaniem ze Zmartwychwstałym Chrystusem, który nieustannie działa w życiu Kościoła – podkreślił Leon XIV podczas audiencji generalnej. Papież zachęcił wiernych do odkrywania piękna roku liturgicznego i przypomniał, że uczestnictwa we Mszy świetej nie może zastąpić obecność wirtualna.

    Kontynuując cykl katechez poświęconych Konstytucji “Sacrosanctum Concilium”, Leon XIV przypomniał, że rok liturgiczny nie jest jedynie kalendarzem świąt i wspomnień, lecz drogą, na której Chrystus nieustannie uobecnia swoje dzieło zbawienia.

    Cytując encyklikę “Mediator Dei” Piusa XII, Papież podkreślił, że rok liturgiczny nie jest “zimnym i bezwładnym przedstawieniem” wydarzeń z przeszłości, ale żywą obecnością Chrystusa działającego w Kościele. To właśnie dzięki liturgii wierni mogą nieustannie spotykać Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego oraz czerpać z łaski płynącej z Jego misterium paschalnego.

    Niedziela sercem roku liturgicznego

    Leon XIV przypomniał nauczanie Soboru Watykańskiego II, który nazwał niedzielę “podstawą i rdzeniem całego roku liturgicznego”. To dzień Zmartwychwstania Pańskiego, w którym Kościół gromadzi się, aby celebrować Eucharystię i odnawiać swoją więź z Chrystusem.

    Papież nawiązał także do nauczania św. Jana Pawła II zawartego w liście apostolskim “Dies Domini”, przypominając, że niedziela jest jednocześnie dniem Pana, dniem Kościoła i dniem człowieka. To ona nadaje rytm chrześcijańskiemu przeżywaniu czasu i kieruje spojrzenie wierzących ku ostatecznemu spotkaniu z Chrystusem.

    Eucharystii nie zastąpi ekran

    Szczególne miejsce w środowej katechezie zajęło przypomnienie znaczenia wspólnotowego sprawowania Eucharystii. Leon XIV podkreślił, że zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się poprzez czynny udział wiernych zgromadzonych w jednym miejscu. Dlatego, jak zaznaczył Papież obecność wirtualna nie może zastąpić uczestnictwa we Mszy świętej, ponieważ liturgia jest spotkaniem żywej wspólnoty z Chrystusem.

    Papież zaapelował również, aby tworzyć jak najlepsze warunki do uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii wszystkim tym, którzy ze względu na obowiązki zawodowe mają z tym trudności.

    Rok liturgiczny szkołą wiary

    Ojciec Święty przypomniał, że rok liturgiczny rozwijał się stopniowo w historii Kościoła. Od cotygodniowej celebracji niedzieli chrześcijanie przeszli do obchodów dorocznej Paschy, okresu Wielkiego Postu i Pięćdziesiątnicy, a następnie cyklu Bożego Narodzenia. Z czasem w rytm roku liturgicznego wpisano również wspomnienia Najświętszej Maryi Panny oraz świętych.

    Jak zaznaczył Leon XIV, rok liturgiczny prowadzi wiernych od oczekiwania na Mesjasza, poprzez celebrację misterium paschalnego, aż po nadzieję przyszłej chwały. To właśnie dlatego pozostaje on podstawowym punktem odniesienia dla życia duchowego i działalności duszpasterskiej Kościoła.

    źródło: Ks. Łukasz Bańkowski / Vatican News / Deon.pl

    ***

    Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?

    Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?

    Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.

    Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?

    Współautor książki “Jutro Niedziela”, ks. Przemysław Śliwiński wyjaśnia te wątpliwości:

    1. Czym jest formularz Mszy świętej?

    Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.

    Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.

    Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.

    2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?

    “Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.

    Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.

    3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?

    Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.

    Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.

    Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.

    4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?

    Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).

    Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.

    Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.

    5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?

    Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.

    Kilka przykładów:

    W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.

    Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.

    6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?

    Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?

    Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).

    Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.

    Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.

    7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa

    Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość. Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.

    Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…

    8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?

    Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie.
    Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.

    Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.

    9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?

    Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?

    Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.

    10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?

    Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.

    1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.

    2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.

    W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia.
    W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.

    opracowanie według strony:Stacja7.pl

    ***

    Jak pokonać trudności na modlitwie?

    Modlitwa każdego człowieka jest inna, zależna od etapu jego duchowego rozwoju. Jednak to, co jest jedną z cech wspólnych – niezależnie od stażu modlitwy – są trudności i rozproszenia. Ks. prof. Józef Naumowicz, propagator modlitwy Jezusowej, odpowiada na pytanie, jak pokonać trudności na modlitwie.

    fot.  Joanna Popławska/Tygodnik Niedziela

    ***

    Trwajmy na modlitwie

    „Modlitwa nie jest sprawą łatwą, szczególnie na początku, kiedy ktoś odzwyczaił się od modlitwy, ale też na każdym etapie ma swoje trudności polegające na rozproszeniach, na tym, że nasze serce jest nieraz ospałe, że trudno nam się modlić albo trudno znaleźć czas – mówi ks. prof. Józef Naumowicz. – I to, co jest ważne, to to, żeby nie poprzestać na tych trudnościach, żeby na nich się nie skupić, żeby mimo wszystko wrócić do modlitwy, żeby zacząć się modlić. A jeżeli zacząłem się modlić, żeby wytrwać mimo tych trudności i żeby skupiać się nie na trudnościach, ale właśnie na pięknie modlitwy, którą odkrywamy. Im bardziej się modlimy, tym bardziej odkrywamy wartość modlitwy. I oczywiście warto czytać różnego rodzaju przewodniki po modlitwie.

    Dobrze należeć do jakiejś grupy modlitewnej albo mieć jakiegoś towarzysza takiego duchowego, z którym możemy dzielić się naszymi trudnościami, ale też łaskami otrzymywanymi na modlitwie. Ale to, co jest ważne, że najlepiej uczymy się modlitwy, modląc się. Nie należy szukać jakichś bardzo łatwych dróg modlitwy, jakichś ułatwień czy szukać wyłącznie jakiejś przyjemności na modlitwie. Trzeba przede wszystkim się modlić. I to jest też wyraz naszej miłości, tak jak miłości do drugiego człowieka, że miłość, nawet największa, ma swoje pełne trudności, ale ważne, żeby na tej drodze miłości wytrwać. I podobnie, żeby wytrwać na drodze modlitwy, uczymy się modlitwy, odkrywamy jej wartość modląc się. Im więcej modlimy się, tym ta modlitwa nam daje więcej”.

    Modlitwa w doświadczeniu cierpienia

    „Odkrywamy coraz bardziej bogactwo modlitwy. Odnajdujemy coraz bardziej Boga w obliczu wielkich trudności. Cierpienie należy do rzeczy najbardziej niezrozumiałych, niepojętych. Wtedy jest najtrudniej się modlić. Ale wtedy właśnie modlitwa ma największą wartość. Pan Bóg pozostaje dla nas jedynym oparciem, bo nie znajdujemy znikąd ratunku, znikąd pomocy. Kiedy człowiek jest bezradny, kiedy dziecko jest bezradne, wtedy spogląda na ojca, na matkę i żebyśmy my tak potrafili, trzeba starać się o to. Nawet jeżeli nie jest łatwo, to starać się, żeby w takich momentach, w takich trudnościach nie zwątpić. I nawet jeżeli, tak jak Pan Jezus powiedział na krzyżu, „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”, wydaje się, że jesteśmy opuszczeni, być może wtedy Bóg jest najbardziej z nami i chce, żebyśmy o tym pamiętali. I do Pana Boga się zwrócili. Warto wybrać sobie jakiegoś świętego, wielkiego autora, czy to współczesnego, czy z dawnych czasów. Trwajmy przy nim przez długi czas, czytajmy, zgłębiajmy myśl tego autora. Oczywiście dla nas najważniejszą lekturą jest Pismo Święte. I nawet jeżeli czytamy Pismo Święte bardzo długo i zgłębiamy je, to zawsze jest źródłem inspiracji. Nie szukajmy jednak prostych dróg, ale bezinteresownie skupiajmy się i czytajmy. Odnajdziemy wówczas tam najlepsze źródło do tego, żeby naszą relację z Bogiem w modlitwie pogłębić”.

     ks. prof. Józef Naumowicz -Tygodnik Niedziela

    ***

    Jak się przygotować do spowiedzi generalnej?

     Adobe.Stock.pl

    Odpowiedź na pytanie:
    Spowiadam się regularnie, ale mam pragnienie odbycia spowiedzi z całego życia. Na czym polega spowiedź generalna i jak się do niej przygotować?

    Przede wszystkim każda spowiedź jest doświadczeniem miłości Bożej. Każdy, kto się spowiada, najlepiej regularnie, powinien ze spowiedzi wyjść umocniony prawdą, że Bóg go kocha. Sakrament pokuty i pojednania przyczynia się do tego, że człowiek może się zastanowić nad swoim postępowaniem, przeanalizować swoje życie duchowe i moralne. Są jednak penitenci, którzy obok zwyczajnej spowiedzi mają pragnienie, by podsumować pewien fragment swojego życia, i pytają o możliwość spowiedzi generalnej, jak to sami określają – spowiedzi z całego życia. Taka forma spowiedzi praktykowana jest w Kościele od początku. Mówili o niej święci, np. św. Wincenty a Paulo czy św. Ignacy Loyola.

    Gdy przygotowujemy się do takiej spowiedzi, warto sobie uświadomić, że nie chodzi jedynie o wyliczenie grzechów. Spowiedź generalna daje możliwość popatrzenia na własne życie w szerszym kontekście. W czasie rachunku sumienia warto zapytać siebie nie tylko o konkretne grzechy, ale również o to, co udało mi się zmienić w życiu. Warto zapytać o dobro, które było moim udziałem. Przygotowując się do sakramentu pojednania, powinniśmy podziękować Bogu za dobro, które było w nas. Należy pamiętać, że każda zwyczajna spowiedź jest spotkaniem z Bogiem, który wybacza grzechy. Z praktycznego punktu widzenia dobrze byłoby na początku poinformować spowiednika, że chcemy przystąpić do spowiedzi generalnej. Warto się wcześniej umówić na taką spowiedź. Przede wszystkim dobrze jest mieć stałego spowiednika i kierownika duchowego. Warto jest również skorzystać z rekolekcji, które pomogą nam się przygotować do takiej spowiedzi. Bardzo cenne w tym względzie są rekolekcje ignacjańskie. Jeśli przygotowujemy się do tej formy spowiedzi, należy pamiętać również o warunkach dobrej spowiedzi: rachunku sumienia, żalu za grzechy, mocnym postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi oraz zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. Dobrze jest również pomodlić się wcześniej za spowiednika.

    Spowiedź generalna, podobnie jak każda spowiedź, uczy pokory i stawia nas przed Bogiem odpuszczającym grzechy.

     ks. Mariusz Frukacz –Tygodnik Niedziela

    ***

    Jakie książki czyta abp Galbas? Lektura jako propozycja na wakacje

    Żałuję, że mam mało czasu na czytanie, aczkolwiek każdą wolną chwilę na to wykorzystuję i bardzo zachęcam do tego, żebyśmy czytali dużo literatury pięknej – wskazał w rozmowie z Polskifr.fr metropolita warszawski abp Adrian Galbas. Czytanie wartościowych książek to dobra propozycja na wakacje.

    Abp Adrian Galbas

    Abp Adrian Józef Galbas SAC

    ***

    Czytanie a rozwój

    Dla mnie dobra literatura jest bardzo wielką pomocą w rozwijaniu życia duchowego.

    – zaznaczył abp Galbas. Polecił też lekturę listu papieża Franciszka o roli literatury w życiu Kościoła i osób wierzących.

    Papież wyraźnie tam mówi, że ten list jest adresowany nie tylko do duchownych, ale do każdego wierzącego. Jest o tym, w jaki sposób czytanie literatury kształtuje nas duchowo, jak pogłębia nie tylko naszą wyobraźnię, ale także relację z Panem Bogiem.

    – mówił metropolita warszawski. Dodał, że w dobrej literaturze znajdujemy wiele orientacji i pomocy do kształtowania swojego życia.

    Literatura przypisem do Biblii

    Przeczytałem niedawno ciekawą myśl prof. Ryszarda Koziołka z Uniwersytetu Śląskiego, że w pewnym sensie cała literatura europejska jest przypisem do Biblii, gdyż w dużej części podejmuje tematy biblijne, albo kłóci się z Biblią, dyskutuje z nią, kontestuje. Biblia daje nam ponadto mnóstwo stylów, form i gatunków literackich.

    – zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. – Bardzo mi się ta myśl podoba i bardzo się z nią utożsamiam”.

    Propozycja do przeczytania: encyklika Leona XIV

    Mając więcej czasu w wakacje, warto sięgnąć także po papieskie teksty, jak choćby ostatnią encyklikę Leona XIV „Magnifica humanitas”.

    Ta encyklika na pewno bardzo porządkuje wiele kwestii. Stawia zasadnicze pytanie: jaki świat chcemy dziś zbudować? Mamy wiele sprawnych narzędzi, potrafimy się nimi posługiwać, ale to za mało. Co chcemy wybudować sobie i przyszłym pokoleniom? To jest istota.

    – ocenił abp Adrian Galbas. Porównał ją do słynnej encykliki Leona XIII „Rerum Novarum”, która była reakcją Kościoła na rewolucję przemysłową. Obecnie jesteśmy świadkami nowej rewolucji, za sprawą dynamicznego rozwoju sztucznej inteligencji.

    Papież daje tu jasny i konkretny impuls. Mówi przede wszystkim, by sztucznej inteligencji się nie bać i jednocześnie by jej nie ubóstwiać.

    – zaznaczył metropolita warszawski, mówiąc o „Magnifica humanitas”.

    Jak podkreślił abp Galbas, papież w encyklice „Magnifica humanitas” apeluje o to, byśmy ciągle pamiętali, że „mamy do czynienia z maszyną, z technologią, nie z osobą”.

    Nie możemy się spodziewać tego, że tak naprawdę sztuczna inteligencja nas zrozumie w takim znaczeniu, w jakim rozumiemy się nawzajem jako ludzie, że nas pokocha, że będzie nas traktowała z szacunkiem, doceniając naszą niepowtarzalność i indywidualność

    – dodał metropolita warszawski.

    Na pewno ostatnia encyklika papieża Leona jest bardzo ważnym i porządkującym głosem Kościoła, jest też kolejnym istotnym ogniwem w ciągu encyklik z zakresu katolickiej nauki społecznej

      Polskifr.fr – BP KEP

    ***

    Za czym tęsknię, kiedy nie idę?

    Za czym tęsknię, kiedy nie idę?

    Piesza Pielgrzymka Wrocławska. –fot. Karol Białkowski/Gość Niedzielny

    ***

    Z punktu widzenia współczesnego człowieka piesza pielgrzymka jest przedsięwzięciem dość absurdalnym. 

    Na Jasną Górę można przecież dojechać samochodem w kilka godzin. Tymczasem każdego lata dziesiątki tysięcy ludzi wybierają kilkaset kilometrów marszu, pobudki bladym świtem, odciski, spanie na podłodze, w stodole albo pod namiotem. Jednego dnia maszerują w ponad trzydziestostopniowym upale, następnego zakładają peleryny i godzinami mokną w deszczu. I jeszcze wracają za rok.

    Pielgrzymkowy rytm zaczyna być mocno widoczny już w lipcu, a apogeum osiąga w sierpniu przed uroczystościami Wniebowzięcia i Matki Bożej Częstochowskiej. Tylko w sierpniu tego roku organizatorzy zapowiedzieli przybycie na Jasną Górę 193 grup liczących około 80 tys. pątników. W lipcu na odpust Matki Bożej z Góry Karmel dotarło około 3700 pieszych. Można powiedzieć, że odpowiedź na pytanie „po co właściwie idą?” jest oczywista: modlić się, nieść intencje swoje i innych, przeżyć rekolekcje w drodze, podjąć wyrzeczenie czy pokutę.

    Tyle że to zaledwie część odpowiedzi.

    Kto choć raz ruszył w drogę na Jasną Górę, wie, że pomiędzy różańcem, konferencją i Eucharystią wydarza się coś jeszcze. Kilkaset obcych sobie osób zaczyna tworzyć wspólnotę. Ktoś dzieli się wodą, ktoś plastrem na odcisk, ktoś ostatnią kanapką. Kiedy jeden słabnie, drugi bierze jego plecak. Rozmawiają ze sobą ludzie, którzy w zwyczajnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali.

    Pielgrzymka jest trochę rekolekcjami, trochę szkołą wspólnoty, a czasem całkiem konkretnym survivalem. Bywa trzydzieści kilka stopni i nie ma cienia. Bywa ściana deszczu, burza i przemoczony do ostatniej nitki plecak. Bywa nocleg na ściernisku i poranek, kiedy człowiek jest pewien, że jego nogi odmawiają dalszej współpracy.

    Paradoksalnie właśnie wtedy łatwiej dostrzec Boży palec. Bo kiedy odpada codzienny komfort, bardzo szybko okazuje się, jak niewiele potrzeba do funkcjonowania i jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka. „Napij się”. „Usiądź”. „Poczekam”. „Pomogę”. Wielkie słowa stają się niepotrzebne.

    I jest jeszcze druga strona pielgrzymowania, o której mówi się chyba za mało. Ludzie stojący przy drodze. Co roku ktoś wystawia przed dom stół, przygotowuje kanapki, wodę, kompot czy ciasto. Ktoś otwiera furtkę i pozwala kilkudziesięciu obcym ludziom rozbić namioty w ogrodzie. Ktoś udostępnia łazienkę, choć wie, że za chwilę ustawi się do niej kolejka. Ktoś oddaje pokój, stodołę albo kawałek podłogi.

    Nikt im za to nie płaci. Często nawet nie wiedzą, jak mają na imię ludzie, których przyjmują. A przecież oni także pielgrzymują. Tylko nie ruszając się z domu.

    I chyba dlatego najważniejszym doświadczeniem pielgrzymki – obok spotkania z Bogiem – staje się braterstwo. Na kilka dni przestają obowiązywać niektóre reguły świata, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Obcy człowiek przestaje być obcy. Nie pytasz, czy opłaca się mu pomóc. Pomagasz, bo akurat tego potrzebuje.

    W tym roku patrzę na to wszystko inaczej. Po raz pierwszy od ponad 25 lat nie mogłem wyruszyć choćby na część drogi na Jasną Górę. Zdrowotne zawirowania zmusiły mnie do rezygnacji. I ze zdziwieniem odkryłem, że uczuciem, które najbardziej mi towarzyszy, jest tęsknota.

    Oczywiście tęsknię za modlitwą w drodze, za śpiewem, za chwilą, kiedy wreszcie gdzieś na horyzoncie pojawia się wieża jasnogórskiego klasztoru. Ale chyba jeszcze bardziej tęsknię za ludźmi.

    Bo tych kilka czy kilkanaście dni jest niezwykłą baterią ludzkich relacji. Często z ludźmi, których wcześniej kompletnie się nie znało. Jest w tym gigantyczna dawka życzliwości, otwartości serca, wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka i zwyczajnej gotowości do pomocy. Dopiero kiedy mnie tam zabrakło, uświadomiłem sobie, jak bardzo można za tym tęsknić.

    Może właśnie to tłumaczy fenomen, którego nie da się wyjaśnić samymi statystykami. Dlaczego ludzie, którzy mogą w kilka godzin dojechać do Częstochowy klimatyzowanym samochodem, wolą przez wiele dni iść poboczem drogi? Dlaczego po deszczu, upale, odciskach i niewyspaniu mówią: „Do zobaczenia za rok”?

    Bo pielgrzymka prowadzi na Jasną Górę, ale nie wszystko, co w niej najważniejsze, czeka na końcu drogi. Czasem Boży palec najłatwiej dostrzec gdzieś po drodze – w kubku wody podanym przez obcego człowieka. Piesza Pielgrzymka Wrocławska.Karol Białkowski /Foto Gość

    Karol Białkowski -Gość Niedzielny

    ***

    26 sierpnia – uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej

    Przewodniczący Episkopatu:

    Jasnogórskie Śluby Narodu są wciąż aktualne

    Powinniśmy jeszcze bardziej skierować nasze serce ku Maryi, ku Matce Bożej Częstochowskiej, która jest naszą Królową i naszą Matką – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC przed zbliżającą się 70. rocznicą Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.

    ***

    “W tym roku przeżywamy 70. rocznicę Ślubów Jasnogórskich. Były one poprzedzone nowenną, przygotowującą do odrodzenia naszego narodu, a jednocześnie umocnione cierpieniem i modlitwą Wielkiego Prymasa Tysiąclecia” – przypomniał Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

    Abp Wojda zaznaczył, że Jasnogórskie Śluby Narodu miały istotny wpływ na odnowę wiary i ducha narodowego w Polsce, a także na pojednanie między Episkopatami Polski i Niemiec.

    „Śluby Jasnogórskie, które spowodowały odnowę naszego Narodu, odnowę naszej wiary, a przede wszystkim odnowę naszego ducha narodowego, przyczyniły się do wielkich przemian. To między innymi owocem przygotowania do Ślubów było wybaczenie wszystkich krzywd wyrażone pod adresem Konferencji Episkopatu Niemiec” – powiedział.

    Abp Tadeusz Wojda SAC zauważył, że pamięć o przyrzeczeniach sprzed 70 lat jest również istotna w obliczu aktualnej sytuacji społecznej w Polsce. Jak zaznaczył, w czasach współczesnych nie powinniśmy zapominać o modlitwie do Matki Bożej.

    „Myślę, że warto pamiętać o tych wydarzeniach, zwłaszcza dzisiaj, kiedy dzieje się tak wiele zła w naszym kraju, podziałów oraz różnych trudności. Dlatego w tę rocznicę prośmy, szczególnie za pośrednictwem i przez orędownictwo Wielkiego Prymasa bł. kard. Stefana Wyszyńskiego, aby obfite owoce tamtych ślubów spływały również dzisiaj na nas wszystkich” – stwierdził Przewodniczący KEP.

    Jasnogórskie Śluby Narodu miały miejsce na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Złożono wówczas Matce Bożej dziewięć przyrzeczeń, które stały się programem dla całego narodu. Autorem tekstu był więziony wówczas przez komunistów w Komańczy kard. Stefan Wyszyński.

    W wielu polskich diecezjach trwa nowenna przygotowująca do obchodów tej ważnej rocznicy. Główne uroczystości jubileuszowe odbędą się 26 sierpnia na Jasnej Górze, w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, i będą połączone z dorocznym odpustem.

     BP KEP –Tygodnik Niedziela

    ***

    Ks. prof. Węgrzyniak: Barbara Nowacka – szczególny rodzaj homo sapiens

    „Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka” – pisze w mediach społecznościowych ks. prof. Wojciech Węgrzyniak.

    Fot. screenshot: YouTube (Wojciech Węgrzyniak, Janusz Jaskółka)
    fot. screenshot: YouTube (Wojciech Węgrzyniak, Janusz Jaskółka)

    ***

    – „Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii”

    – pisze duchowny. 

    Homo sapiens vs homo barbarus 

    Jak zauważa, człowiek rozumny szukałby jakiegoś kompromisu, natomiast „homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu”.

    – „Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji”

    – dodaje.

    Wymienia też inne absurdalne zachowania minister Barbary Nowackiej.

    – „Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii. Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji. Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię. Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie. Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił >>o rozpasaniu kleru<<”

    – zauważa.

    Na koniec autor przywołuje list Petroniusza do Nerona z „Quo Vadis”, w którym doradca cesarza prosi go, by robił wszystko, nawet palił Rzym, ale nie śpiewał.

    – „Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens”

    – podkreśla ks. Węgrzyniak.

    Homo barbarus

    Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka.

    Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.

    Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.

    Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.

    Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.

    Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.

    Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.

    Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.

    Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.

    Homo sapiens mówiąc, że „musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił „o rozpasaniu kleru”.

    W „Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech niech mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.

    O co właściwie
    nam chodzi? strona ks. Wojciecha Węgrzyniaka
    – Fronda.pl

    ***

    Amerykański arcybiskup: patriotyzm wynika z obowiązku wdzięczności

    Coakley-32323564y7.jpg
    fot. youtube

    Patriotyzm jest cnotą zakorzenioną w chrześcijańskiej wdzięczności wobec ojczyzny, a nie bezkrytycznym uwielbieniem państwa – podkreślił przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych (USCCB), abp Paul Coakley.

    Podczas inauguracji 144. Najwyższej Konwencji Rycerzy Kolumba w Denver hierarcha wyjaśnił, że patriotyzm wyrasta z czwartego przykazania i stanowi „formę miłości rodzinnej rozciągniętej na ojczyznę”. Odwołując się do nauczania św. Tomasza z Akwinu oraz Katechizmu Kościoła Katolickiego, przypomniał, że miłość i służba swej ojczyźnie wynikają z obowiązku wdzięczności i należą do porządku miłości bliźniego.

    Jak zaznaczył, patriotyzm nie oznacza przekonania o wyższości własnego narodu nad innymi ani ślepej lojalności wobec państwa. Jest raczej uznaniem długu wdzięczności wobec kraju, który dał człowiekowi życie, język, kulturę i warunki rozwoju. – Kościół nigdy nie prosił nas, byśmy kochali nasz-ojczyznę zamiast Boga ani bardziej niż prawdę – powiedział.

    Abp Coakley podkreślił, że chrześcijanin może kochać swoją ojczyznę, a jednocześnie dostrzegać jej błędy i niesprawiedliwości. W tym kontekście odróżnił patriotyzm od nacjonalizmu, który – jak zaznaczył – domaga się bezwarunkowej lojalności wobec narodu i nie dopuszcza krytyki. – Patriotyzm przypomina miłość dobrego syna do matki: szanuje ją, broni jej, jest jej wdzięczny, ale właśnie dlatego, że ją kocha, potrafi powiedzieć jej prawdę, gdy zboczy z właściwej drogi – wyjaśnił.

    Hierarcha wskazał, że autentyczna miłość do ojczyzny powinna prowadzić do troski o pokój, sprawiedliwość społeczną, dobro ubogich i budowanie przyjaźni obywatelskiej. W praktyce oznacza to odpowiedzialne uczestnictwo w życiu publicznym, głosowanie zgodnie z dobrze ukształtowanym sumieniem oraz służbę bliźnim. Przypomniał również o tych, którzy okazują patriotyzm, ryzykując życie w służbie wojskowej.

    Na zakończenie zachęcił katolików do przekazywania młodemu pokoleniu właściwie rozumianego patriotyzmu. – Szanujcie swój kraj tak, jak szanujecie swoich rodziców – z wdzięcznością, lojalnością i uczciwością. Stawiajcie Boga na pierwszym miejscu i niech wasz patriotyzm wynika z tego priorytetu, a nie z nim konkuruje – zaapelował.

    źródło: KAI / ewtnnews/PCh24.pl

    ***

    Ani polski ani katolicki. Czyli czym tak naprawdę jest „kościół” polskokatolicki?

    satanizm_ludzie_02.jpg

    20 lipca metropolita gdański abp Tadeusz Wojda zwrócił uwagę na niepokojące zjawisko. Niektóre domy weselne oferują bowiem usługę „z udziałem kapłana”, którym w rzeczywistości okazuje się być… duchowny polskokatolicki. Arcybiskup podkreślił, że duchowni ci nie mają prawa asystować przy ślubach katolików, a zawarte w ten sposób małżeństwa są nieważne. To dobra okazja, by odpowiedzieć na pytanie, czym naprawdę jest „kościół” polskokatolicki? Wbrew nazwie nie jest on ani polski, ani – tym bardziej – katolicki.

    Na wstępie warto poczynić jedno wyjaśnienie. W odniesieniu do polskokatolików będę używał słowa „kościół” w cudzysłowie i pisał je małą literą, aby odróżnić tę wspólnotę od Kościoła katolickiego. Choć zasady języka polskiego dopuszczają na pisanie nazw innych „kościołów” z wielkiej litery, to w rzeczywistości Kościół jest jeden – święty, apostolski i właśnie katolicki, a wszystkie inne chrześcijańskie grupy wyznaniowe są niezależnymi od niego odłamami.

    Skąd się wziął „kościół” polskokatolicki?

    Początków tej wspólnoty należy szukać wśród polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku. Dochodziło wówczas do napięć między Polonią a duchownymi pochodzenia niemieckiego i irlandzkiego, którzy często nie rozumieli specyfiki polskich emigrantów ani ich potrzeb.

    Jak czytamy na stronie internetowej „kościoła” polskokatolickiego, wierni domagali się wglądu w sprawy finansowe parafii, używania języka polskiego w liturgii oraz opieki duszpasterskiej sprawowanej przez kapłanów wywodzących się z polskiej społeczności. Konflikty te doprowadziły do narodzin idei polskokatolicyzmu, która rozwijała się równolegle w trzech ośrodkach: Buffalo, Chicago i Scranton.

    Polski Narodowy „Kościół” Katolicki (PNKK) został oficjalnie założony w Scranton w 1898 roku. Z kolei zjednoczenia trzech wspomnianych ośrodków dokonał ks. Franciszek Hodur. W 1904 roku został on wybrany przez swoją wspólnotę biskupem, a trzy lata później przyjął sakrę biskupią. Ponieważ odbyło się to bez mandatu Stolicy Apostolskiej, konsekracja miała charakter nielegalny i stanowiła akt schizmy.

    Również w 1904 roku odbył się pierwszy synod nowej wspólnoty, podczas którego określono jej doktrynę, zbliżoną do poglądów starokatolickich. To właśnie z rąk starokatolickiego biskupa Unii Utrechckiej ks. Hodur przyjął sakrę i włączył PNKK do rodziny wspólnot starokatolickich.

    Kim są starokatolicy?

    Starokatolicy to wspólnoty, które odłączyły się od Kościoła katolickiego po Soborze Watykańskim I w 1870 roku. Nie przyjęły one nauczania Kościoła o uniwersalnej jurysdykcji papieża ani o jego nieomylności w sprawach wiary i moralności, gdy przemawia ex cathedra. Z czasem wspólnoty te zrzeszyły się w tzw. Unii Utrechckiej.

    „Kościół” polskokatolicki

    Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości część Polonii amerykańskiej powróciła do kraju. Wśród repatriantów znaleźli się również wierni i duchowni PNKK, którzy zaczęli tworzyć jego struktury na ziemiach polskich. W 1951 roku polska część PNKK uniezależniła się od macierzystej organizacji w USA i przyjęła nazwę „Kościół Polskokatolicki” (pisownia oryginalna), zachowując przynależność do Unii Utrechckiej.

    Nie są katolikami

    Odrzucenie prymatu papieża i jego powszechnej jurysdykcji sprawiły, że zarówno „kościół” polskokatolicki, jak i inne wspólnoty starokatolickie pozostają poza Kościołem katolickim. Nie można bowiem jednocześnie należeć do Kościoła katolickiego i odrzucać zwierzchnictwa Następcy św. Piotra.

    Może pojawić się pytanie: czy sytuacja polskokatolików jest podobna do tej, w jakiej znajdują się grekokatolicy? Odpowiedź brzmi: nie. Grekokatolicy, podobnie jak pozostałe Kościoły Wschodnie sui iuris, pozostają w pełnej jedności z Kościołem katolickim, uznając zwierzchnictwo papieża oraz wszystkie dogmaty wiary katolickiej. Są zatem katolikami, a posiadają jedynie własną liturgię, prawo kanoniczne i tradycję duchową.

    Polskokatolicy i inne wspólnoty starokatolickie są w sytuacji zupełnie innej, ponieważ odrzucają część nauczania Kościoła katolickiego, w szczególności dotyczącą powszechnej jurysdykcji papieża. A katolikiem nie można być „częściowo”. Wyznawanie wiary katolickiej oznacza przyjęcie całego depozytu wiary przekazywanego przez Kościół, a świadome i uporczywe odrzucenie prawdy uznanej za dogmat jest określane jako herezja. Oczywiście nie trzeba zgadzać się z każdą wypowiedzią papieską, ale dogmaty ustalone przez Kościół oraz nieomylne nauczanie papieża (czyli nauczanie ex cathedra) trzeba przyjmować w całości.

    Podobnie osoba, która odrzuca zwierzchnictwo papieża i odmawia pozostawania w jedności z Kościołem pod jego przewodnictwem, dokonuje aktu schizmy.

    Z tego względu „kościół” polskokatolicki nie stanowi części Kościoła katolickiego. W konsekwencji używanie przymiotnika „katolicki” w nazwach prowadzonych przez niego instytucji jest nieuprawnione.

    Również określenie „polski” jest w pewnym sensie mylące. Wspólnota ta nie powstała w Polsce, lecz jedynie w środowisku polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nie można zatem powiedzieć, by polskokatolicy byli w jakikolwiek sposób reprezentatywną grupą polskiego społeczeństwa. Wbrew swojej nazwie „kościół” polskokatolicki nie jest więc ani polski ani – tym bardziej – katolicki.

    Czy sakramenty są ważne?

    Ponieważ u starokatolików zachowała się sukcesja apostolska, czyli nieprzerwana linia ważnych święceń od czasów apostolskich, a polskokatoliccy biskupi przyjęli sakrę właśnie od nich, dlatego zarówno jedni jak i drudzy posiadają ważnie wyświęconych kapłanów i biskupów. Oznacza to również, że polskokatolicy sprawują ważnie większość sakramentów, z wyjątkiem dwóch – spowiedzi i małżeństwa. Do ważności tych dwóch sakramentów nie wystarczają bowiem ważne święcenia kapłańskie, lecz kapłan musi ponadto otrzymać specjalne upoważnienie.

    Jednak nawet te sakramenty, które polskokatoliccy duchowni sprawują ważnie, są sprawowane niegodnie, ponieważ są oni grupą schizmatycką. Dlatego katolikom nie wolno uczestniczyć we Mszy św. ani przyjmować innych sakramentów z rąk kapłanów polskokatolickich. Wyjątek stanowi sytuacja zagrożenia życia, gdy w przypadku braku dostępu do katolickiego kapłana rozgrzeszenia może udzielić również kapłan ważnie wyświęcony, choć pozostający w schizmie.

    Duchowny polskokatolicki to nie kapłan katolicki

    20 lipca arcybiskup gdański Tadeusz Wojda skierował do kapłanów i wiernych swojej archidiecezji specjalne słowo, w którym zwrócił uwagę, że część osób nie zdaje sobie sprawy, iż duchowni polskokatoliccy nie pozostają w jedności ze Stolicą Apostolską.

    W ostatnim czasie do Kurii Metropolitalnej Gdańskiej coraz częściej napływają niepokojące zgłoszenia dotyczące nadużyć związanych ze sprawowaniem pogrzebów oraz asystowaniem przy zawieraniu małżeństw na terenie naszej archidiecezji. Sytuacje te dotyczą przewodniczenia przez duchownych Kościoła polskokatolickiego – wspólnoty, która nie pozostaje w pełnej wspólnocie hierarchicznej i doktrynalnej ze Stolicą Apostolską – liturgii i obrzędom kościelnym. Niektórzy wierni Kościoła rzymskokatolickiego traktują te działania jako posługę własnych duszpasterzy – napisał hierarcha.

    „Usługa z udziałem księdza”

    Arcybiskup zauważył, że przyczyną takich sytuacji jest nie tylko brak wiedzy wiernych, ale również określone praktyki o charakterze komercyjnym, które należy jednoznacznie potępić.

    Część prywatnych zakładów pogrzebowych i pewna grupa właścicieli domów weselnych podejmują stałą współpracę z księżmi polskokatolickimi. Podmioty te, kierując się wyłącznie zyskiem, włączają do swojej oferty „udział kapłana”, sugerując, że jest to usługa w pełni tożsama z działaniem duszpasterskim prowadzonym przez Kościół rzymskokatolicki – zaznaczył biskup.

    Jak podkreślił abp Wojda, wierni często dopiero po fakcie „ze zdumieniem i bólem zdają sobie sprawę z manipulacji, której doświadczyli i nieuporządkowanego stanu duchowego, w którym się znaleźli”.

    Małżeństwa zawierane nieważnie

    Najpoważniejszy problem dotyczy sakramentu małżeństwa. Do jego ważnego zawarcia konieczna jest bowiem obecność dwóch świadków (prawo kanoniczne zezwala na odejście od tej zasady w bardzo szczególnych przypadkach) oraz kapłana lub diakona, który nie tylko ważnie przyjął święcenia, ale także posiada specjalną delegację do asystowania przy zawarciu małżeństwa przez konkretną parę narzeczonych.

    W praktyce proboszcz parafii, na terenie której zawierany jest ślub, posiada z mocy prawa władzę do ważnego asystowania przy małżeństwach zawieranych na terenie swojej parafii. Każdy inny duchowny – zarówno wikariusz, ksiądz rezydent, jak i kapłan spoza parafii – potrzebuje specjalnej delegacji od niego udzielonej na konkretny ślub.

    Takiej delegacji może udzielić także biskup diecezjalny lub wikariusz generalny diecezji (zazwyczaj jest nim biskup pomocniczy).

    Duchowny polskokatolicki nie posiada uprawnień do asystowania przy małżeństwie rzymskokatolickim. Z tego powodu małżeństwo zawarte w ten sposób przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego jest w świetle prawa kanonicznego nieważne. Nie wywołuje ono skutków sakramentalnych – przypomniał abp Wojda.

    Inne sakramenty oraz pogrzeby

    Jak podkreślił hierarcha, posługa duchownego innego wyznania wobec katolika jest dopuszczalna tylko w sytuacjach nadzwyczajnych (np. niebezpieczeństwo śmierci przy braku katolickiego kapłana) i za zgodą ordynariusza.

    Organizowanie pogrzebów katolików przez szafarzy polskokatolickich z pobudek czysto komercyjnych i logistycznych stanowi rażące złamanie tych norm – wyjaśnił ordynariusz gdański.

    A co z chrztami?

    Ważnego chrztu może udzielić nie tylko kapłan. W sytuacji konieczności może go bowiem udzielić każda osoba – także świecka lub niewierząca – pod warunkiem zachowania właściwej formy i intencji. Dotyczy to jednak wyłącznie sytuacji nadzwyczajnych, zwłaszcza zagrożenia życia dziecka. W zwyczajnych okolicznościach Kościół nakazuje udzielanie sakramentu chrztu przez kapłana lub diakona.

    Abp Wojda zauważył, że choć chrzest udzielony przez duchownego polskokatolickiego jest ważny, to może wiązać się z późniejszymi trudnościami natury formalnej.

    Aby takie dziecko mogło w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła rzymskokatolickiego, konieczne jest formalne i publiczne wyznanie wiary oraz przyjęcie go do pełnej wspólnoty (tzw. admissio) – wyjaśnił hierarcha.

    Apelujemy do sumień rodziców, aby ze względów czysto formalnych lub osobistych nie wprowadzali zamętu w religijne życie swoich dzieci i dbali o ich pełną, klarowną jedność z Kościołem powszechnym od samego początku ich drogi wiary – dodał.

    Potrzeba katechezy na ten temat

    Na koniec arcybiskup Wojda zwrócił się do kapłanów swojej archidiecezji z prośbą o wyjaśnienie wiernym tej kwestii, np. poprzez organizowanie parafialnej katechezy. Jednocześnie zaapelował do diecezjan o czujność i roztropność.

    Organizując pogrzeb bliskich lub planując ślub, zawsze w pierwszej kolejności kierujcie swoje kroki do kancelarii własnej parafii rzymskokatolickiej. Nie pozwólcie, aby komercyjne pakiety firm zewnętrznych decydowały o ważności i godziwości Waszych sakramentów oraz katolickim charakterze pochówku Waszych zmarłych – zaznaczył ordynariusz gdański.

    Adrian Fyda/ – PCh24.pl – źródła: diecezja.gda.pl, KAI, polskokatolicki.pl

    ***

    „Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu”. Włoska autorka nie gryzie się w język

    Islam.jpg
    ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE. Fot. Pixabay

    ***

    Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.

    „Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.

    Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.

    W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.

    – Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.

    Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.

    Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.

    Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.

    Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.

    Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. ​- Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.

    Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.

    ​- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.

    ​- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.

    Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. ​– Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.

    źródło: KAI / oprac. pR – PCh24.pl

    ***

     środa – 19 sierpnia 2026

    Papież Leon XIV mówiąc o muzyce kościelnej zachęcał: „Niech każdy z was włączy się w chór”

    Podczas dzisiejszej audiencji ogólnej papież omawiał szósty rozdział konstytucji “Sacrosanctum Concilium”. “Muzyka sakralna jest integralną częścią liturgii, a nie jedynie jej ozdobą” – podkreślił Leon XIV. Publikujemy pełną treść katechezy

    fot. Vatican Media

    ***

    Szósty rozdział Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) Soboru Watykańskiego II poświęcony jest muzyce sakralnej. Stwierdza on: „Muzyczna tradycja całego Kościoła stanowi skarbiec nieocenionej wartości, wyróżniający się wśród innych form wyrazu artystycznego szczególnie tym, że śpiew kościelny, jako związany ze słowami, jest nieodzowną oraz integralną częścią uroczystej liturgii” (SC, 112), a następnie precyzuje: „Muzyka kościelna będzie tym wznioślejsza, im ściślej zespoli się z czynnością liturgiczną, czy to serdeczniej wyrażając modlitwę, czy przyczyniając się do jednomyślności, czy wreszcie nadając uroczysty charakter świętym obrzędom” (tamże).

    Muzyka częścią liturgii, nie ozdobą

    Znajdujemy tu sedno nauczania soborowego, które potwierdza i pogłębia funkcję ministerialną muzyki w liturgii, podkreśloną już przez św. Piusa X w Motu proprio Inter sollicitudines (22 listopada 1903). Muzyka jest bowiem częścią czynności liturgicznej, a nie jedynie ozdobą celebracji.

    W liturgii śpiew i gra na instrumentach oznaczają modlitwę, która zestraja nasze serce z sercami sióstr i braci oraz z Bogiem, poprzez czynne uczestnictwo w celebrowanym misterium. Muzyka wyraża w szczególności uczuciowy wymiar modlitwy, jak stwierdza św. Augustyn: „Cantare amantis est”, czyli „śpiew jest właściwością miłującego” (Sermo 336, 1). Jest to bardzo ważne, ponieważ pomaga otworzyć serce na działanie Boga poprzez łaskę i pozwolić, aby ono nas kształtowało.

    Śpiew ponadto sprzyja komunii. Poprzez symfonię głosów przyczynia się do jedności serc, przezwyciężając różnice między osobami i jednocząc wszystkich w uwielbieniu Boga. Staje się w ten sposób epifanią Kościoła, namacalnym przejawem komunii, która należy do samej jego natury.

    Forma szlachetna i prosta

    Z głębokiej wartości teologicznej śpiewu sakralnego, będącego integralną częścią czynności liturgicznej, wynikają pewne wymagania.

    Pierwszym jest to, że niezależnie od mód czy szczególnej wrażliwości autorów śpiew sakralny powinien na każdym poziomie jak najbardziej odpowiadać danemu momentowi celebracji. Forma zaś, zwłaszcza pod względem melodycznym, powinna być zarazem szlachetna i prosta, odznaczać się wysoką jakością muzyczną i być łatwa do wykonania, zwłaszcza gdy ma być śpiewana przez całe zgromadzenie (por. SC, 121).

    Z tego samego powodu Sobór zaleca, aby również teksty były odpowiednie, głębokie, a zarazem łatwo zrozumiałe, inspirowane przede wszystkim Pismem Świętym, księgami liturgicznymi i duchową Tradycją Kościoła. Należy czuwać nad tym, aby dynamika wyrażona w starożytnej zasadzie „lex orandi, lex credendi” – oznaczającej, że prawo modlitwy jest także prawem wiary – pozostała żywa i nadal się rozwijała.

    Sacrosanctum Concilium poświęca wiele miejsca tematowi czynnego uczestnictwa wiernych (por. n. 114). „Winno być [ono] rozumiane (…) począwszy od większej świadomości tajemnicy, która jest celebrowana, aż do jej związku z codzienną egzystencją” (Benedykt XVI, Posynod. Adhort. apost. Sacramentum caritatis, 52) w „duchu ciągłego nawracania się, który winien charakteryzować życie wszystkich wiernych” (tamże, n. 55). Jeśli chodzi natomiast o konkretne sposoby realizowania aktywnego uczestnictwa poprzez szczególną rolę muzyki sakralnej, Konstytucja udziela jasnej odpowiedzi: „Należy zachęcać wiernych do wykonywania aklamacji, odpowiedzi, psalmów, antyfon, pieśni” oraz do zachowywania „pełnego czci milczenia” (SC, 30), i zachęca każdego – czy to duchownego, czy wiernego świeckiego – aby wykonywał „w pełni wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy i na podstawie przepisów liturgicznych” (SC, 28), w harmonijnej równowadze między różnymi posługami, poszczególnymi działaniami i chwilami milczenia.

    Wielka waga śpiewu gregoriańskiego

    Sobór przywiązuje następnie wielką wagę do śpiewu gregoriańskiego, nie wykluczając jednak z celebracji innych rodzajów muzyki sakralnej. Szczególną uwagę poświęca również organom (por. SC, 120), natomiast użycie innych instrumentów jest dopuszczalne, „o ile nadają się, albo mogą być przystosowane do użytku sakralnego, jeżeli odpowiadają godności świątyni i rzeczywiście przyczyniają się do zbudowaniu wiernych” (SC, 120).

    Jednym z tematów bliskich reformie soborowej jest inkulturacja, także w dziedzinie muzyki sakralnej. W odniesieniu do tradycji muzycznych różnych kultur szczególnie podkreśla się znaczenie traktowania ich z należytą powagą jako części życia religijnego i społecznego ludzi. Dlatego z jednej strony zaleca się, aby wszystkim zapewnić odpowiednie „kształtowanie zmysłu religijnego” (SC, 119), z drugiej zaś – aby „w miarę możliwości (…), pielęgnować tradycyjną muzykę tych ludów, tak w szkołach, jak i w liturgii” (tamże).

    W kontekście liturgicznym szczególne zadanie przypisuje się zespołowi śpiewaków [schola cantorum], będącemu narzędziem duszpasterskim, którego rozwój należy wspierać. Do takich zespołów należy „poprawne, zgodne z różnymi rodzajami śpiewu, wykonywanie właściwych im części liturgii oraz wspomaganie wiernych, gdy ci śpiewem w niej uczestniczą” (Święta Kongregacja Obrzędów, Instrukcja Musicam sacram, 19)[2].

    W tym celu kompozytor muzyki sakralnej jest wezwany do poznawania i strzeżenia muzycznego dziedzictwa Kościoła oraz do czerpania z niego inspiracji przy tworzeniu nowych kompozycji służących liturgii, z poszanowaniem współczesnej wrażliwości i różnych tradycji kulturowych oraz z koniecznością „«usunięcia z kultu niekonsekwencje stylu, przestarzałych formy wyrazu, niedbałej muzykę i tekstów, które nie odpowiadają wielkości sprawowanego aktu», aby zapewnić godność i wysoką jakość form muzyki liturgicznej” (Św. Jan Paweł II, Chirograf o muzyce sakralnej, 22 listopada 2003, 3)[3].

    Z tych wszystkich względów Ojcowie Soborowi zalecają promowanie kształcenia i praktyki w zakresie muzyki sakralnej „w seminariach, nowicjatach oraz domach studiów dla zakonników i zakonnic, a także w innych instytutach i szkołach katolickich” (SC, 115), jak również zapewnienie muzykom i śpiewakom rzetelnej formacji liturgicznej (por. tamże).

    Drodzy bracia i siostry, Ojcowie Kościoła przywiązywali wielką wagę do śpiewu liturgicznego, będącego symbolem komunii eklezjalnej. Dlatego możemy zakończyć tymi pięknymi słowami św. Ignacego z Antiochii: „I niech każdy z was także włączy się w ów chór, abyście w harmonii waszej zgody, biorąc ton Boga w jedności, śpiewali jednym głosem Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wówczas On was usłyszy i pozna przez wasze dobre czyny, że jesteście członkami Syna Jego” (Epistula ad Ephesios, IV, 1-2)

    KAI

    ***

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    Pierwsze objawienie. Myślałam, że już wszystko stracone. Drogi, którą Pan Bóg dla mnie przeznaczył, nie mogłam znaleźć. Przez czas dłuższy byłam bardzo przygnębiona. Pocieszałam się myślą, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby zostać zakonnicą. Od dziecka miałam wielkie nabożeństwo do dusz czyśćcowych. Nasza matka często mawiała: „Jeżeli macie wielką potrzebę, zwróćcie się do dusz czyśćcowych, to są wdzięczne pomocnice”.

    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi
    Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

    ***

    Pierwsza dusza czyśćcowa przyszła do mnie w 1940 roku. Obudziły mnie w nocy czyjeś kroki w pokoju, spojrzałam i zobaczyłam jakiegoś mężczyznę. Strach był dla mnie uczuciem obcym. Ponieważ nie znałam tego człowieka, ostro zapytałam go: „Jak wszedłeś do mojego pokoju? Coś tu zgubił?” Udawał, że mnie nie słyszy i dalej chodził po pokoju tam i z powrotem. Pytam: „Ktoś ty?” Znów nie odpowiada. Wyskoczyłam więc z łóżka i próbowałam go złapać, ale ręce trafiły w próżnię. Mężczyzna zniknął. Położyłam się i zobaczyłam go znowu, słyszałam też, jak chodził po pokoju. Wyraźnie przecież zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śpię, dlaczego więc nie mogę go złapać. Raz jeszcze wyskoczyłam z łóżka, żeby to zrobić i znowu zniknął. Zrobiło mi się nieswojo, położyłam się, była czwarta godzina nad ranem, nie mogłam więcej zasnąć. Po Mszy Św. poszłam do mojego kierownika duchowego i opowiedziałam mu wszystko. Pouczył mnie, abym zapytała, jeżeli ten człowiek znowu przyjdzie, nie kim jest, ale czego żąda. Kiedy rzeczywiście przyszedł on następnej nocy i na moje pytanie czego żąda, odpowiedział: „Postaraj się o trzy Msze Św. za mnie, a będę wybawiony”, poznałam, że to dusza pokutująca w Czyśćcu. To potwierdził mi również mój spowiednik. Od 1940 do 1953 przychodziły co roku dwie lub trzy dusze czyśćcowe, najczęściej w listopadzie. Nie dopatrywałam się w tym szczególnego zadania Bożego; zawsze też informowałam o tym mojego proboszcza, ks. Alfonsa Matta. Poradził mi, abym żadnej duszy nie odrzucała i każdą chętnie przyjęła.

    Cierpienie zastępcze

    Dusze czyśćcowe prosiły mnie następnie, abym za nie cierpiała. Były to ciężkie cierpienia. iedy jakaś dusza przychodzi, budzi mnie czy to przez pukanie, wołanie czy też szarpnięcie. Obudzona pytam zaraz: „Czego chcesz?” albo „Co mogę zrobić dla ciebie?” i wtedy dopiero może taka dusza powiedzieć, co jej brakuje, l tak zapytała mnie pewnego razu jedna z nich: „Czy mogłabyś za mnie cierpieć?” Pytanie to było nieco dziwne, po raz pierwszy proszono mnie o to, zaraz powiedziałam: „Co mam robić?” Otrzymałam odpowiedź: „Przez trzy godziny będziesz miała bóle w całym ciele, ale po upływie tego czasu będziesz mogła wstać i pracować, jak gdyby nic nie zaszło. Odbierzesz mi tym 20 lat Czyśćca”. Zgodziłam się. Natychmiast opanowały mnie tak straszne cierpienia, że wiedziałam zaledwie, gdzie jestem i pozostała mi tylko świadomość, że przyjęłam je jako pokutę za duszę czyśćcową i że to ma trwać trzy godziny. Wydawało mi się, że czas ten dawno upłynął i że minęło już co najmniej parę dni lub tygodni. Kiedy skończyło się wszystko i spojrzałam na zegarek, stwierdziłam, że cierpienia moje trwały dokładnie trzy godziny. Zdarzało się często, że wystarczyło 5 minut cierpienia, a jakże ten czas wydawał się długi.

    Co dusze czyśćcowe wiedzą o nas?

    Dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje więcej, niż myślimy. Wiedzą, np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy Św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy Św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.

    Co pomaga duszom czyśćcowym?

    Najwartościowszą pomocą dla dusz pokutujących jest Msza Św., ale tylko w tym stopniu, jak sobie dana dusza ceniła ją za życia, l tu spełnia się powiedzenie: Co się sieje, to się zbiera. Wielkie mają znaczenie Msze Św. wysłuchane w dni powszednie, a więc nie tylko te obowiązkowe w niedziele i święta. Oczywiście nie każdy może wysłuchać Mszy Św. w dzień powszedni, ma pracę zawodową i obowiązki, a spełnienie ich ma w dnie powszednie bez szkody dla swoich obowiązków, np.pierwszeństwo. Niejeden emeryt przecież mógłby chodzić na Mszę Św., szczególnie jeżeli jest zdrów i mieszka blisko kościoła. Cóż, kiedy on tak sobie mówi: „W niedziele jestem obowiązany pójść na Mszę Św., ale nie w dzień powszedni, więc nie idę”. Kto myśli tak i postępuje, długo musi po śmierci czekać, zanim mu się jakaś Msza Św. dostanie, bo ją sobie za życia mało cenił. Jeżeli sami nie możemy brać udziału w nabożeństwie, posyłajmy przynajmniej dzieci szkolne i to jak najczęściej. W wielu miejscowościach nie ma w ogóle dzieci na Mszy Św. w dni powszednie. Gdyby wiedziano, jak wielką wartość dla wieczności posiada wysłuchanie jednej Mszy Św., kościoły byłyby pełne nie tylko w święta. W chwili śmierci, za życia wysłuchane Msze Św., są dla nas wielkim skarbem i mają większą wartość od ofiarowanych Mszy Św. za dusze po śmierci. Rodzice i wychowawcy skarżą się, że dzisiejsze dzieci są ordynarne i nie chcą słuchać starszych. Nic dziwnego. Dawniej uczęszczały dzieci szkolne co dzień na szkolną Mszę Św. Modlitwa oraz Komunia Św. dawały im siłę do tego, że były posłuszne i obowiązkowe. Ani ojciec, ani matka, ani katecheta nie potrafią włożyć dziecku w duszę tego, co Zbawiciel przez łaskę daruje dziecku we Mszy i Komunii Św. Pytano mnie, czy ma sens i wartość palić świece i lampki oliwne. Naturalnie że ma, zwłaszcza jeżeli są poświęcone. A chociażby i nie były, należy pamiętać, że świece te czy oliwa są kupione z miłości dla zmarłych, a każdy akt miłości posiada wartość. Podobnie i woda święcona ma wartość, osobliwie jeżeli używamy jej z wiarą i ufnością. Obojętne jest, czy całą dłoń, czy kroplę dajemy duszom czyśćcowym, lepiej jednak kroplę wraz z aktem strzelistym. Niestety, w dzisiejszych czasach często w ogóle nie ma przy drzwiach kropielniczki z wodą święconą. Pragnę wyjaśnić, że w Vorarlbergu wchodzący do domu czy wychodzący żegnają się wodą święconą, zaś resztkę kropli z palca strzepują na ziemię z aktem strzelistym za dusze czyśćcowe. Nazywa się to dać duszom czyśćcowym wodę święconą.

    Jak cierpią dusze czyśćcowe?

    Jest tyle różnych rodzajów Czyśćca, ile dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze ze wszystkich cierpienie. Poza tym jest każda dusza tak karana, jak grzeszyła. To samo jest na ziemi, gdzie kara idzie w ślad za występkiem. Kto grzeszy obżarstwem, dostaje bólu żołądka i staje się otyły, kto za dużo pali, dostaje zatrucia nikotyną albo i raka płuc itp. Żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiada poznanie, o którym my pojęcia nie mamy. Dusze pokutujące w Czyśćcu Pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia, czyli w Czyśćcu, posiada tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej Bóg w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta dusza odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz.

    Stuletnia staruszka na ulicy

    Było to w 1954 roku. Około godziny 14.30 po południu szłam do sąsiedniej wioski Marul. Na drodze spotkałam staruszkę wyglądającą na przeszło sto lat. Pozdrowiłam jągrzecznie, na co mi odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego pozdrawiasz mnie? Mnie już nikt nie pozdrawia”. Wyjaśniłam więc: „Jesteś godna pozdrowienia, jak każdy inny człowiek”. Wtedy zaczęła skarżyć się, że nikt nie ma dla niej zrozumienia, nikt nie daje nic do zjedzenia i że musi spać na ulicy. Pomyślałam, że jest to niemożliwe, a może na skutek starości stała się tak nieznośna i z tego powodu nikt nie chce jej mieć u siebie. Powiedziałam wobec tego, że zapraszam ją do swojego domu, gdzie dostanie i jeść, i spanie. „Ale ja nie posiadam pieniędzy, aby zapłacić”. Na to odpowiedziałam: „To nic nie szkodzi, będziesz musiała przyjąć to, co mam, gościnnego pokoju nie posiadam, ale zawsze lepsze to niż spanie na ulicy”. Podziękowała mi wtedy: „Bóg zapłać, obecnie jestem wybawiona”, i znikła. Nie zauważyłam dotąd, że była to dusza czyśćcowa. Widocznie za życia odmówiła komuś potrzebującemu pomocy i dlatego teraz czekać musiała, aż ktoś dobrowolnie zaofiaruje jej gościnę.

    Spotkanie w pociągu

    Pewna dusza czyśćcowa zapytała mnie, czy ją znam. Musiałam zaprzeczyć. „Ale wiesz o mnie, bo towarzyszyłam ci w pociągu, kiedy jechałaś do Hali”. Przypomniałam sobie wtedy, że był to mężczyzna, który głośno wygadywał na Kościół i religię. Miałam wtedy zaledwie 17 lat. Powiedziałam mu, że nie jest dobrym człowiekiem, skoro tak bezcześci rzeczy święte. „Jesteś zbyt młoda, abyś mnie pouczała” -odpowiedział. „Mimo to jestem mądrzejsza od ciebie”, odcięłam się. Spuścił głowę i nie odezwał się więcej. Kiedy wysiadł, prosiłam Pana Boga, by nie pozwolił tej duszy zginąć. „Twoja modlitwa uratowała mnie, inaczej byłby marny mój koniec” – przyznał.

    Wskazania dusz czyśćcowych

    Otrzymuję często od dusz czyśćcowych wskazówki i praktyczne pouczenia. A więc, że Najświętszy Sakrament nie jest dostatecznie czczony. W wielu kościołach dzisiaj Eucharystia nie stanowi centralnego punktu nabożeństwa. Często obrazy i figury świętych uwłaczają raczej temu, co przedstawiają. Większą troską należy otaczać Różaniec, bo jest on wielką potęgą. Maryja Panna jest Wspomożeniem Wiernych i Matką Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Dusze czyśćcowe napominają, abyśmy sporządzili testament w odpowiednim czasie. Brak tego dokumentu lub źle sporządzony jest powodem wielu kłótni i nieporozumień w rodzinie. Ważną rzeczą jest, aby każdy pomagał budować Królestwo Boże. Jeżeli rodzice nie wciągają dzieci do tej pracy, odpowiadają za to przed Bogiem. Młodzież ponosi winę, jeżeli dla wygody zaniedbuje dobre uczynki.

    Fronda.pl/źródło: ZA: http://egzorcyzmy.katolik.pl

    ***

    Nie igraj z diabłem – on chce Twojej śmierci!!!

    Z księdzem Marianem Rajchelem, egzorcystą diecezji przemyskiej i psychologiem, rozmawia Robert Krawiec OFMCap.

    ks. Marian Rajchel
    ks. Marian Rajchel · fot. Zrzut ekranu (Youtube) – Edycja Świętego Pawła

    ***

    Tabu w Kościele

    – Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

    Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: „Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

    – W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

    Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić

    – W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

    W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.

    Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

    – Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

    Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

    Egzorcyści

    – Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: „Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

    Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

    – Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście?

    Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo „miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): „Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony. 

    Inny SMS był taki: „Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: „nie boję się”, a równocześnie „zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!

    Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

    – Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

    A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

    – bo człowiek jest wolny…

    …tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: „Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

    – Czy ze złym duchem można rozmawiać?

    Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: „Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. „Odmówić «Ojcze nasz» po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.

    Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: „Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. „Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.

    Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu

    – Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?

    Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…

    Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.

    Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: „Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: „Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

    – Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

    Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.

    U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.

    – Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

    Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

    – Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?

    Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

    – Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

    Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem)

    – Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

    Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: „Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: „Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: „Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: „Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

    Metody złego ducha

    – W jaki sposób zły duch wpływa na ludzi?

    Szatan działa na dwa sposoby: zwyczajnie kusi do złego lub działa w sposób nadzwyczajny, czyli stosuje dręczenia i opętania.

    – Zły duch manifestuje, że kogoś opętał, czy też jak najdłużej się ukrywa?

    Dziwne zachowanie siedmioletniej dziewczynki zaniepokoiło rodziców – podejrzewali, że została opętana, ale po modlitwie nie było objawów. Kiedy zdejmowałem stułę i odkładałem krzyż po modlitwie nad jej krewną, po której też nie było objawów opętania, nagle usłyszałem: „Bo ja się mogę ukryć”. Dla mnie była to nauka, aby nigdy nie być łatwowiernym; jak po pierwszych modlitwach działanie złego ducha się nie ujawniło, to wcale nie oznacza, że człowiek jest wolny.

    Zły duch może się ukryć i chętnie to robi, ale gdy zostanie „namierzony”, wówczas nie ma interesu w ukrywaniu się. Może najwyżej udawać, że już wyszedł, co też jest niebezpieczne.

    – Czy opętanym można zostać bezwiednie, bez własnej woli?

    Tak, można nim stać się bez własnej winy. Może to sprawić czyjaś wina. Najmłodsze opętane dziecko, z którym miałem do czynienia, miało dwa i pół roku! Po wysłuchaniu opowieści jego rodziców i własnej obserwacji nietypowych wrzasków nie miałem wątpliwości, że chodzi o opętanie. Było ono spowodowane obciążeniami pokoleniowymi.

    – Co jest celem działania złego ducha?

    Kiedyś upadłe duchy odrzuciły Pana Boga i od tamtej pory prowadzą niszczycielską walkę z ludźmi. Chcą zdobyć nasze dusze na wieczność pod swoje okrutne panowanie w piekle. Robią zatem wszystko, by doprowadzić nas do zatracenia, moralnej i fizycznej degradacji.

    Zły duch stara się sięgnąć do duszy – dostęp do niej wiedzie przez grzech ciężki. Natomiast bezpośrednio może opanować nasze ciało: podczas dręczenia człowiek często jest jak sparaliżowany, nie może ruszyć ręką ani nogą, nie potrafi wypowiedzieć słowa. Wolne pozostają tylko myśli. W myślach trzeba się modlić: Maryjo, ratuj! Jezu, ratuj! Po takiej modlitwie ataki i dręczenia złego ducha po jakimś czasie ustąpią.

    – Można skutecznie powstrzymać negatywne działanie złego ducha?

    „Zło dobrem zwyciężaj!” Jeśli grzech odrywa nas od Boga i oddaje pod panowanie złego ducha, to nasze wyzwolenie i bezpieczeństwo polega na zjednoczeniu się ze Stwórcą. Człowiek będący blisko Boga może cierpieć, ale nie będzie to cierpienie, które wywoła bunt przeciwko Stwórcy. Ludzie uwolnieni z opętania szybko pogłębiają wiarę, codziennie uczestniczą w Eucharystii i mają wewnętrzne wyczucie dobra i zła. Niekiedy świadomie i ofiarnie znoszą skutki grzechów bliskich z rodziny.

    – Czy przebywanie w sekcie satanistycznej zawsze kończy się opętaniem?

    Oczywiście, że tak! Wejście do sekty satanistycznej oznacza oddanie duszy szatanowi. To nie może się skończyć inaczej, jak opętaniem. Osobie, która świadomie weszła w satanizm i oddała się złemu duchowi, będzie bardzo trudno wyjść z sekty, z tego paktu.

    – Gdzie udają się złe duchy po wypędzeniu ich z osób opętanych?

    Oby do piekła! Ja zawsze modlę się, aby wróciły tam, skąd przyszły. Zawsze pod krzyż je odsyłam, bo wiem, że Pan Jezus wskaże, gdzie jest ich miejsce.

    Jednak przypomnijmy sobie scenę z Ewangelii, kiedy złe duchy prosiły Chrystusa: „Pozwól nam wejść w świnie”, co znaczy, że one w tym miejscu pozostały. Dlaczego Jezus im na to pozwolił? Ponieważ mieszkańcy miasteczka, gdy zobaczyli, co się stało, prosili Go, aby odszedł z jego granic – bardziej chcieli być ze złymi duchami niż z Panem Jezusem. Dlatego Chrystus nie wyrzucił złych duchów do piekła, bo to było wbrew woli tamtych ludzi.

    Po egzorcyzmie upadli aniołowie odchodzą do piekła, ale mogą też pozostać, aby kusić kolejnych ludzi.

    Modlimy się, aby złe duchy już nikogo nie kusiły, aby Pan Bóg usunął je ze świata i wyrzucił do piekła raz na zawsze.

    Opętanie

    – Słyszałem, że osoby opętane przy pierwszym kontakcie są uśmiechnięte i miłe, ale później wpadają w trans i mają siłę kilku dorosłych ludzi…

    Może tak być. Objawy występują przed modlitwą egzorcyzmu i po niej. Bywa, że ktoś już na powitanie mnie opluje (raz na przywitanie opętana dziewczyna nawet mnie pogryzła). Niekiedy od razu widać wściekłość. Czasami dopiero podczas egzorcyzmu manifestuje się obecność złego ducha albo po kilku modlitwach. Każdy zły duch ma swoje imię. Poznanie go, a później wypowiedzenie podczas egzorcyzmu jest dla diabła ogromnym ciosem. Dla niego opuszczenie zdobyczy jest porażką, odczuwa to jako powtórne skazanie na potępienie.

    – Ile procent zgłaszających się przypadków to faktyczne opętania?

    Tych mocno opętanych nie jest wielu, bo około pięć procent wszystkich zgłaszających się do mnie osób. Natomiast olbrzymia większość przypadków to dręczenia, różne problemy psychiczne, małżeńskie, rodzinne, wychowawcze, niepowodzenia życiowe, nieszczęścia – takie rozmaitości.

    – Jak odróżnić opętanie od choroby psychicznej?

    Najtrudniejszy przypadek mamy wtedy, gdy jednocześnie występuje opętanie i choroba psychiczna. Jeśli mamy do czynienia tylko z chorobą psychiczną, to stosunkowo łatwo ją rozpoznać. Niedawno pewna chora osoba znalazła adresy wszystkich egzorcystów w Polsce, skserowała swoje dane i wysłała do nas siedem stron maszynopisu, w którym jednoznacznie stwierdziła, że jest to jedno z największych opętań w ostatnim stuleciu; wymieniła, ilu ma w sobie nieczystych duchów i prosiła, aby ją ratować. Po kilku miesiącach napisała, że to wstyd dla polskich egzorcystów, że nikt jej nie odpowiedział. Każdy egzorcysta łatwo się zorientował, że jest to choroba psychiczna. Opętany nie wie, co się z nim dzieje.

    Kiedyś zatelefonowała do mnie z drugiego końca diecezji pielęgniarka: „Proszę księdza, mam pacjenta, wydaje się, że jest opętany”. Potem poprosiła go do telefonu. Chłopak powiedział, jak ma na imię i jeszcze jedno zdanie. Po czym jak nie ryknie do słuchawki, aż mi ciarki przeszły po plecach. Od razu powiedziałem, żeby przyjechali do mnie na egzorcyzmy. Wtedy nie miałem żadnych wątpliwości co do opętania.

    Czasami trudno jest rozeznać, więc trzeba zadać pytania dotyczące przeszłości, żeby dowiedzieć się, co mogło spowodować wejście w krąg działania złego ducha.

    Nie przypominam sobie, aby jakiś psychiatra odesłał kogoś do egzorcysty, natomiast każdy egzorcysta odesłał wiele osób do psychiatry – kapłan egzorcysta jest specjalistą tylko od sfery duchowej i świata nadprzyrodzonego. Niestety, psychiatrzy często błędnie uważają, że posiadają całą wiedzę o człowieku. Gdy słyszą o wizjach, twierdzą, że to schizofrenia. Gdy widzą pacjenta rzucającego się z wielką siłą, diagnozują, że to tylko padaczka.

    Pewna dziewczyna odczuwająca silne dręczenia, chodziła do psychologa, który zabronił jej kontaktować się ze mną. Po roku dziewczyna przyszła rozbita psychicznie i duchowo do tego stopnia, że nie chciała żyć i stwierdziła, że jest ateistką.

    W przypadku dręczeń i opętań potrzeba większej współpracy między lekarzami i egzorcystami. Niektórzy chorzy psychicznie poza chorobą mają dodatkowy problem natury duchowej. Jest w nich coś jeszcze, co nie daje im spokoju – zły duch.

    – Nauka nie działa na złego ducha? Medycyna przegrywa z opętaniem?

    Czy jest pigułka na złego ducha? Długi kontakt ze złem musi się odbić na człowieku, dlatego niekiedy i psychikę potrzeba wzmocnić. To jest tylko podprowadzenie do egzorcyzmu. Nawet naukowiec może zostać opętany. Na złego ducha działa tylko modlitwa! Uwolnienie od zła dokonuje się tylko przy pomocy Kościoła, każdy egzorcyzm to modlitwa w imieniu Kościoła.

    Medycyna przynależy do innej sfery życia. Jeśli ktoś leczy się psychiatrycznie, zawsze mu mówię, że najpierw należy dokończyć leczenie, a dopiero później przyjść do mnie na modlitwę. Nigdy egzorcysta nie może powiedzieć do chorego psychicznie, żeby nie brał leków, bo to byłaby pycha i zarozumiałość.

    Walka ze złym duchem

    – Wielu ludzi bagatelizuje znaczenie wróżek, treningów umysłu, zajęć, na których można nauczyć się wyzwalania energii. Dlaczego wróżby, seanse spirytystyczne, astrologia, amulety i sekty okultystyczne nam szkodzą?

    Ponieważ jest to inicjacja kontaktu ze złym duchem. Skąd wróżka wie o pewnych sprawach? Przecież karty są dla każdego człowieka takie same. Ona wie, bo ma udział w tajemnej wiedzy złego ducha, a to jest odwrotność charyzmatu proroctwa w Kościele. Pan Bóg dawał i daje ludziom dar przepowiadania i poznania przyszłości, na przykład na modlitwach o uzdrowienie. Diabeł też daje poznanie przyszłości do złego udziału. Więc wróżka musi mieć potężny kontakt, umowę ze złym duchem, jeśli mówi prawdę o naszym życiu. Takie wróżki są najgroźniejsze, bo gdy któraś plecie głupoty, to tylko uczy się wróżyć. Często podczas egzorcyzmów słyszymy, jak zły duch oddane mu wróżki nazywa „moje siostrzyczki”! To też coś mówi!

    Seanse spirytystyczne polegają na wywoływaniu duchów. To nie dziadek czy babcia wychodzą z czyśćca na przepustkę, bo się dzieci bawią, ale zły duch odpowiada, który zna wywoływane zmarłe osoby i intencje dzieci, bo one wcześniej o tym mówią. Taki kontakt ze złym duchem negatywnie odbije się na człowieku nawet po dziesięciu czy dwudziestu latach. Osoby dręczone czy opętane zawsze pytamy w wywiadzie przed egzorcyzmem, czy nie było w dzieciństwie takich zabaw. Niestety, dzisiaj seanse spirytystyczne to dość modna praktyka wśród studentów. Nasza przyszła elita tak się zabawia! A raz otwarta furtka jest bardzo trudna do zamknięcia.

    Często w sektach okultystycznych prosi się o pomoc przewodników duchowych, których przedstawia się jako istoty opiekuńcze. W rzeczywistości jest to kontakt ze złym duchem! Adeptów pyta się: „Czy wyrzekają się przeszłości?”. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w sakramencie pokuty wyrzekamy się grzesznej przeszłości. A im chodzi o przeszłość katolicką, aby w ten sposób została odrzucona cała nasza duchowa obrona i kontakt z Panem Bogiem. Po złożeniu takiego przyrzeczenia, bardzo trudno później wyjść z sekty. Ten, kto uczestniczy w takich praktykach, sam wystawia się na nadzwyczajne działanie Złego.

    – Czy złego ducha trzeba zwalczać, czy go lekceważyć?

    Nigdy nie lekceważyć! Wroga się nie lekceważy. Kto tak czyni, ten przegrywa walkę. Trzeba wiedzieć, że diabeł jest niebezpieczny. Należy z nim walczyć, ale nie samemu, tylko mocą Bożą. Do najważniejszych środków zapobiegawczych należą: życie w stanie łaski Bożej, wierność modlitwie i zamknięcie drogi złemu duchowi, czyli trzymanie się z dala od wszelkich form okultyzmu. Życie w łasce uświęcającej oznacza brak grzechów ciężkich. Jeśli jednak się przydarzą, trzeba natychmiast skorzystać z sakramentu spowiedzi. W sprawach duchowych ważne jest, aby odciąć się od korzeni zła. Jeśli zdarzy się złe słowo, natychmiast trzeba zniwelować je dobrym, wyrażając skruchę: „Jezu, ufam Tobie! Jezu, kocham Ciebie!”. Pomaga też woda święcona, olej i sól egzorcyzmowana.

    – W kilku modlitewnikach spotkałem modlitwy – egzorcyzmy. Można wypowiadać egzorcyzmy nad sobą samym i innymi osobami?

    Sami z siebie nie mamy nad złym duchem żadnej mocy. Możemy tylko powiedzieć: „W imię Jezusa Chrystusa idź precz ode mnie!”. Tylko rodzice mogą wypowiadać nad małymi dziećmi takie modlitwy – związek dzieci z rodzicami jest tu bardzo istotny. Nie radzę czynić tego wobec innych osób. Lepiej powiedzieć: „Panie Boże, Ty to zrób”. W niektórych modlitewnikach zatwierdzonych przez Kościół bez wcześniejszej konsultacji z księżmi egzorcystami proponuje się takie modlitwy dla wszystkich. A szkoda.

    Dlaczego Bóg zezwala na zło

    – Dlaczego Bóg pozwala na kuszenie człowieka i dopuszcza cierpienie?

    To odwieczna pretensja do Pana Boga. A On dał wyraźne przykazanie: „nie będziesz korzystał z owoców tego drzewa”, co znaczy, że zakazał pewnych czynów. Człowiek dał się wciągnąć w bunt przeciwko Bogu.

    Jeśli ktoś przez swoje złe czyny oddał siebie szatanowi, to zły duch uważa go za swoją własność. Jego potomstwo też. W magii jest specjalny rytuał, podczas którego otrzymuje się szczególną moc od złego ducha w zamian za ofiarowanie swojej duszy i potomstwa do któregoś pokolenia. Nie znaczy to, że ludzie ci są z góry przeznaczeni do piekła. W życiu takie osoby będą o wiele częściej atakowane, mając o wiele mniejsze szanse na pokonanie pokus. Pan Bóg o tym wie i przygotowuje dla tych ludzi większą łaskę. Tylko czy oni zechcą z niej skorzystać?…

    Trzeba mieć poczucie odpowiedzialności, bo żyjemy nie tylko dla siebie, ale także dla innych.

    – Czy złemu duchowi zostały wyznaczone granice działania i szkodzenia ludziom?

    Granice złu wyznaczamy my. Gdyby nie było grzechów na ziemi, zły duch nie miałby żadnej mocy nad nami. Ile złych duchów wyzwalamy swoimi grzechami ciężkimi, by działały na ziemi?

    – Dlaczego diabeł nie przebywa w piekle, gdzie jest jego miejsce, tylko w świecie, by kusić ludzi?

    „Nie wyrzucaj mnie. Dłużej tu nie mogę wytrzymać” – kiedyś mówił do mnie zły duch podczas egzorcyzmów. „No to się wynoś z tej osoby w imię Jezusa” – rozkazuję mu. „Gdzie ja pójdę?”. „Idź tam, skądżeś przyszedł”. „Ale tam jest jeszcze gorzej” – odpowiada mi.

    Szkodzenie człowiekowi przynosi tylko pewną ulgę złym duchom, bo nie mają z tego żadnego pożytku ani zasług. Nazywamy to diabelską złośliwością. Diabły cieszą się, kiedy człowiek się martwi i narażony jest na niebezpieczeństwo. Cieszą się też, że dokuczyły Panu Bogu, który nas kocha jak własne dzieci i tyle zainwestował w nasze zbawienie. Odczuwają satysfakcję, że znienawidzonych przez siebie ludzi gnębią, bo sami, potępieni, do Boga wrócić już nie mogą, a my możemy zająć ich miejsce w niebie. I to stanowi przedmiot ich zazdrości: szatan zazdrości człowiekowi jego pozycji, obietnicy nieba i tego, że jest kochany przez Boga.

    Są takie przypuszczenia, że jeśli zły duch da się wyrzucić z człowieka i wróci do swojego miejsca w piekle, to będzie tam gnębiony jeszcze bardziej przez innych potępionych. W piekle nie ma przyjaźni i miłości pomiędzy diabłami. Sataniści mylą się, uważając, że będą przyjaciółmi szatana. W piekle nie ma przyjaciół i solidarności, tam jest tylko wzajemna nienawiść.

    – Czasami ludzie pytają, czy diabeł może się nawrócić i zbawić? Czy jest on zdolny do uczynienia jakiegoś dobra?

    Nie! Proszę się nie łudzić. Zły duch swoją wolną wolę już tak ustawił przeciwko Panu Bogu, że nikt tego nie zmieni. Stwórca mógłby przywrócić mu ją przy użyciu siły, ale tego nie robi. Nikt tak nie szanuje naszej wolnej woli, jak Pan Bóg.

    „Głos Ojca Pio” [70/4/2011] Fronda.pl

    ***

    Opętanie. Czym tak naprawdę jest?

    Wyjaśnia ks. prof. Guzowski

    Powstaje wiele publikacji omawiających fenomen opętania przez złe duchy. Jak chrześcijanie powinni mówić o opętaniach i zniewoleniach, by było to zgodne z wolą Bożą?

    Opętania, pentagram
    Opętania, pentagram · fot. via Pixabay.com

    ***

    Panuje w tej kwestii wśród chrześcijan rzeczywiste zamieszanie: mówić o Szatanie czy nie? A jeśli mówić, to w jakiej formie? Philippe Madre pokazuje, że filmy i media laickie wykreowały pewną popularność Szatana, poprzez zachwalanie artystycznych sukcesów muzyków promujących satanizm oraz reklamę okultyzmu jako nowo odkrytego obszaru ludzkiego potencjału. Istnieje więc rodzaj autopromocji Szatana, do którego nie wolno nam przykładać ręki.

    Boża miłość przede wszystkim

    Bagatelizowanie zjawiska nie jest rozsądne, ale jako chrześcijanie mamy własny sposób mówienia o Szatanie jako szkodniku, który został zwyciężony przez Chrystusa. Parafrazując zdanie pewnego teologa amerykańskiego, możemy stwierdzić, że Szatan chce, abyśmy o nim mówili, ale na zasadach wygodnych dla niego. Wyjaśnimy to w trzech punktach. Szatan chce, abyśmy mówili o opętaniach, ale w odizolowaniu od Ewangelii, gdzie Chrystus jest ukazany jako mający absolutną władzę nad Szatanem. Po drugie, Szatan chce, abyśmy mówili o grzechu, ale w oderwaniu od prawdy o miłosierdziu Boga i przebaczeniu. Szatan się boi miłosierdzia, jak pisała św. Faustyna, które jest Bożą sprawiedliwością, dlatego chce je zastąpić sprawiedliwością ludzką, a ludzi przekonać, że nie ma przebaczenia. Po trzecie, zły duch nie ma nigdy ochoty się ujawniać. Zdemaskowanie go jest równoznaczne z jego pokonaniem, dzięki mocy Ducha Świętego, którego Chrystus przekazał Kościołowi. Więc o podstępnym jego działaniu należy mówić, ale jedynie po to, by wysławiać Bożą potęgę i przestrzegać przed naiwnym paktowaniem ze złem.

    Czym jest opętanie? 

    Wyróżniamy dwa sposoby działania diabelskiego: zwyczajne i nadzwyczajne. Do zwyczajnych zaliczamy pokusy i nieuzdrowione rany serca, a do nadzwyczajnych opętania, zniewolenia, dręczenia, obsesje diabelskie, negatywne uzależnienia duchowe. Istnieje tendencja sprowadzania nadzwyczajnego działania diabelskiego do opętań, ale ilościowo one są najrzadsze w stosunku do innych form oddziaływania złego ducha na ludzi, chociaż są najbardziej uciążliwe. Znany egzorcysta G. Amorth tak opisuje zjawisko opętania: „Jest to nadzwyczaj wielkie utrapienie i ma ono miejsce wówczas, gdy zły duch opanuje ciało (nie duszę) człowieka, każąc mu coś czynić lub mówić tak, jak on chce. Ofiara nie może się temu przeciwstawić, a więc nie jest odpowiedzialna moralnie”. W stanie opętania demon wykorzystuje ludzki mózg, aby sterować ciałem opętanego, zmuszając go do mówienia i robienia rzeczy, za które ta osoba nie jest odpowiedzialna. W opętaniu działanie szatańskie nie jest ciągłe, dlatego przeplatają się okresy kryzysów i odpoczynku. Charakterystyczne jest otępienie czasowe intelektualne, uczuciowe, a także blokada woli. Pojawiają się także umiejętności, których dana osoba nie miała: posługiwanie się nieznanymi dla tej osoby językami, nadludzka siła, znajomość myśli innych osób, typowa niechęć do świętości, której często towarzyszy bluźnierstwo.

    Opętanie jest zwykle zawinione, chociaż zdarzają się przypadki opętania niezawinione, których przyczyny zazwyczaj trudno rozpoznać. Na opętanie naraża się każdy, kto praktykuje najróżniejsze formy magii, satanizmu, astrologii, spirytyzmu, wróżbiarstwa lub czarów, przez które dąży do pozyskania tajemnych sił, by się nimi posługiwać i osiągać nadnaturalną siłę. Najczęściej to „tajemne siły” duchowe zaczynają w pewnej chwili władać ludźmi. Dziś słuchanie muzyki satanistycznej jest częstym powodem opętania. Żadne opętanie nie niweluje woli człowieka, z wyjątkiem momentów kryzysu. Niezmiernie istotne jest właściwe rozeznanie, czy rzeczywiście zachodzi w danym przypadku opętanie wymagające egzorcyzmu, czy też występuje lżejsze zniewolenie, które wymaga samej tylko modlitwy o uwolnienie, którą — z kolei — może odmówić każdy kapłan lub diakon na mocy święceń. Przy dręczeniach, każdy może odmówić modlitwę we własnej intencji, jak to podaje Nowy Rytuał Egzorcyzmów. Doświadczony egzorcysta z reguły potrafi odróżnić zniewolenie od choroby psychicznej lub urojonego opętania, czasem po zasięgnięciu opinii zaufanego psychiatry. Oto kilka objawów opętania, które według ks. G. Amortha upoważniają do podjęcia egzorcyzmów: lekarze nie są w stanie postawić diagnozy, a lekarstwa nie skutkują; u osoby poszukującej pomocy u egzorcysty pojawia się niemożność modlitwy i chodzenia do kościoła, chociaż była praktykująca; osoba ta również okazuje wściekłość na widok świętych obrazków i niechęć do wszystkiego co święte; pojawiają się napady złości i gwałtowności, co jest niezgodne z jej dotychczasowym charakterem; osoba taka po obraźliwym zachowaniu zazwyczaj nie pamięta tego, czego się dopuściła. 

    Jako czynnik pozwalający dokładnie odróżnić opętanie od choroby psychicznej jest to, że „człowiek chory na fobię religijną, co zwykle jest elementem jakiejś poważnej choroby psychicznej, będzie reagował na zwykłą wodę, jeśli tylko zasugeruje się mu, że chodzi o wodę święconą” (D. Sikorski). Z kolei człowiek opętany będzie reagował tylko na wodę święconą, nawet jeśli się to przed nim ukryje, sugerując, iż chodzi o zwykłą wodę.

    Zniewolenia, dręczenia, obsesje 

    Lżejszą formą wpływu złego ducha na człowieka są zniewolenia i dręczenia. Podobnie jak w przypadku opętań, zniewolenia występują o różnym natężeniu i w różnych formach. „Zniewolenie jest stanem powstałym w wyniku nawiedzenia przez złego ducha konkretnej sfery psychiki danej osoby” (M. Scanlan). Trzeba odróżnić zniewolenie od dręczeń, gdy osoba jest dręczona z zewnątrz. Dręczenie powoduje ociężałość, wyczerpanie i zniechęcenie. Pojawia się w sytuacji, gdy dana osoba wejdzie w bliższy kontakt z magią lub czarami, albo może być zaatakowana przez demony po tym, jak wzięła udział w egzorcyzmach. Zwykle jeden rozkaz w imię Jezusa sprawia, że dana osoba od razu doświadcza poprawy, której towarzyszy nieznane dotąd uczucie pokoju i radości. Trzeba podkreślić, iż różnica pomiędzy dręczeniem a zniewoleniem polega na tym, że duch dręczący danego człowieka znajduje się poza nim samym, natomiast w przypadku zniewolenia duch gnieździ się w człowieku. Zniewolenie jest lżejsze od opętania, gdyż w opętaniu demon opanowuje również ludzką świadomość i w trakcie napadów człowiek nie jest świadomy, co czyni, natomiast w zniewoleniu człowiek pozostaje świadomy.

    Bywają też obsesje myślowe, które najczęściej dotyczą rzeczy i spraw świętych. Mamy do czynienia z nimi wówczas, gdy osobie towarzyszy dręczące przekonanie, że zostanie potępiona,  albo że jest nic niewarta w oczach Bożych, dlatego że grzeszy i nie jest w stanie się z grzechu wyzwolić.  Uwolnienie z obsesji myślowych pojawia się często w momencie sakramentalnej spowiedzi, gdy z pomocą spowiednika penitent otworzy się na miłość Boga i w nią uwierzy. Niejednokrotnie obsesje mogą towarzyszyć zniewoleniu. Diabeł nie chce, by człowiek wierzył w miłosierdzie Boże i trzyma człowieka w rozpaczy. Z tego względu uzdrowienie człowieka z obsesji lub zniewoleń dokonuje się bardzo często podczas grupowej modlitwy wstawienniczej, która jest normalną modlitwą wsparcia (dlatego nie należy jej mylić z egzorcyzmem ani modlitwą o uwolnienie), gdy dana osoba doświadcza miłości, a nie odrzucenia — ze strony ludzi modlących się za nią oraz ze strony Boga. Dziś nikt nie powinien poczuć się odrzuconym przez Kościół jako wspólnotę, chociaż mało jest jeszcze grup pomocowych, które niosłyby również pomoc duchową, łącząc terapię z kierownictwem duchowym. W każdym nałogu osoby są narażone na nękania demoniczne, a zwłaszcza alkoholicy, wytwarzający sobie negatywny obraz otoczenia, które chcąc im pomóc, uderza w czuły punkt ich uzależnienia alkoholowego, podczas gdy oni zwykle widzą przyczynę problemu poza nimi. Również osoby o pewnych zaburzeniach w sferze seksualnej, nie mając pomocy ze strony środowiska, postanawiają same sobie pomóc, co tylko pogarsza ich stan. Złe duchy wkraczają w sferę ludzkich słabości, gdy nie ma szczerego przyznania się do nich przed Panem, albo uznania własnej bezradności.

    Serce wolne od przywiązań 

    Ktoś może się zdziwić, że złe duchy mogą mieć aż tak dużą władzę nad ludzkim życiem. Należy pamiętać, że są to byty duchowe inteligentne, które mają zdolność wpływania na nasze myśli, a także kuszenia nas. Dlatego w naszym życiu duchowym konieczna jest współpraca z Duchem Świętym poprzez codzienną modlitwę, rozpalanie swej miłości do Boga oraz ascezę, czyli panowanie nad głosami ciała, egoizmem i zwyczajnymi zachciankami. Drobne wyrzeczenia i nieprzywiązywanie się do dóbr materialnych kształtują i wzmacniają wolną wolę do podejmowania dóbr trwałych. Eucharystia, a także jałmużna, post i modlitwa są środkami, które możemy podjąć dla pomocy osobom dręczonym lub zniewolonym. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że będąc w stanie łaski, czyli przyjaźni z Bogiem, jesteśmy chronieni przed złymi zamiarami Szatana. W czasie pokus lub dręczeń nigdy nie jesteśmy sami i w modlitwie możemy się powierzać Duchowi Świętemu. By jednak być pewnym, że z naszej strony uczyniliśmy wszystko, aby nie być narażonymi na dręczenia i pokusy szatańskie, trzeba odrzucić wszelkie formy bałwochwalstwa. Polega ono na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem. Wówczas miejsce najwyższej czci przysługującej Bogu zajmuje inny człowiek, władza, przyjemność, pieniądze, nałóg, itp. (por. KKK 2113). Dogłębne nawrócenie polega na uwolnieniu serca od nieuporządkowanych przywiązań, a wówczas z życia znika większość pokus, którymi zwykł nas kusić przeciwnik Boga. 

    ks. Krzysztof Guzowski, teolog dogmatyk, profesor nadzwyczajny KUL, twórca Katedry Personalizmu Chrześcijańskiego, założyciel Apostolatu Ducha Świętego.

    Fronda.pl – źródło: Przewodnik Katolicki 26/2015

    ***

    Alicja Lenczewska, mistyczka naszych czasów. Plan dnia konsultowała z Panem Jezusem

    To niezwykła, poruszająca biografia Alicji Lenczewskiej szczecińskiej nauczycielki i mistyczki naszych czasów, której duchowe doświadczenia wciąż inspirują tysiące osób w Polsce i za granicą.

     Fragment książki “Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów”

    Książka Ewy Czaczkowskiej to coś więcej niż klasyczna opowieść o życiu to wnikliwa, rzetelnie udokumentowana i jednocześnie głęboko duchowa historia kobiety, która pozwoliła Bogu prowadzić się daleko w głąb serca.

    Fragment książki Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów

    Dopiero kilka miesięcy później, 1 marca 1987 roku, Alicja miała odwagę ująć słowami, czym jest zjednoczenie z Bogiem, którego doświadczała: […] podczas Twej bliskości ciało jakby zatracało swą spoistość staje się całkiem przenikliwe, jakby – rozrzedzone coraz bardziej. Prawie znikające w Tobie. Moja dusza jest zanurzona w Tobie i wypełniona Twoją czułością, tak bardzo delikatną, subtelną i jednocześnie potężną, zawierająca moc, przed którą drży wszechświat. Cisza, powolność przenikania i moc. Czuję się jak ziarnko piasku, które zagarnęła fala oceanu. I niesie w swą głębię, nieznaną, nieskończoną. Jest jasność, ciepło, łagodność. Taki ogromny spokój, nie ma odczucia czasu ani materii. Jest nieskończona przestrzeń, od której nie jestem oddzielona mimo mojej maleńkości. I teraźniejszość, która jest wiecznością.

    Na koniec notatki zauważyła przytomnie: „A jednak czas się przesunął – jest 12:25”118. To zjednoczenie trwało ponad godzinę, od godziny 11:15. Alicja Lenczewska została obdarzona wieloma mistycznymi darami. Najwyższym darem było doświadczenie miłości oblubieńczej – zjednoczenie duszy z Bogiem. Równie niezwykłym, subtelnym darem był znak obecności Pana w postaci dotyku dłoni Alicji, o czym pisała wielokrotne, choć nader dyskretnie. Potwierdzam podczas każdej twej modlitwy Moją obecność przy tobie. Dotykam twoich dłoni i Moja moc przez nie płynie – mówił Jezus. – […] Każdego ranka daję ci potwierdzenie tego, co słyszysz poprzez Słowa z Pisma, każdego wieczora w dotyku twych dłoni.119

    Alicja przeżywała również ekstazy. Nie opisywała tego stanu własnymi słowami – w czym przejawiała się jej dyskrecja – ale dopytywała o niego Pana: „Czym jest ekstaza?”, a Jezus odpowiedział: „Radością we Mnie”120. W 1987 roku Alicja Lenczewska otrzymała niewidzialne stygmaty, czyli zaczęła odczuwać ból w miejscach ran ukrzyżowania Chrystusa. Rok później otrzymała stygmat korony cierniowej: Dziś otrzymałaś z ręki Mojej koronę cierniową – włóż ją na swoją głowę – wszak Moją małżonką będziesz. Niech odciśnie się na twojej głowie i na twym sercu ten znak męczeństwa dla Królestwa Mego. Niech spełnia się twoje powołanie ukrzyżowania w miłości121 – oznajmił jej Jezus.

    A nieco później wytłumaczył: Godząc się na przyjęcie Moich Ran, trzeba zgodzić się na przyjęcie tego, co zawierała Moja Godzina i całe Moje życie człowiecze.122 Alicja Lenczewska miała wiele tak zwanych widzeń ocznych, czyli doświadczanych zmysłem wzroku.123 Na przykład 25 kwietnia 1990 roku podczas Mszy Świętej, po konsekracji, ujrzała, jak po zewnętrznej ściance kielicha spłynęła łza. Wszystko na stole ołtarza było żywe, jakby poruszające się i emanujące na zewnątrz drżeniem świateł. Odczułam Słowa: Na Ołtarzu Eucharystycznym podczas Ofiary skupia się energia – moc stwarzająca i podtrzymująca życie milionów istot. Ukryta przed okiem ludzkim Moja Święta Moc. Ukryta, aby dać możliwość zasługi wiary i ufności.124

    W listopadzie 1994 roku Alicja ujrzała postać Jezusa na krzyżu – „ogromny krzyż nad całym światem i na nim rozpięte Jego żywe Ciało”. To był obraz nieustannego umierania Jezusa za świat.125 Lenczewska otrzymała także dar poznawania rzeczy duchowych w sposób mistyczny, niedostępny rozumem, oraz opisywania ich językiem zmysłów, czego przykładów wiele daje jej dziennik. Poznała na przykład w sposób nadprzyrodzony, czyli w chwilach kontemplacji wlanej, że wszystko, co Bóg dopuszcza w życiu człowieka, odczuwa przede wszystkim sam Jezus, który jest w każdym człowieku, a zwłaszcza ochrzczonym. „Szczególnie cierpienia duchowe, jakie dane są ku nawróceniu, są cierpieniem Pana Jezusa”126.

    Ciekawie brzmi opis głębi duszy, którą poznała i w którą schodziła. Po raz pierwszy zeszła w głąb duszy 5 września 1994 roku, kiedy zanurzyła się „w ogromną przestrzeń ciszy, łagodności, ukojenia płynących od Pana, którym wszystko było przeniknięte i było zatrzymane w Nim. Czas nie istniał. Było tylko «teraz» i «jest»”127. Innym razem tak opisywała to doświadczenie: Jest to przestrzeń poza materią i czasem – jest to Bóg Nieskończony w duszy ludzkiej. W Nim – ukazanym mi jako nieskończona przestrzeń – znajduje się wszystko, co jest, co istniało w czasie od początku jego zaistnienia i co zaistnieje w czasie przyszłym i nadchodzącym: cały wszechświat materialny i duchowy w swej teraźniejszości i przepływie. Jak atomy w materii tak tam jesteśmy od początku naszego istnienia po jego nieskończoność. Będąc w tej wewnętrznej głębi duszy, wszystko „widzi się” i poznaje w prawdzie i jakby z zewnątrz: siebie, innych, sytuacje minione lub przyszłe, na tyle, na ile jesteśmy czyści i zagłębieni w tej wewnętrznej przestrzeni Boga we własnej duszy i na ile On nam chce to ukazać.128

    Alicja Lenczewska była obdarzona także innymi łaskami. Rozmawiała nie tylko z Jezusem, ale również z Bogiem Ojcem, Duchem Świętym, a także z Matką Bożą, aniołami i świętymi, również z duszami czyśćcowymi. Modliła się w językach i miała dar modlitwy łez.129 O darze prorokowania Lenczewskiej, czyli wyrażania natchnionych treści w języku, stylu i kodzie kulturowym proroka, świadczy jej cały dwutomowy dziennik duchowy, a także słowa przeznaczone dla członków Apostolstwa Czystej Miłości.

    – Wierzę, że to są słowa Jezusa – wyznała Janina Klimek z Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej, która dopiero po śmierci Alicji dowiedziała się, że ona otrzymywała te słowa. – One mnie budują. Są drogowskazem, radą, pomocą w życiu codziennym. Natomiast Ewa Hurko, sąsiadka Lenczewskiej, z lekkim zawstydzeniem przyznała, że dziennika Alicji czytać nie może. Oba tomy dziennika stoją w pokoju na półce, czasem nawet do nich zagląda. Ale czytać nie może. Dlaczego? – Ja rozpoznaję w nich styl, sposób mówienia Alicji – przyznała.

    A to z jakiegoś powodu jej przeszkadzało. Na szczęście spowiednik uspokoił Ewę Hurko, tłumacząc, że nie musi czuć się winną, że nie ma obowiązku czytania. W objawienia prywatne uznane przez Kościół, jak wiadomo, nie ma obowiązku wierzenia. Poza tym nie jest niczym nowym – a przeciwnie: dobrze znanym z Ewangelii – że prorokom najtrudniej jest wśród swoich. „Słowa zawsze bardzo przerastają tego, przez kogo Pan mówi, a ludzie, obserwując człowieka i porównując, mogliby wątpić w prawdziwość słów”130 – pisała Lenczewska w listopadzie 1989 roku do siostry Teresy Łozowskiej. Ponadto jej dziennik był, jak to ujęła, „zanieczyszczony” jej emocjami, zwierzeniami na temat doznanej bliskości czy łask otrzymanych od Pana. „Jest to dla mnie krępujące, a nawet wstydliwe i trudno mi o tym rozmawiać”131. Z tego powodu prosiła nawet kilkoro bliskich jej osób, do których wysyłała fragmenty dziennika do ewentualnego wykorzystania w duszpasterstwie, aby zachowali jej anonimowość (prosiła o to między innymi księdza Mieczysława Piątkowskiego, brata Sławomira, siostrę Teresę Łozowską, do pewnego czasu także księdza Waltera Rachwalika).

    Alicja Lenczewska pisała swój dziennik piękną współczesną polszczyzną. Miała też ładny charakter pisma. Notowała dużo, relacjonowała całe dialogi z Jezusem, bo takie było Jego życzenie, choć nie pisała o wszystkim, bo też sam Pan mówił, że pewne sprawy powinny zostać ich tajemnicą. Z tego powodu, jak można przypuszczać, w jej zapiskach tak mało jest wzmianek o wydarzeniach z jej codzienności. Plan dnia konsultowała z Jezusem (!), ale w dzienniku właściwie go nie ma. Tę warstwę pomijała w zapiskach. W opisywaniu zaś stanów zjednoczenia duszy z Bogiem czy ekstaz Alicja zachowywała powściągliwość, utrzymywała pewien dystans. Bo Alicja, jak mówili świadkowie jej życia, z natury nie była wylewna, a nawet bywała oschła, wycofana, zdystansowana. Choć z czasem to się zmieniało.

    – Ona bała się, aby w jej słowach nie było czegoś nieczystego, czegoś od niej – mówiła siostra Teresa Łozowska. Dzięki cechom charakteru, świadomości własnej niegodności, obawom, by w tekście nie znalazło się nic, co byłoby jej myślą, a nie Prawdą, zapisane przez nią miłosne dialogi z Jezusem ujmowała w formę tak bezpretensjonalną, nieegzaltowaną, subtelną. Rozmowy te są pełne Ducha, który daje pewność, od Kogo pochodzi.

    4 marca 1987 roku, w środę, o godzinie 22:10, Alicja zapisała: – Cały dzień jest oczekiwaniem na wieczorne spotkanie z Tobą. A wszystkie dni: tęsknotą, pragnieniem i nadzieją. Cóż mi powiesz? – Przytul się. Przecież nie trzeba słów. – Nie pobrudzę Cię? – Nie jesteś brudna. A gdyby nawet, oczyściłbym cię.132

    Takich dialogów pełnych najczulszej miłości oblubieńczej w dziennikach Lenczewskiej jest wiele. Jak opisać czułość Twojej miłości, gdy po Komunii pochyliłeś się nade mną, by uklęknąć przy mnie i otulałeś mnie Sobą. Że była Twoja świętość, Twoja troskliwość i Twoja delikatność tak wielka – dotykająca i przenikająca we mnie wszystko. Że był moment takiego nasilenia Twojej miłości, że gdyby trwał sekundę dłużej, musiałabym umrzeć, bo ludzkie serce nie może przyjąć więcej […]. Jak to jest, że ja jestem Twoim dzieckiem, Twoją oblubienicą z moim grubiaństwem, prymitywnością, niewdzięcznością…? Jak to jest, że chcesz w ogóle spojrzeć na mnie, tym spojrzeniem Miłości, pod którym można tylko płakać nad sobą?133

    Tygodnik Niedziela

    ***

  • ogłoszenia – lipiec 2026

     

    ***

    W sobotę 1 sierpnia na godz. 14.00 zapraszam tych dla których wciąż żywa jest pamięć o kościele św. Szymona, aby wspólnie stanąć przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Bo oto minęło pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie już w nas nocą z związaną ze smutkiem i to bardzo wielkim. Bo tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym.

    OD PIĄTKU 30 LIPCA 2021 ROKU MSZA ŚWIĘTA I SAKRAMENTY KOŚCIOŁA W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU SPRAWOWANE SĄ TERAZ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow
    46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

    ***

    Kościół św. Piotra jest jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świetą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Jednak od roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.

    Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku kapelanem dla Polaków został mianowany przez ks. Arcybiskupa Szczepana Wesołego ks. Marian Łękawa SAC, który objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1_image0jpeg.jpg

    Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona                                                   

    i klękam razem z tymi,                                                                                    

    których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus

    karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.                               

    To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,

    że tutaj w płomieniach ogromnego ognia

    pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum

    przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.                                                    

    Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,                                   

    który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać                                                              

    nawet ze zła wiele dobra.                                                        

    Te olbrzymie buchające płomienie                                                      

    z wnętrza ginącej świątyni,    

    w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,                                                      

    już sprawiły,

    że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,

    osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,

    który nawet urzędowo nakazywał

    dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.  

    Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,

    że wiara w wielu ludziach wygasła.               

    Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.                                                                 

    Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,                                                  

    nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,                                                     

    które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,                                                 

    wydawałoby się –  opuszczonej przez Boga.

    A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona                                

    rozświetliły ciemności,                                                                                                   

    w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.                                           

    Widok ten sprawił,                                                                                              

    że przebudziło się ludzkie serce                                                                 

    uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.

    Niech będzie błogosławiony wstrząs,                                                                          

    który sprawia,                                                                                                     

    że nagle, choć tak różni jesteśmy,                                                        

    powracamy do tego co jest najistotniejsze.

    Każda zmiana boli,   

    bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,                                         

    że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.                                          

    Widać potrzebne było,                                                                                                  

    aby Słowo Boga,

    wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,                       

    niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.  

    W tych zgliszczach                                                                                                 

    pozostała również Matka Bożego Syna,

    która jest i naszą Matką                                                            

    w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna                                                           

    i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.                                                                

    Czterdzieści dwa lata temu

    przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,

    pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,

    kardynała Stefana Wyszyńskiego,                                

    którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.

    ***

    Poniżej jest mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:

    Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,                          

    mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.    

    Jedne są jak wieże obronne,                                                                       

    inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.                                          

    Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,          

    katolikom dzwonić nie wolno.                                                                         

    Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,                             

    tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,                 

    budowali swoje własne kościoły.                                                                

    Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,                                                            

    bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,               

    stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.

    Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,                                    

    bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.                                            

    W takiej oto scenerii w niedzielny poranek                                                  

    na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road                                 

    można usłyszeć polską mowę.                                                                                                  

    Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.   

    I tak kolejne już pokolenia                                                                                  

    w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem

    i Jezusowym Ciałem.                                                                                       

    A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,                                   

    choćby nawet niewielką,                                                                                 

    że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.                                                           

    Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,

    zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?             

    Statystyki cóż mogą powiedzieć                                                                         

    o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,                                        

    gdzie dokonują się ludzkie wybory,                                                             

    gdzie rodzi się prawdziwe życie.

    Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży                               

    otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,                

    a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,                                               

    jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.

    ***

    Niedziela 26 lipca

    Leon XIV: Musimy nauczyć się rozpoznawać to, co najbardziej się liczy

    Papież Leon XIV odmówił z wiernymi modlitwę „Anioł Pański” na Piazza della Liberta’ w Castel Gandolfo

    fot. screen: Youtube/Vatican Media

    „Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem” – mówił papież Leon XIV.

    Zwrócił uwagę, że w „centrum nauczania Jezusa znajduje się tajemnica Królestwa Bożego”, o którym mówił on w przypowieściach, porównując je do perły i skarbu, które znajdują rolnik i kupiec. Człowiek ze zdumieniem „znajduje coś, czego nie śmiał nawet oczekiwać, tak że sprzedanie albo pozostawienie wszystkiego nie jawi się już jako wyrzeczenie, lecz jako zysk”. Ewangeliści „opisują wezwanie Jezusa do pójścia za Nim jako nieodparte: wolne, oczywiście, lecz naglące i zdolne wzbudzić odpowiedź szybką, zrodzoną z pragnienia” – wskazał papież.

    Bohaterami innych przypowieści są rybacy, uczony w Piśmie, kobieta, która zaczynia mąkę, kobieta porządkująca dom, król planujący wojnę, człowiek zamierzający zbudować wieżę, zarządcy zajmujący się wypłatami albo inwestycjami. „Królestwo Boże objawia swoje bezcenne piękno na różnych drogach, ale wszystkich – mężczyzn i kobiety, młodych i starszych, biednych i bogatych – wzywa do głębokiej odnowy. Wszyscy mogą je zrozumieć i czują się przez nie pociągnięci” – zauważył Leon XIV.

    Podkreślił, że również dzisiaj „Kościół jest komunią osób różniących się pochodzeniem, kulturą, kompetencjami i stopniem odpowiedzialności, lecz wszystkie one są wezwane, by odkryć, że w Jezusie Chrystusie stanowią jedno”. To „On jest ukrytym skarbem, drogocenną perłą, siecią, która gromadzi rozproszonych”. „Od początku bowiem Jezus powoływał i gromadził wokół siebie osoby, które w przeciwnym razie nigdy by się ze sobą nie spotkały. Właśnie w ten sposób ukazał, że Bóg nie ma względu na osoby, a Jego wybór jest szczególnym umiłowaniem – zwłaszcza tych, którzy są mali i odrzuceni” – stwierdził papież.

    Zachęcił do modlitwy – wzorem króla Salomona – o „dar rozpoznania drogocennej perły, dar dostrzeżenia skarbu, dla którego warto sprzedać wszystko”. „Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem, która otwiera nas na radość i pomaga nam jak najlepiej przeżywać nasze wzajemne relacje” – przekonywał Leon XIV.

    Watykan –KAI – stacja7.pl

    ***

    Niedziela 19 lipca

    Papież Leon: ziarno Ewangelii kiełkuje po cichu, bez rozgłosu

    Papież Leon: ziarno Ewangelii kiełkuje po cichu, bez rozgłosu

    Papież Leon w Castel Gandolfo; fot. Vatican Media

    ***

    Pochopne osądy, narzucanie się siłą i pokusa dominacji nie mają nic wspólnego z Ewangelią – przypomniał Papież Leon w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański. Papież wezwał wierzących, aby naśladowali sposób działania Boga, który cierpliwie przemienia świat od wewnątrz, nie odbierając człowiekowi wolności.

    Rozważając ewangeliczne przypowieści o chwaście pośród zboża, ziarnku gorczycy i zaczynie chlebowym (por. Mt 13, 24-43), Ojciec Święty zwrócił uwagę, że przypowieści Jezusa ukazują sposób, w jaki Królestwo Boże wzrasta w historii i w życiu człowieka.

    Bóg wybiera to, co małe

    Papież Leon podkreślił, że człowiek często oczekuje spektakularnych interwencji Boga i pragnie, aby zło zostało natychmiast usunięte. Tymczasem – jak zaznaczył – Bóg działa zupełnie inaczej. „Bóg wybiera to, co małe, jako znak swojej dyskretnej miłości, która pozostawia nas wolnymi, byśmy go przyjęli lub odrzucili, która usiłuje znaleźć sobie drogę nawet pośród chwastu, działa w sposób ukryty i niewidoczny jak najmniejsze ze wszystkich ziaren i jak zaczyn, który bez rozgłosu zakwasza ciasto” – powiedział Papież. Dodał, że właśnie taki sposób działania Boga uczy cierpliwości i pomaga dostrzegać dobro, które wzrasta nawet pośród zła.

    Styl Boga powinien stać się stylem Kościoła

    Najważniejszym przesłaniem katechezy było wezwanie, aby sposób działania Boga stał się wzorem dla chrześcijan i całego Kościoła. „Ten Boży styl powinien stać się również sposobem, w jaki – zarówno jako poszczególni wierni, jak i cały Kościół – żyjemy w otaczającej nas rzeczywistości. Jesteśmy wezwani do przyjęcia stylu ewangelicznego: bez pochopnego przeciwstawiania się innym przez wydawanie aroganckich sądów, bez narzucania się przy pomocy władzy i siły oraz bez utraty zaufania do dzieła Bożego” – powiedział Papież.

    Zaznaczył też, że Królestwo Boże rozwija się również pośród chwastu. Dlatego chrześcijanie nie powinni ulegać zniechęceniu ani wydawać pochopnych osądów, lecz cierpliwie towarzyszyć procesom i dostrzegać dobro obecne w codzienności. Nawet „gdy wydaje się nam, że Bóg jest nieobecny. W rzeczywistości bowiem On zawsze nam towarzyszy, a Jego miłość nieustannie działa dla naszego dobra”.

    Logika ziarna

    Leon XIV przywołał również słowa ówczesnego kard. Josepha Ratzingera, który mówił o „logice ziarna”. Nie jest ona logiką sukcesu, wielkości czy dominacji, lecz drogą pokory i służby drugiemu człowiekowi. „W ten sposób sami staniemy się jak małe ziarno Ewangelii, które kiełkuje i jak zaczyn miłości, który przemienia ciasto świata” – powiedział Papież.

    Vatican News / Łukasz Bankowski / JK

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     ***

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ***

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

    ***

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

    Święta nakazane w 2026 roku:

    1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

    5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

    14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

    24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Pozostałe ważne dni w 2026 roku:

    Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    18 marca (środa) – Środa Popielcowa

    25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

    2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

    6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

    25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

    26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent rozpocznie się 29 listopada.

    ***

    Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?

    Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?

    Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.

    Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?

    Współautor książki “Jutro Niedziela”, ks. Przemysław Śliwiński wyjaśnia te wątpliwości:

    1. Czym jest formularz Mszy świętej?

    Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.

    Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.

    Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.

    2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?

    “Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.

    Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.

    3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?

    Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.

    Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.

    Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.

    4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?

    Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).

    Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.

    Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.

    5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?

    Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.

    Kilka przykładów:

    W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.

    Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.

    6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?

    Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?

    Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).

    Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.

    Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.

    7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa

    Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość. Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.

    Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…

    8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?

    Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie.
    Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.

    Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.

    9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?

    Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?

    Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.

    10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?

    Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.

    1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.

    2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.

    W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia.
    W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.

    opracowanie według strony:Stacja7.pl

    ***

    Rok liturgiczny. Dlaczego nie rozpoczyna się wraz z Nowym Rokiem kalendarzowym?

    Obecnie rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany.

    Wyrażenie „rok liturgiczny” jest sformułowaniem stosunkowo nowym. Dopiero w XIX wieku zaczęto przywiązywać uwagę do historii. W tym kontekście zrodziło się często dzisiaj używane wyrażenie oznaczające ogół celebracji i świąt kościelnych w ciągu roku. To określenie porządkuje i racjonalizuje te wydarzenia, które w ciągu roku dotykają bez wyjątku wszystkich, wierzących i niewierzących. Bo przecież nawet jeśli ateista nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, to te dni i tak stają się dla niego dniami wolnymi, a oświetlone dekoracje uliczne, mimo woli, przypominają mu o konkretnym wydarzeniu roku liturgicznego.

    Boże Narodzenie jako punkt wyjścia

    Obecne księgi liturgiczne wspominają o początku i końcu roku liturgicznego, ale taki układ nie jest analogicznym do początku i końcu roku szkolnego. Pojawienie się ksiąg liturgicznych w VII wieku spowodowało, że wydarzenia związane z życiem Jezusa nabrały porządku w formie cyklu rocznego, który różni się od roku cywilnego i który ma swój własny początek i czas trwania. Starożytna księga liturgiczna z terenów dzisiejszej Francji, skomponowana około roku 500 po Chrystusie, oznaczała początek roku liturgicznego na dzień Wielkanocny. Nie jest to przypadek, bowiem takie rozpoczęcie ma swoje korzenie w chrześcijańskiej starożytności. Zasadniczą bowiem zasadą było stwierdzenie (obecne m.in. w pismach papieża św. Leona Wielkiego [+461 r.]), że Chrystus zmartwychwstał dokładnie w tym samym dniu, w którym Bóg stworzył świat.

    Mówimy o roku liturgicznym w Kościele rzymskim, dlatego warto zwrócić uwagę na podział czasu w starożytnym Rzymie. Wiadomo, że już w II wieku przed Chrystusem rok cywilny rozpoczynał się tam 1 marca, a nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy 1 stycznia, czemu towarzyszyły huczne zabawy i praktyki pogańskie. Kościół rzymski nie przyjął jednak tych dat, obawiając się zbyt pogańskiej symboliki, mimo iż w marcu (14 dzień nisan wg. kalendarza żydowskiego) obchodzono Paschę.

    Wreszcie od VI wieku zaczyna brać górę data Bożego Narodzenia, jako początku nowego roku liturgicznego. Pojawia się ona w Chronografie w roku 354, chociaż początkowo jest ona określana jako rocznica narodzin Jezusa na równi z rocznicami śmierci męczeńskiej innych świętych. Święty Augustyn jeszcze w roku 400 mówi o Wielkanocy jako o „wydarzeniu zbawczym” (in sacramento celebrari), a Boże Narodzenie grupuje wraz z innymi wspomnieniami liturgicznym (memoria).

    Kluczowe znaczenie w ułożeniu kalendarza liturgicznego w Kościele rzymskim miał wspomniany już św. Leon Wielki. W swoich homiliach często powtarzał, że Boże Narodzenie jest nie tylko rocznicą, ale początkiem zbawienia człowieka i stanowi niejako punkt wyjścia do tego co dokonało się w czasie męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Ten wielki papież przenosi w księgach liturgicznych na sam początek celebracje liturgiczne związane z czasem „adwentu” czyli nadejścia Bożego Narodzenia i z uroczystościami Narodzenia Pańskiego (25 grudnia) i Objawienia Pańskiego (6 stycznia). Ta teologiczna interpretacja powiązania narodzin Chrystusa z Jego męką i śmiercią (doszukiwano się wielu analogii, których poetyckie echa wyśpiewujemy do dzisiaj w naszych kolędach) sprawiła, że rok liturgiczny, który w centrum stawia wydarzenia wielkanocne i do niego je sprowadza, ma swój początek z celebrowaniem obchodów ku czci wcielenia Chrystusa. Inaczej mówiąc: początek i rozwój roku liturgicznego w Kościele rzymskim pierwszych wieków i zachowany obecnie, znajdują wytłumaczenie w ruchu wywodzącym się od środka (Wielkanoc) i docierającym do obrzeża (Boże Narodzenie).

    Nieustanne, codzienne wyznanie wiary

    Obecnie zatem rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Kiedy kończą się te obchody, następuje tzw. okres zwykły w ciągu roku, podczas którego czytane są Ewangelie opowiadające o życiu i działalności Pana Jezusa. Po kilku tygodniach, w zależności od ustalonej daty Wielkanocy, rozpoczyna się, w Środę Popielcową czas przygotowana paschalnego, czyli Wielki Post. Trwa on symboliczne 40 dni, nie licząc niedziel. Kończy się w Wielkim Tygodniu, przed trzema najważniejszymi dniami w ciągu roku: Triduum Paschalnym. Czas po Wielkanocy to pięćdziesiąt dni do uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Po niej Kościół powraca do czasu zwykłego, który ponownie potrwa do pierwszej niedzieli Adwentu.

    Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany. Prowadzi nas, od samego początku – od tajemnicy przyjęcia przez Jezusa ludzkiej natury czyli tzw. wcielenia, przez narodziny, publiczną działalność aż do męki i zmartwychwstania Jezusa.

    Można zatem powiedzieć, że czas przeżywany przez nas według kalendarza liturgicznego jest nieustannym, codziennym wyznaniem wiary, która może i powinna przeplatać się z naszą codziennością…

    ks. Bartosz Szoplik – Stacja7.pl

    ***

    Zanim uklękniesz w konfesjonale

    Rozliczenie z grzechów czy sakrament uzdrowienia i pojednania? Spotkanie z bezwzględnym Sędzią czy z przebaczającą Miłością? O tym, jaki jest sens spowiedzi i co warto o niej wiedzieć, zanim się do niej przystąpi.

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Nigdy nie poznajemy Boga lepiej, niż wtedy, kiedy On nam przebacza grzechy – napisał papież Franciszek w bulli Spes non confundit. Sakrament pokuty i pojednania jest zatem nieocenionym darem, dzięki któremu możemy nie tylko trwać przy Bogu mimo naszej ludzkiej grzeszności, ale także poznać Go tak, jak nie jest to możliwe nigdzie indziej. Oto kilka zamyśleń i uwag, które pomogą zarówno w głębszym zrozumieniu spowiedzi, jak i w bardziej adekwatnym jej przeżywaniu.

    Przebaczenie przed skruchą

    Na samym początku warto przypomnieć, że – jak zauważył w jednej z homilii papież Leon XIV – “przebaczenie uprzedza skruchę”. Stąd w naszym myśleniu o spowiedzi i przygotowaniu do niej należy pamiętać o tym, że pierwszy krok w stronę naszego pojednania został już zrobiony: postawił go Jezus. Ojcowie Kościoła, komentując w tym duchu Ewangelię o Bożym Narodzeniu, widzą w żłobie Pana symbol naszego ludzkiego grzechu: tak jak zwierzęta nieustannie wracają do paśnika, gdyż głodnieją, tak my, ludzie, wracamy nieraz do tych samych grzechów. W samym ich środku został jednak złożony Jezus – Zbawiciel. Dlatego muszę wiedzieć, że zanim w ogóle pomyślę, by zgrzeszyć, już czeka na mnie On, by mnie rozgrzeszyć. To nie jest tak zatem, że ja muszę się nawrócić, by otrzymać łaskę. Jest odwrotnie: łaska dana mi w samym środku mojego „nienawrócenia” umożliwia postawienie kroków w dobrą stronę i je uprzedza. Przebaczenie jest – jak uczył Franciszek – dla „wszystkich, wszystkich, wszystkich”, bez warunków wstępnych. Wystarczy podejść, a i to już jest łaską. Pierwsza zachęta dotycząca spowiedzi jest zatem następująca: podejdź do niej, cokolwiek by się w twoim życiu w przeszłości nie działo lub cokolwiek nie dzieje się w nim teraz. U Jezusa Miłosiernego jesteś zawsze, bezwarunkowo, mile widziany.

    Bramy szeroko otwarte

    Papieże Franciszek i Leon XIV proszą usilnie nas, spowiedników, abyśmy nigdy nie stawiali się w roli „kontrolerów” lub „filtrów” łaski. Mamy być „amforami pełnymi wody, od których nikt nie odejdzie spragniony”, oraz „bramami” szeroko otwartymi, a zarazem kimś, kto nawet w najbardziej zawikłanej sytuacji życiowej znajdzie „szczelinę, przez którą wedrze się z łaską rozgrzeszenia”. Taki był i jest przecież Jezus, który w Ewangelii według św. Łukasza rozdział 19. spojrzał na Zacheusza, „zwierzchnika celników i bardzo bogatego” – a zatem na kogoś, kto trwał w stałej i bliskiej okazji do grzechu ciężkiego, bo żył z kradzieży – i powiedział, że „musi zatrzymać się w jego domu”. Tym swoim przymusem „zatrzymania się” w najbardziej nieuporządkowanych domach serc Jezus dzieli się z nami, spowiednikami, i to nam poleca „zorganizowanie” Mu tego pobytu, choćby była to sprawa wybitnie niełatwa. Przemiana życia Zacheusza zaś nie jest warunkiem wstępnym do spotkania z Panem, ale jest jego konsekwencją. Taka właśnie jest optyka Jezusa i w taki, i tylko taki, sposób i w takim duchu my, spowiednicy, możemy tym sakramentem szafować. Mamy być sługami Chrystusa Sługi, któremu bardziej niż nam zależy na naszym pojednaniu. A Wy, drodzy Penitenci, macie prawo po pierwsze – to wiedzieć, a po drugie – tego od nas oczekiwać.

    Wybór według potrzeb

    Dalej teologia uczy, że „łaska buduje na naturze”. Warto uwzględnić „naturalne” uwarunkowania przy wyborze spowiednika, czasu i miejsca spowiedzi. Wszystko to powinno być uzależnione od potrzeb, jakie wiążą się z naszym aktualnym stanem. Jeśli potrzebujemy prostej spowiedzi z dość zwykłych grzechów z niedługiego okresu, możemy iść do niej gdziekolwiek. Jeśli jednak potrzebujemy spowiedzi dłuższej, po latach, czy też takiej, podczas której chcemy poruszyć jakieś głębsze problemy towarzyszące naszemu życiu – nie jest najlepszym pomysłem ustawienie się w długiej kolejce np. w pierwszy piątek miesiąca czy podczas niedzielnej Mszy św. w parafialnym kościele, kiedy to spowiednikowi zależy na tym, by zdążyć usłużyć wszystkim, co sprawia, że czasu na pogłębioną refleksję jest znacznie mniej. Warto w takich sytuacjach korzystać z dostępnych w większych miejscowościach stałych konfesjonałów i dyżurów spowiedniczych lub umówić się z księdzem, który nam odpowiada. Warto także zatroszczyć się o stałego spowiednika, zwłaszcza jeśli nasz kontekst życia jest „nieregularny”.

    Okazanie nawrócenia

    Jeśli chodzi o przygotowanie do spowiedzi i samego wyznania grzechów – ważniejsza w nim wydaje się wspomniana znajomość Osoby Boga niż jakiegokolwiek prawa. Benedykt XVI napisał, że prawem Jezusa jest sam Jezus. Wynika z tego, że grzechem nie jest tak bardzo to, co w moim życiu jest naruszeniem jakiejś zewnętrznej normy, ale są nim te sytuacje, w których miałem przekonanie, że Jezus na moim miejscu postąpiłby tak, a ja świadomie wybrałem zupełnie inaczej. To poznawany na modlitwie słowem styl bycia Jezusa – jak uczył Franciszek – powinien być kryterium mojego rachunku sumienia: kiedy nie wiem, jak postąpić, albo czy dobrze postąpiłem, muszę się pytać, jak Jezus zachowałby się na moim miejscu. Wyznanie grzechów zaś – jak uczą księgi liturgiczne – ma być przede wszystkim „okazaniem nawrócenia”, a nie skrupulatnym i nerwowym wymienianiem detali.

    Uczynienie zadość

    I jeszcze jedno: zadośćuczynienie. Czym ono jest i ma być, uczy w encyklice Dilexit nos papież Franciszek. Chodzi w nim o „uczynienie zadość” pragnieniu Serca Jezusa, by „przyszli do Niego wszyscy”. Mam zatem, w ramach zadośćuczynienia, przede wszystkim zacieśnić moją więź z Panem. To zresztą najlepszy gwarant mojego postanowienia poprawy, bo „kto z kim przestaje, takim się staje”. Franciszek uczy dalej, że to podejście bliżej Serca Jezusa wiąże się z wejściem w misję tego Serca, a jest nią rozprowadzanie krwi – miłości Bożej – po całym Ciele Kościoła. Uczynię zatem Bogu zadość wtedy, kiedy będę świadczył o tym, co od Niego dostałem, a Jego miłość „rozprowadzę” aż na peryferie Kościoła przez moją pasję „poszerzania grona przyjaciół Jezusa” – ludzi, którzy w Kościele czują się u siebie. Tak oto zrealizuje się podstawowy cel spowiedzi: moje podobieństwo do Boga, ale Boga w Trójcy, Wspólnoty Osób. Upodabniam się zatem do Niego nie wtedy, kiedy do świętości idę w pojedynkę, ale wówczas, gdy idę we wspólnocie i ze wspólnotą, nieustannie ją poszerzając.

     ks. Karol Godlewski/Tygodnik Niedziela

    (autor jest doktorem teologii, asystentem w Katedrze Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego KUL JPII)

    ***

    czwartek, 16 lipca 2026

    Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel

    OUR LADY OF MOUNT CARMEL

    Public Domain

    ***

    Szkaplerz karmelitański jest to sakramentalium, znakiem zawierzenia i przymierza z Najświętszą Maryją Panną. Składa sie z dwóch części materiału połączonych tasiemkami, które związane są ze zwykłym fartuchem zakonnym.

    W Kościele szkaplerz stał się pierwowzorem nowego objawu pobożności, jakim jest noszenie szkaplerza np. dominikańskiego, franciszkańskiego czy szkaplerza św. Michała Archanioła z przypisanymi im zobowiązaniami i obietnicami.

    “Noście zawsze Szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą!”

    św. Jan Paweł II

    Szkaplerz karmelitański Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel jest ściśle związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego. Szkaplerz został podarowany Karmelitom w momencie, kiedy dalsze istnienie tego zakonu było bliskie rozwiązania. Matka Boża objawiła się św. Szymonowi Stock, Generałowi Zakonu Karmelitańskiego w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii i powiedziała: Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twojego Zakonu. Kto w nim umrze nie dozna ognia piekielnego“. Jest znakiem ochrony przed potępieniem i rychłym wybawieniem z czyśćca. Jest więc znakiem szczególnej opieki Bożej Matki. Przywileje i łaski Szkaplerza św. były potwierdzone wielokrotnie przez papieży. Potwierdzili je: Klemens VII (bullą z dnia 12 sierpnia 1530 r.), Pius V, Grzegorz XIII, Paweł V, Klemens X, a nabożeństwo szkaplerzne polecali wiernym: Pius XI, Pius XII (1951), Paweł VI, Jan Paweł II (2001).

    Szkaplerz w istocie jest „habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony w mniej lub więcej ścisłym stopniu do Zakonu karmelitańskiego, poświęconego służbie Matki Najświętszej, aby doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie przyoblekania się w Jezusa Chrystusa (św. Jan Paweł II). Serce nabożeństwa szkaplerznego stanowi oddanie się Chrystusowi na wzór Maryi przez poświęcenie się na Jej służbę, życie w zjednoczeniu z Nią i naśladowanie Jej cnót.

    Znaczenie duchowe szkaplerza

    • Szkaplerz jest Szatą Maryi, jest znakiem pokuty i nawrócenia.Kto przyjmuje Szkaplerz św., wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia Chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko. Kto przyjmuje Szkaplerz, przyjmuje, jak św. Jan Apostoł pod Krzyżem, Maryję do siebie, by żyć w zjednoczeniu z Nią i Jej służyć.
    • Szkaplerz oznacza poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót – szczególnie cnoty czystości i pokory. „Niech wszyscy noszący Szkaplerz św., który jest pamiątką otrzymaną od Matki Bożej, widzą w nim oznakę poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Dziewicy” (św. Jan Paweł II).
    • Szkaplerz oznacza przymierze przyjaźni z Maryją,w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia, a my zobowiązujemy się do Jej naśladowania, służenia Jej i rozszerzania Jej czci.
    • Szkaplerz oznacza habit Zakonu poświęconego służbie i czci Matki Bożej.Przyjmując Szkaplerz, pragniemy odtąd żyć tym samym duchem Karmelu, pełnić tę samą misję i żyć w zjednoczeniu z Maryją, dla Maryi, przez Maryję i w Maryi.

    Obietnice szkaplerzne

    Cała maryjna tradycja Karmelu wiąże ze Szkaplerzem św. dwie wielkie obietnice Maryi i dwie łaski, które z nich wypływają:

    • Kto w Nim umrze nie dozna ognia piekielnego(słowa Matki Bożej wypowiedziane do św. Szymona). Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem św. pomoc na drodze zbawienia.
    • Wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci.Jest to tak zwany przywilej sobotni. Matka Boża zapewniła rychłe wybawienie z czyśćca (bulla pap. Jana XXII w 1322 r.), tym, którzy nosząc Szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: Ja, Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę do nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę ich na świętą Górę żywota wiecznego. Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem pomoc na drodze uświęcenia.
    • Pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała.Maryja obiecuje nas wspierać na drodze naśladowania Chrystusa, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci, pomóc nam w ostatecznej walce o wieczne zbawienie.
    • Uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci(w Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach), gdyż Matka i Królowa Karmelu, jednoczy z sobą w jedną Rodzinę tych, którzy przyjmują Szkaplerz św. Tworzący erygowaną prawnie wspólnotę Bractwa Szkaplerznego korzystają także z daru odpustów zupełnych.

    Zobowiązania szkaplerzne

    Aby dostąpić spełnienia wielkich obietnic związanych ze Szkaplerzem, potrzeba z naszej strony gotowości do podjęcia pewnych zobowiązań:

    • Zobowiązujemy się do troski o swoje zbawienie.Podstawowymi wymaganiami dla otrzymania pierwszej obietnicy są: staranie się o swoje zbawienie, zachowywanie przykazań Bożych i kościelnych, unikanie grzechu śmiertelnego i życie w łasce uświęcającej. Jest to także świadome i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, umartwień i pokut w celu przezwyciężenia zła, wynagrodzenia Bogu i uświęcenia bliźnich.
    • Zobowiązujemy się do zachowania czystości według stanu, naśladowania cnót Matki Bożej i starania się o świętość życia,aby móc za Jej wstawiennictwem być wybawionym z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci. Codziennie należy więc poświecić jakiś czas na rozmyślanie nad życiem Maryi i nad Jej sposobem służby Bogu (np. w tajemnicach Różańca św.), by umieć Ją naśladować.
    • Zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, zwłaszcza maryjnej.Codzienne odnawiamy poświęcenie się Maryi przez modlitwę nadaną w dniu przyjęcia Szkaplerza przez kapłana (zazwyczaj jest to: Pod Twoją obronę, Witaj Królowo lub 3 Zdrowaś Maryjo).
    • Zobowiązujemy się do życia duchem i misją Zakonu Karmelitańskiego,z uwzględnieniem charakteru naszego powołania a w jedności z całym Zakonem, zobowiązujemy się raz w roku odprawić w dniach od 7 do 15 lipca nowennę ku czci Matki Bożej Szkaplerznej (prywatnie lub wspólnotowo) i w dniu 16 lipca, w samą Uroczystość, przystąpić do Sakramentów świętych, by otrzymać odpust zupełny, ofiarowany za siebie lub za zmarłych.

    Wskazania dotyczące szkaplerza

    Aby godnie przyjąć i nosić szkaplerz należy:

    • przygotować się duchowo przez pojednanie z Bogiem, Spowiedź i Komunię św. (gdyż stan łaski uświęcającej jest warunkiem otrzymania odpustu cząstkowego w dniu przyjęcia Szkaplerza św., a odpustu zupełnego w dniu wstąpienia do Bractwa Szkaplerznego),
    • poprosić kapłana o poświęcenie i nałożenie Szkaplerza w swojej parafii lub klasztorze karmelitańskim. Każdy kapłan i diakon katolicki może błogosławić i nałożyć Szkaplerz karmelitański według zatwierdzonego Obrzędu. Nie nakładamy go sami, ale otrzymujemy tak, jak habit zakonny lub obrączkę ślubną. Szkaplerz winien być nakładany po uprzednim poświęceniu. Kapłan wyznacza także codzienną modlitwę.

    Szkaplerz nosimy na szyi tak, aby jedna jego część spoczywała na piersi, a druga na plecach (można go potem samemu zastąpić medalikiem szkaplerznym).

    Zniszczonego Szkaplerza nie powinno się wyrzucać, gdyż został poświęcony, lecz najlepiej go spalić.

    Po przyjęciu Szkaplerza dobrze jest pogłębiać maryjną karmelitańską duchowość we wspólnotach Bractwa Szkaplerznego.

    karmel.pl

    ***

    Święty Szymon Stock – karmelita, któremu Matka Boża przekazała szkaplerz święty

    Rok 2026 jest szczególnym czasem dla całej rodziny karmelitańskiej oraz wszystkich czcicieli Matki Bożej Szkaplerznej. Przypada bowiem 775. rocznica objawienia Matki Bożej św. Szymonowi Stockowi i przekazania mu szkaplerza świętego – znaku Jej opieki, który od wieków prowadzi wiernych do głębszego życia z Chrystusem.

    Początki Zakonu Karmelitów

    Historia św. Szymona Stocka nierozerwalnie splata się z dziejami Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Początki zakonu sięgają XII wieku, kiedy na Górze Karmel w Ziemi Świętej osiedlili się pustelnicy pragnący prowadzić życie modlitwy, pokuty i kontemplacji. Ich duchowym wzorem był prorok Eliasz, a szczególną patronką i Matką – Najświętsza Maryja Panna.

    Około 1209 roku św. Albert, patriarcha Jerozolimy, nadał pustelnikom Regułę Życia, która do dziś stanowi fundament duchowości karmelitańskiej. Po utracie Ziemi Świętej i nasilających się prześladowaniach zakonnicy zostali zmuszeni do opuszczenia Góry Karmel i przenieśli się do Europy.

    Nowe warunki okazały się niezwykle trudne. Karmelici spotkali się z nieufnością, a nawet wrogością. Wiele środowisk uważało ich za niepotrzebną konkurencję dla istniejących już zakonów. Powoływano się na postanowienia Soboru Laterańskiego IV z 1215 roku, który zakazywał tworzenia nowych zgromadzeń zakonnych. Ponieważ reguła karmelitańska została zatwierdzona w Ziemi Świętej, istniało realne zagrożenie rozwiązania zakonu.

    To właśnie w tym trudnym okresie Bóg powołał człowieka, który stał się jednym z największych obrońców i odnowicieli Karmelu – św. Szymona Stocka.

    Życie św. Szymona Stocka

    Święty Szymon Stock urodził się około 1165 roku w hrabstwie Kent w Anglii. Według dawnej tradycji już jako młody chłopiec pragnął poświęcić swoje życie Bogu. Przez pewien czas prowadził życie pustelnicze w wydrążonym pniu drzewa. Od angielskiego słowa stock („pień drzewa”) miał powstać jego przydomek.

    Około 1213 roku związał się z Zakonem Karmelitów, który właśnie rozpoczynał swoją działalność w Europie. Jego gorliwość, roztropność i zdolności organizacyjne szybko zostały dostrzeżone. Ówczesny generał zakonu, św. Brokard, powierzył mu urząd wikariusza generalnego prowincji europejskich.

    W 1237 roku uczestniczył w Kapitule Generalnej Zakonu w Ziemi Świętej, a podczas kolejnej kapituły, która odbyła się w Aylesford w 1245 roku, mimo podeszłego wieku został wybrany szóstym przeorem generalnym Zakonu Karmelitów.

    Jako przełożony generalny podjął ogromny wysiłek ocalenia zakonu. Zabiegał o uznanie jego miejsca w Kościele, prowadził rozmowy z władzami kościelnymi i troszczył się o rozwój nowych klasztorów. Dzięki jego mądrości i odwadze karmelici przetrwali najtrudniejszy okres swojej historii. To właśnie za jego rządów zakon przekształcił się z pustelniczego w zakon żebraczy, prowadzący działalność duszpasterską i kaznodziejską w miastach Europy.

    Pod płaszczem Maryi

    W obliczu zagrożenia istnienia zakonu św. Szymon Stock nie polegał wyłącznie na własnych zdolnościach. Zachęcał współbraci do nieustannego zawierzenia Matce Bożej i gorąco modlił się, aby zachowała zakon noszący Jej imię – Zakon Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.

    Według wielowiekowej tradycji karmelitańskiej, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku, podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna otoczona aniołami. W rękach trzymała brązowy szkaplerz karmelitański i wręczając go świętemu powiedziała:

    „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.”

    Od tego momentu szkaplerz przestał być jedynie częścią habitu chroniącą zakonny strój podczas pracy. Stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad zakonem karmelitańskim, a z czasem również nad wszystkimi wiernymi, którzy z wiarą przyjmują go i żyją zgodnie z Ewangelią.

    Słowo „szkaplerz” pochodzi od łacińskiego scapulae, oznaczającego „ramiona” lub „barki”. W pierwotnej formie była to szeroka część habitu opadająca z przodu i z tyłu. Dziś najczęściej ma postać dwóch niewielkich płatków sukna połączonych tasiemkami. Część spoczywająca na plecach przypomina o poddaniu się woli Bożej i cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża, natomiast część znajdująca się na piersiach wskazuje, że serce chrześcijanina powinno być zwrócone ku Bogu i bliźnim.

    Rozwój nabożeństwa szkaplerznego

    Siedemdziesiąt jeden lat po objawieniu św. Szymonowi Stockowi, według tradycji karmelitańskiej, Matka Boża ukazała się papieżowi Janowi XXII, przekazując tzw. przywilej sobotni. Obiecała szczególną pomoc duszom tych, którzy wiernie nosili szkaplerz i prowadzili życie zgodne z wiarą. Tradycja ta znalazła odzwierciedlenie w bulli wydanej 3 marca 1322 roku.

    W kolejnych wiekach papieże wielokrotnie potwierdzali znaczenie nabożeństwa szkaplerznego. Papież Sykstus V ustanowił 16 lipca świętem Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, a przywilej noszenia szkaplerza został rozszerzony na wszystkich wiernych.

    Szkaplerz nosili liczni święci i władcy, między innymi św. Ludwik IX, św. Karol Boromeusz, św. Franciszek Salezy, św. Wawrzyniec Justynian oraz św. Jan Paweł II, który wielokrotnie podkreślał swoje przywiązanie do tego znaku maryjnej pobożności. W Polsce szkaplerz cieszył się ogromnym szacunkiem już od czasów przedrozbiorowych. Przypomina o tym zarówno obraz Jana Matejki przedstawiający Tadeusza Rejtana ze szkaplerzem na szyi, jak i znane powiedzenie: „Szkaplerz noś, na różańcu proś.”

    Gorliwość apostolska i cuda

    Święty Szymon Stock zasłynął nie tylko jako odnowiciel zakonu, ale również jako gorliwy kaznodzieja i człowiek głębokiej modlitwy. Tradycja karmelitańska przypisuje jego wstawiennictwu liczne łaski i cuda.

    Jednym z najbardziej znanych jest opowieść o nawróceniu brata możnego europejskiego władcy. Człowiek ten prowadził życie pełne pychy i oddalone od Boga. Święty Szymon przez długi czas modlił się o jego przemianę, polecając go opiece Matki Bożej. Według przekazu modlitwy zostały wysłuchane – mężczyzna doznał głębokiego nawrócenia, pojednał się z Bogiem i całkowicie odmienił swoje życie. Dla współczesnych stało się to znakiem, że nie ma człowieka, którego Boże miłosierdzie nie mogłoby dosięgnąć.

    Przez całe życie św. Szymon wskazywał, że największym cudem nie jest uzdrowienie ciała, lecz przemiana ludzkiego serca i powrót do Boga.

    Śmierć i kult

    Święty Szymon Stock zmarł 16 maja 1265 roku podczas wizytacji klasztoru karmelitańskiego w Bordeaux we Francji. Został pochowany w tamtejszym kościele karmelitów. Obecnie jego grób znajduje się w katedrze św. Andrzeja w Bordeaux, gdzie do dziś modlą się pielgrzymi.

    Już w XV wieku rozwinął się jego kult, który w 1654 roku został rozszerzony na cały Zakon Karmelitów. Kościół wspomina św. Szymona Stocka 16 maja. Jest patronem karmelitów oraz wszystkich wiernych noszących szkaplerz karmelitański.

    Święty pozostawił po sobie listy, homilie, dwie antyfony ku czci Matki Bożej oraz dzieło „O pokucie chrześcijańskiej”. Jednak jego największym dziedzictwem pozostaje nabożeństwo szkaplerzne, które od ponad siedmiu i pół wieku prowadzi miliony wiernych do głębszego zawierzenia Chrystusowi przez ręce Maryi.

    Szkaplerz nie jest amuletem ani talizmanem. Jest znakiem przymierza z Matką Bożą i zobowiązaniem do życia w łasce uświęcającej, modlitwy, korzystania z sakramentów oraz pełnienia uczynków miłosierdzia. Dla każdego, kto go nosi z wiarą, pozostaje przypomnieniem o nieustannej opiece Maryi oraz wezwaniem do świętości.

    W jubileuszowym roku 775-lecia przekazania szkaplerza świętego warto na nowo odkryć przesłanie św. Szymona Stocka: całkowicie zaufać Chrystusowi i oddać swoje życie pod opiekę Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. 

    Modlitwa do św. Szymona Stocka

    Święty Szymonie Stocku, umiłowany synu Maryi i gorliwy sługo Najświętszej Dziewicy z Góry Karmel, który całym sercem zaufałeś Jej opiece i otrzymałeś od Niej znak szkaplerza świętego, módl się za nami.

    Wyproś nam łaskę głębokiej wiary, wytrwałości w modlitwie i wierności Chrystusowi. Pomóż nam naśladować Twoją miłość do Maryi oraz żyć tak, aby nasze serca zawsze należały do Boga.

    Niech szkaplerz, który nosimy, będzie dla nas znakiem zawierzenia Matce Bożej, ochroną w chwilach próby i przypomnieniem o powołaniu do świętości.

    Święty Szymonie, prowadź nas drogą miłości ku Chrystusowi i Maryi.

    Amen.

    karmelici.pl

    ***

    Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?

    © Jeffrey Bruno / Aleteia

    ***

    Kto może przyjąć szkaplerz? Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?

    W dniu święta Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej też Szkaplerzną, rozmawiamy o historii, obietnicach i zobowiązaniach związanych ze szkaplerzem karmelitańskim.

    Dorota i Kamil Szumotalscy: Skąd wywodzi się szkaplerz?

    O. Mateusz Maria od Krzyża OCD: Szkaplerz był zawsze zwykłym fartuchem mnichów. Tunika będąca częścią habitu była bardzo droga i musiała starczyć mnichowi na całe życie. Dlatego mnisi zakładali taki fartuch na tunikę, aby materiał się mniej niszczył i mniej brudził.

    Pan Bóg wybiera proste rzeczy – chleb, wino, wodę i z tego czyni gesty sakramentalne. Tak też zrobiła Matka Boża, która objawiła się w XIII wieku św. Szymonowi Stockowi. Dla generała karmelitów był to trudny czas, kiedy nie można było przyjmować nowych powołań do zakonu.

    Maryja powiedziała mu wtedy: patrz, ten fartuch, ta prosta rzecz będzie znakiem przymierza między mną a tobą, między mną a twoim zakonem, będzie znakiem dla tych, którzy będą ten szkaplerz nosić jako znak mojej miłości. Fartuch stał się znakiem przymierza między Maryją a ludźmi.

    Kto może przyjąć szkaplerz?

    Każdy. Od najmniejszego dziecka po najstarszą osobę. Nie trzeba być tego nawet do końca świadomym. Na przykład Jan Paweł II nie był świadomy, kiedy przyjmował szkaplerz, ponieważ mu go nałożono, kiedy był małym dzieckiem. Jest to sakramentalium Kościoła, więc może go nałożyć osoba duchowna – diakon, kapłan.

    Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?

    Obietnica Matki Bożej mówi, że ten kto umrze odziany w szkaplerz, tego Maryja wyciągnie w pierwszą sobotę po jego śmierci z czyśćca.

    Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?

    Przy noszeniu szkaplerza jest zachęta, żeby nosić go pobożnie i naśladować cnoty Maryi. Zachęca się do odmawiania codziennej modlitwy, która została odmówiona podczas obrzędu przyjęcia szkaplerza. Tak naprawdę wszystko wiąże się z pogłębianiem życia chrześcijańskiego otrzymanego z łaską chrztu.

    Kiedyś przyjąłem szkaplerz, ale już lata temu o nim zapomniałem. Jak wrócić do wypełniania zobowiązań?

    Jeżeli nie odrzuciło się szkaplerza z pogardy do niego, to obrzęd nałożenia jest jednorazowy i nie trzeba go powtarzać. Jeżeli po prostu zaniedbałem jego noszenie, to należy go po prostu założyć. Zachęca się też do podjęcia jakiejś pokuty, postu, w ramach wynagrodzenia Matce Bożej za to zaniedbanie i do powrotu do zobowiązań, które zostały nam dane.

    Co zrobić ze szkaplerzem, który się zniszczył? Czy nowy szkaplerz musi być ponownie nałożony przez kapłana?

    Nie, można go sobie nałożyć samemu. Stary należy spalić, zakopać lub zatopić w godnym miejscu. Ewentualnie można zostawić sobie na pamiątkę.

    Czym różni się szkaplerz karmelitański od szkaplerza dominikańskiego lub franciszkańskiego?

    Szkaplerz karmelitański jest zdecydowanie pierwowzorem. Jest novum, które nagle pojawiło się w życiu Kościoła. Całkowitą nowością jest to, że ludziom świeckim można dać cząstkę życia zakonnego w postaci szkaplerza karmelitańskiego. Z czasem zrodziły się poboczne formy pewnej pobożności oraz wykorzystania symbolu. Szkaplerz wykorzystuje się dzisiaj jako symbol wejścia w jakąś szczególną więź ze świętymi, z Bogiem.

    Dorota Szumotalska – Kamil Szumotalski/Aleteia.pl

    ***

    „Jest on moją siłą”. św. Jan Paweł II najsłynniejszym miłośnikiem szkaplerza

    escapulário

    Creative Commons

    ***

    Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.

    Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.

    Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich miłośników nabożeństwa szkaplerznego najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Szkaplerz noszę zawsze

    Karol przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał – obok słynnych kremówek – moment, gdy na wadowickiej Górce u ojców karmelitów przyjął jako młody chłopiec szkaplerz.

    o. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych:

    Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel.

    Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem – mówił wówczas przyszły papież.

    Fotografie – świadectwa

    O tym, że św. Jan Paweł II zawsze nosił szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami. Na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach.

    Na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla o. Praśkiewicz.

    Jan Paweł II mówi o szkaplerzu

    Oto trzy wybrane cytaty, w których przejawia się wielkie przywiązanie do szkaplerza oraz niezwykłe oddanie Matce Bożej.

    „W duchowości szkaplerznej istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję! (…) Duchowość ta ma swój widzialny znak w szkaplerzu, który ja noszę od dawna. (…) Pozostałem szkaplerzowi wierny i jest on moją siłą. (…) Dzień święta Matki Bożej Szkaplerznej jest mi bardzo drogi”.

    „Szkaplerz jest przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi (…) wyrażają pragnienie kształtowania swojego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem Słowo Boże i oddając się służbie braciom. Niech Wam zatem towarzyszy Matka Boża Szkaplerzna! (…) Niech was Ona prowadzi jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego portu, ostatniej Przystani nas wszystkich”.

    „Również i ja od bardzo długiego czasu noszę na moim sercu szkaplerz karmelitański! Z miłości, jaką żywię wobec wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doświadczam ustawicznie, życzę, aby wiernym, którzy Ją czczą jako Jej dzieci, żeby wzrastali w Jej miłości i promieniowali w świecie obecnością tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski”.

    Kai/Aleteia.pl

    ***

    „Zaniedbywany skarb”. Matematyk ze szkaplerzem: Kościół dostał płaszcz od Mamy

    Shutterstock

    ***

    Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystanie z niego.

    Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest matematykiem i informatykiem, wykładowcą Politechniki Wrocławskiej. Prywatnie jest mężem Elżbiety, ojcem czwórki dzieci i… wielkim propagatorem szkaplerza.

    Szkaplerz – zaniedbany skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?

    16 lipca, w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć szatę Maryi, szkaplerz karmelitański – podkreśla prof. Ireneusz Jóźwiak.

    Jak to się zaczęło?

    Profesor wspomina, że po raz pierwszy usłyszał o szkaplerzu karmelitańskim w czasach studiów doktoranckich. Były lata osiemdziesiąte, mieszkał wtedy w akademiku dla doktorantów i zachorował. W odwiedziny przyszedł przyjaciel i – zupełnie bez racjonalnego powodu – opowiedział mu o szkaplerzu. Co ciekawe, okazało się, że pan Ireneusz nosił już medalik szkaplerzny, ale nie był tego świadomy.

    Po tym spotkaniu myśl o szkaplerzu nie dawała mu spokoju. Pojechał do sióstr karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu i siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej.”

    Ta książka bardzo go zafascynowała i zaczął opowiadać o swoim odkryciu. Szkaplerz stał się przedmiotem rozmów – najpierw z przyjaciółmi, a potem na prywatnych przyjęciach, wreszcie zaczął głosić o nim prelekcje. „Miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło” – wspomina profesor.

    Prelekcje o „zaniedbanym skarbie”

    Na jednym z przyjęć jego opowieść usłyszał człowiek związany ze środowiskiem oazy. Spytał, czy wygłosi prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja przy ul. św. Antoniego u księży salezjanów.

    Zgodził się, a po tym pierwszym spotkaniu od razu zaproszono go do innych parafii. I tak zaczęło się pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany skarb Kościoła”, które trwa do dziś.

    Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią. Opowiadał o szkaplerzu w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich, jeszcze przed pandemią, wygłosił w Sanoku.

    Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem szkaplerza karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Pan Ireneusz prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi.

    „To niezwykle ważne” – mówi. „Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie, studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych” – opowiada. Dlaczego „zaniedbany”? „Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystania z niego” – wyjaśnia.

    Nie ma piątki za szkaplerz

    Profesor lubi opowiadać o szkaplerzu studentom, dlatego chętnie przyjmuje zaproszenia do duszpasterstw akademickich. Niektórzy nie ukrywają zaskoczenia, gdy w prelegencie rozpoznają nagle swojego wykładowcę rachunku prawdopodobieństwa.

    Do ciekawych rozmów dochodzi też podczas wykładów albo egzaminów, zwłaszcza latem, gdy studenci chodzą ubrani lekko i noszony na piersi i plecach tkaninowy szkaplerz łatwo rzuca się w oczy.

    Ale profesor nie faworyzuje studentów ze szkaplerzem – wyjaśnia to od razu, żeby nie było wątpliwości – po prostu nawiązuje się między nimi wyjątkowa nić, która nie ma nic wspólnego ani z matematyką, ani ze studiami. Wielu z nich należy do grona jego przyjaciół, z którymi kontakt trwa, mimo że po ukończonych studiach wyjeżdżają z Wrocławia. Łączy ich… szkaplerz.

    Maryja chce nas ukryć…

    Prof. Jóźwiak od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. „Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary jej Syna” – mówi profesor.

    Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od niej zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich potrzeba osobnej publikacji, ale szczególnie wybrzmiewa jedno z nich.

    „Kiedyś po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć. I wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: «Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi».

    Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi, to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła” – opowiada pan Jóźwiak. I przypomina, że jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…

    Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to płaszcz Maryi. Po drugie dlatego, że nieokryci jesteśmy łatwym celem dla złego – odsłonięci, nadzy i skorzy do upadków. Płaszcz jest tym w naszym zestawie ubrań, co chroni, zabezpiecza przed zimnem, deszczem, śniegiem.

    Płaszcz Maryi chroni nas nie od zwykłego chłodu, nie od śniegu, nie od ognia pożaru, ale od ognia piekielnego! Czy może być coś lepszego do okrycia w czasie ziemskiej wędrówki niż płaszcz od Mamy?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ***

    poniedziałek 13 lipca

    Jak jedno z objawień fatimskich odmieniło Kościół

    Shutterstock

    ***

    Tego dnia Matka Boża przeraziła troje pastuszków…

    13 lipca 1917 roku był dniem, w którym Matka Boża przeraziła troje pastuszków, pokazując im piekło i ostrzegając o kolejnej światowej wojnie oraz o nowej epoce męczeństwa. To zaskakujące – i nadzwyczaj surowe – objawienie miało wpływ na kształt wiary Kościoła w naszych czasach. Warto tę sprawę prześledzić.

    Objawienie z 13 lipca przywróciło piekło do centrum katolickiej świadomości

    Kiedy Matka Boża Fatimska zaczęła objawiać się trzynastego dnia każdego miesiąca, począwszy od maja 1917 roku, Maria Łucja dos Santos miała 10 lat, jej kuzyn Franciszek 8, a kuzynka Hiacynta Marto – 7. Ale w lipcu, zamiast zachęcać dzieci do odmawiania różańca i kierować ich ku niebu, pokazała im straszliwy widok.

    „Widzieliśmy jakby morze ognia” – pisze Łucja. „W tym ogniu były demony i dusze w ludzkiej postaci… Wśród szaleństw i jęków bólu i rozpaczy, które przeraziły nas i sprawiły, że drżałyśmy ze strachu”.

    Trzeba oddać Matce Bożej z Fatimy, że wizja piekła nastąpiła dopiero po okresie przygotowania, w tym wizyt anioła i wielu zapewnieniach o niebie. Ale ta wizja mocno dziećmi wstrząsnęła, zwłaszcza Hiacyntą, której osobowość od tego momentu najwyraźniej uległa odmianie.

    Jedynym usprawiedliwieniem pokazania takiej wizji dzieciom – że było to rzeczą właściwą, a nie nadużyciem emocjonalnym – wydaje się fakt, że chodziło o drastyczne uświadomienie, iż piekło jest realną rzeczywistością, a my jesteśmy naprawdę zagrożeni niebezpieczeństwem znalezienia się w nim, jeśli nie zrobimy czegoś radykalnego.

    To prawda. Piekło jest realną rzeczywistością. A my jesteśmy zagrożeni.

    Maryja powtórzyła najbardziej niepopularne – i najważniejsze – przesłanie chrześcijaństwa

    Przesłania Jezusa (Mk 1,15), Jana Chrzciciela (Mt 3,1-2) i św. Piotra (Dz 2,38) były takie same: „Nawracajcie się!”. Jezus określił misję Kościoła jako głoszenie nawrócenia i odpuszczenia grzechów (Łk 24,47).

    Każdy papież ostatnich dekad, od Piusa XII do Franciszka, mówi: „Grzechem stulecia jest utrata poczucia grzechu”. Odmowa nawracania się – przekonanie, że grzech nie ma znaczenia – leży u podstaw poważnych katastrof moralnych naszych czasów: od aborcji do handlu ludźmi, od epidemii pornografii po liczne brutalne przestępstwa. Ci, którzy nie widzą zła, robią straszne rzeczy.

    Wizja piekła ukazana przez Matkę Bożą Fatimską była absolutnie niezbędnym skorygowaniem niedorzecznego oczekiwania, że wszyscy ​​idziemy do nieba bez względu na wszystko. To prawda, że ​​Bóg chce każdemu wybaczyć. Ale jedna rzecz Go może powstrzymać: brak naszego nawrócenia.

    Matka Boża Fatimska odarła wojnę z romantyzmu

    „Ta wojna się skończy” – powiedziała Matka Boża dzieciom w lipcu 1917 roku. „Ale jeśli ludzie nie powstrzymują się od obrażania Boga, rozpocznie się kolejna, straszliwsza wojna”.

    Bez względu na to, jak dzieci zrozumiały szczegóły tego przesłania, ogólny jego sens był dla nich prosty: wojna nie jest dla Boga okazją, aby nagradzać zwycięzców. Wojna jest związana z karą za grzechy.

    Paradygmat „nagrody” istniał od dawna w historii chrześcijaństwa: od Karola Wielkiego do Joanny d’Arc, od Matki Bożej Zwycięskiej do konkwistadorów. Kultura chrześcijańska miała swoich Robin Hoodów i królów Arturów, bohaterów o niekonwencjonalnych cnotach, stosujących przemoc w sposób inteligentny.

    Ale Matka Boża Fatimska ukazała to wszystko we właściwym świetle. Istnieją cnoty żołnierskie, ale są one przykładem na to, jak Bóg wyprowadza dobro ze zła, a nie przykładem na realizację woli Bożej przemocą.

    Wizja z 13 lipca odarła męczeństwo z romantyzmu

    Matka Boża Fatimska pokazała również nasze rozumienie męczeństwa. W epoce kina domowego wielu z nas dopiero teraz ogląda „Milczenie” Martina Scorsese, historię jezuity, który traci złudzenia, gdy – szukając chwały pośród prześladowań w Japonii – znajduje grozę, od której martwieje dusza.

    Matka Boża Fatimska udzieliła tej lekcji 100 lat temu. Dzieci zobaczyły wizję papieża, który „na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem” szedł, modląc się za ciała zmarłych, które napotykał, dopóki sam nie został zabity. Matka Boża wie, że w perspektywie nieba męczeństwo jest chwalebne – ale na ziemi bolesne i smutne.

    Więcej pocieszenia niż potępienia

    Po tych wizjach pastuszkowie przekonali się, że muszą bezzwłocznie zacząć pocieszać Jezusa, nawracać grzeszników i powierzać się Maryi.

    13 lipca jest tylko częścią ich wielkiej opowieści. Opowieści, która zawiera znacznie więcej pocieszenia niż potępienia i jest przeznaczona dla każdego pokolenia, także naszego.

    Tom Hoopes/Aleteia.pl

    ***

    S. Łucja dos Santos i jej związki z Polską

    13 lipca przypada 109. rocznica trzeciego objawienia fatimskiego. Z tej okazji przypominamy związki z Polską jednej z wizjonerek – s. Łucji dos Santos.

    Łucja Dos Santos

     Coimbra – Muzeum S. Łucji/ zdjęcia: Grażyna Kołek

    ***

    Łucja miała świadomość tego, że Polska jest krajem, w którym Matka Boża jest szczególnie czczona i gdzie wielką maryjną pobożnością odznaczali się m.in. kard. Hlond, kard. Wyszyński, a przede wszystkim Jan Paweł II. Z Papieżem Polakiem łączyła ją wyjątkowa duchowa przyjaźń. Kilka razy się spotkali. Poza tym wiedziała, że Polacy są narodem powierzonym szczególnej opiece Niepokalanej, co dokonało się zwłaszcza 8 września 1946 r. pod przewodnictwem kard. Hlonda na Jasnej Górze. „O Polakach zawsze mówiła z wielką miłością i szacunkiem. Miała do nich swoistą słabość: kochała polskich karmelitów, otaczała wielkim szacunkiem Kustosza Sanktuarium Fatimskiego w Zakopanem” – czytamy na stronie sekretariatfatimski.pl.

    Rektor Fatimy, ks. Luciano Guerra, przekazywał Polakom słowa s. Łucji, z których wynikało, że Polskę czekają lepsze czasy, ale też stanowiły zapowiedź okresu prześladowań będących próbą wiary. Nade wszystko przesłanie wizjonerki z Fatimy było zachętą do nawrócenia tu i teraz, a także zawierzenia trosk Maryi.

    W 1940 r. Łucja napisała list do papieża Piusa XII, w którym przypomniała zapewnienie Matki Bożej o specjalnej opiece nad Portugalią w czasie II wojny światowej. Biskupi portugalscy jeszcze w okresie międzywojennym zawierzyli kraj Maryi. Wizjonerka zachęcała też inne narody do pójścia w ślady Portugalii. Niewykluczone, że na ten list w rozmowie z polskimi hierarchami powołał się papież, czego owocem był akt poświęcenia Matce Bożej narodu polskiego, dokonany w 1946 r.

    Symbolicznym wydarzeniem pod kątem relacji s. Łucji z Polską był też obecność polskiego kapłana blisko głównych celebransów jej uroczystości pogrzebowych 15 lutego 2005 r. Polska jak widzimy była bardzo bliska sercu słynnej siostry zakonnej.

    Choć związki s. Łucji z Polską nie miały charakteru osobistej obecności czy bezpośredniej działalności w kraju, to jednak były one wyraźne i skupiały się przede wszystkim na relacji z Janem Pawłem II, wpływie orędzia fatimskiego na duchowość Polaków oraz na symbolicznym znaczeniu Polski w kontekście przemian religijnych i politycznych XX wieku.

     Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zaskakujący związek pomiędzy Matką Bożą z Fatimy i islamem

    Maryja a muzułmanie

    Wisam Sami | AFP

    ***

    Sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów.

    Najświętsza Maria Panna ukazała się trojgu pastuszkom w pobliżu portugalskiej Fatimy, miasta noszącego imię pewnej muzułmańskiej księżniczki oraz córki Mahometa.

    W XII w. wojska chrześcijańskie starały się odbić z rąk muzułmanów zajęte przez nich hiszpańskie i portugalskie miasta. Wtedy to rycerz Gonçalo Hermigues wraz z towarzyszami pojmali muzułmańską księżniczkę Fatimę. Jedna z wersji tej historii mówi o tym, że uwięziona księżniczka zakochała się w portugalskim rycerzu, a ponieważ miłość ta była odwzajemniona, oboje wkrótce zaręczyli się.

    Przed ślubem Fatima przyjęła chrzest w wierze katolickiej i przyjęła imię Oureana. Tej właśnie księżniczce nazwy swe zawdzięczają dwa portugalskie miasta: Fatima oraz Ourem.

    Interesujące jest także to, że muzułmańska księżniczka nosiła imię jednej z córek Mahometa, Fatimy bint Muhammad, kobiety czczonej w całym muzułmańskim świecie. Przysługiwał jej tytuł al-Zahra ­– „źródło światła”.

    Sam Mahomet powiedział o niej, że spośród wszystkich kobiet w raju będzie ustępowała wyłącznie Maryi, bowiem choć wyznawcy islamu nie traktują Najświętszej Maryi Panny w ten sam sposób, co katolicy, otaczają ją najwyższym szacunkiem.

    Jak twierdzi biskup Miguel Angel Ayuso, sekretarz Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego, związek powyższy może być okazją do dialogu. Podczas spotkania modlitewnego chrześcijan i muzułmanów w roku 2014 biskup Ayuso zauważył:

    „Kościół katolicki ma świadomość, iż wyznawcy islamu otaczają czcią Maryję Dziewicę, Matkę Jezusa i nabożnie Ją traktują… Koran zawiera wiele ustępów odnoszących się do Maryi. Jeśli Jej imię wspominane jest w islamie, zazwyczaj dodaje się po nim słowa Alayha l-salam, czyli: pokój niech będzie z Nią. Maryja, wzór dla muzułmanów i chrześcijan, jest także wzorem dialogu”.

    Sługa Boży abp Fulton Sheen poczynił w przeszłości interesującą obserwację dotyczącą związku pomiędzy szacunkiem muzułmanów dla Maryi i córki Mahometa oraz objawieniem się Matki Boskiej w Fatimie:

    „Prowadzi nas to do drugiego punktu argumentacji, mianowicie do wyjaśnienia, dlaczego Najświętsza Matka w XX wieku wybrała na miejsce swojego objawienia małą, nieistotną wioskę Fatima, aby odtąd przyszłe pokolenia znały ją jako Matkę Boską z Fatimy. Cokolwiek dzieje się ze zrządzenia Nieba, wszystkie szczegóły dopracowane są z najwyższą finezją. Wierzę, że Najświętsza Dziewica wybrała sobie miano Matki Boskiej z Fatimy jako obietnicę i znak nadziei dla ludów muzułmańskich i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują Jej tak wiele szacunku, pewnego dnia przyjmą również Jej Boskiego Syna”.

    Nie powinien więc zdumiewać fakt, że sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów. Wyznawcy islamu przyjeżdżają zobaczyć na własne oczy miejsce objawień Maryi w miejscowości, która nazwę swą zawdzięcza jednej z najbardziej czczonych w ich religii kobiet.

    Najświętsza Maria Panna wezwała w Fatimie chrześcijan do modlitwy o pokój na świecie. W czasie, gdy jakże wiele przemocy popełnianej jest w imię islamu, o ileż żarliwiej winniśmy zanosić do Matki Boskiej Fatimskiej modlitwy o pokój! Czyńmy to nieustannie i traktujmy Matkę Bożą jako pomost pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami, błagając ją o położenie kresu nienawiści, która na całym świecie zbiera swe okrutne żniwo.

    Philip Kosloski/Aleteia.pl

    ***

    Niedziela – 12 lipca 2026

    Leon XIV: Moc miłości Boga jest silniejsza niż nasze słabości!

    Do słuchania, czytania i rozważania Słowa Bożego w okresie wakacyjnym zachęcił Ojciec Święty w rozważaniu przed niedzielną modlitwą „Anioł Pański” w Castel Gandolfo.

    fot. Vatican Media

    Nawiązując do przypowieści o siewcy z Ewangelii św. Mateusza (Mt 13, 1-23), papież wskazał, że Jezus jest ziarnem, które Ojciec rozsiewa w świecie, aby przyniosło obfity owoc. Zaznaczył, że choć ludzkie serca bywają zamknięte lub nieprzygotowane na przyjęcie Bożego słowa, Bóg nie przestaje obdarzać ich swoją łaską, ponieważ Jego miłość jest silniejsza od ludzkiej słabości.

    Bóg potrafi przemienić każde serce

    Przywołując słowa św. Jana Chryzostoma, Leon XIV podkreślił, że to, co z ludzkiej perspektywy wydaje się nierozsądne, w Bożym działaniu staje się źródłem nadziei. Jak zaznaczył, Bóg potrafi przemienić nawet najbardziej nieurodzajną „glebę” ludzkiego serca w miejsce wydające owoce.

    Jezus czasem napotyka w nas glebę twardą i niewrażliwą, innym razem rozproszoną, podobną do udeptanej ziemi na ścieżkach, do gruntu skalistego albo do krzewów cierniowych. Są jednak chwile, gdy znajduje ziemię przyjmującą i żyzną, a wtedy dokonują się cuda miłości, zdolne przemienić wszystko inne, jak z pewnością także my doświadczyliśmy tego w naszym życiu. Dlatego Ojciec nie przestaje siać, ponieważ wie, że moc Jego miłości jest silniejsza od naszej słabości.

    Ojciec Święty zwrócił uwagę, że hojność Boga nie jest przejawem naiwności, lecz wyrazem mądrej miłości, która dostrzega w człowieku dobro, często niewidoczne nawet dla niego samego. Zachęcił wiernych do powierzania się Bogu i otwierania na Jego działanie.

    Współczesny świat potrzebuje tych postaw

    Podkreślił również, że przyjęcie Słowa Bożego prowadzi do rozwoju owoców Ducha Świętego, takich jak miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie. Zaznaczył, że współczesny świat szczególnie potrzebuje tych postaw.

    Na zakończenie papież wezwał, by w okresie wakacyjnym znaleźć czas nie tylko na odpoczynek, ale „na także słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy”. Zawierzył tę intencję wstawiennictwu Maryi, Królowej Apostołów i Gwiazdy Ewangelizacji.

    Zaangażujmy się więc, szczególnie w tych dniach wakacji, aby znaleźć miejsce na słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy. 

    Watykan – Kai – Stacja7

    ***

    83 lata po Krwawej Niedzieli. Ukraina sama wypisuje się z europejskiej cywilizacji

    Europejska cywilizacja wyrosła na trzech fundamentach. Każdy z nich posługiwał się innym językiem. Grecja mówiła językiem filozofów, Jerozolima – językiem Objawienia, a Rzym wypowiedział się językiem prawa. Wszystkie te języki, choć tak różne, wyraziły wspólną prawdę. Głosi ona, że nie można odmówić człowiekowi pochówku.

    Grafika wygenerowana komputerowo
    Grafika wygenerowana komputerowo

    ***

    Wiosna 2025 roku. Po wielu latach batalii z władzami Ukrainy, zespół koordynowany przez Fundację „Wolność i Demokracja” dokonuje w nieistniejącej już wsi Puźniki na zachodzie Ukrainy ekshumacji ofiar ataku oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii z 13 lutego 1945 roku. Odnaleziono szczątki co najmniej 42 ofiar. Kilka miesięcy później wreszcie doczekały się one grobu. 

    Po co szukać kości ludzi pomordowanych 80 lat temu? Czemu ma służyć cała ta wrzawa, zamęt i szum? 

    Odpowiedź na to pytanie cywilizacja łacińska zna od swoich narodzin. Dwa i pół tysiąca lat temu udzielił jej Sofokles. W „Antygonie” wskazał, że istnieje prawo wyższe od prawa państwowego. Nad prawem stanowionym stoi prawo naturalne. W to drugie wpisuje się właśnie prawo do bycia godnie pochowanym i prawo do godnego pochowania swoich bliskich. Król Kreon nie zgadza się na pogrzebanie Polinejkesa, ale Antygona lekceważy ten zakaz i ryzykując własnym życiem, spełnia ostatnią powinność wobec swojego brata. „Dłużej mi zmarłym miłą być trzeba niż ziemi mieszkańcom, bo tam zostanę na wieki” – mówi, wyjaśniając swoje motywacje Ismenie. Przypomnijmy, jak potoczyła się ta opowieść. Po samobójstwie Antygony na swoje życie targnął się też wybranek jej serca, syn króla Hajmon. Ze śmiercią syna nie mogła pogodzić się żona władcy, która również sama zakończyła swój żywot. Kreon, który odważył się sprzeciwić niezbywalnemu prawu, kończy tragicznie jako samotny i załamany człowiek. W ten sposób Sofokles przestrzegał sobie współczesnych, a dziś przestrzega potomnych – nie wolno lekceważyć prawa do pochówku i nie wolno zaniedbywać obowiązku pochówku. 

    To, co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, Jerozolimie zostało objawione. Zgodnie z Bożym nakazem, nawet największy zbrodniarz nie może pozostać bez pochówku. „Jeśli ktoś popełni zbrodnię podlegającą karze śmierci, zostanie stracony i powiesisz go na drzewie – trup nie będzie wisiał na drzewie przez noc, lecz tegoż dnia musisz go pogrzebać” – głosi Księga Powtórzonego Prawa. Tego nadanego przez Boga prawa wiernie przestrzegał Tobiasz. 

    Dawałem mój chleb głodnym i ubranie nagim. A jeśli widziałem zwłoki któregoś z moich rodaków wyrzucone poza mury Niniwy, grzebałem je. I grzebałem także, jeśli kiedy zabił kogoś Sennacheryb, gdy po swej ucieczce powrócił z Judei w dzień sądu, który wykonał na nim Król Nieba za jego bluźnierstwa. W swoim gniewie pomordował on wielu synów Izraela. Ja zaś potajemnie zabierałem ich ciała i grzebałem je. Sennacheryb zaś szukał ich, ale ich nie znalazł. A jeden z mieszkańców Niniwy poszedł i doniósł królowi, że to ja jestem tym, który grzebie potajemnie. Wtedy musiałem się ukrywać, a kiedy dowiedziałem się, że król mnie szuka, aby mnie zabić, bałem się i uciekłem. Wtedy cały mój majątek zagrabiono i nie zostało mi nic (Tb 1, 17-20a)

    Podobnie jak Antygona, Tobiasz ryzykował własnym życiem, w tajemnicy grzebiąc pozostawione na śmietnisku poza miastem ciała. Postawił nakaz Boga ponad wolę ziemskiego władcy, choć musiał za to zapłacić bardzo wysoką cenę. 

    Co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, a Jerozolimie zostało objawione – Rzym uporządkował w prawie stanowionym. W ramach ius sepulchri kwestia pogrzebu otrzymała swoją konstrukcję prawną. „Grobowce otacza się wielką czcią…” – pisał Cyceron. Grób nie jest jedynie prywatną sprawą rodziny. Jest dobrem chronionym przez prawo. 

    Chrześcijańska cywilizacja wiernie strzeże tej wspólnej dla Aten, Jerozolimy i Rzymu intuicji. Dlatego tak wielką wagę do pogrzebu przykłada Kościół katolicki, widząc w nim spełnienie powinności „oddania czci ciałom zmarłych wiernych, które były świątynią Ducha Świętego” oraz okazję do wyznania wiary w życie wieczne i modlitwy za zmarłych. W ten sposób „to, co zmarłym przynosi duchową pomoc, pozostałym daje pociechę płynącą z nadziei”. Katechizm Kościoła Katolickiego włącza więc grzebanie zmarłych do uczynków miłosierdzia względem ciała. Jak głodnych trzeba nakarmić, a spragnionych napoić, tak umarłych trzeba pogrzebać. Każdy człowiek ma prawo do posiłku i każdy człowiek ma prawo do pochówku. Sprawiedliwość – oddanie tego, co się komuś słusznie należy – wymaga przyznania zmarłym prawa do grobu. 

    Tymczasem jedynie niewielka część z ponad 100 tys. pomordowanych na Wołyniu i w Galicji Wschodniej Polaków otrzymała chrześcijański pochówek. Szczątki wielu z nich leżą w tzw. dołach śmierci. Duża część ofiar w ogóle nie została pochowana – ich ciała pozostawiono w miejscach zbrodni, na przykład w spalonych zabudowaniach. Właśnie stąd ta wrzawa, zamęt i szum. „Dla nas, rodzin zamordowanych, pamiętać, to przede wszystkim móc odnaleźć mogiłę, postawić tam krzyż i swobodnie, bez lęku móc się modlić, opłakiwać najbliższych, składać kwiaty, palić znicze. Czy to tak dużo?” – pytał w 2012 roku dr Leon Popek. Ukraińscy nacjonaliści wymordowali około 40 członków jego rodziny. Niestety, dalej zderza się on z tym, że dla wielu to wciąż za dużo. 

    Władze w Kijowie muszą zrozumieć, że Ukraina sama stawia się poza kręgiem europejskiej cywilizacji tak długo, jak długo utrudnia ekshumacje i pochówek ofiar. Cywilizacja ta bowiem zaczyna się tam, gdzie nawet zabity wróg ma prawo do grobu. 

    „Nie o zemstę, lecz o pamięć i prawdę wołają ofiary”

    Dla ofiar Wołynia sprawiedliwość to jednak nie tylko pochówek. Sprawiedliwość domaga się też pamięci o zbrodni, a w ramach tej pamięci – wskazania jej sprawców. Nie po to, by kierować tę pamięć przeciw komuś, ale by mogli z niej czerpać ci, którzy będą po nas – jako przestrogę przed nienawiścią, nacjonalizmem i przemocą. 

    „25 lat temu we Lwowie Jan Paweł II powiedział: >>Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy będą gotowi stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, na braterskiej wspólnocie, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności<<” – napisał w czerwcu szef polskiego rządu Donald Tusk, zabierając głos w sprawie napięć wywołanych gloryfikacją OUN-UPA na Ukrainie. W ten sposób dołączył do chóru osób, które chcą wykorzystać autorytet świętego papieża do zamknięcia ust sprawcom owego „szumu”. Łatwo z papieskiego nauczania wyrwać jedno zdanie, które odpowiada bieżącym potrzebom. Zamiast tego, w 83. rocznicę Krwawej Niedzieli lepiej jednak zastanowić się, czego na temat pamięci o Wołyniu tak naprawdę uczy nas św. Jan Paweł II. By to zrobić, trzeba najpierw przypomnieć sobie to wszystko, co papież przełomu tysiącleci mówił o pamięci narodu, z której rodzi się jego tożsamość. Dalej trzeba przypomnieć, co mówił o sprawiedliwości, bez której nie ma pokoju. W Orędziu na Światowy Dzień Pokoju 2002 roku, wspominając cierpienia ofiar nazizmu i komunizmu, Wojtyła postawił pytanie: „w jaki sposób można przywrócić pełny porządek moralny i społeczny, tak barbarzyńsko pogwałcony?”. I zaraz udzielił na nie odpowiedzi: „pogwałcony porządek można przywrócić w pełni jedynie wtedy, gdy powiążemy ze sobą sprawiedliwość i przebaczenie”. Te dwie rzeczywistości, podkreślał ojciec święty, są „filarami prawdziwego pokoju”. 

    Potrzeba więc sprawiedliwości i przebaczenia. Czy przebaczenie się dokonało? Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech przypomni sobie rok 2022. Uciekający przed wojną Ukraińcy nie trafiali do obozów dla uchodźców. W Polsce byli przyjmowani w domach, jak bracia potrzebujący pomocy. Polskie społeczeństwo zmobilizowało się i każdy, jak tylko mógł, zaangażował się we wsparcie walczącej Ukrainy. Trudno więc twierdzić, że naród polski nie przebaczył narodowi ukraińskiemu. 

    Papież zaznacza przy tym, że „przebaczenie w żadnej mierze nie przeciwstawia się sprawiedliwości, gdyż nie polega na rezygnacji ze słusznych żądań, by naruszony porządek został naprawiony”. By i sprawiedliwość w kwestii Wołynia mogła się dokonać, Ukraina musi nazwać zbrodnię po imieniu. Dopóki to się nie stanie, Wołyń pozostanie – mimo przebaczenia – „otwartą raną, w którą sypie się wieczny piasek”.

    „Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej powtarzanie”

    Utrudnianie ekshumacji ofiar i brak jednoznacznego wskazania na zbrodnię to jeszcze nie wszystkie problemy, które w związku z Wołyniem generują władze Ukrainy. Jest jeszcze problem trzeci – ze wszystkich najgroźniejszy. 

    Odwiedzając w czerwcu 1979 roku nazistowski obóz zagłady Auschwitz-Birkenau, św. Jan Paweł II zauważył, że „Oświęcim jest rozrachunkiem z sumieniem ludzkości poprzez te tablice, które świadczą o ofiarach, jakie poniosły narody. Oświęcim jest miejscem, którego nie można tylko zwiedzać. Trzeba przy odwiedzinach pomyśleć z lękiem o tym, gdzie leżą granice nienawiści”. 

    Podobnie – z tym samym lękiem – trzeba myśleć o ofiarach Wołynia. Tymczasem Kijów kreuje politykę historyczną, w której zamiast lęku w miejscu tym pojawia się duma. Ukraińskie władze budują narrację, w której historia zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zamiast ostrzeżeniem, staje się przykładem do naśladowania. W ten sposób na nowo budzą w duchu ukraińskiego narodu demony nacjonalizmu, które 83 lata temu doprowadziły do bestialskiego wymordowania dziesiątek tysięcy Polaków i przedstawicieli innych mniejszości. Kwestia Wołynia to więc również problem propagowania banderowskiej ideologii. Wobec tego problemu społeczność międzynarodowa nie może pozostać obojętna. Obojętność groziłaby tym, że Europa, która wyrosła z Akropolu, Golgoty i Kapitolu, zdradzając swoje ideały, ponownie doprowadzi nas do Auschwitz.

    Karol Kubicki – źródło: Fronda.pl

    ***

    Wołyń jest jak Katyń

    Dyskusja z Ukraińcami o Wołyniu jest podobna do tej jaką przez dekady toczyliśmy z Rosjanami o Katyniu. W jednym i drugim przypadku były masowe mordy na Polakach. W obydwu przypadkach musimy się mierzyć z kłamstwem i relatywizowaniem zbrodni.

     wikipedia.org

    ***

    Od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie w 2022 roku przekonuje na łamach „Niedzieli”, że należy wspierać Ukrainę, która została zbrodniczo zaatakowana przez imperialną Rosję. Taka jest nasza racja stanu, bo Moskwa od wieków jest dla nas zagrożeniem egzystencjalnym. A o fakcie, że Polska też jest celem wojny Władimira Putina oficjalnie poinformował szef rosyjskiej dyplomacji w grudniu 2021 roku.

    Przez lata niepokojąco tlił się spór o Rzeź Wołyńską, wychwalanie UPA i kult Stepana Bandery. Wydawało się, że po 2022 roku Ukraina ma już wielu nowych bohaterów, którymi może zastąpić wątpliwe etycznie postacie z okresu II wojny światowej. Nadzieje dawał również fakt, że na poziomie centralnym tzn. prezydenckim do gloryfikacji UPA oraz postaci bezpośrednio zamieszanych w mordowanie Polaków dotychczas nie dochodziło.

    Niestety wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret, którym nadał imię „bohaterów UPA” jednej z elitarnych jednostek wojskowych. By było jasne, nie mam pretensji do walczących żołnierzy, którzy po prostu mogą nie wiedzieć, że UPA była też formacją zbrodniczą i ma krew 100 tys. Polaków na rękach – głównie bezbronnych kobiet i dzieci. Pretensje mam do ukraińskiej klasy politycznej, która celowo ten konflikt z Polską zaostrza i do elit intelektualnych Ukrainy, która fałszywymi mitami historycznymi karmi ukraińskie społeczeństwo. Przeciętny Ukrainiec nie ma bowiem pojęcia, że UPA mordowała Polaków, Żydów, Czechów, a nawet samych Ukraińców. Wiedzą jedynie, że UPA walczyła z sowietami i nic nie wiedzą, że współpracowała z niemieckimi nazistami, a Bandera był tajnym agentem Abwery.

    Od kilku tygodni śledzę dyskusję na ten temat w polskich i ukraińskich mediach. Szczerze powiem jestem przerażony jak bardzo niski jest poziom wiedzy historycznej wśród polityków, dziennikarzy i prawie całej ukraińskiej klasy opiniotwórczej. Jednocześnie jest tam wysoki poziom arogancji, odporności na fakty historyczne, butności, a nawet pogardy. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły, ale z całości ukraińskiej debaty na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej, wyłania się bardzo ponury krajobraz. Dlatego też chylę czoła przed polskimi publicystami, ekspertami i historykami, którzy w języku ukraińskim i próbują dyskutować z nimi w ukraińskich mediach.

    Mam też nieodparte wrażenie, że polski dyskurs na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej nie był na Ukrainie w ogóle obecny. Zupełnie tak jakby Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę historyczną nie prowadziły tam kampanii edukacyjnej i informacyjnej. Nie znalazłem żadnego filmu w mediach społecznościowych w ukraińskim języku, który naświetlałby polski punkt widzenia na tragiczne wydarzenia z 1943 roku. A przecież w czasach mediów społecznościowych dotarcie do ukraińskiego społeczeństwa nie jest czymś specjalnie trudnym i drogim. O tym, że Ukraińcy zupełnie nie znają historii i polskiej wrażliwości świadczą badania przeprowadzone przez Centrum Mieroszewskiego. Okazało się, że przytłaczająca większość Ukraińców o „problemie” Zbrodni Wołyńskiej dowiedziała się dopiero po przyjeździe do Polski.

    Jednym z argumentów, który pojawia się w ukraińskiej debacie publicznej jest fakt, że UPA i ukraińskie organizacje nacjonalistyczne nie zostały skazane w czasie Procesów Norymberskich. Niewątpliwie jest to fakt, który łączy Zbrodnię Wołyńską z Katyniem. Sowiecki komunizm i jego zbrodnie też nie zostały osądzone w Norymberdze, co skrzętnie wykorzystuje w swojej polityce Władimir Putin w procesie wybielania zbrodni z czasów ZSRR, a nawet samego Józefa Stalina.

    Wołyń i Katyń – te dwa spory historyczne można, a nawet warto porównać, ponieważ dla polskiej pamięci narodowej Katyń i Wołyń są bardzo bolesnymi ranami z czasów II wojny światowej. Choć podłoże zbrodni było inne, to dynamika polityczna i dyplomatyczna tych sporów wykazuje uderzające podobieństwa. Rosja po krótkim okresie otwartości w latach 90. zamknęła śledztwo i utajniła jego akta, uniemożliwiając pełne badanie miejsc pochówku i poznanie pełnej listy zamordowanych ofiar. Natomiast Ukraina przez lata stosowała moratoria na prowadzenie prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych dla polskich specjalistów, uzależniając zgodę od ustępstw politycznych. Polska strona oficjalnie uznaje zarówno Katyń, jak i Wołyń za ludobójstwo. Ani Rosja, która uznała Katyń jedynie za “przestępstwo służbowe”, ani Ukraina, która unika terminu ludobójstwo i mówi tylko o tragedii, nie zgadzają się z polską definicją prawną ludobójstwa. Oczywiście są też różnice, bo Katyń był zbrodnią państwową, zaplanowaną na najwyższych szczeblach komunistycznego państwa, a Wołyń był zbrodnią partyzancką przy masowym udziale ukraińskiego chłopstwa.

    Rosyjska polityka historyczna pod rządami Władimira Putina celowo używa Katynia, a kłamstwo i relatywizacja zbrodni są elementem wrogiej polityki imperialnej, mającej na celu upokorzenie i destabilizację Polski, a więc nie większych szans na jakieś polsko-rosyjskie porozumienie. W przypadku Ukrainy istnieje szansa na dialog, ale blokuje go ukraiński strach przed utratą „bohaterów”. Budowanie narodowej tożsamości, z pomięciem faktów niestety często przeradza się w arogancką formę obrony, która ma niewiele wspólnego z historyczną prawdą. Ten fakt również wykorzystuje Moskwa, by siać wrogość miedzy Polakami i Ukraińcami. Niestety polityka historyczna Kijowa obficie Rosjanom w tym pomaga.

    Artur Stelmasiak -Tygodnik Niedziela

    ***

    fot. Radio Nadzieja/Łomża

    ***

    Nowenna do Matki Bożej z Góry Karmel
    Szkaplerz znakiem opieki

    Nowennę można odmówić na 9 dni przed liturgicznym wspomnieniem Najśw. Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca), czyli w dn. 7-15 lipca.


    Dzień pierwszy

    Modlitwa wstępna

    Chwalebna Królowo nieba i ziemi, Dziewico Niepokalana, Matko Syna Bożego. Z pokorą cześć Tobie oddajemy i z dziecięcą ufnością prosimy Ciebie, abyś zwróciła na nas swoje miłosierne oczy i raczyła przyjąć tę ofiarę, którą podczas tej nowenny Tobie przynosimy. Dopomóż nam godnie i owocnie przygotować się do przeżycia Twojej uroczystości.

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Ozdobo i Matko Karmelu. Jasny obłok wznoszący się nad morzem, który widział prorok Eliasz, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem i był zapowiedzią Twojego dziewiczego macierzyństwa. Ty porodziłaś światu Jezusa – Zbawiciela, który wylał na nasze dusze ożywcze tchnienie łaski.

    Pokornie prosimy Ciebie, Bogarodzico, uproś nam u Twojego Syna zdroje łask, abyśmy nimi wzbogaceni i umocnieni, przynosili owoce cnót i dobrych uczynków oraz służyli Bogu z wiarą i miłością, i zasłużyli na oglądanie Go w wiecznej szczęśliwości.

    Modlitwa o łaskę

    O Najświętsza Dziewico, wyjednaj nam tę łaskę, o którą z pokorą i ufnością, za Twoim pośrednictwem prosimy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Modlitwy końcowe

    Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu…

    Dzień drugi

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Gwiazdo Karmelu i nasza Matko. Ty szczególną miłością darzysz swoje dzieci, opiekujesz się nimi, wypraszasz światło i pouczasz przykładem. Uproś nam, najłaskawsza Pani, aby Syn Twój, Jezus Chrystus, swoim światłem rozproszył ciemności naszego umysłu, abyśmy poznali głębię Jego miłości i całym sercem Go umiłowali, a także umiłowali nasze powołanie i wiernie wypełniali płynące z niego zobowiązania.

    Niech Twoja przyczyna to sprawi, byśmy nasze życie ofiarowali dla większej chwały Boga i zbawienia bliźnich.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień trzeci

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Mistrzyni i Matko Karmelu. Ty przyjęłaś ofiary sług Twoich, którzy na Górze Karmel cześć Tobie oddawali jako Matce Zbawiciela. Przez dobroć Twoją, jaką im okazałaś i nam nieustannie świadczysz, prosimy Ciebie, dopomóż nam przekształcić nasze serca na świątynie Boga żywego.

    Dopomóż ozdobić je kwiatami cnót i dobrych uczynków, aby stały się godnym i miłym mieszkaniem dla Syna Twojego, Jezusa.

    Daj nam oderwać się od tego, co niskie i ziemskie, abyśmy wznieśli serca ku temu, co wieczne i nade wszystko miłowali Boga i wielbili Go naszym życiem.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień czwarty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Chwało Karmelu i nasza Matko. Ty na znak szczególnej Twej miłości chcesz, abyśmy nazywali się Twoimi dziećmi. Obudź w naszych sercach pragnienie, byśmy we wszystkich trudach i cierpieniach życia u Ciebie szukali schronienia, pomocy i pociechy. Zachęcaj nas Twoim przykładem do pełnienia cnót i dobrych czynów. Matko Miłosierdzia, dopomóż nam wieść życie pobożne i święte, abyśmy stali się dziećmi godnymi Ciebie i zostali zaliczeni do grona sprawiedliwych, których imiona zapisane są w księdze życia.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień piąty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    O Maryjo, Obrończyni Karmelu i nasza Matko. Ty w czasie burz dziejowych broniłaś swój zakon karmelitański i ochraniałaś go swoją opieką od zniszczenia i upadku. Prosimy Ciebie, Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała, byśmy w pokoju i bezpieczeństwie służyli Bogu dla Jego większej chwały i Twojej czci.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień szósty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza. Ty zaszczyciłaś tytułem przybranego synostwa wiernego sługę Twego, Szymona Stocka i przez niego obiecałaś wyprosić obfite zdroje łask i błogosławieństw dla tych, którzy wierni swojemu powołaniu nabożnie nosić będą Twoją szatę. Dopomóż nam, o Maryjo, aby przywileje szkaplerza świętego – wielokrotnie przez Kościół potwierdzane – stały się naszym udziałem w tym życiu, a zwłaszcza w godzinie naszej śmierci, abyśmy zostali dopuszczeni do uczestnictwa w chwale niebieskiej.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień siódmy

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Maryjo, Opiekunko i Matko Karmelu. Twój święty szkaplerz jest naszą obroną pośród niebezpieczeństw. Prosimy Ciebie, niech Twoje potężne wstawiennictwo zachowa nasze dusze i ciała od wszelkich złych przygód. Strzeż nas nieustannie, o Matko pełna dobroci i miłosierdzia, abyśmy nie dopuścili się żadnego grzechu, który zasmuciłby Boskie Serce Twojego Syna. Bądź nam przewodniczką po drogach prawdy i umiłowania Bożych przykazań.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień ósmy

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Dziewico Maryjo, Ozdobo Karmelu i nasza Matko. Dar szkaplerza świętego jest widzialnym znakiem Twojej ku nam miłości. Z woli Twojego Syna zechciałaś nas przygarnąć jako najmilsze dzieci Twoje. Opiekuj się nami i wyjednaj u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy Ciebie nie zasmucali, lecz zawsze byli Twoją radością i chwałą.

    Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)

    Dzień dziewiąty

    Modlitwa wstępna (jak w dniu pierwszym)

    Rozważanie

    Najświętsza Dziewico Maryjo, Opiekunko Karmelu i nasza Matko. Wierzymy, że nigdy nie opuszczasz swoich wiernych sług. Dopomóż nam, o Matko najmilsza, abyśmy pozostali Tobie zawsze wiernymi. Opiekuj się naszymi sercami, pomóż nam obmyć je z brudów grzechu i przyozdobić miłymi Bogu kwiatami cnót. Niech Syn Twój zamieszka w nich na zawsze, aby nieprzyjaciel ludzkich dusz odstąpił od nas i byśmy w ostatniej godzinie doznali radości widzenia Boskiego oblicza. Wyjednaj nam także, o Najświętsza Dziewico, tę łaskę, o którą podczas tej nowenny – za Twoim pośrednictwem – z pokorą i ufnością prosiliśmy Twojego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Modlitwa o łaskę (jak w dniu pierwszym)

    Modlitwy końcowe

    K. Módl się za nami, Królowo szkaplerza świętego.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty ozdobiłeś zakon karmelitański zaszczytnym tytułem Najświętszej Rodzicielki Twojego Syna, Maryi, zawsze Dziewicy, † spraw łaskawie, abyśmy oddając Jej cześć i umocnieni Jej obroną * zasłużyli na osiągnięcie wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.


    opracowanie: MARYJNI.PL

    źródło: Nowenna – Szkaplerz znakiem opieki – karmelicibosi.pl

    ***

    Szkaplerz karmelitański – kto go nosi, nie pójdzie do piekła

    Flos Carmeli, fot. Fr Lawrence Lew, OP/Flickr.com

    ***

    Noszenie Szkaplerza Karmelitańskiego jest wyrazem szczególnej czci ku Matce Bożej oraz prośbą o jej matczyną opiekę, szczególnie w godzinie śmierci.

    „Kwiat Karmelu”

    Historia Szkaplerza Karmelitańskiego związana jest z osobą św. Szymona Stocka, generała oo. Karmelitów na Górze Karmel w Palestynie. 16 lipca 1251 roku objawiła mu się Matka Boża, wręczając szkaplerz koloru brunatnego i wypowiadając słowa:

    Przyjmij, najukochańszy Synu, szkaplerz zakonu twego jako znak mojego Bractwa i szczególniejszej łaski dla ciebie i dla wszystkich Karmelitów. Kto umierając mieć będzie na sobie ten szkaplerz, zachowany zostanie od ognia piekielnego, jest to bowiem godło zbawienia, puklerz i tarcza przeciw wszelkim niebezpieczeństwom, rękojmia pokoju i szczególnej mej opieki do końca wieków.

    Szkaplerz stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad Zakonem Karmelitańskim, a za przykładem oo. Karmelitów poszli ludzie świeccy, a także święci. Nosili go m.in. św. Jan Maria Vianney, św. Jan Bosko, św. Jan Paweł II.

    Nałożeniu szkaplerza towarzyszy oddzielny obrzęd, w czasie którego kapłan wyznacza przyjmującemu codzienne odmawianie określonej modlitwy maryjnej. Wszyscy ci, którzy z wiarą noszą szkaplerz oraz przestrzegają warunków z tym związanych, dostąpią łaski zachowania od ognia piekielnego.

    Znaczenie duchowe

    Sam szkaplerz składa się z dwóch prostokątnych kawałków wełnianego sukna w kolorze brunatnym. Jego przednia część, noszona na piersi ma przypominać, że nasze serce bije dla Boga i bliźnich i za pośrednictwem Maryi ma wiązać się z dobrami wiecznymi. Cześć tylna, noszona na plecach przypomina, że wszystkie trudy i krzyże powinniśmy znosić z pokorą, jak to czyniła Maryja. Na co dzień, zamiast szkaplerza, dozwolone jest noszenie medalika szkaplerznego.

    Noszenie szkaplerza oznacza uznanie Maryi za duchową Matkę, jest znakiem nabożeństwa maryjnego, które polega na oddaniu i poświęceniu się Świętej Rodzicielce. Członkowie Bractwa Szkaplerza Świętego Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel starają się wytrwale naśladować Matkę Bożą, kierując się w życiu cnotami posłuszeństwa, pokory i skromności.

    W Polsce istnieje sto kilkadziesiąt bractw szkaplerznych, głównie przy zakonach karmelitów trzewiczkowych i bosych, ale także przy parafiach – najwięcej jest ich na Śląsku.

    Akt oddania się Matce Bożej Szkaplerznej (karmelitański)

    O najchwalebniejsza Dziewico Maryjo, Matko Szkaplerza świętego! Oto ja, niegodny zaszczytu nazywania się Twoim sługą, ośmielony Twoją dobrocią i pragnieniem służenia Tobie, obieram Cię za moją jedyną i najlepszą Matkę i Orędowniczkę.

    Wobec Trójcy Przenajświętszej, Ciebie, mojego Anioła Stróża, uroczyście odnawiam przyrzeczenia, które złożyłem Tobie, Matko Najświętsza w dniu przyjęcia Szkaplerza świętego.

    Pragnę wiernie i gorliwie służyć Tobie i Twemu Boskiemu Synowi przez całe moje życie. Składam Ci również synowskie podziękowanie za to, żeś mnie spośród tylu milionów dusz, poprzez Szkaplerz święty, zaliczyć raczyła do umiłowanych dzieci swoich.

    Przyrzekam Ci i postanawiam, że pragnę pozostać wiernym Twoim synem, całym sercem Cię kochać oraz naśladować Cię w cnocie i pobożności.

    Przyjmij, Matko Najświętsza, tę moją ofiarę i spraw łaskawie, aby Szkaplerz święty, który noszę, stał się dla mnie znakiem Twojej szczególnej opieki, ochroną przed grzechem, tarczą przed atakami nieprzyjaciela, zachętą do praktykowania cnoty i środkiem do osiągnięcia zbawienia. Proszę Cię o to przez Twojego Syna, Jezusa. Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    Jak i gdzie przyjąć szkaplerz? Praktyczne informacje

    fot. karmel.pl

    ***

    Tym, którzy przyjmą szkaplerz, Maryja obiecała: “Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Kto może przyjąć szkaplerz? Jakie są warunki jego przyjęcia? Gdzie można znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?

    Szkaplerz przystosowany do użytku wiernych świeckich złożony jest z dwóch prostokątnych wycinków brązowego sukna wełnianego połączonych dwoma tasiemkami. Wymiary płatków mogą być dowolne. Jest on niejako zminimalizowanym habitem. Zwykle na obu płatkach jest umieszczony wizerunek lub symbol Pana Jezusa, i Matki Bożej Szkaplerznej. Oto kilka praktycznych informacji dotyczących szkaplerza.

    Szkaplerz. Jak go przyjąć?

    1. Jakie są warunki przyjęcia szkaplerza?

    Istnieje jeden zasadniczy warunek: niewymuszone, szczere i świadome pragnienie przyjęcia szkaplerza oraz zawierzenia siebie Maryi w tym znaku. Zawierzenie to obejmuje decyzję dzielenia z Maryją własnej codzienności i naśladowania Jej stylu życia.

    2. Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?

    Przygotowanie powinno wyrazić się odbyciem sakramentalnej spowiedzi, aby w czasie przyjmowania szkaplerza znajdować się w stanie łaski uświęcającej. Umożliwi to Maryi skuteczniejsze oddziaływanie i pomoc oddanemu Jej człowiekowi.

    3. Czy do przyjęcia szkaplerza konieczna jest spowiedź?

    Jeżeli spowiedź jest możliwa i nie ma żadnej przeszkody, by ją odbyć, powinna poprzedzić przyjęcie szkaplerza. Istnieją jednak sytuacje, w których spowiedź nie jest możliwa: np. związek niesakramentalny, którego stanu nie da się obecnie uregulować z powodu istniejącej przeszkody kanonicznej. W takich okolicznościach można przyjąć szkaplerz wyrażając pragnienie, by Maryja w tym znaku pomogła wytrwać w dobrym i – gdy ustanie przeszkoda – uregulować życie sakramentalne.

    4. Czy szkaplerz trzeba przyjąć osobiście?

    Tak, szkaplerz trzeba przyjąć osobiście. Domaga się tego powaga samego znaku jak i charakter relacji z Maryją, która pragnie nawiązać z każdym z nas indywidualną, intymną i niepowtarzalną relację.

    5. Czy osoba świecka może ważnie przyjąć do szkaplerza?

    Osoba świecka nie może ważnie przyjąć innej osoby do szkaplerza.

    6. Kto może mnie przyjąć do szkaplerza?

    Do szkaplerza może ważnie przyjąć każdy kapłan zakonny lub diecezjalny oraz diakon, posługując się zatwierdzonym przez Stolicę Świętą obrzędem.

    7. Czy mogę nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej?

    Można nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to oficjalne przyjęcie do szkaplerza. Gdy ustanie przeszkoda choroby, osoba powinna udać się do kapłana z prośbą o nałożenie szkaplerza. Jeśli z powodu starości nie może tego uczynić, trzeba poprosić kapłana do domu, aby takiego nałożenia dokonał.

    8. Gdzie mogę znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?

    Tekst obrzędu można znaleźć na stronie internetowej www.karmel.pl. Znajduje się on również w Nowennie Szkaplerznej, którą można zamówić w karmelitańskim Wydawnictwie, pisząc na adres: Wydawnictwo Karmelitów Bosych, ul. Z. Glogera 5, 31-222 Kraków, lub dzwoniąc na numer tel. (012) 416 85 00.

    9. Skąd wziąć szkaplerz?

    Szkaplerz można nabyć w każdym klasztorze karmelitów bosych i karmelitanek bosych udając się tam osobiście lub pisząc na adres któregoś z tych klasztorów.

    10. Co to jest księga szkaplerzna?

    Księga Szkaplerzna to dokument zawierający wykaz osób, które przyjęły szkaplerz.

    11. Czy muszę wpisać się do księgi szkaplerznej?

    Księga Szkaplerzna to dokument świadczący o ludzkiej wierze w pośrednictwo Maryi. Wszyscy przyjmujący szkaplerz zachęcani są do pozostawienia w niej swych podstawowych danych: imię i nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania. Wpis do Księgi Szkaplerznej nie jest jednak warunkiem przyjęcia szkaplerza i jeśli ktoś nie chce, nie musi takiego wpisu dokonywać.

    12. Jak wpisać się do księgi szkaplerznej?

    Jeśli osoba przyjmuje szkaplerz w innym miejscu niż klasztor karmelitański, który posiada Księgę Szkaplerzną, a chce do takiej Księgi być wpisana, wystarczy, że prześle informację o fakcie przyjęcia szkaplerza na adres: Karmelici Bosi, Czerna 79, 32-065 Krzeszowice. Informacja powinny obejmować dane: a) miejsce i datę przyjęcia szkaplerza; b) imię, nazwisko i wiek osoby, która przyjęła szkaplerz; c) imię i nazwisko kapłana, który szkaplerz nakładał.

    13. Co zrobić ze zniszczonym szkaplerzem?

    Jeśli osoba nosiła szkaplerz sukienny, który uległ zniszczeniu i chce założyć nowy, stary szkaplerz najlepiej spalić. Nie powinno się go wyrzucać do śmieci ze względu na szacunek dla Maryi, od której ten znak otrzymaliśmy.

    14. Czy ponownego nałożenia szkaplerza musi dokonać kapłan?

    Osoba, która zmienia stary szkaplerz na nowy czyni to sama. Nie potrzeba prosić o to kapłana. W sytuacji, gdy szkaplerz został odrzucony z pogardy, ponowne nałożenie go, po dobyciu spowiedzi, powinno dokonać się rękami kapłana.

    15. Czy potrzebny jest obrzęd nałożenia szkaplerza?

    Forma noszonego szkaplerza (z sukna czy medalik) jest osobistym wyborem konkretnego człowieka. Natomiast uczestnictwo w łaskach z nim związanych wymaga przyjęcia według obrzędu zatwierdzonego przez Stolicę Świętą. Oczywiście każdy może sobie założyć medalik szkaplerzny na szyję i z pewnością Maryja będzie mu w życiu towarzyszyć. Jednak uczestnictwo w łaskich związanych z szkaplerzem karmelitańskim wymaga pełnej formy przyjęcia tego znaku.

    16. Kiedy mogę przyjąć szkaplerz?

    Szkaplerz można przyjąć w dowolnym, wybranym przez siebie dniu. Szczególnej jednak wymowy nabiera jego przyjęcie w jakieś święto maryjne. Wówczas związek z Maryją staje się jeszcze bardziej wyraźny.

    17. Czy przyjęcie szkaplerza można co jakiś czas odnawiać?

    Raz dokonanego obrzędu przyjęcia szkaplerza z rąk kapłana nie trzeba powtarzać. Istnieje natomiast piękny zwyczaj ponawiania swego oddania się Maryi każdego roku, w rocznicę przyjęcia szkaplerza. Zwyczaj ten nie ma określonej formy. Najczęściej wyraża go nawiedzenie kościoła, podziękowanie Maryi za łaskę przyjęcia Jej znaku oraz ponowienie w sercu aktu zawierzenia się Jej.

    Stacja 7.pl

    ***

    Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej

    Pietro Novelli, Our Lady of Carmel and Saints/Wikipedia.org/domena publiczna

    ***

    Proszę Cię Maryjo, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała.

    O Najchwalebniejsza, Królowo Niebios, Maryjo. Najczystsza, Dziewico i Najgodniejsza Boża Rodzicielko. Przypominam dziś sobie w głębi serca przez przyjęcie szkaplerza świętego zawarte z Tobą przymierze, że przez całe życie będę jak najwierniej i jak najgorliwiej służył(a) Tobie i Twojemu Boskiemu Synowi. Składam Ci najpokorniejsze dzięki, o Najpotężniejsza Pani, że raczyłaś mnie biednego grzesznika (grzesznicę) przy­jąć do grona Braci (Sióstr) za pośrednictwem szkaplerza świętego. Obieram Cię dzisiaj na zawsze za moją Najukochańszą Matkę, Opiekunkę i Pośredniczkę przed Bogiem.

    Proszę Cię pokornie, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała. O Najlitościwsza Matko, wyjednaj mi u Boskiego Syna odpuszczenie grzechów moich, łaskę do prawdziwej pokuty i poprawy mojego życia, stałość w wierze świętej, w nadziei, w miłości Boga i bliźniego, w cierpliwości i w czystości odpo­wiedniej do mojego stanu. Szczególniej zaś stań przy mnie w ostatniej chwili mego życia i daj mi doznać tego, coś przyrzekła, że kto w tym świę­tym Twoim szkaplerzu umrze bogobojnie, ten nie będzie cier­piał ognia wiecznego. Amen.

    P. Módl się za nami, Królowo, Ozdobo Karmelu.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się: Prosimy Cię Panie, niech nas wspomaga pełne godności wstawiennictwo chwalebnej Dziewicy Maryi, Matki i Królowej Karmelu, abyśmy wsparci Jej opieką mogli dojść na szczyt góry, którą jest Chrystus, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Stacja7.pl

    ***

    Odpoczynek. Niebiański i ziemski

    Południe – Odpoczynek od pracy (wg Milleta), Vincent van Gogh

    ***

    Pobyt w Raju to nie leniuchowanie naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.

    Bóg powołał człowieka do pracy, ale położył także nacisk na potrzebę odpoczynku. W tym kontekście rodzi się pytanie, czy po śmierci czeka nas faktycznie wieczny odpoczynek? Czy tak bardzo zmęczymy się życiem na ziemi, że będziemy musieli przez całą wieczność odpoczywać? Przez całą wieczność?!

    Oferta pracy… od Boga

    Niektórzy naiwnie wyobrażają sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy, jako coś na kształt sielanki, bez konieczności chodzenia do pracy, bez obowiązków, bez trudu. Krótko mówiąc stan laby. Wystarczyło tylko nie zrywać zakazanego owocu i wiodłoby się gnuśną egzystencję, hasając na golasa na łonie natury. Trzeba otwarcie powiedzieć, że taka wizja Raju jest całkowicie sprzeczna z Biblią. Bóg stworzył człowieka i osadził w ogrodzie Eden, aby tam pracował. Pobyt w Raju nie był leniuchowaniem naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.

    „Pan Bóg zatem wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15).

    Między innymi ten fragment przywołuje Zacharia Sitchin, który uważa, że ludzi stworzyła rasa istot z planety Nibiru, ponieważ potrzebowali oni na Ziemi niewolników do pracy. Jednakże, według Biblii, Bóg, choć stworzył człowieka do pracy, nie pragnął mieć niewolnika, ale zaprosił nas do partnerstwa i współpracy w dziele stworzenia. Chciał, abyśmy razem z nim panowali nad światem. Człowiek został bowiem stworzony, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1, 26). Panował, czyli dbał i troszczył się o cały stworzony świat!

    Tak pojmowana praca jest współpracą z dziełem Stwórcy, kontynuacją tego, co On rozpoczął – wspomaganiem Bożego działania. Jest to równocześnie droga samodoskonalenia się człowieka, jego rozwoju jako indywidualnej osoby i jako wspólnoty ludzi.

    Z pewnością nie wszystkich zachwyca, że według Biblii Stwórca powołał nas do pracy, do podejmowania trudu i wysiłku na wzór naszych pierwszych rodziców. Oczywiście wynika to z faktu, że pracę postrzegamy często jako źródło udręki, ale to już jest konsekwencją grzechu pierworodnego. Przed upadkiem podejmowany wysiłek nie był dla pierwszych ludzi żadną przykrością, ale raczej radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek czuł się szczęśliwy i spełniony, mogąc pracować i trudzić się. Praca była powołaniem człowieka, przynoszącym mu pokój i radość. Grzech pierworodny wszystko popsuł i wprowadził dysonans do istniejącej harmonii. Odtąd praca często stawała się synonimem harówki i uciemiężenia, była elementem wykorzystywania i wyzysku człowieka przez człowieka. Grzech pierworodny zmienił okoliczności na mniej przyjemne, ale nie zmieniło się nasze fundamentalne powołanie do pracy.

    Odpoczynek - ten powszedni i ten wieczny
    „Odpoczynek” Charles Sprague Pearce

    ***

    Naśladuj Boga – i też odpoczywaj!

    Na samym początku Pisma Świętego czytamy, że gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2). Oczywiście autor Księgi Rodzaju nie pisał reportażu czy też sprawozdania z siedmiu dni stwarzania. Bogu, jako Duchowi czystemu odpoczynek nie jest potrzebny. W Księdze Izajasza czytamy: „On się nie męczy ani nie nuży” (Iz 40,28). O odpoczynku Boga napisano ze względu na człowieka, który potrzebuje odpoczynku. Bóg dał więc przykład człowiekowi, kiedy i jak należy odpoczywać.

    Odpoczynek jest przewidziany przez Boga jako coś dobrego dla ludzi. A nawet boskiego, bo przecież sam Bóg odpoczywał i polecił nam, abyśmy go naśladowali (zarówno w pracy, jak i w odpoczywaniu): „Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał swą pracę, lecz w siódmym dniu jest szabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczął twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty.” (Pwt 5,13-14). Można powiedzieć, że przykazanie jest tu podwójne, zawiera dwa polecenia: nakazuje odpoczynek w szabat i pracę przez sześć dni w tygodniu. To Bóg nakazał człowiekowi pracę i nakazał odpoczynek.

    Tym, co odróżniało ich od innych ludów i narodów, było właśnie świętowanie szabatu, ostatniego dnia tygodnia, który następował po sześciu dniach pracy. Izraelici dali wyraz przekonaniu, że w życiu ludzkim regularnie trzeba wyznaczyć czas, w którym człowiek uświadamia sobie, kim naprawdę jest oraz jaki sens mają jego życie i podejmowane wysiłki. Wzmianka o Bogu, który odpoczął siódmego dnia (Rdz 2,2), leży u podstaw ustanowienia szabatu jako dnia odpoczynku (Kpł 16,31), roku szabatowego (Kpł 25,3-6) jako roku wytchnienia dla ziemi uprawnej i roku jubileuszowego jako czasu społecznej restytucji dóbr i własności (Kpł 25,8-17).

    Błędy i wypaczenia odpoczywania

    To dość dziwne, ale ludzie potrafią zrobić nawet z odpoczynku udrękę. Wyznawcy judaizmu – zwłaszcza ci bardziej ortodoksyjni – do dziś traktują przykazanie nie pracowania w szabat bardzo kategorycznie. Pobożni Żydzi od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie robią nic, co choćby przypomina pracę. Pochodzący z żydowskiej rodziny słynny amerykański fizyk-noblista, Richard Feynman, wspominał w swojej autobiografii („Pan raczy żartować, panie Feynman”), że jego ojciec w szabat nie używał windy, bo w latach dwudziestych XX w., kiedy wciskało się guzik przywołujący windę, w przełączniku przeskakiwała iskra. A iskra to ogień. Tymczasem w szabat nie wolno było rozpalać ognia… Przed wojną w kursujących w sobotę pociągach można było podobno spotkać Żydów siedzących na butelkach z wodą. W szabat istniał bowiem zakaz podróżowania, chyba że płynęło się statkiem i poruszało się po wodzie. Butelka miała więc zastąpić morze czy rzekę. Izraelscy specjaliści zbudowali natomiast specjalne koszerne lodówki, w których w szabat po otwarciu drzwiczek nie zapala się światło.

    Warto sobie zadać pytanie, czy gdzieś nie zagubiła się tu idea odpoczynku?

    Odpoczynek - ten powszedni i ten wieczny
    „Odpoczynek” John Singer Sargent

    ***

    O zaletach godziwego odpoczynku

    Godziwy odpoczynek nie jest udręką, ale czynnością, która przywraca człowiekowi siły, odnawia możliwość tworzenia i kreatywności. W Biblii jest bardzo wiele fragmentów, w których bezpośrednio mowa jest o ludzkim wypoczynku, choćby w Psalmach, gdzie czytamy: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć” (Ps 23, 1-2). Oprócz szabatu Biblia uznaje potrzebę codziennego odpoczynku dla zwierząt (Ez 34,14), a także dla ludzi (2 Sm 4,5). W przypadku człowieka szczególnie pożądany jest spokój duszy (Ps 116,7). Synonimem odpoczynku jest bowiem właśnie spokój i zadowolenie, zarówno jeśli chodzi o spokój ziemi (Iz 14,7), ludzi (Hi 3,13), czy społeczności (Jr 6,16). Brak spokoju z powodu przeciwności (Ps 22,2), cierpienia lub pracy (Koh 2,23) pozbawia człowieka odpoczynku. 2 Krn 14,5 opisuje pokojowe rządy króla jako czas odpoczynku dla królestwa. Brak zakłóceń międzynarodowych postrzegano bowiem jako czas odpoczynku dla monarchy (2 Krn 20,30). Także wyzwolenie od ucisku wrogów uważano za odpoczynek (2 Krn 32,22).

    Jak wiadomo, król Saul odpoczywał, słuchając muzyki, jaka wydobywała się z harfy Dawida.

    Wieczny odpoczynek racz nam dać Panie?

    Obietnicę życia wiecznego Biblia nazywa odpoczynkiem przygotowanym przez Boga (Hbr 4,1) na wzór odpoczynku obiecanego Izraelitom w czasach Mojżesza (Hbr 3,10-11). „Pan powiedział: »Moja obecność pójdzie z tobą i dam ci odpocznienie«” (Wj 33,12-14). Pisarze chrześcijańscy uznawali, że słowa te wypełniły się dla wszystkich ludzi w Chrystusie (Rz 4,16; Hbr 3,1-2), a za cel życia uważali osiągnięcie tego rodzaju odpoczynku, który jest darem Boga (Ap 14,13).

    Nieraz pracoholicy mówią, że odpoczną sobie po śmierci. Ba! Utrwala się taki obraz poprzez zwrot „wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!”. Tak jakbyśmy w tym zabieganym świecie, głównie marzyli o odpoczynku… Odpoczynek, obiecany i przygotowany przez Boga, spełni się, gdy spotkamy Go twarzą w twarz w królestwie niebieskim. Można powiedzieć, że to będą nasze wakacje. Ale przecież odpoczynek to niekoniecznie bezczynność. Nawet tu na ziemi, często odpoczywamy przez rozwijanie zainteresowań czy realizację pasji.

    Peter Kreeft w książce „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać” dokonał interesującego spostrzeżenia, że niektórzy być może świadomie lub nieświadomie, boją się Nieba, ponieważ boją się nudy. Śmierć jest dla nich straszna, gdyż oferuje tylko dwie alternatywy: niebiańską nudę lub piekielne męki. Wiele amerykańskich filmów wyobraża sobie mieszkańców Nieba na podobieństwo ubranego w białe szaty chóru Gospel. Taki wiejący nudą ocean bieli. I tak przez całą wieczność – możemy zapytać ze zgrozą? Będziemy chodzić w powłóczystych szatach, uśmiechać się błogo, leżeć „na zielonych pastwiskach”, grać na harfach i śpiewać w chórach anielskich? Kto by chciał w ten sposób spędzić całą wieczność? W końcu człowiek zanudziłby się na śmierć w takim Niebie. Jest to konsekwencja poglądu, że w Niebie nie ma nic do roboty, bo cóż można robić w doskonałym świecie? Czy jednak moglibyśmy być szczęśliwi bez twórczej pracy?

    Peter Kreeft objaśnia, że Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć, a zadanie to zaczynamy tu – na ziemi. Nikt nie umiera w formie skończonej. Nigdy nie ma dość czasu, żeby zrobić wszystko, co moglibyśmy i powinniśmy zrobić, aby być tym wszystkim, czym moglibyśmy i powinniśmy być. Pierwsze i fundamentalne przykazanie Boga skierowane do człowieka, wzywa go, aby czynił sobie Ziemię poddaną, czyli twórczo uczestniczył w Bożym dziele stwarzania świata. Być może nakaz ten nie straci na aktualności także po przyszłej Paruzji. Niebo jest pełne kreacji. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem rozumianym jako nic nie robienie. Będzie czymś dokładnie przeciwnym. Bóg jest przecież tryskającym źródłem życia i działania, a my powołani jesteśmy, by panować i zasiąść wraz z Panem na Jego tronie oraz aby panować nad wszechświatem (por. Ap 3, 21; 22, 5; Łk 22, 28-30; 2 Tm 2, 12; Mt 25, 34). Wieczny odpoczynek będzie tak naprawdę wieczną pracą… ale taką, która nie przynosi zmęczenia, tylko satysfakcję i radość.

    Roman Zając – Stacja7.pl

    ***

    A może weekend w klasztorze? 10 propozycji na wakacje dla wierzących

    fot. Family News Service/Stacja7

    ***

    Nie masz pomysłu na wakacje? Przedstawiamy 10 propozycji na ciekawe i wartościowe spędzenie tego czasu.

    1. Spotkajmy się!

    W wakacje odbywa się wiele interesujących wydarzeń. Jedną z propozycji jest Festiwal Życia w Kokotku, gdzie 4 lipca spotkają się młodzi ludzie z różnych zakątków Polski. Wystąpią znani artyści. Odbędzie się ekstremalny bieg przełajowy. Program wydarzenia jest bardzo bogaty. Szczegóły na festiwalzycia.pl.

    2. Św. Mikołaj – edycja letnia

    Myślałeś kiedyś o wyjeździe na misje? Propozycje wolontariatu można znaleźć w internecie. Nie każdy jednak musi wyjeżdżać w dalekie strony. A gdyby tak przynajmniej na czas wakacji zaangażować się w bezinteresowną pomoc starszej osobie w robieniu zakupów? A może ktoś zwyczajnie potrzebuje twoich odwiedzin? Św. Mikołajem możesz być nie tylko w grudniu.

    3. Pogromca zaległości

    W ciągu całego roku dużo się dzieje, odkładamy ważne sprawy. Wakacje mogą być doskonałym czasem, żeby wreszcie do kogoś zadzwonić, może naprawić zepsutą relację.

    4. Jak mnich w klasztorze

    Nie trzeba być zakonnikiem, żeby poczuć rytm życia klasztornego. Wszystko dzięki możliwości spędzenia czasu w klasztorze w roli gościa. Można m.in. pojechać do słynnych tynieckich benedyktynów albo żyjących szczególnie surowo kamedułów w Krakowie.

    5. Z Biblią w podróży

    Jeśli czujesz, że życie klasztorne to jednak nie twoja bajka, warto poszukać kontaktu ze swoim wnętrzem i naturą, wybierając się np. na wyprawę górską albo wycieczkę rowerową. Dobrze jest wziąć ze sobą Biblię. Ogrody Biblijne w Muszynie (muszynskieogrodybiblijne.pl).

    6. Z krzyżem i różańcem

    Michał Ulewiński to Polak, który w 2020 roku z krzyżem na ramionach przeszedł Polskę wzdłuż i wszerz wypraszając pokój dla ojczyzny. Nie każdy jest w stanie zdobyć się na takie spędzenie wakacji, ale warto się zainspirować. Dawniej niektórzy mierzyli czas lub odległość liczbą odmówionych różańców. Co powiecie na rodzinną wycieczkę z punktu A do B z różańcami w dłoniach?

    7. Autostopowicz-ewangelizator

    Podróże autostopem to nie tylko sposób na spotykanie ciekawych ludzi i niekonwencjonalne podróże. To także doskonała okazja do ewangelizowania. Rozmawiać o wierze można oczywiście także w pociągu, tramwaju czy autobusie.

    8. Zagramy?

    Na wypadek nie najlepszej pogody warto przygotować sobie plan B, czyli pomysł na spędzanie czasu w domu. Niekoniecznie musimy sięgać po gotowe planszówki czy gry komputerowe. A może coś bardziej kreatywnego? Można zawsze pokusić się o stworzenie własnej gry. Jej forma zależy od inwencji twórczej domowników.

    9. Wartościowa lektura – Biblia w 90 dni

    Nie ma to jak wartościowa lektura na wakacje, tym bardziej gdy jest to Biblia. Czas wakacji to dobry moment, żeby przeczytać całą Biblię. Można to zrobić nawet w 90 dni. Warto skorzystać z darmowej aplikacji Biblia90dni, która zadba, żeby nie umknął nam żaden werset. Dla studentów to nawet w sam raz okres trzech wakacyjnych miesięcy.

    10. Bądź kreatywny!

    Numer 10 na naszej liście to zupełnie twój pomysł. Wymyśl coś swojego, co pozwoli Ci spędzić wakacje z Bogiem i drugim człowiekiem.

    kh, Family News Service/Stacja7

    ***

    Niedziela 5 lipca 2026

    Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione

    “Pójść do Jezusa znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż” – mówił papież Leon XIV podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański.

    Naśladowanie Chrystusa jest szkołą wolności

    ***

    Naśladowanie Chrystusa nie jest zadręczającą ascezą, lecz szkołą wolności. Mówił o tym Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” na Placu św. Piotra w Watykanie.

    Papież wskazał, że Bóg lubi objawiać się „prostaczkom”, pozostając ukrytym przed „mądrymi i roztropnymi”, którzy „są tak pełni własnych idei, że nie rozpoznają obecności Chrystusa”. Ludzka mądrość staje się wówczas arogancją, a nauka przeradza się w pychę – zauważył Leon XIV.

    Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione”

    Komentując zachętę Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”, wyjaśnił, że pójść do Jezusa „znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż”. Taki „dar z siebie składany z miłości jest «jarzmem» Jezusa, czyli syntezą Jego nauczania, sercem Jego mądrości, płonącej miłością ku wszystkim”.

    Ciężar krzyża może być „lekki” i „słodki”, ponieważ „Pan niesie go jako pierwszy i razem z nami wszystkimi, nigdy nie zostawiając nas samych w tym, co nas przytłacza”. Jezus „bierze na siebie ludzkość zranioną przez zło, aby ją otoczyć troską”.

    Gdy naśladujemy Chrystusa, nasza droga nie jest zadręczającą ascezą: jest ona szkołą wolności, która poważnie traktuje dramat historii i zawsze rozświetla jego sens, zwłaszcza w najbardziej mrocznych chwilach. Rzeczywiście, tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione; tylko w Jego męce nasze śmiertelne utrudzenie znajduje pociechę i wyzwolenie – przekonywał papież.

    W niewoli Chrystus jest wyzwoleniem. Pod biczem wojny Chrystus jest nadzieją. W godzinie grzechu Chrystus jest przebaczeniem. Taka jest prawdziwa mądrość, droga, którą chcemy iść razem, zjednoczeni jako uczniowie w Jego imię – podkreślił Leon XIV.

    vatican.va – Stacja7.pl

    ***

    Miesiąc Najdroższej Krwi

    Lipiec poświęcony jest czci Najdroższej Krwi Pana Jezusa. W rozważaniach, chcemy pokazać dar, jakim było i jest przelanie przez naszego Odkupiciela drogocennej Krwi.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Boży Syn nie tylko w czasie Męki, ale dużo wcześniej przelewał Krew, by odkupić rodzaj ludzki. Przypominają nam o tym nabożeństwa, które mają na celu uczczenie Męki Pańskiej, ale też te szczególnie poświęcone Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa.

    Na początku spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego lipiec?

    Odpowiedzi poszukajmy w historii, a dokładnie w 1849 roku, kiedy to papież Pius IX dekretem „Redempti sumus” wyznaczył na 1 lipca Święto Najdroższej Krwi Chrystusa (zniesione podczas reformy liturgicznej w 1969). Do rozwoju kultu przyczynił się św. Kasper del Bufalo i założone przez niego Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Św. Kasper, nazwany przez Papieża Jana XXIII prawdziwym i największym na świecie apostołem pobożności do Najdroższej Krwi Jezusa, zdołał, na początku minionego wieku, wprowadzać ją prawie we wszystkich miesiącach roku, na zmianę, w różnych kościołach Rzymu i we wszystkich miastach i wioskach (a były one liczne), które były miejscem jego apostolstwa.

    W Mszale Rzymskim możemy znaleźć formularz Mszy Świętej o Krwi Chrystusa. Został on zatwierdzony przez Benedykta XIV. Święty Jan XXIII zatwierdził do publicznego odmawiania Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa. Uczynił to listem apostolskim „Inde a Primis” z 1960.

    Mimo bogatej historii kultu, nabożeństwo lipcowe jest mało rozpowszechnione na terenie Polski. Sprawowane jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w  Krakowie – Łagiewnikach i w nielicznych parafiach. A przecież praktyka ta nie jest nowa.

    Oto dlaczego tak święto, jak i miesiąc Najdroższej Krwi zostały ustanowione w środku roku prawie, by przypomnieć nam pełnię samego Odkupienia. Ale jest jeszcze inny motyw: właśnie w lipcu życie chrześcijańskie osłabia się, a życie ziemskie nabiera rozmachu i w tym ferworze tryumfuje zło. Dlatego konieczna jest jakaś pomoc, a znaleźć ją można właśnie we Krwi Chrystusa.

    Warto pamiętać, że po maju dla Maryi i czerwcu dla Najświętszego Serca Jezusowego, Kościół świadomie ustalił, że lipiec będzie poświęcony Najdroższej Krwi Jezusa. Lipiec jest centrum roku słonecznego, jest miesiącem nad miesiącami, miesiącem słońca, które praży swym najintensywniejszym skwarem: a Odkupienie nie jest może stołem obfitującym w cudowne źródło – Boskiej Krwi – wlewanej w dusze przez miłość Chrystusa?

     ks. Krzysztof Hawro -Tygodnik Niedziela

    ***

    Krew w Biblii – od symbolu życia do źródła zbawienia

    Krew Chrystusa.png
    opr. PCh24.pl

    ***

    Choć w Starym Testamencie spożywanie krwi było surowo zakazane, to Chrystus nie tylko polecił Apostołom pić swoją Krew, lecz – co więcej – uczynił to warunkiem życia wiecznego. Czy Zbawiciel zniósł starotestamentalne Prawo, czy raczej doprowadził je do pełni?

    Krew utożsamiana z życiem

    Współczesnemu człowiekowi krew kojarzy się przede wszystkim z medycyną. Wiemy, że transportuje tlen do komórek organizmu, znamy rodzaje krwinek, a wyniki badań krwi pomagają diagnozować wiele chorób.

    Izraelici nie posiadali tak rozwiniętej wiedzy medycznej. Dostrzegali jednak prostą zależność: gdy człowiek lub zwierzę traciło krew, następowała śmierć. Krew była więc dla nich znakiem życia. Zresztą także z dzisiejszej perspektywy nie jest to bezpodstawne – przecież zgodnie z tradycyjnym kryterium sercowo-oddechowym śmierć stwierdza się po ustaniu pracy serca i oddechu, czyli wtedy, gdy krew przestaje krążyć w organizmie.

    Zakaz spożywania krwi

    Skoro krew oznaczała życie, a życie należy do Boga, dlatego Pan – najpierw przez Noego, a później przez Mojżesza – zakazał spożywania krwi. Nie była ona uważana za coś nieczystego. Wręcz przeciwnie – była tak święta, że człowiekowi nie wolno było jej spożywać. Zakaz ten pojawia się wielokrotnie na kartach Starego Testamentu:

    Jeżeli ktoś z domu Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się między nimi, będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę oblicze moje przeciwko temu człowiekowi spożywającemu krew i wyłączę go spośród jego ludu. (…). Bo życie wszelkiego ciała jest we krwi jego – dlatego dałem nakaz synom Izraela: nie będziecie spożywać krwi żadnego ciała, bo życie wszelkiego ciała jest w jego krwi. Ktokolwiek by ją spożywał, zostanie wyłączony (Kpł 17,10-11.14).

    Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia (Rdz 9,4).

    Ale się wystrzegaj spożywania krwi, bo we krwi jest życie, i nie będziesz spożywał życia razem z ciałem. Nie będziesz jej spożywał, ale jak wodę na ziemię ją wylejesz (Pwt 12,23-24).

    Krew ocalenia

    W historii Narodu Wybranego symbolika krwi stopniowo nabierała coraz głębszego znaczenia. Po raz pierwszy wyraźnie widzimy to podczas nocy paschalnej, gdy Izraelici opuszczali Egipt. Pokropienie odrzwi domów krwią baranka przynosiło ocalenie od śmierci pierworodnych. Krew stała się więc nie tylko znakiem życia, lecz także znakiem ocalenia:

    I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać. (…) Tej nocy przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej, od człowieka aż po bydło, i odbędę sąd nad wszystkimi bogami Egiptu  – Ja, Pan. Krew posłuży wam do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską (Wj 12,7.12-13).

    Krew Przymierza

    Po przejściu przez Morze Czerwone Izraelici zawarli z Bogiem przymierze na Synaju, a jego pieczęcią stała się właśnie krew. Zanim bowiem Mojżesz otrzymał od Boga Dekalog, pokropił lud krwią na znak przymierza:

    Mojżesz wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: „Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów” (Wj 24,8).

    Krew Przebłagania

    Krew zyskała jeszcze większe znaczenie, kiedy Pan Bóg przekazał Mojżeszowi wytyczne dotyczące składania ofiar, czego szczegółowy opis znajdujemy w pierwszych rozdziałach Księgi Kapłańskiej. Przepisy te określały kto, gdzie i w jaki sposób ma składać ofiary. Tym samym Bóg ustanowił uporządkowany kult.

    Składając ofiary ze zwierząt, kapłani mieli pokropić ołtarz ich krwią, a w przypadku niektórych rodzajów ofiar – wylać ją na podstawę ołtarza. Kilka rozdziałów dalej dowiadujemy się dlaczego tak miało być – skoro krew była znakiem życia należącego do Boga, to właśnie przez nią miało odbywać się pojednanie:

    Życie ciała jest we krwi, a Ja dopuściłem ją dla was [tylko] na ołtarzu, aby dokonywała przebłagania za wasze życie, ponieważ krew jest przebłaganiem za życie (Kpł 17,11).

    Stary Testament przygotowaniem do Chrystusa

    Czytając kolejne księgi Starego Testamentu, łatwo zauważyć, że znaczenie krwi stopniowo wzrastało. Swój szczyt osiągnęło ono jednak dopiero w Nowym Przymierzu ustanowionym przez Chrystusa. Znaczenie Jego krwi przekroczyło wszystko, co zapowiadały wcześniejsze ofiary.

    Wydarzenia Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku nadały całej wcześniejszej symbolice ostateczny sens. Ostatnia Wieczerza oraz Ofiara Krzyża nie były zerwaniem ze Starym Testamentem, lecz jego wypełnieniem.

    Widać zatem jasno, że rosnące znaczenie krwi w historii Izraela było przygotowaniem do jedynej i doskonałej Ofiary Chrystusa oraz ustanowienia Eucharystii.

    Noc Ostatniej Wieczerzy

    Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus przemienił wino w swoją Krew i polecił Apostołom pić ją „na Jego pamiątkę”. Czy oznaczało to złamanie starotestamentalnego zakazu spożywania krwi? Nie. Dawne ograniczenie wynikało z faktu, że krew oznaczała życie należące do Boga, którego człowiekowi nie wolno było sobie samowolnie przywłaszczać.

    W Eucharystii sytuacja jest jednak zupełnie inna – to nie człowiek przywłaszcza sobie krew, lecz sam Bóg daje mu swoją Krew jako napój. Tylko Chrystus mógł powiedzieć: „Pijcie z niego wszyscy”, ponieważ dał ludzkości nie krew zwierzęcia ani człowieka, lecz swoje własne życie jako dar dla świata. Nie jest to więc zniesienie dawnego prawa, lecz jego doskonałe wypełnienie.

    Co więcej, Jezus uczynił spożywanie swojego Ciała i Krwi warunkiem życia wiecznego. Mówi o tym wyraźnie w mowie eucharystycznej zapisanej w szóstym rozdziale Ewangelii według św. Jana:

    Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,53-58).

    Szósty rozdział Ewangelii św. Jana ma szczególne znaczenie teologiczne. Łączy on bowiem cud rozmnożenia chleba z zapowiedzią Eucharystii oraz z mową eucharystyczną Jezusa. W ten sposób Chrystus przygotowuje uczniów na wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, podczas której rzeczywiście przemieni chleb i wino w swoje Ciało i Krew. Mowa eucharystyczna stanowi zarazem mocny argument przeciwko protestanckiej interpretacji Eucharystii jako jedynie symbolu. Słowa Zbawiciela wskazują bowiem, że nie chodzi jedynie o duchowe czy metaforyczne przyjmowanie Ciała Pańskiego, lecz o rzeczywiste spożywanie Jego Ciała i Krwi pod postaciami chleba i wina.

    Ofiara Krzyża

    Pełne znaczenie symboliki krwi objawiło się jednak dopiero na Golgocie. Tak jak krew baranka paschalnego ocaliła Izraelitów od śmierci, tak Krew Chrystusa przelana na krzyżu przynosi wybawienie od grzechu i śmierci wiecznej.

    Od tej chwili starotestamentalne ofiary utraciły swoją skuteczność, ponieważ zostały wypełnione przez jedyną i doskonałą Ofiarę Chrystusa. Nie ma już potrzeby składania w ofierze kozłów czy cielców, a nawet gdyby ktoś to uczynił, ofiary te nie mogłyby już zgładzić grzechów (!)

    Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu – pisze autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 9,11-14).

    Kilka wersetów dalej dodaje:

    Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej [świątyni], ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, ani nie po to, aby się wielekroć sam miał ofiarować, jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą, gdyż w takim przypadku musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków, aby zgładzić grzech przez ofiarę z samego siebie (Hbr 9,24-26).

    Przytoczony fragment Nowego Testamentu jasno dowodzi, że przebłagania za grzech dokonuje już nie krew zwierząt, lecz wyłącznie Krew Chrystusa przelana raz na zawsze na krzyżu. My zaś możemy korzystać z tego wielkiego daru przystępując do sakramentu spowiedzi świętej. Jak mówił abp Fulton Sheen w jednej ze swoich nauk rekolekcyjnych:

    Za każdym razem, gdy kapłan podnosi rękę w konfesjonale, spływa z niej krew. Za każdym razem, gdy grzeszymy, naszą nadzieją na natychmiastowe odpuszczenie jest odwołanie się do Krwi Chrystusa.

    Nabożeństwo do Najdroższej Krwi Chrystusa

    Do reformy kalendarza liturgicznego w 1969 roku, Najdroższą Krew Chrystusa czczono specjalnym świętem obchodzonym 1 lipca, co wciąż praktykują wierni przywiązani do tradycyjnej formy Mszy Świętej. Niestety w nowym kalendarzu liturgicznym tajemnica ta została połączona z uroczystością Bożego Ciała, tworząc jedną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Teksty liturgiczne na ten dzień skupiają się jednak na tajemnicy Eucharystii, co oznacza, że tajemnica Najdroższej Krwi Pańskiej została niejako pominięta.

    Z tym świętem wiązała się również piękna tradycja poświęcenia całego lipca Najdroższej Krwi Chrystusa oraz odmawiania Litanii do Krwi Chrystusa. Może warto dziś do tej praktyki powrócić. Tak jak maj jest miesiącem nabożeństw maryjnych, a czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, tak również lipiec mógłby stać się czasem szczególnej modlitwy do Najdroższej Krwi Chrystusa i ponownego odkrywania tajemnicy naszego odkupienia.

    PCh24.pl – Adrian Fyda

    ***

    Litania do Najdroższej Krwi Pana Jezusa

    Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc lipiec 2026 roku

    Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:

    – Módlmy się o szacunek i ochronę ludzkiego życia na wszystkich jego etapach, a także by było ono uznawane za dar Boga.

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    1) Dziękujemy Ci Najdroższy nasz Zbawicielu, że Twoja Krew nieustannie oczyszcza nas w sakramencie pojednania i umacnia w Eucharystii.

    2) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    3) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    Dodatkowe intencje dla Róż:

    R11 – św. Moniki, R15 -Matki Bożej Częstochowskiej II i R20 – bł. Pauliny Jaricot: 

    Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    R18 – bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

    ***

    Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ***

    Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:

    • Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
    • Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
    • Dni w których można uzyskać odpust zupełny:

    1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca

    2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)

    3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)

    4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)

    5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)

    6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)

    7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)

    8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)

    ***

    Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:

    1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę

    2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski

    3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa

    5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie

    6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne

    7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych

    8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową

    10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie

    11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz

    12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie

    13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba

    14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem

    15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba

    Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.

    Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.

    Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.

     ***

    Znamy cuda św. Szarbela.

    Czas poznać tajemnicę jego modlitwy

    szarbel.jpg
    św. Szarbel

    ***

    Św. Szarbel kojarzy się milionom wiernych przede wszystkim z niezwykłymi cudami i uzdrowieniami. Tymczasem najnowsza książka ks. dr. Jerzego Jastrzębskiego Maryja oczami św. Szarbela. Rozważania różańcowe pisane w Libanie zaprasza do odkrycia tego, co było źródłem świętości libańskiego mnicha – jego głębokiej modlitwy oraz niezwykłej relacji z Matką Bożą. To duchowa podróż do Libanu i szkoła zawierzenia prowadzona przez jednego z największych mistyków naszych czasów.

    Fenomen św. Szarbela trwa

    Fenomen św. Szarbela nie słabnie. Do jego grobu w Annaya w Libanie każdego roku przybywają pielgrzymi z całego świata, również z Polski. Za jego wstawiennictwem odnotowano już ponad 45 tysięcy łask i cudów, a świadectwa uzdrowień i nawróceń sprawiają, że kult libańskiego mnicha wciąż dynamicznie się rozwija.

    Coraz więcej osób pielgrzymuje do miejsc związanych z jego życiem. Zachwycamy się niezwykłymi znakami, których doświadczały tysiące ludzi. Jednak obok fascynacji cudami rodzi się jeszcze jedno pytanie: skąd brała się świętość człowieka, przez którego Bóg działa z tak niezwykłą mocą?

    Mniej o cudach, więcej o modlitwie

    Na to pytanie odpowiada najnowsza książka ks. dr. Jerzego Jastrzębskiego Maryja oczami św. Szarebla. Powstała podczas pielgrzymki autora do Libanu, gdzie – modląc się w miejscach związanych ze św. Szarbelem – pisał kolejne rozważania różańcowe.

    Jak zauważa sam autor, o cudach św. Szarbela powiedziano już bardzo wiele. Znacznie mniej wiemy natomiast o jego codziennej modlitwie, duchowości i niezwykłej więzi z Maryją. To właśnie ta relacja była jednym z fundamentów jego świętości.

    Maryja zajmowała wyjątkowe miejsce w życiu św. Szarbela. W jego celi wisiał obraz Matki Bożej Pompejańskiej, a różaniec był jedną z najważniejszych dróg prowadzących go do Chrystusa. To od Matki Bożej uczył się pokory, milczenia, wierności i całkowitego oddania Bogu. Ks. Jerzy Jastrzębski prowadzi czytelnika właśnie tą drogą. Pokazuje Maryję jako Orędowniczkę i Nauczycielkę zawierzenia oraz pomaga odkryć, jak tę drogę przeżywał św. Szarbel. Dzięki temu różaniec przestaje być jedynie powtarzaniem modlitw, a staje się drogą głębokiego spotkania z Jezusem.

    Duchowa pielgrzymka do Libanu

    Maryja oczami św. Szarbela jest czymś więcej niż zbiorem medytacji. To zaproszenie do wejścia w duchowość Kościoła maronickiego i modlitwy, która przez wieki kształtowała świętych Wschodu. Książkę wzbogacają przesłania św. Szarbela, świadectwa działania Boga przez jego wstawiennictwo oraz fragmenty starochrześcijańskich hymnów św. Efrema Syryjczyka – jednego z największych poetów i teologów pierwszych wieków chrześcijaństwa, którego tekstami modlili się mnisi maroniccy, a najprawdopodobniej także sam św. Szarbel.

    Nowa książka ks. Jerzego Jastrzębskiego nie opowiada jedynie o libańskim mnichu. Jest przede wszystkim propozycją dla tych, którzy chcą pogłębić swoją modlitwę i odkryć różaniec jako drogę prowadzącą do żywej relacji z Chrystusem.

    W czasie, gdy tysiące ludzi szukają u św. Szarbela nadzwyczajnych łask, autor przypomina, że największy cud dokonywał się każdego dnia w jego sercu – w cichej, wiernej modlitwie i całkowitym zawierzeniu Maryi. To właśnie do tej szkoły modlitwy zaprasza czytelników książka Maryja oczami św. Szarbela.

    PCh.24.pl

    ***

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     ***

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ***

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

    ***

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    Pierwszy Piątek Miesiąca – 5 lipca 2026

    W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00

    Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    fot. wikipedia

    ***

    Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.

    Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.

    Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele

    Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. 

    27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. 

    Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa. 

    12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    1. Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
    2. pokój w rodzinach;
    3. pocieszenie w strapieniach;
    4.  opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
    5. błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
    6. 6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
    7. oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
    8. gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
    9. Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
    10. imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
    11. kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
    12. Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.

    Stacja7.pl (tekst pochodzi z Modlitewnika czerwcowego pt. „Twemu Sercu cześć składamy.)

    ***

    Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?

    fot. Canva.cof

    ***

    Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.

    W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele. 

    Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?

    Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.

    1. Różne przedmioty istotne

    Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.

    2. Różne przedmioty rzeczowe

    Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe. 

    3. Inna istota nabożeństwa

    Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie. 

    4. Czas uprzywilejowany

    Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.

    Stacja7.pl

    ***

    Pierwsza Sobota Miesiąca – 4 lipca 2026

    w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00

    Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.

    Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny

    Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca

    WPROWADZENIE

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ***

    RATUNEK  DLA  ŚWIATA  W  SERCU  NIEPOKALANEJ

    Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo,  gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?

    Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.

    Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie  aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.

    Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.

    Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:

     „Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została  przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].

    Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem  i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.

    Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.

    Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz  nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.

    W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI  zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.

    Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu  aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].

    Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]  

    Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie  – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu  pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa  Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].

    Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.

    A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?  

    To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!

    To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.

    W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.

    Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.

    Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi

    8 września 1946 r.

    Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.

    Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.

    Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.

    Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.

     (do prywatnego odmawiania)

    Niepokalana Matko Zbawiciela, Bogarodzico Dziewico Maryjo!

    Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.

    *Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)

    [1]   L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,

         Zakopane-Krzeptówki, s.1.

    [2]   L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka

         Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu 

         poświęcenia, oraz jego teologiczne uzasadnienie.

    [3]   por., dz. cyt., s. 152.

    [4]   por., ks. M. Drozdek, Orędzie fatimskie na polskiej ziemi, Fons omnis 2008, s. 24 nn.

    [5]   por.: Czy pamiętamy nasze ślubowania, Archiwum S.F. Zakopane-Krzeptówki, s. 3.

    [6]   L. Balter, dz. cyt. s. 162 nn.

    [7]   tamże, s. 168.

    [8]   por., tamże, s.168-9.

    [9]   por., tamże, s. 170.

     ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski

    ***

    Święcenia w Bractwie św. Piusa X – rana na Ciele Chrystusa

    Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców. 

    Święcenia otrzymali Pascal Schreiber ze Szwajcarii, Pascal Schreiber z USA oraz dwaj Francuzi: Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier.EPA/CYRIL ZINGARO

    ***

    Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców. 

    To bardzo smutny dzień. Lipiec – miesiąc poświęcony Najświętszej Krwi Chrystusa, przelanej za nas na krzyżu – rozpoczął się od potężnej rany, zadanej Jego Ciału. Bo święcenia biskupie, udzielone wbrew woli papieża czterem prezbiterom Bractwa św. Piusa X, są zadaniem rany Kościołowi. Momentem bolesnym i trudnym dla całej wspólnoty.

    Liturgia, sprawowana w szwajcarskim Écône, rozpoczęła się od pytania konsekratora: „Czy macie mandat apostolski?”. Oczywiście nie mogła tutaj paść odpowiedź twierdząca. Zamiast tego notariusz, otwierając dokument przypominający bullę, odczytał długie uzasadnienie dzisiejszej konsekracji. Oprócz powoływania się na wyjątkowe okoliczności, wśród argumentów padł i taki: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy”. 

    Chwilę później kandydaci na biskupów złożyli przysięgę wierności wobec urzędu papieskiego, w której padła także deklaracja „Będę zwalczał i ścigał wedle mojej mocy heretyków, schizmatyków i buntowników wobec naszego Ojca Świętego – papieża i jego następców”. Przysięga ta składana w sytuacji jawnego buntu przeciwko papieskiej decyzji brzmi przynajmniej groteskowo. 

    Inaczej niż w 1988

    Na naszych oczach kolejny raz dochodzi do podziału wewnątrz Kościoła. Papież Leon XIV nazwał wczoraj decyzję bractwa rozdzieraniem tkanej Tuniki Chrystusa. Ktoś powie – nie pierwszy raz, przecież w 1988 roku abp Marcel Lefebvre udzielił już sakry biskupiej wbrew Rzymowi. Dzisiejsza sytuacja jest jednak inna. Wówczas osoby przywiązane do dawnej liturgii nie miały możliwości uczestniczyć w niej poza Bractwem. 

    Po konsekracji biskupów Jan Paweł II powołał komisję Ecclesia Dei, aby objąć opieką wiernych, którzy chcieli uczestniczyć w dawnej formie liturgii, a jednocześnie pozostać wiernymi Kościołowi. Na jej kanwie powstało Bractwo św. Piotra i instytuty i stowarzyszenia, jak Instytut Dobrego Pasterza czy Instytut Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana. Dzięki nim istnieje możliwość uczestnictwa w Eucharystii, sprawowanej według dawnego mszału. 

    Papież Franciszek w motu proprio Traditionis Custodes nałożył na taką liturgię poważne ograniczenia. Być może dobrym pomysłem byłoby zrewidowanie przez Stolicę Apostolską zapisów tego dokumentu i złagodzenie niektórych decyzji, tak, aby wierni mieli możliwość regularnego uczestnictwa w wybranej przez siebie formie liturgii. Nie można dziś jednak powiedzieć, że tylko Bractwo zachowało tradycyjną formę rytu rzymskiego – można w niej uczestniczyć w pełnej jedności z Kościołem. 

    Zwolennicy Bractwa wytykają papieżowi, że spotyka się z niekatolikami, a nie odpowiedział na prośbę przełożonego generalnego o osobistą audiencję. To prawda, Leon XIV nie spotkał się z ks. Davidem Pagliaranim. Jednak natychmiast po ogłoszeniu decyzji o święceniach na spotkanie zaprosił go kard. Victor Manuel Fernandez, prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Po tym spotkaniu przełożony Bractwa napisał list, w którym wyraźnie napisał, że nie może zaakceptować perspektywy ani celów, w imię których Dykasteria proponuje wznowienie dialogu w obecnej sytuacji. Następnie wylicza przeszkody, które czynią dialog niemożliwym do podjęcia. Zerwanie dialogu było więc decyzją Bractwa, nie Stolicy Apostolskiej. Trudno zrozumieć, dlaczego po liście, który tak jednoznacznie zamyka drogę do porozumienia, członkowie Bractwa uważają, że papież popełnił błąd, nie spotykając się z ks. Pagliaranim.

    Z papieżem czy przeciw niemu?

    Dzisiejsza homilia, wygłoszona przez przełożonego bractwa, nie pozostawiała wątpliwości, że dla Bractwa dzisiejszy dzień jest wielkim świętem. Nie dało się w niej wyczuć smutku, że do święceń dojść musiało. Przeciwnie – wygłoszona została w tonie triumfalizmu, ze wskazaniem błędów Stolicy Apostolskiej. Kaznodzieja przekonywał, że tylko Bractwo zachowało pełnię wiary katolickiej. Połączenie tych słów z kolejny raz wypowiedzianą deklaracją miłości do papieża kolejny raz zabrzmiało ironicznie. 

    Zaledwie przedwczoraj w Kościele obchodziliśmy uroczystość świętych Piotra i Pawła. Także w kalendarzu przedsoborowym to święto przypada 29 czerwca i także tam w liturgii odczytywana jest Ewangelia, w której Piotr deklaruje: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. W odpowiedzi Jezus mówi Piotrowi, że stanie się fundamentem Kościoła i dodaje: „cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. 

    Najtrudniejsza lekcja o „braciach odłączonych”

    W sporze z Bractwem św. Piusa X nie chodzi tylko o przywiązanie do „starej” formy mszy. Problem leży znacznie głębiej: w rozumieniu istoty Kościoła i Tradycji. A jeszcze głębiej: w poważnym traktowaniu słów Jezusa, dotyczących prymatu Piotra. Członkowie Bractwa negują zapisy dokumentów Soboru Watykańskiego II – dokumentów podpisanych przez papieży, przyjętych jako nauczanie Kościoła i włączonych w część Tradycji. Odrzucanie ich musi stawiać pytanie o wierność słowom Chrystusa, który nadał papieżom władzę podejmowania decyzji, dotyczących Kościoła na ziemi. 

    Swoim czynem biskupi-konsekratorzy i nowowyświęceni biskupi zaciągnęli na siebie ekskomunikę z mocy samego prawa. Być może w najbliższych dniach dowiemy się o innych konsekwencjach, które wyciągnie Stolica Apostolska. Warto wówczas pamiętać, że kary kościelne nie są narzędziem zemsty, a ich nałożenie nie powinno wywoływać żadnej satysfakcji u „prawowiernych” członków Kościoła. Ekskomunika jest karą naprawczą, której celem jest skłonienie ukaranego do refleksji, żalu i nawrócenia, a w konsekwencji do pełnego powrotu do jedności z Kościołem. I właśnie o taką pełną jedność dla tych, którzy dziś zaciągnęli na siebie karę ekskomuniki, powinniśmy się modlić. 

    Agnieszka Huf – Tygodnik Niedziela

    ***

    Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i Stolica Apostolska – pół wieku konfliktu o liturgię i doktrynę

    Konflikt między Bractwem Kapłańskim św. Piusa X a Stolicą Apostolską trwa już ponad pół wieku. Zapowiedziane przez Bractwo wyświęcenie 1 lipca czterech kapłanów na biskupów dopisze do niego kolejny rozdział. Od Soboru Watykańskiego II (1962-1965) mniejszość tradycjonalistów sprzeciwia się modernizacji Kościoła katolickiego i jego liturgii. Centralnym punktem sporu jest celebracja tzw. tradycyjnej Mszy łacińskiej. Wykaz kluczowych wydarzeń w konflikcie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Rzymem z opublikowała niemiecka agencja katolicka KNA.

    Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru./unsplash

    ***

    Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru.unsplash

    1962–1965: Sobór Watykański II podejmuje decyzję o modernizacji Kościoła katolickiego. Niewielka mniejszość odrzuca reformy; krytykuje m.in. otwarcie ekumeniczne, deklarację o wolności religijnej i innowacje w liturgii.

    1970: Arcybiskup Marcel Lefebvre, uczestnik Soboru, zakłada Bractwo św. Piusa X, początkowo uznawane przez Kościół. Zarzuca Kościołowi rzymskokatolickiemu, że poprzez Sobór i późniejszą reformę liturgiczną zniszczył tradycję Kościoła.

    1975: Rzym cofa kanoniczną legitymację Bractwa św. Piusa X w Écône, w szwajcarskim kantonie Valais.

    1976: papież Paweł VI zawiesza abp. Lefebvre’a w pełnieniu obowiązków biskupich. Arcybiskup nadal jednak wyświęca księży.

    1984: Jan Paweł II zezwala pod pewnymi warunkami na Mszę trydencką według Mszału z 1962 roku, wychodząc tym samym naprzeciw lefebrystom.

    1988: Prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph Ratzinger negocjuje kompromis z abp. Lefebvre’em, który na krótko przed podpisaniem arcybiskup odrzuca i 30 czerwca, wbrew zakazowi papieża, udziela sakry biskupiej czterem księżom. Skutkuje to ekskomuniką zaangażowanych, którą papież formalnie ogłasza.

    Natomiast lefebryści nadal uważają się za członków Kościoła. Papież powołuje Komisję „Ecclesia Dei” do dialogu z tradycjonalistami. Niektóre grupy, takie jak tradycjonalistyczne Bractwo Kapłańskie św. Piotra, zostają ponownie zintegrowane z Kościołem katolickim.

    1991: Śmierć abp. Lefebvre’a. Jego następcą na stanowisku przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X jest szwajcarski biskup Bernard Fellay, którego sam wyświęcił.

    2005: Bp Fellay wita wybór kard. Josepha Ratzingera na papieża jako „promień nadziei”. W sierpniu bp Fellay zostaje przyjęty przez Benedykta XVI. Według Watykanu, ich rozmowa ujawnia „pragnienie osiągnięcia pełnej wspólnoty”.

    2007: W liście apostolskim „Summorum Pontificum” Benedykt XVI zezwala na odprawianie Mszy św. według rytu z 1962 roku. Obecnie nazywa się to nadzwyczajną formą rytu rzymskiego.

    Koniec 2008: w imieniu czterech biskupów, bp Fellay prosi o zniesienie ekskomuniki. Zapewnia o uznaniu prymatu papieskiego i akceptacji nauczania papieża.

    Styczeń 2009: Kongregacja ds. Biskupów znosi ekskomunikę czterech biskupów z Bractwa św. Piusa X. Niemal jednocześnie przypomniano wywiad dla telewizji szwedzkiej, w którym jeden z biskupów, Richard Williamson, zaprzecza Holokaustowi oraz istnieniu komór gazowych. Pomimo próśb Rzymu, nie wycofuje swoich wypowiedzi.

    Marzec 2009: Benedykt XVI pisze do wszystkich biskupów Kościoła powszechnego i przyznaje się do błędów proceduralnych Kurii w sprawie bp. Williamsona. Jednocześnie potwierdza swój zamiar przywrócenia Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do Kościoła katolickiego.

    Wrzesień 2011: Stolica Apostolska przedstawia kierownictwu Bractwa do podpisu „deklarację doktrynalną” dotyczącą fundamentalnych zasad nauczania katolickiego. W marcu 2012 r. Rzym odrzuca odpowiedź Bractwa jako niewystarczającą.

    Marzec 2013: Po wyborze papieża Franciszka, przełożony dystryktu Bractwa św. Piusa X w Ameryce Południowej, ks. Christian Bouchacourt, oświadczył, że postrzega nowego papieża jako „idealistycznego apostoła ubóstwa z lat 70.”. Jego zdaniem, były arcybiskup Buenos Aires uprawia „wojowniczą pokorę, która może okazać się upokarzająca dla Kościoła”.

    Wrzesień 2014: Kard. Gerhard Ludwig Müller, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, po raz pierwszy spotkał się z bp. Fellayem. Obaj wyrazili nadzieję na „całkowite pojednanie”, jak później oświadczył Watykan.

    Wrzesień 2015: W Roku Świętym Miłosierdzia papież Franciszek zezwolił wszystkim wiernym na ważną spowiedź u kapłanów Bractwa. Później przedłużył tę decyzję.

    Lato 2016: Negocjator watykański ogłasza, że bp Fellay zaakceptował propozycję utworzenia dla Bractwa „prałatury personalnej” w Kościele, na wzór Opus Dei.

    Styczeń 2017: Bp Fellay opowiada się za zakończeniem separacji od Rzymu. Zapowiada, że porozumienie jest „w drodze”. Nie trzeba czekać, aż sytuacja wewnątrz Kościoła będzie „absolutnie satysfakcjonująca”.

    Kwiecień 2017: Watykan sugeruje biskupom lokalnym uznanie małżeństw kościelnych osób ze wspólnoty tradycjonalistycznej. Podobnie jak w przypadku ważności spowiedzi, celem jest „przywrócenie pełnej wspólnoty Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Kościołem”.

    2018: Bractwo Kapłańskie św. Piusa X wybiera Włocha, ks. Davide Pagliaraniego na nowego przełożonego generalnego. Jego oświadczenia od tego czasu nie pozostawiają wiele miejsca na pojednanie.

    Lipiec 2021: Papież Franciszek ogranicza odprawianie trydenckiej Mszy. W motu proprio „Traditionis custodes” ustanawia Mszę wg Mszału z 1970 roku jako „jedyny wyraz” obrządku rzymskiego. Nadzwyczajna forma rytu rzymskiego, na którą Benedykt XVI zezwolił na szerszą skalę w 2007 roku, może być teraz sprawowana wyłącznie za zgodą biskupa miejsca i na bardziej rygorystycznych warunkach. Poprzednia praktyka powodowała zbyt duże podziały.

    Styczeń 2025: Po śmierci bp. Richarda Williamsona (inny biskup, Bernard Tissier de Mallerais zmarł w październiku 2024 roku), w Bractwie św. Piusa X pozostało tylko dwóch biskupów konsekrowanych w 1988 roku.

    Maj 2025: Nowym papieżem zostaje wybrany Amerykanin Robert Francis Prevost. Leon XIV chce nawiązać dialog z tymi, którzy opowiadają się za starym rytem Mszy św. „Stało się to tak spolaryzowaną kwestią, że ludzie często nie są gotowi słuchać się nawzajem” – mówił papież w jednym z wywiadów.

    Luty 2026: Bractwo św. Piusa X ogłasza nowe święcenia biskupie na 1 lipca; byłoby to ponownie aktem schizmy. Watykan zaprasza do rozmów, ale pozostają one bezowocne.

    Maj 2026: Dykasteria Nauki Wiary ponownie zakazuje święceń; nie ma na nie zgody papieża. Naruszający te zasady zostaną ekskomunikowani, tzn. wykluczeni ze wspólnoty kościelnej.

    29 czerwca 2026: w uroczystości świętych Piotra i Pawła, na dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy, Leona XIV wysyła list do przełożonego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Prosi o odstąpienie od tego zamiaru i raz jeszcze zapewnia, że „Kościół jest gotów podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną”.

    Gość Nieedzielny

    ***

    Watykan ogłosił ekskomunikę po konsekracjach biskupów Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

    Opublikowano: 2 lipca 2026

    Dokument, podpisany przez kardynała prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kard. Víctora Manuela Fernándeza, określa obrzęd dokonany 1 lipca jako „czyn o naturze schizmatyckiej”.

    fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)

    Biskupi Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X – Alfonso de Galarreta i Bernard Fellay (odpowiednio główny konsekrator i współkonsekrator) oraz nowo konsekrowani biskupi Pascal Schreiber, Michael Goldade, Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier zaciągnęli „ipso facto” ekskomunikę „latae sententiae”, zarezerwowaną Stolicy Apostolskiej, za dokonanie „czynu o naturze schizmatyckiej”, jakim była „konsekracja biskupia czterech prezbiterów bez papieskiego zlecenia i wbrew woli Papieża”.

    Taka jest treść dekretu podpisanego przez kardynała Víctora Manuela Fernándeza, prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kontrasygnowanego przez dwóch sekretarzy tejże Dykasterii. Jest to – niestety zapowiadany – finał wydarzeń, który nastąpił dwadzieścia cztery godziny po uroczystej ceremonii sprawowanej w Écône w Szwajcarii rankiem 1 lipca 2026 roku.

    Dekret dawnego Świętego Oficjum potwierdza, że zarówno biskupi udzielający konsekracji, jak i ci, którzy ją przyjęli, zaciągnęli przewidzianą ekskomunikę. Jest to bolesny finał wydarzeń, będący konsekwencją decyzji podjętej przez lefebrystów wbrew wielokrotnie wyrażanej woli Papieża Leona XIV. Ekskomunika odłącza od Kościoła rzymskiego zarówno biskupów, jak i kapłanów należących do Bractwa Świętego Piusa X. Jeżeli chodzi o wiernych świeckich, za ekskomunikowanych należy uważać tych, którzy formalnie przystąpili do Bractwa. Szczegóły zawarte są w „Nocie wyjaśniającej”, opublikowanej przez Dykasterię równocześnie z dekretem o ekskomunice, której pełny tekst zamieszczamy poniżej.

    Nota Dykasterii:

    Od czasów św. Pawła VI aż po ostatnie rozmowy, które odbyły się niedawno w tej Dykasterii, liczne próby doprowadzenia członków ruchu zapoczątkowanego przez abp. Marcela Lefebvre’a do pełnej komunii z Kościołem katolickim okazały się daremne.

    Sytuacja ta uległa dalszemu pogorszeniu wskutek ostatnich konsekracji biskupich dokonanych bez papieskiego zlecenia, wbrew woli Ojca Świętego oraz z jawnym naruszeniem prawa kanonicznego. W związku z tym Dykasteria, wiernie wykonując powierzone jej zadania, uznaje za konieczne stwierdzić, że czyn ten stanowi przestępstwo schizmy, pociągające za sobą przewidziane przez prawo kanoniczne konsekwencje dla duchownych oraz zaangażowanych wiernych świeckich.

    Jak już bowiem stwierdzono w 1988 roku, „takie nieposłuszeństwo – niosące ze sobą praktyczne odrzucenie prymatu Biskupa Rzymu – stanowi czyn schizmatycki” (por. Jan Paweł II, List apostolski Ecclesia Dei, nr 3).

    W związku z powyższym, od tej chwili:

    1. Duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X znajdują się w schizmie i dlatego należy ich uważać za schizmatyków (por. Ecclesia Dei, nr 5 c; Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych, Nota wyjaśniająca dotycząca ekskomuniki za schizmę, w którą popadają członkowie ruchu biskupa Marcela Lefebvre’a, 24.08.1996, nr 5-6). W związku z tym podlegają oni ekskomunice przewidzianej przez prawo kanoniczne (kan. 1364 § 1 KPK).
    2. W odniesieniu do wiernych świeckich za schizmatyków i ekskomunikowanych należy uznać tych, którzy formalnie przystępują do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X na warunkach określonych w Nocie wyjaśniającej Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych z 1996 roku (por. tamże, nr 7), która nadal zachowuje moc obowiązującą i którą niniejsza Dykasteria przyjmuje jako własną.
    3. Na zakończenie informuje się święty Lud Boży, że duchowni Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X sprawują sakramenty w sposób niegodziwy (illicite), a sakrament pokuty udzielany przez nich oraz małżeństwa, przy zawieraniu których asystują, są nieważne.

    Kościół, jako troskliwa Matka, z serdeczną miłością i żywą troską przyjmie wszystkich, którzy pragną powrócić do pełnej komunii. Nuncjusze Apostolscy określą procedury, z których ordynariusze będą mogli korzystać w poszczególnych przypadkach.

    Na koniec zachęca się wszystkich wiernych, aby trwali niewzruszenie w komunii z Biskupem Rzymu, z biskupami pozostającymi z nim w jedności oraz z całym Kościołem (por. Lumen Gentium, nr 22; kan. 751 KPK), a także powstrzymywali się od uczestnictwa w celebracjach liturgicznych i działalności organizowanej przez wspomniane Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X.

    Stacja7.pl

    ***

    2 lipca 2026

    Ekskomunika dla biskupów, ale co z wiernymi?

    Ks. prof. Piotr Majer wyjaśnia decyzję Watykanu

    fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)/ Ks. prof. Piotr Majer (upjp2)

    ***

    Czy wierni uczestniczący w działalności Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X mogą popaść w ekskomunikę? Po najnowszej decyzji Watykanu wyjaśnia to ks. prof. Piotr Majer, wskazując na różnicę między formalnym przynależeniem a okazjonalnym udziałem w liturgii.

    Dykasteria do spraw Nauki Wiary wydała dekret potwierdzający ekskomunikę biskupów wyświęconych bez mandatu Stolicy Apostolskiej oraz notę wyjaśniającą konsekwencje kanoniczne dla duchownych i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X. Co dokładnie oznacza ta decyzja, kogo obejmuje i dlaczego argumenty Bractwa o “stanie wyższej konieczności” nie znajdują uznania w oczach Kościoła – w rozmowie z KAI wyjaśnia ks. prof. Piotr Majer, kanonista z UPJPII. 


    Dawid Gospodarek (KAI): Wczoraj w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X wyświęcono czterech biskupów bez zgody papieża, podobnie jak w 1988 r. zrobił to założyciel Bractwa, abp Marcel Lefebvre. Ostrzegano, że ten czyn pociąga za sobą ekskomuniki, jednak Bractwo nie przejęło się tym. Dziś rano oficjalnie zareagowała Stolica Apostolska. 

    Ks. Piotr Majer: Dziś Dykasteria Nauki Wiary wydała w tej sprawie dwa dokumenty. Pierwszy to dekret Dykasterii, w którym deklaruje się karę ekskomuniki – zarówno za przestępstwo konsekrowania biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej, jak i za przestępstwo schizmy, do którego doszło. Ekskomunika ta jest automatyczna, działa mocą samego czynu (latae sententiae). Prawo kanoniczne przewiduje jednak zaostrzenie skutków takiej kary, jeżeli zostaje ona deklarowana, czyli oficjalnie potwierdzona i podana do publicznej wiadomości.

    To właśnie ma miejsce niestety dzisiaj, po ogłoszeniu dekretu Dykasterii do spraw Nauki Wiary. Warto zwrócić uwagę, że w dekrecie wymienia się dwa przestępstwa. Pierwsze to konsekrowanie biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej – kanon 1387 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Karę ekskomuniki za to przestępstwo zaciąga główny konsekrator, czyli bp Alfonso de Galarreta, a także ci, którzy przyjęli od niego święcenia biskupie – w dekrecie wymienione są nazwiska czterech wyświęconych wczoraj, niegodziwie, biskupów. Wszyscy oni zaciągnęli także ekskomunikę za drugie przestępstwo – schizmę (kan. 1364 § 1 KPK). Natomiast biskup, który był współkonsekratorem – Bernard Fellay – zaciągnął ekskomunikę za akt schizmatycki, i ta ekskomunika również została zadeklarowana. 

    Oprócz dekretu Dykasteria wydała także Notę wyjaśniającą, w której nawiązuje się do listu apostolskiego świętego Jana Pawła II z 1988 r. oraz do dokumentu ówczesnej Papieskiej Rady do spraw Tekstów Prawnych z 1996 r. W Nocie wyjaśnia się, że wszyscy “święci szafarze”, czyli duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, znajdują się w schizmie, mają być uważani za schizmatyków i zaciągają ekskomunikę przewidzianą przez prawo za przestępstwo schizmy.

    Co ciekawe, w punkcie trzecim tej noty wyraźnie potwierdza się, że duchowni ci niegodziwie sprawują sakramenty, a sprawowany przez nich sakrament pokuty oraz asystowanie przy zawieraniu małżeństwa są nieważne. Tym samym odwołane zostaje upoważnienie do spowiadania, którego w 2015 r. udzielił kapłanom Bractwa papież Franciszek, a które potem przedłużył do odwołania. Budziło to niegdyś pewne niezrozumienie, bo o tym, że duchowni ci są obłożeni karami kościelnymi, mówiło się już od dawna, a mimo to – choć Kościół uznawał ich za schizmatyków – papież udzielił im upoważnienia do spowiadania. Dla mnie, jako kanonisty, było to trudne do pogodzenia, a nawet wewnętrznie sprzeczne. Z dzisiejszego dokumentu wynika, że tamten akt papieża Franciszka już nie obowiązuje – księża Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie mają więc upoważnienia ani do spowiadania, ani do asystowania przy zawieraniu małżeństw.

    W Nocie wyjaśniającej jest też zapowiedź ewentualnych kar dla świeckich… 

    Tak, dokument stanowi, że dotyczy to tych, którzy formalnie przynależą do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Nie znam dokładnie struktury tego Bractwa i nie potrafię powiedzieć, kto spośród świeckich formalnie do niego przynależy. Nie o to jednak chodzi – i Kościół wyraźnie nie chce tu pochopnie karać wszystkich świeckich, zaznaczając, że każdy przypadek musi być osądzony osobno. Ekskomunice nie podlegają ci, którzy okazjonalnie uczestniczą w celebracjach czy nabożeństwach sprawowanych przez schizmatyckich księży należących do Bractwa św. Piusa X.

    Jak zrozumieć tę sytuację wiernych – kiedy pojawia się realne niebezpieczeństwo zaciągnięcia ekskomuniki? Poprzez regularne, formalne uczestnictwo w liturgiach? Przez posyłanie dzieci do szkół prowadzonych przez Bractwo? Należenie do organizacji dla świeckich prowadzonych przez Bractwo, jak np. Rycerstwo Niepokalanej? 

    We wspomnianej Nocie z 1996 r. wyraźnie stwierdzono, że nie wydaje się stosowne głębsze formalizowanie warunków schizmy, ponieważ mogłoby to stworzyć większe problemy. Kościół mówi jedynie o „formalnym” uczestnictwie. Co to oznacza w praktyce? Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie należy do jakiejś struktury, z uzewnętrznionym zamiarem wypowiedzenia posłuszeństwa papieżowi. Bez wątpienia formalnie do schizmy przystępują duchowni, ponieważ przyjmują święcenia albo obejmują urzędy w tym schizmatyckim Bractwie.

    Formalność oznacza, że muszą zostać spełnione określone procedury przyjęcia do struktur Bractwa, a przynajmniej akt zewnętrzny, który w niewątpliwy sposób wskaże, iż ktoś do Bractwa przynależy. Jeśli chodzi o pozostałych wiernych, moim zdaniem celowo pozostawia się tu pewną przestrzeń niedopowiedzianą, by nie wywoływać konfliktów sumienia u tych, którzy jedynie okazjonalnie korzystają z posługi duszpasterskiej u kapłanów Bractwa. Jak jednak czytamy w dzisiejszych dokumentach, nuncjusze apostolscy otrzymają odpowiednie wskazania i przekażą je biskupom diecezjalnym co do tego, jak postępować wobec wiernych – a także duchownych – którzy chcieliby zejść z błędnej drogi i pojednać się z Kościołem.

    Nie chciałbym oceniać, nie mając pełnej wiedzy o stanowisku Stolicy Apostolskiej w tej konkretnej kwestii – a sama Stolica Apostolska również, jak sądzę, nie chce się jednoznacznie wypowiadać wobec wiernych świeckich. Poczekajmy na dodatkowe komentarze ze strony Kurii Rzymskiej. 

    W 1988 roku, po święceniach dokonanych przez arcybiskupa Lefebvre’a i ogłoszeniu ekskomunik, Bractwo utrzymywało, że te ekskomuniki w ogóle nie były skuteczne – ponieważ działało ono w stanie wyższej konieczności, nie miało intencji schizmatyckiej, a poza tym uznaje papieża, skoro wymienia go w kanonie mszalnym. Teraz również zapowiadano, że będzie podobnie: że nawet jeśli Watykan ogłosi ekskomunikę, to tak naprawdę jej nie ma. Jak podchodzić do tego argumentu Bractwa?

    Po pierwsze, samo wymienianie imienia Ojca Świętego w kanonie eucharystycznym nie wystarczy. Aby uznawać prymat Piotrowy, trzeba stosować się do poleceń papieża, a nie tylko wymieniać jego imię. W tym przypadku akt konsekracji biskupów bez zezwolenia papieskiego wyraźnie pokazuje, że nie ma tu miejsca na posłuszeństwo wobec Ojca Świętego.

    W Nocie wyjaśniającej z 1996 roku Kościół wyraźnie odrzucił tezę, jakoby kara ekskomuniki nie miała miejsca, ponieważ akt konsekracji dokonany został w stanie wyższej konieczności. Rzeczywiście, prawo kanoniczne przewiduje możliwość złagodzenia, a nawet zwolnienia z kary kanonicznej – ale nie sam sprawca może o tym decydować, tylko ten, kto go osądza i ocenia sytuację. Zarówno wtedy, jak i dziś, mamy do czynienia z jasną deklaracją, że taka ekskomunika została zaciągnięta. Dykasteria do spraw Nauki Wiary, w pełni świadoma argumentów, które na swoje usprawiedliwienie przytacza Bractwo Świętego Piusa X, argumenty te odrzuca.

    W tamtej pierwszej Nocie wyjaśniającej z 1996 roku czytamy wyraźnie, że nigdy nie może zaistnieć konieczność wyświęcenia biskupa wbrew woli Ojca Świętego, głowy Kolegium Biskupów. W rzeczywistości oznaczałoby to możliwość „służenia” Kościołowi poprzez zamach na jego jedność w tak fundamentalnej sprawie, jaką jest wyświęcanie biskupów. I wtedy, w 1988 i 1996 roku – najpierw Jan Paweł II, potem Papieska Rada do spraw Tekstów Prawnych – a teraz Dykasteria Nauki Wiary, wyraźnie tę argumentację odrzucają.

    Dawid Gospodarek (KAI)

    ***

    Szkocja: kolejna grupa planuje sakry bez zgody papieża

    Opublikowano: 3 lipca 2026

    Nie tylko lefebryści – 25 lipca dojdzie do zerwania jedności z Ojcem Świętym ze strony innej grupy Redemptorystów Zaalpejskich. Wydarzenie zaplanowano na wyspie Papa Stronsay w archipelagu Orkadów.

    fot. Wikipedia

    ***

    Ta niewielka grupa ultrakonserwatystów wyrosła z ruchu abp. Marcela Lefebvre’a, ostro krytykując Kościół, a przede wszystkim Sobór Watykański II.

    Następnie w 2008 roku dzięki Benedyktowi XVI doszło do pojednania. Teraz są jednak gotowi do aktu schizmatyckiego. „Wyświęcę ojca Michaela Mary’ego 25 lipca, jeśli Bóg pozwoli” oraz „zostanie on wyświęcony bez mandatu apostolskiego, ponieważ Stolica Rzymska jest wyraźnie obsadzona przez wrogów Boga” – ogłosił kilka tygodni temu wyświęcony bez mandatu papieskiego bp. Pierre Roy, przełożony generalny. Oprócz niego udzielającymi sakry będą wyświęceni bez mandatu papieskiego Brazylijczyk bp Rodrigo Ribeiro da Silva oraz Argentyńczyk bp Fernando Altamira.

    Żaden wierny nie powinien w tym uczestniczyć

    Biskup Aberdeen, Hugh Gilberta oświadczył w związku z tym: „Święcenia te miałyby zostać udzielone bez mandatu papieskiego przez grupę biskupów, którzy zaprzeczają, że nasz Ojciec Święty, papież Leon XIV, jest faktycznie papieżem. Ponieważ konsekracja ta ma się odbyć w granicach geograficznych diecezji Aberdeen, czuję się zobowiązany do wyjaśnienia wiernym tej diecezji, że każda taka konsekracja biskupia byłaby bezprawna i stanowiłaby poważny akt nieposłuszeństwa, oddzielający uczestników od jedności z Kościołem katolickim. Żaden wierny nie powinien w niej uczestniczyć. Działanie to nie służy «dobru Kościoła katolickiego», jak fałszywie się utrzymuje. Sytuacja ta budzi głęboki żal i możemy jedynie modlić się, aby osoby, których to dotyczy, zmieniły zdanie” – stwierdził hierarcha.

    Bractwo nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa”

    Synowie Najświętszego Odkupiciela (Redemptoryści Zaalpejscy) powstali w 1988 roku z inicjatywy byłego redemptorysty o. Michaela Marii Sima, z powodu krytyki zmian, jakie zaszły w zakonie po soborze watykańskim II. Zgromadzenie to do 2008 roku współpracowało z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X. Od sierpnia 2012 do maja 2026 było instytutem kleryckim życia konsekrowanego na prawie diecezjalnym. 2 maja 2026 roku w deklaracji „Dogmat, którym należy się kierować” ogłosiło, że nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa” jako rzeczywiście urzędujących papieży – stając się sedewakantystami i ponownie odłączając się od oficjalnych struktur kościoła rzymskokatolickiego.

    KAI/Stacja7

    ***

    Watykan otwiera drogę powrotu po schizmie w Bractwie św. Piusa X. Tak wygląda procedura dla księży i świeckich

    Opublikowano: 3 lipca 2026

    Dykasteria Nauki Wiary przekazuje biskupom na całym świecie komunikat dotyczący działań, jakie należy podjąć w celu ponownego przyjęcia do wspólnoty katolickiej tych, którzy zdecydują się opuścić Bractwo św. Piusa X po akcie schizmatyckim, który doprowadził do nowej ekskomuniki.

    fot. Shalone Cason/unsplash.com

    ***

    W celu powrotu do wspólnoty katolickiej po akcie schizmatyckim z 1 lipca nie będzie trzeba powoływać specjalnej komisji, jak miało to miejsce w przeszłości w ramach inicjatywy „Ecclesia Dei”, ponieważ Dykasteria Nauki Wiary opracowała już procedurę zarówno dla kapłanów, jak i dla wiernych świeckich, angażując bezpośrednio ordynariuszy diecezjalnych oraz przełożonych wspólnot stosujących ryt tradycyjny i trwających w jedności z Rzymem. Instrukcje są przekazywane w tych dniach za pośrednictwem nuncjatur, jak już ogłoszono w nocie wyjaśniającej opublikowanej 2 lipca przez Dykasterię.

    Pojednanie dla kapłanów

    Praktyka stosowana przez Dykasterię Nauki Wiary, obowiązująca od 1 lipca 2026 r., przewiduje, że kapłan, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, gotowy jest zaakceptować Sobór Watykański II oraz zasadność novus ordo Missae, choć pozostaje przywiązany do rytu tradycyjnego, powinien „znaleźć ordynariusza (biskupa diecezjalnego, wyższego przełożonego kapłańskich instytutów zakonnych na prawie papieskim oraz kapłańskich stowarzyszeń życia apostolskiego na prawie papieskim itp.), który będzie gotów przyjąć go ad experimentum”.

    Następnie kapłan będzie musiał „napisać własnoręcznie list do Ojca Świętego, w którym się przedstawi i poprosi o zniesienie sankcji nałożonych z powodu święceń kapłańskich udzielonych przez biskupa ekskomunikowanego lub nie mającego uregulowanego statusu, lub z powodu tego, że po ważnym i zgodnym z prawem przyjęciu święceń kapłańskich wstąpił następnie do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”. 

    Wyznanie wiary i formuła przystąpienia

    Kapłan będzie musiał ponadto dołączyć świadectwo święceń kapłańskich oraz załączyć, podpisane i opatrzone datą, „Professio fidei i Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem”. Chodzi o wyznanie wiary, które podsumowuje treści wiary katolickiej, oraz o formułę przynależności, w której kapłan obiecuje wierność Papieżowi, zobowiązując się do nieatakowania publicznie ani jego samego, ani jego nauczania. Odzwierciedla to nauczanie zawarte w punkcie 25 Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium, dotyczącej wierności nauczaniu Kościoła. Oświadcza ponadto, że uznaje za ważne sprawowanie Mszy św. zgodnie z obrzędami ogłoszonymi przez Pawła VI i Jana Pawła II oraz że przestrzega norm Kodeksu Prawa Kanonicznego ogłoszonego przez Jana Pawła II.

    Kapłan powinien zlecić przesłanie dokumentów (listu wraz z zaświadczeniem, profesji oraz formuły przynależności) przez ordynariusza, „który w liście towarzyszącym wyrazi gotowość przyjęcia go ad experimentum do swojej diecezji lub do swojego instytutu”. Zaraz po otrzymaniu dokumentów od ordynariusza Dykasteria sporządza reskrypt o zniesieniu sankcji, upoważniając ordynariusza do przyjęcia wnioskującego kapłana „na okres próbny trwający co najmniej rok i nie dłuższy niż trzy lata, po upływie którego będzie można przystąpić do jego inkardynacji”.

    Pojednanie dla wiernych świeckich

    Ta praktyka, wyjaśnia Dykasteria, „dotyczy kwestii przypisania winy lub stopnia odpowiedzialności subiektywnej wiernych świeckich, którzy formalnie przystąpili do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X lub do niego uczęszczają i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim”. Nałożenie kary na świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie może bowiem „być zakładane automatycznie, lecz musi być rozpatrywane indywidualnie dla każdego przypadku”.

    „Ponieważ odpowiedzialność wymaga pełnej świadomości i świadomej zgody”, jak czytamy w dokumencie Dykasterii Nauki Wiary, przykłady udowodnionej odpowiedzialności mogą dotyczyć: świeckich należących do Trzeciego Zakonu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X; świeckich, którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, formalnie podzielając jego stanowiska doktrynalne”.

    Postępowanie, którego należy przestrzegać

    Ewentualna procedura, jaką należy zastosować w przypadku świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, na których nałożono karę i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, „oznacza formalny akt pełnej przynależności do doktryny i posłuszeństwa wobec hierarchii katolickiej, pod jurysdykcją miejscowego ordynariusza, który jest gwarantem jedności Kościoła lokalnego”.

    W związku z tym wierny świecki, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, musi przedłożyć swojemu biskupowi Professio fidei oraz Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem. „Po otrzymaniu dokumentacji miejscowy ordynariusz zadba o przyjęcie wiernego świeckiego w terminie i w sposób, jakie uzna za najbardziej stosowne”.

    Świeccy, których nie można obarczać winą

    W dokumencie zaznaczono, że „nie należy obarczać winą: świeckich, którzy uczęszczali do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X wyłącznie z powodów liturgicznych lub duchowych; świeckich, którzy – choć świadomi napięć ze Stolicą Apostolską – nie odrzucają Magisterium ani autorytetu Papieża”. W przypadku tych ostatnich wystarczy, aby zwrócili się „do kapłana pozostającego w pełnej wspólnocie, z postanowieniem, że w przyszłości nie będą uczęszczać do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”.

    Vatican News, pa/Stacja7

    ***

    Ekskomunika, suspensa i inne kary kościelne.

    Za co, kiedy i dla kogo?

    EKSKOMUNIKA I INNE KARY KOŚCIELNE

    Shutterstock

    ***

    Na katolika może zostać nałożona ekskomunika mocą samego prawa, czyli bez ingerencji władzy kościelnej – automatycznie, gdy dopuści się określonych czynów. Jakich?

    Każdy z nas słyszał o karach kościelnych, ale mało kto wie coś o nich konkretnie. Uzupełnijmy tę lukę. Zasadniczo omawiane kary dzielą się na:

    • kary poprawcze
    • kary ekspiacyjne.

    Kary poprawcze

    Są nimi ekskomunika, suspensa i interdykt. Najcięższą jest ekskomunika. Może ona dotyczyć każdego katolika. Powoduje m.in. następujące zakazy:

    • zakaz pomocy w sprawowaniu mszy świętej i innych obrzędów religijnych, czyli bycia np. ojcem chrzestnym;
    • zakaz sprawowania sakramentaliów i sakramentów oraz przyjmowania sakramentów;
    • zakaz sprawowania jakichkolwiek kościelnych urzędów, posług i zadań oraz podejmowania w Kościele władczych decyzji („aktów rządzenia”).

    „Mocą samego prawa”, czyli od razu po popełnieniu czynu, ekskomuniką karany jest ten, kto:

    • odstąpiłby od wiary katolickiej, byłby heretykiem lub schizmatykiem;
    • użyłby przemocy fizycznej wobec papieża lub go zabił;
    • dałby rozgrzeszenie wspólnikowi w grzechu przeciw 6 przykazaniu;
    • porzuciłby konsekrowane hostie lub w celach świętokradczych zabrał je lub przechowywał;
    • wyświęciłby kogoś na biskupa bez zgody papieża,
    • przyjąłby wspomniane święcenia;
    • bezpośrednio wyjawia grzechy, o których wie dzięki spowiedzi;
    • powoduje przerwanie ciąży. Dotyczy to zarówno rodziców, jak i np. lekarza czy osób postronnych namawiających do aborcji.

    Interdykt

    Nałożyć na kogoś ekskomunikę można też dokumentem. I to za różne przestępstwa, np. za zdradzenie tajemnicy spowiedzi przez tłumacza, który w niej pośredniczył.

    Również interdykt może dotyczyć każdego katolika. Stanowią go dwa pierwsze zakazy wymienione przy okazji omawiania ekskomuniki. Obowiązuje mocą samego prawa lub jest nałożony personalnie.

    W drugim przypadku wyraźnie przewidziany jest tylko dla katolika popierającego jakiekolwiek stowarzyszenie działające przeciw Kościołowi lub nim kierującego.

    W pierwszym przypadku odnosi się ona zaś do tego, kto:

    • fałszywie donosi przełożonemu o tym, że jego podwładny przy okazji spowiedzi nakłania penitenta do grzechu przeciw przykazaniu „nie cudzołóż”;
    • nie będąc księdzem, usiłuje odprawiać mszę świętą;
    • nie mogąc rozgrzeszać, próbuje to robić, lub tylko słucha spowiedzi;
    • będąc zakonnikiem ślubów wieczystych, usiłuje zawrzeć małżeństwo, nawet cywilne;
    • stosuje przemoc fizyczną wobec biskupa.

    Suspensa

    Suspensa wreszcie to kara dotycząca wyłącznie osób duchownych, czyli księży diecezjalnych, diakonów, kleryków i zakonników. Nie jest ona tak jednoznaczna, jak interdykt i ekskomunika, gdyż w zależności od sytuacji stanowią ją takie lub inne zakazy działań wynikających z posiadania przez ukaranego:

    • święceń (np. zakaz odprawiania publicznych mszy świętych),
    • władzy rządzenia np. biskupiej,
    • urzędu np. kanclerza kurii biskupiej.

    Również suspensa jest nakładana albo mocą samego prawa, albo personalnie. W pierwszym przypadku suspensą karany jest ten, kto:

    • usiłuje zawrzeć małżeństwo, w tym cywilne;
    • nie mając święceń kapłańskich, próbuje sprawować mszę świętą;
    • nie mogąc dać rozgrzeszenia, usiłuje go udzielić, lub słucha spowiedzi sakramentalnej;
    • używa przemocy fizycznej wobec biskupa.

    Jeżeli chodzi o suspensę nakładaną personalnie, to może ona spaść np. na tego, kto stosując symonię (handel sakramentami), przyjmuje je lub udziela.

    Kary ekspiacyjne

    Ich celem jest ekspiacja, czyli zadośćuczynienie (swoiste „wyrównanie” szkód) przez ukaranego. Należą do nich:

    • zakaz lub nakaz przebywania na określonym miejscu [np. w danym klasztorze] lub terytorium, np. w jakiejś diecezji;
    • pozbawienie władzy, urzędu, zadania, prawa, przywilej, uprawnienia, łaski, tytułu, odznaczenia, nawet czysto honorowego;
    • zakaz korzystania z tego, co wyliczono w n. 2, lub zakaz korzystania z tego w określonym miejscu lub poza określonym miejscem;
    • karne przeniesienie na inny urząd;
    • wydalenie ze stanu duchownego.

    Kary wymienione w 1 i 5 punkcie dotyczą tylko duchownych. Karami obowiązującymi „mocą samego prawa” mogą być zaś jedynie te z punktu 3. Oczywiście pod warunkiem, że tego typu prawo zostanie wydane. Wprost zagrożone wspomnianymi karami są zaś jedynie: zabójstwo, porwanie, okaleczenie i zranienie.

    Eryk Łażewski  – Aleteia.pl

    ***

    Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową”

    List ks. Gary’ego Campbella do bp. Bernarda Fellaya sprzed lat wraca dziś jako mocne świadectwo duchownego, który odszedł z Bractwa św. Piusa X i postawił fundamentalne pytania o posłuszeństwo, Tradycję, sumienie oraz granice prywatnego osądu wobec Magisterium Kościoła. Tekst, opublikowany ponownie przez serwis Trad Recovery w cyklu „Why I Left the SSPX”, pochodzi z 4 maja 1999 roku i jest osobistym wyjaśnieniem decyzji kapłana.

    Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową”
    Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową” · fot. via Pixabay.com

    ***

    Campbell zaczyna spokojnie, ale od razu dotyka sedna sporu. „Po długich rozważaniach i modlitwie postanowiłem opuścić Bractwo św. Piusa X” — napisał do bp. Fellaya. Jak wyjaśnił, problemem nie były emocje, lecz narastające przekonanie, że praktyczna postawa Bractwa prowadzi do niebezpiecznego paradoksu: z jednej strony odrzuca ono kierownictwo Stolicy Apostolskiej, z drugiej samo ustanawia się sędzią tego, czym jest prawdziwa Tradycja.

    Najmocniej brzmi jego pytanie o prywatną interpretację Magisterium. Campbell zauważa, że Bractwo uznaje posłuszeństwo papieżowi tylko wtedy, gdy jego wypowiedzi uzna za zgodne z wcześniejszym nauczaniem. „Skąd więc wiemy, kiedy potwierdza on Tradycję?” — pyta. I odpowiada, że taka ocena jest „z konieczności subiektywna i obarczona niebezpieczeństwem”. Pada też zdanie szczególnie ostre: „Prywatna interpretacja aktów Magisterium jest nie mniej niekatolicka niż prywatna interpretacja Pisma Świętego”.

    Kapłan wskazuje, że Stolica Apostolska ma „boską gwarancję pomocy Ducha Świętego”, podczas gdy prywatne środowisko, nawet przekonane o własnej wierności Tradycji, takiej gwarancji nie posiada. W jego ocenie praktyka Bractwa prowadzi do sprzeczności: jeśli każdy sam miałby oceniać, kiedy papież i biskupi są wierni Tradycji, pojawiłby się chaos; jeśli zaś rozstrzyga to kierownictwo Bractwa, powstaje zastępczy autorytet stojący ponad realną władzą Kościoła.

    Campbell pisze również o konsekwencjach teologicznych. Jego zdaniem, mimo licznych prób wyjaśniania własnego stanowiska, Bractwo w praktyce musi przyznać, że „Kościół popełnił błąd”, a więc nie zdołał prowadzić dusz do zbawienia. „Pomimo naszych gorących protestów, nie możemy uniknąć praktycznej herezji, twierdząc, że Kościół nie jest nieomylny” — stwierdza. To właśnie tutaj jego list przestaje być tylko osobistym rozstaniem, a staje się oskarżeniem o wewnętrzną nielogiczność całej konstrukcji.

    Były ksiądz Bractwa przyznaje, że początkowo wstąpił do FSSPX, aby „uwolnić się od liberałów”, bo nie chciał, by inni myśleli za niego. Potem jednak — jak pisze — odkrył, że wpadł w podobną zależność po drugiej stronie. „Teraz jednak okazuje się, że to tradycjonaliści myślą za mnie” — stwierdza. I dodaje jedno z najważniejszych zdań całego listu: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową; teraz to rozumiem”.

    Campbell uderza także w pojęcie „Kościoła soborowego”, którym środowiska radykalnego tradycjonalizmu często opisują posoborową rzeczywistość kościelną. Pyta, czym właściwie miałby być ten byt: Kościołem odstępczym, który jednak posiada hierarchię i zwyczajną jurysdykcję? „Czym jest ten hybrydowy Kościół Vaticanum II; ten potwór, który jest w połowie Chrystusem, a w połowie szatanem?” — pyta w dramatycznym fragmencie listu.

    Osobny wątek dotyczy osoby abp. Marcela Lefebvre’a. Campbell podkreśla, że wierzy w jego moralną uczciwość, ale przypomina, że świętość nie oznacza nieomylności. „Moim autorytetem nie jest człowiek, lecz Kościół” — pisze. Wskazuje przy tym na atmosferę, w której opinie założyciela Bractwa zaczęły funkcjonować jak niemal obowiązująca norma, a wątpliwości wobec nich były odbierane jako zagrożenie albo „pokusa”.

    Watykan od lat oceniał sytuację Bractwa jako poważny problem kościelny. Jan Paweł II w motu proprio „Ecclesia Dei” po konsekracjach biskupich dokonanych przez abp. Lefebvre’a w 1988 roku pisał, że u źródła aktu schizmatyckiego leży „niepełne i sprzeczne pojęcie Tradycji”, ponieważ nie uwzględnia ono żywego charakteru Tradycji w Kościele. Benedykt XVI w 2009 roku przypominał natomiast, że dopóki Bractwo nie ma statusu kanonicznego w Kościele, jego duchowni „nie wykonują prawowicie żadnej posługi w Kościele”.

    Najbardziej poruszająca część listu dotyczy powrotu. Campbell przewiduje zarzut, że „wraca do Novus Ordo”, po czym odpowiada: „Nie, powrócę do Kościoła katolickiego”. Nie idealizuje jednak tej drogi. Pisze, że nie idzie „na zielone pastwiska”, bo „pole Pana jest brązowe i surowe”. Przyznaje, że może tęsknić za bezpieczeństwem i spokojem tradycjonalistycznego świata, ale uznaje ten spokój za odcięcie się od burzy, w której żyje Lud Boży.

    List kończy się osobistym tonem. Campbell dziękuje Bractwu za formację kapłańską, ale stwierdza, że dziecko „nie może podążać za ojcem w błąd”. „Moje sumienie nie pozwala mi trwać w całkowitym podważaniu wszelkiej władzy kościelnej na rzecz naszego własnego osądu. Czyż nie na tym polega schizma?” — pyta. I dodaje, że nie żywi urazy, lecz musi być posłuszny sumieniu.

    Świadectwo ks. Campbella jest ważne nie dlatego, że zamyka spór o Bractwo św. Piusa X, ale dlatego, że pokazuje go od środka — jako dramat sumienia, autorytetu i rozumienia Tradycji. To głos człowieka, który nie odszedł od wiary, lecz uznał, że nie może bronić Tradycji przeciwko Kościołowi, któremu ta Tradycja została powierzona.

    źródło: mp/Trad Recovery, Vatican News, Fronda.pl

    ***

    Biskup Marian Eleganti: to prawdziwa wiara decyduje, czy jesteśmy katolikami

    obraz_2022-11-03_192057502.png
    fot. YouTube/Marian Eleganti

    ***

    „To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem! – pisze szwajcarski biskup Marian Eleganti. „Wiara Kościoła jest kryterium i cechą definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. W istocie, właśnie tym są: zamiast inny rodzaj katolików, trafniej byłoby powiedzieć: już nie są katolikami! Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – podkreśla.

    Hierarcha jest jednym z założycieli ruchu Pro Fide Ecclesiae, który w ostatnich dniach zaapelował do papieża Leona XIV o wycofanie poparcia dla niemieckiej, heretyckiej Drogi Synodalnej. Nawiązując do założeń nowopowstałej organizacji biskup wyjaśnił popularne nieporozumienie wokół rzekomego pluralizmu poglądów na istotne prawdy wiary katolickiej.

    „Pewne terminy, takie jak konserwatywny i postępowy, zakorzeniły się w naszym języku potocznym” – odnotowuje bp Marian Eleganti na łamach Life Site News. „Najwyraźniej istnieją różne rodzaje katolików: katolicy lewicowi; katolicy prawicowi; katolicy reformistyczni; postępowcy; reakcjoniści; tradycjonaliści; progresiści i tak dalej. Szczególnie pomysłowy neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – wylicza autor.

    W jego ocenie, wskutek przyzwyczajenia powszechnym stało się używanie wymienionych terminów, jednak zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak są one błędne.

    „Albo jest się katolikiem, albo nie. Trzecia możliwość jest wykluczona (tertium non datur). Dlatego założyliśmy stowarzyszenie – a raczej zainicjowaliśmy ruch – którego celem jest przywrócenie świadomości i obrona tego, co znaczy być katolikiem zgodnie z wiarą Kościoła. Autorytet do definiowania tego nie należy do nas, lecz do Magisterium Kościoła (Katechizmu Kościoła Katolickiego). To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!” – wskazuje hierarcha.

    Biskup Eleganti przypomina w tym miejscu – wydawałoby się, truizm: Wiara Kościoła stanowi kryterium i cechę definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. „W istocie, właśnie tym są: zamiast innym rodzajem katolika, trafniej byłoby powiedzieć już nie są katolikami!. Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – stwierdza.

    „(…) dodatkowe atrybuty przypisywane określeniu katolicki ujawniają, że odpowiadająca mu interpretacja wiary lub praktyki wiary są tak naprawdę skorumpowane, błędne lub fałszywe. To, co oznacza katolicki w pełnym tego słowa znaczeniu, nie wymaga dalszych wyjaśnień. Prawosławie i ortopraksja to jedno i to samo. Kościół opowiada się tu za jednoznacznością. Niech wasze tak będzie tak, a wasze nie będzie nie. A co ponad to, od Złego pochodzi (Mt 5,37)” – czytamy.

    Dalej hierarcha rozbraja bombę rzekomego pluralizmu w głoszeniu pod sztandarem katolicyzmu poglądów na doktrynę.

    „Jeśli chodzi o wiarę Kościoła, nie ma żadnej różnorodności. Jedyne różnice tkwią w obrzędach, poprzez które wyraża się ta wspólna wiara. Wiara Kościoła w Niemczech nie różni się jednak od wiary Kościoła w Afryce. W swej istocie jest jednoznaczna i niepodzielna, katolicka i apostolska. Jest pogłębiana z biegiem czasu, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (zgodnie z ustaleniami Magisterium) i przekazywana (Tradycja apostolska)” – wskazuje biskup Eleganti.

    Przypomina również: depositum fidei, depozyt wiary nie zmienia się z biegiem czasu, lecz jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. „W tym kontekście Piotr jest skałą, a nie ruchomą wydmą, która przesuwa się z każdym (fałszywym) zdaniem” – zauważa autor. Natomiast beneficjenci rzekomego pluralizmu podkreślają swoją rzekomą przynależność do Kościoła w nieuprawniony sposób.

    „Chcą być postrzegani jako katolicy, ale i redefiniować wiarę Kościoła od wewnątrz, zgodnie z własnym rozumieniem i żyć nią inaczej (różnorodnie), na przykład jako para homoseksualna. Nie przyznają się otwarcie, że nie podzielają wiary Kościoła; chcą ją zmienić, żyć nią w sposób współczesny (puste określenie, które można wypełnić dowolnym znaczeniem)” – podkreśla.

    Tymczasem być katolikiem oznacza nienawiść świata (por. J 15,19), który „kocha tylko to, co do niego należy” – pisze biskup Marian Elegfanti.

    PCh24.pl -źródło: Life Site News –RoM

    ***

    Biskup Marian Eleganti:

    Albo ktoś jest katolikiem, albo nie – nie ma trzeciej drogi!

    Jak zauważa biskup Marian Eleganti, przyzwyczailiśmy się do takich etykietek, jak „konserwatywny” czy „postępowy”. Stąd przyjmujemy też, że „najwidoczniej istnieją wszelkie typy katolików: lewicowi katolicy, prawicowi katolicy” itp. „Szczególnie inteligentny neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – pisze z ironią szwajcarski biskup w tekście opublikowanym na portalu „Life Site News”.

    „Tak przyzwyczailiśmy się do tych określeń i często używamy je sami bez uświadomienia sobie, jak całkowicie są one mylne – stwierdza bp Eleganti. – Albowiem albo ktoś jest katolikiem, albo nim nie jest. Trzecia możliwość nie istnieje (tertium non datur)”.

    W związku z powyższym biskup ogłasza założenie ruchu, którego celem jest nie tylko przywrócenie świadomości, „co to oznacza być katolikiem w zgodzie z wiarą Kościoła”, ale także stawanie w obronie tej prawdy. Bowiem „władza definiowania tego nie zależy od nas, ale od Magisterium Kościoła katolickiego (Katechizm Kościoła katolickiego). To Magisterium prawidłowo interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!”

    Podkreślając wiarę Kościoła jako „kryterium i definiującą charakterystykę katolika”, bp Eleganti zauważa, że wszelkie odejście od tego kryterium oznacza po prostu herezję. Jeśli zatem ktoś się określa jako „innego typu katolik”, to w rzeczywistości mógłby powiedzieć: „już nie katolik!”. Nadanie etykietki „katolicki” nie oznacza, że dana rzecz jest w rzeczywistości „katolicka” – pisze biskup.

    Z drugiej strony „dodatkowe atrybuty dołączane do słowa katolik wyjawiają, że odpowiednia interpretacja wiary czy praktyka wiary jest w rzeczywistości zniekształcona, błędna lub fałszywa”. Bp Eleganti nie ma wątpliwości, że to, „co katolicki oznacza w pełnym rozumieniu tego słowa, nie wymaga dalszych wyjaśnień”. Kościół opowiada się za brakiem dwuznaczności.

    Szwajcarski biskup podkreśla, że jeśli chodzi o wiarę Kościoła, to „nie ma tu różnorodności”, a Kościół katolicki jest jeden i ten sam, niepodzielny, niezależnie od kraju i miejsca na kuli ziemskiej. Różnice mogą istnieć „w obrzędach, przez które ta wspólna wiara się wyraża”. Ta wiara Kościoła „pogłębiana jest z czasem, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (jak to określa Magisterium) i przekazywana dalej (tradycja apostolska)”.

    „Pod tym względem mówimy o depositum fidei – depozycie wiary, który nie ulega zmianie z upływem czasu, ale jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. W tym kontekście Piotr jest opoką, a nie ruchomą piaskową wydmą, która zmienia się z każdą (fałszywą) opinią” – pisze bp Eleganti.

    Ponownie autor podkreśla, że ci wszyscy, którzy próbują definiować katolicyzm poprzez dodawanie różnych określeń do niego, w rzeczywistości są odstępcami od wiary: „Chcą przynależeć, być uznani za katolików, jednak definiować wiarę Kościoła na nowo od wewnątrz według własnego rozumienia i żyć inaczej (różnorodnie), np. jako para homoseksualna”. Nie podzielając wiary Kościoła tacy ludzie chcą ją zmienić po to, by móc „żyć nią we współczesny sposób”.

    „Nie będziemy się na to dłużej zgadzać i będziemy głosem katolików, którzy są po prostu katolikami. Albo nimi jesteście, albo nie! To o to w tym wszystkim chodzi!” – konkluduje bp Eleganti, podkreślając jasno cel ruchu.

    źródło: fronda.pl

    ***

    Cykl wakacyjny Gosc.pl:

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    portret św. Jana od Krzyża pędzla Francisco de Zurbarana PD

    ***

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem będzie doświadczony specjalista o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikować będziemy we wtorkowe wieczory.

    – Teksty św. Jana od Krzyża rozpalają coś głęboko w duchu człowieka. Warto zakosztować tego doświadczenia – mówi ojciec profesor – Lektura Jana od Krzyża jest dla tych, którzy chcieliby zmierzyć się z tajemnicą człowieka: głęboką tajemnicą jego pochodzenia i jego przeznaczenia do przemiany w istnienie boskie – podkreśla.

    Nie jest to przekaz łatwy, ale zawarta w nim prawda zaczyna w nas pracować i pociągać do Boga. Bo w gruncie rzeczy chodzi o odkrycie żywego Boga. To wysoki ideał, bardzo ambitny, odważny. Św. Jan pokazuje nam jednak drogę sprawdzoną i pewną. Gdy legendarna hiszpańska armada w XVI w. eksplorowała zamorskie krainy, Jan od Krzyża zgłębiał otchłanie ducha. Gdy konkwistadorzy szukali złota, on zdobywał bogactwa duchowe. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu mistyków potrafił to precyzyjnie opisać.

    Bardzo wcześnie zaczął uczyć się heroicznej miłości – jego ojciec zmarł wcześnie, więc Jan od najmłodszych lat musiał ciężko pracować i uczyć się jednocześnie. Był już całkiem nieźle wykształcony, gdy wstąpił do karmelitów. Później studiował jeszcze na słynnym uniwersytecie w Salamance. Miał 25 lat, gdy spotkał św. Teresę od Jezusa. Razem prowadzili reformę zakonu karmelitańskiego. Jan zapłacił za to 9-miesięcznym pobytem w zakonnym więzieniu w Toledo. – Tam dojrzewała jego najpiękniejsza mistyka – mówi o. prof. Zawada.

    Dodaje, że Jan nie miał ambicji napisania całościowego traktatu na temat życia duchowego. Chciał tylko poruszyć kilka najtrudniejszych kwestii, takich jak: natura kontemplacji, problem cierpienia, poczucie bycia otoczonym przez zło i odrzuconym przez Boga. Pojawia się u niego także motyw drogi – drogi na Górę Karmel – prowadzącej przez duchowe ciemności do zjednoczenia z Bogiem, napełnienia Bożą miłością. Ukazuje ideał zjednoczenia Boga z człowiekiem przez łaskę, która działa na ludzki umysł, pamięć i wolność. O tych właśnie sprawach mówić będziemy w tegorocznym cyklu wakacyjnym.

    Jan nie zajmuje się moralnością, nie zajmuje się grzechami – jeśli mówi o zagrożeniach w życiu duchowym, to ma na myśli szczególny typ zniewolenia poprzez małe chaotyczne pragnienia. One pochłaniają niesamowity potencjał, jaki człowiek w sobie nosi. Sprowadzają z radykalnej drogi wolności od siebie, od świata i od wyobrażeń o Bogu.

    Idea Drogi na Górę Karmel – podkreśla nasz przewodnik – nie jest drogą zewnętrznego odrzucenia świata, w którym żyjemy. Jest to raczej droga uwolnienia wewnętrznego: człowiek pozostaje w świecie, ale zupełnie zmienia swój stosunek do niego. Nie jest już jego niewolnikiem. Nie jest niewolnikiem ani własnych pragnień, ani cudzych opinii.

    – Jan proponuje nam pójście do końca logiką pierwszego przykazania: miłości Boga całym sercem, całą duszą i ze wszystkich sił. Nie bawi się w duchowe uprzejmości, nie pociesza, nie wspiera. Mówi: „chcesz szybko dojść na szczyt, gdzie spotkasz się z Bogiem? idź tą drogą”. Nie jest to droga utartymi szlakami, ale prosto w górę, na azymut – mówi o. prof. Zawada.

    Jarosław Dudała –Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #1: Droga przez ciemność

    Chrystus mówi ogólnie, że trzeba się narodzić na nowo. Św. Jan od Krzyża opisuje ten proces w detalach – mówi o dr. hab. Marian Zawada w pierwszym odcinku cyklu poświęconego duchowości wielkiego mistyka.

    o. prof. Marian Zawada OCD/ fot. Henryk Przondziono – Gość Niedzielny

    ***

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła..

    Jarosław Dudała: Pierwsze wielkie dzieło św. Jana od Krzyża to „Droga na Górę Karmel”. Dokąd prowadzi ta droga?

    O. prof. Marian Zawada OCD: Chodzi o przeprowadzenie duszy przez wszystkie naturalne i nadprzyrodzone pojęcia o Bogu, przez uwolnienie się od wszystkich szkód i złudzeń – aż do zjednoczenia z Bogiem.

    Każda droga ma jakieś etapy. Jakie są etapy drogi na Górę Karmel?

    Są trzy elementy podstawowe jednego procesu.

    Punkt wyjścia, jak mówi Jan od Krzyża, to często fałszywy obraz Boga, okrojony przez nasze pojęcia. Powstaje on w wyniku różnych doświadczeń, wizji naszych rodziców, różnych traum czy nieszczęść dzieciństwa. Czasem człowiek ma ojca surowego albo nieobecnego i dlatego czuje się opuszczony, zagubiony, niechciany. W efekcie buduje sobie wizję Boga, który go prześladuje, nie życzy mu szczęścia, nie kocha go absolutnie, odrzuca go. Widzi w nim sędziego, policjanta, gnębiciela czy nawet sadystę, który mu rzuca kłody pod nogi i zabrania wszystkiego, co lubi. Niektórzy – np. Marcin Luter – z takiego bardzo negatywnego doświadczenia Boga wyprowadzali później swoją doktrynę. Jan od Krzyża mówi, że trzeba porzucić te wszystkie wyobrażenia o Bogu.

    Drugi to głębokie oczyszczenie ludzkiego wnętrza (rozumu, pamięci i wolności), które przemienia. Żeby wejść na drogę wiary, trzeba je porzucić – wejść w pozbawioną pojęć obecność z Bogiem, nauczyć się obcować z Bogiem żywym.

    Trzeci etap to osiągnięcie pełnego zjednoczenia.

    Jak wejść w pozbawioną pojęć obecność Boga? My przecież naturalnie posługujemy się w swoim myśleniu pojęciami, nawet jeżeli tego nie reflektujemy. Zawsze mamy jakieś pojęcie czy wyobrażenie rzeczywistości, o której myślimy.

    Tego dzieła dokonuje Bóg, a my mamy Mu się doskonale poddać. Jan nazywa to drogą nocy wiary. Uważa, że nasza osobista „wersja” Boga – to, jak Go rozumiemy – to pewne ograniczenie, które trzeba powierzyć wierze. Wiarę rozumie jako Boskie poznanie udzielane człowiekowi. Działa ona jak oślepiający reflektor – coś, co swoim blaskiem… zaciemnia. Nasz umysł w naturalnej formie nie może tego kontemplacyjnego daru przyjąć. Wiara jest zarazem darem i ofiarowanym narzędziem poznania. Droga na Górę Karmel polega więc na tym, żeby porzucić te wszystkie małe, ograniczone wyobrażenia o Bogu i uwierzyć – pozornie jest to oślepienie umysłu, ale tak naprawdę jest to naprawa myślenia. Człowiek już się nie posługuje jakimiś ograniczonymi pojęciami, ale wchodzi w nurt wiary, snop światła, w głębsze poznanie.

    Czyli nie jest to porzucenie rozumu, tylko jego przebudowa?

    To jest przebudowa myślenia. Człowiek uczy się na nowo rozumieć siebie, świat i Boga. Dosyć trudno to tłumaczyć, gdyż jest to – jak to ujął sam Chrystus – droga przez śmierć, nowe narodziny. Chodzi o porzucenie pojęć naturalnych, ale także porzucenie wyobrażeń o  Bogu, sobie itd. Jan wskazuje, że nie wolno nawet przywiązywać się do bardzo pozytywnych doświadczeń duchowych, bo nawet one są tylko jakąś naszą interpretacją. Rada jest prosta, choć bardzo trudna: staraj się zająć samym Bogiem w czystej formie.

    I co dalej?

    Potem idziemy przez noc ciemną, która jest drogą uwolnienia od wszystkich złudzeń duchowych, niebezpieczeństw i szkód duchowych.

    Jakich?

    Przede wszystkim od zasadzek i szkodliwości demona, od uwodzenia współczesnego świata. I własnego lenistwa czy oporu natury. Zejście schodami ciemnej wiary powoduje, że demon w jakimś sensie traci „namiary” na nas, nie potrafi nam zaszkodzić, ponieważ my mu w wierze jakby znikamy, bo nie ma on wglądu w rzeczywistości czysto Boskie (może się jedynie domyślać!). Zwykle namierza nas, widząc nasze słabości, skłonność do grzeszenia, ale gdy człowiek wchodzi na drogę ciemnej wiary, jakby znika demonowi z pola widzenia.

    Co to znaczy: iść drogą oczyszczenia duchowego?

    To droga ciemnej wiary, nadziei i miłości. Wiara oznacza przebudowę całego myślenia, bo poznanie dokonuje się już nie przez zmysły, ale człowiek zaczyna działać pod wpływem natchnień Ducha Bożego. człowiek idący tą drogą opiera się na poznaniu wewnętrznym. Wie, czego Bóg od niego chce, co ma robić, jakie decyzje podejmować.

    Drugą przestrzenią jest pamięć człowieka i działanie nadprzyrodzonej nadziei. My posiadamy siebie dzięki pamięci: pamiętamy siebie i swoje przeżycia, dzięki czemu wiemy, kim jesteśmy. To także zostaje przebudowane: człowiek traci podmiotowość opartą na sobie i swoim doświadczeniu, a jego „jestem” zostaje osadzone na „jestem” Boga. W tym procesie pamięć zostaje wypełniona nadzieją, czyli posiadaniem Boga. To jest boski sposób posiadania: posiadanie w nadziei. Dla człowieka jest to niezwykłe, bo gdy posiada w nadziei, to może mieć niewiele, a jednak posiadać wszystko. To paradoks nadziei, że my tutaj, na ziemi możemy żyć bardzo skromnie, a zarazem być bardzo bogatymi w nadziei. Żyjemy wtedy obietnicą, żyjemy duchowym posiadaniem, posiadaniem Boga. To właśnie jest drugi element doktryny św. Jana: przekształcenie pamięci samego siebie samego – memoria sui, jak mówił św. Augustyn – w memoria Dei, pamięć Boga. Taki człowiek pamięta o Bogu, wszędzie Go widzi, Bóg mu się ze wszystkim kojarzy.

    A trzeci wymiar drogi na Górę Karmel?

    On dotyczy miłości i woli. Miłość powoduje, że zmieniają się podstawy radości człowieka – z radości zmysłowego zaspokajania w radość miłowania. Następuje wtedy rozpłomienienie w miłości: człowiek po prostu ma radość z tego, że kocha na sposób Boski, tak jak Bóg sobie tego życzy. W końcu cały zamienia się w miłość. To jest bardzo ciekawy proces: człowiek, który wykonuje nawet coś zwyczajnego z miłością, życzliwością czy uprzejmością, świadczy już tak wysokie dobro, że staje się jakby żywą miłością, żywym płomieniem. To jest moment, w którym człowiek działa pod wpływem Ducha Świętego.

    Trudne to wszystko do zrozumienia.

    Tak. Dzieje się to z kilku powodów. Proces oczyszczenia w swych zewnętrznych objawach przypomina czasem trudności psychologiczne: zagubienie, dezorganizację życia, trudność w radzeniu sobie ze zwykłymi sytuacjami życiowymi, a nawet depresją. Ale jest inna przyczyna. Przyczyną nocy nie jest wyczerpanie człowieka, ale nadprzyrodzone działanie Boga. 

    Trudno też w kilku zdaniach wyjaśnić proces uwolnienia, przeprowadzenia przez bardzo trudną przemianę prawdziwego obywatela nieba aż do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Nie do jedności z drugim człowiekiem, nie ze stworzeniem ale właśnie z Bogiem. Ta jedność jest czystą formą szczęścia, ponieważ człowiek przez łaskę staje się istnieniem Boskim. Bóg dopuszcza go do Siebie i przekształca w Siebie. Podobieństwo człowieka do Boga narasta tak, że trudno już rozpoznać, kto jest miłującym, a kto umiłowanym. Oni już są jednym.

    Tu, na ziemi czy dopiero w niebie?

    Św. Jan od Krzyża jest znany z nieprawdopodobnego duchowego przyspieszenia i niecierpliwości – chce osiągnąć cele duchowe już tu, na ziemi. Życie w zjednoczeniu z Bogiem jest możliwe w życiu doczesnym. Nie ma więc co tracić czasu, bierzmy się do roboty, rozpędzajmy się, biegnijmy w górę, na azymut. Takie nadprzyrodzone przeobrażenie, które jest dziełem Bożej łaski, fachowo nazywa się restrukturyzacją antropologiczną. Człowiek staje się wtedy jakby samym Bogiem i posiada to, co On.

    To się wydaje wręcz nieosiągalne.

    Jeżeli ktoś zrobi pierwszy, drugi krok, to Bóg go hojnie obdarowuje. Ale to się niestety wiąże się z coraz większą radykalizacją życia. Weźmy na przykład ks. Dolindo Ruotolo, który cierpiał bez żadnej winy ze swojej strony. Każdy zresztą ma inną drogę. Ale w każdym razie wspinaczka na Górę Karmel polega na wielkim przekształceniu człowieka z istnienia naturalnego w czyste istnienie nadprzyrodzone. Człowiek w zjednoczeniu z Bogiem może kochać tak, jak Bóg – to jest wielka łaska. Dla ludzi świętych, mistyków jest to coś pierwszorzędnego.

    Gość Niedzielny

    Jarosław Dudała – dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.

    ***

     Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #2: Uwolnienie

    Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy św. Jan od Krzyża.

    o. prof. Marian Zawada OCD fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Uwolnienie w kontekście życia duchowego kojarzy się najczęściej z uwolnieniem od grzechu, nałogu czy choroby. Czy o takie uwolnienie chodziło św. Janowi od Krzyża?

    O. prof. Marian Zawada: Św. Jan zwraca uwagę na coś, bez czego nie można wyruszyć na Górę Karmel: na wolność od tego, co stworzone. Chodzi o wolność od rzeczy, od przyziemności, od siebie, od innych, od fałszywego obrazu Boga.

    Czyli: gdy Jan mówi o uwolnieniu, chodzi o zrzucenie obciążeń przeszkadzających w duchowym marszu?

    Tak! Bo człowiek ma skłonność do przylegania do ziemskiej doczesności. Klei się do tego, co jest w jego zasięgu, a to go wiąże i ogranicza.

    A konkretnie: do człowiek czego lgnie? Do rzeczy materialnych?

    Nie tylko. To są także nasze przyzwyczajenia, nasze stereotypy, schematy zachowań. To impulsywne, dzikie pragnienia, namiętności, np. namiętność posiadania czy kupowania. Albo wyrachowanie: człowiek ciągle coś kalkuluje, a to go wprowadza w mentalność, która wiąże go z tą ziemią, z doczesnością. W tym właśnie tkwi problem, wolność względem rzeczy doczesnych jest potrzebna, żeby ściślej obcować z Bogiem. Można to nazwać opcją na rzecz nieba.

    Czasem człowiek jest duchowo związany poprzez radość.

    Radość?!

    Tak. Ona – po pierwsze – bywa w niektórych przypadkach generalnie kiepska, bo osadzona w złośliwości czy jakimś szyderczym stylu. Ale nawet jeśli nie ma w niej szyderstwa, to często jej napędem jest siła zmysłów. Lubimy to, co sprawia nam radość i przyjemność. Mamy więc radość widzenia, radość słuchania, radość dotykania, smakowania życia.

    No, ale gdzie tu jest problem?

    Problem w tym, że taka radość wytwarza swoistą grawitację: człowieka coraz bardziej ciągnie do tej radości. Szuka jej. Te doświadczenia powielamy i się od nich uzależniamy. To rodzi przyzwyczajenia, np. oglądanie seriali, uczestniczenia w jakiejś banalnej kulturze.

    Czyli: „jeśli chcesz iść za św. Janem od Krzyża, musisz zrezygnować z Netflixa”?

    To by było zbyt proste. Chodzi raczej o to, żeby tę swoją radość uzdrowić, tzn. związać ją przede wszystkim z rzeczami duchowymi: byciem z Bogiem, z sakramentami. To jest moment kluczowy – zmienić źródła mojej radości.

    Chyba najtrudniejsze jest to, że sama w sobie radość z drobnych rzeczy doczesnych nie jest zła, ale przywiązanie do niej jest już problemem. Istnieje bardzo subtelna granica pomiędzy odnoszoną do Boga radością z rzeczy doczesnych, która nas buduje a taką, która w dalszej perspektywie jakby zawiesza nas w doczesności, czyni ślepymi na rzeczywistość duchową. W praktyce jednak trudno je odróżnić.

    Jeżeli człowiek rozwija radość duchową: radość bycia z Bogiem, z modlitwy, z adoracji, podziwia przyrodę, która staje się wtedy dla niego językiem Boga. Z drugiej strony, możemy podziwiać piękno w sposób czysto zmysłowy, namiętny. Człowiek wtedy pożąda czegoś. Dominuje w nim chęć posiadania, zawładnięcia pięknem.

    I nie chodzi wyłącznie o pożądanie czy posiadanie seksualne?

    Chodzi o coś znacznie szerszego: o zasadniczą chęć posiadania tego, co mi się podoba.

    Inną rzeczą, która nas wiąże duchowo, są nasze nadzieje. Nadzieje banalne – jak by powiedział Jan od Krzyża. Mamy w języku polskim takie wyrażenie: wiązać nadzieje z czymś. To jest klucz do zrozumienia, o co chodzi: jeżeli wiążemy nadzieję z osobami, rzeczami, zasobami czy wyobrażeniami o nas samych, to nasza nadzieja nadprzyrodzona (w odniesieniu do Boga, szczęścia wiecznego) w ogóle nie funkcjonuje. Człowiek tak wtedy rozbudowuje nadzieje związane z doczesnością, że na niebo albo nie ma już miejsca, albo nie ma siły, albo to niebo jest dla niego dalekie. Dlatego pozostaje przy tych swoich małych nadziejach – i one go wiążą.

    A lęki?

    A lęki, obawy o utratę czegoś, traumy, różne małe czy większe koszmary paraliżują nas. Kto jest uwięziony w lękach, nie potrafi kochać. Człowiek żyjący pod wpływem lęku nie rozwija się duchowo.

    Co wtedy zrobić?

    Zastąpić lęk bojaźnią Bożą, czyli unikaniem tego, co mnie oddala od Boga.

    Kolejna rzecz, od której trzeba się uwolnić, to smutek. Trzeba się zastanowić, co mnie zasmuca. Ogólnie rzecz biorąc, smutek rodzi się z jakiegoś braku. Bywają smutki nieokreślone, ale one też wynikają z jakiegoś braku. 

    Mówi Ojciec, że obciążeniem duchowym jest smutek, a chwilę wcześniej tak samo opisywał Ojciec radość.

    Tak, to są dwie, a właściwie nawet cztery przeciwstawne twarze Światowida: smutek i radość, nadzieja i lęk.

    Jest też kolejny obszar, w którym potrzebujemy uwolnienia: trzeba przestać bać się stracić siebie. To jest właśnie ten moment, w którym Chrystus mówi nam, że kto nie wyrzeka się wszystkiego, ten nie może być Jego uczniem. Albo też: „kto chce zachować swoje życie, ten je straci”. I jeszcze: „kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jest to duchowa zależność, którą trzeba odkryć, bo człowiek lubi bezpieczeństwo, chce ocalić siebie.

    Co wtedy?

    Trzeba więc dokonać pewnego wyboru. Mały format życia, który pojawia się na skutek postaw, o których mówiłem, powoduje, że człowiek jest zmęczony czy przebodźcowany. Te wszystkie przywiązania rodzą niepokój, bo one w człowieku krzyczą, że chcą być zaspokajane. Każdy ma jakieś swoje przyzwyczajenia czy uzależnienia.

    Na przykład?

    Np. uzależnienie od muzyki, albo od hałasu. Cisza może być wtedy czymś przerażającym, jak nieistnienie. Może to być uzależnienie od plotek, newsów, bycia na bieżąco. Czy przymus kontrolowania. U podstaw tego wszystkiego jest marnowanie czasu, nastawienie na banał, trywialność. Chłoniemy to wszystko bez większej refleksji – i staje się to dla nas wielkim obciążeniem.

    Czy my sami musimy się uporać z tym całym bagażem, czy to Pan Bóg nas od tego uwalnia? A może potrzebne jest i jedno, i drugie?

    Pan Bóg daje nam sytuacje, które nas uczą. Może to być np. przykrość, rozczarowanie, klęska, upadek jakiegoś projektu na życie. Bóg przez nie uczy nas, że powinniśmy zmienić wartościowanie i że jesteśmy za bardzo uzależnieni od opinii innych. Tymczasem my jesteśmy tak przesterowani, że obawa o to, co powiedzą inni, budzi w nas przerażenie. A przecież mam prawo do swojej opinii i mogę ją wyrażać. Może się to komuś podobać albo nie, ale to powinien być standard. A my się boimy, że ktoś zmarszczy brwi. Uważamy to za hejt, odrzucenie, czy swoją porażkę.

    Wracając jednak do Jana od Krzyża: chodzi o to, żeby nie zadowalać się okruszynami, ale sięgać po rzeczy wielkie, rzeczy boskie. – Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy Jan.

    To brzmi dumnie.

    I słusznie, bo człowiek w głębi serca nie chce marnować swojego potencjału, nie chce być produktem. Nie chce płycizny, pospolitości, tuzinkowości, ale chce związać się z Bogiem i to właśnie jest dla niego kluczowe. Dlatego trzeba nabrać dystansu do tego, co widzimy, słyszymy i czujemy. Jan od Krzyża idzie nawet dalej i mówi, że trzeba to odrzucić. Nie zajmować się tym. Nie jest to łatwe, bo nasza natura ciągle zajmuje się sobą. Kieruje potencjał życia na tanie, bezwartościowe realizacje, sycenie siebie. Jan idzie tu drogą odmowy. Tu właśnie leży klucz do drogi na Górę Karmel – drogi, którą on nazywa drogą „nic”.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że to, co napotykam, co jest stworzone, nie ma żadnej proporcji czy podobieństwa do tego, kim jest Bóg. Rezygnuję z tego, by zająć się Bogiem, a nie tym, co On stworzył. Na tym polega pewien rodzaj uwielbienia Boga, że to On jest dla mnie najważniejszy. Trzeba to odkryć.

    Jak?

    Trzeba narodzić się na nowo. A żeby się narodzić na nowo, trzeba umrzeć. Stracić siebie. To bardzo trudny proces duchowy, ponieważ człowiek realnie traci siebie, ale zyskuje nową podmiotowość w Bogu. Jan od Krzyża używa nawet takiego okrutnego słowa: ogołocenie.

    Rzeczywiście, brzmi to strasznie.

    Ale to znaczy: strząśnij z siebie wszystkie ozdobniki, makijaże, bądź prawdziwy, wolny i boski!

    Jest taka znana, ale trudna fraza Jana od Krzyża: „By dojść do smakowania wszystkiego, nie chciej smakować czegoś w niczym. By dojść do posiadania wszystkiego, nie chciej posiadać czegoś w niczym”. Co to właściwie znaczy?

    Reklama

    To znaczy: żeby dojść do smakowania/posiadania wszystkiego, nie chciej smakować/posiadać czegoś szczegółowego. Po prostu idź na samą górę i mijaj to, co napotkasz. Nie pozwól się temu zatrzymać. 

    Jan mówi też rzecz podobną: żeby dojść do poznania wszystkiego, nie chciej poznawać czegoś szczególnego – czegoś, co człowiek może ogarnąć – bo idziesz poznać Kogoś, kto jest nie do ogarnięcia.

    Dlatego trzeba uwolnić serce od spraw doczesnych, panować nad doczesnością, a nie być jej niewolnikiem. Nie zawłaszczać osób i rzeczy, ale uczyć się je tracić. Przylgnąć za to do nieba, do Boga żywego – czyli zmienić hierarchię wartości.

    To jest przewrót kopernikański…

    Tak, to jest odwrócenie porządku. Jan od Krzyża często powtarza, że dla człowieka duchowego najbardziej pożądane są rzeczy duchowe. Natomiast dla człowieka zmysłowego najważniejsze i najbardziej godne pożądania są rzeczy zmysłowe. Taki jest światowy standard. Św. Paweł tłumaczy w Pierwszym Liście do Koryntian, że człowiek zmysłowy nie pojmuje tego, co jest z Ducha Bożego i jest to dla niego głupstwem. Taki np. dzielny, przedsiębiorczy gość widzi kogoś, kto przychodzi do kościoła, adoruje, modli się, poświęca czas Bogu, jedzie na rekolekcje – a dla niego to jest głupota, marnowanie czasu, życia, okazji. Uważa, że lepiej byłoby wyskoczyć na weekend i przeżyć coś fajnego. Tymczasem chodzi o to, żeby uwolnić się od takiego banału. Uwolnić się od przyziemności i odkryć wielką tajemnicę ducha, którą człowiek w sobie nosi. Odkryć cel, dla którego dostał życie i ku któremu zmierza.

    Byłoby wielkim dramatem, gdyby w momencie śmierci okazało się, że jesteśmy zaskoczeni, że jesteśmy bankrutami, bo nie pracowaliśmy dotąd w rzeczywistość duchowej. Ona nie miała dla nas żadnego znaczenia, a tu nagle wyrasta przed nami duchowa wieczność – a więc stan niezmienny.

    Zakonnikom jest łatwiej?

    Ideał Jana od Krzyża trudno jest realizować także w ramach życia zakonnego. Wprawdzie to środowisko życia sprzyja zajmowaniu się sprawami Bożymi, ale wiadomo, że natura potrafi nas rozegrać i w efekcie wspólnoty zakonne stają się czasem dobrze prosperującymi małymi firmami. Działają sprawnie, ale może być w tym mało rzeczywistości Bożej i miłości do Boga, a jedynie funkcjonowanie w doczesnych kryteriach sprawności, osiągów, statystyk, zasięgów itd.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #3: Przepaści

    Są w człowieku niesamowite otchłanie, przepaści. Pierwsza to nasz rozum, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości – mówi o. dr hab. Marian Zawada OCD w trzecim odcinku wakacyjnego kursu duchowości św. Jana od Krzyża.

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Bardzo malowniczego pojęcia używa św. Jan od Krzyża: mówi o przepaściach. O co konkretnie chodzi?

    O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, Jan często wraca do założenia, że istnieje przepaść, czyli różnica między Bogiem a człowiekiem, między Stwórcą a stworzeniem. Jan mówi, że Bóg przemawia z wysokości niebios, a my pojmujemy jedynie drogi ciała i czasu. Mamy więc ogromną niespójność w istnieniu i w funkcjonowaniu rzeczywistości ziemskiej i boskiej. Człowiek opiera się na własnym poznaniu i odczuwaniu. Przeżywa to, co do niego dochodzi przez zmysły. I nawet jeżeli to poznanie jest wzniosłe, metafizyczne, to jednak jest ono zawsze za małe i niepodobne do wiedzy Bożej i do tego, kim jest Bóg.

    O człowieku też się mówi, że jest tajemnicą.

    Tak, człowiek sam dla siebie jest tajemnicą i zawiera w sobie nieskończone możliwości. Trzeba sobie uświadomić, że nie ma żadnego podobieństwa istotowego pomiędzy człowiekiem a resztą stworzenia.

    A zwierzęta, z którymi wiele nas łączy pod względem biologicznym? 

    Jesteśmy do nich podobni wyłącznie przez „opakowanie”, czyli cielesność. Jednak istotą człowieka nie jest ciało, ale duch, dusza. Owszem, mamy podobną biologię, ale istotą człowieka jest nieskończona zdolność bycia, życia, miłowania, poznawania. Tu nie chodzi tylko o to, że dusza ludzka jest nieśmiertelna. Nieskończona jest także dynamika naszego życia. Ono po śmierci się rozwinie. Jan od Krzyża mówi o oszałamiających przepaściach, które tkwią w duszy, we wnętrzu człowieka. One są nieskończone i niewyczerpane w swoich możliwościach, ale trwają jakby w uśpieniu. Człowiek nie ma do nich oczywistego dostępu. Czasem nawet o nich nie wie. Tymczasem już antyczna filozofia i teologia wzywały: poznaj samego siebie, poznaj własną tajemnicę.

    Jaka więc jest tajemnica człowieka?

    Jan od Krzyża odsłania przed nami coś niesamowitego: nasze powołanie do boskości – do tego, żeby być synami/córkami Boga i to w pełnym wymiarze. Bóg z miłości dopuszcza nas do tego, żebyśmy byli członkami Jego rodziny. Prawdziwymi, realnymi synami i córkami. To jest coś, co wyznacza godność człowieka.

    Kościół toczy o to spór ze współczesną cywilizacją, która ogranicza człowieka w zasadzie tylko do doczesności. Dla niej człowiek to wykwintny, subtelny produkt; zaawansowana biomasa, która ma instynktowne potrzeby, głody, pragnienia, na których zaspokajanie nastawiony jest przemysł.

    A co o człowieku mówi Jan od Krzyża?

    Mówi, że są w nim niesamowite otchłanie, przepaści.

    Pierwsza to nasz rozum, umysł, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości. Tymczasem, jak już mówiłem, zasadą filozofii antycznej i życia duchowego jest: poznać samego siebie, własną tajemnicę. Tajemnica ta polega na tym, że w samej istocie człowieka, na jej dnie czy – jak mówi Jan od Krzyża – na wyżynie ducha jest szczególne miejsce, w którym Bóg przebija się do człowieka. Nie jest tak, mówią gnostycy, że człowiek nosi w sobie pierwiastek Boży albo że sam jest Bogiem. Istnieje jednak niedostępny dla psychologii punkt – szczyt duszy, na którym Stwórca spotyka się z człowiekiem.

    Można by też powiedzieć, że w centrum istnienia ludzkiego jest Bóg. Człowiek, który normalnie się rozwija, na zasadzie pewnej grawitacji ciąży do Boga. Jan od Krzyża mówi, że człowiek jest jak kamień rzucony w nieskończoną przepaść – nabiera i prędkości, coraz szybciej zmierza do centrum. A ponieważ Bóg jest nieskończony, więc ten lot nie ma końca. Jesteśmy tak stworzeni, że nasz umysł i pamięć, nasza wolność i zdolność do miłowania ciągle rosną.

    To jest pierwsza przepaść we wnętrzu człowieka. A druga?

    Drugą otchłanią jest nasza wola. W woli rodzi się niesłychane pragnienie bycia i miłowania. Ono już teraz narasta, a w niebie narastać będzie w sposób nieskończony i czysty.

    Trzecia otchłań to…

    …pamięć, która jest otwarta na nieskończoność Boga. Ona jest pamięcią Boga. Można by powiedzieć, że jest Jego domem.

    W „Pieśni duchowej” Jan od Krzyża tak pięknie pisze: „O duszo, najpiękniejsza pomiędzy wszystkimi stworzeniami, która tak pragniesz poznać miejsce, gdzie przebywa twój Umiłowany, abyś Go mogła znaleźć i złączyć się z Nim, wiedz o tym, że ty sama jesteś schronieniem, gdzie On przebywa, ty sama jesteś Jego ustroniem i miejscem tajemnym, gdzie On się ukrywa!”

    Inaczej mówiąc, człowiek w życiu duchowym rozwija swą nieskończoną możliwość bycia. Boskość i pragnienie Boga, pragnienie bycia z Nim stają się pierwszorzędne. Człowiek przemienia się zupełnie. Wszystko przeżywa w Bogu. Jego podmiotowość nie jest już osadzona na własnych przeżyciach, ale oparta jest na „jestem” Boga.

    Jan od Krzyża mówi, że dla takiego człowieka wszystko jest za ciasne: i ziemia jest za ciasna, i niebo jest za ciasne. On dociera już jakby do nieskończoności i pragnie żyć w takim wymiarze. To jest niezwykła sprawa – moment odkrycia swego przeznaczenia. To tak, jakby człowiek żył zamknięty niczym w orzechu aż tu nagle skorupka pękła i widać, że wokół jest ogród – zupełnie nowe środowisko życia. To jest to nowe narodzenie, o którym mówił Jezus Nikodemowi.

    Jan od Krzyża mówi tu o wielkim przekształceniu. Inny jest odtąd typ świadomości, inny typ myślenia, inny typ miłowania, inny typ człowieczeństwa. To jest ten nowy człowiek, o którym mówi św. Paweł.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #4: Wiara ufająca bardziej Bogu niż sobie

    Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.

    o. prof. Marian Zawada/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Doktorat Karola Wojtyły poświęcony był kwestii wiary u św. Jana od Krzyża. Jak bardzo ważne jest to zagadnienie?

    O. prof. Marian Zawada OCD: Ono jest kluczowe dla Jana od Krzyża i w ogóle dla życia duchowego. Interesujące jest już samo to, jak Jan rozumie wiarę, ponieważ mamy tu kilka punktów widzenia. Po pierwsze, wiara to są nasze przekonania, nasze poglądy.

    To jest typowe podejście. Możliwe jest inne?

    Dla Jana od Krzyża wiara jest przede wszystkim czymś, co przychodzi do nas z góry, od Boga. To jest Boży dar. To jest misterium Boga: Bóg żywy, życie Boga. Kluczem są tu słowa Biblii: „Kto wierzy, ten ma życie wieczne”.

    Z drugiej strony, wiara to także narzędzie poznania. Bóg w chrzcie świętym daje nam wiarę, ale w zarodku. Dlatego jednocześnie wyposaża nas w zdolność wchodzenia w Jego tajemnice. Wiara jest więc przede wszystkim boskim poznaniem, strumieniem nadprzyrodzonej prawdy, nadprzyrodzonym światłem. Jan od Krzyża mówi, że Bóg udziela się rozumowi – i to właśnie jest wiara.

    Jak ją przyjąć?

    Trzeba przyznać, że wiara to strumień światła, który nieskończenie przewyższa możliwości asymilacji przez nasz umysł. Jest to strumień żywej wiedzy, świętej wiedzy wolnej od doczesnych komponentów. My tymczasem jesteśmy „z pogranicza”: z jednej strony jest duch i duchowość; z drugiej – nasza biologia, materia, cielesność. Bóg więc przychodzi od strony ducha jako Prawda – Prawda nadprzyrodzona, na którą człowiek się otwiera, przyjmuje ją. Ta prawda w nim pracuje i go przemienia.

    Jan od Krzyża mówi o „przepaściach wiary”. Mówi, że być wierzącym to znaczy być człowiekiem, który skacze w przepaść. Co to znaczy?

    To znaczy, że trzeba porzucić wszystko, co człowiek zna, co mu daje poczucie bezpieczeństwa, co uważa za swoje: swój sposób rozumienia siebie, świata, Boga. Bo Bóg jest niepodobny do tego, co znamy, czego pragniemy i co sobie wyobrażamy. To jest podstawowy klucz: wiara przynosi nam nowy typ światła ujawniającego, kim jest Bóg, co do Niego należy, co jest Jego życiem i co jest do Niego podobne. To ważne, bo rzeczywistość – zwłaszcza kultura, w której żyjemy – często jest niepodobna do Boga. Nie chodzi tylko o tę kulturę, która ostentacyjnie odrzuca Boga. Chodzi w ogóle o to wszystko, co znamy, co jest dla nas dostępne, ale nie „mówi” nam o Bogu.

    Św. Paweł mówi, że wiara zwycięża świat. Na czym polega to zwycięstwo?

    Na tym, że Bóg – dając nam wiarę jako rodzaj poznania – naświetla to, co jest z Niego i co jest do Niego podobne oraz pokazuje, co jest do Niego niepodobne. To jest moment swoistego uderzenia: człowiek w świetle wiary widzi, jak wiele jest w nim złogów kłamstwa, niepodobieństwa do Boga. To może powodować wielki kryzys, bo my na ogół dbamy o dobre mniemanie o sobie, pocieszamy się, że jesteśmy w miarę wierzący, modlimy się, chodzimy do kościoła… Aż tu nagle Bóg daje nam światło, które umożliwia nam zupełnie inne patrzenie na świat. Zaczynamy dostrzegać zupełnie inne wartości. Inaczej rozumiemy Boga. To jest zwycięstwo wiary nad światem, bo – jak mówi Jan od Krzyża – tylko ona może być środkiem do poznania Boga i do bezpośredniego zjednoczenia z Nim.

    W takim rozumieniu wiara nie jest ograniczeniem czy wręcz wyłączeniem rozumu, ale rozszerzeniem jego możliwości?

    Tak, ponieważ wiedza Boga przekracza nasze zdolności. Zarazem w wierze mamy do czynienia z nadmiarem światła, z nadmiarem bitów, z nadmiarem dawki poznawczej. Rozsadza to nasze myślenie. Dlatego idziemy do Boga niejako oślepieni.

    To jest ta słynna noc ciemna, o której tyle pisze św. Jan od Krzyża?

    Tak. W kolejnej rozmowie pomówimy o tym szerzej, ale już dziś można powiedzieć, że noc ciemna polega na tym, że człowiek przechodzi przez rozpacz, śmierć, rozpad własnego życia. Bóg wypala je ogniem kontemplacji. To nie jest tzw. kontemplacja naturalna, podczas której rozczulamy się, zachwycamy, czujemy jakąś emocjonalną zwyżkę, czujemy się porwani w jakiś wyższy wymiar egzystencji. Ta kontemplacja to konkretna miłość Boga, bardzo wymagająca. To poznanie, które człowieka przepala jak ogień. Jest to ogromne cierpienie, ból ducha, którego nie da się nawet określić. Człowiek nie znajduje słów, żeby go opisać. Jest zagubiony wewnętrznie, bo znany mu „normalny” świat jakby znika. Idzie odtąd przez ciemność, niepewność. W tym momencie wszystko polega na ufności.

    Takiej, jaką miał biblijny Abraham?

    To dobry przykład, bo Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.

    Paradoks…

    Paradoks uruchamiający rzeczy niemożliwe. To już nie jest zaufanie oznaczające wiarę, że Bóg mnie chroni, życzy mi dobrze, więc będę miał szczęście, coś mi się uda. W takim momencie chodzi o to, by wytrzymać napór zakwestionowanej obietnicy. Człowiekowi rozlatuje się wtedy całe życie: całe jego wnętrze, wszystko, co w życiu zdobył, cała jego wiedza, sposób miłowania człowieka, świata, Boga. To jest mu jakby odbierane, wypalane.

    I co dalej?

    Bóg stopniowo, etapami wprowadza go w swój sposób miłowania. Człowiek zaczyna funkcjonować na zupełnie nowym poziomie duchowym. Idzie w ciemności, ufając, że jest ona wypełniona Bogiem. Dociera do stanu duchowego, który staje się coraz bardziej wypełniony dobrem, szczęściem, smakiem Boga. Traci wtedy smaki naturalne – to, co lubi, czego chce, czego pragnie – a uczy się smakowania Boga, uczuć duchowych związanych z tajemnicami naszego Pana, z Eucharystią, z modlitwą, z miłością. Bo wiara jest ponad zmysłami – ponad tym i poza tym, co odczuwalne. Człowiek czuje się wtedy zagubiony, a jednocześnie cały coraz bardziej staje się miłosną uwagą. Dotąd był bardzo sensoryczny i dlatego żył w rozproszeniu albo przebodźcowaniu. Teraz oddala się od zmysłów i idzie w stronę ducha. Jego istnienie jest bardziej subtelne, już nie psychologiczne, ale czysto duchowe.

    To moment, w którym człowiek obcuje z Prawdą. Ona go wypełnia. Wyzwala nową zdolność bycia. Boża Prawda przekracza oczywiście możliwości ludzkiego rozumu, dlatego istotą takiej postawy, jest – jak mówi Jan – przylgnięcie umysłem, sercem i wolą do Miłującego. Jest to zarazem wielka próba ufności. Zazwyczaj człowiek odmawia pacierze, medytuje, chodzi do kościoła, wchodzi w świętą przestrzeń, przeżywa na swój sposób obecność Boga. Czasami mu to wychodzi, czasem nie, bywa rozproszony albo rozdygotany jakimiś emocjami, znudzony, senny albo zmęczony. W łasce nocy ciemnej to przylgnięcie do Boga umysłem, sercem i wolą nie mija, bo to nie jest stan uczuciowy, emocjonalny, ale duchowy.

    Objawia się to jakoś na zewnątrz?

    Człowiek zmienia swoje usposobienie, nabiera nowych obyczajów. Ale nie chodzi już tylko o to, żeby być porządnym, dobrym, szlachetnym człowiekiem. Świętość polega na tym, że potrafimy we właściwy sposób odpowiedzieć na obecność Boga, na Jego działanie. Człowiek uczy się pokornie trwać w potędze i majestacie Boga. Często widzi swoją nieudolność. Najczęściej ma poczucie, że jest totalnym grzesznikiem, a nawet „zbrodniarzem” duchowym. Ale jego wiara nadal jest bezwarunkowym otwarciem się na udzielanie się Boga. To go przemienia, odbudowuje jego ducha na nowych, Boskich podstawach.

    Jak najkrócej zdefiniować wiarę w rozumieniu św. Jana od Krzyża?

    Wiara jest bezpośrednim narzędziem zjednoczenia z Bogiem. Inne jej cele są nieistotne.

    Wiara jest też bezpośrednim, pozapojęciowym sposobem ujmowania Boga.

    Jak poznać, że idzie się drogą autentycznej wiary? Że nie jest to tylko jakaś emocja, myślenie życzeniowe, złudzenie albo inny rodzaj (samo)oszukiwania?

    To może się zdarzyć, ale warto się zabezpieczyć przed takimi zjawiskami.

    Jak?

    Powierzyć się Bogu wewnętrznym aktem. Może to być także akt zewnętrzny, np. konsekracja zakonna. A potem iść drogą prawdy, czyli pokory, a więc uległości i odnalezienia właściwego miejsca dla siebie danego przez Boga w wierze. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie. Rozumieć, po co otrzymał od Boga życie. Rozumieć, czego Bóg od niego chce. I zaczyna nad tym pracować.

    Co to znaczy: pracować nad tym?

    Jeżeli człowiek rozeznaje, że Bóg czegoś od niego chce albo coś jest wolą Bożą, to podejmuje to, chociażby to było trudne. Praca ta oznacza więc przede wszystkim wierność Bogu. Człowiek nie kombinuje, co mu się bardziej opłaca, jakie będzie miał z tego korzyści. Jest coraz bardziej czuły na duchowe natchnienia Boga. Chce wiedzieć, czego Bóg od niego chce na co dzień, w konkretnych rzeczach. I w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co ma robić, bo przecież wiemy dobrze, jakie są nasze obowiązki życiowe. Tu bardziej chodzi o jakość, o to, ile w wypełnianiu zwykłych obowiązków jest miłości do człowieka, do Boga.

    Jaki jest cel efekt tego procesu, cel wiary?

    Zjednoczenie dwóch kompletnie różnych natur: nieskończonej i niestworzonej natury Boskiej i ograniczonej natury człowieka. To jest całkowite przeobrażenie człowieka w Boga w miłości danej przez Niego.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #5: Szalona miłość

    Oto klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek się zakochuje, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia.

    o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Mówi się, że najbardziej karmelitańską księgą Biblii jest Pieśń nad Pieśniami…

    O prof. Marian Zawada OCD: Tak! Historia Oblubienicy oszalałej na punkcie swojego Oblubieńca, która przemierza olbrzymie przestrzenie z wielkim napięciem i pragnieniem spotkania, która dostępuje wielkiego daru bycia w ogrodzie – w łożu Oblubieńca – jest schematem miłosnym, który pasuje i do pożycia małżeńskiego (miłości naturalnej), i do życia duchowego.

    Bóg porównuje relację Siebie i człowieka do relacji dwojga zakochanych. Co nam to mówi o Nim i o nas?

    Że jesteśmy stworzeni do miłości, a Bóg sam jest miłością. Jan Apostoł mówił, że Bóg jest miłością, a Jan od Krzyża ciągle wraca do tego tematu, mówiąc, że Bóg jest żywym płomieniem miłości, ogniem trawiącym, wypalającym do cna.

    Używa metafory polana, które jest wrzucone do ognia. Taki kawałek drewna zazwyczaj jest wilgotny, nasączony czymś. Pierwszym etapem jest więc uwolnienie od tej wilgoci. Słychać trzaski, sypią się iskry. Jan od Krzyża opisuje w ten sposób uwalnianie człowieka z grzechu i innych elementów niedoskonałości natury ludzkiej. Następuje wtedy wypalenie tego, co nie jest podobne do Boga. Potem to polano samo staje się ogniem. Jest to piękny obraz rozpalenia miłością. Człowiek zazwyczaj startuje do życia duchowego z bagażem miłości naturalnej. Jakoś wyobraża miłość i sposób, w jaki chciałby Pana Boga uczcić: zrobić coś dla Niego, namalować, stworzyć, przeprowadzić jakąś akcję – jak zakochany, który zaczyna świadczyć dobro ukochanej osobie. Później następuje nadprzyrodzony zapłon i większa, nadprzyrodzona, Boska miłość zdobywa człowieka.

    To jest klucz interpretacyjny do św. Jana od Krzyża?

    Jan od Krzyża pięknie mówi w prologu „Drogi na Górę Karmel”: „Miłujesz Ty, Panie, roztropność, miłujesz światło, lecz ponad wszystkie czynności duszy kochasz najbardziej miłość. Dlatego te słowa będą wskazówkami roztropności dla podejmującego podróż, światłem dla jego drogi i źródłem miłości krzepiącej go w czasie pielgrzymowania”.

    To jest klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek zakochuje się, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia. Podobnie jest z miłością do Boga. Człowiek coraz bardziej gotowy jest zrobić dla Boga wszystko: nawet ośmieszyć się, zrobić coś niekonwencjonalnego…

    Jak św. Franciszek, który zrzucił z siebie szaty?

    Tak! To zewnętrzny przejaw wewnętrznego, Boskiego ognia. Człowiek, w którym ten ogień płonie, znajduje coraz więcej coraz więcej „miłosnego miodu” w sakramentach, w Eucharystii, na modlitwie, w doświadczeniu dobra, w miłości bliźniego, pomaganiu bliźniemu. 

    Miłowanie i świadczenie o miłości sprawiają mu radość. Jednak – jak mówi Jan – żeby wejść na tę drogę, człowiek sam musi być najpierw zdobyty przez większą, Bożą miłość. Ona zaczyna dominować w jego sercu. To jest prawdziwa szkoła miłości. Kiedy człowiek idzie wiernie, nie kombinuje, ofiaruje się jednoznacznie, nie ulega egoistycznym postawom, ale rozdaje siebie, to Bóg rozkochuje go w Sobie jeszcze bardziej. Ofiarowuje mu łaski mistyczne.

    Jakie łaski mistyczne?

    Jan od Krzyża mówi, że taki człowiek zachowuje się jak pszczoła, która zbiera nektar z roślin: jest na niego wyczulona i znajduje go z coraz większą łatwością. Nektar oznacza tu metaforycznie słodycz miłości, która bywa zawarta w ciężkich sytuacjach. Ona powoduje, że nawet trudna miłość nie męczy. Człowiek jest w stanie ofiarować komuś dodatkową godzinę albo zająć się czymś jeszcze, bo do tego prowadzi go wewnętrzna logika miłości. Jego serce jest zdolne do ofiary, bo rozkoszuje się prawdą i miłością, odnajduje coraz więcej radości w Eucharystii, modlitwie. Może adorować Boga kilka godzin albo nawet całą noc.

    Cała tajemnica polega na tym, żeby odkryć tę miłość, wejść w jej logikę. Człowiek traci siebie, często jest w jakiejś formie zawieszony na krzyżu, ale zaczyna już miłować ten krzyż. Inni nie rozumieją, jak można kochać cierpienie czy trudne, uciążliwe sytuacje. Ale u świętego miłość powoduje, że on to rozumie, zgadza się na większe cierpienie i może dzięki temu generować jeszcze więcej miłości – jak Chrystus, który ofiaruje się z miłości za ludzkość. Człowiek podobnie – przestaje myśleć o swoim zbawieniu, a myśli o zbawieniu innych. Chce ofiarować najwyższe i ostateczne szczęście innym. To jest wewnętrzna przemiana: człowiek poddaje się wewnętrznemu płomieniowi miłości.

    Jan od Krzyża mówi, że może to być nawet traktowane jako choroba.

    Choroba?

    Choroba duszy. Właściwie są dwie takie choroby: jedna to grzech, a druga to miłość do Boga. Człowiek duchowy jest chory z miłości, ponieważ brakuje mu pełni miłości, czyli pełnego obcowania z Bogiem. W końcu jednak osiąga pełne zdrowie, którym jest Bóg i miłość.

    To wszystko dzieje się stopniowo, jak między kobietą i mężczyzną. W naturalnym schemacie rozwoju miłości dwoje ludzi najpierw się poznaje, pojawia się wzajemna atrakcyjność, myślenie o sobie, potem jedna osoba zaczyna wypełniać świat tej drugiej. Dalej pojawia się pomysł na wspólne życie, pojawia się propozycja narzeczeństwa (czyli zapewnienie o miłości) i małżeństwo. Jan od Krzyża też mówi o narzeczeństwie i małżeństwie duchowym.

    Na czym polega małżeństwo duchowe?

    To jest trwały stan, w którym Bóg i człowiek są zjednoczeni duchowo, a wszystkie dobra niebieskie są wspólne. Człowiek jest dopuszczony do tajemnic Bożych.

    Brzmi pięknie.

    Ale i tym stanie jest pewien problem: żar, który rozpala miłość, jednocześnie rani.

    Dlaczego?

    Rani, ponieważ miłość rozszerza serce człowieka i obejmuje nie tylko Boga, ale i innych ludzi. Z tego rodzą się różne inicjatywy kościelne, np. założenie zakonu czy powołanie wspólnoty. Miłość rozrasta się aż do miłości nieprzyjaciół – grzeszników, wrogów Boga. Im również chce zapewnić szczęście wieczne. Człowiek szaleje z miłości i umiera z miłości. Jan od Krzyża nazywa to śmiercią z pragnienia. Przychodzi moment, w którym człowiek prosi Boga, żeby zdarł tę ostatnią zasłonę – zasłonę śmierci – bo wie, że śmierć jest bramą do pełni. Modli się: „Boże, ile jeszcze muszę czekać?” Coś takiego często pojawia się w „Dzienniczku” św. Faustyny. Można to traktować psychologicznie jako rodzaj pierwotnej tęsknoty za szczęściem, za niebem, ale można to także postrzegać duchowo. Bo Bóg zaczyna składać w człowieku swoje uczucia, swoje pragnienia. Pragnienie miłości do człowieka wypełnia serce mistyka, który dąży do zjednoczenia z Bogiem. Przeżywa on cierpienie Boga, gdy ludzie odsuwają się od Niego, porzucają Go, nie kochają Go. Dla świętego jest to wielki dramat.

    Tu znowu nasuwa mi się św. Franciszek, który biadał, że Miłość jest niekochana…

    To jest właśnie ogień miłości, który sprawia niezwykłą rozkosz, ale i ból.

    W końcu jednak cała struktura ludzka wypełniona zostaje Bogiem. Człowiek staje się Miłością, działa z miłości i dla miłości. Miłość staje się jedynym kryterium, wykładnią całego życia. Człowiek w miłości i przez miłość jednoczy się z Bogiem i w tej miłości zostaje zrównany z Bogiem. Dzięki łasce staje się jak Bóg.

    To jest to, co w teologii nazywa się przebóstwieniem?

    Tak. To jest piękne, niebywałe, oszałamiające. Czuła miłość Boga doprowadza człowieka do tak niesłychanego wywyższenia.

    Gość Niedzielny

    ***

     Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #6: Noc ciemna

    Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce.

    o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Zanim powiemy, czym jest noc ciemna według św. Jana od Krzyża, powiedzmy najpierw, czym ona… nie jest.

    O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, noc ciemna nie jest zjawiskiem naturalnym, ale nadprzyrodzonym.

    Nie jest to więc ani melancholia, ani smutek z powodu zewnętrznych trudności, ani kliniczna depresja?

    Nie, choć niektóre objawy mogą być podobne. To jest dosyć trudna kwestia i rozumieją to tylko ci, którzy to przeżyli albo jeszcze są na tej drodze.

    Noc ciemna to wprowadzenie człowieka w bardzo głęboki kryzys – kryzys tożsamości sięgający samych korzeni człowieczeństwa, którego przejście jest niezbędne do tego, by móc swobodnie w funkcjonować w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Zanim to jednak nastąpi, pojawia się poczucie zagubienia, pustki i obcości w świecie, w którym się żyło do tej pory. Człowiek jakby zaczyna się wyprowadzać z tego świata.

    Noc ciemna najbardziej przypomina zjawisko, które polski psycholog Kazimierz Dąbrowski nazywał dezintegracją pozytywną: człowiek się rozpada w swojej dotychczasowej konstrukcji, w dotychczasowej osobowości po to, żeby się lepiej złożyć na nowo. To jest straszne przeżycie. Wymaga farmakologii, żeby pomóc człowiekowi przez to przejść.

    Taka dezintegracja pozytywna jest jednak – w przeciwieństwie do nocy ciemnej – zjawiskiem naturalnym?

    Tak. Noc ciemna należy już do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Jest to proces przebóstwienia człowieka – przemiany jego samego i wszystkich jego relacji: z Bogiem, ze światem, z sobą samym. Punktem wyjścia jest tu – jak pisał św. Paweł – stary człowiek, żyjący pod dominującym wpływem żywiołu sił naturalnych, prowadzący naturalne, soczyste życie. I z tego właśnie życia on się wyprowadza do tego, co duchowe i Boskie. Odmawia zmysłom zaspokojenia, wybiera ogołocenie. Zmieniają się jego relacje, a on sam z dawnego człowieka (grzesznego, a przynajmniej zmysłowego) coraz bardziej staje się istnieniem duchowym, coraz bardziej podobnym do Boga. To właściwie jest istota nocy ciemnej: pozbawienie się naturalnych praw i naturalnej działalności, by nabrać sprawności nadprzyrodzonej.

    Jak wygląda noc ciemna z perspektywy zewnętrznego obserwatora?

    Na zewnątrz może się to u kogoś objawiać chronicznym smutkiem, brakiem przekonania do działania. Władze naturalne zalega pustka. Szczególnie dotyczy to pamięci. Człowiek zapomina, kim był. Zaburzone może być także funkcjonowanie umysłu. Człowiek rozumie rzeczywistość i funkcjonuje w niej, ale ma kłopoty z zapamiętywaniem. Rodzi się syndrom zagubienia w dziedzinie zmysłów, ponieważ one działają zgodnie z zasadą przyjemności. Tymczasem w nocy ciemnej człowiek nabiera wstrętu do rzeczy, które lubił. Postrzega je jako stratę czasu. Więcej korzyści widzi w rozważaniu rzeczy Bożych i własnej tajemnicy. Odkrywa, że cisza, która wcześniej go przerażała, teraz go pociąga.

    Czym to się różni od depresji czy wypalenia?

    Zewnętrzne objawy mogą być podobne. Różnica tkwi przede wszystkim w przyczynach. W przypadku depresji czy wypalenia mamy do czynienia z ludzką słabością, syndromem chorobowym. Natomiast w nocy ciemnej przyczyna jest teologiczna – powodem ciemności w sferze poznawczej czy problemów w funkcjonowaniu jest bezpośrednie spotkanie ducha ludzkiego i Ducha Bożego.

    A jeśli ktoś nie chce doświadczyć nocy ciemnej?

    Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce. To jest dar Boga dla tych, którzy ćwiczą się już w wolności wewnętrznej i mocno współpracują z Bożą łaską. Oni chcą zjednoczyć się z Bogiem. Świętość jest ich zadaniem życiowym, a nie sprawą, która zajmuje ich przez kwadrans dziennie. Tacy ludzie idą drogą sprawdzonego, często heroicznego dobra, np. opiekują się innymi, rozsmakowują się w modlitwie, a świadomie odrywają się od rzeczy doczesnych.

    Zwykła noc zaczyna się od zmroku. A noc ciemna?

    Pierwszy etap to czynna noc zmysłów. Podczas niej człowiek sam podejmuje pewne wysiłki w przestrzeni zmysłów. Przestaje kierować się zasadą przyjemności, czyli wyboru tego, co mu pasuje, na co ma ochotę. Uwalnia się od swej natarczywej zmysłowości, dążenia do wygody, do tego, co radosne, pozytywne. Np. jeśli ktoś lubił pikantną kuchnię orientalną, uwalnia się od tego upodobania. Ktoś, kto lubił hip-hop, szuka muzyki nastrojowej, która wprowadza ciszę i harmonię wewnętrzną. Generalnie chodzi o uwolnienie od naturalnej uczuciowości. Człowiek nie działa już tak bardzo pod wpływem emocji, ale stara się pełnić wolę Bożą. Nie rozprasza swych sił. Wie, do czego jest powołany i to realizuje.

    Skoro jest noc czynna, to jest pewnie także noc bierna?

    Tak. Bierna noc zmysłów to już nie jest działanie człowieka, ale Boga.

    W jaki sposób?

    Bóg przejmuje inicjatywę wtedy i prowadzi nas poprzez wiele bolesnych zaburzeń w codziennym działaniu. Zmysły człowieka pozostają głodne, oschłe i puste – jak mówi Jan od Krzyża. Człowiek po to odmawia sobie zmysłowych realizacji, by wzmocnić ducha. A Bóg pozwala mu odkrywać smak boskich spraw. Dokonuje się to przez doskonałe poddanie się Bogu. Narasta duchowy pokój i budzą się zmysły duchowe, które są zdolne funkcjonować w rzeczywistości nieba.  

    Oprócz ciemnej nocy zmysłów, istnieje także ciemna noc ducha.

    Ta sama łaska kontemplacji wlanej inaczej działa na zmysły, a inaczej na władze duszy, czyli na umysł, pamięć i wolę.

    Zacznijmy od umysłu.

    W nocy ducha umysł uczy się nowego, Bożego widzenia i rozumienia spraw. Dzięki otwarciu na Boga wchodzi w posiadanie Bożej mądrości, która pochodzi od Ducha Świętego. Nie zatrzymuje się na powierzchni spraw, ale sięga istoty, co pozwala mu łatwiej odczytywać Boże natchnienia, którymi się kieruje.

    Na czym polega działanie na ludzką pamięć?

    Pamięć to potężna władza człowieka. Ale w nocach zostaje oczyszczona ze zwykłych, doczesnych treści, staje się pusta. Jest to trudne doświadczenie pozbawienia swego wnętrza, poczucia bycia u siebie. Ta pustka go przeraża, wydaje się go niszczyć. Później jednak jego wnętrze napełnia się Bożą obecnością i nadzieją która wnosi chwałę, potęgę, piękno. Człowiek traci siebie, ale odzyskuje w planie nadprzyrodzonym.

    A jeśli chodzi o wolę?

    W niej dokonuje się selekcja zaangażowania. Człowiek nie wchodzi już sytuacje typowe dla – mówiąc za św. Pawłem – dawnego człowieka. Odtąd liczy się tylko miłość do Boga i człowiek jest gotów robić niekonwencjonalne rzeczy dla Niego. Czasem wydaje się, że oszalał, jak św. Maksymilian Kolbe, który wybiera się do Japonii, by podbić świat dla Maryi.

    Po co to wszystko?

    Noc ducha polega na przystosowaniu ducha ludzkiego do bezpośredniego udziału w życiu Boga, czyli na udoskonaleniu natury człowieka przez łaskę. Bóg w nocy ciemnej najpierw oczyszcza, potem uzdrawia, a potem umacnia do swobodnego funkcjonowania w dziedziach niebieskich. W nocy ciemnej dokonuje się pełne uzdrowienie natury ludzkiej, aż po usunięcie skutków grzechu pierworodnego. Człowiek działa wtedy w sposób doskonale pełny, podmiotowy, całościowy, mądry, nie ulegając niższej części swojej natury.

    Mamy zatem proces przejścia od człowieka całkowicie zależnego i zniewolonego instynktami i popędami (co dziś niektóry uważają za szczyt wolności) do osiągnięcia możliwej pełni człowieczeństwa. Droga ta prowadzi jednak przez bolesny demontaż naszej nadpsutej natury.

    Czy to wszystko nie mogłoby się odbyć jakby… w znieczuleniu?

    To jest w gruncie rzeczy kwestia zbieżna z pytaniem: czy Chrystus nie mógłby nas zbawić inaczej niż przez tajemnicę krzyża? dlaczego dał się aż tak sponiewierać?

    Jan od Krzyża udowadnia, że proces nocy ciemnej to jest przejście przez mękę i krzyż – z tym, że człowiek nie jest krzyżowany fizycznie, ale duchowo. Czuje się odrzucony przez Boga, czuje się przez Boga niekochany – jak Chrystus, który się skarżył: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” Dramat polega na tym, że trzeba przejść przez duchową śmierć krzyżową i spędzić symboliczne trzy dni w otchłani, by dojść do zmartwychwstania – do rzeczywistości czystego daru Bożego.

    Czyli do czego?

    Do odnowienie całego człowieczeństwa, uporządkowania go na nowo, do wewnętrznej siły i pewności, do nowego typu integracji – czyli do zjednoczenia z miłością Boga. Całe człowieczeństwo zostaje uzdrowione. Rozum zaczyna wtedy myśleć w nowy sposób, bo ma dostęp do tajemnic Boga. Wola człowieka osiąga prawdziwą wolność. Jego pamięć jest pamięcią samego Boga. Teologicznie nazywamy to przebóstwieniem – przeobrażeniem duszy w Umiłowanego. Wyraża to symbol zaślubin, używany też w Piśmie św. Człowiek poślubiony Bogu stanowi z Nim jedno w myśleniu, pragnieniu, działaniu – jak dobre małżeństwo. Planują, działają i dokonują wszystkiego razem. Ich miłość staje się owocna w sposób duchowy.

    Gosć Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #7: Nadzieja rozpłomieniona

    Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości.

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Pamięć potrafi czasem zabić w nas nadzieję. Dlaczego więc św. Jan łączy nadzieję właśnie z pamięcią?

    O. prof. Marian Zawada OCD: Pamięć pełni w strukturze człowieczeństwa bardzo istotną rolę. Jest sposobem zamieszkiwania w samym sobie, w historii, a także w Kościele. „Pamiętam” to znaczy: mam własne przeżycia, mam doświadczenie bycia sobą i na tym buduję swoją tożsamość. Wiem, z czego wyrastam (z mojego otoczenia, mojej kultury). Pamięć to także sposób posiadania siebie, ciągłość istnienia i rozumienia siebie, swojego bogactwa, własny dorobek różnych dzieł i rozwiązań, pomysłów, realizacji. Pamięć objawia człowiekowi jego samego: dzięki niej wiem, kim jestem.

    Dlatego św. Jan Paweł II zatytułował jedną ze swych książek: „Pamięć i tożsamość”?

    Tak!

    Pamięć to także forma czuwania przy rzeczach ważnych: pamiętam to, co jest dla mnie istotne. My posiadamy siebie poprzez pewne obrazy, pewne doświadczenia, pewne figury – mówi Jan od Krzyża. Nasze doświadczenia najczęściej jednak wypełniają pamięć treścią przyziemną. W dodatku czasem może nas ona oszukiwać: jednych faktów nie pamiętamy, inne reinterpretujemy.

    Mamy też pamięć dobra i pamięć zła. Pamięć dobra przechowuje pozytywne doświadczenia Boga, Jego miłości, Jego łaski.

    Pamięć zła to pamięć zdrady, grzechów, upadków. Ta ostatnia może nas zniechęcać. Demon często pracuje nad nami, przypominając nam nasze niecne czyny albo porażki. Gnębi nas w ten sposób. Człowiek chciałby pomedytować, ale ciągle mu się coś przypomina: że ktoś mu coś powiedział, obraził go albo nie dopuścił do realizacji planów…

    Jakie to wszystko ma znaczenie dla życia duchowego?

    Jan od Krzyża mówi o potrzebie wolności od posiadania siebie poprzez swoją pamięć i przywiązanie do niej. Żeby wyzwolić się od siebie, od swego niedoskonałego człowieczeństwa, musimy zapomnieć o sobie, czyli jakby uwolnić się z mocy własnej pamięci. My na ogół pamiętamy wiele rzeczy zbędnych. Oglądamy dzienniki, czytamy newsy czy sprawozdania. Delektujemy się fantazjami, prognozami, snujemy scenariusze. Zanurzamy się w fantazjach: czy to erotycznych, czy to egoistycznych (np. o tym, że kogoś pokonujemy albo mścimy się na kimś). Ale nie chodzi tylko o to, żeby przestać robić śmietnik ze swej pamięci.

    Jan od Krzyża mówi, że trzeba zaprzestać złego używania pamięci, to znaczy: jakby zapomnieć siebie, zapomnieć o „ja” i „moje”, a pamiętać o tym, co istotne: o Bogu i o tym, co jest Boże. Chodzi o wolność od tego, co przywiązuje nas do samych siebie, do świata.

    W jaki sposób dokonuje się oczyszczenia pamięci?

    Ono następuje przez duchowe ubóstwo. W duchu takiego ubóstwa trzeba się wyrzec nie tylko pamięci o rzeczach negatywnych czy zranieniach, ale także wyrzec się pamięci o samym siebie – nie koncentrować się na sobie, ale na Bogu. W ten sposób człowiek uwalnia się od przeszłości, a nastawia się na obecność i na przyszłość.

    Co mu to daje?

    Wtedy pamięć, która jest domeną przeszłości, zaczyna się wypełniać nadzieją.

    Na co?

    W Pierwszym Liście św. Jana Apostoła (1J 3, 2) jest napisane, że jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, o czym będziemy. Czyli: już jesteśmy dziećmi Boga, ale nosimy w sobie ukrytą tajemnicę. Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości. Ta optyka zaczyna dominować, gdy zapominamy o sobie.

    Co na to psychologia?

    Psychologia często podchodzi do tego inaczej: zajmuje się przeszłością i w jej świetle wyjaśnia, kto mnie skrzywdził i dlaczego, wskazuje winnych. Jan tymczasem proponuje, by ofiarować przeszłość Bogu i już do niej nie wracać – zacząć żyć przyszłością, celowością swojego życia, tym, co mnie czeka – a czeka nas zbawienie, niebo, czeka nas Bóg.

    Inaczej mówiąc, wyzwolenia pamięci powoduje, że najważniejszy staje się po prostu Bóg. Człowiek schodzi do głębi swej duszy, zapomina o rzeczywistości i rozpłomienia się Bogiem. Jego pamięć staje się wypełniona Bogiem: pamięta o Nim, pamięta, dokąd idzie, a nie to, co przeżył do tej pory. W ten sposób jego pamięć zostaje przemieniona w nadzieję.

    Człowiek jest wtedy jak wąż, który zrzuca swą skórę. Albo jak gąsienica jedwabnika, która zawija się w kokon i przemienia się w pięknego motyla.

    Zmienia się wtedy także sposób posiadania: człowiek nie chce już posiadać siebie. Wytrzymuje to, że teraz nie ma nic albo ma niewiele. Całe bogactwo, zwłaszcza to nadprzyrodzone, posiada w nadziei. Przyszłość jest dla niego upragniona, bo czeka w niej Bóg.

    Dziś w spojrzeniu na przyszłość dość powszechnie dominuje lęk.

    Reklama

    Tak! Ludzie się boją, bo z przyszłości wychyla się do nich zniszczenie, katastrofa, to, co negatywne czy wręcz demoniczne. Tymczasem człowiek duchowy nabiera przekonania, że przyszłość to Bóg. Jego nadzieja to doskonałe przyciąganie Boga do siebie. Jego nadzieja jest pusta w środku, czyli niezaśmiecona innymi, małymi nadziejami. Dlatego otwiera się na nieskończone dobro i może przyjąć Boga.

    To jest moment, w którym nadzieja nie daje nam jakichś dóbr cząstkowych, ale daje nam samego Boga. A Bóg to jest Ktoś, nie: coś. Często zastanawiamy się, co ja tam będę miał w niebie: czy będę miał to, co lubię? moja muzykę? osoby, które kocham? Tymczasem w niebie dostaniemy samego Boga.

    Z tą nadzieją związana jest chwała, wypełnienie człowieka Boską chwałą.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że rozum otrzymuje Boskie rozumienie, wola – Boską miłość, a pamięć jest Boskim posiadaniem chwały.

    Co to właściwie jest chwała?

    Chwała to jest piękno plus moc.

    Jak ją zdobyć?

    Trzeba wytrzymać napór ubóstwa. Na tym polega tajemnica ludzi świętych, że oni chcą być ubodzy po to, żeby być bogatymi Bogiem. Inni pozostają w kręgu motywacji naturalnych: jak mogę coś mieć, a jest to dla mnie pożyteczne, to oczywiście biorę to i używam. To jest popularne narzędzie do zdobywania chociażby dobrego samopoczucia. Człowiek duchowy myśli jednak zupełnie inaczej: chce mieć jak najmniej doczesnych dóbr, żeby zachować całą swą nadzieję pustą, czyli w pełni otwartą na posiadanie Boga. Czyściec jest im niepotrzebny.

    Dlaczego?

    Dlatego, że w czyśćcu usuwane są nasze przywiązania do doczesności. Proces ten jest konieczny, bo my często żyjemy kompletnie na peryferiach prawdziwego życia, nie mamy doświadczenia jego głębi. Tymczasem człowiek oczyszczony z trywialnych przywiązań od razu jednoczy się z Bogiem. Śmierć jest dla niego bramą życia.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #8: Gdy Bóg budzi się w człowieku

    Łaska mistyczna, o której mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Człowiek staje się wtedy duchowym złotem. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga.

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: W Pieśni nad Pieśniami Oblubieniec prosi: „nie budźcie ukochanej, póki nie zechce sama”. O co chodzi z tym duchowym przebudzeniu?

    O. prof. Marian Zawada: U św. Jana od Krzyża znajdujemy koncepcję, wedle której człowiek wymaga przebudzenia, bo jest pogrążony we śnie, żyje jakby w matriksie i jest nieświadomy celów, dla których został stworzony. Nie uświadamia sobie, że krok po kroku zmierza do Boga, z którym się spotka i z którym się zjednoczy – i to jest jego pierwszoplanowym zadaniem. Problemem jest więc brak wrażliwości na rzeczywistość duchową, życie zamknięte we własnym świecie albo w złudzeniach. Czasem mówi się w tym kontekście o teatrze cieni. Te cienie to dominujące w życiu lęki, które sprawiają, że człowiek nie żyje autentycznie. Dlatego potrzebuje otwarcia oczu. To jest jeden motyw dotyczący przebudzenia.

    Motyw drugi to prawda, że współczesny człowiek otwiera drzwi serca wszystkiemu, co do niego przychodzi. Wsłuchuje się we wszystkie intuicje. Ufa temu, co rodzi się w jego umyśle. Domaga się, żeby go nieustannie inspirowano, pobudzano, tworzono wewnętrzną dynamikę, budowano jego wewnętrzne bogactwo. I to go usypia w odniesieniu do zasadniczych celów. Jan od Krzyża tymczasem proponuje ascezą odmowy: nie interesuje go realizacja samego siebie w tym świecie. Cały swój potencjał kumuluje na tym, co duchowe, Boskie. Ale żeby dojść do tego, trzeba sobie najpierw uświadomić, że trwamy we śnie.

    Na czym polega przebudzenie z tego snu?

    Ono się przejawia na wielu płaszczyznach. Mamy więc przebudzenie na płaszczyźnie poznawczej. Jest to otwarcie oczu na nową, nieznaną, niezauważaną do tej pory Boską rzeczywistość. Przebudzenie to otwiera nas na wyższe poziomy istnienia. Potem pojawia się przebudzenie serca. Można by powiedzieć, że jest to przebudzenie do miłości. Człowiek zaczyna wtedy intensyfikować swoje relacje z Bogiem. I jest wreszcie przebudzenie w sensie czysto religijnym – przebudzenie z życia w grzechu do życia w łasce. Jest to łaska odnalezienia prawdy o sobie i oddzielenia się od grzechu. Inaczej nazywa się to nawróceniem. Człowiek porzuca schematy kłamliwych zachowań. Porzuca grzech, kłamstwo – również kłamstwo o sobie. Domaga się prawdy – również od siebie.

    Drugie przebudzenie to przebudzenie do współpracy z Duchem Świętym. Człowiek odchodzi od dotychczasowego podświadomego standardu działania. Kończy się traktowanie ludzi jako spraw do załatwienia – pojawia się przebudzenie do obcowania z Chrystusem, który jest w drugiej osobie. Tracą na znaczeniu schematy zewnętrzne (np. bogactwo czy prestiż). Pojawia się spojrzenie duchowe, które odnajduje Boga w relacjach z drugim człowiekiem.

    To chyba miał na myśli papież Franciszek, gdy mówił o nawróceniu pastoralnym. Jeśli tak, to jest ono czymś głęboko wewnętrznym, a nie jakąś nowomodną, zewnętrzną strategią Kościoła.

    Tak, to jest podejście do człowieka w ogóle, do prawdy o człowieku, do jego tajemnicy.

    Jakiej tajemnicy?

    Mówiliśmy o niej w rozmowie o duchowych przepaściach. Chodzi o obecność Boga w strukturze człowieka.
    Człowiek, który kocha Boga, nabiera szacunku do drugiego człowieka, chociażby nawet był on biedny czy niezbyt uczciwy. Chce tego człowieka ocalić, dopomóc mu do zbawienia.

    To jest przebudzenie, na skutek którego serce staje się bardziej wrażliwe na łaskę, na działanie Ducha Świętego, na natchnienia wewnętrzne – one zaczynają dominować. Człowiek chce pełnić wolę Bożą, nie swoją. Dobro, które chce świadczyć, jest Boskiego pochodzenia.

    Zna Ojciec kogoś takiego?

    Tak było na przykład z Edytą Stein. To był umysł numer jeden wśród świeckich katolików w tamtym czasie. Miała być ikoną Kościoła w Niemczech, przepracowywać najnowsze tematy, takie jak feminizm czy obecność świeckich Kościele. Ona tymczasem zamknęła się za klauzurą, jakby znikła z życia Kościoła oficjalnego.

    Skąd wiedziała, że Bóg tego chce?

    Przebudzenie powoduje, że człowiek zyskuje klarowność w postrzeganiu rzeczywistości. Nie liczy się z opinią publiczną – liczy się tylko z Bogiem. To jest – jak mówi św. Jan od Krzyża – przebudzenie duszy w Bogu. Wtedy piękno natury, przyroda, kosmos – wszystko to jest dla niego językiem, w którym mówi Bóg. Spotkanie z drugim człowiekiem uważa on za wydarzenie religijne: Bóg przysyła mu kogoś i to jest dar – czasami trudny, bo oznacza potrzebę rozwiązania jakiejś sprawy, rozeznania sytuacji albo nawrócenia kogoś. Św. o. Pio, który miał dar przenikania serc, stosował czasami bardzo radykalne rozwiązania – wrzeszczał albo wyganiał z konfesjonału kogoś, kto kręcił, nie chciał uznać swojej winy albo próbował ukryć jakiś grzech.

    Jest też tzw. przebudzenie ascetyczne. Człowiek zaczyna się brać za siebie, porządkować siebie. Chce, żeby piękno duchowe, które poznaje, odwzorowywało się w nim. Staje się jakby lustrem Boga. Wtedy rodzi się największy ból mistyków. Bo oni chcieliby, ale nie potrafią kochać tak, jak zostali ukochani przez Boga – w sposób nieskończony.

    To już jest duchowy szczyt?

    Jest jeszcze przebudzenie do życia mistycznego. Jan od Krzyża pisze o nim w ostatnich rozdziałach swego niedokończonego utworu „Żywy płomień miłości”. Jest tam mowa o bardzo ciekawym przebudzeniu – przebudzeniu Boga w duszy.

    Jak to: przebudzeniu Boga? Jak Bóg może się przebudzić, skoro – jak pisze św. Jakub – nie ma u Niego przemiany ani cienia zmienności?

    No właśnie! To jest bardzo ciekawe doświadczenie mistyczne. Jan ma taką koncepcję, że na dnie naszego istnienia – czy na szczycie naszego bytu – jest jakby ukryty Bóg, który… śpi. Jan pisze w „Pieśni duchowej”, że dusza człowieka jest łożem, na którym śpi Oblubieniec, czyli Bóg. Łaska mistyczna, o której tu mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Wtedy człowiek zaczyna patrzeć na wszystko Bożymi oczyma. Rozpoznaje swoje niezwykłe piękno. Widzi nieskończone przestrzenie, które się w nim znajdują. Rozumie do głębi prawdę o stworzeniu i powołaniu człowieka do nieprawdopodobnego szczęścia i miłości, którymi będzie żył w życiu przyszłym.

    Bóg uchyla mu rąbka tajemnicy nieba?

    Tak, Bóg pozwala niektórym mistykom dotknąć tajemnic, którymi w rzeczywistości nieba będziemy żyć bez końca. 
    To przebudzenie Boga na łożu duszy jest także wielkim zaproszenie do miłości. Jest to łaska małżeństwa duchowego. Człowiek odkrywa wtedy siebie przy Bogu, a On ujawnia Swoją obecność. To jest moment kluczowy. Człowiek nie tylko nabiera wówczas nowego typu świadomości, ale rozmiłowuje się w Bogu. Staje się jakościowo nowym człowiekiem, duchowym złotem. Widzi rzeczywistość Bożymi oczyma. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga. To jest wielki dar poznania i miłowania.

    Gość Niedzielny

    ***

    Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża

    #9: Szczyt szczytów

    Najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską. Jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora.

     

    o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.

    ***

    Jarosław Dudała: Droga, którą proponuje św. Jan od Krzyża, jest bardzo wymagająca. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto nią pójść, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest na końcu tej drogi…

    O. prof. Marian Zawada: Tak, św. Jan jest znany z języka ascetycznego: języka ogołocenia, odmowy, wielkiego zmagania ze swoimi słabościami, z ograniczeniami natury. Ale gdy sobie uświadomimy, co jest na szczycie mistycznej Góry Karmel – a jest to zjednoczenia z Bogiem – to widać, że Jan dobiera środki, które go najszybciej i najsprawniej prowadzą do tego celu. To wszystko jest bardzo logiczne, zwarte. Człowiek uczy się rozróżniać pomiędzy Bogiem i stworzeniem i ciągle odnosić swoje myślenie, działanie i pragnienia do Boga, mniej zajmując się stworzeniem. Albo raczej: zajmuje się stworzeniem, ale przez Boga.

    Co to znaczy?

    To znaczy, że człowiek nie tworzy relacji ze stworzeniem sam, ale najpierw tworzy relację z Bogiem i dopiero w Bogu zajmuje się tym, co odnajduje w codziennym życiu.

    Jak mówi psalm, „w Jego (Bożym) świetle oglądamy światło”?

    Tak! Jan ostatecznie zaprasza nas do niesamowitego piękna – do czegoś, co przekracza absolutnie naszą wyobraźnię i w ogóle możliwości człowieka. Ale do tego niezbędna jest przemiana, pozwalająca człowiekowi funkcjonować w zupełnie innych warunkach.

    Jan bardzo sobie cenił piękno, w tym piękno naturalne. Dostrzegał potęgę stworzenia świata z niczego w sposób pełny wdzięku i ładu. Bożą hojność i wyobraźnię widział w niezliczonej liczbie różnych stworzeń. Szczególnie podkreślał piękno człowieka wyniesione na niebywały poziom przez Wcielenie: Syn Boży, Bóg, który przyjął Ciało i stał się człowiekiem. Postawiło to ludzkość w zupełnie nowej sytuacji. Jan mówi, że całe stworzenie powstało niejako w pośpiechu (w ciągu sześciu dni), zaś Syn Boży jest niebywałym arcydziełem Boga, zawierającym w sobie nieporównanie więcej tajemnic.

    Jan był artystą, poetą…

    Zdecydowanie miał poczucie piękna – i tego naturalnego, i tego duchowego. Pisał: „Zadaj śmierć widokiem Twojej Boskiej piękności”. To wyrażenie ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, człowiek, który chce widzieć piękno Boga, musi umrzeć. Ale z drugiej strony, on się tej śmierci nie boi – prosi o nią.

    Pisał też: „Gdy mnie Swym wzrokiem ogarniałeś, zostawiłeś w mej duszy Twych oczu odblaski i przez to we mnie tak się rozkochałeś, a mym źrenicom dano wzniosłe łaski”. Ten fragment miałem na myśli, gdy w poprzedniej rozmowie starałem się mówić o duchowym przebudzeniu. Mianowicie, Bóg udzielając Siebie, prawdy o Sobie, miłości, Swojej obecności jednocześnie zmienia wnętrze człowieka i zostawia w duszy Swoje zwiastuny przyszłej chwały: człowiek czuje, że jest przez Boga kochany. A dzięki temu, że Bóg nas czyni piękniejszymi, może nas kochać jeszcze bardziej. To jest jakby podwójny dar Boga: On obdarza nas pięknem, żeby jeszcze bardziej nas kochać. Jan jest wręcz oszołomiony potęgą Boskiego miłowania i tym pięknem, które w Bogu odnajduje. Problem w tym, że bardzo trudno jest o tym mówić…

    Jan był nie tylko mistykiem, ale i poetą, i niezłym teologiem…

    Tylko niektórzy mistycy mają specjalną łaskę, pozwalającą wyrazić bogactwo ich doświadczeń w słowach.

    Wróćmy jednak do początkowego pytania: co czeka na nas na szczycie mistycznej Góry Karmel?

    Chwała Boga. Tylko chwała. Jan pisze, że chwała to najwyższy stan dobra, potęgi istnienia, wszechwładzy. Bóg udziela człowiekowi Swoich przymiotów.

    Jakich przymiotów?

    Np. właśnie wszechwiedzy, wszechwładzy. Dzieje się tak dlatego, że człowiek jest wtedy tak doskonale zjednoczony z Bogiem, że stanowią jedno i działają razem. Człowiek widzi to, co widzi Bóg. To jest wejście w tajemnicę Trójcy Świętej, w której są trzy Osoby, będące doskonale zjednoczone, przenikające siebie, tworzące jedno. Ich piękno odsłania się w sposób całkowity, bezpośredni. Z tym wiąże się rozkosz – absolutne szczęście istnienia. Człowiek w pełni przeżywa wtedy swoje szczęście.

    Chyba niewielu z nas żyje tą perspektywą.

    My, niestety, w ogóle nie mamy o tym zielonego pojęcia. Ludzi zadowalają zmysłowe przyjemności: coś sobie zjemy, rozsmakujemy się w dobrej muzyce, przeżyjemy ekstazę artystyczną. Ale to jest tylko strzęp zmysłowy, a tam mamy do czynienia z pełnymi kategoriami: jeżeli mówimy o szczęściu, to jest to szczęście niewyobrażalne. Jeśli ktoś tego skosztuje, to mówi jak św. Paweł, że chciałby być tam, ale dla dobra innych musi być jeszcze tu. Kontynuuje więc życie ziemskie, ale przynależy całkowicie do tamtego świata.

    Paweł używa świetnego sformułowania, mówiąc, że Bóg nosił nas w Sobie jeszcze przed założeniem świata: wszystkich, całą historię, całą ludzkość. Dlatego to nie jest przypadek, że dany człowiek żyje w określonym czasie, że rodzi się w określonym kontekście kulturowym, religijnym, duchowym. To wszystko jest bardzo precyzyjne w oczach Bożych.

    A my często mówimy, że gdybyśmy się urodzili w innym miejscu, w innym czasie, to nasze życie potoczyłoby się inaczej, lepiej, szczęśliwiej…

    Możemy czuć się zagubieni. Możemy uważać, że nie pasujemy do świata, w którym żyjemy. Niektórzy mówią, że urodzili za wcześnie czy za późno, ale nie o to tutaj chodzi. Tu chodzi o nasze przeznaczenie do szczęścia w zjednoczeniu mistycznym z Bogiem.

    To bardzo ciekawe, że gdy w teologii mówimy o tym zjednoczeniu, to rozróżniamy trzy jego typy.

    Jakie?

    Pierwszy to zjednoczenie ekstatyczne, chwilowe. Człowiek wpada w ekstazę, przeżywa stan doskonałego zjednoczenia z Bogiem, ale trwa to jakiś czas – czasem ułamek sekundy – a potem wraca do realiów swego życia ubogacony tym doświadczeniem.

    Jest też tzw. zjednoczenie pełne: człowiek duchowo – przez wolę, umysł, pamięć i nadzieję – przylega całkowicie do Boga.

    Ale najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską.

    Jak to? Przemienia nas w bogów? 

    Tak, bo jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora. Naprawdę należymy do rodziny Boga. Jesteśmy Ciałem Mistycznym Chrystusa. On nosi nas w Sobie. To są wielkie tajemnice, o których trudno jest mówić. W każdym razie Odkupienie dało nam o wiele wyższy status niż stworzenie, bo Adam nie był synem Boga. Tymczasem w Odkupieniu jesteśmy powołani do zyskania statusu dziecka Bożego. Bóg w miłości zrównuje nas z Sobą. Gdyby ludzie to przyjęli, otworzyli oczy na tę rzeczywistość, to świat zupełnie inaczej by wyglądał. Ale niestety człowiek zajmuje się sobą i na Boga nie ma czasu.

    Papież Leon napisał ostatnio encyklikę o trans- i posthumanizmie, czyli o pomysłach na to, jak stać się bogiem bez Boga.

    To są idee współczesnych gnostyków, którzy chcą zagwarantować sobie samozbawienie i samorealizację o własnych siłach, przy pomocy technologii. To się kończy pogardą wobec innych. Nie chodzi o to, by potępiać postęp techniczny, ale pragnienie, by stanąć na równi, a nawet wyżej niż Bóg to przejaw pychy. Droga chrześcijańska jest inna – to droga pokory, poddania się Bogu. A jeśli nawet człowiek dzięki technologii uzyska takie czy inne możliwości, to co mu po nich bez miłości? Tymczasem Jan od Krzyża mówi, że dusza zjednoczona z Bogiem miłuje Go mocą i wolą samego Boga. Jan od Krzyża upiera się, że można do tego dojść już w tym życiu.

    Taki człowiek nie podlega już pokusom?

    Demon omija taką osobę szerokim łukiem, ponieważ ma ona moc burzenia wszystkich jego zamysłów i spotkanie z nią zawsze oznacza dla niego porażkę. A on się tego boi.

    Potęga takiego człowieka jest niesłychana. Święta Faustyna miała taki moment, że Jezus przyszedł do niej i powiedział: „Jeżeli chcesz, stworzę w tej chwili nowy świat piękniejszy od tego, a resztę dni w nim przeżyjesz” (Dzienniczek, 587). Odpowiedziała: „Nie chcę żadnych światów, ja pragnę Ciebie, Jezu, pragnę Cię kochać taką miłością, jaką Ty mnie kochasz”.

    Myślę, że składając tę propozycję, Jezus nie żartował.

    Kiedy człowiek będzie w pełni zjednoczony z Bogiem, to będzie mógł stwarzać nowe światy?

    Myślę, że tak, bo miłość Boska jest nieskończenie twórcza i przynosi największe owoce.

    Gość Niedzielny

    ***

    Bóg Ojciec wybrał nas, zanim powstał świat – co to dla mnie oznacza?

    Tata i syn

    UfaBizPhoto | Shutterstock

    Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca. 

    Wybór Boga  jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech. Więcej o tym pisze w swojej najnowszej książce ks. Krzysztof Wons SDS.

    Poczęliśmy się chciani przez Boga

    Ojciec w Synu swoim wybrał nas (ekseleksato hemas) przed położeniem fundamentu (katabole), przed zapłodnieniem ludzkości, zanim jeszcze stworzył świat i uczynił go płodnym. Wezwał nas „świętym powołaniem (…) stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami” (2 Tm 1, 9). 

    „On był wprawdzie przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach objawił się ze względu na was” (1 P 1, 20). To oznacza, że zostaliśmy powołani i wybrani przez Ojca w Synu, zanim Syn pojawił się na ziemi. Pojawienie się Jezusa w naszej historii jest objawieniem naszego wybrania przed wiekami. Pojawił się, aby nam objawić, że jesteśmy wybrani przed założeniem świata! Ten wybór nie zależy od kogokolwiek czy czegokolwiek, co jest na ziemi. Na nasze wybranie i umiłowanie przez Ojca przed założeniem świata nie miało żadnego wpływu nic, co ziemskie i ludzkie. Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca. Jego wybór jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech. 

    Dlaczego Bóg nas wybrał?

    Jesteśmy wybrani przez Ojca od zawsze i na zawsze. Dlaczego nas wybrał? Jaki był Jego pierwotny zamysł, jakie odwieczne pragnienie? Jaki sens, cel? Po co nas wybrał? Paweł daje odpowiedź: abyśmy byli święci i bez skazy (hagius kai àmomus) przed Jego obliczem (katenopion), „przed oczyma Jego miłości” – przetłumaczył Jakub Wujek. Z góry przeznaczeni (proorizas), ustaleni od wieczności.

    Ojciec w swoim Synu wybrał nas (ekseleksato hemas) dla siebie. Tłumacząc co do litery, oznacza to, że wybrał jednego spośród wielu, wybrał tego, którego uznał za godnego Jego łaski, i oddzielił od reszty ludzkości, aby był Jego szczególną własnością, aby towarzyszyło mu stale Jego łaskawe spojrzenie, Jego opieka. Jak rozumieć dosłowne znaczenie słowa eklegomai, którego Paweł użył w Liście do Efezjan? Może odnosi się do jakiejś wybranej grupy ludzi, wybranych przez Ojca w Chrystusie, a więc do chrześcijan, których oddzielił jako drogich sobie od bezbożnego tłumu. Jeśli tak jest, to czy nie rodzi się w nas pytanie o Boga Ojca, który jednych sobie wybiera, a innych nie? Czy można twierdzić, że jedni mają Ojca w niebie, a inni nie? Czy dla jednych jest Ojcem, a dla innych nie? Przecież czytamy w Biblii, że „Bóg naprawdę nie ma względu na osoby” (Dz 10, 34). Nie kieruje się ludzkimi kryteriami. Jest Panem wszystkich (por. Dz 10, 36).

    Nasz początek

    Musimy koniecznie wrócić do początku naszego zaistnienia. Jaki był nasz początek? Od kiedy się zaczął w Bogu? Czy w ogóle możemy mówić o początku, skoro Bóg Ojciec jest odwieczny i odwieczny jest Jego ojcowski zamiar? Bóg zwierza się nam, odsłaniając tajemnicę naszego początku: „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3). 

    My nie jesteśmy odwieczni. Odwieczny jest nasz Ojciec. Nasz początek jest sekretem Ojca. Nasz początek wymyka się zupełnie naszej percepcji. Owszem, Biblia mówi o początku stworzenia: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1). W jednym z midraszy żydowskich czytamy, że „na początku” oznacza „na początku czasu”, gdyż czas nie istniał przed tym wydarzeniem. 

    To, co jest wcześniej przed wydarzeniem stworzenia, nie należy do sfery czasu. Raszi powie, że „Dzieło Stworzenia jest głęboką tajemnicą, której nie można zrozumieć ze zwykłego znaczenia wersetów”.

    Kiedy więc czytamy „na początku” (bereszit), myślimy o czymś tajemniczym. Musimy pozostawić na boku myślenie kategoriami czasu. Autor natchniony pisze o czymś, co przekracza czas. Słowo bereszit odwołuje się do tajemniczej, wewnętrznej przestrzeni istnienia, która jest w Bogu Ojcu. Kiedy więc autor tekstu pisze „na początku”, chce powiedzieć: „w głębi”, która jest w Bogu Ojcu, „u samego korzenia”, u źródła istnienia.

    Bóg niejako się „skurczył”

    Od pierwszej stronicy Biblii spotykamy Boga, który daje życie i błogosławi życiu. Jest miłośnikiem życia. Cieszy się życiem. Radość Jego sięga „apogeum”, gdy stwarza człowieka. Bóg błogosławi życiu – oznacza to także, że On jest źródłem życia. Hebrajski zwrot „błogosławić” (brk) odnosi się do płodności rozumianej właśnie jako Boże błogosławieństwo. 

    A więc Bóg błogosławi – to znaczy daje życie! Czasownik bara – „stwarzać” – odnosi się w Biblii wyłącznie do Boga. Nigdy nie jest używany do tworzenia czegoś przez ludzi. Skrywa się w nim tajemnica aktu miłosiernej dobroci Boga. Rdzeń bara oznacza „stworzyć pustą przestrzeń”, „stanąć na zewnątrz” (stąd łacińskie existere). Mistyka żydowska rozumie tajemnicze działanie Boga w następujący sposób: aby powołać nas do istnienia, Bóg niejako się „skurczył” – wielkodusznie wycofał i przygotował w sobie miejsce dla stworzenia, które inaczej nie mogłoby istnieć. Przygotował miejsce, aby Jego światło i siła życia mogły być przekazane stworzeniom. „Gdzie, jeśli nie w łonie Boga – który pomniejszył się, aby przyjąć świat, jak matka przyjmuje nowe życie w swoim łonie – mógłby zamieszkać świat”. 

    W „pomniejszeniu się” Boga objawia się miłość Ojca. Jest to miłość pełna szacunku i pokory wobec każdego z nas. Oto nasz rodowód. Poczęliśmy się w łonie mamy już przeniknięci miłością Boga Ojca. Przed poczęciem byliśmy już zamierzeni, umiłowani i chciani przez Ojca. 

    W łonie mamy „pojawiliśmy się” odwiecznie kochani i oczekiwani. A to znaczy, że każdy z nas może powiedzieć o sobie: zostałem umiłowany, zanim pokochali mnie lub zranili mój ojciec, matka, brat, siostra, Kościół. 

    Jestem umiłowany i tego nikt i nic nie może zmienić, ponieważ należę do Boga, który miłuje mnie miłością wieczną. Jezus przyszedł nam powiedzieć to, co Ojciec od wieków usiłował przekazać w Starym Przymierzu o naszym tajemniczym początku. Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał przez proroków (por. Hbr 1, 1): „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3); „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1, 5); „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 16).

    Całą wieczność należymy do Ojca

    Pomyślmy o tym, że istnieliśmy w Ojcu już przed założeniem świata. Zanim ukształtował nas w łonie naszej mamy, istnieliśmy w Nim z całym potencjalnym bogactwem naszej osoby, z bogactwem psychicznej i duchowej niepowtarzalności.

    Możemy powiedzieć, że całą wieczność należymy do Ojca. Każdy z nas jest sekretem Ojca. Wybrał nas w swoim sercu. Jego jedynym pragnieniem jest, aby każdy z nas odkrył, że jest miłowany przez Ojca, i abyśmy mogli przyjąć Jego miłość i odpowiedzieć na nią. Każdy z nas tę miłość przeżywa jako wyjątkową, jedyną, zwróconą osobiście do niego samego, bo miłość jest osobista i przekazywana Twarzą w twarz, tak jak Twarzą w Twarz Ojciec przekazuje miłość Synowi, który jest w Jego łonie. W Nim wybrał nas do relacji miłości z Nim samym.

    ks. Krzysztof Wons SDS – Aleteia.pl – publikacja 05.07.26

    Okładka książki „Pokaż nam Ojca. Ojciec Jezusa i mój”„
    Okładka książki „Pokaż nam Ojca. Ojciec Jezusa i mój”„

    Artykuł na podstawie fragmentu książki „Pokaż nam Ojca. Ojciec Jezusa i mój”, ks. Krzysztofa Wonsa SDS, wyd. Salwator.

    ***

    siostra Gaudia Skass: Gdy wpadam w małości, Jezus mi pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam”

    Siostra Gaudia Skass ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia łączy życie zakonne z nieustannym byciem w drodze i głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia. W rozmowie z okazji Festiwalu Życia w Kokotku otwarcie opowiada o swoich lękach, wewnętrznych zmaganiach i głębokim zaufaniu Jezusowi, który – jak podkreśla – „wszystko ogarnia”. Siostra dzieli się też cennymi wskazówkami, jak autentycznie mówić o Bogu młodym ludziom oraz dlaczego temat nieufności jest jednym z najważniejszych w życiu duchowym.

    S. Gaudia Skass

    s. Gaudia Skass/ archiwum prywatne

    ***

    Karol Porwich: Jak można pogodzić życie zakonne z aktywnym głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia z życiem w drodze?

    S. Gaudia Skass: Tylko Pan Jezus wie jak to ogarnąć, naprawdę czasem mam wrażenie, że pędzę w jakimś pociągu, który ma szalone tempo, ale On to jakoś ogarnia. Także cały czas trzyma się Jego mocno i jakoś to wszystko leci do przodu – dodam nawet więcej niż jakoś. Ja jestem po prostu w tym bardzo szczęśliwa i pomimo, że ciągle wpadam w jakieś swoje małości, najbardziej widoczne w różnych lękach, którym ulegam, to On mi potem pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam, to wszystko wyprowadzam”. I to wszystko ma jakiś szalony sens. Ja to odkrywam stopniowo, więc coraz więcej pokoju jest w moim życiu i sercu.

    A jak w tym wszystkim odbiera siostra przystanek Festiwal Życia w Kokotku?

    Przystanek Kokotek jest dla mnie bardzo szczęśliwy. Jestem tutaj drugi raz i poprzednio prowadziłam warsztaty. Teraz głosiłam konferencję ze sceny i bardzo się cieszę, że został mi powierzony temat nieufności, bo to jest w ogóle fundamentalny temat dla życia. My się rodzimy wszyscy z raną nieufności. Żeby ta rana ciągle nie kierowała nami i żebyśmy ciągle nie ulegali jakimś dziwnym poranionym mechanizmom – bo tak to działa w życiu i znamy to dobrze z psychologii i tak samo wygląda to w naszym życiu duchowym, to trzeba nam ją zrozumieć. Wiedzieć skąd się wzięła i jak te mechanizmy w nas się ciągle odtwarzają, które budują między nami a Bogiem przepaść. Zaczynamy wówczas po prostu nie wierzyć w to, że Bóg nas kocha i wtedy wszystko się sypie.

    Żeby mówić o Bogu młodym ludziom trzeba umieć właściwie z nimi rozmawiać. Jak robić to najlepiej?

    Dorosły powinien być przede wszystkim szczery i szczerze mówić. Na pewno nie cudować, nie szukać jakichś słów, których używa młodzież, które nie są moje, bo to są jakieś dziwne zabiegi, a oni od razu to wyczują. Mówić jak najprościej, z serca, z własnego doświadczenia i tylko o tym, w co samemu się wierzy. Wówczas to zawsze do nich trafia. Nawet jeżeli jest między nami różnica pokoleń – bo jest olbrzymia, to zawszę mówię po prostu o swoich doświadczeniach, które mam nadzieję, są również ich doświadczeniami. Jestem tylko „kawałek” dalej z nimi, trochę starsza i trochę już przeszłam, dlatego ufam w ich otwartość na to, że chcą posłuchać tego czym chce się z nimi podzielić człowiek, który żyje dwa razy dłużej, i któremu zależy na nich, żeby nie wpadli w te same pułapki co ja wpadłam.

    rozmawiał  Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***


    Gdy miał trudne sprawy, modlił się po polsku, na głos. Intymne chwile Jana Pawła II okiem jego fotografa.

    ***

    Arturo Mari: W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.Sześć godzin przed śmiercią Jana Pawła II usłyszał od niego „dziękuję”. Arturo Mari jako fotograf pracował u boku papieża przez cały pontyfikat, wykonał miliony zdjęć. Był członkiem tzw. papieskiej rodziny, a mimo to pozostał bardzo skromnym człowiekiem. Świętego papieża z Polski nazywa swym prawdziwym ojcem.

    – Zawsze miał czas, by mnie wysłuchać. Poczułem się bardzo wyróżniony, gdy powiedziano mi, że chce mnie zobaczyć. Gdy przyszedłem, usłyszałem: „Arturo, dziękuję”. Nie spodziewałem się tego. Tego nie można zapomnieć, tych słów i tego, że chciał mnie zobaczyć… – wyznaje, a z jego oczu płyną łzy.

    Najważniejsze zdjęcie Jana Pawła II

    Światowe agencje oferowały mu miliony lirów za zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II. Wszystkie otrzymały trzy fotografie za darmo. Astronomicznymi sumami kuszono go w czasie stanu wojennego po spotkaniu papieża z Lechem Wałęsą w Tatrach. Kiedy nie wziął przyniesionej mu do biura walizki pełnej dolarów, usłyszał: „chyba zwariowałeś!”.

    Arturo uważa, że żadne pieniądze nie są warte zaufania Ojca Świętego. Kiedy pytam, ile zdjęć zrobił przez te lata, bezradnie rozkłada ręce i śmiejąc się, mówi: „któż by to był w stanie policzyć”.

    Pytany o najważniejsze zdjęcie odpowiada jednak zdecydowanie: „Jana Pawła II wtulonego w Krzyż Chrystusa w czasie wielkopiątkowej drogi krzyżowej”.

    Świadek intymnych chwil papieża

    Przez cały 27-letni pontyfikat Jana Pawła II ani razu nie był na zwolnieniu. Rytm jego pracy wyznaczał napięty kalendarz papieża z dalekiego kraju. Pobudka o 5.15. O 6.20 wchodził do swego biura, przygotowywał aparaty i o 6.40 był już w papieskim apartamencie. Z przerwami towarzyszył Ojcu Świętemu aż do kolacji.

    – Nieraz bywało tak, że ledwo zdążyłem wrócić do domu i ściągnąć marynarkę, dzwonił telefon: Arturo, przyjdź – wspomina. Właściwie nie miał prywatnego życia. Jest jednym z uprzywilejowanych świadków najbardziej intymnych chwil życia świętego papieża.

    Kiedyś podczas obiadu, na którym był kard. Franciszek Macharski, Ojciec Święty, żartując, powiedział: „Najważniejszą osobą nie jest papież, ale Arturo!”.

    – Jan Paweł II lubił żartować. Pamiętam, jak w Saint Louis wszedłem do saloniku, w którym rozmawiał z prezydentem Clintonem. Papież spytał go, czy wie, kim jestem. Gdy ten, zdziwiony, odpowiedział, że nie wie, Jan Paweł II powiedział: To jest Arturo, jest dla mnie jak syn. Niewiele słów, prawda? Ale stałem się całkiem maleńki… – opowiada fotograf.

    – W 1982 r. ks. Stanisław zażartował: „Ojcze Święty, biedny Arturo uwiecznia na zdjęciach wszystkich, a jemu nikt nie robi zdjęć”. Jan Paweł II natychmiast chwycił moje ręce w swoje dłonie i ks. Dziwisz zrobił nam zdjęcie. Jest to moje najważniejsze zdjęcie z papieżem – mówi Arturo.

    Leżał krzyżem w kaplicy

    – Na początku pontyfikatu powiedział: „Nie lękajcie się” i sam nigdy niczego się nie bał. Niezależnie od sytuacji był świadkiem Boga. Siłą jego posługi była modlitwa. Nieraz leżał krzyżem na podłodze kaplicy i rozmawiał z Chrystusem. Szczególnie kiedy miał do rozwiązania trudne sprawy, mówił do Niego na głos.

    Modlił się po polsku. Z tych paru słów, których się nauczyłem, mogłem zrozumieć, jak błagał: pomóż mi, Boże, przymnóż mi sił, wzmocnij moją wiarę. On! – prosił o pomoc.

    Przed spotkaniami z ludźmi mówił do nas: oni tak wiele ode mnie oczekują. I bronił życia, rodziny, kobiety, walczył o poszanowanie praw człowieka i o chleb dla każdego. Jednak wszystko, co robił, najpierw dokonywało się w kaplicy.

    W czasie pielgrzymek na modlitwę potrafił wstawać o piątej rano czy trwać na niej późno w nocy. Byłem świadkiem tego, czego dzięki niej dokonywał – wspomina.

    Zdjęcia i łzy

    Wyznaje, że zawsze swobodnie mógł fotografować papieża. Nikt go nigdy nie ograniczał. Zdarzały się jednak fotografie robione przez łzy. – W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.

    Nieraz emocje czy wzruszenie brały górę, ale pstrykałem dalej, bo takie było moje zadanie i tego oczekiwał ode mnie papież – mówi wzruszony Arturo. Wspomina, jak w Peru, kiedy Ojciec Święty przemawiał, pewien ubogi człowiek mu przerwał. Podbiegł do papieża i zaczął mówić: „Ojcze Święty wszystko to są piękne słowa, ale moja sytuacja, i nie tylko moja, tu, na tej ziemi, jest kompletnie odmienna. Kiedy wrócę do domu i wezmę do ręki talerz, on będzie pusty. Co dam do jedzenia moim dzieciom?”.

    Takie problemy pojawiały się często. Ojciec Święty natychmiast pytał głowy państw, co robią, by pomóc tym biednym ludziom. Sam też pomagał. – Nie zatrzymywał się przed żadnym reżimem. Tak było w Nikaragui. Na Sycylii podniósł głos przeciwko niszczącej człowieka mafii. Gdziekolwiek poszedł, zostawiał ślad. On nie bał się jednak rozwalać kolejnych murów – mówi papieski fotograf.

    Dziękuję, do zobaczenia w niebie

    Przyjaciele Arturo śmieją się, że jego zdjęciami można by kilkakrotnie opasać kulę ziemską. Są na nich także te ujęcia, których nigdy nie chciałby utrwalić. – Zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II i jego pośmiertne fotografie. One kosztowały mnie najwięcej – mówi ze smutkiem.

    Wspomina też niezwykłą modlitwę w papieskim apartamencie, do którego nagle wezwał go sekretarz Jana Pawła II: – Zobaczyłem przejmującą scenę. Papież klęczał na ziemi przy wózku niepełnosprawnego chłopca.

    Młodzieniec był wycieńczony, ważył może 25 kg. Jego ostatnim pragnieniem było spotkać się z papieżem. Przyjaciele złożyli się na podróż. Przywieźli go z Brescii do Watykanu i bez zapowiedzi zjawili się przed Spiżową Bramą. On musi spotkać papieża – przekonywali gwardzistów. Gwardziści poinformowali ks. Stanisława, a on pozwolił im wejść.

    Ojciec Święty modlił się, klęcząc przy chłopcu może kwadrans. Ten wpatrywał się w niego rozpromienionym wzrokiem. W pewnym momencie Jan Paweł II rozpiął sutannę, ściągnął łańcuszek z krzyżykiem, który miał na szyi, i udzielając błogosławieństwa, nałożył go chłopcu na szyję.

    On chwycił go za rękę, ucałował ją i szeptem powiedział: “dziękuję, do zobaczenia w niebie”. Cztery dni później zmarł. Jego mama opowiedziała nam potem, że umierał spokojny.

    Beata Zajączkowska – Aleteia.pl

    ***

  • Matka Boża i Święci Pańscy – lipiec 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    31 lipca

    Święty Ignacy z Loyoli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Zdzisława Cecylia Schelingowa, zakonnica
      •  Święty Justyn de Jacobis, biskup
      •  Błogosławiony Michał Oziębłowski, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Franciszek Solanus Casey, prezbiter
    Święty Ignacy z Loyoli

    Inigo Lopez urodził się w roku 1491 na zamku w Loyola w kraju Basków (Hiszpania), jako trzynaste dziecko w zamożnym rycerskim rodzie. O jego wczesnej młodości mało wiemy. Otrzymał staranne wychowanie. Był paziem ministra skarbu króla hiszpańskiego, następnie służył jako oficer w wojsku wicekróla Nawarry. Nosił długie włosy, spadające mu aż do ramion, różnobarwne spodnie i kolorową czapkę. Publicznie najchętniej pojawiał się w pancerzu rycerza, nosząc miecz, sztylet i oręż wszelkiego rodzaju. Kiedy po latach opowiadał współbraciom o swoim życiu, wyznał, że do 30-tego roku życia oddawał się marnościom świata, że z próżnej żądzy sławy jego największą rozkoszą były ćwiczenia rycerskie. W czasie walk hiszpańsko-francuskich znalazł się w oblężonej Pampelunie. Zraniony poważnie w 1521 r. przez kulę armatnią w prawą nogę, został przewieziony do rodzinnego zamku.
    Długie miesiące rekonwalescencji były dla niego okresem łaski i gruntownej przemiany. Dla skrócenia czasu prosił o powieści rycerskie, ale na zamku ich nie było. Podano mu więc książkę znaną w całym średniowieczu, którą napisał bł. Jakub de Voragine – Złotą legendę. Bratowa podała mu ponadto Życie Jezusa Ludolfa de Saksa. Gdy tylko Inigo wyzdrowiał (chociaż na nogę kulał całe życie), opuścił rodzinny zamek i udał się do pobliskiego sanktuarium maryjnego, Montserrat. Zdumionemu żebrakowi oddał swój kosztowny strój rycerski. Przed cudownym wizerunkiem Maryi złożył swoją broń. Stąd udał się do Manrezy, gdzie zamieszkał w celi, użyczonej mu przez dominikanów. I tu jednak wydawało mu się, że ma za wiele wygód. Dlatego zamieszkał w jednej z licznych grot. Aby zdławić w sobie starego, próżnego, ambitnego człowieka, nie golił się ani nie strzygł, pościł codziennie i biczował się, nie obcinał paznokci, nie nakrywał głowy. Codziennie bywał u dominikanów na Mszy świętej. Oddawał się modlitwie i rozważaniu Męki Pańskiej. Szatan dręczył go gwałtownymi pokusami aż do myśli o samobójstwie. W takich zmaganiach powstał szkic jego najważniejszego dzieła, jakim są Ćwiczenia duchowne. Formę ostateczną otrzymały one dopiero w 1540 roku. Były więc owocem 19 lat przemyśleń i kontemplacji.
    Pragnąc nawiedzenia Ziemi Świętej i męczeństwa z rąk Turków, Ignacy zupełnie wyczerpany z sił, po prawie rocznym pobycie w Manrezie, przez Rzym i Wenecję udał się w pielgrzymkę. Żył z użebranych pieniędzy i czynionych po drodze przysług. W 1523 r. dotarł szczęśliwie do celu. Chciał tam pozostać do końca życia, dopiero w wyniku nalegań tamtejszego legata papieskiego wrócił do kraju. W drodze był dwukrotnie więziony pod zarzutem szpiegostwa. Po długiej podróży powrócił do Barcelony, gdzie przez dwa lata uczył się języka łacińskiego. Nie wstydził się zasiadać w ławie szkolnej z dziećmi, chociaż miał już wówczas 34 lata. Potem udał się do Alkala, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię. Wolny czas poświęcał nauczaniu prawd wiary prostych ludzi. Mieszkał w szpitalu i utrzymywał się za posługę oddawaną chorym.
    Jego żebraczy strój i niezwykły tryb życia wzbudziły u niektórych nadgorliwców podejrzenie, czy przypadkiem Ignacy nie należy do sekty alumbrado, która w tym czasie niepokoiła w Hiszpanii władze kościelne. Dostał się nawet do więzienia, które było w posiadaniu Świętej Inkwizycji. Po uwolnieniu z niego podążył do Salamanki, by na tamtejszym uniwersytecie kontynuować swoje studia (1527). I tu inkwizycja go zauważyła – ponownie trafił do więzienia. Przykre przesłuchania zniósł z radością dla Pana Jezusa. Po uwolnieniu z więzienia, w którym był kilka tygodni, powrócił do Barcelony, a stąd udał się do Paryża (1528). Miał już wówczas 37 lat. Utrzymywał się znów z żebraniny. Dla uzbierania koniecznych opłat w wolnych miesiącach udał się w
    charakterze żebraka do Belgii i Anglii.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Na uniwersytecie paryskim Ignacy zapoznał się i zaprzyjaźnił ze św. Piotrem Faberem i ze św. Franciszkiem Ksawerym. Do ich trójki dołączyli niebawem Jakub Laynez, Alfons Salmeron, Mikołaj Bobadilla, Szymon Rodriguez i Hieronim Nadal. Wszyscy zebrali się rankiem 15 sierpnia 1534 roku w kapliczce na zboczu wzgórza Montmartre i tam w czasie Mszy świętej, odprawionej przez Piotra Fabera, który miesiąc wcześniej otrzymał święcenia kapłańskie, złożyli śluby ubóstwa, czystości oraz wierności Kościołowi, a zwłaszcza Ojcu Świętemu. W ten sposób powstał nowy zakon, zwany Towarzystwem Jezusowym.
    Wszyscy skierowali swoje kroki do Wenecji, by stamtąd odpłynąć do Ziemi Świętej, nawracać niewiernych i z ich ręki ponieść śmierć męczeńską. Do pielgrzymki jednak nie doszło, gdyż Turcja prowadziła właśnie wojnę z Wenecją. Udali się więc do Rzymu, aby przedstawić się papieżowi i oddać się do jego dyspozycji. Paweł III przyjął ich życzliwie. Korzystając z jego zachęty, wszyscy przyjęli święcenia kapłańskie (1536), oddali się posłudze chorym w szpitalach i nauczaniu prawd wiary wśród dzieci. Papież polecił, by Ignacy nakreślił szkic konstytucji nowego zakonu. Ignacy uczynił to pod nazwą Formuła Instytutu. Papież po przejrzeniu jej zażądał, by napisać całe konstytucje. Po wielu przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Liczba członków Towarzystwa bardzo szybko rosła. Już w roku następnym (1541) św. Franciszek Ksawery został zaproszony do Indii. W tym samym czasie św. Piotr Faber głosił słowo Boże w północnych Włoszech, w południowej Francji i w Hiszpanii. W roku 1541 zebrała się pierwsza kapituła generalna. Przełożonym generalnym jednogłośnie został wybrany Ignacy. W tym samym roku papież oddał jezuitom do dyspozycji kościół w Rzymie pw. Matki Bożej della Strada (Patronki w drodze). W roku 1542 jezuici założyli w Coimbrze (Portugalia) słynne kolegium, które miało się stać zawiązką uniwersytetu. W 1550 r. do zakonu zgłosił się sam wicekról Katalonii, książę Gandii, św. Franciszek Borgiasz.
    Przez ostatnich 16 lat życia Ignacy był przykuty do swojego biurka i rzadko opuszczał progi domu generalnego swego zakonu, by być zawsze do dyspozycji duchowych synów. Nękany różnymi chorobami i dolegliwościami, 30 lipca 1556 roku zapowiedział swoją śmierć i poprosił o udzielenie mu odpustu papieskiego. Współbracia zdziwili się. Kiedy zaś przypuszczali, że mu jest lepiej, po wieczerzy odeszli od jego łoża. Gdy jednak powrócili dnia następnego, Ignacy był już w agonii i zmarł na ich rękach 31 lipca 1556 r.
    Pozostawił po sobie 7 tysięcy listów, zawierających nieraz cenne pouczenia duchowe, Opowiadanie pielgrzyma oraz Dziennik duchowy – świadectwo mistyki ignacjańskiej. W ewolucji chrześcijańskiej duchowości szczególne znaczenie mają Konstytucje zakonu, w których zniósł obowiązek wspólnego odmawiania oficjum, przestrzegania reguły klasztornej, nakazując w zamian praktykowanie codziennej modlitwy myślnej, a liturgię wskazując jako źródło życia duchowego. Szczególnie obfity owoc wydają do dziś Ćwiczenia duchowe – pierwowzór rekolekcji. W swoim nauczaniu Ignacy przypominał, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku,
    aby współpracować z Bogiem.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Beatyfikacji Ignacego Loyoli dokonał papież Paweł V (w 1609 r.), a kanonizacji – Grzegorz XV (w 1623 r.). Św. Ignacy jest patronem trzech diecezji w kraju Basków; zakonu jezuitów; dzieci, matek oczekujących dziecka, kuszonych, skrupulantów, żołnierzy oraz uczestników rekolekcji – zarówno rekolektantów, jak i rekolekcjonistów. Jego relikwie spoczywają w rzymskim kościele di Gesu.Zakon jezuitów odegrał szczególną rolę także w Polsce. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka i św. Andrzej Bobola – patroni Polski, św. Melchior Grodziecki oraz Jakub Wujek (tłumacz pierwszej drukowanej “Biblii” w Polsce), Piotr Skarga Pawęski (wybitny kaznodzieja), Maciej Sarbiewski (poeta zwany polskim Horacym), Franciszek Bohomolec (ojciec komedii polskiej), Adam Naruszewicz (biskup, historyk, poeta), Franciszek Kniaźnin (poeta), Jan Woronicz (arcybiskup, prymas Królestwa Polskiego, poeta), Grzegorz Piramowicz (sekretarz Komisji Edukacji Narodowej) i bł. Jan Beyzym (apostoł trędowatych na Madagaskarze).W ikonografii św. Ignacy przedstawiany jest w sutannie i birecie lub w stroju liturgicznym z imieniem IHS na piersiach, niekiedy w stroju rycerskim i w szatach pielgrzyma. Jego atrybutami są: księga; globus, który popycha nogą; monogram Chrystusa – IHS; napis AMDG – Ad maiorem Dei gloriam – “Na większą chwałę Boga”; krucyfiks, łzy, serce w promieniach, smok, sztandar, zbroja.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    30 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Brauliusz Maria Corres i Fryderyk Rubio, prezbiterzy,
    i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła
    Błogosławieni męczennicy z zakonu bonifratrów
    W czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 r. zginęło 98 bonifratrów. Opiekowali się oni chorymi i opuszczonymi. Dla milicji wystarczyło, że byli zakonnikami i że nie chcieli wyrzec się swojej wiary, aby móc ich wymordować. Siedemdziesięciu jeden z nich beatyfikował św. Jan Paweł II w dniu 25 października 1992 r. (wraz z 51 innymi męczennikami z Barbastro).Rankiem 25 lipca 1936 r. milicjanci wkroczyli do domu formacyjnego bonifratrów w Talavera de la Reina (w prowincji Toledo). Po południu rozstrzelali czterech zakonników, m.in. ojca Fryderyka (Karola) Rubio Alvareza, kapelana domu. Kilka dni później, 29 lipca, w Esplugentes pod Barceloną zginął kolejny zakonnik.
    W Calafell (nieopodal Tarragony) bonifratrzy prowadzili szpital, mieli tam też swój nowicjat. 23 lipca 1936 r. wtargnęli tam milicjanci, którzy zmusili zakonników do zdjęcia habitów i zabronili im spełniania jakichkolwiek praktyk religijnych. Zapowiedzieli równocześnie, że 30 lipca darują im wolność. Zakonnicy od razu wyczuli, że w tym dniu czeka ich śmierć. I rzeczywiście tak się stało. Rankiem kapelan wspólnoty odprawił jeszcze potajemnie Mszę św. dla zakonników i nowicjuszy jako pokrzepienie na męczeństwo. Po południu wywieziono piętnastu z nich na peryferie i rozstrzelano. Zginął wtedy m.in. ojciec Brauliusz Maria (Paweł) Corres Diaz de Cerio, który od pięciu lat był w Calafell mistrzem nowicjuszy i kapelanem. 4 sierpnia 1936 r. zamordowany został brat Gonsalwus, który posługiwał w hospicjum św. Rafała w Madrycie.
    W klasztorze w Ciempozuelos (prowincja madrycka) odbywało formację zakonną i zawodową także siedmiu bonifratrów z Kolumbii. Gdy rozgorzała wojna domowa, mieli z polecenia przełożonych wrócić do swego kraju. Z koniecznymi dokumentami wyruszyli z Madrytu do Barcelony, aby tam wsiąść na statek. Zostali jednak aresztowani i 9 sierpnia rozstrzelani w Barcelonie; są pierwszymi beatyfikowanymi Kolumbijczykami. W sierpniu zginęli jeszcze dwaj bonifratrzy w podmadryckiej miejscowości Valdemoro.
    1 września rewolucyjni milicjanci aresztowali wszystkich dwunastu zakonników opiekujących się chorymi w Carabanchel Alto. Po kilku godzinach zamordowano ich pod Madrytem. Ginęli z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król!
    W lipcu aresztowano zakonników posługujących w hospicjum psychiatrycznym w Ciempozuelos (Madryt). Osadzono ich w więzieniu San Anton i na różne sposoby dręczono. Gdy szli na rozstrzelanie, pozdrawiali się słowami: “Do zobaczenia w niebie”. Piętnastu z nich zginęło 28 listopada w podmadryckiej miejscowości Paracuellos del Jarama. Dwa dni później w tej samej miejscowości zginęło kolejnych sześciu bonifratrów. Ostatni z beatyfikowanych w 1992 r. zakonników z tego zakonu zginął w Barcelonie w dniu 14 grudnia 1936 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 lipca

    Święci Marta, Maria i Łazarz

    Zobacz także:
      •  Święty Olaf II, król
      •  Błogosławiony Urban II, papież
    Diego Velazquez: Chrystus w domu Marty i Marii

    Marta pochodziła z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o ok. 3 km drogi (dzisiaj Al Azarija). Była siostrą Marii i Łazarza, których Chrystus darzył swą przyjaźnią. Wiele razy gościła Go w swoim domu. Św. Łukasz opisuje szczegółowo jedno ze spotkań (Łk 10, 38-42). Martę wspomina w Ewangelii św. Jan, odnotowując wskrzeszenie Łazarza. Wyznała ona wtedy wiarę w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (J 11, 1-45). Ewangelista Jan opisuje także wizytę Jezusa u Łazarza na sześć dni przed wieczerzą paschalną, gdzie posługiwała Marta (J 12, 1-11). Właśnie z Betanii Jezus wyruszył triumfalnie na osiołku do Jerozolimy w Niedzielę Palmową (Mk 11, 1). Wreszcie w pobliżu Betanii Pan Jezus wstąpił z Góry Oliwnej do nieba (Łk 24, 50).

    Święta Marta - patronka zbłąkanych

    Na Wschodzie cześć św. Marty datuje się od wieku V, na Zachodzie – od wieku VIII. Już w wieku VI istniała w Betanii bazylika na miejscu, gdzie miał stać dom Łazarza i jego sióstr. Św. Marta jest patronką gospodyń domowych, hotelarzy, kucharek, sprzątaczek i właścicieli zajazdów. Legenda prowansalska głosi, że po wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i tak puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy wylądowali szczęśliwie u wybrzeży Francji, niedaleko Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyła w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutowała w niedalekiej pustelni.

    Jan Vermeer: Chrystus w domu Marii i Marty

    W ikonografii św. Marta przedstawiana jest w skromnej szacie z pękiem kluczy za pasem, czasami we wspaniałej sukni z koroną na głowie. Często pojawia się na obrazach również z siostrą, św. Marią. Są prezentacje, w których prowadzi smoka na pasku lub kropi go kropidłem. Nawiązują one do legendy, iż pokonała potwora Taraska. Jej atrybutami są: drewniana łyżka, sztućce, księga, naczynie, różaniec.

    Święte rodzeństwo z Betanii: Marta, Łazarz i Maria

    Maria była siostrą Marty i Łazarza. Uwierzyła w Chrystusa jeszcze przed wskrzeszeniem brata (J 11, 1-44). Była tą kobietą, która według słów Jezusa “wybrała dobrą cząstkę” (Łk 10, 42), słuchając słów Zbawiciela. To ona namaściła Jego nogi drogocenną maścią nardową (J 12, 3). Według Tradycji Maria i Marta były w gronie niewiast, które pospieszyły do grobu Jezusa z wonnościami.
    Po męczeńskiej śmierci archidiakona Stefana i rozpoczęciu w Jerozolimie prześladowania wyznawców Chrystusa, Żydzi wygnali sprawiedliwego Łazarza. Siostry opuściły Palestynę wraz z bratem i pomagały mu głosić Ewangelię w różnych krainach.

    Święty Łazarz

    Łazarza znamy go z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44; 12, 1-11) jako brata Marii i Marty. Gdy z obawy przed Żydami Jezus przebywał w Zajordanii, dotarła do niego wiadomość o śmierci Łazarza. Powrócił wtedy – po odczekaniu – do Judei i udał się do Betanii. Św. Jan Ewangelista szczegółowo opisuje scenę Jego spotkania z siostrami i dialog z Martą, a następnie głębokie wzruszenie Jezusa i wskrzeszenie Łazarza. Dowiadujemy się także o reakcji Żydów, którzy nie mogli zaprzeczyć faktom, ale jeszcze bardziej znienawidzili Jezusa. Ta niechęć dotknęła także Łazarza. Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11). Milczenie ewangelii o dalszych losach Łazarza uzupełnili anonimowi pisarze chrześcijańscy.
    Na Wschodzie najbardziej znana była legenda, która uczyniła Łazarza biskupem Cypru i tam umieściła jego – drugi – grób. Pewną rolę w rozwoju kultu odegrała też tzw. niedziela Łazarza, jedna z ostatnich niedziel Wielkiego Postu, w którą odczytywano ewangelię o jego wskrzeszeniu i dokonywano skrutynium przed dopuszczeniem do chrztu. Na Zachodzie w cyklu legend prowansalskich i burgundzkich pojawiła się w dość późnym średniowieczu opowieść o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta. Inne opowiadania wskazują na Autun i Avallon jako miejsca złożenia jego relikwii.
    Równie rozbieżne były daty wspomnień liturgicznych Łazarza. W kalendarzach spotykano je m.in. pod dniem 17 grudnia, 4 maja, 17 czerwca, 16 lub 17 października.W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 lipca

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktor I, papież
      •  Błogosławiony Jan Soreth, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa Kowalska, dziewica i męczennica
      •  Święta Alfonsa Muttathupadathu od Niepokalanego Poczęcia, zakonnica
    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Józef Makhluf urodził się 8 maja 1828 r. w Beka Kafra, małej wiosce położonej wysoko w górach Libanu. Był synem ubogiego wieśniaka. Nauki pobierał w szkółce, która funkcjonowała dosłownie pod drzewami. W 1851 r. wstąpił do maronickich antonianów (baladytów). Przebywał najpierw w Maifuq, potem w Annaya, w klasztorze pod wezwaniem św. Marona (Mar Maroun). Składając śluby zakonne, przybrał imię Szarbela (Sarbela, Sarbeliusza), męczennika z Edessy. W 1859 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Powrócił wówczas do klasztoru św. Marona i przebywał tam przez następne szesnaście lat.
    W 1875 r. za przyzwoleniem przełożonych udał się do górskiej samotni. Spędził w niej 23 lata, które wypełnił pracą, umartwieniami i kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Zmarł 24 grudnia 1898 r. Bez zwłoki otoczyła go cześć świadczona świętym Pańskim oraz sława cudów. Do grobu Abuna Szarbela ciągnęli nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Wielu fascynowało także to, że ciało świętego mnicha nie ulegało jakiemukolwiek zepsuciu.

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Szarbela beatyfikował w ostatnich dniach Soboru Watykańskiego II, 5 grudnia 1965 r., papież Paweł VI. Mówił wtedy: “Eremita z gór Libanu zaliczony zostaje do grona błogosławionych. To pierwszy wyznawca pochodzący ze Wschodu, którego umieszczamy wśród błogosławionych według reguł obowiązujących aktualnie w Kościele katolickim. Symbol jedności Wschodu i Zachodu! Znak zjednoczenia, jakie istnieje między chrześcijanami całego świata! Jego przykład i wstawiennictwo są dzisiaj bardziej konieczne, niż były kiedykolwiek. (…) Właśnie ten błogosławiony zakonnik z Annaya powinien służyć nam za wzór, ukazując nam absolutną konieczność modlitwy, praktykowania cnót ukrytych i umartwiania siebie. Kościół bowiem wykorzystuje również dla celów apostolskich ośrodki życia kontemplacyjnego, gdzie wznoszą się do Boga, z zapałem, który nigdy nie stygnie, uwielbienie i modlitwa”. Ten sam papież kanonizował Szarbela 9 października 1977 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 lipca

    Błogosławiona
    Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego
    (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Innocenty I, papież
      •  Błogosławiona Maria Magdalena Martinengo, dziewica
      •  Święty Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik
      •  Święty Celestyn I, papież
      •  Błogosławiona Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica
    Błogosławiona Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego

    Helena Staszewska urodziła się w 1890 r. w Złoczewie koło Kalisza. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie – miała 12 rodzeństwa. Naukę rozpoczęła w Wieluniu, następnie uczyła się w Kaliszu i Piotrkowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła pracę w Sulejówku. W czasie I wojny światowej zmarł jej ojciec, a niedługo potem także i matka. Po ich śmierci musiała zająć się wychowaniem młodszego rodzeństwa. Pracowała jako nauczycielka.
    W wieku 31 lat wstąpiła do Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Krakowie. Wraz z nią do urszulanek wstąpiły też jej dwie siostry. Sześć miesięcy później otrzymała imię Marii Klemensy od Jezusa Ukrzyżowanego i przyjęła habit zakonny. Po złożeniu ślubów pracowała m.in. w szkole powszechnej urszulanek w Krakowie. Prowadziła także Krucjatę i założyła Sodalicję Mariańską w Sierczy koło Krakowa. Organizowała comiesięczne spotkania, na których czytano prasę katolickę, uczyła dziewczęta sztuki wypowiadania się. Doprowadziła też do uruchomienia ochronki, do której zapisało się ok. 50 dzieci. W czasie swego 22-letniego pobytu w zakonie pełniła wiele funkcji i spełniała różne obowiązki. Była między innymi zastępczynią przełożonej w klasztorach: w Sierczy, Zakopanem i Stanisławowie. Była także przełożoną w Częstochowie, Gdyni i Rokicinach Podhalańskich. W tej ostatniej miejscowości znalazła się 15 sierpnia 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej. Już 1 września została zmuszona, by wraz ze swoimi siostrami opuścić klasztor. Następnego dnia udały się do Krakowa, skąd do Rokicin powróciły w połowie września, już po nadejściu wojsk niemieckich. Siostry zaangażowały się w pomoc potrzebującym, których było coraz więcej. W lipcu 1940 r. w klasztorze po raz pierwszy pojawiło się gestapo, aby zastraszyć i zniechęcić siostry.
    Od 1941 r. siostry zaczęły przyjmować w klasztorze zagrożone gruźlicą dzieci warszawskie. Były wśród nich również dzieci żydowskie, ukrywane przez urszulanki. Przez dom zakonny przewijało się też wielu uciekinierów i tułaczy, Polaków i Żydów. Nikomu nie odmawiano pomocy.
    26 stycznia 1943 r. Niemcy weszli do klasztoru i aresztowali przełożoną, matkę Marię Klemensę. Pozwolono jej tylko uklęknąć w kaplicy i zmówić “Pod Twoją obronę”. Przez miesiąc przetrzymywano ją w miejscowym areszcie, po czym 26 lutego 1943 r. przewieziono ją do osławionego więzienia na Montelupich w Krakowie. Po kilku dniach znalazła się w transporcie do Auschwitz; tam otrzymała numer 38102.
    Od początku pobytu w obozie chorowała i cierpiała. Z trudem trzymała się na nogach. Niebawem słaby organizm zaatakował panoszący się w tym obozie koncentracyjnym tyfus. Zmarła z tego powodu 27 lipca 1943 r.
    13 czerwca 1999 r. w Warszawie papież św. Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników Kościoła z okresu II wojny światowej. W ich gronie znalazła się też Maria Klemensa Staszewska od Jezusa Ukrzyżowanego, urszulanka Unii Rzymskiej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    26 lipca

    Święci Anna i Joachim,
    rodzice Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Pierina De Micheli, dziewica
    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.

    Święta Anna z Maryją

    Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy.
    Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.

    Święty Joachim z Maryją

    Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny z Galilei. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom.
    Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej Córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, rodzice oddali swą Jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy Maryja miała 3 lata, oddano Ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505).
    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).

    Święta Anna Samotrzecia

    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził go w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Wspomnienie obchodzono w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że należy im się szczególna cześć. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia.
    Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 lipca

    Święty Jakub Starszy, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Krzysztof, męczennik
      •  Święta Olimpia
      •  Święta Maria del Carmen Sallés y Barangueras, dziewica
    Święty Jakub Większy

    Wśród apostołów było dwóch Jakubów. Dla odróżnienia nazywani są Większym i Mniejszym albo też Starszym i Młodszym. Prawdopodobnie nie chodziło w tym wypadku o ich wiek, ale o kolejność przystępowania do grona Apostołów. Rozróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15, 40). Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego “aqeb”, oznaczającego “chronić” – a zatem znaczy “niech Jahwe chroni”. Etymologia ludowa tłumaczy to imię jako “pięta”. Według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak Ezawa, miał go trzymać za piętę (Rdz 25, 26).
    Św. Jakub Większy jest tym, który jest wymieniany w spisie Apostołów wcześniej – był powołany przez Jezusa, razem ze swym bratem Janem, jako jeden z Jego pierwszych uczniów (Mt 4, 21-22): święci Mateusz i Łukasz wymieniają go na trzecim miejscu, a święty Marek na drugim. Jakub i jego brat Jan byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może pochodzili z Betsaidy, podobnie jak święci Piotr, Andrzej i Filip (J 1, 44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub “byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5, 10). Matką Jana i Jakuba była Salome, która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15, 40; Mt 27, 56).Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata, Jana (J 1, 37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb. Wspomina o tym św. Łukasz (Łk 5, 1-11), dodając nowy szczegół – że było to po pierwszym cudownym połowie ryb.
    Jakub należał do uprzywilejowanych uczniów Pana Jezusa, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5, 37; Łk 8, 51), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1nn; Mk 9, 1; Łk 9, 28) oraz modlitwy w Ogrójcu (Mt 26, 37). Żywe usposobienie Jakuba i Jana sprawiło, że Jezus nazwał ich “synami gromu” (Mk 3, 17). Chcieli bowiem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9, 55-56). Jakub był wśród uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13, 3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 21, 2). Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów – jest to bardzo dużo.

    Święty Jakub Większy

    Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1, 13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: “W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12, 1-2). Jakuba stracono w 44 r. bez procesu – zapewne po to, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale ścięto go w więzieniu. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym tak dalece go wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to sam natychmiast poniósł śmierć męczeńską. Jakub był pierwszym wśród Apostołów, a drugim po św. Szczepanie, męczennikiem Kościoła (zgodnie z przepowiednią Chrystusa – Mk 10, 39).
    W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub udał się zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Do dziś św. Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii i Portugalii.

    Święty Jakub Większy

    Według tradycji, w VII wieku relikwie św. Jakuba miały zostać sprowadzone z Jerozolimy do Compostelli w Hiszpanii. Nazwa Compostella ma się wywodzić od łacińskich słów Campus stellae (Pole gwiazdy), bowiem relikwie Świętego, przywiezione najpierw do miasta Iria, zaginęły – dopiero w IX w. miał je odnaleźć biskup, prowadzony cudowną gwiazdą. Hiszpańska nazwa Santiago znaczy zaś po polsku “święty Jakub”. Te dwie nazwy łączy się w jedno, stąd nazwa miasta brzmi dziś Santiago de Compostella. Do dziś znajduje się tam grób św. Jakuba. W wiekach średnich po Ziemi Świętej i Rzymie było to trzecie sanktuarium chrześcijaństwa. W katedrze genueńskiej oglądać można artystyczny relikwiarz ręki św. Jakuba, wystawiany na pokaz podczas rzadkich okazji.
    Święty jest patronem Hiszpanii i Portugalii; ponadto m. in. zakonów rycerskich walczących z islamem, czapników, hospicjów, szpitali, kapeluszników, pielgrzymów, sierot.W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest jako starzec o silnej budowie ciała w długiej tunice i w płaszczu lub jako pielgrzym w miękkim kapeluszu z szerokim rondem. Jego atrybutami są: bukłak, kij pielgrzyma, księga, miecz, muszla, torba, turban turecki, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    24 lipca

    Święta Kinga, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles
      •  Błogosławiona Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiona Joanna z Orvieto, dziewica
    Święta Kinga

    Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr, wśród nich były św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką.
    O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie.
    W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletność obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin.
    Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski coraz bliżej. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa (18 marca 1241 r.) uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo (11 kwietnia 1241 r.). Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Wódz tatarski Batu-chan stanął w Krakowie w Niedzielę Palmową, 24 marca; stąd Tatarzy ruszyli na Śląsk.
    Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamek w Krakowie, jak też w Sandomierzu, Tatarzy zupełnie zniszczyli, tak że się nie nadawał do zamieszkania, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. Dlatego historia nadała Bolesławowi przydomek “Wstydliwy”. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat. Wtedy także zapewne Kinga wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co Szajnocha przeliczył na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma.
    Kinga w tym czasie zapewne kilka razy odwiedzała rodzinne Węgry. Sprowadziła stamtąd do Polski górników, którzy dokonali pierwszego odkrycia złoży soli w Bochni (1251). Stąd powstała piękna legenda o cudownym odkryciu soli. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku i w Łącku. Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, gdzie im wystawiono kościół i klasztor. W Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pozwolił i dopomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa (1253). To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją.
    7 grudnia 1279 r. umarł w Krakowie książę Bolesław Wstydliwy. Długosz wspomina, że biskup krakowski Paweł i niektórzy z panów zaofiarowali Kindze rządy. Kiedy Kinga poczuła się wolna, postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea, która w tym czasie założyła w Zawichoście pierwszy ich klasztor, w roku 1259 przeniesiony do Skały. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach, w 1284 r., ostatecznie doszło do zgody. Kinga wstąpiła do tego klasztoru już wcześniej (1279), zaraz po śmierci męża. Prawdopodobnie nie zajmowała w klasztorze żadnych urzędów. Jej staraniem była budowa i troska o jego byt materialny. Welon zakonny otrzymała z rąk biskupa Pawła. Jednak śluby zakonne złożyła dopiero, jak to wynika ze szczęśliwie zachowanego dokumentu, 24 kwietnia 1289 roku. Spędziła w Starym Sączu 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263.

    Święta Kinga - obraz kanonizacyjny

    Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII. Dokonano jej po długim procesie kanonicznym dnia 10 czerwca 1690 r. Dekrety, wydane przez papieża Urbana VIII (1623-1644), zalecały w sprawach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jak najdalej posuniętą ostrożność i surowość. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kult bł. Kingi znacznie wzrósł po jej beatyfikacji. Benedykt XIII przyznał jej tytuł patronki Polski i Litwy (31 sierpnia 1715 r.). Jest także patronką diecezji tarnowskiej.
    Kanonizacji Kingi dokonał św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. Mówił wtedy między innymi: “Mury starosądeckiego klasztoru, któremu początek dała św. Kinga i w którym dokonała swego życia, zdają się dziś dawać świadectwo o tym, jak bardzo ceniła czystość i dziewictwo, słusznie upatrując w tym stanie niezwykły dar, dzięki któremu człowiek w sposób szczególny doświadcza własnej wolności. Tę zaś wewnętrzną wolność może uczynić miejscem spotkania z Chrystusem i z człowiekiem na drogach świętości. U stóp tego klasztoru, wraz ze św. Kingą proszę szczególnie was, ludzie młodzi: brońcie tej swojej wewnętrznej wolności! Niech fałszywy wstyd nie odwodzi was od pielęgnowania czystości! A młodzieńcy i dziewczęta, których Chrystus wzywa do zachowania dziewictwa na całe życie, niech wiedzą, że jest to uprzywilejowany stan, przez który najwyraźniej przejawia się działanie mocy Ducha Świętego”.W ikonografii przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli, bywa w niej pierścień.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 lipca

    Święta Brygida Szwedzka, zakonnica,
    patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Wasyl (Bazyli) Hopko, biskup
      •  Święty Jan Kasjan
      •  Błogosławiony Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik
    Święta Brygida

    Brygida urodziła się w 1303 r. na zamku w Finstad koło Uppsali. Jej rodzina była spokrewniona z dynastią królewską w Szwecji. Rodzina ta była bardzo religijna. Ojciec co tydzień przystępował do sakramentów pokuty i Eucharystii. Odbył także podróż do Hiszpanii na grób św. Jakuba w Compostelli.
    Według żywotów Brygida miała od dziecka cieszyć się oznakami szczególnej przyjaźni Pana Jezusa. Kiedy miała 7 lat, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna i złożyła na jej głowie tajemniczą koronę. Trzy lata później zjawił się jej Chrystus na krzyżu. Na widok męki Pana Jezusa Brygida miała zawołać: “O, mój kochany Panie! Kto Ci to zrobił? Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!” Kiedy Brygida miała 12 lat, zmarła jej matka (1314). Ojciec oddał kapłanom sumę 200 marek w złocie, co było dużym majątkiem, prosząc, by modlili się o spokój duszy dla małżonki. Po śmierci żony wziął rodzeństwo Brygidy – Katarzynę i Izraela – na swój zamek, a Brygidę oddał na wychowanie do wujenki na zamku w Aspanas. Surowy tryb życia, jaki na zamku wprowadziła wujenka, odpowiadał Brygidzie, która chciała cała należeć do Chrystusa.
    Wbrew swojej woli Brygida została wydana w czternastym roku życia za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gotmarssona. Po ślubie przeniosła się na zamek męża (1316). Chociaż utratę dziewictwa opłakiwała rzewnymi łzami, umiała w swoim małżeństwie dostrzec wolę Bożą i starała się być dla męża najlepszą żoną. Trafiła też na dobrego człowieka. Dlatego żyli szczęśliwie razem 28 lat (1316-1344). Pałac Brygidy należał do najświetniejszych w kraju. Było w nim zawsze rojno od gości. Brygida dbała o to, by wszyscy wchodzący w jej progi czuli się dobrze. Kierowała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała wszakże na żadne pohulanki i zbyt swobodne zachowania.
    Szczególnie jednak była oddana mężowi, okazując mu przywiązanie i wprost matczyną opiekę. Dała mu 4 synów i 4 córki: Martę (1319), Karola (1321), Birgera (1323), Benedykta (1326), Gutmara (1327), św. Katarzynę Szwedzką (1330), Ingeborgę (1332) i Cecylię (1334). Na wychowawców dla swoich dzieci dobierała pedagogów o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Każde dziecko miało inny charakter. Trzeba było ze strony matki wiele subtelności, by uszanować ich osobowość, a nie dopuścić do wypaczenia ich charakterów, bowiem mąż był często poza domem, zajęty sprawami publicznymi. Nie zaniedbała wszakże Brygida wśród tak licznych zajęć rodzinnych troski o własną duszę. Jej kierownikiem duchowym był uczony wiceprzeor cystersów, Piotr Olafsson. Na jej prośbę jeden z kanoników katedry, Maciej, przetłumaczył Pismo święte na język szwedzki, by Brygida mogła w nim się rozczytywać. Na jej życzenie kanonik ten ułożył również komentarze do Pisma świętego.
    W 1332 roku Brygida została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. Korzystając z osobistego majątku, jak też z majątku króla, nad którym otrzymała zaszczytny zarząd, hojnie wspierała kościoły, klasztory i ubogich. W 1339 roku utraciła nieletniego syna. Dla uproszenia błogosławieństwa Bożego dla całej rodziny udała się z pielgrzymką na grób św. Olafa (+ 1030). Tradycją w domu były pielgrzymki do Compostelli. I Brygida wraz z mężem udała się na grób św. Jakuba Apostoła (1342). Pielgrzymka trwała rok. Towarzyszył im spowiednik, cysters Svenung, który później opisał całą podróż. Po powrocie z pielgrzymki Ulf wstąpił do cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w lutym 1344 r. Brygida była wolna.

    Święta Brygida

    Postanowiła oddać się wyłącznie służbie Bożej i pełnieniu dobrych uczynków. Długie godziny poświęcała modlitwie. Mnożyła akty umartwienia i pokuty. Naglona objawieniami, pisała listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Pana Boga. Królowi szwedzkiemu i zakonowi krzyżackiemu przepowiedziała kary Boże, które też niebawem na nich spadły. W 1352 roku wezwała papieża Innocentego VI, aby powrócił do Rzymu. To samo wezwanie skierowała w imieniu Chrystusa do jego następcy, bł. Urbana V, który też w 1367 roku faktycznie do Rzymu powrócił. Kiedy zaś papież, zniechęcony zamieszkami w Rzymie, powrócił do Awinionu, przepowiedziała mu rychłą śmierć, co się niebawem sprawdziło (+ 1370). Niemniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Była hojną dla fundacji kościelnych i charytatywnych. Dom jej stał zawsze otworem dla potrzebujących.
    Z poparciem króla, który na ten cel ofiarował posiadłość w Vadstena, i za zezwoleniem Stolicy Świętej, Brygida założyła nową rodzinę zakonną pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela, zwaną często “brygidkami”. Jej córka, św. Katarzyna Szwedzka, w roku 1374 została jego pierwszą opatką. W roku 1349 Brygida udała się przez Pomorze, Niemcy, Austrię i Szwajcarię do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego 1350. Chodziło jej również o zatwierdzenie reguł swojego zakonu. W Rzymie założyła klasztor swojego zakonu.
    Korzystając ze swojej obecności w Italii, Brygida przewędrowała wraz z córką cały kraj, nawiedzając pieszo ważniejsze ówczesne sanktuaria: św. Franciszka w Asyżu, św. Antoniego w Padwie, św. Dominika Guzmana w Bolonii, św. Tomasza z Akwinu w Ortonie, św. Bartłomieja w Benevento, św. Macieja w Salerno, św. Andrzeja Apostoła w Amalfi, św. Mikołaja w Bari oraz św. Michała Archanioła na Monte Gargano. Do Rzymu powróciła dopiero w 1363 roku. W 1372 roku udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Miała wówczas 70 lat. Po powrocie do Rzymu, zmęczona podróżą, zmarła 23 lipca 1373 r., w dniu, który przepowiedziała. W jej pogrzebie wzięły udział tłumy wiernych. Był to prawdziwy hołd, jaki złożył jej Rzym. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało uzdrowionych. Jej ciało poprzez Korsykę, Styrię, Morawy i Polskę sprowadzono do Szwecji, gdzie złożono w klasztorze w Vadstena, który założyła.
    Dzięki staraniom córki, św. Katarzyny, została kanonizowana już w 1391 r. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. Kiedy Szwecja przeszła na protestantyzm (1595), relikwie te zaginęły bezpowrotnie.Brygida pozostawiła po sobie księgę Objawień. Wkrótce znała ją cała Europa. Była wielokrotnie przepisywana. W księdze tej św. Brygida spisała przepowiednie dotyczące Kościoła, papieży żyjących w jej czasach, losów państw i ówczesnych panujących oraz odnośnie do przyszłości wielu innych osób. Była przekonana, że pisze to, co jej dyktował Chrystus. Nawoływała do poprawy obyczajów, groziła karami Bożymi. Dzieło to miało wśród teologów sporo przeciwników. Mimo aprobaty papieży Grzegorza XI i Urbana VI, dzieła św. Brygidy były przedmiotem ataków i dyskusji nawet na soborach w Konstancji (1414-1418) i w Bazylei (1431). Brygida, jakby w przeczuciu, ile kłopotu narobi ta księga, dała ją najpierw do przejrzenia teologom. Ostatecznej aprobaty pismom św. Brygidy udzielił Kościół w akcie jej kanonizacji.
    1 października 1999 r. św. Jan Paweł II listem motu proprio ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy (razem ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża). Św. Brygida jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci.

    Święta Brygida z córką, św. Katarzyną

    W ikonografii św. Brygida przedstawiana jest w ciemnowiśniowym habicie z czerwonym welonem, na nim korona z białego płótna z pięcioma czerwonymi znakami – symbolizującymi pięć ran Jezusa. Czasami siedzi przy pulpicie i spisuje swoje wizje. Jej atrybutami są: heraldyczny lew, korona; księga, którą pisze; ptasie pióro, pielgrzymi kapelusz, serce i krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    22 lipca

    Święta Maria Magdalena

    Zobacz także:
      •  Święta Maria z Betanii
      •  Błogosławieni męczennicy Nicefor Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysz



    Według biblijnej relacji Maria pochodziła z Magdali – “wieży ryb” nad Jeziorem Galilejskim, ok. 4 km na północny zachód od Tyberiady. Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (Mk 16, 9; Łk 8, 2). Odtąd włącza się ona do grona Jego słuchaczy i wraz z innymi niewiastami troszczy się o wędrujących z Nim ludzi.
    Po raz drugi wspominają o niej Ewangeliści pisząc, że była ona obecna podczas ukrzyżowania i śmierci Jezusa (Mk 15, 40; Mt 27, 56; J 19, 25) oraz zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Maria Magdalena była jedną z trzech niewiast, które udały się do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, ale grób znalazły pusty (J 20, 1). Kiedy Magdalena ujrzała kamień od grobu odwalony, przerażona, że Żydzi zbezcześcili ciało ukochanego Zbawiciela, wyrzucając je z grobu w niewiadome miejsce, pobiegła do Apostołów i powiadomiła ich o tym. Potem sama wróciła do grobu Pana Jezusa. Zmartwychwstały Jezus ukazał jej się jako ogrodnik (J 20, 15). Ona pierwsza powiedziała Apostołom, że Chrystus żyje (Mk 16, 10; J 20, 18). Dlatego też jest nazywana apostola Apostolorum – apostołką Apostołów, a Kościół przez długie stulecia recytował w jej święto uroczyste wyznanie wiary. Wschód i Zachód, oddając hołd Magdalenie, obchodzą jej pamiątkę tego samego dnia – 22 lipca.Nie wiemy, co św. Łukasz miał na myśli, kiedy napisał o Marii Magdalenie, że Pan Jezus wypędził z niej siedem złych duchów. Św. Grzegorz I Wielki utożsamiał Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, o której na innym miejscu pisze tenże Ewangelista (Łk 7, 36-50), jak też z Marią, siostrą Łazarza, o której pisze św. Jan, że podobnie jak jawnogrzesznica u św. Łukasza, obmyła nogi Pana Jezusa wonnymi olejkami (J 11, 2). Współcześni bibliści, idąc za pierwotną tradycją i za ojcami Kościoła na Wschodzie, uważają jednak, że imię Maria miały trzy niewiasty nie mające ze sobą bliższego związku. Dotąd tak w liturgicznych tekstach, jak też w ikonografii Marię Magdalenę zwykło się przedstawiać w roli Łukaszowej jawnogrzesznicy, myjącej nogi Pana Jezusa. Najnowsza reforma kalendarza liturgicznego wyraźnie odróżnia Marię Magdalenę od Marii, siostry Łazarza, ustanawiając ku ich czci osobne dni wspomnienia. Marię Magdalenę nieraz utożsamiano także z Marią Egipcjanką, nierządnicą (V w.), która po nawróceniu miała żyć jako pustelnica nad Jordanem.
    Kult św. Marii Magdaleny jest powszechny w Kościele tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Ma swoje sanktuaria, do których od wieków licznie podążają pielgrzymi. W Efezie pokazywano jej grób i bazylikę wystawioną nad nim ku jej czci. Kiedy zaś Turcy zawładnęli miastem, jej relikwie miały zostać przeniesione z Efezu do Konstantynopola za cesarza Leona Filozofa (886-912). Kiedy krzyżowcy opanowali Konstantynopol (1202-1261), mieli przenieść relikwie Marii Magdaleny do Francji, do Vezelay, gdzie do dnia dzisiejszego doznają czci. We Francji jest jeszcze jedno sanktuarium św. Marii Magdaleny, w La Saint Baume, gdzie według legendy miała mieszkać przez 30 lat w jaskini jako pustelnica i pokutnica, kiedy ją w dziurawej łódce na pełne morze wywieźli Żydzi.
    Maria Magdalena jest patronką zakonów kobiecych; Prowansji, Sycylii, Neapolu; dzieci, które mają trudności z chodzeniem, fryzjerów, kobiet, osób kuszonych, ogrodników, studentów i więźniów.W ikonografii św. Maria Magdalena przedstawiana jest według tradycji, która utożsamiła ją z innymi Mariami. Ukazywana w długiej szacie z nakrytą głową; w bogatym książęcym wschodnim stroju lub jako pokutnica, której ciało osłaniają długie włosy; w malarstwie barokowym ukazywana bez odzieży lub półnago. Jej atrybutami są: dyscyplina, instrumenty muzyczne, krucyfiks, księga – znak jej misyjnej działalności, naczynie z olejkiem, kadzielnica, gałązka palmowa, czaszka, włosiennica, zwierciadło.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Maria Magdalena – świadek Zmartwychwstania

    Św. Maria Magdalena

    św. Maria Magdalena/ Adobe Stock

    ***

    W gronie uczniów Jezusa występuje Maria zwana Magdaleną. Jej przydomek zwykło się tłumaczyć jako odniesienie do miasta, z którego miała pochodzić (Magdala na północno-zachodnim brzegu Jeziora Galilejskiego). Wspominają o tej uczennicy Pańskiej wszystkie cztery Ewangelie, w sumie 12 razy. Dwukrotnie (Mk 15, 40 i Łk 8, 1-3) pojawia się ona w gronie kobiet idących za Jezusem. Łukasz dodaje, że Jezus uwolnił ją od „siedmiu demonów”. Inni Ewangeliści podkreślają, że Maria była bezpośrednim świadkiem śmierci i zmartwychwstania Pana. Kiedy wraz z innymi kobietami przyszła namaścić ciało Jezusa, anioł oznajmił im wiadomość o Jego zmartwychwstaniu.

    Czwarta Ewangelia, którą dziś czytamy, zachowała najpełniejszy obraz tej szczególnej uczennicy Pańskiej, która osobiście widziała Zmartwychwstałego. Teksty Nowego Testamentu nie pozwalają utożsamiać jej z nawróconą jawnogrzesznicą. Legenda ta przyjęła się w Kościołach zachodnich w średniowieczu, kiedy swobodnie łączono różne sceny ewangeliczne. Tak skojarzono Magdalenę z grzeszną kobietą, której Jezus przebaczył „liczne grzechy” (Łk 7, 47), jak też z inną kobietą „pochwyconą na cudzołóstwie” (J 8, 3). Ostatnio egzegeza feministyczna odrzuca zdecydowanie taką identyfikację i maluje nowy obraz Marii Magdaleny w oparciu o źródła pozabiblijne.

    Sięgając do apokryfów gnostyckich, autorzy popularnych powieści przypisują Magdalenie znacznie większą rolę niż w kanonicznych Ewangeliach. Kreują więc wizerunek kobiety obdarzonej szczególną zdolnością widzenia rzeczywistości duchowej. Z tego powodu jej autorytet w Kościele miał być wyższy od „władzy kluczy”, którą otrzymał św. Piotr. Tak subiektywne odczytanie źródeł starożytnych pomniejsza rolę urzędu nauczycielskiego, a wywyższa nieokreślony autorytet duchowy „wyzwolonej kobiety”, której ideałem ma być Maria Magdalena. Rynek wydawniczy zalewają dziś powieści, które zupełnie zniekształcają relację Jezusa i Magdaleny.

    Czwarty Ewangelista – św. Jan Apostoł zdaje się przywracać Marii Magdalenie właściwe miejsce w Kościele apostolskim. Aramejski podkład jego Ewangelii sugeruje, że przydomek Marii – Magdalena (Mariam Magdelajta) ma o wiele większe znaczenie niż tylko wskazanie na jej ziemskie pochodzenie. Otóż po aramejsku przydomek ten można tłumaczyć jako „wywyższona”, a raczej: „ta, której przywrócono wielkość”. Sens tego określenia objawia swą głębię w tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa. Jego zwycięstwo nad śmiercią przywraca ludziom utraconą wielkość. „Każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów” – wyjaśnia św. Piotr w pierwszym czytaniu (Dz 10, 43). A św. Paweł dopowie w drugim: „Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3, 4).

     ks. Antoni Tronina/TYgodnik Niedziela

    ***

    21 lipca

    Błogosławiony
    Franciszek Maria od Krzyża Jordan, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec z Brindisi, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Święty Apolinary, biskup i męczennik
      •  Daniel, prorok
    Błogosławiony Franciszek Maria od Krzyża Jordan

    Jan Chrzciciel Jordan urodził się 16 czerwca 1848 r. w Gurtweil, w pobliżu Waldshut w Badenii (Niemcy). W trzynastym roku życia, w czasie I Komunii Świętej, doświadczył szczególnej łaski, która stała się zaczynem kapłańskiego powołania. Droga do przyjęcia święceń była długa i trudna, przede wszystkim ze względu na skrajnie trudne warunki materialne rodziny.
    21 lipca 1878 r., w wieku 30 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Został wysłany przez swojego biskupa do Rzymu na studia języków orientalnych pod skrzydłami Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. Szczególnie ważna okazała się jego podróż na Bliski Wschód, gdzie został wysłany w celu praktycznego doskonalenia języków. Rozpoznał tam wezwanie do założenia nowego ruchu w Kościele, poświęconego apostolstwu. Po uzyskaniu błogosławieństwa papieża Leona XIII w dniu 8 grudnia 1881 r. Jordan z dwoma towarzyszami zapoczątkował Apostolskie Towarzystwo Nauczania. Nie chciał zakładać typowego zgromadzenia zakonnego, ale raczej ruch, który zaangażuje w ewangelizację nie tylko duchownych, ale również świeckich. Władze kościelne wymagały od niego jednak przedstawienia jasnych zasad funkcjonowania. Posłuszeństwo doprowadziło w 1883 r. do przekształcenia dzieła w zgromadzenie zakonne pod nazwą Towarzystwo Boskiego Zbawiciela (salwatorianie). Jan Chrzciciel Jordan przyjął wówczas imię Franciszek Maria od Krzyża. Pięć lat później – 8 grudnia 1888 r. – wraz z Marią Teresą von Wüllenweber (bł. Marią od Apostołów) Franciszek Maria założył Kongregację Sióstr Boskiego Zbawiciela (salwatorianki).
    Już w 1889 r. młode zgromadzenie otrzymało propozycję od prefekta Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, aby przejąć nowo utworzoną prefekturę apostolską w Assam w Indiach. Mimo skromnych możliwości personalnych i materialnych następował dynamiczny rozwój Wspólnoty. W 1892 r. o. Jordan założył fundacje w Stanach Zjednoczonych i Austrii. W kolejnych latach powstawały misje w Ekwadorze-Kolumbii, Szwajcarii, Czechosłowacji, Brazylii, Rumunii, Belgii, Polsce i Jugosławii, Anglii i Niemczech. Współcześnie członkowie Towarzystwa Boskiego Zbawiciela głoszą Ewangelię w czterdziestu krajach. Na całym świecie działają również siostry salwatorianki oraz salwatorianie świeccy.Franciszek Maria od Krzyża Jordan zmarł 8 września 1918 r. w szwajcarskim Tafers, gdzie przebywał ze względu na kończącą się I wojnę światową. W 1956 r. jego doczesne szczątki zostały przeniesione do Rzymu i złożone w domu generalnym zgromadzenia.Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1942 r. W roku 2011 został ogłoszony dekret o heroiczności jego cnót, a 19 czerwca 2020 r. papież Franciszek zatwierdził cud za jego wstawiennictwem. Uroczystość beatyfikacji odbyła się 15 maja 2021 r. w bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 lipca

    Błogosławiony Czesław, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica
      •  Święty Torlak Thorhallsson, biskup
      •  Eliasz, prorok
      •  Błogosławiony Alojzy Novarese, prezbiter
      •  Święty Józef Barsaba Justus
    Błogosławiony Czesław

    Czesław urodził się około roku 1180 w Kamieniu Opolskim. Miał być krewnym św. Jacka. Wydaje się raczej mało prawdopodobne – co przekazują legendy – że studiował w Pradze, Paryżu i Bolonii i że miał studia uwieńczyć podwójnym doktoratem z teologii i prawa kanonicznego. Wiemy tylko, że należał obok św. Jacka Odrowąża i Hermana Niemca do księży z otoczenia biskupa krakowskiego, Iwona Odrowąża. Miał zajmować stanowisko kustosza kolegiaty sandomierskiej. Gdyby tak było, wskazywałoby to na rycerskie (szlacheckie) pochodzenie Czesława, gdyż wówczas tylko takich przyjmowano do kapituły.
    Jako kapłan diecezjalny w 1220 lub 1221 r. wstąpił do dominikanów. Habit otrzymał z rąk samego św. Dominika. W 1222 roku przybył z innymi współbraćmi, w tym ze św. Jackiem Odrowążem, do Krakowa. Tam przyjął ich uroczyście Iwo Odrowąż w otoczeniu kleru i ludu. Pierwsi dominikanie zamieszkali w Krakowie, oddając się pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej. W roku 1225 biskup Pragi zaprosił dominikanów do stolicy Czech. Wysłano tam Czesława z kilkoma ojcami. Czesław stał się więc założycielem rodziny dominikańskiej na ziemi czeskiej.
    Po założeniu klasztoru w Pradze (1225) udał się do Wrocławia. Tamtejszy biskup, Wawrzyniec, powitał go niemniej ciepło, jak to w Krakowie uczynił Iwo. Dominikanie otrzymali parafialny kościół św. Wojciecha. Zachował się do dzisiaj dokument przekazania świątyni z 1 maja 1226 r. Tam Czesław pozostał jako przeor do roku 1231, kiedy to został przez kapitułę wybrany na prowincjała (1233-1236). Jako prowincjał brał udział w kapitule generalnej w Bolonii i w kanonizacji św. Dominika w Rzymie (1234). Po złożeniu urzędu pozostał nadal przeorem w klasztorze wrocławskim, aż do swojej śmierci (ok. 1242).
    Jan Długosz przytacza barwną legendę, jak Czesław swoją modlitwą uratował Wrocław od najazdu Tatarów i całkowitego zniszczenia w roku 1241. Kiedy miasto zostało zajęte przez najeźdźców, część wrocławian postanowiła bronić się poza murami obronnego grodu. Czesław był duszą całej obrony, podobnie jak bł. Sadok w Sandomierzu, a później ks. Augustyn Kordecki podczas oblężenia Jasnej Góry. Podanie głosi, że Czesław modlił się o ocalenie miasta wychodząc często na jego wały i zachęcając dzielnych obrońców do oporu. Gdy Wrocław wyszedł obronną ręką z tej wojennej zawieruchy, mieszkańcy przypisywali uratowanie miasta modlitwom i wstawiennictwu Czesława, którego wiara złamała siły nieprzyjacielskie. Należy to uważać raczej za legendę, gdyż Wrocław został poważnie spalony właśnie w 1241 r. przez Tatarów. W innych zaś latach Mongołowie tak daleko już nie podeszli.

    Błogosławiony Czesław

    Według tradycji wrocławskiej Czesław miał umrzeć 15 lipca 1242 r. Datę tę przyjmuje tradycja dominikańska. Zaraz po śmierci odbierał cześć jako święty. Nad jego grobem w kościele dominikanów we Wrocławiu wystawiono niebawem ołtarz. Cześć od dawna mu oddawaną zatwierdził papież Klemens XI 18 października 1713 roku. Ciało bł. Czesława spoczywa w dominikańskim kościele św. Wojciecha w osobnej kaplicy. Kiedy w czasie zdobywania Wrocławia w roku 1945 cały kościół legł w gruzach, zachowała się jedynie kaplica z relikwiami bł. Czesława. Jest on patronem Wrocławia.W ikonografii przedstawiany z kulą ognistą lub ze słupem ognia nad głową, który według tradycji ukazał się podczas oblężenia Wrocławia przez Tatarów. To niecodzienne zjawisko spowodowało ich odwrót. Atrybutami Błogosławionego są: krzyż misyjny, kielich, otwarta księga Ewangelii, laska pielgrzyma, lilia, monstrancja, puszka z komunikantami, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 lipca

    Błogosławiony Achilles Puchała,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Makryna Młodsza
      •  Błogosławiona Ludwika z Sabaudii, zakonnica
      •  Święty Symmach, papież
      •  Błogosławiony Herman Stępień, prezbiter i męczennik
    Błogosławiony Achilles Puchała

    Józef Puchała urodził się w 18 marca 1911 r. we wsi Kosina koło Łańcuta. Wychowywał się w średniozamożnej, rolniczej rodzinie Franciszka i Zofii z domu Olbrycht, w której pielęgnowano tradycje patriotyczne i katolickie. Miał siedmioro rodzeństwa. Miejscowy proboszcz wyczuł w nim znaki powołania i namówił rodziców do wysłania Józefa, po ukończeniu piątej klasy, do Lwowa, na naukę gimnazjalną w Małym Seminarium Misyjnym prowadzonym przez franciszkanów.
    W gimnazjum Józef wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej i stał się jego aktywnym członkiem. W 1927 r. został przyjęty we Lwowie do franciszkanów konwentualnych i otrzymał zakonne imię Achilles. Śluby wieczyste złożył w 1932 r., a następnie rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez rok kontynuował studia.
    Pracował najpierw w konwencie franciszkańskim w Grodnie, a potem w Iwieńcu. Pod koniec 1939 r. pojechał do liczącej pięć tysięcy wiernych parafii pw. św. Jerzego we wsi Pierszaje (ok. 20 km od Iwieńca), aby objąć urząd proboszcza – opuszczony w trakcie kampanii wrześniowej przez kapłana diecezjalnego. Po pięciu miesiącach otrzymał do pomocy kapłana, innego franciszkanina, o. Hermana Karola Stępnia z Wilna. Ojciec Achilles pomagał materialnie wielu rodzinom, ubogim rozdawał chleb, dzielił się tym, co miał.
    W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów.
    Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy.
    W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami.
    19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński.
    Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. W jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem.
    Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś.
    O. Achilles Puchała i o. Herman Stępień zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    18 lipca

    Święty Szymon z Lipnicy, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Arnulf, męczennik
      •  Święty Arnulf z Metzu, biskup
      •  Święty Arnold Wyznawca
      •  Święty Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik
    Święty Szymon z Lipnicy

    Szymon urodził się około 1438-1440 r. w Lipnicy. Znane są nam imiona jego rodziców: Grzegorz i Anna. Nie znamy natomiast ich nazwisk. Ojciec był piekarzem. Fakt wysłania Szymona na studia uniwersyteckie wskazywałby na pewną zamożność rodziców, gdyż to suponuje także ukończenie szkół niższych. Jednak zamożność ta była względna, skoro w 1454 r. Szymon wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej zaledwie 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą już i tak skromnej rocznej opłaty. Zapisał się na wydział nauk wyzwolonych (artium). Był to wydział wstępny i najliczniej obstawiony, gdyż dawał przygotowanie do trzech wydziałów pozostałych i udzielał najogólniejszych wiadomości z zakresu siedmiu nauk wyzwolonych. Akademię Krakowską Szymon ukończył w roku 1457 tytułem bakałarza.
    W tym samym roku wstąpił wraz z dziesięcioma swoimi kolegami akademickimi do bernardynów, których cztery lata wcześniej sprowadził do Polski i założył ich pierwszy klasztor w Krakowie św. Jan Kapistran. Niewykluczone, że Szymon widział go i słuchał osobiście, kiedy Jan przez osiem miesięcy przebywał w Krakowie na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka. Po roku nowicjatu Szymon złożył śluby zakonne (1458). W Krakowie odbywał swoje studia teologiczne i po roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie.
    Szymon musiał wyróżniać się cnotą, wiedzą i powagą, skoro już w roku 1465 – w kilka lat po święceniach – został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie. Z tego powodu wziął udział w kapitule prowincji w Krakowie. W dwa lata później pełnił w Krakowie urząd kaznodziei. Urząd ten w zakonie franciszkańskim był zawsze w wysokim poważaniu. Wybierano na to stanowisko wyjątkowo zdolnych zakonników. Według relacji, jakie nam pozostawiły źródła, Szymon był nie tylko kaznodzieją z urzędu, ale przede wszystkim z powołania. Obowiązek ten miał sprawować przez kilkanaście lat, bo aż do śmierci (1467-1482). Szymon był nie tylko kaznodzieją zakonnym, ale przede wszystkim katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. To dowodzi, że Szymon doskonale opanował ten język.

    Święty Szymon z Lipnicy

    O wielkiej powadze, jaką się cieszył Szymon wśród swoich współbraci, świadczy i to, że został wybrany wraz z kilkunastoma innymi bernardynami delegatem prowincji polskiej, aby uczestniczył w uroczystościach przeniesienia relikwii św. Bernardyna do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei (1472).
    W roku 1474 został wybrany na kapitule prowincji dyskretem, czyli delegatem na kapitułę generalną do Pawii. Wyruszył na nią wraz z ówczesnym prowincjałem Chryzostomem z Ponieca i gwardianem z Krakowa, Marianem z Jeziorka. Przez pewien czas Szymon pełnił także funkcję komisarza prowincjała i w jego imieniu wizytował niektóre konwenty prowincji. Poważnym wydarzeniem w jego życiu była pielgrzymka do Ziemi Świętej (1478/1479). Odbył ją korzystając z okazji, że był uczestnikiem kapituły generalnej w Pawii. Stamtąd udał się do ziemi Chrystusa Pana.
    W zakonie odznaczał się surowością życia, nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej. Umarł posługując chorym podczas zarazy w Krakowie 18 lipca 1482 r. Pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. W 1488 r. bł. Władysław z Gielniowa, sprawujący wówczas funkcję prowincjała, na podstawie specjalnego breve papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota były dowodem jego skutecznego orędownictwa. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask. Długie zabiegi o formalną beatyfikację doszły do skutku. 24 lutego 1685 roku bł. Innocenty XI ogłosił dekret beatyfikacyjny. Dnia 3 czerwca 2007 r. papież Benedykt XVI kanonizował Szymona z Lipnicy.W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako głoszący kazanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 lipca

    Święte dziewice i męczennice
    Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksy, wyznawca
      •  Błogosławiony Paweł Piotr Gojdič, biskup
      •  Święty Leon IV, papież
    Święte męczennice z Compiegne

    Podczas rewolucji francuskiej władze zamknęły w 1792 r. klasztor sióstr karmelitanek w Compiègne. 14 września 1792 r. zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach. Przez kolejne 2 lata żyły w nich, przestrzegając – w miarę możliwości – zasad życia zakonnego.
    W 1794 r. oskarżono je o życie we wspólnocie zakonnej. Zostały aresztowane 22 czerwca i uwięzione w byłym klasztorze wizytek. 12 lipca przewieziono je do więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca 1794 r. na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Idąc na gilotynę, śpiewały Salve Regina. Jako ostatnią stracono matkę przełożoną, która umacniała siostry.
    Ciała zakonnic wrzucono do dołu z piaskiem na paryskim cmentarzu Picpus, w którym w późniejszym czasie doliczono się 1298 ofiar terroru rewolucji. Nie było więc szans na odnalezienie relikwii karmelitanek. Były one pierwszymi ofiarami terroru rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny; jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Piusa X. W dniu 18 grudnia 2024 r. ich kanonizacji równoważnej (przez potwierdzenie kultu) dokonał papież Franciszek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 lipca

    Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel
    Szkaplerz karmelitański

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Magdalena Postel, dziewica
      •  Święte dziewice i męczennice z Orange
      •  Święty Bartłomiej od Męczenników, biskup
    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi

    Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.
    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.
    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.
    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.
    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
    Szkaplerz karmelitański

    Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).
    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.
    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 lipca

    Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Bonawentura, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Pompiliusz Maria Pirrotti, prezbiter
      •  Święty Włodzimierz I Wielki, książę
    Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski

    Antoni urodził się w 9 września 1880 r. w Borowskich Olkach na Podlasiu. Był drugim z czworga dzieci Jana i Michaliny ze Średzińskich. Rodzina kultywowała tradycje patriotyczno-religijne. Jego dziadek był uczestnikiem powstania styczniowego. Wszystkie dzieci otrzymały staranne wykształcenie. Antoni uczył się w Surażu i Białymstoku, a potem wysłano go do szkół w Wilnie. Tam też wstąpił do seminarium duchownego. W 1904 r. ukończył je i przyjął święcenia kapłańskie.
    Pracę duszpasterską rozpoczął w Wilnie. Po trzech latach został proboszczem w Surwiliszkach na Wileńszczyźnie, następnie pracował w w Prużanach na Polesiu. W 1918 r. pracował w Kuźnicy Białostockiej. Potem, aż do wybuchu II wojny światowej, był proboszczem i dziekanem (od 1927 r.) w Bielsku Podlaskim.
    Z wielkim poświęceniem opiekował się powierzoną sobie wspólnotą, tak podczas okupacji sowieckiej (w ciągu dwóch lat wywieziono pociągami towarowymi co najmniej trzy transporty okolicznej ludności na Sybir), jak i późniejszej niemieckiej. Był m.in. kapelanem podziemnej Armii Krajowej. Biskup Kazimierz Bukraba mianował go wikariuszem generalnym diecezji pińskiej, istniejącej wówczas na wschodnich terenach Rzeczypospolitej.
    W lipcu 1943 r. Erich Koch, niemiecki gauleiter Prus Wschodnich, w których granicach znalazł się Bielsk Podlaski, przeprowadził represyjną akcję wśród społeczności polskiej, głównie wśród inteligencji. 15 lipca 1943 r. niemieckie komando przyjechało do Bielska Podlaskiego. Aresztowano ks. Antoniego, a wraz z nim 49 mieszkańców okolicy.
    Tego samego dnia wszystkich wywieziono do Lasu Pilickiego w pobliżu Bielska Podlaskiego i tam stracono. Najmłodsza zamordowana dziewczynka, córka kierownika kina Basia Morydz (Moryc), miała zaledwie rok i dwa miesiące. Ks. Antoni do końca trzymał w dłoniach różaniec i brewiarz. Do końca też spowiadał aresztowanych. Pomordowanych zakopano we wcześniej przygotowanym dole. Po egzekucji dół wyrównano, rozjeżdżając gąsiennicami ciężkich pojazdów.
    Św. Jan Paweł II beatyfikował ks. Antoniego 13 czerwca 1999 r. w Warszawie jako jednego ze 108 polskich męczenników II wojny światowej. Relikwie bł. Antoniego, odnalezione po ekshumacji wszystkich pomordowanych, znajdują się w trumience w podstawie bocznego ołtarza bazyliki Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 lipca

    Święty Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk II, cesarz
      •  Błogosławiony Jakub de Voragine, biskup
      •  Święty Franciszek Solano, prezbiter
      •  Święci Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy i męczennicy
      •  Błogosławiona Angelina Marsciano, zakonnica
    Święty Kamil de Lellis

    Kamil urodził się 25 maja 1550 r. w Abruzzach. Matka Kamila, po przedwczesnej śmierci pierwszego syna, wybłagała sobie u Pana Boga narodziny Kamila; miała już wówczas prawie 60 lat. Przed urodzeniem dziecka miała tajemniczy sen: ujrzała swojego syna w otoczeniu wielu mężów z krzyżami na piersiach. Przerażona odczytała ten sen jako napomnienie Boże, że jej syn skończy jako herszt bandy i zawiśnie wraz ze swoją szajką na krzyżu. Pierwsze lata życia Kamila zdawały się potwierdzać przeczucia matki. Syn prowadził życie odległe od ascezy chrześcijańskiej. Podobnie jak ojciec, był porywczego i niespokojnego charakteru.
    Gdy Kamil miał około 20 lat, utworzyła mu się rana w nodze. Udał się więc do Rzymu, do szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. Nie wyleczył się zupełnie z rany, ale opuścił szpital i udał się na wojnę z Turkami: najpierw do Dalmacji (1571), potem nawet do Tunisu (1571-1574). Kiedy w grze w karty przegrał uzbierany kapitał, udał się do Manfredodi, do klasztoru kapucynów, jako pracownik fizyczny. Tam przeżył nawrócenie. 2 lutego 1575 r. postanowił pozostać na zawsze w zakonie, który mu udzielił dachu nad głową. Niestety, rana ponownie się otworzyła i tak dalece zaczęła mu dokuczać, że musiał powrócić do szpitala w Rzymie. Tu przebywał 4 lata. W czasie choroby z niezwykłym poświęceniem oddawał się posłudze nieuleczalnie chorym. Kiedy zaś rana jako tako się zagoiła, Kamil powrócił do kapucynów. Po pewnym czasie rana ponownie się odnowiła; Kamil zrozumiał, że jego miejsce nie jest u kapucynów.

    Święty Kamil de Lellis

    Powrócił więc do Rzymu, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył studia teologiczne. Po ich ukończeniu przyjął święcenia kapłańskie (1584). W tym samym roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP w kościółku Matki Bożej Cudownej z kilkoma towarzyszami, których w czasie studiów zdołał pozyskać dla swoich planów, wdział habit nowej rodziny zakonnej i złożył trzy śluby proste: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, z dodaniem ślubu czwartego: oddania się bez reszty posłudze chorym. Wszyscy udali się do szpitala Świętego Ducha, gdzie pod kierunkiem Kamila przez 28 lat spełniali tę samarytańską posługę.

    Święty Kamil de Lellis

    18 marca 1586 r. Kamil otrzymał od papieża Sykstusa V zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej: Towarzystwa Sług Chorych. Tego samego roku papież zezwolił na noszenie osobnego habitu Kleryków Regularnych, koloru czarnego z czerwonym krzyżem na piersi. 8 grudnia 1591 r. Kamil wraz z 25 towarzyszami złożył śluby uroczyste z dodaniem ślubu czwartego: “wiecznej obecności ciałem i duszą przy chorych, nawet zarażonych”. Dzieło zaczęło wydawać owoce. Liczba członków zakonu rosła, powstawały też nowe placówki: w Neapolu, Mediolanie, Genui, Florencji, Mantui, Bolonii, Chieti, Viterbo, Mesynie i Palermo. Kamil napisał ustawy dla nowego zakonu, a także szczegółowy regulamin i wskazania, jak należy zajmować się chorymi. Są one najpiękniejszym świadectwem miłości chrześcijańskiej. Za życia Kamila jego duchowi synowie otworzyli 65 własnych szpitali. W tym samym czasie ponad 100 kamilianów zmarło wskutek zarażenia od chorych, którym służyli.

    Święty Kamil de Lellis

    Kamil zmarł 14 lipca 1614 r. w domu macierzystym swojego zakonu w Rzymie. Jego ciało spoczywa dotąd w kościele przy centralnym domu w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Pan Bóg obdarzył Kamila darem kontemplacji, proroctwa oraz cudów za życia i po śmierci. Do chwały świętych wyniósł go papież Benedykt XIV w 1746 roku. Papież Leon XIII ogłosił Kamila de Lellis wraz ze św. Janem Bożym patronem szpitali i chorych (1886), papież Pius XI oddał mu także patronat nad służbą zdrowia – pielęgniarzami i pielęgniarkami (1930).W ikonografii św. Kamil przedstawiany jest w sutannie, na której widnieje czerwony krzyż. Jego atrybutami są: anioł, krzyż, księga, różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 lipca

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy

    Zobacz także:
      •  Święta Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica
      •  Święta Klelia Barbieri, dziewica
      •  Święty Sylas (Sylwan), biskup
      •  Święty Ewagriusz z Pontu
      •  Błogosławiony Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter
      •  Joel, prorok
      •  Ezdrasz, pisarz
    Święci Andrzej Świerad i Benedykt wśród uczniów

    Według tekstu z 1064 r., napisanego przez węgierskiego opata benedyktyńskiego i biskupa Maurusa, Andrzej Świerad (Andrzej Żurawek) pochodził z Polski, z rodziny rolniczej. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach znalazł się na Węgrzech. W roku 997/998 wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru św. Hipolita na górze Zabor koło Nitry. Opatem klasztoru był wtedy Filip. On też nadał nowemu zakonnikowi imię Andrzej, gdyż wtedy św. Andrzeja Apostoła uważano za głównego patrona Węgier. W klasztorze mieszkali także mnisi żyjący według reguły wschodniej. Do tej właśnie ławry wstąpił Świerad. Widocznie bardziej przystępny był dla niego język słowacki, aniżeli bardzo trudny węgierski. Spełniał różne posługi w klasztorze. Maurus wspomina, że Andrzej wstąpił do opactwa benedyktynów już zaawansowany w życiu ascetycznym. Uprzednio bowiem prowadził życie pustelnicze.
    Po przekroczeniu 40 lat, mnich mógł iść na pustelnię w towarzystwie jednego ucznia, który zmieniał się co kilka lat, by służyć Bogu w zupełnym odosobnieniu. Pustelnia była odległa od opactwa około pół dnia drogi. Co tydzień Andrzej musiał wracać do opactwa w sobotę wieczór i zostać na całą niedzielę. Jego zajęciem było karczowanie lasu. Pomimo tak ciężkiej pracy Andrzej trzy dni zupełnie pościł: w poniedziałek, w środę i piątek. Na Wielki Post brał od opata Filipa tylko 40 orzechów włoskich, które były jedynym jego pokarmem przez osiem tygodni (jeden orzech na dzień) za wyjątkiem sobót i niedziel, gdzie przyjmował wspólny posiłek w opactwie. Aby nawet sen sobie uprzykrzyć, siedział przez całą noc na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy ciało przechylało się w jakąś stronę, budził się raniony. Aby uniemożliwić zaś ruchy głową, zakładał na nią koronę z drewna z zawieszonymi czterema kamieniami, o które uderzał przy każdym skłonie. Ponadto Andrzej opasał swoje ciało mosiężnym łańcuchem, który z czasem obrósł skórą. To właśnie było bezpośrednią przyczyną jego śmierci ok. 1030-1034 r., gdyż po pęknięciu naskórka wywiązało się zakażenie. Wezwany opat Filip przybył już po śmierci Świerada. Przy obmywaniu ciała zauważył na jego brzuchu klamrę, która zdradziła istnienie łańcucha.Towarzyszem pustelniczego życia Andrzeja i jednym z jego uczniów był Benedykt. Po jego śmierci opowiadał biskupowi Maurusowi o cnotach i umartwieniach swego mistrza. Kontynuował surowy tryb życia w pustelni. Podobnie jak św. Andrzej miał przybyć de terra Poloniensi – z ziemi polskiej. W trzy lata po śmierci św. Andrzeja napadli go zbójcy i zabili. Ciało wrzucili do rzeki Wag. Maurus dodaje legendę, że orzeł przez cały rok pilnował ciała Męczennika i że dzięki niemu ciało zostało odnalezione w stanie zupełnie nie zepsutym. Obydwu – ucznia i mistrza – pochowano obok siebie w kościele zakonnym.

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt na tle góry Zabor i katedry w Nitrze

    Kult obu świętych szybko rozszerzał się. Naturalnym ośrodkiem tego kultu był klasztor na Zaborze. Tu początkowo znajdował się ich grób, tu również przechowywano ze czcią łańcuch św. Andrzeja. Opat Filip, który opowiadał o obu świętych Maurusowi, ówczesnemu opatowi w klasztorze św. Marcina na Górze Panońskiej, podarował mu nawet część łańcucha. Relikwię tę zabrał ze sobą Maurus do Pesc, kiedy został mianowany tam biskupem (1036). Z czasem powstały w Słowacji dwa odrębne sanktuaria: św. Andrzeja w pobliżu Nitry, gdzie była jego pustelnia, oraz św. Benedykta, gdzie poniósł śmierć od pogańskich rozbójników w Skałce nad Wagiem na północ od Tręczyna. Około 1064 r. Świerad i Benedykt zostali uroczyście proklamowani przez biskupów Węgier świętymi. Wtedy zapewne przeniesiono ich ciała do katedry w Nitrze, gdzie spoczywają do dziś. Andrzej Świerad w hagiografii polskiej wybija się jako największy asceta wśród świętych i błogosławionych polskich.
    Andrzej i Benedykt są pierwszymi Polakami, wyniesionymi do chwały ołtarzy (1083) po polskich kamedułach z eremu międzyrzeckiego: Izaaku, Mateuszu i Kryspinie, kanonizowanych przez papieża Jana XVIII (1004-1009). W ziemi krakowskiej kult św. Andrzeja Świerada jest szczególnie żywy w Tropiu. Od dawna ściągają tu pielgrzymi z Sądecczyzny i Słowacji na dzień dorocznego święta. Miejscowa ludność wierzy, że woda w źródełku, z którego Świerad miał czerpać, ma cudowną moc. Kościół w Tropiu posiada relikwie św. Świerada, sprowadzone z Nitry.W ikonografii ukazuje się św. Andrzeja jako pustelnika. Jego atrybutem jest dziupla.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 lipca

    Błogosławiona
    Marianna Biernacka, męczennica

    Błogosławiona Marianna Biernacka

    Marianna Czokało urodziła się w 1888 r. w Lipsku nad Biebrzą w rodzinie prawdopodobnie grekokatolickiej. Prawdopodobnie uczęszczała tylko do elementarnej szkoły; była jednak analfabetką. W wieku 16 lat, w 1905 r., wyszła za mąż za Ludwika Biernackiego. W małżeństwie urodziło się sześcioro dzieci, ale czworo z nich zmarło w okresie niemowlęcym. Do pełnoletności dożyła córka Leokadia i syn Stanisław.
    Marianna i Ludwik Biernaccy utrzymywali rodzinę z pracy w gospodarstwie. Po śmierci męża w 1925 r. Marianna pozostała na gospodarstwie z synem – córka Leokadia wyszła bowiem tego samego roku za mąż i opuściła dom rodzinny. W 1939 r. syn Marianny, Stanisław, ożenił się z Anną Szymańczykówną. Synowa zamieszkała we wspólnym domu i odtąd Marianna codzienność dzieliła z młodym małżeństwem. Mieszkańcy Lipska zapamiętali postawę zatroskania, życzliwości i matczynej miłości, którą wykazywała w owym czasie wobec małżonków i ich potomstwa: w 1940 r. urodziła się bowiem Henia (zmarła w niemowlęctwie), a w 1941 r. Eugenia.
    Na początku lipca 1943 r. w okolicach Lipska, w odwecie za zabicie niemieckiego policjanta przez oddziały partyzanckie, Niemcy rozpoczęli masowe aresztowania wśród miejscowej ludności. Uzbrojony patrol niemiecki pojawił się 1 lipca, o świcie, w gospodarstwie Biernackich. Dowódca nakazał Annie i Stanisławowi natychmiastowe opuszczenie domu. Marianna padła wtedy do nóg dowodzącego gestapowca i błagała go o zgodę na to, by mogła pójść zamiast synowej, która była w bardzo zaawansowanej ciąży. Niemiec uległ i zamiast Anny odprowadził Mariannę i Stanisława do więzienia w Grodnie.
    Mariannę przetrzymywano tam niecałe dwa tygodnie, które spędziła na modlitwie, śpiewając Godzinki. 13 lipca 1943 r. została razem z synem i 48 mieszkańcami Lipska rozstrzelana przez Niemców na fortach za wsią Naumowicze pod Grodnem. Wszystkich pochowano w nieznanym miejscu.
    Synowa przeżyła śmierć teściowej i urodziła dziecko, syna Stanisława, który niestety umarł niecały rok później z powodu zapalenia płuc.
    Marianna Biernacka została beatyfikowana 13 czerwca 1999 r. przez św. Jana Pawła II w Warszawie w grupie 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 lipca

    Święci małżonkowie
    Maria Zelia i Ludwik Martin

    Zobacz także:
      •  Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu, biskup i męczennik
      •  Święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy
    Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin

    Ludwik Martin urodził się 22 sierpnia 1823 r. w Bordeaux. W dzieciństwie otrzymał solidne wychowanie chrześcijańskie. W młodości nosił w sobie pragnie poświęcenia się na służbę Bogu, jednak Opatrzność pokierowała inaczej. Podjął studia w Paryżu. Nieustannie pracował nad swoim charakterem i troszczył się o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. Każdego dnia uczestniczył w Eucharystii, adorował Najświętszy Sakrament, odmawiał różaniec, czytał Pismo Święte. Angażował się w pomoc charytatywną, regularnie się spowiadał i przestrzegał odpoczynku w niedzielę. Po studiach Ludwik poznał Zelię, swoją przyszłą żonę.Maria Zelia Guerin urodziła się 24 grudnia 1831 r. w Gandelain koło Alençon. W dzieciństwie i młodości często chorowała. Tak jak siostra chciała poświęcić się powołaniu zakonnemu, nie została jednak przyjęta do zakonu. Wypowiedziała wtedy do Boga następujące słowa: “Boże mój, skoro nie jestem godna być Twoją oblubienicą jako zakonnica, wyjdę za mąż, aby móc wypełnić Twoją świętą wolę. Dlatego też proszę, daj mi dużo dzieci i niechaj wszystkie Tobie będą poświęcone”. Zelia była niezrównaną mistrzynią koronczarstwa. Zamówienia na jej perfekcyjne, piękne koronki wciąż napływały, a ona nie mogła nadążyć z ich realizacją.Pobrali się 13 lipca 1858 roku. Początki małżeństwa Ludwika i Marii były zaskakujące. Ludwik marzył o białym małżeństwie, natomiast Zelia pragnęła obdarować życiem liczną gromadę dzieci i wychować je dla Boga. Po dziesięciu miesiącach przeżytego w czystości małżeństwa, za radą spowiednika, małżonkowie zmienili sposób życia. Mieli dziewięcioro dzieci: siedem córek i dwóch synów. Spośród nich pięć córek poświęciło się życiu zakonnemu. Czworo dzieci zmarło w okresie dzieciństwa, wśród nich dwóch chłopców, w których rodzice pokładali nadzieję, że będą mogli wysławiać jako kapłani. Bóg obdarzył ich dziewiątym dzieckiem, córką, którą dzisiaj znamy jako św. Teresę od Dzieciątka Jezus.

    Święci małżonkowie Maria Zelia i Ludwik Martin

    Opinia, jaką cieszyli się Ludwik i Zelia Martin w Alencon, była nieposzlakowana. Ze względu na zawód i dochody należeli do klasy średniozamożnej. Ich religijność spoczywała na trzech podwalinach: kochać Boga ponad wszystko, ufać Opatrzności Bożej, godzić się z wolą Bożą. Ludwik co jakiś czas wycofywał się na kilka dni do klasztoru trapistów w Mortagne, aby w całkowitym odosobnieniu odbywać ćwiczenia duchowne. Msza w życiu Ludwika i Zelii zajmowała miejsce w codziennym planie. Zelia często odwiedzała klasztor klarysek w Alençon; tam też została członkinią trzeciego zakonu św. Franciszka.Zelia Martin zmarła 28 sierpnia 1877 r., po krótkiej agonii przed ukończeniem 46. roku życia. Ludwik, długo i ciężko chorując, dożył 71 lat – zmarł 29 czerwca 1894 r.19 pażdziernika 2008 r. wspólnej beatyfikacji Zelii i Ludwika Martin w Bazylice św. Teresy w Lisieux dokonał legat papieski, kard. Jose Saraiva Martins. Ich kanonizacji siedem lat później – 18 października 2015 r. – dokonał papież Franciszek. Są oni drugim małżeństwem wyniesionym przez Kościół na ołtarze w naszych czasach. Pierwszymi byli Alojzy i Maria Beltrame Quattrocchi z Włoch, których Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 21 października 2001 r. w Rzymie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 lipca

    Święty Benedykt z Nursji, opat, patron Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Olga Mądra, księżna
      •  Święty Pius I, papież i męczennik
    Święty Benedykt z Nursji

    Benedykt z Nursji należy do najgłośniejszych postaci w Kościele łacińskim. Wsławił się niezwykle mądrą i wyważoną regułą, która stała się podstawą dla bardzo wielu późniejszych rodzin zakonnych na Zachodzie. Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. Jego synowie duchowi zasłużyli się najwięcej dla pozyskania Chrystusowi ludów germańskich. Te racje skłoniły Pawła VI do tego, by w 1964 r. wyróżnić św. Benedykta zaszczytnym tytułem głównego patrona Europy.
    Chociaż św. Benedykt zajmuje w dziejach Kościoła katolickiego poczesne miejsce, udokumentowane wiadomości o nim są nikłe. Podstawowym źródłem jest dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich św. Benedykta. Niestety, Dialogi św. Grzegorza nie miały na celu podania biografii, ile raczej opis życia Benedykta; stąd mało w nich danych historycznych, a wiele wątków wręcz legendarnych.Ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na dalsze studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tu długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak i to miejsce i przeniósł się do Subiaco. Znalazł tu nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Obrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.

    Święty Benedykt z Nursji

    Z czasem zaczęli przyłączać się do Benedykta uczniowie. Pod jego kierunkiem utworzono 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Na czele każdego z nich Benedykt postawił przełożonych, od siebie bezpośrednio zależnych. Tak więc z pustelnika przeobraził się w cenobitę, czyli w ascetę zamieszkującego pustynię wraz z innymi. Nie znamy przyczyn, dlaczego Benedykt opuścił również i to miejsce. Św. Grzegorz wymienia niechęć miejscowego duchowieństwa. Benedykt zabrał ze sobą najgorliwszych i najbardziej oddanych uczniów i przeniósł się z nimi na Monte Cassino do ruin dawnej fortecy rzymskiej. Benedykt rozpoczął budowę nowego klasztoru od wyburzenia pogańskiej świątyni Jowisza i Apollina. Mieszkańcy miasteczka, leżącego u stóp góry, przychodzili tutaj dla składania ofiar. Był to rok 525 lub 529. W tym czasie na Wschodzie cesarz Justynianin I Wielki zamykał ostatnią pogańską szkołę filozoficzną w Atenach.
    Kiedy stanął już klasztor i kościół, a mury nowej placówki zaczęły się zapełniać adeptami, Benedykt postanowił ułożyć regułę. Miał już sporo doświadczenia. Długie lata rządów na Monte Cassino pozwoliły w praktyce wypróbować przepisy. Roztropny prawodawca zmieniał je i stale doskonalił. Tak więc reguła benedyktyńska przeszła okres długiej próby i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał zaginął, spłonął bowiem w roku 896 w czasie pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów.Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar. Nie jest ona tak surowa jak reguły św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie preferuje studiów jak reguła Kasjodora. We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu zaleca umiar: “złoty środek”. Celem zasadniczym, jaki Założyciel wytyczył swoim synom duchowym, jest służba Boża. Całe życie mnicha, jego wszystkie chwile i czynności winny zmierzać do tego, by głosiły chwałę Stworzyciela. Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Ze szczególną pieczołowitością strzegł kultu liturgicznego, co pozostało do dni obecnych pięknym dziedzictwem jego zakonu. Poważną część dnia zakonnika przeznaczył na lectio divina – czytanie Pisma Świętego. Wprowadził do zakonu profesję – prawem zagwarantowaną przynależność do zakonu oraz stabilność miejsca, czyli zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci. Reguła św. Benedykta stała się podstawą dla wielu innych.
    Sława Benedykta rozchodziła się szeroko. Powiększać ją miały cuda, o których wspomina św. Grzegorz. Miał m.in. przepowiedzieć najazd Longobardów. Ich wódz po śmierci Benedykta faktycznie najechał Monte Cassino; benedyktyni byli zmuszeni opuścić klasztor i ratować się ucieczką do Rzymu (587). Benedykt miał założyć także opactwo w Terracina, a zdaniem niektórych również w Rzymie (opactwo św. Pankracego przy Lateranie).

    Święty Benedykt z Nursji z rodzoną siostrą, św. Scholastyką

    Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka tygodni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Pochowano ich razem we wspólnym grobie na Monte Cassino. Kiedy Longobardowie zniszczyli klasztor (587), mnisi benedyktyńscy z Francji ze czcią przenieśli relikwie św. Scholastyki i św. Benedykta do Francji. Śmiertelne szczątki św. Scholastyki umieścili w klasztorze w Le Mans, a św. Benedykta – we Fleur. Tam są do dnia obecnego. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. Na pamiątkę przeniesienia relikwii św. Benedykta w dniu 11 lipca 673 r. do Fleur zakon obchodzi w liturgii pamiątkę “przeniesienia relikwii”. Na ten właśnie dzień Paweł VI ustanowił doroczne święto św. Benedykta.
    Zaraz po śmierci Benedykt odbierał od swoich duchowych synów cześć ołtarzy. Do jego grobu napływali liczni pielgrzymi. Sławę jego rozniosły Dialogi św. Grzegorza, w których jest mowa nawet o cudach, jakie Benedykt za życia działał. Rychło kult św. Benedykta stał się też własnością całego Kościoła. Ku czci Patriarchy ułożono mnóstwo hymnów, sekwencji i modlitw. Benedykt jest w naszych czasach czczony jako patron Opus Dei, jako patron pracujących, a nawet jako orędownik umierających. Pius XII ogłosił go patronem speleologów (1957) i architektów włoskich.
    Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki (wiek VI-XII) byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie. Ich klasztory dochodziły do liczby kilku tysięcy, a liczba mnichów dochodziła do wielu dziesiątków tysięcy. Z modelu życia benedyktyńskiego wyrosły inne rodziny zakonne, m.in. benedyktynki (klauzurowe i czynne), cystersi, kameduli, oliwetanie, sylwestryni i trapiści. Zakony te wydały kilka tysięcy świętych i błogosławionych, dały Kościołowi ponad 20 papieży. Wśród świętych benedyktyńskich wypada wymienić: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), doktora Kościoła; św. Augustyna z Canterbury, apostoła Anglii (+ 605); św. Bedę Czcigodnego, doktora Kościoła (+ 735); św. Bonifacego, apostoła Niemiec i głównego patrona tego kraju; św. Wojciecha – apostoła Czech, Węgier, Polski i Prus, męczennika (+ 997); św. Piotra Damiani, doktora Kościoła (+ 1072); św. Romualda, założyciela kamedułów (+ 1027); św. Jana Gwalberta (+ 1073), założyciela nowej gałęzi zakonnej; św. Anzelma, doktora Kościoła (+ 1109); św. Matyldę (+ 968); św. Hildegardę z Bingen, doktora Kościoła (+ 1179); św. Gertrudę Wielką (+ 1302).

    Święty Benedykt z Nursji

    W Polsce najbardziej znanym opactwem benedyktyńskim jest Tyniec. Do Polski benedyktyni przybyli wraz ze św. Wojciechem (+ 997). Za czasów Bolesława Chrobrego założyli klasztor po kamedułach w Międzyrzeczu. Zamieszki, jakie po śmierci tego króla powstały, i nawrót pogaństwa, doprowadziły do upadku klasztoru. W XI wieku widzimy benedyktynów w Trzemesznie, w Łęczycy (Tum), w Gnieźnie, w Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, w Krakowie, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Lubiniu i w Gdańsku. Obecnie istnieją ich opactwa w Tyńcu, Lubiniu koło Kościana oraz Biskupowie.W ikonografii św. Benedykt przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim, w kukulli, z krzyżem w dłoni. Jego atrybutami są: anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w ręce, kubek, pastorał, pies, rozbity puchar, infuła u nóg z napisem “Ausculta fili” – “Synu, bądź posłuszny”, wiązka rózg.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    10 lipca

    Święty Jan Gwalbert, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Peczerski, opat
    Święty Jan Gwalbert

    Jan Gwalbert urodził się około roku 1000 pod Florencją. Jako młodzieniec wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru San Miniato, ale niebawem opuścił go na znak protestu przeciw symoniackiemu wyborowi opata. Udał się wówczas do Camaldoli, stamtąd zaś około roku 1030 przybył do zalesionej doliny Vallombrosa, gdzie rozpoczął życie pustelnicze. Z czasem przylgnęli doń inni – i tak w roku 1039 powstała w Vallombrosie wspólnota mnichów, którzy wiedli surowe życie, kierując się zresztą regułą benedyktyńską. Jan założył później lub zreformował kilka innych klasztorów, którymi kierował jako przełożony powstałej w ten sposób nowej monastycznej społeczności, zwanej walombrozjanami. Zasłużył się też prowadząc dalej walkę z symonią, w czym popierali go papież i lud. Najsłynniejszą stała się jego akcja przeciw arcybiskupowi Florencji, Piotrowi Mezzabarbie. Sam z pokory nigdy nie przyjął święceń kapłańskich.
    Zmarł 12 lipca 1073 r. w klasztorze św. Michała w Passignano pod Florencją. Kanonizował go w roku 1193 Celestyn III. Pius XII ogłosił go patronem strażników leśnych (1951) oraz Sao Paulo w Brazylii (1958).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 lipca

    Święta Weronika Giuliani, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Augustyn Zhao Rong i Leon Mangin, prezbiterzy, i Towarzysze
      •  Błogosławiona Joanna Scopelli, zakonnica
      •  Święci męczennicy z Gorkum
      •  Święty Hadrian III, papież
      •  Błogosławiony Adrian Fortescue, męczennik
      •  Błogosławiony Fidelis Chojnacki, zakonnik i męczennik
    Święta Weronika Giuliani

    Urszula urodziła się 27 grudnia 1660 r. w Mercatello, w zamożnej rodzinie Mancini. Kiedy miała zaledwie 5 lat, umarła jej matka. Sakrament bierzmowania otrzymała w siódmym roku życia. Trzy lata później została dopuszczona do Pierwszej Komunii świętej (1670).
    Pragnąc oddać się Panu Jezusowi całkowicie na służbę jako żertwa ofiarna za grzechy ludzkie, wbrew woli ojca wstąpiła do kapucynek w Citta di Castello (1677). Przyjęła wówczas imię Weronika. W rok potem połączyła się z zakonem ślubami. W klasztorze przeszła wszystkie stopnie w hierarchii: od furtianki, kucharki, szatniarki, piekarki, zakrystianki, mistrzyni nowicjuszek aż po urząd ksieni. Mistrzynią była przez 33 lata, ksienią – przez 11 lat. W kontakcie z siostrami była życzliwa, wobec siebie – wymagająca i surowa.
    Weronika wyróżniała się wielką delikatnością sumienia. Lękała się nawet najmniejszej przewiny i każdą opłakiwała hojnymi łzami. Ze swoich ułomności zwierzała się publicznie. Surowa dla siebie, była delikatna i zatroskana o siostry, zwłaszcza chore. Umiała rozbudzić tak wielkiego ducha gorliwości, że siostry rywalizowały ze sobą w obserwancji zakonnej. Była surowa i wymagająca w zakresie kultywowania cnoty ubóstwa franciszkańskiego, ale równocześnie była matką dbającą, by siostrom nie brakowało niczego, co konieczne.

    Święta Weronika Giuliani

    Cierpiała wiele nie tylko z powodu zadawanych sobie pokut, ale z powodu często nawiedzających ją dolegliwości i chorób. Do tych jednak fizycznych cierpień doszły o wiele boleśniejsze cierpienia duchowe: oschłości, stany opuszczenia i osamotnienia duchowego. Wszystko to Weronika znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Pan Jezus pocieszał ją także darem ekstaz i widzeń nadprzyrodzonych. Spowiednik, nie rozumiejąc jej stanów, poczytywał je za swego rodzaju opętanie szatańskie, za symulację, by uchodzić za świętą. Doszło do tego, że zakazał jej przystępować do Komunii świętej, a jej sprawę oddał nawet do rozpatrzenia Kongregacji Św. Oficjum. Na te jawne już prześladowania Weronika odpowiadała tylko pokornymi słowami: “Krzyże i męki są radosnym darem dla mnie z Bożej ręki”. Wszystkie te cierpienia ofiarowała za nawrócenie grzeszników, by ich ratować od wiecznego potępienia.
    W 1694 roku Weronika przeżyła mistyczne zaręczyny i zaślubiny z Chrystusem. Dnia 5 kwietnia 1697 roku, w Wielki Piątek, otrzymała dar stygmatów. Na jej prośbę po trzech latach stygmaty zanikły, ale cierpienie ran Chrystusa pozostało. W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do męki Pańskiej miała otrzymać w swoim sercu wyryte znaki tej męki.
    Po długiej i bardzo bolesnej chorobie Weronika zmarła 9 lipca 1727 r. w 67. roku życia. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius VII w 1802 roku, a do chwały świętych papież Grzegorz XVI w 1839 roku. Z polecenia późniejszych spowiedników Weronika zostawiła cenny dziennik swojego życia, w którym opisuje swoje mistyczne przeżycia; zachowały się także jej listy i poezje.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 lipca

    Święty Jan z Dukli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Edgar Spokojny, król
      •  Święty Eugeniusz III, papież
      •  Święty Kilian, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Piotr Eremita, zakonnik
      •  Święci Akwila i Pryscylla
    Wspomnienie św. Jana z Dukli zostało przeniesione na dzień 8 lipca po jego kanonizacji – wcześniej obchodzono je 3 października.

    Święty Jan z Dukli

    Jan urodził się w Dukli około roku 1414. O jego rodzicach wiemy tylko tyle, że byli mieszczanami. Nie możemy także nic konkretnego powiedzieć o młodości Jana. Zapewne uczęszczał do miejscowej szkoły, potem udał się do Krakowa. Legenda głosi, że tam studiował, jednak brak źródeł historycznych, które potwierdzałyby ten fakt.
    Według miejscowej tradycji Jan miał już od młodości prowadzić życie pustelnicze w pobliskich lasach u stóp góry zwanej Cergową. Do dziś w odległości kilku kilometrów od Dukli znajduje się pustelnia i kościółek drewniany, wystawiony pod wezwaniem św. Jana z Dukli na miejscu, gdzie miał on samotnie prowadzić bogobojne życie.
    Nie znamy przyczyn, dla których Jan opuścił pustelnię i wstąpił do franciszkanów konwentualnych, zapewne w pobliskim Krośnie, w latach 1434-1440. Po nowicjacie i złożeniu profesji zakonnej odbył studia kanoniczne i został wyświęcony na kapłana. Musiały to być studia solidne, skoro Jan został od razu powołany na urząd kaznodziei. Urząd ten bowiem powierzano w klasztorach franciszkańskich kapłanom wyjątkowo uzdolnionym i wewnętrznie uformowanym. Tego wymagał w regule św. Franciszek, założyciel zakonu.
    Jan przez szereg lat piastował także obowiązki gwardiana, czyli przełożonego klasztoru: w Krośnie i we Lwowie. Wreszcie powierzono mu urząd kustosza kustodii, czyli całego okręgu lwowskiego. Po złożeniu tego urzędu ponownie zlecono mu urząd kaznodziei we Lwowie.
    W latach 1453-1454, na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i biskupa krakowskiego, kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, przebywał w Polsce św. Jan Kapistran, reformator franciszkańskiego życia zakonnego. Założył klasztory obserwantów, czyli franciszkanów reguły obostrzonej, w Krakowie (1453) i w Warszawie (1454). W roku 1461 obserwanci założyli również konwent we Lwowie. Od krakowskiego klasztoru pw. św. Bernardyna zaczęto powszechnie nazywać polskich obserwantów bernardynami.
    Jan z Dukli obserwował życie bernardynów i umacniał się ich gorliwością. Postanowił do nich wstąpić. Do roku 1517 franciszkanie konwentualni i obserwanci mieli wspólnego przełożonego generalnego. Jednak przejście z jednego zakonu do drugiego poczytywano zawsze za rodzaj dezercji. Istniały ponadto przepisy w zakonie obserwantów, utrudniające przyjęcie zakonników konwentualnych w obawie o zaniżenie karności i ducha zakonnego. Ojciec Jan musiał więc być dobrze znany, skoro przyjęto go bez wahania. Nadarzyła się zresztą ku temu okazja. Z Czech przybył prowincjał franciszkanów konwentualnych, któremu podlegał Jan. Poprosił prowincjała, by zezwolił mu wstąpić do obserwantów. Według relacji miejscowej tradycji prowincjał, sądząc, że Jan chce odwiedzić kogoś w konwencie obserwantów, chętnie się zgodził. Kiedy zaś spostrzegł swoją pomyłkę, nie mógł już zmusić o. Jana do powrotu. Było to prawdopodobnie w roku 1463.
    Chociaż o. Jan był wtedy już starszy, przeżył u obserwantów jeszcze 21 lat. Krótki czas przebywał w Poznaniu, by następnie powrócić do ukochanego Lwowa i tam spędzić resztę życia. Tu powierzono mu funkcję kaznodziei i spowiednika. Pod koniec życia miał utracić wzrok. Jako dorobek wielu lat pracy kaznodziejskiej zostawił zbiór kazań, które jednak zaginęły. Rozmiłowany w modlitwie, poświęcał na nią długie godziny. Dla dokładnego zapoznania się z konstytucjami nowego zakonu wczytywał się w nie pilnie, a gdy utracił wzrok, prosił, by odczytywał mu je kleryk, bo chciał się ich wyuczyć na pamięć. Do ślepoty dołączyła się ponadto choroba bezwładu nóg.
    Jan oddał Bogu ducha w konwencie lwowskim 29 września 1484 roku. Pochowano go w kościele klasztornym, w chórze zakonnym, za wielkim ołtarzem. Przekonanie o świętości kapłana było tak powszechne, że zaraz po jego śmierci wierni zaczęli gromadzić się w pobliżu jego grobu i modlić się do niego o łaski. W roku 1487 obserwanci wystarali się u papieża, Innocentego VIII, o zezwolenie na “podniesienie ciała”, co równało się pozwoleniu na oddawanie mu czci publicznej. Zezwolenie przywiózł ze sobą z Rzymu komisarz generała zakonu, o. Ludwik de la Torre, ale sam akt przeniesienia odbył się dopiero w roku 1521. Nowy grób umieszczono nad posadzką w prezbiterium po prawej stronie. W roku 1608 z racji budowy nowego kościoła wystawiono marmurowy sarkofag, przeniesiony w roku 1740 za wielki ołtarz.
    Do roku 1946 trumienka z relikwiami Jana znajdowała się we Lwowie, w latach 1946-1974 w kościele bernardynów w Rzeszowie, obecnie zaś jest w Dukli.
    Liczne łaski, otrzymywane za pośrednictwem sługi Bożego, ściągały do jego grobu nie tylko katolików, ale także prawosławnych i Ormian. Mnożyły się także wota dziękczynne. Kiedy w roku 1648 Lwów został ocalony w czasie oblężenia przez Bohdana Chmielnickiego, przypisywano to wstawiennictwu Jana z Dukli, gdyż gorąco modlono się do niego. Proces kanoniczny rozpoczął się w roku 1615. Prośbę o beatyfikację przesłał do Rzymu król Zygmunt III Waza i biskupi polscy, jak też wielu senatorów. Proces, wiele razy przerywany, został wreszcie ukończony szczęśliwie w roku 1731. Na podstawie nieprzerwanego kultu, jakim sługa Boży się cieszył, papież Klemens XII w roku 1733 ogłosił ojca Jana błogosławionym, wyznaczając na dzień jego święta 19 lipca. Termin ten, kilka razy przenoszony, reforma kalendarza liturgicznego w Polsce w roku 1974 ustaliła na 3 października. Po kanonizacji jednak przesunięto go na dzień 8 lipca.
    W roku 1739 na prośbę króla Augusta III Sasa, biskupów i kapituł katedralnych oraz magistratu lwowskiego papież Klemens XII ogłosił bł. Jana z Dukli patronem Korony oraz Litwy. Papież Benedykt XIV nadał odpust zupełny na doroczną uroczystość bł. Jana dla kościołów obserwantów w Polsce (1742). Już w roku 1754 król August III Sas wniósł prośbę do Rzymu o kanonizację bł. Jana z Dukli. Prośbę ponowił król Stanisław August Poniatowski w roku 1764, uczynił to również sejm polski. Niewola jednak przerwała zabiegi. Dopiero w roku 1957 Episkopat Polski wystąpił do Stolicy Świętej z ponowną prośbą. Kanonizacji dokonał w Krośnie papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w dniu 10 czerwca 1997 r.W ikonografii przedstawiany jest w habicie zakonnika, czasami jako niewidomy. Jego atrybutem są promienie światła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    7 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Józef i Wiktoria Ulmowie
    oraz siedmioro ich dzieci

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Benedykt XI, papież
      •  Święci męczennicy Grzegorz Grassi, biskup, Herminia, dziewica, i Towarzysze
      •  Błogosławiona Maria Romero Meneses, zakonnica
      •  Święty Piotr To Rot, męczennik
      •  Święty Firmin z Amiens, biskup i męczennik
    Błogosławiony Józef Ulma

    Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 r. w wielodzietnej, rolniczej rodzinie w Markowej (arch. przemyska). Ukończył czteroklasową szkołę powszechną w rodzinnej miejscowości. Już w młodości był zaangażowany w działalność społeczną. W wieku 17 lat został członkiem Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej, którego jednym z celów było zbieranie funduszy na budowę i konserwację kościołów. Uczestniczył także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz Związku Młodzieży Wiejskiej RP “Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem.
    W latach 1921-1922 odbywał służbę wojskową. W latach 1929-1930 kształcił się w Państwowej Szkole Rolniczej w Pilźnie. Po jej ukończeniu z wynikiem bardzo dobrym stał się propagatorem upraw warzyw i owoców, prowadząc szkółkę drzew owocowych, hodując pszczoły oraz jedwabniki. Jako pierwszy w Markowej wprowadził w swoim domu elektryczność, podłączając żarówkę do małego, ręcznie zbudowanego wiatraka.
    Jedną z jego pasji było robienie zdjęć. Własnoręcznie wykonał aparat, który służył mu do fotografowania. Dzięki temu zachowały się zdjęcia z wielu wydarzeń w rodzinnej miejscowości oraz zdjęcia rodzinne.

    Błogosławiona Wiktoria Ulma

    7 lipca 1935 roku ożenił się z pochodzącą z tej samej miejscowości Wiktorią Niemczak. W wieku 6 lat Wiktoria straciła matkę. Uczęszczała do szkoły powszechnej w rodzinnej miejscowości, a następnie na kursy Uniwersytetu Ludowego w pobliskiej Gaci. Była członkiem Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej – grała m.in. rolę Matki Bożej w jasełkach.Od czasu ślubu Józef i Wiktoria wspólnie prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi, udzielała się także w amatorskim teatrze wiejskim.


    Błogosławiona rodzina Ulmów

    W kolejnych latach rodzinie Ulmów urodziło się sześcioro dzieci: Stanisława (ur. 18 lipca 1936 r.), Barbara (ur. 6 października 1937 r.), Władysław (ur. 5 grudnia 1938 r.), Franciszek (ur. 3 kwietnia 1940 r.), Antoni (ur. 6 czerwca 1941 r.) i Maria (ur. 16 września 1942 r.). Małżonkowie pogłębiali swoją wiarę poprzez rodzinną modlitwę i udział w życiu parafii w Markowej, należeli m.in. do Bractwa Żywego Różańca.Po wybuchu II wojny światowej Józef został zmobilizowany i brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. Podczas okupacji niemieckiej zaangażował się w pomoc Żydom. Prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 przyjął pod swój dach ośmioro żydowskich uciekinierów z rodzin Goldmanów/”Szallów”, Grünfeldów i Didnerów. Pomógł także jeszcze innej żydowskiej rodzinie wybudować ziemiankę w pobliskim lesie, a następnie zaopatrywał jej mieszkańców w żywność.
    Po pewnym czasie ziemianka została odkryta przez Niemców, a czworo ukrywających się w niej Żydów (trzy kobiety i dziecko) zostało zamordowanych. Fakt udzielania przez Ulmę pomocy uciekinierom nie wyszedł wtedy na jaw. Pozostałych ośmioro Żydów ukrywało się w gospodarstwie Ulmów do wiosny 1944 r.
    To wtedy Ulmowie zostali zadenuncjowani przez współpracującego z niemieckimi okupantami tzw. granatowego policjanta Włodzimierza Lesia, który wcześniej zagarnął majątek rodziny Szallów i zamierzał pozbyć się jego prawowitych właścicieli. 24 marca 1944 r. niemieccy żandarmi z posterunku w Łańcucie rozstrzelali Józefa Ulmę, a także jego żonę, będącą w zaawansowanej ciąży, oraz szóstkę ich dzieci (8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię). Razem z Ulmami zginęli również wszyscy ukrywani Żydzi.
    Ciała zamordowanych zostały pierwotnie zakopane przed domem, w następnym tygodniu wydobyto je i złożono do czterech trumien. Pogrzeb odbył się dopiero 11 stycznia 1945 r. w parafii w Markowej, po czym wszyscy zostali pochowani na cmentarzu parafialnym.Z inicjatywy proboszcza parafii św. Doroty w Markowej podjęto działania zmierzające do wyniesienia rodziny Ulmów na ołtarze. 17 września 2003 r. biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga rozpoczął proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym całej grupy męczenników II wojny światowej. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończył się w maju 2011 r. Ze względu na wzrastającą opinię o męczeństwie rodziny Ulmów metropolita przemyski, abp Adam Szal, zwrócił się w 2017 r. do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o wyłączenie tego procesu z procesu grupy męczenników II wojny światowej. W lutym 2017 r. w archidiecezji przemyskiej otwarto nowy proces beatyfikacyjny Sług Bożych – Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci jako męczenników z powodu nienawiści do wiary. W lipcu 2020 r. ukończono prace nad liczącym 500 stron dokumentem tzw. Positio o męczeństwie rodziny Ulmów.
    W grudniu 2022 r. odbyła się sesja biskupów i kardynałów Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która pozytywnie zaopiniowała propozycję wyniesienia ich na ołtarze jako męczenników, a papież Franciszek kilka dni później promulgował dekret o ich męczeństwie, otwierając drogę do beatyfikacji. Dekretem objęto także nienarodzone dziecko Józefa i Wiktorii, która w chwili śmierci była w siódmym miesiącu ciąży. W 2023 r. dokonano ekshumacji szczątków rodziny Ulmów, a następnie po beatyfikacji złożono do sarkofagu w bocznym ołtarzu poświęconym Matce Bożej w lewej nawie kościoła św. Doroty w Markowej.

    Błogosławiona rodzina Ulmów

    Msza beatyfikacyjna Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci została odprawiona w Markowej 10 września 2023 r. Nabożeństwu przewodniczył przedstawiciel papieża Franciszka, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro. W Eucharystii wzięło udział wielu przedstawicieli episkopatu, a także m.in. Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich.
    Liturgiczne wspomnienie błogosławionej rodziny Ulmów przypada 7 lipca, w rocznicę zawarcia małżeństwa przez Józefa i Wiktorię.13 września 1995 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie uhonorował pośmiertnie Józefa i Wiktorię Ulmów tytułem “Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. W 2010 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2016 r. w Markowej otwarto muzeum ich imienia, poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów w czasie Zagłady. Od 2018 r. w rocznicę wydarzeń w Markowej – 24 marca – decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    6 lipca

    Błogosławiona
    Maria Teresa Ledóchowska,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Dominika, dziewica i męczennica
    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Maria Teresa urodziła się 29 kwietnia 1863 r. (w czasie powstania styczniowego) w Loosdorf w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po powstaniu listopadowym. 21 grudnia 1873 r. została dopuszczona do pierwszej spowiedzi, a 12 maja 1874 r. do pierwszej Komunii świętej. Sakrament bierzmowania przyjęła w pałacu biskupim 15 lipca 1878 roku. Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając 5 lat napisała mały utwór dla domowników, a jako 9-letnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej. Matka – niezwykle czuła na niedolę bliźnich, bardzo towarzyska i pogodna – umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.
    W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek (pierwszy raz dziadek stracił go za udział w powstaniu listopadowym), na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili. Ojciec sprzedał więc dobra w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły Pań Angielskich. Z tej okazji Maria Teresa zapoznała się z dziełem Marii Ward, założycielki tej instytucji. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, gdy miała lat 12, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata potem witała go radośnie w Wiedniu (1875), gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. Pierwszą swoją książkę – Mein Polen – jemu właśnie zadedykowała. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem (1879). Miała wtedy zaledwie 16 lat.
    W 1883 r. Ledóchowscy przenieśli się z Austrii na stałe do Polski, do Lipnicy Murowanej koło Bochni (miejsce urodzenia św. Szymona z Lipnicy), gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitali ich chlebem i solą burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. Miała wtedy 20 lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego rychło zdobyła sobie wzięcie.
    W zimie 1885 r. zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej Maria Teresa przebyła ciężki tyfus. Ta właśnie choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność tego życia i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec i zaopatrzony sakramentami zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku. W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich – Marii i Ferdynanda IV, którzy po wygnaniu z Włoch rezydowali w zamku cesarskim w Salzburgu. Mimo życia na dworze, Maria Teresa prowadziła życie pełne wewnętrznego skupienia.
    W 1886 r. po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła. Jedną z owych sióstr była dawna dama tegoż dworu, hrabina Gelin. Właśnie w tym czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie (+ 1892), arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: “Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej”. To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia. Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły obrócić dla misji afrykańskiej. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.
    Jej pierwszym krokiem był dramat Zaida Murzynka, wystawiony w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie. Opozycja zaś nalegała, by komitetom nadać charakter międzywyznaniowy. Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek (1890). Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. Na własną rękę zaczęła wydawać Echo z Afryki (1890). Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja wzrosła tak dalece, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło się rozrasta, w roku 1893 w numerze wrześniowym Echa Afryki rzuciła apel o pomoc. Z pomocą jednego z ojców jezuitów opracowała statut Sodalicji św. Piotra Klawera. 29 kwietnia 1894 r., w swoje 31. urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.

    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Od roku 1892 Echo z Afryki wychodziło także w języku polskim. Administrację Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula (przyszła założycielka urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego, kanonizowana w 2003 r. przez św. Jana Pawła II). W 1894 r. Maria Teresa miała już własną drukarnię. Jako napędową siłę dla maszyn drukarskich wykorzystywała wodę rzeki płynącej w majątku, który zakupiła w Salzburgu. Nową placówkę oddała pod opiekę Maryi Wspomożycielki. Echo z Afryki, a od 1911 roku także Murzynek, zaczęły wychodzić w 12 językach. Tu drukowano nadto broszury misyjne, kalendarze, odezwy itp., a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki. W roku 1921 utworzyła akcję Prasy afrykańskiej jako pomoc dla misjonarzy w Afryce. Chodziło o druk książek religijnych w językach tubylczych.
    9 września 1896 r. Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 r. kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla nowego zgromadzenia zakonnego. Dzieło miało trzy stopnie: 1) członkowie zewnętrzni, wspomagający sodalicję; 2) zelatorzy uiszczający ofiary; 3) same zakonnice jako człon wewnętrzny i zasadniczy – prowadzący całe dzieło. W tym samym roku Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899 Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a następnie przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 r. św. Pius X osobnym breve pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.
    W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia (1918). W roku 1920 wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia Echo z Afryki miało ok. 100 000 egzemplarzy nakładu. W roku 1901 Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto Maria wyjeżdżała do różnych miast z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.
    Maria Teresa zmarła 6 lipca 1922 r. w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy bazylice św. Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Paweł VI w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną 19 października 1975 r., wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało jej od roku 1934 znajduje się w domu generalnym Sodalicji. W czasie Soboru Watykańskiego II biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.W ikonografii bł. Maria Teresa przedstawiana jest w habicie Sodalicji św. Piotra Klawera, czasami z murzyńskimi dziećmi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    5 lipca

    Święta Maria Goretti, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik
      •  Święty Atanazy z góry Athos, opat
    Święta Maria Goretti

    Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: “Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem.
    Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich.
    5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran.
    Zbrodnią poruszona była cała okolica. Dziewczę miało królewski pogrzeb. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, setki kapłanów i biskup. Z balkonów i z okien na białą trumienkę padał deszcz róż i innych kwiatów. Zaczęto ją nazywać “świętą Agnieszką XX wieku”. Dzięki staraniom pasjonistów w 1935 r. rozpoczął się proces kanoniczny Marii Goretti. 27 kwietnia 1947 roku Pius XII zaliczył ją uroczyście w poczet błogosławionych, a 24 czerwca 1950 r. tenże papież zaliczył ją do chwały świętych. Zarówno w beatyfikacji, jak i w kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka.
    W uroczystościach brał także udział zabójca – Aleksander Serenelli, który w czasie 27-letniego pobytu w więzieniu przeżył całkowite nawrócenie. Nie miał wątpliwości, że wiarę zawdzięczał wstawiennictwu Marii. Po wyjściu z więzienia przeprosił matkę Marii, wyznał swoją winę przed cała parafią, a po pewnym czasie został tercjarzem franciszkańskim. Do końca życia pracował jako ogrodnik u kapucynów w Macerata, gdzie zmarł w 1970 r. Duchową przemianę zabójcy opisał Jean du Parc w książce, która w Polsce została wydana pod tytułem “Niebo nad moczarami”.
    Św. Maria Goretti jest patronką młodzieży, dziewcząt, dziewic i bielanek. Jej relikwie spoczywają w kościele Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Jej grób nawiedził św. Jan Paweł II w pierwszym roku swojego pontyfikatu (1 września 1979 r.). W stulecie śmierci Marii Goretti ten sam papież skierował do biskupa diecezji Albano, Agostino Valliniego, specjalny list.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 lipca

    Święty
    Piotr Jerzy Frassati, świecki dominikanin

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta Portugalska, królowa
      •  Błogosławiona Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica
    Święty Piotr Jerzy Frassati

    Piotr Jerzy przyszedł na świat 6 kwietnia 1901 roku w Turynie. Wychowywał się w zamożnym domu razem z młodszą o półtora roku siostrą Lucianą (która jeszcze za życia brata wyszła za mąż za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego). Jego ojciec, Alfredo Frassati, był założycielem i właścicielem dziennika La Stampa, senatorem, przez pewien czas także ambasadorem Włoch w Niemczech. Matka, Adelaide Ametis Frassati, była malarką. Swoje wychowanie religijne Piotr Jerzy zawdzięczał przede wszystkim wychowawcom, nauczycielom i spowiednikom, ponieważ rodzice byli raczej obojętni wobec wiary. Tymczasem dla niego wiara bardzo szybko stała się wartością podstawową. Czasami wywoływało to bolesne nieporozumienia rodzinne, które starał się znosić – tak jak wszelkie życiowe niepowodzenia – pogodnie.
    Już jako uczeń Piotr Jerzy należał do wielu szkolnych stowarzyszeń religijnych, m.in. do Sodalicji Mariańskiej, do Koła Różańcowego, Apostolstwa Modlitwy, Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i przyjmował Komunię świętą.
    W 1919 roku rozpoczął studia na wydziale inżynierii górniczej na politechnice w Turynie. 28 maja 1922 r. – myśląc o apostolstwie wśród górników – został tercjarzem Zakonu Dominikańskiego i przyjął imię Girolamo (czyli Hieronim – na cześć Savonaroli). Uczestniczył również z entuzjazmem w działalności różnych ruchów katolickich. Akcja Katolicka była dla niego prawdziwą szkołą formacji chrześcijańskiej i polem dla apostolatu. Miłował Jezusa w braciach, zwłaszcza tych cierpiących, zepchniętych na margines i opuszczonych. Poświęcał się ubogim i potrzebującym. W jego życiu mocna wiara łączyła się w jedno z miłością.
    Był człowiekiem ascezy i modlitwy, w której osiągnął wysoki stopień doskonałości. Jego duchowość kształtowały zwłaszcza Listy św. Pawła Apostoła oraz dzieła św. Augustyna, św. Katarzyny ze Sieny i św. Tomasza z Akwinu, nieustanna – także nocna – adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo do Matki Bożej i Słowo Boże.
    Warto wiedzieć, że w 1922 r. Piotr Jerzy Frassati odwiedził Polskę. Był w Gdańsku i Katowicach. Jako przyszły inżynier interesował się górnictwem i planował zwiedzić jedną z kopalni na Śląsku. Do zjazdu pod ziemię prawdopodobnie nie doszło, ponieważ miał problem z ważnością paszportu.

    Święty Piotr Jerzy Frassati

    Jego zaangażowanie społeczne i polityczne opierało się na zasadach wiary; był zdecydowanym przeciwnikiem rodzącego się wówczas faszyzmu. Z tego powodu nieraz zatrzymywała go policja. Zafascynowanie pięknem i sztuką, a zwłaszcza malarstwem, zamiłowanie do sportu i górskich wypraw ani zainteresowanie problemami społecznymi nie stanowiło dla niego przeszkody w stałym zjednoczeniu z Chrystusem. W tajemnicy przed najbliższymi opiekował się i spieszył z pomocą, tak duchową, jak i materialną, ubogim swojego miasta. Był znany i bardzo lubiany w dzielnicach, w których nie bywał nikt z jego bliskich.
    Umarł nagle, w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, krótko przed ukończeniem studiów, na skutek infekcji chorobą Heinego-Medina, którą zaraził się od podopiecznych. Pogrzeb Frassatiego ujawnił jego popularność w Turynie, zwłaszcza wśród ubogich. Opinia społeczna szybko uznała go – mimo młodego wieku – za świętego. Pod jego patronatem powstało wiele stowarzyszeń religijnych.
    Św. Jan Paweł II podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej odprawionej na placu św. Piotra 20 maja 1990 r. wyniósł go na ołtarze, stawiając za wzór współczesnej młodzieży świata. W dniu 7 września 2025 r. jego kanonizacji dokonał papież Leon XIV.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    3 lipca

    Święty Tomasz Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Leon II, papież
      •  Święty Rajmund Gayrard, prezbiter
    Święty Tomasz Apostoł

    Teksty ewangeliczne w siedmiu miejscach poświęcają Tomaszowi Apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Pisma świętego, jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz.
    Tomasz, zwany także Didymos (tzn. bliźniak), należał do ścisłego grona Dwunastu Apostołów. Ewangelie wspominają go, kiedy jest gotów pójść z Jezusem na śmierć (J 11, 16); w Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy (J 14, 5); osiem dni po zmartwychwstaniu, kiedy ze sceptycyzmem wkłada rękę w bok Jezusa (J 20, 19-29); nad Jeziorem Genezaret, gdy jest świadkiem cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Jezusa (J 21, 2).

    Niewierny Tomasz

    Osobą św. Tomasza Apostoła wyjątkowo zainteresowała się tradycja chrześcijańska. Pisze o nim wiele Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, Rufin z Akwilei, św. Grzegorz z Nazjanzu, św. Ambroży, św. Hieronim i św. Paulin z Noli. Według ich relacji św. Tomasz miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską w Calamina w 67 r. Piszą o tym wspomniani wyżej autorzy. Tak też podaje Martyrologium Rzymskie. Jako miejsce pochówku podawany jest Mailapur (przedmieście dzisiejszego Madrasu). Jednak już w III wieku jego relikwie przeniesiono do Edessy, potem na wyspę Chios, a w roku 1258 do Ortony w Italii.
    O zainteresowaniu osobą św. Tomasza Apostoła świadczą także liczne apokryfy: Historia Abgara, Apokalipsa Tomasza, Dzieje Tomasza i Ewangelia Tomasza. Pierwszy apokryf znamy jedynie z relacji Euzebiusza (+ ok. 340). Apokalipsa św. Tomasza, zwana także Listem Pana naszego Jezusa Chrystusa do Tomasza lub Słowami Zbawiciela do Tomasza opisuje koniec świata. Ciekawsza jest Ewangelia św. Tomasza. Na jej treść składają się logia, czyli słowa Chrystusa. Zdań tych jest 114. Według Euzebiusza zbiór ten miał posiadać biskup św. Papiasz (+ ok. 130) i miał nawet do nich napisać komentarz. Część tych słów odkryto w roku 1897 i 1903 w Egipcie w Oxyrhynchos. Od tej “ewangelii” należy odróżnić jeszcze jedną, zupełnie inną, także przypisywaną św. Tomaszowi. Zawiera ona opis życia lat dziecięcych Pana Jezusa. Stąd właśnie wzięły się średniowieczne legendy o ptaszkach, klejonych z gliny i ożywianych przez Pana Jezusa w zabawie z rówieśnikami itp.

    Święty Tomasz Apostoł

    Interesujący i oryginalny jest ostatni wymieniony wyżej apokryf – Dzieje Tomasza. Powstał on dopiero w wieku IV/V. Opisuje on podróż św. Tomasza do Indii w roli architekta na zaproszenie tamtejszego króla Gondafora. Zamiast jednak budować pałac królewski, św. Tomasz głosił Ewangelię, a pieniądze przeznaczone na budowę pałacu wydawał na ubogich. Na skutek jego nauk i cudów nawrócił się król i jego rodzina.
    Katolickie Indie czczą św. Tomasza jako swojego Apostoła. Około roku 52 po Chrystusie miał on wylądować na zachodnim wybrzeżu Malabaru i założyć tam siedem kościołów. Kiedy w roku 1517 Portugalczycy wylądowali w Mylapore, miano im pokazać grób Apostoła. Pamięć o Apostole zachowali tamtejsi chrześcijanie nestoriańscy. W Indiach jest również najgłośniejsze sanktuarium św. Tomasza Apostoła. Znajduje się ono na miejscu, gdzie według miejscowej tradycji Tomasz miał ponieść śmierć męczeńską. Miejsce to ma różne nazwy: Calamina (najczęściej spotykana), Thomas Mount (Góra Św. Tomasza), Madras, Maabar i Meliapore. Wszystkie te nazwy oznaczają jedną miejscowość: “Górę Św. Tomasza”, położoną na jednym z przedmieść Madrasu.
    Św. Tomasz jest patronem Indii, Portugalii, Urbino, Parmy, Rygi, Zamościa; architektów, budowniczych, cieśli, geodetów, kamieniarzy, murarzy, stolarzy, małżeństw i teologów.W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest jako młodzieniec (do XIII w. na Zachodzie, do XVIII w. na Wschodzie), później jako starszy mężczyzna w tunice i płaszczu. W prezentacji ikonograficznej powraca wątek “niewiernego” Tomasza. Atrybutami Świętego są: kątownica, kielich, księga, miecz, serce, włócznia, którą go przeszyto, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 lipca

    Najświętsza Maryja Panna Kodeńska,
    Matka jedności

    Zobacz także:
      •  Święty Bernardyn Realino, prezbiter
      •  Najświętsza Maryja Panna Tuchowska
      •  Najświętsza Maryja Panna Licheńska
    Wizerunek Matki Bożej Kodeńskiej
    W Kodniu nad Bugiem (północno-wschodnia część województwa lubelskiego) znajduje się sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Kodeńskiej, Matki jedności. Opiekują się nim obecnie misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, który według tradycji został namalowany w VI w. przez św. Augustyna z Canterbury na prośbę papieża Grzegorza I jako kopia rzeźby Matki Bożej, która znajdowała się w jego prywatnej kaplicy. Papież postanowił podarować rzeźbę Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli, który umieścił ją w sanktuarium w Guadalupe w Hiszpanii. Obraz natomiast pozostał w papieskiej kaplicy aż do czasów papieża Urbana VIII, gdy w 1630 roku miał go wykraść z Rzymu książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym. Skradziony obraz umieścił w kościele św. Anny w Kodniu, gdzie znajduje się do dziś.
    Te informacje nie znajdują jednak potwierdzenia w źródłach historycznych. Obraz został prawdopodobnie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę podczas pielgrzymki. Wskazuje na to styl, typowy dla malarstwa hiszpańskiego XVII w.
    Obraz został ukoronowany 15 sierpnia 1723 roku przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego jako trzeci z kolei obraz Matki Bożej na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej (po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Trockiej). W kwietniu 1875 r. kościół w Kodniu trafił w ręce prawosławnych, co sprawiło, że od sierpnia 1875 do września 1927 r. obraz znajdował się na Jasnej Górze, skąd przez Warszawę wrócił w dniach 3-4 września 1927 r. do Kodnia. W 1973 roku Paweł VI nadał świątyni w Kodniu tytuł bazyliki mniejszej. Rocznie pielgrzymuje tutaj ponad 200 tys. pielgrzymów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 lipca

    Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa

    Zobacz także:
      •  Święty Otton z Bambergu, biskup
      •  Święty Teobald z Provins, pustelnik
      •  Błogosławiony Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik
    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Obecnie obchód ten został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem), zachował się jedynie – na zasadzie pewnego przywileju – w zgromadzeniach Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.

    Najdroższa Krew Chrystusa

    Do dziś istnieją kościoły pod wezwaniem Najdroższej Krwi Chrystusa. Jak Boże Ciało jest rozwinięciem treści Wielkiego Czwartku, tak uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa była jakby przedłużeniem Wielkiego Piątku. Ustanowił ją dekretem Redempti sumus w roku 1849 papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały miesiąc był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł święto na dzień 1 lipca. Papież Pius XI podniósł je do rangi świąt pierwszej klasy (1933) na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.
    Szczególnym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Pana Jezusa wyróżniał się św. Kasper de Buffalo, założyciel osobnej rodziny zakonnej pod wezwaniem Najdroższej Krwi Pana Jezusa (+ 1837). Misjonarze Krwi Chrystusa mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce także siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, założone przez św. Marię de Mattias. Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi wyróżniał się także papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście Inde a primis z 1960 r. zachęcał do tego kultu.
    Nabożeństwo ku czci Krwi Pańskiej ma uzasadnienie w Piśmie świętym, gdzie wychwalana jest krew męczenników, a przede wszystkim krew Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy Pan Jezus przelał ją przy obrzezaniu. W niektórych kodeksach w tekście Ewangelii według świętego Łukasza można znaleźć informację, że podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym pot Jezusa był jak krople krwi (zob. Łk 22, 44). Nader obficie płynęła ona przy biczowaniu i koronowaniu cierniem, a także przy ukrzyżowaniu. Kiedy żołnierz przebił Jego bok, “natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24).
    Serdeczne nabożeństwo do Krwi Pana Jezusa mieli święci średniowiecza. Połączone ono było z nabożeństwem do Ran Pana Jezusa, a zwłaszcza do Rany Jego boku. Wyróżniali się tym nabożeństwem: św. Bernard (+ 1153), św. Anzelm (+ 1109), bł. Gueryk d’Igny (+ 1160) i św. Bonawentura (+ 1270). Dominikanie w piątek po oktawie Bożego Ciała, chociaż nikt nie spodziewał się jeszcze, że na ten dzień zostanie kiedyś ustanowione święto Serca Pana Jezusa, odmawiali oficjum o Ranie boku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

  • ogłoszenia – czerwiec 2026

    ***


    Od poczucia opuszczenia do kościoła Sacré-Cœur – droga 24-letniej Mélanie

    A la lumière de son histoire d’enfant de parents divorcés, Mélanie découvre dans le Cœur de Jésus un refuge, qui la porte dès lors chaque jour.

    Maria Vargas

    A la lumière de son histoire d’enfant de parents divorcés, Mélanie découvre dans le Cœur de Jésus un refuge, qui la porte dès lors chaque jour.

    ***

    24-letnia Mélanie, dotknięta rozwodem rodziców, przez długi czas czuła się opuszczona. W Lourdes spowiedź całkowicie zmieniła jej życie i skierowała ją na drogę do Najświętszego Serca Jezusowego. Dziś, jako członkini Gwardii Honorowej, świadczy o sile serca oddającego się Bogu.

    „Proście Boga, aby dał wam serce pełne oddania” To zdanie Mélanie usłyszała w wieku 16 lat, w samym środku trudnego okresu, podczas spowiedzi w Lourdes. W tamtej chwili nie zrozumiała jego znaczenia. Spotkanie z Najświętszym Sercem Jezusa, które nastąpiło wiele lat później, rzuciło na to światło. W kontekście swojej historii jako dziecka rozwiedzionych rodziców Mélanie odkryła w Sercu Jezusa schronienie, które odtąd każdego dnia ją podtrzymuje.

    Rana spowodowana rozwodem

    Urodzona w 2002 roku Mélanie dorastała na przedmieściach Paryża w praktykującej rodzinie katolickiej pochodzenia polskiego. Jej rodzice rozwiedli się, gdy miała dziewięć lat. Była to dla niej głęboka trauma. Jednak w obliczu tej sytuacji nie podważała istnienia Boga. „Tak, czułam się opuszczona przez Pana. W obliczu rodzinnego cierpienia myślałam sobie, że Bóg chyba nie przejmuje się mną zbytnio. Postanowiłam więc w zamian przestać się Nim interesować. Ale wierzyłam w Niego” – wyznaje.

    Po pierwszej komunii świętej przestała chodzić na mszę i przez kilka lat stopniowo oddalała się od Kościoła. „Całe moje nastoletnie życie przepełniało głębokie poczucie niepokoju. Byłam smutna, zagubiona, pogrążona w depresji, nie potrafiłam odnaleźć swojego miejsca”. Okres ten młoda kobieta uważa za najciemniejszy w swoim życiu.

    Lourdes: od śmierci do życia

    W ciemnościach to właśnie przyjaciele pomagają Mélanie utrzymać się na powierzchni. „Nie byli wierzący, niektórzy nawet bardzo krytycznie odnosili się do Kościoła, ale byli radośni i lojalni”. W drugiej klasie liceum zaproponowano jej przygotowanie się do bierzmowania. Bez większego przekonania Mélanie zgodziła się. W kwietniu 2018 roku wyjechała do Frat de Lourdes w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek.

    „Módlcie się dużo za swoich rodziców, nikt nie zrobi tego za was”

    Właśnie wtedy, nagle, w trakcie pielgrzymki, postanowiła pójść do spowiedzi. „Poczułam coś w rodzaju wezwania, by udać się do księdza”. Tam, przed tym, którego twarzy nie zapamiętała, a jedynie „duże niebieskie oczy”, opowiedziała wszystko: o ranie spowodowanej rozwodem, nieustannych konfliktach w domu, poczuciu opuszczenia. Zanim udzielił jej rozgrzeszenia, ksiądz wypowiedział dwa zdania: „Módl się dużo za swoich rodziców, nikt nie zrobi tego za ciebie”, a następnie: „Proś Boga, aby dał ci serce pełne oddania”. Słowa, których młoda kobieta w tamtej chwili nie rozumiała. „Pierwsze zdanie wydawało mi się niemal niesprawiedliwe. Co do drugiego, wprawiało mnie w zakłopotanie: czyż moje serce nie było wystarczająco oddane?”. Jednak te słowa zapoczątkowały nawrócenie Mélanie. „Ta spowiedź zmieniła moje życie – twierdzi. Przybyłam do Lourdes martwa wewnętrznie, a wyjechałam stamtąd żywa”.

    Après sa conversion et pendant plusieurs années, Mélanie se met en quête. Elle cherche à comprendre ce que signifie réellement ce "cœur abandonné".
    Po nawróceniu i przez wiele kolejnych lat Mélanie wyrusza na poszukiwania. Stara się zrozumieć, co tak naprawdę oznacza to „porzucone serce”.Marie-Christine Bertin (diecezja paryska)

    Prosić o serce podobne do serca Jezusa

    Po nawróceniu i przez wiele kolejnych lat Melanie podążała śladami tej drogi. Starała się zrozumieć, co tak naprawdę oznacza to „serce oddane”. Odpowiedź przychodziła stopniowo. W jej sercu rodziło się wówczas coraz silniejsze przywiązanie do Najświętszego Serca Jezusowego na Montmartre. „Pewnego wieczoru – opowiada – kiedy przyszłam tam, by spędzić noc na adoracji, zatrzymałam się przed kaplicą św. Małgorzaty Marii Alacoque. Znalazłam tam małą ulotkę przedstawiającą obietnice Najświętszego Serca”. Jej uwagę przyciągnęło zdanie: „Zaprowadzę pokój w waszych rodzinach”. Te słowa głęboko ją poruszyły. Wtedy wszystko stało się jasne: po raz pierwszy zrozumiała związek między „sercem oddanym”, o którym mówił jej ksiądz, a Sercem Chrystusa. „Zrozumiałam, że zachęcał mnie do proszenia o serce podobne do serca Jezusa: serce oddane miłości Ojca, Jego woli i Jego miłosierdziu”.

    Zaangażowanie na całe życie

    To oddanie, które Mélanie głęboko sobie przyswoiła, skłoniło ją do podjęcia dożywotniego zobowiązania w Gwardii Honorowej Najświętszego Serca, duchowym ruchu powstałym w Paray-le-Monial. „Zasada jest prosta” – wyjaśnia – „każdy członek wybiera jedną godzinę swojego dnia, którą ofiarowuje Panu w jedności z Najświętszym Sercem. W ciągu tej godziny kontynuujemy nasze zwykłe czynności, ale przeżywamy je w duchu modlitwy i ofiary”.

    „Mój dzień jest naprawdę wypełniony chwilami modlitwy, których centralnym punktem jest Serce Chrystusa. To rytm, który nadaje strukturę mojemu życiu”.

    Mélanie zdecydowała się na godzinę 15. „Każdego dnia odmawiam modlitwę Straży Honorowej, a następnie ofiarowuję tę godzinę Chrystusowi, w jedności z tysiącami członków obecnych na całym świecie”. Ale to zaangażowanie nie kończy się na tym. Uroczyście poświęcona Najświętszemu Sercu Jezusa z Montmartre, każdego ranka odmawia również modlitwę osobistego poświęcenia. „Mój dzień jest rzeczywiście wypełniony chwilami modlitwy, których centralnym punktem jest Serce Chrystusa. To rytm, który nadaje strukturę mojemu życiu.”

    Consacrée solennellement au Sacré-Cœur de Montmartre, Mélanie récite également chaque matin une prière de consécration personnelle.
    Mélanie, która uroczyście poświęciła się Najświętszemu Sercu Jezusa na Montmartre, każdego ranka odmawia również modlitwę osobistego poświęcenia.Mélanie Niemiec

    Najświętsze Serce Jezusa a rana dzieci rodziców rozwiedzionych

    Mélanie jest przekonana, że dzieci rodziców rozwiedzionych mogą odnaleźć w Sercu Chrystusa coś z samych siebie. „Serce dziecka zmagającego się z rozstaniem rodziców jest sercem rozdartym. Niezależnie od jego zdolności do radzenia sobie z trudnościami, ta rana pozostaje głęboko w nim wyryta”. Melania podważa zresztą powszechne przekonanie, że dzieci dostosowują się do sytuacji i w końcu czują się bardzo dobrze. „Oczywiście, mogą nauczyć się żyć z tym cierpieniem, ale to nie oznacza, że rana znika. Odkryłam, że tylko łaska Boża może naprawdę dotrzeć do tej głębi”. Dla Mélanie Najświętsze Serce nie jest tylko jednym z wielu nabożeństw, lecz „domem, schronieniem i szkołą miłości”.

    Hortense Leger  – Aleteia.pl

    ***

    Ostatni apel Papieża do lefebrystów: nie rozdzierajcie tuniki Chrystusa

    “Wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi!”

    – pisze Leon XIV w liście do przełożonego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, w związku z planowanymi na jutro w Écône święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego.

    fot. Vatican Media

    ***

    List, wysłany przez Leona XIV do przełożonego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, nosi datę 29 czerwca, uroczystości świętych Piotra i Pawła, dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy.

    Zgodnie z zapowiedzią, przekazaną w ostatnich dniach dziennikarzom w Castel Gandolfo, Papież Leon XIV skierował ostatnie wezwanie do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, prosząc, by nie przystępowano do sakry czterech nowych biskupów bez mandatu papieskiego, jak jest to zaplanowane na przedpołudnie, 1 lipca w szwajcarskim Écône.

    „Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów, kapłanów, seminarzystów i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X, świadomy odpowiedzialności, którą Pan powierzył mi jako Następcy Apostoła Piotra – pisze Leon XIV – Kościół uznaje przywiązanie do życia liturgicznego, zaangażowanie w formację kapłańską, gorliwość apostolską oraz pragnienie wierności Tradycji, które charakteryzują wiele osób i wspólnot związanych z tym Bractwem. To właśnie stanowiło motyw postawy uwagi i życzliwości, jaką moi Poprzednicy nieustannie wam okazywali”.

    „W tym duchu – kontynuuje Papież – przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi! Zachęcam was, abyście z całą powagą rozważyli dobro duchowe wiernych, ponieważ akt schizmy, którego byście się dopuścili, pozbawiłby ich możliwości godziwego, a w niektórych przypadkach nawet ważnego przyjmowania sakramentów, które miłują i których poszukują dla swojego uświęcenia”.

    „Kościół jest gotów – czytamy następnie w papieskim liście, napisanym w języku francuskim i skierowanym do przełożonego generalnego Bractwa, ks. Davide Pagliaraniego – podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną. Modlę się za was, ponieważ rozdzieranie całej tkanej bez szwów Tuniki Chrystusa jest grzechem niezwykle ciężkim. Niech Pan oświeci wasze sumienia i obudzi wasze serca. Mocą władzy otrzymanej od Chrystusa, z sercem przepełnionym bólem, ale wciąż pełnym nadziei, czuję się zobowiązany prosić was, abyście odstąpili od swojego zamiaru, i powierzam te intencje Niepokalanemu Sercu Maryi, Matki Dobrej Rady”.

    Papież raz jeszcze prosi więc lefebrystów, by zrezygnowali z dokonania schizmatyckiego aktu święceń biskupich bez papieskiego mandatu. Znamienne jest również, że najmocniejszym argumentem, jaki zawarty jest w liście, jest dobro dusz wiernych Bractwa Świętego Piusa X. Bowiem ów akt schizmatycki sprawiłby, że sprawowane sakramenty byłyby niegodziwe, a w niektórych przypadkach (w odniesieniu do spowiedzi sakramentalnej i małżeństwa) wręcz: nieważne.

    VATICANNEWS.VA – Gość Niedzielny

    ***

    Matka Boża Gietrzwałdzka w Watykanie!

    Dziś, 30 czerwca, uroczyste odsłonięcie wizerunku

    W Ogrodach Watykańskich zostanie dziś odsłonięta i poświęcona mozaika Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Uroczystość zainauguruje obchody 150. rocznicy objawień maryjnych – jedynych w Polsce uznanych przez Kościół.

    fot. Vatican News

    ***

    W Ogrodach Watykańskich zostanie dziś odsłonięta mozaika Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. To znak czci dla wizerunku od wieków obecnego w warmińskim sanktuarium. W ten sposób w sercu Kościoła inaugurowane są obchody 150-lecia objawień w Gietrzwałdzie – jedynych objawień maryjnych w Polsce zatwierdzonych przez Kościół.

    Wizerunek z Warmii

    Mozaika, która zostanie odsłonięta w Ogrodach Watykańskich, nawiązuje do łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. To właśnie ten wizerunek znajduje się w głównym ołtarzu Bazyliki Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie i od stuleci stanowi centrum maryjnego kultu na Warmii.

    Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewej ręce Dzieciątko Jezus ubrane w długą, czerwoną suknię. W górnej części wizerunku dwaj aniołowie podtrzymują wstęgę z napisem: „Ave Regina Caelorum, ave Domina Angelorum”, czyli: „Bądź pozdrowiona Królowo Nieba, bądź pozdrowiona Pani Aniołów”.

    Nieznany autor

    Autor obrazu nie jest znany. Historycy sztuki wskazują, że powstał on prawdopodobnie w warsztacie poznańskim w połowie XVI wieku. Pierwsza wzmianka o wizerunku pochodzi z 1583 roku, gdy biskup Marcin Kromer w „Opisie Biskupstwa Warmińskiego” wymienił go jako cudowny. Już pod koniec XVI wieku obraz przeniesiono do ołtarza głównego, co świadczyło o rozwijającym się kulcie.

    W kolejnych stuleciach wizerunek był otaczany szczególną czcią. W 1717 roku ozdobiono go srebrnymi koronami, później zastąpionymi bardziej kosztownymi, wysadzanymi drogimi kamieniami. W 1734 roku obraz otrzymał także srebrne sukienki.

    Objawienia i obraz

    Gietrzwałd stał się szeroko znany dzięki objawieniom Matki Bożej, które trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Maryja ukazywała się dwóm dziewczynkom: trzynastoletniej Justynie Szafryńskiej i dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej. Przemówiła do nich po polsku – jak zapisał ks. Franciszek Hipler – „w języku takim, jakim mówią w Polsce”.

    Po objawieniach kult Matki Bożej Gietrzwałdzkiej jeszcze się umocnił. Władze pruskie, niechętne wydarzeniom w sanktuarium, nakazały usunięcie obrazu z kościoła albo przeniesienie go w mniej widoczne miejsce. Wizerunek trafił wtedy do ołtarza na emporze południowej.

    Koronacja i pamięć

    Do głównego ołtarza obraz powrócił w 1949 roku. Uroczystej koronacji dokonał 10 września 1967 roku prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, przy udziale kard. Karola Wojtyły i bp. Józefa Drzazgi. Dzisiejsze odsłonięcie mozaiki w Watykanie przypomina więc nie tylko same objawienia, lecz także długą historię obrazu, który dla pielgrzymów pozostaje znakiem modlitwy, nadziei i duchowej tożsamości Warmii.

    Karol Darmoros, Vatican News, pa/Stacja7

    ***


    Jak oddać rodzinę Najświętszemu Sercu Jezusa?

    5 prostych praktyk

    Sacred Heart
    vetre | Shutterstock

    ***

    Obraz Serca Jezusa w domu, poranne ofiarowanie, pierwsze piątki miesiąca i krótka modlitwa w ciągu dnia. Konsekracja Najświętszemu Sercu Jezusa może stać się czymś bardzo konkretnym dla całej rodziny.

    Tego lata, gdy USA świętuje 250. rocznicę swojego istnienia, 11 czerwca biskupi Stanów Zjednoczonych dokonają konsekracji Amerykanów Najświętszemu Sercu Jezusa. Zachęcają jednocześnie, by dokonać poświęcenia rodzin Sercu Jezusowemu w każdym domu. Szczególnie zachęca do tego apb. Paul Etienne (Seattle).

    Nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa od początku miało — i nadal ma — nie tylko wymiar osobisty, ale także rodzinny i społeczny. W objawieniach przekazanych św. Małgorzacie Marii Alacoque Chrystus prosił, by Jego Serce było publicznie czczone, a Jego wizerunek zajmował ważne miejsce w życiu wierzących.

    Z tą pobożnością związane są także szczególne obietnice: łaski potrzebne w codziennym życiu, pokój w rodzinach, pociecha w trudnościach, błogosławieństwo dla domów, w których obraz Najświętszego Serca będzie zawieszony i czczony.

    Dlatego oddanie rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa prowadzi dalej: do codziennego powierzania Chrystusowi domu, relacji, trudności, decyzji i przyszłości rodziny.

    Oto pięć prostych praktyk, które pomagają rodzinie żyć tą pobożnością w konkretny sposób.

    1. Umieść obraz Najświętszego Serca Jezusa w swoim domu

    Umieszczenie pięknego obrazu lub figury Najświętszego Serca Jezusa w centralnym miejscu domu sprawia, że obecność Chrystusa staje się widzialna i zaprasza do codziennej kontemplacji. Arcybiskup Etienne wspomina, że w domach obojga jego dziadków takie wizerunki zajmowały ważne miejsce — obrazy wisiały w jadalni, a figury stały w sypialni — i że ukształtowało to jego trwającą przez całe życie świadomość obecności Jezusa.

    Zgromadź rodzinę, by pobłogosławić i intronizować ten wizerunek. Módlcie się razem, prosząc Jezusa, by królował w waszym domu. Ten prosty gest przemienia dom w szkołę bliskości, w której członkowie rodziny często podnoszą wzrok ku Panu, który zna ich i kocha osobiście.

    2. Módlcie się jako rodzina modlitwą porannego ofiarowania

    Jednym z fundamentów nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego jest modlitwa porannego ofiarowania, która może zjednoczyć cały dzień rodziny — modlitwy, prace, radości i cierpienia — z miłującym Sercem Jezusa. Arcybiskup wspomina, że jego rodzina odmawiała ją codziennie po modlitwie przed posiłkiem, a praktyka ta uczyła go życia w stałej komunii z Chrystusem.

    Można posłużyć się tradycyjną wersją: „O Jezu, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci moje modlitwy, prace, radości i cierpienia tego dnia…”. Włączcie ją do śniadania lub kolacji. Z czasem modlitwa ta kształtuje relację serca z Sercem, pomagając zarówno dzieciom, jak i dorosłym doświadczać tego, że Jezus jest obecny w każdej zwyczajnej chwili.

    3. Praktykujcie razem nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca

    Jezus objawił św. Małgorzacie Marii Alacoque swoje pragnienie przyjmowania Komunii Świętej w pierwsze piątki miesiąca jako wynagrodzenia za grzechy i obojętność. Ta praktyka otwiera rodziny na głębsze przyjęcie miłosiernej miłości Chrystusa w Eucharystii.

    Jeśli to możliwe, uczestniczcie jako rodzina we Mszy Świętej w pierwsze piątki miesiąca, przyjmujcie Komunię Świętą z pobożnością i poświęćcie czas na adorację. W domu ofiarujcie modlitwy wynagrodzenia i wdzięczności. Takie chwile budują bliskość, wprowadzając rodzinę w ofiarną miłość samego Chrystusa, która uzdrawia rany.

    4. Wzywajcie Najświętszego Serca w ciągu dnia

    Krótkie, płynące z serca wezwania, takie jak „Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami” albo „Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według Serca Twego”, można wplatać w codzienne życie. Arcybiskup Etienne zachęca do częstego korzystania z tych modlitw, by „mieć oczy utkwione w Jezusie” (Hbr 12,2).

    Podczas jazdy samochodem, domowych obowiązków czy posiłków zatrzymajcie się na chwilę, by podzielić się jedną sytuacją, w której danego dnia doświadczyliście Bożej miłości, albo jedną intencją modlitewną, którą chcecie powierzyć Jego Sercu. Te małe nawyki przemieniają rutynę w relację, pomagając każdemu członkowi rodziny poznawać Chrystusa nie jako odległą postać, lecz jako kochającego Przyjaciela.

    5. Odmówcie rodzinny akt konsekracji

    Podążając za przykładem biskupów, możecie dokonać formalnego aktu konsekracji jako rodzina. Najlepiej dokonać tego w obecności kapłana, przygotowując się do aktu intronizacji specjalnie dedykowaną nowenną, istnieje gotowy rytuał intronizacji, jednak można tego dokonać też w postaci aktu osobistego oddania rodziny. Oto treść modlitwy:

    Akt poświęcenia rodziny

    Najświętszemu Sercu Pana Jezusa


    Akt w tej formie został zatwierdzony przez św. Piusa X dnia 19 maja 1908 roku, i jako taki jest wymagany dla uzyskania odpustu. Nie może być zatem zmieniony. Odmawia się go w pozycji klęczącej, zarówno kapłan jak rodzina. Jeśli kapłan nie jest obecny, przewodniczy głowa rodziny.

    Najświętsze Serce Jezusa, któreś oznajmiło świętej Marii Małgorzacie pragnienie królowania chrześcijańskim rodzinom, wejrzyj na nas.
    Oto zbliżamy się dzisiaj do Twego tronu, aby rodzinę naszą oddać pod Twoją nieograniczoną władzę. Postanawiamy pielęgnować w sercach naszych te cnoty, które — wedle Twej obietnicy — już tu na ziemi utwierdzają trwały pokój. Wyrzekamy się ducha tego świata, który Ty potępiłeś.
    Bądź naszym rozumem przez żywą wiarę, kieruj naszym sercem bezgraniczną miłością ku Tobie, której ogień będziemy rozniecali częstą Komunią świętą.
    O Boskie Serce, racz przewodniczyć rodzinie naszej, błogosław naszym duchowym i doczesnym zamiarom, usuwaj od nas wszelkie troski, łagodź cierpienia.
    Jeśliby który z członków naszej rodziny miał nieszczęście obrazić Ciebie grzechem ciężkim, przypomnij mu, Najłaskawsze Serce Jezusa, iż jesteś pełne miłosierdzia i litości dla skruszonych grzeszników.
    A gdy dla którego z członków naszej rodziny nastąpi godzina rozłąki z tym światem i śmierć wniesie żałobę w dom nasz, wszyscy — zarówno ten, kto umiera, jak i ci co pozostają — poddamy się kornie niezbadanym wyrokom Opatrzności Twojej. Będziemy się pocieszali myślą, że nastanie kiedyś dzień, gdy cała nasza rodzina, w niebie połączona, wiecznie chwałę Twoją wyśpiewywać i Twe dobrodziejstwa wielbić będzie.
    Niech Niepokalane Serce Maryi i błogosławionego patriarchy św. Józefa zaniosą przed oblicze Twoje to poświęcenie się nasze i niech nam je przypominają na każdy dzień życia naszego.
    Niech żyje Najświętsze Serce Jezusa, Króla i Ojca naszego.

    Ten akt powierza Jezusowi radości, zmagania i przyszłość waszej rodziny, budując głębokie poczucie przynależności do Niego.

    Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.
    Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami.

    Rose Bryan/Aleteia.pl(tłumaczenie z amerykańskiej edycji Aletei, uzupełnione o Akt poświęcenia rodziny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.)

    ***

    Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca

    Eucharistic Adoration
    Stock Studio 4477 | Shutterstock

    ***

    Ta mała, biała Hostia jest posłuszna dłoniom prezbitera. Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia przemienia się w żywego Jezusa. Rozumiecie to? Serce Jezusa tak nas ukochało, że za każdym razem podczas mszy św. ożywa i umiera! W rozmowie z Aleteią o. Mariusz Balcerak, jezuita, wicepostulator procesu o. Józefa Andrasza, krakowskiego spowiednika św. s. Faustyny, mówi o święcie Eucharystycznego Serca Jezusa.

    Niemal nieznane święto – Eucharystyczne Serce Jezusa

    Aleteia: Poszukując informacji o Słudze Bożym, o. Józefie Andraszu w starych księgach, natrafił ojciec na ślady wyjątkowego święta – Eucharystycznego Serca Pana Jezusa. W internecie niemal nic nie można o nim znaleźć… 

    O. Mariusz Balcerak SJ: Rzeczywiście, w starych księgach odnalazłem wiele wiadomości o święcie, o którym chyba większość z nas nie słyszała. Kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa to połączenie kultu Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa. 

    W 1878 r. papież Leon XIII potwierdził, że nie sposób jest oderwać od siebie obu tych kultów, a papież Benedykt XV w 1921 r. zatwierdził formularz mszalny o Eucharystycznym Sercu Jezusowym. To on także zapoczątkował liturgiczne wspomnienie w czwartek, kończący oktawę Bożego Ciała. Natomiast papież Pius XII w encyklice Haurietis aquas (Zaczerpnijcie wody) z 1956 r. napisał, że „trudno byłoby zrozumieć moc tej miłości, która kazała Chrystusowi stać się naszym duchowym pokarmem, jeśli nie pielęgnowalibyśmy w sposób szczególny kultu Eucharystycznego Serca Jezusowego. Ten kult jest zaproszeniem, byśmy coraz bardziej odkrywali tajemnicę miłości Chrystusa do nas. Jak widzimy kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa jest ważny dla Kościoła.

    Decyzje papieży stanowią zwieńczenie rozważań o Eucharystycznym Sercu Jezusa, które rozpoczęto dużo wcześniej… 

    Już blisko 300 lat przed decyzjami papieży wierni mieli pewne intuicje. Pionierami byli przedstawiciele szkoły duchowości zwanej École Française reprezentowanej przez Pierre de Bérulle (1575-1629) oraz Charlesa de Condren (1588-1641). Zwrócili oni uwagę na Jezusa Chrystusa w Hostii, który jest zarazem kapłanem i ofiarą, złożoną Ojcu na krzyżu – i uobecnianą w każdej mszy św. To rozumienie prowadzi nas w kierunku przebitego Serca Jezusa, które zdecydowało się podjąć tę ofiarę. 

    Z kolei Jean-Jacques Olier  (1608-1652) zwracał uwagę na to, że podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, Chrystus staje przed człowiekiem w postawie całkowitego wyniszczenia się z miłości do Ojca i do stworzenia. To pierwszy moment, w którym podkreśla się, że wyniszczenie następuje nie tylko na poziomie ciała, ale też serca – czyli rezygnacji z własnej woli i pragnień po to, żeby spełnić wolę Ojca. Warto też wspomnieć św. Jana Eudesa (1601-1680), który łączy kult Serca Jezusa i Maryi z Eucharystią – szczególnie czczoną podczas mszy św.

    Objawienia Najświętszego Serca Jezusa

    I tu przychodzi czas na wspomnienie słynnych objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690)?

    Tak. Św. Małgorzata doświadczyła około osiemdziesięciu objawień Serca Jezusowego, które – mówiąc w ogromnym skrócie – zmierzały do ustanowienia święta ku czci Serca Jezusowego, komunii św. wynagradzającej  i uroczystemu wynagradzaniu Chrystusowi, odmawianemu przed Najświętszym Sakramentem. 

    Jednak wciąż nie wspomniano tu o Eucharystycznym Sercu Jezusa, chociaż te powiązania  były jednoznaczne… 

    Tak. Pierwszy raz tego określenia użył Jean Paul Salut w dziele wydanym w latach 1701-1703, zgłębiając chwałę Serca Pana Jezusa w Eucharystii, a potem w 1706 r. Antoine Ginther, zgłębiając miłość Serca Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Widać więc tu wyraźnie, że duchowość Eucharystycznego Serca Jezusa rozwija się po rewolucji francuskiej, która przyniosła ogromne zniszczenie moralne i duchowe. 

    Co ciekawe, w latach 50. i 60. XIX w.  pojawiło się sporo zgromadzeń męskich i żeńskich, które nawiązują w swoim charyzmacie do Najświętszego Serca i do adoracji Najświętszego Sakramentu, często w duchu wynagrodzenia. 

    Dokładnie. Należy tu wspomnieć św. Piotra Julian Eymarda (1811-1868), który założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu.  W tym czasie także świeccy zakładali stowarzyszenia i bractwa, szerzące kult Eucharystycznego Serca Boga, które jest obecne w Najświętszym Sakramencie. Papież Pius IX udzielił w 1868 r. trzem francuskim biskupom zgody na używanie inwokacji „Sercu Eucharystycznemu Jezusa należy się w każdej chwili cześć, uwielbienie, miłość i dziękczynienie we wszystkich tabernakulach świata aż do skończenia wieków”. W zbiorze odpustów, związanych z modlitwami do Eucharystycznego Serca Jezusa, papież Leon XIII w 1787 r. bardzo mocno łączył Serca Jezusa z sakramentem ołtarza. A w 1903 r. wyniesiono w Rzymie Bractwo Eucharystyczne Serca Jezusowego do poziomu arcybractwa. Pius X wzbogacił kult do Eucharystycznego Serca Jezusa licznymi odpustami. Kult Eucharystycznego Serca Jezusa rozwijał się dość mocno w zgromadzeniach redemptorystów oraz sercanów. 

    Różnice

    Czym różni się kult Serca Jezusa od kultu Eucharystycznego Serca Jezusa? 

    Serce Eucharystyczne jest tym samym, co Serce Jezusa – z uwydatnieniem prawdy, że żyje Ono w świętych postaciach eucharystycznych. Równocześnie zwraca się uwagę, że jest to Serce, które tak ukochało człowieka, że stało się dla niego darem w Eucharystii. To właśnie podkreślali papieże Pius XI i Pius XII. A dziś, dzięki nauce, wiemy o tym jeszcze dużo, dużo więcej. 

    Idąc dalej: odpowiedź na Pani pytanie przynosi wspominania już encyklika Haurietis aquas, w której Pius XII nie mówi, że kult Eucharystycznego Serca Jezusa jest czymś innym od kultu Serca Jezusowego. Chodzi w nim raczej – jak podkreślają teologowie – o oddawanie czci Sercu Jezusa  w odniesieniu do Eucharystii, z wdzięcznością za Jej ustanowienie i zachowanie do końca świata. Chodzi tu także o miłość Jezusa, która jest żywa w Jego Sercu i w Eucharystii. I myślę, że to akcent, który dziś może dać nam nowe impulsy do przeżywania adoracji Najświętszego Sakramentu, Jego uwielbiania i wynagradzania Mu za zniewagi. 

    Kult Eucharystycznego Serca Jezusa u o. Andrasza

    A jak wyglądał kult Eucharystycznego Serca Jezusa u Sługi Bożego o. Józefa Andrasza, spowiednika św. s. Faustyny?

    O. Andrasz napisał w latach trzydziestych XX w. niewielką książeczkę „Westchnienia i modlitwy do Eucharystycznego Serca Jezusa”. Podjął się w niej wyjaśnienia  teologicznego, jak rozumieć i przeżywać nabożeństwo do Niego. Wskazał na spójność kultu Eucharystii z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Spisał także akty strzeliste, litanię, akt oddania się i modlitwę o uproszenie poprawy życia u Eucharystycznego Sercu Jezusa. Przygotowując proces beatyfikacyjny o. Andrasza odkrywam, że Eucharystyczny Kult Serca Jezusowego był u niego czymś niesamowitym. Myślę, że o. Andrasz, którego ludzie postrzegali jako odprawiającego mszę św. godnie i z pobożnością, doskonale rozumiał, że po konsekracji dokonuje się naprawdę coś mistycznego. Na ołtarzu pojawia się Bóg, który z miłości do człowieka zgadza się umrzeć za nas, aby nas zbawić. Jezus robi to ofiarnie, wie, że w ten sposób wznawia swą mękę; męczy się w agonii, aby pokazać człowiekowi jak bardzo nas umiłował. Po sposobie, w jaki o. Józef to opisuje w ,,Westchnieniach’’ mam takie wrażenie, że sam duchowo to przeżywał.

    Cuda eucharystyczne

    Wspomina ojciec o współczesnych badaniach naukowych, które rzucają jeszcze mocniejsze światło na te tajemnice. W jaki dokładnie sposób? 

    We wszystkich zbadanych cudach eucharystycznych, począwszy od Lanciano we Włoszech (VII w.) a na cudach w Buenos Aires (1996  r.), Sokółce (2008 r.) i Legnicy (2013 r.) kończąc, odkryto, że jest to prawdziwe ludzkie ciało z konkretnym DNA i prawdziwa ludzka krew grupy AB. Zbadano, że jest to dokładnie fragment mięśnia ludzkiego serca, odpowiedzialny za jego skurcze. W mięśniu sercowym znajduje się wiele białek, które wniknęły w tkankę – co oznacza, że w chwili pobierania wycinka serce żyło i cierpiało.

    Cud w Lanciano przebadał w latach 1970–1971 profesor Odoardo Linoli. Cud w Buenos Aires badało dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy York. Cud w Sokółce został poddany dwóm niezależnym analizom. Cud w Legnicy przebadała m.in. naukowiec Barbara Engel – lekarz kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy, która jest członkiem komisji diecezjalnej. Wszyscy naukowcy przed badaniem nie wiedzieli, skąd pochodzą próbki. 

    Ojcze Mariuszu, jakie z tego płyną wnioski? 

    Warto uświadomić sobie, że próbki do analizy medycznej były w każdym z tych przypadków pobierane w momencie, gdy serce znajdowało się w procesie przedśmiertelnym – oznacza to, że Eucharystia to Serce Jezusa w agonii. W niekończącej się fazie umierania – tak jakby resztkami sił, jeszcze żyło i chciało wyrazić miłość do swego Ojca: Zobacz Abba, to z miłości do Ciebie i do człowieka. Proszę, zrozumieć: Jezus w każdej konsekrowanej Hostii jest obecny ze swoim przebitym Sercem! Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia – mocą Ducha Świętego – przemienia się w żywego Jezusa. Od tego momentu żywy Chrystus staje się obecny na ołtarzu podczas mszy św., podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy przebywa ukryty w tabernakulum i wtedy doświadcza nieustannej agonii.

    Kult Eucharystycznego Serca Jezusa, który rozwijał się od XVI w. oznacza, że mistycy, o których rozmawialiśmy, odkrywali tę duchową głębię, którą dziś potwierdzają niezależni naukowcy: w Eucharystii znajduje się żyjąca tkanka Serca Jezusa. To Serce Jezusa bije na ołtarzach całego świata z miłości do nas; to Serce ożywa i umiera, ożywa i umiera. I finalnie daje nam się spożyć. 

    Spróbujmy to sobie uświadamiać, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament. 

    Dorota Niedźwiecka/Aleteia.pl


    ***

    8 czerwca 2026

    Leon XIV do polityków: Broń nie zbuduje pokoju, a większość nie decyduje o godności człowieka

    Papież w hiszpańskim parlamencie.- Vatican Media

    ***

    Papież podczas wizyty w hiszpańskim parlamencie przypomniał, że prawa człowieka nie zależą od politycznych większości ani społecznych mód. W mocnym wystąpieniu mówił o ochronie życia, znaczeniu rodziny, granicach władzy państwa oraz odpowiedzialności za przyszłość społeczeństw w epoce gwałtownego rozwoju technologii.

    Odwołując się do bogatej tradycji tego kraju, Leon XIV przypomniał, że Hiszpania potrafiła postrzegać człowieka jako coś więcej niż tylko element porządku społecznego, gospodarczego czy politycznego. Uznała go za istotę otwartą na prawdę, obdarzoną wolności i ukierunkowaną przez pragnienie wieczności, którego żadna doczesna rzeczywistość nie jest w stanie ugasić.

    Godność człowieka w dobie odkryć geograficznych

    Papież przypomniał, że refleksja ta rozwinęła się w sposób szczególny w dobie wielkich odkryć geograficznych, kiedy to uczeni z Salamanki wprowadzili do historycznego rozeznawania pytanie o niezbywalną wartość każdej istoty ludzkiej i moralne granice władzy. Przyczynili się w ten sposób do ukształtowania świadomości prawnej i moralnej, że władza zawsze wiąże się z odpowiedzialnością, a każda istota ludzka musi być uznana za podmiot praw i obowiązków.

    Leon XIV podkreślił, że dziedzictwo to jest szczególnie ważne dzisiaj, kiedy nowe światy otwierają się przed nami nie na mapach, lecz w technice, gospodarce, biomedycynie i wszechświecie cyfrowym. Odsyłając do ogłoszonej ostatnio encykliki, podkreślił, że technologia sama w sobie nie jest neutralna, ponieważ przybiera oblicze tych, którzy ja wymyślili, finansują, regulują i wykorzystują.

    Odwołując się z kolei do przemówienia Benedykta XVI w parlamencie niemieckim, Leon XIV przypomniał hiszpańskim deputowanym, że każde prawdziwie sprawiedliwe społeczeństwo opiera się na uznaniu nienaruszalnej godności osoby ludzkiej. Godność ta jest uprzednia względem tego, co przyznaje jej państwo i nie może być podporządkowana zmiennym konsensusom społecznym ani wahaniom większości.

    Obrona życia to sprawa cywilizacji, a nie religii

    W tym kontekście Papież przypomniał w sposób szczególny o potrzebie ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. „Jeśli życie przestaje być uznawane za wartość fundamentalną, jaką przyszłość mogą mieć nasze społeczeństwa? Czy można nazwać w pełni sprawiedliwą wspólnotę, która pozostawia w cieniu dziecko jeszcze nienarodzone, osobę starszą, chorego, cierpiącego w milczeniu lub człowieka całkowicie zależnego od opieki innych?” – pytał Papież. Podkreślił, że obrona życia ludzkiego nie jest kwestią poboczną ani interesem wyznaniowym; jest celem cywilizacji.

    Od poczęcia do naturalnej śmierci

    „Każde życie ludzkie powinno być szanowane i chronione od poczęcia aż do naturalnej śmierci, w każdej sytuacji swojej egzystencji – podkreślił Papież. – Gdy pewność ta zostaje zachwiana, najbardziej narażeni na zranienie stają się pierwszymi ofiarami, a prawo traci swoje najgłębsze znaczenie: służbę każdej osobie i jej ochronę. Dlatego moralna wielkość narodu objawia się przede wszystkim w jego zdolności do towarzyszenia, chronienia i miłowania tych istnień, które doświadczają największej kruchości”.

    Mocne słowa w obronie rodziny

    Równie mocno Papież wypowiedział się w obronie rodziny. Podkreślił, że jest ona podstawową rzeczywistością ludzką i naturalnym fundamentem wspólnoty. W niej splatają się pokolenia i przekazywana jest żywa pamięć, która zapewnia społeczeństwu wewnętrzną ciągłość. Tam, gdzie wspierana jest rodzina, umacnia się również duchowa i społeczna stabilność narodów. Ojciec Święty przypomniał też o niezbywalnym prawie rodziców do decydowania o rodzaju wychowania, jakie otrzymują ich dzieci.

    Broń nie zapewni trwałego pokoju

    W hiszpańskim parlamencie Leon XIV odniósł się również do innych aktualnych kwestii, takich jak edukacja, dramat migracji czy pokój. Podkreślił, że świat przechodzi dziś głęboki kryzys duchowy i kulturowy, który przejawia się w licznych formach przemocy, polaryzacji i wzajemnej nieufności. W tym kontekście pokój jawi się jako prawdziwy wymóg moralny. Aby go osiągnąć potrzeba dyplomatycznej odwagi, etycznej odpowiedzialności oraz wizji przyszłości opartej na poszanowaniu tożsamości każdego narodu. „Broń może narzucić czasowe milczenie, lecz nigdy nie będzie w stanie zbudować autentycznego i trwałego pokoju”. – powiedział Ojciec Święty.

    Wolność myśli, sumienia i wyznania

    Papież przypomniał, że kwestia pokoju bezpośrednio wiąże się z wolnością myśli, sumienia i wyznania. „Każde społeczeństwo rzeczywiście wolne wymaga również właściwego wyznaczenia granic władzy publicznej, tak aby wolność osób, wspólnot i stowarzyszeń nie była bezpodstawnie ograniczana. Z tej perspektywy uprawniona autonomia porządku doczesnego nie może być nigdy interpretowana jako wrogość wobec zjawiska religii” – podkreślił Leon XIV. W tym kontekście wspomniał o potrzebie poszanowania tajemnicy spowiedzi

    Zwracając się do parlamentarzystów, Papież życzył Hiszpanii by nigdy nie straciła pamięci o swych korzeniach ani odwagi, by patrzeć w przyszłość.

    .Vatican Media- Gość Niedzielny

    ***

    Niedziela 7 czerwca 2026

    Leon XIV do uczestników kongresu w Wilnie: Miłosierdzie jest odpowiedzią na wojny i lęk

    fot. PAP/Valdemar Doveiko

    Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej podczas mszy świętej sprawowanej w ramach Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia w Wilnie. Tegoroczna edycja wydarzenia odbywa się pod hasłem “Budowanie miasta miłosierdzia”.

    ***

    „Nasz świat woła o miłosierdzie” – napisał Leon XIV w przesłaniu skierowanym do uczestników Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia. Papież wskazał, że bez przebaczenia, otwartości i zaufania Bożej łasce nie da się zbudować trwałego pokoju ani w sercach ludzi, ani między narodami.

    „Nasz świat woła o miłosierdzie” – napisał Leon XIV w przesłaniu skierowanym do uczestników Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia. Papież wskazał, że bez przebaczenia, otwartości i zaufania Bożej łasce nie da się zbudować trwałego pokoju ani w sercach ludzi, ani między narodami.

    VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia rozpoczyna się w niedzielę 7 czerwca w Wilnie. Potrwa do 12 czerwca – informuje Vatican News. Papież na wstępie pozdrowił uczestników wydarzenia, którego  „tak bardzo pragnął” jego poprzednik, św. Jan Paweł II. Szczególne pozdrowienia Papież skierował do metropolity wileńskiego abp. Gintarasa Grušasa, który „przyjmuje w swojej diecezji tak wielu pielgrzymów miłosierdzia z całego świata”. Papież pozdrowił również prezydenta Litwy Gitanasa Nausėdę oraz patriarchę ekumenicznego Konstantynopola Bartłomieja I, jednego z prelegentów.

    Miłosierdzie Boże nadzieją dla świata

    Leon XIV przypomniał przesłanie św. Augustyna, który w „Wyznaniach” pisał, że jedyną nadzieją jest niezmierzone miłosierdzie Boże. Papież podkreślił, że istotnie „źródłem wielkiej radości i prawdziwej nadziei jest doświadczenie tego, jak miłosierny jest Bóg wobec każdego z nas”. Ważne jest odnowienie zaufania Bożemu Miłosierdziu.

    Miłosierdzie drogą do prawdziwego pokoju

    Ojciec Święty przypomniał, że współczesny świat, „pełen lęków i niepokojów, napięć i wojen, sprawia, że pokój w sercach zarówno poszczególnych osób, jak i całych narodów staje się coraz bardziej pilną potrzebą”. Gdy przemoc zatruwa relacje i niszczy życie, Boże Miłosierdzie czeka, aż wpuścimy je do naszych serc wraz z jego niezwykłą mocą odnowy. Jak zaznaczył Papież, miłosierdzie jest w stanie zmienić życie człowieka, poprzez otwarcie drogi do miłości i przebaczenia – charakterystycznych cech oblicza Boga objawiającego się wśród nas.

    Bóg jest zawsze miłosierny

    Leon XIV przypomniał również, że Bóg nigdy nie ustaje w okazywaniu miłosierdzia. W psalmie 136 czytamy, że Boża łaska trwa na wieki, tymczasem, jak powiedział Papież, „nasz świat woła o miłosierdzie” na każdym poziomie. Upragniony przez człowieka prawdziwy pokój można osiągnąć tylko poprzez miłosierdzie. Papież zachęcił do ufności w nieskończone miłosierdzie Boże, przy jednoczesnym osobistym zaangażowaniu w budowanie bardziej otwartego i miłosiernego społeczeństwa. To musi mieć początek już w rodzinach.

    Papieskie błogosławieństwo

    Na zakończenie wideo przesłania Papież wyraził nadzieję, że uczestnictwo w VI Światowym Apostolskim Kongresie Miłosierdzia będzie owocowało także po jego zakończeniu, po powrocie uczestników do swoich wspólnot. Ojciec Święty udzielił uczestnikom i ich bliskim apostolskiego błogosławieństwa.

    VATICANNEWS.VA

    ***

    Wilno stało się stolicą Miłosierdzia. Ruszył światowy kongres z udziałem tysięcy pielgrzymów

    Wilno. Kościół św Trójcy.

    fot. Jakub Szymczuk /Gość Niedzielny

    ***

    Procesja Bożego Ciała ulicami Wilna zainaugurowała VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia. W obecności pielgrzymów z wielu krajów abp Gintaras Grušas przypomniał, że Eucharystia jest „samym centrum Bożego Miłosierdzia”, a współczesny świat – mimo technologicznego rozwoju – coraz bardziej cierpi z powodu samotności, niepokoju i duchowego głodu.

    „Dziś w sercu Wilna rozpoczyna się Szósty Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia. Nieprzypadkowo rozpoczyna się on w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Eucharystia jest samym centrum Bożego Miłosierdzia. W Eucharystii Chrystus nie tylko mówi o miłości. On daje siebie. On karmi, uzdrawia i przemienia swój lud” – powiedział arcybiskup Wilna Gintaras Grušas podczas Mszy św. przed Archikatedrą św. Stanisława i św. Władysława, inaugurującej WACOM 6, który potrwa do 12 czerwca. Jego tematem jest „Budowanie Miasta Miłosierdzia”. Po Mszy św. ulicami miasta przeszła procesja Bożego Ciała.

    Arcybiskup Wilna podkreślił, że dziś ulicami Wilna „przejdzie nie idea, symbol ani starożytna tradycja religijna, dziś przez to miasto przejdzie sam żywy Chrystus, ten sam Chrystus, który objawił się w tym mieście świętej Faustynie jako Pan Miłosierdzia”.

    Abp Grušas zwrócił uwagę, że nasza epoka doświadcza swoistej pustyni. „Dysponujemy ogromną technologią, ogromną ilością informacji i niespotykaną dotąd władzą. Jednak napotykamy również samotność, niepokój i głęboki duchowy głód” – powiedział arcybiskup i nawiązał do encykliki Leona XIV „Magnifica humanitas”: „Żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli, bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia”.

    Podkreślił, że takie jest znaczenie Bożego Miłosierdzia. „Bóg nie unika naszych ran. Wchodzi w nie. Rany Chrystusa stają się źródłem życia. Eucharystia jest zatem sakramentem Miłosierdzia – nie dlatego, że przyjmują ją ludzie doskonali, ale dlatego, że w niej Chrystus karmi i przemienia słabych, strudzonych, grzeszników i poszukujących” – powiedział abp Grušas i nawiązał do „Dzienniczka” św. Faustyny, która zapisała słowa Jezusa: „Im nędzniejszy jest stan duszy, tym większe ma prawo do miłosierdzia Mojego”.

    Przywołując temat Kongresu – „Budowanie Miasta Miłosierdzia” – arcybiskup zwrócił uwagę, że nie dotyczy to budynków czy struktur. „Prawdziwe Miasto Miłosierdzia zbudowane jest z ludzi przemienionych Bożą miłością” – podkreślił.

    Zaznaczył, że Eucharystia przemienia nas w to, co przyjmujemy. „Chrystus buduje siebie z nas. Czyni nas Swoim Ciałem w świecie. Dlatego prawdziwie można powiedzieć: Wy jesteście Miastem Miłosierdzia. I dziś zobaczymy tę rzeczywistość, krocząc w procesji eucharystycznej ulicami Wilna” – powiedział abp Grušas zwracając uwagę, że podczas wędrówki przez miasto zatrzymamy się w miejscach, które przypominają nam o ranach tego miasta, ale także świadczą o uzdrowieniu.

    Przypomniał, że w czasach sowieckich katedra została przekształcona w muzeum i salę koncertową. W pewnym momencie planowano nawet przekształcić ją w fabrykę traktorów. „A jednak dziś Chrystus ponownie wyłania się z katedry jako żywy Pan. Kościół św. Jana stoi na terenie uniwersytetu, gdzie przez wiele lat nauczano marksistowskiego ateizmu. Tam, gdzie niegdyś lansowano świat bez Boga, ponownie głoszona jest Ewangelia. Kościół św. Kazimierza został przekształcony w Muzeum Ateizmu. Chrystus został wygnany, a jednak powrócił. Bramie Ostrej groziła kiedyś zburzenie, jednak to Sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia pozostało, jako znak, że miłosierdzia Bożego nie da się zniszczyć. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Rojaus został przekształcony w więzienie. Dziś główne miejsce obrad Kongresu znajduje się obok niego” – powiedział abp Grušas.

    Podkreślił, że procesja eucharystyczna to coś więcej niż wędrówka przez miasto. „To wędrówka przez naszą historię, przez rany narodu i przez nasze własne osobiste rany. A w tej wędrówce Chrystus idzie z nami. Idzie, aby wyzwolić ludzkie serce” – powiedział arcybiskup Wilna.

    Zaznaczył, że z ran, przebitego Serca Chrystusa wypływają krew i woda i rodzi się Kościół. „Stamtąd wypływają sakramenty. Stamtąd tryskają promienie Bożego Miłosierdzia” – powiedział abp Grušas i podkreślił, że „naszą misją nie jest tylko mówienie o miłosierdziu. Naszym powołaniem jest pozwolić, aby Miłosierdzie w nas się wcieliło. Święta Faustyna modliła się: „Pragnę przemienić się cała w Twoje miłosierdzie i być żywym odbiciem Ciebie”.

    Arcybiskup Wilna zaznaczył, że procesja eucharystyczna „nie jest to nostalgicznym wspominaniem przeszłości, ale triumfalnym pochodem Chrystusa. Jest to znak, że Zmartwychwstały Pan nadal idzie ze swoim ludem i pozostaje obecny w swoim ludzie dzisiaj”. „Niech Chrystus, którego przyjmujemy dziś w Eucharystii, uczyni każdego z nas żywym kamieniem w Mieście Miłosierdzia. Niech Jego miłosierdzie uleczy nasze rany. Niech Jego Ciało przemieni nasze serca. A świat, patrząc na Kościół, rozpozna żywe Oblicze Miłosierdzia” – wezwał na zakończenie.

    Sześciodniowy program Kongresu obejmuje modlitwę i liturgię, konferencje i świadectwa, Msze święte, nabożeństwa pojednania, pielgrzymki po Wilnie oraz dzieła charytatywne. Oczekuje się udziału około 6 tysięcy pielgrzymów.

    źródło: KAI

    ***

    Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026

    Jubileusz 200-lecia Żywego Różańca

    W 2026 r. Kościół w Polsce i na świecie przeżywa Jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca, założonego w 1826 r. przez bł. Paulinę Jaricot – świecką kobietę, która zaufała mocy modlitwy różańcowej i jej misyjnemu oddziaływaniu na cały świat.

    Wspólnota Żywego Różańca została założona w 1826 roku przez bł. Paulinę Jaricot w Lyonie. Jest to międzynarodowa wspólnota opierająca się na idei „róż” – grupy 20 osób, z których każda codziennie odmawia jedną wyznaczoną tajemnicę, tworząc razem pełny różaniec.

    plakat zapraszający na kongres i pielgrzymkę.

    ***

    Czas łaski i wdzięczności

    W związku z Jubileuszem w dniach 5-6 czerwca 2026 r. na Jasnej Górze trwa III Ogólnopolski Kongres Różańcowy pod hasłem „Różaniec modlitwą o Boże Miłosierdzie dla świata”, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca.

    Jubileusz jest szczególnym momentem dziękczynienia za dwa stulecia istnienia wspólnoty, która stała się jedną z największych inicjatyw modlitewnych w Kościele. Żywy Różaniec od 200 lat pozostaje szkołą modlitwy, wspólnoty i odpowiedzialności za Kościół oraz za misję ewangelizacji świata. Prosta, codziennie podejmowana modlitwa różańcowa przynosi nieustannie duchowe owoce: nawrócenia, pokój serca i odnowę wiary.

    „Pragnę serdecznie zaprosić całą rodzinę Żywego Różańca do wspólnego przeżywania Jubileuszu w trzech stacjach, które tworzą jedną drogę modlitwy, wdzięczności i misyjnego posłania” – napisał moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec, ks. Jacek Gancarek.

    Stacja ogólnopolska – Jasna Góra

    ot. siostry Loretanki

    ***

    Centralnym wydarzeniem Jubileuszu jest wczorajszy i dzisiejszy dzień ogólnopolskiej podczas pielgrzymki i Kongresu Różańcowego na Jasnej Górze.

    Dziś w sobotę 6 czerwca o godz. 12.30 została odprawiona uroczysta dziękczynna Eucharystia, której przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce Antonio Guido Filipazzi.

    Stacja diecezjalna

    Drugą częścią jubileuszowych obchodów są stacje diecezjalne, przeżywane w każdej diecezji wraz z biskupem miejsca. Jest to czas modlitwy dziękczynnej za wspólnoty Żywego Różańca, czas ich umacniania oraz odnawiania gorliwości modlitewnej i misyjnej.

    W wielu diecezjach powstają również Diecezjalne Rady Żywego Różańca, które wraz z moderatorami diecezjalnymi będą wspierać rozwój tej wspólnoty w Kościele lokalnym.

    Stacja parafialna

    Trzecią częścią Jubileuszu będą stacje parafialne, przeżywane w wyznaczoną przez lokalnego biskupa Niedzielę Różańcową. W tym dniu wspólnoty parafialne będą dziękować za dar Żywego Różańca i modlić się o dalszy rozwój tej inicjatywy.

    Ta stacja ma przyczynić się do tego, aby w każdej parafii wspólnota różańcowa była widocznym znakiem modlącego się Kościoła – wspólnoty wiernej, odpowiedzialnej i otwartej na potrzeby świata.

    Pielgrzymka do Lyonu

    Podsumowaniem jubileuszowych obchodów będzie ogólnopolska pielgrzymka do Francji, do Lyonu, gdzie znajduje się grób bł. Pauliny Jaricot. Odbędzie się w dniach 15-23 października 2026 r. pod patronatem delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Żywego Różańca, abp. Wacława Depo.

    U grobu bł. Pauliny zostanie złożona Księga Wielkiej Nowenny Różańcowej – owoc modlitwy tysięcy osób w całej Polsce i znak wdzięczności za dzieło Żywego Różańca.

    Narodowe rekolekcje „Różaniec 33”

    Ważnym elementem duchowego przygotowania do Jubileuszu są Narodowe Rekolekcje „Różaniec 33”, który rozpoczeły się 2 maja 2026 r., w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Dziś, w pierwszą sobotę czerwca, zakończyły się podczas spotkania na Jasnej Górze uroczystym oddaniem Jezusowi Chrystusowi przez Niepokalane Serce Maryi .

    Jubileuszowe owoce

    Jednym z owoców Jubileuszu, zgodnie z pragnieniem bł. Pauliny Jaricot, będzie wsparcie dzieła misyjnego poprzez budowę Centrum bł. Pauliny Jaricot w Papui-Nowej Gwinei. Modlitwa różańcowa łączy się z konkretną pomocą dla Kościoła na terenach misyjnych.

    fot. B. Kałużny

    ***

    Drugim owocem będzie film poświęcony bł. Paulinie Jaricot – założycielce dwóch wielkich dzieł w Kościele: Żywego Różańca oraz Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Jego celem jest przybliżenie jej historii i ukazanie młodym pokoleniom, że modlitwa różańcowa może przemieniać człowieka i świat również dzisiaj.

    Papieskie Dzieła Misyjne

    (szczegółowe informacje znajdują się na stronie: www.zywyrozaniec.eu).

    ***

    Różaniec w epoce smartfonów

    O tym, jak godzić modlitwę różańcową z dynamicznym stylem współczesnego świata, co robić, by ustrzec się przed pustym rytuałem „zdrowasiek”, oraz w jaki sposób dotrzeć do młodzieży – mówi ks. kan. dr Jacek Gancarek, moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec.

     Mateusz Kuca/zywyrozaniec.eu

    ***

    Andrzej Tarwid: Obchodzimy jubileusz 200-lecia istnienia Stowarzyszenia Żywy Różaniec. Podniosłe rocznice to czas świętowania, ale i refleksji nad przyszłością. Co jest największym wyzwaniem dla moderatora krajowego Żywego Różańca (ŻR)?

    Ks. dr Jacek Gancarek: Wyzwaniem, a zarazem najgłębszym pragnieniem jako moderatora krajowego jest kontynuacja wizji naszej założycielki. Błogosławiona Paulina Jaricot chciała, aby Różaniec stał się modlitwą powszechną, dostępną dla każdego człowieka, bez względu na jego wykształcenie, status społeczny czy stopień zaangażowania w życie parafii. Dziś to wyzwanie polega na tym, by pokazać współczesnemu człowiekowi, że ta tradycyjna forma modlitwy jest w rzeczywistości niezwykle nowoczesnym narzędziem budowania wewnętrznego pokoju i relacji z Bogiem i ludźmi.

    Skoro mowa o powszechności, to ile osób należy do Żywego Różańca?

    Oficjalnie w strukturach stowarzyszenia zarejestrowanych jest ok. 2,5 mln osób, które zobowiązały się do codziennego odmawiania przynajmniej jednego dziesiątka Różańca. Jeśli jednak spojrzymy na krajobraz modlitwy różańcowej całościowo, to trzeba uwzględnić jeszcze ok. 20 innych wspólnot o takim charakterze.

    Ile w takim razie osób w całej Polsce modli się na różańcu i co to mówi o naszej wierze, o naszym kraju?

    Szacuję, że na różańcu modli się ok. 7 mln osób. Bez wątpienia możemy więc powiedzieć, że w Polsce istnieje ogromna, cicha, ale wytrwała duchowa siła, która zanosi do Pana Boga modlitwy w intencjach Kościoła, ojczyzny i najbliższych.

    Jaki jest socjologiczny „portret” osób należących do stowarzyszenia?

    Do Żywego Różańca należą zarówno kobiety, jak i mężczyźni, całe wielopokoleniowe rodziny, a także prężnie rozwijające się koła młodzieżowe i dziecięce. Mówiąc socjologicznie – nie ma grupy społecznej, która nie byłaby reprezentowana w naszych szeregach. Oczywiście, statystyki pokazują, że najliczniejsze grono stanowią osoby starsze, wśród których zdecydowana większość to kobiety. Warto jednak zaznaczyć, że w grupach dorosłych co dziesiąta osoba to mężczyzna. Istnieją parafie, gdzie na kilkanaście kół żeńskich przypada przynajmniej jedno typowo męskie koło oraz kilka mieszanych.

    Przewaga pań w grupach modlitewnych jest jednak bardzo duża. Z czego ona wynika?

    Kobiety z natury wykazują większą wrażliwość duchową i intuicyjnie wyczuwają potrzebę wsparcia nadprzyrodzonego. Panie widzą w modlitwie wspólnotowej potężną siłę i traktują ją jako tarczę dla swoich dzieci i wnuków czy rodzin.

    A co można powiedzieć o współczesnych mężczyznach?

    Obserwujemy obecnie niezwykły renesans męskiej duchowości maryjnej. Formacje takie jak Wojownicy Maryi czy Męski Różaniec potrafią zgromadzić tysiące mężczyzn, którzy publicznie, z różańcem w dłoni, dają świadectwo swojej wiary. Widok potężnej grupy mężczyzn odmawiających tę modlitę kruszy stereotypy, jakoby Różaniec był wyłącznie dla „starszych pań”. Poza Wojownikami Maryi i Męskim Różańcem są jeszcze inne męskie wspólnoty, np. Rycerze Jana Pawła II czy Rycerze Kolumba, gdzie Różaniec jest także stałym elementem formacji.

    Imponująca liczba ludzi modli się na Różańcu, ale w Kościele zawsze zwracamy także uwagę na jakość. Stąd pytanie: czy Żywy Różaniec to autentyczna, pulsująca życiem wspólnota, czy może tradycja podtrzymywana z przyzwyczajenia?

    Dla wielu osób to rzeczywiście piękna tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale tradycja niezwykle żywotna. Nie znam w Polsce parafii, w której nie funkcjonowałoby przynajmniej jedno koło różańcowe. Fenomen tej wspólnoty polega na jej zdolności do ciągłego samoodnawiania. Kiedy starsi członkowie odchodzą do wieczności lub z powodu stanu zdrowia nie mogą już pełnić swoich obowiązków, ich miejsca zajmują nowi ludzie. Kiedyś modlitwa ta składała się z 15 tajemnic, ale po wprowadzeniu przez św. Jana Pawła II tajemnic światła, jest ich 20. To sprawia, że ŻR nie tylko nie maleje, ale rozwija się, dostosowując do nowych realiów.

    Á propos nowych realiów – jak wpisujecie się w nowoczesny świat mediów cyfrowych?

    Obok tradycyjnych struktur parafialnych ogromna przestrzeń modlitewna powstaje w internecie. Szacujemy, że w grupach internetowych modli się ponad 300 tys. osób. Nie wykluczam jednak, że ta liczba jest znacznie większa. Chcemy iść tam, gdzie są ludzie, zwłaszcza młodzi, i pokazać im, że Różaniec to nie artefakt z przeszłości, ale żywe narzędzie komunikacji z Bogiem dostępne na ekranie smartfona.

    Powszechne jest jednak przekonanie, że młodzież raczej omija szerokim łukiem taką formę pobożności.

    Moim zdaniem, to stwierdzenie nie jest do końca sprawiedliwe. Pracuję z młodymi i widzę, że jeśli przedstawi im się konkretne owoce tej modlitwy i obietnice Matki Bożej, które spisał bł. Alan de la Roche, to ich nastawienie diametralnie się zmienia. Młodzi ludzie szukają autentyczności i skuteczności. Kiedy poznają głębię Różańca, nie przechodzą obok niego obojętnie. Problem leży więc nie w niechęci młodych, ale często w tym, jak my, dorośli, próbujemy im tę modlitwę przekazać.

    Część krytyków twierdzi, że ważny jest nie tylko sposób przekazu, ale że forma odmawiania Różańca powinna zostać zreformowana, by lepiej pasowała do współczesnego stylu życia. Czy to właściwa droga?

    Zdecydowanie uważam, że nie możemy ingerować w samą istotę tej modlitwy. To tak, jakbyśmy chcieli zmieniać fundamenty domu, w którym mieszkamy. Dziesiątek Różańca to stały punkt odniesienia, który daje poczucie bezpieczeństwa i ciągłości.

    A co odpowiedziałby Ksiądz tym, którzy mówią, że wielokrotne powtarzanie tych samych słów jest monotonne i prowadzi do mechanicznego odmawiania „zdrowasiek” bez głębszej refleksji?

    Święty Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że Różaniec to modlitwa kontemplacyjna. Wymaga ona pewnego rytmu, który paradoksalnie pomaga wyciszyć się w dzisiejszym, niezwykle hałaśliwym i pędzącym świecie. Ludzie podświadomie szukają chwili wytchnienia, a te 3 czy 4 minuty poświęcone na jeden dziesiątek to czas bezcenny dla własnego zbawienia.

    Niemniej jest realne ryzyko, że taka modlitwa może stać się pustym rytuałem. Jak się przed tym ustrzec?

    Kluczem jest dyspozycja serca. Można przecież być fizycznie na Mszy św. i zupełnie nie spotkać się z Bogiem. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie już na początku, przed znakiem krzyża, że ten czas chcę oddać Stwórcy. Nawet osoby bardzo dojrzałe duchowo miewają gorsze dni, kiedy modlitwa wydaje się „byle jaka”, pełna rozproszeń i niepokoju. Ale paradoksalnie to właśnie modlitwa, o którą musieliśmy zawalczyć, może być w oczach Bożych najbardziej owocna. Pamiętajmy też, że jeśli potrafimy przezwyciężyć własną niechęć czy zmęczenie, każdy kolejny dzień staje się krokiem naprzód w naszym rozwoju wewnętrznym.

    Część osób rezygnuje z Różańca, bo przeraża ich wizja poświęcenia 1,5 godziny na odmówienie wszystkich tajemnic, inni z kolei podważają sens odmawiania tylko części tej modlitwy. Czy modlenie się tylko jedną dziesiątką, jak to robią członkowie Żywego Różańca, może realnie wpłynąć na czyjeś życie?

    To właśnie jest geniusz naszej założycielki! Błogosławiona Paulina Jaricot zrozumiała, że siła tkwi we wspólnocie. Kiedy odmawiasz swój jeden dziesiątek jako członek koła, spływają na ciebie łaski, tak jakbyś odmówił cały Różaniec. Twoja modlitwa jest dopełniana przez modlitwę pozostałych 19 osób. Paulina genialnie porównała to do ogniska, gdzie jeden płonący patyk może rozpalić inne swoim żarem. Wspólnie tworzymy wielki płomień, który ogrzewa każdego z osobna. Oczywiście, jeśli ktoś czuje taką potrzebę, może odmawiać więcej dziesiątków, ale ten jeden dziesiątek to nasze wspólne, solidarne zobowiązanie.

    Zna Ksiądz tysiące relacji o niezwykłych łaskach wyproszonych tą modlitwą. A czy jest takie wydarzenie, które mocniej zapadło Księdzu w pamięć?

    Tak, to historia z początków mojego kapłaństwa. W pewien pierwszy piątek miesiąca, który zbiegł się ze świętem Matki Bożej Różańcowej, odwiedziłem młodą kobietę chorą na nowotwór. Miała zaledwie 35 lat i dwójkę małych dzieci. Była pełna goryczy i bólu, pytała, czy mam dla niej jakieś lekarstwo. Odpowiedziałem, że mam lekarstwo duchowe. Dałem jej misyjny różaniec i kartkę z obietnicami Maryjnymi. Kiedy spotkaliśmy się miesiąc później, była już zupełnie inną osobą – spokojniejszą. Powiedziała, że szczególnie poruszyła ją obietnica, iż nikt, kto odmawia Różaniec, nie odejdzie z tego świata bez sakramentów. Jakiś czas potem wezwano mnie na oddział intensywnej terapii. Zobaczyłem tam wyniszczoną chorobą kobietę, która w dłoniach trzymała wytarty od modlitwy różaniec. Chora zapytała, czy ją poznaję i czy poznaję różaniec, bo to był ten, który jej podarowałem. Wyznała, że od tamtego spotkania nie opuściła ani jednego dnia. Przyjęła Eucharystię i spokojnie zasnęła w Panu. Myślę, że każdy z nas chciałby odchodzić w takim pokoju.

    Na koniec wróćmy do jubileuszu. Jakich owoców się Ksiądz spodziewa?

    Program jubileuszowych obchodów jest bardzo szeroki, Czytelnicy Niedzieli znajdą go na stronie: zywyrozaniec.eu . Jeśli zaś chodzi o owoce, to ufamy, że wspólne przeżywanie 200-lecia Żywego Różańca ukaże światu piękno i skuteczność modlitwy różańcowej, a także umocni w nas świadomość misyjną, tak bliską sercu bł. Pauliny Jaricot. A poza tym są dwa konkretne owoce Jubileuszu Żywego Różańca. Pierwszym jest budowa centrum bł. Pauliny Jaricot na misjach w Papui-Nowej Gwinei. Drugim owocem jest nagranie filmu o bł. Paulinie – dar naszego pokolenia dla innych.

     z ks. kan. dr Jackiem Gancarkiem rozmawia Andrzej Tarwid -Tygodnik Niedziela

    ***

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    Intencje Żywego Różańca

    na miesiąc czerwiec 2026 roku

    Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:

    – Módlmy się, aby sport stał się narzędziem pokoju, spotkania i dialogu między kulturami oraz narodami, a także by promował takie wartości, jak szacunek, solidarność i rozwój osobisty.

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    – Panie Jezu Chryste prosimy Cię o łaskę skruszonego serca. W Sercu Twoim racz nas obmyć, do Serca Twojego racz nas przytulić, w Twym Sercu na wieki racz nas zachować.

    – Módlmy się za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.

    – Módlmy się za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego  

    Dodatkowe intencje dla Róż – Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki, i bł. Pauliny Jaricot: :

    – Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.



    dla Roży
    bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:

    – Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.

     ***

    Od 1 czerwca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ***

    Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:

    • Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
    • Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
    • Dni w których można uzyskać odpust zupełny:

    1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca

    2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)

    3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)

    4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)

    5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)

    6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)

    7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)

    8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)

    ***

    Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:

    1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę

    2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski

    3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje

    4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa

    5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie

    6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne

    7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych

    8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych

    9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową

    10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie

    11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz

    12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie

    13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba

    14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem

    15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba

    Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.

    Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.

    Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.

     ***

    Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026

    w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00

    Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.

    Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny

    Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca

    WPROWADZENIE

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ***

    RATUNEK  DLA  ŚWIATA  W  SERCU  NIEPOKALANEJ

    Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo,  gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?

    Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.

    Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie  aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.

    Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.

    Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:

     „Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została  przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].

    Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem  i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.

    Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.

    Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz  nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.

    W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI  zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.

    Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu  aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].

    Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]  

    Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie  – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu  pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa  Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].

    Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.

    A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?  

    To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!

    To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.

    W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.

    Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.

    Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi

    8 września 1946 r.

    Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.

    Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.

    Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.

    Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.

     (do prywatnego odmawiania)

    Niepokalana Matko Zbawiciela, Bogarodzico Dziewico Maryjo!

    Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.

    *Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)

    [1]   L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,

         Zakopane-Krzeptówki, s.1.

    [2]   L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka

         Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu 

         poświęcenia, oraz jego teologiczne uzasadnienie.

    [3]   por., dz. cyt., s. 152.

    [4]   por., ks. M. Drozdek, Orędzie fatimskie na polskiej ziemi, Fons omnis 2008, s. 24 nn.

    [5]   por.: Czy pamiętamy nasze ślubowania, Archiwum S.F. Zakopane-Krzeptówki, s. 3.

    [6]   L. Balter, dz. cyt. s. 162 nn.

    [7]   tamże, s. 168.

    [8]   por., tamże, s.168-9.

    [9]   por., tamże, s. 170.

     ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski

    ***

    Pierwszy Piątek Miesiąca – 5 czerwca 2026

    W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00

    Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do SERCA JEZUSOWEGO. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    fot. wikipedia

    ***

    Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…

    Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.

    Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.

    Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele

    Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. 

    27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. 

    Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa. 

    12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:

    1. Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
    2. pokój w rodzinach;
    3. pocieszenie w strapieniach;
    4.  opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
    5. błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
    6. 6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
    7. oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
    8. gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
    9. Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
    10. imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
    11. kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
    12. Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.

    Stacja7.pl (tekst pochodzi z Modlitewnika czerwcowego pt. „Twemu Sercu cześć składamy.)

    ***

    Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?

    fot. Canva.cof

    ***

    Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.

    W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele. 

    Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?

    Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.

    1. Różne przedmioty istotne

    Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.

    2. Różne przedmioty rzeczowe

    Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe. 

    3. Inna istota nabożeństwa

    Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie. 

    4. Czas uprzywilejowany

    Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.

    Stacja7.pl

    ***

    czwartek 4 czerwca

    Uroczystość Bożego Ciała

    Msza św. o godz. 20.00

    Po Mszy św. – procesja Eucharystyczna

    w kościele św. Piotra

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     ***

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU CZERWCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO SERCA JEZUSOWEGO. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    ***

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    ***

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ***

    kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    (w czerwcu z racji Bożego Ciała – Msza św. będzie w kościele św. Piotra)

    ***

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

    ***

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ***

    Ekspert: Kościół nie unieważnia małżeństwa

    W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła.

    fot. Romek Koszowski / Gość Niedzielny

    ***

    Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.

    Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.

    Sąd Metropolitalny Szczecińsko-Kamieński w 2025 r. przyjął 40 pozwów o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Rok wcześniej – 52, w 2023 r. – 32, a w 2022 r. – 33. Przez cztery lata w I instancji zakończono 194 sprawy. Najwięcej w 2022 r. – 77, przy czym wyroków pozytywnych było 34, a negatywnych – 43. Podobne proporcje widać w 2023 r.: wyroków pozytywnych było 20, a negatywnych – 25. W latach 2024 i 2025 r. zapadło w sumie 70 rozstrzygnięć, w tym 44 pozytywne.

    – Kościół nie unieważnia sakramentu małżeństwa, nie rozwiązuje małżeństw. Opierając się na konkretnych faktach, badając je szczegółowo, stwierdzamy nieważność małżeństwa, a przyczyną często bywa niezdolność stron do tworzenia wspólnoty życia małżeńskiego – wyjaśnił PAP oficjał sądu w Szczecinie ks. dr Andrzej Maćkowski.

    Przypomniał, że małżeństwo jest sakramentem, jeśli zawarły je dwie osoby ochrzczone. Stwierdzenie zaś jego nieważności może nastąpić z trzech grup powodów. Pierwszym z nich jest tzw. brak formy (regulują to kanony 1108-1123 Kodeksu prawa kanonicznego). Związek małżeński musi być zawarty wobec ordynariusza miejsca (biskupa diecezjalnego lub jego wikariusza), proboszcza lub delegowanego przez nich kapłana, w obecności dwóch świadków. Takie sprawy nie wymagają procesu, nieważność stwierdza się administracyjnie.

    Kolejną grupą powodów są “przeszkody zrywające” (1083-1094 KPK), np. wiek małżonków (mężczyzna co najmniej 16 lat, kobieta 14), trwanie poprzedniego małżeństwa, pokrewieństwo, otrzymane wcześniej święcenia, uprzednia i trwała niezdolność do odbycia aktu małżeńskiego (impotencja) albo np. uprowadzenie kobiety celem zmuszenia jej do zawarcia związku.

    Trzecią grupą powodów jest tzw. niezdolność konsensualna stron (1095-1103 KPK). Większość tego typu spraw koncentruje się na badaniu zdolności stron do budowania wspólnoty życia małżeńskiego. Proces ma ustalić, z jakiego powodu to się nie udało.

    – Czy powodem takiego stanu rzeczy były jakieś trudności i brak współdziałania, co przy dobrej woli mogło być przezwyciężone, czy też faktyczna niezdolność, której przejawy były obserwowane już przed zawarciem małżeństwa i która, nawet przy dobrej woli stron, czyniła niemożliwym wspólne życie małżeńskie? – zaznaczył ks. Maćkowski.

    Kodeks prawa kanonicznego (kan. 1095) określa m.in., kto jest niezdolny do zawarcia małżeństwa z przyczyn psychicznych. Wskazuje m.in. osoby głęboko upośledzone, ale też “dotknięte poważnym brakiem rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich” oraz osoby, “które z przyczyn natury psychicznej nie są zdolne do podjęcia obowiązków”, takich jak wierność, nierozerwalność, troska o małżonka. Jako podstawową grupę przyczyn wskazuje się anomalie psychiczne: nerwice, psychozy i psychopatie.

    – Każda historia ludzka jest swoista, osobliwa i całkowicie odmienna. I zawsze wymaga gruntownego rozważenia – podkreślił ks. Maćkowski.

    Zaprzeczył, jakoby sądy kościelne były “zasypane” sprawami o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Wyjaśnił, że dość długi czas oczekiwania na wyrok wynika ze specyfiki procesu kanonicznego, dyspozycyjności stron i świadków oraz ograniczeń kadrowych. Zgodnie z zaleceniami Stolicy Apostolskiej sprawa w I instancji powinna trwać maksymalnie 12 miesięcy, a rozpatrzenie odwołania – pół roku.

    Potwierdzają to dane z diecezji. Np. Metropolitalny Sąd Duchowny we Wrocławiu w 2022 r. przyjął 82 pozwy, w 2023 r. – 67, w kolejnych latach – 86 i 82. Spraw zakończonych w I instancji w ubiegłym roku było 75, w 55 przypadkach stwierdzono nieważność małżeństwa. Jak przekazał PAP rzecznik prasowy archidiecezji wrocławskiej Maciej Rajfur, liczba prowadzonych spraw od lat jest podobna. W 2022 r. wydano 84 wyroki (68 pozytywnych), w 2023 r. – 76 (58), w 2024 r. – 84 (70).

    Sąd Kościelny Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej w Gorzowie Wlkp. w 2025 r. przyjął 33 sprawy, w 2024 r. – 28, w 2023 r. – 50, w 2022 r. – 35. Notariusz kurii w Zielonej Górze ks. Andrzej Sapieha poinformował, że w ubiegłym roku z 36 spraw 16 zakończyło się stwierdzeniem nieważności małżeństwa. W latach wcześniejszych odsetek był wyższy: w 2022 r. – 67 wyroków (pozytywne 44), w 2023 r. – 48 (pozytywne 28) i w 2024 r. – 32 (pozytywne 17).

    Rzecznik archidiecezji lubelskiej ks. Adam Jaszcz poinformował, że w 2022 r. tamtejszy sąd przyjął do rozpoznania 210 skarg powodowych, w 2023 r. – 195, w 2024 r. – 215, a w 2025 r. – 216. Duchowny przekazał, że średnio 84 proc. spraw kończy się wyrokiem stwierdzającym nieważność małżeństwa.

    Sąd Biskupi w Kielcach rozpatruje średnio 60 spraw rocznie. Jak poinformował ks. Dariusz Gącik, wikariusz sądowy, około 80 proc. postępowań kończy się wyrokiem pozytywnym. Wyjaśnił, że najczęstszą przyczyną stwierdzania nieważności jest niezdolność psychiczna do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich. Zastrzegł, że nie chodzi o chorobę psychiczną, lecz o zaburzenia osobowości, np. skrajną niedojrzałość emocjonalną, uzależnienie czy przemocowość.

    Sąd Biskupi w Rzeszowie w ubiegłym roku miał na wokandzie 80 spraw. W latach 2024 i 2023 prowadzono po 100 spraw, a w 2022 r. – 90. Liczba wyroków także zmienia się nieznacznie: w 2025 r. – 92 (71 pozytywnych), w 2024 r. – 114 (82 pozytywne), w 2023 r. – 119 (89 pozytywnych) i w 2022 r. – 97 (86 pozytywnych).

    Ks. Maćkowski w rozmowie z PAP przyznał, że liczba pozwów zwiększyła się, gdy na początku pontyfikatu papieża Franciszka (2013-2025) zapowiedziano, że procesy w sądach kościelnych będą szybsze. Oficjał podkreślił jednak, że każda sprawa musi być szczegółowo i indywidualnie badana, z udziałem m.in. biegłych psychologów i psychiatrów.

    – Ich opinie są bardzo pomocne – ocenił ks. Maćkowski.

    Zaznaczył, że sąd, aby stwierdzić nieważność małżeństwa, musi ustalić ewentualną niezdolność stron nie w momencie procesu, ale w chwili, gdy zawierały małżeństwo. Dlatego na świadków powołuje się osoby, które znają historię ich znajomości przedślubnej, czas i okoliczności decyzji o małżeństwie i o rozstaniu. Najczęściej są to rodzice i przyjaciele.

    Ks. Maćkowski zwrócił uwagę, że nie wszystkie pozwy przyjmuje się do procedowania. Niektóre są “pozbawione jakiejkolwiek podstawy i nie może się zdarzyć, aby w trakcie procesu jakaś podstawa się ujawniła” (kan. 1505 §2, 4). Duchowny podkreślił, że pozew powinien wskazywać fakty i wydarzenia, które stają się przesłankami wskazującymi, że małżeństwo mogło być nieważnie zawarte. Potocznie określa się je jako “fumus invaliditatis”, czyli “dym nieważności”. Mogą to być np. cechy osobowości, przebyte choroby, trudna sytuacja rodzinna, różne formy przymusu.

    Oficjał szczecińskiego sądu zaznaczył, że nie omówi konkretnych spraw i nie skomentuje głośnych przypadków, gdy osoba publiczna po raz drugi wzięła ślub kościelny. Przedstawił natomiast m.in. historię marynarza, którego żona wniosła o stwierdzenie nieważności małżeństwa, mimo że trwało ono ponad 20 lat i było troje dzieci. Ksiądz opisał też losy kobiety, która w młodym wieku zerwała relację z chłopakiem na prośbę mamy, a później, pod jej presją, zawarła związek małżeński, który się szybko rozpadł.

    – Orzekliśmy, że działała pod wpływem bojaźni szacunkowej, która zabrała jej wewnętrzną wolność co do decyzji o małżeństwie. To był swego rodzaju przymus wywołany dużym szacunkiem do matki, która bardzo poświęciła się rodzinie, przyjmując na siebie wiele cierpień, i stała się bardzo dużym autorytetem – wyjaśnił duchowny.

    Tzw. małżeństwa aranżowane to jednak rzadkość. Ks. Maćkowski ocenił, że młodzi ludzie są “wolni” w swoich wyborach. Jednocześnie zwrócił uwagę, że wielu jest nieprzygotowanych do wejścia w sakramentalny związek. Podobnie jak wiele rodzin nie jest gotowych do chrztu św., Kościół jednak rzadko odmawia sakramentów.

    – W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła – zauważył ks. Maćkowski.

    Duchowny zwrócił uwagę na rosnącą liczbę rozwodów cywilnych oraz powszechność związków nieformalnych.

    – Ludzie boją się małżeństwa. A trendy są takie, żeby wszystko było szybciej i łatwiej – skomentował.

    Sądy diecezjalne sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa zwykle prowadzą w trzyosobowych składach. W procesie występuje też tzw. obrońca węzła (małżeńskiego); ponadto mogą uczestniczyć rzecznik sprawiedliwości i adwokaci z uprawnieniami kanonistycznymi.

    – Ale oni nie są przeciwko sobie! Adwokat kościelny jest dany stronom do pomocy, żebyśmy wydobyli prawdę o tym małżeństwie, a nie wskazali winnego – powiedział.

    Proces w zasadzie nie jest prowadzony wobec zasiadającego trybunału, tylko na podstawie dokumentów. Zeznania są spisywane. Jeden sędzia ma kontakt ze wszystkimi stronami. Kiedy materiał dowodowy jest kompletny, wyznacza się termin tzw. sesji wyrokowej. Każdy sędzia przygotowuje na piśmie swoje votum. Nie muszą być jednomyślni.

    Oficjał sądu podkreślił, że uczestnicy nie składają zeznań publicznie, tak jak w sądach powszechnych, żeby “nie wywoływać napięć”, negatywnego przeżycia, poczucia krzywdy.

    Ks. Maćkowski dodał, że w procesach mogą uczestniczyć “cywilni” adwokaci, ale z uprawnieniami kanonistycznymi. Duchowny za nieetyczne uznał sytuacje, kiedy adwokat “ukrywa się”, przygotowuje pozew, choć nie ma do tego tytułu.

    – Przestrzegam przed korzystaniem z takich usług. Zazwyczaj są bardzo drogie – podsumował.

    Koszty procesu kanonicznego w Szczecinie to ok. 2 tys. zł. Za opinie biegłych płaci się dodatkowo kilkaset złotych. Instancją odwoławczą jest Metropolitalny Sąd Duchowny w Poznaniu. Można też złożyć apelację do Roty Rzymskiej.

    Tomasz Maciejewski (PAP) – Gość Niedzielny

    ***

    Gdy wnuczek nie jest ochrzczony… Czy dziadkowie mogą ochrzcić dziecko?

    W pytaniu tym chodzi zapewne o sytuację, w której rodzice nie chcą ochrzcić swojego dziecka, natomiast chcą tego dziadkowie. To trudna sytuacja. Zmiany, które obecnie zachodzą w społeczeństwie będą prowadziły do tego, że takie sytuacje mogą zdarzać się coraz częściej. Chodzi tu o konflikt między bardzo ważnymi wartościami dotyczącymi wiary. Z jednej strony mamy troskę dziadków o zbawienia dziecka, o przekazanie wiary kolejnemu pokoleniu, natomiast z drugiej – prawo rodziców do wychowania swojego potomstwa według takich wartości, jakie dla nich są istotne.

     Adobe Stock

    ***

    Wiemy, że choć troska o zbawienie wszystkich ludzi spoczywa na każdym wiernym, szczególnie na członkach rodziny (więc również na babci i dziadku), to jednak w tym przypadku prawo Kościoła staje po stronie prawa rodziców. Kodeks Prawa Kanonicznego reguluje tę sprawę następująco: „do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się, aby zgodę na chrzest wyrazili rodzice lub przynajmniej jedno z nich albo ten, kto ich zgodnie z prawem zastępuje” (kan. 868, § 1). Nie ma więc tu miejsca dla innych osób, nawet tak blisko spokrewnionych jak dziadkowie.

    Także „Instrukcja duszpasterska Episkopatu o udzielaniu sakramentu chrztu świętego dzieciom” (1975), która skierowana jest do wszystkich duszpasterzy na terenie Polski, postanawia, by „nie udzielać sakramentu chrztu św. małym dzieciom bez faktycznej wiedzy rodziców (opiekunów), lub wbrew ich woli” (nr 2a). Jeśli jedno z rodziców dziecka jest wierzące, a drugie nie, takiemu dziecku duszpasterz powinien udzielić chrztu (nr 2c). Dla duszpasterza konieczna jest więc prośba przynajmniej jednego z rodziców (nie dziadków). Instrukcja ta sugeruje także duszpasterzom, że jeśli sytuacja będzie wyjątkowo trudna i zawikłana duszpasterz może zwrócić się do Ordynariusza (nr 2 d).

    Co więcej, Instrukcja ta wymaga tego, by już przy samym już zgłoszeniu chrztu w kancelarii byli obecni oboje rodzice lub, jeśli istnieje uzasadniona przyczyna, przynajmniej jedno z nich (nr 3).

    Również wiele kanonów KPK dotyczących udzielania sakramentu chrztu św. mówi tylko o roli rodziców i rodziców chrzestnych. Pojawiają się oni w kanonach o: znaczeniu tego sakramentu i o związanych z nim obowiązkach (kan. 851), nadaniu właściwego imienia dziecku (kan. 855) oraz terminie chrztu św. (kan. 867).

    Rola rodziców mocno podkreślana jest także w księdze liturgicznej „Obrzędy chrztu dzieci”. Znajdujące się w niej „Wprowadzenie teologiczne i pastoralne” zwraca uwagę na rolę rodziców podczas liturgii sakramentu. To oni publicznie proszą Kościół o chrzest dla dziecka, kreślą znak krzyża na czole dziecka, wyrzekają się szatana i składają wyznanie wiary, niosą niemowlę do chrzcielnicy, trzymają zapaloną świecę oraz otrzymują specjalne błogosławieństwo (nr 5). Tu nie ma wymienionych żadnych innych osób. To zadanie rodziców.

    Szczególnie ważne jest wyznanie wiary. Choć chrzest udzielany jest w oparciu o wiarę Kościoła, to jednak istotną jest również wiara samych rodziców. To na wierze rodziców i rodziców chrzestnych jest budowany chrzest.

    Rola rodziców nie kończy się przecież na samym obrzędzie. Wraz z przyjęciem sakramentu chrztu przez ich dziecko rodzice biorą na siebie obowiązek wychowania go w wierze. Przywoływana Instrukcja duszpasterska Episkopatu wyraźnie precyzuje, co jest obowiązkiem rodziców: „doprowadzenie dziecka do świadomej przyjaźni z Chrystusem, a to dokonuje się przez: przekazanie dziecku podstawowych prawd wiary i zasad moralności głoszonych przez Kościół katolicki, a przede wszystkim nauczenie dziecka modlitwy, włączenie go w życie wspólnoty katolickiej (Msza św. niedzielna), posyłanie na naukę religii, doprowadzenie do pełnego udziału w Eucharystii i do przyjęcia sakramentu bierzmowania oraz wprowadzenie w dojrzałe i odpowiedzialne życie chrześcijanina” (nr 2).

    W związku z tymi obowiązkami KPK mówi, że koniecznym do godziwego ochrzczenia dziecka jest „uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku” (kan. 868, § 1, p. 2). Potajemne ochrzczenie dziecka nie rozwiąże problemu jego wychowania. Choć dziadkowie mogą pomóc w tym wychowaniu, to jednak brak zgody rodziców na chrzest uniemożliwia wypełnienie tego zadania. Żaden duszpasterz nie może się więc zgodzić na taki chrzest. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że KPK nie mówi o odmowie chrztu św. w takiej sytuacji, lecz o tym, że należy go odłożyć w czasie (kan. 868, § 1, p. 2).

    Są jednak sytuacje, w których dziadkowie mogliby zgodnie z prawem Kościoła prosić o chrzest dla wnuka. Jest to możliwe, jeśli rodzice dziecka zmarli lub zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, a sąd ustanowił dziadków prawnymi opiekunami dziecka. Wówczas to oni są całkowicie odpowiedzialni za religijne wychowanie dziecka i mają pełne prawo, by poprosić o udzielenie ich wnukowi sakramentu chrztu.

    Kolejną sytuacją, w której dziadkowie mogliby zdecydować się na chrzest wnuka bez wiedzy rodziców, a nawet wbrew ich woli, jest niebezpieczeństwo śmierci dziecka. KPK postanawia, że „dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, w niebezpieczeństwie śmierci jest chrzczone godziwie nawet wbrew woli rodziców” (kan. 568 § 2). Tylko w tej sytuacji odpowiedzialność dziadków za zbawienie dziecka staje się ważniejsze od zachowania praw rodzicielskich.

    Co więc mogą zrobić dziadkowie? Czy skazani są tylko na ból i cierpienie? Skoro nie mogą godziwie (czyli zgodnie z prawem Kościoła) ochrzcić dziecka, muszą podjąć zadanie przekazania dziecku wiary w życiu codziennym, jeśli rodzice nie będą temu przeciwni. Wykorzystanie każdej sytuacji, by uczyć je modlitwy, zaprowadzić do Kościoła, opowiadać o Bogu, dawać dobry przykład wiary i chrześcijańskiego życia. Ich bronią jest również modlitwa w tej intencji, by dziecko, jak dorośnie, samo zdecydowało o swoim chrzcie. Mogą również wpływać na rodziców, by zmienili swoją decyzję i zgodzili się na chrzest dziecka. Wtedy to oni przed duszpasterzem mogliby się zobowiązać do chrześcijańskiego wychowania dziecka.

     ks. dr hab. Janusz Mieczkowski, prof. UPJPII, Wydział Teologiczny/Gość Niedzielny

    ***

    Niektórzy nie doceniają tego daru.

    Co nam daje chrzest św.?

    …. Ksiądz Biskup Piotr Greger podkreślił, że święto Chrztu Pańskiego jest okazją do uwielbienia Boga za to, że zostaliśmy ochrzczeni i włączeni w Chrystusowy Kościół.

    – Została nam dana szansa wzrastania i dojrzewania na drodze wiary, umacniając się słowem Bożym i sakramentami. Największym odkryciem człowieka nie jest odnalezienie czegoś czy kogoś, lecz samego siebie. Są dzisiaj ludzie, którzy potrafią się w życiu odnaleźć, chociaż przychodzi to często ze znacznymi oporami i po wielkich trudach. Są także i tacy, którzy nadal miewają poważne problemy w odnalezieniu siebie jako ludzi ochrzczonych, wciąż nie chcą albo nie potrafią docenić tych darów, które otrzymali od Boga w sakramencie chrztu świętego. Pomimo tego Bóg im tych darów nie odwołuje ani nie odbiera – podkreślił hierarcha. Dodał, że świadczy o tym „niezatarte znamię, trwały charakter, jaki chrzest wycisnął na ludzkiej duszy, niezniszczalny i nieusuwalny znak przynależności do Chrystusa i Jego Kościoła”.

    Zaznaczył, że poprzez chrzcielne oczyszczenie otwarły się przed ludźmi bramy Kościoła. – Moment chrztu świętego to nie tylko czas „wejścia” do tej wspólnoty wiary; to jest tylko jedna strona medalu będąca spojrzeniem bardzo płaskim, ograniczonym do wymiaru horyzontalnego. Stąd wiele kryzysów, niezrozumienia, porzucenia i żądania usunięcia swojego imienia i nazwiska z rejestru ludzi ochrzczonych – mówił, dopowiadając że chrzest jest wydarzeniem nieskończenie większym, ponieważ stanowi wejście w trwały związek z Bogiem Ojcem jako Jego dzieckiem, z Jezusem jako członkiem Jego Mistycznego Ciała, z Duchem Świętym jako Jego świątynią.

    – Człowiek otrzymuje chrzest w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, a nie w imię papieża, biskupów czy jakiegokolwiek kapłana! Sakrament chrztu daje nam mocne zakorzenienie w Bogu, to jest początek naszego wspólnego bycia razem! Od nas zależy, od naszych wyborów i podejmowanych decyzji, od tego, czy będziemy żyć na co dzień w łasce uświęcającej, czy ta nasza jedność z Bogiem będzie trwała na zawsze – precyzował hierarcha.

     z artykułu Moniki Jaworskiej/Tygodnik Niedziela

    ***

    Wczoraj i dziś Bożego Ciała, czyli uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    Sample
    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    Boże Ciało to jedno z głównych świąt w Kościele katolickim. Od samego początku obchodzone jest w sposób wyjątkowy, w formie publicznej procesji ulicami miast i wsi. Ustanowione zostało na prośbę samego Jezusa, wyrażoną w jednym z objawień. Data Bożego Ciała nie jest stała. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej – w tym roku 19 czerwca.

    Procesje Bożego Ciała są okazją do publicznej manifestacji, że wiara nie jest tylko sprawą prywatną, realizowaną w przestrzeni sakralnej lub rodzinnej, ale że winna ona przenikać życie społeczne we wszystkich jego wymiarach. Jezus eucharystyczny niesiony jest ulicami, wychodząc w tej sposób do tych, którzy go odrzucają, są mu wrodzy lub wątpią w Jego obecność. Ta powszechna – nigdy nie przerwana – coroczna manifestacja wiary miała olbrzymie znaczenie w okresach niewoli, kiedy towarzyszyła jej bogata symbolika narodowa, bądź w czasach prześladowań Kościoła. Wiernym dodawała nadziei, a niechętne Kościołowi władze wprawiała w poważny kłopot.

    Geneza

    Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele.

    W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa Eucharystia była spożywana w trakcie Mszy świętej, nie istniał natomiast odrębny kult Eucharystii. Eucharystii nie przechowywano, poza tą przeznaczoną do zaniesienia chorym, nie oddawano jej też czci poza zgromadzeniem eucharystycznym.

    Geneza święta Bożego Ciała sięga XIII wieku i była formą odpowiedzi Kościoła na pojawiające się wówczas nurty w teologii, które podkreślały symboliczną, a nie realną obecność Jezusa w Eucharystii (Berengariusz z Tours).

    U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, orzekający, że Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie, a nie symbolicznie jak postulował Berengariusz. „Jeden jest przeto powszechny Kościół-zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew…” – stwierdzał dekret soboru.

    Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.

    Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon, augustianki. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liège oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.

    Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liège uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.

    Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się archidiakon katedry w Liège Jakub Leodyjski, późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża skłonił inny cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Liège w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze (do dziś jest ona tam obecna), a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

    Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.

    11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.

    W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii

    Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).

    Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).

    Kult Najświętszego Sakramentu

    Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.

    Procesje

    Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.

    W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.

    Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.

    W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.

    Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.

    Przy pierwszym ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, nawiązujący do ustanowienia przez Jezusa Eucharystii. Drugi ołtarz jest związany z fragmentem Ewangelii wg. św. Marka dotyczącym rozmnożenia chleba. Przy trzecim ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Łukasza, który opowiada o zaproszonych na ucztę a czwarty ołtarz jest związany z Ewangelią wg św. Jana i modlitwą Jezusa „aby wszyscy stanowili jedno”. (J 17)

    e-Kai.pl

    ***

    Boże Ciało. Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi

    fot. Dulce María/Cathopic

    ***

    Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.

    Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie

    Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.

    Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.

    Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.

    Ułożenie oficjum (formularz mszalny i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).

    Z pragnienia adoracji

    Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.

    Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie hostii i kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.

    Wizje bł. Julianny z Retine

    Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.

    Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.

    Niezwykły cud eucharystyczny

    W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundo ustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.

    ks. Krzysztof Porosło/Stacja7.pl

    ***

    “Dla zmysłów niepojęte”. Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu

    fot. Jacob Bentzinger/Unsplash

    ***

    W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.

    Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto

    Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji. 

    W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy. 

    Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.

    Czas akcji: 1263

    Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.

    Bohaterowie

    Urban IV

    Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.

    Tomasz z Akwinu

    Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles. 

    Piotr z Pragi

    Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. 

    Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.

    Darmo wzrok to widzieć chce

    Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?

    Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.

    Słowem więc Wcielone słowo
    Chleb zamienia w Ciało swe

    I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała. 

    O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża. 

    Co dla zmysłów niepojęte

    Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.

    Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał. 

    Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.

    Hołd po wszystkie nieśmy dni

    To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.

    Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.

    Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”

    Sław języku tajemnicę

    Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.

    To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:

    Sław języku tajemnicę
    Ciała i najdroższej Krwi,
    którą jako Łask Krynicę
    wylał w czasie ziemskich dni,
    Ten, co Matkę miał Dziewicę,
    Król narodów godzien czci.

    Z Panny czystej narodzony,
    posłan zbawić ludzki ród,
    gdy po świecie na wsze strony
    ziarno słowa rzucił w lud,
    wtedy cudem niezgłębionym
    zamknął Swej pielgrzymki trud.

    W noc ostatnią, przy Wieczerzy,
    z tymi, których braćmi zwał,
    pełniąc wszystko jak należy,
    czego przepis prawny chciał,
    sam Dwunastu się powierzył,
    i za pokarm z Rąk Swych dał.

    Słowem więc Wcielone Słowo
    chleb zamienia w Ciało Swe,
    wino Krwią jest Chrystusową,
    darmo wzrok to widzieć chce.
    Tylko wiara Bożą mową
    pewność o tym w serca śle.

    Przed tak wielkim Sakramentem
    upadajmy wszyscy wraz,
    niech przed Nowym Testamentem
    starych praw ustąpi czas.
    Co dla zmysłów niepojęte,
    niech dopełni wiara w nas.

    Bogu Ojcu i Synowi
    hołd po wszystkie nieśmy dni.
    Niech podaje wiek wiekowi
    hymn triumfu, dzięki, czci,
    a równemu Im Duchowi
    niechaj wieczna chwała brzmi.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7.pl

    ***

    Święto, któremu nie dali rady ani zaborcy, ani komuniści. Czyli unikalność obchodów Bożego Ciała w polskiej kulturze

    Boże Ciało
    wiara.pl

    ***

    Uroczystość Bożego Ciała jest dniem wyjątkowym dla każdego Polaka. Łączy ona bowiem dwie najważniejsze dla nas wartości: wiarę katolicką i patriotyzm. Tego święta nie znieśli ani zaborcy, ani komuniści. Również dziś nikt poważny nie protestuje, gdy dochodzi do zamknięcia całych ulic czy centrów miast na uroczystą procesję. W tym dniu publicznie wyznajemy swoją wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, a także swoje przywiązanie do naszych narodowych tradycji.

    Święto Bożego Ciała ma prawie tysiącletnią historię. Na początku II tysiąclecia pojawiły się bowiem spory próbujące wytłumaczyć w jaki sposób Chrystus jest obecny w Eucharystii. Z jednej strony katolicyzm borykał się z heretykami głoszącymi fałszywe poglądy; z drugiej – miał też wielkich świętych broniących prawdziwej wiary. To właśnie wtedy żył największy z teologów, czyli św. Tomasz z Akwinu, którego Summa Teologiczna do dziś stanowi niepodważalny podręcznik doktryny katolickiej. Toczące się w tych czasach dysputy powodowały większą świadomość katolików na temat teologii Eucharystii. Za tym szła większa pobożność eucharystyczna i potrzeba adoracji Chrystusa w niej obecnego.

    W tym samym czasie żyła zakonnica i mistyczka – św. Julianna z Mont Cornillon. Doznawała ona wizji mistycznych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważań nad tekstem Ewangelii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Siostra Julianna zabiegała o ustanowienie specjalnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii, co spotkało się z aprobatą duchownych i teologów.

    Po raz pierwszy święto Bożego Ciała było obchodzone jeszcze za życia św. Julianny w Liège (dzisiejsza Belgia) w 1246 r., a do Polski dotarło niewiele później, bo już w roku 1320. Święto to jest wyrazem wdzięczności Panu Bogu za Jego obecność w Najświętszym Sakramencie. Jest to w końcu cud nieporównywalny, że sam Bóg zechciał przebywać pośród nas – nie tylko podczas Mszy św., ale również w poza nią, w tabernakulum, byśmy mogli adorować Go w ciągu dnia.

    Jednak wyjaśnienie w jaki sposób Chrystus jest obecny w Najświętszym Sakramencie jest rzeczą niełatwą. Trudność tę zauważył św. Tomasz z Akwinu, umieszczając w znanym hymnie Adoro Te devote słowa: „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas; tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz”. Na krzyżu bowiem widzieliśmy Chrystusa jako cierpiącego człowieka i trudno było zrozumieć, że był On Bogiem. W Eucharystii zaś nawet Jego Człowieczeństwo jest niełatwe do wytłumaczenia, bo naszym oczom ukazuje się tylko biała Hostia. Nie możemy zatem zobaczyć Chrystusa w sposób jak widzimy innych ludzi, ale On wciąż tam jest. Kościół określa Jego obecność jako prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną.

    Pod pojęciem prawdziwej obecności Kościół naucza, że Eucharystia nie jest wyłącznie symbolem czy figurą, ale, że Chrystus jest w niej prawdziwie obecny. W Wieczerniku nie powiedział bowiem: „To jest symbol Mojego Ciała”, ale: „To jest Ciało Moje”. Heretycki pogląd, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa głosił przede wszystkim Urlich Zwingli, uważając ją za swego rodzaju powrót do przeszłości, czyli do czasu Ostatniej Wieczerzy. Poglądy Zwinglego zostały potępione przez Sobór Trydencki.

    Rzeczywista obecność Chrystusa oznacza, że fakt ten jest obiektywny, czyli niezależny od naszej wiary i od innych czynników zewnętrznych. Luter szerzył bowiem błędny pogląd jakoby Chrystus był przebywał w Hostii tylko w czasie samej Mszy św., a później już nie. Pojawiły się też inne mylne wytłumaczenia – jak to mówiące, że wspólnota zgromadzonych miałaby powodować obecność Chrystusa. Wszystkie te poglądy są błędne, ponieważ w czasie Mszy św. Chrystus jest rzeczywiście obecny, a nasza wiara, nasze subiektywne doznania czy wspólnota wierzących tego nie zmienia. Co więcej, Chrystus jest obecny pod sakramentalnymi postaciami również po zakończeniu Mszy św. i czeka na nas w tabernakulum.

    Wreszcie przymiotnik substancjalna oznacza, że podczas konsekracji cała substancja chleba przemienia się w substancję Ciała Chrystusa. Podobnie ma się sprawa z winem: cała jego substancja przemienia się w substancję Krwi Chrystusa. Zewnętrzne atrybuty – wygląd, smak, zapach, łamliwość itd. – pozostają takie same, lecz zmienia się substancja, w której się zawierają. Ta przemiana nosi nazwę transsubstancjacji.

    Pomimo prawdziwej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.

    Należy również pamiętać – w odróżnieniu od tego, co głosiła herezja Jana Husa – że cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch postaci: zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Nie potrzeba nam zatem przyjmować Komunii św. pod obiema postaciami; sposób ten propagowany był właśnie przez husytów w celu szerzenia ich herezji. W rzeczywistości tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.

    Sobór Trydencki nie pozostawił wątpliwości, że w Eucharystii jest obecny Christus Totus, czyli cały Chrystus. Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem w roku, kiedy Kościół daje nam tę wielką tajemnicę do rozważania. To właśnie w tym dniu teksty mszalne zawierają przepiękną sekwencję Lauda Sion Salvatorem („Chwal, Syjonie, Zbawiciela”), autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski w charakterystyczny dla siebie sposób zwarł wiele konkretnych sformułowań teologicznych w formie przepięknego hymnu.

    Oprócz samej Mszy św., szczególnym wydarzeniem są odbywające się tego dnia procesje eucharystyczne. Ich celem jest oddanie czci Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie oraz manifestacja katolickiej wiary. Dzięki procesji ulicami miast i wsi Pan Bóg „odwiedza” swoich wiernych; tego jednego dnia możemy Go spotkać nie tylko w kościele, ale i poza nim. Na trasie procesji kapłan udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przy jednym bądź dwóch ołtarzach; w Polsce liczba tych ołtarzy jest zwiększona do czterech.

    Dla Polaków procesje Bożego Ciała mają szczególne znaczenie. Łączą one bowiem katolicyzm i patriotyzm, czyli dwie najważniejsze dla nas wartości. Z jednej strony, wychodzimy na ulice by oddać cześć Chrystusowi ukrytemu w Hostii. Z drugiej – manifestujemy swoją wiarę i przywiązanie do naszych narodowych tradycji, jakimi są np. stroje czy pieśni ludowe. Widać to było w czasie zaborów i PRL-u, kiedy polskość i wiara katolicka znajdowały się pod opresją. Jedni i drudzy okupanci podejmowali próby walki ze świętem Bożego Ciała i ograniczenia go, ale nigdy go nie znieśli. Wiedzieli, że z tym jednym świętem nie wygrają; że ludzie nie pozwolą sobie odebrać tej uroczystości. W ten dzień Polacy mogli poczuć się prawdziwie wolnymi: wychodzić na ulice i pokazywać oprawcom, że duch polskiego katolicyzmu jest silniejszy od ich opresji.

    Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem dla Polaków również dzisiaj. Głębokie nabożeństwo eucharystyczne naszego narodu jest widoczne przede wszystkim w liczbie uczestników odbywających się tego dnia procesji. Jednoczą one lokalne społeczności na wspólnym oddaniu czci Chrystusowi ukrytemu w monstrancji. Ich mieszkańcy wspólnie przygotowują przydrożne ołtarze – niejednokrotnie na swoich własnych podwórkach – oczekując „odwiedzin” samego Boga. Procesje zawsze odbywają się z wielką pompą: odświętne stroje, chłopcy dzwoniący dzwonkami, dziewczynki sypiące kwiaty, chorągwie i feretrony, a nieraz i orkiestra dęta. Nawet służby mundurowe mają swoje miejsce w tym uroczystym orszaku. Dla Polaków jest to dzień bez wątpienia ważny i szczególny.

    Uroczystość Bożego Ciała jest jedynym dniem w roku, kiedy Polacy nie narzekają na zamykanie ulic, mimo że normalnie krytykujemy wszystko. Każdy toczący się remont, każde zwężenie jezdni powoduje ogromne emocje u przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Jednak w ten jeden dzień nikt nie protestuje – może po części dlatego, że bierzemy udział w procesjach w swoich lokalnych parafiach, więc przemieszczenie się nie jest tak istotne. Jednak mimo tego jest to ciekawa socjologiczna obserwacja, pokazująca, że w ten jeden dzień zamknięcia centrów miast czy głównych wiejskich ulic odbywają się bez żadnego oporu społecznego. To pokazuje głębokie zakorzenienie katolicyzmu w naszym narodzie; nawet ci którzy nie biorą udziału w procesji, przynajmniej są wyrozumiali dla tego wydarzenia. Chodzi tu również o osoby niewierzące, które choć niejednokrotnie oburzają się na praktyki religijne katolików, to na to jedno wydarzenie są zdecydowanie bardziej pobłażliwi.

    Niestety trzeba to podkreślić, że przynajmniej część katolickiego społeczeństwa traktuje procesję Bożego Ciała wyłącznie jako element swoistego folkloru. Można powiedzieć, że ci „letni” katolicy przypominają sobie o swojej wierze dwa razy w roku: w Wielką Sobotę, żeby pójść z koszyczkiem do poświęcenia, i właśnie w Boże Ciało – tym razem ze względu na „atrakcje” dla dzieci jakimi jest sypanie kwiatków czy dzwonienie dzwoneczkami. Mimo wszystko jednak ich obecność jest okazją do działania łaski bożej; w końcu idą oni w procesji, w której „idzie” sam Bóg, co może być dla nich okazją do nawrócenia.

    Chociaż trzeba przyznać smutny fakt, że jesteśmy społeczeństwem laicyzującym się, gdzie coraz trudniej być katolikiem, to dzień Bożego Ciała co roku napawa nas nadzieją i optymizmem. Widok uroczystych orszaków pełnych ludzi pokazuje, że katolicyzm w narodzie jest wciąż żywy i obecny – szczególnie na wsiach, gdzie całe wspólnoty parafialne jednoczą się, by oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie i zamanifestować swoją wiarę. Duch polskiego katolicyzmu jest wciąż żywy i nie podda się tak łatwo.

    Adrian Fyda –PCh24.pl

    ***

    Mój wymarzony ołtarz na Boże Ciało

    Priest holds up monstrance in outdoors Eucharistic procession
    Kapa1966 | Shutterstock

    ***

    Nigdy nie miałem okazji przygotowywać ołtarza na Boże Ciało. Jeśli to jednak nastąpi, zrobię go w ten sposób!

    Ołtarz na Boże Ciało, o którym myślę, byłby bardzo prosty. Nawiązywałby do obrazu Jezu, ufam Tobie.

    Inspiracja sprzed lat

    Pomysł na ten ołtarz nie jest mój. Usłyszałem go wiele lat temu od – wtedy kleryka – dziś księdza i zakonnika, który wspominał swój nowicjat na małopolskiej wsi. Zawsze miał zmysł artystyczny i dlatego polecono mu zrobienie ołtarza na Boże Ciało. Z właściwym sobie zapałem zabrał się do pracy. Wszyscy spodziewali się bogato zdobionej konstrukcji, wielu kwiatów, obrazu i mądrego cytatu.

    Jakie było ich zdziwienie, gdy zobaczyli zwykły stół z obrusem, za nim pustą ramę obrazu i przyczepione do niej dwie wstążki. 

    Zrozumienie

    Mój znajomy opowiadał, że gdy procesja zbliżała się do tego ołtarza wszyscy patrzyli na konstrukcję ze zdziwieniem i niezrozumieniem. Wszystko to jednak minęło, gdy ksiądz położył Najświętszy Sakrament w monstrancji na ołtarzu. 

    Jezus znalazł się dokładnie na środku ramy. Dwie wstążki: biała i czerwona wychodziły jakby z centrum monstrancji. Było to oczywiste nawiązanie do obrazu Jezu, ufam Tobie, tylko że zamiast namalowanego Chrystusa, obecny był On sam: żywy i prawdziwy.

    Skopiowałbym ten pomysł

    Gdybym miał okazję do zbudowania ołtarza na Boże Ciało skopiowałbym ten pomysł. Dodałbym może tylko jedną rzecz: czarne tło w ramie obrazu i dwa kwiaty.

    Poniżej wizualizacja tego projektu.

    Oltarz na Boże Ciało
    ChatGPT

    Dariusz Dudek /Aleteia.pl

    ***

    3 czerwca 2026

    Jak nie pozostać „obcym i milczącym widzem” liturgii i otworzyć się na Boga?

    fot. Vatican Media

    ***

    Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię.

    Kontynuując cykl katechez na temat soborowej konstytucji o liturgii świętej papież mówił dziś ojej istotnych elementach: obrzędzie, znaku i symbolu.


    Drodzy Bracia i Siostry!

    Kontynuując Katechezy na temat soborowej Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC), pragniemy zatrzymać się nad kilkoma konstytutywnymi elementami świętej liturgii, takimi jak obrzęd, znak i symbol.

    Sobór Watykański II, czerpiąc ze skarbca cennej pracy Ruchu liturgicznego, pomógł nam na nowo odkryć prawdę bardzo żywą w świadomości Kościoła starożytnego i w nauczaniu Ojców. Obrzędy liturgii chrześcijańskiej nie są zewnętrzną otoczką misterium sakramentalnego, zbiorem dowolnie ustalonych ceremonii, ale eklezjalnym pośrednictwem, poprzez które dociera do nas dar Boży. Właśnie dlatego Sobór zachęca do zrozumienia Mysterium fidei (misterium wiary), które urzeczywistnia się w liturgii poprzez obrzędy i modlitwy (por. SC, 48).

    Uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego

    Obrzęd nadaje kształt czynności liturgicznej, a poprzez nią – naszemu życiu, rodząc w nas duchową wrażliwość, która pozwala nam doświadczać obecności Boga przez Jezusa Chrystusa. Oczywiście dzieje się tak, jeśli nie pozostajemy obcymi lub milczącymi widzami (por. tamże) wobec liturgii, lecz uczestniczymy w niej całymi sobą – ciałem, umysłem i sercem – w posłuszeństwie wobec nakazu Pana. Poprzez święty obrzęd jesteśmy w ten sposób formowani do słuchania Słowa Bożego, do składania dziękczynienia i adoracji, do braterskiego dzielenia się i komunii eklezjalnej. Odkrywamy, że jesteśmy zgromadzeniem o wielu obliczach, zjednoczonym tą samą wiarą.

    Obrzęd włącza nas w ściśle określoną sekwencję gestów i modlitw, co niekiedy może być sprzeczne z naszą indywidualną skłonnością do spontaniczności. Jego logika nie polega jednak na krępowaniu wolności za pomocą schematów. Wręcz przeciwnie – poprzez uroczystą prostotę swoich rytmów obrzęd przerywa gorączkową aktywność i przywraca nas temu, co najistotniejsze. Odkrywamy w ten sposób inny wymiar działania -niepodporządkowany rachunkowi wydajności – oraz inne doświadczenie czasu i przestrzeni. W obrzędzie doświadczamy logiki darmowości, znajdujemy chwilę wytchnienia, która odnawia serce, uznajemy, że uprzedza nas łaska Boża, uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego.

    Gramatyka obrzędu utkana jest ze znaków i symboli właściwych liturgii. W niej, jak stwierdza Sobór, „przez znaki dostrzegalne wyraża się i w sposób właściwy dla poszczególnych znaków dokonuje uświęcenie człowieka” (SC, 7). Katechizm Kościoła Katolickiego pogłębia wartość tych znaków, przypominając, że „ich znaczenie ma swoje korzenie w dziele stworzenia i w kulturze ludzkiej, ukonkretnia się w wydarzeniach Starego Przymierza, a w pełni objawia w osobie i dziele Chrystusa” (KKK, 1145). Emblematyczny jest znak wody: od początków stworzenia po potop, od przejścia przez Morze Czerwone po Jordan, aż po wodę wypływającą z boku Chrystusa, która staje się sakramentalnym znakiem zanurzenia w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.

    Pozwólmy, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały

    „Znak” i „symbol” to terminy, które często są używane jako synonimy. W istocie znak ma charakter symboliczny wtedy, gdy odsyła nie tylko do idei, ale do całego systemu znaczeń i wartości. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy zostajemy pokropieni wodą święconą, ożywa w nas świadomość daru otrzymanego w chrzcie i naszej przynależności do nowego życia w Chrystusie. Po drugie, symbole mają zasadniczo charakter praktyczny, będąc nade wszystko działaniami: prostszymi i powszechnymi, jak klękanie i przekazywanie sobie znaku pokoju, lub bardziej doniosłymi, jak czynności konstytutywne dla każdego sakramentu. Przede wszystkim symbole mają wyjątkowy wymiar sprawczy i przemieniający, zarówno w odniesieniu do elementów materialnych, które je stanowią, jak i wobec tych, którzy wchodzą z nimi w kontakt, rodząc przynależność, poruszając serce i umysł oraz wzbudzając autentyczne relacje eklezjalne.

    W Liście apostolskim Desiderio desideravi Papież Franciszek, czyniąc własnym stwierdzenie Romano Guardiniego, wskazał „pierwsze zadanie dzieła formacji liturgicznej: człowiek musi stać się na nowo zdolny do rozumienia symboli” (n. 44). Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię. Doświadczenie żywej i pobożnej liturgii, któremu towarzyszy odpowiednia katecheza mistagogiczna, jest najlepszym środkiem do rozbudzenia w każdym człowieku otwartości na spotkanie z Bogiem, które – zgodnie z logiką Wcielenia – może nastąpić jedynie poprzez zaangażowanie całego człowieka: ducha, duszy i ciała (por. 1 Tes 5, 23).

    Leon XIV do Polaków o świadectwie wiary w Boże Ciało

    W procesjach eucharystycznych, zwłaszcza z udziałem rodzin, dzieci i młodzieży, Papież widzi odważne świadectwo wiary we współczesnym świecie. Podczas audiencji generalnej Ojciec Święty zachęcił Polaków, aby rozpoczynające się obchody Bożego Ciała stały się okazją do publicznego wyznania wiary w Chrystusa obecnego w Eucharystii.

    Eucharystia świadectwem obecności Boga

    Podczas dzisiejszej audiencji generalnej Ojciec Święty zwrócił się do polskich pielgrzymów, nawiązując do przypadającej jutro Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Papież zachęcił wiernych do publicznego wyznawania wiary poprzez udział w procesjach eucharystycznych, podkreślając, że są one znakiem obecności Boga pośród swojego ludu i świadectwem dla współczesnego świata.

    Oto pełny tekst papieskiego pozdrowienia:

    „Serdecznie pozdrawiam Polaków! Począwszy od uroczystości Bożego Ciała i w kolejnych dniach będziecie oddawać szczególną cześć Chrystusowi obecnemu w Eucharystii. Niech udział w procesjach eucharystycznych – zwłaszcza rodzin, dzieci i młodzieży – będzie odważnym świadectwem wiary i przypomina wszystkim, że Bóg jest obecny pośród swego ludu oraz towarzyszy mu w codziennym życiu. Wszystkich was błogosławię!”

     Vatican News

    ***

    Czerwcowy miesiąc poświęcony jest

    Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    “Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie”.

    (Objawienie Serca Pana Jezusa, 27 grudnia 1673 r.)

    kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.

    W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.

    fot.Michał Zięba

    ***

    Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    „Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.

    Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.

    Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    „Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.

    Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.

    11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    Episkopat.pl

    ***

    Litania do Serca Pana Jezusa

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra
     fot. Włodzimierz Rędzioch

    ***

    Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K: Jezu cichy i pokornego serca,
    W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    ***

    Zanurz się w sercu. Litania do Serca Jezusowego

    fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny

    ***

    Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby.

    Litania jest jedną z wielu praktyk pobożnych ku czci Bożego Serca. Warto, więc przypomnieć sobie, w jaki sposób powstała i jakie są jej główne myśli, by jeszcze pobożniej ją odmawiać. Dzięki niej można kontemplować miłość Serca Pana Jezusa i niepojęte bogactwa Chrystusa oraz odwieczny plan zbawienia ukazany nam przez tę litanijną modlitwę. Można wraz ze św. Pawłem Apostołem ogarnąć ludzkim umysłem: czym jest szerokość, długość, wysokość i głębokość i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę (Ef 3, 14-19).

    Aby Litanię do Serca Jezusowego dobrze zrozumieć, należy przenieść się do środowiska, w którym powstała i została rozpowszechniona.

    Oto krótka historia jej powstania. W 1720 roku Marsylię nawiedziła straszna epidemia cholery. Biskup tego miasta, oprócz pomocy charytatywnej, z jaką spieszył doświadczonym zarazą, starał się także pomóc duchowo swoim wiernym przez specjalne modlitwy błagalne i pokutę. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa i wieczysty obchód święta ku Jego czci. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku w czasie uroczystej ceremonii przebłagalnej. Od tej chwili epidemia poczęła szybko ustępować. Biskup zarządził też dodatkowe procesje pokutne i nakazał w 1721 roku odprawianie uroczystej nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego. Odmawiano ten akt codziennie i wzywano ratunku u Pana Jezusa przez adorację wieczystą i litanię, która została ogłoszona drukiem w 1718 roku. Autorką i przekazicielką tej litanii była s. Anna Magdalena Remusat. Po ustaniu zarazy marsy1czycy odmawiali nadal tę litanię z wdzięcznością za ocalenie.

    Zanim dekret rzymskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydany dopiero w 1899 roku, rozciągnął ją na cały Kościół, prawie przez 150 lat litania była odmawiana w diecezjach: Marsylia, Autun i Annecy. Odmawiano ją również w klasztorach Wizytek i Jezuitów.

    Litania do Serca Jezusowego składa się obecnie z 33 wezwań na cześć 33 lat ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Siostra Anna Magdalena ułożyła litanię z 27 wezwań, w tym 12 zaczerpnęła od o. Jana Croiset SJ, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie, 6 zaś dodała rzymska Kongregacja przy ostatecznym zatwierdzeniu litanii.

    Układ wezwań litanii do Bożego Serca jest logicznie zestawiony. Można w niej wyróżnić trzy grupy wezwań: pierwsza grupa dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego, ukazane jest Serce Jezusa w relacji do całej Trójcy Przenajświętszej (1-7); druga dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (8-16); trzecia grupa kładzie akcent na stosunek Bożego Serca do ludzi (17-33).

    Wezwania litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Jan Paweł II w swoim pierwszym przemówieniu poświęconym Sercu Jezusa w 1979 roku ukazał nam głębię znaczenia tego określenia. Powiedział: Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby. W wielu następnych wystąpieniach powracał do tej myśli: Serce jako centralny organ ludzkiego organizmu Chrystusa jest równocześnie prawdziwym symbolem Jego wewnętrznego życia: Jego myśli, Jego uczuć (1982 rok); Kiedy mówimy: Serce Jezusa Chrystusa – zwracamy się przez wiarę do całej chrystologicznej tajemnicy: tajemnicy Boga-Człowieka. Serce Jezusa Chrystusa stanowi wielkie i nieustanne wołanie, jakie Bóg kieruje do ludzkości, do każdego ludzkiego serca (1984 rok).

    Czciciele Serca Jezusowego, odmawiając tę litanię, mają zawsze przed oczami głęboką treść teologiczną, którą ona zawiera. Do każdego wezwania dodajemy błagalne: zmiłuj się nad nami, będące wołaniem o miłosierdzie i potrzebne łaski, tak dla poszczególnych osób, jak i całego Kościoła. Dzisiaj w niektórych wspólnotach zamiast zmiłuj się nad nami powtarzanych po poszczególnych wezwaniach, powtarza się słowa: naucz nas kochać. Można niekiedy używać tego nowego wezwania. Wydaje się, że ono pozwoli nam jeszcze głębiej przeżywać litanię do Bożego Serca i nauczy nas takiej miłości, jakiej wzorem jest Serce Jezusa.
    Modlitwa końcowa po litanii swoją treścią odpowiada okolicznościom historycznym, w jakich została pierwszy raz publicznie odmówiona. Mieszkańcy Marsylii, dotknięci zarazą, błagają, by Bóg dał się przebłagać przez hołdy i zadośćuczynienia składane w imię Serca Jezusowego.

    Kościół, rozciągając tę modlitwę na cały świat i na wszystkie czasy, przypomina, że grzechy ludzi są przyczyną klęsk duchowych, które niekiedy są gorsze od chorób ciała. Dlatego ciągle potrzebne jest wołanie o miłosierdzie dla całego świata i modlitwa wynagradzająca. Grzech bowiem przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego ludzkie serca. Grzech jest wielkim złem w całym swoim wielorakim wymiarze, poczynając od pierworodnego, poprzez wszystkie grzechy osobiste każdego człowieka, poprzez grzechy społeczne, grzechy, które obciążają dzieje całej ludzkości” – mówił Ojciec Święty w Elblągu w 1999 roku. Tam też zwrócił się z apelem: Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucenie dobroci i miłości Boga.

    W każdy pierwszy piątek miesiąca i Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego po litanii jest odmawiany akt poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Bożemu Sercu. To modlitwa papieża Leona XIII, przez którą poświęcił on całą ludzkość Jezusowi Chrystusowi w nadchodzącym XX wieku. Natomiast w czasie nabożeństw czerwcowych po odmówionej lub odśpiewanej litanii dodajemy jeszcze antyfonę: Do Serca Twojego uciekamy się…

    ks. Włodzimierz Lewandowski/Gość Niedzielny

    ***

    Najświętsze Serce Pana Jezusa

    Kult Serca Jezusowego – istota nabożeństwa

    Rozpoczął się miesiąc czerwiec. Tak, jak miesiąc maj poświęcony jest Maryi, tak czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Jest to szczególny czas, kiedy dziękujemy za wielką miłość Zbawiciela, jaką otoczył ludzi.

    fot.  Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa wiąże się przede wszystkim z osobą św. Małgorzaty Marii Alacoque. To właśnie Jej w XVII w. objawił się Pan Jezus. W widzeniach, które trwały od grudnia 1673 roku do czerwca 1675 roku, Pan Jezus opowiadał o swoim nieskończonym Miłosierdziu dla ludzi i o potrzebie zwrócenia się wszystkich do Jego Serca poprzez specjalne nabożeństwo. Miało ono stać się źródłem wielkich łask. Podczas ostatniego, tzw. Wielkiego objawienia, 16 czerwca 1675 roku. Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Boskie Serce, powiedział: Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło aż do wyczerpania i wyniszczenia się, by im dać dowody swej miłości. A w zamian od większości ludzi doznaje tylko niewdzięczności, przez nieuszanowanie i świętokradztwa, przez oziębłość i pogardę, z jaką się odnoszą do Mnie w tym Sakramencie Miłości.

    Pan Jezus wyraził również pragnienie, aby rozpowszechniono nabożeństwo ku czci Jego Najświętszego Serca. Zwrócił się do św. Małgorzaty mówiąc: Przyrzekam ci w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że tym wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu przystępować będą do Stołu Pańskiego, wszechmocna Miłość Mego Serca da łaskę pokuty przy śmierci”.

    Pierwszym z Papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów był Klemens XIII. Uczynił to w 1765 roku, a więc sto lat po wspominanych już objawieniach. Decydującym w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa.

    Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

    Miesiąc czerwiec – jak już wspomniałem – jest szczególnym miesiącem Serca Jezusowego, a stało się tak za sprawą papieża Leona XIII i jego następcy Piusa X.

    Właśnie teraz, kiedy rozpoczyna się ten szczególny miesiąc, możemy być pewni, że Boskie Serce Pana Jezusa, zsyła ogrom łaski na dusze, które praktykują nabożeństwo ku Jego czci. Pamiętajmy, że Jezus oczekuje od nas wynagrodzenia wszystkich grzechów i zniewag, jakie Jego kochające Serce doznaje od nas ludzi. Jeśli Bóg do nas mówi, przez świętą Małgorzatę, to nie zlekceważmy, ale korzystajmy z daru łaski, jakie to nabożeństwo ze sobą niesie. W naszych czasach, kiedy zanika dar pobożności, chciejmy rozwijać to piękne nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa.

    Nasz wielki Rodak, święty Jan Paweł II tak mówił w Elblągu, 6 czerwca 1999 roku: cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w miesiącu czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana”.

    Niech słowa świętego Papieża, będą dla nas słowami zachęty, do ufnej modlitwy wynagradzającej Najświętszemu Sercu naszego Zbawiciela. W tym Sercu połóżmy naszą ufność i w Nim chciejmy odnaleźć źródło naszej nadziei.

    Najświętsze Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego.

     Ks. Krzysztof Hawro/Tygodnik Niedziela

    ***

    Niezwykłe wizje mistyczne dwóch świętych, które zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa

    fot. Wikipedia/Canva

    ***

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa kojarzy się nieodłącznie ze świętą Małgorzatą Marią Alacoque, ale już w średniowieczu, w zgromadzeniu cystersek w Helfcie żyły dwie mistyczki, które miały widzenia Boskiego Serca i żywiły do Niego szczególne nabożeństwo.

    Mechtylda z Magdeburga i Gertruda Wielka żyły w ścisłym zjednoczeniu z Sercem Pana Jezusa. Z Nim i w Nim przeżywały zwykłe trudności dnia codziennego, a także wszelkie cierpienia duchowe i fizyczne, których doświadczały.

    Któregoś dnia Mechtylda opowiadała, jak podczas spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do Swojego, iż miała wrażenie, że te dwa serca stanowią jedno. Do tego zjednoczenia serc Chrystus przygotowywał je od najmłodszych lat.

    Serce Jezusa, Św. Gertruda i nawrócenie… w klasztorze

    Gertruda już jako pięcioletnia dziewczyna trafiła do zgromadzenia cystersek w Helfcie i spędziła tam całe życie. Najpierw była uczennicą, a po latach nauki została mniszką. W zgromadzeniu przeżyła wewnętrzne nawrócenie, bowiem nauka pochłonęła ją tak bardzo, iż niemal straciła z oczu Boga.

    Gdy zrozumiała, że nie można przedkładać idei nad rzeczywistość, a czytania o miłosierdziu nad czynienie go, rozpoczął się nowy etap w jej życiu naznaczony darem kontemplacji, nadprzyrodzonych ekstaz, objawień i proroczych wizji. W swoim dziele opisywała miłość Boga do duszy oraz duszy do Boga, której źródło tkwi w Najświętszym Sercu Jezusa. 

    Niezwykłe dzieło św. Mechtyldy o Sercu Jezusa, które tworzyła 40 lat!

    Mechtylda natomiast w wieku 12 lat miała wizję Ducha Świętego i od tego wydarzenia wiele czasu poświęcała na praktyki religijne i rozwój duchowy. Mając 23 lata opuściła dom i związała się z beginkami w Magdeburgu. Był to ruch religijny i społeczny wywodzący się z franciszkanizmu, a kierowany przez dominikanów. Jego członkowie prowadzili życie zgodne z Ewangelią, wypełnione modlitwą i pracą.

    Mechtylda przez czterdzieści lat tworzyła dzieło zatytułowane Strumień światła boskości, w którym opisywała swoje przeżycia mistyczne. Posługując się symbolami płomienia, światła, ciepła i rosy, ukazywała w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga.: „Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić”. W wieku 60 lat, zmuszona sytuacją polityczną, ale również krytyką ze strony niektórych hierarchów kościoła, schroniła się w klasztorze cystersek w Helfcie, gdzie pozostała aż do śmierci.

    Jak wygląda Serce Jezusa?

    Mechtylda z Magdeburga zapisała w „Strumieniu Światła Boskości” słowa:

    „Kiedy uboga dusza przybywa na dwór, jest rozumna i delikatna. Pełna radości patrzy na swego Boga. Ach, z jak wielką miłością jest przyjmowana! Milczy ona i niezmiernie pragnie Jego chwały. Wówczas On ukazuje jej z wielkim pragnieniem swe Boskie Serce.

    Jest podobne do czerwonego złota, które płonie w wielkim ogniu rozżarzonych węgli. A On wkłada ją do swego rozpalonego Serca. Kiedy najwyższy Władca i mała służebnica obejmują się tak serdecznie i są złączeni jak woda z winem, wtedy ona jakby znika i odchodzi sama od siebie. Skoro tylko ona nic już nie może zrobić, On z tęsknoty za nią jest chory z miłości, tak jak już był zawsze, gdyż On w swoim odwiecznym pragnieniu miłosnym nie wzrasta ani nie maleje. Wtedy dusza mówi: <Panie, Ty jesteś moim Umiłowanym, moją tęsknotą, moim tryskającym źródłem, moim słońcem, a ja jestem Twoim zwierciadłem>. Tak wygląda podróż na dwór miłującej duszy, która nie może istnieć bez Boga”.

    Rozmowa ze św. Janem o Sercu Jezusa

    Niemal w tym samym czasie Gertruda, która z czasem otrzymała przydomek Wielka, w dziele zatytułowanym Objawienia, czyli Poseł Bożej pobożności opisała rozmowę ze świętym Janem, umiłowanym uczniem Pana Jezusa.

    „Powiedz mi – zapytała Gertruda – jakich uczuć doznawałeś, spoczywając podczas ostatniej uczty na sercu Jezusa? Jan zaczął opowiadać. Wspominał o głębokim zanurzeniu swej duszy w duszy Jezusa Chrystusa i o gorejącym ogniu, jaki go ogarniał. – A dlaczegóż w takim razie – dopytywała – dlaczegóż, nic o tym nie napisałeś? – Dlatego – odpowiedział – że miałem tylko polecone przedstawiać powstającemu Kościołowi nauki Słowa i przekazywać prawdy wiekom, w miarę jak wieki te będą zdolne je pojąć; bo nikt ich dokładnie zrozumieć nie zdoła. Co do niewysłowionych rozkoszy, których doznawałem na sercu Jezusowym, postanowiłem o nich mówić później, aby poznanie tych niewymownych słodyczy rozpaliło na nowo oziębłą i dogasającą miłość starzejącego się świata i obudziło go z odrętwienia”. 

    Magdalena Wyżga/Stacja7.pl

    ***

    Prośby do bolesnego Serca Jezusowego

    fot. Cathopic

    ***

    Serce Jezusa! Przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.

    O Przenajświętsze Serce Jezusa mojego! przez boleść Twoją nad tymi, którzy Cię nie znają, zmiłuj się nad nami, a daj wszystkim poznanie Dobroci Twojej nieskończonej.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w grzechu śmiertelnym zostają, zmiłuj się nad nami, a daj opamiętanie tym, którzy Cię obrażają, i nas od najmniejszej Twojej strzeż obrazy.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad niewdzięcznością ludzką i nad tymi, którzy się oddalają od Ciebie, zmiłuj się nad nami, i pociągnij nas wszystkich do swojej miłości.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad oziębłymi sługami Twoimi, zmiłuj się nad nami, a zapal serce moje żarliwą ku sobie miłością.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją w chwili Poczęcia i Narodzenia Twojego, zmiłuj się nad nami, daj nam prawdziwe poznanie tak drogiego Odkupienia, żeś Jednorodzonym Synem Bożym będąc, z nieba na ziemię zstąpił, abyś nas niewolników z ciężkiej grzechów niewoli wybawił.

    Serce Jezusa! przez boleści Twoje, w calom życiu, i podczas Męki i śmierci Twojej, osobliwie, widząc jak wiele ludzi, dla swych nieprawości i ślepoty, żadnego pożytku
    nic miało odnieść z okrutnej Męki i śmierci Twojej, i być potępionymi. Zmiłuj się nad nami, a nie dopuszczaj, abyśmy na to nieszczęście przyjść mieli.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad małą liczbą wybranych, zmiłuj się nad nami, a daj łaskę, znaleźć się w tej liczbie w dzień ostatniego Sądu Twojego.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad prześladowcami i bluźniercami Najświętszego Imienia Twojego, zmiłuj się nad nami, spraw, aby serca nasze tyle Ci oddawały czci,
    chwały i uwielbienia, ile ciż niewdzięczni wyrządzają zniewag i bluźnierstw przeciw nieskończonej Twojej Dobroci.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad zelżywością Matki Twej Najświętszej, Świętych Twoich, sług i służebnic, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, abyśmy żyli i umierali pod obroną i opieką tej Najświętszej Matki i Świętych Twoich, a naśladując cnoty ich, i powinną cześć im oddając, mogliśmy potem wespół z nimi wychwalać na wieki święto Imię Twoje.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy nie dbają o łaskę Twoją, o chwałę Twoją, i o wieczne duszy swój zbawienie, zmiłuj się nad nami, racz oświecić ich zatwardziałość i ślepotę, nam zaś wszystkim daj prawdziwe poznanie naszej
    nędzy i słabości, że bez Ciebie i Twej łaski, nic nie możemy.

    Serce Jezusa! przez boleści Twoje nad świętokradzkimi spowiedziami wielu ludzi, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę szczerego i pokornego grzechów naszych na spowiedzi wyznania z obrzydzeniem onych; skruchę prawdziwą i mocne przedsięwzięcie, więcej Pana Boga nieskończonej miłości godnego nie obrażać.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad kapłanami świętokradzko sprawującymi Najświętsze Ofiary, i nad świętokradzko komunikującymi, zmiłuj się nad nami, a daj nam należyte przysposobienie do godnego Ciebie w Przenajświętszym Sakramencie przyjmowania; osobliwie w ostatnią śmierci naszej godzinę, racz posilić dusze nasze tym Pokarmem Niebieskim, na długą i niebezpieczną drogę wieczności.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad bałwochwalcami, czarownikami, heretykami i złymi katolikami, zmiłuj się nad nami, daj wszystkim prawdziwe do siebie nawrócenie, poznanie Dobroci i Miłości Twojej, a obrzydzenie wszelkiego błędu i niedowiarstwa.

    Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tym wszystkim, coć się w nas grzesznych nie podoba; zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, iżbyśmy raczej śmierć obrali sobie, niżeli kiedy co uczynić mieli niepodobającego się Boskiemu Majestatowi Twojemu, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie, teraz i przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Stacja7.pl/źródło: „Chwała Boża” (1884r.)

    ***

    Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?

    fot. Wikipedia/Freepik

    ***

    Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.

    Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.

    Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”

    Fragment książki „Serce Ojca Pio”:

    Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej.
    Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.

    Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć?
    Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.

    W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi?
    W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.

    Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium?
    Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.

    Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości?
    Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.

    Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej?
    Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.

    Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej?
    Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.

    Co Jezus czyni podczas Komunii?
    On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.

    Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii?
    Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!

    Czy we Mszy świętej Ojciec umiera?
    Mistycznie w Świętej Komunii.

    Czego oczekujesz od nas?
    Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.

    Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”

    Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.

    Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku. 

    To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.

    (fragment książki „Siła nadziei”)

    Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”

    Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje.
    (Dz 1253)

    Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą.
    (Dz 406)

    Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam  nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam.
    (Dz 472)

  • Matka Boża i Święci Pańscy – czerwiec 2026

    ***

    obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    pixabay.com

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia
    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ***

    Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.

    Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?

    Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.

    Malarskie wizje świętości

    Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.

    W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.

    W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.

    Wytyczne prawa kanonizacyjnego

    W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.

    Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).

    W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.

    Pochodnie na Bożych ścieżkach

    Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.

    Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:

    “Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień,
    Którym rozświetlasz noc,
    A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.

    Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.

    Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.

    Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”. 

    ***


    30 czerwca

    Święci Pierwsi Męczennicy
    Świętego Kościoła Rzymskiego

    Zobacz także:
      •  Święty Władysław, król
      •  Błogosławiony Rajmund Lull, męczennik
      •  Błogosławiony January Maria Sarnelli, prezbiter
    Ostatnia modlitwa pierwszych chrześcijan

    Ze wszystkich miast, najwięcej męczenników poniosło śmierć i pochowano w Rzymie. Przez pierwszych 300 lat chrześcijaństwa to tu powstawały dekrety prześladowcze i tu je skwapliwie wykonywano. Kościoły i kaplice Rzymu kryją w swoim cieniu setki ich relikwii. Samych papieży, którzy za wiarę oddali swoje życie, jest około trzydziestu.
    Pierwsze prześladowanie, rozpętane przez cesarza Nerona w latach 64-67, było dużym zaskoczeniem – i nie ma żadnego rejestru osób, które oddały wtedy życie za Chrystusa. Liczba tych męczenników była ogromna, oblicza się ją na kilka tysięcy. Wyrafinowanymi mękami i torturami Neron chciał zrzucić na chrześcijan winę za podpalenie Rzymu, którego się dopuścił, aby na jego zgliszczach wystawić nowe, piękniejsze miasto. Przez masowe egzekucje chciał odwrócić od siebie całą nienawiść ludu rzymskiego. Dla oddania – tym po większej części bezimiennym – bohaterom wiary należnej czci w nowym kalendarzu liturgicznym zostało ustanowione w roku 1969 wspomnienie świętych Pierwszych Męczenników Kościoła Rzymskiego. Nawiązuje ono do uroczystości wczorajszej, kiedy to ofiarą tego właśnie prześladowania stali się książęta apostolscy, św. Piotr i św. Paweł. Najwybitniejszy historyk rzymski, Tacyt (+ 120), który uważał chrześcijan za sektę i jawnie okazywał wobec nich swoją niechęć i pogardę, pisał tak:”Zdarzyło się potem (rok 64) nieszczęście – nie wiadomo, czy z przypadku, czy przez złośliwość cezara (Nerona), bo obydwie wersje podają pisarze – ale cięższe i okropniejsze od wszystkich, jakie temu miastu gwałtowność pożarów wyrządziła. Ogień powstał w tej części cyrku, która przylegała do palatyńskiego i celijskiego wzgórza (…). I nikt nie śmiał pożarowi zapobiec wobec częstych pogróżek wielu, którzy gasić zabraniali, i ponieważ inni jawnie ciskali głownie, i głośno wołali, że są do tego upoważnieni – czy też chcąc swobodniej uprawiać grabież, czy też istotnie taki mieli rozkaz (…). Te zabiegi (zrzucenia ze siebie winy) chybiały celu, ponieważ rozeszła się pogłoska, że właśnie w chwili, gdy miasto stało w płomieniach, Neron wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi (…). Atoli ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cezara (…) nie ustępowała hańbiąca pogłoska, lecz wierzono, że pożar był nakazany.
    Aby ją usunąć, podstawił Neron winowajców, najbardziej wyszukanymi kaźniami tych (…), których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza był na śmierć skazany przez prokuratora, Poncjusza Piłata; a przytłumiony na razie zabobon zgubny znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy (…).
    Schwytano więc najpierw tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali (…). A śmierci im przydano urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów. Gdy zabrakło dnia, płonęli, służąc za nocne pochodnie” (…).Tacyt pisze także, że aresztowanych było “ogromne mnóstwo”, tak że “budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni” (Roczniki, XV, s. 38-45).Kościół pochyla się dzisiaj nad tymi, którzy w jego początkach, podczas prześladowań rzymskich, złożyli za wiarę ofiarę z życia.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 czerwca

    Święci Apostołowie Piotr i Paweł

    Święci Piotr i Paweł - książęta Kościoła
    Kościół umieszcza w jednym dniu uroczystość św. Pawła wraz ze św. Piotrem nie dlatego, aby równał go w prymacie z pierwszym zastępcą Chrystusa. Chodzi jedynie o podkreślenie, że obaj Apostołowie byli współzałożycielami gminy chrześcijańskiej w Rzymie, obaj w tym mieście oddali dla Chrystusa życie swoje oraz że w Rzymie są ich relikwie i sanktuaria. Najwięcej jednak zaważyła na połączeniu pamiątki obu Apostołów w jednym dniu opinia, dzisiaj uznawana za mylną, że obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską tego samego dnia. Już w roku 258 obchodzono święto obu Apostołów razem dnia 29 czerwca, tak na Zachodzie, jak też i na Wschodzie, co wskazywałoby na powszechne przekonanie, że był to dzień śmierci obu Apostołów. Taki bowiem był bardzo dawny zwyczaj, że święta liturgiczne obchodzono w dniu śmierci męczenników, a potem także (od w. IV) – wyznawców. Inna ze współczesnych teorii mówi, że 29 czerwca miało miejsce przeniesienie relikwii obu Apostołów do katakumb Kaliksta podczas prześladowań za cesarza Waleriana w celu schowania ich i uchronienia przed zniszczeniem.

    Święty Piotr Apostoł
    Właściwe imię Piotra to Szymon (Symeon). Pan Jezus zmienił mu imię na Piotr przy pierwszym spotkaniu, gdyż miało ono symbolizować jego przyszłe powołanie. Pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad Jeziorem Genezaret (Galilejskim). Był bratem św. Andrzeja, Apostoła, który Szymona przyprowadził do Pana Jezusa niedługo po chrzcie w rzece Jordan, jaki Chrystus Pan otrzymał z rąk Jana Chrzciciela (Mt 10, 2; J 1, 41). To, że Chrystus Pan zetknął się z Andrzejem i Szymonem w pobliżu rzeki Jordan, wskazywałoby, że obaj bracia byli uczniami św. Jana (J 1, 40-42). Ojcem Szymona Piotra był Jona (lub Jan), rybak galilejski. Kiedy Chrystus Pan włączył Piotra do grona swoich uczniów, ten nie od razu przystał do Pana Jezusa, ale nadal trudnił się pracą rybaka. Dopiero po cudownym połowie ryb definitywnie został przy Chrystusie w charakterze Jego ucznia wraz ze swoim bratem, Andrzejem (por. Łk 5, 1-11).
    Kiedy Piotr przystąpił do grona uczniów Pana Jezusa, był już człowiekiem żonatym i mieszkał w Kafarnaum u teściowej, którą Pan Jezus uzdrowił (Mk 1, 29-31; Łk 4, 38-39). Tradycja wczesnochrześcijańska wydaje się potwierdzać, że miał dzieci, gdyż wymienia jako jego córkę św. Petronelę. Nie jest to jednak pewne.

    Święty Piotr Apostoł
    Jezus bardzo wyraźnie wyróżniał Piotra wśród Apostołów. Piotr był świadkiem – wraz z Janem i Jakubem – wskrzeszenia córki Jaira (Mt 9, 23-26; Mk 5, 35-43; Łk 8, 49-56), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1-13; Mk 9, 2-13; Łk 9, 28-36) i modlitwy w Getsemani (Mt 26, 37-46; Mk 14, 33-42; Łk 22, 41-46). Kiedy Jezus zapytał Apostołów, za kogo uważają Go ludzie, otrzymał na to różne odpowiedzi. Kiedy zaś rzucił im pytanie: “A wy za kogo Mnie uważacie?” – usłyszał z ust Piotra wyznanie: “Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Za to otrzymał w nagrodę obietnicę prymatu nad Kościołem Chrystusa: “Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli skała), i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19).
    Można byłoby wymienić jeszcze inne historie związane z Piotrem. Jezus ratuje Piotra, kiedy tonął w Jeziorze Galilejskim (Mt 14, 28-31). Piotr płaci podatek za Jezusa i za siebie monetą, wydobytą z pyszczka ryby (Mt 17, 24-27); od Piotra Pan Jezus zaczyna mycie nóg Apostołom przy Ostatniej Wieczerzy (J 13, 6-11). Przed pojmaniem Mistrza Piotr zapewnia Go o swojej dla Niego wierności (Mt 26, 33). W Getsemani występuje w obronie Jezusa i ucina ucho słudze arcykapłana, Malchusowi (Mt 26, 51-54; Mk 14, 47; Łk 22, 49-50; J 18, 10-11). On jeden, wraz z Janem, idzie za Chrystusem aż na podwórze arcykapłana. Jednak tu, rozpoznany, trzykrotnie wyrzeka się ze strachu Jezusa, dwukrotnie potwierdzając to zaparcie się Chrystusa przysięgą. Kiedy zapiał kogut, przypomniał sobie przepowiednię Mistrza i gorzko zapłakał (Mt 26, 69-75; Mk 14, 66-72; Łk 22, 54-62; J 18, 15-27).

    Święty Piotr otrzymuje klucze Królestwa
    Przed odejściem do nieba Pan Jezus zlecił Piotrowi najwyższą władzę pasterzowania nad Jego Apostołami i pozostałymi wiernymi wyznawcami (J 21, 15-19). Apostołowie od początku podjęli te słowa i uznali w Piotrze pierwszego spośród siebie. We wszystkich wykazach apostolskich Piotr jest zawsze stawiany na pierwszym miejscu (Mt 10, 2; Mk 3, 16; Łk 6, 14; Dz 1, 13). Pisma Nowego Testamentu wymieniają go 150 razy. Piotr proponuje Apostołom przyłączenie do ich grona jeszcze jednego w miejsce Judasza (Dz 1, 15-26). Piotr pierwszy przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego i pozyskuje sporą liczbę pierwszych wyznawców (Dz 2, 14-36). Uzdrawia chromego od urodzenia i nawraca kilka tysięcy ludzi (Dz 3, 1-26). Zakłada pierwszą gminę chrześcijańską w Jerozolimie i sprawuje nad nią władzę sądowniczą (Dz 5, 1-11). To jego Chrystus poucza w tajemniczym widzeniu, że ma także przyjmować pogan i nakazuje mu udać się do domu oficera rzymskiego, Korneliusza (Dz 10, 1-48). Na Soborze apostolskim Piotr jako pierwszy przemawia i decyduje, że należy iść także do pogan, a od nawróconych z pogaństwa nie należy żądać wypełniania nakazów judaizmu, obowiązujących Żydów (Dz 15, 1-12). W myśl zasady postawionej przez Pana Jezusa: “Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada” (Mt 26, 31) – właśnie Piotr stał się głównym przedmiotem nienawiści i pierwszym obiektem prześladowań. Został nawet pojmany i miał być wydany przez króla Heroda Agryppę I Żydom na stracenie. Jednak anioł Pański wybawił go cudownie od niechybnej śmierci (Dz 12, 1-17).
    Niebawem po uwolnieniu Piotr udał się do Antiochii, gdzie założył swoją stolicę (Ga 2, 11-14). Stamtąd podążył do Małej Azji i Koryntu (2 P 1, 1), aby wreszcie osiąść na stałe w Rzymie. Tu także poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona ok. 64 roku, umierając na krzyżu, jak mu to zapowiedział Chrystus (J 21, 18-19). O pobycie Piotra w Rzymie i jego śmierci piszą między innymi: św. Klemens Rzymski (+ ok. 97), List do Koryntian, 5; św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 117), List do Rzymian 4, 3; św. Dionizy z Koryntu (+ 160); św. Ireneusz (+ 202); Euzebiusz – Historia Kościoła 2, 25, 8; św.Kajus Rzymski (+ 296) i wielu innych.

    Święty Piotr Apostoł
    Św. Piotr zostawił dwa listy, które należą do ksiąg Pisma świętego Nowego Testamentu. Dyktował je swojemu uczniowi Sylwanowi (1 P 5, 12). Wyróżniają się one niezwykłą plastyką i ekspresją. Jako zwierzchnik Kościoła Piotr ma odwagę przestrzec wiernych przed zbyt dowolnym tłumaczeniem pism Pawła Apostoła (2 P 3, 14-16). Pierwszy list Piotr pisał ok. 63 r., przed prześladowaniem wznieconym przez Nerona. Pisał go z Rzymu. Drugi list, pisany również z Rzymu, prawdopodobnie został zredagowany w więzieniu, gdyż Piotr pisze o swojej rychłej śmierci. Tak więc list powstał w 64 lub 67 roku (2 P 1, 14).
    O wielkiej popularności św. Piotra świadczą liczne apokryfy. Na pierwszym miejscu należy do nich Ewangelia Piotra, której fragment udało się przypadkowo odnaleźć w roku 1887 w Achmin w Górnym Egipcie. Mogła powstać już w latach 120-130 po Chrystusie. Kerygma Piotra – to rodzaj homilii. Powstała ona również ok. roku 130 i ma zabarwienie gnostyckie. Apokalipsa św. Piotra należała kiedyś do najbardziej znanych apokryfów. Pochodzi ona również z początków chrześcijaństwa, odnaleziona została w roku 1887 wraz z Ewangelią Piotra. Zawiera opis sądu i losu dusz po śmierci. Wreszcie apokryf już znacznie późniejszy, z V w., Dzieje Piotra i Pawła. Autor tak niepodzielnie łączy losy obu Apostołów, że oznacza datę ich śmierci nie tylko w jednym roku, ale nawet w jednym dniu. Nadto według autora obydwaj Apostołowie zostali pochowani w jednym miejscu. Wyznaczoną przez autora tego apokryfu datę śmierci przyjęło Martyrologium Rzymskie.

    Śmierć św. Piotra Apostoła
    Św. Piotr poniósł śmierć męczeńską według podania na wzgórzu watykańskim. Miał być ukrzyżowany według świadectwa Orygenesa głową w dół na własną prośbę, gdyż czuł się niegodnym umierać na krzyżu jak Chrystus. Cesarz Konstantyn Wielki wystawił ku czci św. Piotra nad jego grobem bazylikę. Obecna bazylika Św. Piotra w Rzymie pochodzi z wieku XVI-XVII, zbudowana została w latach 1506-1629. Teren wokół bazyliki należy do Państwa Watykańskiego, istniejącego w obecnym kształcie od roku 1929 jako pozostałość dawnego państwa papieży. Liczy ono 0,44 km2 powierzchni i zamieszkuje je ok. 1000 ludzi. Bazylika wystawiona na grobie św. Piotra jest symbolem całego Kościoła Chrystusa. Rocznie nawiedza ją kilkanaście milionów pielgrzymów i turystów z całego świata. W czasie prac archeologicznych przeprowadzonych w podziemiach bazyliki św. Piotra w latach 1940-1949 znaleziono pod konfesją (pod głównym ołtarzem bazyliki) grób św. Piotra.
    Oprócz tej najsłynniejszej świątyni, wystawionej ku czci św. Piotra Apostoła, w samym Rzymie istnieją ponadto: kościół św. Piotra na Górze Złotej (Montorio), czyli na Janikulum, zbudowany na miejscu, gdzie Apostoł miał ponieść śmierć męczeńską; kościół św. Piotra w Okowach, wystawiony na miejscu, gdzie św. Piotr miał być więziony; kościół świętych Piotra i Pawła; kościółek “Quo vadis” przy Via Appia, wystawiony na miejscu, gdzie Chrystus według podania miał zatrzymać Piotra, usiłującego opuścić Rzym.Św. Piotr, pierwszy papież, jest patronem m. in. diecezji w Rzymie, Berlinie, Lozannie; miast: Awinionu, Biecza, Duszników Zdroju, Frankfurtu nad Menem, Genewy, Hamburga, Nantes, Poznania, Rygi, Rzymu, Trzebnicy; a także blacharzy, budowniczych mostów, kowali, kamieniarzy, marynarzy, rybaków, zegarmistrzów. Wzywany jako orędownik podczas epilepsji, gorączki, febry, ukąszenia przez węże.
    W ikonografii św. Piotr ukazywany jest w stroju apostoła, jako biskup lub papież w pontyfikalnych szatach. Od IV w. (medalion z brązu – Watykan, mozaika w S. Clemente) ustalił się typ ikonograficzny św. Piotra – szerokie rysy twarzy, łysina lub lok nad czołem, krótka, gęsta broda. Od XII wieku przedstawiany jest jako siedzący na tronie. Atrybutami Księcia Apostołów są: anioł, kajdany, dwa klucze symbolizujące klucze Królestwa Bożego, kogut, odwrócony krzyż, księga, łódź, zwój, pastorał, ryba, sieci, skała – stanowiące aluzje do wydarzeń w jego życiu, tiara w rękach.

    Święty Paweł Apostoł
    Paweł pochodził z Tarsu w Cylicji – Mała Azja (Dz 21, 39; 22, 3). Urodził się jako obywatel rzymski, co dawało mu pewne wyróżnienie i przywileje. W naglących wypadkach umiał z tego korzystać (Dz 16, 35-40; 25, 11). Nie wiemy, jaką drogą Paweł to obywatelstwo otrzymał: być może, że całe miasto rodzinne cieszyło się tym przywilejem; możliwe, że rodzina Apostoła nabyła lub po prostu kupiła sobie ten przywilej, bowiem i tą drogą także można było otrzymać obywatelstwo rzymskie w owych czasach (Dz 22, 28).
    Szaweł urodził się w Tarsie ok. 8 roku po narodzeniu Chrystusa (niektórzy badacze podają czas między 5 a 10 rokiem). Jego rodzina chlubiła się, że pochodziła z rodu Beniamina, co także i Paweł podkreślał z dumą (Rz 11, 1). Dlatego otrzymał imię Szaweł (spolszczona wersja hebrajskiego Saul) od pierwszego i jedynego króla Izraela z tego rodu (panował w wieku XI przed Chrystusem). Rodzina Szawła należała do faryzeuszów – najgorliwszych patriotów i wykonawców prawa mojżeszowego (Dz 23, 6). Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Po ukończeniu miejscowych szkół – a trzeba przyznać, że Paweł zdradza duże oczytanie (por. Tt 1, 12) – w wieku ok. 20 lat udał się Apostoł do Palestyny, aby w Jerozolimie “u stóp Gamaliela” pogłębiać swoją wiedzę skrypturystyczną i rabinistyczną (Dz 22, 3). Nie znał Jezusa. Wiedział jednak o chrześcijanach i szczerze ich nienawidził, uważając ich za odstępców i odszczepieńców. Dlatego z całą satysfakcją asystował przy męczeńskiej śmierci św. Szczepana (Dz 7, 58). Nie mając jednak pełnych lat 30, nie mógł wykonywać wyroku śmierci na diakonie. Pilnował więc szat oprawców i zapewne pilnie ich zachęcał, aby dokonali egzekucji (Dz 7, 58-60).

    Nawrócenie pod Damaszkiem
    Kiedy tylko Szaweł doszedł do wymaganej pełnoletności, udał się do najwyższych kapłanów i Sanhedrynu, aby otrzymać listy polecające do Damaszku. Dowiedział się bowiem, że uciekła tam spora liczba chrześcijan, chroniąc się przed prześladowaniem, jakie wybuchło w Jerozolimie (Dz 9, 1-3). Gdy Szaweł był blisko murów Damaszku, spotkał go Chrystus, powalił na ziemię, oślepił i w jednej chwili objawił mu, że jest w błędzie; że nauka, którą on tak zaciekle zwalczał, jest prawdziwą; że chrześcijaństwo jest wypełnieniem obietnic Starego Przymierza; że Chrystus nie jest bynajmniej zwodzicielem, ale właśnie tak długo oczekiwanym i zapowiadanym Mesjaszem. Było to w ok. 35 roku po narodzeniu Chrystusa, a więc drugim po Jego śmierci.
    Po swoim nawróceniu Szaweł został ochrzczony przez Ananiasza, któremu Chrystus polecił to w widzeniu (Dz 9, 10-18). Po chrzcie Szaweł rozpoczął nową erę życia: głoszenia Chrystusa. Najpierw udał się na pustkowie, gdzie przebywał prawdopodobnie kilka miesięcy. Tam Chrystus bezpośrednio wtajemniczył go w swoją naukę (Ga 1, 11-12). Paweł przestudiował i przeanalizował na nowo Stare Przymierze. Następnie, po powrocie do Damaszku, przez 3 lata nawracał jego mieszkańców. Zawiedzeni Żydzi postanowili zemścić się na renegacie i czyhali na jego zgubę. Zażądali więc od króla Damaszku Aretasa, by wydał im Szawła. Szaweł jednak uciekł w koszu spuszczonym z okna pewnej kamienicy przylegającej do muru miasta. Udał się następnie do Jerozolimy i przedstawił się Apostołom. Powitano go ze zrozumiałą rezerwą. Tylko dzięki interwencji Barnaby, który wśród Apostołów zażywał wielkiej powagi, udało się przychylnie nastawić Apostołów do Pawła. Ponieważ jednak także w Jerozolimie przygotowywano na Apostoła zasadzki, musiał chronić się ucieczką do rodzinnego Tarsu.

    Święty Paweł Apostoł
    Stamtąd wyprowadził Pawła na szerokie pola Barnaba. Razem udali się do Antiochii, gdzie chrześcijaństwo zapuściło już korzenie. Tamtejszej gminie nadali niezwykły rozwój przez to, że kiedy wzgardzili nimi Żydzi, oni udali się do pogan. Ci z radością przyjmowali Ewangelię tym chętniej, że Paweł i Barnaba zwalniali ich od obrzezania i prawa żydowskiego, a żądali jedynie wiary w Chrystusa i odpowiednich obyczajów. Zostali jednak oskarżeni przed Apostołami, że wprowadzają nowatorstwo. Doszło do konfliktu, gdyż obie strony i tendencje miały licznych zwolenników. Zachodziła obawa, że Apostołowie w Jerozolimie przychylą się raczej do zdania konserwatystów. Sami przecież pochodzili z narodu żydowskiego i skrupulatnie zachowywali prawo mojżeszowe.
    Na soborze apostolskim jednakże (49-50 r.) miał miejsce przełom. Apostołowie, dzięki stanowczej interwencji św. Piotra, orzekli, że należy pozyskiwać dla Chrystusa także pogan, że na nawróconych z pogaństwa nie należy nakładać ciężarów prawa mojżeszowego (Dz 15, 6-12). Było to wielkie zwycięstwo Pawła i Barnaby. Od tej pory Paweł rozpoczyna swoje cztery wielkie podróże. Wśród niesłychanych przeszkód tak natury fizycznej, jak i moralnej, prześladowany i męczony, przemierza obszary Syrii, Małej Azji, Grecji, Macedonii, Italii i prawdopodobnie Hiszpanii, zakładając wszędzie gminy chrześcijańskie i wyznaczając w nich swoich zastępców. Oblicza się, że w swoich czterech podróżach, wówczas tak bardzo wyczerpujących i niebezpiecznych, Paweł pokonał ok. 10 tys. km dróg morskich i lądowych. Pierwsza wyprawa miała miejsce w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; druga – w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecia – w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Aresztowany został w Jerozolimie w 60 r. Kiedy namiestnik zamierzał wydać Pawła Żydom, ten odwołał się do cesarza. Przebywał jednak w więzieniu w Cezarei Palestyńskiej ponad dwa lata, głosząc i tam Chrystusa. W drodze do Rzymu statek wiozący więźniów rozbił się u wybrzeży Malty. Na wyspie Paweł spędził trzy zimowe miesiące, w czasie których nawrócił mieszkańców. W Rzymie także jakiś czas spędził jako więzień, aż dla braku dowodów winy (Żydzi z Jerozolimy się nie stawili) został wypuszczony na wolność. Ze swojego więzienia w Rzymie Paweł wysłał szereg listów do poszczególnych gmin i osób. Po wypuszczeniu na wolność zapewne udał się do Hiszpanii (Rz 15, 24-25), a stamtąd powrócił do Achai. Nie wiemy, gdzie został ponownie aresztowany. Jednak sam fakt, że go tak pilnie poszukiwano, wskazuje, jak wielką powagą się cieszył.

    Święty Paweł Apostoł
    Ok. 67 (lub 66) roku Paweł poniósł śmierć męczeńską. Według bardzo starożytnego podania św. Paweł miał ponieść śmierć od miecza (jako obywatel rzymski). Nie jest znany dzień jego śmierci, za to dobrze zachowano w pamięci miejsce jego męczeństwa: Aquae Silviae za Bramą Ostyjską w Rzymie. Ciało Męczennika złożono najpierw w posiadłości św. Lucyny przy drodze Ostyjskiej. W roku 284 za czasów prześladowania, wznieconego przez cesarza Waleriana, przeniesiono relikwie Apostoła do katakumb, zwanych dzisiaj katakumbami św. Sebastiana przy drodze Apijskiej. Być może na krótki czas spoczęły tu także relikwie św. Piotra. Po edykcie cesarza Konstantyna Wielkiego (313) ciało św. Piotra przeniesiono do Watykanu, a ciało św. Pawła na miejsce jego męczeństwa, gdzie cesarz wystawił ku jego czci bazylikę pod wezwaniem św. Pawła.
    Z pism apokryficznych o św. Pawle można wymienić: Nauczanie Pawła o zabarwieniu gnostyckim. Dzieje Pawła w przekładzie koptyjskim odnalazł i opublikował C. Schmidt w roku 1905. Autor opisuje w nim wydarzenie znane z Dziejów Apostolskich, dołącza na pół fantastyczne dzieje św. Tekli oraz apokryficzną korespondencję św. Pawła z Koryntianami, wreszcie opis męczeństwa Apostoła. Według Tertuliana dzieje te napisał pewien kapłan z Małej Azji około roku 160-170. Autor za podszywanie się pod imię Apostoła został kanonicznie ukarany. Apokalipsa św. Pawła to opis podróży Pawła pod przewodnictwem anioła w zaświaty. Opisuje spotkanie w niebie z osobami, znanymi z Pisma świętego Starego i Nowego Przymierza, oraz w piekle – z osobami przewrotnymi. Dzieło to odnalazł Konstantyn Tischendorf w roku 1843 na Górze Synaj w tamtejszym klasztorze prawosławnym. Wreszcie dużą wrzawę wywołał kiedyś spór o Korespondencję św. Pawła z Seneką. Nawet św. Hieronim i św. Augustyn błędnie opowiedzieli się za autentycznością tego dzieła.

    Święty Paweł Apostoł
    Paweł jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.W czasie pontyfikatu papieża Benedykta XVI Kościół obchodził Rok św. Pawła w związku z jubileuszem 2000 lat od narodzin Apostoła Narodów (2008-2009).
    W ikonografii przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    28 czerwca

    Święty Ireneusz,
    biskup i męczennik, doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Paweł I, papież
    Święty Ireneusz z Lyonu
    Ireneusz urodził się w Smyrnie (dzisiejszy Izmir w Turcji) około 130 r. (chociaż podawane są też daty między 115 a 125 rokiem albo między rokiem 130 a 142). Był uczniem tamtejszego biskupa, św. Polikarpa – ucznia św. Jana Apostoła. W swoim dziele Przeciw herezjom Ireneusz pisze, że gdy był uczniem św. Polikarpa, ten był już starcem. Apostołował w Galii (teren dzisiejszej Francji). Stamtąd w 177 r. został wysłany przez chrześcijan do papieża Eleuteriusza z misją. Kiedy Ireneusz był w drodze do Rzymu, w mieście nastało krwawe prześladowanie, którego ofiarą padli św. Potyn, biskup Lyonu, i jego 47 towarzyszy. Kiedy Ireneusz powrócił do Lyonu (łac. Lugdunum), został powołany na biskupa tegoż miasta po św. Potynie. Jako wybitny teolog zwalczał w swoich pismach gnostyków, wykazując, że tylko Kościół przechował wiernie tradycję otrzymaną od Apostołów.
    Nie wiemy nic o działalności duszpasterskiej Ireneusza. Pozostawił jednak dzieło, które stanowi prawdziwy jego pomnik i wydaje najwymowniejsze świadectwo o wiedzy teologicznej autora, jak też o żarliwości apostolskiej o czystość wiary. Ireneusz używał greki. W swoim dziele Przeciw herezjom (które zachowało się w jednej z łacińskich kopii) przedstawił wszystkie błędy, jakie nękały pierwotne chrześcijaństwo. Jest to więc niezmiernie ważny dokument. Zbija on błędy i daje wykład autentycznej wiary. Zawiera nie tylko indeks herezji, ale także sumę tradycji apostolskiej i pierwszych Ojców Kościoła. Drugie dzieło, Dowód prawdziwości nauki apostolskiej, zachowało się w przekładzie na język ormiański. Ireneuszowi zawdzięczamy pojęcie Tradycji i sukcesji apostolskiej, a także spis papieży od św. Piotra do Eleuteriusza. Euzebiusz z Cezarei (pisarz i historyk Kościoła żyjący na przełomie III i IV w.) nie podaje, jaką śmiercią pożegnał życie doczesne w 202 r. Ireneusz, ale wyraźnie o jego męczeńskiej śmierci w czasach prześladowań Septymiusza Sewera piszą św. Hieronim (w. V) i św. Grzegorz z Tours (w. VI). Pochowany został w Lyonie, w kościele św. Jana, który później otrzymał jego imię. Relikwie zostały zniszczone przez hugenotów w 1562 r.

    Święty Ireneusz z Lyonu
    Kościół w Lyonie oddaje cześć św. Ireneuszowi jako doktorowi Kościoła i swemu głównemu patronowi. Dopiero jednak papież Benedykt XV w roku 1922 doroczną pamiątkę św. Ireneusza rozszerzył na cały Kościół.W 2022 r. papież Franciszek potwierdził tytuł doktora Kościoła dla św. Ireneusza w całym Kościele powszechnym.
    W ikonografii jest przedstawiany w stroju biskupa rytu rzymskiego z mitrą i pastorałem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Nieustającej Pomocy

    Zobacz także:
      •  Święty Cyryl Aleksandryjski, biskup, patriarcha i doktor Kościoła
      •  Święta Emma z Gurk, wdowa
    Ikona NMP Nieustającej Pomocy
    Tytuł Matki Bożej Nieustającej Pomocy jest na trwałe związany z dostojnym wizerunkiem Maryi, czczonym w Rzymie. Obraz namalowany na desce o wymiarach 54×41,5 cm, pochodzenia bizantyńskiego, przypomina niektóre stare ikony ruskie nazywane Strastnaja. Jego autorstwo jest przypisywane jednemu z najbardziej znanych malarzy prawosławnych wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro.
    Kiedy i w jakich okolicznościach obraz powstał, a potem dotarł do Rzymu – nie wiemy. Według niektórych źródeł został namalowany na Krecie w IX w.; inne dane mówią o wieku XII i pochodzeniu z Bizancjum lub z klasztoru na świętej Górze Athos. Według legendy, do Europy obraz został przywieziony przez bogatego kupca. Kiedy podczas podróży statkiem na morzu rozszalał się sztorm, kupiec ten pokazał obraz przerażonym współtowarzyszom. Ich wspólna modlitwa do Matki Bożej ocaliła statek. Po szczęśliwym przybyciu do Wiecznego Miasta ikona została umieszczona w kościele św. Mateusza, obsługiwanym przez augustianów. Z dokumentu z roku 1503 wynika, że w ostatnich latach XV w. wizerunek był już w Wiecznym Mieście czczony i uważany za łaskami słynący. Zwano go Madonna miracolosissima. Gdy w roku 1812 wojska francuskie zniszczyły kościół, mnisi wywędrowali do Irlandii. Po powrocie objęli kościół św. Euzebiusza. Kult cudownego obrazu uległ wówczas pewnemu zaniedbaniu, na co wielu się skarżyło.
    W grudniu 1866 r. Pius IX powierzył obraz redemptorystom, którzy umieścili go w głównym ołtarzu kościoła św. Alfonsa przy via Merulana. Od tego czasu datuje się niebywały rozkwit kultu Matki Bożej Nieustającej Pomocy, propagowanego przez duchowych synów św. Alfonsa Marii Liguoriego. 23 czerwca 1867 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu. W roku 1876 powstało arcybractwo Maryi Nieustającej Pomocy i św. Alfonsa. Równocześnie mnożyły się kopie, które redemptoryści umieszczali w swoich kościołach w wielu krajach, w tym także na ziemiach polskich. Dla propagowania kultu ponad 100 autorów wydało rozmaite opracowania, powstały różnojęzyczne periodyki, poświęcone temu samemu celowi. Ogromne powodzenie miały także małe obrazki z odpowiednimi wezwaniami. Rozchodziły się one w wielomilionowych nakładach. W 1876 r. ustanowiono święto Maryi Nieustającej Pomocy na dzień 26 kwietnia, z czasem przeniesione na 27 czerwca.
    Sam obraz przedstawia cztery postacie: Maryję z Dzieciątkiem oraz świętych Archaniołów Michała (po lewej stronie obrazu) i Gabriela (po stronie prawej). Maryja jest przedstawiona w czerwonej tunice, granatowym płaszczu (zielonym po spodniej stronie) i w niebieskim nakryciu głowy, które przykrywa czoło i włosy. Na środkowej części welonu znajduje się złota gwiazda z ośmioma prostymi promieniami. Głowę Maryi otacza, charakterystyczny dla szkoły kreteńskiej, kolisty nimb. Oblicze Maryi jest lekko pochylone w stronę Dzieciątka Jezus trzymanego na lewej ręce. Prawą, dużą dłonią, o nieco dłuższych palcach, charakterystycznych dla obrazów typu Hodegetria (“wskazująca drogę”), Maryja obejmuje ręce Jezusa. Jej spojrzenie charakteryzuje czuły smutek, ale nie patrzy na swojego Syna, lecz wydaje się przemawiać do patrzącego na obraz. Miodowego koloru oczy i mocno podkreślone brwi dodają obliczu piękna i wyniosłości.
    Dzieciątko Jezus przedstawione jest w całości. Spoczywając na lewym ramieniu Matki, rączkami ujmuje mocno Jej prawą dłoń. Przyodziane jest w zieloną tunikę z czerwonym pasem i okryte czerwonym płaszczem. Opadający z nóżki prawy sandał pozwala dostrzec spód stopy, co może symbolizować prawdę, że będąc Bogiem, Jezus jest także prawdziwym człowiekiem. Ma kasztanowe włosy, a rysy Jego twarzy są bardzo dziecięce. Stopy i szyja Dzieciątka wyrażają jakby odruch nagłego lęku przed czymś, co ma niechybnie nadejść. Tym natomiast, co wydaje się przerażać małego Jezusa, jest wizja męki i cierpienia, wyrażona poprzez krzyż i gwoździe niesione przez Archanioła Gabriela. Po drugiej stronie obrazu Archanioł Michał ukazuje inne narzędzia męki krzyżowej: włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem.
    Maryja, pomimo że jest największą postacią obrazu, nie stanowi jego centralnego punktu. W geometrycznym środku ikony znajdują się połączone ręce Matki i Dziecięcia, przedstawione w taki sposób, że Maryja wskazuje na swojego Syna, Zbawiciela.Maryja jest Matką Kościoła, ludu Bożego, który Jej Syn nabył swoją najdroższą Krwią. Jest Matką każdego z nas. Niewątpliwie jest jeden nasz Pośrednik, według słów Apostoła: “Bo jeden jest Bóg; jeden też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał samego siebie na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 5-6). Nie przeszkadza to jednak bynajmniej, byśmy mogli mówić o macierzyńskiej roli Maryi w stosunku do wszystkich. Nie przyćmiewa ona żadną miarą i nie pomniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc: “Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego, i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją. Nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia je” (KK, nr 60).
    “Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wyraziła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo zjednuje nam dary wiecznego zbawienia. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny. Dlatego to do Błogosławionej Dziewicy stosuje się w Kościele tytuły: Orędowniczki, Wspomożycielki, Pomocnicy, Pośredniczki. Rozumie się jednak te tytuły w taki sposób, że niczego nie ujmują one ani nie przydają godności i skuteczności działania Chrystusa jedynego Pośrednika… Kościół nie waha się jawnie wyznawać taką podporządkowaną rolę Maryi; ciągle jej doświadcza i zaleca ją sercu wiernych, aby oni wsparci tą macierzyńską opieką, jeszcze silniej przylgnęli do Pośrednika i Zbawiciela” (KK, nr 62).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    26 czerwca

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan i Paweł
      •  Święty Zygmunt Gorazdowski, prezbiter
      •  Błogosławiony Andrzej Jacek Longhin, biskup
      •  Błogosławiony Jakub z Ghaziru, prezbiter
    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer
    Josemaría Escrivá urodził się w Barbastro (w Hiszpanii) 9 stycznia 1902 roku. Rodzice – pobożni i przykładni katolicy – ochrzcili go cztery dni po narodzinach. Był drugim z sześciorga rodzeństwa, radosnym, żywym i szczerym dzieckiem oraz dobrym, bystrym i inteligentnym uczniem. Bóg bardzo szybko zaczął hartować duszę Josemaríi w kuźni bólu: w latach 1910-1913 umierają trzy jego młodsze siostry, w 1914 r. rodzina zostaje zrujnowana ekonomicznie.
    Zimą, na przełomie 1917-1918 roku, zdarzyło się coś, co wpłynęło decydująco na przyszłe losy Josemaríi Escrivy: w czasie Bożego Narodzenia w miasteczku spadł śnieg. Niedługo potem Josemaría spostrzegł na nim ślady bosych stóp. Dostrzegłszy wielkie poświęcenie karmelity bosego, do którego należały te ślady, Josemaría postanowił zostać kapłanem, aby stać się bardziej dyspozycyjnym dla Boga. 27 listopada 1924 roku nagle umarł jego ojciec. 28 marca 1925 r. Josemaría został wyświęcony na kapłana. W kwietniu 1927 r. przeniósł się do Madrytu, aby tam doktoryzować się w prawie cywilnym. Tutaj, 2 października 1928 roku, podczas rekolekcji przeżywa wizję dzieła, do którego Bóg go powołuje. Ten dzień przyjmuje się za datę założenia Opus Dei (Dzieła Bożego), w którym świeccy mężczyźni i kobiety uczą się dążyć do świętości na drodze zwykłej codzienności i zajęć. Od tej chwili zaczyna pracować nad tym dziełem, a jednocześnie kontynuuje posługę kapłańską, zwłaszcza wśród ubogich i chorych. Ponadto studiuje w Madrycie i udziela lekcji, by utrzymać matkę i rodzeństwo.

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    W 1946 roku na stałe przenosi się do Rzymu, gdzie broni doktoratu z teologii. Tam też zostaje mianowany konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Ojca Świętego. Z Rzymu wyjeżdża do różnych krajów Europy, a w 1970 roku do Meksyku, by tam umacniać Opus Dei. Umiera w Rzymie na zawał serca 26 czerwca 1975 r.
    Napisany przez niego zbiór medytacji zatytułowany Droga zalicza się do klasyki duchowości. W chwili jego śmierci Opus Dei jest już obecne na pięciu kontynentach, liczy ponad 60 tysięcy wiernych z osiemdziesięciu narodowości. Obecnie liczy ponad 80 tys. członków: duchownych i świeckich na całym świecie. Ma wielkie zasługi dla ożywienia Kościoła i jego obecności w różnych środowiskach zawodowych na wszystkich kontynentach. Członkami Opus Dei są m.in. prymas Peru, kard. Juan Luis Cipriani Thorne z Limy i były rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls.Po śmierci Josemaríi Escrivy tysiące wiernych zwróciło się do papieża z prośbą o otwarcie procesu kanonizacyjnego. 17 maja 1992 r. w Rzymie, w obecności 300 tysięcy wiernych przybyłych z całego świata, św. Jan Paweł II wyniósł Josemaríę Escrivę na ołtarze. 21 września 2001 r. Zgromadzenie Zwyczajne Kardynałów i Biskupów, członków Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, jednogłośnie stwierdziło cudowny charakter uzdrowienia przypisywanego bł. Josemaríi. Dekret uznający cud odczytany został w obecności papieża 20 grudnia 2001 r. Kanonizacja odbyła się 6 października 2002 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    25 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska
    z Gostynia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Dorota z Mątowów, wdowa
      •  Błogosławiona Maria Lhuilier, dziewica i męczennica
      •  Święty Wilhelm z Vercelli, opat
    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska z Gostynia
    Cudowny obraz Matki Bożej Świętogórskiej, Róży Duchownej, znajdujący się w sanktuarium w Gostyniu, jest dziełem nieznanego wielkopolskiego artysty. Namalowany został prawdopodobnie na cyprysowej desce (145×107 cm), pochodzi z 1540 r. i posiada dużą wartość artystyczną. Przedstawia Matkę Bożą piastującą Dzieciątko Jezus na lewym ramieniu. W prawej ręce Maryja trzyma kwiat białej róży. Matkę i Dzieciątko artysta umieścił jakby na balkonie, z którego roztacza się widok na dawniejszy kościółek na Świętej Górze i na miasteczko Gostyń z połowy XVI wieku. Suknia Matki Bożej i płaszcz są bogato pofałdowane i obszyte ozdobnymi złocistymi bortami. Około bioder widoczna jest ciemnozielona przepaska z napisem: “Witaj Boża Rodzicielko”. Twarz i szyję Maryi okala delikatna, biała materia, wychylająca się spod fałdy płaszcza. W obrazie zwraca uwagę korona na głowie Madonny i druga, uniesiona przez aniołów. Wyraz twarzy i oczu Maryi jest pełen troski i miłosiernego pytania. Dziecię Jezus, poważne i pełne majestatu, trzyma w lewej ręce księgę – symbol nauczycielskiego posłannictwa, drugą rękę opiera na kuli z krzyżem – symbolu władzy i panowania nad światem.
    Łaskami słynący obraz znajduje się obecnie w pięknej bazylice, zbudowanej według planów włoskiego architekta Baltazara Longhena, twórcy weneckiej świątyni Santa Maria della Salute w XVIII wieku. Duchem i racją bytu tej pięknej świątyni jest kult Najświętszej Maryi Panny, który istniał od niepamiętnych czasów. Prawdopodobnie dawniej była czczona tu gotycka, polichromowana pieta, znajdująca się do dziś w jednym z bocznych ołtarzy.
    W czasie potopu szwedzkiego obraz MB Świętogórskiej wywieziono na Śląsk. W okresie Kulturkampfu w roku 1876, z rozkazu władz pruskich, wypędzono z Gostynia księży filipinów, a kościół zamknięto. Po 12 latach kościół otwarto, zabroniono jednak przybywać pielgrzymkom. Zakaz trwał do odzyskania niepodległości, czyli do 1918 roku. W rok później powrócili filipini, a kult Matki Bożej tak się rozwijał, że 24 czerwca 1928 r. kardynał August Hlond dokonał uroczystej koronacji obrazu Matki Bożej.
    Dzisiaj Święta Góra jest istotnym ośrodkiem życia religijnego Wielkopolski. Odbywają się tu przez cały rok zamknięte rekolekcje stanowe, niedzielne dni skupienia, spotkania różnych grup pracujących aktywnie w Kościele. Święta Góra jest ośrodkiem walki o trzeźwość narodu. Księża filipini z wielką troską i odpowiedzialnością przyjmują też grupy pielgrzymkowe, zarówno wielotysięczne w dniach odpustowych , jak i małe, przybywające przez cały rok.
    Matka Boża, niezależnie od miejsca, w którym gromadzi swoje dzieci, jest zawsze ta sama. Niewątpliwie pragnie przedstawiać swojemu Synowi nasze prośby i dlatego możemy je zanosić w różnych sprawach i potrzebach. Ale nigdy nie wolno zapominać o tym, że jako nasza troskliwa Matka chce nam przede wszystkim wskazywać drogę do Syna. Ona, Stolica Mądrości, Matka Dobrej Rady, zawsze podpowiada nam to, co służy naszemu zbawieniu; mówi przeto ustawicznie: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam (Syn) powie” (J 2, 5). Co więcej, przykładem swego życia uczy nas praktycznie, jak w życiu codziennym mamy pełnić wolę Bożą. W całym swoim życiu występuje w roli pokornej służebnicy Pańskiej: “Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    24 czerwca

    Święty Jan Chrzciciel

    Święty Jan Chrzciciel
    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 niejaki Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36).
    Św. Łukasz przekazuje nam w Ewangelii następującą informację: “Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1, 80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumran swoją wspólnotę. Kiedy miał już lat 30, wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Podjął to dzieło nad Jordanem, nad brodem w pobliżu Jerycha. Czasem przenosił się do innych miejsc, np. Betanii (J 1, 28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3, 23). Swoje nauczenie rozpoczął w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3, 1), czyli w 30 r. naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.

    Święty Jan Chrzciciel
    Jako herold Mesjasza Jan podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy przynależność do potomstwa Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał chrztu pokuty (Łk 3, 7-14; Mt 3, 7-10; Mk 1, 8). Garnęła się do niego “Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3, 5; Mk 1, 5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że “Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów” (Mt 3, 11). Na prośbę Chrystusa, który przybył nad Jordan, Jan udzielił Mu chrztu. Potem niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: “Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29. 36). Na skutek tego wyznania, przy Chrystusie Panu zjawili się dwaj pierwsi uczniowie – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1, 37-40).
    Na działalność Jana szybko zwrócili uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1, 19; Mt 3, 7). Osobą Jana zainteresował się także władca Galilei, Herod II Antypas (+ 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Można się domyślać, że Herod wezwał Jana do swojego zamku, Macherontu. Gorzko jednak pożałował swojej ciekawości. Jan bowiem skorzystał z tej okazji, aby rzucić mu prosto w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Rozgniewany król, z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał Jana aresztować. W dniu swoich urodzin wydał ucztę, w czasie której, pijany, pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, czegokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14, 1-12). Jan miał wtedy trzydzieści kilka lat.

    Święty Jan Chrzciciel

    Jezus wystawił Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: “Coście wyszli oglądać na pustyni? (…) Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 7-11; Łk 7, 24-27).Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.
    W Janie Chrzcicielu uderza jego świętość, życie pełne ascezy i pokuty, siła charakteru, bezkompromisowość. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele. Jemu dedykowana jest bazylika rzymska św. Jana na Lateranie, będąca katedrą papieża. Jan Chrzciciel jest patronem Austrii, Francji, Holandii, Malty, Niemiec, Prowansji, Węgier; Akwitanii, Aragonii; archidiecezji warszawskiej i wrocławskiej; Amiens, Awinionu, Bonn, Florencji, Frankfurtu nad Menem, Kolonii, Lipska, Lyonu, Neapolu, Norymbergi, Nysy, Wiednia, Wrocławia; jest patronem wielu zakonów, m. in. joannitów (Kawalerów Maltańskich), mnichów, dziewic, pasterzy i stad, kowali, krawców, kuśnierzy, rymarzy; abstynentów, niezamężnych matek, skazanych na śmierć. Jest orędownikiem podczas gradobicia i w epilepsji.

    Święty Jan Chrzciciel

    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako dziecko, młodzieniec lub mąż ascetyczny, ubrany w skórę zwierzęcą albo płaszcz z sierści wielbłąda. Jego atrybutami są: Baranek Boży, baranek na ramieniu, na księdze lub u stóp, baranek z kielichem, chłopiec bawiący się z barankiem, głowa na misie, krzyż. W tradycji wschodniej, zwłaszcza w ikonach, ukazywany jest jako zwiastun ze skrzydłami.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 czerwca

    Święty Józef Cafasso, prezbiter

    Święty Józef Cafasso\
    Józef Cafasso urodził się w Castelnuovo d’Asti w Piemoncie 15 stycznia 1811 r. Wychowany w duchu żywej wiary, po ukończeniu szkoły średniej w Chieri udał się do miejscowego niższego seminarium, a potem na studia teologiczne do Turynu. 22 września 1833 r. został wyświęcony na kapłana, mając wówczas zaledwie 22 lata. Nie piastował żadnych urzędów, był zawsze kapłanem cichym, a jednak miał wpływ na cały kler piemoncki. Zdrowie miał wątłe (cierpiał na chorobę kręgosłupa), ale w jego czarnych oczach bił żar apostolski.
    Józef wstąpił po święceniach do Instytutu Teologii Moralnej, niedawno powstałego w Turynie. Młodzi kapłani prowadzili w nim wspólne życie razem z profesorami. Równocześnie założyciel Instytutu, ks. Alojzy Guala, zaprawiał młodych kapłanów do działalności duszpasterskiej. Uczyli oni opuszczoną młodzież prawd wiary, chodzili do więzień dla nieletnich i dla dorosłych, nawiedzali szpitale, a także towarzyszyli skazanym na śmierć w ostatnich chwilach ich życia. Po śmierci założyciela Instytutu, Józef objął stanowisko rektora. W swojej pracy spotkał ludzi, w przyszłości wyniesionych na ołtarze. Był przewodnikiem duchowym św. ks. Jana Bosko i wspierał w powołaniu swojego siostrzeńca, bł. Józefa Allamano, założyciela Misjonarzy Consolata. W gorących czasach (rewolucja Garibaldiego, koronacja Wiktora Emanuela) Józef Cafasso nie dał się ponieść wirowi politycznemu. Zachęcał kapłanów, aby pilnowali swojego posłannictwa, a nie angażowali się w ruch rewolucyjny.
    Z własnej woli nawiedzał więzienia, które w tamtych czasach były miejscami strasznymi. Opowiadał więźniom o Bożej miłości i miłosierdziu. Przez ponad 20 lat towarzyszył skazańcom w drodze na szafot (egzekucje wykonywano publicznie), nazywając ich czule “szubienicznymi świętymi”, ponieważ byli wieszani bezpośrednio po spowiedzi. Mieszkańcy Turynu nadali mu przydomek kapelana szafotu.
    Po krótkiej chorobie Józef pożegnał ziemię 23 czerwca 1860 r. w wieku zaledwie 49 lat. Najlepiej scharakteryzował go Jan Bosko w jednym z przemówień po jego śmierci: “Był modelem życia kapłańskiego, nauczycielem kapłanów, ojcem ubogich, pocieszycielem chorych, doradcą wątpiącym, pociechą konającym, dźwignią dla więźniów, zbawieniem dla skazanych, przyjacielem wszystkich, wielkim dobroczyńcą ludzkości”. Pius XI z okazji beatyfikacji w 1925 r. nazwał Józefa Cafasso “perłą kleru Italii”. Pius XII dokonał jego uroczystej kanonizacji w 1947 roku. W roku 1948 tenże papież ogłosił św. Józefa Cafasso patronem więzień i więźniów oraz współpatronem Zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Bolesnej Pocieszenia (Consolata).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 czerwca

    Święci męczennicy
    Jan Fisher, biskup, i Tomasz More

    Zobacz także:
      •  Święty Paulin z Noli, biskup
      •  Błogosławiony Innocenty V, papież
    Święci Jan Fisher i Tomasz More
    Tomasz More (Morus) urodził się w Londynie 7 lutego 1478 r. jako syn poważanego mieszczanina. Kiedy miał lat 12, umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Później zapisał się na studia na uniwersytecie w Oksfordzie. Jednak ojciec wolał mieć syna prawnika. To bowiem otwierało przed nim drogę do kariery urzędniczej. Dlatego szesnastoletni Tomasz został umieszczony w Inns of Law w Londynie. Kiedy w 1499 roku Erazm z Rotterdamu nawiedził po raz pierwszy Anglię, zaprzyjaźnił się serdecznie z młodszym od siebie o 11 lat Tomaszem. Po ukończeniu studiów Tomasz został biegłym i wziętym adwokatem.
    Wkrótce wybrano go posłem do parlamentu. Tutaj zaraz na początku naraził się królowi Henrykowi VIII tym, że przeforsował w parlamencie sprzeciw wobec wniosku króla postulującego nałożenie osobnego podatku na poddanych. Dla poznania świata wyjechał do Francji, gdzie zwiedził uniwersytety: w Paryżu i w Lowanium. Kiedy powrócił do Anglii, zrzekł się wszelkich stanowisk i wstąpił do kartuzów. Po czterech latach pobytu w klasztorze przekonał się, że to jednak nie jest jego droga. Ożenił się z siedemnastoletnią Jane Colt i zamieszkał z nią w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Sielanka trwała krótko. Ukochana żona zmarła niebawem, zostawiając Tomaszowi czworo drobnych dzieci. Był zmuszony ożenić się po raz drugi. Alicja Middleton była od niego o siedem lat starsza. Nie miał z nią potomstwa, ale wspólnie wychowywali dzieci Tomasza z pierwszego związku.
    W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Jako specjalista został wysłany do Flandrii dla zawarcia traktatu pokojowego. W 1521 roku pełen sławy ze swojej pracy i dzieł został przez króla podniesiony do godności szlacheckiej. Król upodobał sobie w zręcznym urzędniku. W 1521 roku nobilitował Tomasza (nadal mu tytuł szlachecki), a także pasował go na rycerza. Następnie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Szybko zaczęły sypać się na Tomasza kolejne wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w Anglii (po królu) – kanclerza państwa (1529-1532)

    .Święty Tomasz More

    Tomasz stanowić może doskonały wzór do naśladowania dla świata urzędniczego. Był w pracy swojej zdecydowanie sumienny. Powiedziano o nim, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby na nią zasługiwał. Kiedy otrzymał nominację na sędziego, zastał całe sterty zakurzonych teczek z aktami, które od lat czekały na rozpatrzenie. Rychło je załatwił, aby sprawy szły odtąd na bieżąco. Wszystkich traktował życzliwie. Przekupstwo czy kumoterstwo nie miały do niego przystępu. Nosił włosiennicę. Na modlitwę poświęcał dziennie po kilka godzin. Przy stole czytał Pismo święte i książki ascetyczne. Unikał pokut dawnych ascetów, wiedząc, że siły są mu potrzebne do wykonywania codziennych obowiązków. Rekompensował to cierpliwym znoszeniem kłopotów, rzetelnym wypełnianiem swoich zadań, zachowaniem przykazań Bożych i kościelnych. Nawet jako kanclerz państwa chętnie usługiwał do Mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym.
    Kiedy Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału ani w ślubie, ani też w koronacji kochanki króla, Anny Boleyn. Wreszcie nie podpisał aktu supremacji, ani też nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu. 1 lipca 1535 roku nad aresztowanym odbył się sąd. Kiedy sędziowie zapytali Tomasza, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, ten odparł żartobliwie: “Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”. Tego dnia sąd najwyższy skazał Tomasza na śmierć. Egzekucję wykonano publicznie na jednym z pagórków, otaczających Londyn. Zanim Tomasz położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: “Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”. Kiedy zaś kat zawiązywał mu oczy, prosił go, by swój obowiązek odważnie wypełnił.
    Egzekucja odbyła się 6 lipca 1535 roku. Podobnie jak św. Jana Fishera, tak i głowę św. Tomasza More’a wystawiono na widok publiczny, wbitą na pal na moście Tamizy. Sterczała tam miesiąc, aż ją potem wrzucono do morza. Jednak jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło – straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu. Wieść o ohydnym mordzie, dokonanym na Tomaszu, obiegła lotem błyskawicy cały cywilizowany świat, wywołując powszechne oburzenie. Aby jednak nie drażnić Kościoła anglikańskiego, proces kanoniczny św. Tomasza odbył się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go bowiem dopiero papież Leon XIII w roku 1886. Uroczystej kanonizacji dokonał papież Pius XI w 1935 roku. 31 października 2000 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków.
    Tomasz pozostawił po sobie szereg pism. Wśród nich największą sławę zdobyła mu Utopia, w której usiłował nakreślić projekt idealnego państwa i systemu społecznego. Cenny jest jego Dialog o pociesze w ciężkiej próbie. Zostawił także poematy łacińskie i piękne listy, pozwalające wejść w głąb jego duszy i rzucające też światło na wypadki publiczne. Jest patronem prawników. O historii konfliktu z królem opowiada znany film “Oto jest głowa zdrajcy”, a także telewizyjny serial “Dynastia Tudorów”.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju lorda. Jego atrybuty to czaszka, krzyż, łańcuch.

    Święty Jan Fisher

    Jan Fisher urodził się w 1469 r. w Beverley, w hrabstwie York. Po ukończeniu studiów teologiczno-filozoficznych w Cambridge przyjął święcenia kapłańskie. W Oksfordzie skończył studia prawnicze; tu poznał Małgorzatę Beaufort, matkę króla Henryka VII, i został jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. W 1503 r. objął ufundowaną przez nią katedrę teologii na uniwersytecie Cambridge i od 1504 r. do końca życia był kanclerzem tej uczelni.
    Jako biskup Rochester odznaczał się duchem pokuty oraz gorliwością w obronie wiary katolickiej. Prowadził życie w ubóstwie. Był uczniem Erazma z Rotterdamu. Napisał dzieła przeciwko ówczesnym błędom teologicznym, rozpowszechnianym przez Lutra i jego zwolenników. Stosunki Jana Fishera z królem Henrykiem VIII były początkowo dobre. Ich gwałtowne pogorszenie nastąpiło w 1529 r., kiedy biskup wystąpił w obronie ważności małżeństwa króla z Katarzyną Aragońską.
    Został uwięziony przez króla w 1534 r., gdy odmówił uznania zwierzchnictwa Henryka VIII nad Kościołem w Anglii. Aktywnie przeciwstawiał się małżeństwu króla z Anną Boleyn. Nie złożył wymaganej przez króla przysięgi wierności. W więzieniu został mianowany kardynałem przez papieża Pawła III. Ścięty został z rozkazu królewskiego i w obecności samego króla w dniu 22 czerwca 1535 r. Beatyfikował go w 1886 r. Leon XIII, a kanonizował Pius XI w 1935 r., w 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. Jest patronem prawników.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    21 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Opolska

    Zobacz także:
      •  Święty Alojzy Gonzaga, zakonnik
      •  Najświętsza Maryja Panna z Góry Iglicznej, Przyczyna naszej radości
      •  Święty Rajmund z Barbastro, biskup
    Wizerunek Matki Bożej Opolskiej
    Cudowny wizerunek Matki Bożej Opolskiej znajduje się w ołtarzu katedry p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Opolu. Namalowany został na desce lipowej (129×92 cm) przez nieznanego artystę z kręgu czeskich warsztatów malarskich. Badania historyczne pozwalają określić czas powstania obrazu na koniec wieku XV. Wizerunek przedstawia Madonnę ujętą w półpostaci, z Jezusem na lewym ramieniu. W prawej dłoni Matka Boża trzyma jabłko. Głowę ma lekko schyloną w stronę Syna, który twarzyczką zwraca się ku Matce, a prawą rączkę unosi w geście błogosławieństwa, w lewej zaś ręce trzyma księgę Pisma świętego. Tło obrazu stanowi amarantowe sukno. W XVIII-wiecznej kronice ojców jezuitów, dawnych stróżów sanktuarium, czytamy o obrazie, że “zda się, jakoby ta Matka przedziwna oczyma swymi na każdego patrzy, a choćby i tysiące było przytomnych, każdy z nich sądzi, że Matka Jezusa na niego samego swym macierzyńskim okiem spogląda”.
    Historia opolskiego wizerunku Matki Bożej jest niezwykle bogata. Obraz pochodzi z Piekar, gdzie już w średniowieczu słynął łaskami. W okresie reformacji kościół przeszedł w ręce protestantów i dopiero w 1659 roku został zwrócony katolikom. Ówczesny proboszcz (ks. Jakub Roczkowski) przeniósł obraz do głównego ołtarza. Od tego czasu wzrasta kult tego obrazu. Stąd, gdy w roku 1680 szalała w Pradze zaraza dziesiątkująca ludność, cesarz Leopold I postarał się o sprowadzenie do tego miasta obrazu Matki Bożej Piekarskiej. Obnoszono go w uroczystej procesji po ulicach. Po dwóch tygodniach zaraza zaczęła wygasać, a obraz obdarowany licznymi wotami wrócił triumfalnie do Piekar.
    W roku 1683 ojcowie jezuici przewieźli cudowny obraz do Opola, ponieważ obawiali się zbliżającej się nawały tureckiej. W Piekarach pozostała kopia obrazu, przed którą modlił się Jan III Sobieski, śpiesząc pod Wiedeń z odsieczą. Gdy minęło wspomniane niebezpieczeństwo, obraz wrócił na krótko do Piekar. Już bowiem w 1702 roku przewieziono go ponownie do Opola, obawiając się tym razem Karola XII, króla Szwecji (potop szwedzki). Tym razem pozostał tutaj już na stałe. W Piekarach zaś zaczęła słynąć łaskami umieszczona tam wcześniej kopia obrazu.
    Kult Matki Bożej Opolskiej rozwijał się coraz bardziej, ściągając licznych pielgrzymów nie tylko ze Śląska, lecz również z Czech oraz później zza kordonów polskich zaborów. W 1813 roku przeniesiono obraz z kościoła jezuitów do katedry. Po II wojnie światowej nastąpiło nowe ożywienie kultu. Przed wizerunkiem Maryi Opolskiej kończono wszystkie ważniejsze uroczystości odprawiane w katedrze – m.in. ingresy kolejnych biskupów, obchody narodowe i ogólnokościelne. O kulcie świadczą liczne wota, m.in. srebrna sukienka ofiarowana przez Jana III Sobieskiego, złoty medal – dar papieża Jana XXIII i kielich mszalny – dar Pawła VI.
    21 czerwca 1983 roku, w 500-lecie istnienia wizerunku, w obecności 700 tysięcy pielgrzymów, św. Jan Paweł II dokonał uroczystej koronacji obrazu. Po homilii wygłoszonej na Górze św. Anny, gdzie miała miejsce koronacja, papież powiedział:
    Trzeba sięgnąć do początku owego sześćsetlecia, które w roku ubiegłym i bieżącym gromadzi nas wokół Jasnej Góry. Początek ten zaś znajduje się właśnie tutaj: na Piastowskim Śląsku. Z Wrocławia przybywam na Opolszczyznę, ażeby zatrzymać się na ziemi tego Piasta, z którego imieniem jest związana fundacja Jasnej Góry i darowizna jasnogórskiego obrazu. Jest to Władysław II, książę opolski, zwany powszechnie Opolczykiem. Dokonał swego życia w Opolu, tutaj też spoczywa w podziemiach kościoła franciszkańskiego. W ten sposób dzisiejsza stacja na ziemi opolskiej wpisuje się w papieską pielgrzymkę jasnogórskiego jubileuszu. Stacja ta ma miejsce na Górze Świętej Anny. Na pamiątkę mej obecności na tej ziemi pragnę także dokonać koronacji czcigodnego obrazu Matki Bożej z katedry opolskiej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    20 czerwca

    Święta Wincenta Geroza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benigna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Jan Gavan, prezbiter i męczennik
    Święta Wincenta Geroza
    Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się w Lovere (diecezja Brescia we Włoszech) 29 października 1784 roku. Była najstarszą spośród 3 sióstr i 3 braci. Jej rodzicami byli Jan Antoni Gerosa i Jakubowa Macario. Zajmowali się oni garbowaniem i sprzedażą skór, co było wówczas zajęciem większości tamtejszych mieszkańców. Rodzina cieszyła się powszechnym szacunkiem z racji swojej uczciwości, pobożności i miłosierdzia dla ubogich.
    Katarzyna jako najstarsza w rodzeństwie zajmowała się gospodarką domową. Kiedy zachorował jej ojciec, oddała się z całym poświęceniem posłudze względem niego. Na jej rękach ojciec pożegnał świat, niebawem zmarła także matka. Katarzyna miała wówczas 30 lat. Cały ciężar utrzymania domu i rodzeństwa spadł więc na jej barki (1814).
    W tym samym roku do Lombardii weszły wojska austriackie, grabiąc i pustosząc wszystko. Po ich odejściu nastała nędza, głód i epidemie. Tłumy nędzarzy nawiedzały również Lovere, błagając o kawałek chleba. Katarzyna chętnie dzieliła się z potrzebującymi czym tylko mogła. Umiała również zdobyć się na słowa ufności i nadziei w Bogu.
    Prawdziwą ręką Opatrzności Bożej dla potrzebujących był także w owym czasie miejscowy proboszcz, Rustycjan Barboglio. Wystawił on szpital dla chorych i opuszczonych. Do jego obsługi wybrał pobożne dziewczęta swojej parafii, z których utworzył nową rodzinę zakonną sióstr miłosierdzia z Lovere. Do współpracy zaprosił również Katarzynę. Oddała ona ojcowiznę rodzeństwu, a sama wstąpiła do zgromadzenia i tu złożyła śluby, przyjmując imię Wincenta ku czci św. Wincentego a Paulo. Przełożoną dzieła od kilku lat była św. Bartłomieja Capitanio. Oprócz szpitala siostry prowadziły także “oratorium” dla ubogich dziewcząt, wkrótce powstała także szkoła. Wincenta z całym zapałem pomagała współzałożycielce w tej pięknej pracy.
    26 lipca 1833 roku Bartłomieja zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Wincenta miała wówczas 49 lat. Została wybrana przełożoną młodej rodziny zakonnej. Najpierw postarała się o ułożenie reguł i regulaminów (1835). Następnie musiała zatroszczyć się o zatwierdzenie tych reguł. Otrzymała je w stosunkowo krótkim czasie w Rzymie (1839) i w Wiedniu (1841), ponieważ Lombardia należała wówczas do Austrii. Za rządów Wincenty młode zgromadzenie otworzyło 23 nowe placówki, w tym 12 szpitali, dwa sierocińce i jeden ośrodek dla nawróconych ze złej drogi dziewcząt. Przyjęła do zgromadzenia 243 siostry.
    Kiedy w maju 1847 roku dotknęła ją ciężka choroba, była pewna, że zbliża się jej ostatni dzień. Z całą przytomnością umysłu wydała ostatnie rozporządzenia, mające na celu zapewnienie dziełu stabilizację i rozwój. Do ostatniej chwili dawała siostrom rady i życzliwe napomnienia. Zmarła 20 czerwca 1847 roku w wieku 63 lat. Jej beatyfikacji dokonał papież Pius XI w roku świętym 1933, a kanonizował ją wraz ze św. Bartłomieją Capitanio również w roku świętym 1950 papież Pius XII. Ciała obu Świętych spoczywają w kościele sióstr miłosierdzia w Lovero tuż przed prezbiterium, w kryształowych trumnach. Leżą zwrócone do siebie głowami.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 czerwca

    Święty Romuald z Camaldoli, opat

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Gerwazy i Protazy
      •  Błogosławiony Tomasz Woodhouse, męczennik
      •  Święta Juliana Falconieri, dziewica
    Święty Romuald z Camaldoli
    Romuald pochodził z Rawenny z możnej rodziny diuków Onesti. Urodził się ok. 951 r. Dla zadośćuczynienia za grzech ojca, który w pojedynku zabił swojego krewnego, miał według podania wstąpić do benedyktynów, którzy mieli swoje opactwo przy kościele św. Apolinarego. Jednak życie wspólne mu nie odpowiadało. Tęsknił za życiem samotnym. Dlatego po trzech latach opuścił ów klasztor. Spragniony doskonalszego skupienia, podjął życie pustelnicze. Wraz ze swym przyjacielem, Marynem, udał się na pogranicze Francji i Hiszpanii i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Cuxa. Do nich przyłączyli się wkrótce patrycjusze weneccy: Jan Gradenigo i Jan Morosini. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły św. Benedykta, zakonnicy ci żyli w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i gromadzili się tylko na wspólny posiłek i pacierze. Po śmierci św. Piotra Orseolo (988) Romuald wraz z towarzyszami, Gradenigo i Marynem, opuścili gościnne opactwo w Cuxa i udali się na Monte Cassino. Stąd rozeszły się ich drogi: Maryno udał się do Apulii, gdzie wkrótce poniósł śmierć męczeńską z rąk Saracenów; Gradenigo założył własny klasztor w pobliżu Monte Cassino; Romuald natomiast wrócił do Rawenny, gdzie w pobliżu opactwa benedyktyńskiego założył sobie pustelnię.
    Wkrótce zaczął zakładać podobne pustelnie w całej Italii. Takich eremów-pustelni Romuald miał założyć kilkanaście. Uczniów i naśladowców nie brakowało. Zgłaszało się ich coraz więcej. Do największej sławy doszły opactwa w Pereum koło Rawenny oraz w Camaldoli (Campo di Maldoli) w Toskanii, od którego zakon otrzymał swoją popularną nazwę “kamedułów”. Godłem zakonu zostały dwa gołąbki, pijące z jednego kielicha – jako symbol połączenia życia wspólnotowego z pustelniczym, ducha anachoreckiego z monastycznym. Do najgłośniejszych uczniów św. Romualda należeli: św. Bruno z Kwerfurtu (Bonifacy), kapelan cesarza Ottona III, św. Benedykt z Benewentu i św. Jan z Wenecji, których św. Bruno zabrał ze sobą do Polski, gdzie też obaj ponieśli śmierć męczeńską (+ 1003), oraz św. Piotr Damiani (+ 1072).
    Romuald zmarł w klasztorze Val di Castro, niedaleko Ankony, 19 czerwca 1027 r., mając 75 lat. Jego relikwie były do roku 1480 własnością tegoż opactwa. Obecnie znajdują się w Fabriano w kościele św. Błażeja, który dotąd jest pod zarządem kamedułów. Eremy kamedulskie składają się z szeregu domków-cel, w których pojedynczo mieszkają mnisi, zbierając się tylko razem na wspólną modlitwę, a kilka razy w roku, w największe święta, na wspólny posiłek i rekreację. Kameduli zachowują prawie stałe milczenie i nie wolno im przyjmować potraw mięsnych. Święty Romuald jest patronem kamedułów.
    W ikonografii św. Romuald przedstawiany jest jako stary człowiek w białym, długim habicie kamedulskim, czasami w stroju opata. Często pokazuje się go, jak we śnie widzi tajemniczą drabinę, sięgającą nieba, po której białe postacie jego duchowych synów opuszczają ziemię. Jego atrybutami są: czaszka, otwarta księga, kij podróżny, laska. Wizerunek św. Romualda widnieje w herbie Suwałk (obok św. Rocha).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 czerwca

    Święta Elżbieta z Schönau, dziewica, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Hosanna z Mantui, dziewica
    Święta Elżbieta z Schönau
    Elżbieta urodziła się około 1129 r. zapewne w niemieckim Bonn. Pochodziła ze znakomitej rodziny. Była jeszcze dzieckiem, kiedy pobożni rodzice ówczesnym zwyczajem oddali ją na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynek w Schönau nad Renem (Hesja w Niemczech). Tu pozostała na zawsze. W roku 1147 jako 18-letnie dziewczę przywdziała welon zakonny, by niedługo potem złożyć śluby. Po 10 latach została wybrana na mistrzynię nowicjatu, a potem na przełożoną.
    W pięć lat po wstąpieniu do klasztoru Elżbieta zapadła na ciężką chorobę, którą znosiła przez 12 lat z heroiczną cierpliwością. Kiedy cierpienia się wzmagały i nie mogła chodzić o własnych siłach, wykorzystywała cenny czas na słodką modlitwę z Bogiem. Obdarzona darem kontemplacji, doznawała objawień Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych Pańskich. Obdarzył ją Pan Bóg także darem proroctwa. Jej wizje miały wpływ na mariologię i religijność średniowiecza. Korespondowała ze znaną mistyczką, św. Hildegardą z Bingen, doktorem Kościoła.
    Kiedy Elżbieta umierała 18 czerwca 1164 r., miała 35 lat. Została pochowana w opactwie św. Floryna w Schönau. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał ją w 1584 r. papież Grzegorz XIII. W roku 1632 relikwie Elżbiety zostały w czasie wojny trzydziestoletniej sprofanowane i zniszczone przez protestanckich Szwedów. Zachowała się jedynie szczęśliwie relikwia głowy św. Elżbiety.
    Święta zostawiła po sobie bogatą korespondencję. Naglona nadprzyrodzonymi wizjami, pisała do biskupów w sprawie reformy Kościoła. Jej listy zebrał starannie i opublikował jej brat, Ekbert, który był opatem klasztoru. Jest patronką osób cierpiących na depresję, wzywana w obronie przed pokusami.
    W ikonografii przedstawiana jest w habicie benedyktyńskim jako zakonnica doświadczająca wizji. Jej atrybutem jest: księga, pastorał, krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 czerwca

    Święty Brat Albert Chmielowski, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święta Alina z Forest, męczennica
      •  Święty Grzegorz Barbarigo, biskup
    Święty Albert Chmielowski
    Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później na chrzcie św. z wody dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego chrztu św. 17 czerwca 1847 roku w warszawskim kościele Matki Bożej na Nowym Mieście dodano jeszcze imię Hilary. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.
    Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a w latach 1861-1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy 18 lat.
    Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię w Gandawie, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie. Po ogłoszeniu amnestii w 1874 r. powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, czego wyrazem stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych.

    Obraz Ecce Homo autorstwa św. Brata Alberta Chmielowskiego

    Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka (obraz ten znajduje się obecnie w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie przy ulicy Woronicza 10). Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano “polskiego Fra Angelico”. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u jezuitów w Tarnopolu.
    W 1880 r. nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie i mając 35 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej. Zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.
    W 1884 r. przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tzw. ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza. Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej.
    25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie “albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem “albertynek”.
    Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby zawczasu z życia w tych zgromadzeniach mogły wycofać się osoby słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie, jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania.
    Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być “dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem.
    Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Św. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 r. w Watykanie. Jest patronem zakonów albertynek i albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.
    Postacią brata Alberta, artysty, który porzucił sztukę dla służby Bogu, był zafascynowany Karol Wojtyła już w latach swojej młodości. Tej postaci poświęcił dramat “Brat naszego Boga”, napisany w latach 1944-1950. Sztukę zaczęto wystawiać w polskich teatrach zaraz po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W 1997 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego pod tym samym tytułem.
    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w szarobrązowym płaszczu zakonnym. Ramieniem otacza ubogiego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    16 czerwca

    Błogosławiona Florida Cevoli, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Benon, biskup
      •  Święta Lutgarda, dziewica
      •  Święty Jan Franciszek Régis, prezbiter
    Błogosławiona Florida Cevoli
    Lukrecja Helena Cevoli urodziła się 11 listopada 1685 r. w Pizie (Włochy) w rodzinie hrabiowskiej. Naukę podjęła w szkole w rodzinnym mieście. W wieku 18 lat wstąpiła w Citta di Castello do klarysek-kapucynek. Otrzymała wówczas imię Floryda. Jej mistrzynią w czasie nowicjatu była św. Weronika Giuliani (+ 1727).
    W zakonie Floryda doświadczyła wyjątkowych przeżyć mistycznych. Pracowała w kuchni i infirmerii, pełniąc proste obowiązki. Z czasem została asystentką św. Weroniki, a po jej śmierci w 1727 r. wybrano ją ksienią. Urząd ten pełniła do śmierci. Pozostawiła też liczne poruszające pisma, w których przekazała opis swoich przeżyć duchowych. W klasztorze i poza nim była poszukiwaną doradczynią i przewodniczką w sprawach duchowych. Gdy w 1758 r. w mieście wybuchły zamieszki po śmierci papieża Benedykta XIV, poproszono ją o interwencję.
    Zmarła 12 czerwca 1767 r. w Citta di Castello i została pochowana w kościele klasztornym. Po dziś dzień istnieje tam jej bardzo silny kult. 16 maja 1993 r. została ogłoszona błogosławioną.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 czerwca

    Święty Bernard z Menthon, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Jolenta, księżna, zakonnica
      •  Święty Wit, męczennik
      •  Święta Maria Michalina od Najświętszego Sakramentu, dziewica
    Święty Bernard z Menthon
    Bernard (nazywany Bernardem z Menthon, z Aosty lub z Mont-Joux) urodził się około roku 996 w Menthon w Sabaudii (południowo-wschodnia Francja), w rodzinie szlacheckiej. Był krewnym burgundzkiej królowej Ermengardy. Po studiach w Paryżu, gdzie zgłębiał filozofię i prawo, przybył do doliny Aosty w diecezji Novara (Piemont w północno-zachodnich Włoszech). Był archidiakonem. Podejmował działalność charytatywną wśród górali oraz pielgrzymów. W Alpach założył dwa schroniska na przełęczach, zwane od jego imienia Wielkim i Małym Bernardem (około roku 1050). Schroniska w tych niebezpiecznych miejscach służyły przedostającym się przez Alpy w pobliżu Mont Joux podróżnym, wśród których było wielu pielgrzymów. Zakonnicy otoczyli wędrowców opieką. Pomagały im specjalnie szkolone psy, nazwane od opiekunów bernardynami.
    Wiosną 1081 r. Bernard udał się do Pawii, by podjąć się mediacji między cesarzem Henrykiem IV a papieżem Grzegorzem VII. W drodze powrotnej zmarł w Novara 15 czerwca 1081 r. Jego relikwie spoczywają w katedrze w Novara. Jest patronem alpinistów i górali alpejskich, turystów, narciarzy i ratowników górskich.
    Czczony był w Piemoncie już w XII w. Został ogłoszony świętym w 1123 r. przez biskupa Ryszarda z Novary. Oficjalnie do martyrologium rzymskiego wpisał go papież Innocenty XI w 1681 r. Pius XI w roku 1923 wydał list apostolski o kulcie św. Bernarda.
    W ikonografii przedstawia się św. Bernarda w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutami są: krzyż w kształcie laski, laska alpejska, pies bernardyński, narty, toporek, szatan w łańcuchach lub o czterech głowach.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 czerwca

    Błogosławiony Michał Kozal, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Metody Wyznawca, patriarcha
      •  Błogosławiony Gerard z Clairvaux, mnich
      •  Elizeusz, prorok
    Błogosławiony Michał Kozal
    Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku pod Krotoszynem. Był synem Jana, oficjalisty dworskiego, i Marianny z Płaczków. Po ukończeniu szkoły podstawowej, a później gimnazjum w Krotoszynie, wstąpił w 1914 roku do seminarium duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył tzw. kurs teoretyczny. Ostatni rok studiów, zwany praktycznym, ukończył w Gnieźnie. Tam też otrzymał święcenia kapłańskie w dniu 23 lutego 1918 roku. Planował, że podejmie studia specjalistyczne, ale po nagłej śmierci ojca musiał zapewnić utrzymanie matce i siostrze. Był wikariuszem w różnych parafiach. Odznaczał się gorliwością w prowadzeniu katechizacji, wiele godzin spędzał w konfesjonale, z radością głosił Słowo Boże, dużo się modlił. Był wyrozumiały, uczynny i miłosierny wobec wiernych.
    W uznaniu dla jego gorliwej posługi kapłańskiej i wiedzy zdobytej dzięki samokształceniu, kardynał August Hlond mianował go w 1927 ojcem duchownym seminarium w Gnieźnie. Okazał się doskonałym przewodnikiem sumień przyszłych kapłanów. Alumni powszechnie uważali go za świętego męża. Dwa lata później został powołany na stanowisko rektora seminarium. Obowiązki pełnił do roku 1939, kiedy Pius XI mianował go biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej i biskupem tytularnym Lappy (na Krecie). Konsekrację biskupią otrzymał 13 sierpnia 1939 roku z rąk księdza biskupa Karola Radońskiego w katedrze włocławskiej.
    We wrześniu 1939 roku nie opuścił swojej diecezji, którą zarządzał po wyjeździe z kraju biskupa diecezjalnego. Jego nieustraszona, pełna poświęcenia postawa stała się wzorem zarówno dla duchowieństwa, jak i dla ludzi świeckich. Niemcy aresztowali go 7 listopada 1939 roku. Najpierw wraz z alumnami seminarium i kapłanami został osadzony w więzieniu we Włocławku. Od stycznia 1940 r. do 3 kwietnia 1941 r. internowano go w klasztorze księży salezjanów w Lądzie nad Wartą. Po wywiezieniu z Lądu, więziony był w obozach w Inowrocławiu, Poznaniu, Berlinie, Halle, Weimarze i Norymberdze. Wszędzie ze względu na swoją niezłomną postawę, rozmodlenie i gorliwość kapłańską doznawał szczególnych upokorzeń i prześladowań.
    Od lipca 1941 roku był więźniem obozu w Dachau, gdzie tak jak inni kapłani pracował ponad siły. Doświadczał tu wyrafinowanych szykan, ciesząc się w duchu, że “stał się godnym cierpieć zelżywości dla imienia Jezusowego”. Chociaż sam był głodny i nieraz opuszczały go siły, dzielił się swoimi racjami żywnościowymi ze słabszymi od siebie, potrafił oddać ostatni kęs chleba klerykom. Odważnie niósł posługę duchową chorym i umierającym, a zwłaszcza kapłanom. W styczniu 1943 roku ciężko zachorował na tyfus; gdy był już zupełnie wycieńczony, przeniesiono go na osobny “rewir”.
    26 stycznia 1943 roku został uśmiercony zastrzykiem z fenolu. Umarł w zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym. Mimo prób ocalenia jego ciała przez więźniów, zostało ono spalone w krematorium. Po bohaterskiej śmierci sława świętości biskupa Kozala utrwaliła się wśród duchowieństwa i wiernych, którzy prosili Boga o łaski za jego wstawiennictwem. Zaraz po wojnie zaczęto zabiegać o beatyfikację. Św. Jan Paweł II podczas uroczystej Mszy świętej 14 czerwca 1987 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury i Nauki – zamykającej II Krajowy Kongres Eucharystyczny – dokonał beatyfikacji biskupa Michała Kozala. Papież powiedział w homilii: “Tę miłość, którą Chrystus mu objawił, biskup Kozal przyjął w całej pełni jej wymagań. Nie cofnął się nawet przed tym najtrudniejszym: «Miłujcie waszych nieprzyjaciół» (Mt 5, 44). Niech będzie jednym jeszcze patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który «do końca umiłował»”.
    W ikonografii bł. Michał przedstawiany jest w stroju biskupim lub w pasiaku więziennym. Jego atrybutami są: mitra, fioletowy trójkąt i numer obozowy 24544.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    13 czerwca

    Święty Antoni z Padwy,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Antoni z Padwy
    Ferdynand Bulonne urodził się w Lizbonie w 1195 r. Pomiędzy 15. a 20. rokiem życia wstąpił do Kanoników Regularnych św. Augustyna, którzy mieli swój klasztor na przedmieściu Lizbony. Spędził tam dwa lata, po czym przeniósł się do klasztoru w Coimbrze, które to miasto, obok Lizbony, było drugim, najważniejszym ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego kraju. Tam zdobył gruntowne wykształcenie teologiczne i w roku 1219 otrzymał święcenia kapłańskie.
    W rok potem Ferdynand był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Przy tej okazji po raz pierwszy usłyszał o duchowych synach św. Franciszka z Asyżu i natychmiast wstąpił do nich w Olivanez, gdzie osiedlili się przy kościółku św. Antoniego Pustelnika. Z tej okazji Ferdynand zmienił swoje imię na Antoni. Zapalony duchem męczeńskiej ofiary, postanowił udać się do Afryki, by tam oddać swoje życie dla Chrystusa. Jednak plany Boże były inne. Antoni zachorował śmiertelnie i musiał wracać do ojczyzny. Jednakże na Morzu Śródziemnym zastała go burza i zapędziła jego statek na Sycylię. W roku 1221 odbywała się w Asyżu kapituła generalna nowego zakonu. Antoni udał się tam i spotkał się ze św. Franciszkiem (+ 1226). Po skończonej kapitule oddał się pod władzę brata Gracjana, prowincjała Emilii i Romanii, który mu wyznaczył erem w Montepaolo w pobliżu Forli. Czas tam spędzony Antoni wykorzystał na pogłębienie życia wewnętrznego i dla swoich studiów. Ze szczególnym zamiłowaniem zagłębiał się w Pismo święte. Równocześnie udzielał pomocy duszpasterskiej i kaznodziejskiej. Sława jego kazań dotarła niebawem do brata Eliasza, następcy św. Franciszka. Ten ustanowił go generalnym kaznodzieją zakonu.
    Odtąd Antoni przemierzał miasta i wioski, nawołując do poprawy życia i pokuty. Dar wymowy, jego niezwykle obrazowy i plastyczny język, ascetyczna postawa, żar i towarzyszące mu cuda gromadziły przy nim tak wielkie tłumy, że musiał głosić kazania na placach, gdyż żaden kościół nie mógł pomieścić słuchaczy. W latach 1225-1227 udał się z kazaniami do południowej Francji, gdzie z całą mocą zwalczał szerzącą się tam herezję katarów (albigensów). Kiedy powrócił do Italii, na kapitule generalnej został wybrany ministrem (prowincjałem) Emilii i Mediolanu. W tym czasie napisał Kazania niedzielne. W roku 1228 udał się do Rzymu, by załatwić pilne sprawy swojej prowincji. Z tej okazji papież Grzegorz IX zaprosił go z okolicznościowym kazaniem. Wywarło ono na papieżu tak silne wrażenie, że nazwał Antoniego “Arką Testamentu”. Papież polecił mu wówczas, by wygłaszał kazania do tłumów pielgrzymów, którzy przybywali do Rzymu. Na prośbę kardynała Ostii Antoni napisał Kazania na święta. Wygłosił tam także kazania wielkopostne.
    Po powrocie do swojej prowincji udał się do Werony, gdzie władcą był znany z okrucieństw i tyranii książę Ezelin III. Był on zwolennikiem cesarza i w sposób szczególnie okrutny mścił się na zwolennikach papieża. Do niego wtedy należała także Padwa. Antoni wiedział, że naraża własne życie, miał jednak odwagę powiedzieć władcy prawdę. Ku zdumieniu wszystkich tyran nie śmiał go tknąć i wypuścił cało.

    Święty Antoni z Padwy

    Antoni obdarzony był wieloma charyzmatami – miał dar bilokacji, czytania w ludzkich sumieniach, proroctwa. Wykładał filozofię na uniwersytecie w Bolonii. W roku 1230 na kapitule generalnej zrzekł się urzędu prowincjała (ministra) i udał się do Padwy. Był zupełnie wycieńczony, zachorował na wodną puchlinę. Opadając z sił, zatrzymał się w klasztorku w Arcella, gdzie przy śpiewie O gloriosa Virginum wieczorem w piątek, 13 czerwca 1231 roku, oddał Bogu ducha mając zaledwie 36 lat.
    Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Pochowano go w Padwie w kościółku Matki Bożej. W niecały rok później, 30 maja 1232 roku, papież Grzegorz IX zaliczył go w poczet świętych. O tak rychłej kanonizacji zadecydowały rozliczne cuda i łaski, jakich wierni doznawali na grobie św. Antoniego. Komisja papieska stwierdziła w tak krótkim czasie 5 uzdrowień z paraliżu, 7 wypadków przywrócenia niewidomym wzroku, 3 głuchym słuchu, 2 niemym mowy, uzdrowienie 2 epileptyków i 2 wypadki wskrzeszenia umarłych. Kult św. Antoniego rozszedł się po całym świecie bardzo szybko. Grzegorz IX bullą Cum iudicat w 1233 roku wyznaczył dzień jego dorocznej pamiątki na 13 czerwca. Sykstus V w 1586 r. włączył jego święto do kalendarza powszechnego Kościoła. Na życzenie króla Hiszpanii Filipa V Innocenty XIII w roku 1722 ustanowił 13 czerwca świętem dla całej Hiszpanii i podległej jej wówczas Ameryki Południowej. W Padwie zainicjowano praktykę czczenia w każdy piątek śmierci św. Antoniego i we wtorek jego pogrzebu. W 1946 r. Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła.
    Św. Antoni Padewski jest patronem zakonów: franciszkanów, antoninek oraz wielu bractw; Padwy, Lizbony, Padeborn, Splitu; dzieci, górników, małżeństw, narzeczonych, położnic, ubogich, podróżnych, ludzi i rzeczy zaginionych. Na miejscu grobu św. Antoniego – Il Santo – wznosi się potężna bazylika, jedno z najbardziej popularnych sanktuariów w Europie. Przeprowadzone w 1981 r. badania szczątków Świętego ustaliły, że miał 190 cm wzrostu, pociągłą twarz i ciemnobrązowe włosy. Na kolanach wykryto cienkie pęknięcia, spowodowane zapewne długim klęczeniem.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest w habicie franciszkańskim; nieraz głosi kazanie, czasami trzyma Dziecię Jezus, które mu się według legendy ukazało (podobnie jedynie legendą jest jego kazanie do ryb czy zniewolenie muła, żeby oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi, by w ten sposób zawstydzić heretyka). Jego atrybutami są: księga, lilia, serce, ogień – symbol gorliwości, bochen chleba, osioł, ryba.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Św. Antoni z Padwy

    Katecheza podczas audiencji generalnej 10.02.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać św. Franciszka z Asyżu. Dziś chciałbym omówić postać innego świętego, który należy do pierwszego pokolenia braci mniejszych: Antoniego z Padwy lub — jak również jest nazywany — z Lizbony, bo w tym mieście się urodził. Jest to jeden z najbardziej popularnych świętych w całym Kościele katolickim, czczony nie tylko w Padwie, gdzie została wzniesiona wspaniała bazylika, w której są przechowywane jego śmiertelne szczątki, ale w całym świecie. Wierni otaczają miłością obrazy i figury przedstawiające go z lilią, symbolem czystości, albo z Dzieciątkiem Jezus na ręku — na pamiątkę cudownego objawienia, o którym mówią pewne źródła pisane.

    Antoni przyczynił się znacznie do rozwoju duchowości franciszkańskiej dzięki swojej wyjątkowej inteligencji, równowadze, gorliwości apostolskiej, a głównie mistycznej żarliwości.

    Urodził się w Lizbonie w rodzinie szlacheckiej ok. 1195 r. Na chrzcie otrzymał imię Fernando. Wstąpił do zakonu kanoników żyjących według reguły monastycznej św. Augustyna, przebywał najpierw w klasztorze św. Wincentego w Lizbonie, a następnie Świętego Krzyża w Coimbrze, słynnym portugalskim ośrodku kulturalnym. Z zainteresowaniem i zaangażowaniem oddawał się studiowaniu Biblii oraz ojców Kościoła, zdobywając wiedzę teologiczną, którą wykorzystał w nauczaniu i przepowiadaniu Słowa. W Coimbrze miało miejsce wydarzenie, które wywarło decydujący wpływ na jego życie: w 1220 r. wystawiono tam relikwie pierwszych pięciu misjonarzy franciszkańskich, którzy udali się do Maroka i ponieśli śmierć męczeńską. Na młodym Fernandzie fakt ten wywarł tak silne wrażenie, że zapragnął pójść w ich ślady na drodze doskonałości chrześcijańskiej. Poprosił wówczas o pozwolenie na opuszczenie kanoników augustiańskich, by wstąpić do braci mniejszych. Jego prośba została spełniona, przyjął imię Antoni i wyruszył w podróż do Maroka, ale Opatrzność Boża rozporządziła inaczej. Zachorował i musiał wrócić do Włoch. W 1221 r. uczestniczył w wielkiej «kapitule namiotów» w Asyżu, gdzie spotkał się także ze św. Franciszkiem. Następnie przez pewien czas przebywał w całkowitym ukryciu w klasztorze w pobliżu Forlě w północnych Włoszech, gdzie Pan powołał go do innej misji. Gdy zbiegiem okoliczności poproszono go o wygłoszenie kazania z okazji święceń kapłańskich, wykazał się taką wiedzą i elokwencją, że przełożeni polecili mu zająć się kaznodziejstwem. Działalność apostolska, jaką rozpoczął wówczas we Włoszech i Francji, była tak intensywna i skuteczna, że powróciło do Kościoła wiele osób, które od niego przedtem się oddaliły. Antoni był także jeśli nie pierwszym, to jednym z pierwszych nauczycieli teologii zakonu braci mniejszych. Zaczął nauczać w Bolonii z błogosławieństwem św. Franciszka, który w uznaniu cnót Antoniego wysłał mu krótki list, rozpoczynający się od słów: «Chcę, byś nauczał braci teologii». Antoni stworzył podstawy teologii franciszkańskiej, którą rozwijali następnie inni wybitni myśliciele, a osiągnęła ona najwyższe szczyty w św. Bonawenturze z Bagnoregio i bł. Dunsie Szkocie.

    Po wyborze na przełożonego prowincji braci mniejszych we Włoszech nadal pełnił posługę kaznodziei, łącząc ją ze sprawowaniem nowego urzędu. Po złożeniu urzędu prowincjała zamieszkał pod Padwą, którą znał z poprzednich pobytów. Niespełna rok później, 14 czerwca 1231 r., zmarł w pobliżu tego miasta. Padwa, która za życia przyjęła go serdecznie i z czcią, nadal otacza go miłością i nabożeństwem. Papież Grzegorz ix, który po wysłuchaniu jego kazania nazwał go «Arką Testamentu», kanonizował go w 1232 r., rok po śmierci, również dzięki licznym cudom, do jakich doszło za jego wstawiennictwem.

    W ostatnim okresie swego życia Antoni napisał dwa cykle «Kazań», zatytułowanych Kazania niedzielne (Sermones dominicales) oraz Kazania o Świętych (Sermones in solemnitatibus seu sanctorales), przeznaczone dla kaznodziejów oraz dla wykładowców studiów teologicznych zakonu franciszkańskiego. W Kazaniach tych komentuje fragmenty Pisma Świętego przedstawiane w liturgii, posługując się patrystyczno-średniowieczną interpretacją czterech znaczeń: literackiego bądź historycznego, alegorycznego bądź chrystologicznego, tropologicznego bądź moralnego oraz anagogicznego, które ukazuje (jako cel) życie wieczne. Dzisiaj odkrywamy na nowo, że owe znaczenia są wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego i że słuszna jest interpretacja Pisma Świętego poprzez badanie czterech wymiarów jego słowa. Kazania św. Antoniego są tekstami teologiczno-homiletycznymi, odzwierciedlającymi żywe przepowiadanie, w którym św. Antoni przedstawia autentyczną drogę życia chrześcijańskiego. Kazania zawierają takie bogactwo nauki duchowej, że czcigodny papież Pius xii w 1946 r. ogłosił Antoniego doktorem Kościoła, nadając mu tytuł doctor evangelicus, ponieważ pisma te ukazują świeżość i piękno Ewangelii; jeszcze dzisiaj możemy je czytać z wielkim pożytkiem duchowym.

    W Kazaniach św. Antoni mówi o modlitwie jako związku miłosnym, w którym człowiek pragnie ze słodyczą rozmawiać z Panem, a to rodzi niewymowną radość, która łagodnie ogarnia modlącą się duszę. Antoni przypomina nam, że do modlitwy potrzebna jest cisza, której nie należy utożsamiać z odcięciem się od zewnętrznych hałasów, lecz stanowi wewnętrzne doświadczenie, w którym przez usunięcie tego, co rodzą troski duszy i co rozprasza, dąży się do uzyskania ciszy w samej duszy. Zgodnie z nauczaniem tego wybitnego doktora franciszkańskiego, na modlitwę składają się cztery nieodzowne postawy, które łacina Antoniego definiuje w następujący sposób: obsecratio, oratio, postulatio, gratiarum actio. Można by je przetłumaczyć następująco: ufne otwarcie serca przed Bogiem, to pierwszy krok — nie wystarczy po prostu pojąć Słowo, ale w modlitwie trzeba otworzyć serce na obecność Boga; następnie powinienem rozmawiać z Nim serdecznie, dostrzegając Jego obecność we mnie; a następnie — co jest rzeczą bardzo naturalną — należy przedstawić Mu nasze potrzeby; w końcu wielbić Go i Mu dziękować.

    W tej nauce św. Antoniego o modlitwie dostrzegamy jeden z charakterystycznych rysów teologii franciszkańskiej, której był twórcą: ważną rolę odgrywa w niej miłość Boża, która przenika sferę uczuć, woli, serca i jest również źródłem duchowego poznania, przewyższającego wszystkie inne. Miłując bowiem, poznajemy.

    Pisze Antoni: «Miłość jest duszą wiary, czyni ją żywą; bez miłości wiara umiera» (Sermones dominicales et festivi II, Messaggero, Padova 1979, s. 37).

    Jedynie dusza, która się modli, może czynić postępy w życiu duchowym: oto ulubiony temat kazań św. Antoniego. Zna on dobrze ułomności ludzkiej natury, naszą podatność na grzech, dlatego nieustannie nawołuje do walki ze skłonnościami do chciwości, pychy, nieczystości i do praktykowania cnót ubóstwa i ofiarności, pokory i posłuszeństwa oraz czystości. Na początku xiii w., gdy rozwijały się miasta i rozkwitał handel, wzrastała też liczba osób niewrażliwych na potrzeby bliźnich. Z tego powodu Antoni wielokrotnie napominał wiernych, by myśleli o prawdziwym bogactwie, bogactwie serca, które sprawiając, że człowiek staje się dobry i sprawiedliwy, pozwala gromadzić to, co jest skarbem w niebie. «O bogacze — wzywa — stańcie się przyjaciółmi (…) biednych, przyjmijcie ich do swoich domów: to oni, ubodzy, przyjmą was później do wiecznych mieszkań, gdzie panuje pokój ze swoim pięknem, ufność i bezpieczeństwo, obfitość i spokój wiecznej sytości» (tamże, s. 29).

    Drodzy przyjaciele, czyż nie jest to bardzo ważne nauczanie również dzisiaj, kiedy kryzys finansowy i głębokie nierówności ekonomiczne powodują zubożenie wielu osób, co prowadzi do nędzy? W mojej encyklice Caritas in veritate przypominam: «Ekonomia (…) potrzebuje etyki dla swego poprawnego funkcjonowania; nie jakiejkolwiek etyki, lecz etyki przyjaznej osobie» (n. 45).

    Dla Antoniego, ucznia Franciszka, w centrum życia i myśli, działalności i przepowiadania jest zawsze Chrystus. Jest to drugi typowy rys teologii franciszkańskiej — chrystocentryzm. Z zapałem kontempluje ona i zachęca do kontemplowania tajemnic człowieczeństwa Pana, Jezusa Człowieka, a szczególnie tajemnicy narodzenia, Boga, który stał się Dziecięciem, oddał się w nasze ręce: tajemnicy budzącej miłość do Boga i wdzięczność za Jego dobroć.

    Boże Narodzenie, główny moment w dziejach miłości Chrystusa do ludzkości, z jednej strony, ale także wizja Ukrzyżowanego budzą w Antonim wdzięczność wobec Boga oraz szacunek dla godności osoby ludzkiej, wszyscy bowiem, wierzący i niewierzący, mogą odnaleźć w Ukrzyżowanym i Jego obrazie sens, który wzbogaca życie. Pisze św. Antoni: «Chrystus, który jest twoim życiem, wisi przed tobą, byś patrzył w krzyż jak w zwierciadło. Tam możesz poznać, jak śmiertelne były twoje rany, których żadne lekarstwo nie mogło uleczyć, a tylko krew Syna Bożego. Jeśli popatrzysz dobrze, będziesz sobie mógł zdać sprawę, jak wielka jest twoja ludzka godność i wartość. (…) W żadnym innym miejscu człowiek nie może sobie lepiej zdać sprawy ze swojej wartości niż w zwierciadle krzyża» (Sermones dominicales et festivi III, Messaggero, Padova 1979, ss. 213-214).

    Rozważając te słowa, możemy lepiej zrozumieć, jak ważny jest obraz Ukrzyżowanego w naszej kulturze, w naszym humanizmie, zrodzonym z wiary chrześcijańskiej. Właśnie wtedy, gdy patrzymy na krzyż, widzimy — jak mówi św. Antoni — wielkość godności ludzkiej i wartości człowieka. W żaden inny sposób nie można zrozumieć, ile wart jest człowiek, ponieważ to właśnie Bóg sprawia, że jesteśmy tacy ważni, widzi, że jesteśmy tak ważni, że zasługujemy na Jego cierpienie. Tym samym cała godność ludzka widoczna jest w zwierciadle Ukrzyżowanego, a z patrzenia na Niego zawsze rodzi się uznanie ludzkiej godności.

    Drodzy przyjaciele, oby św. Antoni z Padwy, tak bardzo czczony przez wiernych, wstawiał się za całym Kościołem, a zwłaszcza za tymi, którzy oddają się kaznodziejstwu. Prośmy Pana, aby pomógł nam nauczyć się nieco tej sztuki od św. Antoniego. Niech kaznodzieje, natchnieni jego przykładem, starają się łączyć rzetelną i zdrową naukę, szczerą i żarliwą pobożność ze skutecznym przekazem. W tym Roku Kapłańskim módlmy się, aby kapłani i diakoni skrupulatnie pełnili tę posługę głoszenia i przybliżania Słowa Bożego wiernym, zwłaszcza poprzez homilie wygłaszane podczas liturgii. Niech skutecznie ukazują one odwieczne piękno Chrystusa, jak zaleca Antoni: «Jeśli głosisz Jezusa, On przemienia twarde serca; jeśli Go wzywasz, osładza gorzkie pokusy; jeśli o Nim myślisz, oświeca ci serce; jeśli Go czytasz, syci twój umysł» (Sermones dominicales et festivi III, s. 59).

    do Polaków:

    Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Drodzy pielgrzymi polscy. Jutro, we wspomnienie liturgiczne Matki Bożej z Lourdes, będziemy obchodzili Światowy Dzień Chorego. Opiece Maryi polecamy wszystkich chorych i tych, którzy niosą im ulgę w cierpieniu. Niech nasi bracia obarczeni krzyżem choroby i niemocy znajdują otuchę w krzyżu Chrystusa. Modląc się za nich, z serca im błogosławię, jak również wam tu obecnym i waszym bliskim.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2010/Opoka.pl

    ***

    Louis Coüette

    ŚWIĘTY ANTONI Z PADWY

    Święty znany jako Antoni z Padwy, nie miał na imię Antoni i nie urodził się w Padwie. Najczęściej jest on wzywany do pomocy w przypadkach zagubienia jakiegoś przedmiotu, co wydatnie ogranicza pole jego możliwości. Przypomnijmy więc fakty i sprostujmy błędne przekonania, związane z jego osobą.

    Św. Antoni pracował niestrudzenie i odznaczał się niezwykłą pamięcią. Znał on Biblię tak doskonale, że mówiono o nim: „Gdyby wszystkie święte Pisma uległy zniszczeniu, Antoni mógłby podyktować je sekretarzowi, aby w ten sposób zostały odtworzone”.

    Trudno zliczyć cuda, jakie towarzyszyły jego krótkiemu życiu (zmarł, mając zaledwie 36 lat). Został kanonizowany w niespełna rok po swojej śmierci, natomiast w 1946 roku, papież Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła, nadając mu przydomek „Doctor Evangelicus”.

    FERDYNAND Z LIZBONY

    Ferdynand (Fernando) urodził się w Lizbonie. Jako najbardziej prawdopodobną datę jego urodzin przyjmuje się 15 sierpnia 1195 r. Nie znamy nazwiska jego rodziców. Wiemy jedynie, że ojciec miał na imię Marcin, a matka – Maria Teresa. O wczesnym dzieciństwie Ferdynanda nie wiadomo praktycznie nic, poza tym, że do 1210 roku uczęszczał do szkoły przykatedralnej, był nadzwyczaj religijnym chłopcem i żywił głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.

    Książę ciemności, zgadując, że Ferdynand będzie w przyszłości wielkim świętym, bardzo wcześnie zaczął manifestować swoją obecność. Pewnego dnia, gdy młody człowiek modlił się w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, lampka płonąca przed ołtarzem nagle zgasła i wnętrze świątyni pogrążyło się w mroku. Domyślając się, że chodzi o podstęp szatana, Ferdynand nakreślił palcem na marmurze znak krzyża, a płomień natychmiast zapłonął z powrotem. Zły duch rzucił się do ucieczki, co zostało wyobrażone na jednym z fresków katedry.

    U KANONIKÓW REGULARNYCH ŚW. AUGUSTYNA

    W styczniu 1210 r., Ferdynand, szukając warunków, w których mógłby poświęcić się kontemplacji, wstąpił do kanoników św. Augustyna, nauczających przy kościele św. Wincentego da Fora. Czas dzielono tam między oficjum w chórze, naukę i pracę fizyczną. Augustianie czuwali nad zbawieniem dusz w powierzonych im parafiach.

    Młody nowicjusz pilnie studiował teologię i Pismo Święte. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę wykładowców, zarówno swoją gorliwością, jak i nieprzeciętną pamięcią. Zapamiętywał wszystko, co przeczytał, a zdolność ta miała mu przynieść nieocenione korzyści w całym życiu. Mimo perswazji przyjaciół, którzy nie rozumieli nic z jego powołania, po roku Ferdynand złożył pierwsze śluby i chcąc dochować im wierności, poprosił przeora, aby pozwolił mu wyjechać gdzieś daleko. Został więc wysłany do klasztoru Św. Krzyża w Coimbrze, około 200 kilometrów na północ od Lizbony.

    Właśnie w tym mieście rezydował dwór królewski, a w kościołach często odbywały się wspaniałe ceremonie. Ponieważ w Coimbrze mieszkał także Generał zakonu, znajdowała się tam o wiele lepiej zaopatrzona biblioteka, a nauczyciele posiadali rozleglejszą wiedzę niż w Lizbonie. Jak pisze o Ferdynandzie jeden z biografów, „nie przestawał on czytać Pisma Świętego, dniem i nocą, o ile tylko pozwalał mu na to porządek zajęć.” Pasjonowały go „konkordancje”, wszelkie zestawienia treści Nowego i Starego Testamentu. Zaintrygowany, odkrywał proroctwa mówiące o Chrystusie, najważniejszych wydarzeniach z Jego życia, w tym również o Jego Męce.

    W klasztorze Św. Krzyża, brat Ferdynand był furtianem i mógł uczestniczyć w nabożeństwach jedynie duchowo. Śledził on przebieg Mszy św. w myśli i padał na kolana, słysząc dźwięk dzwonka sygnalizującego moment Podniesienia. Kronikarze pisali, że mury „otwierały się” przed nim – znajdował się on jednocześnie na furcie i w kaplicy; słyszał czytania i śpiewy. Gość, który pewnego dnia był świadkiem tego cudu, po „rozstąpieniu się murów”, na własne oczy zobaczył Hostię w dłoniach kapłana.

    Gdy Ferdynand przebywał w klasztorze Św. Krzyża, na południu Francji i północy Hiszpanii zaczęła szerzyć się herezja katarów. Była ona w pewnej mierze odrodzeniem się manicheizmu – zamiast jednego Boga, według jej wyznawców istnieli dwaj: Bóg Dobra i Bóg Zła. Uwięziona w ciele dusza ludzka traciła więc wszelką wolność. W oczekiwaniu na ostateczne zwycięstwo Boga Dobra, należało wyzwolić się od ciała fizycznego. Ponieważ pochodziło ono od diabła, Pan Jezus nie mógł go przyjąć; Jego Ukrzyżowanie było złudzeniem a Zmartwychwstanie – ludzką fantazją. Brat Ferdynand był przerażony teoriami, wedle których Wcielenie i Odkupienie dokonane przez Chrystusa, traciły cały swój sens. Katarowie byli poszukiwaczami absolutnej czystości (stąd ich nazwa, wywodząca się od greckiego katharos – czysty). Godność ich życia wywierała wrażenie na innych wierzących, którzy chętnie się do nich przyłączali. Po kilku latach, Ferdynand otrzymał misję zwalczania tej herezji.

    FERDYNAND WSTĘPUJE DO ZAKONU FRANCISZKANÓW I ZOSTAJE ANTONIM

    W 1220 r., mając dwadzieścia pięć lat, Ferdynand został wyświęcony na kapłana w klasztorze Św. Krzyża. Potrzebował on dyspensy, ponieważ w owym czasie wiek kapłana nie mógł być niższy niż trzydzieści lat. Pewnego dnia, odprawiając Mszę św., Ferdynand miał wizję: czyjaś dusza, pod postacią olśniewającej gwiazdy wznosiła się po nieboskłonie na świetlnym obłoku. Ferdynand rozpoznał w niej duszę franciszkanina, żyjącego w eremie św. Antoniego, założonym kilka lat wcześniej w Olivanez nieopodal Coimbry.

    Środki transportu były dalekie od tego, czym dysponujemy dzisiaj, ale wieść o św. Franciszku z Asyżu i jego braciach zakonnych dotarły aż tutaj. Ferdynand był urzeczony ich duchem dziecięctwa Bożego, pokorą i całkowitym ubóstwem; żyli oni wyłącznie z jałmużny, pozbawieni wszelkiego komfortu, nauczając zarówno w Kościołach, jak i poza nimi. Tak jak ich mistrz, Franciszek, pozdrawiali się wzajemnie słowami „Pokój i dobro!”

    Ferdynanda pociągała duchowość franciszkańska. Św. Franciszek mawiał: „Miłość nie jest kochana!” Nie mogąc samemu zostać misjonarzem, wysłał on pięciu swoich braci zakonnych do Maroka przez Portugalię, aby na miejscu ewangelizowali muzułmanów. Ferdynand żył wówczas w dobrobycie i bezpieczeństwie, wolny od wszelkich zagrożeń. W kilka miesięcy później, do Europy dotarła straszna wiadomość: franciszkańscy misjonarze zostali zamordowani. Brat Ferdynand postanowił porzucić spokojne życie i udać się do eremu w Olivanez, a następnie poprosić o pozwolenie na wyjazd do Maroka, by głosić tam Dobrą Nowinę, a jeśli to będzie konieczne: przyjąć palmę męczeństwa.

    W klasztorze Św. Krzyża przywdział on habit franciszkański. Ponieważ trzeba było wybrać imię zakonne, nie szukał zbyt długo, decydując się na imię patrona eremu w Olivanez, Antoniego, słynnego anachorety, nazywanego św. Antonim Pustelnikiem. Świeżo upieczony franciszkanin pragnął czym prędzej dostać się do kraju niewiernych, by głosić im Chrystusa, a w razie potrzeby zginąć za wiarę. Reguła przewidywała jednak, że franciszkanie mają podróżować co najmniej we dwóch. Gdy tylko znalazł towarzysza – brata Filipa, wspólnie uzyskali pozwolenie od przełożonego i popłynęli w kierunku Afryki Północnej. Było to wiosną 1221 roku.

    Kandydat do palmy męczeństwa zapomniał jednak, że do zakonu wstępuje się po to, by pełnić wolę Bożą a nie własną, jakkolwiek chwalebna by ona była. Podróż przebiegła pomyślnie, lecz natychmiast po zejściu na ląd marokański, Ferdynand poczuł osłabienie i dreszcze. Towarzysz zapewniał go, że wszystko wkrótce minie, dolegliwości narastały jednak w ciągu kolejnych tygodni i trzeba było pogodzić się z koniecznością powrotu do domu. Również i to nie było jednak wolą Bożą. Nasi dwaj bracia wsiedli na okręt płynący w kierunku Portugalii, ale przeciwne wiatry i wzburzone morze zmusiły go jednak do zatrzymania się u brzegów Sycylii, w pobliżu Mesyny, o dwie mile od wybrzeża Włoch.

    Nie zwlekając, powędrowali przez Włochy, by dotrzeć do najbliższego klasztoru franciszkańskiego. Tam dowiedzieli się, że Franciszek, którego wszyscy jego zakonnicy czcili jako swego duchowego ojca, zwołał kapitułę generalną Braci Mniejszych do Asyżu, na dzień 31 maja, w którym przypadała uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Chcąc wysłuchać obrad kapituły, mimo odległości około 600 kilometrów, bracia ruszyli w drogę. Zgodnie z regułą, przestrzegali zasady całkowitego ubóstwa, spali pod gołym niebem, żebrali o chleb i z sercem pełnym radości śpiewali godzinki.

    Gdy znaleźli się wreszcie w Asyżu, ujrzeli tam tysiące braci ze wszystkich krajów. Kapituła trwała trzy tygodnie. W jej trakcie przypomniano o męczeństwie pięciu braci w Maroku a także poruszono delikatną sprawę formacji nowicjuszy. Początkowo, Franciszek był zdania, że bracia nie powinni długo studiować, ponieważ obawiał się, iż „duch polemiki sprzeciwi się zgłębianiu tajemnic Bożych”. W czasie trwania kapituły, założyciel uznał potrzebę posiadania przez braci choć minimalnej wiedzy teologicznej i biblijnej oraz zgodził się wprowadzić odpowiednie zmiany w regule zgromadzenia. Przy tej samej okazji ustanowiony został Trzeci Zakon Franciszkański.

    Na zakończenie, przydzielono zadania misyjne i miejsca pobytu w poszczególnych klasztorach. Na dwóch nieznanych nikomu Portugalczyków nikt nie zwracał uwagi. Minister generalny wyznaczył jednak misję bratu Filipowi. Antoni okazywał tak wielką skromność, że „wszyscy go ignorowali i sądzili, że jest on pozbawiony jakichkolwiek zdolności”. Wydaje się, że tylko on został pominięty i z pokorą oczekiwał woli Bożej. Ojciec prowincjał podszedł do niego i wspominając o potrzebie obecności kapłanów w klasztorach, westchnął:

    – Gdybyś przynajmniej był kapłanem!
    – Jestem nim – odpowiedział Antoni.
    – Czy chcesz zamieszkać w górach razem z ubogimi braćmi?
    – Bardzo chcę, jeśli tylko Bóg będzie przez to uwielbiony!

    Antoni został wysłany do Romanii, w Apeniny, niedaleko Forli. W eremie na zboczu Monte Paolo mieszkało czterech braci, dla których zaczął codziennie odprawiać Mszę św. Wkrótce, twierdząc, że „nie nadaje się do niczego innego” poprosił on gwardiana, swojego przełożonego, aby pozwolił mu wykonywać najpodlejsze prace. Antoni odkrył też bardziej odosobnioną grotę, w której chronił się codziennie, aby po odprawieniu Mszy i spełnieniu najniewdzięczniejszych obowiązków oddawać się kontemplacji. W ten sposób spędził on rok.

    PRZYSZŁY DOKTOR KOŚCIOŁA

    Wiosną 1222, pewne zdarzenie miało wydobyć na jaw skarby zgromadzone w duszy tego aż nazbyt pokornego zakonnika. Kilku braci franciszkanów i kaznodziejów oczekiwało święceń w Forli. Katedra pękała w szwach. Superior franciszkanów, chcąc uhonorować swego dominikańskiego brata, zaproponował, aby któryś z jego zakonników wygłosił kazanie. Ponieważ każdy z dominikanów wymawiał się po kolei, ich przełożony zwrócił się z tą prośbą do franciszkanów, z podobnym skutkiem. Gdy okazało się, że nikt nie chce dobrowolnie wygłosić collatio, przełożony franciszkański wyznaczył brata Antoniego, mimo przekonania, że nie posiada on dogłębnej wiedzy o Piśmie Świętym. Wszyscy byli pewni, że skromny braciszek się skompromituje i z góry mu współczuli.

    Antoni poczuł tremę, gdyż słyszał o rozległej wiedzy i krasomówstwie braci kaznodziejów. W dodatku polecenie zaskoczyło go i nie miał wcześniej okazji, aby cokolwiek przygotować. Jak powiada kronikarz, „rozpoczął on z prostotą. W miarę rozwijania tematu, jego głos przybierał na sile, a w trakcie przedstawiania doktryn mistycznych stał się tak donośny, że napełnił słuchaczy najwyższym podziwem (summa admiratio)”.

    Dwie rzeczy przykuły uwagę przełożonych obydwu zakonów: po pierwsze – obfitość cytatów, wygłaszanych bez korzystania z jakichkolwiek notatek, po drugie – trafne i nie stosowane dotąd porównania między różnymi fragmentami Pisma Świętego. Dla Antoniego, zgodnie ze starą maksymą, Nowy Testament został zawarty w Starym, a ten z kolei znalazł wyjaśnienie w Nowym (Novum Testamentum in veteri latet, Vetus Testamentum in novo patet). Skąd brał się ów głos pełen mądrości i umiłowania braci? Skąd, mimo niezwykłej wiedzy i elokwencji, tak wiele pokory? Antoni zawsze ślepo ufał Opatrzności Bożej. Sam Pan Jezus uprzedzał Apostołów: „nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam podane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was.” Słowa te spełniały się właśnie w życiu św. Antoniego.

    Przełożony pośpiesznie skontaktował się ze św. Franciszkiem z Asyżu, który nie był kapłanem ani uczonym i w swojej pokorze nigdy nie pretendował do kapłaństwa. Od tej chwili, Poverello zaczął nazywać Antoniego „biskupem”. Pokorny brat wyszedł z cienia, został mianowany profesorem teologii na uniwersytecie w Bolonii, gdzie wykładał przez dwa lata (1223-24), „sumiennie i precyzyjnie”.

    W swoim liście, Franciszek zwrócił się do niego w następujących słowach: „Do Brata Antoniego, mojego biskupa. Pozdrawia Cię brat Franciszek. Uważam, że powinieneś wykładać świętą teologię naszym braciom. Jak jest to jednak napisane w regule, czuwaj nad tym, aby Duch i modlitwa nie zgasły w ich sercach. Z Bogiem!”

    ŚW. ANTONI GŁOSI KAZANIA WE FRANCJI

    Pod koniec 1224 roku, Franciszek z Asyżu uznał, że nadeszła pora, by powierzyć Bratu Antoniemu ważna misję nawrócenia południowej Francji, w której, z wyjątkiem Prowansji, szerzyła się herezja katarów. Antoni bronił prawdziwej wiary tak przekonująco, ze nazwano go „młotem na heretyków”. Tego samego roku, 14 września, w uroczystość Podwyższenia Krzyża św., założyciel Braci Mniejszych otrzymał stygmaty Męki Pańskiej.

    Pierwszy etap: Montpellier, miasto uniwersyteckie, które pozostało wierne Kościołowi. Kilka mil dalej znajdowało się jednak heretyckie Beziers. Zgodnie z Regułą, kaznodziei towarzyszył inny brat. Antoni był cenionym na Uniwersytecie profesorem teologii. Swoje wykłady przygotowywał na piśmie. Pewnego dnia zauważył zniknięcie swoich notatek, a jednocześnie dowiedział się, że pewien nowicjusz opuścił zakon i klasztor. Później okazało się, że pragnął on zdobyć rozgłos, pisząc książkę na podstawie notatek Antoniego i opatrując ją swoim imieniem.

    Antoni natychmiast rozpoznał w tym dzieło szatana, pragnącego powstrzymać nadejście Królestwa Bożego. Pogrążył się w modlitwie i rozkazał szatanowi oddać notatki. Ten, posłuszny nakazowi świętego, wyruszył z siekierą w ręku na spotkanie nowicjuszowi. Gdy uciekinier zamierzał właśnie przeprawić się przez most, diabeł grożąc mu zabiciem i wrzuceniem do rzeki, zmusił go do natychmiastowego odniesienia Bratu Antoniemu skradzionych zapisków. Nowicjusz pobiegł do klasztoru, poprosił o przebaczenie swojego postępku i został wzorowym zakonnikiem. Podobno ten epizod przysporzył Antoniemu reputacji świętego, którego charyzmatem jest odnajdywanie rzeczy zagubionych.

    Drugi etap: Tuluza (1225), gdzie trzy lata wcześniej został założony klasztor Braci Mniejszych. Święty Dominik ani biskup Foulques nie odnieśli większych sukcesów, nawracając heretyków. Trzeba dodać, że stan wiary ludzi świeckich, a nawet duchownych, był opłakany. Brat Antoni zaczął przekonywać kapłanów, że zachowując się z większą godnością, pozbyliby się także problemu herezji. Jeden z kronikarzy lokalizuje właśnie w Tuluzie cud, którego główną „bohaterką” była mulica. Inni uważają, że działo się to w Rimini. Być może podobne wydarzenie miało miejsce kilkakrotnie. Powrócimy do niego potem.

    KOLEJNY ETAP: LE PUY

    Antoni pełnił tam funkcję gwardiana (przełożonego), nieustannie „zachęcając Braci do miłowania dyscypliny i praktykowania cnót ewangelicznych, służąc im własnym przykładem.”

    W ten sposób sprawił, że „pobożność rozkwitła ponownie” wśród zakonników. Kronikarz przytacza następującą anegdotę związaną z pobytem świętego w tym mieście. Pewna kobieta z całego serca pragnęła usłyszeć nauki Antoniego, ponieważ jednak jej mąż się temu sprzeciwiał, wolno jej było jedynie spoglądać przez okno w kierunku miejsca, w którym przemawiał kaznodzieja. Ku swojemu zdumieniu, mimo odległości ok. trzech kilometrów, zaczęła ona słyszeć wyraźnie każde jego słowo. Mąż w pierwszej chwili uznał ją za szaloną, gdy jednak podszedł do okna, sam także usłyszał słowa kazania, nawrócił się i od tej pory codziennie, razem z żoną chodził słuchać Brata Antoniego.

    Stamtąd, nasz bohater powędrował do Bourges, gdzie nawrócił biskupa, wzywając go do większej świętości życia. Jeden z kronikarzy umieszcza tu słynny „cud mulicy”. Brat Antoni głosił kazanie o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii. Pewien sceptyk pokpiwał sobie z niego i powtarzał, że musi zobaczyć, aby uwierzyć. Antoni publicznie przyjął wyzwanie, prosząc, aby ów człowiek przyprowadził swoją mulicę na plac targowy. Nazajutrz zebrał się tam gęsty tłum. Święty przybył na miejsce, niosąc Najświętszy Sakrament. Wówczas zwierzę porzuciło swoją wiązkę siana i skłoniło kolana przed Zbawicielem. Ów sceptyk, Żyd o imieniu Zachariasz, poczuł głębokie zmieszanie… i nawrócił się.

    Następnie, Brat Antoni spędził ponad rok w Brive (1225-26). Miasto zachowało żywe wspomnienia o jego obecności a nabożeństwo do św. Antoniego jest w nim ciągle bardzo popularne (niektórzy nawet nazywali go św. Antonim z Brive). Można tu odwiedzić grotę, w której mieszkał. Później udał się do Limoges, gdzie głosił kazania i dokonał licznych cudów. Wszędzie przybywano tłumnie, by go zobaczyć i usłyszeć; posiadając ewidentny dar języków, doskonale opanował on miejscowy dialekt.

    ANTONI – CUDOTWÓRCA

    Trudno zliczyć cuda przypisywane św. Antoniemu, jakie wydarzyły się za jego życia i po śmierci: bilokacje, cud mulicy (być może wielokrotny), uzdrowienia, wskrzeszenia…

    Pewnego dnia, klasztorowi w Brive zabrakło cebuli. Ojciec Antoni wysłał jednego z Braci do pobożnej niewiasty, właścicielki ogrodu warzywnego. Gdy ta wybierała się w drogę, na miasto spadł rzęsisty deszcz. Kobieta wyszła jednak z domu, udała się do ogrodu i wróciła ze swoim cennym ładunkiem… a mimo to nie spadła na nią ani jedna kropla deszczu. Innym razem, Antoni nauczał pod gołym niebem. Nagła ulewa spłynęła potokami na miasto, omijając jednak słuchaczy zgromadzonych wokół świętego, tak, że nie poczuli na sobie ani kropli wody.

    Pewnego popołudnia, w Limoges, Antoni przemawiał w kościele do tłumu, który z braku miejsca wylewał się także na zewnątrz. W tym samym czasie… odprawiał nabożeństwo w kaplicy Braci Mniejszych. Kiedy indziej, w Saint-Junien, kilka kilometrów od Limoges, przewidując obecność mas, które nie pomieściłyby się w kościele, wzniesiono trybunę dla kaznodziei oraz notabli. Brat Antoni zapowiedział atak szatana i uprzedził, że nie należy się nim przejmować. Istotnie, po pewnym czasie trybuna zaczęła się zapadać. Tłum rzucił się do ucieczki i wrócił, wiedziony ciekawością. Nikt nie został ranny, a święty mógł wygłosić kazanie które zostało przyjęte z zainteresowaniem, jakie łatwo sobie wyobrazić.

    Któregoś wieczoru, młoda matka, wszedłszy do domu po wysłuchaniu nauki Antoniego, zastała swoje dziecko martwe w kołysce. Pobiegła natychmiast do kaznodziei, by usłyszeć, że nie powinna rozpaczać, gdyż „Pan się ulituje”. W domu znalazła dziecko żywe, pochłonięte zabawą.

    ANTONI Z PADWY

    Po śmierci Franciszka z Asyżu 3 października 1227 roku, zwołana została kapituła nadzwyczajna, na którą udał się także Antoni. Wiosną tego samego roku opuścił on Francję definitywnie. Podczas kapituły generalnej został mianowany Prowincjałem Emilii, Lombardii i Wenecji. Zamieszkał w Bolonii i wyruszył w drogę, aby odwiedzić swoją prowincję. Zaczął od Rimini nad Adriatykiem. Od początków chrześcijaństwa było ono siedliskiem herezji. W IV wieku n.e., arianie (nie uznający bóstwa Chrystusa) przyczynili się do wygnania św. Hilarego (pochodzącego z Poitiers). Od owego czasu miasto nie przeszło prawdziwego nawrócenia.

    Antoni zamierzał nauczać w kościele, nikt jednak nie przyszedł. Żaden słuchacz nie pojawił się także na placu. Wówczas, święty powiadomił mieszkańców, że ci, którzy następnej niedzieli zechcą przyjść na plażę, zobaczą cuda. W oznaczonym dniu na plaży zebrał się tłum ciekawskich. Nie zważając na nich, Antoni zwrócił się twarzą ku morzu i stając w wodzie, zaczął przemawiać do ryb: „Wy, ryby tego morza, posłuchajcie słowa Bożego, którym wzgardzili heretycy…” Na te słowa, ławice ryb zaczęły podpływać ku świętemu, z najmniejszymi rybkami na czele i najdorodniejszymi na końcu, a podnosząc głowy, wszystkie zdawały się uważnie słuchać Bożego słowa. Ich liczba ciągle wzrastała. Brat Antoni wykładał im katechizm, opierając się na cytatach ze Starego i Nowego Testamentu. Swoje kazanie zakończył słowami „Niech będzie błogosławiony Bóg przedwieczny, gdyż ryby oddają mu chwałę lepiej, niż heretycy”. Tłum, który znacznie się powiększył, na widok tego cudu padł na kolana. Wówczas Antoni pobłogosławił ryby i odesłał je.

    Dzięki temu zdarzeniu nawróciło się wielu mieszkańców Rimini. Znalazło się jednak kilku opornych, którzy, zazdrośni o sukces, zaprosili Antoniego na obiad, pod pretekstem szukania wyjaśnień, a w rzeczywistości po to, aby go zgładzić. Potrawy, jakie mu podano, były zatrute, Duch Święty jednak go ostrzegł. Antoni uczynił nad nimi znak krzyża i spożywszy je, nie odczuł żadnych dolegliwości. Tak, jak do tej pory, i tym razem potraktował on literalnie Ewangelię, w której zapisane są słowa Chrystusa: „jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić”.

    W 1230 (wreszcie!) Prowincjał udał się do Padwy (wskutek czego został później nazwany świętym Antonim z Padwy, a śmierć jego miała nadejść w następnym roku). Niestrudzenie wizytował on swoją prowincję, mnożąc kazania i cuda, które owocowały licznymi nawróceniami wśród ludności. Zawsze miał on w pamięci powiedzonko świętego Założyciela zakonu, Franciszka z Asyżu, który zwykł powtarzać: „Jeśli chcesz być kaznodzieją, musisz stać się przede wszystkim człowiekiem modlitwy”. Jego rada nigdy nie utraciła swojej aktualności.

    Tegoż roku, Antoni przestał pełnić funkcję Prowincjała, by objąć katedrę teologii i nauczać Braci. Zredagował on Kazania na niedziele, po których wkrótce napisał także Kazania na dni świąteczne. Powoływał się w nich na całe Pismo Święte, wskazując tak bliskie jego egzegezie paralele między Starym a Nowym Testamentem.

    MISJA ZAKOŃCZONA

    W 1231, Brat Antoni wygłaszał w Padwie codzienne kazania wielkopostne. Mimo młodego wieku był już wyczerpany życiem wypełnionym pracą i rozmaitymi umartwieniami. W piątek 13 czerwca nie mógł wrócić do celi o własnych siłach; potrzebował do tego pomocy dwóch Braci. Wyspowiadał się i wzmocnił na tyle, by zaśpiewać swój ulubiony hymn do Najświętszej Maryi Panny; wreszcie jego wzrok zatrzymał się w pewnym punkcie. Spowiednik zapytał go, co zobaczył. „Widzę mego Pana” – odrzekł Antoni. Przyjął ostatnie namaszczenie i w kilka minut później spokojnie oddał ducha. Przeżył zaledwie 36 lat, ale jak pełne treści było jego życie!

    30 maja 1232 roku, po procesie kanonicznym został ogłoszony świętym, a krótkie zdanie wypowiedziane przez papieża pozwalało przewidywać, że pewnego dnia, będzie on mianowany Doktorem Kościoła.

    Gdy w 1263 dokonywano uroczystego przeniesienia jego szczątków, okazało się, że cało ciało Antoniego uległo rozkładowi oprócz języka, który w stanie nienaruszonym umieszczono w relikwiarzu.

    (S.M.)

    Modlitwa za wstawiennictwem św. Antoniego z Padwy

    O Boże, Ojcze dobry i miłosierny,
    który wybrałeś świętego Antoniego jako świadka Ewangelii
    i posłańca pokoju pośród Twego ludu, wysłuchaj modlitwy,
    z którą zwracamy się do Ciebie za jego pośrednictwem.
    Uświęć każdą rodzinę, pomóż jej wzrastać w wierze;
    zachowaj w niej jedność, pokój i pogodę ducha.
    Błogosław naszym dzieciom, ochraniaj młodzież.
    Przyjdź z pomocą wszystkim doświadczanym
    przez chorobę, cierpienie i samotność.
    Podtrzymuj nas w trudach codziennego życia,
    udzielając nam Twojej miłości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    ze strony: Wydawnictwo „Vox Domini”.

    ***


    12 czerwca

    Błogosławiona
    Maria Kandyda od Eucharystii, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławionych 108 męczenników z czasów II wojny światowej
      •  Święty Onufry Wielki, pustelnik
      •  Święty Leon III, papież
      •  Święty Kasper Bertoni, prezbiter
      •  Święty Benedykt Menni, prezbiter
      •  Błogosławiony Stefan Bandelli, prezbiter
    Błogosławiona Maria Kandyda od Eucharystii
    Maria Barba urodziła się 16 stycznia 1884 roku w Catanzaro w Kalabrii, na południu Włoch. Była dziesiątym dzieckiem spośród dwanaściorga rodzeństwa. Wychowała się w rodzinie głęboko wierzącej. Opiekowała się rodzeństwem, a dzięki staraniom miejscowych sióstr nauczyła się modlić własnymi słowami. W wieku 9 lat Pan Bóg obdarzył ją darem medytacji. Największą jej radością po przystąpieniu do Pierwszej Komunii świętej było pełne uczestniczenie w Eucharystii, przyjmowanie Chrystusa do serca. Jak tylko mogła, każdego dnia starała się odmawiać cały różaniec. 2 lipca 1899 roku wzięła udział w obłóczynach krewnej. To wydarzenie stało się dla niej ważnym doświadczeniem religijnym, punktem zwrotnym. Wówczas, w piętnastym roku życia, odkryła swoje powołanie do życia zakonnego.
    Jednak rodzice na wieść o jej zamiarach stanowczo zaprotestowali. Na przeszkodzie w realizacji powołania stanęły wydarzenia w rodzinie. W roku 1904 umarł jej ojciec, w 1911 roku jej 21-letni brat Paweł. W 1910 r., posłuszna kierownikowi duchowemu, zaczęła pisać swoje Confessione generale (Wyznania ogólne), które kontynuowała do 1918 r. We wrześniu 1910 r. udała się wraz z rodziną na pielgrzymkę do Rzymu i została przyjęta na audiencji przez papieża św. Piusa X. Śmierć matki w czerwcu 1914 r. wydawała się być zagrożeniem jedności rodziny, zatem obecność Marii, jej kobiecej ręki wydawała się konieczna.
    Maria czekała cierpliwie prawie dwadzieścia lat na to, aby zobaczyć realizujące się w końcu pragnienie. W czasie tego oczekiwania okazała wielką moc ducha i niezwykłą wierność początkowemu natchnieniu. W tej walce, która trwała aż do momentu wstąpienia do Karmelu w Ragusie, była wspierana przez szczególny kult Eucharystii. Widziała w niej tajemnicę sakramentalnej obecności Boga w świecie, konkretny dowód Jego nieskończonej miłości do człowieka. Wytrwała w powołaniu także dzięki nabożeństwu do Serca Jezusowego, praktyce komunii duchowej i pobożności maryjnej. Maryja stała się dla niej prawdziwym wzorem życia Eucharystią, bo Ona nosiła w swym łonie Syna Bożego, którego ustawicznie rodzi w sercach wierzących.
    Ukoronowaniem wierności Marii był dzień 25 września 1919 roku, kiedy to wstąpiła do karmelitanek bosych w Ragusie. Przyjęła imię Maria Kandyda od Eucharystii. W klasztorze długie godziny spędzała na adoracji Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza w każdy czwartek między godziną 23 a 24. Wiele czasu poświęcała zgłębianiu duchowości swych świętych poprzedniczek, a zwłaszcza Teresy od Jezusa. W 1924 roku została wybrana na przełożoną klasztoru. Urząd ten pełniła z krótką przerwą do 1947 roku. W Roku Świętym 1933 zaczęła pisać swoje dzieło na temat duchowości eucharystycznej.
    Zmarła 12 czerwca 1949 roku w Ragusie, w uroczystość Trójcy Przenajświętszej, po kilku miesiącach cierpień fizycznych. Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 21 marca 2004 roku. Papież powiedział o niej wtedy: “Była prawdziwą mistyczką Eucharystii, z której uczyniła ośrodek jednoczący całą jej egzystencję, inspirując się tradycją karmelitańską, a zwłaszcza przykładami św. Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża. Do tego stopnia zakochała się w Jezusie eucharystycznym, że stale i żarliwie pragnęła być niestrudzoną apostołką Eucharystii. Jestem pewien, że z nieba bł. Maria Kandyda wciąż pomaga Kościołowi, by coraz większym podziwem i miłością otaczał tę największą tajemnicę naszej wiary”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 czerwca

    Święty Barnaba, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Paryzjusz, pustelnik
      •  Święta Paula Angela Maria Frassinetti, zakonnica
    Święty Barnaba Apostoł
    Barnaba urodził się na Cyprze w żydowskiej rodzinie z pokolenia Lewiego. Jego właściwe imię brzmiało Józef, ale Apostołowie dali mu przydomek Barnaba. Według Klemensa Aleksandryjskiego i Euzebiusza Barnaba miał należeć do grona 72 uczniów Pana Jezusa. Był krewnym św. Marka Ewangelisty, dlatego św. Paweł nazywa go kuzynem Ewangelisty (Kol 4, 10). Barnaba zapewne razem ze św. Pawłem przybył do Jerozolimy, aby u stóp Gamaliela, znanego rabina – uczonego żydowskiego, pogłębić swoją wiedzę w zakresie religii mojżeszowej. Dzieje Apostolskie tymi słowy wprowadzają nas w okoliczności początków jego działalności. “Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 36-37).
    O powadze, jakiej zażywał wśród Apostołów, świadczy to, że to Barnaba przygarnął św. Pawła po jego nawróceniu i dopiero z Barnabą Paweł mógł pójść do pozostałych Apostołów (Dz 9, 26-27). Wraz ze św. Pawłem Barnaba udał się do Antiochii, gdzie pozyskali wielką liczbę wiernych dla Chrystusa. Był to rok 42 po narodzeniu Pana Jezusa. Barnaba i Paweł swoje nauczanie kierowali najpierw do Żydów. Kiedy jednak ci ich odrzucili, poszli do pogan. Aby jednak neofitów nie zrazić, nie nakładano na nich żadnych obowiązków prawa mojżeszowego, a żądano jedynie, by dawali świadectwo Chrystusowi przez przyjęcie chrztu i życie zgodne z Ewangelią. Wieść o tym dotarła jednak do gminy jerozolimskiej, która pilnie przestrzegała prawa mojżeszowego. Barnaba po raz pierwszy wprowadził Pawła do gminy żydowskiej. Obaj Apostołowie bronili tam swojego kierunku działania wobec nawróconych z pogaństwa. Ich stanowczymi przeciwnikami byli natomiast nawróceni Żydzi. Sprawę rozstrzygnął na korzyść Barnaby i Pawła św. Piotr, a poparł go św. Jakub Młodszy. Ustalono, że wolno nawracać pogan, kiedy w danym mieście Żydzi nie przyjmą nauki Chrystusa Pana, oraz że nawróconym z pogaństwa nie należy narzucać obowiązku zachowania prawa mojżeszowego (Dz 15, 1-35).

    Święci Apostołowie Barnaba i Paweł

    Barnaba był człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary (Dz 11, 22-24). Razem ze św. Markiem jako towarzysz św. Pawła udał się w pierwszą podróż misyjną na Cypr, a stamtąd do Azji Mniejszej (Dz 13, 1-14). Na Cyprze dokonali nawrócenia namiestnika wyspy, Sergiusza Pawła. Kiedy w miasteczku Perge św. Paweł uzdrowił człowieka chromego, “na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: «Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas». Barnabę nazwali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramy woły i przyniósł wieńce, i chciał z tłumem złożyć (im) ofiarę. Na wieść o tym Apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli szaty (…) Zawiedziony tłum od entuzjazmu przeszedł do wściekłości”. Pobudzeni przez Żydów z Ikonium poganie omal nie pozbawili Apostołów życia, św. Pawła ukamienowali, ale cudem wyszedł z ich rąk (Dz 14, 1-21).
    Barnaba zamierzał wraz z Pawłem udać się w drugą podróż misyjną. Doszło jednak do konfliktu, gdyż Paweł stanowczo sprzeciwił się, by w tej podróży brał udział również Marek, który w czasie pierwszej wyprawy samowolnie ich opuścił. Barnaba w tej sytuacji wycofał się i powrócił z Markiem na Cypr, gdzie kontynuowali pracę apostolską (Dz 15, 39-40). Odtąd giną wszelkie informacje o Barnabie. Według podania miał pozostać na Cyprze jako pierwszy biskup i pasterz tej wyspy. Miał także działać w Rzymie, Aleksandrii, Mediolanie. Około 60 r. na Cyprze, w mieście Salaminie, poniósł wedle tego przekazu śmierć męczeńską przez ukamienowanie. Jak mówi podanie, za cesarza Zenona w roku 488 odnaleziono relikwie św. Barnaby. Miał on na piersiach Ewangelię św. Mateusza, którą sam własnoręcznie dla swojego użytku przepisał.
    Jak wielką popularnością cieszył się w pierwotnym chrześcijaństwie św. Barnaba, świadczą liczne apokryfy: Dzieje Barnaby, Ewangelia Barnaby oraz List Barnaby. Dzieje Barnaby opisują walki, jakie Apostoł musiał staczać z Żydami, którzy mieli go spalić żywcem. Jego prochy miał zebrać ze czcią św. Marek. Dziełko powstało ok. roku 400 na Cyprze. Ewangelię Barnaby mieli napisać gnostycy. Jest wspomniana w pismach niektórych ojców apostolskich, ale jej treści bliżej nie znamy. Ciekawym dokumentem jest List Barnaby z wieku II, w którym autor poleca alegorycznie tłumaczyć teksty Pisma świętego. Teologicznie cenną jest druga część tego Listu, mówiąca o preegzystencji Chrystusa Pana, o tajemnicy Jego wcielenia i o dwóch drogach – światła i ciemności.
    Kult św. Barnaby był już w czasach apostolskich tak wielki, że tylko jemu jednemu z uczniów Dzieje Apostolskie nadają zaszczytny tytuł Apostoła. W wieku XVI powstał zakon Regularnych Kleryków św. Pawła, założony przez św. Antoniego Marię Zaccaria, od macierzystego kościoła św. Barnaby nazywany popularnie barnabitami.
    Barnaba jest patronem Florencji i Mediolanu, w którym według tradycji nauczał; czczony jest także jako orędownik podczas kłótni, sporów, smutku oraz burz gradowych.
    W ikonografii św. Barnaba przedstawiany jest jako starszy mężczyzna z długą brodą w tunice i płaszczu albo w szatach biskupich, czasami jako kardynał. Jego atrybutami są: ewangeliarz, zwój pergaminu, gałązka oliwna, halabarda, model kościoła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Barnaba, Sylas i Apollos

    Św. Barnaba

    Św. Barnaba/FRANCESCO BINI / CC-SA 4.0
    Tak wyobrażał go sobie Sandro Botticelli.

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 31 STYCZNIA 2007

    (…) W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności.

    Drodzy bracia i siostry,
    kontynuując naszą podróż do głównych postaci początków chrześcijaństwa, zwracamy dzisiaj uwagę na kilku dalszych współpracowników św. Pawła. Musimy przyznać, że Apostoł jest wymownym przykładem człowieka otwartego na współpracę: nie chce on w Kościele robić wszystkiego samemu, ale korzysta z licznych i różnych kolegów. Nie możemy zatrzymać się przy wszystkich tych cennych pomocnikach, ponieważ jest ich wielu. Wymieńmy tylko między innymi Epafrasa (por. Kol 1,7; 4,12; Flm 23), Epafrodyta (por. Flp 2,25; 4,18), Tychika (por. Dz 20,4; Ef 6,21; Kol 4,7; 2 Tm 4,12; Tt 3,12), Urbana (por. Rz 16,9), Gajusa i Arystarcha (por. Dz 19,29; 20,4; 27,2; Kol 4,10), a także niewiasty, jak Febę (por. Rz 16,1), Tryfenę i Tryfozę (por. Rz 16,12), Persydę, matkę Rufusa – o której Paweł powiada: “jest i moją matką” (por. Rz 16,12-13) – nie zapominając o małżonkach Prysce i Akwili (por. Rz 16,3; 1 Kor 16,19; 2 Tm 4,19). Dzisiaj, z tej wielkiej rzeszy współpracowników i współpracownic św. Pawła wybieramy trzy spośród tych osób, które odegrały szczególną rolę u początków ewangelizacji: Barnabę, Sylasa i Apollosa.

    Imię Barnaba, oznaczające “Syn Pocieszenia” (Dz 4,36), jest przydomkiem żydowskiego lewity rodem z Cypru. Osiadłszy w Jerozolimie był on jednym z pierwszych, którzy przyjęli chrześcijaństwo po zmartwychwstaniu Pana. Wielkodusznie sprzedał pole, które było jego własnością, a uzyskane pieniądze przekazał Apostołom na potrzeby Kościoła (por. Dz 4,37). To on był gwarantem nawrócenia Szawła dla wspólnoty chrześcijańskiej Jerozolimy, która nie dowierzała jeszcze dawnemu prześladowcy (por. Dz 9,27). Wysłany do Antiochii w Syrii, udał się do Pawła do Tarsu, dokąd się on wycofał, i spędził z nim cały rok, oddając się ewangelizacji tego ważnego miasta, w którego Kościele Barnaba znany był jako prorok i nauczyciel (por. Dz 13,1). Tak więc Barnaba, w chwili pierwszych nawróceń wśród pogan, zrozumiał, że nadszedł czas Szawła, który schronił się w Tarsie, swoim mieście. Udał się tam, aby go szukać. I tak oto w tym ważnym momencie przywrócił niejako Pawła Kościołowi; w tym sensie dał mu raz jeszcze Apostoła Narodów.

    Z Kościoła antiocheńskiego Barnaba wysłany został w misję wraz z Pawłem, odbywając tak zwaną pierwszą podróż misyjną Apostoła. W rzeczywistości była to podróż misyjna Barnaby, ponieważ to on był prawdziwym kierownikiem, do którego Paweł dołączył jako współpracownik, docierając do rejonów Cypru i Środkowo-Południowej Anatolii, w dzisiejszej Turcji, z takimi miastami jak Attalia, Perge, Antiochia Pizydyjska, Ikonium, Listra i Derbe (por. Dz 13-14). Razem z Pawłem udał się następnie na tzw. Sobór Jerozolimski, na którym po dogłębnym rozważeniu tego zagadnienia, Apostołowie wraz ze starszymi postanowili oddzielić praktykę obrzezania od tożsamości chrześcijańskiej (por. Dz 15,1-35). Tylko w ten sposób w końcu oficjalnie stał się możliwy Kościół pogan, Kościół bez obrzezania: jesteśmy synami Abrahama po prostu za sprawą wiary w Chrystusa.

    Obaj, Paweł i Barnaba, toczyli później spór na początku drugiej podróży apostolskiej, gdyż Barnaba zamierzał zabrać w charakterze towarzysza Jana Marka, podczas gdy Paweł nie chciał, jako że młodzieniec odłączył się od nich podczas poprzedniej podróży (por. Dz 13,13; 15,36-40). A zatem także wśród świętych możliwe są spory, rozdźwięki i zatargi. Mnie się wydaje to bardzo pocieszające, widzimy bowiem, że święci “nie spadli z nieba”. Są ludźmi takimi jak my, mającymi nawet złożone problemy. Świętość nie polega na tym, że nigdy się nie pobłądziło czy zgrzeszyło. Świętość wzrasta w zdolności do nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczęcia od nowa, przede wszystkim zaś zależy od zdolności do pojednania i przebaczenia. I tak Paweł, który był dość cierpki i przykry wobec Marka, w końcu wyruszył z nim. W ostatnich listach Pawłowych: do Filemona i w drugim do Tymoteusza, właśnie Marek występuje jako “mój współpracownik”. Tak więc nie to, że nigdy się nie popełniło błędu, lecz zdolność do pojednania i przebaczenia czyni z nas świętych. Wszyscy też możemy nauczyć się tej drogi świętości. W każdym razie Barnaba wraz z Janem Markiem wyruszył na Cypr (por. Dz 15,39) około roku 49. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Tertulian przypisuje mu autorstwo Listu do Hebrajczyków, co jest nawet prawdopodobne, ponieważ pochodząc z plemienia lewitów, Barnaba mógł być zainteresowany tematem kapłaństwa. A List do Hebrajczyków wyjaśnia nam w sposób niezwykły kapłaństwo Jezusa.

    Innym towarzyszem Pawła był Sylas, którego imię jest grecką formą jakiegoś imienia hebrajskiego (być może szeal, “prosić, błagać”, które ma ten sam rdzeń, co “Saul” – Szaweł) i które ma też formę łacińską Sylwan. Imię Sylas występuje jedynie w Dziejach Apostolskich, podczas gdy Sylwana znajdujemy tylko w listach św. Pawła. Był on Żydem z Jerozolimy, jednym z pierwszych, którzy zostali chrześcijanami, i w Kościele tamtejszym cieszył się wielkim szacunkiem (por. Dz 15,22), gdyż uchodził za proroka (por. Dz 15,32). Jego zadaniem było przekazanie “braciom w Antiochii, w Syrii i w Cylicji” (Dz 15,23) postanowień, podjętych na Soborze Jerozolimskim i wyjaśnienie ich. Najwyraźniej uważano go za zdolnego do podjęcia się swego rodzaju pośrednictwa między Jerozolimą a Antiochią, między judeochrześcijanami a chrześcijanami pochodzenia pogańskiego i przyczynienia się w ten sposób do jedności Kościoła w odmienności obrzędów i pochodzenia.

    Gdy Paweł rozstał się z Barnabą, wybrał właśnie Sylasa na nowego towarzysza podróży (por. Dz 15,40). Z Pawłem dotarł on do Macedonii (do miast Filippi, Tesaloniki i Berei), gdzie się zatrzymał, podczas gdy Paweł udał się dalej do Aten, a następnie do Koryntu. Sylas dołączył do niego w Koryncie, gdzie współpracował w głoszeniu Ewangelii; mianowicie w drugim Liście skierowanym przez Pawła do tamtejszego Kościoła, mowa jest o “Chrystusie Jezusie, Tym, którego głosiłem wam ja i Sylwan, i Tymoteusz” (2 Kor 1,19). To wyjaśnia, dlaczego występuje on jako współnadawca, wraz z Pawłem i Tymoteuszem, obu Listów do Tesaloniczan. Również to wydaje mi się istotne. Paweł nie działa jako “solista”, jak zupełnie samodzielna jednostka, ale razem ze swymi współpracownikami jako “my” Kościoła. Owo “ja” Pawła nie jest odizolowanym “ja”, lecz “ja” w “my” Kościoła, w “my” wiary apostolskiej. Sylwan jest też w końcu wspomniany w Pierwszym Liście Piotra, gdzie czytamy: “Krótko, jak mi się wydaje, wam napisałem przy pomocy Sylwana, wiernego brata” (5,12). W ten sposób widzimy też jedność Apostołów. Sylwan służy Pawłowi, służy Piotrowi, albowiem Kościół jest jeden i przepowiadanie misyjne jest jedno.

    Trzeci towarzysz Pawła, którego chcemy przypomnieć, nazywa się Apollos, najprawdopodobniej jest to skrót od Apolloniusza czy Apollodora. Chociaż jest to imię pochodzenia pogańskiego, był on żarliwym Żydem z Aleksandrii w Egipcie. Łukasz w Dziejach Apostolskich określa go jako “człowieka uczonego, znającego świetnie Pisma… z wielkim zapałem” (18, 24-25). Wkroczenie Apollosa na scenę pierwszej ewangelizacji następuje w Efezie: udał się on tam, by przepowiadać i miał szczęście spotkać się z chrześcijańskimi małżonkami Pryscyllą i Akwilą (por. Dz 18,26), którzy wprowadzili go w pełne poznanie “drogi Bożej”(por. Dz 18,26). Z Efezu udał się do Achai, docierając do Koryntu: dotarł tu w następstwie listu chrześcijan z Efezu, którzy polecali Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. Dz 18, 27).

    W Koryncie, jak pisze Łukasz, “pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem” (Dz 18,27-28). Ale jego powodzenie w tym mieście miało też aspekt problematyczny, jako że było kilku członów tamtejszego Kościoła, którzy w jego imię, zafascynowani jego sposobem mówienia, sprzeciwiali się innym (por. 1 Kor 1,12; 3,4-6; 4,6). Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian wyraża uznanie dla działalności Apollosa, ale wypomina Koryntianom, że ranią Ciało Chrystusa, dzieląc się na przeciwne frakcje. Wyciąga on ważną naukę z tego wydarzenia: tak ja, jak i Apollos – powiada – nie jesteśmy nikim innym, jak tylko diakonoi, czyli prostymi sługami, przez których uwierzyliście (por. 1 Kor 3,5). Każdy ma odmienne zadanie na polu Pańskim: “Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost… My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą” (1 Kor 3,6-9). Po powrocie do Efezu Apollos opierał się zaproszeniom Pawła, by powrócił natychmiast do Koryntu, odkładając podróż na późniejszy termin, którego nie znamy (por. 1 Kor 16,12). Nie mamy o nim żadnych innych wiadomości, chociaż niektórzy uczeni przypuszczają, że to on może być autorem Listu do Hebrajczyków, który – według Tertuliana – miał napisać Barnaba.

    Wszyscy ci trzej mężowie jaśnieją na firmamencie świadków Ewangelii ze względu na to, co ich łączyło, oprócz tego, co charakteryzowało każdego z nich. Wspólne, poza pochodzeniem żydowskim, było ich oddanie Jezusowi Chrystusowi i Ewangelii, wraz z faktem, że wszyscy trzej byli współpracownikami apostoła Pawła. W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności. Przemyślmy raz jeszcze na koniec to zdanie św. Pawła: tak ja, jak i Apollos, jesteśmy sługami Jezusa, każdy na swój sposób, ponieważ to Bóg pozwala rosnąć. Słowa te są aktualne także dzisiaj dla wszystkich – czy to Papieża, czy kardynałów, biskupów, kapłanów i świeckich. Wszyscy jesteśmy pokornymi sługami Jezusa. Służmy Ewangelii, jak możemy, zgodnie z naszymi darami, i prośmy Boga, by to On pozwolił rosnąć dziś swej Ewangelii, swojemu Kościołowi.

    wiara.pl

    ***


    10 czerwca

    Błogosławiony Bogumił-Piotr, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Dominici, biskup
      •  Błogosławiony Eustachy Kugler, zakonnik
    Błogosławiony Bogumił-Piotr
    Bogumił urodził się w Koźminie (Wielkopolska). Pochodził ze znakomitego rodu Leszczyców. Przyszedł na świat ok. 1135 r. O jego rodzicach dokumenty milczą. Jego bliższym krewnym, może nawet bratem, był cysters w Łeknie, Boguchwał. Nie są znane bliższe okoliczności wstąpienia Bogumiła do klasztoru cystersów. Nie wiemy również, czy jego imię Piotr jest chrzestnym, czy też zakonnym. W roku 1185 miał powstać klasztor cystersów w Koprzywnicy, a jego opatem miał być wybrany wówczas właśnie Bogumił-Piotr. W roku 1186 Bogumił został powołany na urząd biskupa w Poznaniu. Do dziś w skarbcu katedry przechowywana jest jego stuła. Jednak już w roku następnym, 1187, po śmierci arcybiskupa gnieźnieńskiego Zdzisława, Bogumił został powołany do Gniezna na jego następcę. Tak szybka kariera wskazuje, że musiał wyróżniać się niezwykłymi zaletami ducha. Bł. Wincenty Kadłubek, który zapewne znał go osobiście, napisał o nim w Kronice: “Mąż pełen cnót i wiedzy (…), wyróżniający się dobrymi obyczajami, pełen szlachetności umysłu”. Bogumił był rzeczywiście chlubą zakonu cysterskiego dzięki swojej mądrości, uczynności, dzielności, świętości i hojnej fundacji na cele misyjne.
    Swoje przywiązanie do zakonu cystersów okazał Bogumił zaraz na początku swoich rządów, kiedy przeznaczył dochody z kilkunastu wsi, należących do metropolii, na zorganizowanie nowego opactwa cystersów w Sulejowie, które ufundował wtedy książę Kazimierz Sprawiedliwy. Opactwu cysterskiemu w Łeknie ofiarował dochody z trzech innych wsi. O publicznej działalności Błogosławionego wiemy tyle, że w roku 1191 uczestniczył w konsekracji kolegiaty sandomierskiej. Wezwany na rozjemcę w sporze między benedyktynami a norbertanami o opactwo św. Wincentego we Wrocławiu w roku 1193, przydzielił je norbertanom. Jemu też zlecono delikatną i trudną misję pojednania książąt Kazimierza Sprawiedliwego z Mieszkiem Starym. W rodzinnym majątku, w Dobrowie, Bogumił ufundował kościół parafialny Świętej Trójcy i hojnie go uposażył.
    Spragniony ciszy i spokoju, po dwunastu latach rządzenia metropolia gnieźnieńską, w 1198 r. złożył rezygnację na ręce legata papieskiego, kardynała Piotra, i przeniósł się do Dobrowa, gdzie na wyspie rzeki Warty założył sobie pustelnię. Tam, jak pisał promotor procesu beatyfikacyjnego, prymas Maciej Łubieński, “trawiąc czas na modlitwie i trapiąc ciało swoje postami, niespaniem i różnymi umartwieniami, spędził ostatnie lata swego życia”. W każdą niedzielę dla okolicznych mieszkańców odprawiał Msze św. i wygłaszał kazania. Przeżył tam ok. 5 lat. Dobra rodzinne przeznaczył na misje wśród pogańskich Prusów.
    Nieznana jest data jego zgonu. Według Kalendarza Krakowskiego miał przejść do wieczności 19 sierpnia. Według nekrologu klasztorów norbertanów we Wrocławiu i w Szczecinie miał zasnąć w Panu 20 sierpnia. Przypuszczalny rok jego śmierci to ok. 1204 r.
    Jego cześć od samego początku była żywa. Obejmowała zwłaszcza rejon Wielkopolski. Uciekano się do jego wstawiennictwa przede wszystkim, by uprosić zdrowie dla żywego inwentarza oraz o szczęśliwe połowy ryb. U jego grobu w kościele dobrowskim składano liczne wota dziękczynne za wyjednane łaski. Prymas Jakub Uchański (1562-1581) w czasie badania relikwii Bogumiła wyjął z jego sarkofagu mitrę i pierścień biskupi z szafirem oraz złotą blachę z napisem pośmiertnym. Proces kanoniczny rozpoczął dopiero w roku 1625 prymas Maciej Łubieński. Akta tego procesu zostały przesłane do Rzymu w roku 1651. Z tej okazji opracowano żywot Bogumiła. Niestety, księga cudów, którą wypożyczył Sebastian Głębocki, spłonęła w jego dworze w Głębokim pod Kruszwicą. Nowy proces kościelny rozpoczął w roku 1908 biskup kujawski, Stanisław Kazimierz Zdzitowiecki. Dopiero papież Pius XI 27 maja 1925 roku zatwierdził starodawny kult biskupa Bogumiła. Paweł VI ogłosił bł. Bogumiła wraz z bł. Jolentą patronem archidiecezji gnieźnieńskiej. Ponadto bł. Bogumił jest patronem archidiecezji gdańskiej, poznańskiej, wrocławskiej i diecezji włocławskiej. Jest wzywany jako orędownik odbywających rekolekcje i skupienia.
    W ikonografii bł. Bogumił przedstawiany jest w pontyfikalnym stroju biskupim z krzyżem w ręku. Czasami ukazywany, gdy przechodzi suchą nogą przez rzekę. Jego atrybutem jest ryba.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 czerwca

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona), opat

    Zobacz także:
      •  Święty Efrem Syryjczyk, diakon i doktor Kościoła
      •  Błogosławiona Anna Maria Taigi, tercjarka
      •  Święty Józef de Anchieta, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj z Gesturi, zakonnik
      •  Kościół metropolitalny w Lublinie
      •  Bazylika metropolitalna w Warszawie
    Prawdziwe imię Kolumby brzmi Columcille (irlandzkie imię – Colum Cille), czyli “gołąb Kościoła”. Na chrzcie otrzymał imię Crimthann (czyli “lis”). Znany jest przede wszystkim pod łacińską wersją swego imienia Columba. W wersji polskiej występuje jako Kolumba lub Kolumban. Nazwany został Starszym dla odróżnienia od Kolumbana Młodszego, także świętego (+ 615), wspominanego w liturgii 23 listopada. Z tego samego powodu bywa też określany mianem Kolumba opata z Hy (Iona). Analogicznie Kolumban Młodszy zwany jest wtedy Kolumbanem z Luxeuil/Bobbio.

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona)

    Urodził się około r. 521 w królewskiej rodzinie Conall Gulbana; kilku bliskich z jego rodziny należało do grona panujących. Sam został szybko mnichem. Wówczas właśnie otrzymał imię Kolumba, pod którym przeszedł do historii. Wykształcenie i zmysł zakonny zdobywał w kilku klasztorach: w Cill-Enna, w Clonard oraz Moville. Potem sam założył wiele ośrodków mniszych. W roku 563, już jako kapłan i opat, opuścił Irlandię – pro Christo peregrinari volens (pragnąc pielgrzymować dla Chrystusa), jak przekazał Adamnan. Osiadł na opustoszałej wysepce Iona i tam utworzył nowy ośrodek, który miał promieniować przez kolejne stulecia. Podjął też pracę ewangelizacyjną, prowadzoną wcześniej bez trwałych rezultatów przez św. Niniana. Działał również pośród Irlandczyków osiadłych na południe od terenów Piktów. Oni to utworzyli podstawę dla ukształtowania narodowości szkockiej.
    Na małej skalistej wysepce Kolumba spędził trzydzieści cztery lata. Bez ustanku napływali do niego uczniowie, dlatego ośrodek stał się początkiem kilku innych klasztorów, które utworzyły rodzaj konfederacji mniszej. Formowano w nich misjonarzy dla Piktów i Anglosasów. Sam Kolumba nawrócił króla Piktów, a w 574 roku namaścił na króla władcę Irlandczyków w południowej Szkocji. Biskupem nie był, mimo to posiadał pewną jurysdykcję nad klasztorami w Szkocji i Irlandii. Zmarł 8 lub 9 czerwca 597 r., wtedy gdy św. Augustyn z Canterbury, wysłany przez Grzegorza Wielkiego, stawiał stopę na ziemi angielskiej. Szczątki patriarchy przeniesiono w czasie napadów skandynawskich. Przetrwała dużo późniejsza legenda o tym, że złożono je razem z relikwiami św. Patryka i św. Brygidy.
    W ikonografii przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutem jest: księga, zwój, model klasztoru, statek, gołąb.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    “Mo chridecán” znaczy moje serduszko – święty Kolumba

    "Mo chridecán" znaczy moje serduszko - święty Kolumba

    JOSEPH RATCLIFFE SKELTON (PD)Tylu masz nawrócić, ilu z Twojej przyczyny zginęło – nakazuje mistrz duchowy Kolumbie…

    ***

    Sześć wieków wcześniej zanim święty Franciszek obłaskawiał wilka z Gubbio, klasztorny koń z opactwa w Ionie płakał nad św. Kolumbą. Święty, przeczuwając śmierć, żegnał się z tym światem, który mnisi irlandzcy traktowali zupełnie wyjątkowo, inaczej niż reszta chrześcijan. Po kilkunastu wiekach ich duchowość przeżywa renesans. Ma swoich entuzjastów także w Polsce.

    Scena przedśmiertnego pożegnania założyciela słynnego klasztoru, położonego na jednej z wysp u wybrzeży Szkocji, z siwkiem przywożącym mnichom mleko, jest naprawdę wzruszająca, ale – będę szczery – co mnie obchodzi stary koń sprzed czternastu wieków i jego wielki smutek? W najlepszym razie – niewiele. To natomiast, co napisał o tym pożegnaniu Adomnan, opat Iony sto lat po św. Kolumbie, o, to już daje do myślenia. Adomnan opisuje, jak ów koń, przeczuwając śmierć Świętego, złożył łeb na jego piersi, i dodaje – uwaga! – „wierzę, że Bóg go do tego natchnął, ponieważ każdemu zwierzęciu jest dana wiedza o rzeczach zgodnie z wolą Stworzyciela”. A na koniec pisze o tymże koniu, że „odszedł w smutku”. Czy, a jeśli tak, to jak bardzo płakał stary koń z Iony, tego nie wiemy. Ale wiemy, co napisał o zwierzęciu irlandzki mnich. I to właśnie jest niezwykłe.

    Adomnan
    nie był jakimś niezrównoważonym nadwrażliwcem. Widział świat tak jak współcześni mu chrześcijanie Irlandii i Szkocji – chrześcijanie celtyccy. Byli inni niż reszta świata chrześcijańskiego. Inaczej był zorganizowany ich Kościół (władzę mieli opaci, nie biskupi), w innym terminie świętowali Wielkanoc, a w ich klasztorach panowały inne porządki niż na kontynencie. Ale przede wszystkim inaczej widzieli Boży świat.

    Synod z Whitby w 664 r. rozpoczął proces wprowadzania rzymskich porządków w Kościele na Wyspach. Rzecznik Episkopatu Irlandii ks. Martin Clarke o nieco poźniejszym okresie nie waha się nawet powiedzieć, że „wielkie zakony z kontynentu skolonizowały Kościół w Irlandii”. Najazdy Wikingów, panowanie Anglików, reformacja dokonały reszty. Celtycka odmiana chrześcijaństwa na setki lat uległa zapomnieniu. Kościół katolicki w Irlandii, stopniowo uzyskujący w wieku XIX prawo do legalnego istnienia, czerpał już z innych źródeł. Dominujące były wpływy francuskie. – Przez dwieście lat byliśmy wychowywani w duchu jansenizmu. A ta pesymistyczna wizja człowieka i Boga naprawdę nie pasuje do irlandzkiej duszy – przekonuje ksiądz z archidiecezji dublińskiej.

    A cóż to jest ta irlandzka dusza?
    – pytam sam siebie, brodząc w Atlantyku, na plaży w Glencolumbkille, czyli Dolinie św. Kolumby. Ocean – nie ma się co dziwić, w końcu nie jestem Irlandczykiem – nie daje mi odpowiedzi. Bryza przyjemnie ochładza ciało i umysł rozgorączkowany spełnieniem się marzeń. Jestem w hrabstwie Donegal, na północno-zachodnim krańcu Wyspy. Tu, w królewskim klanie O’Neillów, w roku 521 urodził się św. Columcille – „Gołąbek Kościoła”, w spolszczonej wersji – św. Kolumba, ten od płaczącego konia. Irlandzka, wyspiarska dusza musi mieć coś wspólnego z oceanem i morzem. Nieustanne powroty fal. Upór, wytrwałość. Niekiedy – zapamiętałość prowadząca aż do zaślepienia i zniszczenia. Ale po nawałnicy skruszona łagodność. Historia św. Kolumby jest właśnie taka. Kopiuje jedyny psałterz w Irlandii i nie chce oddać kopii swemu mistrzowi. Król (mówi się, że to pierwsza w dziejach rozprawa o prawa autorskie) nakazuje oddać kopię, bo należy ona do oryginału, tak jak „każde cielę należy do jałówki”. Kolumba ani myśli tak postąpić. Wrogie klany walczą o kopię, dziś nazywaną Cathach – „wojownik”. Ginie 3000 ludzi.

    Tylu masz nawrócić, ilu z Twojej przyczyny zginęło – nakazuje mistrz duchowy Kolumbie. Następuje wygnanie z Irlandii. „Nie zobaczy to oko kobiet tej wyspy, ni irlandzkich mężczyzn” – pisze św. Kolumba, poeta i zapalczywa dusza. Razem z uczniami ląduje na Ionie. Zakłada klasztory, nawraca Piktów, Szkotów. 3000 dusz z nawiązką. I ujrzy jeszcze jego oko Wyspę Zieloną. Na zgromadzeniu w Drumceatt wstawia się za poetami, którzy mieli być wyklęci. Bo Irlandia bez poetów nie będzie Irlandią, argumentuje Kolumba. Poeta, miłośnik ksiąg, wielki misjonarz. To on właściwie rozpoczął ten trudny dla wyspiarzy ruch – opuszczenie ojczyzny dla Chrystusa. Po nim irlandzcy misjonarze pójdą z taką misją, która dotrze aż do Włoch, Francji, Niemiec, aż po Wiedeń i Salzburg, może jeszcze dalej, może do Polski nawet, ale to już historycznie niepewne. W każdym razie – mnisi iroszkoccy przywrócą chrześcijańskiej Europie jej pierwotną werwę. I dadzą Kościołowi praktykę spowiedzi indywidualnej w miejsce publicznej pokuty.

    Ale to było 1400 lat temu.
    Czym jest dziś irlandzka dusza i duchowość? Byłbym szalony, gdybym chciał dać odpowiedź. Powiem tak: dla mnie irlandzka duchowość to jest kierowca autobusu, który w pochmurny, dżdżysty dzień śpiewa za kierownicą, śpiewa, gdy sprzedaje bilety i śpiewa, gdy bierze ostry zakręt na wąziutkiej drodze prowadzącej nad morskim klifem. Radość życia. Mimo wszystko, mimo sztormów, nawałnic, burz, wichrów i chmurnego nieba. Radość z najzwyklejszych ludzkich spraw. Codzienność jest święta, świat jest Boży. Nie ma tego kontrastu, tej walki Boga ze światem. Być może celtyccy chrześcijanie dlatego tak patrzyli na życie, że tylko tam chrześcijaństwo zostało przyjęte bezkrwawo. Kulturowy dorobek przedchrześcijańskiej duchowości Celtów, dla których świat, przyroda były święte, został zasymilowany, a nie odrzucony. Szczęśliwie zachowały się teksty mnichów irlandzkich z pierwszego tysiąclecia. A wśród nich np. modlitwa w czasie rozpalania ognia, gotowania, pieczenia chleba, ubierania się, modlitwa w czasie dojenia krów i w czasie pływania łodzią. Duchowość bardzo przyziemna, Bóg bardzo bliski ludzkim sprawom. I Bóg strasznie bliski człowiekowi. Mo chridecán – „moje serduszko” – tak napisać mogła o Bogu tylko ręka irlandzkiego chrześcijanina.

    Co z tego dla nas?
    Może jakiś podziw dla dawnych, pięknych czasów, może pragnienie odwiedzenia tajemniczej Irlandii. Tomasz Opara jest leśnikiem w Księżym Lesie koło Tarnowskich Gór. – Nie chcę powiedzieć, że to było jakieś nawrócenie. Po prostu dzięki zainteresowaniu się duchowością celtycką zmieniło się moje pojmowanie religii. Już nie jest ona jakimś ogromnym, a niekiedy beznadziejnym wysiłkiem w dążeniu do Boga. On jest tu, w moich codziennych sprawach. To jest najważniejsze. Nie ma napięcia między tym, co Boże, a tym, co ludzkie – mówi Tomasz Opara, a jego sześcioletnia córeczka Marta od razu rozpoznaje na zdjęciach charakterystyczne celtyckie krzyże.

    Irlandia jest u nas ostatnio popularna. Dla wielu ludzi jest idylliczną krainą marzeń. Trzeba przyznać, że Irlandczycy mają talent w kreowaniu takiego obrazu swojego kraju. Nie wszystkich, a właściwie – mało kogo stać, by tam pojechać. A może jednak ważne jest to, co mówi Ernest Bryll, poeta i były ambasador Polski w Dublinie, że Irlandię trzeba i można znaleźć gdzieś blisko siebie. Taki duchowy świat, który pozwoli nam przeżywać życie bardziej twórczo i pięknie. On jest bliżej niż w zasięgu naszej ręki.

    Andrzej Kerner/wiara.pl

    ***


    9 czerwca

    Błogosławiona Anna Maria Taigi, tercjarka

    Zobacz także:
      •  Święty Efrem Syryjczyk, diakon i doktor Kościoła
      •  Święty Józef de Anchieta, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj z Gesturi, zakonnik
    Błogosławiona Anna Maria Taigi
    Anna Maria urodziła się w Sienie 29 maja 1769 roku. Z powodu rozrzutności ojca rodzina wpadła w nędzę i musiała przenieść się do Rzymu. Anna żyła tu jedynie z pracy matki. Musiała niestety przerwać naukę, gdyż zachorowała na ospę. Jej pozostałością była zeszpecona twarz. Po powrocie do domu Anna pomagała matce w zajęciach domowych, kiedy ta była zmuszona poświęcić się pracy zarobkowej.
    W wieku 20 lat wyszła za Dominika Taigi, kamerdynera książąt Chigich. Oboje przenieśli się do pałacu książąt, gdzie otrzymali mały pokoik. Jej mąż był uczciwym człowiekiem, ale miał trudny charakter. Zmuszał małżonkę, by nie gardziła rozrywką i teatrem. Anna jednak, ku niezadowoleniu męża, porzuciła te przyjemności, oddając się modlitwie, uczynkom pokutnym i charytatywnym. Z mężem miała 7 dzieci: 4 synów i 3 córki. Oddała się całkowicie ich wychowaniu. Starała się być najlepszą żoną i matką. Nawet gdy dzieci dorosły, chętnie korzystały z porad kochającej ich matki. Kiedy jej córka, Zofia, została wdową wraz z sześciorgiem małych dzieci, Anna bez namysłu przygarnęła ją do swojego domu. Anna umiała łączyć tak liczne obowiązki z życiem wewnętrznym, zjednoczonym z Bogiem. Im mąż był bardziej opryskliwy, tym subtelniejszą okazywała mu życzliwość i dobroć. Umiała nawet znaleźć czas, by pamiętać o ubogich i nawiedzać potrzebujących w szpitalach.
    Pan Bóg udzielił jej wielu darów nadprzyrodzonych: rozeznawania sumień, daru wizji i proroctw oraz kontemplacji posuniętej do ekstazy. Jej sława zaczęła szybko wychodzić poza jej skromne mieszkanie. Łączyła ją szczera przyjaźń ze św. Wincentym Pallottim, ze św. Wincentym Maria Strambi i ze św. Kasprem del Bufalo. Przychodzili do niej po radę możni i znani, m.in. kardynałowie, biskupi czy królowa Maria Ludwika z Burbonów. Papież Grzegorz XVI udzielił jej przywileju zorganizowania w swoim mieszkaniu kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Była tercjarką zakonu trynitarzy. Wszystkie swoje prace i cierpienia ofiarowała za grzeszników i za Kościół, zwłaszcza za papieża, który w tych burzliwych i niespokojnych czasach musiał bardzo wiele wycierpieć.
    Przepowiedziała dzień swojej śmierci i pożegnała ziemię w nocy 9 czerwca 1837 roku w wieku 68 lat. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Benedykt XV w roku 1920. Jej ciało przeniesiono wcześniej ze wspólnego cmentarza do kościoła Matki Bożej Pokoju, a potem do bazyliki św. Chryzogona, będącej w posiadaniu trynitarzy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 czerwca

    Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona), opat

    Prawdziwe imię Kolumby brzmi Columcille (irlandzkie imię – Colum Cille), czyli “gołąb Kościoła”. Na chrzcie otrzymał imię Crimthann (czyli “lis”). Znany jest przede wszystkim pod łacińską wersją swego imienia Columba. W wersji polskiej występuje jako Kolumba lub Kolumban. Nazwany został Starszym dla odróżnienia od Kolumbana Młodszego, także świętego (+ 615), wspominanego w liturgii 23 listopada. Z tego samego powodu bywa też określany mianem Kolumba opata z Hy (Iona). Analogicznie Kolumban Młodszy zwany jest wtedy Kolumbanem z Luxeuil/Bobbio.Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona)
    Urodził się około r. 521 w królewskiej rodzinie Conall Gulbana; kilku bliskich z jego rodziny należało do grona panujących. Sam został szybko mnichem. Wówczas właśnie otrzymał imię Kolumba, pod którym przeszedł do historii. Wykształcenie i zmysł zakonny zdobywał w kilku klasztorach: w Cill-Enna, w Clonard oraz Moville. Potem sam założył wiele ośrodków mniszych. W roku 563, już jako kapłan i opat, opuścił Irlandię – pro Christo peregrinari volens (pragnąc pielgrzymować dla Chrystusa), jak przekazał Adamnan. Osiadł na opustoszałej wysepce Iona i tam utworzył nowy ośrodek, który miał promieniować przez kolejne stulecia. Podjął też pracę ewangelizacyjną, prowadzoną wcześniej bez trwałych rezultatów przez św. Niniana. Działał również pośród Irlandczyków osiadłych na południe od terenów Piktów. Oni to utworzyli podstawę dla ukształtowania narodowości szkockiej.
    Na małej skalistej wysepce Kolumba spędził trzydzieści cztery lata. Bez ustanku napływali do niego uczniowie, dlatego ośrodek stał się początkiem kilku innych klasztorów, które utworzyły rodzaj konfederacji mniszej. Formowano w nich misjonarzy dla Piktów i Anglosasów. Sam Kolumba nawrócił króla Piktów, a w 574 roku namaścił na króla władcę Irlandczyków w południowej Szkocji. Biskupem nie był, mimo to posiadał pewną jurysdykcję nad klasztorami w Szkocji i Irlandii. Zmarł 8 lub 9 czerwca 597 r., wtedy gdy św. Augustyn z Canterbury, wysłany przez Grzegorza Wielkiego, stawiał stopę na ziemi angielskiej. Szczątki patriarchy przeniesiono w czasie napadów skandynawskich. Przetrwała dużo późniejsza legenda o tym, że złożono je razem z relikwiami św. Patryka i św. Brygidy.W ikonografii przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutem jest: księga, zwój, model klasztoru, statek, gołąb.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    8 czerwca

    Święta Jadwiga Królowa

    Zobacz także:
      •  Święty Medard, biskup
      •  Święty Wilhelm z Yorku, biskup
      •  Błogosławione Diana i Cecylia, dziewice
      •  Święty Jakub Berthieu, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Maria od Bożego Serca (Droste zu Vischering), dziewica

    Wspomnienie św. Jadwigi zostało przeniesione na 8 czerwca z dnia 17 lipca.

    Święta Jadwiga Królowa

    Jadwiga była trzecią i najmłodszą po Katarzynie (+ 1378) i Marii (+ 1395) córką króla Węgier i Polski, Ludwika Andegaweńskiego, i Elżbiety, księżniczki bośniackiej. Urodziła się prawdopodobnie 18 lutego 1374 roku. Rodzice planowali dla Jadwigi małżeństwo z Wilhelmem Habsburgiem. Dzieci połączono warunkowym ślubem (1378), by go dopełnić w ich wieku dojrzałym. W chwili zawarcia ślubu warunkowego Jadwiga miała zaledwie 4 lata. W nadziei na przyszły ślub wysłano Jadwigę do Wiednia. W tym jednak roku zmarła najstarsza córka Ludwika Węgierskiego, Katarzyna. W tej sytuacji odwołano Jadwigę na Węgry.
    Po śmierci Ludwika Węgierskiego (1382) Węgrzy ogłosili królową siostrę Jadwigi, Marię. Natomiast Polacy zaprosili na swój tron Jadwigę. W wieku 10 lat została koronowana 16 października 1384 r. W związku z zaistniałą sytuacją polityczną, a także wobec dalekosiężnych planów polskich rozważano możliwość unii Polski z Litwą. Stała się ona faktem dzięki małżeństwu królowej Jadwigi z Władysławem Jagiełłą, wielkim księciem Litwy. Ceremonia zaślubin, poprzedzona chrztem Jagiełły (15 lutego 1386 r.), odbyła się w katedrze królewskiej 18 lutego 1386 r. Tam również 4 marca odbyła się koronacja Jagiełły na króla polskiego. Jagiełło miał wówczas 35 lat, Jadwiga – 12.
    Wiosną tego samego roku para królewska udała się do Wielkopolski, gdzie król uspokoił tamtejszych panów, mianując na wojewodę wielkopolskiego ich kandydata, Bartosza z Odolanowa. Rok później panowie polscy zdołali przekonać Jadwigę, by stanęła na czele wojsk i na nowo przyłączyła Ruś do granic Polski. Starosta węgierski oddał Ruś bez oporu. 8 marca 1387 roku Jadwiga wjechała do Lwowa.
    Jan Długosz (+ 1480) oddaje Jadwidze najwyższe pochwały. Gdy była małoletnia, pozwoliła, by rządzili za nią wytrawni i całą duszą oddani polskiej racji stanu doradcy. Kiedy wraz z Jagiełłą została współrządczynią kraju, miała na celu jedynie dobro narodu polskiego. Z Krzyżakami wiodła ożywioną korespondencję: m.in. interpelowała w sprawie ich zbrojnych wypraw na Litwę, jak też w sprawie przywłaszczonych sobie dóbr Opolczyka w Ziemi Dobrzyńskiej i na Kujawach. We Włocławku spotkała się osobiście z wielkim mistrzem krzyżackim, Konradem von Jungingen, by omówić problemy, dotyczące obu stron (1397). Doprowadziła do zgody między Władysławem Jagiełłą a jego rywalem, Witoldem (1393). Odtąd wszelkie porachunki dynastyczno-polityczne książęta litewscy zobowiązali się załatwiać z udziałem Jadwigi. W 1392 roku udała się na Węgry, gdzie w spotkaniu ze swoją siostrą, Marią, omawiała w Lubowli i w Kezmarku sprawy obu państw. Nawiązała ścisły kontakt z papieżem Urbanem VI (+ 1392) i Bonifacym IX (+ 1404), skutecznie likwidując intrygi Krzyżaków, Opolczyka i Zygmunta Luksemburczyka.
    Serca poddanych pozyskała sobie jednak przede wszystkim niezwykłą dobrocią. Kiedy żołnierze królewscy spustoszyli wieśniakom pola, urządzając sobie na nich lekkomyślnie polowanie, zażądała od męża ukarania winnych i wynagrodzenia wyrządzonych szkód. Kiedy Jagiełło zapytał, czy jest już zadowolona, otrzymał odpowiedź: “A kto im łzy powróci?” Przy budowie kościoła Najświętszej Maryi Panny “na Piasku” w Krakowie, istniejącego do dziś, sama doglądała robót. Pewnego dnia jej czujne oko dojrzało kamieniarza, który był smutny. Kiedy zapytała, co mu jest, dowiedziała się, że ten ma w domu ciężko chorą żonę i boi się, że go zostawi samego z drobnymi dziećmi. Królowa, nie namyślając się, wyrwała ze swego bucika złotą klamerkę, obsadzoną drogimi kamieniami, i oddała ją robotnikowi, by opłacił lekarza. Nie zauważyła wówczas, że bosą stopę położyła na kamieniu oblanym wapnem. Odbity ślad wdzięczny kamieniarz obkuł dokoła i wraz z kamieniem wmurował w zewnętrzną ścianę świątyni. Do dzisiaj można ją oglądać. Bardzo wiele kościołów chlubi się, że je fundowała, odnawiała i uposażyła Jadwiga.

    Święta Jadwiga Królowa

    Do najpilniejszych trosk Jadwigi należało odnowienie Akademii Krakowskiej. Założył ją Kazimierz Wielki w 1364 roku, jednak za rządów Ludwika Węgierskiego Akademia podupadła. Jadwiga oddała wszystkie swoje klejnoty na jej odnowienie. Wystarała się także u Stolicy Apostolskiej o zezwolenie na jej dalsze prowadzenie i rozbudowę. Akademię otwarto po jej śmierci w 1400 roku.
    Jagiełło bardzo pragnął mieć potomka, który zapewniłby ciągłość jego rodu na tronie polskim. Kiedy więc Jadwiga została matką, na dworze królewskim zapanowała wielka radość. Niestety, trwała krótko, bo zakończyła się podwójną tragedią: śmiercią dziecka i matki. Dnia 22 marca 1399 roku Jadwiga urodziła córkę, której na chrzcie dano imię matki oraz (na cześć papieża) imiona: Elżbieta, Bonifacja. Jednak po trzech tygodniach dziewczynka zmarła, a niebawem zmarła też matka. Zasnęła w Panu 17 lipca 1399 roku, w wieku 25 lat, okrywając naród polski żałobą. Jako królowa rządziła Polską sama przez 2 lata (1384-1386), natomiast razem z Jagiełłą – przez 13 lat (1386-
    1399).

    Grobowiec św. Jadwigi

    Opłakiwaną przez wszystkich królowę pochowano w podziemiach katedry krakowskiej na Wawelu. W 1887 roku odnaleziono tam jej śmiertelne szczątki pod posadzką katedry. W 1949 roku jej grób otwarto ponownie i przeprowadzono badania naukowe. Zachowane kości pochowano w nowej trumnie, którą umieszczono w artystycznym sarkofagu z białego marmuru. Spoczywa w nim dotąd.
    Z pamiątek po św. Jadwidze warto wymienić krzyż, który znajduje się w katedrze wawelskiej, uważany za cudowny, nazywany także “krzyżem Jadwigi”, gdyż przed nim królowa miała się często modlić. Według podania z tego krzyża Chrystus miał do niej przemówić. Tu wreszcie miała zapaść decyzja Jadwigi o rezygnacji ze szczęścia osobistego (i małżeństwa z Wilhelmem) na rzecz pozyskania dla Chrystusa Litwy.
    Od razu po śmierci Jadwigę uważano za świętą, chociaż lud często mieszał ją ze św. Jadwigą Śląską (+ 1243). W 1426 roku arcybiskup gnieźnieński, Wojciech Jastrzębiec, rozpoczął formalny proces kanoniczny. W swoim dekrecie napisał m.in.: “Z doświadczenia wiemy, że spełniała przeróżne uczynki miłosierdzia, cierpliwości, postów, czuwań oraz innych niezliczonych dzieł pobożnych”. Arcybiskup polecił także zbierać fundusze na proces kanonizacyjny Jadwigi. Niestety, Kazimierz Jagiellończyk przeznaczył je na wojnę z Krzyżakami. Starania Jagiellonów o kanonizację św. Kazimierza, pochodzącego z ich rodu, ponownie odsunęły na dalszy plan kanonizację Jadwigi. Potem nastał czas nieustannych wojen i wewnętrznych zamieszek, wreszcie 150 lat trwająca niewola. Dopiero w XX w. starania o beatyfikację Jadwigi podjęli na nowo arcybiskup krakowski kardynał Adam Stefan Sapieha (+ 1951) i kardynał Karol Wojtyła.
    Z polecenia św. Jana Pawła II jego następca na stolicy arcybiskupów krakowskich, kardynał Franciszek Macharski, w roku 1979 przesłał do Rzymu formalną prośbę o beatyfikację, do której dołączył liczącą ponad 350 stron dokumentację nieprzerwanego kultu Jadwigi, trwającego po dzień dzisiejszy. Kongregacja do Spraw Kanonizacji na tej podstawie przygotowała relację o kulcie. Na polecenie papieża Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przygotowała teksty liturgiczne i wyznaczyła dzień 17 lipca na doroczne wspomnienie Jadwigi. Dokumenty tych kongregacji św. Jan Paweł II osobiście przywiózł do Polski i 8 czerwca 1979 r. na zamknięcie synodu archidiecezji krakowskiej odprawił Mszę świętą ku czci bł. Jadwigi.
    W 1996 roku został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Jadwigi, w którym napisano: “Kobietą dla Kościoła i dla Ojczyzny najbardziej zasłużoną była błogosławiona Jadwiga, królowa Polski, która sprawiedliwością i troskliwą miłością rządziła swoim narodem, popierała rozszerzanie wiary i kultury chrześcijańskiej i jak światło postawione na świeczniku świętością życia i dziełami ozdobiła wspólnotę kościelną i świecką. […] Wraz z mężem, który dochował obietnic złożonych przed zaślubinami, Jadwiga czynnie uczestniczyła w życiu Królestwa polsko-litewskiego; miała własny dwór i kancelarię, i podejmowała obowiązki administracyjne, popierając sprawiedliwość i pokój tak w sprawach wewnętrznych, jak i w załatwianiu spraw z innymi państwami. Prawo Boże było w jej życiu i działalności najwyższą wartością. […] Dla chorych założyła wiele szpitali i nie szczędziła pomocy biednym. Mimo młodego wieku zawsze działała z roztropnością, męstwem i łagodnością, mając na uwadze chwałę Boga, dobro Kościoła i swojego ludu. «Była zwierciadłem czystości, pokory i prostoty». Praktykowała umiarkowanie w używaniu dóbr ziemskich i post, unikała próżnej chwały i przepychu, swoją nadzieję złożyła w Bogu i pragnęła wiecznej nagrody”.
    Kanonizacji Jadwigi dokonał również św. Jan Paweł II – na krakowskich Błoniach, 8 czerwca 1997 r., w obecności ponad miliona ludzi, w 18. rocznicę pierwszej Mszy o bł. Jadwidze odprawionej w Krakowie. Z tej racji obchód ku czci św. Jadwigi przeniesiono z pierwotnego terminu (17 lipca, dies natalis Świętej) na dzień 8 czerwca. Była to pierwsza w dziejach kanonizacja na ziemi polskiej. W homilii Papież-Polak mówił m.in.: “Najgłębszym rysem jej krótkiego życia, a zarazem miarą jej wielkości, jest duch służby. Swoją pozycję społeczną, swoje talenty, całe swoje życie prywatne całkowicie oddała na służbę Chrystusa, a gdy przypadło jej w udziale zadanie królowania, oddała swe życie również na służbę powierzonego jej ludu”.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest w stroju królewskim. Jej atrybutem są buciki.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 czerwca

    Błogosławiona Maria Teresa de Soubiran, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Robert z Newminster, opat
      •  Święty Antoni Maria Gianelli, biskup
      •  Błogosławiona Anna od św. Bartłomieja, dziewica
    Błogosławiona Maria Teresa de Soubiran
    Zofia Teresa Augustyna Maria de Soubiran La Louvière urodziła się 16 maja 1834 r. w Castelnaudary, w pobliżu Carcassonne, w rodzinie, z której pochodził papież Urban V. Wcześnie otrzymała dar modlitwy. Wcześnie też zamieszkała u sióstr, którymi kierował jej wuj, Ludwik de Soubiran. To on zapoznał ją z zasadami życia wewnętrznego i podsunął jej myśl, aby inspiracji do życia wspólnotowego i działalności charytatywnej poszukała u beginek. Zofia wyprawiła się więc do Gandawy, potem zaś w Castelnaudary założyła beginaż, którego głównym celem stała się opieka nad ubogimi dziećmi. Z tej wspólnoty wyłoniło się z czasem nowe zgromadzenie zakonne pod wezwaniem Maryi Wspomożycielki. Aprobatę otrzymało ono w roku 1869. Opiekę nad dziećmi siostry miały łączyć z nieustanną adoracją Najświętszego Sakramentu, wokół której miało koncentrować się ich całe życie wewnętrzne. Główny dom zgromadzenia otwarto w Tuluzie.
    W 1886 r. nastąpił kryzys rozwoju zgromadzenia. Pewna ambitna intrygantka oskarżyła założycielkę o to, że wyrządza zgromadzeniu szkody. Maria musiała ustąpić. Przez siedem miesięcy przebywała w szpitalu, potem przyjęły ją w Paryżu siostry ze zgromadzenia eudystek. Jednak również tam nie wszyscy obdarzali ją zaufaniem. Zmarła poza zgromadzeniem 7 czerwca 1889 r. W rok później w założonym przez nią zgromadzeniu nastąpiła radykalna zmiana. Dokonano rehabilitacji Marii; potwierdziła ją beatyfikacja, której w 1946 r. dokonał papież Pius XII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 czerwca

    bł. Michał Tomaszek(1960 – 1991)bł. Zbigniew Strzałkowski(1958 – 1991)

    Tragiczna śmierć polskich franciszkanów w Peru…

    bł. o. Michał Tomaszek ur. w Łękawicy k. Żywca uczył się w Legnicy (do matury) w latach 1975 – 1979. Miał dwie siostry i brata bliźniaka. Ojciec zmarł, gdy Michał miał 9 lat. Pierwsze śluby zakonne złożył w 1981 r. Po 6 latach studiów filozoficzno-teologicznych w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie Po dwóch latach duszpasterskiej w Pieńsku spełnił swe marzenia o pracy misyjnej.

    Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski

    bł. o. Zbigniew Adam Strzałkowski, ur. w 1958 r. w Tarnowie. Po ukończeniu Technikum Mechanicznego pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Jednak był w nim wciąż głos powołania kapłańskiego i zakonnego. Wstąpił do nowicjatu franciszkańskiego. W 1996 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaraz też został skierowany do pracy wychowawczej w Niższym Seminarium w Legnicy (1986 – 1988 r.). Był to jednak tylko etap nabierania doświadczenia, by mógł pracować jako misjonarz w Peru.Męczeńska śmierć

    Pariacoto. Rok 1991. Południowoamerykańska wioska w Andach – bez elektryczności, bieżącej wody, telefonu, radia, telewizji. Życie proste i biedne, o mieszkańcach świat nigdy by się zapewne nie dowiedział, gdyby nie pewne tragiczne wydarzenia. W piątek, 9 sierpnia, we wsi pojawia się trzech młodych, nieznanych mężczyzn. Tu wszyscy się znają, każda nowa twarz utkwi w pamięci. Są z Sendero Luminoso (Świetlistego Szlaku), peruwiańskiej organizacji terrorystycznej.

    O. Michał i O. Zbigniew w górach

    Ojcowie Zbigniew i Miguel (Michał) celebrują Mszę św., potem ma się odbyć spotkanie z młodzieżą. Po końcowym błogosławieństwie okazuje się jednak, że za drzwiami czekają uzbrojeni terroryści. Wiążą ojcom ręce. Żądają kluczyków od zakonnego samochodu: “prezentu imperializmu, Jankesów” – jak twierdzą. Zbigniewa przewożą przed budynek wójtostwa. Towarzyszy mu siostra Bertha, która z własnej woli zajęła miejsce obok padre. W drugim samochodzie siedzi Miguel.

    W kościele El Senor de Mayo trzej franciszkanie z Krakowa służą od prawie trzech lat: ciężką pracą, modlitwą i wsparciem. Dlaczego właśnie tam? Ze względu na ubóstwo mieszkańców, zaproszenie miejscowego biskupa, obecność sióstr Więźniarek Najświętszego Serca Jezusowego oraz względny spokój w regionie. Poza tym to piękne miejsce: góry, pokryte suchą trawą granie, które zielenieją, gdy spadną deszcze. W 1987 r., po 450 latach nieobecności franciszkanów na tej obcej ziemi, zapada decyzja krakowskiej prowincji franciszkanów: misja powstanie w Peru, w Pariacoto, małej wiosce w prowincji Huaraz.

    Ojcowie Jarosław Wysoczański, Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski nie znają okolicy, tamtejszych zwyczajów, języka. Zbierają informacje, książki, wycinki z gazet na temat Peru i Kościoła Ameryki Południowej. W listopadzie 1988 r. wyjeżdżają z Polski, ale dopiero na początku stycznia docierają do Pariacoto. W wiosce jest już mała kaplica – prowizoryczny i pusty kościół, w który trzeba tchnąć życie. Za świątynią niedokończony dom parafialny i skromny ogródek. Tu ojcowie mają założyć klasztor. W pięciu parafiach opiekują się wspólnotą chrześcijańską, głoszą katechezy.

    Wieść o tym, że przybyli długo oczekiwani los padres rozchodzi się błyskawicznie. Młodzi przychodzą i pomagają przy remoncie świątyni i parafialnego domu. Franciszkanie nie pozostają im dłużni. Zbigniew troszczy się o zdrowie parafian – w okolicy wybuchła wtedy epidemia cholery. Michał pracuje z dziećmi i młodzieżą.

    Praca misjonarzy wiele zmieniła w życiu mieszkańców. Zakonnicy założyli szkołę, rozpoczęli opiekę medyczną. Wraz z duchownymi dotarły też światło, radio, telefon.

    O. Michał i O. Zbigniew krzyż pamiątkowy

    Ciała misjonarzy znaleziono kilka kilometrów od wioski, twarzą do ziemi. Roztrzaskane głowy, przestrzelone czaszki. Na plecach o. Zbigniewa kartka papieru z napisanymi jego krwią słowami: “Tak giną pachołki imperializmu”. Wraz z kapłanami zginął wójt gminy. Siostra Bertha, zanim została wyrzucona z samochodu, była świadkiem sądu nad kapłanami. Oto treść oskarżenia:

    1. Za podjudzanie przeciwko rewolucji modlitwą różańcową, kultem świętych, Mszą św. i Biblią.
    2. Za okłamywanie ludu Ewangelią i Biblią, bo wszystko to są kłamstwa. Religia jest opium dla ludu.
    3. Za głoszenie pokoju. Kto to czyni, musi umrzeć.
    4. Za imperializm, na którego czele stoi papież Polak.

    Zanim doszło do egzekucji, grożono im śmiercią. Wielu opuściło wieś, ale polscy franciszkanie zostali – w pełni świadomi konsekwencji tej decyzji. Obecnie w Pariacoto przebywa trzech misjonarzy. Przed grobami męczenników inni kapłani znajdują siłę i wsparcie w wierze. W pariacotiańskiej księdze pamiątkowej świadectwa:

    “Wdzięczni Bogu za dar powołania kapłańskiego, zjednoczeni w braterskim powołaniu ze Zbigniewem i Michałem jesteśmy tu po to, by przy grobach uczyć się pokory i przechodzić rekolekcje kapłańskie”. “Obecność po dziesięciu latach od ich śmierci w tym miejscu daje mi siłę duchową i wiarę w zwycięstwo Dobra nad złem. Czuję ciągle wielką łączność ze Zbyszkiem i Michałem w tajemnicy «świętych obcowania»”.

    Arcybiskup Józef Życiński: “Prosiłem Boga w Eucharystii przy grobach męczenników, aby ich krew stała się zasiewem nowych powołań misyjnych w naszej Ojczyźnie. Oby odwaga i poświęcenie Zbyszka i Michała inspirowały nowe pokolenia polskich kapłanów do dania czytelnego poświęcenia Bogu. (…) Życzę, by wstawiennictwo naszych męczenników przekształcało miejscowy pejzaż w dziedzinę doświadczania wiary żywej i głębokiej”.

    W sierpniu 1991 roku rząd Peru przyznał pośmiertnie ojcom Zbigniewowi i Michałowi najwyższe odznaczenie państwowe: Wielki Order Oficerski “El Sol del Perú” (Słońce Peru).

    O. Michał i O. Zbigniew pogrzeb

    “Zbigniew leczy chorych. Przychodzą, modlą się przy jego grobie i wracają z pokojem. Są takie uzdrowienia – tak przynajmniej opowiadają. To samo z Miguelem: dzieci modlą się przed grobem, kładą kwiaty i mówią, że o. Miguel jest z nami. Czasem modlą się: «Boże, daj nam innego padre Miguel, takiego samiutkiego jak padre Miguel przedtem»” – mówił podczas uroczystości z okazji rocznicy śmierci polskich kapłanów o. Jarosław Wysoczański, trzeci z misjonarzy, który w chwili morderstwa był w Polsce.

    Po obu stronach kościoła dwa proste groby. Mieszkańcy parafii mówią o nich: “nasi święci”. Ktoś zwraca uwagę, że ostatnie momenty życia Zbigniewa i Michała przypominają ostatnią drogę Chrystusa: ostatnia Eucharystia, pojmanie, postawienie przed sądem, wyrok, jego wykonanie poza wsią i wypisana wina.

    Jest i inna strona tej historii – wyrzuty sumienia. Pytanie: dlaczego na to pozwoliliśmy, dlaczego dopuściliśmy, by zabito naszych pasterzy? – niektórych przybliża do wiary, innych oddala od Kościoła. Są tacy, którzy odchodzą do innych wspólnot, nie mogąc patrzeć na grobowce podczas każdej wizyty w świątyni. Nikt ich nie oskarża, ale oni sami czują się winni. Przeprowadzeniu trumien z Casmy do Pariacoto towarzyszył śpiew: “Perdona tu pueblo el Senor” – wybacz Panie swemu ludowi.

    W Pariacoto jest już elektryczność, bieżąca woda, radio, czasem telewizja. Można żyć, choć nadal w przerażającej biedzie. Dla miejscowej ludności najważniejsza jest świadomość, że dla kogoś byli aż tak ważni, iż oddał życie za nich. To najlepsze świadectwo Dobrej Nowiny w tym miejscu – zapomnianej przez świat peruwiańskiej wiosce.

    Sprawców morderstwa nigdy nie ujęto, nigdy nie wszczęto śledztwa, nigdy nie szukano winnych.

    5 grudnia 2015 w Chimbote w Peru odbyła się uroczysta beatyfikacja o. Michała Tomaszka, o. Zbigniewa Strzałkowskiego i ks. Alessandro Dordiego.

    Wspomnienie liturgiczne jego i bł. o. Zbigniewa Strzałkowskiego jest 7 czerwca (tego dnia bł. Michał Tomaszek otrzymał święcenia diakonatu zaś bł. Zbigniew Strzałkowski święcenia prezbiteriatu).

    Adonai.pl

    ***

    6 czerwca

    Błogosławiona Maria Karłowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Norbert, biskup
      •  Święty Marcelin Józef Champagnat, prezbiter
      •  Święty Filip, diakon
    Błogosławiona Maria Karłowska
    Maria Karłowska urodziła się 4 września 1865 r. we Słupówce w Wielkopolsce jako jedenaste dziecko rodziny ziemiańskiej. Wychowywała się w atmosferze głębokiej pobożności, karności i szczerego patriotyzmu. Dzieciństwo i młodość spędziła w Poznaniu, gdzie w roku 1882, mając 17 lat, na ręce swego spowiednika złożyła ślub dozgonnej czystości. Po śmierci obojga rodziców w 1882 r. Maria odbyła kurs kroju i szycia w Berlinie i podjęła pracę w prowadzonej przez swą siostrę pracowni haftu i szycia jako instruktorka zatrudnionych tam dziewcząt. Oddawała się też z zapałem działalności dobroczynnej wśród chorych, ubogich i potrzebujących, wśród wielodzietnych rodzin i rozbitych małżeństw w najnędzniejszych dzielnicach miasta.Od 1892 r. poświęciła się opiece nad dziewczętami słabymi i zagubionymi moralnie. Miejscem ewangelizacji były dla niej bramy kamienic, cmentarz, ulica, dom publiczny, więzienie, oddział w szpitalu miejskim przeznaczony dla kobiet z chorobami wenerycznymi. Dzięki Bożej pomocy udało się jej otworzyć 9 ośrodków wychowawczych, wyposażonych w różnorodne warsztaty pracy, gdzie wychowanki miały możliwość rehabilitacji społecznej i religijnej.
    W roku 1894 Maria Karłowska założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej, którego zawołanie brzmi: “Szukać i zbawiać to, co zginęło”. Zmarła w opinii świętości 24 marca 1935 r. w Pniewitem na Pomorzu. Proces diecezjalny zmierzający do jej beatyfikacji rozpoczęto w Pelplinie w dniu 17 marca 1965 roku. 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Zakopanem ogłosił ją błogosławioną. Mówił wtedy:Maria Karłowska prowadziła prawdziwie samarytańską działalność pośród kobiet, które doznały wszelakiej nędzy materialnej i moralnej. Jej święta gorliwość szybko pociągnęła za sobą grono uczennic Chrystusa, z którymi założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Sobie i swym siostrom taki wyznaczała cel: “Mamy oznajmiać Serce Jezusa, to jest tak z Niego żyć i w Nim, i dla Niego, abyśmy się stawały do Niego podobne i aby w życiu naszym On był widoczniejszy, aniżeli my same”.
    Jej oddanie Najświętszemu Sercu Zbawiciela zaowocowało wielką miłością do ludzi. Odczuwała ciągle nienasycony głód miłości. Taka miłość, według błogosławionej Marii, nigdy nie powie dosyć, nigdy nie zatrzyma się na drodze. Unoszona jest bowiem prądem miłości Boskiego Parakleta. Przez tę miłość wielu duszom przywróciła światło Chrystusa i pomogła odzyskać utraconą godność.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    5 czerwca

    Święty Bonifacy, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Małgorzata Łucja Szewczyk, dziewica
    Święty Bonifacy
    Bonifacy urodził się około 673 r. w Dewonshire, w Anglii (Wessex). Na chrzcie otrzymał imię Winfryd. Jako młodzieniec, czując wezwanie do służby Bożej, został benedyktynem w opactwie Exeter, następnie w opactwie w Nursling. Przyjął imię Bonifacy. Święcenia kapłańskie otrzymał około 30. roku życia. Zaraz po święceniach opat wyznaczył mu funkcję kierownika szkoły w Nursling.
    Po pewnym czasie udał się na misje do Fryzji, dzisiejszych północnych Niemiec i Holandii. Szybko musiał jednak powrócić do swojego klasztoru. Wybuchła bowiem wojna między księciem Fryzów a Frankami. Po śmierci opata Winbrecha mnisi wybrali Bonifacego. Nie pozostał jednak długo na tym zaszczytnym stanowisku, gdyż w roku 718 wybrał się ponownie do Niemiec. Dla pozyskania poparcia misji udał się najpierw do Rzymu. Papież św. Grzegorz II dał mu listy polecające do króla Franków i do niektórych biskupów. 14 maja 719 roku Bonifacy opuścił Rzym i udał się do Niemiec. W drodze zatrzymał się w Pawii, gdzie odwiedził króla Longobardów. Stąd ruszył przez Bawarię, Turyngię i Hesję do Fryzji. Spotkał się ze św. Willibrordem. Pod kierunkiem tego doświadczonego misjonarza pracował około 3 lat. Trud misyjny Bonifacego wydawał niezwykłe owoce. W krótkim czasie miał ochrzcić kilka tysięcy germańskich pogan. Bonifacy udał się potem ponownie do Hesji, gdzie w roku 722 założył klasztor benedyktyński w Amoneburgu.
    W celu omówienia z papieżem organizacji stałej administracji kościelnej na terenie Niemiec, Bonifacy udał się ponownie do Rzymu. Wyjaśnił papieżowi stan misji i jej potrzeby. Grzegorz II udzielił Bonifacemu święceń biskupich i dał mu pełnomocnictwa, konieczne dla sprawniejszej akcji misyjnej. Wręczył mu również ponownie list polecający do króla Franków, Karola Martela. Ponieważ zapotrzebowanie na misjonarzy rosło, Bonifacy zwrócił się z apelem do klasztorów w Anglii o pomoc. Benedyktyni przysłali mu licznych i gorliwych misjonarzy. W roku 723 Bonifacy przybył na dwór Karola Martela. Ten dał biskupowi listy polecające do wszystkich urzędników frankońskich, by mu służyli wszelką dostępną pomocą. Korzystając z uprawnień metropolity misyjnego, Bonifacy mianował biskupów w Moguncji i w Würzburgu. Założył wiele placówek stałych, zależnych od tych biskupów, a także szereg klasztorów benedyktynów i benedyktynek.
    Uradowany tak pomyślnymi wynikami papież św. Grzegorz III wezwał Bonifacego do Rzymu i nałożył mu uroczyście paliusz metropolity-arcybiskupa z władzą mianowania i konsekrowania biskupów na terytorium Niemiec na wschód od Renu. Ponadto mianował go swoim legatem na Frankonię i Niemcy. Na mocy tak rozległej władzy Bonifacy zwołał do Bawarii synod, aby do administracji kościelnej wprowadzić ład, gdyż dotychczasowa akcja miała charakter okazjonalny i chaotyczny. Dzięki poparciu księcia Odilona zdołał przywrócić karność kościelną. Ustanowił biskupstwa w Passawie, Freising, Ratyzbonie (Regensburgu) i w Eichstätt. W Salzburgu mianował biskupem mnicha benedyktyńskiego, Jana. Posuwając się w głąb Niemiec, założył nadto biskupstwo w Fuldzie, które uznał za centrum i ośrodek swojej działalności misyjnej.
    W tym samym czasie we Francji nie zwoływano żadnych synodów. Wiele stolic biskupich było nieobsadzonych. Wśród duchowieństwa i wiernych upadek karności kościelnej był jaskrawo widoczny. Raport o tej sytuacji Bonifacy przesłał do Rzymu, do nowego papieża, św. Zachariasza. Otrzymał od niego polecenie, by jako legat papieski zabrał się do koniecznej reformy. Przeprowadził ją na synodzie generalnym w roku 743. Uchwały tam podjęte potwierdziły synody miejscowe. Nadto biskupi Galii wysłali do papieża list hołdowniczy i wspólne wyznanie wiary. Radując się z tak obiecującej reformy w Galii, Bonifacy chciał zaproponować podobną reformę w Anglii. W tej sprawie napisał do prymasa Anglii, Kutberta, który podobne reformy także przeprowadził. W roku 745 dzięki interwencji Bonifacego papież podniósł biskupstwo w Kolonii do godności metropolii. Podobnie uczynił z biskupstwem w Salzburgu i Moguncji (747).
    Mając 80 lat, po raz trzeci udał się na misje do Fryzji. Kiedy jednak dotarł do miasta Dokkum, został napadnięty przez pogan i wraz z 52 Towarzyszami 5 czerwca 754 roku zamordowany. Jego ciało przewieziono do Utrechtu, by je pochować w miejscowej katedrze. Jednak uczeń Bonifacego, św. Luli, zabrał je do Fuldy. Tam bowiem Bonifacy chciał być pogrzebany – i tam spoczywa do dziś. Co roku przy grobie św. Bonifacego zbiera się episkopat niemiecki na swoje narady. Ku czci św. Bonifacego wystawiono w Niemczech wiele kościołów. Jest on także bardzo czczony w Anglii. Już w roku 756 na synodzie plenarnym episkopat angielski ogłosił św. Bonifacego swoim patronem obok św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, i św. Augustyna z Canterbury, pierwszego prymasa Anglii.
    Św. Bonifacy jest patronem Niemiec, diecezji w Fuldzie, Erfurcie, Moguncji oraz diecezji łomżyńskiej i archidiecezji warmińskiej, a także kasjerów, krawców, księgarzy i piwowarów.W ikonografii św. Bonifacy jest przedstawiany w biskupim stroju – w ornacie, paliuszu, mitrze lub jako benedyktyński mnich. Jego atrybutami są: kruk, lis, krzyż z podwójnym ramieniem – symbolizujący legata papieskiego, księga Ewangelii przebita mieczem (taką bowiem znaleziono przy nim po męczeńskiej śmierci).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    4 czerwca

    Święty Franciszek Caracciolo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr z Werony, prezbiter i męczennik
    Święty Franciszek Caracciolo
    Franciszek urodził się 13 października 1563 r. w Villa Santa Maria (królestwo Neapolu). Pochodził ze znakomitej rodziny. Na chrzcie otrzymał imię Askaniusz. Kiedy miał 22 lata, zachorował śmiertelnie. Złożył wtedy ślub oddania się Panu Bogu na służbę i wyzdrowiał.
    Studiował teologię na uniwersytecie w Neapolu, przeplatając studia modlitwą, uczynkami pokutnymi i charytatywnymi. W 1587 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaraz też włączył się do bractwa kapłanów neapolitańskich, których celem było towarzyszyć skazanym na śmierć, opiekować się więźniami i galernikami. Kaplica stowarzyszenia była w pobliżu szpitala dla nieuleczalnie chorych. Dzieląc pomiędzy te instytucje swoje zajęcia, młody kapłan z wolna pozyskał dla swojej apostolskiej pracy podobnie gorliwych kapłanów. Na początku zgłosiło swój akces dwóch. Wszyscy trzej przyjaciele udali się do pustelni w Camaldoli, by na modlitwie prosić o światło Ducha Świętego i opracować regułę. Postanowiono do ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa dołączyć ślub czwarty – nie przyjmowania żadnych godności kościelnych. Papież Sykstus V zatwierdził regułę – a więc i nowy zakon – w roku 1588. W ten sposób Askaniusz razem z genueńczykiem Janem Adorno założył nowy zakon Kanoników Regularnych Mniejszych, opiekujący się biednymi, chorymi i więźniami. Mając 26 lat, 9 kwietnia 1589 r., złożył śluby i w miejsce dotychczasowego: Askaniusz, przyjął nowe imię zakonne – Franciszek. W 1591 r. został generałem zakonu. W roku 1591 otrzymał zaproszenie do objęcia opieki nad kościołem Matki Bożej Większej w Neapolu. W roku 1594 powstał pierwszy dom zakonu w Hiszpanii, w roku 1598 w Rzymie, przy kościele Św. Agnieszki na Placu Navona. W roku 1601 Franciszek założył dom zakonny w Valladolid i trzeci z kolei w Hiszpanii, w Alcala. W roku 1606 powstał w Rzymie drugi dom nowego zakonu.
    Na własną prośbę Franciszek został zwolniony z obowiązków przełożonego generalnego. Piastował urzędy niższe: mistrza nowicjatu i przełożonego domu w Neapolu, potem wikariusza generalnego zakonu. Odznaczał się gorliwością, umartwieniem oraz nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Popierał ze wszystkich sił – a także sam wprowadzał, gdzie tylko mógł – uroczyste wystawienia Najświętszego Sakramentu, adoracje i procesje.
    Zmarł 4 czerwca 1608 r. w Anconie, pielgrzymując do sanktuarium Matki Bożej w Loreto. Pochowano go w kościele Matki Bożej Większej w Neapolu. W czasie pogrzebu wydarzył się wypadek nagłego uzdrowienia pewnego człowieka ze śmiertelnej choroby. Po przepisanym przez prawo kościelne procesie kanonicznym do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka papież Klemens XIV w roku 1770. Do katalogu świętych wpisał go uroczyście papież Pius VII w roku 1807. W roku 1840 św. Franciszek Caracciolo został ogłoszony drugim – obok św. Januarego – patronem Neapolu. W roku 1844 ciało Świętego przeniesiono do kościoła Santa Maria di Monteverginella w Neapolu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    3 czerwca

    Święci Karol Lwanga
    i jego Towarzysze, męczennicy

    Zobacz także:
      •  Święta Klotylda
      •  Święty Jan Grande, zakonnik
    Święci Karol Lwanga i Towarzysze

    Do VIII wieku Afryka Północna wydała wielu świętych. Afryka Czarna – Środkowa i Południowa – zetknęła się z Kościołem dopiero wiele wieków później. Do Ugandy chrześcijaństwo dotarło w latach dziewięćdziesiątych XIX w. W 1879 r. przybyli tam Ojcowie Biali, którzy spotkali się z przychylnością mieszkańców. Jednak w kilka lat później razem z misjonarzami anglikańskimi zostali zmuszeni przez króla Mtera do opuszczenia kraju. Kiedy po jego śmierci na tron wstąpił Mwanga, rozpoczęło się krwawe prześladowanie chrześcijan. Pierwsze prześladowanie dotknęło misję anglikańską. W Natebe nieopodal stolicy kraju, Kampali, wbito na pale i żywcem spalono trzech uczniów szkockiego misjonarza Mackaya, który uczył Murzynów czytać, pisać i wierzyć. Z rozkazu króla zginął następnie pierwszy biskup anglikański, Hannigton.
    Wkrótce ofiarą nienawiści padli także neofici katoliccy – wśród nich dworzanie króla. Przez wiele dni na uwięzionych wywierano wszelkiego rodzaju naciski. Wśród męczenników było dwóch chłopców, liczących zaledwie 12 lat. Dnia 3 czerwca 1886 roku w Namugongo zapłonął stos. Zawiniętych w trzcinowe maty misjonarzy kolejno wrzucano w płomienie. Było to w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Męczenników było bardzo wielu. 6 czerwca 1920 roku beatyfikował ich Benedykt XV. Karol Lwanga został wyróżniony dlatego, że nie tylko z uśmiechem poniósł śmierć, ale zachęcał innych do wytrwania. Wraz z nim zginęło jednego dnia na tym samym miejscu 13 męczenników. Dlatego 3 czerwca papież wyznaczył na ich doroczne wspomnienie. 18 października 1964 roku (w niedzielę misyjną) Paweł VI wyniósł wspomnianych męczenników do chwały świętych.

    Święty Karol Lwanga

    Karol Lwanga był wodzem plemienia Nagweya i przełożonym królewskich paziów. W momencie śmierci miał 25 lat. Jego ciało palono wolno na ogniu, zaczynając od stóp. Zgodnie z decyzją Piusa XI z 1934 r. Karol Lwanga jest patronem młodzieży i Akcji Katolickiej w Afryce.
    Balikudembe, Józef Mukasa, był pierwszym ministrem króla. Dla Chrystusa zdołał pozyskać 150 pogan. Banabakintu był naczelnikiem kilku wiosek murzyńskich. Zginął, kiedy miał lat 35. Andrzej Kaggwa, lat 30, był kapelmistrzem królewskim. Został ścięty, potem porąbany w kawałki. Szczególne męki zastosowano wobec Macieja Kalemby, który był sędzią i namiestnikiem okręgu; zginął mając lat 50. Obcięto mu ręce i nogi, wycinano mu żywcem kawały ciała, palono go, a potem wrzucono w sitowie w nadziei, że się po tylu mękach załamie. Tam od ran skonał. Pozyskał dla Chrystusa ok. 200 współziomków. Mwaggali Noe był garncarzem i garbarzem. 31 maja 1886 roku powieszono go, przebito włócznią, a jego wnętrzności dano na pożarcie wygłodniałym psom.Krew męczeńska wylana w Ugandzie nie poszła na marne, ale użyźniła czarną glebę afrykańską. Zaraz po ustaniu prześladowania w roku 1890 w Ugandzie było już 2197 katolików i ok. 10 000 katechumenów, którzy przygotowywali się do przyjęcia chrztu. W roku 1906 ich liczba wzrosła do ok. 100 000 katolików i ok. 150 000 katechumenów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    2 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Krzeszowska
    Matka Łaski Bożej

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Marcelin i Piotr
      •  Błogosławiony Sadok i jego Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks z Nikozji, zakonnik
    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie

    W Krzeszowie na Dolnym Śląsku znajduje się kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zwany był Domus aurea (Złotym domem) ze względu na niesłychany przepych wnętrza. W jego powstawaniu uczestniczyli najwybitniejsi przedstawiciele sztuki śląskiej. Kościół zbudowano w latach 1728-1735. Jego wnętrze zdobi dekoracja malarska autorstwa Jerzego Wilhelma Neunhertza. Tworzy ona wielki cykl malowideł sklepiennych; ich tematyka została zaczerpnięta z biblijnych zapowiedzi proroka Izajasza, odnoszących się do Chrystusa. Wiele wątków na malowidłach odwołuje się także do wydarzeń z dziejów zakonu bernardynów, pierwszych opiekunów sanktuarium krzeszowskiego (1242-1292). Po nich opiekę nad opactwem krzeszowskim objęli cystersi.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się obraz Piotra Brandla, przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Szczególnym kultem otoczony jest także znajdujący się w ołtarzu wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Zaginął on podczas wojen husyckich w wieku XV, a odnaleziony został 18 grudnia 1622 r. To wówczas z wielką siłą odrodził się jego kult. Na pamiątkę tego wydarzenia każdego roku 18 grudnia obchodzone jest Święto Światła.

    Obraz Matki Bożej Łaskawej (Krzeszowskiej), Królowej Sudetów

    Obraz Matki Bożej Łaskawej, czczonej także jako Królowa Sudetów, znajduje się w Krzeszowie od XIII w. Ikona ta należy prawdopodobnie do najstarszych obrazów maryjnych w Europie. Według jednego z przekazów, pochodzi z Bizancjum. Mieli ją przywieźć rycerze uczestniczący w wyprawach krzyżowych. Najpierw trafiła do Rimini we Włoszech, następnie do Bawarii, w rodzinne strony św. Jadwigi. Przyszła żona Henryka Brodatego przywiozła ją na Dolny Śląsk w wianie ślubnym.
    Wizerunek Maryi namalowany jest farbami temperowymi na modrzewiowej desce o rozmiarach 60 x 37 centymetrów. Zamyślona Maryja, w purpurowym maforionie i zielonej sukni, lewą dłoń wspiera na piersi, a na prawej trzyma Jezusa okrytego zieloną szatką, spod której widać Jego bose stopy. Jezus podnosi prawą rączkę do góry w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma zwinięty w rulon pergamin. Swą twarz kieruje w stronę Matki. Tło ikony jest złote. Ikonę otaczają piękne barokowe ramy wraz z napisem: Gratia Sanctae Mariae (Łaska Świętej Maryi). Ani twórca, ani dokładna data powstania obrazu nie są znane.
    Pomiędzy 25 marca 1996 r. a 10 września 1997 r. na terenie diecezji legnickiej miała miejsce peregrynacja kopii wizerunku Madonny Krzeszowskiej. Obraz nawiedził wówczas ponad 500 kościołów i kaplic zakonnych. 2 czerwca 1997 r. papież św. Jan Paweł II dokonał koronacji słynnego wizerunku krzeszowskiego złotymi koronami. Powiedział wtedy:Sanktuarium krzeszowskie ufundowała Anna, wdowa po Henryku Pobożnym, w rok po bitwie legnickiej. Już w wieku XIII przed obrazem Bogarodzicy gromadziły się rzesze pielgrzymów. I już wówczas nosiło ono nazwę Domus Gratiae Mariae. Rzeczywiście był to Dom Łaski hojnie rozdzielanej przez Bogurodzicę, do którego licznie przybywali pielgrzymi z różnych krajów, zwłaszcza Czesi, Niemcy, Serbołużyczanie i Polacy. Cieszymy się, że dziś także Boża Matka zgromadziła licznych pielgrzymów z tych po sąsiedzku żyjących narodów.
    Niech ten znak włożenia koron na głowę Maryi i Dzieciątka Jezus będzie wyrazem naszej wdzięczności za dobrodziejstwa Boże, których tak wiele otrzymywali i stale otrzymują czciciele Maryi, spieszący do krzeszowskiego Domu Łaski. Niech będzie również znakiem zaproszenia Jezusa i Maryi do królowania w naszych sercach i w życiu naszego narodu. Abyśmy wszyscy stawali się świątynią Boga i mężnymi świadkami Jego miłości do ludzi.
    Uroczysta intronizacja obrazu odbyła się w Krzeszowie 17 sierpnia 1997 r. Biskup legnicki ustanowił w Krzeszowie pierwsze sanktuarium na terenie diecezji, a w 1998 r. kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie został ogłoszony bazyliką mniejszą. Corocznie, 15 sierpnia, w dniu odpustu obraz jest wyjmowany z głównego ołtarza i niesiony w uroczystej procesji przez przedstawicieli kapłanów, ojców, matek, młodzieży męskiej i żeńskiej, górników i dzieci. Z kolei 2 czerwca obchodzi się uroczystość odpustową w rocznicę koronacji obrazu przez św. Jana Pawła II.Różnymi tytułami chrześcijańska pobożność wzywała w ciągu wieków Matkę Bożą. Należy do nich określenie “Matka Łaski Bożej” lub inaczej Matka Boża Łaskawa. Pierwsze sformułowanie zaczerpnięte jest z litanii loretańskiej. Bezpośrednim sprawcą łaski Bożej jest Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Maryja jednak, tak jak jest Matką Chrystusa-Zbawiciela, sprawcy wszelkiej łaski, jest tym samym Matką Łaski Bożej.
    Zarówno u boku pierwszego człowieka – Adama, jak i u boku Chrystusa pojawia się niewiasta: Ewa i Maryja. Jak Ewa współdziałała w grzechu pierworodnym, tak Maryja ma swój czynny udział w zbawczej działalności Syna; działalności, przez którą otrzymujemy “obfitość łaski i dar sprawiedliwości”.
    Ojcowie Soboru Watykańskiego II tak nas pouczają: “Maryja, córka Adama, zgadzając się na słowo Boże, stała się Matką Jezusa, i przyjmując zbawczą wolę Bożą całym sercem, nie powstrzymana żadnym grzechem, całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu Syna swego, pod Jego zwierzchnictwem i wespół z Nim z łaski Boga wszechmogącego służąc tajemnicy odkupienia. Maryja… z wolną wiarą i posłuszeństwem czynnie współpracowała w dziele zbawienia ludzkiego” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, nr 56).
    To włączenie się Maryi w dzieło zbawienia człowieka ma swoje określone następstwo. Stała się ona naszą Matką w porządku łaski: “To zaś macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wypełniła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swojego Syna, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (Lumen gentium, nr 62)

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    1 czerwca

    Święty Justyn, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Inigo z Oña, opat
    Święty Justyn
    Justyn urodził się na początku II w. we Flavia Neapolis (dzisiejszy Nablus w Samarii), w pogańskiej rodzinie. Po upadku Jerozolimy w 70 r. miasto było jednym z ważniejszych centrów kultury greckiej i rzymskiej na terenie Palestyny. Od młodości pasjonował się filozofią i problemami ogólnoludzkimi. Przebadał systemy Platona, Arystotelesa, Pitagorasa, epikurejczyków i modnych wówczas stoików. Jeszcze bardziej nurtowały go problemy religijne. W ten sposób zainteresował się judaizmem i chrześcijaństwem. Czytał Pismo św. i przyglądał się życiu chrześcijan. Badał ich naukę, obserwował ich obyczaje. Około roku 130 przyjął chrzest w Efezie. Stał się gorliwym wyznawcą.
    Justyn to najważniejszy apologeta chrześcijaństwa w II wieku. Wykorzystując autorytet, jaki sobie zdobył prawością charakteru i posiadaną wiedzą, zgromadził koło siebie uczniów i chętnie prowadził z nimi dyskusje na tematy filozoficzne, etyczne i religijne. Sam przekonany o tym, że tylko w chrześcijaństwie jest pełna prawda, dążył do tego, by i jego uczniowie byli o tym przekonani. Jednym z jego uczniów był Tacjan, późniejszy apologeta. Chętnie też spotykał się z filozofami pogańskimi i żydowskimi, aby żarliwie z nimi dyskutować na wspomniane tematy. W roku 135 spotkał się w Efezie z pewnym rabinem żydowskim, Tryfonem, i odbył z nim wielogodzinną dyskusję. Pamiątką tej rozmowy jest dzieło św. Justyna pod tytułem Dialog z Żydem Tryfonem.
    W tym czasie Justyn wydał też dwie apologie. Pierwszą z nich skierował do Rzymian, drugą zaś – formalnie do senatu rzymskiego. Wykazywał w nich odważnie, jak mylne poglądy mieli poganie o chrześcijanach i obalał zarzuty, stawiane wyznawcom Chrystusa przez pogan. Była to niemała odwaga. Od 100 lat wiara w Chrystusa była na państwowym indeksie. Od czasów Nerona chrześcijanie byli uważani za głównego wroga cesarstwa; należało ich tępić wszelkimi dostępnymi środkami. Nie odwołano krwawych edyktów, wydanych przez Nerona (54-68) i Domicjana (81-96). Za czasów Justyna panował wprawdzie raczej łagodny cesarz Antoninus Pius (138-161), wszakże za panowania cesarza-filozofa, Marka Aureliusza, prześladowanie wybuchło ponownie (161-180). Ofiarą właśnie tego prześladowania padł Justyn.Święty Justyn
    Justyn kilkakrotnie toczył dysputy z filozofem Krescensem, zwalczając jego błędne teorie. Z tego powodu został oskarżony przez Krescensa wraz z sześcioma uczniami Charitonem, jego żoną Charytą, Euelpistem, Hieraksem, Peonem i Walerianem o wyznawanie chrześcijaństwa. Został aresztowany. Akta sądowe, które Rzymianie bardzo skrupulatnie prowadzili, zaginęły. Według podania wyrokiem sędziego Juniusza Rustyka został Justyn – jako obywatel rzymski – skazany na śmierć przez ścięcie głowy mieczem. Wyrok wykonano ok. 165 r. w Rzymie.
    Nie wiadomo, gdzie znajdują się relikwie Męczennika. Te, które są w Rzymie (w bazylice św. Wawrzyńca za Murami), w Kolonii oraz w Namur wydają się niepewne.
    Na Soborze Watykańskim I biskupi wnieśli prośbę, aby papież wprowadził Mszę świętą i teksty brewiarzowe na dzień święta św. Justyna, które obchodzono wówczas (do roku 1969) 14 kwietnia. Papież Pius IX przychylił się do ich prośby. Leon XIII w roku 1874 rozszerzył święto na cały Kościół. Kościół grecki obchodzi jego pamiątkę 1 czerwca. Tak jest i dzisiaj w Kościele łacińskim.
    W swoich pismach św. Justyn podjął pierwsze próby zbliżenia nauki chrześcijańskiej i filozofii greckiej. Justyn żył zaledwie ok. 100 lat po śmierci świętych Apostołów Piotra i Pawła, dlatego też jego dzieła są fundamentalnymi źródłami dla zapoznania się z ówczesną sytuacją Kościoła, jego organizacją i wewnętrzną strukturą, z obrzędami i liturgią. Warto podkreślić, że Justyn był człowiekiem świeckim, który wykorzystał swoją wiedzę dla obrony wiary chrześcijańskiej.W ikonografii Święty przedstawiany jest w chwili, gdy wręcza swoją “Apologię” cesarzowi Hadrianowi.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***