Leon XIV: Ponawiam apel o położenie kresu przemocy!
Moje serce łączy się z cierpieniem ludności, która od lat żyje w niepokoju i lęku – mówił Leon XIV po modlitwie Anioł Pański
fot. Vatican Media
***
Chrześcijanie są wezwani do życia „długiem wzajemnej miłości” – podkreślił Papież w niedzielnym rozważaniu. Odwołując się do słów św. Pawła z Listu do Rzymian, wskazał, że wszystkie przykazania streszczają się w miłości bliźniego.
Jezus, jak zaznaczył Leon XIV, uczy nie tylko przebaczania długów, ale także przyjmowania dobra, które otrzymujemy od innych, i odpowiadania na nie troską oraz odpowiedzialnością. Miłość jest długiem, który nie zniewala, lecz prowadzi do wolności.
Braterskie upomnienie zamiast obmowy
Papież wskazał dwa konkretne sposoby przeżywania wzajemnej miłości we wspólnocie. Pierwszym jest braterskie upomnienie – szczere zmierzenie się z problemem, najpierw w rozmowie w cztery oczy, a w razie potrzeby także z udziałem innych osób i całej wspólnoty.
Jak zauważył, narzekanie i obmowa są łatwiejsze, ale nie prowadzą do rozwiązania konfliktów. Ewangelia natomiast uczy, jak przemieniać trudności w okazję do wzrostu.
Zgoda, która prowadzi do jedności
Drugim wymiarem wzajemnej miłości jest dążenie do zgody i jedności, także w modlitwie. Przywołując słowa Jezusa: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie…”, Ojciec Święty podkreślił, że wspólna modlitwa pozwala odkrywać wspólne pragnienia, cierpienia i nadzieje oraz wzrastać w jedności.
„Radosny dług” wobec drugiego człowieka
Na zakończenie Papież zawierzył tę naukę Maryi, która po zwiastowaniu pospieszyła do Elżbiety, aby dzielić z nią radości i trudy. Prosił, by nauczyła chrześcijan przeżywać wzajemną miłość jako „radosny dług” wobec drugiego człowieka.
Skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych sobót? Dlaczego jest ich pięć? Jak odprawiać to nabożeństwo?
Nabożeństwo pierwszych sobót to wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi. Zostało podyktowane przez Matkę Bożą podczas objawień fatimskich. „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje” – przekazała Matka Boża w Fatimie.
Dlaczego pięć sobót?
Pięć sobót nawiązuje do pięciu rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu, Jej Dziewictwu, Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka, bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki, bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach.
Jak odprawiać nabożeństwo pierwszych sobót?
Nabożeństwo należy odprawiać przez 5 kolejnych pierwszych sobót miesiąca. Nabożeństwu towarzyszą 4 warunki.
Warunek 1: Spowiedź święta w pierwszą sobotę miesiąca.
Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas. Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2: Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca.
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3: Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca.
Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę:
Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.
Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić Modlitwę:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Warunek 4: Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca.
Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę:
Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie!
Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
Z pokorą pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
rozważ wcielenie Syna Bożego.
Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Dziś 6 września wspominamy w kalendarzu liturgicznym św. Matkę Teresę
Dlaczego Matka Teresa nazywała Matkę Boża swoją „towarzyszką podróży”?
Matka Teresa miała niezachwiane przekonanie, że Maryja ją wysłucha i spełni jej prośbę. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.
Pod koniec kwietnia zaczęłam sobie planować, jak dobrze przeżyć maj z Maryją: codzienny różaniec, w miarę możliwości codzienna msza święta, mniej sądów, więcej rozsądku.
I jak to zwykle bywa, życie regularnie wywraca mi plany do góry nogami, a wieczorem mogę tylko skonstatować, jak niewiele czasu poświęcam na modlitwę. 13 maja, w święto Matki Bożej Fatimskiej, obiecałam sobie, że odprowadzę córkę do szkoły, a potem pójdę na mszę na 8.30. I jeszcze nocą wezmę udział w pielgrzymce do siedmiu kościołów.
Matka Boża Fatimska
Oczywiście nic z tego nie wyszło: cały dzień w biegu, kompletnie zakręcona, nie znalazłam nawet chwili, żeby pomyśleć o Matce Bożej Fatimskiej, a co dopiero pielgrzymować do siedmiu kościołów. Udało mi się tylko w czasie obiadu króciutko opowiedzieć dzieciom historię Franciszka, Hiacynty i Łucji.
Wieczorem, kiedy sięgałam na półkę po książkę, którą dzieci chciały poczytać przed snem, na ziemię spadła jakaś karteczka. „A cóż to takiego?” – zapytałam głośno. Podnoszę i… tadam!!! Obrazek z Matką Bożą Fatimską!
„Spokojnie, jestem z Tobą”
Odruchowo uklękłam na dywanie pośród rozrzuconych zabawek, żeby Jej podziękować za ten cudowny prezent. Ona po prostu powiedziała: „Spokojnie, jestem z Tobą”.
Tak to właśnie jest. Matka Boża woła nas jako pierwsza, jak każda matka. Nie czeka, aż się odezwiesz, sama się troszczy. Maryja pozwala się znaleźć, zanim ja zdam sobie sprawę, że jej szukam.
Św. Teresa z Kalkuty i Matka Boża
We włoskiej książce Madre Teresa. Il mio segreto: prego uderzyły mnie anegdoty opowiadające o relacji świętej z Kalkuty z Matką Bożą.
W domu dla porzuconych dzieci Shishu Bhavan, czytamy w książce, Matka Teresa przyjmowała wiele dzieci. Niektóre z nich były w takim stanie, że nie miały szans na przeżycie. Ale ona nie przejmowała się, kiedy zarzucano jej, że w ośrodku jest wysoka śmiertelność. Zależało jej na tym, żeby dać tym najmniejszym choćby godzinę troski i miłości.
„Mamy je przyjmować i kochać”
“Nie troszczę się o to, co ludzie mówią o wskaźniku śmiertelności. Nawet jeśli umrą godzinę później, mamy je przyjmować i kochać. Nie chcę, żeby umierały, nie otrzymawszy choćby odrobiny opieki i miłości, ponieważ nawet najmniejsze dziecko jest w stanie to sobie uświadomić” – napisała.
W czasie odwiedzin zatrzymywała się przy łóżeczkach dzieci, bawiła się i rozmawiała z nimi, a kiedy widziała, że któreś z nich jest u kresu swojej drogi (…) owijała je w kocyk i odmawiała Zdrowaś, Maryjo, trzymając je w ramionach. Potem oddawała je którejś z sióstr lub opiekunce, przykazując, żeby tuliły je mocno do końca.
Jedno Zdrowaś, Maryjo i przytulanie. W tym obrazku jest czułość i ufność. Matka Teresa miała pewność, że żeby wezwać Matkę Bożą „teraz i w godzinie śmierci naszej”, wystarczy jedno Zdrowaś, Maryjo.
Matka Teresa: „Matka Boża jest moją towarzyszką podróży”
Matka Teresa miała mocne, niezachwiane przekonanie, że Matka Boża ją wysłucha i spełni jej prośbę. Zresztą jedno pociąga za sobą drugie. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.
Pewnego dnia Matka Teresa miała przewieźć pociągiem dużą, słynącą cudami figurę Matki Bożej, którą dostała od pewnego księdza. Miała darmowy bilet, na którym było napisane „Matka Teresa i osoba towarzysząca”, ale kontroler chciał, żeby zapłaciła za przewóz skrzyni z figurą…
Figura Matki Bożej podróżuje ze mną
„To jest osoba towarzysząca, powiedziałam. To figura Matki Bożej, która podróżuje ze mną jako osoba towarzysząca!”. No i zgodzili się na przewiezienie skrzyni. Odtąd mówię, że Matka Boża jest moją towarzyszką podróży” – czytamy w książce.
Tę historyjkę przypomniał mi brat Ettore Boschini, który jeździł z figurą Najświętszej Maryi Panny przymocowaną na dachu rozlatującego się samochodu.
„Latająca nowenna” Matki Teresy
Dopiero kilka lat temu odkryłam, że modlitwa, której mój dziadek nauczył moją mamę (obiecał 10 dolarów temu ze swoich dzieci, które się jej nauczy) i której ona nauczyła mnie (bez żadnego wynagrodzenia…), nazywa się Memorare i jest przypisywana św. Bernardowi z Clairvaux.
Kiedy Matka Teresa i jej siostry prosiły Matkę Bożą o jakąś pilną łaskę, odmawiały właśnie tę modlitwę, dziewięciokrotnie. Matka Teresa nazywała ją „latającą nowenną”.
Zawierzyć na kolanach
Pewnego dnia – był rok 1980 – Matka Teresa przywiozła do domu w Berlinie Wschodnim (pierwszego w komunistycznym kraju) pewną siostrę, która miała tam pracować. Tyle, że siostra nie miała wizy, więc miała prawo do pobytu tylko przez jeden dzień. Władze wyraziły się jasno: przed wieczorem hinduska siostra ma opuścić Berlin Wschodni. Wtedy Matka Teresa i siostry zaczęły odmawiać modlitwę św. Bernarda. Ktoś zadzwonił z informacją, że chyba nic nie da się zrobić, ale święta z Kalkuty nie podała się i znowu zaczęła odmawiać nowennę, tym razem na klęczkach. Przy ósmym powtórzeniu zadzwonił telefon: wiza przyznana – siostra może zostać.
A ja zmieniłam swoje plany: mniej miotania się na stojąco, więcej zawierzenia na klęczkach.
Sakrament pokuty i pojednania (spowiedź św.) potrzebny jest do przywrócenia stanu łaski uświęcającej tylko tym, którzy zgrzeszyli śmiertelnie, aby mogli odprawić nabożeństwo pierwszego piątku.
***
Historia praktykowania pierwszych piątków miesiąca jako kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa
– W Paray-le-Monial we Francji, w zupełnym ukryciu w klasztorze sióstr wizytek, żyła skromna zakonnica św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690). W tym samym czasie żył jezuita o. Kasper Drużbicki SI (1590-1662), prekursor kultu Bożego Serca w Polsce i Europie i oratorianin, ks. Jan Eudes (1601-1680), wychowanek kolegium jezuickiego w Caen, który założył Zgromadzenie Jezusa i Maryi i poświęcił się misji szerzenia kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi. W latach 1673-1689 s. Małgorzata doświadczyła przed Najświętszym Sakramentem 80 prywatnych wizji i objawień związanych z tajemnicą Serca Jezusowego, z których 30 opisała na polecenie swojego pierwszego spowiednika i kierownika duchowego jezuity o. Klaudiusza de la Colombière SI. Podczas trzeciego wielkiego objawienia 2 lipca 1674 r. w piątek oktawy Bożego Ciała w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu ukazał się siostrze Jezus “jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce”. Pan Jezus ponownie odsłonił swoją pierś i pokazał swoje Serce w pełnym blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Pragnął, aby w duchu wynagrodzenia w każdą noc przed pierwszym piątkiem miesiąca odbywałą się godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu (tzw. godzina święta) oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką. Podczas ostatniego wielkiego objawienia 10 czerwca 1675 r. w piątek po oktawie Bożego Ciała podczas adoracji Najśw. Sakramentu Jezus św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca, a w ostatniej z nich przyrzekł: “W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia”.
– S. Małgorzata zmarła w opinii świętości w klasztorze w Paray-le-Monial 17 października 1690 r., gdzie do dziś spoczywa jej ciało w Kościele Sióstr Wizytek. Już za życia s. Małgorzaty w obiegu była książeczka poświęcona czci Bożego Serca, napisana przez wizytkę s. J. M. Joly. Jean Croiset otrzymał ją od świętej i zachęcany przez kilka osób postanowił ją przejrzeć, poprawić i powiększyć. W ciągu kilku tygodni powstało poważne dzieło noszące tytuł: La dévotion au Sacré-Coeur de Notre-Seigneur Jésus-Christ (Nabożeństwo do Najświętszego Serca naszego Pana Jezusa Chrystusa).W ciągu trzech letnich miesięcy 1689 r. książka miała trzy wydania. W Paray-le-Monial została przyjęta z entuzjazmem. Pod koniec 1689 lub 1690 roku Croiset odwiedził Paray-le-Monial. Wizyta ta była dla niego nowym bodźcem do propagowania kultu Bożego Serca. W Wielki Czwartek 1690 r. otrzymał święcenia kapłańskie w zakonie jezuitów, a z nimi nowe możliwości oddziaływania na wiernych. Był ostatnim spowiednikem św. Małgorzaty Alacoque. Dzieło J. Croiseta cieszyło się popularnością w całej Francji, z aprobatą zostało przyjęte przez teologów. Przygotowano jego przekład na język włoski, a po 1697 r. było już znane w Polsce.
– Praktyka pierwszych piątków przyczyniła się do spopularyzowania częstego przystępowania do Komunii. Przez kilku papieży Stolica Apostolska potwierdzała wagę tych objawień stopniowo zatwierdzając formy kultu Serca Pana Jezusa.
– Biskupi polscy wysłali Memoriał Episkopatu Polskiego z 11 lutego 1764 r. do papieża Klemensa XIII, w którym obszernie zawarli historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadniali bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. W odpowiedzi, 6 lutego 1765 r. Klemens XIII dekretem „Instantibus” wydanym przez Kongregację Obrzędów zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa dla Królestwa Polskiego, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Nie pod wpływem prywatnego objawienia, ale na prośby wiernych, na wniosek Kongregacji Rytów, ukazał się dnia 25 stycznia 1765 r. dekret Kongregacji Rytów, zatwierdzony dn. 6 lutego tegoż roku przez Papieża Klemensa VIII, udzielający pozwolenia Biskupem Polskim i Rzymskiemu Arcybractwu Serca Jezusowego na celebrowanie uroczystego święta ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Aktem tym Stolica Apostolska wyraziła życzenie, żeby kult już istniejący i kwitnący rozwijał się jeszcze więcej w tym celu, by “ożywić symbolicznie wspomnienie miłości Bożej”, która sprawiła, że Zbawiciel nasz złożył ofiarę wynagradzającą za grzechy ludzkie.”
– 23 sierpnia 1856 r. w dekrecie św. Kongregacji Rytów papież bł. Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Po tej pierwszej aprobacie udzielonej w formie przywileju i w pewnych granicach, nastąpiła druga dopiero o wiek później, już o wiele donioślejsza, w formie więcej uroczystej. Mówić chcemy tu o przedtem wspomnianym dekrecie św. Kongregacji Rytów z dnia 23 sierpnia 1856 roku. Poprzednik nasz, Papież Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia Biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Zdarzenie to zasługuje na wieczną pamięć wiernych, albowiem, jak czytamy w liturgii tejże uroczystości, “odtąd kult Najświętszego Serca Jezusa jako rzeka wezbrana, usunąwszy wszelkie zapory, rozlał się na cały świat”.
– 18 września 1864 roku bł. Pius IX beatyfikował s. Małgorzatę Marię Alacoque, a dwa lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny.
– 28 czerwca 1889 roku Leon XIII podniósł dekretem uroczystość Serca Jezusowego do święta stopnia pierwszej klasy.
– 25 maja 1899 roku papież Leon XIII wydał encyklikę „Annum sacrum” o poświęceniu się ludzi Najświętszemu Sercu Jezusa, do której dołączył osobiście napisany akt oddania rodzaju ludzkiego Najśw. Sercu Pana Jezusa.
– 11 czerwca 1899 roku Leon XIII oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.
– Papież Benedykt XV kanonizował s. Małgorzatę Marię Alacoque 13 maja 1920 roku, gdy w Europie wygasła burza wojenna.
– Papież Pius XI poświęcił Sercu Jezusowemu encyklikę „Miserentissimus Redemptor” 8 maja 1928 r. Wtedy nastąpiło bezpośrednie odniesienie do praktyki pierwszych piątków miesiąca i ich formalne zatwierdzenie przez papieża: “Za przyczynieniem się i wolą Boga stało się, że z dnia na dzień coraz bardziej wzrastała wśród wiernych chęć uczczenia Najświętszego Serca Jezusowego, stąd to tu i tam powstały owe sodalicje ku szerzeniu czci Boskiego Serca, stąd to ów zwyczaj przyjmowania Komunii św. wedle życzenia Jezusa Chrystusa w pierwszy piątek każdego miesiąca, który do czasów obecnych wszędzie się rozpowszechnił” (3). “Spośród praktyk, związanych najściślej ze czcią Najświętszego Serca, wybija się pobożna praktyka poświęcenia Sercu Jezusa samych siebie i wszystkiego, co posiadamy. (…) należy dołączyć jeszcze inny hołd (…) obowiązek godnego zadośćuczynienia Najświętszemu Sercu Jezusa. Albowiem jeśli poświęcenie się ma na celu głównie i przede wszystkim odwzajemnienie Stwórcy miłością za miłość, wynika stąd, że należy się zadośćuczynienie tej samej odwiecznej miłości za krzywdy wyrządzone jej bądź przez niedbalstwo i zapomnienie (…). Dla zmazania tych win, wśród wielu środków Jezus wskazuje św. Małgorzacie Marii dwa jako sobie najmilsze: aby ludzie w celu ekspiacji przyjmowali tzw. Komunię wynagradzającą i aby przez całą godzinę oddawali się modlitwie i błaganiu, co słusznie nazywano Godziną św. Te pobożne ćwiczenia Kościół nie tylko zatwierdził, lecz obdarzył także nader obfitymi łaskami” (12).
– Czcigodny Sługa Boży papież Pius XII w encyklice „Haurietis aquas” z 15 maja 1956 r. napisał: “Podamy dla przykładu, że dla ustalenia tego kultu i jego rozwoju dobrze zasłużyli się świeci; Bonawentura, Albert Wielki, Gertruda, Katarzyna Sieneńska, bł. Henryk Suso, Piotr Kanizy, Franciszek Salezy, Jan Eudes. Ten ostatni był autorem pierwszego officium liturgicznego ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Na prośby biskupów francuskich pierwsze święto ku czci Najświętszego Serca Jezusa było dozwolone i obchodzone 20 października 1672 roku. Szczególne miejsce wśród promotorów tego najwznioślejszego kultu zajmuje św. Małgorzata Maria Alacoque. Przy pomocy swego duchowego przewodnika, bł. Klaudiusza de la Colombiere, przez wytrwałe i wspaniałe swoje wysiłki osiągnęła to, że kult przybrał pewne określone formy i rozwijał się dobrze wśród entuzjazmu wiernych, że wśród innych form pobożności odznaczał się i wyróżniał duchem miłości i wynagrodzenia. Wystarczy krótkie wspomnienie owych czasów, byśmy należycie zrozumieli, że swój niezwykły rozwój kult ten zawdzięczał temu, że zgadzał się doskonale z istotą chrześcijańskiej religii, religii miłości. Nałoży więc stwierdzić, że kult ten nie stąd wziął początek, że przez Boga był prywatnie objawiony, że nagle zjawił się w Kościele, ale ten kult wyrósł z wiary żywotnej i z gorliwej pobożności, a rozszerzali go ludzie obdarzeni łaskami, mający cześć dla Zbawiciela i dla jego chwalebnych ran, osoby, które w sposób wymowny przekonywały umysły i porywały serca dla tego kultu. Objawienia św. Małgorzaty Marii, jak wiemy, nie przyniosły żadnych nowych objawień, nie dodały nowych treści dla nauki katolickiej. Główna ich myśl polega na tym, że Chrystus Pan, okazując swe serce w sposób niezwykły i wyjątkowy, chciał wezwać umysły ludzi do rozważania i czczenia tajemnicy miłości, okazanej ludzkości przez Boga miłosiernego. Przez to szczególniejsze objawienie Chrystus w słowach wyraźnych, kilka razy powtórzonych, wskazał na Serce swoje, jako na symbol, któryby zachęcił ludzi do poznania i uznania swej miłości. Zarazem JEZUS uczynił to Serce jakby znakiem i poręczeniem miłosierdzia i łaski dla Kościoła w naszych czasach. […] Dlatego niech wszyscy będą o tym najmocniej przekonam, że w tym kulcie Najświętszego Serca Jezusa zewnętrzne praktyki pobożności nie zajmują pierwszego miejsca, i że ten kult jest ważny nie dlatego, że daje wiele dobrodziejstw. Chrystus Pan dlatego do objawień prywatnych dołączył pewne obietnice o łaskach, by ludzie najgłówniejsze obowiązki religii katolickiej miłości i ekspiacji wykonywali więcej gorliwie i tak lepiej zabezpieczyli swoje i bliźnich zbawienie”.
– Św. Jan Paweł II w czasie wizyty w Paray-le-Monial, 5 października 1986 roku miał mszę św. i Anioł Pański, nawiedził Klasztor wizytek, gdzie modlił się w Kaplicy Objawień oraz przy grobach św. Małgorzaty Marii Alacoque i bł. Klaudiusza La Colombiere. Następnie miał spotkanie z generałem jezuitów o. Peterem Hansem Kolvenbachem SI. Tego dnia papież tak modlił się w kaplicy objawień Serca Jezusa: „Składamy dzięki za szerokie rozpowszechnienie się adoracji i komunii eucharystycznej, które tu właśnie nabrały nowego rozmachu dzięki kultowi Serca Jezusa, rozwijanemu zwłaszcza przez Zakon Wizytek i Ojców Jezuitów, a następnie zatwierdzonemu przez papieży. Wiele owoców przyniosło nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca, wprowadzone w wyniku naglących wezwań skierowanych do Małgorzaty Marii”. Tego dnia św. Jan Paweł II w liście przekazanym na spotkaniu generałowi jezuitów o. Kolvenbachowi napisał: “Gorąco pragnę, byście z wytrwałością szerzyli prawdziwy kult Serca Jezusa i byście zawsze byli gotowi nieść skuteczną pomoc moim Braciom w Biskupstwie, by wszędzie rozwijać ten kult, troszcząc się o znalezienie najodpowiedniejszych środków do przedstawiania i praktykowania go, aby człowiek współczesny, ze swoją mentalnością i wrażliwością, odkrył w nim pełną odpowiedź na swoje pytania i oczekiwania“.
– W 1999 r. sto lat po encyklice Leona XIII, św. Jan Paweł II przynajmniej trzykrotnie odmówił Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego podczas czerwcowych nabożeństw jakie odprawiał w czasie siódmej pielgrzymki w Polsce: 6 czerwca w Elblągu dla 250 tys. wiernych m.in. powiedział: “Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i przez naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucanie dobroci i miłości Boga. Przybliżajmy się każdego dnia do tego źródła, z którego płyną zdroje wody żywej.” Nabożeństwa czerwcowe odbyły się jeszcze z udziałem Jana Pawła II 7 czerwca w Toruniu i 11 czerwca w domu sióstr urszulanek szarych w kaplicy domowej, skąd w październiku 1978 r. wyjechał na konklawe do Rzymu, dokładnie 100 lat po tym jak uczynił to Leon XIII.
Pierwsze piątki miesiąca znane są najczęściej od czasu Pierwszej Komunii św. W ten sposób uczyliśmy się m.in. systematyczności w praktykowaniu spowiedzi. Czy jednak dziś są one równie popularne jak dawniej?
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kapłani podkreślają, że penitentów jest mniej niż kiedyś. Bywają parafie, w których w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi systematycznie przystępuje tylko garstka tych najbardziej świadomych wiernych. Są jednak takie rejony Polski, gdzie wciąż w ten dzień do konfesjonałów ustawiają się długie kolejki. Co zatem zrobić: odpuścić sobie tę praktykę jako niemodną czy może jednak propagować i wskazywać aktualność przesłania pierwszych piątków?
Obietnice
Początki praktyki pierwszych piątków miesiąca sięgają 1673 r., gdy francuskiej zakonnicy – św. Małgorzacie Marii Alacoque podczas adoracji Najświętszego Sakramentu objawił się Pan Jezus. Przez ponad 1,5 roku Boski Mistrz ukazywał jej swoje Najświętsze Serce i zapraszał do umiłowania Go w tej tajemnicy. Orędzie zostało spisane i przekazane wiernym na całym świecie. Idea praktyki pierwszych piątków sprowadza się do podjęcia zaproszenia Pana Jezusa, by przez 9 kolejnych pierwszych piątków przystąpić do Komunii św. i ofiarować ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego. Kto zaś podejmie to zaproszenie, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu – nie umrze bez Jego łaski.
Pan Jezus miał św. Małgorzacie przekazać jeszcze dwanaście innych obietnic dotyczących czcicieli Najświętszego Serca: „Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wyleję obfite błogosławieństwo na wszystkie ich przedsięwzięcia. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych. Imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w moim Sercu i na zawsze w Nim pozostaną. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.
Sianie
Najczęściej uczymy dzieci praktykowania pierwszych piątków przy okazji Pierwszej Komunii św. Duszpasterze podkreślają, że dzięki temu dzieci uczą się systematyczności w życiu duchowym. Co także istotne – gdy połączymy okres przygotowania do Pierwszej Komunii św. z nabożeństwem pierwszych piątków miesiąca, wydłużamy czas ich formacji liturgicznej do blisko 2 lat.
– W mojej wspólnocie parafialnej od wielu lat są praktykowane wśród dzieci, które były u Pierwszej Komunii św., spowiedź i Komunia św. w pierwsze piątki. Dzieci podczas „białego tygodnia” otrzymują książeczki, w których zbierają podpisy. W ciągu 9 lat, jak jestem proboszczem w tej parafii, zauważam, że taka forma pobożności jest dobrze przeżywana przez dzieci i rodziców – podzielił się swoim doświadczeniem ks. Jacek Makowski, proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytoniu.
O tym, że warto szerzyć ideę tego nabożeństwa wśród najmłodszych, przekonany jest także ks. Michał Gławdel z parafii Trójcy Świętej w Gorzowie. Podkreśla jednak potrzebę odpowiedniego zmotywowania dzieci. – Do wielu spraw przymusić się nie da, ale można je pozytywnie wypromować. Osobiście już w czasie przygotowania do Pierwszej Komunii św., podczas comiesięcznych spotkań dla rodziców, podejmuję ten temat. Pierwszy raz na spotkaniu pt. „Spowiedź św. dziecka”, już w lutym, wyjaśniam wartość stałej, regularnej spowiedzi. Spotkania formacyjne kończymy tematem: „Komunia św. i co dalej?”. To katecheza w całości poświęcona formacji dziecka w klasie IV i klasach następnych, a szczególnie pierwszym piątkom miesiąca. Z pierwszymi piątkami startujemy po wakacjach. Czas urlopów, kolonii, obozów może być trudny dla praktyki pierwszych piątków, zaś w roku szkolnym mamy 10 miesięcy na naukę, a nam potrzeba ich tylko 9. Dzieci w październiku dostają motywacyjne kalendarze, by samemu się sprawdzić i kontrolować swoje postępy. To pozwala nam całość zakończyć w czerwcu wspólną rocznicą Komunii św. – podkreślił duchowny.
Owoce
Z czasem może się jednak zrodzić przekonanie, że pierwsze piątki są tylko dla najmłodszych. Ciekawe doświadczenie w tej sprawie mają duszpasterze z parafii Mariackiej w Słupsku. – Zaczęło się od tego, że nasz proboszcz przywiózł obrazki do zbierania pierwszych piątków i powiedział, że trzeba coś z tym zrobić – opowiada ks. Wojciech Marcinkiewicz. – Akurat ja miałem dyżur kaznodziejski i zdecydowałem się powiedzieć o pierwszych piątkach kazanie. To była ostatnia niedziela sierpnia ub.r. Na koniec powiedziałem, że przy wyjściu można zabrać ze sobą te obrazki i podjąć osobiście praktykę. Efekt był taki, że do maja przez tych 9 miesięcy przy konfesjonałach był prawdziwy tłum. Dopiero w czerwcu parafian przyszło mniej. Na koniec sierpnia znów przypomnimy o tej praktyce i zachęcimy do kolejnego cyklu. Także dzieci, które rok temu przystąpiły do Pierwszej Komunii św., podjęły tę praktykę. Gdy była kwarantanna i nie mogły wychodzić z domu, rodzice sami dzwonili na parafię i prosili, by kapłan przyszedł ze spowiedzią do ich dziecka.
Na praktykę pierwszych piątków warto spojrzeć jak na szansę dla całej rodziny, a szczególnie dla rodziców, którzy mają pomagać swoim dzieciom w rozwoju sumienia. – Pierwsza Komunia św. i pierwsza spowiedź za każdym razem były w naszej rodzinie wydarzeniem wyjątkowym – opowiadają Anna i Hubert Kowalewscy ze Szczecina. – Troje z naszych dzieci już je przeżywało. Rodzinna katecheza oraz parafialne przygotowania były bazą dla zachowania regularności przystępowania do comiesięcznej spowiedzi. Na początku zachętą dla dzieci były obrazki z zaznaczonymi pierwszymi piątkami miesiąca, rozdawane przez księdza proboszcza. Przywiązywaliśmy ogromną wagę do tego, aby wspólnie z dziećmi przygotowywać się i przystępować do spowiedzi. Jest to dla całej naszej rodziny bardzo ważne, że o relacji z Panem Bogiem, o modlitwie, o sakramentach rozmawiamy i nigdy nie sprowadziliśmy tego do jakichś „intymności”, o których się nie wspomina. Mimo że dzieci są już duże, mają 21, 18 i 13 lat, o zbliżającej się spowiedzi zwyczajnie przypominamy.
Dobrze wykorzystana praktyka pierwszych piątków z pewnością przyniesie obfite owoce w życiu zarówno parafii, jak i poszczególnych rodzin.
Bp Adrian Put –Tygodnik Niedziela
***
Rodzinny przewodnik po pierwszych piątkach
To pierwsze tak kompleksowe narzędzie, którym nie tylko pomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny – mówi Adrian Pakuła z Zespołu ODDANIE33.
Kamil Krasowski: Dwa miesiące temu na rynku wydawniczym ukazała się niezwykła publikacja SERCE9. Weź udział w przygodzie 9 pierwszych piątków. Szybko podbiła serca czytelników, stała się bestsellerem. Co to za projekt?
Adrian Pakuła: Przygotowaliśmy książkę dla dzieci, ale też dla rodziców, duszpasterzy i katechetów, która może stać się skuteczną pomocą w przeżyciu nabożeństwa dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. To bardzo dobra okazja do tego, by wiele duchowego dobra mogło się wydarzyć w życiu zarówno dzieci, jak i rodziców. Praktykując to nabożeństwo, uczymy dzieci comiesięcznej, regularnej spowiedzi św., a przy okazji pokazujemy, że warto uczestniczyć we Mszy św. nie tylko w dzień Pański, ale również w dni powszednie. Uczymy także, czym jest wynagrodzenie, bo w ramach nabożeństwa wyjaśniamy, że w każdy pierwszy piątek przyjmujemy Komunię św. jako wynagrodzenie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa za nasze grzechy. Zawsze przyświeca nam też piękna obietnica Pana Jezusa związana z tym nabożeństwem, bo myślę, że każdy, komu zależy na dziecku, najbardziej na świecie chciałby, żeby ono kiedyś poszło do nieba. Nabożeństwo jest jedną z ważnych i cennych dróg w tym kierunku, ponieważ nasz Zbawiciel obiecał, że każdy, kto odprawi nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków, nie umrze bez sakramentów, czyli w chwili śmierci będzie się znajdował w stanie łaski uświęcającej, a tym samym będzie miał zapewnione przejście do nieba. Dlatego te pierwsze piątki nazywamy takimi „biletami do nieba dla dzieci”. Książka SERCE9 to atrakcyjne narzędzie, wykorzystujące wszystko to, co może zainteresować dziecko pierwszymi piątkami i dopomóc mu w jeszcze głębszym przeżyciu tego nabożeństwa.
Jak strukturalnie prezentuje się publikacja, którą jako Zespół ODDANIE33 opracowaliście?
Zadbaliśmy o piękne grafiki, które bardzo się podobają dzieciom, zresztą nie tylko im. Postaraliśmy się, by forma przekazu tych duchowych treści była również urozmaicona. Znajdziemy w tej publikacji piosenki, rymowanki, a także duchowe pierwszopiątkowe zatrzymania, w których mamy piękne opowiadania o najważniejszych prawdach wiary: miłości, grzechu, wspólnocie czy Duchu Świętym. Można te treści odczytywać, można też skorzystać z kodów QR, żeby ich odsłuchać. W każdym z poszczególnych modułów znajdziemy refleksje o spowiedzi św. związane z tematem danego pierwszego piątku, po to, by inspirować i zachęcać dzieci do comiesięcznej spowiedzi, która wydaje błogosławione owoce. Dalej są refleksje o Eucharystii i zachęta do częstej Komunii św., nie tylko w niedziele czy święta. W książce znajdziemy również zadania do wykonania – w całej pozycji znajduje się ich dwadzieścia siedem. Przed każdym pierwszym piątkiem jest zadanie wprowadzające, bo jak wiadomo, lepiej coś przeżywamy, kiedy na coś oczekujemy. Później – zadanie na pierwszy piątek i po pierwszym piątku, np. by zaaranżować swój własny kącik modlitewny. Chodzi o to, żeby dziecko jak najbardziej w to nabożeństwo zaangażować, by nie zapomniało, że w nim uczestniczy. Tym, co wyróżnia tę publikację, są również ciekawostki, atrakcyjne nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców. Na końcu książki znajduje się coś, co docenili również dorośli – bardzo prosty, a jednocześnie głęboki rachunek sumienia. Jest to pierwsze tak kompleksowe, interaktywne i urozmaicone narzędzie, którym nie tylko dopomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny.
Jaki jest fenomen książki, która w ciągu pierwszych 48 godzin od premiery rozeszła się w liczbie 500 egzemplarzy, choć tak naprawdę jeszcze nie trafiła do księgarń?
Książka składa się z dwóch osobnych wersji publikacji – dla chłopców i dziewczynek. Skąd pomysł na taki podział?
To jedna z cech naszego podejścia do pracy, które wydaje piękne owoce. Jako Zespół ODDANIE33 próbujemy dotrzeć do każdego odbiorcy. Prawdą jest – co potwierdzimy pod każdym względem – że chłopcy i dziewczynki się różnią: wrażliwością estetyczną, tym, jakie kolory preferują, jakiej muzyki słuchają, i tym, że chłopcy wzorują się na przykładach chłopców, a dziewczynki – dziewczyn. Przygotowując publikację, uwzględniliśmy te wszystkie aspekty. W wersji dla chłopców przewodnikami po pierwszych piątkach są święci chłopcy, tacy jak Dominik Savio, Józef Sánchez del Río czy Staś Kostka, których piękne wizerunki możemy zobaczyć. Dziewczynki natomiast mają swoje święte patronki: Ritę z Cascii, Karolinkę Kózkównę czy Hiacyntę z Fatimy. Obie wersje różnią się kolorystyką, osobne piosenki są przygotowane dla chłopców i dziewczynek. I to się pięknie sprawdza. Oczywiście, z roku na rok chcemy to narzędzie jeszcze bardziej ulepszać i dostosowywać. Będziemy tworzyć różne materiały dodatkowe, które będą pomagać w nabożeństwie dziewięciu pierwszych piątków. Myślimy o grze planszowej, o kartach kolekcjonerskich z wizerunkami świętych czy specjalnych aplikacjach. Chcemy cały czas to rozwijać, żeby pierwsze piątki były czymś, co każde dziecko zna i w czym uczestniczy, by mogło dostąpić tej pięknej obietnicy, którą dał nam Pan Jezus.
rozmowę z Adrianem Pakułą przeprowadził Kamil Krasowski – Tygodnik Niedziela
***
LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY
w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra
46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
I czwartek miesiąca – 3 września
MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00
po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)
Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )
NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI
Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru, jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.
Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie
W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.
Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.
Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.
Znienawidzeni przez siły zła
Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100).
z książki “IN SINU JESU”
***
Modliła się za kapłanów i wynagradzała Bogu za ich niewierności. Rok Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej
W Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów od 2 sierpnia przeżywany jest Rok Sł. B. siostry Wandy Boniszewskiej CSA, ustanowiony z okazji setnej rocznicy jej przyjęcia do nowicjatu w tym Zgromadzeniu. Jest to czas wdzięczności za dar jej życia i powołania oraz szczególnej modlitwy o jej beatyfikację.
Służebnica Boża s. Wanda Boniszewska
Każdego drugiego dnia miesiąca w kaplicy Sióstr od Aniołów w Domu Generalnym w Konstancinie-Jeziornie sprawowana jest Msza święta w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej. 2 września Eucharystii przewodniczył delegat metropolity warszawskiego Trybunału Beatyfikacyjnego s. Wandy Boniszewskiej ks. kanonik dr Jacek Wiliński. W koncelebrze uczestniczył również ks. prałat Lech Sitek.
W homilii ksiądz kanonik przypomniał, że Pan Bóg pragnie być obecny w całym naszym życiu – nie tylko w świątyni i podczas modlitwy, ale także w naszych domach, obowiązkach, relacjach i codziennych decyzjach. Wiara ma przenikać codzienność i prowadzić nas do rozpoznawania Bożej woli.
Msza Święta sprawowana w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej
W tym świetle szczególnie wymowne jest świadectwo życia s. Wandy Boniszewskiej. Była świadoma swojego powołania i misji, którą otrzymała od Boga. Jej życie było naznaczone modlitwą, ofiarą i troską o innych, szczególnie o kapłanów i osoby konsekrowane. Wiernie podejmowała modlitwę i pokutę w ich intencji, powierzając Bogu ich życie i posługę, oraz wynagradzając za niewierności kapłanów.
Ks. Wiliński odwołał się również do wydarzenia przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Lud Boży znalazł się w sytuacji, w której po ludzku nie było wyjścia: przed nim było morze, za nim ścigające go wojsko egipskie. Dopiero całkowite zaufanie Bogu otworzyło drogę.
Także w naszym życiu stajemy wobec sytuacji, których nie potrafimy rozwiązać własnymi siłami. Świadectwo s. Wandy przypomina, że w takich momentach szczególnie potrzebne są modlitwa, zaufanie i wierność powołaniu. Bóg może otworzyć drogę tam, gdzie człowiek jej nie widzi.
Prośby o modlitwę przez wstawiennictwo Sł. B. s. Wandy Boniszewskiej
Ksiądz kanonik zachęcił nas, abyśmy bliżej poznawali osobę Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej – jej życie, powołanie, duchowość i niezwykłe świadectwo wiary. Poznawanie jej historii może stać się dla nas inspiracją do głębszego przeżywania własnej relacji z Bogiem i odkrywania Jego działania w naszym życiu. Jesteśmy bardzo wdzięczne za Księdza obecność, modlitwę oraz wygłoszone do nas słowo.
Przeżywany Rok Sł. B. Siostry Wandy Boniszewskiej jest więc nie tylko wspomnieniem jej życia, ale również zaproszeniem skierowanym do każdego z nas, aby pytać Boga: „Do czego mnie powołujesz? Jaka jest Twoja wola wobec mojego życia?”
Niech kolejne miesiące tego wyjątkowego Roku będą czasem pogłębiania wiary, wdzięczności za świadectwo S. Wandy oraz gorliwej modlitwy o jej beatyfikację. Niech jej przykład uczy nas, że świętość rodzi się z codziennej wierności Bogu – w modlitwie, pracy, cierpieniu, służbie i miłości do drugiego człowieka.
Serdecznie zapraszamy każdego drugiego dnia miesiąca do wspólnej modlitwy w intencji beatyfikacji s. Wandy podczas Mszy św. w naszej kaplicy w Konstancinie-Jeziornie.
zdjęcia i tekst:s. Joanna Andruszczyszyna, CSA – Tygodnik Niedziela
***
3 września 2026
Św. Grzegorz Wielki i chorał gregoriański. Co dla muzyki kościelnej zrobił ten papież reformator?
fot. pixabay.com / Arcaion
***
Chorał gregoriański swoją nazwę zawdzięcza papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu, który go zebrał i skodyfikował. Ten rodzaj śpiewu jest jednak znacznie starszy, bowiem wywodzi się z Rzymu już z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Rozwijał się w Europie zachodniej i centralnej przez całe średniowiecze – a nawet i później – i aż do dziś jest pierwszorzędnym śpiewem Kościoła katolickiego.
Już od pierwszych wieków chrześcijanie modlili się śpiewem psalmów. Ewangeliści Mateusz i Marek wspominają, że Chrystus wraz z Apostołami „odśpiewali hymn” zanim wyszli z Wieczernika na Górę Oliwną (Mt 26,30; Mk 14,26). Kiedy jeszcze w czasach apostolskich Rzym stał się centrum chrześcijaństwa, to tam również rozwijał się liturgiczny śpiew. Na przełomie VI i VII wielki papież Grzegorz Wielki (590-604) zebrał te śpiewy i ułożył w zorganizowany system. Tak historię śpiewu gregoriańskiego wyjaśnia papież Pius XII w wydanej w 1955 r. encyklice Musicae sacrae disciplina:
Liczne świadectwa Ojców i Pisarzy Kościoła stwierdzają, że z nastaniem wolności i pokoju dla Kościoła [Edykt mediolański z 313 r. – red.], psalmy i pieśni liturgiczne były w codziennym niemal użyciu. Co więcej, tworzono nowe rodzaje świętych pieśni, które bardziej udoskonalały Szkoły śpiewacze, szczególnie w Rzymie. Poprzednik zaś Nasz, błogosławionej pamięci święty Grzegorz Wielki, jak to przekazała nam tradycja, wszystko to, co zostawiły w spuściźnie dawne pokolenia, troskliwie zebrał i mądrze uporządkował, chroniąc czystość i całość śpiewu kościelnego odpowiednimi prawami i regułami.
Zbiór, w który św. Grzegorz Wielki zgromadził wszystkie znane dotąd śpiewy, nazwano Antyfonarzem. Choć oryginał tej księgi zaginął w X wieku, to przetrwały jego ręczne odpisy; najstarszy z nich pochodzi z klasztoru benedyktynów w St. Gallen w Szwajcarii. Reforma papieża Grzegorza miała jednak znacznie większe znaczenie; zjednoczyła bowiem Kościół – przynajmniej ten zachodni – pod względem liturgicznym. To właśnie dzięki temu papieżowi, a potem dzięki cesarzowi Karolowi Wielkiemu, większość Kościoła katolickiego sprawuje liturgię w ten sam rzymski sposób. Podobne było z muzyką kościelną, gdyż jest to zasługą właśnie św. Grzegorza, że śpiew gregoriański rozpowszechnił się na cały zachodni Kościół i tam się rozwijał.
Tradycyjnie śpiew gregoriański był śpiewem jednogłosowym, wykonywanym a cappella, jednak w VIII lub IX zaczęto chorał gregoriański ozdabiać towarzyszeniem organów. Niektóre zakony pozostały przy tradycyjnej formie śpiewu bez instrumentów, a inne przyjęły praktykę śpiewania go z organami. Również od IX w. zaczęto dopisywać do chorału gregoriańskiego drugą, zwykle niższą, równoległą linię melodyczną, nazywaną organum.
Chorał gregoriański początkowo przekazywany był wyłącznie ustnie, aż wreszcie w IX i X w. rozpoczęto jego spisywanie. Stało się to dzięki benedyktynowi Guidonowi z Arezzo, który opracował sposób zapisywania melodii za pomocą notacji liniowej. Najpierw była to jedna linia, a potem kilka, aż do czterech – i właśnie w taki sposób zapisuje się chorał gregoriański aż do dzisiaj. W późnym średniowieczu dołożono jeszcze jedną linię, otrzymując używaną również dziś w muzyce nowoczesnej – pięciolinię.
To właśnie śpiew gregoriański pozostał jedynym dopuszczonym do liturgii przez stulecia. Dopiero pod koniec średniowiecza zaczęły pojawiać się pierwsze kompozycje polifoniczne, czyli na kilka głosów jednocześnie. Ojcowie Soboru Trydenckiego (1545-1563) zastanawiali się jednak czy takie utwory powinny być w ogóle dopuszczone do wykonywania podczas Mszy św. Przekonał ich najwybitniejszy z katolickich kompozytorów – Giovanni Pierluigi da Palestrina – swoimi modlitewnymi kompozycjami. Utwory Palestriny, choć wielogłosowe, to często bazowały na melodii zaczerpniętej właśnie z chorału gregoriańskiego.
Rozwój muzyki polifonicznej i innych późniejszych form nie zmniejszył bynajmniej znaczenia śpiewu gregoriańskiego. Ten rozwijał się nadal, choć już w mniejszym stopniu; większość obchodów liturgicznych miała już bowiem opracowane śpiewy, a zatem potrzeba było stworzyć melodie tylko do nowo wprowadzanych świąt. Pomimo swojego bogatego dziedzictwa muzycznego Kościół zawsze utrzymywał chorał gregoriański na pierwszym miejscu. Tak pisał o nim w 1903 r. św. Pius X w motu prorpio Tra le sollecitudini:
Kościół przechował go wiernie przez wieki całe w księgach swych liturgicznych, podaje go wiernym jako śpiew swój własny, przepisuje, by w niektórych częściach liturgii używano wyłącznie tylko jego i cieszy się, że wskutek najnowszych poszukiwań naukowych przywrócono mu dawną jego nieskazitelność i czystość.
Warto podkreślić, że chorał gregoriański nigdy nie został „zniesiony” ani – przynajmniej oficjalnie – zdegradowany. Niestety dzisiaj rzadko już można go usłyszeć w kościołach – chyba że podczas Mszy św. sprawowanej w rycie tradycyjnym. Niesłusznie współczesne odejście od śpiewu gregoriańskiego tłumaczy się to potrzebą „rozumienia śpiewu przez uczestników liturgii”. Modlitewny śpiew łaciński potrafi bowiem znacznie bardziej przykuć uwagę uczestników liturgii i skierować ją ku Bogu niż współczesne śpiewy w językach narodowych. Co ciekawe, nawet dokumenty Soboru Watykańskiego II mówią wprost, że chorał gregoriański jest pierwszorzędnym (!) śpiewem Kościoła Rzymskiego.
Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu – czytamy w Konstytucji o Liturgii Świętej z 1963 r.
Mimo iż na pierwszy rzut oka chorał gregoriański może wydawać się mało wyszukanym, to jego budowa jest w rzeczywistości bardzo bogata. Ta jedna linia melodyczna zawiera niezwykle wysublimowany rytm, pełen melizmatów – coś, co bez wątpienia można nazwać sztuką wysoką. Jednak jego największą zaletą jest modlitewny charakter i adekwatne podłożenie melodii pod tekst, dające wrażenie niezwykłej płynności śpiewu. Korzyść ze słuchania śpiewu gregoriańskiego można odnieść nawet bez rozumienia jego słów; jeśli jednak posiada się przed oczami jego tłumaczenie, tym bardziej pomaga to w modlitwie.
Chorał gregoriański przetrwał w oryginalnej formie w wielu zakonach, które modlą się nim na co dzień. Największymi strażnikami tego rodzaju śpiewu są benedyktyni. W klasztorach takich jak Solesmes czy Fontgombault śpiew gregoriański jest integralną (!) częścią codziennej Mszy św. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o pacierzach kapłańskich, czyli Brewiarzu, który duchowni odmawiają aż osiem razy dziennie; w niektórych klasztorach wszystkie te modlitwy śpiewa się na melodie chorałowe. Oczywiście w innych zakonach śpiew gregoriański też jest pielęgnowany; wydaje się jednak, że benedyktyni troszczą się o niego w sposób szczególny. I to właśnie z tego zakonu pochodził papież, który go zebrał i uporządkował, czyli św. Grzegorz Wielki.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Pluscarden Abbey to jedyny średniowieczny klasztor w Szkocji, który do dziś służy celom, jakie przyświecały jego założycielom. Klimat toczącego się tu życia nie różni się niczym od tego, jaki znali modlący się w opactwie mnisi w XIII wieku.
Msza łacińska i śpiewy gregoriańskie są ogniwem spinającym siedem stuleci historii monastycyzmu.
Opactwo powstało w 1230 roku dzięki staraniom króla Szkocji, Aleksandra II. W tym czasie powstały także dwa inne domy, Beauly w Ross i Ardchattan w Argyll. Oba związane były z tradycją benedyktyńską.
Opactwo zamieszkali ojcowie valliskulianie. Ich nazwa pochodzi od nazwy doliny, w której znajduje się opactwo (łac. Vallis Caulium). Kim byli? Pochodzili od bł. Viarda, który jako kartuz otrzymał zezwolenie, aby stać się eremitą.
Po reformacji władze Szkocji zlikwidowały klasztory i zagrabiły ich majątki. Taki też los spotkał Pluscarden.
Budynki klasztorne zaczęły podupadać, a z czasem przeszły w ruinę. W tym czasie nielegalnie z punktu widzenia prawa świeckiego sprawowano tu Eucharystię.
W XVIII wieku, aby upokorzyć bardzo nielicznych katolików mieszkających w okolicy, rozebrano dużą część pozostałości dawnego klasztoru, aby zdobyty w ten sposób materiał użyć do budowy kościoła protestanckiego.
W 1897 r. John Crichton-Stuart, III markiz Bute, stał się właścicielem ruin Opactwa. Wcześniej, w 1868 r. przyjął on katolicyzm (co było ogromnym skandalem w tamtej epoce) i stał się nieformalnym przywódcą katolickiej arystokracji w Wielkiej Brytanii. Jego najmłodszy syn lord Colum Crichton-Stuart podarował w 1943 r. Opactwo Pluscarden benedyktynom z Prinknash. Dzięki pomocy lorda Crichton-Stuarta, benedyktyni rozpoczęli odbudowę Opactwa i w 1948 r. zamieszkali tam. W 1955 r. odbudowano częściowo kościół klasztorny. Pluscarden zyskało niezależność organizacyjną w 1966 r., a rangę opactwa otrzymało oficjalnie w 1974 r.
zdjęcie i informacje – ks. Mariusz Rosik – Ocalić od zapomienia. Pluscarden Abbey
***
Gregoriański śpiew Kościoła
fot. Ośrodek Formacji Liturgicznej
***
„Chorał gregoriański jest śpiewem własnym liturgii rzymskiej i w liturgii on powinien zajmować pierwsze miejsce”, II Sobór Watykański, Konstytucja o liturgii, rozdział VI poświęcony muzyce.
4 listopada 1963 roku II Sobór Watykański zalecił kultywowanie tradycji śpiewu chorału gregoriańskiego. Musimy poznać jego źródła i zrozumieć jego miejsce i zadanie w liturgii. Pomaga nam w tym wyznanie Tomasza Mertona, konwertyty, cystersa trapisty, pisarza i współczesnego mistyka, dotyczące śpiewu gregoriańskiego: „Ciepło śpiewu gregoriańskiego jest pełne surowej powagi. Ukrywa się głęboko pod powierzchnią zwykłego wzruszenia i dlatego nigdy cię nie nuży. Ta muzyka wciąga cię w głąb, gdzie kołysze cię w skupieniu i pokoju i gdzie odnajdujesz Boga. Spoczywa w Nim i On cię uzdrawia swoją ukrytą mądrością”. Początki muzyki kościelnej wywodzą się z tradycji synagogalnej, greckiej i bizantyjskiej. Pierwsze śpiewy liturgiczne w kościele to psalmy i hymny. Muzyka w Kościele jest uzupełnieniem liturgii i jej integralną częścią a chorał gregoriański jest śpiewem kościelnym występującym od początku Kościoła katolickiego. Jest on modlitwą śpiewaną przez jedną lub kilka osób. Melodyka dostosowana jest do skali przeciętnego głosu ludzkiego. Nigdy nie miał być śpiewem koncertowym czy też estradowym. Jest śpiewem jednogłosowym, bez względu ile osób śpiewa zawsze brzmi jedna i ta sama melodia (choć nie wszystkie średniowieczne melodie udało się odtworzyć). I ta sama melodia trwa przez wieki aż do dzisiejszych czasów.
Daje to uczestnikom liturgii poczucie trwania w Kościele w czasie i przestrzeni.. Chorał śpiewa się w języku łacińskim.
Chorał gregoriański jest muzyką wokalną dostosowaną do słów. Oznacza to, że tekst jest najważniejszy. Melodie gregoriańskie nie istnieją same dla siebie, są stworzone, aby uwypuklić tekst liturgiczny, z którym stoją w najściślejszym związku; melodia oddaje i podkreśla znaczenie słów. Melodia chorału jest dla tekstu dźwiękową szatą – ubiera go i ozdabia. Unika jednak ozdobników muzycznych i indywidualnych popisów wokalnych gdyż służy modlitwie, czyli rozmowie duszy z Bogiem. Stąd słuchając śpiewu chorałowego mamy odczucie dostojności i powagi, skupienia i „dotykania” Boga. Wszystko, co w naszej muzyce współczesnej, tak świeckiej jak i para religijnej, jest mdłe, sentymentalne, romantyczne, zniewieściałe – nie występuje w chorale gregoriańskim. Można powiedzieć zatem, że bogactwo tkwi w jego prostocie. To powoduje, że ten śpiew jest męski w swoim wyrazie i brzmieniu. Śpiewy chorałowe są wtopione w liturgię. Chorał i liturgia to jedna nierozerwalna całość, jak dusza i ciało. Wartość śpiewu gregoriańskiego jest doceniana i jest on stawiany kompozytorom i artystom za wzór, który wskazuje jak kościelna muzyka ma wyglądać i jakie cechy powinna posiadać. Wielu współczesnych wykonawców stylizuje swoją muzykę na wzór średniowiecznej nuty gregoriańskiej. Chorał gregoriański zajmuje zaszczytne miejsce w liturgii Kościoła. Jego rozkwit rozpoczął się za pontyfikatu św. Grzegorz Wielkiego w VI w. gdy papież zebrał i uporządkował zbiór używanych w liturgii melodii. Dzieło św. Grzegorza bardzo szybko rozszerzyło się na terenach dzisiejszych Włoch, a przez jego uczniów trafiło do Anglii. We Francji śpiew ten wprowadzany został przez króla Pepina. Na cześć św. Grzegorza Wielkiego nazwano zbiór tych melodii carmen gregorianum. Pierwszy raz użył tego określenia papież Leon IV około 850 roku.
Historycy i badacze dziejów Kościoła wymieniają wśród źródeł chorału gregoriańskiego księgi liturgiczne rękopiśmienne lub drukowane. Najstarsze teksty zawarte są w sakramentarzach: leoniańskim (V w.), galezjańskim (VII-VIII w.) oraz gregoriańskim (VIII w.). Z tych ksiąg powstały następnie mszały (Missalia plenaria), w Polsce najstarszym tego typu mszałem jest rękopis pochodzący z opactwa benedyktyńskiego Niederaltaich k. Pasawy (ok. 1070-1131). Innymi źródłami są kantatoria, zawierające śpiewy solowe liturgii mszalnej, antyfonarze, graduały oraz procesjonały. Najstarsze rękopisy tych źródeł zawierające chorał gregoriański zachowały się w bibliotekach opactw benedyktyńskich Sankt Gallen, Metz, Einsiedeln, Monte Cassino. W Polsce opracowano wydanie śpiewów oparte na dawnych rękopisach. Graduał i Antyfonarz zatwierdzone zostały w 1621 i 1628 roku przez Synod Piotrkowski i Uniwersytet Jagielloński. Prace nad rekonstrukcją chorału gregoriańskiego rozpoczęto w XIX w. Największe znaczenie zyskali benedyktyni z opactwa Solesmes we Francji, którzy zrekonstruowali średniowieczną wersję chorału gregoriańskiego (słynna szkoła solesmeńska). Ich praca została zaakceptowana przez papieża Leona XIII a papież Pius X w encyklice Tra le Sollecitudini z 22 listopada 1903 roku zlecił im nową redakcję ksiąg liturgicznych. (tzw. Editio Vaticana). Następnie Pius XI ogłosił konstytucję Divini cultus, dotyczącą pielęgnowania chorału gregoriańskiego, a Pius XII wydał 2 encykliki potwierdzające dawne przepisy. W 1957 r. benedyktyni przygotowali nowe wydanie Graduału rzymskiego, które zostało ostatecznie zatwierdzone przez Sobór Watykański II zwołany przez papieża Jana XXIII w 1963 roku.
ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W LISTOPADZIE 2012 ROKU.
***
Ksiądz Biskup Marek Mendyk:
Szkoła nie jest świecka. Szkoła jest publiczna
W przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego bp Marek Mendyk mocno zabrał głos w sprawie obecności religii w szkole i kierunku wychowania młodego pokolenia. – Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły – powiedział biskup świdnicki.
Słowa padły 29 sierpnia w katedrze świdnickiej podczas Mszy św. za Ojczyznę i NSZZ „Solidarność”, sprawowanej w związku z Dniem Solidarności i Wolności. Bp Marek Mendyk przypomniał w homilii wydarzenia sprzed ponad 45 lat, rolę św. Jana Pawła II w przemianach społecznych oraz znaczenie solidarności rozumianej jako odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Od historycznych doświadczeń przeszedł jednak do spraw bardzo aktualnych. W perspektywie rozpoczynającego się roku szkolnego zwrócił uwagę na spór dotyczący wychowania dzieci i młodzieży oraz miejsca religii w polskiej szkole.
– Wkrótce zacznie się rok szkolny. Trzeba stale – nie tylko dzisiaj – ale stale o tym mówić. Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły, uczynić ze szkoły świecką placówkę. Zapominając przy tym, że szkoła nie jest świecka; szkoła jest publiczna i każdy ma do niej prawo – mówił bp Mendyk.
Biskup podkreślił, że w jego ocenie nie jest to jedynie dyskusja dotycząca organizacji zajęć czy liczby godzin katechezy. Problem jest znacznie głębszy i dotyczy odpowiedzi na pytanie o to, jaka wizja człowieka ma stać u podstaw wychowania młodego pokolenia.
– Atak na lekcję religii i wprowadzana siłą „edukacja zdrowotna” to tak naprawdę jeden poważny spór: spór o człowieka. Idzie o antropologię, nie o godziny dla katechetów, ale właśnie o wizję człowieka, z którym będzie można potem zrobić wszystko. Powtórzę jeszcze raz: nie chodzi o godziny w szkole, nie chodzi o etaty, ale o integralną wizję człowieka – zaznaczył.
W ten sposób bp Mendyk wskazał, że dyskusji o miejscu religii w szkole nie można sprowadzić do kwestii zawodowych katechetów. Chodzi przede wszystkim o rozumienie człowieka, wychowania, wolności rodziców oraz odpowiedzialności szkoły za formację młodego pokolenia.
Hierarcha połączył ten temat z dziedzictwem „Solidarności”, która przed laty upominała się o prawa i godność człowieka.
– Upomina się o człowieka Solidarność, upomina się Kościół. Dlaczego? Bo mamy integralną propozycję na wychowanie młodego pokolenia. Propozycję, za którą przemawiają całe wieki chrześcijaństwa – powiedział.
Wypowiedź biskupa świdnickiego, wygłoszona zaledwie kilka dni przed pierwszym szkolnym dzwonkiem, staje się tym samym apelem o poważną debatę nad przyszłością polskiej szkoły. Nie tylko nad programami i liczbą godzin, ale przede wszystkim nad tym, jakiego człowieka szkoła ma wychowywać i na jakim fundamencie ma budować jego rozwój.
Tygodnik Niedziela
***
Ks. Wojciech Węgrzyniak:
Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty Barbara Nowacka
Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.
Jaka jest reakcja minister?
Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.
Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.
Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.
Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.
Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.
Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.
Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.
Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił “o rozpasaniu kleru”.
W “Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.
Tygodnik Niedziela
Ks. Węgrzyniak:
Przestańcie kłamać. To KOŚCIÓŁ utrzymuje państwo, nie odwrotnie!!!
Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”
Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”
Wiadomo, że każde hasła są uproszczające i mogą budzić skrajne reakcje. Dlatego dodam parę myśli w sprawie rozdziału Kościoła od państwa, skoro temat ten wydaje się tak aktualny.
Po pierwsze, Kościół jest rozdzielony od państwa w tym sensie, że ani władze Kościoła nie wpływają na rządy w państwie ani władze państwowe nie ingerują w rządzenie Kościołem. I co jak co, ale parlamentarzyści, którzy uchwalają ustawy powinni znać statystykę, ile z przegłosowanych ustaw zostało uchwalonych tylko dlatego, że tak chciała Konferencja Episkopatu Polski.
Po drugie, musimy ustalić pojęcia i raz na zawsze zrozumieć, że Kościół to jest wspólnota ludzi a nie biskupi i księża. A skoro państwo składa się z obywateli, to znaczy, że państwo polskie z 90% składa się z Kościoła katolickiego. To Kościół płaci państwu polskiemu największe podatki i to Kościół w dużej mierze utrzymuje państwo polskie. Jeśli chcemy całkowitego rozdziału Kościoła od państwa, to nie ma problemu. Katolicy mogą przestać płacić podatki i zorganizować sobie swoje przedszkola, szkoły, uniwersytety, szpitale, straż, a nawet swoją policję. Z tych wszystkich podatków, które wpłacamy jako obywatele do państwa, zorganizujemy sobie spokojnie życie bez wypominania nam, że my tylko bierzemy od państwa.
Po trzecie, każdy kto myśli wie, że nie da się rozdzielić całkowicie żadnej organizacji od państwa, tylko trzeba się dogadać. Sprawy między państwem a Kościołem są dogadane i o tym mówi m.in. konkordat. Czy jednak możemy pewne rzeczy zmienić jak chociażby kwestię religii w szkole? Pewno, że możemy. Potrzebne są jednak dwa warunki.
Najpierw musimy przestać kłamać. Bo mantra o tym, że państwo płaci księżom na ubezpieczenia, albo że Fundusz Kościelny to są pieniądze darowane Kościołowi przez państwo to jedno wielkie kłamstwo. W skróci to jest tak: Państwo ukradło Kościołowi po wojnie majątki na niebywałą skalę. W zamian zobowiązało się, że z tych kradzionych dóbr łaskawie będzie wydzielać co roku jakąś daninę. Ale teraz już nie chce. Tak jakby złodziej ukradł milion i co roku okradzionemu zobowiązał się wypłacać po tysiąc złotych. Niestety po 30 latach zaczął krzyczeć, że on nie ma zamiaru finansować okradzionego. Każdy normalny w Kościele wolałby, żeby państwo oddało nam to, co zabrało a nie wymachiwało co jakiś czas tekstami o Funduszu.
Drugim warunkiem dogadania się jest uczciwość intelektualna i wzajemność. Jeśli mamy usunąć religię ze szkół, to usuńmy też przygotowanie do życia w rodzinie, edukację seksualną, godziny wychowawcze, wykłady na medycynie, które promują antykoncepcję. Usuńmy finansowanie szpitali, w których ma miejsce aborcja i in vitro. Usuńmy wszelkie dotacje stowarzyszeń, czasopism, organizacji, zajęć i ludzi, które głoszą wartości niezgodne z nauką Kościoła.
Rozumiem, że niewierzących denerwuje, że z ich pieniędzy opłacane są lekcje religii. Niech jednak i oni zrozumieją, jak bardzo nas, katolików boli, że za nasze pieniądze opłacani są ludzie, którzy niszczą nas samych i to, w co głęboko wierzymy.
Jeśli nie będziemy kłamać, jeśli postawimy na wzajemność i uczciwość intelektualną, wtedy możemy wiele spraw poukładać na nowo. Dlaczego by nie? Ale jeśli w całej dyskusji o rozdziale państwa od Kościoła, chodzi tylko o hucpę, darujmy sobie. Szkoda życia na takie potyczki. Szkoda też śmierci. Bo to ona często decyduje, że ludzie wolą jednak nie zamykać sobie drogi przez Kościół do nieba. Nawet jeśli ono nie jest dla wielu tak pewne jak dopłata z budżetu dla partii politycznych. I to dopłata głównie z pieniędzy katolików.
ks. Wojciech Węgrzyniak
***
87 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ
Wikipedia | Domena publiczna
***
1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkośćmówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”
I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.
Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.
***
Obraz Matki Bożej Królowej Pokoju
Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej Pokoju obchodzimy 1 września, ponieważ data ta jest rocznicą wybuchu II wojny światowej. Wybór tego dnia ma głęboki wymiar symboliczny i modlitewny – w rocznicę rozpoczęcia tragicznego konfliktu Kościół w Polsce zwraca się o wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny jako dawczyni pokoju, jedności i pojednania między narodami.
Kult ten jest w Polsce związany z konkretnym miejscem i historią:
Sanktuarium w Stoczku Warmińskim: Kult Maryi jako Królowej Pokoju rozwinął się wokół sanktuarium w Stoczku Klasztornym (Warmińskim). Świątynia ta powstała w XVII wieku jako wotum dziękczynne biskupa Mikołaja Szyszkowskiego za zawarcie pokoju ze Szwedami w Sztumskiej Wsi w 1635 roku.
Święty Jan Paweł II w czasie pielgrzymki do Ojczyzny 19 czerwca 1983 roku na Jasnej Górze po raz kolejny koronował obraz Matki Bożej ze Stoczka Warmińskiego nazywając Ją Matką Pokoju i zawierzając Jej losy naszej Ojczyzny.
W Stoczku Warmińskim był uwieziony przez komunistyczne władze błogosławiony Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski. To właśnie tam w 1953 roku napisał on swój akt osobistego oddania się Matce Bożej.
Historia obrazu
Do nowej świątyni w Stoczku Klasztornym biskup Mikołaj Szyszkowski sprawdził w 1640 roku z bazyliki rzymskiej Matki Bożej Większej kopię obrazu Matki Bożej, Salus Populi Romani(Ocalenie Ludu Rzymskiego) i umieścił go w ołtarzu głównym.
Obraz Matki Bożej, którego kopia znajduje się w Stoczku Klasztornym jest wizerunkiem bardzo czczonym w całym Kościele już od średniowiecza, a zwłaszcza po bitwie pod Lepanto, która rozegrała się 7 października 1571 roku. W tym dniu wojska chrześcijańskie odniosły zwycięstwo nad wojskami tureckimi. Zwycięstwo floty chrześcijańskiej było wyraźnym znakiem i dowodem wstawiennictwa Matki Bożej. Aby wyprosić zwycięstwo i obronę chrześcijaństwa przed zalewem islamu, papież zarządził specjalne modlitwy w tej intencji. Obraz Matki Bożej był niesiony w procesji po ulicach Rzymu i odmawiano różaniec. Po zwycięstwie floty chrześcijańskiej nad turecką obraz Matki Bożej był czczony jako obraz Matki Bożej Zwycięskiej albo obraz Matki Bożej Różańcowej, a kult obrazu rozpowszechniał się po całym chrześcijańskim świecie.
Na ziemiach Rzeczypospolitej zauważa się rozwój kultu Matki Bożej Zwycięskiej zwłaszcza po Soborze trydenckim(1543-1563) i po zakończeniu Synodu Krakowskiego w 1621 roku, który polecił, aby Matka Boża była malowana na wzór obrazu częstochowskiego lub rzymskiego ”Salus Populi Romani”. Sytuacja polityczno – społeczna w jakiej znalazła się Rzeczypospolita w tym czasie sprawiła, że wizerunek Matki Bożej Zwycięskiej był przyjmowany jako znak szczególnej opieki Matki Bożej nad naszym narodem w obliczu zagrożenia ze strony wrogich mocarstw: Rosji, Turcji i Szwecji.
Budowa nowej świątyni w Stoczku Klasztornym jako wotum wdzięczności za podpisany rozejm ze Szwedami i obecność w niej kopi Obrazu Matki Bożej Zwycięskiej miało szczególne znaczenie dla ówczesnej Rzeczypospolitej.
Obraz Matki Bożej Stoczkowskiej namalowany na płótnie o wymiarach 230 cm wysokości i 166 cm szerokości jest oceniany przez historyków w sztuki jak obraz o „nieprzeciętnej wartości artystycznej”. Nie zachowały się żadne informacje na temat autora ani czasu wykonani kopi obrazu.
Obraz przedstawia całą postać Matki Bożej, która obiema rękoma podtrzymuje Dzieciątko Jezus. Wzrok Maryi i Dzieciątka jest zwróconej w kierunku patrzących. U stóp Matki Bożej widzimy półksiężyc, a w tle wokół postaci obłoki, od dołu obrazu mgliste, a wyżej coraz bardziej złociste. Postacie na obrazie są wielkości nieco większej niż naturalna. Oblicze Matki Bożej jest pełne pokoju , godności i wyraża dobroć Jej serca i gotowość niesienia pomocy. Dziecię Jezus trzyma w lewej ręce księgę Pisma Świętego a prawą unosi w geście błogosławieństwa. Palce prawej dłoni Maryi mają bardzo wymowną symbolikę i znaczenie. Trzy złączone palce wyrażają wiarę w Trójcę Świętą, a dwa pozostałe oznaczają unię hipostatyczną dwóch natur Jezusa Chrystusa – Jego Bóstwo i Człowieczeństwo. Taki sam jest układ palców prawej dłoni Dzieciątka Jezus. Treść obrazu jest bardzo wymowna i czytelna. Maryja jakby mówiła do patrzących, patrzcie na Jezusa, nie na mnie, On jest celem waszego życia, Jego słuchajcie.
Opisując obraz warto jeszcze zwrócić uwagę na pierścień na środkowym palcu prawej dłoni Matki Bożej. Jest to pewien szczegół, bardzo ważny, który znajduje się tylko na oryginalnym obrazie i niektórych kopiach, nie znajdziemy go natomiast na kopi obrazu Matki Pokoju w Stoczku Klasztornym. Pierścień na palcu Matki Bożej jest symbolem zaślubin i oblubieńczej miłości Maryi do Boga oraz wyraża Jej wierność Bogu. Przybywając do Matki Pokoju jako Oblubienicy Wiernej pielgrzymi mogą odnajdywać pokój i pojednanie z Bogiem i drugim człowiekiem. Wszyscy wierni mogą też znaleźć u Matki Bożej umocnienie swojej oblubieńczej wierności Bogu.
Kopia obrazu matki Bożej Stoczkowskiej została otoczona szczególna czcią wiernych. W 1670 roku obraz został przyozdobiony dwiema koronami, a w roku 1687 udekorowany srebrną szatą, podarowaną Matce Bożej przez biskupa Michała Radziejowskiego, bratanka króla Jana III Sobieskiego, jako wotum wdzięczności za zwycięstwo pod Wiedniem. Srebrna szata została wykonana w barokowym stylu i skomponowana z dużej ilości stylizowanych kwiatów: słoneczników, piwonii i żonkili. Na sukience Dzieciątka motywy kwiatów są drobne. Głowa Matki Bożej jest otoczona kolistym nimbem z gwiazdami, a Dzieciątka Jezus promienistą aureolą. Szatę wykonano z osiemdziesięciu darów wotywnych, co świadczy o szczególnej czci i otrzymywanych łaskach za wstawiennictwem do Matki Bożej.
ks. Wojciech Sokołowski MIC – Kustosz Sanktuarium
***
Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:
“Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — towrzesień...
… Takie zatem, a nie inne — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.
…Wrzesień…
Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili dzieci, żołnierze bez broni, bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…
… Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…
Tysiące oszalałych ludzi wędruje na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.
(Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.
Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla płonęły czerwienią i złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.
Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie wróci. Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.
Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...
Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?
Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…
***
Co święta siostra Faustyna Kowalska mówiła
o drugiej wojnie światowej?
fot. Wikipedia
***
Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.
Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.
święta siostra Faustyna o II wojnie światowej. Takie słowa skierowała do błogosławionego księdza Michała Sopoćki
W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.
Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.
Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski
W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).
Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.
święty Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia
Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.
święta siostra Faustyna o Ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”
Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)
W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)
obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy
***
Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.
z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)
Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.
Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.
Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.
papież Benedykt XVI
pixabay.com
O co chodzi w kulcie świętych?
Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.
Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.
Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.
„Żywe kamienie”
Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.
Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.
Poszukiwanie inspiracji
Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.
ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl
Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych
fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl
***
Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.
(Nie) modlimy się do świętych!
To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.
Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.
No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.
Latria i dulia – dwie różne modlitwy
Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.
Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.
W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.
Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.
Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu
Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.
Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.
Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem
Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.
Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.
Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?
Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.
Malarskie wizje świętości
Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.
W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.
W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.
Wytyczne prawa kanonizacyjnego
W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.
Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Pochodnie na Bożych ścieżkach
Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.
Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:
“Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień, Którym rozświetlasz noc, A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.
Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.
Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.
Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”.
***
5 września
Święta Matka Teresa z Kalkuty, dziewica i zakonnica
Matka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”. Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia. W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci. Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996). Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych. Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie. Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
4 września
Bł. Maria Stella i Towarzyszki, męczennice z Nowogródka
Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom. Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele. 6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków. Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął. 31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach. Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna. Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli. Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele. 5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.
Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu. Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście. W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.
7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem. Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła. Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.
Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim. Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania. Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba. Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej. Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.
Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.
Ingrida Elofsdotter urodziła się w połowie XIII w. w Skänninge, w Szwecji. Była po kądzieli wnuczką króla Knuta Johansona, spokrewnioną z najmożniejszymi rodami kraju. Jej duchowym wychowaniem zajmował się Piotr z Dacji, dominikanin. Nie wiadomo, za kogo i kiedy wyszła za mąż. Gdy owdowiała, utworzyła z siostrą Krystyną i kilkoma kobietami grono tercjarek współpracujących z dominikanami ze Skánninge. Kierował nimi Piotr. Ingrida była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi, także stygmatami. Nieco później odbyła pielgrzymkę do Ziemi Świętej i Rzymu. Przebywając w roku 1281 w stolicy chrześcijaństwa, uzyskała od papieża Marcina IV upoważnienie do założenia w Skánninge klasztoru żeńskiego, który uposażył jej brat, Jan Elovson, a inni członkowie rodziny hojnie obdarowali. W 1281 r. klasztor dominikanek otwarto uroczyście w obecności króla Magnusa I, a Ingrida oficjalnie przyjęła habit dominikański. Rok później, prawdopodobnie w dniu 2 września, zmarła jako przeorysza klasztoru św. Marcina. Wcześnie otoczono ją czcią. Cuda następujące po jej śmierci przypisywano jej wstawiennictwu. Wywołały one jej powszechny kult. W 1414 r. biskup z Linköping skierował do Stolicy Świętej prośbę o jej kanonizację. Sprawa jednak nie została zakończona, prawdopodobnie z braku dostatecznych funduszy. Niemniej jednak papież Aleksander VI w 1499 roku zezwolił na publiczny kult Ingridy oraz na uroczyste przeniesienie relikwii, które nastąpiło 29 lipca 1507 roku. W Skandynawii odmawiano również oficjum i sekwencję ku jej czci. Na skutek reformacji starania o potwierdzenie tego kultu ustały.
W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim. W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu. W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.
W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło. Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”. Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku.Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.
obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy
***
Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.
z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)
Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.
Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.
Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.
papież Benedykt XVI
pixabay.com
O co chodzi w kulcie świętych?
Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.
Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.
Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.
„Żywe kamienie”
Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.
Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.
Poszukiwanie inspiracji
Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.
ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl
Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych
fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl
***
Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.
(Nie) modlimy się do świętych!
To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.
Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.
No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.
Latria i dulia – dwie różne modlitwy
Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.
Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.
W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.
Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.
Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu
Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.
Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.
Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem
Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.
Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.
Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?
Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.
Malarskie wizje świętości
Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.
W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.
W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.
Wytyczne prawa kanonizacyjnego
W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.
Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Pochodnie na Bożych ścieżkach
Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.
Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:
“Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień, Którym rozświetlasz noc, A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.
Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.
Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.
Jak pisze św. Jan Ewangelista, Józef z Arymatei “był uczniem [Jezusa], lecz ukrytym z obawy przed Żydami” (por. J 19, 38). Żaden z Ewangelistów nie wspomina o jakichkolwiek kontaktach Józefa z Jezusem czy Jego uczniami. Arymatea była niewielkim miasteczkiem, leżącym ok. 50 km na północ od Jerozolimy. Józef z Arymatei był członkiem Sanhedrynu, najwyższej władzy żydowskiej w zakresie spraw państwowych, prawnych i religijnych (Łk 23, 50-53; Mt 27, 57-58; Mk 15, 42-46; J 19, 38-42). Św. Łukasz stwierdza, że Józef “nie zgodził się na uchwałę i postępowanie Wysokiej Rady” (por. Łk 23, 51), polegające na prześladowaniu Jezusa. Ewangeliści Mateusz i Marek, identycznie jak św. Łukasz, stwierdzają, że Józef śmiało poprosił Piłata o ciało Jezusa, kupił płótna, zdjął ciało z krzyża i złożył w grobie, który wykuty był w skale, a przed wejście zatoczył kamień. Mateusz dodaje, że był to grób, który Józef wykuł dla siebie (por. Mt 27, 57-60; Mk 15, 42-46).
Według późnośredniowiecznej legendy o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu, arcykapłani na wieść o zmartwychwstaniu Jezusa wtrącili Józefa z Arymatei do lochu. Jezus nie zapomniał jednak oddanej Mu przysługi i po swym zmartwychwstaniu miał mu się ukazać w więzieniu, przekazując kielich, do którego według jednych Nikodem, a według innych – Józef – zebrał po zdjęciu z krzyża krew, jaka wypływała z ran Jezusa. Był to ten sam kielich, którym Jezus posługiwał się podczas Ostatniej Wieczerzy. Kielich ten, nazwany Graalem, stanowi główny wątek tej legendy. Mówi ona, że Józefa po kilku latach miał uwolnić z więzienia sam cesarz, który zabrał go do Rzymu. Potem wysłał Józefa do Anglii, gdzie kielich niebawem zaginął. Poszukiwali go rycerze króla Artura: Lancelot i Persifal. Legenda ta posiada kilka wariantów. Według innej wersji, Józef przekazał kielich w spadku swoim synom. Przekazywany z pokolenia na pokolenie, trafił w ręce patriarchy Jerozolimy, który w 1257 r. ofiarował go królowi Anglii Henrykowi III. Inna legenda utrzymuje, że Józef razem z Łazarzem, Martą i Marią, uciekając przed prześladowaniami, dopłynęli statkiem do Marsylii, gdzie głosili Dobrą Nowinę o Jezusie. Jeszcze inna legenda ukazuje Józefa w Hiszpanii, dokąd udał się razem ze św. Jakubem Apostołem, który ustanowił go tam biskupem.W ikonografii św. Józef występuje przeważnie wraz ze św. Nikodemem w scenach zdjęcia z krzyża, złożenia do grobu i opłakiwania Jezusa.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
31 sierpnia
Święty Nikodem
O Nikodemie posiadamy skąpe wiadomości, pochodzące jednak wprost z Ewangelii. Pisze o nim św. Jan Apostoł. Nazywa on go “dostojnikiem żydowskim”. Na ten tytuł Nikodem zasłużył sobie zapewne majątkiem, pochodzeniem i wpływami, jakimi się cieszył wśród starszyzny żydowskiej. Należał on do stronnictwa faryzeuszów (J 7, 45-52; 19, 39-42) – patriotów żydowskich, wyróżniających się przywiązaniem do ojczyzny i wiary. Zaraz na początku publicznej działalności Pana Jezusa Nikodem zainteresował się Jego osobą i nauką. Cuda, których był świadkiem, dawały mu gwarancję, że ma do czynienia z człowiekiem niezwykłym, co najmniej z prorokiem. Zaintrygowany, bał się jednak jawnie opowiedzieć za Nim. Dlatego przybył do Jezusa w nocy o umówionej z Nim porze. Dialog, jaki wówczas przeprowadził Nikodem z Panem Jezusem, należy do najpiękniejszych kart Ewangelii (J 3, 1-22). Kiedy Sanhedryn (najwyższa rada żydowska) wydał na Jezusa wyrok śmierci bez przeprowadzenia nad Nim formalnego sądu, Nikodem stanowczo zaprotestował przeciw takiemu postępowaniu: “Czy prawo nasze potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha i zbada, co czyni?” (J 7, 49-52). Ta odważna obrona musiała zaskoczyć Sanhedryn. Dlatego niektórzy odezwali się z przekąsem: “Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei”. Nikodem jednak musiał mieć oparcie także u innych, skoro wówczas nie uchwalono niczego przeciwko Chrystusowi, bo wszyscy “rozeszli się – każdy do swego domu”. Najodważniej Nikodem wystąpił z okazji pogrzebu Jezusa. Gdy wszyscy Apostołowie uciekli (poza św. Janem, który Mu towarzyszył aż do śmierci krzyżowej), Nikodem zakupił sto funtów kosztownych olejków i wraz z Józefem z Arymatei zabrał się do namaszczenia ciała Pana Jezusa: “Przybył także Nikodem; ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa w nocy, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania” (J 19, 39-40). Ówczesny funt odpowiadał wadze 325 gramów. Nikodem przyniósł więc ponad 30 kilogramów zakupionych wonności, aby zabezpieczyć ciało Pana Jezusa od zepsucia.Był to piękny i bardzo kosztowny gest dla Zbawiciela.
Nikodem miał przyjąć chrzest z rąk świętych Piotra i Jana. Poniósł śmierć męczeńską z rąk Żydów. Pochowany został w Kefaz-Gamla. Na początku XX w. znaleziono tu szczątki bazyliki świętych Szczepana i Nikodema.W ikonografii św. Nikodem przedstawiany jest przeważnie razem z Józefem z Arymatei w scenie zdjęcia z krzyża.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
30 sierpnia
Przebicie serca św. Teresy od Jezusa, dziewicy i doktora Kościoła
Święta Teresa od Jezusa, odnowicielka Karmelu, w Księdze Życia wspomina wydarzenie, które miało miejsce w klasztorze w Avili w 1560 r. Na prośbę jej duchowych synów i córek papież Benedykt XIII w 1726 roku zgodził się na ustanowienie specjalnego święta przebicia serca świętej Matki Teresy, które zakony karmelitańskie obchodzą 30 sierpnia.Widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej (…). Nie był wysokiego wzrostu, raczej mały, a bardzo piękny. Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą, złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu. Nie jest to ból cielesny, ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny ma w nim udział. Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył (Księga Życia, rozdz. 29, 13).Serce św. Teresy, wyjęte po śmierci z jej ciała i umieszczone w specjalnym relikwiarzu, znajduje się w klasztorze mniszek w Alba de Tormes.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
Wspomnienie Przebicia Serca św. Teresy od Jezusa
30 sierpnia w karmelitańskim kalendarzu liturgicznym przypada wspomnienie Przebicia Serca św. Teresy od Jezusa (zwanej Teresą z Avili lub Wielką), doktora Kościoła.
Święta Teresa od Jezusa, dziewica i doktor Kościoła/ François Gerard PD
***
Fakt ten stał się tematem najznakomitszej kompozycji rzeźbiarskiej Giovanni Lorenzo Berniniego (1598-1680). Jako rzeźbiarz, Bernini zasłynął jeszcze marmurowym portretem kard. Scypiona Borghese i paroma kompozycjami. Jednakże ten najwybitniejszy twórca rzymskiego baroku był przede wszystkim architektem i znany jest jako twórca niezwykle przemyślanie skomponowanej kolumnady przed Bazyliką św. Piotra w Rzymie.
Przed laty, mieszkając w centrum Rzymu, tuż przy piazza Indipendenza, wybrałem się na daleki spacer ulicami miasta, by zobaczyć tę frapującą mnie od czasu studiów kompozycję Berniniego, zwaną Ekstazą św. Teresy, a która w rzeczywistości przedstawia wizję Świętej lub raczej zjawisko bliskie faktom stygmatyzacji. W tej mojej wędrówce punktem orientacyjnym była znana fontanna Aqua Felice. To właśnie obok tej fontanny znajduje się niewielki kościół karmelitański pw. Matki Bożej Zwycięskiej (Santa Maria della Vittoria), mieszczący to wspaniałe dzieło. Gdy wchodzimy do tego niewielkiego i raczej skromnego XVII-wiecznego wnętrza, całą uwagę przykuwa ogromna barokowa kompozycja architektoniczna blisko głównego ołtarza. Ujęta jest monumentalnym obramieniem kolumnowym. Sama rzeźba w białym marmurze przedstawia osuwającą się w omdleniu św. Teresę; jej głowa opada do tyłu. Przed Świętą stoi mniejszy, uśmiechnięty anioł, który kieruje grot strzały w stronę jej serca. Bernini wykonał tę rzeźbę na zlecenie Karmelitanek, kierując się dokładnym opisem tego nadprzyrodzonego zdarzenia, szczegółowo zrelacjonowanego przez samą św. Teresę w głównym jej dziele pt. Księga Życia (rozdz. 29, 10-14, a zwłaszcza 13).
Wśród różnych widzeń, jakich Bóg udzielał św. Teresie, częste były wizje aniołów. W odniesieniu do omawianego faktu Święta pisze w p. 13: “(…) anioł mi się zjawił w postaci widomej. Nie był wysokiego wzrostu, mały raczej, a bardzo piękny; (…) znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów (…). Ujrzałam w ręku tego anioła długą włócznię złotą, a grot jej żelazny u samego końca był jakoby z ognia. Tą włócznią zdało mi się kilkoma nawrotami serce mi przebijał, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał; tak mię pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi one jęki, o których wyżej wspominałam; ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodkość sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło (…)”. Św. Teresa otrzymała tę łaskę w 45. roku życia w klasztorze Wcielenia w Avili. Papież Benedykt XIII w 1726 r. ustanowił osobne święto tego cudownego zdarzenia.
W porównaniu z wyznaniami Świętej wspaniała kompozycja rzeźbiarskaBerniniego wydaje się zbyt poruszona i zwichrowana (co jest cechą baroku), choć zdumiewającym wprost efektem artystycznym jest tu głębia przeżycia, wyrażona w mistrzowsko ujętej twarzy św. Teresy.
Wojciech Skrodzki – Tygodnik Niedziela
***
Wspomnienie przebicia serca św. Teresy od Jezusa
Jesteśmy w kaplicy przebicia serca św. Teresy od Jezusa w kościele Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Znajduje się tu arcydzieło Gianlorenzo Berniniego, ukazujące wspomnianą scenę z życia świętej. Fundatorem kaplicy był patriarcha Wenecji, Kard. Federico Cornaro, zafascynowany postacią świętej Matki Karmelu reformowanego. Kiedy papież Innocentego X mianował go prefektem kongregacji „Propaganda Fide”, zaprosił w 1645 r. mistrza Berniniego, by rozpoczął prace nad wystrojem kaplicy. Mistrz zaczytuje się w dziełach Teresy, zwłaszcza w 29 rozdziale „Księgi Życia”, by zrozumieć nieco z tajemnicy doświadczenia mistycznego.
Cała kompozycja wyraża fascynacje teatralno-scenograficzne artysty. Przez połączenie architektury przestrzennej, rzeźby i malarstwa, tworzy on niesamowity układ, wciągający oglądającego w niezwykle dynamiczną scenę. Sam Bernini uważał kompozycję za „men cattiva opera” – najlepszą rzeźbę, jaka wyszła z jego ręki.
1. Kard. Federico Cornaro w otoczeniu krewnych ogląda scenę przebicia z loży po prawej stronie (drugi od prawej). Może to sprawiać wrażenie świeckiej przestrzeni teatralnej, jednak kolumny i kapitele nad głowami obserwujących, jasno wskazują, że mamy do czynienia z przestrzenią sacrum. I tu znajdujemy jedyny słaby punkt wybitnej kompozycji. Układ postaci, rzeźbiony w pracowni artysty, zawiera błąd perspektywy – spojrzenie pierwszej z lewej postaci wbija się w ścianę zamiast w centralną scenę.
2. Na przeciwległej loży pierwszy z prawej klęczy ojciec kardynała, doża Jan Cornaro (w typowym nakryciu głowy dożów), który jako pobożny i sprawiedliwy Wenecjanin zrezygnował z urzędu w momencie objęcia funkcji patriarchy przez jego syna Federico. Nie było dobrze, żeby władza świecka i duchowna należała do jednego rodu.
3. Dysputy teologiczne w lożach to niewątpliwie nawiązanie do słynnych fresków Raffaela z pałacu papieskiego w Watykanie, a szczególnie znajdującej się tam sceny dysputy o Najświętszym Sakramencie.
4. Centralna kompozycja to synteza doświadczenia mistycznego, wyczytanego z opisów św. Teresy. Całość oświetlona Bożym światłem z wysoka. Specjalne okienko ze złocistym witrażem dostarcza światło, które spływa po pozłacanych promieniach glorii otaczającej rzeźbę przebicia serca. W rzeczywistości system lusterek zainstalowanych na gzymsie pod sufitem o różnych porach dnia dostarczał potrzebnego we wnęce światła.
5. Habit świętej układa się na kształt płomienia ognia, który niejako konsumuje Teresę w doświadczeniu ekstazy. Jak pisze mistyczka „czułam się cała w płomieniach miłości Bożej”. Załamania materiału (tutaj habitu), dopracowane w Baroku do perfekcji, są niczym tańczący płomień wznoszący się ku twarzy Teresy, wyrażającej rozkosz doświadczenia Bożego.
6. Aniołek patrzy na świętą i się uśmiecha – widzi efekt strzały, którą dopiero co wyciągnął z jej serca. Wskazuje na to rozluźniony biceps. Tak, do takiej precyzji posunął się mistrz Bernini.
7. Anioł lewą ręką, przy pomocy dwóch palców, podnosi Teresę niczym hostię. Święta staje się lekka i filigranowa. Dla spójności dzieła z koncepcją efektu doświadczenia mistycznego, Bernini decyduje się na wydrążenie rzeźby – jest ona pusta w środku!
8. Teresa jest uniesiona ku wymalowanemu na sklepieniu kaplicy niebu. Jest to dzieło ucznia Berniniego, Guido Ubaldo Abbattini: święto w niebie ze względu na Teresę. Malunek przechodzi w trójwymiarowe stiuki. Napis wyraża zachwyt Jezusa nad jego oblubienicą Teresą: „gdyby nie istniało niebo, to bym je stworzył dla ciebie”. Kompozycja nieba zawiera także cztery sceny z życia Teresy umieszczone po obu stronach okna: Teresa uciekająca do kraju Maurów, Jezus wkładający koronę na głowę Teresy, Teresa u stop rzeźby „Ecco Homo” oraz Jezus dający Teresie gwóźdź zaślubin duchowych. By wyrazić doświadczenie tajemnicy twarz Chrystusa spowijają obłoki przedstawionej chwały nieba.
9. Teresa przeżywa doświadczenie niebiańskiej rozkoszy, a dokonuje się ono na kanwie głębokiego zjednoczenia eucharystycznego – nie dziwi nas zatem odniesienie do wspomnianej dysputy o Najświętszym Sakramencie. Zresztą u podstawy ołtarza przebicia serca, znajduje się najcenniejsze w Rzymie pozłacane antepedium z brązu, ukazujące scenę ustanowienia Eucharystii podczas ostatniej wieczerzy. Tak jak Jezusa cały wydał się za zbawienie świata, tak i Teresa daje całą siebie Bogu.
10. Obok doświadczenia eucharystycznego drugim kluczem interpretacyjnym w duchowości Teresy jest modlitwa. W dwóch okrągłych medalionach z drogocennych marmurów na podłodze kaplicy, u samych podstaw całej sceny przebicia serca, spotykamy dwa szkieletory z rękoma wyrażającymi postawy modlitwy. To nie „memento mori” – to pokorna modlitwa „de profundis”, która jest wstępem do życia duchowego, gdyż jak pisał Teresa, „bramą do twierdzy jest modlitwa”. Jeśli chcesz zrozumieć miłość Boga, to w uniżonej modlitwie kontempluj, to co uczynił On w noc przed swoją męką.
tekst i foto: o. Andrzej M. Cekiera OCD – Karmel.pl
Jan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa. Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia odbijały się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.Zainteresował się nim także władca Galilei, Herod II Antypas. Być może sam Jan udał się do niego, by rzucić mu w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Rozgniewany władca nakazał go aresztować i osadzić w twierdzy Macheront. W czasie uczty urodzinowej pijany król pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, o cokolwiek poprosi. Ta po naradzie z matką zażądała głowy Jana Chrzciciela. Zginął on ścięty mieczem. Był ostatnim prorokiem Starego Testamentu.Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego Kościół czci w ciągu roku dwukrotnie: 24 czerwca – w uroczystość jego narodzenia, i 29 sierpnia – we wspomnienie jego męczeńskiej śmierci.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
29 sierpnia 2026
„Człowiek, który stracił głowę”. Abp Fulton J. Sheen o męczeństwie św. Jana Chrzciciela
Odkupieńczy cel przyjścia Boga na ziemię objawił się pod postacią wielu symboli i figur, a jedna z najbardziej uderzających została przepowiedziana w tym, co przydarzyło się Janowi Chrzcicielowi. Chociaż Jan nie dążył do ziemskich zaszczytów, otrzymał je. Albowiem odszukał go król Herod Antypas, syn tego krwawego Heroda, który usiłował pozbawić naszego Pana życia, gdy nie miał On jeszcze nawet dwóch lat. „Herod (…) czuł lęk przed Janem, wiedząc, że jest mężem prawym i świętym” (Mk 6,20). Nikczemni lękają się dobrych, gdyż dobrzy są dla nich nieustannym wyrzutem sumienia. Bezbożni lubią religię w taki sam sposób, jak lubią lwy: albo martwe, albo za kratami. Czują lęk przed religią, kiedy ta zrywa się z uwięzi i zaczyna dręczyć ich sumienie.
Herod był typowym światowcem posyłającym po jednego z tych, których zwą „uczonymi w duchownej sukience” (tak jak Feliks posłał po św. Pawła). Kochają oni ich błyskotliwość, ich sposób wysławiania się, ich abstrakcyjną mądrość, ale gdy tylko ci ludzie zaczynają ukonkretniać swoją naukę i czynić ją czymś osobistym, od razu odsyłają ich ze słowami: „to zbyt poważne”, „nietolerancyjne” albo „Czy wiesz, że on rzeczywiście próbował mnie nawrócić?” Herod, zawsze szukając nowych podniet i ekscytacji, zaprosił dwór, by posłuchać tego porywającego kaznodziei, który był ostatnim krzykiem mody owych czasów. Jaki tekst wybierze Jan Chrzciciel? Czy będzie mówić o miłości braterskiej (bez Bożego ojcostwa) albo o konieczności redukcji armii, albo o wielkiej potrzebie reform gospodarczych w Galilei? Jan wiedział, że to wszystko jest ważne, ale wiedział, że istnieje coś jeszcze ważniejszego; a więc zdecydował się podjąć temat sumienia.
Herod prawdopodobnie patrzył na niego z zadowolonym półuśmieszkiem. Herodiada, jego żona, musiała rzucać spod oka gniewne spojrzenia. Inni byli ciekawscy, ale tak naprawdę niezainteresowani. Herod i Herodiada byli oboje wcześniej w związkach małżeńskich. Ona z bratem Heroda. Był to przypadek tego paskudnego, szerzącego się rozprzężenia, które staje się powszechne w narodzie zaczynającym gnić. Herod był wcześniej mężem córki Aretasa, która zostawiła go, kiedy zaczął się wiązać z Herodiadą, żoną swego brata – Filipa. Herodiada miała córkę, Salome, z pierwszego małżeństwa z Filipem.
Jeśli istniał jakiś temat, którego ze światowego punktu widzenia Jan powinien mądrze unikać na tym dworze, to była to właśnie ta sytuacja. Ale Jan był zdecydowany podobać się Bogu, nie ludziom. Postanowił wystąpić przeciwko tak lubieżnemu życiu. Był nazbyt dobry, by usprawiedliwiać grzech Heroda, zbyt interesowało go zdrowie moralne, by zostawił tę ranę niezbadawszy jej, zbyt kochał, by myśleć o czymkolwiek innym niż ratowanie duszy Heroda.
Jan kierował się nauczaniem naszego Pana, że małżeństwo jest święte i nierozdzielne: „Co więc Bóg złączył, tego niech człowiek nie rozdziela” (Mk 10,9). Nie patyczkował się, od razu uderzył w czuły punkt słowami, które były jasne, stanowcze i ostre. Wskazując palcem Heroda i jego żonę, siedzących na złotych tronach, powiedział:
Nie wolno ci mieć żony twego brata (Mk 6,18).
Herodiada skrzywiła się. Wiedziała, że Jan przywoływał fakt, iż uwiodła Heroda, który już był pod jej pantoflem. Jedno jej spojrzenie wystarczyło Herodowi. Nim Jan zdołał skończyć następne zdanie, żelazne łańcuchy znalazły się na jego nadgarstkach, a strażnicy zaczęli wywlekać go z dworu, by wrzucić do czarnego lochu. Kaznodzieja znalazł się w więzieniu, ale jego słowa nie – będą rozbrzmiewać w sumieniu na długo po uciszeniu głosu.
Miesiącami przetrzymywano Jana w ciemnym lochu Macherontu. Czy ta wymuszona bezczynność spowodowała, że zaczął wątpić w Mesjasza i Baranka Bożego, o którym wcześniej mówił? Czy jego wiara zachwiała się odrobinę w ciemnościach lochu? Być może niecierpliwie tęsknił aż Bóg ukarze tych, którzy odmówili przyjęcia Jego nowiny. W każdym bądź razie:
Przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów
i posłał ich do Pana z zapytaniem:
„Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść,
czy też innego mamy oczekiwać?” (Łk 7,19).
Sam sposób, w jaki Jan sformułował pytanie, wskazywał na to, że miał wiarę w wielką obietnicę mesjańską i w Tego, którego pytał.
Kiedy przybyli do Niego z tym pytaniem, nasz Pan nie odpowiedział obietnicą, że Jan zostanie wypuszczony z więzienia albo że On sam zniszczy jego wrogów. Odpowiedział jedynie wskazując na swoje własne dzieło uzdrawiania, pocieszania i nauczania:
Idźcie i donieście Janowi to,
coście widzieli i słyszeli:
niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą,
trędowaci zostają oczyszczeni i głusi słyszą;
umarli zmartwychwstają, ubogim
głosi się Ewangelię.
A błogosławiony jest ten, kto nie zwątpi we Mnie (Łk 7,22-23).
Boskość i jej drogi zawsze będą skandalem dla ludzi. Ubóstwo i brak większego znaczenia (pod względem światowym) naszego Zbawiciela to najwcześniejsze zastrzeżenie wobec Jego Ewangelii. To uprzedzenie wyrosło z bardzo fałszywej koncepcji władzy i majestatu Boga, tak jakby osiągnięcie Jego celów było naprawdę zależne od środków, które świat kojarzy z sukcesem. W rzeczywistości Chrystus udzielał podwójnej odpowiedzi uczniom Jana, wskazując zarówno na swoje czyny, jak i słowa, swoje cuda, jak i nauki. Jego cuda nie były tylko czymś, czemu można było się dziwować, ale znakami Bożego królestwa prawości i miłosierdzia; a moc, dzięki której je zdziałał, będzie mocą spoza natury, mogącą kontrolować przyrodę. W szczególności Jego nauczanie będzie kolejnym dowodem Jego boskości: ubogim głosi się Ewangelię.
To było wyjątkowo znaczące, gdyż ubóstwo jest jedynie innym określeniem ludzkiej niedoskonałości i słabości. Silni ciałem i błyskotliwi intelektualnie oraz ci, którzy posiadają dary ziemi, otrzymują swą nagrodę na tym świecie; ale ubodzy i słabi często są głodni i cierpią. Chrystus mówił, że w królestwie niebieskim będzie Ewangelia dla ubogich. Bóg ma inny świat, w którym można zadośćuczynić za nierówność na tym. Kiedy bogatemu mówi się, że jeśli chce pójść do nieba, musi rozstać się ze swoimi bogactwami dla Chrystusa, ubogiemu mówi się, że jego znużenie i cierpienie, mozół i rozczarowanie, i jednoczesne trwanie w jedności z krzyżem, przyniosą swój własny pokój i nagrodę.
Kiedy wysłannicy odeszli, nasz Pan zaczął chwalić Jana. Jan dał Mu świadectwo. Teraz On da świadectwo Janowi. Odpowiedział tym, którzy być może sądzili Jana podług wiadomości wysłanej w godzinie próby. Porównał tych, którzy uważnie słuchali słów wysłanników, z samym Janem – niestałość tłumu ze stałością proroka. To nie Jan był słaby, ale ich serca. To nie wątpienie skłoniło Jana do wysłania zapytania ani nie był to lęk o cielesne konsekwencje. Używając trzech figur retorycznych, nasz Pan stanął w obronie Jana. Pierwszą figurą była trzcina, która chwiała się na wietrze nad silnym, gwałtownym nurtem Jordanu, gdzie słyszeli, jak Jan głosił kazania. Drugą figurą były miękkie szaty tych, którzy żyli w pałacu Heroda. Trzecią figurą był znak z nieba i nawiązanie do wszystkich ludzi, którzy przeszli przez portal ciała w czasie ludzkich narodzin.
Gdy wysłannicy Jana odeszli,
Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie:
„Coście wyszli zobaczyć na pustyni?
Trzcinę kołyszącą się na wietrze?
Ale coście wyszli zobaczyć?
Człowieka w miękkie szaty ubranego?
Oto w pałacach królewskich
przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje
i żyją w zbytkach.
Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka?
Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka.
On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam
mego wysłańca przed Tobą, aby przygotował
Ci drogę. Powiadam wam bowiem: Między narodzonymi z niewiast
nie ma większego od Jana.
Lecz najmniejszy w królestwie Bożym
większy jest niż on” (Łk 7,24-28).
Trzy razy nasz Pan spytał: „Coście wyszli zobaczyć?”. To był ich błąd; wyznając pragnienie poznania woli Boga, tak naprawdę skłaniali się ku widokom i widowiskom, ku cieszeniu się dziwami i popularnością wysłańca. Wyszli, by po prostu zobaczyć kogoś, a nie żeby kogoś usłyszeć; by zaspokoić pożądliwość oczu, a nie naśladować wstrzemięźliwość i samowyrzeczenie Chrzciciela. Nasz Pan mówił tłumowi, że św. Jan nie zadał swojego pytania z więzienia po prostu dlatego, że był trzciną kołysaną publiczną opinią albo dlatego, że był tym, który troszczy się o swoje cielesne dobro, jak robili to dworzanie w pałacu Heroda. Jan nie był lekkomyślną trzciną kołysaną każdym podmuchem powszechnego aplauzu. Udzielał nagany z odwagą, był surowy nie tylko dla innych, był nawet surowszy dla siebie samego. Mógłby mieszkać w pałacach królów, a jednak swym domem uczynił pustynię. W stosunku do Boga był prorokiem, a nawet więcej niż prorokiem – zwiastunem i poprzednikiem Mesjasza i Syna Bożego.
Wielkość jest dwóch rodzajów: ziemska i niebiańska. Gdyby wielkość Jana była z ziemi, żyłby w pałacach, jego szaty byłyby jarmarczne, a jego opinie prawdopodobnie zmieniałyby się, jak trzcina niesiona podmuchem ku jednej popularnej filozofii jednego dnia, a następnego ku drugiej. Ale jego wielkość należała do porządku Bożego, a jego wyższość nie była po prostu w jego osobie, ale w jego niezmiennym dziele i misji, a mianowicie: misji zapowiadania Baranka Bożego.
Parę miesięcy później nadszedł czas urodzin Heroda, które miano świętować wielką ucztą. Na tę ucztę Baltazara zostali zaproszeni wszyscy panowie i panie z pałacu Heroda, personel wojskowy i różni pochlebcy z Galilei. Był wieczór, a zamek oświetlono łagodnym światłem. Twarze umalowano, by wyglądały najlepiej, jak tylko można w przyćmionym, korzystnym świetle świec. Dźwięk muzyki, trąbienie rogów i odgłosy hucznej zabawy rozbrzmiewały w kamiennym zamku Macherontu, docierając nawet do wąskiego, ciemnego lochu poniżej, gdzie od dziesięciu miesięcy marniał Jan Chrzciciel. Tym niemniej goście prawdopodobnie byli śmiertelnie znudzeni, gdyż nic bardziej nie przyprawia o mdłości niż zorganizowana radość zblazowanych.
W tym pierwszym nocnym klubie nowej, chrześcijańskiej ery rozległ się głos Heroda, wołający o zmysłowy taniec, by pobudzić ich znużonego ducha. Tancerką będzie Salome, piękna młoda córka królewskiej żony z jej pierwszego małżeństwa. To dziewczę, które było potomkiem szlachetnych Machabeuszy, ale które zostało do cna upodlone i zepsute za przyzwoleniem jej zdegenerowanej matki, weszło tańcząc na salę. Biesiadujący byli zauroczeni, a Heroda, śledzącego wzrokiem każdy jej pełen wdzięku ruch, wkrótce równie mocno pobudził taniec, co wino. Kiedy w finałowych tanecznych podrygach Salome wskoczyła mu na kolana, wyrwało mu się w nagłym przypływie namiętności:
Proś mnie, o co chcesz, a dam ci.
(…) Dam ci, o co tylko poprosisz,
nawet połowę mojego królestwa (Mk 6,22-23).
Salome nie wiedziała, o co poprosić, a więc zwróciła się do swojej matki. Herod już zapomniał o tym niefortunnym kazaniu Jana Chrzciciela, ale kobieta nie zapomina tak łatwo. Te dziesięć miesięcy, jakie spędził w więzieniu pod ziemią, spędził także w duszy Herodiady, dręcząc ją, zakłócając jej sen, męcząc jej sumienie i prześladując ją we snach. Postanowiła teraz pozbyć się go, myśląc, że jeśli mogłaby po prostu zlikwidować tego moralnego przedstawiciela Boga, będzie mogła grzeszyć bezkarnie przez resztę swojego życia. Jednym słowem skierowanym do Salome uciszy swoje sumienie i sumienie swojego męża na zawsze. Wyszeptała córce odpowiedź do ucha. Salome zbliżyła się do Heroda. Przenikliwa muzyka urwała się. Cisza spadła na zgromadzonych. Jedzenie przestało smakować i nawet w ich duszy pojawiła się odraza, gdy młoda dziewczyna poprosiła Heroda:
Daj mi tu (…) na misie
głowę Jana Chrzciciela (Mt 14,8).
Ze względu na swoją przysięgę Herod wprawiony był w zakłopotanie. Pomyślał o całym swoim minionym szacunku dla proroka, ale jednocześnie bał się drwin i szeptanych żartów gości, gdyby zobaczyli, że wycofuje się z obietnicy. Niewierny Bogu, sumieniu, sobie samemu, nie wstydząc się żadnej zbrodni, ale wstydząc się opinii publicznej, zdecydował się być wiernym swojej pijanej obietnicy. Nade wszystko drżał przed gniewem swojej drugiej żony.
Herod wezwał kilku służących. Zapalono pochodnie. Wszyscy milczeli, gdy dobiegały ich odgłosy schodzących po schodach, głębiej i głębiej, coraz cichsze i cichsze. Wreszcie usłyszeli zgrzyt kluczy w drzwiach lochu, skrzyp zawiasów. Na kilka sekund zapanowała cisza, a potem zakłócił ją nieprzyjemny głuchy odgłos czegoś spadającego. A później powolny marsz po stopniach w górę, coraz głośniejszy i głośniejszy, w rytmie bicia ich serc. Niewolnicy zbliżyli się do Herodiady z krwawym podarunkiem. Ta podeszła do Salome, a Salome, idąc przez salę taneczną, poniosła go na złotej misie Herodowi: brodatą głowę Proroka Ognia.
W tę ciemną noc, na skinienie dziecka cudzołożnicy, Herod zamordował zwiastuna Chrystusa.
Potem Heroda nawiedzały lęki, tak jak Nerona nawiedzał duch jego matki, którą zamordował. Cesarz Kaligula nie mógł spać, gdyż i jego nawiedzały twarze jego ofiar. Historyk Swetoniusz pisze, że „siedział w łóżku” albo chodził w kółko długimi portykami pałacu, wyglądając nadejścia dnia.
Herod, dowiedziawszy się jakiś czas później o naszym boskim Panu, myślał, że to Jan Chrzciciel powstał z martwych. Herod nie wierzył w życie przyszłe. Żaden człowiek zmysłowy nie wierzy. Wiara w nieśmiertelność umiera z łatwością w tych, którzy żyją w taki sposób, że nie potrafią stanąć twarzą w twarz wobec perspektywy sądu. Życie przyszłe odmówione jest komuś nie tyle z powodu sposobu, w jaki ktoś myśli, ale z powodu sposobu, w jaki ktoś żyje. Herod wmówił sobie, że drzwi zamykają się wraz ze śmiercią. Jednak teraz, gdy tylko usłyszał o tym, że nasz Pan głosi słowo Boże, zaczął myśleć, że Jan powstał z martwych. Sceptycyzm nigdy nie jest pewien samego siebie, będąc nie tyle stanowiskiem intelektualnym, co pozą, by usprawiedliwić złe zachowanie. Jak saduceusze, Herod odrzucał życie po życiu, ale jednak lękał się swojego sumienia. A słysząc o dziwach i cudach naszego Pana, „starał się Go zobaczyć” (Łk 9,9). I faktycznie Go zobaczył. Niecałe dwa lata później Piłat wysłał do niego naszego Pana:
Od dawna bowiem chciał Go ujrzeć,
ponieważ słyszał o Nim
i spodziewał się, że zobaczy jakiś znak,
zdziałany przez Niego (Łk 23,8).
Herod nigdy przedtem nie widział twarzy Jezusa, dopiero w tej ostatniej godzinie. Nigdy przedtem nie słyszał Jego głosu. Kiedy nadeszła ta chwila, nasz Pan odmówił rozmowy z nim.
Po Przemienieniu apostołowie, którzy widzieli, jak Mojżesz i Eliasz rozmawia z naszym Panem, zaczęli pytać o Eliasza. Nasz Pan powiedział im, że Eliasz już był pośród nich duchem; widzieli go w pustelniku, człowieku odzianym w sierść wielbłąda, który żywił się mizerną strawą. Wówczas ponownie wyciągnął im przed oczy krzyż. Pokazał im, że śmierć Jana Chrzciciela była zapowiedzią Jego własnej śmierci. Jak ludzie, którzy widząc Jana, nie uwierzyli mu, tak też nie uwierzą naszemu Panu:
i postąpili z nim tak, jak chcieli.
Tak i Syn Człowieczy ma
od nich cierpieć (Mt 17,12).
Poprzez komentarz na temat losu Chrzciciela Jezus przepowiedział swoje własne cierpienie i śmierć. Dążył do tego, by myśl o Mesjaszu, który zarówno umiera, jak i zwycięża, stała się dla nich czymś znajomym. Jak ludzie popełniali błąd w swej ślepocie, nie przyjmując Chrzciciela, kiedy przyszedł w duchu pokutnego Eliasza, tak przeoczą Mesjasza, kiedy przyjdzie pośród nich jako Ten, który poniesie ich winę, by odkupić ją na drzewie krzyża. Apostołowie dowiedzieli się, że takie przeznaczenie zostało przepowiedziane o Synu Człowieczym:
Ma On wiele cierpieć i być wzgardzonym (Mk 9,12).
Psalmy i prorocy nawiązywali do Jego cierpienia jako Syna Człowieczego. Jak nasz Pan nie ocalił Jana Chrzciciela przed okrucieństwem Heroda, tak nie ocali samego siebie przed tym samym Herodem. Zwiastun poniósł los Tego, którego zwiastował. Posłaniec spotkał się z przemocą, ponieważ ogłaszał Nowinę. I ponownie góra Kalwarii rzucała swój cień na dolinę, tym razem sięgając stóp Góry Przemienienia. Wszystko w Jego życiu mówiło o Jego krzyżu, także gwałtowna śmierć Jana.
Abp Fulton J. Sheen
Tekst jest fragmentem książki abp. Fultona J. Sheena pt. Życie Jezusa Chrystusa, wydanej nakładem Wydawnictwa AA. Tłumaczenie Jan J. Franczak
PCh24.pl.
Sheen Fulton J.; Życie Jezusa Chrystusa; Wydawnictwo AA 2018, s. 681.
Augustyn urodził się 13 listopada 354 r. w Tagaście (obok Suk Ahras w Algierii), w rodzinie urzędnika państwowego Patrycjusza. Matka Augustyna, św. Monika, pochodziła z rodziny o tradycji chrześcijańskiej i bardzo pragnęła, by jej syn przyjął chrzest. Pragnienie to spełniło się jednak dopiero po 33 latach. Na rozwoju Augustyna niewątpliwie zaciążył fakt, że ojciec i matka różnili się co do wiary i przekonań odnośnie do spraw decydujących o losach człowieka. Przez to Augustyn przez wiele lat pozostawał rozdarty między wpływem matki i ojca. Augustyn był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodził się Nawigiusz. Nawrócił się on w tym samym czasie, co Augustyn, był też przy śmierci matki. Nawigiusz ożenił się i miał kilka córek, z których wszystkie poświęciły się Panu Bogu na służbę w jednym z klasztorów. Jedna z sióstr Augustyna wyszła za mąż, a po śmierci męża wstąpiła do klasztoru w Hipponie, gdzie została przełożoną. Gdy w roku 424 zmarła, Augustyn napisał dla tego klasztoru regułę. Na niektórych manuskryptach Augustyn podpisuje się jako Aureliusz. Był to zapewne jego przydomek, chociaż nie wiadomo, kiedy go sobie nadał. W wieku 16 lat musiał przerwać naukę z powodu braku pieniędzy, chociaż miał wielkie zdolności. Nauka szła mu łatwo; imponował kolegom niezwykłą pamięcią. Jednak pierwsze lata nauki Augustyn wspomina w swojej autobiografii – Wyznaniach – z niesmakiem. Miał bowiem nauczyciela, bijącego swoich uczniów bez miłosierdzia za najmniejsze przewinienia. Nie lubił matematyki, ale za to rozkoszował się w literaturze łacińskiej. Jego ulubionym autorem był Wergiliusz. Jako młodzieniec Augustyn żył swobodnie. Lubił zabawy, dobre jadło i picie. Chętnie uczęszczał do teatru, miał ciągoty do psot chłopięcych. Trudny okres dojrzewania, dużo wolnego czasu i pogańskie zwyczaje sprawiły, że po pierwszych studiach w Tagaście (do roku 366) i w Madurze (366-370) udał się na dalsze kształcenie do Kartaginy, metropolii Afryki Północnej, i tam związał się z kobietą. Z tego związku po pewnym czasie urodził się syn Adeodatus (z łac. “dany od Boga”). Augustyn żył z tą dziewczyną przez 15 lat. Igrzyska, cyrk, walki gladiatorów, teatr – to był jego ulubiony żywioł.
Pod wpływem lektury klasyków rzymskich Augustyn wpadł w sceptycyzm racjonalistyczny. Zaczął szukać prawdy. Biblia wydawała mu się prostacka, bo jej łacińskie tłumaczenia były wówczas nie zawsze udane. Za problemami filozoficznymi poszły i wątpliwości religijne. W tym czasie wstąpił do sekty manichejskiej, do której wciągnął go tamtejszy biskup, imponując mu wymową i oczytaniem. W 374 roku Augustyn powrócił do Tagasty, gdzie otworzył własną szkołę gramatyki. Po dwóch latach zamknął ją jednak i udał się do Kartaginy, gdzie otworzył szkołę retoryki (376). Miał wtedy 22 lata. Po 7 latach udał się do Rzymu, gdzie także założył swoją szkołę (383). Tu dowiedział się, że w Mediolanie poszukują retora. Natychmiast tam się zgłosił (384). Mediolan był wówczas stolicą cesarstwa zachodnio-rzymskiego – pierwszym miastem Europy po Konstantynopolu. Oprócz prowadzenia szkoły Augustyn miał obowiązek wygłaszania mów podczas uroczystości państwowych w Mediolanie. Augustyn miał już 30 lat. W Mediolanie zetknął się ze św. Ambrożym, który był wówczas biskupem tego miasta. Augustyn zaczął słuchać jego kazań. Wielki biskup zaimponował mu wymową i głębią przekazywanej treści. Niedługo potem przyszło uderzenie łaski Bożej (386). Pewnego dnia Augustyn wziął do ręki Listy św. Pawła Apostoła. Przypadkowo otworzył fragment Listu do Rzymian: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i w wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14). Jak pisze w swoich Wyznaniach, Augustyn poczuł nagle jakby strumień silnego światła w ciemnej nocy swojej duszy. Zrozumiał sens swojego życia, poczuł żal z powodu zmarnowanej przeszłości. Dotrwał jako nauczyciel retoryki do wakacji, następnie udał się w pobliże Mediolanu, do wioski Cassiciaco, i tam u przyjaciela Werekundusa spędzał czas na modlitwie i na rozmowach na tematy ewangeliczne. Rozczytywał się równocześnie w Piśmie świętym. Na początku Wielkiego Postu zgłosił się do św. Ambrożego jako katechumen i w Wielką Sobotę w nocy z 24 na 25 kwietnia 387 r. z rąk Ambrożego przyjął chrzest. Miał wówczas 33 lata. Wraz z nim przyjęli chrzest jego syn, Adeodatus, i przyjaciel, Alipiusz. Augustyn postanowił powrócić do Afryki, by nawracać współziomków i pozyskiwać ich dla Chrystusa. Tuż przed opuszczeniem Italii umarła w Ostii jego matka, św. Monika; wkrótce po dotarciu do Afryki zmarł także jego syn. Po przybyciu do Tagasty Augustyn rozdał swoją majętność pomiędzy ubogich i z przyjaciółmi – św. Alipiuszem i Ewodiuszem – zamieszkali razem, oddając się modlitwie, dyskusji na tematy religijne i studiom Pisma świętego.Więcej informacji o nawróceniu św. Augustyna – pod datą 24 kwietnia.
W 391 r. Augustyn wraz z przyjaciółmi udał się do Hippony, gdzie postanowił założyć klasztor i tam spędzić resztę swego życia. Niebawem dał się poznać wszystkim jako człowiek bardzo pobożny. Dlatego, gdy biskup Waleriusz zwrócił się pewnego dnia do ludu, by mu wskazano kandydata na kapłana, gdyż potrzebował jego pomocy, wszyscy w katedrze zwrócili się do Augustyna, wołając: “Augustyn kapłanem!” Ten, zalany łzami, przyjął propozycję biskupa i ludu. Po przyjęciu święceń nie zmienił jednak trybu życia, ale nadal prowadził życie wspólne w klasztorze. Zaczął nawet przyjmować nowych kandydatów. W ten sposób powstało jakby seminarium, z którego wyszło wielu biskupów afrykańskich: św. Alipiusz, biskup Tagasty, bezpośredni przyjaciel Augustyna; Profuturus, biskup Syrty; Ewodiusz, biskup Uzalis, przyjaciel Augustyna; Sewer, biskup Milewy; Urban, biskup Sicea; Peregrinus, biskup Thehac, i Bonifacy. Biskup Waleriusz konsekrował wkrótce Augustyna na swojego sufragana w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego 394 r. ku ogromnej radości ludu. W dwa lata potem przeniósł się do wieczności (396) i Augustyn został jego następcą, biskupem Hippony.
Nadal prowadził życie wspólne, w którym formował przyszłych biskupów i kapłanów. Po długich latach doświadczenia ułożył dla nich regułę, która w przyszłości miała się stać podstawą dla wielu rodzin zakonnych (m.in. augustianów, kanoników regularnych, dominikanów i paulinów). Dużo czasu zajmowała mu korespondencja. Nie traktował jej jednak jedynie jako rodzaj kontaktu towarzyskiego, ale wykorzystywał ją jako okazję do apostolstwa. Korespondował m.in. ze św. Janem Jerozolimskim, ze św. Paulinem z Noli, św. Hieronimem, św. Prosperem i ze św. Hilarym z Arles. Augustyn wypowiedział nieubłaganą walkę błędom, jakie za jego czasów nękały Kościół: manicheizmowi (396-400), donatystom (400-411) i pelagianom (411-430). Prowadził dysputy z manichejczykami, których znał osobiście, bo był z nimi przez szereg lat ideowo związany. Nie spoczął, aż tę herezję wyplenił. W owym czasie w Afryce najsilniejsi byli donatyści. W 330 r. mieli w swoich rękach aż 270 stolic biskupich. Potępieni na synodach w Arles (313) i w Mediolanie (316), zagnieździli się silnie w północnej Afryce. Jako rygoryści nie pozwalali przyjmować do społeczności kościelnej tych, którzy w czasie prześladowań wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić – zwanych lapsi. Donatyści żądali dla kapłanów i wiernych, łamiących prawo, najsurowszych kar. Posuwali się często do gwałtów. Augustyn zwalczał ich pismem i żywym słowem. Był jednak zdania, że tych biskupów i kapłanów, którzy do jedności kościelnej powrócą, należy zostawić na ich urzędach. Tym pozyskał sobie donatystów. Na synodach w Kartaginie w 401 i 411 roku herezja została zwyciężona. W tym samym czasie przybył do Afryki Pelagiusz i Celestiusz. Głosili, że grzech Adama i Ewy zaszkodził tylko pierwszym rodzicom, a nie całemu rodzajowi ludzkiemu, że dzieci rodzą się w stanie łaski i nie jest konieczny chrzest, a łaska uświęcająca nie jest do zbawienia konieczna. Ta herezja była dla Augustyna okazją do tego, aby jako pierwszy z Ojców mógł gruntownie wyjaśnić teologiczny problem łaski uświęcającej i uczynkowej oraz problem zbawienia. Pod koniec swego życia Augustyn przeżył tragedię. Namiestnik rzymski zaprosił do północnej Afryki Wandalów dla obrony przeciwko szczepom dzikich mieszkańców Sahary. Kiedy spostrzegł, że Wandalowie są nie mniej od tamtych barbarzyńscy, wypowiedział im wojnę. Było jednak za późno. Po odniesionym zwycięstwie, Wandalowie zaczęli zajmować miasto po mieście. Hippona broniła się bohatersko przez trzy miesiące, aż wrogom udało się zrobić wyłom w murze i spowodować pożar miasta. Augustyn wtedy już nie żył. Zmarł w czasie oblężenia 28 sierpnia 430 r. Wandalowie siłą zaprowadzili arianizm. Polała się obficie krew męczeńska. W 150 lat potem Afryka padła pod hordami Arabów. Ciało Augustyna złożono w katedrze w Hipponie. Potem jednak w obawie przed profanacją Wandalów przeniesiono je do Sardynii, aż wreszcie król Longobardów, Luitprand (+ 744), przeniósł je do Pawii, gdzie po dzień dzisiejszy opiekę nad relikwiami roztaczają synowie duchowi wielkiego biskupa, augustianie.
Po Augustynie pozostało kilkadziesiąt tomów jego pism. Do najcenniejszych z nich należą: Wyznania (386-387), O katechizacji ludzi prostych (395), O wierze i symbolu wiary (396) i O państwie Bożym ksiąg 22 (413-427). Zachowały się jego 363 kazania i 217 listów. Słusznie więc zdobył sobie tytuł największego teologa chrześcijańskiej starożytności. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Patron augustianów, kanoników regularnych, magdalenek, Kartaginy; drukarzy, wydawców, teologów.W ikonografii św. Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim, czasami jako zakonnik. Jego atrybutami są: anioł mówiący mu do ucha, dziecko nad brzegiem morza przelewające wodę do dołka, księga, pastorał, serce w dłoni, serce przeszyte dwiema strzałami, uczeń lub grupa uczniów.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
Święty Augustyn – wzór nawrócenia
Filip de Champaigne, Public domain, via Wikimedia Commons
***
28 sierpnia w Kościele Katolickim jest dniem szczególnym. Wówczas w kalendarzu liturgicznym przypada wspomnienie św. Augustyna z Hippony, biskupa i doktora Kościoła. Droga jego nawrócenia – jak podkreślił papież Benedykt XVI – „jest przykładem dla chrześcijan wszystkich czasów”.
Augustyn przyszedł na świat 13 listopada 354r. w Tagaście (dzisiejsza Algieria). Pochodził ze specyficznej rodziny, jego ojciec był poganinem, matka zaś była wierząca. Wychowana w chrześcijańskim domu, troszczyła się o religijną edukację swojego syna. Augustyn błądził przez wiele lat, pozostawał rozdarty, między poglądami i wpływami ojca oraz matki. Pomimo różnic w podejściu do życia, jakie obserwował u swych rodziców, jego matce – św. Monice udało się w nim zaszczepić miłość do Prawdy. Przejawiała się ona w nieustających poszukiwaniach, jakie czynił Augustyn.
Okres studiów, podczas którego przygotowywał się do zawodu retora, nie wpłynął na niego dobrze. Jako młodzieniec żył bardzo swobodnie. Używał życia i nie stronił od trunków i dobrej zabawy. Po zakończeniu studiów w Tagaście i Madurze, postanowił skorzystać z oferty podjęcia nauki w Kartaginie, która wówczas była jedną z metropolii Afryki Północnej. Zafascynowany wielkomiejskim życiem, zaczął jeszcze bardziej oddalać się od Boga. Prowadził niemoralne życie, przez wiele lat będąc w nieformalnym związku z kobietą, z którego to zrodzony został jego syn – Adeodatos (łac. dany od Boga).
Nieumiejętne dążenie do Prawdy
Ziarno wiary zasiane w jego sercu przez św. Monikę, nadal w nim istniało. Niestety Augustyn nie potrafił odpowiedzieć na Bożą łaskę. Szukał odpowiedzi na bardzo ważne pytania, które nieustannie pojawiały się w jego umyśle. Jego racjonalny sceptycyzm, który zaistniał w nim po lekturze rzymskich klasyków, doprowadził go do sekty manichejskiej. Sytuacja życiowa Augustyna niezwykle smuciła jego matkę, która przez całe swe życie prosiła Boga o nawrócenie syna.
Pewnego dnia św. Ambroży, ówczesny biskup Mediolanu, pocieszył św. Monikę mówiąc: „Matka tylu łez nie może być niewysłuchana przez Boga”. Słowa te, wlały w serce matki Augustyna ogromną otuchę.
Cud wymodlony przez matkę
Życie Augustyna niedługo miało się diametralnie zmienić. Słowa biskupa Ambrożego okazały się prorocze. 30 – letni wówczas Augustyn rozpoczął pracę jako retor w Mediolanie. Pozwoliło mu to na regularne słuchanie jego kazań, które otworzyły jemu serce na Chrystusa. Dodatkowym impulsem, który zbliżył go do Boga była rozmowa ze swym przyjacielem z młodości – Pontycjanem, który okazał się głęboko wierzącym chrześcijaninem. Jego opowieść o poświęceniu i życiu świętego eremity Antoniego spowodowało w duszy Augustyna wielki wstrząs.
Augustyn prowadził wielką walkę duchową pomiędzy chęcią zbliżenia się do Boga, a utratą dotychczasowego przyjemnego życia. Aby poradzić sobie ze swymi rozterkami, postanowił wyjechać na podalpejską wieś, gdzie nastąpiło ostateczne uderzenie wielkiej Bożej łaski.
Pewnego razu, rozmyślając w ogrodzie usłyszał z sąsiedztwa śpiew dziecka: „Tolle lege! Tolle lege!”, co znaczyło: „Weź, czytaj”. Natychmiast wziął do ręki zbiór listów św. Pawła, a tam natrafił na słowa: „Nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14). To zdarzenie odmieniło całe jego życie i pozwoliło na uporanie się z grzechem.
Nowe życie Augustyna
Na początku marca 387 r. powrócił on do Mediolanu, gdzie został ochrzczony przez jednego ze swoich mentorów – biskupa Ambrożego. Przyszły święty stał się człowiekiem modlitwy, który poznał gorycz doczesnego świata i piękno Bożej miłości. Jego wewnętrzna przemiana spowodowała poczucie żalu i goryczy z powodu tak późnego poznania Chrystusa.
W swoim dziele pt. „Wyznania” napisał: „Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. […] Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę i Ciebie”.
Niedługo potem Augustyn został wyświęcony na kapłana. W 396 r., po śmierci bp. Waleriusza, został mianowany biskupem Hippony. Po wielu latach ułożył regułę, która stała się podstawą formacji wielu zakonów, m. in. augustianów, kanoników regularnych laterańskich czy też paulinów.
Św. Augustyn jako wzór doskonałego nawrócenia
Św. Augustyn dopiero po 33 latach swego życia odnalazł Boga. Przyjął chrzest i zaczął niezwykłą drogę, którą wyprosiła dla niego jego święta matka – Monika. Jak podkreślił w jednej ze swoich katechez papież Benedykt XVI, „jego nawrócenie nie było wydarzeniem związanym z jednym momentem, ale drogą”. Ojciec Święty podzielił ją na trzy etapy.
Pierwszym z nich jest stopniowe zbliżanie się wiary i nieustanne poszukiwanie Boga i Prawdy, które ziściło się w momencie przeczytania słów św. Pawła, dotyczących porzucenia dzieł ciała i przyobleczenia się w Chrystusa. Kolejnym etapem nawrócenia Augustyna, było otwarcie się na oczyszczenie i oddanie się życiu kontemplacyjnemu. Jego medytacje i życie w całkowitej prawdzie spowodowały, że został kapłanem.
Początkowo nowa sytuacja, w której się znajdował była dla niego trudna, ale z czasem uświadomił sobie, że tylko żyjąc dla innych, będzie mógł spełniać swe powołanie. Ostatnim etapem drogi Augustyna jest trzecie nawrócenie, które pozwoliło mu zaznać wielkiej duchowej i intelektualnej pokory. Wtedy zrozumiał, że każdego dnia powinien prosić Boga o przebaczenie.
Każdy z nas potrzebuje tego codziennego obmycia z grzechów i stałego, nieustającego nawracania. Musimy uznać, że jesteśmy grzesznikami, a bez łaski Bożej jesteśmy niczym. Postawa głębokiej pokory, którą zauważamy w licznych dziełach św. Augustyna, powinna zagościć również w naszych duszach i umysłach. Będzie to wielki krok, który zbliży nas do wielkiej nagrody w Niebie, którą przygotował nam Jezus Chrystus.
Św. Augustyn zmarł w 430 r. Początkowo jego doczesne szczątki spoczęły w Hipponie, ale z czasem przeniesiono je do Pawii we Włoszech, gdzie jako relikwie są czczone po dzień dzisiejszy.
PCh24.pl
“Radość mojego serca, za którą tęsknię jedynie, nie milknie i nie znika, gdy godzina minie… gdy mijają tygodnie, miesiące i lata, bo jest ponadczasowa, nie jest z tego świata… Nie jest pragnieniem przyszłości ani sakramentu, nie jest tym, co uchwytne, co dotknąć się daje… Jest serca wyobrażeniem, o miłości marzeniem… takiej, która trwa zawsze… nigdy nie ustaje”…
Św. Augustyn jest nie tylko wspaniałym przykładem nawrócenia. W jego życiu widać bardzo wyraźnie jak dzięki Bożemu działaniu wszystko jest możliwe pośród przewrotnego świata.
Monika urodziła się ok. 332 r. w Tagaście (północna Afryka), w rodzinie rzymskiej, ale głęboko chrześcijańskiej. Jako młodą dziewczynę wydano ją za pogańskiego urzędnika, Patrycjusza, członka rady miejskiej w Tagaście. Małżeństwo nie było dobrane. Mąż miał charakter niezrównoważony i popędliwy. Monika jednak swoją dobrocią, łagodnością i troską umiała pozyskać jego serce, a nawet doprowadziła go do przyjęcia chrztu. W wieku 22 lat urodziła syna – Augustyna. Po nim miała jeszcze syna Nawigiusza i córkę, której imienia historia nam nie przekazała. Nie znamy także imion innych dzieci. W 371 r. zmarł mąż Moniki. Monika miała wówczas 39 lat. Zaczął się dla niej okres 16 lat, pełen niepokoju i cierpień. Ich przyczyną był Augustyn. Zaczął on bowiem naśladować ojca, żył bardzo swobodnie. Poznał jakąś dziewczynę; z tego związku narodziło się nieślubne dziecko. Ponadto młodzieniec uwikłał się w błędy manicheizmu. Zbolała matka nie opuszczała syna, ale szła za nim wszędzie, modlitwą i płaczem błagając dla niego u Boga o nawrócenie. Kiedy Augustyn udał się do Kartaginy dla objęcia w tym mieście katedry wymowy, matka poszła za nim. Kiedy potajemnie udał się do Rzymu, a potem do Mediolanu, by zetknąć się z najwybitniejszymi mówcami swojej epoki, Monika odnalazła syna. Pewien biskup na widok jej łez, kiedy wyznała mu ich przyczynę, zawołał: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. To były prorocze słowa. Augustyn pod wpływem kazań św. Ambrożego w Mediolanie przyjął chrzest i rozpoczął zupełnie nowe życie (387).
Szczęśliwa matka spełniła misję swojego życia. Mogła już odejść po nagrodę do Pana. Kiedy wybierała się do rodzinnej Tagasty, zachorowała na febrę i po kilku dniach zmarła w Ostii w 387 r. Daty dziennej Augustyn nam nie przekazał. Wspomina jednak jej pamięć w najtkliwszych słowach. Ciało Moniki złożono w Ostii w kościele św. Aurei. Na jej grobowcu umieszczono napis w sześciu wierszach nieznanego autora. W 1162 r. augustianie mieli zabrać święte szczątki Moniki do Francji i umieścić je w Arouaise pod Arras. W 1430 r. przeniesiono je do Rzymu i umieszczono w kościele św. Tryfona, który potem otrzymał nazwę św. Augustyna. Św. Monika jest patronką kościelnych stowarzyszeń matek oraz wdów.W ikonografii św. Monika przedstawiana jest w stroju wdowy. Jej atrybutami są książka, krucyfiks, różaniec.
Wśród bardzo licznych w Polsce sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie nawiedza ją od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, słynącym wieloma łaskami i na trwałe wpisanym w dzieje Polski. Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus (Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy. Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu. Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.
Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie. Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.
Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.
Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu. Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej). Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji. Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie.
Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony. Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.
Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski. Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.
Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni.Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
25 sierpnia
Święta Maria od Jezusa Ukrzyżowanego (Mała Arabka), dziewica
Miriam Baouardy, zwana także Małą Arabką, urodziła się 5 stycznia 1846 r. w Abellin, pod starożytną Ptolemaidą, w Galilei. Jej ojciec pochodził z Damaszku, a matka – z Libanu. Gdy Maria miała trzy lata, straciła rodziców. Na wychowanie zabrał ją wtedy wuj. W dwunastym roku życia przynaglano ją już do małżeństwa, ale wybroniła się przed nim i złożyła ślub czystości. Poszukując pracy, dotarła do Marsylii, gdzie została służącą. W 1865 r. wstąpiła do józefitek, ale te – widząc, że Maria doznaje ekstaz i jest stygmatyczką – skierowały ją do karmelu w Pau. Tam to dziewczyna przyjęła imię Marii od Jezusa Ukrzyżowanego. W 1870 r. razem z innymi wyjechała do Indii, aby w Mangalore założyć nowy klasztor. Do Francji wróciła z tych samych powodów, dla których józefitki oddały ją karmelitankom. W Pau spotkała ks. Piotra Estrate, przełożonego sercanów w Betherram, który podjął się kierownictwa duchowego, a po latach został jej biografem. W roku 1875 Maria zaczęła realizować dzieło swych dawnych marzeń: założenie karmelu w Betlejem. Zainicjowała ponadto nowy klasztor w Nazarecie. 22 sierpnia 1878 r. przeżyła upadek ze schodów, w trakcie którego złamała lewą rękę. Błyskawicznie rozwinęła się gangrena i Miriam zmarła 26 sierpnia 1878 r. w Betlejem. Nie pozostawiła żadnych pism, była zresztą prawie analfabetką. Zachowały się jednak relacje osób, które się z nią stykały. Dowiadujemy się z nich o jej wizjach, ekstazach, spełnionych proroctwach, także o improwizowanych poematach. Wszystko to przeżywała w sposób zupełnie zwyczajny, jak gdyby chodziło o rzeczy najnormalniejsze w świecie, nieświadoma swojej niezwykłości. Wywierała ogromny wpływ na otoczenie. Szerzyła przede wszystkim nabożeństwo do Ducha Świętego. Św. Jan Paweł II dokonał jej beatyfikacji 13 listopada 1983 r. w Rzymie. Papież Franciszek włączył ją do grona świętych 17 maja 2015 r.
Święty Bartłomiej jest jednym z dwunastu Apostołów, których wybrał sobie Jezus spośród kilkudziesięciu uczniów. W Ewangeliach spotykamy dwa imiona: Bartłomiej i Natanael. Synoptycy (Mateusz, Łukasz i Marek) używają nazwy pierwszej, natomiast Jan posługuje się imieniem drugim. Jednak według krytyki biblijnej i tradycji chodzi w tym wypadku o jedną i tę samą osobę. Jan pisze o Natanaelu jako o Apostole (J 1, 35-51; 21, 2). Ponadto akcentuje wyraźnie, że Natanaela łączyła przyjaźń z Filipem Apostołem, a synoptycy umieszczają Bartłomieja zawsze właśnie przy Filipie w katalogach Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14). Co więcej, są oni nawet wymienieni ze spójnikiem “i”: “Filip i Bartłomiej”. Aramejskie słowo Bartolmaj znaczy tyle, co “syn Tolmaja”. Z tym imieniem spotykamy się w Biblii kilka razy (Joz 15, 14; 2 Sm 3, 3). Wyraz Natanael jest imieniem hebrajskim i znaczy tyle, co “Bóg dał” – byłby więc odpowiednikiem greckiego imienia Teodoros czy łacińskiego Deusdedit oraz polskiego Bogdan. Z imieniem Natanael spotykamy się w Piśmie świętym znacznie częściej (Lb 1, 8; 2, 5; 7, 18; 10, 15; 1 Krn 2, 14; 15, 24; 24, 6 i in.). Jeśli Bartłomiej jest tożsamy z Natanaelem, to jego imię brzmiałoby poprawnie: Natanael, bar Tholmai (Natanael, syn Tolmaja).
Synoptycy wymieniają imię św. Bartłomieja jedynie w katalogach Apostołów. Św. Jan podaje, że pochodził z Kany Galilejskiej. Szczegółowo zaś opisuje pierwsze spotkanie Natanaela z Chrystusem (J 1, 35-51), którego był naocznym świadkiem. To Filip, uczeń Pana Jezusa, późniejszy Apostoł, przyprowadził Natanaela do Chrystusa i dlatego zawsze w wykazie Apostołów Natanael znajduje się tuż za Filipem. Niektórzy uważają, że to właśnie na weselu Natanaela w Kanie był Chrystus z uczniami i Matką, gdzie na Jej prośbę dokonał pierwszego cudu. Z opisu pierwszego spotkania wynika, że Natanael nie był zbyt pozytywnie nastawiony do mieszkańców Nazaretu. Kiedy jednak usłyszał słowa Chrystusa i poznał, że Chrystus przeniknął głębię jego wnętrza, serce i duszę, od razu zdecydowanie w Niego i Jemu uwierzył. Świadczy to o wielkiej prawości jego serca i otwarciu na działanie łaski Bożej. Odtąd już na zawsze pozostał przy Chrystusie. O Natanaelu św. Jan Ewangelista wspomina jeszcze raz – brał on udział w cudownym połowie ryb na jeziorze Genezaret po zmartwychwstaniu Chrystusa (J 21, 2-6).Tradycja chrześcijańska ma niewiele do powiedzenia o św. Bartłomieju. Zainteresowanie innymi Apostołami jest znacznie większe, postać św. Bartłomieja jest raczej w cieniu. Pierwszy historyk Kościoła, św. Euzebiusz, pisze, że ok. roku 200 Pantenus znalazł w Indiach Ewangelię św. Mateusza. Wyraża przy tym przekonanie, że zaniósł ją tam właśnie św. Bartłomiej. Podobną wersję podaje św. Hieronim. Natomiast św. Rufin i Mojżesz z Horezmu są zdania, że św. Bartłomiej głosił naukę Chrystusa w Etiopii. Pseudo-Hieronim zaś twierdzi, że św. Bartłomiej apostołował w Arabii Saudyjskiej. Jeszcze inni są zdania, że św. Bartłomiej pracował wśród Partów i w Mezopotamii. Ta rozbieżność pokazuje, jak mało wiemy o losach Apostoła po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.
Z apokryfów o św. Bartłomieju zachowały się Ewangelia Bartłomieja i Apokalipsa Bartłomieja. Znamy je jednak w dość drobnych fragmentach. Zachował się również obszerniejszy apokryf Męka Bartłomieja Apostoła. Według niego Bartłomiej miał głosić Ewangelię w Armenii. Tam miał nawet nawrócić brata królewskiego – Polimniusza. Na rozkaz króla Armenii, Astiagesa, został pojmany w mieście Albanopolis, ukrzyżowany, a w końcu ścięty. Od św. Izydora (+ 636), biskupa Sewilli, rozpowszechniła się pogłoska, że św. Bartłomiej został odarty ze skóry. Stąd też został uznany za patrona rzeźników, garbarzy i introligatorów. Jako przypuszczalną datę śmierci Apostoła podaje się rok 70.
Zaraz po śmierci Bartłomiej odbierał cześć jako męczennik za wiarę Chrystusową. Dlatego i jego relikwie chroniono przed zniszczeniem. Około roku 410 biskup Maruta miał je przenieść z Albanopolis do Majafarquin, skąd przeniesiono je niedługo do Dare w Mezopotamii. Stamtąd zaś relikwie umieszczono w Anastazjopolis we Frygii w Azji Mniejszej ok. roku 507. Kiedy jednak najazdy barbarzyńców groziły zniszczeniem i profanacją, w roku 580 przewieziono je na Wyspy Liparyjskie, a w roku 838 do Benewentu. Obecnie znajdują się pod mensą głównego ołtarza tamtejszej katedry. Część tych relikwii została przeniesiona za panowania cesarza Ottona III do Rzymu. Władca ten wystawił bazylikę na Wyspie Tyberyjskiej (dla przechowania relikwii św. Wojciecha), do której to bazyliki sprowadzono potem relikwie Apostoła, zmieniając jej tytuł.
Kult św. Bartłomieja datuje się od V w. Grecy obchodzą jego uroczystość 11 czerwca, Ormianie 8 grudnia i 25 lutego, Etiopczycy 18 lipca i 20 listopada. Kościół łaciński święto Apostoła od wieku VIII obchodzi 24 sierpnia. W VI w. spotykamy już pierwszy kościół wzniesiony ku jego czci na wyspie Eolia. Piza, Wenecja, Pistoia i Foligno wystawiły mu okazałe świątynie. W Polsce kult św. Bartłomieja był niegdyś bardzo żywy – wystawiono ku jego czci na naszych ziemiach ponad 150 kościołów. Miał on nawet w Polsce swoje sanktuaria, np. w Polskich Łąkach koło Świecia, gdzie na odpust ściągały tłumy z daleka.W ikonografii św. Bartłomiej jest przedstawiany w długiej tunice, przepasanej paskiem, czasami z anatomiczną precyzją jako muskularny mężczyzna. Bywa ukazywany ze ściągniętą z niego skórą. Jego atrybutami są: księga, nóż, zwój.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
23 sierpnia
Błogosławiony Władysław Findysz, prezbiter i męczennik
Władysław Findysz urodził się 13 grudnia 1907 roku w Krościenku Niżnym koło Krosna, w wielodzietnej rodzinie chłopskiej, jako trzecie dziecko. Następnego dnia przyjął chrzest. Jego rodzinny dom był miejscem głębokiego przeżywania wiary, a przy tym szacunku dla tradycji i historii Polski. Dzieciństwo przygotowało go do prób, które Pan Bóg zaplanował dla niego w przyszłości. Gdy miał zaledwie pięć lat, śmierć zabrała mu ukochaną matkę, a w niedługim czasie także troje spośród rodzeństwa. W 1913 roku rozpoczął naukę w szkole ludowej w rodzinnej miejscowości, a następnie w szkołach krośnieńskich. Tam poznał Sodalicję Mariańską i zaangażował się w jej działania. Z daleka doświadczał skutków tragicznej wojny. Już w odrodzonej Polsce w 1927 roku, po maturze, zdecydował się na wstąpienie do seminarium duchownego w Przemyślu. 19 czerwca 1932 roku przyjął święcenia kapłańskie. Przełożeni wysłali ks. Władysława w charakterze wikariusza do parafii kolejno w Borysławiu, Drohobyczu, Strzyżowie i Jaśle. Dwie pierwsze obejmowały tereny przemysłowe, zamieszkane przez ludność zróżnicowaną narodowościowo, religijnie i materialnie. Strzyżów i Jasło, duże parafie miejskie, choć mniej zróżnicowane narodowościowo, stanowiły wielkie wyzwanie dla młodego kapłana – czas posługi w nich zbiegł się z okresem II wojny światowej i okupacji hitlerowskiej. W Strzyżowie przez pierwszy rok wojny (1939-1940) ks. Władysław był administratorem parafii, gdyż zmarł tamtejszy proboszcz. W Jaśle związał się z ruchem oporu, przyjmując na siebie obowiązki kapelana. Już w 1941 r. pełnił urząd administratora, a od 1942 roku proboszcza parafii pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła w Nowym Żmigrodzie. Władysław przywiązywał dużą wagę do formacji wewnętrznej i zachowywania praktyk ascetycznych. Był przy tym skromny i pełen szacunku dla ludzi. Praca w Nowym Żmigrodzie przypadła na burzliwy okres najnowszych dziejów Polski. W czasie okupacji hitlerowsko-sowieckiej ks. Władysław niósł pomoc potrzebującym, zrozpaczonych podnosił na duchu, a błądzących upominał. Był świadkiem prześladowania Polaków, Żydów i przedstawicieli innych narodów. Najtrudniejszy był ostatni okres okupacji, kiedy został wysiedlony. Parafia została bez pasterza. Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, wrócił do Nowego Żmigrodu, by zająć się pracą nad odnową moralną mieszkańców i odbudową materialną parafii. Wierni zagrożeni propagandą ateistyczną znajdowali w jego posłudze pomoc i oparcie.
Organizował katolickie pogrzeby ofiar wojny i pomoc materialną dla poszkodowanych, bez względu na narodowość i wyznanie. Dzięki temu wiele rodzin łemkowskich uniknęło wysiedlenia w ramach Akcji “Wisła”. Brał udział w odbudowie miasteczka. Katechizował dzieci i młodzież, najpierw w szkole, dopóki władze komunistyczne pozwalały, a potem poza nią. Wiernie i z oddaniem realizował swe obowiązki. Jego gorliwa działalność duszpasterska naraziła go szybko na prześladowania ze strony władz komunistycznych. Śledzono go, nagrywano kazania. Wielokrotnie odmawiano mu wydania przepustki na pobyt w strefie nadgranicznej, uniemożliwiając tym samym posługę kapłańską wśród mieszkających tam parafian. Był też nieustannie inwigilowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. W 1963 roku apelował do parafian o włączenie się do prowadzonej przez Kościół w Polsce akcji tzw. “soborowych czynów dobroci”. Zadenuncjowali go ludzie, którzy poczuli się urażeni listami, w których zachęcał ich do pojednania się z Bogiem i Kościołem. Tym, którzy żyli w związkach niesakramentalnych, oferował pomoc w doprowadzeniu ich do ołtarza. Oskarżony o złamanie dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania, w 1963 roku został aresztowany. Przewieziono go na komendę w Rzeszowie, gdzie był przesłuchiwany, a w jego mieszkaniu przeprowadzono rewizję. Był już wtedy ciężko chory – rozpoznano raka przełyku. Postawiono mu zarzut zmuszania do praktyk religijnych. Wkrótce odbył się pokazowy proces. Skazano go na karę dwóch i pół roku więzienia. Mimo złego stanu zdrowia przez kilka miesięcy był więziony. Przez kilka miesięcy odbywał karę na Zamku w Rzeszowie, a na wiosnę 1964 r. został przeniesiony do krakowskiego więzienia dla więźniów politycznych na Montelupich. Komuniści sprawę ks. Findysza wykorzystali dla zastraszenia innych niepokornych księży. W obronie uwięzionego kapłana, wymagającego natychmiastowego leczenia, interweniowały władze diecezji przemyskiej. Prokuratura odrzucała kolejne prośby i apele. Do gwałtownego pogorszenia zdrowia ks. Władysława przyczyniły się fizyczne i psychiczne tortury. Miesiące spędzone w uwłaczających ludzkiej godności warunkach i brak opieki lekarskiej wpłynęły na radykalne pogorszenie stanu jego zdrowia. Kiedy 29 lutego 1964 roku, po uchyleniu aresztu przez Sąd Najwyższy, opuszczał więzienie, był skrajnie wyczerpany. Nie rokowano mu powrotu do zdrowia. Zmarł 21 sierpnia tego roku w Nowym Żmigrodzie. Jego pogrzeb stał się okazją do manifestacji przywiązania do wiary katolickiej. Uczestniczyło w nim 130 kapłanów oraz tysiące wiernych. Ksiądz Findysz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Nowym Żmigrodzie. Komuniści nawet po jego śmierci nie dali mu spokoju. Przez wiele lat nie można było wszcząć procesu beatyfikacyjnego. Wśród parafian pozostała jednak żywa pamięć o jego posłudze. Wyróżniał się w ich przekonaniu jako wzór wypełniania obowiązków pasterskich, a zwłaszcza jako obrońca wiary i moralności chrześcijańskiej. Dopiero zmiana sytuacji politycznej po 1989 roku pozwoliła podjąć starania o beatyfikację ks. Władysława, które rozpoczęto w 2000 roku. Już 20 grudnia 2004 roku Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wydała dekret o męczeństwie ks. Findysza, ponieważ zmarł on w wyniku cierpień zadanych mu w więzieniu z powodu nienawiści do wiary (in odium fidei). 19 czerwca 2005 r., w imieniu papieża Benedykta XVI, prymas Polski kardynał Józef Glemp, podczas Eucharystii sprawowanej w Warszawie, włączył ks. Władysława w poczet błogosławionych.
Wspomnienie Maryi Królowej zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII encykliką Ad caeli Reginam (Do Królowej niebios), wydaną 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Już w czasie Soboru Watykańskiego I w roku 1869 biskupi francuscy i hiszpańscy prosili o to święto. Pierwszy Krajowy Kongres Maryjny w Lyonie (1900) prośbę tę ponowił. Uczyniły to również międzynarodowe kongresy maryjne odbyte we Fryburgu (1902) i w Einsiedeln (1904). Od roku 1923 wyłonił się specjalny ruch pro regalitate Mariæ. Początkowo wspomnienie Maryi Królowej obchodzone było w dniu 31 maja, ale w wyniku posoborowej reformy kalendarza liturgicznego przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia Maryi – 22 sierpnia. To właśnie wydarzenie ukoronowania Maryi wspominamy w piątej tajemnicy chwalebnej różańca.W Piśmie świętym nie mamy tekstu, który by wprost mówił o królewskim tytule Najświętszej Maryi Panny. Są jednak teksty pośrednie, które tę prawdę zawierają. W raju pojawia się zapowiedź Niewiasty, która skruszy głowę węża (Rdz 3, 15). Archanioł Gabriel i Elżbieta wołają do Maryi: “Błogosławiona jesteś między niewiastami” (Łk 1, 28. 43) – a więc spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi Ty jesteś pierwsza. Sama też Maryja w proroczym natchnieniu wypowiada o sobie słowa: “Oto błogosławić Mnie będą odtąd wszystkie pokolenia” (Łk 1, 48). Apokalipsa zawiera taką relację: “Potem ukazał się znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod Jej stopami, a na Jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12, 1) – tą Niewiastą, według Tradycji Kościoła, jest właśnie Maryja. Drugim źródłem naszej wiary w królowanie Maryi jest podanie ustne, które objawia się w zwyczajnym nauczaniu Kościoła i w pismach jego Ojców. Tu mamy już świadectwa wprost, a jest ich bardzo wiele. Św. Efrem (+ 373) już 1600 lat temu tak pisze o Maryi: “Dziewico czcigodna, Królowo i Pani”, “po Trójcy jest Panią wszystkich”, “jest Panią wszystkich śmiertelnych”. Samego siebie nazywa “sługą Maryi”. Św. Piotr Chryzolog (+ 451), również doktor Kościoła, nazywa Matkę Bożą “Panią” (Domina). W dawnej terminologii oznaczało to słowo godność władcy i króla. Św. Ildefons, biskup Toledo (+ 669), nazywa Maryję nie tylko Panią, ale “panującą nad wszystkimi ludźmi”. Przy tej okazji wypowiada przepiękne słowa: “Stałem się sługą Twoim, boś Ty się stała Matką mojego Stworzyciela”. Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), nazywa Maryję “Królową wszystkich mieszkańców ziemi”, a św. Jan Damasceński (+ 749) “Królową rodzaju ludzkiego” i “Królową wszystkich ludzi”, “Panią wszechstworzenia”.
Potwierdzenie powszechnej wiary w to, że Maryja jest Królową nieba i ziemi, wyraża również ikonografia chrześcijańska, która od lat najdawniejszych przedstawia Maryję na tronie, z nimbem, w którym przedstawiano tylko cesarzy. Spotykamy taki sposób przedstawiania Najświętszej Maryi Panny już od III w. w katakumbach. Na ikonach bizantyjskich od wieku VI Matka Boża jest zawsze na tronie. Tego rodzaju obrazy, a potem figury nosiły nazwę Basilissa, czyli Królowa, lub Theantrōpos, czyli Pani siedząca na tronie, mająca na kolanach Dziecię Boże. Często dla podkreślenia, że Maryja jest także Królową aniołów, przedstawiano Jej postać w ich otoczeniu. W obrazach wczesnośredniowiecznych aniołowie podtrzymują koronę nad Jej głową. Ten typ obrazów nosił grecką nazwę Panagia angeloktistos. Od X w. powszechnym zwyczajem staje się przedstawianie Maryi na tronie i z koroną, w szatach królewskich, a nawet siedzącej po prawicy Chrystusa. Od XIV w. ulubionym tematem artystów staje się scena “koronacji” Maryi przez Pana Jezusa i Boga Ojca.W VIII w. jako forma walki z obrazoburcami przyjął się zwyczaj prywatnego koronowania obrazów i figur Matki Bożej, zwłaszcza słynących szczególnymi łaskami. W 732 r. papież św. Grzegorz III ukoronował obraz Matki Bożej szczerozłotymi koronami z diamentami. Papież Grzegorz IV w roku 838 podobną koronę ofiarował Matce Bożej w kościele św. Kaliksta w Rzymie. Od XVII w. zwyczaj ten stał się urzędowo zastrzeżony Stolicy Apostolskiej. Początkowo koronacje te były zastrzeżone jedynie w stosunku do cudownych obrazów włoskich. Wkrótce jednak rozszerzono je na cały świat. Pierwszym obrazem, który doczekał się zaszczytu papieskiej koronacji, był obraz Matki Bożej w zakrystii bazyliki św. Piotra w Rzymie (1631). W Polsce tego zaszczytu dostąpił jako pierwszy obraz Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (1651), a następnie obraz Matki Bożej Częstochowskiej w roku 1717. Do najdawniejszych i najbardziej popularnych modlitw Kościoła należą “Pod Twoją obronę” (Sub Tuum præsidium) i “Witaj, Królowo” (Salve Regina) oraz Litania Loretańska, gdzie ostatnie wezwania wychwalają Matkę Bożą jako Królową. Tytuł Maryi Królowej podkreślony został także w dokumentach Soboru Watykańskiego II, szczególnie w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen gentium:
Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego (por. Ap 19,16) oraz zwycięzcy grzechu i śmierci (KK 59).Tytuł “Królowa” podkreśla stan Maryi w czasach ostatecznych jako Tej, która zasiada obok swego Syna, Króla chwały. W ten sposób wypełniły się słowa Magnificat: “Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Maryja ma uczestnictwo w chwale zmartwychwstałego Chrystusa, gdyż miała udział w Jego dziele zbawczym. Jest Jego Matką, nosiła Go w swoim łonie, urodziła Go, zadbała o Jego wychowanie, towarzyszyła Mu nieustannie podczas Jego nauczania – aż do krzyża, a potem Wieczernika w dniu Pięćdziesiątnicy. Maryja nie jest Królową absolutną, najwyższą i jedyną. Jest nad Nią Bóg i tylko On ma najpełniejsze prawo do tego tytułu. Jeśli więc Maryję nazywamy Królową, to jedynie ze względu na Jej Syna. Godność Jej Boskiego Macierzyństwa wynosi Ją ponad wszystkie stworzenia, czyni Ją Królową aniołów i wszystkich Świętych, Królową nieba i ziemi. Królewskość Maryi jest więc pośrednia. Tylko Pan Bóg jest władcą najwyższym i jedynym. Maryja ma władzę jedynie honorową i zleconą, pełni na ziemi rolę “Regentki”.
Giuseppe (Józef) Sarto urodził się 2 czerwca 1835 r. w rodzinie wiejskiego listonosza, w Riese koło Wenecji. Uczęszczając do szkoły podstawowej w Riese, uczył się równocześnie języka łacińskiego u kapelana tej wioski, ks. Alojzego Horacjusza. W 1846 r. został przyjęty do gimnazjum w Castelfranco Veneto. Codziennie musiał więc przebiegać 14 km (po 7 km tam i z powrotem do domu). Trwało to przez 4 lata (1846-1850). W 1845 r. otrzymał sakrament bierzmowania; pierwszą Komunię świętą przyjął dwa lata później, kiedy miał 12 lat. Za pieniądze kardynała Jakuba Monico Józef podjął studia w seminarium w Padwie. Przebywał tam 8 lat (1850-1858). W tym czasie zmarł jego ojciec (1852) i była obawa, że Józef będzie musiał przerwać studia, aby pomagać matce. Matka jednak zdecydowała się dorabiać krawiectwem, aby synowi nie przerywać studiów. Święcenia kapłańskie Józef otrzymał 18 września 1858 r. Pierwszą placówką młodego kapłana była kapelania w Tombolo. Wyróżniał się tam jako doskonały kaznodzieja. Dlatego zapraszano go chętnie z kazaniami z różnych okazji. Swoje kazania przygotowywał bardzo starannie, każde z nich zapisując. Budował wiernych pobożnością i gorliwością kapłańską. Opiekował się ubogimi. Po 9 latach (1858-1867) biskup przeznaczył go na proboszcza do Salvano. Tu zajął się szczególnie katechizacją dzieci, uczeniem chóru śpiewu liturgicznego i biednymi. Sam będąc wiele razy głodny jako chłopiec, umiał zrozumieć głód innych. Był tak szczodry dla ubogich, że siostra częstokroć z płaczem skarżyła się mu, że nie ma co do garnka włożyć, a wstydzi się brać w sklepie na kredyt. Miał dwóch wikariuszy do pomocy, z którymi codziennie wieczorem omawiał potrzeby parafii. Po 8 latach został zwolniony z parafii i mianowany kanonikiem w Treviso. Niebawem biskup mianował ks. Józefa Sarto swoim kanclerzem (1875). Po śmierci biskupa został wybrany na wikariusza kapitulnego diecezji (1882).
W 1884 r. papież Leon XIII mianował ks. Sarto biskupem Mantui i sam udzielił mu sakry biskupiej. Jako pasterz diecezji Józef umiał być kochającym i życzliwym dla wszystkich ojcem, ale bywał także stanowczy, kiedy tego wymagała chwała Boża. Sam przyświecał swojemu duchowieństwu przykładem modlitwy, ubóstwa i gorliwości kapłańskiej. Baczną uwagę zwrócił na seminarium duchowne, by mogli stąd wychodzić odpowiednio przygotowani do przyszłej misji kapłani. Osobiście zwizytował wszystkie kościoły i parafie diecezji, by się przekonać naocznie o ich potrzebach materialnych i duchowych. Na zakończenie wizytacji zwołał synod diecezjalny (1888), którego nie było od 250 lat. W 1891 roku urządził wielkie uroczystości w 300-lecie śmierci św. Alojzego Gonzagi, który pochodził z Mantui. W 1892 r. zmarł patriarcha Wenecji, kardynał Dominik Agostini. Leon XIII wyznaczył na jego miejsce biskupa Józefa Sarto. W trzy dni potem nowy patriarcha Wenecji otrzymał nominację na kardynała Kościoła. Całe swoje doświadczenie i gorliwość oddał do usług nowej archidiecezji. Rozwinął więc akcję katechizacji, by ją postawić na poziomie i ożywić ją we wszystkich parafiach oraz rektoratach swojej metropolii. W seminarium oprócz teologii dogmatycznej i moralnej wprowadził studia biblijne, historię Kościoła i ekonomię społeczną. Rozpoczął akcję oczyszczania muzyki kościelnej z elementów świeckich, jakie powszechnie wówczas wdarły się do liturgii. Pomagał mu w tym znany muzyk, Wawrzyniec Perosi. W roku 1895 zorganizował uroczystości jubileuszu 800-lecia konsekracji bazyliki św. Marka. W roku 1900 celebrował rocznicę 100-lecia konklawe, na którym w Wenecji został wybrany papieżem Pius VII. Jako patriarcha Wenecji mawiał do swoich kapłanów: “Głosicie wiele dobrych kazań. Niektóre zdradzają ogień najcudowniejszej wymowy i przewyższają nawet aktorów gestami i grą twarzy. Ale bądźmy szczerzy. Co mają z tego nasi biedni rybacy? Ile z tego rozumieją służące, robotnicy portowi i tragarze? Można dostać zawrotu głowy od tych hamletycznych salw huraganowych, ale serce, bracia, serce pozostaje puste. Proszę was, bracia, mówcie prosto oraz zwyczajnie, żeby i najprostszy człowiek was zrozumiał. Mówcie z dobrego i pobożnego serca, wtedy traficie nie tylko do uszu, ale i do duszy waszych słuchaczy”.
W 1903 r. zmarł wielki papież Leon XIII. 62 kardynałów po siódmym głosowaniu w dniu 4 sierpnia wybrało na jego następcę kardynała Józefa Sarto. Wybór przyjął zalany łzami. Uroczysta koronacja odbyła się 9 sierpnia. Nowy papież przyjął imię Piusa X. W dwa miesiące później (4 października 1903 r.) wydał swą pierwszą encyklikę E supremi apostolatus,
w której wyłożył program swojego pontyfikatu: odnowić wszystko w Chrystusie (instaurare omnia in Christo). W 1906 r. wydał drugą z kolei encyklikę, dotyczącą karności i reformy duchowieństwa. W 1908 r. zaprowadził reformę kurii papieskiej i zmiany w procedurze konklawe. Rozpoczął reformę prawa kanonicznego, którą dokończył papież Benedykt XV, jego następca, wydaniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (1917). W 1905 r. ukazał się Katechizm Piusa X najpierw dla diecezji rzymskiej, potem dla całego Kościoła z instrukcją o nauczaniu dzieci prawd wiary. Za pomocą listu motu proprio z 1903 r. Pius X wprowadził reformę muzyki kościelnej. Zreformował również brewiarz. Dekretem z 1905 r. zniósł konieczność przystępowania do spowiedzi przed każdym przyjęciem Komunii świętej, a dekretem Quam singulari Christus amore (z 8 sierpnia 1910 r.) obniżył wiek dzieci mogących przyjąć Komunię świętą. Z całą energią zwalczał współczesne błędy. Największym niebezpieczeństwem był modernizm – prąd, który obalał niemal wszystkie dogmaty. W encyklice Pascendi dominici gregis z 8 września 1907 r. modernizm został uroczyście potępiony, a kapłani zostali zobowiązani do składania przysięgi antymodernistycznej. Dla podniesienia wagi nauk biblijnych i dla przeciwstawienia się szerzonym błędom racjonalistycznym Pius X ustanowił Papieski Instytut Biblijny, istniejącą do dziś najwyższą szkołę biblijną (1909). Z całą stanowczością stawał w obronie Kościoła. Na tym tle doszło do gwałtownego zatargu z rządem francuskim, który w roku 1905 samowolnie zerwał konkordat z roku 1801 i usiłował narzucić Kościołowi ograniczające jego wolność prawa. Wtedy właśnie wypędzono z Francji zakonników i zlikwidowano niemal wszystkie klasztory. Papież mianował 40 biskupów na nie obsadzonych dotąd diecezjach, nie konsultując tego z rządem. Pius X bywa nazywany papieżem dzieci. Kochał je i pragnął, by jak najwcześniej spotkały się z Panem Jezusem, zanim szatan zajmie jego miejsce. Po wydaniu dekretu o wczesnej Komunii świętej otrzymał moc listów od dzieci. Pan Bóg obdarzył go także darem łask niezwykłych, m.in. uzdrawiania chorych.
25 maja 1914 r. zdołał jeszcze zwołać konsystorz i ogłosić na nim wybór 13 nowych kardynałów. Z tej okazji dał wyraz swojemu przeczuciu bliskiej śmierci z powodu choroby nerek i oskrzeli, na którą od dawna cierpiał. 28 czerwca 1914 r. padł w Sarajewie od kuli zamachowca następca tronu Austro-Węgier, Franciszek Ferdynand. Wojna wisiała na włosku. Papież wydał orędzie do państw, usiłując zatrzymać groźbę wojny. Nie udało mu się to – 28 lipca stała się ona faktem. 21 sierpnia 1914 r. o godzinie 1 w nocy papież Pius X przeniósł się do wieczności. Następnego dnia odbył się jego pogrzeb i złożenie ciała do podziemi watykańskich pod bazyliką św. Piotra. 3 czerwca 1951 r. Pius XII dokonał uroczystej beatyfikacji sługi Bożego, a w trzy lata później, 29 maja 1954 r., ten sam papież dokonał jego uroczystej kanonizacji. Ciało św. Piusa X znajduje się w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Jest on czczony jako patron esperantystów.W ikonografii św. Pius X przedstawiany jest w stroju papieskim.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
20 sierpnia
Święty Bernard z Clairvaux, opat i doktor Kościoła
Bernard urodził się w rycerskim rodzie burgundzkim, na zamku Fontaines pod Dijon (Francja) w 1090 r. Jego ojciec, Tescelin, należał do miejscowej arystokracji jako wasal księcia Burgundii. Jego matka (Aletta) była córką hrabiego Bernarda z Montbard. Jako chłopiec Bernard uczęszczał do szkoły prowadzonej przez kanoników diecezjalnych w St. Vorles, gdzie ojciec Bernarda miał swoją posiadłość. Ojciec marzył dla syna o karierze na dworze księcia Burgundii. W Boże Narodzenie Bernardowi miało się pojawić Dziecię Boże i zachęcać chłopca, aby poświęcił się służbie Bożej. Kiedy Bernard miał 17 lat (1107), umarła mu matka. Zwrócił się wówczas do Maryi, by mu zastąpiła matkę ziemską. Będzie to jeden z rysów charakterystycznych jego ducha: tkliwe nabożeństwo do Bożej Matki. Mając 22 lata wstąpił do surowego opactwa cystersów w Citeaux, pociągając za sobą trzydziestu towarzyszy młodości. Niedługo potem również jego ojciec wstąpił do tego opactwa. Żywoty Bernarda głoszą, że wśród niewiast powstała panika, iż nie będą miały mężów, bo wszystko, co było najszlachetniejsze, Bernard zabrał do zakonu. Nadmierne pokuty, jakie Bernard zaczął sobie zadawać, tak dalece zrujnowały jego organizm, że był już bliski śmierci. Kiedy tylko poczuł się nieco lepiej, wraz z 12 towarzyszami został wysłany przez św. Stefana, opata, do założenia nowego opactwa w pobliżu Aube, w diecezji Langres, któremu Bernard od pięknej kotliny nadał nazwę Jasna Dolina (Clara Vallis – Clairvaux). Jako pierwszy opat tegoż klasztoru otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 25 lat. W tym opactwie pozostał przez 38 lat jako opat. Stąd też rozpowszechniał dzieło św. Roberta (+ 1110) i św. Stefana (+ 1134) przez założenie 68 nowych opactw, toteż słusznie nadano mu tytuł współzałożyciela zakonu cystersów. Bernard nadał mu bowiem niebywały dotąd rozwój w całej Europie. Co więcej, oprócz nowych kandydatów w szeregi jego synów duchowych zaczęli się zaciągać także zwolennicy reformy z wielu opactw benedyktyńskich.
Bernard był nie tylko gorliwym opatem swojej rodziny zakonnej. Zasłynął także jako myśliciel, teolog i kontemplatyk. Umiał łączyć życie czynne z mistyką. Mając do dyspozycji na rozmowę z Bogiem tak mało czasu w ciągu dnia, poświęcał na nią długie godziny nocy. Założył około trzystu fundacji zakonnych, w tym także cysterską fundację w Jędrzejowie. Wywarł wpływ na życie Kościoła swej epoki. Był jedną z największych postaci XII wieku. Nazwano go “wyrocznią Europy”. Był obrońcą papieża Innocentego II. Położył kres schizmie Anakleta w Rzymie. Z polecenia Eugeniusza III ogłosił II krucjatę krzyżową. Napisał regułę templariuszy, zakonu powołanego w 1118 r. do ochrony pielgrzymów od napadów i stania na straży Grobu Chrystusa. Wyjednał także u papieża jej zatwierdzenie.
Bernard bardzo żywo bronił czystości wiary. Wystąpił przeciwko tezom Abelarda, znanego dialektyka, bardzo awanturniczego i zbyt intelektualizującego prawdy wiary. Skłonił go do pojednania z Kościołem. Bernard zasłynął także swymi pismami. Jest ich wiele: od drobnych rozpraw teologicznych, poprzez utwory ascetyczne, kończąc na listach i kazaniach. Z traktatów najważniejsze to: O łasce i wolnej woli, O stopniach pokory i pychy, Księga o miłowaniu Boga, Pięć ksiąg do papieża Eugeniusza III. Z jego kazań najpiękniejsze to komentarze do Pieśni nad pieśniami (1136) i O Najświętszej Maryi Pannie. Wśród listów zachował się także list do biskupa krakowskiego. Bernard wyróżniał się także nabożeństwem do Męki Pańskiej. Na widok krzyża zalewał się obfitymi łzami. Bracia zakonni widzieli nieraz, jak czule rozmawiał z Chrystusem ukrzyżowanym. Dla wyrażenia swojej miłości do NMP nie tylko pięknie o Niej pisał, ale często Ją pozdrawiał w Jej świętych wizerunkach. Powtarzał wówczas radośnie Ave, Maria! Legenda głosi, że raz z figury miała mu odpowiedzieć Matka Boża na to pozdrowienie słowami: Salve, Bernardzie! Ikonografia często przedstawia go w tej właśnie sytuacji. Nadzwyczajny dar wymowy zjednał mu tytuł “doktora miodopłynnego”.
Zmarł w Clairvaux 20 sierpnia 1153 r. Do chwały świętych wyniósł go papież Aleksander III w 1174 roku. Doktorem Kościoła ogłosił Bernarda papież Pius VIII w 1830 roku. W osiemsetną rocznicę jego śmierci Pius XII w 1953 r. wydał ku czci św. Bernarda piękną encyklikę, zaczynającą się od słów Doktor miodopłynny. Bernard jest czczony jako patron cystersów, Burgundii, Ligurii, Genui, Gibraltaru, Pelplina, a także pszczelarzy; wzywany jako opiekun podczas klęsk żywiołowych, sztormów oraz w godzinie śmierci.W ikonografii Bernard przedstawiany jest w stroju cysterskim. Jego atrybutami są m.in.: księga, krzyż opacki, krucyfiks; Matka Boża z Dzieciątkiem, narzędzia Męki Pańskiej, pióro pisarskie, różaniec, trzy infuły u stóp, rój pszczeli, ul.
Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna, w rodzinie Wojciecha i Marianny, średniozamożnych rolników. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu. Wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Od szóstego roku życia był ministrantem w kościele parafialnym. Po ukończeniu szkoły w Korczynie kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Zaowocowało to jego pracą zatytułowaną Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim. Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny. W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek). W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny. Zwiększył o 57 liczbę placówek duszpasterskich. Dzięki pomocy biskupa sufragana Karola Fischera dokonywał często wizytacji kanonicznych w parafiach. W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy. Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez św. Jana Pawła II. Papież podczas homilii mówił wtedy m.in.:Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie – tacy jak każdy z nas – którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.
18 maja 2003 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:
Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: “Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez niepokalane ręce Najświętszej Maryi Panny”. To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi Chrystusowi przez Maryję. Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. “Zdumienie – mówił – musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (…) ustanawiając Najświętszy Sakrament”. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która “w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła”; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była “tabernakulum” – pierwszym “tabernakulum” w historii (por. encyklika Ecclesia de Eucharistia, 55). Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał. Do założonego przez siebie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego pisał: “Pośród pragnień Serca Jezusowego jednym z najgorętszych jest to, by Najświętsza Jego Rodzicielka była czczona od wszystkich i miłowana, raz dlatego, że Ją Pan sam niewypowiedzianie miłuje, a po wtóre, że Ją uczynił Matką wszystkich ludzi, żeby Ona swą słodkością pociągała do siebie nawet tych, którzy uciekają od świętego Krzyża, i wiodła ich do Serca Boskiego”.Relikwie św. Józefa Sebastiana Pelczara znajdują się w przemyskiej katedrze. W szczególny sposób święty biskup jest czczony w krakowskim kościele sercanek, gdzie znajduje się poświęcona mu kaplica.W ikonografii św. Józef Pelczar przedstawiany jest w stroju biskupim.
Flawia Julia Helena Augusta urodziła się ok. 255 r. w Depanum w Bitynii (późniejsze Helenopolis). Była córką karczmarza. Została żoną (lub konkubiną – na co zezwalało ówczesne prawo rzymskie) Konstancjusza Chlorusa, zarządcy prowincji. 27 lutego pomiędzy rokiem 271 a 284 Helena urodziła mu syna Konstantyna. W 285 r. mąż Heleny udał się do Galii. Podążyła za nim Helena. Konstancjusz Chlorus musiał wykazać się niezwykłymi zaletami wodza, skoro 1 marca 293 r. został wyniesiony do godności cesarskiej przez Dioklecjana. Stary cesarz dla zapewnienia bezpieczeństwa w imperium rzymskim wobec naciskających coraz groźniej barbarzyńców germańskich podzielił imperium rzymskie pomiędzy współcesarzy: Maksymiana Herkulesa, któremu oddał w zarząd Italię; Konstancjusza Chlorusa, który otrzymał odcinek najbardziej zagrożony – Galię, Brytanię i część Germanii; Galeriusza, który otrzymał Wschód. Dla siebie cesarz zatrzymał Bliski Wschód ze stolicą w Nikomedii. Wiosną 289 r. Konstancjusz poślubił pasierbicę cesarza Maksymiana, Teodorę. Wtedy też odsunął od siebie Helenę, wstydząc się jej niskiego pochodzenia. Wyrachowanie polityczne i nacisk ze strony prawej żony wzięły górę nad uczuciem. Dla Heleny i jej syna nastały bolesne dni. Na dworze cesarskim w Trewirze byli w cieniu, ledwie tolerowani jako niepożądani intruzi. W 306 r. Konstancjusz umarł, a w jego miejsce legiony obwołały cesarzem Konstantyna. Cesarz natychmiast po swoim wyniesieniu wezwał do siebie matkę. Odtąd dzielił z nią rządy przez 20 lat. Dla wynagrodzenia Helenie krzywd, uczynił ją pierwszą po sobie osobą. Z biegiem lat pokonał swoich rywali i został jedynowładcą całego imperium rzymskiego. Najpierw doszło do wojny z Maksencjuszem, synem Maksymiana Herkulesa. Chrześcijanie opowiedzieli się za Konstantynem, gdyż Maksencjusz, podobnie jak jego ojciec, okazywał im jawną nienawiść. 28 października 312 r. doszło do bitwy o Rzym na moście Milwińskim, gdzie zginął Maksencjusz, a jego wojsko poniosło zupełną klęskę. Jako akt wdzięczności dla chrześcijan, którzy poparli go w tej wojnie, Konstantyn ogłosił w roku 313 w Mediolanie edykt tolerancyjny, deklarujący chrześcijanom całkowitą swobodę kultu, anulujący wszystkie dotychczasowe dekrety prześladowcze, wymierzone przeciwko Kościołowi. Po tym zwycięstwie Konstantyn przeniósł się do Rzymu. W 323 r. odniósł decydujące zwycięstwo nad władcą całej wschodniej części imperium, Licyniuszem. Stał się w ten sposób panem całego imperium rzymskiego.
Tymczasem Helena – prawdopodobnie około roku 315 – przyjęła chrzest. W roku 324 Helena otrzymała od syna najwyższy tytuł “najszlachetniejszej niewiasty” i “augusty”, czyli cesarzowej, jak też związane z tym tytułem honory. W znalezionych monetach z owych czasów widnieje popiersie cesarza z popiersiem Heleny, jego matki. Jej głowę zdobi korona-diadem, który nałożył na głowę matki sam kochający ją syn. Dokoła widnieje napis: “Flavia Helena Augusta”. Na innej monecie, znalezionej pod Salerno, można przeczytać inny, zaszczytny napis: “Babka cesarzy”. Byli nimi Konstans I i Konstancjusz II. Pod wpływem matki Konstantyn otaczał się na swoim dworze tylko chrześcijanami. Spośród nich mianował oddanych sobie urzędników, a w czasie orężnej rozprawy z Maksencjuszem pozwolił na sztandarach umieścić krzyże. Zakazał kary śmierci na krzyżu, kapłanów katolickich zwolnił od podatków i od służby wojskowej, wprowadził dekret o święceniu niedzieli jako dnia wolnego od pracy dla chrześcijan (321). W duchu kościelnym unormował prawo małżeńskie i zakazał trzymania konkubin (326), ograniczył też rozwody (331). Biskupom przyznał prawo sądzenia chrześcijan, nawet w sprawach cywilnych. W 326 roku Helena udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Korzystając ze skarbca cesarskiego, wystawiła wspaniałe bazyliki: Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Świętego Krzyża oraz Zmartwychwstania na Golgocie w Jerozolimie, Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej. Wstrząśnięta profanacją, jakiej na Kalwarii dokonał cesarz Hadrian, umieszczając na miejscu odkupienia rodzaju ludzkiego ołtarz i posąg Jowisza, nakazała oczyścić to miejsce i wystawiła wspaniałą bazylikę. Pilnym poszukiwaniom Heleny chrześcijaństwo zawdzięcza odnalezienie relikwii Krzyża Chrystusowego. Piszą o tym szczegółowo św. Ambroży (+ 397), św. Paulin z Noli (+ 431), Rufin (+ 410), św. Jan Chryzostom (+ 407), Sokrates (+ 450), Teodoret (+ 458) i inni. Ku czci św. Lucjana, męczennika, Helena wystawiła bazylikę w Helenopolis, a także w Trewirze i w Rzymie ku czci św. Piotra i św. Marcelina. Helena zasłynęła także z hojności dla ubogich. Szczodrze rozdzielała jałmużny dla głodnych, uwalniała więźniów, troszczyła się o powrót skazanych na banicję. Wpłynęła na syna, aby wydał osobne ustawy, gwarantujące ze strony państwa opiekę nad wdowami, sierotami, porzuconymi dziećmi, jeńcami i niewolnikami. Cesarzowa Helena zmarła między 328 a 330 rokiem w Nikomedii, gdzie chwilowo się zatrzymała. Jej ciało przewieziono do Rzymu, gdzie w pobliżu bazyliki św. Piotra i św. Marcelego, męczenników, cesarz wystawił jej mauzoleum. Od samego początku w całym Kościele doznawała czci liturgicznej. Euzebiusz, który jako kanclerz cesarski znał ją osobiście, nazywa ją “godną wiecznej pamięci”. Św. Ambroży nazywa ją “wielką panią”. Św. Paulin z Noli wychwala jej wielką wiarę. Jest patronką m.in. diecezji w Trewirze, Ascoli, Bambergu, Pesaro, Frankfurcie, miasta Bazylei; farbiarzy, wytwórców igieł i gwoździ.
W ikonografii święta Helena przedstawiana jest w stroju cesarskim z koroną na głowie lub w bogatym wschodnim stroju, czasami w habicie mniszki. Jej atrybutami są: duży krzyż stojący przy niej, krzyż, który otacza ramieniem, mały krzyż w dłoni, trzy krzyże, krzyż i trzy gwoździe, model kościoła.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
18 sierpnia 2026
Święta Helena. Zawdzięczamy jej odnalezienie Krzyża Pańskiego, oraz… Konstantyna Wielkiego
Historia Kościoła dostarczyła wielu przykładów świątobliwych matek, których wiara i gorliwa modlitwa przyczyniły się do nawrócenia „marnotrawnych synów”. Wśród przekazów obrazujących tę zasadę znajdziemy i takie, które pokazują, że powodowana wiarą w Boga matczyna miłość rodzi owoce, które smakować może już nie tylko dziedzic, ale też rzesze wyznawców Chrystusa. Z taką sytuacją spotykamy się, studiując żywot św. Heleny, matki cesarza Konstantyna I Wielkiego, która – według relacji różnych podań – przyczyniła się do odnalezienia Drzewa Świętego, na którym zawisło nasze Zbawienie.
W syryjskim tekście legendy o Judzie Kyriaku, nawróconym na chrześcijaństwo żydzie, czytamy o wizji Konstantyna, jaką ten otrzymał w ostatnią noc przed wielką bitwą. Na widok licznie zgromadzonego wojska barbarzyńców nad rzeką Dunaj cesarz zaczął odczuwać lęk. Wówczas ujrzał wyraźnie cudowne światło, które rozbłysło nad nim w kształcie krzyża, a litery ułożone przez gwiazdy oznajmiły mu: „w tym (znaku) zwyciężysz”. Poruszony tym obrazem, kazał sporządzić coś na kształt tego, co zobaczył, a następnie rozkazał nieść to przed sobą podczas boju, który zakończył się dla niego zwycięstwem.
Następnie – jak czytamy w tzw. tekście Petersburskim syryjskiej wersji legendy – po kilku dniach, kazał przywołać kapłanów rzekomych bóstw. Pokazał im znak, który mu się objawił i zapytał ich: „Do którego z bóstw należy ten znak?” Odrzekli mu: „Nie jest to znak ziemskich bóstw, które czcimy, lecz potężny Znak Boga niebios. Kiedy bowiem ten znak przechodził, wszystkie bóstwa naszych świątyń padały i rozbijały się, a ich świątynie rozpadały się”. W tym samym czasie przyszli do cesarza chrześcijanie, których słudzy przedstawili mu jako Nazarejczyków, i powiedzieli mu: „Panie, racz nas wysłuchać! To zwycięstwo, jakie zapowiedziano ci z nieba, (pochodzi) od Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, żyjącego w wieczności. Kiedy On widział, że rodzaj ludzki ginie, nie wzgardził nim, lecz zstąpił jako jedyny Bóg, aby dać życie i odkupić swoje stworzenie. On to dobrowolnie podjął cierpienie i przez swe ukrzyżowanie sprowadził nas do Boga”. Kiedy cesarz Konstantyn usłyszał te słowa, wysłał poselstwo do świętego Euzebiusza, biskupa Rzymu. A gdy już został przez niego pouczony i stał się prawdziwie wierzącym, wtedy przyjął chrzest wraz ze swą matką i wielką liczbą dworzan. Następnie z wielką radością i mocą wyznanej wiary posłał swą matkę na Wschód, aby odszukała Krzyż Chrystusa i odbudowała Jerozolimę.
Legenda o Judzie Kyriaku to jedna z trzech wersji legendy o znalezieniu Krzyża Świętego. Opowiada o przybyciu cesarzowej Heleny do Jerozolimy w poszukiwaniu Krzyża Jezusowego. Z rozkazu matki Konstantyna pięciuset uczonych w Piśmie stanęło przed cesarzową, która zaczęła ich pouczać tymi słowami:
„Zaiste nierozumni jesteście, synowie Izraela, jak mówi Pismo (por. Ps 14,1; 53,1), bo postępujecie w ślepocie waszych przodków, tych morderców, którzy twierdzili, że Chrystus nie jest Bogiem. Czytacie Prawo i Proroków, ale nie rozumiecie”. Oni odrzekli: „Czytamy i rozumiemy. Co znaczą twoje słowa skierowane do nas, o Pani?” Mów do nas jaśniej i daj nam poznać, abyśmy również mogli odpowiedzieć twemu majestatowi według naszych możliwości”. Odrzekła im: „Idźcie i wybierzcie ludzi, którzy są najlepszymi znawcami Prawa”. Po odejściu mówili oni między sobą: „Dlaczego cesarzowa nałożyła na nas tak wielkie zadanie?”
Gdy tak zaskoczeni intencją Heleny dysputowali, jeden z nich (Juda) stwierdził, że szuka ona drzewa Krzyża. Wtedy żydzi posłali go do cesarzowej, on jednak nie umiał wskazać miejsca, gdzie pogrzebano zostało drzewo Krzyża. Za to rodzicielka cesarza wrzuciła Judę do studni na siedem dni. Wtedy to bowiem nieszczęśnik zdecydował się spełnić wolę Heleny: udał się na Golgotę i prosił Boga, by wskazał mu miejsce, gdzie ukryty został poszukiwany skarb. Bóg odpowiedział na modlitwę i objawił wołającemu o pomoc miejsce, w którym znalezione zostały trzy krzyże. Prawdziwy rozpoznano po cudzie wskrzeszenia, jaki stał się za jego przyczyną. Po tym wydarzeniu Juda się nawrócił, przyjął chrzest i nawet został biskupem Jerozolimy. Czyniąc zadość woli Heleny Juda Kyriakos, czyli przynależący do Chrystusa, odnalazł też gwoździe, którymi przebite były niegdyś dłonie Syna Bożego. Cesarzowa natomiast zbudowała w miejscu odnalezienia drzewa Krzyża kościół. Gdy się to wszystko spełniło, Helena rozkazała wypędzić żydów z Jerozolimy i Judei, a dzień odnalezienia Krzyża świętować co roku.
Zainteresowanie legendą o odnalezieni Krzyża przez cesarzową Helenę wzrosło, gdy światło dzienne ujrzał jej przekład łaciński (1889 r.), zapisał ją po grecku Gelazjusz, biskup Cezarei Palestyńskiej (ok. 390 r.) Również publikacja zawartej w rękopisach syryjskich wersji, stanowiącej lokalną adaptację legendy o Helenie, przyczyniła się do wzrostu zainteresowania wątkiem cesarzowej w odnalezieniu drzewa Krzyża. Współcześnie dyskurs wokół tej problematyki wiąże znalezienie relikwii z budową bazyliki Konstantyna na Golgocie. Nie rozstrzygnięty pozostaje udział Cesarzowej w tym wydarzeniu. Niektórzy badacze twierdzą, że legenda należy do liturgii jerozolimskiej i była czytana w święto Znalezienia Krzyża (13 września). Inni, że dopiero w 2. Poł. IV wieku połączono fakt odnalezienia Krzyża z imieniem cesarzowej Heleny, a twórcą legendy był żyjący w IV w. Cyryl, patriarcha Jerozolimy.
Niezależnie od sygnalizowanych powyżej wątpliwości warto zwrócić uwagę na osobę św. Heleny, którą św. Ambroży nazwał „Wielką Panią”, a Paulin z Noli, biskup i poeta, wychwalał za jej wielką wiarę. Matkę Konstantyna cechowało niezwykle miłe usposobienie. Za wszelkie okazane synowi dobro ten wynagrodził ją w stosownym czasie tytułem Cesarzowej, która miała realny wpływ na to, co dzieje się w państwie, gdyż Konstantyn bardzo liczył się z jej zdaniem. W otoczeniu władcy przebywało wielu chrześcijan, jako że wyznawcy Chrystusa stanowili w tym czasie wcale niemałą grupę poddanych. Pod ich wpływem przyszła Święta Kościoła katolickiego i prawosławnego przyjęła chrzest (ok. 311-315). Pragnienie czynienia dobrych uczynków Cesarzowa spełniała, włączając się – jak to byśmy dzisiaj powiedzieli – w dzieła charytatywne. I tak, rozdawała jałmużnę ubogim, uwalniała więźniów, pomagała banitom w powrocie do ojczyzny. Stosunek matki Konstantyna do bliźnich wyrażają upamiętniające jej czyny ówczesne monety, na których Helena przedstawiona jest jako uosobienie miłosierdzia, przygarniająca do siebie sieroty. W dokumentach pisano o niej: piissima (najpobożniejsza), venerabilis (czcigodna) czy też clementissima (najłaskawsza).
Trudno dzisiaj dokładnie oszacować wpływ św. Heleny na zarządzenia państwowe wychodzące z cesarskiej kancelarii, podejrzewać jednak należy, że był on wcale niemały. I choć cesarz Konstantyn odwlekał przyjęcie Chrztu świętego do ostatnich dni swojego życia (337 r.), to stanowione przez niego prawo wychodziło naprzeciw potrzebom wyznawców Chrystusa, by wspomnieć tylko o wydanym w 313 r. edykcie mediolańskim, dającym swobodę wyznania chrześcijan, zakazie wykonywania kary śmierci przez ukrzyżowanie, ustanowieniu niedzieli jako dnia świątecznego, wolnego od pracy dla wiernych Kościoła, zwolnieniu kapłanów chrześcijańskich z podatków i służby wojskowej, zatwierdzeniu nowego prawa małżeńskiego, które ograniczało możliwość rozwodu, wprowadzało karę śmierci dla cudzołożników, zakazywało trzymania konkubin, jak też otaczało opieką sieroty i wdowy. Pozostałe rozporządzenia zabraniały też znęcania się nad niewolnikami czy organizowania walk gladiatorów, natomiast sądownictwo chrześcijan, nawet w sprawach czysto świeckich, oddano w ręce biskupów.
Helena zmarła przy boku syna w Nikomedii między 327 a 330 r., w wieku około osiemdziesięciu lat. Na ostatniej drodze oddano należne Cesarzowej honory. Jej szczątki przewieziono do Rzymu, a następnie umieszczono w pięknym sarkofagu w mauzoleum przy via Lavicana. Od chwili śmierci rozwijał się kult Cesarzowej, którą Euzebiusz z Cezarei, kanclerz na dworze cesarskim, nazwał „godną wiecznej pamięci” W martyrologium rzymskim napisano, że Kościół obchodzi uroczystość „świętej Heleny, matki bogobojnego Konstantyna Wielkiego, który pierwszy dał wszystkim władcom wspaniały przykład, jak należy bronić Kościoła i jak go rozszerzać”. Historia dwojga władców Imperium Romanum pokazuje, że matczyna miłość i synowskie oddanie staje się motorem napędowym dziejów, gdy nad tak niezwykłą relacją świeci Słońce Sprawiedliwości, jakim jest Chrystus. Być może na ten osobliwy układ wpływ wywarło Słowo Boże, które poucza nas w Księdze Przysłów „Synu mój, słuchaj napomnień ojca i nie odrzucaj nauk swej matki, gdyż one ci są wieńcem powabnym dla głowy i naszyjnikiem cennym dla szyi” (1, 8-9).
Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl
pytanie:
In hoc signo vinces („pod tym znakiem zwyciężysz”) – słowa, jakie pod świecącym krzyżem na niebie miał usłyszeć Konstantyn Wielki w czasie marszu na Rzym, przed stoczeniem bitwy z Maksencjuszem, tzw. bitwy przy moście Mulwijskim w 312 roku. A więc: nad Dunajem czy na Tybrem. “Zainteresowanie legendą o odnalezieni Krzyża przez cesarzową Helenę wzrosło, gdy światło dzienne ujrzał jej przekład łaciński (1889 r.), zapisał ją po grecku Gelazjusz, biskup Cezarei Palestyńskiej (ok. 390 r.)” Przecież to różne epoki: 1889 i 390.
Jacek urodził się w Kamieniu Śląskim, w ziemi opolskiej, na krótko przed 1200 rokiem. Był synem szlacheckiego, możnego rodu Odrowążów, krewnym biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża i jego następcy, Jana Prandoty, również Odrowąża. Pierwsze nauki pobierał zapewne w Krakowie w szkole katedralnej. Być może jego nauczycielem był bł. Wincenty Kadłubek, który w kapitule krakowskiej mógł wówczas sprawować godność kanonika scholastyka (1183-1206). Jacek zamieszkał wtedy u stryja Iwona. Po ukończeniu szkoły katedralnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pełki lub bł. Wincentego. W 1219 r. był już kanonikiem krakowskim – został mianowany nim przez Iwona. Jest rzeczą prawdopodobną, że Iwo wysłał przedtem Jacka na studia teologiczne i prawa kanonicznego do Paryża i Bolonii. Sam wykształcony w Paryżu i w Vicenza, chciał, by i jego bratanek zdobył wiedzę i nabrał europejskiej ogłady. Jednak o tym źródła milczą. W 1215 r. biskup Iwo – przebywając jako kanclerz księcia Leszka Białego na Soborze Laterańskim – poznał św. Dominika Guzmana. Po raz drugi zetknął się ze św. Dominikiem być może w Rzymie, kiedy w roku 1216 stał na czele delegacji polskiej, która miała złożyć hołd (obediencję) nowemu papieżowi Grzegorzowi IX. Wtedy prawdopodobnie wyraził życzenie, aby św. Dominik wysłał także do Polski swoich duchowych synów. Na to zapewne otrzymał odpowiedź, aby przysłał z Polski kandydatów. Kiedy więc Iwo został biskupem krakowskim (1218), udał się do Rzymu ze swymi kanonikami Jackiem i Czesławem. Iwo wrócił do Polski, a Jacek i Czesław pozostali w Rzymie u boku św. Dominika.
Nakaz nowicjatu wtedy jeszcze nie istniał. Pojawił się on w zakonie św. Dominika dopiero w 1244 r. Dlatego po krótkim pobycie w rzymskim klasztorze św. Sabiny Dominik mógł obu kandydatów obłóczyć w habit z myślą rychłego wysłania ich do Polski. Bezpośrednią przyczyną decyzji wstąpienia do dominikanów przez Jacka i Czesława miały być niezwykłe wydarzenia, których obaj mężowie byli świadkami. W klasztorze św. Sabiny w Rzymie ujrzeli pewnego dnia św. Dominika w czasie Mszy świętej, uniesionego w ekstazie w górę. Tego właśnie dnia św. Dominik wskrzesił Napoleona, siostrzeńca kardynała Stefana, co głośnym echem odbiło się w Rzymie. Jacek i Czesław odbyli jedynie półroczny okres próby, po którym złożyli śluby na ręce św. Dominika. Jeszcze tego samego roku (1219) jesienią Dominik wysłał obu Polaków do Bolonii. Szli pieszo o żebranym chlebie, jak to było wówczas w zakonie w zwyczaju, a nie konno, jak w czasie, gdy przybywali do Rzymu w orszaku biskupa Iwona. W Bolonii znajdował się wówczas główny i największy klasztor Zakonu Kaznodziejskiego. Pozostali tam rok, dokształcając się duchowo i umysłowo w obserwancji zakonu. Zdaniem niektórych pisarzy, dopiero teraz w roku 1220 lub nawet w 1221 Jacek i Czesław złożyli śluby, a nie w roku 1219. W maju 1221 r. w same Zielone Święta wzięli, być może, udział w kapitule generalnej Zakonu, na której utworzono pięć prowincji. W roku 1221 św. Dominik lub jego pierwszy następca, bł. Jordan z Saksonii, wysłał grupę 4 braci do Polski. Prowincjałem ustanowił Pawła Węgra. Ponieważ ten musiał chwilowo zostać w Bolonii, na czele wyprawy ustanowił Jacka. Do Polski udali się więc pieszo Jacek, Czesław, Herman i Henryk Morawianin. Jacek niósł ze sobą, jak to było w zwyczaju, odpis bulli papieskiej polecającej biskupom nowy zakon. Za nimi po pewnym czasie podążył Paweł Węgier. Jacek po drodze zatrzymywał się z towarzyszami swymi po klasztorach i domach księży. W miasteczku Fryzak na pograniczu Styrii i Karyntii zatrzymali się na dłuższy czas u kanoników regularnych. Kilku członków tego zakonu wstąpiło do nowej rodziny zakonnej św. Dominika. Jacek zostawił więc we Fryzaku jednego z kapłanów i brata Hermana Niemca wraz z nowymi kandydatami, a sam udał się do Lorch koło Linzu w Austrii. Stąd podążył do Pragi Czeskiej. Biskup Pragi przyjął ich bardzo serdecznie i prosił, by tam zostali. Ponieważ nie było jeszcze konkretnych propozycji, Jacek udał się z towarzyszami dalej do Krakowa. Podróż Jacka z towarzyszami z Bolonii do Krakowa trwała kilka miesięcy. To świadczy o tym, że Jacek nie miał jeszcze konkretnego planu działania. Św. Dominik polecił mu badać po drodze możliwości pozyskiwania nowych członków i zakładanie nowych placówek. Jacek uczynił to najpierw we Fryzaku, a w kilka lat potem duchowi synowie św. Dominika założą również klasztor w Pradze i we Wrocławiu.
Jesienią 1221 r. (6 sierpnia tego roku zmarł św. Dominik, jego następcą został wybrany bł. Jordan z Saksonii) Jacek z towarzyszami znalazł się w Krakowie. 1 listopada w Krakowie pierwszych synów św. Dominika uroczyście przyjął biskup Iwo. Zamieszkali oni początkowo na Wawelu, na dworze biskupim. 25 marca 1222 r. było już gotowe skromne zabudowanie przy kościółku Świętej Trójcy. Tam też uroczyście przenieśli się dominikanie. Jacek natychmiast zabrał się do budowy klasztoru i kościoła. Poprzedni kościół był drewniany i zbyt mały. Całość była gotowa w roku 1227. Koszty poniósł w całości biskup Iwo. Konsekracji nowego kościoła dokonał legat papieski kardynał Grzegorz Krescencjusz. W 1227 r. biskup Iwo dokonał uroczyście aktu przekazania fundacji. Dokument ten zachował się szczęśliwie po nasze czasy. Kiedy w dwa lata potem (1229) zmarł biskup Iwo w czasie swojej podróży do Włoch, dominikanie z wdzięczności sprowadzili jego ciało do Polski i umieścili je w swoim kościele w Krakowie. Biskup zażywał tak wielkiej czci, że oddawano mu cześć jako błogosławionemu aż do wydania dekretu przez papieża Urbana VIII (1634), który zabraniał oddawania czci osobom, które nie otrzymały oficjalnej aprobaty Stolicy Apostolskiej. Biskup Iwo darzył wielką czcią św. Dominika i sam zamierzał wstąpić do dominikanów krakowskich. Wystarał się nawet o zgodę papieża Honoriusza III (+ 1227). Jednak na wieść o tym z Polski posypały się protesty i papież zezwolenie swoje wycofał. Zachowały się listy papieża z grudnia 1223 r., pisane do biskupa Wrocławia i do kapituły krakowskiej, w których papież wyjaśnia, dlaczego najpierw wyraził swoją zgodę, a teraz ją cofa. W roku 1225 przeorem w Krakowie został mianowany Gerard. Prowincjałem polsko-węgierskim był wówczas po Pawle Węgrze Teodoryk. Być może Jacek w tym czasie był już na Pomorzu, gdzie w Gdańsku i w okolicy miasta rozwijał żywą działalność. Zakon cieszył się niebywałym wzięciem. Garnęło się w jego szeregi wiele wybitnych jednostek. W bardzo krótkim czasie zaczęły się więc także mnożyć klasztory. Już w 1226 r. powstała odrębna prowincja polska. Jej pierwszym przełożonym został były student uniwersytetu paryskiego, Gerard. Na pierwszej kapitule prowincjalnej uchwalono wysłanie dominikanów do Pragi, Wrocławia, Kamienia Pomorskiego, Gdańska i Sandomierza. To, że kapituła uchwaliła założenie klasztorów w Gdańsku i Kamieniu Pomorskim, mogło być zasługą Jacka. Do Pragi został wysłany bł. Czesław, który jeszcze w tym samym roku założył tam klasztor, a w roku 1230 – w Iławie. W 1226 r. bł. Czesław założył konwent we Wrocławiu. W 1228 roku Jacek został wybrany na kapitule prowincji delegatem na kapitułę generalną. Udał się więc w podróż w towarzystwie przeora konwentu sandomierskiego, Marcina, i prowincjała, Gerarda. Kapituła odbyła się w Paryżu. Wybór Jacka na delegata prowincji świadczy, że cieszył się on wówczas wielkim autorytetem. Na kapitule paryskiej wydzielono 6 klasztorów jako odrębną prowincję polską. Należały do niej domy w Krakowie, Gdańsku, Kamieniu Pomorskim, Sandomierzu, Pradze i we Wrocławiu. Liczba polskich dominikanów wynosiła wtedy ok. 50.
W latach 1233-1236 głową polskiej prowincji był bł. Czesław. Jacek w tym czasie zakładał placówki dominikańskie na Pomorzu. Polska prowincja, zatwierdzona ostatecznie na kapitule generalnej w 1228 roku jako dwunasta z kolei, przeżywała swój prawdziwy rozkwit. Na Pomorzu dominikanów przyjął życzliwie książę Świętopełk. Powstały konwenty w Gdańsku i w Kamieniu Pomorskim (po roku 1225), w Chełmie i w Płocku (1233), w Elblągu (1236), potem w Toruniu, a nawet w Rydze, Dorpacie i Królewcu. Jacek ustanowił przełożonym nad klasztorami pomorskimi swojego ucznia, Benedykta, a nad klasztorami litewskimi – Wita. Obaj do czasu wydania wspomnianego wcześniej dekretu papieża Urbana VIII (1634) cieszyli się chwałą błogosławionych. Wierny swoim założeniom ewangelizacji, zaraz po kapitule generalnej Jacek udał się na prawosławną Ruś, gdzie założył klasztor w Kijowie (po roku 1228). Misja ta musiała rokować wielkie nadzieje, skoro z tego czasu mamy aż pięć bulli papieskich. Jednak w 1233 r. książę kijowski, podburzony przez prawosławnych kniaziów, zlikwidował na pewien czas placówkę kijowską. Powodzeniem cieszyła się placówka dominikańska w księstwie suzdalskim pod Moskwą i w Haliczu, gdzie Jacek założył również konwent (1238). Według tradycji dominikańskiej, trzy lata wcześniej powstał ośrodek dominikański także w Przemyślu (1235). Po Krakowie, Gdańsku i Kijowie przyszła kolej na Prusy. Systematyczną pracę nad nawróceniem Prusaków rozpoczęli już cystersi z Łekna od roku 1206. Ich trud misyjny wydawał pewne owoce. Z czasem jednak okazało się, że Prusacy są silniejsi. Konrad Mazowiecki sprowadził więc w 1226 r. do Polski Krzyżaków. Ci, zaraz po przybyciu na Mazowsze zwrócili się do generała Zakonu Kaznodziejskiego, bł. Jordana, o kapłanów tak dla własnej obsługi, jak też dla prowadzenia misji. Z polecenia generała chętnie Krzyżakom z pomocą pospieszyli dominikanie z klasztorów w Gdańsku, Chełmnie i Płocku. W tej akcji misyjnej brał żywy udział Jacek, który nie mógł przewidzieć przewrotnych planów Krzyżaków, którzy zagarniali tereny oczyszczone z pogaństwa dla siebie. 2 października 1233 r. odbył się w Kwidzynie zjazd, w którym wzięli udział przywódcy krzyżaccy, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki, arcybiskup gnieźnieński Pełka i bł. Czesław – ówczesny prowincjał polski. Był na tym zjeździe również Jacek. Omawiano na nim plan akcji nawrócenia Prus. Zaborcza polityka Krzyżaków prawdopodobnie zniechęciła Jacka do dalszego angażowania się w akcję misyjną w Prusach.
Jak wielki wpływ zdobyli dominikanie w tym czasie, świadczy to, że na cztery biskupstwa, założone na obszarze Prus w XIII w., trzy były w ręku dominikanów: biskupem Chełmna został były prowincjał polski, Henryk z Lipska (1245), diecezję pomezańską (Kwidzyn) otrzymał dominikanin Ernest (1249), a biskupem sambijskim (w Królewcu) został Theward (1251). Biskupem na Litwie w Wilnie został uczeń Jacka, Wit. Książę litewski Mendog przyjął chrzest i otrzymał z rąk papieża Innocentego IV koronę królewską (1253). W tym samym czasie książę ruski, Daniel, przystąpił do unii z Kościołem rzymskim i otrzymał z rąk tegoż papieża koronę (1253). Wcześniej, w 1248 r., zostali wyświęceni na biskupów inni uczniowie Jacka: Henryk dla Jaćwingów, Bernard dla Halicza i Gerard dla reszty Rusi. Były starania, aby w Łukowie utworzyć stałe biskupstwo dla nawracania pogańskich Jadźwingów. Wreszcie biskupem łotewskim został mianowany inny uczeń Jacka, Meinard. Wszyscy wymienieni biskupi cieszyli się chwałą błogosławionych. Niestety, piękne dzieło na Rusi zniszczył najazd Tatarów. W 1241 r. padły ich ofiarą klasztory w Haliczu i Kijowie. Litwę źle usposobił przeciwko chrześcijaństwu zaborczy i bezwzględny zakon Krzyżaków, tak że odpadła wtedy od Kościoła. Podobnie stało się z Jaćwingami. Prusaków zaś Krzyżacy do tego stopnia zniszczyli, że pozostała po nich zaledwie nazwa. Według listy cudów, jakie nam zostawił biograf Jacka – lektor dominikański, o. Stanisław – wynika, że od roku 1240 Jacek mieszkał już w konwencie krakowskim. Przyczyną zaprzestania tak rozległej i dynamicznej akcji mogła być niechęć prawosławnych książąt ruskich, najazd Tatarów na Ruś i zaborcza polityka Krzyżaków, którzy paraliżowali wszelkie misyjne wysiłki polskich dominikanów. Zachowały się dwa dokumenty z lat 1236 i 1238, które zawierają podpis Jacka. Przyznają one Krzyżakom przywileje odnośnie ziem pruskich. Jacek występuje w nich jako świadek. Dowodzi to, że piastował wtedy jakiś urząd, przez co jego podpis był konieczny. Jednak rychło Jacek zawiódł się na zakonie rycerskim. Jako prawy syn św. Dominika nie mógł zrozumieć, że można ideę misyjną tak dalece wypaczyć.Lektor Stanisław podaje, że Jacek zmarł w Krakowie w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1257 r. po dłuższej chorobie. Być może forsowne podróże misyjne, w ówczesnych warunkach bardzo prymitywne i męczące, zniszczyły jego organizm. W tym czasie liczba klasztorów dominikańskich dochodziła do 30, w tym liczba konwentów, czyli pełnych, kanonicznych klasztorów, dochodziła do 20: w Polsce, w Prusach i na Pomorzu było ich 12, w Czechach i na Morawach – 8, a 10 klasztorów – na Śląsku. Liczba zakonników była szacowana na 300-400. Prowincja czeska została wyłoniona z polskiej dopiero w roku 1311.
Jacek musiał swoim braciom zostawić wzór niezwykłej świętości i zakonnej obserwancji, skoro od samego początku jego grób był otoczony wielką czcią i otrzymywano przy nim niezwykłe łaski. W zapiskach konwentu krakowskiego z roku 1277 czytamy taki fragment: “W klasztorze krakowskim leży brat Jacek, mocen wskrzeszać zmarłych”. Rozpoczęto także starania o kanonizację, jak świadczy o tym fakt prowadzenia księgi cudów. Księga ta, prowadzona przy grobie Jacka w latach 1257-1290, przytacza ponad 35 niezwykłych wypadków. Jednak najazdy tatarskie, a potem walki o tron krakowski i dalsze wypadki sprawiły, że dopiero w XV w. ponowiono starania w Rzymie. Wskutek tych działań papież Klemens VII w roku 1427 zezwolił na obchodzenie święta św. Jacka w prowincji polskiej. Intensywne dalsze starania poparte przez królów polskich Stefana Batorego i Zygmunta III dały rezultat. 17 kwietnia 1594 r. papież Klemens VIII zaliczył uroczyście Jacka w poczet świętych. Jacek był siódmym z kolei dominikaninem wśród świętych, a piątym spośród Polaków wyniesionych na ołtarze. Relikwie św. Jacka spoczywają w osobnej kaplicy w kościele Świętej Trójcy w Krakowie w okazałym grobowcu. Kiedy w roku 1612 została utworzona dominikańska prowincja ruska, otrzymała za patrona św. Jacka. Św. Jacek jest otaczany czcią nie tylko w Polsce (zwłaszcza w Krakowie i na Śląsku), ale również w całej Europie, a także w obu Amerykach i Azji. Jak głosi tradycja, Jacek Odrowąż nie przyjmował żadnych godności zakonnych. Skupił się na ważnych celach zakonu dominikańskiego na terenie Polski. Jego życie było przepełnione czcią dla Matki Bożej. Legenda głosi, że kiedy musiał w czasie najazdu Tatarów na Kijów opuścić miasto, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, aby go uchronić od zniewagi. Wtedy z wielkiej kamiennej figury miała odezwać się Matka Boża: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?” “Jakże Cię mogę zabrać, Matko Boża, kiedy Twoja figura jest tak ciężka?” Jednak na polecenie z nieba, kiedy uchwycił figurę, miała okazać się bardzo lekką. W kościele dominikanów w Krakowie pokazują dużą statuę kamienną pod nazwą “Matki Bożej Jackowej”.W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie dominikańskim, z monstrancją w jednej ręce i figurą Matki Bożej w drugiej.
Prawda o Wniebowzięciu Matki Bożej stanowi dogmat naszej wiary, choć formalnie ogłoszony stosunkowo niedawno – przez papieża Piusa XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus:“…powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105)
Orzeczenie to papież wypowiedział uroczyście w bazylice św. Piotra w obecności prawie 1600 biskupów i niezliczonych tłumów wiernych. Oparł je nie tylko na innym dogmacie, że kiedy przemawia uroczyście jako wikariusz Jezusa Chrystusa na ziemi w sprawach prawd wiary i obyczajów, jest nieomylny; mógł je wygłosić także dlatego, że prawda ta była od dawna w Kościele uznawana. Papież ją tylko przypomniał, swoim najwyższym autorytetem potwierdził i usankcjonował.Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę. Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to “jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: “Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”. U Ormian uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. Liturgia ormiańska na ten dzień mówi m.in.: “Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (…) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna”. W liturgii abisyńskiej, czyli etiopskiej, w tę uroczystość Kościół śpiewa: “W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani”. 15 sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Chaldejczycy, Syryjczycy i maronici. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa Wniebowzięcie ciała Matki Bożej do nieba.
Różne bywają nazwy tej uroczystości: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie, Odpocznienie Maryi. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego także Pius XII w swojej konstytucji apostolskiej nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz “zasypiając”.Warto przytoczyć dość jasne wypowiedzi Ojców Kościoła na temat wniebowzięcia Maryi. Na Zachodzie pierwszą wzmiankę o tym niezwykłym przywileju Maryi podaje św. Grzegorz z Tours: (+ 594):I znowu przy Niej stanął Pan, i kazał Jej przyjąć święte ciało i zanieść w chmurze do nieba, gdzie teraz połączywszy się z duszą zażywa wraz z wybranymi dóbr wiecznych, które się nigdy nie skończą.Św. Ildefons (+ 667):Wielu przyjmuje jak najchętniej, że Maryja dzisiaj przez Syna Swego (…) do pałaców niebieskich z ciałem została wyniesiona.Św. Fulbert z Chartres (+ 1029) pisze podobnie:Chrześcijańska pobożność wierzy, że Bóg Chrystus, Syn Boży, Matkę swoją wskrzesił i przeniósł Ją do nieba.Św. Piotr Damiani (+ 1072) tak opiewa wielkość tajemnicy dnia Wniebowzięcia:Wielki to dzień i nad inne jakby jaśniejszy, w którym Dziewica królewska została wyniesiona do tronu Boga Ojca i posadzona na tronie. (…) Budzi ciekawość aniołów, którzy Ją pragną zobaczyć. Zbiera się cały zastęp aniołów, aby ujrzeć Królową, siedzącą po prawicy Pana Mocy w szacie złocistej w ciele zawsze niepokalanym.Z innych świętych można by wymienić: św. Anzelma (+ 1109), św. Piotra z Poitiers (+ 1112), św. Bernarda (+ 1153) i św. Bernardyna (+ 1444).
Najpiękniej jednak o tej tajemnicy piszą Ojcowie Wschodu. Św. Jan Damasceński (+ ok. 749) podaje, jak cesarzowa Pulcheria (ok. roku 450) wystawiła kościół ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu i prosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o relikwie Matki Bożej. Juwenalis odpisuje jej na to, że relikwii takich nie ma, gdyż ciało Jej zostało wzięte do nieba “jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania”.Z kolei św. Jan Damasceński opisuje śmierć Maryi Panny w otoczeniu Apostołów:Kiedy zaś dnia trzeciego przybyli do grobu, aby opłakiwać Jej zgon, ciała już Maryi nie znaleźli.Kazanie swoje kończy refleksją:To jedynie mogli pomyśleć, że Ten, któremu podobało się wziąć ciało z Dziewicy Maryi i stać się człowiekiem; Ten, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem. (…) W czasie tego wniebowzięcia, o Matko Boża, wojska anielskie przejęte radością i czcią okryły swoimi skrzydłami Twoje ciało, wielki namiot Boży.Św. Modest, biskup Jerozolimy (+ 634), niemniej pewnie opowiada się za tajemnicą Wniebowzięcia Maryi:Jako najchwalebniejszą Matkę Chrystusa, Zbawcy naszego, który jest dawcą życia i nieśmiertelności, wskrzesił Ją z grobu i wziął do siebie w sposób sobie wiadomy.Św. Andrzej z Krety (+ 740):Był to zaiste nowy widok, przechodzący siły rozumu, gdy niewiasta, która swoją czystością przewyższała niebian, w ciele (swoim) weszła do niebieskich przybytków. Jak przy narodzeniu Chrystusa nienaruszonym był Jej żywot, tak samo po Jej śmierci nie rozsypało się Jej ciało. O dziwo! Przy porodzeniu pozostała nieskażoną i w grobie również nie uległa zepsuciu.Św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), w kilku kazaniach sławi tę tajemnicę, a nawet opisuje przymioty ciała Maryi po Jej wzięciu do nieba:Najświętsze ciało Maryi już powstaje z martwych, jest lekkie i duchowe, gdyż zostało już przemienione na zupełnie nieskazitelne i nieśmiertelne. (…) Tak jak napisano, jesteś piękna i Twoje dziewicze ciało jest święte, jest przybytkiem Boga i dlatego zostało zachowane od obrócenia się w proch. (…) Niemożliwym było, aby Twoje ciało, to naczynie godne Boga, w proch się rozsypało po śmierci. (…) Ciało Twoje dziewicze jest całkiem święte, choć jest ciałem ludzkim. Ponieważ dostąpiło najdoskonalszego żywota nieśmiertelnego (…), nie może ulec śmierci.Św. Kosma, biskup z Maiouma (+ 743), mówi:Rodząc Boga, Niepokalana, zdobyłaś palmę zwycięstwa nad naturą, (…) zmartwychwstałaś dla wieczności. Grób i śmierć nie mogą zatrzymać pod swoją władzą Bogurodzicy.
Teolodzy Kościoła usiłują nie tylko stwierdzić fakt istnienia tej tajemnicy, ale także go uzasadnić. O tej tajemnicy pisali św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Jan Gerson (+ 1429), Suarez (+ 1617) i inni. Kiedy w XV w. Jan Marcelle w kazaniu na Wniebowzięcie Maryi wypowiedział zdanie, że “nie jesteśmy wcale zobowiązani pod grzechem śmiertelnym wierzyć, że Maryja została z ciałem do nieba wziętą”, gdyż nie jest to dogmat, cały fakultet uniwersytetu paryskiego wystąpił z całą stanowczością przeciwko niemu i zażądał, by te słowa odwołał, gdyż tego rodzaju wypowiedź pobrzmiewa herezją i jest sprzeczna z ogólnie wyznawaną prawdą. Pisarze kościelni podkreślają, że skoro Matka Chrystusowa była poczęta bez grzechu, skoro Bóg obdarzył Ją przywilejem Niepokalanego Poczęcia, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Śmierć bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień. Dlaczego jednak dopiero od VI w. ta prawda przenika tak mocno świadomość wierzących? W Kościele jest więcej takich prawd, które rozwijały się i zostały wyjaśnione definitywnie później. Tak było np. odnośnie do osoby Jezusa Chrystusa, gdy występowano przeciwko Jego naturze Boskiej, przeciwko prawdzie o Jego dwóch naturach, dwóch wolach (arianizm, nestorianizm, monofizytyzm), a nawet przeciwko Jego naturze ludzkiej. Ogłoszenie prawdy o wniebowzięciu Maryi jako dogmatu wiary było przypieczętowaniem i ukoronowaniem starożytnej tradycji Kościoła.
Według Tradycji Matka Boża ostatnie lata swego życia spędziła w Jerozolimie w pobliżu Wieczernika albo w Efezie. Większość badaczy przychyla się do pierwszej możliwości. Istnieje przekaz, że św. Jan Apostoł opuścił Ziemię Świętą w czasie pierwszego wielkiego prześladowania Kościoła w roku 34 i udał się z Maryją do Efezu. Chciał Ją w ten sposób uchronić przed niebezpieczeństwami prześladowań. Jednakże w pierwotnej literaturze chrześcijańskiej nie ma żadnej wzmianki o takiej podróży. Ponadto ustalono, że św. Jan udał się do Efezu dopiero ok. 68 roku, Maryja miałaby więc wtedy około 85-90 lat. Św. Paweł Apostoł, który wkrótce po śmierci Chrystusa przybył do Efezu, nic nie wspomina, aby przed nim w tym mieście był św. Jan z Maryją. Nie napotkał tam też żadnych śladów chrześcijaństwa. Apokryficzne Acta Johannis z drugiej połowy II w. wspominają, że Jan, gdy przybył do Efezu, sam był już stary, nie ma też żadnej wzmianki, by Maryja była tam z nim. Aeteria, pątniczka nawiedzająca miejsca święte w latach 385-386, wspomina, że Jan był pogrzebany w Efezie, natomiast nie wie nic, aby tam był grób Maryi. Pseudo-Dionizy Areopagita pisze, że w czasie swojej pielgrzymki do Ziemi Świętej w roku 363-364 dowiedział się od św. Cyryla Jerozolimskiego, patriarchy Jerozolimy, że grób Maryi był w Jerozolimie w Dolinie Jozafata. Podobny opis zawiera apokryf Księga Jana z IV w. W apokryfie tym jest mowa o tym, że Maryja umarła śmiercią naturalną w Jerozolimie, została pogrzebana u stóp Góry Oliwnej w Dolinie Jozafata i że została wzięta do nieba. Wszystkie znane starożytne apokryfy wskazują, że grób Maryi jest w Getsemani w Dolinie Jozafata. Obecnie znajduje się tam kościół, którym opiekują się prawosławni Grecy.
Kult Maryi Wniebowziętej był w Kościele bardzo żywy i zdecydowanie wyróżniał się wśród wielu innych. Wystawiono tysiące świątyń pod wezwaniem Matki Bożej Wniebowziętej. W ciągu wieków powstało 8 zakonów pod tym wezwaniem: 1 męski (asumpcjoniści – Augustianie od Wniebowzięcia) i 7 żeńskich. W ikonografii scena Wniebowzięcia Maryi należy do bardzo często przedstawianych (dla przykładu: Fra Angelico – w kilku obrazach, Taddeo di Bartolo, Ottaviano Nelli, Giotto, Pinturicchio, C. Bellini, Raffael, Tycjan, Tintoretto, Tiepolo, Perugino, Procaccini, Filippino Lippi, Veronese, Murillo, Velasquez, Konrad von Goest; rzeźbiarze: Liberale da Verona, L. della Robbia, Michał Pacher, Wit Stwosz). Pod opiekę Maryi Wniebowziętej oddał Węgry król św. Stefan, a Francję – król Ludwik XIII (powtórzył to także Ludwik XV).W polskiej (i nie tylko) tradycji dzisiejsze święto zwane jest również świętem Matki Bożej Zielnej. Na pamiątkę podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli kwiaty, poświęca się kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Lud wierzy, że zioła poświęcone w tym dniu za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy tego dnia dziękują Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
14 sierpnia
Święty Maksymilian Maria Kolbe, prezbiter i męczennik
Rajmund Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę: w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień. Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne. Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: “Mundziu, co z ciebie będzie?” Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby Ona sama odpowiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy chce je otrzymać. “Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, czerwona – że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”. Działo się to w kościele parafialnym w Pabianicach. W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców obaj udali się do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady także najmłodszy brat, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.
Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec – do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał zakonne imię Maksymilian. W tym czasie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go jednak na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji. 1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje duszy, napisane przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura dzieła św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z tekstem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję. Kiedy wybuchła I wojna światowa, klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkrótce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Po wojnie Franciszek założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914). W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jednak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).
Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla realizacji tego celu członkowie Rycerstwa mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian poświęcił się odtąd z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo. 8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny – również ze stopniem naukowym doktora. W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam przez osiem miesięcy, po czym przełożeni za radą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 r. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą.
Przełożeni, zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanej franciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą maszynę drukarską i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5.000 wzrósł on do 70.000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma o. Kolbe otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił. Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. – w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18.000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20.000, a grudniowy – 25.000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono – Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół. W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanej osiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik – nakład codzienny 137 tys., a niedzielny – 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowano Informator Rycerstwa Niepokalanej,Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa.Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.
1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostawali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu. O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3 tys. miejsc dla wysiedlonych Polaków z województwa poznańskiego, wśród których było ok. 2 tys. Żydów. Ojciec Maksymilian znowu zdołał skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp. 17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź “wierzę”, wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału “Krwawego Krotta”, znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie, ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej. Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportführer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciało o. Maksymiliana zostało spalone w krematorium. Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. św. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.
Święty Maksymilian Maria Kolbe jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz – jak powiedział św. Jan Paweł II – “naszych trudnych czasów”.W ikonografii św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony – czerwona i biała.
W ufundowanym przez Mikołaja Zebrzydowskiego na początku XVII w. klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czczony jest łaskami słynący obraz Matki Bożej Płaczącej. Znajduje się on w bocznej kaplicy bazyliki Matki Bożej Anielskiej. Został on ukoronowany w dniu 15 sierpnia 1887 r. przez kard. Albina Dunajewskiego.
Sam obraz o wymiarach 74 cm x 90 cm, nieznanego autorstwa, pochodzi z I połowy XVII w. Namalowano go farbą olejną na grubym, lnianym płótnie. Jego twórca wzorował się na obrazie znajdującym się w kościele parafialnym w Myślenicach koło Krakowa. Madonna z tulącym się do Niej Dzieciątkiem przedstawiona jest w półfigurze, z wyraźnym nachyleniem w stronę Dzieciątka. Jej lewa dłoń, z szeroko rozpostartymi palcami, spoczywa na wysokości piersi. Uwagę zwracają ciemne, zamyślone oczy Maryi, ze spojrzeniem skierowanym w dół, w stronę widza. Wysokie czoło, wolne od zmarszczek, okalają brązowe włosy okryte welonem. Głowę przykrywa ozdobny czepiec. Pulchne Dzieciątko zostało przedstawione w pozycji stojącej od kolan, wyraźnie przechyla się w stronę Madonny. Lewą rączką obejmuje Jej szyję, prawą zaś chwyta fałdy Jej płaszcza. Szeroko otwarte, ciemne oko, kieruje ufne spojrzenie w stronę Matki. Usta pozostają lekko rozchylone. Ciemnowłosą główkę okrywa czepiec. Delikatna szata osłaniająca biodra opada miękko w dół.
Bazylika i klasztor bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej położone są na południe od miasta, a na południe i wschód od nich znajdują się 42 kaplice i kościoły dróżek. Jest to jedno z ważniejszych miejsc kultu pasyjnego i maryjnego. Znajduje się ono na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Od 1979 r. głównemu kościołowi w Kalwarii przysługuje tytuł bazyliki mniejszej. Wizerunek Matki Bożej Kalwaryjskiej szczególnie czułym kultem otaczał kard. Karol Wojtyła, a potem – również papież św. Jan Paweł II. Wielokrotnie modlił się przed tym obrazem, zarówno w czasie swojej posługi arcybiskupa metropolity Krakowa, jak i następcy św. Piotra. W sanktuarium modlił się także papież Benedykt XVI.
Joanna urodziła się w Dijon (w tym samym mieście urodził się też św. Bernard z Clairvaux i dominikanin Lacordaire) 23 stycznia 1572 r. Jej ojciec był prezydentem parlamentu Burgundii. Mając niecałe 2,5 roku Joanna straciła matkę, która zmarła przy porodzie jej młodszego brata, Andrzeja. Odtąd wychowywała się pod okiem opiekunki. Otrzymała staranne wykształcenie. W 1592 r. 20-letnia Joanna poślubiła Krzysztofa II, barona de Chantal, z którym miała sześcioro dzieci. Święta matka przyświecała swoim dzieciom przykładem życia chrześcijańskiego, a przede wszystkim wyczuleniem na potrzeby biednych. Toteż ci licznie nawiedzali codziennie jej dwór. Pan Bóg wynagrodził jej złote serce, bowiem gdy pewnego dnia zabrakło ziarna, a był głód, cudownie je rozmnożył. W 1601 r. w czasie polowania przyjaciel – przez lekkomyślną nieostrożność – zabił jej męża. Owdowiawszy w 29. roku życia, poświęciła się wychowaniu dzieci i podjęła głębokie życie wewnętrzne. Cios przeżyła tak boleśnie, że omal nie przypłaciła go utratą zdrowia. Wspaniałomyślnie jednak darowała nieumyślnemu zabójcy wyrządzoną jej i jej dzieciom krzywdę. Przeniosła się teraz do ojca, do Dijon, a potem do teścia w Monthelon. Ten jednak okazał się dla niej bardzo przykry i na każdym kroku dawał jej odczuć, że jest dla niego ciężarem. Jeszcze więcej Joanna cierpiała ze strony wszechwładnej na zamku służącej-metresy. Zachęcana do ponownego zamążpójścia, pomimo obiecujących ofert, Joanna postanowiła oddać się wyłącznie wychowaniu dzieci i służbie Bożej. W marcu 1604 r. spotkała św. Franciszka Salezego. Od tego czasu datuje się ich wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju przyjaźń duchowa. Święty zaszczepił w niej własny styl życia: dobroci i życzliwości dla wszystkich, naturalnego sposobu życia, przepojonego stałą pamięcią o obecności Bożej i czynienia wszystkiego dla Boga. Joanna zarzuciła więc dotychczasowy surowy styl życia, a oddawała się w wolnych chwilach posłudze chorym i ubogim. W trzy lata później św. Franciszek przedstawił baronowej projekt zgromadzenia akcentujący umartwienie wewnętrzne. W 1610 r. Joanna, zapewniwszy przyszłość dzieciom, opuściła Dijon. W Annecy założyła pierwszy klasztor nowego zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny – wizytek. Święty umyślnie dał tę nazwę swojemu zakonowi, gdyż w planie pierwotnym był on przeznaczony dla posługi ubogim. Niestety, Rzym na to nie zezwolił. Obawiał się, że to nowość zbyt śmiała, bez precedensu, by zakonnice wychodziły poza mury klasztoru i w pracy czynnego posługiwania bliźnim narażały własną duszę na niebezpieczeństwo. Św. Robert Bellarmin oraz Joanna zachęcali Franciszka, by nie ustępował. Może by i wygrał, ale pod naciskiem Rzymu ustąpił w obawie, że zakonu jego nie zatwierdzi.
W 1611 roku trzy pierwsze wizytki złożyły profesję. Jako pieczęć i herb dla swojego zakonu Franciszek Salezy obrał Serce Pana Jezusa, otoczone koroną cierniową z wyrastającym z niego krzyżem, oraz dwa miecze przecinające to Serce, wyobrażające miłość Boga i bliźniego. 28 grudnia 1622 roku Franciszek zmarł. Dzięki energicznym zabiegom Joanny jego ciało zostało umieszczone w Annecy, w kościele wizytek. Joanna zajęła się również bardzo troskliwie zebraniem wszystkich pism Franciszka. Rozpoczęła także proces wstępny do kanonizacji Założyciela zakonu. Oddała teraz swój zakon pod bezpośrednią opiekę duchową św. Wincentego a Paulo. Przez 40 lat Wincenty udzielał rad i wskazań oraz prowadził siostry na wyżyny doskonałości chrześcijańskiej. Przez następne lata Joanna założyła 87 fundacji. Ostatnie lata życia spędziła na niezmordowanym wizytowaniu i umacnianiu powstałych klasztorów, jak też na zakładaniu nowych. Ostatnim domem przez nią założonym był klasztor w Turynie (1638). Zmarła podczas podróży 13 grudnia 1641 r. Wincenty a Paulo miał widzieć jej duszę idącą do nieba. Serce Joanny zatrzymano w Moulins, a jej ciało przewieziono uroczyście do Annecy, gdzie złożono je obok relikwii św. Franciszka Salezego w kościele wizytek. Uroczystej beatyfikacji dokonał w bazylice Św. Piotra papież Benedykt XIV w 1751 roku, a niedługo potem – w 1767 r. – papież Klemens XIII dokonał jej kanonizacji. Jest patronką sióstr wizytek. Do Polski zakon ten sprowadziła już w 1650 r. królowa Maria Ludwika Gonzaga, żona Jana Kazimierza. Św. Joanna zostawiła po sobie wiele pism. Jej duchowe córki zebrały je wszystkie z pietyzmem i wydały w ośmiu tomach. Składają się na nie listy i pouczenia duchowe, ascetyczne oraz okólniki organizacyjne.
Klara urodziła się w Asyżu w 1193 lub 1194 r. Była najstarszą z trzech córek pana Favarone z rycerskiego rodu Offreduccio i jego żony Ortolany. Jej matka, podczas ciąży, w trakcie modlitwy usłyszała słowa: “Nie bój się, gdyż to dziecko zabłyśnie swym życiem jaśniej niż słońce!” Pod wpływem tych słów nadała dziewczynce imię Klara (z języka łacińskiego clara – jasna, czysta, sławna)
.
Klara wzrastała w atmosferze miłości i pobożności. Gdy miała 12 lat, w Asyżu zaczął swą działalność Jan Bernardone, przyszły św. Franciszek. Z czasem zaczął zdobywać ludzi, którzy poświęcali swe życie Bogu. Klara często spotykała się z nim, by zrozumieć jego słowa. Rodzice, zamożni mieszczanie, daremnie dwa razy usiłowali wydać córkę za mąż. Klara poprosiła bowiem Franciszka, by zwrócił się z prośbą do biskupa Asyżu, aby mogła stać się siostrą Braci Mniejszych. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. z całą rodziną poszła do pobliskiego kościoła. Po poświęceniu palm każdy odbierał palmę z rąk biskupa. Biskup Gwidon podszedł jednak sam do Klary i wręczył jej palmę – był to umówiony wcześniej znak zgody. Tej samej nocy dziewczyna wymknęła się z domu, by oddać życie Chrystusowi. Z rąk św. Franciszka otrzymała zgrzebny habit i welon zakonny. Po pewnym czasie przyłączyła się do niej jej siostra, bł. Agnieszka.
Klara odmówiła powrotu do domu swoim krewnym, którzy przyjechali, by ją do tego przekonać. Franciszek wystawił siostrom mały klasztor przy kościółku św. Damiana. Pierwszą jego ksienią została Klara. Franciszek bardzo cieszył się z powstania tej rodziny żeńskiej. Kiedy bowiem bracia byli zajęci życiem apostolskim, siostry miały dla nich stanowić zaplecze pokuty i modlitwy. Zakon nosił nazwę Pań Ubogich, potem nazwano je II Zakonem, a popularnie klaryskami. W 1215 roku Innocenty III nadał zakonowi Klary “przywilej ubóstwa”. Siostry nie mogły posiadać żadnej własności, a powinny utrzymywać się jedynie z pracy swoich rąk. Odtąd San Damiano stało się kolebką nowego Zakonu. Wstępowały do niego głównie córki szlacheckie, pozostawiając wszystko i wybierając skrajne ubóstwo.
Swoje żarliwe modlitwy Klara wspierała surowym życiem, częstymi postami i nocnymi czuwaniami. Dokonywała już za życia cudów – cudownie rozmnożyła chleb dla głodnych sióstr, uzdrawiała je, wyjednała im opiekę Jezusa. Pod koniec życia doznała cudownej łaski; kiedy bowiem nadeszła noc Narodzenia Pańskiego, osłabiona i chora Klara pozostała na swym posłaniu. Otrzymała jednak łaskę widzenia i słyszenia Pasterki, odprawianej w pobliskim kościele z udziałem Franciszka i jego braci. Z tego też powodu św. Klara została patronką telewizji. Po śmierci św. Franciszka cały trud utrzymania zakonu spadł na jej barki. Klara w klasztorze św. Damiana żyła przez 42 lata. Wyczerpujące posty, umartwienia i czuwania spowodowały, że 11 sierpnia 1253 r. umarła. Następnego dnia odbył się jej uroczysty pogrzeb, któremu przewodniczył papież Innocenty IV. Jej ciało złożono w grobie, w którym przedtem spoczywało ciało św. Franciszka. Już dwa lata później Aleksander IV, po zebraniu koniecznych materiałów kanonizacyjnych, ogłosił ją świętą. Papież dokonał jej uroczystej kanonizacji w Anagni w 1255 roku.Ikonografia najczęściej przedstawia św. Klarę z monstrancją w ręku. Podanie bowiem głosi, że w czasie najazdu Saracenów na Asyż Klara miała ich odstraszyć Najświętszym Sakramentem, który wyniosła z kościoła. Blask płynący z Hostii miał jakoby porazić wroga i zmusić go do ucieczki. Legenda powstała zapewne na tle szczególnego nabożeństwa, jakie miała św. Klara do Eucharystii.
Filomena przez ponad 150 lat należała do najbardziej czczonych świętych. Jej kult został zapoczątkowany w oparciu o znalezisko. W czasie wykopalisk prowadzonych w Katakumbach Pryscyli w Rzymie 25 maja 1802 r. odnaleziono grób z ceramiczną tabliczką, na której znajdowały się symbole strzały, palmy, lilii, bicza oraz napis Pax tecum, Filemena. Wyciągnięto wniosek, że w miejscu tym pochowana została męczennica nosząca imię Filomena. Proboszcz parafii w Mugnano w diecezji Nola w Kampanii przeniósł 10 sierpnia 1805 r. odnalezione szczątki do Mugnano, miasta położonego na wzgórzu niedaleko Neapolu. Temu wydarzeniu towarzyszyły liczne cuda. Od tego dnia zaczął rozwijać się silny kult Filomeny, który wkrótce rozprzestrzenił się po świecie i został powiązany z legendą o rzymskiej męczennicy. W latach 1824-1836 wstawiennictwu św. Filomeny przypisywano wiele nagłych uzdrowień. Papież Grzegorz XVI zaaprobował Mszę i oficjum ku czci Świętej. Również kolejni papieże pozytywnie odnosili się do kultu św. Filomeny. Dopiero w roku 1961 Kościół katolicki zniósł święto Filomeny, chociaż do dziś jej kult jest dość żywy, szczególnie w Mugnano. Sama zaś legenda mówi, że ojciec Filomeny był greckim królem, który nawrócił się na chrześcijaństwo. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować ją, a na koniec z kotwicą przywiązaną do szyi wrzucić do Tybru, gdzie strzelano do niej z łuku. Ponieważ Filomena przeżyła, a co więcej nie odniosła żadnych ran, cesarz zarządził jej ścięcie, co miało nastąpić około 303 roku. Została formalnie kanonizowana po długim i dojrzałym rozważeniu oraz po zbadanym i potwierdzonym uzdrowieniu bł. Pauliny Jaricot (założycielki Krzewienia Wiary i Żywego Różańca) przez papieża Grzegorza XVI. Do najbardziej oddanych czcicieli św. Filomeny należał św. Jan Maria Vianney, który wraz z Pauliną Jaricot przyczynił się do powstania tego szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa do Filomeny, z którego słynęła Francja. Medaliki błogosławione przez Vianney’a wysyłane były do wszystkich regionów Francji i stawały się kanałami niezliczonych błogosławieństw nimi obdarowanych, a uzdrowienia wszelkiego rodzaju miały miejsce dzięki użyciu oleju, który płonął dniem i nocą przed figurą Filomeny w kościółku w Ars, gdzie teraz znajduje się kaplica Cudotwórczyni. Do czcicieli św. Filomeny należeli też św. Magdalena Zofia Barat, założycielka zakonu Najświętszego Serca, św. Piotr Chanel, pierwszy męczennik Oceanii i św. Piotr Eymard, założyciel Ojców od Najświętszego Sakramentu (tzw. eucharystów).
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
św. Filomena
Historia tej pięknej świętej jest niesamowita. O życiu św. Filomeny nazywanej “dziewiętnastowiczną Cudotwórczynią” pewnie nikt by dzisiaj nie wiedział gdyby nie jedno wydarzenie z 25 maja 1802 r. A cóż się wtedy takiego stało?
Właśnie w tym dniu, w najstarszych rzymskich katakumbach pod wezwaniem św. Pryscylii przy via Salaria Nuova, gdzie chowano głównie męczenników chrześcijańskich z okresu rzymskich prześladowań, odkryto grób przykryty trzema terakotowymi płytkami. Na poszczególnych płytkach widniały napisy: /LUMENA /PAX TE /CUM FI/
Z punktu widzenia archeologicznego nie ulega żadnej wątpliwości, że grób został odkryty w stanie pierwotnym i nienaruszonym, chodciaż płytki były ułożone na grobie w niewłaściwej kolejności. Gdy ustawimy je poprawnie, to naszym oczom ukazuje się inksrypcja: PAX TECUM FILUMENA, co tłumaczymy jako: “Pokój z tobą Filumeno (Filomeno).
Między różnymi dociekaniami przypuszcza się, że grabarz, który dokonywał pochówku (jak się później okaże w 302 r.) był analfabetą. Jako, że nie umiał ani pisać, ani czytać ułożył płytki w złej kolejności nie zauważając różnicy w treści. Napisy na płytkach wykonane były tzw. minią ołowianą. Były też na nich namalowane: trzy strzały, kotwica, bicz – narzędzia tortur, gałązka oliwna – symbol męczeństwa i śmierci oraz lilia – symbol dziewictwa. Po otwarciu grobu w jego wnętrzu znajdowało się ciało mniej więcej 13 letniej dziewczynki oraz owalny flakonik z grudkami zaschniętej krwi. Te wszystkie rzeczy jednoznacznie wskazywały, że w katakumbowym grobie pochowane było ciało młodziutkiej chrześcijanki-dziewicy, umęczone pod koniec trzeciego bądź na początku czwartego wieku, a więc podczas najokrutniejszego prześladowania chrześcijan jakie miało miejsce w Rzymie za czasów panowania cesarza Dioklecjana. Niezwykłe odkrycie zrodziło powszechne przekonanie, że oto mamy ciało młodziutkiej świętej dziewicy i męczennicy. Zaczęto ją nazywać imieniem “Filumena” – czy z czasem Filomena.
Odkryte relikwie św. Filomeny zabrano i złożono w Skarbcu Rzadkich Znalezisk Chrześcijańskiej Starożytności na Watykanie pod czujnym okiem ich stróża i zarządcy Don Ponzettiego. Gdy cząsteczki zaschniętej krwi św. Męczennicy przekładano z pękniętego flakonika grobowego do kryształowej urny zdarzyła się niezwykła rzecz. Na oczach wielu ludzi grudki krwi zaczyły błyszczeć jak szlechetne kamienie w biżuterii. Kardynał Luigi Ruffo Scilla skomentował ten fakt słowami: „Widzieliśmy jej krew zmieniającą się w kilka olśniewających, małych, drogocennych kamieni różnych kolorów, w tym złota i srebra”.
Relikwie św. Filomeny spoczywały na Watykanie tylko 3 lata. Stało się to za sprawą poczciwego kapłana Francesco di Lucia, pochodzącego z Mugnano, małej wioski położonej na wschód od Neapolu. Zapragnał on zdobyć do swojej kaplicy domowej relikwie jakiegoś świętego męczennika znanego z imienia. Z pomocą przyszedł mu przyjaciel, nowo mianowany biskup Potenzy Bartolomeo de Cesare, który udzielił mu rekomendacji w Rzymie. I tak w 1805 roku zarządca skarbca z relikwiami – wspomniany już ks. Ponzetti pozwolił mu wybrac upragnione relikwie “jakiegoś świetego męczennika”. Opatrzność sprawiła, że serce don Fancesco przylgnęło do relikwi św. Filomeny.
I tak, 10 sierpnia 1805 r. relikwie św. Filomeny ruszyły z Rzymu do Mugnano. Przenoszeniu relikwii towarzyszyły liczne i różnorodne cuda – uzdrowień i nawróceń. Również kaplica w Mugnano, w której złożono relikwie, stała się odtąd miejscem niezwykłych zdarzeń. Na tę małą i nieznaczącą wioskę zaczął padać deszcz łask i cudów. Wielu mieszkańców zostało uzdrowionych z różnych chorób. Wyzdrowiał m.in. Michael Ulpicella, prawnik, który z powodu choroby nie mógł się ruszać przez sześć tygodni. Uleczona została także kobieta cierpiąca na chorobę nowotworową. Jednak najsłynniejszy cud jaki znamy, to uzdrowienie Pauliny Jaricot, którą znamy jako założycielkę “Stowarzyszenia Żywego Różańca”.
Paulina Jaricot, która w wieku 35 lat była bardzo chora, prawie umierająca, zapragnęła przed śmiercią powierzyć swoje życie właśnie św. Filomenie. Wyprosiła u lekarza pozwolenie na wyjazd i wybrała się do jej sanktuarium w Mugnano. Podróż z Lyonu do Neapolu trwała cztery miesiące, bo ze względu na stan zdrowia Pauliny trzeba było robić częste postoje. Do sanktuarium pielgrzymi dotarli na główne święto. Tam 9 sierpnia 1835 r. w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu Paulina doznała uzdrowienia. Żywy Różaniec działał już od dziewięciu lat i rozwijał się nie tylko we Francji, ale również poza jej granicami. Papież Grzegorz XVI przyjął więc Paulinę na audiencji i ucieszył się, widząc ją w pełni zdrowia. Uznał uzdrowienie Pauliny za cud. Na podstawie tego zatwierdził kult św. Filomeny, ustanawiając jej wspomnienie na 11 sierpnia, i uczynił grecką męczennicę patronką Żywego Różańca.
Wróćmy jeszcze do ks. Francesco. Szczęśliwy posiadacz relikwi św. Filomeny z jednej strony cieszył się, że Mugnano ma niezwyką orędowniczkę i cudotwórczynię, ale z drugiej wypełniał go smutek, który był spowodowany faktem, że właściwie nie wiele było o niej wiadomo. Pragnął z całego serca poznać życie św. Męczennicy. Modlił się więc wytrwale o łaskę nadprzyrodzonego poznania historii jej życia. Prosił też inne osoby o midlitwę w tej intencji. I łaski tej dostąpił. Sama św. Filomena premówiła na swój temat. Objawiła się i przemówiła do trzech osób. Jedną z nich była s. Maria Luiza do Jezusa, dominikańska tercjarka. Urodziła się w Barra 23 lutego 1799 r. Już w bardzo młodym wieku prowadziła głębokie życie duchowe. W wieku 18 lat wstąpiła do zakonu sióstr dominikanek gdzie podczas modlitw doznawała wielu objawień i mistycznych wizji. Ich treść – z polecenia kierownika duchowego – wiernie spisywała. Wszystkie te pisma, w których prostocie i jasności stylu towarzyszyła głęboka doktryna ascetyczna i teologiczna, zostały opublikowane przez dominikanów z Imoli, gdzie biskupem był nie kto inny jak Mastai Ferretti, późniejszy papież Pius IX. Papież ten ogromnie cenił siostrę Marię Luizę i w czasie swojego pontyfikatu napisał do niej wiele listów, w których nazywał ją „najukochańszą córką”.
3 sierpnia 1833 roku siostra Maria Luiza od Jezusa uklęknęła przed figurą św. Filomeny by odmówić modlitwę dziękczynną po przyjęciu Komunii św. Oczy jej się zamknęły tak, że nie mogła ich ponownie otworzyć. Od posągu św. Filomeny usłyszała miły głos. Święta przemówiła do niej i opowiedziała jej całe swoje życie i męczeńską śmierć ze szczegołami. ( RELACJA ŚWIĘTEJ )
Z ust Filomeny współcześni dowiedzieli się, że była córką małżonków rządzących małym państwem w Grecji. Rodzice początkowo byli poganami, jednak za namową swojego lekarza przyjęli wiarę chrześcijańską i dzięki Bożej pomocy doczekali się upragnionego dziecka. Przy narodzinach dano Jej imię Lumena („światło wiary”). W dniu chrztu została Filomeną, gdyż tego dnia stała się dzieckiem wiary. Wychowywana w wielkiej miłości do Jezusa Chrystusa, jako 11-letnia dziewczynka złożyła śluby czystości. Gdy w III wieku wybuchły prześladowania za Dioklecjana, król ze swoją córką udali się do Rzymu, by pertraktować z cesarzem. Władca, oczarowany pięknością dziewczyny, chciał pojąć ją za żonę. Filomena wyjaśniła mu jednak, że jest już poślubiona Chrystusowi. Rozzłoszczony odmową Dioklecjan rozkazał uwięzić młodą chrześcijankę i torturować: zakuł w kajdany, obnażoną publicznie biczował, wrzucił do Tybru z kotwicą u szyi i kazał ją ostrzelać strzałami z łuków. Za każdym razem Filomena doznawała nadprzyrodzonej pomocy z nieba. Ostatecznie, cesarz widząc swą niemoc, skazał Ją na śmierć przez ścięcie głowy. I tak Filomena osiągnęła palmę męczeństwa 10 sierpnia 302 r.
Sława młodziutkiej męczennicy i łaski jakie wyjednywała szybko przekroczyły granice Mugnano i św. Filomena zaczęła zdobywać niezliczoną rzeszę nowych czcicieli. A czcicielami stwali się ludzie wszystkich stanów, począwszy od Papieży. I tak: Papież Leon XII w 1826 r. zezwolił na odprawianie własnej Mszy św. w jej liturgiczne wspomnienie 11 sierpnia oraz zezwolił na wzniesienie ołtarzy i kościołów ku jej czci. Papież Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku, uroczyście wyniósł Ją na ołtarze, nadając pełne prawa jej kultowi w całym katolickim świecie po wszystkie czasy. Bł. Pius IX, zanim został papieżem, doznał cudownego uzdrowienia za przyczyną św. Filomeny a gdy już objał urząd Piotrowy, pielgrzymował do jej sanktuarium w Mugnano 7 listopada 1849 r. i nadał Filomenie zaszczytny tytuł: „Patronka Dzieci Maryi.” Papież Leon XIII, który jeszcze jako kardynał, dwukrotnie pielgrzymował do jej sanktuarium podniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa. Zatwierdził też biało-czerwony „sznur św. Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą. Papież św. Pius X 21 maja 1912 r. podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Powszechnego Arcybractwa i mianował św. Jana Marię Vianneya jego patronem.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć właśnie o św. probosczu z Ars, który był niedoścignionym i opatrznościowym czcicielem św. Dziewicy i Męczennicy. Wraz ze wspominąną już Pauliną Jaricot, przyczynił się w znakomitym stopmniu do powstania szeroko rozpowszechnionego nabożeństwa ku jej czci. Często powtarzał: “Moje dzieci. Święta Filomena ma wielką moc u Boga. Jej dziewictwo i gotowość objęcia bohaterskiego męczeństwa uczyniły ją tak miłą Bogu, że nigdy nie odmówi jej niczego, o co Go poprosi.” I tak, kiedykolwiek św. Filomona jest proszona o pomoc, zsyła obfite łaski; Jej sanktuaria są rozsiane po całym świecie. Największym cudem związanym z tą Świętąjest chyba szybkość z jaką rozwinęło się do Niej nabożeństwo na całym świecie. Kościoły, szpitale, sierocińce, stowarzyszenia, bractwa – wszystkie one powstały w związku z Jej imieniem bądź zostały zbudowane na Jej cześć. Oręduje u swego Boskiego Oblubieńca we wszystkich ludzkich sprawach niezależnie od czasu i przestrzeni geograficznej. Jest patronką: szczęśliwych narodzin dzieci, matek, dzieci i młodzieży, ludzi interesu, szkół i konwentów. Jest opiekunką spokojnej starości i szczęśliwej śmierci. Błądzącym wyjednuje powrót do Chrystusa i sprzyja licznym konwersjom. Oręduję w intencji misji zagranicznych i misjonarzy, kapłanów, zakonników i zakonnic; wspiera osoby udręczone skrupułami w życiu wewnętrzym.
No i oczywicie jest patronką Żywego Różańca.
Zachęcam do zaprzyjaźnienia się z tą niezwykła Świętą i dołączenia do naszej wspólnoty “Żywego różańca”. TUTAJ
ks. Rafał Sikorski
***
Św. Filomeny, dziewicy i męczennicy
O czysta dziewico i niepokonana męczennico Jezusa Chrystusa, święta Filomeno! Z pełnym oddaniem klękam przed Bogiem i przed tobą, którą wybrałem za swą pośredniczkę i miłującą patronkę, abym mógł być zaszczycony twym wstawiennictwem u twego Boskiego Oblubieńca Jezusa Chrystusa i Maryi, Jego Najświętszej Matki. Wiem, że oboje niczego Ci nie odmawiają, i proszę cię z całym głębokim odczuciem mego serca, abyś spojrzała na mnie jako na jedno z twych dzieci i wzięła mnie w obronę przed mymi nieprzyjaciółmi. Zachowaj mi łaskę, abym do końca mego życia zachował swą duszę czystą od wszelkiej skazy i ozdabiał ją każdą cnotą. W szczególności chcę przyjąć z pełnym oddaniem memu Bogu wszystkie cierpienia, których zesłanie na mnie na tym świecie uważa za dobre dla oczyszczenia przez to mej duszy i dania jej okazji do uzyskania pokuty za wiele grzechów. Przyciągnięty twą wspaniałą łaskawością, proszę cię ze względu na twe wielkie i doskonałe zasługi o wybłaganie dla mnie upragnionej łaski (tu należy wymienić swe życzenie), której pokornie od ciebie oczekuję, jeśli jest ona zgodna z wolą Bożą i z pożytkiem dla mego zbawienia wiecznego. Proszę cię również o wyjednanie dla mnie pomnożenia wiary, nadziei, miłości i żalu za moje grzechy.
Święta Filomena poniosła śmierć męczeńską w 302 r. w Rzymie, za panowania cesarza Dioklecjana. Pochodziła z greckiej rodziny arystokratycznej; jej rodzice, Kalistos i Eutropiau, mieszkali w Nikopolis w Macedonii. Ojciec był zarządcą prowincji. Małżeństwo długo było bezdzietne; ostatecznie ich lekarz, który był chrześcijaninem, sugerował, żeby modlili się do chrześcijańskiego Boga. Filomena urodziła się ok. 289 r. Po jej urodzeniu rodzice przyjęli chrzest.
Od najmłodszych lat Filomena poświęciła swoje dziewictwo Panu Bogu, a jej serce pałało coraz większą i większą miłością do Niebiańskiego Oblubieńca. Jej jedynym życzeniem było żyć tylko dla Niego, ale o jej rękę starał się sam cesarz rzymski Dioklecjan. Kiedy Filomena odmawiała mu z racji wyznawanej wiary chrześcijańskiej, została przez cesarza uwięziona, torturowana, a następnie umarła w okrutnych męczarniach. Jej tortury miały być zapłatą dla niej za okazaną cesarzowi wzgardę. Początkowo Dioklecjan postanowił skazać ją na taką samą karę na jaką Poncjusz Piłat skazał Pana Jezusa. Filomena została więc skazana na biczowanie. Kiedy jednak nie zmarła, ale nawet w cudowny sposób została wyleczona z ran, Dioklecjan postanowił wrzucić ją do Tybru, przywiązaną do kotwicy. Jednak aniołowie, w cudowny sposób, wydobyli ją z rzeki, tak, że i tym razem Filomena nie poniosła śmierci, ale została uznana za czarownicę. Następnie usiłowano pozbawić ją życia strzelając do niej z łuku, ale kiedy i to się nie udawało, Dioklecjan,, który osobiście był świadkiem egzekucji, polecił, aby Filomenę przebić strzałami rozpalonymi w ogniu, ponieważ sądził, że czarownica nie ma władzy nad ogniem. Jednak strzały kierowane w dziewczynę zmieniały kierunek i ze zdwojoną siłą godziły w łuczników. Groza i przerażenie opanowały świadków tych wydarzeń, wielu z nich skłonnych było nawet do przyjęcia religii chrześcijańskiej. Ostatecznie egzekucji dokonano przez ścięcie głowy.
Po 1500 latach zapomnienia w katakumbach, św. Pryscylli przy Via Salaria Nova drogocenne relikwie Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zostały odkryte 24 maja 1802 roku, w dniu święta Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych. Na grobowcu widniał napis LUMENIA PAX CUM, co oznacza „Pokój tobie Filomeno”, albo „Pokój tobie ukochana.” Na grobowcu wyryte były ponadto: kotwica, dwie strzały, włócznia, gałązka palmy i kwiat lilii, symbolizujące śmierć przez utopienie, męczeństwo, palmę zwycięstwa i symbol dziewictwa.
W 35 lat po odkryciu relikwii ta młoda grecka księżniczka wyniesiona została na ołtarze i ogłoszona Cudotwórczynią XIX w., bo tak liczne i uderzające były cuda uzyskane dzięki jej potężnemu wstawiennictwu. W różnych krajach zaczęto wznosić kaplice pod jej wezwaniem, fundować ołtarze i figury. Innym świętym dana jest zdolność wspomagania nas w jakiejś jednej szczególnej potrzebie, ale Święta Filomena posiada moc wspomagania nas we wszystkich potrzebach, cielesnych i duchowych. Zwracajmy się więc do niej z wielką ufnością, miłością i wiarą, ona jest bowiem „ukochaną córką” Jezusa i Maryi, córką, której niczego się nie odmawia. W naszej miłości do niej kierujmy się wskazówkami i przykładem papieży. Papież Leon XII zezwolił na wzniesienie ołtarzy i kościołów na jej cześć. Papież Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku, uroczyście wyniósł Ją na ołtarze, nadając pełne prawa jej kultowi w całym katolickim świecie po wszystkie czasy, a dzień jej wspomnienia wyznaczono na 11 sierpnia. Papież Pius IX nadal jej wspaniały tytuł: „Patronka Dzieci Maryi.” Papież Leon XIII podniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa i zatwierdził „sznur Świętej Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą. Papież św. Pius X podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Arcybractwa i mianował Świętego Jana Vianney jego patronem.
W 1912 r. papież św. Pius X zatwierdził wezwanie: „Święta Filomeno, Patronko Dzieci Maryi, módl się za nami!”
Święta Filomena ma wielką moc u Boga. Jej dziewictwo i gotowość objęcia bohaterskiego męczeństwa uczyniły ją tak miłą Bogu, ze nigdy nie odmówi jej niczego, o co Go poprosi. Święty Jan Vianney zawsze powtarzał, „Filomena jest wielką Świętą.” Papież Leon XII mówił: „Miejcie pełne zaufanie do tej wielkiej Świętej. Uzyska dla was wszystko, o co poprosicie.” Paulina Jaricot, założycielka stowarzyszenia żywego różańca, powiedziała: „Słyszałam jak demony mówiły podczas egzorcyzmu: <<Dziewica i Męczennica, święta Filomena, jest naszym przeklętym wrogiem. Nabożeństwo do niej jest nową straszną bronią przeciw piekłu.>>”
Modlitwa do Świętej Filomeny Święta Filomeno, Dziewico i Męczennico, którą Bóg tyloma cudami wsławia, którą Namiestnik Jezusa Chrystusa mianował Protektorką Żywego Różańca i Dzieci Maryi, pokaż nam coraz wyraźniej z niebiańskich wysokości, że głos tak święty jak twój musi być wysłuchany i że mamy prawo liczyć na twoją pomoc. Wystaraj się dla nas o łaskę wierności Jezusowi Chrystusowi, aż do śmierci. Amen.
Litania Do Świętej Filomeny, ułożona przez Świętego Jana Vianney’a
Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson. Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas. Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami, Synu, Odkupicielu świata Boże, zmiłuj się nad nami, Duchu Święty Boże, zmiłuj się nad nami, Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami, Święta Filomeno, módl się za nami, Święta Filomeno, z chwilą poczęcia łaskami napełniona, módl się za nami, Święta Filomeno, wierna naśladowczyni Maryi, módl się za nami, Święta Filomeno, wzorze dziewic, módl się za nami, Święta Filomeno, Świątynio doskonałej wiary, módl się za nami, Święta Filomeno, ożywiona zapałem do Chwały Bożej, módl się za nami, Święta. Filomeno, Ofiaro miłości Chrystusa, módl się za nami, Święta Filomeno, Przykładzie siły i wytrwałości, módl się za nami, Święta Filomeno, niezwyciężona siło czystości, módl się za nami, Święta Filomeno, Zwierciadło heroicznej cnotliwości, módl się za nami, Święta Filomeno, wytrwała i nieustraszona w męczarniach, módl się za nami, Święta Filomeno, jak Twój Niebiański Oblubieniec biczowana, módl się za nami, Święta Filomeno, gradem strzał przebita, módl się za nami, Święta Filomeno, skuta łańcuchami, przez Matkę Najświętsza pocieszana, módl się za nami, Święta Filomeno, w więzieniu cudownie uzdrowiona, módl się za nami, Święta Filomeno, w czasie tortur przez aniołów wspierana, módl się za nami, Święta Filomeno, która wybrałaś mękę i śmierć nad wspaniałości tronu królewskiego, módl się za nami, Święta Filomeno, która nawróciłaś świadków swego męczeństwa, módl się za nami, Święta Filomeno, która znosiłaś furię swoich oprawców, módl się za nami, Święta Filomeno, Opiekunko niewinnych, módl się za nami, Święta Filomeno, Patronko młodzieży, módl się za nami, Święta Filomeno, Ucieczko nieszczęśliwych, módl się za nami, Święta Filomeno, Zdrowie chorych i słabych, módl się za nami, Święta Filomeno, nowe Światło Kościoła Walczącego, módl się za nami, Święta Filomeno, która zwalczasz bezbożność świata, módl się za nami, Święta Filomeno, która przywracasz wiarę i dajesz odwagę jej wyznawania, módl się za nami, Święta Filomeno, której imię sławione jest w niebie, a straszne dla piekieł, módl się za nami, Święta Filomeno, wspaniałymi cudami sławiona, módl się za nami, Święta Filomeno, mocą Bożą wzmocniona, módl się za nami, Święta Filomeno, panująca w chwale, módl się za nami, Święta Filomeno, patronko Dzieci Maryi, módl się za nami, Święta Filomeno, patronko Żywego Różańca, módl się za nami, Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zachowaj nas Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
Módl się za nami Św. Filomeno. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się:
Błagamy Cię, Panie, przez wstawiennictwo Świętej Filomeny, Dziewicy i Męczennicy, zawsze Ci miłej przez jej nieskalaną czystość i praktykowanie wszelkich cnót, przebacz nam grzechy nasze i udziel nam łask nam potrzebnych (nazwij łaskę, której specjalnie potrzebujesz). Amen.
Deus, omnium largitor bonorum, qui in famula tua Philumena cum Virginitatis flore martyrii palmam consecrasti; mentes nostras ejus intercessione Tibi charitate conjuge, ut amotis periculis præmia consequamur æterna. Per Christum Dominum nostrum. Amen.
***
Św. Filomena mogła być cesarzową, wybrała męczeństwo
24 maja 1802 roku, podczas prac archeologicznych prowadzonych w katakumbach św. Pryscylli przy starożytnej drodze Via Salaria Nova w Rzymie, odkryto grobowiec ze szczątkami młodej dziewczyny. Na mogile widniał napis z niepoprawnie ułożonych płyt, który znawcy łaciny odszyfrowali jako „Pax Tecum Filumena”, czyli „Pokój z Tobą, Filomeno”. Na mogile były też wyrzeźbione symbole kotwicy, dwóch strzał, włóczni, gałązki palmowej i kwiatu lilii, symbolizujące kolejno: śmierć przez utonięcie, męczeństwo, palmę zwycięstwa oraz dziewictwo.
Archeolodzy byli poruszeni. Wszystkie poszlaki wskazywały na to, że właśnie odnaleziono grób wczesnochrześcijańskiej męczennicy o imieniu Filomena. Sęk w tym, że nic więcej o tej świętej nie wiedziano…
Szczątki dziewczyny ekshumowano i przeniesiono do Kustodii Świętych Relikwii, gdzie leżały zapomniane przez kolejne trzy lata. W 1805 roku św. Filomena niespodziewanie objawiła się włoskiej stygmatyczce, zakonnicy Marii Luizie od Jezusa, której opowiedziała o swoim życiu i męczeństwie. Wydarzenie to zbiegło się w czasie z przedziwnymi cudami i uzdrowieniami, jakie zaczęły się dziać wokół miasta Mugnano del Cardinale (Kampania) w środkowych Włoszech, gdzie misjonarz Franciszek Lucia umieścił relikwie Filomeny.
Kult nieznanej świętej
Na Półwyspie Apenińskim zaczął rodzić się lokalny kult młodziutkiej męczennicy. Jednak, jako że jej postać nie była wcześniej znana Kościołowi, nie można było potwierdzić, czy w czasach tuż po jej śmierci otaczano ją kultem, jak innych świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Dlatego nowo odkryta męczennica musiała przejść procedurę kanonizacyjną, tak jak święci nowożytni. Wizje siostry Marii Luizy zostały spisane, zbadane i oficjalnie uznane za prawdziwe przez Święte Oficjum 21 grudnia 1833 roku. Już wcześniej papież Leon XII zezwolił na budowę ołtarzy i kościołów ku czci Filomeny. Jego następca, Grzegorz XVI, 30 stycznia 1837 roku uroczyście kanonizował św. Filomenę w Rzymie, wyznaczając dzień jej wspomnienia liturgicznego na 11 sierpnia.
Nową świętą zainteresował się ks. Jan Maria Vianney z wioski Ars koło Lyonu, który zaszczepił kult Filomeny we Francji, skąd rozlał się on na cały świat. Powstało Bractwo Świętej Filomeny, a kolejni papieże dodawali tej wyjątkowej świętej kolejne atrybuty świętości. Bł. Pius IX nadał jej tytuł Patronki Dzieci Maryi. Leon XIII wyniósł Bractwo Świętej Filomeny do rangi arcybractwa i zatwierdził „sznur Świętej Filomeny”, nadając specjalne przywileje i odpusty wszystkim, którzy go noszą. Z kolei św. Pius X podniósł Arcybractwo Świętej Filomeny do rangi Powszechnego Arcybractwa i mianował proboszcza z Ars jego patronem, a także zatwierdził wezwanie: Święta Filomeno, Patronko Dzieci Maryi, módl się za nami!
– Ja cudów nie czynię! Jestem tylko biednym nieukiem, co pasał owce!… Zwróćcie się do świętej Filomeny. Ilekroć prosiłem o coś Boga przez jej przyczynę, zawsze byłem wysłuchany – mawiał ks. Vianney o młodej męczennicy, którą przedstawiał swoim parafianom jako wyjątkowo skuteczną orędowniczkę w modlitwie.
Po ludzku straciła wszystko. Po Bożemu – wszystko wygrała
Kim była św. Filomena? Jak już wcześniej wspomniano, na temat św. Filomeny nie zachowały się żadne źródła z jej epoki poza płaskorzeźbami na grobowcu. Dlatego żywot męczennicy znamy właściwie tylko z objawień siostry Marii Luizy od Jezusa.
Filomena urodziła się ok. 10 stycznia 291 roku w Nikopolis (dzisiaj północno-zachodnia Grecja) za czasów panowania cesarza Dioklecjana, najokrutniejszego ze wszystkich prześladowców chrześcijan pierwszych wieków. Z pochodzenia była Greczynką, a jej rodzice, Kalistos i Eutropiau, miejscowi arystokraci, bardzo długo zmagali się z problemem niepłodności. Modlili się o dziecko do znanych sobie bóstw greckich, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Dopiero lekarz rodziny, chrześcijanin, polecił im zwrócić się do Boga chrześcijańskiego. I On ich wysłuchał.
Cała rodzina nawróciła się na chrześcijaństwo i w tej wierze wychowywała córkę. Nadano jej imię Filomena. W wieku 13 lat dziewczyna zdecydowała się złożyć Jezusowi wieczyste śluby czystości. Niedługo potem Dioklecjan zagroził jej ojcu, że wypowie wojnę jego domowi, jeśli ten nie porzuci chrześcijaństwa. W obliczu poważnej groźby zdecydował się on wyjechać z rodziną do Rzymu, by poprosić imperatora o pokój.
W tym momencie interpretacje objawień siostry Marii Luizy nieznacznie się rozmijają. Pewne jest to, że młodziutka Filomena bardzo spodobała się cesarzowi, lecz jedne opracowania mówią o tym, że zaproponował jej małżeństwo, a drugie, że chciał uczynić ją jedną ze swoich nałożnic. Oczywiście bardziej podniośle brzmi ta pierwsza wersja, gdyż przyjęcie oferty byłoby wtedy równoznaczne ze staniem się cesarzową Rzymu, współwładczynią największego imperium starożytnego świata!
Niezależnie od tego, jak dokładnie brzmiała propozycja Dioklecjana, w obu przypadkach jej przyjęcie byłoby dla Filomeny równoznaczne z porzuceniem chrześcijaństwa i życia w czystości, które przysięgała. Dlatego z męstwem, którego uczyć się od niej mogło wielu mężczyzn, odpowiedziała najpotężniejszemu wówczas człowiekowi na świecie: Lepiej jest stracić życie na ziemi, by osiągnąć wiekuiste szczęście, niż uniknąć śmierci doczesnej i zasłużyć na wiekuistą karę. Pozostanę wierna Jezusowi nawet za cenę mojego życia!
Cesarz nakazał wtrącić ją do więzienia na 40 dni, aby jeszcze raz „przemyślała” swoją decyzję. Już same warunki przebywania w ówczesnych więzieniach, którymi były podtopione lochy pełne szczurów, czyniły taką karę straszliwą. A poza tymi cierpieniami Filomena musiała jeszcze wytrzymać biczowanie i inne tortury. Nic nie skłoniło jej jednak do zmiany stanowiska – ani obietnica bogactwa, ani fizyczne cierpienia i groźba śmierci.
Po odbyciu przez dziewczynę kary więzienia Dioklecjan skazał ją na śmierć. Według uznanych przez Kościół objawień Filomena miała być najpierw wrzucona do Tybru z kotwicą uwiązaną u szyi, jednak – zgodnie z tradycyjnym przekazem – wyciągnęli ją stamtąd aniołowie. Następnie rzymscy żołnierze strzelali do niej z łuku, ale strzały w niewytłumaczalny sposób ją omijały. Wreszcie prześladowcy zdecydowali się ściąć jej głowę toporem, co nastąpiło ok. 10 sierpnia 304 roku.
Pochowano ją po chrześcijańsku, oznaczając grobowiec symbolami mówiącymi o tym, w jaki sposób i za co poniosła śmierć męczeńską. Następnie została zapomniana na piętnaście stuleci. Bóg jednak zatroszczył się o to, aby jej postać w odpowiednim czasie została przypomniana naszemu nieszczęsnemu światu.
Święta na trudne czasy
Choć kult św. Filomeny rozwijał się wspaniale w XIX i pierwszej połowie XX wieku, współcześnie pozostaje ona postacią stosunkowo mało znaną. Faktem bardzo smutnym jest niestety to, że w 1961 roku, tuż przed Soborem Watykańskim II, jej wspomnienie zostało wykreślone z kalendarza liturgicznego. Oczywiście, nie ma to żadnego wpływu na kult jako świętej, bo kanonizacja jest nieodwołalna.
Na początku obecnego stulecia w Polsce ukazała się mała książeczka z nowenną do św. Filomeny. Została ona wielokrotnie „przemodlona” przez autora tego artykułu i jego rodzinę. Wszyscy zaświadczają o tym, jak niejeden raz św. Filomena pomogła oddalić choroby i inne czyhające na nich zagrożenia, na które po ludzku nie było już żadnego sposobu…
Edyta Stein urodziła się 12 października 1891 r. we Wrocławiu jako jedenaste dziecko głęboko wierzących Żydów: Zygmunta i Augusty z domu Courant. Z licznego rodzeństwa wychowało się tylko siedmioro dzieci. Niedługo po urodzeniu Edyty zmarł jej ojciec. Rodzinny interes przejęła przedsiębiorcza matka, zmieniając go w dobrze prosperującą i uznaną firmę. W wieku 6 lat Edyta rozpoczęła naukę w szkole, gdzie osiągała bardzo dobre wyniki. W wieku 14 lat wyjechała do starszej siostry. W czasie trwającego 8 miesięcy pobytu jej życie religijne uległo znacznemu osłabieniu. Następnie wróciła do domu i z nowym zapałem podjęła dalszą naukę w gimnazjum. Chociaż w domu gorliwie przestrzegano przepisów religii, Edyta w wieku 20 lat uważała się za ateistkę. W 1911 r. z doskonałymi wynikami zdała egzamin dojrzałości i podjęła studia filozoficzne we Wrocławiu. Dwa lata później wyjechała do Getyngi, by tam studiować fenomenologię. Zgodnie ze swoimi wielkimi zdolnościami intelektualnymi, nie chciała przyjmować nic, jeżeli nie zbadała tego gruntownie sama. Dlatego tak usilnie poszukiwała prawdy. “Poszukiwanie prawdy było moją jedyną modlitwą” – pisała później. Zafascynowana wykładami prof. Edmunda Husserla, zaczęła pisanie doktoratu. Pracę nad nim przerwał wybuch I wojny światowej.
Edyta zgłosiła się do Czerwonego Krzyża, została pielęgniarką i zaczęła pomagać zakaźnie chorym. Po półrocznej pracy, zupełnie wyczerpana, została zwolniona ze służby sanitarnej. W 1915 r. złożyła egzamin państwowy z propedeutyki filozofii, historii i języka niemieckiego. Wykładała te przedmioty w gimnazjum wrocławskim im. Wiktorii. W 1916 r. została asystentką prof. Husserla we Fryburgu. Rok później uzyskała u niego tytuł doktorski. Przyjaźniła się też z uczniami Husserla, między innymi z Romanem Ingardenem. Pod silnym wpływem mistrza i jego szkoły fenomenologicznej, Edyta Stein coraz bardziej poświęcała się filozofii, ucząc się patrzenia na wszystko bez uprzedzeń. Dzięki temu, że w Getyndze spotkała Maxa Schelera, po raz pierwszy poznała idee katolickie. W 1921 r. dokonało się jej nawrócenie dzięki zetknięciu się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Przeczytała tę książkę w ciągu jednej nocy i wreszcie – szukając prawdy – znalazła Boga i Jego miłosierdzie. Poprosiła wówczas o chrzest i pociągnęła swoim zapałem siostrę – Różę. 1 stycznia 1922 r. przyjęła chrzest i I Komunię św. Otrzymała imię Teresa. Nie oznaczało to dla niej zerwania więzów z narodem żydowskim. Twierdziła, że właśnie teraz, gdy powróciła do Boga, poczuła się znów Żydówką. Była świadoma, że przynależy do Chrystusa nie tylko duchowo, lecz także poprzez więzy krwi. W 1923 r. przystąpiła także do sakramentu bierzmowania. Jej rozwój duchowy odbywał się głównie w klasztorze Sióstr Dominikanek św. Magdaleny. Nadal była nauczycielką w jednym z wrocławskich liceów, łącząc pracę pedagogiczną z naukową. W latach 1923-1931 wykładała w liceum i seminarium nauczycielskim w Spirze. W 1932 prowadziła wykłady w Instytucie Pedagogiki Naukowej w Monasterze, starała się łączyć naukę z wiarą i tak je przekazywać słuchaczom. W tym czasie złożyła trzy śluby prywatne i żyła już właściwie jak zakonnica, wiele czasu poświęcając modlitwie. Jednocześnie prowadziła bardzo wnikliwe studia nad spuścizną św. Tomasza z Akwinu, starając się objaśnić pewne elementy jego mistyki przy pomocy metody fenomenologicznej. Często była proszona o wygłaszanie odczytów na konferencjach i przy innych różnych okazjach. Prowadziła kursy szkoleniowe, pisała artykuły, wygłaszała wykłady w radio.
W Monasterze wykładała tylko przez dwa miesiące – gdy władzę przejęli narodowi socjaliści, musiała opuścić Monaster. Przeniosła się do Kolonii, gdzie 14 października 1933 r. wstąpiła do Karmelu. 15 kwietnia następnego roku otrzymała habit karmelitański. Gorąco pragnęła mieć udział w cierpieniu Chrystusa, dlatego jej jedynym życzeniem przy obłóczynach było: “żeby otrzymać imię zakonne od Krzyża”. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża. Już jako karmelitanka zaczęła pisać swoje ostatnie dzieło teologiczne Wiedza krzyża, które pozostało niedokończone. 21 kwietnia 1938 r. złożyła śluby wieczyste. W tym czasie narodowy socjalizm objął swoim zasięgiem całe Niemcy. Benedykta, zdając sobie sprawę, że jej żydowskie pochodzenie może stanowić zagrożenie dla klasztoru, przeniosła się do Echt w Holandii. 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów została aresztowana przez gestapo i internowana w obozie w Westerbork. Następnie, wraz z siostrą Różą, 7 sierpnia deportowano ją do obozu w Auschwitz. Tam 9 sierpnia 1942 roku obie zostały zagazowane i spalone. Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.
Święty Dominik urodził się około 1170 roku w Caleruega w Hiszpanii. Pochodził ze znakomitego rodu kastylijskiego Guzmanów. Jego ojcem był Feliks Guzman, a matką – bł. Joanna z Azy. Miał dwóch braci – bł. Manesa (który wstąpił potem do założonego przez Dominika zakonu) i Antoniego, kapłana diecezjalnego. Gdy Dominik miał 14 lat, rodzice wysłali go do szkoły w Palencji. Następnie studiował w Salamance. W 1196 roku, po ukończeniu studiów teologicznych, przyjął święcenia kapłańskie i wkrótce został mianowany kanonikiem katedry w Osmie. Pięć lat później został wiceprzewodniczącym tej kapituły. Gorliwie pracował tam nad sobą i nad bliźnimi, głosząc im słowo Boże.
Król Kastylii, Alfons IX, wysłał biskupa diecezji, w której pracował Dominik, Dydaka, z poselstwem do Niemiec i Danii. Dydak był przyjacielem Dominika, dlatego też przyszły święty towarzyszył biskupowi w podróży, w czasie której znalazł się w okolicach Szczecina i polskiego Pomorza. Dominik był świadkiem najazdu pogańskich Kumanów z Węgier na Turyngię. Wkrótce po zakończeniu powierzonej im misji udał się do Rzymu, by prosić Innocentego III o zezwolenie na pracę misyjną wśród Kumanów. Papież jednak takiej zgody nie udzielił. Wracając do Hiszpanii, Dydak i Dominik zetknęli się w południowej Francji z legatami papieskimi, wysłanymi tam do zwalczania powstałej właśnie herezji albigensów i waldensów. Sekta ta pojawiła się ok. 1200 r. w mieście Albi. Jej członkowie zaprzeczali ważnym prawdom wiary, m.in. Trójcy Świętej, Wcieleniu Syna Bożego, odrzucali Mszę świętą, małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli kościoły i klasztory, niszczyli obrazy i krzyże.
W porozumieniu z legatami Dominik postanowił oddać się pracy nad nawracaniem odszczepieńców. Do tej akcji postanowił włączyć się bezpośrednio także biskup Dydak. Ponieważ heretycy w swoich wystąpieniach przeciwko Kościołowi atakowali go za majątki i wystawne życie duchownych, biskup i Dominik postanowili prowadzić życie ewangeliczne na wzór Pana Jezusa i Jego uczniów. Chodzili więc od miasta do miasta, od wioski do wioski, by prostować błędną naukę i wyjaśniać autentyczną naukę Pana Jezusa. Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. W centrum herezji znajdowało się miasto Prouille, położone pomiędzy Carcassonne a Tuluzą. Tam Dominik założył klasztor żeński, w którym życie zostało oparte na całkowitym ubóstwie. Pojawiły się pierwsze sukcesy. Niebawem biskup musiał powrócić do swojej diecezji. Natomiast do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili wieść podobny tryb życia apostolskiego. Z nich właśnie w 1207 r. powstał zalążek nowej rodziny zakonnej. W tym samym jednak roku papież ogłosił przeciwko albigensom i waldensom zbrojną krucjatę na wiadomość, że heretycy ruszyli na kościoły, plebanie i klasztory, paląc je i niszcząc. To skomplikowało pracę apostolską Dominika. Wtedy Dominik zwiększył posty, umartwienia, częściej się modlił. Dotychczasowe doświadczenie wykazało, że okazyjnie werbowani do tej akcji kapłani często nie byli do niej wystarczająco przygotowani. Wielu zniechęcał prymitywny rodzaj życia i połączone z nim niewygody. Dominik wybrał więc spośród swoich współtowarzyszy najpewniejszych. Na jego ręce złożyli oni śluby zakonne w 1215 r. Tak powstał Zakon Kaznodziejski – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Założyciel wymagał od zakonników ścisłego ubóstwa, panowania nad sobą i daleko idącego posłuszeństwa. Dzięki poparciu biskupa Tuluzy, Fulko, w Tuluzie powstały wkrótce aż dwa klasztory dominikańskie, które miały za cel nawracanie albigensów i waldensów. W tym samym roku odbył się Sobór Laterański IV. Dominik udał się wraz ze swoim biskupem, Fulko, do Rzymu. Innocenty III po wysłuchaniu zdania biskupa Tuluzy ustnie zatwierdził nową rodzinę zakonną. Zaraz po powrocie z soboru (1216) Dominik zwołał kapitułę generalną, na której przyjęto za podstawę regułę św. Augustyna i konstytucje norbertanów, którzy wytyczyli sobie podobny cel. Wprowadzono do konstytucji jedynie te zmiany, które w zastosowaniu do specyfiki zakonu okazały się konieczne. Kiedy Dominik po odbytej kapitule ponownie udał się do Rzymu, papież Innocenty III już nie żył (+ 1216). Bóg pokrzepił jednak Dominika tajemniczym, proroczym snem: pojawili mu się Apostołowie św. Piotr i św. Paweł, i zachęcili go, by na cały świat wysyłał swoich synów duchowych jako kaznodziejów. Dlatego kiedy tylko powrócił do Tuluzy, rozesłał grupę 17 pierwszych zakonników: do Hiszpanii, Bolonii i do Paryża. W dniu 22 grudnia 1216 r. papież Honoriusz III zatwierdził nowy zakon. Co więcej, wydał polecenie dla biskupów, by udzielili nowej rodzinie zakonnej jak najpełniejszej pomocy. Dominik założył również zakon żeński, zatwierdzony przez Honoriusza III dwa lata później.
Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. odrzuciła z reguły i z konstytucji to wszystko, co okazało się nieaktualne. W miejsce odrzuconych wstawiono nowe artykuły, wśród których znalazł się między innymi ten, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób zakon wszedł do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi. W 1220 r. kard. Wilhelm ufundował dominikanom w Rzymie klasztor przy bazylice św. Sabiny, który odtąd miał się stać konwentem generalnym zakonu. Niemniej hojnym okazał się sam papież, który ofiarował dominikanom własny pałac. Tutaj właśnie Dominik miał wskrzesić bratanka kardynała Stefana z Fossanuova. Przed śmiercią Dominik przyjął do zakonu i nałożył habit św. Jackowi i bł. Czesławowi, pierwszym polskim dominikanom. Wysłał też swoich synów do Anglii, Niemiec i na Węgry. Dominik odbywał częste podróże, głosząc Ewangelię i organizując wykłady z teologii. Zakładał nowe klasztory zakonu, który bardzo szybko się rozpowszechnił. W 1220 r. Honoriusz III powołał Dominika na generała zakonu
.
Dominik prowadził pracę misyjną na północy Włoch. Wyczerpany pracą w prymitywnych warunkach, wrócił do Bolonii. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Miejcie miłość, strzeżcie pokory i nie odstępujcie od ubóstwa”. Zmarł 6 sierpnia 1221 r. na rękach swych współbraci. W jego pogrzebie wziął udział kardynał Hugolin i wielu dygnitarzy kościelnych. Dominik został pochowany w kościele klasztornym w Bolonii, w drewnianej trumnie, w podziemiu (w krypcie) tuż pod wielkim ołtarzem. Jego kult rozpoczął się zaraz po jego śmierci. Notowano za jego wstawiennictwem otrzymane łaski. Dlatego papież Grzegorz IX nakazał rozpocząć proces kanoniczny. Po jego ukończeniu wyniósł sługę Bożego do chwały świętych w 1234 r. Dominik odznaczał się wielką prawością obyczajów, niezwykłą żarliwością o sprawy Boże oraz niezachwianą równowagą ducha. Potrafił współczuć. Jego radosne serce i pełna pokoju wewnętrzna postawa uczyniły z niego człowieka niebywale serdecznego. Oszczędny w słowach, rozmawiał z Bogiem na modlitwie albo o Nim z bliźnimi. Żył nader surowo. Bardzo cierpliwie znosił wszelkie przeciwności i upokorzenia.Imię Dominik pochodzi od łacińskiego dominicus, co znaczy Pański, należący do Boga. Przed św. Dominikiem imię to było znane, ale właśnie Dominik Guzman spopularyzował to imię w całej Europie. Największą zasługą św. Dominika i pamiątką, jaką po sobie zostawił, jest założony przez niego Zakon Kaznodziejski. Zakon dał Kościołowi wielu świętych. Wśród nich do najjaśniejszych gwiazd należą św. Tomasz z Akwinu (+ 1274), doktor Kościoła, św. Rajmund z Penafort (+ 1275), św. Albert Wielki (+ 1280), doktor Kościoła, św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), św. Antonin z Florencji (+ 1459), papież św. Pius V (+ 1572), św. Ludwik Bertrand (+ 1581), św. Katarzyna ze Sieny (+ 1380), doktor Kościoła i patronka Europy, oraz św. Róża z Limy (+ 1617). Zakon położył wielkie zasługi na polu nauki, wydając uczonych na skalę światową w dziedzinie teologii, biblistyki czy liturgii. Kiedy zostały odkryte nowe lądy, dominikanie byli jednymi z pierwszych, którzy na odkryte tereny wysyłali swoich misjonarzy.
W ikonografii św. Dominik przedstawiany jest w dominikańskim habicie. Jego atrybutami są: gwiazda sześcioramienna, infuła u stóp, lilia – czasami złota, księga, podwójny krzyż procesyjny, pastorał, pies w czarne i białe łaty trzymający pochodnię w pysku (symbol zakonu: Domini canes – “Pańskie psy”), różaniec.
Edmund Bojanowski urodził się 14 listopada 1814 r. w Grabonogu. W dzieciństwie został cudownie uzdrowiony za przyczyną Matki Bożej Bolesnej, czczonej na Świętej Górze w Gostyniu. Otrzymał staranne wychowanie w katolickiej rodzinie. Poważna choroba uniemożliwiła mu ukończenie studiów filozoficznych, które podjął na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie. Po intensywnej kuracji zamieszkał w rodzinnej miejscowości. Chociaż wykazywał zainteresowania literackie, jego głównym charyzmatem okazała się praca społeczna i charytatywna. Zakładał czytelnie dla ludu, rozpowszechniając dobre czasopisma, by w ten sposób pomagać ubogiej młodzieży w zdobywaniu wykształcenia. Dał się poznać jako człowiek wielkiej wytrwałości i dobroci serca. Wielokrotnie był zapraszany do uczestnictwa w stowarzyszeniach niosących pomoc ubogim. Podczas epidemii cholery w 1849 r. poświęcił się służbie zarażonym.
Będąc człowiekiem głęboko religijnym i praktykującym, na każdego człowieka, a zwłaszcza na biedne dziecko, patrzył przez pryzmat miłości do Boga. Mimo słabego zdrowia robił wszystko, by nieść pomoc zaniedbanemu ludowi wiejskiemu przez organizowanie ochronek dla dzieci i opieki nad chorymi, troszcząc się jednocześnie o podniesienie moralności dorosłych. Chociaż był człowiekiem świeckim, 3 maja 1850 r. założył zgromadzenie zakonne Sióstr Służebniczek Maryi Niepokalanej. Problemy zdrowotne uniemożliwiły mu realizację marzeń o kapłaństwie, chociaż podejmował próby studiów seminaryjnych. Dla otoczenia był zawsze przykładem heroicznej wiary, prostoty, miłości i ufności w Bożą Opatrzność. Już za życia przez wielu ludzi uznawany był za człowieka świątobliwego. Doczesne życie zakończył 7 sierpnia 1871 r. na plebanii w Górce Duchownej.
Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas wraz z Chrystusem, Piotrem, Jakubem i Janem na górę Tabor. Tam Chrystus przemienił się wobec swoich Apostołów. Jego twarz zajaśniała jak słońce, a szaty stały się olśniewająco białe. Apostołowie byli zachwyceni, choć poznali jedynie niewielki odblask wiecznej chwały Ojca, w której po swoim zmartwychwstaniu zasiadł Jezus. To wydarzenie pozostało tajemnicą dla pozostałych uczniów – dowiedzieli się o nim dopiero po wniebowstąpieniu Jezusa. Zdarzenie to Ewangeliści musieli uważać za bardzo ważne, skoro jego szczegółowy opis umieścili wszyscy synoptycy: św. Mateusz (Mt 17, 1-9), św. Marek (Mk 9, 1-8) i św. Łukasz (Łk 9, 28-36). Również św. Piotr Apostoł przekazał opis tego wydarzenia (2 P 1, 16-18). Miało ono miejsce po sześciu dniach – czy też “jakoby w osiem dni” – po uroczystym wyznaniu św. Piotra w okolicach Cezarei Filipowej (Mt 16, 13-20; Mk 8, 27-30; Łk 9, 18-21). Św. Cyryl Jerozolimski (+ 387) jako pierwszy wyraził pogląd, że górą Przemienienia Chrystusa była góra Tabor. Za nim zdanie to powtarza św. Hieronim (+ ok. 420) i cała tradycja. Faktycznie, góra Tabor uważana była w starożytności za świętą. Może dziwić szczegół, że zaraz po przybyciu na górę Apostołowie posnęli. Po odbytej bardzo uciążliwej drodze musieli utrudzić się wspinaczką, zwłaszcza że wędrowali sześć dni od Gór Hermonu. W Starym Testamencie powszechne było przekonanie, że Jahwe pokazuje się w obłoku (Wj 40, 34; 1 Sm 8, 11). Dlatego w czasie Przemienienia ukazał się obłok, który okrył Chrystusa, Mojżesza i Eliasza. Głos Boży z obłoku utwierdził uczniów w przekonaniu o teofanii, czyli objawieniu się Boga. Dlatego Ewangelista stwierdza, że świadkowie tego wydarzenia bardzo się zlękli.
Termin “Przemienienie Pańskie” nie jest adekwatny do greckiego słowa metemorfothe (por. Mk 9, 2), które ma o wiele głębsze znaczenie. Termin grecki oznacza dokładnie “zmienić formę zewnętrzną (morfe), kształt; przejść z jednej formy zewnętrznej do drugiej”. Chrystus okazał się tym, kim jest w swojej naturze i istocie – Synem Bożym. Przemienienie pozwoliło Apostołom zrozumieć, jak mizerne i niepełne są ich wyobrażenia o Bogu. Chrystus przemienił się na oczach Apostołów, aby w dniach próby ich wiara w Niego nie zachwiała się. Ewangelista wspomina, że Eliasz i Mojżesz rozmawiali z Chrystusem o Jego męce. Zapewne przypomnieli uczniom Chrystusa wszystkie proroctwa, które zapowiadały Mesjasza jako Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Wydarzenie to musiało mocno utkwić w pamięci świadków, skoro po wielu latach przypomni je św. Piotr w jednym ze swoich Listów (2 P 1, 16-18).Uroczystość Przemienienia Pańskiego na Wschodzie spotykamy już w VI wieku. Była ona największym świętem w ciągu lata. Na Zachodzie jako święto obowiązujące dla całego Kościoła wprowadził ją papież Kalikst III z podziękowaniem Panu Bogu za zwycięstwo oręża chrześcijańskiego pod Belgradem w dniu 6 sierpnia 1456 r. Wojskami dowodził wódz węgierski Jan Hunyadi, a całą obronę i bitwę przygotował św. Jan Kapistran. Jednak lokalnie obchodzono to święto na Zachodzie już w VII wieku. W Polsce święto znane jest od XI wieku.Dzisiejsze święto przypomina, że Jezus może w każdej chwili odmienić nasz los. Ma ono jednak jeszcze jeden, radosny, eschatologiczny aspekt: przyjdzie czas, że Pan odmieni nas wszystkich; nawet nasze ciała w tajemnicy zmartwychwstania uczyni uczestnikami swojej chwały. Dlatego dzisiejszy obchód jest dniem wielkiej radości i nadziei, że nasze przebywanie na ziemi nie będzie ostateczne, że przyjdzie po nim nieprzemijająca chwała. Przemienienie to jednak nie tylko pamiątka dokonanego faktu. To nie tylko nadzieja także naszego zmartwychwstania i przemiany. To równocześnie nakaz zostawiony przez Chrystusa, to zadanie wytyczone Jego wyznawcom. Warunkiem naszego eschatologicznego przemienienia jest stała przemiana duchowa, wewnętrzne, uparte naśladowanie Chrystusa. Ta przemiana w zarodku musi mieć podstawę na ziemi, by do swej pełni mogła dojść w wieczności. W drodze ku wieczności uczeń Jezusa musi być Mu wierny: myślą, słowem i chrześcijańskim czynem. Chrystus obiecuje, że będziemy królować razem z Nim tam, gdzie – za Piotrem – będziemy powtarzać: “Mistrzu, jak dobrze, że tu jesteśmy”. Warunkiem jest to, abyśmy już teraz pamiętali o tym, co dla nas przygotował Bóg, i abyśmy każdego dnia karmili się Jego Słowem i Ciałem. On chce, abyśmy ufnie i wytrwale się do Niego modlili, służyli bliźnim, rozwijając w sobie cnoty. Takie dążenie do przemiany będzie odpowiedzią na zaproszenie św. Pawła: “Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12, 2).
Przypadające dzisiaj wspomnienie dotyczy rocznicy poświęcenia bazyliki Najświętszej Maryi Panny “Większej” w Rzymie. Przymiotnik ten wynika z faktu, że jest to pierwszy i największy kościół rzymski poświęcony Maryi. Jest to także jedna z pierwszych na świecie świątyń poświęconych Matce Bożej. Kościół tak dalece ją wyróżnia, że należy ona do czterech tzw. bazylik większych Rzymu, które każdy pielgrzym nawiedzał w roku świętym, jeśli pragnął uzyskać odpust zupełny. Należą do nich: bazylika laterańska św. Jana (będąca katedrą biskupa Rzymu), bazylika św. Piotra na Watykanie, bazylika św. Pawła za Murami i właśnie bazylika Matki Bożej Większej. W Bazylice tej czci się Matkę Bożą Śnieżną. Według tradycji, w 352 r. Maryja ukazała się papieżowi Liberiuszowi i rzymskiemu patrycjuszowi Janowi, nakazując im budowę kościoła w miejscu, które im wskaże. 5 sierpnia, w okresie upałów, Wzgórze Eskwilińskie pokryło się śniegiem – tam zbudowano świątynię. Musiała być ona niewielka i być może uległa zniszczeniu. Sykstus III (432-440), pragnąc uczcić zakończenie soboru w Efezie, na którym ogłoszono dogmat o Bożym Macierzyństwie Maryi (Theotokos), postanowił przebudować gruntownie tę bazylikę. Wspomnienie tego wydarzenia obchodzono pierwotnie jedynie w samej bazylice, z czasem jednak kolejni papieże rozszerzali je najpierw na teren Rzymu, a potem już całego Kościoła. W ciągu wieków wielu papieży tę bazylikę upiększało i powiększało: Eugeniusz III (1145-1153) powiększył przedsionek i dał dzisiejszą przepiękną posadzkę; Mikołaj IV (1288-1293) dał nową bogatą absydę; za czasów Grzegorza XI (1370-1378) wzniesiono wieżę-dzwonnicę romańską; dziełem Klemensa X (1670-1676) jest tylny front bazyliki; Benedykt XIV (1740-1758) dokonał gruntownej przebudowy wnętrza, które podziwiamy po dzień obecny, oraz dał nowy, okazały, do dziś zachowany front główny bazyliki; Pius XI dla uczczenia 1500. rocznicy ogłoszenia na soborze efeskim dogmatu o Boskim Macierzyństwie Maryi (431-1931) odnowił wspaniałe pierwotne mozaiki, które znajdują się na łuku triumfalnym. Sykstus V (1585-1590) wystawił “Kaplicę Sykstyńską” w głębi prawej nawy, gdzie jest przechowywany Najświętszy Sakrament. Tam też spoczęły relikwie papieży św. Piusa V i Sykstusa V. Dziełem Pawła V (1605-1621) jest usytuowana naprzeciw Kaplicy Sykstyńskiej wspaniała Kaplica Matki Bożej Większej z Jej cudownym wizerunkiem (w kaplicy po lewej stronie bazyliki). Tu spoczęły śmiertelne szczątki papieży: Pawła V i Klemensa VIII. Starożytne mozaiki rzymskiej świątyni, dotyczące Bożego macierzyństwa Maryi, świadczą o tym, że Kościół już w wieku V przejął do celów religijnych znajomość najlepszej sztuki pogańskiego cesarstwa rzymskiego. W bazylice znajdują się relikwie żłóbka betlejemskiego i starożytny obraz Matki Bożej. Jest on największym skarbem bazyliki. Paweł V wystawił ku jego czci przebogatą kaplicę, od jego rodu zwaną także Borghese. Ołtarz, w którym mieści się obraz, jest wykładany agatami, ametystami i lazurytem. Całość kaplicy jest wyłożona najkosztowniejszymi marmurami.
Sam obraz Matki Bożej pochodzi z XII w. Ma wyraźne cechy bizantyjskie, o czym świadczą litery greckie. Dziecię Jezus trzyma księgę Ewangelii. Maryja trzyma Dziecię na lewym ręku i obejmuje je prawą. Ma pierścień na ręku, bogaty naszyjnik na szyi z dużym, kosztownym krzyżem. Jest piękny zwyczaj, że co roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej (5 sierpnia) właśnie w kaplicy Matki Bożej z kopuły zrzuca się płatki białych róż, przypominające płatki śniegu. Są one również symbolem niezliczonych łask, jakie wyprasza sobie tu lud rzymski. Obraz jest uważany za cudowny. Jest też koronowany koronami papieskimi. Lud rzymski nazywa go Salus Populi Romani – Ocaleniem Ludu Rzymskiego, gdyż w Rzymie panuje powszechne przekonanie, że ten obraz wiele razy ratował Wieczne Miasto. Był bowiem dawny zwyczaj, że – na wzór Arki Przymierza – w czasach klęsk i niebezpieczeństw obnoszono ten obraz po ulicach Rzymu. Obraz Matki Bożej Większej stał się prototypem dla wielu innych obrazów Matki Bożej tak dalece, że mamy dzisiaj setki (w Polsce kilkadziesiąt) sanktuariów, w których znajdują się kopie tego obrazu. Wiele z nich (w Polsce kilkanaście) doczekało się koronacji koronami papieskimi. Można powiedzieć, że jest to najczęściej spotykany w świecie wizerunek Maryi.
Jan urodził się w rodzinie ubogich wieśniaków w Dardilly koło Lyonu 8 maja 1786 r. Do I Komunii przystąpił potajemnie podczas Rewolucji Francuskiej w 1799 r. Po raz pierwszy przyjął Chrystusa do swego serca w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Ponieważ szkoły parafialne były zamknięte, nauczył się czytać i pisać dopiero w wieku 17 lat. Po ukończeniu szkoły podstawowej, otwartej w Dardilly w 1803 roku, Jan uczęszczał do szkoły w Ecully (od roku 1806). Miejscowy, świątobliwy proboszcz udzielał młodzieńcowi lekcji łaciny. Od służby wojskowej Jana wybawiła ciężka choroba, na którą zapadł. Wstąpił do niższego seminarium duchownego w 1812 r. Przy tak słabym przygotowaniu i późnym wieku nauka szła mu bardzo ciężko. W roku 1813 przeszedł jednak do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, litując się nad nim, radzili mu, by opuścił seminarium. Zamierzał faktycznie tak uczynić i wstąpić do Braci Szkół Chrześcijańskich, ale odradził mu to proboszcz z Ecully. On też interweniował za Janem w seminarium. Dopuszczono go do święceń kapłańskich właśnie ze względu na tę opinię oraz dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 roku Jan otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 29 lat. Pierwsze trzy lata spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu swego kapłaństwa natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Po jego śmierci biskup wysłał Jana jako wikariusza-kapelana do Ars-en-Dembes. Młody kapłan zastał kościółek zaniedbany i opustoszały. Obojętność religijna była tak wielka, że na Mszy świętej niedzielnej było kilka osób. Wiernych było zaledwie 230; dlatego też nie otwierano parafii, gdyż żaden proboszcz by na niej nie wyżył. O wiernych Ars mówiono pogardliwie, że tylko chrzest różni ich od bydląt. Ks. Jan przybył tu jednak z dużą ochotą. Nie wiedział, że przyjdzie mu tu pozostać przez 41 lat (1818-1859). Całe godziny przebywał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Sypiał zaledwie po parę godzin dziennie na gołych deskach. Kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadł nędznie i mało, można mówić o wiecznym poście. Dla wszystkich był uprzejmy. Odwiedzał swoich parafian i rozmawiał z nimi przyjacielsko. Powoli wierni przyzwyczaili się do swojego pasterza. Kiedy biskup spostrzegł, że ks. Jan daje sobie jakoś radę, erygował w 1823 r. parafię w Ars. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały dotąd zaniedbane i zobojętniałe dusze. Kościółek zaczął się z wolna zapełniać w niedziele i święta, a nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów.
Pomimo tylu zabiegów nie wszyscy jeszcze zostali pozyskani dla Chrystusa. Ks. Jan wyrzucał sobie, że to z jego winy. Uważał, że za mało się za nich modli i za mało pokutuje. Wyrzucał także sobie własną nieudolność. Błagał więc biskupa, by go zwolnił z obowiązków proboszcza. Kiedy jego błagania nie pomogły, postanowił uciec i skryć się w jakimś klasztorze, by nie odpowiadać za dusze innych. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Posłuszny, uczynił to. Nie wszyscy kapłani rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni podśmiewali się z dziwaka. Większość wszakże rozpoznała w nim świętość i otoczyła go wielką czcią. Sława proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza parafię Ars. Napływały nawet z odległych stron tłumy ciekawych. Kiedy zaś zaczęły rozchodzić się pogłoski o nadprzyrodzonych charyzmatach księdza Jana (dar czytania w sumieniach ludzkich i dar proroctwa), ciekawość wzrastała. Ks. Jan spowiadał długimi godzinami. Miał różnych penitentów: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Bywało, że zmordowany jęczał w konfesjonale: “Grzesznicy zabiją grzesznika!” W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ich ok. 80 000. Łącznie przez 41 lat jego pobytu w tym miejscu przez Ars przewinęło się około miliona ludzi. Nadmierne pokuty osłabiły już i tak wyczerpany organizm. Pojawiły się bóle głowy, dolegliwości żołądka, reumatyzm. Do cierpień fizycznych dołączyły duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Jakby tego było za mało, szatan przez 35 lat pokazywał się ks. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając nawet na kilka godzin wypoczynku. Inni kapłani myśleli początkowo, że są to gorączkowe przywidzenia, że proboszcz z głodu i nadmiaru pokut był na granicy obłędu. Kiedy jednak sami stali się świadkami wybryków złego ducha, uciekli w popłochu. Jan Vianney przyjmował to wszystko jako zadośćuczynienie Bożej sprawiedliwości za przewiny własne, jak też grzeszników, których rozgrzeszał.
Jako męczennik cierpiący za grzeszników i ofiara konfesjonału, zmarł 4 sierpnia 1859 r., przeżywszy 73 lata. W pogrzebie skromnego proboszcza z Ars wzięło udział ok. 300 kapłanów i ok. 6000 wiernych. Nabożeństwu żałobnemu przewodniczył biskup ordynariusz. Śmiertelne szczątki złożono nie na cmentarzu, ale w kościele parafialnym. W 1865 r. rozpoczęto budowę obecnej bazyliki. Papież św. Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 roku, a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 Pius XI. Ten sam papież ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego w roku 1929. W stulecie śmierci proboszcza z Ars Jan XXIII wystosował osobną encyklikę, w której przypomniał tę piękną postać. W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju duchownym ze stułą na szyi, często w otoczeniu dzieci.
Lidia to postać znana z kart Nowego Testamentu. Mieszkała w Filippi, w Macedonii. Była zapewne osobą zamożną, bowiem purpura – tkanina, którą sprzedawała – stanowiła towar luksusowy. Kiedy św. Paweł przybył do miasta, w którym mieszkała, Lidia była poganką skłaniającą się ku monoteizmowi. Spotkawszy Apostoła, przyjęła chrzest. Tekst Łukasza odnotowuje, że udzieliła mu gościny:Odbiwszy od lądu w Troadzie, popłynęliśmy wprost do Samotraki, a następnego dnia do Neapolu, a stąd do Filippi, głównego miasta tej części Macedonii, które jest [rzymską] kolonią. W tym mieście spędziliśmy kilka dni. W szabat wyszliśmy za bramę nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. I usiadłszy, rozmawialiśmy z kobietami, które się zeszły. Przysłuchiwała się też nam pewna bojąca się Boga kobieta z Tiatyry, imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swoim domem, poprosiła nas: “Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu – powiedziała – przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim”. I wymogła to na nas (Dz 16, 14-15).Paweł pozyskał ją dla Chrystusa jako pierwszą pogankę w Europie w czasie swojej drugiej podróży, która obejmowała Małą Azję, Macedonię oraz Grecję. Miała ona miejsce w latach 50-52. Łukasz podaje, że spotkanie Apostoła Narodów z Lidią odbyło się nad rzeką. Taki był bowiem u Żydów zwyczaj, że jeśli nie mieli jeszcze własnego domu modlitwy (synagogi), zbierali się w pobliżu rzeki dla obmyć rytualnych. Te miejsca nazywano proseuche, czyli miejscem modlitwy. Z mieszkańcami Filippi św. Paweł zawarł wielką przyjaźń, którą przypieczętował osobnym Listem; wchodzi on w skład ksiąg Nowego Testamentu. Apostoł chwali w nim nie tylko gorliwość tamtejszych chrześcijan, ale także ich niezwykłą ofiarność, jakiej nigdzie nie napotkał (Flp 4, 15). W tych słowach kryje się chyba również wyraźna pochwała dla św. Lidii, która pierwsza udzieliła Apostołowi gościny i zapewne nadal hojnie go wspierała w jego potrzebach. O dalszych losach św. Lidii nie wiemy nic więcej. Baroniusz wprowadził jej imię do Martyrologium Rzymskiego w wieku XVI (1584). Jest patronką farbiarzy.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
*** 2 sierpnia
Najświętsza Maryja Panna, Królowa Aniołów Odpust Porcjunkuli
U stóp Asyżu wznosi się bazylika Matki Bożej Anielskiej, wybudowana w XVI wieku. W samym centrum tej renesansowej świątyni znajduje się skromny kościółek benedyktyński z IX wieku, zwany Porcjunkulą. Pierwotny tytuł tego kościoła brzmiał – Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata. Według bowiem podania kapliczkę mieli ufundować pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej, który sytuowano w Dolinie Jozafata w Jerozolimie. Nazwę Matki Bożej Anielskiej prawdopodobnie nadał świątyni św. Franciszek z Asyżu. Legenda głosi, że słyszano często nad kapliczką głosy anielskie i dlatego dano jej tę nazwę. Na początku XIII w. kapliczka znajdowała się w stanie ruiny. Odbudował ją św. Franciszek zimą 1207/1208 roku i tu zamieszkał. Tu również w roku 1208 lub 1209 w uroczystość św. Macieja Apostoła (wtedy było to 24 lutego) Franciszek wysłuchał Mszy św. i usłyszał słowa Ewangelii:“Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 6-10).Franciszek wziął te słowa do siebie jako nakaz Chrystusa. Zdjął swoje odzienie, nałożył na siebie habit, przepasał się sznurem, udał się do kościoła parafialnego św. Jerzego w Asyżu i zaczął na placu nauczać. Jeszcze w tym samym roku zgłosili się do niego pierwsi towarzysze: Bernard z Quinvalle i Piotr z Katanii, późniejszy brat Egidiusz. Obaj zamieszkali wraz z Franciszkiem przy kościółku Matki Bożej Anielskiej. Kiedy zebrało się już 12 uczniów Franciszka, nazwali się braćmi mniejszymi. Za cel obrali sobie życie pokutne i głoszenie Chrystusa, nawoływanie do pokuty i zmiany życia. W roku 1211 benedyktyni z góry Subasio odstąpili Franciszkowi i jego towarzyszom kaplicę i miejsce przy niej, na którym ci wybudowali sobie ubogie szałasy. Porcjunkula stała się w ten sposób domem macierzystym zakonu św. Franciszka. Tu również schroniła się św. Klara z Offreduccio. W Niedzielę Palmową 28 marca 1212 r. odbyły się jej obłóczyny. Tak powstał II zakon (klarysek) pod pierwotną nazwą “Ubogich Pań”. Niebawem w ślady św. Klary poszła jej siostra, św. Agnieszka. Zamieszkały one tymczasowo u benedyktynek w pobliżu Bastii, zanim św. Franciszek nie wystawił dla nich klasztorku przy kościele św. Damiana. Franciszek zakończył swoje życie przy kościele Matki Bożej Anielskiej w 1226 roku. 11 kwietnia 1909 roku św. Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności bazyliki patriarchalnej i papieskiej. Nazwa Porcjunkula również była znana już za czasów św. Franciszka i być może przez niego została wprowadzona. Etymologicznie oznacza tyle, co kawałeczek, drobna część. Może to odnosić się do samej kapliczki, która była bardzo mała, jak również do posesji przy niej leżącej, także niewielkiej.
Maryja jako Matka Boża jest Królową także aniołów. Już Ewangelie zdają się wskazywać na służebną rolę aniołów wobec Maryi: tak jest w scenie zwiastowania, tak jest przy ukazaniu się aniołów pasterzom; tak jest wtedy, gdy anioł informuje Józefa, że ma uciekać z Bożym Dzieciątkiem do Egiptu. Ten sam anioł zawiadamia Józefa o śmierci Heroda. Pod wezwaniem Królowej Aniołów istnieją trzy zakony żeńskie. W roku 1864 zostało we Francji założone arcybractwo Matki Bożej Anielskiej, mające za cel oddawać cześć Maryi jako Królowej nieba. Wezwanie “Królowo Aniołów, módl się za nami” zostało włączone do Litanii Loretańskiej. Istnieje wiele kościołów pod tym wezwaniem, zwłaszcza wystawionych przez synów duchowych i córki św. Franciszka Serafickiego.
W 1216 roku św. Franciszkowi objawił się Pan Jezus, obiecując zakonnikowi odpust zupełny dla wszystkich, którzy po spowiedzi i przyjęciu Komunii świętej odwiedzą kapliczkę. Na prośbę Franciszka przywilej ten został zatwierdzony przez papieża Honoriusza III. Początkowo można go było zyskać jedynie między wieczorem dnia 1 sierpnia a wieczorem dnia 2 sierpnia. W 1480 r. Sykstus VI rozciągnął ten przywilej na wszystkie kościoły I i II Zakonu Franciszkańskiego, ale tylko dla samych zakonników. W 1622 r. Grzegorz XV objął nim także wszystkich świeckich, którzy wyspowiadają się i przyjmą Komunię świętą w odpowiednim dniu. Ponadto – oprócz kościołów franciszkańskich – Grzegorz XV rozszerzył ten odpust na kościoły kapucyńskie. Z czasem kolejni papieże potwierdzali ten przywilej. Paweł VI swoją konstytucją apostolską Indulgentiarium Doctrina w 1967 roku uczynił to ponownie. Każdy, kto w dniu 2 sierpnia nawiedzi swój kościół parafialny, spełniając zwykłe warunki (pobożne nawiedzenie kościoła, odmówienie w nim Modlitwy Pańskiej i wyznania wiary oraz sakramentalna spowiedź i Komunia św. wraz z modlitwą w intencjach papieża – nie za papieża, ale w intencjach, w których on się modli; ponadto wykluczone przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu), zyskuje odpust zupełny.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
1 sierpnia
Święty Alfons Maria Liguori, biskup i doktor Kościoła
Alfons Maria urodził się 27 września 1696 r. w Marinelli pod Neapolem, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. W dwa dni potem otrzymał chrzest. Jego ojciec marzył dla niego o karierze urzędniczej. W rodzinnym pałacu Alfons miał doskonałych nauczycieli. Wykazywał także od dziecka niezwykłą pilność do nauki i duże zdolności. Gdy ukończył szkołę podstawową, został wysłany na studia prawnicze na uniwersytet w Neapolu. Miał wtedy zaledwie 12 lat (1708). Kiedy miał zaledwie 17 lat, był już doktorem obojga praw. Ojciec planował Alfonsowi odpowiednie małżeństwo. Wybrał mu nawet córkę księcia, Teresinę. Ta jednak wstąpiła do zakonu i niebawem zmarła. Alfons po kilku latach praktyki adwokackiej, zniechęcony przekupstwem w sądownictwie, ku niezadowoleniu ojca postanowił spełnić swoje marzenia. Przed obrazem Matki Bożej w Porta Alba złożył swoją szpadę i rozpoczął studia teologiczne (1723). Po 4 latach studiów Alfons przyjął święcenia kapłańskie (1727). Miał wówczas 31 lat. Pragnąc życia doskonalszego, marzył o zakonie. Zamierzał najpierw wstąpić do teatynów, potem do filipinów albo do jakiejś kongregacji misyjnej. Nie mógł się jednak zdecydować. Z zapałem oddał się więc pracy apostolskiej wśród młodzieży rzemieślniczej i robotniczej. Gromadził ją w dni wolne od pracy, grał z nimi na gitarze i śpiewał ułożone przez siebie pieśni, uczył prawd wiary. Zasłynął też jako doskonały kaznodzieja. Po trzech latach nadludzkiej pracy musiał udać się na wypoczynek do Amalfi. Nie przestał tam jednak pracować. Zetknął się z rodziną Sióstr Nawiedzenia. Zajął się nimi i przekształcił je na Kongregację Zbawiciela. Był to młody zakon kontemplacyjny. W przyszłości będzie on stanowił żeńską gałąź redemptorystów. Alfons zauważył, że tamtejsi górale nie mają dostatecznej opieki duszpasterskiej. Dojrzała więc w nim myśl utworzenia zgromadzenia męskiego, które oddałoby się pracy wśród najbardziej opuszczonych oraz zaniedbanych. Tak powstało dzieło “Najświętszego Odkupiciela” (redemptorystów). Był to rok 1732. Na zatwierdzenie reguł nowej rodziny zakonnej Alfons nie czekał długo. Zatwierdził ją niebawem papież Benedykt XIV (1749). W 1762 r. papież Klemens XIII mianował Alfonsa biskupem-ordynariuszem w miasteczku S. Agata dei Goti. Alfons miał wtedy już 66 lat. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym w Kościele, udał się do Rzymu, by przedstawić się papieżowi. Z Rzymu podążył do Loreto, by w tym sanktuarium uprosić sobie błogosławieństwo u Matki Bożej. Pomimo wieku, z młodzieńczym zapałem zabrał się do pracy: wizytował, przemawiał, spowiadał, odwiedzał kapłanów i zagrzewał ich do gorliwości, reformował klasztory, budził nowe powołania kapłańskie i zakonne. Wszystkie dochody, jakie mu pozostawały dzięki nader skromnemu życiu, oddawał ubogim i fundacjom nowych placówek swojej kongregacji. Kiedy nastał głód, sprzedał sprzęty i naczynia domu biskupiego, aby za to kupić chleb dla głodujących. Jako biskup nie tylko nie zmienił surowego trybu życia, ale go nawet obostrzył, twierdząc, że teraz musi pokutować za swoich wiernych. Sypiał mało, jadł tylko zupę, chleb i jarzyny, nosił włosiennicę i kolczasty łańcuch, biczował się często do krwi. Nadmierne trudy, wiek i surowy tryb życia wyniszczyły jego organizm tak, że poczuł się zmuszony prosić papieża o zwolnienie z obowiązków pasterza diecezji. Paraliż kręgosłupa był dla niego bolesnym krzyżem. Po 13 latach pasterzowania powrócił więc do swoich duchowych synów (1775). Wskutek zatargu politycznego rozdzielono redemptorystów na dwie odrębne grupy. Papież ustanowił nad redemptorystami, zamieszkałymi na terenie Państwa Kościelnego, osobnego przełożonego, a redemptorystów neapolitańskich pozbawił wszelkich przywilejów. Założyciel bolał nad tym, ale znosił to cicho, z poddaniem się woli Bożej. Do tych cierpień przyczyniły się cierpienia fizyczne: reumatyzm, skrzywienie kręgosłupa i inne. Pochylony do ziemi, nie mógł już chodzić i został przykuty do fotela. Bóg doświadczył go także falą udręk moralnych: pokus, oschłości i skrupułów.
Alfons Liguori zmarł 1 sierpnia 1787 r. w wieku 91 lat. Sława jego świętości była tak wielka, że Pius VI już w 1796 roku nakazał rozpoczęcie procesu kanonicznego. W 11 lat potem (1807) został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Alfonsa. Pius VII dokonał jego uroczystej beatyfikacji w 1816 roku, a Grzegorz XVI kanonizował go w 1839 roku. W 10 lat potem Pius IX osobiście nawiedził grób św. Alfonsa (1849) i przy jego relikwiach odprawił Mszę świętą. Z tej okazji jako wotum ofiarował swój pierścień. Podobny pierścień ofiarował Jan XXIII w 1960 roku na wieść o kradzieży, jakiej dokonano w kaplicy św. Alfonsa. Pius IX ogłosił św. Alfonsa doktorem Kościoła (1871), a papieże Benedykt XV, Pius XI i Pius XII w publicznych wypowiedziach oddali mu najwyższe pochwały.Św. Alfons Liguori był ekspertem w tym, co dzisiaj nazywane jest teologią pastoralną. W swojej kapłańskiej pracy wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji. Najwięcej jednak zasłużył się Kościołowi Chrystusa jako pisarz, jeden z najpłodniejszych, jakich znają dzieje chrześcijaństwa. Do dzieł, które mu zjednały największą sławę, należą: Teologia moralna,Uwielbienia Maryi, które zdobyły aż 324 wydania w różnych językach; rekordową popularność osiągnęła mała książeczka Nawiedzenie Najśw. Sakramentu i Najśw. Maryi Panny, która doczekała się ponad 2000 wydań w różnych językach. Łącznie wymienia się 160 tytułów prac, napisanych przez św. Alfonsa, których liczba wydań sięgnęła 17 125 w 61 językach! Św. Alfons pisał dla wszystkich: dla kapłanów, kleryków, zakonników, spowiedników, wiernych. Dzieła jego obejmują teologię dogmatyczną, moralną i ascetyczną. 26 kwietnia 1950 roku papież Pius XII ogłosił św. Alfonsa patronem spowiedników i profesorów teologii moralnej. Nauczanie duchowe św. Alfonsa zdominowało życie chrześcijańskie Italii XVIII w. Jest patronem zakonu redemptorystów; adwokatów, osób świeckich, spowiedników, teologów, zwłaszcza moralistów.
W ikonografii św. Alfons przedstawiany jest w czarnej, zakonnej sutannie lub w szatach biskupich. Czasami trzyma krzyż lub ma różaniec na szyi. Bywa, że stoi przy nim anioł z pastorałem i mitrą.
PapieżLeon XIV: jak Piotr mówmy Bogu to, co naprawdę czujemy
Prośmy Pana, abyśmy w naszym życiu wiary mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt – wskazał Leon XIV w rozważaniu przed dzisiejszą modlitwą Anioł Pański.
Trzeba ufać Bogu nawet wtedy, gdy Jego drogi są inne niż nasze oczekiwania. – mówił Papież w rozważaniu, wygłoszonym w Castel Gandolfo.
Pokusa, by pomyśleć, że Pan się myli
Ojciec Święty nawiązał do fragmentu z niedzielnej Ewangelii wg św. Mateusza i dialogu Jezusa z Piotrem, który upomina Pana, słysząc, że ma On wiele wycierpieć i zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.
„Wbrew pięknemu wyznaniu wiary, które właśnie złożył – upomina Chrystusa. Wydaje się mówić: ‘Tak, wierzę, że jesteś Mesjaszem, ale nie w ten sposób zbawia się świat’” – przypomniał Papież.
„Również nam nie zawsze jest łatwo zrozumieć i zaakceptować drogi Boga, zwłaszcza gdy są one bardzo odległe od naszych. Wtedy pojawia się pokusa, by wbrew wszelkiej logice wiary pomyśleć, że to Pan się myli, albo – co gorsza – że nas nie słucha lub się nami nie interesuje” – mówił Leon XIV..
Nauka od Piotra
Wskazał jednak, że – pomimo swej porywczości – Piotr w tej scenie uczy nas po pierwsze, aby nigdy „nie przerywać dialogu z Panem, lecz z ufnością mówić Mu również o naszych trudnościach ze zrozumieniem tego, o co nas prosi.”
„Po drugie jednak, nigdy nie należy osądzać działania Boga, lecz raczej z pokorą, na modlitwie, wsłuchiwać się w to, co objawia nam poprzez swoje działanie, nawet jeśli to nie odpowiada naszym oczekiwaniom” – dodał Papież.
Pierwszy z Apostołów okazał się wielki, bo na ostrą odpowiedź Jezusa „Zejdź Mi z oczu, szatanie!”, podejmie wyzwanie, zaprze się samego siebie i weźmie swój krzyż, pozostając wiernym słowom Chrystusa, którego uznał za swojego Odkupiciela, przez całe życie, aż do męczeństwa.
Szczerze mówmy Jezusowi
„Prośmy więc Pana, abyśmy i my w naszym życiu wiary i w naszej modlitwie mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt, a jednocześnie potrafili pielęgnować tę samą co On uległość, przyjmując to, o co nas prosi, nawet gdy wykracza to poza nasze oczekiwania” – podkreślił Leon XIV.
s. Róża Chrzanowska CSFN, Wojciech Rogacin – Watykan
***
Kapłani pracujący w Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji zapraszają na doroczną pielgrzymkę
Niedziela – 30 sierpnia
do szkockiego sanktuarium w Carfin,
aby wspólnie modlić do Miłosiernego Boga
za naszą Ojczyznę
przez wstawiennictwo Bożej Matki,
która Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie.
Tego dnia z racji pielgrzymki nie będzie Mszy św. niedzielnej w kościele św. Piotra o godz. 14.00
***
Pielgrzymowanie Polaków do Carfin rozpoczęło się w czasie II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził Szkocję nasz wielki Rodak.
***
***
Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.
***
PROGRAM PIELGRZYMKI:
GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE
PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.
GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA
*** Tego dnia jest również możliwość pielgrzymować pieszo do Carfin
Początek pielgrzymki:
niedziela 30 sierpnia 2026 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang
o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde
Po drodze jest wspólny Różaniec
Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00
(poniżej jest plakat pieszej pielgrzymki do Carfin z Glasgow z minionego roku)
***
Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszurazem z krótkimi postojami.
Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.
***
Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:
– stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton do Carfin 21 km)
– okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre do Carfin 16 km)
– przy parku rozrywki M&D’s ML1 3RT – około godz.13.00 (z M&D’s do Carfin 10 km)
***
Każdy kto zdecyduje się na pieszą pielgrzymkę idzie na własną odpowiedzialność.
Osoby niepełnoletnie muszą być pod opieką osoby dorosłej.
***
Transportpubliczny:
autobusem ze stacji Buchanan o godz. 11.30 do Motherwell a następnie do Carfin (numery autobusów: X 11, 240, 255)
pociąg ze stacji Central Station w kierunku Edynburga zatrzymuje się w Carfin
***
+++
W NASZYCH MODLITWACH PAMIĘTAJMY O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:
***
+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
+KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
+KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
+KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth
+++++++
+++
RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.
***
***
Dlaczego wciąż idziemy do Matki?
26 sierpnia 2026
fot. Piotr Tumidajski / Forum
***
Hałas, ekrany, tysiące powiadomień i nieustanny bieg – codzienność potrafi przytłoczyć układ nerwowy do granic możliwości. Podobnie jak przez cały sierpień, tak i dziś – w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, na jasnogórskich błoniach meldują się tysiące pątników. Wśród nich są ci, którzy szukają tam czegoś absolutnie bezcennego: ciszy, resetu i powrotu do tego, co w życiu najważniejsze.
Dlaczego idę?
– Idę, by spotkać się z Bogiem, ze sobą i z drugim człowiekiem. Idę, by wyraźnie usłyszeć, co Bóg do mnie mówi. Chodzę w grupie wyciszenia, gdzie nie ma gitar, gdzie w czasie wędrówki nie odzywamy się do siebie. To jest mój czas. Bóg mówi w ciszy. Czasem jestem mocno przebodźcowany, a na pielgrzymce wracają „ustawienia fabryczne”. Na nowo odzyskuję pokój w sercu. Idę także ponieważ chcę w czasie pielgrzymkowego trudu oddać sprawy dla mnie ważne dobremu Bogu. Zwyczajnie lubię tę formę modlitwy – mówi o. Leonard Bielecki OFM, Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.
To samo pytanie zadaje sobie co roku tysiące pątników, jednak odpowiedzi bywają bardzo osobiste.
– Na to pytanie pewnie każdy pielgrzym odpowiedziałby trochę inaczej. Niesiemy ze sobą własną historię, swoje intencje, radości, trudności i sprawy, które chcemy powierzyć Bogu. Dla mnie pielgrzymka od lat jest przede wszystkim czasem zatrzymania się, „przeglądu” swojego serducha i spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy – mówi Marceli Łyczko, uczestnik Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. – Zazwyczaj idę z konkretnymi intencjami. W tym roku było jednak trochę inaczej. Tegoroczna pielgrzymka miała dla mnie charakter pokutny. Była czasem, w którym chciałem nie tylko prosić, ale przede wszystkim podziękować, przeprosić i oddać Bogu to, co przez ostatni czas było dla mnie trudne. Kilkadziesiąt kilometrów drogi daje przestrzeń, żeby pewne rzeczy poukładać, przemodlić i ponazywać – dodaje pielgrzym.
Bo choć cel podróży jest wspólny, to bagaż niesionych intencji i doświadczeń pozostaje sprawą głęboko indywidualną. Indywidualne zmagania na szlaku szybko jednak ustępują miejsca sile, jaka drzemie we wspólnym wędrowaniu.
– Chyba najważniejsi na pielgrzymce są dla mnie ludzie. Idziemy razem – osoby, które często na co dzień bardzo się od siebie różnią. Mamy inne historie, zawody, charaktery i problemy. A jednak przez te kilka dni łączy nas coś bardzo prostego: wiara, wspólne wartości i przekonanie, że warto podjąć trud drogi do Matki Bożej – mówi pielgrzym z Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki. – To jest niezwykłe doświadczenie. Można iść obok kogoś, kogo wcześniej się nie znało, a po kilku godzinach rozmawiać o rzeczach, o których czasem trudno powiedzieć nawet bliskim. Są wspólna modlitwa, śpiew, zmęczenie, żarty, cisza i zwykła ludzka pomoc. Kiedy jednemu zaczyna brakować sił, drugi po prostu idzie obok i towarzyszy – wyjaśnia Marceli.
Ta wspólnotowa wędrówka ma też swój głęboki fundament formacyjny, który pozwala pątnikom spojrzeć poza horyzont samej trasy.
– Bardzo mocno wybrzmiało to dla mnie również w tegorocznych konferencjach przygotowanych przez ks. Daniela Bembenka i ks. Tomasza Wolnika. Ich temat: „Podróż po nowe serce” był czymś więcej niż tylko hasłem na trzy dni. Pojawiła się tam myśl o tym, że pielgrzymka nie kończy się w momencie wejścia na Jasną Górę. Droga ma prowadzić dalej – do naszego codziennego życia, relacji i decyzji – mówi. – I chyba właśnie to najbardziej daje mi pielgrzymka. Nie ucieczkę od codzienności, ale możliwość powrotu do niej z odmienionym sercem. Z większą wdzięcznością, większym pokojem i świadomością, że nie idę przez życie sam – dodaje.
W tym roku, kiedy przeżywaliśmy 400-lecie gliwickiego pielgrzymowania, szczególnie mocno czułem, że jesteśmy częścią czegoś większego. Przed nami szli nasi przodkowie, a po nas pójdą kolejni. My tylko na chwilę przejmujemy tę drogę i mamy ją przekazać dalej. 400 lat przy sercu Mamy – i mam nadzieję, że jeszcze wiele kolejnych – podsumowuje gliwicki pątnik.
Gliwice to jednak tylko jeden z wielu punktów na mapie, z których Polacy wyruszają w stronę Jasnej Góry. Szlak zyskuje zupełnie inne, niemal poetyckie barwy w opowieściach pątników ze stolicy. Dla Magdaleny, która z Warszawską Akademicką Pielgrzymką Metropolitalną pielgrzymowała w tym roku po raz piąty, pielgrzymka ma wiele zmysłowych odcieni. To doświadczenie, które rejestruje się sercem.
– Dla mnie pielgrzymka ma kolor wschodzącego słońca, które nieśmiało o poranku budzi się do życia. Ma smak ciepłej zupy, którą ktoś zupełnie obcy chce mnie nakarmić. Kojarzy mi się z otwartym sercem i wyciągniętą dłonią, która pomaga iść wtedy, gdy sama nie mam już sił – mówi.
To właśnie w tych drobnych momentach i napotkanej na szlaku bezinteresowności kryje się sedno rekolekcji w drodze.
– Pielgrzymka jest dla mnie wielką, coroczną lekcją wdzięczności. Uczy, że piękno często rodzi się w prostocie i uważności. Piękny staje się świat, kiedy nie masz nic, a od Pana otrzymujesz wszystko. W codziennym pośpiechu łatwo jednak przeoczyć, jak wiele mamy – zauważa Magdalena. – Dlatego tak bardzo doceniam czas pielgrzymki. Każdego roku otwiera mi oczy na to, co naprawdę ważne oraz odziera ze złudzeń, w których żyję na co dzień – podsumowuje pątniczka.
Oprócz osobistego zachwytu nad prostotą drogi, kluczowym elementem pielgrzymowania okazuje się doświadczenie wspólnoty.
– Pielgrzymka jest dla mnie czasem w roku, który weryfikuje stan mojego serca, pomaga obrać kierunek na następny rok. Pielgrzymując od wielu lat, wiem, że jest dla mnie stałym punktem w roku. To właśnie podczas pielgrzymki nawiązałam najlepsze i najtrwalsze relacje – mówi Magda, która od szesnastu lat bierze udział w WAPM. – Co roku zawierzam się na nowo Maryi oraz zanoszę nowe intencje swoje i bliskich. Trud przebytej drogi daje mi siłę do kroczenia w życiu drogą wiary, a piękno żywego Kościoła przyciąga do powrotu w to samo miejsce za rok – podsumowuje Magda.
Ten magnetyzm jasnogórskiego szlaku i potrzebę cyklicznego powrotu do Matki doskonale rozumieją również pielgrzymi z południa Polski.
– Nie wyobrażam sobie, aby nie iść do Matki Bożej Częstochowskiej, to takie ładowanie akumulatorów na cały rok. Coroczna droga do Matki Bożej to podziękowanie za łaski otrzymane od Boga przez Jej wstawiennictwo przez cały rok i prośba o dalsze wsparcie na kolejne dni – mówi Barbara z Katowickiej Pieszej Pielgrzymki, która w tym roku była dwudziesty drugi raz. – Pomimo upału czy deszczu – cudowna droga, ze wspaniałymi ludźmi, tworzącymi jedną, wielką Wspólnotę opartą na wierze i miłości – podkreśla pątniczka.
Ta sama wewnętrzna tęsknota towarzyszy Marii, dla której tegoroczna piesza pielgrzymka była już piętnastą w życiu.
– Mam taką potrzebę płynącą z serca, dziękując Bogu za dar życia, rodzinę. Idąc na pielgrzymkę do Matki Boskiej Częstochowskiej czuję się szczęśliwa będąc w tak dużej rodzinie, jaką są wszyscy pątnicy – mówi pątniczka Katowickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.
Zupełnie inny region Polski, ale dokładnie te same emocje i poczucie wdzięczności budzą się na trasie wiodącej z Podkarpacia.
– Pielgrzymuję, ponieważ mogę. Mogę iść, śpiewać, modlić się, służyć innym w drodze – i już samo to daje mi mnóstwo powodów do wdzięczności. A jednocześnie zawsze znajdzie się coś, co mogę powierzyć Bogu i o co mogę Go prosić – mówi Karolina z Przemyskiej Pieszej Pielgrzymki. – Pielgrzymka jest dla mnie wyjątkowym czasem – z jednej strony spotkania z samą sobą i z Bogiem, budowania i pogłębiania tej relacji, a z drugiej spotkania z drugim człowiekiem. W drodze tworzą się więzi, które często zostają na długo po powrocie do domu i potrafią dodawać siły także w zwykłej codzienności. Chyba właśnie dlatego wracam na pielgrzymi szlak – żeby dziękować, prosić, być z ludźmi i na chwilę zostawić za sobą codzienny pęd – dodaje Karolina.
Z kolei na Podlasiu to niezwykłe doświadczenie drogi i wspólnoty staje się szkołą życiowej pokory.
– Do końca nie da się wytłumaczyć tego fenomenu pielgrzymki, dopóki samemu się nie pójdzie. Jest to ogromne święto wspólnoty Kościoła w drodze, poczucie jedności, braterstwa, zauważenia drugiego człowieka a może bardziej zauważenia Chrystusa w drugim człowieku – mówi Piotrek Skowron, muzyk Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. – Jest to też walka z samym sobą, ze swoimi słabościami fizycznymi, trudnościami, ćwiczenie silnej woli poprzez trudności pielgrzymiego szlaku. Zawsze powtarzam, że pielgrzymka uczy ogromnej pokory, ale i docenienia tego, co małe, drobne, choćby butelki wody, odpoczynku w cieniu. Chodzi o dostrzeganie Boga w tak małych i prostych rzeczach. Pielgrzymka to Kościół w drodze, Kościół poszukujący Boga i ewangelizujący. Daje mi od lat duchowe naładowanie, duchową moc na pokonywanie trudności w codziennym życiu później, przez cały rok. Pielgrzymka to budowanie jedności małżeńskiej i rodzinnej, przyjacielskiej. To na pielgrzymce zbudowałem również relacje w naszej rodzinie – dodaje muzyczny z Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej.
Wszystkie te historie – od ciszy w milczącym tłumie, przez zachwyt prostotą, aż po budowanie rodzinnych więzi – sprowadzają się ostatecznie do jednej decyzji: by wstać z kanapy i ruszyć przed siebie. Bez względu na to, ile kilometrów ma się do pokonania.
Dlaczego pieszo?
– Bo pielgrzymka to też proces. To również zmęczenie, to zdanie się na Opatrzność Bożą. Różne noclegi, różna pogoda. Zresztą wyruszenie z miejsca gdzie jestem wymaga też wyjścia ze strefy komfortu. I oczywiście można samochodem czy pociągiem, ale jak wspomniałem ja lubię tak, na pieszo, by dać sobie czas – wyjaśnia o. Leonard Bielecki OFM.
Marta Dybińska/PCh24.pl
***
środa 26 sierpnia
Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej
Msza święta o godz. 19.00
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego
***
Piękną poetycką modlitwą do Królowej Polskiej Korony jest wzruszający wiersz Jana Lechonia, powstały w 1942 roku w Nowym Jorku. Wiersz zatytułowany “Matka Boska Częstochowska” zawiera nawiązania do historii obrazu i do miejsc szczególnego kultu maryjnego w Polsce:
Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami, Cała w złocie i brylantach, modli się za nami. Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.
Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe, Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę. O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie I w kościele, i w sklepiku, i w pysznejkomnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci, I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci. Która perły masz od królów, złoto od rycerzy, W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami, Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami! Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu, Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu.
Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu. Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.
I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę. Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę. Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną, Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną
I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia. Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną, Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.
Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała, A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała. I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną, A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Panno,
I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną, I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono. Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.
Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie, Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie. I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.
***
Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.
Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.
Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka
Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).
Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.
Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.
W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej. Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.
(tekstze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)
***
Papież Leon XIV łączy się z uczestnikami uroczystości na Jasnej Górze
Leon XIV w pozdrowieniach do Polaków podczas środowej audiencji generalnej łączył się z wiernymi i hierarchami zgromadzonymi na Jasnej Górze. Po 70 latach odnawiane są tam dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu. Papież zachęcił, aby zawarty w nich program odnowy moralnej ciągle był „inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa”.
Pełna treść pozdrowienia Leona XIV do Polaków:
„Serdecznie pozdrawiam Polaków. Łączę się duchowo ze zgromadzonymi w Częstochowie, gdzie po 70 latach odnawiane są dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu, opracowane przez uwięzionego kard. Stefana Wyszyńskiego. Niech zawarty w nich program odnowy moralnej społeczeństwa przez ochronę życia ludzkiego, troskę o małżeństwo i rodzinę oraz o wychowanie dzieci i młodzieży będzie ciągle inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa. Wszystkim wam błogosławię!”.
70 lat po historycznym wydarzeniu
W środę 26 sierpnia, w 70. rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu, biskupi i wierni w Polsce ponawiają zawarte w nich przyrzeczenia. Główna Msza św. w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej rozpocznie się o godz. 11.00 przy ołtarzu polowym na Jasnej Górze. Przewodniczyć jej będzie i homilię wygłosi Prymas Polski abp Wojciech Polak. Na obchody przybywają pielgrzymi z różnych stron kraju.
Tekst Ślubów ułożony przez kard. Wyszyńskiego odczytał 26 sierpnia 1956 roku bp Michał Klepacz. Akt powstał w 300. rocznicę ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza jako program religijnej i moralnej odnowy narodu. Wzywał m.in. do wierności Bogu i Kościołowi, troski o rodzinę, życie i sprawiedliwość społeczną.
Artur Hanula, Karol Darmoros/Vatican News
***
Andrzej Solak:
Jasnogórskie Śluby Narodu AD 1956.
I co dalej?
26 sierpnia 2026
Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego fot. Henryk Przondziona / Gość Niedzielny / Forum
***
– Zapaliliśmy wam pochodnię Jasnogórskich Ślubów na „górach wysokich, osobno” – mówił kardynał Stefan Wyszyński do górali w Zakopanem, w pierwszą rocznicę pamiętnego wydarzenia. – Powstały one wśród gór, w odosobnieniu mego więzienia, gdy prymasowi Polski dana była radość „dla imienia Jezusowego zelżywości cierpieć” (Dz 5, 41). Ogromny program pracy w nich zawarty, nie tylko w górach jest zrodzony, ale w górę prowadzi. […] Mamy przecież podnieść całą Polskę wzwyż! Musimy mówić naszemu Narodowi: Sursum corda! W górę serca!…
Noc długa i ciemna
Rok 1956 miał okazać się wyjątkowy w dziejach naszych i całej Europy Wschodniej.
Z początku nic tego nie zapowiadało. W całym Soc-Łagrze krzepko dzierżyli niepodzielną władzę twardogłowi komuniści. W Polsce za murami więzień i obozów wciąż przebywały tysiące patriotów. Trwało dorzynanie antykomunistycznego podziemia, a właściwie garstki partyzantów, co wciąż tułali się po lasach, bez nadziei zwycięstwa. Obecne w każdym mieście ubeckie katownie wzbudzały nieopisany lęk. W szkołach, zakładach pracy, gazetach forsowano ateizm i dyskryminację wierzących. Na szarego człowieka wylewały się potoki propagandy, nieustannie wychwalającej uroki życia pod rządami Partii.
I nagle ten potężny gmach terroru zachwiał się, u samych fundamentów. W lutym w Moskwie, w trakcie XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Nikita Chruszczow potępił „kult jednostki” i zbrodnie epoki stalinizmu. Chruszczow nie był typem nawróconego grzesznika. Za życia Stalina zaliczał się do jego najwierniejszych popleczników. Wciąż uważał się za prawdziwego komunistę. Miał ręce lepkie od krwi. Teraz odciął się od niedawnej przeszłości dla celów polityki doraźnej, w ramach frakcyjnej walki na szczytach władz. Nie przewidział, jakie wrażenie w całym bloku komunistycznym wywoła podważenie „nieomylnych” dotąd dogmatów.
Publiczne obnażenie zbrodniczości systemu wywołało społeczną lawinę, którą trudno było okiełznać. Ludzie coraz śmielej podnosili głowy, także w naszym kraju. W czerwcu na ulice Poznania wyległo sto tysięcy demonstrantów, żądających „chleba, wolności i nauki religii w szkołach”. Protest przerodził się w walki zbrojne, które pochłonęły dziesiątki ofiar. Władze okrutnie zdławiły rewoltę, groziły „odrąbywaniem rąk prowokatorom i szaleńcom”, ale wrzenie narastało. W powietrzu czuć było zbierającą się burzę, choć nikt nie wiedział, dokąd to wszystko doprowadzi, co przyniesie jutro.
Interrex
W rządzonej przez marksistów Polsce jedyną instytucją, która wciąż rozpaczliwie broniła swej niezależności, pozostawał Kościół katolicki.
Dwanaście dotychczasowych lat „czerwonego” panowania przyniosło bolesne rany. Blisko stu zamordowanych oraz tysiąc uwięzionych kapłanów, nadto nieprzeliczone ofiary wśród świeckich, administracyjny ucisk na każdym kroku, codzienne szykany w każdej parafii, próby wywołania rozłamów i wasalizacji… Widok potęgi wroga mógł odebrać nadzieję, a miejsce przy rydwanie zwycięzcy kusiło przywilejami. Były więc także upadki, zdrady, odstępstwa. Jednakże wspólnota wierzących miała to szczęście, że na jej czele stanął człowiek wyjątkowy – duchowy mocarz, a zarazem mąż stanu, który potem zyska u Polaków miano Prymasa Tysiąclecia.
Od 1948 roku godność arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, a tym samym prymasa Polski, dzierżył Stefan Wyszyński, cztery lata później wyniesiony do godności kardynalskiej. Człowiek szczerej wiary i patriota, był zarazem twardo stąpającym po ziemi realistą. W 1944 roku, jako kapelan Armii Krajowej, na własne oczy oglądał dramat powstańczej Warszawy; wiedział czym kończy się rzucenie ofiarnej, ale bezbronnej młodzieży przeciw czołgom, artylerii i bombowcom. Dlatego jako prymas starał się unikać otwartej konfrontacji z władzami. Negocjował z komunistami, lawirował, a gdy uznał to za konieczne – szedł na ustępstwa. Chciał dać Kościołowi czas na przeczekanie najgorszego. Jednakże komuna wciąż żądała więcej i więcej. W końcu nie było się gdzie wycofać.
8 maja 1953 roku, co znaczące w dniu wspomnienia św. Stanisława Szczepanowskiego Męczennika, z inicjatywy prymasa Episkopat Polski wystosował list do rządu PRL w obronie prześladowanego Kościoła:
„Gdy postawiono nas wobec alternatywy – albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista wiara – wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym spokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy najmniejszego powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno: Non possumus!”.
Tego władza nie mogła darować. 25 września 1953 roku bezpieka zatrzymała prymasa. Został następnie internowany pod strażą w klasztorze w Rywałdzie Śląskim, potem w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim, w Prudniku Śląskim oraz w klasztorze sióstr Nazaretanek w Komańczy. Mimo wielu starań wrogów nie dał się złamać. Nie pozwolił też, by zawładnęło nim uczucie nienawiści, czy choćby niechęci do prześladowców, przecież po ludzku zrozumiałe w jego położeniu. Jak stwierdził:
– Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.
Dał nam przykład Jan Kazimierz
W roku 1956 przypadało trzechsetlecie Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza.
Równo przed trzema wiekami szwedzko-protestancki „potop” zalewał niepowstrzymaną falą polskie ziemie. Wtedy to wracający z wygnania nasz monarcha, w zawsze wiernym polskim Lwowie powierzył Ojczyznę opiece Matki Bożej, nadając jej miano Królowej Korony Polskiej. Pokonana militarnie i politycznie Rzeczpospolita sięgnęła wówczas po swą broń ostateczną – duchowe siły narodu. Ta moc poprowadziła ją ku ocaleniu.
Zaskakujące, że prymasa Wyszyńskiego zainspirowała… literatura piękna. Przypadek sprawił, że podczas internowania w Prudniku w zasięgu ręki prymasa znalazł się „Potop” Henryka Sienkiewicza, zawierający potężną scenę Ślubów Lwowskich.
– Czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie – wspominał kardynał. – Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, w którym król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa: drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje Henryk Sienkiewicz. Gdy z kolei i mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać akt Ślubowań odnowionych!
Czy zatem o nadchodzących wydarzeniach rzeczywiście zadecydował przypadek? Fakt, że prymas sięgnął właśnie po tę, a nie inną książkę?
„Przypadek to pseudonim Boga, gdy nie chce pod czymś umieścić Swego autografu” – napisał niegdyś Anatol France…
Najpiękniej pisze się w więzieniu
Myśl o odnowieniu Ślubów Lwowskich, przystosowanych do nowej sytuacji, dojrzewała także w innych kręgach.
Do więzionego w Komańczy prymasa przybyła jego dawna współpracownica, Maria Okońska, założycielka Stowarzyszenia Żeńskiej Młodzieży Katolickiej. Przedstawiła prośbę biskupów oraz jasnogórskich paulinów o zredagowanie nowej wersji Ślubów Narodu.
– W pierwszym momencie twarz Ojca rozpromieniła się radośnie – wspominała wysłanniczka. – Widoczne było, że Ojciec nie tylko uradował się naszym przybyciem, ale także tą prośbą.
Nieoczekiwanie dla wszystkich prymas jął wahać się i zwlekać z wypełnieniem zadania. W końcu, indagowany przez Okońską, wyznał:
– Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać.
Na szczęście rozmówczyni natychmiast rozwiała jego wątpliwości: – […] powiedziałam: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia!”. Ojciec popatrzył na mnie jakoś dziwnie, jakby mnie pierwszy raz zobaczył, i odpowiedział: „Masz rację, najpiękniejsze jego listy pochodziły z więzienia”.
Nazajutrz, 16 maja, w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli, tekst nowych Ślubów był gotów. Zawarto w nim wielki program odnowy religijnej i moralnej narodu.
– Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów. Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych – pisał prymas. W tekście odnawiał śluby przodków, uznawał Matkę Bożą za Patronkę i Królową narodu polskiego. Powierzał Jej opiece „wszystkie ziemie polskie”, przyrzekał wierność w „życiu osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Ślubował bronić życia poczętego, małżeństwa, godności kobiety i ognisk domowych, wychowywać dzieci w wierności Chrystusowi, w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, odrzucając nienawiść, przemoc i wyzysk. Obiecywał wreszcie walkę z wadami narodowymi – lenistwem, lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością. Śluby kończyło wezwanie: „Prowadź nas poprzez poddaną Ci ziemię polską do Bram Ojczyzny Niebieskiej. A na progu nowego życia sama okaż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twojego. Amen”.
Prymas zarządził, by Śluby zostały odczytane z Wałów Jasnogórskich w dniu 26 sierpnia przez biskupa Michała Klepacza, zastępującego w tym czasie uwięzionego prymasa. Gdyby z jakichkolwiek powodów biskup nie mógł tego uczynić, tekst miał odczytać generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, bądź przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w ostateczności zaś „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.
Ów dzień
Maria Okońska nadal pełniła swą pracę emisariuszki między prymasem a pozostającymi na wolności hierarchami Kościoła:
„Przyjechałam do Komańczy 25 sierpnia wieczorem. Przywiozłam dokładny program uroczystości na Jasnej Górze i prośbę ojców paulinów, aby Ksiądz Prymas czynił to samo w Komańczy, z 10-minutowym wyprzedzeniem. Tak też się stało.
Bardzo przeżyłam moment składania Ślubów. Ojciec [tj. Prymas] stanął przed ogromnym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej, wziął tekst Ślubów do ręki i powiedział do mnie:
– Powtarzaj – «Królowo Polski – przyrzekamy!». Jesteśmy jakby symbolem ludu zebranego pod Szczytem Jasnej Góry.
Czytał dobitnie, wyraźnie, z ogromnym wzruszeniem. Ja drżącym głosem powtarzałam:
– Królowo Polski, przyrzekamy!”
A w dalekiej Częstochowie, na Jasnogórskich Wałach, odczytywał tekst ślubów biskup Michał Klepacz. „Królowo Polski, przyrzekamy!” odpowiadała potężnym chórem milionowa rzesza pielgrzymów. Zwracał uwagę pusty fotel przeznaczony dla prymasa. Ktoś położył na nim biało-czerwoną wiązankę kwiatów.
Polska zmieniała się. W październiku, na fali politycznych przeobrażeń na szczytach władz, zwrócono wolność prymasowi. Stalinowska frakcja komunistów została zmuszona do odwrotu. Udało się przy tym uniknąć krwawej jatki, jakiej w owym czasie doświadczyły bratnie Węgry. Rządy marksistów miały potrwać jeszcze długie dekady. W tym czasie wyrządzono jeszcze wiele krzywd i zniszczono wielu ludzi, jednakże najbrutalniejszy okres „Polski Ludowej”, czas prawdziwie masowego codziennego terroru został zamknięty.
Jasnogórskie Śluby Narodu nie były jednorazowym wydarzeniem. W nawiązaniu do nich zrealizowano we wszystkich parafiach program Wielkiej Nowenny, przygotowujący do przeżywania Milenium Chrztu Polski.
Modlitwa na zgliszczach
Jasnogórskie Śluby Narodu, podobnie jak niegdyś Śluby Lwowskie odegrały ogromną rolę, konsolidując Polaków w dramatycznych dla nich chwilach. Co pozostało po złożonych przyrzeczeniach? Czy zostały dotrzymane?
Do serca Twego, Pani świata
My, Twoje dzieci garniem się…
– śpiewały wciąż nowe pokolenia polskich katolików. Czy dzisiaj Matka Boża chętnie przyznałaby się do naszej czeredy?
Ślubowaliśmy jako naród i teraz odnawiamy nasze przyrzeczenia. Ale co wiąże się z faktem, że coś ślubujemy? Czymże jest dziś naród polski?
Nie będę już wracał do czasów komuny, kiedy łudziliśmy się, że wszystko jest winą obcych; że wystarczy tylko wyprosić z naszych granic sowieckie dywizje, a wtedy przykładnie posprzątamy i zagospodarujemy nasz wspólny dom. Bo co zrobiliśmy z ofiarowaną nam wolnością? Jakich wyborów dokonywał nasz naród?
Toż nie przypiszemy cudzoziemskim bagnetom mordów na nienarodzonych maleństwach. Nie zwalimy na obce rządy odpowiedzialności za rozpadające się małżeństwa, za konkubinaty nowomodnie zwane „związkami partnerskimi”, za tolerowanie zboczeń i wynaturzeń. Czy tak ma wyglądać polskie Królestwo Maryi?
Jakże często przyznanie się do polskości sprowadzało się do wymachiwania flagą i odśpiewania paru piosenek. Ale kiedy obce flagi wisiały na naszych urzędach – ilu z nas to nie przeszkadzało? Ilu z nas biło brawa szubrawcom z gębami pełnymi patriotycznych frazesów, co jawnie uprawiali uniżone służalstwo wobec obcych, wobec wrogów?
A kiedy setki tysięcy wyznawczyń lesbijki Lempart maszerowały ulicami polskich miast, żądając prawa do mordowania dzieci nienarodzonych – ilu z nas podążyło bronić kościołów, a ilu tłumaczyło swą bierność restrykcjami kowidowymi ogłoszonymi przez tak zwany „nasz rząd”?
Prawda, mieliśmy w tamtych czasach rządowe zakazy procesji, zgromadzeń, nawet pogrzebów. Przychodziłem wtedy do kościoła, był prawie pusty; była nas garść. Gdzie był naród?
Który biskup wspiera dziś POLSKOŚĆ? Który wspiera zasadę SPRAWIEDLIWOŚCI wynikającą z katolickiej nauki społecznej? Który w minionych latach odważył się powiedzieć głośno, że polskie dzieci spychane w dół w kolejkach do lekarzy nie są wcale mniej ważne od dzieci ukraińskich imigrantów? Który stwierdził, że Polak nie powinien być we własnym kraju obywatelem gorszego sortu?
Który biskup napomniał naszych greckokatolickich braci w Wierze o ich kleryków i duchownych, co pieją przed kamerą „Baćko nasz Bandera, Ukraina mati”? Który oświadczył tym ludziom otwarcie, prosto w oczy, że promowanie zbrodniarzy przez duchownych jest nikczemnością, że stanowi zaprzeczenie Chrystusowej wiary; że wiernych niezorientowanych w temacie prowadzi ku potępieniu?
Ślubowaliśmy jako naród i jako naród upadaliśmy wielokrotnie. To ostatnie nie jest niczym wyjątkowym w ludzkich dziejach. Przecież upadali nawet Apostołowie. Tyle, że oni nie poklepywali się wtedy po plecach, nie pocieszali się krzepiącym pustosłowiem. Gdy wreszcie opuścili swe kryjówki, w których wcześniej chowali się „ze strachu przed Żydami”, zaczęli od rachunku sumienia, od aktu żalu. Pierwszy św. Piotr, co po trzykroć publicznie zaparł się Zbawiciela – on pierwszy ukorzył się i szczerze zapłakał nad własną nędzą. To uczyniło zeń twardą, niezniszczalną Skałę, na której zbudowano Kościół.
Potrzebne są nam wielkie, narodowe rekolekcje.
Andrzej Solak/PCh24.pl
***
Napisane w więzieniu, wypowiedziane na Jasnej Górze
Pusty fotel na Jasnej Górze przypominał, że Prymasa nie ma wśród pół miliona wiernych. Kard. Stefan Wyszyński był więziony w Komańczy, ale to napisane przez niego słowa 26 sierpnia 1956 r. rozbrzmiewały w Częstochowie. Tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu powstał w ciągu jednego poranka i został potajemnie przewieziony na Jasną Górę. 70 lat później historyczna księga Ślubów znów jest w sanktuarium.
Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.
Oby każde słowo Ślubów Jasnogórskich weszło w naszę krew, pisał Pryms Tysiąclecia
***
Śluby nosił już w sercu
Był rok 1956. Mijało 300 lat od ślubów lwowskich Jana Kazimierza, a internowany od 1953 r. kard. Stefan Wyszyński przebywał w Komańczy. Myśl o odnowieniu historycznego aktu towarzyszyła mu jednak już wcześniej, podczas uwięzienia w Prudniku. Gdy jesienią 1955 r. przewożono go stamtąd do Komańczy, przemierzał część drogi, którą trzy wieki wcześniej król podążał do Lwowa.
Episkopat przygotowywał już „Rok Ślubów Narodowych”. Komunistyczne władze próbowały jednak storpedować te plany. 17 marca Wyszyński zapisał, że rząd „wyraził życzenie”, aby program obchodów został wycofany. Prymas pytał wówczas, czy powodem był lęk przed „masowymi wystąpieniami opinii katolickiej pod przewodnictwem Episkopatu”.
Kilka dni później, 24 marca, do Komańczy przyjechały z Jasnej Góry Maria Okońska i Janina Michalska. Przywiozły Prymasowi wiadomości o przygotowaniach do Roku Ślubów Narodowych. Okońska przekonywała go, aby napisał nowy tekst ślubowania. Wyszyński jednak odmawiał.
„Więzień musi milczeć”
Prymas uważał, że skoro Bóg dopuścił jego uwięzienie, powinien przyjąć również wynikające z niego milczenie. „Jestem więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć” – argumentował.
Maria Okońska przypomniała mu wtedy św. Pawła, który właśnie z więzienia pisał listy i prowadził założone przez siebie wspólnoty. Ten argument przełamał opór Wyszyńskiego. Gdy Okońska zapytała, czy wie, co chciałby napisać, odpowiedział: „Marysiu, ja je już od Prudnika noszę w sercu!”
Rankiem 16 maja 1956 r., we wspomnienie św. Andrzeja Boboli, Prymas przelał to, co nosił w sobie, na papier. Według zachowanych relacji rozpoczął około godz. 5.00. Dwie godziny później gotowy był kilkustronicowy rękopis Jasnogórskich Ślubów Narodu, niemal bez poprawek.
Tajny tekst rusza w drogę
Rękopis przepisano na maszynie. 22 maja Janina Michalska wyruszyła z tekstem do Częstochowy. Wiozła także listy Prymasa do przełożonych paulinów. Wyszyński liczył się z możliwością kontroli. Przed zaklejeniem kopert przeczytał więc Michalskiej ich treść, aby w razie konieczności mogła zniszczyć dokumenty, a wiadomość przekazać ustnie.
Misja się powiodła. Śluby dotarły na Jasną Górę. Aby nie dopuścić do przedwczesnego ujawnienia tekstu, był on następnie przepisywany m.in. w klasztorach klauzurowych. Przygotowano także uroczystą księgę Ślubów.
Nawet jasnogórski kuchcik
Wyszyński zdawał sobie sprawę, że 26 sierpnia może nie otrzymać zgody na wyjazd do Częstochowy. Dlatego przygotował szczegółowy plan. Śluby miał odczytać bp Michał Klepacz. Gdyby władze mu to uniemożliwiły – generał paulinów, a następnie przeor Jasnej Góry. Prymas był zdecydowany: w ostateczności miał zrobić to nawet „jasnogórski kuchcik”. Najważniejsze było, aby Śluby zostały złożone.
26 sierpnia Wyszyński rzeczywiście pozostał w Komańczy. Na Jasnej Górze ustawiono dla niego pusty fotel. Tekst odczytał bp Klepacz, a zgromadzone tłumy odpowiadały: „Królowo Polski, przyrzekamy!”
Tego samego dnia Prymas pisał w Komańczy: „Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich”. I dodawał: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.
Pusty fotel z herbem Prymasa “Soli Deo”
***
Księga znów na Jasnej Górze
Trzy dni po uroczystości księga dotarła do Komańczy. Wyszyński złożył pod tekstem swój podpis i dopisał: „In vinculis pro Ecclesia” – „w kajdanach za Kościół”.
Dziś, 70 lat później, historyczny dokument ponownie można zobaczyć na Jasnej Górze. Księga „Odnowienie Ślubów Narodu na Jasnej Górze 1956 RP”, przechowywana na co dzień w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie, jest prezentowana do połowy września na wystawie poświęconej Prymasowi Tysiąclecia w Bastionie św. Rocha.
Historia zatacza więc symboliczne koło. Tekst powstał w Komańczy, potajemnie dotarł na Jasną Górę, wrócił do uwięzionego Prymasa po jego podpis, a po 70 latach znów znalazł się w miejscu, w którym jego słowa wypowiedziały setki tysięcy Polaków.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
Dokonało się wielkie dzieło
26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze wydarzyło się coś, co nie byłoby możliwe w żadnym innym kraju znajdującym się pod wpływem Związku Sowieckiego.
Malowidło z Klasztoru Franciszkanów w Prudniku-Lesie – miejsca uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego
fot. Grażyna Kołek
***
Ponad milion ludzi składało przyrzeczenie Matce Najświętszej: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Komuniści mogli się tylko bezradnie przyglądać rozmodlonej rzeszy wiernych i słuchać, jak po każdym z dziewięciu wezwań rozlegało się potężne: „przyrzekamy”.
Obrona przed zalewem nowych „czarów”
W tym czasie autor ślubów – kard. Stefan Wyszyński przebywał w więzieniu w Komańczy, przy granicy ze Związkiem Sowieckim. Śluby były początkiem gigantycznego planu duszpasterskiego prymasa Wyszyńskiego, dzięki któremu chciał przygotować naród na Tysiąclecie Chrztu Polski, przypadające w 1966 r.
Kardynał Wyszyński, więzień władzy komunistycznej, która usiłowała budować państwo bez Boga, dostrzegł, że trzeba pomyśleć o „obronie Jasnej Góry” w innych kategoriach: jako obronie duszy, rodziny, narodu, Kościoła, przed zalewem nowych „czarów”, pod którym to pojęciem można rozszyfrować wrogą kulturze chrześcijańskiej ideologię.
Tłumaczył to następująco: „«Obrona Jasnej Góry» dziś – to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzinnej, obrona jedności serc ludzkich w Bożym Sercu, to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom po Bożemu”.
W Prudniku prymas rozmyślał także o zbliżającej się rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych podczas potopu szwedzkiego 1 kwietnia 1656 r. w katedrze we Lwowie. Komuniści nie mogli wiedzieć, że w głowie prymasa Polski kiełkowała myśl, której realizacja wstrząśnie podwalinami budowanego z tak ogromnym nakładem sił i środków nowego ustroju. Prymas nie miał wątpliwości, że w 300. rocznicę ślubów lwowskich, które uważał za jeden z „największych porywów sprawiedliwości społecznej” w Polsce, powinien powstać tekst nowych ślubów, dostosowanych do czasów współczesnych. Kiedy w końcu października 1955 r. był przewożony z Prudnika do Komańczy w Bieszczadach, ostatniego miejsca uwięzienia, zdał sobie sprawę, że porusza się tym samym szlakiem, którym przed 300 laty podążał do Lwowa król Jan Kazimierz z prymasem Wacławem Leszczyńskim, aby tam złożyć swe śluby: ogłosić Maryję, Matkę Chrystusa, Królową Polski, zawierzyć Jej wojsko i lud oraz przyrzec ulżenie doli chłopów.
Pomny na to wielkie historyczne wydarzenie ksiądz prymas postanowił, że w następnym roku – 1956, a więc w 300. rocznicę ślubów króla Jana Kazimierza, powstanie tekst odnowionego ślubowania, składanego już nie przez króla, ale przez cały naród. Z tą myślą jechał do Komańczy, aby rozpocząć trzeci rok swego uwięzienia.
Z więzienia, jak św. Paweł
Prymas nie był sam. Również na Jasnej Górze dojrzewała myśl o ponowieniu ślubów. Nikt nie miał wątpliwości, że ich tekst powinien napisać prymas Polski. Gdy jednak dotarła do niego prośba episkopatu Polski i paulinów z Jasnej Góry, kard. Wyszyński odmówił, tłumacząc, że jest więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć. Odmówił również bp Michał Klepacz, który pełnił obowiązki przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Sytuację próbowali ratować paulini, ale zredagowany przez ich kierownictwo tekst, co przyznali sami zakonnicy, nie dorastał do rangi wydarzenia.
Był to już czas, kiedy uwięzionego kard. Wyszyńskiego mogły odwiedzać osoby z jego najbliższego otoczenia. 24 marca 1956 r. do Komańczy pojechały Maria Okońska i Janina Michalska z Instytutu Prymasowskiego. Ponownie przedstawiły kard. Wyszyńskiemu prośbę biskupów i paulinów. Na te słowa twarz prymasa rozpromieniła się radośnie, jednak dni mijały, a tekstu ślubów nadal nie było. „Ojcze, dlaczego?” – pytała codziennie Maria Okońska. Dawał wymijające odpowiedzi. Wreszcie, a było to 15 maja, uzasadnił odmowę: „Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać”.
Wówczas Marii Okońskiej przyszła do głowy olśniewająca myśl: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia”. Prymas przyznał jej rację.
Na drugi dzień rano wszedł do domowej kaplicy z rozpromienioną miną. Na klęczniku Marii Okońskiej położył plik papieru maszynowego, zapisanego jego drobniutkim pismem. Na pierwszej stronie widniał tytuł: „Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego”.
Teraz zostało do wykonania najtrudniejsze zadanie: dostarczyć tekst na Jasną Górę, aby nie dostał się w niepowołane ręce. Zadanie to prymas powierzył Janinie Michalskiej, załączył też list do ojca generała. W liście tym prosił, aby 26 sierpnia 1956 r. tekst Ślubów został odczytany z wałów jasnogórskich, wobec zebranych pielgrzymów, przez bp. Klepacza, który zastępował uwięzionego prymasa. Jeżeli władze komunistyczne przeszkodzą, niech tekst Ślubów przeczyta generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, gdy i ten będzie „przeszkodzony”, niech przeczyta przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński. A jeżeli i jemu zabronią, „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.
W Jej imieniu jednoczyć i odradzać
Na szczęście nikt nie został „przeszkodzony”, a rotę ślubów odczytał bp Klepacz. Dziesięć minut wcześniej, w swoim pokoju w Komańczy, przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, tekst ślubowania wypowiedział prymas Wyszyński. Rolę „ludu Bożego” odegrała Maria Okońska, która po każdym wezwaniu odpowiadała: „przyrzekamy”. Kardynała bardzo ucieszyła przywieziona przez nią hostia jako znak łączności z Jasną Górą.
Prymas, prymus w szkole Maryi, nie buntował się, że nie ma go wśród rzeszy Polaków zgromadzonych przed jasnogórskim szczytem. Widział w tym wolę Matki Najświętszej. Pod datą 26 sierpnia 1956 r. zapisał: „W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać wola Twoja. W tym jest Twoja wielka moc, której ja ulegle się poddaję, jako całkowity niewolnik najpotężniejszej Królowej. Bądź uwielbiona w tej mocy, którą mi dajesz, bym w pełni uznał, że największa moc i miłość jest w tej uległości”.
Po odczytaniu roty Ślubów ogarnął go wielki spokój. Rozsadzająca radość podyktowała mu słowa: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.
Trzy dni później, w liście do generała paulinów, prymas napisał: „Bóg jeszcze raz pokazał, w imię jakiej siły trzeba jednoczyć i odradzać Naród”. Dla kard. Wyszyńskiego tą niezawodną siłą była Maryja.
Grzegorz Polak –Tygodnik Niedziela
***
Uroczystość NMP Częstochowskiej
Nietypowy wizerunek NMP Częstochowskiej. W towarzystwie kard. Wyszyńskiego. Obraz znajduje się w Prudniku, w sanktuarium św. Józefa.
fot. HENRYK PRZONDZIONO / Gość Niedzielny
***
W środę w Kościele przypada uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Obraz Matki Bożej na Jasnej Górze otaczany jest przez Polaków czcią od XIV w. Co roku do jasnogórskiego sanktuarium pielgrzymuje ok. 2 mln wiernych.
W ciągu roku na Jasnej Górze są dwa szczyty pielgrzymkowe – 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz 26 sierpnia w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Najwięcej pątników dociera do Częstochowy w pielgrzymkach pieszych, jednak część przyjeżdża na rowerach i na rolkach, a część w pielgrzymkach biegowych.
Legenda głosi, że Cudowny Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Maryi. Rzeczywista data powstania ikony i jej autor nie są znane. Historycy sztuki wykazują na duże podobieństwo do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza: “Ta, która prowadzi”. Zdaniem ekspertów obraz może pochodzić z X w.
Wiadomo, że ikonę sprowadził do Częstochowy na przełomie lat 1382-1384 książę Władysław Opolczyk. Obraz uznany został za cudowny i otoczony kultem, a na Jasną Górę zaczęli przybywać pielgrzymi przynoszący z sobą liczne wota. Przyciągnęły one też złodziei, którzy w 1430 r. dokonali napaści na klasztor.
Napad opisał kronikarz Jan Długosz. Według jego relacji napastnicy ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby, a także złoto i klejnoty, którymi przyozdobiony był obraz. Następnie, w czasie ucieczki, uszkodzili twarz Maryi cięciem szabli. Choć z rozkazu króla Władysława Jagiełły ikona poddana została renowacji, ślady napaści z 1430 r. pozostały widoczne – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi.
Przed ikoną wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz i Jan III Sobieski.
Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został dwukrotnie ozdobiony papieskimi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego – decyzją Klemensa XI – odbyła się w 1717 r. To on sam ufundował korony dla Matki Bożej. Korony te skradziono w nocy z 22 na 23 października 1909 r. wraz z perłową suknią i innymi kosztownościami. Po kradzieży nowe korony ofiarował Maryi papież Pius X. Powtórna koronacja odbyła się 22 maja 1910 r.
Po wieloletnich staraniach uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w 1904 r. ustanowił dla Jasnej Góry i diecezji włocławskiej papież Pius X. Ogłoszenie święta wyjednał u papieża bł. Honorat Koźmiński. W 1931 r. Pius XI rozciągnął obchody na całą Polskę.
Z Matką Bożą na Jasnej Górze od młodości byli mocno związani zarówno św. Jan Paweł II, jak i bł. kard. Stefan Wyszyński. Papież Jan Paweł II podczas mszy św. na Jasnej Górze 4 czerwca 1979 r. wskazał, że “jeśli chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj. Trzeba przyłożyć ucho do tego miejsca. Trzeba usłyszeć echo życia całego narodu w Sercu jego Matki i Królowej”.
Prymas Tysiąclecia napisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, które nawiązywały do lwowskich ślubów Jana Kazimierza z 1656 r., oddających naród w opiekę Maryi. Tekst ten w czasie uroczystości odpustowych w 1956 r. odczytał bp Michał Klepacz.
W ramach przygotowanego przez kard. Wyszyńskiego programu odnowy moralno-duchowej, przygotowującego do obchodów tysiąclecia chrztu Polski, stworzono kopię obrazu jasnogórskiego, która od 26 sierpnia 1957 r. odwiedza kolejne diecezje w kraju.
4 września 1966 r. obraz został siłą zatrzymany przez władze komunistyczne w drodze do Katowic i odwieziony do Warszawy, gdzie przechowywano go w zakrystii. Jednak, kiedy przed oknem zakrystii zaczęli gromadzić się wierni, kopia ikony została przewieziona do kaplicy św. Antoniego na Jasnej Górze. Po zatrzymaniu obrazu, od 1966 do 1972 r., po polskich diecezjach pielgrzymowały tylko puste ramy i ewangeliarz. “Aresztowanie Matki Bożej” odczytane zostało przez wiernych jako symbol braku wolności religijnej w Polsce i wywołało w społeczeństwie wiele emocji. Ostatecznie obraz powrócił na trasę 18 czerwca 1972 r. po tym, jak potajemnie wykradł go z Jasnej Góry ks. Józef Wójcik z pomocą dwóch sióstr służek z Markówki: s. Heleny Trentowskiej i s. Marii Kordas.
Wizerunek do dziś wędruje po Polsce. 26 sierpnia br. kopia ikony rozpoczęła wędrówkę po diecezji świdnickiej, która zakończy się 24 kwietnia 2027. Obraz odwiedzi 192 parafie w 24 dekanatach.
Gość Niedzielny
***
Jacek Kowalski:
Matka Boska Częstochowska.
Mity narodowe – kity naukowe
26 sierpnia 2026
Public domain, via Wikimedia Commons
***
Pewne grono wykształconych Polaków wciąż wierzy, że blizny na obliczu Matki Boskiej Częstochowskiej zostały sztucznie domalowane przez średniowiecznych malarzy, bo Obraz nigdy nie został zbezczeszczony przez husytów, a jedynie obrabowany z kosztowności wskutek katolickiej prowokacji. Takie przekonanie wynika z nieaktualnego już – uwaga, PRL-owskiego u korzeni – stanu badań. Było zaskakująco inaczej.
W Niedzielę Wielkanocną 16 kwietnia 1430 roku napastnicy najechali jasnogórski klasztor, wpadli do kaplicy Cudownego Obrazu, odarli Obraz z kosztowności, wlekli po ziemi, zadawali ciosy malowanemu Obliczu, wreszcie oberwali srebrną blachę scalającą deski podobrazia, które rozpadło się na części.
To fakty. Rany zadane Obliczu były bardzo liczne – znacznie liczniejsze niż te, które widzimy na Obrazie dziś, a zadano je ze szczególną perwersją (wszystko to wiemy dzięki najnowszym badaniom konserwatorskim).
Kto był sprawcą napadu?
Ksiądz kanonik Jan Długosz w swoich Rocznikach Królestwa Polskiego zapisał, iż przez długi czas uważano, że tego występku dopuścili się czescy heretycy, to znaczy husyci, w związku z czym zarówno król Władysław, jak panowie polscy zamierzali wszcząć wojnę z Czechami (…) po zbadaniu jednak sprawy i dojściu do prawdy wyszło na jaw, że napadu dokonali pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi. Pragnąc długi te spłacić, urządzili napad, dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska. Po odkryciu tego faktu, król wtrącił sprawców do więzienia.
Problem w tym, że w tradycji jasnogórskiego klasztoru trwał inny przekaz: że napadu dokonali husyci – i kropka. W tejże tradycji zapisano, że król Jagiełło zlecił naprawę znieważonego Obrazu, ale mimo usiłowań nie udało się zamalować blizn na Obliczu Matki Bożej: farba nieodmiennie spływała. Dlatego blizny pozostały i są do dziś.
Jak widzimy, dwa równoległe źródła są ze sobą niezgodne. Historyk Długosz i klasztorna tradycja paulinów mówią co innego.
Problemy badaczy minionej epoki
W latach panowania „światopoglądu naukowego”– czyli epoce PRL-u – okazało się, że polscy komuniści mają z tym wydarzeniem problem. Husytów wypadało bowiem uznawać za ruch postępowy – prekursorów rewolucji. Ba, doszło wręcz do uprzedmiotowienia Husa przez dogmatyczny marksizm (to cytat z Pawła Krasa i Martina Nodla). Co więcej, napad na klasztor i likwidacja katolickiej dewocji mogły zostać uznane przez komunistów za czyn chwalebny, bo rewolucyjny. A jednak głupio im było chwalić się zbezczeszczeniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Mimo wszystko.
Zaczęły się więc inne spekulacje – swoją drogą niepozbawione logiki. W roku 1430 na Śląsku trwała wszak wojna. Husyci radykalni ścierali się z umiarkowanymi, którzy gotowi byli do ugody z cesarzem Zygmuntem Luksemburczykiem i resztą katolickiego świata. Zygmunt Luksemburczyk zaś to notoryczny sojusznik Krzyżaków. Radykałowie dążyli więc do zawarcia z Jagiełłą antykrzyżackiego sojuszu. Taki sojusz (do którego ostatecznie doszło) mógł się wielu wydawać wątpliwy. Otóż napad wydarzył się właśnie wtedy, kiedy Jagiełło przyjmował w Kaliszu husyckie poselstwo, rozpoczynając rozmowy w tej sprawie. Czyli był to kij w szprychy porozumienia.
Badacze zaczęli więc sugerować, że cały ten napad to po prostu katolicka prowokacja, która podała broń do rękiantyheretyckiej propagandzie, aby oczernić husytów (swoją drogą trudno było ich oczerniać na tej podstawie, bo eksces częstochowski to i tak pryszcz wobec tego, co wyrabiali u siebie). Napad opisywano więc jako husycki w cudzysłowie, dokonując zdjęcia odpowiedzialności z czeskich husytów za wypadek częstochowski. Inni badacze uważali, że Długosz w ogóle konfabulował, skoro nieznane są jakiekolwiek zapiski o tym, iż srodze ukarana została zbrodnicza szlachta. Czyli wszystko to katolicka fikcja, gwoli wykreowania blizn na obliczu Maryi na atrybut Królowej Korony Polskiej i nabożną metaforę naszych dziejów.
Współczesna konsternacja
A tymczasem – rękopisy nie płoną. W świetle niedawno odkrytych dokumentów relacja Długosza okazała się dokładna i prawdziwa, tak samo jak… tradycja zakonna. Sęk w tym, że oba przekazy omijały część prawdy – tu niewygodnej dla króla Jagiełły, tam wstydliwej dla rycerstwa polskiego. Nowo odkryte źródła – w połączeniu z relacją Długosza – wskazały, że sprawcą napadu był husycki oddział księcia Fedka Ostrogskiego, acz jego przewodnikami lub prowodyrami było faktycznie kilku polskich młodzieńców z dobrych rodów: Jakub Nadobny z Rogowa, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa i Rogala z Kozolina.
Tu wyjaśnienie: Fedko Ostrogski to ruski kniaź, który przekabacił się na radykalnego heretyka i hulał po Śląsku, ale wcześniej, za młodu, bywał prawą ręką Jagiełły. Z kolei polscy młodzieńcy do husytów nie należeli. Zapewne zawędrowali na Śląsk w asyście jakiegoś (królewskiego?) poselstwa. Faktycznie byli straszliwie zadłużeni, więc albo sami podsunęli husytom pomysł napadu, albo najęli się za przewodników w zamian za udział w łupach. Wszyscy trzej trafili do wawelskich lochów (skąd zresztą szybko się wydostali). Tylko książę Fedko, pozostający poza królewską jurysdykcją, uszedł bez szwanku.
Średniowieczna konserwacja
Tymczasem król zlecił naprawę Obrazu i ufundował srebrne blachy dla jego ozdoby, oddając dzieło w ręce malarzy krakowskich. Rozłamane deski podobrazia scalono, ujmując je w malowaną ramę (istniejącą do dziś). Pamiętamy, że wedle tradycji wynajęci malarze żadną miarą zamalować nie mogli blizn na Obliczu Maryi. Otóż to nieprawda: stało się wręcz przeciwnie. Malarzom udało się zamalować niemal wszystkie blizny, których było bardzo wiele. Te, które widzimy dziś, nie zostały jednak domalowane: to zapuszczone czerwoną farbą fragmenty prawdziwych szram, pozostałych po ciosach, które obrazoburcy-rabusie zadali Obliczu Maryi. Te blizny malarze (decyzją paulinów?) pozostawili jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.
Książka profesora Kurpika
W ciągu ostatnich kilku dekad zmieniał się radykalnie stan badań nad Jasnogórskim Obrazem. Parę lat temu otrzymaliśmy ich podsumowanie: książkę Częstochowska Hodegetria, pióra zasłużonego konserwatora i badacza, świętej pamięci profesora Wojciecha Kurpika.
To pozycja, którą każdy wykształcony polski katolik powinien mieć na półce. Nie negując większości dotychczasowych ustaleń, lecz dodając arcyważne szczegóły, profesor Kurpik przedstawia krytycznie dzieje badań, dodając nieznane dotąd fakty i nowe przesłanki. Z tej właśnie książki w znacznym stopniu czerpię moją opowieść. Przechodząc wreszcie do wcześniejszych dziejów Matki Boskiej Częstochowskiej, którymi wypada zakończyć ten tekst.
Legenda i prawda
Pierwsze doniesienia o Obrazie, zapisane w XV wieku, są niestety wewnętrznie sprzeczne. Mowa w nich o namalowaniu wizerunku Maryi przez świętego Łukasza na deskach ze stołu w domu Matki Bożej, następnie o przeniesieniu Obrazu przez cesarza Konstantyna Wielkiego z Jerozolimy do Konstantynopola; legenda podaje, że Konstantyn miał potem ofiarować Obraz księciu Rusi Halickiej – Lwu, który umieścił go na zamku w Bełzie. Kiedy książę Władysław Opolczyk został namiestnikiem Rusi z ramienia króla Ludwika Węgierskiego, Bełz oblegli Tatarzy. Wtedy to pogańska strzała utkwić miała w obliczu Maryi, a Tatarzy pierzchli za sprawą Boskiej interwencji. Następnie książę ofiarował Obraz klasztorowi jasnogórskiemu.
Niestety, ta wersja nie jest wiarygodna. Jak to bywa w legendach, wykluczają się wzajemnie daty i osoby. Co do świętego Łukasza, przypisuje mu się wiele obrazów, ale jego autorstwo można ze spokojem przenieść w sferę mitu. Opowieść o Ewangeliście jako malarzu powstała dopiero u końca pierwszego tysiąclecia, a za czasów Konstantyna Wielkiego nie znano jeszcze ikon. Dalej, w czasach Konstantyna Ruś nie istniała, a za Władysława Opolczyka Bełz nie był oblegany przez Tatarów.
Obraz mówi
Mimo to legendy lekceważyć nie wolno. Tytuł: malowany przez świętego Łukasza trwał przy obrazach o szczególnym znaczeniu i pochodzeniu. Tak jest i w tym przypadku. Choć nie zgadzają się chronologia i geografia opowieści, zgadzają się, o dziwo, fakty, które pozostawiły wyraźne ślady w deskach podobrazia i na częstochowskim malowidle. Można by rzec, że wydarzenia, o których mówi legenda, miały istotnie miejsce – lecz w innym czasie i okolicznościach, których nie znamy i może nigdy już nie poznamy.
Aby spróbować do nich dotrzeć, trzeba pozwolić, aby Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej przemówił swoją materialną historią. Otóż namalowano go na kilku zespolonych ze sobą deskach. Pierwotnie był prawosławną ikoną, powstałą bodaj na Bałkanach w drugiej połowie XIII wieku. Zapewne już po kilkudziesięciu latach czczony był jako cudowny i jako dzieło świętego Łukasza. W istocie stanowił część jakiegoś cerkiewnego ikonostasu (o czym mówią ślady na deskach).
W niewiadomych okolicznościach, w wieku XIV, został zbezczeszczony: ugodzono go ostrym narzędziem (strzałą?) i po raz pierwszy połamano. To do tego wydarzenia odnosi się opowieść o tatarskiej napaści. Kto naprawdę był obrazoburcą – trudno powiedzieć, ale akt obrazoburstwa wątpliwości nie ulega.
Mniej więcej wtedy Obraz przeszedł z rąk prawosławnych w katolickie. Może jako dar monarszy? Rozerwane deski na powrót zespolono, obijając je od tyłu srebrną blachą, a ślad uderzenia – u dołu szyi Matki Bożej, przy ramieniu – ujęto w ozdobną aplikację (dziś już jej nie ma). Na starych deskach, traktowanych jak prawdziwe relikwie, jakiś italski malarz wykonał obecny, nowy Obraz – ten, który znamy i który de facto ikoną już nie jest, choć bywa tak nazywany.
W rękach świętej Jadwigi
W tym stanie Obraz trafił do skarbca królowej Węgier, Elżbiety Łokietkówny, a potem do jej synowej, królowej Elżbiety Bośniaczki, matki świętej Jadwigi. Wymieniają go królewskie inwentarze. Niewykluczone, że był drogocennym darem od któregoś z prawosławnych władców, może nawet cesarza Konstantynopola? Kiedy święta Jadwiga udawała się do Polski, prawdopodobnie otrzymała cudowny Obraz na drogę, a występujący w jej imieniu książę Władysław Opolczyk ofiarował Go do nowo założonego klasztoru paulinów na Jasnej Górze. Tu Matka Boża zasłynęła łaskami. Wkrótce potem, po objęciu tronu przez Władysława Jagiełłę, polski król stał się głównym patronem i dobrodziejem klasztoru.
Musimy wszakże pamiętać, że znaczna część tej opowieści to jednak hipoteza. Ojcowie paulini opublikowali zarówno książkę profesora Kurpika, jak i wiele artykułów naukowych, które przeczą legendzie, ale też bywają sprzeczne ze sobą. A ojcowie nie porzucają legendy definitywnie. Może się jeszcze okazać, że jakieś nowe ziarna prawdy oświetlą ją w niespodziewany sposób.
Jacek Kowalski/PCh24.pl
***
sobota – 22 sierpnia
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej
Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania
Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.
***
Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.
“Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.
papież Pius XII
***
“Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.
zKonstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium(KK59)
***
Bardzo serdecznie zapraszam do kościoła św. Piotra na godz. 18.00, aby odnowić AKT ODDANIA SIĘ MATCE BOŻEJ RODZICIELCE, KRÓLOWEJ ŚWIATA,
który złożyliśmy 22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona. Wtedy oddaliśmy siebie i całą naszą wspólnotą do dyspozycji Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za tak wiele błogosławieństw, które dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.
***
Akt osobistego oddania się Matce Bożej
Matko Boża, Niepokalana Maryjo! Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości. Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką. Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam. Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz. Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna była rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.
***
22 sierpnia 2012
Maryja to królowa, która służy
Królowaniu Maryi poświęcił papież swoją katechezę podczas audiencji ogólnej w Castel Gandolfo. Ojciec Święty zaznaczył, że temat ten obrał w związku z przypadającym dziś w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem Najświętszej Maryi Panny, Królowej.
Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny przyzywanej jako „Królowa”. Święto to wprowadzono niedawno, chociaż jego pochodzenie i kult są bardzo dawne. Ustanowił je Czcigodny Sługa Boży Pius XII w 1954 roku, na zakończenie Roku Maryjnego, wyznaczając jego datę na 31 maja (por. Encyklika Ad Caeli Reginam, 11 octobris 1954: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową, bardziej niż wszelka inna istota stworzona ze względu na wyniesienie Jej duszy i doskonałość otrzymanych darów. Nieustannie obsypuje Ona ludzkość wszystkimi skarbami swej miłości i troski (por. Discorso in onore di Maria Regina, 1° novembre 1954). Obecnie, po posoborowej reformie kalendarza liturgicznego zostało ono umieszczone osiem dni po uroczystości Wniebowzięcia NMP, aby podkreślić ścisły związek między królowaniem Maryi a Jej uwielbieniem w duszy i ciele, u boku swego Syna. W konstytucji dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen gentium czytamy: „Maryja z ciałem i duszą została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna” (n. 59).
Tutaj jest źródło dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ jest związana w sposób wyjątkowy ze swym Synem, zarówno w życiu doczesnym, jak i w chwale nieba. Jak stwierdza Efrem Syryjczyk, królewskość Maryi pochodzi z Jej Boskiego macierzyństwa: jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), a ukazuje nam Jezusa jako nasze życie, zbawienie i nadzieję. Jak już przypominał Sługa Boży Paweł VI w adhortacji apostolskiej Marialis Cultus: „W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy: mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił darami, jakich nikomu innemu nie udzielił”(n. 25),
Pytamy się teraz, co oznacza, „ Maryja-Królowa”? Czy to jeden z tytułów między innymi, czy korona jest jedną z ozdób? Jak już wskazałem jest to konsekwencja Jej zjednoczenia z Synem, przebywania w niebie, czyli w jedności z Bogiem. Ma Ona udział w odpowiedzialności Boga za świat i miłości Boga wobec świata. Istnieje popularne pojęcie króla czy królowej, zgodnie z którym miała by to być osoba obdarzona władzą i bogactwem. Nie jest to jednak ten rodzaj królowania, właściwy Jezusowi i Maryi. Pomyślmy o Panu Jezusie. Królowanie Chrystusa jest utkane z pokory, służby i miłości. Jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, gdy Piłat napisał „Król żydowski”. Na krzyżu ukazał On, że jest królem i w jaki sposób jest królem – cierpiąc za nas, z nami, miłując aż do końca i w ten sposób rządzi, tworzy prawdę, miłość, sprawiedliwość. Czy też podczas Ostatniej Wieczerzy, pochylając się i obmywając stopy swoim uczniom. Tak więc królowanie Jezusa nie ma nic wspólnego z panowaniem władców tego świata, jest Królem, który służy swoim sługom. Ukazał to na przestrzeni całego swego życia ziemskiego.
Tak samo jest z Maryją: jest Ona Królową w służbie Bogu i ludzkości; jest Królową miłości, przeżywającą dar z siebie dla Boga, aby wejść w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: „Oto ja, Służebnica Pańska”, a w Magnificat wyśpiewuje: „Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy”. Pomaga nam i jest Królową właśnie miłując nas, kochając nas. W każdej naszej potrzebie jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.
Jak Maryja sprawuje tę królewskość służby i miłości? Czuwając nad nami, Jej dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej podziękować lub wypraszać Jej macierzyńską opieką i Jej niebiańską pomoc, być może zagubiwszy drogę, uciskani bólem lub udręką z powodu smutnych i trudnych perypetii życiowych. W pomyślności czy też mrokach życia zwracamy się do Maryi, powierzając się jej nieustannemu wstawiennictwu, aby wyjednywała nam u Syna wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne na nasze pielgrzymowanie po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata zwracamy się ufni, za pośrednictwem Maryi Panny. Jest Ona od wieków przyzywana, jako Królowa Nieba. Po modlitwie Różańca Świętego osiem razy jest Ona w Litanii Loretańskiej przyzywana jako Królowa aniołów, patriarchów, proroków, apostołów, męczenników, wyznawców, dziewic, Wszystkich Świętych i rodzin. Rytm tych starożytnych wezwań i codziennych modlitw, jak na przykład Salve Regina, pomaga nam w zrozumieniu, że Najświętsza Dziewica jako nasza Matka u boku Syna swego Jezusa w chwale niebios jest z nami zawsze, w dniu powszednim naszego życia. Tak więc tytuł „Królowej” jest więc tytułem zaufania, radości, miłości. Wiemy, że Ta, która ma po części w ręku losy świata jest dobra, kocha nas i pomaga w naszych trudnościach.
Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie zwracamy się do Niej ufni. Maryja nie omieszka wstawiać się za nami u swego Syna. Spoglądając na Nią, naśladujmy Jej wiarę, pełną gotowość wypełniania Bożego planu miłości, hojne przyjęcie Jezusa, uczymy się od Maryi życia. Maryja jest Królową Nieba, bliska Bogu, ale jest również matką bliską każdego z nas, miłującą nas i wysłuchującą nasz głos. Dziękuję za uwagę.
Benedykt XVI
Watykan news/Kai
***
Dlaczego nazywamy Maryję Królową?
Matka Boża jest czczona jako Królowa. Dlaczego tak ją nazywamy?
Królowa matka
Tytuł „Królowa matka” odnosi się do wdowy po zmarłym królu, która jest matką panującego władcy. Matki monarchów miały wielokrotnie duży wpływ na dworze, często bywały także regentkami. Świadectwo tego zjawiska znajdziemy także w Biblii. Na dworach wielu królów z dynastii Dawida była gebira – Wielka Pani, czyli ich matka. Król Salomon tak zwracał się do swojej mamy, Batszeby: „Król Samolom odrzekł jej [Batszebie]: «Proś, moja matko, bo tobie nie będę odmawiał»” (1 Krl 2, 20). Alegoryczna interpretacja tych słów kieruje naszą uwagę na Maryję, Matkę Jezusa z rodu Dawida.
W zwiastowaniu Maryja słyszy, że jej Syn będzie „będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida” (Łk 1, 31). W tym momencie sama otrzymuje ona tytuł królowej matki.
Królowa wszystkich świętych
Wśród wezwań Litanii loretańskiej znajdziemy kilka, które opiewają Maryję, jako Królową Wszystkich Świętych: apostołów, dziewic, męczenników, wyznawców… Co oznacza, że Maryja jest ich królową?
Co więcej, jej królowanie nie oznacza władzy związanej z uciskiem, odbieraniem hołdów i danin. Jej królowanie wynika z panowania Jezusa, które objawiło się przez miłość po krzyż, po służbę do oddania własnego życia.
Królowa Niebios
Maryja jest w końcu nazywana Królową Niebios. Jak twierdzi Pius XII w Encyklice „Ad Caeli Reginam”:
Do niebios Królowej zasyłał lud chrześcijański korne modły i zbożne pienia już od pierwszych wieków chrześcijaństwa, czy to w chwilach radosnych uniesień, czy zwłaszcza wśród ciężkich udręk światowych i nigdy go nie zawodziła nadzieja pokładana w Matce Boskiego Króla, Jezusa Chrystusa i nigdy w nim wiara nie słabła, że Bogarodzica Dziewica Maryja włada po macierzyńsku całym tu światem, jak w szczęśliwości niebieskiej dzierży koronę królewskiej chwały (ACR, 1).
Ten sam papież wyjaśnia, że królewska godność Maryi, która obejmuje także niebo, opiera się na jej macierzyństwie. Jan Damasceński napisał: „Kiedy stała się Matką Stwórcy, stała się prawdziwie Królową wszelkiego stworzenia”. A skoro stała się Matką Pana Niebios, sama stała się ich Królową.
Jak stać się jej poddanym?
Stajemy się jej poddanymi, gdy wypełniamy jej testament: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Możemy także modlić się za jej przyczyną.
Panie, zmiłuj się nad nami! Panie, zmiłuj się nad nami!
Chryste, zmiłuj się nad nami! Chryste, zmiłuj się nad nami!
Panie, zmiłuj się nad nami! Panie, zmiłuj się nad nami!
Maryjo, Królowo Niepokalana, króluj nad nami! Świątynio Świętej Trójcy… Umiłowana Córko Ojca… Najgodniejsza Matko Syna Bożego… Najczystsza Oblubienico Ducha Świętego… Od grzechu pierworodnego zachowana… Przez Najwyższego pełnią łaski obdarzona… Błogosławiona między niewiastami… Matko czystej miłości… Różo miłosierdzia… Lilio czystości… Kwiecie pokory… Królowo wszelkich cnót…
Maryjo, Królowo Niepokalana, błagamy Cię, wysłuchaj nas! Matko Bożego miłosierdzia, bądź ucieczką dla biednych grzeszników… Zwycięska w Bożych zmaganiach, nawróć wszystkich prześladowców Kościoła… Ty, która odnosisz zwycięstwo nad złem i śmiercią, bądź nadzieją dla umierających… Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, zmiłuj się nad nędzą biednych… Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, ulżyj cierpieniu wszystkim samotnym…
Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź nam zwycięska! Dziewico najsłodsza, Władczyni serc wszystkich… Dziewico najlepsza, Królowo ognisk rodzinnych… Dziewico najczystsza, Królowo dziecięcych dusz… Najwierniejsza Dziewico, Królowo osób konsekrowanych… Znaku zbawienia, Królowo naszej Ojczyzny… Królowo pokoju… Królowo wszystkich narodów…
Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź umiłowana, błogosławiona, wywyższona i władaj całym wszechświatem, tak na ziemi, jak i w niebie!
Módlmy się. Wszechmogący wieczny Boże, Ty zabrałeś Maryję, Matkę Twojego Syna i naszą Matkę, do chwały nieba z Jej duszą i ciałem, i ukoronowałeś Ją jako niepokalaną Królową nieba i ziemi, spraw, aby wszyscy ludzie mogli rozpoznać Ją na Jej właściwym miejscu i sprawić, by zatriumfowała i królowała we wszystkich sercach i życiach. Amen.
źródło: Stacja7, en.wikipedia.org, maryjni.pl
***
Pontyfikat pod płaszczem Maryi. Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa.
Papież podczas modlitwy przy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe (fot. @Vatican Media)
***
Pierwszą podróż jako nowo wybrany papież Leon XIV odbył już dwa dni po wyborze – do sanktuarium maryjnego w Genazzano, gdzie zawierzył swój pontyfikat Maryi Matce Dobrej Rady. W pierwszym roku swego pontyfikatu Leon XIV wielokrotnie zawierzał Maryi trudne sprawy. Był w ukochanym przez Jana Pawła sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na górze Mentorella, polecał sprawy pokoju na świecie podczas czuwań różańcowych. O samym różańcu mówił, że jak na krośnie tworzy tkaninę pokoju.
Pierwsza wizyta – u Matki Bożej w Genazzano
– Bardzo pragnąłem przybyć tutaj w tych pierwszych dniach nowej posługi, którą powierzył mi Kościół, aby kontynuować tę misję jako następca Piotra – tak powiedział Leon XIV, kiedy dwa dni po swoim wyborze, 10 maja 2025 roku, przybył do sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady w Genazzano, będące pod opieką augustianów.
Przypominając wizytę do tego samego sanktuarium, którą odbył po wyborze na przeora generalnego Zakonu Świętego Augustyna, oraz decyzję o „ofiarowaniu życia Kościołowi”, papież podkreślił swoją „ufność w Matkę Dobrej Rady”, towarzyszkę „światła i mądrości”.
Do Matki Bożej Łaskawej
Kolejnym miejscem związanym z nabożeństwem maryjnym, jakie odwiedził Leon XIV było położone na górze Mentorelli sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, którym się opiekują polscy Zmartwychwstańcy. 19 sierpnia 2025 roku, na zakończenie swoich letnich wakacji papież przybył tu, by modlić się do Maryi.
Celem wizyty Leona XIV na zakończenie wakacji było oddanie się pod opiekę Matki Bożej Łaskawej.
– Gdy papież wszedł do kościoła – opowiadał kustosz sanktuarium o. Adam Dźwigoń – u stóp Madonny zapalił świecę, wyrażając szczególną prośbę o pokój na świecie.
Ksiądz Adam relacjonował, że Leon podzielił także obiad z zakonnikami. – Było to bardzo wzruszające spotkanie, a zarazem pełne prostoty, ducha ojcostwa i braterstwa między ojcem świętym a nami, którzy tu jesteśmy stróżami tego miejsca – podsumował kustosz.
Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa
Dla Leona XIV Maryja jest Tą, która wskazuje na Jezusa i zachęca do wsłuchania się w słowa Zbawiciela.
„Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” – te słowa Maryi z Kany Galilejskiej Podczas czuwania modlitewnego w intencji pokoju, 11 października 2025 roku, przy figurze Matki Bożej z Fatimy Papież mówił, że te słowa są ostatnimi, jakie zapisała Ewangelia, są zatem jakby testamentem matki dla jej dzieci.
– Cokolwiek wam powie. Jest pewna, że Syn przemówi, że Jego Słowo nie jest skończone, że nadal stwarza, rodzi, działa, napełnia świat wiosną, a stągwie weselne winem. Maryja, niczym drogowskaz, kieruje poza siebie, pokazuje, że punktem docelowym jest Pan Jezus i Jego Słowo, centrum, do którego wszystko zmierza, oś, wokół której obracają się czas i wieczność – wskazywał Leon XIV.
I zachęcał za Maryją: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie: całą Ewangelię, słowo wymagające, pocieszającą czułość, upomnienie i uścisk. To, co rozumiesz, a także to, czego nie rozumiesz. Maryja zachęca nas, abyśmy byli jak prorocy: abyśmy nie pozwolili, żeby choć jedno z Jego słów się zmarnowało.
8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Leon XIV modlił się pod kolumną Niepokalanej przy Placu Hiszpańskim w Rzymie:
„Jesteś Matką rodzącego się Kościoła”
„Spójrz, o Maryjo, na tak wielu synów i córki, w których nie zgasła nadzieja:
niech w nich wzrośnie to, co zasiał Twój Syn,
On – Żywe Słowo, które w każdym z nas pragnie dalej wzrastać,
przyjąć ciało, oblicze i głos.
Niech jubileuszowa nadzieja rozkwita w Rzymie i w każdym zakątku ziemi,
nadzieja na nowy świat, który Bóg przygotowuje
i którego Ty, Panno, jesteś jak klejnot i jutrzenka.
Po świętych drzwiach niech otworzą się teraz inne drzwi
domów i oaz pokoju, w których niech odrodzi się godność,
niech wychowuje się do niestosowania przemocy, niech uczy się sztuki pojednania.
Niech przyjdzie królestwo Boże,
nowość, na którą tak bardzo liczyłaś i na którą całkowicie się otworzyłaś,
jako dziewczynka, jako młoda niewiasta i jako Matka rodzącego się Kościoła.”
Szczególnie przejmującą modlitwę do Maryi wypowiedział papież cztery dni później w homilii podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra we wspomnienieNajświętszej Marii Panny z Gadalupe. Przy wizerunku Maryi czczonej w całej Ameryce Południowej wołał, nawiązując do słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Syrakuzach w 1994 roku: – Matko „Boga prawdziwego, dla którego się żyje”, przyjdź z pomocą Następcy Piotra, aby był umocnieniem w jedynej drodze, prowadzącej do błogosławionego Owocu Twojego łona tych wszystkich, którzy zostali mi powierzeni. Przypomnij temu swojemu synowi, „któremu Chrystus powierzył klucze królestwa niebieskiego dla dobra wszystkich”, że klucze te mają służyć „misji wiązania i rozwiązywania, dla odkupienia wszelkiej ludzkiej nędzy”. I spraw, abyśmy ufając Twojej opiece, postępowali coraz bardziej zjednoczeni z Jezusem i między sobą, ku wiecznej ojczyźnie, którą On nam przygotował i w której Ty na nas czekasz. Amen.”
Różaniec, tkanina życia i pokoju
Leon XIV wielokrotnie zachęca do modlitwy do Maryi, zwłaszcza w intencji pokoju. Czyni to podczas audiencji generalnych, czy w czasie pozdrowień po modlitwie Anioł Pański w niedziele.
11 kwietnia 2026 r. zaprosił wiernych na całym świecie do włączenia się razem z nim w modlitewne czuwanie w intencji pokoju, któremu przewodniczył w Bazylice św. Piotra. Tak mówił wtedy o tej maryjnej modlitwie: „Różaniec – podobnie jak inne prastare formy modlitwy – zjednoczył nas dziś wieczorem swoim równym rytmem, opartym na powtarzaniu: w taki właśnie sposób pokój toruje sobie drogę – słowo po słowie, gest po geście; jak skałę drąży kropla po kropli, jak na krośnie stopniowo powstaje tkanina. Są to długie okresy życia, znak cierpliwości Boga.”
Jak mówił papież, to właśnie modlitwa, także różańcowa stanowi potężną siłę przeciwko złu.
„Modlitwa wychowuje nas do działania. Ograniczone ludzkie możliwości łączą się w modlitwie z nieskończonymi możliwościami Boga. Wówczas myśli, słowa i czyny kruszą demoniczny łańcuch zła i oddają się na służbę Królestwu Bożemu.”
To także dlatego swoją pierwszą rocznicę na tronie Piotrowym Papież zapragnął spędzić w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, gdzie odmówi suplikę pompejańską do Matki Bożej.
Modlitwa różańcowa kropla po kropli drąży skałę, w ten sposób pokój toruje sobie drogę – wskazał Leon XIV podczas czuwania w intencji pokoju .
Wojciech Rogacin/Vatican News/dm
***
Cudowne uratowanie życia i nawrócenie… pilota! Niezwykła historia Apelu Jasnogórskiego
fot. Wenhao Ryan,Unsplash/ jasnagora.pl
***
Apel Jasnogórski jest wieczorną modlitwą kierowaną do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła. Można go przeżywać indywidualnie, w rodzinie lub w większej wspólnocie. Apel sprawowany jest szczególnie uroczyście – jako odrębne nabożeństwo maryjne – na Jasnej Górze, codziennie o godzinie 21.00. Piękna jest jego geneza.
„Zniż lot, ląduj!”
Kapitan Władysław Polesiński, pilot, podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „Zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie, a po tym, jak wysiadł – samolot eksplodował. Było to o godzinie 21.00.
Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie to się stało. Okazało się, że właśnie tego dnia o godzinie 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.
Kapitan Władysław Polesiński – wcześniej skłócony z Panem Bogiem – nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godzinie 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. W tej historii upatruje się genezy Apelu Jasnogórskiego.
„Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”
Ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył tę praktykę w Warszawie wśród młodzieży akademickiej na tajnych kompletach i w sodalicjach mariańskich podczas okupacji. O godzinie 21.00 młodzież modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej i odmawiała akt zawierzenia. To ks. Cieślak ułożył słowa: „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.
W tym samym czasie o. Polikarp Sawicki, paulin, gromadził różne grupy akademickie, najczęściej członków sodalicji mariańskiej, na wieczorną modlitwę przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej.
Po II Wojnie Światowej Apel pojawił się na Jasnej Górze. Kiedy kard. Wyszyński przebywał w więzieniu, w roku 1953, 8 grudnia, jeden z ojców paulinów – o. Polikarp Sawicki – zapoczątkował odmawianie Apelu codziennie o 21.00 w intencji uwolnienia prymasa Wyszyńskiego. Kiedy po trzech latach komuniści wreszcie go uwolnili, on sam pokochał tę modlitwę. Kiedy tylko mógł, osobiście prowadził ją na Jasnej Górze. Potem pokochał Apel krakowski kardynał, Karol Wojtyła.
Wyznanie miłości
Ta tradycja trwa do dzisiaj. Każdego wieczoru o 21.00 w kaplicy Cudownego Obrazu wierni gromadzą się na Apelu, zaczynając go od śpiewu “Bogurodzicy”. Następnie śpiewany jest trzykrotnie Apel oraz prowadzona jest modlitwa różańcowa. Na koniec udziela się modlącym błogosławieństwa.
Apel transmitowany jest drogą internetową, radiową i telewizyjną. Dzięki temu codziennie może w nim uczestniczyć duchowo każdy chętny. Apel został też przełożony na sześć języków. Tekst łaciński apelu przygotował Marian Plezia i brzmi następująco: Maria, Regina mundi, Maria, Mater Ecclesiae, Tibi assumus. Tui memores. Vigilamus!
Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Jasną Górę w 1983 r., ukazał szczególnie polskiej młodzieży, że apel jest programem i wezwaniem skierowanym do każdego Polaka i Polki. Podkreślił on również, jak bogate treści ewangeliczne mieszczą się w tych zwięzłych słowach: Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!
“Słowa: Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam są wyznaniem miłości, którą pragniemy odpowiedzieć na miłość, jaką jesteśmy odwiecznie miłowani. Są one zarazem wewnętrznym programem miłości. Miłować – to znaczy: być przy Osobie, którą się miłuje i nosić Ją w sercu. Czuwać – to znaczy być człowiekiem sumienia i czuć się odpowiedzialnym za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska”
informacje z cyklu „Jasna Góra z bliska” powstały w oparciu o materiały od jasnogórskich paulinów, wydane przez nich książki oraz informacje zawarte na stronie www.jasnagora.pl
Stacja7.pl/ artykuł opublikowany 21 lipca 2017 roku.
***
Socjolog: figura Matki Bożej z Konotopia przebija bańki medialne i skłania do refleksji
21 sierpnia 2026
Figura Matki Bożej Miłosiernej w Konotopie, fot. Marzena Nykiel/Radio Maryja
***
Monumentalna figura Matki Bożej z Konotopia jest próbą zaakcentowania miejsca religii w przestrzeni publicznej – powiedział PAP dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego dr hab. Marcin Jewdokimow. Dodał, że statua swoim rozmiarem przebija bańki medialne i skłania do refleksji.
Pomnik Matki Bożej Miłosiernej o wysokości 55,6 m został 15 sierpnia poświęcony w Konotopiu (woj. kujawsko-pomorskie) przez ordynariusza diecezji włocławskiej bp. Krzysztofa Wętkowskiego. Monument stanął na polu przy drodze krajowej nr 10, na trasie między Szczecinem a Warszawą. Jego inicjatorami i fundatorami są Grażyna i Roman Karkosikowie, którzy ofiarowali go jako „osobiste wotum wdzięczności za powrót do zdrowia i życia”.
Dr Jewdokimow przypomniał, że w okolicy pomnika kult Matki Bożej obecny jest od dawna. Od 1855 r. znajduje się tam figura Matki Boskiej Bolesnej, która od lat była celem pielgrzymek wiernych z okolicznych parafii. W 1948 r. stanęła tam murowana kaplica.
– Możemy więc powiedzieć, że kult Matki Bożej w tym miejscu rozwija się od dawna – od małej figurki, poprzez kaplicę, aż do monumentalnej figury Matki Bożej Miłosiernej – zaznaczył.
Według socjologa pomimo faktu, że fundatorami i pomysłodawcami budowy są osoby prywatne, to sama obecność figury w tym miejscu ma wymiar społeczny.
– Niestety, nie rozmawiałem osobiście z państwem Karkosikami, jednak z ich wypowiedzi medialnych wynika, że ich intencją było dziękczynienie Matce Bożej za doznane łaski, konkretnie za powrót do zdrowia. Mimo tego nie jest to oczywiście działanie wyłącznie prywatne, ale fakt społeczny. W tym sensie, że odnosi się do kwestii obecności religii w przestrzeni publicznej, do pamięci i tożsamości zbiorowej i związana jest z procesami sekularyzacyjnymi, które mają miejsce w Europie i w Polsce – ocenił.
Zdaniem dr. Jewdokimowa tym, co odróżnia figurę z Konotopia od licznie obecnych w Polsce przedstawień Maryi jest rozmiar pomnika. – Nasuwa się pytanie: dlaczego twórca zdecydował się na budowę figury tak monumentalnej? – pytał.
W ocenie rozmówcy PAP odpowiedzi na to pytanie należy szukać m.in. w wypowiedzi autora figury Matki Bożej Miłosiernej, rzeźbiarza Adama Matejkowskiego. W jednym z wywiadów twórca wyjaśnił, że figurę rzeźbił z myślą o ludziach młodych, ponieważ „starsi znają drogę do kościoła”. Według Matejkowskiego młodzi są dzisiaj „pogubieni”, „oddają wolną wolę za gadżety, a „Matka Boska ma być zatrzymaniem”.
– W interpretacji socjologicznej możemy więc myśleć o tej figurze jako o materialnej reakcji na sekularyzację. Monumentalizacja religii jest odpowiedzią na słabnącą oczywistość religii w przestrzeni publicznej i społecznej oraz w świadomości zbiorowej. Uważam, że jest to również próba wpłynięcia na postawy religijne w skali ogólnopolskiej – ocenił.
Dr Jewdokimow przypomniał, że przedstawień Matki Bożej lub Jezusa Chrystusa podobnych rozmiarów jest więcej. W Polsce znajduje się jeszcze pomnik Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, a najsłynniejszą tego typu figurą na świecie jest pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro.
Każdy monument ma inną historię: pomnik Matki Bożej z Konotopia został sfinansowany z pieniędzy prywatnych. Monument z Rio powstał w latach 1922–1931 z inicjatywy Kościoła i brazylijskiej społeczności. Został sfinansowany z ogólnokrajowej zbiórki, a jego wzniesienie związane było z obchodami setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Brazylię.
Inicjatorem budowy pomnika Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, który wyglądem nawiązuje do figury z Rio, był proboszcz parafii i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie ks. Sylwester Zawadzki. Koszty budowy zostały pokryte z dobrowolnych datków parafian, lokalnych przedsiębiorców i polonii amerykańskiej.
Zdaniem dyrektora ISKK wszystkie te figury, które powstały w innym czasie i z inicjatywy innych osób, łączy dążenie do mocnego zaakcentowania znaczenia i obecności religii w przestrzeni publicznej.
– W krajach, w których religia jest czymś oczywistym, nie ma potrzeby, by w takiej skali uwidaczniać ją w przestrzeni publicznej. Natomiast kiedy status religii zaczyna być negocjowany czy nawet podważany przez niektórych, wtedy silny fakt społeczny, jakim jest ogromna figura Matki Boskiej, może być głośną wypowiedzią twórców na temat tego, że religia ma dla nich fundamentalne znaczenie – ocenił.
Zauważył, że pomimo faktu, iż budowa figury była inicjatywą prywatną, to jednak jej powstanie wywołało w internecie burzliwą dyskusję. Zdaniem socjologa podziały pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami monumentu z Konotopia pokrywają się ze światopoglądem internautów. Najczęściej pomnik krytykowały osoby mające negatywny stosunek do religii w ogóle, a osoby religijne broniły jego powstania.
Dodał, że w perspektywie socjologicznej pomniki są nie tylko wyrazicielami pewnych idei. Ich zadaniem jest również kształtowanie postaw w dłuższej perspektywie.
– Podobnie jak pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro czy Chrystusa Króla w Świebodzinie, pomnik Matki Bożej Miłosiernej w Konotopiu będzie wpływał na dyskurs i praktyki religijnew Polsce, właśnie ze względu na jego rozmiar. Moje osobiste zdanie jest takie, że to będzie oddziaływanie pozytywne – zastrzegł.
Według dr Jewdokimowa obecnie wielu ludzi żyje w bańkach informacyjnych, w których treści religijne przebijają się słabo albo wcale.
– W przypadku pomnika Matki Bożej z Konotopia mamy do czynienia z obiektem, który swoją skalą przebija bańki medialne i staje się dostrzegalny także dla osób, do których treści religijne w ogóle nie docierają. To może pobudzić do refleksji i pozwolić zastanowić się nad swoją religijnością tych ludzi, którzy nie robili tego od dłuższego czasu, albo nawet nigdy wcześniej – stwierdził.
PCh24.pl/źródło: PAP / Iwona Żurek
***
Filip Obara:
Komu przeszkadza pomnik Matki Bożej w Konotopiu?
18 sierpnia 2026
Pomnik Matki Bożej w Konotopiu / fot. PCh24 TV
***
Na nagłówki wszystkich mediów głównego nurtu trafiła sprawa pomnika Matki Bożej w Konotopiu. Spośród Polaków powstały zastępy bojowników o sprawiedliwość, którzy wiedzą lepiej, jak bliźni powinien wydawać swoje pieniądze. Zastanawiam się, czy oburzenie byłoby takie samo, gdyby na przykład szewc wystawił pomnik nożyczek albo jakiś Janusz Palikot zechciał podobnej wielkości monumentem zakpić z postaci religijnych…
Gdyby w szczerym konotopskim polu stanęły nożyczki, napisałaby o tym lokalna prasa i co najwyżej jakiś tabloid. Gdyby jakiś znany antyklerykał zakpił monumentalnie z wiary, zapewne odezwałyby się głosy, że wy, katole, nie macie dystansu, a ten oto bohatersko kontestuje zastane, fasadowe wzorce. Pech chciał, że na działce Romana Karkosika w Konotopiach stanęła ogromna figura Najświętszej Matki Zbawiciela jako wotum dziękczynne za wyjście z ciężkiej choroby. Tego uśmiechnięci, wiecznie aspirujący do mitycznego Zachodu, Polacy nie mogli puścić płazem.
Odpalono dyżurny w takich przypadkach argument, że po co wydawać na pomnik, jeżeli można dać na chore dzieci. Takie nagłówki i infografiki dotarły do wszystkich zakątków polskiego internetu. W komentarzach objawiły się tabuny Polaków, którzy wiedzą najlepiej, jak burżuj ma wydawać swoje pieniądze.
Co ciekawe, jest to dyżurny argument nie tylko w Polsce. Swego czasu głośno było o niejakim Milo Yiannopoulosie, Amerykaninie greckiego pochodzenia, który z sukcesem wyleczył się z homoseksualnych skłonności, a na znak wyrwania się z tego duchowego i cielesnego zniewolenia wrzucił swój bajońsko drogi pierścionek „zaręczynowy” do morza. O, jaki jazgot się podniósł – że mógł oddać potrzebującym, a on wolał zaświecić całemu światu przed oczami swoim „homofobicznym” gestem.
Przypomina mi się przy tej okazji inny post, który podpowiedział mi kiedyś Facebook. Dotyczył pomnika w Czechach, przedstawiającego Chrystusa, który zszedł z krzyża, by usiąść na jednym z jego ramion i… popijać wino. Choć Syn Boży pił wino i dzielił się nim z innymi, to jednak w odniesieniu do symboliki Męki Krzyżowej, takie przedstawienie było co najmniej nie na miejscu. Dziś mówi się o tym używając enigmatycznego terminu „obraza uczuć religijnych”. Ale co tam uczucia religijne, przecież mamy wolność artystyczną, a naczelnym celem sztuki jest przełamywanie konwenansów – tak mniej więcej brzmiała spora część komentarzy wstukiwanych po polsku…
Nie jest moją intencją bronić pana Romana Karkosika, gdyż nie mam pojęcia kto zacz i niezbyt mnie to interesuje. Bardziej godna uwagi wydaje mi się reakcja części rodaków, dla których budowa pomnika stała się okazją do rytualnego wylewu bezinteresownej zawiści.
Jest w tej nagonce coś bolszewickiego. Jeden z komentujących na Facebooku postanowił wyjawić „całą prawdę” na temat pana Karkosika, wskazując na jego domniemane „winy”, takie jak omijanie podatków przez zakładanie fundacji czy zatrudnianie ludzi na czarno. Autor komentarza, jak widać, dobrze przyswoił dogmaty socjalistycznego etatyzmu. Wszak jest rzeczą „patriotyczną” oddawać połowę obrotu państwu, które zajmuje się wszystkim oprócz zabezpieczenia naszego dobra wspólnego, podobnie jak zbrodnią jest zatrudniać Polaków z pominięciem przymusowych „składek” na ZUS i innych haraczy.
Nie wiem, czy jest to prawda, ale towarzyszowi, który wysmarował ten „demaskatorski” komentarz, przypominam, że gdyby nie przedsiębiorcy, którzy mają odwagę żyć normalnie w systemie biurokratycznej opresji, to nie wiadomo, czy z tego państwa byłoby jeszcze co zbierać.
Ale załóżmy, że mówią prawdę ludzie, którzy twierdzą, iż „stary komuch” pan Karkosik cieszy się złą sławą w swoim mieście, ponieważ krzywdził pracowników. W takim wypadku, albo mamy do czynienia z nawróceniem (i jest sprawą sumienia penitenta, żeby wynagrodzić swoje winy) albo… tak czy inaczej nic to nie zmienia, bo w dalszym ciągu mamy do czynienia z prywatnym człowiekiem, który za prywatne pieniądze postawił na prywatnej działce pomnik, który nie reprezentuje zła. I nikomu nic do tego.
Inna sprawa, że krytyka pojawia się również w kręgach katolickich. Pomijam fakt takiej a nie innej estetyki pomnika, bo akurat o niej można by dyskutować. Ale pragnę zauważyć, że sytuacja ta wypisz wymaluj przypomina sceny z trzech Ewangelii, w których Chrystus Pan jest namaszczany przez niewiasty (u dwóch ewangelistów jest to przypadkowa kobieta, u trzeciego – publiczna grzesznica).
Czemu uprzykrzacie się tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie – mówi Pan do uczniów i innych osób, które oburzyły się widząc, jak niewiasta wylewa drogi olej na głowę Mesjasza. Już tam pojawił się – i to dosłownie – argument, że olejek należało sprzedać, a pieniądze rozdać potrzebującym (Mateusz XXVI, 6 i Marek XIV, 3).
Tymczasem właśnie o tej niewieście mówi Pan: Gdziekolwiek opowiadana będzie Ewangelia ta po wszystkim świecie, i co ta uczyniła, powiadać będą na pamiątkę jej. I dodaje św. Chryzostom w swoim komentarzu: Kto więc jest tak nieszczęsny, by sprzeciwiać się tak wielkiej prawdzie? Bo oto, co On powiedział, spełniło się i gdziekolwiek się udasz, zobaczysz ją sławioną.
W przypadku jawnogrzesznicy (Łukasz VII, 36) Chrystus idzie jeszcze dalej. Łamie konwenans ku oburzeniu faryzeuszy. Tam nie chodziło już tylko o pieniądze wydane na olejek, ale o niegodność ofiarowującej go. Tamta scena zamyka dyskusję. Syn Boży uznaje za godne i sprawiedliwe wylanie drogocennego kosmetyku nie tylko przez zamożniejszą niewiastę, ale i przez tę, która pokutowała za znane wszystkim grzechy.
Zresztą, spójrzmy z pespektywy wieczności, do której pan Karkosik ma już bliżej niż dalej. Co zostanie po bogaczu. Majątek? Z niego będą korzystały dzieci i wnuki, przy założeniu, że prawdziwą korzyść wyniosą tylko wtedy, gdy pomyślności finansowej będzie towarzyszyła cnota. Co jeszcze? Wdzięczność ludzi, którym pomógł budowniczy pomnika? Tak, ale w tym wypadku obowiązuje zasada: niechaj nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni. I tu dochodzimy do kwestii non omnis moriar, która ma przecież prawo zrodzić się w głowie bogacza wiedzącego, że majątku do grobu nie zabierze.
Sytuacja ta pokazuje wyrugowanie nadprzyrodzoności ze sfery publicznej, co było postulatem masonerii w XIX wieku, a stało się powszechną rzeczywistością w naszych czasach. Skoro w Hucisku może stać ogromne krzesło upamiętniające Tadeusza Kantora, to dlaczego w Konotopiu nie miałby stać pomnik oddający cześć Maryi z Nazaretu? Może dlatego, że ten drugi pomnik przypomina, że może jednak jest „coś więcej” – a może nawet Ktoś, kto stawia nam wymogi moralne i nie jest entuzjastą dowolnego stylu życia?
Czemu się uprzykrzacie temu człowiekowi? Wypada zapytać. Tym bardziej, że jest to ten rodzaj celnego przytyku, w którym Boski Autor nie unosił się gniewem (to robił przy innych, poważniejszych okazjach), ale wskazywał na małoduszność osób, których szemrania w ten sposób ucinał. Czemu uprzykrzacie się temu człowiekowi, jak muchy latające koło ucha, zamiast zająć się własnymi sprawami?
Filip Obara/PCh24.pl
***
17 sierpnia 2026
„W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój”. Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu
17 sierpnia 2002 roku, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II przybył do Łagiewnik, gdzie poświęcił Bazylikę Bożego Miłosierdzia i zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu.
17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował nową świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.
Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia!
Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat – mówił Jan Paweł II w homilii i apelował: Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!
To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia! – mówił.
Treść Aktu Zawierzenia Świata Bożemu Miłosierdziu
Boże, Ojcze miłosierny, który objawiłeś swoją miłość w Twoim Synu Jezusie Chrystusie, i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu, Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.
Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei.
Ojcze przedwieczny, dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna, miej miłosierdzie dla nas i całego świata!
KAI,zś/Stacja7
***
fot. M. Mazur/Flickr episkopat.pl
***
Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?
Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego? Na to pytanie odpowiedzi szukają wszyscy Ci, którzy rozpoczynają swoją przygodę z poznawaniem Bożego Miłosierdzia. Nie da się ukryć, że ta modlitwa jest kluczem i sednem do zrozumienia sensu Bożej Miłości.
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).
Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.
W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.
12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.
Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?
odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek
Na początku
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.
Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.
Na dużych paciorkach (1 raz) Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy) Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie (3 razy) Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
***
. fot. domena publiczna, wikipedia,org/ Freepik / Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego
***
Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia, których należy unikać
Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. Wskazał On konkretne słowa, jakie należy odmawiać podczas tej modlitwy.
Koronkę do Bożego Miłosierdzia można odmawiać indywidualnie i we wspólnocie. Zdarza się, że w tekście formuły tej modlitwy popełniamy błędy – sprawdź, czego unikać.
Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?
Zanim wskażemy częste błędy w formułach modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia, przypomnijmy ich prawidłowe brzmienie. Są to słowa, które Jezus przekazał św. siostrze Faustynie (por. Dz. 476). Taka formuła modlitwy jest przeznaczona do indywidualnego i wspólnotowego jej odmawiania.
Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiamy na różańcu. Na początku modlitwy odmawiamy trzy modlitwy: Ojcze nasz… , Zdrowaś Maryjo…, Wierzę w Boga. Następnie kolejno, na dużych paciorkach, jeden raz odmawiamy modlitwę w formule:
Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
Na małych paciorkach (10 razy) odmawiamy formułę:
Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.
Na zakończenie całej modlitwy, 3 razy odmawiamy formułę:
Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.
Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia
1. Przekształcanie liczby mnogiej na pojedynczą
Niedopuszczalna jest zamiana formuły „nasze grzechy” na: „moje grzechy”; „miej miłosierdzie dla nas” na: „miej miłosierdzie dla mnie” itd.
Ktokolwiek zmieniłby w recytacji indywidualnej liczbę mnogą na pojedynczą działałby wbrew woli Jezusa – pisze ks. prof. Ignacy Różycki – i to, co recytowałby, nie byłoby już Koronką do Miłosierdzia.
Kim są „my” w tej formule modlitwy? „My” oznacza recytującego i wszystkich tych, za których się on specjalnie modli, podczas gdy „cały świat”, to są wszyscy inni, żyjący i zmarli. W ten sposób Jezus domagając się, aby recytujący Koronkę błagał o litość „dla nas” – a nie „dla mnie” – zwalcza egoizm w modlitwie i czyni z Koronki do Miłosierdzia akt ofiarnej miłości – wyjaśnia ks. prof. Ignacy Różycki.
2. Wprowadzanie zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich usuwanie
W treści Koronki do Miłosierdzia Bożego nie tylko nie można zmieniać liczby, ale także wprowadzać żadnych zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich ujmowanie.
Najczęstsze błędy to:
dodawanie różnych słów lub zdań, np.: miej miłosierdzie dla nas, dla Ojca Świętego, dla… i całego świata lub: dla Jego bolesnej męki, dla siedmiu boleści Matki Bożej, miej miłosierdzie…
dodawanie modlitwy Chwała Ojcu i Synowi… wstawione po: Wierzę w Boga.
opuszczanie słów np. w zakończeniu nie odmawia się słów: … i nad całym światem, poprzestając na formule wyjętej z Suplikacji. Wszelkie zmiany, „dodatki” lub ujmowanie słów z treści Koronki do Miłosierdzia Bożego sprawiają zmianę znaczenia i w efekcie odmawiamy już inną modlitwę, nie tę, którą podyktował Pan Jezus.
3. Dodawanie rozważań pomiędzy poszczególne dziesiątki
Koronki do Bożego Miłosierdzia nie powinno się odmawiać na wzór różańca i poszczególne dziesiątki rozdzielać rozważaniami, intencjami czy jakimikolwiek tekstami.
Intencje czy teksty do rozmyślań powinny być podane na początku, przed tekstem Koronki, aby ona odmówiona była w całości w takiej formie, jak ją podał Pan Jezus.
Uwaga! Jedyna dopuszczalna zmiana w tekście Koronki do Bożego Miłosierdzia
W formule Koronki do Miłosierdzia Bożego dopuszczalne jest tylko przestawienie słów: świata całego na: całego świata, ponieważ ono nie wprowadza żadnej zmiany merytorycznej, a bardziej właściwe jest dla składni języka polskiego.
Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego | Fot. Wikipedia
***
Obietnice, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia
Koronka do Bożego Miłosierdzia to modlitwa, jaką Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. W “Dzienniczku” zapisała ona obietnice, jakie Jezus złożył wszystkim odmawiającym tę modlitwę.
W „Dzienniczku”, w którym św. s. Faustyna zapisywała słowa Jezusa, znajdziemy treść obietnic, jakie Jezus złożył wszystkim modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia.
O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do Siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320).
14 obietnic, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Miłosierdzia Bożego:
1.Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały.
(Dz 48)
2. Te dwa promienie oznaczają krew i wodę. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz…
Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje zostało włócznią otwarte na krzyżu.
Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca Mojego. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga.
(Dz 299)
3.Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci.
(Dz 687)
4. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu.
(Dz 687)
5. Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat.
(Dz 699)
6. Dusze, które odmawiać będą tę koronkę, miłosierdzie Moje ogarnie je w życiu, a szczególnie w śmierci godzinie.
(Dz 754)
7. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia Mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im Sędzią, ale miłosier(21)nym Zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia Mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość.
(Dz 1075)
8. Utrata każdej duszy pogrąża Mnie w śmiertelnym smutku. Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się (36)modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa za nawrócenie dusz grzesznych; wiedz, córko Moja, że ta modlitwa zawsze jest wysłuchana.
(Dz 1397)
9. Większe jest miłosierdzie Moje aniżeli nędze twoje i świata całego. Kto zmierzył dobroć Moją? Dla ciebie zstąpiłem z nieba na ziemię, dla ciebie pozwoliłem przybić się do krzyża, dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią najświętsze serce swoje i otworzyłem ci źródło miłosierdzia; przychodź i czerp łaski z tego źródła naczyniem ufności. Uniżonego serca nigdy nie odrzucę, nędza twoja utonęła w przepaści miłosierdzia Mojego. Czemuż byś miała przeprowadzać ze Mną [spór] o nędzę twoją. Zrób Mi przyjemność, że Mi oddasz wszystkie swe biedy i całą nędzę, a Ja cię napełnię skarbami łask.
(Dz 1485)
10. Córko Moja, nie ustawaj w głoszeniu miłosierdzia Mojego, ochłodzisz przez to serce Moje, które pała płomieniem litości dla grzeszników. Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu Moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim. Kapłanom, którzy głosić będą i wysławiać miłosierdzie Moje, dam im moc przedziwną i namaszczę ich słowa, i poruszę serca, do których przemawiać będą.
(Dz 1521)
11. Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą Moją.
(Dz 1731)
12. Zatwardziali grzesznicy, gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina śmierci ich będzie szczęśliwa.
(Dz 1541)
13. Żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci Mojej. Napisz: Gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny.
(Dz 1541)
14. O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w Mój śmiertelny smutek. W tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę Moją…
(Dz 1320)
***
fot. Magnolia/Cathopic
***
Litania do Miłosierdzia Bożego
“Pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem”.
Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson. Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas. Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami. Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami. Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.
Miłosierdzie Boże, nieogarniony przymiocie Stwórcy, Ufam Tobie Miłosierdzie Boże, najwyższa doskonałości Odkupiciela, Miłosierdzie Boże, niezgłębiona miłości Uświęciciela, Miłosierdzie Boże, niepojęta tajemnico Trójcy Świętej, Miłosierdzie Boże, wyrazie największej potęgi Pana, Miłosierdzie Boże, w stworzeniu duchów niebieskich, Miłosierdzie Boże, powołujące nas z nicości do istnienia, Miłosierdzie Boże, ogarniające wszechświat cały, Miłosierdzie Boże, darzące nas życiem nieśmiertelnym, Miłosierdzie Boże, chroniące nas przed zasłużonymi karami, Miłosierdzie Boże, dźwigające nas z nędzy grzechu, Miłosierdzie Boże, usprawiedliwiające nas w Słowie wcielonym, Miłosierdzie Boże, wypływające z ran Chrystusowych, Miłosierdzie Boże, tryskające z Najświętszego Serca Jezusowego, Miłosierdzie Boże, dające nam Najświętszą Maryję Pannę za Matkę Miłosierdzia, Miłosierdzie Boże, w objawieniu tajemnic Bożych, Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu Kościoła powszechnego, Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu sakramentów świętych, Miłosierdzie Boże, przede wszystkim w sakramencie chrztu i pokuty, Miłosierdzie Boże, w sakramencie ołtarza i kapłaństwa, Miłosierdzie Boże, w powołaniu nas do wiary świętej, Miłosierdzie Boże, w nawracaniu grzeszników, Miłosierdzie Boże, w uświęcaniu sprawiedliwych, Miłosierdzie Boże, w udoskonalaniu świątobliwych, Miłosierdzie Boże, pociecho dla chorych i cierpiących, Miłosierdzie Boże, ukojenie serc udręczonych, Miłosierdzie Boże, nadziejo dusz zrozpaczonych, Miłosierdzie Boże, towarzyszące wszystkim ludziom zawsze i wszędzie, Miłosierdzie Boże, uprzedzające nas łaskami, Miłosierdzie Boże, pokoju konających, Miłosierdzie Boże, rozkoszy niebiańska zbawionych, Miłosierdzie Boże, ochłodo i ulgo dusz czyśćcowych, Miłosierdzie Boże, korono wszystkich świętych, Miłosierdzie Boże, niewyczerpane źródło cudów.
Baranku Boży, któryś okazał największe miłosierdzie w odkupieniu świata na krzyżu – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który się miłosiernie ofiarujesz za nas w każdej Mszy świętej – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który z nieprzebranego miłosierdzia gładzisz grzechy nasze – zmiłuj się nad nami.
K. Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego. W. Przeto miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę (Ps 144,9; Ps 88,2).
Módlmy się: Boże, którego miłosierdzie jest niezgłębione, a skarby litości nieprzebrane, wejrzyj na nas łaskawie i pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Króla miłosierdzia, który z Tobą i Duchem Świętym okazuje nam miłosierdzie na wieki wieków. Amen.
adonai.pl
***
14 sierpnia 2026
Wigilia Wniebowzięcia Matki Bożej. Dzień postu i przygotowania do chwalebnej uroczystości
PCh24.pl
***
Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Kościół tradycyjnie poprzedzał pokutną Wigilią. Post, modlitwa i rozważanie nadchodzącej uroczystości pomagają nam lepiej się do niej przygotować.
Tradycyjnie obchód największych świąt w ciągu roku Kościół poprzedzał Wigiliami. Wszyscy znamy Wigilię Bożego Narodzenia, a być może słyszeliśmy również o Wigilii Paschalnej przygotowującej do Wielkanocy. Wigilii jest jednak więcej. W taki sposób tradycyjnie przygotowywano się m.in. do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, Wszystkich Świętych (1 listopada), św. Jana Chrzciciela (24 czerwca), śś. Piotra i Pawła (29 czerwca), czy święta św. Wawrzyńca (6 sierpnia). Swoją własną Wigilię posiada również obchodzona 15 sierpnia uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej.
Wigilie były dniami postu i abstynencji od mięsa. I choć obecnie taki wymóg już nie obowiązuje, to wciąż podjęcie jakiejś praktyki pokutnej jest rzeczą jak najbardziej dobrą, a nawet wskazaną. Poprzez dzień wyciszenia i umartwienia możemy lepiej przygotować się na świętowanie radosnego obchodu Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy.
Również liturgia Mszy św. w Wigilię tej uroczystości (wciąż obecna w tradycyjnym rycie rzymskim) odprawiana jest w kolorze fioletowym, który symbolizuje pokutę. Nie odmawia się Gloria („Chwała na wysokości”) ani nie ma radosnego Alleluia przed Ewangelią. Pozostałe teksty liturgiczne mówią o Matce Bożej, podkreślając Jej Boże Macierzyństwo i Jej obcowanie w Niebie. Kościół poprzez liturgię zwraca naszą uwagę na to, co mamy świętować już następnego dnia, aby przez rozważanie i modlitwę lepiej się przygotować do święta.
Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej obecna była w Kościele katolickim już przez dwa tysiące lat, mimo iż oficjalnie jako dogmat ogłosił to dopiero papież Pius XII w roku 1950. Kościół jednak nie odpowiedział na pytanie czy przed Wniebowzięciem Matka Boża umarła czy nie. Wyznawcy prawosławia wierzą iż śmierć Maryi miała miejsce, jednak w ciągu trzech dni Bóg wskrzesił Ją do życia i zabrał – z ciałem i duszą – do Nieba. Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jest to równie możliwe, że Maryja tylko zasnęła; stąd używany zarówno przez katolików jak i prawosławnych termin dormitio (“zaśnięcie”), który nie wskazuje jednoznacznie czy śmierć Maryi nastąpiła czy nie.
Jednak ciekawą obserwacją jest, że teksty tradycyjnej katolickiej liturgii Wigilii Wniebowzięcia NMP wskazują, że śmierć Maryi mogła mieć miejsce. Udziel, miłosierny Boże, ochrony naszej słabości, abyśmy, którzy obchodzimy spoczynek świętej Matki Bożej, powstali z naszych grzechów dzięki pomocy Jej wstawiennictwa – mówi treść modlitwy Postcommunio.
Użyte w tekście łacińskim słowo requiem (“spoczynek”) w kontekście liturgicznym często odnosi się do tego wiecznego odpoczynku, czyli śmierci; nawet sama liturgia za zmarłych nosi właśnie nazwę Requiem. Zacytowana wersja modlitwy po Komunii używana była tylko do Soboru Trydenckiego. Wtedy bowiem sformułowanie requiem celebrámus (“obchodzimy spoczynek”) zastąpiono frazą festivitátem praevenímus (“wyprzedzamy/oczekujemy uroczystość”), co może oznaczać, że autorzy reformy liturgicznej nie chcieli zajmować w stanowiska w debacie o możliwej śmierci Matki Bożej. Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba, i tę prawdę wiary świętujemy w Kościele co roku 15 sierpnia.
PCh24.pl – żródło: newliturgicalmovement.org
***
14 sierpnia 2026
Święty Maksymilian Maria Kolbe. Anioł w Auschwitz
oprac. GS/Pch24.p
***
– Był dla mnie jak anioł, ocierał zawsze moje łzy… – wspominał Zygmunt Gorson, polski Żyd ongiś więziony w obozie KL Auschwitz. Gorson trafił do lagru wraz z najbliższymi, mając trzynaście lat. To tutaj Niemcy zabili mu rodziców, dziadków, trzy siostry. Z całej rodziny przeżył tylko on jeden, aby dać świadectwo prawdzie. Także prawdzie o pewnym polskim franciszkaninie, który w owej otchłani zła i okrucieństwa otoczył opieką żydowskie dziecko.
Dwie korony
Czterdzieści siedem lat wcześniej w Zduńskiej Woli, w ówczesnym Królestwie Polskim włączonym do Imperium Rosyjskiego, przyszedł na świat Rajmund Kolbe.
W młodości, wedle opinii matki, „był chłopcem bardzo żywym, bystrym, trochę łobuzowatym”, ale gdy trzeba także posłusznym, prawdziwą podporą rodziców we wszelkich pracach domowych. Otrzymał pobożne wychowanie, wszak ojciec i matka należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. W pamięci rodziców zachował się pewien epizod z dzieciństwa Rajmunda. Syn opowiedział im, ogromnie poruszony, przeżytą wizję spotkania z Matką Bożą, od której dobrowolnie przyjął dwie korony – białą oznaczającą, że wytrwa w czystości, oraz czerwoną zapowiadającą męczeństwo.
Rajmund szybko odnalazł swe powołanie. Jako trzynastolatek wstąpił do Małego Seminarium Ojców Franciszkanów we Lwowie. Trzy lata później, po rozpoczęciu nowicjatu, przybrał zakonne imię Maksymilian, potem, przy okazji ślubów wieczystych uzupełnione jeszcze o imię Maria. W 1912 roku rozpoczął studia w Krakowie, kontynuowane w Rzymie, zwieńczone doktoratem z filozofii, następnie z teologii.
Czarne chorągwie z Lucyferem
W Rzymie Maksymilian zderzył się z ostrym antyklerykalizmem, forsowanym przez loże masońskie Wielkiego Wschodu Włoch. W owym czasie godność wielkiego mistrza tamtejszych „farmazonów” pełnił Ernesto Nathan, naturalizowany we Włoszech angielsko-niemiecki Żyd, który walkę z Kościołem uznał za swe posłannictwo.
W październiku 1917 r. Maksymilian Maria Kolbe miał wątpliwą przyjemność oglądać w Rzymie hałaśliwe, agresywnie antykatolickie manifestacje wolnomularzy, hucznie świętujących dwustulecie założenia ich organizacji. Na czarnych chorągwiach masonów widniał wizerunek Lucyfera, depczącego Michała Archanioła.
– Jątrzące ręce ośmielały się wypisywać takie hasła jak: „Szatan panować będzie na Wzgórzu Watykańskim, a papież będzie mu sługą” – wspominał święty.
Kolbe był wstrząśnięty, jednakowoż nie zamierzał poprzestać na wyrazach oburzenia. Jeszcze w tym samym miesiącu, wraz z sześcioma klerykami z Międzynarodowego Kolegium Franciszkańskiego „Seraphicum”, powołał nowy ruch maryjny – Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae), do walki z „siłami ciemności” zagrażającymi Kościołowi. Rycerze mieli się „starać o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków, a najbardziej masonów, i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”.
Założyciel ruchu zalecał: „Niechaj każdy z członków i każda z członkiń Milicji uważnie, a gorąco, co dzień odmawia nasz akt strzelisty: »O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za masonami«, bo masoni to nic innego, jak tylko zorganizowana klika fanatycznych Żydów, dążących nieopatrznie do zniszczenia Kościoła katolickiego, któremu nam Bóg Człowiek zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą go”.
Maksymilian był człowiekiem czynu i walki. Zadanie powołanego Rycerstwa przedstawiał jako udział w duchowej bitwie pod Bożymi sztandarami: „Rycerz, Milicja, walka: wojowniczo brzmią te słowa, bo i oznaczają wojnę. Nie walkę przy pomocy karabinów, kulomiotów, armat, samolotów, trujących gazów, ale – prawdziwą walkę. Jakaż jej taktyka? Przede wszystkim modlitwa”.
Wielkie dzieła
Powrócił do wolnej już Polski w roku 1919 i od razu rzucił się w wir pracy. Zniespożytą energią realizował wciąż nowe dzieła.
Chyba najbardziej znaczące z nich to wzniesienie franciszkańskiego klasztoru w Niepokalanowie, który w roku 1939 stał się najliczniejszym konwentem katolickim na świecie. To również prowadzona z rozmachem działalność wydawnicza –- na czele z pismami o charakterze religijno-społeczno-polityczno-kulturalnym, „Rycerzem Niepokalanej” oraz „Małym Dziennikiem”. Były także miesięczniki dla dzieci, był „Biuletyn Misyjny” i „Informator Rycerstwa Niepokalanej”. Łączny nakład tych pism w roku 1939 sięgnął półtora miliona egzemplarzy!
Maksymilian, choć posiadacz tytułów naukowych z zakresu teologii i filozofii, wykazywał też ogromne zainteresowanie naukami ścisłymi. Studiował matematykę, fizykę, chemię, biologię, astronomię. Postęp techniczny nie przerażał go, szukał możliwości wykorzystania jego potencjału. Jeszcze na studiach opracował projekt pojazdu kosmicznego. W Niepokalanowie uruchomił elektrownię, zamierzał ulokować tam również lotnisko, siedzibę radia i telewizji. Wybuch wojny pokrzyżował większość z tych planów, choć zdołano wyemitować kilka próbnych audycji radia SP3-RN (Stacja Polska 3 – Radio Niepokalanów), z melodią pieśni Po górach, dolinach jako sygnałem wywoławczym.
Niezwykle trafnie przewidział konieczność tworzenia silnych mediów katolickich:
– Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste.
Błogosławiona góra Hikosan
W roku 1930 zakon zatwierdził Maksymilianowi projekt powołania placówki misyjnej na Dalekim Wschodzie.
Udał się tam niezwłocznie w towarzystwie kilku współbraci. Po pierwszym niepowodzeniu w chińskim Szanghaju, został serdecznie przyjęty na Wyspach Japońskich. Rychło rozpoczął tam wydawanie miejscowej edycji „Rycerza Niepokalanej”, o nakładzie sięgającym 60 000 egzemplarzy (z japońskimi redaktorami dogadywał się znakomicie – po łacinie). Najpoważniejszym przedsięwzięciem w Kraju Kwitnącej Wiśni było wzniesienie klasztoru franciszkańskiego – Ogrodu Niepokalanej (Mugenzai no Sono) oraz seminarium duchownego w Nagasaki.
Oczywistą lokalizacją klasztoru wydawała się zdominowana przez katolików dzielnica Urakami, chlubiąca się wspaniałą katedrą Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Tymczasem Maksymilian zaskoczył wszystkich, nakazując, by konwent wznieść na drugim końcu miasta, na stoku góry Hikosan.
Czternaście lat później, 9 sierpnia 1945 roku, dokładnie nad katolicką dzielnicą Urakami eksploduje bomba atomowa, zrzucona przez Amerykanów. Szatański „blask tysiąca słońc” spopieli dzielnicę wraz z mieszkańcami, zrujnuje doszczętnie katedrę (choć w jej ruinach przetrwa, w sposób po ludzku niewytłumaczalny, drewniany posąg Maryi, odtąd zwany Postnuklearną Madonną). Z ogniowej burzy ocaleje klasztor zbudowany przez Maksymiliana. Góra Hikosan osłoniła konwent przed falą uderzeniową i promieniowaniem cieplnym.
O nawrócenie Żydów
Po pięcioletnim pobycie w Azji Maksymilian powrócił do ojczyzny. A Polska okresu międzywojennego, budująca swą państwowość po długim okresie niewoli, gnębiona skutkami niedawnych działań wojennych oraz bieżącymi następstwami światowego kryzysu gospodarczego, borykała się z wieloma problemami.
Pełno było konfliktów społecznych, politycznych i narodowościowych. Były także spory polsko-żydowskie. Trwała zawzięta, a niekiedy brutalna walka o swoje miejsce na ziemi; o dominację – w polityce, gospodarce, handlu, oświacie. Nikt uczciwy nie może zaprzeczyć, że wzajemne kontakty Polaków i Żydów, ich codzienne sąsiedztwo miewały różne, niekiedy skrajnie odmienne następstwa w rozmaitych okolicznościach. Były więc przejawy życzliwości, pomocy sąsiedzkiej, a co najmniej zaciekawienia odmiennością drugiej strony. Występowały także obojętność, nieufność i podejrzliwość. Zdarzały się wreszcie akty wrogości, a nawet przypadki przemocy z jednej i drugiej strony (choć skala takich zjawisk została potężnie zmitologizowana).
Trudno tu generalizować, bo przecież wielu Żydów okazało się lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. Ale równocześnie szerokie rzesze ich ziomków nie utożsamiały się z państwem polskim (co dobitnie potwierdzi ich postawa we wrześniu 1939 roku). Kręgi ekstremalne zaangażowały się w działalność konspiracji komunistycznej, dążącej do zniszczenia naszej państwowości.
Maksymilian Maria Kolbe, pamiętając co widział w Rzymie w roku 1917, niestrudzenie prowadził swą antymasońską krucjatę modlitewną. Dostrzegał także zagrożenie ze strony Żydów:
„Żydostwo szkodziło i szkodzi nam na każdym kroku, wżera się jak rak w ciało narodu, szerzy przekupstwo i zepsucie wśród dorosłych, a rozpustę i bezbożnictwo wśród młodzieży, wydziera nam handel, przemysł, rzemiosło, a nawet ziemię”.
Maksymilian zawsze żywo reagował na ataki wymierzone w Kościół. Nigdy nie chował głowy w piasek, także w obliczu antychrześcijańskich wystąpień Żydów. „W Talmudzie nazywają owi rabini chrześcijan bałwochwalcami, gorszymi od Turków, mężobójcami, rozpustnikami, nieczystymi, gnojem, zwierzętami w ludzkiej postaci, gorszymi od zwierząt, synami diabła […] księgę […] dyszącą nienawiścią ku Chrystusowi Panu i chrześcijanom wtłacza się w głowy, że to księga święta, ważniejsza od Pisma Świętego […]” – pisał z wyrazistością, która zawstydzać musi dzisiejszych, ugrzecznionych hierarchów Kościoła.
Maksymilian stwierdzał też jednak: „Ani przeciętny żyd, ani rabin nie ma zazwyczaj pojęcia o religii Chrystusowej, karmiony jedynie nienawiścią ku swemu Odkupicielowi, zakopany w sprawach doczesnych, goniący za złotem i władzą, nie przypuszcza nawet, ile pokoju i szczęścia daje jeszcze na tej ziemi wierna, gorliwa i wspaniałomyślna miłość Ukrzyżowanego, jak ono przewyższa wszystkie „szczęścia” zmysłowe, czy umysłowe, które daje nędzny świat. […] Pamiętajmy, że za każdego, bez względu na różnicę narodowości, umarł Pan Jezus. I że każdy, a więc i każdy Żyd, jest niewdzięcznym, ale jednak dzieckiem naszej Matki w niebie”.
Zwalczając religijne błędy żydowskich innowierców Maksymilian kochał ich jako bliźnich, jako dzieci Boże. Chciał ratunku ich dusz, ich nawrócenia, prowadzonego „w sposób roztropny, doprawdy bardzo roztropny”. Stanowczo odżegnywał się od przemocy, ostrzegał przed nienawiścią, zalecając rozwagę i umiarkowanie:
„Mówiąc o Żydach bardzo bym uważał na to, żeby czasem nie wzbudzić, albo nie pogłębić nienawiści do nich w czytelnikach i tak już nastrojonych do nich czasem nawet wrogo. Na ogół więcej bym się starał o rozwój polskiego handlu i przemysłu niż piętnował Żydów. Oczywiście zdarzają się i wypadki złej woli z ich strony, kiedy to trzeba będzie wystąpić energiczniej, nie zapominając, jednak o tym, że naszym pierwszorzędnym celem jest zawsze nawrócenie i uświęcenie dusz, czyli zdobycie ich dla Niepokalanej, miłość ku wszelkim duszom, nawet Żydów i masonów i heretyków…”.
Dzień wyboru
Po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r., okupanci aresztowali ojca Maksymiliana. Przez blisko trzy miesiące więziono go w obozach w Łambinowicach, Gębicach i Ostrzechowie. Zwolniony, powrócił do Niepokalanowa.
Rychło siedziba konwentu stała się prężnie działającym ośrodkiem pomocowym, dając schronienie między innymi tysiącom Wielkopolan wypędzonych przez Niemców z ojcowizny. Spiesząc tułaczom na ratunek Maksymilian nie stosował żadnych kryteriów narodowościowych ani religijnych – pod jego opieką znalazło się także 1500 Żydów.
Aresztowany powtórnie w lutym 1941 r., przetrzymywany na warszawskim Pawiaku, został wysłany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz (Oświęcimiu), gdzie oznaczono go numerem 16670. Przydzielony do komanda „Babice”, pracował przy wyrębie lasu, znosząc codziennie katorżniczy wysiłek, głód i bestialstwo strażników.
W lipcu 1941 r. zastępca komendanta obozu, SS-Haupsturmführer (kapitan SS) Karl Fritzsch, skazał dziesięciu więźniów na powolną śmierć w bunkrze głodowym. Jeden z nieszczęśników, więzień nr 5659 Franciszek Gajowniczek, jęknął z żalu za żoną i dziećmi…
Wówczas dobrowolnie wystąpił więzień nr 16670. Jeden ze świadków, Michał Micherdziński, tak zapamiętał rozmowę Maksymiliana z niemieckim oficerem. Niemiec zapytał:
– Czego chce ta polska świnia?
Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. Ojciec Maksymilian w postawie na baczność odpowiedział spokojnie po niemiecku:
– Chcę umrzeć za niego.
I wskazał lewą ręką stojącego obok Gajowniczka. Padło kolejne pytanie:
– Kim jesteś?
– Jestem polskim księdzem katolickim.
Ojciec Maksymilian, mimo iż wiedział, jak Niemcy traktują polskich księży, nie bał się przyznać do swego kapłaństwa. Panowała wtedy nieznośna cisza. Każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS, który zawsze zwracał się do więźniów przez wulgarne „ty”, zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”:
– Dlaczego chce pan umrzeć za niego?
Ojciec Maksymilian odpowiedział:
– On ma żonę i dzieci.
Po chwili esesman odpowiedział:
– Dobrze.
Ocalony Gajowniczek relacjonował po latach: „Wyciągnęli mnie z tej dziesiątki. Minąłem Ojca Maksymiliana, który tam, w tym szeregu został, na moim miejscu. Nic do siebie nie powiedzieliśmy, nawet nie mogłem powiedzieć: – Dziękuję”.
Dwanaście dni Golgoty
Maksymiliana oraz dziewięciu innych skazańców umieszczono nagich w bunkrze głodowym (blok 11).
Pracujący w okolicy więźniowie wspominali, że niektórzy skazani, ogarnięci rozpaczą, zrazu głośno bluźnili przeciw Bogu; jednakże pod wpływem ojca Kolbego zmienili swą postawę. Odtąd z bunkra dobiegały tylko wspólnie odmawiana modlitwa różańcowa i pieśni maryjne. Po dwunastu dniach żyło już tylko czterech skazanych, wśród nich Maksymilian. Niemiecki kryminalista Bock dobił ich zastrzykiem fenolu.
Maksymilian Maria Kolbe zginął męczeńską śmiercią w dniu 14 sierpnia 1941 roku, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Franciszek Gajowniczek przeżył obóz. Po wojnie przyjechał odwiedzić miejsce swej niedoli. Pokazano mu bunkier, w którym cierpiał ostatnie katusze jego wybawiciel. Na ścianie Gajowniczek odkrył wydrapany paznokciami krzyż.
Przyjaciele i wrogowie
Maksymilian Maria Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca w roku 1971, zaś jedenaście lat później kanonizowany jako męczennik.
– Światu […] potrzeba Bożych szaleńców, którzy będą szli przez ziemię, jak Chrystus, jak Wojciech, Stanisław czy Maksymilian Maria Kolbe […], którzy będą mieli odwagę miłować i nie cofną się przed żadną ofiarą – rzekł o nim papież św. Jan Paweł II.
Bezkompromisowość świętego do dziś pozostaje solą w oku wielu wrogów Kościoła.
– Ojciec Kolbe był nacjonalistą o wielkiej żarliwości. Jego sprzeciw wobec nazizmu był typu nacjonalistycznego, a nie moralnego – gromił „niesłuszne” poglądy więźnia nr 16670 Żyd Elie Wiesel.
– Kolbe był również w jakiejś mierze twórcą „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”, a więc pism, które symbolizują ciemny i obskurancki nurt polskiego katolicyzmu, pism prymitywnych, krzewiących religijną nietolerancję i etniczną nienawiść – wybrzydzał „tolerancyjnie” inny esteta, Żyd Adam Michnik.
Nad rzekomym „antysemityzmem” męczennika biadali zgodnym chórem tak „światli” osobnicy, jak minister komunistycznego rządu PRL Żyd Jerzy Urban, czy mistrz masońskiej loży „Kopernik” Jan Józef Lipski (ten ostatni na łamach tytularnie katolickiego „Tygodnika Powszechnego”…). Znaczące, że wśród osobników gorliwie rozliczających życiorys więźnia nr 16670 znalazła się pokaźna grupa dziennikarzy… niemieckich (!!!).
Takie i podobne enuncjacje zawodowych tropicieli „antysemityzmu” zderzały się ze świadectwami ludzi, których los postawił na drodze świętego; także Żydów.
Cytowany na wstępie Zygmunt Gorson, co jako bezradny dzieciak znalazł się w Auschwitz, tak wspominał polskiego duchownego:
– Był dla mnie jak anioł, i jak matka bierze swe pisklęta pod skrzydła, tak on mnie wziął w ramiona. Ocierał zawsze moje łzy. Od tego momentu wierzę o wiele bardziej w Boga, ponieważ od czasu, kiedy zmarli moi rodzice, pytałem siebie nieustannie: „Gdzie jest Bóg?”. I straciłem wiarę. Kolbe mi ją przywrócił! On wiedział, że byłem żydem, lecz to nie stanowiło różnicy. Jego serce nie czyniło rozróżnienia między osobami i nie miało dla niego znaczenia to, czy są żydami, katolikami lub z jeszcze innych religii: on kochał wszystkich i dawał miłość, nic innego jak miłość.
Profesor Eugene Zolli, Wielki Rabin Rzymu, który doznał łaski nawrócenia na katolicyzm, stwierdził:
– Jeśli byłbym zdolny napisać książkę o Maksymilianie Kolbe – nie jestem tego godny, inaczej Opatrzność dałaby mi zdolność uczynienia tego – zatytułował bym ją: „Ojciec MaksymilianKolbe, zmarły w imię miłości”.
Czas drogi
– Co chwila bądź lepszy. Teraz czas drogi – nauczał św. Maksymilian.
Żyjemy w czasach, kiedy ogarnięci pychą „teologowie” uznają się za mądrzejszych od Pana Boga. Skwapliwie przypochlebiając się obowiązującym modom, w imię „politycznej poprawności” przystępują do „poprawiania” zapisów Ewangelii, katechizmu i nauczania Ojców Kościoła, do swoistej lustracji biogramów świętych. Miernoty, które nigdy nie podejmowały wyborów w obliczu bunkra głodowego i zastrzyku fenolu, rwą się do rozliczania męczenników. Święty Maksymilian precyzyjnie wskazał na źródła takich pogubień:
– Szatani są lepszymi teologami niż my. A jednak, chociaż w rzeczach Bożych niejedno mogą więcej wiedzieć – są szatanami. Jest to wiedza, która nic nie pomoże.
Zaś tym wszystkim, którzy upadli na duchu, tym z nas, którzy ogarnięci przerażeniem i brakiem nadziei rozglądają się po otaczającym nas zewsząd świecie ruin, Anioł z Auschwitz zostawił słowa otuchy:
– Wszystko się skończy, więc i cierpienia się skończą. Droga chwały to droga krzyża. Matka Najświętsza z nami, Ona nam zawsze pomaga.
Andrzej Solak/PCh24.pl
***
Czy Maryja umarła?
Grota Wniebowzięcia Matki Bożej. Sanktuarium w Licheniu Starym Fot. MA
Wiemy, że Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Ale czy przed tym Wniebowzięciem Najświętsza Dziewica umarła, czy może tylko zasnęła?
Kiedy człowiek umiera, nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, które następnie ulega rozkładowi. Dusze tych, którzy umarli w stanie łaski uświęcającej, idą wtedy do nieba – choć może po czasowej pokucie w czyśćcu; zaś dusze tych, którzy opuścili ten świat w stanie grzechu ciężkiego, skazane są na męki wieczne w piekle. Na końcu czasów, gdy Chrystus przyjdzie ponownie na ziemię by sądzić ludzkość, ciała zmartwychwstaną – tzn. dusze ponownie połączą się z nimi – i właśnie w takiej postaci wszyscy staniemy przed Sądem Bożym.
Rozkład nie dotknął jednak ciała Matki Bożej, a to było rezultatem Jej Niepokalanego Poczęcia. Bóg zabrał Maryję – z duszą i ciałem – do chwały Nieba. W konsekwencji doświadcza Ona nie tylko tego szczęścia, którym się cieszą dusze zbawionych w niebie, ale również przebywa tam wraz ze swoim ciałem, co wszyscy inni sprawiedliwi osiągną dopiero po Sądzie Ostatecznym.
Spod tego rodzaju ogólnego prawa zechciał Bóg wyjąć Najświętszą Maryję Pannę. Ona to, na mocy zupełnie szczególnego przywileju, swoim Niepokalanym Poczęciem zwyciężyła grzech, i dlatego nie podlega temu prawu trwania w rozkładzie grobowym, ani nie musiała aż do końca świata czekać na wybawienie swego ciała – pisze papież Pius XII (Konstytucja Apostolska Munificentissimus Deus, określająca dogmat o Wniebowzięciu NMP, 1.11.1950).
Pismo Święte przytacza przykłady dwóch innych osób, które zostały zabrane „do niebios” lub „do Boga”; chodzi tu o Eljasza i Henocha. O tym pierwszym opowiada Druga Księga Królewska w słowach: Oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi (…), a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios (2 Krl 2,11). Dzieje Henocha są znowu opisane w Księdze Rodzaju: Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg (Rdz 5,24). Jednak – jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu – żadnej z tych dwóch historii nie należy interpretować jako wniebowzięcia takiego jak w przypadku Matki Bożej. Raczej, Eljasz i Henoch przebywają w jakimś innym miejscu, które można rozumieć jako „raj ziemski” i tam oczekują powtórnego przyjścia Chrystusa. Henoch został przeniesiony do raju ziemskiego, gdzie – jak się wierzy – żyje wraz z Eliaszem aż do przyjścia Antychrysta – pisze Akwinata (ST III q. 49 a. 5 ad. 2). Opinię Doktora Anielskiego podzielają Ojcowie Kościoła. Eljasz i Henoch byli bowiem obciążeni grzechem pierworodnym, którego skutkiem jest śmierć, czyli oddzielenie duszy od ciała. Maryja jednak – na mocy szczególnego wybrania Bożego – została od grzechu pierworodnego zachowana i dlatego jej ciało może już teraz obcować w Niebie.
Wiemy zatem, iż Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Pojawia się jednak pytanie: czy Maryja przed swoim Wniebowstąpieniem umarła?
Taką wersję wydarzeń uznają wyznawcy prawosławia. Opierają się oni na Tradycji, szczególnie na pismach św. Jana Ewangelisty, św. Jana Damasceńskiego i św. Dionizego Areopagity. Prawosławni wierzą, że anioł ukazał się Maryi trzy dni przed Jej śmiercią, obwieszczając Jej to nadchodzące wydarzenie. Najświętsza Dziewica miała spędzić te ostatnie dni swojego życia na modlitwie i trosce o wdowy. Gdy leżała już na łożu śmierci, Apostołowie – poza Tomaszem – zostali w cudowny sposób przeniesieni z różnych stron świata do Jerozolimy, by tam towarzyszyć konającej Matce ich Mistrza. Gdy Ona dokonała już swojego żywota, uczniowie złożyli Jej martwe ciało w Ogrodzie Getsemani. Ale gdy trzy dni później przybył tam również Tomasz i zajrzał do grobu, by po raz ostatni pokłonić się Maryi, okazało się, że Jej ciała już tam nie było. Matka Boża miała jednak pocieszyć zasmuconego Tomasza, zsyłając mu z nieba pas od swojej szaty.
W konsekwencji prawosławni wierzą, że Maryja umarła tak jak wszyscy ludzie, tzn., że Jej nieśmiertelna dusza opuściła Jej materialne ciało, ale gdzieś w ciągu trzech dni to martwe ciało zostało na nowo połączone z duszą, a następnie zabrane do nieba. Oznacza to iż Maryja już wtedy dostąpiła zmartwychwstania umarłych, które nas spotka na końcu czasów.
Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jakkolwiek dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej ogłoszony przez papieża Piusa XII potwierdza jasno i niezaprzeczalnie, że również Jej ciało zostało zabrane do Nieba, to nie zajmuje jednak stanowiska czy przedtem nastąpiła Jej śmierć, czy też nie. Jest to bowiem możliwe, że Maryja nigdy nie umarła, a tylko zasnęła. Oznaczałoby to, że będąc cały czas żywą, Jej ciało i dusza – nigdy nie rozłączone od siebie – zostały zabrane do nieba. I właśnie taka wersja wydarzeń jest zwykle przedstawiana na katolickich obrazach. Zarówno katolicy jak i prawosławni używają terminu dormitio, dosłownie znaczącego zaśnięcie, który nie wskazuje jednoznacznie czy nastąpiła śmierć Maryi czy nie.
Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Mimo, że nie było świadków tego wydarzenia, to jest to jednoznaczny wniosek płynący ze wspomnianego już Jej Niepokalanego Poczęcia, a także z faktu iż była ona Matką Syna Bożego. I chociaż Kościół potwierdził to nieomylnym dogmatem dopiero w 1950 r., to we Wniebowzięcie Maryi wierzono przez całe dwa tysiące chrześcijaństwa. Dogmat był zatem tylko jednoznacznym potwierdzeniem tej prawdy obecnej w Kościele już od wieków.
Wydaje się rzeczą wprost niemożliwą, widzieć oddzieloną od Niego po ziemskim życiu, jeśli nie duchem to przecież ciałem, Tę która Go poczęła, porodziła, mlekiem własnym wykarmiła, na rękach piastowała i do serca swego tuliła – mówi treść ogłoszonego przez Piusa XII dogmatu.
Wreszcie, fragmenty Pisma Świętego łączą się w spójną konkluzję dowodzącą Wniebowzięcia Matki Bożej. Księga Psalmów mówi: Wyrusz, o Panie, na miejsce Twego odpocznienia, Ty i Twoja arka pełna chwały! (Ps 131,8). A to właśnie Maryja jest uważana za „Arkę Przymierza”, bowiem Jej ciało nosiło samego Boga. W Arce zaś przymierza zrobionej z niepsującego się drzewa i umieszczonej w świątyni Bożej, widzą jakby obraz przeczystego ciała Dziewicy Maryi, które zostało zachowane wolnym od wszelkiego Skażenia grobowego i wyniesione do tak wielkiej chwały w niebie – wyjaśnia Pius XII w treści dogmatu.
Podobne teologowie katoliccy wnioskują, że nie ma innej możliwości poza tą iż także ciało Maryi została zabrane do nieba.
Maryja została przez Syna uhonorowana szczególnym przywilejem, zachowując w Chrystusie ciało, które zrodziła; czemu więc nie także ciało, przez które zrodziła? – pisze św. Augustyn. Tron Boga, komnata Pana, dom i przybytek Chrystusa powinny być tam, gdzie On sam jest. Tak cenny skarb bardziej przystoi, by strzegło go niebo, niż ziemia – kontynuuje.
Podobnie stwierdził św. Albert Wielki w słowach: Jest rzeczą jasną, że Najświętsza Matka Boża z duszą i ciałem została wzięta do nieba ponad chóry anielskie. Wierzymy, że jest to prawda pod każdym względem.
Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej była obecna w Kościele od samego momentu Jej śmierci bądź zaśnięcia i nie ma (!) ani w Piśmie Świętym ani w Tradycji choćby jednego wersu, który by temu przeczył. Co więcej, nie można rozumowo podważyć tej prawdy, ponieważ jest ona spójną konkluzją wynikającą z Objawienia Bożego. Dlatego papież Pius XII w 1950 r. uczynił naukę o Wniebowzięciu Najświętszej Dziewicy dogmatem wiary katolickiej.
Ogłaszamy, wyjaśniamy i określamy, jako dogmat przez Boga objawiony, że Niepokalana Bogarodzica Zawsze Dziewica Maryja, po zakończeniu biegu życia ziemskiego, została z ciałem i duszą wzięta do niebieskiej chwały – mówi treść dogmatu. Dlatego też, gdyby ktoś, nie daj Boże, dobrowolnie odważył się temu cośmy określili przeczyć, lub o tym powątpiewać, niech wie, że odstąpił zupełnie od wiary Boskiej i katolickiej – zaakcentował papież.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
13 sierpnia Kościół czci Matkę Bożą Kalwaryjską
Matka Boża Kalwaryjska (fragm.)
***
13 sierpnia Kościół krakowski czci Matkę Bożą Kalwaryjską. Wizerunek Matki Bożej z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej należy do najbardziej znanych i otoczonych szczególnym kultem obrazów maryjnych w Polsce. Jak się szacuje rocznie przybywa tu ponad milion pielgrzymów z kraju i zagranicy.
Kalwaria Zebrzydowska leży około 40 km na południowy zachód od Krakowa między majestatycznie wznoszącymi się górami Lanckoroną i Żarem. Miejsce to znane jest z najsłynniejszej w Polsce Kalwarii – kompleksu 21 kaplic i kościołów postawionych wzdłuż tzw. Dróżek Matki Bożej i Pana Jezusa. Wybudowana w XVII wieku Droga Krzyżowa wzorowana jest w dużej mierze na kościołach i kaplicach związanych z Męką Pana Jezusa w Jerozolimie.
Znajdujące się w Kalwarii Zebrzydowskiej sanktuarium maryjne od początku swego istnienia aż do dzisiaj pozostaje pod opieką oo. Bernardynów. Główny kościół Kalwarii to bazylika pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej. Od 1641 roku zwiększa się gwałtownie sława Kalwarii jako sanktuarium maryjnego za sprawą podarowanego bernardynom cudownego obrazu Płaczącej Madonny. Kult tego obrazu rozpoczął się od wydarzenia, które miało miejsce 3 maja 1641 roku. Wówczas obraz Matki Bożej zapłakał krwawymi łzami. O fakcie tym właściciel obrazu Stanisław Paszkowski powiadomił władze duchowne. Kiedy obraz trafił do kościoła kalwaryjskiego, zaczęły napływać rzesze pielgrzymów pragnących oddać mu cześć. Ówczesny biskup krakowski nakazał na pewien czas przechowywać go w zakrystii. Pobożny lud nadal garnął się do Kalwarii i wielu za sprawą tego wizerunku doznawało licznych łask i uzdrowień.
Przez 17 lat obraz pozostawał w zakrystii, po czym biskup zezwolił na umieszczenie go w bocznym ołtarzu kościoła. W 1667 roku umieszczono wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem w specjalnie wybudowanej dla niego kaplicy, którą zaczęły wypełniać wota za otrzymane łaski. Wkrótce rozpoczęto starania o koronację obrazu. Rozbiory opóźniły ten dzień, aż do 15 sierpnia 1887 roku. Na uroczystość przybyło około 230 tys. wiernych z wszystkich dzielnic Polski, a także z Węgier, Słowacji i Czech. Koronacji papieskimi koronami Leona XIII dokonał ówczesny ordynariusz krakowski ks. abp Albin Dunajewski.
Obraz o wymiarach 74×90 cm namalowany farbą olejną na płótnie, przedstawia Matkę Bożą z tulącym się do Niej Dzieciątkiem. „Zawsze, kiedy tu przychodziłem, miałem świadomość, że zanurzam się w tym rezerwuarze wiary, nadziei i miłości, które naniosły na te wzgórza, na to sanktuarium całe pokolenia Ludu Bożego ziemi, z której pochodzę, i że ja z tego skarbca czerpię. Nawet niewiele dając z siebie, czerpię… I zawsze też miałem świadomość, że owe tajemnice Jezusa i Maryi, które tu rozważamy, modląc się za żywych lub umarłych są istotnie niezgłębione…” – mówił o tym sanktuarium papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Kalwarii 7 czerwca 1979 r.
W stulecie koronacji obrazu, 10 czerwca 1987 Jan Paweł II przekazał dla sanktuarium złotą różę. Ceremonia miała miejsce podczas III pielgrzymki Papieża do Ojczyzny. Na tę okoliczność Obraz opuścił Kalwarię Zebrzydowską i został umieszczony przy ołtarzu na krakowskich Błoniach. źródło: PzM, KAI
***
Dlaczego dzieci w Fatimie nie spotkały się z Maryją 13 sierpnia?
Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Choć objawienia fatimskie najczęściej kojarzymy z 13. dniem miesiąca, to w sierpniu 1917 r. było inaczej. Do spotkania Matki Bożej z Łucją, Hiacyntą i Franciszkiem doszło dopiero 19 sierpnia. Wszystko dlatego, że 13 sierpnia dzieci zostały uwięzione.
Środowiska i media wrogie Kościołowi początkowo starały się przemilczeć sprawę objawień, jednak wraz ze wzrostem liczby ludzi przybywających do Cova da Iria, gdzie ukazywała się Matka Boża, stało się to niemożliwe. Sięgnięto zatem po kolejny oręż: ośmieszanie, kpiny i szyderstwa z Kościoła i ludu, którzy wierzyli w „zabobon fatimski”.
13 sierpnia 1917 r. doszło nawet do uwięzienia Łucji, Franciszka i Hiacynty przez Artura de Oliveirę Santosa, burmistrza Vila Nova de Ourém, do którego administracyjnie należała Fatima. O ile rodzice Hiacynty i Franciszka byli przerażeni tym faktem, o tyle matka Łucji, niedowierzająca córce, miała nadzieję, że dzieci w końcu przyznają się do prawdy. Mama Łucji bardzo kochała córkę, choć nie szczędziła jej wielu przykrości i upokorzeń, licząc na to, że córka wyzna kłamstwo w sprawie Fatimy. Pani dos Santos do końca życia była sceptyczna co do objawień i tego, że tak wielkie wyróżnienie spotkało jej córkę.
Po latach Łucja tak wspominała uwięzienie w Ourém: – Co mnie bolało najbardziej, to obojętność, jaką mi okazywali moi rodzice, a którą odczuwałam tym bardziej, gdyż widziałam, z jaką miłością wujostwo otaczało swoje dzieci. Pamiętam, że w czasie tej podróży zrobiłam to spostrzeżenie: Jak różni są moi rodzice od wujostwa. Oni aby swe dzieci obronić, sami osobiście stawiali się w urzędzie. Moi rodzice natomiast oddawali mnie z największą obojętnością władzom. (cytat za: sekretariatfatimski.pl).
Przed 13 sierpnia
Wspomniany Artur de Oliveira Santos był m.in. członkiem Sądu Najwyższego, jednak znana jest również jego działalność w masonerii. Krótko przed 13 sierpnia 1917 r. burmistrz polecił rodzicom dzieci, aby przybyli do niego ze swoimi pociechami 11 sierpnia. Ojciec Hiacynty i Franciszka Manuel Marto poszedł sam; tłumaczył, że jego dzieci są zbyt małe, żeby odbyć podróż do Ourém. Łucja natomiast udała się tam na osiołku z ojcem.
Intryga burmistrza
13 sierpnia Artur de Oliveira Santos przybył do proboszcza i do domów dzieci w Aljustrel nieopodal Fatimy. Oznajmił, że osobiście zabierze wizjonerów samochodem na miejsce objawień, żeby przekonać się o ich prawdziwości. Mimo oporu dzieci wsiadły do jego samochodu. Najpierw przyjechali do miejscowego proboszcza, który zadawał Łucji pytania. – Jeżeli kłamcy idą do piekła, ja tam na pewno nie pójdę, ponieważ wszystko, co mówiłam, jest prawdą. Jeżeli chodzi o ludzi, którzy zdążają do Cova, to idą tam, ponieważ sami chcą iść, my ich do niczego nie namawiamy – powiedziała dziewczynka odważnie proboszczowi i burmistrzowi.
Trudne chwile dzieci w Ourém
Dzieci ponownie zostały zmuszone, aby wsiąść do samochodu burmistrza. Co ważne, ten kierował się jednak nie do Cova da Iria, ale do Vila Nova de Ourém. Sprawca tego incydentu przykrył dzieci płachtą, aby je ukryć w aucie. Ludzie przybyli na miejsce spodziewanego czwartego objawienia, jednak dowiedzieli się o porwaniu dzieci. Ich złość skierowała się na burmistrza i niesłusznie również na księdza, którego posądzano o bycie wspólnikiem w porwaniu.
Warto dodać, że choć dzieci nie mogły tego dnia przybyć do Cova, zebrany tłum dostrzegł małą chmurkę nad dębem, nad którym ukazywała się Maryja. Słychać było też grzmot, któremu towarzyszyła błyskawica. Wspomniana chmurka szybko zniknęła.
W Ourém dzieci przeżyły prawdziwe fizyczne i psychiczne tortury. Było im bardzo smutno również z tego powodu, że ominęło ich spotkanie z Matką Bożą. Zamknięto je w pokoju i grożono, że warunkiem ich uwolnienia jest wyjawienie tajemnicy ws. rzekomych objawień. Stosowano różne sposoby, aby je zmusić do mówienia – łącznie z groźbą, że zostaną usmażone w oleju. Nic jednak nie poskutkowało. Wszystko miało na celu przestraszenie ich i zmuszenie do mówienia prawdy, ale dzieci były skłonne raczej umrzeć niż wyjawić tajemnicę otrzymaną od Maryi miesiąc wcześniej. W trakcie pobytu u burmistrza mogły liczyć jedynie na sympatię ze strony jego żony.
Ze wspomnień Łucji wiemy, że dzieci przez pewien czas przebywały w areszcie z kilkoma więźniami, którzy byli poruszeni ich postawą i modlili się wraz z nimi. Łucja zawiesiła na ścianie medalik, przed którym wspólnie się modlili. Czas aresztowania najgorzej znosiła najmłodsza Hiacynta, ale wszystko wraz z bratem i kuzynką ofiarowali Bogu i Maryi.
Artur de Oliveira Santos wierzył, że na skutek aresztowania dzieci uda się przynajmniej zniszczyć zainteresowanie ludzi Fatimą, ale jak wiemy, skutek jego działań był przeciwny do zamierzonego. Koniec końców nic nie poskutkowało i dzieci zostały prawdopodobnie po dwóch dniach odwiezione do domu, a 19 sierpnia po raz czwarty przyszła do nich Matka Boża.
Muzeum miejskie w Ourém (Museu Municipal de Ourém)
W dawnym mieszkaniu Artura de Oliveiry Santosa istnieje Muzeum Miejskie. Można tam znaleźć eksponaty związane z dziedzictwem i historią Ourém, ale oczywiście w tym miejscu upamiętnia się również temat pobytu dzieci fatimskich.
źródło: Polskifr.fr / KAI
***
10 ważnych faktów na temat Fatimy
fot. Źródło: kadr filmu Fatima – Orędzie wciąż aktualne
***
Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!
1. Będzie siódme objawienie
Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.
Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.
2. Różaniec i czyściec
Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.
Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!
3. Różnica między objawieniami Maryi i Anioła
Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”
Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.
4. Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników
Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.
Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.
5. Prześladowania z powodu objawień
Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.
Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.
6. Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót
Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.
Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.
7. Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?
Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:
– bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu; – bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu; – bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu – wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci; – bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków
8. Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!
Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.
Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.
9. Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?
Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.
Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.
10. Ostatnie, porażające słowa Hiacynty
Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:
– Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.
– Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.
– Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.
– Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.
– Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.
– Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.
– Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.
– Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.
PCh24.pl/malk
***
Niedziela 23 sierpnia – Anioł Pański z papieżem
Leon XIV zachęca, aby wracać do pytania: kim jest dla mnie Jezus?
W rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański, Leon XIV mówił o fundamentalnym znaczeniu pytania: kim jest dla mnie Jezus? Podkreślił, że należy często je ponawiać, a odpowiedź weryfikować także w relacjach i sytuacjach dnia codziennego. Przestrzegł też przed zadowalaniem „przekonaniami” na temat wiary, który nie może zastąpić osobistej więzi z Panem.
Wiara nie jest dana raz na zawsze
Odwołując się do dzisiejszej Ewangelii, w której Jezus pyta uczniów, za kogi Go uważają, Papież podkreśla, że jest to pytanie na które każdy wierzący powinien nieustannie szukać odpowiedzi, bowiem wiara nie jest nikomu dana raz na zawsze, ale wymaga ciągłej troski. „Zawsze musimy na nowo odkrywać oblicze Chrystusa i Jego Ewangelię, zgłębiać Jego przesłanie i odnawiać wybory naszego życia, aby były spójne z tym, co wyznajemy, pokonując pokusę, że już wszystko wiemy i że wiara staje się dla nas zwyczajem” – mówił.
Na Placu św. Piotra było wielu pielgrzymów z Polski (@Vatican Media)
Szukać odpowiedzi na modlitwie i codzienności
Ojciec Święty zauważa również, że odpowiedź na to pytanie pojawia się zarówno w modlitwie i podczas medytacji Ewangelii, jak też w codziennych sytuacjach, zwłaszcza tych, które poruszają nasze sumienie. „W praktyce naszego życia możemy sprawdzić, czy Pan Jezus jest dla nas jedynie wielką postacią historyczną, która powiedziała i uczyniła ważne rzeczy, czy też Chrystusem Boga, Tym, który został posłany, aby wprowadzić nas w miłość Ojca i przemienić nasze życie oraz świat, w którym żyjemy”.
Pielgrzymi chronili się w cieniu kolumnady Berniniego (@Vatican Media)
Przestroga przed religijnymi pewnikami
„Najdrożsi, nauczmy się nie zamykać w naszych przekonaniach i religijnych pewnościach, aby pozostać otwartymi na autentyczną relację z Chrystusem” – zachęca Leon XIV. Przestrzega przed zadowalaniem się stereotypami i przekazem „z drugiej ręki” – nawet jeśli głoszącym je przyświecały dobre intencje. „Jezus wzywa nas do osobistej odpowiedzi, do poznania Go z bliska, do pozwolenia, by przyjaźń z Nim nas kształtowała, w nieustannie nowym spotkaniu, które może nawet wymagać od nas podążania nieznanymi dotąd drogami i dokonywania wyborów innych niż te, które sobie wyobrażaliśmy” – przekonuje Ojciec Święty. Dotyczy to nie tylko wiary, przeżywanej osobiście, ale też całego Kościoła i wyborów duszpasterskich, w których nie należy ulegać pokusie postępowania według utartych schematów.
„Ważne jest natomiast, byśmy często zadawali sobie pytania: kim jest dla mnie Pan? Czy naprawdę Go znam? O co prosi mnie dzisiaj Jego Ewangelia? Jakie kroki i jakie wybory powinienem podjąć?” – zaprasza Ojciec Święty.
Dorota Abdelmoula-Viatican News
***
środa – 12 sierpnia
Leon XIV: Wirtualna obecność nie zastąpi udziału we Mszy świętej
Samej obecności wirtualnej nie można uznać za udział w niedzielnej Eucharystii – powiedział Leon XIV podczas środowej audiencji generalnej. Papież podkreślił również, że zgromadzenie liturgiczne nie może pozostawać bierne.
fot. Vatican Media
***
Podczas audiencji w Bazylice Świętego Piotra Leon XIV kontynuował cykl katechez poświęconych dokumentom Soboru Watykańskiego II. Omawiając konstytucję Sacrosanctum Concilium, zatrzymał się nad znaczeniem roku liturgicznego i niedzieli, nazwanej przez św. Jana Pawła II „Paschą tygodnia” oraz „dniem dni”.
Papież przypomniał, że centrum niedzieli stanowi Eucharystia, podczas której wspólnota słucha słowa Bożego, przyjmuje Ciało Chrystusa i gromadzi się razem. – Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa – powiedział Leon XIV. Jak dodał, zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się przez czynny udział braci i sióstr.
Papież nie odniósł się w tym miejscu do sytuacji chorych ani osób, które z poważnych powodów nie mogą dotrzeć do kościoła. Jego wypowiedź dotyczyła znaczenia rzeczywistego zgromadzenia wiernych jako elementu właściwego przeżywania niedzielnej Eucharystii. W oficjalnym streszczeniu katechezy Stolica Apostolska zaznaczyła wprost: „Świętowanie niedzieli polega głównie na czynnym udziale w Eucharystii – nie można go zastąpić wirtualną transmisją”.
Leon XIV zaapelował również o tworzenie „jak najlepszych warunków”, aby we Mszy świętej mogły uczestniczyć osoby, które w niedzielę nie mogą powstrzymać się od pracy. Rok liturgiczny – podsumował – nie jest wyłącznie przypominaniem wydarzeń z przeszłości, lecz uobecnia dzieło zbawienia i stanowi podstawowy punkt odniesienia dla całej działalności duszpasterskiej.
Pełny tekst katechezy papieskiej
Piąty rozdział Konstytucji soborowej Sacrosanctum Concilium (SC) poświęcony jest rokowi liturgicznemu. Nad tym właśnie zagadnieniem chcemy się dziś zatrzymać, aby ukazać jego znaczenie w życiu każdego wierzącego.
Przede wszystkim należy przypomnieć, że określenie cyklu świąt chrześcijańskich mianem „roku liturgicznego” upowszechniło się w języku kościelnym dzięki dziełu Sługi Bożego, Opata Prospera Guérangera (1805-1875).
W Encyklice Mediator Dei Papież Pius XII stwierdza, że [rok liturgiczny] „nie jest zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków. Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają” (III. Divinum Officium et Annus Liturgicus, II. Cyclus Mysteriorum)[1]. Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską (por. SC, 102c). Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego.
Dlatego Ojcowie Soboru uznają właśnie niedzielę za „podstawę i rdzeń całego roku liturgicznego”, za „pierwotny dzień świąteczny” (por. SC, 106). W wielu współczesnych językach sama jej nazwa poświadcza, że jest to dies Domini, czyli „dzień Pański”. Także w tych językach, w których przeważyło odniesienie do „dnia słońca” (Sunday, Sonntag), można dostrzec związek z Chrystusem: to Chrystus jest prawdziwym „Słońcem sprawiedliwości”, które oświeca każdego człowieka!
Św. Jan Paweł II w Liście apostolskim Dies Domini (31 maja 1998) naucza, że niedziela jest dniem Pańskim, dniem Kościoła, dniem człowieka i wreszcie „dniem dni”: „Skoro niedziela jest Paschą tygodnia, która przypomina i uobecnia dzień zmartwychwstania Chrystusa, to jest także dniem, który objawia sens czasu. (…) Bierze początek ze zmartwychwstania i narzuca własny rytm ludzkim miarom czasu – miesiącom, latom i wiekom; jest jakby wektorem, który je przenika i sprawia, że prowadzą ku drugiemu przyjściu Chrystusa. Niedziela jest prefiguracją dnia ostatniego, dnia Paruzji” (n. 75)[2], kiedy wszyscy zmartwychwstaniemy.
Aby uświęcić niedzielę, nieodzowne jest sprawowanie Eucharystii. Słuchanie Słowa Bożego i uczestnictwo w Ciele Chrystusa zakładają – według Ojców Soboru – „convenire in unum” (por. SC, 106), czyli świąteczne zgromadzenie wiernych. W nim wspólnota chrześcijańska ukazuje w sposób widzialny swoją komunię z Panem oraz daje świadectwo przynależności do Chrystusa i wierności Kościołowi. Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa. Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby „składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)” (tamże).
W związku z tym zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy.
Najdrożsi, rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele, ma interesującą historię, w której splatają się wiara i pobożność Kościoła. Już od II w. po Chr. do obchodzenia cotygodniowej Paschy dołączyła celebracja Paschy dorocznej, „największej uroczystości” (SC, 102), rozciągnięta na radosny okres pięćdziesięciu dni, zwieńczony Pięćdziesiątnicą, a poprzedzony Wielkim Postem o charakterze pokutnym (por. SC, 109). Późniejszy rozwój cyklu Bożego Narodzenia, ukształtowanego na wzór cyklu paschalnego, pozwolił na nowo przeżywać misteria Wcielenia Słowa Bożego, Jego narodzenia i objawienia się światu. Następnie Kościół włączył w poszczególne okresy roku liturgicznego cześć Najświętszej Maryi Panny, „nierozerwalnym węzłem złączonej ze zbawczym dziełem swojego Syna” (SC, 103), a także „wspomnienia męczenników oraz innych świętych, którzy (…) wyśpiewują Bogu w niebie doskonałą chwałę i wstawiają się za nami” (SC, 104).
Rok liturgiczny ukazuje w ten sposób, w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały. W ciągu tego roku Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo. Dlatego rok liturgiczny stanowi zasadnicze źródło inspiracji i podstawowy punkt odniesienia dla wszelkiej działalności duszpasterskiej.
mt/stacja7.pl, Vatican News
***
17 sierpnia 2026
Leon XIV mówi „nie” wirtualnej liturgii. Msza św. domaga się obecności
PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
***
Bezpośredniego uczestnictwa we Mszy świętej niedzielnej nie można zastąpić wirtualnym nabożeństwem – przypomniał papież Leon XIV w jednej z katechez wygłoszonej 12 sierpnia br. na temat znaczenia liturgii. Katolicy, którzy nie mają przeszkód, aby brać bezpośredni udział w niedzielnej Mszy świętej, nie mogą tłumaczyć się tym, że uczestniczą w liturgii wirtualnie.
Leon XIV wezwał wiernych do priorytetowego uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej, albowiem aktywnego uczestnictwa w Eucharystii nie można zastąpić spotkaniami wirtualnymi.
– Zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy – mówił podczas katechezy wygłoszonej w Watykanie 12 sierpnia.
Ojciec Święty kontynuował swoje cotygodniowe rozważania na temat konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” Soboru Watykańskiego II.
Leon wyjaśnił znaczenie roku liturgicznego. Nawiązywał do nauki papieża Piusa XII, a także Sługi Bożego, francuskiego benedyktyna, opata Prospera Guérangera z Solesmes, kluczowej postaci ruchu liturgicznego.
Dodał za Piusem XII, że rok liturgiczny nie jest jedynie „zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków”. „Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają”.
– Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską. Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego – wyjaśnił Leon.
Dodał, że Kościół zawsze postrzegał niedzielę jako cotygodniowe święto zmartwychwstania Chrystusa: „dies Domini” („dzień Pański”). Dlatego tak ważny jest bezpośredni udział we Mszy świętej w niedzielę. Leon XIV apelował, by nie zastępować „takiego zgromadzenia” „obecnością wirtualną”. Nie można go także „sprowadzić do biernego uczestnictwa”. – Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby ‘składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)’ – wskazał.
Rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele „ukazuje (…) w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały”.
– W ciągu tego roku – kontynuował papież – Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo – przypomniał papież.
PCh24.pl/źródła: ewtnnews.com, vatican.va
***
Nie zamykaj drzwi, przez które Bóg może jeszcze wejść
Jak rozmawiać o wierze z dorosłymi dziećmi, które przestały chodzić do Kościoła?
Są zdania, które w rodzinie bolą bardziej niż kłótnia o pieniądze, wybór studiów czy decyzja o wyjeździe za granicę: nie chodzę już do kościoła”, „nie wierzę tak jak wy”, „Kościół mnie nie przekonuje”, „nie chcę o tym rozmawiać”….
Adobe Stock
***
Dla wierzących rodziców takie słowa nie są jedynie informacją o zmianie poglądów, ale dotykają one samego rdzenia religijnego życia: chrztu, modlitwy przy łóżku dziecka, pierwszej komunii, rodzinnych świat, niedzielnej eucharystii, pacierza, krzyża na ścianie czy też w końcu nadziei zbawienia.
W takiej chwili pojawiają się pytania: co zrobiliśmy źle? Czy za mało wymagaliśmy? Czy za mało tłumaczyliśmy? Czy zlaicyzowany świat odebrał nam dziecko? Czy może Kościół je zranił? Czy Bóg odnajdzie jeszcze moje dziecko?
Właśnie wtedy, w tej pierwszej chwili bólu i wywołanej nim reakcji, rodzic musi bardzo uważać, bo można powiedzieć słowa, które nie przyprowadzą dziecka bliżej Boga, ale odsuną je jeszcze dalej. Łatwo bowiem pomylić troskę z kontrolą, świadectwo z naciskiem, wiarę z pretensją, a miłość z lękiem.
Nie jesteś prokuratorem wiary
Pierwsza zasada w takiej sytuacji jest prosta, choć zarazem bardzo trudna. Dorosłego dziecka nie wolno traktować jak oskarżonego. Rodzic bowiem nie jest prokuratorem wiary, a rodzinny stół nie jest salą sądową. Pytania (choć mogą wydawać się słuszne i potrzebne): „dlaczego nie chodzisz do Kościoła?”, „jak możesz nam to robić?”, „czy ty w ogóle myślisz o zbawieniu?”, „po co ci był chrzest, komunia, bierzmowanie?” mogą wypływać z bólu i wydawać się słuszne i potrzebne, zwykle jednak rodzą opór, ale nie nawrócenie.
Dorosłego człowieka nie da się doprowadzić do Boga przymusem.
Można go zaprosić, poruszyć, zaintrygować, wzruszyć, dać mu świadectwo, czasem powiedzieć mocne słowo, ale nie da się wymusić wiary tak, jak wymusza się wykonanie obowiązku domowego. Wiara nie jest meldunkiem posłuszeństwa wobec rodziców. Wiara jest wolną odpowiedzią człowieka na łaskę Boga. Dlatego pierwszym zadaniem rodzica nie jest wygrać spór w dyskusji o wierze i sposobie jej wyznawania, ale ocalić więź. Jeśli bowiem zniszczymy więź z dzieckiem, bardzo często burzymy także ostatni most, po którym kiedyś mogłaby wrócić rozmowa o Bogu.
Za odejściem często kryje się rana
Nie każde odejście od Kościoła zaczyna się od buntu przeciw Bogu. Czasem zaczyna się od zgorszenia, od złego doświadczenia, od chłodu i obojętności w spólnoty, od skandalu, od niezrozumienia, od złego doświadczenia, od języka , który bardziej ranił niż prowadził, od spowiedzi, która bardziej podnieść – upokorzyła, od kazań, które nie odpowiadały na realne pytania życia, od poczucia, że w Kościele nie ma miejsca na moje wątpliwości, moje osobiste cierpienie, moje sumienie i moją historię. Dlatego warto usłyszeć nie tylko deklarację: „nie chodzę do kościoła”, ale także to, co się pod nią kryje. Może tam jest wołanie: „nie umiem już wierzyć tak jak dawniej”, może: „zostałem zraniony”, może: „nie widzę sensu”, „nie spotkałem Boga, tylko instytucję”, „nie chcę udawać”. Rodzic, który od razu odpowiada kontrargumentem, może przegapić to co najważniejsze. Natomiast rodzic, który pyta: „co się stało?”, „co cię najbardziej oddaliło”, „czego dziś nie możesz przyjąć?”, „czy ktoś cię zranił”, „jak to przeżywasz” nie zdradza wiary, on otwiera przestrzeń, w której prawda może zostać wypowiedziana bez lęku.
Słuchanie nie jest kapitulacją
Wielu rodziców boi się, że jeśli zaczną słuchać, to tak jakby przyznawali dziecku rację. To nieporozumienie. Słuchanie nie jest zgoda na wszystko. Jest aktem miłości, jest powiedzeniem: „twoja historia jest dla mnie ważna, nawet jeśli nie zgadzam się z twoimi poglądami i wnioskami”. Komunikacyjnie dojrzała rozmowa o wierze nie zaczyna się od wykładu, ale od uznania doświadczenia drugiego człowieka. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć podać prawdę tak, by nie stała się kamieniem rzuconym w twarz. Prawda bez miłości może upokarzać, a miłość bez prawdy może rozmywać, ale prawda wypowiedziana w miłości może stać się początkiem drogi. Rodzić może powiedzieć: „nie ukrywam, że jest mi z tym trudno. Wiara jest dla mnie czymś najgłębszym, ale chce cię zrozumieć. Nie chce cię przesłuchiwać, ale chce wiedzieć, co się w tobie dzieje”. Tego typu zdanie ma większą moc niż dziesięć oskarżeń. Ono nie zamyka rozmowy, ono ją rozpoczyna.
Wiara nie może być narzędziem emocjonalnego nacisku
Jednym z najpoważniejszych błędów jest użycie wiary jako narzędzia emocjonalnego nacisku: „przez ciebie cierpię”, „zawiodłeś nas”, „tak staraliśmy się ciebie wychować, a ty wszystko zmarnowałeś”, „co ludzie powiedzą?”, „ja w twoim wieku dwa razy dziennie chodziłam do kościoła”, „babcia by tego nie przeżyła”. Takie zdania mogą budzić poczucie winy, a z pewnością rzadko budzą wiarę. Bóg nie powinien być w rodzinie argumentem do zawstydzania, Kościół nie może być kijem wychowawczym a modlitwa nie może stać się formą wyrzutu. Jeśli dziecko zacznie kojarzyć Boga głownie z presją, obowiązkiem, rozczarowaniem rodziców i rodzinnym napięciem, wtedy im więcej będziemy mówić o wierze, tym bardziej dziecko może się przed nią bronić. Trzeba odróżnić świadectwo od nacisku. Świadectwo bowiem mówi: „wiara mnie niesie, daje mi siłę”. Nacisk mówi: „masz wierzyć, żeby mnie nie ranić”. Świadectwo zaprasza, nacisk osacza. Świadectwo może pracować w sercu przez lata, nacisk często zamyka człowieka w jednej chwili.
Miłość nie oznacza milczenia
Czy zatem w tej przykrej i skomplikowanej sytuacji rodzice mają nic nie mówić? Oczywiście, że nie, bo milczenie może zostać odebrane jako obojętność. Rodzice mają prawo mówić, że wiara jest dla nich święta. Mają prawo powiedzieć, że wiara jest dla nich święta i maja prawo powiedzieć, że cierpią. Maja prawo bronić swoich przekonań, domowych znaków religijnych, świątecznych zwyczajów, niedzielnej Eucharystii. Dorosłe dziecko ma prawo do własnej drogi, ale rodzice maja prawo do szacunku wobec swojej wiary. W rozmowie chodzi jednak o ton, moment i i intencję. Inaczej brzmi zdanie wypowiedziane przy stole w obecności krewnych, jako publiczne upomnienie, inaczej brzmi to samo zdanie wypowiedziane spokojnie, w cztery oczy, z troską. Sprawy sumienia wymagają delikatności, bo dusza nie otwiera się przed reflektorem. Można powiedzieć: „boli mnie, że odchodzisz od Kościoła, bo wiara jest dla mnie źródłem sensu, ale chcę, żebyś wiedział: nie kocham cię mniej, nie jesteś dla mnie mniej ważny, nie zamykam przed tobą drzwi i zawsze możesz ze mną o tym porozmawiać”. Taka rozmowa to nie jest słabość, to jest ewangeliczna siła.
Zachować dom jako miejsce powrotu
Najmądrzejsza szkołą rodzicielskiej postaw pozostaje przypowieść o synu marnotrawnym, gdzie ojciec pozwala odejść synowi, choć zapewne pęka mu serce. Nie urządza za nim pościgu, nie upokarza go, nie przeklina, nie mówi: „już nie jesteś moim synem”, ale też nie przestaje czekać. To czekanie nie jest jednak bezradnością i bezczynnością, ale jest miłością, która nie zamyka serca, ani nie zamienia bólu w przemoc. Ojciec zachowuje dom jako miejsce powrotu. Gdy syn wraca, nie spotyka najpierw komisji moralnej ani sądu rodzinnego, ale ramiona ojca. Nie słyszy wykładu, ale zostaje przywrócony do godności. Zanim pojawia się rozliczenie, jest miłosierdzie. To bardzo ważne. Dom rodzinny nie może kojarzyć się dziecku wyłącznie z sądem nad wiarą. Ma być miejsce,, w którym nawet człowiek daleki od Kościoła nie przestaje czuć, że jest synem, córką, kimś kochanym. Tylko taki dom może stać się kiedyś przestrzenią powrotu.
Codzienność jest pierwszą amboną rodziców
Najbardziej przekonujące rozmowy o wierze nie odbywają się przy wielkich słowach. Często dzieją się po cichu, w sposobie, w jaki rodzice przebaczają sobie i dzieciom, jak nie plotkują, jak przezywają chorobę, jak traktują innych, jak mówią o nieobecnych, jak przezywają chorobę, jak modlą się bez demonstracji, jak idą do kościoła bez pogardy wobec tych, którzy nie idą.
Dorosłe dzieci bardzo uważnie patrzą i obserwują i bardziej niż słów słuchają stylu życia. Jeśli widzą wiarę nerwową, agresywną, pełną pretensji, mogą uznać, że nie daje ona ani wewnętrznego, ani zewnętrznego pokoju. Jeśli widzą wiarę cierpliwą, szczerą, uczciwą, pokorną, zdolną do przebaczania, mogą po latach zapytać: ”skąd oni to mają?”. Codzienność jest pierwszą amboną rodziców, niekiedy jedynej z której dorosłe dziecko jeszcze chce słuchać.
Miłość bez warunków, wiara bez agresji
Najważniejsza postawa wobec dorosłego dziecka, które odeszło od Kościoła, łączy cztery rzeczy: miłość bez warunków, wiarę bez agresji, cierpliwość bez obojętności i modlitwę bez manipulacji. Nie trzeba wyrzekać się własnej wiary, aby kochać dziecko i nie trzeba ranić dziecka, aby pozostać wiernym Bogu. Być może najważniejsze zdanie jakie rodzic może wypowiedzieć, brzmi: „nie przestanę cię kochać, nie przestane się modlić za ciebie i nie zamknę przed tobą drzwi”. W tym zdaniu nie ma rezygnacji z Ewangelii. Bóg czeka, puka, zaprasza, szuka, przebacza i wygląda powrotu. Rodzic, który kocha w taki sposób, nie przegrywa walki o wiarę dziecka, ale staje się znakiem Boga, który nawet, gdy człowiek odchodzi, nie przestaje być Ojcem.
ks. dr hab. Witold Ostafiński, prof. UPJPII – Tygodnik Niedziela
***
poniedziałek – 10 sierpnia
Ofiarowanie dnia
Modlitwa, krzyż · fot. via Pixabay.com
***
Niech wszystko, co czynię, przeniknie miłość Twoja.
Dalsza część artykułu pod videoPlay
Napełnij duchem Twoim wszystko, co czynię,
napełnij mocą Twoją trud mojego dnia.
Nieustannie proszę Cię, Panie, wyrwij ze mnie wszelką złość, obdarz pokorą, wytrwałością, zaparciem się siebie.
Niech gardzę działaniem, które nie szuka Ciebie;
niech uciekam przed ciszą, która nie spoczywa w Tobie.
Obdarz mnie Twoją radością, niech ona mnie ogarnie
jak płomień niegasnący i wśród tego, co ciężkie,
i wśród tego, co boli.
Obdarz mnie światłem, aby przeniknęło ciemności,
w których ludzie zapomnieli o Tobie.
Obdarz mnie męstwem w działaniu,
cierpliwością w wypełnianiu codziennych zadań,
wytrwałością, kiedy wynik moich trudów zakrywasz przede mną
w tajemnicy zamierzeń Twoich.
Panie, przyjmij ten dzień i wszystkie dni życia mojego.
Niech wszystko, co czynię, przenika miłość Twoja.
żródło: Fronda.pl
***
W sierpniu obserwujemy na niebie „łzy św. Wawrzyńca”
W sierpniu, jak o żadnej innej porze roku, możemy obserwować na niebie „spadające gwiazdy”. Kiedy Ziemia na swojej drodze wokół Słońca przecina tor komety Swifta-Tuttle’a, wielkie ilości odłamków komety pędzące z prędkością 60 km na sekundę, a więc 216 tys. km na godzinę, które dostają się w sferę okołoziemską i tam się spalają.
Adobe.Stock
***
Liczba spadających gwiazd nie jest co roku taka sama: wynika to z faktu, że Swift-Tuttle szczególnie zbliża się do orbity Ziemi tylko co 134 lata – ostatnio w 1992 r., a drugi raz w 2126 r. Bliżej Słońca, kometa traci jedną część swojej materii podczas każdego orbitowania. Pozostałości rozkładają się w podobny sposób, jak gdyby ciężarówka podczas jazdy traciła piasek ze swego załadunku.
Ludowa tradycja mówi, że to „płacze niebo”, albo że są to „łzy świętego Wawrzyńca”, ponieważ nasilenie tego zjawiska ma miejsce w okresie, w którym przypada wspomnienie tego świętego – 10 sierpnia.
Określenie „łzy św. Wawrzyńca” nawiązuje do świętego, który zmarł śmiercią męczeńską 10 sierpnia 258 r. w Rzymie. Poddany został okrutnym torturom, w trakcie których, jak głosi tradycja, płakał nad grzechami ludzi na świecie. Inna legenda mówi, że męczennik śmiał się w czasie, gdy go torturowano i pomagał swoim oprawcom, gdy przewracali go z boku na bok na rozżarzonym ruszcie. Do dziś św. Wawrzyniec jest patronem osób poparzonych na skutek pożaru, gorączkujących oraz strażaków, kucharzy i piekarzy, a także węglarzy. Święty ten chroni także przed ogniem piekielnym.
Bardziej prawdopodobne są podania, według których Wawrzyniec był jednym z siedmiu diakonów w Rzymie i odpowiadał za finanse oraz opiekę nad ubogimi. Ponieważ odmówił cesarzowi Walerianowi wydania własności kościelnych, został skazany na tortury i stracony na rzymskiej Via Tiburtina.
W krótkim czasie stał się on jednym z najbardziej czczonych świętych. Nad jego grobem cesarz Konstantyn wzniósł w 330 r. kościół San Lorenzo fuori la Mura (dziś bazylika św. Wawrzyńca za Murami). Jego doczesne szczątki spoczywają obok relikwii „pierwszego męczennika” – św. Szczepana.
Kult św. Wawrzyńca bardzo się rozwinął w Europie po zwycięstwie cesarza Ottona I nad Węgrami w dniu św. Wawrzyńca 955 r. Najcenniejsza relikwia – głowa świętego znajduje się w Watykanie. Jej część ma także katedra w Dubrowniku.
Dzień św. Wawrzyńca ma też znaczenie w przekazach ludowych w różnych krajach, Tego dnia w kościołach błogosławiony jest specjalny „chleb św. Wawrzyńca”, rozdawany następnie biednym. „Zielem św. Wawrzyńca” jest nazywana nawłoć, kwitnąca złotymi kiściami o tej porze roku i mająca znaczenie lecznicze. W kalendarzu rolniczym święty męczennik jest pierwszym spośród „jesiennych braci”, zapowiadającym rozpoczęcie zbioru owoców jesieni. Właściciele winnic cieszą się, „kiedy w świętego Wawrzyńca piękna pogoda”, bo wtedy mają zapewnione obfite winobranie i beczki pełne nowego wina.
Kai/Tygodnik Niedziela
***
Niedziela – 9 sierpnia
Leon XIV: „W Jezusie odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”
“W każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza, jeśli z pokorą przyjmiemy Go do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa – w Nim odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki” – zapewnił Leon XIV przed dzisiejszą modlitwą “Anioł Pański”.
fot. Vatican Media
***
O tym, „abyśmy nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności” mówił Papież w rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański – informuje Vatican News.
Papież nawiązał do Ewangelii dnia mówiącej o Jezusie, który przyszedł do uczniów pośród burzy, krocząc po wodzie Jeziora Galilejskiego (por. Mt 14, 22-33).Leon XIV przypomniał, że Apostołowie po doświadczeniu sukcesu, kiedy byli uczestnikami cudownego znaku rozmnożenia chlebów i ryb, „teraz stają bezradni i przerażeni wobec groźby fal i przeciwnego wiatru”.
Rozpoznać Boga we własnej słabości
Po przybyciu Jezusa wszystko się zmieniło. Św. Piotr był nawet w stanie uczynić kilka kroków po falach w stronę Mistrza, ale potem ogarnął go lęk i zaczął tonąć. Jezus go uratował. Po wejściu Chrystusa do łodzi, burza ustała, a uczniowie wyznali wiarę w to, że Jezus jest Synem Bożym.
Papież podkreślił, że Apostołowie właśnie w doświadczeniu własnej słabości rozpoznali obecność Boga, choć niedawno byli świadkami cudu rozmnożenia chlebów i ryb, co wydawało się sukcesem w oczach ludzi. Jednak dopiero doświadczając porażki „mogli naprawdę otworzyć oczy i serce na Jego bliskość, odnajdując pokój nawet pośród burzy”.
Papież przypomniał słowa Jezusa, który na kartach Ewangelii zachęca uczniów do wiary przenoszącej góry. Wskazał, że „pokój Chrystusa, który wcześniej modlił się na górze, dotarł do nich pośród szalejących wód”.
Nie popadać w skrajności
Jak zaznaczył Ojciec Święty, cud Jezusa uczy nas, abyśmy „nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności”, gdy czujemy się bezradni wobec problemów i gdy wydaje się nam, że cofamy się pomimo podejmowanych wysiłków.
Papież zapewnił, że „w każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza”. Trzeba tylko z pokorą przyjąć Go „do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa”. To w Nim „odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”.
Niech Maryja pomaga nam żyć w ten sposób, z pełnym ufności zawierzeniem Bogu – Ona, która została nazwana błogosławioną ze względu na swoją wiarę – podsumował Leon XIV.
Artur Hanula, Vatican News/Stacja7
***
sobota – 8 sierpnia 2026
Święty Dominik Guzman nocami kładł się na posadzce kościoła i płakał: Co się stanie z grzesznikami?
Modlitwa Świętego Dominika; obraz pędzla El Greca/Wikipedia
***
Opat ze św. Pawła w Narbonne pisał, że „nigdy nie znał nikogo, kto by modlił się tak wiele i tak dużo płakał”.
Płacze jeszcze ojciec czytając publicznie Biblię? – zapytałem o. Tomasza Nowaka, rozchwytywanego rekolekcjonistę. „Coraz bardziej! Ostatnio najczęściej wtedy, kiedy sobie uświadamiam bliskość Jezusa, ale też – od niedawna – gdy wspominam św. Dominika”.
Dominik Guzmán nocami zamykał się w pustym rzymskim kościele św. Sabiny na Wzgórzu Awentyńskim i leżąc na posadzce, płakał: „Boże, co się stanie z grzesznikami?”. Dominikanie zrodzili się z tego płaczu.
„Dominik był, jak zauważył kardynał Villot, człowiekiem »zdumiewająco wolnym«” – pisze Irlandczyk Paul Murray OP. „Zwłaszcza podczas modlitwy z ledwością mógł się opanować, często wołał do Boga pełnym głosem. Jego prywatna modlitwa była otwartą księgą dla braci”. Jordan z Saksonii notował: „Bóg obdarzył Dominika specjalną łaską płaczu nad grzesznikami oraz nad nieszczęśliwymi i strapionymi; nosił ich cierpienia w wewnętrznym sanktuarium swojego współczucia, a owo współczucie, które wobec nich odczuwał, zraszał serdecznymi łzami”. „Był człowiekiem, który płakał, i w jego błyszczących łzach widać było miłość ludzką i delikatną; ludzką, ponieważ boską” – dodaje dominikanin Simon Tugwell, przywołując opinię opata ze św. Pawła w Narbonne, który „nigdy nie znał nikogo, kto by się modlił tak wiele i tak dużo płakał”.
W czasach, w których żył założyciel Zakonu Kaznodziejskiego, w południowej Francji i we Włoszech jak grzyby po deszczu wyrastały sekty głoszące, że należy żyć w całkowitym ubóstwie. Dominik zdawał sobie sprawę z tego, że by dotrzeć do tych ludzi, sam musi stać się żebrakiem. Zaczął od tego, że… zdjął z nóg sandały.
Mocno akcentował element życia żebraczego. Poszedł w tym nawet dalej niż Biedaczyna z Asyżu. Święty Franciszek mówił do braci: „Gdy zabraknie wam pożywienia i będziecie głodni, idźcie żebrać”, a Dominik uczynił z żebrania sposób głoszenia Dobrej Nowiny i dotarcia do ludzi. Wraz z biskupem Diego (który proponował cysterskim opatom debatującym w Montpellier, jak zdławić dynamicznie rozwijającą się herezję albigensów: „Jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”), przez lata głosił Dobrą Nowinę, wędrując po terenach południowej Francji. Był w tym niestrudzony. Po roku 1207 większość z tych, którzy ruszali wraz z nimi, wycofała się z misji, widząc, że niewiele osiągnęli. „Brat Dominik pozostał sam, nieustannie głosząc” – dopowiadał Jordan z Saksonii.
To on zanotował: „Gdy mistrz Dominik zbliżał się do końca ziemskiej pielgrzymki, przywołał do swego łoża najroztropniejszych braci i powiedział im w zaufaniu, że będzie dla nich bardziej pożyteczny po śmierci niż za życia”.
Zmarł 6 sierpnia 1221 roku w Bolonii – mieście z czerwonej cegły, które słynie z najstarszego uniwersytetu świata i portyków, które w samym centrum mają długość 38 kilometrów.
„To jest mój Syn umiłowany”. Pełnia Objawienia Bożego ukazana w Osobie Jezusa Chrystusa
Raphael, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Od początku świata Pan Bóg stopniowo dawał się poznać ludziom; objawił się Adamowi i Ewie, Noemu, czy Abrahamowi, przemawiał przez patriarchów i proroków. Jednak najbardziej dał się poznać przyjmując ludzką naturę. To właśnie podkreślają słowa: „To jest mój Syn umiłowany” oraz „Jego słuchajcie!”, słyszane z obłoku podczas Przemienienia na Górze Tabor. Wskazują one iż pełnia Objawienia Bożego zawarta jest właśnie w Jezusie Chrystusie.
Scena Przemienienia Chrystusa symbolicznie łączy Stary i Nowy Testament. To właśnie wtedy Chrystus – Bóg Wcielony, centralna Osoba Nowego Testamentu – rozmawiał z dwoma przedstawicielami Starego Przymierza: Mojżeszem i Eliaszem. Mojżesz symbolizuje Prawo, czyli Torę. W tych pierwszych pięciu Księgach Starego Testamentu Bóg przekazał ludziom nakazy, które mieli zachowywać. Eliasz z drugiej strony jest jednym z proroków, których zadaniem było przygotowanie Narodu Wybranego na przyjście Zbawiciela. Cudowne przejście Mojżesza przez Morze Czerwone zapowiedziało przejście Chrystusa ze śmierci do życia, a wzięcie Eliasza do nieba wskazuje na późniejsze Wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa.
Nie bez znaczenia jest fakt, że Mojżesz i Eliasz ukazali się akurat podczas Przemienienia na Górze Tabor. To właśnie wtedy bowiem, w słowach: „Jego słuchajcie!”, Bóg Ojciec wskazał na Chrystusa jako prawodawcę Nowego Przymierza. Zaś zestawienie Go z Mojżeszem i Eliaszem stanowi łącznik między Starym i Nowym Testamentem.
To w tym momencie Bóg Ojciec przemówił z obłoku: „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5). Słowa te niezaprzeczalnie potwierdzają Bóstwo Chrystusa, który – jak pisze św. Paweł – „jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). A Sam Chrystus powiedział Apostołowi Filipowi: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,9-11). Nikt bowiem nie może ukazać ludziom Bóstwa lepiej niż sam Syn Boży, który w jednej Osobie łączy Boską i ludzką naturę.
Jedność dwóch natur w jednej – Boskiej – Osobie Chrystusa czyni Go najlepszym pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Św. Paweł podkreślił to pisząc do Tymoteusza: „Jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus” (1 Tm 2,5). Dlaczego Apostoł napisał właśnie „człowiek, Chrystus Jezus”? Chrystusowe pośrednictwo stało się bowiem możliwe z chwilą Wcielenia, czyli przyjęcia przez Niego ludzkiej natury. Chociaż zawsze był w pełni Bogiem, to w momencie poczęcia w łonie Maryi stał się również w pełni człowiekiem, przyjął pełną ludzką naturę. Mając tak wiele wspólnego z obiema stronami, jest idealnym pośrednikiem między nimi. Ojcu zanosi nasze modlitwy i ofiary – w tym najdoskonalszą Ofiarę Mszy Świętej; dla ludzi zaś otrzymuje łaski i dary, którymi ich hojnie obdarza.
Jedność dwóch natur w Chrystusie powoduje również, że to właśnie w Nim zawarta jest pełnia Objawienia Bożego. Objawienie można w skrócie wyjaśnić jako działanie Boga, przez które daje się On poznać ludziom, aby przez to doprowadzić ich do zjednoczenia z Sobą w niebie. W Objawieniu Bóg ujawnił w sposób tajemniczy misteria nadprzyrodzone i prawdy naturalne religii w taki sposób, by mogły być następnie nieomylnie przedkładane przez Kościół bez jakiejkolwiek zmiany znaczenia, aż do skończenia świata – pisze w dziele De Revelatione wybitny teolog, tomista i dominikanin, ojciec Réginald Garrigou-Lagrange.
Choć Pan Bóg dawał się poznać ludzkości od samego początku świata, to Jego Objawienie osiągnęło pełnię właśnie w Osobie Jezusa Chrystusa. Święty Paweł pisze w Liście do Hebrajczyków: Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat (Hbr 1,1-2). Poprzez swoje Wcielenie, niewidzialny Bóg dał się ludziom zobaczyć w widzialnej postaci.
Stary Testament zawiera Objawienie Boże, ale niepełne i – można powiedzieć – „w kawałkach”. Był to etap przygotowania ludzkości na przyjście Zbawiciela. Poprzez patriarchów i proroków, poprzez dziejące się wtedy wydarzenia, Bóg objawiał Izraelitom jakąś część wiedzy o Sobie. Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 54-64) wylicza kilka tego przykładów: stworzenie świata, przymierze z Noem po potopie, powołanie Abrahama, czy wybranie Izraela jako Ludu Bożego. Przykłady można by mnożyć, jednak żaden z nich nie stanowił pełni Objawienia Bożego, która miała miejsce dopiero w Osobie Jezusa Chrystusa.
Najgłębsza zaś prawda o Bogu i o zbawieniu człowieka jaśnieje nam przez to objawienie w osobie Chrystusa, który jest zarazem pośrednikiem i pełnią całego objawienia – czytamy w konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei Verbum (paragraf 2).
To Objawienie odbyło się przez czyny Chrystusa, Jego nauczanie, a przede wszystkim przez śmierć i chwalebne zmartwychwstanie. Wszystko to zostało spisane na kartach Ewangelii, które są Torą Nowego Testamentu, czyli podstawowym zbiorem praw Nowego Przymierza. Nie bez powodu jest zatem obecność w scenie Przemienienia właśnie Mojżesza: ten, który był bożym instrumentem w przekazaniu Starego Prawa, teraz stoi obok samego Chrystusa w momencie, w którym Bóg Ojciec wypowiada z obłoku polecenie: „Jego słuchajcie!”. Bóg Ojciec jasno wskazuje wtedy iż odtąd ludzkość ma słuchać już nie patriarchów czy proroków, ale Jego własnego Syna.
Nie oznacza to jednak, że Stary Testament został wówczas wyrzucony do kosza. Oczywiście nie obowiązują nas już starotestamentalne przepisy ceremonialne, rytualne, czy oczyszczenia, ponieważ zostały one zastąpione jedną doskonałą Ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jednak wszystkie Księgi Pisma Świętego – zarówno Starego jak i Nowego Testamentu – zawierają Objawienie Boże i są niezbędne do zrozumienia sensu chrześcijaństwa. Znajdują one jednak swoje wypełnienie właśnie w owej nowotestamentalnej Torze, czyli w Ewangeliach, i dlatego nie mogą być rozumiane w oderwaniu od treści Ewangelii.
Bóg, sprawca natchnienia i autor ksiąg obydwu Testamentów, mądrze postanowił, by Nowy Testament był ukryty w Starym, a Stary w Nowym znalazł wyjaśnienie. Bo choć Chrystus ustanowił Nowe Przymierze we krwi swojej (…), wszakże księgi Starego Testamentu, przyjęte w całości do nauki ewangelicznej, w Nowym Testamencie uzyskują i ujawniają swój pełny sens (…) i nawzajem oświetlają i wyjaśniają Nowy Testament (konstytucja Dei Verbum, 16). To właśnie zostało podkreślone obecnością Mojżesza w scenie Przemienienia.
Przyjście na świat Chrystusa było nie tylko najdoskonalszym, ale również ostatnim publicznym objawieniem w historii zbawienia. Nie należy się już spodziewać żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego Jezusa Chrystusa (konstytucja Dei Verbum, 4). W erze po Chrystusie mogą jeszcze mieć miejsce objawienia prywatne, ale te nic nowego nie wniosą do prawdy objawionej, a jedynie podkreślą bądź zwrócą uwagę wiernych na różne aspekty doktryny Kościoła.
I tak choćby św. Małgorzata Maria Alacoque doznawała prywatnych objawień Chrystusa, których przesłanie dotyczyło kultu Jego Najświętszego Serca. Nie wniosło to nic nowego do nauczania Kościoła, ale zwróciło uwagę katolików właśnie na ten boski atrybut – Serce Jezusa – który do tej pory był nieco marginalizowany. Podobnie można powiedzieć o objawieniach Matki Bożej w Fatimie, Gietrzwałdzie, czy wszystkich innych zatwierdzonych przez Kościół objawieniach.
Skoro wszystko, co możemy tu na ziemi wiedzieć o Bogu, zostało objawione, czy oznacza to, że żaden postęp teologiczny nie może mieć miejsca? Bynajmniej! Postęp może, a nawet powinien mieć miejsce, jednak nie polega on na dalszym objawianiu się Boga, a raczej na naszym głębszym zrozumieniu Go. Nasze zdobywanie wiedzy o Bogu dokonuje się poprzez łączenie objawionych faktów, poszukiwanie zależności między nimi i wyciąganie wniosków. Taki postęp jest nam potrzebny, bowiem dążenie do coraz głębszego poznania Boga powoduje w nas wzrost miłości do Niego. Jak mówi św. Augustyn: „Nie można kochać tego, czego się nie zna” (De Trin. X, 1,2).
Oczywiście taki postęp musi się odbywać w nawiązaniu do Pisma Świętego, Tradycji i magisterium Kościoła. Spotykamy niestety teologów, których tezy zrywają z tym, co Kościół orzekł podczas dwóch tysięcy lat swojego istnienia. Ich metodologia jest błędna. Poznawanie Boga nie może bowiem polegać na zaprzeczaniu temu co już o Nim wiemy, ale raczej na rozwijaniu już istniejącej wiedzy. Tak właśnie działali wielcy teologowie Kościoła – ze św. Tomaszem z Akwinu na czele. A żyjący w IV w. św. Wincenty z Lerynu tak wyjaśnił jak powinien wyglądać rozwój doktryny w Kościele:
Może jednak ktoś zapyta: Jak to? Więc nie będzie w Kościele Chrystusowym żadnego postępu religii? Owszem, powinien być, i to jak największy. (…) Ale ten postęp niech będzie naprawdę postępem wiary, a nie zmianą. Boć przecie istota postępu na tym polega, że rzecz jakaś rozrasta się w sobie; istota zaś zmiany na tym, że rzecz jakaś przechodzi w zupełnie inną. Niechże więc wzrasta i olbrzymie nawet postępy czyni zrozumienie, wiedza, mądrość, (…) ale koniecznie w swojej jakości, to jest w obrębie tego samego dogmatu, w tym samym duchu, w tym samym znaczeniu.
Adrian Fyda/PCh24.pl
komentarz ze strony PCh24.pl: Podstawowym pytaniem, jest pytanie o sens życia oraz kim jest człowiek? Nauki empiryczne nie są w stanie przedstawić pełnego skończonego obrazu świata. Człowiek usiłuje rozumem poprzez refleksję filozoficzną poznać rzeczywistość świata, odnajdując znaki i ślady boskiej działalności. Wg. św. Pawła wszyscy ludzie są zdolni do poznania Boga na płaszczyznie racjonalnej z analizy dzieł stworzenia ( Rz. 1, 19-20) Racjonalne dowody na istnienie Boga w oparciu o filozoficzną analizę rzeczywistości udzielił św. Tomasz z Akwinu, doszedł do wniosku, że jeśli bytowanie człowieka nie ma być bezsensowne i absurdalne, to musi swoją celowość odnosić do Absolutu. Jednakże, cokolwiek by się nie powiedziało, to ostatecznie Bóg jawi się człowiekowi jako Wielka Tajemnica, której nie da się ogarnąć ludzkim rozumem, gdyż przekracza to jego pojemność poznawczą. Bóg ukazany w Biblii w sposób szczególny i pełny objawił się przez Jezusa Chrystusa, który jest obrazem Boga dla ludzi, gdyż posiada naturę ludzką i boską. Sobór Trydencki pouczał by nikt nie ośmielał się objaśniać Pisma Święte wbrew sensowi, który utrzymywał i utrzymuje święta Matka Kościół, któremu został powierzony mandat nauczania, jaki Chrystus pozostawił apostołom i ich prawowitym następcom; dlatego Tradycja jako świadek przeszłości, jaką pozostawili wielcy święci, Sobory Powszechne, świadectwa pobożności jest wiążąca jeśli nie stoi w sprzeczności z Pismem Świętym. Bóg kieruje losami świata i ludzi, których obdarzył wolnością i ją respektuje. Opatrzność Boża jest w ścisłej relacji z Bożym planem. Bóg jest stwórcą bytów widzialnych i niewidzialnych czyli duchowych, wszystkie one uczestniczą w Bożym planie. Człowiek egzystuje w przestrzeni między rzeczywistością duchową i materialną. Pierwszy człowiek utracił świętość i sprawiedliwość, którą został obdarzony i ten ” pra-grzech ” jest przekazywany jako utrata łaski i sprawiedliwości. Jezus przyszedł na świat aby przywrócić utracone szczęście człowiekowi jakiego pragnie Bóg,; gdyż tylko On posiadając dwie natury, mógł tego dokonać. Jezus wziął na siebie akt karzącej sprawiedliwości za grzechy całej ludzkości; św. Paweł naucza, iż za wielką cenę jesteśmy odkupieni. Chrześcijańskie orędzie głosi iż odkupienie i zbawienie polega na wszczepieniu i wspólnocie z Jezusem, i przez żywą wiarę zakotwiczoną w miłości Boga i człowieka, będącą darem łaski Bożej. Człowiek nie może dostąpić zbawienia siłami natury l bez łaski Bożej. Chrystusa spotykamy w Kościele, a poza Kościołem nie ma zbawienia, kto z własnej winy odrzuca Kościół Chrystusowy, odrzuca zbawienie. Przynależność do Kościoła Chrystusowego urzeczywistnia się w różnym stopniu i nie należy go redukować do instytucji administracyjnej. Kościół jest święty, gdyż jest związany z Jezusem. Sukcesja apostolska jest uczestnictwem w misji Jezusa. a sakramenty są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski przynoszącej owoce duchowe. Nadzieja chrześcijańska sięga poza doczesność, a wspólnota z Bogiem w doczesności jest mocniejsza od śmierci i prowadzi do pełni życia wiecznego, do którego wszyscy nieuchronnie zdążamy. Tak w wielkim skrócie i uproszczeni można przedstawić orędzie wiary katolickiej.
***
Dziś w pierwszy czwartek miesiąca MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00
po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)
Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )
NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI
Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru, jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.
Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie
W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.
Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.
Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.
Znienawidzeni przez siły zła
Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100).
z książki “IN SINU JESU”
***
czwartek – 6 sierpnia
Papież w Asyżu: „Nie mylcie ewangelicznego radykalizmu z fundamentalizmem”
Leon XIV mówił do 2,5 tys. młodych zebranych w Asyżu. Papieska wizyta zakończyła czterodniowe franciszkańskie spotkanie młodzieży.
Leon XIV w Asyżu. fot. Vatican Media
***
Leon XIV przybył w czwartek 6 sierpnia do Asyżu na zakończenie „GO! Franciscan Youth Meeting 2026”. W spotkaniu uczestniczyło około 2,5 tys. osób w wieku od 18 do 33 lat, przybyłych z różnych krajów Europy i świata. Wśród nich znajdowali się również młodzi, którzy nie deklarują się jako osoby wierzące.
Nowa Kapituła Namiotów
Wydarzenie odbyło się w roku 800. rocznicy śmierci św. Franciszka. Według organizatorów Leon XIV osobiście wybrał właśnie spotkanie młodych spośród wielu inicjatyw przygotowanych na jubileusz franciszkański.
Franciszkanie porównują spotkanie młodych do słynnej Kapituły Namiotów z 1221 r. Około pięciu tysięcy braci z różnych części Europy zebrało się wówczas wokół Porcjunkuli. Ponieważ nie było dla nich odpowiednich budynków, spali na prostych matach i pod prowizorycznymi zadaszeniami.
Osiem wieków później w tym samym miejscu spotkali się młodzi ludzie z różnych krajów. Wielu z nich również nocowało w prostych warunkach, w śpiworach. Przez cztery dni uczestniczyli w modlitwach, warsztatach, spotkaniach formacyjnych i rozmowach poświęconych wierze, pokojowi i powszechnemu braterstwu.
Radykalizm to nie fundamentalizm
Przed Mszą św. papież odpowiedział na trzy pytania dotyczące dawania świadectwa w podzielonym świecie, podejmowania decyzji na całe życie oraz miłości do Kościoła pomimo jego ran.
Papież podkreślił, że ewangeliczny radykalizm jest przeciwieństwem fundamentalizmu. Nie czyni człowieka ślepym i gwałtownym, lecz wrażliwym i uważnym, zawsze podążającym za Jezusem, a przez to pokornym i otwartym na wszystkich – mówił.
Radykalizm Ewangelii nie polega na zaostrzeniu języka, bezwzględnej walce z przeciwnikami ani zamknięciu się w grupie ludzi myślących w ten sam sposób. Oznacza przyjęcie Ewangelii bez zastrzeżeń i pozwolenie, aby przemieniła relację człowieka z Bogiem, innymi ludźmi i dobrami materialnymi.
Papież zachęcił młodych, aby uczyli się od św. Franciszka ewangelicznego radykalizmu. Wskazał również na potrzebę odrzucenia kultury siły i budowania cywilizacji miłości.
„Pośród was nowi święci”
Podczas Mszy św. papież nawiązał do tajemnicy Przemienienia Pańskiego. Zwrócił uwagę, że Piotr chciał zatrzymać niezwykłe doświadczenie na górze, ale uczeń Chrystusa nie może jedynie przyglądać się rozmowie Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Musi sam w nią wejść, słuchać i podejmować decyzje.
Chrześcijanie są wezwani do odczytywania Pisma Świętego razem z Chrystusem, rozumienia własnych czasów oraz pisania nowych kart historii. W Asyżu rozpoczęła się kiedyś przemiana Franciszka, Klary i tysięcy innych młodych ludzi, którzy przyjęli Ewangelię bez zastrzeżeń i pozwolili, aby nadała ich życiu nową formę.
– Drodzy młodzi, dziś Europa i cały świat poszukują pośród was nowych świętych – mówił Leon XIV.
Papież wezwał młodych do uwolnienia się od kultury siły, burzenia murów oraz odrzucenia obrazu świata zbudowanego z wymyślonych wrogów. Zaznaczył, że nie oznacza to zdrady rodziny, miasta ani tradycji, lecz oczyszczenie ich z lęku, niewiedzy i przemocy.
„Go!” oznacza posłanie
Leon XIV zwrócił uwagę, że sama nazwa spotkania – „Go!”, czyli „Idź!” – zawiera program misyjny. Zachęcał młodych, aby udawali się na peryferie, gdzie niesprawiedliwość, wojna i obojętność odbierają ludziom godność oraz możliwość realizowania marzeń.
Chrześcijanin nie powinien szukać bezpiecznych miejsc pozwalających mu zachować dystans wobec ludzkiego cierpienia. Ma dotykać ran świata i budować cywilizację miłości, której pierwszymi znakami są bezinteresowność, służba i praca na rzecz pokoju.
– Idźcie! A jeszcze lepiej: idźmy! – zachęcił papież.
Osiem zobowiązań młodych
Na zakończenie spotkania młodzi przedstawili zobowiązania wypracowane podczas czterech dni rozmów. Postanowili wybierać ciszę, która pozwala słuchać, budować braterstwo, troszczyć się o stworzenie i tworzyć autentyczne relacje.
Wśród zobowiązań znalazły się także odpowiedzialne korzystanie z technologii, odkrywanie piękna jako drogi ewangelizacji, odwaga podejmowania życiowych decyzji oraz gotowość do zbliżania się do ran współczesnego człowieka.
Papież otrzymał kopię Kodeksu 338 zawierającego najstarszy zachowany zapis „Pieśni słonecznej” św. Franciszka oraz projekt jednej z figur przygotowywanych z okazji jubileuszu. Rzeźba autorstwa Eleny Mutinelli ma stanąć na Lampedusie.
Franciszkanie podarowali Leonowi XIV także reprodukcję starego fresku z Ospedale delle Pareti. Dzieło łączy tradycję franciszkańską z augustiańską, dlatego miało szczególne znaczenie dla pierwszego papieża wywodzącego się z Zakonu św. Augustyna.
Po zakończeniu Mszy św. i ceremonii pożegnania Leon XIV odleciał do Watykanu. Spotkanie zakończyło się nie tylko błogosławieństwem, lecz także posłaniem młodych do ich krajów i wspólnot.
– On wam ufa, na was liczy i pozostaje zawsze z wami – powiedział papież.
mt/stacja7.pl, VaticanNews
***
środa – 5 sierpnia 2026
Wizerunek Matki Bożej Śnieżnej i tajemnica śniegu w letni dzień
oprac. GS/PCh24.pl
***
Historia Kościoła obfituje w niezwykłe zdarzenia, będące owocem ingerencji Nieba w porządek ziemski. Wierzących budują moralnie, z kolei dla odrzucających wiarę stanowią przyczynę zgorszenia lub, w najlepszym wypadku, budzą ich sceptycyzm. Do takich faktów należą m.in. dzieje bazyliki i obrazu Matki Bożej Śnieżnej.
Śnieg w letni poranek
Rzymianie, którzy 5 sierpnia 352 roku przechodzili przez wzgórze eskwilińskie, z wielkim zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Mimo letniej pory jego zbocze pokrywała warstwa śniegu. Co było przyczyną niezwykłego wydarzenia, wiedział papież Liberiusz oraz rzymski patrycjusz Jan. W nocy ukazała im się bowiem Matka Boża i wyraziła wolę, by w tym miejscu stanęła świątynia ku Jej czci. Jak mówi stara tradycja, wspomniany patrycjusz oraz jego żona nie doczekawszy się potomstwa, zastanawiali się, jak spożytkować ku chwale Bożej swój majątek. Jakże zadziwić, a zarazem uradować musiała ich taka odpowiedź…
W miejscu cudu stanęła pierwsza świątynia poświęcona Bogarodzicy. Nie była jeszcze tak wielka i wspaniała jak dziś. Tę wzniesiono dopiero za pontyfikatu Ojca Świętego Sykstusa III (432-440), który chciał uczcić sukces soboru w Efezie, a przede wszystkim ogłoszenie dogmatu, że Najświętszej Maryi Pannie przysługuje tytuł Bożej Rodzicielki (Theotokos). Świątynia zyskała nazwę bazyliki Matki Bożej Większej.
Pamięć cudu leżącego u genezy fundacji świątyni przetrwała w nazwie wizerunku Maryi czczonego w jej wnętrzu oraz święcie ustanowionym w rocznicę niezwykłego zjawiska (5 sierpnia) – Matki Bożej Śnieżnej. Piękna legenda przenosi moment powstania ikony daleko wstecz, przypisując jej namalowanie św. Łukaszowi Ewangeliście. Według historyków sztuki, znany nam obecnie obraz powstał najprawdopodobniej w XII wieku. Do Rzymu trafił zapewne w XIII stuleciu, wraz z krzyżowcami powracającymi do Europy.
Wybawicielka Rzymian
Obraz cieszy się sławą cudownego, a przedstawia Maryję trzymającą na lewej ręce małego Pana Jezusa, który z kolei lewą rączką podtrzymuje Księgę, a prawą wyciąga przed siebie w geście błogosławieństwa. Znany jest także pod nazwą Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Wielokroć bowiem, w chwilach poważnych zagrożeń, Matka Boża Śnieżna przychodziła z pomocą Rzymianom.
To właśnie Jej ingerencji lud rzymski przypisuje ocalenie miasta przed dżumą za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego. Później, podczas wielkiego pożaru, który wybuchł w 847 roku, gdy papieżem był Leon IV, wizerunek Matki Bożej Śnieżnej niesiono ulicami Wiecznego Miasta, wypraszając wygaśnięcie ognia. Podobna procesja z obrazem Maryi Salus Populi Romani przeszła przez Rzym w trakcie starcia z flotą muzułmańską pod Lepanto w 1571 roku. Wtedy to losy bitwy rozstrzygnęły się na korzyść połączonej floty katolickiej.
Należy dodać, że wizerunek Matki Bożej Śnieżnej stał się bardzo popularny w całym świecie chrześcijańskim. Do jego rozpropagowania przyczynił się generał jezuitów św. Franciszek Borgiasz, zamawiając liczne kopie cudownego wizerunku, by potem wysłać je do różnych zakątków świata. Jedna z nich trafiła do Jarosławia w Polsce. W oparciu o ten obraz powstały kolejne repliki.
Rada na wagę zwycięstwa
Należy podkreślić, że także w Polsce Matka Boża Śnieżna uczyniła cud porównywalny do rzymskich, przyczyniając się do zwycięstwa w bitwie chocimskiej.
Stało się to w 1621 roku, gdy rok po zwycięstwie nad armią polską na polach Cecory, w której zginął hetman Stanisław Żółkiewski, Turcy szykowali nową wyprawę na Rzeczpospolitą. Całej potędze Turcji drogę zastąpiły szczupłe siły pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Niestety, utalentowany militarnie hetman zmarł w oblężonym obozie. Gdy wieść o tym doszła do kraju, biskup Marcin Szyszkowski zarządził w Krakowie uroczystą procesję błagalną, podczas której niesiono ulicami miasta przechowywaną w kościele oo. Dominikanów kopię wizerunku Matki Bożej Śnieżnej. Gdy wszystko zapowiadało klęskę, bo otoczone przez pogan wojska polskie dysponowały zaledwie jedną beczką prochu, dowodzącemu nimi regimentarzowi Stanisławowi Lubomirskiemu ukazała się Matka Boża. Madonna wypowiedziała tylko jedno słowo: Wytrwałość. Wódz zastosował się do rady, dzięki czemu Polska strona wynegocjowała pokój na korzystnych warunkach. Sukces uznano za dzieło Niepokalanej.
Jako wotum dziękczynne dla Bogarodzicy żona Stanisława Lubomirskiego, Anna, ufundowała w Krakowie kościół i klasztor ss. Dominikanek, naturalnie pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej. Do dziś zakonnice oraz wierni czczą w nim Maryję, modląc się przed jedną z kopii eskwilińskiego obrazu.
Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej
O Maryjo, Matko moja Niebieska, najczulsza, najlepsza z matek, do stóp i do Serca Twego Macierzyńskiego tulę się z miłością i ufnością dziecięcą. Patrz, oto Twe dziecię przychodzi do Ciebie i wzywa Twej pomocy! Czy potrzeba o Matko, by wiele Ci mówiło, Twe Serce wszystko już odczuło… Ty wiesz, że cierpi, że płacze, że zgrzeszyło… O Matko łaski Bożej, źródło życia i radości, o Ty wsławiona w tym cudownym Obrazie łaskami bez miary, spraw Twoim wstawiennictwem u Boga, by i na moje serce dotknięte cierpieniem i winami, spadły białe, śnieżne płatki Twej pociechy, zmiłowania i wysłuchania. Bóg Ci niczego odmówić nie może, jeśli tylko prośby nasze nie sprzeciwiają się zamiarom Jego Ojcowskiego Serca, tak bardzo nas miłującego. O Matko Najświętsza, wierzę, iż wszystko możesz u Boga! O Matko Miłosierdzia, ufam Twemu Macierzyńskiemu Sercu, O Matko Najczulsza, Tobie powierzam wszystko, co dotyczy mojej duszy, mego ciała i moich najdroższych! O Matko Ukochana, miłuję Cię i wiem, że miłujesz mnie jak dziecię swoje. W Twoje ręce najświętsze składam życie, śmierć i wieczność moją, wierząc, że nie zginę na wieki. Amen.
Litania do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej
Kyrie, eleison. Chryste, eleison. Kyrie, eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z Nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata Boże, Duchu Święty Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże,
Święta Maryjo, módl się za nami. Święta Maryjo Panno Śnieżna, Święta Maryjo Dziewico Niepokalana, Święta Maryjo Pokorna Służebnico Pańska, Święta Maryjo Żywy Przybytku Słowa Wcielonego, Święta Maryjo Nowa Ewo, obiecana w raju, Święta Maryjo Pociecho, radości i błogosławieństwo Ludu Wybranego, Święta Maryjo Idąca za Chrystusem aż do stóp Krzyża, Święta Maryjo Świeczniku ozdobiony w siedmiorakie dary Ducha Świętego, Święta Maryjo Najwyższa chlubo świata chrześcijańskiego, Święta Maryjo Królowo Nieba i ziemi, Święta Maryjo Wzorze modlitwy i wyrzeczenia, Święta Maryjo Wspomożenie małżeństw i rodzin, Święta Maryjo Opiekunko pielgrzymów i podróżujących, Matko nasza najłaskawsza, Matko Miłosierdzia, Matko ofiarności i dobroci, Matko poświęcenia i służby, Matko zsyłająca swe łaski wraz z płatkami śniegu, Matko prowadząca zagubionych w chaosie świata, Matko darząca uśmiechem swoich gości, Matko o każdej porze roku zapraszająca do siebie czcicieli, Matko udzielająca wszelkiej pomocy potrzebującym, Matko wypraszająca łask wszelkich, Matko której bezgranicznie zaufaliśmy, Matko pouczająca o Miłowaniu Boga i bliźnich, Matko wypraszająca pokój i Boże przebaczenie, Matko nawołująca do gorliwego odmawiania Różańca, Matko wzywająca do czynienia pokuty, Matko umacniająca chorych i cierpiących, Matko wychowawczyni powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych, Matko otaczająca opieką wszystkich parafian, Matko roztaczająca Macierzyńską opiekę nad młodzieżą i dziećmi, Matko chroniąca nas od niewiary, Matko ucząca nas prostoty i życia w prawdzie, Matko pomagająca naszej Ojczyźnie i światu całemu, Matko towarzysząca nam w pielgrzymce wiary, Matko pocieszająca strapionych i nadziejo umierających, Matko prosząca swego Syna o świętość dla nas,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami.
K. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się: Boże Wszechmogący, Ojcze i Przyjacielu ludzi, Ty prowadzisz Swój lud pośród zmieniających się kolei życia. Dzięki Ci składamy za to, że łaskawie wejrzałeś na naszą ziemię, gdzie czcimy Najświętszą Maryję Pannę Śnieżną. Udziel nam i tym wszystkim, którzy powierzają się Jej Matczynej Opiece, łaski coraz większego umiłowania Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen
źródło: dladuszy.piotrskarga.pl/PCh24.pl
***
wtorek – 4 sierpnia
Jan Vianney: wiejski proboszcz, którego świętość nawróciła tysiące
fot: http://stock.adobe.com/
***
Święty Jan Maria Vianney – wzór kapłaństwa zrodzonego z modlitwy, Eucharystii i spowiedzi. Skromny, pokorny proboszcz z Ars żył miłością i oddaniem wobec Stwórcy oraz innych ludzi. Jego wiara była tak autentyczna, że przekonała do Boga ogromne rzesze.
Jan Maria Vianney został kanonizowany przez papieża Piusa XI wiosną 1925 roku. Wówczas Ojciec Święty ogłosił proboszcza z Ars „niebiańskim patronem wszystkich kapłanów świata”. O wzorze kapłańskich cnót, jakim jest święty Jan Maria, mówiono też podczas uroczystości rocznicowych celebrowanych w Ars, a centralnie w sanktuarium Ars-sur-Formans. – Święty Proboszcz z Ars był pokornym kapłanem, ale wielkim przed Bogiem, bo żył z miłością i oddaniem wobec innych – podkreślił kardynał Lazzaro Heung-sik You, prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa.
Wskazał on na jeszcze inną, mocną stronę Chrystusowego kapłaństwa, które wiernie naśladował proboszcz z Ars. Otóż takie wypełnianie powołania ma moc jednoczenia wokół spraw najważniejszych. – Ars stało się duchowym centrum Europy, gdyż św. Jan Maria Vianney stawiał Boga na pierwszym miejscu, bez kompromisów – przypomniał. Jakże daleko od takiej duchowości są rządzący dzisiejszą Unią Europejską, przez co zamiast jednoczyć, coraz bardziej dzielą.
Jan Maria Vianney jest przykładem człowieka, którego pokora zaprowadziła na szczyty świętości. Jego młodość przypadła na trudne czasy porewolucyjnej Francji. Do Pierwszej Komunii Świętej przystępował w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę. Wejście do niej, z obawy przed bezwzględnymi przewrotowcami, zasłonięto furą siana. Młody Jan Maria naukę mógł podjąć dopiero kiedy miał 17 lat. Wcześniej wiejskie szkoły podstawowe, które funkcjonowały jedynie przy parafiach katolickich, były zamknięte przez władze rewolucyjne, czyli krwawy Dyrektoriat.
Droga Jana Marii do uzyskania święceń kapłańskich była jeszcze trudniejsza. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny, więc nie stać go było na opłacenie swojego utrzymania w seminarium duchownym. Tę poważną przeszkodę udało się pokonać dzięki dobremu człowiekowi – księdzu Karolowi Balley, który wcześniej uczył go w szkole parafialnej i poznał niezwykłą pobożność młodego Vianneya.
Nauka od początku szła Janowi Marii bardzo trudno. Dlatego też do seminarium musiał zdawać dwa razy. Na początku studiów w seminarium nie było lepiej. Szczególnie gramatykę języka francuskiego i łacinę kleryk Vianney ledwo ciągnął, jak przysłowiowy „koń furę pod górę”. Nauka tych przedmiotów sprawiała mu taką udrękę, że chciał zrezygnować z seminarium. Na szczęście jego wierny przyjaciel ks. Balley, odwiódł go od tej decyzji. Trudno sobie wyobrazić, jak dzisiejsza młodzież, której rodzice usuwają każdą, nawet najmniejszą przeszkodę spod nóg, mogłaby pokonać takie olbrzymie przeszkody, z jakimi mierzył się Jan Maria Vianney?
Jan dobrnął do końca seminarium, ale z obawy przed tym, że nie da rady zdać końcowych egzaminów po łacinie, jak wówczas zdawano, pozwolono mu zaliczać przedmioty po francusku. W ten sposób szczęśliwie ukończył seminarium i został wyświęcony na księdza. Z powodu słabej znajomości łaciny, na pewien okres zabroniono mu jednak spowiadać. Ta decyzja wydaje się dziś paradoksalna – przecież św. Jan Maria Vianney, z powodu swego niezwykłego charyzmatu udzielania sakramentu pokuty oraz ogromnych kolejek do jego posługi, przez potomnych nazwany został „niewolnikiem konfesjonału”.
Wszystkie duchowe osiągnięcia św. Jana Marii Vianneya, dzięki któremu Bóg mógł nawrócić tysiące „zagubionych owiec”, wiele proboszcza z Ars kosztowały – dlatego były tak niezwykle cenne. Podobnie było z jego kaznodziejstwem. Na początku podczas kazań często gubił wątek i z przejęcia okrutnie jąkał się. Z czasem stał się jednak charyzmatycznym mówcą, którego słuchały rzesze ludzi.
Używając porównania rodem z wojska, ks. Jan Maria Vianney był w francuskim Kościele wybitnym komandosem do zadań specjalnych. Dlatego też skierowano go jako proboszcza do parafii w Ars, którą duchowo niemal zupełnie wyjałowiła rewolucja francuska. Kiedy ks. Vianney obejmował tamtejszą parafię, spośród 250 ochrzczonych mieszkańców do kościoła na Mszę świętą przychodziło zaledwie około 20 osób.
Najstraszniejszym „biczem”, jakiego użył nowy proboszcz, aby na powrót zagonić zbłądzone owieczki do zagrody Pańskiej, były modlitwa i post. „Wchodził do kościoła przed jutrzenką i nie wychodził aż do wieczornej modlitwy Anioł Pański” – opisywała praktykę modlitewną ks. Vianneya jedna z jego parafianek Katarzyna Lassagne. Proboszcz nie bał się również „smagać” mieszkańców Ars biczem słowa. Sam Vianney w jednym ze swoich kazań mówił:
– Jeśli duszpasterz nie chce się potępić na wieki, powinien bez miłosierdzia chłostać wszelkie nadużycia w parafii; powinien przy tym zdeptać nogami wzgląd ludzki i obawę przed wzgardą lub nienawiścią ze strony parafian; a choćby miał pewność, że go zabiją, skoro zejdzie z ambony – nie wolno mu ustąpić.
Dobroć księdza Vianneya, także surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały kolejnych mieszkańców Ars. Kościół, z początku prawie pusty, zaczął się z wolna zapełniać nie tylko w niedziele i święta, ale nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów. W końcu nawróciła się ogromna większość. Do ich proboszcza na spowiedź i kazania z całej Francji przybywały rocznie tysiące wiernych. Módlmy się o takich świętych kapłanów, bo „żniwa wprawdzie wielkie, ale robotników mało” (Mt 9, 37).
Adam Białous/PCh24.pl
***
Księża przywożą do Ars kryzysy. Święty wciąż wskazuje drogę
Współcześni kapłani przybywają do grobu św. Jana Marii Vianneya z doświadczeniem zwątpienia, społecznej niechęci i ciężaru odpowiedzialności za powierzoną im misję. Proboszcz z Ars przypomina im, że odnowa kapłaństwa zaczyna się od postawienia Chrystusa na pierwszym miejscu.
św. Jan Maria Vianney.fot. Jakub Szymczuk / Gość Niedzielny
***
Rektor z Ars: św. Jan Maria Vianney inspiruje współczesnych księży 4 sierpnia Kościół powszechny obchodzi wspomnienie św. Jana Marii Vianneya, Proboszcza z Ars, ogłoszonego w 1929 roku przez Piusa XI „patronem wszystkich proboszczów świata”. W rozmowie z mediami watykańskimi rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, opowiada o wsparciu, jakie u tego świętego odnajdują współcześni kapłani, zmagający się z wewnętrznymi kryzysami i trudnościami w otoczeniu. Adélaïde Patrignani, Dorota Abdelmoula-Viet – Watykan
Św. Jan Maria Vianney, znany jako Proboszcz z Ars (1786–1859), pochodził ze skromnej rodziny i miał tak duże trudności w nauce, że wątpiono, czy poradzi sobie z przygotowaniem do kapłaństwa. Ostatecznie jednak przyjął święcenia w 1815 roku, a posługa, jaką pełnił w niewielkiej francuskiej miejscowości Ars i okolicznych wioskach, wydała niezwykłe owoce, szczególnie poprzez sakrament pojednania i świadectwo zanurzenia w modlitwie. W ostatnich latach jego życia odwiedzało go ok. 100 tys. osób rocznie, a dziś do sanktuarium w Ars, w którym jest pochowany przybywają liczne grupy z całego świata, a wśród nich wielu kapłanów. Także ostatni papieże przybliżali tę postać Kościołowi: w 150-lecie jego śmierci (2009 r.) Benedykt XVI ogłosił Rok Kapłański, któremu patronował francuski święty, zaś 10 lat później Franciszek poświęcił mu obszerne fragmenty okolicznościowego listu, skierowanego do kapłanów.
Zranienia i niepokoje przywożone do Ars
Mówiąc o dzisiejszym kulcie św. Jana Marii Vianneya, rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, podkreśla, że cechy, które charakteryzowały Proboszcza z Ars – nieustanna więź z Bogiem oraz miłosierdzie, dobroć i gościnność okazywane każdemu człowiekowi – przemawiają także do współczesnych księży, którzy przyjeżdżają do jego grobu z własnym bagażem doświadczeń.
„Kiedy patrzę na kapłanów, którzy tutaj przybywają, widzę, że są oni naznaczeni wyzwaniami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi we Francji, w Niemczech czy w Ameryce. A jednocześnie dostrzegam w nich miłość do Boga i do posługi, która została im powierzona – mówi – Są odpowiedzialni i świadomi ciężaru powierzonej im misji. Doświadczają wokół siebie pogardy, a jednocześnie odczuwają, że ludzie mają wobec nich oczekiwania”.
Mówiąc o trudnościach, z jakimi mierzą się współcześni księża, podkreśla, że kluczowym pozostaje pytanie o to, czy współczesny świat przyjmuje dziś ich posługę. „To właśnie budzi ich niepokój. A jednocześnie wiedzą, że to Bóg zbawia – mówi ks. Griveaux – Widzę u nich autentyczną troskę pasterzy, którzy pragną dotrzeć do ludzi żyjących w najróżniejszych warunkach”.
Proboszcz z Ars – wzór dla współczesnych księży
Rektor francuskiego sanktuarium wskazuje, że święty patron proboszczów już za życia słynął zarówno z niezwykłej gościnności i braterskiej atmosfery, jaka udzielała się odwiedzającym go, jak też z tego, że nigdy nie wypowiadał się źle o innych kapłanach. To przykład na nasze czasy, podobnie jak niezwykłe zaufanie wobec świeckich, którym powierzył liczne dzieła społeczne i miłosierdzia w czasach, gdy powierzano je przede wszystkim zakonom. „Jeśli ktoś uważa go za postać przestarzałą, staromodną czy wręcz muzealną, wystarczy spojrzeć na jego elastyczność i dyspozycyjność” – zachęca.
Jednocześnie podkreśla, że „przede wszystkim Bóg zawsze był dla niego na pierwszym miejscu”, a on sam wiele czasu poświęcał każdego dnia na modlitwę. „Ludzie to dostrzegali”. To z tej bliskości z Bogiem, brały początek inne jego cechy, jak choćby wyjątkowy talent spowiednika. „Warto przypomnieć słowa jego biskupa – mówi ks. Griveaux – ‘Może nie jest uczony, ale jest oświecony’. To zdanie jest niezwykle wymowne. Zmienia spojrzenie na człowieka i otwiera drogę ku Jezusowi Chrystusowi, ku Bogu i ku Kościołowi”.
Odnowić otrzymane kapłaństwo
Dla księży spotkanie ze św. Proboszczem z Ars jest zaproszeniem do odnowienia własnego kapłaństwa, także w czasie kryzysu czy zwątpień i takim doświadczeniem dzieli się wielu spośród tych, którzy przybywają dziś do południowo-francuskiej miejscowości. „Chodzi o ponowne odkrycie Chrystusa jako Tego, który jest pierwszy: Chrystusa umiłowanego, spotkanego, rozpoznanego, adorowanego i ofiarowanego duszom – mówi rektor – Świętość jest darem Boga. Od kapłanów wymaga się nawrócenia – ale także samo nawrócenie jest łaską Boga. Świętość oznacza komunię z Bogiem, dyspozycyjność wobec Niego, przyjaźń z Nim. Oznacza karmienie się Jego słowem, życie sakramentami i sprawowanie sakramentów. Jeśli sami nie będziemy się nawracać i wchodzić na drogę Boga, jak mamy pozwolić Mu działać przez nas? On i tak będzie działał, ale lepiej nie być przeszkodą ani zasłoną – lepiej być Jego sługą”.
4 sierpnia 2026VATICANNEWS.VA
***
Odpust za nawiedzenie kościoła parafialnego.
2 sierpnia uzyskać Odpust Porcjunkuli!
Francesco Vanni, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Odpust Porcjunkuli jest szczególnym darem Kościoła – 2 sierpnia każdy wierny może go uzyskać, niezależnie od miejsca zamieszkania. Łaskę tę wyprosił u Boga św. Franciszek. Na sklepieniu kościoła Matki Bożej Anielskiej w Asyżu widnieje napis odnoszący się do tego przywileju: „To jest brama życia wiecznego, zawsze otwarta”.
Porcjunkula. Cóż to jest?
Porcjunkula (z łac. mała cząstka, coś małego) to ulubiony kościół św. Franciszka w Asyżu, który w roku 1207 wyremontował on własnymi rękami. Otrzymał go od benedyktynów w symbolicznej dzierżawie. Pierwotnie ten malutki kościół mieli zbudować w VI wieku pielgrzymi powracający z Ziemi Świętej. Mieli tu umieścić grudkę ziemi z grobu, do którego złożono ciało Matki Bożej, po jej zaśnięciu (ten pusty grób Matki Bożej znajduje się w Dolinie Jozafata). Świątynia ta, po odbudowie przez św. Franciszka, który nadał jej imię Matki Bożej Anielskiej, stała się miejscem narodzin i sercem wspólnoty franciszkańskiej. Dziś, gdy wchodzi się do wnętrza tego kościoła, na progu widnieje napis: „hic locus sanctus est” – czyli „to miejsce jest święte, ponieważ tutaj Bóg rozmawiał z Franciszkiem.
Jak Bóg przemówił do Franciszka w Porcjunkuli
Pewnej nocy św. Franciszek leżąc krzyżem w kościele Porcjunkula i będąc cały zatopiony w modlitwie, ujrzał jak nagle ciemne wnętrze małej świątyni, rozświetla światło. Franciszek podniósł się z posadzki i zobaczył nad ołtarzem Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę w towarzystwie mnóstwa aniołów. Franciszek padł na kolana i zaczął uwielbiać Boga. Wtedy usłyszał pytanie Stwórcy „Czego pragniesz dla zbawienia dusz?”. Odpowiedź Franciszka była natychmiastowa: „Błagam, aby wszyscy, którzy skruszeni i wyspowiadani przyjdą odwiedzić ten kościół, mogli uzyskać obfite i hojne przebaczenie z całkowitym odpuszczeniem wszystkich kar za grzechy”. Pan Jezus obiecał mu spełnienie tej prośby pod warunkiem, że zwróci się do papieża po stosowne zezwolenia.
Czym Franciszek przekonał papieża?
Z samego rana wyruszył w drogę do Rzymu. Kiedy stanął już przed papieżem Honoriuszem III, zaraz przedłożył mu swoją prośbę. Ojciec święty zgodził się, zapytał jednak „Franciszku, na ile lat chcesz tego odpustu?”. Franciszek chcąc, aby papież zatwierdził nowy odpust bezterminowo, odpowiedział dyplomatycznie „Ojcze Święty, nie proszę o lata, ale o dusze”. Ojciec święty zrozumiał intencję Franciszka i postąpił tak, jak on chciał.
„Chcę was wszystkich wysłać do raju!”
Był dzień 2 sierpnia 1216 roku. Mały kościółek Porcjunkula wypełniony był wiernymi po brzegi. Przy ołtarzu stał Franciszek i kilku biskupów. Wspólnie ogłosili oni początek nowego odpustu. Franciszek mówiąc o odpuście zaczął tymi słowami „Bracia moi, chcę was wszystkich wysłać do raju!”. Był to pewien przełom w uzyskaniu odpustu za ciężkie grzechy. Wcześniej odpust taki można było uzyskać jedynie odbywając pielgrzymkę pokutną do Jerozolimy, Santiago lub Rzymu, a na to było stać niewielu. Z czasem ziściło się marzenie Franciszka, aby odpust ten był dostępny dla wszystkich. Obecnie 2 sierpnia można go uzyskać w każdym kościele na świecie, a w kościele Porcjunkula każdorazowo, kiedy tylko nawiedzi się tę świątynię.
Warunki odpustu Porcjunkuli
Każdy, kto 2 sierpnia pobożnie nawiedzi swój kościół parafialny, odmówi w nim „Ojcze nasz” i wyznanie wiary, a także przystąpi do spowiedzi i przyjmie Komunię Świętą oraz pomodli się w intencjach wyznaczonych przez papieża i wyzbędzie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego, zyska odpust zupełny.
źródła – niezbędnik.niedziela.pl, brewiarz.pl, misericors.org
Adam Białous/PCh24.pl
***
Odpust Porcjunkuli
2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.
Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula – fot. Grażyna Kołek
***
Trochę historii
Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?
Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.
W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.
Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.
Skąd odpust Porcjunkuli?
Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.
Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.
By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:
– pobożnie nawiedzić kościół,
– odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,
– przystąpić do spowiedzi świętej,
– przyjąć Komunię świętą,
– pomodlić się według intencji Ojca Świętego,
– wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.
Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.
ks. Paweł Staniszewski – Tygodnik Niedziela
***
Niedziela – 2 sierpnia
Leon XIV: Chrystus zaspokaja nasz głód prawdy i życia
Chrystus nie tylko uzdrawia ludzkie zmysły, ale nadaje życiu głęboki sens i prowadzi do pełni zbawienia – wskazał Ojciec Święty w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański”.
fot. Vatican Media
***
Odwołując się do ewangelicznego opisu rozmnożenia chleba (Mt 14, 13-21), papież podkreślił, że Jezus objawia w nim bliskość Królestwa Bożego.
Na pustyni, czyli w miejscu naszej potrzeby, Chrystus jest chlebem życia – zaznaczył, wskazując, że obfitość daru Boga wyraża troskę, która nigdy nie ustaje.
Chrystus zaspokaja nasze głody
Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus zaspokaja nie tylko głód fizyczny, ale także głód prawdy i życia. Zauważył, że cud rozmnożenia chleba jest jednocześnie wezwaniem do dzielenia się z innymi. Przestrzegł przed zachłannością, która prowadzi do obojętności wobec cierpienia ludzi pozbawionych podstawowych środków do życia.
Na pustyni wojny i arogancji zobaczmy, z jaką dobrocią Pan «spojrzał w niebo», «odmówił błogosławieństwo», „połamał chleby i dał je” swoim uczniom, aby rozdali je tłumom (por. w. 19). W tym cudzie miłości rozpoznajemy charakterystyczne gesty Jezusa, które osiągają swój szczyt podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy bowiem Syn Boży oddaje nam swoje własne życie jako nasz brat w człowieczeństwie – wskazał Ojciec Swięty.
Wyrażajmy piękno Ewangelii w codzienności!
Papież zachęcił wiernych, aby piękno Eucharystii wyrażali w codziennych gestach miłości, m.in. przez dzielenie się chlebem w rodzinach i wspólnotach. Podkreślił, że także czas wakacji może stać się okazją do budowania braterstwa i pamięci o osobach znajdujących się w potrzebie.
Kosztując łaski Eucharystii, starajmy się dawać świadectwo o jej pięknie naszymi codziennymi gestami, poczynając od błogosławieństwa posiłku, gdy dzielimy się chlebem w rodzinie i wśród przyjaciół. W towarzystwie Jezusa także wakacje mogą stać się czasem braterskiej pogody ducha, obejmującym również tych, którzy obok nas znajdują się w potrzebie – mówił.
Na zakończenie modlił się za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, prosząc, aby pomagała wiernym wzrastać w miłości i trosce o to, by nikomu nie zabrakło chleba powszedniego.
Watykan/KAI/Stacja7
***
sobota – 1 sierpnia
Dziś sobota pierwszego sierpnia. O godz. 17-tej w Warszawie znowu dźwięk syren zatrzyma nas Polaków na moment, aby upamiętnić 82 rocznicę Powstania Warszawskiego. My zgromadziliśmy się tutaj również I z innego powodu, bo wciąż nosimy w sobie żywą pamięć o kościele św. Szymona. Stoimy tutaj przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Minęło już pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie w nas nocą z związaną ze smutkiem. Przypomnijmy sobie co przeżywaliśmy tu, na tym miejscu, uczestnicząc w Liturgii Kościoła w oprawie naszej ojczystej tradycji – pamiętamy nasze polskie szopki, grób Pański czy procesje z Bożym Ciałem…Tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym.
Przypomnę, w krótkim zarysie historię tego miejsca.
Kościół św. Piotra był jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świętą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Ale w roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.
Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku ks. Arcybiskup Szczepan Wesoły wyznaczył mnie, abym objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.
***
Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona
i klękam razem z tymi,
których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus
karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.
To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,
że tutaj w płomieniach ogromnego ognia
pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum
przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.
Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,
który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać
nawet ze zła wiele dobra.
Te olbrzymie buchające płomienie z wnętrza ginącej świątyni,
w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,
już sprawiły,
że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,
osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,
który nawet urzędowo nakazywał
dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.
Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,
że wiara w wielu ludziach wygasła.
Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.
Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,
nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,
które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,
wydawałoby się – opuszczonej przez Boga.
A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona
rozświetliły ciemności,
w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.
Widok ten sprawił,
że przebudziło się ludzkie serce
uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.
Niech będzie błogosławiony wstrząs,
który sprawia, że nagle, choć tak różni jesteśmy,
powracamy do tego co jest najistotniejsze.
Każda zmiana boli,
bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,
że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.
Widać potrzebne było,
aby Słowo Boga,
wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,
niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.
W tych zgliszczach
pozostała również Matka Bożego Syna,
która jest i naszą Matką
w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna
i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.
Czterdzieści dwa lata temu
przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,
pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,
kardynała Stefana Wyszyńskiego,
którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.
***
Mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:
Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,
mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.
Jedne są jak wieże obronne,
inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.
Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,
katolikom dzwonić nie wolno.
Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,
tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,
budowali swoje własne kościoły.
Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,
bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,
stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.
Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,
bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.
W takiej oto scenerii w niedzielny poranek
na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road
można usłyszeć polską mowę.
Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.
I tak kolejne już pokolenia
w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem
i Jezusowym Ciałem.
A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,
choćby nawet niewielką,
że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.
Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,
zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?
Statystyki cóż mogą powiedzieć
o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,
gdzie dokonują się ludzkie wybory,
gdzie rodzi się prawdziwe życie.
Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży
otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,
a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,
jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.
***
po spaleniu kościoła św. Szymona w lipcu 2021 roku LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra – 46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
Papież Leon XIV podczas środowej audiencji 5 sierpnia 2026 roku przypomniał:
Liturgia jest sercem modlitwy Kościoła i szkołą życia duchowego
Fot: Remo Casilli / Reuters / Forum
***
Liturgia, a zwłaszcza Eucharystia i Liturgia Godzin, stanowi centrum modlitwy Kościoła oraz podstawowe źródło życia duchowego – podkreślił papież w kolejnej katechezie poświęconej konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium o liturgii świętej. Zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie, zdominowanym przez kult skuteczności i konsumpcji, modlitwa bywa postrzegana jako zbędna, tymczasem pozostaje ona podstawowym wymiarem ludzkiego życia.
Leon XIV przypomniał, że to Duch Święty uczy Kościół modlitwy i nieustannie ożywia jego życie od dnia Pięćdziesiątnicy. Jak zaznaczył, liturgia jest przede wszystkim miejscem spotkania Boga z człowiekiem, a nie jedynie zbiorem obrzędów. Reforma liturgiczna Soboru Watykańskiego II, oparta na konstytucji Sacrosanctum Concilium, miała prowadzić do pełnego i czynnego uczestnictwa wiernych w tym spotkaniu.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że modlitwa nie może być sprowadzana do techniki służącej osiąganiu dobrego samopoczucia ani traktowana jako ucieczka od rzeczywistości. Przypomniał słowa św. Pawła VI, który nazwał liturgię „pierwszym źródłem udzielanego nam życia Bożego” oraz „pierwszą szkołą życia duchowego”.
Szczególne miejsce w katechezie papież poświęcił Liturgii Godzin. Zachęcił, aby codzienna modlitwa Kościoła była coraz szerzej praktykowana zarówno przez wspólnoty, jak i przez osoby świeckie, stając się szkołą modlitwy dla wszystkich, zwłaszcza katechumenów.
Ojciec Święty przypomniał, że Eucharystia i Liturgia Godzin są „oddechem życia Kościoła”, przez który Duch Święty jednoczy wiernych z Chrystusem i włącza ich coraz głębiej w misterium paschalne. Cytując św. Augustyna, podkreślił, że Chrystus modli się za swój lud, modli się w nim i jest Tym, do którego Kościół zanosi swoje modlitwy.
Na zakończenie Leon XIV zaznaczył, że Liturgia Godzin uświęca rytm codziennego życia – od porannej modlitwy po nocny spoczynek – i podtrzymuje nadzieję Kościoła oczekującego na chwalebny powrót Chrystusa.
„Każdego tygodnia i każdego dnia Eucharystia oraz Liturgia Godzin są oddechem życia Kościoła” – mówił Leon XIV. Jak dodawał, dzięki tej modlitwie wierni są coraz bardziej włączani w misterium paschalne i upodabniani do Chrystusa. Papież wskazał również, że związana z Eucharystią Liturgia Godzin uświęca codzienność – od poranka aż po noc. Każda z tych Godzin jest, jak zaznaczył, aktem nadziei i czuwaniem z całym Kościołem w oczekiwaniu na chwalebny powrót Pana.
KAI/Vatican Media
***
Ojciec św.Leon XIV na temat Mszy świętej w internecie mówi bardzo zdecydowanie:
Eucharystii nie zastąpi ekran.
fot. Grzegorz Gałązka / deon.pl
***
Niedziela nie jest jedynie dniem wolnym od pracy ani cotygodniowym obowiązkiem religijnym. Jest spotkaniem ze Zmartwychwstałym Chrystusem, który nieustannie działa w życiu Kościoła – podkreślił Leon XIV podczas audiencji generalnej. Papież zachęcił wiernych do odkrywania piękna roku liturgicznego i przypomniał, że uczestnictwa we Mszy świetej nie może zastąpić obecność wirtualna.
Kontynuując cykl katechez poświęconych Konstytucji “Sacrosanctum Concilium”, Leon XIV przypomniał, że rok liturgiczny nie jest jedynie kalendarzem świąt i wspomnień, lecz drogą, na której Chrystus nieustannie uobecnia swoje dzieło zbawienia.
Cytując encyklikę “Mediator Dei” Piusa XII, Papież podkreślił, że rok liturgiczny nie jest “zimnym i bezwładnym przedstawieniem” wydarzeń z przeszłości, ale żywą obecnością Chrystusa działającego w Kościele. To właśnie dzięki liturgii wierni mogą nieustannie spotykać Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego oraz czerpać z łaski płynącej z Jego misterium paschalnego.
Niedziela sercem roku liturgicznego
Leon XIV przypomniał nauczanie Soboru Watykańskiego II, który nazwał niedzielę “podstawą i rdzeniem całego roku liturgicznego”. To dzień Zmartwychwstania Pańskiego, w którym Kościół gromadzi się, aby celebrować Eucharystię i odnawiać swoją więź z Chrystusem.
Papież nawiązał także do nauczania św. Jana Pawła II zawartego w liście apostolskim “Dies Domini”, przypominając, że niedziela jest jednocześnie dniem Pana, dniem Kościoła i dniem człowieka. To ona nadaje rytm chrześcijańskiemu przeżywaniu czasu i kieruje spojrzenie wierzących ku ostatecznemu spotkaniu z Chrystusem.
Eucharystii nie zastąpi ekran
Szczególne miejsce w środowej katechezie zajęło przypomnienie znaczenia wspólnotowego sprawowania Eucharystii. Leon XIV podkreślił, że zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się poprzez czynny udział wiernych zgromadzonych w jednym miejscu. Dlatego, jak zaznaczył Papież obecność wirtualna nie może zastąpić uczestnictwa we Mszy świętej, ponieważ liturgia jest spotkaniem żywej wspólnoty z Chrystusem.
Papież zaapelował również, aby tworzyć jak najlepsze warunki do uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii wszystkim tym, którzy ze względu na obowiązki zawodowe mają z tym trudności.
Rok liturgiczny szkołą wiary
Ojciec Święty przypomniał, że rok liturgiczny rozwijał się stopniowo w historii Kościoła. Od cotygodniowej celebracji niedzieli chrześcijanie przeszli do obchodów dorocznej Paschy, okresu Wielkiego Postu i Pięćdziesiątnicy, a następnie cyklu Bożego Narodzenia. Z czasem w rytm roku liturgicznego wpisano również wspomnienia Najświętszej Maryi Panny oraz świętych.
Jak zaznaczył Leon XIV, rok liturgiczny prowadzi wiernych od oczekiwania na Mesjasza, poprzez celebrację misterium paschalnego, aż po nadzieję przyszłej chwały. To właśnie dlatego pozostaje on podstawowym punktem odniesienia dla życia duchowego i działalności duszpasterskiej Kościoła.
źródło: Ks. Łukasz Bańkowski / Vatican News / Deon.pl
***
Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?
Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?
Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.
Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?
Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.
Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.
Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.
2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?
“Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.
Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.
3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?
Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.
Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.
Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.
4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?
Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).
Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.
Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.
5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?
Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.
Kilka przykładów:
W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.
Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.
6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?
Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?
Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).
Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.
Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.
7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa
Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość.Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.
Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…
8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?
Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie. Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.
Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.
9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?
Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?
Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.
10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?
Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.
1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.
2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.
W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia. W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.
opracowanie według strony:Stacja7.pl
***
Jak pokonać trudności na modlitwie?
Modlitwa każdego człowieka jest inna, zależna od etapu jego duchowego rozwoju. Jednak to, co jest jedną z cech wspólnych – niezależnie od stażu modlitwy – są trudności i rozproszenia. Ks. prof. Józef Naumowicz, propagator modlitwy Jezusowej, odpowiada na pytanie, jak pokonać trudności na modlitwie.
fot. Joanna Popławska/Tygodnik Niedziela
***
Trwajmy na modlitwie
„Modlitwa nie jest sprawą łatwą, szczególnie na początku, kiedy ktoś odzwyczaił się od modlitwy, ale też na każdym etapie ma swoje trudności polegające na rozproszeniach, na tym, że nasze serce jest nieraz ospałe, że trudno nam się modlić albo trudno znaleźć czas – mówi ks. prof. Józef Naumowicz. – I to, co jest ważne, to to, żeby nie poprzestać na tych trudnościach, żeby na nich się nie skupić, żeby mimo wszystko wrócić do modlitwy, żeby zacząć się modlić. A jeżeli zacząłem się modlić, żeby wytrwać mimo tych trudności i żeby skupiać się nie na trudnościach, ale właśnie na pięknie modlitwy, którą odkrywamy. Im bardziej się modlimy, tym bardziej odkrywamy wartość modlitwy. I oczywiście warto czytać różnego rodzaju przewodniki po modlitwie.
Dobrze należeć do jakiejś grupy modlitewnej albo mieć jakiegoś towarzysza takiego duchowego, z którym możemy dzielić się naszymi trudnościami, ale też łaskami otrzymywanymi na modlitwie. Ale to, co jest ważne, że najlepiej uczymy się modlitwy, modląc się. Nie należy szukać jakichś bardzo łatwych dróg modlitwy, jakichś ułatwień czy szukać wyłącznie jakiejś przyjemności na modlitwie. Trzeba przede wszystkim się modlić. I to jest też wyraz naszej miłości, tak jak miłości do drugiego człowieka, że miłość, nawet największa, ma swoje pełne trudności, ale ważne, żeby na tej drodze miłości wytrwać. I podobnie, żeby wytrwać na drodze modlitwy, uczymy się modlitwy, odkrywamy jej wartość modląc się. Im więcej modlimy się, tym ta modlitwa nam daje więcej”.
Modlitwa w doświadczeniu cierpienia
„Odkrywamy coraz bardziej bogactwo modlitwy. Odnajdujemy coraz bardziej Boga w obliczu wielkich trudności. Cierpienie należy do rzeczy najbardziej niezrozumiałych, niepojętych. Wtedy jest najtrudniej się modlić. Ale wtedy właśnie modlitwa ma największą wartość. Pan Bóg pozostaje dla nas jedynym oparciem, bo nie znajdujemy znikąd ratunku, znikąd pomocy. Kiedy człowiek jest bezradny, kiedy dziecko jest bezradne, wtedy spogląda na ojca, na matkę i żebyśmy my tak potrafili, trzeba starać się o to. Nawet jeżeli nie jest łatwo, to starać się, żeby w takich momentach, w takich trudnościach nie zwątpić. I nawet jeżeli, tak jak Pan Jezus powiedział na krzyżu, „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”, wydaje się, że jesteśmy opuszczeni, być może wtedy Bóg jest najbardziej z nami i chce, żebyśmy o tym pamiętali. I do Pana Boga się zwrócili. Warto wybrać sobie jakiegoś świętego, wielkiego autora, czy to współczesnego, czy z dawnych czasów. Trwajmy przy nim przez długi czas, czytajmy, zgłębiajmy myśl tego autora. Oczywiście dla nas najważniejszą lekturą jest Pismo Święte. I nawet jeżeli czytamy Pismo Święte bardzo długo i zgłębiamy je, to zawsze jest źródłem inspiracji. Nie szukajmy jednak prostych dróg, ale bezinteresownie skupiajmy się i czytajmy. Odnajdziemy wówczas tam najlepsze źródło do tego, żeby naszą relację z Bogiem w modlitwie pogłębić”.
ks. prof. Józef Naumowicz -Tygodnik Niedziela
***
Jak się przygotować do spowiedzi generalnej?
Adobe.Stock.pl
Odpowiedź na pytanie: Spowiadam się regularnie, ale mam pragnienie odbycia spowiedzi z całego życia. Na czym polega spowiedź generalna i jak się do niej przygotować?
Przede wszystkim każda spowiedź jest doświadczeniem miłości Bożej. Każdy, kto się spowiada, najlepiej regularnie, powinien ze spowiedzi wyjść umocniony prawdą, że Bóg go kocha. Sakrament pokuty i pojednania przyczynia się do tego, że człowiek może się zastanowić nad swoim postępowaniem, przeanalizować swoje życie duchowe i moralne. Są jednak penitenci, którzy obok zwyczajnej spowiedzi mają pragnienie, by podsumować pewien fragment swojego życia, i pytają o możliwość spowiedzi generalnej, jak to sami określają – spowiedzi z całego życia. Taka forma spowiedzi praktykowana jest w Kościele od początku. Mówili o niej święci, np. św. Wincenty a Paulo czy św. Ignacy Loyola.
Gdy przygotowujemy się do takiej spowiedzi, warto sobie uświadomić, że nie chodzi jedynie o wyliczenie grzechów. Spowiedź generalna daje możliwość popatrzenia na własne życie w szerszym kontekście. W czasie rachunku sumienia warto zapytać siebie nie tylko o konkretne grzechy, ale również o to, co udało mi się zmienić w życiu. Warto zapytać o dobro, które było moim udziałem. Przygotowując się do sakramentu pojednania, powinniśmy podziękować Bogu za dobro, które było w nas. Należy pamiętać, że każda zwyczajna spowiedź jest spotkaniem z Bogiem, który wybacza grzechy. Z praktycznego punktu widzenia dobrze byłoby na początku poinformować spowiednika, że chcemy przystąpić do spowiedzi generalnej. Warto się wcześniej umówić na taką spowiedź. Przede wszystkim dobrze jest mieć stałego spowiednika i kierownika duchowego. Warto jest również skorzystać z rekolekcji, które pomogą nam się przygotować do takiej spowiedzi. Bardzo cenne w tym względzie są rekolekcje ignacjańskie. Jeśli przygotowujemy się do tej formy spowiedzi, należy pamiętać również o warunkach dobrej spowiedzi: rachunku sumienia, żalu za grzechy, mocnym postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi oraz zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. Dobrze jest również pomodlić się wcześniej za spowiednika.
Spowiedź generalna, podobnie jak każda spowiedź, uczy pokory i stawia nas przed Bogiem odpuszczającym grzechy.
ks. Mariusz Frukacz –Tygodnik Niedziela
***
Jakie książki czyta abp Galbas? Lektura jako propozycja na wakacje
Żałuję, że mam mało czasu na czytanie, aczkolwiek każdą wolną chwilę na to wykorzystuję i bardzo zachęcam do tego, żebyśmy czytali dużo literatury pięknej – wskazał w rozmowie z Polskifr.fr metropolita warszawski abp Adrian Galbas. Czytanie wartościowych książek to dobra propozycja na wakacje.
Abp Adrian Józef Galbas SAC
***
Czytanie a rozwój
Dla mnie dobra literatura jest bardzo wielką pomocą w rozwijaniu życia duchowego.
– zaznaczył abp Galbas. Polecił też lekturę listu papieża Franciszka o roli literatury w życiu Kościoła i osób wierzących.
Papież wyraźnie tam mówi, że ten list jest adresowany nie tylko do duchownych, ale do każdego wierzącego. Jest o tym, w jaki sposób czytanie literatury kształtuje nas duchowo, jak pogłębia nie tylko naszą wyobraźnię, ale także relację z Panem Bogiem.
– mówił metropolita warszawski. Dodał, że w dobrej literaturze znajdujemy wiele orientacji i pomocy do kształtowania swojego życia.
Literatura przypisem do Biblii
Przeczytałem niedawno ciekawą myśl prof. Ryszarda Koziołka z Uniwersytetu Śląskiego, że w pewnym sensie cała literatura europejska jest przypisem do Biblii, gdyż w dużej części podejmuje tematy biblijne, albo kłóci się z Biblią, dyskutuje z nią, kontestuje. Biblia daje nam ponadto mnóstwo stylów, form i gatunków literackich.
– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. – Bardzo mi się ta myśl podoba i bardzo się z nią utożsamiam”.
Propozycja do przeczytania: encyklika Leona XIV
Mając więcej czasu w wakacje, warto sięgnąć także po papieskie teksty, jak choćby ostatnią encyklikę Leona XIV „Magnifica humanitas”.
Ta encyklika na pewno bardzo porządkuje wiele kwestii. Stawia zasadnicze pytanie: jaki świat chcemy dziś zbudować? Mamy wiele sprawnych narzędzi, potrafimy się nimi posługiwać, ale to za mało. Co chcemy wybudować sobie i przyszłym pokoleniom? To jest istota.
– ocenił abp Adrian Galbas. Porównał ją do słynnej encykliki Leona XIII „Rerum Novarum”, która była reakcją Kościoła na rewolucję przemysłową. Obecnie jesteśmy świadkami nowej rewolucji, za sprawą dynamicznego rozwoju sztucznej inteligencji.
Papież daje tu jasny i konkretny impuls. Mówi przede wszystkim, by sztucznej inteligencji się nie bać i jednocześnie by jej nie ubóstwiać.
– zaznaczył metropolita warszawski, mówiąc o „Magnifica humanitas”.
Jak podkreślił abp Galbas, papież w encyklice „Magnifica humanitas” apeluje o to, byśmy ciągle pamiętali, że „mamy do czynienia z maszyną, z technologią, nie z osobą”.
Nie możemy się spodziewać tego, że tak naprawdę sztuczna inteligencja nas zrozumie w takim znaczeniu, w jakim rozumiemy się nawzajem jako ludzie, że nas pokocha, że będzie nas traktowała z szacunkiem, doceniając naszą niepowtarzalność i indywidualność
– dodał metropolita warszawski.
Na pewno ostatnia encyklika papieża Leona jest bardzo ważnym i porządkującym głosem Kościoła, jest też kolejnym istotnym ogniwem w ciągu encyklik z zakresu katolickiej nauki społecznej
Polskifr.fr – BP KEP
***
Za czym tęsknię, kiedy nie idę?
Piesza Pielgrzymka Wrocławska. –fot. Karol Białkowski/Gość Niedzielny
***
Z punktu widzenia współczesnego człowieka piesza pielgrzymka jest przedsięwzięciem dość absurdalnym.
Na Jasną Górę można przecież dojechać samochodem w kilka godzin. Tymczasem każdego lata dziesiątki tysięcy ludzi wybierają kilkaset kilometrów marszu, pobudki bladym świtem, odciski, spanie na podłodze, w stodole albo pod namiotem. Jednego dnia maszerują w ponad trzydziestostopniowym upale, następnego zakładają peleryny i godzinami mokną w deszczu. I jeszcze wracają za rok.
Pielgrzymkowy rytm zaczyna być mocno widoczny już w lipcu, a apogeum osiąga w sierpniu przed uroczystościami Wniebowzięcia i Matki Bożej Częstochowskiej. Tylko w sierpniu tego roku organizatorzy zapowiedzieli przybycie na Jasną Górę 193 grup liczących około 80 tys. pątników. W lipcu na odpust Matki Bożej z Góry Karmel dotarło około 3700 pieszych. Można powiedzieć, że odpowiedź na pytanie „po co właściwie idą?” jest oczywista: modlić się, nieść intencje swoje i innych, przeżyć rekolekcje w drodze, podjąć wyrzeczenie czy pokutę.
Tyle że to zaledwie część odpowiedzi.
Kto choć raz ruszył w drogę na Jasną Górę, wie, że pomiędzy różańcem, konferencją i Eucharystią wydarza się coś jeszcze. Kilkaset obcych sobie osób zaczyna tworzyć wspólnotę. Ktoś dzieli się wodą, ktoś plastrem na odcisk, ktoś ostatnią kanapką. Kiedy jeden słabnie, drugi bierze jego plecak. Rozmawiają ze sobą ludzie, którzy w zwyczajnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali.
Pielgrzymka jest trochę rekolekcjami, trochę szkołą wspólnoty, a czasem całkiem konkretnym survivalem. Bywa trzydzieści kilka stopni i nie ma cienia. Bywa ściana deszczu, burza i przemoczony do ostatniej nitki plecak. Bywa nocleg na ściernisku i poranek, kiedy człowiek jest pewien, że jego nogi odmawiają dalszej współpracy.
Paradoksalnie właśnie wtedy łatwiej dostrzec Boży palec. Bo kiedy odpada codzienny komfort, bardzo szybko okazuje się, jak niewiele potrzeba do funkcjonowania i jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka. „Napij się”. „Usiądź”. „Poczekam”. „Pomogę”. Wielkie słowa stają się niepotrzebne.
I jest jeszcze druga strona pielgrzymowania, o której mówi się chyba za mało. Ludzie stojący przy drodze. Co roku ktoś wystawia przed dom stół, przygotowuje kanapki, wodę, kompot czy ciasto. Ktoś otwiera furtkę i pozwala kilkudziesięciu obcym ludziom rozbić namioty w ogrodzie. Ktoś udostępnia łazienkę, choć wie, że za chwilę ustawi się do niej kolejka. Ktoś oddaje pokój, stodołę albo kawałek podłogi.
Nikt im za to nie płaci. Często nawet nie wiedzą, jak mają na imię ludzie, których przyjmują. A przecież oni także pielgrzymują. Tylko nie ruszając się z domu.
I chyba dlatego najważniejszym doświadczeniem pielgrzymki – obok spotkania z Bogiem – staje się braterstwo. Na kilka dni przestają obowiązywać niektóre reguły świata, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Obcy człowiek przestaje być obcy. Nie pytasz, czy opłaca się mu pomóc. Pomagasz, bo akurat tego potrzebuje.
W tym roku patrzę na to wszystko inaczej. Po raz pierwszy od ponad 25 lat nie mogłem wyruszyć choćby na część drogi na Jasną Górę. Zdrowotne zawirowania zmusiły mnie do rezygnacji. I ze zdziwieniem odkryłem, że uczuciem, które najbardziej mi towarzyszy, jest tęsknota.
Oczywiście tęsknię za modlitwą w drodze, za śpiewem, za chwilą, kiedy wreszcie gdzieś na horyzoncie pojawia się wieża jasnogórskiego klasztoru. Ale chyba jeszcze bardziej tęsknię za ludźmi.
Bo tych kilka czy kilkanaście dni jest niezwykłą baterią ludzkich relacji. Często z ludźmi, których wcześniej kompletnie się nie znało. Jest w tym gigantyczna dawka życzliwości, otwartości serca, wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka i zwyczajnej gotowości do pomocy. Dopiero kiedy mnie tam zabrakło, uświadomiłem sobie, jak bardzo można za tym tęsknić.
Może właśnie to tłumaczy fenomen, którego nie da się wyjaśnić samymi statystykami. Dlaczego ludzie, którzy mogą w kilka godzin dojechać do Częstochowy klimatyzowanym samochodem, wolą przez wiele dni iść poboczem drogi? Dlaczego po deszczu, upale, odciskach i niewyspaniu mówią: „Do zobaczenia za rok”?
Bo pielgrzymka prowadzi na Jasną Górę, ale nie wszystko, co w niej najważniejsze, czeka na końcu drogi. Czasem Boży palec najłatwiej dostrzec gdzieś po drodze – w kubku wody podanym przez obcego człowieka.Piesza Pielgrzymka Wrocławska.Karol Białkowski /Foto Gość
Karol Białkowski -Gość Niedzielny
***
26 sierpnia – uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej
Przewodniczący Episkopatu:
Jasnogórskie Śluby Narodu są wciąż aktualne
Powinniśmy jeszcze bardziej skierować nasze serce ku Maryi, ku Matce Bożej Częstochowskiej, która jest naszą Królową i naszą Matką – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC przed zbliżającą się 70. rocznicą Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.
***
“W tym roku przeżywamy 70. rocznicę Ślubów Jasnogórskich. Były one poprzedzone nowenną, przygotowującą do odrodzenia naszego narodu, a jednocześnie umocnione cierpieniem i modlitwą Wielkiego Prymasa Tysiąclecia” – przypomniał Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
Abp Wojda zaznaczył, że Jasnogórskie Śluby Narodu miały istotny wpływ na odnowę wiary i ducha narodowego w Polsce, a także na pojednanie między Episkopatami Polski i Niemiec.
„Śluby Jasnogórskie, które spowodowały odnowę naszego Narodu, odnowę naszej wiary, a przede wszystkim odnowę naszego ducha narodowego, przyczyniły się do wielkich przemian. To między innymi owocem przygotowania do Ślubów było wybaczenie wszystkich krzywd wyrażone pod adresem Konferencji Episkopatu Niemiec” – powiedział.
Abp Tadeusz Wojda SAC zauważył, że pamięć o przyrzeczeniach sprzed 70 lat jest również istotna w obliczu aktualnej sytuacji społecznej w Polsce. Jak zaznaczył, w czasach współczesnych nie powinniśmy zapominać o modlitwie do Matki Bożej.
„Myślę, że warto pamiętać o tych wydarzeniach, zwłaszcza dzisiaj, kiedy dzieje się tak wiele zła w naszym kraju, podziałów oraz różnych trudności. Dlatego w tę rocznicę prośmy, szczególnie za pośrednictwem i przez orędownictwo Wielkiego Prymasa bł. kard. Stefana Wyszyńskiego, aby obfite owoce tamtych ślubów spływały również dzisiaj na nas wszystkich” – stwierdził Przewodniczący KEP.
Jasnogórskie Śluby Narodu miały miejsce na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Złożono wówczas Matce Bożej dziewięć przyrzeczeń, które stały się programem dla całego narodu. Autorem tekstu był więziony wówczas przez komunistów w Komańczy kard. Stefan Wyszyński.
W wielu polskich diecezjach trwa nowenna przygotowująca do obchodów tej ważnej rocznicy. Główne uroczystości jubileuszowe odbędą się 26 sierpnia na Jasnej Górze, w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, i będą połączone z dorocznym odpustem.
BP KEP –Tygodnik Niedziela
***
Ks. prof. Węgrzyniak: Barbara Nowacka – szczególny rodzaj homo sapiens
„Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka” – pisze w mediach społecznościowych ks. prof. Wojciech Węgrzyniak.
fot. screenshot: YouTube (Wojciech Węgrzyniak, Janusz Jaskółka)
***
– „Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii”
– pisze duchowny.
Homo sapiens vs homo barbarus
Jak zauważa, człowiek rozumny szukałby jakiegoś kompromisu, natomiast „homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu”.
– „Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji”
– dodaje.
Wymienia też inne absurdalne zachowania minister Barbary Nowackiej.
– „Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii. Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji. Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię. Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie. Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił >>o rozpasaniu kleru<<”
– zauważa.
Na koniec autor przywołuje list Petroniusza do Nerona z „Quo Vadis”, w którym doradca cesarza prosi go, by robił wszystko, nawet palił Rzym, ale nie śpiewał.
– „Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens”
– podkreśla ks. Węgrzyniak.
Homo barbarus
Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka.
Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.
Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.
Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.
Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.
Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.
Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.
Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.
Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.
Homo sapiens mówiąc, że „musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił „o rozpasaniu kleru”.
W „Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech niech mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.
Amerykański arcybiskup: patriotyzm wynika z obowiązku wdzięczności
fot. youtube
Patriotyzm jest cnotą zakorzenioną w chrześcijańskiej wdzięczności wobec ojczyzny, a nie bezkrytycznym uwielbieniem państwa – podkreślił przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych (USCCB), abp Paul Coakley.
Podczas inauguracji 144. Najwyższej Konwencji Rycerzy Kolumba w Denver hierarcha wyjaśnił, że patriotyzm wyrasta z czwartego przykazania i stanowi „formę miłości rodzinnej rozciągniętej na ojczyznę”. Odwołując się do nauczania św. Tomasza z Akwinu oraz Katechizmu Kościoła Katolickiego, przypomniał, że miłość i służba swej ojczyźnie wynikają z obowiązku wdzięczności i należą do porządku miłości bliźniego.
Jak zaznaczył, patriotyzm nie oznacza przekonania o wyższości własnego narodu nad innymi ani ślepej lojalności wobec państwa. Jest raczej uznaniem długu wdzięczności wobec kraju, który dał człowiekowi życie, język, kulturę i warunki rozwoju. – Kościół nigdy nie prosił nas, byśmy kochali nasz-ojczyznę zamiast Boga ani bardziej niż prawdę – powiedział.
Abp Coakley podkreślił, że chrześcijanin może kochać swoją ojczyznę, a jednocześnie dostrzegać jej błędy i niesprawiedliwości. W tym kontekście odróżnił patriotyzm od nacjonalizmu, który – jak zaznaczył – domaga się bezwarunkowej lojalności wobec narodu i nie dopuszcza krytyki. – Patriotyzm przypomina miłość dobrego syna do matki: szanuje ją, broni jej, jest jej wdzięczny, ale właśnie dlatego, że ją kocha, potrafi powiedzieć jej prawdę, gdy zboczy z właściwej drogi – wyjaśnił.
Hierarcha wskazał, że autentyczna miłość do ojczyzny powinna prowadzić do troski o pokój, sprawiedliwość społeczną, dobro ubogich i budowanie przyjaźni obywatelskiej. W praktyce oznacza to odpowiedzialne uczestnictwo w życiu publicznym, głosowanie zgodnie z dobrze ukształtowanym sumieniem oraz służbę bliźnim. Przypomniał również o tych, którzy okazują patriotyzm, ryzykując życie w służbie wojskowej.
Na zakończenie zachęcił katolików do przekazywania młodemu pokoleniu właściwie rozumianego patriotyzmu. – Szanujcie swój kraj tak, jak szanujecie swoich rodziców – z wdzięcznością, lojalnością i uczciwością. Stawiajcie Boga na pierwszym miejscu i niech wasz patriotyzm wynika z tego priorytetu, a nie z nim konkuruje – zaapelował.
źródło: KAI / ewtnnews/PCh24.pl
***
Ani polski ani katolicki. Czyli czym tak naprawdę jest „kościół” polskokatolicki?
20 lipca metropolita gdański abp Tadeusz Wojda zwrócił uwagę na niepokojące zjawisko. Niektóre domy weselne oferują bowiem usługę „z udziałem kapłana”, którym w rzeczywistości okazuje się być… duchowny polskokatolicki. Arcybiskup podkreślił, że duchowni ci nie mają prawa asystować przy ślubach katolików, a zawarte w ten sposób małżeństwa są nieważne. To dobra okazja, by odpowiedzieć na pytanie, czym naprawdę jest „kościół” polskokatolicki? Wbrew nazwie nie jest on ani polski, ani – tym bardziej – katolicki.
Na wstępie warto poczynić jedno wyjaśnienie. W odniesieniu do polskokatolików będę używał słowa „kościół” w cudzysłowie i pisał je małą literą, aby odróżnić tę wspólnotę od Kościoła katolickiego. Choć zasady języka polskiego dopuszczają na pisanie nazw innych „kościołów” z wielkiej litery, to w rzeczywistości Kościół jest jeden – święty, apostolski i właśnie katolicki, a wszystkie inne chrześcijańskie grupy wyznaniowe są niezależnymi od niego odłamami.
Skąd się wziął „kościół” polskokatolicki?
Początków tej wspólnoty należy szukać wśród polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku. Dochodziło wówczas do napięć między Polonią a duchownymi pochodzenia niemieckiego i irlandzkiego, którzy często nie rozumieli specyfiki polskich emigrantów ani ich potrzeb.
Jak czytamy na stronie internetowej „kościoła” polskokatolickiego, wierni domagali się wglądu w sprawy finansowe parafii, używania języka polskiego w liturgii oraz opieki duszpasterskiej sprawowanej przez kapłanów wywodzących się z polskiej społeczności. Konflikty te doprowadziły do narodzin idei polskokatolicyzmu, która rozwijała się równolegle w trzech ośrodkach: Buffalo, Chicago i Scranton.
Polski Narodowy „Kościół” Katolicki (PNKK) został oficjalnie założony w Scranton w 1898 roku. Z kolei zjednoczenia trzech wspomnianych ośrodków dokonał ks. Franciszek Hodur. W 1904 roku został on wybrany przez swoją wspólnotę biskupem, a trzy lata później przyjął sakrę biskupią. Ponieważ odbyło się to bez mandatu Stolicy Apostolskiej, konsekracja miała charakter nielegalny i stanowiła akt schizmy.
Również w 1904 roku odbył się pierwszy synod nowej wspólnoty, podczas którego określono jej doktrynę, zbliżoną do poglądów starokatolickich. To właśnie z rąk starokatolickiego biskupa Unii Utrechckiej ks. Hodur przyjął sakrę i włączył PNKK do rodziny wspólnot starokatolickich.
Kim są starokatolicy?
Starokatolicy to wspólnoty, które odłączyły się od Kościoła katolickiego po Soborze Watykańskim I w 1870 roku. Nie przyjęły one nauczania Kościoła o uniwersalnej jurysdykcji papieża ani o jego nieomylności w sprawach wiary i moralności, gdy przemawia ex cathedra. Z czasem wspólnoty te zrzeszyły się w tzw. Unii Utrechckiej.
„Kościół” polskokatolicki
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości część Polonii amerykańskiej powróciła do kraju. Wśród repatriantów znaleźli się również wierni i duchowni PNKK, którzy zaczęli tworzyć jego struktury na ziemiach polskich. W 1951 roku polska część PNKK uniezależniła się od macierzystej organizacji w USA i przyjęła nazwę „Kościół Polskokatolicki” (pisownia oryginalna), zachowując przynależność do Unii Utrechckiej.
Nie są katolikami
Odrzucenie prymatu papieża i jego powszechnej jurysdykcji sprawiły, że zarówno „kościół” polskokatolicki, jak i inne wspólnoty starokatolickie pozostają poza Kościołem katolickim. Nie można bowiem jednocześnie należeć do Kościoła katolickiego i odrzucać zwierzchnictwa Następcy św. Piotra.
Może pojawić się pytanie: czy sytuacja polskokatolików jest podobna do tej, w jakiej znajdują się grekokatolicy? Odpowiedź brzmi: nie. Grekokatolicy, podobnie jak pozostałe Kościoły Wschodnie sui iuris, pozostają w pełnej jedności z Kościołem katolickim, uznając zwierzchnictwo papieża oraz wszystkie dogmaty wiary katolickiej. Są zatem katolikami, a posiadają jedynie własną liturgię, prawo kanoniczne i tradycję duchową.
Polskokatolicy i inne wspólnoty starokatolickie są w sytuacji zupełnie innej, ponieważ odrzucają część nauczania Kościoła katolickiego, w szczególności dotyczącą powszechnej jurysdykcji papieża. A katolikiem nie można być „częściowo”. Wyznawanie wiary katolickiej oznacza przyjęcie całego depozytu wiary przekazywanego przez Kościół, a świadome i uporczywe odrzucenie prawdy uznanej za dogmat jest określane jako herezja. Oczywiście nie trzeba zgadzać się z każdą wypowiedzią papieską, ale dogmaty ustalone przez Kościół oraz nieomylne nauczanie papieża (czyli nauczanie ex cathedra) trzeba przyjmować w całości.
Podobnie osoba, która odrzuca zwierzchnictwo papieża i odmawia pozostawania w jedności z Kościołem pod jego przewodnictwem, dokonuje aktu schizmy.
Z tego względu „kościół” polskokatolicki nie stanowi części Kościoła katolickiego. W konsekwencji używanie przymiotnika „katolicki” w nazwach prowadzonych przez niego instytucji jest nieuprawnione.
Również określenie „polski” jest w pewnym sensie mylące. Wspólnota ta nie powstała w Polsce, lecz jedynie w środowisku polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nie można zatem powiedzieć, by polskokatolicy byli w jakikolwiek sposób reprezentatywną grupą polskiego społeczeństwa. Wbrew swojej nazwie „kościół” polskokatolicki nie jest więc ani polski ani – tym bardziej – katolicki.
Czy sakramenty są ważne?
Ponieważ u starokatolików zachowała się sukcesja apostolska, czyli nieprzerwana linia ważnych święceń od czasów apostolskich, a polskokatoliccy biskupi przyjęli sakrę właśnie od nich, dlatego zarówno jedni jak i drudzy posiadają ważnie wyświęconych kapłanów i biskupów. Oznacza to również, że polskokatolicy sprawują ważnie większość sakramentów, z wyjątkiem dwóch – spowiedzi i małżeństwa. Do ważności tych dwóch sakramentów nie wystarczają bowiem ważne święcenia kapłańskie, lecz kapłan musi ponadto otrzymać specjalne upoważnienie.
Jednak nawet te sakramenty, które polskokatoliccy duchowni sprawują ważnie, są sprawowane niegodnie, ponieważ są oni grupą schizmatycką. Dlatego katolikom nie wolno uczestniczyć we Mszy św. ani przyjmować innych sakramentów z rąk kapłanów polskokatolickich. Wyjątek stanowi sytuacja zagrożenia życia, gdy w przypadku braku dostępu do katolickiego kapłana rozgrzeszenia może udzielić również kapłan ważnie wyświęcony, choć pozostający w schizmie.
Duchowny polskokatolicki to nie kapłan katolicki
20 lipca arcybiskup gdański Tadeusz Wojda skierował do kapłanów i wiernych swojej archidiecezji specjalne słowo, w którym zwrócił uwagę, że część osób nie zdaje sobie sprawy, iż duchowni polskokatoliccy nie pozostają w jedności ze Stolicą Apostolską.
W ostatnim czasie do Kurii Metropolitalnej Gdańskiej coraz częściej napływają niepokojące zgłoszenia dotyczące nadużyć związanych ze sprawowaniem pogrzebów oraz asystowaniem przy zawieraniu małżeństw na terenie naszej archidiecezji. Sytuacje te dotyczą przewodniczenia przez duchownych Kościoła polskokatolickiego – wspólnoty, która nie pozostaje w pełnej wspólnocie hierarchicznej i doktrynalnej ze Stolicą Apostolską – liturgii i obrzędom kościelnym. Niektórzy wierni Kościoła rzymskokatolickiego traktują te działania jako posługę własnych duszpasterzy – napisał hierarcha.
„Usługa z udziałem księdza”
Arcybiskup zauważył, że przyczyną takich sytuacji jest nie tylko brak wiedzy wiernych, ale również określone praktyki o charakterze komercyjnym, które należy jednoznacznie potępić.
Część prywatnych zakładów pogrzebowych i pewna grupa właścicieli domów weselnych podejmują stałą współpracę z księżmi polskokatolickimi. Podmioty te, kierując się wyłącznie zyskiem, włączają do swojej oferty „udział kapłana”, sugerując, że jest to usługa w pełni tożsama z działaniem duszpasterskim prowadzonym przez Kościół rzymskokatolicki – zaznaczył biskup.
Jak podkreślił abp Wojda, wierni często dopiero po fakcie „ze zdumieniem i bólem zdają sobie sprawę z manipulacji, której doświadczyli i nieuporządkowanego stanu duchowego, w którym się znaleźli”.
Małżeństwa zawierane nieważnie
Najpoważniejszy problem dotyczy sakramentu małżeństwa. Do jego ważnego zawarcia konieczna jest bowiem obecność dwóch świadków (prawo kanoniczne zezwala na odejście od tej zasady w bardzo szczególnych przypadkach) oraz kapłana lub diakona, który nie tylko ważnie przyjął święcenia, ale także posiada specjalną delegację do asystowania przy zawarciu małżeństwa przez konkretną parę narzeczonych.
W praktyce proboszcz parafii, na terenie której zawierany jest ślub, posiada z mocy prawa władzę do ważnego asystowania przy małżeństwach zawieranych na terenie swojej parafii. Każdy inny duchowny – zarówno wikariusz, ksiądz rezydent, jak i kapłan spoza parafii – potrzebuje specjalnej delegacji od niego udzielonej na konkretny ślub.
Takiej delegacji może udzielić także biskup diecezjalny lub wikariusz generalny diecezji (zazwyczaj jest nim biskup pomocniczy).
Duchowny polskokatolicki nie posiada uprawnień do asystowania przy małżeństwie rzymskokatolickim. Z tego powodu małżeństwo zawarte w ten sposób przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego jest w świetle prawa kanonicznego nieważne. Nie wywołuje ono skutków sakramentalnych – przypomniał abp Wojda.
Inne sakramenty oraz pogrzeby
Jak podkreślił hierarcha, posługa duchownego innego wyznania wobec katolika jest dopuszczalna tylko w sytuacjach nadzwyczajnych (np. niebezpieczeństwo śmierci przy braku katolickiego kapłana) i za zgodą ordynariusza.
Organizowanie pogrzebów katolików przez szafarzy polskokatolickich z pobudek czysto komercyjnych i logistycznych stanowi rażące złamanie tych norm – wyjaśnił ordynariusz gdański.
A co z chrztami?
Ważnego chrztu może udzielić nie tylko kapłan. W sytuacji konieczności może go bowiem udzielić każda osoba – także świecka lub niewierząca – pod warunkiem zachowania właściwej formy i intencji. Dotyczy to jednak wyłącznie sytuacji nadzwyczajnych, zwłaszcza zagrożenia życia dziecka. W zwyczajnych okolicznościach Kościół nakazuje udzielanie sakramentu chrztu przez kapłana lub diakona.
Abp Wojda zauważył, że choć chrzest udzielony przez duchownego polskokatolickiego jest ważny, to może wiązać się z późniejszymi trudnościami natury formalnej.
Aby takie dziecko mogło w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła rzymskokatolickiego, konieczne jest formalne i publiczne wyznanie wiary oraz przyjęcie go do pełnej wspólnoty (tzw. admissio) – wyjaśnił hierarcha.
Apelujemy do sumień rodziców, aby ze względów czysto formalnych lub osobistych nie wprowadzali zamętu w religijne życie swoich dzieci i dbali o ich pełną, klarowną jedność z Kościołem powszechnym od samego początku ich drogi wiary – dodał.
Potrzeba katechezy na ten temat
Na koniec arcybiskup Wojda zwrócił się do kapłanów swojej archidiecezji z prośbą o wyjaśnienie wiernym tej kwestii, np. poprzez organizowanie parafialnej katechezy. Jednocześnie zaapelował do diecezjan o czujność i roztropność.
Organizując pogrzeb bliskich lub planując ślub, zawsze w pierwszej kolejności kierujcie swoje kroki do kancelarii własnej parafii rzymskokatolickiej. Nie pozwólcie, aby komercyjne pakiety firm zewnętrznych decydowały o ważności i godziwości Waszych sakramentów oraz katolickim charakterze pochówku Waszych zmarłych – zaznaczył ordynariusz gdański.
Adrian Fyda/ – PCh24.pl – źródła: diecezja.gda.pl, KAI, polskokatolicki.pl
***
„Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu”. Włoska autorka nie gryzie się w język
ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE. Fot. Pixabay
***
Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.
„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.
Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.
W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.
– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.
Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.
Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.
Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.
Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.
Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. - Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.
Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.
- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.
- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.
Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. – Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.
źródło: KAI / oprac. pR – PCh24.pl
***
środa – 19 sierpnia 2026
Papież Leon XIV mówiąc o muzyce kościelnej zachęcał: „Niech każdy z was włączy się w chór”
Podczas dzisiejszej audiencji ogólnej papież omawiał szósty rozdział konstytucji “Sacrosanctum Concilium”. “Muzyka sakralna jest integralną częścią liturgii, a nie jedynie jej ozdobą” – podkreślił Leon XIV. Publikujemy pełną treść katechezy
fot. Vatican Media
***
Szósty rozdział Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) Soboru Watykańskiego II poświęcony jest muzyce sakralnej. Stwierdza on: „Muzyczna tradycja całego Kościoła stanowi skarbiec nieocenionej wartości, wyróżniający się wśród innych form wyrazu artystycznego szczególnie tym, że śpiew kościelny, jako związany ze słowami, jest nieodzowną oraz integralną częścią uroczystej liturgii” (SC, 112), a następnie precyzuje: „Muzyka kościelna będzie tym wznioślejsza, im ściślej zespoli się z czynnością liturgiczną, czy to serdeczniej wyrażając modlitwę, czy przyczyniając się do jednomyślności, czy wreszcie nadając uroczysty charakter świętym obrzędom” (tamże).
Muzyka częścią liturgii, nie ozdobą
Znajdujemy tu sedno nauczania soborowego, które potwierdza i pogłębia funkcję ministerialną muzyki w liturgii, podkreśloną już przez św. Piusa X w Motu proprioInter sollicitudines (22 listopada 1903). Muzyka jest bowiem częścią czynności liturgicznej, a nie jedynie ozdobą celebracji.
W liturgii śpiew i gra na instrumentach oznaczają modlitwę, która zestraja nasze serce z sercami sióstr i braci oraz z Bogiem, poprzez czynne uczestnictwo w celebrowanym misterium. Muzyka wyraża w szczególności uczuciowy wymiar modlitwy, jak stwierdza św. Augustyn: „Cantare amantis est”, czyli „śpiew jest właściwością miłującego” (Sermo336, 1). Jest to bardzo ważne, ponieważ pomaga otworzyć serce na działanie Boga poprzez łaskę i pozwolić, aby ono nas kształtowało.
Śpiew ponadto sprzyja komunii. Poprzez symfonię głosów przyczynia się do jedności serc, przezwyciężając różnice między osobami i jednocząc wszystkich w uwielbieniu Boga. Staje się w ten sposób epifanią Kościoła, namacalnym przejawem komunii, która należy do samej jego natury.
Forma szlachetna i prosta
Z głębokiej wartości teologicznej śpiewu sakralnego, będącego integralną częścią czynności liturgicznej, wynikają pewne wymagania.
Pierwszym jest to, że niezależnie od mód czy szczególnej wrażliwości autorów śpiew sakralny powinien na każdym poziomie jak najbardziej odpowiadać danemu momentowi celebracji. Forma zaś, zwłaszcza pod względem melodycznym, powinna być zarazem szlachetna i prosta, odznaczać się wysoką jakością muzyczną i być łatwa do wykonania, zwłaszcza gdy ma być śpiewana przez całe zgromadzenie (por. SC, 121).
Z tego samego powodu Sobór zaleca, aby również teksty były odpowiednie, głębokie, a zarazem łatwo zrozumiałe, inspirowane przede wszystkim Pismem Świętym, księgami liturgicznymi i duchową Tradycją Kościoła. Należy czuwać nad tym, aby dynamika wyrażona w starożytnej zasadzie „lex orandi, lex credendi” – oznaczającej, że prawo modlitwy jest także prawem wiary – pozostała żywa i nadal się rozwijała.
Sacrosanctum Concilium poświęca wiele miejsca tematowi czynnego uczestnictwa wiernych (por. n. 114). „Winno być [ono] rozumiane (…) począwszy od większej świadomości tajemnicy, która jest celebrowana, aż do jej związku z codzienną egzystencją” (Benedykt XVI, Posynod. Adhort. apost. Sacramentum caritatis, 52) w „duchu ciągłego nawracania się, który winien charakteryzować życie wszystkich wiernych” (tamże, n. 55). Jeśli chodzi natomiast o konkretne sposoby realizowania aktywnego uczestnictwa poprzez szczególną rolę muzyki sakralnej, Konstytucja udziela jasnej odpowiedzi: „Należy zachęcać wiernych do wykonywania aklamacji, odpowiedzi, psalmów, antyfon, pieśni” oraz do zachowywania „pełnego czci milczenia” (SC, 30), i zachęca każdego – czy to duchownego, czy wiernego świeckiego – aby wykonywał „w pełni wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy i na podstawie przepisów liturgicznych” (SC, 28), w harmonijnej równowadze między różnymi posługami, poszczególnymi działaniami i chwilami milczenia.
Wielka waga śpiewu gregoriańskiego
Sobór przywiązuje następnie wielką wagę do śpiewu gregoriańskiego, nie wykluczając jednak z celebracji innych rodzajów muzyki sakralnej. Szczególną uwagę poświęca również organom (por. SC, 120), natomiast użycie innych instrumentów jest dopuszczalne, „o ile nadają się, albo mogą być przystosowane do użytku sakralnego, jeżeli odpowiadają godności świątyni i rzeczywiście przyczyniają się do zbudowaniu wiernych” (SC, 120).
Jednym z tematów bliskich reformie soborowej jest inkulturacja, także w dziedzinie muzyki sakralnej. W odniesieniu do tradycji muzycznych różnych kultur szczególnie podkreśla się znaczenie traktowania ich z należytą powagą jako części życia religijnego i społecznego ludzi. Dlatego z jednej strony zaleca się, aby wszystkim zapewnić odpowiednie „kształtowanie zmysłu religijnego” (SC, 119), z drugiej zaś – aby „w miarę możliwości (…), pielęgnować tradycyjną muzykę tych ludów, tak w szkołach, jak i w liturgii” (tamże).
W kontekście liturgicznym szczególne zadanie przypisuje się zespołowi śpiewaków [schola cantorum], będącemu narzędziem duszpasterskim, którego rozwój należy wspierać. Do takich zespołów należy „poprawne, zgodne z różnymi rodzajami śpiewu, wykonywanie właściwych im części liturgii oraz wspomaganie wiernych, gdy ci śpiewem w niej uczestniczą” (Święta Kongregacja Obrzędów, Instrukcja Musicam sacram, 19)[2].
W tym celu kompozytor muzyki sakralnej jest wezwany do poznawania i strzeżenia muzycznego dziedzictwa Kościoła oraz do czerpania z niego inspiracji przy tworzeniu nowych kompozycji służących liturgii, z poszanowaniem współczesnej wrażliwości i różnych tradycji kulturowych oraz z koniecznością „«usunięcia z kultu niekonsekwencje stylu, przestarzałych formy wyrazu, niedbałej muzykę i tekstów, które nie odpowiadają wielkości sprawowanego aktu», aby zapewnić godność i wysoką jakość form muzyki liturgicznej” (Św. Jan Paweł II, Chirograf o muzyce sakralnej, 22 listopada 2003, 3)[3].
Z tych wszystkich względów Ojcowie Soborowi zalecają promowanie kształcenia i praktyki w zakresie muzyki sakralnej „w seminariach, nowicjatach oraz domach studiów dla zakonników i zakonnic, a także w innych instytutach i szkołach katolickich” (SC, 115), jak również zapewnienie muzykom i śpiewakom rzetelnej formacji liturgicznej (por. tamże).
Drodzy bracia i siostry, Ojcowie Kościoła przywiązywali wielką wagę do śpiewu liturgicznego, będącego symbolem komunii eklezjalnej. Dlatego możemy zakończyć tymi pięknymi słowami św. Ignacego z Antiochii: „I niech każdy z was także włączy się w ów chór, abyście w harmonii waszej zgody, biorąc ton Boga w jedności, śpiewali jednym głosem Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wówczas On was usłyszy i pozna przez wasze dobre czyny, że jesteście członkami Syna Jego” (Epistula ad Ephesios, IV, 1-2)
KAI
***
Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi
Pierwsze objawienie. Myślałam, że już wszystko stracone. Drogi, którą Pan Bóg dla mnie przeznaczył, nie mogłam znaleźć. Przez czas dłuższy byłam bardzo przygnębiona. Pocieszałam się myślą, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby zostać zakonnicą. Od dziecka miałam wielkie nabożeństwo do dusz czyśćcowych. Nasza matka często mawiała: „Jeżeli macie wielką potrzebę, zwróćcie się do dusz czyśćcowych, to są wdzięczne pomocnice”.
Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi
***
Pierwsza dusza czyśćcowa przyszła do mnie w 1940 roku. Obudziły mnie w nocy czyjeś kroki w pokoju, spojrzałam i zobaczyłam jakiegoś mężczyznę. Strach był dla mnie uczuciem obcym. Ponieważ nie znałam tego człowieka, ostro zapytałam go: „Jak wszedłeś do mojego pokoju? Coś tu zgubił?” Udawał, że mnie nie słyszy i dalej chodził po pokoju tam i z powrotem. Pytam: „Ktoś ty?” Znów nie odpowiada. Wyskoczyłam więc z łóżka i próbowałam go złapać, ale ręce trafiły w próżnię. Mężczyzna zniknął. Położyłam się i zobaczyłam go znowu, słyszałam też, jak chodził po pokoju. Wyraźnie przecież zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śpię, dlaczego więc nie mogę go złapać. Raz jeszcze wyskoczyłam z łóżka, żeby to zrobić i znowu zniknął. Zrobiło mi się nieswojo, położyłam się, była czwarta godzina nad ranem, nie mogłam więcej zasnąć. Po Mszy Św. poszłam do mojego kierownika duchowego i opowiedziałam mu wszystko. Pouczył mnie, abym zapytała, jeżeli ten człowiek znowu przyjdzie, nie kim jest, ale czego żąda. Kiedy rzeczywiście przyszedł on następnej nocy i na moje pytanie czego żąda, odpowiedział: „Postaraj się o trzy Msze Św. za mnie, a będę wybawiony”, poznałam, że to dusza pokutująca w Czyśćcu. To potwierdził mi również mój spowiednik. Od 1940 do 1953 przychodziły co roku dwie lub trzy dusze czyśćcowe, najczęściej w listopadzie. Nie dopatrywałam się w tym szczególnego zadania Bożego; zawsze też informowałam o tym mojego proboszcza, ks. Alfonsa Matta. Poradził mi, abym żadnej duszy nie odrzucała i każdą chętnie przyjęła.
Cierpienie zastępcze
Dusze czyśćcowe prosiły mnie następnie, abym za nie cierpiała. Były to ciężkie cierpienia. iedy jakaś dusza przychodzi, budzi mnie czy to przez pukanie, wołanie czy też szarpnięcie. Obudzona pytam zaraz: „Czego chcesz?” albo „Co mogę zrobić dla ciebie?” i wtedy dopiero może taka dusza powiedzieć, co jej brakuje, l tak zapytała mnie pewnego razu jedna z nich: „Czy mogłabyś za mnie cierpieć?” Pytanie to było nieco dziwne, po raz pierwszy proszono mnie o to, zaraz powiedziałam: „Co mam robić?” Otrzymałam odpowiedź: „Przez trzy godziny będziesz miała bóle w całym ciele, ale po upływie tego czasu będziesz mogła wstać i pracować, jak gdyby nic nie zaszło. Odbierzesz mi tym 20 lat Czyśćca”. Zgodziłam się. Natychmiast opanowały mnie tak straszne cierpienia, że wiedziałam zaledwie, gdzie jestem i pozostała mi tylko świadomość, że przyjęłam je jako pokutę za duszę czyśćcową i że to ma trwać trzy godziny. Wydawało mi się, że czas ten dawno upłynął i że minęło już co najmniej parę dni lub tygodni. Kiedy skończyło się wszystko i spojrzałam na zegarek, stwierdziłam, że cierpienia moje trwały dokładnie trzy godziny. Zdarzało się często, że wystarczyło 5 minut cierpienia, a jakże ten czas wydawał się długi.
Co dusze czyśćcowe wiedzą o nas?
Dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje więcej, niż myślimy. Wiedzą, np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy Św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy Św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.
Co pomaga duszom czyśćcowym?
Najwartościowszą pomocą dla dusz pokutujących jest Msza Św., ale tylko w tym stopniu, jak sobie dana dusza ceniła ją za życia, l tu spełnia się powiedzenie: Co się sieje, to się zbiera. Wielkie mają znaczenie Msze Św. wysłuchane w dni powszednie, a więc nie tylko te obowiązkowe w niedziele i święta. Oczywiście nie każdy może wysłuchać Mszy Św. w dzień powszedni, ma pracę zawodową i obowiązki, a spełnienie ich ma w dnie powszednie bez szkody dla swoich obowiązków, np.pierwszeństwo. Niejeden emeryt przecież mógłby chodzić na Mszę Św., szczególnie jeżeli jest zdrów i mieszka blisko kościoła. Cóż, kiedy on tak sobie mówi: „W niedziele jestem obowiązany pójść na Mszę Św., ale nie w dzień powszedni, więc nie idę”. Kto myśli tak i postępuje, długo musi po śmierci czekać, zanim mu się jakaś Msza Św. dostanie, bo ją sobie za życia mało cenił. Jeżeli sami nie możemy brać udziału w nabożeństwie, posyłajmy przynajmniej dzieci szkolne i to jak najczęściej. W wielu miejscowościach nie ma w ogóle dzieci na Mszy Św. w dni powszednie. Gdyby wiedziano, jak wielką wartość dla wieczności posiada wysłuchanie jednej Mszy Św., kościoły byłyby pełne nie tylko w święta. W chwili śmierci, za życia wysłuchane Msze Św., są dla nas wielkim skarbem i mają większą wartość od ofiarowanych Mszy Św. za dusze po śmierci. Rodzice i wychowawcy skarżą się, że dzisiejsze dzieci są ordynarne i nie chcą słuchać starszych. Nic dziwnego. Dawniej uczęszczały dzieci szkolne co dzień na szkolną Mszę Św. Modlitwa oraz Komunia Św. dawały im siłę do tego, że były posłuszne i obowiązkowe. Ani ojciec, ani matka, ani katecheta nie potrafią włożyć dziecku w duszę tego, co Zbawiciel przez łaskę daruje dziecku we Mszy i Komunii Św. Pytano mnie, czy ma sens i wartość palić świece i lampki oliwne. Naturalnie że ma, zwłaszcza jeżeli są poświęcone. A chociażby i nie były, należy pamiętać, że świece te czy oliwa są kupione z miłości dla zmarłych, a każdy akt miłości posiada wartość. Podobnie i woda święcona ma wartość, osobliwie jeżeli używamy jej z wiarą i ufnością. Obojętne jest, czy całą dłoń, czy kroplę dajemy duszom czyśćcowym, lepiej jednak kroplę wraz z aktem strzelistym. Niestety, w dzisiejszych czasach często w ogóle nie ma przy drzwiach kropielniczki z wodą święconą. Pragnę wyjaśnić, że w Vorarlbergu wchodzący do domu czy wychodzący żegnają się wodą święconą, zaś resztkę kropli z palca strzepują na ziemię z aktem strzelistym za dusze czyśćcowe. Nazywa się to dać duszom czyśćcowym wodę święconą.
Jak cierpią dusze czyśćcowe?
Jest tyle różnych rodzajów Czyśćca, ile dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze ze wszystkich cierpienie. Poza tym jest każda dusza tak karana, jak grzeszyła. To samo jest na ziemi, gdzie kara idzie w ślad za występkiem. Kto grzeszy obżarstwem, dostaje bólu żołądka i staje się otyły, kto za dużo pali, dostaje zatrucia nikotyną albo i raka płuc itp. Żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiada poznanie, o którym my pojęcia nie mamy. Dusze pokutujące w Czyśćcu Pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia, czyli w Czyśćcu, posiada tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej Bóg w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta dusza odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz.
Stuletnia staruszka na ulicy
Było to w 1954 roku. Około godziny 14.30 po południu szłam do sąsiedniej wioski Marul. Na drodze spotkałam staruszkę wyglądającą na przeszło sto lat. Pozdrowiłam jągrzecznie, na co mi odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego pozdrawiasz mnie? Mnie już nikt nie pozdrawia”. Wyjaśniłam więc: „Jesteś godna pozdrowienia, jak każdy inny człowiek”. Wtedy zaczęła skarżyć się, że nikt nie ma dla niej zrozumienia, nikt nie daje nic do zjedzenia i że musi spać na ulicy. Pomyślałam, że jest to niemożliwe, a może na skutek starości stała się tak nieznośna i z tego powodu nikt nie chce jej mieć u siebie. Powiedziałam wobec tego, że zapraszam ją do swojego domu, gdzie dostanie i jeść, i spanie. „Ale ja nie posiadam pieniędzy, aby zapłacić”. Na to odpowiedziałam: „To nic nie szkodzi, będziesz musiała przyjąć to, co mam, gościnnego pokoju nie posiadam, ale zawsze lepsze to niż spanie na ulicy”. Podziękowała mi wtedy: „Bóg zapłać, obecnie jestem wybawiona”, i znikła. Nie zauważyłam dotąd, że była to dusza czyśćcowa. Widocznie za życia odmówiła komuś potrzebującemu pomocy i dlatego teraz czekać musiała, aż ktoś dobrowolnie zaofiaruje jej gościnę.
Spotkanie w pociągu
Pewna dusza czyśćcowa zapytała mnie, czy ją znam. Musiałam zaprzeczyć. „Ale wiesz o mnie, bo towarzyszyłam ci w pociągu, kiedy jechałaś do Hali”. Przypomniałam sobie wtedy, że był to mężczyzna, który głośno wygadywał na Kościół i religię. Miałam wtedy zaledwie 17 lat. Powiedziałam mu, że nie jest dobrym człowiekiem, skoro tak bezcześci rzeczy święte. „Jesteś zbyt młoda, abyś mnie pouczała” -odpowiedział. „Mimo to jestem mądrzejsza od ciebie”, odcięłam się. Spuścił głowę i nie odezwał się więcej. Kiedy wysiadł, prosiłam Pana Boga, by nie pozwolił tej duszy zginąć. „Twoja modlitwa uratowała mnie, inaczej byłby marny mój koniec” – przyznał.
Wskazania dusz czyśćcowych
Otrzymuję często od dusz czyśćcowych wskazówki i praktyczne pouczenia. A więc, że Najświętszy Sakrament nie jest dostatecznie czczony. W wielu kościołach dzisiaj Eucharystia nie stanowi centralnego punktu nabożeństwa. Często obrazy i figury świętych uwłaczają raczej temu, co przedstawiają. Większą troską należy otaczać Różaniec, bo jest on wielką potęgą. Maryja Panna jest Wspomożeniem Wiernych i Matką Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Dusze czyśćcowe napominają, abyśmy sporządzili testament w odpowiednim czasie. Brak tego dokumentu lub źle sporządzony jest powodem wielu kłótni i nieporozumień w rodzinie. Ważną rzeczą jest, aby każdy pomagał budować Królestwo Boże. Jeżeli rodzice nie wciągają dzieci do tej pracy, odpowiadają za to przed Bogiem. Młodzież ponosi winę, jeżeli dla wygody zaniedbuje dobre uczynki.
Z księdzem Marianem Rajchelem, egzorcystą diecezji przemyskiej i psychologiem, rozmawia Robert Krawiec OFMCap.
ks. Marian Rajchel · fot. Zrzut ekranu (Youtube) – Edycja Świętego Pawła
***
Tabu w Kościele
– Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?
Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: „Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.
– W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?
Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić
– W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…
W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.
Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.
– Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?
Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.
Egzorcyści
– Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: „Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?
Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.
– Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście?
Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo „miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): „Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.
Inny SMS był taki: „Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: „nie boję się”, a równocześnie „zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!
Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.
– Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.
A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…
– bo człowiek jest wolny…
…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: „Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.
– Czy ze złym duchem można rozmawiać?
Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: „Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. „Odmówić «Ojcze nasz» po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.
Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: „Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. „Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.
Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu
– Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?
Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…
Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.
Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: „Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: „Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.
– Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.
Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.
U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.
– Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?
Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.
– Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?
Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.
– Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?
Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem)
– Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?
Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: „Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: „Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: „Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: „Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?
Metody złego ducha
– W jaki sposób zły duch wpływa na ludzi?
Szatan działa na dwa sposoby: zwyczajnie kusi do złego lub działa w sposób nadzwyczajny, czyli stosuje dręczenia i opętania.
– Zły duch manifestuje, że kogoś opętał, czy też jak najdłużej się ukrywa?
Dziwne zachowanie siedmioletniej dziewczynki zaniepokoiło rodziców – podejrzewali, że została opętana, ale po modlitwie nie było objawów. Kiedy zdejmowałem stułę i odkładałem krzyż po modlitwie nad jej krewną, po której też nie było objawów opętania, nagle usłyszałem: „Bo ja się mogę ukryć”. Dla mnie była to nauka, aby nigdy nie być łatwowiernym; jak po pierwszych modlitwach działanie złego ducha się nie ujawniło, to wcale nie oznacza, że człowiek jest wolny.
Zły duch może się ukryć i chętnie to robi, ale gdy zostanie „namierzony”, wówczas nie ma interesu w ukrywaniu się. Może najwyżej udawać, że już wyszedł, co też jest niebezpieczne.
– Czy opętanym można zostać bezwiednie, bez własnej woli?
Tak, można nim stać się bez własnej winy. Może to sprawić czyjaś wina. Najmłodsze opętane dziecko, z którym miałem do czynienia, miało dwa i pół roku! Po wysłuchaniu opowieści jego rodziców i własnej obserwacji nietypowych wrzasków nie miałem wątpliwości, że chodzi o opętanie. Było ono spowodowane obciążeniami pokoleniowymi.
– Co jest celem działania złego ducha?
Kiedyś upadłe duchy odrzuciły Pana Boga i od tamtej pory prowadzą niszczycielską walkę z ludźmi. Chcą zdobyć nasze dusze na wieczność pod swoje okrutne panowanie w piekle. Robią zatem wszystko, by doprowadzić nas do zatracenia, moralnej i fizycznej degradacji.
Zły duch stara się sięgnąć do duszy – dostęp do niej wiedzie przez grzech ciężki. Natomiast bezpośrednio może opanować nasze ciało: podczas dręczenia człowiek często jest jak sparaliżowany, nie może ruszyć ręką ani nogą, nie potrafi wypowiedzieć słowa. Wolne pozostają tylko myśli. W myślach trzeba się modlić: Maryjo, ratuj! Jezu, ratuj! Po takiej modlitwie ataki i dręczenia złego ducha po jakimś czasie ustąpią.
– Można skutecznie powstrzymać negatywne działanie złego ducha?
„Zło dobrem zwyciężaj!” Jeśli grzech odrywa nas od Boga i oddaje pod panowanie złego ducha, to nasze wyzwolenie i bezpieczeństwo polega na zjednoczeniu się ze Stwórcą. Człowiek będący blisko Boga może cierpieć, ale nie będzie to cierpienie, które wywoła bunt przeciwko Stwórcy. Ludzie uwolnieni z opętania szybko pogłębiają wiarę, codziennie uczestniczą w Eucharystii i mają wewnętrzne wyczucie dobra i zła. Niekiedy świadomie i ofiarnie znoszą skutki grzechów bliskich z rodziny.
– Czy przebywanie w sekcie satanistycznej zawsze kończy się opętaniem?
Oczywiście, że tak! Wejście do sekty satanistycznej oznacza oddanie duszy szatanowi. To nie może się skończyć inaczej, jak opętaniem. Osobie, która świadomie weszła w satanizm i oddała się złemu duchowi, będzie bardzo trudno wyjść z sekty, z tego paktu.
– Gdzie udają się złe duchy po wypędzeniu ich z osób opętanych?
Oby do piekła! Ja zawsze modlę się, aby wróciły tam, skąd przyszły. Zawsze pod krzyż je odsyłam, bo wiem, że Pan Jezus wskaże, gdzie jest ich miejsce.
Jednak przypomnijmy sobie scenę z Ewangelii, kiedy złe duchy prosiły Chrystusa: „Pozwól nam wejść w świnie”, co znaczy, że one w tym miejscu pozostały. Dlaczego Jezus im na to pozwolił? Ponieważ mieszkańcy miasteczka, gdy zobaczyli, co się stało, prosili Go, aby odszedł z jego granic – bardziej chcieli być ze złymi duchami niż z Panem Jezusem. Dlatego Chrystus nie wyrzucił złych duchów do piekła, bo to było wbrew woli tamtych ludzi.
Po egzorcyzmie upadli aniołowie odchodzą do piekła, ale mogą też pozostać, aby kusić kolejnych ludzi.
Modlimy się, aby złe duchy już nikogo nie kusiły, aby Pan Bóg usunął je ze świata i wyrzucił do piekła raz na zawsze.
Opętanie
– Słyszałem, że osoby opętane przy pierwszym kontakcie są uśmiechnięte i miłe, ale później wpadają w trans i mają siłę kilku dorosłych ludzi…
Może tak być. Objawy występują przed modlitwą egzorcyzmu i po niej. Bywa, że ktoś już na powitanie mnie opluje (raz na przywitanie opętana dziewczyna nawet mnie pogryzła). Niekiedy od razu widać wściekłość. Czasami dopiero podczas egzorcyzmu manifestuje się obecność złego ducha albo po kilku modlitwach. Każdy zły duch ma swoje imię. Poznanie go, a później wypowiedzenie podczas egzorcyzmu jest dla diabła ogromnym ciosem. Dla niego opuszczenie zdobyczy jest porażką, odczuwa to jako powtórne skazanie na potępienie.
– Ile procent zgłaszających się przypadków to faktyczne opętania?
Tych mocno opętanych nie jest wielu, bo około pięć procent wszystkich zgłaszających się do mnie osób. Natomiast olbrzymia większość przypadków to dręczenia, różne problemy psychiczne, małżeńskie, rodzinne, wychowawcze, niepowodzenia życiowe, nieszczęścia – takie rozmaitości.
– Jak odróżnić opętanie od choroby psychicznej?
Najtrudniejszy przypadek mamy wtedy, gdy jednocześnie występuje opętanie i choroba psychiczna. Jeśli mamy do czynienia tylko z chorobą psychiczną, to stosunkowo łatwo ją rozpoznać. Niedawno pewna chora osoba znalazła adresy wszystkich egzorcystów w Polsce, skserowała swoje dane i wysłała do nas siedem stron maszynopisu, w którym jednoznacznie stwierdziła, że jest to jedno z największych opętań w ostatnim stuleciu; wymieniła, ilu ma w sobie nieczystych duchów i prosiła, aby ją ratować. Po kilku miesiącach napisała, że to wstyd dla polskich egzorcystów, że nikt jej nie odpowiedział. Każdy egzorcysta łatwo się zorientował, że jest to choroba psychiczna. Opętany nie wie, co się z nim dzieje.
Kiedyś zatelefonowała do mnie z drugiego końca diecezji pielęgniarka: „Proszę księdza, mam pacjenta, wydaje się, że jest opętany”. Potem poprosiła go do telefonu. Chłopak powiedział, jak ma na imię i jeszcze jedno zdanie. Po czym jak nie ryknie do słuchawki, aż mi ciarki przeszły po plecach. Od razu powiedziałem, żeby przyjechali do mnie na egzorcyzmy. Wtedy nie miałem żadnych wątpliwości co do opętania.
Czasami trudno jest rozeznać, więc trzeba zadać pytania dotyczące przeszłości, żeby dowiedzieć się, co mogło spowodować wejście w krąg działania złego ducha.
Nie przypominam sobie, aby jakiś psychiatra odesłał kogoś do egzorcysty, natomiast każdy egzorcysta odesłał wiele osób do psychiatry – kapłan egzorcysta jest specjalistą tylko od sfery duchowej i świata nadprzyrodzonego. Niestety, psychiatrzy często błędnie uważają, że posiadają całą wiedzę o człowieku. Gdy słyszą o wizjach, twierdzą, że to schizofrenia. Gdy widzą pacjenta rzucającego się z wielką siłą, diagnozują, że to tylko padaczka.
Pewna dziewczyna odczuwająca silne dręczenia, chodziła do psychologa, który zabronił jej kontaktować się ze mną. Po roku dziewczyna przyszła rozbita psychicznie i duchowo do tego stopnia, że nie chciała żyć i stwierdziła, że jest ateistką.
W przypadku dręczeń i opętań potrzeba większej współpracy między lekarzami i egzorcystami. Niektórzy chorzy psychicznie poza chorobą mają dodatkowy problem natury duchowej. Jest w nich coś jeszcze, co nie daje im spokoju – zły duch.
– Nauka nie działa na złego ducha? Medycyna przegrywa z opętaniem?
Czy jest pigułka na złego ducha? Długi kontakt ze złem musi się odbić na człowieku, dlatego niekiedy i psychikę potrzeba wzmocnić. To jest tylko podprowadzenie do egzorcyzmu. Nawet naukowiec może zostać opętany. Na złego ducha działa tylko modlitwa! Uwolnienie od zła dokonuje się tylko przy pomocy Kościoła, każdy egzorcyzm to modlitwa w imieniu Kościoła.
Medycyna przynależy do innej sfery życia. Jeśli ktoś leczy się psychiatrycznie, zawsze mu mówię, że najpierw należy dokończyć leczenie, a dopiero później przyjść do mnie na modlitwę. Nigdy egzorcysta nie może powiedzieć do chorego psychicznie, żeby nie brał leków, bo to byłaby pycha i zarozumiałość.
Walka ze złym duchem
– Wielu ludzi bagatelizuje znaczenie wróżek, treningów umysłu, zajęć, na których można nauczyć się wyzwalania energii. Dlaczego wróżby, seanse spirytystyczne, astrologia, amulety i sekty okultystyczne nam szkodzą?
Ponieważ jest to inicjacja kontaktu ze złym duchem. Skąd wróżka wie o pewnych sprawach? Przecież karty są dla każdego człowieka takie same. Ona wie, bo ma udział w tajemnej wiedzy złego ducha, a to jest odwrotność charyzmatu proroctwa w Kościele. Pan Bóg dawał i daje ludziom dar przepowiadania i poznania przyszłości, na przykład na modlitwach o uzdrowienie. Diabeł też daje poznanie przyszłości do złego udziału. Więc wróżka musi mieć potężny kontakt, umowę ze złym duchem, jeśli mówi prawdę o naszym życiu. Takie wróżki są najgroźniejsze, bo gdy któraś plecie głupoty, to tylko uczy się wróżyć. Często podczas egzorcyzmów słyszymy, jak zły duch oddane mu wróżki nazywa „moje siostrzyczki”! To też coś mówi!
Seanse spirytystyczne polegają na wywoływaniu duchów. To nie dziadek czy babcia wychodzą z czyśćca na przepustkę, bo się dzieci bawią, ale zły duch odpowiada, który zna wywoływane zmarłe osoby i intencje dzieci, bo one wcześniej o tym mówią. Taki kontakt ze złym duchem negatywnie odbije się na człowieku nawet po dziesięciu czy dwudziestu latach. Osoby dręczone czy opętane zawsze pytamy w wywiadzie przed egzorcyzmem, czy nie było w dzieciństwie takich zabaw. Niestety, dzisiaj seanse spirytystyczne to dość modna praktyka wśród studentów. Nasza przyszła elita tak się zabawia! A raz otwarta furtka jest bardzo trudna do zamknięcia.
Często w sektach okultystycznych prosi się o pomoc przewodników duchowych, których przedstawia się jako istoty opiekuńcze. W rzeczywistości jest to kontakt ze złym duchem! Adeptów pyta się: „Czy wyrzekają się przeszłości?”. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w sakramencie pokuty wyrzekamy się grzesznej przeszłości. A im chodzi o przeszłość katolicką, aby w ten sposób została odrzucona cała nasza duchowa obrona i kontakt z Panem Bogiem. Po złożeniu takiego przyrzeczenia, bardzo trudno później wyjść z sekty. Ten, kto uczestniczy w takich praktykach, sam wystawia się na nadzwyczajne działanie Złego.
– Czy złego ducha trzeba zwalczać, czy go lekceważyć?
Nigdy nie lekceważyć! Wroga się nie lekceważy. Kto tak czyni, ten przegrywa walkę. Trzeba wiedzieć, że diabeł jest niebezpieczny. Należy z nim walczyć, ale nie samemu, tylko mocą Bożą. Do najważniejszych środków zapobiegawczych należą: życie w stanie łaski Bożej, wierność modlitwie i zamknięcie drogi złemu duchowi, czyli trzymanie się z dala od wszelkich form okultyzmu. Życie w łasce uświęcającej oznacza brak grzechów ciężkich. Jeśli jednak się przydarzą, trzeba natychmiast skorzystać z sakramentu spowiedzi. W sprawach duchowych ważne jest, aby odciąć się od korzeni zła. Jeśli zdarzy się złe słowo, natychmiast trzeba zniwelować je dobrym, wyrażając skruchę: „Jezu, ufam Tobie! Jezu, kocham Ciebie!”. Pomaga też woda święcona, olej i sól egzorcyzmowana.
– W kilku modlitewnikach spotkałem modlitwy – egzorcyzmy. Można wypowiadać egzorcyzmy nad sobą samym i innymi osobami?
Sami z siebie nie mamy nad złym duchem żadnej mocy. Możemy tylko powiedzieć: „W imię Jezusa Chrystusa idź precz ode mnie!”. Tylko rodzice mogą wypowiadać nad małymi dziećmi takie modlitwy – związek dzieci z rodzicami jest tu bardzo istotny. Nie radzę czynić tego wobec innych osób. Lepiej powiedzieć: „Panie Boże, Ty to zrób”. W niektórych modlitewnikach zatwierdzonych przez Kościół bez wcześniejszej konsultacji z księżmi egzorcystami proponuje się takie modlitwy dla wszystkich. A szkoda.
Dlaczego Bóg zezwala na zło
– Dlaczego Bóg pozwala na kuszenie człowieka i dopuszcza cierpienie?
To odwieczna pretensja do Pana Boga. A On dał wyraźne przykazanie: „nie będziesz korzystał z owoców tego drzewa”, co znaczy, że zakazał pewnych czynów. Człowiek dał się wciągnąć w bunt przeciwko Bogu.
Jeśli ktoś przez swoje złe czyny oddał siebie szatanowi, to zły duch uważa go za swoją własność. Jego potomstwo też. W magii jest specjalny rytuał, podczas którego otrzymuje się szczególną moc od złego ducha w zamian za ofiarowanie swojej duszy i potomstwa do któregoś pokolenia. Nie znaczy to, że ludzie ci są z góry przeznaczeni do piekła. W życiu takie osoby będą o wiele częściej atakowane, mając o wiele mniejsze szanse na pokonanie pokus. Pan Bóg o tym wie i przygotowuje dla tych ludzi większą łaskę. Tylko czy oni zechcą z niej skorzystać?…
Trzeba mieć poczucie odpowiedzialności, bo żyjemy nie tylko dla siebie, ale także dla innych.
– Czy złemu duchowi zostały wyznaczone granice działania i szkodzenia ludziom?
Granice złu wyznaczamy my. Gdyby nie było grzechów na ziemi, zły duch nie miałby żadnej mocy nad nami. Ile złych duchów wyzwalamy swoimi grzechami ciężkimi, by działały na ziemi?
– Dlaczego diabeł nie przebywa w piekle, gdzie jest jego miejsce, tylko w świecie, by kusić ludzi?
„Nie wyrzucaj mnie. Dłużej tu nie mogę wytrzymać” – kiedyś mówił do mnie zły duch podczas egzorcyzmów. „No to się wynoś z tej osoby w imię Jezusa” – rozkazuję mu. „Gdzie ja pójdę?”. „Idź tam, skądżeś przyszedł”. „Ale tam jest jeszcze gorzej” – odpowiada mi.
Szkodzenie człowiekowi przynosi tylko pewną ulgę złym duchom, bo nie mają z tego żadnego pożytku ani zasług. Nazywamy to diabelską złośliwością. Diabły cieszą się, kiedy człowiek się martwi i narażony jest na niebezpieczeństwo. Cieszą się też, że dokuczyły Panu Bogu, który nas kocha jak własne dzieci i tyle zainwestował w nasze zbawienie. Odczuwają satysfakcję, że znienawidzonych przez siebie ludzi gnębią, bo sami, potępieni, do Boga wrócić już nie mogą, a my możemy zająć ich miejsce w niebie. I to stanowi przedmiot ich zazdrości: szatan zazdrości człowiekowi jego pozycji, obietnicy nieba i tego, że jest kochany przez Boga.
Są takie przypuszczenia, że jeśli zły duch da się wyrzucić z człowieka i wróci do swojego miejsca w piekle, to będzie tam gnębiony jeszcze bardziej przez innych potępionych. W piekle nie ma przyjaźni i miłości pomiędzy diabłami. Sataniści mylą się, uważając, że będą przyjaciółmi szatana. W piekle nie ma przyjaciół i solidarności, tam jest tylko wzajemna nienawiść.
– Czasami ludzie pytają, czy diabeł może się nawrócić i zbawić? Czy jest on zdolny do uczynienia jakiegoś dobra?
Nie! Proszę się nie łudzić. Zły duch swoją wolną wolę już tak ustawił przeciwko Panu Bogu, że nikt tego nie zmieni. Stwórca mógłby przywrócić mu ją przy użyciu siły, ale tego nie robi. Nikt tak nie szanuje naszej wolnej woli, jak Pan Bóg.
„Głos Ojca Pio” [70/4/2011]Fronda.pl
***
Opętanie. Czym tak naprawdę jest?
Wyjaśnia ks. prof. Guzowski
Powstaje wiele publikacji omawiających fenomen opętania przez złe duchy. Jak chrześcijanie powinni mówić o opętaniach i zniewoleniach, by było to zgodne z wolą Bożą?
Opętania, pentagram · fot. via Pixabay.com
***
Panuje w tej kwestii wśród chrześcijan rzeczywiste zamieszanie: mówić o Szatanie czy nie? A jeśli mówić, to w jakiej formie? Philippe Madre pokazuje, że filmy i media laickie wykreowały pewną popularność Szatana, poprzez zachwalanie artystycznych sukcesów muzyków promujących satanizm oraz reklamę okultyzmu jako nowo odkrytego obszaru ludzkiego potencjału. Istnieje więc rodzaj autopromocji Szatana, do którego nie wolno nam przykładać ręki.
Boża miłość przede wszystkim
Bagatelizowanie zjawiska nie jest rozsądne, ale jako chrześcijanie mamy własny sposób mówienia o Szatanie jako szkodniku, który został zwyciężony przez Chrystusa. Parafrazując zdanie pewnego teologa amerykańskiego, możemy stwierdzić, że Szatan chce, abyśmy o nim mówili, ale na zasadach wygodnych dla niego. Wyjaśnimy to w trzech punktach. Szatan chce, abyśmy mówili o opętaniach, ale w odizolowaniu od Ewangelii, gdzie Chrystus jest ukazany jako mający absolutną władzę nad Szatanem. Po drugie, Szatan chce, abyśmy mówili o grzechu, ale w oderwaniu od prawdy o miłosierdziu Boga i przebaczeniu. Szatan się boi miłosierdzia, jak pisała św. Faustyna, które jest Bożą sprawiedliwością, dlatego chce je zastąpić sprawiedliwością ludzką, a ludzi przekonać, że nie ma przebaczenia. Po trzecie, zły duch nie ma nigdy ochoty się ujawniać. Zdemaskowanie go jest równoznaczne z jego pokonaniem, dzięki mocy Ducha Świętego, którego Chrystus przekazał Kościołowi. Więc o podstępnym jego działaniu należy mówić, ale jedynie po to, by wysławiać Bożą potęgę i przestrzegać przed naiwnym paktowaniem ze złem.
Czym jest opętanie?
Wyróżniamy dwa sposoby działania diabelskiego: zwyczajne i nadzwyczajne. Do zwyczajnych zaliczamy pokusy i nieuzdrowione rany serca, a do nadzwyczajnych opętania, zniewolenia, dręczenia, obsesje diabelskie, negatywne uzależnienia duchowe. Istnieje tendencja sprowadzania nadzwyczajnego działania diabelskiego do opętań, ale ilościowo one są najrzadsze w stosunku do innych form oddziaływania złego ducha na ludzi, chociaż są najbardziej uciążliwe. Znany egzorcysta G. Amorth tak opisuje zjawisko opętania: „Jest to nadzwyczaj wielkie utrapienie i ma ono miejsce wówczas, gdy zły duch opanuje ciało (nie duszę) człowieka, każąc mu coś czynić lub mówić tak, jak on chce. Ofiara nie może się temu przeciwstawić, a więc nie jest odpowiedzialna moralnie”. W stanie opętania demon wykorzystuje ludzki mózg, aby sterować ciałem opętanego, zmuszając go do mówienia i robienia rzeczy, za które ta osoba nie jest odpowiedzialna. W opętaniu działanie szatańskie nie jest ciągłe, dlatego przeplatają się okresy kryzysów i odpoczynku. Charakterystyczne jest otępienie czasowe intelektualne, uczuciowe, a także blokada woli. Pojawiają się także umiejętności, których dana osoba nie miała: posługiwanie się nieznanymi dla tej osoby językami, nadludzka siła, znajomość myśli innych osób, typowa niechęć do świętości, której często towarzyszy bluźnierstwo.
Opętanie jest zwykle zawinione, chociaż zdarzają się przypadki opętania niezawinione, których przyczyny zazwyczaj trudno rozpoznać. Na opętanie naraża się każdy, kto praktykuje najróżniejsze formy magii, satanizmu, astrologii, spirytyzmu, wróżbiarstwa lub czarów, przez które dąży do pozyskania tajemnych sił, by się nimi posługiwać i osiągać nadnaturalną siłę. Najczęściej to „tajemne siły” duchowe zaczynają w pewnej chwili władać ludźmi. Dziś słuchanie muzyki satanistycznej jest częstym powodem opętania. Żadne opętanie nie niweluje woli człowieka, z wyjątkiem momentów kryzysu. Niezmiernie istotne jest właściwe rozeznanie, czy rzeczywiście zachodzi w danym przypadku opętanie wymagające egzorcyzmu, czy też występuje lżejsze zniewolenie, które wymaga samej tylko modlitwy o uwolnienie, którą — z kolei — może odmówić każdy kapłan lub diakon na mocy święceń. Przy dręczeniach, każdy może odmówić modlitwę we własnej intencji, jak to podaje Nowy Rytuał Egzorcyzmów. Doświadczony egzorcysta z reguły potrafi odróżnić zniewolenie od choroby psychicznej lub urojonego opętania, czasem po zasięgnięciu opinii zaufanego psychiatry. Oto kilka objawów opętania, które według ks. G. Amortha upoważniają do podjęcia egzorcyzmów: lekarze nie są w stanie postawić diagnozy, a lekarstwa nie skutkują; u osoby poszukującej pomocy u egzorcysty pojawia się niemożność modlitwy i chodzenia do kościoła, chociaż była praktykująca; osoba ta również okazuje wściekłość na widok świętych obrazków i niechęć do wszystkiego co święte; pojawiają się napady złości i gwałtowności, co jest niezgodne z jej dotychczasowym charakterem; osoba taka po obraźliwym zachowaniu zazwyczaj nie pamięta tego, czego się dopuściła.
Jako czynnik pozwalający dokładnie odróżnić opętanie od choroby psychicznej jest to, że „człowiek chory na fobię religijną, co zwykle jest elementem jakiejś poważnej choroby psychicznej, będzie reagował na zwykłą wodę, jeśli tylko zasugeruje się mu, że chodzi o wodę święconą” (D. Sikorski). Z kolei człowiek opętany będzie reagował tylko na wodę święconą, nawet jeśli się to przed nim ukryje, sugerując, iż chodzi o zwykłą wodę.
Zniewolenia, dręczenia, obsesje
Lżejszą formą wpływu złego ducha na człowieka są zniewolenia i dręczenia. Podobnie jak w przypadku opętań, zniewolenia występują o różnym natężeniu i w różnych formach. „Zniewolenie jest stanem powstałym w wyniku nawiedzenia przez złego ducha konkretnej sfery psychiki danej osoby” (M. Scanlan). Trzeba odróżnić zniewolenie od dręczeń, gdy osoba jest dręczona z zewnątrz. Dręczenie powoduje ociężałość, wyczerpanie i zniechęcenie. Pojawia się w sytuacji, gdy dana osoba wejdzie w bliższy kontakt z magią lub czarami, albo może być zaatakowana przez demony po tym, jak wzięła udział w egzorcyzmach. Zwykle jeden rozkaz w imię Jezusa sprawia, że dana osoba od razu doświadcza poprawy, której towarzyszy nieznane dotąd uczucie pokoju i radości. Trzeba podkreślić, iż różnica pomiędzy dręczeniem a zniewoleniem polega na tym, że duch dręczący danego człowieka znajduje się poza nim samym, natomiast w przypadku zniewolenia duch gnieździ się w człowieku. Zniewolenie jest lżejsze od opętania, gdyż w opętaniu demon opanowuje również ludzką świadomość i w trakcie napadów człowiek nie jest świadomy, co czyni, natomiast w zniewoleniu człowiek pozostaje świadomy.
Bywają też obsesje myślowe, które najczęściej dotyczą rzeczy i spraw świętych. Mamy do czynienia z nimi wówczas, gdy osobie towarzyszy dręczące przekonanie, że zostanie potępiona, albo że jest nic niewarta w oczach Bożych, dlatego że grzeszy i nie jest w stanie się z grzechu wyzwolić. Uwolnienie z obsesji myślowych pojawia się często w momencie sakramentalnej spowiedzi, gdy z pomocą spowiednika penitent otworzy się na miłość Boga i w nią uwierzy. Niejednokrotnie obsesje mogą towarzyszyć zniewoleniu. Diabeł nie chce, by człowiek wierzył w miłosierdzie Boże i trzyma człowieka w rozpaczy. Z tego względu uzdrowienie człowieka z obsesji lub zniewoleń dokonuje się bardzo często podczas grupowej modlitwy wstawienniczej, która jest normalną modlitwą wsparcia (dlatego nie należy jej mylić z egzorcyzmem ani modlitwą o uwolnienie), gdy dana osoba doświadcza miłości, a nie odrzucenia — ze strony ludzi modlących się za nią oraz ze strony Boga. Dziś nikt nie powinien poczuć się odrzuconym przez Kościół jako wspólnotę, chociaż mało jest jeszcze grup pomocowych, które niosłyby również pomoc duchową, łącząc terapię z kierownictwem duchowym. W każdym nałogu osoby są narażone na nękania demoniczne, a zwłaszcza alkoholicy, wytwarzający sobie negatywny obraz otoczenia, które chcąc im pomóc, uderza w czuły punkt ich uzależnienia alkoholowego, podczas gdy oni zwykle widzą przyczynę problemu poza nimi. Również osoby o pewnych zaburzeniach w sferze seksualnej, nie mając pomocy ze strony środowiska, postanawiają same sobie pomóc, co tylko pogarsza ich stan. Złe duchy wkraczają w sferę ludzkich słabości, gdy nie ma szczerego przyznania się do nich przed Panem, albo uznania własnej bezradności.
Serce wolne od przywiązań
Ktoś może się zdziwić, że złe duchy mogą mieć aż tak dużą władzę nad ludzkim życiem. Należy pamiętać, że są to byty duchowe inteligentne, które mają zdolność wpływania na nasze myśli, a także kuszenia nas. Dlatego w naszym życiu duchowym konieczna jest współpraca z Duchem Świętym poprzez codzienną modlitwę, rozpalanie swej miłości do Boga oraz ascezę, czyli panowanie nad głosami ciała, egoizmem i zwyczajnymi zachciankami. Drobne wyrzeczenia i nieprzywiązywanie się do dóbr materialnych kształtują i wzmacniają wolną wolę do podejmowania dóbr trwałych. Eucharystia, a także jałmużna, post i modlitwa są środkami, które możemy podjąć dla pomocy osobom dręczonym lub zniewolonym. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że będąc w stanie łaski, czyli przyjaźni z Bogiem, jesteśmy chronieni przed złymi zamiarami Szatana. W czasie pokus lub dręczeń nigdy nie jesteśmy sami i w modlitwie możemy się powierzać Duchowi Świętemu. By jednak być pewnym, że z naszej strony uczyniliśmy wszystko, aby nie być narażonymi na dręczenia i pokusy szatańskie, trzeba odrzucić wszelkie formy bałwochwalstwa. Polega ono na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem. Wówczas miejsce najwyższej czci przysługującej Bogu zajmuje inny człowiek, władza, przyjemność, pieniądze, nałóg, itp. (por. KKK 2113). Dogłębne nawrócenie polega na uwolnieniu serca od nieuporządkowanych przywiązań, a wówczas z życia znika większość pokus, którymi zwykł nas kusić przeciwnik Boga.
ks. Krzysztof Guzowski, teolog dogmatyk, profesor nadzwyczajny KUL, twórca Katedry Personalizmu Chrześcijańskiego, założyciel Apostolatu Ducha Świętego.
Fronda.pl – źródło: Przewodnik Katolicki 26/2015
***
Alicja Lenczewska, mistyczka naszych czasów. Plan dnia konsultowała z Panem Jezusem
To niezwykła, poruszająca biografia Alicji Lenczewskiej szczecińskiej nauczycielki i mistyczki naszych czasów, której duchowe doświadczenia wciąż inspirują tysiące osób w Polsce i za granicą.
Fragment książki “Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów”
Książka Ewy Czaczkowskiej to coś więcej niż klasyczna opowieść o życiu to wnikliwa, rzetelnie udokumentowana i jednocześnie głęboko duchowa historia kobiety, która pozwoliła Bogu prowadzić się daleko w głąb serca.
Fragment książki Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów
Dopiero kilka miesięcy później, 1 marca 1987 roku, Alicja miała odwagę ująć słowami, czym jest zjednoczenie z Bogiem, którego doświadczała: […] podczas Twej bliskości ciało jakby zatracało swą spoistość staje się całkiem przenikliwe, jakby – rozrzedzone coraz bardziej. Prawie znikające w Tobie. Moja dusza jest zanurzona w Tobie i wypełniona Twoją czułością, tak bardzo delikatną, subtelną i jednocześnie potężną, zawierająca moc, przed którą drży wszechświat. Cisza, powolność przenikania i moc. Czuję się jak ziarnko piasku, które zagarnęła fala oceanu. I niesie w swą głębię, nieznaną, nieskończoną. Jest jasność, ciepło, łagodność. Taki ogromny spokój, nie ma odczucia czasu ani materii. Jest nieskończona przestrzeń, od której nie jestem oddzielona mimo mojej maleńkości. I teraźniejszość, która jest wiecznością.
Na koniec notatki zauważyła przytomnie: „A jednak czas się przesunął – jest 12:25”118. To zjednoczenie trwało ponad godzinę, od godziny 11:15. Alicja Lenczewska została obdarzona wieloma mistycznymi darami. Najwyższym darem było doświadczenie miłości oblubieńczej – zjednoczenie duszy z Bogiem. Równie niezwykłym, subtelnym darem był znak obecności Pana w postaci dotyku dłoni Alicji, o czym pisała wielokrotne, choć nader dyskretnie. Potwierdzam podczas każdej twej modlitwy Moją obecność przy tobie. Dotykam twoich dłoni i Moja moc przez nie płynie – mówił Jezus. – […] Każdego ranka daję ci potwierdzenie tego, co słyszysz poprzez Słowa z Pisma, każdego wieczora w dotyku twych dłoni.119
Alicja przeżywała również ekstazy. Nie opisywała tego stanu własnymi słowami – w czym przejawiała się jej dyskrecja – ale dopytywała o niego Pana: „Czym jest ekstaza?”, a Jezus odpowiedział: „Radością we Mnie”120. W 1987 roku Alicja Lenczewska otrzymała niewidzialne stygmaty, czyli zaczęła odczuwać ból w miejscach ran ukrzyżowania Chrystusa. Rok później otrzymała stygmat korony cierniowej: Dziś otrzymałaś z ręki Mojej koronę cierniową – włóż ją na swoją głowę – wszak Moją małżonką będziesz. Niech odciśnie się na twojej głowie i na twym sercu ten znak męczeństwa dla Królestwa Mego. Niech spełnia się twoje powołanie ukrzyżowania w miłości121 – oznajmił jej Jezus.
A nieco później wytłumaczył: Godząc się na przyjęcie Moich Ran, trzeba zgodzić się na przyjęcie tego, co zawierała Moja Godzina i całe Moje życie człowiecze.122 Alicja Lenczewska miała wiele tak zwanych widzeń ocznych, czyli doświadczanych zmysłem wzroku.123 Na przykład 25 kwietnia 1990 roku podczas Mszy Świętej, po konsekracji, ujrzała, jak po zewnętrznej ściance kielicha spłynęła łza. Wszystko na stole ołtarza było żywe, jakby poruszające się i emanujące na zewnątrz drżeniem świateł. Odczułam Słowa: Na Ołtarzu Eucharystycznym podczas Ofiary skupia się energia – moc stwarzająca i podtrzymująca życie milionów istot. Ukryta przed okiem ludzkim Moja Święta Moc. Ukryta, aby dać możliwość zasługi wiary i ufności.124
W listopadzie 1994 roku Alicja ujrzała postać Jezusa na krzyżu – „ogromny krzyż nad całym światem i na nim rozpięte Jego żywe Ciało”. To był obraz nieustannego umierania Jezusa za świat.125 Lenczewska otrzymała także dar poznawania rzeczy duchowych w sposób mistyczny, niedostępny rozumem, oraz opisywania ich językiem zmysłów, czego przykładów wiele daje jej dziennik. Poznała na przykład w sposób nadprzyrodzony, czyli w chwilach kontemplacji wlanej, że wszystko, co Bóg dopuszcza w życiu człowieka, odczuwa przede wszystkim sam Jezus, który jest w każdym człowieku, a zwłaszcza ochrzczonym. „Szczególnie cierpienia duchowe, jakie dane są ku nawróceniu, są cierpieniem Pana Jezusa”126.
Ciekawie brzmi opis głębi duszy, którą poznała i w którą schodziła. Po raz pierwszy zeszła w głąb duszy 5 września 1994 roku, kiedy zanurzyła się „w ogromną przestrzeń ciszy, łagodności, ukojenia płynących od Pana, którym wszystko było przeniknięte i było zatrzymane w Nim. Czas nie istniał. Było tylko «teraz» i «jest»”127. Innym razem tak opisywała to doświadczenie: Jest to przestrzeń poza materią i czasem – jest to Bóg Nieskończony w duszy ludzkiej. W Nim – ukazanym mi jako nieskończona przestrzeń – znajduje się wszystko, co jest, co istniało w czasie od początku jego zaistnienia i co zaistnieje w czasie przyszłym i nadchodzącym: cały wszechświat materialny i duchowy w swej teraźniejszości i przepływie. Jak atomy w materii tak tam jesteśmy od początku naszego istnienia po jego nieskończoność. Będąc w tej wewnętrznej głębi duszy, wszystko „widzi się” i poznaje w prawdzie i jakby z zewnątrz: siebie, innych, sytuacje minione lub przyszłe, na tyle, na ile jesteśmy czyści i zagłębieni w tej wewnętrznej przestrzeni Boga we własnej duszy i na ile On nam chce to ukazać.128
Alicja Lenczewska była obdarzona także innymi łaskami. Rozmawiała nie tylko z Jezusem, ale również z Bogiem Ojcem, Duchem Świętym, a także z Matką Bożą, aniołami i świętymi, również z duszami czyśćcowymi. Modliła się w językach i miała dar modlitwy łez.129 O darze prorokowania Lenczewskiej, czyli wyrażania natchnionych treści w języku, stylu i kodzie kulturowym proroka, świadczy jej cały dwutomowy dziennik duchowy, a także słowa przeznaczone dla członków Apostolstwa Czystej Miłości.
– Wierzę, że to są słowa Jezusa – wyznała Janina Klimek z Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej, która dopiero po śmierci Alicji dowiedziała się, że ona otrzymywała te słowa. – One mnie budują. Są drogowskazem, radą, pomocą w życiu codziennym. Natomiast Ewa Hurko, sąsiadka Lenczewskiej, z lekkim zawstydzeniem przyznała, że dziennika Alicji czytać nie może. Oba tomy dziennika stoją w pokoju na półce, czasem nawet do nich zagląda. Ale czytać nie może. Dlaczego? – Ja rozpoznaję w nich styl, sposób mówienia Alicji – przyznała.
A to z jakiegoś powodu jej przeszkadzało. Na szczęście spowiednik uspokoił Ewę Hurko, tłumacząc, że nie musi czuć się winną, że nie ma obowiązku czytania. W objawienia prywatne uznane przez Kościół, jak wiadomo, nie ma obowiązku wierzenia. Poza tym nie jest niczym nowym – a przeciwnie: dobrze znanym z Ewangelii – że prorokom najtrudniej jest wśród swoich. „Słowa zawsze bardzo przerastają tego, przez kogo Pan mówi, a ludzie, obserwując człowieka i porównując, mogliby wątpić w prawdziwość słów”130 – pisała Lenczewska w listopadzie 1989 roku do siostry Teresy Łozowskiej. Ponadto jej dziennik był, jak to ujęła, „zanieczyszczony” jej emocjami, zwierzeniami na temat doznanej bliskości czy łask otrzymanych od Pana. „Jest to dla mnie krępujące, a nawet wstydliwe i trudno mi o tym rozmawiać”131. Z tego powodu prosiła nawet kilkoro bliskich jej osób, do których wysyłała fragmenty dziennika do ewentualnego wykorzystania w duszpasterstwie, aby zachowali jej anonimowość (prosiła o to między innymi księdza Mieczysława Piątkowskiego, brata Sławomira, siostrę Teresę Łozowską, do pewnego czasu także księdza Waltera Rachwalika).
Alicja Lenczewska pisała swój dziennik piękną współczesną polszczyzną. Miała też ładny charakter pisma. Notowała dużo, relacjonowała całe dialogi z Jezusem, bo takie było Jego życzenie, choć nie pisała o wszystkim, bo też sam Pan mówił, że pewne sprawy powinny zostać ich tajemnicą. Z tego powodu, jak można przypuszczać, w jej zapiskach tak mało jest wzmianek o wydarzeniach z jej codzienności. Plan dnia konsultowała z Jezusem (!), ale w dzienniku właściwie go nie ma. Tę warstwę pomijała w zapiskach. W opisywaniu zaś stanów zjednoczenia duszy z Bogiem czy ekstaz Alicja zachowywała powściągliwość, utrzymywała pewien dystans. Bo Alicja, jak mówili świadkowie jej życia, z natury nie była wylewna, a nawet bywała oschła, wycofana, zdystansowana. Choć z czasem to się zmieniało.
– Ona bała się, aby w jej słowach nie było czegoś nieczystego, czegoś od niej – mówiła siostra Teresa Łozowska. Dzięki cechom charakteru, świadomości własnej niegodności, obawom, by w tekście nie znalazło się nic, co byłoby jej myślą, a nie Prawdą, zapisane przez nią miłosne dialogi z Jezusem ujmowała w formę tak bezpretensjonalną, nieegzaltowaną, subtelną. Rozmowy te są pełne Ducha, który daje pewność, od Kogo pochodzi.
4 marca 1987 roku, w środę, o godzinie 22:10, Alicja zapisała: – Cały dzień jest oczekiwaniem na wieczorne spotkanie z Tobą. A wszystkie dni: tęsknotą, pragnieniem i nadzieją. Cóż mi powiesz? – Przytul się. Przecież nie trzeba słów. – Nie pobrudzę Cię? – Nie jesteś brudna. A gdyby nawet, oczyściłbym cię.132
Takich dialogów pełnych najczulszej miłości oblubieńczej w dziennikach Lenczewskiej jest wiele. Jak opisać czułość Twojej miłości, gdy po Komunii pochyliłeś się nade mną, by uklęknąć przy mnie i otulałeś mnie Sobą. Że była Twoja świętość, Twoja troskliwość i Twoja delikatność tak wielka – dotykająca i przenikająca we mnie wszystko. Że był moment takiego nasilenia Twojej miłości, że gdyby trwał sekundę dłużej, musiałabym umrzeć, bo ludzkie serce nie może przyjąć więcej […]. Jak to jest, że ja jestem Twoim dzieckiem, Twoją oblubienicą z moim grubiaństwem, prymitywnością, niewdzięcznością…? Jak to jest, że chcesz w ogóle spojrzeć na mnie, tym spojrzeniem Miłości, pod którym można tylko płakać nad sobą?133
W sobotę 1 sierpnia na godz. 14.00 zapraszam tych dla których wciąż żywa jest pamięć o kościele św. Szymona, aby wspólnie stanąć przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Bo oto minęło pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie już w nas nocą z związaną ze smutkiem i to bardzo wielkim. Bo tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym.
OD PIĄTKU 30 LIPCA 2021 ROKU MSZA ŚWIĘTA I SAKRAMENTY KOŚCIOŁA W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU SPRAWOWANE SĄ TERAZ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA
46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
***
Kościół św. Piotra jest jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świetą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Jednak od roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.
Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku kapelanem dla Polaków został mianowany przez ks. Arcybiskupa Szczepana Wesołego ks. Marian Łękawa SAC, który objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.
Patrzę teraz na zgliszcza spalonegokościółka św. Szymona
i klękam razem z tymi,
których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus
karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.
To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,
że tutaj w płomieniach ogromnego ognia
pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum
przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.
Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,
który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać
nawet ze zła wiele dobra.
Te olbrzymie buchające płomienie
z wnętrza ginącej świątyni,
w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,
już sprawiły,
że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,
osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,
który nawet urzędowo nakazywał
dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.
Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,
że wiara w wielu ludziach wygasła.
Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.
Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,
nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,
które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,
wydawałoby się – opuszczonej przez Boga.
A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona
rozświetliły ciemności,
w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.
Widok ten sprawił,
że przebudziło się ludzkie serce
uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.
Niech będzie błogosławiony wstrząs,
który sprawia,
że nagle, choć tak różni jesteśmy,
powracamy do tego co jest najistotniejsze.
Każda zmiana boli,
bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,
że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.
Widać potrzebne było,
aby Słowo Boga,
wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,
niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.
W tych zgliszczach
pozostała również Matka Bożego Syna,
która jest i naszą Matką
w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna
i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.
Czterdzieści dwa lata temu
przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,
pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,
kardynała Stefana Wyszyńskiego,
którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.
***
Poniżej jest mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:
Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,
mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.
Jedne są jak wieże obronne,
inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.
Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,
katolikom dzwonić nie wolno.
Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,
tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,
budowali swoje własne kościoły.
Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,
bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,
stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.
Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,
bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.
W takiej oto scenerii w niedzielny poranek
na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road
można usłyszeć polską mowę.
Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.
I tak kolejne już pokolenia
w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem
i Jezusowym Ciałem.
A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,
choćby nawet niewielką,
że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.
Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,
zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?
Statystyki cóż mogą powiedzieć
o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,
gdzie dokonują się ludzkie wybory,
gdzie rodzi się prawdziwe życie.
Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży
otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,
a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,
jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.
***
Niedziela 26 lipca
Leon XIV: Musimy nauczyć się rozpoznawać to, co najbardziej się liczy
Papież Leon XIV odmówił z wiernymi modlitwę „Anioł Pański” na Piazza della Liberta’ w Castel Gandolfo
fot. screen: Youtube/Vatican Media
„Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem” – mówił papież Leon XIV.
Zwrócił uwagę, że w „centrum nauczania Jezusa znajduje się tajemnica Królestwa Bożego”, o którym mówił on w przypowieściach, porównując je do perły i skarbu, które znajdują rolnik i kupiec. Człowiek ze zdumieniem „znajduje coś, czego nie śmiał nawet oczekiwać, tak że sprzedanie albo pozostawienie wszystkiego nie jawi się już jako wyrzeczenie, lecz jako zysk”. Ewangeliści „opisują wezwanie Jezusa do pójścia za Nim jako nieodparte: wolne, oczywiście, lecz naglące i zdolne wzbudzić odpowiedź szybką, zrodzoną z pragnienia” – wskazał papież.
Bohaterami innych przypowieści są rybacy, uczony w Piśmie, kobieta, która zaczynia mąkę, kobieta porządkująca dom, król planujący wojnę, człowiek zamierzający zbudować wieżę, zarządcy zajmujący się wypłatami albo inwestycjami. „Królestwo Boże objawia swoje bezcenne piękno na różnych drogach, ale wszystkich – mężczyzn i kobiety, młodych i starszych, biednych i bogatych – wzywa do głębokiej odnowy. Wszyscy mogą je zrozumieć i czują się przez nie pociągnięci” – zauważył Leon XIV.
Podkreślił, że również dzisiaj „Kościół jest komunią osób różniących się pochodzeniem, kulturą, kompetencjami i stopniem odpowiedzialności, lecz wszystkie one są wezwane, by odkryć, że w Jezusie Chrystusie stanowią jedno”. To „On jest ukrytym skarbem, drogocenną perłą, siecią, która gromadzi rozproszonych”. „Od początku bowiem Jezus powoływał i gromadził wokół siebie osoby, które w przeciwnym razie nigdy by się ze sobą nie spotkały. Właśnie w ten sposób ukazał, że Bóg nie ma względu na osoby, a Jego wybór jest szczególnym umiłowaniem – zwłaszcza tych, którzy są mali i odrzuceni” – stwierdził papież.
Zachęcił do modlitwy – wzorem króla Salomona – o „dar rozpoznania drogocennej perły, dar dostrzeżenia skarbu, dla którego warto sprzedać wszystko”. „Podczas gdy przemysł konsumpcji urabia nasz smak, budząc wciąż nowe potrzeby, aby potem sprzedawać nam rozwiązania, które nie nasycają, a niekiedy zatruwają serce, musimy nauczyć się dostrzegać to, co naprawdę się liczy: skarb relacji z Bogiem, która otwiera nas na radość i pomaga nam jak najlepiej przeżywać nasze wzajemne relacje” – przekonywał Leon XIV.
Watykan –KAI – stacja7.pl
***
Niedziela 19 lipca
Papież Leon: ziarno Ewangelii kiełkuje po cichu, bez rozgłosu
Papież Leon w Castel Gandolfo; fot. Vatican Media
***
Pochopne osądy, narzucanie się siłą i pokusa dominacji nie mają nic wspólnego z Ewangelią – przypomniał Papież Leon w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański. Papież wezwał wierzących, aby naśladowali sposób działania Boga, który cierpliwie przemienia świat od wewnątrz, nie odbierając człowiekowi wolności.
Rozważając ewangeliczne przypowieści o chwaście pośród zboża, ziarnku gorczycy i zaczynie chlebowym (por. Mt 13, 24-43), Ojciec Święty zwrócił uwagę, że przypowieści Jezusa ukazują sposób, w jaki Królestwo Boże wzrasta w historii i w życiu człowieka.
Bóg wybiera to, co małe
Papież Leon podkreślił, że człowiek często oczekuje spektakularnych interwencji Boga i pragnie, aby zło zostało natychmiast usunięte. Tymczasem – jak zaznaczył – Bóg działa zupełnie inaczej. „Bóg wybiera to, co małe, jako znak swojej dyskretnej miłości, która pozostawia nas wolnymi, byśmy go przyjęli lub odrzucili, która usiłuje znaleźć sobie drogę nawet pośród chwastu, działa w sposób ukryty i niewidoczny jak najmniejsze ze wszystkich ziaren i jak zaczyn, który bez rozgłosu zakwasza ciasto” – powiedział Papież. Dodał, że właśnie taki sposób działania Boga uczy cierpliwości i pomaga dostrzegać dobro, które wzrasta nawet pośród zła.
Styl Boga powinien stać się stylem Kościoła
Najważniejszym przesłaniem katechezy było wezwanie, aby sposób działania Boga stał się wzorem dla chrześcijan i całego Kościoła. „Ten Boży styl powinien stać się również sposobem, w jaki – zarówno jako poszczególni wierni, jak i cały Kościół – żyjemy w otaczającej nas rzeczywistości. Jesteśmy wezwani do przyjęcia stylu ewangelicznego: bez pochopnego przeciwstawiania się innym przez wydawanie aroganckich sądów, bez narzucania się przy pomocy władzy i siły oraz bez utraty zaufania do dzieła Bożego” – powiedział Papież.
Zaznaczył też, że Królestwo Boże rozwija się również pośród chwastu. Dlatego chrześcijanie nie powinni ulegać zniechęceniu ani wydawać pochopnych osądów, lecz cierpliwie towarzyszyć procesom i dostrzegać dobro obecne w codzienności. Nawet „gdy wydaje się nam, że Bóg jest nieobecny. W rzeczywistości bowiem On zawsze nam towarzyszy, a Jego miłość nieustannie działa dla naszego dobra”.
Logika ziarna
Leon XIV przywołał również słowa ówczesnego kard. Josepha Ratzingera, który mówił o „logice ziarna”. Nie jest ona logiką sukcesu, wielkości czy dominacji, lecz drogą pokory i służby drugiemu człowiekowi. „W ten sposób sami staniemy się jak małe ziarno Ewangelii, które kiełkuje i jak zaczyn miłości, który przemienia ciasto świata” – powiedział Papież.
Vatican News / Łukasz Bankowski / JK
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?
Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?
Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.
Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?
Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.
Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.
Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.
2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?
“Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.
Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.
3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?
Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.
Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.
Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.
4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?
Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).
Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.
Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.
5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?
Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.
Kilka przykładów:
W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.
Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.
6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?
Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?
Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).
Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.
Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.
7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa
Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość.Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.
Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…
8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?
Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie. Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.
Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.
9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?
Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?
Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.
10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?
Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.
1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.
2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.
W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia. W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.
opracowanie według strony:Stacja7.pl
***
Rok liturgiczny. Dlaczego nie rozpoczyna się wraz z Nowym Rokiem kalendarzowym?
Obecnie rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany.
Wyrażenie „rok liturgiczny” jest sformułowaniem stosunkowo nowym. Dopiero w XIX wieku zaczęto przywiązywać uwagę do historii. W tym kontekście zrodziło się często dzisiaj używane wyrażenie oznaczające ogół celebracji i świąt kościelnych w ciągu roku. To określenie porządkuje i racjonalizuje te wydarzenia, które w ciągu roku dotykają bez wyjątku wszystkich, wierzących i niewierzących. Bo przecież nawet jeśli ateista nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, to te dni i tak stają się dla niego dniami wolnymi, a oświetlone dekoracje uliczne, mimo woli, przypominają mu o konkretnym wydarzeniu roku liturgicznego.
Boże Narodzenie jako punkt wyjścia
Obecne księgi liturgiczne wspominają o początku i końcu roku liturgicznego, ale taki układ nie jest analogicznym do początku i końcu roku szkolnego. Pojawienie się ksiąg liturgicznych w VII wieku spowodowało, że wydarzenia związane z życiem Jezusa nabrały porządku w formie cyklu rocznego, który różni się od roku cywilnego i który ma swój własny początek i czas trwania. Starożytna księga liturgiczna z terenów dzisiejszej Francji, skomponowana około roku 500 po Chrystusie, oznaczała początek roku liturgicznego na dzień Wielkanocny. Nie jest to przypadek, bowiem takie rozpoczęcie ma swoje korzenie w chrześcijańskiej starożytności. Zasadniczą bowiem zasadą było stwierdzenie (obecne m.in. w pismach papieża św. Leona Wielkiego [+461 r.]), że Chrystus zmartwychwstał dokładnie w tym samym dniu, w którym Bóg stworzył świat.
Mówimy o roku liturgicznym w Kościele rzymskim, dlatego warto zwrócić uwagę na podział czasu w starożytnym Rzymie. Wiadomo, że już w II wieku przed Chrystusem rok cywilny rozpoczynał się tam 1 marca, a nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy 1 stycznia, czemu towarzyszyły huczne zabawy i praktyki pogańskie. Kościół rzymski nie przyjął jednak tych dat, obawiając się zbyt pogańskiej symboliki, mimo iż w marcu (14 dzień nisan wg. kalendarza żydowskiego) obchodzono Paschę.
Wreszcie od VI wieku zaczyna brać górę data Bożego Narodzenia, jako początku nowego roku liturgicznego. Pojawia się ona w Chronografie w roku 354, chociaż początkowo jest ona określana jako rocznica narodzin Jezusa na równi z rocznicami śmierci męczeńskiej innych świętych. Święty Augustyn jeszcze w roku 400 mówi o Wielkanocy jako o „wydarzeniu zbawczym” (in sacramento celebrari), a Boże Narodzenie grupuje wraz z innymi wspomnieniami liturgicznym (memoria).
Kluczowe znaczenie w ułożeniu kalendarza liturgicznego w Kościele rzymskim miał wspomniany już św. Leon Wielki. W swoich homiliach często powtarzał, że Boże Narodzenie jest nie tylko rocznicą, ale początkiem zbawienia człowieka i stanowi niejako punkt wyjścia do tego co dokonało się w czasie męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Ten wielki papież przenosi w księgach liturgicznych na sam początek celebracje liturgiczne związane z czasem „adwentu” czyli nadejścia Bożego Narodzenia i z uroczystościami Narodzenia Pańskiego (25 grudnia) i Objawienia Pańskiego (6 stycznia). Ta teologiczna interpretacja powiązania narodzin Chrystusa z Jego męką i śmiercią (doszukiwano się wielu analogii, których poetyckie echa wyśpiewujemy do dzisiaj w naszych kolędach) sprawiła, że rok liturgiczny, który w centrum stawia wydarzenia wielkanocne i do niego je sprowadza, ma swój początek z celebrowaniem obchodów ku czci wcielenia Chrystusa. Inaczej mówiąc: początek i rozwój roku liturgicznego w Kościele rzymskim pierwszych wieków i zachowany obecnie, znajdują wytłumaczenie w ruchu wywodzącym się od środka (Wielkanoc) i docierającym do obrzeża (Boże Narodzenie).
Nieustanne, codzienne wyznanie wiary
Obecnie zatem rozpoczynamy rok liturgiczny w pierwszą z czterech niedziel Adwentu poprzedzających święta Narodzenia Pańskiego. Kiedy kończą się te obchody, następuje tzw. okres zwykły w ciągu roku, podczas którego czytane są Ewangelie opowiadające o życiu i działalności Pana Jezusa. Po kilku tygodniach, w zależności od ustalonej daty Wielkanocy, rozpoczyna się, w Środę Popielcową czas przygotowana paschalnego, czyli Wielki Post. Trwa on symboliczne 40 dni, nie licząc niedziel. Kończy się w Wielkim Tygodniu, przed trzema najważniejszymi dniami w ciągu roku: Triduum Paschalnym. Czas po Wielkanocy to pięćdziesiąt dni do uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Po niej Kościół powraca do czasu zwykłego, który ponownie potrwa do pierwszej niedzieli Adwentu.
Ten podział, chociaż nie pokrywa się z porządkiem roku „świeckiego” wydaje się bardzo logiczny i uporządkowany. Prowadzi nas, od samego początku – od tajemnicy przyjęcia przez Jezusa ludzkiej natury czyli tzw. wcielenia, przez narodziny, publiczną działalność aż do męki i zmartwychwstania Jezusa.
Można zatem powiedzieć, że czas przeżywany przez nas według kalendarza liturgicznego jest nieustannym, codziennym wyznaniem wiary, która może i powinna przeplatać się z naszą codziennością…
Rozliczenie z grzechów czy sakrament uzdrowienia i pojednania? Spotkanie z bezwzględnym Sędzią czy z przebaczającą Miłością? O tym, jaki jest sens spowiedzi i co warto o niej wiedzieć, zanim się do niej przystąpi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Nigdy nie poznajemy Boga lepiej, niż wtedy, kiedy On nam przebacza grzechy – napisał papież Franciszek w bulli Spes non confundit. Sakrament pokuty i pojednania jest zatem nieocenionym darem, dzięki któremu możemy nie tylko trwać przy Bogu mimo naszej ludzkiej grzeszności, ale także poznać Go tak, jak nie jest to możliwe nigdzie indziej. Oto kilka zamyśleń i uwag, które pomogą zarówno w głębszym zrozumieniu spowiedzi, jak i w bardziej adekwatnym jej przeżywaniu.
Przebaczenie przed skruchą
Na samym początku warto przypomnieć, że – jak zauważył w jednej z homilii papież Leon XIV – “przebaczenie uprzedza skruchę”. Stąd w naszym myśleniu o spowiedzi i przygotowaniu do niej należy pamiętać o tym, że pierwszy krok w stronę naszego pojednania został już zrobiony: postawił go Jezus. Ojcowie Kościoła, komentując w tym duchu Ewangelię o Bożym Narodzeniu, widzą w żłobie Pana symbol naszego ludzkiego grzechu: tak jak zwierzęta nieustannie wracają do paśnika, gdyż głodnieją, tak my, ludzie, wracamy nieraz do tych samych grzechów. W samym ich środku został jednak złożony Jezus – Zbawiciel. Dlatego muszę wiedzieć, że zanim w ogóle pomyślę, by zgrzeszyć, już czeka na mnie On, by mnie rozgrzeszyć. To nie jest tak zatem, że ja muszę się nawrócić, by otrzymać łaskę. Jest odwrotnie: łaska dana mi w samym środku mojego „nienawrócenia” umożliwia postawienie kroków w dobrą stronę i je uprzedza. Przebaczenie jest – jak uczył Franciszek – dla „wszystkich, wszystkich, wszystkich”, bez warunków wstępnych. Wystarczy podejść, a i to już jest łaską. Pierwsza zachęta dotycząca spowiedzi jest zatem następująca: podejdź do niej, cokolwiek by się w twoim życiu w przeszłości nie działo lub cokolwiek nie dzieje się w nim teraz. U Jezusa Miłosiernego jesteś zawsze, bezwarunkowo, mile widziany.
Bramy szeroko otwarte
Papieże Franciszek i Leon XIV proszą usilnie nas, spowiedników, abyśmy nigdy nie stawiali się w roli „kontrolerów” lub „filtrów” łaski. Mamy być „amforami pełnymi wody, od których nikt nie odejdzie spragniony”, oraz „bramami” szeroko otwartymi, a zarazem kimś, kto nawet w najbardziej zawikłanej sytuacji życiowej znajdzie „szczelinę, przez którą wedrze się z łaską rozgrzeszenia”. Taki był i jest przecież Jezus, który w Ewangelii według św. Łukasza rozdział 19. spojrzał na Zacheusza, „zwierzchnika celników i bardzo bogatego” – a zatem na kogoś, kto trwał w stałej i bliskiej okazji do grzechu ciężkiego, bo żył z kradzieży – i powiedział, że „musi zatrzymać się w jego domu”. Tym swoim przymusem „zatrzymania się” w najbardziej nieuporządkowanych domach serc Jezus dzieli się z nami, spowiednikami, i to nam poleca „zorganizowanie” Mu tego pobytu, choćby była to sprawa wybitnie niełatwa. Przemiana życia Zacheusza zaś nie jest warunkiem wstępnym do spotkania z Panem, ale jest jego konsekwencją. Taka właśnie jest optyka Jezusa i w taki, i tylko taki, sposób i w takim duchu my, spowiednicy, możemy tym sakramentem szafować. Mamy być sługami Chrystusa Sługi, któremu bardziej niż nam zależy na naszym pojednaniu. A Wy, drodzy Penitenci, macie prawo po pierwsze – to wiedzieć, a po drugie – tego od nas oczekiwać.
Wybór według potrzeb
Dalej teologia uczy, że „łaska buduje na naturze”. Warto uwzględnić „naturalne” uwarunkowania przy wyborze spowiednika, czasu i miejsca spowiedzi. Wszystko to powinno być uzależnione od potrzeb, jakie wiążą się z naszym aktualnym stanem. Jeśli potrzebujemy prostej spowiedzi z dość zwykłych grzechów z niedługiego okresu, możemy iść do niej gdziekolwiek. Jeśli jednak potrzebujemy spowiedzi dłuższej, po latach, czy też takiej, podczas której chcemy poruszyć jakieś głębsze problemy towarzyszące naszemu życiu – nie jest najlepszym pomysłem ustawienie się w długiej kolejce np. w pierwszy piątek miesiąca czy podczas niedzielnej Mszy św. w parafialnym kościele, kiedy to spowiednikowi zależy na tym, by zdążyć usłużyć wszystkim, co sprawia, że czasu na pogłębioną refleksję jest znacznie mniej. Warto w takich sytuacjach korzystać z dostępnych w większych miejscowościach stałych konfesjonałów i dyżurów spowiedniczych lub umówić się z księdzem, który nam odpowiada. Warto także zatroszczyć się o stałego spowiednika, zwłaszcza jeśli nasz kontekst życia jest „nieregularny”.
Okazanie nawrócenia
Jeśli chodzi o przygotowanie do spowiedzi i samego wyznania grzechów – ważniejsza w nim wydaje się wspomniana znajomość Osoby Boga niż jakiegokolwiek prawa. Benedykt XVI napisał, że prawem Jezusa jest sam Jezus. Wynika z tego, że grzechem nie jest tak bardzo to, co w moim życiu jest naruszeniem jakiejś zewnętrznej normy, ale są nim te sytuacje, w których miałem przekonanie, że Jezus na moim miejscu postąpiłby tak, a ja świadomie wybrałem zupełnie inaczej. To poznawany na modlitwie słowem styl bycia Jezusa – jak uczył Franciszek – powinien być kryterium mojego rachunku sumienia: kiedy nie wiem, jak postąpić, albo czy dobrze postąpiłem, muszę się pytać, jak Jezus zachowałby się na moim miejscu. Wyznanie grzechów zaś – jak uczą księgi liturgiczne – ma być przede wszystkim „okazaniem nawrócenia”, a nie skrupulatnym i nerwowym wymienianiem detali.
Uczynienie zadość
I jeszcze jedno: zadośćuczynienie. Czym ono jest i ma być, uczy w encyklice Dilexit nos papież Franciszek. Chodzi w nim o „uczynienie zadość” pragnieniu Serca Jezusa, by „przyszli do Niego wszyscy”. Mam zatem, w ramach zadośćuczynienia, przede wszystkim zacieśnić moją więź z Panem. To zresztą najlepszy gwarant mojego postanowienia poprawy, bo „kto z kim przestaje, takim się staje”. Franciszek uczy dalej, że to podejście bliżej Serca Jezusa wiąże się z wejściem w misję tego Serca, a jest nią rozprowadzanie krwi – miłości Bożej – po całym Ciele Kościoła. Uczynię zatem Bogu zadość wtedy, kiedy będę świadczył o tym, co od Niego dostałem, a Jego miłość „rozprowadzę” aż na peryferie Kościoła przez moją pasję „poszerzania grona przyjaciół Jezusa” – ludzi, którzy w Kościele czują się u siebie. Tak oto zrealizuje się podstawowy cel spowiedzi: moje podobieństwo do Boga, ale Boga w Trójcy, Wspólnoty Osób. Upodabniam się zatem do Niego nie wtedy, kiedy do świętości idę w pojedynkę, ale wówczas, gdy idę we wspólnocie i ze wspólnotą, nieustannie ją poszerzając.
ks. Karol Godlewski/Tygodnik Niedziela
(autor jest doktorem teologii, asystentem w Katedrze Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego KUL JPII)
***
czwartek, 16 lipca 2026
Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel
Public Domain
***
Szkaplerz karmelitański jest to sakramentalium, znakiem zawierzenia i przymierza z Najświętszą Maryją Panną. Składa sie z dwóch części materiału połączonych tasiemkami, które związane są ze zwykłym fartuchem zakonnym.
W Kościele szkaplerz stał się pierwowzorem nowego objawu pobożności, jakim jest noszenie szkaplerza np. dominikańskiego, franciszkańskiego czy szkaplerza św. Michała Archanioła z przypisanymi im zobowiązaniami i obietnicami.
“Noście zawsze Szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą!”
św. Jan Paweł II
Szkaplerz karmelitański Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel jest ściśle związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego. Szkaplerz został podarowany Karmelitom w momencie, kiedy dalsze istnienie tego zakonu było bliskie rozwiązania. Matka Boża objawiła się św. Szymonowi Stock, Generałowi Zakonu Karmelitańskiego w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii i powiedziała: Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twojego Zakonu. Kto w nim umrze nie dozna ognia piekielnego“. Jest znakiem ochrony przed potępieniem i rychłym wybawieniem z czyśćca. Jest więc znakiem szczególnej opieki Bożej Matki. Przywileje i łaski Szkaplerza św. były potwierdzone wielokrotnie przez papieży. Potwierdzili je: Klemens VII (bullą z dnia 12 sierpnia 1530 r.), Pius V, Grzegorz XIII, Paweł V, Klemens X, a nabożeństwo szkaplerzne polecali wiernym: Pius XI, Pius XII (1951), Paweł VI, Jan Paweł II (2001).
Szkaplerz w istocie jest „habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony w mniej lub więcej ścisłym stopniu do Zakonu karmelitańskiego, poświęconego służbie Matki Najświętszej, aby doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie przyoblekania się w Jezusa Chrystusa (św. Jan Paweł II). Serce nabożeństwa szkaplerznego stanowi oddanie się Chrystusowi na wzór Maryi przez poświęcenie się na Jej służbę, życie w zjednoczeniu z Nią i naśladowanie Jej cnót.
Znaczenie duchowe szkaplerza
Szkaplerz jest Szatą Maryi, jest znakiem pokuty i nawrócenia.Kto przyjmuje Szkaplerz św., wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia Chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko. Kto przyjmuje Szkaplerz, przyjmuje, jak św. Jan Apostoł pod Krzyżem, Maryję do siebie, by żyć w zjednoczeniu z Nią i Jej służyć.
Szkaplerz oznacza poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót – szczególnie cnoty czystości i pokory. „Niech wszyscy noszący Szkaplerz św., który jest pamiątką otrzymaną od Matki Bożej, widzą w nim oznakę poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Dziewicy” (św. Jan Paweł II).
Szkaplerz oznacza przymierze przyjaźni z Maryją,w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia, a my zobowiązujemy się do Jej naśladowania, służenia Jej i rozszerzania Jej czci.
Szkaplerz oznacza habit Zakonu poświęconego służbie i czci Matki Bożej.Przyjmując Szkaplerz, pragniemy odtąd żyć tym samym duchem Karmelu, pełnić tę samą misję i żyć w zjednoczeniu z Maryją, dla Maryi, przez Maryję i w Maryi.
Obietnice szkaplerzne
Cała maryjna tradycja Karmelu wiąże ze Szkaplerzem św. dwie wielkie obietnice Maryi i dwie łaski, które z nich wypływają:
Kto w Nim umrze nie dozna ognia piekielnego(słowa Matki Bożej wypowiedziane do św. Szymona). Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem św. pomoc na drodze zbawienia.
Wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci.Jest to tak zwany przywilej sobotni. Matka Boża zapewniła rychłe wybawienie z czyśćca (bulla pap. Jana XXII w 1322 r.), tym, którzy nosząc Szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: Ja, Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę do nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę ich na świętą Górę żywota wiecznego. Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem pomoc na drodze uświęcenia.
Pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała.Maryja obiecuje nas wspierać na drodze naśladowania Chrystusa, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci, pomóc nam w ostatecznej walce o wieczne zbawienie.
Uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci(w Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach), gdyż Matka i Królowa Karmelu, jednoczy z sobą w jedną Rodzinę tych, którzy przyjmują Szkaplerz św. Tworzący erygowaną prawnie wspólnotę Bractwa Szkaplerznego korzystają także z daru odpustów zupełnych.
Zobowiązania szkaplerzne
Aby dostąpić spełnienia wielkich obietnic związanych ze Szkaplerzem, potrzeba z naszej strony gotowości do podjęcia pewnych zobowiązań:
Zobowiązujemy się do troski o swoje zbawienie.Podstawowymi wymaganiami dla otrzymania pierwszej obietnicy są: staranie się o swoje zbawienie, zachowywanie przykazań Bożych i kościelnych, unikanie grzechu śmiertelnego i życie w łasce uświęcającej. Jest to także świadome i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, umartwień i pokut w celu przezwyciężenia zła, wynagrodzenia Bogu i uświęcenia bliźnich.
Zobowiązujemy się do zachowania czystości według stanu, naśladowania cnót Matki Bożej i starania się o świętość życia,aby móc za Jej wstawiennictwem być wybawionym z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci. Codziennie należy więc poświecić jakiś czas na rozmyślanie nad życiem Maryi i nad Jej sposobem służby Bogu (np. w tajemnicach Różańca św.), by umieć Ją naśladować.
Zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, zwłaszcza maryjnej.Codzienne odnawiamy poświęcenie się Maryi przez modlitwę nadaną w dniu przyjęcia Szkaplerza przez kapłana (zazwyczaj jest to: Pod Twoją obronę, Witaj Królowo lub 3 Zdrowaś Maryjo).
Zobowiązujemy się do życia duchem i misją Zakonu Karmelitańskiego,z uwzględnieniem charakteru naszego powołania a w jedności z całym Zakonem, zobowiązujemy się raz w roku odprawić w dniach od 7 do 15 lipca nowennę ku czci Matki Bożej Szkaplerznej (prywatnie lub wspólnotowo) i w dniu 16 lipca, w samą Uroczystość, przystąpić do Sakramentów świętych, by otrzymać odpust zupełny, ofiarowany za siebie lub za zmarłych.
Wskazania dotyczące szkaplerza
Aby godnie przyjąć i nosić szkaplerz należy:
przygotować się duchowo przez pojednanie z Bogiem, Spowiedź i Komunię św. (gdyż stan łaski uświęcającej jest warunkiem otrzymania odpustu cząstkowego w dniu przyjęcia Szkaplerza św., a odpustu zupełnego w dniu wstąpienia do Bractwa Szkaplerznego),
poprosić kapłana o poświęcenie i nałożenie Szkaplerza w swojej parafii lub klasztorze karmelitańskim. Każdy kapłan i diakon katolicki może błogosławić i nałożyć Szkaplerz karmelitański według zatwierdzonego Obrzędu. Nie nakładamy go sami, ale otrzymujemy tak, jak habit zakonny lub obrączkę ślubną. Szkaplerz winien być nakładany po uprzednim poświęceniu. Kapłan wyznacza także codzienną modlitwę.
Szkaplerz nosimy na szyi tak, aby jedna jego część spoczywała na piersi, a druga na plecach (można go potem samemu zastąpić medalikiem szkaplerznym).
Zniszczonego Szkaplerza nie powinno się wyrzucać, gdyż został poświęcony, lecz najlepiej go spalić.
Po przyjęciu Szkaplerza dobrze jest pogłębiać maryjną karmelitańską duchowość we wspólnotach Bractwa Szkaplerznego.
karmel.pl
***
Święty Szymon Stock – karmelita, któremu Matka Boża przekazała szkaplerz święty
Rok 2026 jest szczególnym czasem dla całej rodziny karmelitańskiej oraz wszystkich czcicieli Matki Bożej Szkaplerznej. Przypada bowiem 775. rocznica objawienia Matki Bożej św. Szymonowi Stockowi i przekazania mu szkaplerza świętego – znaku Jej opieki, który od wieków prowadzi wiernych do głębszego życia z Chrystusem.
Początki Zakonu Karmelitów
Historia św. Szymona Stocka nierozerwalnie splata się z dziejami Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Początki zakonu sięgają XII wieku, kiedy na Górze Karmel w Ziemi Świętej osiedlili się pustelnicy pragnący prowadzić życie modlitwy, pokuty i kontemplacji. Ich duchowym wzorem był prorok Eliasz, a szczególną patronką i Matką – Najświętsza Maryja Panna.
Około 1209 roku św. Albert, patriarcha Jerozolimy, nadał pustelnikom Regułę Życia, która do dziś stanowi fundament duchowości karmelitańskiej. Po utracie Ziemi Świętej i nasilających się prześladowaniach zakonnicy zostali zmuszeni do opuszczenia Góry Karmel i przenieśli się do Europy.
Nowe warunki okazały się niezwykle trudne. Karmelici spotkali się z nieufnością, a nawet wrogością. Wiele środowisk uważało ich za niepotrzebną konkurencję dla istniejących już zakonów. Powoływano się na postanowienia Soboru Laterańskiego IV z 1215 roku, który zakazywał tworzenia nowych zgromadzeń zakonnych. Ponieważ reguła karmelitańska została zatwierdzona w Ziemi Świętej, istniało realne zagrożenie rozwiązania zakonu.
To właśnie w tym trudnym okresie Bóg powołał człowieka, który stał się jednym z największych obrońców i odnowicieli Karmelu – św. Szymona Stocka.
Życie św. Szymona Stocka
Święty Szymon Stock urodził się około 1165 roku w hrabstwie Kent w Anglii. Według dawnej tradycji już jako młody chłopiec pragnął poświęcić swoje życie Bogu. Przez pewien czas prowadził życie pustelnicze w wydrążonym pniu drzewa. Od angielskiego słowa stock („pień drzewa”) miał powstać jego przydomek.
Około 1213 roku związał się z Zakonem Karmelitów, który właśnie rozpoczynał swoją działalność w Europie. Jego gorliwość, roztropność i zdolności organizacyjne szybko zostały dostrzeżone. Ówczesny generał zakonu, św. Brokard, powierzył mu urząd wikariusza generalnego prowincji europejskich.
W 1237 roku uczestniczył w Kapitule Generalnej Zakonu w Ziemi Świętej, a podczas kolejnej kapituły, która odbyła się w Aylesford w 1245 roku, mimo podeszłego wieku został wybrany szóstym przeorem generalnym Zakonu Karmelitów.
Jako przełożony generalny podjął ogromny wysiłek ocalenia zakonu. Zabiegał o uznanie jego miejsca w Kościele, prowadził rozmowy z władzami kościelnymi i troszczył się o rozwój nowych klasztorów. Dzięki jego mądrości i odwadze karmelici przetrwali najtrudniejszy okres swojej historii. To właśnie za jego rządów zakon przekształcił się z pustelniczego w zakon żebraczy, prowadzący działalność duszpasterską i kaznodziejską w miastach Europy.
Pod płaszczem Maryi
W obliczu zagrożenia istnienia zakonu św. Szymon Stock nie polegał wyłącznie na własnych zdolnościach. Zachęcał współbraci do nieustannego zawierzenia Matce Bożej i gorąco modlił się, aby zachowała zakon noszący Jej imię – Zakon Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.
Według wielowiekowej tradycji karmelitańskiej, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku, podczas modlitwy w klasztorze w Aylesford w Anglii, ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna otoczona aniołami. W rękach trzymała brązowy szkaplerz karmelitański i wręczając go świętemu powiedziała:
„Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.”
Od tego momentu szkaplerz przestał być jedynie częścią habitu chroniącą zakonny strój podczas pracy. Stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad zakonem karmelitańskim, a z czasem również nad wszystkimi wiernymi, którzy z wiarą przyjmują go i żyją zgodnie z Ewangelią.
Słowo „szkaplerz” pochodzi od łacińskiego scapulae, oznaczającego „ramiona” lub „barki”. W pierwotnej formie była to szeroka część habitu opadająca z przodu i z tyłu. Dziś najczęściej ma postać dwóch niewielkich płatków sukna połączonych tasiemkami. Część spoczywająca na plecach przypomina o poddaniu się woli Bożej i cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża, natomiast część znajdująca się na piersiach wskazuje, że serce chrześcijanina powinno być zwrócone ku Bogu i bliźnim.
Rozwój nabożeństwa szkaplerznego
Siedemdziesiąt jeden lat po objawieniu św. Szymonowi Stockowi, według tradycji karmelitańskiej, Matka Boża ukazała się papieżowi Janowi XXII, przekazując tzw. przywilej sobotni. Obiecała szczególną pomoc duszom tych, którzy wiernie nosili szkaplerz i prowadzili życie zgodne z wiarą. Tradycja ta znalazła odzwierciedlenie w bulli wydanej 3 marca 1322 roku.
W kolejnych wiekach papieże wielokrotnie potwierdzali znaczenie nabożeństwa szkaplerznego. Papież Sykstus V ustanowił 16 lipca świętem Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, a przywilej noszenia szkaplerza został rozszerzony na wszystkich wiernych.
Szkaplerz nosili liczni święci i władcy, między innymi św. Ludwik IX, św. Karol Boromeusz, św. Franciszek Salezy, św. Wawrzyniec Justynian oraz św. Jan Paweł II, który wielokrotnie podkreślał swoje przywiązanie do tego znaku maryjnej pobożności. W Polsce szkaplerz cieszył się ogromnym szacunkiem już od czasów przedrozbiorowych. Przypomina o tym zarówno obraz Jana Matejki przedstawiający Tadeusza Rejtana ze szkaplerzem na szyi, jak i znane powiedzenie: „Szkaplerz noś, na różańcu proś.”
Gorliwość apostolska i cuda
Święty Szymon Stock zasłynął nie tylko jako odnowiciel zakonu, ale również jako gorliwy kaznodzieja i człowiek głębokiej modlitwy. Tradycja karmelitańska przypisuje jego wstawiennictwu liczne łaski i cuda.
Jednym z najbardziej znanych jest opowieść o nawróceniu brata możnego europejskiego władcy. Człowiek ten prowadził życie pełne pychy i oddalone od Boga. Święty Szymon przez długi czas modlił się o jego przemianę, polecając go opiece Matki Bożej. Według przekazu modlitwy zostały wysłuchane – mężczyzna doznał głębokiego nawrócenia, pojednał się z Bogiem i całkowicie odmienił swoje życie. Dla współczesnych stało się to znakiem, że nie ma człowieka, którego Boże miłosierdzie nie mogłoby dosięgnąć.
Przez całe życie św. Szymon wskazywał, że największym cudem nie jest uzdrowienie ciała, lecz przemiana ludzkiego serca i powrót do Boga.
Śmierć i kult
Święty Szymon Stock zmarł 16 maja 1265 roku podczas wizytacji klasztoru karmelitańskiego w Bordeaux we Francji. Został pochowany w tamtejszym kościele karmelitów. Obecnie jego grób znajduje się w katedrze św. Andrzeja w Bordeaux, gdzie do dziś modlą się pielgrzymi.
Już w XV wieku rozwinął się jego kult, który w 1654 roku został rozszerzony na cały Zakon Karmelitów. Kościół wspomina św. Szymona Stocka 16 maja. Jest patronem karmelitów oraz wszystkich wiernych noszących szkaplerz karmelitański.
Święty pozostawił po sobie listy, homilie, dwie antyfony ku czci Matki Bożej oraz dzieło „O pokucie chrześcijańskiej”. Jednak jego największym dziedzictwem pozostaje nabożeństwo szkaplerzne, które od ponad siedmiu i pół wieku prowadzi miliony wiernych do głębszego zawierzenia Chrystusowi przez ręce Maryi.
Szkaplerz nie jest amuletem ani talizmanem. Jest znakiem przymierza z Matką Bożą i zobowiązaniem do życia w łasce uświęcającej, modlitwy, korzystania z sakramentów oraz pełnienia uczynków miłosierdzia. Dla każdego, kto go nosi z wiarą, pozostaje przypomnieniem o nieustannej opiece Maryi oraz wezwaniem do świętości.
W jubileuszowym roku 775-lecia przekazania szkaplerza świętego warto na nowo odkryć przesłanie św. Szymona Stocka: całkowicie zaufać Chrystusowi i oddać swoje życie pod opiekę Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel.
Modlitwa do św. Szymona Stocka
Święty Szymonie Stocku, umiłowany synu Maryi i gorliwy sługo Najświętszej Dziewicy z Góry Karmel, który całym sercem zaufałeś Jej opiece i otrzymałeś od Niej znak szkaplerza świętego, módl się za nami.
Wyproś nam łaskę głębokiej wiary, wytrwałości w modlitwie i wierności Chrystusowi. Pomóż nam naśladować Twoją miłość do Maryi oraz żyć tak, aby nasze serca zawsze należały do Boga.
Niech szkaplerz, który nosimy, będzie dla nas znakiem zawierzenia Matce Bożej, ochroną w chwilach próby i przypomnieniem o powołaniu do świętości.
Święty Szymonie, prowadź nas drogą miłości ku Chrystusowi i Maryi.
Kto może przyjąć szkaplerz? Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?
W dniu święta Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej też Szkaplerzną, rozmawiamy o historii, obietnicach i zobowiązaniach związanych ze szkaplerzem karmelitańskim.
Dorota i Kamil Szumotalscy: Skąd wywodzi się szkaplerz?
O. Mateusz Maria od Krzyża OCD: Szkaplerz był zawsze zwykłym fartuchem mnichów. Tunika będąca częścią habitu była bardzo droga i musiała starczyć mnichowi na całe życie. Dlatego mnisi zakładali taki fartuch na tunikę, aby materiał się mniej niszczył i mniej brudził.
Pan Bóg wybiera proste rzeczy – chleb, wino, wodę i z tego czyni gesty sakramentalne. Tak też zrobiła Matka Boża, która objawiła się w XIII wieku św. Szymonowi Stockowi. Dla generała karmelitów był to trudny czas, kiedy nie można było przyjmować nowych powołań do zakonu.
Maryja powiedziała mu wtedy: patrz, ten fartuch, ta prosta rzecz będzie znakiem przymierza między mną a tobą, między mną a twoim zakonem, będzie znakiem dla tych, którzy będą ten szkaplerz nosić jako znak mojej miłości. Fartuch stał się znakiem przymierza między Maryją a ludźmi.
Kto może przyjąć szkaplerz?
Każdy. Od najmniejszego dziecka po najstarszą osobę. Nie trzeba być tego nawet do końca świadomym. Na przykład Jan Paweł II nie był świadomy, kiedy przyjmował szkaplerz, ponieważ mu go nałożono, kiedy był małym dzieckiem. Jest to sakramentalium Kościoła, więc może go nałożyć osoba duchowna – diakon, kapłan.
Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?
Obietnica Matki Bożej mówi, że ten kto umrze odziany w szkaplerz, tego Maryja wyciągnie w pierwszą sobotę po jego śmierci z czyśćca.
Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?
Przy noszeniu szkaplerza jest zachęta, żeby nosić go pobożnie i naśladować cnoty Maryi. Zachęca się do odmawiania codziennej modlitwy, która została odmówiona podczas obrzędu przyjęcia szkaplerza. Tak naprawdę wszystko wiąże się z pogłębianiem życia chrześcijańskiego otrzymanego z łaską chrztu.
Kiedyś przyjąłem szkaplerz, ale już lata temu o nim zapomniałem. Jak wrócić do wypełniania zobowiązań?
Jeżeli nie odrzuciło się szkaplerza z pogardy do niego, to obrzęd nałożenia jest jednorazowy i nie trzeba go powtarzać. Jeżeli po prostu zaniedbałem jego noszenie, to należy go po prostu założyć. Zachęca się też do podjęcia jakiejś pokuty, postu, w ramach wynagrodzenia Matce Bożej za to zaniedbanie i do powrotu do zobowiązań, które zostały nam dane.
Co zrobić ze szkaplerzem, który się zniszczył? Czy nowy szkaplerz musi być ponownie nałożony przez kapłana?
Nie, można go sobie nałożyć samemu. Stary należy spalić, zakopać lub zatopić w godnym miejscu. Ewentualnie można zostawić sobie na pamiątkę.
Czym różni się szkaplerz karmelitański od szkaplerza dominikańskiego lub franciszkańskiego?
Szkaplerz karmelitański jest zdecydowanie pierwowzorem. Jest novum, które nagle pojawiło się w życiu Kościoła. Całkowitą nowością jest to, że ludziom świeckim można dać cząstkę życia zakonnego w postaci szkaplerza karmelitańskiego. Z czasem zrodziły się poboczne formy pewnej pobożności oraz wykorzystania symbolu. Szkaplerz wykorzystuje się dzisiaj jako symbol wejścia w jakąś szczególną więź ze świętymi, z Bogiem.
„Jest on moją siłą”. św. Jan Paweł II najsłynniejszym miłośnikiem szkaplerza
Creative Commons
***
Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.
Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.
Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich miłośników nabożeństwa szkaplerznego najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.
Szkaplerz noszę zawsze
Karol przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał – obok słynnych kremówek – moment, gdy na wadowickiej Górce u ojców karmelitów przyjął jako młody chłopiec szkaplerz.
o. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych:
Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel.
Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem – mówił wówczas przyszły papież.
Fotografie – świadectwa
O tym, że św. Jan Paweł II zawsze nosił szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami. Na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach.
Na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla o. Praśkiewicz.
Jan Paweł II mówi o szkaplerzu
Oto trzy wybrane cytaty, w których przejawia się wielkie przywiązanie do szkaplerza oraz niezwykłe oddanie Matce Bożej.
„W duchowości szkaplerznej istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję! (…) Duchowość ta ma swój widzialny znak w szkaplerzu, który ja noszę od dawna. (…) Pozostałem szkaplerzowi wierny i jest on moją siłą. (…) Dzień święta Matki Bożej Szkaplerznej jest mi bardzo drogi”.
„Szkaplerz jest przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi (…) wyrażają pragnienie kształtowania swojego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem Słowo Boże i oddając się służbie braciom. Niech Wam zatem towarzyszy Matka Boża Szkaplerzna! (…) Niech was Ona prowadzi jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego portu, ostatniej Przystani nas wszystkich”.
„Również i ja od bardzo długiego czasu noszę na moim sercu szkaplerz karmelitański! Z miłości, jaką żywię wobec wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doświadczam ustawicznie, życzę, aby wiernym, którzy Ją czczą jako Jej dzieci, żeby wzrastali w Jej miłości i promieniowali w świecie obecnością tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski”.
Kai/Aleteia.pl
***
„Zaniedbywany skarb”. Matematyk ze szkaplerzem: Kościół dostał płaszcz od Mamy
Shutterstock
***
Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystanie z niego.
Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest matematykiem i informatykiem, wykładowcą Politechniki Wrocławskiej. Prywatnie jest mężem Elżbiety, ojcem czwórki dzieci i… wielkim propagatorem szkaplerza.
Szkaplerz – zaniedbany skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?
16 lipca, w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć szatę Maryi, szkaplerz karmelitański – podkreśla prof. Ireneusz Jóźwiak.
Jak to się zaczęło?
Profesor wspomina, że po raz pierwszy usłyszał o szkaplerzu karmelitańskim w czasach studiów doktoranckich. Były lata osiemdziesiąte, mieszkał wtedy w akademiku dla doktorantów i zachorował. W odwiedziny przyszedł przyjaciel i – zupełnie bez racjonalnego powodu – opowiedział mu o szkaplerzu. Co ciekawe, okazało się, że pan Ireneusz nosił już medalik szkaplerzny, ale nie był tego świadomy.
Po tym spotkaniu myśl o szkaplerzu nie dawała mu spokoju. Pojechał do sióstr karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu i siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej.”
Ta książka bardzo go zafascynowała i zaczął opowiadać o swoim odkryciu. Szkaplerz stał się przedmiotem rozmów – najpierw z przyjaciółmi, a potem na prywatnych przyjęciach, wreszcie zaczął głosić o nim prelekcje. „Miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło” – wspomina profesor.
Prelekcje o „zaniedbanym skarbie”
Na jednym z przyjęć jego opowieść usłyszał człowiek związany ze środowiskiem oazy. Spytał, czy wygłosi prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja przy ul. św. Antoniego u księży salezjanów.
Zgodził się, a po tym pierwszym spotkaniu od razu zaproszono go do innych parafii. I tak zaczęło się pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany skarb Kościoła”, które trwa do dziś.
Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią. Opowiadał o szkaplerzu w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich, jeszcze przed pandemią, wygłosił w Sanoku.
Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem szkaplerza karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Pan Ireneusz prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi.
„To niezwykle ważne” – mówi. „Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie, studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych” – opowiada. Dlaczego „zaniedbany”? „Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystania z niego” – wyjaśnia.
Nie ma piątki za szkaplerz
Profesor lubi opowiadać o szkaplerzu studentom, dlatego chętnie przyjmuje zaproszenia do duszpasterstw akademickich. Niektórzy nie ukrywają zaskoczenia, gdy w prelegencie rozpoznają nagle swojego wykładowcę rachunku prawdopodobieństwa.
Do ciekawych rozmów dochodzi też podczas wykładów albo egzaminów, zwłaszcza latem, gdy studenci chodzą ubrani lekko i noszony na piersi i plecach tkaninowy szkaplerz łatwo rzuca się w oczy.
Ale profesor nie faworyzuje studentów ze szkaplerzem – wyjaśnia to od razu, żeby nie było wątpliwości – po prostu nawiązuje się między nimi wyjątkowa nić, która nie ma nic wspólnego ani z matematyką, ani ze studiami. Wielu z nich należy do grona jego przyjaciół, z którymi kontakt trwa, mimo że po ukończonych studiach wyjeżdżają z Wrocławia. Łączy ich… szkaplerz.
Maryja chce nas ukryć…
Prof. Jóźwiak od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. „Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary jej Syna” – mówi profesor.
Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od niej zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich potrzeba osobnej publikacji, ale szczególnie wybrzmiewa jedno z nich.
„Kiedyś po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć. I wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: «Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi».
Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi, to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła” – opowiada pan Jóźwiak. I przypomina, że jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…
Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to płaszcz Maryi. Po drugie dlatego, że nieokryci jesteśmy łatwym celem dla złego – odsłonięci, nadzy i skorzy do upadków. Płaszcz jest tym w naszym zestawie ubrań, co chroni, zabezpiecza przed zimnem, deszczem, śniegiem.
Płaszcz Maryi chroni nas nie od zwykłego chłodu, nie od śniegu, nie od ognia pożaru, ale od ognia piekielnego! Czy może być coś lepszego do okrycia w czasie ziemskiej wędrówki niż płaszcz od Mamy?
13 lipca 1917 roku był dniem, w którym Matka Boża przeraziła troje pastuszków, pokazując im piekło i ostrzegając o kolejnej światowej wojnie oraz o nowej epoce męczeństwa. To zaskakujące – i nadzwyczaj surowe – objawienie miało wpływ na kształt wiary Kościoła w naszych czasach. Warto tę sprawę prześledzić.
Objawienie z 13 lipca przywróciło piekło do centrum katolickiej świadomości
Kiedy Matka Boża Fatimska zaczęła objawiać się trzynastego dnia każdego miesiąca, począwszy od maja 1917 roku, Maria Łucja dos Santos miała 10 lat, jej kuzyn Franciszek 8, a kuzynka Hiacynta Marto – 7. Ale w lipcu, zamiast zachęcać dzieci do odmawiania różańca i kierować ich ku niebu, pokazała im straszliwy widok.
„Widzieliśmy jakby morze ognia” – pisze Łucja. „W tym ogniu były demony i dusze w ludzkiej postaci… Wśród szaleństw i jęków bólu i rozpaczy, które przeraziły nas i sprawiły, że drżałyśmy ze strachu”.
Trzeba oddać Matce Bożej z Fatimy, że wizja piekła nastąpiła dopiero po okresie przygotowania, w tym wizyt anioła i wielu zapewnieniach o niebie. Ale ta wizja mocno dziećmi wstrząsnęła, zwłaszcza Hiacyntą, której osobowość od tego momentu najwyraźniej uległa odmianie.
Jedynym usprawiedliwieniem pokazania takiej wizji dzieciom – że było to rzeczą właściwą, a nie nadużyciem emocjonalnym – wydaje się fakt, że chodziło o drastyczne uświadomienie, iż piekło jest realną rzeczywistością, a my jesteśmy naprawdę zagrożeni niebezpieczeństwem znalezienia się w nim, jeśli nie zrobimy czegoś radykalnego.
To prawda. Piekło jest realną rzeczywistością. A my jesteśmy zagrożeni.
Maryja powtórzyła najbardziej niepopularne – i najważniejsze – przesłanie chrześcijaństwa
Przesłania Jezusa (Mk 1,15), Jana Chrzciciela (Mt 3,1-2) i św. Piotra (Dz 2,38) były takie same: „Nawracajcie się!”. Jezus określił misję Kościoła jako głoszenie nawrócenia i odpuszczenia grzechów (Łk 24,47).
Każdy papież ostatnich dekad, od Piusa XII do Franciszka, mówi: „Grzechem stulecia jest utrata poczucia grzechu”. Odmowa nawracania się – przekonanie, że grzech nie ma znaczenia – leży u podstaw poważnych katastrof moralnych naszych czasów: od aborcji do handlu ludźmi, od epidemii pornografii po liczne brutalne przestępstwa. Ci, którzy nie widzą zła, robią straszne rzeczy.
Wizja piekła ukazana przez Matkę Bożą Fatimską była absolutnie niezbędnym skorygowaniem niedorzecznego oczekiwania, że wszyscy idziemy do nieba bez względu na wszystko. To prawda, że Bóg chce każdemu wybaczyć. Ale jedna rzecz Go może powstrzymać: brak naszego nawrócenia.
Matka Boża Fatimska odarła wojnę z romantyzmu
„Ta wojna się skończy” – powiedziała Matka Boża dzieciom w lipcu 1917 roku. „Ale jeśli ludzie nie powstrzymują się od obrażania Boga, rozpocznie się kolejna, straszliwsza wojna”.
Bez względu na to, jak dzieci zrozumiały szczegóły tego przesłania, ogólny jego sens był dla nich prosty: wojna nie jest dla Boga okazją, aby nagradzać zwycięzców. Wojna jest związana z karą za grzechy.
Paradygmat „nagrody” istniał od dawna w historii chrześcijaństwa: od Karola Wielkiego do Joanny d’Arc, od Matki Bożej Zwycięskiej do konkwistadorów. Kultura chrześcijańska miała swoich Robin Hoodów i królów Arturów, bohaterów o niekonwencjonalnych cnotach, stosujących przemoc w sposób inteligentny.
Ale Matka Boża Fatimska ukazała to wszystko we właściwym świetle. Istnieją cnoty żołnierskie, ale są one przykładem na to, jak Bóg wyprowadza dobro ze zła, a nie przykładem na realizację woli Bożej przemocą.
Wizja z 13 lipca odarła męczeństwo z romantyzmu
Matka Boża Fatimska pokazała również nasze rozumienie męczeństwa. W epoce kina domowego wielu z nas dopiero teraz ogląda „Milczenie” Martina Scorsese, historię jezuity, który traci złudzenia, gdy – szukając chwały pośród prześladowań w Japonii – znajduje grozę, od której martwieje dusza.
Matka Boża Fatimska udzieliła tej lekcji 100 lat temu. Dzieci zobaczyły wizję papieża, który „na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem” szedł, modląc się za ciała zmarłych, które napotykał, dopóki sam nie został zabity. Matka Boża wie, że w perspektywie nieba męczeństwo jest chwalebne – ale na ziemi bolesne i smutne.
Więcej pocieszenia niż potępienia
Po tych wizjach pastuszkowie przekonali się, że muszą bezzwłocznie zacząć pocieszać Jezusa, nawracać grzeszników i powierzać się Maryi.
13 lipca jest tylko częścią ich wielkiej opowieści. Opowieści, która zawiera znacznie więcej pocieszenia niż potępienia i jest przeznaczona dla każdego pokolenia, także naszego.
13 lipca przypada 109. rocznica trzeciego objawienia fatimskiego. Z tej okazji przypominamy związki z Polską jednej z wizjonerek – s. Łucji dos Santos.
Łucja miała świadomość tego, że Polska jest krajem, w którym Matka Boża jest szczególnie czczona i gdzie wielką maryjną pobożnością odznaczali się m.in. kard. Hlond, kard. Wyszyński, a przede wszystkim Jan Paweł II. Z Papieżem Polakiem łączyła ją wyjątkowa duchowa przyjaźń. Kilka razy się spotkali. Poza tym wiedziała, że Polacy są narodem powierzonym szczególnej opiece Niepokalanej, co dokonało się zwłaszcza 8 września 1946 r. pod przewodnictwem kard. Hlonda na Jasnej Górze. „O Polakach zawsze mówiła z wielką miłością i szacunkiem. Miała do nich swoistą słabość: kochała polskich karmelitów, otaczała wielkim szacunkiem Kustosza Sanktuarium Fatimskiego w Zakopanem” – czytamy na stronie sekretariatfatimski.pl.
Rektor Fatimy, ks. Luciano Guerra, przekazywał Polakom słowa s. Łucji, z których wynikało, że Polskę czekają lepsze czasy, ale też stanowiły zapowiedź okresu prześladowań będących próbą wiary. Nade wszystko przesłanie wizjonerki z Fatimy było zachętą do nawrócenia tu i teraz, a także zawierzenia trosk Maryi.
W 1940 r. Łucja napisała list do papieża Piusa XII, w którym przypomniała zapewnienie Matki Bożej o specjalnej opiece nad Portugalią w czasie II wojny światowej. Biskupi portugalscy jeszcze w okresie międzywojennym zawierzyli kraj Maryi. Wizjonerka zachęcała też inne narody do pójścia w ślady Portugalii. Niewykluczone, że na ten list w rozmowie z polskimi hierarchami powołał się papież, czego owocem był akt poświęcenia Matce Bożej narodu polskiego, dokonany w 1946 r.
Symbolicznym wydarzeniem pod kątem relacji s. Łucji z Polską był też obecność polskiego kapłana blisko głównych celebransów jej uroczystości pogrzebowych 15 lutego 2005 r. Polska jak widzimy była bardzo bliska sercu słynnej siostry zakonnej.
Choć związki s. Łucji z Polską nie miały charakteru osobistej obecności czy bezpośredniej działalności w kraju, to jednak były one wyraźne i skupiały się przede wszystkim na relacji z Janem Pawłem II, wpływie orędzia fatimskiego na duchowość Polaków oraz na symbolicznym znaczeniu Polski w kontekście przemian religijnych i politycznych XX wieku.
Polskifr.fr/Tygodnik Niedziela
***
Zaskakujący związek pomiędzy Matką Bożą z Fatimy i islamem
Wisam Sami | AFP
***
Sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów.
Najświętsza Maria Panna ukazała się trojgu pastuszkom w pobliżu portugalskiej Fatimy, miasta noszącego imię pewnej muzułmańskiej księżniczki oraz córki Mahometa.
W XII w. wojska chrześcijańskie starały się odbić z rąk muzułmanów zajęte przez nich hiszpańskie i portugalskie miasta. Wtedy to rycerz Gonçalo Hermigues wraz z towarzyszami pojmali muzułmańską księżniczkę Fatimę. Jedna z wersji tej historii mówi o tym, że uwięziona księżniczka zakochała się w portugalskim rycerzu, a ponieważ miłość ta była odwzajemniona, oboje wkrótce zaręczyli się.
Przed ślubem Fatima przyjęła chrzest w wierze katolickiej i przyjęła imię Oureana. Tej właśnie księżniczce nazwy swe zawdzięczają dwa portugalskie miasta: Fatima oraz Ourem.
Interesujące jest także to, że muzułmańska księżniczka nosiła imię jednej z córek Mahometa, Fatimy bint Muhammad, kobiety czczonej w całym muzułmańskim świecie. Przysługiwał jej tytuł al-Zahra – „źródło światła”.
Sam Mahomet powiedział o niej, że spośród wszystkich kobiet w raju będzie ustępowała wyłącznie Maryi, bowiem choć wyznawcy islamu nie traktują Najświętszej Maryi Panny w ten sam sposób, co katolicy, otaczają ją najwyższym szacunkiem.
Jak twierdzi biskup Miguel Angel Ayuso, sekretarz Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego, związek powyższy może być okazją do dialogu. Podczas spotkania modlitewnego chrześcijan i muzułmanów w roku 2014 biskup Ayuso zauważył:
„Kościół katolicki ma świadomość, iż wyznawcy islamu otaczają czcią Maryję Dziewicę, Matkę Jezusa i nabożnie Ją traktują… Koran zawiera wiele ustępów odnoszących się do Maryi. Jeśli Jej imię wspominane jest w islamie, zazwyczaj dodaje się po nim słowa Alayha l-salam, czyli: pokój niech będzie z Nią. Maryja, wzór dla muzułmanów i chrześcijan, jest także wzorem dialogu”.
Sługa Boży abp Fulton Sheen poczynił w przeszłości interesującą obserwację dotyczącą związku pomiędzy szacunkiem muzułmanów dla Maryi i córki Mahometa oraz objawieniem się Matki Boskiej w Fatimie:
„Prowadzi nas to do drugiego punktu argumentacji, mianowicie do wyjaśnienia, dlaczego Najświętsza Matka w XX wieku wybrała na miejsce swojego objawienia małą, nieistotną wioskę Fatima, aby odtąd przyszłe pokolenia znały ją jako Matkę Boską z Fatimy. Cokolwiek dzieje się ze zrządzenia Nieba, wszystkie szczegóły dopracowane są z najwyższą finezją. Wierzę, że Najświętsza Dziewica wybrała sobie miano Matki Boskiej z Fatimy jako obietnicę i znak nadziei dla ludów muzułmańskich i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują Jej tak wiele szacunku, pewnego dnia przyjmą również Jej Boskiego Syna”.
Nie powinien więc zdumiewać fakt, że sanktuarium w Fatimie jest nie tylko miejscem pielgrzymek chrześcijan, lecz że przyciąga także wielu muzułmanów. Wyznawcy islamu przyjeżdżają zobaczyć na własne oczy miejsce objawień Maryi w miejscowości, która nazwę swą zawdzięcza jednej z najbardziej czczonych w ich religii kobiet.
Najświętsza Maria Panna wezwała w Fatimie chrześcijan do modlitwy o pokój na świecie. W czasie, gdy jakże wiele przemocy popełnianej jest w imię islamu, o ileż żarliwiej winniśmy zanosić do Matki Boskiej Fatimskiej modlitwy o pokój! Czyńmy to nieustannie i traktujmy Matkę Bożą jako pomost pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami, błagając ją o położenie kresu nienawiści, która na całym świecie zbiera swe okrutne żniwo.
Leon XIV: Moc miłości Boga jest silniejsza niż nasze słabości!
Do słuchania, czytania i rozważania Słowa Bożego w okresie wakacyjnym zachęcił Ojciec Święty w rozważaniu przed niedzielną modlitwą „Anioł Pański” w Castel Gandolfo.
fot. Vatican Media
Nawiązując do przypowieści o siewcy z Ewangelii św. Mateusza (Mt 13, 1-23), papież wskazał, że Jezus jest ziarnem, które Ojciec rozsiewa w świecie, aby przyniosło obfity owoc. Zaznaczył, że choć ludzkie serca bywają zamknięte lub nieprzygotowane na przyjęcie Bożego słowa, Bóg nie przestaje obdarzać ich swoją łaską, ponieważ Jego miłość jest silniejsza od ludzkiej słabości.
Bóg potrafi przemienić każde serce
Przywołując słowa św. Jana Chryzostoma, Leon XIV podkreślił, że to, co z ludzkiej perspektywy wydaje się nierozsądne, w Bożym działaniu staje się źródłem nadziei. Jak zaznaczył, Bóg potrafi przemienić nawet najbardziej nieurodzajną „glebę” ludzkiego serca w miejsce wydające owoce.
Jezus czasem napotyka w nas glebę twardą i niewrażliwą, innym razem rozproszoną, podobną do udeptanej ziemi na ścieżkach, do gruntu skalistego albo do krzewów cierniowych. Są jednak chwile, gdy znajduje ziemię przyjmującą i żyzną, a wtedy dokonują się cuda miłości, zdolne przemienić wszystko inne, jak z pewnością także my doświadczyliśmy tego w naszym życiu. Dlatego Ojciec nie przestaje siać, ponieważ wie, że moc Jego miłości jest silniejsza od naszej słabości.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że hojność Boga nie jest przejawem naiwności, lecz wyrazem mądrej miłości, która dostrzega w człowieku dobro, często niewidoczne nawet dla niego samego. Zachęcił wiernych do powierzania się Bogu i otwierania na Jego działanie.
Współczesny świat potrzebuje tych postaw
Podkreślił również, że przyjęcie Słowa Bożego prowadzi do rozwoju owoców Ducha Świętego, takich jak miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie. Zaznaczył, że współczesny świat szczególnie potrzebuje tych postaw.
Na zakończenie papież wezwał, by w okresie wakacyjnym znaleźć czas nie tylko na odpoczynek, ale „na także słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy”. Zawierzył tę intencję wstawiennictwu Maryi, Królowej Apostołów i Gwiazdy Ewangelizacji.
Zaangażujmy się więc, szczególnie w tych dniach wakacji, aby znaleźć miejsce na słuchanie, czytanie i rozważanie Słowa Bożego, pielęgnując – obok wypoczynku i zdrowej rozrywki – także ważne chwile ciszy i modlitwy.
Watykan – Kai – Stacja7
***
83 lata po Krwawej Niedzieli. Ukraina sama wypisuje się z europejskiej cywilizacji
Europejska cywilizacja wyrosła na trzech fundamentach. Każdy z nich posługiwał się innym językiem. Grecja mówiła językiem filozofów, Jerozolima – językiem Objawienia, a Rzym wypowiedział się językiem prawa. Wszystkie te języki, choć tak różne, wyraziły wspólną prawdę. Głosi ona, że nie można odmówić człowiekowi pochówku.
Grafika wygenerowana komputerowo
***
Wiosna 2025 roku. Po wielu latach batalii z władzami Ukrainy, zespół koordynowany przez Fundację „Wolność i Demokracja” dokonuje w nieistniejącej już wsi Puźniki na zachodzie Ukrainy ekshumacji ofiar ataku oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii z 13 lutego 1945 roku. Odnaleziono szczątki co najmniej 42 ofiar. Kilka miesięcy później wreszcie doczekały się one grobu.
Po co szukać kości ludzi pomordowanych 80 lat temu? Czemu ma służyć cała ta wrzawa, zamęt i szum?
Odpowiedź na to pytanie cywilizacja łacińska zna od swoich narodzin. Dwa i pół tysiąca lat temu udzielił jej Sofokles. W „Antygonie” wskazał, że istnieje prawo wyższe od prawa państwowego. Nad prawem stanowionym stoi prawo naturalne. W to drugie wpisuje się właśnie prawo do bycia godnie pochowanym i prawo do godnego pochowania swoich bliskich. Król Kreon nie zgadza się na pogrzebanie Polinejkesa, ale Antygona lekceważy ten zakaz i ryzykując własnym życiem, spełnia ostatnią powinność wobec swojego brata. „Dłużej mi zmarłym miłą być trzeba niż ziemi mieszkańcom, bo tam zostanę na wieki” – mówi, wyjaśniając swoje motywacje Ismenie. Przypomnijmy, jak potoczyła się ta opowieść. Po samobójstwie Antygony na swoje życie targnął się też wybranek jej serca, syn króla Hajmon. Ze śmiercią syna nie mogła pogodzić się żona władcy, która również sama zakończyła swój żywot. Kreon, który odważył się sprzeciwić niezbywalnemu prawu, kończy tragicznie jako samotny i załamany człowiek. W ten sposób Sofokles przestrzegał sobie współczesnych, a dziś przestrzega potomnych – nie wolno lekceważyć prawa do pochówku i nie wolno zaniedbywać obowiązku pochówku.
To, co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, Jerozolimie zostało objawione. Zgodnie z Bożym nakazem, nawet największy zbrodniarz nie może pozostać bez pochówku. „Jeśli ktoś popełni zbrodnię podlegającą karze śmierci, zostanie stracony i powiesisz go na drzewie – trup nie będzie wisiał na drzewie przez noc, lecz tegoż dnia musisz go pogrzebać” – głosi Księga Powtórzonego Prawa. Tego nadanego przez Boga prawa wiernie przestrzegał Tobiasz.
Dawałem mój chleb głodnym i ubranie nagim. A jeśli widziałem zwłoki któregoś z moich rodaków wyrzucone poza mury Niniwy, grzebałem je. I grzebałem także, jeśli kiedy zabił kogoś Sennacheryb, gdy po swej ucieczce powrócił z Judei w dzień sądu, który wykonał na nim Król Nieba za jego bluźnierstwa. W swoim gniewie pomordował on wielu synów Izraela. Ja zaś potajemnie zabierałem ich ciała i grzebałem je. Sennacheryb zaś szukał ich, ale ich nie znalazł. A jeden z mieszkańców Niniwy poszedł i doniósł królowi, że to ja jestem tym, który grzebie potajemnie. Wtedy musiałem się ukrywać, a kiedy dowiedziałem się, że król mnie szuka, aby mnie zabić, bałem się i uciekłem. Wtedy cały mój majątek zagrabiono i nie zostało mi nic (Tb 1, 17-20a)
Podobnie jak Antygona, Tobiasz ryzykował własnym życiem, w tajemnicy grzebiąc pozostawione na śmietnisku poza miastem ciała. Postawił nakaz Boga ponad wolę ziemskiego władcy, choć musiał za to zapłacić bardzo wysoką cenę.
Co Ateny wyczytały z prawa naturalnego, a Jerozolimie zostało objawione – Rzym uporządkował w prawie stanowionym. W ramach ius sepulchri kwestia pogrzebu otrzymała swoją konstrukcję prawną. „Grobowce otacza się wielką czcią…” – pisał Cyceron. Grób nie jest jedynie prywatną sprawą rodziny. Jest dobrem chronionym przez prawo.
Chrześcijańska cywilizacja wiernie strzeże tej wspólnej dla Aten, Jerozolimy i Rzymu intuicji. Dlatego tak wielką wagę do pogrzebu przykłada Kościół katolicki, widząc w nim spełnienie powinności „oddania czci ciałom zmarłych wiernych, które były świątynią Ducha Świętego” oraz okazję do wyznania wiary w życie wieczne i modlitwy za zmarłych. W ten sposób „to, co zmarłym przynosi duchową pomoc, pozostałym daje pociechę płynącą z nadziei”. Katechizm Kościoła Katolickiego włącza więc grzebanie zmarłych do uczynków miłosierdzia względem ciała. Jak głodnych trzeba nakarmić, a spragnionych napoić, tak umarłych trzeba pogrzebać. Każdy człowiek ma prawo do posiłku i każdy człowiek ma prawo do pochówku. Sprawiedliwość – oddanie tego, co się komuś słusznie należy – wymaga przyznania zmarłym prawa do grobu.
Tymczasem jedynie niewielka część z ponad 100 tys. pomordowanych na Wołyniu i w Galicji Wschodniej Polaków otrzymała chrześcijański pochówek. Szczątki wielu z nich leżą w tzw. dołach śmierci. Duża część ofiar w ogóle nie została pochowana – ich ciała pozostawiono w miejscach zbrodni, na przykład w spalonych zabudowaniach. Właśnie stąd ta wrzawa, zamęt i szum. „Dla nas, rodzin zamordowanych, pamiętać, to przede wszystkim móc odnaleźć mogiłę, postawić tam krzyż i swobodnie, bez lęku móc się modlić, opłakiwać najbliższych, składać kwiaty, palić znicze. Czy to tak dużo?” – pytał w 2012 roku dr Leon Popek. Ukraińscy nacjonaliści wymordowali około 40 członków jego rodziny. Niestety, dalej zderza się on z tym, że dla wielu to wciąż za dużo.
Władze w Kijowie muszą zrozumieć, że Ukraina sama stawia się poza kręgiem europejskiej cywilizacji tak długo, jak długo utrudnia ekshumacje i pochówek ofiar. Cywilizacja ta bowiem zaczyna się tam, gdzie nawet zabity wróg ma prawo do grobu.
„Nie o zemstę, lecz o pamięć i prawdę wołają ofiary”
Dla ofiar Wołynia sprawiedliwość to jednak nie tylko pochówek. Sprawiedliwość domaga się też pamięci o zbrodni, a w ramach tej pamięci – wskazania jej sprawców. Nie po to, by kierować tę pamięć przeciw komuś, ale by mogli z niej czerpać ci, którzy będą po nas – jako przestrogę przed nienawiścią, nacjonalizmem i przemocą.
„25 lat temu we Lwowie Jan Paweł II powiedział: >>Niech dzięki oczyszczeniu pamięci historycznej wszyscy będą gotowi stawiać wyżej to, co jednoczy, niż to, co dzieli, ażeby razem budować przyszłość opartą na wzajemnym szacunku, na braterskiej wspólnocie, braterskiej współpracy i autentycznej solidarności<<” – napisał w czerwcu szef polskiego rządu Donald Tusk, zabierając głos w sprawie napięć wywołanych gloryfikacją OUN-UPA na Ukrainie. W ten sposób dołączył do chóru osób, które chcą wykorzystać autorytet świętego papieża do zamknięcia ust sprawcom owego „szumu”. Łatwo z papieskiego nauczania wyrwać jedno zdanie, które odpowiada bieżącym potrzebom. Zamiast tego, w 83. rocznicę Krwawej Niedzieli lepiej jednak zastanowić się, czego na temat pamięci o Wołyniu tak naprawdę uczy nas św. Jan Paweł II. By to zrobić, trzeba najpierw przypomnieć sobie to wszystko, co papież przełomu tysiącleci mówił o pamięci narodu, z której rodzi się jego tożsamość. Dalej trzeba przypomnieć, co mówił o sprawiedliwości, bez której nie ma pokoju. W Orędziu na Światowy Dzień Pokoju 2002 roku, wspominając cierpienia ofiar nazizmu i komunizmu, Wojtyła postawił pytanie: „w jaki sposób można przywrócić pełny porządek moralny i społeczny, tak barbarzyńsko pogwałcony?”. I zaraz udzielił na nie odpowiedzi: „pogwałcony porządek można przywrócić w pełni jedynie wtedy, gdy powiążemy ze sobą sprawiedliwość i przebaczenie”. Te dwie rzeczywistości, podkreślał ojciec święty, są „filarami prawdziwego pokoju”.
Potrzeba więc sprawiedliwości i przebaczenia. Czy przebaczenie się dokonało? Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech przypomni sobie rok 2022. Uciekający przed wojną Ukraińcy nie trafiali do obozów dla uchodźców. W Polsce byli przyjmowani w domach, jak bracia potrzebujący pomocy. Polskie społeczeństwo zmobilizowało się i każdy, jak tylko mógł, zaangażował się we wsparcie walczącej Ukrainy. Trudno więc twierdzić, że naród polski nie przebaczył narodowi ukraińskiemu.
Papież zaznacza przy tym, że „przebaczenie w żadnej mierze nie przeciwstawia się sprawiedliwości, gdyż nie polega na rezygnacji ze słusznych żądań, by naruszony porządek został naprawiony”. By i sprawiedliwość w kwestii Wołynia mogła się dokonać, Ukraina musi nazwać zbrodnię po imieniu. Dopóki to się nie stanie, Wołyń pozostanie – mimo przebaczenia – „otwartą raną, w którą sypie się wieczny piasek”.
„Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej powtarzanie”
Utrudnianie ekshumacji ofiar i brak jednoznacznego wskazania na zbrodnię to jeszcze nie wszystkie problemy, które w związku z Wołyniem generują władze Ukrainy. Jest jeszcze problem trzeci – ze wszystkich najgroźniejszy.
Odwiedzając w czerwcu 1979 roku nazistowski obóz zagłady Auschwitz-Birkenau, św. Jan Paweł II zauważył, że „Oświęcim jest rozrachunkiem z sumieniem ludzkości poprzez te tablice, które świadczą o ofiarach, jakie poniosły narody. Oświęcim jest miejscem, którego nie można tylko zwiedzać. Trzeba przy odwiedzinach pomyśleć z lękiem o tym, gdzie leżą granice nienawiści”.
Podobnie – z tym samym lękiem – trzeba myśleć o ofiarach Wołynia. Tymczasem Kijów kreuje politykę historyczną, w której zamiast lęku w miejscu tym pojawia się duma. Ukraińskie władze budują narrację, w której historia zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii zamiast ostrzeżeniem, staje się przykładem do naśladowania. W ten sposób na nowo budzą w duchu ukraińskiego narodu demony nacjonalizmu, które 83 lata temu doprowadziły do bestialskiego wymordowania dziesiątek tysięcy Polaków i przedstawicieli innych mniejszości. Kwestia Wołynia to więc również problem propagowania banderowskiej ideologii. Wobec tego problemu społeczność międzynarodowa nie może pozostać obojętna. Obojętność groziłaby tym, że Europa, która wyrosła z Akropolu, Golgoty i Kapitolu, zdradzając swoje ideały, ponownie doprowadzi nas do Auschwitz.
Karol Kubicki – źródło: Fronda.pl
***
Wołyń jest jak Katyń
Dyskusja z Ukraińcami o Wołyniu jest podobna do tej jaką przez dekady toczyliśmy z Rosjanami o Katyniu. W jednym i drugim przypadku były masowe mordy na Polakach. W obydwu przypadkach musimy się mierzyć z kłamstwem i relatywizowaniem zbrodni.
wikipedia.org
***
Od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie w 2022 roku przekonuje na łamach „Niedzieli”, że należy wspierać Ukrainę, która została zbrodniczo zaatakowana przez imperialną Rosję. Taka jest nasza racja stanu, bo Moskwa od wieków jest dla nas zagrożeniem egzystencjalnym. A o fakcie, że Polska też jest celem wojny Władimira Putina oficjalnie poinformował szef rosyjskiej dyplomacji w grudniu 2021 roku.
Przez lata niepokojąco tlił się spór o Rzeź Wołyńską, wychwalanie UPA i kult Stepana Bandery. Wydawało się, że po 2022 roku Ukraina ma już wielu nowych bohaterów, którymi może zastąpić wątpliwe etycznie postacie z okresu II wojny światowej. Nadzieje dawał również fakt, że na poziomie centralnym tzn. prezydenckim do gloryfikacji UPA oraz postaci bezpośrednio zamieszanych w mordowanie Polaków dotychczas nie dochodziło.
Niestety wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, gdy prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret, którym nadał imię „bohaterów UPA” jednej z elitarnych jednostek wojskowych. By było jasne, nie mam pretensji do walczących żołnierzy, którzy po prostu mogą nie wiedzieć, że UPA była też formacją zbrodniczą i ma krew 100 tys. Polaków na rękach – głównie bezbronnych kobiet i dzieci. Pretensje mam do ukraińskiej klasy politycznej, która celowo ten konflikt z Polską zaostrza i do elit intelektualnych Ukrainy, która fałszywymi mitami historycznymi karmi ukraińskie społeczeństwo. Przeciętny Ukrainiec nie ma bowiem pojęcia, że UPA mordowała Polaków, Żydów, Czechów, a nawet samych Ukraińców. Wiedzą jedynie, że UPA walczyła z sowietami i nic nie wiedzą, że współpracowała z niemieckimi nazistami, a Bandera był tajnym agentem Abwery.
Od kilku tygodni śledzę dyskusję na ten temat w polskich i ukraińskich mediach. Szczerze powiem jestem przerażony jak bardzo niski jest poziom wiedzy historycznej wśród polityków, dziennikarzy i prawie całej ukraińskiej klasy opiniotwórczej. Jednocześnie jest tam wysoki poziom arogancji, odporności na fakty historyczne, butności, a nawet pogardy. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły, ale z całości ukraińskiej debaty na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej, wyłania się bardzo ponury krajobraz. Dlatego też chylę czoła przed polskimi publicystami, ekspertami i historykami, którzy w języku ukraińskim i próbują dyskutować z nimi w ukraińskich mediach.
Mam też nieodparte wrażenie, że polski dyskurs na temat UPA i Rzezi Wołyńskiej nie był na Ukrainie w ogóle obecny. Zupełnie tak jakby Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę historyczną nie prowadziły tam kampanii edukacyjnej i informacyjnej. Nie znalazłem żadnego filmu w mediach społecznościowych w ukraińskim języku, który naświetlałby polski punkt widzenia na tragiczne wydarzenia z 1943 roku. A przecież w czasach mediów społecznościowych dotarcie do ukraińskiego społeczeństwa nie jest czymś specjalnie trudnym i drogim. O tym, że Ukraińcy zupełnie nie znają historii i polskiej wrażliwości świadczą badania przeprowadzone przez Centrum Mieroszewskiego. Okazało się, że przytłaczająca większość Ukraińców o „problemie” Zbrodni Wołyńskiej dowiedziała się dopiero po przyjeździe do Polski.
Jednym z argumentów, który pojawia się w ukraińskiej debacie publicznej jest fakt, że UPA i ukraińskie organizacje nacjonalistyczne nie zostały skazane w czasie Procesów Norymberskich. Niewątpliwie jest to fakt, który łączy Zbrodnię Wołyńską z Katyniem. Sowiecki komunizm i jego zbrodnie też nie zostały osądzone w Norymberdze, co skrzętnie wykorzystuje w swojej polityce Władimir Putin w procesie wybielania zbrodni z czasów ZSRR, a nawet samego Józefa Stalina.
Wołyń i Katyń – te dwa spory historyczne można, a nawet warto porównać, ponieważ dla polskiej pamięci narodowej Katyń i Wołyń są bardzo bolesnymi ranami z czasów II wojny światowej. Choć podłoże zbrodni było inne, to dynamika polityczna i dyplomatyczna tych sporów wykazuje uderzające podobieństwa. Rosja po krótkim okresie otwartości w latach 90. zamknęła śledztwo i utajniła jego akta, uniemożliwiając pełne badanie miejsc pochówku i poznanie pełnej listy zamordowanych ofiar. Natomiast Ukraina przez lata stosowała moratoria na prowadzenie prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych dla polskich specjalistów, uzależniając zgodę od ustępstw politycznych. Polska strona oficjalnie uznaje zarówno Katyń, jak i Wołyń za ludobójstwo. Ani Rosja, która uznała Katyń jedynie za “przestępstwo służbowe”, ani Ukraina, która unika terminu ludobójstwo i mówi tylko o tragedii, nie zgadzają się z polską definicją prawną ludobójstwa. Oczywiście są też różnice, bo Katyń był zbrodnią państwową, zaplanowaną na najwyższych szczeblach komunistycznego państwa, a Wołyń był zbrodnią partyzancką przy masowym udziale ukraińskiego chłopstwa.
Rosyjska polityka historyczna pod rządami Władimira Putina celowo używa Katynia, a kłamstwo i relatywizacja zbrodni są elementem wrogiej polityki imperialnej, mającej na celu upokorzenie i destabilizację Polski, a więc nie większych szans na jakieś polsko-rosyjskie porozumienie. W przypadku Ukrainy istnieje szansa na dialog, ale blokuje go ukraiński strach przed utratą „bohaterów”. Budowanie narodowej tożsamości, z pomięciem faktów niestety często przeradza się w arogancką formę obrony, która ma niewiele wspólnego z historyczną prawdą. Ten fakt również wykorzystuje Moskwa, by siać wrogość miedzy Polakami i Ukraińcami. Niestety polityka historyczna Kijowa obficie Rosjanom w tym pomaga.
Artur Stelmasiak -Tygodnik Niedziela
***
fot. Radio Nadzieja/Łomża
***
Nowenna do Matki Bożej z Góry Karmel Szkaplerz znakiem opieki
Nowennę można odmówić na 9 dni przed liturgicznym wspomnieniem Najśw. Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca), czyli w dn. 7-15 lipca.
Dzień pierwszy
Modlitwa wstępna
Chwalebna Królowo nieba i ziemi, Dziewico Niepokalana, Matko Syna Bożego. Z pokorą cześć Tobie oddajemy i z dziecięcą ufnością prosimy Ciebie, abyś zwróciła na nas swoje miłosierne oczy i raczyła przyjąć tę ofiarę, którą podczas tej nowenny Tobie przynosimy. Dopomóż nam godnie i owocnie przygotować się do przeżycia Twojej uroczystości.
Rozważanie
Najświętsza Maryjo, Ozdobo i Matko Karmelu. Jasny obłok wznoszący się nad morzem, który widział prorok Eliasz, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem i był zapowiedzią Twojego dziewiczego macierzyństwa. Ty porodziłaś światu Jezusa – Zbawiciela, który wylał na nasze dusze ożywcze tchnienie łaski.
Pokornie prosimy Ciebie, Bogarodzico, uproś nam u Twojego Syna zdroje łask, abyśmy nimi wzbogaceni i umocnieni, przynosili owoce cnót i dobrych uczynków oraz służyli Bogu z wiarą i miłością, i zasłużyli na oglądanie Go w wiecznej szczęśliwości.
Modlitwa o łaskę
O Najświętsza Dziewico, wyjednaj nam tę łaskę, o którą z pokorą i ufnością, za Twoim pośrednictwem prosimy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Najświętsza Maryjo, Gwiazdo Karmelu i nasza Matko. Ty szczególną miłością darzysz swoje dzieci, opiekujesz się nimi, wypraszasz światło i pouczasz przykładem. Uproś nam, najłaskawsza Pani, aby Syn Twój, Jezus Chrystus, swoim światłem rozproszył ciemności naszego umysłu, abyśmy poznali głębię Jego miłości i całym sercem Go umiłowali, a także umiłowali nasze powołanie i wiernie wypełniali płynące z niego zobowiązania.
Niech Twoja przyczyna to sprawi, byśmy nasze życie ofiarowali dla większej chwały Boga i zbawienia bliźnich.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Mistrzyni i Matko Karmelu. Ty przyjęłaś ofiary sług Twoich, którzy na Górze Karmel cześć Tobie oddawali jako Matce Zbawiciela. Przez dobroć Twoją, jaką im okazałaś i nam nieustannie świadczysz, prosimy Ciebie, dopomóż nam przekształcić nasze serca na świątynie Boga żywego.
Dopomóż ozdobić je kwiatami cnót i dobrych uczynków, aby stały się godnym i miłym mieszkaniem dla Syna Twojego, Jezusa.
Daj nam oderwać się od tego, co niskie i ziemskie, abyśmy wznieśli serca ku temu, co wieczne i nade wszystko miłowali Boga i wielbili Go naszym życiem.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Chwało Karmelu i nasza Matko. Ty na znak szczególnej Twej miłości chcesz, abyśmy nazywali się Twoimi dziećmi. Obudź w naszych sercach pragnienie, byśmy we wszystkich trudach i cierpieniach życia u Ciebie szukali schronienia, pomocy i pociechy. Zachęcaj nas Twoim przykładem do pełnienia cnót i dobrych czynów. Matko Miłosierdzia, dopomóż nam wieść życie pobożne i święte, abyśmy stali się dziećmi godnymi Ciebie i zostali zaliczeni do grona sprawiedliwych, których imiona zapisane są w księdze życia.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
O Maryjo, Obrończyni Karmelu i nasza Matko. Ty w czasie burz dziejowych broniłaś swój zakon karmelitański i ochraniałaś go swoją opieką od zniszczenia i upadku. Prosimy Ciebie, Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała, byśmy w pokoju i bezpieczeństwie służyli Bogu dla Jego większej chwały i Twojej czci.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza. Ty zaszczyciłaś tytułem przybranego synostwa wiernego sługę Twego, Szymona Stocka i przez niego obiecałaś wyprosić obfite zdroje łask i błogosławieństw dla tych, którzy wierni swojemu powołaniu nabożnie nosić będą Twoją szatę. Dopomóż nam, o Maryjo, aby przywileje szkaplerza świętego – wielokrotnie przez Kościół potwierdzane – stały się naszym udziałem w tym życiu, a zwłaszcza w godzinie naszej śmierci, abyśmy zostali dopuszczeni do uczestnictwa w chwale niebieskiej.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Maryjo, Opiekunko i Matko Karmelu. Twój święty szkaplerz jest naszą obroną pośród niebezpieczeństw. Prosimy Ciebie, niech Twoje potężne wstawiennictwo zachowa nasze dusze i ciała od wszelkich złych przygód. Strzeż nas nieustannie, o Matko pełna dobroci i miłosierdzia, abyśmy nie dopuścili się żadnego grzechu, który zasmuciłby Boskie Serce Twojego Syna. Bądź nam przewodniczką po drogach prawdy i umiłowania Bożych przykazań.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Dziewico Maryjo, Ozdobo Karmelu i nasza Matko. Dar szkaplerza świętego jest widzialnym znakiem Twojej ku nam miłości. Z woli Twojego Syna zechciałaś nas przygarnąć jako najmilsze dzieci Twoje. Opiekuj się nami i wyjednaj u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy Ciebie nie zasmucali, lecz zawsze byli Twoją radością i chwałą.
Modlitwa o łaskę, Modlitwy końcowe (jak w dniu pierwszym)
Najświętsza Dziewico Maryjo, Opiekunko Karmelu i nasza Matko. Wierzymy, że nigdy nie opuszczasz swoich wiernych sług. Dopomóż nam, o Matko najmilsza, abyśmy pozostali Tobie zawsze wiernymi. Opiekuj się naszymi sercami, pomóż nam obmyć je z brudów grzechu i przyozdobić miłymi Bogu kwiatami cnót. Niech Syn Twój zamieszka w nich na zawsze, aby nieprzyjaciel ludzkich dusz odstąpił od nas i byśmy w ostatniej godzinie doznali radości widzenia Boskiego oblicza. Wyjednaj nam także, o Najświętsza Dziewico, tę łaskę, o którą podczas tej nowenny – za Twoim pośrednictwem – z pokorą i ufnością prosiliśmy Twojego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków. Amen.
K. Módl się za nami, Królowo szkaplerza świętego. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty ozdobiłeś zakon karmelitański zaszczytnym tytułem Najświętszej Rodzicielki Twojego Syna, Maryi, zawsze Dziewicy, † spraw łaskawie, abyśmy oddając Jej cześć i umocnieni Jej obroną * zasłużyli na osiągnięcie wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Szkaplerz karmelitański – kto go nosi, nie pójdzie do piekła
Flos Carmeli, fot. Fr Lawrence Lew, OP/Flickr.com
***
Noszenie Szkaplerza Karmelitańskiego jest wyrazem szczególnej czci ku Matce Bożej oraz prośbą o jej matczyną opiekę, szczególnie w godzinie śmierci.
„Kwiat Karmelu”
Historia Szkaplerza Karmelitańskiego związana jest z osobą św. Szymona Stocka, generała oo. Karmelitów na Górze Karmel w Palestynie. 16 lipca 1251 roku objawiła mu się Matka Boża, wręczając szkaplerz koloru brunatnego i wypowiadając słowa:
Przyjmij, najukochańszy Synu, szkaplerz zakonu twego jako znak mojego Bractwa i szczególniejszej łaski dla ciebie i dla wszystkich Karmelitów. Kto umierając mieć będzie na sobie ten szkaplerz, zachowany zostanie od ognia piekielnego, jest to bowiem godło zbawienia, puklerz i tarcza przeciw wszelkim niebezpieczeństwom, rękojmia pokoju i szczególnej mej opieki do końca wieków.
Szkaplerz stał się znakiem szczególnej opieki Matki Bożej nad Zakonem Karmelitańskim, a za przykładem oo. Karmelitów poszli ludzie świeccy, a także święci. Nosili go m.in. św. Jan Maria Vianney, św. Jan Bosko, św. Jan Paweł II.
Nałożeniu szkaplerza towarzyszy oddzielny obrzęd, w czasie którego kapłan wyznacza przyjmującemu codzienne odmawianie określonej modlitwy maryjnej. Wszyscy ci, którzy z wiarą noszą szkaplerz oraz przestrzegają warunków z tym związanych, dostąpią łaski zachowania od ognia piekielnego.
Znaczenie duchowe
Sam szkaplerz składa się z dwóch prostokątnych kawałków wełnianego sukna w kolorze brunatnym. Jego przednia część, noszona na piersi ma przypominać, że nasze serce bije dla Boga i bliźnich i za pośrednictwem Maryi ma wiązać się z dobrami wiecznymi. Cześć tylna, noszona na plecach przypomina, że wszystkie trudy i krzyże powinniśmy znosić z pokorą, jak to czyniła Maryja. Na co dzień, zamiast szkaplerza, dozwolone jest noszenie medalika szkaplerznego.
Noszenie szkaplerza oznacza uznanie Maryi za duchową Matkę, jest znakiem nabożeństwa maryjnego, które polega na oddaniu i poświęceniu się Świętej Rodzicielce. Członkowie Bractwa Szkaplerza Świętego Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel starają się wytrwale naśladować Matkę Bożą, kierując się w życiu cnotami posłuszeństwa, pokory i skromności.
W Polsce istnieje sto kilkadziesiąt bractw szkaplerznych, głównie przy zakonach karmelitów trzewiczkowych i bosych, ale także przy parafiach – najwięcej jest ich na Śląsku.
Akt oddania się Matce Bożej Szkaplerznej (karmelitański)
O najchwalebniejsza Dziewico Maryjo, Matko Szkaplerza świętego! Oto ja, niegodny zaszczytu nazywania się Twoim sługą, ośmielony Twoją dobrocią i pragnieniem służenia Tobie, obieram Cię za moją jedyną i najlepszą Matkę i Orędowniczkę.
Wobec Trójcy Przenajświętszej, Ciebie, mojego Anioła Stróża, uroczyście odnawiam przyrzeczenia, które złożyłem Tobie, Matko Najświętsza w dniu przyjęcia Szkaplerza świętego.
Pragnę wiernie i gorliwie służyć Tobie i Twemu Boskiemu Synowi przez całe moje życie. Składam Ci również synowskie podziękowanie za to, żeś mnie spośród tylu milionów dusz, poprzez Szkaplerz święty, zaliczyć raczyła do umiłowanych dzieci swoich.
Przyrzekam Ci i postanawiam, że pragnę pozostać wiernym Twoim synem, całym sercem Cię kochać oraz naśladować Cię w cnocie i pobożności.
Przyjmij, Matko Najświętsza, tę moją ofiarę i spraw łaskawie, aby Szkaplerz święty, który noszę, stał się dla mnie znakiem Twojej szczególnej opieki, ochroną przed grzechem, tarczą przed atakami nieprzyjaciela, zachętą do praktykowania cnoty i środkiem do osiągnięcia zbawienia. Proszę Cię o to przez Twojego Syna, Jezusa. Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Stacja7.pl
***
Jak i gdzie przyjąć szkaplerz? Praktyczne informacje
fot. karmel.pl
***
Tym, którzy przyjmą szkaplerz, Maryja obiecała: “Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Kto może przyjąć szkaplerz? Jakie są warunki jego przyjęcia? Gdzie można znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?
Szkaplerz przystosowany do użytku wiernych świeckich złożony jest z dwóch prostokątnych wycinków brązowego sukna wełnianego połączonych dwoma tasiemkami. Wymiary płatków mogą być dowolne. Jest on niejako zminimalizowanym habitem. Zwykle na obu płatkach jest umieszczony wizerunek lub symbol Pana Jezusa, i Matki Bożej Szkaplerznej. Oto kilka praktycznych informacji dotyczących szkaplerza.
Szkaplerz. Jak go przyjąć?
1. Jakie są warunki przyjęcia szkaplerza?
Istnieje jeden zasadniczy warunek: niewymuszone, szczere i świadome pragnienie przyjęcia szkaplerza oraz zawierzenia siebie Maryi w tym znaku. Zawierzenie to obejmuje decyzję dzielenia z Maryją własnej codzienności i naśladowania Jej stylu życia.
2. Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?
Przygotowanie powinno wyrazić się odbyciem sakramentalnej spowiedzi, aby w czasie przyjmowania szkaplerza znajdować się w stanie łaski uświęcającej. Umożliwi to Maryi skuteczniejsze oddziaływanie i pomoc oddanemu Jej człowiekowi.
3. Czy do przyjęcia szkaplerza konieczna jest spowiedź?
Jeżeli spowiedź jest możliwa i nie ma żadnej przeszkody, by ją odbyć, powinna poprzedzić przyjęcie szkaplerza. Istnieją jednak sytuacje, w których spowiedź nie jest możliwa: np. związek niesakramentalny, którego stanu nie da się obecnie uregulować z powodu istniejącej przeszkody kanonicznej. W takich okolicznościach można przyjąć szkaplerz wyrażając pragnienie, by Maryja w tym znaku pomogła wytrwać w dobrym i – gdy ustanie przeszkoda – uregulować życie sakramentalne.
4. Czy szkaplerz trzeba przyjąć osobiście?
Tak, szkaplerz trzeba przyjąć osobiście. Domaga się tego powaga samego znaku jak i charakter relacji z Maryją, która pragnie nawiązać z każdym z nas indywidualną, intymną i niepowtarzalną relację.
5. Czy osoba świecka może ważnie przyjąć do szkaplerza?
Osoba świecka nie może ważnie przyjąć innej osoby do szkaplerza.
6. Kto może mnie przyjąć do szkaplerza?
Do szkaplerza może ważnie przyjąć każdy kapłan zakonny lub diecezjalny oraz diakon, posługując się zatwierdzonym przez Stolicę Świętą obrzędem.
7. Czy mogę nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej?
Można nałożyć szkaplerz osobie starszej lub chorej. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to oficjalne przyjęcie do szkaplerza. Gdy ustanie przeszkoda choroby, osoba powinna udać się do kapłana z prośbą o nałożenie szkaplerza. Jeśli z powodu starości nie może tego uczynić, trzeba poprosić kapłana do domu, aby takiego nałożenia dokonał.
8. Gdzie mogę znaleźć obrzęd nałożenia szkaplerza?
Tekst obrzędu można znaleźć na stronie internetowej www.karmel.pl. Znajduje się on również w Nowennie Szkaplerznej, którą można zamówić w karmelitańskim Wydawnictwie, pisząc na adres: Wydawnictwo Karmelitów Bosych, ul. Z. Glogera 5, 31-222 Kraków, lub dzwoniąc na numer tel. (012) 416 85 00.
9. Skąd wziąć szkaplerz?
Szkaplerz można nabyć w każdym klasztorze karmelitów bosych i karmelitanek bosych udając się tam osobiście lub pisząc na adres któregoś z tych klasztorów.
10. Co to jest księga szkaplerzna?
Księga Szkaplerzna to dokument zawierający wykaz osób, które przyjęły szkaplerz.
11. Czy muszę wpisać się do księgi szkaplerznej?
Księga Szkaplerzna to dokument świadczący o ludzkiej wierze w pośrednictwo Maryi. Wszyscy przyjmujący szkaplerz zachęcani są do pozostawienia w niej swych podstawowych danych: imię i nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania. Wpis do Księgi Szkaplerznej nie jest jednak warunkiem przyjęcia szkaplerza i jeśli ktoś nie chce, nie musi takiego wpisu dokonywać.
12. Jak wpisać się do księgi szkaplerznej?
Jeśli osoba przyjmuje szkaplerz w innym miejscu niż klasztor karmelitański, który posiada Księgę Szkaplerzną, a chce do takiej Księgi być wpisana, wystarczy, że prześle informację o fakcie przyjęcia szkaplerza na adres: Karmelici Bosi, Czerna 79, 32-065 Krzeszowice. Informacja powinny obejmować dane: a) miejsce i datę przyjęcia szkaplerza; b) imię, nazwisko i wiek osoby, która przyjęła szkaplerz; c) imię i nazwisko kapłana, który szkaplerz nakładał.
13. Co zrobić ze zniszczonym szkaplerzem?
Jeśli osoba nosiła szkaplerz sukienny, który uległ zniszczeniu i chce założyć nowy, stary szkaplerz najlepiej spalić. Nie powinno się go wyrzucać do śmieci ze względu na szacunek dla Maryi, od której ten znak otrzymaliśmy.
14. Czy ponownego nałożenia szkaplerza musi dokonać kapłan?
Osoba, która zmienia stary szkaplerz na nowy czyni to sama. Nie potrzeba prosić o to kapłana. W sytuacji, gdy szkaplerz został odrzucony z pogardy, ponowne nałożenie go, po dobyciu spowiedzi, powinno dokonać się rękami kapłana.
15. Czy potrzebny jest obrzęd nałożenia szkaplerza?
Forma noszonego szkaplerza (z sukna czy medalik) jest osobistym wyborem konkretnego człowieka. Natomiast uczestnictwo w łaskach z nim związanych wymaga przyjęcia według obrzędu zatwierdzonego przez Stolicę Świętą. Oczywiście każdy może sobie założyć medalik szkaplerzny na szyję i z pewnością Maryja będzie mu w życiu towarzyszyć. Jednak uczestnictwo w łaskich związanych z szkaplerzem karmelitańskim wymaga pełnej formy przyjęcia tego znaku.
16. Kiedy mogę przyjąć szkaplerz?
Szkaplerz można przyjąć w dowolnym, wybranym przez siebie dniu. Szczególnej jednak wymowy nabiera jego przyjęcie w jakieś święto maryjne. Wówczas związek z Maryją staje się jeszcze bardziej wyraźny.
17. Czy przyjęcie szkaplerza można co jakiś czas odnawiać?
Raz dokonanego obrzędu przyjęcia szkaplerza z rąk kapłana nie trzeba powtarzać. Istnieje natomiast piękny zwyczaj ponawiania swego oddania się Maryi każdego roku, w rocznicę przyjęcia szkaplerza. Zwyczaj ten nie ma określonej formy. Najczęściej wyraża go nawiedzenie kościoła, podziękowanie Maryi za łaskę przyjęcia Jej znaku oraz ponowienie w sercu aktu zawierzenia się Jej.
Stacja 7.pl
***
Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej
Pietro Novelli, Our Lady of Carmel and Saints/Wikipedia.org/domena publiczna
***
Proszę Cię Maryjo, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała.
O Najchwalebniejsza, Królowo Niebios, Maryjo. Najczystsza, Dziewico i Najgodniejsza Boża Rodzicielko. Przypominam dziś sobie w głębi serca przez przyjęcie szkaplerza świętego zawarte z Tobą przymierze, że przez całe życie będę jak najwierniej i jak najgorliwiej służył(a) Tobie i Twojemu Boskiemu Synowi. Składam Ci najpokorniejsze dzięki, o Najpotężniejsza Pani, że raczyłaś mnie biednego grzesznika (grzesznicę) przyjąć do grona Braci (Sióstr) za pośrednictwem szkaplerza świętego. Obieram Cię dzisiaj na zawsze za moją Najukochańszą Matkę, Opiekunkę i Pośredniczkę przed Bogiem.
Proszę Cię pokornie, aby Twój szkaplerz był dla mnie znakiem zbawienia, bronią w niebezpieczeństwach duszy i ciała. O Najlitościwsza Matko, wyjednaj mi u Boskiego Syna odpuszczenie grzechów moich, łaskę do prawdziwej pokuty i poprawy mojego życia, stałość w wierze świętej, w nadziei, w miłości Boga i bliźniego, w cierpliwości i w czystości odpowiedniej do mojego stanu. Szczególniej zaś stań przy mnie w ostatniej chwili mego życia i daj mi doznać tego, coś przyrzekła, że kto w tym świętym Twoim szkaplerzu umrze bogobojnie, ten nie będzie cierpiał ognia wiecznego. Amen.
P. Módl się za nami, Królowo, Ozdobo Karmelu. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się: Prosimy Cię Panie, niech nas wspomaga pełne godności wstawiennictwo chwalebnej Dziewicy Maryi, Matki i Królowej Karmelu, abyśmy wsparci Jej opieką mogli dojść na szczyt góry, którą jest Chrystus, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
Stacja7.pl
***
Odpoczynek. Niebiański i ziemski
Południe – Odpoczynek od pracy (wg Milleta), Vincent van Gogh
***
Pobyt w Raju to nie leniuchowanie naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.
Bóg powołał człowieka do pracy, ale położył także nacisk na potrzebę odpoczynku. W tym kontekście rodzi się pytanie, czy po śmierci czeka nas faktycznie wieczny odpoczynek? Czy tak bardzo zmęczymy się życiem na ziemi, że będziemy musieli przez całą wieczność odpoczywać? Przez całą wieczność?!
Oferta pracy… od Boga
Niektórzy naiwnie wyobrażają sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy, jako coś na kształt sielanki, bez konieczności chodzenia do pracy, bez obowiązków, bez trudu. Krótko mówiąc stan laby. Wystarczyło tylko nie zrywać zakazanego owocu i wiodłoby się gnuśną egzystencję, hasając na golasa na łonie natury. Trzeba otwarcie powiedzieć, że taka wizja Raju jest całkowicie sprzeczna z Biblią. Bóg stworzył człowieka i osadził w ogrodzie Eden, aby tam pracował. Pobyt w Raju nie był leniuchowaniem naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.
„Pan Bóg zatem wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15).
Między innymi ten fragment przywołuje Zacharia Sitchin, który uważa, że ludzi stworzyła rasa istot z planety Nibiru, ponieważ potrzebowali oni na Ziemi niewolników do pracy. Jednakże, według Biblii, Bóg, choć stworzył człowieka do pracy, nie pragnął mieć niewolnika, ale zaprosił nas do partnerstwa i współpracy w dziele stworzenia. Chciał, abyśmy razem z nim panowali nad światem. Człowiek został bowiem stworzony, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1, 26). Panował, czyli dbał i troszczył się o cały stworzony świat!
Tak pojmowana praca jest współpracą z dziełem Stwórcy, kontynuacją tego, co On rozpoczął – wspomaganiem Bożego działania. Jest to równocześnie droga samodoskonalenia się człowieka, jego rozwoju jako indywidualnej osoby i jako wspólnoty ludzi.
Z pewnością nie wszystkich zachwyca, że według Biblii Stwórca powołał nas do pracy, do podejmowania trudu i wysiłku na wzór naszych pierwszych rodziców. Oczywiście wynika to z faktu, że pracę postrzegamy często jako źródło udręki, ale to już jest konsekwencją grzechu pierworodnego. Przed upadkiem podejmowany wysiłek nie był dla pierwszych ludzi żadną przykrością, ale raczej radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek czuł się szczęśliwy i spełniony, mogąc pracować i trudzić się. Praca była powołaniem człowieka, przynoszącym mu pokój i radość. Grzech pierworodny wszystko popsuł i wprowadził dysonans do istniejącej harmonii. Odtąd praca często stawała się synonimem harówki i uciemiężenia, była elementem wykorzystywania i wyzysku człowieka przez człowieka. Grzech pierworodny zmienił okoliczności na mniej przyjemne, ale nie zmieniło się nasze fundamentalne powołanie do pracy.
„Odpoczynek” Charles Sprague Pearce
***
Naśladuj Boga – i też odpoczywaj!
Na samym początku Pisma Świętego czytamy, że gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2). Oczywiście autor Księgi Rodzaju nie pisał reportażu czy też sprawozdania z siedmiu dni stwarzania. Bogu, jako Duchowi czystemu odpoczynek nie jest potrzebny. W Księdze Izajasza czytamy: „On się nie męczy ani nie nuży” (Iz 40,28). O odpoczynku Boga napisano ze względu na człowieka, który potrzebuje odpoczynku. Bóg dał więc przykład człowiekowi, kiedy i jak należy odpoczywać.
Odpoczynek jest przewidziany przez Boga jako coś dobrego dla ludzi. A nawet boskiego, bo przecież sam Bóg odpoczywał i polecił nam, abyśmy go naśladowali (zarówno w pracy, jak i w odpoczywaniu): „Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał swą pracę, lecz w siódmym dniu jest szabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczął twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty.” (Pwt 5,13-14). Można powiedzieć, że przykazanie jest tu podwójne, zawiera dwa polecenia: nakazuje odpoczynek w szabat i pracę przez sześć dni w tygodniu. To Bóg nakazał człowiekowi pracę i nakazał odpoczynek.
Tym, co odróżniało ich od innych ludów i narodów, było właśnie świętowanie szabatu, ostatniego dnia tygodnia, który następował po sześciu dniach pracy. Izraelici dali wyraz przekonaniu, że w życiu ludzkim regularnie trzeba wyznaczyć czas, w którym człowiek uświadamia sobie, kim naprawdę jest oraz jaki sens mają jego życie i podejmowane wysiłki. Wzmianka o Bogu, który odpoczął siódmego dnia (Rdz 2,2), leży u podstaw ustanowienia szabatu jako dnia odpoczynku (Kpł 16,31), roku szabatowego (Kpł 25,3-6) jako roku wytchnienia dla ziemi uprawnej i roku jubileuszowego jako czasu społecznej restytucji dóbr i własności (Kpł 25,8-17).
Błędy i wypaczenia odpoczywania
To dość dziwne, ale ludzie potrafią zrobić nawet z odpoczynku udrękę. Wyznawcy judaizmu – zwłaszcza ci bardziej ortodoksyjni – do dziś traktują przykazanie nie pracowania w szabat bardzo kategorycznie. Pobożni Żydzi od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie robią nic, co choćby przypomina pracę. Pochodzący z żydowskiej rodziny słynny amerykański fizyk-noblista, Richard Feynman, wspominał w swojej autobiografii („Pan raczy żartować, panie Feynman”), że jego ojciec w szabat nie używał windy, bo w latach dwudziestych XX w., kiedy wciskało się guzik przywołujący windę, w przełączniku przeskakiwała iskra. A iskra to ogień. Tymczasem w szabat nie wolno było rozpalać ognia… Przed wojną w kursujących w sobotę pociągach można było podobno spotkać Żydów siedzących na butelkach z wodą. W szabat istniał bowiem zakaz podróżowania, chyba że płynęło się statkiem i poruszało się po wodzie. Butelka miała więc zastąpić morze czy rzekę. Izraelscy specjaliści zbudowali natomiast specjalne koszerne lodówki, w których w szabat po otwarciu drzwiczek nie zapala się światło.
Warto sobie zadać pytanie, czy gdzieś nie zagubiła się tu idea odpoczynku?
„Odpoczynek” John Singer Sargent
***
O zaletach godziwego odpoczynku
Godziwy odpoczynek nie jest udręką, ale czynnością, która przywraca człowiekowi siły, odnawia możliwość tworzenia i kreatywności. W Biblii jest bardzo wiele fragmentów, w których bezpośrednio mowa jest o ludzkim wypoczynku, choćby w Psalmach, gdzie czytamy: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć” (Ps 23, 1-2). Oprócz szabatu Biblia uznaje potrzebę codziennego odpoczynku dla zwierząt (Ez 34,14), a także dla ludzi (2 Sm 4,5). W przypadku człowieka szczególnie pożądany jest spokój duszy (Ps 116,7). Synonimem odpoczynku jest bowiem właśnie spokój i zadowolenie, zarówno jeśli chodzi o spokój ziemi (Iz 14,7), ludzi (Hi 3,13), czy społeczności (Jr 6,16). Brak spokoju z powodu przeciwności (Ps 22,2), cierpienia lub pracy (Koh 2,23) pozbawia człowieka odpoczynku. 2 Krn 14,5 opisuje pokojowe rządy króla jako czas odpoczynku dla królestwa. Brak zakłóceń międzynarodowych postrzegano bowiem jako czas odpoczynku dla monarchy (2 Krn 20,30). Także wyzwolenie od ucisku wrogów uważano za odpoczynek (2 Krn 32,22).
Jak wiadomo, król Saul odpoczywał, słuchając muzyki, jaka wydobywała się z harfy Dawida.
Wieczny odpoczynek racz nam dać Panie?
Obietnicę życia wiecznego Biblia nazywa odpoczynkiem przygotowanym przez Boga (Hbr 4,1) na wzór odpoczynku obiecanego Izraelitom w czasach Mojżesza (Hbr 3,10-11). „Pan powiedział: »Moja obecność pójdzie z tobą i dam ci odpocznienie«” (Wj 33,12-14). Pisarze chrześcijańscy uznawali, że słowa te wypełniły się dla wszystkich ludzi w Chrystusie (Rz 4,16; Hbr 3,1-2), a za cel życia uważali osiągnięcie tego rodzaju odpoczynku, który jest darem Boga (Ap 14,13).
Nieraz pracoholicy mówią, że odpoczną sobie po śmierci. Ba! Utrwala się taki obraz poprzez zwrot „wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!”. Tak jakbyśmy w tym zabieganym świecie, głównie marzyli o odpoczynku… Odpoczynek, obiecany i przygotowany przez Boga, spełni się, gdy spotkamy Go twarzą w twarz w królestwie niebieskim. Można powiedzieć, że to będą nasze wakacje. Ale przecież odpoczynek to niekoniecznie bezczynność. Nawet tu na ziemi, często odpoczywamy przez rozwijanie zainteresowań czy realizację pasji.
Peter Kreeft w książce „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać” dokonał interesującego spostrzeżenia, że niektórzy być może świadomie lub nieświadomie, boją się Nieba, ponieważ boją się nudy. Śmierć jest dla nich straszna, gdyż oferuje tylko dwie alternatywy: niebiańską nudę lub piekielne męki. Wiele amerykańskich filmów wyobraża sobie mieszkańców Nieba na podobieństwo ubranego w białe szaty chóru Gospel. Taki wiejący nudą ocean bieli. I tak przez całą wieczność – możemy zapytać ze zgrozą? Będziemy chodzić w powłóczystych szatach, uśmiechać się błogo, leżeć „na zielonych pastwiskach”, grać na harfach i śpiewać w chórach anielskich? Kto by chciał w ten sposób spędzić całą wieczność? W końcu człowiek zanudziłby się na śmierć w takim Niebie. Jest to konsekwencja poglądu, że w Niebie nie ma nic do roboty, bo cóż można robić w doskonałym świecie? Czy jednak moglibyśmy być szczęśliwi bez twórczej pracy?
Peter Kreeft objaśnia, że Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć, a zadanie to zaczynamy tu – na ziemi. Nikt nie umiera w formie skończonej. Nigdy nie ma dość czasu, żeby zrobić wszystko, co moglibyśmy i powinniśmy zrobić, aby być tym wszystkim, czym moglibyśmy i powinniśmy być. Pierwsze i fundamentalne przykazanie Boga skierowane do człowieka, wzywa go, aby czynił sobie Ziemię poddaną, czyli twórczo uczestniczył w Bożym dziele stwarzania świata. Być może nakaz ten nie straci na aktualności także po przyszłej Paruzji. Niebo jest pełne kreacji. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem rozumianym jako nic nie robienie. Będzie czymś dokładnie przeciwnym. Bóg jest przecież tryskającym źródłem życia i działania, a my powołani jesteśmy, by panować i zasiąść wraz z Panem na Jego tronie oraz aby panować nad wszechświatem (por. Ap 3, 21; 22, 5; Łk 22, 28-30; 2 Tm 2, 12; Mt 25, 34). Wieczny odpoczynek będzie tak naprawdę wieczną pracą… ale taką, która nie przynosi zmęczenia, tylko satysfakcję i radość.
A może weekend w klasztorze? 10 propozycji na wakacje dla wierzących
fot. Family News Service/Stacja7
***
Nie masz pomysłu na wakacje? Przedstawiamy 10 propozycji na ciekawe i wartościowe spędzenie tego czasu.
1. Spotkajmy się!
W wakacje odbywa się wiele interesujących wydarzeń. Jedną z propozycji jest Festiwal Życia w Kokotku, gdzie 4 lipca spotkają się młodzi ludzie z różnych zakątków Polski. Wystąpią znani artyści. Odbędzie się ekstremalny bieg przełajowy. Program wydarzenia jest bardzo bogaty. Szczegóły na festiwalzycia.pl.
2. Św. Mikołaj – edycja letnia
Myślałeś kiedyś o wyjeździe na misje? Propozycje wolontariatu można znaleźć w internecie. Nie każdy jednak musi wyjeżdżać w dalekie strony. A gdyby tak przynajmniej na czas wakacji zaangażować się w bezinteresowną pomoc starszej osobie w robieniu zakupów? A może ktoś zwyczajnie potrzebuje twoich odwiedzin? Św. Mikołajem możesz być nie tylko w grudniu.
3. Pogromca zaległości
W ciągu całego roku dużo się dzieje, odkładamy ważne sprawy. Wakacje mogą być doskonałym czasem, żeby wreszcie do kogoś zadzwonić, może naprawić zepsutą relację.
4. Jak mnich w klasztorze
Nie trzeba być zakonnikiem, żeby poczuć rytm życia klasztornego. Wszystko dzięki możliwości spędzenia czasu w klasztorze w roli gościa. Można m.in. pojechać do słynnych tynieckich benedyktynów albo żyjących szczególnie surowo kamedułów w Krakowie.
5. Z Biblią w podróży
Jeśli czujesz, że życie klasztorne to jednak nie twoja bajka, warto poszukać kontaktu ze swoim wnętrzem i naturą, wybierając się np. na wyprawę górską albo wycieczkę rowerową. Dobrze jest wziąć ze sobą Biblię. Ogrody Biblijne w Muszynie (muszynskieogrodybiblijne.pl).
6. Z krzyżem i różańcem
Michał Ulewiński to Polak, który w 2020 roku z krzyżem na ramionach przeszedł Polskę wzdłuż i wszerz wypraszając pokój dla ojczyzny. Nie każdy jest w stanie zdobyć się na takie spędzenie wakacji, ale warto się zainspirować. Dawniej niektórzy mierzyli czas lub odległość liczbą odmówionych różańców. Co powiecie na rodzinną wycieczkę z punktu A do B z różańcami w dłoniach?
7. Autostopowicz-ewangelizator
Podróże autostopem to nie tylko sposób na spotykanie ciekawych ludzi i niekonwencjonalne podróże. To także doskonała okazja do ewangelizowania. Rozmawiać o wierze można oczywiście także w pociągu, tramwaju czy autobusie.
8. Zagramy?
Na wypadek nie najlepszej pogody warto przygotować sobie plan B, czyli pomysł na spędzanie czasu w domu. Niekoniecznie musimy sięgać po gotowe planszówki czy gry komputerowe. A może coś bardziej kreatywnego? Można zawsze pokusić się o stworzenie własnej gry. Jej forma zależy od inwencji twórczej domowników.
9. Wartościowa lektura – Biblia w 90 dni
Nie ma to jak wartościowa lektura na wakacje, tym bardziej gdy jest to Biblia. Czas wakacji to dobry moment, żeby przeczytać całą Biblię. Można to zrobić nawet w 90 dni. Warto skorzystać z darmowej aplikacji Biblia90dni, która zadba, żeby nie umknął nam żaden werset. Dla studentów to nawet w sam raz okres trzech wakacyjnych miesięcy.
10. Bądź kreatywny!
Numer 10 na naszej liście to zupełnie twój pomysł. Wymyśl coś swojego, co pozwoli Ci spędzić wakacje z Bogiem i drugim człowiekiem.
kh, Family News Service/Stacja7
***
Niedziela 5 lipca 2026
Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione
“Pójść do Jezusa znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż” – mówił papież Leon XIV podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański.
***
Naśladowanie Chrystusa nie jest zadręczającą ascezą, lecz szkołą wolności. Mówił o tym Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” na Placu św. Piotra w Watykanie.
Papież wskazał, że Bóg lubi objawiać się „prostaczkom”, pozostając ukrytym przed „mądrymi i roztropnymi”, którzy „są tak pełni własnych idei, że nie rozpoznają obecności Chrystusa”. Ludzka mądrość staje się wówczas arogancją, a nauka przeradza się w pychę – zauważył Leon XIV.
Leon XIV: „Tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione”
Komentując zachętę Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście”, wyjaśnił, że pójść do Jezusa „znaczy odpowiedzieć na Jego miłość i dzielić Jego życie aż po krzyż”. Taki „dar z siebie składany z miłości jest «jarzmem» Jezusa, czyli syntezą Jego nauczania, sercem Jego mądrości, płonącej miłością ku wszystkim”.
Ciężar krzyża może być „lekki” i „słodki”, ponieważ „Pan niesie go jako pierwszy i razem z nami wszystkimi, nigdy nie zostawiając nas samych w tym, co nas przytłacza”. Jezus „bierze na siebie ludzkość zranioną przez zło, aby ją otoczyć troską”.
Gdy naśladujemy Chrystusa, nasza droga nie jest zadręczającą ascezą: jest ona szkołą wolności, która poważnie traktuje dramat historii i zawsze rozświetla jego sens, zwłaszcza w najbardziej mrocznych chwilach. Rzeczywiście, tylko w krzyżu Jezusa zło zostaje odkupione; tylko w Jego męce nasze śmiertelne utrudzenie znajduje pociechę i wyzwolenie – przekonywał papież.
W niewoli Chrystus jest wyzwoleniem. Pod biczem wojny Chrystus jest nadzieją. W godzinie grzechu Chrystus jest przebaczeniem. Taka jest prawdziwa mądrość, droga, którą chcemy iść razem, zjednoczeni jako uczniowie w Jego imię– podkreślił Leon XIV.
vatican.va – Stacja7.pl
***
Miesiąc Najdroższej Krwi
Lipiec poświęcony jest czci Najdroższej Krwi Pana Jezusa. W rozważaniach, chcemy pokazać dar, jakim było i jest przelanie przez naszego Odkupiciela drogocennej Krwi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Boży Syn nie tylko w czasie Męki, ale dużo wcześniej przelewał Krew, by odkupić rodzaj ludzki. Przypominają nam o tym nabożeństwa, które mają na celu uczczenie Męki Pańskiej, ale też te szczególnie poświęcone Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa.
Na początku spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego lipiec?
Odpowiedzi poszukajmy w historii, a dokładnie w 1849 roku, kiedy to papież Pius IX dekretem „Redempti sumus” wyznaczył na 1 lipca Święto Najdroższej Krwi Chrystusa (zniesione podczas reformy liturgicznej w 1969). Do rozwoju kultu przyczynił się św. Kasper del Bufalo i założone przez niego Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Św. Kasper, nazwany przez Papieża Jana XXIII prawdziwym i największym na świecie apostołem pobożności do Najdroższej Krwi Jezusa, zdołał, na początku minionego wieku, wprowadzać ją prawie we wszystkich miesiącach roku, na zmianę, w różnych kościołach Rzymu i we wszystkich miastach i wioskach (a były one liczne), które były miejscem jego apostolstwa.
W Mszale Rzymskim możemy znaleźć formularz Mszy Świętej o Krwi Chrystusa. Został on zatwierdzony przez Benedykta XIV. Święty Jan XXIII zatwierdził do publicznego odmawiania Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa. Uczynił to listem apostolskim „Inde a Primis” z 1960.
Mimo bogatej historii kultu, nabożeństwo lipcowe jest mało rozpowszechnione na terenie Polski. Sprawowane jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach i w nielicznych parafiach. A przecież praktyka ta nie jest nowa.
Oto dlaczego tak święto, jak i miesiąc Najdroższej Krwi zostały ustanowione w środku roku prawie, by przypomnieć nam pełnię samego Odkupienia. Ale jest jeszcze inny motyw: właśnie w lipcu życie chrześcijańskie osłabia się, a życie ziemskie nabiera rozmachu i w tym ferworze tryumfuje zło. Dlatego konieczna jest jakaś pomoc, a znaleźć ją można właśnie we Krwi Chrystusa.
Warto pamiętać, że po maju dla Maryi i czerwcu dla Najświętszego Serca Jezusowego, Kościół świadomie ustalił, że lipiec będzie poświęcony Najdroższej Krwi Jezusa. Lipiec jest centrum roku słonecznego, jest miesiącem nad miesiącami, miesiącem słońca, które praży swym najintensywniejszym skwarem: a Odkupienie nie jest może stołem obfitującym w cudowne źródło – Boskiej Krwi – wlewanej w dusze przez miłość Chrystusa?
ks. Krzysztof Hawro -Tygodnik Niedziela
***
Krew w Biblii – od symbolu życia do źródła zbawienia
opr. PCh24.pl
***
Choć w Starym Testamencie spożywanie krwi było surowo zakazane, to Chrystus nie tylko polecił Apostołom pić swoją Krew, lecz – co więcej – uczynił to warunkiem życia wiecznego. Czy Zbawiciel zniósł starotestamentalne Prawo, czy raczej doprowadził je do pełni?
Krew utożsamiana z życiem
Współczesnemu człowiekowi krew kojarzy się przede wszystkim z medycyną. Wiemy, że transportuje tlen do komórek organizmu, znamy rodzaje krwinek, a wyniki badań krwi pomagają diagnozować wiele chorób.
Izraelici nie posiadali tak rozwiniętej wiedzy medycznej. Dostrzegali jednak prostą zależność: gdy człowiek lub zwierzę traciło krew, następowała śmierć. Krew była więc dla nich znakiem życia. Zresztą także z dzisiejszej perspektywy nie jest to bezpodstawne – przecież zgodnie z tradycyjnym kryterium sercowo-oddechowym śmierć stwierdza się po ustaniu pracy serca i oddechu, czyli wtedy, gdy krew przestaje krążyć w organizmie.
Zakaz spożywania krwi
Skoro krew oznaczała życie, a życie należy do Boga, dlatego Pan – najpierw przez Noego, a później przez Mojżesza – zakazał spożywania krwi. Nie była ona uważana za coś nieczystego. Wręcz przeciwnie – była tak święta, że człowiekowi nie wolno było jej spożywać. Zakaz ten pojawia się wielokrotnie na kartach Starego Testamentu:
Jeżeli ktoś z domu Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się między nimi, będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę oblicze moje przeciwko temu człowiekowi spożywającemu krew i wyłączę go spośród jego ludu. (…). Bo życie wszelkiego ciała jest we krwi jego – dlatego dałem nakaz synom Izraela: nie będziecie spożywać krwi żadnego ciała, bo życie wszelkiego ciała jest w jego krwi. Ktokolwiek by ją spożywał, zostanie wyłączony (Kpł 17,10-11.14).
Nie wolno wam tylko jeść mięsa z krwią życia (Rdz 9,4).
Ale się wystrzegaj spożywania krwi, bo we krwi jest życie, i nie będziesz spożywał życia razem z ciałem. Nie będziesz jej spożywał, ale jak wodę na ziemię ją wylejesz (Pwt 12,23-24).
Krew ocalenia
W historii Narodu Wybranego symbolika krwi stopniowo nabierała coraz głębszego znaczenia. Po raz pierwszy wyraźnie widzimy to podczas nocy paschalnej, gdy Izraelici opuszczali Egipt. Pokropienie odrzwi domów krwią baranka przynosiło ocalenie od śmierci pierworodnych. Krew stała się więc nie tylko znakiem życia, lecz także znakiem ocalenia:
I wezmą krew baranka, i pokropią nią odrzwia i progi domu, w którym będą go spożywać. (…) Tej nocy przejdę przez Egipt, zabiję wszystko pierworodne w ziemi egipskiej, od człowieka aż po bydło, i odbędę sąd nad wszystkimi bogami Egiptu – Ja, Pan. Krew posłuży wam do oznaczenia domów, w których będziecie przebywać. Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską (Wj 12,7.12-13).
Krew Przymierza
Po przejściu przez Morze Czerwone Izraelici zawarli z Bogiem przymierze na Synaju, a jego pieczęcią stała się właśnie krew. Zanim bowiem Mojżesz otrzymał od Boga Dekalog, pokropił lud krwią na znak przymierza:
Mojżesz wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: „Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów” (Wj 24,8).
Krew Przebłagania
Krew zyskała jeszcze większe znaczenie, kiedy Pan Bóg przekazał Mojżeszowi wytyczne dotyczące składania ofiar, czego szczegółowy opis znajdujemy w pierwszych rozdziałach Księgi Kapłańskiej. Przepisy te określały kto, gdzie i w jaki sposób ma składać ofiary. Tym samym Bóg ustanowił uporządkowany kult.
Składając ofiary ze zwierząt, kapłani mieli pokropić ołtarz ich krwią, a w przypadku niektórych rodzajów ofiar – wylać ją na podstawę ołtarza. Kilka rozdziałów dalej dowiadujemy się dlaczego tak miało być – skoro krew była znakiem życia należącego do Boga, to właśnie przez nią miało odbywać się pojednanie:
Życie ciała jest we krwi, a Ja dopuściłem ją dla was [tylko] na ołtarzu, aby dokonywała przebłagania za wasze życie, ponieważ krew jest przebłaganiem za życie (Kpł 17,11).
Stary Testament przygotowaniem do Chrystusa
Czytając kolejne księgi Starego Testamentu, łatwo zauważyć, że znaczenie krwi stopniowo wzrastało. Swój szczyt osiągnęło ono jednak dopiero w Nowym Przymierzu ustanowionym przez Chrystusa. Znaczenie Jego krwi przekroczyło wszystko, co zapowiadały wcześniejsze ofiary.
Wydarzenia Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku nadały całej wcześniejszej symbolice ostateczny sens. Ostatnia Wieczerza oraz Ofiara Krzyża nie były zerwaniem ze Starym Testamentem, lecz jego wypełnieniem.
Widać zatem jasno, że rosnące znaczenie krwi w historii Izraela było przygotowaniem do jedynej i doskonałej Ofiary Chrystusa oraz ustanowienia Eucharystii.
Noc Ostatniej Wieczerzy
Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus przemienił wino w swoją Krew i polecił Apostołom pić ją „na Jego pamiątkę”. Czy oznaczało to złamanie starotestamentalnego zakazu spożywania krwi? Nie. Dawne ograniczenie wynikało z faktu, że krew oznaczała życie należące do Boga, którego człowiekowi nie wolno było sobie samowolnie przywłaszczać.
W Eucharystii sytuacja jest jednak zupełnie inna – to nie człowiek przywłaszcza sobie krew, lecz sam Bóg daje mu swoją Krew jako napój. Tylko Chrystus mógł powiedzieć: „Pijcie z niego wszyscy”, ponieważ dał ludzkości nie krew zwierzęcia ani człowieka, lecz swoje własne życie jako dar dla świata. Nie jest to więc zniesienie dawnego prawa, lecz jego doskonałe wypełnienie.
Co więcej, Jezus uczynił spożywanie swojego Ciała i Krwi warunkiem życia wiecznego. Mówi o tym wyraźnie w mowie eucharystycznej zapisanej w szóstym rozdziale Ewangelii według św. Jana:
Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,53-58).
Szósty rozdział Ewangelii św. Jana ma szczególne znaczenie teologiczne. Łączy on bowiem cud rozmnożenia chleba z zapowiedzią Eucharystii oraz z mową eucharystyczną Jezusa. W ten sposób Chrystus przygotowuje uczniów na wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, podczas której rzeczywiście przemieni chleb i wino w swoje Ciało i Krew. Mowa eucharystyczna stanowi zarazem mocny argument przeciwko protestanckiej interpretacji Eucharystii jako jedynie symbolu. Słowa Zbawiciela wskazują bowiem, że nie chodzi jedynie o duchowe czy metaforyczne przyjmowanie Ciała Pańskiego, lecz o rzeczywiste spożywanie Jego Ciała i Krwi pod postaciami chleba i wina.
Ofiara Krzyża
Pełne znaczenie symboliki krwi objawiło się jednak dopiero na Golgocie. Tak jak krew baranka paschalnego ocaliła Izraelitów od śmierci, tak Krew Chrystusa przelana na krzyżu przynosi wybawienie od grzechu i śmierci wiecznej.
Od tej chwili starotestamentalne ofiary utraciły swoją skuteczność, ponieważ zostały wypełnione przez jedyną i doskonałą Ofiarę Chrystusa. Nie ma już potrzeby składania w ofierze kozłów czy cielców, a nawet gdyby ktoś to uczynił, ofiary te nie mogłyby już zgładzić grzechów (!)
Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu – pisze autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 9,11-14).
Kilka wersetów dalej dodaje:
Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej [świątyni], ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, ani nie po to, aby się wielekroć sam miał ofiarować, jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą, gdyż w takim przypadku musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków, aby zgładzić grzech przez ofiarę z samego siebie (Hbr 9,24-26).
Przytoczony fragment Nowego Testamentu jasno dowodzi, że przebłagania za grzech dokonuje już nie krew zwierząt, lecz wyłącznie Krew Chrystusa przelana raz na zawsze na krzyżu. My zaś możemy korzystać z tego wielkiego daru przystępując do sakramentu spowiedzi świętej. Jak mówił abp Fulton Sheen w jednej ze swoich nauk rekolekcyjnych:
Za każdym razem, gdy kapłan podnosi rękę w konfesjonale, spływa z niej krew. Za każdym razem, gdy grzeszymy, naszą nadzieją na natychmiastowe odpuszczenie jest odwołanie się do Krwi Chrystusa.
Nabożeństwo do Najdroższej Krwi Chrystusa
Do reformy kalendarza liturgicznego w 1969 roku, Najdroższą Krew Chrystusa czczono specjalnym świętem obchodzonym 1 lipca, co wciąż praktykują wierni przywiązani do tradycyjnej formy Mszy Świętej. Niestety w nowym kalendarzu liturgicznym tajemnica ta została połączona z uroczystością Bożego Ciała, tworząc jedną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Teksty liturgiczne na ten dzień skupiają się jednak na tajemnicy Eucharystii, co oznacza, że tajemnica Najdroższej Krwi Pańskiej została niejako pominięta.
Z tym świętem wiązała się również piękna tradycja poświęcenia całego lipca Najdroższej Krwi Chrystusa oraz odmawiania Litanii do Krwi Chrystusa. Może warto dziś do tej praktyki powrócić. Tak jak maj jest miesiącem nabożeństw maryjnych, a czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, tak również lipiec mógłby stać się czasem szczególnej modlitwy do Najdroższej Krwi Chrystusa i ponownego odkrywania tajemnicy naszego odkupienia.
PCh24.pl – Adrian Fyda
***
Litania do Najdroższej Krwi Pana Jezusa
Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas. Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas. Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas. Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas. Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
P. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją. W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.
Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc lipiec 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
– Módlmy się o szacunek i ochronę ludzkiego życia na wszystkich jego etapach, a także by było ono uznawane za dar Boga.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
1) Dziękujemy Ci Najdroższy nasz Zbawicielu, że Twoja Krew nieustannie oczyszcza nas w sakramencie pojednania i umacnia w Eucharystii.
2) Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
3) Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Dodatkowe intencje dla Róż:
R11 – św. Moniki, R15 -Matki Bożej Częstochowskiej II i R20 – bł. Pauliny Jaricot:
Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
R18 – bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
Znamy cuda św. Szarbela.
Czas poznać tajemnicę jego modlitwy
św. Szarbel
***
Św. Szarbel kojarzy się milionom wiernych przede wszystkim z niezwykłymi cudami i uzdrowieniami. Tymczasem najnowsza książka ks. dr. Jerzego Jastrzębskiego Maryja oczami św. Szarbela.Rozważania różańcowe pisane w Libanie zaprasza do odkrycia tego, co było źródłem świętości libańskiego mnicha – jego głębokiej modlitwy oraz niezwykłej relacji z Matką Bożą. To duchowa podróż do Libanu i szkoła zawierzenia prowadzona przez jednego z największych mistyków naszych czasów.
Fenomen św. Szarbela trwa
Fenomen św. Szarbela nie słabnie. Do jego grobu w Annaya w Libanie każdego roku przybywają pielgrzymi z całego świata, również z Polski. Za jego wstawiennictwem odnotowano już ponad 45 tysięcy łask i cudów, a świadectwa uzdrowień i nawróceń sprawiają, że kult libańskiego mnicha wciąż dynamicznie się rozwija.
Coraz więcej osób pielgrzymuje do miejsc związanych z jego życiem. Zachwycamy się niezwykłymi znakami, których doświadczały tysiące ludzi. Jednak obok fascynacji cudami rodzi się jeszcze jedno pytanie: skąd brała się świętość człowieka, przez którego Bóg działa z tak niezwykłą mocą?
Mniej o cudach, więcej o modlitwie
Na to pytanie odpowiada najnowsza książka ks. dr. Jerzego JastrzębskiegoMaryja oczami św. Szarebla. Powstała podczas pielgrzymki autora do Libanu, gdzie – modląc się w miejscach związanych ze św. Szarbelem – pisał kolejne rozważania różańcowe.
Jak zauważa sam autor, o cudach św. Szarbela powiedziano już bardzo wiele. Znacznie mniej wiemy natomiast o jego codziennej modlitwie, duchowości i niezwykłej więzi z Maryją. To właśnie ta relacja była jednym z fundamentów jego świętości.
Maryja zajmowała wyjątkowe miejsce w życiu św. Szarbela. W jego celi wisiał obraz Matki Bożej Pompejańskiej, a różaniec był jedną z najważniejszych dróg prowadzących go do Chrystusa. To od Matki Bożej uczył się pokory, milczenia, wierności i całkowitego oddania Bogu. Ks. Jerzy Jastrzębski prowadzi czytelnika właśnie tą drogą. Pokazuje Maryję jako Orędowniczkę i Nauczycielkę zawierzenia oraz pomaga odkryć, jak tę drogę przeżywał św. Szarbel. Dzięki temu różaniec przestaje być jedynie powtarzaniem modlitw, a staje się drogą głębokiego spotkania z Jezusem.
Duchowa pielgrzymka do Libanu
Maryja oczami św. Szarbela jest czymś więcej niż zbiorem medytacji. To zaproszenie do wejścia w duchowość Kościoła maronickiego i modlitwy, która przez wieki kształtowała świętych Wschodu. Książkę wzbogacają przesłania św. Szarbela, świadectwa działania Boga przez jego wstawiennictwo oraz fragmenty starochrześcijańskich hymnów św. Efrema Syryjczyka – jednego z największych poetów i teologów pierwszych wieków chrześcijaństwa, którego tekstami modlili się mnisi maroniccy, a najprawdopodobniej także sam św. Szarbel.
Nowa książka ks. Jerzego Jastrzębskiego nie opowiada jedynie o libańskim mnichu. Jest przede wszystkim propozycją dla tych, którzy chcą pogłębić swoją modlitwę i odkryć różaniec jako drogę prowadzącą do żywej relacji z Chrystusem.
W czasie, gdy tysiące ludzi szukają u św. Szarbela nadzwyczajnych łask, autor przypomina, że największy cud dokonywał się każdego dnia w jego sercu – w cichej, wiernej modlitwie i całkowitym zawierzeniu Maryi. To właśnie do tej szkoły modlitwy zaprasza czytelników książka Maryja oczami św. Szarbela.
PCh.24.pl
***
PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00
Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do KRWI PRZENAJDROŻSZEJ. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
fot. wikipedia
***
Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.
Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.
Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele
Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie.
Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.
12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
pokój w rodzinach;
pocieszenie w strapieniach;
opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.
Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?
fot. Canva.cof
***
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.
W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele.
Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?
Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.
1. Różne przedmioty istotne
Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.
2. Różne przedmioty rzeczowe
Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe.
3. Inna istota nabożeństwa
Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie.
4. Czas uprzywilejowany
Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.
Stacja7.pl
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 4 lipca 2026
w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00
Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.
Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
WPROWADZENIE
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo, gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?
Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.
Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.
Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.
W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.
Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:
„Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].
Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.
Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.
Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.
Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.
W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.
Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].
Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]
Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].
Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.
A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?
To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!
To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.
W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.
Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.
Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi
8 września 1946 r.
Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.
Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.
Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.
Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.
Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.
Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.
*Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)
[1] L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,
Zakopane-Krzeptówki, s.1.
[2] L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka
Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu
ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski
***
Święcenia w Bractwie św. Piusa X – rana na Ciele Chrystusa
Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców.
Święcenia otrzymali Pascal Schreiber ze Szwajcarii, Pascal Schreiber z USA oraz dwaj Francuzi: Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier.EPA/CYRIL ZINGARO
***
Konsekracja biskupów dokonana wbrew woli papieża ma miejsce dwa dni po tym, kiedy w Ewangelii słyszeliśmy słowa Chrystusa, który ustanawia prymat Piotra i jego następców.
To bardzo smutny dzień. Lipiec – miesiąc poświęcony Najświętszej Krwi Chrystusa, przelanej za nas na krzyżu – rozpoczął się od potężnej rany, zadanej Jego Ciału. Bo święcenia biskupie, udzielone wbrew woli papieża czterem prezbiterom Bractwa św. Piusa X, są zadaniem rany Kościołowi. Momentem bolesnym i trudnym dla całej wspólnoty.
Liturgia, sprawowana w szwajcarskim Écône, rozpoczęła się od pytania konsekratora: „Czy macie mandat apostolski?”. Oczywiście nie mogła tutaj paść odpowiedź twierdząca. Zamiast tego notariusz, otwierając dokument przypominający bullę, odczytał długie uzasadnienie dzisiejszej konsekracji. Oprócz powoływania się na wyjątkowe okoliczności, wśród argumentów padł i taki: „Ponieważ od Soboru Watykańskiego II aż do dnia dzisiejszego władze Kościoła kierują się duchem przeciwnym duchowi wiary, działają przeciwko Świętej Tradycji i nie znoszą już zdrowej nauki, ale odwracają słuch od prawdy”.
Chwilę później kandydaci na biskupów złożyli przysięgę wierności wobec urzędu papieskiego, w której padła także deklaracja „Będę zwalczał i ścigał wedle mojej mocy heretyków, schizmatyków i buntowników wobec naszego Ojca Świętego – papieża i jego następców”. Przysięga ta składana w sytuacji jawnego buntu przeciwko papieskiej decyzji brzmi przynajmniej groteskowo.
Inaczej niż w 1988
Na naszych oczach kolejny raz dochodzi do podziału wewnątrz Kościoła. Papież Leon XIV nazwał wczoraj decyzję bractwa rozdzieraniem tkanej Tuniki Chrystusa. Ktoś powie – nie pierwszy raz, przecież w 1988 roku abp Marcel Lefebvre udzielił już sakry biskupiej wbrew Rzymowi. Dzisiejsza sytuacja jest jednak inna. Wówczas osoby przywiązane do dawnej liturgii nie miały możliwości uczestniczyć w niej poza Bractwem.
Po konsekracji biskupów Jan Paweł II powołał komisję Ecclesia Dei, aby objąć opieką wiernych, którzy chcieli uczestniczyć w dawnej formie liturgii, a jednocześnie pozostać wiernymi Kościołowi. Na jej kanwie powstało Bractwo św. Piotra i instytuty i stowarzyszenia, jak Instytut Dobrego Pasterza czy Instytut Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana. Dzięki nim istnieje możliwość uczestnictwa w Eucharystii, sprawowanej według dawnego mszału.
Papież Franciszek w motu proprio Traditionis Custodes nałożył na taką liturgię poważne ograniczenia. Być może dobrym pomysłem byłoby zrewidowanie przez Stolicę Apostolską zapisów tego dokumentu i złagodzenie niektórych decyzji, tak, aby wierni mieli możliwość regularnego uczestnictwa w wybranej przez siebie formie liturgii. Nie można dziś jednak powiedzieć, że tylko Bractwo zachowało tradycyjną formę rytu rzymskiego – można w niej uczestniczyć w pełnej jedności z Kościołem.
Zwolennicy Bractwa wytykają papieżowi, że spotyka się z niekatolikami, a nie odpowiedział na prośbę przełożonego generalnego o osobistą audiencję. To prawda, Leon XIV nie spotkał się z ks. Davidem Pagliaranim. Jednak natychmiast po ogłoszeniu decyzji o święceniach na spotkanie zaprosił go kard. Victor Manuel Fernandez, prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Po tym spotkaniu przełożony Bractwa napisał list, w którym wyraźnie napisał, że nie może zaakceptować perspektywy ani celów, w imię których Dykasteria proponuje wznowienie dialogu w obecnej sytuacji. Następnie wylicza przeszkody, które czynią dialog niemożliwym do podjęcia. Zerwanie dialogu było więc decyzją Bractwa, nie Stolicy Apostolskiej. Trudno zrozumieć, dlaczego po liście, który tak jednoznacznie zamyka drogę do porozumienia, członkowie Bractwa uważają, że papież popełnił błąd, nie spotykając się z ks. Pagliaranim.
Z papieżem czy przeciw niemu?
Dzisiejsza homilia, wygłoszona przez przełożonego bractwa, nie pozostawiała wątpliwości, że dla Bractwa dzisiejszy dzień jest wielkim świętem. Nie dało się w niej wyczuć smutku, że do święceń dojść musiało. Przeciwnie – wygłoszona została w tonie triumfalizmu, ze wskazaniem błędów Stolicy Apostolskiej. Kaznodzieja przekonywał, że tylko Bractwo zachowało pełnię wiary katolickiej. Połączenie tych słów z kolejny raz wypowiedzianą deklaracją miłości do papieża kolejny raz zabrzmiało ironicznie.
Zaledwie przedwczoraj w Kościele obchodziliśmy uroczystość świętych Piotra i Pawła. Także w kalendarzu przedsoborowym to święto przypada 29 czerwca i także tam w liturgii odczytywana jest Ewangelia, w której Piotr deklaruje: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. W odpowiedzi Jezus mówi Piotrowi, że stanie się fundamentem Kościoła i dodaje: „cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.
W sporze z Bractwem św. Piusa X nie chodzi tylko o przywiązanie do „starej” formy mszy. Problem leży znacznie głębiej: w rozumieniu istoty Kościoła i Tradycji. A jeszcze głębiej: w poważnym traktowaniu słów Jezusa, dotyczących prymatu Piotra. Członkowie Bractwa negują zapisy dokumentów Soboru Watykańskiego II – dokumentów podpisanych przez papieży, przyjętych jako nauczanie Kościoła i włączonych w część Tradycji. Odrzucanie ich musi stawiać pytanie o wierność słowom Chrystusa, który nadał papieżom władzę podejmowania decyzji, dotyczących Kościoła na ziemi.
Swoim czynem biskupi-konsekratorzy i nowowyświęceni biskupi zaciągnęli na siebie ekskomunikę z mocy samego prawa. Być może w najbliższych dniach dowiemy się o innych konsekwencjach, które wyciągnie Stolica Apostolska. Warto wówczas pamiętać, że kary kościelne nie są narzędziem zemsty, a ich nałożenie nie powinno wywoływać żadnej satysfakcji u „prawowiernych” członków Kościoła. Ekskomunika jest karą naprawczą, której celem jest skłonienie ukaranego do refleksji, żalu i nawrócenia, a w konsekwencji do pełnego powrotu do jedności z Kościołem. I właśnie o taką pełną jedność dla tych, którzy dziś zaciągnęli na siebie karę ekskomuniki, powinniśmy się modlić.
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i Stolica Apostolska – pół wieku konfliktu o liturgię i doktrynę
Konflikt między Bractwem Kapłańskim św. Piusa X a Stolicą Apostolską trwa już ponad pół wieku. Zapowiedziane przez Bractwo wyświęcenie 1 lipca czterech kapłanów na biskupów dopisze do niego kolejny rozdział. Od Soboru Watykańskiego II (1962-1965) mniejszość tradycjonalistów sprzeciwia się modernizacji Kościoła katolickiego i jego liturgii. Centralnym punktem sporu jest celebracja tzw. tradycyjnej Mszy łacińskiej. Wykaz kluczowych wydarzeń w konflikcie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Rzymem z opublikowała niemiecka agencja katolicka KNA.
Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru./unsplash
***
Bractwo Św. Piusa X zapowiedziało udzielenie 1 lipca święceń biskupich bez zgody papieża. Stolica Apostolska poinformowała, że konsekracje odbędą się wbrew wyraźnemu zakazowi i wezwała Bractwo do odstąpienia od tego zamiaru.unsplash
1962–1965: Sobór Watykański II podejmuje decyzję o modernizacji Kościoła katolickiego. Niewielka mniejszość odrzuca reformy; krytykuje m.in. otwarcie ekumeniczne, deklarację o wolności religijnej i innowacje w liturgii.
1970: Arcybiskup Marcel Lefebvre, uczestnik Soboru, zakłada Bractwo św. Piusa X, początkowo uznawane przez Kościół. Zarzuca Kościołowi rzymskokatolickiemu, że poprzez Sobór i późniejszą reformę liturgiczną zniszczył tradycję Kościoła.
1975: Rzym cofa kanoniczną legitymację Bractwa św. Piusa X w Écône, w szwajcarskim kantonie Valais.
1976: papież Paweł VI zawiesza abp. Lefebvre’a w pełnieniu obowiązków biskupich. Arcybiskup nadal jednak wyświęca księży.
1984: Jan Paweł II zezwala pod pewnymi warunkami na Mszę trydencką według Mszału z 1962 roku, wychodząc tym samym naprzeciw lefebrystom.
1988: Prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph Ratzinger negocjuje kompromis z abp. Lefebvre’em, który na krótko przed podpisaniem arcybiskup odrzuca i 30 czerwca, wbrew zakazowi papieża, udziela sakry biskupiej czterem księżom. Skutkuje to ekskomuniką zaangażowanych, którą papież formalnie ogłasza.
Natomiast lefebryści nadal uważają się za członków Kościoła. Papież powołuje Komisję „Ecclesia Dei” do dialogu z tradycjonalistami. Niektóre grupy, takie jak tradycjonalistyczne Bractwo Kapłańskie św. Piotra, zostają ponownie zintegrowane z Kościołem katolickim.
1991: Śmierć abp. Lefebvre’a. Jego następcą na stanowisku przełożonego generalnego Bractwa św. Piusa X jest szwajcarski biskup Bernard Fellay, którego sam wyświęcił.
2005: Bp Fellay wita wybór kard. Josepha Ratzingera na papieża jako „promień nadziei”. W sierpniu bp Fellay zostaje przyjęty przez Benedykta XVI. Według Watykanu, ich rozmowa ujawnia „pragnienie osiągnięcia pełnej wspólnoty”.
2007: W liście apostolskim „Summorum Pontificum” Benedykt XVI zezwala na odprawianie Mszy św. według rytu z 1962 roku. Obecnie nazywa się to nadzwyczajną formą rytu rzymskiego.
Koniec 2008: w imieniu czterech biskupów, bp Fellay prosi o zniesienie ekskomuniki. Zapewnia o uznaniu prymatu papieskiego i akceptacji nauczania papieża.
Styczeń 2009: Kongregacja ds. Biskupów znosi ekskomunikę czterech biskupów z Bractwa św. Piusa X. Niemal jednocześnie przypomniano wywiad dla telewizji szwedzkiej, w którym jeden z biskupów, Richard Williamson, zaprzecza Holokaustowi oraz istnieniu komór gazowych. Pomimo próśb Rzymu, nie wycofuje swoich wypowiedzi.
Marzec 2009: Benedykt XVI pisze do wszystkich biskupów Kościoła powszechnego i przyznaje się do błędów proceduralnych Kurii w sprawie bp. Williamsona. Jednocześnie potwierdza swój zamiar przywrócenia Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X do Kościoła katolickiego.
Wrzesień 2011: Stolica Apostolska przedstawia kierownictwu Bractwa do podpisu „deklarację doktrynalną” dotyczącą fundamentalnych zasad nauczania katolickiego. W marcu 2012 r. Rzym odrzuca odpowiedź Bractwa jako niewystarczającą.
Marzec 2013: Po wyborze papieża Franciszka, przełożony dystryktu Bractwa św. Piusa X w Ameryce Południowej, ks. Christian Bouchacourt, oświadczył, że postrzega nowego papieża jako „idealistycznego apostoła ubóstwa z lat 70.”. Jego zdaniem, były arcybiskup Buenos Aires uprawia „wojowniczą pokorę, która może okazać się upokarzająca dla Kościoła”.
Wrzesień 2014: Kard. Gerhard Ludwig Müller, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, po raz pierwszy spotkał się z bp. Fellayem. Obaj wyrazili nadzieję na „całkowite pojednanie”, jak później oświadczył Watykan.
Wrzesień 2015: W Roku Świętym Miłosierdzia papież Franciszek zezwolił wszystkim wiernym na ważną spowiedź u kapłanów Bractwa. Później przedłużył tę decyzję.
Lato 2016: Negocjator watykański ogłasza, że bp Fellay zaakceptował propozycję utworzenia dla Bractwa „prałatury personalnej” w Kościele, na wzór Opus Dei.
Styczeń 2017: Bp Fellay opowiada się za zakończeniem separacji od Rzymu. Zapowiada, że porozumienie jest „w drodze”. Nie trzeba czekać, aż sytuacja wewnątrz Kościoła będzie „absolutnie satysfakcjonująca”.
Kwiecień 2017: Watykan sugeruje biskupom lokalnym uznanie małżeństw kościelnych osób ze wspólnoty tradycjonalistycznej. Podobnie jak w przypadku ważności spowiedzi, celem jest „przywrócenie pełnej wspólnoty Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X z Kościołem”.
2018: Bractwo Kapłańskie św. Piusa X wybiera Włocha, ks. Davide Pagliaraniego na nowego przełożonego generalnego. Jego oświadczenia od tego czasu nie pozostawiają wiele miejsca na pojednanie.
Lipiec 2021: Papież Franciszek ogranicza odprawianie trydenckiej Mszy. W motu proprio „Traditionis custodes” ustanawia Mszę wg Mszału z 1970 roku jako „jedyny wyraz” obrządku rzymskiego. Nadzwyczajna forma rytu rzymskiego, na którą Benedykt XVI zezwolił na szerszą skalę w 2007 roku, może być teraz sprawowana wyłącznie za zgodą biskupa miejsca i na bardziej rygorystycznych warunkach. Poprzednia praktyka powodowała zbyt duże podziały.
Styczeń 2025: Po śmierci bp. Richarda Williamsona (inny biskup, Bernard Tissier de Mallerais zmarł w październiku 2024 roku), w Bractwie św. Piusa X pozostało tylko dwóch biskupów konsekrowanych w 1988 roku.
Maj 2025: Nowym papieżem zostaje wybrany Amerykanin Robert Francis Prevost. Leon XIV chce nawiązać dialog z tymi, którzy opowiadają się za starym rytem Mszy św. „Stało się to tak spolaryzowaną kwestią, że ludzie często nie są gotowi słuchać się nawzajem” – mówił papież w jednym z wywiadów.
Luty 2026: Bractwo św. Piusa X ogłasza nowe święcenia biskupie na 1 lipca; byłoby to ponownie aktem schizmy. Watykan zaprasza do rozmów, ale pozostają one bezowocne.
Maj 2026: Dykasteria Nauki Wiary ponownie zakazuje święceń; nie ma na nie zgody papieża. Naruszający te zasady zostaną ekskomunikowani, tzn. wykluczeni ze wspólnoty kościelnej.
29 czerwca 2026: w uroczystości świętych Piotra i Pawła, na dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy, Leona XIV wysyła list do przełożonego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Prosi o odstąpienie od tego zamiaru i raz jeszcze zapewnia, że „Kościół jest gotów podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną”.
Gość Nieedzielny
***
Watykan ogłosił ekskomunikę po konsekracjach biskupów Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X
Opublikowano: 2 lipca 2026
Dokument, podpisany przez kardynała prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kard. Víctora Manuela Fernándeza, określa obrzęd dokonany 1 lipca jako „czyn o naturze schizmatyckiej”.
fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)
Biskupi Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X – Alfonso de Galarreta i Bernard Fellay (odpowiednio główny konsekrator i współkonsekrator) oraz nowo konsekrowani biskupi Pascal Schreiber, Michael Goldade, Michel Poinsinet de Sivry i Marc Hanappier zaciągnęli „ipso facto” ekskomunikę „latae sententiae”, zarezerwowaną Stolicy Apostolskiej, za dokonanie „czynu o naturze schizmatyckiej”, jakim była „konsekracja biskupia czterech prezbiterów bez papieskiego zlecenia i wbrew woli Papieża”.
Taka jest treść dekretu podpisanego przez kardynała Víctora Manuela Fernándeza, prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kontrasygnowanego przez dwóch sekretarzy tejże Dykasterii. Jest to – niestety zapowiadany – finał wydarzeń, który nastąpił dwadzieścia cztery godziny po uroczystej ceremonii sprawowanej w Écône w Szwajcarii rankiem 1 lipca 2026 roku.
Dekret dawnego Świętego Oficjum potwierdza, że zarówno biskupi udzielający konsekracji, jak i ci, którzy ją przyjęli, zaciągnęli przewidzianą ekskomunikę. Jest to bolesny finał wydarzeń, będący konsekwencją decyzji podjętej przez lefebrystów wbrew wielokrotnie wyrażanej woli Papieża Leona XIV. Ekskomunika odłącza od Kościoła rzymskiego zarówno biskupów, jak i kapłanów należących do Bractwa Świętego Piusa X. Jeżeli chodzi o wiernych świeckich, za ekskomunikowanych należy uważać tych, którzy formalnie przystąpili do Bractwa. Szczegóły zawarte są w „Nocie wyjaśniającej”, opublikowanej przez Dykasterię równocześnie z dekretem o ekskomunice, której pełny tekst zamieszczamy poniżej.
Nota Dykasterii:
Od czasów św. Pawła VI aż po ostatnie rozmowy, które odbyły się niedawno w tej Dykasterii, liczne próby doprowadzenia członków ruchu zapoczątkowanego przez abp. Marcela Lefebvre’a do pełnej komunii z Kościołem katolickim okazały się daremne.
Sytuacja ta uległa dalszemu pogorszeniu wskutek ostatnich konsekracji biskupich dokonanych bez papieskiego zlecenia, wbrew woli Ojca Świętego oraz z jawnym naruszeniem prawa kanonicznego. W związku z tym Dykasteria, wiernie wykonując powierzone jej zadania, uznaje za konieczne stwierdzić, że czyn ten stanowi przestępstwo schizmy, pociągające za sobą przewidziane przez prawo kanoniczne konsekwencje dla duchownych oraz zaangażowanych wiernych świeckich.
Duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X znajdują się w schizmie i dlatego należy ich uważać za schizmatyków (por. Ecclesia Dei, nr 5 c; Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych, Nota wyjaśniająca dotycząca ekskomuniki za schizmę, w którą popadają członkowie ruchu biskupa Marcela Lefebvre’a, 24.08.1996, nr 5-6). W związku z tym podlegają oni ekskomunice przewidzianej przez prawo kanoniczne (kan. 1364 § 1 KPK).
W odniesieniu do wiernych świeckich za schizmatyków i ekskomunikowanych należy uznać tych, którzy formalnie przystępują do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X na warunkach określonych w Nocie wyjaśniającej Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych z 1996 roku (por. tamże, nr 7), która nadal zachowuje moc obowiązującą i którą niniejsza Dykasteria przyjmuje jako własną.
Na zakończenie informuje się święty Lud Boży, że duchowni Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X sprawują sakramenty w sposób niegodziwy (illicite), a sakrament pokuty udzielany przez nich oraz małżeństwa, przy zawieraniu których asystują, są nieważne.
Kościół, jako troskliwa Matka, z serdeczną miłością i żywą troską przyjmie wszystkich, którzy pragną powrócić do pełnej komunii. Nuncjusze Apostolscy określą procedury, z których ordynariusze będą mogli korzystać w poszczególnych przypadkach.
Na koniec zachęca się wszystkich wiernych, aby trwali niewzruszenie w komunii z Biskupem Rzymu, z biskupami pozostającymi z nim w jedności oraz z całym Kościołem (por. Lumen Gentium, nr 22; kan. 751 KPK), a także powstrzymywali się od uczestnictwa w celebracjach liturgicznych i działalności organizowanej przez wspomniane Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X.
Stacja7.pl
***
2 lipca 2026
Ekskomunika dla biskupów, ale co z wiernymi?
Ks. prof. Piotr Majer wyjaśnia decyzję Watykanu
fot. FSSPX Polska,youtube (print screen)/ Ks. prof. Piotr Majer (upjp2)
***
Czy wierni uczestniczący w działalności Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X mogą popaść w ekskomunikę? Po najnowszej decyzji Watykanu wyjaśnia to ks. prof. Piotr Majer, wskazując na różnicę między formalnym przynależeniem a okazjonalnym udziałem w liturgii.
Dykasteria do spraw Nauki Wiary wydała dekret potwierdzający ekskomunikę biskupów wyświęconych bez mandatu Stolicy Apostolskiej oraz notę wyjaśniającą konsekwencje kanoniczne dla duchownych i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X. Co dokładnie oznacza ta decyzja, kogo obejmuje i dlaczego argumenty Bractwa o “stanie wyższej konieczności” nie znajdują uznania w oczach Kościoła – w rozmowie z KAI wyjaśnia ks. prof. Piotr Majer, kanonista z UPJPII.
Dawid Gospodarek (KAI): Wczoraj w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X wyświęcono czterech biskupów bez zgody papieża, podobnie jak w 1988 r. zrobił to założyciel Bractwa, abp Marcel Lefebvre. Ostrzegano, że ten czyn pociąga za sobą ekskomuniki, jednak Bractwo nie przejęło się tym. Dziś rano oficjalnie zareagowała Stolica Apostolska.
Ks. Piotr Majer: Dziś Dykasteria Nauki Wiary wydała w tej sprawie dwa dokumenty. Pierwszy to dekret Dykasterii, w którym deklaruje się karę ekskomuniki – zarówno za przestępstwo konsekrowania biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej, jak i za przestępstwo schizmy, do którego doszło. Ekskomunika ta jest automatyczna, działa mocą samego czynu (latae sententiae). Prawo kanoniczne przewiduje jednak zaostrzenie skutków takiej kary, jeżeli zostaje ona deklarowana, czyli oficjalnie potwierdzona i podana do publicznej wiadomości.
To właśnie ma miejsce niestety dzisiaj, po ogłoszeniu dekretu Dykasterii do spraw Nauki Wiary. Warto zwrócić uwagę, że w dekrecie wymienia się dwa przestępstwa. Pierwsze to konsekrowanie biskupów bez mandatu Stolicy Apostolskiej – kanon 1387 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Karę ekskomuniki za to przestępstwo zaciąga główny konsekrator, czyli bp Alfonso de Galarreta, a także ci, którzy przyjęli od niego święcenia biskupie – w dekrecie wymienione są nazwiska czterech wyświęconych wczoraj, niegodziwie, biskupów. Wszyscy oni zaciągnęli także ekskomunikę za drugie przestępstwo – schizmę (kan. 1364 § 1 KPK). Natomiast biskup, który był współkonsekratorem – Bernard Fellay – zaciągnął ekskomunikę za akt schizmatycki, i ta ekskomunika również została zadeklarowana.
Oprócz dekretu Dykasteria wydała także Notę wyjaśniającą, w której nawiązuje się do listu apostolskiego świętego Jana Pawła II z 1988 r. oraz do dokumentu ówczesnej Papieskiej Rady do spraw Tekstów Prawnych z 1996 r. W Nocie wyjaśnia się, że wszyscy “święci szafarze”, czyli duchowni należący do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, znajdują się w schizmie, mają być uważani za schizmatyków i zaciągają ekskomunikę przewidzianą przez prawo za przestępstwo schizmy.
Co ciekawe, w punkcie trzecim tej noty wyraźnie potwierdza się, że duchowni ci niegodziwie sprawują sakramenty, a sprawowany przez nich sakrament pokuty oraz asystowanie przy zawieraniu małżeństwa są nieważne. Tym samym odwołane zostaje upoważnienie do spowiadania, którego w 2015 r. udzielił kapłanom Bractwa papież Franciszek, a które potem przedłużył do odwołania. Budziło to niegdyś pewne niezrozumienie, bo o tym, że duchowni ci są obłożeni karami kościelnymi, mówiło się już od dawna, a mimo to – choć Kościół uznawał ich za schizmatyków – papież udzielił im upoważnienia do spowiadania. Dla mnie, jako kanonisty, było to trudne do pogodzenia, a nawet wewnętrznie sprzeczne. Z dzisiejszego dokumentu wynika, że tamten akt papieża Franciszka już nie obowiązuje – księża Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie mają więc upoważnienia ani do spowiadania, ani do asystowania przy zawieraniu małżeństw.
W Nocie wyjaśniającej jest też zapowiedź ewentualnych kar dla świeckich…
Tak, dokument stanowi, że dotyczy to tych, którzy formalnie przynależą do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Nie znam dokładnie struktury tego Bractwa i nie potrafię powiedzieć, kto spośród świeckich formalnie do niego przynależy. Nie o to jednak chodzi – i Kościół wyraźnie nie chce tu pochopnie karać wszystkich świeckich, zaznaczając, że każdy przypadek musi być osądzony osobno. Ekskomunice nie podlegają ci, którzy okazjonalnie uczestniczą w celebracjach czy nabożeństwach sprawowanych przez schizmatyckich księży należących do Bractwa św. Piusa X.
Jak zrozumieć tę sytuację wiernych – kiedy pojawia się realne niebezpieczeństwo zaciągnięcia ekskomuniki? Poprzez regularne, formalne uczestnictwo w liturgiach? Przez posyłanie dzieci do szkół prowadzonych przez Bractwo? Należenie do organizacji dla świeckich prowadzonych przez Bractwo, jak np. Rycerstwo Niepokalanej?
We wspomnianej Nocie z 1996 r. wyraźnie stwierdzono, że nie wydaje się stosowne głębsze formalizowanie warunków schizmy, ponieważ mogłoby to stworzyć większe problemy. Kościół mówi jedynie o „formalnym” uczestnictwie. Co to oznacza w praktyce? Jeśli ktoś świadomie i dobrowolnie należy do jakiejś struktury, z uzewnętrznionym zamiarem wypowiedzenia posłuszeństwa papieżowi. Bez wątpienia formalnie do schizmy przystępują duchowni, ponieważ przyjmują święcenia albo obejmują urzędy w tym schizmatyckim Bractwie.
Formalność oznacza, że muszą zostać spełnione określone procedury przyjęcia do struktur Bractwa, a przynajmniej akt zewnętrzny, który w niewątpliwy sposób wskaże, iż ktoś do Bractwa przynależy. Jeśli chodzi o pozostałych wiernych, moim zdaniem celowo pozostawia się tu pewną przestrzeń niedopowiedzianą, by nie wywoływać konfliktów sumienia u tych, którzy jedynie okazjonalnie korzystają z posługi duszpasterskiej u kapłanów Bractwa. Jak jednak czytamy w dzisiejszych dokumentach, nuncjusze apostolscy otrzymają odpowiednie wskazania i przekażą je biskupom diecezjalnym co do tego, jak postępować wobec wiernych – a także duchownych – którzy chcieliby zejść z błędnej drogi i pojednać się z Kościołem.
Nie chciałbym oceniać, nie mając pełnej wiedzy o stanowisku Stolicy Apostolskiej w tej konkretnej kwestii – a sama Stolica Apostolska również, jak sądzę, nie chce się jednoznacznie wypowiadać wobec wiernych świeckich. Poczekajmy na dodatkowe komentarze ze strony Kurii Rzymskiej.
W 1988 roku, po święceniach dokonanych przez arcybiskupa Lefebvre’a i ogłoszeniu ekskomunik, Bractwo utrzymywało, że te ekskomuniki w ogóle nie były skuteczne – ponieważ działało ono w stanie wyższej konieczności, nie miało intencji schizmatyckiej, a poza tym uznaje papieża, skoro wymienia go w kanonie mszalnym. Teraz również zapowiadano, że będzie podobnie: że nawet jeśli Watykan ogłosi ekskomunikę, to tak naprawdę jej nie ma. Jak podchodzić do tego argumentu Bractwa?
Po pierwsze, samo wymienianie imienia Ojca Świętego w kanonie eucharystycznym nie wystarczy. Aby uznawać prymat Piotrowy, trzeba stosować się do poleceń papieża, a nie tylko wymieniać jego imię. W tym przypadku akt konsekracji biskupów bez zezwolenia papieskiego wyraźnie pokazuje, że nie ma tu miejsca na posłuszeństwo wobec Ojca Świętego.
W Nocie wyjaśniającej z 1996 roku Kościół wyraźnie odrzucił tezę, jakoby kara ekskomuniki nie miała miejsca, ponieważ akt konsekracji dokonany został w stanie wyższej konieczności. Rzeczywiście, prawo kanoniczne przewiduje możliwość złagodzenia, a nawet zwolnienia z kary kanonicznej – ale nie sam sprawca może o tym decydować, tylko ten, kto go osądza i ocenia sytuację. Zarówno wtedy, jak i dziś, mamy do czynienia z jasną deklaracją, że taka ekskomunika została zaciągnięta. Dykasteria do spraw Nauki Wiary, w pełni świadoma argumentów, które na swoje usprawiedliwienie przytacza Bractwo Świętego Piusa X, argumenty te odrzuca.
W tamtej pierwszej Nocie wyjaśniającej z 1996 roku czytamy wyraźnie, że nigdy nie może zaistnieć konieczność wyświęcenia biskupa wbrew woli Ojca Świętego, głowy Kolegium Biskupów. W rzeczywistości oznaczałoby to możliwość „służenia” Kościołowi poprzez zamach na jego jedność w tak fundamentalnej sprawie, jaką jest wyświęcanie biskupów. I wtedy, w 1988 i 1996 roku – najpierw Jan Paweł II, potem Papieska Rada do spraw Tekstów Prawnych – a teraz Dykasteria Nauki Wiary, wyraźnie tę argumentację odrzucają.
Dawid Gospodarek (KAI)
***
Szkocja: kolejna grupa planuje sakry bez zgody papieża
Opublikowano: 3 lipca 2026
Nie tylko lefebryści – 25 lipca dojdzie do zerwania jedności z Ojcem Świętym ze strony innej grupy Redemptorystów Zaalpejskich. Wydarzenie zaplanowano na wyspie Papa Stronsay w archipelagu Orkadów.
fot. Wikipedia
***
Ta niewielka grupa ultrakonserwatystów wyrosła z ruchu abp. Marcela Lefebvre’a, ostro krytykując Kościół, a przede wszystkim Sobór Watykański II.
Następnie w 2008 roku dzięki Benedyktowi XVI doszło do pojednania. Teraz są jednak gotowi do aktu schizmatyckiego. „Wyświęcę ojca Michaela Mary’ego 25 lipca, jeśli Bóg pozwoli” oraz „zostanie on wyświęcony bez mandatu apostolskiego, ponieważ Stolica Rzymska jest wyraźnie obsadzona przez wrogów Boga” – ogłosił kilka tygodni temu wyświęcony bez mandatu papieskiego bp. Pierre Roy, przełożony generalny. Oprócz niego udzielającymi sakry będą wyświęceni bez mandatu papieskiego Brazylijczyk bp Rodrigo Ribeiro da Silva oraz Argentyńczyk bp Fernando Altamira.
Żaden wierny nie powinien w tym uczestniczyć
Biskup Aberdeen, Hugh Gilberta oświadczył w związku z tym: „Święcenia te miałyby zostać udzielone bez mandatu papieskiego przez grupę biskupów, którzy zaprzeczają, że nasz Ojciec Święty, papież Leon XIV, jest faktycznie papieżem. Ponieważ konsekracja ta ma się odbyć w granicach geograficznych diecezji Aberdeen, czuję się zobowiązany do wyjaśnienia wiernym tej diecezji, że każda taka konsekracja biskupia byłaby bezprawna i stanowiłaby poważny akt nieposłuszeństwa, oddzielający uczestników od jedności z Kościołem katolickim. Żaden wierny nie powinien w niej uczestniczyć. Działanie to nie służy «dobru Kościoła katolickiego», jak fałszywie się utrzymuje. Sytuacja ta budzi głęboki żal i możemy jedynie modlić się, aby osoby, których to dotyczy, zmieniły zdanie” – stwierdził hierarcha.
Bractwo nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa”
Synowie Najświętszego Odkupiciela (Redemptoryści Zaalpejscy) powstali w 1988 roku z inicjatywy byłego redemptorysty o. Michaela Marii Sima, z powodu krytyki zmian, jakie zaszły w zakonie po soborze watykańskim II. Zgromadzenie to do 2008 roku współpracowało z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X. Od sierpnia 2012 do maja 2026 było instytutem kleryckim życia konsekrowanego na prawie diecezjalnym. 2 maja 2026 roku w deklaracji „Dogmat, którym należy się kierować” ogłosiło, że nie uznaje posoborowych „pretendentów do papiestwa” jako rzeczywiście urzędujących papieży – stając się sedewakantystami i ponownie odłączając się od oficjalnych struktur kościoła rzymskokatolickiego.
KAI/Stacja7
***
Watykan otwiera drogę powrotu po schizmie w Bractwie św. Piusa X. Tak wygląda procedura dla księży i świeckich
Opublikowano: 3 lipca 2026
Dykasteria Nauki Wiary przekazuje biskupom na całym świecie komunikat dotyczący działań, jakie należy podjąć w celu ponownego przyjęcia do wspólnoty katolickiej tych, którzy zdecydują się opuścić Bractwo św. Piusa X po akcie schizmatyckim, który doprowadził do nowej ekskomuniki.
fot. Shalone Cason/unsplash.com
***
W celu powrotu do wspólnoty katolickiej po akcie schizmatyckim z 1 lipca nie będzie trzeba powoływać specjalnej komisji, jak miało to miejsce w przeszłości w ramach inicjatywy „Ecclesia Dei”, ponieważ Dykasteria Nauki Wiary opracowała już procedurę zarówno dla kapłanów, jak i dla wiernych świeckich, angażując bezpośrednio ordynariuszy diecezjalnych oraz przełożonych wspólnot stosujących ryt tradycyjny i trwających w jedności z Rzymem. Instrukcje są przekazywane w tych dniach za pośrednictwem nuncjatur, jak już ogłoszono w nocie wyjaśniającej opublikowanej 2 lipca przez Dykasterię.
Pojednanie dla kapłanów
Praktyka stosowana przez Dykasterię Nauki Wiary, obowiązująca od 1 lipca 2026 r., przewiduje, że kapłan, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, gotowy jest zaakceptować Sobór Watykański II oraz zasadność novus ordo Missae, choć pozostaje przywiązany do rytu tradycyjnego, powinien „znaleźć ordynariusza (biskupa diecezjalnego, wyższego przełożonego kapłańskich instytutów zakonnych na prawie papieskim oraz kapłańskich stowarzyszeń życia apostolskiego na prawie papieskim itp.), który będzie gotów przyjąć go ad experimentum”.
Następnie kapłan będzie musiał „napisać własnoręcznie list do Ojca Świętego, w którym się przedstawi i poprosi o zniesienie sankcji nałożonych z powodu święceń kapłańskich udzielonych przez biskupa ekskomunikowanego lub nie mającego uregulowanego statusu, lub z powodu tego, że po ważnym i zgodnym z prawem przyjęciu święceń kapłańskich wstąpił następnie do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”.
Wyznanie wiary i formuła przystąpienia
Kapłan będzie musiał ponadto dołączyć świadectwo święceń kapłańskich oraz załączyć, podpisane i opatrzone datą, „Professio fidei i Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem”. Chodzi o wyznanie wiary, które podsumowuje treści wiary katolickiej, oraz o formułę przynależności, w której kapłan obiecuje wierność Papieżowi, zobowiązując się do nieatakowania publicznie ani jego samego, ani jego nauczania. Odzwierciedla to nauczanie zawarte w punkcie 25 Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium, dotyczącej wierności nauczaniu Kościoła. Oświadcza ponadto, że uznaje za ważne sprawowanie Mszy św. zgodnie z obrzędami ogłoszonymi przez Pawła VI i Jana Pawła II oraz że przestrzega norm Kodeksu Prawa Kanonicznego ogłoszonego przez Jana Pawła II.
Kapłan powinien zlecić przesłanie dokumentów (listu wraz z zaświadczeniem, profesji oraz formuły przynależności) przez ordynariusza, „który w liście towarzyszącym wyrazi gotowość przyjęcia go ad experimentum do swojej diecezji lub do swojego instytutu”. Zaraz po otrzymaniu dokumentów od ordynariusza Dykasteria sporządza reskrypt o zniesieniu sankcji, upoważniając ordynariusza do przyjęcia wnioskującego kapłana „na okres próbny trwający co najmniej rok i nie dłuższy niż trzy lata, po upływie którego będzie można przystąpić do jego inkardynacji”.
Pojednanie dla wiernych świeckich
Ta praktyka, wyjaśnia Dykasteria, „dotyczy kwestii przypisania winy lub stopnia odpowiedzialności subiektywnej wiernych świeckich, którzy formalnie przystąpili do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X lub do niego uczęszczają i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim”. Nałożenie kary na świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X nie może bowiem „być zakładane automatycznie, lecz musi być rozpatrywane indywidualnie dla każdego przypadku”.
„Ponieważ odpowiedzialność wymaga pełnej świadomości i świadomej zgody”, jak czytamy w dokumencie Dykasterii Nauki Wiary, przykłady udowodnionej odpowiedzialności mogą dotyczyć: świeckich należących do Trzeciego Zakonu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X; świeckich, którzy regularnie uczestniczą w nabożeństwach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, formalnie podzielając jego stanowiska doktrynalne”.
Postępowanie, którego należy przestrzegać
Ewentualna procedura, jaką należy zastosować w przypadku świeckich należących do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, na których nałożono karę i którzy proszą o przyjęcie do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, „oznacza formalny akt pełnej przynależności do doktryny i posłuszeństwa wobec hierarchii katolickiej, pod jurysdykcją miejscowego ordynariusza, który jest gwarantem jedności Kościoła lokalnego”.
W związku z tym wierny świecki, który zdecydował się opuścić Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, musi przedłożyć swojemu biskupowi Professio fidei oraz Formula adhaesionis, opatrzone datą i podpisem. „Po otrzymaniu dokumentacji miejscowy ordynariusz zadba o przyjęcie wiernego świeckiego w terminie i w sposób, jakie uzna za najbardziej stosowne”.
Świeccy, których nie można obarczać winą
W dokumencie zaznaczono, że „nie należy obarczać winą: świeckich, którzy uczęszczali do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X wyłącznie z powodów liturgicznych lub duchowych; świeckich, którzy – choć świadomi napięć ze Stolicą Apostolską – nie odrzucają Magisterium ani autorytetu Papieża”. W przypadku tych ostatnich wystarczy, aby zwrócili się „do kapłana pozostającego w pełnej wspólnocie, z postanowieniem, że w przyszłości nie będą uczęszczać do Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X”.
Vatican News, pa/Stacja7
***
Ekskomunika, suspensa i inne kary kościelne.
Za co, kiedy i dla kogo?
Shutterstock
***
Na katolika może zostać nałożona ekskomunika mocą samego prawa, czyli bez ingerencji władzy kościelnej – automatycznie, gdy dopuści się określonych czynów. Jakich?
Każdy z nas słyszał o karach kościelnych, ale mało kto wie coś o nich konkretnie. Uzupełnijmy tę lukę. Zasadniczo omawiane kary dzielą się na:
kary poprawcze
kary ekspiacyjne.
Kary poprawcze
Są nimi ekskomunika, suspensa i interdykt. Najcięższą jest ekskomunika. Może ona dotyczyć każdego katolika. Powoduje m.in. następujące zakazy:
zakaz pomocy w sprawowaniu mszy świętej i innych obrzędów religijnych, czyli bycia np. ojcem chrzestnym;
zakaz sprawowania sakramentaliów i sakramentów oraz przyjmowania sakramentów;
zakaz sprawowania jakichkolwiek kościelnych urzędów, posług i zadań oraz podejmowania w Kościele władczych decyzji („aktów rządzenia”).
„Mocą samego prawa”, czyli od razu po popełnieniu czynu, ekskomuniką karany jest ten, kto:
odstąpiłby od wiary katolickiej, byłby heretykiem lub schizmatykiem;
użyłby przemocy fizycznej wobec papieża lub go zabił;
dałby rozgrzeszenie wspólnikowi w grzechu przeciw 6 przykazaniu;
porzuciłby konsekrowane hostie lub w celach świętokradczych zabrał je lub przechowywał;
wyświęciłby kogoś na biskupa bez zgody papieża,
przyjąłby wspomniane święcenia;
bezpośrednio wyjawia grzechy, o których wie dzięki spowiedzi;
powoduje przerwanie ciąży. Dotyczy to zarówno rodziców, jak i np. lekarza czy osób postronnych namawiających do aborcji.
Interdykt
Nałożyć na kogoś ekskomunikę można też dokumentem. I to za różne przestępstwa, np. za zdradzenie tajemnicy spowiedzi przez tłumacza, który w niej pośredniczył.
Również interdykt może dotyczyć każdego katolika. Stanowią go dwa pierwsze zakazy wymienione przy okazji omawiania ekskomuniki. Obowiązuje mocą samego prawa lub jest nałożony personalnie.
W drugim przypadku wyraźnie przewidziany jest tylko dla katolika popierającego jakiekolwiek stowarzyszenie działające przeciw Kościołowi lub nim kierującego.
W pierwszym przypadku odnosi się ona zaś do tego, kto:
fałszywie donosi przełożonemu o tym, że jego podwładny przy okazji spowiedzi nakłania penitenta do grzechu przeciw przykazaniu „nie cudzołóż”;
nie będąc księdzem, usiłuje odprawiać mszę świętą;
nie mogąc rozgrzeszać, próbuje to robić, lub tylko słucha spowiedzi;
będąc zakonnikiem ślubów wieczystych, usiłuje zawrzeć małżeństwo, nawet cywilne;
stosuje przemoc fizyczną wobec biskupa.
Suspensa
Suspensa wreszcie to kara dotycząca wyłącznie osób duchownych, czyli księży diecezjalnych, diakonów, kleryków i zakonników. Nie jest ona tak jednoznaczna, jak interdykt i ekskomunika, gdyż w zależności od sytuacji stanowią ją takie lub inne zakazy działań wynikających z posiadania przez ukaranego:
święceń (np. zakaz odprawiania publicznych mszy świętych),
władzy rządzenia np. biskupiej,
urzędu np. kanclerza kurii biskupiej.
Również suspensa jest nakładana albo mocą samego prawa, albo personalnie. W pierwszym przypadku suspensą karany jest ten, kto:
usiłuje zawrzeć małżeństwo, w tym cywilne;
nie mając święceń kapłańskich, próbuje sprawować mszę świętą;
nie mogąc dać rozgrzeszenia, usiłuje go udzielić, lub słucha spowiedzi sakramentalnej;
używa przemocy fizycznej wobec biskupa.
Jeżeli chodzi o suspensę nakładaną personalnie, to może ona spaść np. na tego, kto stosując symonię (handel sakramentami), przyjmuje je lub udziela.
Kary ekspiacyjne
Ich celem jest ekspiacja, czyli zadośćuczynienie (swoiste „wyrównanie” szkód) przez ukaranego. Należą do nich:
zakaz lub nakaz przebywania na określonym miejscu [np. w danym klasztorze] lub terytorium, np. w jakiejś diecezji;
zakaz korzystania z tego, co wyliczono w n. 2, lub zakaz korzystania z tego w określonym miejscu lub poza określonym miejscem;
karne przeniesienie na inny urząd;
wydalenie ze stanu duchownego.
Kary wymienione w 1 i 5 punkcie dotyczą tylko duchownych. Karami obowiązującymi „mocą samego prawa” mogą być zaś jedynie te z punktu 3. Oczywiście pod warunkiem, że tego typu prawo zostanie wydane. Wprost zagrożone wspomnianymi karami są zaś jedynie: zabójstwo, porwanie, okaleczenie i zranienie.
Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową”
List ks. Gary’ego Campbella do bp. Bernarda Fellaya sprzed lat wraca dziś jako mocne świadectwo duchownego, który odszedł z Bractwa św. Piusa X i postawił fundamentalne pytania o posłuszeństwo, Tradycję, sumienie oraz granice prywatnego osądu wobec Magisterium Kościoła. Tekst, opublikowany ponownie przez serwis Trad Recovery w cyklu „Why I Left the SSPX”, pochodzi z 4 maja 1999 roku i jest osobistym wyjaśnieniem decyzji kapłana.
Mocne świadectwo księdza, który opuścił Bractwo św. Piusa X: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową” · fot. via Pixabay.com
***
Campbell zaczyna spokojnie, ale od razu dotyka sedna sporu. „Po długich rozważaniach i modlitwie postanowiłem opuścić Bractwo św. Piusa X” — napisał do bp. Fellaya. Jak wyjaśnił, problemem nie były emocje, lecz narastające przekonanie, że praktyczna postawa Bractwa prowadzi do niebezpiecznego paradoksu: z jednej strony odrzuca ono kierownictwo Stolicy Apostolskiej, z drugiej samo ustanawia się sędzią tego, czym jest prawdziwa Tradycja.
Najmocniej brzmi jego pytanie o prywatną interpretację Magisterium. Campbell zauważa, że Bractwo uznaje posłuszeństwo papieżowi tylko wtedy, gdy jego wypowiedzi uzna za zgodne z wcześniejszym nauczaniem. „Skąd więc wiemy, kiedy potwierdza on Tradycję?” — pyta. I odpowiada, że taka ocena jest „z konieczności subiektywna i obarczona niebezpieczeństwem”. Pada też zdanie szczególnie ostre: „Prywatna interpretacja aktów Magisterium jest nie mniej niekatolicka niż prywatna interpretacja Pisma Świętego”.
Kapłan wskazuje, że Stolica Apostolska ma „boską gwarancję pomocy Ducha Świętego”, podczas gdy prywatne środowisko, nawet przekonane o własnej wierności Tradycji, takiej gwarancji nie posiada. W jego ocenie praktyka Bractwa prowadzi do sprzeczności: jeśli każdy sam miałby oceniać, kiedy papież i biskupi są wierni Tradycji, pojawiłby się chaos; jeśli zaś rozstrzyga to kierownictwo Bractwa, powstaje zastępczy autorytet stojący ponad realną władzą Kościoła.
Campbell pisze również o konsekwencjach teologicznych. Jego zdaniem, mimo licznych prób wyjaśniania własnego stanowiska, Bractwo w praktyce musi przyznać, że „Kościół popełnił błąd”, a więc nie zdołał prowadzić dusz do zbawienia. „Pomimo naszych gorących protestów, nie możemy uniknąć praktycznej herezji, twierdząc, że Kościół nie jest nieomylny” — stwierdza. To właśnie tutaj jego list przestaje być tylko osobistym rozstaniem, a staje się oskarżeniem o wewnętrzną nielogiczność całej konstrukcji.
Były ksiądz Bractwa przyznaje, że początkowo wstąpił do FSSPX, aby „uwolnić się od liberałów”, bo nie chciał, by inni myśleli za niego. Potem jednak — jak pisze — odkrył, że wpadł w podobną zależność po drugiej stronie. „Teraz jednak okazuje się, że to tradycjonaliści myślą za mnie” — stwierdza. I dodaje jedno z najważniejszych zdań całego listu: „Jedyna prawdziwa wolność leży w jedności ze Stolicą Piotrową; teraz to rozumiem”.
Campbell uderza także w pojęcie „Kościoła soborowego”, którym środowiska radykalnego tradycjonalizmu często opisują posoborową rzeczywistość kościelną. Pyta, czym właściwie miałby być ten byt: Kościołem odstępczym, który jednak posiada hierarchię i zwyczajną jurysdykcję? „Czym jest ten hybrydowy Kościół Vaticanum II; ten potwór, który jest w połowie Chrystusem, a w połowie szatanem?” — pyta w dramatycznym fragmencie listu.
Osobny wątek dotyczy osoby abp. Marcela Lefebvre’a. Campbell podkreśla, że wierzy w jego moralną uczciwość, ale przypomina, że świętość nie oznacza nieomylności. „Moim autorytetem nie jest człowiek, lecz Kościół” — pisze. Wskazuje przy tym na atmosferę, w której opinie założyciela Bractwa zaczęły funkcjonować jak niemal obowiązująca norma, a wątpliwości wobec nich były odbierane jako zagrożenie albo „pokusa”.
Watykan od lat oceniał sytuację Bractwa jako poważny problem kościelny. Jan Paweł II w motu proprio „Ecclesia Dei” po konsekracjach biskupich dokonanych przez abp. Lefebvre’a w 1988 roku pisał, że u źródła aktu schizmatyckiego leży „niepełne i sprzeczne pojęcie Tradycji”, ponieważ nie uwzględnia ono żywego charakteru Tradycji w Kościele. Benedykt XVI w 2009 roku przypominał natomiast, że dopóki Bractwo nie ma statusu kanonicznego w Kościele, jego duchowni „nie wykonują prawowicie żadnej posługi w Kościele”.
Najbardziej poruszająca część listu dotyczy powrotu. Campbell przewiduje zarzut, że „wraca do Novus Ordo”, po czym odpowiada: „Nie, powrócę do Kościoła katolickiego”. Nie idealizuje jednak tej drogi. Pisze, że nie idzie „na zielone pastwiska”, bo „pole Pana jest brązowe i surowe”. Przyznaje, że może tęsknić za bezpieczeństwem i spokojem tradycjonalistycznego świata, ale uznaje ten spokój za odcięcie się od burzy, w której żyje Lud Boży.
List kończy się osobistym tonem. Campbell dziękuje Bractwu za formację kapłańską, ale stwierdza, że dziecko „nie może podążać za ojcem w błąd”. „Moje sumienie nie pozwala mi trwać w całkowitym podważaniu wszelkiej władzy kościelnej na rzecz naszego własnego osądu. Czyż nie na tym polega schizma?” — pyta. I dodaje, że nie żywi urazy, lecz musi być posłuszny sumieniu.
Świadectwo ks. Campbella jest ważne nie dlatego, że zamyka spór o Bractwo św. Piusa X, ale dlatego, że pokazuje go od środka — jako dramat sumienia, autorytetu i rozumienia Tradycji. To głos człowieka, który nie odszedł od wiary, lecz uznał, że nie może bronić Tradycji przeciwko Kościołowi, któremu ta Tradycja została powierzona.
źródło: mp/Trad Recovery, Vatican News, Fronda.pl
***
Biskup Marian Eleganti: to prawdziwa wiara decyduje, czy jesteśmy katolikami
fot. YouTube/Marian Eleganti
***
„To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem! – pisze szwajcarski biskup Marian Eleganti. „Wiara Kościoła jest kryterium i cechą definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. W istocie, właśnie tym są: zamiast inny rodzaj katolików, trafniej byłoby powiedzieć: już nie są katolikami! Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – podkreśla.
Hierarcha jest jednym z założycieli ruchu Pro Fide Ecclesiae, który w ostatnich dniach zaapelował do papieża Leona XIV o wycofanie poparcia dla niemieckiej, heretyckiej Drogi Synodalnej. Nawiązując do założeń nowopowstałej organizacji biskup wyjaśnił popularne nieporozumienie wokół rzekomego pluralizmu poglądów na istotne prawdy wiary katolickiej.
„Pewne terminy, takie jak konserwatywny i postępowy, zakorzeniły się w naszym języku potocznym” – odnotowuje bp Marian Eleganti na łamach Life Site News. „Najwyraźniej istnieją różne rodzaje katolików: katolicy lewicowi; katolicy prawicowi; katolicy reformistyczni; postępowcy; reakcjoniści; tradycjonaliści; progresiści i tak dalej. Szczególnie pomysłowy neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – wylicza autor.
W jego ocenie, wskutek przyzwyczajenia powszechnym stało się używanie wymienionych terminów, jednak zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak są one błędne.
„Albo jest się katolikiem, albo nie. Trzecia możliwość jest wykluczona (tertium non datur). Dlatego założyliśmy stowarzyszenie – a raczej zainicjowaliśmy ruch – którego celem jest przywrócenie świadomości i obrona tego, co znaczy być katolikiem zgodnie z wiarą Kościoła. Autorytet do definiowania tego nie należy do nas, lecz do Magisterium Kościoła (Katechizmu Kościoła Katolickiego). To Magisterium właściwie interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!” – wskazuje hierarcha.
Biskup Eleganti przypomina w tym miejscu – wydawałoby się, truizm: Wiara Kościoła stanowi kryterium i cechę definiującą katolika. Wszelkie odstępstwa od niej nazywamy herezjami. „W istocie, właśnie tym są: zamiast innym rodzajem katolika, trafniej byłoby powiedzieć już nie są katolikami!. Poglądy tych ludzi, biegłych w sofistyce, należy określić jako heretyckie” – stwierdza.
„(…) dodatkowe atrybuty przypisywane określeniu katolicki ujawniają, że odpowiadająca mu interpretacja wiary lub praktyki wiary są tak naprawdę skorumpowane, błędne lub fałszywe. To, co oznacza katolicki w pełnym tego słowa znaczeniu, nie wymaga dalszych wyjaśnień. Prawosławie i ortopraksja to jedno i to samo. Kościół opowiada się tu za jednoznacznością. Niech wasze tak będzie tak, a wasze nie będzie nie. A co ponad to, od Złego pochodzi (Mt 5,37)” – czytamy.
Dalej hierarcha rozbraja bombę rzekomego pluralizmu w głoszeniu pod sztandarem katolicyzmu poglądów na doktrynę.
„Jeśli chodzi o wiarę Kościoła, nie ma żadnej różnorodności. Jedyne różnice tkwią w obrzędach, poprzez które wyraża się ta wspólna wiara. Wiara Kościoła w Niemczech nie różni się jednak od wiary Kościoła w Afryce. W swej istocie jest jednoznaczna i niepodzielna, katolicka i apostolska. Jest pogłębiana z biegiem czasu, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (zgodnie z ustaleniami Magisterium) i przekazywana (Tradycja apostolska)” – wskazuje biskup Eleganti.
Przypomina również: depositum fidei, depozyt wiary nie zmienia się z biegiem czasu, lecz jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. „W tym kontekście Piotr jest skałą, a nie ruchomą wydmą, która przesuwa się z każdym (fałszywym) zdaniem” – zauważa autor. Natomiast beneficjenci rzekomego pluralizmu podkreślają swoją rzekomą przynależność do Kościoła w nieuprawniony sposób.
„Chcą być postrzegani jako katolicy, ale i redefiniować wiarę Kościoła od wewnątrz, zgodnie z własnym rozumieniem i żyć nią inaczej (różnorodnie), na przykład jako para homoseksualna. Nie przyznają się otwarcie, że nie podzielają wiary Kościoła; chcą ją zmienić, żyć nią w sposób współczesny (puste określenie, które można wypełnić dowolnym znaczeniem)” – podkreśla.
Tymczasem być katolikiem oznacza nienawiść świata (por. J 15,19), który „kocha tylko to, co do niego należy” – pisze biskup Marian Elegfanti.
PCh24.pl -źródło: Life Site News –RoM
***
Biskup Marian Eleganti:
Albo ktoś jest katolikiem, albo nie – nie ma trzeciej drogi!
Jak zauważa biskup Marian Eleganti, przyzwyczailiśmy się do takich etykietek, jak „konserwatywny” czy „postępowy”. Stąd przyjmujemy też, że „najwidoczniej istnieją wszelkie typy katolików: lewicowi katolicy, prawicowi katolicy” itp. „Szczególnie inteligentny neologizm pochodzi od biskupa Georga Bätzinga: inni katolicy” – pisze z ironią szwajcarski biskup w tekście opublikowanym na portalu „Life Site News”.
„Tak przyzwyczailiśmy się do tych określeń i często używamy je sami bez uświadomienia sobie, jak całkowicie są one mylne – stwierdza bp Eleganti. – Albowiem albo ktoś jest katolikiem, albo nim nie jest. Trzecia możliwość nie istnieje (tertium non datur)”.
W związku z powyższym biskup ogłasza założenie ruchu, którego celem jest nie tylko przywrócenie świadomości, „co to oznacza być katolikiem w zgodzie z wiarą Kościoła”, ale także stawanie w obronie tej prawdy. Bowiem „władza definiowania tego nie zależy od nas, ale od Magisterium Kościoła katolickiego (Katechizm Kościoła katolickiego). To Magisterium prawidłowo interpretuje wiarę, a nie ludzie, którzy głoszą: My jesteśmy Kościołem!”
Podkreślając wiarę Kościoła jako „kryterium i definiującą charakterystykę katolika”, bp Eleganti zauważa, że wszelkie odejście od tego kryterium oznacza po prostu herezję. Jeśli zatem ktoś się określa jako „innego typu katolik”, to w rzeczywistości mógłby powiedzieć: „już nie katolik!”. Nadanie etykietki „katolicki” nie oznacza, że dana rzecz jest w rzeczywistości „katolicka” – pisze biskup.
Z drugiej strony „dodatkowe atrybuty dołączane do słowa katolik wyjawiają, że odpowiednia interpretacja wiary czy praktyka wiary jest w rzeczywistości zniekształcona, błędna lub fałszywa”. Bp Eleganti nie ma wątpliwości, że to, „co katolicki oznacza w pełnym rozumieniu tego słowa, nie wymaga dalszych wyjaśnień”. Kościół opowiada się za brakiem dwuznaczności.
Szwajcarski biskup podkreśla, że jeśli chodzi o wiarę Kościoła, to „nie ma tu różnorodności”, a Kościół katolicki jest jeden i ten sam, niepodzielny, niezależnie od kraju i miejsca na kuli ziemskiej. Różnice mogą istnieć „w obrzędach, przez które ta wspólna wiara się wyraża”. Ta wiara Kościoła „pogłębiana jest z czasem, interpretowana w sposób właściwy dla każdej epoki (jak to określa Magisterium) i przekazywana dalej (tradycja apostolska)”.
„Pod tym względem mówimy o depositum fidei – depozycie wiary, który nie ulega zmianie z upływem czasu, ale jest wiernie przekazywany z pokolenia na pokolenie przez Magisterium Kościoła. W tym kontekście Piotr jest opoką, a nie ruchomą piaskową wydmą, która zmienia się z każdą (fałszywą) opinią” – pisze bp Eleganti.
Ponownie autor podkreśla, że ci wszyscy, którzy próbują definiować katolicyzm poprzez dodawanie różnych określeń do niego, w rzeczywistości są odstępcami od wiary: „Chcą przynależeć, być uznani za katolików, jednak definiować wiarę Kościoła na nowo od wewnątrz według własnego rozumienia i żyć inaczej (różnorodnie), np. jako para homoseksualna”. Nie podzielając wiary Kościoła tacy ludzie chcą ją zmienić po to, by móc „żyć nią we współczesny sposób”.
„Nie będziemy się na to dłużej zgadzać i będziemy głosem katolików, którzy są po prostu katolikami. Albo nimi jesteście, albo nie! To o to w tym wszystkim chodzi!” – konkluduje bp Eleganti, podkreślając jasno cel ruchu.
źródło: fronda.pl
***
Cykl wakacyjny Gosc.pl:
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
portret św. Jana od Krzyża pędzla Francisco de Zurbarana PD
***
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem będzie doświadczony specjalista o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikować będziemy we wtorkowe wieczory.
– Teksty św. Jana od Krzyża rozpalają coś głęboko w duchu człowieka. Warto zakosztować tego doświadczenia – mówi ojciec profesor – Lektura Jana od Krzyża jest dla tych, którzy chcieliby zmierzyć się z tajemnicą człowieka: głęboką tajemnicą jego pochodzenia i jego przeznaczenia do przemiany w istnienie boskie – podkreśla.
Nie jest to przekaz łatwy, ale zawarta w nim prawda zaczyna w nas pracować i pociągać do Boga. Bo w gruncie rzeczy chodzi o odkrycie żywego Boga. To wysoki ideał, bardzo ambitny, odważny. Św. Jan pokazuje nam jednak drogę sprawdzoną i pewną. Gdy legendarna hiszpańska armada w XVI w. eksplorowała zamorskie krainy, Jan od Krzyża zgłębiał otchłanie ducha. Gdy konkwistadorzy szukali złota, on zdobywał bogactwa duchowe. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu mistyków potrafił to precyzyjnie opisać.
Bardzo wcześnie zaczął uczyć się heroicznej miłości – jego ojciec zmarł wcześnie, więc Jan od najmłodszych lat musiał ciężko pracować i uczyć się jednocześnie. Był już całkiem nieźle wykształcony, gdy wstąpił do karmelitów. Później studiował jeszcze na słynnym uniwersytecie w Salamance. Miał 25 lat, gdy spotkał św. Teresę od Jezusa. Razem prowadzili reformę zakonu karmelitańskiego. Jan zapłacił za to 9-miesięcznym pobytem w zakonnym więzieniu w Toledo. – Tam dojrzewała jego najpiękniejsza mistyka – mówi o. prof. Zawada.
Dodaje, że Jan nie miał ambicji napisania całościowego traktatu na temat życia duchowego. Chciał tylko poruszyć kilka najtrudniejszych kwestii, takich jak: natura kontemplacji, problem cierpienia, poczucie bycia otoczonym przez zło i odrzuconym przez Boga. Pojawia się u niego także motyw drogi – drogi na Górę Karmel – prowadzącej przez duchowe ciemności do zjednoczenia z Bogiem, napełnienia Bożą miłością. Ukazuje ideał zjednoczenia Boga z człowiekiem przez łaskę, która działa na ludzki umysł, pamięć i wolność. O tych właśnie sprawach mówić będziemy w tegorocznym cyklu wakacyjnym.
Jan nie zajmuje się moralnością, nie zajmuje się grzechami – jeśli mówi o zagrożeniach w życiu duchowym, to ma na myśli szczególny typ zniewolenia poprzez małe chaotyczne pragnienia. One pochłaniają niesamowity potencjał, jaki człowiek w sobie nosi. Sprowadzają z radykalnej drogi wolności od siebie, od świata i od wyobrażeń o Bogu.
Idea Drogi na Górę Karmel – podkreśla nasz przewodnik – nie jest drogą zewnętrznego odrzucenia świata, w którym żyjemy. Jest to raczej droga uwolnienia wewnętrznego: człowiek pozostaje w świecie, ale zupełnie zmienia swój stosunek do niego. Nie jest już jego niewolnikiem. Nie jest niewolnikiem ani własnych pragnień, ani cudzych opinii.
– Jan proponuje nam pójście do końca logiką pierwszego przykazania: miłości Boga całym sercem, całą duszą i ze wszystkich sił. Nie bawi się w duchowe uprzejmości, nie pociesza, nie wspiera. Mówi: „chcesz szybko dojść na szczyt, gdzie spotkasz się z Bogiem? idź tą drogą”. Nie jest to droga utartymi szlakami, ale prosto w górę, na azymut – mówi o. prof. Zawada.
Jarosław Dudała –Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#1: Droga przez ciemność
Chrystus mówi ogólnie, że trzeba się narodzić na nowo. Św. Jan od Krzyża opisuje ten proces w detalach – mówi o dr. hab. Marian Zawada w pierwszym odcinku cyklu poświęconego duchowości wielkiego mistyka.
o. prof. Marian Zawada OCD/ fot. Henryk Przondziono – Gość Niedzielny
***
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła..
Jarosław Dudała: Pierwsze wielkie dzieło św. Jana od Krzyża to „Droga na Górę Karmel”. Dokąd prowadzi ta droga?
O. prof. Marian Zawada OCD: Chodzi o przeprowadzenie duszy przez wszystkie naturalne i nadprzyrodzone pojęcia o Bogu, przez uwolnienie się od wszystkich szkód i złudzeń – aż do zjednoczenia z Bogiem.
Każda droga ma jakieś etapy. Jakie są etapy drogi na Górę Karmel?
Są trzy elementy podstawowe jednego procesu.
Punkt wyjścia, jak mówi Jan od Krzyża, to często fałszywy obraz Boga, okrojony przez nasze pojęcia. Powstaje on w wyniku różnych doświadczeń, wizji naszych rodziców, różnych traum czy nieszczęść dzieciństwa. Czasem człowiek ma ojca surowego albo nieobecnego i dlatego czuje się opuszczony, zagubiony, niechciany. W efekcie buduje sobie wizję Boga, który go prześladuje, nie życzy mu szczęścia, nie kocha go absolutnie, odrzuca go. Widzi w nim sędziego, policjanta, gnębiciela czy nawet sadystę, który mu rzuca kłody pod nogi i zabrania wszystkiego, co lubi. Niektórzy – np. Marcin Luter – z takiego bardzo negatywnego doświadczenia Boga wyprowadzali później swoją doktrynę. Jan od Krzyża mówi, że trzeba porzucić te wszystkie wyobrażenia o Bogu.
Drugi to głębokie oczyszczenie ludzkiego wnętrza (rozumu, pamięci i wolności), które przemienia. Żeby wejść na drogę wiary, trzeba je porzucić – wejść w pozbawioną pojęć obecność z Bogiem, nauczyć się obcować z Bogiem żywym.
Trzeci etap to osiągnięcie pełnego zjednoczenia.
Jak wejść w pozbawioną pojęć obecność Boga? My przecież naturalnie posługujemy się w swoim myśleniu pojęciami, nawet jeżeli tego nie reflektujemy. Zawsze mamy jakieś pojęcie czy wyobrażenie rzeczywistości, o której myślimy.
Tego dzieła dokonuje Bóg, a my mamy Mu się doskonale poddać. Jan nazywa to drogą nocy wiary. Uważa, że nasza osobista „wersja” Boga – to, jak Go rozumiemy – to pewne ograniczenie, które trzeba powierzyć wierze. Wiarę rozumie jako Boskie poznanie udzielane człowiekowi. Działa ona jak oślepiający reflektor – coś, co swoim blaskiem… zaciemnia. Nasz umysł w naturalnej formie nie może tego kontemplacyjnego daru przyjąć. Wiara jest zarazem darem i ofiarowanym narzędziem poznania. Droga na Górę Karmel polega więc na tym, żeby porzucić te wszystkie małe, ograniczone wyobrażenia o Bogu i uwierzyć – pozornie jest to oślepienie umysłu, ale tak naprawdę jest to naprawa myślenia. Człowiek już się nie posługuje jakimiś ograniczonymi pojęciami, ale wchodzi w nurt wiary, snop światła, w głębsze poznanie.
Czyli nie jest to porzucenie rozumu, tylko jego przebudowa?
To jest przebudowa myślenia. Człowiek uczy się na nowo rozumieć siebie, świat i Boga. Dosyć trudno to tłumaczyć, gdyż jest to – jak to ujął sam Chrystus – droga przez śmierć, nowe narodziny. Chodzi o porzucenie pojęć naturalnych, ale także porzucenie wyobrażeń o Bogu, sobie itd. Jan wskazuje, że nie wolno nawet przywiązywać się do bardzo pozytywnych doświadczeń duchowych, bo nawet one są tylko jakąś naszą interpretacją. Rada jest prosta, choć bardzo trudna: staraj się zająć samym Bogiem w czystej formie.
I co dalej?
Potem idziemy przez noc ciemną, która jest drogą uwolnienia od wszystkich złudzeń duchowych, niebezpieczeństw i szkód duchowych.
Jakich?
Przede wszystkim od zasadzek i szkodliwości demona, od uwodzenia współczesnego świata. I własnego lenistwa czy oporu natury. Zejście schodami ciemnej wiary powoduje, że demon w jakimś sensie traci „namiary” na nas, nie potrafi nam zaszkodzić, ponieważ my mu w wierze jakby znikamy, bo nie ma on wglądu w rzeczywistości czysto Boskie (może się jedynie domyślać!). Zwykle namierza nas, widząc nasze słabości, skłonność do grzeszenia, ale gdy człowiek wchodzi na drogę ciemnej wiary, jakby znika demonowi z pola widzenia.
Co to znaczy: iść drogą oczyszczenia duchowego?
To droga ciemnej wiary, nadziei i miłości. Wiara oznacza przebudowę całego myślenia, bo poznanie dokonuje się już nie przez zmysły, ale człowiek zaczyna działać pod wpływem natchnień Ducha Bożego. człowiek idący tą drogą opiera się na poznaniu wewnętrznym. Wie, czego Bóg od niego chce, co ma robić, jakie decyzje podejmować.
Drugą przestrzenią jest pamięć człowieka i działanie nadprzyrodzonej nadziei. My posiadamy siebie dzięki pamięci: pamiętamy siebie i swoje przeżycia, dzięki czemu wiemy, kim jesteśmy. To także zostaje przebudowane: człowiek traci podmiotowość opartą na sobie i swoim doświadczeniu, a jego „jestem” zostaje osadzone na „jestem” Boga. W tym procesie pamięć zostaje wypełniona nadzieją, czyli posiadaniem Boga. To jest boski sposób posiadania: posiadanie w nadziei. Dla człowieka jest to niezwykłe, bo gdy posiada w nadziei, to może mieć niewiele, a jednak posiadać wszystko. To paradoks nadziei, że my tutaj, na ziemi możemy żyć bardzo skromnie, a zarazem być bardzo bogatymi w nadziei. Żyjemy wtedy obietnicą, żyjemy duchowym posiadaniem, posiadaniem Boga. To właśnie jest drugi element doktryny św. Jana: przekształcenie pamięci samego siebie samego – memoria sui, jak mówił św. Augustyn – w memoria Dei, pamięć Boga. Taki człowiek pamięta o Bogu, wszędzie Go widzi, Bóg mu się ze wszystkim kojarzy.
A trzeci wymiar drogi na Górę Karmel?
On dotyczy miłości i woli. Miłość powoduje, że zmieniają się podstawy radości człowieka – z radości zmysłowego zaspokajania w radość miłowania. Następuje wtedy rozpłomienienie w miłości: człowiek po prostu ma radość z tego, że kocha na sposób Boski, tak jak Bóg sobie tego życzy. W końcu cały zamienia się w miłość. To jest bardzo ciekawy proces: człowiek, który wykonuje nawet coś zwyczajnego z miłością, życzliwością czy uprzejmością, świadczy już tak wysokie dobro, że staje się jakby żywą miłością, żywym płomieniem. To jest moment, w którym człowiek działa pod wpływem Ducha Świętego.
Trudne to wszystko do zrozumienia.
Tak. Dzieje się to z kilku powodów. Proces oczyszczenia w swych zewnętrznych objawach przypomina czasem trudności psychologiczne: zagubienie, dezorganizację życia, trudność w radzeniu sobie ze zwykłymi sytuacjami życiowymi, a nawet depresją. Ale jest inna przyczyna. Przyczyną nocy nie jest wyczerpanie człowieka, ale nadprzyrodzone działanie Boga.
Trudno też w kilku zdaniach wyjaśnić proces uwolnienia, przeprowadzenia przez bardzo trudną przemianę prawdziwego obywatela nieba aż do pełnego zjednoczenia z Bogiem. Nie do jedności z drugim człowiekiem, nie ze stworzeniem ale właśnie z Bogiem. Ta jedność jest czystą formą szczęścia, ponieważ człowiek przez łaskę staje się istnieniem Boskim. Bóg dopuszcza go do Siebie i przekształca w Siebie. Podobieństwo człowieka do Boga narasta tak, że trudno już rozpoznać, kto jest miłującym, a kto umiłowanym. Oni już są jednym.
Tu, na ziemi czy dopiero w niebie?
Św. Jan od Krzyża jest znany z nieprawdopodobnego duchowego przyspieszenia i niecierpliwości – chce osiągnąć cele duchowe już tu, na ziemi. Życie w zjednoczeniu z Bogiem jest możliwe w życiu doczesnym. Nie ma więc co tracić czasu, bierzmy się do roboty, rozpędzajmy się, biegnijmy w górę, na azymut. Takie nadprzyrodzone przeobrażenie, które jest dziełem Bożej łaski, fachowo nazywa się restrukturyzacją antropologiczną. Człowiek staje się wtedy jakby samym Bogiem i posiada to, co On.
To się wydaje wręcz nieosiągalne.
Jeżeli ktoś zrobi pierwszy, drugi krok, to Bóg go hojnie obdarowuje. Ale to się niestety wiąże się z coraz większą radykalizacją życia. Weźmy na przykład ks. Dolindo Ruotolo, który cierpiał bez żadnej winy ze swojej strony. Każdy zresztą ma inną drogę. Ale w każdym razie wspinaczka na Górę Karmel polega na wielkim przekształceniu człowieka z istnienia naturalnego w czyste istnienie nadprzyrodzone. Człowiek w zjednoczeniu z Bogiem może kochać tak, jak Bóg – to jest wielka łaska. Dla ludzi świętych, mistyków jest to coś pierwszorzędnego.
Gość Niedzielny
Jarosław Dudała – dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#2: Uwolnienie
Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy św. Jan od Krzyża.
o. prof. Marian Zawada OCD fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Uwolnienie w kontekście życia duchowego kojarzy się najczęściej z uwolnieniem od grzechu, nałogu czy choroby. Czy o takie uwolnienie chodziło św. Janowi od Krzyża?
O. prof. Marian Zawada: Św. Jan zwraca uwagę na coś, bez czego nie można wyruszyć na Górę Karmel: na wolność od tego, co stworzone. Chodzi o wolność od rzeczy, od przyziemności, od siebie, od innych, od fałszywego obrazu Boga.
Czyli: gdy Jan mówi o uwolnieniu, chodzi o zrzucenie obciążeń przeszkadzających w duchowym marszu?
Tak! Bo człowiek ma skłonność do przylegania do ziemskiej doczesności. Klei się do tego, co jest w jego zasięgu, a to go wiąże i ogranicza.
A konkretnie: do człowiek czego lgnie? Do rzeczy materialnych?
Nie tylko. To są także nasze przyzwyczajenia, nasze stereotypy, schematy zachowań. To impulsywne, dzikie pragnienia, namiętności, np. namiętność posiadania czy kupowania. Albo wyrachowanie: człowiek ciągle coś kalkuluje, a to go wprowadza w mentalność, która wiąże go z tą ziemią, z doczesnością. W tym właśnie tkwi problem, wolność względem rzeczy doczesnych jest potrzebna, żeby ściślej obcować z Bogiem. Można to nazwać opcją na rzecz nieba.
Czasem człowiek jest duchowo związany poprzez radość.
Radość?!
Tak. Ona – po pierwsze – bywa w niektórych przypadkach generalnie kiepska, bo osadzona w złośliwości czy jakimś szyderczym stylu. Ale nawet jeśli nie ma w niej szyderstwa, to często jej napędem jest siła zmysłów. Lubimy to, co sprawia nam radość i przyjemność. Mamy więc radość widzenia, radość słuchania, radość dotykania, smakowania życia.
No, ale gdzie tu jest problem?
Problem w tym, że taka radość wytwarza swoistą grawitację: człowieka coraz bardziej ciągnie do tej radości. Szuka jej. Te doświadczenia powielamy i się od nich uzależniamy. To rodzi przyzwyczajenia, np. oglądanie seriali, uczestniczenia w jakiejś banalnej kulturze.
Czyli: „jeśli chcesz iść za św. Janem od Krzyża, musisz zrezygnować z Netflixa”?
To by było zbyt proste. Chodzi raczej o to, żeby tę swoją radość uzdrowić, tzn. związać ją przede wszystkim z rzeczami duchowymi: byciem z Bogiem, z sakramentami. To jest moment kluczowy – zmienić źródła mojej radości.
Chyba najtrudniejsze jest to, że sama w sobie radość z drobnych rzeczy doczesnych nie jest zła, ale przywiązanie do niej jest już problemem. Istnieje bardzo subtelna granica pomiędzy odnoszoną do Boga radością z rzeczy doczesnych, która nas buduje a taką, która w dalszej perspektywie jakby zawiesza nas w doczesności, czyni ślepymi na rzeczywistość duchową. W praktyce jednak trudno je odróżnić.
Jeżeli człowiek rozwija radość duchową: radość bycia z Bogiem, z modlitwy, z adoracji, podziwia przyrodę, która staje się wtedy dla niego językiem Boga. Z drugiej strony, możemy podziwiać piękno w sposób czysto zmysłowy, namiętny. Człowiek wtedy pożąda czegoś. Dominuje w nim chęć posiadania, zawładnięcia pięknem.
I nie chodzi wyłącznie o pożądanie czy posiadanie seksualne?
Chodzi o coś znacznie szerszego: o zasadniczą chęć posiadania tego, co mi się podoba.
Inną rzeczą, która nas wiąże duchowo, są nasze nadzieje. Nadzieje banalne – jak by powiedział Jan od Krzyża. Mamy w języku polskim takie wyrażenie: wiązać nadzieje z czymś. To jest klucz do zrozumienia, o co chodzi: jeżeli wiążemy nadzieję z osobami, rzeczami, zasobami czy wyobrażeniami o nas samych, to nasza nadzieja nadprzyrodzona (w odniesieniu do Boga, szczęścia wiecznego) w ogóle nie funkcjonuje. Człowiek tak wtedy rozbudowuje nadzieje związane z doczesnością, że na niebo albo nie ma już miejsca, albo nie ma siły, albo to niebo jest dla niego dalekie. Dlatego pozostaje przy tych swoich małych nadziejach – i one go wiążą.
A lęki?
A lęki, obawy o utratę czegoś, traumy, różne małe czy większe koszmary paraliżują nas. Kto jest uwięziony w lękach, nie potrafi kochać. Człowiek żyjący pod wpływem lęku nie rozwija się duchowo.
Co wtedy zrobić?
Zastąpić lęk bojaźnią Bożą, czyli unikaniem tego, co mnie oddala od Boga.
Kolejna rzecz, od której trzeba się uwolnić, to smutek. Trzeba się zastanowić, co mnie zasmuca. Ogólnie rzecz biorąc, smutek rodzi się z jakiegoś braku. Bywają smutki nieokreślone, ale one też wynikają z jakiegoś braku.
Mówi Ojciec, że obciążeniem duchowym jest smutek, a chwilę wcześniej tak samo opisywał Ojciec radość.
Tak, to są dwie, a właściwie nawet cztery przeciwstawne twarze Światowida: smutek i radość, nadzieja i lęk.
Jest też kolejny obszar, w którym potrzebujemy uwolnienia: trzeba przestać bać się stracić siebie. To jest właśnie ten moment, w którym Chrystus mówi nam, że kto nie wyrzeka się wszystkiego, ten nie może być Jego uczniem. Albo też: „kto chce zachować swoje życie, ten je straci”. I jeszcze: „kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Jest to duchowa zależność, którą trzeba odkryć, bo człowiek lubi bezpieczeństwo, chce ocalić siebie.
Co wtedy?
Trzeba więc dokonać pewnego wyboru. Mały format życia, który pojawia się na skutek postaw, o których mówiłem, powoduje, że człowiek jest zmęczony czy przebodźcowany. Te wszystkie przywiązania rodzą niepokój, bo one w człowieku krzyczą, że chcą być zaspokajane. Każdy ma jakieś swoje przyzwyczajenia czy uzależnienia.
Na przykład?
Np. uzależnienie od muzyki, albo od hałasu. Cisza może być wtedy czymś przerażającym, jak nieistnienie. Może to być uzależnienie od plotek, newsów, bycia na bieżąco. Czy przymus kontrolowania. U podstaw tego wszystkiego jest marnowanie czasu, nastawienie na banał, trywialność. Chłoniemy to wszystko bez większej refleksji – i staje się to dla nas wielkim obciążeniem.
Czy my sami musimy się uporać z tym całym bagażem, czy to Pan Bóg nas od tego uwalnia? A może potrzebne jest i jedno, i drugie?
Pan Bóg daje nam sytuacje, które nas uczą. Może to być np. przykrość, rozczarowanie, klęska, upadek jakiegoś projektu na życie. Bóg przez nie uczy nas, że powinniśmy zmienić wartościowanie i że jesteśmy za bardzo uzależnieni od opinii innych. Tymczasem my jesteśmy tak przesterowani, że obawa o to, co powiedzą inni, budzi w nas przerażenie. A przecież mam prawo do swojej opinii i mogę ją wyrażać. Może się to komuś podobać albo nie, ale to powinien być standard. A my się boimy, że ktoś zmarszczy brwi. Uważamy to za hejt, odrzucenie, czy swoją porażkę.
Wracając jednak do Jana od Krzyża: chodzi o to, żeby nie zadowalać się okruszynami, ale sięgać po rzeczy wielkie, rzeczy boskie. – Jesteś stworzony do boskości, do tego, żeby być z Bogiem. Przygotuj się do tego. To jest twoja rola na wieczność – uczy Jan.
To brzmi dumnie.
I słusznie, bo człowiek w głębi serca nie chce marnować swojego potencjału, nie chce być produktem. Nie chce płycizny, pospolitości, tuzinkowości, ale chce związać się z Bogiem i to właśnie jest dla niego kluczowe. Dlatego trzeba nabrać dystansu do tego, co widzimy, słyszymy i czujemy. Jan od Krzyża idzie nawet dalej i mówi, że trzeba to odrzucić. Nie zajmować się tym. Nie jest to łatwe, bo nasza natura ciągle zajmuje się sobą. Kieruje potencjał życia na tanie, bezwartościowe realizacje, sycenie siebie. Jan idzie tu drogą odmowy. Tu właśnie leży klucz do drogi na Górę Karmel – drogi, którą on nazywa drogą „nic”.
Co to znaczy?
To znaczy, że to, co napotykam, co jest stworzone, nie ma żadnej proporcji czy podobieństwa do tego, kim jest Bóg. Rezygnuję z tego, by zająć się Bogiem, a nie tym, co On stworzył. Na tym polega pewien rodzaj uwielbienia Boga, że to On jest dla mnie najważniejszy. Trzeba to odkryć.
Jak?
Trzeba narodzić się na nowo. A żeby się narodzić na nowo, trzeba umrzeć. Stracić siebie. To bardzo trudny proces duchowy, ponieważ człowiek realnie traci siebie, ale zyskuje nową podmiotowość w Bogu. Jan od Krzyża używa nawet takiego okrutnego słowa: ogołocenie.
Rzeczywiście, brzmi to strasznie.
Ale to znaczy: strząśnij z siebie wszystkie ozdobniki, makijaże, bądź prawdziwy, wolny i boski!
Jest taka znana, ale trudna fraza Jana od Krzyża: „By dojść do smakowania wszystkiego, nie chciej smakować czegoś w niczym. By dojść do posiadania wszystkiego, nie chciej posiadać czegoś w niczym”. Co to właściwie znaczy?
Reklama
To znaczy: żeby dojść do smakowania/posiadania wszystkiego, nie chciej smakować/posiadać czegoś szczegółowego. Po prostu idź na samą górę i mijaj to, co napotkasz. Nie pozwól się temu zatrzymać.
Jan mówi też rzecz podobną: żeby dojść do poznania wszystkiego, nie chciej poznawać czegoś szczególnego – czegoś, co człowiek może ogarnąć – bo idziesz poznać Kogoś, kto jest nie do ogarnięcia.
Dlatego trzeba uwolnić serce od spraw doczesnych, panować nad doczesnością, a nie być jej niewolnikiem. Nie zawłaszczać osób i rzeczy, ale uczyć się je tracić. Przylgnąć za to do nieba, do Boga żywego – czyli zmienić hierarchię wartości.
To jest przewrót kopernikański…
Tak, to jest odwrócenie porządku. Jan od Krzyża często powtarza, że dla człowieka duchowego najbardziej pożądane są rzeczy duchowe. Natomiast dla człowieka zmysłowego najważniejsze i najbardziej godne pożądania są rzeczy zmysłowe. Taki jest światowy standard. Św. Paweł tłumaczy w Pierwszym Liście do Koryntian, że człowiek zmysłowy nie pojmuje tego, co jest z Ducha Bożego i jest to dla niego głupstwem. Taki np. dzielny, przedsiębiorczy gość widzi kogoś, kto przychodzi do kościoła, adoruje, modli się, poświęca czas Bogu, jedzie na rekolekcje – a dla niego to jest głupota, marnowanie czasu, życia, okazji. Uważa, że lepiej byłoby wyskoczyć na weekend i przeżyć coś fajnego. Tymczasem chodzi o to, żeby uwolnić się od takiego banału. Uwolnić się od przyziemności i odkryć wielką tajemnicę ducha, którą człowiek w sobie nosi. Odkryć cel, dla którego dostał życie i ku któremu zmierza.
Byłoby wielkim dramatem, gdyby w momencie śmierci okazało się, że jesteśmy zaskoczeni, że jesteśmy bankrutami, bo nie pracowaliśmy dotąd w rzeczywistość duchowej. Ona nie miała dla nas żadnego znaczenia, a tu nagle wyrasta przed nami duchowa wieczność – a więc stan niezmienny.
Zakonnikom jest łatwiej?
Ideał Jana od Krzyża trudno jest realizować także w ramach życia zakonnego. Wprawdzie to środowisko życia sprzyja zajmowaniu się sprawami Bożymi, ale wiadomo, że natura potrafi nas rozegrać i w efekcie wspólnoty zakonne stają się czasem dobrze prosperującymi małymi firmami. Działają sprawnie, ale może być w tym mało rzeczywistości Bożej i miłości do Boga, a jedynie funkcjonowanie w doczesnych kryteriach sprawności, osiągów, statystyk, zasięgów itd.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#3: Przepaści
Są w człowieku niesamowite otchłanie, przepaści. Pierwsza to nasz rozum, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości – mówi o. dr hab. Marian Zawada OCD w trzecim odcinku wakacyjnego kursu duchowości św. Jana od Krzyża.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Bardzo malowniczego pojęcia używa św. Jan od Krzyża: mówi o przepaściach. O co konkretnie chodzi?
O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, Jan często wraca do założenia, że istnieje przepaść, czyli różnica między Bogiem a człowiekiem, między Stwórcą a stworzeniem. Jan mówi, że Bóg przemawia z wysokości niebios, a my pojmujemy jedynie drogi ciała i czasu. Mamy więc ogromną niespójność w istnieniu i w funkcjonowaniu rzeczywistości ziemskiej i boskiej. Człowiek opiera się na własnym poznaniu i odczuwaniu. Przeżywa to, co do niego dochodzi przez zmysły. I nawet jeżeli to poznanie jest wzniosłe, metafizyczne, to jednak jest ono zawsze za małe i niepodobne do wiedzy Bożej i do tego, kim jest Bóg.
O człowieku też się mówi, że jest tajemnicą.
Tak, człowiek sam dla siebie jest tajemnicą i zawiera w sobie nieskończone możliwości. Trzeba sobie uświadomić, że nie ma żadnego podobieństwa istotowego pomiędzy człowiekiem a resztą stworzenia.
A zwierzęta, z którymi wiele nas łączy pod względem biologicznym?
Jesteśmy do nich podobni wyłącznie przez „opakowanie”, czyli cielesność. Jednak istotą człowieka nie jest ciało, ale duch, dusza. Owszem, mamy podobną biologię, ale istotą człowieka jest nieskończona zdolność bycia, życia, miłowania, poznawania. Tu nie chodzi tylko o to, że dusza ludzka jest nieśmiertelna. Nieskończona jest także dynamika naszego życia. Ono po śmierci się rozwinie. Jan od Krzyża mówi o oszałamiających przepaściach, które tkwią w duszy, we wnętrzu człowieka. One są nieskończone i niewyczerpane w swoich możliwościach, ale trwają jakby w uśpieniu. Człowiek nie ma do nich oczywistego dostępu. Czasem nawet o nich nie wie. Tymczasem już antyczna filozofia i teologia wzywały: poznaj samego siebie, poznaj własną tajemnicę.
Jaka więc jest tajemnica człowieka?
Jan od Krzyża odsłania przed nami coś niesamowitego: nasze powołanie do boskości – do tego, żeby być synami/córkami Boga i to w pełnym wymiarze. Bóg z miłości dopuszcza nas do tego, żebyśmy byli członkami Jego rodziny. Prawdziwymi, realnymi synami i córkami. To jest coś, co wyznacza godność człowieka.
Kościół toczy o to spór ze współczesną cywilizacją, która ogranicza człowieka w zasadzie tylko do doczesności. Dla niej człowiek to wykwintny, subtelny produkt; zaawansowana biomasa, która ma instynktowne potrzeby, głody, pragnienia, na których zaspokajanie nastawiony jest przemysł.
A co o człowieku mówi Jan od Krzyża?
Mówi, że są w nim niesamowite otchłanie, przepaści.
Pierwsza to nasz rozum, umysł, zdolność poznawania, chłonięcia. Ona jest z natury nieskończona, czyli przygotowana na spotkanie z nieskończonym Bogiem. Funkcjonując w świadomości doczesnej, nie uświadamiamy sobie wszystkich naszych możliwości. Tymczasem, jak już mówiłem, zasadą filozofii antycznej i życia duchowego jest: poznać samego siebie, własną tajemnicę. Tajemnica ta polega na tym, że w samej istocie człowieka, na jej dnie czy – jak mówi Jan od Krzyża – na wyżynie ducha jest szczególne miejsce, w którym Bóg przebija się do człowieka. Nie jest tak, mówią gnostycy, że człowiek nosi w sobie pierwiastek Boży albo że sam jest Bogiem. Istnieje jednak niedostępny dla psychologii punkt – szczyt duszy, na którym Stwórca spotyka się z człowiekiem.
Można by też powiedzieć, że w centrum istnienia ludzkiego jest Bóg. Człowiek, który normalnie się rozwija, na zasadzie pewnej grawitacji ciąży do Boga. Jan od Krzyża mówi, że człowiek jest jak kamień rzucony w nieskończoną przepaść – nabiera i prędkości, coraz szybciej zmierza do centrum. A ponieważ Bóg jest nieskończony, więc ten lot nie ma końca. Jesteśmy tak stworzeni, że nasz umysł i pamięć, nasza wolność i zdolność do miłowania ciągle rosną.
To jest pierwsza przepaść we wnętrzu człowieka. A druga?
Drugą otchłanią jest nasza wola. W woli rodzi się niesłychane pragnienie bycia i miłowania. Ono już teraz narasta, a w niebie narastać będzie w sposób nieskończony i czysty.
Trzecia otchłań to…
…pamięć, która jest otwarta na nieskończoność Boga. Ona jest pamięcią Boga. Można by powiedzieć, że jest Jego domem.
W „Pieśni duchowej” Jan od Krzyża tak pięknie pisze: „O duszo, najpiękniejsza pomiędzy wszystkimi stworzeniami, która tak pragniesz poznać miejsce, gdzie przebywa twój Umiłowany, abyś Go mogła znaleźć i złączyć się z Nim, wiedz o tym, że ty sama jesteś schronieniem, gdzie On przebywa, ty sama jesteś Jego ustroniem i miejscem tajemnym, gdzie On się ukrywa!”
Inaczej mówiąc, człowiek w życiu duchowym rozwija swą nieskończoną możliwość bycia. Boskość i pragnienie Boga, pragnienie bycia z Nim stają się pierwszorzędne. Człowiek przemienia się zupełnie. Wszystko przeżywa w Bogu. Jego podmiotowość nie jest już osadzona na własnych przeżyciach, ale oparta jest na „jestem” Boga.
Jan od Krzyża mówi, że dla takiego człowieka wszystko jest za ciasne: i ziemia jest za ciasna, i niebo jest za ciasne. On dociera już jakby do nieskończoności i pragnie żyć w takim wymiarze. To jest niezwykła sprawa – moment odkrycia swego przeznaczenia. To tak, jakby człowiek żył zamknięty niczym w orzechu aż tu nagle skorupka pękła i widać, że wokół jest ogród – zupełnie nowe środowisko życia. To jest to nowe narodzenie, o którym mówił Jezus Nikodemowi.
Jan od Krzyża mówi tu o wielkim przekształceniu. Inny jest odtąd typ świadomości, inny typ myślenia, inny typ miłowania, inny typ człowieczeństwa. To jest ten nowy człowiek, o którym mówi św. Paweł.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#4: Wiara ufająca bardziej Bogu niż sobie
Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.
o. prof. Marian Zawada/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Doktorat Karola Wojtyły poświęcony był kwestii wiary u św. Jana od Krzyża. Jak bardzo ważne jest to zagadnienie?
O. prof. Marian Zawada OCD: Ono jest kluczowe dla Jana od Krzyża i w ogóle dla życia duchowego. Interesujące jest już samo to, jak Jan rozumie wiarę, ponieważ mamy tu kilka punktów widzenia. Po pierwsze, wiara to są nasze przekonania, nasze poglądy.
To jest typowe podejście. Możliwe jest inne?
Dla Jana od Krzyża wiara jest przede wszystkim czymś, co przychodzi do nas z góry, od Boga. To jest Boży dar. To jest misterium Boga: Bóg żywy, życie Boga. Kluczem są tu słowa Biblii: „Kto wierzy, ten ma życie wieczne”.
Z drugiej strony, wiara to także narzędzie poznania. Bóg w chrzcie świętym daje nam wiarę, ale w zarodku. Dlatego jednocześnie wyposaża nas w zdolność wchodzenia w Jego tajemnice. Wiara jest więc przede wszystkim boskim poznaniem, strumieniem nadprzyrodzonej prawdy, nadprzyrodzonym światłem. Jan od Krzyża mówi, że Bóg udziela się rozumowi – i to właśnie jest wiara.
Jak ją przyjąć?
Trzeba przyznać, że wiara to strumień światła, który nieskończenie przewyższa możliwości asymilacji przez nasz umysł. Jest to strumień żywej wiedzy, świętej wiedzy wolnej od doczesnych komponentów. My tymczasem jesteśmy „z pogranicza”: z jednej strony jest duch i duchowość; z drugiej – nasza biologia, materia, cielesność. Bóg więc przychodzi od strony ducha jako Prawda – Prawda nadprzyrodzona, na którą człowiek się otwiera, przyjmuje ją. Ta prawda w nim pracuje i go przemienia.
Jan od Krzyża mówi o „przepaściach wiary”. Mówi, że być wierzącym to znaczy być człowiekiem, który skacze w przepaść. Co to znaczy?
To znaczy, że trzeba porzucić wszystko, co człowiek zna, co mu daje poczucie bezpieczeństwa, co uważa za swoje: swój sposób rozumienia siebie, świata, Boga. Bo Bóg jest niepodobny do tego, co znamy, czego pragniemy i co sobie wyobrażamy. To jest podstawowy klucz: wiara przynosi nam nowy typ światła ujawniającego, kim jest Bóg, co do Niego należy, co jest Jego życiem i co jest do Niego podobne. To ważne, bo rzeczywistość – zwłaszcza kultura, w której żyjemy – często jest niepodobna do Boga. Nie chodzi tylko o tę kulturę, która ostentacyjnie odrzuca Boga. Chodzi w ogóle o to wszystko, co znamy, co jest dla nas dostępne, ale nie „mówi” nam o Bogu.
Św. Paweł mówi, że wiara zwycięża świat. Na czym polega to zwycięstwo?
Na tym, że Bóg – dając nam wiarę jako rodzaj poznania – naświetla to, co jest z Niego i co jest do Niego podobne oraz pokazuje, co jest do Niego niepodobne. To jest moment swoistego uderzenia: człowiek w świetle wiary widzi, jak wiele jest w nim złogów kłamstwa, niepodobieństwa do Boga. To może powodować wielki kryzys, bo my na ogół dbamy o dobre mniemanie o sobie, pocieszamy się, że jesteśmy w miarę wierzący, modlimy się, chodzimy do kościoła… Aż tu nagle Bóg daje nam światło, które umożliwia nam zupełnie inne patrzenie na świat. Zaczynamy dostrzegać zupełnie inne wartości. Inaczej rozumiemy Boga. To jest zwycięstwo wiary nad światem, bo – jak mówi Jan od Krzyża – tylko ona może być środkiem do poznania Boga i do bezpośredniego zjednoczenia z Nim.
W takim rozumieniu wiara nie jest ograniczeniem czy wręcz wyłączeniem rozumu, ale rozszerzeniem jego możliwości?
Tak, ponieważ wiedza Boga przekracza nasze zdolności. Zarazem w wierze mamy do czynienia z nadmiarem światła, z nadmiarem bitów, z nadmiarem dawki poznawczej. Rozsadza to nasze myślenie. Dlatego idziemy do Boga niejako oślepieni.
To jest ta słynna noc ciemna, o której tyle pisze św. Jan od Krzyża?
Tak. W kolejnej rozmowie pomówimy o tym szerzej, ale już dziś można powiedzieć, że noc ciemna polega na tym, że człowiek przechodzi przez rozpacz, śmierć, rozpad własnego życia. Bóg wypala je ogniem kontemplacji. To nie jest tzw. kontemplacja naturalna, podczas której rozczulamy się, zachwycamy, czujemy jakąś emocjonalną zwyżkę, czujemy się porwani w jakiś wyższy wymiar egzystencji. Ta kontemplacja to konkretna miłość Boga, bardzo wymagająca. To poznanie, które człowieka przepala jak ogień. Jest to ogromne cierpienie, ból ducha, którego nie da się nawet określić. Człowiek nie znajduje słów, żeby go opisać. Jest zagubiony wewnętrznie, bo znany mu „normalny” świat jakby znika. Idzie odtąd przez ciemność, niepewność. W tym momencie wszystko polega na ufności.
Takiej, jaką miał biblijny Abraham?
To dobry przykład, bo Abraham uzyskał najpierw od Boga obietnicę, że zostanie ojcem niezliczonego potomstwa, a następnie ten sam Bóg kazał mu zabić Izaaka, syna tejże obietnicy. To był religijny szok: Bóg jakby sam zadał sobie kłam. W tym momencie wszystko polegało na wierze czystej, wierze wbrew nadziei: Abram był pewny, że zabije Izaaka, a Bóg i tak dotrzyma obietnicy.
Paradoks…
Paradoks uruchamiający rzeczy niemożliwe. To już nie jest zaufanie oznaczające wiarę, że Bóg mnie chroni, życzy mi dobrze, więc będę miał szczęście, coś mi się uda. W takim momencie chodzi o to, by wytrzymać napór zakwestionowanej obietnicy. Człowiekowi rozlatuje się wtedy całe życie: całe jego wnętrze, wszystko, co w życiu zdobył, cała jego wiedza, sposób miłowania człowieka, świata, Boga. To jest mu jakby odbierane, wypalane.
I co dalej?
Bóg stopniowo, etapami wprowadza go w swój sposób miłowania. Człowiek zaczyna funkcjonować na zupełnie nowym poziomie duchowym. Idzie w ciemności, ufając, że jest ona wypełniona Bogiem. Dociera do stanu duchowego, który staje się coraz bardziej wypełniony dobrem, szczęściem, smakiem Boga. Traci wtedy smaki naturalne – to, co lubi, czego chce, czego pragnie – a uczy się smakowania Boga, uczuć duchowych związanych z tajemnicami naszego Pana, z Eucharystią, z modlitwą, z miłością. Bo wiara jest ponad zmysłami – ponad tym i poza tym, co odczuwalne. Człowiek czuje się wtedy zagubiony, a jednocześnie cały coraz bardziej staje się miłosną uwagą. Dotąd był bardzo sensoryczny i dlatego żył w rozproszeniu albo przebodźcowaniu. Teraz oddala się od zmysłów i idzie w stronę ducha. Jego istnienie jest bardziej subtelne, już nie psychologiczne, ale czysto duchowe.
To moment, w którym człowiek obcuje z Prawdą. Ona go wypełnia. Wyzwala nową zdolność bycia. Boża Prawda przekracza oczywiście możliwości ludzkiego rozumu, dlatego istotą takiej postawy, jest – jak mówi Jan – przylgnięcie umysłem, sercem i wolą do Miłującego. Jest to zarazem wielka próba ufności. Zazwyczaj człowiek odmawia pacierze, medytuje, chodzi do kościoła, wchodzi w świętą przestrzeń, przeżywa na swój sposób obecność Boga. Czasami mu to wychodzi, czasem nie, bywa rozproszony albo rozdygotany jakimiś emocjami, znudzony, senny albo zmęczony. W łasce nocy ciemnej to przylgnięcie do Boga umysłem, sercem i wolą nie mija, bo to nie jest stan uczuciowy, emocjonalny, ale duchowy.
Objawia się to jakoś na zewnątrz?
Człowiek zmienia swoje usposobienie, nabiera nowych obyczajów. Ale nie chodzi już tylko o to, żeby być porządnym, dobrym, szlachetnym człowiekiem. Świętość polega na tym, że potrafimy we właściwy sposób odpowiedzieć na obecność Boga, na Jego działanie. Człowiek uczy się pokornie trwać w potędze i majestacie Boga. Często widzi swoją nieudolność. Najczęściej ma poczucie, że jest totalnym grzesznikiem, a nawet „zbrodniarzem” duchowym. Ale jego wiara nadal jest bezwarunkowym otwarciem się na udzielanie się Boga. To go przemienia, odbudowuje jego ducha na nowych, Boskich podstawach.
Jak najkrócej zdefiniować wiarę w rozumieniu św. Jana od Krzyża?
Wiara jest bezpośrednim narzędziem zjednoczenia z Bogiem. Inne jej cele są nieistotne.
Wiara jest też bezpośrednim, pozapojęciowym sposobem ujmowania Boga.
Jak poznać, że idzie się drogą autentycznej wiary? Że nie jest to tylko jakaś emocja, myślenie życzeniowe, złudzenie albo inny rodzaj (samo)oszukiwania?
To może się zdarzyć, ale warto się zabezpieczyć przed takimi zjawiskami.
Jak?
Powierzyć się Bogu wewnętrznym aktem. Może to być także akt zewnętrzny, np. konsekracja zakonna. A potem iść drogą prawdy, czyli pokory, a więc uległości i odnalezienia właściwego miejsca dla siebie danego przez Boga w wierze. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć swoje przeznaczenie. Rozumieć, po co otrzymał od Boga życie. Rozumieć, czego Bóg od niego chce. I zaczyna nad tym pracować.
Co to znaczy: pracować nad tym?
Jeżeli człowiek rozeznaje, że Bóg czegoś od niego chce albo coś jest wolą Bożą, to podejmuje to, chociażby to było trudne. Praca ta oznacza więc przede wszystkim wierność Bogu. Człowiek nie kombinuje, co mu się bardziej opłaca, jakie będzie miał z tego korzyści. Jest coraz bardziej czuły na duchowe natchnienia Boga. Chce wiedzieć, czego Bóg od niego chce na co dzień, w konkretnych rzeczach. I w gruncie rzeczy nie chodzi o to, co ma robić, bo przecież wiemy dobrze, jakie są nasze obowiązki życiowe. Tu bardziej chodzi o jakość, o to, ile w wypełnianiu zwykłych obowiązków jest miłości do człowieka, do Boga.
Jaki jest cel efekt tego procesu, cel wiary?
Zjednoczenie dwóch kompletnie różnych natur: nieskończonej i niestworzonej natury Boskiej i ograniczonej natury człowieka. To jest całkowite przeobrażenie człowieka w Boga w miłości danej przez Niego.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#5: Szalona miłość
Oto klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek się zakochuje, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia.
o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Mówi się, że najbardziej karmelitańską księgą Biblii jest Pieśń nad Pieśniami…
O prof. Marian Zawada OCD: Tak! Historia Oblubienicy oszalałej na punkcie swojego Oblubieńca, która przemierza olbrzymie przestrzenie z wielkim napięciem i pragnieniem spotkania, która dostępuje wielkiego daru bycia w ogrodzie – w łożu Oblubieńca – jest schematem miłosnym, który pasuje i do pożycia małżeńskiego (miłości naturalnej), i do życia duchowego.
Bóg porównuje relację Siebie i człowieka do relacji dwojga zakochanych. Co nam to mówi o Nim i o nas?
Że jesteśmy stworzeni do miłości, a Bóg sam jest miłością. Jan Apostoł mówił, że Bóg jest miłością, a Jan od Krzyża ciągle wraca do tego tematu, mówiąc, że Bóg jest żywym płomieniem miłości, ogniem trawiącym, wypalającym do cna.
Używa metafory polana, które jest wrzucone do ognia. Taki kawałek drewna zazwyczaj jest wilgotny, nasączony czymś. Pierwszym etapem jest więc uwolnienie od tej wilgoci. Słychać trzaski, sypią się iskry. Jan od Krzyża opisuje w ten sposób uwalnianie człowieka z grzechu i innych elementów niedoskonałości natury ludzkiej. Następuje wtedy wypalenie tego, co nie jest podobne do Boga. Potem to polano samo staje się ogniem. Jest to piękny obraz rozpalenia miłością. Człowiek zazwyczaj startuje do życia duchowego z bagażem miłości naturalnej. Jakoś wyobraża miłość i sposób, w jaki chciałby Pana Boga uczcić: zrobić coś dla Niego, namalować, stworzyć, przeprowadzić jakąś akcję – jak zakochany, który zaczyna świadczyć dobro ukochanej osobie. Później następuje nadprzyrodzony zapłon i większa, nadprzyrodzona, Boska miłość zdobywa człowieka.
To jest klucz interpretacyjny do św. Jana od Krzyża?
Jan od Krzyża pięknie mówi w prologu „Drogi na Górę Karmel”: „Miłujesz Ty, Panie, roztropność, miłujesz światło, lecz ponad wszystkie czynności duszy kochasz najbardziej miłość. Dlatego te słowa będą wskazówkami roztropności dla podejmującego podróż, światłem dla jego drogi i źródłem miłości krzepiącej go w czasie pielgrzymowania”.
To jest klucz do duchowości Jana od Krzyża: kiedy człowiek zakochuje się, gotowy jest wszystko dla miłości stracić, poddać się jej mocy. I wtedy wszystko się zmienia. Podobnie jest z miłością do Boga. Człowiek coraz bardziej gotowy jest zrobić dla Boga wszystko: nawet ośmieszyć się, zrobić coś niekonwencjonalnego…
Jak św. Franciszek, który zrzucił z siebie szaty?
Tak! To zewnętrzny przejaw wewnętrznego, Boskiego ognia. Człowiek, w którym ten ogień płonie, znajduje coraz więcej coraz więcej „miłosnego miodu” w sakramentach, w Eucharystii, na modlitwie, w doświadczeniu dobra, w miłości bliźniego, pomaganiu bliźniemu.
Miłowanie i świadczenie o miłości sprawiają mu radość. Jednak – jak mówi Jan – żeby wejść na tę drogę, człowiek sam musi być najpierw zdobyty przez większą, Bożą miłość. Ona zaczyna dominować w jego sercu. To jest prawdziwa szkoła miłości. Kiedy człowiek idzie wiernie, nie kombinuje, ofiaruje się jednoznacznie, nie ulega egoistycznym postawom, ale rozdaje siebie, to Bóg rozkochuje go w Sobie jeszcze bardziej. Ofiarowuje mu łaski mistyczne.
Jakie łaski mistyczne?
Jan od Krzyża mówi, że taki człowiek zachowuje się jak pszczoła, która zbiera nektar z roślin: jest na niego wyczulona i znajduje go z coraz większą łatwością. Nektar oznacza tu metaforycznie słodycz miłości, która bywa zawarta w ciężkich sytuacjach. Ona powoduje, że nawet trudna miłość nie męczy. Człowiek jest w stanie ofiarować komuś dodatkową godzinę albo zająć się czymś jeszcze, bo do tego prowadzi go wewnętrzna logika miłości. Jego serce jest zdolne do ofiary, bo rozkoszuje się prawdą i miłością, odnajduje coraz więcej radości w Eucharystii, modlitwie. Może adorować Boga kilka godzin albo nawet całą noc.
Cała tajemnica polega na tym, żeby odkryć tę miłość, wejść w jej logikę. Człowiek traci siebie, często jest w jakiejś formie zawieszony na krzyżu, ale zaczyna już miłować ten krzyż. Inni nie rozumieją, jak można kochać cierpienie czy trudne, uciążliwe sytuacje. Ale u świętego miłość powoduje, że on to rozumie, zgadza się na większe cierpienie i może dzięki temu generować jeszcze więcej miłości – jak Chrystus, który ofiaruje się z miłości za ludzkość. Człowiek podobnie – przestaje myśleć o swoim zbawieniu, a myśli o zbawieniu innych. Chce ofiarować najwyższe i ostateczne szczęście innym. To jest wewnętrzna przemiana: człowiek poddaje się wewnętrznemu płomieniowi miłości.
Jan od Krzyża mówi, że może to być nawet traktowane jako choroba.
Choroba?
Choroba duszy. Właściwie są dwie takie choroby: jedna to grzech, a druga to miłość do Boga. Człowiek duchowy jest chory z miłości, ponieważ brakuje mu pełni miłości, czyli pełnego obcowania z Bogiem. W końcu jednak osiąga pełne zdrowie, którym jest Bóg i miłość.
To wszystko dzieje się stopniowo, jak między kobietą i mężczyzną. W naturalnym schemacie rozwoju miłości dwoje ludzi najpierw się poznaje, pojawia się wzajemna atrakcyjność, myślenie o sobie, potem jedna osoba zaczyna wypełniać świat tej drugiej. Dalej pojawia się pomysł na wspólne życie, pojawia się propozycja narzeczeństwa (czyli zapewnienie o miłości) i małżeństwo. Jan od Krzyża też mówi o narzeczeństwie i małżeństwie duchowym.
Na czym polega małżeństwo duchowe?
To jest trwały stan, w którym Bóg i człowiek są zjednoczeni duchowo, a wszystkie dobra niebieskie są wspólne. Człowiek jest dopuszczony do tajemnic Bożych.
Brzmi pięknie.
Ale i tym stanie jest pewien problem: żar, który rozpala miłość, jednocześnie rani.
Dlaczego?
Rani, ponieważ miłość rozszerza serce człowieka i obejmuje nie tylko Boga, ale i innych ludzi. Z tego rodzą się różne inicjatywy kościelne, np. założenie zakonu czy powołanie wspólnoty. Miłość rozrasta się aż do miłości nieprzyjaciół – grzeszników, wrogów Boga. Im również chce zapewnić szczęście wieczne. Człowiek szaleje z miłości i umiera z miłości. Jan od Krzyża nazywa to śmiercią z pragnienia. Przychodzi moment, w którym człowiek prosi Boga, żeby zdarł tę ostatnią zasłonę – zasłonę śmierci – bo wie, że śmierć jest bramą do pełni. Modli się: „Boże, ile jeszcze muszę czekać?” Coś takiego często pojawia się w „Dzienniczku” św. Faustyny. Można to traktować psychologicznie jako rodzaj pierwotnej tęsknoty za szczęściem, za niebem, ale można to także postrzegać duchowo. Bo Bóg zaczyna składać w człowieku swoje uczucia, swoje pragnienia. Pragnienie miłości do człowieka wypełnia serce mistyka, który dąży do zjednoczenia z Bogiem. Przeżywa on cierpienie Boga, gdy ludzie odsuwają się od Niego, porzucają Go, nie kochają Go. Dla świętego jest to wielki dramat.
Tu znowu nasuwa mi się św. Franciszek, który biadał, że Miłość jest niekochana…
To jest właśnie ogień miłości, który sprawia niezwykłą rozkosz, ale i ból.
W końcu jednak cała struktura ludzka wypełniona zostaje Bogiem. Człowiek staje się Miłością, działa z miłości i dla miłości. Miłość staje się jedynym kryterium, wykładnią całego życia. Człowiek w miłości i przez miłość jednoczy się z Bogiem i w tej miłości zostaje zrównany z Bogiem. Dzięki łasce staje się jak Bóg.
To jest to, co w teologii nazywa się przebóstwieniem?
Tak. To jest piękne, niebywałe, oszałamiające. Czuła miłość Boga doprowadza człowieka do tak niesłychanego wywyższenia.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#6: Noc ciemna
Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce.
o. prof. Marian Zawada/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Zanim powiemy, czym jest noc ciemna według św. Jana od Krzyża, powiedzmy najpierw, czym ona… nie jest.
O. prof. Marian Zawada: Po pierwsze, noc ciemna nie jest zjawiskiem naturalnym, ale nadprzyrodzonym.
Nie jest to więc ani melancholia, ani smutek z powodu zewnętrznych trudności, ani kliniczna depresja?
Nie, choć niektóre objawy mogą być podobne. To jest dosyć trudna kwestia i rozumieją to tylko ci, którzy to przeżyli albo jeszcze są na tej drodze.
Noc ciemna to wprowadzenie człowieka w bardzo głęboki kryzys – kryzys tożsamości sięgający samych korzeni człowieczeństwa, którego przejście jest niezbędne do tego, by móc swobodnie w funkcjonować w rzeczywistości nadprzyrodzonej. Zanim to jednak nastąpi, pojawia się poczucie zagubienia, pustki i obcości w świecie, w którym się żyło do tej pory. Człowiek jakby zaczyna się wyprowadzać z tego świata.
Noc ciemna najbardziej przypomina zjawisko, które polski psycholog Kazimierz Dąbrowski nazywał dezintegracją pozytywną: człowiek się rozpada w swojej dotychczasowej konstrukcji, w dotychczasowej osobowości po to, żeby się lepiej złożyć na nowo. To jest straszne przeżycie. Wymaga farmakologii, żeby pomóc człowiekowi przez to przejść.
Taka dezintegracja pozytywna jest jednak – w przeciwieństwie do nocy ciemnej – zjawiskiem naturalnym?
Tak. Noc ciemna należy już do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Jest to proces przebóstwienia człowieka – przemiany jego samego i wszystkich jego relacji: z Bogiem, ze światem, z sobą samym. Punktem wyjścia jest tu – jak pisał św. Paweł – stary człowiek, żyjący pod dominującym wpływem żywiołu sił naturalnych, prowadzący naturalne, soczyste życie. I z tego właśnie życia on się wyprowadza do tego, co duchowe i Boskie. Odmawia zmysłom zaspokojenia, wybiera ogołocenie. Zmieniają się jego relacje, a on sam z dawnego człowieka (grzesznego, a przynajmniej zmysłowego) coraz bardziej staje się istnieniem duchowym, coraz bardziej podobnym do Boga. To właściwie jest istota nocy ciemnej: pozbawienie się naturalnych praw i naturalnej działalności, by nabrać sprawności nadprzyrodzonej.
Jak wygląda noc ciemna z perspektywy zewnętrznego obserwatora?
Na zewnątrz może się to u kogoś objawiać chronicznym smutkiem, brakiem przekonania do działania. Władze naturalne zalega pustka. Szczególnie dotyczy to pamięci. Człowiek zapomina, kim był. Zaburzone może być także funkcjonowanie umysłu. Człowiek rozumie rzeczywistość i funkcjonuje w niej, ale ma kłopoty z zapamiętywaniem. Rodzi się syndrom zagubienia w dziedzinie zmysłów, ponieważ one działają zgodnie z zasadą przyjemności. Tymczasem w nocy ciemnej człowiek nabiera wstrętu do rzeczy, które lubił. Postrzega je jako stratę czasu. Więcej korzyści widzi w rozważaniu rzeczy Bożych i własnej tajemnicy. Odkrywa, że cisza, która wcześniej go przerażała, teraz go pociąga.
Czym to się różni od depresji czy wypalenia?
Zewnętrzne objawy mogą być podobne. Różnica tkwi przede wszystkim w przyczynach. W przypadku depresji czy wypalenia mamy do czynienia z ludzką słabością, syndromem chorobowym. Natomiast w nocy ciemnej przyczyna jest teologiczna – powodem ciemności w sferze poznawczej czy problemów w funkcjonowaniu jest bezpośrednie spotkanie ducha ludzkiego i Ducha Bożego.
A jeśli ktoś nie chce doświadczyć nocy ciemnej?
Noc ciemna to nie jest choroba, która dopada człowieka, który tego nie chce. To jest dar Boga dla tych, którzy ćwiczą się już w wolności wewnętrznej i mocno współpracują z Bożą łaską. Oni chcą zjednoczyć się z Bogiem. Świętość jest ich zadaniem życiowym, a nie sprawą, która zajmuje ich przez kwadrans dziennie. Tacy ludzie idą drogą sprawdzonego, często heroicznego dobra, np. opiekują się innymi, rozsmakowują się w modlitwie, a świadomie odrywają się od rzeczy doczesnych.
Zwykła noc zaczyna się od zmroku. A noc ciemna?
Pierwszy etap to czynna noc zmysłów. Podczas niej człowiek sam podejmuje pewne wysiłki w przestrzeni zmysłów. Przestaje kierować się zasadą przyjemności, czyli wyboru tego, co mu pasuje, na co ma ochotę. Uwalnia się od swej natarczywej zmysłowości, dążenia do wygody, do tego, co radosne, pozytywne. Np. jeśli ktoś lubił pikantną kuchnię orientalną, uwalnia się od tego upodobania. Ktoś, kto lubił hip-hop, szuka muzyki nastrojowej, która wprowadza ciszę i harmonię wewnętrzną. Generalnie chodzi o uwolnienie od naturalnej uczuciowości. Człowiek nie działa już tak bardzo pod wpływem emocji, ale stara się pełnić wolę Bożą. Nie rozprasza swych sił. Wie, do czego jest powołany i to realizuje.
Skoro jest noc czynna, to jest pewnie także noc bierna?
Tak. Bierna noc zmysłów to już nie jest działanie człowieka, ale Boga.
W jaki sposób?
Bóg przejmuje inicjatywę wtedy i prowadzi nas poprzez wiele bolesnych zaburzeń w codziennym działaniu. Zmysły człowieka pozostają głodne, oschłe i puste – jak mówi Jan od Krzyża. Człowiek po to odmawia sobie zmysłowych realizacji, by wzmocnić ducha. A Bóg pozwala mu odkrywać smak boskich spraw. Dokonuje się to przez doskonałe poddanie się Bogu. Narasta duchowy pokój i budzą się zmysły duchowe, które są zdolne funkcjonować w rzeczywistości nieba.
Oprócz ciemnej nocy zmysłów, istnieje także ciemna noc ducha.
Ta sama łaska kontemplacji wlanej inaczej działa na zmysły, a inaczej na władze duszy, czyli na umysł, pamięć i wolę.
Zacznijmy od umysłu.
W nocy ducha umysł uczy się nowego, Bożego widzenia i rozumienia spraw. Dzięki otwarciu na Boga wchodzi w posiadanie Bożej mądrości, która pochodzi od Ducha Świętego. Nie zatrzymuje się na powierzchni spraw, ale sięga istoty, co pozwala mu łatwiej odczytywać Boże natchnienia, którymi się kieruje.
Na czym polega działanie na ludzką pamięć?
Pamięć to potężna władza człowieka. Ale w nocach zostaje oczyszczona ze zwykłych, doczesnych treści, staje się pusta. Jest to trudne doświadczenie pozbawienia swego wnętrza, poczucia bycia u siebie. Ta pustka go przeraża, wydaje się go niszczyć. Później jednak jego wnętrze napełnia się Bożą obecnością i nadzieją która wnosi chwałę, potęgę, piękno. Człowiek traci siebie, ale odzyskuje w planie nadprzyrodzonym.
A jeśli chodzi o wolę?
W niej dokonuje się selekcja zaangażowania. Człowiek nie wchodzi już sytuacje typowe dla – mówiąc za św. Pawłem – dawnego człowieka. Odtąd liczy się tylko miłość do Boga i człowiek jest gotów robić niekonwencjonalne rzeczy dla Niego. Czasem wydaje się, że oszalał, jak św. Maksymilian Kolbe, który wybiera się do Japonii, by podbić świat dla Maryi.
Po co to wszystko?
Noc ducha polega na przystosowaniu ducha ludzkiego do bezpośredniego udziału w życiu Boga, czyli na udoskonaleniu natury człowieka przez łaskę. Bóg w nocy ciemnej najpierw oczyszcza, potem uzdrawia, a potem umacnia do swobodnego funkcjonowania w dziedziach niebieskich. W nocy ciemnej dokonuje się pełne uzdrowienie natury ludzkiej, aż po usunięcie skutków grzechu pierworodnego. Człowiek działa wtedy w sposób doskonale pełny, podmiotowy, całościowy, mądry, nie ulegając niższej części swojej natury.
Mamy zatem proces przejścia od człowieka całkowicie zależnego i zniewolonego instynktami i popędami (co dziś niektóry uważają za szczyt wolności) do osiągnięcia możliwej pełni człowieczeństwa. Droga ta prowadzi jednak przez bolesny demontaż naszej nadpsutej natury.
Czy to wszystko nie mogłoby się odbyć jakby… w znieczuleniu?
To jest w gruncie rzeczy kwestia zbieżna z pytaniem: czy Chrystus nie mógłby nas zbawić inaczej niż przez tajemnicę krzyża? dlaczego dał się aż tak sponiewierać?
Jan od Krzyża udowadnia, że proces nocy ciemnej to jest przejście przez mękę i krzyż – z tym, że człowiek nie jest krzyżowany fizycznie, ale duchowo. Czuje się odrzucony przez Boga, czuje się przez Boga niekochany – jak Chrystus, który się skarżył: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” Dramat polega na tym, że trzeba przejść przez duchową śmierć krzyżową i spędzić symboliczne trzy dni w otchłani, by dojść do zmartwychwstania – do rzeczywistości czystego daru Bożego.
Czyli do czego?
Do odnowienie całego człowieczeństwa, uporządkowania go na nowo, do wewnętrznej siły i pewności, do nowego typu integracji – czyli do zjednoczenia z miłością Boga. Całe człowieczeństwo zostaje uzdrowione. Rozum zaczyna wtedy myśleć w nowy sposób, bo ma dostęp do tajemnic Boga. Wola człowieka osiąga prawdziwą wolność. Jego pamięć jest pamięcią samego Boga. Teologicznie nazywamy to przebóstwieniem – przeobrażeniem duszy w Umiłowanego. Wyraża to symbol zaślubin, używany też w Piśmie św. Człowiek poślubiony Bogu stanowi z Nim jedno w myśleniu, pragnieniu, działaniu – jak dobre małżeństwo. Planują, działają i dokonują wszystkiego razem. Ich miłość staje się owocna w sposób duchowy.
Gosć Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#7: Nadzieja rozpłomieniona
Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Pamięć potrafi czasem zabić w nas nadzieję. Dlaczego więc św. Jan łączy nadzieję właśnie z pamięcią?
O. prof. Marian Zawada OCD: Pamięć pełni w strukturze człowieczeństwa bardzo istotną rolę. Jest sposobem zamieszkiwania w samym sobie, w historii, a także w Kościele. „Pamiętam” to znaczy: mam własne przeżycia, mam doświadczenie bycia sobą i na tym buduję swoją tożsamość. Wiem, z czego wyrastam (z mojego otoczenia, mojej kultury). Pamięć to także sposób posiadania siebie, ciągłość istnienia i rozumienia siebie, swojego bogactwa, własny dorobek różnych dzieł i rozwiązań, pomysłów, realizacji. Pamięć objawia człowiekowi jego samego: dzięki niej wiem, kim jestem.
Dlatego św. Jan Paweł II zatytułował jedną ze swych książek: „Pamięć i tożsamość”?
Tak!
Pamięć to także forma czuwania przy rzeczach ważnych: pamiętam to, co jest dla mnie istotne. My posiadamy siebie poprzez pewne obrazy, pewne doświadczenia, pewne figury – mówi Jan od Krzyża. Nasze doświadczenia najczęściej jednak wypełniają pamięć treścią przyziemną. W dodatku czasem może nas ona oszukiwać: jednych faktów nie pamiętamy, inne reinterpretujemy.
Mamy też pamięć dobra i pamięć zła. Pamięć dobra przechowuje pozytywne doświadczenia Boga, Jego miłości, Jego łaski.
Pamięć zła to pamięć zdrady, grzechów, upadków. Ta ostatnia może nas zniechęcać. Demon często pracuje nad nami, przypominając nam nasze niecne czyny albo porażki. Gnębi nas w ten sposób. Człowiek chciałby pomedytować, ale ciągle mu się coś przypomina: że ktoś mu coś powiedział, obraził go albo nie dopuścił do realizacji planów…
Jakie to wszystko ma znaczenie dla życia duchowego?
Jan od Krzyża mówi o potrzebie wolności od posiadania siebie poprzez swoją pamięć i przywiązanie do niej. Żeby wyzwolić się od siebie, od swego niedoskonałego człowieczeństwa, musimy zapomnieć o sobie, czyli jakby uwolnić się z mocy własnej pamięci. My na ogół pamiętamy wiele rzeczy zbędnych. Oglądamy dzienniki, czytamy newsy czy sprawozdania. Delektujemy się fantazjami, prognozami, snujemy scenariusze. Zanurzamy się w fantazjach: czy to erotycznych, czy to egoistycznych (np. o tym, że kogoś pokonujemy albo mścimy się na kimś). Ale nie chodzi tylko o to, żeby przestać robić śmietnik ze swej pamięci.
Jan od Krzyża mówi, że trzeba zaprzestać złego używania pamięci, to znaczy: jakby zapomnieć siebie, zapomnieć o „ja” i „moje”, a pamiętać o tym, co istotne: o Bogu i o tym, co jest Boże. Chodzi o wolność od tego, co przywiązuje nas do samych siebie, do świata.
W jaki sposób dokonuje się oczyszczenia pamięci?
Ono następuje przez duchowe ubóstwo. W duchu takiego ubóstwa trzeba się wyrzec nie tylko pamięci o rzeczach negatywnych czy zranieniach, ale także wyrzec się pamięci o samym siebie – nie koncentrować się na sobie, ale na Bogu. W ten sposób człowiek uwalnia się od przeszłości, a nastawia się na obecność i na przyszłość.
Co mu to daje?
Wtedy pamięć, która jest domeną przeszłości, zaczyna się wypełniać nadzieją.
Na co?
W Pierwszym Liście św. Jana Apostoła (1J 3, 2) jest napisane, że jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, o czym będziemy. Czyli: już jesteśmy dziećmi Boga, ale nosimy w sobie ukrytą tajemnicę. Może i moja dotychczasowa biografia była mizerna czy nieudana, ale ważniejsze jest to, co Bóg we mnie złożył i to, kim mogę być w przyszłości. Ta optyka zaczyna dominować, gdy zapominamy o sobie.
Co na to psychologia?
Psychologia często podchodzi do tego inaczej: zajmuje się przeszłością i w jej świetle wyjaśnia, kto mnie skrzywdził i dlaczego, wskazuje winnych. Jan tymczasem proponuje, by ofiarować przeszłość Bogu i już do niej nie wracać – zacząć żyć przyszłością, celowością swojego życia, tym, co mnie czeka – a czeka nas zbawienie, niebo, czeka nas Bóg.
Inaczej mówiąc, wyzwolenia pamięci powoduje, że najważniejszy staje się po prostu Bóg. Człowiek schodzi do głębi swej duszy, zapomina o rzeczywistości i rozpłomienia się Bogiem. Jego pamięć staje się wypełniona Bogiem: pamięta o Nim, pamięta, dokąd idzie, a nie to, co przeżył do tej pory. W ten sposób jego pamięć zostaje przemieniona w nadzieję.
Człowiek jest wtedy jak wąż, który zrzuca swą skórę. Albo jak gąsienica jedwabnika, która zawija się w kokon i przemienia się w pięknego motyla.
Zmienia się wtedy także sposób posiadania: człowiek nie chce już posiadać siebie. Wytrzymuje to, że teraz nie ma nic albo ma niewiele. Całe bogactwo, zwłaszcza to nadprzyrodzone, posiada w nadziei. Przyszłość jest dla niego upragniona, bo czeka w niej Bóg.
Dziś w spojrzeniu na przyszłość dość powszechnie dominuje lęk.
Reklama
Tak! Ludzie się boją, bo z przyszłości wychyla się do nich zniszczenie, katastrofa, to, co negatywne czy wręcz demoniczne. Tymczasem człowiek duchowy nabiera przekonania, że przyszłość to Bóg. Jego nadzieja to doskonałe przyciąganie Boga do siebie. Jego nadzieja jest pusta w środku, czyli niezaśmiecona innymi, małymi nadziejami. Dlatego otwiera się na nieskończone dobro i może przyjąć Boga.
To jest moment, w którym nadzieja nie daje nam jakichś dóbr cząstkowych, ale daje nam samego Boga. A Bóg to jest Ktoś, nie: coś. Często zastanawiamy się, co ja tam będę miał w niebie: czy będę miał to, co lubię? moja muzykę? osoby, które kocham? Tymczasem w niebie dostaniemy samego Boga.
Z tą nadzieją związana jest chwała, wypełnienie człowieka Boską chwałą.
Co to znaczy?
To znaczy, że rozum otrzymuje Boskie rozumienie, wola – Boską miłość, a pamięć jest Boskim posiadaniem chwały.
Co to właściwie jest chwała?
Chwała to jest piękno plus moc.
Jak ją zdobyć?
Trzeba wytrzymać napór ubóstwa. Na tym polega tajemnica ludzi świętych, że oni chcą być ubodzy po to, żeby być bogatymi Bogiem. Inni pozostają w kręgu motywacji naturalnych: jak mogę coś mieć, a jest to dla mnie pożyteczne, to oczywiście biorę to i używam. To jest popularne narzędzie do zdobywania chociażby dobrego samopoczucia. Człowiek duchowy myśli jednak zupełnie inaczej: chce mieć jak najmniej doczesnych dóbr, żeby zachować całą swą nadzieję pustą, czyli w pełni otwartą na posiadanie Boga. Czyściec jest im niepotrzebny.
Dlaczego?
Dlatego, że w czyśćcu usuwane są nasze przywiązania do doczesności. Proces ten jest konieczny, bo my często żyjemy kompletnie na peryferiach prawdziwego życia, nie mamy doświadczenia jego głębi. Tymczasem człowiek oczyszczony z trywialnych przywiązań od razu jednoczy się z Bogiem. Śmierć jest dla niego bramą życia.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#8: Gdy Bóg budzi się w człowieku
Łaska mistyczna, o której mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Człowiek staje się wtedy duchowym złotem. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: W Pieśni nad Pieśniami Oblubieniec prosi: „nie budźcie ukochanej, póki nie zechce sama”. O co chodzi z tym duchowym przebudzeniu?
O. prof. Marian Zawada: U św. Jana od Krzyża znajdujemy koncepcję, wedle której człowiek wymaga przebudzenia, bo jest pogrążony we śnie, żyje jakby w matriksie i jest nieświadomy celów, dla których został stworzony. Nie uświadamia sobie, że krok po kroku zmierza do Boga, z którym się spotka i z którym się zjednoczy – i to jest jego pierwszoplanowym zadaniem. Problemem jest więc brak wrażliwości na rzeczywistość duchową, życie zamknięte we własnym świecie albo w złudzeniach. Czasem mówi się w tym kontekście o teatrze cieni. Te cienie to dominujące w życiu lęki, które sprawiają, że człowiek nie żyje autentycznie. Dlatego potrzebuje otwarcia oczu. To jest jeden motyw dotyczący przebudzenia.
Motyw drugi to prawda, że współczesny człowiek otwiera drzwi serca wszystkiemu, co do niego przychodzi. Wsłuchuje się we wszystkie intuicje. Ufa temu, co rodzi się w jego umyśle. Domaga się, żeby go nieustannie inspirowano, pobudzano, tworzono wewnętrzną dynamikę, budowano jego wewnętrzne bogactwo. I to go usypia w odniesieniu do zasadniczych celów. Jan od Krzyża tymczasem proponuje ascezą odmowy: nie interesuje go realizacja samego siebie w tym świecie. Cały swój potencjał kumuluje na tym, co duchowe, Boskie. Ale żeby dojść do tego, trzeba sobie najpierw uświadomić, że trwamy we śnie.
Na czym polega przebudzenie z tego snu?
Ono się przejawia na wielu płaszczyznach. Mamy więc przebudzenie na płaszczyźnie poznawczej. Jest to otwarcie oczu na nową, nieznaną, niezauważaną do tej pory Boską rzeczywistość. Przebudzenie to otwiera nas na wyższe poziomy istnienia. Potem pojawia się przebudzenie serca. Można by powiedzieć, że jest to przebudzenie do miłości. Człowiek zaczyna wtedy intensyfikować swoje relacje z Bogiem. I jest wreszcie przebudzenie w sensie czysto religijnym – przebudzenie z życia w grzechu do życia w łasce. Jest to łaska odnalezienia prawdy o sobie i oddzielenia się od grzechu. Inaczej nazywa się to nawróceniem. Człowiek porzuca schematy kłamliwych zachowań. Porzuca grzech, kłamstwo – również kłamstwo o sobie. Domaga się prawdy – również od siebie.
Drugie przebudzenie to przebudzenie do współpracy z Duchem Świętym. Człowiek odchodzi od dotychczasowego podświadomego standardu działania. Kończy się traktowanie ludzi jako spraw do załatwienia – pojawia się przebudzenie do obcowania z Chrystusem, który jest w drugiej osobie. Tracą na znaczeniu schematy zewnętrzne (np. bogactwo czy prestiż). Pojawia się spojrzenie duchowe, które odnajduje Boga w relacjach z drugim człowiekiem.
To chyba miał na myśli papież Franciszek, gdy mówił o nawróceniu pastoralnym. Jeśli tak, to jest ono czymś głęboko wewnętrznym, a nie jakąś nowomodną, zewnętrzną strategią Kościoła.
Tak, to jest podejście do człowieka w ogóle, do prawdy o człowieku, do jego tajemnicy.
Jakiej tajemnicy?
Mówiliśmy o niej w rozmowie o duchowych przepaściach. Chodzi o obecność Boga w strukturze człowieka. Człowiek, który kocha Boga, nabiera szacunku do drugiego człowieka, chociażby nawet był on biedny czy niezbyt uczciwy. Chce tego człowieka ocalić, dopomóc mu do zbawienia.
To jest przebudzenie, na skutek którego serce staje się bardziej wrażliwe na łaskę, na działanie Ducha Świętego, na natchnienia wewnętrzne – one zaczynają dominować. Człowiek chce pełnić wolę Bożą, nie swoją. Dobro, które chce świadczyć, jest Boskiego pochodzenia.
Zna Ojciec kogoś takiego?
Tak było na przykład z Edytą Stein. To był umysł numer jeden wśród świeckich katolików w tamtym czasie. Miała być ikoną Kościoła w Niemczech, przepracowywać najnowsze tematy, takie jak feminizm czy obecność świeckich Kościele. Ona tymczasem zamknęła się za klauzurą, jakby znikła z życia Kościoła oficjalnego.
Skąd wiedziała, że Bóg tego chce?
Przebudzenie powoduje, że człowiek zyskuje klarowność w postrzeganiu rzeczywistości. Nie liczy się z opinią publiczną – liczy się tylko z Bogiem. To jest – jak mówi św. Jan od Krzyża – przebudzenie duszy w Bogu. Wtedy piękno natury, przyroda, kosmos – wszystko to jest dla niego językiem, w którym mówi Bóg. Spotkanie z drugim człowiekiem uważa on za wydarzenie religijne: Bóg przysyła mu kogoś i to jest dar – czasami trudny, bo oznacza potrzebę rozwiązania jakiejś sprawy, rozeznania sytuacji albo nawrócenia kogoś. Św. o. Pio, który miał dar przenikania serc, stosował czasami bardzo radykalne rozwiązania – wrzeszczał albo wyganiał z konfesjonału kogoś, kto kręcił, nie chciał uznać swojej winy albo próbował ukryć jakiś grzech.
Jest też tzw. przebudzenie ascetyczne. Człowiek zaczyna się brać za siebie, porządkować siebie. Chce, żeby piękno duchowe, które poznaje, odwzorowywało się w nim. Staje się jakby lustrem Boga. Wtedy rodzi się największy ból mistyków. Bo oni chcieliby, ale nie potrafią kochać tak, jak zostali ukochani przez Boga – w sposób nieskończony.
To już jest duchowy szczyt?
Jest jeszcze przebudzenie do życia mistycznego. Jan od Krzyża pisze o nim w ostatnich rozdziałach swego niedokończonego utworu „Żywy płomień miłości”. Jest tam mowa o bardzo ciekawym przebudzeniu – przebudzeniu Boga w duszy.
Jak to: przebudzeniu Boga? Jak Bóg może się przebudzić, skoro – jak pisze św. Jakub – nie ma u Niego przemiany ani cienia zmienności?
No właśnie! To jest bardzo ciekawe doświadczenie mistyczne. Jan ma taką koncepcję, że na dnie naszego istnienia – czy na szczycie naszego bytu – jest jakby ukryty Bóg, który… śpi. Jan pisze w „Pieśni duchowej”, że dusza człowieka jest łożem, na którym śpi Oblubieniec, czyli Bóg. Łaska mistyczna, o której tu mówimy, polega na tym, że Bóg jakby otwiera oczy w głębi naszego istnienia. Wtedy człowiek zaczyna patrzeć na wszystko Bożymi oczyma. Rozpoznaje swoje niezwykłe piękno. Widzi nieskończone przestrzenie, które się w nim znajdują. Rozumie do głębi prawdę o stworzeniu i powołaniu człowieka do nieprawdopodobnego szczęścia i miłości, którymi będzie żył w życiu przyszłym.
Bóg uchyla mu rąbka tajemnicy nieba?
Tak, Bóg pozwala niektórym mistykom dotknąć tajemnic, którymi w rzeczywistości nieba będziemy żyć bez końca. To przebudzenie Boga na łożu duszy jest także wielkim zaproszenie do miłości. Jest to łaska małżeństwa duchowego. Człowiek odkrywa wtedy siebie przy Bogu, a On ujawnia Swoją obecność. To jest moment kluczowy. Człowiek nie tylko nabiera wówczas nowego typu świadomości, ale rozmiłowuje się w Bogu. Staje się jakościowo nowym człowiekiem, duchowym złotem. Widzi rzeczywistość Bożymi oczyma. Rozumie historię i rozumie człowieka od wewnątrz. Rozumie Boga. To jest wielki dar poznania i miłowania.
Gość Niedzielny
***
Karmelove wtorki ze św. Janem od Krzyża
#9: Szczyt szczytów
Najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską. Jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora.
o. prof. Marian Zawada OCD – fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Zapraszamy do udziału w wakacyjnym kursie duchowości św. Jana od Krzyża. Naszym przewodnikiem jest o. dr hab. Marian Zawada OCD. Kolejne odcinki cyklu publikujemy we wtorkowe wieczory. W tym roku mija 300 lat od kanonizacji św. Jana od Krzyża i 100 lat od ogłoszenia go Doktorem Kościoła.
***
Jarosław Dudała: Droga, którą proponuje św. Jan od Krzyża, jest bardzo wymagająca. Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto nią pójść, trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest na końcu tej drogi…
O. prof. Marian Zawada: Tak, św. Jan jest znany z języka ascetycznego: języka ogołocenia, odmowy, wielkiego zmagania ze swoimi słabościami, z ograniczeniami natury. Ale gdy sobie uświadomimy, co jest na szczycie mistycznej Góry Karmel – a jest to zjednoczenia z Bogiem – to widać, że Jan dobiera środki, które go najszybciej i najsprawniej prowadzą do tego celu. To wszystko jest bardzo logiczne, zwarte. Człowiek uczy się rozróżniać pomiędzy Bogiem i stworzeniem i ciągle odnosić swoje myślenie, działanie i pragnienia do Boga, mniej zajmując się stworzeniem. Albo raczej: zajmuje się stworzeniem, ale przez Boga.
Co to znaczy?
To znaczy, że człowiek nie tworzy relacji ze stworzeniem sam, ale najpierw tworzy relację z Bogiem i dopiero w Bogu zajmuje się tym, co odnajduje w codziennym życiu.
Jak mówi psalm, „w Jego (Bożym) świetle oglądamy światło”?
Tak! Jan ostatecznie zaprasza nas do niesamowitego piękna – do czegoś, co przekracza absolutnie naszą wyobraźnię i w ogóle możliwości człowieka. Ale do tego niezbędna jest przemiana, pozwalająca człowiekowi funkcjonować w zupełnie innych warunkach.
Jan bardzo sobie cenił piękno, w tym piękno naturalne. Dostrzegał potęgę stworzenia świata z niczego w sposób pełny wdzięku i ładu. Bożą hojność i wyobraźnię widział w niezliczonej liczbie różnych stworzeń. Szczególnie podkreślał piękno człowieka wyniesione na niebywały poziom przez Wcielenie: Syn Boży, Bóg, który przyjął Ciało i stał się człowiekiem. Postawiło to ludzkość w zupełnie nowej sytuacji. Jan mówi, że całe stworzenie powstało niejako w pośpiechu (w ciągu sześciu dni), zaś Syn Boży jest niebywałym arcydziełem Boga, zawierającym w sobie nieporównanie więcej tajemnic.
Jan był artystą, poetą…
Zdecydowanie miał poczucie piękna – i tego naturalnego, i tego duchowego. Pisał: „Zadaj śmierć widokiem Twojej Boskiej piękności”. To wyrażenie ma podwójne znaczenie. Z jednej strony, człowiek, który chce widzieć piękno Boga, musi umrzeć. Ale z drugiej strony, on się tej śmierci nie boi – prosi o nią.
Pisał też: „Gdy mnie Swym wzrokiem ogarniałeś, zostawiłeś w mej duszy Twych oczu odblaski i przez to we mnie tak się rozkochałeś, a mym źrenicom dano wzniosłe łaski”. Ten fragment miałem na myśli, gdy w poprzedniej rozmowie starałem się mówić o duchowym przebudzeniu. Mianowicie, Bóg udzielając Siebie, prawdy o Sobie, miłości, Swojej obecności jednocześnie zmienia wnętrze człowieka i zostawia w duszy Swoje zwiastuny przyszłej chwały: człowiek czuje, że jest przez Boga kochany. A dzięki temu, że Bóg nas czyni piękniejszymi, może nas kochać jeszcze bardziej. To jest jakby podwójny dar Boga: On obdarza nas pięknem, żeby jeszcze bardziej nas kochać. Jan jest wręcz oszołomiony potęgą Boskiego miłowania i tym pięknem, które w Bogu odnajduje. Problem w tym, że bardzo trudno jest o tym mówić…
Jan był nie tylko mistykiem, ale i poetą, i niezłym teologiem…
Tylko niektórzy mistycy mają specjalną łaskę, pozwalającą wyrazić bogactwo ich doświadczeń w słowach.
Wróćmy jednak do początkowego pytania: co czeka na nas na szczycie mistycznej Góry Karmel?
Chwała Boga. Tylko chwała. Jan pisze, że chwała to najwyższy stan dobra, potęgi istnienia, wszechwładzy. Bóg udziela człowiekowi Swoich przymiotów.
Jakich przymiotów?
Np. właśnie wszechwiedzy, wszechwładzy. Dzieje się tak dlatego, że człowiek jest wtedy tak doskonale zjednoczony z Bogiem, że stanowią jedno i działają razem. Człowiek widzi to, co widzi Bóg. To jest wejście w tajemnicę Trójcy Świętej, w której są trzy Osoby, będące doskonale zjednoczone, przenikające siebie, tworzące jedno. Ich piękno odsłania się w sposób całkowity, bezpośredni. Z tym wiąże się rozkosz – absolutne szczęście istnienia. Człowiek w pełni przeżywa wtedy swoje szczęście.
Chyba niewielu z nas żyje tą perspektywą.
My, niestety, w ogóle nie mamy o tym zielonego pojęcia. Ludzi zadowalają zmysłowe przyjemności: coś sobie zjemy, rozsmakujemy się w dobrej muzyce, przeżyjemy ekstazę artystyczną. Ale to jest tylko strzęp zmysłowy, a tam mamy do czynienia z pełnymi kategoriami: jeżeli mówimy o szczęściu, to jest to szczęście niewyobrażalne. Jeśli ktoś tego skosztuje, to mówi jak św. Paweł, że chciałby być tam, ale dla dobra innych musi być jeszcze tu. Kontynuuje więc życie ziemskie, ale przynależy całkowicie do tamtego świata.
Paweł używa świetnego sformułowania, mówiąc, że Bóg nosił nas w Sobie jeszcze przed założeniem świata: wszystkich, całą historię, całą ludzkość. Dlatego to nie jest przypadek, że dany człowiek żyje w określonym czasie, że rodzi się w określonym kontekście kulturowym, religijnym, duchowym. To wszystko jest bardzo precyzyjne w oczach Bożych.
A my często mówimy, że gdybyśmy się urodzili w innym miejscu, w innym czasie, to nasze życie potoczyłoby się inaczej, lepiej, szczęśliwiej…
Możemy czuć się zagubieni. Możemy uważać, że nie pasujemy do świata, w którym żyjemy. Niektórzy mówią, że urodzili za wcześnie czy za późno, ale nie o to tutaj chodzi. Tu chodzi o nasze przeznaczenie do szczęścia w zjednoczeniu mistycznym z Bogiem.
To bardzo ciekawe, że gdy w teologii mówimy o tym zjednoczeniu, to rozróżniamy trzy jego typy.
Jakie?
Pierwszy to zjednoczenie ekstatyczne, chwilowe. Człowiek wpada w ekstazę, przeżywa stan doskonałego zjednoczenia z Bogiem, ale trwa to jakiś czas – czasem ułamek sekundy – a potem wraca do realiów swego życia ubogacony tym doświadczeniem.
Jest też tzw. zjednoczenie pełne: człowiek duchowo – przez wolę, umysł, pamięć i nadzieję – przylega całkowicie do Boga.
Ale najbardziej oszałamiające jest zjednoczenie przemieniające, które przemienia nas w istotę Boską.
Jak to? Przemienia nas w bogów?
Tak, bo jesteśmy wtedy dziećmi Bożymi. I nie jest to żadna metafora. Naprawdę należymy do rodziny Boga. Jesteśmy Ciałem Mistycznym Chrystusa. On nosi nas w Sobie. To są wielkie tajemnice, o których trudno jest mówić. W każdym razie Odkupienie dało nam o wiele wyższy status niż stworzenie, bo Adam nie był synem Boga. Tymczasem w Odkupieniu jesteśmy powołani do zyskania statusu dziecka Bożego. Bóg w miłości zrównuje nas z Sobą. Gdyby ludzie to przyjęli, otworzyli oczy na tę rzeczywistość, to świat zupełnie inaczej by wyglądał. Ale niestety człowiek zajmuje się sobą i na Boga nie ma czasu.
Papież Leon napisał ostatnio encyklikę o trans- i posthumanizmie, czyli o pomysłach na to, jak stać się bogiem bez Boga.
To są idee współczesnych gnostyków, którzy chcą zagwarantować sobie samozbawienie i samorealizację o własnych siłach, przy pomocy technologii. To się kończy pogardą wobec innych. Nie chodzi o to, by potępiać postęp techniczny, ale pragnienie, by stanąć na równi, a nawet wyżej niż Bóg to przejaw pychy. Droga chrześcijańska jest inna – to droga pokory, poddania się Bogu. A jeśli nawet człowiek dzięki technologii uzyska takie czy inne możliwości, to co mu po nich bez miłości? Tymczasem Jan od Krzyża mówi, że dusza zjednoczona z Bogiem miłuje Go mocą i wolą samego Boga. Jan od Krzyża upiera się, że można do tego dojść już w tym życiu.
Taki człowiek nie podlega już pokusom?
Demon omija taką osobę szerokim łukiem, ponieważ ma ona moc burzenia wszystkich jego zamysłów i spotkanie z nią zawsze oznacza dla niego porażkę. A on się tego boi.
Potęga takiego człowieka jest niesłychana. Święta Faustyna miała taki moment, że Jezus przyszedł do niej i powiedział: „Jeżeli chcesz, stworzę w tej chwili nowy świat piękniejszy od tego, a resztę dni w nim przeżyjesz” (Dzienniczek, 587). Odpowiedziała: „Nie chcę żadnych światów, ja pragnę Ciebie, Jezu, pragnę Cię kochać taką miłością, jaką Ty mnie kochasz”.
Myślę, że składając tę propozycję, Jezus nie żartował.
Kiedy człowiek będzie w pełni zjednoczony z Bogiem, to będzie mógł stwarzać nowe światy?
Myślę, że tak, bo miłość Boska jest nieskończenie twórcza i przynosi największe owoce.
Gość Niedzielny
***
Bóg Ojciec wybrał nas, zanim powstał świat – co to dla mnie oznacza?
UfaBizPhoto | Shutterstock
Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca.
Wybór Boga jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech. Więcej o tym pisze w swojej najnowszej książce ks. Krzysztof Wons SDS.
Poczęliśmy się chciani przez Boga
Ojciec w Synu swoim wybrał nas (ekseleksato hemas) przed położeniem fundamentu (katabole), przed zapłodnieniem ludzkości, zanim jeszcze stworzył świat i uczynił go płodnym. Wezwał nas „świętym powołaniem (…) stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami” (2 Tm 1, 9).
„On był wprawdzie przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach objawił się ze względu na was” (1 P 1, 20). To oznacza, że zostaliśmy powołani i wybrani przez Ojca w Synu, zanim Syn pojawił się na ziemi. Pojawienie się Jezusa w naszej historii jest objawieniem naszego wybrania przed wiekami. Pojawił się, aby nam objawić, że jesteśmy wybrani przed założeniem świata! Ten wybór nie zależy od kogokolwiek czy czegokolwiek, co jest na ziemi. Na nasze wybranie i umiłowanie przez Ojca przed założeniem świata nie miało żadnego wpływu nic, co ziemskie i ludzkie. Niezależnie od tego, co się wydarzyło od naszego poczęcia, poczęliśmy się już wybrani, chciani, powołani, umiłowani przez odwiecznego Ojca. Jego wybór jest odwieczny i suwerenny, niezależny od tego, co uczynił z tym wyborem nasz grzech.
Dlaczego Bóg nas wybrał?
Jesteśmy wybrani przez Ojca od zawsze i na zawsze. Dlaczego nas wybrał? Jaki był Jego pierwotny zamysł, jakie odwieczne pragnienie? Jaki sens, cel? Po co nas wybrał? Paweł daje odpowiedź: abyśmy byli święci i bez skazy (hagius kai àmomus) przed Jego obliczem (katenopion), „przed oczyma Jego miłości” – przetłumaczył Jakub Wujek. Z góry przeznaczeni (proorizas), ustaleni od wieczności.
Ojciec w swoim Synu wybrał nas (ekseleksato hemas) dla siebie. Tłumacząc co do litery, oznacza to, że wybrał jednego spośród wielu, wybrał tego, którego uznał za godnego Jego łaski, i oddzielił od reszty ludzkości, aby był Jego szczególną własnością, aby towarzyszyło mu stale Jego łaskawe spojrzenie, Jego opieka. Jak rozumieć dosłowne znaczenie słowa eklegomai, którego Paweł użył w Liście do Efezjan? Może odnosi się do jakiejś wybranej grupy ludzi, wybranych przez Ojca w Chrystusie, a więc do chrześcijan, których oddzielił jako drogich sobie od bezbożnego tłumu. Jeśli tak jest, to czy nie rodzi się w nas pytanie o Boga Ojca, który jednych sobie wybiera, a innych nie? Czy można twierdzić, że jedni mają Ojca w niebie, a inni nie? Czy dla jednych jest Ojcem, a dla innych nie? Przecież czytamy w Biblii, że „Bóg naprawdę nie ma względu na osoby” (Dz 10, 34). Nie kieruje się ludzkimi kryteriami. Jest Panem wszystkich (por. Dz 10, 36).
Nasz początek
Musimy koniecznie wrócić do początku naszego zaistnienia. Jaki był nasz początek? Od kiedy się zaczął w Bogu? Czy w ogóle możemy mówić o początku, skoro Bóg Ojciec jest odwieczny i odwieczny jest Jego ojcowski zamiar? Bóg zwierza się nam, odsłaniając tajemnicę naszego początku: „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3).
My nie jesteśmy odwieczni. Odwieczny jest nasz Ojciec. Nasz początek jest sekretem Ojca. Nasz początek wymyka się zupełnie naszej percepcji. Owszem, Biblia mówi o początku stworzenia: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1). W jednym z midraszy żydowskich czytamy, że „na początku” oznacza „na początku czasu”, gdyż czas nie istniał przed tym wydarzeniem.
To, co jest wcześniej przed wydarzeniem stworzenia, nie należy do sfery czasu. Raszi powie, że „Dzieło Stworzenia jest głęboką tajemnicą, której nie można zrozumieć ze zwykłego znaczenia wersetów”.
Kiedy więc czytamy „na początku” (bereszit), myślimy o czymś tajemniczym. Musimy pozostawić na boku myślenie kategoriami czasu. Autor natchniony pisze o czymś, co przekracza czas. Słowo bereszit odwołuje się do tajemniczej, wewnętrznej przestrzeni istnienia, która jest w Bogu Ojcu. Kiedy więc autor tekstu pisze „na początku”, chce powiedzieć: „w głębi”, która jest w Bogu Ojcu, „u samego korzenia”, u źródła istnienia.
Bóg niejako się „skurczył”
Od pierwszej stronicy Biblii spotykamy Boga, który daje życie i błogosławi życiu. Jest miłośnikiem życia. Cieszy się życiem. Radość Jego sięga „apogeum”, gdy stwarza człowieka. Bóg błogosławi życiu – oznacza to także, że On jest źródłem życia. Hebrajski zwrot „błogosławić” (brk) odnosi się do płodności rozumianej właśnie jako Boże błogosławieństwo.
A więc Bóg błogosławi – to znaczy daje życie! Czasownik bara – „stwarzać” – odnosi się w Biblii wyłącznie do Boga. Nigdy nie jest używany do tworzenia czegoś przez ludzi. Skrywa się w nim tajemnica aktu miłosiernej dobroci Boga. Rdzeń bara oznacza „stworzyć pustą przestrzeń”, „stanąć na zewnątrz” (stąd łacińskie existere). Mistyka żydowska rozumie tajemnicze działanie Boga w następujący sposób: aby powołać nas do istnienia, Bóg niejako się „skurczył” – wielkodusznie wycofał i przygotował w sobie miejsce dla stworzenia, które inaczej nie mogłoby istnieć. Przygotował miejsce, aby Jego światło i siła życia mogły być przekazane stworzeniom. „Gdzie, jeśli nie w łonie Boga – który pomniejszył się, aby przyjąć świat, jak matka przyjmuje nowe życie w swoim łonie – mógłby zamieszkać świat”.
W „pomniejszeniu się” Boga objawia się miłość Ojca. Jest to miłość pełna szacunku i pokory wobec każdego z nas. Oto nasz rodowód. Poczęliśmy się w łonie mamy już przeniknięci miłością Boga Ojca. Przed poczęciem byliśmy już zamierzeni, umiłowani i chciani przez Ojca.
W łonie mamy „pojawiliśmy się” odwiecznie kochani i oczekiwani. A to znaczy, że każdy z nas może powiedzieć o sobie: zostałem umiłowany, zanim pokochali mnie lub zranili mój ojciec, matka, brat, siostra, Kościół.
Jestem umiłowany i tego nikt i nic nie może zmienić, ponieważ należę do Boga, który miłuje mnie miłością wieczną. Jezus przyszedł nam powiedzieć to, co Ojciec od wieków usiłował przekazać w Starym Przymierzu o naszym tajemniczym początku. Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał przez proroków (por. Hbr 1, 1): „Ukochałem cię odwieczną miłością” (Jr 31, 3); „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1, 5); „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 16).
Całą wieczność należymy do Ojca
Pomyślmy o tym, że istnieliśmy w Ojcu już przed założeniem świata. Zanim ukształtował nas w łonie naszej mamy, istnieliśmy w Nim z całym potencjalnym bogactwem naszej osoby, z bogactwem psychicznej i duchowej niepowtarzalności.
Możemy powiedzieć, że całą wieczność należymy do Ojca. Każdy z nas jest sekretem Ojca. Wybrał nas w swoim sercu. Jego jedynym pragnieniem jest, aby każdy z nas odkrył, że jest miłowany przez Ojca, i abyśmy mogli przyjąć Jego miłość i odpowiedzieć na nią. Każdy z nas tę miłość przeżywa jako wyjątkową, jedyną, zwróconą osobiście do niego samego, bo miłość jest osobista i przekazywana Twarzą w twarz, tak jak Twarzą w Twarz Ojciec przekazuje miłość Synowi, który jest w Jego łonie. W Nim wybrał nas do relacji miłości z Nim samym.
siostra Gaudia Skass: Gdy wpadam w małości, Jezus mi pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam”
Siostra Gaudia Skass ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia łączy życie zakonne z nieustannym byciem w drodze i głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia. W rozmowie z okazji Festiwalu Życia w Kokotku otwarcie opowiada o swoich lękach, wewnętrznych zmaganiach i głębokim zaufaniu Jezusowi, który – jak podkreśla – „wszystko ogarnia”. Siostra dzieli się też cennymi wskazówkami, jak autentycznie mówić o Bogu młodym ludziom oraz dlaczego temat nieufności jest jednym z najważniejszych w życiu duchowym.
s. Gaudia Skass/ archiwum prywatne
***
Karol Porwich: Jak można pogodzić życie zakonne z aktywnym głoszeniem charyzmatu Bożego Miłosierdzia z życiem w drodze?
S. Gaudia Skass: Tylko Pan Jezus wie jak to ogarnąć, naprawdę czasem mam wrażenie, że pędzę w jakimś pociągu, który ma szalone tempo, ale On to jakoś ogarnia. Także cały czas trzyma się Jego mocno i jakoś to wszystko leci do przodu – dodam nawet więcej niż jakoś. Ja jestem po prostu w tym bardzo szczęśliwa i pomimo, że ciągle wpadam w jakieś swoje małości, najbardziej widoczne w różnych lękach, którym ulegam, to On mi potem pokazuje: „Dziewczyno, Ja to naprawdę wszystko ogarniam, to wszystko wyprowadzam”. I to wszystko ma jakiś szalony sens. Ja to odkrywam stopniowo, więc coraz więcej pokoju jest w moim życiu i sercu.
A jak w tym wszystkim odbiera siostra przystanek Festiwal Życia w Kokotku?
Przystanek Kokotek jest dla mnie bardzo szczęśliwy. Jestem tutaj drugi raz i poprzednio prowadziłam warsztaty. Teraz głosiłam konferencję ze sceny i bardzo się cieszę, że został mi powierzony temat nieufności, bo to jest w ogóle fundamentalny temat dla życia. My się rodzimy wszyscy z raną nieufności. Żeby ta rana ciągle nie kierowała nami i żebyśmy ciągle nie ulegali jakimś dziwnym poranionym mechanizmom – bo tak to działa w życiu i znamy to dobrze z psychologii i tak samo wygląda to w naszym życiu duchowym, to trzeba nam ją zrozumieć. Wiedzieć skąd się wzięła i jak te mechanizmy w nas się ciągle odtwarzają, które budują między nami a Bogiem przepaść. Zaczynamy wówczas po prostu nie wierzyć w to, że Bóg nas kocha i wtedy wszystko się sypie.
Żeby mówić o Bogu młodym ludziom trzeba umieć właściwie z nimi rozmawiać. Jak robić to najlepiej?
Dorosły powinien być przede wszystkim szczery i szczerze mówić. Na pewno nie cudować, nie szukać jakichś słów, których używa młodzież, które nie są moje, bo to są jakieś dziwne zabiegi, a oni od razu to wyczują. Mówić jak najprościej, z serca, z własnego doświadczenia i tylko o tym, w co samemu się wierzy. Wówczas to zawsze do nich trafia. Nawet jeżeli jest między nami różnica pokoleń – bo jest olbrzymia, to zawszę mówię po prostu o swoich doświadczeniach, które mam nadzieję, są również ich doświadczeniami. Jestem tylko „kawałek” dalej z nimi, trochę starsza i trochę już przeszłam, dlatego ufam w ich otwartość na to, że chcą posłuchać tego czym chce się z nimi podzielić człowiek, który żyje dwa razy dłużej, i któremu zależy na nich, żeby nie wpadli w te same pułapki co ja wpadłam.
rozmawiał Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Gdy miał trudne sprawy, modlił się po polsku, na głos. Intymne chwile Jana Pawła II okiem jego fotografa.
***
Arturo Mari: W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.Sześć godzin przed śmiercią Jana Pawła II usłyszał od niego „dziękuję”. Arturo Mari jako fotograf pracował u boku papieża przez cały pontyfikat, wykonał miliony zdjęć. Był członkiem tzw. papieskiej rodziny, a mimo to pozostał bardzo skromnym człowiekiem. Świętego papieża z Polski nazywa swym prawdziwym ojcem.
– Zawsze miał czas, by mnie wysłuchać. Poczułem się bardzo wyróżniony, gdy powiedziano mi, że chce mnie zobaczyć. Gdy przyszedłem, usłyszałem: „Arturo, dziękuję”. Nie spodziewałem się tego. Tego nie można zapomnieć, tych słów i tego, że chciał mnie zobaczyć… – wyznaje, a z jego oczu płyną łzy.
Najważniejsze zdjęcie Jana Pawła II
Światowe agencje oferowały mu miliony lirów za zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II. Wszystkie otrzymały trzy fotografie za darmo. Astronomicznymi sumami kuszono go w czasie stanu wojennego po spotkaniu papieża z Lechem Wałęsą w Tatrach. Kiedy nie wziął przyniesionej mu do biura walizki pełnej dolarów, usłyszał: „chyba zwariowałeś!”.
Arturo uważa, że żadne pieniądze nie są warte zaufania Ojca Świętego. Kiedy pytam, ile zdjęć zrobił przez te lata, bezradnie rozkłada ręce i śmiejąc się, mówi: „któż by to był w stanie policzyć”.
Pytany o najważniejsze zdjęcie odpowiada jednak zdecydowanie: „Jana Pawła II wtulonego w Krzyż Chrystusa w czasie wielkopiątkowej drogi krzyżowej”.
Świadek intymnych chwil papieża
Przez cały 27-letni pontyfikat Jana Pawła II ani razu nie był na zwolnieniu. Rytm jego pracy wyznaczał napięty kalendarz papieża z dalekiego kraju. Pobudka o 5.15. O 6.20 wchodził do swego biura, przygotowywał aparaty i o 6.40 był już w papieskim apartamencie. Z przerwami towarzyszył Ojcu Świętemu aż do kolacji.
– Nieraz bywało tak, że ledwo zdążyłem wrócić do domu i ściągnąć marynarkę, dzwonił telefon: Arturo, przyjdź – wspomina. Właściwie nie miał prywatnego życia. Jest jednym z uprzywilejowanych świadków najbardziej intymnych chwil życia świętego papieża.
Kiedyś podczas obiadu, na którym był kard. Franciszek Macharski, Ojciec Święty, żartując, powiedział: „Najważniejszą osobą nie jest papież, ale Arturo!”.
– Jan Paweł II lubił żartować. Pamiętam, jak w Saint Louis wszedłem do saloniku, w którym rozmawiał z prezydentem Clintonem. Papież spytał go, czy wie, kim jestem. Gdy ten, zdziwiony, odpowiedział, że nie wie, Jan Paweł II powiedział: To jest Arturo, jest dla mnie jak syn. Niewiele słów, prawda? Ale stałem się całkiem maleńki… – opowiada fotograf.
– W 1982 r. ks. Stanisław zażartował: „Ojcze Święty, biedny Arturo uwiecznia na zdjęciach wszystkich, a jemu nikt nie robi zdjęć”. Jan Paweł II natychmiast chwycił moje ręce w swoje dłonie i ks. Dziwisz zrobił nam zdjęcie. Jest to moje najważniejsze zdjęcie z papieżem – mówi Arturo.
Leżał krzyżem w kaplicy
– Na początku pontyfikatu powiedział: „Nie lękajcie się” i sam nigdy niczego się nie bał. Niezależnie od sytuacji był świadkiem Boga. Siłą jego posługi była modlitwa. Nieraz leżał krzyżem na podłodze kaplicy i rozmawiał z Chrystusem. Szczególnie kiedy miał do rozwiązania trudne sprawy, mówił do Niego na głos.
Modlił się po polsku. Z tych paru słów, których się nauczyłem, mogłem zrozumieć, jak błagał: pomóż mi, Boże, przymnóż mi sił, wzmocnij moją wiarę. On! – prosił o pomoc.
Przed spotkaniami z ludźmi mówił do nas: oni tak wiele ode mnie oczekują. I bronił życia, rodziny, kobiety, walczył o poszanowanie praw człowieka i o chleb dla każdego. Jednak wszystko, co robił, najpierw dokonywało się w kaplicy.
W czasie pielgrzymek na modlitwę potrafił wstawać o piątej rano czy trwać na niej późno w nocy. Byłem świadkiem tego, czego dzięki niej dokonywał – wspomina.
Zdjęcia i łzy
Wyznaje, że zawsze swobodnie mógł fotografować papieża. Nikt go nigdy nie ograniczał. Zdarzały się jednak fotografie robione przez łzy. – W czasie jednej z pielgrzymek z Janem Pawłem II wszedłem do leprozorium. Już po chwili miałem ochotę stamtąd uciec, tak bardzo śmierdziały ciała trędowatych. A Ojciec Święty każdego z tych ludzi po kolei całował i przytulał. Płakałem i robiłem zdjęcia.
Nieraz emocje czy wzruszenie brały górę, ale pstrykałem dalej, bo takie było moje zadanie i tego oczekiwał ode mnie papież – mówi wzruszony Arturo. Wspomina, jak w Peru, kiedy Ojciec Święty przemawiał, pewien ubogi człowiek mu przerwał. Podbiegł do papieża i zaczął mówić: „Ojcze Święty wszystko to są piękne słowa, ale moja sytuacja, i nie tylko moja, tu, na tej ziemi, jest kompletnie odmienna. Kiedy wrócę do domu i wezmę do ręki talerz, on będzie pusty. Co dam do jedzenia moim dzieciom?”.
Takie problemy pojawiały się często. Ojciec Święty natychmiast pytał głowy państw, co robią, by pomóc tym biednym ludziom. Sam też pomagał. – Nie zatrzymywał się przed żadnym reżimem. Tak było w Nikaragui. Na Sycylii podniósł głos przeciwko niszczącej człowieka mafii. Gdziekolwiek poszedł, zostawiał ślad. On nie bał się jednak rozwalać kolejnych murów – mówi papieski fotograf.
Dziękuję, do zobaczenia w niebie
Przyjaciele Arturo śmieją się, że jego zdjęciami można by kilkakrotnie opasać kulę ziemską. Są na nich także te ujęcia, których nigdy nie chciałby utrwalić. – Zdjęcia z zamachu na Jana Pawła II i jego pośmiertne fotografie. One kosztowały mnie najwięcej – mówi ze smutkiem.
Wspomina też niezwykłą modlitwę w papieskim apartamencie, do którego nagle wezwał go sekretarz Jana Pawła II: – Zobaczyłem przejmującą scenę. Papież klęczał na ziemi przy wózku niepełnosprawnego chłopca.
Młodzieniec był wycieńczony, ważył może 25 kg. Jego ostatnim pragnieniem było spotkać się z papieżem. Przyjaciele złożyli się na podróż. Przywieźli go z Brescii do Watykanu i bez zapowiedzi zjawili się przed Spiżową Bramą. On musi spotkać papieża – przekonywali gwardzistów. Gwardziści poinformowali ks. Stanisława, a on pozwolił im wejść.
Ojciec Święty modlił się, klęcząc przy chłopcu może kwadrans. Ten wpatrywał się w niego rozpromienionym wzrokiem. W pewnym momencie Jan Paweł II rozpiął sutannę, ściągnął łańcuszek z krzyżykiem, który miał na szyi, i udzielając błogosławieństwa, nałożył go chłopcu na szyję.
On chwycił go za rękę, ucałował ją i szeptem powiedział: “dziękuję, do zobaczenia w niebie”. Cztery dni później zmarł. Jego mama opowiedziała nam potem, że umierał spokojny.
obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy
***
Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.
z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)
Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.
Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.
Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.
papież Benedykt XVI
pixabay.com
O co chodzi w kulcie świętych?
Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.
Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.
Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.
„Żywe kamienie”
Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.
Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.
Poszukiwanie inspiracji
Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.
ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl
Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych
fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl
***
Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.
(Nie) modlimy się do świętych!
To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.
Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.
No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.
Latria i dulia – dwie różne modlitwy
Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.
Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.
W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.
Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.
Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu
Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.
Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.
Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem
Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.
Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.
Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?
Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.
Malarskie wizje świętości
Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.
W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.
W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.
Wytyczne prawa kanonizacyjnego
W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.
Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Pochodnie na Bożych ścieżkach
Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.
Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:
“Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień, Którym rozświetlasz noc, A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.
Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.
Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.
Inigo Lopez urodził się w roku 1491 na zamku w Loyola w kraju Basków (Hiszpania), jako trzynaste dziecko w zamożnym rycerskim rodzie. O jego wczesnej młodości mało wiemy. Otrzymał staranne wychowanie. Był paziem ministra skarbu króla hiszpańskiego, następnie służył jako oficer w wojsku wicekróla Nawarry. Nosił długie włosy, spadające mu aż do ramion, różnobarwne spodnie i kolorową czapkę. Publicznie najchętniej pojawiał się w pancerzu rycerza, nosząc miecz, sztylet i oręż wszelkiego rodzaju. Kiedy po latach opowiadał współbraciom o swoim życiu, wyznał, że do 30-tego roku życia oddawał się marnościom świata, że z próżnej żądzy sławy jego największą rozkoszą były ćwiczenia rycerskie. W czasie walk hiszpańsko-francuskich znalazł się w oblężonej Pampelunie. Zraniony poważnie w 1521 r. przez kulę armatnią w prawą nogę, został przewieziony do rodzinnego zamku. Długie miesiące rekonwalescencji były dla niego okresem łaski i gruntownej przemiany. Dla skrócenia czasu prosił o powieści rycerskie, ale na zamku ich nie było. Podano mu więc książkę znaną w całym średniowieczu, którą napisał bł. Jakub de Voragine – Złotą legendę. Bratowa podała mu ponadto Życie Jezusa Ludolfa de Saksa. Gdy tylko Inigo wyzdrowiał (chociaż na nogę kulał całe życie), opuścił rodzinny zamek i udał się do pobliskiego sanktuarium maryjnego, Montserrat. Zdumionemu żebrakowi oddał swój kosztowny strój rycerski. Przed cudownym wizerunkiem Maryi złożył swoją broń. Stąd udał się do Manrezy, gdzie zamieszkał w celi, użyczonej mu przez dominikanów. I tu jednak wydawało mu się, że ma za wiele wygód. Dlatego zamieszkał w jednej z licznych grot. Aby zdławić w sobie starego, próżnego, ambitnego człowieka, nie golił się ani nie strzygł, pościł codziennie i biczował się, nie obcinał paznokci, nie nakrywał głowy. Codziennie bywał u dominikanów na Mszy świętej. Oddawał się modlitwie i rozważaniu Męki Pańskiej. Szatan dręczył go gwałtownymi pokusami aż do myśli o samobójstwie. W takich zmaganiach powstał szkic jego najważniejszego dzieła, jakim są Ćwiczenia duchowne. Formę ostateczną otrzymały one dopiero w 1540 roku. Były więc owocem 19 lat przemyśleń i kontemplacji. Pragnąc nawiedzenia Ziemi Świętej i męczeństwa z rąk Turków, Ignacy zupełnie wyczerpany z sił, po prawie rocznym pobycie w Manrezie, przez Rzym i Wenecję udał się w pielgrzymkę. Żył z użebranych pieniędzy i czynionych po drodze przysług. W 1523 r. dotarł szczęśliwie do celu. Chciał tam pozostać do końca życia, dopiero w wyniku nalegań tamtejszego legata papieskiego wrócił do kraju. W drodze był dwukrotnie więziony pod zarzutem szpiegostwa. Po długiej podróży powrócił do Barcelony, gdzie przez dwa lata uczył się języka łacińskiego. Nie wstydził się zasiadać w ławie szkolnej z dziećmi, chociaż miał już wówczas 34 lata. Potem udał się do Alkala, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię. Wolny czas poświęcał nauczaniu prawd wiary prostych ludzi. Mieszkał w szpitalu i utrzymywał się za posługę oddawaną chorym. Jego żebraczy strój i niezwykły tryb życia wzbudziły u niektórych nadgorliwców podejrzenie, czy przypadkiem Ignacy nie należy do sekty alumbrado, która w tym czasie niepokoiła w Hiszpanii władze kościelne. Dostał się nawet do więzienia, które było w posiadaniu Świętej Inkwizycji. Po uwolnieniu z niego podążył do Salamanki, by na tamtejszym uniwersytecie kontynuować swoje studia (1527). I tu inkwizycja go zauważyła – ponownie trafił do więzienia. Przykre przesłuchania zniósł z radością dla Pana Jezusa. Po uwolnieniu z więzienia, w którym był kilka tygodni, powrócił do Barcelony, a stąd udał się do Paryża (1528). Miał już wówczas 37 lat. Utrzymywał się znów z żebraniny. Dla uzbierania koniecznych opłat w wolnych miesiącach udał się w charakterze żebraka do Belgii i Anglii.
Na uniwersytecie paryskim Ignacy zapoznał się i zaprzyjaźnił ze św. Piotrem Faberem i ze św. Franciszkiem Ksawerym. Do ich trójki dołączyli niebawem Jakub Laynez, Alfons Salmeron, Mikołaj Bobadilla, Szymon Rodriguez i Hieronim Nadal. Wszyscy zebrali się rankiem 15 sierpnia 1534 roku w kapliczce na zboczu wzgórza Montmartre i tam w czasie Mszy świętej, odprawionej przez Piotra Fabera, który miesiąc wcześniej otrzymał święcenia kapłańskie, złożyli śluby ubóstwa, czystości oraz wierności Kościołowi, a zwłaszcza Ojcu Świętemu. W ten sposób powstał nowy zakon, zwany Towarzystwem Jezusowym. Wszyscy skierowali swoje kroki do Wenecji, by stamtąd odpłynąć do Ziemi Świętej, nawracać niewiernych i z ich ręki ponieść śmierć męczeńską. Do pielgrzymki jednak nie doszło, gdyż Turcja prowadziła właśnie wojnę z Wenecją. Udali się więc do Rzymu, aby przedstawić się papieżowi i oddać się do jego dyspozycji. Paweł III przyjął ich życzliwie. Korzystając z jego zachęty, wszyscy przyjęli święcenia kapłańskie (1536), oddali się posłudze chorym w szpitalach i nauczaniu prawd wiary wśród dzieci. Papież polecił, by Ignacy nakreślił szkic konstytucji nowego zakonu. Ignacy uczynił to pod nazwą Formuła Instytutu. Papież po przejrzeniu jej zażądał, by napisać całe konstytucje. Po wielu przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku.
Liczba członków Towarzystwa bardzo szybko rosła. Już w roku następnym (1541) św. Franciszek Ksawery został zaproszony do Indii. W tym samym czasie św. Piotr Faber głosił słowo Boże w północnych Włoszech, w południowej Francji i w Hiszpanii. W roku 1541 zebrała się pierwsza kapituła generalna. Przełożonym generalnym jednogłośnie został wybrany Ignacy. W tym samym roku papież oddał jezuitom do dyspozycji kościół w Rzymie pw. Matki Bożej della Strada (Patronki w drodze). W roku 1542 jezuici założyli w Coimbrze (Portugalia) słynne kolegium, które miało się stać zawiązką uniwersytetu. W 1550 r. do zakonu zgłosił się sam wicekról Katalonii, książę Gandii, św. Franciszek Borgiasz. Przez ostatnich 16 lat życia Ignacy był przykuty do swojego biurka i rzadko opuszczał progi domu generalnego swego zakonu, by być zawsze do dyspozycji duchowych synów. Nękany różnymi chorobami i dolegliwościami, 30 lipca 1556 roku zapowiedział swoją śmierć i poprosił o udzielenie mu odpustu papieskiego. Współbracia zdziwili się. Kiedy zaś przypuszczali, że mu jest lepiej, po wieczerzy odeszli od jego łoża. Gdy jednak powrócili dnia następnego, Ignacy był już w agonii i zmarł na ich rękach 31 lipca 1556 r. Pozostawił po sobie 7 tysięcy listów, zawierających nieraz cenne pouczenia duchowe, Opowiadanie pielgrzyma oraz Dziennik duchowy – świadectwo mistyki ignacjańskiej. W ewolucji chrześcijańskiej duchowości szczególne znaczenie mają Konstytucje zakonu, w których zniósł obowiązek wspólnego odmawiania oficjum, przestrzegania reguły klasztornej, nakazując w zamian praktykowanie codziennej modlitwy myślnej, a liturgię wskazując jako źródło życia duchowego. Szczególnie obfity owoc wydają do dziś Ćwiczenia duchowe – pierwowzór rekolekcji. W swoim nauczaniu Ignacy przypominał, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem.
Beatyfikacji Ignacego Loyoli dokonał papież Paweł V (w 1609 r.), a kanonizacji – Grzegorz XV (w 1623 r.). Św. Ignacy jest patronem trzech diecezji w kraju Basków; zakonu jezuitów; dzieci, matek oczekujących dziecka, kuszonych, skrupulantów, żołnierzy oraz uczestników rekolekcji – zarówno rekolektantów, jak i rekolekcjonistów. Jego relikwie spoczywają w rzymskim kościele di Gesu.Zakon jezuitów odegrał szczególną rolę także w Polsce. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka i św. Andrzej Bobola – patroni Polski, św. Melchior Grodziecki oraz Jakub Wujek (tłumacz pierwszej drukowanej “Biblii” w Polsce), Piotr Skarga Pawęski (wybitny kaznodzieja), Maciej Sarbiewski (poeta zwany polskim Horacym), Franciszek Bohomolec (ojciec komedii polskiej), Adam Naruszewicz (biskup, historyk, poeta), Franciszek Kniaźnin (poeta), Jan Woronicz (arcybiskup, prymas Królestwa Polskiego, poeta), Grzegorz Piramowicz (sekretarz Komisji Edukacji Narodowej) i bł. Jan Beyzym (apostoł trędowatych na Madagaskarze).W ikonografii św. Ignacy przedstawiany jest w sutannie i birecie lub w stroju liturgicznym z imieniem IHS na piersiach, niekiedy w stroju rycerskim i w szatach pielgrzyma. Jego atrybutami są: księga; globus, który popycha nogą; monogram Chrystusa – IHS; napis AMDG – Ad maiorem Dei gloriam – “Na większą chwałę Boga”; krucyfiks, łzy, serce w promieniach, smok, sztandar, zbroja.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
30 lipca
Błogosławieni męczennicy Brauliusz Maria Corres i Fryderyk Rubio, prezbiterzy, i Towarzysze
W czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 r. zginęło 98 bonifratrów. Opiekowali się oni chorymi i opuszczonymi. Dla milicji wystarczyło, że byli zakonnikami i że nie chcieli wyrzec się swojej wiary, aby móc ich wymordować. Siedemdziesięciu jeden z nich beatyfikował św. Jan Paweł II w dniu 25 października 1992 r. (wraz z 51 innymi męczennikami z Barbastro).Rankiem 25 lipca 1936 r. milicjanci wkroczyli do domu formacyjnego bonifratrów w Talavera de la Reina (w prowincji Toledo). Po południu rozstrzelali czterech zakonników, m.in. ojca Fryderyka (Karola) Rubio Alvareza, kapelana domu. Kilka dni później, 29 lipca, w Esplugentes pod Barceloną zginął kolejny zakonnik. W Calafell (nieopodal Tarragony) bonifratrzy prowadzili szpital, mieli tam też swój nowicjat. 23 lipca 1936 r. wtargnęli tam milicjanci, którzy zmusili zakonników do zdjęcia habitów i zabronili im spełniania jakichkolwiek praktyk religijnych. Zapowiedzieli równocześnie, że 30 lipca darują im wolność. Zakonnicy od razu wyczuli, że w tym dniu czeka ich śmierć. I rzeczywiście tak się stało. Rankiem kapelan wspólnoty odprawił jeszcze potajemnie Mszę św. dla zakonników i nowicjuszy jako pokrzepienie na męczeństwo. Po południu wywieziono piętnastu z nich na peryferie i rozstrzelano. Zginął wtedy m.in. ojciec Brauliusz Maria (Paweł) Corres Diaz de Cerio, który od pięciu lat był w Calafell mistrzem nowicjuszy i kapelanem. 4 sierpnia 1936 r. zamordowany został brat Gonsalwus, który posługiwał w hospicjum św. Rafała w Madrycie. W klasztorze w Ciempozuelos (prowincja madrycka) odbywało formację zakonną i zawodową także siedmiu bonifratrów z Kolumbii. Gdy rozgorzała wojna domowa, mieli z polecenia przełożonych wrócić do swego kraju. Z koniecznymi dokumentami wyruszyli z Madrytu do Barcelony, aby tam wsiąść na statek. Zostali jednak aresztowani i 9 sierpnia rozstrzelani w Barcelonie; są pierwszymi beatyfikowanymi Kolumbijczykami. W sierpniu zginęli jeszcze dwaj bonifratrzy w podmadryckiej miejscowości Valdemoro. 1 września rewolucyjni milicjanci aresztowali wszystkich dwunastu zakonników opiekujących się chorymi w Carabanchel Alto. Po kilku godzinach zamordowano ich pod Madrytem. Ginęli z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król! W lipcu aresztowano zakonników posługujących w hospicjum psychiatrycznym w Ciempozuelos (Madryt). Osadzono ich w więzieniu San Anton i na różne sposoby dręczono. Gdy szli na rozstrzelanie, pozdrawiali się słowami: “Do zobaczenia w niebie”. Piętnastu z nich zginęło 28 listopada w podmadryckiej miejscowości Paracuellos del Jarama. Dwa dni później w tej samej miejscowości zginęło kolejnych sześciu bonifratrów. Ostatni z beatyfikowanych w 1992 r. zakonników z tego zakonu zginął w Barcelonie w dniu 14 grudnia 1936 r.
Marta pochodziła z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o ok. 3 km drogi (dzisiaj Al Azarija). Była siostrą Marii i Łazarza, których Chrystus darzył swą przyjaźnią. Wiele razy gościła Go w swoim domu. Św. Łukasz opisuje szczegółowo jedno ze spotkań (Łk 10, 38-42). Martę wspomina w Ewangelii św. Jan, odnotowując wskrzeszenie Łazarza. Wyznała ona wtedy wiarę w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (J 11, 1-45). Ewangelista Jan opisuje także wizytę Jezusa u Łazarza na sześć dni przed wieczerzą paschalną, gdzie posługiwała Marta (J 12, 1-11). Właśnie z Betanii Jezus wyruszył triumfalnie na osiołku do Jerozolimy w Niedzielę Palmową (Mk 11, 1). Wreszcie w pobliżu Betanii Pan Jezus wstąpił z Góry Oliwnej do nieba (Łk 24, 50).
Na Wschodzie cześć św. Marty datuje się od wieku V, na Zachodzie – od wieku VIII. Już w wieku VI istniała w Betanii bazylika na miejscu, gdzie miał stać dom Łazarza i jego sióstr. Św. Marta jest patronką gospodyń domowych, hotelarzy, kucharek, sprzątaczek i właścicieli zajazdów. Legenda prowansalska głosi, że po wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i tak puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy wylądowali szczęśliwie u wybrzeży Francji, niedaleko Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyła w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutowała w niedalekiej pustelni.
W ikonografii św. Marta przedstawiana jest w skromnej szacie z pękiem kluczy za pasem, czasami we wspaniałej sukni z koroną na głowie. Często pojawia się na obrazach również z siostrą, św. Marią. Są prezentacje, w których prowadzi smoka na pasku lub kropi go kropidłem. Nawiązują one do legendy, iż pokonała potwora Taraska. Jej atrybutami są: drewniana łyżka, sztućce, księga, naczynie, różaniec.
Maria była siostrą Marty i Łazarza. Uwierzyła w Chrystusa jeszcze przed wskrzeszeniem brata (J 11, 1-44). Była tą kobietą, która według słów Jezusa “wybrała dobrą cząstkę” (Łk 10, 42), słuchając słów Zbawiciela. To ona namaściła Jego nogi drogocenną maścią nardową (J 12, 3). Według Tradycji Maria i Marta były w gronie niewiast, które pospieszyły do grobu Jezusa z wonnościami. Po męczeńskiej śmierci archidiakona Stefana i rozpoczęciu w Jerozolimie prześladowania wyznawców Chrystusa, Żydzi wygnali sprawiedliwego Łazarza. Siostry opuściły Palestynę wraz z bratem i pomagały mu głosić Ewangelię w różnych krainach.
Łazarza znamy go z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44; 12, 1-11) jako brata Marii i Marty. Gdy z obawy przed Żydami Jezus przebywał w Zajordanii, dotarła do niego wiadomość o śmierci Łazarza. Powrócił wtedy – po odczekaniu – do Judei i udał się do Betanii. Św. Jan Ewangelista szczegółowo opisuje scenę Jego spotkania z siostrami i dialog z Martą, a następnie głębokie wzruszenie Jezusa i wskrzeszenie Łazarza. Dowiadujemy się także o reakcji Żydów, którzy nie mogli zaprzeczyć faktom, ale jeszcze bardziej znienawidzili Jezusa. Ta niechęć dotknęła także Łazarza. Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11). Milczenie ewangelii o dalszych losach Łazarza uzupełnili anonimowi pisarze chrześcijańscy. Na Wschodzie najbardziej znana była legenda, która uczyniła Łazarza biskupem Cypru i tam umieściła jego – drugi – grób. Pewną rolę w rozwoju kultu odegrała też tzw. niedziela Łazarza, jedna z ostatnich niedziel Wielkiego Postu, w którą odczytywano ewangelię o jego wskrzeszeniu i dokonywano skrutynium przed dopuszczeniem do chrztu. Na Zachodzie w cyklu legend prowansalskich i burgundzkich pojawiła się w dość późnym średniowieczu opowieść o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta. Inne opowiadania wskazują na Autun i Avallon jako miejsca złożenia jego relikwii. Równie rozbieżne były daty wspomnień liturgicznych Łazarza. W kalendarzach spotykano je m.in. pod dniem 17 grudnia, 4 maja, 17 czerwca, 16 lub 17 października.W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.
Józef Makhluf urodził się 8 maja 1828 r. w Beka Kafra, małej wiosce położonej wysoko w górach Libanu. Był synem ubogiego wieśniaka. Nauki pobierał w szkółce, która funkcjonowała dosłownie pod drzewami. W 1851 r. wstąpił do maronickich antonianów (baladytów). Przebywał najpierw w Maifuq, potem w Annaya, w klasztorze pod wezwaniem św. Marona (Mar Maroun). Składając śluby zakonne, przybrał imię Szarbela (Sarbela, Sarbeliusza), męczennika z Edessy. W 1859 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Powrócił wówczas do klasztoru św. Marona i przebywał tam przez następne szesnaście lat. W 1875 r. za przyzwoleniem przełożonych udał się do górskiej samotni. Spędził w niej 23 lata, które wypełnił pracą, umartwieniami i kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Zmarł 24 grudnia 1898 r. Bez zwłoki otoczyła go cześć świadczona świętym Pańskim oraz sława cudów. Do grobu Abuna Szarbela ciągnęli nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Wielu fascynowało także to, że ciało świętego mnicha nie ulegało jakiemukolwiek zepsuciu.
Szarbela beatyfikował w ostatnich dniach Soboru Watykańskiego II, 5 grudnia 1965 r., papież Paweł VI. Mówił wtedy: “Eremita z gór Libanu zaliczony zostaje do grona błogosławionych. To pierwszy wyznawca pochodzący ze Wschodu, którego umieszczamy wśród błogosławionych według reguł obowiązujących aktualnie w Kościele katolickim. Symbol jedności Wschodu i Zachodu! Znak zjednoczenia, jakie istnieje między chrześcijanami całego świata! Jego przykład i wstawiennictwo są dzisiaj bardziej konieczne, niż były kiedykolwiek. (…) Właśnie ten błogosławiony zakonnik z Annaya powinien służyć nam za wzór, ukazując nam absolutną konieczność modlitwy, praktykowania cnót ukrytych i umartwiania siebie. Kościół bowiem wykorzystuje również dla celów apostolskich ośrodki życia kontemplacyjnego, gdzie wznoszą się do Boga, z zapałem, który nigdy nie stygnie, uwielbienie i modlitwa”. Ten sam papież kanonizował Szarbela 9 października 1977 r.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
27 lipca
Błogosławiona Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego (Helena Staszewska), zakonnica i męczennica
Helena Staszewska urodziła się w 1890 r. w Złoczewie koło Kalisza. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie – miała 12 rodzeństwa. Naukę rozpoczęła w Wieluniu, następnie uczyła się w Kaliszu i Piotrkowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła pracę w Sulejówku. W czasie I wojny światowej zmarł jej ojciec, a niedługo potem także i matka. Po ich śmierci musiała zająć się wychowaniem młodszego rodzeństwa. Pracowała jako nauczycielka. W wieku 31 lat wstąpiła do Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Krakowie. Wraz z nią do urszulanek wstąpiły też jej dwie siostry. Sześć miesięcy później otrzymała imię Marii Klemensy od Jezusa Ukrzyżowanego i przyjęła habit zakonny. Po złożeniu ślubów pracowała m.in. w szkole powszechnej urszulanek w Krakowie. Prowadziła także Krucjatę i założyła Sodalicję Mariańską w Sierczy koło Krakowa. Organizowała comiesięczne spotkania, na których czytano prasę katolickę, uczyła dziewczęta sztuki wypowiadania się. Doprowadziła też do uruchomienia ochronki, do której zapisało się ok. 50 dzieci. W czasie swego 22-letniego pobytu w zakonie pełniła wiele funkcji i spełniała różne obowiązki. Była między innymi zastępczynią przełożonej w klasztorach: w Sierczy, Zakopanem i Stanisławowie. Była także przełożoną w Częstochowie, Gdyni i Rokicinach Podhalańskich. W tej ostatniej miejscowości znalazła się 15 sierpnia 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej. Już 1 września została zmuszona, by wraz ze swoimi siostrami opuścić klasztor. Następnego dnia udały się do Krakowa, skąd do Rokicin powróciły w połowie września, już po nadejściu wojsk niemieckich. Siostry zaangażowały się w pomoc potrzebującym, których było coraz więcej. W lipcu 1940 r. w klasztorze po raz pierwszy pojawiło się gestapo, aby zastraszyć i zniechęcić siostry. Od 1941 r. siostry zaczęły przyjmować w klasztorze zagrożone gruźlicą dzieci warszawskie. Były wśród nich również dzieci żydowskie, ukrywane przez urszulanki. Przez dom zakonny przewijało się też wielu uciekinierów i tułaczy, Polaków i Żydów. Nikomu nie odmawiano pomocy. 26 stycznia 1943 r. Niemcy weszli do klasztoru i aresztowali przełożoną, matkę Marię Klemensę. Pozwolono jej tylko uklęknąć w kaplicy i zmówić “Pod Twoją obronę”. Przez miesiąc przetrzymywano ją w miejscowym areszcie, po czym 26 lutego 1943 r. przewieziono ją do osławionego więzienia na Montelupich w Krakowie. Po kilku dniach znalazła się w transporcie do Auschwitz; tam otrzymała numer 38102. Od początku pobytu w obozie chorowała i cierpiała. Z trudem trzymała się na nogach. Niebawem słaby organizm zaatakował panoszący się w tym obozie koncentracyjnym tyfus. Zmarła z tego powodu 27 lipca 1943 r. 13 czerwca 1999 r. w Warszawie papież św. Jan Paweł II beatyfikował 108 męczenników Kościoła z okresu II wojny światowej. W ich gronie znalazła się też Maria Klemensa Staszewska od Jezusa Ukrzyżowanego, urszulanka Unii Rzymskiej.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
26 lipca
Święci Anna i Joachim, rodzice Najświętszej Maryi Panny
Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję.
Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy. Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.
Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny z Galilei. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom. Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.
Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej Córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, rodzice oddali swą Jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy Maryja miała 3 lata, oddano Ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505). Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).
Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził go w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Wspomnienie obchodzono w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że należy im się szczególna cześć. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.
W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia. Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.
Wśród apostołów było dwóch Jakubów. Dla odróżnienia nazywani są Większym i Mniejszym albo też Starszym i Młodszym. Prawdopodobnie nie chodziło w tym wypadku o ich wiek, ale o kolejność przystępowania do grona Apostołów. Rozróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15, 40). Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego “aqeb”, oznaczającego “chronić” – a zatem znaczy “niech Jahwe chroni”. Etymologia ludowa tłumaczy to imię jako “pięta”. Według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak Ezawa, miał go trzymać za piętę (Rdz 25, 26). Św. Jakub Większy jest tym, który jest wymieniany w spisie Apostołów wcześniej – był powołany przez Jezusa, razem ze swym bratem Janem, jako jeden z Jego pierwszych uczniów (Mt 4, 21-22): święci Mateusz i Łukasz wymieniają go na trzecim miejscu, a święty Marek na drugim. Jakub i jego brat Jan byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może pochodzili z Betsaidy, podobnie jak święci Piotr, Andrzej i Filip (J 1, 44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub “byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5, 10). Matką Jana i Jakuba była Salome, która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15, 40; Mt 27, 56).Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata, Jana (J 1, 37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb. Wspomina o tym św. Łukasz (Łk 5, 1-11), dodając nowy szczegół – że było to po pierwszym cudownym połowie ryb. Jakub należał do uprzywilejowanych uczniów Pana Jezusa, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5, 37; Łk 8, 51), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1nn; Mk 9, 1; Łk 9, 28) oraz modlitwy w Ogrójcu (Mt 26, 37). Żywe usposobienie Jakuba i Jana sprawiło, że Jezus nazwał ich “synami gromu” (Mk 3, 17). Chcieli bowiem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9, 55-56). Jakub był wśród uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13, 3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 21, 2). Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów – jest to bardzo dużo.
Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1, 13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: “W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12, 1-2). Jakuba stracono w 44 r. bez procesu – zapewne po to, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale ścięto go w więzieniu. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym tak dalece go wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to sam natychmiast poniósł śmierć męczeńską. Jakub był pierwszym wśród Apostołów, a drugim po św. Szczepanie, męczennikiem Kościoła (zgodnie z przepowiednią Chrystusa – Mk 10, 39). W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub udał się zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Do dziś św. Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii i Portugalii.
Według tradycji, w VII wieku relikwie św. Jakuba miały zostać sprowadzone z Jerozolimy do Compostelli w Hiszpanii. Nazwa Compostella ma się wywodzić od łacińskich słów Campus stellae (Pole gwiazdy), bowiem relikwie Świętego, przywiezione najpierw do miasta Iria, zaginęły – dopiero w IX w. miał je odnaleźć biskup, prowadzony cudowną gwiazdą. Hiszpańska nazwa Santiago znaczy zaś po polsku “święty Jakub”. Te dwie nazwy łączy się w jedno, stąd nazwa miasta brzmi dziś Santiago de Compostella. Do dziś znajduje się tam grób św. Jakuba. W wiekach średnich po Ziemi Świętej i Rzymie było to trzecie sanktuarium chrześcijaństwa. W katedrze genueńskiej oglądać można artystyczny relikwiarz ręki św. Jakuba, wystawiany na pokaz podczas rzadkich okazji. Święty jest patronem Hiszpanii i Portugalii; ponadto m. in. zakonów rycerskich walczących z islamem, czapników, hospicjów, szpitali, kapeluszników, pielgrzymów, sierot.W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest jako starzec o silnej budowie ciała w długiej tunice i w płaszczu lub jako pielgrzym w miękkim kapeluszu z szerokim rondem. Jego atrybutami są: bukłak, kij pielgrzyma, księga, miecz, muszla, torba, turban turecki, zwój.
Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr, wśród nich były św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką. O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie. W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletność obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin. Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski coraz bliżej. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa (18 marca 1241 r.) uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo (11 kwietnia 1241 r.). Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Wódz tatarski Batu-chan stanął w Krakowie w Niedzielę Palmową, 24 marca; stąd Tatarzy ruszyli na Śląsk. Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamek w Krakowie, jak też w Sandomierzu, Tatarzy zupełnie zniszczyli, tak że się nie nadawał do zamieszkania, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. Dlatego historia nadała Bolesławowi przydomek “Wstydliwy”. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat. Wtedy także zapewne Kinga wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co Szajnocha przeliczył na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma. Kinga w tym czasie zapewne kilka razy odwiedzała rodzinne Węgry. Sprowadziła stamtąd do Polski górników, którzy dokonali pierwszego odkrycia złoży soli w Bochni (1251). Stąd powstała piękna legenda o cudownym odkryciu soli. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku i w Łącku. Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, gdzie im wystawiono kościół i klasztor. W Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pozwolił i dopomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa (1253). To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją. 7 grudnia 1279 r. umarł w Krakowie książę Bolesław Wstydliwy. Długosz wspomina, że biskup krakowski Paweł i niektórzy z panów zaofiarowali Kindze rządy. Kiedy Kinga poczuła się wolna, postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea, która w tym czasie założyła w Zawichoście pierwszy ich klasztor, w roku 1259 przeniesiony do Skały. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach, w 1284 r., ostatecznie doszło do zgody. Kinga wstąpiła do tego klasztoru już wcześniej (1279), zaraz po śmierci męża. Prawdopodobnie nie zajmowała w klasztorze żadnych urzędów. Jej staraniem była budowa i troska o jego byt materialny. Welon zakonny otrzymała z rąk biskupa Pawła. Jednak śluby zakonne złożyła dopiero, jak to wynika ze szczęśliwie zachowanego dokumentu, 24 kwietnia 1289 roku. Spędziła w Starym Sączu 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263.
Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII. Dokonano jej po długim procesie kanonicznym dnia 10 czerwca 1690 r. Dekrety, wydane przez papieża Urbana VIII (1623-1644), zalecały w sprawach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jak najdalej posuniętą ostrożność i surowość. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kult bł. Kingi znacznie wzrósł po jej beatyfikacji. Benedykt XIII przyznał jej tytuł patronki Polski i Litwy (31 sierpnia 1715 r.). Jest także patronką diecezji tarnowskiej. Kanonizacji Kingi dokonał św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. Mówił wtedy między innymi: “Mury starosądeckiego klasztoru, któremu początek dała św. Kinga i w którym dokonała swego życia, zdają się dziś dawać świadectwo o tym, jak bardzo ceniła czystość i dziewictwo, słusznie upatrując w tym stanie niezwykły dar, dzięki któremu człowiek w sposób szczególny doświadcza własnej wolności. Tę zaś wewnętrzną wolność może uczynić miejscem spotkania z Chrystusem i z człowiekiem na drogach świętości. U stóp tego klasztoru, wraz ze św. Kingą proszę szczególnie was, ludzie młodzi: brońcie tej swojej wewnętrznej wolności! Niech fałszywy wstyd nie odwodzi was od pielęgnowania czystości! A młodzieńcy i dziewczęta, których Chrystus wzywa do zachowania dziewictwa na całe życie, niech wiedzą, że jest to uprzywilejowany stan, przez który najwyraźniej przejawia się działanie mocy Ducha Świętego”.W ikonografii przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli, bywa w niej pierścień.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
23 lipca
Święta Brygida Szwedzka, zakonnica, patronka Europy
Brygida urodziła się w 1303 r. na zamku w Finstad koło Uppsali. Jej rodzina była spokrewniona z dynastią królewską w Szwecji. Rodzina ta była bardzo religijna. Ojciec co tydzień przystępował do sakramentów pokuty i Eucharystii. Odbył także podróż do Hiszpanii na grób św. Jakuba w Compostelli. Według żywotów Brygida miała od dziecka cieszyć się oznakami szczególnej przyjaźni Pana Jezusa. Kiedy miała 7 lat, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna i złożyła na jej głowie tajemniczą koronę. Trzy lata później zjawił się jej Chrystus na krzyżu. Na widok męki Pana Jezusa Brygida miała zawołać: “O, mój kochany Panie! Kto Ci to zrobił? Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!” Kiedy Brygida miała 12 lat, zmarła jej matka (1314). Ojciec oddał kapłanom sumę 200 marek w złocie, co było dużym majątkiem, prosząc, by modlili się o spokój duszy dla małżonki. Po śmierci żony wziął rodzeństwo Brygidy – Katarzynę i Izraela – na swój zamek, a Brygidę oddał na wychowanie do wujenki na zamku w Aspanas. Surowy tryb życia, jaki na zamku wprowadziła wujenka, odpowiadał Brygidzie, która chciała cała należeć do Chrystusa. Wbrew swojej woli Brygida została wydana w czternastym roku życia za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gotmarssona. Po ślubie przeniosła się na zamek męża (1316). Chociaż utratę dziewictwa opłakiwała rzewnymi łzami, umiała w swoim małżeństwie dostrzec wolę Bożą i starała się być dla męża najlepszą żoną. Trafiła też na dobrego człowieka. Dlatego żyli szczęśliwie razem 28 lat (1316-1344). Pałac Brygidy należał do najświetniejszych w kraju. Było w nim zawsze rojno od gości. Brygida dbała o to, by wszyscy wchodzący w jej progi czuli się dobrze. Kierowała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała wszakże na żadne pohulanki i zbyt swobodne zachowania. Szczególnie jednak była oddana mężowi, okazując mu przywiązanie i wprost matczyną opiekę. Dała mu 4 synów i 4 córki: Martę (1319), Karola (1321), Birgera (1323), Benedykta (1326), Gutmara (1327), św. Katarzynę Szwedzką (1330), Ingeborgę (1332) i Cecylię (1334). Na wychowawców dla swoich dzieci dobierała pedagogów o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Każde dziecko miało inny charakter. Trzeba było ze strony matki wiele subtelności, by uszanować ich osobowość, a nie dopuścić do wypaczenia ich charakterów, bowiem mąż był często poza domem, zajęty sprawami publicznymi. Nie zaniedbała wszakże Brygida wśród tak licznych zajęć rodzinnych troski o własną duszę. Jej kierownikiem duchowym był uczony wiceprzeor cystersów, Piotr Olafsson. Na jej prośbę jeden z kanoników katedry, Maciej, przetłumaczył Pismo święte na język szwedzki, by Brygida mogła w nim się rozczytywać. Na jej życzenie kanonik ten ułożył również komentarze do Pisma świętego. W 1332 roku Brygida została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. Korzystając z osobistego majątku, jak też z majątku króla, nad którym otrzymała zaszczytny zarząd, hojnie wspierała kościoły, klasztory i ubogich. W 1339 roku utraciła nieletniego syna. Dla uproszenia błogosławieństwa Bożego dla całej rodziny udała się z pielgrzymką na grób św. Olafa (+ 1030). Tradycją w domu były pielgrzymki do Compostelli. I Brygida wraz z mężem udała się na grób św. Jakuba Apostoła (1342). Pielgrzymka trwała rok. Towarzyszył im spowiednik, cysters Svenung, który później opisał całą podróż. Po powrocie z pielgrzymki Ulf wstąpił do cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w lutym 1344 r. Brygida była wolna.
Postanowiła oddać się wyłącznie służbie Bożej i pełnieniu dobrych uczynków. Długie godziny poświęcała modlitwie. Mnożyła akty umartwienia i pokuty. Naglona objawieniami, pisała listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Pana Boga. Królowi szwedzkiemu i zakonowi krzyżackiemu przepowiedziała kary Boże, które też niebawem na nich spadły. W 1352 roku wezwała papieża Innocentego VI, aby powrócił do Rzymu. To samo wezwanie skierowała w imieniu Chrystusa do jego następcy, bł. Urbana V, który też w 1367 roku faktycznie do Rzymu powrócił. Kiedy zaś papież, zniechęcony zamieszkami w Rzymie, powrócił do Awinionu, przepowiedziała mu rychłą śmierć, co się niebawem sprawdziło (+ 1370). Niemniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Była hojną dla fundacji kościelnych i charytatywnych. Dom jej stał zawsze otworem dla potrzebujących. Z poparciem króla, który na ten cel ofiarował posiadłość w Vadstena, i za zezwoleniem Stolicy Świętej, Brygida założyła nową rodzinę zakonną pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela, zwaną często “brygidkami”. Jej córka, św. Katarzyna Szwedzka, w roku 1374 została jego pierwszą opatką. W roku 1349 Brygida udała się przez Pomorze, Niemcy, Austrię i Szwajcarię do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego 1350. Chodziło jej również o zatwierdzenie reguł swojego zakonu. W Rzymie założyła klasztor swojego zakonu. Korzystając ze swojej obecności w Italii, Brygida przewędrowała wraz z córką cały kraj, nawiedzając pieszo ważniejsze ówczesne sanktuaria: św. Franciszka w Asyżu, św. Antoniego w Padwie, św. Dominika Guzmana w Bolonii, św. Tomasza z Akwinu w Ortonie, św. Bartłomieja w Benevento, św. Macieja w Salerno, św. Andrzeja Apostoła w Amalfi, św. Mikołaja w Bari oraz św. Michała Archanioła na Monte Gargano. Do Rzymu powróciła dopiero w 1363 roku. W 1372 roku udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Miała wówczas 70 lat. Po powrocie do Rzymu, zmęczona podróżą, zmarła 23 lipca 1373 r., w dniu, który przepowiedziała. W jej pogrzebie wzięły udział tłumy wiernych. Był to prawdziwy hołd, jaki złożył jej Rzym. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało uzdrowionych. Jej ciało poprzez Korsykę, Styrię, Morawy i Polskę sprowadzono do Szwecji, gdzie złożono w klasztorze w Vadstena, który założyła. Dzięki staraniom córki, św. Katarzyny, została kanonizowana już w 1391 r. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. Kiedy Szwecja przeszła na protestantyzm (1595), relikwie te zaginęły bezpowrotnie.Brygida pozostawiła po sobie księgę Objawień. Wkrótce znała ją cała Europa. Była wielokrotnie przepisywana. W księdze tej św. Brygida spisała przepowiednie dotyczące Kościoła, papieży żyjących w jej czasach, losów państw i ówczesnych panujących oraz odnośnie do przyszłości wielu innych osób. Była przekonana, że pisze to, co jej dyktował Chrystus. Nawoływała do poprawy obyczajów, groziła karami Bożymi. Dzieło to miało wśród teologów sporo przeciwników. Mimo aprobaty papieży Grzegorza XI i Urbana VI, dzieła św. Brygidy były przedmiotem ataków i dyskusji nawet na soborach w Konstancji (1414-1418) i w Bazylei (1431). Brygida, jakby w przeczuciu, ile kłopotu narobi ta księga, dała ją najpierw do przejrzenia teologom. Ostatecznej aprobaty pismom św. Brygidy udzielił Kościół w akcie jej kanonizacji. 1 października 1999 r. św. Jan Paweł II listem motu proprio ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy (razem ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża). Św. Brygida jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci.
W ikonografii św. Brygida przedstawiana jest w ciemnowiśniowym habicie z czerwonym welonem, na nim korona z białego płótna z pięcioma czerwonymi znakami – symbolizującymi pięć ran Jezusa. Czasami siedzi przy pulpicie i spisuje swoje wizje. Jej atrybutami są: heraldyczny lew, korona; księga, którą pisze; ptasie pióro, pielgrzymi kapelusz, serce i krzyż.
Według biblijnej relacji Maria pochodziła z Magdali – “wieży ryb” nad Jeziorem Galilejskim, ok. 4 km na północny zachód od Tyberiady. Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (Mk 16, 9; Łk 8, 2). Odtąd włącza się ona do grona Jego słuchaczy i wraz z innymi niewiastami troszczy się o wędrujących z Nim ludzi. Po raz drugi wspominają o niej Ewangeliści pisząc, że była ona obecna podczas ukrzyżowania i śmierci Jezusa (Mk 15, 40; Mt 27, 56; J 19, 25) oraz zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Maria Magdalena była jedną z trzech niewiast, które udały się do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, ale grób znalazły pusty (J 20, 1). Kiedy Magdalena ujrzała kamień od grobu odwalony, przerażona, że Żydzi zbezcześcili ciało ukochanego Zbawiciela, wyrzucając je z grobu w niewiadome miejsce, pobiegła do Apostołów i powiadomiła ich o tym. Potem sama wróciła do grobu Pana Jezusa. Zmartwychwstały Jezus ukazał jej się jako ogrodnik (J 20, 15). Ona pierwsza powiedziała Apostołom, że Chrystus żyje (Mk 16, 10; J 20, 18). Dlatego też jest nazywana apostola Apostolorum – apostołką Apostołów, a Kościół przez długie stulecia recytował w jej święto uroczyste wyznanie wiary. Wschód i Zachód, oddając hołd Magdalenie, obchodzą jej pamiątkę tego samego dnia – 22 lipca.Nie wiemy, co św. Łukasz miał na myśli, kiedy napisał o Marii Magdalenie, że Pan Jezus wypędził z niej siedem złych duchów. Św. Grzegorz I Wielki utożsamiał Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, o której na innym miejscu pisze tenże Ewangelista (Łk 7, 36-50), jak też z Marią, siostrą Łazarza, o której pisze św. Jan, że podobnie jak jawnogrzesznica u św. Łukasza, obmyła nogi Pana Jezusa wonnymi olejkami (J 11, 2). Współcześni bibliści, idąc za pierwotną tradycją i za ojcami Kościoła na Wschodzie, uważają jednak, że imię Maria miały trzy niewiasty nie mające ze sobą bliższego związku. Dotąd tak w liturgicznych tekstach, jak też w ikonografii Marię Magdalenę zwykło się przedstawiać w roli Łukaszowej jawnogrzesznicy, myjącej nogi Pana Jezusa. Najnowsza reforma kalendarza liturgicznego wyraźnie odróżnia Marię Magdalenę od Marii, siostry Łazarza, ustanawiając ku ich czci osobne dni wspomnienia. Marię Magdalenę nieraz utożsamiano także z Marią Egipcjanką, nierządnicą (V w.), która po nawróceniu miała żyć jako pustelnica nad Jordanem. Kult św. Marii Magdaleny jest powszechny w Kościele tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Ma swoje sanktuaria, do których od wieków licznie podążają pielgrzymi. W Efezie pokazywano jej grób i bazylikę wystawioną nad nim ku jej czci. Kiedy zaś Turcy zawładnęli miastem, jej relikwie miały zostać przeniesione z Efezu do Konstantynopola za cesarza Leona Filozofa (886-912). Kiedy krzyżowcy opanowali Konstantynopol (1202-1261), mieli przenieść relikwie Marii Magdaleny do Francji, do Vezelay, gdzie do dnia dzisiejszego doznają czci. We Francji jest jeszcze jedno sanktuarium św. Marii Magdaleny, w La Saint Baume, gdzie według legendy miała mieszkać przez 30 lat w jaskini jako pustelnica i pokutnica, kiedy ją w dziurawej łódce na pełne morze wywieźli Żydzi.
Maria Magdalena jest patronką zakonów kobiecych; Prowansji, Sycylii, Neapolu; dzieci, które mają trudności z chodzeniem, fryzjerów, kobiet, osób kuszonych, ogrodników, studentów i więźniów.W ikonografii św. Maria Magdalena przedstawiana jest według tradycji, która utożsamiła ją z innymi Mariami. Ukazywana w długiej szacie z nakrytą głową; w bogatym książęcym wschodnim stroju lub jako pokutnica, której ciało osłaniają długie włosy; w malarstwie barokowym ukazywana bez odzieży lub półnago. Jej atrybutami są: dyscyplina, instrumenty muzyczne, krucyfiks, księga – znak jej misyjnej działalności, naczynie z olejkiem, kadzielnica, gałązka palmowa, czaszka, włosiennica, zwierciadło.
W gronie uczniów Jezusa występuje Maria zwana Magdaleną. Jej przydomek zwykło się tłumaczyć jako odniesienie do miasta, z którego miała pochodzić (Magdala na północno-zachodnim brzegu Jeziora Galilejskiego). Wspominają o tej uczennicy Pańskiej wszystkie cztery Ewangelie, w sumie 12 razy. Dwukrotnie (Mk 15, 40 i Łk 8, 1-3) pojawia się ona w gronie kobiet idących za Jezusem. Łukasz dodaje, że Jezus uwolnił ją od „siedmiu demonów”. Inni Ewangeliści podkreślają, że Maria była bezpośrednim świadkiem śmierci i zmartwychwstania Pana. Kiedy wraz z innymi kobietami przyszła namaścić ciało Jezusa, anioł oznajmił im wiadomość o Jego zmartwychwstaniu.
Czwarta Ewangelia, którą dziś czytamy, zachowała najpełniejszy obraz tej szczególnej uczennicy Pańskiej, która osobiście widziała Zmartwychwstałego. Teksty Nowego Testamentu nie pozwalają utożsamiać jej z nawróconą jawnogrzesznicą. Legenda ta przyjęła się w Kościołach zachodnich w średniowieczu, kiedy swobodnie łączono różne sceny ewangeliczne. Tak skojarzono Magdalenę z grzeszną kobietą, której Jezus przebaczył „liczne grzechy” (Łk 7, 47), jak też z inną kobietą „pochwyconą na cudzołóstwie” (J 8, 3). Ostatnio egzegeza feministyczna odrzuca zdecydowanie taką identyfikację i maluje nowy obraz Marii Magdaleny w oparciu o źródła pozabiblijne.
Sięgając do apokryfów gnostyckich, autorzy popularnych powieści przypisują Magdalenie znacznie większą rolę niż w kanonicznych Ewangeliach. Kreują więc wizerunek kobiety obdarzonej szczególną zdolnością widzenia rzeczywistości duchowej. Z tego powodu jej autorytet w Kościele miał być wyższy od „władzy kluczy”, którą otrzymał św. Piotr. Tak subiektywne odczytanie źródeł starożytnych pomniejsza rolę urzędu nauczycielskiego, a wywyższa nieokreślony autorytet duchowy „wyzwolonej kobiety”, której ideałem ma być Maria Magdalena. Rynek wydawniczy zalewają dziś powieści, które zupełnie zniekształcają relację Jezusa i Magdaleny.
Czwarty Ewangelista – św. Jan Apostoł zdaje się przywracać Marii Magdalenie właściwe miejsce w Kościele apostolskim. Aramejski podkład jego Ewangelii sugeruje, że przydomek Marii – Magdalena (Mariam Magdelajta) ma o wiele większe znaczenie niż tylko wskazanie na jej ziemskie pochodzenie. Otóż po aramejsku przydomek ten można tłumaczyć jako „wywyższona”, a raczej: „ta, której przywrócono wielkość”. Sens tego określenia objawia swą głębię w tajemnicy zmartwychwstania Chrystusa. Jego zwycięstwo nad śmiercią przywraca ludziom utraconą wielkość. „Każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów” – wyjaśnia św. Piotr w pierwszym czytaniu (Dz 10, 43). A św. Paweł dopowie w drugim: „Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3, 4).
ks. Antoni Tronina/TYgodnik Niedziela
***
21 lipca
Błogosławiony Franciszek Maria od Krzyża Jordan, prezbiter
Jan Chrzciciel Jordan urodził się 16 czerwca 1848 r. w Gurtweil, w pobliżu Waldshut w Badenii (Niemcy). W trzynastym roku życia, w czasie I Komunii Świętej, doświadczył szczególnej łaski, która stała się zaczynem kapłańskiego powołania. Droga do przyjęcia święceń była długa i trudna, przede wszystkim ze względu na skrajnie trudne warunki materialne rodziny. 21 lipca 1878 r., w wieku 30 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Został wysłany przez swojego biskupa do Rzymu na studia języków orientalnych pod skrzydłami Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. Szczególnie ważna okazała się jego podróż na Bliski Wschód, gdzie został wysłany w celu praktycznego doskonalenia języków. Rozpoznał tam wezwanie do założenia nowego ruchu w Kościele, poświęconego apostolstwu. Po uzyskaniu błogosławieństwa papieża Leona XIII w dniu 8 grudnia 1881 r. Jordan z dwoma towarzyszami zapoczątkował Apostolskie Towarzystwo Nauczania. Nie chciał zakładać typowego zgromadzenia zakonnego, ale raczej ruch, który zaangażuje w ewangelizację nie tylko duchownych, ale również świeckich. Władze kościelne wymagały od niego jednak przedstawienia jasnych zasad funkcjonowania. Posłuszeństwo doprowadziło w 1883 r. do przekształcenia dzieła w zgromadzenie zakonne pod nazwą Towarzystwo Boskiego Zbawiciela (salwatorianie). Jan Chrzciciel Jordan przyjął wówczas imię Franciszek Maria od Krzyża. Pięć lat później – 8 grudnia 1888 r. – wraz z Marią Teresą von Wüllenweber (bł. Marią od Apostołów) Franciszek Maria założył Kongregację Sióstr Boskiego Zbawiciela (salwatorianki). Już w 1889 r. młode zgromadzenie otrzymało propozycję od prefekta Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, aby przejąć nowo utworzoną prefekturę apostolską w Assam w Indiach. Mimo skromnych możliwości personalnych i materialnych następował dynamiczny rozwój Wspólnoty. W 1892 r. o. Jordan założył fundacje w Stanach Zjednoczonych i Austrii. W kolejnych latach powstawały misje w Ekwadorze-Kolumbii, Szwajcarii, Czechosłowacji, Brazylii, Rumunii, Belgii, Polsce i Jugosławii, Anglii i Niemczech. Współcześnie członkowie Towarzystwa Boskiego Zbawiciela głoszą Ewangelię w czterdziestu krajach. Na całym świecie działają również siostry salwatorianki oraz salwatorianie świeccy.Franciszek Maria od Krzyża Jordan zmarł 8 września 1918 r. w szwajcarskim Tafers, gdzie przebywał ze względu na kończącą się I wojnę światową. W 1956 r. jego doczesne szczątki zostały przeniesione do Rzymu i złożone w domu generalnym zgromadzenia.Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1942 r. W roku 2011 został ogłoszony dekret o heroiczności jego cnót, a 19 czerwca 2020 r. papież Franciszek zatwierdził cud za jego wstawiennictwem. Uroczystość beatyfikacji odbyła się 15 maja 2021 r. w bazylice św. Jana na Lateranie w Rzymie.
Czesław urodził się około roku 1180 w Kamieniu Opolskim. Miał być krewnym św. Jacka. Wydaje się raczej mało prawdopodobne – co przekazują legendy – że studiował w Pradze, Paryżu i Bolonii i że miał studia uwieńczyć podwójnym doktoratem z teologii i prawa kanonicznego. Wiemy tylko, że należał obok św. Jacka Odrowąża i Hermana Niemca do księży z otoczenia biskupa krakowskiego, Iwona Odrowąża. Miał zajmować stanowisko kustosza kolegiaty sandomierskiej. Gdyby tak było, wskazywałoby to na rycerskie (szlacheckie) pochodzenie Czesława, gdyż wówczas tylko takich przyjmowano do kapituły. Jako kapłan diecezjalny w 1220 lub 1221 r. wstąpił do dominikanów. Habit otrzymał z rąk samego św. Dominika. W 1222 roku przybył z innymi współbraćmi, w tym ze św. Jackiem Odrowążem, do Krakowa. Tam przyjął ich uroczyście Iwo Odrowąż w otoczeniu kleru i ludu. Pierwsi dominikanie zamieszkali w Krakowie, oddając się pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej. W roku 1225 biskup Pragi zaprosił dominikanów do stolicy Czech. Wysłano tam Czesława z kilkoma ojcami. Czesław stał się więc założycielem rodziny dominikańskiej na ziemi czeskiej. Po założeniu klasztoru w Pradze (1225) udał się do Wrocławia. Tamtejszy biskup, Wawrzyniec, powitał go niemniej ciepło, jak to w Krakowie uczynił Iwo. Dominikanie otrzymali parafialny kościół św. Wojciecha. Zachował się do dzisiaj dokument przekazania świątyni z 1 maja 1226 r. Tam Czesław pozostał jako przeor do roku 1231, kiedy to został przez kapitułę wybrany na prowincjała (1233-1236). Jako prowincjał brał udział w kapitule generalnej w Bolonii i w kanonizacji św. Dominika w Rzymie (1234). Po złożeniu urzędu pozostał nadal przeorem w klasztorze wrocławskim, aż do swojej śmierci (ok. 1242). Jan Długosz przytacza barwną legendę, jak Czesław swoją modlitwą uratował Wrocław od najazdu Tatarów i całkowitego zniszczenia w roku 1241. Kiedy miasto zostało zajęte przez najeźdźców, część wrocławian postanowiła bronić się poza murami obronnego grodu. Czesław był duszą całej obrony, podobnie jak bł. Sadok w Sandomierzu, a później ks. Augustyn Kordecki podczas oblężenia Jasnej Góry. Podanie głosi, że Czesław modlił się o ocalenie miasta wychodząc często na jego wały i zachęcając dzielnych obrońców do oporu. Gdy Wrocław wyszedł obronną ręką z tej wojennej zawieruchy, mieszkańcy przypisywali uratowanie miasta modlitwom i wstawiennictwu Czesława, którego wiara złamała siły nieprzyjacielskie. Należy to uważać raczej za legendę, gdyż Wrocław został poważnie spalony właśnie w 1241 r. przez Tatarów. W innych zaś latach Mongołowie tak daleko już nie podeszli.
Według tradycji wrocławskiej Czesław miał umrzeć 15 lipca 1242 r. Datę tę przyjmuje tradycja dominikańska. Zaraz po śmierci odbierał cześć jako święty. Nad jego grobem w kościele dominikanów we Wrocławiu wystawiono niebawem ołtarz. Cześć od dawna mu oddawaną zatwierdził papież Klemens XI 18 października 1713 roku. Ciało bł. Czesława spoczywa w dominikańskim kościele św. Wojciecha w osobnej kaplicy. Kiedy w czasie zdobywania Wrocławia w roku 1945 cały kościół legł w gruzach, zachowała się jedynie kaplica z relikwiami bł. Czesława. Jest on patronem Wrocławia.W ikonografii przedstawiany z kulą ognistą lub ze słupem ognia nad głową, który według tradycji ukazał się podczas oblężenia Wrocławia przez Tatarów. To niecodzienne zjawisko spowodowało ich odwrót. Atrybutami Błogosławionego są: krzyż misyjny, kielich, otwarta księga Ewangelii, laska pielgrzyma, lilia, monstrancja, puszka z komunikantami, różaniec.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
19 lipca
Błogosławiony Achilles Puchała, prezbiter i męczennik
Józef Puchała urodził się w 18 marca 1911 r. we wsi Kosina koło Łańcuta. Wychowywał się w średniozamożnej, rolniczej rodzinie Franciszka i Zofii z domu Olbrycht, w której pielęgnowano tradycje patriotyczne i katolickie. Miał siedmioro rodzeństwa. Miejscowy proboszcz wyczuł w nim znaki powołania i namówił rodziców do wysłania Józefa, po ukończeniu piątej klasy, do Lwowa, na naukę gimnazjalną w Małym Seminarium Misyjnym prowadzonym przez franciszkanów. W gimnazjum Józef wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej i stał się jego aktywnym członkiem. W 1927 r. został przyjęty we Lwowie do franciszkanów konwentualnych i otrzymał zakonne imię Achilles. Śluby wieczyste złożył w 1932 r., a następnie rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez rok kontynuował studia. Pracował najpierw w konwencie franciszkańskim w Grodnie, a potem w Iwieńcu. Pod koniec 1939 r. pojechał do liczącej pięć tysięcy wiernych parafii pw. św. Jerzego we wsi Pierszaje (ok. 20 km od Iwieńca), aby objąć urząd proboszcza – opuszczony w trakcie kampanii wrześniowej przez kapłana diecezjalnego. Po pięciu miesiącach otrzymał do pomocy kapłana, innego franciszkanina, o. Hermana Karola Stępnia z Wilna. Ojciec Achilles pomagał materialnie wielu rodzinom, ubogim rozdawał chleb, dzielił się tym, co miał. W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów. Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy. W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami. 19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński. Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. W jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem. Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś. O. Achilles Puchała i o. Herman Stępień zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II.
Szymon urodził się około 1438-1440 r. w Lipnicy. Znane są nam imiona jego rodziców: Grzegorz i Anna. Nie znamy natomiast ich nazwisk. Ojciec był piekarzem. Fakt wysłania Szymona na studia uniwersyteckie wskazywałby na pewną zamożność rodziców, gdyż to suponuje także ukończenie szkół niższych. Jednak zamożność ta była względna, skoro w 1454 r. Szymon wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej zaledwie 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą już i tak skromnej rocznej opłaty. Zapisał się na wydział nauk wyzwolonych (artium). Był to wydział wstępny i najliczniej obstawiony, gdyż dawał przygotowanie do trzech wydziałów pozostałych i udzielał najogólniejszych wiadomości z zakresu siedmiu nauk wyzwolonych. Akademię Krakowską Szymon ukończył w roku 1457 tytułem bakałarza. W tym samym roku wstąpił wraz z dziesięcioma swoimi kolegami akademickimi do bernardynów, których cztery lata wcześniej sprowadził do Polski i założył ich pierwszy klasztor w Krakowie św. Jan Kapistran. Niewykluczone, że Szymon widział go i słuchał osobiście, kiedy Jan przez osiem miesięcy przebywał w Krakowie na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka. Po roku nowicjatu Szymon złożył śluby zakonne (1458). W Krakowie odbywał swoje studia teologiczne i po roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie. Szymon musiał wyróżniać się cnotą, wiedzą i powagą, skoro już w roku 1465 – w kilka lat po święceniach – został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie. Z tego powodu wziął udział w kapitule prowincji w Krakowie. W dwa lata później pełnił w Krakowie urząd kaznodziei. Urząd ten w zakonie franciszkańskim był zawsze w wysokim poważaniu. Wybierano na to stanowisko wyjątkowo zdolnych zakonników. Według relacji, jakie nam pozostawiły źródła, Szymon był nie tylko kaznodzieją z urzędu, ale przede wszystkim z powołania. Obowiązek ten miał sprawować przez kilkanaście lat, bo aż do śmierci (1467-1482). Szymon był nie tylko kaznodzieją zakonnym, ale przede wszystkim katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. To dowodzi, że Szymon doskonale opanował ten język.
O wielkiej powadze, jaką się cieszył Szymon wśród swoich współbraci, świadczy i to, że został wybrany wraz z kilkunastoma innymi bernardynami delegatem prowincji polskiej, aby uczestniczył w uroczystościach przeniesienia relikwii św. Bernardyna do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei (1472). W roku 1474 został wybrany na kapitule prowincji dyskretem, czyli delegatem na kapitułę generalną do Pawii. Wyruszył na nią wraz z ówczesnym prowincjałem Chryzostomem z Ponieca i gwardianem z Krakowa, Marianem z Jeziorka. Przez pewien czas Szymon pełnił także funkcję komisarza prowincjała i w jego imieniu wizytował niektóre konwenty prowincji. Poważnym wydarzeniem w jego życiu była pielgrzymka do Ziemi Świętej (1478/1479). Odbył ją korzystając z okazji, że był uczestnikiem kapituły generalnej w Pawii. Stamtąd udał się do ziemi Chrystusa Pana. W zakonie odznaczał się surowością życia, nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej. Umarł posługując chorym podczas zarazy w Krakowie 18 lipca 1482 r. Pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. W 1488 r. bł. Władysław z Gielniowa, sprawujący wówczas funkcję prowincjała, na podstawie specjalnego breve papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota były dowodem jego skutecznego orędownictwa. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask. Długie zabiegi o formalną beatyfikację doszły do skutku. 24 lutego 1685 roku bł. Innocenty XI ogłosił dekret beatyfikacyjny. Dnia 3 czerwca 2007 r. papież Benedykt XVI kanonizował Szymona z Lipnicy.W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako głoszący kazanie.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
17 lipca
Święte dziewice i męczennice Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki
Podczas rewolucji francuskiej władze zamknęły w 1792 r. klasztor sióstr karmelitanek w Compiègne. 14 września 1792 r. zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach. Przez kolejne 2 lata żyły w nich, przestrzegając – w miarę możliwości – zasad życia zakonnego. W 1794 r. oskarżono je o życie we wspólnocie zakonnej. Zostały aresztowane 22 czerwca i uwięzione w byłym klasztorze wizytek. 12 lipca przewieziono je do więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca 1794 r. na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Idąc na gilotynę, śpiewały Salve Regina. Jako ostatnią stracono matkę przełożoną, która umacniała siostry. Ciała zakonnic wrzucono do dołu z piaskiem na paryskim cmentarzu Picpus, w którym w późniejszym czasie doliczono się 1298 ofiar terroru rewolucji. Nie było więc szans na odnalezienie relikwii karmelitanek. Były one pierwszymi ofiarami terroru rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny; jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Piusa X. W dniu 18 grudnia 2024 r. ich kanonizacji równoważnej (przez potwierdzenie kultu) dokonał papież Franciszek.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
16 lipca
Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel Szkaplerz karmelitański
Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.
Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie. Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430. Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie. Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci. Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX). Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym. W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
15 lipca
Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski, prezbiter i męczennik
Antoni urodził się w 9 września 1880 r. w Borowskich Olkach na Podlasiu. Był drugim z czworga dzieci Jana i Michaliny ze Średzińskich. Rodzina kultywowała tradycje patriotyczno-religijne. Jego dziadek był uczestnikiem powstania styczniowego. Wszystkie dzieci otrzymały staranne wykształcenie. Antoni uczył się w Surażu i Białymstoku, a potem wysłano go do szkół w Wilnie. Tam też wstąpił do seminarium duchownego. W 1904 r. ukończył je i przyjął święcenia kapłańskie. Pracę duszpasterską rozpoczął w Wilnie. Po trzech latach został proboszczem w Surwiliszkach na Wileńszczyźnie, następnie pracował w w Prużanach na Polesiu. W 1918 r. pracował w Kuźnicy Białostockiej. Potem, aż do wybuchu II wojny światowej, był proboszczem i dziekanem (od 1927 r.) w Bielsku Podlaskim. Z wielkim poświęceniem opiekował się powierzoną sobie wspólnotą, tak podczas okupacji sowieckiej (w ciągu dwóch lat wywieziono pociągami towarowymi co najmniej trzy transporty okolicznej ludności na Sybir), jak i późniejszej niemieckiej. Był m.in. kapelanem podziemnej Armii Krajowej. Biskup Kazimierz Bukraba mianował go wikariuszem generalnym diecezji pińskiej, istniejącej wówczas na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. W lipcu 1943 r. Erich Koch, niemiecki gauleiter Prus Wschodnich, w których granicach znalazł się Bielsk Podlaski, przeprowadził represyjną akcję wśród społeczności polskiej, głównie wśród inteligencji. 15 lipca 1943 r. niemieckie komando przyjechało do Bielska Podlaskiego. Aresztowano ks. Antoniego, a wraz z nim 49 mieszkańców okolicy. Tego samego dnia wszystkich wywieziono do Lasu Pilickiego w pobliżu Bielska Podlaskiego i tam stracono. Najmłodsza zamordowana dziewczynka, córka kierownika kina Basia Morydz (Moryc), miała zaledwie rok i dwa miesiące. Ks. Antoni do końca trzymał w dłoniach różaniec i brewiarz. Do końca też spowiadał aresztowanych. Pomordowanych zakopano we wcześniej przygotowanym dole. Po egzekucji dół wyrównano, rozjeżdżając gąsiennicami ciężkich pojazdów. Św. Jan Paweł II beatyfikował ks. Antoniego 13 czerwca 1999 r. w Warszawie jako jednego ze 108 polskich męczenników II wojny światowej. Relikwie bł. Antoniego, odnalezione po ekshumacji wszystkich pomordowanych, znajdują się w trumience w podstawie bocznego ołtarza bazyliki Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Mikołaja w Bielsku Podlaskim.
Kamil urodził się 25 maja 1550 r. w Abruzzach. Matka Kamila, po przedwczesnej śmierci pierwszego syna, wybłagała sobie u Pana Boga narodziny Kamila; miała już wówczas prawie 60 lat. Przed urodzeniem dziecka miała tajemniczy sen: ujrzała swojego syna w otoczeniu wielu mężów z krzyżami na piersiach. Przerażona odczytała ten sen jako napomnienie Boże, że jej syn skończy jako herszt bandy i zawiśnie wraz ze swoją szajką na krzyżu. Pierwsze lata życia Kamila zdawały się potwierdzać przeczucia matki. Syn prowadził życie odległe od ascezy chrześcijańskiej. Podobnie jak ojciec, był porywczego i niespokojnego charakteru. Gdy Kamil miał około 20 lat, utworzyła mu się rana w nodze. Udał się więc do Rzymu, do szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. Nie wyleczył się zupełnie z rany, ale opuścił szpital i udał się na wojnę z Turkami: najpierw do Dalmacji (1571), potem nawet do Tunisu (1571-1574). Kiedy w grze w karty przegrał uzbierany kapitał, udał się do Manfredodi, do klasztoru kapucynów, jako pracownik fizyczny. Tam przeżył nawrócenie. 2 lutego 1575 r. postanowił pozostać na zawsze w zakonie, który mu udzielił dachu nad głową. Niestety, rana ponownie się otworzyła i tak dalece zaczęła mu dokuczać, że musiał powrócić do szpitala w Rzymie. Tu przebywał 4 lata. W czasie choroby z niezwykłym poświęceniem oddawał się posłudze nieuleczalnie chorym. Kiedy zaś rana jako tako się zagoiła, Kamil powrócił do kapucynów. Po pewnym czasie rana ponownie się odnowiła; Kamil zrozumiał, że jego miejsce nie jest u kapucynów.
Powrócił więc do Rzymu, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył studia teologiczne. Po ich ukończeniu przyjął święcenia kapłańskie (1584). W tym samym roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP w kościółku Matki Bożej Cudownej z kilkoma towarzyszami, których w czasie studiów zdołał pozyskać dla swoich planów, wdział habit nowej rodziny zakonnej i złożył trzy śluby proste: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, z dodaniem ślubu czwartego: oddania się bez reszty posłudze chorym. Wszyscy udali się do szpitala Świętego Ducha, gdzie pod kierunkiem Kamila przez 28 lat spełniali tę samarytańską posługę.
18 marca 1586 r. Kamil otrzymał od papieża Sykstusa V zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej: Towarzystwa Sług Chorych. Tego samego roku papież zezwolił na noszenie osobnego habitu Kleryków Regularnych, koloru czarnego z czerwonym krzyżem na piersi. 8 grudnia 1591 r. Kamil wraz z 25 towarzyszami złożył śluby uroczyste z dodaniem ślubu czwartego: “wiecznej obecności ciałem i duszą przy chorych, nawet zarażonych”. Dzieło zaczęło wydawać owoce. Liczba członków zakonu rosła, powstawały też nowe placówki: w Neapolu, Mediolanie, Genui, Florencji, Mantui, Bolonii, Chieti, Viterbo, Mesynie i Palermo. Kamil napisał ustawy dla nowego zakonu, a także szczegółowy regulamin i wskazania, jak należy zajmować się chorymi. Są one najpiękniejszym świadectwem miłości chrześcijańskiej. Za życia Kamila jego duchowi synowie otworzyli 65 własnych szpitali. W tym samym czasie ponad 100 kamilianów zmarło wskutek zarażenia od chorych, którym służyli.
Kamil zmarł 14 lipca 1614 r. w domu macierzystym swojego zakonu w Rzymie. Jego ciało spoczywa dotąd w kościele przy centralnym domu w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Pan Bóg obdarzył Kamila darem kontemplacji, proroctwa oraz cudów za życia i po śmierci. Do chwały świętych wyniósł go papież Benedykt XIV w 1746 roku. Papież Leon XIII ogłosił Kamila de Lellis wraz ze św. Janem Bożym patronem szpitali i chorych (1886), papież Pius XI oddał mu także patronat nad służbą zdrowia – pielęgniarzami i pielęgniarkami (1930).W ikonografii św. Kamil przedstawiany jest w sutannie, na której widnieje czerwony krzyż. Jego atrybutami są: anioł, krzyż, księga, różaniec.
Według tekstu z 1064 r., napisanego przez węgierskiego opata benedyktyńskiego i biskupa Maurusa, Andrzej Świerad (Andrzej Żurawek) pochodził z Polski, z rodziny rolniczej. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach znalazł się na Węgrzech. W roku 997/998 wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru św. Hipolita na górze Zabor koło Nitry. Opatem klasztoru był wtedy Filip. On też nadał nowemu zakonnikowi imię Andrzej, gdyż wtedy św. Andrzeja Apostoła uważano za głównego patrona Węgier. W klasztorze mieszkali także mnisi żyjący według reguły wschodniej. Do tej właśnie ławry wstąpił Świerad. Widocznie bardziej przystępny był dla niego język słowacki, aniżeli bardzo trudny węgierski. Spełniał różne posługi w klasztorze. Maurus wspomina, że Andrzej wstąpił do opactwa benedyktynów już zaawansowany w życiu ascetycznym. Uprzednio bowiem prowadził życie pustelnicze. Po przekroczeniu 40 lat, mnich mógł iść na pustelnię w towarzystwie jednego ucznia, który zmieniał się co kilka lat, by służyć Bogu w zupełnym odosobnieniu. Pustelnia była odległa od opactwa około pół dnia drogi. Co tydzień Andrzej musiał wracać do opactwa w sobotę wieczór i zostać na całą niedzielę. Jego zajęciem było karczowanie lasu. Pomimo tak ciężkiej pracy Andrzej trzy dni zupełnie pościł: w poniedziałek, w środę i piątek. Na Wielki Post brał od opata Filipa tylko 40 orzechów włoskich, które były jedynym jego pokarmem przez osiem tygodni (jeden orzech na dzień) za wyjątkiem sobót i niedziel, gdzie przyjmował wspólny posiłek w opactwie. Aby nawet sen sobie uprzykrzyć, siedział przez całą noc na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy ciało przechylało się w jakąś stronę, budził się raniony. Aby uniemożliwić zaś ruchy głową, zakładał na nią koronę z drewna z zawieszonymi czterema kamieniami, o które uderzał przy każdym skłonie. Ponadto Andrzej opasał swoje ciało mosiężnym łańcuchem, który z czasem obrósł skórą. To właśnie było bezpośrednią przyczyną jego śmierci ok. 1030-1034 r., gdyż po pęknięciu naskórka wywiązało się zakażenie. Wezwany opat Filip przybył już po śmierci Świerada. Przy obmywaniu ciała zauważył na jego brzuchu klamrę, która zdradziła istnienie łańcucha.Towarzyszem pustelniczego życia Andrzeja i jednym z jego uczniów był Benedykt. Po jego śmierci opowiadał biskupowi Maurusowi o cnotach i umartwieniach swego mistrza. Kontynuował surowy tryb życia w pustelni. Podobnie jak św. Andrzej miał przybyć de terra Poloniensi – z ziemi polskiej. W trzy lata po śmierci św. Andrzeja napadli go zbójcy i zabili. Ciało wrzucili do rzeki Wag. Maurus dodaje legendę, że orzeł przez cały rok pilnował ciała Męczennika i że dzięki niemu ciało zostało odnalezione w stanie zupełnie nie zepsutym. Obydwu – ucznia i mistrza – pochowano obok siebie w kościele zakonnym.
Kult obu świętych szybko rozszerzał się. Naturalnym ośrodkiem tego kultu był klasztor na Zaborze. Tu początkowo znajdował się ich grób, tu również przechowywano ze czcią łańcuch św. Andrzeja. Opat Filip, który opowiadał o obu świętych Maurusowi, ówczesnemu opatowi w klasztorze św. Marcina na Górze Panońskiej, podarował mu nawet część łańcucha. Relikwię tę zabrał ze sobą Maurus do Pesc, kiedy został mianowany tam biskupem (1036). Z czasem powstały w Słowacji dwa odrębne sanktuaria: św. Andrzeja w pobliżu Nitry, gdzie była jego pustelnia, oraz św. Benedykta, gdzie poniósł śmierć od pogańskich rozbójników w Skałce nad Wagiem na północ od Tręczyna. Około 1064 r. Świerad i Benedykt zostali uroczyście proklamowani przez biskupów Węgier świętymi. Wtedy zapewne przeniesiono ich ciała do katedry w Nitrze, gdzie spoczywają do dziś. Andrzej Świerad w hagiografii polskiej wybija się jako największy asceta wśród świętych i błogosławionych polskich. Andrzej i Benedykt są pierwszymi Polakami, wyniesionymi do chwały ołtarzy (1083) po polskich kamedułach z eremu międzyrzeckiego: Izaaku, Mateuszu i Kryspinie, kanonizowanych przez papieża Jana XVIII (1004-1009). W ziemi krakowskiej kult św. Andrzeja Świerada jest szczególnie żywy w Tropiu. Od dawna ściągają tu pielgrzymi z Sądecczyzny i Słowacji na dzień dorocznego święta. Miejscowa ludność wierzy, że woda w źródełku, z którego Świerad miał czerpać, ma cudowną moc. Kościół w Tropiu posiada relikwie św. Świerada, sprowadzone z Nitry.W ikonografii ukazuje się św. Andrzeja jako pustelnika. Jego atrybutem jest dziupla.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
13 lipca
Błogosławiona Marianna Biernacka, męczennica
Marianna Czokało urodziła się w 1888 r. w Lipsku nad Biebrzą w rodzinie prawdopodobnie grekokatolickiej. Prawdopodobnie uczęszczała tylko do elementarnej szkoły; była jednak analfabetką. W wieku 16 lat, w 1905 r., wyszła za mąż za Ludwika Biernackiego. W małżeństwie urodziło się sześcioro dzieci, ale czworo z nich zmarło w okresie niemowlęcym. Do pełnoletności dożyła córka Leokadia i syn Stanisław. Marianna i Ludwik Biernaccy utrzymywali rodzinę z pracy w gospodarstwie. Po śmierci męża w 1925 r. Marianna pozostała na gospodarstwie z synem – córka Leokadia wyszła bowiem tego samego roku za mąż i opuściła dom rodzinny. W 1939 r. syn Marianny, Stanisław, ożenił się z Anną Szymańczykówną. Synowa zamieszkała we wspólnym domu i odtąd Marianna codzienność dzieliła z młodym małżeństwem. Mieszkańcy Lipska zapamiętali postawę zatroskania, życzliwości i matczynej miłości, którą wykazywała w owym czasie wobec małżonków i ich potomstwa: w 1940 r. urodziła się bowiem Henia (zmarła w niemowlęctwie), a w 1941 r. Eugenia. Na początku lipca 1943 r. w okolicach Lipska, w odwecie za zabicie niemieckiego policjanta przez oddziały partyzanckie, Niemcy rozpoczęli masowe aresztowania wśród miejscowej ludności. Uzbrojony patrol niemiecki pojawił się 1 lipca, o świcie, w gospodarstwie Biernackich. Dowódca nakazał Annie i Stanisławowi natychmiastowe opuszczenie domu. Marianna padła wtedy do nóg dowodzącego gestapowca i błagała go o zgodę na to, by mogła pójść zamiast synowej, która była w bardzo zaawansowanej ciąży. Niemiec uległ i zamiast Anny odprowadził Mariannę i Stanisława do więzienia w Grodnie. Mariannę przetrzymywano tam niecałe dwa tygodnie, które spędziła na modlitwie, śpiewając Godzinki. 13 lipca 1943 r. została razem z synem i 48 mieszkańcami Lipska rozstrzelana przez Niemców na fortach za wsią Naumowicze pod Grodnem. Wszystkich pochowano w nieznanym miejscu. Synowa przeżyła śmierć teściowej i urodziła dziecko, syna Stanisława, który niestety umarł niecały rok później z powodu zapalenia płuc. Marianna Biernacka została beatyfikowana 13 czerwca 1999 r. przez św. Jana Pawła II w Warszawie w grupie 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej.
Ludwik Martin urodził się 22 sierpnia 1823 r. w Bordeaux. W dzieciństwie otrzymał solidne wychowanie chrześcijańskie. W młodości nosił w sobie pragnie poświęcenia się na służbę Bogu, jednak Opatrzność pokierowała inaczej. Podjął studia w Paryżu. Nieustannie pracował nad swoim charakterem i troszczył się o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. Każdego dnia uczestniczył w Eucharystii, adorował Najświętszy Sakrament, odmawiał różaniec, czytał Pismo Święte. Angażował się w pomoc charytatywną, regularnie się spowiadał i przestrzegał odpoczynku w niedzielę. Po studiach Ludwik poznał Zelię, swoją przyszłą żonę.Maria Zelia Guerin urodziła się 24 grudnia 1831 r. w Gandelain koło Alençon. W dzieciństwie i młodości często chorowała. Tak jak siostra chciała poświęcić się powołaniu zakonnemu, nie została jednak przyjęta do zakonu. Wypowiedziała wtedy do Boga następujące słowa: “Boże mój, skoro nie jestem godna być Twoją oblubienicą jako zakonnica, wyjdę za mąż, aby móc wypełnić Twoją świętą wolę. Dlatego też proszę, daj mi dużo dzieci i niechaj wszystkie Tobie będą poświęcone”. Zelia była niezrównaną mistrzynią koronczarstwa. Zamówienia na jej perfekcyjne, piękne koronki wciąż napływały, a ona nie mogła nadążyć z ich realizacją.Pobrali się 13 lipca 1858 roku. Początki małżeństwa Ludwika i Marii były zaskakujące. Ludwik marzył o białym małżeństwie, natomiast Zelia pragnęła obdarować życiem liczną gromadę dzieci i wychować je dla Boga. Po dziesięciu miesiącach przeżytego w czystości małżeństwa, za radą spowiednika, małżonkowie zmienili sposób życia. Mieli dziewięcioro dzieci: siedem córek i dwóch synów. Spośród nich pięć córek poświęciło się życiu zakonnemu. Czworo dzieci zmarło w okresie dzieciństwa, wśród nich dwóch chłopców, w których rodzice pokładali nadzieję, że będą mogli wysławiać jako kapłani. Bóg obdarzył ich dziewiątym dzieckiem, córką, którą dzisiaj znamy jako św. Teresę od Dzieciątka Jezus.
Opinia, jaką cieszyli się Ludwik i Zelia Martin w Alencon, była nieposzlakowana. Ze względu na zawód i dochody należeli do klasy średniozamożnej. Ich religijność spoczywała na trzech podwalinach: kochać Boga ponad wszystko, ufać Opatrzności Bożej, godzić się z wolą Bożą. Ludwik co jakiś czas wycofywał się na kilka dni do klasztoru trapistów w Mortagne, aby w całkowitym odosobnieniu odbywać ćwiczenia duchowne. Msza w życiu Ludwika i Zelii zajmowała miejsce w codziennym planie. Zelia często odwiedzała klasztor klarysek w Alençon; tam też została członkinią trzeciego zakonu św. Franciszka.Zelia Martin zmarła 28 sierpnia 1877 r., po krótkiej agonii przed ukończeniem 46. roku życia. Ludwik, długo i ciężko chorując, dożył 71 lat – zmarł 29 czerwca 1894 r.19 pażdziernika 2008 r. wspólnej beatyfikacji Zelii i Ludwika Martin w Bazylice św. Teresy w Lisieux dokonał legat papieski, kard. Jose Saraiva Martins. Ich kanonizacji siedem lat później – 18 października 2015 r. – dokonał papież Franciszek. Są oni drugim małżeństwem wyniesionym przez Kościół na ołtarze w naszych czasach. Pierwszymi byli Alojzy i Maria Beltrame Quattrocchi z Włoch, których Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi 21 października 2001 r. w Rzymie.
Benedykt z Nursji należy do najgłośniejszych postaci w Kościele łacińskim. Wsławił się niezwykle mądrą i wyważoną regułą, która stała się podstawą dla bardzo wielu późniejszych rodzin zakonnych na Zachodzie. Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. Jego synowie duchowi zasłużyli się najwięcej dla pozyskania Chrystusowi ludów germańskich. Te racje skłoniły Pawła VI do tego, by w 1964 r. wyróżnić św. Benedykta zaszczytnym tytułem głównego patrona Europy. Chociaż św. Benedykt zajmuje w dziejach Kościoła katolickiego poczesne miejsce, udokumentowane wiadomości o nim są nikłe. Podstawowym źródłem jest dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich św. Benedykta. Niestety, Dialogi św. Grzegorza nie miały na celu podania biografii, ile raczej opis życia Benedykta; stąd mało w nich danych historycznych, a wiele wątków wręcz legendarnych.Ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na dalsze studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tu długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak i to miejsce i przeniósł się do Subiaco. Znalazł tu nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Obrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.
Z czasem zaczęli przyłączać się do Benedykta uczniowie. Pod jego kierunkiem utworzono 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Na czele każdego z nich Benedykt postawił przełożonych, od siebie bezpośrednio zależnych. Tak więc z pustelnika przeobraził się w cenobitę, czyli w ascetę zamieszkującego pustynię wraz z innymi. Nie znamy przyczyn, dlaczego Benedykt opuścił również i to miejsce. Św. Grzegorz wymienia niechęć miejscowego duchowieństwa. Benedykt zabrał ze sobą najgorliwszych i najbardziej oddanych uczniów i przeniósł się z nimi na Monte Cassino do ruin dawnej fortecy rzymskiej. Benedykt rozpoczął budowę nowego klasztoru od wyburzenia pogańskiej świątyni Jowisza i Apollina. Mieszkańcy miasteczka, leżącego u stóp góry, przychodzili tutaj dla składania ofiar. Był to rok 525 lub 529. W tym czasie na Wschodzie cesarz Justynianin I Wielki zamykał ostatnią pogańską szkołę filozoficzną w Atenach. Kiedy stanął już klasztor i kościół, a mury nowej placówki zaczęły się zapełniać adeptami, Benedykt postanowił ułożyć regułę. Miał już sporo doświadczenia. Długie lata rządów na Monte Cassino pozwoliły w praktyce wypróbować przepisy. Roztropny prawodawca zmieniał je i stale doskonalił. Tak więc reguła benedyktyńska przeszła okres długiej próby i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał zaginął, spłonął bowiem w roku 896 w czasie pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów.Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar. Nie jest ona tak surowa jak reguły św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie preferuje studiów jak reguła Kasjodora. We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu zaleca umiar: “złoty środek”. Celem zasadniczym, jaki Założyciel wytyczył swoim synom duchowym, jest służba Boża. Całe życie mnicha, jego wszystkie chwile i czynności winny zmierzać do tego, by głosiły chwałę Stworzyciela. Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Ze szczególną pieczołowitością strzegł kultu liturgicznego, co pozostało do dni obecnych pięknym dziedzictwem jego zakonu. Poważną część dnia zakonnika przeznaczył na lectio divina – czytanie Pisma Świętego. Wprowadził do zakonu profesję – prawem zagwarantowaną przynależność do zakonu oraz stabilność miejsca, czyli zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci. Reguła św. Benedykta stała się podstawą dla wielu innych. Sława Benedykta rozchodziła się szeroko. Powiększać ją miały cuda, o których wspomina św. Grzegorz. Miał m.in. przepowiedzieć najazd Longobardów. Ich wódz po śmierci Benedykta faktycznie najechał Monte Cassino; benedyktyni byli zmuszeni opuścić klasztor i ratować się ucieczką do Rzymu (587). Benedykt miał założyć także opactwo w Terracina, a zdaniem niektórych również w Rzymie (opactwo św. Pankracego przy Lateranie).
Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka tygodni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Pochowano ich razem we wspólnym grobie na Monte Cassino. Kiedy Longobardowie zniszczyli klasztor (587), mnisi benedyktyńscy z Francji ze czcią przenieśli relikwie św. Scholastyki i św. Benedykta do Francji. Śmiertelne szczątki św. Scholastyki umieścili w klasztorze w Le Mans, a św. Benedykta – we Fleur. Tam są do dnia obecnego. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. Na pamiątkę przeniesienia relikwii św. Benedykta w dniu 11 lipca 673 r. do Fleur zakon obchodzi w liturgii pamiątkę “przeniesienia relikwii”. Na ten właśnie dzień Paweł VI ustanowił doroczne święto św. Benedykta. Zaraz po śmierci Benedykt odbierał od swoich duchowych synów cześć ołtarzy. Do jego grobu napływali liczni pielgrzymi. Sławę jego rozniosły Dialogi św. Grzegorza, w których jest mowa nawet o cudach, jakie Benedykt za życia działał. Rychło kult św. Benedykta stał się też własnością całego Kościoła. Ku czci Patriarchy ułożono mnóstwo hymnów, sekwencji i modlitw. Benedykt jest w naszych czasach czczony jako patron Opus Dei, jako patron pracujących, a nawet jako orędownik umierających. Pius XII ogłosił go patronem speleologów (1957) i architektów włoskich. Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki (wiek VI-XII) byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie. Ich klasztory dochodziły do liczby kilku tysięcy, a liczba mnichów dochodziła do wielu dziesiątków tysięcy. Z modelu życia benedyktyńskiego wyrosły inne rodziny zakonne, m.in. benedyktynki (klauzurowe i czynne), cystersi, kameduli, oliwetanie, sylwestryni i trapiści. Zakony te wydały kilka tysięcy świętych i błogosławionych, dały Kościołowi ponad 20 papieży. Wśród świętych benedyktyńskich wypada wymienić: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), doktora Kościoła; św. Augustyna z Canterbury, apostoła Anglii (+ 605); św. Bedę Czcigodnego, doktora Kościoła (+ 735); św. Bonifacego, apostoła Niemiec i głównego patrona tego kraju; św. Wojciecha – apostoła Czech, Węgier, Polski i Prus, męczennika (+ 997); św. Piotra Damiani, doktora Kościoła (+ 1072); św. Romualda, założyciela kamedułów (+ 1027); św. Jana Gwalberta (+ 1073), założyciela nowej gałęzi zakonnej; św. Anzelma, doktora Kościoła (+ 1109); św. Matyldę (+ 968); św. Hildegardę z Bingen, doktora Kościoła (+ 1179); św. Gertrudę Wielką (+ 1302).
W Polsce najbardziej znanym opactwem benedyktyńskim jest Tyniec. Do Polski benedyktyni przybyli wraz ze św. Wojciechem (+ 997). Za czasów Bolesława Chrobrego założyli klasztor po kamedułach w Międzyrzeczu. Zamieszki, jakie po śmierci tego króla powstały, i nawrót pogaństwa, doprowadziły do upadku klasztoru. W XI wieku widzimy benedyktynów w Trzemesznie, w Łęczycy (Tum), w Gnieźnie, w Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, w Krakowie, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Lubiniu i w Gdańsku. Obecnie istnieją ich opactwa w Tyńcu, Lubiniu koło Kościana oraz Biskupowie.W ikonografii św. Benedykt przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim, w kukulli, z krzyżem w dłoni. Jego atrybutami są: anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w ręce, kubek, pastorał, pies, rozbity puchar, infuła u nóg z napisem “Ausculta fili” – “Synu, bądź posłuszny”, wiązka rózg.
Jan Gwalbert urodził się około roku 1000 pod Florencją. Jako młodzieniec wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru San Miniato, ale niebawem opuścił go na znak protestu przeciw symoniackiemu wyborowi opata. Udał się wówczas do Camaldoli, stamtąd zaś około roku 1030 przybył do zalesionej doliny Vallombrosa, gdzie rozpoczął życie pustelnicze. Z czasem przylgnęli doń inni – i tak w roku 1039 powstała w Vallombrosie wspólnota mnichów, którzy wiedli surowe życie, kierując się zresztą regułą benedyktyńską. Jan założył później lub zreformował kilka innych klasztorów, którymi kierował jako przełożony powstałej w ten sposób nowej monastycznej społeczności, zwanej walombrozjanami. Zasłużył się też prowadząc dalej walkę z symonią, w czym popierali go papież i lud. Najsłynniejszą stała się jego akcja przeciw arcybiskupowi Florencji, Piotrowi Mezzabarbie. Sam z pokory nigdy nie przyjął święceń kapłańskich. Zmarł 12 lipca 1073 r. w klasztorze św. Michała w Passignano pod Florencją. Kanonizował go w roku 1193 Celestyn III. Pius XII ogłosił go patronem strażników leśnych (1951) oraz Sao Paulo w Brazylii (1958).
Urszula urodziła się 27 grudnia 1660 r. w Mercatello, w zamożnej rodzinie Mancini. Kiedy miała zaledwie 5 lat, umarła jej matka. Sakrament bierzmowania otrzymała w siódmym roku życia. Trzy lata później została dopuszczona do Pierwszej Komunii świętej (1670). Pragnąc oddać się Panu Jezusowi całkowicie na służbę jako żertwa ofiarna za grzechy ludzkie, wbrew woli ojca wstąpiła do kapucynek w Citta di Castello (1677). Przyjęła wówczas imię Weronika. W rok potem połączyła się z zakonem ślubami. W klasztorze przeszła wszystkie stopnie w hierarchii: od furtianki, kucharki, szatniarki, piekarki, zakrystianki, mistrzyni nowicjuszek aż po urząd ksieni. Mistrzynią była przez 33 lata, ksienią – przez 11 lat. W kontakcie z siostrami była życzliwa, wobec siebie – wymagająca i surowa. Weronika wyróżniała się wielką delikatnością sumienia. Lękała się nawet najmniejszej przewiny i każdą opłakiwała hojnymi łzami. Ze swoich ułomności zwierzała się publicznie. Surowa dla siebie, była delikatna i zatroskana o siostry, zwłaszcza chore. Umiała rozbudzić tak wielkiego ducha gorliwości, że siostry rywalizowały ze sobą w obserwancji zakonnej. Była surowa i wymagająca w zakresie kultywowania cnoty ubóstwa franciszkańskiego, ale równocześnie była matką dbającą, by siostrom nie brakowało niczego, co konieczne.
Cierpiała wiele nie tylko z powodu zadawanych sobie pokut, ale z powodu często nawiedzających ją dolegliwości i chorób. Do tych jednak fizycznych cierpień doszły o wiele boleśniejsze cierpienia duchowe: oschłości, stany opuszczenia i osamotnienia duchowego. Wszystko to Weronika znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Pan Jezus pocieszał ją także darem ekstaz i widzeń nadprzyrodzonych. Spowiednik, nie rozumiejąc jej stanów, poczytywał je za swego rodzaju opętanie szatańskie, za symulację, by uchodzić za świętą. Doszło do tego, że zakazał jej przystępować do Komunii świętej, a jej sprawę oddał nawet do rozpatrzenia Kongregacji Św. Oficjum. Na te jawne już prześladowania Weronika odpowiadała tylko pokornymi słowami: “Krzyże i męki są radosnym darem dla mnie z Bożej ręki”. Wszystkie te cierpienia ofiarowała za nawrócenie grzeszników, by ich ratować od wiecznego potępienia. W 1694 roku Weronika przeżyła mistyczne zaręczyny i zaślubiny z Chrystusem. Dnia 5 kwietnia 1697 roku, w Wielki Piątek, otrzymała dar stygmatów. Na jej prośbę po trzech latach stygmaty zanikły, ale cierpienie ran Chrystusa pozostało. W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do męki Pańskiej miała otrzymać w swoim sercu wyryte znaki tej męki. Po długiej i bardzo bolesnej chorobie Weronika zmarła 9 lipca 1727 r. w 67. roku życia. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius VII w 1802 roku, a do chwały świętych papież Grzegorz XVI w 1839 roku. Z polecenia późniejszych spowiedników Weronika zostawiła cenny dziennik swojego życia, w którym opisuje swoje mistyczne przeżycia; zachowały się także jej listy i poezje.
Wspomnienie św. Jana z Dukli zostało przeniesione na dzień 8 lipca po jego kanonizacji – wcześniej obchodzono je 3 października.
Jan urodził się w Dukli około roku 1414. O jego rodzicach wiemy tylko tyle, że byli mieszczanami. Nie możemy także nic konkretnego powiedzieć o młodości Jana. Zapewne uczęszczał do miejscowej szkoły, potem udał się do Krakowa. Legenda głosi, że tam studiował, jednak brak źródeł historycznych, które potwierdzałyby ten fakt. Według miejscowej tradycji Jan miał już od młodości prowadzić życie pustelnicze w pobliskich lasach u stóp góry zwanej Cergową. Do dziś w odległości kilku kilometrów od Dukli znajduje się pustelnia i kościółek drewniany, wystawiony pod wezwaniem św. Jana z Dukli na miejscu, gdzie miał on samotnie prowadzić bogobojne życie. Nie znamy przyczyn, dla których Jan opuścił pustelnię i wstąpił do franciszkanów konwentualnych, zapewne w pobliskim Krośnie, w latach 1434-1440. Po nowicjacie i złożeniu profesji zakonnej odbył studia kanoniczne i został wyświęcony na kapłana. Musiały to być studia solidne, skoro Jan został od razu powołany na urząd kaznodziei. Urząd ten bowiem powierzano w klasztorach franciszkańskich kapłanom wyjątkowo uzdolnionym i wewnętrznie uformowanym. Tego wymagał w regule św. Franciszek, założyciel zakonu. Jan przez szereg lat piastował także obowiązki gwardiana, czyli przełożonego klasztoru: w Krośnie i we Lwowie. Wreszcie powierzono mu urząd kustosza kustodii, czyli całego okręgu lwowskiego. Po złożeniu tego urzędu ponownie zlecono mu urząd kaznodziei we Lwowie. W latach 1453-1454, na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i biskupa krakowskiego, kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, przebywał w Polsce św. Jan Kapistran, reformator franciszkańskiego życia zakonnego. Założył klasztory obserwantów, czyli franciszkanów reguły obostrzonej, w Krakowie (1453) i w Warszawie (1454). W roku 1461 obserwanci założyli również konwent we Lwowie. Od krakowskiego klasztoru pw. św. Bernardyna zaczęto powszechnie nazywać polskich obserwantów bernardynami. Jan z Dukli obserwował życie bernardynów i umacniał się ich gorliwością. Postanowił do nich wstąpić. Do roku 1517 franciszkanie konwentualni i obserwanci mieli wspólnego przełożonego generalnego. Jednak przejście z jednego zakonu do drugiego poczytywano zawsze za rodzaj dezercji. Istniały ponadto przepisy w zakonie obserwantów, utrudniające przyjęcie zakonników konwentualnych w obawie o zaniżenie karności i ducha zakonnego. Ojciec Jan musiał więc być dobrze znany, skoro przyjęto go bez wahania. Nadarzyła się zresztą ku temu okazja. Z Czech przybył prowincjał franciszkanów konwentualnych, któremu podlegał Jan. Poprosił prowincjała, by zezwolił mu wstąpić do obserwantów. Według relacji miejscowej tradycji prowincjał, sądząc, że Jan chce odwiedzić kogoś w konwencie obserwantów, chętnie się zgodził. Kiedy zaś spostrzegł swoją pomyłkę, nie mógł już zmusić o. Jana do powrotu. Było to prawdopodobnie w roku 1463. Chociaż o. Jan był wtedy już starszy, przeżył u obserwantów jeszcze 21 lat. Krótki czas przebywał w Poznaniu, by następnie powrócić do ukochanego Lwowa i tam spędzić resztę życia. Tu powierzono mu funkcję kaznodziei i spowiednika. Pod koniec życia miał utracić wzrok. Jako dorobek wielu lat pracy kaznodziejskiej zostawił zbiór kazań, które jednak zaginęły. Rozmiłowany w modlitwie, poświęcał na nią długie godziny. Dla dokładnego zapoznania się z konstytucjami nowego zakonu wczytywał się w nie pilnie, a gdy utracił wzrok, prosił, by odczytywał mu je kleryk, bo chciał się ich wyuczyć na pamięć. Do ślepoty dołączyła się ponadto choroba bezwładu nóg. Jan oddał Bogu ducha w konwencie lwowskim 29 września 1484 roku. Pochowano go w kościele klasztornym, w chórze zakonnym, za wielkim ołtarzem. Przekonanie o świętości kapłana było tak powszechne, że zaraz po jego śmierci wierni zaczęli gromadzić się w pobliżu jego grobu i modlić się do niego o łaski. W roku 1487 obserwanci wystarali się u papieża, Innocentego VIII, o zezwolenie na “podniesienie ciała”, co równało się pozwoleniu na oddawanie mu czci publicznej. Zezwolenie przywiózł ze sobą z Rzymu komisarz generała zakonu, o. Ludwik de la Torre, ale sam akt przeniesienia odbył się dopiero w roku 1521. Nowy grób umieszczono nad posadzką w prezbiterium po prawej stronie. W roku 1608 z racji budowy nowego kościoła wystawiono marmurowy sarkofag, przeniesiony w roku 1740 za wielki ołtarz. Do roku 1946 trumienka z relikwiami Jana znajdowała się we Lwowie, w latach 1946-1974 w kościele bernardynów w Rzeszowie, obecnie zaś jest w Dukli. Liczne łaski, otrzymywane za pośrednictwem sługi Bożego, ściągały do jego grobu nie tylko katolików, ale także prawosławnych i Ormian. Mnożyły się także wota dziękczynne. Kiedy w roku 1648 Lwów został ocalony w czasie oblężenia przez Bohdana Chmielnickiego, przypisywano to wstawiennictwu Jana z Dukli, gdyż gorąco modlono się do niego. Proces kanoniczny rozpoczął się w roku 1615. Prośbę o beatyfikację przesłał do Rzymu król Zygmunt III Waza i biskupi polscy, jak też wielu senatorów. Proces, wiele razy przerywany, został wreszcie ukończony szczęśliwie w roku 1731. Na podstawie nieprzerwanego kultu, jakim sługa Boży się cieszył, papież Klemens XII w roku 1733 ogłosił ojca Jana błogosławionym, wyznaczając na dzień jego święta 19 lipca. Termin ten, kilka razy przenoszony, reforma kalendarza liturgicznego w Polsce w roku 1974 ustaliła na 3 października. Po kanonizacji jednak przesunięto go na dzień 8 lipca. W roku 1739 na prośbę króla Augusta III Sasa, biskupów i kapituł katedralnych oraz magistratu lwowskiego papież Klemens XII ogłosił bł. Jana z Dukli patronem Korony oraz Litwy. Papież Benedykt XIV nadał odpust zupełny na doroczną uroczystość bł. Jana dla kościołów obserwantów w Polsce (1742). Już w roku 1754 król August III Sas wniósł prośbę do Rzymu o kanonizację bł. Jana z Dukli. Prośbę ponowił król Stanisław August Poniatowski w roku 1764, uczynił to również sejm polski. Niewola jednak przerwała zabiegi. Dopiero w roku 1957 Episkopat Polski wystąpił do Stolicy Świętej z ponowną prośbą. Kanonizacji dokonał w Krośnie papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w dniu 10 czerwca 1997 r.W ikonografii przedstawiany jest w habicie zakonnika, czasami jako niewidomy. Jego atrybutem są promienie światła.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
7 lipca
Błogosławieni męczennicy Józef i Wiktoria Ulmowie oraz siedmioro ich dzieci
Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 r. w wielodzietnej, rolniczej rodzinie w Markowej (arch. przemyska). Ukończył czteroklasową szkołę powszechną w rodzinnej miejscowości. Już w młodości był zaangażowany w działalność społeczną. W wieku 17 lat został członkiem Związku Mszalnego Diecezji Przemyskiej, którego jednym z celów było zbieranie funduszy na budowę i konserwację kościołów. Uczestniczył także w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz Związku Młodzieży Wiejskiej RP “Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem. W latach 1921-1922 odbywał służbę wojskową. W latach 1929-1930 kształcił się w Państwowej Szkole Rolniczej w Pilźnie. Po jej ukończeniu z wynikiem bardzo dobrym stał się propagatorem upraw warzyw i owoców, prowadząc szkółkę drzew owocowych, hodując pszczoły oraz jedwabniki. Jako pierwszy w Markowej wprowadził w swoim domu elektryczność, podłączając żarówkę do małego, ręcznie zbudowanego wiatraka. Jedną z jego pasji było robienie zdjęć. Własnoręcznie wykonał aparat, który służył mu do fotografowania. Dzięki temu zachowały się zdjęcia z wielu wydarzeń w rodzinnej miejscowości oraz zdjęcia rodzinne.
7 lipca 1935 roku ożenił się z pochodzącą z tej samej miejscowości Wiktorią Niemczak. W wieku 6 lat Wiktoria straciła matkę. Uczęszczała do szkoły powszechnej w rodzinnej miejscowości, a następnie na kursy Uniwersytetu Ludowego w pobliskiej Gaci. Była członkiem Amatorskiego Zespołu Teatralnego w Markowej – grała m.in. rolę Matki Bożej w jasełkach.Od czasu ślubu Józef i Wiktoria wspólnie prowadzili kilkuhektarowe gospodarstwo rolne. Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi, udzielała się także w amatorskim teatrze wiejskim.
W kolejnych latach rodzinie Ulmów urodziło się sześcioro dzieci: Stanisława (ur. 18 lipca 1936 r.), Barbara (ur. 6 października 1937 r.), Władysław (ur. 5 grudnia 1938 r.), Franciszek (ur. 3 kwietnia 1940 r.), Antoni (ur. 6 czerwca 1941 r.) i Maria (ur. 16 września 1942 r.). Małżonkowie pogłębiali swoją wiarę poprzez rodzinną modlitwę i udział w życiu parafii w Markowej, należeli m.in. do Bractwa Żywego Różańca.Po wybuchu II wojny światowej Józef został zmobilizowany i brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. Podczas okupacji niemieckiej zaangażował się w pomoc Żydom. Prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 przyjął pod swój dach ośmioro żydowskich uciekinierów z rodzin Goldmanów/”Szallów”, Grünfeldów i Didnerów. Pomógł także jeszcze innej żydowskiej rodzinie wybudować ziemiankę w pobliskim lesie, a następnie zaopatrywał jej mieszkańców w żywność. Po pewnym czasie ziemianka została odkryta przez Niemców, a czworo ukrywających się w niej Żydów (trzy kobiety i dziecko) zostało zamordowanych. Fakt udzielania przez Ulmę pomocy uciekinierom nie wyszedł wtedy na jaw. Pozostałych ośmioro Żydów ukrywało się w gospodarstwie Ulmów do wiosny 1944 r. To wtedy Ulmowie zostali zadenuncjowani przez współpracującego z niemieckimi okupantami tzw. granatowego policjanta Włodzimierza Lesia, który wcześniej zagarnął majątek rodziny Szallów i zamierzał pozbyć się jego prawowitych właścicieli. 24 marca 1944 r. niemieccy żandarmi z posterunku w Łańcucie rozstrzelali Józefa Ulmę, a także jego żonę, będącą w zaawansowanej ciąży, oraz szóstkę ich dzieci (8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię). Razem z Ulmami zginęli również wszyscy ukrywani Żydzi. Ciała zamordowanych zostały pierwotnie zakopane przed domem, w następnym tygodniu wydobyto je i złożono do czterech trumien. Pogrzeb odbył się dopiero 11 stycznia 1945 r. w parafii w Markowej, po czym wszyscy zostali pochowani na cmentarzu parafialnym.Z inicjatywy proboszcza parafii św. Doroty w Markowej podjęto działania zmierzające do wyniesienia rodziny Ulmów na ołtarze. 17 września 2003 r. biskup pelpliński Jan Bernard Szlaga rozpoczął proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym całej grupy męczenników II wojny światowej. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończył się w maju 2011 r. Ze względu na wzrastającą opinię o męczeństwie rodziny Ulmów metropolita przemyski, abp Adam Szal, zwrócił się w 2017 r. do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o wyłączenie tego procesu z procesu grupy męczenników II wojny światowej. W lutym 2017 r. w archidiecezji przemyskiej otwarto nowy proces beatyfikacyjny Sług Bożych Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci jako męczenników z powodu nienawiści do wiary. W lipcu 2020 r. ukończono prace nad liczącym 500 stron dokumentem tzw. Positio o męczeństwie rodziny Ulmów. W grudniu 2022 r. odbyła się sesja biskupów i kardynałów Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która pozytywnie zaopiniowała propozycję wyniesienia ich na ołtarze jako męczenników, a papież Franciszek kilka dni później promulgował dekret o ich męczeństwie, otwierając drogę do beatyfikacji. Dekretem objęto także nienarodzone dziecko Józefa i Wiktorii, która w chwili śmierci była w siódmym miesiącu ciąży. W 2023 r. dokonano ekshumacji szczątków rodziny Ulmów, a następnie po beatyfikacji złożono do sarkofagu w bocznym ołtarzu poświęconym Matce Bożej w lewej nawie kościoła św. Doroty w Markowej.
Msza beatyfikacyjna Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich siedmiorga dzieci została odprawiona w Markowej 10 września 2023 r. Nabożeństwu przewodniczył przedstawiciel papieża Franciszka, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, kard. Marcello Semeraro. W Eucharystii wzięło udział wielu przedstawicieli episkopatu, a także m.in. Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich. Liturgiczne wspomnienie błogosławionej rodziny Ulmów przypada 7 lipca, w rocznicę zawarcia małżeństwa przez Józefa i Wiktorię.13 września 1995 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie uhonorował pośmiertnie Józefa i Wiktorię Ulmów tytułem “Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. W 2010 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył ich pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2016 r. w Markowej otwarto muzeum ich imienia, poświęcone wszystkim Polakom ratującym Żydów w czasie Zagłady. Od 2018 r. w rocznicę wydarzeń w Markowej – 24 marca – decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
6 lipca
Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska, dziewica i zakonnica
Maria Teresa urodziła się 29 kwietnia 1863 r. (w czasie powstania styczniowego) w Loosdorf w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po powstaniu listopadowym. 21 grudnia 1873 r. została dopuszczona do pierwszej spowiedzi, a 12 maja 1874 r. do pierwszej Komunii świętej. Sakrament bierzmowania przyjęła w pałacu biskupim 15 lipca 1878 roku. Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając 5 lat napisała mały utwór dla domowników, a jako 9-letnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej. Matka – niezwykle czuła na niedolę bliźnich, bardzo towarzyska i pogodna – umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową. W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek (pierwszy raz dziadek stracił go za udział w powstaniu listopadowym), na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili. Ojciec sprzedał więc dobra w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły Pań Angielskich. Z tej okazji Maria Teresa zapoznała się z dziełem Marii Ward, założycielki tej instytucji. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, gdy miała lat 12, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata potem witała go radośnie w Wiedniu (1875), gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. Pierwszą swoją książkę – Mein Polen – jemu właśnie zadedykowała. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem (1879). Miała wtedy zaledwie 16 lat. W 1883 r. Ledóchowscy przenieśli się z Austrii na stałe do Polski, do Lipnicy Murowanej koło Bochni (miejsce urodzenia św. Szymona z Lipnicy), gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitali ich chlebem i solą burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. Miała wtedy 20 lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego rychło zdobyła sobie wzięcie. W zimie 1885 r. zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej Maria Teresa przebyła ciężki tyfus. Ta właśnie choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność tego życia i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec i zaopatrzony sakramentami zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku. W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich – Marii i Ferdynanda IV, którzy po wygnaniu z Włoch rezydowali w zamku cesarskim w Salzburgu. Mimo życia na dworze, Maria Teresa prowadziła życie pełne wewnętrznego skupienia. W 1886 r. po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła. Jedną z owych sióstr była dawna dama tegoż dworu, hrabina Gelin. Właśnie w tym czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie (+ 1892), arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: “Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej”. To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia. Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły obrócić dla misji afrykańskiej. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie. Jej pierwszym krokiem był dramat Zaida Murzynka, wystawiony w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie. Opozycja zaś nalegała, by komitetom nadać charakter międzywyznaniowy. Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek (1890). Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. Na własną rękę zaczęła wydawać Echo z Afryki (1890). Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja wzrosła tak dalece, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło się rozrasta, w roku 1893 w numerze wrześniowym Echa Afryki rzuciła apel o pomoc. Z pomocą jednego z ojców jezuitów opracowała statut Sodalicji św. Piotra Klawera. 29 kwietnia 1894 r., w swoje 31. urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.
Od roku 1892 Echo z Afryki wychodziło także w języku polskim. Administrację Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula (przyszła założycielka urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego, kanonizowana w 2003 r. przez św. Jana Pawła II). W 1894 r. Maria Teresa miała już własną drukarnię. Jako napędową siłę dla maszyn drukarskich wykorzystywała wodę rzeki płynącej w majątku, który zakupiła w Salzburgu. Nową placówkę oddała pod opiekę Maryi Wspomożycielki. Echo z Afryki, a od 1911 roku także Murzynek, zaczęły wychodzić w 12 językach. Tu drukowano nadto broszury misyjne, kalendarze, odezwy itp., a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki. W roku 1921 utworzyła akcję Prasy afrykańskiej jako pomoc dla misjonarzy w Afryce. Chodziło o druk książek religijnych w językach tubylczych. 9 września 1896 r. Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 r. kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla nowego zgromadzenia zakonnego. Dzieło miało trzy stopnie: 1) członkowie zewnętrzni, wspomagający sodalicję; 2) zelatorzy uiszczający ofiary; 3) same zakonnice jako człon wewnętrzny i zasadniczy – prowadzący całe dzieło. W tym samym roku Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899 Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a następnie przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 r. św. Pius X osobnym breve pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty. W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia (1918). W roku 1920 wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia Echo z Afryki miało ok. 100 000 egzemplarzy nakładu. W roku 1901 Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto Maria wyjeżdżała do różnych miast z wykładami i odczytami o misjach w Afryce. Maria Teresa zmarła 6 lipca 1922 r. w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy bazylice św. Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Paweł VI w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną 19 października 1975 r., wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało jej od roku 1934 znajduje się w domu generalnym Sodalicji. W czasie Soboru Watykańskiego II biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.W ikonografii bł. Maria Teresa przedstawiana jest w habicie Sodalicji św. Piotra Klawera, czasami z murzyńskimi dziećmi.
Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: “Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem. Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich. 5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran. Zbrodnią poruszona była cała okolica. Dziewczę miało królewski pogrzeb. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, setki kapłanów i biskup. Z balkonów i z okien na białą trumienkę padał deszcz róż i innych kwiatów. Zaczęto ją nazywać “świętą Agnieszką XX wieku”. Dzięki staraniom pasjonistów w 1935 r. rozpoczął się proces kanoniczny Marii Goretti. 27 kwietnia 1947 roku Pius XII zaliczył ją uroczyście w poczet błogosławionych, a 24 czerwca 1950 r. tenże papież zaliczył ją do chwały świętych. Zarówno w beatyfikacji, jak i w kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka. W uroczystościach brał także udział zabójca – Aleksander Serenelli, który w czasie 27-letniego pobytu w więzieniu przeżył całkowite nawrócenie. Nie miał wątpliwości, że wiarę zawdzięczał wstawiennictwu Marii. Po wyjściu z więzienia przeprosił matkę Marii, wyznał swoją winę przed cała parafią, a po pewnym czasie został tercjarzem franciszkańskim. Do końca życia pracował jako ogrodnik u kapucynów w Macerata, gdzie zmarł w 1970 r. Duchową przemianę zabójcy opisał Jean du Parc w książce, która w Polsce została wydana pod tytułem “Niebo nad moczarami”. Św. Maria Goretti jest patronką młodzieży, dziewcząt, dziewic i bielanek. Jej relikwie spoczywają w kościele Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Jej grób nawiedził św. Jan Paweł II w pierwszym roku swojego pontyfikatu (1 września 1979 r.). W stulecie śmierci Marii Goretti ten sam papież skierował do biskupa diecezji Albano, Agostino Valliniego, specjalny list.
Piotr Jerzy przyszedł na świat 6 kwietnia 1901 roku w Turynie. Wychowywał się w zamożnym domu razem z młodszą o półtora roku siostrą Lucianą (która jeszcze za życia brata wyszła za mąż za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego). Jego ojciec, Alfredo Frassati, był założycielem i właścicielem dziennika La Stampa, senatorem, przez pewien czas także ambasadorem Włoch w Niemczech. Matka, Adelaide Ametis Frassati, była malarką. Swoje wychowanie religijne Piotr Jerzy zawdzięczał przede wszystkim wychowawcom, nauczycielom i spowiednikom, ponieważ rodzice byli raczej obojętni wobec wiary. Tymczasem dla niego wiara bardzo szybko stała się wartością podstawową. Czasami wywoływało to bolesne nieporozumienia rodzinne, które starał się znosić – tak jak wszelkie życiowe niepowodzenia – pogodnie. Już jako uczeń Piotr Jerzy należał do wielu szkolnych stowarzyszeń religijnych, m.in. do Sodalicji Mariańskiej, do Koła Różańcowego, Apostolstwa Modlitwy, Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i przyjmował Komunię świętą. W 1919 roku rozpoczął studia na wydziale inżynierii górniczej na politechnice w Turynie. 28 maja 1922 r. – myśląc o apostolstwie wśród górników – został tercjarzem Zakonu Dominikańskiego i przyjął imię Girolamo (czyli Hieronim – na cześć Savonaroli). Uczestniczył również z entuzjazmem w działalności różnych ruchów katolickich. Akcja Katolicka była dla niego prawdziwą szkołą formacji chrześcijańskiej i polem dla apostolatu. Miłował Jezusa w braciach, zwłaszcza tych cierpiących, zepchniętych na margines i opuszczonych. Poświęcał się ubogim i potrzebującym. W jego życiu mocna wiara łączyła się w jedno z miłością. Był człowiekiem ascezy i modlitwy, w której osiągnął wysoki stopień doskonałości. Jego duchowość kształtowały zwłaszcza Listy św. Pawła Apostoła oraz dzieła św. Augustyna, św. Katarzyny ze Sieny i św. Tomasza z Akwinu, nieustanna – także nocna – adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo do Matki Bożej i Słowo Boże. Warto wiedzieć, że w 1922 r. Piotr Jerzy Frassati odwiedził Polskę. Był w Gdańsku i Katowicach. Jako przyszły inżynier interesował się górnictwem i planował zwiedzić jedną z kopalni na Śląsku. Do zjazdu pod ziemię prawdopodobnie nie doszło, ponieważ miał problem z ważnością paszportu.
Jego zaangażowanie społeczne i polityczne opierało się na zasadach wiary; był zdecydowanym przeciwnikiem rodzącego się wówczas faszyzmu. Z tego powodu nieraz zatrzymywała go policja. Zafascynowanie pięknem i sztuką, a zwłaszcza malarstwem, zamiłowanie do sportu i górskich wypraw ani zainteresowanie problemami społecznymi nie stanowiło dla niego przeszkody w stałym zjednoczeniu z Chrystusem. W tajemnicy przed najbliższymi opiekował się i spieszył z pomocą, tak duchową, jak i materialną, ubogim swojego miasta. Był znany i bardzo lubiany w dzielnicach, w których nie bywał nikt z jego bliskich. Umarł nagle, w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, krótko przed ukończeniem studiów, na skutek infekcji chorobą Heinego-Medina, którą zaraził się od podopiecznych. Pogrzeb Frassatiego ujawnił jego popularność w Turynie, zwłaszcza wśród ubogich. Opinia społeczna szybko uznała go – mimo młodego wieku – za świętego. Pod jego patronatem powstało wiele stowarzyszeń religijnych. Św. Jan Paweł II podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej odprawionej na placu św. Piotra 20 maja 1990 r. wyniósł go na ołtarze, stawiając za wzór współczesnej młodzieży świata. W dniu 7 września 2025 r. jego kanonizacji dokonał papież Leon XIV.
Teksty ewangeliczne w siedmiu miejscach poświęcają Tomaszowi Apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Pisma świętego, jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz. Tomasz, zwany także Didymos (tzn. bliźniak), należał do ścisłego grona Dwunastu Apostołów. Ewangelie wspominają go, kiedy jest gotów pójść z Jezusem na śmierć (J 11, 16); w Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy (J 14, 5); osiem dni po zmartwychwstaniu, kiedy ze sceptycyzmem wkłada rękę w bok Jezusa (J 20, 19-29); nad Jeziorem Genezaret, gdy jest świadkiem cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Jezusa (J 21, 2).
Osobą św. Tomasza Apostoła wyjątkowo zainteresowała się tradycja chrześcijańska. Pisze o nim wiele Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, Rufin z Akwilei, św. Grzegorz z Nazjanzu, św. Ambroży, św. Hieronim i św. Paulin z Noli. Według ich relacji św. Tomasz miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską w Calamina w 67 r. Piszą o tym wspomniani wyżej autorzy. Tak też podaje Martyrologium Rzymskie. Jako miejsce pochówku podawany jest Mailapur (przedmieście dzisiejszego Madrasu). Jednak już w III wieku jego relikwie przeniesiono do Edessy, potem na wyspę Chios, a w roku 1258 do Ortony w Italii. O zainteresowaniu osobą św. Tomasza Apostoła świadczą także liczne apokryfy: Historia Abgara,Apokalipsa Tomasza,Dzieje Tomasza i Ewangelia Tomasza. Pierwszy apokryf znamy jedynie z relacji Euzebiusza (+ ok. 340). Apokalipsa św. Tomasza, zwana także Listem Pana naszego Jezusa Chrystusa do Tomasza lub Słowami Zbawiciela do Tomasza opisuje koniec świata. Ciekawsza jest Ewangelia św. Tomasza. Na jej treść składają się logia, czyli słowa Chrystusa. Zdań tych jest 114. Według Euzebiusza zbiór ten miał posiadać biskup św. Papiasz (+ ok. 130) i miał nawet do nich napisać komentarz. Część tych słów odkryto w roku 1897 i 1903 w Egipcie w Oxyrhynchos. Od tej “ewangelii” należy odróżnić jeszcze jedną, zupełnie inną, także przypisywaną św. Tomaszowi. Zawiera ona opis życia lat dziecięcych Pana Jezusa. Stąd właśnie wzięły się średniowieczne legendy o ptaszkach, klejonych z gliny i ożywianych przez Pana Jezusa w zabawie z rówieśnikami itp.
Interesujący i oryginalny jest ostatni wymieniony wyżej apokryf – Dzieje Tomasza. Powstał on dopiero w wieku IV/V. Opisuje on podróż św. Tomasza do Indii w roli architekta na zaproszenie tamtejszego króla Gondafora. Zamiast jednak budować pałac królewski, św. Tomasz głosił Ewangelię, a pieniądze przeznaczone na budowę pałacu wydawał na ubogich. Na skutek jego nauk i cudów nawrócił się król i jego rodzina. Katolickie Indie czczą św. Tomasza jako swojego Apostoła. Około roku 52 po Chrystusie miał on wylądować na zachodnim wybrzeżu Malabaru i założyć tam siedem kościołów. Kiedy w roku 1517 Portugalczycy wylądowali w Mylapore, miano im pokazać grób Apostoła. Pamięć o Apostole zachowali tamtejsi chrześcijanie nestoriańscy. W Indiach jest również najgłośniejsze sanktuarium św. Tomasza Apostoła. Znajduje się ono na miejscu, gdzie według miejscowej tradycji Tomasz miał ponieść śmierć męczeńską. Miejsce to ma różne nazwy: Calamina (najczęściej spotykana), Thomas Mount (Góra Św. Tomasza), Madras, Maabar i Meliapore. Wszystkie te nazwy oznaczają jedną miejscowość: “Górę Św. Tomasza”, położoną na jednym z przedmieść Madrasu. Św. Tomasz jest patronem Indii, Portugalii, Urbino, Parmy, Rygi, Zamościa; architektów, budowniczych, cieśli, geodetów, kamieniarzy, murarzy, stolarzy, małżeństw i teologów.W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest jako młodzieniec (do XIII w. na Zachodzie, do XVIII w. na Wschodzie), później jako starszy mężczyzna w tunice i płaszczu. W prezentacji ikonograficznej powraca wątek “niewiernego” Tomasza. Atrybutami Świętego są: kątownica, kielich, księga, miecz, serce, włócznia, którą go przeszyto, zwój.
W Kodniu nad Bugiem (północno-wschodnia część województwa lubelskiego) znajduje się sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Kodeńskiej, Matki jedności. Opiekują się nim obecnie misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej. W głównym ołtarzu kościoła znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, który według tradycji został namalowany w VI w. przez św. Augustyna z Canterbury na prośbę papieża Grzegorza I jako kopia rzeźby Matki Bożej, która znajdowała się w jego prywatnej kaplicy. Papież postanowił podarować rzeźbę Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli, który umieścił ją w sanktuarium w Guadalupe w Hiszpanii. Obraz natomiast pozostał w papieskiej kaplicy aż do czasów papieża Urbana VIII, gdy w 1630 roku miał go wykraść z Rzymu książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym. Skradziony obraz umieścił w kościele św. Anny w Kodniu, gdzie znajduje się do dziś. Te informacje nie znajdują jednak potwierdzenia w źródłach historycznych. Obraz został prawdopodobnie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę podczas pielgrzymki. Wskazuje na to styl, typowy dla malarstwa hiszpańskiego XVII w. Obraz został ukoronowany 15 sierpnia 1723 roku przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego jako trzeci z kolei obraz Matki Bożej na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej (po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Trockiej). W kwietniu 1875 r. kościół w Kodniu trafił w ręce prawosławnych, co sprawiło, że od sierpnia 1875 do września 1927 r. obraz znajdował się na Jasnej Górze, skąd przez Warszawę wrócił w dniach 3-4 września 1927 r. do Kodnia. W 1973 roku Paweł VI nadał świątyni w Kodniu tytuł bazyliki mniejszej. Rocznie pielgrzymuje tutaj ponad 200 tys. pielgrzymów.
Do czasu reformy kalendarza liturgicznego po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Obecnie obchód ten został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem), zachował się jedynie – na zasadzie pewnego przywileju – w zgromadzeniach Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
Do dziś istnieją kościoły pod wezwaniem Najdroższej Krwi Chrystusa. Jak Boże Ciało jest rozwinięciem treści Wielkiego Czwartku, tak uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa była jakby przedłużeniem Wielkiego Piątku. Ustanowił ją dekretem Redempti sumus w roku 1849 papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały miesiąc był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł święto na dzień 1 lipca. Papież Pius XI podniósł je do rangi świąt pierwszej klasy (1933) na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi. Szczególnym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Pana Jezusa wyróżniał się św. Kasper de Buffalo, założyciel osobnej rodziny zakonnej pod wezwaniem Najdroższej Krwi Pana Jezusa (+ 1837). Misjonarze Krwi Chrystusa mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce także siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, założone przez św. Marię de Mattias. Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi wyróżniał się także papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście Inde a primis z 1960 r. zachęcał do tego kultu. Nabożeństwo ku czci Krwi Pańskiej ma uzasadnienie w Piśmie świętym, gdzie wychwalana jest krew męczenników, a przede wszystkim krew Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy Pan Jezus przelał ją przy obrzezaniu. W niektórych kodeksach w tekście Ewangelii według świętego Łukasza można znaleźć informację, że podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym pot Jezusa był jak krople krwi (zob. Łk 22, 44). Nader obficie płynęła ona przy biczowaniu i koronowaniu cierniem, a także przy ukrzyżowaniu. Kiedy żołnierz przebił Jego bok, “natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24). Serdeczne nabożeństwo do Krwi Pana Jezusa mieli święci średniowiecza. Połączone ono było z nabożeństwem do Ran Pana Jezusa, a zwłaszcza do Rany Jego boku. Wyróżniali się tym nabożeństwem: św. Bernard (+ 1153), św. Anzelm (+ 1109), bł. Gueryk d’Igny (+ 1160) i św. Bonawentura (+ 1270). Dominikanie w piątek po oktawie Bożego Ciała, chociaż nikt nie spodziewał się jeszcze, że na ten dzień zostanie kiedyś ustanowione święto Serca Pana Jezusa, odmawiali oficjum o Ranie boku.
Od poczucia opuszczenia do kościoła Sacré-Cœur – droga 24-letniej Mélanie
Maria Vargas
A la lumière de son histoire d’enfant de parents divorcés, Mélanie découvre dans le Cœur de Jésus un refuge, qui la porte dès lors chaque jour.
***
24-letnia Mélanie, dotknięta rozwodem rodziców, przez długi czas czuła się opuszczona. W Lourdes spowiedź całkowicie zmieniła jej życie i skierowała ją na drogę do Najświętszego Serca Jezusowego. Dziś, jako członkini Gwardii Honorowej, świadczy o sile serca oddającego się Bogu.
„Proście Boga, aby dał wam serce pełne oddania” To zdanie Mélanie usłyszała w wieku 16 lat, w samym środku trudnego okresu, podczas spowiedzi w Lourdes. W tamtej chwili nie zrozumiała jego znaczenia. Spotkanie z Najświętszym Sercem Jezusa, które nastąpiło wiele lat później, rzuciło na to światło. W kontekście swojej historii jako dziecka rozwiedzionych rodziców Mélanie odkryła w Sercu Jezusa schronienie, które odtąd każdego dnia ją podtrzymuje.
Rana spowodowana rozwodem
Urodzona w 2002 roku Mélanie dorastała na przedmieściach Paryża w praktykującej rodzinie katolickiej pochodzenia polskiego. Jej rodzice rozwiedli się, gdy miała dziewięć lat. Była to dla niej głęboka trauma. Jednak w obliczu tej sytuacji nie podważała istnienia Boga. „Tak, czułam się opuszczona przez Pana. W obliczu rodzinnego cierpienia myślałam sobie, że Bóg chyba nie przejmuje się mną zbytnio. Postanowiłam więc w zamian przestać się Nim interesować. Ale wierzyłam w Niego” – wyznaje.
Po pierwszej komunii świętej przestała chodzić na mszę i przez kilka lat stopniowo oddalała się od Kościoła. „Całe moje nastoletnie życie przepełniało głębokie poczucie niepokoju. Byłam smutna, zagubiona, pogrążona w depresji, nie potrafiłam odnaleźć swojego miejsca”. Okres ten młoda kobieta uważa za najciemniejszy w swoim życiu.
Lourdes: od śmierci do życia
W ciemnościach to właśnie przyjaciele pomagają Mélanie utrzymać się na powierzchni. „Nie byli wierzący, niektórzy nawet bardzo krytycznie odnosili się do Kościoła, ale byli radośni i lojalni”. W drugiej klasie liceum zaproponowano jej przygotowanie się do bierzmowania. Bez większego przekonania Mélanie zgodziła się. W kwietniu 2018 roku wyjechała do Frat de Lourdes w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek.
„Módlcie się dużo za swoich rodziców, nikt nie zrobi tego za was”
Właśnie wtedy, nagle, w trakcie pielgrzymki, postanowiła pójść do spowiedzi. „Poczułam coś w rodzaju wezwania, by udać się do księdza”. Tam, przed tym, którego twarzy nie zapamiętała, a jedynie „duże niebieskie oczy”, opowiedziała wszystko: o ranie spowodowanej rozwodem, nieustannych konfliktach w domu, poczuciu opuszczenia. Zanim udzielił jej rozgrzeszenia, ksiądz wypowiedział dwa zdania: „Módl się dużo za swoich rodziców, nikt nie zrobi tego za ciebie”, a następnie: „Proś Boga, aby dał ci serce pełne oddania”. Słowa, których młoda kobieta w tamtej chwili nie rozumiała. „Pierwsze zdanie wydawało mi się niemal niesprawiedliwe. Co do drugiego, wprawiało mnie w zakłopotanie: czyż moje serce nie było wystarczająco oddane?”. Jednak te słowa zapoczątkowały nawrócenie Mélanie. „Ta spowiedź zmieniła moje życie – twierdzi. Przybyłam do Lourdes martwa wewnętrznie, a wyjechałam stamtąd żywa”.
Po nawróceniu i przez wiele kolejnych lat Mélanie wyrusza na poszukiwania. Stara się zrozumieć, co tak naprawdę oznacza to „porzucone serce”.Marie-Christine Bertin (diecezja paryska)
Prosić o serce podobne do serca Jezusa
Po nawróceniu i przez wiele kolejnych lat Melanie podążała śladami tej drogi. Starała się zrozumieć, co tak naprawdę oznacza to „serce oddane”. Odpowiedź przychodziła stopniowo. W jej sercu rodziło się wówczas coraz silniejsze przywiązanie do Najświętszego Serca Jezusowego na Montmartre. „Pewnego wieczoru – opowiada – kiedy przyszłam tam, by spędzić noc na adoracji, zatrzymałam się przed kaplicą św. Małgorzaty Marii Alacoque. Znalazłam tam małą ulotkę przedstawiającą obietnice Najświętszego Serca”. Jej uwagę przyciągnęło zdanie: „Zaprowadzę pokój w waszych rodzinach”. Te słowa głęboko ją poruszyły. Wtedy wszystko stało się jasne: po raz pierwszy zrozumiała związek między „sercem oddanym”, o którym mówił jej ksiądz, a Sercem Chrystusa. „Zrozumiałam, że zachęcał mnie do proszenia o serce podobne do serca Jezusa: serce oddane miłości Ojca, Jego woli i Jego miłosierdziu”.
Zaangażowanie na całe życie
To oddanie, które Mélanie głęboko sobie przyswoiła, skłoniło ją do podjęcia dożywotniego zobowiązania w Gwardii Honorowej Najświętszego Serca, duchowym ruchu powstałym w Paray-le-Monial. „Zasada jest prosta” – wyjaśnia – „każdy członek wybiera jedną godzinę swojego dnia, którą ofiarowuje Panu w jedności z Najświętszym Sercem. W ciągu tej godziny kontynuujemy nasze zwykłe czynności, ale przeżywamy je w duchu modlitwy i ofiary”.
„Mój dzień jest naprawdę wypełniony chwilami modlitwy, których centralnym punktem jest Serce Chrystusa. To rytm, który nadaje strukturę mojemu życiu”.
Mélanie zdecydowała się na godzinę 15. „Każdego dnia odmawiam modlitwę Straży Honorowej, a następnie ofiarowuję tę godzinę Chrystusowi, w jedności z tysiącami członków obecnych na całym świecie”. Ale to zaangażowanie nie kończy się na tym. Uroczyście poświęcona Najświętszemu Sercu Jezusa z Montmartre, każdego ranka odmawia również modlitwę osobistego poświęcenia. „Mój dzień jest rzeczywiście wypełniony chwilami modlitwy, których centralnym punktem jest Serce Chrystusa. To rytm, który nadaje strukturę mojemu życiu.”
Mélanie, która uroczyście poświęciła się Najświętszemu Sercu Jezusa na Montmartre, każdego ranka odmawia również modlitwę osobistego poświęcenia.Mélanie Niemiec
Najświętsze Serce Jezusa a rana dzieci rodziców rozwiedzionych
Mélanie jest przekonana, że dzieci rodziców rozwiedzionych mogą odnaleźć w Sercu Chrystusa coś z samych siebie. „Serce dziecka zmagającego się z rozstaniem rodziców jest sercem rozdartym. Niezależnie od jego zdolności do radzenia sobie z trudnościami, ta rana pozostaje głęboko w nim wyryta”. Melania podważa zresztą powszechne przekonanie, że dzieci dostosowują się do sytuacji i w końcu czują się bardzo dobrze. „Oczywiście, mogą nauczyć się żyć z tym cierpieniem, ale to nie oznacza, że rana znika. Odkryłam, że tylko łaska Boża może naprawdę dotrzeć do tej głębi”. Dla Mélanie Najświętsze Serce nie jest tylko jednym z wielu nabożeństw, lecz „domem, schronieniem i szkołą miłości”.
Ostatni apel Papieża do lefebrystów: nie rozdzierajcie tuniki Chrystusa
“Wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi!”
– pisze Leon XIV w liście do przełożonego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, w związku z planowanymi na jutro w Écône święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego.
fot. Vatican Media
***
List, wysłany przez Leona XIV do przełożonego Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, nosi datę 29 czerwca, uroczystości świętych Piotra i Pawła, dwa dni przed zapowiadanymi święceniami biskupimi bez mandatu papieskiego, które stanowiłyby nowy akt schizmy.
Zgodnie z zapowiedzią, przekazaną w ostatnich dniach dziennikarzom w Castel Gandolfo, Papież Leon XIV skierował ostatnie wezwanie do Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, prosząc, by nie przystępowano do sakry czterech nowych biskupów bez mandatu papieskiego, jak jest to zaplanowane na przedpołudnie, 1 lipca w szwajcarskim Écône.
„Z ojcowską troską pragnę zwrócić się do Księdza, a za Księdza pośrednictwem do biskupów, kapłanów, seminarzystów i wiernych związanych z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X, świadomy odpowiedzialności, którą Pan powierzył mi jako Następcy Apostoła Piotra – pisze Leon XIV – Kościół uznaje przywiązanie do życia liturgicznego, zaangażowanie w formację kapłańską, gorliwość apostolską oraz pragnienie wierności Tradycji, które charakteryzują wiele osób i wspólnot związanych z tym Bractwem. To właśnie stanowiło motyw postawy uwagi i życzliwości, jaką moi Poprzednicy nieustannie wam okazywali”.
„W tym duchu – kontynuuje Papież – przepełniony chrześcijańską miłością, wzywam was i proszę z całego serca: zawróćcie z tej drogi! Zachęcam was, abyście z całą powagą rozważyli dobro duchowe wiernych, ponieważ akt schizmy, którego byście się dopuścili, pozbawiłby ich możliwości godziwego, a w niektórych przypadkach nawet ważnego przyjmowania sakramentów, które miłują i których poszukują dla swojego uświęcenia”.
„Kościół jest gotów – czytamy następnie w papieskim liście, napisanym w języku francuskim i skierowanym do przełożonego generalnego Bractwa, ks. Davide Pagliaraniego – podjąć drogę dialogu i porozumienia, którą Duch Święty może uczynić możliwą i owocną. Modlę się za was, ponieważ rozdzieranie całej tkanej bez szwów Tuniki Chrystusa jest grzechem niezwykle ciężkim. Niech Pan oświeci wasze sumienia i obudzi wasze serca. Mocą władzy otrzymanej od Chrystusa, z sercem przepełnionym bólem, ale wciąż pełnym nadziei, czuję się zobowiązany prosić was, abyście odstąpili od swojego zamiaru, i powierzam te intencje Niepokalanemu Sercu Maryi, Matki Dobrej Rady”.
Papież raz jeszcze prosi więc lefebrystów, by zrezygnowali z dokonania schizmatyckiego aktu święceń biskupich bez papieskiego mandatu. Znamienne jest również, że najmocniejszym argumentem, jaki zawarty jest w liście, jest dobro dusz wiernych Bractwa Świętego Piusa X. Bowiem ów akt schizmatycki sprawiłby, że sprawowane sakramenty byłyby niegodziwe, a w niektórych przypadkach (w odniesieniu do spowiedzi sakramentalnej i małżeństwa) wręcz: nieważne.
VATICANNEWS.VA – Gość Niedzielny
***
Matka Boża Gietrzwałdzka w Watykanie!
Dziś, 30 czerwca, uroczyste odsłonięcie wizerunku
W Ogrodach Watykańskich zostanie dziś odsłonięta i poświęcona mozaika Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Uroczystość zainauguruje obchody 150. rocznicy objawień maryjnych – jedynych w Polsce uznanych przez Kościół.
fot. Vatican News
***
W Ogrodach Watykańskich zostanie dziś odsłonięta mozaika Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. To znak czci dla wizerunku od wieków obecnego w warmińskim sanktuarium. W ten sposób w sercu Kościoła inaugurowane są obchody 150-lecia objawień w Gietrzwałdzie – jedynych objawień maryjnych w Polsce zatwierdzonych przez Kościół.
Wizerunek z Warmii
Mozaika, która zostanie odsłonięta w Ogrodach Watykańskich, nawiązuje do łaskami słynącego obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. To właśnie ten wizerunek znajduje się w głównym ołtarzu Bazyliki Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie i od stuleci stanowi centrum maryjnego kultu na Warmii.
Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewej ręce Dzieciątko Jezus ubrane w długą, czerwoną suknię. W górnej części wizerunku dwaj aniołowie podtrzymują wstęgę z napisem: „Ave Regina Caelorum, ave Domina Angelorum”, czyli: „Bądź pozdrowiona Królowo Nieba, bądź pozdrowiona Pani Aniołów”.
Nieznany autor
Autor obrazu nie jest znany. Historycy sztuki wskazują, że powstał on prawdopodobnie w warsztacie poznańskim w połowie XVI wieku. Pierwsza wzmianka o wizerunku pochodzi z 1583 roku, gdy biskup Marcin Kromer w „Opisie Biskupstwa Warmińskiego” wymienił go jako cudowny. Już pod koniec XVI wieku obraz przeniesiono do ołtarza głównego, co świadczyło o rozwijającym się kulcie.
W kolejnych stuleciach wizerunek był otaczany szczególną czcią. W 1717 roku ozdobiono go srebrnymi koronami, później zastąpionymi bardziej kosztownymi, wysadzanymi drogimi kamieniami. W 1734 roku obraz otrzymał także srebrne sukienki.
Objawienia i obraz
Gietrzwałd stał się szeroko znany dzięki objawieniom Matki Bożej, które trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Maryja ukazywała się dwóm dziewczynkom: trzynastoletniej Justynie Szafryńskiej i dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej. Przemówiła do nich po polsku – jak zapisał ks. Franciszek Hipler – „w języku takim, jakim mówią w Polsce”.
Po objawieniach kult Matki Bożej Gietrzwałdzkiej jeszcze się umocnił. Władze pruskie, niechętne wydarzeniom w sanktuarium, nakazały usunięcie obrazu z kościoła albo przeniesienie go w mniej widoczne miejsce. Wizerunek trafił wtedy do ołtarza na emporze południowej.
Koronacja i pamięć
Do głównego ołtarza obraz powrócił w 1949 roku. Uroczystej koronacji dokonał 10 września 1967 roku prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, przy udziale kard. Karola Wojtyły i bp. Józefa Drzazgi. Dzisiejsze odsłonięcie mozaiki w Watykanie przypomina więc nie tylko same objawienia, lecz także długą historię obrazu, który dla pielgrzymów pozostaje znakiem modlitwy, nadziei i duchowej tożsamości Warmii.
Karol Darmoros, Vatican News, pa/Stacja7
***
Jak oddać rodzinę Najświętszemu Sercu Jezusa?
5 prostych praktyk
vetre | Shutterstock
***
Obraz Serca Jezusa w domu, poranne ofiarowanie, pierwsze piątki miesiąca i krótka modlitwa w ciągu dnia. Konsekracja Najświętszemu Sercu Jezusa może stać się czymś bardzo konkretnym dla całej rodziny.
Tego lata, gdy USA świętuje 250. rocznicę swojego istnienia, 11 czerwca biskupi Stanów Zjednoczonych dokonają konsekracji Amerykanów Najświętszemu Sercu Jezusa. Zachęcają jednocześnie, by dokonać poświęcenia rodzin Sercu Jezusowemu w każdym domu. Szczególnie zachęca do tego apb. Paul Etienne (Seattle).
Nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa od początku miało — i nadal ma — nie tylko wymiar osobisty, ale także rodzinny i społeczny. W objawieniach przekazanych św. Małgorzacie Marii Alacoque Chrystus prosił, by Jego Serce było publicznie czczone, a Jego wizerunek zajmował ważne miejsce w życiu wierzących.
Z tą pobożnością związane są także szczególne obietnice: łaski potrzebne w codziennym życiu, pokój w rodzinach, pociecha w trudnościach, błogosławieństwo dla domów, w których obraz Najświętszego Serca będzie zawieszony i czczony.
Dlatego oddanie rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa prowadzi dalej: do codziennego powierzania Chrystusowi domu, relacji, trudności, decyzji i przyszłości rodziny.
Oto pięć prostych praktyk, które pomagają rodzinie żyć tą pobożnością w konkretny sposób.
1. Umieść obraz Najświętszego Serca Jezusa w swoim domu
Umieszczenie pięknego obrazu lub figury Najświętszego Serca Jezusa w centralnym miejscu domu sprawia, że obecność Chrystusa staje się widzialna i zaprasza do codziennej kontemplacji. Arcybiskup Etienne wspomina, że w domach obojga jego dziadków takie wizerunki zajmowały ważne miejsce — obrazy wisiały w jadalni, a figury stały w sypialni — i że ukształtowało to jego trwającą przez całe życie świadomość obecności Jezusa.
Zgromadź rodzinę, by pobłogosławić i intronizować ten wizerunek. Módlcie się razem, prosząc Jezusa, by królował w waszym domu. Ten prosty gest przemienia dom w szkołę bliskości, w której członkowie rodziny często podnoszą wzrok ku Panu, który zna ich i kocha osobiście.
2. Módlcie się jako rodzina modlitwą porannego ofiarowania
Jednym z fundamentów nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego jest modlitwa porannego ofiarowania, która może zjednoczyć cały dzień rodziny — modlitwy, prace, radości i cierpienia — z miłującym Sercem Jezusa. Arcybiskup wspomina, że jego rodzina odmawiała ją codziennie po modlitwie przed posiłkiem, a praktyka ta uczyła go życia w stałej komunii z Chrystusem.
Można posłużyć się tradycyjną wersją: „O Jezu, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci moje modlitwy, prace, radości i cierpienia tego dnia…”. Włączcie ją do śniadania lub kolacji. Z czasem modlitwa ta kształtuje relację serca z Sercem, pomagając zarówno dzieciom, jak i dorosłym doświadczać tego, że Jezus jest obecny w każdej zwyczajnej chwili.
3. Praktykujcie razem nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca
Jezus objawił św. Małgorzacie Marii Alacoque swoje pragnienie przyjmowania Komunii Świętej w pierwsze piątki miesiąca jako wynagrodzenia za grzechy i obojętność. Ta praktyka otwiera rodziny na głębsze przyjęcie miłosiernej miłości Chrystusa w Eucharystii.
Jeśli to możliwe, uczestniczcie jako rodzina we Mszy Świętej w pierwsze piątki miesiąca, przyjmujcie Komunię Świętą z pobożnością i poświęćcie czas na adorację. W domu ofiarujcie modlitwy wynagrodzenia i wdzięczności. Takie chwile budują bliskość, wprowadzając rodzinę w ofiarną miłość samego Chrystusa, która uzdrawia rany.
4. Wzywajcie Najświętszego Serca w ciągu dnia
Krótkie, płynące z serca wezwania, takie jak „Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami” albo „Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze według Serca Twego”, można wplatać w codzienne życie. Arcybiskup Etienne zachęca do częstego korzystania z tych modlitw, by „mieć oczy utkwione w Jezusie” (Hbr 12,2).
Podczas jazdy samochodem, domowych obowiązków czy posiłków zatrzymajcie się na chwilę, by podzielić się jedną sytuacją, w której danego dnia doświadczyliście Bożej miłości, albo jedną intencją modlitewną, którą chcecie powierzyć Jego Sercu. Te małe nawyki przemieniają rutynę w relację, pomagając każdemu członkowi rodziny poznawać Chrystusa nie jako odległą postać, lecz jako kochającego Przyjaciela.
5. Odmówcie rodzinny akt konsekracji
Podążając za przykładem biskupów, możecie dokonać formalnego aktu konsekracji jako rodzina. Najlepiej dokonać tego w obecności kapłana, przygotowując się do aktu intronizacji specjalnie dedykowaną nowenną, istnieje gotowy rytuał intronizacji, jednak można tego dokonać też w postaci aktu osobistego oddania rodziny. Oto treść modlitwy:
Akt poświęcenia rodziny
Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
Akt w tej formie został zatwierdzony przez św. Piusa X dnia 19 maja 1908 roku, i jako taki jest wymagany dla uzyskania odpustu. Nie może być zatem zmieniony. Odmawia się go w pozycji klęczącej, zarówno kapłan jak rodzina. Jeśli kapłan nie jest obecny, przewodniczy głowa rodziny.
Najświętsze Serce Jezusa, któreś oznajmiło świętej Marii Małgorzacie pragnienie królowania chrześcijańskim rodzinom, wejrzyj na nas. Oto zbliżamy się dzisiaj do Twego tronu, aby rodzinę naszą oddać pod Twoją nieograniczoną władzę. Postanawiamy pielęgnować w sercach naszych te cnoty, które — wedle Twej obietnicy — już tu na ziemi utwierdzają trwały pokój. Wyrzekamy się ducha tego świata, który Ty potępiłeś. Bądź naszym rozumem przez żywą wiarę, kieruj naszym sercem bezgraniczną miłością ku Tobie, której ogień będziemy rozniecali częstą Komunią świętą. O Boskie Serce, racz przewodniczyć rodzinie naszej, błogosław naszym duchowym i doczesnym zamiarom, usuwaj od nas wszelkie troski, łagodź cierpienia. Jeśliby który z członków naszej rodziny miał nieszczęście obrazić Ciebie grzechem ciężkim, przypomnij mu, Najłaskawsze Serce Jezusa, iż jesteś pełne miłosierdzia i litości dla skruszonych grzeszników. A gdy dla którego z członków naszej rodziny nastąpi godzina rozłąki z tym światem i śmierć wniesie żałobę w dom nasz, wszyscy — zarówno ten, kto umiera, jak i ci co pozostają — poddamy się kornie niezbadanym wyrokom Opatrzności Twojej. Będziemy się pocieszali myślą, że nastanie kiedyś dzień, gdy cała nasza rodzina, w niebie połączona, wiecznie chwałę Twoją wyśpiewywać i Twe dobrodziejstwa wielbić będzie. Niech Niepokalane Serce Maryi i błogosławionego patriarchy św. Józefa zaniosą przed oblicze Twoje to poświęcenie się nasze i niech nam je przypominają na każdy dzień życia naszego. Niech żyje Najświętsze Serce Jezusa, Króla i Ojca naszego.
Ten akt powierza Jezusowi radości, zmagania i przyszłość waszej rodziny, budując głębokie poczucie przynależności do Niego.
Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami. Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami.
Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca
Stock Studio 4477 | Shutterstock
***
Ta mała, biała Hostia jest posłuszna dłoniom prezbitera. Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia przemienia się w żywego Jezusa. Rozumiecie to? Serce Jezusa tak nas ukochało, że za każdym razem podczas mszy św. ożywa i umiera! W rozmowie z Aleteią o. Mariusz Balcerak, jezuita, wicepostulator procesu o. Józefa Andrasza, krakowskiego spowiednika św. s. Faustyny, mówi o święcie Eucharystycznego Serca Jezusa.
Niemal nieznane święto – Eucharystyczne Serce Jezusa
Aleteia: Poszukując informacji o Słudze Bożym, o. Józefie Andraszu w starych księgach, natrafił ojciec na ślady wyjątkowego święta – Eucharystycznego Serca Pana Jezusa.W internecie niemal nic nie można o nim znaleźć…
O. Mariusz Balcerak SJ: Rzeczywiście, w starych księgach odnalazłem wiele wiadomości o święcie, o którym chyba większość z nas nie słyszała. Kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa to połączenie kultu Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W 1878 r. papież Leon XIII potwierdził, że nie sposób jest oderwać od siebie obu tych kultów, a papież Benedykt XV w 1921 r. zatwierdził formularz mszalny o Eucharystycznym Sercu Jezusowym. To on także zapoczątkował liturgiczne wspomnienie w czwartek, kończący oktawę Bożego Ciała. Natomiast papież Pius XII w encyklice Haurietis aquas(Zaczerpnijcie wody) z 1956 r. napisał, że „trudno byłoby zrozumieć moc tej miłości, która kazała Chrystusowi stać się naszym duchowym pokarmem, jeśli nie pielęgnowalibyśmy w sposób szczególny kultu Eucharystycznego Serca Jezusowego. Ten kult jest zaproszeniem, byśmy coraz bardziej odkrywali tajemnicę miłości Chrystusa do nas. Jak widzimy kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa jest ważny dla Kościoła.
Decyzje papieży stanowią zwieńczenie rozważań o Eucharystycznym Sercu Jezusa, które rozpoczęto dużo wcześniej…
Już blisko 300 lat przed decyzjami papieży wierni mieli pewne intuicje. Pionierami byli przedstawiciele szkoły duchowości zwanej École Française reprezentowanej przez Pierre de Bérulle (1575-1629) oraz Charlesa de Condren (1588-1641). Zwrócili oni uwagę na Jezusa Chrystusa w Hostii, który jest zarazem kapłanem i ofiarą, złożoną Ojcu na krzyżu – i uobecnianą w każdej mszy św. To rozumienie prowadzi nas w kierunku przebitego Serca Jezusa, które zdecydowało się podjąć tę ofiarę.
Z kolei Jean-Jacques Olier (1608-1652) zwracał uwagę na to, że podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, Chrystus staje przed człowiekiem w postawie całkowitego wyniszczenia się z miłości do Ojca i do stworzenia. To pierwszy moment, w którym podkreśla się, że wyniszczenie następuje nie tylko na poziomie ciała, ale też serca – czyli rezygnacji z własnej woli i pragnień po to, żeby spełnić wolę Ojca. Warto też wspomnieć św. Jana Eudesa (1601-1680), który łączy kult Serca Jezusa i Maryi z Eucharystią – szczególnie czczoną podczas mszy św.
Objawienia Najświętszego Serca Jezusa
I tu przychodzi czas na wspomnienie słynnych objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690)?
Tak. Św. Małgorzata doświadczyła około osiemdziesięciu objawień Serca Jezusowego, które – mówiąc w ogromnym skrócie – zmierzały do ustanowienia święta ku czci Serca Jezusowego, komunii św. wynagradzającej i uroczystemu wynagradzaniu Chrystusowi, odmawianemu przed Najświętszym Sakramentem.
Jednak wciąż nie wspomniano tu o Eucharystycznym Sercu Jezusa, chociaż te powiązania były jednoznaczne…
Tak. Pierwszy raz tego określenia użył Jean Paul Salut w dziele wydanym w latach 1701-1703, zgłębiając chwałę Serca Pana Jezusa w Eucharystii, a potem w 1706 r. Antoine Ginther, zgłębiając miłość Serca Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Widać więc tu wyraźnie, że duchowość Eucharystycznego Serca Jezusa rozwija się po rewolucji francuskiej, która przyniosła ogromne zniszczenie moralne i duchowe.
Co ciekawe, w latach 50. i 60. XIX w. pojawiło się sporo zgromadzeń męskich i żeńskich, które nawiązują w swoim charyzmacie do Najświętszego Serca i do adoracji Najświętszego Sakramentu, często w duchu wynagrodzenia.
Dokładnie. Należy tu wspomnieć św. Piotra Julian Eymarda (1811-1868), który założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu. W tym czasie także świeccy zakładali stowarzyszenia i bractwa, szerzące kult Eucharystycznego Serca Boga, które jest obecne w Najświętszym Sakramencie. Papież Pius IX udzielił w 1868 r. trzem francuskim biskupom zgody na używanie inwokacji „Sercu Eucharystycznemu Jezusa należy się w każdej chwili cześć, uwielbienie, miłość i dziękczynienie we wszystkich tabernakulach świata aż do skończenia wieków”. W zbiorze odpustów, związanych z modlitwami do Eucharystycznego Serca Jezusa, papież Leon XIII w 1787 r. bardzo mocno łączył Serca Jezusa z sakramentem ołtarza. A w 1903 r. wyniesiono w Rzymie Bractwo Eucharystyczne Serca Jezusowego do poziomu arcybractwa. Pius X wzbogacił kult do Eucharystycznego Serca Jezusa licznymi odpustami. Kult Eucharystycznego Serca Jezusa rozwijał się dość mocno w zgromadzeniach redemptorystów oraz sercanów.
Różnice
Czym różni się kult Serca Jezusa od kultu Eucharystycznego Serca Jezusa?
Serce Eucharystyczne jest tym samym, co Serce Jezusa – z uwydatnieniem prawdy, że żyje Ono w świętych postaciach eucharystycznych. Równocześnie zwraca się uwagę, że jest to Serce, które tak ukochało człowieka, że stało się dla niego darem w Eucharystii. To właśnie podkreślali papieże Pius XI i Pius XII. A dziś, dzięki nauce, wiemy o tym jeszcze dużo, dużo więcej.
Idąc dalej: odpowiedź na Pani pytanie przynosi wspominania już encyklika Haurietis aquas, w której Pius XII nie mówi, że kult Eucharystycznego Serca Jezusa jest czymś innym od kultu Serca Jezusowego. Chodzi w nim raczej – jak podkreślają teologowie – o oddawanie czci Sercu Jezusa w odniesieniu do Eucharystii, z wdzięcznością za Jej ustanowienie i zachowanie do końca świata. Chodzi tu także o miłość Jezusa, która jest żywa w Jego Sercu i w Eucharystii. I myślę, że to akcent, który dziś może dać nam nowe impulsy do przeżywania adoracji Najświętszego Sakramentu, Jego uwielbiania i wynagradzania Mu za zniewagi.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa u o. Andrasza
A jak wyglądał kult Eucharystycznego Serca Jezusa u Sługi Bożego o. Józefa Andrasza, spowiednika św. s. Faustyny?
O. Andrasz napisał w latach trzydziestych XX w. niewielką książeczkę „Westchnienia i modlitwy do Eucharystycznego Serca Jezusa”. Podjął się w niej wyjaśnienia teologicznego, jak rozumieć i przeżywać nabożeństwo do Niego. Wskazał na spójność kultu Eucharystii z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Spisał także akty strzeliste, litanię, akt oddania się i modlitwę ouproszenie poprawy życia u Eucharystycznego Sercu Jezusa. Przygotowując proces beatyfikacyjny o. Andrasza odkrywam, że Eucharystyczny Kult Serca Jezusowego był u niego czymś niesamowitym. Myślę, że o. Andrasz, którego ludzie postrzegali jako odprawiającego mszę św. godnie i z pobożnością, doskonale rozumiał, że po konsekracji dokonuje się naprawdę coś mistycznego. Na ołtarzu pojawia się Bóg, który z miłości do człowieka zgadza się umrzeć za nas, aby nas zbawić. Jezus robi to ofiarnie, wie, że w ten sposób wznawia swą mękę; męczy się w agonii, aby pokazać człowiekowi jak bardzo nas umiłował. Po sposobie, w jaki o. Józef to opisuje w ,,Westchnieniach’’ mam takie wrażenie, że sam duchowo to przeżywał.
Cuda eucharystyczne
Wspomina ojciec o współczesnych badaniach naukowych, które rzucają jeszcze mocniejsze światło na te tajemnice. W jaki dokładnie sposób?
We wszystkich zbadanych cudach eucharystycznych, począwszy od Lanciano we Włoszech(VII w.) a nacudach w Buenos Aires (1996 r.), Sokółce (2008 r.) i Legnicy (2013 r.) kończąc, odkryto, że jest to prawdziwe ludzkie ciało z konkretnym DNA i prawdziwa ludzka krew grupy AB. Zbadano, że jest to dokładnie fragment mięśnia ludzkiego serca, odpowiedzialny za jego skurcze. W mięśniu sercowym znajduje się wiele białek, które wniknęły w tkankę – co oznacza, że w chwili pobierania wycinka serce żyło i cierpiało.
Cud w Lanciano przebadał w latach 1970–1971 profesor Odoardo Linoli. Cud w Buenos Aires badało dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy York. Cud w Sokółce został poddany dwóm niezależnym analizom. Cud w Legnicy przebadała m.in. naukowiecBarbara Engel – lekarz kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy, która jest członkiem komisji diecezjalnej. Wszyscy naukowcy przed badaniem nie wiedzieli, skąd pochodzą próbki.
Ojcze Mariuszu, jakie z tego płyną wnioski?
Warto uświadomić sobie, że próbki do analizy medycznej były w każdym z tych przypadków pobierane w momencie, gdy serce znajdowało się w procesie przedśmiertelnym – oznacza to, że Eucharystia to Serce Jezusa w agonii. W niekończącej się fazie umierania – tak jakby resztkami sił, jeszcze żyło i chciało wyrazić miłość do swego Ojca: Zobacz Abba, to z miłości do Ciebie i do człowieka.Proszę, zrozumieć: Jezus w każdej konsekrowanej Hostii jest obecny ze swoim przebitym Sercem! Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia – mocą Ducha Świętego – przemienia się w żywego Jezusa. Od tego momentu żywy Chrystus staje się obecny na ołtarzu podczas mszy św., podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy przebywa ukryty w tabernakulum i wtedy doświadcza nieustannej agonii.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa, który rozwijał się od XVI w. oznacza, że mistycy, o których rozmawialiśmy, odkrywali tę duchową głębię, którą dziś potwierdzają niezależni naukowcy: w Eucharystii znajduje się żyjąca tkanka Serca Jezusa. To Serce Jezusabije na ołtarzach całego świata z miłości do nas; to Serce ożywa i umiera, ożywa i umiera. I finalnie daje nam się spożyć.
Spróbujmy to sobie uświadamiać, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament.
Leon XIV do polityków: Broń nie zbuduje pokoju, a większość nie decyduje o godności człowieka
Papież w hiszpańskim parlamencie.- Vatican Media
***
Papież podczas wizyty w hiszpańskim parlamencie przypomniał, że prawa człowieka nie zależą od politycznych większości ani społecznych mód. W mocnym wystąpieniu mówił o ochronie życia, znaczeniu rodziny, granicach władzy państwa oraz odpowiedzialności za przyszłość społeczeństw w epoce gwałtownego rozwoju technologii.
Odwołując się do bogatej tradycji tego kraju, Leon XIV przypomniał, że Hiszpania potrafiła postrzegać człowieka jako coś więcej niż tylko element porządku społecznego, gospodarczego czy politycznego. Uznała go za istotę otwartą na prawdę, obdarzoną wolności i ukierunkowaną przez pragnienie wieczności, którego żadna doczesna rzeczywistość nie jest w stanie ugasić.
Godność człowieka w dobie odkryć geograficznych
Papież przypomniał, że refleksja ta rozwinęła się w sposób szczególny w dobie wielkich odkryć geograficznych, kiedy to uczeni z Salamanki wprowadzili do historycznego rozeznawania pytanie o niezbywalną wartość każdej istoty ludzkiej i moralne granice władzy. Przyczynili się w ten sposób do ukształtowania świadomości prawnej i moralnej, że władza zawsze wiąże się z odpowiedzialnością, a każda istota ludzka musi być uznana za podmiot praw i obowiązków.
Leon XIV podkreślił, że dziedzictwo to jest szczególnie ważne dzisiaj, kiedy nowe światy otwierają się przed nami nie na mapach, lecz w technice, gospodarce, biomedycynie i wszechświecie cyfrowym. Odsyłając do ogłoszonej ostatnio encykliki, podkreślił, że technologia sama w sobie nie jest neutralna, ponieważ przybiera oblicze tych, którzy ja wymyślili, finansują, regulują i wykorzystują.
Odwołując się z kolei do przemówienia Benedykta XVI w parlamencie niemieckim, Leon XIV przypomniał hiszpańskim deputowanym, że każde prawdziwie sprawiedliwe społeczeństwo opiera się na uznaniu nienaruszalnej godności osoby ludzkiej. Godność ta jest uprzednia względem tego, co przyznaje jej państwo i nie może być podporządkowana zmiennym konsensusom społecznym ani wahaniom większości.
Obrona życia to sprawa cywilizacji, a nie religii
W tym kontekście Papież przypomniał w sposób szczególny o potrzebie ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. „Jeśli życie przestaje być uznawane za wartość fundamentalną, jaką przyszłość mogą mieć nasze społeczeństwa? Czy można nazwać w pełni sprawiedliwą wspólnotę, która pozostawia w cieniu dziecko jeszcze nienarodzone, osobę starszą, chorego, cierpiącego w milczeniu lub człowieka całkowicie zależnego od opieki innych?” – pytał Papież. Podkreślił, że obrona życia ludzkiego nie jest kwestią poboczną ani interesem wyznaniowym; jest celem cywilizacji.
Od poczęcia do naturalnej śmierci
„Każde życie ludzkie powinno być szanowane i chronione od poczęcia aż do naturalnej śmierci, w każdej sytuacji swojej egzystencji – podkreślił Papież. – Gdy pewność ta zostaje zachwiana, najbardziej narażeni na zranienie stają się pierwszymi ofiarami, a prawo traci swoje najgłębsze znaczenie: służbę każdej osobie i jej ochronę. Dlatego moralna wielkość narodu objawia się przede wszystkim w jego zdolności do towarzyszenia, chronienia i miłowania tych istnień, które doświadczają największej kruchości”.
Mocne słowa w obronie rodziny
Równie mocno Papież wypowiedział się w obronie rodziny. Podkreślił, że jest ona podstawową rzeczywistością ludzką i naturalnym fundamentem wspólnoty. W niej splatają się pokolenia i przekazywana jest żywa pamięć, która zapewnia społeczeństwu wewnętrzną ciągłość. Tam, gdzie wspierana jest rodzina, umacnia się również duchowa i społeczna stabilność narodów. Ojciec Święty przypomniał też o niezbywalnym prawie rodziców do decydowania o rodzaju wychowania, jakie otrzymują ich dzieci.
Broń nie zapewni trwałego pokoju
W hiszpańskim parlamencie Leon XIV odniósł się również do innych aktualnych kwestii, takich jak edukacja, dramat migracji czy pokój. Podkreślił, że świat przechodzi dziś głęboki kryzys duchowy i kulturowy, który przejawia się w licznych formach przemocy, polaryzacji i wzajemnej nieufności. W tym kontekście pokój jawi się jako prawdziwy wymóg moralny. Aby go osiągnąć potrzeba dyplomatycznej odwagi, etycznej odpowiedzialności oraz wizji przyszłości opartej na poszanowaniu tożsamości każdego narodu. „Broń może narzucić czasowe milczenie, lecz nigdy nie będzie w stanie zbudować autentycznego i trwałego pokoju”. – powiedział Ojciec Święty.
Wolność myśli, sumienia i wyznania
Papież przypomniał, że kwestia pokoju bezpośrednio wiąże się z wolnością myśli, sumienia i wyznania. „Każde społeczeństwo rzeczywiście wolne wymaga również właściwego wyznaczenia granic władzy publicznej, tak aby wolność osób, wspólnot i stowarzyszeń nie była bezpodstawnie ograniczana. Z tej perspektywy uprawniona autonomia porządku doczesnego nie może być nigdy interpretowana jako wrogość wobec zjawiska religii” – podkreślił Leon XIV. W tym kontekście wspomniał o potrzebie poszanowania tajemnicy spowiedzi
Zwracając się do parlamentarzystów, Papież życzył Hiszpanii by nigdy nie straciła pamięci o swych korzeniach ani odwagi, by patrzeć w przyszłość.
.Vatican Media- Gość Niedzielny
***
Niedziela 7 czerwca 2026
Leon XIV do uczestników kongresu w Wilnie: Miłosierdzie jest odpowiedzią na wojny i lęk
fot. PAP/Valdemar Doveiko
Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej podczas mszy świętej sprawowanej w ramach Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia w Wilnie. Tegoroczna edycja wydarzenia odbywa się pod hasłem “Budowanie miasta miłosierdzia”.
***
„Nasz świat woła o miłosierdzie” – napisał Leon XIV w przesłaniu skierowanym do uczestników Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia. Papież wskazał, że bez przebaczenia, otwartości i zaufania Bożej łasce nie da się zbudować trwałego pokoju ani w sercach ludzi, ani między narodami.
„Nasz świat woła o miłosierdzie” – napisał Leon XIV w przesłaniu skierowanym do uczestników Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia. Papież wskazał, że bez przebaczenia, otwartości i zaufania Bożej łasce nie da się zbudować trwałego pokoju ani w sercach ludzi, ani między narodami.
VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia rozpoczyna się w niedzielę 7 czerwca w Wilnie. Potrwa do 12 czerwca – informuje Vatican News. Papież na wstępie pozdrowił uczestników wydarzenia, którego „tak bardzo pragnął” jego poprzednik, św. Jan Paweł II. Szczególne pozdrowienia Papież skierował do metropolity wileńskiego abp. Gintarasa Grušasa, który „przyjmuje w swojej diecezji tak wielu pielgrzymów miłosierdzia z całego świata”. Papież pozdrowił również prezydenta Litwy Gitanasa Nausėdę oraz patriarchę ekumenicznego Konstantynopola Bartłomieja I, jednego z prelegentów.
Miłosierdzie Boże nadzieją dla świata
Leon XIV przypomniał przesłanie św. Augustyna, który w „Wyznaniach” pisał, że jedyną nadzieją jest niezmierzone miłosierdzie Boże. Papież podkreślił, że istotnie „źródłem wielkiej radości i prawdziwej nadziei jest doświadczenie tego, jak miłosierny jest Bóg wobec każdego z nas”. Ważne jest odnowienie zaufania Bożemu Miłosierdziu.
Miłosierdzie drogą do prawdziwego pokoju
Ojciec Święty przypomniał, że współczesny świat, „pełen lęków i niepokojów, napięć i wojen, sprawia, że pokój w sercach zarówno poszczególnych osób, jak i całych narodów staje się coraz bardziej pilną potrzebą”. Gdy przemoc zatruwa relacje i niszczy życie, Boże Miłosierdzie czeka, aż wpuścimy je do naszych serc wraz z jego niezwykłą mocą odnowy. Jak zaznaczył Papież, miłosierdzie jest w stanie zmienić życie człowieka, poprzez otwarcie drogi do miłości i przebaczenia – charakterystycznych cech oblicza Boga objawiającego się wśród nas.
Bóg jest zawsze miłosierny
Leon XIV przypomniał również, że Bóg nigdy nie ustaje w okazywaniu miłosierdzia. W psalmie 136 czytamy, że Boża łaska trwa na wieki, tymczasem, jak powiedział Papież, „nasz świat woła o miłosierdzie” na każdym poziomie. Upragniony przez człowieka prawdziwy pokój można osiągnąć tylko poprzez miłosierdzie. Papież zachęcił do ufności w nieskończone miłosierdzie Boże, przy jednoczesnym osobistym zaangażowaniu w budowanie bardziej otwartego i miłosiernego społeczeństwa. To musi mieć początek już w rodzinach.
Papieskie błogosławieństwo
Na zakończenie wideo przesłania Papież wyraził nadzieję, że uczestnictwo w VI Światowym Apostolskim Kongresie Miłosierdzia będzie owocowało także po jego zakończeniu, po powrocie uczestników do swoich wspólnot. Ojciec Święty udzielił uczestnikom i ich bliskim apostolskiego błogosławieństwa.
VATICANNEWS.VA
***
Wilno stało się stolicą Miłosierdzia. Ruszył światowy kongres z udziałem tysięcy pielgrzymów
Wilno. Kościół św Trójcy.
fot. Jakub Szymczuk /Gość Niedzielny
***
Procesja Bożego Ciała ulicami Wilna zainaugurowała VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia. W obecności pielgrzymów z wielu krajów abp Gintaras Grušas przypomniał, że Eucharystia jest „samym centrum Bożego Miłosierdzia”, a współczesny świat – mimo technologicznego rozwoju – coraz bardziej cierpi z powodu samotności, niepokoju i duchowego głodu.
„Dziś w sercu Wilna rozpoczyna się Szósty Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia. Nieprzypadkowo rozpoczyna się on w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Eucharystia jest samym centrum Bożego Miłosierdzia. W Eucharystii Chrystus nie tylko mówi o miłości. On daje siebie. On karmi, uzdrawia i przemienia swój lud” – powiedział arcybiskup Wilna Gintaras Grušas podczas Mszy św. przed Archikatedrą św. Stanisława i św. Władysława, inaugurującej WACOM 6, który potrwa do 12 czerwca. Jego tematem jest „Budowanie Miasta Miłosierdzia”. Po Mszy św. ulicami miasta przeszła procesja Bożego Ciała.
Arcybiskup Wilna podkreślił, że dziś ulicami Wilna „przejdzie nie idea, symbol ani starożytna tradycja religijna, dziś przez to miasto przejdzie sam żywy Chrystus, ten sam Chrystus, który objawił się w tym mieście świętej Faustynie jako Pan Miłosierdzia”.
Abp Grušas zwrócił uwagę, że nasza epoka doświadcza swoistej pustyni. „Dysponujemy ogromną technologią, ogromną ilością informacji i niespotykaną dotąd władzą. Jednak napotykamy również samotność, niepokój i głęboki duchowy głód” – powiedział arcybiskup i nawiązał do encykliki Leona XIV „Magnifica humanitas”: „Żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli, bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia”.
Podkreślił, że takie jest znaczenie Bożego Miłosierdzia. „Bóg nie unika naszych ran. Wchodzi w nie. Rany Chrystusa stają się źródłem życia. Eucharystia jest zatem sakramentem Miłosierdzia – nie dlatego, że przyjmują ją ludzie doskonali, ale dlatego, że w niej Chrystus karmi i przemienia słabych, strudzonych, grzeszników i poszukujących” – powiedział abp Grušas i nawiązał do „Dzienniczka” św. Faustyny, która zapisała słowa Jezusa: „Im nędzniejszy jest stan duszy, tym większe ma prawo do miłosierdzia Mojego”.
Przywołując temat Kongresu – „Budowanie Miasta Miłosierdzia” – arcybiskup zwrócił uwagę, że nie dotyczy to budynków czy struktur. „Prawdziwe Miasto Miłosierdzia zbudowane jest z ludzi przemienionych Bożą miłością” – podkreślił.
Zaznaczył, że Eucharystia przemienia nas w to, co przyjmujemy. „Chrystus buduje siebie z nas. Czyni nas Swoim Ciałem w świecie. Dlatego prawdziwie można powiedzieć: Wy jesteście Miastem Miłosierdzia. I dziś zobaczymy tę rzeczywistość, krocząc w procesji eucharystycznej ulicami Wilna” – powiedział abp Grušas zwracając uwagę, że podczas wędrówki przez miasto zatrzymamy się w miejscach, które przypominają nam o ranach tego miasta, ale także świadczą o uzdrowieniu.
Przypomniał, że w czasach sowieckich katedra została przekształcona w muzeum i salę koncertową. W pewnym momencie planowano nawet przekształcić ją w fabrykę traktorów. „A jednak dziś Chrystus ponownie wyłania się z katedry jako żywy Pan. Kościół św. Jana stoi na terenie uniwersytetu, gdzie przez wiele lat nauczano marksistowskiego ateizmu. Tam, gdzie niegdyś lansowano świat bez Boga, ponownie głoszona jest Ewangelia. Kościół św. Kazimierza został przekształcony w Muzeum Ateizmu. Chrystus został wygnany, a jednak powrócił. Bramie Ostrej groziła kiedyś zburzenie, jednak to Sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia pozostało, jako znak, że miłosierdzia Bożego nie da się zniszczyć. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ulicy Rojaus został przekształcony w więzienie. Dziś główne miejsce obrad Kongresu znajduje się obok niego” – powiedział abp Grušas.
Podkreślił, że procesja eucharystyczna to coś więcej niż wędrówka przez miasto. „To wędrówka przez naszą historię, przez rany narodu i przez nasze własne osobiste rany. A w tej wędrówce Chrystus idzie z nami. Idzie, aby wyzwolić ludzkie serce” – powiedział arcybiskup Wilna.
Zaznaczył, że z ran, przebitego Serca Chrystusa wypływają krew i woda i rodzi się Kościół. „Stamtąd wypływają sakramenty. Stamtąd tryskają promienie Bożego Miłosierdzia” – powiedział abp Grušas i podkreślił, że „naszą misją nie jest tylko mówienie o miłosierdziu. Naszym powołaniem jest pozwolić, aby Miłosierdzie w nas się wcieliło. Święta Faustyna modliła się: „Pragnę przemienić się cała w Twoje miłosierdzie i być żywym odbiciem Ciebie”.
Arcybiskup Wilna zaznaczył, że procesja eucharystyczna „nie jest to nostalgicznym wspominaniem przeszłości, ale triumfalnym pochodem Chrystusa. Jest to znak, że Zmartwychwstały Pan nadal idzie ze swoim ludem i pozostaje obecny w swoim ludzie dzisiaj”. „Niech Chrystus, którego przyjmujemy dziś w Eucharystii, uczyni każdego z nas żywym kamieniem w Mieście Miłosierdzia. Niech Jego miłosierdzie uleczy nasze rany. Niech Jego Ciało przemieni nasze serca. A świat, patrząc na Kościół, rozpozna żywe Oblicze Miłosierdzia” – wezwał na zakończenie.
Sześciodniowy program Kongresu obejmuje modlitwę i liturgię, konferencje i świadectwa, Msze święte, nabożeństwa pojednania, pielgrzymki po Wilnie oraz dzieła charytatywne. Oczekuje się udziału około 6 tysięcy pielgrzymów.
źródło: KAI
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026
Jubileusz 200-lecia Żywego Różańca
W 2026 r. Kościół w Polsce i na świecie przeżywa Jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca, założonego w 1826 r. przez bł. Paulinę Jaricot – świecką kobietę, która zaufała mocy modlitwy różańcowej i jej misyjnemu oddziaływaniu na cały świat.
Wspólnota Żywego Różańca została założona w 1826 roku przez bł. Paulinę Jaricot w Lyonie. Jest to międzynarodowa wspólnota opierająca się na idei „róż” – grupy 20 osób, z których każda codziennie odmawia jedną wyznaczoną tajemnicę, tworząc razem pełny różaniec.
plakat zapraszający na kongres i pielgrzymkę.
***
Czas łaski i wdzięczności
W związku z Jubileuszem w dniach 5-6 czerwca 2026 r. na Jasnej Górze trwa III Ogólnopolski Kongres Różańcowy pod hasłem „Różaniec modlitwą o Boże Miłosierdzie dla świata”, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca.
Jubileusz jest szczególnym momentem dziękczynienia za dwa stulecia istnienia wspólnoty, która stała się jedną z największych inicjatyw modlitewnych w Kościele. Żywy Różaniec od 200 lat pozostaje szkołą modlitwy, wspólnoty i odpowiedzialności za Kościół oraz za misję ewangelizacji świata. Prosta, codziennie podejmowana modlitwa różańcowa przynosi nieustannie duchowe owoce: nawrócenia, pokój serca i odnowę wiary.
„Pragnę serdecznie zaprosić całą rodzinę Żywego Różańca do wspólnego przeżywania Jubileuszu w trzech stacjach, które tworzą jedną drogę modlitwy, wdzięczności i misyjnego posłania” – napisał moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec, ks. Jacek Gancarek.
Stacja ogólnopolska – Jasna Góra
ot. siostry Loretanki
***
Centralnym wydarzeniem Jubileuszu jest wczorajszy i dzisiejszy dzień ogólnopolskiej podczas pielgrzymki i Kongresu Różańcowego na Jasnej Górze.
Dziś w sobotę 6 czerwca o godz. 12.30 została odprawiona uroczysta dziękczynna Eucharystia, której przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce Antonio Guido Filipazzi.
Stacja diecezjalna
Drugą częścią jubileuszowych obchodów są stacje diecezjalne, przeżywane w każdej diecezji wraz z biskupem miejsca. Jest to czas modlitwy dziękczynnej za wspólnoty Żywego Różańca, czas ich umacniania oraz odnawiania gorliwości modlitewnej i misyjnej.
W wielu diecezjach powstają również Diecezjalne Rady Żywego Różańca, które wraz z moderatorami diecezjalnymi będą wspierać rozwój tej wspólnoty w Kościele lokalnym.
Stacja parafialna
Trzecią częścią Jubileuszu będą stacje parafialne, przeżywane w wyznaczoną przez lokalnego biskupa Niedzielę Różańcową. W tym dniu wspólnoty parafialne będą dziękować za dar Żywego Różańca i modlić się o dalszy rozwój tej inicjatywy.
Ta stacja ma przyczynić się do tego, aby w każdej parafii wspólnota różańcowa była widocznym znakiem modlącego się Kościoła – wspólnoty wiernej, odpowiedzialnej i otwartej na potrzeby świata.
Pielgrzymka do Lyonu
Podsumowaniem jubileuszowych obchodów będzie ogólnopolska pielgrzymka do Francji, do Lyonu, gdzie znajduje się grób bł. Pauliny Jaricot. Odbędzie się w dniach 15-23 października 2026 r. pod patronatem delegata Konferencji Episkopatu Polski ds. Żywego Różańca, abp. Wacława Depo.
U grobu bł. Pauliny zostanie złożona Księga Wielkiej Nowenny Różańcowej – owoc modlitwy tysięcy osób w całej Polsce i znak wdzięczności za dzieło Żywego Różańca.
Narodowe rekolekcje „Różaniec 33”
Ważnym elementem duchowego przygotowania do Jubileuszu są Narodowe Rekolekcje „Różaniec 33”, który rozpoczeły się 2 maja 2026 r., w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Dziś, w pierwszą sobotę czerwca, zakończyły się podczas spotkania na Jasnej Górze uroczystym oddaniem Jezusowi Chrystusowi przez Niepokalane Serce Maryi .
Jubileuszowe owoce
Jednym z owoców Jubileuszu, zgodnie z pragnieniem bł. Pauliny Jaricot, będzie wsparcie dzieła misyjnego poprzez budowę Centrum bł. Pauliny Jaricot w Papui-Nowej Gwinei. Modlitwa różańcowa łączy się z konkretną pomocą dla Kościoła na terenach misyjnych.
fot. B. Kałużny
***
Drugim owocem będzie film poświęcony bł. Paulinie Jaricot – założycielce dwóch wielkich dzieł w Kościele: Żywego Różańca oraz Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Jego celem jest przybliżenie jej historii i ukazanie młodym pokoleniom, że modlitwa różańcowa może przemieniać człowieka i świat również dzisiaj.
O tym, jak godzić modlitwę różańcową z dynamicznym stylem współczesnego świata, co robić, by ustrzec się przed pustym rytuałem „zdrowasiek”, oraz w jaki sposób dotrzeć do młodzieży – mówi ks. kan. dr Jacek Gancarek, moderator krajowy Stowarzyszenia Żywy Różaniec.
Mateusz Kuca/zywyrozaniec.eu
***
Andrzej Tarwid: Obchodzimy jubileusz 200-lecia istnienia Stowarzyszenia Żywy Różaniec. Podniosłe rocznice to czas świętowania, ale i refleksji nad przyszłością. Co jest największym wyzwaniem dla moderatora krajowego Żywego Różańca (ŻR)?
Ks. dr Jacek Gancarek: Wyzwaniem, a zarazem najgłębszym pragnieniem jako moderatora krajowego jest kontynuacja wizji naszej założycielki. Błogosławiona Paulina Jaricot chciała, aby Różaniec stał się modlitwą powszechną, dostępną dla każdego człowieka, bez względu na jego wykształcenie, status społeczny czy stopień zaangażowania w życie parafii. Dziś to wyzwanie polega na tym, by pokazać współczesnemu człowiekowi, że ta tradycyjna forma modlitwy jest w rzeczywistości niezwykle nowoczesnym narzędziem budowania wewnętrznego pokoju i relacji z Bogiem i ludźmi.
Skoro mowa o powszechności, to ile osób należy do Żywego Różańca?
Oficjalnie w strukturach stowarzyszenia zarejestrowanych jest ok. 2,5 mln osób, które zobowiązały się do codziennego odmawiania przynajmniej jednego dziesiątka Różańca. Jeśli jednak spojrzymy na krajobraz modlitwy różańcowej całościowo, to trzeba uwzględnić jeszcze ok. 20 innych wspólnot o takim charakterze.
Ile w takim razie osób w całej Polsce modli się na różańcu i co to mówi o naszej wierze, o naszym kraju?
Szacuję, że na różańcu modli się ok. 7 mln osób. Bez wątpienia możemy więc powiedzieć, że w Polsce istnieje ogromna, cicha, ale wytrwała duchowa siła, która zanosi do Pana Boga modlitwy w intencjach Kościoła, ojczyzny i najbliższych.
Jaki jest socjologiczny „portret” osób należących do stowarzyszenia?
Do Żywego Różańca należą zarówno kobiety, jak i mężczyźni, całe wielopokoleniowe rodziny, a także prężnie rozwijające się koła młodzieżowe i dziecięce. Mówiąc socjologicznie – nie ma grupy społecznej, która nie byłaby reprezentowana w naszych szeregach. Oczywiście, statystyki pokazują, że najliczniejsze grono stanowią osoby starsze, wśród których zdecydowana większość to kobiety. Warto jednak zaznaczyć, że w grupach dorosłych co dziesiąta osoba to mężczyzna. Istnieją parafie, gdzie na kilkanaście kół żeńskich przypada przynajmniej jedno typowo męskie koło oraz kilka mieszanych.
Przewaga pań w grupach modlitewnych jest jednak bardzo duża. Z czego ona wynika?
Kobiety z natury wykazują większą wrażliwość duchową i intuicyjnie wyczuwają potrzebę wsparcia nadprzyrodzonego. Panie widzą w modlitwie wspólnotowej potężną siłę i traktują ją jako tarczę dla swoich dzieci i wnuków czy rodzin.
A co można powiedzieć o współczesnych mężczyznach?
Obserwujemy obecnie niezwykły renesans męskiej duchowości maryjnej. Formacje takie jak Wojownicy Maryi czy Męski Różaniec potrafią zgromadzić tysiące mężczyzn, którzy publicznie, z różańcem w dłoni, dają świadectwo swojej wiary. Widok potężnej grupy mężczyzn odmawiających tę modlitę kruszy stereotypy, jakoby Różaniec był wyłącznie dla „starszych pań”. Poza Wojownikami Maryi i Męskim Różańcem są jeszcze inne męskie wspólnoty, np. Rycerze Jana Pawła II czy Rycerze Kolumba, gdzie Różaniec jest także stałym elementem formacji.
Imponująca liczba ludzi modli się na Różańcu, ale w Kościele zawsze zwracamy także uwagę na jakość. Stąd pytanie: czy Żywy Różaniec to autentyczna, pulsująca życiem wspólnota, czy może tradycja podtrzymywana z przyzwyczajenia?
Dla wielu osób to rzeczywiście piękna tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale tradycja niezwykle żywotna. Nie znam w Polsce parafii, w której nie funkcjonowałoby przynajmniej jedno koło różańcowe. Fenomen tej wspólnoty polega na jej zdolności do ciągłego samoodnawiania. Kiedy starsi członkowie odchodzą do wieczności lub z powodu stanu zdrowia nie mogą już pełnić swoich obowiązków, ich miejsca zajmują nowi ludzie. Kiedyś modlitwa ta składała się z 15 tajemnic, ale po wprowadzeniu przez św. Jana Pawła II tajemnic światła, jest ich 20. To sprawia, że ŻR nie tylko nie maleje, ale rozwija się, dostosowując do nowych realiów.
Á propos nowych realiów – jak wpisujecie się w nowoczesny świat mediów cyfrowych?
Obok tradycyjnych struktur parafialnych ogromna przestrzeń modlitewna powstaje w internecie. Szacujemy, że w grupach internetowych modli się ponad 300 tys. osób. Nie wykluczam jednak, że ta liczba jest znacznie większa. Chcemy iść tam, gdzie są ludzie, zwłaszcza młodzi, i pokazać im, że Różaniec to nie artefakt z przeszłości, ale żywe narzędzie komunikacji z Bogiem dostępne na ekranie smartfona.
Powszechne jest jednak przekonanie, że młodzież raczej omija szerokim łukiem taką formę pobożności.
Moim zdaniem, to stwierdzenie nie jest do końca sprawiedliwe. Pracuję z młodymi i widzę, że jeśli przedstawi im się konkretne owoce tej modlitwy i obietnice Matki Bożej, które spisał bł. Alan de la Roche, to ich nastawienie diametralnie się zmienia. Młodzi ludzie szukają autentyczności i skuteczności. Kiedy poznają głębię Różańca, nie przechodzą obok niego obojętnie. Problem leży więc nie w niechęci młodych, ale często w tym, jak my, dorośli, próbujemy im tę modlitwę przekazać.
Część krytyków twierdzi, że ważny jest nie tylko sposób przekazu, ale że forma odmawiania Różańca powinna zostać zreformowana, by lepiej pasowała do współczesnego stylu życia. Czy to właściwa droga?
Zdecydowanie uważam, że nie możemy ingerować w samą istotę tej modlitwy. To tak, jakbyśmy chcieli zmieniać fundamenty domu, w którym mieszkamy. Dziesiątek Różańca to stały punkt odniesienia, który daje poczucie bezpieczeństwa i ciągłości.
A co odpowiedziałby Ksiądz tym, którzy mówią, że wielokrotne powtarzanie tych samych słów jest monotonne i prowadzi do mechanicznego odmawiania „zdrowasiek” bez głębszej refleksji?
Święty Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że Różaniec to modlitwa kontemplacyjna. Wymaga ona pewnego rytmu, który paradoksalnie pomaga wyciszyć się w dzisiejszym, niezwykle hałaśliwym i pędzącym świecie. Ludzie podświadomie szukają chwili wytchnienia, a te 3 czy 4 minuty poświęcone na jeden dziesiątek to czas bezcenny dla własnego zbawienia.
Niemniej jest realne ryzyko, że taka modlitwa może stać się pustym rytuałem. Jak się przed tym ustrzec?
Kluczem jest dyspozycja serca. Można przecież być fizycznie na Mszy św. i zupełnie nie spotkać się z Bogiem. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie już na początku, przed znakiem krzyża, że ten czas chcę oddać Stwórcy. Nawet osoby bardzo dojrzałe duchowo miewają gorsze dni, kiedy modlitwa wydaje się „byle jaka”, pełna rozproszeń i niepokoju. Ale paradoksalnie to właśnie modlitwa, o którą musieliśmy zawalczyć, może być w oczach Bożych najbardziej owocna. Pamiętajmy też, że jeśli potrafimy przezwyciężyć własną niechęć czy zmęczenie, każdy kolejny dzień staje się krokiem naprzód w naszym rozwoju wewnętrznym.
Część osób rezygnuje z Różańca, bo przeraża ich wizja poświęcenia 1,5 godziny na odmówienie wszystkich tajemnic, inni z kolei podważają sens odmawiania tylko części tej modlitwy. Czy modlenie się tylko jedną dziesiątką, jak to robią członkowie Żywego Różańca, może realnie wpłynąć na czyjeś życie?
To właśnie jest geniusz naszej założycielki! Błogosławiona Paulina Jaricot zrozumiała, że siła tkwi we wspólnocie. Kiedy odmawiasz swój jeden dziesiątek jako członek koła, spływają na ciebie łaski, tak jakbyś odmówił cały Różaniec. Twoja modlitwa jest dopełniana przez modlitwę pozostałych 19 osób. Paulina genialnie porównała to do ogniska, gdzie jeden płonący patyk może rozpalić inne swoim żarem. Wspólnie tworzymy wielki płomień, który ogrzewa każdego z osobna. Oczywiście, jeśli ktoś czuje taką potrzebę, może odmawiać więcej dziesiątków, ale ten jeden dziesiątek to nasze wspólne, solidarne zobowiązanie.
Zna Ksiądz tysiące relacji o niezwykłych łaskach wyproszonych tą modlitwą. A czy jest takie wydarzenie, które mocniej zapadło Księdzu w pamięć?
Tak, to historia z początków mojego kapłaństwa. W pewien pierwszy piątek miesiąca, który zbiegł się ze świętem Matki Bożej Różańcowej, odwiedziłem młodą kobietę chorą na nowotwór. Miała zaledwie 35 lat i dwójkę małych dzieci. Była pełna goryczy i bólu, pytała, czy mam dla niej jakieś lekarstwo. Odpowiedziałem, że mam lekarstwo duchowe. Dałem jej misyjny różaniec i kartkę z obietnicami Maryjnymi. Kiedy spotkaliśmy się miesiąc później, była już zupełnie inną osobą – spokojniejszą. Powiedziała, że szczególnie poruszyła ją obietnica, iż nikt, kto odmawia Różaniec, nie odejdzie z tego świata bez sakramentów. Jakiś czas potem wezwano mnie na oddział intensywnej terapii. Zobaczyłem tam wyniszczoną chorobą kobietę, która w dłoniach trzymała wytarty od modlitwy różaniec. Chora zapytała, czy ją poznaję i czy poznaję różaniec, bo to był ten, który jej podarowałem. Wyznała, że od tamtego spotkania nie opuściła ani jednego dnia. Przyjęła Eucharystię i spokojnie zasnęła w Panu. Myślę, że każdy z nas chciałby odchodzić w takim pokoju.
Na koniec wróćmy do jubileuszu. Jakich owoców się Ksiądz spodziewa?
Program jubileuszowych obchodów jest bardzo szeroki, Czytelnicy Niedzieli znajdą go na stronie: zywyrozaniec.eu . Jeśli zaś chodzi o owoce, to ufamy, że wspólne przeżywanie 200-lecia Żywego Różańca ukaże światu piękno i skuteczność modlitwy różańcowej, a także umocni w nas świadomość misyjną, tak bliską sercu bł. Pauliny Jaricot. A poza tym są dwa konkretne owoce Jubileuszu Żywego Różańca. Pierwszym jest budowa centrum bł. Pauliny Jaricot na misjach w Papui-Nowej Gwinei. Drugim owocem jest nagranie filmu o bł. Paulinie – dar naszego pokolenia dla innych.
z ks. kan. dr Jackiem Gancarkiem rozmawia Andrzej Tarwid -Tygodnik Niedziela
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc czerwiec 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
– Módlmy się, aby sport stał się narzędziem pokoju, spotkania i dialogu między kulturami oraz narodami, a także by promował takie wartości, jak szacunek, solidarność i rozwój osobisty.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
– Panie Jezu Chryste prosimy Cię o łaskę skruszonego serca. W Sercu Twoim racz nas obmyć, do Serca Twojego racz nas przytulić, w Twym Sercu na wieki racz nas zachować.
– Módlmy się za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
– Módlmy się za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Dodatkowe intencje dla Róż – Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki, i bł. Pauliny Jaricot: :
– Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Rożybł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
– Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 czerwca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
Pierwsza Sobota Miesiąca – 6 czerwca 2026
w kościele św. Piotra Msza św. niedzielna (Vigil Mass) o godz. 18.00
Przed Mszą św. od godz. 17.00 możliwość spowiedzi św.
Po Mszy św. Nabożeństwo Wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Panny
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
WPROWADZENIE
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało: Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała: Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
Przeciw Jej Dziewictwu,
Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1 Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo! Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej! Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków! Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
Na temat objawień Matki Bożej w Fatimie napisano już wiele i zapewne wiele jeszcze zostanie napisane. Bez cienia wątpliwości możemy jednak stwierdzić, że wydarzenie to jest jednym z najdonioślejszych faktów we współczesnych dziejach Kościoła, tym więcej, że treść objawień odnosi się do całej ludzkości. Można utyskiwać, że jest ono objawieniem prywatnym i nie jesteśmy w stanie do końca zweryfikować jego wiarygodności, itd. Wszystko to można. Skoro jednak zajmujemy się treścią fatimskiego Orędzia należy odstawić na bok wszelkie próby przysłowiowego dzielenia włosa na czworo, gdybyśmy bowiem zakwestionowali z takich czy innych powodów jego autentyczność należałoby konsekwentnie o całej sprawie zapomnieć, co zapewne wielu czyni. Dla nas wystarczającym motywem przyjęcia Orędzia jest uznanie przez Kościół autentyczności objawień, co miało miejsce 13 maja 1930 roku, a więc dokładnie 13 lat po ich zaistnieniu. Pierwszym tego owocem było poświęcenie Portugalii Niepokalanemu Sercu Maryi rok później*. Dlaczego akurat Niepokalanemu Sercu Maryi?
Jak wiemy objawienia Maryi w Fatimie wobec trójki małych dzieci trwały od 13 maja do 13 października 1917 roku każdego trzynastego dnia miesiąca z wyjątkiem sierpnia, kiedy to objawienie miało miejsce 19 dnia tegoż miesiąca z powodu przetrzymywania małych wizjonerów w areszcie. Wiemy też, że Matka Boża wezwała w nich świat do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy za grzeszników przestrzegając przed straszliwymi konsekwencjami trwania w grzechu, tak w wymiarze doczesnym jak i wiecznym. W widzeniu lipcowym dzieci doświadczyły wizji piekła, o czym Łucja, jedyna z żyjących do niedawna wizjonerów opowiedziała na wyraźny rozkaz spowiednika dopiero w 1940 roku. Z tą wizją była jednak związana obietnica ratunku dla grzeszników poprzez nabożeństwo właśnie do jej Niepokalanego Serca.
Maryja zapowiedziała dzieciom, że przyjdzie aby prosić o poświęcenie Jej Niepokalanemu Sercu Rosji, oraz o komunię świętą wynagradzającą w pierwsze soboty miesiąca. Ludziom odprawiającym to nabożeństwo obiecała zbawienie, zapewniając też, że w godzinę śmierci będzie obecna z łaskami koniecznymi do zbawienia przy każdym kto to nabożeństwo odprawi. Mówiła także o ostatecznym tryumfie swego Niepokalanego Serca.
Zapowiedziane przyjście Maryi dokonało się wobec Łucji 10 grudnia 1925 roku w Pontevedra. To tam dane było jej ujrzeć Serce Maryi otoczone cierniami ludzkich grzechów, bluźnierstw i niewdzięczności. Akty wynagrodzenia miały być sposobem na wyjmowanie tychże cierni. Maryja owo zadośćuczynienie połączyła z nabożeństwem pięciu pierwszych sobót miesiąca.
W ramach tego nabożeństwa należy więc odbyć spowiedź, przyjąć komunię świętą, odmówić jeden różaniec, oraz przez piętnaście minut towarzyszyć Maryi rozmyślając nad piętnastoma tajemnicami różańca; wszystko to w intencji zadośćuczynienia.
Drugie objawienie, według jej relacji miało miejsce 13 czerwca 1929 roku przed północą w kaplicy klasztornej. Wtedy Łucja doświadczyła wizji Trójcy Świętej:
„Na ołtarzu ukazał się jasny krzyż sięgający aż do sufitu. W jaśniejszym tle można było zobaczyć w górnej części krzyża oblicze i górną część ciała człowieka. Nad piersią gołąbka również ze światła. A do krzyża przybite ciało drugiego człowieka. Trochę niżej bioder w powietrzu wisiał kielich i wielka Hostia, na którą spadały krople krwi z oblicza Ukrzyżowanego i z jednej rany piersiowej. Z Hostii spływały te krople do kielicha. Pod prawym ramieniem krzyża stała Najświętsza Maryja Panna. Była to Matka Boska Fatimska ze swym Niepokalanym Sercem w lewej ręce, bez miecza i róż, ale z cierniową koroną i płomieniem. Pod lewym ramieniem krzyża wielkie litery jakby z czystej wody źródlanej biegły na ołtarz tworząc słowa: Łaska i Miłosierdzie. Zrozumiałam, że mi została przekazana tajemnica Trójcy Przenajświętszej. I otrzymałam natchnienie na temat tej tajemnicy, którego mi jednak nie wolno wyjawić. Potem rzekła Matka Boska do mnie: << Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka. Tyle dusz zostaje potępionych przez sprawiedliwość Bożą z powodu grzechów przeciw mnie popełnionych. Przychodzę przeto prosić o zadośćuczynienie. Ofiaruj się w tej intencji i módl się>>”[1].
Wizja z czerwca 1929 roku jakby dostosowana do percepcyjnych możliwości człowieka zawiera więc wyraźne już żądanie Maryi dotyczące zadośćuczynienia jej Niepokalanemu Sercu. W liście (kolejnym już) skierowanym do papieża Piusa XII w 1940 roku Łucja ponowiła prośbę o poświęcenie świata Niepokalanemu Sercu Maryi z wyraźnym wymienieniem Rosji wskazując, że przyniesie to ukrócenie cierpień wywołanych wojną, głodem i prześladowaniem Kościoła. Tego samego aktu mieli dokonać wszyscy biskupi świata w łączności z papieżem. Kierując się tym świadectwem Łucji biskupi portugalscy jakby „ubiegli” papieża dokonując poświęcenia swojego kraju Sercu Maryi w 1931 roku. Warte zauważenia jest, że właśnie Portugalię ominęła zawierucha II wojny światowej a wcześniej krwawa wojna domowa w sąsiedniej Hiszpanii, która łatwo mogła rozlać się i na ten kraj, zważywszy, że siły wrogie chrześcijaństwu były również tutaj bardzo aktywne.
Pius XII odpowiedział na to wezwanie Łucji, ale połowicznie. W przemówieniu radiowym skierowanym do wiernych uczestniczących w uroczystym zakończeniu obchodów 25-lecia objawień w Fatimie 31 października 1942 roku zawarł modlitwę, która była poświęceniem świata Niepokalanemu Sercu, lecz uczynił to bez łączności z biskupami świata i bez wymienienia Rosji. W ogólnym odczuciu papież poprzez ten akt „wypełniał jedynie życzenie przekazane przez Najświętszą Dziewicę w Fatimie”[2]. Był to akt na tyle wyrazisty, że zainspirował do podobnego kroku Episkopat Polski o czym w dalszej części artykułu.
Rozpatrując więc różne aspekty fatimskiego orędzia trzeba z naciskiem podkreślić, że głównym jego przesłaniem jest poświęcenie świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi oraz nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszych sobót miesiąca.
Apel o to nabożeństwo skierowany jest do każdego wierzącego. Może być ono odprawiane indywidualnie i w każdym okresie roku, może być ponawiane, bo przecież nigdy dosyć zadośćuczynienia. Owszem, ważne jest wspominanie i czczenie kolejnych rocznic objawień i związana z tym modlitwa różańcowa, procesje i czyny pokutne, tym bardziej że przynosi to także owoce nawrócenia czy duchowego umocnienia, lecz pamiętać należy, że nade wszystko Maryja prosi nas o nabożeństwo pierwszych sobót i poświęcenie się Jej Sercu. Dopełnieniem aktu poświęcenia z roku 1942, było ustanowienie przez Piusa XII w roku 1954 święta Maryi Królowej wraz z nakazem aby tego dnia ponawiano poświęcenie ludzkości Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten nakaz ulotnił się niestety z powszechnej świadomości Kościoła.
W ślad za Piusem XII jego następca papież Paweł VI zwrócił się w 1967 roku z apelem do „wszystkich synów Kościoła” o osobiste ponowienie tego aktu, by przez to starali się „coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą, naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim”. Poświęcenie nie miałoby być, co przy tej okazji warto z naciskiem podkreślić, jedynie zewnętrznym i werbalnym oddaniem się Maryi, ale nade wszystko łączyć się powinno z wewnętrzną przemianą, zerwaniem z grzechem i naśladowaniem Maryi w Jej oddaniu się Bogu. Chrześcijanin miałby przez to stać się zaczynem zakwaszającym dobrem współczesny świat. Oddanie się Maryi miało być jeszcze jednym środkiem pomocnym i według Jej słów skutecznym w dziele przywracania świata Bogu i ratowania ludzi zagrożonych wiecznym potępieniem. Ostatecznie aktu poświęcenia Kościoła i świata Niepokalanemu Sercu Maryi i – wedle słów siostry Łucji – w zgodzie z pragnieniem Matki Bożej, dokonał Jan Paweł II 25 marca 1984 roku. Gdy patrzymy z dzisiejszej perspektywy nie może jednak nie zastanawiać ogromna skala trudności z dokonaniem tego aktu przez kolejnych papieży, z których niektórzy w ogóle nie odnieśli się publicznie do fatimskiego orędzia.
Chociaż papieskie oddanie świata Niepokalanemu Sercu Maryi nie obligowało Kościołów lokalnych do podobnego kroku Episkopat Polski postanowił powtórzyć je na gruncie polskim po zakończeniu II wojny światowej, by w ten sposób wypełnić życzenie Maryi i odpowiedzieć pozytywnie na przykład i zachętę ze strony Piusa XII. Po duchowym przygotowaniu aktu tego dokonano 8 września 1946 roku na Jasnej Górze w obecności ok. 1 miliona wiernych przybyłych z różnych zakątków zniszczonego wojną kraju. Uroczystość jasnogórska poprzedzona została podobnym aktem poświęcenia o charakterze bardzo uroczystym na szczeblu parafii (7 lipca) oraz diecezji (15 sierpnia), przy czym poświęcenie parafii obejmowało także oddanie się Niepokalanemu Sercu Maryi poszczególnych rodzin i osobiście każdego jej członka. Akt ten poprzedzony był kazaniami wyjaśniającymi ich sens oraz spowiedzią i komunią świętą. Nie miał to być jedynie akt jednorazowy. W zamierzeniach Episkopatu miał on wycisnąć mocne piętno na życiu Narodu, dlatego „poszczególni biskupi zachęcali, a nawet zobowiązywali swych duszpasterzy do przypominania wiernym tego faktu, a zwłaszcza do uroczystego obchodzenia jego rocznic” i oczywiście „gorliwego wypełniania” podjętego aktu[3], którym należy żyć i nieustannie go odnawiać[4].
Podobnego poświęcenia na wzór parafialny i diecezjalny dokonały także 19 sierpnia 1946 roku na Jasnej Górze wspólnoty zakonne zobowiązując się do wspomagania grzeszników, a także wynagrodzenia wszystkich zniewag i ran doznanych przez Maryję od ludzi, zobowiązano się także do poświęcania pierwszych sobót miesiąca czci Jej Niepokalanego Serca według wskazówek, jakich udzieliła za pośrednictwem dzieci fatimskich.[5]
Łatwo zauważyć, że akt poświęcenia narodu polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi obok części „fatimskiej” zawiera także odniesienie do aktualnej sytuacji w Polsce i nawiązuje do wcześniejszych ślubów Jana Kazimierza, zawiera też słowa oddania i wierności Maryi i Jej Synowi oraz obietnicę szerzenia Królestwa Chrystusowego. Ks. prof. L. Balter zauważa w Akcie „Zaakcentowaną bardziej niż w modlitwie papieskiej rzeczywistość przymierza: przymierza jakie lud zawiera z Maryją, a nawet z Bogiem, za pośrednictwem Najśw. Dziewicy. Przymierze natomiast jako takie jest rzeczywistością na wskroś biblijną i teologiczną: poprzez wieki całe Bóg zawierał z ludzkością (względnie odnawiał nadrywane na skutek grzechów ludzkich) przymierze, które szczyt swój osiągnęło w Jezusie Chrystusie – Dawcy nowego i wiecznego Przymierza./…/ Poświęcając się Matce Najśw. i Jej Niepokalanemu Sercu w 1946 r. naród polski nie tylko odnawiał zawarte przed wiekami, bo w momencie swego chrztu narodowego, przymierze z Bogiem i postanawiał się podźwignąć z wad i słabości, które doprowadziły go do upadku, ale czynił to wszystko za przyczyną i pośrednictwem Tej, która „będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku…przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK, 68), gdyż jest prawdziwą Matką wszystkich wierzących w Chrystusa”[6]. Nadto „cechą charakterystyczną poświęcenia polskiego jest to, że miało ono prowadzić wprost do Chrystusa i jego Królestwa”[7]. Autor przypomina także i o tym, że w specjalnym liście z 1 stycznia 1948 roku biskupi zachęcili do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu oraz intronizacji tegoż Serca w rodzinach, co miało przygotować do poświęcenia Narodu Sercu Jezusowemu do którego poświęcenie z 1946 roku było „prześlicznym wstępem”[8]. Słusznie więc sugeruje, że istotnym elementem aktu poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi jest odnowa Przymierza zawartego przed wiekami przez Boga z Narodem[9].
Mając na uwadze to wszystko co pobieżnie zostało tu przypomniane wypada zapytać, na ile wypełniamy dziś podjęte zobowiązania. Zwieńczeniem drogi papieży ku wypełnieniu oczekiwań Maryi było wspomniane zawierzenie dokonane przez bł. Jana Pawła II w 1984 roku. Ten akt papieski nie zamyka jednak „sprawy Fatimy”. Samo orędzie nie przestało być aktualne, co podkreśla także Benedykt XVI, tak jak nie przestały być aktualne problemy jakie doprowadziły do jego przekazania ludzkości. Można powiedzieć nawet, że zjawiska, które wtedy były przedmiotem troski Nieba nasiliły się dzisiaj w stopniu niespotykanym. Zanegowanie Dekalogu i wręcz prawa Boga do stworzonego przezeń świata, życie jakby Bóg nie istniał, przyznanie prawa obywatelstwa i nobilitacja wszelkich grzechów i wynaturzeń, nienawiść i egoizm, konsumpcyjny styl życia całkowicie zamazujący perspektywę wieczności i wiele innych każą wręcz przypuszczać, że przestrogi Maryi zostały przez świat zignorowane przez co zmierza on ku nieuchronnej katastrofie, pomimo zabiegów i modlitwy milionów ludzi dobrej woli. To na gruncie światowym.
A na naszym rodzimym? Tu trzeba zapytać wprost: – kto dziś pamięta o wydarzeniu z 8 września 1946 roku? W 1996 roku minęło od niego już pięćdziesiąt lat i zbliża się jego siedemdziesiąta rocznica. Ileż tam zobowiązań przyjęliśmy na siebie, jak chociażby i to, że będziemy swoje poświęcenie odnawiać każdego roku. Czynimy to? Znamy jego treść? Te pytania dotyczą wszystkich – świeckich i duchownych, nade wszystko jednak tych drugich, na których spoczywa odpowiedzialność za przypominanie i inspirowanie do realizowania Aktu Poświęcenia i życia nim. Czy nie czas na opracowanie programu duszpasterskiego w oparciu o ducha poświęcenia tak papieskiego z 1942 i 1984 roku jak i polskiego z roku 1946 i przywrócenie tym faktom należnego im miejsca w naszej praktyce pobożności?
To samo dotyczy wspólnot zakonnych. Ciekaw jestem czy, a jeśli tak to w ilu z nich jest dziś praktykowane nabożeństwo pierwszych sobót i modlitwa za grzeszników? Obawiam się, że nastąpiła u nas wielka dewaluacja wielkich spraw. Może zbyt dużo tych naszych jubileuszy, peregrynacji, poświęceń, oddań, które stają się celem samym w sobie zamiast być punktem wyjścia ku wytężonej pracy duszpasterskiej i środkiem osobistego uświęcenia najpierw duszpasterzy a potem powierzonych im ludzi. Wielki i zbawienny akt z 1946 roku, który prawdopodobnie osłonił nas w trudnych czasach komunizmu, pozostał z naszej strony bez odpowiedzi i został praktycznie zapomniany. A czy nie podobnie jest z milenijnym aktem oddania? Pamiętamy o nim, nawiązujemy do niego w katechezie, kazaniach? Ileż tam obietnic, które Niebo mogłoby nazwać dziś bez przesady „obiecankami”? Czy próbuje się wcielać w życie wizjonerskie zamysły Prymasa Tysiąclecia? Osobiście tego nie widzę. Aktywni jesteśmy za to w wymyślaniu coraz to nowych akcji, które błyszczą krótkotrwałym ogniem, by równie szybko zagasnąć i odejść w niebyt. Obawiam się, że Bóg który wypełnia nieustannie swoją część obietnicy zbawczej prędzej czy później, w taki czy inny sposób upomni się o nasze zobowiązania. Bowiem przymierze z Bogiem to nie żart ani sprawa chwilowego kaprysu!
To samo odnosi się do nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, które jest centralnym przesłaniem płynącym do nas z Fatimy obok wezwania do pokuty i nawrócenia. To skuteczny sposób ocalenia dla każdego z nas i tych którym pomożemy tę drogę odnaleźć lub ją wskażemy. Bo ostatecznie to chyba jednak życie wieczne jest najważniejsze. Same ślubowania choćby ponawiane codziennie nie przyniosą owocu jeśli nie będą wypełniane, same procesje i peregrynacje nic nie dadzą, jeśli nie towarzyszyć im będzie szczere nawrócenie, nie emocjonalne i pod wpływem chwili po którym człowiek po opadnięciu fali uniesień wraca do „starego”, ale trwałe, wymagające ewangelicznego czuwania, wytrwałości, samozaparcia. Tu nie do przecenienia jest rola duszpasterzy, kierowników duchowych, rekolekcjonistów i misjonarzy. Ale aby to czynili wierni, wpierw sami duszpasterze powinni dokonać pewnych przewartościowań we własnym życiu. Stąd oczywisty wydaje się postulat powrotu do praktykowania także w życiu osobistym fatimskiego posłania.
W orędziu fatimskim, podobnie jak w tym otrzymanym za pośrednictwem siostry Faustyny Opatrzność Boża daje nam proste i łatwe recepty dla zbawienia własnego i innych ludzi. Za tym „łatwym” kryje się jednak trud przemiany i zerwania z grzechem. Same deklaratywne akty niczego w nas i wokół nas nie zmienią. Można spotkać się z opiniami, że wszelkie poświęcenia się, koronki czy nabożeństwo pierwszych sobót to takie „dewocyjne” środki dobre dla ludzi prostych. Tak już jest, że najchętniej poprawialibyśmy Pana Boga i zastępowali Jego środki własnymi pomysłami. Podobnie jak starotestamentalny Syryjczyk Naaman zgorszony tym, że sposobem na pozbycie się przezeń trądu miało być siedmiokrotne obmycie się w Jordanie, który z jego punktu widzenia i na tle rzek jego kraju nie wyglądał zbyt, powiedzmy, atrakcyjnie. W dodatku samo obmycie się także należało do zadań z rzędu „łatwych”. I odszedłby od proroka oburzony, wraz ze swoim trądem, gdyby nie powstrzymała go roztropność sług.
Jesteśmy chyba w podobnej sytuacji. Za dużo w nas pychy, „logiki”, i racjonalności zagłuszającej prostotę dziecka. Dlatego ciągle szukamy i wymyślamy środki w naszym mniemaniu atrakcyjniejsze i skuteczniejsze. Warto to sobie przemyśleć. Warto także nie czekać na cudze inicjatywy, decyzje, oświadczenia, ale zacząć od siebie i od dawania przykładu, każdy na miarę swoich możliwości, tak duchowni jak świeccy. To będzie dobra decyzja. Takich „dobrych decyzji” należałoby oczekiwać na każdym szczeblu struktur kościelnych. Inaczej znowu zaprzepaścimy wiele szans na odrodzenie a w chwilach trudnych po raz kolejny będziemy oczekiwali na znak z nieba, by potem szybko o nim zapomnieć, tymczasem, jak powiedział bł. Jan Paweł II w Fatimie 13 maja 1982 roku, „ Wołanie zawarte w orędziu Maryi z Fatimy jest tak głęboko zakorzenione w Ewangelii i w całej Tradycji, że Kościół czuje, iż orędzie to nakłada na niego obowiązek wysłuchania go”. Słuchać znaczy wypełniać, bo można słuchać i nie słyszeć. Zanim więc rzucimy się do proklamowania kolejnych ślubowań, wypełnijmy te, które zadał nam Bóg przez Maryję, tak, by nie stał się On sam narzędziem realizacji naszych osobistych wizji i pomysłów. Wielka Nowenna Fatimska jest chyba dobrą okazją ku temu.
Akt poświęcenia się Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi
8 września 1946 r.
Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz obrał Ciebie za Patronkę i Królową Państwa, a Rzeczpospolitą polecił Twojej szczególnej opiece i obronie, tak i my, dzieci Narodu Polskiego, stajemy teraz przed Twym tronem hołdem miłości, serdecznej czci i wdzięczności. Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały Naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie, oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Twojemu Synowi a naszemu Odkupicielowi, ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła i szerzenie Jego Królestwa.
Pani i Królowo nasza, pod Twoją obronę uciekamy się. Otocz rodzinę polską macierzyńską opieką i strzeż jej świętości. Natchnij nadprzyrodzonym duchem pobożności naszą parafię, ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swoimi łaskami. Uproś Narodowi Polskiemu stałość w wierze, świętość życia i zrozumienie posłannictw. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj polskiej ziemi przesiąkłej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczypospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, Natchnieniem i Patronką.
Potężna Wspomożycielko wiernych, otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół Święty. Bądź mu puklerzem w dni prześladowania. Wyjednaj mu światłość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności z Chrystusową Owczarnią. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.
Władna Świata Królowo, spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy ludzkiego rodzaju. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom szczere i trwałe pojednanie. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowali swoje życie. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie i zaufaniu. Matko Boga i nasza, przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie. Przygarnij wszystkich do Swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym Królestwem. Amen.
Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi.
Powodowany miłością ku Tobie oraz pragnieniem zadośćuczynienia Twemu Niepokalanemu Sercu za zniewagi i bluźnierstwa, oraz powodowany pragnieniem chwały Trójcy Przenajświętszej i zbawienia własnego oraz bliźnich oddaję się Twemu Niepokalanemu Sercu na wyłączną własność, abyś mogła posługiwać się mną dla chwały Twego Syna i Twojej. Posługuj się mną według swojej woli, ale też ochraniaj płaszczem Swojej opieki i wypraszaj potrzebne łaski i moce abym mógł wypełnić w życiu wolę Bożą i Twoją. Bądź mi Matką, Opiekunką i Panią, a po ziemskim żywocie Syna Twego Miłosiernego mi okaż. Bądź pozdrowiona Pełna łaski. Amen.
*Artykuł powstał na bazie luźnych materiałów archiwalnych będących w posiadaniu pallotyńskiego Sekretariatu Fatimskiego w Zakopanem – Krzeptówkach. Cytaty i opinie nie opatrzone odnośnikami pochodzą z tego źródła. (F.G.)
[1] L. Kondor, Załącznik do książki Siostra Łucja mówi o Fatimie, Zał. nr 2, Archiwum Sekretariatu Fatimskiego,
Zakopane-Krzeptówki, s.1.
[2] L. Balter, Uzasadnienie teologiczne aktu ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, w: Grzybek S., Maryja Matka
Narodu Polskiego, Częstochowa 1983, s. 155. Autor podaje też faktografię, omawia nadto cały kontekst aktu
ks. Franciszek Gomułczak SAC – pallotyn/Sekretariat Fatimski
***
Pierwszy Piątek Miesiąca – 5 czerwca 2026
W kościele św. Piotra – GODZINNA ADORACJA od godz. 18.00
Na zakończenie ADORACJI przed MSZĄ ŚWIĘTĄ śpiewamy LITANIĘ do SERCA JEZUSOWEGO. W tym czasie jest możliwość SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
fot. wikipedia
***
Dlaczego oddajemy cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Poznała ona tajemnice serca Pana Jezusa i zrozumiała jak wiele Ono wycierpiało podczas męki i jak często o tym zapominamy…
Kult Najświętszego Serca Jezusowego rozpoczął się wraz z prywatnymi wizjami mistyczki św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwsze objawienia miały miejsce 27 grudnia 1673 r. we wspomnienie św. Jana Ewangelisty. Wówczas święta poznała tajemnice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zrozumiała, jak często zapominamy o tym, co wycierpiało Serce Chrystusa, a które mimo to wciąż obdarza każdego z nas swoją niewysłowioną Miłością.
Podczas widzenia Jezus prosił Małgorzatę, byśmy praktykowali zadośćuczynienie za niewdzięczność wobec Jego umiłowania wyrażonego na Golgocie. Chrystus pragnął, by kult Jego Serca stał się powszechnym i publicznym.
Rozwój kultu Najświętszego Serca Jezusowego w Kościele
Tak też się stało. Pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała stał się świętem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Święto to ustanowił papież Klemens dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Następnie kult rozszerzył się dzięki papieżowi Piusowi IX, a Leon XIII w 1899 r. dokonał aktu poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
27 lipca 1920 r. biskupi w obliczu zagrożenia bolszewickiego, na Jasnej Górze zawierzyli Najświętszemu Sercu Jezusa polski naród. Rok później, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. To wydarzenie było równoległe z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie.
Kiedy zakończyła się II wojna światowa, biskupi zachęcali wiernych, by dokonywali osobistego aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, a 28 października 1951 r., Prymas bł. kard. Stefan Wyszyński, odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Pana Jezusa na Jasnej Górze. Odnawiano go następnie w 1975 r, 2011 r., a następnie w 100. rocznicę dokonania aktu – 11 czerwca 2021 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.
12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
Czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
pokój w rodzinach;
pocieszenie w strapieniach;
opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
6. grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.
Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego i do Serca Bożego. Czym się różni?
fot. Canva.cof
***
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego jest tylko jakąś odmianą nabożeństwa do Serca Bożego, że pomiędzy tymi nabożeństwami nie ma istotnej różnicy. Tymczasem możemy wyróżnić cztery istotne różnice.
W tym przekonaniu może utwierdzać także pobieżna lektura „Dzienniczka” Siostry Faustyny, w którym często jest mowa o Sercu Jezusa. Jednak teologiczna analiza treści tego dzieła prowadzi do wyraźnego rozgraniczenia tych dwóch nabożeństw, tak popularnych w Kościele.
Czym różni się nabożeństwo do Serca Jezusa i do Miłosierdzia Bożego?
Takiej analizy dokonał ks. prof. I. Różycki i na jej podstawie ukazał zasadnicze różnice, jakie istnieją pomiędzy nabożeństwem do Serca Jezusowego i do Miłosierdzia Bożego. Dotyczą one przedmiotu istotnego i rzeczowego, samej istoty nabożeństw oraz czasu uprzywilejowanego, z którym wiążą się określone obietnice.
1. Różne przedmioty istotne
Przedmiotem właściwym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest miłosierdzie całej Trójcy Świętej, natomiast w nabożeństwie do Serca Jezusowego przedmiotem właściwym jest Boska Osoba Syna Bożego Wcielonego.
2. Różne przedmioty rzeczowe
Przedmiotem rzeczowym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest obraz Jezusa Miłosiernego odpowiadający wizji, jaką miała Siostra Faustyna 22 lutego 1931 roku w Płocku. Natomiast w nabożeństwie do Serca Pana Jezusa przedmiotem rzeczowym jest ludzkie, fizyczne Serce Jezusowe.
3. Inna istota nabożeństwa
Istota nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego polega na ufności, natomiast istotą nabożeństwa do Serca Jezusowego jest wynagrodzenie.
4. Czas uprzywilejowany
Czasem uprzywilejowanym w nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego jest godzina 3 po południu każdego dnia (moment konania Jezusa na krzyżu) oraz dzień święta Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Natomiast w nabożeństwie do Serca Bożego czasem uprzywilejowanym są dni: pierwsze piątki miesiąca oraz święto Serca Jezusowego.
Stacja7.pl
***
czwartek 4 czerwca
Uroczystość Bożego Ciała
Msza św. o godz. 20.00
Po Mszy św. – procesja Eucharystyczna
wkościele św. Piotra
PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
***
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU CZERWCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO SERCA JEZUSOWEGO. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
kaplica-izba Jezusa Miłosiernego
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00
PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA
(w czerwcu z racji Bożego Ciała – Msza św. będzie w kościele św. Piotra)
***
W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00
***
WCZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.
POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.
W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła.
fot. Romek Koszowski / Gość Niedzielny
***
Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.
Sądy diecezjalne prowadzą od kilkudziesięciu do dwustu spraw małżeńskich rocznie. Według oficjała sądu metropolitalnego w Szczecinie ks. dr. Andrzeja Maćkowskiego Kościół nie unieważnia małżeństwa, lecz stwierdza jedynie nieważność jego zawarcia.
Sąd Metropolitalny Szczecińsko-Kamieński w 2025 r. przyjął 40 pozwów o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Rok wcześniej – 52, w 2023 r. – 32, a w 2022 r. – 33. Przez cztery lata w I instancji zakończono 194 sprawy. Najwięcej w 2022 r. – 77, przy czym wyroków pozytywnych było 34, a negatywnych – 43. Podobne proporcje widać w 2023 r.: wyroków pozytywnych było 20, a negatywnych – 25. W latach 2024 i 2025 r. zapadło w sumie 70 rozstrzygnięć, w tym 44 pozytywne.
– Kościół nie unieważnia sakramentu małżeństwa, nie rozwiązuje małżeństw. Opierając się na konkretnych faktach, badając je szczegółowo, stwierdzamy nieważność małżeństwa, a przyczyną często bywa niezdolność stron do tworzenia wspólnoty życia małżeńskiego – wyjaśnił PAP oficjał sądu w Szczecinie ks. dr Andrzej Maćkowski.
Przypomniał, że małżeństwo jest sakramentem, jeśli zawarły je dwie osoby ochrzczone. Stwierdzenie zaś jego nieważności może nastąpić z trzech grup powodów. Pierwszym z nich jest tzw. brak formy (regulują to kanony 1108-1123 Kodeksu prawa kanonicznego). Związek małżeński musi być zawarty wobec ordynariusza miejsca (biskupa diecezjalnego lub jego wikariusza), proboszcza lub delegowanego przez nich kapłana, w obecności dwóch świadków. Takie sprawy nie wymagają procesu, nieważność stwierdza się administracyjnie.
Kolejną grupą powodów są “przeszkody zrywające” (1083-1094 KPK), np. wiek małżonków (mężczyzna co najmniej 16 lat, kobieta 14), trwanie poprzedniego małżeństwa, pokrewieństwo, otrzymane wcześniej święcenia, uprzednia i trwała niezdolność do odbycia aktu małżeńskiego (impotencja) albo np. uprowadzenie kobiety celem zmuszenia jej do zawarcia związku.
Trzecią grupą powodów jest tzw. niezdolność konsensualna stron (1095-1103 KPK). Większość tego typu spraw koncentruje się na badaniu zdolności stron do budowania wspólnoty życia małżeńskiego. Proces ma ustalić, z jakiego powodu to się nie udało.
– Czy powodem takiego stanu rzeczy były jakieś trudności i brak współdziałania, co przy dobrej woli mogło być przezwyciężone, czy też faktyczna niezdolność, której przejawy były obserwowane już przed zawarciem małżeństwa i która, nawet przy dobrej woli stron, czyniła niemożliwym wspólne życie małżeńskie? – zaznaczył ks. Maćkowski.
Kodeks prawa kanonicznego (kan. 1095) określa m.in., kto jest niezdolny do zawarcia małżeństwa z przyczyn psychicznych. Wskazuje m.in. osoby głęboko upośledzone, ale też “dotknięte poważnym brakiem rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich” oraz osoby, “które z przyczyn natury psychicznej nie są zdolne do podjęcia obowiązków”, takich jak wierność, nierozerwalność, troska o małżonka. Jako podstawową grupę przyczyn wskazuje się anomalie psychiczne: nerwice, psychozy i psychopatie.
– Każda historia ludzka jest swoista, osobliwa i całkowicie odmienna. I zawsze wymaga gruntownego rozważenia – podkreślił ks. Maćkowski.
Zaprzeczył, jakoby sądy kościelne były “zasypane” sprawami o stwierdzenie nieważności małżeństwa. Wyjaśnił, że dość długi czas oczekiwania na wyrok wynika ze specyfiki procesu kanonicznego, dyspozycyjności stron i świadków oraz ograniczeń kadrowych. Zgodnie z zaleceniami Stolicy Apostolskiej sprawa w I instancji powinna trwać maksymalnie 12 miesięcy, a rozpatrzenie odwołania – pół roku.
Potwierdzają to dane z diecezji. Np. Metropolitalny Sąd Duchowny we Wrocławiu w 2022 r. przyjął 82 pozwy, w 2023 r. – 67, w kolejnych latach – 86 i 82. Spraw zakończonych w I instancji w ubiegłym roku było 75, w 55 przypadkach stwierdzono nieważność małżeństwa. Jak przekazał PAP rzecznik prasowy archidiecezji wrocławskiej Maciej Rajfur, liczba prowadzonych spraw od lat jest podobna. W 2022 r. wydano 84 wyroki (68 pozytywnych), w 2023 r. – 76 (58), w 2024 r. – 84 (70).
Sąd Kościelny Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej w Gorzowie Wlkp. w 2025 r. przyjął 33 sprawy, w 2024 r. – 28, w 2023 r. – 50, w 2022 r. – 35. Notariusz kurii w Zielonej Górze ks. Andrzej Sapieha poinformował, że w ubiegłym roku z 36 spraw 16 zakończyło się stwierdzeniem nieważności małżeństwa. W latach wcześniejszych odsetek był wyższy: w 2022 r. – 67 wyroków (pozytywne 44), w 2023 r. – 48 (pozytywne 28) i w 2024 r. – 32 (pozytywne 17).
Rzecznik archidiecezji lubelskiej ks. Adam Jaszcz poinformował, że w 2022 r. tamtejszy sąd przyjął do rozpoznania 210 skarg powodowych, w 2023 r. – 195, w 2024 r. – 215, a w 2025 r. – 216. Duchowny przekazał, że średnio 84 proc. spraw kończy się wyrokiem stwierdzającym nieważność małżeństwa.
Sąd Biskupi w Kielcach rozpatruje średnio 60 spraw rocznie. Jak poinformował ks. Dariusz Gącik, wikariusz sądowy, około 80 proc. postępowań kończy się wyrokiem pozytywnym. Wyjaśnił, że najczęstszą przyczyną stwierdzania nieważności jest niezdolność psychiczna do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich. Zastrzegł, że nie chodzi o chorobę psychiczną, lecz o zaburzenia osobowości, np. skrajną niedojrzałość emocjonalną, uzależnienie czy przemocowość.
Sąd Biskupi w Rzeszowie w ubiegłym roku miał na wokandzie 80 spraw. W latach 2024 i 2023 prowadzono po 100 spraw, a w 2022 r. – 90. Liczba wyroków także zmienia się nieznacznie: w 2025 r. – 92 (71 pozytywnych), w 2024 r. – 114 (82 pozytywne), w 2023 r. – 119 (89 pozytywnych) i w 2022 r. – 97 (86 pozytywnych).
Ks. Maćkowski w rozmowie z PAP przyznał, że liczba pozwów zwiększyła się, gdy na początku pontyfikatu papieża Franciszka (2013-2025) zapowiedziano, że procesy w sądach kościelnych będą szybsze. Oficjał podkreślił jednak, że każda sprawa musi być szczegółowo i indywidualnie badana, z udziałem m.in. biegłych psychologów i psychiatrów.
– Ich opinie są bardzo pomocne – ocenił ks. Maćkowski.
Zaznaczył, że sąd, aby stwierdzić nieważność małżeństwa, musi ustalić ewentualną niezdolność stron nie w momencie procesu, ale w chwili, gdy zawierały małżeństwo. Dlatego na świadków powołuje się osoby, które znają historię ich znajomości przedślubnej, czas i okoliczności decyzji o małżeństwie i o rozstaniu. Najczęściej są to rodzice i przyjaciele.
Ks. Maćkowski zwrócił uwagę, że nie wszystkie pozwy przyjmuje się do procedowania. Niektóre są “pozbawione jakiejkolwiek podstawy i nie może się zdarzyć, aby w trakcie procesu jakaś podstawa się ujawniła” (kan. 1505 §2, 4). Duchowny podkreślił, że pozew powinien wskazywać fakty i wydarzenia, które stają się przesłankami wskazującymi, że małżeństwo mogło być nieważnie zawarte. Potocznie określa się je jako “fumus invaliditatis”, czyli “dym nieważności”. Mogą to być np. cechy osobowości, przebyte choroby, trudna sytuacja rodzinna, różne formy przymusu.
Oficjał szczecińskiego sądu zaznaczył, że nie omówi konkretnych spraw i nie skomentuje głośnych przypadków, gdy osoba publiczna po raz drugi wzięła ślub kościelny. Przedstawił natomiast m.in. historię marynarza, którego żona wniosła o stwierdzenie nieważności małżeństwa, mimo że trwało ono ponad 20 lat i było troje dzieci. Ksiądz opisał też losy kobiety, która w młodym wieku zerwała relację z chłopakiem na prośbę mamy, a później, pod jej presją, zawarła związek małżeński, który się szybko rozpadł.
– Orzekliśmy, że działała pod wpływem bojaźni szacunkowej, która zabrała jej wewnętrzną wolność co do decyzji o małżeństwie. To był swego rodzaju przymus wywołany dużym szacunkiem do matki, która bardzo poświęciła się rodzinie, przyjmując na siebie wiele cierpień, i stała się bardzo dużym autorytetem – wyjaśnił duchowny.
Tzw. małżeństwa aranżowane to jednak rzadkość. Ks. Maćkowski ocenił, że młodzi ludzie są “wolni” w swoich wyborach. Jednocześnie zwrócił uwagę, że wielu jest nieprzygotowanych do wejścia w sakramentalny związek. Podobnie jak wiele rodzin nie jest gotowych do chrztu św., Kościół jednak rzadko odmawia sakramentów.
– W wielu wypadkach błogosławimy małżeństwa, ufając, że przyjdzie czas, gdy uświęcająca łaska sakramentu przyjdzie z pomocą. Bo nawet apostata może wrócić do Kościoła – zauważył ks. Maćkowski.
Duchowny zwrócił uwagę na rosnącą liczbę rozwodów cywilnych oraz powszechność związków nieformalnych.
– Ludzie boją się małżeństwa. A trendy są takie, żeby wszystko było szybciej i łatwiej – skomentował.
Sądy diecezjalne sprawy o stwierdzenie nieważności małżeństwa zwykle prowadzą w trzyosobowych składach. W procesie występuje też tzw. obrońca węzła (małżeńskiego); ponadto mogą uczestniczyć rzecznik sprawiedliwości i adwokaci z uprawnieniami kanonistycznymi.
– Ale oni nie są przeciwko sobie! Adwokat kościelny jest dany stronom do pomocy, żebyśmy wydobyli prawdę o tym małżeństwie, a nie wskazali winnego – powiedział.
Proces w zasadzie nie jest prowadzony wobec zasiadającego trybunału, tylko na podstawie dokumentów. Zeznania są spisywane. Jeden sędzia ma kontakt ze wszystkimi stronami. Kiedy materiał dowodowy jest kompletny, wyznacza się termin tzw. sesji wyrokowej. Każdy sędzia przygotowuje na piśmie swoje votum. Nie muszą być jednomyślni.
Oficjał sądu podkreślił, że uczestnicy nie składają zeznań publicznie, tak jak w sądach powszechnych, żeby “nie wywoływać napięć”, negatywnego przeżycia, poczucia krzywdy.
Ks. Maćkowski dodał, że w procesach mogą uczestniczyć “cywilni” adwokaci, ale z uprawnieniami kanonistycznymi. Duchowny za nieetyczne uznał sytuacje, kiedy adwokat “ukrywa się”, przygotowuje pozew, choć nie ma do tego tytułu.
– Przestrzegam przed korzystaniem z takich usług. Zazwyczaj są bardzo drogie – podsumował.
Koszty procesu kanonicznego w Szczecinie to ok. 2 tys. zł. Za opinie biegłych płaci się dodatkowo kilkaset złotych. Instancją odwoławczą jest Metropolitalny Sąd Duchowny w Poznaniu. Można też złożyć apelację do Roty Rzymskiej.
Tomasz Maciejewski (PAP) – Gość Niedzielny
***
Gdy wnuczek nie jest ochrzczony… Czy dziadkowie mogą ochrzcić dziecko?
W pytaniu tym chodzi zapewne o sytuację, w której rodzice nie chcą ochrzcić swojego dziecka, natomiast chcą tego dziadkowie. To trudna sytuacja. Zmiany, które obecnie zachodzą w społeczeństwie będą prowadziły do tego, że takie sytuacje mogą zdarzać się coraz częściej. Chodzi tu o konflikt między bardzo ważnymi wartościami dotyczącymi wiary. Z jednej strony mamy troskę dziadków o zbawienia dziecka, o przekazanie wiary kolejnemu pokoleniu, natomiast z drugiej – prawo rodziców do wychowania swojego potomstwa według takich wartości, jakie dla nich są istotne.
Adobe Stock
***
Wiemy, że choć troska o zbawienie wszystkich ludzi spoczywa na każdym wiernym, szczególnie na członkach rodziny (więc również na babci i dziadku), to jednak w tym przypadku prawo Kościoła staje po stronie prawa rodziców. Kodeks Prawa Kanonicznego reguluje tę sprawę następująco: „do godziwego ochrzczenia dziecka wymaga się, aby zgodę na chrzest wyrazili rodzice lub przynajmniej jedno z nich albo ten, kto ich zgodnie z prawem zastępuje” (kan. 868, § 1). Nie ma więc tu miejsca dla innych osób, nawet tak blisko spokrewnionych jak dziadkowie.
Także „Instrukcja duszpasterska Episkopatu o udzielaniu sakramentu chrztu świętego dzieciom” (1975), która skierowana jest do wszystkich duszpasterzy na terenie Polski, postanawia, by „nie udzielać sakramentu chrztu św. małym dzieciom bez faktycznej wiedzy rodziców (opiekunów), lub wbrew ich woli” (nr 2a). Jeśli jedno z rodziców dziecka jest wierzące, a drugie nie, takiemu dziecku duszpasterz powinien udzielić chrztu (nr 2c). Dla duszpasterza konieczna jest więc prośba przynajmniej jednego z rodziców (nie dziadków). Instrukcja ta sugeruje także duszpasterzom, że jeśli sytuacja będzie wyjątkowo trudna i zawikłana duszpasterz może zwrócić się do Ordynariusza (nr 2 d).
Co więcej, Instrukcja ta wymaga tego, by już przy samym już zgłoszeniu chrztu w kancelarii byli obecni oboje rodzice lub, jeśli istnieje uzasadniona przyczyna, przynajmniej jedno z nich (nr 3).
Również wiele kanonów KPK dotyczących udzielania sakramentu chrztu św. mówi tylko o roli rodziców i rodziców chrzestnych. Pojawiają się oni w kanonach o: znaczeniu tego sakramentu i o związanych z nim obowiązkach (kan. 851), nadaniu właściwego imienia dziecku (kan. 855) oraz terminie chrztu św. (kan. 867).
Rola rodziców mocno podkreślana jest także w księdze liturgicznej „Obrzędy chrztu dzieci”. Znajdujące się w niej „Wprowadzenie teologiczne i pastoralne” zwraca uwagę na rolę rodziców podczas liturgii sakramentu. To oni publicznie proszą Kościół o chrzest dla dziecka, kreślą znak krzyża na czole dziecka, wyrzekają się szatana i składają wyznanie wiary, niosą niemowlę do chrzcielnicy, trzymają zapaloną świecę oraz otrzymują specjalne błogosławieństwo (nr 5). Tu nie ma wymienionych żadnych innych osób. To zadanie rodziców.
Szczególnie ważne jest wyznanie wiary. Choć chrzest udzielany jest w oparciu o wiarę Kościoła, to jednak istotną jest również wiara samych rodziców. To na wierze rodziców i rodziców chrzestnych jest budowany chrzest.
Rola rodziców nie kończy się przecież na samym obrzędzie. Wraz z przyjęciem sakramentu chrztu przez ich dziecko rodzice biorą na siebie obowiązek wychowania go w wierze. Przywoływana Instrukcja duszpasterska Episkopatu wyraźnie precyzuje, co jest obowiązkiem rodziców: „doprowadzenie dziecka do świadomej przyjaźni z Chrystusem, a to dokonuje się przez: przekazanie dziecku podstawowych prawd wiary i zasad moralności głoszonych przez Kościół katolicki, a przede wszystkim nauczenie dziecka modlitwy, włączenie go w życie wspólnoty katolickiej (Msza św. niedzielna), posyłanie na naukę religii, doprowadzenie do pełnego udziału w Eucharystii i do przyjęcia sakramentu bierzmowania oraz wprowadzenie w dojrzałe i odpowiedzialne życie chrześcijanina” (nr 2).
W związku z tymi obowiązkami KPK mówi, że koniecznym do godziwego ochrzczenia dziecka jest „uzasadniona nadzieja, że dziecko będzie wychowane po katolicku” (kan. 868, § 1, p. 2). Potajemne ochrzczenie dziecka nie rozwiąże problemu jego wychowania. Choć dziadkowie mogą pomóc w tym wychowaniu, to jednak brak zgody rodziców na chrzest uniemożliwia wypełnienie tego zadania. Żaden duszpasterz nie może się więc zgodzić na taki chrzest. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że KPK nie mówi o odmowie chrztu św. w takiej sytuacji, lecz o tym, że należy go odłożyć w czasie (kan. 868, § 1, p. 2).
Są jednak sytuacje, w których dziadkowie mogliby zgodnie z prawem Kościoła prosić o chrzest dla wnuka. Jest to możliwe, jeśli rodzice dziecka zmarli lub zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, a sąd ustanowił dziadków prawnymi opiekunami dziecka. Wówczas to oni są całkowicie odpowiedzialni za religijne wychowanie dziecka i mają pełne prawo, by poprosić o udzielenie ich wnukowi sakramentu chrztu.
Kolejną sytuacją, w której dziadkowie mogliby zdecydować się na chrzest wnuka bez wiedzy rodziców, a nawet wbrew ich woli, jest niebezpieczeństwo śmierci dziecka. KPK postanawia, że „dziecko rodziców katolickich, a nawet i niekatolickich, w niebezpieczeństwie śmierci jest chrzczone godziwie nawet wbrew woli rodziców” (kan. 568 § 2). Tylko w tej sytuacji odpowiedzialność dziadków za zbawienie dziecka staje się ważniejsze od zachowania praw rodzicielskich.
Co więc mogą zrobić dziadkowie? Czy skazani są tylko na ból i cierpienie? Skoro nie mogą godziwie (czyli zgodnie z prawem Kościoła) ochrzcić dziecka, muszą podjąć zadanie przekazania dziecku wiary w życiu codziennym, jeśli rodzice nie będą temu przeciwni. Wykorzystanie każdej sytuacji, by uczyć je modlitwy, zaprowadzić do Kościoła, opowiadać o Bogu, dawać dobry przykład wiary i chrześcijańskiego życia. Ich bronią jest również modlitwa w tej intencji, by dziecko, jak dorośnie, samo zdecydowało o swoim chrzcie. Mogą również wpływać na rodziców, by zmienili swoją decyzję i zgodzili się na chrzest dziecka. Wtedy to oni przed duszpasterzem mogliby się zobowiązać do chrześcijańskiego wychowania dziecka.
ks. dr hab. Janusz Mieczkowski, prof. UPJPII, Wydział Teologiczny/Gość Niedzielny
***
Niektórzy nie doceniają tego daru.
Co nam daje chrzest św.?
…. Ksiądz Biskup Piotr Greger podkreślił, że święto Chrztu Pańskiego jest okazją do uwielbienia Boga za to, że zostaliśmy ochrzczeni i włączeni w Chrystusowy Kościół.
– Została nam dana szansa wzrastania i dojrzewania na drodze wiary, umacniając się słowem Bożym i sakramentami. Największym odkryciem człowieka nie jest odnalezienie czegoś czy kogoś, lecz samego siebie. Są dzisiaj ludzie, którzy potrafią się w życiu odnaleźć, chociaż przychodzi to często ze znacznymi oporami i po wielkich trudach. Są także i tacy, którzy nadal miewają poważne problemy w odnalezieniu siebie jako ludzi ochrzczonych, wciąż nie chcą albo nie potrafią docenić tych darów, które otrzymali od Boga w sakramencie chrztu świętego. Pomimo tego Bóg im tych darów nie odwołuje ani nie odbiera – podkreślił hierarcha. Dodał, że świadczy o tym „niezatarte znamię, trwały charakter, jaki chrzest wycisnął na ludzkiej duszy, niezniszczalny i nieusuwalny znak przynależności do Chrystusa i Jego Kościoła”.
Zaznaczył, że poprzez chrzcielne oczyszczenie otwarły się przed ludźmi bramy Kościoła. – Moment chrztu świętego to nie tylko czas „wejścia” do tej wspólnoty wiary; to jest tylko jedna strona medalu będąca spojrzeniem bardzo płaskim, ograniczonym do wymiaru horyzontalnego. Stąd wiele kryzysów, niezrozumienia, porzucenia i żądania usunięcia swojego imienia i nazwiska z rejestru ludzi ochrzczonych – mówił, dopowiadając że chrzest jest wydarzeniem nieskończenie większym, ponieważ stanowi wejście w trwały związek z Bogiem Ojcem jako Jego dzieckiem, z Jezusem jako członkiem Jego Mistycznego Ciała, z Duchem Świętym jako Jego świątynią.
– Człowiek otrzymuje chrzest w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, a nie w imię papieża, biskupów czy jakiegokolwiek kapłana! Sakrament chrztu daje nam mocne zakorzenienie w Bogu, to jest początek naszego wspólnego bycia razem! Od nas zależy, od naszych wyborów i podejmowanych decyzji, od tego, czy będziemy żyć na co dzień w łasce uświęcającej, czy ta nasza jedność z Bogiem będzie trwała na zawsze – precyzował hierarcha.
z artykułu Moniki Jaworskiej/Tygodnik Niedziela
***
Wczoraj i dziś Bożego Ciała, czyli uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
fot.Piotr Tumidajski/Kai
***
Boże Ciało to jedno z głównych świąt w Kościele katolickim. Od samego początku obchodzone jest w sposób wyjątkowy, w formie publicznej procesji ulicami miast i wsi. Ustanowione zostało na prośbę samego Jezusa, wyrażoną w jednym z objawień. Data Bożego Ciała nie jest stała. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej – w tym roku 19 czerwca.
Procesje Bożego Ciała są okazją do publicznej manifestacji, że wiara nie jest tylko sprawą prywatną, realizowaną w przestrzeni sakralnej lub rodzinnej, ale że winna ona przenikać życie społeczne we wszystkich jego wymiarach. Jezus eucharystyczny niesiony jest ulicami, wychodząc w tej sposób do tych, którzy go odrzucają, są mu wrodzy lub wątpią w Jego obecność. Ta powszechna – nigdy nie przerwana – coroczna manifestacja wiary miała olbrzymie znaczenie w okresach niewoli, kiedy towarzyszyła jej bogata symbolika narodowa, bądź w czasach prześladowań Kościoła. Wiernym dodawała nadziei, a niechętne Kościołowi władze wprawiała w poważny kłopot.
Geneza
Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele.
W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa Eucharystia była spożywana w trakcie Mszy świętej, nie istniał natomiast odrębny kult Eucharystii. Eucharystii nie przechowywano, poza tą przeznaczoną do zaniesienia chorym, nie oddawano jej też czci poza zgromadzeniem eucharystycznym.
Geneza święta Bożego Ciała sięga XIII wieku i była formą odpowiedzi Kościoła na pojawiające się wówczas nurty w teologii, które podkreślały symboliczną, a nie realną obecność Jezusa w Eucharystii (Berengariusz z Tours).
U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, orzekający, że Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie, a nie symbolicznie jak postulował Berengariusz. „Jeden jest przeto powszechny Kościół-zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew…” – stwierdzał dekret soboru.
Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.
Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon, augustianki. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liège oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.
Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liège uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.
Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się archidiakon katedry w Liège Jakub Leodyjski, późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża skłonił inny cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Liège w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze (do dziś jest ona tam obecna), a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.
Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.
11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.
W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii
Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).
Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).
Kult Najświętszego Sakramentu
Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.
Procesje
Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.
W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.
Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.
W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.
Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.
Przy pierwszym ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, nawiązujący do ustanowienia przez Jezusa Eucharystii. Drugi ołtarz jest związany z fragmentem Ewangelii wg. św. Marka dotyczącym rozmnożenia chleba. Przy trzecim ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Łukasza, który opowiada o zaproszonych na ucztę a czwarty ołtarz jest związany z Ewangelią wg św. Jana i modlitwą Jezusa „aby wszyscy stanowili jedno”. (J 17)
e-Kai.pl
***
Boże Ciało. Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi
fot. Dulce María/Cathopic
***
Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.
Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie
Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.
Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.
Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.
Ułożenie oficjum (formularz mszalny i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).
Z pragnienia adoracji
Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.
Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie hostii i kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.
Wizje bł. Julianny z Retine
Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.
Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.
Niezwykły cud eucharystyczny
W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundoustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.
“Dla zmysłów niepojęte”. Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu
fot. Jacob Bentzinger/Unsplash
***
W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.
Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto
Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji.
W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy.
Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.
Czas akcji: 1263
Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.
Bohaterowie
Urban IV
Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.
Tomasz z Akwinu
Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles.
Piotr z Pragi
Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii.
Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.
Darmo wzrok to widzieć chce
Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?
Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.
Słowem więc Wcielone słowo Chleb zamienia w Ciało swe
I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała.
O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża.
Co dla zmysłów niepojęte
Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.
Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał.
Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.
Hołd po wszystkie nieśmy dni
To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.
Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.
Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”
Sław języku tajemnicę
Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.
To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:
Sław języku tajemnicę Ciała i najdroższej Krwi, którą jako Łask Krynicę wylał w czasie ziemskich dni, Ten, co Matkę miał Dziewicę, Król narodów godzien czci.
Z Panny czystej narodzony, posłan zbawić ludzki ród, gdy po świecie na wsze strony ziarno słowa rzucił w lud, wtedy cudem niezgłębionym zamknął Swej pielgrzymki trud.
W noc ostatnią, przy Wieczerzy, z tymi, których braćmi zwał, pełniąc wszystko jak należy, czego przepis prawny chciał, sam Dwunastu się powierzył, i za pokarm z Rąk Swych dał.
Słowem więc Wcielone Słowo chleb zamienia w Ciało Swe, wino Krwią jest Chrystusową, darmo wzrok to widzieć chce. Tylko wiara Bożą mową pewność o tym w serca śle.
Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz, niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas. Co dla zmysłów niepojęte, niech dopełni wiara w nas.
Bogu Ojcu i Synowi hołd po wszystkie nieśmy dni. Niech podaje wiek wiekowi hymn triumfu, dzięki, czci, a równemu Im Duchowi niechaj wieczna chwała brzmi.
Święto, któremu nie dali rady ani zaborcy, ani komuniści. Czyli unikalność obchodów Bożego Ciała w polskiej kulturze
wiara.pl
***
Uroczystość Bożego Ciała jest dniem wyjątkowym dla każdego Polaka. Łączy ona bowiem dwie najważniejsze dla nas wartości: wiarę katolicką i patriotyzm. Tego święta nie znieśli ani zaborcy, ani komuniści. Również dziś nikt poważny nie protestuje, gdy dochodzi do zamknięcia całych ulic czy centrów miast na uroczystą procesję. W tym dniu publicznie wyznajemy swoją wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, a także swoje przywiązanie do naszych narodowych tradycji.
Święto Bożego Ciała ma prawie tysiącletnią historię. Na początku II tysiąclecia pojawiły się bowiem spory próbujące wytłumaczyć w jaki sposób Chrystus jest obecny w Eucharystii. Z jednej strony katolicyzm borykał się z heretykami głoszącymi fałszywe poglądy; z drugiej – miał też wielkich świętych broniących prawdziwej wiary. To właśnie wtedy żył największy z teologów, czyli św. Tomasz z Akwinu, którego Summa Teologiczna do dziś stanowi niepodważalny podręcznik doktryny katolickiej. Toczące się w tych czasach dysputy powodowały większą świadomość katolików na temat teologii Eucharystii. Za tym szła większa pobożność eucharystyczna i potrzeba adoracji Chrystusa w niej obecnego.
W tym samym czasie żyła zakonnica i mistyczka – św. Julianna z Mont Cornillon. Doznawała ona wizji mistycznych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważań nad tekstem Ewangelii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Siostra Julianna zabiegała o ustanowienie specjalnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii, co spotkało się z aprobatą duchownych i teologów.
Po raz pierwszy święto Bożego Ciała było obchodzone jeszcze za życia św. Julianny w Liège (dzisiejsza Belgia) w 1246 r., a do Polski dotarło niewiele później, bo już w roku 1320. Święto to jest wyrazem wdzięczności Panu Bogu za Jego obecność w Najświętszym Sakramencie. Jest to w końcu cud nieporównywalny, że sam Bóg zechciał przebywać pośród nas – nie tylko podczas Mszy św., ale również w poza nią, w tabernakulum, byśmy mogli adorować Go w ciągu dnia.
Jednak wyjaśnienie w jaki sposób Chrystus jest obecny w Najświętszym Sakramencie jest rzeczą niełatwą. Trudność tę zauważył św. Tomasz z Akwinu, umieszczając w znanym hymnie Adoro Te devote słowa: „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas; tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz”. Na krzyżu bowiem widzieliśmy Chrystusa jako cierpiącego człowieka i trudno było zrozumieć, że był On Bogiem. W Eucharystii zaś nawet Jego Człowieczeństwo jest niełatwe do wytłumaczenia, bo naszym oczom ukazuje się tylko biała Hostia. Nie możemy zatem zobaczyć Chrystusa w sposób jak widzimy innych ludzi, ale On wciąż tam jest. Kościół określa Jego obecność jako prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną.
Pod pojęciem prawdziwej obecności Kościół naucza, że Eucharystia nie jest wyłącznie symbolem czy figurą, ale, że Chrystus jest w niej prawdziwie obecny. W Wieczerniku nie powiedział bowiem: „To jest symbol Mojego Ciała”, ale: „To jest Ciało Moje”. Heretycki pogląd, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa głosił przede wszystkim Urlich Zwingli, uważając ją za swego rodzaju powrót do przeszłości, czyli do czasu Ostatniej Wieczerzy. Poglądy Zwinglego zostały potępione przez Sobór Trydencki.
Rzeczywista obecność Chrystusa oznacza, że fakt ten jest obiektywny, czyli niezależny od naszej wiary i od innych czynników zewnętrznych. Luter szerzył bowiem błędny pogląd jakoby Chrystus był przebywał w Hostii tylko w czasie samej Mszy św., a później już nie. Pojawiły się też inne mylne wytłumaczenia – jak to mówiące, że wspólnota zgromadzonych miałaby powodować obecność Chrystusa. Wszystkie te poglądy są błędne, ponieważ w czasie Mszy św. Chrystus jest rzeczywiście obecny, a nasza wiara, nasze subiektywne doznania czy wspólnota wierzących tego nie zmienia. Co więcej, Chrystus jest obecny pod sakramentalnymi postaciami również po zakończeniu Mszy św. i czeka na nas w tabernakulum.
Wreszcie przymiotnik substancjalna oznacza, że podczas konsekracji cała substancja chleba przemienia się w substancję Ciała Chrystusa. Podobnie ma się sprawa z winem: cała jego substancja przemienia się w substancję Krwi Chrystusa. Zewnętrzne atrybuty – wygląd, smak, zapach, łamliwość itd. – pozostają takie same, lecz zmienia się substancja, w której się zawierają. Ta przemiana nosi nazwę transsubstancjacji.
Pomimo prawdziwej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.
Należy również pamiętać – w odróżnieniu od tego, co głosiła herezja Jana Husa – że cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch postaci: zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Nie potrzeba nam zatem przyjmować Komunii św. pod obiema postaciami; sposób ten propagowany był właśnie przez husytów w celu szerzenia ich herezji. W rzeczywistości tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.
Sobór Trydencki nie pozostawił wątpliwości, że w Eucharystii jest obecny Christus Totus, czyli cały Chrystus. Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem w roku, kiedy Kościół daje nam tę wielką tajemnicę do rozważania. To właśnie w tym dniu teksty mszalne zawierają przepiękną sekwencję Lauda Sion Salvatorem („Chwal, Syjonie, Zbawiciela”), autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski w charakterystyczny dla siebie sposób zwarł wiele konkretnych sformułowań teologicznych w formie przepięknego hymnu.
Oprócz samej Mszy św., szczególnym wydarzeniem są odbywające się tego dnia procesje eucharystyczne. Ich celem jest oddanie czci Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie oraz manifestacja katolickiej wiary. Dzięki procesji ulicami miast i wsi Pan Bóg „odwiedza” swoich wiernych; tego jednego dnia możemy Go spotkać nie tylko w kościele, ale i poza nim. Na trasie procesji kapłan udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przy jednym bądź dwóch ołtarzach; w Polsce liczba tych ołtarzy jest zwiększona do czterech.
Dla Polaków procesje Bożego Ciała mają szczególne znaczenie. Łączą one bowiem katolicyzm i patriotyzm, czyli dwie najważniejsze dla nas wartości. Z jednej strony, wychodzimy na ulice by oddać cześć Chrystusowi ukrytemu w Hostii. Z drugiej – manifestujemy swoją wiarę i przywiązanie do naszych narodowych tradycji, jakimi są np. stroje czy pieśni ludowe. Widać to było w czasie zaborów i PRL-u, kiedy polskość i wiara katolicka znajdowały się pod opresją. Jedni i drudzy okupanci podejmowali próby walki ze świętem Bożego Ciała i ograniczenia go, ale nigdy go nie znieśli. Wiedzieli, że z tym jednym świętem nie wygrają; że ludzie nie pozwolą sobie odebrać tej uroczystości. W ten dzień Polacy mogli poczuć się prawdziwie wolnymi: wychodzić na ulice i pokazywać oprawcom, że duch polskiego katolicyzmu jest silniejszy od ich opresji.
Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem dla Polaków również dzisiaj. Głębokie nabożeństwo eucharystyczne naszego narodu jest widoczne przede wszystkim w liczbie uczestników odbywających się tego dnia procesji. Jednoczą one lokalne społeczności na wspólnym oddaniu czci Chrystusowi ukrytemu w monstrancji. Ich mieszkańcy wspólnie przygotowują przydrożne ołtarze – niejednokrotnie na swoich własnych podwórkach – oczekując „odwiedzin” samego Boga. Procesje zawsze odbywają się z wielką pompą: odświętne stroje, chłopcy dzwoniący dzwonkami, dziewczynki sypiące kwiaty, chorągwie i feretrony, a nieraz i orkiestra dęta. Nawet służby mundurowe mają swoje miejsce w tym uroczystym orszaku. Dla Polaków jest to dzień bez wątpienia ważny i szczególny.
Uroczystość Bożego Ciała jest jedynym dniem w roku, kiedy Polacy nie narzekają na zamykanie ulic, mimo że normalnie krytykujemy wszystko. Każdy toczący się remont, każde zwężenie jezdni powoduje ogromne emocje u przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Jednak w ten jeden dzień nikt nie protestuje – może po części dlatego, że bierzemy udział w procesjach w swoich lokalnych parafiach, więc przemieszczenie się nie jest tak istotne. Jednak mimo tego jest to ciekawa socjologiczna obserwacja, pokazująca, że w ten jeden dzień zamknięcia centrów miast czy głównych wiejskich ulic odbywają się bez żadnego oporu społecznego. To pokazuje głębokie zakorzenienie katolicyzmu w naszym narodzie; nawet ci którzy nie biorą udziału w procesji, przynajmniej są wyrozumiali dla tego wydarzenia. Chodzi tu również o osoby niewierzące, które choć niejednokrotnie oburzają się na praktyki religijne katolików, to na to jedno wydarzenie są zdecydowanie bardziej pobłażliwi.
Niestety trzeba to podkreślić, że przynajmniej część katolickiego społeczeństwa traktuje procesję Bożego Ciała wyłącznie jako element swoistego folkloru. Można powiedzieć, że ci „letni” katolicy przypominają sobie o swojej wierze dwa razy w roku: w Wielką Sobotę, żeby pójść z koszyczkiem do poświęcenia, i właśnie w Boże Ciało – tym razem ze względu na „atrakcje” dla dzieci jakimi jest sypanie kwiatków czy dzwonienie dzwoneczkami. Mimo wszystko jednak ich obecność jest okazją do działania łaski bożej; w końcu idą oni w procesji, w której „idzie” sam Bóg, co może być dla nich okazją do nawrócenia.
Chociaż trzeba przyznać smutny fakt, że jesteśmy społeczeństwem laicyzującym się, gdzie coraz trudniej być katolikiem, to dzień Bożego Ciała co roku napawa nas nadzieją i optymizmem. Widok uroczystych orszaków pełnych ludzi pokazuje, że katolicyzm w narodzie jest wciąż żywy i obecny – szczególnie na wsiach, gdzie całe wspólnoty parafialne jednoczą się, by oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie i zamanifestować swoją wiarę. Duch polskiego katolicyzmu jest wciąż żywy i nie podda się tak łatwo.
Adrian Fyda –PCh24.pl
***
Mój wymarzony ołtarz na Boże Ciało
Kapa1966 | Shutterstock
***
Nigdy nie miałem okazji przygotowywać ołtarza na Boże Ciało. Jeśli to jednak nastąpi, zrobię go w ten sposób!
Ołtarz na Boże Ciało, o którym myślę, byłby bardzo prosty. Nawiązywałby do obrazu Jezu, ufam Tobie.
Inspiracja sprzed lat
Pomysł na ten ołtarz nie jest mój. Usłyszałem go wiele lat temu od – wtedy kleryka – dziś księdza i zakonnika, który wspominał swój nowicjat na małopolskiej wsi. Zawsze miał zmysł artystyczny i dlatego polecono mu zrobienie ołtarza na Boże Ciało. Z właściwym sobie zapałem zabrał się do pracy. Wszyscy spodziewali się bogato zdobionej konstrukcji, wielu kwiatów, obrazu i mądrego cytatu.
Jakie było ich zdziwienie, gdy zobaczyli zwykły stół z obrusem, za nim pustą ramę obrazu i przyczepione do niej dwie wstążki.
Zrozumienie
Mój znajomy opowiadał, że gdy procesja zbliżała się do tego ołtarza wszyscy patrzyli na konstrukcję ze zdziwieniem i niezrozumieniem. Wszystko to jednak minęło, gdy ksiądz położył Najświętszy Sakrament w monstrancji na ołtarzu.
Jezus znalazł się dokładnie na środku ramy. Dwie wstążki: biała i czerwona wychodziły jakby z centrum monstrancji. Było to oczywiste nawiązanie do obrazu Jezu, ufam Tobie, tylko że zamiast namalowanego Chrystusa, obecny był On sam: żywy i prawdziwy.
Skopiowałbym ten pomysł
Gdybym miał okazję do zbudowania ołtarza na Boże Ciało skopiowałbym ten pomysł. Dodałbym może tylko jedną rzecz: czarne tło w ramie obrazu i dwa kwiaty.
Jak nie pozostać „obcym i milczącym widzem” liturgii i otworzyć się na Boga?
fot. Vatican Media
***
Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię.
Kontynuując cykl katechez na temat soborowej konstytucji o liturgii świętej papież mówił dziś ojej istotnych elementach: obrzędzie, znaku i symbolu.
Drodzy Bracia i Siostry!
Kontynuując Katechezy na temat soborowej Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC), pragniemy zatrzymać się nad kilkoma konstytutywnymi elementami świętej liturgii, takimi jak obrzęd, znak i symbol.
Sobór Watykański II, czerpiąc ze skarbca cennej pracy Ruchu liturgicznego, pomógł nam na nowo odkryć prawdę bardzo żywą w świadomości Kościoła starożytnego i w nauczaniu Ojców. Obrzędy liturgii chrześcijańskiej nie są zewnętrzną otoczką misterium sakramentalnego, zbiorem dowolnie ustalonych ceremonii, ale eklezjalnym pośrednictwem, poprzez które dociera do nas dar Boży. Właśnie dlatego Sobór zachęca do zrozumienia Mysterium fidei (misterium wiary), które urzeczywistnia się w liturgii poprzez obrzędy i modlitwy (por. SC, 48).
Uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego
Obrzęd nadaje kształt czynności liturgicznej, a poprzez nią – naszemu życiu, rodząc w nas duchową wrażliwość, która pozwala nam doświadczać obecności Boga przez Jezusa Chrystusa. Oczywiście dzieje się tak, jeśli nie pozostajemy obcymi lub milczącymi widzami (por. tamże) wobec liturgii, lecz uczestniczymy w niej całymi sobą – ciałem, umysłem i sercem – w posłuszeństwie wobec nakazu Pana. Poprzez święty obrzęd jesteśmy w ten sposób formowani do słuchania Słowa Bożego, do składania dziękczynienia i adoracji, do braterskiego dzielenia się i komunii eklezjalnej. Odkrywamy, że jesteśmy zgromadzeniem o wielu obliczach, zjednoczonym tą samą wiarą.
Obrzęd włącza nas w ściśle określoną sekwencję gestów i modlitw, co niekiedy może być sprzeczne z naszą indywidualną skłonnością do spontaniczności. Jego logika nie polega jednak na krępowaniu wolności za pomocą schematów. Wręcz przeciwnie – poprzez uroczystą prostotę swoich rytmów obrzęd przerywa gorączkową aktywność i przywraca nas temu, co najistotniejsze. Odkrywamy w ten sposób inny wymiar działania -niepodporządkowany rachunkowi wydajności – oraz inne doświadczenie czasu i przestrzeni. W obrzędzie doświadczamy logiki darmowości, znajdujemy chwilę wytchnienia, która odnawia serce, uznajemy, że uprzedza nas łaska Boża, uczymy się żyć w rytmie przenikniętym obecnością Ducha Świętego.
Gramatyka obrzędu utkana jest ze znaków i symboli właściwych liturgii. W niej, jak stwierdza Sobór, „przez znaki dostrzegalne wyraża się i w sposób właściwy dla poszczególnych znaków dokonuje uświęcenie człowieka” (SC, 7). Katechizm Kościoła Katolickiego pogłębia wartość tych znaków, przypominając, że „ich znaczenie ma swoje korzenie w dziele stworzenia i w kulturze ludzkiej, ukonkretnia się w wydarzeniach Starego Przymierza, a w pełni objawia w osobie i dziele Chrystusa” (KKK, 1145). Emblematyczny jest znak wody: od początków stworzenia po potop, od przejścia przez Morze Czerwone po Jordan, aż po wodę wypływającą z boku Chrystusa, która staje się sakramentalnym znakiem zanurzenia w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.
Pozwólmy, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały
„Znak” i „symbol” to terminy, które często są używane jako synonimy. W istocie znak ma charakter symboliczny wtedy, gdy odsyła nie tylko do idei, ale do całego systemu znaczeń i wartości. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy zostajemy pokropieni wodą święconą, ożywa w nas świadomość daru otrzymanego w chrzcie i naszej przynależności do nowego życia w Chrystusie. Po drugie, symbole mają zasadniczo charakter praktyczny, będąc nade wszystko działaniami: prostszymi i powszechnymi, jak klękanie i przekazywanie sobie znaku pokoju, lub bardziej doniosłymi, jak czynności konstytutywne dla każdego sakramentu. Przede wszystkim symbole mają wyjątkowy wymiar sprawczy i przemieniający, zarówno w odniesieniu do elementów materialnych, które je stanowią, jak i wobec tych, którzy wchodzą z nimi w kontakt, rodząc przynależność, poruszając serce i umysł oraz wzbudzając autentyczne relacje eklezjalne.
W Liście apostolskim Desiderio desideravi Papież Franciszek, czyniąc własnym stwierdzenie Romano Guardiniego, wskazał „pierwsze zadanie dzieła formacji liturgicznej: człowiek musi stać się na nowo zdolny do rozumienia symboli” (n. 44). Musimy pozwolić, by obrzędy liturgiczne nas wychowywały, dbając z wyczuciem i bez dowolności o piękno naszych celebracji oraz angażując się w autentyczną mistagogię. Doświadczenie żywej i pobożnej liturgii, któremu towarzyszy odpowiednia katecheza mistagogiczna, jest najlepszym środkiem do rozbudzenia w każdym człowieku otwartości na spotkanie z Bogiem, które – zgodnie z logiką Wcielenia – może nastąpić jedynie poprzez zaangażowanie całego człowieka: ducha, duszy i ciała (por. 1 Tes 5, 23).
Leon XIV do Polaków o świadectwie wiary w Boże Ciało
W procesjach eucharystycznych, zwłaszcza z udziałem rodzin, dzieci i młodzieży, Papież widzi odważne świadectwo wiary we współczesnym świecie. Podczas audiencji generalnej Ojciec Święty zachęcił Polaków, aby rozpoczynające się obchody Bożego Ciała stały się okazją do publicznego wyznania wiary w Chrystusa obecnego w Eucharystii.
Eucharystia świadectwem obecności Boga
Podczas dzisiejszej audiencji generalnej Ojciec Święty zwrócił się do polskich pielgrzymów, nawiązując do przypadającej jutro Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Papież zachęcił wiernych do publicznego wyznawania wiary poprzez udział w procesjach eucharystycznych, podkreślając, że są one znakiem obecności Boga pośród swojego ludu i świadectwem dla współczesnego świata.
Oto pełny tekst papieskiego pozdrowienia:
„Serdecznie pozdrawiam Polaków! Począwszy od uroczystości Bożego Ciała i w kolejnych dniach będziecie oddawać szczególną cześć Chrystusowi obecnemu w Eucharystii. Niech udział w procesjach eucharystycznych – zwłaszcza rodzin, dzieci i młodzieży – będzie odważnym świadectwem wiary i przypomina wszystkim, że Bóg jest obecny pośród swego ludu oraz towarzyszy mu w codziennym życiu. Wszystkich was błogosławię!”
Vatican News
***
Czerwcowy miesiąc poświęcony jest
Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
“Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie”.
(Objawienie Serca Pana Jezusa, 27 grudnia 1673 r.)
kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.
W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.
fot.Michał Zięba
***
Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
„Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.
Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.
Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.
Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
„Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.
Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.
11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.
Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
K: Jezu cichy i pokornego serca, W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.
Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
***
Zanurz się w sercu. Litania do Serca Jezusowego
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
***
Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby.
Litania jest jedną z wielu praktyk pobożnych ku czci Bożego Serca. Warto, więc przypomnieć sobie, w jaki sposób powstała i jakie są jej główne myśli, by jeszcze pobożniej ją odmawiać. Dzięki niej można kontemplować miłość Serca Pana Jezusa i niepojęte bogactwa Chrystusa oraz odwieczny plan zbawienia ukazany nam przez tę litanijną modlitwę. Można wraz ze św. Pawłem Apostołem ogarnąć ludzkim umysłem: czym jest szerokość, długość, wysokość i głębokość i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę (Ef 3, 14-19).
Aby Litanię do Serca Jezusowego dobrze zrozumieć, należy przenieść się do środowiska, w którym powstała i została rozpowszechniona.
Oto krótka historia jej powstania. W 1720 roku Marsylię nawiedziła straszna epidemia cholery. Biskup tego miasta, oprócz pomocy charytatywnej, z jaką spieszył doświadczonym zarazą, starał się także pomóc duchowo swoim wiernym przez specjalne modlitwy błagalne i pokutę. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa i wieczysty obchód święta ku Jego czci. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku w czasie uroczystej ceremonii przebłagalnej. Od tej chwili epidemia poczęła szybko ustępować. Biskup zarządził też dodatkowe procesje pokutne i nakazał w 1721 roku odprawianie uroczystej nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego. Odmawiano ten akt codziennie i wzywano ratunku u Pana Jezusa przez adorację wieczystą i litanię, która została ogłoszona drukiem w 1718 roku. Autorką i przekazicielką tej litanii była s. Anna Magdalena Remusat. Po ustaniu zarazy marsy1czycy odmawiali nadal tę litanię z wdzięcznością za ocalenie.
Zanim dekret rzymskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydany dopiero w 1899 roku, rozciągnął ją na cały Kościół, prawie przez 150 lat litania była odmawiana w diecezjach: Marsylia, Autun i Annecy. Odmawiano ją również w klasztorach Wizytek i Jezuitów.
Litania do Serca Jezusowego składa się obecnie z 33 wezwań na cześć 33 lat ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Siostra Anna Magdalena ułożyła litanię z 27 wezwań, w tym 12 zaczerpnęła od o. Jana Croiset SJ, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie, 6 zaś dodała rzymska Kongregacja przy ostatecznym zatwierdzeniu litanii.
Układ wezwań litanii do Bożego Serca jest logicznie zestawiony. Można w niej wyróżnić trzy grupy wezwań: pierwsza grupa dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego, ukazane jest Serce Jezusa w relacji do całej Trójcy Przenajświętszej (1-7); druga dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (8-16); trzecia grupa kładzie akcent na stosunek Bożego Serca do ludzi (17-33).
Wezwania litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Jan Paweł II w swoim pierwszym przemówieniu poświęconym Sercu Jezusa w 1979 roku ukazał nam głębię znaczenia tego określenia. Powiedział: Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby. W wielu następnych wystąpieniach powracał do tej myśli: Serce jako centralny organ ludzkiego organizmu Chrystusa jest równocześnie prawdziwym symbolem Jego wewnętrznego życia: Jego myśli, Jego uczuć (1982 rok); Kiedy mówimy: Serce Jezusa Chrystusa – zwracamy się przez wiarę do całej chrystologicznej tajemnicy: tajemnicy Boga-Człowieka. Serce Jezusa Chrystusa stanowi wielkie i nieustanne wołanie, jakie Bóg kieruje do ludzkości, do każdego ludzkiego serca (1984 rok).
Czciciele Serca Jezusowego, odmawiając tę litanię, mają zawsze przed oczami głęboką treść teologiczną, którą ona zawiera. Do każdego wezwania dodajemy błagalne: zmiłuj się nad nami, będące wołaniem o miłosierdzie i potrzebne łaski, tak dla poszczególnych osób, jak i całego Kościoła. Dzisiaj w niektórych wspólnotach zamiast zmiłuj się nad nami powtarzanych po poszczególnych wezwaniach, powtarza się słowa: naucz nas kochać. Można niekiedy używać tego nowego wezwania. Wydaje się, że ono pozwoli nam jeszcze głębiej przeżywać litanię do Bożego Serca i nauczy nas takiej miłości, jakiej wzorem jest Serce Jezusa. Modlitwa końcowa po litanii swoją treścią odpowiada okolicznościom historycznym, w jakich została pierwszy raz publicznie odmówiona. Mieszkańcy Marsylii, dotknięci zarazą, błagają, by Bóg dał się przebłagać przez hołdy i zadośćuczynienia składane w imię Serca Jezusowego.
Kościół, rozciągając tę modlitwę na cały świat i na wszystkie czasy, przypomina, że grzechy ludzi są przyczyną klęsk duchowych, które niekiedy są gorsze od chorób ciała. Dlatego ciągle potrzebne jest wołanie o miłosierdzie dla całego świata i modlitwa wynagradzająca. Grzech bowiem przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego ludzkie serca. Grzech jest wielkim złem w całym swoim wielorakim wymiarze, poczynając od pierworodnego, poprzez wszystkie grzechy osobiste każdego człowieka, poprzez grzechy społeczne, grzechy, które obciążają dzieje całej ludzkości” – mówił Ojciec Święty w Elblągu w 1999 roku. Tam też zwrócił się z apelem: Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucenie dobroci i miłości Boga.
W każdy pierwszy piątek miesiąca i Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego po litanii jest odmawiany akt poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Bożemu Sercu. To modlitwa papieża Leona XIII, przez którą poświęcił on całą ludzkość Jezusowi Chrystusowi w nadchodzącym XX wieku. Natomiast w czasie nabożeństw czerwcowych po odmówionej lub odśpiewanej litanii dodajemy jeszcze antyfonę: Do Serca Twojego uciekamy się…
ks. Włodzimierz Lewandowski/Gość Niedzielny
***
Najświętsze Serce Pana Jezusa
Kult Serca Jezusowego – istota nabożeństwa
Rozpoczął się miesiąc czerwiec. Tak, jak miesiąc maj poświęcony jest Maryi, tak czerwiec poświęcony jest Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Jest to szczególny czas, kiedy dziękujemy za wielką miłość Zbawiciela, jaką otoczył ludzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa wiąże się przede wszystkim z osobą św. Małgorzaty Marii Alacoque. To właśnie Jej w XVII w. objawił się Pan Jezus. W widzeniach, które trwały od grudnia 1673 roku do czerwca 1675 roku, Pan Jezus opowiadał o swoim nieskończonym Miłosierdziu dla ludzi i o potrzebie zwrócenia się wszystkich do Jego Serca poprzez specjalne nabożeństwo. Miało ono stać się źródłem wielkich łask. Podczas ostatniego, tzw. Wielkiego objawienia, 16 czerwca 1675 roku. Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Boskie Serce, powiedział: Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło aż do wyczerpania i wyniszczenia się, by im dać dowody swej miłości. A w zamian od większości ludzi doznaje tylko niewdzięczności, przez nieuszanowanie i świętokradztwa, przez oziębłość i pogardę, z jaką się odnoszą do Mnie w tym Sakramencie Miłości.
Pan Jezus wyraził również pragnienie, aby rozpowszechniono nabożeństwo ku czci Jego Najświętszego Serca. Zwrócił się do św. Małgorzaty mówiąc: Przyrzekam ci w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że tym wszystkim, którzy przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu przystępować będą do Stołu Pańskiego, wszechmocna Miłość Mego Serca da łaskę pokuty przy śmierci”.
Pierwszym z Papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów był Klemens XIII. Uczynił to w 1765 roku, a więc sto lat po wspominanych już objawieniach. Decydującym w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa.
Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.
Miesiąc czerwiec – jak już wspomniałem – jest szczególnym miesiącem Serca Jezusowego, a stało się tak za sprawą papieża Leona XIII i jego następcy Piusa X.
Właśnie teraz, kiedy rozpoczyna się ten szczególny miesiąc, możemy być pewni, że Boskie Serce Pana Jezusa, zsyła ogrom łaski na dusze, które praktykują nabożeństwo ku Jego czci. Pamiętajmy, że Jezus oczekuje od nas wynagrodzenia wszystkich grzechów i zniewag, jakie Jego kochające Serce doznaje od nas ludzi. Jeśli Bóg do nas mówi, przez świętą Małgorzatę, to nie zlekceważmy, ale korzystajmy z daru łaski, jakie to nabożeństwo ze sobą niesie. W naszych czasach, kiedy zanika dar pobożności, chciejmy rozwijać to piękne nabożeństwo ku czci Serca Pana Jezusa.
Nasz wielki Rodak, święty Jan Paweł II tak mówił w Elblągu, 6 czerwca 1999 roku: cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w miesiącu czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana”.
Niech słowa świętego Papieża, będą dla nas słowami zachęty, do ufnej modlitwy wynagradzającej Najświętszemu Sercu naszego Zbawiciela. W tym Sercu połóżmy naszą ufność i w Nim chciejmy odnaleźć źródło naszej nadziei.
Najświętsze Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego.
Ks. Krzysztof Hawro/Tygodnik Niedziela
***
Niezwykłe wizje mistyczne dwóch świętych, które zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa
fot. Wikipedia/Canva
***
Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa kojarzy się nieodłącznie ze świętą Małgorzatą Marią Alacoque, ale już w średniowieczu, w zgromadzeniu cystersek w Helfcie żyły dwie mistyczki, które miały widzenia Boskiego Serca i żywiły do Niego szczególne nabożeństwo.
Mechtylda z Magdeburga i Gertruda Wielka żyły w ścisłym zjednoczeniu z Sercem Pana Jezusa. Z Nim i w Nim przeżywały zwykłe trudności dnia codziennego, a także wszelkie cierpienia duchowe i fizyczne, których doświadczały.
Któregoś dnia Mechtylda opowiadała, jak podczas spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do Swojego, iż miała wrażenie, że te dwa serca stanowią jedno. Do tego zjednoczenia serc Chrystus przygotowywał je od najmłodszych lat.
Serce Jezusa, Św. Gertruda i nawrócenie… w klasztorze
Gertruda już jako pięcioletnia dziewczyna trafiła do zgromadzenia cystersek w Helfcie i spędziła tam całe życie. Najpierw była uczennicą, a po latach nauki została mniszką. W zgromadzeniu przeżyła wewnętrzne nawrócenie, bowiem nauka pochłonęła ją tak bardzo, iż niemal straciła z oczu Boga.
Gdy zrozumiała, że nie można przedkładać idei nad rzeczywistość, a czytania o miłosierdziu nad czynienie go, rozpoczął się nowy etap w jej życiu naznaczony darem kontemplacji, nadprzyrodzonych ekstaz, objawień i proroczych wizji. W swoim dziele opisywała miłość Boga do duszy oraz duszy do Boga, której źródło tkwi w Najświętszym Sercu Jezusa.
Niezwykłe dzieło św. Mechtyldy o Sercu Jezusa, które tworzyła 40 lat!
Mechtylda natomiast w wieku 12 lat miała wizję Ducha Świętego i od tego wydarzenia wiele czasu poświęcała na praktyki religijne i rozwój duchowy. Mając 23 lata opuściła dom i związała się z beginkami w Magdeburgu. Był to ruch religijny i społeczny wywodzący się z franciszkanizmu, a kierowany przez dominikanów. Jego członkowie prowadzili życie zgodne z Ewangelią, wypełnione modlitwą i pracą.
Mechtylda przez czterdzieści lat tworzyła dzieło zatytułowane Strumień światła boskości, w którym opisywała swoje przeżycia mistyczne. Posługując się symbolami płomienia, światła, ciepła i rosy, ukazywała w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga.: „Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić”. W wieku 60 lat, zmuszona sytuacją polityczną, ale również krytyką ze strony niektórych hierarchów kościoła, schroniła się w klasztorze cystersek w Helfcie, gdzie pozostała aż do śmierci.
Jak wygląda Serce Jezusa?
Mechtylda z Magdeburga zapisała w „Strumieniu Światła Boskości” słowa:
„Kiedy uboga dusza przybywa na dwór, jest rozumna i delikatna. Pełna radości patrzy na swego Boga. Ach, z jak wielką miłością jest przyjmowana! Milczy ona i niezmiernie pragnie Jego chwały. Wówczas On ukazuje jej z wielkim pragnieniem swe Boskie Serce.
Jest podobne do czerwonego złota, które płonie w wielkim ogniu rozżarzonych węgli. A On wkłada ją do swego rozpalonego Serca. Kiedy najwyższy Władca i mała służebnica obejmują się tak serdecznie i są złączeni jak woda z winem, wtedy ona jakby znika i odchodzi sama od siebie. Skoro tylko ona nic już nie może zrobić, On z tęsknoty za nią jest chory z miłości, tak jak już był zawsze, gdyż On w swoim odwiecznym pragnieniu miłosnym nie wzrasta ani nie maleje. Wtedy dusza mówi: <Panie, Ty jesteś moim Umiłowanym, moją tęsknotą, moim tryskającym źródłem, moim słońcem, a ja jestem Twoim zwierciadłem>. Tak wygląda podróż na dwór miłującej duszy, która nie może istnieć bez Boga”.
Rozmowa ze św. Janem o Sercu Jezusa
Niemal w tym samym czasie Gertruda, która z czasem otrzymała przydomek Wielka, w dziele zatytułowanym Objawienia, czyli Poseł Bożej pobożnościopisała rozmowę ze świętym Janem, umiłowanym uczniem Pana Jezusa.
„Powiedz mi – zapytała Gertruda – jakich uczuć doznawałeś, spoczywając podczas ostatniej uczty na sercu Jezusa? Jan zaczął opowiadać. Wspominał o głębokim zanurzeniu swej duszy w duszy Jezusa Chrystusa i o gorejącym ogniu, jaki go ogarniał. – A dlaczegóż w takim razie – dopytywała – dlaczegóż, nic o tym nie napisałeś? – Dlatego – odpowiedział – że miałem tylko polecone przedstawiać powstającemu Kościołowi nauki Słowa i przekazywać prawdy wiekom, w miarę jak wieki te będą zdolne je pojąć; bo nikt ich dokładnie zrozumieć nie zdoła. Co do niewysłowionych rozkoszy, których doznawałem na sercu Jezusowym, postanowiłem o nich mówić później, aby poznanie tych niewymownych słodyczy rozpaliło na nowo oziębłą i dogasającą miłość starzejącego się świata i obudziło go z odrętwienia”.
Serce Jezusa! Przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.
O Przenajświętsze Serce Jezusa mojego! przez boleść Twoją nad tymi, którzy Cię nie znają, zmiłuj się nad nami, a daj wszystkim poznanie Dobroci Twojej nieskończonej.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w Ciebie nie wierzą, zmiłuj się nad nami, niewiernych racz oświecić światłem Wiary świętej, wierzącym zaś, daj pomnożenie w tej świętej Wierze, i w cnotach jej przyzwoitych.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy w grzechu śmiertelnym zostają, zmiłuj się nad nami, a daj opamiętanie tym, którzy Cię obrażają, i nas od najmniejszej Twojej strzeż obrazy.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad niewdzięcznością ludzką i nad tymi, którzy się oddalają od Ciebie, zmiłuj się nad nami, i pociągnij nas wszystkich do swojej miłości.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad oziębłymi sługami Twoimi, zmiłuj się nad nami, a zapal serce moje żarliwą ku sobie miłością.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją w chwili Poczęcia i Narodzenia Twojego, zmiłuj się nad nami, daj nam prawdziwe poznanie tak drogiego Odkupienia, żeś Jednorodzonym Synem Bożym będąc, z nieba na ziemię zstąpił, abyś nas niewolników z ciężkiej grzechów niewoli wybawił.
Serce Jezusa! przez boleści Twoje, w calom życiu, i podczas Męki i śmierci Twojej, osobliwie, widząc jak wiele ludzi, dla swych nieprawości i ślepoty, żadnego pożytku nic miało odnieść z okrutnej Męki i śmierci Twojej, i być potępionymi. Zmiłuj się nad nami, a nie dopuszczaj, abyśmy na to nieszczęście przyjść mieli.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad małą liczbą wybranych, zmiłuj się nad nami, a daj łaskę, znaleźć się w tej liczbie w dzień ostatniego Sądu Twojego.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad prześladowcami i bluźniercami Najświętszego Imienia Twojego, zmiłuj się nad nami, spraw, aby serca nasze tyle Ci oddawały czci, chwały i uwielbienia, ile ciż niewdzięczni wyrządzają zniewag i bluźnierstw przeciw nieskończonej Twojej Dobroci.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad zelżywością Matki Twej Najświętszej, Świętych Twoich, sług i służebnic, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, abyśmy żyli i umierali pod obroną i opieką tej Najświętszej Matki i Świętych Twoich, a naśladując cnoty ich, i powinną cześć im oddając, mogliśmy potem wespół z nimi wychwalać na wieki święto Imię Twoje.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tymi, którzy nie dbają o łaskę Twoją, o chwałę Twoją, i o wieczne duszy swój zbawienie, zmiłuj się nad nami, racz oświecić ich zatwardziałość i ślepotę, nam zaś wszystkim daj prawdziwe poznanie naszej nędzy i słabości, że bez Ciebie i Twej łaski, nic nie możemy.
Serce Jezusa! przez boleści Twoje nad świętokradzkimi spowiedziami wielu ludzi, zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę szczerego i pokornego grzechów naszych na spowiedzi wyznania z obrzydzeniem onych; skruchę prawdziwą i mocne przedsięwzięcie, więcej Pana Boga nieskończonej miłości godnego nie obrażać.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad kapłanami świętokradzko sprawującymi Najświętsze Ofiary, i nad świętokradzko komunikującymi, zmiłuj się nad nami, a daj nam należyte przysposobienie do godnego Ciebie w Przenajświętszym Sakramencie przyjmowania; osobliwie w ostatnią śmierci naszej godzinę, racz posilić dusze nasze tym Pokarmem Niebieskim, na długą i niebezpieczną drogę wieczności.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad bałwochwalcami, czarownikami, heretykami i złymi katolikami, zmiłuj się nad nami, daj wszystkim prawdziwe do siebie nawrócenie, poznanie Dobroci i Miłości Twojej, a obrzydzenie wszelkiego błędu i niedowiarstwa.
Serce Jezusa! przez boleść Twoją nad tym wszystkim, coć się w nas grzesznych nie podoba; zmiłuj się nad nami, daj nam łaskę, iżbyśmy raczej śmierć obrali sobie, niżeli kiedy co uczynić mieli niepodobającego się Boskiemu Majestatowi Twojemu, któremu niech będzie cześć, chwała i uwielbienie, teraz i przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Stacja7.pl/źródło: „Chwała Boża” (1884r.)
***
Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?
fot. Wikipedia/Freepik
***
Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.
Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.
Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”
Fragment książki „Serce Ojca Pio”:
Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej. Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.
Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć? Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.
W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi? W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.
Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium? Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.
Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości? Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.
Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej? Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.
Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej? Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.
Co Jezus czyni podczas Komunii? On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.
Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii? Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!
Czy we Mszy świętej Ojciec umiera? Mistycznie w Świętej Komunii.
Czego oczekujesz od nas? Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.
Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”
Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.
Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku.
To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.
(fragment książki „Siła nadziei”)
Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”
Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje. (Dz 1253)
Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą. (Dz 406)
Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam. (Dz 472)
obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy
***
Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.
z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)
Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.
Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.
Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.
papież Benedykt XVI
pixabay.com
O co chodzi w kulcie świętych?
Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.
Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.
Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.
„Żywe kamienie”
Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.
Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.
Poszukiwanie inspiracji
Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.
ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl
Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych
fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl
***
Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.
(Nie) modlimy się do świętych!
To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.
Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.
No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.
Latria i dulia – dwie różne modlitwy
Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.
Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.
W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.
Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.
Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu
Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.
Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.
Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem
Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.
Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.
Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?
Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.
Malarskie wizje świętości
Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.
W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.
W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.
Wytyczne prawa kanonizacyjnego
W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.
Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Pochodnie na Bożych ścieżkach
Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.
Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:
“Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień, Którym rozświetlasz noc, A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.
Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.
Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.
Deon.pl/tekst pochodzi numeru “Głosu Ojca Pio”.
***
30 czerwca
Święci Pierwsi Męczennicy Świętego Kościoła Rzymskiego
Ze wszystkich miast, najwięcej męczenników poniosło śmierć i pochowano w Rzymie. Przez pierwszych 300 lat chrześcijaństwa to tu powstawały dekrety prześladowcze i tu je skwapliwie wykonywano. Kościoły i kaplice Rzymu kryją w swoim cieniu setki ich relikwii. Samych papieży, którzy za wiarę oddali swoje życie, jest około trzydziestu. Pierwsze prześladowanie, rozpętane przez cesarza Nerona w latach 64-67, było dużym zaskoczeniem – i nie ma żadnego rejestru osób, które oddały wtedy życie za Chrystusa. Liczba tych męczenników była ogromna, oblicza się ją na kilka tysięcy. Wyrafinowanymi mękami i torturami Neron chciał zrzucić na chrześcijan winę za podpalenie Rzymu, którego się dopuścił, aby na jego zgliszczach wystawić nowe, piękniejsze miasto. Przez masowe egzekucje chciał odwrócić od siebie całą nienawiść ludu rzymskiego. Dla oddania – tym po większej części bezimiennym – bohaterom wiary należnej czci w nowym kalendarzu liturgicznym zostało ustanowione w roku 1969 wspomnienie świętych Pierwszych Męczenników Kościoła Rzymskiego. Nawiązuje ono do uroczystości wczorajszej, kiedy to ofiarą tego właśnie prześladowania stali się książęta apostolscy, św. Piotr i św. Paweł. Najwybitniejszy historyk rzymski, Tacyt (+ 120), który uważał chrześcijan za sektę i jawnie okazywał wobec nich swoją niechęć i pogardę, pisał tak:”Zdarzyło się potem (rok 64) nieszczęście – nie wiadomo, czy z przypadku, czy przez złośliwość cezara (Nerona), bo obydwie wersje podają pisarze – ale cięższe i okropniejsze od wszystkich, jakie temu miastu gwałtowność pożarów wyrządziła. Ogień powstał w tej części cyrku, która przylegała do palatyńskiego i celijskiego wzgórza (…). I nikt nie śmiał pożarowi zapobiec wobec częstych pogróżek wielu, którzy gasić zabraniali, i ponieważ inni jawnie ciskali głownie, i głośno wołali, że są do tego upoważnieni – czy też chcąc swobodniej uprawiać grabież, czy też istotnie taki mieli rozkaz (…). Te zabiegi (zrzucenia ze siebie winy) chybiały celu, ponieważ rozeszła się pogłoska, że właśnie w chwili, gdy miasto stało w płomieniach, Neron wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi (…). Atoli ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cezara (…) nie ustępowała hańbiąca pogłoska, lecz wierzono, że pożar był nakazany. Aby ją usunąć, podstawił Neron winowajców, najbardziej wyszukanymi kaźniami tych (…), których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza był na śmierć skazany przez prokuratora, Poncjusza Piłata; a przytłumiony na razie zabobon zgubny znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy (…). Schwytano więc najpierw tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali (…). A śmierci im przydano urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów. Gdy zabrakło dnia, płonęli, służąc za nocne pochodnie” (…).Tacyt pisze także, że aresztowanych było “ogromne mnóstwo”, tak że “budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni” (Roczniki, XV, s. 38-45).Kościół pochyla się dzisiaj nad tymi, którzy w jego początkach, podczas prześladowań rzymskich, złożyli za wiarę ofiarę z życia.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
29 czerwca
Święci Apostołowie Piotr i Paweł
Kościół umieszcza w jednym dniu uroczystość św. Pawła wraz ze św. Piotrem nie dlatego, aby równał go w prymacie z pierwszym zastępcą Chrystusa. Chodzi jedynie o podkreślenie, że obaj Apostołowie byli współzałożycielami gminy chrześcijańskiej w Rzymie, obaj w tym mieście oddali dla Chrystusa życie swoje oraz że w Rzymie są ich relikwie i sanktuaria. Najwięcej jednak zaważyła na połączeniu pamiątki obu Apostołów w jednym dniu opinia, dzisiaj uznawana za mylną, że obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską tego samego dnia. Już w roku 258 obchodzono święto obu Apostołów razem dnia 29 czerwca, tak na Zachodzie, jak też i na Wschodzie, co wskazywałoby na powszechne przekonanie, że był to dzień śmierci obu Apostołów. Taki bowiem był bardzo dawny zwyczaj, że święta liturgiczne obchodzono w dniu śmierci męczenników, a potem także (od w. IV) – wyznawców. Inna ze współczesnych teorii mówi, że 29 czerwca miało miejsce przeniesienie relikwii obu Apostołów do katakumb Kaliksta podczas prześladowań za cesarza Waleriana w celu schowania ich i uchronienia przed zniszczeniem.
Właściwe imię Piotra to Szymon (Symeon). Pan Jezus zmienił mu imię na Piotr przy pierwszym spotkaniu, gdyż miało ono symbolizować jego przyszłe powołanie. Pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad Jeziorem Genezaret (Galilejskim). Był bratem św. Andrzeja, Apostoła, który Szymona przyprowadził do Pana Jezusa niedługo po chrzcie w rzece Jordan, jaki Chrystus Pan otrzymał z rąk Jana Chrzciciela (Mt 10, 2; J 1, 41). To, że Chrystus Pan zetknął się z Andrzejem i Szymonem w pobliżu rzeki Jordan, wskazywałoby, że obaj bracia byli uczniami św. Jana (J 1, 40-42). Ojcem Szymona Piotra był Jona (lub Jan), rybak galilejski. Kiedy Chrystus Pan włączył Piotra do grona swoich uczniów, ten nie od razu przystał do Pana Jezusa, ale nadal trudnił się pracą rybaka. Dopiero po cudownym połowie ryb definitywnie został przy Chrystusie w charakterze Jego ucznia wraz ze swoim bratem, Andrzejem (por. Łk 5, 1-11). Kiedy Piotr przystąpił do grona uczniów Pana Jezusa, był już człowiekiem żonatym i mieszkał w Kafarnaum u teściowej, którą Pan Jezus uzdrowił (Mk 1, 29-31; Łk 4, 38-39). Tradycja wczesnochrześcijańska wydaje się potwierdzać, że miał dzieci, gdyż wymienia jako jego córkę św. Petronelę. Nie jest to jednak pewne.
Jezus bardzo wyraźnie wyróżniał Piotra wśród Apostołów. Piotr był świadkiem – wraz z Janem i Jakubem – wskrzeszenia córki Jaira (Mt 9, 23-26; Mk 5, 35-43; Łk 8, 49-56), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1-13; Mk 9, 2-13; Łk 9, 28-36) i modlitwy w Getsemani (Mt 26, 37-46; Mk 14, 33-42; Łk 22, 41-46). Kiedy Jezus zapytał Apostołów, za kogo uważają Go ludzie, otrzymał na to różne odpowiedzi. Kiedy zaś rzucił im pytanie: “A wy za kogo Mnie uważacie?” – usłyszał z ust Piotra wyznanie: “Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Za to otrzymał w nagrodę obietnicę prymatu nad Kościołem Chrystusa: “Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli skała), i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19). Można byłoby wymienić jeszcze inne historie związane z Piotrem. Jezus ratuje Piotra, kiedy tonął w Jeziorze Galilejskim (Mt 14, 28-31). Piotr płaci podatek za Jezusa i za siebie monetą, wydobytą z pyszczka ryby (Mt 17, 24-27); od Piotra Pan Jezus zaczyna mycie nóg Apostołom przy Ostatniej Wieczerzy (J 13, 6-11). Przed pojmaniem Mistrza Piotr zapewnia Go o swojej dla Niego wierności (Mt 26, 33). W Getsemani występuje w obronie Jezusa i ucina ucho słudze arcykapłana, Malchusowi (Mt 26, 51-54; Mk 14, 47; Łk 22, 49-50; J 18, 10-11). On jeden, wraz z Janem, idzie za Chrystusem aż na podwórze arcykapłana. Jednak tu, rozpoznany, trzykrotnie wyrzeka się ze strachu Jezusa, dwukrotnie potwierdzając to zaparcie się Chrystusa przysięgą. Kiedy zapiał kogut, przypomniał sobie przepowiednię Mistrza i gorzko zapłakał (Mt 26, 69-75; Mk 14, 66-72; Łk 22, 54-62; J 18, 15-27).
Przed odejściem do nieba Pan Jezus zlecił Piotrowi najwyższą władzę pasterzowania nad Jego Apostołami i pozostałymi wiernymi wyznawcami (J 21, 15-19). Apostołowie od początku podjęli te słowa i uznali w Piotrze pierwszego spośród siebie. We wszystkich wykazach apostolskich Piotr jest zawsze stawiany na pierwszym miejscu (Mt 10, 2; Mk 3, 16; Łk 6, 14; Dz 1, 13). Pisma Nowego Testamentu wymieniają go 150 razy. Piotr proponuje Apostołom przyłączenie do ich grona jeszcze jednego w miejsce Judasza (Dz 1, 15-26). Piotr pierwszy przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego i pozyskuje sporą liczbę pierwszych wyznawców (Dz 2, 14-36). Uzdrawia chromego od urodzenia i nawraca kilka tysięcy ludzi (Dz 3, 1-26). Zakłada pierwszą gminę chrześcijańską w Jerozolimie i sprawuje nad nią władzę sądowniczą (Dz 5, 1-11). To jego Chrystus poucza w tajemniczym widzeniu, że ma także przyjmować pogan i nakazuje mu udać się do domu oficera rzymskiego, Korneliusza (Dz 10, 1-48). Na Soborze apostolskim Piotr jako pierwszy przemawia i decyduje, że należy iść także do pogan, a od nawróconych z pogaństwa nie należy żądać wypełniania nakazów judaizmu, obowiązujących Żydów (Dz 15, 1-12). W myśl zasady postawionej przez Pana Jezusa: “Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada” (Mt 26, 31) – właśnie Piotr stał się głównym przedmiotem nienawiści i pierwszym obiektem prześladowań. Został nawet pojmany i miał być wydany przez króla Heroda Agryppę I Żydom na stracenie. Jednak anioł Pański wybawił go cudownie od niechybnej śmierci (Dz 12, 1-17). Niebawem po uwolnieniu Piotr udał się do Antiochii, gdzie założył swoją stolicę (Ga 2, 11-14). Stamtąd podążył do Małej Azji i Koryntu (2 P 1, 1), aby wreszcie osiąść na stałe w Rzymie. Tu także poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona ok. 64 roku, umierając na krzyżu, jak mu to zapowiedział Chrystus (J 21, 18-19). O pobycie Piotra w Rzymie i jego śmierci piszą między innymi: św. Klemens Rzymski (+ ok. 97), List do Koryntian, 5; św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 117), List do Rzymian 4, 3; św. Dionizy z Koryntu (+ 160); św. Ireneusz (+ 202); Euzebiusz – Historia Kościoła 2, 25, 8; św.Kajus Rzymski (+ 296) i wielu innych.
Św. Piotr zostawił dwa listy, które należą do ksiąg Pisma świętego Nowego Testamentu. Dyktował je swojemu uczniowi Sylwanowi (1 P 5, 12). Wyróżniają się one niezwykłą plastyką i ekspresją. Jako zwierzchnik Kościoła Piotr ma odwagę przestrzec wiernych przed zbyt dowolnym tłumaczeniem pism Pawła Apostoła (2 P 3, 14-16). Pierwszy list Piotr pisał ok. 63 r., przed prześladowaniem wznieconym przez Nerona. Pisał go z Rzymu. Drugi list, pisany również z Rzymu, prawdopodobnie został zredagowany w więzieniu, gdyż Piotr pisze o swojej rychłej śmierci. Tak więc list powstał w 64 lub 67 roku (2 P 1, 14). O wielkiej popularności św. Piotra świadczą liczne apokryfy. Na pierwszym miejscu należy do nich Ewangelia Piotra, której fragment udało się przypadkowo odnaleźć w roku 1887 w Achmin w Górnym Egipcie. Mogła powstać już w latach 120-130 po Chrystusie. Kerygma Piotra – to rodzaj homilii. Powstała ona również ok. roku 130 i ma zabarwienie gnostyckie. Apokalipsa św. Piotra należała kiedyś do najbardziej znanych apokryfów. Pochodzi ona również z początków chrześcijaństwa, odnaleziona została w roku 1887 wraz z Ewangelią Piotra. Zawiera opis sądu i losu dusz po śmierci. Wreszcie apokryf już znacznie późniejszy, z V w., Dzieje Piotra i Pawła. Autor tak niepodzielnie łączy losy obu Apostołów, że oznacza datę ich śmierci nie tylko w jednym roku, ale nawet w jednym dniu. Nadto według autora obydwaj Apostołowie zostali pochowani w jednym miejscu. Wyznaczoną przez autora tego apokryfu datę śmierci przyjęło Martyrologium Rzymskie.
Św. Piotr poniósł śmierć męczeńską według podania na wzgórzu watykańskim. Miał być ukrzyżowany według świadectwa Orygenesa głową w dół na własną prośbę, gdyż czuł się niegodnym umierać na krzyżu jak Chrystus. Cesarz Konstantyn Wielki wystawił ku czci św. Piotra nad jego grobem bazylikę. Obecna bazylika Św. Piotra w Rzymie pochodzi z wieku XVI-XVII, zbudowana została w latach 1506-1629. Teren wokół bazyliki należy do Państwa Watykańskiego, istniejącego w obecnym kształcie od roku 1929 jako pozostałość dawnego państwa papieży. Liczy ono 0,44 km2 powierzchni i zamieszkuje je ok. 1000 ludzi. Bazylika wystawiona na grobie św. Piotra jest symbolem całego Kościoła Chrystusa. Rocznie nawiedza ją kilkanaście milionów pielgrzymów i turystów z całego świata. W czasie prac archeologicznych przeprowadzonych w podziemiach bazyliki św. Piotra w latach 1940-1949 znaleziono pod konfesją (pod głównym ołtarzem bazyliki) grób św. Piotra. Oprócz tej najsłynniejszej świątyni, wystawionej ku czci św. Piotra Apostoła, w samym Rzymie istnieją ponadto: kościół św. Piotra na Górze Złotej (Montorio), czyli na Janikulum, zbudowany na miejscu, gdzie Apostoł miał ponieść śmierć męczeńską; kościół św. Piotra w Okowach, wystawiony na miejscu, gdzie św. Piotr miał być więziony; kościół świętych Piotra i Pawła; kościółek “Quo vadis” przy Via Appia, wystawiony na miejscu, gdzie Chrystus według podania miał zatrzymać Piotra, usiłującego opuścić Rzym.Św. Piotr, pierwszy papież, jest patronem m. in. diecezji w Rzymie, Berlinie, Lozannie; miast: Awinionu, Biecza, Duszników Zdroju, Frankfurtu nad Menem, Genewy, Hamburga, Nantes, Poznania, Rygi, Rzymu, Trzebnicy; a także blacharzy, budowniczych mostów, kowali, kamieniarzy, marynarzy, rybaków, zegarmistrzów. Wzywany jako orędownik podczas epilepsji, gorączki, febry, ukąszenia przez węże. W ikonografii św. Piotr ukazywany jest w stroju apostoła, jako biskup lub papież w pontyfikalnych szatach. Od IV w. (medalion z brązu – Watykan, mozaika w S. Clemente) ustalił się typ ikonograficzny św. Piotra – szerokie rysy twarzy, łysina lub lok nad czołem, krótka, gęsta broda. Od XII wieku przedstawiany jest jako siedzący na tronie. Atrybutami Księcia Apostołów są: anioł, kajdany, dwa klucze symbolizujące klucze Królestwa Bożego, kogut, odwrócony krzyż, księga, łódź, zwój, pastorał, ryba, sieci, skała – stanowiące aluzje do wydarzeń w jego życiu, tiara w rękach.
Paweł pochodził z Tarsu w Cylicji – Mała Azja (Dz 21, 39; 22, 3). Urodził się jako obywatel rzymski, co dawało mu pewne wyróżnienie i przywileje. W naglących wypadkach umiał z tego korzystać (Dz 16, 35-40; 25, 11). Nie wiemy, jaką drogą Paweł to obywatelstwo otrzymał: być może, że całe miasto rodzinne cieszyło się tym przywilejem; możliwe, że rodzina Apostoła nabyła lub po prostu kupiła sobie ten przywilej, bowiem i tą drogą także można było otrzymać obywatelstwo rzymskie w owych czasach (Dz 22, 28). Szaweł urodził się w Tarsie ok. 8 roku po narodzeniu Chrystusa (niektórzy badacze podają czas między 5 a 10 rokiem). Jego rodzina chlubiła się, że pochodziła z rodu Beniamina, co także i Paweł podkreślał z dumą (Rz 11, 1). Dlatego otrzymał imię Szaweł (spolszczona wersja hebrajskiego Saul) od pierwszego i jedynego króla Izraela z tego rodu (panował w wieku XI przed Chrystusem). Rodzina Szawła należała do faryzeuszów – najgorliwszych patriotów i wykonawców prawa mojżeszowego (Dz 23, 6). Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Po ukończeniu miejscowych szkół – a trzeba przyznać, że Paweł zdradza duże oczytanie (por. Tt 1, 12) – w wieku ok. 20 lat udał się Apostoł do Palestyny, aby w Jerozolimie “u stóp Gamaliela” pogłębiać swoją wiedzę skrypturystyczną i rabinistyczną (Dz 22, 3). Nie znał Jezusa. Wiedział jednak o chrześcijanach i szczerze ich nienawidził, uważając ich za odstępców i odszczepieńców. Dlatego z całą satysfakcją asystował przy męczeńskiej śmierci św. Szczepana (Dz 7, 58). Nie mając jednak pełnych lat 30, nie mógł wykonywać wyroku śmierci na diakonie. Pilnował więc szat oprawców i zapewne pilnie ich zachęcał, aby dokonali egzekucji (Dz 7, 58-60).
Kiedy tylko Szaweł doszedł do wymaganej pełnoletności, udał się do najwyższych kapłanów i Sanhedrynu, aby otrzymać listy polecające do Damaszku. Dowiedział się bowiem, że uciekła tam spora liczba chrześcijan, chroniąc się przed prześladowaniem, jakie wybuchło w Jerozolimie (Dz 9, 1-3). Gdy Szaweł był blisko murów Damaszku, spotkał go Chrystus, powalił na ziemię, oślepił i w jednej chwili objawił mu, że jest w błędzie; że nauka, którą on tak zaciekle zwalczał, jest prawdziwą; że chrześcijaństwo jest wypełnieniem obietnic Starego Przymierza; że Chrystus nie jest bynajmniej zwodzicielem, ale właśnie tak długo oczekiwanym i zapowiadanym Mesjaszem. Było to w ok. 35 roku po narodzeniu Chrystusa, a więc drugim po Jego śmierci. Po swoim nawróceniu Szaweł został ochrzczony przez Ananiasza, któremu Chrystus polecił to w widzeniu (Dz 9, 10-18). Po chrzcie Szaweł rozpoczął nową erę życia: głoszenia Chrystusa. Najpierw udał się na pustkowie, gdzie przebywał prawdopodobnie kilka miesięcy. Tam Chrystus bezpośrednio wtajemniczył go w swoją naukę (Ga 1, 11-12). Paweł przestudiował i przeanalizował na nowo Stare Przymierze. Następnie, po powrocie do Damaszku, przez 3 lata nawracał jego mieszkańców. Zawiedzeni Żydzi postanowili zemścić się na renegacie i czyhali na jego zgubę. Zażądali więc od króla Damaszku Aretasa, by wydał im Szawła. Szaweł jednak uciekł w koszu spuszczonym z okna pewnej kamienicy przylegającej do muru miasta. Udał się następnie do Jerozolimy i przedstawił się Apostołom. Powitano go ze zrozumiałą rezerwą. Tylko dzięki interwencji Barnaby, który wśród Apostołów zażywał wielkiej powagi, udało się przychylnie nastawić Apostołów do Pawła. Ponieważ jednak także w Jerozolimie przygotowywano na Apostoła zasadzki, musiał chronić się ucieczką do rodzinnego Tarsu.
Stamtąd wyprowadził Pawła na szerokie pola Barnaba. Razem udali się do Antiochii, gdzie chrześcijaństwo zapuściło już korzenie. Tamtejszej gminie nadali niezwykły rozwój przez to, że kiedy wzgardzili nimi Żydzi, oni udali się do pogan. Ci z radością przyjmowali Ewangelię tym chętniej, że Paweł i Barnaba zwalniali ich od obrzezania i prawa żydowskiego, a żądali jedynie wiary w Chrystusa i odpowiednich obyczajów. Zostali jednak oskarżeni przed Apostołami, że wprowadzają nowatorstwo. Doszło do konfliktu, gdyż obie strony i tendencje miały licznych zwolenników. Zachodziła obawa, że Apostołowie w Jerozolimie przychylą się raczej do zdania konserwatystów. Sami przecież pochodzili z narodu żydowskiego i skrupulatnie zachowywali prawo mojżeszowe. Na soborze apostolskim jednakże (49-50 r.) miał miejsce przełom. Apostołowie, dzięki stanowczej interwencji św. Piotra, orzekli, że należy pozyskiwać dla Chrystusa także pogan, że na nawróconych z pogaństwa nie należy nakładać ciężarów prawa mojżeszowego (Dz 15, 6-12). Było to wielkie zwycięstwo Pawła i Barnaby. Od tej pory Paweł rozpoczyna swoje cztery wielkie podróże. Wśród niesłychanych przeszkód tak natury fizycznej, jak i moralnej, prześladowany i męczony, przemierza obszary Syrii, Małej Azji, Grecji, Macedonii, Italii i prawdopodobnie Hiszpanii, zakładając wszędzie gminy chrześcijańskie i wyznaczając w nich swoich zastępców. Oblicza się, że w swoich czterech podróżach, wówczas tak bardzo wyczerpujących i niebezpiecznych, Paweł pokonał ok. 10 tys. km dróg morskich i lądowych. Pierwsza wyprawa miała miejsce w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; druga – w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecia – w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima. Aresztowany został w Jerozolimie w 60 r. Kiedy namiestnik zamierzał wydać Pawła Żydom, ten odwołał się do cesarza. Przebywał jednak w więzieniu w Cezarei Palestyńskiej ponad dwa lata, głosząc i tam Chrystusa. W drodze do Rzymu statek wiozący więźniów rozbił się u wybrzeży Malty. Na wyspie Paweł spędził trzy zimowe miesiące, w czasie których nawrócił mieszkańców. W Rzymie także jakiś czas spędził jako więzień, aż dla braku dowodów winy (Żydzi z Jerozolimy się nie stawili) został wypuszczony na wolność. Ze swojego więzienia w Rzymie Paweł wysłał szereg listów do poszczególnych gmin i osób. Po wypuszczeniu na wolność zapewne udał się do Hiszpanii (Rz 15, 24-25), a stamtąd powrócił do Achai. Nie wiemy, gdzie został ponownie aresztowany. Jednak sam fakt, że go tak pilnie poszukiwano, wskazuje, jak wielką powagą się cieszył.
Ok. 67 (lub 66) roku Paweł poniósł śmierć męczeńską. Według bardzo starożytnego podania św. Paweł miał ponieść śmierć od miecza (jako obywatel rzymski). Nie jest znany dzień jego śmierci, za to dobrze zachowano w pamięci miejsce jego męczeństwa: Aquae Silviae za Bramą Ostyjską w Rzymie. Ciało Męczennika złożono najpierw w posiadłości św. Lucyny przy drodze Ostyjskiej. W roku 284 za czasów prześladowania, wznieconego przez cesarza Waleriana, przeniesiono relikwie Apostoła do katakumb, zwanych dzisiaj katakumbami św. Sebastiana przy drodze Apijskiej. Być może na krótki czas spoczęły tu także relikwie św. Piotra. Po edykcie cesarza Konstantyna Wielkiego (313) ciało św. Piotra przeniesiono do Watykanu, a ciało św. Pawła na miejsce jego męczeństwa, gdzie cesarz wystawił ku jego czci bazylikę pod wezwaniem św. Pawła. Z pism apokryficznych o św. Pawle można wymienić: Nauczanie Pawła o zabarwieniu gnostyckim. Dzieje Pawła w przekładzie koptyjskim odnalazł i opublikował C. Schmidt w roku 1905. Autor opisuje w nim wydarzenie znane z Dziejów Apostolskich, dołącza na pół fantastyczne dzieje św. Tekli oraz apokryficzną korespondencję św. Pawła z Koryntianami, wreszcie opis męczeństwa Apostoła. Według Tertuliana dzieje te napisał pewien kapłan z Małej Azji około roku 160-170. Autor za podszywanie się pod imię Apostoła został kanonicznie ukarany. Apokalipsa św. Pawła to opis podróży Pawła pod przewodnictwem anioła w zaświaty. Opisuje spotkanie w niebie z osobami, znanymi z Pisma świętego Starego i Nowego Przymierza, oraz w piekle – z osobami przewrotnymi. Dzieło to odnalazł Konstantyn Tischendorf w roku 1843 na Górze Synaj w tamtejszym klasztorze prawosławnym. Wreszcie dużą wrzawę wywołał kiedyś spór o Korespondencję św. Pawła z Seneką. Nawet św. Hieronim i św. Augustyn błędnie opowiedzieli się za autentycznością tego dzieła.
Paweł jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.W czasie pontyfikatu papieża Benedykta XVI Kościół obchodził Rok św. Pawła w związku z jubileuszem 2000 lat od narodzin Apostoła Narodów (2008-2009). W ikonografii przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
28 czerwca
Święty Ireneusz, biskup i męczennik, doktor Kościoła
Ireneusz urodził się w Smyrnie (dzisiejszy Izmir w Turcji) około 130 r. (chociaż podawane są też daty między 115 a 125 rokiem albo między rokiem 130 a 142). Był uczniem tamtejszego biskupa, św. Polikarpa – ucznia św. Jana Apostoła. W swoim dziele Przeciw herezjom Ireneusz pisze, że gdy był uczniem św. Polikarpa, ten był już starcem. Apostołował w Galii (teren dzisiejszej Francji). Stamtąd w 177 r. został wysłany przez chrześcijan do papieża Eleuteriusza z misją. Kiedy Ireneusz był w drodze do Rzymu, w mieście nastało krwawe prześladowanie, którego ofiarą padli św. Potyn, biskup Lyonu, i jego 47 towarzyszy. Kiedy Ireneusz powrócił do Lyonu (łac. Lugdunum), został powołany na biskupa tegoż miasta po św. Potynie. Jako wybitny teolog zwalczał w swoich pismach gnostyków, wykazując, że tylko Kościół przechował wiernie tradycję otrzymaną od Apostołów. Nie wiemy nic o działalności duszpasterskiej Ireneusza. Pozostawił jednak dzieło, które stanowi prawdziwy jego pomnik i wydaje najwymowniejsze świadectwo o wiedzy teologicznej autora, jak też o żarliwości apostolskiej o czystość wiary. Ireneusz używał greki. W swoim dziele Przeciw herezjom (które zachowało się w jednej z łacińskich kopii) przedstawił wszystkie błędy, jakie nękały pierwotne chrześcijaństwo. Jest to więc niezmiernie ważny dokument. Zbija on błędy i daje wykład autentycznej wiary. Zawiera nie tylko indeks herezji, ale także sumę tradycji apostolskiej i pierwszych Ojców Kościoła. Drugie dzieło, Dowód prawdziwości nauki apostolskiej, zachowało się w przekładzie na język ormiański. Ireneuszowi zawdzięczamy pojęcie Tradycji i sukcesji apostolskiej, a także spis papieży od św. Piotra do Eleuteriusza. Euzebiusz z Cezarei (pisarz i historyk Kościoła żyjący na przełomie III i IV w.) nie podaje, jaką śmiercią pożegnał życie doczesne w 202 r. Ireneusz, ale wyraźnie o jego męczeńskiej śmierci w czasach prześladowań Septymiusza Sewera piszą św. Hieronim (w. V) i św. Grzegorz z Tours (w. VI). Pochowany został w Lyonie, w kościele św. Jana, który później otrzymał jego imię. Relikwie zostały zniszczone przez hugenotów w 1562 r.
Kościół w Lyonie oddaje cześć św. Ireneuszowi jako doktorowi Kościoła i swemu głównemu patronowi. Dopiero jednak papież Benedykt XV w roku 1922 doroczną pamiątkę św. Ireneusza rozszerzył na cały Kościół.W 2022 r. papież Franciszek potwierdził tytuł doktora Kościoła dla św. Ireneusza w całym Kościele powszechnym. W ikonografii jest przedstawiany w stroju biskupa rytu rzymskiego z mitrą i pastorałem.
Tytuł Matki Bożej Nieustającej Pomocy jest na trwałe związany z dostojnym wizerunkiem Maryi, czczonym w Rzymie. Obraz namalowany na desce o wymiarach 54×41,5 cm, pochodzenia bizantyńskiego, przypomina niektóre stare ikony ruskie nazywane Strastnaja. Jego autorstwo jest przypisywane jednemu z najbardziej znanych malarzy prawosławnych wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro. Kiedy i w jakich okolicznościach obraz powstał, a potem dotarł do Rzymu – nie wiemy. Według niektórych źródeł został namalowany na Krecie w IX w.; inne dane mówią o wieku XII i pochodzeniu z Bizancjum lub z klasztoru na świętej Górze Athos. Według legendy, do Europy obraz został przywieziony przez bogatego kupca. Kiedy podczas podróży statkiem na morzu rozszalał się sztorm, kupiec ten pokazał obraz przerażonym współtowarzyszom. Ich wspólna modlitwa do Matki Bożej ocaliła statek. Po szczęśliwym przybyciu do Wiecznego Miasta ikona została umieszczona w kościele św. Mateusza, obsługiwanym przez augustianów. Z dokumentu z roku 1503 wynika, że w ostatnich latach XV w. wizerunek był już w Wiecznym Mieście czczony i uważany za łaskami słynący. Zwano go Madonna miracolosissima. Gdy w roku 1812 wojska francuskie zniszczyły kościół, mnisi wywędrowali do Irlandii. Po powrocie objęli kościół św. Euzebiusza. Kult cudownego obrazu uległ wówczas pewnemu zaniedbaniu, na co wielu się skarżyło. W grudniu 1866 r. Pius IX powierzył obraz redemptorystom, którzy umieścili go w głównym ołtarzu kościoła św. Alfonsa przy via Merulana. Od tego czasu datuje się niebywały rozkwit kultu Matki Bożej Nieustającej Pomocy, propagowanego przez duchowych synów św. Alfonsa Marii Liguoriego. 23 czerwca 1867 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu. W roku 1876 powstało arcybractwo Maryi Nieustającej Pomocy i św. Alfonsa. Równocześnie mnożyły się kopie, które redemptoryści umieszczali w swoich kościołach w wielu krajach, w tym także na ziemiach polskich. Dla propagowania kultu ponad 100 autorów wydało rozmaite opracowania, powstały różnojęzyczne periodyki, poświęcone temu samemu celowi. Ogromne powodzenie miały także małe obrazki z odpowiednimi wezwaniami. Rozchodziły się one w wielomilionowych nakładach. W 1876 r. ustanowiono święto Maryi Nieustającej Pomocy na dzień 26 kwietnia, z czasem przeniesione na 27 czerwca. Sam obraz przedstawia cztery postacie: Maryję z Dzieciątkiem oraz świętych Archaniołów Michała (po lewej stronie obrazu) i Gabriela (po stronie prawej). Maryja jest przedstawiona w czerwonej tunice, granatowym płaszczu (zielonym po spodniej stronie) i w niebieskim nakryciu głowy, które przykrywa czoło i włosy. Na środkowej części welonu znajduje się złota gwiazda z ośmioma prostymi promieniami. Głowę Maryi otacza, charakterystyczny dla szkoły kreteńskiej, kolisty nimb. Oblicze Maryi jest lekko pochylone w stronę Dzieciątka Jezus trzymanego na lewej ręce. Prawą, dużą dłonią, o nieco dłuższych palcach, charakterystycznych dla obrazów typu Hodegetria (“wskazująca drogę”), Maryja obejmuje ręce Jezusa. Jej spojrzenie charakteryzuje czuły smutek, ale nie patrzy na swojego Syna, lecz wydaje się przemawiać do patrzącego na obraz. Miodowego koloru oczy i mocno podkreślone brwi dodają obliczu piękna i wyniosłości. Dzieciątko Jezus przedstawione jest w całości. Spoczywając na lewym ramieniu Matki, rączkami ujmuje mocno Jej prawą dłoń. Przyodziane jest w zieloną tunikę z czerwonym pasem i okryte czerwonym płaszczem. Opadający z nóżki prawy sandał pozwala dostrzec spód stopy, co może symbolizować prawdę, że będąc Bogiem, Jezus jest także prawdziwym człowiekiem. Ma kasztanowe włosy, a rysy Jego twarzy są bardzo dziecięce. Stopy i szyja Dzieciątka wyrażają jakby odruch nagłego lęku przed czymś, co ma niechybnie nadejść. Tym natomiast, co wydaje się przerażać małego Jezusa, jest wizja męki i cierpienia, wyrażona poprzez krzyż i gwoździe niesione przez Archanioła Gabriela. Po drugiej stronie obrazu Archanioł Michał ukazuje inne narzędzia męki krzyżowej: włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem. Maryja, pomimo że jest największą postacią obrazu, nie stanowi jego centralnego punktu. W geometrycznym środku ikony znajdują się połączone ręce Matki i Dziecięcia, przedstawione w taki sposób, że Maryja wskazuje na swojego Syna, Zbawiciela.Maryja jest Matką Kościoła, ludu Bożego, który Jej Syn nabył swoją najdroższą Krwią. Jest Matką każdego z nas. Niewątpliwie jest jeden nasz Pośrednik, według słów Apostoła: “Bo jeden jest Bóg; jeden też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał samego siebie na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 5-6). Nie przeszkadza to jednak bynajmniej, byśmy mogli mówić o macierzyńskiej roli Maryi w stosunku do wszystkich. Nie przyćmiewa ona żadną miarą i nie pomniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc: “Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego, i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją. Nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia je” (KK, nr 60). “Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wyraziła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo zjednuje nam dary wiecznego zbawienia. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny. Dlatego to do Błogosławionej Dziewicy stosuje się w Kościele tytuły: Orędowniczki, Wspomożycielki, Pomocnicy, Pośredniczki. Rozumie się jednak te tytuły w taki sposób, że niczego nie ujmują one ani nie przydają godności i skuteczności działania Chrystusa jedynego Pośrednika… Kościół nie waha się jawnie wyznawać taką podporządkowaną rolę Maryi; ciągle jej doświadcza i zaleca ją sercu wiernych, aby oni wsparci tą macierzyńską opieką, jeszcze silniej przylgnęli do Pośrednika i Zbawiciela” (KK, nr 62).
Josemaría Escrivá urodził się w Barbastro (w Hiszpanii) 9 stycznia 1902 roku. Rodzice – pobożni i przykładni katolicy – ochrzcili go cztery dni po narodzinach. Był drugim z sześciorga rodzeństwa, radosnym, żywym i szczerym dzieckiem oraz dobrym, bystrym i inteligentnym uczniem. Bóg bardzo szybko zaczął hartować duszę Josemaríi w kuźni bólu: w latach 1910-1913 umierają trzy jego młodsze siostry, w 1914 r. rodzina zostaje zrujnowana ekonomicznie. Zimą, na przełomie 1917-1918 roku, zdarzyło się coś, co wpłynęło decydująco na przyszłe losy Josemaríi Escrivy: w czasie Bożego Narodzenia w miasteczku spadł śnieg. Niedługo potem Josemaría spostrzegł na nim ślady bosych stóp. Dostrzegłszy wielkie poświęcenie karmelity bosego, do którego należały te ślady, Josemaría postanowił zostać kapłanem, aby stać się bardziej dyspozycyjnym dla Boga. 27 listopada 1924 roku nagle umarł jego ojciec. 28 marca 1925 r. Josemaría został wyświęcony na kapłana. W kwietniu 1927 r. przeniósł się do Madrytu, aby tam doktoryzować się w prawie cywilnym. Tutaj, 2 października 1928 roku, podczas rekolekcji przeżywa wizję dzieła, do którego Bóg go powołuje. Ten dzień przyjmuje się za datę założenia Opus Dei (Dzieła Bożego), w którym świeccy mężczyźni i kobiety uczą się dążyć do świętości na drodze zwykłej codzienności i zajęć. Od tej chwili zaczyna pracować nad tym dziełem, a jednocześnie kontynuuje posługę kapłańską, zwłaszcza wśród ubogich i chorych. Ponadto studiuje w Madrycie i udziela lekcji, by utrzymać matkę i rodzeństwo.
W 1946 roku na stałe przenosi się do Rzymu, gdzie broni doktoratu z teologii. Tam też zostaje mianowany konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Ojca Świętego. Z Rzymu wyjeżdża do różnych krajów Europy, a w 1970 roku do Meksyku, by tam umacniać Opus Dei. Umiera w Rzymie na zawał serca 26 czerwca 1975 r. Napisany przez niego zbiór medytacji zatytułowany Droga zalicza się do klasyki duchowości. W chwili jego śmierci Opus Dei jest już obecne na pięciu kontynentach, liczy ponad 60 tysięcy wiernych z osiemdziesięciu narodowości. Obecnie liczy ponad 80 tys. członków: duchownych i świeckich na całym świecie. Ma wielkie zasługi dla ożywienia Kościoła i jego obecności w różnych środowiskach zawodowych na wszystkich kontynentach. Członkami Opus Dei są m.in. prymas Peru, kard. Juan Luis Cipriani Thorne z Limy i były rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls.Po śmierci Josemaríi Escrivy tysiące wiernych zwróciło się do papieża z prośbą o otwarcie procesu kanonizacyjnego. 17 maja 1992 r. w Rzymie, w obecności 300 tysięcy wiernych przybyłych z całego świata, św. Jan Paweł II wyniósł Josemaríę Escrivę na ołtarze. 21 września 2001 r. Zgromadzenie Zwyczajne Kardynałów i Biskupów, członków Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, jednogłośnie stwierdziło cudowny charakter uzdrowienia przypisywanego bł. Josemaríi. Dekret uznający cud odczytany został w obecności papieża 20 grudnia 2001 r. Kanonizacja odbyła się 6 października 2002 r.
Cudowny obraz Matki Bożej Świętogórskiej, Róży Duchownej, znajdujący się w sanktuarium w Gostyniu, jest dziełem nieznanego wielkopolskiego artysty. Namalowany został prawdopodobnie na cyprysowej desce (145×107 cm), pochodzi z 1540 r. i posiada dużą wartość artystyczną. Przedstawia Matkę Bożą piastującą Dzieciątko Jezus na lewym ramieniu. W prawej ręce Maryja trzyma kwiat białej róży. Matkę i Dzieciątko artysta umieścił jakby na balkonie, z którego roztacza się widok na dawniejszy kościółek na Świętej Górze i na miasteczko Gostyń z połowy XVI wieku. Suknia Matki Bożej i płaszcz są bogato pofałdowane i obszyte ozdobnymi złocistymi bortami. Około bioder widoczna jest ciemnozielona przepaska z napisem: “Witaj Boża Rodzicielko”. Twarz i szyję Maryi okala delikatna, biała materia, wychylająca się spod fałdy płaszcza. W obrazie zwraca uwagę korona na głowie Madonny i druga, uniesiona przez aniołów. Wyraz twarzy i oczu Maryi jest pełen troski i miłosiernego pytania. Dziecię Jezus, poważne i pełne majestatu, trzyma w lewej ręce księgę – symbol nauczycielskiego posłannictwa, drugą rękę opiera na kuli z krzyżem – symbolu władzy i panowania nad światem. Łaskami słynący obraz znajduje się obecnie w pięknej bazylice, zbudowanej według planów włoskiego architekta Baltazara Longhena, twórcy weneckiej świątyni Santa Maria della Salute w XVIII wieku. Duchem i racją bytu tej pięknej świątyni jest kult Najświętszej Maryi Panny, który istniał od niepamiętnych czasów. Prawdopodobnie dawniej była czczona tu gotycka, polichromowana pieta, znajdująca się do dziś w jednym z bocznych ołtarzy. W czasie potopu szwedzkiego obraz MB Świętogórskiej wywieziono na Śląsk. W okresie Kulturkampfu w roku 1876, z rozkazu władz pruskich, wypędzono z Gostynia księży filipinów, a kościół zamknięto. Po 12 latach kościół otwarto, zabroniono jednak przybywać pielgrzymkom. Zakaz trwał do odzyskania niepodległości, czyli do 1918 roku. W rok później powrócili filipini, a kult Matki Bożej tak się rozwijał, że 24 czerwca 1928 r. kardynał August Hlond dokonał uroczystej koronacji obrazu Matki Bożej. Dzisiaj Święta Góra jest istotnym ośrodkiem życia religijnego Wielkopolski. Odbywają się tu przez cały rok zamknięte rekolekcje stanowe, niedzielne dni skupienia, spotkania różnych grup pracujących aktywnie w Kościele. Święta Góra jest ośrodkiem walki o trzeźwość narodu. Księża filipini z wielką troską i odpowiedzialnością przyjmują też grupy pielgrzymkowe, zarówno wielotysięczne w dniach odpustowych , jak i małe, przybywające przez cały rok. Matka Boża, niezależnie od miejsca, w którym gromadzi swoje dzieci, jest zawsze ta sama. Niewątpliwie pragnie przedstawiać swojemu Synowi nasze prośby i dlatego możemy je zanosić w różnych sprawach i potrzebach. Ale nigdy nie wolno zapominać o tym, że jako nasza troskliwa Matka chce nam przede wszystkim wskazywać drogę do Syna. Ona, Stolica Mądrości, Matka Dobrej Rady, zawsze podpowiada nam to, co służy naszemu zbawieniu; mówi przeto ustawicznie: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam (Syn) powie” (J 2, 5). Co więcej, przykładem swego życia uczy nas praktycznie, jak w życiu codziennym mamy pełnić wolę Bożą. W całym swoim życiu występuje w roli pokornej służebnicy Pańskiej: “Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa”.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
24 czerwca
Święty Jan Chrzciciel
Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 niejaki Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36). Św. Łukasz przekazuje nam w Ewangelii następującą informację: “Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1, 80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumran swoją wspólnotę. Kiedy miał już lat 30, wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Podjął to dzieło nad Jordanem, nad brodem w pobliżu Jerycha. Czasem przenosił się do innych miejsc, np. Betanii (J 1, 28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3, 23). Swoje nauczenie rozpoczął w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3, 1), czyli w 30 r. naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.
Jako herold Mesjasza Jan podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy przynależność do potomstwa Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał chrztu pokuty (Łk 3, 7-14; Mt 3, 7-10; Mk 1, 8). Garnęła się do niego “Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3, 5; Mk 1, 5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że “Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów” (Mt 3, 11). Na prośbę Chrystusa, który przybył nad Jordan, Jan udzielił Mu chrztu. Potem niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: “Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29. 36). Na skutek tego wyznania, przy Chrystusie Panu zjawili się dwaj pierwsi uczniowie – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1, 37-40). Na działalność Jana szybko zwrócili uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1, 19; Mt 3, 7). Osobą Jana zainteresował się także władca Galilei, Herod II Antypas (+ 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Można się domyślać, że Herod wezwał Jana do swojego zamku, Macherontu. Gorzko jednak pożałował swojej ciekawości. Jan bowiem skorzystał z tej okazji, aby rzucić mu prosto w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Rozgniewany król, z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał Jana aresztować. W dniu swoich urodzin wydał ucztę, w czasie której, pijany, pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, czegokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14, 1-12). Jan miał wtedy trzydzieści kilka lat.
Jezus wystawił Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: “Coście wyszli oglądać na pustyni? (…) Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 7-11; Łk 7, 24-27).Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia. W Janie Chrzcicielu uderza jego świętość, życie pełne ascezy i pokuty, siła charakteru, bezkompromisowość. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele. Jemu dedykowana jest bazylika rzymska św. Jana na Lateranie, będąca katedrą papieża. Jan Chrzciciel jest patronem Austrii, Francji, Holandii, Malty, Niemiec, Prowansji, Węgier; Akwitanii, Aragonii; archidiecezji warszawskiej i wrocławskiej; Amiens, Awinionu, Bonn, Florencji, Frankfurtu nad Menem, Kolonii, Lipska, Lyonu, Neapolu, Norymbergi, Nysy, Wiednia, Wrocławia; jest patronem wielu zakonów, m. in. joannitów (Kawalerów Maltańskich), mnichów, dziewic, pasterzy i stad, kowali, krawców, kuśnierzy, rymarzy; abstynentów, niezamężnych matek, skazanych na śmierć. Jest orędownikiem podczas gradobicia i w epilepsji.
W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako dziecko, młodzieniec lub mąż ascetyczny, ubrany w skórę zwierzęcą albo płaszcz z sierści wielbłąda. Jego atrybutami są: Baranek Boży, baranek na ramieniu, na księdze lub u stóp, baranek z kielichem, chłopiec bawiący się z barankiem, głowa na misie, krzyż. W tradycji wschodniej, zwłaszcza w ikonach, ukazywany jest jako zwiastun ze skrzydłami.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
23 czerwca
Święty Józef Cafasso, prezbiter
\ Józef Cafasso urodził się w Castelnuovo d’Asti w Piemoncie 15 stycznia 1811 r. Wychowany w duchu żywej wiary, po ukończeniu szkoły średniej w Chieri udał się do miejscowego niższego seminarium, a potem na studia teologiczne do Turynu. 22 września 1833 r. został wyświęcony na kapłana, mając wówczas zaledwie 22 lata. Nie piastował żadnych urzędów, był zawsze kapłanem cichym, a jednak miał wpływ na cały kler piemoncki. Zdrowie miał wątłe (cierpiał na chorobę kręgosłupa), ale w jego czarnych oczach bił żar apostolski. Józef wstąpił po święceniach do Instytutu Teologii Moralnej, niedawno powstałego w Turynie. Młodzi kapłani prowadzili w nim wspólne życie razem z profesorami. Równocześnie założyciel Instytutu, ks. Alojzy Guala, zaprawiał młodych kapłanów do działalności duszpasterskiej. Uczyli oni opuszczoną młodzież prawd wiary, chodzili do więzień dla nieletnich i dla dorosłych, nawiedzali szpitale, a także towarzyszyli skazanym na śmierć w ostatnich chwilach ich życia. Po śmierci założyciela Instytutu, Józef objął stanowisko rektora. W swojej pracy spotkał ludzi, w przyszłości wyniesionych na ołtarze. Był przewodnikiem duchowym św. ks. Jana Bosko i wspierał w powołaniu swojego siostrzeńca, bł. Józefa Allamano, założyciela Misjonarzy Consolata. W gorących czasach (rewolucja Garibaldiego, koronacja Wiktora Emanuela) Józef Cafasso nie dał się ponieść wirowi politycznemu. Zachęcał kapłanów, aby pilnowali swojego posłannictwa, a nie angażowali się w ruch rewolucyjny. Z własnej woli nawiedzał więzienia, które w tamtych czasach były miejscami strasznymi. Opowiadał więźniom o Bożej miłości i miłosierdziu. Przez ponad 20 lat towarzyszył skazańcom w drodze na szafot (egzekucje wykonywano publicznie), nazywając ich czule “szubienicznymi świętymi”, ponieważ byli wieszani bezpośrednio po spowiedzi. Mieszkańcy Turynu nadali mu przydomek kapelana szafotu. Po krótkiej chorobie Józef pożegnał ziemię 23 czerwca 1860 r. w wieku zaledwie 49 lat. Najlepiej scharakteryzował go Jan Bosko w jednym z przemówień po jego śmierci: “Był modelem życia kapłańskiego, nauczycielem kapłanów, ojcem ubogich, pocieszycielem chorych, doradcą wątpiącym, pociechą konającym, dźwignią dla więźniów, zbawieniem dla skazanych, przyjacielem wszystkich, wielkim dobroczyńcą ludzkości”. Pius XI z okazji beatyfikacji w 1925 r. nazwał Józefa Cafasso “perłą kleru Italii”. Pius XII dokonał jego uroczystej kanonizacji w 1947 roku. W roku 1948 tenże papież ogłosił św. Józefa Cafasso patronem więzień i więźniów oraz współpatronem Zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Bolesnej Pocieszenia (Consolata).
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
22 czerwca
Święci męczennicy Jan Fisher, biskup, i Tomasz More
Tomasz More (Morus) urodził się w Londynie 7 lutego 1478 r. jako syn poważanego mieszczanina. Kiedy miał lat 12, umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Później zapisał się na studia na uniwersytecie w Oksfordzie. Jednak ojciec wolał mieć syna prawnika. To bowiem otwierało przed nim drogę do kariery urzędniczej. Dlatego szesnastoletni Tomasz został umieszczony w Inns of Law w Londynie. Kiedy w 1499 roku Erazm z Rotterdamu nawiedził po raz pierwszy Anglię, zaprzyjaźnił się serdecznie z młodszym od siebie o 11 lat Tomaszem. Po ukończeniu studiów Tomasz został biegłym i wziętym adwokatem. Wkrótce wybrano go posłem do parlamentu. Tutaj zaraz na początku naraził się królowi Henrykowi VIII tym, że przeforsował w parlamencie sprzeciw wobec wniosku króla postulującego nałożenie osobnego podatku na poddanych. Dla poznania świata wyjechał do Francji, gdzie zwiedził uniwersytety: w Paryżu i w Lowanium. Kiedy powrócił do Anglii, zrzekł się wszelkich stanowisk i wstąpił do kartuzów. Po czterech latach pobytu w klasztorze przekonał się, że to jednak nie jest jego droga. Ożenił się z siedemnastoletnią Jane Colt i zamieszkał z nią w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Sielanka trwała krótko. Ukochana żona zmarła niebawem, zostawiając Tomaszowi czworo drobnych dzieci. Był zmuszony ożenić się po raz drugi. Alicja Middleton była od niego o siedem lat starsza. Nie miał z nią potomstwa, ale wspólnie wychowywali dzieci Tomasza z pierwszego związku. W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Jako specjalista został wysłany do Flandrii dla zawarcia traktatu pokojowego. W 1521 roku pełen sławy ze swojej pracy i dzieł został przez króla podniesiony do godności szlacheckiej. Król upodobał sobie w zręcznym urzędniku. W 1521 roku nobilitował Tomasza (nadal mu tytuł szlachecki), a także pasował go na rycerza. Następnie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Szybko zaczęły sypać się na Tomasza kolejne wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w Anglii (po królu) – kanclerza państwa (1529-1532)
.
Tomasz stanowić może doskonały wzór do naśladowania dla świata urzędniczego. Był w pracy swojej zdecydowanie sumienny. Powiedziano o nim, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby na nią zasługiwał. Kiedy otrzymał nominację na sędziego, zastał całe sterty zakurzonych teczek z aktami, które od lat czekały na rozpatrzenie. Rychło je załatwił, aby sprawy szły odtąd na bieżąco. Wszystkich traktował życzliwie. Przekupstwo czy kumoterstwo nie miały do niego przystępu. Nosił włosiennicę. Na modlitwę poświęcał dziennie po kilka godzin. Przy stole czytał Pismo święte i książki ascetyczne. Unikał pokut dawnych ascetów, wiedząc, że siły są mu potrzebne do wykonywania codziennych obowiązków. Rekompensował to cierpliwym znoszeniem kłopotów, rzetelnym wypełnianiem swoich zadań, zachowaniem przykazań Bożych i kościelnych. Nawet jako kanclerz państwa chętnie usługiwał do Mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym. Kiedy Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału ani w ślubie, ani też w koronacji kochanki króla, Anny Boleyn. Wreszcie nie podpisał aktu supremacji, ani też nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu. 1 lipca 1535 roku nad aresztowanym odbył się sąd. Kiedy sędziowie zapytali Tomasza, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, ten odparł żartobliwie: “Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”. Tego dnia sąd najwyższy skazał Tomasza na śmierć. Egzekucję wykonano publicznie na jednym z pagórków, otaczających Londyn. Zanim Tomasz położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: “Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”. Kiedy zaś kat zawiązywał mu oczy, prosił go, by swój obowiązek odważnie wypełnił. Egzekucja odbyła się 6 lipca 1535 roku. Podobnie jak św. Jana Fishera, tak i głowę św. Tomasza More’a wystawiono na widok publiczny, wbitą na pal na moście Tamizy. Sterczała tam miesiąc, aż ją potem wrzucono do morza. Jednak jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło – straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu. Wieść o ohydnym mordzie, dokonanym na Tomaszu, obiegła lotem błyskawicy cały cywilizowany świat, wywołując powszechne oburzenie. Aby jednak nie drażnić Kościoła anglikańskiego, proces kanoniczny św. Tomasza odbył się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go bowiem dopiero papież Leon XIII w roku 1886. Uroczystej kanonizacji dokonał papież Pius XI w 1935 roku. 31 października 2000 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków. Tomasz pozostawił po sobie szereg pism. Wśród nich największą sławę zdobyła mu Utopia, w której usiłował nakreślić projekt idealnego państwa i systemu społecznego. Cenny jest jego Dialog o pociesze w ciężkiej próbie. Zostawił także poematy łacińskie i piękne listy, pozwalające wejść w głąb jego duszy i rzucające też światło na wypadki publiczne. Jest patronem prawników. O historii konfliktu z królem opowiada znany film “Oto jest głowa zdrajcy”, a także telewizyjny serial “Dynastia Tudorów”. W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju lorda. Jego atrybuty to czaszka, krzyż, łańcuch.
Jan Fisher urodził się w 1469 r. w Beverley, w hrabstwie York. Po ukończeniu studiów teologiczno-filozoficznych w Cambridge przyjął święcenia kapłańskie. W Oksfordzie skończył studia prawnicze; tu poznał Małgorzatę Beaufort, matkę króla Henryka VII, i został jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. W 1503 r. objął ufundowaną przez nią katedrę teologii na uniwersytecie Cambridge i od 1504 r. do końca życia był kanclerzem tej uczelni. Jako biskup Rochester odznaczał się duchem pokuty oraz gorliwością w obronie wiary katolickiej. Prowadził życie w ubóstwie. Był uczniem Erazma z Rotterdamu. Napisał dzieła przeciwko ówczesnym błędom teologicznym, rozpowszechnianym przez Lutra i jego zwolenników. Stosunki Jana Fishera z królem Henrykiem VIII były początkowo dobre. Ich gwałtowne pogorszenie nastąpiło w 1529 r., kiedy biskup wystąpił w obronie ważności małżeństwa króla z Katarzyną Aragońską. Został uwięziony przez króla w 1534 r., gdy odmówił uznania zwierzchnictwa Henryka VIII nad Kościołem w Anglii. Aktywnie przeciwstawiał się małżeństwu króla z Anną Boleyn. Nie złożył wymaganej przez króla przysięgi wierności. W więzieniu został mianowany kardynałem przez papieża Pawła III. Ścięty został z rozkazu królewskiego i w obecności samego króla w dniu 22 czerwca 1535 r. Beatyfikował go w 1886 r. Leon XIII, a kanonizował Pius XI w 1935 r., w 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. Jest patronem prawników.
Cudowny wizerunek Matki Bożej Opolskiej znajduje się w ołtarzu katedry p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Opolu. Namalowany został na desce lipowej (129×92 cm) przez nieznanego artystę z kręgu czeskich warsztatów malarskich. Badania historyczne pozwalają określić czas powstania obrazu na koniec wieku XV. Wizerunek przedstawia Madonnę ujętą w półpostaci, z Jezusem na lewym ramieniu. W prawej dłoni Matka Boża trzyma jabłko. Głowę ma lekko schyloną w stronę Syna, który twarzyczką zwraca się ku Matce, a prawą rączkę unosi w geście błogosławieństwa, w lewej zaś ręce trzyma księgę Pisma świętego. Tło obrazu stanowi amarantowe sukno. W XVIII-wiecznej kronice ojców jezuitów, dawnych stróżów sanktuarium, czytamy o obrazie, że “zda się, jakoby ta Matka przedziwna oczyma swymi na każdego patrzy, a choćby i tysiące było przytomnych, każdy z nich sądzi, że Matka Jezusa na niego samego swym macierzyńskim okiem spogląda”. Historia opolskiego wizerunku Matki Bożej jest niezwykle bogata. Obraz pochodzi z Piekar, gdzie już w średniowieczu słynął łaskami. W okresie reformacji kościół przeszedł w ręce protestantów i dopiero w 1659 roku został zwrócony katolikom. Ówczesny proboszcz (ks. Jakub Roczkowski) przeniósł obraz do głównego ołtarza. Od tego czasu wzrasta kult tego obrazu. Stąd, gdy w roku 1680 szalała w Pradze zaraza dziesiątkująca ludność, cesarz Leopold I postarał się o sprowadzenie do tego miasta obrazu Matki Bożej Piekarskiej. Obnoszono go w uroczystej procesji po ulicach. Po dwóch tygodniach zaraza zaczęła wygasać, a obraz obdarowany licznymi wotami wrócił triumfalnie do Piekar. W roku 1683 ojcowie jezuici przewieźli cudowny obraz do Opola, ponieważ obawiali się zbliżającej się nawały tureckiej. W Piekarach pozostała kopia obrazu, przed którą modlił się Jan III Sobieski, śpiesząc pod Wiedeń z odsieczą. Gdy minęło wspomniane niebezpieczeństwo, obraz wrócił na krótko do Piekar. Już bowiem w 1702 roku przewieziono go ponownie do Opola, obawiając się tym razem Karola XII, króla Szwecji (potop szwedzki). Tym razem pozostał tutaj już na stałe. W Piekarach zaś zaczęła słynąć łaskami umieszczona tam wcześniej kopia obrazu. Kult Matki Bożej Opolskiej rozwijał się coraz bardziej, ściągając licznych pielgrzymów nie tylko ze Śląska, lecz również z Czech oraz później zza kordonów polskich zaborów. W 1813 roku przeniesiono obraz z kościoła jezuitów do katedry. Po II wojnie światowej nastąpiło nowe ożywienie kultu. Przed wizerunkiem Maryi Opolskiej kończono wszystkie ważniejsze uroczystości odprawiane w katedrze – m.in. ingresy kolejnych biskupów, obchody narodowe i ogólnokościelne. O kulcie świadczą liczne wota, m.in. srebrna sukienka ofiarowana przez Jana III Sobieskiego, złoty medal – dar papieża Jana XXIII i kielich mszalny – dar Pawła VI. 21 czerwca 1983 roku, w 500-lecie istnienia wizerunku, w obecności 700 tysięcy pielgrzymów, św. Jan Paweł II dokonał uroczystej koronacji obrazu. Po homilii wygłoszonej na Górze św. Anny, gdzie miała miejsce koronacja, papież powiedział: Trzeba sięgnąć do początku owego sześćsetlecia, które w roku ubiegłym i bieżącym gromadzi nas wokół Jasnej Góry. Początek ten zaś znajduje się właśnie tutaj: na Piastowskim Śląsku. Z Wrocławia przybywam na Opolszczyznę, ażeby zatrzymać się na ziemi tego Piasta, z którego imieniem jest związana fundacja Jasnej Góry i darowizna jasnogórskiego obrazu. Jest to Władysław II, książę opolski, zwany powszechnie Opolczykiem. Dokonał swego życia w Opolu, tutaj też spoczywa w podziemiach kościoła franciszkańskiego. W ten sposób dzisiejsza stacja na ziemi opolskiej wpisuje się w papieską pielgrzymkę jasnogórskiego jubileuszu. Stacja ta ma miejsce na Górze Świętej Anny. Na pamiątkę mej obecności na tej ziemi pragnę także dokonać koronacji czcigodnego obrazu Matki Bożej z katedry opolskiej.
Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się w Lovere (diecezja Brescia we Włoszech) 29 października 1784 roku. Była najstarszą spośród 3 sióstr i 3 braci. Jej rodzicami byli Jan Antoni Gerosa i Jakubowa Macario. Zajmowali się oni garbowaniem i sprzedażą skór, co było wówczas zajęciem większości tamtejszych mieszkańców. Rodzina cieszyła się powszechnym szacunkiem z racji swojej uczciwości, pobożności i miłosierdzia dla ubogich. Katarzyna jako najstarsza w rodzeństwie zajmowała się gospodarką domową. Kiedy zachorował jej ojciec, oddała się z całym poświęceniem posłudze względem niego. Na jej rękach ojciec pożegnał świat, niebawem zmarła także matka. Katarzyna miała wówczas 30 lat. Cały ciężar utrzymania domu i rodzeństwa spadł więc na jej barki (1814). W tym samym roku do Lombardii weszły wojska austriackie, grabiąc i pustosząc wszystko. Po ich odejściu nastała nędza, głód i epidemie. Tłumy nędzarzy nawiedzały również Lovere, błagając o kawałek chleba. Katarzyna chętnie dzieliła się z potrzebującymi czym tylko mogła. Umiała również zdobyć się na słowa ufności i nadziei w Bogu. Prawdziwą ręką Opatrzności Bożej dla potrzebujących był także w owym czasie miejscowy proboszcz, Rustycjan Barboglio. Wystawił on szpital dla chorych i opuszczonych. Do jego obsługi wybrał pobożne dziewczęta swojej parafii, z których utworzył nową rodzinę zakonną sióstr miłosierdzia z Lovere. Do współpracy zaprosił również Katarzynę. Oddała ona ojcowiznę rodzeństwu, a sama wstąpiła do zgromadzenia i tu złożyła śluby, przyjmując imię Wincenta ku czci św. Wincentego a Paulo. Przełożoną dzieła od kilku lat była św. Bartłomieja Capitanio. Oprócz szpitala siostry prowadziły także “oratorium” dla ubogich dziewcząt, wkrótce powstała także szkoła. Wincenta z całym zapałem pomagała współzałożycielce w tej pięknej pracy. 26 lipca 1833 roku Bartłomieja zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Wincenta miała wówczas 49 lat. Została wybrana przełożoną młodej rodziny zakonnej. Najpierw postarała się o ułożenie reguł i regulaminów (1835). Następnie musiała zatroszczyć się o zatwierdzenie tych reguł. Otrzymała je w stosunkowo krótkim czasie w Rzymie (1839) i w Wiedniu (1841), ponieważ Lombardia należała wówczas do Austrii. Za rządów Wincenty młode zgromadzenie otworzyło 23 nowe placówki, w tym 12 szpitali, dwa sierocińce i jeden ośrodek dla nawróconych ze złej drogi dziewcząt. Przyjęła do zgromadzenia 243 siostry. Kiedy w maju 1847 roku dotknęła ją ciężka choroba, była pewna, że zbliża się jej ostatni dzień. Z całą przytomnością umysłu wydała ostatnie rozporządzenia, mające na celu zapewnienie dziełu stabilizację i rozwój. Do ostatniej chwili dawała siostrom rady i życzliwe napomnienia. Zmarła 20 czerwca 1847 roku w wieku 63 lat. Jej beatyfikacji dokonał papież Pius XI w roku świętym 1933, a kanonizował ją wraz ze św. Bartłomieją Capitanio również w roku świętym 1950 papież Pius XII. Ciała obu Świętych spoczywają w kościele sióstr miłosierdzia w Lovero tuż przed prezbiterium, w kryształowych trumnach. Leżą zwrócone do siebie głowami.
Romuald pochodził z Rawenny z możnej rodziny diuków Onesti. Urodził się ok. 951 r. Dla zadośćuczynienia za grzech ojca, który w pojedynku zabił swojego krewnego, miał według podania wstąpić do benedyktynów, którzy mieli swoje opactwo przy kościele św. Apolinarego. Jednak życie wspólne mu nie odpowiadało. Tęsknił za życiem samotnym. Dlatego po trzech latach opuścił ów klasztor. Spragniony doskonalszego skupienia, podjął życie pustelnicze. Wraz ze swym przyjacielem, Marynem, udał się na pogranicze Francji i Hiszpanii i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Cuxa. Do nich przyłączyli się wkrótce patrycjusze weneccy: Jan Gradenigo i Jan Morosini. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły św. Benedykta, zakonnicy ci żyli w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i gromadzili się tylko na wspólny posiłek i pacierze. Po śmierci św. Piotra Orseolo (988) Romuald wraz z towarzyszami, Gradenigo i Marynem, opuścili gościnne opactwo w Cuxa i udali się na Monte Cassino. Stąd rozeszły się ich drogi: Maryno udał się do Apulii, gdzie wkrótce poniósł śmierć męczeńską z rąk Saracenów; Gradenigo założył własny klasztor w pobliżu Monte Cassino; Romuald natomiast wrócił do Rawenny, gdzie w pobliżu opactwa benedyktyńskiego założył sobie pustelnię. Wkrótce zaczął zakładać podobne pustelnie w całej Italii. Takich eremów-pustelni Romuald miał założyć kilkanaście. Uczniów i naśladowców nie brakowało. Zgłaszało się ich coraz więcej. Do największej sławy doszły opactwa w Pereum koło Rawenny oraz w Camaldoli (Campo di Maldoli) w Toskanii, od którego zakon otrzymał swoją popularną nazwę “kamedułów”. Godłem zakonu zostały dwa gołąbki, pijące z jednego kielicha – jako symbol połączenia życia wspólnotowego z pustelniczym, ducha anachoreckiego z monastycznym. Do najgłośniejszych uczniów św. Romualda należeli: św. Bruno z Kwerfurtu (Bonifacy), kapelan cesarza Ottona III, św. Benedykt z Benewentu i św. Jan z Wenecji, których św. Bruno zabrał ze sobą do Polski, gdzie też obaj ponieśli śmierć męczeńską (+ 1003), oraz św. Piotr Damiani (+ 1072). Romuald zmarł w klasztorze Val di Castro, niedaleko Ankony, 19 czerwca 1027 r., mając 75 lat. Jego relikwie były do roku 1480 własnością tegoż opactwa. Obecnie znajdują się w Fabriano w kościele św. Błażeja, który dotąd jest pod zarządem kamedułów. Eremy kamedulskie składają się z szeregu domków-cel, w których pojedynczo mieszkają mnisi, zbierając się tylko razem na wspólną modlitwę, a kilka razy w roku, w największe święta, na wspólny posiłek i rekreację. Kameduli zachowują prawie stałe milczenie i nie wolno im przyjmować potraw mięsnych. Święty Romuald jest patronem kamedułów. W ikonografii św. Romuald przedstawiany jest jako stary człowiek w białym, długim habicie kamedulskim, czasami w stroju opata. Często pokazuje się go, jak we śnie widzi tajemniczą drabinę, sięgającą nieba, po której białe postacie jego duchowych synów opuszczają ziemię. Jego atrybutami są: czaszka, otwarta księga, kij podróżny, laska. Wizerunek św. Romualda widnieje w herbie Suwałk (obok św. Rocha).
Elżbieta urodziła się około 1129 r. zapewne w niemieckim Bonn. Pochodziła ze znakomitej rodziny. Była jeszcze dzieckiem, kiedy pobożni rodzice ówczesnym zwyczajem oddali ją na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynek w Schönau nad Renem (Hesja w Niemczech). Tu pozostała na zawsze. W roku 1147 jako 18-letnie dziewczę przywdziała welon zakonny, by niedługo potem złożyć śluby. Po 10 latach została wybrana na mistrzynię nowicjatu, a potem na przełożoną. W pięć lat po wstąpieniu do klasztoru Elżbieta zapadła na ciężką chorobę, którą znosiła przez 12 lat z heroiczną cierpliwością. Kiedy cierpienia się wzmagały i nie mogła chodzić o własnych siłach, wykorzystywała cenny czas na słodką modlitwę z Bogiem. Obdarzona darem kontemplacji, doznawała objawień Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych Pańskich. Obdarzył ją Pan Bóg także darem proroctwa. Jej wizje miały wpływ na mariologię i religijność średniowiecza. Korespondowała ze znaną mistyczką, św. Hildegardą z Bingen, doktorem Kościoła. Kiedy Elżbieta umierała 18 czerwca 1164 r., miała 35 lat. Została pochowana w opactwie św. Floryna w Schönau. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał ją w 1584 r. papież Grzegorz XIII. W roku 1632 relikwie Elżbiety zostały w czasie wojny trzydziestoletniej sprofanowane i zniszczone przez protestanckich Szwedów. Zachowała się jedynie szczęśliwie relikwia głowy św. Elżbiety. Święta zostawiła po sobie bogatą korespondencję. Naglona nadprzyrodzonymi wizjami, pisała do biskupów w sprawie reformy Kościoła. Jej listy zebrał starannie i opublikował jej brat, Ekbert, który był opatem klasztoru. Jest patronką osób cierpiących na depresję, wzywana w obronie przed pokusami. W ikonografii przedstawiana jest w habicie benedyktyńskim jako zakonnica doświadczająca wizji. Jej atrybutem jest: księga, pastorał, krzyż.
Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później na chrzcie św. z wody dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego chrztu św. 17 czerwca 1847 roku w warszawskim kościele Matki Bożej na Nowym Mieście dodano jeszcze imię Hilary. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka. Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a w latach 1861-1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy 18 lat. Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię w Gandawie, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie. Po ogłoszeniu amnestii w 1874 r. powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, czego wyrazem stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych.
Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka (obraz ten znajduje się obecnie w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie przy ulicy Woronicza 10). Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano “polskiego Fra Angelico”. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u jezuitów w Tarnopolu. W 1880 r. nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie i mając 35 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej. Zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola. W 1884 r. przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tzw. ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza. Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej. 25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie “albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem “albertynek”. Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby zawczasu z życia w tych zgromadzeniach mogły wycofać się osoby słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie, jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania. Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być “dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem. Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Św. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 r. w Watykanie. Jest patronem zakonów albertynek i albertynów, a w Polsce także artystów plastyków. Postacią brata Alberta, artysty, który porzucił sztukę dla służby Bogu, był zafascynowany Karol Wojtyła już w latach swojej młodości. Tej postaci poświęcił dramat “Brat naszego Boga”, napisany w latach 1944-1950. Sztukę zaczęto wystawiać w polskich teatrach zaraz po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W 1997 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego pod tym samym tytułem. W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w szarobrązowym płaszczu zakonnym. Ramieniem otacza ubogiego.
Lukrecja Helena Cevoli urodziła się 11 listopada 1685 r. w Pizie (Włochy) w rodzinie hrabiowskiej. Naukę podjęła w szkole w rodzinnym mieście. W wieku 18 lat wstąpiła w Citta di Castello do klarysek-kapucynek. Otrzymała wówczas imię Floryda. Jej mistrzynią w czasie nowicjatu była św. Weronika Giuliani (+ 1727). W zakonie Floryda doświadczyła wyjątkowych przeżyć mistycznych. Pracowała w kuchni i infirmerii, pełniąc proste obowiązki. Z czasem została asystentką św. Weroniki, a po jej śmierci w 1727 r. wybrano ją ksienią. Urząd ten pełniła do śmierci. Pozostawiła też liczne poruszające pisma, w których przekazała opis swoich przeżyć duchowych. W klasztorze i poza nim była poszukiwaną doradczynią i przewodniczką w sprawach duchowych. Gdy w 1758 r. w mieście wybuchły zamieszki po śmierci papieża Benedykta XIV, poproszono ją o interwencję. Zmarła 12 czerwca 1767 r. w Citta di Castello i została pochowana w kościele klasztornym. Po dziś dzień istnieje tam jej bardzo silny kult. 16 maja 1993 r. została ogłoszona błogosławioną.
Bernard (nazywany Bernardem z Menthon, z Aosty lub z Mont-Joux) urodził się około roku 996 w Menthon w Sabaudii (południowo-wschodnia Francja), w rodzinie szlacheckiej. Był krewnym burgundzkiej królowej Ermengardy. Po studiach w Paryżu, gdzie zgłębiał filozofię i prawo, przybył do doliny Aosty w diecezji Novara (Piemont w północno-zachodnich Włoszech). Był archidiakonem. Podejmował działalność charytatywną wśród górali oraz pielgrzymów. W Alpach założył dwa schroniska na przełęczach, zwane od jego imienia Wielkim i Małym Bernardem (około roku 1050). Schroniska w tych niebezpiecznych miejscach służyły przedostającym się przez Alpy w pobliżu Mont Joux podróżnym, wśród których było wielu pielgrzymów. Zakonnicy otoczyli wędrowców opieką. Pomagały im specjalnie szkolone psy, nazwane od opiekunów bernardynami. Wiosną 1081 r. Bernard udał się do Pawii, by podjąć się mediacji między cesarzem Henrykiem IV a papieżem Grzegorzem VII. W drodze powrotnej zmarł w Novara 15 czerwca 1081 r. Jego relikwie spoczywają w katedrze w Novara. Jest patronem alpinistów i górali alpejskich, turystów, narciarzy i ratowników górskich. Czczony był w Piemoncie już w XII w. Został ogłoszony świętym w 1123 r. przez biskupa Ryszarda z Novary. Oficjalnie do martyrologium rzymskiego wpisał go papież Innocenty XI w 1681 r. Pius XI w roku 1923 wydał list apostolski o kulcie św. Bernarda. W ikonografii przedstawia się św. Bernarda w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutami są: krzyż w kształcie laski, laska alpejska, pies bernardyński, narty, toporek, szatan w łańcuchach lub o czterech głowach.
Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku pod Krotoszynem. Był synem Jana, oficjalisty dworskiego, i Marianny z Płaczków. Po ukończeniu szkoły podstawowej, a później gimnazjum w Krotoszynie, wstąpił w 1914 roku do seminarium duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył tzw. kurs teoretyczny. Ostatni rok studiów, zwany praktycznym, ukończył w Gnieźnie. Tam też otrzymał święcenia kapłańskie w dniu 23 lutego 1918 roku. Planował, że podejmie studia specjalistyczne, ale po nagłej śmierci ojca musiał zapewnić utrzymanie matce i siostrze. Był wikariuszem w różnych parafiach. Odznaczał się gorliwością w prowadzeniu katechizacji, wiele godzin spędzał w konfesjonale, z radością głosił Słowo Boże, dużo się modlił. Był wyrozumiały, uczynny i miłosierny wobec wiernych. W uznaniu dla jego gorliwej posługi kapłańskiej i wiedzy zdobytej dzięki samokształceniu, kardynał August Hlond mianował go w 1927 ojcem duchownym seminarium w Gnieźnie. Okazał się doskonałym przewodnikiem sumień przyszłych kapłanów. Alumni powszechnie uważali go za świętego męża. Dwa lata później został powołany na stanowisko rektora seminarium. Obowiązki pełnił do roku 1939, kiedy Pius XI mianował go biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej i biskupem tytularnym Lappy (na Krecie). Konsekrację biskupią otrzymał 13 sierpnia 1939 roku z rąk księdza biskupa Karola Radońskiego w katedrze włocławskiej. We wrześniu 1939 roku nie opuścił swojej diecezji, którą zarządzał po wyjeździe z kraju biskupa diecezjalnego. Jego nieustraszona, pełna poświęcenia postawa stała się wzorem zarówno dla duchowieństwa, jak i dla ludzi świeckich. Niemcy aresztowali go 7 listopada 1939 roku. Najpierw wraz z alumnami seminarium i kapłanami został osadzony w więzieniu we Włocławku. Od stycznia 1940 r. do 3 kwietnia 1941 r. internowano go w klasztorze księży salezjanów w Lądzie nad Wartą. Po wywiezieniu z Lądu, więziony był w obozach w Inowrocławiu, Poznaniu, Berlinie, Halle, Weimarze i Norymberdze. Wszędzie ze względu na swoją niezłomną postawę, rozmodlenie i gorliwość kapłańską doznawał szczególnych upokorzeń i prześladowań. Od lipca 1941 roku był więźniem obozu w Dachau, gdzie tak jak inni kapłani pracował ponad siły. Doświadczał tu wyrafinowanych szykan, ciesząc się w duchu, że “stał się godnym cierpieć zelżywości dla imienia Jezusowego”. Chociaż sam był głodny i nieraz opuszczały go siły, dzielił się swoimi racjami żywnościowymi ze słabszymi od siebie, potrafił oddać ostatni kęs chleba klerykom. Odważnie niósł posługę duchową chorym i umierającym, a zwłaszcza kapłanom. W styczniu 1943 roku ciężko zachorował na tyfus; gdy był już zupełnie wycieńczony, przeniesiono go na osobny “rewir”. 26 stycznia 1943 roku został uśmiercony zastrzykiem z fenolu. Umarł w zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym. Mimo prób ocalenia jego ciała przez więźniów, zostało ono spalone w krematorium. Po bohaterskiej śmierci sława świętości biskupa Kozala utrwaliła się wśród duchowieństwa i wiernych, którzy prosili Boga o łaski za jego wstawiennictwem. Zaraz po wojnie zaczęto zabiegać o beatyfikację. Św. Jan Paweł II podczas uroczystej Mszy świętej 14 czerwca 1987 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury i Nauki – zamykającej II Krajowy Kongres Eucharystyczny – dokonał beatyfikacji biskupa Michała Kozala. Papież powiedział w homilii: “Tę miłość, którą Chrystus mu objawił, biskup Kozal przyjął w całej pełni jej wymagań. Nie cofnął się nawet przed tym najtrudniejszym: «Miłujcie waszych nieprzyjaciół» (Mt 5, 44). Niech będzie jednym jeszcze patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który «do końca umiłował»”. W ikonografii bł. Michał przedstawiany jest w stroju biskupim lub w pasiaku więziennym. Jego atrybutami są: mitra, fioletowy trójkąt i numer obozowy 24544.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
13 czerwca
Święty Antoni z Padwy, prezbiter i doktor Kościoła
Ferdynand Bulonne urodził się w Lizbonie w 1195 r. Pomiędzy 15. a 20. rokiem życia wstąpił do Kanoników Regularnych św. Augustyna, którzy mieli swój klasztor na przedmieściu Lizbony. Spędził tam dwa lata, po czym przeniósł się do klasztoru w Coimbrze, które to miasto, obok Lizbony, było drugim, najważniejszym ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego kraju. Tam zdobył gruntowne wykształcenie teologiczne i w roku 1219 otrzymał święcenia kapłańskie. W rok potem Ferdynand był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Przy tej okazji po raz pierwszy usłyszał o duchowych synach św. Franciszka z Asyżu i natychmiast wstąpił do nich w Olivanez, gdzie osiedlili się przy kościółku św. Antoniego Pustelnika. Z tej okazji Ferdynand zmienił swoje imię na Antoni. Zapalony duchem męczeńskiej ofiary, postanowił udać się do Afryki, by tam oddać swoje życie dla Chrystusa. Jednak plany Boże były inne. Antoni zachorował śmiertelnie i musiał wracać do ojczyzny. Jednakże na Morzu Śródziemnym zastała go burza i zapędziła jego statek na Sycylię. W roku 1221 odbywała się w Asyżu kapituła generalna nowego zakonu. Antoni udał się tam i spotkał się ze św. Franciszkiem (+ 1226). Po skończonej kapitule oddał się pod władzę brata Gracjana, prowincjała Emilii i Romanii, który mu wyznaczył erem w Montepaolo w pobliżu Forli. Czas tam spędzony Antoni wykorzystał na pogłębienie życia wewnętrznego i dla swoich studiów. Ze szczególnym zamiłowaniem zagłębiał się w Pismo święte. Równocześnie udzielał pomocy duszpasterskiej i kaznodziejskiej. Sława jego kazań dotarła niebawem do brata Eliasza, następcy św. Franciszka. Ten ustanowił go generalnym kaznodzieją zakonu. Odtąd Antoni przemierzał miasta i wioski, nawołując do poprawy życia i pokuty. Dar wymowy, jego niezwykle obrazowy i plastyczny język, ascetyczna postawa, żar i towarzyszące mu cuda gromadziły przy nim tak wielkie tłumy, że musiał głosić kazania na placach, gdyż żaden kościół nie mógł pomieścić słuchaczy. W latach 1225-1227 udał się z kazaniami do południowej Francji, gdzie z całą mocą zwalczał szerzącą się tam herezję katarów (albigensów). Kiedy powrócił do Italii, na kapitule generalnej został wybrany ministrem (prowincjałem) Emilii i Mediolanu. W tym czasie napisał Kazania niedzielne. W roku 1228 udał się do Rzymu, by załatwić pilne sprawy swojej prowincji. Z tej okazji papież Grzegorz IX zaprosił go z okolicznościowym kazaniem. Wywarło ono na papieżu tak silne wrażenie, że nazwał Antoniego “Arką Testamentu”. Papież polecił mu wówczas, by wygłaszał kazania do tłumów pielgrzymów, którzy przybywali do Rzymu. Na prośbę kardynała Ostii Antoni napisał Kazania na święta. Wygłosił tam także kazania wielkopostne. Po powrocie do swojej prowincji udał się do Werony, gdzie władcą był znany z okrucieństw i tyranii książę Ezelin III. Był on zwolennikiem cesarza i w sposób szczególnie okrutny mścił się na zwolennikach papieża. Do niego wtedy należała także Padwa. Antoni wiedział, że naraża własne życie, miał jednak odwagę powiedzieć władcy prawdę. Ku zdumieniu wszystkich tyran nie śmiał go tknąć i wypuścił cało.
Antoni obdarzony był wieloma charyzmatami – miał dar bilokacji, czytania w ludzkich sumieniach, proroctwa. Wykładał filozofię na uniwersytecie w Bolonii. W roku 1230 na kapitule generalnej zrzekł się urzędu prowincjała (ministra) i udał się do Padwy. Był zupełnie wycieńczony, zachorował na wodną puchlinę. Opadając z sił, zatrzymał się w klasztorku w Arcella, gdzie przy śpiewie O gloriosa Virginum wieczorem w piątek, 13 czerwca 1231 roku, oddał Bogu ducha mając zaledwie 36 lat. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Pochowano go w Padwie w kościółku Matki Bożej. W niecały rok później, 30 maja 1232 roku, papież Grzegorz IX zaliczył go w poczet świętych. O tak rychłej kanonizacji zadecydowały rozliczne cuda i łaski, jakich wierni doznawali na grobie św. Antoniego. Komisja papieska stwierdziła w tak krótkim czasie 5 uzdrowień z paraliżu, 7 wypadków przywrócenia niewidomym wzroku, 3 głuchym słuchu, 2 niemym mowy, uzdrowienie 2 epileptyków i 2 wypadki wskrzeszenia umarłych. Kult św. Antoniego rozszedł się po całym świecie bardzo szybko. Grzegorz IX bullą Cum iudicat w 1233 roku wyznaczył dzień jego dorocznej pamiątki na 13 czerwca. Sykstus V w 1586 r. włączył jego święto do kalendarza powszechnego Kościoła. Na życzenie króla Hiszpanii Filipa V Innocenty XIII w roku 1722 ustanowił 13 czerwca świętem dla całej Hiszpanii i podległej jej wówczas Ameryki Południowej. W Padwie zainicjowano praktykę czczenia w każdy piątek śmierci św. Antoniego i we wtorek jego pogrzebu. W 1946 r. Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła. Św. Antoni Padewski jest patronem zakonów: franciszkanów, antoninek oraz wielu bractw; Padwy, Lizbony, Padeborn, Splitu; dzieci, górników, małżeństw, narzeczonych, położnic, ubogich, podróżnych, ludzi i rzeczy zaginionych. Na miejscu grobu św. Antoniego – Il Santo – wznosi się potężna bazylika, jedno z najbardziej popularnych sanktuariów w Europie. Przeprowadzone w 1981 r. badania szczątków Świętego ustaliły, że miał 190 cm wzrostu, pociągłą twarz i ciemnobrązowe włosy. Na kolanach wykryto cienkie pęknięcia, spowodowane zapewne długim klęczeniem. W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest w habicie franciszkańskim; nieraz głosi kazanie, czasami trzyma Dziecię Jezus, które mu się według legendy ukazało (podobnie jedynie legendą jest jego kazanie do ryb czy zniewolenie muła, żeby oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi, by w ten sposób zawstydzić heretyka). Jego atrybutami są: księga, lilia, serce, ogień – symbol gorliwości, bochen chleba, osioł, ryba.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
Św. Antoni z Padwy
Katecheza podczas audiencji generalnej 10.02.2010
Drodzy bracia i siostry!
Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać św. Franciszka z Asyżu. Dziś chciałbym omówić postać innego świętego, który należy do pierwszego pokolenia braci mniejszych: Antoniego z Padwy lub — jak również jest nazywany — z Lizbony, bo w tym mieście się urodził. Jest to jeden z najbardziej popularnych świętych w całym Kościele katolickim, czczony nie tylko w Padwie, gdzie została wzniesiona wspaniała bazylika, w której są przechowywane jego śmiertelne szczątki, ale w całym świecie. Wierni otaczają miłością obrazy i figury przedstawiające go z lilią, symbolem czystości, albo z Dzieciątkiem Jezus na ręku — na pamiątkę cudownego objawienia, o którym mówią pewne źródła pisane.
Antoni przyczynił się znacznie do rozwoju duchowości franciszkańskiej dzięki swojej wyjątkowej inteligencji, równowadze, gorliwości apostolskiej, a głównie mistycznej żarliwości.
Urodził się w Lizbonie w rodzinie szlacheckiej ok. 1195 r. Na chrzcie otrzymał imię Fernando. Wstąpił do zakonu kanoników żyjących według reguły monastycznej św. Augustyna, przebywał najpierw w klasztorze św. Wincentego w Lizbonie, a następnie Świętego Krzyża w Coimbrze, słynnym portugalskim ośrodku kulturalnym. Z zainteresowaniem i zaangażowaniem oddawał się studiowaniu Biblii oraz ojców Kościoła, zdobywając wiedzę teologiczną, którą wykorzystał w nauczaniu i przepowiadaniu Słowa. W Coimbrze miało miejsce wydarzenie, które wywarło decydujący wpływ na jego życie: w 1220 r. wystawiono tam relikwie pierwszych pięciu misjonarzy franciszkańskich, którzy udali się do Maroka i ponieśli śmierć męczeńską. Na młodym Fernandzie fakt ten wywarł tak silne wrażenie, że zapragnął pójść w ich ślady na drodze doskonałości chrześcijańskiej. Poprosił wówczas o pozwolenie na opuszczenie kanoników augustiańskich, by wstąpić do braci mniejszych. Jego prośba została spełniona, przyjął imię Antoni i wyruszył w podróż do Maroka, ale Opatrzność Boża rozporządziła inaczej. Zachorował i musiał wrócić do Włoch. W 1221 r. uczestniczył w wielkiej «kapitule namiotów» w Asyżu, gdzie spotkał się także ze św. Franciszkiem. Następnie przez pewien czas przebywał w całkowitym ukryciu w klasztorze w pobliżu Forlě w północnych Włoszech, gdzie Pan powołał go do innej misji. Gdy zbiegiem okoliczności poproszono go o wygłoszenie kazania z okazji święceń kapłańskich, wykazał się taką wiedzą i elokwencją, że przełożeni polecili mu zająć się kaznodziejstwem. Działalność apostolska, jaką rozpoczął wówczas we Włoszech i Francji, była tak intensywna i skuteczna, że powróciło do Kościoła wiele osób, które od niego przedtem się oddaliły. Antoni był także jeśli nie pierwszym, to jednym z pierwszych nauczycieli teologii zakonu braci mniejszych. Zaczął nauczać w Bolonii z błogosławieństwem św. Franciszka, który w uznaniu cnót Antoniego wysłał mu krótki list, rozpoczynający się od słów: «Chcę, byś nauczał braci teologii». Antoni stworzył podstawy teologii franciszkańskiej, którą rozwijali następnie inni wybitni myśliciele, a osiągnęła ona najwyższe szczyty w św. Bonawenturze z Bagnoregio i bł. Dunsie Szkocie.
Po wyborze na przełożonego prowincji braci mniejszych we Włoszech nadal pełnił posługę kaznodziei, łącząc ją ze sprawowaniem nowego urzędu. Po złożeniu urzędu prowincjała zamieszkał pod Padwą, którą znał z poprzednich pobytów. Niespełna rok później, 14 czerwca 1231 r., zmarł w pobliżu tego miasta. Padwa, która za życia przyjęła go serdecznie i z czcią, nadal otacza go miłością i nabożeństwem. Papież Grzegorz ix, który po wysłuchaniu jego kazania nazwał go «Arką Testamentu», kanonizował go w 1232 r., rok po śmierci, również dzięki licznym cudom, do jakich doszło za jego wstawiennictwem.
W ostatnim okresie swego życia Antoni napisał dwa cykle «Kazań», zatytułowanych Kazania niedzielne (Sermones dominicales) oraz Kazania o Świętych (Sermones in solemnitatibus seu sanctorales), przeznaczone dla kaznodziejów oraz dla wykładowców studiów teologicznych zakonu franciszkańskiego. W Kazaniach tych komentuje fragmenty Pisma Świętego przedstawiane w liturgii, posługując się patrystyczno-średniowieczną interpretacją czterech znaczeń: literackiego bądź historycznego, alegorycznego bądź chrystologicznego, tropologicznego bądź moralnego oraz anagogicznego, które ukazuje (jako cel) życie wieczne. Dzisiaj odkrywamy na nowo, że owe znaczenia są wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego i że słuszna jest interpretacja Pisma Świętego poprzez badanie czterech wymiarów jego słowa. Kazania św. Antoniego są tekstami teologiczno-homiletycznymi, odzwierciedlającymi żywe przepowiadanie, w którym św. Antoni przedstawia autentyczną drogę życia chrześcijańskiego. Kazania zawierają takie bogactwo nauki duchowej, że czcigodny papież Pius xii w 1946 r. ogłosił Antoniego doktorem Kościoła, nadając mu tytuł doctor evangelicus, ponieważ pisma te ukazują świeżość i piękno Ewangelii; jeszcze dzisiaj możemy je czytać z wielkim pożytkiem duchowym.
W Kazaniach św. Antoni mówi o modlitwie jako związku miłosnym, w którym człowiek pragnie ze słodyczą rozmawiać z Panem, a to rodzi niewymowną radość, która łagodnie ogarnia modlącą się duszę. Antoni przypomina nam, że do modlitwy potrzebna jest cisza, której nie należy utożsamiać z odcięciem się od zewnętrznych hałasów, lecz stanowi wewnętrzne doświadczenie, w którym przez usunięcie tego, co rodzą troski duszy i co rozprasza, dąży się do uzyskania ciszy w samej duszy. Zgodnie z nauczaniem tego wybitnego doktora franciszkańskiego, na modlitwę składają się cztery nieodzowne postawy, które łacina Antoniego definiuje w następujący sposób: obsecratio, oratio, postulatio, gratiarum actio. Można by je przetłumaczyć następująco: ufne otwarcie serca przed Bogiem, to pierwszy krok — nie wystarczy po prostu pojąć Słowo, ale w modlitwie trzeba otworzyć serce na obecność Boga; następnie powinienem rozmawiać z Nim serdecznie, dostrzegając Jego obecność we mnie; a następnie — co jest rzeczą bardzo naturalną — należy przedstawić Mu nasze potrzeby; w końcu wielbić Go i Mu dziękować.
W tej nauce św. Antoniego o modlitwie dostrzegamy jeden z charakterystycznych rysów teologii franciszkańskiej, której był twórcą: ważną rolę odgrywa w niej miłość Boża, która przenika sferę uczuć, woli, serca i jest również źródłem duchowego poznania, przewyższającego wszystkie inne. Miłując bowiem, poznajemy.
Pisze Antoni: «Miłość jest duszą wiary, czyni ją żywą; bez miłości wiara umiera» (Sermones dominicales et festivi II, Messaggero, Padova 1979, s. 37).
Jedynie dusza, która się modli, może czynić postępy w życiu duchowym: oto ulubiony temat kazań św. Antoniego. Zna on dobrze ułomności ludzkiej natury, naszą podatność na grzech, dlatego nieustannie nawołuje do walki ze skłonnościami do chciwości, pychy, nieczystości i do praktykowania cnót ubóstwa i ofiarności, pokory i posłuszeństwa oraz czystości. Na początku xiii w., gdy rozwijały się miasta i rozkwitał handel, wzrastała też liczba osób niewrażliwych na potrzeby bliźnich. Z tego powodu Antoni wielokrotnie napominał wiernych, by myśleli o prawdziwym bogactwie, bogactwie serca, które sprawiając, że człowiek staje się dobry i sprawiedliwy, pozwala gromadzić to, co jest skarbem w niebie. «O bogacze — wzywa — stańcie się przyjaciółmi (…) biednych, przyjmijcie ich do swoich domów: to oni, ubodzy, przyjmą was później do wiecznych mieszkań, gdzie panuje pokój ze swoim pięknem, ufność i bezpieczeństwo, obfitość i spokój wiecznej sytości» (tamże, s. 29).
Drodzy przyjaciele, czyż nie jest to bardzo ważne nauczanie również dzisiaj, kiedy kryzys finansowy i głębokie nierówności ekonomiczne powodują zubożenie wielu osób, co prowadzi do nędzy? W mojej encyklice Caritas in veritate przypominam: «Ekonomia (…) potrzebuje etyki dla swego poprawnego funkcjonowania; nie jakiejkolwiek etyki, lecz etyki przyjaznej osobie» (n. 45).
Dla Antoniego, ucznia Franciszka, w centrum życia i myśli, działalności i przepowiadania jest zawsze Chrystus. Jest to drugi typowy rys teologii franciszkańskiej — chrystocentryzm. Z zapałem kontempluje ona i zachęca do kontemplowania tajemnic człowieczeństwa Pana, Jezusa Człowieka, a szczególnie tajemnicy narodzenia, Boga, który stał się Dziecięciem, oddał się w nasze ręce: tajemnicy budzącej miłość do Boga i wdzięczność za Jego dobroć.
Boże Narodzenie, główny moment w dziejach miłości Chrystusa do ludzkości, z jednej strony, ale także wizja Ukrzyżowanego budzą w Antonim wdzięczność wobec Boga oraz szacunek dla godności osoby ludzkiej, wszyscy bowiem, wierzący i niewierzący, mogą odnaleźć w Ukrzyżowanym i Jego obrazie sens, który wzbogaca życie. Pisze św. Antoni: «Chrystus, który jest twoim życiem, wisi przed tobą, byś patrzył w krzyż jak w zwierciadło. Tam możesz poznać, jak śmiertelne były twoje rany, których żadne lekarstwo nie mogło uleczyć, a tylko krew Syna Bożego. Jeśli popatrzysz dobrze, będziesz sobie mógł zdać sprawę, jak wielka jest twoja ludzka godność i wartość. (…) W żadnym innym miejscu człowiek nie może sobie lepiej zdać sprawy ze swojej wartości niż w zwierciadle krzyża» (Sermones dominicales et festivi III, Messaggero, Padova 1979, ss. 213-214).
Rozważając te słowa, możemy lepiej zrozumieć, jak ważny jest obraz Ukrzyżowanego w naszej kulturze, w naszym humanizmie, zrodzonym z wiary chrześcijańskiej. Właśnie wtedy, gdy patrzymy na krzyż, widzimy — jak mówi św. Antoni — wielkość godności ludzkiej i wartości człowieka. W żaden inny sposób nie można zrozumieć, ile wart jest człowiek, ponieważ to właśnie Bóg sprawia, że jesteśmy tacy ważni, widzi, że jesteśmy tak ważni, że zasługujemy na Jego cierpienie. Tym samym cała godność ludzka widoczna jest w zwierciadle Ukrzyżowanego, a z patrzenia na Niego zawsze rodzi się uznanie ludzkiej godności.
Drodzy przyjaciele, oby św. Antoni z Padwy, tak bardzo czczony przez wiernych, wstawiał się za całym Kościołem, a zwłaszcza za tymi, którzy oddają się kaznodziejstwu. Prośmy Pana, aby pomógł nam nauczyć się nieco tej sztuki od św. Antoniego. Niech kaznodzieje, natchnieni jego przykładem, starają się łączyć rzetelną i zdrową naukę, szczerą i żarliwą pobożność ze skutecznym przekazem. W tym Roku Kapłańskim módlmy się, aby kapłani i diakoni skrupulatnie pełnili tę posługę głoszenia i przybliżania Słowa Bożego wiernym, zwłaszcza poprzez homilie wygłaszane podczas liturgii. Niech skutecznie ukazują one odwieczne piękno Chrystusa, jak zaleca Antoni: «Jeśli głosisz Jezusa, On przemienia twarde serca; jeśli Go wzywasz, osładza gorzkie pokusy; jeśli o Nim myślisz, oświeca ci serce; jeśli Go czytasz, syci twój umysł» (Sermones dominicales et festivi III, s. 59).
do Polaków:
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Drodzy pielgrzymi polscy. Jutro, we wspomnienie liturgiczne Matki Bożej z Lourdes, będziemy obchodzili Światowy Dzień Chorego. Opiece Maryi polecamy wszystkich chorych i tych, którzy niosą im ulgę w cierpieniu. Niech nasi bracia obarczeni krzyżem choroby i niemocy znajdują otuchę w krzyżu Chrystusa. Modląc się za nich, z serca im błogosławię, jak również wam tu obecnym i waszym bliskim.
Święty znany jako Antoni z Padwy, nie miał na imię Antoni i nie urodził się w Padwie. Najczęściej jest on wzywany do pomocy w przypadkach zagubienia jakiegoś przedmiotu, co wydatnie ogranicza pole jego możliwości. Przypomnijmy więc fakty i sprostujmy błędne przekonania, związane z jego osobą.
Św. Antoni pracował niestrudzenie i odznaczał się niezwykłą pamięcią. Znał on Biblię tak doskonale, że mówiono o nim: „Gdyby wszystkie święte Pisma uległy zniszczeniu, Antoni mógłby podyktować je sekretarzowi, aby w ten sposób zostały odtworzone”.
Trudno zliczyć cuda, jakie towarzyszyły jego krótkiemu życiu (zmarł, mając zaledwie 36 lat). Został kanonizowany w niespełna rok po swojej śmierci, natomiast w 1946 roku, papież Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła, nadając mu przydomek „Doctor Evangelicus”.
FERDYNAND Z LIZBONY
Ferdynand (Fernando) urodził się w Lizbonie. Jako najbardziej prawdopodobną datę jego urodzin przyjmuje się 15 sierpnia 1195 r. Nie znamy nazwiska jego rodziców. Wiemy jedynie, że ojciec miał na imię Marcin, a matka – Maria Teresa. O wczesnym dzieciństwie Ferdynanda nie wiadomo praktycznie nic, poza tym, że do 1210 roku uczęszczał do szkoły przykatedralnej, był nadzwyczaj religijnym chłopcem i żywił głębokie nabożeństwo do Matki Bożej.
Książę ciemności, zgadując, że Ferdynand będzie w przyszłości wielkim świętym, bardzo wcześnie zaczął manifestować swoją obecność. Pewnego dnia, gdy młody człowiek modlił się w katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, lampka płonąca przed ołtarzem nagle zgasła i wnętrze świątyni pogrążyło się w mroku. Domyślając się, że chodzi o podstęp szatana, Ferdynand nakreślił palcem na marmurze znak krzyża, a płomień natychmiast zapłonął z powrotem. Zły duch rzucił się do ucieczki, co zostało wyobrażone na jednym z fresków katedry.
U KANONIKÓW REGULARNYCH ŚW. AUGUSTYNA
W styczniu 1210 r., Ferdynand, szukając warunków, w których mógłby poświęcić się kontemplacji, wstąpił do kanoników św. Augustyna, nauczających przy kościele św. Wincentego da Fora. Czas dzielono tam między oficjum w chórze, naukę i pracę fizyczną. Augustianie czuwali nad zbawieniem dusz w powierzonych im parafiach.
Młody nowicjusz pilnie studiował teologię i Pismo Święte. Wkrótce zwrócił na siebie uwagę wykładowców, zarówno swoją gorliwością, jak i nieprzeciętną pamięcią. Zapamiętywał wszystko, co przeczytał, a zdolność ta miała mu przynieść nieocenione korzyści w całym życiu. Mimo perswazji przyjaciół, którzy nie rozumieli nic z jego powołania, po roku Ferdynand złożył pierwsze śluby i chcąc dochować im wierności, poprosił przeora, aby pozwolił mu wyjechać gdzieś daleko. Został więc wysłany do klasztoru Św. Krzyża w Coimbrze, około 200 kilometrów na północ od Lizbony.
Właśnie w tym mieście rezydował dwór królewski, a w kościołach często odbywały się wspaniałe ceremonie. Ponieważ w Coimbrze mieszkał także Generał zakonu, znajdowała się tam o wiele lepiej zaopatrzona biblioteka, a nauczyciele posiadali rozleglejszą wiedzę niż w Lizbonie. Jak pisze o Ferdynandzie jeden z biografów, „nie przestawał on czytać Pisma Świętego, dniem i nocą, o ile tylko pozwalał mu na to porządek zajęć.” Pasjonowały go „konkordancje”, wszelkie zestawienia treści Nowego i Starego Testamentu. Zaintrygowany, odkrywał proroctwa mówiące o Chrystusie, najważniejszych wydarzeniach z Jego życia, w tym również o Jego Męce.
W klasztorze Św. Krzyża, brat Ferdynand był furtianem i mógł uczestniczyć w nabożeństwach jedynie duchowo. Śledził on przebieg Mszy św. w myśli i padał na kolana, słysząc dźwięk dzwonka sygnalizującego moment Podniesienia. Kronikarze pisali, że mury „otwierały się” przed nim – znajdował się on jednocześnie na furcie i w kaplicy; słyszał czytania i śpiewy. Gość, który pewnego dnia był świadkiem tego cudu, po „rozstąpieniu się murów”, na własne oczy zobaczył Hostię w dłoniach kapłana.
Gdy Ferdynand przebywał w klasztorze Św. Krzyża, na południu Francji i północy Hiszpanii zaczęła szerzyć się herezja katarów. Była ona w pewnej mierze odrodzeniem się manicheizmu – zamiast jednego Boga, według jej wyznawców istnieli dwaj: Bóg Dobra i Bóg Zła. Uwięziona w ciele dusza ludzka traciła więc wszelką wolność. W oczekiwaniu na ostateczne zwycięstwo Boga Dobra, należało wyzwolić się od ciała fizycznego. Ponieważ pochodziło ono od diabła, Pan Jezus nie mógł go przyjąć; Jego Ukrzyżowanie było złudzeniem a Zmartwychwstanie – ludzką fantazją. Brat Ferdynand był przerażony teoriami, wedle których Wcielenie i Odkupienie dokonane przez Chrystusa, traciły cały swój sens. Katarowie byli poszukiwaczami absolutnej czystości (stąd ich nazwa, wywodząca się od greckiego katharos – czysty). Godność ich życia wywierała wrażenie na innych wierzących, którzy chętnie się do nich przyłączali. Po kilku latach, Ferdynand otrzymał misję zwalczania tej herezji.
FERDYNAND WSTĘPUJE DO ZAKONU FRANCISZKANÓW I ZOSTAJE ANTONIM
W 1220 r., mając dwadzieścia pięć lat, Ferdynand został wyświęcony na kapłana w klasztorze Św. Krzyża. Potrzebował on dyspensy, ponieważ w owym czasie wiek kapłana nie mógł być niższy niż trzydzieści lat. Pewnego dnia, odprawiając Mszę św., Ferdynand miał wizję: czyjaś dusza, pod postacią olśniewającej gwiazdy wznosiła się po nieboskłonie na świetlnym obłoku. Ferdynand rozpoznał w niej duszę franciszkanina, żyjącego w eremie św. Antoniego, założonym kilka lat wcześniej w Olivanez nieopodal Coimbry.
Środki transportu były dalekie od tego, czym dysponujemy dzisiaj, ale wieść o św. Franciszku z Asyżu i jego braciach zakonnych dotarły aż tutaj. Ferdynand był urzeczony ich duchem dziecięctwa Bożego, pokorą i całkowitym ubóstwem; żyli oni wyłącznie z jałmużny, pozbawieni wszelkiego komfortu, nauczając zarówno w Kościołach, jak i poza nimi. Tak jak ich mistrz, Franciszek, pozdrawiali się wzajemnie słowami „Pokój i dobro!”
Ferdynanda pociągała duchowość franciszkańska. Św. Franciszek mawiał: „Miłość nie jest kochana!” Nie mogąc samemu zostać misjonarzem, wysłał on pięciu swoich braci zakonnych do Maroka przez Portugalię, aby na miejscu ewangelizowali muzułmanów. Ferdynand żył wówczas w dobrobycie i bezpieczeństwie, wolny od wszelkich zagrożeń. W kilka miesięcy później, do Europy dotarła straszna wiadomość: franciszkańscy misjonarze zostali zamordowani. Brat Ferdynand postanowił porzucić spokojne życie i udać się do eremu w Olivanez, a następnie poprosić o pozwolenie na wyjazd do Maroka, by głosić tam Dobrą Nowinę, a jeśli to będzie konieczne: przyjąć palmę męczeństwa.
W klasztorze Św. Krzyża przywdział on habit franciszkański. Ponieważ trzeba było wybrać imię zakonne, nie szukał zbyt długo, decydując się na imię patrona eremu w Olivanez, Antoniego, słynnego anachorety, nazywanego św. Antonim Pustelnikiem. Świeżo upieczony franciszkanin pragnął czym prędzej dostać się do kraju niewiernych, by głosić im Chrystusa, a w razie potrzeby zginąć za wiarę. Reguła przewidywała jednak, że franciszkanie mają podróżować co najmniej we dwóch. Gdy tylko znalazł towarzysza – brata Filipa, wspólnie uzyskali pozwolenie od przełożonego i popłynęli w kierunku Afryki Północnej. Było to wiosną 1221 roku.
Kandydat do palmy męczeństwa zapomniał jednak, że do zakonu wstępuje się po to, by pełnić wolę Bożą a nie własną, jakkolwiek chwalebna by ona była. Podróż przebiegła pomyślnie, lecz natychmiast po zejściu na ląd marokański, Ferdynand poczuł osłabienie i dreszcze. Towarzysz zapewniał go, że wszystko wkrótce minie, dolegliwości narastały jednak w ciągu kolejnych tygodni i trzeba było pogodzić się z koniecznością powrotu do domu. Również i to nie było jednak wolą Bożą. Nasi dwaj bracia wsiedli na okręt płynący w kierunku Portugalii, ale przeciwne wiatry i wzburzone morze zmusiły go jednak do zatrzymania się u brzegów Sycylii, w pobliżu Mesyny, o dwie mile od wybrzeża Włoch.
Nie zwlekając, powędrowali przez Włochy, by dotrzeć do najbliższego klasztoru franciszkańskiego. Tam dowiedzieli się, że Franciszek, którego wszyscy jego zakonnicy czcili jako swego duchowego ojca, zwołał kapitułę generalną Braci Mniejszych do Asyżu, na dzień 31 maja, w którym przypadała uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Chcąc wysłuchać obrad kapituły, mimo odległości około 600 kilometrów, bracia ruszyli w drogę. Zgodnie z regułą, przestrzegali zasady całkowitego ubóstwa, spali pod gołym niebem, żebrali o chleb i z sercem pełnym radości śpiewali godzinki.
Gdy znaleźli się wreszcie w Asyżu, ujrzeli tam tysiące braci ze wszystkich krajów. Kapituła trwała trzy tygodnie. W jej trakcie przypomniano o męczeństwie pięciu braci w Maroku a także poruszono delikatną sprawę formacji nowicjuszy. Początkowo, Franciszek był zdania, że bracia nie powinni długo studiować, ponieważ obawiał się, iż „duch polemiki sprzeciwi się zgłębianiu tajemnic Bożych”. W czasie trwania kapituły, założyciel uznał potrzebę posiadania przez braci choć minimalnej wiedzy teologicznej i biblijnej oraz zgodził się wprowadzić odpowiednie zmiany w regule zgromadzenia. Przy tej samej okazji ustanowiony został Trzeci Zakon Franciszkański.
Na zakończenie, przydzielono zadania misyjne i miejsca pobytu w poszczególnych klasztorach. Na dwóch nieznanych nikomu Portugalczyków nikt nie zwracał uwagi. Minister generalny wyznaczył jednak misję bratu Filipowi. Antoni okazywał tak wielką skromność, że „wszyscy go ignorowali i sądzili, że jest on pozbawiony jakichkolwiek zdolności”. Wydaje się, że tylko on został pominięty i z pokorą oczekiwał woli Bożej. Ojciec prowincjał podszedł do niego i wspominając o potrzebie obecności kapłanów w klasztorach, westchnął:
– Gdybyś przynajmniej był kapłanem! – Jestem nim – odpowiedział Antoni. – Czy chcesz zamieszkać w górach razem z ubogimi braćmi? – Bardzo chcę, jeśli tylko Bóg będzie przez to uwielbiony!
Antoni został wysłany do Romanii, w Apeniny, niedaleko Forli. W eremie na zboczu Monte Paolo mieszkało czterech braci, dla których zaczął codziennie odprawiać Mszę św. Wkrótce, twierdząc, że „nie nadaje się do niczego innego” poprosił on gwardiana, swojego przełożonego, aby pozwolił mu wykonywać najpodlejsze prace. Antoni odkrył też bardziej odosobnioną grotę, w której chronił się codziennie, aby po odprawieniu Mszy i spełnieniu najniewdzięczniejszych obowiązków oddawać się kontemplacji. W ten sposób spędził on rok.
PRZYSZŁY DOKTOR KOŚCIOŁA
Wiosną 1222, pewne zdarzenie miało wydobyć na jaw skarby zgromadzone w duszy tego aż nazbyt pokornego zakonnika. Kilku braci franciszkanów i kaznodziejów oczekiwało święceń w Forli. Katedra pękała w szwach. Superior franciszkanów, chcąc uhonorować swego dominikańskiego brata, zaproponował, aby któryś z jego zakonników wygłosił kazanie. Ponieważ każdy z dominikanów wymawiał się po kolei, ich przełożony zwrócił się z tą prośbą do franciszkanów, z podobnym skutkiem. Gdy okazało się, że nikt nie chce dobrowolnie wygłosić collatio, przełożony franciszkański wyznaczył brata Antoniego, mimo przekonania, że nie posiada on dogłębnej wiedzy o Piśmie Świętym. Wszyscy byli pewni, że skromny braciszek się skompromituje i z góry mu współczuli.
Antoni poczuł tremę, gdyż słyszał o rozległej wiedzy i krasomówstwie braci kaznodziejów. W dodatku polecenie zaskoczyło go i nie miał wcześniej okazji, aby cokolwiek przygotować. Jak powiada kronikarz, „rozpoczął on z prostotą. W miarę rozwijania tematu, jego głos przybierał na sile, a w trakcie przedstawiania doktryn mistycznych stał się tak donośny, że napełnił słuchaczy najwyższym podziwem (summa admiratio)”.
Dwie rzeczy przykuły uwagę przełożonych obydwu zakonów: po pierwsze – obfitość cytatów, wygłaszanych bez korzystania z jakichkolwiek notatek, po drugie – trafne i nie stosowane dotąd porównania między różnymi fragmentami Pisma Świętego. Dla Antoniego, zgodnie ze starą maksymą, Nowy Testament został zawarty w Starym, a ten z kolei znalazł wyjaśnienie w Nowym (Novum Testamentum in veteri latet, Vetus Testamentum in novo patet). Skąd brał się ów głos pełen mądrości i umiłowania braci? Skąd, mimo niezwykłej wiedzy i elokwencji, tak wiele pokory? Antoni zawsze ślepo ufał Opatrzności Bożej. Sam Pan Jezus uprzedzał Apostołów: „nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam podane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was.” Słowa te spełniały się właśnie w życiu św. Antoniego.
Przełożony pośpiesznie skontaktował się ze św. Franciszkiem z Asyżu, który nie był kapłanem ani uczonym i w swojej pokorze nigdy nie pretendował do kapłaństwa. Od tej chwili, Poverello zaczął nazywać Antoniego „biskupem”. Pokorny brat wyszedł z cienia, został mianowany profesorem teologii na uniwersytecie w Bolonii, gdzie wykładał przez dwa lata (1223-24), „sumiennie i precyzyjnie”.
W swoim liście, Franciszek zwrócił się do niego w następujących słowach: „Do Brata Antoniego, mojego biskupa. Pozdrawia Cię brat Franciszek. Uważam, że powinieneś wykładać świętą teologię naszym braciom. Jak jest to jednak napisane w regule, czuwaj nad tym, aby Duch i modlitwa nie zgasły w ich sercach. Z Bogiem!”
ŚW. ANTONI GŁOSI KAZANIA WE FRANCJI
Pod koniec 1224 roku, Franciszek z Asyżu uznał, że nadeszła pora, by powierzyć Bratu Antoniemu ważna misję nawrócenia południowej Francji, w której, z wyjątkiem Prowansji, szerzyła się herezja katarów. Antoni bronił prawdziwej wiary tak przekonująco, ze nazwano go „młotem na heretyków”. Tego samego roku, 14 września, w uroczystość Podwyższenia Krzyża św., założyciel Braci Mniejszych otrzymał stygmaty Męki Pańskiej.
Pierwszy etap: Montpellier, miasto uniwersyteckie, które pozostało wierne Kościołowi. Kilka mil dalej znajdowało się jednak heretyckie Beziers. Zgodnie z Regułą, kaznodziei towarzyszył inny brat. Antoni był cenionym na Uniwersytecie profesorem teologii. Swoje wykłady przygotowywał na piśmie. Pewnego dnia zauważył zniknięcie swoich notatek, a jednocześnie dowiedział się, że pewien nowicjusz opuścił zakon i klasztor. Później okazało się, że pragnął on zdobyć rozgłos, pisząc książkę na podstawie notatek Antoniego i opatrując ją swoim imieniem.
Antoni natychmiast rozpoznał w tym dzieło szatana, pragnącego powstrzymać nadejście Królestwa Bożego. Pogrążył się w modlitwie i rozkazał szatanowi oddać notatki. Ten, posłuszny nakazowi świętego, wyruszył z siekierą w ręku na spotkanie nowicjuszowi. Gdy uciekinier zamierzał właśnie przeprawić się przez most, diabeł grożąc mu zabiciem i wrzuceniem do rzeki, zmusił go do natychmiastowego odniesienia Bratu Antoniemu skradzionych zapisków. Nowicjusz pobiegł do klasztoru, poprosił o przebaczenie swojego postępku i został wzorowym zakonnikiem. Podobno ten epizod przysporzył Antoniemu reputacji świętego, którego charyzmatem jest odnajdywanie rzeczy zagubionych.
Drugi etap: Tuluza (1225), gdzie trzy lata wcześniej został założony klasztor Braci Mniejszych. Święty Dominik ani biskup Foulques nie odnieśli większych sukcesów, nawracając heretyków. Trzeba dodać, że stan wiary ludzi świeckich, a nawet duchownych, był opłakany. Brat Antoni zaczął przekonywać kapłanów, że zachowując się z większą godnością, pozbyliby się także problemu herezji. Jeden z kronikarzy lokalizuje właśnie w Tuluzie cud, którego główną „bohaterką” była mulica. Inni uważają, że działo się to w Rimini. Być może podobne wydarzenie miało miejsce kilkakrotnie. Powrócimy do niego potem.
KOLEJNY ETAP: LE PUY
Antoni pełnił tam funkcję gwardiana (przełożonego), nieustannie „zachęcając Braci do miłowania dyscypliny i praktykowania cnót ewangelicznych, służąc im własnym przykładem.”
W ten sposób sprawił, że „pobożność rozkwitła ponownie” wśród zakonników. Kronikarz przytacza następującą anegdotę związaną z pobytem świętego w tym mieście. Pewna kobieta z całego serca pragnęła usłyszeć nauki Antoniego, ponieważ jednak jej mąż się temu sprzeciwiał, wolno jej było jedynie spoglądać przez okno w kierunku miejsca, w którym przemawiał kaznodzieja. Ku swojemu zdumieniu, mimo odległości ok. trzech kilometrów, zaczęła ona słyszeć wyraźnie każde jego słowo. Mąż w pierwszej chwili uznał ją za szaloną, gdy jednak podszedł do okna, sam także usłyszał słowa kazania, nawrócił się i od tej pory codziennie, razem z żoną chodził słuchać Brata Antoniego.
Stamtąd, nasz bohater powędrował do Bourges, gdzie nawrócił biskupa, wzywając go do większej świętości życia. Jeden z kronikarzy umieszcza tu słynny „cud mulicy”. Brat Antoni głosił kazanie o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii. Pewien sceptyk pokpiwał sobie z niego i powtarzał, że musi zobaczyć, aby uwierzyć. Antoni publicznie przyjął wyzwanie, prosząc, aby ów człowiek przyprowadził swoją mulicę na plac targowy. Nazajutrz zebrał się tam gęsty tłum. Święty przybył na miejsce, niosąc Najświętszy Sakrament. Wówczas zwierzę porzuciło swoją wiązkę siana i skłoniło kolana przed Zbawicielem. Ów sceptyk, Żyd o imieniu Zachariasz, poczuł głębokie zmieszanie… i nawrócił się.
Następnie, Brat Antoni spędził ponad rok w Brive (1225-26). Miasto zachowało żywe wspomnienia o jego obecności a nabożeństwo do św. Antoniego jest w nim ciągle bardzo popularne (niektórzy nawet nazywali go św. Antonim z Brive). Można tu odwiedzić grotę, w której mieszkał. Później udał się do Limoges, gdzie głosił kazania i dokonał licznych cudów. Wszędzie przybywano tłumnie, by go zobaczyć i usłyszeć; posiadając ewidentny dar języków, doskonale opanował on miejscowy dialekt.
ANTONI – CUDOTWÓRCA
Trudno zliczyć cuda przypisywane św. Antoniemu, jakie wydarzyły się za jego życia i po śmierci: bilokacje, cud mulicy (być może wielokrotny), uzdrowienia, wskrzeszenia…
Pewnego dnia, klasztorowi w Brive zabrakło cebuli. Ojciec Antoni wysłał jednego z Braci do pobożnej niewiasty, właścicielki ogrodu warzywnego. Gdy ta wybierała się w drogę, na miasto spadł rzęsisty deszcz. Kobieta wyszła jednak z domu, udała się do ogrodu i wróciła ze swoim cennym ładunkiem… a mimo to nie spadła na nią ani jedna kropla deszczu. Innym razem, Antoni nauczał pod gołym niebem. Nagła ulewa spłynęła potokami na miasto, omijając jednak słuchaczy zgromadzonych wokół świętego, tak, że nie poczuli na sobie ani kropli wody.
Pewnego popołudnia, w Limoges, Antoni przemawiał w kościele do tłumu, który z braku miejsca wylewał się także na zewnątrz. W tym samym czasie… odprawiał nabożeństwo w kaplicy Braci Mniejszych. Kiedy indziej, w Saint-Junien, kilka kilometrów od Limoges, przewidując obecność mas, które nie pomieściłyby się w kościele, wzniesiono trybunę dla kaznodziei oraz notabli. Brat Antoni zapowiedział atak szatana i uprzedził, że nie należy się nim przejmować. Istotnie, po pewnym czasie trybuna zaczęła się zapadać. Tłum rzucił się do ucieczki i wrócił, wiedziony ciekawością. Nikt nie został ranny, a święty mógł wygłosić kazanie które zostało przyjęte z zainteresowaniem, jakie łatwo sobie wyobrazić.
Któregoś wieczoru, młoda matka, wszedłszy do domu po wysłuchaniu nauki Antoniego, zastała swoje dziecko martwe w kołysce. Pobiegła natychmiast do kaznodziei, by usłyszeć, że nie powinna rozpaczać, gdyż „Pan się ulituje”. W domu znalazła dziecko żywe, pochłonięte zabawą.
ANTONI Z PADWY
Po śmierci Franciszka z Asyżu 3 października 1227 roku, zwołana została kapituła nadzwyczajna, na którą udał się także Antoni. Wiosną tego samego roku opuścił on Francję definitywnie. Podczas kapituły generalnej został mianowany Prowincjałem Emilii, Lombardii i Wenecji. Zamieszkał w Bolonii i wyruszył w drogę, aby odwiedzić swoją prowincję. Zaczął od Rimini nad Adriatykiem. Od początków chrześcijaństwa było ono siedliskiem herezji. W IV wieku n.e., arianie (nie uznający bóstwa Chrystusa) przyczynili się do wygnania św. Hilarego (pochodzącego z Poitiers). Od owego czasu miasto nie przeszło prawdziwego nawrócenia.
Antoni zamierzał nauczać w kościele, nikt jednak nie przyszedł. Żaden słuchacz nie pojawił się także na placu. Wówczas, święty powiadomił mieszkańców, że ci, którzy następnej niedzieli zechcą przyjść na plażę, zobaczą cuda. W oznaczonym dniu na plaży zebrał się tłum ciekawskich. Nie zważając na nich, Antoni zwrócił się twarzą ku morzu i stając w wodzie, zaczął przemawiać do ryb: „Wy, ryby tego morza, posłuchajcie słowa Bożego, którym wzgardzili heretycy…” Na te słowa, ławice ryb zaczęły podpływać ku świętemu, z najmniejszymi rybkami na czele i najdorodniejszymi na końcu, a podnosząc głowy, wszystkie zdawały się uważnie słuchać Bożego słowa. Ich liczba ciągle wzrastała. Brat Antoni wykładał im katechizm, opierając się na cytatach ze Starego i Nowego Testamentu. Swoje kazanie zakończył słowami „Niech będzie błogosławiony Bóg przedwieczny, gdyż ryby oddają mu chwałę lepiej, niż heretycy”. Tłum, który znacznie się powiększył, na widok tego cudu padł na kolana. Wówczas Antoni pobłogosławił ryby i odesłał je.
Dzięki temu zdarzeniu nawróciło się wielu mieszkańców Rimini. Znalazło się jednak kilku opornych, którzy, zazdrośni o sukces, zaprosili Antoniego na obiad, pod pretekstem szukania wyjaśnień, a w rzeczywistości po to, aby go zgładzić. Potrawy, jakie mu podano, były zatrute, Duch Święty jednak go ostrzegł. Antoni uczynił nad nimi znak krzyża i spożywszy je, nie odczuł żadnych dolegliwości. Tak, jak do tej pory, i tym razem potraktował on literalnie Ewangelię, w której zapisane są słowa Chrystusa: „jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić”.
W 1230 (wreszcie!) Prowincjał udał się do Padwy (wskutek czego został później nazwany świętym Antonim z Padwy, a śmierć jego miała nadejść w następnym roku). Niestrudzenie wizytował on swoją prowincję, mnożąc kazania i cuda, które owocowały licznymi nawróceniami wśród ludności. Zawsze miał on w pamięci powiedzonko świętego Założyciela zakonu, Franciszka z Asyżu, który zwykł powtarzać: „Jeśli chcesz być kaznodzieją, musisz stać się przede wszystkim człowiekiem modlitwy”. Jego rada nigdy nie utraciła swojej aktualności.
Tegoż roku, Antoni przestał pełnić funkcję Prowincjała, by objąć katedrę teologii i nauczać Braci. Zredagował on Kazania na niedziele, po których wkrótce napisał także Kazania na dni świąteczne. Powoływał się w nich na całe Pismo Święte, wskazując tak bliskie jego egzegezie paralele między Starym a Nowym Testamentem.
MISJA ZAKOŃCZONA
W 1231, Brat Antoni wygłaszał w Padwie codzienne kazania wielkopostne. Mimo młodego wieku był już wyczerpany życiem wypełnionym pracą i rozmaitymi umartwieniami. W piątek 13 czerwca nie mógł wrócić do celi o własnych siłach; potrzebował do tego pomocy dwóch Braci. Wyspowiadał się i wzmocnił na tyle, by zaśpiewać swój ulubiony hymn do Najświętszej Maryi Panny; wreszcie jego wzrok zatrzymał się w pewnym punkcie. Spowiednik zapytał go, co zobaczył. „Widzę mego Pana” – odrzekł Antoni. Przyjął ostatnie namaszczenie i w kilka minut później spokojnie oddał ducha. Przeżył zaledwie 36 lat, ale jak pełne treści było jego życie!
30 maja 1232 roku, po procesie kanonicznym został ogłoszony świętym, a krótkie zdanie wypowiedziane przez papieża pozwalało przewidywać, że pewnego dnia, będzie on mianowany Doktorem Kościoła.
Gdy w 1263 dokonywano uroczystego przeniesienia jego szczątków, okazało się, że cało ciało Antoniego uległo rozkładowi oprócz języka, który w stanie nienaruszonym umieszczono w relikwiarzu.
(S.M.)
Modlitwa za wstawiennictwem św. Antoniego z Padwy
O Boże, Ojcze dobry i miłosierny, który wybrałeś świętego Antoniego jako świadka Ewangelii i posłańca pokoju pośród Twego ludu, wysłuchaj modlitwy, z którą zwracamy się do Ciebie za jego pośrednictwem. Uświęć każdą rodzinę, pomóż jej wzrastać w wierze; zachowaj w niej jedność, pokój i pogodę ducha. Błogosław naszym dzieciom, ochraniaj młodzież. Przyjdź z pomocą wszystkim doświadczanym przez chorobę, cierpienie i samotność. Podtrzymuj nas w trudach codziennego życia, udzielając nam Twojej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
ze strony: Wydawnictwo „Vox Domini”.
***
12 czerwca
Błogosławiona Maria Kandyda od Eucharystii, zakonnica
Maria Barba urodziła się 16 stycznia 1884 roku w Catanzaro w Kalabrii, na południu Włoch. Była dziesiątym dzieckiem spośród dwanaściorga rodzeństwa. Wychowała się w rodzinie głęboko wierzącej. Opiekowała się rodzeństwem, a dzięki staraniom miejscowych sióstr nauczyła się modlić własnymi słowami. W wieku 9 lat Pan Bóg obdarzył ją darem medytacji. Największą jej radością po przystąpieniu do Pierwszej Komunii świętej było pełne uczestniczenie w Eucharystii, przyjmowanie Chrystusa do serca. Jak tylko mogła, każdego dnia starała się odmawiać cały różaniec. 2 lipca 1899 roku wzięła udział w obłóczynach krewnej. To wydarzenie stało się dla niej ważnym doświadczeniem religijnym, punktem zwrotnym. Wówczas, w piętnastym roku życia, odkryła swoje powołanie do życia zakonnego. Jednak rodzice na wieść o jej zamiarach stanowczo zaprotestowali. Na przeszkodzie w realizacji powołania stanęły wydarzenia w rodzinie. W roku 1904 umarł jej ojciec, w 1911 roku jej 21-letni brat Paweł. W 1910 r., posłuszna kierownikowi duchowemu, zaczęła pisać swoje Confessione generale (Wyznania ogólne), które kontynuowała do 1918 r. We wrześniu 1910 r. udała się wraz z rodziną na pielgrzymkę do Rzymu i została przyjęta na audiencji przez papieża św. Piusa X. Śmierć matki w czerwcu 1914 r. wydawała się być zagrożeniem jedności rodziny, zatem obecność Marii, jej kobiecej ręki wydawała się konieczna. Maria czekała cierpliwie prawie dwadzieścia lat na to, aby zobaczyć realizujące się w końcu pragnienie. W czasie tego oczekiwania okazała wielką moc ducha i niezwykłą wierność początkowemu natchnieniu. W tej walce, która trwała aż do momentu wstąpienia do Karmelu w Ragusie, była wspierana przez szczególny kult Eucharystii. Widziała w niej tajemnicę sakramentalnej obecności Boga w świecie, konkretny dowód Jego nieskończonej miłości do człowieka. Wytrwała w powołaniu także dzięki nabożeństwu do Serca Jezusowego, praktyce komunii duchowej i pobożności maryjnej. Maryja stała się dla niej prawdziwym wzorem życia Eucharystią, bo Ona nosiła w swym łonie Syna Bożego, którego ustawicznie rodzi w sercach wierzących. Ukoronowaniem wierności Marii był dzień 25 września 1919 roku, kiedy to wstąpiła do karmelitanek bosych w Ragusie. Przyjęła imię Maria Kandyda od Eucharystii. W klasztorze długie godziny spędzała na adoracji Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza w każdy czwartek między godziną 23 a 24. Wiele czasu poświęcała zgłębianiu duchowości swych świętych poprzedniczek, a zwłaszcza Teresy od Jezusa. W 1924 roku została wybrana na przełożoną klasztoru. Urząd ten pełniła z krótką przerwą do 1947 roku. W Roku Świętym 1933 zaczęła pisać swoje dzieło na temat duchowości eucharystycznej. Zmarła 12 czerwca 1949 roku w Ragusie, w uroczystość Trójcy Przenajświętszej, po kilku miesiącach cierpień fizycznych. Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 21 marca 2004 roku. Papież powiedział o niej wtedy: “Była prawdziwą mistyczką Eucharystii, z której uczyniła ośrodek jednoczący całą jej egzystencję, inspirując się tradycją karmelitańską, a zwłaszcza przykładami św. Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża. Do tego stopnia zakochała się w Jezusie eucharystycznym, że stale i żarliwie pragnęła być niestrudzoną apostołką Eucharystii. Jestem pewien, że z nieba bł. Maria Kandyda wciąż pomaga Kościołowi, by coraz większym podziwem i miłością otaczał tę największą tajemnicę naszej wiary”.
Barnaba urodził się na Cyprze w żydowskiej rodzinie z pokolenia Lewiego. Jego właściwe imię brzmiało Józef, ale Apostołowie dali mu przydomek Barnaba. Według Klemensa Aleksandryjskiego i Euzebiusza Barnaba miał należeć do grona 72 uczniów Pana Jezusa. Był krewnym św. Marka Ewangelisty, dlatego św. Paweł nazywa go kuzynem Ewangelisty (Kol 4, 10). Barnaba zapewne razem ze św. Pawłem przybył do Jerozolimy, aby u stóp Gamaliela, znanego rabina – uczonego żydowskiego, pogłębić swoją wiedzę w zakresie religii mojżeszowej. Dzieje Apostolskie tymi słowy wprowadzają nas w okoliczności początków jego działalności. “Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 36-37). O powadze, jakiej zażywał wśród Apostołów, świadczy to, że to Barnaba przygarnął św. Pawła po jego nawróceniu i dopiero z Barnabą Paweł mógł pójść do pozostałych Apostołów (Dz 9, 26-27). Wraz ze św. Pawłem Barnaba udał się do Antiochii, gdzie pozyskali wielką liczbę wiernych dla Chrystusa. Był to rok 42 po narodzeniu Pana Jezusa. Barnaba i Paweł swoje nauczanie kierowali najpierw do Żydów. Kiedy jednak ci ich odrzucili, poszli do pogan. Aby jednak neofitów nie zrazić, nie nakładano na nich żadnych obowiązków prawa mojżeszowego, a żądano jedynie, by dawali świadectwo Chrystusowi przez przyjęcie chrztu i życie zgodne z Ewangelią. Wieść o tym dotarła jednak do gminy jerozolimskiej, która pilnie przestrzegała prawa mojżeszowego. Barnaba po raz pierwszy wprowadził Pawła do gminy żydowskiej. Obaj Apostołowie bronili tam swojego kierunku działania wobec nawróconych z pogaństwa. Ich stanowczymi przeciwnikami byli natomiast nawróceni Żydzi. Sprawę rozstrzygnął na korzyść Barnaby i Pawła św. Piotr, a poparł go św. Jakub Młodszy. Ustalono, że wolno nawracać pogan, kiedy w danym mieście Żydzi nie przyjmą nauki Chrystusa Pana, oraz że nawróconym z pogaństwa nie należy narzucać obowiązku zachowania prawa mojżeszowego (Dz 15, 1-35).
Barnaba był człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary (Dz 11, 22-24). Razem ze św. Markiem jako towarzysz św. Pawła udał się w pierwszą podróż misyjną na Cypr, a stamtąd do Azji Mniejszej (Dz 13, 1-14). Na Cyprze dokonali nawrócenia namiestnika wyspy, Sergiusza Pawła. Kiedy w miasteczku Perge św. Paweł uzdrowił człowieka chromego, “na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: «Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas». Barnabę nazwali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramy woły i przyniósł wieńce, i chciał z tłumem złożyć (im) ofiarę. Na wieść o tym Apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli szaty (…) Zawiedziony tłum od entuzjazmu przeszedł do wściekłości”. Pobudzeni przez Żydów z Ikonium poganie omal nie pozbawili Apostołów życia, św. Pawła ukamienowali, ale cudem wyszedł z ich rąk (Dz 14, 1-21). Barnaba zamierzał wraz z Pawłem udać się w drugą podróż misyjną. Doszło jednak do konfliktu, gdyż Paweł stanowczo sprzeciwił się, by w tej podróży brał udział również Marek, który w czasie pierwszej wyprawy samowolnie ich opuścił. Barnaba w tej sytuacji wycofał się i powrócił z Markiem na Cypr, gdzie kontynuowali pracę apostolską (Dz 15, 39-40). Odtąd giną wszelkie informacje o Barnabie. Według podania miał pozostać na Cyprze jako pierwszy biskup i pasterz tej wyspy. Miał także działać w Rzymie, Aleksandrii, Mediolanie. Około 60 r. na Cyprze, w mieście Salaminie, poniósł wedle tego przekazu śmierć męczeńską przez ukamienowanie. Jak mówi podanie, za cesarza Zenona w roku 488 odnaleziono relikwie św. Barnaby. Miał on na piersiach Ewangelię św. Mateusza, którą sam własnoręcznie dla swojego użytku przepisał. Jak wielką popularnością cieszył się w pierwotnym chrześcijaństwie św. Barnaba, świadczą liczne apokryfy: Dzieje Barnaby, Ewangelia Barnaby oraz List Barnaby.Dzieje Barnaby opisują walki, jakie Apostoł musiał staczać z Żydami, którzy mieli go spalić żywcem. Jego prochy miał zebrać ze czcią św. Marek. Dziełko powstało ok. roku 400 na Cyprze. Ewangelię Barnaby mieli napisać gnostycy. Jest wspomniana w pismach niektórych ojców apostolskich, ale jej treści bliżej nie znamy. Ciekawym dokumentem jest List Barnaby z wieku II, w którym autor poleca alegorycznie tłumaczyć teksty Pisma świętego. Teologicznie cenną jest druga część tego Listu, mówiąca o preegzystencji Chrystusa Pana, o tajemnicy Jego wcielenia i o dwóch drogach – światła i ciemności. Kult św. Barnaby był już w czasach apostolskich tak wielki, że tylko jemu jednemu z uczniów Dzieje Apostolskie nadają zaszczytny tytuł Apostoła. W wieku XVI powstał zakon Regularnych Kleryków św. Pawła, założony przez św. Antoniego Marię Zaccaria, od macierzystego kościoła św. Barnaby nazywany popularnie barnabitami. Barnaba jest patronem Florencji i Mediolanu, w którym według tradycji nauczał; czczony jest także jako orędownik podczas kłótni, sporów, smutku oraz burz gradowych. W ikonografii św. Barnaba przedstawiany jest jako starszy mężczyzna z długą brodą w tunice i płaszczu albo w szatach biskupich, czasami jako kardynał. Jego atrybutami są: ewangeliarz, zwój pergaminu, gałązka oliwna, halabarda, model kościoła.
(…) W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności.
Drodzy bracia i siostry, kontynuując naszą podróż do głównych postaci początków chrześcijaństwa, zwracamy dzisiaj uwagę na kilku dalszych współpracowników św. Pawła. Musimy przyznać, że Apostoł jest wymownym przykładem człowieka otwartego na współpracę: nie chce on w Kościele robić wszystkiego samemu, ale korzysta z licznych i różnych kolegów. Nie możemy zatrzymać się przy wszystkich tych cennych pomocnikach, ponieważ jest ich wielu. Wymieńmy tylko między innymi Epafrasa (por. Kol 1,7; 4,12; Flm 23), Epafrodyta (por. Flp 2,25; 4,18), Tychika (por. Dz 20,4; Ef 6,21; Kol 4,7; 2 Tm 4,12; Tt 3,12), Urbana (por. Rz 16,9), Gajusa i Arystarcha (por. Dz 19,29; 20,4; 27,2; Kol 4,10), a także niewiasty, jak Febę (por. Rz 16,1), Tryfenę i Tryfozę (por. Rz 16,12), Persydę, matkę Rufusa – o której Paweł powiada: “jest i moją matką” (por. Rz 16,12-13) – nie zapominając o małżonkach Prysce i Akwili (por. Rz 16,3; 1 Kor 16,19; 2 Tm 4,19). Dzisiaj, z tej wielkiej rzeszy współpracowników i współpracownic św. Pawła wybieramy trzy spośród tych osób, które odegrały szczególną rolę u początków ewangelizacji: Barnabę, Sylasa i Apollosa.
Imię Barnaba, oznaczające “Syn Pocieszenia” (Dz 4,36), jest przydomkiem żydowskiego lewity rodem z Cypru. Osiadłszy w Jerozolimie był on jednym z pierwszych, którzy przyjęli chrześcijaństwo po zmartwychwstaniu Pana. Wielkodusznie sprzedał pole, które było jego własnością, a uzyskane pieniądze przekazał Apostołom na potrzeby Kościoła (por. Dz 4,37). To on był gwarantem nawrócenia Szawła dla wspólnoty chrześcijańskiej Jerozolimy, która nie dowierzała jeszcze dawnemu prześladowcy (por. Dz 9,27). Wysłany do Antiochii w Syrii, udał się do Pawła do Tarsu, dokąd się on wycofał, i spędził z nim cały rok, oddając się ewangelizacji tego ważnego miasta, w którego Kościele Barnaba znany był jako prorok i nauczyciel (por. Dz 13,1). Tak więc Barnaba, w chwili pierwszych nawróceń wśród pogan, zrozumiał, że nadszedł czas Szawła, który schronił się w Tarsie, swoim mieście. Udał się tam, aby go szukać. I tak oto w tym ważnym momencie przywrócił niejako Pawła Kościołowi; w tym sensie dał mu raz jeszcze Apostoła Narodów.
Z Kościoła antiocheńskiego Barnaba wysłany został w misję wraz z Pawłem, odbywając tak zwaną pierwszą podróż misyjną Apostoła. W rzeczywistości była to podróż misyjna Barnaby, ponieważ to on był prawdziwym kierownikiem, do którego Paweł dołączył jako współpracownik, docierając do rejonów Cypru i Środkowo-Południowej Anatolii, w dzisiejszej Turcji, z takimi miastami jak Attalia, Perge, Antiochia Pizydyjska, Ikonium, Listra i Derbe (por. Dz 13-14). Razem z Pawłem udał się następnie na tzw. Sobór Jerozolimski, na którym po dogłębnym rozważeniu tego zagadnienia, Apostołowie wraz ze starszymi postanowili oddzielić praktykę obrzezania od tożsamości chrześcijańskiej (por. Dz 15,1-35). Tylko w ten sposób w końcu oficjalnie stał się możliwy Kościół pogan, Kościół bez obrzezania: jesteśmy synami Abrahama po prostu za sprawą wiary w Chrystusa.
Obaj, Paweł i Barnaba, toczyli później spór na początku drugiej podróży apostolskiej, gdyż Barnaba zamierzał zabrać w charakterze towarzysza Jana Marka, podczas gdy Paweł nie chciał, jako że młodzieniec odłączył się od nich podczas poprzedniej podróży (por. Dz 13,13; 15,36-40). A zatem także wśród świętych możliwe są spory, rozdźwięki i zatargi. Mnie się wydaje to bardzo pocieszające, widzimy bowiem, że święci “nie spadli z nieba”. Są ludźmi takimi jak my, mającymi nawet złożone problemy. Świętość nie polega na tym, że nigdy się nie pobłądziło czy zgrzeszyło. Świętość wzrasta w zdolności do nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczęcia od nowa, przede wszystkim zaś zależy od zdolności do pojednania i przebaczenia. I tak Paweł, który był dość cierpki i przykry wobec Marka, w końcu wyruszył z nim. W ostatnich listach Pawłowych: do Filemona i w drugim do Tymoteusza, właśnie Marek występuje jako “mój współpracownik”. Tak więc nie to, że nigdy się nie popełniło błędu, lecz zdolność do pojednania i przebaczenia czyni z nas świętych. Wszyscy też możemy nauczyć się tej drogi świętości. W każdym razie Barnaba wraz z Janem Markiem wyruszył na Cypr (por. Dz 15,39) około roku 49. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Tertulian przypisuje mu autorstwo Listu do Hebrajczyków, co jest nawet prawdopodobne, ponieważ pochodząc z plemienia lewitów, Barnaba mógł być zainteresowany tematem kapłaństwa. A List do Hebrajczyków wyjaśnia nam w sposób niezwykły kapłaństwo Jezusa.
Innym towarzyszem Pawła był Sylas, którego imię jest grecką formą jakiegoś imienia hebrajskiego (być może szeal, “prosić, błagać”, które ma ten sam rdzeń, co “Saul” – Szaweł) i które ma też formę łacińską Sylwan. Imię Sylas występuje jedynie w Dziejach Apostolskich, podczas gdy Sylwana znajdujemy tylko w listach św. Pawła. Był on Żydem z Jerozolimy, jednym z pierwszych, którzy zostali chrześcijanami, i w Kościele tamtejszym cieszył się wielkim szacunkiem (por. Dz 15,22), gdyż uchodził za proroka (por. Dz 15,32). Jego zadaniem było przekazanie “braciom w Antiochii, w Syrii i w Cylicji” (Dz 15,23) postanowień, podjętych na Soborze Jerozolimskim i wyjaśnienie ich. Najwyraźniej uważano go za zdolnego do podjęcia się swego rodzaju pośrednictwa między Jerozolimą a Antiochią, między judeochrześcijanami a chrześcijanami pochodzenia pogańskiego i przyczynienia się w ten sposób do jedności Kościoła w odmienności obrzędów i pochodzenia.
Gdy Paweł rozstał się z Barnabą, wybrał właśnie Sylasa na nowego towarzysza podróży (por. Dz 15,40). Z Pawłem dotarł on do Macedonii (do miast Filippi, Tesaloniki i Berei), gdzie się zatrzymał, podczas gdy Paweł udał się dalej do Aten, a następnie do Koryntu. Sylas dołączył do niego w Koryncie, gdzie współpracował w głoszeniu Ewangelii; mianowicie w drugim Liście skierowanym przez Pawła do tamtejszego Kościoła, mowa jest o “Chrystusie Jezusie, Tym, którego głosiłem wam ja i Sylwan, i Tymoteusz” (2 Kor 1,19). To wyjaśnia, dlaczego występuje on jako współnadawca, wraz z Pawłem i Tymoteuszem, obu Listów do Tesaloniczan. Również to wydaje mi się istotne. Paweł nie działa jako “solista”, jak zupełnie samodzielna jednostka, ale razem ze swymi współpracownikami jako “my” Kościoła. Owo “ja” Pawła nie jest odizolowanym “ja”, lecz “ja” w “my” Kościoła, w “my” wiary apostolskiej. Sylwan jest też w końcu wspomniany w Pierwszym Liście Piotra, gdzie czytamy: “Krótko, jak mi się wydaje, wam napisałem przy pomocy Sylwana, wiernego brata” (5,12). W ten sposób widzimy też jedność Apostołów. Sylwan służy Pawłowi, służy Piotrowi, albowiem Kościół jest jeden i przepowiadanie misyjne jest jedno.
Trzeci towarzysz Pawła, którego chcemy przypomnieć, nazywa się Apollos, najprawdopodobniej jest to skrót od Apolloniusza czy Apollodora. Chociaż jest to imię pochodzenia pogańskiego, był on żarliwym Żydem z Aleksandrii w Egipcie. Łukasz w Dziejach Apostolskich określa go jako “człowieka uczonego, znającego świetnie Pisma… z wielkim zapałem” (18, 24-25). Wkroczenie Apollosa na scenę pierwszej ewangelizacji następuje w Efezie: udał się on tam, by przepowiadać i miał szczęście spotkać się z chrześcijańskimi małżonkami Pryscyllą i Akwilą (por. Dz 18,26), którzy wprowadzili go w pełne poznanie “drogi Bożej”(por. Dz 18,26). Z Efezu udał się do Achai, docierając do Koryntu: dotarł tu w następstwie listu chrześcijan z Efezu, którzy polecali Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. Dz 18, 27).
W Koryncie, jak pisze Łukasz, “pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem” (Dz 18,27-28). Ale jego powodzenie w tym mieście miało też aspekt problematyczny, jako że było kilku członów tamtejszego Kościoła, którzy w jego imię, zafascynowani jego sposobem mówienia, sprzeciwiali się innym (por. 1 Kor 1,12; 3,4-6; 4,6). Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian wyraża uznanie dla działalności Apollosa, ale wypomina Koryntianom, że ranią Ciało Chrystusa, dzieląc się na przeciwne frakcje. Wyciąga on ważną naukę z tego wydarzenia: tak ja, jak i Apollos – powiada – nie jesteśmy nikim innym, jak tylko diakonoi, czyli prostymi sługami, przez których uwierzyliście (por. 1 Kor 3,5). Każdy ma odmienne zadanie na polu Pańskim: “Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost… My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą” (1 Kor 3,6-9). Po powrocie do Efezu Apollos opierał się zaproszeniom Pawła, by powrócił natychmiast do Koryntu, odkładając podróż na późniejszy termin, którego nie znamy (por. 1 Kor 16,12). Nie mamy o nim żadnych innych wiadomości, chociaż niektórzy uczeni przypuszczają, że to on może być autorem Listu do Hebrajczyków, który – według Tertuliana – miał napisać Barnaba.
Wszyscy ci trzej mężowie jaśnieją na firmamencie świadków Ewangelii ze względu na to, co ich łączyło, oprócz tego, co charakteryzowało każdego z nich. Wspólne, poza pochodzeniem żydowskim, było ich oddanie Jezusowi Chrystusowi i Ewangelii, wraz z faktem, że wszyscy trzej byli współpracownikami apostoła Pawła. W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności. Przemyślmy raz jeszcze na koniec to zdanie św. Pawła: tak ja, jak i Apollos, jesteśmy sługami Jezusa, każdy na swój sposób, ponieważ to Bóg pozwala rosnąć. Słowa te są aktualne także dzisiaj dla wszystkich – czy to Papieża, czy kardynałów, biskupów, kapłanów i świeckich. Wszyscy jesteśmy pokornymi sługami Jezusa. Służmy Ewangelii, jak możemy, zgodnie z naszymi darami, i prośmy Boga, by to On pozwolił rosnąć dziś swej Ewangelii, swojemu Kościołowi.
Bogumił urodził się w Koźminie (Wielkopolska). Pochodził ze znakomitego rodu Leszczyców. Przyszedł na świat ok. 1135 r. O jego rodzicach dokumenty milczą. Jego bliższym krewnym, może nawet bratem, był cysters w Łeknie, Boguchwał. Nie są znane bliższe okoliczności wstąpienia Bogumiła do klasztoru cystersów. Nie wiemy również, czy jego imię Piotr jest chrzestnym, czy też zakonnym. W roku 1185 miał powstać klasztor cystersów w Koprzywnicy, a jego opatem miał być wybrany wówczas właśnie Bogumił-Piotr. W roku 1186 Bogumił został powołany na urząd biskupa w Poznaniu. Do dziś w skarbcu katedry przechowywana jest jego stuła. Jednak już w roku następnym, 1187, po śmierci arcybiskupa gnieźnieńskiego Zdzisława, Bogumił został powołany do Gniezna na jego następcę. Tak szybka kariera wskazuje, że musiał wyróżniać się niezwykłymi zaletami ducha. Bł. Wincenty Kadłubek, który zapewne znał go osobiście, napisał o nim w Kronice: “Mąż pełen cnót i wiedzy (…), wyróżniający się dobrymi obyczajami, pełen szlachetności umysłu”. Bogumił był rzeczywiście chlubą zakonu cysterskiego dzięki swojej mądrości, uczynności, dzielności, świętości i hojnej fundacji na cele misyjne. Swoje przywiązanie do zakonu cystersów okazał Bogumił zaraz na początku swoich rządów, kiedy przeznaczył dochody z kilkunastu wsi, należących do metropolii, na zorganizowanie nowego opactwa cystersów w Sulejowie, które ufundował wtedy książę Kazimierz Sprawiedliwy. Opactwu cysterskiemu w Łeknie ofiarował dochody z trzech innych wsi. O publicznej działalności Błogosławionego wiemy tyle, że w roku 1191 uczestniczył w konsekracji kolegiaty sandomierskiej. Wezwany na rozjemcę w sporze między benedyktynami a norbertanami o opactwo św. Wincentego we Wrocławiu w roku 1193, przydzielił je norbertanom. Jemu też zlecono delikatną i trudną misję pojednania książąt Kazimierza Sprawiedliwego z Mieszkiem Starym. W rodzinnym majątku, w Dobrowie, Bogumił ufundował kościół parafialny Świętej Trójcy i hojnie go uposażył. Spragniony ciszy i spokoju, po dwunastu latach rządzenia metropolia gnieźnieńską, w 1198 r. złożył rezygnację na ręce legata papieskiego, kardynała Piotra, i przeniósł się do Dobrowa, gdzie na wyspie rzeki Warty założył sobie pustelnię. Tam, jak pisał promotor procesu beatyfikacyjnego, prymas Maciej Łubieński, “trawiąc czas na modlitwie i trapiąc ciało swoje postami, niespaniem i różnymi umartwieniami, spędził ostatnie lata swego życia”. W każdą niedzielę dla okolicznych mieszkańców odprawiał Msze św. i wygłaszał kazania. Przeżył tam ok. 5 lat. Dobra rodzinne przeznaczył na misje wśród pogańskich Prusów. Nieznana jest data jego zgonu. Według Kalendarza Krakowskiego miał przejść do wieczności 19 sierpnia. Według nekrologu klasztorów norbertanów we Wrocławiu i w Szczecinie miał zasnąć w Panu 20 sierpnia. Przypuszczalny rok jego śmierci to ok. 1204 r. Jego cześć od samego początku była żywa. Obejmowała zwłaszcza rejon Wielkopolski. Uciekano się do jego wstawiennictwa przede wszystkim, by uprosić zdrowie dla żywego inwentarza oraz o szczęśliwe połowy ryb. U jego grobu w kościele dobrowskim składano liczne wota dziękczynne za wyjednane łaski. Prymas Jakub Uchański (1562-1581) w czasie badania relikwii Bogumiła wyjął z jego sarkofagu mitrę i pierścień biskupi z szafirem oraz złotą blachę z napisem pośmiertnym. Proces kanoniczny rozpoczął dopiero w roku 1625 prymas Maciej Łubieński. Akta tego procesu zostały przesłane do Rzymu w roku 1651. Z tej okazji opracowano żywot Bogumiła. Niestety, księga cudów, którą wypożyczył Sebastian Głębocki, spłonęła w jego dworze w Głębokim pod Kruszwicą. Nowy proces kościelny rozpoczął w roku 1908 biskup kujawski, Stanisław Kazimierz Zdzitowiecki. Dopiero papież Pius XI 27 maja 1925 roku zatwierdził starodawny kult biskupa Bogumiła. Paweł VI ogłosił bł. Bogumiła wraz z bł. Jolentą patronem archidiecezji gnieźnieńskiej. Ponadto bł. Bogumił jest patronem archidiecezji gdańskiej, poznańskiej, wrocławskiej i diecezji włocławskiej. Jest wzywany jako orędownik odbywających rekolekcje i skupienia. W ikonografii bł. Bogumił przedstawiany jest w pontyfikalnym stroju biskupim z krzyżem w ręku. Czasami ukazywany, gdy przechodzi suchą nogą przez rzekę. Jego atrybutem jest ryba.
Prawdziwe imię Kolumby brzmi Columcille (irlandzkie imię Colum Cille), czyli “gołąb Kościoła”. Na chrzcie otrzymał imię Crimthann (czyli “lis”). Znany jest przede wszystkim pod łacińską wersją swego imienia Columba. W wersji polskiej występuje jako Kolumba lub Kolumban. Nazwany został Starszym dla odróżnienia od Kolumbana Młodszego, także świętego (+ 615), wspominanego w liturgii 23 listopada. Z tego samego powodu bywa też określany mianem Kolumba opata z Hy (Iona). Analogicznie Kolumban Młodszy zwany jest wtedy Kolumbanem z Luxeuil/Bobbio.
Urodził się około r. 521 w królewskiej rodzinie Conall Gulbana; kilku bliskich z jego rodziny należało do grona panujących. Sam został szybko mnichem. Wówczas właśnie otrzymał imię Kolumba, pod którym przeszedł do historii. Wykształcenie i zmysł zakonny zdobywał w kilku klasztorach: w Cill-Enna, w Clonard oraz Moville. Potem sam założył wiele ośrodków mniszych. W roku 563, już jako kapłan i opat, opuścił Irlandię – pro Christo peregrinari volens (pragnąc pielgrzymować dla Chrystusa), jak przekazał Adamnan. Osiadł na opustoszałej wysepce Iona i tam utworzył nowy ośrodek, który miał promieniować przez kolejne stulecia. Podjął też pracę ewangelizacyjną, prowadzoną wcześniej bez trwałych rezultatów przez św. Niniana. Działał również pośród Irlandczyków osiadłych na południe od terenów Piktów. Oni to utworzyli podstawę dla ukształtowania narodowości szkockiej. Na małej skalistej wysepce Kolumba spędził trzydzieści cztery lata. Bez ustanku napływali do niego uczniowie, dlatego ośrodek stał się początkiem kilku innych klasztorów, które utworzyły rodzaj konfederacji mniszej. Formowano w nich misjonarzy dla Piktów i Anglosasów. Sam Kolumba nawrócił króla Piktów, a w 574 roku namaścił na króla władcę Irlandczyków w południowej Szkocji. Biskupem nie był, mimo to posiadał pewną jurysdykcję nad klasztorami w Szkocji i Irlandii. Zmarł 8 lub 9 czerwca 597 r., wtedy gdy św. Augustyn z Canterbury, wysłany przez Grzegorza Wielkiego, stawiał stopę na ziemi angielskiej. Szczątki patriarchy przeniesiono w czasie napadów skandynawskich. Przetrwała dużo późniejsza legenda o tym, że złożono je razem z relikwiami św. Patryka i św. Brygidy. W ikonografii przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutem jest: księga, zwój, model klasztoru, statek, gołąb.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
“Mo chridecán” znaczy moje serduszko – święty Kolumba
Sześć wieków wcześniej zanim święty Franciszek obłaskawiał wilka z Gubbio, klasztorny koń z opactwa w Ionie płakał nad św. Kolumbą. Święty, przeczuwając śmierć, żegnał się z tym światem, który mnisi irlandzcy traktowali zupełnie wyjątkowo, inaczej niż reszta chrześcijan. Po kilkunastu wiekach ich duchowość przeżywa renesans. Ma swoich entuzjastów także w Polsce.
Scena przedśmiertnego pożegnania założyciela słynnego klasztoru, położonego na jednej z wysp u wybrzeży Szkocji, z siwkiem przywożącym mnichom mleko, jest naprawdę wzruszająca, ale – będę szczery – co mnie obchodzi stary koń sprzed czternastu wieków i jego wielki smutek? W najlepszym razie – niewiele. To natomiast, co napisał o tym pożegnaniu Adomnan, opat Iony sto lat po św. Kolumbie, o, to już daje do myślenia. Adomnan opisuje, jak ów koń, przeczuwając śmierć Świętego, złożył łeb na jego piersi, i dodaje – uwaga! – „wierzę, że Bóg go do tego natchnął, ponieważ każdemu zwierzęciu jest dana wiedza o rzeczach zgodnie z wolą Stworzyciela”. A na koniec pisze o tymże koniu, że „odszedł w smutku”. Czy, a jeśli tak, to jak bardzo płakał stary koń z Iony, tego nie wiemy. Ale wiemy, co napisał o zwierzęciu irlandzki mnich. I to właśnie jest niezwykłe.
Adomnan nie był jakimś niezrównoważonym nadwrażliwcem. Widział świat tak jak współcześni mu chrześcijanie Irlandii i Szkocji – chrześcijanie celtyccy. Byli inni niż reszta świata chrześcijańskiego. Inaczej był zorganizowany ich Kościół (władzę mieli opaci, nie biskupi), w innym terminie świętowali Wielkanoc, a w ich klasztorach panowały inne porządki niż na kontynencie. Ale przede wszystkim inaczej widzieli Boży świat.
Synod z Whitby w 664 r. rozpoczął proces wprowadzania rzymskich porządków w Kościele na Wyspach. Rzecznik Episkopatu Irlandii ks. Martin Clarke o nieco poźniejszym okresie nie waha się nawet powiedzieć, że „wielkie zakony z kontynentu skolonizowały Kościół w Irlandii”. Najazdy Wikingów, panowanie Anglików, reformacja dokonały reszty. Celtycka odmiana chrześcijaństwa na setki lat uległa zapomnieniu. Kościół katolicki w Irlandii, stopniowo uzyskujący w wieku XIX prawo do legalnego istnienia, czerpał już z innych źródeł. Dominujące były wpływy francuskie. – Przez dwieście lat byliśmy wychowywani w duchu jansenizmu. A ta pesymistyczna wizja człowieka i Boga naprawdę nie pasuje do irlandzkiej duszy – przekonuje ksiądz z archidiecezji dublińskiej.
A cóż to jest ta irlandzka dusza? – pytam sam siebie, brodząc w Atlantyku, na plaży w Glencolumbkille, czyli Dolinie św. Kolumby. Ocean – nie ma się co dziwić, w końcu nie jestem Irlandczykiem – nie daje mi odpowiedzi. Bryza przyjemnie ochładza ciało i umysł rozgorączkowany spełnieniem się marzeń. Jestem w hrabstwie Donegal, na północno-zachodnim krańcu Wyspy. Tu, w królewskim klanie O’Neillów, w roku 521 urodził się św. Columcille – „Gołąbek Kościoła”, w spolszczonej wersji – św. Kolumba, ten od płaczącego konia. Irlandzka, wyspiarska dusza musi mieć coś wspólnego z oceanem i morzem. Nieustanne powroty fal. Upór, wytrwałość. Niekiedy – zapamiętałość prowadząca aż do zaślepienia i zniszczenia. Ale po nawałnicy skruszona łagodność. Historia św. Kolumby jest właśnie taka. Kopiuje jedyny psałterz w Irlandii i nie chce oddać kopii swemu mistrzowi. Król (mówi się, że to pierwsza w dziejach rozprawa o prawa autorskie) nakazuje oddać kopię, bo należy ona do oryginału, tak jak „każde cielę należy do jałówki”. Kolumba ani myśli tak postąpić. Wrogie klany walczą o kopię, dziś nazywaną Cathach – „wojownik”. Ginie 3000 ludzi.
Tylu masz nawrócić, ilu z Twojej przyczyny zginęło – nakazuje mistrz duchowy Kolumbie. Następuje wygnanie z Irlandii. „Nie zobaczy to oko kobiet tej wyspy, ni irlandzkich mężczyzn” – pisze św. Kolumba, poeta i zapalczywa dusza. Razem z uczniami ląduje na Ionie. Zakłada klasztory, nawraca Piktów, Szkotów. 3000 dusz z nawiązką. I ujrzy jeszcze jego oko Wyspę Zieloną. Na zgromadzeniu w Drumceatt wstawia się za poetami, którzy mieli być wyklęci. Bo Irlandia bez poetów nie będzie Irlandią, argumentuje Kolumba. Poeta, miłośnik ksiąg, wielki misjonarz. To on właściwie rozpoczął ten trudny dla wyspiarzy ruch – opuszczenie ojczyzny dla Chrystusa. Po nim irlandzcy misjonarze pójdą z taką misją, która dotrze aż do Włoch, Francji, Niemiec, aż po Wiedeń i Salzburg, może jeszcze dalej, może do Polski nawet, ale to już historycznie niepewne. W każdym razie – mnisi iroszkoccy przywrócą chrześcijańskiej Europie jej pierwotną werwę. I dadzą Kościołowi praktykę spowiedzi indywidualnej w miejsce publicznej pokuty.
Ale to było 1400 lat temu. Czym jest dziś irlandzka dusza i duchowość? Byłbym szalony, gdybym chciał dać odpowiedź. Powiem tak: dla mnie irlandzka duchowość to jest kierowca autobusu, który w pochmurny, dżdżysty dzień śpiewa za kierownicą, śpiewa, gdy sprzedaje bilety i śpiewa, gdy bierze ostry zakręt na wąziutkiej drodze prowadzącej nad morskim klifem. Radość życia. Mimo wszystko, mimo sztormów, nawałnic, burz, wichrów i chmurnego nieba. Radość z najzwyklejszych ludzkich spraw. Codzienność jest święta, świat jest Boży. Nie ma tego kontrastu, tej walki Boga ze światem. Być może celtyccy chrześcijanie dlatego tak patrzyli na życie, że tylko tam chrześcijaństwo zostało przyjęte bezkrwawo. Kulturowy dorobek przedchrześcijańskiej duchowości Celtów, dla których świat, przyroda były święte, został zasymilowany, a nie odrzucony. Szczęśliwie zachowały się teksty mnichów irlandzkich z pierwszego tysiąclecia. A wśród nich np. modlitwa w czasie rozpalania ognia, gotowania, pieczenia chleba, ubierania się, modlitwa w czasie dojenia krów i w czasie pływania łodzią. Duchowość bardzo przyziemna, Bóg bardzo bliski ludzkim sprawom. I Bóg strasznie bliski człowiekowi. Mo chridecán – „moje serduszko” – tak napisać mogła o Bogu tylko ręka irlandzkiego chrześcijanina.
Co z tego dla nas? Może jakiś podziw dla dawnych, pięknych czasów, może pragnienie odwiedzenia tajemniczej Irlandii. Tomasz Opara jest leśnikiem w Księżym Lesie koło Tarnowskich Gór. – Nie chcę powiedzieć, że to było jakieś nawrócenie. Po prostu dzięki zainteresowaniu się duchowością celtycką zmieniło się moje pojmowanie religii. Już nie jest ona jakimś ogromnym, a niekiedy beznadziejnym wysiłkiem w dążeniu do Boga. On jest tu, w moich codziennych sprawach. To jest najważniejsze. Nie ma napięcia między tym, co Boże, a tym, co ludzkie – mówi Tomasz Opara, a jego sześcioletnia córeczka Marta od razu rozpoznaje na zdjęciach charakterystyczne celtyckie krzyże.
Irlandia jest u nas ostatnio popularna. Dla wielu ludzi jest idylliczną krainą marzeń. Trzeba przyznać, że Irlandczycy mają talent w kreowaniu takiego obrazu swojego kraju. Nie wszystkich, a właściwie – mało kogo stać, by tam pojechać. A może jednak ważne jest to, co mówi Ernest Bryll, poeta i były ambasador Polski w Dublinie, że Irlandię trzeba i można znaleźć gdzieś blisko siebie. Taki duchowy świat, który pozwoli nam przeżywać życie bardziej twórczo i pięknie. On jest bliżej niż w zasięgu naszej ręki.
Anna Maria urodziła się w Sienie 29 maja 1769 roku. Z powodu rozrzutności ojca rodzina wpadła w nędzę i musiała przenieść się do Rzymu. Anna żyła tu jedynie z pracy matki. Musiała niestety przerwać naukę, gdyż zachorowała na ospę. Jej pozostałością była zeszpecona twarz. Po powrocie do domu Anna pomagała matce w zajęciach domowych, kiedy ta była zmuszona poświęcić się pracy zarobkowej. W wieku 20 lat wyszła za Dominika Taigi, kamerdynera książąt Chigich. Oboje przenieśli się do pałacu książąt, gdzie otrzymali mały pokoik. Jej mąż był uczciwym człowiekiem, ale miał trudny charakter. Zmuszał małżonkę, by nie gardziła rozrywką i teatrem. Anna jednak, ku niezadowoleniu męża, porzuciła te przyjemności, oddając się modlitwie, uczynkom pokutnym i charytatywnym. Z mężem miała 7 dzieci: 4 synów i 3 córki. Oddała się całkowicie ich wychowaniu. Starała się być najlepszą żoną i matką. Nawet gdy dzieci dorosły, chętnie korzystały z porad kochającej ich matki. Kiedy jej córka, Zofia, została wdową wraz z sześciorgiem małych dzieci, Anna bez namysłu przygarnęła ją do swojego domu. Anna umiała łączyć tak liczne obowiązki z życiem wewnętrznym, zjednoczonym z Bogiem. Im mąż był bardziej opryskliwy, tym subtelniejszą okazywała mu życzliwość i dobroć. Umiała nawet znaleźć czas, by pamiętać o ubogich i nawiedzać potrzebujących w szpitalach. Pan Bóg udzielił jej wielu darów nadprzyrodzonych: rozeznawania sumień, daru wizji i proroctw oraz kontemplacji posuniętej do ekstazy. Jej sława zaczęła szybko wychodzić poza jej skromne mieszkanie. Łączyła ją szczera przyjaźń ze św. Wincentym Pallottim, ze św. Wincentym Maria Strambi i ze św. Kasprem del Bufalo. Przychodzili do niej po radę możni i znani, m.in. kardynałowie, biskupi czy królowa Maria Ludwika z Burbonów. Papież Grzegorz XVI udzielił jej przywileju zorganizowania w swoim mieszkaniu kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Była tercjarką zakonu trynitarzy. Wszystkie swoje prace i cierpienia ofiarowała za grzeszników i za Kościół, zwłaszcza za papieża, który w tych burzliwych i niespokojnych czasach musiał bardzo wiele wycierpieć. Przepowiedziała dzień swojej śmierci i pożegnała ziemię w nocy 9 czerwca 1837 roku w wieku 68 lat. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Benedykt XV w roku 1920. Jej ciało przeniesiono wcześniej ze wspólnego cmentarza do kościoła Matki Bożej Pokoju, a potem do bazyliki św. Chryzogona, będącej w posiadaniu trynitarzy.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
9 czerwca
Święty Kolumba (Starszy) z Hy (Iona), opat
Prawdziwe imię Kolumby brzmi Columcille (irlandzkie imię Colum Cille), czyli “gołąb Kościoła”. Na chrzcie otrzymał imię Crimthann (czyli “lis”). Znany jest przede wszystkim pod łacińską wersją swego imienia Columba. W wersji polskiej występuje jako Kolumba lub Kolumban. Nazwany został Starszym dla odróżnienia od Kolumbana Młodszego, także świętego (+ 615), wspominanego w liturgii 23 listopada. Z tego samego powodu bywa też określany mianem Kolumba opata z Hy (Iona). Analogicznie Kolumban Młodszy zwany jest wtedy Kolumbanem z Luxeuil/Bobbio. Urodził się około r. 521 w królewskiej rodzinie Conall Gulbana; kilku bliskich z jego rodziny należało do grona panujących. Sam został szybko mnichem. Wówczas właśnie otrzymał imię Kolumba, pod którym przeszedł do historii. Wykształcenie i zmysł zakonny zdobywał w kilku klasztorach: w Cill-Enna, w Clonard oraz Moville. Potem sam założył wiele ośrodków mniszych. W roku 563, już jako kapłan i opat, opuścił Irlandię – pro Christo peregrinari volens (pragnąc pielgrzymować dla Chrystusa), jak przekazał Adamnan. Osiadł na opustoszałej wysepce Iona i tam utworzył nowy ośrodek, który miał promieniować przez kolejne stulecia. Podjął też pracę ewangelizacyjną, prowadzoną wcześniej bez trwałych rezultatów przez św. Niniana. Działał również pośród Irlandczyków osiadłych na południe od terenów Piktów. Oni to utworzyli podstawę dla ukształtowania narodowości szkockiej. Na małej skalistej wysepce Kolumba spędził trzydzieści cztery lata. Bez ustanku napływali do niego uczniowie, dlatego ośrodek stał się początkiem kilku innych klasztorów, które utworzyły rodzaj konfederacji mniszej. Formowano w nich misjonarzy dla Piktów i Anglosasów. Sam Kolumba nawrócił króla Piktów, a w 574 roku namaścił na króla władcę Irlandczyków w południowej Szkocji. Biskupem nie był, mimo to posiadał pewną jurysdykcję nad klasztorami w Szkocji i Irlandii. Zmarł 8 lub 9 czerwca 597 r., wtedy gdy św. Augustyn z Canterbury, wysłany przez Grzegorza Wielkiego, stawiał stopę na ziemi angielskiej. Szczątki patriarchy przeniesiono w czasie napadów skandynawskich. Przetrwała dużo późniejsza legenda o tym, że złożono je razem z relikwiami św. Patryka i św. Brygidy.W ikonografii przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutem jest: księga, zwój, model klasztoru, statek, gołąb.
Wspomnienie św. Jadwigi zostało przeniesione na 8 czerwca z dnia 17 lipca.
Jadwiga była trzecią i najmłodszą po Katarzynie (+ 1378) i Marii (+ 1395) córką króla Węgier i Polski, Ludwika Andegaweńskiego, i Elżbiety, księżniczki bośniackiej. Urodziła się prawdopodobnie 18 lutego 1374 roku. Rodzice planowali dla Jadwigi małżeństwo z Wilhelmem Habsburgiem. Dzieci połączono warunkowym ślubem (1378), by go dopełnić w ich wieku dojrzałym. W chwili zawarcia ślubu warunkowego Jadwiga miała zaledwie 4 lata. W nadziei na przyszły ślub wysłano Jadwigę do Wiednia. W tym jednak roku zmarła najstarsza córka Ludwika Węgierskiego, Katarzyna. W tej sytuacji odwołano Jadwigę na Węgry. Po śmierci Ludwika Węgierskiego (1382) Węgrzy ogłosili królową siostrę Jadwigi, Marię. Natomiast Polacy zaprosili na swój tron Jadwigę. W wieku 10 lat została koronowana 16 października 1384 r. W związku z zaistniałą sytuacją polityczną, a także wobec dalekosiężnych planów polskich rozważano możliwość unii Polski z Litwą. Stała się ona faktem dzięki małżeństwu królowej Jadwigi z Władysławem Jagiełłą, wielkim księciem Litwy. Ceremonia zaślubin, poprzedzona chrztem Jagiełły (15 lutego 1386 r.), odbyła się w katedrze królewskiej 18 lutego 1386 r. Tam również 4 marca odbyła się koronacja Jagiełły na króla polskiego. Jagiełło miał wówczas 35 lat, Jadwiga – 12. Wiosną tego samego roku para królewska udała się do Wielkopolski, gdzie król uspokoił tamtejszych panów, mianując na wojewodę wielkopolskiego ich kandydata, Bartosza z Odolanowa. Rok później panowie polscy zdołali przekonać Jadwigę, by stanęła na czele wojsk i na nowo przyłączyła Ruś do granic Polski. Starosta węgierski oddał Ruś bez oporu. 8 marca 1387 roku Jadwiga wjechała do Lwowa. Jan Długosz (+ 1480) oddaje Jadwidze najwyższe pochwały. Gdy była małoletnia, pozwoliła, by rządzili za nią wytrawni i całą duszą oddani polskiej racji stanu doradcy. Kiedy wraz z Jagiełłą została współrządczynią kraju, miała na celu jedynie dobro narodu polskiego. Z Krzyżakami wiodła ożywioną korespondencję: m.in. interpelowała w sprawie ich zbrojnych wypraw na Litwę, jak też w sprawie przywłaszczonych sobie dóbr Opolczyka w Ziemi Dobrzyńskiej i na Kujawach. We Włocławku spotkała się osobiście z wielkim mistrzem krzyżackim, Konradem von Jungingen, by omówić problemy, dotyczące obu stron (1397). Doprowadziła do zgody między Władysławem Jagiełłą a jego rywalem, Witoldem (1393). Odtąd wszelkie porachunki dynastyczno-polityczne książęta litewscy zobowiązali się załatwiać z udziałem Jadwigi. W 1392 roku udała się na Węgry, gdzie w spotkaniu ze swoją siostrą, Marią, omawiała w Lubowli i w Kezmarku sprawy obu państw. Nawiązała ścisły kontakt z papieżem Urbanem VI (+ 1392) i Bonifacym IX (+ 1404), skutecznie likwidując intrygi Krzyżaków, Opolczyka i Zygmunta Luksemburczyka. Serca poddanych pozyskała sobie jednak przede wszystkim niezwykłą dobrocią. Kiedy żołnierze królewscy spustoszyli wieśniakom pola, urządzając sobie na nich lekkomyślnie polowanie, zażądała od męża ukarania winnych i wynagrodzenia wyrządzonych szkód. Kiedy Jagiełło zapytał, czy jest już zadowolona, otrzymał odpowiedź: “A kto im łzy powróci?” Przy budowie kościoła Najświętszej Maryi Panny “na Piasku” w Krakowie, istniejącego do dziś, sama doglądała robót. Pewnego dnia jej czujne oko dojrzało kamieniarza, który był smutny. Kiedy zapytała, co mu jest, dowiedziała się, że ten ma w domu ciężko chorą żonę i boi się, że go zostawi samego z drobnymi dziećmi. Królowa, nie namyślając się, wyrwała ze swego bucika złotą klamerkę, obsadzoną drogimi kamieniami, i oddała ją robotnikowi, by opłacił lekarza. Nie zauważyła wówczas, że bosą stopę położyła na kamieniu oblanym wapnem. Odbity ślad wdzięczny kamieniarz obkuł dokoła i wraz z kamieniem wmurował w zewnętrzną ścianę świątyni. Do dzisiaj można ją oglądać. Bardzo wiele kościołów chlubi się, że je fundowała, odnawiała i uposażyła Jadwiga.
Do najpilniejszych trosk Jadwigi należało odnowienie Akademii Krakowskiej. Założył ją Kazimierz Wielki w 1364 roku, jednak za rządów Ludwika Węgierskiego Akademia podupadła. Jadwiga oddała wszystkie swoje klejnoty na jej odnowienie. Wystarała się także u Stolicy Apostolskiej o zezwolenie na jej dalsze prowadzenie i rozbudowę. Akademię otwarto po jej śmierci w 1400 roku. Jagiełło bardzo pragnął mieć potomka, który zapewniłby ciągłość jego rodu na tronie polskim. Kiedy więc Jadwiga została matką, na dworze królewskim zapanowała wielka radość. Niestety, trwała krótko, bo zakończyła się podwójną tragedią: śmiercią dziecka i matki. Dnia 22 marca 1399 roku Jadwiga urodziła córkę, której na chrzcie dano imię matki oraz (na cześć papieża) imiona: Elżbieta, Bonifacja. Jednak po trzech tygodniach dziewczynka zmarła, a niebawem zmarła też matka. Zasnęła w Panu 17 lipca 1399 roku, w wieku 25 lat, okrywając naród polski żałobą. Jako królowa rządziła Polską sama przez 2 lata (1384-1386), natomiast razem z Jagiełłą – przez 13 lat (1386- 1399).
Opłakiwaną przez wszystkich królowę pochowano w podziemiach katedry krakowskiej na Wawelu. W 1887 roku odnaleziono tam jej śmiertelne szczątki pod posadzką katedry. W 1949 roku jej grób otwarto ponownie i przeprowadzono badania naukowe. Zachowane kości pochowano w nowej trumnie, którą umieszczono w artystycznym sarkofagu z białego marmuru. Spoczywa w nim dotąd. Z pamiątek po św. Jadwidze warto wymienić krzyż, który znajduje się w katedrze wawelskiej, uważany za cudowny, nazywany także “krzyżem Jadwigi”, gdyż przed nim królowa miała się często modlić. Według podania z tego krzyża Chrystus miał do niej przemówić. Tu wreszcie miała zapaść decyzja Jadwigi o rezygnacji ze szczęścia osobistego (i małżeństwa z Wilhelmem) na rzecz pozyskania dla Chrystusa Litwy. Od razu po śmierci Jadwigę uważano za świętą, chociaż lud często mieszał ją ze św. Jadwigą Śląską (+ 1243). W 1426 roku arcybiskup gnieźnieński, Wojciech Jastrzębiec, rozpoczął formalny proces kanoniczny. W swoim dekrecie napisał m.in.: “Z doświadczenia wiemy, że spełniała przeróżne uczynki miłosierdzia, cierpliwości, postów, czuwań oraz innych niezliczonych dzieł pobożnych”. Arcybiskup polecił także zbierać fundusze na proces kanonizacyjny Jadwigi. Niestety, Kazimierz Jagiellończyk przeznaczył je na wojnę z Krzyżakami. Starania Jagiellonów o kanonizację św. Kazimierza, pochodzącego z ich rodu, ponownie odsunęły na dalszy plan kanonizację Jadwigi. Potem nastał czas nieustannych wojen i wewnętrznych zamieszek, wreszcie 150 lat trwająca niewola. Dopiero w XX w. starania o beatyfikację Jadwigi podjęli na nowo arcybiskup krakowski kardynał Adam Stefan Sapieha (+ 1951) i kardynał Karol Wojtyła. Z polecenia św. Jana Pawła II jego następca na stolicy arcybiskupów krakowskich, kardynał Franciszek Macharski, w roku 1979 przesłał do Rzymu formalną prośbę o beatyfikację, do której dołączył liczącą ponad 350 stron dokumentację nieprzerwanego kultu Jadwigi, trwającego po dzień dzisiejszy. Kongregacja do Spraw Kanonizacji na tej podstawie przygotowała relację o kulcie. Na polecenie papieża Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przygotowała teksty liturgiczne i wyznaczyła dzień 17 lipca na doroczne wspomnienie Jadwigi. Dokumenty tych kongregacji św. Jan Paweł II osobiście przywiózł do Polski i 8 czerwca 1979 r. na zamknięcie synodu archidiecezji krakowskiej odprawił Mszę świętą ku czci bł. Jadwigi. W 1996 roku został ogłoszony dekret o heroiczności cnót Jadwigi, w którym napisano: “Kobietą dla Kościoła i dla Ojczyzny najbardziej zasłużoną była błogosławiona Jadwiga, królowa Polski, która sprawiedliwością i troskliwą miłością rządziła swoim narodem, popierała rozszerzanie wiary i kultury chrześcijańskiej i jak światło postawione na świeczniku świętością życia i dziełami ozdobiła wspólnotę kościelną i świecką. […] Wraz z mężem, który dochował obietnic złożonych przed zaślubinami, Jadwiga czynnie uczestniczyła w życiu Królestwa polsko-litewskiego; miała własny dwór i kancelarię, i podejmowała obowiązki administracyjne, popierając sprawiedliwość i pokój tak w sprawach wewnętrznych, jak i w załatwianiu spraw z innymi państwami. Prawo Boże było w jej życiu i działalności najwyższą wartością. […] Dla chorych założyła wiele szpitali i nie szczędziła pomocy biednym. Mimo młodego wieku zawsze działała z roztropnością, męstwem i łagodnością, mając na uwadze chwałę Boga, dobro Kościoła i swojego ludu. «Była zwierciadłem czystości, pokory i prostoty». Praktykowała umiarkowanie w używaniu dóbr ziemskich i post, unikała próżnej chwały i przepychu, swoją nadzieję złożyła w Bogu i pragnęła wiecznej nagrody”. Kanonizacji Jadwigi dokonał również św. Jan Paweł II – na krakowskich Błoniach, 8 czerwca 1997 r., w obecności ponad miliona ludzi, w 18. rocznicę pierwszej Mszy o bł. Jadwidze odprawionej w Krakowie. Z tej racji obchód ku czci św. Jadwigi przeniesiono z pierwotnego terminu (17 lipca, dies natalis Świętej) na dzień 8 czerwca. Była to pierwsza w dziejach kanonizacja na ziemi polskiej. W homilii Papież-Polak mówił m.in.: “Najgłębszym rysem jej krótkiego życia, a zarazem miarą jej wielkości, jest duch służby. Swoją pozycję społeczną, swoje talenty, całe swoje życie prywatne całkowicie oddała na służbę Chrystusa, a gdy przypadło jej w udziale zadanie królowania, oddała swe życie również na służbę powierzonego jej ludu”. W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest w stroju królewskim. Jej atrybutem są buciki.
Zofia Teresa Augustyna Maria de Soubiran La Louvière urodziła się 16 maja 1834 r. w Castelnaudary, w pobliżu Carcassonne, w rodzinie, z której pochodził papież Urban V. Wcześnie otrzymała dar modlitwy. Wcześnie też zamieszkała u sióstr, którymi kierował jej wuj, Ludwik de Soubiran. To on zapoznał ją z zasadami życia wewnętrznego i podsunął jej myśl, aby inspiracji do życia wspólnotowego i działalności charytatywnej poszukała u beginek. Zofia wyprawiła się więc do Gandawy, potem zaś w Castelnaudary założyła beginaż, którego głównym celem stała się opieka nad ubogimi dziećmi. Z tej wspólnoty wyłoniło się z czasem nowe zgromadzenie zakonne pod wezwaniem Maryi Wspomożycielki. Aprobatę otrzymało ono w roku 1869. Opiekę nad dziećmi siostry miały łączyć z nieustanną adoracją Najświętszego Sakramentu, wokół której miało koncentrować się ich całe życie wewnętrzne. Główny dom zgromadzenia otwarto w Tuluzie. W 1886 r. nastąpił kryzys rozwoju zgromadzenia. Pewna ambitna intrygantka oskarżyła założycielkę o to, że wyrządza zgromadzeniu szkody. Maria musiała ustąpić. Przez siedem miesięcy przebywała w szpitalu, potem przyjęły ją w Paryżu siostry ze zgromadzenia eudystek. Jednak również tam nie wszyscy obdarzali ją zaufaniem. Zmarła poza zgromadzeniem 7 czerwca 1889 r. W rok później w założonym przez nią zgromadzeniu nastąpiła radykalna zmiana. Dokonano rehabilitacji Marii; potwierdziła ją beatyfikacja, której w 1946 r. dokonał papież Pius XII.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
7 czerwca
bł. Michał Tomaszek(1960 – 1991)
bł. Zbigniew Strzałkowski(1958 – 1991)
Tragiczna śmierć polskich franciszkanów w Peru…
bł. o. Michał Tomaszek ur. w Łękawicy k. Żywca uczył się w Legnicy (do matury) w latach 1975 – 1979. Miał dwie siostry i brata bliźniaka. Ojciec zmarł, gdy Michał miał 9 lat. Pierwsze śluby zakonne złożył w 1981 r. Po 6 latach studiów filozoficzno-teologicznych w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie Po dwóch latach duszpasterskiej w Pieńsku spełnił swe marzenia o pracy misyjnej.
bł. o. Zbigniew Adam Strzałkowski, ur. w 1958 r. w Tarnowie. Po ukończeniu Technikum Mechanicznego pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Jednak był w nim wciąż głos powołania kapłańskiego i zakonnego. Wstąpił do nowicjatu franciszkańskiego. W 1996 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaraz też został skierowany do pracy wychowawczej w Niższym Seminarium w Legnicy (1986 – 1988 r.). Był to jednak tylko etap nabierania doświadczenia, by mógł pracować jako misjonarz w Peru.Męczeńska śmierć
Pariacoto. Rok 1991. Południowoamerykańska wioska w Andach – bez elektryczności, bieżącej wody, telefonu, radia, telewizji. Życie proste i biedne, o mieszkańcach świat nigdy by się zapewne nie dowiedział, gdyby nie pewne tragiczne wydarzenia. W piątek, 9 sierpnia, we wsi pojawia się trzech młodych, nieznanych mężczyzn. Tu wszyscy się znają, każda nowa twarz utkwi w pamięci. Są z Sendero Luminoso (Świetlistego Szlaku), peruwiańskiej organizacji terrorystycznej.
Ojcowie Zbigniew i Miguel (Michał) celebrują Mszę św., potem ma się odbyć spotkanie z młodzieżą. Po końcowym błogosławieństwie okazuje się jednak, że za drzwiami czekają uzbrojeni terroryści. Wiążą ojcom ręce. Żądają kluczyków od zakonnego samochodu: “prezentu imperializmu, Jankesów” – jak twierdzą. Zbigniewa przewożą przed budynek wójtostwa. Towarzyszy mu siostra Bertha, która z własnej woli zajęła miejsce obok padre. W drugim samochodzie siedzi Miguel.
W kościele El Senor de Mayo trzej franciszkanie z Krakowa służą od prawie trzech lat: ciężką pracą, modlitwą i wsparciem. Dlaczego właśnie tam? Ze względu na ubóstwo mieszkańców, zaproszenie miejscowego biskupa, obecność sióstr Więźniarek Najświętszego Serca Jezusowego oraz względny spokój w regionie. Poza tym to piękne miejsce: góry, pokryte suchą trawą granie, które zielenieją, gdy spadną deszcze. W 1987 r., po 450 latach nieobecności franciszkanów na tej obcej ziemi, zapada decyzja krakowskiej prowincji franciszkanów: misja powstanie w Peru, w Pariacoto, małej wiosce w prowincji Huaraz.
Ojcowie Jarosław Wysoczański, Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski nie znają okolicy, tamtejszych zwyczajów, języka. Zbierają informacje, książki, wycinki z gazet na temat Peru i Kościoła Ameryki Południowej. W listopadzie 1988 r. wyjeżdżają z Polski, ale dopiero na początku stycznia docierają do Pariacoto. W wiosce jest już mała kaplica – prowizoryczny i pusty kościół, w który trzeba tchnąć życie. Za świątynią niedokończony dom parafialny i skromny ogródek. Tu ojcowie mają założyć klasztor. W pięciu parafiach opiekują się wspólnotą chrześcijańską, głoszą katechezy.
Wieść o tym, że przybyli długo oczekiwani los padres rozchodzi się błyskawicznie. Młodzi przychodzą i pomagają przy remoncie świątyni i parafialnego domu. Franciszkanie nie pozostają im dłużni. Zbigniew troszczy się o zdrowie parafian – w okolicy wybuchła wtedy epidemia cholery. Michał pracuje z dziećmi i młodzieżą.
Praca misjonarzy wiele zmieniła w życiu mieszkańców. Zakonnicy założyli szkołę, rozpoczęli opiekę medyczną. Wraz z duchownymi dotarły też światło, radio, telefon.
Ciała misjonarzy znaleziono kilka kilometrów od wioski, twarzą do ziemi. Roztrzaskane głowy, przestrzelone czaszki. Na plecach o. Zbigniewa kartka papieru z napisanymi jego krwią słowami: “Tak giną pachołki imperializmu”. Wraz z kapłanami zginął wójt gminy. Siostra Bertha, zanim została wyrzucona z samochodu, była świadkiem sądu nad kapłanami. Oto treść oskarżenia:
1. Za podjudzanie przeciwko rewolucji modlitwą różańcową, kultem świętych, Mszą św. i Biblią. 2. Za okłamywanie ludu Ewangelią i Biblią, bo wszystko to są kłamstwa. Religia jest opium dla ludu. 3. Za głoszenie pokoju. Kto to czyni, musi umrzeć. 4. Za imperializm, na którego czele stoi papież Polak.
Zanim doszło do egzekucji, grożono im śmiercią. Wielu opuściło wieś, ale polscy franciszkanie zostali – w pełni świadomi konsekwencji tej decyzji. Obecnie w Pariacoto przebywa trzech misjonarzy. Przed grobami męczenników inni kapłani znajdują siłę i wsparcie w wierze. W pariacotiańskiej księdze pamiątkowej świadectwa:
“Wdzięczni Bogu za dar powołania kapłańskiego, zjednoczeni w braterskim powołaniu ze Zbigniewem i Michałem jesteśmy tu po to, by przy grobach uczyć się pokory i przechodzić rekolekcje kapłańskie”. “Obecność po dziesięciu latach od ich śmierci w tym miejscu daje mi siłę duchową i wiarę w zwycięstwo Dobra nad złem. Czuję ciągle wielką łączność ze Zbyszkiem i Michałem w tajemnicy «świętych obcowania»”.
Arcybiskup Józef Życiński: “Prosiłem Boga w Eucharystii przy grobach męczenników, aby ich krew stała się zasiewem nowych powołań misyjnych w naszej Ojczyźnie. Oby odwaga i poświęcenie Zbyszka i Michała inspirowały nowe pokolenia polskich kapłanów do dania czytelnego poświęcenia Bogu. (…) Życzę, by wstawiennictwo naszych męczenników przekształcało miejscowy pejzaż w dziedzinę doświadczania wiary żywej i głębokiej”.
W sierpniu 1991 roku rząd Peru przyznał pośmiertnie ojcom Zbigniewowi i Michałowi najwyższe odznaczenie państwowe: Wielki Order Oficerski “El Sol del Perú” (Słońce Peru).
“Zbigniew leczy chorych. Przychodzą, modlą się przy jego grobie i wracają z pokojem. Są takie uzdrowienia – tak przynajmniej opowiadają. To samo z Miguelem: dzieci modlą się przed grobem, kładą kwiaty i mówią, że o. Miguel jest z nami. Czasem modlą się: «Boże, daj nam innego padre Miguel, takiego samiutkiego jak padre Miguel przedtem»” – mówił podczas uroczystości z okazji rocznicy śmierci polskich kapłanów o. Jarosław Wysoczański, trzeci z misjonarzy, który w chwili morderstwa był w Polsce.
Po obu stronach kościoła dwa proste groby. Mieszkańcy parafii mówią o nich: “nasi święci”. Ktoś zwraca uwagę, że ostatnie momenty życia Zbigniewa i Michała przypominają ostatnią drogę Chrystusa: ostatnia Eucharystia, pojmanie, postawienie przed sądem, wyrok, jego wykonanie poza wsią i wypisana wina.
Jest i inna strona tej historii – wyrzuty sumienia. Pytanie: dlaczego na to pozwoliliśmy, dlaczego dopuściliśmy, by zabito naszych pasterzy? – niektórych przybliża do wiary, innych oddala od Kościoła. Są tacy, którzy odchodzą do innych wspólnot, nie mogąc patrzeć na grobowce podczas każdej wizyty w świątyni. Nikt ich nie oskarża, ale oni sami czują się winni. Przeprowadzeniu trumien z Casmy do Pariacoto towarzyszył śpiew: “Perdona tu pueblo el Senor” – wybacz Panie swemu ludowi.
W Pariacoto jest już elektryczność, bieżąca woda, radio, czasem telewizja. Można żyć, choć nadal w przerażającej biedzie. Dla miejscowej ludności najważniejsza jest świadomość, że dla kogoś byli aż tak ważni, iż oddał życie za nich. To najlepsze świadectwo Dobrej Nowiny w tym miejscu – zapomnianej przez świat peruwiańskiej wiosce.
Sprawców morderstwa nigdy nie ujęto, nigdy nie wszczęto śledztwa, nigdy nie szukano winnych.
5 grudnia 2015 w Chimbote w Peru odbyła się uroczysta beatyfikacja o. Michała Tomaszka, o. Zbigniewa Strzałkowskiego i ks. Alessandro Dordiego.
Wspomnienie liturgiczne jego i bł. o. Zbigniewa Strzałkowskiego jest 7 czerwca (tego dnia bł. Michał Tomaszek otrzymał święcenia diakonatu zaś bł. Zbigniew Strzałkowski święcenia prezbiteriatu).
Maria Karłowska urodziła się 4 września 1865 r. we Słupówce w Wielkopolsce jako jedenaste dziecko rodziny ziemiańskiej. Wychowywała się w atmosferze głębokiej pobożności, karności i szczerego patriotyzmu. Dzieciństwo i młodość spędziła w Poznaniu, gdzie w roku 1882, mając 17 lat, na ręce swego spowiednika złożyła ślub dozgonnej czystości. Po śmierci obojga rodziców w 1882 r. Maria odbyła kurs kroju i szycia w Berlinie i podjęła pracę w prowadzonej przez swą siostrę pracowni haftu i szycia jako instruktorka zatrudnionych tam dziewcząt. Oddawała się też z zapałem działalności dobroczynnej wśród chorych, ubogich i potrzebujących, wśród wielodzietnych rodzin i rozbitych małżeństw w najnędzniejszych dzielnicach miasta.Od 1892 r. poświęciła się opiece nad dziewczętami słabymi i zagubionymi moralnie. Miejscem ewangelizacji były dla niej bramy kamienic, cmentarz, ulica, dom publiczny, więzienie, oddział w szpitalu miejskim przeznaczony dla kobiet z chorobami wenerycznymi. Dzięki Bożej pomocy udało się jej otworzyć 9 ośrodków wychowawczych, wyposażonych w różnorodne warsztaty pracy, gdzie wychowanki miały możliwość rehabilitacji społecznej i religijnej. W roku 1894 Maria Karłowska założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej, którego zawołanie brzmi: “Szukać i zbawiać to, co zginęło”. Zmarła w opinii świętości 24 marca 1935 r. w Pniewitem na Pomorzu. Proces diecezjalny zmierzający do jej beatyfikacji rozpoczęto w Pelplinie w dniu 17 marca 1965 roku. 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w Zakopanem ogłosił ją błogosławioną. Mówił wtedy:Maria Karłowska prowadziła prawdziwie samarytańską działalność pośród kobiet, które doznały wszelakiej nędzy materialnej i moralnej. Jej święta gorliwość szybko pociągnęła za sobą grono uczennic Chrystusa, z którymi założyła Zgromadzenie Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Sobie i swym siostrom taki wyznaczała cel: “Mamy oznajmiać Serce Jezusa, to jest tak z Niego żyć i w Nim, i dla Niego, abyśmy się stawały do Niego podobne i aby w życiu naszym On był widoczniejszy, aniżeli my same”. Jej oddanie Najświętszemu Sercu Zbawiciela zaowocowało wielką miłością do ludzi. Odczuwała ciągle nienasycony głód miłości. Taka miłość, według błogosławionej Marii, nigdy nie powie dosyć, nigdy nie zatrzyma się na drodze. Unoszona jest bowiem prądem miłości Boskiego Parakleta. Przez tę miłość wielu duszom przywróciła światło Chrystusa i pomogła odzyskać utraconą godność.
Bonifacy urodził się około 673 r. w Dewonshire, w Anglii (Wessex). Na chrzcie otrzymał imię Winfryd. Jako młodzieniec, czując wezwanie do służby Bożej, został benedyktynem w opactwie Exeter, następnie w opactwie w Nursling. Przyjął imię Bonifacy. Święcenia kapłańskie otrzymał około 30. roku życia. Zaraz po święceniach opat wyznaczył mu funkcję kierownika szkoły w Nursling. Po pewnym czasie udał się na misje do Fryzji, dzisiejszych północnych Niemiec i Holandii. Szybko musiał jednak powrócić do swojego klasztoru. Wybuchła bowiem wojna między księciem Fryzów a Frankami. Po śmierci opata Winbrecha mnisi wybrali Bonifacego. Nie pozostał jednak długo na tym zaszczytnym stanowisku, gdyż w roku 718 wybrał się ponownie do Niemiec. Dla pozyskania poparcia misji udał się najpierw do Rzymu. Papież św. Grzegorz II dał mu listy polecające do króla Franków i do niektórych biskupów. 14 maja 719 roku Bonifacy opuścił Rzym i udał się do Niemiec. W drodze zatrzymał się w Pawii, gdzie odwiedził króla Longobardów. Stąd ruszył przez Bawarię, Turyngię i Hesję do Fryzji. Spotkał się ze św. Willibrordem. Pod kierunkiem tego doświadczonego misjonarza pracował około 3 lat. Trud misyjny Bonifacego wydawał niezwykłe owoce. W krótkim czasie miał ochrzcić kilka tysięcy germańskich pogan. Bonifacy udał się potem ponownie do Hesji, gdzie w roku 722 założył klasztor benedyktyński w Amoneburgu. W celu omówienia z papieżem organizacji stałej administracji kościelnej na terenie Niemiec, Bonifacy udał się ponownie do Rzymu. Wyjaśnił papieżowi stan misji i jej potrzeby. Grzegorz II udzielił Bonifacemu święceń biskupich i dał mu pełnomocnictwa, konieczne dla sprawniejszej akcji misyjnej. Wręczył mu również ponownie list polecający do króla Franków, Karola Martela. Ponieważ zapotrzebowanie na misjonarzy rosło, Bonifacy zwrócił się z apelem do klasztorów w Anglii o pomoc. Benedyktyni przysłali mu licznych i gorliwych misjonarzy. W roku 723 Bonifacy przybył na dwór Karola Martela. Ten dał biskupowi listy polecające do wszystkich urzędników frankońskich, by mu służyli wszelką dostępną pomocą. Korzystając z uprawnień metropolity misyjnego, Bonifacy mianował biskupów w Moguncji i w Würzburgu. Założył wiele placówek stałych, zależnych od tych biskupów, a także szereg klasztorów benedyktynów i benedyktynek. Uradowany tak pomyślnymi wynikami papież św. Grzegorz III wezwał Bonifacego do Rzymu i nałożył mu uroczyście paliusz metropolity-arcybiskupa z władzą mianowania i konsekrowania biskupów na terytorium Niemiec na wschód od Renu. Ponadto mianował go swoim legatem na Frankonię i Niemcy. Na mocy tak rozległej władzy Bonifacy zwołał do Bawarii synod, aby do administracji kościelnej wprowadzić ład, gdyż dotychczasowa akcja miała charakter okazjonalny i chaotyczny. Dzięki poparciu księcia Odilona zdołał przywrócić karność kościelną. Ustanowił biskupstwa w Passawie, Freising, Ratyzbonie (Regensburgu) i w Eichstätt. W Salzburgu mianował biskupem mnicha benedyktyńskiego, Jana. Posuwając się w głąb Niemiec, założył nadto biskupstwo w Fuldzie, które uznał za centrum i ośrodek swojej działalności misyjnej. W tym samym czasie we Francji nie zwoływano żadnych synodów. Wiele stolic biskupich było nieobsadzonych. Wśród duchowieństwa i wiernych upadek karności kościelnej był jaskrawo widoczny. Raport o tej sytuacji Bonifacy przesłał do Rzymu, do nowego papieża, św. Zachariasza. Otrzymał od niego polecenie, by jako legat papieski zabrał się do koniecznej reformy. Przeprowadził ją na synodzie generalnym w roku 743. Uchwały tam podjęte potwierdziły synody miejscowe. Nadto biskupi Galii wysłali do papieża list hołdowniczy i wspólne wyznanie wiary. Radując się z tak obiecującej reformy w Galii, Bonifacy chciał zaproponować podobną reformę w Anglii. W tej sprawie napisał do prymasa Anglii, Kutberta, który podobne reformy także przeprowadził. W roku 745 dzięki interwencji Bonifacego papież podniósł biskupstwo w Kolonii do godności metropolii. Podobnie uczynił z biskupstwem w Salzburgu i Moguncji (747). Mając 80 lat, po raz trzeci udał się na misje do Fryzji. Kiedy jednak dotarł do miasta Dokkum, został napadnięty przez pogan i wraz z 52 Towarzyszami 5 czerwca 754 roku zamordowany. Jego ciało przewieziono do Utrechtu, by je pochować w miejscowej katedrze. Jednak uczeń Bonifacego, św. Luli, zabrał je do Fuldy. Tam bowiem Bonifacy chciał być pogrzebany – i tam spoczywa do dziś. Co roku przy grobie św. Bonifacego zbiera się episkopat niemiecki na swoje narady. Ku czci św. Bonifacego wystawiono w Niemczech wiele kościołów. Jest on także bardzo czczony w Anglii. Już w roku 756 na synodzie plenarnym episkopat angielski ogłosił św. Bonifacego swoim patronem obok św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, i św. Augustyna z Canterbury, pierwszego prymasa Anglii. Św. Bonifacy jest patronem Niemiec, diecezji w Fuldzie, Erfurcie, Moguncji oraz diecezji łomżyńskiej i archidiecezji warmińskiej, a także kasjerów, krawców, księgarzy i piwowarów.W ikonografii św. Bonifacy jest przedstawiany w biskupim stroju – w ornacie, paliuszu, mitrze lub jako benedyktyński mnich. Jego atrybutami są: kruk, lis, krzyż z podwójnym ramieniem – symbolizujący legata papieskiego, księga Ewangelii przebita mieczem (taką bowiem znaleziono przy nim po męczeńskiej śmierci).
Franciszek urodził się 13 października 1563 r. w Villa Santa Maria (królestwo Neapolu). Pochodził ze znakomitej rodziny. Na chrzcie otrzymał imię Askaniusz. Kiedy miał 22 lata, zachorował śmiertelnie. Złożył wtedy ślub oddania się Panu Bogu na służbę i wyzdrowiał. Studiował teologię na uniwersytecie w Neapolu, przeplatając studia modlitwą, uczynkami pokutnymi i charytatywnymi. W 1587 r. przyjął święcenia kapłańskie. Zaraz też włączył się do bractwa kapłanów neapolitańskich, których celem było towarzyszyć skazanym na śmierć, opiekować się więźniami i galernikami. Kaplica stowarzyszenia była w pobliżu szpitala dla nieuleczalnie chorych. Dzieląc pomiędzy te instytucje swoje zajęcia, młody kapłan z wolna pozyskał dla swojej apostolskiej pracy podobnie gorliwych kapłanów. Na początku zgłosiło swój akces dwóch. Wszyscy trzej przyjaciele udali się do pustelni w Camaldoli, by na modlitwie prosić o światło Ducha Świętego i opracować regułę. Postanowiono do ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa dołączyć ślub czwarty – nie przyjmowania żadnych godności kościelnych. Papież Sykstus V zatwierdził regułę – a więc i nowy zakon – w roku 1588. W ten sposób Askaniusz razem z genueńczykiem Janem Adorno założył nowy zakon Kanoników Regularnych Mniejszych, opiekujący się biednymi, chorymi i więźniami. Mając 26 lat, 9 kwietnia 1589 r., złożył śluby i w miejsce dotychczasowego: Askaniusz, przyjął nowe imię zakonne – Franciszek. W 1591 r. został generałem zakonu. W roku 1591 otrzymał zaproszenie do objęcia opieki nad kościołem Matki Bożej Większej w Neapolu. W roku 1594 powstał pierwszy dom zakonu w Hiszpanii, w roku 1598 w Rzymie, przy kościele Św. Agnieszki na Placu Navona. W roku 1601 Franciszek założył dom zakonny w Valladolid i trzeci z kolei w Hiszpanii, w Alcala. W roku 1606 powstał w Rzymie drugi dom nowego zakonu. Na własną prośbę Franciszek został zwolniony z obowiązków przełożonego generalnego. Piastował urzędy niższe: mistrza nowicjatu i przełożonego domu w Neapolu, potem wikariusza generalnego zakonu. Odznaczał się gorliwością, umartwieniem oraz nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu. Popierał ze wszystkich sił – a także sam wprowadzał, gdzie tylko mógł – uroczyste wystawienia Najświętszego Sakramentu, adoracje i procesje. Zmarł 4 czerwca 1608 r. w Anconie, pielgrzymując do sanktuarium Matki Bożej w Loreto. Pochowano go w kościele Matki Bożej Większej w Neapolu. W czasie pogrzebu wydarzył się wypadek nagłego uzdrowienia pewnego człowieka ze śmiertelnej choroby. Po przepisanym przez prawo kościelne procesie kanonicznym do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka papież Klemens XIV w roku 1770. Do katalogu świętych wpisał go uroczyście papież Pius VII w roku 1807. W roku 1840 św. Franciszek Caracciolo został ogłoszony drugim – obok św. Januarego – patronem Neapolu. W roku 1844 ciało Świętego przeniesiono do kościoła Santa Maria di Monteverginella w Neapolu.
Do VIII wieku Afryka Północna wydała wielu świętych. Afryka Czarna – Środkowa i Południowa – zetknęła się z Kościołem dopiero wiele wieków później. Do Ugandy chrześcijaństwo dotarło w latach dziewięćdziesiątych XIX w. W 1879 r. przybyli tam Ojcowie Biali, którzy spotkali się z przychylnością mieszkańców. Jednak w kilka lat później razem z misjonarzami anglikańskimi zostali zmuszeni przez króla Mtera do opuszczenia kraju. Kiedy po jego śmierci na tron wstąpił Mwanga, rozpoczęło się krwawe prześladowanie chrześcijan. Pierwsze prześladowanie dotknęło misję anglikańską. W Natebe nieopodal stolicy kraju, Kampali, wbito na pale i żywcem spalono trzech uczniów szkockiego misjonarza Mackaya, który uczył Murzynów czytać, pisać i wierzyć. Z rozkazu króla zginął następnie pierwszy biskup anglikański, Hannigton. Wkrótce ofiarą nienawiści padli także neofici katoliccy – wśród nich dworzanie króla. Przez wiele dni na uwięzionych wywierano wszelkiego rodzaju naciski. Wśród męczenników było dwóch chłopców, liczących zaledwie 12 lat. Dnia 3 czerwca 1886 roku w Namugongo zapłonął stos. Zawiniętych w trzcinowe maty misjonarzy kolejno wrzucano w płomienie. Było to w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Męczenników było bardzo wielu. 6 czerwca 1920 roku beatyfikował ich Benedykt XV. Karol Lwanga został wyróżniony dlatego, że nie tylko z uśmiechem poniósł śmierć, ale zachęcał innych do wytrwania. Wraz z nim zginęło jednego dnia na tym samym miejscu 13 męczenników. Dlatego 3 czerwca papież wyznaczył na ich doroczne wspomnienie. 18 października 1964 roku (w niedzielę misyjną) Paweł VI wyniósł wspomnianych męczenników do chwały świętych.
Karol Lwanga był wodzem plemienia Nagweya i przełożonym królewskich paziów. W momencie śmierci miał 25 lat. Jego ciało palono wolno na ogniu, zaczynając od stóp. Zgodnie z decyzją Piusa XI z 1934 r. Karol Lwanga jest patronem młodzieży i Akcji Katolickiej w Afryce. Balikudembe, Józef Mukasa, był pierwszym ministrem króla. Dla Chrystusa zdołał pozyskać 150 pogan. Banabakintu był naczelnikiem kilku wiosek murzyńskich. Zginął, kiedy miał lat 35. Andrzej Kaggwa, lat 30, był kapelmistrzem królewskim. Został ścięty, potem porąbany w kawałki. Szczególne męki zastosowano wobec Macieja Kalemby, który był sędzią i namiestnikiem okręgu; zginął mając lat 50. Obcięto mu ręce i nogi, wycinano mu żywcem kawały ciała, palono go, a potem wrzucono w sitowie w nadziei, że się po tylu mękach załamie. Tam od ran skonał. Pozyskał dla Chrystusa ok. 200 współziomków. Mwaggali Noe był garncarzem i garbarzem. 31 maja 1886 roku powieszono go, przebito włócznią, a jego wnętrzności dano na pożarcie wygłodniałym psom.Krew męczeńska wylana w Ugandzie nie poszła na marne, ale użyźniła czarną glebę afrykańską. Zaraz po ustaniu prześladowania w roku 1890 w Ugandzie było już 2197 katolików i ok. 10 000 katechumenów, którzy przygotowywali się do przyjęcia chrztu. W roku 1906 ich liczba wzrosła do ok. 100 000 katolików i ok. 150 000 katechumenów.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
2 czerwca
Najświętsza Maryja Panna Krzeszowska Matka Łaski Bożej
W Krzeszowie na Dolnym Śląsku znajduje się kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zwany był Domus aurea (Złotym domem) ze względu na niesłychany przepych wnętrza. W jego powstawaniu uczestniczyli najwybitniejsi przedstawiciele sztuki śląskiej. Kościół zbudowano w latach 1728-1735. Jego wnętrze zdobi dekoracja malarska autorstwa Jerzego Wilhelma Neunhertza. Tworzy ona wielki cykl malowideł sklepiennych; ich tematyka została zaczerpnięta z biblijnych zapowiedzi proroka Izajasza, odnoszących się do Chrystusa. Wiele wątków na malowidłach odwołuje się także do wydarzeń z dziejów zakonu bernardynów, pierwszych opiekunów sanktuarium krzeszowskiego (1242-1292). Po nich opiekę nad opactwem krzeszowskim objęli cystersi. W głównym ołtarzu kościoła znajduje się obraz Piotra Brandla, przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Szczególnym kultem otoczony jest także znajdujący się w ołtarzu wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Zaginął on podczas wojen husyckich w wieku XV, a odnaleziony został 18 grudnia 1622 r. To wówczas z wielką siłą odrodził się jego kult. Na pamiątkę tego wydarzenia każdego roku 18 grudnia obchodzone jest Święto Światła.
Obraz Matki Bożej Łaskawej, czczonej także jako Królowa Sudetów, znajduje się w Krzeszowie od XIII w. Ikona ta należy prawdopodobnie do najstarszych obrazów maryjnych w Europie. Według jednego z przekazów, pochodzi z Bizancjum. Mieli ją przywieźć rycerze uczestniczący w wyprawach krzyżowych. Najpierw trafiła do Rimini we Włoszech, następnie do Bawarii, w rodzinne strony św. Jadwigi. Przyszła żona Henryka Brodatego przywiozła ją na Dolny Śląsk w wianie ślubnym. Wizerunek Maryi namalowany jest farbami temperowymi na modrzewiowej desce o rozmiarach 60 x 37 centymetrów. Zamyślona Maryja, w purpurowym maforionie i zielonej sukni, lewą dłoń wspiera na piersi, a na prawej trzyma Jezusa okrytego zieloną szatką, spod której widać Jego bose stopy. Jezus podnosi prawą rączkę do góry w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma zwinięty w rulon pergamin. Swą twarz kieruje w stronę Matki. Tło ikony jest złote. Ikonę otaczają piękne barokowe ramy wraz z napisem: Gratia Sanctae Mariae (Łaska Świętej Maryi). Ani twórca, ani dokładna data powstania obrazu nie są znane. Pomiędzy 25 marca 1996 r. a 10 września 1997 r. na terenie diecezji legnickiej miała miejsce peregrynacja kopii wizerunku Madonny Krzeszowskiej. Obraz nawiedził wówczas ponad 500 kościołów i kaplic zakonnych. 2 czerwca 1997 r. papież św. Jan Paweł II dokonał koronacji słynnego wizerunku krzeszowskiego złotymi koronami. Powiedział wtedy:Sanktuarium krzeszowskie ufundowała Anna, wdowa po Henryku Pobożnym, w rok po bitwie legnickiej. Już w wieku XIII przed obrazem Bogarodzicy gromadziły się rzesze pielgrzymów. I już wówczas nosiło ono nazwę Domus Gratiae Mariae. Rzeczywiście był to Dom Łaski hojnie rozdzielanej przez Bogurodzicę, do którego licznie przybywali pielgrzymi z różnych krajów, zwłaszcza Czesi, Niemcy, Serbołużyczanie i Polacy. Cieszymy się, że dziś także Boża Matka zgromadziła licznych pielgrzymów z tych po sąsiedzku żyjących narodów. Niech ten znak włożenia koron na głowę Maryi i Dzieciątka Jezus będzie wyrazem naszej wdzięczności za dobrodziejstwa Boże, których tak wiele otrzymywali i stale otrzymują czciciele Maryi, spieszący do krzeszowskiego Domu Łaski. Niech będzie również znakiem zaproszenia Jezusa i Maryi do królowania w naszych sercach i w życiu naszego narodu. Abyśmy wszyscy stawali się świątynią Boga i mężnymi świadkami Jego miłości do ludzi.Uroczysta intronizacja obrazu odbyła się w Krzeszowie 17 sierpnia 1997 r. Biskup legnicki ustanowił w Krzeszowie pierwsze sanktuarium na terenie diecezji, a w 1998 r. kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie został ogłoszony bazyliką mniejszą. Corocznie, 15 sierpnia, w dniu odpustu obraz jest wyjmowany z głównego ołtarza i niesiony w uroczystej procesji przez przedstawicieli kapłanów, ojców, matek, młodzieży męskiej i żeńskiej, górników i dzieci. Z kolei 2 czerwca obchodzi się uroczystość odpustową w rocznicę koronacji obrazu przez św. Jana Pawła II.Różnymi tytułami chrześcijańska pobożność wzywała w ciągu wieków Matkę Bożą. Należy do nich określenie “Matka Łaski Bożej” lub inaczej Matka Boża Łaskawa. Pierwsze sformułowanie zaczerpnięte jest z litanii loretańskiej. Bezpośrednim sprawcą łaski Bożej jest Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Maryja jednak, tak jak jest Matką Chrystusa-Zbawiciela, sprawcy wszelkiej łaski, jest tym samym Matką Łaski Bożej. Zarówno u boku pierwszego człowieka – Adama, jak i u boku Chrystusa pojawia się niewiasta: Ewa i Maryja. Jak Ewa współdziałała w grzechu pierworodnym, tak Maryja ma swój czynny udział w zbawczej działalności Syna; działalności, przez którą otrzymujemy “obfitość łaski i dar sprawiedliwości”. Ojcowie Soboru Watykańskiego II tak nas pouczają: “Maryja, córka Adama, zgadzając się na słowo Boże, stała się Matką Jezusa, i przyjmując zbawczą wolę Bożą całym sercem, nie powstrzymana żadnym grzechem, całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu Syna swego, pod Jego zwierzchnictwem i wespół z Nim z łaski Boga wszechmogącego służąc tajemnicy odkupienia. Maryja… z wolną wiarą i posłuszeństwem czynnie współpracowała w dziele zbawienia ludzkiego” (Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, nr 56). To włączenie się Maryi w dzieło zbawienia człowieka ma swoje określone następstwo. Stała się ona naszą Matką w porządku łaski: “To zaś macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wypełniła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swojego Syna, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (Lumen gentium, nr 62)
Justyn urodził się na początku II w. we Flavia Neapolis (dzisiejszy Nablus w Samarii), w pogańskiej rodzinie. Po upadku Jerozolimy w 70 r. miasto było jednym z ważniejszych centrów kultury greckiej i rzymskiej na terenie Palestyny. Od młodości pasjonował się filozofią i problemami ogólnoludzkimi. Przebadał systemy Platona, Arystotelesa, Pitagorasa, epikurejczyków i modnych wówczas stoików. Jeszcze bardziej nurtowały go problemy religijne. W ten sposób zainteresował się judaizmem i chrześcijaństwem. Czytał Pismo św. i przyglądał się życiu chrześcijan. Badał ich naukę, obserwował ich obyczaje. Około roku 130 przyjął chrzest w Efezie. Stał się gorliwym wyznawcą. Justyn to najważniejszy apologeta chrześcijaństwa w II wieku. Wykorzystując autorytet, jaki sobie zdobył prawością charakteru i posiadaną wiedzą, zgromadził koło siebie uczniów i chętnie prowadził z nimi dyskusje na tematy filozoficzne, etyczne i religijne. Sam przekonany o tym, że tylko w chrześcijaństwie jest pełna prawda, dążył do tego, by i jego uczniowie byli o tym przekonani. Jednym z jego uczniów był Tacjan, późniejszy apologeta. Chętnie też spotykał się z filozofami pogańskimi i żydowskimi, aby żarliwie z nimi dyskutować na wspomniane tematy. W roku 135 spotkał się w Efezie z pewnym rabinem żydowskim, Tryfonem, i odbył z nim wielogodzinną dyskusję. Pamiątką tej rozmowy jest dzieło św. Justyna pod tytułem Dialog z Żydem Tryfonem. W tym czasie Justyn wydał też dwie apologie. Pierwszą z nich skierował do Rzymian, drugą zaś – formalnie do senatu rzymskiego. Wykazywał w nich odważnie, jak mylne poglądy mieli poganie o chrześcijanach i obalał zarzuty, stawiane wyznawcom Chrystusa przez pogan. Była to niemała odwaga. Od 100 lat wiara w Chrystusa była na państwowym indeksie. Od czasów Nerona chrześcijanie byli uważani za głównego wroga cesarstwa; należało ich tępić wszelkimi dostępnymi środkami. Nie odwołano krwawych edyktów, wydanych przez Nerona (54-68) i Domicjana (81-96). Za czasów Justyna panował wprawdzie raczej łagodny cesarz Antoninus Pius (138-161), wszakże za panowania cesarza-filozofa, Marka Aureliusza, prześladowanie wybuchło ponownie (161-180). Ofiarą właśnie tego prześladowania padł Justyn. Justyn kilkakrotnie toczył dysputy z filozofem Krescensem, zwalczając jego błędne teorie. Z tego powodu został oskarżony przez Krescensa wraz z sześcioma uczniami Charitonem, jego żoną Charytą, Euelpistem, Hieraksem, Peonem i Walerianem o wyznawanie chrześcijaństwa. Został aresztowany. Akta sądowe, które Rzymianie bardzo skrupulatnie prowadzili, zaginęły. Według podania wyrokiem sędziego Juniusza Rustyka został Justyn – jako obywatel rzymski – skazany na śmierć przez ścięcie głowy mieczem. Wyrok wykonano ok. 165 r. w Rzymie. Nie wiadomo, gdzie znajdują się relikwie Męczennika. Te, które są w Rzymie (w bazylice św. Wawrzyńca za Murami), w Kolonii oraz w Namur wydają się niepewne. Na Soborze Watykańskim I biskupi wnieśli prośbę, aby papież wprowadził Mszę świętą i teksty brewiarzowe na dzień święta św. Justyna, które obchodzono wówczas (do roku 1969) 14 kwietnia. Papież Pius IX przychylił się do ich prośby. Leon XIII w roku 1874 rozszerzył święto na cały Kościół. Kościół grecki obchodzi jego pamiątkę 1 czerwca. Tak jest i dzisiaj w Kościele łacińskim. W swoich pismach św. Justyn podjął pierwsze próby zbliżenia nauki chrześcijańskiej i filozofii greckiej. Justyn żył zaledwie ok. 100 lat po śmierci świętych Apostołów Piotra i Pawła, dlatego też jego dzieła są fundamentalnymi źródłami dla zapoznania się z ówczesną sytuacją Kościoła, jego organizacją i wewnętrzną strukturą, z obrzędami i liturgią. Warto podkreślić, że Justyn był człowiekiem świeckim, który wykorzystał swoją wiedzę dla obrony wiary chrześcijańskiej.W ikonografii Święty przedstawiany jest w chwili, gdy wręcza swoją “Apologię” cesarzowi Hadrianowi.
“Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich” – powiedział papież Leon XIV w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański” w Watykanie.
fot. Vatican Media
***
Ojciec Święty zaznaczył, iż celebrując tajemnicę Trójcy Świętej, odkrywamy na nowo życie Boże ofiarowane nam w Jezusie Chrystusie, aby tworzyć Kościół jako wspólnotę spotkania i komunii. Papież podkreślił, iż w czytanym dziś fragmencie Ewangelii (J 3, 16-18) Pan Jezus tę tajemnicę miłości ukazuje Nikodemowi, który przyszedł do Niego nocą, szukając prawdy.
Leon XIV o Trójcy Świętej
Leon XIV wskazał, iż w tajemnicy Ojca, Syna i Ducha Świętego odnajdujemy nasz dom. Trójca Święta sprawia, że kochamy wszystko i wszystkich. Odkrywamy, że każde stworzenie zostało stworzone do komunii, relacji i spotkania. A przez przeciwieństwo rozumiemy, dlaczego podziały, polaryzacje i pogarda dla różnorodności niosą światu zniszczenie, smutek i jałowość – stwierdził papież.
Dodał, iż także my jesteśmy dziś zaproszeni, by przyjąć Ducha komunii i żyć radością Ewangelii. Kończąc Ojciec Święty zachęcił, byśmy wraz z Maryją mówili tak” względem miłości Trójcy Przenajświętszej.
Papież pozdrowił polskich mężczyzn, którzy idą w wyjątkowej pielgrzymce
Leon XIV pozdrowił mężczyzn i chłopców uczestniczących w „wielkiej” – jak powiedział – pielgrzymce do sanktuarium Matki Bożej Sprawiedliwości Społecznej w Piekarach Śląskich. W wydarzeniu wzięło udział w tym roku ok. 80 000 wiernych.
W tym wielkim wydarzeniu często uczestniczył kard. Karol Wojtyła. Arcybiskup wezwał w Piekarach mężczyzn do obrony tradycyjnego modelu małżeństwa i rodziny. „Wy, chrześcijańscy mężczyźni, jeśli chcecie się wykazać prawdziwą odwagą, to stańcie do obrony prawdy o małżeństwie i rodzinie” – mówił metropolita katowicki.
Bliskość z chorymi i cierpiącymi
Leon XIV po modlitwie Anioł Pański przypomniał, że w maju cały Kościół zgodnie wołał o pokój na świecie, szczególnie poprzez modlitwę różańcową. Stanowiła ona niejako nieprzerwany łańcuch, w którym powierzano wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny narody doświadczone przez wojnę – wskazał Leon XIV.
Ojciec Święty modlił się, by Boża Mądrość w szczególny sposób oświetlała sumienia sprawujących władzę i kierowała ich decyzje ku szczerej trosce o sprawiedliwy i trwały pokój.
Papież przekazał wyrazy bliskości osobom chorym i cierpiącym oraz wszystkim, którzy niosą im pomoc i wsparcie, z okazji obchodzonego dziś 25. Dnia Ulgi w Cierpieniu.
KAI, Vatican Media
***
Jak Trójcę Świętą można odnaleźć w całym stworzeniu
Jakub Badelek | Shutterstock
Niezależnie od tego, czy spoglądamy w gwiazdy, czy przyglądamy się mikroskopijnym organizmom, wszędzie znajdziemy ślady Trójcy Świętej.
***
Czasami możemy błędnie wyobrażać sobie Boga jako kogoś istniejącego „poza” światem – jakby mieszkał gdzieś ponad chmurami, które widzimy na niebie.
To prawda, że Bóg istnieje poza czasem i przestrzenią. Jednocześnie jest obecny w całym swoim stworzeniu. Każda rzecz stworzona – zarówno na ziemi, jak i na księżycu – nosi w sobie obecność Trójcy Świętej.
Jak przypomina The Catholic Encyclopedia: „Sługa Boży lub dusza pobożna może być świadoma Jego obecności także w inny sposób – poprzez rozum oświecony wiarą. Widzi Boga w ziemi, morzu, powietrzu i we wszystkich rzeczach”.
Ślad Trójcy
Myśl tę rozwinął także Benedykt XVI w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański w uroczystość Trójcy Świętej w 2009 roku:
Możemy to dostrzec, obserwując zarówno makrokosmos: naszą ziemię, planety, gwiazdy i galaktyki, jak i mikrokosmos: komórki, atomy oraz cząstki elementarne. Imię Trójcy Przenajświętszej jest w pewnym sensie odciśnięte we wszystkich rzeczach, ponieważ wszystko, co istnieje – aż po najmniejszą cząstkę – pozostaje w relacji. W ten sposób dostrzegamy Boga jako relację, a ostatecznie jako stwórczą Miłość.
Papież wyjaśniał dalej, że wszystko, co istnieje, zawiera w sobie cząstkę miłości Trójcy:
„Wszystko pochodzi z miłości, ku miłości zmierza i porusza się dzięki miłości, choć oczywiście z różnym stopniem świadomości i wolności. «O Panie, nasz Panie, jak przedziwne Twe imię po całej ziemi!» (Ps 8,2) – woła psalmista”.
Człowiek jako obraz Boga
Zdaniem Benedykta XVI najmocniejszym dowodem Bożej miłości jest sam człowiek:
Najmocniejszym dowodem na to, że zostaliśmy stworzeni na obraz Trójcy, jest fakt, że tylko miłość czyni nas szczęśliwymi. Żyjemy bowiem w relacji i żyjemy po to, by kochać i być kochanymi. Posługując się analogią z biologii, można powiedzieć, że człowiek nosi w swoim «genomie» głęboki ślad Trójcy – Boga, który jest Miłością.
Bóg nie jest istotą samotną, lecz samą komunią: Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Jego natura wzywa nas więc nie tylko do jedności z Nim, ale także do jedności między sobą. Bóg pragnie, aby wszyscy stanowili jedno w Nim.
Trójca Święta pozostaje jednak wielką tajemnicą, trudną do pełnego zrozumienia. Podobnie jak otaczający nas świat, wymaga całego życia, by uchwycić choć niewielką część jej głębi.
Dopiero po śmierci będziemy mogli w pełni poznać tajemnicę Trójcy.
Znamy ją doskonale od dzieciństwa. Trwa kilka sekund. Można ją odmawiać wiele razy w ciągu dnia i w każdych okolicznościach, wciąż od nowa korzystając z jej głębi i owoców.
Najstarszy zapis formuły trynitarnej, czyli wymieniającej razem wszystkie Trzy Osoby Boskie – Ojca, Syna i Ducha Świętego – znajdujemy w zakończeniu Ewangelii wg św. Mateusza (50-60 r.). Jezus wyraźnie poleca uczniom udzielać „chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19).
W tym wypadku pełni ona przede wszystkim funkcję impresywną – jest precyzyjnie wyrażonym nakazem, poleceniem.
Doksologie nowotestamentalne
Z kolei w listach apostolskich natrafiamy na dość liczne doksologie (gr. doksa = chwała), czyli formuły mające na celu wyrażenie i oddanie chwały, czci Osobom Boskim. Najczęściej są one skierowane ku Bogu Ojcu lub ku Synowi Bożemu, Jezusowi Chrystusowi:
Bogu, który jedynie jest mądry, przez Jezusa Chrystusa, niech będzie chwała na wieki wieków. Amen (Rz 16,27).
Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i od Pana Jezusa Chrystusa (…) Jemu to chwała na wieki wieków! Amen (Ga 1,3-5).
Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen (Ef 3,20-21).
Bogu zaś i Ojcu naszemu chwała na wieki wieków! Amen (Flp 4,20).
A Królowi wieków nieśmiertelnemu, niewidzialnemu, Bogu samemu – cześć i chwała na wieki wieków! Amen (1 Tm 1,17).
Wyrwie mię Pan od wszelkiego złego czynu i wybawi mię, przyjmując do swego królestwa niebieskiego. Jemu chwała na wieki wieków! Amen (2 Tm 4,18).
[Bóg] niech was uzdolni do wszelkiego dobra, byście czynili Jego wolę, sprawując w was, co miłe jest w oczach Jego, przez Jezusa Chrystusa, któremu chwała na wieki wieków! Amen (Hbr 13,21).
… aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (1 P 4,11).
Wzrastajcie zaś w łasce i poznaniu Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa! Jemu chwała zarówno teraz, jak i do dnia wieczności! Amen (2 P 3,18).
Jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen (Jud 25).
Tak samo w Apokalipsie:
… i uczynił nas [Jezus] królestwem – kapłanami Bogu i Ojcu swojemu, Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (Ap 1,6).
Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków! (Ap 5,13)
Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen (Ap 7,12).
Alleluja! Zbawienie i chwała, i moc u Boga naszego… (Ap 19,1)
Chwała Ojcu przez Syna
Jak nietrudno spostrzec, w żadnej z nowotestamentowych doksologii nie jest wprost wymieniony Duch Święty. Zanim jednak zajmiemy się tym „brakiem” i spróbujemy go wyjaśnić, najpierw zwróćmy uwagę na co innego: Najczęściej doksologie dotyczą Boga Ojca; kilkukrotnie Ojca i Syna; rzadziej samego Syna. Natomiast w części formuł pojawia się konstrukcja mówiąca o chwale oddawanej Ojcu p r z e z Jezusa – w znaczeniu: przez Jego pośrednictwo. Tak ujmuje to św. Paweł:
… przez Niego wypowiada się nasze „Amen” Bogu na chwałę. (2 Kor 1,20)
To ważny trop w naszych rozważaniach. Formuły doksologiczne, które napotykamy w pismach Nowego Testamentu, nie są nigdy prywatnym aktem kultu zapisującego je autora. Są wezwaniem, w które (przynajmniej intencjonalnie) włączona jest społeczność adresatów, czyli Kościół. Ten z kolei nie oddaje Bogu czci sam z siebie, ale przez Jezusa, jako Pośrednika, swoją Głowę i „pierworodnego między wielu braćmi” (por. Rz 8,29). To zaś jest możliwe dzięki Duchowi Świętemu:
Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: „Abba, Ojcze!” (Ga 4, 6).
Spiritus movens
Możemy zatem dość śmiało postawić tezę, że brak wzmianek o Duchu Świętym w nowotestamentalnych doksologiach wynika nie tyle z braku zainteresowania Trzecią Osobą Trójcy, ile z przekonania, że jest ona bezpośrednio „zaangażowana” w sam akt doksologii, który faktycznie dokonuje się dzięki niej. Jakby nie patrzeć, już na samym początku Dziejów Apostolskich Duch Święty objawia się jako spiritus movens Kościoła.
Chwała… – mała doksologia
Trynitarna doksologia, wymieniająca wszystkie Trzy Osoby Boskie ukształtowała się niedługo po okresie apostolskim. Już pisarze wczesnochrześcijańscy, jak Hipolit Rzymski (+235), Tertulian (+240), czy Orygenes (+254) wspominają niejednokrotnie o znaku krzyża czynionym z przywołaniem Trójcy Świętej, jako o stałej i powszechnie znanej wśród chrześcijan praktyce.
Najprawdopodobniej równolegle z tą praktyką powstawały pierwsze trynitarne formuły doksologiczne. Najczęściej oddawały one cześć Ojcu przez [gr. dia] Syna z [gr. meta] Duchem Świętym. Już na początku IV wieku zaczęto stosować w nich spójnik „i” [gr. kai], aby w ten sposób odróżnić się od arian, uważających Syna za niższego od Ojca i podporządkowanego Mu. W ten sposób powstała znana nam dziś wersja:
Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu… zwana zwyczajowo „małą doksologią”.
W Credo nicejsko-konstantynopolitańskim (381 r.) mowa jest o Duchu Świętym, „który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę”. Z czasem ukształtowało się także znane nam dzisiaj zakończenie formuły: …jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
W tej części Chwała… występują dziś różnice pomiędzy różnymi chrześcijańskimi tradycjami. W wersji używanej przez Kościół prawosławny nie występuje fraza „jak była na początku”. Tekst syryjski natomiast ogranicza się do samego „na wieki wieków. Amen”.
Chwała… w modlitwie Kościoła
W Kościele łacińskim doksologia w znanej nam formie już w starożytności chrześcijańskiej używana była jako zakończenie psalmów, pieśni i hymnów. Do dziś w Liturgii godzin, czyli tzw. brewiarzu, kończy się nią każdy psalm i pieśń (z jednym tylko wyjątkiem Kantyku Trzech Młodzieńców, który posiada własną trynitarną formułę doksologiczną).
Chwała Ojcu… znalazło także swoje stałe miejsce w modlitwie różańcowej. To dlatego, że początkowo stanowiła ona substytut Liturgii godzin. Chwała Ojcu… odmawiane (lub śpiewane) jest także w liturgii Wigilii Paschalnej przy poświęceniu wody chrzcielnej oraz każdorazowo przy udzielaniu sakramentu chrztu świętego – zaraz po trzykrotnym polaniu głowy przyjmującego chrzest.
To bodajże jedyne „miejsce” w liturgii, gdzie dwie formuły trynitarne występują w bezpośrednim sąsiedztwie (najpierw przy polaniu głowy w formie: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” i bezpośrednio potem jako doksologia: Chwała Ojcu…). Mała doksologia pojawia się także w różnego rodzaju nabożeństwach.
Doksologia trynitarna w Mszy świętej
W obecnym kształcie liturgii mszy świętej (mówimy już tylko o Kościele łacińskim) mała doksologia nie występuje. Niegdyś kończyła zwyczajowo odmawiane w trakcie liturgii psalmy. Dzisiejsza msza (tak samo jak dawna) zawiera natomiast tzw. wielką doksologię, która wieńczy modlitwę eucharystyczną i ze względu na swój charakter zasadniczo powinna być śpiewana przez celebransa:
Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Kilka sekund, wiele skutków
Podobnie jak znak krzyża czyniony „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, tak i mała doksologia odmawiana „prywatnie” za każdym razem osadzać ma nas w kontekście, jaki naświetliliśmy na początku tego tekstu. Bynajmniej nie jest to tylko nasz osobisty, jednostkowy akt pobożności.
Przez modlitwę tę włączamy się w nieustanne uwielbienie Ojca przez Syna, które dzięki działaniu Ducha Świętego dokonuje się w Mistycznym Ciele tegoż Syna. Krótkie Chwała Ojcu… to zatem modlitwa, która:
Zanurza nas w pełne miłości (a właściwie będące samą miłością) wewnętrzne życie Trójcy Świętej,
Jednoczy nas z Jezusem oddającym Ojcu nieustanną cześć w miłości,
Jest doświadczeniem działania w nas Ducha Świętego, dzięki któremu możemy ją wypowiedzieć,
Wyrywa nas z naszych samotności, włączając nas w działanie całego Kościoła,
Stanowi najkrótsze wyznanie wiary, będące jednocześnie aktem modlitwy (a więc „teoria” od razu staje się w niej „praktyką”),
Przypomina nam i umacnia w nas naszą chrześcijańską tożsamość.
Uroczystość Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Stacja7.pl
***
Msza święta w języku angielskim w kościele św. Piotra o godz. 19.00
Przed Mszą św. – godzinna adoracja przed Najświętszym Sakramentem
***
Święto Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele katolickim od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r.
Ustanowione przez papieża Benedykta XVI święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana jest owocem Roku Kapłańskiego, który był obchodzony w Kościele od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. To nowe święto jest zachętą dla duchownych, by wpatrywali się w Chrystusa Kapłana.
Dla wiernych świeckich ten dzień jest okazją do medytacji nad znaczeniem kapłaństwa służebnego i wspierania duchownych w trosce o prowadzenie ludzi do Chrystusa. Liturgiczna celebracja zaprasza do rozważenia tajemnicy świętości i piękna kapłaństwa Chrystusowego oraz skłania do intensywnej modlitwy o uświęcenie duchowieństwa. Obecne czasy wskazują na aktualność duchowej walki, jaka toczy się w świecie i podkreślają rolę kapłanów, jako wybranych przez Chrystusa na głosicieli Słowa, szafarzy sakramentów i przewodników Ludu Bożego. Treścią doświadczeń mistycznych wielu świętych XX i XXI wieku było Boże wezwanie do troski o świętość kapłanów i wspieranie ich w duchowej walce z mocami zła.
Papież Benedykt XVI ustanawiając to święto, pragnął, by było ono obchodzone w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Poszczególne episkopaty miały prawo zdecydować, czy przyjmą to święto w swoich krajach. Episkopat Polski na konferencji w listopadzie 2012 roku podjął decyzję o wprowadzeniu święta w Polsce. Warto pamiętać, że początki święta Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana sięgają 1952 r., gdy na prośbę biskupa José María García Lahiguera, założyciela kontemplacyjnego Zgromadzenia Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana, papież Pius XII wyraził zgodę na obchodzenie go w Hiszpanii.
Tak, jak ustanowienie sakramentu Eucharystii, które miało miejsce w Wieczerniku, jest obchodzone w specjalnej uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwanej potocznie Bożym Ciałem. Tak też pragnieniem wiernych było ustanowienie specjalnego święta umożliwiającego celebrację ustanowienia sakramentu kapłaństwa. Chrystus w Wieczerniku objawia prawdę, że jest najwyższym Kapłanem który na krzyżu złoży ofiarę ze swego życia za grzechy całego świata. Wybierając do pełnienia sakramentalnej posługi, ludzi, których wyposaża w świętą władzę, Odkupiciel chce kontynuować dzieło zbawienia przez posługę słowa i sprawowanie świętych misteriów.
W celebracji święta Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana Kościół w Polsce nawiązuje także do życiowego przesłania św. Jana Pawła II, które wyraża się w medytacji nad jego tekstami kierowanymi do kapłanów w listach na Wielki Czwartek oraz przyjęciu za swoją odmawianej przez niego litanii do Chrystusa Kapłana i Ofiary. Swoje przeżywanie kapłaństwa papież Polak przedstawił w książce „Dar i Tajemnica”.
PAN PRYZYSIĄGŁ I TEGO nie odwoła: Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka[1].
List do Hebrajczyków dokładnie określa kapłana, mówiąc, że jest on spomiędzy ludzi brany, dla ludzi jest ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy(Hbr 5, 1). Dlatego kapłan, jako pośrednik między Bogiem i ludźmi, jest ściśle związany ze składaną Ofiarą, gdyż jest ona głównym aktem kultu, w którym wyraża się uwielbienie Stwórcy przez stworzenie.
W Starym Testamencie składano Bogu ofiary jako wyraz uznania dla Jego panowania i wdzięczności za otrzymane dary. Polegały one na całkowitym lub częściowym spaleniu darów ofiarnych na ołtarzu. Stanowiły symbol i obraz prawdziwej ofiary, którą Chrystus wraz z nadejściem pełni czasu złożył na Kalwarii. Ustanowiony Najwyższym Kapłanem na zawsze, Jezus ofiarował samego Siebie jako Ofiarę miłą Bogu, o wartości nieskończonej: sam stał się Kapłanem, Ołtarzem i Barankiem ofiarnym[2]. „Trzeba, ażeby człowiek oddawał Stwórcy cześć z wdzięcznością i uwielbieniem za wszystko, co od Niego otrzymał. Człowiek nie może stracić poczucia tego długu, który tylko on jeden spośród ziemskich istot może rozpoznać i spłacać jako stworzenie uczynione na obraz i podobieństwo Boga. A zarazem, biorąc pod uwagę jego ograniczoność jako stworzenia oraz fakt, że naznaczony jest grzechem, człowiek nie byłby zdolny do tego aktu sprawiedliwości wobec Stwórcy, gdyby sam Chrystus, współistotny Ojcu Syn i prawdziwy Człowiek, nie podjął tej eucharystycznej inicjatywy”[3]. Na Kalwarii Jezus, Najwyższy Kapłan, złożył Bogu najmilszą ofiarę uwielbienia i dziękczynienia. Ofiara Chrystusa była tak doskonała, że nie do pomyślenia jest jakakolwiek wyższa ofiara[4]. Była to równocześnie ofiara przebłagania i zadośćuczynienia za nasze grzechy. Jedna kropla Krwi Chrystusa wystarczyłaby na odkupienie grzechów ludzkości wszech czasów. Prośba Chrystusa na Krzyżu za jego braci, ludzi, została wysłuchana przez Ojca z największym upodobaniem i teraz pozostaje taka sama w niebie, bo Chrystus wciąż żyje, aby się wstawiać za nimi (Hbr 7, 25). Jezus Chrystus prawdziwie jest kapłanem, ale kapłanem dla nas, nie dla siebie, ofiarując Ojcu Przedwiecznemu pragnienia i uczucia religijne w imieniu rodzaju ludzkiego. Podobnie jest On ofiarą, ale dla nas, ofiarując sam siebie zamiast człowieka obarczonego winą. Otóż owe słowa apostoła: abyście wzorem Chrystusa te same uczucia żywili wymagają od wszystkich chrześcijan, ażeby odtwarzali w sobie, jak tylko jest to możliwe, te same uczucia, które żywił Boski Odkupiciel, kiedy składał Siebie w ofierze, czyli ażeby naśladowali Jego pokorę i zanosili przed Najwyższy Majestat Boży uwielbienie, cześć, chwałę i dziękczynienie. Wymaga ponadto, ażeby w jakiś sposób podzielili los ofiary, wyrzekając się siebie według przykazań ewangelicznych, oddając się dobrowolnie i chętnie pokucie, każdy wyrzekając się swoich grzechów i wyznając je[5]. Uczyńmy dzisiaj takie postanowienie.
„CHRYSTUS JEZUS, Najwyższy i Wieczny Kapłan pragnął, aby Jego jedyne i niepodzielne kapłaństwo stało się udziałem Jego Kościoła”[6]. W odkupieńczej misji Chrystusa Kapłana uczestniczy cały Kościół „i zaleca się wszystkim członkom Ludu Bożego, ażeby przez sakramenty wtajemniczenia stali się uczestnikami kapłaństwa Chrystusowego w celu ofiarowania Bogu duchowej ofiary i dawania ludziom świadectwa o Jezusie Chrystusie”[7]. Wszyscy wierni uczestniczą w tym kapłaństwie Chrystusa, jakkolwiek w sposób zasadniczo odmienny od kapłanów. Dzięki duszy prawdziwie kapłańskiej uświęcają świat przez swoje doczesne działania, wykonywane w sposób po ludzku doskonały i we wszystkim dążą do chwały Bożej: matka troszcząca się o ognisko domowe, żołnierz dający przykład miłości do ojczyzny przez cnoty wojskowe, przedsiębiorca starający się o rozwój swojego zakładu i praktykujący sprawiedliwość społeczną i wszyscy ludzie wynagradzający za grzechy popełniane codziennie na świecie i ofiarujący podczas Mszy św. swoje życie i swoje prace.
Kapłani – biskupi i prezbiterzy – zostali wyraźnie „wydzieleni w jakiś sposób z Ludu Bożego, jednak nie w celu odłączenia ich od niego lub od jakiegokolwiek człowieka, lecz by całkowicie poświęcili się dziełu, do którego powołuje ich Pan. Nie mogliby być sługami Chrystusa, gdyby nie byli świadkami i szafarzami innego życia niż ziemskie; lecz nie potrafiliby też służyć ludziom, gdyby pozostali obcymi w stosunku do ich życia i warunków”[8]. Kapłan został wzięty z ludu i obdarzony godnością, która wprawia w zachwyt samych aniołów, lecz zostaje ludziom na nowo przywrócony, aby im służyć zwłaszcza w sprawach dotyczących Boga, co jest jego szczególną i jedyną misją w dziele zbawienia. Kapłan w wielu okolicznościach zastępuje na ziemi Chrystusa. Ma władzę odpuszczania grzechów, naucza drogi do nieba, a nade wszystko użycza swego głosu i swoich rąk Chrystusowi w doniosłym momencie Mszy św.: w Ofierze Ołtarza dokonuje konsekracji in persona Christi, w osobie Chrystusa. Żadna godność nie dorównuje godności kapłańskiej. Jedynie boskie macierzyństwo Maryi przewyższa tę Boską tajemnicę.
Kapłaństwo jest olbrzymim darem Jezusa Chrystusa dla Kościoła. „Podczas gdy kapłaństwo wspólne wiernych urzeczywistnia się przez rozwój łaski chrztu, przez życie wiarą, nadzieją i miłością, przez życie według Ducha, to kapłaństwo urzędowe służy kapłaństwu wspólnemu. Przyczynia się ono do rozwoju łaski chrztu wszystkich chrześcijan. Jest ono jednym ze środków, przez które Chrystus nieustannie buduje i prowadzi swój Kościół”[9]. Kapłan to „codzienne i bezpośrednie narzędzie zbawczej łaski, którą zdobył nam Chrystus. Jeśli rzeczywiście się to zrozumiało, jeśli przemyślało się to w aktywnej ciszy modlitwy, jak można uważać kapłaństwo za rezygnację? Jest ono zyskiem, którego nie można obliczyć. Nasza Święta Matka Maryja, najświętsza ze stworzeń – większy niż Ona tylko Bóg – raz jeden przyniosła na świat Jezusa. Kapłani przynoszą Go na naszą ziemię, do naszych ciał, do naszych dusz każdego dnia: przychodzi Chrystus, aby pożywić nas, aby ożywić nas, aby być, już teraz, zaczątkiem przyszłego życia”[10].
Dzisiaj powinniśmy podziękować Jezusowi za ten wielki dar. Dzięki, Panie, za powołania kapłańskie, które codziennie kierujesz do ludzi! Uczyńmy postanowienie, że będziemy traktować kapłanów z coraz większą miłością, szacunkiem, widząc w nich Chrystusa, który przechodzi, przynoszącego nam najcenniejszy dar, jakiego człowiek może zapragnąć – życie wieczne.
ŚWIADOM GODNOŚCI i odpowiedzialności kapłanów św. Jan Chryzostom na początku sprzeciwiał się wyświęceniu na kapłana i usprawiedliwiał się tymi słowami: „Jeżeli kapitan wielkiego okrętu, pełnego wioślarzy i naładowanego cennymi towarami, kazałby mi zasiąść przy sterze i polecił przepłynąć Morze Egejskie lub Tyrreńskie, natychmiast bym odmówił. A gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego, odpowiedziałbym od razu: ponieważ nie chcę zatopić okrętu”[11]. Ale, jak dobrze zrozumiał święty, Chrystus zawsze jest blisko kapłana, blisko okrętu. Ponadto zechciał On, żeby kapłanów ustawicznie otaczał szacunek i modlitwy wszystkich wiernych Kościoła. „Sami wierni (…) niech się odnoszą do nich, pasterzy swych i ojców, z synowską miłością. Uczestnicząc także w ich troskach, niechaj ile możności modlitwą i czynem będą pomocą dla swoich prezbiterów, by mogli lepiej przezwyciężać przeszkody i owocniej wykonywać swe zadania”[12]. Powinni się modlić, aby kapłani zawsze świecili przykładem i swoją skuteczność opierali na modlitwie, aby sprawowali Mszę św. z wielką miłością, aby z żarliwością dbali o katechezę, aby zawsze zachowywali radość, która rodzi się z oddania i która tak bardzo pomaga nawet najbardziej oddalonym od Pana.
W dniu dzisiejszym możemy się modlić za kapłanów bardziej żarliwie niż zazwyczaj, żeby zawsze byli otwarci na wszystkich i oderwani od siebie samych. Kapłan nie należy do siebie, jak nie należy do swoich krewnych i przyjaciół, ani też do określonej ojczyzny. Same jego myśli, wola, uczucia nie należą do niego, ale do Chrystusa, który jest jego życiem.
Kapłan jest narzędziem jedności. Pan pragnie, ut omnes unum sint, aby wszyscy stanowili jedno (J 17, 21). On sam zaznaczał, że wszelkie królestwo podzielone wewnętrznie pustoszeje a miasto pozbawione jedności nie ostoi się. Kapłani powinni usiłować zachować jedność. To wezwanie św. Pawła „dotyczy głównie tych, którzy otrzymali święcenia kapłańskie w tym celu, by dalej podtrzymywać posłannictwo Chrystusa”[13]. Właśnie kapłan powinien czuwać nad zgodą między braćmi, czuwać, żeby jedność w wierze była mocniejsza niż antagonizmy spowodowane przez różnice w poglądach na sprawy nieistotne i doczesne. Kapłan powinien swoim przykładem i słowem utrzymywać wśród braci świadomość, że żadna ludzka sprawa nie jest tak ważna, by mogła zniszczyć tę cudowną rzeczywistość jedności. Cor unum et anima una(Dz 4, 32), którymi żyli pierwsi chrześcijanie, a którą my również powinniśmy praktykować. To posłannictwo jedności można pełnić łatwo, jeżeli jest się otwartym na wszystkich, jeżeli jest się cenionym przez swoich braci. „Módl się za kapłanów, tych obecnych i tych, którzy przyjdą, by prawdziwie miłowali swoich braci – ludzi, coraz bardziej i bez względu na osobę, i by potrafili pozyskać ich miłość dla siebie”[14].
Jan Paweł II, zwracając się do wszystkich kapłanów świata, zachęcał ich tymi słowami: „Sprawując Eucharystię na tylu ołtarzach świata, dziękujmy Wieczystemu Kapłanowi za dar udzielony nam w sakramencie kapłaństwa. I w tym dziękczynieniu można by słyszeć słowa, które Ewangelista wkłada w usta Maryi z okazji odwiedzin u Jej krewnej Elżbiety: Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię (Łk 1, 49). Podziękujmy również Maryi za niewypowiedziany dar kapłaństwa, przez który możemy służyć w Kościele każdemu człowiekowi. Niechaj to dziękczynienie rozbudzi również naszą żarliwość (…)!
Dziękujmy za to ustawicznie, całym naszym życiem, tym wszystkim, do czego jesteśmy zdolni. Podziękujmy razem z Maryją, Matką kapłanów. Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pańskiego (Ps 116(115), 12-13)”[15].
[1]Mszał Rzymski, Msza Św. z dnia, antyfona na wejście.
[15] Św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1988, 25 III 1988, 8.
Opus Dei
***
To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.
W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Nie ma w liturgii wielkopiątkowej miejsca na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.
I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.
Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.
fot. Ikona Kiko Arguello
***
Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).
Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus – prawdziwy też Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).
Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.
Stacja7.pl
***
Jezus Chrystus – Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza – jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem
Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go słowem i wzmacniają sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.
MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW
O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.
MODLITWA O POWOŁANIA
Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.
Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza
***
czwartek 28 maja
fot. Vatican Media
***
„Miał niespotykany pokój”. Jak umierał kard. Stefan Wyszyński? Ostatnie chwile Prymasa Tysiąclecia
“To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu dopaliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego” – zanotowała w pamiętniku s. Józefa.
Siostra Józefa Kozieł była pielęgniarką szpitalną, oddelegowaną do zajmowania się chorym Prymasem. Prowadziła dokładny dziennik, w którym zapisywała swoje spostrzeżenia i obserwacje z czasu tej niezwykłej swojej posługi. Od początku mówiła, że nie miała jeszcze takiego pacjenta, nie tylko z uwagi na jego funkcję, rozpoznawalność i wielki szacunek, ale przede wszystkim z uwagi na jego podejście do chorowania. Rzadko się skarżył, cierpiał w milczeniu, nawet w największym bólu zwracał uwagę na potrzeby innych. Siostra Józefa wspomina, jak na kilka dni przed śmiercią, mocno cierpiący Prymas martwił się, że… ona chodzi boso.
Kard. Wyszyński: „Zaczyna się początek końca”
A wszystko zaczęło się ledwie dwa miesiące wcześniej. Była wiosna 1981 roku. Już od końca marca kardynał bardzo źle się czuł, niemal nie opuszczał łóżka. Badania, którym go poddano najpierw wykazywały, że to nie rak, by w końcu 13 kwietnia 1981 r. stwierdzić obecność komórek rakowych w jamie brzusznej. Wyrok brzmiał: nowotwór trzustki w zaawansowanej aktywności.
Prymas jednak od początku choroby wiedział, że jest ona śmiertelna. Dwa tygodnie przed wyrokiem lekarzy zanotował w dzienniku, że “zaczyna się początek końca”. Ciągle jednak bardziej martwił się sytuacją w kraju, niż tym, co się dzieje z nim samym. W Wielki Piątek 17 kwietnia zanotował:
“W tej strasznej nocy zdołałem opuścić siebie. Ale owładnęła mnie męka ludów wschodnich, które już od trzech pokoleń cierpią od zbrodniarzy, którzy mordują w ZSRR Chrystusa, Jego Kościół i znaki dobrej nowiny ewangelicznej. To jest moja nocna modlitwa od szeregu lat. A dziś była szczególnie dotkliwa. Obraz ludzi bez świątyń, bez kapłana, bez ołtarza i Mszy św., obraz dzieci bez Eucharystii i nauki Wiary św. – obraz matek bez pomocy wychowawczej, potworne udręki więźniów i »pacjentów« szpitali psychiatrycznych, nieustanne zagrożenia wojenne w tylu krajach, którym ZSRR przychodzi »z pomocą«, by umacniać zbrodniczy ustrój. A w Ojczyźnie naszej groźba interwencji w sprawy wewnętrzne Polski. To wszystko jest przedmiotem mojej modlitewnej męki i bolesnego wołania do Pani Ostrobramskiej, przecież Matki Miłosierdzia”.
12 maja ostatni raz odprawił Mszę świętą
Od początku swojej choroby i swego umierania Prymas był otoczony wielką modlitwą, nie tylko domowników, przyjaciół i księży, ale dosłownie całej Polski.
Był to z pewnością niezwykły maj. Do wielkiej modlitwy w intencji śmiertelnie chorego kard. Wyszyńskiego dołącza 13 maja kolejna wielka modlitwa: o ocalenie życia Jana Pawła II. “Kiedy dowiedział się o tym zamachu jakby skurczył się w sobie i po chwili powiedział: “Zawsze się tego bałem” – notuje ks. Bronisław Piasecki, osobisty sekretarz i kapelan Prymasa Tysiąclecia.
Powoli kard. Wyszyński wyłączał się z podstawowych aktywności. 12 maja ostatni raz odprawił Mszę św.; 17 maja przyjął sakrament namaszczenia chorych i tego dnia był też po raz ostatni na spacerze w ogrodzie, wieziony na wózku inwalidzkim przez opiekujące się nim pielęgniarki.
Ciągle jednak przyjmuje gości, którzy chcą się z nim pożegnać lub którym chce przekazać ważne przesłania. Tak przyjmuje delegację Episkopatu, tak przyjmuje kard. Dziwisza, który wysłany przez papieża przybywa z Rzymu. Tak przyjmuje też swoją rodzinę.
Pokój, w którym umarł kard. Stefan Wyszyński, stan krótko po pogrzebie | FOT. “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”
“W tych ostatnich tygodniach był niezwykle cierpliwy, nigdy o nic sam nie prosił, trzeba było pytać albo domyślać się, czy przewrócić, czy w czymś ulżyć. Godził się wtedy i dziękował, ale sam nie występował z żadną prośbą. A przecież wszystko bolało, trudno wyobrazić sobie jak bardzo. Kiedyś zdradził się mimo woli mówiąc: <Ciekaw jestem czy Ojca Św. też tak bolą plecy od leżenia jak mnie…> Nigdy się nie skarżył, nie jęczał, a przecież zabiegi męczyły Go bardzo. Niektóre trwały bardzo długo, np.: punkcja trwała czasem cztery godziny i tak przez ten czas leżał z igłą w brzuchu, prawie nieruchomo” – notowała siostra Józefa, pielęgnująca go dniem i nocą. Siostra zauważyła również, że ten sposób cierpienia emanował na cały dom. Mimo napięcia, w którym wszyscy żyli byli dla siebie uważni i dobrzy, zdaniem siostry – właśnie dzięki postawie samego Cierpiącego.
Do samego końca Prymas przyjmował Komunię Świętą
Prymas bardzo cierpiał, nie sypiał nocami. Miał ciężkie zaburzenia krążenia i oddychania. Do ostatniego momentu jednak Prymas był w stanie przyjmować Komunię Świętą, która była mu podawana codziennie.
Ostatnie chwile nadeszły 27 maja. Ciągle w kaplicy jego domu trwała nieustanna modlitwa. Ok. 11, po przyjęciu ostatniej w życiu Komunii św. Prymas zapadł w głęboki, ciężki sen. Ks. Piasecki notuje, że “traci kontakt z otoczeniem”. O północy odprawiona została Msza św., przy łóżku nieustannie byli obecni lekarze, pielęgniarka i domownicy. Po Mszy podeszła do łóżka Maria Okońska i powiedziała Prymasowi, że wszyscy się za niego modlą. Prymas otworzył oczy, patrzył na nią przytomnie. Zdaniem s. Józefy – było to ostatnie jego spojrzenie.
Agonia zaczyna się dwie godziny później, ok. 3.30 nad ranem. Nieustannie odmawiane są modlitwy za konających, lekarze monitorują na bieżąco pracę serca. Ks. Piasecki wkłada w ręce Umierającego gromnicę – znak Zmartwychwstania i Życia.
O godz. 4.40 następuje zatrzymanie oddechu. “Tej ostatniej chwili towarzyszy cisza i spokój” – notuje ks. Piasecki. Siostra Józefa również o tym pisze, dodając, że niemal nie dało się zauważyć tego ostatniego oddechu.
“Ks. Prymas zgasł, po prostu dopaliło się to piękne życie. Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ich ostatniej chwili życia, ale tu był niespotykany pokój i majestat śmierci – a może to było samo życie, które stało się Spełnieniem. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.
Anna Druś/Stacja7.pl
(na podstawie książki „Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia” ks. Bronisława Piaseckiego oraz pamiętnika s. Józefy Kozieł).
***
środa – 27 maja 2026
fot. Vatican Media
***
„Nie dopuścić do dezorientacji wiernych”. Leon XIV apeluje o przestrzeganie norm liturgicznych
„Wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych” – powiedział papież podczas dzisiejszej audiencji ogólnej.
Omawiając soborową konstytucję o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” papież mówił dziś o reformie liturgii – tradycji i rozwoju.
Drodzy Bracia i Siostry!
W Encyklice Mediator Dei, Czcigodny Sługa Boży Pius XII pisał: „Niewątpliwie Kościół jest żywym zespołem członków, dlatego także i w zakresie świętej liturgii rozrasta się, rozwija się i ulega z biegiem czasu przemianom według potrzeb i okoliczności, do których się dostosowuje, nie naruszając przy tym czystości swojej nauki” (I,V)[1].
W pełnej ciągłości z tą zasadą Sobór Watykański II we Wstępie do Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) uznaje, że „do jego zadań należy szczególna troska o odnowienie i rozwój liturgii” (n. 1). Zgromadzenie soborowe postawiło sobie za cel „nieustanne pogłębianie chrześcijańskiego życia wiernych; lepsze dostosowanie do potrzeb naszych czasów tych instytucji, które są skłonne poddawać się zmianom; popieranie tego wszystkiego, co może przyczynić się do zjednoczenia wszystkich wierzących w Chrystusa; umacnianie tego, co prowadzi do wezwania wszystkich ludzi na łono Kościoła”.
Zachować tradycję, a jednocześnie pozwolić na postęp
W tamtej chwili dziejowej szczególnie mocno odczuwano potrzebę odnowy form obrzędowych, za pomocą których od wieków Kościół oddawał chwałę Bogu i uświęcał lud chrześcijański. Dzięki Ruchowi Liturgicznemu dojrzało przekonanie, wyrażone później przez św. Jana Pawła II, że „zachodzi bowiem niesłychanie ścisły, organiczny związek pomiędzy odnową liturgii a odnową całego życia Kościoła. Kościół nie tylko działa, ale wyraża się w liturgii, żyje liturgią i z liturgii czerpie siły do życia” (List Dominicae Cenae, 13)[2].
Aby ułatwić wiernym dostęp do bogactwa darów łaski udzielanych w świętej liturgii, Konstytucja Sacrosanctum Concilium wskazuje zatem w bardzo trafnej formule kierunek, którym należy podążać: „zachować zdrową tradycję, a jednocześnie otworzyć drogę do uprawnionego postępu” (SC, 23).
Papież Benedykt XVI dostrzegł w tej deklaracji „program reformy” Ojców soborowych, zachowujący „równowagę między wielką tradycją liturgiczną przeszłości i przyszłości”, zauważając przy tym, że „niejednokrotnie przeciwstawia się w niekorzystny sposób tradycję postępowi”, podczas gdy „w rzeczywistości obydwa pojęcia uzupełniają się: tradycja jest żywą rzeczywistością, toteż zawiera w sobie początek rozwoju, postępu. To tak jakby powiedzieć, że rzeka tradycji niesie w sobie także własne źródło i zmierza ku ujściu” (Przemówienie do uczestników Kongresu z okazji 50. rocznicy założenia Papieskiego Instytutu Liturgicznego św. Anzelma, 6 maja 2011)[3].
Zachowywać szacunek dla tekstów i norm liturgicznych
Sobór potwierdza zasadność takiego postępu, zakorzenionego w autentycznej Tradycji, rozróżniając w liturgii „część niezmienną, pochodzącą z Bożego ustanowienia”, oraz „części podlegające zmianom”, które „z biegiem czasu mogą, lub nawet powinny, być zmieniane, jeżeli wkradły się do nich elementy niezupełnie odpowiadające wewnętrznej naturze samej liturgii albo jeżeli te części stały się mniej odpowiednie” (SC, 21). Tego rodzaju zmiany dokonywały się nieustannie na przestrzeni wieków, aby umożliwić wiernym owocne uczestnictwo – poprzez czynności obrzędowe – w paschalnym misterium Chrystusa, stanowiącym fundament wiary chrześcijańskiej. Kult Kościoła „wcielał się” zatem w formy kulturowe poszczególnych epok, potrafiąc zarazem na nie oddziaływać, a nawet je przekształcać. Przez wieki liturgia była w ten sposób siłą napędową ewangelizacji. Dziś trzeba odnowić tę energię w ciągłości z autentyczną i żywą tradycją katolicką, to znaczy zgodnie z dynamiką, która prowadzi wierzących ku pełni prawdy.
Staje się więc zrozumiałe, dlaczego Ojcowie soborowi zalecili, aby rewizji obrzędów – ilekroć wymaga jej „prawdziwe i niewątpliwe dobro Kościoła” – dokonywano zawsze z zastrzeżeniem, „że nowe formy będą niejako organicznie wyrastać z form już istniejących” (SC, 23). Dla dobra całego Kościoła każdą reformę powinny zawsze poprzedzać „dokładne studia teologiczne, historyczne i pastoralne” (Tamże). W ten sposób Magisterium soborowe zachęca, by nie dopuszczać do dezorientacji wiernych, przypominając, że nikomu nie wolno na własną rękę niczego dodawać, usuwać ani zmieniać w liturgii (por. SC, 22). Postęp, o którym mówi Konstytucja soborowa, w żaden sposób nie zagraża komunii kościelnej; przeciwnie, ma ją umacniać i ją wspierać.
Dlatego wzywam wszystkich, którzy są powołani do przygotowywania celebracji Bożych misteriów, zwłaszcza kapłanów pełniących posługę przewodniczenia liturgii, aby zawsze zachowywali szacunek dla tekstów i norm liturgicznych – szacunek rodzący się z wewnętrznej postawy gotowości i zawierzenia Bogu, wyrażając pokorę wobec Jego wielkości oraz szczerą wierność komunii eklezjalnej.
[1]Encyklika o liturgii (Mediator Dei), tłum. J.W. Kowalski, Kielce 1948, s. 52. [2] Jan Paweł II, Nauczanie papieskie, t. III,1, przygot. do druku: E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1985, s. 259. [3]Liturgia jest szczególnym świadkiem żywej Tradycji Kościoła, „L’Osservatore Romano” nr 7 (335)/2011, s. 24.
KAI – Stacja7.pl
***
26 maja 2026
Modlitwa do Matki Bożej od spraw codziennych
fot. cathopic.com
***
“Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jako naszą codzienną litanię”.
Wszędzie, w każdym miejscu, w tłumie ciasnym i niespokojnym, w autobusach, tramwajach i pociągach, w pośpiechu i zagonieniu, w kolejkach i na targach, w śmiechu i udręce, w smutku i we łzach – wszyscy jesteśmy tacy sami!
Przyjmij, Matko, nasze troski powszednie jakby naszą litanię. Matko naszych codziennych zadań i prac. Matko naszych niekończących się sprzątań i prań. Matko naszych dni bez radości. Matko naszych dni pod koniec miesiąca, gdy już brakuje nam pieniędzy, Matko naszych lat bez wakacji…
Skromna gospodyni, sąsiadko tak niepozorna, zawsze do usług gotowa a w pracy wytrwała: od Bożego Narodzenia w stajni do biedy naszych mieszkań; od Twojego lęku o Dzieciątko podczas ucieczki do Egiptu do trosk naszych matek o dzieci; od Twoich drobnych codziennych posług domowych do naszych małych czynów wzajemnej pomocy – bądź z nami i pomagaj nam kochać i służyć.
W Twoim życiu biednym, ale pogodnym, w naszych kłopotach i zabiegach pozdrawiamy Cię, Maryjo!
Matko wszystkich ludzi w Synu Bożym i Twoim, w Jezusie, Ty czuwasz nad kolebką świata, który wciąż się rodzi. Ta ludzkość to Twój Syn, który rośnie. W Twojej ogromnej radości o poranku wielkanocnym, w Twojej głębokiej miłości o brzasku każdego dnia rozpoznajemy Jezusa Chrystusa – nasze Życie i nasze Zmartwychwstanie.
Dziękujemy Ci, Matko.
autorem tej modlitwy jest francuski ksiądz i pisarz Louis Rétif./Stacja7.pl
***
Mamy codziennie święte
Matki spełnione to te, które przyjmują swoje życie tak samo jak życie dzieci – z miłością.
Był czerwiec 1960 roku. Iza właśnie urodziła Stasia, pierwszego syna. Miała głębokie przekonanie, że otrzymuje w depozyt skarb. – Czułam, że to dowód zaufania ze strony Boga. Zwróciłam się wtedy do Niego z taką modlitwą: „A więc, Panie Boże, ustalmy jedno: to dziecko jest Twoje. Chciałabym, żeby na końcu swej drogi powróciło do Ciebie takie, jakie mi dałeś, czyli niewinne. Ty znasz jego drogę. Gdyby miało się potknąć i wpaść w przepaść zatracenia, Ty możesz temu zapobiec. Możesz je zabrać, zanim do tego dojdzie. Nie zważaj na mój ból. Nie o mnie tu chodzi”. Układałam się z Bogiem przez całą bezsenną noc. Jestem pewna, że takiej prośbie Bóg nie odmawia – opowiada. Mówi, że taką samą „polisę ubezpieczeniową” zawarła dla kolejnych trojga dzieci. – Teraz, gdyby coś zawirowało, mogę powiedzieć: „Spokojnie, jesteście ubezpieczeni na życie” – uśmiecha się. Ma dziś 84 lata, a wszystkie jej dzieci są przekonane, że błogosławieństwo jej heroicznej modlitwy wciąż promieniuje na ich życie. Cała czwórka dzięki mamie lepiej rozumie, że świętość to w istocie pełna zaufania zgoda na działanie Boga w każdym obszarze życia.
W czasie, gdy rodziły się kolejne dzieci Izabeli, aborcja była już zwyczajną praktyką w państwach rządzonych przez komunistów, a więc i w PRL. Preferowano model rodziny 2 plus 1. Stąd też Izabela nieraz słyszała od lekarzy standardowe: „Rodzimy czy usuwamy?”.
Cóż, ludzkie opinie i wszelkie „trendy” nie mają żadnego znaczenia, gdy kolidują ze słowem Boga. Droga do harmonii i szczęśliwego życia niejednokrotnie wiedzie przez sprzeciw wobec tego, co mówi „świat”, gdy mówi coś innego niż Ewangelia. A „świat” dziś bardzo głośno krzyczy o prawie do aborcji. Pewnie dlatego na prośbę o nadsyłanie świadectw o współczesnych świętych matkach tak wiele osób wskazało na kluczową postawę szacunku ich rodzicielek wobec życia już na jego najwcześniejszym etapie.
Skąd ta siła?
– Moja mama Zofia, dziś już świętej pamięci, przy czwórce dzieci nigdy nie traciła nadziei – wspomina Żaneta. Pamięta, że od lat 60. do 90. minionego wieku mieć więcej niż dwoje dzieci było uważane za patologię. – Moja mama była namawiana do aborcji przez swojego lekarza, ośmieszały ją nawet koleżanki, z którymi pracowała, ale ona żadnego dziecka nie pozbawiłaby życia. Zawsze mówiła, że po to jest rodzina, żeby były dzieci. Uważała, że życie jest świętością i nikt nie ma prawa na nie podnosić ręki. Przekazała nam wiarę w Boga. To jest najcenniejsze w moim życiu. Pamiętam, jak ją pytałam, skąd bierze siłę na to wszystko: czworo dzieci, praca… Odpowiedziała, że jej siłą jest Różaniec – przypomina sobie córka. – Mama zasiała w nas wiarę w Boga. Dużo z nią o tym rozmawiałam i to owocuje do dziś w moim życiu. To był najcenniejszy spadek, jaki nam zostawiła – wspomina Żaneta. Dodaje, że gdy mama odchodziła z tego świata, wołała na pomoc św. Józefa, który przynosił jej pokój i ukojenie w bólu. – Gdy już nie było słychać żadnego oddechu, nagle jakby się rozpromieniła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech – wzrusza się córka. – Tego się nie zapomina – podkreśla.
Przejmująca jest historia Anny, matki Piotra Falany. Przez wiele lat wraz z mężem bezskutecznie starali się o dziecko. Ona pracowała jako technik rentgenowski w szpitalu. – To były stare technologie, przy których narażenie na promieniowanie było bardzo duże. Kiedy wreszcie okazało się, że mama jest w ciąży, urządzenie, które bada ilość przyjętych dawek rentgenowskich, wykazało nieprawdopodobnie wysokie napromieniowanie. Jego przyczyną była prawdopodobnie awaria aparatu – opowiada Piotr. W związku z tym zalecono natychmiastową aborcję dziecka, ponieważ lekarze byli absolutnie pewni, że urodzi się potwór. – Rodzice zdecydowali się nie pójść za radą lekarzy… i urodziłem się ja – mówi syn Anny. Okazał się zupełnie zdrowym dzieckiem, dziś jest mężczyzną w sile wieku, mężem i ojcem rodziny. – W dzisiejszych czasach wielu ludzi, chcąc zachować wygodne życie, rezygnuje z posiadania dziecka. Mama nie zgodziła się na zabicie mnie, chociaż wszyscy wręcz nakazywali jej to zrobić – podkreśla z wdzięcznością Piotr Falana.
Albo ty, albo dziecko
Maria Stasiak nie urodziłaby się, gdyby jej matka posłuchała lekarza. – Powiedział mamie, że musi mnie usunąć, bo inaczej umrze – opowiada. Domyśla się, że musiało to być dla matki bardzo trudne, bo w domu czekało na nią dwóch synków, z których starszy chodził do pierwszej klasy. – Mama jest bardzo wierząca. Powierzyła mnie Maryi i przez całe dziewięć miesięcy leżała ze mną w szpitalu. Jestem przekonana, że dzięki temu zawierzeniu urodziłam się jako śliczna, zdrowa dziewczynka. Mama obiecała też Maryi, że jeśli urodzi się córeczka, będzie nosiła jej imię – uśmiecha się. Nazywa swoją mamę chodzącym aniołem. Gdy zachorowała jej siostra z Wielkopolski, pojechała do niej i opiekowała się nią przez osiem miesięcy. – Teraz, choć we wrześniu skończy 84 lata, opiekuje się moim niepełnosprawnym bratem, który kilkanaście lat temu uległ wypadkowi i wymaga stałej pomocy. Moja mama jest święta – podkreśla Maria.
W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś mama Ireneusza Sobczyka, dziś franciszkanina o zakonnym imieniu Symplicjusz. Lekarz nalegał na usunięcie rozwijającego się w jej łonie dziecka. Jego zdaniem matka mogła nie przeżyć ciąży, a dziecko, nawet jeśli zdołałoby się urodzić, nie byłoby zdrowe. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości i nie posłuchała lekarza. Bardzo czekała na to dziecko, swojego drugiego syna. – Mama pozwoliła mi się urodzić, gdy lekarz chciał mnie zabić. Choć jej życie było zagrożone, wszystko oddała Matce Bożej – wspomina dziś syn. Matka przeżyła, a i dziecko urodziło się zdrowe.
Nie byłam sama
Wiele matek oczekujących dziecka musi dźwigać ciężar niepokoju, wzmaganego diagnozami. – W obecnych czasach już podejrzenie wady wrodzonej płodu uprawnia do aborcji. Z racji tego, że byłam w ciąży po 35. roku życia, z automatu dostałam skierowanie na badania prenatalne. Wynik: 90 proc. prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się z zespołem Downa – opowiada Agnieszka Borc. Lekarz poinformował ją, że jest kwalifikowana do amniopunkcji i że przysługuje jej prawo do „zabiegu”. – Ani na jedno, ani na drugie nie wyraziłam zgody. Co przeżyłam, to moje, a dziecko urodziło się w pełni zdrowe – cieszy się. – Czasami wiara ratuje życie i daje życie. Chwała Panu – kończy pani Agnieszka.
Syn Marii Bober ma dziś 37 lat. – Ciąża była zagrożona, otarliśmy się z dzieckiem prawie o śmierć, ale wiem, że nie byłam sama. Z różańcem w dłoni schroniliśmy się pod płaszczem Maryi. Kiedy patrzę na syna, dziękuję Bogu za dar jego życia i za osoby, które mnie w tym czasie wspierały – wyznaje pani Maria. I przywołuje powiedzenie swojej mamy, które na zawsze zapadło jej w serce: „Lepiej na ramieniu niż na sumieniu”.
Odmowa poddania się aborcji sugerowanej ze względów medycznych oczywiście nie zawsze kończy się przeżyciem i matki, i dziecka. Bodaj najbardziej znanym przykładem macierzyńskiej miłości, oddającej życie za dziecko, jest św. Joanna Beretta-Molla. Takich matek jest znacznie więcej, choć mało kto wie o ich poświęceniu. Irena Sawicka nie pamięta swojej matki. – Moja mama była namawiana na aborcję, bo chorowała na nerki. Ale ona nie usunęła mnie, żeby ratować swoje życie. Urodziła, wiedząc, że umrze, i rzeczywiście trzy dni po porodzie zmarła. Oddała swoje życie za mnie, za swoje dziecko, i cieszy się na pewno wielką chwałą nieba – mówi córka.
To było w latach 80. 38-letnia kobieta zaszła w trzecią ciążę. Poszła do ginekologa i po badaniu usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia matki zalecana jest aborcja”. Wyszła z gabinetu, płacząc. Mąż, dowiedziawszy się o przyczynie łez, powiedział: „Nie zabijemy tego dziecka, z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze”. – I tak na świecie pojawiłam się ja – uśmiecha się Dorota Gaś, która opowiedziała tę historię, zaznaczając, jak ważna była postawa ojca, który stanął na wysokości zadania. – Może to opowieść nie tylko o świętej matce, która zdecydowała się mnie urodzić mimo zagrożenia swojego życia, ale też o postawie ojca w obliczu takiej wiadomości. Teraz, kiedy rodziców już ze mną nie ma, musiałam się tym podzielić – wyznaje.
Herbata zawsze czeka
To zrozumiałe, że świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie. O codziennej świętości matek, niezwykłych w swojej zwyczajności, świadczą ich dzieci. – Moja mama Irena poroniła dwa razy, zanim mnie urodziła. Zrezygnowała wtedy z pracy i poświęciła się, aby być ze mną. W stanie wojennym stała w kolejkach od rana, aby mi niczego nie brakowało. Miała bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała i cierpiała, wytrwale modliła się na różańcu – zapamiętała Barbara Reiman.
Beata Bogusz jest przekonana, że jej mama jest święta już tutaj, na ziemi. – Urodzona w kochającej się, ale biednej rodzinie. Najmłodsza, ale od początku ciężko pracująca w gospodarstwach innych ludzi. Dość wcześnie wyszła za mąż za człowieka pracowitego i dobrego, ale skłonnego do uzależnień – wspomina. Pamięta, że bywały takie noce, podczas których mama musiała ją i rodzeństwo zabierać z domu z powodu awantur. Mimo to nigdy się nie skarżyła, zawsze była uśmiechnięta i dobra dla potrzebujących. – I uczyła tego nas, swoje dzieci. Zawsze się wszystkim dzieliła i dzieli: jedzeniem, piciem, czasem. Niezwykle gościnna. Odwiedzający ją goście podkreślają niezwykłą atmosferę i czekającą na nich herbatę – opowiada pani Beata. Dodaje, że mama prawie nigdy się nie skarży, a gdy jej ciężko, bierze w dłonie różaniec. I modli się, modli za wszystkich: za dzieci, wnuki, bliskich i dalszych znajomych, o pokój na świecie i w wielu innych intencjach. I codziennie także wspólnie z tatą odmawiają Różaniec. – Patrząc po ludzku, żadnej kariery nie zrobiła. Ale jest niezwykła. Taka codzienna święta – podkreśla córka.
Matka dla zgody
Codzienną świętość dostrzega w życiu swojej mamy także Karina Zdziebłowska. – Kiedy urodziła mnie, pierwszą z trzech córek, zrezygnowała z pracy zawodowej. Poświęciła nam swoje życie – ocenia córka. Mówi o wzruszeniu, jakie ją ogarniało, gdy codziennie wieczorem widziała mamę lub tatę modlących się na kolanach przy łóżku. Zaświadcza, że i dziś zawsze można na mamę liczyć. – Nigdy ona sama nie jest dla siebie najważniejsza. Zawsze cierpliwa i nigdy nie narzekająca. Płacząca w ukryciu, modląca się i niezwykle skromna. Zawsze staje w obronie zgody w małżeństwach swoich córek, przemilczy, gdy dzieje się źle, nie wtrąca się, ale wiem na pewno, że oddaje to Bogu. Potrafi swoją nienarzucającą się, lecz pełną miłości postawą wpłynąć na nas, by zgoda była ponad wszelkie różnice. Myślę, iż jej ogromną zasługą jest fakt, że dziś stanowimy naprawdę dużą już rodzinę, taką do tańca i do różańca – podsumowuje Karina.
– Moja żona jest świętą mamą pięciorga naszych dzieci – podkreśla Jacek Sommer. Jak mówi, widział to, gdy małe wtedy dzieci zasypiały przy wspólnie odmawianej modlitwie. – Często żona kładła się obok nich i toczyły się długie rozmowy o Bogu, o niebie… Ciekawość dziecięcych wyobrażeń przedłużała te chwile, padało wiele pytań: jak tam jest, a co Matka Boża gotowała na obiad etc. – wspomina mąż. Zaświadcza, że były też dramatyczne momenty. Dwukrotnie stracili cały dobytek w pożarach. – Ucieczka z dziećmi w popłochu, chwile grozy… Cudem przeżyliśmy. Te i inne doświadczenia życiowe pomagają nam, gdy mamy okazję dawać świadectwo, np. wobec młodzieży przed bierzmowaniem, gdy pełniliśmy posługę katechistów archidiecezji poznańskiej – mówi pan Jacek. I dodaje z przekonaniem: – Doceniam to, co robi moja żona.
Franciszek Kuchrczak/Gość Niedzielny
***
fot. pixabay.com
***
Najpiękniejsza modlitwa za mamę. Odmów ją dziś!
Dzień Matki to jeden z bardziej wyjątkowych dni w roku. Pamiętajmy w naszej modlitwie o tych, którym tyle zawdzięczamy!
Modlitwa za Matkę
Boże Ojcze, dziękuję Ci za miłość do mojej mamy, która jest zaszczepiona w sercu moim. Nie dopuść, aby to uczucie kiedykolwiek wygasło we mnie; chroń mię od tego wszystkiego, co by ją zmartwić lub zasmucić mogło i nie pozwól, abym zapomniał, że jej życie, wychowanie i opiekę winien jestem. Nie mogę się jej odwdzięczyć za wszystkie dobro jakie mi wyświadczyła, Ty więc, o mój Boże, nagródź ją za mnie. Ześlij na nią wszystko co dobre, pozwól jej długo i szczęśliwie żyć, a mną tak kieruj, ażebym zawsze ją szanował i kochał, żadnej przykrości jej nie sprawił, a z czasem stał się podporą w jej starości.
Amen.
Modlitwa za rodziców
Wszechmogący, wieczny Boże, Ojcze, któryś człowiekowi dał przykazanie, aby czcił swego ojca i swoją matkę – dziękuję Ci za rodziców i proszę za nimi. Kocham ich całym sercem i chcę, żeby szczęśliwi żyli jak najdłużej.
Po Tobie, Boże, zawdzięczam im najwięcej. Oni byli Twoimi współpracownikami w daniu mi życia ciała i nadprzyrodzonego życia duszy. Wiele włożyli oni, i wkładają, troski o moje zdrowie, wykształcenie i wychowanie.
Boże Ojcze, spraw, abym umiał docenić ich starania i umiał być im za wszystko wdzięczny. Ty zaś łaską swoją racz wynagrodzić ich trud. Daj im, Panie, zdrowie i wszystkie łaski, które im są potrzebne do szczęścia i do zbawienia. Mnie zaś, Boże Ojcze, daj być dla nich pociechą, wspomóż mnie, abym ich kochał, szanował oraz im dopomagał.
Boże Ojcze, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i ziemi, wysłuchaj modlitwy swojego dziecka i błogosław we wszystkim moim rodzicom. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.
Modlitwa za poczęte dziecko i jego rodziców
Panie Jezu Chryste bardzo dziękujmy za Dar Macierzyństwa i Dar Ojcostwa. Prosimy, pobłogosław dziecko, które rozwija się pod sercem (imię mamy). Prosimy Cię aby potrafiła je otoczyć miłością i w pełni zaakceptować takie jakie jest. Ucałuj je świętym pocałunkiem. Prosimy Cię już teraz o wiarę, nadzieję i miłość dla niego (nich), dla rodziców i dla naszych najbliższych. Maryjo Matko Dzieciątka Bożego, módl się za nami.
Amen.
Stacja7.pl
***
poniedziałek. 25 maja
Dziś obchodzimy święto Maryi, Matki Kościoła, które zawdzięczamy błogosławionemu kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu
fot. wikimedia
***
W poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego Kościół na całym świecie obchodzi święto Najświętszej Maryi Panny – Matki Kościoła. Kościołowi, rodzącemu się w dniu Pięćdziesiątnicy towarzyszy Matka Jezusa, jako ta która wspiera i ochrania wspólnotę uczniów swojego Syna.
Choć tytuł Matki Kościoła teologowie nadawali Maryi od początku dziejów Kościoła, święto dedykowane temu imieniu Matki Bożej było pomysłem dopiero polskich biskupów w XX w. Starania zainicjował w 1964 prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podczas trzeciej sesji soboru Watykańskiego II. Wraz z polskimi biskupami postulował też, aby święto to obchodzono nie tylko w Polsce, ale też w całym Kościele. Ustanowił je jednak dopiero papież Franciszek, a 21 maja 2018 r. obchodzone było ono na świecie po raz pierwszy.
Matka odkupionych
W dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 11 lutego 2018 roku, podpisanym przez prefekta watykańskiej dykasterii liturgicznej kard. Roberta Saraha, przypomniano motywację biblijną i teologiczną obchodów tego święta, a także słowa bł. Pawła VI z 21 listopada 1964 roku ogłaszające Maryję Matką Kościoła. Zaznaczono, że święto to zostało wpisane do szeregu partykularnych kalendarzy liturgicznych.
„Uroczystość ta pomoże nam także w przypomnieniu sobie, że życie chrześcijańskie potrzebuje dla swego wzrostu zakotwiczenia w tajemnicy krzyża, ofierze Chrystusa w uczcie eucharystycznej oraz w składające ofiarę Dziewicy, Matce Odkupiciela i wszystkich odkupionych” – czytamy w dekrecie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Stacja7, KAI
***
Sobór, kard. Wyszyński i Matka Kościoła
Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie. ALBUM ONLINE /EAST NEWS
***
Od testamentu z krzyża („Oto Matka twoja”) do ogłoszenia Maryi Matką Kościoła musiało minąć niemal 2 tysiące lat. Kropkę nad „i” postawił Paweł VI podczas Soboru Watykańskiego II. Udział w tym miał kard. Stefan Wyszyński.
Przeto na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest Matką całego Ludu Bożego, zarówno wiernych jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym tytułem od tej chwili Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański (…). Odpowiada to doskonale celowi, który wytknął sobie obecny Sobór, a mianowicie – aby ukazać prawdziwe oblicze Kościoła świętego, z którym Maryja jest wewnętrznie złączona i którego – jak to słusznie zauważono – jest Ona cząstką największą, cząstką najlepszą, cząstką szczególną, cząstką najwyborniejszą – mówił papież Paweł VI w dniu 21 listopada 1964 roku, na zakończenie trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II. Na tę decyzję pracował cały sztab biskupów, teologów, świeckich. Ale jedna osoba szczególnie czuła się w tym momencie szczęśliwa: prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński zakrył dłońmi twarz, ale nie zdołał ukryć płynących z oczu łez.
Jak w Efezie
Gdy przed laty trafiłem do ruin starożytnego Efezu, poza amfiteatrem, w którym św. Paweł wygłaszał swoje kazania, koniecznie chciałem odnaleźć również miejsce, w którym odbywał się Sobór Efeski w 431 roku. Nie prowadziły do niego żaden znak ani tablica informacyjna. Po zasięgnięciu języka miejsce „znalazło się” tuż przy bramkach wyjściowych, obok… toalet, za którymi biegnie ledwo widoczna ścieżka, zarośnięta krzakami i trawą. Po paru krokach wyłoniły się ruiny kościoła Maryi Dziewicy, z nie najgorzej – jak na ogólny stan – zachowanymi fragmentami prezbiterium. W tym miejscu efescy ojcowie soborowi ogłosili dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi (Theotokos – Boża Rodzicielka). Kiedy patriarcha Aleksandrii św. Cyryl ogłosił tę prawdę publicznie, efezjanie zaczęli świętować na ulicach. Zmysł wiary prostych ludzi utwierdzał cały Kościół.
Przypomniałem sobie o tym, gdy parę lat później czytałem wspomnienie kard. Stefana Wyszyńskiego z Vaticanum II: „Fantastyczny entuzjazm napełnia aulę, trwają długotrwałe oklaski. Wszyscy biskupi powstają ze swoich miejsc. Uniesienie – równe może temu, które panowało w Efezie. Trwa to długą chwilę. Jest świadectwem jedności ojców soborowych, nie widać tu ani konserwatystów, ani progresistów – są biskupi wierzący, pragnący Matki” (cyt. za: Ewa Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia). Tak zareagowali ojcowie soborowi, gdy Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła. Najbardziej wzruszony był z pewnością polski prymas. Bo to jego pragnienie i „lobbing” sprawiły, że papież zdecydował się na ten krok. Reakcja ojców soborowych z całego świata pokazała jednak, że polski hierarcha tylko wymodlił i „wychodził” to, co przez całe wieki było częścią chrześcijańskiego krwiobiegu – choć nie nazwane wprost i oficjalnie, to jednak stanowiło część tożsamości Kościoła.
Wieczernik XX wieku
Echo tej radości ojców soborowych i samego prymasa Wyszyńskiego słychać w jego wspomnieniach: „Tegoż wieczoru Ojciec Święty zaprosił mnie do siebie na prywatną audiencję pożegnalną. Gdy przyszedłem do niego, dziękowałem za to, co uczynił – że tak życzliwie przyjął Memoriał Episkopatu Polski. Papież uśmiechnął się i powiedział: – Zapewne jesteście zadowoleni, spełniłem wasze życzenia. Odpowiedziałem: – Jesteśmy porwani, podniesieni na duchu! Mamy bolesne doświadczenia w naszej Ojczyźnie, ale są one osłodzone obecnością Świętej Bożej Rodzicielki, która jest naszą Matką, daną »ku obronie« Narodu polskiego. I dodałem jeszcze: – Dziękując jeszcze za to, co Wasza Świątobliwość uczynił dla chwały Matki Boga i ludzi, pragnę przypomnieć, że kiedyś w Wieczerniku też było tak jak dzisiaj w Bazylice Piotrowej. Był tam Piotr, pierwszy papież, i Maryja w gronie zalęknionych Apostołów. A dziś, w Bazylice Piotrowej, powtórzyło się to samo. Był Piotr w Pawle VI i była Maryja. A więc – w imię Boże”.
Ten fragment zapisków kard. Wyszyńskiego przypomniał mi znowu o soborze w Efezie, gdzie Maryję ogłoszono Matką Boga. To nie przypadek, że mariologia triumfowała właśnie w Efezie. Tam przecież w starożytności popularny był, obok Artemidy, kult egipskiej bogini-matki. Przedstawiano ją często… z dzieciątkiem karmionym piersią. To tam właśnie św. Cyryl wygłosił pochwałę Matki Boga: „Dzięki Tobie czczona jest Trójca, dzięki Tobie w całym świecie hołd odbiera krzyż drogocenny! Dzięki Tobie cały świat pogrążony w służbie bałwanom poznaje prawdę”. W Efezie również znajduje się domek Maryi, gdzie według tradycji miała spędzić ostatnie chwile życia na ziemi i skąd miała zostać zabrana z duszą i ciałem do nieba. Ta sama nieprzypadkowość, zgodność miejsca i okoliczności wybrzmiewa w porównaniu, którego użył kard. Wyszyński: nie było lepszej okazji, by ogłosić Maryję Matką Kościoła, niż zebranie w jednym miejscu wszystkich następców apostołów pod przewodnictwem Piotra, bo to powtórzenie doświadczenia Wieczernika, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, razem z Matką Jezusa.
Odkurzanie Kościoła
Jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawiła, że to właśnie Sobór Watykański II stwarzał najlepsze warunki do oficjalnego ogłoszenia Maryi Matką Kościoła: sobór po raz pierwszy od wielu wieków nie zajmował się herezjami i błędami, które należało potępić, ale próbował na nowo odkryć istotę, naturę Kościoła, odkurzyć w nim to, co zostało przykryte niepotrzebną fasadą. Taki „odkurzony” Kościół miał również zdefiniować na nowo swój stosunek do świata współczesnego i swoje w nim miejsce. Skupienie się na tajemnicy Kościoła było idealną okazją, by rozważyć również rolę Maryi w jego życiu. Pierwszą osobą, która na forum zgłosiła propozycję ogłoszenia Maryi Matką Kościoła, był kardynał Giovanni Montini. Zrobił to już podczas pierwszej sesji soboru. Nikt jeszcze, łącznie z nim samym, nie wiedział, że ten właśnie kardynał będzie zamykał obrady soboru jako papież Paweł VI. Już po drugiej sesji wyraził nadzieję, że Maryja zostanie ogłoszona Matką Kościoła, co wywołało pierwsze poruszenie wśród ojców soborowych. Panował niemal powszechny entuzjazm w tej sprawie, choć nie brakowało teologów, którzy mieli wątpliwości, czy na pewno można to uczynić. Dlatego też kard. Wyszyński wraz z całym Episkopatem Polski zajął się przygotowaniem solidnego opracowania, które wyjaśniałoby wszelkie teologiczne pytania w tej kwestii.
Miejsce dla Miriam
Aktywność soborowa kardynała Wyszyńskiego sięga jeszcze okresu poprzedzającego sesje: w latach 1960–62 uczestniczył już w pracach Centralnej Komisji Przygotowawczej, do której powołał go papież Jan XXIII. Później współtworzył Sekretariat do Spraw Nadzwyczajnych, a w 1963 r. już nowy papież Paweł VI powołał go do Prezydium Soboru, czyli bardzo wąskiego grona kierującego pracami tego zgromadzenia biskupów z całego świata. Kard. Wyszyński zabierał również głos na forum podczas dziesięciu sesji generalnych.
Polski prymas podejmował głównie wątki dotyczące przygotowania tekstu maryjnego – początkowo miał powstać osobny dokument poświęcony Maryi, ostatecznie zaś umieszczono obszerny fragment Jej poświęcony w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium. Kardynał Wyszyński nie ukrywał, że jego zdaniem bardziej właściwe byłoby przyjęcie osobnego dokumentu poświęconego Maryi. Był już nawet gotowy projekt takiej konstytucji dogmatycznej, ale po głosowaniu uznano, że zostanie połączony z konstytucją dogmatyczną o Kościele. Kardynał Wyszyński przekonywał wówczas, że nauka o Matce Boga nie może być tylko dodatkiem do nauki o Kościele, dołączonym na końcu dokumentu. „O najdostojniejszej Matce Boga wiele i prawdziwie należy powiedzieć raczej w traktacie o Chrystusie Odkupicielu i Jego Kościele, i to nie tylko okazjonalnie, lecz także w sposób fundamentalny i istotny”, mówił. Większość ojców soborowych miała jednak inne zdanie i trzeba przyznać, że włączenie Maryi do dokumentu o Kościele nie tylko niczego Jej nie ujmuje, ale przeciwnie, pokazuje Jej rolę w życiu uczniów Jezusa, żywą, aktywną i nierozłączną. Postulaty kard. Wyszyńskiego szły wyraźnie w kierunku uznania Maryi za Współodkupicielkę, ale to postulat, który – choć mający swoich zwolenników do dziś – swego czasu nawet kard. Joseph Ratzinger uznał za trudny do uzasadnienia na gruncie biblijnym i teologicznym. Za to jak najbardziej oparte na Biblii i Tradycji było uznanie Maryi za Matkę Kościoła. I tu również rola kard. Wyszyńskiego okazała się nieoceniona.
Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Dowody w sprawie
To polski episkopat, pod przewodnictwem kard. Wyszyńskiego, zwrócił się do Pawła VI z prośbą, by wspólnie z ojcami soborowymi, dokonał aktu oddania Matce Bożej całego Kościoła. Polscy biskupi wysłali papieżowi specjalny Memoriał, który został przygotowany przez teologów w Jasnogórskim Studium Mariologicznym. Memoriał postulował również, by po papieżu i soborze aktu oddania dokonali poszczególni biskupi w swoich diecezjach na całym świecie. Autorzy Memoriału i polscy biskupi byli przekonani, że stanowiłoby to potwierdzenie prawdy o Maryi jako Matce Kościoła, co byłoby równoznaczne z uznaniem tego tytułu przez cały Kościół. W tekście Memoriału biskupi odwoływali się do nauczania Kościoła od czasów patrystycznych aż do ostatnich papieży. „Dowodem w sprawie” były również teksty liturgiczne, potwierdzające wiarę ludu Bożego w duchowe macierzyństwo Maryi. W Memoriale biskupi polscy powoływali się również na wspomniane już wyżej przemówienie Pawła VI na zakończenie drugiej sesji soborowej, w której nowy papież wyraził nadzieję na przyznanie Maryi tytułu Matki Kościoła. Chodziło o te słowa Pawła VI: „że ten Sobór poda najwłaściwsze rozwiązanie kwestii schematu o Najświętszej Maryi Pannie, tak mianowicie, aby jednomyślnie i z największym pietyzmem uznano najbardziej uprzywilejowane miejsce, które Matka Boża zajmuje w świętym Kościele […], miejsce po Chrystusie najwyższe i równocześnie nam najbliższe, tak że możemy Ją uczcić imieniem »Matki Kościoła« – dla Jej chwały, a naszego pokrzepienia” (cytuję za: Jan Pach OSPPE, „Salvatoris Mater” 16/1/4).
Sobór wyklęczany
Ta nadzieja Pawła VI szła w parze z nadzieją polskich biskupów, zwłaszcza prymasa Wyszyńskiego. Nic dziwnego, że gdy nadzieja się spełniła i papież ogłosił Maryję Matką Kościoła, „niewzruszony kardynał” nie potrafił ukryć emocji. Arcybiskup Antoni Baraniak, który był świadkiem reakcji prymasa Wyszyńskiego, zanotował: „Gdy Papież wypowiadał słowa: Proclamamus Mariam Matrem Esslesiae – Ogłaszamy Maryję Matką Kościoła – wszyscy biskupi zerwali się z miejsc i zaczęli klaskać z ogromnej radości, długo i żarliwie. Ciągle patrzyłem na Ojca Prymasa. Ojciec stał, miał twarz zasłoniętą rękami: między palcami spływały łzy. Widziałem, że był ze wszech miar wstrząśnięty. Dokonywała się jego umiłowana sprawa, przeogromna chwała Maryi, którą on ukochał i za którą gotów był poświęcić wszystko”. Ta historia nie byłaby pełna, gdyby pominąć w niej jeden istotny fakt: za sprawą prymasa Wyszyńskiego cały Kościół w Polsce – tysiące wiernych i duchownych – modlił się za sobór przez cały czas. Czuwania w intencji soboru, zwłaszcza na Jasnej Górze, ale również we wszystkich diecezjach, były fenomenem na skalę nieznaną w innych Kościołach lokalnych. Nie ma wątpliwości, że również przyznanie, a raczej potwierdzenie przez papieża prawdy, że Matka Boga jest też Matką Kościoła, zostało wymodlone przez tysiące kolan w polskich świątyniach. To przekonanie prymasa wybrzmiewa także w tej części jego notatek: Kard. Cerejeira mówi mi: »To kardynał polski zwyciężył, bo ja nic nie mówiłem«. Odpowiadam: zwyciężył Bóg, któremu na dzisiejsze czasy potrzebna jest większa chwała Maryi” (źródło: S. Wilk, A. Wójcik, Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, cyt. za: Ryszard Matejuk SJ, „Studia Gnesnensia” 2018). Łzy kard. Wyszyńskiego płynęły także dlatego, że miał świadomość, ile serca w ten proces włożyli polscy katolicy.
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***
Maryja – lustro Kościoła
Matka to obecność. To ktoś, kto jest zawsze czynnie obecny. Ktoś, kto rodzi, wychowuje, uczy, każdego dnia oddaje życie, daje przykład, tworzy wypełnione miłością środowisko. Motywuje i ukazuje cel.
Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i Jego braćmi
***
Maryja jest Matką. Również Kościół jest Matką… Nie będzie on jednak dobrą Matką, jeśli nie będzie swej Matki Maryi znał, kochał i naśladował. Jeśli z Nią nie będzie. Ona pokazuje, jak ma wyglądać Kościół, by spełnił swą dziejową rolę. By historia mogła się wypełnić Bogiem po brzegi. Pomaga mu takim się stać. Podczas rekolekcji głoszonych w 1976 r. w Watykanie kard. Karol Wojtyła uczył, że „ponowne przyjście [Chrystusa] musi być przygotowane przez Ducha Świętego już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”. Według niego, Kościół ma w czasach ostatnich odzwierciedlić w pełni cechy Maryi i przejąć Jej zbawczą rolę. Innymi słowy, ma być „jak Maryja” – święty i nieskalany, stając się ikoną uniżenia, w której jest już miejsce tylko dla Boga. Wtedy – przekonywał przyszły papież – trudna historia będzie mogła przejść w chwalebną wieczność.
Czyżbyśmy byli narodem prorockim? Wygląda na to, że wyprzedziliśmy czasy o pół wieku… Przypomnijmy fakty: w 1964 r. Paweł VI na prośbę polskiego episkopatu ogłosił Maryję Matką Kościoła. Do tego aktu przekonała go teologiczna argumentacja kard. Wojtyły. W 1971 r. za zgodą papieża święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego. Cztery lata później Kościół włączył do mszału formularz Mszy wotywnej ku czci Maryi Matki Kościoła.
Decyzją papieża Franciszka od 2018 r. święto to stało się obowiązkowe w całym Kościele. Jest ono obchodzone – na wzór polski – w poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego. Franciszek wyjaśnił, że ustanowienie tego święta winno „pobudzić wzrost matczynego zmysłu Kościoła” i przyczynić się do „rozwoju prawdziwej pobożności maryjnej”.
Papieskie uwagi są wymowne. Z jednej strony Ojciec Święty ostrzega, że Kościół może w swych strukturach nie mieć nic z kochającej matki – zawsze czule obecnej i pomocnej – i że istnieje pobożność maryjna, która nie przynosi owoców, ponieważ jest fałszywa. Z drugiej strony daje nam do zrozumienia, że kult Maryi jako Matki Kościoła – prawdziwy, nie zaś przestrzeganie samej litery – sprawi, iż Kościół odkryje swój profil Maryjny, czyli stanie się podobny do Matki Najświętszej, a więc: zatroskany, służebny, pokorny i radosny. Co więcej – nabożeństwo do Maryi Matki Kościoła może wyprostować i oczyścić w pobożności to wszystko, co w niej niedoskonałe lub błędne.
Skąd to przekonanie? Przez to święto Kościół otwiera się na właściwą perspektywę, w której – jak uczył Jan Paweł II – obok profilu Piotrowego jest obecny również profil Maryjny. Wielu może zaskoczyć stwierdzenie papieża, że „profil Maryjny jest dla Kościoła równie, a może nawet bardziej istotny i charakterystyczny, niż głęboko z nim związany profil apostolski i Piotrowy”. Słyszymy nawet, że „jedynym celem potrójnego munus [misji Kościoła] jest budowanie Kościoła według tego ideału świętości, którego pierwowzorem jest Maryja”. To dlatego powtórne przyjście Chrystusa „musi być przygotowane (…) już nie w łonie Dziewicy, ale w całym Ciele Mistycznym”.
Z samej natury chrześcijaństwo jest maryjne. Mówił o tym Paweł VI, podkreślając, że „chrześcijański znaczy maryjny”.
W pierwszych wiekach słowa „Kościół” i „Maryja” były słowami zamiennymi, a mariologia była częścią eklezjologii. Benedykt XVI podkreślał, że kiedy Sobór Watykański II umieścił naukę o Maryi w ostatnim rozdziale Konstytucji dogmatycznej o Kościele, po prostu powrócił do źródeł, i że zaakcentowanie relacji Maryja – Kościół pomaga zrozumieć, czym w swej istocie jest chrześcijańska wspólnota.
Wracamy do tego sposobu myślenia. Kościół odkrywa, że Maryja jest jego lustrem, że ma się on uczyć od Niej i odkrywać, iż jego prawdziwą tożsamością jest… święta i niepokalana Dziewica i Matka.
Bez Maryi, która jest kimś więcej niż wzorem, bo jako Matka Kościoła jest „wzorem pomagającym”, Kościołowi grozi to, że w oczach wielu ludzi będzie rzeczywistością czysto świecką, nieukazującą im Boga.
Hans Urs von Balthasar wyjaśniał: „Bez mariologii grozi chrześcijaństwu, że będzie nieludzkie. Bez niej Kościół staje się czysto funkcyjny, bezduszny, staje się gorączkowo zabieganym przedsiębiorstwem, w którym nie ma miejsca na ciszę i spokój (…). Wszystko staje się w nim polemiczne, krytyczne, pozbawione humoru, a w końcu nudne. Ludzie masowo odchodzą od takiego Kościoła”.
W pierwszych wiekach podkreślano utożsamianie się każdego wierzącego z Chrystusem. A to oznacza, że Matka Zbawiciela jest Matką każdego, kto jest „jak Chrystus”, kto jest „drugim Chrystusem”. Profil Maryjny musi być w nas obecny.
Ten tytuł jest szansą na odnowę Kościoła. Przypomina, że to, co może zmienić Kościół, nie przyjdzie z jego zaangażowania w wymiar horyzontalny. Kościół nie będzie Bożym zaczynem, jeśli jego wizytówką będzie tylko samo działanie: działalność społeczna, charytatywna, mediacyjna etc. „Czyż i poganie tego nie czynią?” (Mt 5, 47) – można by zacytować słowa Chrystusa. Boska moc, która może zmienić świat, płynie z kierunku wertykalnego – z otwarcia się na Boga przez modlitwę i kontemplację. Tego poganie nie czynią. To dlatego Jan Paweł II głosił prymat życia duchowego: dla niego najważniejszą działalnością była modlitwa i adoracja. To dlatego Benedykt XVI podkreślał pierwszorzędne znaczenie liturgii. Dlatego też klasztor kontemplacyjny w Ogrodach Watykańskich, wspierający papieża „przez posługę modlitwy, adoracji, uwielbienia i zadośćuczynienia”, nosi tytuł Mater Ecclesiae.
Tytuł Maryi Matki Kościoła uświadamia nam, że nasze rozumienie roli Najświętszej Maryi Panny rozwijało się nieustannie na przestrzeni wieków. Maryja, doskonale zjednoczona z Bogiem, ma udział w Jego tajemnicy i pozostanie nam wieczność na pełne zrozumienie tego, kim Ona jest i jaka jest Jej rola. Wciąż jeszcze nie rozumiemy w pełni Jej chwalebnej misji w Bożym planie zbawienia. Wiele „odkryć” jest jeszcze przed nami. Niektórzy proponują, aby nadać Maryi dogmatyczne tytuły Pośredniczki wszelkich łask i Współodkupicielki. Nauczanie ostatnich papieży sygnalizuje być może inny kierunek – teologowie nazwaliby go eklezjologicznym: dziś trzeba przede wszystkim zrozumieć Jej rolę w Kościele i postawić Ją Kościołowi za wzór.
Wzywamy Maryję jako Matkę Kościoła. Gdy pojmiemy znaczenie tego tytułu, wszystko w Kościele stanie się dla nas zrozumiałe: jego misja, cel, droga, postać… A Maryja stanie się dla nas inspiracją, wzorem i motorem świętości. Aż po przywoływaną przez nas codziennie Paruzję!
Wincenty Łaszewski/Tygodnik Niedziela
***
25 maja 2026
Encyklika Leona XIV „Dignita humanitas”
Pełna treść pierwszej encykliki Leona XIV poświęconej człowieczeństwu w czasach sztucznej inteligencji
fot. Vatican Media
***
ENCYKLIKA
MAGNIFICA HUMANITAS
OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV O TROSCE O OSOBĘ LUDZKĄ W DOBIE SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Wspaniałe człowieczeństwo stworzone przez Boga staje dziś wobec decydującego wyboru: wznieść nową wieżę Babel albo budować miasto, w którym Bóg i ludzkość zamieszkują razem. Każde pokolenie otrzymuje w dziedzictwie zadanie nadania kształtu swoim czasom: doprowadzenia do dojrzewania dziejów jako przestrzeni, w której godność każdej osoby będzie otoczona troską, będzie umacniana sprawiedliwość, a braterstwo stanie się możliwe. Nad każdą jednak epoką wisi ryzyko budowania świata nieludzkiego i jeszcze bardziej niesprawiedliwego. Tam, gdzie ludzkości grozi utrata własnego oblicza, my, chrześcijanie, wznosimy oczy ku Bogu, który stał się ciałem, wiedząc, że „misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [1]. To wspaniałe człowieczeństwo w Jezusie Chrystusie staje się Drogą, Prawdą i Życiem, otwierając każdemu z nas drogę wzrastania ku pełni.
Oparci na Chrystusie – żywym kamieniu – doświadczamy potężnego i tajemniczego działania Ducha Świętego oraz wierzymy, że każdy autentyczny ludzki wysiłek współpracy z Nim dla osiągnięcia dobra będzie pobłogosławiony przez Ojca niebieskiego, w którym pokładamy naszą nadzieję. Dlatego możemy z zaangażowaniem włączać się w te wszystkie inicjatywy, które budują świat bardziej sprawiedliwy, i możemy wzywać innych do współdziałania z nami na rzecz integralnego rozwoju każdej istoty ludzkiej. Pragniemy wejść w dialog ze wszystkimi mężczyznami i kobietami naszych czasów, z którymi dzielimy doświadczenia, pytania i dążenia ludzkości [2]. Chcemy razem z nimi szukać nowych dróg ku dobru wspólnemu i ku promowaniu godnego życia dla wszystkich. Taka postawa dialogu stanowi integralną część powołania Kościoła, ponieważ on – ustanowiony „w Chrystusie jakby sakramentem (…) wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” [3]– rozpoznaje w historii miejsce, w którym Ewangelia stawia pytania ludzkiemu doświadczeniu i mu towarzyszy.
W tym duchu Leon XIII opublikował w 1891 r. Encyklikę Rerum novarum, której 135. rocznicę z żywą wdzięcznością obchodzimy w tym roku. Tym dokumentem mój umiłowany Poprzednik dał impuls tej refleksji nad społeczeństwem, ekonomią i polityką, którą dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”. A kiedy niektórzy stawiali zarzut, że Kościół nie powinien trwonić sił na sprawy doczesne, lecz troszczyć się o głoszenie orędzia życia wiecznego, odpowiadał on z realizmem i mądrością, iż głoszenie Ewangelii nie może pomijać konkretnego życia narodów [4]. Od tego czasu minęło wiele dziesięcioleci, a Magisterium, pasterze, teologowie i wierni nadal podejmowali refleksję nad kwestiami społecznymi w świetle Ewangelii. Dziś nauka społeczna Kościoła stanowi dziedzictwo mądrości, w którym odnajdujemy zasady myślenia, kryteria rozeznawania i osądu oraz konkretne wskazania do działania. Opiera się ona na Piśmie Świętym i Tradycji, a w dialogu z naukami pomaga nam trafnie odczytywać wyzwania teraźniejszości, wskazując drogi właściwe dla przeżywania jasnego świadectwa chrześcijańskiego, z radością i w służbie światu. Nauka społeczna Kościoła nie jest statycznym zbiorem pojęć, lecz żywym korpusem prawdy, który strzeże i interpretuje powołanie ludzkości do życia pełnego i sprawiedliwego. Do tej żywej tradycji pragnę zatem dołączyć także mój głos, przyzywając pomocy Ducha mądrości, który od początku zamieszkuje świat (por. Prz8, 22-31).
Rzeczy nowe (res novae) naszych czasów
O ile Leon XIII mówił w swoim czasie o „rzeczach nowych” ( rerum novarum), o tyle dzisiaj nie możemy po prostu powtarzać jego cennego nauczania, lecz winniśmy prosić Boga o mądrość potrzebną do odczytania wielkich tendencji naszych czasów, w szczególności postępu techniki. W ostatnich latach staje się coraz bardziej oczywiste, jak szybko i jak głęboko cyfryzacja, sztuczna inteligencja (AI) i robotyka przekształcają nasz świat. Techniki samej w sobie nie należy uważać za siłę przeciwstawną osobie ludzkiej; przeciwnie, jest ona od samego początku wpisana w nasze dzieje jako „działalność głęboko ludzka, związana z autonomią i wolnością człowieka” [5]. Rozwój technologiczny w ciągu wieków przyczyniał się do znacznej poprawy warunków życia ludzkości; zarazem jednak każdy etap postępu ukazywał także dwuznaczne oblicze narzędzi mogących wyrządzać szkody, jeśli nie są ukierunkowane ku dobru. Dziś jednak stajemy wobec nowej sytuacji, w której potęga i wszechobecność rodzących się technologii wnikają w tkankę codzienności, kształtują procesy decyzyjne i głęboko oddziałują na wyobraźnię zbiorową: „Ludzkość nigdy nie miała tyle władzy nad sobą samą” [6]. Nowe technologie otwierają horyzont rozciągający się w kierunkach, których – choć możemy się domyślać – nie jesteśmy jeszcze w stanie w pełni przewidzieć. To sprawia, że trudniej jest ocenić ich wpływ oraz długofalowe skutki dla godności osoby i dobra wspólnego.
Teraz do nas należy, aby z jasnością umysłu i poczuciem odpowiedzialności podjąć wyzwania naszych czasów. Konieczne jest przyjęcie odpowiednich narzędzi normatywnych, zdolnych strzec sprawiedliwości i ograniczać wypaczające skutki władzy technologicznej. Kwestia ta nie wyczerpuje się jednak w samej regulacji. Jak przestrzegał Papież Franciszek, trzeba z realizmem pytać, kto dzisiaj dzierży tę władzę i ku jakim celom ją ukierunkowuje: „Nie możemy jednak ignorować faktu, że energia jądrowa, biotechnologia, informatyka, znajomość naszego DNA i inne możliwości, które zyskaliśmy, (…) umożliwiają tym, którzy posiadają wiedzę – a nade wszystko władzę ekonomiczną, aby ją wyzyskiwać – niezwykłe panowanie nad całym rodzajem ludzkim i nad całym światem” [7]. Niegdyś to przede wszystkim państwa prowadziły i ukierunkowywały innowacje. Dziś natomiast głównymi motorami rozwoju są podmioty prywatne, często ponadnarodowe, dysponujące zasobami i zdolnością oddziaływania większymi niż wiele rządów. Władza technologiczna przybiera zatem nowe oblicze, w przeważającej mierze „prywatne”, a przez to jest jeszcze trudniejsza do rozeznania, uporządkowania i ukierunkowania ku dobru wspólnemu.
Dlatego trzeba podjąć wspólne rozeznanie, zdolne dotrzeć do duchowych i kulturowych korzeni dokonujących się przemian. Jeśli bowiem zatrzymamy się jedynie na tym, co doraźne, ryzykujemy, że o kierunku naszej wędrówki zadecyduje za nas następujący po sobie ciąg naglących stanów kryzysowych. Przeżywamy obecnie gwałtowny etap przejścia, „zmianę epoki”, w której – podczas gdy jedni współzawodniczą o przyszłość nowych technologii, a inni są zaangażowani w podejmowanie nad nimi refleksji – większość osób pozostaje w oczekiwaniu, przygląda się z oddalenia i po prostu ma nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze. Właśnie dlatego w naszym sumieniu stajemy przed rozstrzygającymi pytaniami, których nie można już dłużej uchylać: Dokąd zmierzamy? Ku jakiemu celowi pragniemy się skierować? Jaki kierunek winniśmy obrać jako wspólnota ludzka i jako narody?
Dwa obrazy biblijne
Aby odpowiedzieć na te pytania i rozeznać, jak odpowiedzialnie odnaleźć się w dobie sztucznej inteligencji, pragnę przywołać dwa obrazy biblijne: budowę wieży Babel (por. Rdz11, 1-9) oraz odbudowę murów Jerozolimy (por. Ne 2-6). W Księdze Rodzaju opowiadanie o wieży Babel pojawia się u początków dziejów ludzkości, bezpośrednio po genealogiach synów Noego. Ludzie, osiedliwszy się na równinie Szinear, postanawiają zbudować miasto i wieżę, „której wierzchołek będzie sięgał nieba” (Rdz 11, 4). Chcą w ten sposób zapewnić sobie trwałość i potęgę, a nade wszystko „rozsławić swoje imię”, lękając się rozproszenia po ziemi. Przedsięwzięcie wydaje się imponujące: jeden język, jedna technologia, jeden kierunek. Projekt ten kryje w sobie jednak wielką zasadzkę: jest to dzieło pomyślane bez odniesienia do Boga, wsparte jednolitością, która usuwa różnorodność i która – zamiast komunii – wybiera uniformizację. Gdy miasto budowane jest na pysze i na roszczeniu samowystarczalności, komunikacja ulega zerwaniu, języki się mieszają, a ludzie przestają się rozumieć. Owocem nie jest jedność, lecz rozproszenie. Wieża Babel ukazuje zatem ograniczenie każdej budowli, która – choćby imponująca – wyrasta z absolutyzacji tego, co ludzkie, i z ludzkiego roszczenia samowystarczalności, poświęca godność osób na rzecz skuteczności i pragnie dosięgnąć nieba bez błogosławieństwa Boga.
Z kolei Księga Nehemiasza otwiera się w chwili wielkiej słabości w dziejach starożytnego Izraela. Po niewoli babilońskiej część ludu powróciła do Jerozolimy, lecz miasto nadal pozostaje w ruinie, mury są zwalone, a bramy spalone (por. Ne1-2). Nehemiasz – Żyd pozostający na służbie u perskiego króla Artakserksesa – otrzymuje wiadomość o katastrofalnym stanie miasta ojców. Zanim podejmie działanie, pości, modli się i wstawia za ludem; następnie prosi króla o pozwolenie na powrót do Jerozolimy, a gdy tam przybywa, w milczeniu ogląda zburzone miejsca. Nie narzuca rozwiązań z góry. Zwołuje rodziny, każdej powierza odcinek muru do odbudowy, wysłuchuje lęków, koordynuje wysiłki i stawia czoło sprzeciwom. Opowiadanie ukazuje, że miasto odradza się nie dzięki inicjatywie pojedynczej osoby, lecz przez wspólną odpowiedzialność całego ludu: kapłanów, rzemieślników, naczelników rodów, kobiet i młodzieży. Jest to dzieło, które ma w centrum Boga i odbudowuje więzi jeszcze wcześniej niż kamienie. W ten sposób dawna Jerozolima odnajduje na nowo wspólny język: nie język jednolitości, lecz komunii; harmonię, która rodzi się wówczas, gdy każdy przyjmuje swoją część odpowiedzialności, a cały lud uznaje, że jego siła pochodzi od Pana.
W świetle tych dwóch obrazów Duch Święty przemawia dziś do nas w kwestii relacji z techniką i z trwającą rewolucją cyfrową. Odkrycia naukowe są talentem powierzonym ludzkości po to, aby mogła z niego czerpać korzyści (por. Mt25, 14-30). Technologia może leczyć, łączyć, wychowywać, strzec wspólnego domu; może jednak także dzielić, odrzucać i rodzić nowe niesprawiedliwości. W ujęciu abstrakcyjnym sama w sobie nie stanowi ona rozwiązania problemów ludzkości, tak jak sama w sobie nie jest złem; konkretnie rzecz ujmując, nie jest jednak neutralna, ponieważ przyjmuje ona oblicze tych, którzy ją projektują, finansują, regulują i wykorzystują. Dlatego pierwszym wyborem nie jest wybór między „tak” a „nie” dla technologii, lecz między budowaniem wieży Babel a odbudową Jerozolimy: między władzą, która rości sobie pretensję do panowania nad niebem, a ludem, który – w obecności Boga – podejmuje zgodnie pracę nad odbudową murów braterskiego współistnienia.
Unikajmy zatem „syndromu wieży Babel”, polegającego na bałwochwalstwie zysku, którego ofiarą padają słabi; na jednolitości spłaszczającej różnice oraz na roszczeniu do jednego języka – także cyfrowego – zdolnego przełożyć wszystko, nawet tajemnicę osoby, na dane i wydajność. Na tym polega niebezpieczeństwo dehumanizacji – budowania przyszłości z wyłączeniem Boga i zredukowania drugiej osoby do roli środka – pokusy dawnej i wciąż nowej, która dziś przybiera również oblicze techniczne. Wybierzmy natomiast „drogę Nehemiasza”, która ukazuje wartość wspólnej pracy podejmowanej po to, by uczynić miasto Boże bezpiecznym dla powracających wygnańców. Odbudowywać znaczy dzisiaj uznać, że pośród wielości głosów i wizji, przypominającej niekiedy rozproszenie języków, istnieje jednak pewna świetlana możliwość, polegająca na budowaniu razem, przemieniając różnorodność w zasób i czyniąc ze słuchania i dialogu wspólną przestrzeń, w której mogą wzrastać sprawiedliwość i braterstwo. Wewnątrz tego wspólnego dzieła chrześcijanie odnajdują zaś właściwą sobie formę budowania: jest nią ukierunkowywanie działania ku Bogu, aby w Jego świetle pluralizm nie przeradzał się w chaos, lecz – w praktyce synodalności – stawał się przestrzenią, w której ludzkość na nowo odnajduje swoje trwałe fundamenty i swój cel ostateczny. W Apokalipsie Jan widzi nowe Jeruzalem „zstępujące z nieba od Boga” (Ap21, 2) jako dar dla całej ludzkości. Ta zaś wizja łaski jest dla nas, chrześcijan, wezwaniem do wspólnej pracy nad kształtowaniem w dzisiejszych „miastach” pokojowego, sprawiedliwego i godnego życia wspólnego.
Budować na fundamencie dobra
Budowanie miasta opartego na fundamencie dobra wspólnego domaga się zatem przede wszystkim wznoszenia na skale relacji z Bogiem. Oznacza to uznać, że prawda Jego miłości wzywa nas do życia „w obfitości” ( J10, 10) oraz do komunii z Nim. Wraz ze św. Augustynem również i my możemy powiedzieć: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie” [8]. Bóg wpisał bowiem w nasze serce pragnienie szczęścia, obejmujące wszystkie wymiary życia, a Kościół – podejmując dialog z mężczyznami i kobietami naszych czasów – odczuwa pilną potrzebę pielęgnowania tego dążenia i ukierunkowywania go ku jego najgłębszej prawdzie.
Po drugie, budować na fundamencie dobra znaczy przyjąć ograniczoność i kruchość człowieczeństwa, nie uznając ich za błąd, który należałoby skorygować. Dzisiaj właściwe istocie ludzkiej pragnienie pełni może zostać skierowane ku zwodniczym celom: przez iluzję techniki, która obiecuje wyzwolić nas od wszelkiej kruchości, albo przez modele dobrobytu, które spychają całe narody na margines. Nierzadko pokładamy nadzieję w nieograniczonym wzmacnianiu ludzkich możliwości, w formach postępu, które mogą zaostrzać nierówności, w doraźnych rozwiązaniach, które nie są zdolne uleczyć rany zadane narodom. I tak, podczas gdy jedni ulegają mirażowi nieograniczonej samorealizacji, wielu pozostaje pozbawionych tego, co konieczne. Kościół przypomina – głosem pokornym, lecz stanowczym – że prawdziwe spełnienie nie rodzi się z usuwania ludzkiej kruchości, lecz z harmonijnego wzrastania: tam, gdzie wolność i odpowiedzialność splatają się ze wzajemną troską i prawdziwą solidarnością, a postęp mierzy się godnością każdego człowieka i dobrem narodów.
Po trzecie, budowanie świata, w którym wszyscy mogą „rozkwitać”, domaga się odważnej współodpowiedzialności. Żadna ręka sama nie zdoła unieść ciężaru wyzwań, które dotykają współczesnego świata; i żadna nie jest tak słaba, by nie mogła dać swego wkładu: „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor12, 9). Każdemu przypadnie jego odcinek muru: uczonym i badaczom, przedsiębiorcom i pracownikom, wychowawcom i prawodawcom, społeczeństwu obywatelskiemu, ruchom społecznym i wspólnotom wiary. Taka jest logika pomocniczości, która docenia współpracę między pokoleniami, narodami, dyscyplinami i kulturami jako uprzywilejowaną drogę prowadzącą do wzrostu trwałości, pomyślności i pokoju. Napięcia i różnice nie powinny budzić lęku: mogą stać się twórczą energią, jeśli zostaną ukierunkowane przez współdzieloną odpowiedzialność.
Wreszcie, budowanie na fundamencie dobra domaga się języka ewangelicznego. Unikajmy słów, które upokarzają albo przeciwstawiają jednych drugim. Wybierajmy jasność, która oświeca, a także szczerość, która otwiera drogi. Nie ulegajmy naiwnym uniesieniom i nie podsycajmy jałowych lęków. Raczej wskazujmy kryteria rozeznania, czyli: godność osoby, powszechne przeznaczenie dóbr, opcję preferencyjną na rzecz ubogich, troskę o wspólny dom i pokój – oraz przekładajmy je na praktykę: odpowiedzialne planowanie, ocenę wpływu na człowieka i życie społeczne, włączanie najbardziej kruchych, alfabetyzację cyfrową oraz badania naukowe i przemysł ukierunkowane na sprawiedliwość i pokój.
Pozostać ludźmi
Podczas niedawnego Zwyczajnego Roku Jubileuszowego 2025 wędrowaliśmy jako pielgrzymi nadziei i zostaliśmy obdarowani obfitością łask. Umocnieni tymi darami możemy z ufnością ducha podejmować trudne zadania i wymagające wyzwania, przed jakimi stoi nasza przyszłość. W dobie sztucznej inteligencji, w której godność człowieka narażona jest na przesłonięcie przez nowe formy dehumanizacji, spoczywa na nas naglący obowiązek, by pozostać prawdziwie ludźmi, z miłością otaczając troską owo wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam darowane i ukazane w całej pełni w Chrystusie, a którego żadna maszyna nigdy nie zdoła zastąpić w jego blasku. Prawdziwy postęp rodzi się zawsze z serca otwartego na drugiego człowieka, z rozumu gotowego do słuchania oraz z woli, która szuka bardziej tego, co jednoczy, aniżeli tego, co dzieli.
Zwracam się z usilnym apelem do wszystkich wiernych katolików, do wszystkich chrześcijan, do wszystkich mężczyzn i kobiet dobrej woli: nie lękajmy się pobrudzić sobie rąk na placu budowy naszych czasów. Módlmy się jak Nehemiasz, planujmy mądrze, pracujmy wytrwale, przywracając Boga na horyzont naszego działania, a istotę ludzką stawiając w centrum naszych wyborów. Wówczas kamienie odrzucone – ubodzy, chorzy, migranci, najmniejsi – staną się kamieniem węgielnym, a na ziemi powstanie wspólne mieszkanie – solidne i gościnne – gdzie łaskawość i wierność wreszcie spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój (por. Ps85, 11). Oto błogosławieństwo, o które błagamy Boga, i zadanie, które stoi przed nami: być budowniczymi komunii, a nie architektami wieży Babel; być sługami Królestwa, które nadchodzi, a nie właścicielami wież skazanych na upadek. Z sercem pasterza i ojca proszę zatem wszystkich, aby zatrzymać wznoszenie kolejnej wieży Babel i zjednoczyć siły w budowaniu na fundamencie dobra, tak aby ludzkość nigdy nie utraciła swego piękna i aby świat mógł raz jeszcze rozpoznać w sercu istoty ludzkiej to miejsce, w którym pragnie zamieszkać Bóg.
ROZDZIAŁ I
MYŚL DYNAMICZNA I WIERNA EWANGELII
W tym pierwszym rozdziale pragnę pokrótce prześledzić drogę, poprzez którą nauka społeczna Kościoła kształtowała się w najnowszym nauczaniu Papieży oraz Soboru Watykańskiego II, aby ukazać jej dynamiczny charakter. W każdej bowiem epoce res novaepobudzają to nauczanie do mierzenia się z pytaniami historii w świetle Prawdy objawionej. Dlatego również sztuczną inteligencję należy rozumieć nie jako tematyczny dodatek ani jako sytuację kryzysową, którą trzeba zarządzać, lecz jako przemianę, która od wewnątrz stawia pytania kategoriom katolickiej nauki społecznej i domaga się jej dalszego rozwoju w wierności Ewangelii.
Jednakże ten tok rozważań nie byłby naprawdę zrozumiały, gdybyśmy – zanim zatrzymamy się nad wkładem poszczególnych Papieży i najważniejszymi dokumentami – nie wyjaśnili pewnych podstawowych przekonań dotyczących sposobu obecności Kościoła w historii i jego relacji ze światem. Bez takiego doprecyzowania nauka społeczna mogłaby jawić się jako niewłaściwa ingerencja w kwestie doczesne albo jako zewnętrzny, narzucany odgórnie kodeks etyczny. W rzeczywistości wyrasta ona z Kościoła, który pielgrzymuje razem z ludzkością, uznaje ona autonomię rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, i właśnie dlatego stawia sobie za cel służbę dobru wspólnemu.
Kościół pielgrzymujący w dziejach ludzkości
Reklama
Kościół obecny w świecie jako znak jedności dla całej rodziny ludzkiej w pytaniach i wyzwaniach obecnego czasu rozpoznaje miejsce, w którym urzeczywistnia własne powołanie do słuchania, dialogu i służby, pozwalając, by przemawiało do niego wszystko to, co dotyczy życia mężczyzn i kobiet naszych czasów. To splecenie życia z dziejami narodów sprawia, że coraz głębiej pojmuje on, iż jego misja ma wymiar historyczny i niesie odpowiedzialność za sposób, w jaki kształtowane są relacje społeczne. Dlatego Kościół nie może uważać się za obcy wobec dynamizmów, które kształtują oblicze społeczeństwa. Przeciwnie, z zaangażowaniem uczestniczy on w drogach, poprzez które społeczeństwo to wzrasta i organizuje się oraz wnosi własny wkład w osiąganie bardziej sprawiedliwego i braterskiego współistnienia. Papież Franciszek z mocą przypominał o tym historycznym wymiarze misji Kościoła, stwierdzając, że „nikt nie może od nas domagać się, abyśmy usuwali religię w przestrzeń tajemniczego wnętrza osób bez żadnego jej wpływu na życie społeczne i narodowe, nie przejmując się kondycją instytucji społeczeństwa świeckiego, bez wypowiadania się na temat wydarzeń, które interesują obywateli” [9].
Powołanie i zaangażowanie w podążanie razem z ludzkością w konkretności dziejów prowadzą Kościół do uznania, że rzeczywistości ziemskie mają własną spójność i własny porządek. Sobór Watykański II wyraził tę zasadę ze szczególną precyzją w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, której 60. rocznicę obchodziliśmy z wdzięczną pamięcią 7 grudnia 2025 r.: „Jeżeli przez autonomię rzeczywistości ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami (…), wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać” [10]. To podkreślenie ukazuje, że stworzenie nosi w sobie odciśniętą pierwotną dobroć, której ludzkie spojrzenie winno strzec, pielęgnować i doprowadzać do dojrzałości. W tej perspektywie Kościół jawi się jako obecność pomagająca odczytywać rzeczywistość w jej głębi, wspierając z pokorną stanowczością te wybory, które służą godności każdej osoby, spójności wspólnot i dobru wszystkich. W ten sposób staje on u boku świata, nie zajmując jego miejsca, aby w każdej ludzkiej historii mogła kiełkować obietnica sprawiedliwości i pokoju, którą Duch Święty nieustannie wzbudza w sercu ludzkości.
Uznając, że Bóg towarzyszy wolności istnień ludzkich w kształtowaniu się historii, Sobór Watykański II potwierdził rozróżnienie między wspólnotą eklezjalną a wspólnotą polityczną, wskazując, że każda z nich winna działać w jak najpełniejszej autonomii. Obecność Kościoła w świecie wyraża się zatem również w jego relacji do społeczeństwa obywatelskiego i instytucji publicznych. Wchodząc z nimi w dialog, Kościół uznaje wartość rzeczywistości społecznych i politycznych oraz szanuje ich własną odpowiedzialność, wspierając wszystko to, co chroni życie osób i umacnia fundamenty tkanki społecznej. Nie rości sobie on pretensji do przejmowania funkcji należnych państwu; przeciwnie, ceni jego służbę dobru wspólnemu i z przekonaniem uznaje odpowiedzialność, którą instytucje cywilne sprawują w społeczeństwie. Zarazem jednak misja powierzona Kościołowi nie pozwala mu pozostawać z dala od konkretnych cierpień mężczyzn i kobiet naszych czasów. Jego bliskość nie rodzi się z zamiaru wyręczania instytucji ani tym bardziej z ukrytej krytyki ich działania, lecz z ewangelicznej miłości, która przynagla go, by pochylał się nad ranami ludzkości w chwilach, gdy ujawniają się one z największą dotkliwością. Kiedy Kościół interweniuje, czyni to na wzór miłosiernego Samarytanina – z dyskrecją i bliskością – świadom, że to, co rodzi się z bezpośredniej konieczności, nie może stać się normą ani zastąpić instytucjonalnej odpowiedzialności właściwej wspólnocie obywatelskiej.
W świetle tego podwójnego uznania – autonomii rzeczywistości ziemskich oraz rozróżnienia kompetencji między wspólnotą eklezjalną a polityczną – pełniej rozumiemy kierunek, jaki Sobór Watykański II wyznaczył Kościołowi w jego relacji do świata. Gaudium et spesprzypomina: „Zadaniem całego Ludu Bożego, a zwłaszcza pasterzy i teologów, jest z pomocą Ducha Świętego wysłuchiwanie, rozważanie i interpretowanie w świetle słowa Bożego różnych form wypowiedzi naszych czasów, tak aby objawiona Prawda mogła być zawsze dokładniej ujmowana, lepiej rozumiana i właściwiej przedstawiana” [11]. Słuchanie „różnych form wypowiedzi” nie jest zwykłą uwagą socjologiczną, lecz zakłada rozeznanie duchowe, w którym Lud Boży – z pomocą Ducha – rozpoznaje w przemianach kulturowych i społecznych zarówno znaki obecności Chrystusa, który przychodzi i prowadzi historię ku jej wypełnieniu, jak i te wypaczenia, które przesłaniają Jego oblicze. W ten sposób Prawda objawiona nie ulega zmianie w swoim istotnym rdzeniu, lecz zostaje pełniej wyrażona i przyjęta jako żywe kryterium ukierunkowujące konkretne wybory, inspirujące drogi osobistego i wspólnotowego nawrócenia, wspierające reformę struktur i podtrzymujące nowe formy ewangelicznego świadectwa w życiu publicznym. Historia jest zatem jednym z miejsc, w których Kościół pozwala Duchowi pouczać się o humanizującej mocy Ewangelii i uczy się wyrażać swoje nauczanie w służbie godności każdej osoby i dobra narodów.
Mądrość Słowa i dialog z naukami o człowieku
Kościół uznaje za towarzyszy drogi wszystkich, którzy szczerze poszukują „prawdy, dobra i piękna”, widząc w nich „cennych sprzymierzeńców” [12]w obronie godności każdej osoby oraz w trosce o ochronę stworzenia. Przyjmując duszpasterski styl Soboru Watykańskiego II, który wzywa do słuchania, rozeznawania i odczytywania znaków czasu, Kościół – oświecony mądrością Słowa – nie lęka się spotkania z ludzką wiedzą. Słowo Boże daje pewne niezawodne kryteria, aby ukierunkowywać drogi sprawiedliwości oraz otwierać ścieżki pojednania i pokoju między ludźmi. Gdy zaś chodzi o zastosowanie tych kryteriów w złożonych sytuacjach naszych czasów, nieodzowny okazuje się wkład filozofii oraz nauk o człowieku i nauk społecznych, które pomagają głębiej rozumieć i wnikliwiej analizować dynamikę przemian kulturowych, ekonomicznych i politycznych. Św. Jan Paweł II przypominał, że Kościół przyjmuje wkład nauk społecznych i czerpie z nich „konkretne wskazania, aby z ich pomocą wypełniać swoją misję nauczania” [13]. Konfrontacja z tymi dziedzinami wiedzy nie osłabia mocy Ewangelii; przeciwnie, pozwala z większą jasnością rozpoznać to, co rzeczywiście służy życiu osób i wspólnot. Papież Franciszek, pozostając w tej perspektywie, podkreślał, że w wielu kwestiach szczegółowych Kościół nie rości sobie prawa do formułowania „definitywnych rozwiązań” [14], lecz uznaje znaczenie wsłuchiwania się w badania naukowe i wspierania rzetelnego oraz uczciwego dialogu między uczonymi, z poszanowaniem różnorodności opinii.
Czerpiąc z tego owocnego dialogu między Ewangelią a ludzką wiedzą, Kościół stopniowo pogłębiał swoją naukę społeczną, kształtując z biegiem czasu dziedzictwo mądrości odznaczające się teologiczną i antropologiczną spójnością, zakorzenioną w chrześcijańskiej wizji osoby. Właśnie dlatego, że wyrasta ono z wiary i z jej rozumienia rzeczywistości, dziedzictwo to nie sprowadza się do zbioru rozwiązań technicznych ani do modelu ekonomicznego czy politycznego przeciwstawianego innym: należy do innego porządku [15]– do porządku zasad, które ukierunkowują odczytywanie wydarzeń i wspierają ewangeliczną interpretację procesów historycznych oraz związanych z nimi wyborów. Stąd wypływa właściwa funkcja nauki społecznej Kościoła, która nie zamierza zastępować odpowiedzialności polityki i instytucji, lecz ofiarowuje się jako wsparcie dla wspólnego rozeznawania, pomagając rozpoznawać i szerzyć to, co służy godności osób, żywotności wspólnot oraz dobru wszystkich.
Nauka społeczna jako rozeznawanie wspólnotowe
Pojmowanie prawdy jako daru, którym należy się dzielić, a nie jako własności, do której trzeba rościć sobie prawo, wyzwala Kościół z pokusy oglądania się z tęsknotą ku formom obecności opartym na władzy. Św. Jan Paweł II wzywał, by ze szczerością spojrzeć na czasy, w których dozwalano stosowanie „w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą” [16], aby na nowo odnaleźć ewangeliczną drogę łagodnego głoszenia i prawdy, która się nie narzuca. W tym samym duchu przypomniałem, że Kościół „nie chce rościć sobie prawa do posiadania prawdy” [17], ponieważ prawda nie jest terytorium, którego należy bronić, lecz dobrem, którym należy się dzielić. Tę samą perspektywę streścił Papież Franciszek w znanych słowach, wedle których „czas przewyższa przestrzeń” [18]: nie chodzi przede wszystkim o zajmowanie przestrzeni władzy ani o obsadzanie twierdz kulturowych, lecz o zapoczątkowywanie procesów dobra i o pozwolenie, by dojrzewały; tak prawda Ewangelii nie narzuca się z góry, ale wzrasta w czasie, pośród konkretnego splotu ludzkich losów, wspólnot i kultur. Jest to prawda, która nie lęka się różnorodności, lecz ją przyjmuje i porządkuje; która nie usuwa konfliktów, ale je przemienia; która na nowo scala to, co historia skłonna jest rozproszyć. Stąd także obraz wielościanu – figury o wielu ścianach, w których z różnych perspektyw odbija się ta sama prawda Ewangelii [19].
Taka postawa otwartości na prawdę – jedną, a zarazem wielorako wyrażaną – w głęboki sposób ukazuje powszechność Kościoła, który obejmuje całą rodzinę ludzką, a równocześnie żyje zanurzony w konkretnych uwarunkowaniach narodów i kultur. Sobór Watykański II przypomina, że właśnie na mocy tej katolickości „poszczególne części przynoszą innym częściom i całemu Kościołowi właściwe sobie dary” [20]; dzięki temu Kościół jako całość i każda poszczególna wspólnota wzrastają przez wzajemną wymianę oraz wspólny wysiłek ku coraz pełniejszej komunii. Wynika stąd, że Lud Boży nie tylko złożony jest z wielu narodów, lecz także wewnątrz siebie utkany jest z różnych funkcji, powołań, kultur i tradycji, wezwanych do tego, by wzajemnie się wspierać i ubogacać. W tej perspektywie św. Paweł VI dostrzegał, że ze względu na wielką różnorodność sytuacji historycznych nie sposób realistycznie oczekiwać, by nauka społeczna Kościoła mogła zaproponować jedną odpowiedź, właściwą dla wszystkich kontekstów [21]; dlatego zachęcał każdą wspólnotę chrześcijańską, by z jasnością spojrzenia i poczuciem odpowiedzialności odczytywała rzeczywistość własnego kraju. To płodne napięcie między powszechnością misji a zakorzenieniem lokalnym należy do samej istoty życia Kościoła: Kościół niesie horyzont całego świata, a zarazem przyjmuje pytania każdego kontekstu jako rzeczywiste miejsce, w którym Ewangelia przybiera ciało.
W świetle tego, co zostało dotąd powiedziane, nauka społeczna Kościoła ukazuje się w swoim najbardziej autentycznym obliczu: nie jako podręczny zbiór zasad i norm do zastosowania, lecz jako droga wspólnotowego rozeznawania. Rodzi się ona ze spotkania odwiecznej prawdy Ewangelii z pytaniami historii, pozostaje uważna na znaki czasu; karmi się wkładem nauk, kultur i ludzkich doświadczeń. Dlatego, gdy godność braci bywa oszpecana, gdy polityka nie odpowiada na dramaty ludzkości, gdy ekonomia zwraca się przeciw człowiekowi albo nauka przekracza granice własnej metody [22], Kościół – wraz z innymi wyznaniami chrześcijańskimi i wyznawcami innych religii – powinien pozwolić słyszeć swój głos nie po to, by panować, lecz by służyć komunii. Tak rozumiana nauka społeczna Kościoła staje się teologią komunii w historii – miejscem, w którym Słowo, które stało się ciałem, nadal staje się dialogiem, pamięcią i proroctwem.
Rozwój Magisterium społecznego od Leona XIII do dzisiaj
Po ukazaniu sposobu, w jaki Kościół jest obecny w historii i podejmuje dialog ze światem, pragnę teraz zatrzymać się nad rozwojem nauki społecznej w Magisterium, które od XIX w. aż po nasze dni towarzyszyło wielkim transformacjom społecznym. Nie sposób oczywiście przedstawić całego bogactwa tego nauczania, którego podstawowe zasady zostały ukazane w Kompendium nauki społecznej Kościoła, a w nowszym Magisterium znalazły dalsze pogłębienie. Nie będę też mógł w sposób systematyczny podejmować tego wszystkiego, co zostało rozwinięte w Encyklikach moich ostatnich czcigodnych Poprzedników, zwłaszcza w Laudato si’i Fratelli tutti. Zamierzam jednak przywołać niektóre zasadnicze linie, aby ukazać, że to, co przedstawiam, wpisuje się w ciągłość tej tradycji, a zarazem by uwydatnić, w jaki sposób trwały rdzeń prawd objawionych o osobie i o ludzkim współżyciu splata się w niej z nieustannie odnawianą zdolnością słuchania okoliczności dziejowych i przyjmowania pytań, które wynikają z teraźniejszości. Pragnę zatem prześledzić kilka decydujących etapów tego rozwoju, poczynając od czasu otwartego przez Encyklikę Rerum novarum.
Pierwsze kroki nauki społecznej Kościoła
To, co dziś nazywamy „nauką społeczną Kościoła”, nie narodziło się nagle w czasach współczesnych, lecz zbiera i porządkuje długą tradycję eklezjalnej refleksji nad życiem społecznym, mającą swe źródła w Piśmie Świętym, u ojców Kościoła oraz w opracowaniach teologicznych i prawniczych średniowiecza i czasów nowożytnych. Wyrażenie „nauka społeczna Kościoła” zostało po raz pierwszy użyte przez Piusa XII w 1950 r. [23], lecz treść, którą ono obejmuje, rozumiana jako organiczny korpus nauczania społecznego, zaczęła zarysowywać się wraz z Encykliką Rerum novarumLeona XIII. Wobec „rzeczy nowych” swoich czasów – konfliktu między kapitałem a pracą, kwestii robotniczej, przemian gospodarczych i społecznych – Leon XIII nie ograniczył się do odnotowania trudności, lecz uznał te sytuacje za przestrzeń duszpasterskiej misji Kościoła, poddał je wnikliwemu rozeznaniu, a ich przyczyny oraz możliwe drogi wyjścia ukazał w świetle Ewangelii i integralnej wizji osoby stworzonej na obraz Boga. Św. Jan Paweł II dostrzegał w takim sposobie działania „wzór postępowania” [24] nauki społecznej Kościoła: wzorcową praktykę, przez którą Kościół wobec przemian historycznych wypełnia swoje prawo i obowiązek badania rzeczywistości społecznych, wypowiadania się na ich temat i wskazywania dróg sprawiedliwego rozwiązania. W ten sposób nieprzemijające treści wiary i dawnej mądrości eklezjalnej układają się w żywą naukę, która – pozostając wierna Ewangelii – wzrasta w konfrontacji z „rzeczami nowymi” każdej epoki.
Encyklika Rerum novarumLeona XIII stanowi kamień milowy w rozwoju Magisterium społecznego. Dokument ten stawia w centrum swej refleksji godność pracy i pracownika, potwierdza prawo do sprawiedliwej płacy dla niego i jego rodziny, uznaje w osobach wartość nadrzędną względem kapitału i zysku, broni własności prywatnej wraz z jej niezbywalną funkcją społeczną, docenia zrzeszenia pracownicze oraz proponuje formy współpracy między różnymi częściami społeczeństwa jako alternatywę wobec logiki „walki klas”. Nie dziwi zatem, że Pius XI mógł nazwać ją „Wielką Kartą” ( Magna Charta) [25] działania społecznego chrześcijan: w Rerum novarum dawna mądrość Kościoła dotycząca osoby i życia społecznego przybiera nową postać, zdolną zmierzyć się z epoką przemysłową i dać pierwszy wielki, systematyczny zarys tej nauki społecznej, którą następne dziesięciolecia miały dalej rozwijać. Chociaż wiele warunków historycznych opisanych przez Leona XIII uległo zmianie, co najmniej dwa osiągnięcia pozostają nadal niezwykle aktualne: prymat pracy ludzkiej nad wszelką logiką czysto produkcyjną lub finansową – a stąd także uwaga poświęcona osobom i rodzinom najbardziej narażonym na wyzysk, oraz nierozerwalny związek między głoszeniem Ewangelii a poszukiwaniem bardziej sprawiedliwego ładu społecznego. W ten sposób Rerum novarum nie przestaje przypominać nam, że nie ma autentycznej ewangelizacji, która nie dotykałaby również struktur ludzkiego współistnienia.
Encyklika Quadragesimo annoPiusa XI, ogłoszona w 1931 r., w 40. rocznicę Rerum novarum i pośród wielkiego światowego kryzysu gospodarczego, stanowi dalszy krok w rozwoju Magisterium społecznego. Nie ogranicza się do ponownego podjęcia „kwestii robotniczej”, lecz poszerza spojrzenie na całościowy kształt ładu gospodarczego i politycznego. Piętnuje koncentrację władzy ekonomicznej w rękach nielicznych; krytykuje zarówno nieograniczoną konkurencję, jak i te projekty kolektywistyczne, które niweczą wolność i odpowiedzialność osób; stanowczo przypomina o prawie pracowników do zrzeszania się i ponownie podkreśla konieczność tego, by płaca była proporcjonalna nie tylko do wykonywanej pracy, ale także do potrzeb pracownika i jego rodziny. W tym kontekście formułuje w sposób systematyczny zasadę pomocniczości, która miała stać się jednym ze stałych punktów odniesienia nauki społecznej, a wedle której to, co może być dokonane przez osoby, rodziny, ciała pośrednie i wspólnoty lokalne, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższego rzędu. Obok tego Pius XI jasno przypomina społeczną funkcję własności, a w różnych wypowiedziach swego Magisterium – od Encyklik Non abbiamo bisogno i Mit brennender Sorge aż po Divini Redemptoris – potępia totalitaryzmy, które poniżają godność osoby, dławią życie społeczne, wyolbrzymiają znaczenie państwa ponad jego rzeczywistą wartość i stosują dyskryminującą kategorię rasy. Dla naszych czasów szczególnie aktualne pozostają przynajmniej trzy intuicje jego nauczania społecznego: świadomość, że niesprawiedliwości nie dotyczą jedynie zachowań indywidualnych, lecz również struktur ekonomicznych i instytucjonalnych; wartość zasady pomocniczości, która zachęca do umacniania tkanki zrzeszeniowej i wspólnotowej, unikając nowych koncentracji władzy; a także związek między godnością pracy, sprawiedliwym wynagrodzeniem i rzeczywistą możliwością prowadzenia przez rodziny życia na miarę ludzkiej godności.
W dramatycznym kontekście II wojny światowej i lat powojennej odbudowy Magisterium Piusa XII wnosi znaczący wkład w rozwój nauki społecznej Kościoła, zwłaszcza poprzez bożonarodzeniowe Orędzia radiowe, w których nakreśla zasadnicze rysy ładu międzynarodowego opartego na uznaniu godności ludzkiej, na sprawiedliwości i pokoju. W tych wystąpieniach Papież proponuje dialog ze społeczeństwem, wychodząc od wymagającego odwołania do prawa naturalnego, rozumianego jako zespół obiektywnych zasad, które poprzedzają interesy jednostek i państw i które powinny regulować zarówno życie wewnętrzne narodów, jak i ich wzajemne relacje. Pius XII przypisuje ponadto doniosłą rolę stowarzyszeniom zawodowym, zrzeszeniom pracowniczym i różnym ciałom pośrednim życia gospodarczego i społecznego, uznając w tych zorganizowanych formach życia zbiorowego istotne zabezpieczenie równowagi obywatelskiej i ochrony dobra wspólnego. Podkreśla on konieczność istnienia solidnego państwa prawa, aby zapobiegać nadużyciom władzy, oraz uznaje demokrację za narzędzie sprzyjające właściwemu sprawowaniu rządów. Zarazem przestrzega przed wszelką próbą opierania prawa na użyteczności albo na sile, przypominając, że ład międzynarodowy podporządkowany korzyści silniejszych naraża narody słabsze na przemoc i podważa u samych podstaw zaufanie między państwami. Wreszcie, w głębokich nierównościach gospodarczych między krajami dostrzega jeden z czynników podsycających konflikty [26]. Dla naszych czasów, naznaczonych nowymi formami globalnej władzy i narastającymi nierównościami, szczególnie znamienne pozostają trzy wskazania: konieczność, by prawo poprzedzało interes; świadomość, że dysproporcje ekonomiczne stają się podatnym gruntem dla napięć i przemocy oraz wartość tkanki stowarzyszeniowej, zdolnej pośredniczyć między jednostką a państwem. Wskazówki te nadal dostarczają nauce społecznej Kościoła ważnych kryteriów odczytywania dynamiki globalizacji i wspierania bardziej sprawiedliwego oraz pokojowego ładu międzynarodowego.
Lata Soboru Watykańskiego II
Wraz ze św. Janem XXIII rozpoczyna się nowy etap Magisterium społecznego, naznaczony poświęceniem wyraźniejszej uwagi światowemu wymiarowi kwestii społecznych oraz językowi praw. W Mater et magistraukazuje on wiarę chrześcijańską jako światło zdolne ogarniać zarazem niebo i ziemię, przypominając, że Kościół – choć jego pierwszorzędną misją jest uświęcanie i głoszenie dóbr wiecznych – nie zaniedbuje przez to konkretnych wymogów codziennego życia osób, lecz troszczy się o wszelkie autentyczne dobro człowieka [27] . Wychodząc od tej integralnej wizji człowieka, podkreśla, że życie społeczne domaga się równowagi między inicjatywą powołanych do samoorganizacji i współdziałania obywateli i grup społecznych a działaniem państwa, które winno koordynować i wspierać, nie tłumiąc zarazem wolności i odpowiedzialności podmiotów; stąd jego uwaga poświęcona sprawiedliwemu wynagrodzeniu za pracę, uczestnictwu pracowników oraz narastającym nierównościom między państwami. Kilka lat później, w Pacem in terris, zwracając się po raz pierwszy nie tylko do wiernych, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, Jan XXIII wiąże w sposób organiczny godność osoby z uznaniem podstawowych praw i obowiązków oraz wskazuje ład współżycia – również na płaszczyźnie międzynarodowej – oparty na prawdzie, sprawiedliwości, miłości i wolności [28] . Dla naszych czasów, przenikniętych rozległymi konfliktami i nowymi formami globalnej współzależności, szczególnie znaczące pozostają wskazania: powszechny horyzont wezwania papieskiego, odwołanie do praw człowieka jako do wspólnego języka oraz przekonanie, że trwały pokój wymaga instytucji i relacji między narodami inspirowanych godnością każdej osoby.
Sobór Watykański II wyznaczył punkt zwrotny w samoświadomości Kościoła wobec świata współczesnego. W Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spespozostawił nam obraz Kościoła, który staje się bliski ludzkości, angażuje się w sprawy świata i podejmuje refleksję, nie opierając się na abstrakcyjnych schematach, lecz wychodząc od konkretu sytuacji historycznych. Tekst ten podejmuje wielkie kwestie małżeństwa i rodziny, życia gospodarczego i społecznego, wspólnoty politycznej, wojny i pokoju, podkreślając, że struktury ekonomiczne i instytucjonalne są sprawiedliwe jedynie wówczas, gdy służą integralnemu rozwojowi osoby i sprzyjają odpowiedzialnemu uczestnictwu wszystkich [29] . Znaczenie tego dokumentu soborowego dla nauki społecznej Kościoła polega nie tylko na tym, że otworzył on nowe perspektywy refleksji tematycznej, lecz także na tym, że przekazał metodę rozeznawania, która zachęca do odczytywania przemian dziejowych za pomocą spojrzenia ewangelicznego i z ludzką kompetencją. Styl ten ukazuje, że dialog ze światem nie jest dla Kościoła wyborem taktycznym, lecz konkretną formą jego misji, ponieważ Ewangelia – niby zaczyn – może od wewnątrz przemieniać struktury współistnienia i otwierać drogi ku pełniejszemu człowieczeństwu. W ten horyzont wpisuje się również Deklaracja Dignitatis humanae, w której Sobór uznaje, że wolność religijna jest podstawowym prawem zakorzenionym w godności osoby i że powinno być ono zagwarantowane przez porządek prawny, aby nikt nie był zmuszany do działania wbrew sumieniu ani pozbawiany możności prywatnego i publicznego szukania i wyznawania prawdy [30] . Zasada ta, mająca wielkie znaczenie również dla naszych czasów, nadal dostarcza nauce społecznej Kościoła kryteriów rozstrzygających dla ochrony osoby oraz dla budowania społeczeństw pluralistycznych i pokojowych.
Z Pontyfikatu św. Pawła VI wyłania się takie rozumienie pokoju, które nie sprowadza się do braku wojny, lecz nabiera kształtu na drodze integralnego rozwoju człowieka. W Populorum progressioopisuje on rozwój jako przejście od warunków życia mniej ludzkich do warunków bardziej ludzkich i pojmuje go jako proces obejmujący każdego człowieka i całego człowieka [31] , to znaczy każdy wymiar osoby oraz wszystkie narody bez wyjątku. Na tej podstawie Paweł VI może stwierdzić, że tak rozumiany rozwój w istocie „oznacza to samo, co pokój” [32] , ponieważ zmierza do usunięcia korzeni niesprawiedliwości i konfliktu oraz do otwierania dla wszystkich przestrzeni bardziej godnego życia. Ustanowienie Papieskiej Komisji Iustitia et Pax należy także odczytywać w tym świetle jako próbę nadania tej intuicji trwałej formy na płaszczyźnie eklezjalnej i międzynarodowej, przy jednoczesnym podtrzymywaniu żywej świadomości narastającej przepaści między krajami bogatymi a ubogimi oraz potrzeby takiej polityki, która będzie sprzyjać rzeczywiście bardziej ludzkim warunkom życia dla wszystkich.
W Liście apostolskim Octogesima adveniens, napisanym z okazji 80. rocznicy Rerum novarum, Paweł VI wnosi tę perspektywę w rzeczywistość społeczeństwa postindustrialnego, naznaczonego przemianami urbanistycznymi, nowymi formami ubóstwa, zmianami w świecie pracy i szybkimi przeobrażeniami kulturowymi, które stawiają pod znakiem zapytania przyszłość osób i wspólnot. Dla Pawła VI Ewangelia – chociaż została ogłoszona, napisana i wprowadzana w życie w kontekście historyczno-kulturowym bardzo odmiennym od naszego – nie jest przesłaniem „przestarzałym”, lecz wizją osoby ludzkiej, relacji, władzy i dobra wspólnego, zdolną również dzisiaj ukierunkowywać wybory ekonomiczne, polityczne i kulturowe [33]. Innymi słowy, Ewangelia pozostaje zawsze aktualna, ponieważ daje kryteria pozwalające rozpoznać to, co humanizuje, i to, co dehumanizuje; to, co wyzwala, i to, co uciska – pośród nieustannie nowych sytuacji. Dla nauki społecznej Kościoła najbardziej wymagającym dziedzictwem Pawła VI pozostaje właśnie to: dopóki w świecie będą istniały narody wyłączone z rozwoju godnego człowieka, dopóty wspólnota chrześcijańska nie będzie mogła zadowolić się abstrakcyjnym głoszeniem pokoju, lecz będzie musiała pozwolić, by Ewangelia osądzała – wychodząc od tych, którzy pozostają na marginesie – te struktury ekonomiczne i polityczne, które – jak przypomniałby Jan Paweł II – mogą stać się prawdziwymi „strukturami grzechu” [34] , tak aby żadna osoba i żaden naród nie były traktowane jako coś, co można poświęcić w procesach rozwoju.
Najnowsze Magisterium
Bogate Magisterium społeczne św. Jana Pawła II sytuuje się na styku kryzysu wielkich systemów ideologicznych XX w. oraz początków globalizacji ekonomicznej. W Encyklice Laborem exercens, napisanej dziewięćdziesiąt lat po ogłoszeniu Rerum novarum, otwiera on nowy kierunek refleksji nad pracą. Sprawiedliwa płaca zostaje tam ukazana jako konkretny sprawdzian słuszności całego systemu społeczno-gospodarczego, ponieważ odsłania, czy pracownik jest traktowany jako osoba, czy jedynie jako koszt produkcji [35]. Praca nie jest postrzegana tylko jako problem do rozwiązania lub jako środek do uzyskania dochodu, lecz jako podstawowe dobro osoby, zasada działalności gospodarczej i klucz do całej kwestii społecznej. W niej człowiek angażuje własną wolność, własną twórczość i zdolność współdziałania, przyczyniając się do kulturowego i moralnego wzrostu społeczeństwa [36] . W świetle tego różne formy niepewności, fragmentaryzacji ścieżek zawodowych i automatyzacji nie mogą być oceniane wyłącznie w kategoriach efektywności, lecz muszą być rozpatrywane z punktu widzenia godności pracownika, jego prawa do wystarczającego wynagrodzenia oraz rzeczywistej możliwości uczestnictwa w życiu społecznym.
W 20. rocznicę Populorum progressio, w Encyklice Sollicitudo rei socialis, św. Jan Paweł II powraca do rany słabego rozwoju gospodarczego i uznaje niepowodzenie wielu prób przezwyciężenia ekonomicznego opóźnienia ludów ubogich oraz wspierania ich uprzemysłowienia, stwierdzając trwałość, a niekiedy nawet pogłębianie się przepaści między Północą a Południem świata [37]. Piętnuje ponadto mechanizmy gospodarcze, finansowe i handlowe, które – pozostając pod kontrolą krajów silniejszych – w sposób strukturalny służą ich interesom i dławią gospodarki słabsze, domagając się, by zostały one poddane nie tylko ocenie technicznej, lecz także poważnemu osądowi moralnemu [38] . W tym kontekście solidarność zostaje ukazana jako konkretna współodpowiedzialność osób, ludów i narodów, jako forma przyjaźni społecznej i miłości politycznej, ukierunkowana ku „cywilizacji miłości”, o której mówił św. Paweł VI [39] .
W stulecie Rerum novarumEncyklika Centesimus annus przynosi wreszcie rozeznanie dotyczące upadku systemu sowieckiego oraz umacniania się demokracji i gospodarki rynkowej: św. Jan Paweł II podejmuje na nowo przesłanie Piusa XII, wedle którego Kościół może uznać wartość demokracji o tyle, o ile zapewnia ona rzeczywisty udział obywateli, pozwala na pokojowy wybór i zmianę rządzących oraz nie dopuszcza do tego, by władza została zmonopolizowana przez wąskie elity kierujące się interesami partykularnymi albo ideologicznymi [40] . Podobnie uznaje pozytywny potencjał rynku i prywatnej inicjatywy tylko wtedy, gdy pozostają one podporządkowane prawu moralnemu i ukierunkowane zasadą solidarności, nie składając najsłabszych w ofierze logice zysku [41] . W ten sposób w nauce społecznej Kościoła pozostaje szczególnie aktualne dziedzictwo: podkreślenie więzi między godnością pracy, solidarnością między narodami oraz krytyczną oceną demokracji i gospodarki rynkowej nadal dostarcza kryteriów do osądu nowych form wyzysku, wykluczenia i kryzysu reprezentacji politycznej.
Papież Benedykt XVI w swojej Encyklice społecznej Caritas in veritatechciał na nowo podjąć i pogłębić pojęcie rozwoju przedstawione w Populorum progressio, odczytując je w perspektywie globalizacji. Przypomina, że taki rozwój powinien wyrażać się poprzez „realny wzrost, obejmujący wszystkich i rzeczywiście zrównoważony” [42] , to znaczy poprzez postęp gospodarczy prawdziwie inkluzywny i szanujący granice stworzenia. Stwierdza jednak, że w krajach bogatych powstają nowe kategorie ubogich i mnożą się niespotykane wcześniej formy wykluczenia, podczas gdy w regionach najuboższych niewielkie grupy żyją w konsumpcyjnym dobrobycie współistniejącym z dehumanizującą nędzą [43] . Zauważa ponadto, że nowy globalny system gospodarczo-finansowy, naznaczony wielką ruchliwością kapitału i środków produkcji, ograniczył polityczną władzę państw oraz ich zdolność do ukierunkowywania procesów gospodarczych [44] . Dlatego raz jeszcze podkreśla, że działalność ekonomiczna nie może rościć sobie pretensji do rozwiązywania problemów społecznych jedynie przez rozszerzanie logiki rynku, lecz musi być podporządkowana dobru wspólnemu, za które wspólnota polityczna ponosi odpowiedzialność własną i niezastąpioną [45] .
W centrum tej reinterpretacji Benedykt XVI stawia miłość, stwierdzając, że jest ona „fundamentem nauki społecznej Kościoła” [46], pod warunkiem wszakże, że pozostaje zawsze złączona z prawdą; zarazem z niepokojem zauważa on, iż właśnie na polach społecznym, prawnym, politycznym i ekonomicznym coraz częściej usiłuje się ogłaszać jej niewielkie znaczenie moralne. Nowość jego wkładu polega na ukazaniu, że rozwój, sprawiedliwość, instytucje i rynek nie są rzeczywistościami neutralnymi, lecz przestrzeniami, w których miłość w prawdzie winna urzeczywistniać się w historii. Dla współczesności naznaczonej narastającymi nierównościami, presją rynków finansowych, kryzysem środowiskowym i nieufnością wobec polityki nauczanie to zachowuje całą swą aktualność, ponieważ domaga się oceniania każdego modelu rozwoju według jego zdolności do bycia zarazem inkluzywnym i trwałym, do ponownego zespolenia ekonomii i polityki wokół dobra wspólnego oraz do uznania miłości za siłę krytyczną i twórczą w życiu publicznym.
Magisterium społeczne Papieża Franciszka rozwija się zgodnie z linią Konstytucji Gaudium et spes, która zachęca, by patrzeć na historię, wychodząc od ran i nadziei osób oraz wprowadzać je w dialog z Ewangelią. Kierunek ten ujawnia się ze szczególną jasnością w Evangelii gaudium, gdzie zostaje stwierdzone, że orędzie chrześcijańskie ma wewnętrzny wymiar społeczny, a zarazem wybrzmiewa wezwanie do Kościoła zdolnego do wsłuchania się w wołanie ubogich, migrantów i ofiar nowych form niewolnictwa. W tej samej perspektywie należy widzieć również nacisk Franciszka na Kościół synodalny, Kościół, który „idzie razem”, stara się odczytywać znaki czasu w świetle Ewangelii i pozwala, by ubodzy, z którymi dzieli historię, na nowo go ewangelizowali [47].
W Laudato si’Franciszek daje pierwsze wielkie, systematyczne ujęcie kryzysu środowiskowego w Encyklice społecznej, ukazując, że nie jest on kwestią ograniczoną do jednego obszaru, lecz ekologicznym aspektem współczesnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Jego propozycja ekologii integralnej łączy troskę o wspólny dom z opcją preferencyjną na rzecz ubogich i z mocą stwierdza, że „zarówno wołanie ziemi, jak i krzyk biednych” [48] nie mogą być od siebie oddzielane. W tym świetle na nowo wysuwają się na pierwszy plan: powszechne przeznaczenie dóbr, krytyka paradygmatu technokratycznego, który rości sobie pretensję do sprowadzania wszystkiego do przedmiotu panowania, obrona pracy ludzkiej zagrożonej logiką odrzucenia, wymóg sprawiedliwości między pokoleniami oraz wezwanie do prawdziwego dialogu między polityką a ekonomią, tak aby żadna z nich nie zamykała się we własnej samowystarczalności.
Wobec rozpadu tkanki społecznej, „trzeciej wojny światowej w kawałkach”, globalizacji indywidualistycznej oraz skutków pandemii COVID-19 dla więzi wspólnotowych Franciszek we Fratelli tuttipodejmuje na nowo marzenie o ludzkości, która potrafi wybrać przyjaźń społeczną i powszechne braterstwo. Proponuje kulturę spotkania, „lepszą politykę”, zdolną szukać dobra wspólnego, drogi pojednania, oraz świat, który zapewni „ziemię, dom i pracę dla wszystkich” [49]. Wreszcie, w Dilexit nos ukazuje, że te wielkie zobowiązania społeczne nie dają się oddzielić od osobistej więzi z Chrystusem: wracając do Słowa Bożego, przypomina, iż najprawdziwszą odpowiedzią na miłość Serca Jezusowego jest konkretna miłość wobec braci, i stwierdza, że „nie ma większego czynu, jaki możemy Mu ofiarować, aby miłość odwzajemnić miłością” [50].
Odczytywanie dziejów w świetle wiary
Gdy spojrzy się na tę drogę jako na całość, można dostrzec, że nauka społeczna Kościoła nie jest owocem projektu opracowanego przy biurku, lecz wynikiem cierpliwie splatanej historii, w której każdy Papież – wraz z Soborem Watykańskim II – wniósł własny, oryginalny wkład w świetle „rzeczy nowych” swoich czasów. Każdy z nich, podejmując wyzwania swojej epoki i odczytując przemiany dziejowe w świetle Ewangelii, wydobywał różne aspekty jednego dziedzictwa: godność osoby, wartość pracy, powszechne przeznaczenie dóbr, solidarność i pomocniczość, troskę o stworzenie, centralne znaczenie pokoju i braterstwa. Wyłania się stąd rozwój harmonijny, choć nie zawsze linearny, charakteryzujący się różnymi akcentami, stopniowym pogłębianiem oraz niekiedy zmianami perspektywy, które nie zrywają z tym, co wcześniejsze, lecz pozwalają dojrzewać zawartym w nim konsekwencjom. Jeżeli dziś możemy mówić o korpusie wspólnych zasad i kryteriów, to dlatego, że to odczytywanie dziejów w świetle wiary nigdy nie zostało zarzucone i potrafiło podejmować wyzwania stawiane przez pytania kolejnych pokoleń. Właśnie temu zasadniczemu rdzeniowi – to znaczy wielkim zasadom nauki społecznej, które ukierunkowują rozeznanie wierzących w życiu osobistym i publicznym – pragnę teraz poświęcić uwagę, aby lepiej uchwycić ich wewnętrzną spójność i ich żywotną moc dla naszych czasów.
ROZDZIAŁ II
PODSTAWY I ZASADY NAUKI SPOŁECZNEJ KOŚCIOŁA
Nauka społeczna Kościoła jest rzeczywistością żywą, pozostającą w dialogu z historią, kulturami i naukami, a zarazem strzegącą rdzenia prawdy, która nie przemija. Dlatego może być uznana za formę mądrości, zdolną także dzisiaj ukierunkowywać życie osobiste i społeczne wierzących. W niniejszym drugim rozdziale pragnę zatrzymać się nad niektórymi podstawami i zasadami nauki społecznej, które pomagają odczytywać „rzeczy nowe” naszych czasów w świetle podstawowej godności osoby ludzkiej. Uważam, że dzisiaj – jeśli chcemy otoczyć troską osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji – musimy na nowo podjąć refleksję nad dobrem wspólnym, powszechnym przeznaczeniem dóbr, pomocniczością, solidarnością i sprawiedliwością społeczną. Jestem przekonany, że harmonijna relacja między tymi zasadami wymaga, aby były one rozpatrywane łącznie, tak by mogło się jasno uwidocznić, jak wzajemnie się dopełniają i objaśniają.
Proponując te refleksje, pragnę przede wszystkim pomóc wiernym świeckim oraz wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli odkryć na nowo ich zadanie polegające na tym, by wnosić w codzienność – w relacje rodzinne, w pracę i w uczestnictwo społeczne – zasady, które zamierzam przypomnieć, pozwalając, by ożywiało ich pragnienie wcielania miłości Boga w konkretne wątki historii. Równocześnie chciałbym zachęcić akademie i uniwersytety, by nadały tym zasadom nowy impuls, podejmując nad nimi namysł w sposób wierny dzisiejszym realiom i skuteczny wobec wyzwań rewolucji cyfrowej. W ten sposób refleksja teologiczna i filozoficzna będzie mogła pogłębiać i wspierać drogę duszpasterską Kościoła, przyczyniając się do wypełniania przez Magisterium jego zadania oświecania sumień wierzących i ukierunkowywania ich zaangażowania na rzecz bardziej sprawiedliwego i bardziej braterskiego kształtu życia naszych społeczeństw.
Podstawy nauki społecznej Kościoła
Człowiek obrazem Boga Trójjedynego
Nauka społeczna Kościoła prowadzi nas z powrotem do samego serca naszej wiary – do misterium Boga żywego, objawionego w Jezusie Chrystusie jako komunia Osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego – miłości w relacji, która wzajemnie się udziela i otwiera na świat [51]. Jak przypomina Sobór, osoba ludzka jest powołana do komunii z Bogiem i nie może się „w pełni odnaleźć inaczej, jak tylko przez szczery dar z siebie samego” [52]: jej najgłębszym powołaniem jest wejść w trynitarny dynamizm miłości otrzymanej i współdzielonej.
Jeżeli misterium Boga-Miłości jest źródłem nauki społecznej Kościoła, to jego najbardziej konkretny obraz kontemplujemy w Jezusie Chrystusie, Słowie Wcielonym. Stając się człowiekiem, Syn Boży wchodzi w naszą historię i przyjmuje nasze ciało, wnosząc w nie tę miłość, która łączy Go z Ojcem i Duchem Świętym. „Misterium człowieka wyjaśnia się prawdziwie jedynie w misterium Słowa Wcielonego” [53], ponieważ Jego człowieczeństwo jest w pełni wolne, otwarte na innych, zdolne budować więzi solidarne i piękne, oddane całkowitemu darowi z siebie. Kto w Niego wierzy, zostaje włączony w wielkie dzieło odnowy zapoczątkowane przez misterium Jego męki, śmierci i zmartwychwstania oraz współdziała w budowaniu Królestwa Bożego, ucząc się przyjmować każdą kobietę i każdego mężczyznę jako siostrę i brata – dzieci jednego Ojca. W ten sposób zarówno głoszenie, jak i doświadczenie chrześcijańskie, prowadzone przez Ducha Świętego, zmierzają do wywoływania skutków społecznych w świecie [54].
W centrum chrześcijańskiej wizji człowieka znajduje się wielkie twierdzenie, że mężczyzna i kobieta zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego (por. Rdz1, 26-27). Każda osoba, konstytutywnie ukierunkowana na relację, jest zamierzona i chciana przez Boga po to, by wejść w historię komunii z Nim, z innymi oraz ze stworzeniem. Jej godność nie zależy od zdolności, jakie posiada, od bogactw czy zajmowanego miejsca, od słusznych bądź błędnych wyborów, których dokonuje, lecz jest darem, który ją poprzedza i przewyższa, złożonym przez Boga jako wyraz Jego miłości, która nigdy nie ustaje. Dlatego osoba ludzka pozostaje zawsze „drogą Kościoła” [55] oraz sercem każdej autentycznej drogi integralnego rozwoju człowieka [56].
Równa godność wszystkich istnień ludzkich
Św. Jan Paweł II stwierdzał, że „pogłębiona wrażliwość na godność ludzkiej osoby i na jej wyjątkowość, a także należny respekt dla decyzji sumienia stanowi niewątpliwie pozytywny dorobek współczesnej kultury” [57]. Stwierdzenie to wpisuje się w linię wytyczoną już przez Sobór Watykański II, który odnotował wzrost świadomości wzniosłej godności każdej osoby, jej wartości przewyższającej wszelkie rzeczy oraz jej powszechnych i nienaruszalnych praw i obowiązków [58]. Ważne jest, by czuwać, aby ten wzrost świadomości godności człowieka nie został przesłonięty pod naciskiem nowych ideologii lub określonych, bardzo potężnych interesów obecnych w dzisiejszym świecie. Wśród tych ideologii za szczególnie podstępną uważam tę, która daje do zrozumienia, że każdy człowiek powinien zasłużyć na swoją wartość albo ją usprawiedliwić, do tego stopnia, iż większą wartość przypisuje się tym, którzy są bardziej wydajni i sprawniejsi. W takiej perspektywie osoba zostaje ostatecznie sprowadzona do środka służącego osiąganiu rezultatów, do zasobu, którym można się posłużyć i który można wyzyskiwać, i nie jest już ona uznawana za cel sam w sobie, który nigdy nie podlega instrumentalizacji. Tymczasem wartość osoby nie zależy od tego, co ona osiąga lub wytwarza, a pewne prawa przysługują każdemu już przez sam fakt bycia osobą. Żadna ludzka władza nie może ich prawomocnie odmówić ani arbitralnie ograniczać [59].
Gdy mówimy o godności, nie zawsze używamy tego słowa w tym samym znaczeniu: niekiedy mamy na myśli godność moralną, to znaczy sposób, w jaki człowiek ukierunkowuje swoje wybory i swoje działanie; innym razem myślimy o godności społecznej, a więc o warunkach życia człowieka i o konkretnym szacunku, jakim darzy go społeczeństwo; w jeszcze innych przypadkach wskazujemy na godność egzystencjalną, to znaczy na sposób, w jaki człowiek postrzega wartość samego siebie i własnego życia. Te wymiary godności mogą wzrastać albo maleć. Oprócz tych znaczeń istnieje jednak poziom głębszy i najważniejszy, którym jest godność ontologiczna. Jest to godność przysługująca każdej istocie ludzkiej po prostu z racji jej istnienia, tego, że była chciana, stworzona i umiłowana przez Boga [60]: żaden grzech, żadne niepowodzenie, żadne upokorzenie, żadne wykluczenie nie mogą naruszyć głębokiej wartości życia ludzkiego, którego On zapragnął i które powołał do istnienia [61].
Dlatego podstawowej godności każdej osoby nie nabywa się ani się na nią nie zasługuje, nie potrzebuje też ona udowadniania. Niedawna Deklaracja Dignitas infinitaprzedstawiła syntetyczne ujęcie przekonań Kościoła w tej kwestii: „Nieskończona godność, niezbywalnie związana z istotą samego bytu, przysługuje każdej osobie ludzkiej, niezależnie od jakichkolwiek okoliczności i jakiegokolwiek stanu lub sytuacji, w jakich się znajduje” [62], to znaczy zawsze i bez wyjątku. O godności tej, przysługującej każdej istocie ludzkiej, można mówić jako o nieskończonej – jak czynił to św. Jan Paweł II [63] – z dwóch racji: ponieważ nieskończona jest miłość Boga, który powołuje człowieka do przyjaźni z sobą, oraz ponieważ jest ona absolutnie bezwarunkowa, w tym sensie, że nawet gdyby szukać w nieskończoność, nigdy nie znajdzie się niczego, co mogłoby ją przekreślić albo podać w wątpliwość.
Najwyższa wartość praw człowieka
Kościół z wdzięcznością uznaje, że „dążenie do sformułowania i ogłoszenia praw człowieka jest jednym z najbardziej znaczących kroków, będących skuteczną odpowiedzią na niezbywalne wymogi ludzkiej godności” [64]. Jak zaś stwierdził św. Jan Paweł II, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, ogłoszona przez Organizację Narodów Zjednoczonych 10 grudnia 1948 r., pozostaje po dziś dzień jednym z najwznioślejszych wyrazów ludzkiego sumienia [65]. Stanowi ona „prawdziwy słup milowy na drodze postępu moralnego ludzkości” [66]. Dlatego w perspektywie chrześcijańskiej prawa człowieka nie są czymś zewnętrznie dodanym do osoby, lecz historycznym wyrazem jej przyrodzonej godności, do której ochrony i promocji jest wezwana wspólnota międzynarodowa.
Prawa człowieka są nienaruszalne, ponieważ „są one wpisane w istotę osoby ludzkiej i jej godności” [67]. W konsekwencji są one powszechne i niezbywalne [68]. Właśnie dlatego, że są zakorzenione we wspólnej godności każdego mężczyzny i każdej kobiety, pociągają za sobą konsekwencje praktyczne i skutki prawne, ponieważ „daremne byłoby głoszenie praw, gdyby jednocześnie nie podejmowano wszelkich starań, by zapewnić należyte ich poszanowanie ze strony wszystkich, wszędzie i w stosunku do każdego” [69]. Wśród nich pierwszym prawem człowieka jest prawo do życia, od poczęcia aż do naturalnego kresu [70], bez którego niemożliwe jest korzystanie z jakiegokolwiek innego prawa. Gdy to podstawowe prawo bywa negowane, jak dzieje się to w przypadku aborcji, zabijania niewinnych osób i eutanazji, mamy do czynienia z wyborami, które Kościół uznaje za moralnie niedopuszczalne [71].
Patrząc na nasze czasy, nie możemy nie dostrzec, że ochrona praw człowieka wystawiona jest dziś na dwa szczególnie poważne zagrożenia. Pierwszym z nich jest ryzyko, że pozostaną one jedynie deklaracją formalną, podczas gdy – równolegle z postępem technologicznym – nasilają się, w sposób ukryty lub jawny, naruszenia godności ludzkiej. Drugim zaś ryzykiem, które w istocie leży u podstaw pierwszego, jest utrata zdolności rozpoznania fundamentu ich powszechności, ponieważ zaniechano „poszukiwania najbardziej solidnych podstaw stojących za naszymi wyborami, a także naszych praw” [72]. Papież Franciszek zachęcał, by nie lekceważyć tego ostatniego problemu. Przypominał, że gdy rozum stawia sobie na serio pytania o naturę ludzką, zdolny jest odkrywać wartości obowiązujące wszystkich, ponieważ z niej właśnie one wypływają. Gdyby jednak ten wysiłek poszukiwania został zaniechany, mogłoby się zdarzyć, że prawa dziś uznawane za nienaruszalne w przyszłości zostałyby zakwestionowane lub zaprzeczone przez tych, którzy dzierżą władzę, być może po uzyskaniu jedynie pozornego przyzwolenia ze strony społeczeństw zastraszanych albo manipulowanych [73].
Wraz ze wzrostem świadomości wartości każdej osoby ludzkiej i jej praw wzrosło także uznanie praw mniejszości. Jednak wciąż pozostaje długa droga do przebycia, aby na całym świecie prawa tej znacznej części społeczeństwa, którą stanowią kobiety, były rzeczywiście i wszędzie jednakowo gwarantowane. Faktem jest bowiem, że „podwójnie biedne są kobiety narażone na sytuacje wykluczenia, złego traktowania i przemocy, ponieważ często mają mniejsze możliwości obrony swoich praw” [74]. Nie wystarczy więc stwierdzać słowami, że mężczyźni i kobiety mają tę samą godność i takie same prawa; trzeba, aby znajdowało to odzwierciedlenie w konkretnych decyzjach: w prawie, w dostępie do pracy, do wykształcenia, do odpowiedzialności społecznej i politycznej, a także w sposobie, w jaki społeczeństwo słucha kobiet i docenia ich wkład. Dopóki ta przepaść będzie się utrzymywać, nie będzie można powiedzieć, że społeczeństwo naprawdę – w pełni – uznaje równą godność kobiet i mężczyzn.
Liczą się konkretne osoby, każda z nich, a także ich rodziny. Ruchy społeczne, wielkie deklaracje polityczne na rzecz ludu i ideologie wspólnotowe nie znaczą nic, jeśli ostatecznie nie prowadzą do wspierania osób – mężczyzn i kobiet – wraz z ich niezbywalnymi prawami. Podobnie nie wystarczy wychwalać wolności jednostki ani prywatnej inicjatywy, jeśli zarazem godzimy się na to, by rzesze ludzi nadal żyły bez godnej pracy, bez żadnej ochrony, bez dostępu do dóbr podstawowych.
Zasady nauki społecznej Kościoła
Zasada dobra wspólnego
Uznanie, że każda kobieta i każdy mężczyzna noszą w sobie niezbywalną godność oraz prawa, których żadna ludzka władza nie może naruszyć ani przekreślić, domaga się kształtowania sposobu, w jaki żyjemy razem, naszych wyborów ekonomicznych i politycznych oraz konkretnego oblicza naszych miast. Stąd rodzi się pierwsza wielka zasada nauki społecznej, którą pragnę przypomnieć: dobro wspólne. Możemy je określić jako społeczny kształt godności uznanej w każdym człowieku. Gdy Benedykt XVI mówił o wartościach nienegocjowalnych, których Kościół powinien zawsze bronić, zaliczył do nich również „promocję dobra wspólnego” [75]. Dla chrześcijanina bowiem wyjście z ciasnego świata własnych interesów i zaangażowanie – na miarę własnych możliwości – na rzecz dobra wspólnego jest wartością nienegocjowalną, podobnie jak obrona życia.
Sobór Watykański II stwierdził, że dobro wspólne to „suma tych warunków życia społecznego, które pozwalają bądź to grupom, bądź poszczególnym jego członkom pełniej i szybciej osiągnąć ich własną doskonałość” [76]. Ta definicja daje nam pierwszą cenną wskazówkę, ponieważ dobro wspólne nie daje się sprowadzić do zwykłego wykazu warunków czy instytucji. Nie pokrywa się ani z sumą korzyści poszczególnych osób, ani ze zbieżnością ich partykularnych interesów; jest dobrem większym, które należy do wszystkich i które można budować, pomnażać i strzec jedynie wspólnymi siłami. Można powiedzieć, że działanie społeczne osiąga swoją pełnię wtedy, gdy zmierza ku temu dobru wspólnemu, podobnie jak moralne działanie osoby znajduje swoje spełnienie w wyborze dobra prawdziwego [77].
W tym sensie możemy powiedzieć, że „całość jest czymś więcej niż część” [78]i że właśnie dlatego „sama suma korzyści indywidualnych nie jest w stanie stworzyć lepszego świata dla całej ludzkości” [79]. Iluzją jest myślenie, że wystarczy zabiegać o własny postęp, aby przyczyniać się do dobra wszystkich, bez rzeczywistej troski o innych. Taka wizja pomija właściwą i specyficzną wartość dobra wspólnego: jest ono owocem „współzależności” [80], która tworzy sieć dobra społecznego, rozprzestrzeniającą się i oddziałującą na ludzi. Dobro wspólne jest czymś więcej [wł. plus], jest wynikiem wzajemnego oddziaływania i wpływu, który łączy rozmaite działania, inicjatywy, wysiłki i decyzje. Gdyby zsumować jedynie dobra jednostkowe, nie dałoby się wyjaśnić istnienia owego „więcej”, które je przewyższa, a zarazem ubogaca.
To właśnie dążenie do dobra wspólnego daje początek ludowi, pojmowanemu nie jako zwykła suma jednostek, lecz jako żywa rzeczywistość, w której ludzie uczą się dostrzegać wzajemne powiązania i współodpowiedzialność za res publica. W tym sensie każda osoba przyczynia się do budowania swojego narodu przez „powolną i żmudną pracę, wymagającą gotowości integrowania się i nauczenia się tego, by można było stworzyć kulturę spotkania w wielokształtnej harmonii” [81]. Wspólna praca na rzecz dobra wszystkich oznacza posiadanie wspólnego projektu. Jest rzeczą oczywistą, że między różnymi osobami istnieje wiele różnic natury ideologicznej i pragmatycznej, istnieją rozbieżne interesy i częste kontrasty, nie znaczy to jednak, że niemożliwa jest droga dialogu prowadząca do wypracowania podstawy porozumienia, pozwalającego na tworzenie projektu dla wszystkich i podążania razem.
Do państwa należy zadanie zapewnienia spójności, jedności i sprawiedliwego uporządkowania społeczeństwa obywatelskiego, tak aby dobro wspólne mogło być rzeczywiście realizowane przy udziale wszystkich. Oznacza to konkretnie, że władza publiczna ma delikatny obowiązek „sprawiedliwego harmonizowania” [82]różnych wchodzących w grę interesów, poszukując równowagi między dobrami partykularnymi a dobrem wspólnym, nie pozostawiając na boku najsłabszych. Kiedy polityka rezygnuje z długofalowej wizji i sprowadza się do krótkoterminowych kalkulacji lub jałowych polaryzacji, mówienie o dobru wspólnym traci wiarygodność, a jednocześnie narastają nierówności i pęknięcia społeczne.
Dotyczy to również polityki międzynarodowej. W miarę jak rosną dystanse między narodami, torują sobie drogę logiki przeciwstawienia i agresji, a trudna droga ku światu bardziej zjednoczonemu i braterskiemu doznaje nowych i bolesnych zahamowań. W takim kontekście mówienie o wspólnej drodze ku bardziej sprawiedliwemu rozwojowi całej rodziny ludzkiej „brzmi dziś jak majaczenie” [83]. Nie możemy jednak tracić nadziei. Zachęcam wszystkich do zastanowienia się nad formami współpracy i skuteczniejszymi instytucjami międzynarodowymi, zdolnymi do strzeżenia globalnego dobra wspólnego bez zanegowania prawowitej różnorodności narodów i państw. Promowanie dobra wspólnego nie może bowiem być nigdy oddzielone od poszanowania prawa narodów do istnienia, do zachowania własnej tożsamości oraz do wnoszenia swej oryginalności do rodziny narodów [84]. Wszelka próba czy projekt unicestwienia albo podporządkowania jakiegoś narodu są czymś głęboko niemoralnym, a zatem nie do przyjęcia.
Zasada powszechnego przeznaczenia dóbr
„Wśród rozlicznych wymiarów dobra wspólnego szczególnego znaczenia nabiera zasada powszechnego przeznaczenia dóbr” [85]. Zasada ta przypomina nam przede wszystkim, że dobra ziemi – gleba, woda, powietrze, zasoby naturalne – zostały dane przez Boga całej rodzinie ludzkiej, aby podtrzymywały życie wszystkich, zarówno dzisiaj, jak i w przyszłych pokoleniach, oraz że każdej osobie przysługuje pierwotne prawo do korzystania z tych dóbr. Św. Jan Paweł II przypominał, że „Bóg dał ziemię całemu rodzajowi ludzkiemu, aby utrzymywała wszystkich jego członków, nie wykluczając ani nie wyróżniając nikogo” [86]. W konsekwencji „nie jest zgodne z planem Bożym, by rozporządzać tym darem tak, że z jego dobrodziejstw korzystaliby jedynie nieliczni” [87]. Dzisiaj jesteśmy wezwani uznać, że owo powszechne przeznaczenie obejmuje nie tylko dobra materialne, lecz także dobra niematerialne i kulturowe.
Istnieje prawo do własności prywatnej, które ma swój sens i właściwą sobie funkcję, ale zawsze pozostaje podporządkowane powszechnemu przeznaczeniu dóbr. Według św. Jana Pawła II podporządkowanie to stanowi złotą regułę życia społecznego i „pierwszą zasadę całego porządku społeczno-etycznego” [88]. Tradycja Kościoła postrzegała własność jako środek służący strzeżeniu dóbr i zarządzania nimi tak, aby mogły one lepiej służyć dobru wspólnemu. Ponieważ „tradycja chrześcijańska nigdy nie uznawała prawa do własności prywatnej za absolutne i nienaruszalne” [89], społeczna funkcja własności nie powinna być uważana za zwykłą opinię teologiczną, lecz za pewną doktrynę Kościoła, obecną już w Piśmie Świętym i u Ojców. Dlatego Papież Franciszek przypomniał, że solidarność przeżywana w całej swej głębi oznacza także „zwrócić ubogiemu to, co mu się należy” [90].
Dzisiaj do dóbr przeznaczonych powszechnie dla wszystkich musimy zaliczyć także nowe formy własności: patenty, algorytmy, platformy cyfrowe, infrastrukturę technologiczną i dane. W kontekście, w którym bogactwo narodów coraz bardziej zależy od wiedzy i technologii, gdy dobra te pozostają skupione w rękach nielicznych, bez odpowiednich form dzielenia się nimi i dostępu do nich, powstaje nowa nierównowaga, sprzeczna z powszechnym przeznaczeniem dóbr i pogłębiająca przepaść między włączonymi a wykluczonymi, między tymi, którzy mogą uczestniczyć w rewolucji cyfrowej, a tymi, którzy pozostają na jej marginesie. Ponadto troska o wspólny dom oraz odpowiedzialność wobec ubogich i przyszłych pokoleń wymagają, aby korzystanie z dóbr stworzenia i z nowych możliwości oferowanych przez technikę było regulowane w taki sposób, by szanować środowisko, unikać marnotrawstwa i nowych form grabieży.
Zasada pomocniczości
Zasada pomocniczości wyrasta z tego samego spojrzenia na osobę, które kierowało naszymi rozważaniami nad godnością i dobrem wspólnym. Skoro każda kobieta i każdy mężczyzna są powołani, by stawać się podmiotami własnego życia i uczestniczyć w budowaniu społeczeństwa, to również organizacja życia społecznego winna szanować i wspierać tę odpowiedzialność. Nauka społeczna Kościoła nazywa „pomocniczością” zasadę, zgodnie z którą to, co mogą uczynić osoby, rodziny, wspólnoty lokalne i ciała pośrednie, nie powinno być przejmowane przez instancje wyższe. Instytucje wyższego szczebla winny uznawać, chronić i wspierać wolność oraz kreatywność niższych szczebli, koordynując ich wkład tak, aby mógł on skutecznie służyć dobru wspólnemu [91].
Od początku nowożytnego Magisterium społecznego, poczynając od Leona XIII, Kościół podkreślał, że ani osoba, ani rodzina nie mogą zostać wchłonięte przez państwo, lecz – na ile to możliwe i bez szkody dla dobra wspólnego – należy pozostawić im możliwość swobodnego działania [92]. Św. Jan Paweł II podjął i pogłębił tę perspektywę, przypominając, że wspólnota polityczna pozostaje w służbie społeczeństwa obywatelskiego, a państwo winno czuwać nad dobrem wspólnym, interweniując wtedy, gdy jest to konieczne, ale nie zastępując w sposób trwały odpowiedzialności organizmów pośrednich i rzeczywistości społecznych [93]. Pomocniczość nie usprawiedliwia więc wycofania się państwa, lecz ukierunkowuje jego działanie: interwencja publiczna jest potrzebna właśnie po to, aby umożliwić wszystkim podmiotom społecznym wypełnianie ich misji bez przygniatania ich ciężarem struktur wyższych. Do wspólnoty politycznej należy tworzenie takich warunków, by osoby, rodziny, stowarzyszenia i organizmy pośrednie mogły realizować swoje społeczne powołanie, nie będąc zastępowanymi ani sprowadzanymi do roli samych wykonawców [94].
Zasada ta zachęca do przezwyciężania wszelkich form paternalistycznego czy czysto opiekuńczego zarządzania życiem społecznym, promując styl współodpowiedzialności: państwo, które dowartościowuje inicjatywę obywateli, oraz społeczeństwo obywatelskie zdolne do tworzenia więzi i uruchamiania sił służących dobru wspólnemu. Zgodnie z logiką pomocniczości decyzje podejmuje się na poziomie możliwie najbliższym osobom, których one dotyczą, dowartościowując życie stowarzyszeniowe, tak aby ludzie nie stawali wobec decyzji już podjętych, lecz mogli uczestniczyć w procesie ich kształtowania. Tam, gdzie rodziny, stowarzyszenia, wspólnoty lokalne, rzeczywistości wolontariatu i tak zwanego „trzeciego sektora” są uznawane i wspierane, życie społeczne staje się bliższe osobom, usługi bardziej uważne na rzeczywiste potrzeby, a odpowiedzi – bardziej twórcze i bardziej szanujące godność każdego człowieka [95].
Zasada pomocniczości ma szczególne znaczenie także w kontekście rewolucji cyfrowej. Tutaj wyższym szczeblem nie jest państwo, lecz każdy duży podmiot gospodarczy i technologiczny, który faktycznie wywiera wpływ na warunki życia wspólnego. Poziomem przejmującym kompetencje, dane i zdolność decydowania stają się przedsiębiorstwa i platformy, określające warunki dostępu, zasady widoczności treści, formy relacji, a nawet możliwości ekonomiczne. Pomocniczość domaga się, aby procesy te nie były narzucane z góry w sposób nieprzejrzysty i jednostronny, lecz by były ukierunkowane na dobro wspólne dzięki przejrzystości, odpowiedzialności i rzeczywistym formom uczestnictwa (takim jak niezależne audyty, przejrzystość algorytmów, sprawiedliwy dostęp do danych i środki odwoławcze) [96].
W tym kontekście państwa i instytucje ponadnarodowe są wezwane do zapewniania sprawiedliwych norm i skutecznych zabezpieczeń, aby wspólnoty lokalne, ciała pośrednie, szkoły, uniwersytety oraz rzeczywistości kościelne i stowarzyszeniowe mogły mieć głos i wnosić swój wkład w rozeznanie decyzji wpływających na życie osób: na pracę, dostęp do usług, zarządzanie danymi i środowiska cyfrowe. W decyzjach dotyczących przepływów ekonomicznych i platform cyfrowych, w zarządzaniu danymi i algorytmami nie można dopuścić do tego, by nieliczne podmioty samodzielnie wyznaczały bieg procesów; konieczne jest budowanie takich form współpracy, które uszanują różne poziomy wspólnoty światowej i uczynią je współodpowiedzialnymi za dobro wspólne [97].
Zasada solidarności
Po rozważeniu dobra wspólnego i pomocniczości pragnę zatrzymać się nad zasadą solidarności. Wyrasta ona z wizji osoby, która pochodzi z wiary: każda istota ludzka została stworzona na obraz Boga i włączona w sieć relacji wiążących ją z innymi, z narodami i z całym stworzeniem. Św. Paweł VI przypominał, że zobowiązania solidarności, sprawiedliwości i miłości zakorzenione są w ludzkim i nadprzyrodzonym braterstwie łączącym między sobą ludzi i narody [98]. Braterstwo nie jest jedynie wewnętrznym pragnieniem wierzącego, lecz społeczną i polityczną formą życia, która winna znaleźć wyraz we wspólnych wyborach i drogach działania. Solidarność jest zatem konkretnym uznaniem, że los każdego z nas związany jest z losem wszystkich: naprawdę „nikt nie ocala się sam” [99]. W ten sposób oczywisty staje się ścisły związek między pomocniczością a solidarnością. Gdy pomocniczości nie towarzyszy solidarność, łatwo przekształca się ona w zwykłą ochronę partykularnych interesów; gdy zaś solidarność nie jest wsparta pomocniczością, ulega wynaturzeniu, przeradzając się w opiekuńczość, która nie sprzyja odpowiedzialności [100]. To powiązanie odsyła również do odpowiedzialności za autentyczne uczestnictwo: solidarność wyraża się wtedy, gdy każdy – osobiście i razem z innymi – bierze udział w życiu wspólnoty, zdobywa potrzebne informacje, zrzesza się, zabiera głos, przyczynia się do podejmowania decyzji i działań publicznych – przyjmując rzeczywistą odpowiedzialność za to, by dobro wspólne przekładało się na podejmowane wspólnie wybory.
W wielu obszarach doświadczamy już pewnego rodzaju „solidarności faktycznej”: nasze losy są ze sobą ściśle powiązane, ekonomia i środki komunikacji sprawiają, że to, co dzieje się w jednym miejscu, ma dalekosiężne skutki, a sieci cyfrowe łączą w czasie rzeczywistym osoby i wspólnoty z każdego zakątka świata. Ta struktura relacji nie jest jednak jeszcze solidarnością w pełnym znaczeniu, jeśli nie staje się świadomym wyborem. Wiara zachęca nas, aby odczytywać tę rzeczywistość jako wezwanie: nie jesteśmy jedynie po prostu blisko siebie, lecz zostaliśmy sobie wzajemnie powierzeni, aby każdy – na miarę swoich możliwości – brał na siebie życie i rany brata oraz siostry. Solidarność rodzi się właśnie wtedy, gdy decydujemy się nie pozostawać obojętnymi wobec tego, co spotyka naszego bliźniego, i gdy przekształcamy nieodzowne więzi – ekonomiczne, kulturowe, technologiczne – w drogi dzielenia się, współpracy i wzajemnej troski, ucząc się „mówienia i działania w kategoriach wspólnoty” [101].
Magisterium społeczne podkreślało, że solidarność jest zarazem zasadą i cnotą. Jako zasada wyraża ona obiektywny porządek relacji między osobami, grupami i narodami oraz odsyła do świadomości współzależności, zgodnie z którą dobro każdego łączy się z dobrem innych. Jako cnota wymaga natomiast „mocnej i trwałej woli angażowania się na rzecz dobra wspólnego” [102], ze szczególną uwagą poświęconą najsłabszym. Papież Franciszek przypomniał, że solidarność jest „sposobem kształtowania historii” [103], który buduje ludy, a nie zwykłe masy jednostek. Dlatego zakłada ona style życia nacechowane umiarem i dzieleniem się, zdolność rezygnacji z doraźnych korzyści, aby otworzyć innym nowe perspektywy na przyszłość, a także gotowość do podawania w wątpliwość przyzwyczajeń i przywilejów – również tych związanych z konsumpcją cyfrową i używaniem technologii – kiedy uniemożliwiają one innym życie z godnością.
W świecie naznaczonym coraz ściślejszymi relacjami między osobami, wspólnotami i narodami solidarność przyjmuje również wymiar globalny. Benedykt XVI dobitnie przypominał o związku między rozwojem, sprawiedliwością i odpowiedzialnością wobec przyszłych pokoleń, przypominając, że autentyczny rozwój domaga się solidarności międzypokoleniowej [104]oraz dbałości o więzi łączące nas ze środowiskiem naturalnym. Dzisiaj odpowiedzialność ta rozciąga się także na infrastrukturę cyfrową i informacyjną: podobnie jak środowisko naturalne, również „ekosystem cyfrowy” może być chroniony albo eksploatowany, współdzielony albo monopolizowany. Solidarność domaga się, by decyzje dotyczące danych, algorytmów, platform i sztucznej inteligencji brały pod uwagę nie tylko doraźną korzyść nielicznych, lecz także wpływ na całość narodów i na przyszłe pokolenia.
Zasada sprawiedliwości społecznej
Dla wspólnoty chrześcijańskiej sprawiedliwość społeczna jest konkretną formą naśladowania Jezusa i wierności Jego Ewangelii. W Nowym Testamencie Jezus głosi „dobrą nowinę ubogim” ( Łk4, 18) i utożsamia się z małymi, chorymi, więźniami i cudzoziemcami (por. Mt 25, 31-46). Tym samym uczy nas, że sprawiedliwość rodzi się i realizuje w braterstwie, ponieważ sposób, w jaki podchodzimy do najmniejszych i odnosimy się do nich, staje się konkretną miarą naszej relacji z Bogiem i z braćmi. Sprawiedliwość nie dotyczy jednak jedynie postępowania poszczególnych osób, lecz także sposobu, w jaki pomyślane i urządzone są struktury współżycia społecznego. Sobór Watykański II przypomina w tym kontekście, że każda instytucja jest wezwana do służby osobie ludzkiej i jej godności [105]. Sprawiedliwość społeczną rozpoznaje się zatem po tym, czy dany porządek społeczny, gospodarczy i polityczny pozwala wszystkim – a w szczególności najsłabszym – żyć prawdziwie po ludzku, tak by nikt nie został pominięty.
Najnowsze Magisterium podkreślało, że sprawiedliwość społeczna wymaga spojrzenia rozpoczynającego się od owych ostatnich. Św. Jan Paweł II mówił o opcji preferencyjnej na rzecz ubogich [106], która winna kształtować wybory osobiste i społeczne, podczas gdy Papież Franciszek piętnował „kulturę «odrzucenia»” [107], rodzącą coraz to nowe formy wykluczenia. W tej perspektywie sprawiedliwość społeczna domaga się patrzenia na osoby i narody, wychodząc od tych, którzy są najbardziej bezbronni: od ubogich, migrantów, uchodźców, od osób przesiedlonych w obrębie własnego kraju, ofiar przemocy, osób żyjących na peryferiach miejskich i egzystencjalnych.
Pojęcie „sprawiedliwości społecznej” pomaga uznać, że niesprawiedliwości nie rodzą się wyłącznie z błędnych decyzji poszczególnych osób, lecz również ze struktur, mechanizmów oraz układów ekonomicznych i kulturowych, które niemal automatycznie powodują nierówność. Św. Jan Paweł II mówił w tym sensie o strukturach grzechu [108], które sprzeciwiają się woli Bożej i domagają się zaangażowania na rzecz nawrócenia osobistego i społecznego. W tej perspektywie sprawiedliwość nie odnosi się wyłącznie do bardziej sprawiedliwego podziału dóbr czy do korygowania istniejących niesprawiedliwości, lecz nabiera także wymiaru naprawczego. Zmierza ona do odbudowy zerwanych więzi i do ponownego włączenia tych, którzy zostali wykluczeni, biorąc pod uwagę rany pozostawione przez niesprawiedliwości – wojny, kolonializm, dyskryminację rasową lub płciową, przemoc wobec całych narodów oraz wyzysk. Może to oznaczać przywracanie godności i głosu tym, którzy byli ignorowani, wspieranie procesów uzdrowienia pamięci zbiorowej, przeciwstawianie się dyskryminującym prawom i praktykom, a także konkretne wspieranie tych, którzy do dziś ponoszą skutki doznanych w przeszłości krzywd.
W dzisiejszych czasach sprawiedliwość społeczna musi mierzyć się także ze środowiskiem kształtowanym przez technologie cyfrowe. Rozpowszechnianie globalnych sieci, platform i systemów sztucznej inteligencji zmienia sposób pozyskiwania informacji, komunikowania się i uzyskiwania dostępu do usług. Sprawiedliwość domaga się, by nie dopuszczać do powstawania nowych form wykluczania i pozbawiania wolności: osób i narodów, którym odmawia się lub ogranicza dostęp do podstawowych technologii, społeczności narażonych na inwazyjną inwigilację, grup społecznych krzywdzonych przez nieprzejrzyste algorytmy, powielające uprzedzenia i dyskryminację. Sprawiedliwy porządek społeczny w epoce cyfrowej to taki, który gwarantuje wszystkim równy dostęp do możliwości, chroni najmniejszych i najsłabszych, przeciwstawia się nienawiści i dezinformacji, poddaje publicznej kontroli korzystanie z danych i technologii, tak aby kryterium nie był wyłącznie zysk, lecz godność każdej osoby i dobro narodów.
Jednym z decydujących sprawdzianów sprawiedliwości społecznej pozostaje dziś sytuacja migrantów, uchodźców i wszystkich tych, którzy zmuszeni są do przemieszczania się z powodu biedy, przemocy, zmian klimatycznych i katastrof środowiskowych. Sposób, w jaki społeczeństwo ich traktuje, pokazuje, czy jego rozumienie sprawiedliwości opiera się na strachu czy też braterstwie. Papież Franciszek zachęcał, by dostrzegać w migrantach nie tylko problem do rozwiązania, lecz „żywy obraz Ludu Bożego w drodze” [109]; osób obdarzonych godnością, zasobami i marzeniami, które mają prawo do bycia traktowanymi z szacunkiem i proszą o możność stania się czynną częścią społeczeństw, które je przyjmują. Sprawiedliwość społeczna w tej dziedzinie zakłada co najmniej dwa wzajemnie dopełniające się zobowiązania. Z jednej strony, strzec prawa do nadziei tych, którzy są zmuszeni do wyjazdu, zapewniając im drogi bezpieczne i legalne, godne warunki przyjęcia oraz rzeczywiste ścieżki integracji. Z drugiej zaś, wspierać także prawo do pozostania na własnej ziemi w pokoju i bezpieczeństwie, stawiając czoła głębokim przyczynom, które zmuszają do migracji, także tym związanym z niesprawiedliwościami gospodarczymi i kryzysem klimatycznym. Gdy prawa te są szanowane, migracje mogą stać się okazją do spotkania i wzajemnego ubogacenia narodów.
Integralny rozwój człowieka
W Encyklice Populorum progressiośw. Paweł VI stwierdza, że rozwój jest autentyczny jedynie wówczas, gdy jest „integralny”, to znaczy „przyczynia się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka” [110]. W następnych dziesięcioleciach nauka społeczna Kościoła podejmowała i pogłębiała to wyrażenie, aby wskazać konkretny sposób, w jaki te wielkie zasady – godność, dobro wspólne, powszechne przeznaczenie dóbr, pomocniczość, solidarność i sprawiedliwość społeczna – urzeczywistniają się w historii. Przez „integralny rozwój człowieka” rozumiemy proces, w którym wzrost osób i narodów obejmuje wszystkie wymiary egzystencji oraz otwiera przyszłość również dla przyszłych pokoleń.
Rozwój, zarówno osób, jak i narodów, jest zadaniem i zarazem prawem: domaga się on minimalnych warunków, które umożliwią każdej osobie i każdemu narodowi dojrzewanie zgodnie z własną godnością, bez utrzymywania ich w zależności i bez wykluczania z dostępu do niezbędnych dóbr. Rozwój jest ludzki, gdy stawia w centrum osoby, a nie gromadzenie dóbr, a także gdy dotyczy również narodów, a nie jedynie jednostek. Sprawiedliwość wymaga uznania praw społecznych i praw narodów oraz obejmuje odpowiedzialność wobec tych, którzy przyjdą po nas. Nie jest zatem ludzki taki rozwój, który pomnaża konsumpcję niektórych, przerzucając koszty i rany na innych, albo który spycha całe regiony do ról podporządkowanych, nie pozwalając im rozwinąć własnego potencjału [111]. Rozwój jest integralny wtedy, gdy nie ogranicza się do sfery ekonomicznej, lecz promuje jakość życia w jego wymiarze duchowym, kulturowym, moralnym i relacyjnym, z poszanowaniem wspólnego domu, różnorodności narodów oraz ich sposobów życia [112].
Idea integralnego rozwoju człowieka znajduje dziś decydujące kryterium weryfikacji w ekologii integralnej, która stała się nieodzownym wymiarem nauki społecznej Kościoła. Jakość rozwoju mierzy się bowiem jego zdolnością do łączenia – bez ich rozdzielania – sprawiedliwości wobec osób i troski o wspólny dom, sprzyjając godnym warunkom życia, dostępowi do niezbędnych dóbr, sprawiedliwym relacjom społecznym, trosce o stworzenie oraz zważaniu na przyszłe pokolenia. Wynika stąd, że nie jest prawdziwym postępem to, co zwiększa dobrobyt jednych kosztem degradacji ekosystemów, przerzucając koszty na wspólnoty najbardziej bezbronne albo pogarszając warunki życia tych, którzy przyjdą po nas.
Tak rozumiany integralny rozwój człowieka stanowi horyzont, w ramach którego należy odczytywać przemiany naszych czasów, również te związane z rewolucją cyfrową. Innowacje technologiczne – w tym sztuczna inteligencja – nie są neutralne: mogą poszerzać uczestnictwo i sprawiedliwość, ale mogą też pogłębiać nierówności, kontrolę i wykluczenie. Dlatego należy je oceniać w świetle pytania zasadniczego: czy rzeczywiście przyczyniają się do wzrastania osób i narodów w człowieczeństwie i braterstwie, z poszanowaniem wspólnego domu i przyszłych pokoleń? Właśnie tutaj zasady nauki społecznej stają się konkretnymi kryteriami rozeznawania w dziedzinach, które podejmiemy w kolejnych rozdziałach.
Sprawdzian dla Kościoła
Na zakończenie pragnę poruszyć kwestię szczególnie mi bliską. Nauka społeczna Kościoła nie jest jedynie słowem skierowanym do społeczeństwa: jest ona także rachunkiem sumienia dla Kościoła – domu i szkoły komunii, zawsze wezwanego do sprawdzania, czy zasady przedstawione w tym rozdziale są urzeczywistniane przede wszystkim w jego własnym wnętrzu. W kontekście eklezjalnym dobro wspólne przybiera postać synodalnego stylu dla misji w służbie Królestwa. Kościół jest bowiem „wspólnotowym i historycznym podmiotem synodalności i misji” [113]. Domaga się to troski o sposób podejmowania decyzji i sprawowania odpowiedzialności. Dokument końcowySynodu pośród praktyk decydujących o przemianie misyjnej wymienia kulturę przejrzystości, rozliczalności i oceny [114].
W tej perspektywie pomocniczość staje się kryterium rządzenia i życia duszpasterskiego, które uznaje i wspiera odpowiedzialność wiernych oraz kościelnych ciał pośrednich, dowartościowuje charyzmaty i kompetencje, a zarazem pozwala unikać wszelkiego paternalizmu, który tłumi ewangeliczną wolność. W praktyce udział ochrzczonych w procesach decyzyjnych oraz ich współodpowiedzialność za misję dokonują się za pośrednictwem rzeczywistych, a nie jedynie nominalnych organów uczestnictwa [115].
Solidarność w życiu wspólnoty chrześcijańskiej ma swoje źródło w misterium Chrystusa i karmi się Eucharystią. Rodzi się ona z komunii w wierze i w sakramentach: chrzest i bierzmowanie jednoczą nas w Chrystusie, abyśmy byli jednym ciałem i jednym duchem, jednym sercem i jedną duszą (por. Ef4, 4; Dz 4, 32). Eucharystia – sakrament jedności – umacnia naszą przynależność do Ciała Chrystusa i wychowuje nas do dzielenia się. Różne wrażliwości obecne w Kościele, mocne przekonania ożywiające każdego z nas są bogactwem, o ile pozostają zakorzenione w pewności, że jedność jest darem otrzymanym i zarazem zadaniem, które trzeba podjąć.
Żyć sprawiedliwością w Kościele znaczy oczyszczać relacje i struktury kościelne z tych wypaczeń, które powodują nierówności, nieprzejrzystości i nadużycia. W tym względzie słuchanie ofiar wykorzystania duchowego, ekonomicznego, instytucjonalnego, seksualnego, nadużyć władzy i sumienia stanowi integrującą część drogi sprawiedliwości, obejmującej uznanie wyrządzonej szkody, sprawiedliwe zadośćuczynienie oraz prewencję. Każda władza służy komunii i misji. Każdy urząd jest w służbie Ludu Bożego. Ta diakonia wyraża się nie tylko w wierze celebrowanej i przeżywanej w sakramentach oraz w przyswajaniu stylu synodalnego, lecz także w konkretnym dzieleniu się dobrami: na wzór Kościoła pierwotnego zasoby kościelne winny rzeczywiście stawać się wspólne, aby nikt pośród nas nie cierpiał niedostatku (por. Dz4, 34) i aby zarządzanie nimi wspierało misję głoszenia Ewangelii najuboższym. Należy promować regularne formy oceny sposobu sprawowania odpowiedzialności ministerialnej, które nie byłyby sądem nad osobami, ale narzędziami uczenia się i korygowania ukierunkowanymi na misję [116]. W takiej mierze, w jakiej jesteśmy otwarci na działanie Ducha Świętego, te zasady nauki społecznej urzeczywistnią się w życiu eklezjalnym. W ten sposób Kościół jest zdolny dać społeczeństwu wiarygodny znak tego, że wspólne dążenie do dobra wszystkich – we współodpowiedzialności i braterstwie – nie jest utopią, lecz realną możliwością [117].
ROZDZIAŁ III
TECHNIKA I PANOWANIE. WIELKOŚĆ OSOBY LUDZKIEJ WOBEC OBIETNIC SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Po przypomnieniu zasad, które rzucają światło na naukę społeczną Kościoła, pragnę teraz skierować spojrzenie ku niektórym wyzwaniom, dotykającym szczególnie naszego sposobu przeżywania obecnego czasu. Biblijnym obrazem, który towarzyszy tym stronom, jest obraz budowli: z jednej strony wieża Babel, gdzie wspólne dzieło kierowane jest zamysłem panowania, który ostatecznie prowadzi do dehumanizacji (por. Rdz11, 1-9); z drugiej zaś ruiny Jerozolimy, odbudowywane kawałek po kawałku pod przewodnictwem Nehemiasza jako dzieło wspólnej odpowiedzialności (por. Ne 2-6). Jesteśmy wezwani, by postawić sobie pytanie o wielki plac budowy naszej epoki: co właściwie wznosimy? Podczas gdy rozwój technologiczny szybko zmienia języki, relacje, instytucje i formy władzy, my – wierzący, możemy i powinniśmy wybrać, nad jakim projektem i w jakim duchu chcemy pracować, aby otaczać troską i doceniać wspaniałe człowieczeństwo, które zostało nam dane w darze. Nie chodzi o wybór dotyczący naszej przyszłości, lecz naszego teraźniejszego życia, ponieważ sztuczna inteligencja i inne nowe technologie już teraz należą do naszej codzienności.
Towarzyszy mi przekonanie, że konkretny sposób przeżywania relacji społecznych w świetle Ewangelii nie jest ustalony raz na zawsze, lecz pozostaje zadaniem powierzanym wspólnocie chrześcijańskiej z pokolenia na pokolenie. Pod przewodnictwem Ducha Świętego Kościół pozwala się oświecać Słowu, aby odczytywać znaki czasu i z twórczą odwagą poszukiwać nowych dróg, dzięki którym relacje między osobami i narodami stawałyby się coraz bardziej zgodne z wymogami Królestwa Bożego [118]. Dlatego zachęcam wszystkich, a w sposób szczególny wiernych świeckich, aby nie bali się konfrontować z rzeczywistością, by umieli wzajemnie się słuchać i z mocą podejmowali własną odpowiedzialność za budowanie społeczeństwa bardziej ludzkiego i braterskiego.
Paradygmat technokratyczny i władza cyfrowa
W Encyklice Laudato si’Papież Franciszek piętnował rosnącą dominację paradygmatu technokratycznego [119] w zglobalizowanym świecie: tendencję do tego, by logika efektywności, kontroli i zysku sama rządziła wyborami osobistymi, społecznymi i gospodarczymi. Tym samym jeszcze wyraźniej widać, że technika nie jest zwykłym narzędziem i że – gdy staje się kryterium – ostatecznie sama decyduje o tym, co ma znaczenie, a co może zostać odrzucone, sprowadzając stworzenie do przedmiotu eksploatacji, a osoby do trybików systemu, który ma być coraz bardziej wydajny.
Paradygmat ten szybko rozszerzył się w ostatnich latach, również wskutek rozpowszechniania sztucznej inteligencji, nauk kognitywnych, nanotechnologii, robotyki i biotechnologii. Same w sobie innowacje te mogą stać się wielką pomocą dla integralnego rozwoju człowieka i troski o wspólny dom. Jednak właśnie ze względu na swoją moc mogą pełnić funkcję akceleratora paradygmatu technokratycznego i dlatego potrzebują nowych ram duchowych, etycznych i politycznych. To, co potężniejsze, niekoniecznie znaczy lepsze. W tym sensie aktualne pozostają słowa Romana Guardiniego: „Człowiek nowoczesny nie został wychowany tak, aby umiał się posługiwać swą mocą właściwie” [120].
Niebezpieczeństwo, że ludzkość stanie się ofiarą własnych zdobyczy, zostało już z wielką jasnością dostrzeżone przez św. Pawła VI, gdy przestrzegał, że „najbardziej niezwykłe postępy naukowe, najbardziej niesamowite osiągnięcia techniczne, najcudowniejszy rozwój gospodarczy, jeśli nie łączą się z autentycznym postępem społecznym i moralnym, w ostatecznym rachunku zwracają się przeciw człowiekowi” [121]. Dlatego postęp techniczny – sam w sobie cenny – domaga się rozeznania co do antropologicznej wizji, która nim kieruje, oraz celów, do których zmierza. Jeżeli rozwój technologiczny dokonuje się bez odpowiedniego dojrzewania etycznego i społecznego, może się zdarzyć, że środki będą się mnożyć, natomiast nie będzie w tej samej mierze wzrastać człowieczeństwo: „ma się więcej”, ale nie „jest się bardziej”, a osoba ryzykuje, że będzie oceniana przede wszystkim na podstawie osiągów, jakie jest w stanie zagwarantować [122].
Trzeba tu uznać fakt decydujący, do którego już wcześniej nawiązałem: w wielu przypadkach w kontekście cyfrowym kontrola nad platformami, infrastrukturami, danymi i mocą obliczeniową nie należy do państw, lecz do wielkich podmiotów gospodarczych i technologicznych, które de factoustalają warunki dostępu, zasady widoczności treści, a nawet same możliwości uczestnictwa. Kiedy władza o takim zasięgu koncentruje się w nielicznych rękach, ma tendencję do stawania się nieprzejrzystą i wymykania się kontroli publicznej, a zarazem wzrasta ryzyko wypaczonego rozwoju, który rodzi nowe zależności, wykluczenia, manipulacje i nierówności.
W obliczu tej koncentracji władzy w świecie cyfrowym wielkie zasady nauki społecznej: zasada niezbywalnej godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności i sprawiedliwości społecznej, stają się kryteriami oceny i rozeznawania nowej sytuacji. Domagają się one sprawdzenia, czy władza infrastruktur cyfrowych i algorytmów rzeczywiście sprzyja uczestnictwu i odpowiedzialności, chroni najsłabszych, zapewnia sprawiedliwy dostęp do możliwości i pozostaje podporządkowana dobru wszystkich. Wychodząc od tych przesłanek, możemy teraz rozważyć bliżej, czym jest sztuczna inteligencja, jakie możliwości otwiera i jakie ryzyka niesie ze sobą.
Sztuczna inteligencja
Nie jest moją intencją, by w tym miejscu przedstawiać wykład na temat sztucznej inteligencji ani przytaczać bibliografię, dziś już bardzo obszerną; istnieją już bowiem autorytatywne opracowania, także w środowisku kościelnym, do których można się odwołać [123]. Ograniczę się do przypomnienia kilku elementów istotnych dla rozeznania moralnego i społecznego, które otaczają troską prymat osoby, tak aby to zawsze inteligencja ludzka – wraz ze swoim sumieniem i swoją wolnością – kierowała innowacjami technicznymi oraz odpowiedzialnie określała ich zastosowanie i granice.
Wypada poprzedzić te rozważania dwiema uwagami. Po pierwsze, istnieje ryzyko, że wszelkie tezy dotyczące AI mogą się w krótkim czasie zdezaktualizować ze względu na zdumiewające tempo rozwoju tych systemów. Po drugie, wszyscy – także ci, którzy je projektują – niewiele wiemy o ich rzeczywistym funkcjonowaniu. Współczesne systemy sztucznej inteligencji są bowiem bardziej „hodowane” niż „konstruowane”: twórcy nie projektują bezpośrednio każdego ich szczegółu, lecz tworzą architekturę, na której AI „się rozwija”. W konsekwencji podstawowe aspekty naukowe – takie jak wewnętrzne reprezentacje i procesy obliczeniowe tych systemów – pozostają obecnie nieznane. Tym pilniej ujawnia się potrzeba podjęcia podwójnego wysiłku: z jednej strony pogłębiania badań naukowych, z drugiej – praktykowania rozeznawania moralnego i duchowego.
Nie jest możliwe podanie jednej, jednoznacznej i wyczerpującej definicji AI. Możemy jednak stwierdzić, że należy unikać błędnego utożsamiania tej „inteligencji” z inteligencją ludzką. Systemy te naśladują niektóre funkcje ludzkiej inteligencji.Czyniąc to, często przewyższają ją szybkością i zakresem obliczeń, oferując konkretne korzyści w licznych dziedzinach. Niemniej jednak ta moc pozostaje związana wyłącznie z przetwarzaniem danych: tak zwane systemy sztucznej inteligencji nie przeżywają doświadczenia, nie posiadają ciała, nie odczuwają radości i bólu, nie dojrzewają w relacji, nie znają od wewnątrz tego, co znaczą miłość, praca, przyjaźń i odpowiedzialność. Nie mają również świadomości moralnej: nie oceniają dobra i zła, nie ujmują ostatecznego sensu sytuacji, nie biorą na siebie ciężaru konsekwencji. Mogą naśladować języki, zachowania i oceny, mogą symulować empatię albo zrozumienie, ale nie rozumieją tego, co wytwarzają, ponieważ nie żyją w sferze afektywnej, relacyjnej i duchowej, w których człowiek staje się mądry.Także wtedy, gdy narzędzia te przedstawiane są jako zdolne do „uczenia się”, ich sposób działania różni się od sposobu właściwego osobie ludzkiej. Nie jest to doświadczenie kogoś, kto pozwala kształtować się życiu i wzrasta w czasie poprzez dokonywanie wyborów, popełnianie błędów, przebaczanie i wierność; jest to raczej statystyczne dostosowanie na podstawie danych i informacji zwrotnych, które może być bardzo skuteczne, ale nie oznacza wewnętrznego wzrostu.
Cenne wsparcie wymagające uwagi
W świetle tego, co zostało powiedziane, możemy lepiej zrozumieć, dlaczego AI może być cenną pomocą, a zarazem wymagać podejścia trzeźwego i czujnego. W ostatnich latach jej prywatne wykorzystanie znacznie wzrosło i z wielu stron podejmuje się refleksję nad możliwościami i zagrożeniami związanymi z jej szybkim upowszechnieniem. W przypadku użycia osobistego należy zwrócić szczególną uwagę na trzy aspekty: łatwość uzyskania wyniku, wrażenie obiektywności oraz symulację komunikacji ludzkiej. Szybkość i prostota, z jakimi można uzyskać wskazówki, złożone opracowania, treści medialne oraz formy konkretnej pomocy upraszczają nasze życie, mogą jednak także przyzwyczajać nas do zbyt daleko idącego delegowania zadań i do szukania gotowych odpowiedzi, osłabiając osobisty osąd i kreatywność. Wrażenie obiektywności, jakie mogą wywoływać odpowiedzi i propozycje tych systemów, niesie ryzyko, że zapomnimy, iż odzwierciedlają one parametry kulturowe tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali, ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Sztuczne naśladowanie pozytywnej komunikacji ludzkiej – słów rady, empatii, przyjaźni, miłości – może być satysfakcjonujące, a nawet użyteczne, ale niewystarczająco świadomych użytkowników może wprowadzać w błąd i stwarzać złudzenie, że pozostają oni w relacji z autentycznym podmiotem osobowym. Gdy słowo jest symulowane, nie buduje relacji, lecz jedynie jej pozór. Sztuczne naśladowanie relacji opiekuńczej lub towarzyszenia może stać się niebezpieczne, gdy wkrada się w kontekst ubogi w realne relacje i uczucia: wówczas istnieje ryzyko nie tylko tego, że jakaś osoba uwierzy, iż rozmawia z inną osobą, lecz tego, że utraci samo pragnienie rzeczywistego szukania drugiego człowieka.
Poszerzając spojrzenie na zastosowanie AI w naszych społeczeństwach, stwierdzamy, że jest ona już obecna w procesach decyzyjnych we wszystkich dziedzinach i na różnych poziomach: w komunikacji, zarządzaniu i kontroli. Korzyści w zakresie efektywności oraz potencjał poprawy niektórych usług są oczywiste; jednak szybkie i bezkrytyczne wdrażanie naraża nas na różne ryzyka, w tym także na ryzyko niedocenienia jej wpływu na środowisko. Obecne systemy AI wymagają wielkich ilości energii i wody, w sposób znaczący wpływają na emisję dwutlenku węgla i intensywnie zużywają zasoby. Wraz ze wzrostem złożoności, zwłaszcza w przypadku wielkich modeli językowych, rosną także potrzeby w zakresie mocy obliczeniowej i zdolności przechowywania danych, opierające się na całym zespole maszyn, przewodów, centrów danych i energochłonnej infrastruktury. Dlatego niezbędne jest rozwijanie bardziej zrównoważonych rozwiązań technologicznych w celu zmniejszenia wpływu na środowisko i ochrony naszego wspólnego domu [124].
Odpowiedzialność, przejrzystość i zarządzanie sztuczną inteligencją
Korzystanie z AI nigdy nie jest faktem czysto technicznym: kiedy wkracza ona w procesy oddziałujące na życie ludzi, dotyka praw, szans, reputacji i wolności. Delikatne decyzje dotyczące pracy, kredytu, dostępu do usług i reputacji osób mogą zostać powierzone całkowicie systemom zautomatyzowanym, które nie znają „współczucia, miłosierdzia, przebaczenia, a nade wszystko otwartości na nadzieję przemiany osoby” [125]i w ten sposób mogą rodzić nowe formy wykluczenia. Mogą istnieć zastosowania w oczywisty sposób antyludzkie, jak manipulowanie informacją czy naruszanie prywatności, ale może istnieć także pułapka mniej jawna, gdy systemy AI, przedstawiając się jako neutralne i obiektywne, odzwierciedlają i umacniają stereotypy lub stanowiska ideologiczne tych, którzy je zaprojektowali i wytrenowali.
Powierzyć w praktyce algorytmowi władzę rozstrzygania o tym, kto zasługuje, a kto nie, bez tego, by ktokolwiek brał już na siebie ciężar decyzji, znaczy powierzyć mu zadanie ponownego wyznaczania granic ludzkich możliwości. Tym, czego w tym procesie brakuje, nie jest tylko empatia wobec wykluczonego, którą można sztucznie naśladować, lecz odpowiedzialność polityczna, ponieważ odrzucenie słabych zostaje przyobleczone w pozór neutralności i obiektywności, wobec których nie sposób protestować. Tym samym niesprawiedliwość staje się milcząca, a współczucie, miłosierdzie i przebaczenie – nie jako zwykły pozór, lecz jako gesty polityczne – znikają z horyzontu.
Z tego wynika prosta, ale zobowiązująca konsekwencja: nie możemy uważać AI za moralnie neutralną. W rzeczywistości każde urządzenie techniczne niesie z sobą wybory i priorytety: to, co mierzy, to, co ignoruje, to, co optymalizuje, a także sposób, w jaki klasyfikuje osoby i sytuacje. Jeśli jakiś system zostaje pomyślany lub wykorzystywany w taki sposób, że traktuje niektóre życia jako mniej godne albo wyklucza je bez możliwości odwołania, nie jest on zwykłym narzędziem, „którego należy dobrze używać”: wprowadza już kryterium sprzeczne z niezbywalną godnością osoby. Dlatego rozeznawanie etyczne nie może ograniczać się do pytania, czy używamy danego systemu do celu dobrego czy złego, lecz musi także pytać, jak został on zaprojektowany i jaka wizja osoby oraz społeczeństwa została wpisana w dane i modele, które nim kierują [126].
Aby AI szanowała godność ludzką i rzeczywiście służyła dobru wspólnemu, konieczne jest, by odpowiedzialność była jasno określona na wszystkich etapach: od tych, którzy projektują i trenują systemy, aż po tych, którzy z nich korzystają, oraz tych, którzy decydują o powierzeniu im konkretnych rozstrzygnięć. W wielu przypadkach jednak wewnętrzne procesy prowadzące do danego wyniku mogą pozostawać mało przejrzyste, a to utrudnia przypisanie odpowiedzialności i korygowanie błędów. Właśnie tutaj decydującego znaczenia nabiera to, co nazywamy accountability– możliwość ustalenia, kto ma „zdać sprawę” z decyzji, uzasadnić je, poddać kontroli, a gdy to konieczne – zakwestionować je i naprawić szkody, które z nich wynikają [127].
Domagać się roztropności, wnikliwej weryfikacji, a niekiedy nawet spowolnienia we wdrażaniu sztucznej inteligencji nie znaczy być przeciwnikiem postępu, lecz wyrażać odpowiedzialną troskę o rodzinę ludzką. Wymóg ten jest tym pilniejszy, że często istnieje brak równowagi między szybkością rozwoju technologicznego a tempem, w jakim dojrzewają świadomość, normy, mechanizmy kontroli i instytucje zdolne zarządzać jego skutkami. Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: potrzebne są odpowiednie ramy prawne, niezależny nadzór, edukacja użytkowników oraz polityka, która nie wyrzeka się własnego zadania. W przeciwnym razie zmiana będzie zarządzana wyłącznie przez logikę technokratyczną i przedstawiana jako konieczna oraz nieuchronna, kończąc się narzucaniem reguł dyktowanych przez tych, którzy posiadają dane, infrastrukturę i zdolności obliczeniowe.
Nie możemy ograniczać się do postulowania moralizacji maszyny, tak zwanego „dostosowania” (alignment) AI do wartości ludzkich, nie mając odwagi postawić jeszcze jednego warunku: możliwości dyskutowania o kodeksie etycznym, który ma zostać zastosowany, poddając go kryteriom wspólnie podzielanej sprawiedliwości społecznej. W przeciwnym razie ci, którzy kontrolują AI, narzucą własną wizję moralną, która stanie się niewidzialną infrastrukturą systemów. Nie wystarczy, by AI była bardziej moralna, jeśli o tej moralności decydują nieliczni. Potrzeba polityki bardziej obecnej, zdolnej spowalniać tam, gdzie wszystko przyspiesza, i chronić przestrzenie, w których wspólnoty mogą nadal uczestniczyć i stawiać pytania.
Istotnie, jak bywa w przypadku każdego wielkiego przełomu technologicznego, AI skłonna jest pomnażać przede wszystkim władzę tych, którzy już dysponują zasobami ekonomicznymi, kompetencjami i dostępem do danych. W świetle dobra wspólnego i powszechnego przeznaczenia dóbr zjawisko to budzi poważny niepokój: małe, lecz bardzo wpływowe grupy mogą ukierunkowywać informację i konsumpcję, warunkować procesy demokratyczne i oddziaływać na dynamikę gospodarczą dla własnej korzyści, wbrew sprawiedliwości społecznej i solidarności między narodami. Dlatego niezbędne jest, by korzystaniu z AI – zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy ona dóbr publicznych i praw podstawowych – towarzyszyły jasne kryteria i skuteczne mechanizmy kontroli, inspirowane uczestnictwem i zasadą pomocniczości: wspólnoty i ciała pośrednie nie mogą zostać zredukowane do roli odbiorców decyzji podjętych gdzie indziej, lecz muszą móc wnosić swój wkład w rozeznawanie i nadzór. Ponadto własność danych nie może być powierzona wyłącznie podmiotom prywatnym, lecz musi zostać poddana regulacjom. Dane są owocem wkładu wielu osób i nie mogą być sprzedawane ani powierzane nielicznym. Potrzebna jest kreatywność zdolna zarządzać nimi jako jednym z dóbr wspólnych lub zbiorowych, w logice współdzielenia, jak sugerował już św. Jan Paweł II w odniesieniu do dóbr zbiorowych [128].
Zasady nauki społecznej pomagają nam odczytywać tę nową rzeczywistość. W świecie, w którym nieliczne podmioty skupiają dane, kapitał obliczeniowy i zdolność normatywną, mówienie o dobru wspólnym oznacza demaskowanie tej nowej asymetrii epistemicznej, ekonomicznej i politycznej, nazywając po imieniu nowe monopole AI. Mówienie o powszechnym przeznaczeniu dóbr oznacza szukanie sposobów zapewnienia powszechnego dostępu do technologii i formacji. Mówienie o pomocniczości oznacza ochronę zdolności wspólnot do wybierania i korygowania, nie sprowadzając ich udziału do samego nadzoru po tym, jak standardy zostały ustalone gdzie indziej. Mówienie o solidarności zobowiązuje do uznania niewidzialnej pracy, często wykonywanej w warunkach wyzysku, która zasila modele algorytmiczne. Mówienie o sprawiedliwości oznacza pytanie o geografie władzy wyznaczające, kto może trenować modele, a kto jest jedynie przedmiotem tego treningu, oraz uznanie, że sprawiedliwość społeczna nie jest tylko celem, którego należy strzec po wdrożeniu technologii, lecz warunkiem uprzednim, który trzeba urzeczywistniać już w samym ich projektowaniu.
Chciałbym wreszcie użyć słowa, które jest mi szczególnie drogie: „rozbroić”. Rozbroić AI znaczy wyrwać ją z logiki zbrojnej rywalizacji, która dzisiaj nie jest już wyłącznie militarna, lecz także ekonomiczna i poznawcza. Jest to wyścig do stworzenia najsprawniejszego algorytmu i najszerszego zbioru danych (dataset)po to, by utrwalić przewagę geopolityczną lub handlową nad wszystkimi innymi. Rozbroić znaczy zerwać tę równoznaczność między potęgą techniczną a prawem do rządzenia. Rozbroić nie znaczy wyrzec się technologii, lecz nie dopuścić, by zapanowała nad tym, co ludzkie. Znaczy wyzwolić ją spod monopoli, uczynić ją przedmiotem debaty i sprzeciwu, a tym samym przestrzenią przyjazną ludziom, przywracając ją wielości ludzkich kultur i form życia. Zadanie stojące dziś przed nami nie ma wymiaru tylko etycznego ani tylko technicznego: ma ono charakter ekologiczny w sensie najbardziej radykalnym, ponieważ dotyczy nowego wymiaru naszego wspólnego domu. Sztuczna inteligencja jest już środowiskiem, w którym jesteśmy zanurzeni, i władzą, z którą musimy się liczyć. Dlatego nie wystarczy jej regulować: trzeba ją rozbroić i uczynić przyjazną.
Szczególny apel kieruję do tych, którzy zajmują się rozwijaniem systemów sztucznej inteligencji. Innowacja technologiczna może być w pewnym sensie ludzką formą uczestnictwa w Bożym akcie stworzenia. Na twórcach systemów AI spoczywa zatem szczególna odpowiedzialność etyczna i duchowa, ponieważ każda decyzja projektowa wyraża określoną wizję ludzkości. Tak jak autor dzieła artystycznego czy literackiego powinien brać pod uwagę wartości, które ono wyraża, tak i oni powinni z należytą powagą traktować wartości, które wpisują w swoje projekty: w sposób przejrzysty, z poczuciem odpowiedzialności wobec społeczności, których one dotyczą, oraz z czujnością, która pozwala zweryfikować, czy to, co jest rozwijane, rzeczywiście służy dobru.
To, czego nie możemy utracić
Po przywołaniu kwestii odpowiedzialności i zarządzania AI trzeba powrócić do naszego tematu centralnego: co to znaczy troszczyć się o to, co ludzkie. Zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować. Gdy wydajność staje się miarą wartości, człowiek ulega pokusie myślenia o sobie bardziej jako o projekcie, który należy zoptymalizować, niż jako o stworzeniu powołanym do relacji i komunii.
W rzeczywistości absolutyzowanie jednego tylko wymiaru człowieka jest zawsze błędem. Nie tylko bowiem brak rodzi nieład. Również to, co wzrasta bez miary, może stać się formą biedy. W ekosystemie harmonia zostaje zachwiana, gdy jeden gatunek zaczyna dominować kosztem pozostałych. Podobnie dzieje się w przypadku człowieka, gdy jakaś jedna z jego władz rości sobie pretensję do bycia miarą wszystkiego. Tak więc inteligencja, gdy zostaje absolutyzowana, ostatecznie przesłania inne istotne wymiary życia: uczucia, wolę, oddanie i relację. Jeśli władza techniczna nie zostaje zrównoważona, nie zwiększa naszych zdolności, ale czyni nas bardziej samotnymi i bardziej wystawionymi na logikę panowania i wykluczenia. Nie chodzi oczywiście o przeciwstawianie się inteligencji, lecz o przypomnienie, że kiedy zamyka się ona w sobie samej, zapomina, iż została dana po to, by służyć życiu i osobie ludzkiej.
Jakość cywilizacji mierzy się nie potęgą jej środków, lecz troską, jaką potrafi otoczyć człowieka, zdolnością uznania drugiego za twarz, a nie za funkcję. Zdolność troski jedni o drugich stanowi ważny wymiar naszego człowieczeństwa. Zdolności tej uczy się i doskonali się ją poprzez doświadczenie. Czytanie baśni dziecku, towarzyszenie osobie starszej, uczynienie jakiegoś miejsca gościnnym – to gesty przeżywane w środowisku rodzinnym, które pomagają nam uczyć się i uwewnętrzniać znaczenie troski także na poziomie społecznym oraz wyrabiają w nas zdolność uznawania drugiego człowieka za osobę godną uwagi. Technologia może wspierać także wzajemną troskę między ludźmi, na przykład, jeśli dostarcza narzędzi pomagających przewidywać i organizować, ale nie pozbawia istoty ludzkiej jej wolności i zdolności osądu, skoro to człowiek jest podmiotem relacji i ponosi odpowiedzialność za decyzje.
Podstawowe narracje: transhumanizm i posthumanizm
Próbując wydobyć kulturowe założenia towarzyszące trwającej rewolucji cyfrowej, chciałbym teraz zwrócić uwagę na niektóre nurty, które postrzegają postęp jako przekroczenie tego, co ludzkie, a które możemy określić jako transhumanizm i posthumanizm. Stanowią one ideologiczne tło obecne w niektórych ośrodkach władzy technologicznej i w uproszczonej formie kolonizują wyobraźnię zbiorową, szczególnie za pośrednictwem mediów i sieci społecznościowych, wzbudzając entuzjazm dla nowych technologii przez futurystyczną wizję „człowieka wzmocnionego” albo „człowieka zhybrydyzowanego” z maszyną.
Transhumanizm i posthumanizm obejmują wielość nurtów i wrażliwości, dlatego trudno przedstawić ich jednoznaczny opis. Można je porównać do archipelagu różnych wysp pojęciowych, połączonych jednak tym samym morzem założeń, jakim jest centralne miejsce techniki i marzenie o przekroczeniu granic ludzkiej kondycji. Ogólnie rzecz biorąc, transhumanizm wyobraża sobie wzmocnienie istoty ludzkiej za pośrednictwem technologii (biomedycyny, inżynierii ciała, urządzeń i algorytmów) w celu zwiększenia jej sprawności i zdolności. Posthumanizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych odmianach, idzie jeszcze dalej: krytykuje antropocentryzm i kreśli perspektywę formy hybrydyzacji istoty ludzkiej, maszyny i środowiska, aż po wyobrażenie sobie przekroczenia progu, w którym ludzkość przezwycięży samą siebie, wchodząc w nowe stadium ewolucji. Nawet gdy hipotezy te pozostają w dużej mierze spekulatywne, nabierają znaczenia, ponieważ zmieniają wyobraźnię zbiorową, a w konsekwencji ukierunkowują wybory społeczne, gospodarcze i polityczne [129].
W świetle nauki społecznej Kościoła punktem krytycznym nie jest samo używanie techniki, lecz wizja leżąca u jej podstaw: jeśli istota ludzka jest traktowana jako materiał do udoskonalenia albo do przekroczenia, wówczas łatwiej przyjąć, że niektórzy zostaną uznani za mniej użytecznych, mniej pożądanych czy mniej godnych. W imię postępu można dojść do wyobrażenia sobie „koniecznych ofiar” i kazać najsłabszym płacić cenę domniemanej optymalizacji gatunku. Wspomniana już przestroga św. Pawła VI pozostaje więc niezwykle dalekowzroczna: osiągnięcia nauki i techniki, jeśli zostają oderwane od postępu moralnego i społecznego, w końcu obracają się przeciwko człowiekowi [130]. Dlatego konieczne jest jasne odróżnienie jednego od drugiego: czym innym jest włączanie technologii w wizję ludzką i relacyjną, czym innym zaś poddanie się wyobraźni, która deprecjonuje ograniczenia i obiecuje czysto techniczne „zbawienie”.
Ograniczenia, serce i wielkość istoty ludzkiej
Wydaje się, że nasze odnoszenie się do życia znajduje się dziś w kryzysie. Wszystko to, co jawi się jako „ograniczenie” – niezdolność, choroba, starość, cierpienie, podatność na zranienia – bywa odczytywane przede wszystkim jako defekt, który należy skorygować, a nie jako przestrzeń, w której człowiek dojrzewa i otwiera się na relację. Tymczasem trzeba pamiętać, że człowieczeństwo rozkwita nie pomimoograniczenia, lecz bardzo często poprzez ograniczenie. Spojrzenie na rzeczywistość w świetle wiary pomaga rozpoznać to, co nazywamy „przygodnością” rzeczy tego świata. O ile z jednej strony naszym obowiązkiem jest starać się usuwać cierpienie naznaczające ludzkie życie, o tyle z drugiej mądrze jest uznać naszą konstytutywną skończoność, wiedząc, że „doświadczenie religijne, a w szczególności wiara chrześcijańska, proponują przeżywanie – bez uproszczeń – tej ambiwalencji między wielkością a ograniczonością człowieka, odczytywanej w świetle pierwotnej i fundamentalnej relacji z Bogiem” [131].
To właśnie w naszej ograniczoności znajdują miejsce współczucie, szczera troska o potrzeby innych, wielkoduszność, która potrafi zaskoczyć nawet pośród mroku i porażki, doświadczenie duchowe oraz adoracja Boga. Widzimy to w wielu chwilach, gdy ograniczenie staje się w naszym życiu czymś konkretnym: gdy spotyka nas odrzucenie, gdy cierpimy z powodu choroby albo śmierci ukochanej osoby, gdy doświadczamy własnej niezdolności lub porażki. W tajemniczy sposób właśnie w takich chwilach możemy odnaleźć nową mądrość, namacalnie doświadczyć serdeczności innych ludzi i doznać obecności Pana.
Także wtedy, gdy ograniczenie objawia się jako ból wewnętrzny, mądrość życiowa uczy, by go nie usuwać ani nie tłumić, lecz go integrować. Aby całkowicie stłumić ból, trzeba by w gruncie rzeczy wygasić również miłość i pragnienie. Kto bowiem kocha i pragnie, nie może uniknąć przejścia przez próbę i cierpienie; dlatego też przez lata nosimy w sobie nauczanie, które odciska się jak blizny – pamięć drogi przebytej pośród wolności i upadków, marzeń i rozczarowań. Dopiero dzięki splotowi tych elementów dokonują się w sercu owe duchowe cuda, które pozwalają nam kosztować najsłodszy smak naszego człowieczeństwa [132]. Rezygnacja z tej przygody – zarazem dramatycznej i wspaniałej – w imię rzekomego przezwyciężenia wszelkiego ograniczenia mogłaby oznaczać wszystko, tylko nie to, by pozostać istotą ludzką.
Moralne zepsucie wynikające z ograniczoności właściwej stworzeniu – zło, które w sposób oczywisty porusza serce człowieka – rujnuje społeczeństwo i ludzkie życie, dochodząc aż do skrajnych postaci odczłowieczenia. A jednak także ta bolesna forma ograniczenia pozostawia otwarte szczeliny dla dobra. Nawet wtedy, gdy istota ludzka się dehumanizuje i wywołuje tragedie, małe światełko nadal świeci w człowieczeństwie i pozostaje zdolne rozpalić się na nowo – za łaską Boga – na drogach nawrócenia i pojednania. Viktor Frankl słusznie mówił, że w chwilach grozy „mieliśmy okazję przekonać się, jaki naprawdę jest człowiek. Jest on wszak istotą, która skonstruowała komory gazowe w Auschwitz, a zarazem tą samą istotą, która wchodziła do owych komór z podniesioną głową i modlitwą Pańską – Szema Jisrael– na ustach” [133].
Kiedy skończoność zostaje przyjęta w prawdzie, nie zubaża istoty ludzkiej, lecz otwiera ją na rozpoznanie oblicza Boga i drugiego człowieka. Właśnie dlatego, że doświadcza ograniczenia – zranienia, bólu, porażki – może ona uznać własną i cudzą godność za nienaruszalną. I właśnie w tym samym doświadczeniu ograniczenia człowiek pozostaje zdolny do przeczuwania braterstwa jako większego od siebie i uznawania niesprawiedliwości jako zgorszenia. Kultura i sztuka, gdy są autentyczne, strzegą tej iskry, nie dopuszczając do normalizacji zła. W ten sposób niektóre dzieła nabrały wartości quasiprofetycznej: IX SymfoniaBeethovena jako pragnienie jedności; Guernica jako potępienie dehumanizacji; Lista Schindlera jako wezwanie, by przeszłości nie skazywać na zapomnienie.
Historia jawi się nie tylko jako katalog naszych aktów przemocy, lecz także jako dowód, że człowiek potrafi tworzyć instytucje zdolne chronić wspólne życie. W ostatnich dwóch stuleciach widzimy to w kilku znamiennych osiągnięciach: w powstaniu Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (1863), którego operacyjna neutralność zapewnia wszystkim pełną współczucia opiekę; w długim procesie, który doprowadził do zniesienia niewolnictwa, a który nie był zwykłą zmianą prawną, lecz przemianą świadomości; w ustanowieniu Organizacji Narodów Zjednoczonych (1945) i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka(1948), które ustaliły wspólny język pozwalający powiedzieć – przynajmniej jako wspólny ideał – że godność jest powszechna; w Konwencji dotyczącej statusu uchodźców (1951), uznającej obowiązek ochrony wobec tych, którzy uciekają przed prześladowaniami i zagrożeniem. W tych przykładach pragnienie dobra przekłada się konkretnie na formy publiczne – normy, instytucje, praktyki – zdolne do ograniczania siły i obrony słabych. Nic z tego jednak nie zrodziło się bez zmagania się z oporem, małostkowymi interesami i kulturową inercją. Zdobyczom moralnym niemal zawsze towarzyszy oblicze drogi długiej i mozolnej, naznaczonej także porażkami: pomyślmy o przerwanych procesach pokojowych czy o powolnie wdrażanych zobowiązaniach ekologicznych. A przecież właśnie kruchość tych osiągnięć ukazuje, jak cenna jest odpowiedzialność tych, którzy je inicjują i je wspierają.
Niektóre wydarzenia pomagają dostrzec, że historia może się zmieniać, kiedy choćby jeden mężczyzna lub jedna kobieta naprawdę poważnie traktują godność wszystkich: ruch na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych Ameryki, związany także ze świadectwem Martina Luthera Kinga Jr., czy też kres apartheiduw Republice Południowej Afryki po uwolnieniu Nelsona Mandeli i jego decyzji, by nie oddawać przyszłości w ręce nienawiści. W odmiennych kontekstach wyróżniły się ponadto kobiety odważne i wielkoduszne, takie jak św. Laura Mantoya, św. Teresa z Kalkuty, Dorothy Day, Maria Skłodowska-Curie, Maria Montessori, Elisabeth Elliot, Wangari Maathai, Benazir Bhutto i wiele innych ze wszystkich kontynentów, które swoim zaangażowaniem przyczyniły się do uczynienia historii bardziej ludzką.
Obok tych znaków publicznych istnieje bardziej ukryta, lecz decydująca tkanka: wspólnoty zakonne, które wybierają miejsca dotknięte nędzą i niebezpieczne; męczennicy braterstwa i sprawiedliwości – jak św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Oscar Romero i bł. Enrique Angelelli, wraz ze świadkami, którzy w trudnych i często nieludzkich warunkach wcielali nadzieję Ewangelii i godność człowieka; jak czcigodny François-Xavier Nguyễn Văn Thuận. Nade wszystko zaś „męczennicy codzienności”, którzy bez rozgłosu troszczą się, wychowują, towarzyszą i pocieszają – jak rodzice, pielęgniarze, lekarze, wolontariusze, osoby pozostające u boku osoby starszej lub wykluczonej. Ich świadectwo pokazuje, że dobro nie dokonuje się automatycznie, lecz wymaga wytrwałości, pamięci i nawrócenia, które uzdalnia do zaczynania od nowa nawet po porażkach.
Właśnie to połączenie sprawiedliwych instytucji, wiarygodnych świadectw i codziennych wierności podtrzymuje nadzieję i wskazuje kierunek: rozwijać technikę, nie dopuszczając do cofania się serca. Dlatego człowieczeństwo – wspaniałe i zranione – nie może zostać ani zastąpione, ani przekroczone: może przyjmować postępy techniki, by łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, pod warunkiem, że nie wyprze się tego, co stanowi o jego tożsamości, czyli zdolności do relacji i miłości. W tym miejscu nasuwa się pytanie rozstrzygające: jeśli istnieje coś, co jest autentycznie „więcej niż ludzkie”, to gdzie to się znajduje? Wiara chrześcijańska odpowiada, wskazując na spełnienie, które nie wypływa z technologicznego ubóstwienia człowieka, lecz z przebóstwienia dokonywanego przez łaskę Bożą otrzymaną w Chrystusie.
To, co prawdziwie „więcej niż ludzkie”: łaska i humanizm chrześcijański
Wyrażenie „więcej niż ludzkie” nie należy wyłącznie do języka technicznych obietnic. Od wieków tradycja chrześcijańska głosi, że istota ludzka nie jest zamknięta w granicach własnej natury, lecz jest powołana do przekraczania samej siebie – nie przez ucieczkę od rzeczywistości ani przez wzgardę dla ograniczeń, lecz po to, by osiągnąć pełnię w miłości. Wiara zna to, co wykracza „poza”, co rodzi się z daru Bożego. Ta przemiana jest dziełem Ducha Świętego. Jak nauczał św. Tomasz z Akwinu, ten proces wyniesienia i przemiany „przewyższa zdolność natury” [134], ponieważ między naszą naturą a życiem Boga istnieje nieskończony dystans [135]. A jednak możliwe jest wszczepienie nas w łono tego niewyczerpanego życia, nawet wtedy, gdy wędrujemy pośród ograniczeń tego świata. I tylko Nieskończony, który daje samego siebie, może uczynić tę wędrówkę możliwą: sam Bóg przekracza ową „nieskończoną” niewspółmierność [136]. Tak dokonuje się nowe stworzenie człowieka: „Jeżeli więc ktoś [pozostaje] w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto «wszystko» stało się nowe” ( 2 Kor5, 17).
Kiedy uznajemy tę możliwość przekraczania samych siebie z pomocą łaski Boga, nie zaprzeczamy samym sobie ani nie stajemy się mniej ludzcy. Przeciwnie, jak wyjaśnia Papież Franciszek: „Stajemy się w pełni ludzcy, gdy przekraczamy nasze ludzkie ograniczenia, gdy pozwalamy Bogu poprowadzić się poza nas samych, aby dotrzeć do naszej prawdziwej istoty” [137]. W tym właśnie ujawnia się radykalna różnica wobec prometejskich marzeń: człowieka nie ocala wzmocniona samowystarczalność, lecz relacja, która wyzwala, oraz komunia, która przemienia. Wobec tego technologia, która klasyfikuje i optymalizuje to, co już istnieje, może – niezamierzenie – stać się przeszkodą dla przemiany i wzrostu. Dla algorytmu błąd jest czymś, co należy skorygować; dla osoby może stać się początkiem głębokiej przemiany. Przyszłości osoby nie da się obliczyć, ponieważ jest ona powierzona jej wolności, wyniesionej przez niewyczerpaną łaskę Bożą, oraz więziom, które pielęgnuje.
Dwa miasta i dwie miłości
Humanizm chrześcijański nie odrzuca nauki i techniki, lecz przyjmuje je z wdzięcznością i realizmem oraz osadza je mocno w rzeczywistości, wpisując w wyższe powołanie. Twórcza inteligencja istoty ludzkiej jest darem, który może łagodzić cierpienia i otwierać nowe możliwości, musi jednak pozostawać podporządkowana dobru wspólnemu, sprawiedliwości, trosce o słabych i o stworzenie. W tym sensie rzeczywista alternatywa nie polega na wyborze między entuzjazmem a lękiem, lecz między dwoma sposobami budowania: między postępem, który służy osobie i narodom, oraz postępem, który podporządkowuje je logice władzy. Ostatecznie rozstrzygającym jest pytanie, na które wskazywał św. Jan Paweł II: czy AI „czyni życie ludzkie na ziemi pod każdym względem «bardziej ludzkim», bardziej «godnym człowieka»?” [138]. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, wówczas możemy uznać w niej dobrą możliwość, którą należy wykorzystać odpowiedzialnie na drodze cierpliwej i wspólnej odbudowy, wzorowanej na odrodzeniu Jerozolimy opisanym w Księdze Nehemiasza. Jeżeli natomiast rośnie potęga, podczas gdy serce jałowieje, a więzi się rozpadają, wówczas mamy do czynienia z nową formą wieży Babel: budowlą wspaniałą, ale nieludzką.
Stawiać sobie pytanie o tę alternatywę postępu oraz o nasz sposób jej rozumienia i przeżywania, to w gruncie rzeczy zawsze pytać również o własne serce. Sposób bowiem, w jaki myślimy o relacjach, pracy i instytucjach, oraz jak je kształtujemy, ujawnia nasze podstawowe wartości i w ostatecznym rozrachunku rodzi się z tego, co jest najbliższe sercu. Prowadzi nas miłość: to, co naprawdę kochamy – jako jednostki i jako społeczeństwo – nadaje kierunek naszemu życiu i działaniu. Św. Augustyn opisuje historię ludzkości jako miejsca zmagania dwóch miłości, które zbudowały dwa sposoby zamieszkiwania świata i współżycia – dwa „miasta” [„państwa”]: z jednej strony miłość Boga i bliźniego, z drugiej zaś miłość wyłącznie siebie samego. „Dwojaka tedy miłość dwojakie państwo uczyniła: ziemskie państwo uczyniła miłość własna aż do pogardy Boga posunięta; niebieskie państwo uczyniła miłość Boża aż do pogardy siebie samego posunięta” [139]. Jak w całych dziejach ludzkości, tak i dziś te dwie miłości walczą w naszym sercu o pierwszeństwo. Epoka AI nie wymyka się tej regule: budowa wieży Babel albo Jerozolimy zaczyna się w każdym z nas.
Po naszkicowaniu horyzontu, w którym sytuuje się wyzwanie przemiany technologicznej, a zwłaszcza tej związanej z AI oraz nurtami transhumanistycznymi i posthumanistycznymi, nie możemy zatrzymać się na poziomie samych tylko analiz ogólnych. Gdy zmieniają się języki i narzędzia, zmieniają się również codzienne gesty i relacje społeczne. Dlatego trzeba zatrzymać się nad niektórymi przestrzeniami, w których przemiany te pociągają za sobą bardzo konkretne, a niekiedy dramatyczne konsekwencje. W świetle zasad nauki społecznej Kościoła przemiana cyfrowa domaga się od nas ponownego odkrycia prawdy jako dobra wspólnego, ochrony godności pracy oraz strzeżenia wolności przed wszelką zależnością i utowarowieniem.
Prawda jako dobro wspólne
Prawda i demokracja
Wykorzystanie platform cyfrowych i systemów AI przyspiesza głębokie przemiany w komunikacji publicznej i politycznej. Narzędzia, które mogłyby sprzyjać debacie i uczestnictwu, bywają często wykorzystywane do tworzenia zniekształconych narracji i zacierania granic między prawdą a fałszem przez mieszanie faktów i opinii. Dezinformacja nie narodziła się wraz z AI, lecz znajduje dziś w niej potężny czynnik zwielokrotnienia. Możliwość manipulowania treściami, obrazami i filmami wystawia obywateli na jednostronne lub wprowadzające w błąd perspektywy. Problem ten dotyczy wymiaru kulturowego i moralnego, ponieważ jakość komunikacji publicznej bezpośrednio zależy od zaufania społecznego i zarazem na nie oddziałuje. Wiarygodna informacja nie rodzi się bowiem ze scentralizowanej ani zautomatyzowanej kontroli. W dyskursie publicznym prawda faktów ma wymiar racjonalny, ponieważ wymaga weryfikacji, potwierdzenia źródeł i odpowiedzialności w argumentacji; jeszcze głębiej jednak ma wymiar relacyjny: buduje się przez więzi zaufania i wspólne praktyki, w uczciwej konfrontacji z innymi i z rzeczywistością. Jedynie wspólne poszukiwanie prawdy o faktach, uznanej za dobro wspólne, może stać się podstawą sprawiedliwej komunikacji.
Ci, którzy dysponują potężnymi środkami technicznymi i ekonomicznymi – a wraz z nimi także znacznymi zasobami ludzkimi potrzebnymi do oddziaływania – mają wielką zdolność wywoływania przemian kulturowych i – ostatecznie – przekonywania znacznej liczby osób co do tego, jaka jest prawda o istocie ludzkiej, o świecie, o sensie istnienia, o rodzinie, a nawet o Bogu. Jest to czysta władza pozbawiona prawdy, która w sposób subtelny lub jawny narzuca to, co chce, aby inni uznali za prawdziwe. U podłoża tego wszystkiego kryje się chora, trudna do rozpoznania przyczyna: fakt, że „człowiek współczesny żywi mylne przekonanie, że jest jedynym twórcą samego siebie, swojego życia i społeczeństwa. To mniemanie jest konsekwencją egoistycznego skupienia się na sobie” [140]. Dlatego człowiek sądzi, że może konstruować rzeczywistość i że to, co najlepiej odpowiada jego roszczeniom, samo przez się jest ważne. Św. Jan Paweł II rozważał konsekwencje „kryzysu wokół zagadnienia prawdy”, dochodząc do stwierdzenia: „Zanik idei uniwersalnej prawdy o dobru, dostępnym poznawczo dla ludzkiego rozumu, w nieunikniony sposób doprowadził także do zmiany koncepcji sumienia” [141]. W ten sposób zanika uznanie powszechnie obowiązujących prawd, które nas poprzedzają i które sumienie powinno uznać. To doprowadziło Papieża Franciszka do realistycznego pytania: „Czym jest prawo bez osiągniętego na długiej drodze ku refleksji i mądrości przekonania, że każdy człowiek jest sacrumi jest nietykalny?”, i do konkluzji: „Aby społeczeństwo mogło mieć przyszłość, konieczne jest, by dojrzał w nim zmysł poszanowania dla prawdy o godności ludzkiej, której się podporządkowujemy. Wówczas będziemy unikali zabicia kogokolwiek nie tylko, aby uniknąć społecznej pogardy i ze względu na prawo, ale i z przekonania. Jest to nieodzowna prawda, którą rozpoznajemy rozumem i akceptujemy sumieniem. Dane społeczeństwo jest szlachetne i godne szacunku również z powodu pielęgnowania poszukiwania prawdy i swego przywiązania do najbardziej podstawowych prawd” [142].
Poszukiwanie prawdy stanowi istotny element demokracji, która sama jest narzędziem uczestnictwa w dobru wspólnym. Kiedy pytanie o to, co jest prawdziwe, przestaje budzić zainteresowanie, a górę bierze pragmatyzm zadowalający się tym, co wydaje się użyteczne albo skuteczne, życie demokratyczne słabnie. Nie opiera się ono bowiem wyłącznie na zasadach i procedurach, lecz nade wszystko na lojalnym stosunku do faktów i rzeczywistym ukierunkowaniu na dobro osób oraz całego ciała społecznego. Obojętność wobec prawdy powoli, lecz nieuchronnie prowadzi ku totalitaryzmowi, dla którego – jak napisała filozof Hannah Arendt – idealnym poddanym jest nie tyle człowiek ideologicznie przekonany, ile „człowiek, dla którego nie istnieje już rozróżnienie między faktem a zmyśleniem (tzn. rzeczywistość doświadczenia) i rozróżnienie między prawdą a fałszem (tzn. normy myślenia)” [143].
Komunikacja i wyobraźnia zbiorowa
W tej perspektywie trzeba pamiętać, że komunikacja „nie jest tylko przekazywaniem informacji, ale także tworzeniem kultury” [144]. Treści krążące w środowiskach cyfrowych wpływają na sposób, w jaki osoby postrzegają świat i wprowadzają do świadomości zbiorowej obrazy oraz narracje, które ukierunkowują pragnienia i oddziałują na codzienne wybory. „Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym” [145], ponieważ to, co powstaje w sieci, staje się już częścią życia ludzi, zwłaszcza młodych.
Dlatego ci, którzy sprawują kontrolę nad platformami cyfrowymi i środkami przekazu, dysponują znaczną zdolnością oddziaływania na wyobraźnię zbiorową i przedstawiania określonej wizji rzeczywistości jako pożądanej. Jest to władza, która nieustannie domaga się oświecania przez poszukiwanie prawdy i poszanowanie godności człowieka, aby kultura rodząca się w sieci nie stała się narzędziem nadmiernego rozproszenia, ujednolicania i panowania, lecz przestrzenią, w której mogą dojrzewać wolność wewnętrzna i myślenie krytyczne.
Ku ekologii komunikacji
Pierwszym zadaniem, jakie stoi przed nami, jest to, by nie demonizować narzędzi ani ich nie ubóstwiać, lecz nimi kierować, wychodząc od jednej fundamentalnej zasady: prawda jest dobrem wspólnym, a nie własnością tych, którzy posiadają władzę lub są rozpoznawalni. Trzeba zatem rozwijać ekologię komunikacji: na poziomie regulacji publicznych oznacza to ustanawianie zasad, które uczynią bardziej przejrzystymi mechanizmy selekcji i wzmacniania treści, a zarazem zapewnią ochronę danych osobowych; na płaszczyźnie społecznej i kulturowej oznacza to wzmacnianie ciał pośrednich, wspieranie rzetelnego dziennikarstwa oraz takich miejsc debaty, w których większą wagę mają argumentacja i weryfikacja niż natychmiastowa reakcja; na poziomie szkoły i rodziny oznacza to dojrzewanie potrzeby nowej świadomości wychowawczej oraz formację do właściwego i krytycznego korzystania z narzędzi cyfrowych, AI oraz platform zakupowych i inwestycyjnych; na płaszczyźnie uniwersytetu zaś – podjęcie wielkiego wyzwania integracji wiedzy, rozwijając zarówno zdolność łączenia i harmonizowania różnych dziedzin poznania w celu odczytywania złożoności rzeczywistości, jak i techniki służące weryfikacji faktów.
Również wspólnoty chrześcijańskie powinny angażować się w transparentną komunikację i w uczciwe poszukiwanie faktów. Niestety, nie zawsze tak bywało. Ze wstydem obserwowaliśmy bolesne i trudne odkrywanie prawdy także o niektórych członkach Kościoła i o rzeczywistościach kościelnych. W szczególności niektórzy dziennikarze autentycznie oddani prawdzie odegrali zasadniczą rolę w ujawnianiu niesprawiedliwości i wykorzystania. Właśnie im chciałbym powtórzyć słowa, które Papież Franciszek skierował do watykanistów: „Dziękuję wam także za to, co opowiadacie o tym, co w Kościele nie funkcjonuje, za to, jak pomagacie nam nie zamiatać tego pod dywan, oraz za głos, który daliście ofiarom wykorzystania” [146]. Jednak czujność i transparentność są przede wszystkim poważną odpowiedzialnością samego Kościoła i nie wolno nam czekać, aż inni zmuszą nas do zmierzenia się z niewygodną prawdą o nas samych.
Przymierze wychowawcze dla ery cyfrowej
W czasach, gdy prawda bywa tak często naginana do interesów i strategii komunikacyjnych, świat wychowania i edukacji nabiera decydującego znaczenia. Gwałtowne przemiany technologiczne ukazują jednak wyraźnie, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani na płaszczyźnie wychowawczej. Wszechobecność mediów cyfrowych rodzi kulturę natychmiastowości i hiperstymulacji, która podsyca zniechęcenie, znużenie duchowe i apatię w obliczu wysiłku niezbędnego do poszukiwania prawdy.
Procesy wychowawcze potrzebują natomiast czasu na dojrzewanie, konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza pozory oraz cierpliwej drogi. Kwestia ta ma charakter radykalny, ponieważ każda technologia wychowuje tego, kto się nią posługuje. Wychowywać do korzystania ze sztucznej inteligencji oznacza zatem także wychowywać do rozeznania, kiedy i w jakich celach nienależy jej używać. Szybkość i łatwość, z jaką otrzymuje się odpowiedź albo syntezę, niosą ryzyko wygaszenia pragnienia stawiania pytań, które tylko w dłuższej perspektywie przynoszą owoc. Jak pisze Platon, rzeczy najgłębszych i najważniejszych człowiek uczy się dopiero po długim czasie i wielu wysiłkach, podejmując wraz z innymi dyskusję i „ocierając” o siebie pojęcia oraz doświadczenia niczym krzemienie, aż w nas samych zapłonie iskra zrozumienia [147]. Trzeba wychowywać się do postu od sztucznej inteligencji i chronić naszą młodzież przed obietnicą doskonałej maszyny, przed tą subtelną pokusą, która każe uznać ludzkie myślenie za zbędne właśnie wtedy, gdy jest ono najbardziej potrzebne.
W ostatnich latach literatura psychologiczna i psychiatryczna z coraz większym naciskiem dokumentuje, w jaki sposób wczesna i nieograniczona ekspozycja na urządzenia cyfrowe oraz media społecznościowe może negatywnie wpływać na sen, uwagę, regulację emocjonalną i relacje, zwłaszcza w najbardziej wrażliwym wieku, co niekiedy prowadzi do dramatycznych konsekwencji. Do tego dochodzi łatwość dostępu do scen przemocy i okrucieństwa, które ranią wrażliwość, do treści pornograficznych i nadmiernie seksualizowanych, do przekazów banalizujących ciało i uczuciowość, do propozycji normalizujących zachowania ryzykowne. W sieci nie należą do rzadkości zjawiska uwodzenia, szantażu i wykorzystywania seksualnego nieletnich, tym bardziej podstępne, że wspierane przez używanie fałszywych profili, algorytmów wzmacniających niebezpieczne kontakty oraz przez narzędzia AI zdolne manipulować obrazami i nagraniami. Zbyt wczesne posiadanie osobistego telefonu i korzystanie z niego bez kontroli ze strony dorosłych może pogłębiać wrażliwość i sprzyjać uzależnieniom u młodych, wystawiając ich na dynamikę izolacji, przemocy rówieśniczej i cyberprzemocy oraz na presję dzielenia się intymnymi obrazami czy danymi wrażliwymi.
Rodzicom trudno jest samodzielnie opierać się naciskowi modeli biznesowych, które czerpią zysk z uwagi i czasu człowieka. Dlatego niezbędne jest przymierze między polityką, instytucjami wychowawczo-edukacyjnymi i rodzinami, zdolne do konkretnego wspierania dorosłych w ich zadaniu. Poprzez dalekowzroczne decyzje publiczne należy przeciwstawiać się doraźnemu interesowi platform – skupionych w rękach nielicznych – ilekroć pozostaje on w sprzeczności z dobrem małoletnich. W tej perspektywie zasadne są działania legislacyjne, które ustalą granice wieku, nałożą odpowiedzialność na dostawców usług – nie przerzucając ciężaru ograniczeń na rodziny – a także przewidzą szczególne zabezpieczenia przed wszelką formą wykorzystywania i przemocy seksualnej w sieci, tak aby rzeczywiście chronić dzieciństwo i dorastanie jako dobra cenne, powierzone naszej trosce [148]. Równocześnie trzeba wychowywać dzieci, młodzież i młodych, aby uczyli się rozpoznawać manipulacje, bronić własnej godności i szanować godność innych także w środowiskach cyfrowych [149].
Centralna rola szkoły
Szkoła jest miejscem, w którym nowe pokolenia mogą uczyć się szukać i miłować prawdę, stawiać pytania o sens życia i o godność każdej osoby. Dlatego wielu rodziców, którzy pragną, aby ich dzieci wzrastały jako osoby zdolne do nawiązywania relacji, krytycznego myślenia i trwałych wartości, pokłada w niej wielkie nadzieje, widząc w niej cennego sprzymierzeńca w wychowaniu swoich dzieci. Do rodziców należy bowiem pierwszorzędne i niezbywalne prawo wyboru rodzaju nauczania i formacji, jakie mają być przekazane ich dzieciom, zgodnie z własnymi przekonaniami moralnymi, kulturowymi i religijnymi. Świat szkoły staje dziś wobec kilku wyzwań, których nie można odkładać na później.
Pierwsze wyzwanie ma charakter społeczno-polityczny. Zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i między różnymi regionami świata utrzymują się poważne nierówności w dostępie do wykształcenia podstawowego i do studiów wyższych. W niemałej liczbie państw rządzący nie przeznaczyli jeszcze środków koniecznych do zapewnienia wszystkim wysokiej jakości edukacji – zarówno przez odpowiednie wspieranie publicznego systemu szkolnictwa, jak i przez wspomaganie instytucji prywatnych, oferujących tę podstawową usługę. Gdy znaczna część kształcenia na różnych poziomach powierzona jest szkołom prywatnym, może się zdarzyć, że dostęp do szkoły byłby nazbyt uzależniony od możliwości finansowych rodzin, przy braku odpowiedniego wsparcia publicznego. Wobec tego ryzyka należy jednak docenić i wspierać wkład licznych katolickich dzieł wychowawczych, które – choć są instytucjami prywatnymi – zapewniają inkluzywne przyjęcie dzieciom i młodzieży z różnych środowisk, także wtedy, gdy sytuacja materialna rodzin by na to nie pozwalała.
Drugie wielkie wyzwanie ma charakter pedagogiczny. Wiele systemów kształcenia ma trudności z nadążaniem za tempem przemian i wspieraniem integralnego rozwoju uczniów. Rozwój technologii informatycznych i AI sprawia, że programy nauczania pomyślane dla innej epoki szybko stają się nieadekwatne, podczas gdy organizacja szkoły, przestrzeń, metody oceniania, a nawet sama postać nauczyciela domagają się ponownego przemyślenia w perspektywie wychowania naprawdę integralnego, otwartego na wszystkie wymiary osoby. Konieczne jest wspieranie stałej formacji nauczycieli przez cały okres ich kariery zawodowej, aby potrafili prowadzić twórczy dialog z nowymi technologiami, pomagając uczniom korzystać z nich w sposób odpowiedzialny, krytyczny i twórczy, a nie poddawać się biernie ich wpływowi.
Trzecie wielkie wyzwanie ma charakter intelektualny i mądrościowy. Jeśli nie zachowamy czujności, może ukształtować się system wychowawczy pozbawiony miłości do prawdy, w którym nieustanny przepływ informacji zastępuje trud poszukiwania, refleksji i rozeznawania. Mnożą się wiadomości fragmentaryczne, ale coraz trudniej uchwycić rzeczywistość w jej całości, stawiać pytania o sens i rozwijać autentyczne myślenie krytyczne oraz twórcze. Wielu wychowawców dostrzega już oznaki możliwej dehumanizacji, w której ludzie „wiedzą wiele rzeczy”, lecz z trudem nadają kierunek własnemu życiu, także z powodu niezdolności łączenia informacji i wiedzy oraz utraty horyzontu sensu. Należy promować prawdziwą higienę uwagi: taki rytm życia, który obejmuje ciszę, pogłębione studium, lekturę i rozważną wymianę myśli – bez tych elementów wewnętrzna wolność może ulec osłabieniu.
Nauka społeczna Kościoła wzywa rodziny, szkoły, wspólnoty chrześcijańskie i instytucje publiczne do odnowionego przymierza wychowawczego. Staje się ono konkretne wtedy, gdy podstawowe zasady przekładają się na cele wychowawcze: wychowywać do wstrzemięźliwości i poczucia ograniczoności; wychowywać do uznania prawa drugiego człowieka i tych, którzy przyjdą po nas, do korzystania z dóbr, które zostały nam dane lub które ludzki geniusz czyni dostępnymi; wychowywać do wolności i odpowiedzialności; wychowywać do wrażliwości na transcendencję i na dobro wspólne. Szkoła nie jest powołana do tego, by podążać za tempem świata cyfrowego, lecz by ofiarować to, czego świat cyfrowy sam dać nie może, czyli wspólny czas na naukę i relacje godne zaufania.
Godność pracy w okresie przemiany cyfrowej
Wartość pracy
Od początku nauki społecznej – wraz z Rerum novarum– Kościół zwraca uwagę na ochronę pracowników i na konieczność przeciwstawiania się wszelkim formom wyzysku. Przede wszystkim jednak Magisterium uznało w pracy „klucz, i to chyba najistotniejszy klucz” [150] do zrozumienia całej kwestii społecznej, ponieważ przez nią osoba rozwija wiele wymiarów własnego istnienia. W tej perspektywie można lepiej pojąć również wielką intuicję św. Benedykta z Nursji, który połączył modlitwę i pracę, wskazując codzienną aktywność jako część odpowiedzi osoby na Boże powołanie. Stworzeni na obraz Stwórcy, poprzez nasze dzieła w pewien sposób przedłużamy Jego dzieło, przyczyniamy się do postępu społeczeństwa i budowania dobra wspólnego, rozwijamy otrzymane zdolności, ulepszamy i upiększamy świat, utrzymujemy nasze rodziny, wchodzimy w relacje współpracy i uczymy się wspólnie budować – w słuchaniu i dialogu – coś, czego nikt nie mógłby zrealizować samodzielnie.
Z tych racji praca nie jest zwykłym narzędziem, lecz wyraża i pomnaża godność naszego życia. Jest ona wymogiem wpisanym w ludzką kondycję, zwyczajną drogą do dojrzałości, rozwoju i samorealizacji. W tej optyce pomoc materialna dla biednych pozostaje czasem konieczna w sytuacjach kryzysowych, nie może jednak stać się jedyną odpowiedzią, ponieważ celem jest zapewnienie każdemu warunków do godnego życia poprzez własną pracę [151].
Dzisiaj splot automatyzacji, robotyki i AI szybko przekształca samą strukturę pracy. Mówi się, że przyniesie to dla wszystkich wielkie udogodnienia. W rzeczywistości jednak „nowe sposoby” pracy niekoniecznie są lepsze, ponieważ „choć sztuczna inteligencja obiecuje wzrost wydajności poprzez przejmowanie rutynowych zadań, często wymusza na pracownikach dostosowanie się do tempa i wymagań maszyn, zamiast być projektowaną jako wsparcie dla ludzi. W efekcie, wbrew zapowiadanym korzyściom, obecne podejścia do AI mogą paradoksalnie prowadzić do obniżenia kwalifikacji pracowników, poddawania ich automatycznemu nadzorowi oraz sprowadzania ich roli do sztywnych i powtarzalnych czynności. Konieczność nadążania za tempem technologii może osłabiać poczucie sprawczości pracowników i tłumić ich zdolność do innowacyjnego myślenia, której oczekuje się od nich w miejscu pracy” [152]. Właśnie po to, aby uniknąć takiego wynaturzenia, należy projektować systemy skoncentrowane na osobie, a nie jedynie na wydajności.
Problem bezrobocia
Św. Jan Paweł II przypominał, że bezrobocie jest poważnym złem, które – zwłaszcza gdy przybiera rozmiary masowe – może stać się prawdziwą klęską społeczną w sposób szczególny wzywającą państwo do odpowiedzialności [153]. Dzisiaj, w „czwartej rewolucji przemysłowej”, niepokój ten staje się jeszcze bardziej naglący, ponieważ innowacja bywa często przyjmowana wyłącznie ze względu na redukcję kosztów i wzrost zysków [154]. W niektórych kontekstach realna jest obawa przed znacznym i szybkim zmniejszeniem liczby dostępnych miejsc pracy – co wywołuje efekt domina – który głęboko dotyka rodziny, ludzi młodych i lokalne gospodarki. W wielu sektorach przekłada się to już na nowe formy niestabilności i nierówności: bardzo wysokie wynagrodzenia dla nielicznej, wysoko wyspecjalizowanej mniejszości oraz coraz niższe płace dla szerokiej części ludności aktywnej zawodowo.
Z pewnością pożądane jest, aby technologia uwalniała człowieka od prac szczególnie uciążliwych, powtarzalnych lub niebezpiecznych oraz oferowała inteligentne wsparcie dla działalności człowieka, jednak zasadą ogólną musi pozostać ochrona miejsc pracy oraz niezastąpionej roli osoby. Cel osiągania większych zysków nie może usprawiedliwiać decyzji, które systematycznie poświęcają zatrudnienie, ponieważ osoba ludzka jest celem, a nie środkiem, a porządek gospodarczy musi pozostawać podporządkowany jej godności i dobru wspólnemu.
W tym samym czasie musimy uznać, że każda rzeczywista przemiana dokonuje się w sposób nieciągły: jest nierówna, fragmentaryczna, a niekiedy konfliktowa. Nie istnieje więc jeden model zmiany ani jedno globalne rozwiązanie: istnieją konkretne terytoria i historie, które domagają się odmiennych odpowiedzi. Z powodu nierówności charakteryzujących nasz świat upowszechnianie AI i systemów obliczeniowych wywołuje odmienne skutki w różnych miejscach. Społeczeństwa zamożne automatyzują się szybko i w sposób chaotyczny, ograniczając zapotrzebowanie na pracę ludzką oraz wytwarzając obszary bezrobocia i napięć instytucjonalnych. Z kolei rozległe regiony świata pozostają uwięzione w gospodarkach hybrydowych, gdzie słabo opłacana praca ludzka i częściowe technologie współistnieją, nie prowadząc nigdy do rzeczywistej przemiany. Terytoria te stają się rezerwuarami niepewnych zasobów siły roboczej oraz ogniskami niestabilności i przymusowych migracji. Rozwiązania muszą zatem być poszukiwane na poziomie krajowym i lokalnym, z udziałem wspólnot pośrednich. Potrzebne są narzędzia zdolne do adaptacji: zróżnicowane modele, eksperymenty lokalne, stopniowa redystrybucja, nowe prawa dostępu do dóbr podstawowych. Nie chodzi o poszukiwanie abstrakcyjnej harmonii, lecz o budowanie konkretnych form ludzkiego współistnienia pośród dokonujących się transformacji.
Praca pozostaje fundamentalnym wymiarem ludzkiego doświadczenia: nie jest jedynie środkiem utrzymania, lecz miejscem ekspresji, nawiązywania relacji i wkładu we wspólnotę. Dlatego problemy związane z pracą nie dotyczą wyłącznie dochodu koniecznego do utrzymania rodzin. Społeczeństwo, które zapewniałoby pracę jedynie niewielkiej części ludności, narażałoby wielu na stan przymusowej bezczynności, braku odpowiedzialności, codziennych zobowiązań i bodźców, czego skutkiem byłoby zubożenie ludzkie i kulturowe, stojące w sprzeczności z wysokim poziomem rozwoju technicznego. Stanęlibyśmy wobec paradoksu postępu materialnego i regresu antropologicznego, w którym zabrakłoby warunków dla sprawiedliwego i trwałego pokoju społecznego. Dlatego nauka społeczna Kościoła podkreśla, że dostęp do pracy dla wszystkich musi pozostać priorytetowym celem polityki publicznej i procesów ekonomicznych oraz kryterium osądu przy ocenie ludzkiej jakości danego modelu rozwoju [155]. Zresztą w tych częściach świata, w których praca ulega ograniczeniu lub radykalnej przemianie wskutek procesów technologicznych i organizacyjnych wymykających się demokratycznej kontroli, konieczne jest ponowne przemyślenie samego pojęcia pracy oraz jej związku z obywatelstwem, tak aby brak zatrudnienia nie ograniczał uczestnictwa w życiu społecznym.
W świetle tego przekonania możemy na nowo odczytać także historię nauki społecznej Kościoła po Rerum novarum. Inicjatywy, które z niej wyrosły – stowarzyszenia, związki zawodowe, spółdzielnie, dzieła pomocy społecznej – w decydujący sposób przyczyniły się do poprawy ustawodawstwa dotyczącego pracy, ochrony osób najbardziej wrażliwych i promowania bardziej ludzkich warunków życia [156]. Dzisiaj jednak narzędzia te same już nie wystarczają wobec przemian przyniesionych przez AI, nową organizację rynków oraz konkurencyjność, która rzadko troszczy się o zrównoważony rozwój społeczny. Potrzebny jest nowy, wspólny wysiłek odpowiedzialnych za politykę, organizacji zrzeszających pracowników, środowiska przedsiębiorców i wspólnoty naukowej, aby w krótkim czasie wypracować odpowiednie i uzgodnione normy oraz zabezpieczenia, również na poziomie międzynarodowym [157]. Organizacje związkowe, które Kościół zawsze wspierał, są wezwane do otwarcia się na nowe formy pracy i na nowych pracowników, by ich reprezentować i bronić w sytuacji, w której – bez odważnych decyzji – rysuje się perspektywa większego ubóstwa i większych nierówności, z rzeszą wykluczonych otoczonych przez maszyny i systemy zautomatyzowane, które zajęły ich miejsce.
W tej przemianie nie wystarczy reagować wtedy, gdy miejsca pracy już znikają, lecz trzeba zawczasu kierować samym procesem przemiany. Jedną z możliwych dróg jest przede wszystkim ustalenie społecznych kryteriów innowacji: każdemu wprowadzaniu automatyzacji i AI powinny towarzyszyć weryfikowalne decyzje dotyczące ochrony zatrudnienia, przekwalifikowania i udziału pracowników, tak aby technologia była ukierunkowana na uwalnianie ludzkiego czasu i zdolności, a nie na powodowanie wykluczenia. Po drugie, konieczne jest, aby aktywna polityka zapewniła wszystkim dostęp do kształcenia ustawicznego i możliwość rozwoju zawodowego, nie obciążając przy tym poszczególnych osób całym kosztem dostosowania się do zachodzących transformacji. Wreszcie, potrzebna jest odpowiedzialność przedsiębiorstw, która wśród wskaźników sukcesu uwzględnia jakość i godność pracy. Gdy warunki te są spełnione, innowacja może stać się sprzymierzeńcem bezpieczniejszej, bardziej twórczej i godniejszej pracy; gdy zaś ich brakuje, ma ona tendencję do przekształcania się w przyspieszenie niesprawiedliwości.
Ekonomia dowartościowująca godność człowieka
Rynek pracy jest jedną z tych dziedzin, w których ryzyka związane z nowymi technologiami ujawniają się z największą wyrazistością. Dlatego trzeba przypomnieć, że wolność gospodarcza nie jest absolutna i zawsze musi być mierzona dobrem wspólnym oraz godnością każdej osoby. Przedsiębiorczość może być prawdziwym powołaniem, zdolnym rodzić bogactwo i poprawiać warunki życia wszystkich, pod warunkiem jednak, że uzna tworzenie pracy godnej i wartościowej za istotną część swojej służby społeczeństwu, a nie za zmienną zależną wyłącznie od zysku [158].
W duchu profetycznym Papież Franciszek przestrzegał przed wolnością gospodarczą głoszoną jedynie słowami, podczas gdy rzeczywiste warunki nie pozwalają wielu ludziom naprawdę z niej korzystać [159]. Modele ekonomiczne, które wywyższają wydajność i indywidualny sukces, mają tendencję do uznawania za bezużyteczne albo mało opłacalne inwestowanie w osoby wychodzące z sytuacji niekorzystnych lub rozwijające się wolniej, jakby ich los miał zależeć wyłącznie od zdolności dotrzymywania kroku zwycięzcom. Tymczasem społeczeństwo sprawiedliwe wymaga obecności państwa i instytucji obywatelskich zdolnych wyjść poza samą logikę wydajności, kierując zasoby, twórczość i normy wyraźnie na korzyść osób najbardziej wrażliwych [160]. Zamiast oczekiwać na korzyści ze wzrostu, który „w końcu” miałyby dotrzeć także do ubogich, potrzebne są decyzje, dzięki którym wzrost od początku będzie miał charakter inkluzywny. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że w kryzysach gospodarczych i finansowych to biedni zawsze płacą najwyższą cenę, podczas gdy teorie obiecujące automatyczny dobrobyt powszechny okazują się często iluzoryczne.
Należy zauważyć, że konieczne jest przezwyciężenie obecnych wskaźników pomiaru rozwoju, które od ponad osiemdziesięciu lat pozostają zakotwiczone w pojęciu produktu krajowego brutto, a niemal systematycznie pomijają zasadnicze aspekty całościowego dobrostanu człowieka i środowiska. Zarazem dowartościowują one działania, które w krótkiej albo długiej perspektywie oddziałują negatywnie na życie naszej planety. Opracowanie parametrów i wskaźników uzupełniających PKB jest sprawą decydującą dla ulepszenia podstawowych danych wykorzystywanych do analiz, podejmowania decyzji politycznych oraz gospodarczych, a także do wyboru priorytetów regionalnych, krajowych i międzynarodowych. Wprowadzenie nowych parametrów pozwoli oceniać – spojrzeniem szerokim i odpowiadającym naszym czasom – skutki decyzji ustawodawczych i regulacyjnych dla godności pracy, wspólnego dobrobytu, redukcji nierówności i ochrony środowiska. Będzie ono oddziaływać także na samo pojęcie rozwoju, na procesy formacyjne, na mentalność i na opinię publiczną, jak i na pokój, który jest prawdziwy tylko wtedy, gdy opiera się na sprawiedliwości.
W ostatnich latach finanse zyskały coraz większe znaczenie, a także uległy głębokim przemianom w wyniku wprowadzenia kryptowalut. Refleksje i wskazania zawarte w Magisterium moich Poprzedników, zwłaszcza w Encyklikach, ukazały, że funkcjonowanie pośrednictwa finansowego, „gdy zostało oderwane od odpowiednich podstaw antropologicznych i moralnych, nie tylko doprowadziło do rażących nadużyć i niesprawiedliwości, ale okazało się także zdolne do wywoływania kryzysów systemowych o zasięgu globalnym” [161]. Równie prawdziwe jest to, że dochód z kapitału jest zagrożony zastępowaniem dochodu z pracy, spychanej często na margines głównych zainteresowań systemu ekonomicznego. A przecież oszczędności, które zostają przekształcone w kredyt dla realnej gospodarki, a więc służą tworzeniu pracy – zarówno zatrudnienia, jak i samozatrudnienia – pozostają kluczowe dla rozwoju i dla inwestycji, które powinny towarzyszyć trwającym transformacjom. Społeczna funkcja kredytu pozostaje niezastąpiona. Finanse dla samych finansów są czymś zupełnie innym niż finanse służące rozwojowi oraz tworzeniu i ewolucji pracy.
Perspektywę tę należy rozpatrywać w szerszym kontekście dynamiki globalnej. Światowe bogactwo wzrosło w kategoriach absolutnych, ale nasiliła się jego koncentracja w nielicznych rękach, a nierówności powiększyły się zarówno między państwami, jak i wewnątrz poszczególnych państw: „Nieliczni mają zbyt wiele, a zbyt wielu ma zbyt mało: taka jest logika dnia dzisiejszego” [162]. Postęp naukowy i technologiczny, także w dziedzinie medycyny, nie jest łatwo dostępny dla zdecydowanej większości ludności, co w sposób dramatyczny ujawniło się w czasie ostatniej pandemii COVID-19. Podczas gdy w niektórych regionach inwestuje się w rzeczy zbędne albo w marzenia o indywidualnym ulepszaniu, na które stać jedynie nieliczne osoby, w innych częściach świata nadal brakuje podstawowego wyposażenia potrzebnego do ocalenia milionów ludzkich istnień. Sądzić, że nowe technologie automatycznie przyniosą korzyść wszystkim, to ignorować oczywistość: jeśli transformacjami nie kieruje się tak, by już na etapie projektowania priorytetem było zapobieganie dalszym i nowym nierównościom, wówczas postęp technologiczny sam rodzi nierówności strukturalne. Sprawiedliwość wiąże się dziś także z dostępem do korzyści płynących z innowacji: do opieki, wiedzy, narzędzi i możliwości.
Z pewnością potrzebne są sprawiedliwe prawa i narzędzia redystrybucji, które będą korygować nierówności, także przez systemy fiskalne zmniejszające obciążenia najsłabszych i wymagające więcej od tych, którzy dysponują większymi zasobami. Nie należy jednak traktować poszukiwania sprawiedliwości społecznej jako kwestii odrębnej i późniejszej wobec wytwarzania bogactwa, jak gdyby ekonomia miała jedynie tworzyć wartość, a polityka interweniować dopiero potem, aby ją rozdzielać. Przeciwnie, sprawiedliwość dotyczy wszystkich faz działalności gospodarczej: od pozyskiwania zasobów po finansowanie, od produkcji po konsumpcję, a każdy wybór niesie ze sobą konsekwencje moralne [163].
Tym bardziej w epoce AI i robotyki nie można już powierzać wszystkiego samej „niewidzialnej ręce” rynku [164]: polityka ma obowiązek nadawać procesom ekonomiczno-technologicznym kierunek zgodny z dobrem wspólnym, wspierając godną pracę, integrację społeczną i sprawiedliwy podział korzyści płynących z innowacji. Ponieważ wiele decyzji gospodarczych przekracza granice państw, konieczna jest także współpraca międzynarodowa zdolna wypracowywać wspólne strategie, zwłaszcza na rzecz państw i grup najbardziej wrażliwych, aby wspierać rozwój i przezwyciężać asystencjalizm. Logiką, która powinna inspirować te wybory, jest ogromna godność każdej osoby, dobro wspólne i świat naprawdę pomyślany dla wszystkich. Współzależność między pokojem a rozwojem, o której proroczo pisał w 1967 r. św. Paweł VI [165], można dziś wyrazić na nowo: dobrobyt może przyczyniać się do budowania i umacniania pokoju tylko wtedy, gdy jest powszechny, inkluzywny i zrównoważony.
Konkretnie rzecz ujmując, ukierunkowanie ekonomii na godność człowieka oznacza przyjęcie kilku stałych kryteriów działania, także w epoce AI. Przede wszystkim przejrzystość i odpowiedzialność: gdy dane i algorytmy wpływają na udzielanie kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług lub możliwości, konieczne jest, aby decyzje były zrozumiałe, możliwe do zakwestionowania i poddane kontroli, tak aby osoba nie została sprowadzona do profilu. Po drugie, inkulzywność i dostęp: korzyści z innowacji muszą iść w parze z inwestycjami w kompetencje, infrastrukturę i usługi podstawowe, tak by technologia nie pogłębiała przepaści między tymi, którzy posiadają, a tymi, którzy nie posiadają. Wreszcie, potrzebne są środki na rzecz sprawiedliwości: system podatkowy, opieka społeczna i polityka przemysłowa powinny korygować nierówności rodzące się z koncentracji bogactwa i władzy. Kryteria te nie są hamulcem dla innowacji: w rzeczywistości sprawiają one, że staje się ona znośna i bardziej ludzka.
Rodzina i ludzie młodzi: społeczne warunki nadziei
Rodzina jest podstawowym dobrem społecznym. Oparta na trwałym związku mężczyzny i kobiety, stanowi ona pierwsze środowisko, w którym każdy rozwija swoje możliwości, uświadamia sobie własną godność i uczy się pierwszych form prawdy i dobra, interioryzując nawyki przygotowujące do życia społecznego [166]. Jako pierwsza naturalna społeczność, obdarzona prawami pierwotnymi, rodzina jest podstawową i niezastąpioną komórką wszelkiego zorganizowanego życia wspólnotowego [167]. W konsekwencji, gdy projekty polityczne i wielkie decyzje gospodarcze spychają rodzinę do roli marginalnej lub drugorzędnej, zagrożony zostaje autentyczny rozwój całego ciała społecznego [168].
Rodzina jest jednak kruchym dobrem społecznym, które bezpośrednio odczuwa skutki transformacji ekonomicznych i technologicznych zmieniających świat pracy i które domaga się wsparcia kulturowego, prawnego i ekonomicznego. Powszechnie znany jest niszczący wpływ bezrobocia i niestabilności zatrudnienia na tkankę rodzinną. W krótkiej perspektywie obniżanie kosztów pracy lub maksymalizowanie wydajności finansowej może wydawać się korzystne, w dłuższej podważa jednak same podstawy współżycia społecznego: podczas gdy popada się w zachwyt nad sukcesami technologicznymi, struktura społeczna ulega stopniowej erozji, niczym niszczona przez cichego wirusa.
Dla ludzi młodych niestabilność zatrudnienia jest szczególnie dramatyczna. Jak przypominają biskupi Stanów Zjednoczonych Ameryki, praca nie jest jedynie źródłem dochodu, lecz decydującą przestrzenią, w której kształtuje się tożsamość, nawiązują się przyjaźnie i więzi, uczy się konkretnych odpowiedzialności i rozeznaje się własne powołanie [169]. Gdy dostęp do pracy jest utrudniony przez wysokie bezrobocie, niewystarczające systemy kształcenia albo bariery strukturalne, wielu młodych ludzi widzi zablokowaną drogę własnej realizacji ludzkiej i zawodowej. Konieczność wielokrotnej zmiany zawodu w ciągu życia domaga się dróg stałego dokształcania i przekwalifikowania, które uzdolnią nowe pokolenia do podejmowania z kompetencją i autonomią ryzyka związanego ze zmiennym i często nieprzewidywalnym kontekstem gospodarczym [170].
Stąd wynika szczególna odpowiedzialność publiczna. Państwo ma obowiązek wspierać działalność przedsiębiorstw przez tworzenie warunków sprzyjających zatrudnieniu, wspierać pracę tam, gdzie jej brakuje, a także bronić jej w czasach kryzysu, ponieważ to właśnie praca jest dobrem podstawowym dla rodzin i dla społeczeństwa [171]. W sposób szczególny w okresie głębokich przemian technologicznych potrzebna jest polityczna kreatywność na rzecz pracy, stawiająca w centrum rodzinę i nowe pokolenia, jeśli nie chcemy, aby postęp ekonomiczny przełożył się na nowe formy niepewności i wykluczenia.
Wspieranie rodzin i młodych w tej transformacji wymaga decyzji, które uczynią stabilność czymś realnie osiągalnym. Jak już zostało powiedziane, potrzebna jest polityka pracy sprzyjająca ciągłości i jakości zatrudnienia, przeciwstawiająca się nietrwałości jako zwyczajnemu warunkowi życia oraz wspierająca realistyczne drogi wejścia na rynek pracy i rozwoju zawodowego. Po drugie, potrzebne są rozwiązania, które zagwarantują ludzki rytm życia: bez równowagi między pracą, usługami i odpoczynkiem rodzina słabnie, a młodym trudno jest dojrzewać do odpowiedzialności. Ponadto decydujące znaczenie ma inwestowanie w dostępne szkolenia i przekwalifikowanie, aby mobilność zawodowa wymagana przez gospodarkę cyfrową nie stała się okrutną selekcją między tymi, którzy mogą się dokształcać, a tymi, którzy nie mają takiej możliwości. Wreszcie, trzeba wspierać więzi społeczne: sieci i wspólnoty wychowawcze, które towarzyszą wyborom życiowym i nie pozwalają, by niepewność rodziła samotność i uzależnienia. W ten sposób przez transformację technologiczną można przejść bez naruszania tego, co sprawia, że społeczeństwo ma potencjał twórczy, czyli zdolności do budowania przyszłości.
Strzec wolności przed uzależnieniem i utowarowieniem
Uzależnienia i kontrola społeczna
Po rozważeniu kwestii prawdy i wychowania, pracy i rodziny, musimy teraz mówić o wpływie rewolucji cyfrowej na ludzką wolność, zastanawiając się, jak stawić czoła zarówno zagrożeniom dotykającym psychiki jednostki, jak i dramatycznym zjawiskom społecznym. Nie wolno lekceważyć subtelniejszych form uzależnienia związanych z cyfrową ekonomią uwagi, w której platformy i usługi są projektowane tak, aby pochłaniać czas i uwagę użytkowników, wykorzystując ich wrażliwość i osłabiając wolność wewnętrzną. Gdy modele biznesowe rozwijają się dzięki ludzkiej słabości, osoba traktowana jest jako środek, a nie jako cel, a ci, którzy projektują lub finansują takie systemy, przyjmują na siebie odpowiedzialność moralną, od której nie mogą się uchylić. Należy pilnie wspierać taki sposób korzystania z technologii, który umacnia wolność wewnętrzną: wychowanie do umiaru w korzystaniu z technologii cyfrowych, ochronę nieletnich oraz przeciwstawienie się modelom, które żerują na ludzkiej wrażliwości.
Kolejnym zagrożeniem – mniej widocznym, ale nie mniej poważnym – jest kontrola społeczna, którą umożliwia masowe gromadzenie danych i stosowanie systemów algorytmicznych. Gdy każda aktywność – przemieszczanie się, zakupy, relacje, upodobania – pozostawia ślady, rodzi się nowa postać władzy: władza profilowania, przewidywania i ukierunkowywania zachowań, często bez pełnej świadomości samych zainteresowanych. Jeżeli dane te są wykorzystywane do podejmowania decyzji wpływających na konkretne możliwości życiowe (jak dostęp do kredytu, dobór pracowników, dostęp do usług), istnieje ryzyko naruszenia wolności i dyskryminowania osób najbardziej bezbronnych. Co więcej, kontrola nie dokonuje się jedynie poprzez wyraźne zakazy, lecz także przez samą architekturę rozpoznawalności: to, co zostaje wzmocnione albo uczynione nierozpoznawalnym, to, co bywa nagradzane albo karane, ostatecznie kształtuje opinie i wybory, rodząc konformizm i autocenzurę. Dlatego wolność w epoce cyfrowej nie jest jedynie sprawą wewnętrzną: jest także kwestią publiczną, która domaga się jasnych reguł, przejrzystości, możliwości odwołania się i proporcjonalnych ograniczeń w stosowaniu inwazyjnych technologii, tak aby technika pozostawała w służbie osoby, a nie stawała się formą panowania nad sumieniami.
U źródła tych problemów leży mentalność technokratyczna i posthumanistyczna, skłonna postrzegać osobę jako przedmiot manipulacji albo zasób, który należy optymalizować [172], eliminując wszystko to, co stawia granice maksymalizacji zysku: liczy się wydajność, a nie poszanowanie wolności i godności osoby ludzkiej. Niektóre nurty posthumanistyczne posuwają się wręcz do tego, że stawiają hipotezy o istnieniu istot ludzkich „drugiej kategorii”, podporządkowanych interesom elit, które uważają się za lepsze: jest to perspektywa niepokojąca, tym groźniejsza, im bardziej łączy się z narzędziami technologicznymi, które w sposób wykładniczy zwiększają władzę kontroli i selekcji. Także pewne logiki strukturalnego zadłużenia, utrzymujące całe narody w stanie zależności, ujawniają tę samą mentalność, która godzi się – w nowych formach – na relacje podporządkowania zbliżone do niewolnictwa.
Rozerwać kajdany nowych zniewoleń
Ta zniekształcona wizja osoby przekłada się dziś na różne formy zniewolenia bezpośrednio związane z gospodarką cyfrową. W świecie AI nie ma nic niematerialnego ani magicznego. Każda odpowiedź, która wydaje się natychmiastowa i doskonała, rodzi się z długiego łańcucha pośrednictw, z rozległej sieci zasobów naturalnych, z infrastruktury energetycznej, a nade wszystko z osób. Znaczna część funkcjonowania gospodarki cyfrowej opiera się na cichej pracy milionów istot ludzkich, zatrudnionych przy zajęciach mało widocznych, lecz nieodzownych: oznaczaniu danych, moderacji treści – nierzadko tych najgorszych – oraz trenowaniu modeli. W wielu przypadkach są to ludzie młodzi, przeważnie kobiety, którzy ciężko pracują za minimalne wynagrodzenie. Do tego niewidzialnego wysiłku dołącza jeszcze trud bardziej brutalny, związany z wydobywaniem surowców niezbędnych do produkcji urządzeń i mikroprocesorów, na których opiera się AI. W niektórych regionach świata nastolatki i dzieci pracują w niebezpiecznych warunkach przy kruszeniu materiałów, z których pozyskuje się pierwiastki ziem rzadkich. Ciała pokryte bliznami, okaleczone, wyniszczone po to, by nie został przerwany przepływ obliczeń. Ponadto sieci przestępcze posługują się platformami internetowymi, systemami komunikacji, anonimowymi płatnościami i technikami profilowania, by werbować, kontrolować i przemieszczać ofiary handlu ludźmi, w wielu przypadkach nieletnich, zamieniając kobiety i mężczyzn w „dane” do śledzenia i „przesyłki” do przekazywania w obrębie tych samych obiegów cyfrowych, które podtrzymują znaczną część światowej gospodarki. Ta rzeczywistość głęboko porusza sumienie moralne naszych czasów. Nie wystarczy odwoływać się do wydajności ani sławić korzyści płynących z innowacji, jeśli zbudowane są one na łańcuchu wyzysku, który pozostaje celowo ukrywany. Jeżeli jakaś technologia obiecuje wyzwolenie, a zarazem tworzy nowe formy globalnego podporządkowania, zaprzecza ona fundamentalnej zasadzie godności osoby.
Walka z nowymi formami niewolnictwa jest jednym z rozstrzygających sprawdzianów etycznego rozeznawania AI i transformacji cyfrowej. W nurcie tradycji zapoczątkowanej przez Leona XIII Kościół ponawia stanowcze potępienie wszelkiej formy niewolnictwa, handlu ludźmi i utowarowienia osób, a zarazem przypomina o pilnej potrzebie szerokiego ruchu refleksji i działania, który postawi w centrum uwagi niezbywalną godność każdej istoty ludzkiej oraz dobro wspólne jako cel społeczeństwa i kryteria każdego wyboru osobistego, społecznego i politycznego. Bez tej etycznej i humanizującej refleksji rosnąca władza systemów cyfrowych może prowadzić nas ku nowym okrucieństwom – nie mniej haniebnym niż te z przeszłości – które dziś potępiamy, podczas gdy nadal uważamy się za społeczeństwa „rozwinięte” i „cywilizowane”.
Handel ludźmi należy uznać za współczesną formę niewolnictwa i za ciężkie pogwałcenie godności człowieka; brak stanowczej reakcji albo jakakolwiek tolerancja wobec tych praktyk oznacza dziś – w pewnej mierze – współudział w winach popełnianych dawniej, gdy niewolnictwo bywało usprawiedliwiane lub przemilczane [173].
W miarę dojrzewania swojej doktryny Kościół stopniowo uświadamiał sobie ciężar tych realiów. To prawda, że wydarzeń przeszłości nie można osądzać w oderwaniu od kontekstu historycznego, tak jakby wszystkie kryteria wypracowane z biegiem czasu były zawsze dostępne. Nie możemy jednak zaprzeczać ani umniejszać opóźnienia, z jakim Kościół i społeczeństwo potępiły plagę niewolnictwa. O ile bowiem w starożytności i w średniowieczu wiele osób i instytucji kościelnych posiadało niewolników, to już w epoce nowożytnej rzymska Stolica Apostolska, pobudzana prośbami władców, wielokrotnie interweniowała, by regulować i uprawomocniać sposoby podporządkowania, a w niektórych przypadkach także zniewolenia „niewiernych” [174]. Trzeba było czekać aż do XIX w., aby pojawiło się formalne, absolutne i powszechne potępienie niewolnictwa, zwłaszcza przez Leona XIII [175]. Stanowi to wyraźny przykład wzrastania Kościoła w rozumieniu odwiecznych prawd Objawienia, których on strzeże. Chociaż nie znajdujemy tu jednorodności co do samej kwestii – skoro przez długi czas tolerowano niewolnictwo, a dopiero później całkowicie je potępiono – to na przestrzeni dziejów widoczna jest ciągłość w przekonaniu o godności każdej istoty ludzkiej, stworzonej na obraz Boga, choć przez osiemnaście wieków nie zdołano oficjalnie wyrazić całkowitej niezgodności tego faktu z niewolnictwem. Jest to rana w pamięci chrześcijańskiej i nie możemy uważać, że nas to nie dotyczy [176]. Nie sposób nie odczuwać głębokiego bólu, gdy rozważamy ogromne cierpienie i upokorzenie, jakie niewolnictwo oznaczało dla tak wielu osób, w sprzeczności z ich nieograniczoną godnością, nieskończenie umiłowaną przez Pana. Dlatego w imieniu Kościoła szczerze proszę o przebaczenie.
Właśnie dlatego pamięć o współudziale i ślepocie minionych czasów wobec niesprawiedliwości niewolnictwa staje się dla nas wezwaniem do czujności: to, czego się nauczyliśmy, musi przełożyć się na rozeznawanie i odpowiedzialność w teraźniejszości. Jeżeli nie chcemy w przyszłości prosić o przebaczenie za to, że nie byliśmy wierni skarbowi godności ludzkiej, który zawiera nasza wiara, to dziś do nas należy, byśmy bezpośrednio i stanowczo piętnowali handel ludźmi w jego wielu przejawach i wspierali, krok po kroku, wraz ze wszystkimi zaangażowanymi w tę sprawę, rzeczywiste drogi zapobiegania, ochrony, wyzwolenia i rehabilitacji.
Kolonializm przybiera dziś nieznane dotąd oblicze. Nie panuje już tylko nad ciałami, lecz przywłaszcza sobie dane, przemieniając życie osobiste w informacje nadające się do wykorzystania. Całe terytoria, zwłaszcza te o mniejszym znaczeniu geopolitycznym i większej kruchości strukturalnej, zostają dziś objęte nową logiką eksploatacji: logiką przepływu danych zdrowotnych, profili epidemiologicznych, map genetycznych i danych demograficznych. To są nowe „pierwiastki ziem rzadkich” władzy: kluczowe informacje, które po skorelowaniu mogą zostać użyte do trenowania modeli predykcyjnych, kierowania strategiami inwestycyjnymi, do przewidywania kryzysów, a nade wszystko do selekcjonowania tego, kto i co ma znaczenie. Kto posiada dane zdrowotne całych populacji, gromadzone dziś często pod hasłem pomocy, badań lub innowacji, ten w rzeczywistości posiada strukturalną dźwignię wpływu na przyszłość: może modelować potrzeby i rynki. Może też decydować – wcześniej niż inni – komu przeznaczyć leki, inwestycje i środki ochronne. Właśnie tu rozgrywa się jedna z najpilniejszych kwestii moralnych naszych czasów: przekształcać wspólną wiedzę w dobro wspólne, a nie w narzędzie dominacji; zwrócić narodom nie tylko dane, które je opisują, lecz także możliwość decydowania o tym, jak będą one używane, przez kogo i dla kogo. W przeciwnym razie era cyfrowa nie będzie postkolonialna, lecz kolonialna, tylko pod inną postacią.
Nowe formy niewolnictwa karmią się łańcuchami gospodarczymi i infrastrukturą cyfrową. Trzeba więc działać w wielu kierunkach: najpierw po to, aby uczynić bardziej rygorystyczną przejrzystość łańcuchów dostaw podtrzymujących przemysł technologiczny i gospodarkę cyfrową, tak by żadna przewaga konkurencyjna nie była budowana na niewidocznym wyzysku. Po drugie, konieczne jest, aby przedsiębiorstwa i inwestorzy przyjęli jasne kryteria prewencyjnej weryfikacji etycznej (due diligence), uwzględniając wśród priorytetów ochronę pracowników, przeciwdziałanie pracy przymusowej oraz społeczny wpływ modeli biznesowych opartych na danych. Ponadto platformy cyfrowe muszą zostać zobowiązane do odpowiedzialnej współpracy z władzami i ze społeczeństwem obywatelskim, aby narzędzia komunikacji, płatności i profilowania nie stawały się kanałami werbunku i kontroli ofiar. Gdy te decyzje pójdą w parze, środowisko cyfrowe może przemienić się z przestrzeni drapieżności w przestrzeń ochrony, zapobiegania i poszanowania godności.
Współdzielona odpowiedzialność
Rozważane tu poszczególne dziedziny, czyli poszukiwanie prawdy w życiu publicznym, wychowanie w środowisku cyfrowym, przemiany świata pracy, kruchość rodzin oraz nowe formy niewolnictwa – nie są zjawiskami od siebie oderwanymi. Ukazują one tę samą stawkę: jeśli technika staje się kryterium absolutnym, osoba ludzka narażona jest na to, by traktowano ją jak dane, trybik w maszynie albo towar; jeśli natomiast technika zostaje wpisana w horyzont mądrości, może stać się okazją do wzrostu, sprawiedliwości i braterstwa.
W tej perspektywie nauka społeczna Kościoła proponuje współdzieloną odpowiedzialność. Domaga się ona, aby procesy te były kierowane z dalekowzrocznością: przez instytucje zdolne do regulowania bez dławienia oraz do ochrony bez zastępowania; przez przedsiębiorstwa, które w pracy i godności uznają kryterium sukcesu; przez ciała pośrednie i wspólnoty wychowawcze, które odbudowują zaufanie i więzi; przez obywateli, którzy pielęgnują odpowiedzialność, umiar, rozeznawanie i zmysł prawdy. Tylko w ten sposób innowacja będzie mogła rzeczywiście stać się integralnym rozwojem człowieka, a nie czynnikiem wykluczenia i panowania; i tylko w ten sposób obietnica postępu będzie mogła zostać uznana za prawdziwą, bo mierzona nienaruszalną godnością każdego mężczyzny i każdej kobiety.
ROZDZIAŁ V
KULTURA POTĘGI A CYWILIZACJA MIŁOŚCI
Po rozważeniu, w jaki sposób AI przekształca niektóre wymiary życia i społeczeństwa, co ma poważne konsekwencje dla godności ludzkiej, należy zwrócić uwagę na jeszcze bardziej dramatyczną dziedzinę: na wojnę. W tym przypadku nie chodzi jedynie o skuteczność nowych narzędzi, lecz o ryzyko, że technika, oddzielona od etyki i odpowiedzialności, sprawi, że decyzje o życiu i śmierci będą podejmowane szybciej i w sposób bardziej bezosobowy, a użycie siły stanie się opcją natychmiastową i możliwą do zastosowania. W świecie pełnym współzależności pokój nie jest jednym z wielu tematów, lecz warunkiem powszechnego dobra wspólnego oraz sprawdzianem moralnej dojrzałości narodów, zwłaszcza osób, na których spoczywa odpowiedzialność za rządzenie.
Rewolucja cyfrowa zmienia sposób, w jaki prowadzi się konflikty. Obok wojny widzialnej pojawiają się formy hybrydowe: cyberataki, manipulowanie informacją, kampanie wpływu, automatyzacja decyzji strategicznych. Sztuczna inteligencja wkracza w te procesy jako czynnik przyspieszający w kontekście, w którym wiele technologii ma z natury charakter ambiwalentny: to, co powstaje w celu obrony, może szybko zostać przekształcone w narzędzie ataku, a granica między ochroną a agresją ulega zatarciu. Sztuczna inteligencja może wzmacniać obronę i ochronę ludności cywilnej, ale może także obniżać próg użycia siły, zaciemniać odpowiedzialność i podsycać kulturę, w której nieprzyjaciel zostaje sprowadzony do danych, a ofiara do „ubocznych strat”. Wobec tych przemian trzeba na nowo przywołać zasady nauki społecznej Kościoła: zasadę godności osoby, dobra wspólnego, powszechnego przeznaczenia dóbr, pomocniczości, solidarności, sprawiedliwości – jako kryteria pozwalające osądzić, czy technologie rzeczywiście służą ludzkości, czy też ostatecznie ją sobie podporządkowują – oraz uznać te kryteria za wskazania dla naszych wyborów.
W tym rozdziale zamierzam zatem zestawić ze sobą dwie przeciwstawne logiki, które już przywołałem za pomocą obrazów biblijnych: z jednej strony pokusę budowania wieży Babel – w ufności pokładanej w potędze i pysze, z drugiej zaś cierpliwość odbudowywania Jerozolimy, jak za czasów Nehemiasza, „kawałek po kawałku” – z troską o to, co ludzkie, i o dobro wspólne.
Jeśli przyjrzymy się dynamice współczesnego świata, coraz wyraźniej dostrzegamy rozszerzanie się kultury potęgi, naznaczonej polaryzacjami i różnymi formami przemocy. Współczesna wieża Babel nie jest jedynie zglobalizowanym paradygmatem technokratycznym, lecz także starciem na odległość między przeciwstawnymi imperializmami, między mocarstwami pragnącymi zachować swoją przewagę a tymi, które dążą do jej zdobycia, przy całej wielości konfliktów lokalnych. Jest nim również wyścig w rozwijaniu coraz potężniejszych technologii albo w zapewnianiu sobie nad nimi kontroli, zgodnie z dehumanizującą dynamiką, która zdaje się nie znać ograniczeń. A jednak, obok tej tendencji można dostrzec znaczną część ludzkości, która usiłuje pozostać ludzka i podejmuje wysiłek budowania miasta współistnienia i pokoju. Wszyscy często jesteśmy jego nieświadomymi budowniczymi i nieskoordynowanymi architektami, zdolnymi do szlachetnych porywów, lecz pozbawionymi całościowej wizji: jest to budowa wolniejsza, mniej widoczna i mniej spektakularna, która domaga się lepszego zrozumienia i większej koordynacji, aby mogła stać się w ten sposób świadomym i uporządkowanym zobowiązaniem każdej wspólnoty – od rodziny aż po rządzących państwami i ich wzajemne relacje. Tę właśnie perspektywę zaangażowania, ten plac budowy nadziei nazywamy „cywilizacją miłości”.
Cywilizacja miłości w erze cyfrowej
Kiedy św. Paweł VI wprowadził wyrażenie „cywilizacja miłości” [177], świat był naznaczony zimną wojną, wyścigiem zbrojeń i głębokimi nierównościami gospodarczymi. W tym kontekście Kościół wskazywał alternatywną drogę wobec ideologicznego przeciwstawienia systemów, ukazując ład społeczny, w którym sprawiedliwość i miłosierdzie splatają się ze sobą, a miłość staje się zasadą organizującą życie gospodarcze, polityczne i kulturalne. Dzisiaj trzeba nam z nową mocą podjąć tę wizję: cywilizacja miłości nie jest naiwną utopią, lecz wymagającym projektem. Polega ona na przekładaniu miłosierdzia na struktury sprawiedliwości, na nadawaniu braterstwu kształtu instytucjonalnego oraz na uznaniu drugiego – czy to osoby, czy narodu – za niezbędnego sojusznika w budowaniu dobra wspólnego. Jak przypomniała nam Encyklika Fratelli tutti, jedynie ta miłość społeczna, zdolna stać się kulturą i normą, może zrodzić stabilny ład międzynarodowy, przemieniając współistnienie z samej tylko uzbrojonej koegzystencji we wspólnotę przeznaczenia [178].
Dzisiaj, w kontekście przełomu cyfrowego, intuicja ta nabiera jeszcze większego znaczenia. Sieci cyfrowe, zglobalizowana gospodarka i rozwój AI tworzą coraz gęstsze powiązania, łącząc w czasie rzeczywistym decyzje podejmowane w jednym miejscu ze skutkami, jakie wywołują one gdzie indziej. Dlatego nadal aktualne pozostają słowa Soboru Watykańskiego II o rosnącej współzależności między narodami: dobro wspólne nabiera coraz bardziej wymiaru powszechnego, wraz z prawami i obowiązkami obejmującymi całą rodzinę ludzką [179]. Projekt cywilizacji miłości podejmuje tu zasadnicze zadanie przemiany tej wymuszonej współzależności w solidarność zamierzoną i świadomie wybieraną. Jest to kryterium ukierunkowujące procesy technologiczne: nie wystarczy, by AI czyniła nas bardziej wydajnymi albo lepiej połączonymi; powinna służyć budowaniu tej powszechnej rodziny ludzkiej – ze wspólnymi prawami i obowiązkami – w której cyfrowa bliskość staje się rzeczywistą okazją do spotkania i wzajemnej troski.
Kultura potęgi
W czasach, w których żyjemy, umacnia się kultura potęgi, w której dostępność środków i zdolność dominowania dyktują agendę i kryteria podejmowania decyzji, spychając dobro wspólne ludzkości na dalszy plan i redukując dramat narodów dotkniętych wojną do zmiennej drugorzędnej wobec interesów strategicznych. Ta kultura potęgi przenika społeczeństwo, przekształca relacje i zachowania, rozprzestrzenia się, normalizując wojnę, podsycając dążenie do coraz większej potęgi militarnej, wykorzystując kryzys multilateralizmu i podsycając fałszywy realizm, który powtarza, że alternatywy nie istnieją.
Normalizacja wojny
W 1965 r. wobec Zgromadzenia Ogólnego ONZ mocno wybrzmiał okrzyk św. Pawła VI: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej wojny!” [180]. Trzeba uznać, że pomimo pragnień pokoju i pokojowych deklaracji ostatnie sześćdziesiąt lat zostało naznaczone konfliktami o przerażającej brutalności, które często w sposób masowy dotykały ludność cywilną, powodując niewinne ofiary, fale uchodźców, destabilizację społeczną i rany trwające przez długie lata. Jednak w dyskursie publicznym powszechne było przekonanie, że wojna powinna pozostać extrema ratio, otoczoną ścisłymi ograniczeniami etycznymi i prawnymi, a w każdym razie podporządkowaną politycznemu horyzontowi pokoju. Nawiązując do przemian, które dokonały się w okresie międzywojennym, po II wojnie światowej nastąpił przełom: pokój został umieszczony w centrum ładu międzynarodowego, o czym świadczy szczególnie Karta Narodów Zjednoczonych, która stawia sobie za cel „uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny” [181]; wiele konstytucji narodowych, idąc w tym samym kierunku, ograniczało sięganie po broń do przypadków skrajnych i ściśle ograniczonych. Nawet podczas zimnej wojny – mimo istnienia poważnych konfliktów – trwała świadomość, że za wszelką cenę należy uniknąć nowego konfliktu światowego.
Dziś natomiast jesteśmy świadkami prawdziwej zmiany paradygmatu w dyskursie publicznym i w decyzjach dotyczących zbrojeń, wraz z niepokojącą rehabilitacją wojny jako narzędzia polityki międzynarodowej, podczas gdy ulegają erozji właśnie te kryteria etyczne, które ograniczały jej stosowanie. Przedłużające się konflikty regionalne, eskalacja napięć i wzajemne groźby stają się niemal czymś zwyczajnym, a ponadto powracają formy konfliktu służącego ekspansji terytorialnej, które uważano za przezwyciężone. Opinia publiczna jest stopniowo ukierunkowywana i przyzwyczajana przez spolaryzowane narracje medialne, często wzmacniane przez algorytmy, które premiują konfrontację i przeciwstawianie.
Jesteśmy także świadkami niepokojącej utraty pamięci historycznej. Słabnięcie bezpośredniego świadectwa Shoahoraz obu wojen światowych ułatwia wybiórcze albo zniekształcone przepisywanie przeszłości, w klimacie, w którym fałszywe wiadomości i manipulacje narracyjne zaciemniają przyswojone lekcje. Bez żywej pamięci o okrucieństwach wojny istnieje ryzyko podejmowania decyzji politycznych jedynie na podstawie kalkulacji siły, pozbawionych wizji długofalowych konsekwencji.
Do tego wszystkiego dochodzi nowy i rozstrzygający element: wymiar medialny i cyfrowy. Sieci komunikacyjne, rozdrobnione środowiska informacyjne oraz algorytmy nagradzające konfrontację mogą wzmacniać polaryzację i resentyment, przyspieszać propagandę i utrudniać wspólne rozeznawanie. W ten sposób wojna jest nie tylko prowadzona, lecz także przygotowywana kulturowo poprzez upraszczające narracje, logikę „przyjaciel-wróg”, dezinformację i lęk. Gdy słabnie pamięć historyczna i rozmywają się kryteria etyczne chroniące ludność cywilną i najsłabszych, łatwiej przedstawić przemoc jako coś koniecznego, nieuchronnego, a nawet „czystego”. To właśnie w takim klimacie ludzkość stacza się w brutalną kulturę potęgi, w której pokój nie jawi się już jako zadanie do wykonania, lecz jako niepewna przerwa między konfliktami. Dziś bardziej niż kiedykolwiek trzeba potwierdzić przezwyciężenie teorii „wojny sprawiedliwej”, zbyt często przywoływanej w celu usprawiedliwiania wszelkiej wojny, przy równoczesnym zachowaniu prawa do uprawnionej obrony, rozumianej w sensie najściślejszym [182]. Ludzkość dysponuje środkami o wiele skuteczniejszymi i bardziej sprzyjającymi ludzkiemu życiu w mierzeniu się z konfliktami – narzędziami takimi jak dialog, dyplomacja i przebaczenie. Uciekanie się do siły, przemocy i broni świadczy o ubóstwie relacyjnym, które zawsze pociąga za sobą katastrofalne konsekwencje dla ludności cywilnej.
Siła bez ograniczeń
Jednym z decydujących elementów obecnej sytuacji jest rozwój przemysłu zbrojeniowego, który w niektórych państwach stał się kluczowym sektorem gospodarki. Ścisłe powiązanie interesów ekonomicznych, struktur wojskowych i decyzji politycznych tworzy „naród uzbrojony”, w którym wojna jawi się niemal jako naturalna kontynuacja polityki, a rynek zbrojeniowy staje się autonomicznym motorem decyzji wojennych. Nie możemy pomijać ogromnych interesów ekonomicznych stojących za wojną. Przemysł zbrojeniowy i kraje dostarczające broń czerpią zyski z rynku, który rozwija się właśnie dzięki konfliktom. W tym sensie istnieje również logika ekonomiczna, która przyczynia się do podsycania napięć w różnych regionach świata.
Arsenały wojskowe znów skupiają na sobie uwagę. W przeszłości uznanie zagrożenia ze strony broni zdolnej zniszczyć całą ludzkość sprzyjało procesom odprężenia i negocjacjom na rzecz rozbrojenia. Niestety, oddaliliśmy się od tej perspektywy, a rozwój arsenałów nuklearnych – łącznie z perspektywą ich użycia „taktycznego” – sprawia, że sięgnięcie po taką broń wydaje się możliwością coraz mniej odległą. W tym kontekście wejście w życie w 2021 r. Traktatu o zakazie broni jądrowej, popieranego przez ponad siedemdziesiąt państw, stanowi ważny znak, lecz grozi tym, że pozostanie w znacznej mierze symbolem, ponieważ główne mocarstwa atomowe do niego nie przystępują. W ten sposób upowszechniło się błędne przekonanie, że odstraszanie nuklearne jest niezbędnym warunkiem bezpieczeństwa, co w rezultacie napędza nowy i trudny do kontrolowania wyścig zbrojeń, któremu towarzyszy stopniowe demontowanie porozumień o redukcji broni jądrowej oraz rozwój „zminiaturyzowanych” pocisków, przez co łatwiej jest uznać ich użycie za realną opcję.
Tę samą logikę widać w konfliktach konwencjonalnych: siła militarna, słabość inicjatyw dyplomatycznych i złożoność wchodzących w grę interesów sprzyjają konfliktom, które mają tendencję do przedłużania się, co wiąże się z ogromnymi kosztami ludzkimi i środowiskowymi. O wiele łatwiej jest rozpocząć wojnę niż ją zatrzymać, a jednak refleksja nad zapobieganiem konfliktom pozostaje dramatycznie marginalna.
Obraz ten staje się jeszcze bardziej niestabilny z powodu obecności nowych uzbrojonych podmiotów – grup dżihadystycznych, prywatnych bojówek, siatek przestępczych – które wyznaczają kres państwowego monopolu na użycie siły. Często podmioty te łączą niejasne motywacje ideologiczne z bardzo konkretnymi interesami ekonomicznymi, przemieniając wojnę w prawdziwy sposób życia dla całych pokoleń młodych ludzi i dzieci: celem nie jest już określone zwycięstwo, lecz podtrzymywanie konfliktu jako źródła władzy i dochodów.
Broń i sztuczna inteligencja
Z tym scenariuszem łączy się nieustanny rozwój systemów uzbrojenia, a zwłaszcza broni związanej z AI. Stolica Apostolska zauważyła niedawno, że rosnąca łatwość, z jaką można wykorzystywać systemy uzbrojenia o autonomii operacyjnej, sprawia, że wojna staje się bardziej „wykonalna” i mniej podlega ludzkiej kontroli, sprzeciwiając się zasadzie, wedle której użycie siły zbrojnej powinno być ostatecznością w przypadku uprawnionej obrony [183]. Dlatego rozwój i wykorzystywanie sztucznej inteligencji w działaniach wojennych muszą zostać poddane najsurowszym ograniczeniom etycznym – z poszanowaniem godności człowieka i świętości życia – tak aby zapobiec wyścigowi zbrojeń [184].
Niekiedy mówi się o „sztucznych podmiotach moralnych”, jak gdyby maszyna mogła zagwarantować – z większą konsekwencją niż człowiek – rozróżnienie między dobrem a złem. Tymczasem sąd moralny nie daje się sprowadzić do obliczeń: zakłada on sumienie, osobistą odpowiedzialność i uznanie drugiego człowieka za osobę. Dlatego nie wolno powierzać sztucznym systemom decyzji śmiercionośnych ani w ogóle nieodwracalnych. Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną. Sztuczna inteligencja nie odbiera konfliktowi jego wewnętrznie nieludzkiego charakteru: może jedynie uczynić go szybszym i bardziej bezosobowym, obniżając próg uciekania się do przemocy i przemieniając obronę w operacyjne przewidywanie, przy czym ofiary zostają zredukowane do danych. W ten sposób przyzwyczaja nas ona do myśli, że przemoc jest nieuchronna i trzeba ją jedynie optymalizować. Dlatego sprawą najwyższej wagi jest wprowadzanie wartości i roztropnego osądu w programowanie tworzonych przez nas sztucznych systemów, tak aby mogły one przyczyniać się do budowania ekosystemu moralnego, w którym ludzie będą bardziej zdolni do słuchania własnego sumienia, a modelom AI zostaną wyznaczone właściwe granice.
Nie wystarczy ogólnikowo odwoływać się do etyki: trzeba wskazać konkretne kryteria rozeznawania. Pierwsze dotyczy odpowiedzialności osobistej. Gdy decyzja o ataku ulega automatyzacji albo staje się nieprzejrzysta, wzrasta ryzyko uchylenia się od odpowiedzialności. Dlatego łańcuch odpowiedzialności musi pozostawać identyfikowalny i weryfikowalny: ten, kto projektuje, kto trenuje, kto wydaje zgodę, kto używa, powinien móc zdać sprawę ze swoich wyborów. Drugie kryterium dotyczy czasu osądu moralnego. Sztuczna inteligencja ma tendencję do skracania czasu podejmowania decyzji; tymczasem na wojnie nieodwracalne decyzje nie mogą mieć za nadrzędne kryteria szybkości i skuteczności. Trzecim kryterium jest identyfikacjaoraz ochrona ludności cywilnej. Każda technologia, która ułatwia uderzenie bez oglądania twarzy drugiej osoby, obniża moralny próg konfliktu. Wybór celów i użycie siły nie mogą zacierać różnicy między walczącymi i niewalczącymi ani lekceważyć skutków dla bezbronnej ludności.
Z tych kryteriów wynikają pewne nienegocjowalne wymagania. Przede wszystkim, w odniesieniu do każdego systemu używanego w działaniach wojennych muszą być zapewnione identyfikowalność i możliwość odtworzenia procesu decyzyjnego, tak aby odpowiedzialność i ewentualna wina nie rozpływały się „w maszynie”. Po drugie, decyzja o użyciu śmiercionośnej siły nie może być powierzana procesom nieprzejrzystym ani zautomatyzowanym, lecz musi pozostawać pod rzeczywistą, świadomą i odpowiedzialną kontrolą człowieka. Wreszcie, konieczne jest ustanowienie wspólnych zasad, również na poziomie międzynarodowym, które powstrzymają wyścig zbrojeń technologicznych i zapewnią szczególną ochronę ludności cywilnej oraz infrastruktury niezbędnej dla jej przetrwania.
Kryzys multilateralizmu
Kultura potęgi wyrasta również z kryzysu systemu multilateralnego. Instytucje powołane do strzeżenia idei wspólnego losu narodów i światowego dobra wspólnego wydają się osłabione, nie tylko z powodu ograniczeń strukturalnych, lecz także dlatego, że często brakuje wspólnej woli, by je wspierać, reformować i uznawać ich autorytet moralny. Zamiast iść naprzód, cofamy się wobec historycznego przełomu XX w. Po 1989 r. upadkowi reżimów komunistycznych w Europie towarzyszyła globalizacja o charakterze głównie gospodarczym, pozbawiona odpowiedniej architektury politycznej zdolnej podtrzymywać dialog i pokój. Niemal ślepo powierzono rynkom zdolność do tworzenia dobrobytu, demokracji i stabilności, podczas gdy w rzeczywistości globalizacja nie zrodziła automatycznie jedności ani pokoju, lecz wywołała reakcje fundamentalistyczne, tożsamościowe i nacjonalistyczne. Rezultat ten daleki jest od autentycznego multilateralizmu: przypomina raczej nieuporządkowaną i konfliktową wielobiegunowość, w której górę bierze nieufność wobec drugiego.
Powraca pokusa budowania tożsamości zbiorowej w opozycji do wroga, podsycając narracje, w których każdy przedstawia siebie jako ofiarę uprawnioną do odwetu. Upraszczanie rzeczywistości do schematów – „najpierw ja”, „przyjaciel-wróg”, „my-oni” – ułatwia podejmowanie decyzji często nieodpowiedzialnych, które podkopują wzajemne zaufanie między narodami. Siła prawa międzynarodowego zostaje w ten sposób zastąpiona rzekomym „prawem silniejszego”, a jego narzędzia – od trybunałów właściwych w sprawach zbrodni wojennych po sądy powołane do rozstrzygania sporów między państwami – bywają często omijane albo osłabiane, z katastrofalnymi skutkami dla kultury politycznej i dla współżycia społecznego [185].
W tym kontekście budowanie pokoju zeszło na dalszy plan: współpraca na rzecz rozwoju, rozbrojenie, zapobieganie konfliktom i budowanie wzajemnego zaufania są odkładane na bok w imię logiki potęgi. W ten sposób słabną również osiągnięcia prawa humanitarnego: zasada proporcjonalności w odpowiedzi na akty agresji, ochrona dostępu do wody, żywności i dóbr podstawowych, poszanowanie życia ludności cywilnej i dzieci – wszystko to bywa traktowane jak naiwne wspomnienia przeszłości.
Rzekomy realizm polityczny
Żyjemy w czasach znacznej ślepoty duchowej i kulturowej. Fałszywy pragmatyzm zachęca do odcinania korzeni pamięci, jak gdyby można było zapoczątkować swego rodzaju „nowe stworzenie” oderwane od przeszłości; także ci, którzy odwołują się do wielkich zasad moralnych, mogą popaść w ten historyczny nihilizm, łudząc się, że okrucieństwa XX w. nie mogą się już powtórzyć. W rzeczywistości te same mechanizmy powracają pod nowymi postaciami. Na nowo zdaje się narzucać logika równowagi zbrojnej i odstraszania. Jednak w przeciwieństwie do dwubiegunowego scenariusza z czasów zimnej wojny, dziś mnożenie się podmiotów i frontów konfliktu sprawia, że logika ta staje się coraz mniej stabilna. Eskalacja konfliktów popycha ku wojnom asymetrycznym i „hybrydowym”, prowadzonym także na polu gospodarczym, finansowym i informatycznym, z wykorzystaniem dezinformacji i kampanii podsycających lęk, mających na celu wywarcie wpływu na opinię publiczną. W wielu krajach, także na globalnym Południu, wzrost wydatków wojskowych przedstawiany jest jako jedyna odpowiedź na niepewną przyszłość albo na postrzegane zagrożenia, podczas gdy rzeczywisty koszt ponoszą najbiedniejsi, którzy widzą, jak kurczą się środki przeznaczone na ochronę zdrowia, kształcenie i pomoc społeczną.
U podstaw tego wszystkiego leży fałszywy „realizm”, oparty nie tylko na utrwalonej logice siły, lecz także na pewnym przekonaniu kulturowym i antropologicznym, jakoby wojna była nieuchronnie częścią ludzkiej natury. Zawsze tak było – jak się powiada – z wyjątkiem krótkich przerw, i tak będzie zawsze! A zatem problemem nie jest już pokój, utracony jako punkt odniesienia na arenie międzynarodowej, lecz to, jak i kiedy podjąć działania militarne, przy równoczesnym utrzymywaniu, że nieprzygotowanie się do starcia byłoby nieodpowiedzialne. Natomiast tym, co jest naprawdę nieodpowiedzialne, jest właśnie Realpolitik– ta postać politycznego „realizmu”, która zasiewa w sumieniach i kulturze pogodzenie się z wojną jako z czymś nieuniknionym, a pokój i dialog przedstawia jako postawy utopijne albo irracjonalne, rzekomo ignorujące istniejące zagrożenia. Tymczasem pokój nie jest naiwną nadzieją ani jedynie brakiem wojny: jest owocem – zawsze możliwym – sprawiedliwości i miłosierdzia.
W takiej atmosferze nihilizm i pragmatyzm splatają się ze sobą i prowadzą do normalizacji najcięższych błędów: religijne ekstremizmy i fanatyzmy tożsamościowe sprzymierzają się z irracjonalnym ekonomizmem, podczas gdy polityka z łatwością ucieka się do dezinformacji, ośmieszania przeciwnika oraz systematycznego budowania lęków i resentymentów. W ten sposób odmienność drugiego coraz częściej bywa postrzegana jako zagrożenie, podsycając pragnienie posiadania, chęć dominacji, ambicje hegemoniczne, nadużycia władzy i lęk przed różnicą, a zarazem przygotowując grunt, na którym nowe konflikty mogą dojrzewać niemal niezauważalnie [186].
Jest to podatny grunt dla nowych wojen, być może jeszcze groźniejszych niż dawne, ponieważ mają one tendencję do przekraczania wszelkich granic etycznych. To, co niegdyś uważano za niedopuszczalne, dziś może być realizowane niemal bez wahania, podczas gdy reakcja międzynarodowa dostosowuje się raczej do wygody poszczególnych rządów niż do obiektywnej wagi faktów. Decyzje wydają się dziś podyktowane niemal wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, podtrzymywanym przez medialne złudzenia, sztucznie wytwarzane euforie i „marzenia”, które nieuchronnie się rozpadają, rodząc frustrację i nową przemoc. Gdy człowiek daje się przekonać, że nic nie jest naprawdę prawdziwe, a „zasady” są jedynie pustą osłoną, w samych sercach osób zapala się lont nowych wybuchów nietolerancji i agresji.
W tym scenariuszu pozostaje otwarte pytanie o realne zabezpieczenia przed nową przemocą. Kiedy jakaś kultura normalizuje i usprawiedliwia konflikt, pojawia się niebezpieczna pochylnia: to, co dziś wydaje się nie do pomyślenia, jutro może zostać uznane za akceptowalne na podstawie kalkulacji użyteczności albo bezpieczeństwa. W krajach naznaczonych poważnymi napięciami społecznymi nie możemy wykluczyć, że ktoś w końcu uzna konflikt zbrojny za skuteczny sposób odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych i za narzędzie cynicznego zarządzania trudnościami.
Szczególna odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy działają w świecie badań naukowych. Wszyscy uczestnicy tej dziedziny – naukowcy, przedsiębiorcy, inwestorzy, władze akademickie, politycy i inni – są wezwani do działania w duchu przejrzystości i odpowiedzialności, przy zachowaniu żywej świadomości szerokiego kontekstu, w jakim osadzony jest współtworzony przez nich postęp technologiczny, w tym ten związany z AI. Kiedy człowiek ogranicza się do patrzenia wyłącznie na własną dziedzinę, łudzi się, że wykonuje zadanie moralnie neutralne i uchyla się od pytań o cele ostateczne, które ukierunkowują określone eksperymenty; w ten sposób naraża się na współudział, być może niezamierzony, w złowrogich projektach, które zasilają nowe formy przemocy, manipulacji i dominacji.
Budować cywilizację miłości
Budowanie świata pozostającego w permanentnym stanie wojny jest złem i trzeba to nazwać po imieniu. Taki sposób opisu rzeczywistości, w której żyjemy, może wydawać się ponury albo pesymistyczny, uważam jednak, że jest to osąd konieczny. Perspektywa chrześcijańska nie wyczerpuje się jednak w samym piętnowaniu zła. Patrzymy na historię w świetle Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, któremu Ojciec dał „wszelką władzę w niebie i na ziemi” (Mt28, 18). Nie interpretujemy teraźniejszości jako zamkniętego przeznaczenia, lecz jako przestrzeń otwartą na nawrócenie osobiste i wspólnotowe. Wierzymy w siłę Królestwa, które rozwija się z małości ziarnka gorczycy, jak ziarno, które raz zasiane kiełkuje i wzrasta (por. Mk 4, 26-32). Podczas gdy otacza nas zgiełk zamętu, dobro wzrasta z ziemi w milczeniu. Jak mówi prorok: „Oto Ja dokonuję rzeczy nowej; pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie?” (Iz 43, 19).
Potwierdza to uważna lektura historii. Nawet w najciemniejszych nocach Pan wzbudza mężczyzn i kobiety zdolnych do tego, by nie ulegać rezygnacji i wytrwale trwać przy dobru: są to osoby, które chronią słabych i otwierają bramy pojednania. Pamięć o świętych i sprawiedliwych, o tak często zapomnianych budowniczych pokoju, ukazuje, że łaska nie usuwa konfliktu jednym magicznym gestem, lecz rodzi czynny opór wobec zła i zaskakującą kreatywność w czynieniu dobra. Chrześcijanie dostrzegają ciemności i nazywają je po imieniu, ale nie zatrzymują się na ich kontemplowaniu: znają światłość i wiedzą, że ciemność jej nie ogarnęła i nie może jej zwyciężyć (por. J1, 5). Dlatego służą dobru także tam, gdzie wydaje się, że ostatnie słowo należy do cierpienia, podtrzymywani przez nadzieję teologalną, która wyznacza rzeczywistości horyzont i kierunek.
Wszyscy możemy wnieść swój wkład
W tym miejscu pojawia się jednak subtelna pokusa: myślenie, że problemy są zbyt wielkie, a my zbyt mali, i że wobec tego nasze wybory niczego nie zmieniają. Jest to elegancka forma kapitulacji, często ukrywająca się pod maską realizmu. Oczywiście, nie wszyscy mają taką samą możliwość oddziaływania na rzeczywistość: jedni sprawują władzę, inni decydują o inwestycjach, kierują instytucjami, prowadzą badania naukowe, wychowują, informują, wytwarzają; są też tacy, którzy zdają się mieć jedynie własne życie codzienne. A jednak nikt nie jest pozbawiony odpowiedzialności. Każdy dysponuje własną przestrzenią działania i właśnie tam – a nie gdzie indziej – jest wezwany do wyboru, czy podsycać logikę siły (choćby tylko przez obojętność, cynizm, kłamstwo czy nienawiść), czy też strzec logiki pokoju (przez prawdę, umiar, bliskość i troskę).
Pewien pisarz katolicki XX w., John Ronald Reuel Tolkien, ustami jednego z bohaterów swojej powieści wyraził naszą odpowiedzialność w ten sposób: „Ale nie do nas należy panowanie nad wszystkimi falami przepływającymi przez ten świat; my mamy za zadanie zrobić, co w naszej mocy, dla tej epoki, w której żyjemy, wytrzebić chwasty ze znanego nam pola, aby przekazać następcom rolę czystą, gotową do uprawy” [187]. Cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego, spektakularnego gestu, lecz z sumy małych i wytrwałych aktów wierności, które stawiają tamę dehumanizacji. Dlatego warto zatrzymać się i rozważyć kilka aspektów tego, w jaki sposób każdy – we własnej dziedzinie – może współpracować przy jej budowaniu. Nie roszcząc sobie pretensji do wyczerpania tematu, proponuję pięć ścieżek codziennej i publicznej odpowiedzialności: rozbrajać słowa, budować pokój w sprawiedliwości, spojrzeć oczami ofiar, pielęgnować zdrowy realizm oraz ożywiać na nowo dialog i multilateralizm.
Rozbroić słowa
Pierwszym wkładem, jaki możemy wnieść w budowanie bardziej ludzkiej cywilizacji, jest troska o nasze słowa. „Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia świata” [188]. Potęga słów jest ogromna i doświadczamy jej w codziennej komunikacji, gdy ktoś powie nam coś, co zmienia nasze usposobienie – na lepsze albo na gorsze. „Pokój zaczyna się od każdego z nas: od sposobu, w jaki patrzymy na innych, jak ich słuchamy i jak o nich mówimy. W tym sensie sposób komunikowania się ma znaczenie fundamentalne: musimy powiedzieć «nie» wojnie słów i obrazów, musimy odrzucić paradygmat wojny” [189]. Wszyscy musimy więc uczynić rachunek sumienia w odniesieniu do słów, których używamy, do uprzedzeń, jakimi są one przeniknięte, oraz do agresji – jawnej bądź ukrytej – która w nich tkwi. Mamy realną możliwość przyczyniania się do dobra za każdym razem, gdy mówimy prawdę, dajemy mądrą radę, wspieramy tego, kto potrzebuje pocieszenia, piętnujemy niesprawiedliwość albo dajemy głos temu, kto go nie ma.
Budować pokój w sprawiedliwości
Wszyscy, na każdym poziomie, możemy przyczyniać się do budowania tego, co stanowi fundament pokoju, a mianowicie sprawiedliwości. Nie szukamy bowiem jakiegokolwiek pokoju, jakiegoś braku konfliktu za wszelką cenę, lecz tego prawdziwego pokoju, który rodzi się ze sprawiedliwości. „Istnieje ścisła zależność między sprawiedliwością każdego człowieka a pokojem wszystkich” [190]. Komentując werset Psalmu: „Ucałują się sprawiedliwość i pokój” ( Ps85, 11b), św. Augustyn pisze: „Nie ma wszak takiego, kto nie chciałby pokoju, ale nie wszyscy chcą czynić sprawiedliwość. (…) Ale czyń sprawiedliwość, ponieważ sprawiedliwość i pokój udzielają sobie pocałunku, nie kłócą się. Czemu ty kłócisz się ze sprawiedliwością? Oto sprawiedliwość powiada ci: Nie kradnij, a nie słuchasz; Nie cudzołóż, nie chcesz słyszeć; Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, nie mów drugiemu, czego nie chcesz sam posłyszeć. (…) Chcesz więc wejść do pokoju? Czyń sprawiedliwość!” [191]. Nie zniechęcajmy się zatem w dążeniu do sprawiedliwości!
Spojrzeć oczami ofiar
Są sytuacje, w których – jeśli chcemy pozostać ludźmi – musimy porzucić wahania i zająć stanowisko. Istnieją konflikty, wobec których nie godzi się zachowywać neutralności i nie wystarcza samo przekonanie o tym, że nie mamy „współudziału” [192]. Gdy stajemy wobec bombardowań ludności cywilnej, ataków na szpitale, szkoły i infrastrukturę niezbędną do życia, wobec przemocy dotykającej dzieci, znajdujemy się wobec zgorszeń raniących samo człowieczeństwo. Dlatego nie możemy pozostawać na poziomie abstrakcyjnych analiz. Jak przypomniał Papież Franciszek, musimy „dotknąć ciała” [193]cierpiących: patrzeć w twarze, słuchać historii i uznawać rany. Bolesne wydarzenia potrzebują zarówno rzetelnego opisu historycznego, jak i zachowania w pamięci: tego pierwszego, aby próbować opowiadać fakty, a drugiego, aby dawać świadectwo o tym, co zostało przeżyte.
Udzielanie miejsca – w przekazie informacji i w wychowaniu – spojrzeniu i głosowi ofiar pomaga naprawdę uświadomić sobie otchłań zła zawartą w wojnie i – ogólnie rzecz biorąc – w każdej przemocy; pomaga nie uznawać logiki konfliktu za coś normalnego; nie odwracać wzroku, gdy dochodzi do zniewagi godności człowieka; pomaga przywracać ludziom dotkniętym przemocą godność bycia rozpoznanymi i wysłuchanymi [194]. Uwaga poświęcana tym głosom umacnia przekonanie, że poza brutalnymi mniejszościami ludzkość nie pragnie wojny. Kościół może być w sposób szczególny miejscem żywej pamięci ofiar. Jak przypominał św. Paweł VI, czuje się on zobowiązany uczynić własnym zarówno głos poległych w minionych wojnach, jak i głos żyjących, którzy nadal noszą ich rany, aby ich krzyk stawał się wezwaniem do pokoju i zgody, a nie zapowiedzią nowych konfliktów [195].
Pielęgnować zdrowy realizm
Potrzebujemy zdrowego realizmu, który pozwala uniknąć zarówno idealizmu politycznego, jak i cynizmu. Istnieje bowiem taki idealizm, który – chcąc ocalić swój światopogląd – wybiera fakty, nagina je i nadaje im nowe nazwy, aż w końcu zaczyna żyć w rzeczywistości skonstruowanej na miarę własnych przekonań. Istnieje jednak również realizm zdegenerowany, który myli stwierdzenie faktu z rezygnacją: skoro dominuje siła, to dochodzi do wniosku, że powinna ona panować. Autentyczny realizm nie rezygnuje z przemieniania świata: zaczyna od jasnego dostrzeżenia interesów, lęków, ograniczeń i układów sił właśnie po to, by rozeznać, co można rzeczywiście osiągnąć i jakimi drogami. Nie sprowadza polityki do moralizmu, ale też nie wydaje jej na pastwę przemocy: szuka możliwych dróg, aby pokój był czymś więcej niż tylko słowem – a więc wiarygodnych instytucji, sprawdzalnych gwarancji, cierpliwych negocjacji, zapobiegania konfliktom i ochrony ludności cywilnej.
Na nowo ożywić dialog
Aby budować cywilizację miłości, musimy praktykować dialog. Jest on głównym narzędziem współistnienia między osobami i między narodami oraz alternatywą wobec otwartego konfliktu. Przypominał o tym już Pius XII u progu II wojny światowej, gdy mówił, że dzięki pokojowi nic się nie traci, podczas gdy przez wojnę można stracić wszystko, oraz że ludzie powinni na nowo zacząć ze sobą rozmawiać, ponieważ szczera i wytrwała wymiana poglądów zawsze otwiera możliwość znalezienia honorowego rozwiązania [196].
Dialog jest zwyczajnym wymiarem ludzkiego życia i nie dotyczy jedynie stosunków między państwami. Chodzi o nabycie postawy zdolnej budować więzi braterstwa, wynikające ze słuchania, szczerego spojrzenia, poświęconego czasu, a nawet czasu pozornie straconego razem. Jeżeli bowiem doświadczamy autentycznego spotkania z drugim człowiekiem – z tym, który jest odmienny, jest obcokrajowcem, migrantem – wówczas o wiele trudniej jest choćby wyobrazić sobie wojnę.
Na płaszczyźnie politycznej pilnie potrzeba przejścia od „kultury potęgi” do autentycznej „kultury negocjacji”, w której dialog i relacje dyplomatyczne staną się zwyczajną drogą mierzenia się z konfliktami, jak tego pragnął Giorgio La Pira: „Metodę wojny trzeba zastąpić metodą pokoju: metodą negocjacji, spotkania, porozumienia; a więc metodą autentycznie ludzką!” [197]. Świadomość wspólnego losu narodów domaga się, aby kultura negocjacji coraz bardziej stawała się wspólnym zobowiązaniem zarówno politycznym, jak i kulturowym, zdolnym stopniowo wyprowadzać ludzkość ze spirali przemocy.
Tym, którzy mają zaszczyt i obowiązek sprawowania rządów, pragnę powtórzyć słowa, które wypowiedziałem na początku mojego Pontyfikatu: „Ludy pragną pokoju, a ja, z sercem na dłoni, zwracam się do przywódców: spotkajmy się, rozmawiajmy, negocjujmy! Wojna nigdy nie jest nieunikniona, broń może i powinna zamilknąć, gdyż nie rozwiązuje problemów, lecz je pogłębia. Do historii bowiem przejdzie ten, kto sieje pokój, a nie ten, kto zbiera ofiary; ponieważ inni nie są przede wszystkim wrogami, lecz istotami ludzkimi: nie złymi, by ich nienawidzić, lecz osobami, z którymi trzeba rozmawiać. Odrzućmy manichejskie podziały, typowe dla narracji pełnych przemocy, które dzielą świat na dobrych i złych” [198].
W odrzucaniu logiki przemocy rozstrzygającą rolę odgrywa dialog między religiami, ponieważ w centrum wielkich dróg duchowych znajduje się orędzie pokoju [199]. Kto posługuje się imieniem Boga, aby usprawiedliwiać terroryzm, przemoc albo wojnę, ten zdradza Jego oblicze: walczyć w imię religii znaczy w rzeczywistości uderzać w samą religię [200]. „Duch Asyżu”, zapoczątkowany przez św. Jana Pawła II i rozwijany przez zaangażowanie Papieża Franciszka – na przykład w dialogu z Wielkim Imamem Al-Azharu – ukazuje, że wierzący mogą na nowo czerpać z najautentyczniejszych źródeł własnych tradycji duchowych, gdzie nie ma miejsca na sakralizowaną nienawiść.
Konieczność dyplomacji i multilateralizmu
W stosunkach międzynarodowych dialog jest niezastąpionym narzędziem dyplomacji, służącym zapobieganiu konfliktom i odbudowywaniu więzi zaufania. W obliczu impulsywnej komunikacji, agresywnej retoryki i logiki potęgi, które naznaczają nasze czasy, „powołaniem dyplomacji jest wspieranie dialogu ze wszystkimi, w tym z rozmówcami uważanymi za szczególnie «niewygodnych», lub z tymi, których nie uważa się jako uprawnionych do negocjacji” [201], wykorzystując aż do granic wytrwałości pokorę i cierpliwość, by na nowo splatać nawet najwątlejsze oznaki dobrej woli stron pozostających w konflikcie i w ten sposób otwierać drogę do procesu pokojowego.
Również cyberprzestrzeń stała się polem konfrontacji: ataki informatyczne, manipulowanie danymi, kampanie wpływu rozgrywane za pomocą AI mogą destabilizować całe kraje, zanim jeszcze dojdzie do otwartego starcia zbrojnego. Przypisanie odpowiedzialności na tym obszarze bywa często niepewne: gdy nie jest jasne, kto zaatakował, wzrasta ryzyko nieproporcjonalnych reakcji, błędów w ocenie sytuacji i eskalacji konfliktu. Dlatego potrzebna jest dyplomacja zdolna do działania także w tym nowym środowisku, negocjując wspólne zasady korzystania z technologii cyfrowych i chroniąc ludność cywilną oraz najbardziej bezbronnych przed formami przemocy niewidocznej, lecz przez to nie mniej realnej.
Organizacje międzynarodowe, w szczególności ONZ, pozostają niezbędnymi narzędziami wspierania cywilizacji miłości: przez podtrzymywanie dialogu między narodami, pokojowe rozwiązywanie konfliktów, integralny rozwój ludów, ochronę osób najbardziej bezbronnych oraz rozbrojenie i troskę o stworzenie. Dzięki tym instancjom wspólnota międzynarodowa może starać się ograniczać nierówności, bronić praw uchodźców i mniejszości, uwalniać środki przeznaczane na zbrojenia, aby służyły rozwojowi człowieka, oraz chronić wspólny dom. Stolica Apostolska popiera i towarzyszy tym wysiłkom, uznając zarazem, że obecna słabość ONZ i międzynarodowego systemu politycznego ujawnia potrzebę głębokich reform: nie chodzi jedynie o korekty techniczne, ponieważ kryzys przekonań i wartości dotyka także etycznych fundamentów życia narodów i utrudnia ukierunkowanie multilateralizmu na prawdziwe dobro wspólne [202].
W kontekście międzynarodowym dyplomacja Stolicy Apostolskiej przyjmuje ewangeliczną zasadę miłosierdzia jako konkretne kryterium działania politycznego. Jest to jeden ze sposobów, za pomocą których Stolica Apostolska staje w służbie ludzkości, odwołując się do sumień oraz wzywając je do miłości i prawdy, broniąc godności każdej osoby oraz stając się głosem dotkniętych biedą, migrantów i ofiar wojen. W ten sposób dyplomacja papieska wyraża powszechność Kościoła i przyczynia się do budowania cywilizacji miłości, w której także nowe technologie są ukierunkowane na dobro wspólne.
Modlić się i mieć nadzieję
Te drogi zaangażowania czerpią siłę z modlitwy i zarazem ją podtrzymują. Dla nas bowiem pokój przede wszystkim „pochodzi od Boga, Boga, który miłuje nas wszystkich bezwarunkowo” [203]. Jest on darem przekazanym przez Jezusa swoim uczniom w dniu Zmartwychwstania: „Pokój z wami! Taki jest pokój Chrystusa Zmartwychwstałego, pokój nieuzbrojony i pokój rozbrajający, pokorny i wytrwały” [204]. Tymi słowami pozdrowiłem Kościół i świat w dniu mojego wyboru na Tron Piotrowy i pragnę je powtórzyć, aby zachęcić wszystkich do proszenia o ten dar. Nie ustawajmy w modlitwie o pokój i w wysiłku, by urzeczywistniać go w naszych relacjach i w społeczeństwie.
ZAKOŃCZENIE
„Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje” (1 Kor3, 10): są to słowa św. Pawła, który zachęca chrześcijan w Koryncie, aby strzegli jedności. Najdrożsi bracia i siostry, stawialiśmy sobie pytania o świat, który budujemy, pytając zarazem, co znaczy troska o osobę ludzką w dobie sztucznej inteligencji. Na zakończenie tej refleksji pragnę pozostawić wam pewien sposób życia chrześcijańskiego: powściągliwy i wymagający, dzięki któremu można przeżywać tę zmianę epoki w świetle Ewangelii. Jest to wędrówka, która rodzi się z kontemplacji zamysłu Bożego, żyje jednością Kościoła, karmi się Słowem Bożym i Eucharystią, buduje świat w dobru i łączy się w modlitwie z Maryją Panną.
Słowo stało się ciałem
W świecie przenikniętym tyloma działaniami mającymi na celu zdobywanie rynków i stref wpływu, a które często przybierają postać uspokajających narracji i uwodzicielskich konstrukcji ideologicznych, nasze serce odczuwa potrzebę odkrycia innego zamysłu – mądrego i łaskawego – podobnego do tego, który Maryja kontempluje w Magnificat, gdy głosi, że z pokolenia na pokolenie miłosierdzie Boga rozciąga się nad tymi, którzy się Go boją [205]. Ten zamysł miłosierdzia przenika również dziś historię, także w jej najszybszych i najbardziej niespokojnych przemianach, naznaczonych przez algorytmy i globalne sieci, oraz staje się kompasem dla ewangelicznego życia w epoce cyfrowej.
W centrum znajduje się tajemnica Wcielenia: Słowo stało się ciałem i pośród nas rozbiło swój namiot. Ciało Syna – ubogie i bezbronne – przywodzi na myśl ciała tylu braci i sióstr ogołoconych z godności i skazanych na milczenie [206]; a poprzez tę bliskość dar pokoju wkracza w świat w paradoksalny sposób – jako moc stawania się dziećmi Bożymi, która budzi się w nas, gdy pozwalamy, by dotknął nas płacz najmniejszych, kruchość osób starszych, milczenie ofiar, trud tych, którzy zmagają się ze złem, którego nie chcieliby popełniać [207]. W tym zranionym i umiłowanym ciele Ojciec ukazuje nam prawdziwe człowieczeństwo – życie, które spełnia się w otwartości i komunii, aż do tego stopnia, że rodzi w nas pragnienie, by Jego wola wypełniała się jako w niebie, tak i na ziemi [208].
W obietnicach transhumanizmu i niektórych nurtów posthumanistycznych, dążących do człowieczeństwa ulepszonego i niemal odcieleśnionego, rozpoznajemy pragnienie, które dotyczy także i nas: potrzebę życia pełniejszego, mniej narażonego na słabość i cierpienie. Wcielenie otwiera jednak inną drogę. Podczas gdy dawne i nowe ideologie popychają człowieka ku technicznemu przekraczaniu ograniczeń i ku wynoszeniu się ponad innych w celu umocnienia panowania, misterium Syna Bożego, który wkracza w naszą kondycję, opowiada o ruchu przeciwnym: żywy Bóg zstępuje w naszą historię, aby wyzwolić nas z wszelkiej niewoli [209], bierze na siebie naszą słabość i przekształca ją w miejsce zbawienia. Nie ma takiej chwili ani takiego stanu człowieka, który byłyby niegodny Boga: „Zgodnie z nauczaniem naszej wiary mamy i adorujemy w naszych misteriach Boga, który rodzi się w żłobie; Boga, który żyje i przemierza Judeę; Boga, który umiera na krzyżu; Boga umarłego, który spoczywa w grobie” [210]. Przyszłość ludzkości znajduje więc swoje kryterium w zdolności przyjęcia tego Bożego sposobu stawania się bliskim, współdźwigania ciężaru świata i przemieniania relacji od wewnątrz. „O, cudzie (…): człowiek jest Bogiem, a ten Bóg-Człowiek przechodzi przez wszystkie te stopnie, znosi wszystkie te stany i je uszlachetnia, uświęca, przebóstwia w sobie samym!” [211]. Tym, co zbawia człowieka, jest miłość Boża, która zstępuje aż do najdelikatniejszego punktu ludzkiej historii i odnawia ją, poczynając od głębi.
Dlatego ja – jako wierzący pośród wierzących – zapraszam do kontemplacji w obliczu Syna wspaniałego człowieczeństwa, które rzuca światło także na epokę AI. W Chrystusie rozumiemy, że człowiek jest powołany, by być współpracownikiem w dziele stworzenia, a nie zrezygnowanym widzem procesów technologicznych, które ograniczają jego wolność i odpowiedzialność [212]. Godność, którą Duch Święty rzeźbi w każdym z nas, wyraża się również w zdolności do krytycznego myślenia, do dokonywania wyborów i do bezinteresownej miłości oraz do wchodzenia w autentyczne relacje. Żaden system obliczeniowy, choćby najbardziej wyrafinowany, nie rodzi serca zdolnego się ofiarować ani sumienia zdolnego rozeznawać dobro. Nawet gdy maszyny osiągają niezwykłą wydajność, centrum historii pozostaje ludzkie oblicze, które domaga się, by na nie spojrzeć. To ludzkie oblicze jest pełnią, ku której zmierza historia. Jest tajemnicą rekapitulacji, pewnością, że Ojciec postanowił przywrócić wszystko Chrystusowi – jedynej Głowie – to, co w niebiosach, i to, co na ziemi (por. Ef1, 10). W tym zamyśle nic z tego, co autentycznie ludzkie, nie zostanie utracone, lecz wszystko zostanie oczyszczone i na nowo zjednoczone w Tym, który zbiera każdy okruch życia, każdą łzę i każde autentyczne ludzkie osiągnięcie, aby wyrwać je nicości i przekazać Ojcu jako odkupione.
Jedno ciało w Chrystusie
Duchowość, której potrzebujemy, jest duchowością eucharystyczną, to znaczy duchowością eklezjalnej jedności w miłości. Wcielenie i Zmartwychwstanie objawiają Boga, który wchodzi w naszą ludzką kondycję i przemienia ją w dar z siebie. Dar ten pozostaje obecny i skuteczny w Eucharystii, w której Pan udziela samego siebie i gromadzi Kościół, aby Jego ofiara stawała się zasadą jedności i źródłem nowego życia. Z tej komunii rodzi się także solidarność chrześcijańska, ponieważ „zjednoczenie z Chrystusem jest jednocześnie zjednoczeniem z wszystkimi, którym On daje siebie” [213]. Jak św. Augustyn wyjaśnia nowo ochrzczonym w swoim Kościele, chleb i wino na ołtarzu są sakramentem jedności wiernych w Chrystusie: „To, co się widzi, ma postać materialną, to, co się rozumie, niesie owoc duchowy. Jeśli więc chcesz zrozumieć Ciało Chrystusa, słuchaj, co Apostoł mówi do wiernych: «Wy zaś jesteście Ciałem Chrystusa i członkami» ( 1 Kor12, 27). Jeśli więc jesteście Ciałem Chrystusa i Jego członkami, to tajemnica wasza jest złożona na stole Pańskim – stamtąd otrzymujecie waszą tajemnicę. Na to, czym jesteście, odpowiadacie «Amen», a tak odpowiadając, składacie podpis. Słyszysz bowiem: «Ciało Chrystusa», i odpowiadasz: «Amen». Bądź więc członkiem Kościoła, aby to «Amen» znaczyło prawdę” [214].
„Amen”, które wypowiadamy w liturgii, Ciało, które spożywamy, i Krew, którą pijemy, nadają kształt całemu naszemu życiu. Eucharystia jest „bardzo osobistym spotkaniem z Panem, a jednak nie jest nigdy tylko aktem indywidualnej pobożności” [215]. W niej ukazuje się w sposób widzialny, że „jesteśmy Kościołem Chrystusa, jesteśmy Jego członkami, Jego ciałem. Jesteśmy w Nim braćmi i siostrami. I w Chrystusie, mimo że jest nas wielu i jesteśmy różni, stanowimy jedno: « In Illo uno unum»” [216]. Eucharystia otwiera nas na sprawiedliwość i dzielenie się, ze szczególną troską o tych, którzy dźwigają ciężar biedy i wykluczenia. Podczas gdy nowe sieci ekonomiczne i technologiczne mogą rodzić wykluczenie, izolację i uzależnienia, Kościół karmiony Eucharystią jest powołany, by ukazywać inną miarę, pielęgnując więzi, przywracając głos tym, którzy są niewidoczni, i ukierunkowując procesy na godność osoby.
Plac budowy naszych czasów
Duchowość, którą pragnę przekazać, jest duchowością „roztropnego budowniczego”, który – ożywiony nadzieją na Królestwo Boże – angażuje się w budowanie świata w dobru (por. 1 Kor3, 10). Jak napisałem na początku tych rozważań [217], nasze budowanie musi mieć dziś jako fundament relację z Bogiem, jako zasadę – przyjęcie ludzkiej ograniczoności jako rzeczywistości naturalnej i pozytywnej, zaś jako styl – współodpowiedzialność i język ewangeliczny. Na koniec tej wędrówki projekt cywilizacji miłości zarysowuje się wyraźniej, a plac budowy wydaje się już otwarty, zwłaszcza dzięki wielu żywym kamieniom mocno zjednoczonym z Chrystusem – kamieniem węgielnym (por. 1 P 2, 4-6). Jesteśmy wezwani, by podjąć czynny udział w tym dziele, nie uciekając się ani do spirytualizmu, ani do naszych małych światów: musimy pozostać wierni prawdzie, inwestować w wychowanie, troszczyć się o relacje oraz miłować sprawiedliwość i pokój.
Pozostańmy wierni prawdzie! Żyjąc zanurzeni w nieustannym przepływie informacji, opinii i obrazów, wiemy, jak łatwo można dziś ukierunkowywać decyzje i preferencje za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych algorytmów [218]. W tym kontekście ważne jest pielęgnowanie serca, które miłuje prawdę, które bardziej pragnie tego, co słuszne, niż tego, co przyciąga uwagę, i które bardziej szuka mądrości niż natychmiastowego efektu. Prawdą, której nie wolno nam utracić, jest prawda o Bogu i o istocie ludzkiej, tak jak objawił nam ją Chrystus. Trzeba porzucić indywidualistyczną i techniczną wizję człowieka, jakby rzeczywistość była jedynie czystą materią, którą można kształtować według egoistycznych interesów, zarówno jednostkowych, jak i zbiorowych [219]. Kształtujmy natomiast to, co Papież Franciszek nazwał „antropocentryzmem umiejscowionym” [220], który uznaje człowieka za stworzenie wpisane w sieć relacji z innymi istotami żyjącymi i z całym stworzeniem. Wierność prawdzie domaga się włączenia oferowanych przez technikę możliwości w drogę mądrości, która jest zdolna strzec zarazem godności każdej osoby i przyszłości naszego wspólnego domu.
Inwestujmy w wychowanie, które rozpoczyna się od nas samych! Wszyscy potrzebujemy formacji, aby na sposób ludzki żyć w świecie cyfrowym, co jest integralną częścią wychowania do wiary i do dobrego życia według Ewangelii. Musimy wychowywać samych siebie do patrzenia na świat cyfrowy jak na nowy kontynent, domagający się ewangelizacji i potrzebujący wielkodusznych i dojrzałych w wierze misjonarzy. W sposób szczególny potrzeba dziś dorosłych, którzy na nowo odkryją swoje powołanie do bycia mistrzami wychowania, gotowymi do codziennej i cierpliwej pracy, wspartej przez szerokie i wspólne przymierza wychowawcze. Towarzyszenie dzieciom i młodzieży w takim korzystaniu z technologii, by były one przestrzenią odpowiedzialnych relacji, pomaganie im w rozpoznawaniu ich zagrożeń i wybieraniu tego, co sprzyja rozwojowi wolności wewnętrznej, stanowi dziś konkretną formę miłosierdzia i ochrony ich godności. Wychowywanie nowych pokoleń do przekonania, że ewolucja technologii nie podąża nieuchronną ścieżką, lecz może być ukierunkowywana przez odpowiedzialność osobistą i zbiorową, stanowi jedną z najcenniejszych posług dla dobra wspólnego.
Troszczmy się o relacje! W epoce, która dąży do przyspieszenia i fragmentaryzacji, ludzkie ciało wciąż domaga się troski i uznania ze strony rąk zdolnych do czułości, uważnych umysłów i dobrych słów. Kultura cyfrowa mnoży połączenia i otwiera nowe możliwości spotkania; serce człowieka zachowuje jednak niezbywalną potrzebę bliskości. Zachęcam do pielęgnowania miejsc i chwil, w których fizyczna obecność pozostaje niezastąpiona, a są nimi: wspólnota stołu, gromadząca się wspólnota chrześcijańska, wizyta u osób samotnych czy posługiwanie osobom biednym. Są to znaki człowieczeństwa, które wciąż wierzy, że każde ciało jest świątynią Ducha Świętego i domem Boga; właśnie to przymierze chwały i kruchości staje się kryterium oceny modeli antropologicznych proponowanych przez współczesną kulturę.
Miłujmy sprawiedliwość i pokój! Te same technologie, które ułatwiają komunikację i dostęp do zasobów, mogą wspierać modele wyzyskujące najbardziej bezbronnych, podsycać nowe formy niewolnictwa i przemieniać konflikt w okazję do zysku. Każdy wybór techniczny czy ekonomiczny przekształca się w miejsce duchowego rozeznawania, sposobność do sprawdzania, czy postęp w dziedzinie AI otwiera przestrzenie sprawiedliwości i uczestnictwa, czy też skupia bogactwo i władzę w rękach nielicznych. Zachęcam, by z trzeźwością patrzeć na łańcuchy produkcji cyfrowej, na warunki pracy ukryte za naszymi urządzeniami, na mechanizmy czerpiące korzyść z manipulacji i wojny, a zarazem by szukać konkretnych dróg wzrostu sprawiedliwości, uczestnictwa i troski o stworzenie. Nadzieja, którą głosimy, przychodzi z nieba, „aby tutaj, na ziemi, stworzyć nową historię”; właśnie dlatego wierzący angażują się, aby nierówności ustępowały miejsca większej sprawiedliwości i aby „zamiast przemysłu wojny zwyciężało rzemiosło pokoju” [221].
Patrząc w przyszłość, pragnę przywołać obraz Nehemiasza, którego na początku tych rozważań obraliśmy jako towarzysza i przewodnika. Nehemiasz słyszy wołanie zranionego miasta, niesie ten ból w modlitwie, rozeznaje przed Bogiem, prosi o pomoc, otrzymuje pozwolenie, by wyruszyć, organizuje pracę, stawia czoła oporowi wewnętrznemu i zewnętrznemu, a także cegła po cegle odbudowuje wraz z ludem mury Jerozolimy. W nim dostrzegamy jasną przypowieść o naszym powołaniu do życia w czasach transformacji cyfrowej: byśmy nie byli biernymi widzami społecznych i kulturowych podziałów ani zwykłymi komentatorami ruin, lecz kobietami i mężczyznami, którzy wchodzą na place budowy historii – do laboratoriów badawczych, firm technologicznych, szkół, mediów, instytucji i wspólnot lokalnych – aby podnosić to, co zostało zrujnowane, i chronić to, co jest wystawione na zagrożenie. Jak Nehemiasz, również my jesteśmy wezwani do łączenia słuchania i odwagi, modlitwy i odpowiedzialności, aby miasto ludzkie stawało się bardziej nadające się do życia, także wtedy, gdy zdają się przeważać logiki technokratyczne i partykularne interesy.
Obraz odbudowy Jerozolimy przywołuje obietnicę Nowego Testamentu dotyczącą miasta świętego, które nade wszystko zostaje nam dane w darze. W Apokalipsie nowa Jerozolima zstępuje ku nam jako dar dla całego Ludu Bożego, „przystrojona jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża” (Ap21, 2). Mury Jerozolimy nie są już fortyfikacjami obronnymi, lecz drogocennymi ozdobami Oblubienicy Baranka. Jej bramy, których Nehemiasz strzegł z tak wielką troską, pozostają na stałe otwarte dla wszystkich narodów. Obecność Boga daje wszystkim światło i życie. Miasto jest nowym Edenem, z jego wodą życia darowaną spragnionym i z jego drzewem życia, którego liście „służą do leczenia narodów” (Ap 22, 2). Oczekując na wypełnienie tej wizji, mamy ją przed oczami jako zachętę, jako wezwanie do przezwyciężania naszych podziałów i do wspólnej pracy: oto droga Jezusa Chrystusa – wczoraj, dziś i na wieki.
Pieśń nadziei: Magnificat
Czwartym punktem tego programu życia chrześcijańskiego – po wierze, która kontempluje zamysł miłości Ojca; po miłości, która jednoczy nas w jednym ciele eklezjalnym; po nadziei, która podtrzymuje nasze działanie w świecie – jest modlitwa. Naszemu zaangażowaniu towarzyszy Pieśń Maryi. Gdy Elżbieta oznajmia Jej, że stała się Matką Pana, Maryja wznosi hymn uwielbienia i radości: Jej dusza wielbi Pana, a Jej duch raduje się w Bogu, Jej Zbawicielu, ponieważ On wybrał dla swego planu zbawienia młodą, ubogą i małą dziewczynę. Nagle Maryja widzi całą historię oczami tego odkrycia. Wokół Niej nic się nie zmieniło: sytuacja społeczno-polityczna Jej epoki pozostaje taka sama – Rzymianie nadal panują nad Jej ziemią, a Jej lud pozostaje podzielony i upokorzony. A jednak wszystko zmieniło się w Niej samej i to pozwala Jej dostrzec to, co niewidzialne. Bóg jużobjawił moc swego ramienia, już rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, strącił władców z tronu, wywyższył pokornych, głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił. Bóg już ujął się za swoim sługą Izraelem. „Opowiada się On po stronie ostatnich. Jego zamysł jest często przysłonięty nieprzejrzystą warstwą ludzkich kolei życia, gdzie jest widoczny tryumf «pysznych, władców i bogatych». A jednak w końcu ujawnia się Jego tajemnicza moc” [222].
Maryja Panna nie tylko uczy nas dostrzegać niewidzialne dzieło Boga, lecz także kieruje nasze spojrzenie „na przełomowe punkty ludzkości, gdzie dochodzi do zaburzenia świata, w konflikcie między pokornymi a możnymi, między ubogimi a bogatymi, między sytymi a głodnymi”, wychowując nas „do przyjęcia innej perspektywy, aby spojrzeć na świat od dołu, oczami cierpiących, a nie z perspektywy wielkich; aby patrzeć na historię oczami maluczkich, a nie z perspektywy możnych; aby interpretować wydarzenia historyczne z punktu widzenia wdowy, sieroty, cudzoziemca, poranionego dziecka, wygnańca, uciekiniera” [223]. W ten sposób Maryja Panna staje się „poetką i prorokinią odkupienia”, ponieważ z Jej ust wypływa „najpotężniejszy i najbardziej nowatorski hymn, jaki kiedykolwiek został wygłoszony, Magnificat; to Ona objawia przeobrażający plan ekonomii chrześcijańskiej, jej historyczny i społeczny skutek, który po dziś dzień czerpie z chrześcijaństwa swoje źródło i swoją siłę” [224].
Z tą samą wiarą, jaką miała Maryja, stańmy się tkaczaminadziei w naszym świecie, dzieląc się tym, kim jesteśmy i co posiadamy, tak aby pośród nas wzrastała obecność Jezusa i kształtowało się Jego Królestwo. W pokornej wierności każdego dnia również epoka AI może stać się czasem, w którym Duch Święty doprowadza do dojrzałości cywilizację miłości w naszym życiu: Pan nadal czyni wszystko nowe i pozostawia każdej epoce otwartą możliwość, by stała się historią zbawienia w świetle Wcielenia. Zawierzam to pragnienie Matce Chrystusowej, Niewieście Magnificat, aby towarzyszyła naszym krokom w zmieniającej się teraźniejszości i strzegła w każdym z nas ufności pokładanej w Ewangelii, tak abyśmy mogli dawać świadectwo o pięknie wspaniałego człowieczeństwa, w którym mieszka Bóg.
Dano w Rzymie, u Świętego Piotra, dnia 15 maja 2026, w drugim roku mego Pontyfikatu.
LEON PP. XIV
[1] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 22: AAS 58 (1966), s. 1042.
[4] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 22: ASS 23 (1890-1891), s. 653: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 52-53.
[5] Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate(29 czerwca 2009), 69: AAS 101 (2009), s. 702.
[6] Franciszek, Enc. Laudato si’(24 maja 2015), 104: AAS 107 (2015), s. 888.
[8] Św. Augustyn, Confessiones, I, 1, 1: CCSL 27, Turnhout 1981, s. 1: Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Kraków 2007, s. 25.
[9] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 183: AAS 105 (2013), s. 1097.
[10] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 36: AAS 58 (1966), s. 1054; por. Tenże, Dekret Apostolicam actuositatem, 7: AAS 58 (1966), s. 843-844.
[11] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 44: AAS 58 (1966), s. 1065.
[12] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 257: AAS 105 (2013), s. 1123.
[13] Św. Jan Paweł II, List apost. w formie Motu proprioSocialium scientiarum (1 stycznia 1994): AAS 86 (1994), s. 209: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 39.
[14] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 61: AAS 107 (2015), s. 871.
[16] Tenże, List apost. Tertio millennio adveniente (10 listopada 1994), 35: AAS 87 (1995), s. 27: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (168)/1994, s. 15.
[18] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 222: AAS 105 (2013), s. 1111.
[19] Por. tamże, 236: AAS 105 (2013), s. 1115; Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 215: AAS 112 (2020), s. 1045-1046.
[20] Sobór Watykański II, Konst. dogmat. Lumen gentium, 13: AAS 57 (1965), s. 17.
[21] Por. Św. Paweł VI, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4: AAS 63 (1971), s. 403: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430.
[22] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 243: AAS 105 (2013), s. 1118.
[23] Por. Pius XII, Adhort. apost. Menti Nostrae (23 września 1950): AAS 42 (1950), s. 657-702.
[24] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus(1 maja 1991), 5: AAS 83 (1991), s. 799.
[25] Pius XI, Enc. Quadragesimo anno (15 maja 1931), 39: AAS 23 (1931), s. 189: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 76; por. Pius XII, Orędzie radiowe w L rocznicę„Rerum novarum”: AAS 33 (1941), s. 198.
[26] Por. Pius XII, Przemówienie do członków Świętego Kolegium i Prałatury Rzymskiej (24 grudnia 1940): AAS 33 (1941), s. 13.
[27] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Mater et magistra (15 maja 1961), 2-3: AAS 53 (1961), s. 402: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 221.
[28] Por. Tenże, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 87 [w tłum. pol. n. 163]: AAS 55 (1963), s. 301: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 302.
[29] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[31] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.
[32]Tamże, 87: AAS 59 (1967), s. 299: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 416.
[33] Tenże, List apost. Octogesima adveniens (14 maja 1971), 4-7: AAS 63 (1971), s. 404-406: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 430-431.
[63] Por. Św. Jan Paweł II, Anioł Pański z osobami z niepełnosprawnościami w Katedrze w Osnabrück (16 listopada 1980): Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. III/2, Città del Vaticano 1980, s. 1232: Byłem upośledzony i przyszliście mi z pomocą, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 634.
[64] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 152.
[65] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na Pięćdziesiątym Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 2: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 731: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 5.
[66] Tenże, Przemówienie na XXXIV Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (2 października 1979), 7: AAS 71 (1979), s. 1148: Godność osoby ludzkiej fundamentem sprawiedliwości i pokoju, Tenże, Nauczanie papieskie, t. II, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań 1992, s. 261.
[67] Tenże, Orędzie na XXXII Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1999), 3: AAS 91 (1999), s. 379: Poszanowanie praw człowieka warunkiem prawdziwego pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 4.
[68] Por. Św. Jan XXIII, Enc. Pacem in terris (11 kwietnia 1963), 5 [w tłum. pol. n. 9]: AAS 55 (1963), s. 259: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 272.
[69] Św. Paweł VI, Przesłanie na Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka (15 kwietnia 1968): AAS 60 (1968), s. 285: cyt. za: Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 153.
[70] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 2: AAS 87 (1995), s. 402.
[71] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 27: AAS 58 (1966), s. 1047-1048; Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 80: AAS 85 (1993), s. 1197-1198; Tenże, Enc. Evangelium vitae (25 marca 1995), 7-28: AAS 87 (1995), s. 408-427.
[72] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 208: AAS 112 (2020), s. 1043.
[73] Por. tamże, 209: AAS 112 (2020), s. 1043-1044.
[74]Tamże, 23: AAS 112 (2020), s. 977. Por. Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 212: AAS 105 (2013), s. 1108.
[75] Por. Benedykt XVI, Adhort. apost. Sacramentum caritatis (22 lutego 2007), 83: AAS 99 (2007), s. 169.
[76] Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[77] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 164.
[78] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 235: AAS 105 (2013), s. 1115.
[79] Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 105: AAS 112 (2020), s. 1005.
[81] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 220: AAS 105 (2013), s. 1110.
[82] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 169.
[83] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 16: AAS 112 (2020), s. 974.
[84] Por. Św. Jan Paweł II, Przemówienie na L Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych (5 października 1995), 8: Insegnamenti di Giovanni Paolo II, t. XVIII/2, Città del Vaticano 1998, s. 735: Od praw człowieka do praw narodów, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 11-12 (178)/1995, s. 6-7.
[85] Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 171.
[86] Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 31: AAS 83 (1991), s. 831.
[87] Tenże, Homilia podczas Mszy św. sprawowanej dla rolników w Recife, Brazylia (7 lipca 1980), 4: AAS 72 (1980), s. 926: Ziemia jest darem Boga dla wszystkich ludzi, Tenże, Nauczanie papieskie, t. III, 2, oprac. E. Weron, A. Jaroch, Poznań-Warszawa 1986, s. 97.
[88] Tenże, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 19: AAS 73 (1981), s. 626.
[89] Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 93: AAS 107 (2015), 884; por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 120: AAS 112 (2020), s. 1010.
[90] Tenże, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 189: AAS 105 (2013), s. 1099.
[91] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 187.
[92] Por. Leon XIII, Enc. Rerum novarum (15 maja 1891), 26: ASS 23 (1890-1891), s. 656: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 54-55.
[93] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 11: AAS 83 (1991), s. 806-807.
[96] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 169: AAS 112 (2020), s. 1028.
[97] Por. tamże, 168: AAS 112 (2020), s. 1027-1028.
[98] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398.
[99] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 32, 54: AAS 112 (2020), s. 980, 988.
[100] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 58: AAS 101 (2009), s. 693-694.
[101] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 116: AAS 112 (2020), s. 1009.
[110] Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397.
[111] Por. tamże, 17: AAS 59 (1967), s. 265-266: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397-398; Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 125-127: AAS 112 (2020), s. 1012-1013.
[112] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 14: AAS 59 (1967), s. 264: Dokumenty nauki społecznej Kościoła, cz. 1, red. M. Radwan, L. Dyczewski, A. Stanowski, Rzym-Lublin 1987, s. 397; Benedykt XVI, Przemówienie do Korpusu Dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej (8 stycznia 2007): AAS 99 (2007), s. 73: Wolność religijna wyrazem ludzkiej wolności, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2 (290)/2007, s. 19-21; Franciszek, Przemówienie do przedstawicieli ludów rdzennych z okazji XL Sesji Rady Zarządu Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (15 lutego 2017): AAS 109 (2017), s. 244-245.
[113]Dokument końcowy Drugiej Sesji XVI Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów (26 października 2024), 17.
[117] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 94: AAS 112 (2020), s. 1001.
[118] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 53.
[119] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 106-109, AAS 107 (2015), s. 889-891.
[120] R. Guardini, Das Ende der Neuzeit, Würzburg 1951, s. 89: Koniec czasów nowożytnych. Świat i osoba. Wolność, łaska, los, tłum. Z. Włodkowa, M. Turowicz, J. Bronowicz, Kraków 1969, s. 68.
[121] Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970), AAS 62 (1970), s. 833.
[122] Por. Franciszek, Przemówienie do Rady ds. Kapitalizmu Inkluzywnego (11 listopada 2019), „L’Osservatore Romano”, 11-12 listopada 2019, s. 8.
[123] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), AAS 117 (2025), s. 159-210; Franciszek, Orędzie na LVII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2023), AAS 116 (2024), s. 54-64: Sztuczna inteligencja i pokój, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (459)/2024, s. 4-9; Tenże, Orędzie na LVIII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2024): AAS 116 (2024), s. 261-266: Sztuczna inteligencja i mądrość serca – dla komunikacji w pełni ludzkiej, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (460)/2024, s. 4-7; Tenże, Przemówienie podczas Sesji G7 poświęconej sztucznej inteligencji. „Narzędzie fascynujące i zarazem przerażające” (14 czerwca 2024): AAS 116 (2024), s. 866-875; Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy dotyczących przyszłości człowieka (9 lutego 2026); Orędzie na LX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2026): „L’Osservatore Romano”, 24 stycznia 2026, s. 2-3: Chronić ludzkie głosy i twarze, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 2-3 (480)/2026, s. 48-51.
[124] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 96: AAS 117 (2025), s. 201.
[125] Franciszek, Przemówienie do uczestników spotkania „Minerva Dialogues”, zorganizowanego przez Dykasterię Kultury i Edukacji (27 marca 2023): AAS 115 (2023), s. 465.
[126] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 41: AAS 117 (2025), s. 178.
[127] Por. tamże, 44-45, AAS 117 (2025), s. 179-180.
[128] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 40: AAS 83 (1991), s. 843.
[129] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 63.
[130] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie z okazji XXV rocznicy powstania FAO (16 listopada 1970): AAS 62 (1970), s. 833.
[131] Międzynarodowa Komisja Teologiczna, „Quo vadis, humanitas?” Namysł nad antropologią chrześcijańską wobec niektórych scenariuszy przyszłości człowieka (9 lutego 2026), 3.
[132] „Jeśli serce jest dewaluowane, dewaluuje się również to, co oznacza mówienie od serca, działanie z sercem, dojrzewanie i uzdrawianie serca. Kiedy nie doceniamy specyfiki serca, tracimy odpowiedzi, których sama inteligencja nie może dać, tracimy spotkanie z innymi, tracimy poezję. Tracimy także historię i nasze dzieje, ponieważ prawdziwa osobista przygoda to ta, którą buduje się zaczynając od serca. U schyłku życia tylko to będzie się liczyć”: Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 11: AAS 116 (2024), s. 1372.
[133] V. Frankl, Man’s Search for Meaning. An Introduction to Logotherapy, Boston 1963, s. 213: Człowiek w poszukiwaniu sensu, tłum. A. Wolnicka, Warszawa 2009, s. 197.
[134] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, I-II, q. 112, a. 1, co.; q. 114, a. 5, co.: ed. Leonina, VII, Roma 1892, s. 323, 349.
[136] Por. Tenże, Super Boetium De Trinitate, q. 1, a. 2, ad 3: ed. Leonina, L, Roma 1992, s. 96; Summa Theologiae, I, q. 7, a. 1, ad 3: ed. Leonina, IV, Roma 1888, s. 72.
[137] Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 8: AAS 105 (2013), s. 1022.
[138] Św. Jan Paweł II, Enc. Redemptor hominis (4 marca 1979), 15: AAS 71 (1979), s. 286-287.
[139] Św. Augustyn, De civitate Dei, XIV, 28: CCSL 48, Turnhout 1955, s. 451: Państwo Boże, tłum. W. Kubicki, Kęty 2002, s. 546.
[141] Św. Jan Paweł II, Enc. Veritatis splendor (6 sierpnia 1993), 32: AAS 85 (1993), s. 1159.
[142] Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 207: AAS 112 (2020), s. 1043.
[143] H. Arendt, The Origins of Totalitarianism, t. III, New York 1962, s. 474: Korzenie totalitaryzmu, tłum. M. Szawiel, D. Grinberg, Warszawa 1993, s. 510.
[144]Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 681-682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.
[145] Benedykt XVI, Orędzie na XLVII Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu (24 stycznia 2013): AAS 105 (2013), s. 183: Serwisy społecznościowe: portale prawdy i wiary; nowe przestrzenie ewangelizacji, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3-4 (351)/2013, s. 11.
[146] Franciszek, Przemówienie z okazji wręczenia insygniów Kawalera i Damy Wielkiego Krzyża Orderu Piusa IX Panu Philipowi Pullelli i Pani Valentinie Alazraki (13 listopada 2021): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2021, s. 12.
[147] Por. Platon, List VII, 344b-c: ed. Souilhé, t. XIII/1, Paris 1931 ( CUF, Série grecque 63), s. 54: Tenże, Listy (Biblioteka Klasyków Filozofii), przeł. M. Maykowska, przedm. i koment. uzup. M. Pąkcińska, Warszawa 1987, s. 55-56.
[148] Por. Przemówienie do uczestników Konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.
[149] Por. Przemówienie do członków Advisory Board RCS Academy (7 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 7 listopada 2025, s. 4.
[150] Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 3: AAS 73 (1981), s. 584.
[151] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 128: AAS 107 (2015), s. 898.
[152] Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 67: AAS 117 (2025), s. 188-189.
[153] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Laborem exercens (14 września 1981), 18: AAS 73 (1981), s. 622-625.
[154] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 109: AAS 107 (2015), s. 891.
[155] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 32: AAS 101 (2009), s. 666.
[156] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 268.
[157] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 64: AAS 101 (2009), s. 698.
[158] Por. Franciszek, Enc. Laudato si’ (24 maja 2015), 129: AAS 107 (2015), s. 899.
[160] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 108: AAS 112 (2020), s. 1006.
[161] Por. Kongregacja Nauki Wiary – Dykasteria do spraw Służby Integralnemu Rozwojowi Człowieka, „Oeconomicae et pecuniariae quaestiones”. Rozważania służące etycznemu rozeznaniu niektórych aspektów współczesnego systemu gospodarczo-finansowego (6 stycznia 2018), 6: AAS 110 (2018), s. 772.
[162] Franciszek, Pozdrowienie do pracowników Międzynarodowego Funduszu Rozwoju Rolnictwa (IFAD) (14 lutego 2019): AAS 111 (2019), s. 309. Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 22: AAS 101 (2009), s. 657.
[164] Por. Franciszek, Adhort. apost. Evangelii gaudium (24 listopada 2013), 204: AAS 105 (2013), s. 1105-1106.
[165] Por. Św. Paweł VI, Enc. Populorum progressio (26 marca 1967), 87: AAS 59 (1967), s. 299.
[166] Por. Św. Jan Paweł II, Enc. Centesimus annus (1 maja 1991), 39: AAS 83 (1991), s. 841.
[167] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 211.
[168] Por. Św. Jan Paweł II, List Gratissimam sane (2 lutego 1994), 17: AAS 86 (1994), s. 903-906: List do Rodzin z okazji Roku Rodziny 1994, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 3 (161)/1994, s. 24-25.
[169] Por. Konferencja Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych, Sons and Daughters of the Light. A Pastoral Plan for Ministry with Young Adults (12 listopada 1996), Washington D.C. 1996, I, 3.
[170] Por. Papieska Rada Iustitia et Pax, Kompendium nauki społecznej Kościoła, 290.
[172] Por. Franciszek, Orędzie na XLVIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2014), 4: AAS 107 (2015), s. 70-71: Już nie niewolnicy, lecz bracia, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 12 (367)/2014, s. 6-7.
[173] Por. Międzynarodowa Komisja Teologiczna, Pamięć i pojednanie. Kościół i winy przeszłości, Città del Vaticano 2000, 5.3.
[174] Jak na przykład w Bullach Eugeniusza IV Sicut dudum (13 stycznia 1435) i Etsi suscepti (9 stycznia 1442) oraz w Bullach Mikołaja V Dum diversas (18 czerwca 1452) i Romanus Pontifex (8 stycznia 1455). Naciski polityczne, a niekiedy także ekonomiczne, przeważały nad wymogami ewangelicznymi. Ewangelizacja była w ten sposób często naginana albo błędnie interpretowana pod wpływem ingerencji władz doczesnych, co prowadziło do relatywizowania niezgodności niewolnictwa z sumieniem chrześcijańskim.
[175] Por. Leon XIII, Enc. In plurimis (5 maja 1888): Acta Leonis XIII, t. VIII, Roma 1889, s. 169-192: Breviarium missionum. Wybór dokumentów Kościoła dotyczących dzieła misyjnego, t. 1, oprac. B. Wodecki, F. Wodecki, F. Zapłata, Warszawa 1979, s. 154-172. Warto zauważyć, że jeszcze w 1866 r. Święte Oficjum rozróżniało między niemoralnymi i moralnymi aspektami poddaństwa, nie potępiając go w pełni: Rzym, Archiwum Dykasterii Nauki Wiary, Istr. 1293: Instrukcja Świętego Oficjum w odpowiedzi na różne wątpliwości biskupa Massaia, Wikariusza Apostolskiego w kraju Galla [ Oromo], kwiecień 1866, odpowiedź na pytanie 15.
[176] Por. Św. Jan Paweł II, Bulla Incarnationis mysterium (29 listopada 1998), 11: AAS 91 (1999), s. 139-141: Bulla ogłaszająca Wielki Jubileusz Roku 2000, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (209)/1999, s. 13-15.
[177] Por. Św. Paweł VI, Regina caeli (17 maja 1970): Insegnamenti di Paolo VI, t. VIII, Città del Vaticano 1971, s. 506.
[178] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 183: AAS 112 (2020), s. 1033-1034.
[179] Por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 26: AAS 58 (1966), s. 1046-1047.
[180] Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS57 (1965), s. 877-881.
[181] Organizacja Narodów Zjednoczonych, Karta Narodów Zjednoczonych (26 czerwca 1945), Preambuła.
[182] Por. Franciszek, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 258: AAS 112 (2020), s. 1060-1061. „Faktycznie, w ostatnich dekadach wszystkie wojny były rzekomo «usprawiedliwione». Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o możliwości uprawnionej obrony przy użyciu siły zbrojnej, co oznacza wykazanie, że istnieją pewne «ścisłe warunki uprawnienia moralnego». Łatwo jest jednak popaść w zbyt szeroką interpretację tego możliwego prawa. Próbuje się w ten sposób usprawiedliwić także ataki «prewencyjne» lub działania wojenne, które łatwo pociągają za sobą «poważniejsze zło i zamęt, niż zło, które należy usunąć»”; por. KKK, 2309.
[183] Por. Dykasteria Nauki Wiary – Dykasteria Kultury i Edukacji, Nota Antiqua et nova (14 stycznia 2025), 99: AAS 117 (2025), s. 202-203.
[185] Por. Przemówienie do uczestników Zgromadzenia Dzieł Pomocy Kościołom Wschodnim (ROACO) (26 czerwca 2025): AAS 117 (2025), s. 847-849.
[186] Por. Franciszek, Orędzie na LIII Światowy Dzień Pokoju (8 grudnia 2019): AAS 112 (2020), s. 54-61: Pokój jako droga nadziei – dialog, pojednanie i nawrócenie ekologiczne, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (419)/2020, s. 4-7.
[187] J.R.R. Tolkien, The Lord of the Rings. Part III: The Return of the King, New York 1965, s. 190: Władca Pierścieni, t. III: Powrót Króla, tłum. M. Skibniewska, Warszawa 1990, s. 148.
[188]Przemówienie do pracowników mediów (12 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 682: Rozbrójmy słowa, a przyczynimy się do rozbrojenia Ziemi, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 26.
[190] Św. Jan Paweł II, Orędzie na XXXI Światowy Dzień Pokoju (1 stycznia 1998), 1: AAS 90 (1998), s. 147: Sprawiedliwość każdego człowieka źródłem pokoju dla wszystkich, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (199)/1998, s. 4.
[191] Św. Augustyn, Enarrationes in Psalmos, 84, 12: CCSL 39, Turnhout 1956, s. 1172-1173: Objaśnienia Psalmów. Ps 78-102, tłum. J. Sulowski, oprac. E. Stanula, Warszawa 1986, s. 83-84.
[192] Por. Franciszek, Enc. Dilexit nos (24 października 2024), 22: AAS 116 (2024), s. 1375-1376.
[193] Por. Tenże, Enc. Fratelli tutti (3 października 2020), 115: AAS 112 (2020), s. 1008-1009.
[195] Por. Św. Paweł VI, Przemówienie na forum XX Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (4 października 1965): AAS 57 (1965), s. 878-879.
[196] Por. Pius XII, Orędzie radiowe Un’ora grave (24 sierpnia 1939): AAS 23 (1939), s. 334.
[197] G. La Pira, Riflessioni sul Concilio. Discorso del Sindaco di Firenze Prof. Giorgio La Pira alle «Guides de France» (Rzym, 4 września 1962), Firenze 1962, s. 6.
[202] Por. Tenże, Przemówienie do uczestników XXXVIII Sesji FAO (20 czerwca 2013): AAS 105 (2013), s. 616-617.
[203]Pierwsze błogosławieństwo „Urbi et Orbi” (8 maja 2025): AAS 117 (2025), s. 660: Chcemy być Kościołem, który zawsze szuka pokoju, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 5 (472)/2025, s. 8.
[209] Por. Homilia Mszy w nocy Narodzenia Pańskiego (24 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 27 grudnia 2025, s. 2: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 1 (479)/2026, s. 57-59.
[210] P. de Bérulle, Discours de l’état et des grandeurs de Jésus, Discours IV, Unité de Dieu en l’incarnation: Œuvres complètes, Paris 1856, kol. 218.
[212] Por. Przemówienie na Konferencji „Artificial Intelligence and Care of Our Common Home” (5 grudnia 2025): „L’Osservatore Romano”, 5 grudnia 2025, s. 2.
[213] Benedykt XVI, Enc. Deus caritas est (25 grudnia 2005), 14: AAS 98 (2006), s. 228-229.
[214] Św. Augustyn, Sermones, 272: In die Pentecostes ad infantes de sacramento: PL 38, Paris 1865, kol. 1247: Karmię was tym, czym sam żyję. Ojcowie Kościoła prowadzą przez święta roku kościelnego, oprac. M. Starowieyski, komentarze J. Miazek, Kraków 2015, s. 285.
[215] Benedykt XVI, Homilia podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej (21 kwietnia 2011): AAS 103 (2011), s. 321: Eucharystia jest tajemnicą wielkiej bliskości i komunii każdego człowieka z Panem, „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 6 (334)/2011, s. 35.
[218] Por. Przemówienie na konferencji „The Dignity of Children and Adolescents in the Age of Artificial Intelligence” (13 listopada 2025): „L’Osservatore Romano”, 13 listopada 2025, s. 3.
[219] Por. Benedykt XVI, Enc. Caritas in veritate (29 czerwca 2009), 34: AAS 101 (2009), s. 668-670.
[220] Franciszek, Adhort. apost. Laudate Deum (4 października 2023), 67: AAS 115 (2023), s. 1059.
[224] Św. Paweł VI, Homilia w sanktuarium Matki Bożej w Bonarii (24 kwietnia 1970): AAS 62 (1970), s. 301.
***
Czym jest dokładnie encyklika?
fot. Vatican Media
***
Pierwsza encyklika papieża Leona XIV „Magnifica humanitas”, która zostanie ogłoszona 25 maja, będzie – według niektórych zestawień – 301 tego typu dokumentem w historii Kościoła katolickiego.
Słowo „encyklika”, pochodzące z greki, oznacza „list okólny”. W tradycji katolickiej jest to uroczysty dokument papieski kierowany do Kościoła powszechnego. Papież, jako odpowiedzialny za cały Kościół, zwraca się w nim do Kościołów pozostających w komunii z biskupem Rzymu.
Encyklika nie jest jedyną formą papieskiego nauczania, ale należy do jego najbardziej uroczystych i rozpoznawalnych dokumentów.
Encykliki wywodzą się ze starożytnej praktyki wysyłania listów przez jednych biskupów do drugich, by zapewnić jedność doktryny i życia Kościoła. Praktykę tę wznowił papież Benedykt XIV (1740-1758), wysyłając „listy okólne” do biskupów na tematy doktrynalne, moralne lub dyscyplinarne, dotyczące całego Kościoła. Sam termin „encyklika” wszedł jednak do powszechnego użytku dopiero za pontyfikatu Grzegorza XVI (1831-1846).
Najwięcej encyklik ogłosił papież Leon XIII (1878-1903) – aż 86 w ciągu 25 lat swego pontyfikatu. Dla porównania św. Jan Paweł II (1978-2005) w ciągu ponad 26 lat wydał ich 14. Wiele encyklik Leona XIII było jednak tekstami krótkimi i dziś nazwano by je raczej listami apostolskimi lub orędziami.
Tytuł encykliki pochodzi od pierwszych słów jej oficjalnej, łacińskiej wersji. Encykliki są ważnymi dokumentami nauczania papieskiego. Zwykle dotyczą spraw doktrynalnych, moralnych, duchowych lub społecznych i służą wyjaśnieniu oraz pogłębieniu nauczania Kościoła.
Gdy encykliki poruszają kwestie społeczne, bywają adresowane nie tylko do katolików, ale także do wszystkich ludzi dobrej woli. Praktykę tę zapoczątkował w 1963 r. św. Jan XXIII encykliką „Pacem in terris”, chociaż już słynna encyklika Leona XIII „Rerum novarum”, ze względu na podjęcie ważnego tematu społecznego, miała o wiele większy zasięg oddziaływania niż tylko w ramach Kościoła katolickiego.
Ostatnia ogłoszona encyklika papieska to „Dilexit nos” papieża Franciszka, opublikowana 24 października 2024 r. Dotyczy „ludzkiej i Bożej miłości Serca Jezusa Chrystusa”.
stacja7.pl, KAI
***
NIEDZIELA ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO
24 maja
Dziś – siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa – Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało “uzbrojone mocą z wysoka” a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.
Adobe.Stock.pl
***
W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się “Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się je 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.
Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. “I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).
W ten sposób rozpoczyna się nowy etap – czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.
Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz “do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.
Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.
Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.
W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego – Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.
Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są “majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.
Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.
Kai -Tygodnik Niedziela
***
Ojciec św.Leon XIV w niedzielę zesłania Ducha Świętego mówił o pokoju po odpuszczenia grzechów i przebaczeniu
Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju, misji i prawdy – na te trzy wymiary zwrócił uwagę Leon XIV w homilii podczas uroczystości Zesłania Ducha Świętego. „Zaskakując nas swoją miłością, właśnie On – Zmartwychwstały, mówi: «Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone»” – podkreślił Papież.
Papież Leon XIV – Vatican Media
***
Dlatego Pięćdziesiątnica jest świętem paschalnym i świętem Ciała Chrystusa, którym jesteśmy dzięki łasce.
– podkreślił Papież.
„Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone”
W swej homilii Leon XIV zatrzymał się na trzema aspektami. Pierwszy: „Duch Zmartwychwstałego jest Duchem pokoju”. Papież zaznaczył, że poprzez swoją Paschę Chrystus wprowadza pokój między Bogiem a ludzkością, a Duch Święty wlewa go w serca i rozlewa na świat.
Ten pokój pochodzi z przebaczenia i prowadzi nas do przebaczenia: zaczyna się od przebaczenia darowanego przez samego Jezusa, który został przez nas zdradzony, skazany i ukrzyżowany.
Ojciec Święty dodał, że „Pan wylewa Ducha pokoju od początku do końca dziejów, ponieważ Ten, który wszystkich odkupił od śmierci, nikogo nie wyklucza”.
Kościół bohaterem Ewangelii, a nie tylko jej stróżem
„Duch Zmartwychwstałego jest Duchem misji” – to drugi aspekt, na który zwraca uwagę Papież i dodaje, że sam Jezus mówi: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.
Najdrożsi, naprawdę jesteśmy uczestnikami Ewangelii: cały Kościół jest jej bohaterem, a nie tylko jej stróżem.
– podkreśla Leon XIV.
Papież zaznaczył, że to mocą Ducha Świętego nasze głoszenie staje się pełne radości i nadziei, ponieważ to my – właśnie my – jesteśmy nowością świata, światłem i solą ziemi.
Z pewnością nie dzięki naszym zasługom ani przywilejom, ale dzięki słowu Pana, które uświęca grzesznika, uzdrawia trędowatego, a z tego, kto się Go zaparł, czyni apostoła.
Jedność buduje się w prawdzie
Jako trzeci aspekt Leon XIV podkreślił, to, że misja rozpoczyna się od głoszenia prawdy o Bogu i o człowieku, ponieważ Duch Zmartwychwstałego jest „Duchem Prawdy”.
Sam Pan nam to obiecał, prosząc o jedność dla swojego Kościoła – jedność opartą na miłości Boga – źródle naszej miłości. Duch, który mówił przez proroków, zawsze buduje jedność w prawdzie, ponieważ wzbudza w nas zrozumienie, zgodę i spójność życia.
– zaznaczył Papież.
Niech Duch Zmartwychwstałego wybawi nas od zła wojny
Na koniec Papież apelował: „z żarliwym sercem módlmy się dzisiaj, aby Duch Zmartwychwstałego wybawił nas od zła wojny, którą zwycięża nie supermocarstwo, lecz Wszechmoc miłości. Prośmy Go, aby uleczył nas z plagi grzechu przez odkupienie ogłoszone wszystkim narodom w imię Jezusa”.
Papież modlił się, aby ta łaska, która wlewa w Apostołów odwagę napełniła nią „również nas – dziś i zawsze – za wstawiennictwem Maryi, Matki Kościoła”.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
„Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa” – mówił Papież podczas modlitwy Anioł Pański.
fot. Vatican Media
„Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu” – zaznaczył Papież, dodając, że „poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu”.
Bez Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu
Drugimi drzwiami które otwiera Duch Święty są te do Wieczernika, czyli Kościoła. „Bez ognia DuchaŚwiętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami” – podkreślił Leon XIV.
Kościół ma otwarte drzwi dla wszystkich
Papież zaznaczył, że Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być «Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich».
Duch pomagając pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia
Papież powiedział, że „Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą”. Dodał, że tam, gdzie jest Duch Pański, „rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność”.
„Musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte” – apelował Papież.
„Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła” – powiedział Leon XIV.
„Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój” – powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Caeli w uroczystość zesłaniu Ducha Świętego, 24 maja 2026 roku.
Cała treść przemówienia papieża.
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W dzisiejszą uroczystość Pięćdziesiątnicy jesteśmy wezwani do kontemplacji daru Ducha Świętego, wylanego obficie na rodzący się Kościół, a dziś ponownie udzielanego jego członkom jako światło i siła towarzyszące im w każdej sytuacji życiowej.
Możemy przyjrzeć się obrazowi Ducha Świętego, który przedstawia nam dzisiejsza liturgia: Duch otwiera drzwi. Ewangelia mówi nam bowiem, że „tam, gdzie przebywali uczniowie, […] drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami” (J 20, 19), a jednocześnie Księga Dziejów Apostolskich opowiada nam, że Duch zstąpił jak gwałtowny wicher (por. Dz 2, 2), który otworzył te drzwi, skłonił uczniów do wyjścia i głoszenia Dobrej Nowiny o Chrystusie Zmartwychwstałym.
Również dzisiaj możemy zadać sobie pytanie: jakie drzwi otwiera Duch Święty?
Pierwsze drzwi prowadzą do samego Boga, ponieważ otwierają nam dostęp do Jego misterium, objawionego w Jezusie Chrystusie. Poprzez dar swojego Ducha Bóg obdarza nas prawdziwą wiarą, pozwala nam rozumieć sens Pisma Świętego, daje się poznać jako bliski i umożliwia uczestnictwo w Jego własnym życiu. Duch Święty pomaga nam osobiście doświadczyć Boga, spotkać Go w Jezusie, a nie tylko w przestrzeganiu prawa, rozpoznawać Go w nas i odkrywać znaki Jego obecności w codziennym życiu.
Drugimi drzwiami są drzwi Wieczernika, czyli Kościoła. Bez ognia Ducha Świętego Kościół pozostaje więźniem strachu, lękającym się wyzwań świata, zamkniętym w sobie, a zatem również niezdolnym do nawiązania dialogu ze zmieniającymi się czasami. Duch otwiera drzwi Kościoła, aby był on przyjmujący i gościnny dla wszystkich, nawet dla tych, którzy zamknęli drzwi przed Bogiem, przed drugim człowiekiem, przed nadzieją i radością życia. Jak przypomniał Papież Franciszek, jesteśmy powołani, by być „Kościołem, który błogosławi i dodaje otuchy […] Kościołem otwartych drzwi dla wszystkich” (Homilia podczas Mszy św. otwierającej Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów, 4 października 2023)[1].
Wreszcie, Duch Święty otwiera drzwi naszych serc, pomagając nam pokonać opory, egoizm, nieufność i uprzedzenia oraz uzdalniając nas do życia jako dzieci Boże i jako bracia między sobą. Tam, gdzie jest Duch Pański, rodzi się braterstwo między ludźmi, grupami i ludami ziemi, a wszyscy mówią jednym językiem miłości, która jednoczy i harmonizuje różnorodność.
Bracia i siostry, również w naszych czasach, a zwłaszcza w tym dniu Pięćdziesiątnicy, musimy przyzywać Ducha Świętego, aby otworzył wszystkie drzwi, które wciąż pozostają zamknięte. Trzeba nam na nowo odkryć Boga jako Ojca, który nas kocha, budować Kościół, w którym wszyscy czują się jak w domu, i tworzyć braterski świat, w którym między wszystkimi narodami króluje pokój.
Podobnie jak pierwsi uczniowie, pokładajmy ufność we wstawiennictwie Maryi Panny, która jest Przybytkiem Ducha Świętego i Matką Kościoła.
www.vatican.va
***
sobota 23 maja 2026
Dziś Wigilia Zesłania Ducha Świętego!
fot. Serge Taeymans / Unsplsah
***
Czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego to ważne wydarzenia, które obchodzone są w wielu wspólnotach w całej Polsce i na świecie. W tym roku Wigilia Zesłania Ducha Świętego przypada w nocy z 23 na 24 maja.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego to szczególny moment dla chrześcijan na całym świecie. Jest to święto nazywane inaczej Pięćdziesiątnicą, ponieważ Duch Święty objawił się zebranym w Wieczerniku apostołom pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Chrystusa.
W związku z wigilią Zesłania Ducha Świętego, która przypada w wieczór poprzedzający uroczystość, w wielu parafiach w Polsce i na całym świecie organizowane są nocne czuwania połączone ze wspólną modlitwą, uwielbieniem, a często również agapą i Eucharystią. Dostępne informacje o czuwaniach można znaleźć w lokalnych ogłoszeniach parafialnych oraz w mediach społecznościowych wspólnot i parafii.
Deon.pl
***
Królowo Apostołów módl się za nami
Dzisiejszego Dnia, w sobotę przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego,Księża Pallotyni (Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego) obchodzą swoje Patronalne Święto Królowej Apostołów – nawiązując do Wieczernika, gdzie Najświętsza Maryja Panna wraz z Apostołami oczekiwała na Ducha Pocieszyciela. Tego dnia cała wspólnota jednoczy się wokół swojej głównej Patronki, prosząc o łaskę charyzmatu apostolstwa.
Święto Maryi Królowej Apostołów nie mówi jedynie o godności Maryi. Mówi o tajemnicy Kościoła. O źródle wszelkiego apostolstwa. O ciszy, z której rodzi się ogień. Dla św. Wincenty Pallottiego Kościół nie był jakąś religijną administracją. Był organizmem żywym, ciałem oddychającym Duchem Świętym. Bolało go chrześcijaństwo ospałe, zamknięte w zakrystiach, oddzielające świętość od życia. Był przekonany, że każdy ochrzczony nosi w sobie wezwanie do apostolstwa, jak iskra nosi w sobie możliwość wskrzeszenia potężnego ognia.
Ale gdzie znaleźć wzór Kościoła żywego?
Św. Wincenty Pallotti odnalazł go nie w pałacach, nie w traktatach teologicznych i nie w triumfach historii. Odnalazł go w Wieczerniku.
To tam, pośród lęku, zamkniętych drzwi i drżących serc, rodzi się Kościół. Nie z siły ludzi, ale z mocy Boga. Apostołowie nie są jeszcze bohaterami. Są ubodzy, zagubieni i bezradni. I właśnie pośród nich trwa Ona – Maryja. Nie naucza. Nie przewodzi. Nie zajmuje miejsca Piotra. A jednak jest centrum tej ciszy, z której za chwilę wybuchnie Pięćdziesiątnica.
Św. Wincenty Pallotti rozumiał tę tajemnicę głębiej niż wielu teologów. Wiedział, że istnieje autorytet większy od władzy: autorytet obecności. Maryja nie była Apostołem, a jednak została Królową Apostołów. Nie dlatego, że mówiła najwięcej, lecz dlatego, że najpełniej pozwoliła działać Bogu.
W swoich duchowych zapiskach zanotował niezwykłe postanowienie:
„Postanawiam przedstawiać sobie (…), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku (…), z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem”.
To nie była pobożna metafora. Dla Pallottiego Wieczernik stawał się stanem duszy. Człowiek prawdziwie apostolski to ten, kto żyje nieustannie między modlitwą a ogniem Ducha Świętego.
Dlatego także swoje dzieło, Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, budował nie na strategii, lecz na duchu Wieczernika. Uważał, że wszelkie apostolstwo umiera wtedy, gdy przestaje klękać. Aktywizm bez kontemplacji staje się tylko hałasem. Człowiek może mówić o Chrystusie całemu światu, a jednocześnie samemu oddalać się od Niego.
Pallotti odkrył także coś jeszcze: że Maryja jest najskuteczniejszą pomocą każdego apostoła nie dlatego, że usuwa trudności, ale dlatego, że uczy miłości wiernej aż do końca. Apostoł bez miłości staje się propagandystą. Apostoł z sercem Maryi staje się świadkiem. Właśnie dlatego pod koniec życia zapragnął pozostawić swoim duchowym synom obraz. W rzymskim kościele Najświętszego Zbawiciela na Fali polecił namalować ikonę Maryi pośród Apostołów w dniu Zesłania Ducha Świętego. I znamienne jest to, że pośród Apostołów znajdują się tam również kobiety. To nie detal artystyczny. To manifest duchowy. Pallotti chciał powiedzieć Kościołowi: apostolstwo nie jest przywilejem wybranych. Duch Święty nie zna kast. Maryja w Wieczerniku nie stoi ponad Kościołem. Jest w sercu Kościoła. Jak płomień lampy, który nie zwraca uwagi na siebie, a bez którego wszystko pogrąża się w ciemności.
I może właśnie tego najbardziej potrzeba współczesnemu chrześcijaństwu: ludzi Wieczernika, ludzi, którzy zanim zaczną mówić światu o Panu Bogu, pozwolą najpierw, by Miłosierny Pan, który jest Miłością, rozpalił ich własne serca.
***
Królowa Apostołów w życiu św. Wincentego Pallottiego
W dniu dzisiejszym przypada liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny, Królowej Apostołów, głównej patronki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Poniżej jest fragment z artykułu ks. Jana Kupki SAC opublikowany w miesięczniku „Miejsca Święte”, pod tytułem: „Królowa Apostołów, Patronka Pielgrzymów”.
Św. Wincenty Pallotti pragnął, aby Kościół był żywym organizmem. Uważał, że wszyscy ludzie ochrzczeni powinni aktywnie uczestniczyć w realizacji apostolskiej misji Kościoła. Troska o Kościół żywy i poszukiwanie powszechnego wzoru, według którego wszyscy mogliby realizować swoje apostolskie powołanie, zaprowadziły Pallottiego do jerozolimskiego Wieczernika. Tam bowiem Duch Święty napełnił swoją mocą uczniów Chrystusa, uświęcił ich i obdarza swoimi darami, aby Kościół mógł się objawić publicznie i głosić Ewangelię, prowadząc wszystkich ludzi do Chrystusa. Dlatego Wieczernik stał się dla Pallottiego obrazem żywego Kościoła i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.
Nic więc dziwnego, że w swoich zapiskach duchowych zanotował w 1816 roku następujące oświadczenie: „Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego” (Wybór Pism, t. III, s. 46–47).
Pallotti dążył również do tego, aby z duchowości jerozolimskiego Wieczernika czerpać moc do swojej działalności apostolskiej i wskazać go jako model swoim synom i córkom duchowym. Opisując przeżycia duchowe, jakimi obdarzył go Bóg w Osimo w 1840 roku, zanotował, że gdy przeczytał żywot Matki Bożej, Jezus Chrystus „ukształtował w jego umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Wybór Pism, t. I, s. 201). Chodzi tu o żywot Najświętszej Maryi Panny noszący tytuł Mistyczne Miasto Boże, a napisany przez hiszpańską mistyczkę Marię z Agredy, żyjącą w latach 1602–1665. Znajdujemy tam opis zgromadzenia apostołów w Wieczerniku jerozolimskim po Wniebowstąpieniu i dokonania przez nich podziału zadań apostolskich. Po dziesięciodniowej wspólnej modlitwie i poście z Maryją św. Piotr z natchnienia Bożego „podzielił” ówczesny świat na dwanaście regionów i poprzydzielał je poszczególnym apostołom. Właśnie według tego opisu Pallotti nakreślił podczas pobytu w Camaldoli w 1839 roku gigantyczny plan apostolski obejmujący wszystkie dziedziny działalności apostolskiej Kościoła. Zadania te podzielił na 13 sektorów, które nazwał prokurami. W ten sposób rozwinął ideę o powszechnym apostolstwie i nadał jej konkretny kształt jako wzorzec apostolskiego działania w Kościele.
Godna podkreślenia jest myśl Pallottiego, że wszyscy ludzie wierzący rozwijają swoje apostolstwo pod najskuteczniejszą opieką Niepokalanej Matki Boga, Królowej Apostołów z dwóch powodów: po pierwsze – przez swoje zasługi i wstawiennictwo wyprasza Ona u Boga wszelkie dary i łaski potrzebne apostołom, a po drugie – jest Ona dla wszystkich najdoskonalszym wzorem gorliwości i doskonałej miłości. Dlatego jak w początkach Kościoła Maryja wspierała Apostołów swoją obecnością w Wieczerniku i jednoczyła na modlitwie, tak również dzisiaj jest obecna jako Matka Kościoła, przynaglając wszystkich wyznawców Chrystusa do jednoczenia wysiłków apostolskich i działania w mocy Ducha Świętego we współczesnym świecie.
Całą swoją duchowość dotyczącą Maryi Królowej Apostołów Wincenty Pallotti wyraził w obrazie Królowej Apostołów namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku dla kościoła Najświętszego Zbawiciela na Fali w Rzymie. Obraz ten namalował włoski malarz Serafin Cesaretti według sztychu niemieckiego malarza Johanna Friedricha Overbecka. Przedstawia on Matkę Bożą otoczoną Apostołami w dniu zesłania Ducha Świętego. Ideę Pallottiego o powszechnym apostolstwie wyraża na tym obrazie obecność dwóch kobiet pośród Apostołów.
***
Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów
Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.
fot. Wikipedia
***
Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.
Czym jest wieczernik?
To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.
Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.
Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego
Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.
Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?
Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.
Tam, gdzie jest Ona
Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego. Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać. Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”
Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.
(Maciej Okoński OP, „52 furtki do nieba”)
***
O Wigilii Zesłania Ducha Świętego.
Czyli po co obchodzić Wigilię Paschalną jeszcze raz?
– Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Peter Kwasniewski. Amerykański filozof i pisarz wyjaśnia, dlaczego Kościół aż do 1955 r. – czyli przez ponad 1000 lat – obchodził Wigilię Zesłania Ducha Świętego w tak uroczysty i rozbudowany sposób.
Wraz z reformami liturgicznymi roku 1955 papież Pius XII zniósł obrzędy Wigilii Zesłania Ducha Świętego, pozostawiając samą Mszę św. z tego dnia. Wcześniej jednak liturgia była o wiele dłuższa. Zawierała połowę (6 z 12) czytań z Wigilii Paschalnej, obrzęd poświęcenia wody chrzcielnej, Litanię do Wszystkich Świętych, a przede wszystkim – Sakrament Chrztu udzielany katechumenom. Było to swego rodzaju powtórzenie Wigilii Paschalnej w nieco skróconej formie, co dr Peter Kwasniewski trafnie nazwał „miniaturą Wigilii Paschalnej”.
– Jeśli Okres Wielkanocny ma być jednym wielkim świętem (…), to jeszcze bardziej uzasadnione staje się zakończenie tego czasu radości ze Zmartwychwstania Chrystusa echem wielkiej Wigilii Paschalnej – niczym otwarcie i zamknięcie wielkich drzwi – zanim otworzy się przed nami kolejny „rozdział” historii zbawienia – mówi dr Kwasniewski. – Tak jak Wigilia Paschalna łączy ciemność Wielkiej Soboty z pełnym światłem Niedzieli Wielkanocnej, tak Wigilia Zesłania Ducha Świętego sprzed 1955 roku głęboko jednoczy tajemnicę Wielkiej Nocy z wylaniem Ducha Świętego – dodaje.
W słynnym „Roku Liturgicznym” francuski liturgista Dom Guéranger OSB pisze:
– Dawniej Wigilia ta była sprawowana w sposób podobny do Wigilii Paschalnej. Wierni udawali się do kościoła wieczorem, aby uczestniczyć w uroczystym udzielaniu chrztu. (…) Zamiast dwunastu Proroctw, które czytano w Noc Wielkanocną, gdy kapłani odprawiali nad katechumenami obrzędy przygotowujące do chrztu, odczytywano tylko sześć; przynajmniej taki był zwyczaj, co sugeruje, że liczba chrzczonych w Zesłanie Ducha Świętego była mniejsza niż w Wielkanoc. Paschał był ponownie wnoszony tej nocy łaski, aby wzbudzić w nowo ochrzczonych szacunek i miłość do Syna Bożego, który stał się człowiekiem, aby być Światłością świata. Obrzędy już wcześniej opisane i wyjaśnione przy okazji Wielkiej Soboty były powtarzane, a Ofiara Mszy Świętej, w której uczestniczyli neofici, rozpoczynała się jeszcze przed świtem.
Z czasem jednak – gdy chrześcijaństwo stawało się coraz powszechniejsze – liczba katechumenów spadała, bowiem Chrzest był udzielany zaraz po narodzinach. W konsekwencji niejednokrotnie nie było katechumenów przyjmujących Chrzest w Noc Pięćdziesiątnicy, lecz mimo to liturgia ta nie straciła swojej tradycyjnej treści.
Dr Peter Kwaśniewski wyjaśnia, że udzielanie Sakramentu Chrztu właśnie w Wigilię Zesłania Ducha Świętego ma podłoże teologiczne. Istnieje bowiem związek między Chrztem, Duchem Świętym i Zmartwychwstaniem Chrystusa, wskazany już przez św. Jana Apostoła w słowach: Trzej bowiem dają świadectwo: Duch, woda i krew, a ci trzej w jedno się łączą (1 J 5,7-8).
– Te tajemnice są nierozdzielne – do tego stopnia, że celebrować chrzest to zjednoczyć człowieka ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa; to obmyć z grzechów i napełnić jego duszę łaską oraz miłością Boga, czyniąc ją mieszkaniem Ducha Świętego. Mówiąc prościej: chrzcić to wzywać Ducha Świętego, a celebrować Jego zstąpienie to albo udzielać chrztu, albo z wdzięcznością wspominać swój własny chrzest wcielający w Chrystusa i dążyć do jego pogłębienia – zwraca uwagę amerykański pisarz i filozof.
Zaś św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6, 3-5).
Związek między tymi trzema tajemnicami – Chrztu, Zmartwychwstania i Ducha Świętego – nadaje szczególny sens udzielaniu Sakramentu Chrztu właśnie w Noc Pięćdziesiątnicy. Dr Kwaśniewski zauważa, że w języku angielskim tradycyjna nazwa tego dnia to Whitsunday, czyli dosłownie „Niedziela biała” albo „Niedziela białych szat” – w nawiązaniu do koloru szat noszonych przez katechumenów.
Pomiędzy obydwiema wigiliami – czyli Wielkanocnej i Zesłania Ducha Świętego – są jednak drobne różnice, a raczej ta druga jest „skróconą” wersją Wigilii Paschalnej. Wtedy nie błogosławi się już ognia ani nie śpiewa Exultetu – bo nie trzeba już ogłaszać Zmartwychwstania Chrystusa. Wciąż jednak błogosławi się wodę chrzcielną i zanurza się w niej Paschał poświęcony w Noc Wielkanocną. Te same czytania są wygłaszane ponownie, choć jest iż już tylko 6, a nie 12. Zachowane są wszystkie śpiewy pomiędzy nimi (czyli Traktusy) oraz Litania do Wszystkich Świętych, a wszystko kulminuje się – tak samo jak w Noc Wielkanocną – w uroczystym Gloria odśpiewanym na początku Mszy, podczas którego po raz pierwszy brzmią organy.
Widać zatem głęboką mądrość starszych pokoleń i liturgistów, którzy w taki sposób ozdobili Paschalne Misterium. Kościół bowiem rozpoczyna okres Wielkanocny od „wielkiej” Wigilii Paschalnej, po czym następuje 50 dni radości wielkanocnej, zwieńczonej Oktawą Zesłania Ducha Świętego – również poprzedzaną przez Wigilię, choć tym razem już nieco uproszczoną. Szkoda, że reformy liturgiczne roku 1955 przetrwała sama Msza Wigilii Pięćdziesiątnicy, a wcześniejsze (ponad tysiącletnie!) obrzędy zostały usunięte. Jest to tym bardziej tragiczne, że drugie co do wielkości święto w roku liturgicznym straciło należny mu dzień przygotowania.
Peter Kwaśniewski/PCh24.pl/źródło: onepeterfive.com/AF
***
W Zesłanie Ducha Świętego możesz pomóc duszom czyśćcowym
godongphoto | Shutterstock
***
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego można w bardzo konkretny sposób pomóc duszom czyśćcowym.
Jutro, 24 maja 2026, przypada uroczystość Zesłania Ducha Świętego, która wiąże się z możliwością uzyskania odpustu zupełnego.
Jak uzyskać odpust zupełny w uroczystość Zesłania Ducha Świętego?
W uroczystość zesłania Ducha Świętego każdy wierny może uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami za siebie lub za jedną osobę w czyśćcu.
Te warunki to: brak grzechu ciężkiego, przyjęcie Komunii Świętej w dany dzień, wyrzeczenie się przywiązania do najmniejszego grzechu i modlitwa w intencjach papieża Leona.
Aby uzyskać ten opust należy odmówić lub odśpiewać hymn „O Stworzycielu Duchu, przyjdź” – „Veni Creator Spiritus”.
Zazwyczaj jest od odmawiany w czasie Eucharystii.
„O Stworzycielu Duchu, przyjdź”
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź, Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg. Niebieską łaskę zesłać racz Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan I najwyższego Boga dar. Tyś namaszczeniem naszych dusz, Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć, Bo moc z prawicy Ojca masz, Przez Boga obiecany nam, Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl, W serca nam miłość świętą wlej I wątłą słabość naszych ciał Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal I Twym pokojem obdarz wraz. Niech w drodze za przewodem Twym Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać, Daj, by i Syn poznany był. I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch, Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi, Synowi, który zmartwychwstał, I Temu, co pociesza nas, Niech hołd wieczystych płynie chwał.
Amen.
Taki sam odpust można uzyskać w uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, czyli w Nowy Rok. Zazwyczaj Msze Święte w ten dzień rozpoczyna się właśnie od hymnu do Ducha Świętego.
7 prostych sposobów, by na co dzień żyć swoim chrztem
Photo by Handout / VATICAN MEDIA / AFP
***
Zbliżamy się do końca okresu wielkanocnego – czasu, w którym Kościół ze szczególną mocą celebruje zmartwychwstanie Chrystusa i nasze odrodzenie w sakramencie chrztu. Choć to Wigilia Paschalna jest momentem uroczystego odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych, to świadomość bycia dzieckiem Bożym powinna nam towarzyszyć każdego dnia.
Chrzest nie jest bowiem tylko jednorazowym wydarzeniem z przeszłości, ale fundamentem naszej tożsamości. Jak w praktyce przypominać sobie o tym, że zostaliśmy włączeni w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa? Oto 7 prostych wskazówek.
1 Świadomy znak krzyża
To jedna z najkrótszych, a zarazem najgłębszych modlitw. Wykonując ten gest, oddajemy nasz umysł, emocje i czyny Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Przez chrzest uczestniczymy w kapłańskiej misji Jezusa – oznacza to, że każda chwila naszej codzienności może stać się duchową ofiarą składaną Bogu. Niech znak krzyża będzie dla ciebie znakiem przynależności.
2 Korzystanie z wody święconej
Warto mieć ją w swoim domu (np. w małym kropielniku przy drzwiach). Znak krzyża wykonany wodą święconą to bezpośrednie nawiązanie do momentu polania głowy nad chrzcielnicą. Woda symbolizuje oczyszczenie i nowe życie. Przypomina, że w Chrystusie „umarliśmy dla grzechu”, by stać się nowym stworzeniem (por. Rz 6, 8).
3 Modlitwa „Chwała Ojcu…”
To najkrótsza doksologia, czyli modlitwa uwielbienia Trójcy Świętej. Jest ona ściśle związana z formułą chrzcielną. Pamiętaj, że „za wielką cenę zostaliście nabyci” (1 Kor 7, 23) i wyrwani z niewoli. Krótkie „Chwała Ojcu” wypowiedziane w ciągu dnia to akt wdzięczności za dar odkupienia.
4 Lektura Słowa Bożego
Chrzest włącza nas w prorocką misję Chrystusa. Prorok to ktoś, kto słucha Boga i niesie Jego słowo światu. Aby żyć zgodnie z Ewangelią, musimy ją najpierw znać. Regularne sięganie po Pismo Święte pozwala poznać naukę Mistrza i – dzięki mocy Ducha Świętego – wcielać ją w czyn.
5 Drobne dobre uczynki
Sakrament ten daje nam również udział w królewskiej misji Chrystusa. W chrześcijaństwie „królować” oznacza jednak „służyć”. Każdy gest życzliwości, drobna pomoc czy uśmiech to realizacja Twojego chrześcijańskiego powołania. W ten sposób upodabniasz się do Chrystusa-Sługi.
6 Błogosławienie innych
To szczególne zadanie dla małżonków i rodziców, ale nie tylko. Każdy ochrzczony jest powołany do tego, by „błogosławić, a nie złorzeczyć” (por. Rz 12, 14b). Możesz to robić dwutorowo: modląc się za osoby, które spotykasz, oraz dostrzegając dobro w otaczającym Cię świecie. Dzielenie się radością to także forma błogosławieństwa.
7 Odważne dzielenie się wiarą
Duch Święty, którego otrzymaliśmy na chrzcie (i który umocnił nas w bierzmowaniu), uzdalnia nas do świadectwa. Nie każdy musi głosić kazania, ale każdy ma swoją przestrzeń: rozmowę z przyjacielem, dyskretną pomoc potrzebującym czy zaangażowanie we wspólnocie parafialnej. Znajdź sposób dopasowany do twojej osobowości – Duch Święty podpowie ci, jak to zrobić.
Kilka dni temu islamista we włoskiej Modenie wjechał w grupę przechodniów. Ranna została również Polka. Jedna z poszkodowanych osób straciła obie nogi. Po ataku natychmiast stwierdzono, jakoby sprawca miał problemy psychiczne. Problem w tym, że wypisywał też agresywnie antychrześcijańskie e-maile…
O tym oczywistym akcie islamskiej przemocy mówił w rozmowie z włoską “Il Giornale” bp Marian Eleganti ze Szwajcarii, emerytowany biskup pomocniczy diecezji Chur.
– Dlaczego chrześcijanie nie dopuszczają się takich aktów terrorystycznych? Najwyraźniej ich religia oferuje znacznie większy potencjał indywidualnej odporności w obliczu demonicznych aktów przemocy, wymierzonych w niewinnych ludzi, którzy nie mają osobistych relacji ze sprawcą. Benedykt XVI miał absolutną rację, diagnozując problem przemocy w islamie. To oczywisty fakt – powiedział.
– Islam jest niezgodny z naszą koncepcją społeczeństwa i państwa, ukształtowaną przez chrześcijaństwo, z naszą koncepcją wolności religijnej i osobistej wolności sumienia. Islam był religią antychrześcijańską od samego początku – dodał hierarcha.
– Wszędzie doprowadził do zaniku lub niemal całkowitego chrześcijaństwa – podkreślił.
– To pozostaje aktualne do dziś. Wielu lewicowców i muzułmanów podziela dziś swoją fundamentalną wrogość wobec chrześcijaństwa; a przynajmniej żaden z nich nie kiwnąłby palcem, by chrześcijaństwo przetrwało w naszych społeczeństwach. Zamiast tego marzą o erze postchrześcijańskiej – zaznaczył hierarcha.
Jak podkreślił, kiedy tylko muzułmanie zdobędą większość, przekonamy się o prawdziwej skali przemocy, do jakiej jest gotowy islam. – Wtedy tak zwani niewierni, czyli niemuzułmanie, nie będą mieć się już dobrze… – ocenił.
PCh24.pl/źródło: Il Giornale/Pach
***
22 maja 2026
„Zawsze szuka kontaktu z Bogiem”. Osobisty sekretarz ujawnia, jaki na co dzień jest Leon XIV
Za murami Watykanu Leon XIV ma jeden niezmienny rytuał. Jego osobisty sekretarz, ks. Edgard Rimaycunaa zdradził, co papież robi każdego dnia, zanim zajmie się sprawami Kościoła.
fot. Agustinos, youtube (printscreen)/Vatican Media
W wywiadzie opublikowanym 18 maja przez Zakon św. Augustyn osobisty sekretarz Leona XIV, pochodzący z Peru ksiądz Edgard Rimaycunaa zdradził szczegóły dotyczące codziennego życia duchowego Ojca Świętego. Przyznał, że papież spędza każdy dzień, skupiając się na modlitwie, milczeniu i poszukiwaniu Boga, nie zapominając przy tym o obowiązkach związanych z kierowaniem Kościołem.
Ks. Rimaycuna opisał papieża Leona jako człowieka, który „żyje zawsze w nieustannej obecności Boga”. Od początku dnia ma ustalone pory modlitwy, w tym Mszę świętą i odmawianie Liturgii Godzin; modlimy się również na różańcu – wyjaśnił.
Dodał również, że papież przez cały dzień „zawsze szuka kontaktu z Bogiem poprzez ciszę i modlitwę przed Najświętszym Sakramentem w kaplicy”. Jego zdaniem na duchowość Leona XIV głęboki wpływ ma myśl św. Augustyna. Ojciec Święty szuka Boga w sobie; rozmawia z Nim, to jest modlitwa – dodał.
„Jest człowiekiem, który stara się budować mosty”
Pochodzący z Peru duchowny zaznaczył, że duchowe doświadczenie Leona XIV znajduje następnie odzwierciedlenie w jego relacjach z ludźmi, z którymi pracuje. Ta bliskość przejawia się w czasie, jaki poświęca każdej osobie, która do niego przychodzi oraz w uwadze, jaką poświęca tym, którzy zwierzają się jemu ze swoich trudności lub trosk. Kiedy ktoś powierza mu konkretną intencję lub troskę, bardzo o tym pamięta – zapewnił.
Ks. Rimaycuna opisał również Leona XIV jako człowieka cierpliwego i rozważnego w sprawowaniu rządów nad Kościołem. Nie jest człowiekiem podejmującym błyskawiczne decyzje. Zawsze myśli, słucha i bierze pod uwagę także poglądy przeciwne – powiedział. Zaznaczył, iż Ojciec Święty stara się unikać konfrontacji i promować jedność. Jest człowiekiem, który stara się budować mosty, dąży do dialogu i zawsze unika konfrontacji – stwierdził.
Pokój: nieustanna troska
Papieski sekretarz zwrócił również uwagę, że jednym z największych źródeł cierpienia Ojca Świętego są obecne wojny. Bardzo cierpi z tego powodu – powiedział, odnosząc się do konfliktów na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Przypomniał, że pierwsze słowa Leona XIV po wyborze na Stolicą Piotrową były wezwaniem do pokoju: „Pokój wam wszystkim”. On zawsze działa na rzecz pokoju; nieustannie wzywa władze do zawieszenia broni – podkreślił.
Ks. Rimaycuna poprosił wiernych o nieustanne modlitwy w intencji Ojca Świętego, biorąc pod uwagę duchowy ciężar, jaki papież niesie, kierując Kościołem powszechnym.
Watykan/Stacja7.pl
***
20 maja 2026
Co znaczy, że liturgia czyni nas Ciałem Chrystusa?
“Liturgia jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie”.
fot. Vatican Media
***
Kontynuując cykl katechez na temat dokumentów II Soboru Watykańskiego papież rozpoczął omawianie Konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium”.
Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!
Rozpoczynamy dziś cykl katechez poświęconych pierwszemu dokumentowi promulgowanemu przez Sobór Watykański II, czyli Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum Concilium (SC).
Opracowując tę konstytucję, Ojcowie soborowi chcieli nie tylko podjąć reformę obrzędów, ale także doprowadzić Kościół do kontemplacji i pogłębienia tej żywej więzi, która go tworzy i jednoczy: misterium Chrystusa. Liturgia bowiem porusza samo serce tego misterium: jest zarówno przestrzenią, czasem, jak i kontekstem, w którym Kościół otrzymuje od Chrystusa swoje życie. W liturgii bowiem „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia” (SC, 2), które czyni z nas wybrane plemię, królewskie kapłaństwo, naród święty, lud, który Bóg nabył sobie na własność (por. 1 P 2, 9).
Jak ukazała potrójna odnowa – biblijna, patrystyczna i liturgiczna – która dokonała się w Kościele w ciągu XX w., Misterium, o którym mowa, nie oznacza jakiejś mrocznej rzeczywistości, lecz zbawczy zamysł Boga, ukryty od wieczności i objawiony w Chrystusie, zgodnie ze słowami św. Pawła (por. Ef 3, 3-6). Oto zatem Misterium chrześcijańskie: wydarzenie paschalne, to znaczy męka, śmierć, zmartwychwstanie i uwielbienie Chrystusa, które właśnie w liturgii zostaje nam uobecnione sakramentalnie, tak że ilekroć uczestniczymy w zgromadzeniu zebranym „w Jego imię” (Mt 18, 20), zostajemy zanurzeni w tym Misterium.
Chrystus – żywe serce misterium Kościoła
Sam Chrystus jest wewnętrzną zasadą misterium Kościoła, świętego Ludu Bożego, zrodzonego z Jego boku przebitego na krzyżu. W świętej liturgii, mocą swojego Ducha, On nadal działa. Uświęca Kościół, swoją Oblubienicę, i włącza go do swojej ofiary składanej Ojcu. Wypełnia swoje absolutnie jedyne kapłaństwo – On, który jest obecny w głoszonym Słowie, w sakramentach, w osobach celebrujących szafarzy, w zgromadzonej wspólnocie oraz – w najwyższym stopniu – w Eucharystii (SC, 7). Tak więc, według św. Augustyna (por. Sermones, 277), sprawując Eucharystię, Kościół „przyjmuje Ciało Pana i staje się tym, co przyjmuje”: staje się Ciałem Chrystusa, „by stanowić mieszkanie Boga przez Ducha” (Ef 2, 22). To jest „dzieło naszego odkupienia”, które upodabnia nas do Chrystusa i umacnia nas w komunii.
W liturgii świętej ta komunia urzeczywistnia się „przez obrzędy i modlitwy” (SC, 48). Rytuały Kościoła wyrażają jego wiarę – zgodnie ze słynnym wyrażeniem lex orandi, lex credendi – i jednocześnie kształtują tożsamość eklezjalną: głoszone Słowo, celebracja sakramentu, gesty, milczenie, przestrzeń – wszystko to ukazuje i nadaje kształt ludowi zgromadzonemu przez Ojca, Ciału Chrystusa, Świątyni Ducha Świętego. Każda celebracja staje się w ten sposób prawdziwą epifanią Kościoła trwającego na modlitwie, jak przypomniał św. Jan Paweł II (List apost. Vicesimus quintus annus, 9).
Liturgia tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich
Jeśli liturgia służy misterium Chrystusa, można zrozumieć, dlaczego została zdefiniowana, że „jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc” (SC, 10). To prawda, że działanie Kościoła nie ogranicza się wyłącznie do liturgii, jednak wszelka jego działalność (przepowiadanie, posługa ubogim, towarzyszenie sprawom ludzkim) zmierza ku temu „szczytowi”. Z drugiej strony liturgia wspiera wiernych, zanurzając ich nieustannie i na nowo w Paschę Pana, a zatem poprzez głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i wspólną modlitwę są oni pokrzepiani, umacniani i odnawiani w swoim zaangażowaniu w wiarę i w swojej misji. Innymi słowy, uczestnictwo wiernych w czynności liturgicznej jest jednocześnie „wewnętrzny” i „zewnętrzny”.
Oznacza to również, że owo uczestnictwo ma konkretnie przenikać całe życie codzienne w dynamice etycznej i duchowej, tak aby celebrowana liturgia przekładała się na życie i domagała się wierności, zdolnej do urzeczywistnienia tego, co zostało przeżyte podczas celebracji: w ten sposób nasze życie staje się „ofiarą, żywą, świętą, Bogu miłą”, realizując naszą „służbę Bożą” (Rz 12, 1).
W ten sposób „liturgia przekształca tych, którzy są wewnątrz Kościoła, w święty przybytek w Panu” (SC, 2) i tworzy wspólnotę otwartą i gościnną dla wszystkich. Jest ona bowiem przeniknięta Duchem Świętym, wprowadza nas ona w życie Chrystusa, czyni nas Jego Ciałem i we wszystkich swoich wymiarach stanowi znak jedności całego rodzaju ludzkiego w Chrystusie. Jak powiedział Papież Franciszek: „Świat jeszcze tego nie wie, ale wszyscy są zaproszeni na ucztę weselną Baranka (Ap 19, 9)” (List apost. Desiderio desideravi, 5).
Najdrożsi, pozwólmy, aby obrzędy, symbole, gesty, a przede wszystkim żywa obecność Chrystusa w liturgii, wewnętrznie nas kształtowały – będziemy mieli jeszcze okazję zgłębić to w kolejnych katechezach.
Katecheza Papieża -Stacja7.pl – KAI
*** Pierwsza encyklika papieża Leona XIV: Sztuczna inteligencja w rocznicę „Rerum Novarum”
Antoine Mekary | ALETEIA
***
Watykańskie źródła donoszą, że 15 maja papież Leon XIV podpisze swoją pierwszą encyklikę.
Papież Leon wkrótce podpisze dokument poświęcony sztucznej inteligencji, pokojowi oraz ładu światowemu co będzie historycznym ukłonem w stronę katolickiej nauki społecznej. Jak podaje niemiecka agencja prasowa KNA, powołując się na „różne źródła watykańskie”, publikacja ma nastąpić już w przyszłym tygodniu. Wybór tej daty nie jest przypadkowy. Dzieło papieża stanie się kontynuacją tradycji encyklik społecznych, które ukształtowały zaangażowanie Kościoła w sprawy współczesnego świata.
Cytat z dokumentu papieża Leona, adhortacji „Dilexi Te”:
***
Dziedzictwo Leona XIII
Precedens ten zapoczątkował papież Leon XIII swoją encykliką „Rerum Novarum”, wydaną 15 maja 1891 roku. Dokument ten był pierwszą systematyczną odpowiedzią Kościoła na wstrząsy rewolucji przemysłowej – poruszał kwestie praw pracowniczych, własności prywatnej oraz moralnych obowiązków zarówno robotników, jak i pracodawców. To właśnie z tego tekstu wyrosła dzisiejsza katolicka nauka społeczna (lub inaczej: nauka społeczna Kościoła).
Nieliczne encykliki społeczne wydane w kolejnych dekadach często ogłaszano właśnie w rocznice dokumentu Leona XIII. W tym roku przypada 135. rocznica tego wydarzenia. Leon XIV od początku dawał do zrozumienia, że jego pontyfikat jest inspirowany postacią Leona XIII i że zamierza pochylić się nad wielkimi zmianami zachodzącymi w naszym świecie – zwłaszcza tymi wywołanymi przez AI. Wydaje się więc, że data 15 maja była mu w pewien sposób pisana.
Historyczne encykliki majowe
W historii Kościoła publikacja encyklik często miały miesce 15 maja:
1931 r. „Quadragesimo Anno”: Dokładnie w 40. rocznicę „Rerum Novarum” papież Pius XI pogłębił myśl swojego poprzednika. Pod wpływem jezuickiego myśliciela Oswalda von Nell-Breuninga sformułował zasadę pomocniczości (subsydiarności) i doprecyzował krytykę socjalizmu, wytykając mu brak poszanowania dla osoby ludzkiej i własności prywatnej.
1961 r. „Mater et Magistra”: Trzy dekady później św. Jan XXIII wydał w tym samym dniu dokument opowiadający się za większym udziałem pracowników w życiu gospodarczym.
Choć inne ważne teksty, jak „Pacem in Terris” (1963) Jana XXIII czy „Populorum Progressio” (1967) Pawła VI, ukazywały się w innych terminach, to papież Jan Paweł II starał się powrócić do „tradycji majowej”.
Encyklika „Laborem Exercens” miała zostać opublikowana 15 maja 1981 roku, jednak plany te pokrzyżował zamach na życie papieża z 13 maja. Ostatecznie dokument ukazał się we wrześniu. Kolejna, „Centesimus Annus” – podsumowująca upadek komunizmu i oferująca wyważoną afirmację gospodarki rynkowej przy jednoczesnym akcentowaniu jej etycznych granic – została wydana w „setną rocznicę” „Rerum Novarum”, 1 maja 1991 roku.
„Magnifica humanitas”
Doniesienia oraz komentarze samego papieża sugerują, że pierwsza encyklika Leona XIV, roboczo zatytułowana „Magnifica humanitas” (Wspaniałe człowieczeństwo), podejmie kwestie o nie mniejszym znaczeniu. Sztuczna inteligencja budzi dziś palące pytania o ludzką sprawczość, pracę i odpowiedzialność. Dodatkową nagłość nadają publikacji kruchość prawa międzynarodowego oraz trwające konflikty zbrojne.
To, co wyróżnia ten moment, to nie tylko tematyka, ale świadome odwołanie do historii. Wybierając datę 15 maja, Leon XIV wysyła sygnał, że nauka społeczna Kościoła nie jest statyczna. Ewoluuje ona w odpowiedzi na nową rzeczywistość, pozostając jednak zakotwiczona w niezmiennych zasadach: godności każdej osoby, prymacie dobra wspólnego oraz moralnych ograniczeniach władzy.
Jeśli te przewidywania się potwierdzą, Leon XIV wpisze się w żywą tradycję, która niezmiennie stara się odpowiadać na najbardziej złożone wyzwania każdej epoki.
prezydent Polski Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą modlił się przy grobie Papieża Polaka
W 106. rocznicę urodzin Jan Paweł II prezydent Karol Nawrocki wraz z małżonką Martą Nawrocką odwiedzili Bazylikę św. Piotra w Watykanie. Przy grobie Papieża Polaka złożono kwiaty i modlono się za ojczyznę. Modlitwie przewodniczył bp Wiesław Lechowicz, biskup polowy Wojska Polskiego.
Wizyta miała miejsce 18 maja, w dniu urodzin Karola Wojtyły. Po modlitwie przy grobie świętego odśpiewano hymn „Boże, coś Polskę”.
Wcześniej przy grobie Papieża Polaka sprawowana była Msza św. w języku polskim, której przewodniczył bp Jan Ozga, ordynariusz diecezji Doumé-Abong’ Mbang w Kamerunie. Homilię wygłosił ks. Paweł Ptasznik, wieloletni współpracownik Jana Pawła II i przewodniczący Watykańskiej Fundacji Jana Pawła II.
– Wielbimy Pana, bo w naszym skomplikowanym świecie dał nam strażnika godności każdego człowieka, strażnika rodziny, strażnika życia i wszystkich niezbywalnych wartości ludzkich i społecznych – mówił ks. Ptasznik, podkreślając, że pontyfikat Jana Pawła II pozostaje ważnym punktem odniesienia także dla kolejnych pokoleń.
Vatican News / Gość Niedzielny
***
„Dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie”
fot. Wikimedia Commons
***
W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.
Odpowiedziami na pytania są wypowiedzi św. Jana Pawła II pochodzące z: List do rodzin Gratissimam Sane, Ojca Świętego Jana Pawła II (2 lutego 1994 r., w Święto Ofiarowania Pańskiego), Homilia w czasie pobytu w Nursji (23 marca 1980 r.), Przemówienia Ojca Świętego na zakończenie koncertów (Rzym, Wadowice) w dniu jego 80-tych urodzin (18 maja 2000 r.)
Jakie myśli towarzyszą Papieżowi w dniu urodzin?
W myślach i modlitwie wracam do Wadowic, mego rodzinnego miasta. Wspominam wpierw mych rodziców i dziękuję Bogu za ich miłość, której owocem jest moje istnienie.
Tyle wydarzeń, tyle doświadczeń, tyle ludzkiej dobroci, tyle łaski Bożej… Jak nie dziękować za to wszystko! Z wdzięcznym sercem staję przed Bogiem i obejmuję myślą wszystkich, którzy od pierwszych chwil, przez ciche świadectwo wiary i godziwego życia, przez serdeczną przyjaźń i codzienną troskę nadawali kształt mojemu człowieczeństwu i kapłaństwu. Wiem, że tak, jak w Wadowicach, tak też w całej Polsce i na świecie jest wielu ludzi, którzy darzą mnie swoją życzliwością. Dziś w sposób szczególny pragnę im za to podziękować.
Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej.
W dniu urodzin, zawsze przychodzą człowiekowi na myśl pytania o sens życia, sens istnienia. Jaki jest ten sens?
Pełną prawdę o sensie życia ludzkiego wyraził św. Paweł, gdy w liście do Filipian pisał: „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie” (Flp 3, 13 – 14). Te słowa napisał Apostoł narodów, nawrócony faryzeusz, dając świadectwo o swoim własnym nawróceniu i swojej wierze. Równocześnie te słowa objawione zawierają prawdę, która wraca do Kościoła i do ludzkości na różnych etapach dziejów: Ku czemu idzie człowiek? Nie można żyć dla przyszłości, nie mając poczucia sensu, który jest większy od doczesności – wyższy od niej. Jeśli społeczeństwa i ludzie naszego kontynentu stracili poczucie tego sensu, muszą go odnaleźć. Czy mogą w tym celu cofnąć się wstecz o piętnaście stuleci?
Nie, cofnąć się wstecz nie mogą. Sens życia muszą odnaleźć w kontekście naszych czasów. Nie inaczej.
FOT. diecezja.pl
Czyli człowiek rodzi się dokładnie w tym momencie i czasie, w którym jest potrzebny, kochany i w którym jego istnienie nie jest przypadkowe…
Człowiek zawsze przychodzi na świat w określonych wymiarach historii; również i Syn Boży stał się Synem Człowieczym w czasie i dał początek nowym czasom, które po Nim nastały.
Pomyślmy: sam Chrystus przyszedł na świat w określonych warunkach – czasu, miejsca, środowiska, sytuacji politycznej itd. – stworzonych przez ten właśnie system.
Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.
Bóg powołuje do życia człowieka, bo ma on swoją bardzo dokładnie określoną rolę w świecie, określone zadanie?
Wiemy, że człowiek rodzi się na świat dzięki swoim rodzicom. Wyznajemy, że przychodząc na świat z ziemskich rodziców, którzy są jego ojcem i matką, rodzi się zarazem do łaski Chrztu, aby zanurzając się w śmierci Chrystusa ukrzyżowanego otrzymać uczestnictwo w tym życiu, jakie On objawił swoim zmartwychwstaniem. Przez łaskę otrzymaną na Chrzcie człowiek uczestniczy w odwiecznych narodzinach Syna z Ojca Przedwiecznego, staje się bowiem Synem z Bożego przybrania: synem z Syna.
Gdy z małżeńskiej jedności dwojga rodzi się nowy człowiek, to przynosi on z sobą na świat szczególny obraz i podobieństwo Boga samego: w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby.
To dość proste, rodzimy się po, by naśladując Jezusa spełnić swoją rolę w świecie. Rodzimy się jako „synowie i córki Boga”, nasza rola jest więc ogromna.
Jeśli mówimy, że małżonkowie jako rodzice są współpracownikami Boga-Stwórcy w poczęciu i zrodzeniu nowego człowieka, to sformułowaniem tym nie wskazujemy tylko na prawa biologii, ale na to, że w ludzkim rodzicielstwie Bóg sam jest obecny – obecny w inny jeszcze sposób niż to ma miejsce w każdym innym rodzeniu w świecie widzialnym, „na ziemi”. Przecież od Niego tylko może pochodzić „obraz i podobieństwo”, które jest właściwe istocie ludzkiej, tak jak przy stworzeniu. Rodzenie jest kontynuacją stworzenia.
Tak więc wraz z poczęciem nowego człowieka, wraz z jego urodzeniem, rodzice stają prawdziwie wobec „wielkiej tajemnicy” (por. Ef 5,32). Nowa ludzka istota jest – tak jak oni sami – powołana do istnienia osobowego, jest powołana do życia „w prawdzie i miłości”. Powołanie zaś otwiera się nie tylko na całą doczesność.
Rodzice tak bardzo czekają na narodziny swojego dziecka, ale jeszcze bardziej na te narodziny czeka Bóg. Czy Jego radość jest większa?
Człowiek jest „jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego”. Geneza człowieka – to nie tylko prawa biologii, to równocześnie stwórcza wola Boga. Należy ona do genealogii każdego z synów i córek ludzkich rodzin. Bóg „chciał” człowieka od początku – i Bóg go „chce” w każdym ludzkim poczęciu i narodzeniu. Bóg „chce” człowieka jako istoty do siebie podobnej, jako osoby. Człowiek ten – każdy człowiek – jest stworzony przez Boga „dla niego samego”. Odnosi się to do każdego człowieka, do wszystkich, również do tych, którzy przychodzą na świat z jakimś głębokim schorzeniem lub niedorozwojem. W osobową konstytucję każdego i wszystkich wpisana jest wola Boga, który chce, aby człowiek posiadał celowość jemu tylko właściwą. Bóg daje człowieka rodzinie i społeczeństwu. Rodzice, stając wobec nowej ludzkiej istoty, mają lub winni mieć pełną świadomość tego, że Bóg „chce” tego człowieka „dla niego samego”.
domena publiczna/wikipedia
Rodzice muszą więc mieć świadomość, że dziecko nie jest tylko ich?
Małżonkowie chcą dzieci dla siebie. Widzą w nich zwieńczenie swej wzajemnej miłości. Chcą ich też dla rodziny, jako drogocennego daru. Trzeba, ażeby w to chcenie Boga włączało się ludzkie chcenie rodziców: aby oni chcieli nowego człowieka, tak jak go chce Stwórca. Ludzkie chcenie zawsze poddane jest prawu czasu, prawu przemijania. Boże — jest odwieczne. „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię — mówi prorok Jeremiasz — nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię” (Jr 1,5). Genealogia osoby jest naprzód związana z wiecznością Boga, a potem dopiero z momentem ludzkiego rodzicielstwa. Już w samym poczęciu człowiek jest powołany do wieczności w Bogu.
Jaką rolę mają spełnić rodzice w tym planie Bożym, by dziecka „nie popsuć”?
Dobrem wspólnym małżonków jest miłość, wierność i uczciwość małżeńska oraz trwałość ich związku „aż do śmierci”. To dobro obojga jest równocześnie dobrem każdego z nich. Ma z kolei stać się dobrem ich dzieci. Należy do istoty dobra wspólnego, że łącząc poszczególnych ludzi, stanowi zarazem prawdziwe dobro każdego.
Jeżeli słowa przysięgi wyrażają to, co jest dobrem wspólnym małżonków, to równocześnie wskazują one też na to, co ma być dobrem wspólnym przyszłej rodziny. Aby to uwydatnić, Kościół pyta, czy są gotowi przyjąć i po chrześcijańsku wychować dzieci, którymi Bóg ich obdarzy. Pytanie to odnosi się do dobra wspólnego przyszłej rodziny. Dodatkowe pytanie o potomstwo i wychowanie pozostaje w ścisłej łączności ze ślubowaniem miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej oraz dozgonności ich związku. Przyjęcie i wychowanie potomstwa — dwa spośród podstawowych celów rodziny — są uwarunkowane wypełnieniem tego ślubu. Rodzicielstwo jest zadaniem natury duchowej — nie tylko fizycznej. Przebiega przez nie zawsze genealogia w Bogu i która do Boga także ma prowadzić.
Dlatego tak ważne jest to, by rodzice wychowywali, kształtowali swoje dzieci razem z Bogiem, pamiętając, że one należą do Niego?
Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny.
„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” (Ps 8,5) — pyta Psalmista. Trzeba, aby każdy człowiek był w rodzinie „omadlany” na miarę dobra, jakie stanowi — na miarę dobra, jakim jest dla niego rodzina i on dla rodziny.
W modlitwie rodzina odnajduje się jako pierwsze „my”, w którym każdy jest „ja” i „ty”. Tym są dla siebie wzajemnie: mężem lub żoną, ojcem lub matką, synem lub córką, bratem lub siostrą, dziadkiem lub wnukiem.
To nowe „ty” jest takie kruche i często „my” rodzice nie mamy świadomości jaką odpowiedzialność powierzył nam Pan Bóg. Jak nauczyć się tej świadomości?
Małżonkowie dają życie własnemu dziecku. Jest to nowe ludzkie „ty”, które pojawia się w orbicie ich rodzicielskiego „my”. Istota, do której mówić będą nowym imieniem: „nasz syn… nasza córka…”. „Urodziłam człowieka za sprawą Boga” (por. Rdz 4,1) — mówi pierwsza rodząca kobieta w Księdze Rodzaju: biblijna Ewa. Jest to człowiek naprzód oczekiwany przez dziewięć miesięcy, potem „objawiony” rodzicom i rodzeństwu. Cały ten proces — poczęcia, rozwoju w łonie matki, wreszcie zrodzenia, wydania na świat — służy do stworzenia stosownej jakby przestrzeni, aby ten nowy człowiek mógł się objawić jako „dar”. Albowiem również on — ten nowy człowiek — jest od początku takim właśnie darem. Jakże inaczej można określić tę istotę kruchą i bezbronną, która całkowicie jest zależna od swych ludzkich rodziców, całkowicie im zawierzona? Nowo narodzony człowiek oddaje siebie rodzicom przez sam fakt swojego zaistnienia. Istnienie — życie — jest pierwszym darem Stwórcy dla stworzenia.
Dziecko to dar, ale przecież i nowe obowiązki, problemy, zadania, strach, odpowiedzialność. Chyba coraz łatwiej przychodzi nam rezygnowanie z tego daru. Co zrobić, by widzieć w narodzinach dziecka więcej łaski niż obowiązków?
To, że narodził się człowiek, wydaje się zwykłym faktem statystycznym, który rejestruje się jak tyle innych faktów. Przelicza się ten fakt w cyfrach i bilansach demograficznych. Z pewnością dziecko oznacza dla rodziców nowy trud, nowy zasób potrzeb i kosztów. Stąd też pokusa, ażeby go nie było. Pokusa bardzo mocna w niektórych środowiskach społecznych i kulturowych. Czy więc nie jest ono darem? Czy tylko przychodzi zabierać, nie dawać? Te pytania to myśli natrętne, od których z trudem wyzwala się współczesny człowiek. Dziecko przychodzi zająć miejsce, którego i tak coraz mniej jest na świecie. Czy jednak naprawdę niczego nie wnosi do rodziny i społeczeństwa? Czyż nie jest „cząstką” tego wspólnego dobra, bez którego ludzkie wspólnoty rozpadają się i umierają? Trudno temu zaprzeczyć. Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców. Nie mogą nie odczuć jego obecności, jego uczestnictwa w ich życiu, tego, co wnosi do dobra wspólnego małżeństwa i wspólnoty rodzinnej. Poprzez wszystkie meandry ludzkiej psychologii prawda ta pozostaje oczywista w swej prostocie oraz w swej głębi. Człowiek jest dobrem wspólnym każdej ludzkiej społeczności.
I wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i mamy boską naturę? Taki jest największy sens naszego bytu?
Jest rzeczą ogromnie znamienną, iż zwięzła historia dziecięctwa Pana Jezusa mówi prawie równocześnie o Jego narodzeniu i o zagrożeniu, któremu musi zaraz stawić czoło. Ten fakt, że Jezus jako rodzące się Dziecko został prawie od pierwszego dnia postawiony w obliczu zagrożenia swojego życia, ma wymowę profetyczną. Już jako Dziecię jest „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”.
W Ewangelii dziecięctwa zwiastowanie życia, które w sposób przedziwny spełnia się w narodzeniu Odkupiciela, zostaje wyraźnie przeciwstawione zagrożeniu życia. Zwiastowanie życia odnosi się do tajemnicy Wcielenia Słowa, odnosi się więc do całej rzeczywistości Bosko-ludzkiej Chrystusa. „Słowo stało się ciałem” (J 1,14), Bóg stał się człowiekiem. Do tej tajemnicy tak często odwoływali się Ojcowie Kościoła: „Bóg stał się człowiekiem, abyśmy zostali przebóstwieni”. Ta prawda wiary jest równocześnie prawdą ludzkiego bytu.
Dziś rocznica urodzin Karola Wojtyły. “Miłość moich najbliższych dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy”
Wydarzenia, jakich Karol Wojtyła doświadczył w dzieciństwie, są praktyczną lekcją jak z trudnych sytuacji wyjść silniejszym. W rocznicę urodzin Karola Wojtyły warto wrócić do tej niezwykłej lekcji miłości w rodzinie.
fot. Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach
***
Heroiczna decyzja Emilii i Karola Wojtyłów
Niewiele brakowało, a Karol Wojtyła by się nie urodził. Z zapisków wadowickiego historyka Michała Siwica-Cielebona dowiadujemy się o trudnej decyzji, przed którą stanęli Emilia i Karol Wojtyłowie: “Jeśli niemowlę przeżyje – ona umrze. Aby więc ratować siebie, Emilia powinna dokonać aborcji”.
Mimo bardzo poważnego zagrożenia ciąży, życia matki i życia dziecka, Emilia nie zgodziła się na zalecaną przez lekarza aborcję i urodziła w 1920 roku syna, który później został papieżem. Oczywiście, była to decyzja nie tylko Emilii, tylko obojga małżonków. Wypływała z ich systemu wartości, także z głębokiej wiary, co także potwierdzali mieszkańcy Wadowic, którzy znali Wojtyłów. Nie ulega też wątpliwości, że była to decyzja heroiczna – mówi Milena Kindziuk, autorka książki „Emilia i Karol Wojtyłowie. Rodzice św. Jana Pawła II” w rozmowie ze Stacją7.
Kiedy zbierałam materiały do biografii Wojtyłów, dotarłam do relacji o tym, że Karol o uratowanie żony i życia poczętego dziecka poprosił żydowskiego lekarza, który przyjmował na terenie koszar, doktora Samuela Tauba. To on wyraził zgodę na poprowadzenie ciąży Wojtyłowej, chociaż potwierdził, że istnieje ryzyko powikłań przy porodzie, ze śmiercią Emilii włącznie. Nie proponował jednak aborcji. Zastrzegł jedynie, że podejmie się ryzyka na wyraźną prośbę obojga małżonków oraz na ich odpowiedzialność.
Dlaczego otrzymał imię Karol?
Karol Wojtyła przyszedł na świat 18 maja 1920 r. Nieco ponad miesiąc później, 20 czerwca 1920 roku rodzice zanieśli synka do kościoła pw. Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie został ochrzczony, otrzymując imiona: Karol Józef. W Księdze Chrztów z 1920 roku zapisano w języku łacińskim: „Karol Józef Wojtyła, syn Karola i Emilii Kaczorowskiej, ur. 18 maja 1920 r.; ochrzczony 20 czerwca 1920 r. Rodzice chrzestni: Józef Kuczmierczyk i Maria Wiadrowska. Ochrzcił Franciszek Żak, kapelan wojskowy”.
Już jako papież, Jan Paweł II wielokrotnie odnosił się do tego dnia, wyjaśniając dlaczego rodzice nadali mu właśnie takie imię. „A czy wiecie, dlaczego na chrzcie otrzymałem imię Karol? Dlatego, że mój ojciec żywił ogromny podziw dla cesarza Karola I, którego był żołnierzem” – wyjaśniał.
„Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki”
Mały Karol, zwany przez najbliższych Lolkiem, od dzieciństwa doświadczał czułej opieki i miłości najbliższych. We wspomnieniach znajomych zachował się obraz Emilii Wojtyłowej, która z przekonaniem często mówiła: „Zobaczycie, mój Lolek będzie kiedyś wielkim człowiekiem”.
Emilia, zgodnie z prognozami lekarzy, nie podźwignęła się po porodzie. Czuła się coraz gorzej, a choroba postępowała. W maju 1929 r. Karol – junior miał przystąpić do I Komunii św. Stan zdrowia jego matki znacznie się pogorszył i zmarła 13 kwietnia 1929 r., po przyjęciu ostatnich sakramentów w obecności czuwającego przy łożu męża.
Matka zdążyła nauczyć go znaku krzyża i pierwszej modlitwy. „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki, która – składając małe dziecięce dłonie do pacierza – pokazywała, jak kreśli się krzyż – znak Chrystusa, który jest Synem Boga żywego” – wspominał po latach Jan Paweł II.
Edmund – niezawodny brat i przyjaciel
Niezawodnym przyjacielem dziecięcych lat Karola był jego starszy brat Edmund. Miał czternaście lat, gdy w 1920 roku urodził się jego młodszy brat, Karol. Cztery lata wcześniej tuż po urodzeniu zmarła jego siostra Olga. Edmund często samodzielnie opiekował się bratem, pomagał też matce w znoszeniu wózka z pierwszego piętra domu przy ulicy Kościelnej 7, gdzie wynajmowali mieszkanie.
Ze wspomnień Janiny Urbanówny dowiadujemy się, że po śmierci matki, Edmund Wojtyła czuł powinność opieki nad swoim młodszym bratem Karolem. Edmund kochał bardzo swego brata Karola, co jest zrozumiałe. Gdy jednak zmarła matka, poczuwał się do wzięcia jej roli na siebie. Na każdej wycieczce dużo opowiadał o Lolku. Chwalił jego zdolności. Cieszył się jego sukcesami w nauce początkowej. Miał tylko pretensje do ojca, że wymaga od Lolka świadectw z samymi piątkami. (…)
Jego poczucie odpowiedzialności za brata niezwykle dosadnie obrazuje historia, która dotyczyła wędrówki na tatrzański szczyt. W ostatnie jego wakacje, tj. w r. 1932 wędrowaliśmy po Tatrach. Celem wycieczki był Gerlach. Ponieważ spadł w nocy śnieg i skały były oblodzone, Edmund zawahał się i odradził dalszą wędrówkę mówiąc: „Nie mogę ryzykować życiem. Mam brata, którym muszę się opiekować. Jestem mu potrzebny”.
Życie, w które Edmund dopiero co wkraczał, przerwane zostaje nagle pod koniec 1932 roku. Po zaledwie półtora roku pracy zaraził się od młodej pacjentki szkarlatyną. Choroba zabrała go w ciągu kilku dni. Edmund umarł w niedzielny wieczór 4 grudnia 1932 roku. W wieku dwunastu lat Karol pozostał sam z ojcem, który starał się wychować syna na dobrego człowieka. W kształtowaniu charakteru Karola wspierały go trzy ważne miejsca: kościół, szkoła i teatr.
Wielka lekcja duchowa od ojca
Danuta Pukło, koleżanka małego Karola wspomina ich rodzinny dom po śmierci Emilii i Edmunda, mówiąc o relacji ojca do syna: „Zabierał go codziennie na wczesną Mszę świętą. Żeby się nie spóźnić pomagał mu nawet sznurować buty. Gdy Karol miał narysować konia, pan Wojtyła najpierw zrobił mu wykład na temat anatomicznej budowy tego zwierzęcia (…). Ojciec Karola nie rozpaczał, kiedy został sam, nie użalał się nad sobą. Z żelazną konsekwencją wykonywał swoje ojcowskie, rodzicielskie obowiązki. Wychował synów swoją postawą uczciwego, mądrego, szlachetnego człowieka, ucząc miłości i stawiania sobie wysokich wymagań”.
Pan Karol po stracie 45-letniej żony Emilii właściwie zastępował synkowi matkę, był dla niego troskliwym opiekunem, wspaniałym wychowawcą, wiernym towarzyszem spacerów i wycieczek turystycznych. Doskonale się zgadzali i wzajemnie rozumieli – wspominał Eugeniusz Mróz, sąsiad i szkolny kolega małego Karola.
Jednak ojciec, przy pełnym poświęceniu i troskliwości, nie rozpieszczał syna, wymagał od niego porządku, wpajał poczucie obowiązkowości, systematycznej nauki. Sądzę, że ogromną rolę odegrał jego ojciec w ukształtowaniu prawego charakteru Lolka, jego wielkiej osobowości, mocnej postawy moralnej, w osiągnięciu wspaniałych wyników w nauce. Ten człowiek poświęcił synowi wszystkie swe siły, na pewno nie było łatwo samotnie wychować syna. Postawa tego skromnego, dzielnego ojca była wzorem szlachetności i obowiązkowości, wzorem również dla nas – kolegów jego syna”.
Gdy przyszły papież miał 12 lat, usłyszał od ojca pamiętne słowa: „Nie jesteś dobrym ministrantem! Nie modlisz się wystarczająco do Ducha Świętego. Musisz się do niego modlić”. Karol Wojtyła nauczył wówczas syna tej modlitwy. Papież wspominał po latach: „To była dla mnie wielka lekcja duchowa, trwalsza i mocniejsza niż wszystkie, jakie potem miałem dzięki wielu lekturom i studiom. To w jakimś sensie jemu zawdzięczam napisanie encykliki do Ducha Świętego”.
„Po synowsku całuję próg domu rodzinnego, wyrażając wdzięczność Opatrzności Bożej za dar życia przekazany mi przez moich Rodziców, za ciepło rodzinnego gniazda, za miłość moich najbliższych, która dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy, nawet wtedy, gdy przychodziło zetknąć się z doświadczeniem śmierci i trudami codziennego życia w niespokojnych czasach” – mówił Jan Paweł II w Wadowicach 16 czerwca 1999 roku.
18 maja 1944 roku żołnierze 2 Korpusu Polskiego pod dowództwem generała Władysława Andersa zdobyli ruiny klasztoru benedyktynów na Monte Cassino. Zwycięskie natarcie Polaków zakończyło wielomiesięczne nieudane próby zdobycia wzgórza przez wojska alianckie.
Bitwa o Monte Cassino
Walka o zdobycie Monte Cassino rozpoczęła się w styczniu 1944 r. Brali w niej udział żołnierze dziesięciu narodowości z pięciu kontynentów. Bezskutecznie – do czasu ostatniej i tym razem zwycięskiej ofensywy, przeprowadzonej w maju 1944 roku przez polskich żołnierzy.
Natarcie 2 Korpusu Polskiego na wyznaczone cele rozpoczęło się 11 maja 1944 roku o godz. 23.00 przygotowaniem artyleryjskim. 12 maja do ataku ruszyła 3 Dywizja Strzelców Karpackich oraz 5 Kresowa Dywizja Piechoty. Pierwsze natarcie zakończyło się niepowodzeniem. Dopiero drugi atak, rozpoczęty 17 maja i kontynuowany następnego dnia, przyniósł sukces w postaci opanowania kluczowych celów: wzgórza „593”, Widma oraz San Angelo. Po przełamaniu niemieckich pozycji w rejonie Monte Cassino wydzielone oddziały 2 Korpusu Polskiego kontynuowały natarcie na Piedimonte san Germano, zakończone wyparciem Niemców z pozycji obronnych 25 maja 1944 roku.
Zwycięstwo w bitwie o Monte Cassino zostało okupione olbrzymimi stratami – w walkach zginęło ponad 1 000 żołnierzy, a ok. 3 000 odniosło rany. Poległych pochowano u stóp wzgórz Monte Cassino, na Polskim Cmentarzu Wojennym, gdzie później spoczął także gen. Władysław Anders.
Upamiętnienie polskich żołnierzy
Polski Cmentarz Wojenny znajduje się w tzw. Dolinie Śmierci – rejonie najcięższych walk 3 Dywizji Strzelców Karpackich, które miały miejsce między Monte Cassino a wzgórzem „593”. Został zbudowany w latach 1944-1945 przez żołnierzy-uczestników bitwy. Autorami projektu nekropolii byli architekci – Wacław Hryniewicz i Jerzy Skolimowski. Prace rzeźbiarskie wykonał Michał Paszyn oraz włoski artysta prof. Duilio Cambellotti. Otwarcie cmentarza nastąpiło w 6. rocznicę wybuchu II wojny światowej – 1 września 1945 roku.
***
Bp Lechowicz na Monte Casino:
Dzisiaj wszyscy ubolewają nad podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów.
– Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami, ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny – mówił bp Wiesław Lechowicz podczas Mszy św. polowej sprawowanej 18 maja na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino w 82. rocznicę bitwy. Po zakończeniu Mszy św. na Monte Cassino odbył się apel pamięci. W uroczystościach wziął udział prezydent Karol Nawrocki z małżonką.
Ordynariusz polowy WP bp Wiesław Lechowicz podczas polowej Mszy świętej na Polskim Cmentarzu Wojennym pod Monte Cassino
W homilii biskup polowy nawiązał do wizyty św. Jana Pawła II na Monte Cassino w 1979 r. i przytoczył jego słowa:
Wiele razy chodziłem po tym cmentarzu. Czytałem wypisane na grobach napisy (…) Te napisy (…) nie przestają wołać (…) tak, jak wołały serca walczących tu żołnierzy: Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki….
Ordynariusz wojskowy podkreślił, że z „przejmującego głosu” mogił płynie najważniejsza lekcja.
Z napisów nagrobnych wynika, że żołnierze gen. Andersa różnili się wiekiem, pochodzeniem, wyznawaną wiarą. Tym, co ich łączyło była tęsknota za wolną Polską. Ona ich przyprowadziła tutaj. Dla niej, czyli dla miłości Ojczyzny, bo tęsknota bierze się z miłości, byli gotowi ofiarować swoje zazwyczaj młode życie.
– wskazywał bp Lechowicz. Dodał, że
jesteśmy im wdzięczni za to, że my nie musimy tak tęsknić, ale nie możemy nie troszczyć się o wolność z podobną determinacją jak oni.
Bp Lechowicz mówił też o wymiarze jedności i odpowiedzialności, odczytywanym dzisiaj w świetle świadectwa spod Monte Cassino. Jak podkreślił, przykład żołnierzy gen. Andersa „pokazuje nam jak to czynić: mimo różnic być zjednoczonymi w wysiłkach na rzecz tego, co nazywamy polską racją stanu”.
Dzisiaj wszyscy ubolewają nad niszczącymi odporność społeczną i bezpieczeństwo Polski podziałami. Ale brakuje konkretnych czynów. Monte Cassino woła o takie czyny, które mają na celu dobro wspólne naszej Ojczyzny!
– podkreślił.
Biskup zatrzymał się też przy pytaniu o sens ofiary, przypominając, że wielu poległych pochodziło z Kresów wschodnich Rzeczpospolitej, które po wojnie miały znaleźć się poza granicami Ojczyzny.
Polscy żołnierze spod Monte Cassino nie wiedząc o tym, walczyli o Polskę, której w dotychczasowym kształcie już nie było. Można by postawić pytanie: jaki sens miała ich walka i śmierć? Oczami wiary inaczej się widzi. Oczy wiary dostrzegają sens tam, gdzie inni nie widzą sensu. Wiara podpowiada nam, że każda ofiara podjęta w imię dobra nie ulega przedawnieniu, zmarnowaniu, zniszczeniu.
– powiedział. Dodał, że ofiara naszych żołnierzy też nie poszła na marne, ale niczym ziarno wrzucone w ziemię przyniosła i przynosi owoce.
Nawiązując do Ewangelii dnia, bp Lechowicz wskazał trzy zdania Jezusa jako „filary” postawy zwycięzców. Przypomniał, że „Słowo Jezusa to pierwszy filar, na którym możemy oprzeć nasze życie, jeśli chcemy należeć do grona zwycięzców”, bo „słowo Boga, przeciwnie, nigdy nie zawodzi”. Drugi filar odczytał w słowach: „nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną”, podkreślając, że skoro Chrystus „nigdy nie był sam, nawet na krzyżu, to również i my nigdy nie jesteśmy sami”. Trzecią perspektywę nadziei i otuchy biskup wyraził cytatem: „Jam zwyciężył świat” – wskazując, że „zwycięstwo należy do tych, którzy wzorem Jezusa podążają drogą prawdy, wolności, sprawiedliwości, miłości i pokoju”.
Wsłuchujmy się więc uważnie w głos, który dzisiaj dociera do naszych uszu, umysłów i serc – z tego cmentarza, z tych grobów i Ewangelii. Po to między innymi tu przybyliśmy.
– powiedział.
Na Monte Cassino przybyli ostatni żyjący żołnierze 2. Korpusu, których pobyt zorganizował Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Obecna jest Para Prezydencka Karol i Marta Nawroccy. We Mszy św. uczestniczyli m.in. Lech Parell, szef UdSKiOR, Jan Józef Kasprzyk, doradca prezydenta RP, liczne delegacje z Polski i Włoch.
Eucharystię koncelebrowali kapelani Ordynariatu Polowego, miejscowi księża oraz duchowni z Polski pracujący we Włoszech. Obecny jest opat Monte Cassino o. Antonio Luca Fallica OSB.
Po Mszy św. rozpoczął się apel pamięci z udziałem prezydenta Karola Nawrockiego oraz ceremonia złożenia kwiatów.
Tygodnik Niedziela/Kai
***
Zdobycie masywu Monte Cassino wraz ze znajdującym się na szczycie wzgórza opactwem benedyktynów w maju 1944 r. przez żołnierzy 2. Korpusu Polskiego pozwoliło przełamać niemieckie umocnienia obronne, zwane linią Gustawa i otworzyć aliantom drogę do Rzymu. Zwiększyło też zasięg samolotów alianckich, startujących z Półwyspu Apenińskiego. Podczas walk zginęło 923 żołnierzy polskich, niemal 3000 zostało rannych, a 345 uznano za zaginionych.
Na przełomie lat 1944-1945 decyzją gen. Władysława Andersa w miejscu bitwy powstał Polski Cmentarz Wojenny, na którym spoczęło ponad tysiąc polskich żołnierzy. W jego centralnym punkcie znajduje się grób dowódcy 2. Korpusu Polskiego, który zmarł w 1970 r. w Londynie. 40 lat później obok gen. Andersa spoczęła także jego żona Irena.
W 1965 r. na Monte Cassino przeniesiono także ciało abp. Józefa Feliksa Gawliny, biskupa polowego w latach 1933-1947, a po wojnie protektora Polaków mieszkających poza Ojczyzną. Abp Gawlina był obecny w czasie walk o Monte Cassino, pełnił posługę sanitariusza i kapelana liniowego w czasie bitwy. Oprócz niego posługę źródła wymieniają także o. mjr. Innocentego Bocheńskiego OP, ks. kpt. Szczepana Gąsiora, ks. Bonifacego Sławika, ks. mjr. Stanisława Piotra Targosza, ks. kpt. Adama Studzińskiego OP, ks. rtm. Jana Malinowskiego i ks. kpt. Stanisława Cynara. Na kilka dni przed decydującą fazą bitwy, w rejonie punktu opatrunkowego zginął o. kpt. Augustyn Huczyński.
***
Na cmentarzu wypisane są między innymi takie słowa:
PRZECHODNIU POWIEDZ WSZYSTKIM,
ŻE POLEGLIŚMY Z HONOREM
DUCHA ODDALIŚMY BOGU
SERCA POLSCE,
CIAŁO ZIEMI WŁOSKIEJ
***
BłogosławionaMatka Speranza na Monte Cassino
Z Matką Speranzą i Polską wiąże się jeszcze jedna niezwykła historia. Przyszła błogosławiona w 1951 r. odwiedziła Monte Cassino. Obdarzona niezwykłą empatią zakonnica tak wzruszyła się historią polskich żołnierzy, że nad ich grobami prosiła Boga, by dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był towarzyszący zakonnicy w podróży o. Alfredo, który następnie tak zaświadczył:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
Błogosławiona Matka Speranza – jest jedną z największych mistyczek XX wieku bardzo związana z Polską
Czy Matka Speranza, mało znana w Polsce hiszpańska mistyczka,przewidziała wybór Karola Wojtyły na papieża? Czy 13 maja 1981 r. pomogła ocalić Jana Pawła II? Czy to ona przyczyniła się do wyniesienia na ołtarze s. Faustyny Kowalskiej? Czy wyprosiła dla poległych pod Monte Cassino polskich żołnierzy łaskę nieba? Wreszcie czy to prawda, że ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji , stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi?
Na te intrygujące pytania twierdząco– bez cienia wahania – odpowiada biograf bł. Speranzy José María Zavala. Jeśli ma rację, to zapewne już wkrótce możemy się spodziewać wybuchu zainteresowania życiem tej wyjątkowej mistyczki, a ona ma szansę dołączyć do grona ulubionych przez Polaków świętych. Tak było choćby ze św. Ritą czy ostatnio z czekającym jeszcze na wyniesienie na ołtarze o. Dolindo. Może się tak stać tym bardziej,że sensacyjna książka Zavali opisująca dogłębnie życie Matki Speranzy właśnie ukazała się w Polsce.
Dary mistyczne
Matka Speranza pochodziła z Hiszpanii, ale większość życia spędziła we Włoszech.Dziełem jej życia był ogłoszenie orędzia Bożego Miłosierdzia. Założyła Zgromadzenia Sióstr i Synów Miłości Miłosiernej oraz doprowadziła do powstania sanktuarium Miłości Miłosiernej w Collevalenzie. Ale tym, co czyni ją wyjątkową,są liczne dary mistyczne, które otrzymała od Boga. Dość powiedzieć,że przyjaźniła się ze św. Ojcem Pio, tyle że ich spotkania odbywały się… dzięki darowi bilokacji obydwojga mistyków.„Książka o Matce Speranzie była dla mnie wielkim odkryciem– mówi „Dobrym Nowinom” José María Zavala. – To pokrewna dusza Ojca Pio, która tak jak on miała stygmaty, rany Chrystusa na dłoniach, stopach i w boku; rozmnażała jedzenie, wykarmiając każdego dnia ponad 3 tys. osób kawałkiem chleba w czasie drugiej wojny światowej w Rzymie we Włoszech. To mistyczka, której w wieku trzynastu lat objawiła się św. Teresa z Lisieux i która czytała w duszy Jacqueline Kennedy,wdowy po J.F. Kennedym.Przyjechała do Collevalenzy na północy Rzymu, gdzie stworzyła wspaniałe sanktuarium Miłości Miłosiernej i odkryła cudowne źródełko, dzięki czemu miejsce to zostało nazwane „włoskim Lourdes”.Doszło tam do licznych uzdrowień i nawróceń, a pośród nich także do cudu, który przyczynił się do beatyfikacji Matki Sperazy w 2014 r.”.
Przełom w procesie s. Faustyny
Wierni w Polsce zapewne nie zdają sobie sprawy, jak wiele łączyło bł. Speranzę z naszą Ojczyzną. W 1964 r. doszło do spotkania hiszpańskiej mistyczki z Karolem Wojtyłą. Był to czas,gdy biskup z Krakowa zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego tej krakowskiej zakonnicy. Ale Matka Speranza, dzięki mistycznym darom, wiedziała więcej. Wskazała przyszłemu papieżowi,by jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka,sugerując, że wkradły się tam błędy. Biskup Wojtyła skorzystał z rad. Jak się okazało, był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny. Zavala, który jest także biografem św. Ojca Pio, a nawet wyreżyserował popularny również w polskich kinach film Tajemnica Ojca Pio, twierdzi, że do Matki Speranzy po radę skierował Karola Wojtyłę sam stygmatyk z Pietrelciny. Kilka miesięcy po spotkaniu z krakowskim biskupem zakonnica wyraziła przekonanie,że wróci on kiedyś do Collevalenzy jako… papież.U Matki Speranzy bywał też kard. Stefan Wyszyński. W 1963 r.ofiarował jej obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, który już na zawsze zawisł na ścianie jej celi.
Zamach i ofiara krwi
Los polskiego papieża szczególnie leżał na sercu Matce Speranzie. 13 maja 1981 r. już o drugiej w nocy mistyczka doznała potężnego ataku bólu połączonego z silnym krwotokiem.„Siostry zdecydowały się zadzwonić po jej osobistego lekarza Tomaso Bacarellego, który,kiedy przyjechał, złapał się na głowę – relacjonuje dramatyczne wydarzenia tamtego dnia Maria Isabel Matarazzo, dokumentalistka życia błogosławionej. – Obok Matki Speranzy leżało pięć ręczników nasiąkniętych krwią. Zakonnica była bardzo blada. Lekarz powiedział,że należy natychmiast przeprowadzić transfuzję krwi,Odkrywamy postać jednej z największych mistyczek XX w.Bł. Matka Speranza aby uniknąć śmierci. Kiedy jednak zaczęto badać krew, okazało się,że poziom czerwonych krwinek był absolutnie w normie. Jedyną pewną rzeczą było to, że Matka Speranza nie przestała wymiotować krwią do czasu, aż dowiedziała się, że minęło zagrożenie życia Jana Pawła II”.Nie ma wątpliwości, że hiszpańska zakonnica wiedziała wcześniej, co się wydarzy i że Ojciec Święty po zamachu straci mnóstwo krwi, co zagrozi jego życiu. Mistyczka przyjęła zatem tę formę cierpienia, ofiarowując je w intencji uratowania Jana Pawła II. Wydaje się, że sam papież również wiedział,co w dniu zamachu wydarzyło się w Collevalenzie. Na miejsce swojego dziękczynienia Bogupo uratowaniu życia wybrał bowiem właśnie sanktuarium Miłości Miłosiernej, gdzie spotkał po raz drugi Matkę Speranzę.
Przyjaźń ze świętą
Matka Speranza zmarła 8 lutego 1983 r. Jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II rozpoczął się proces wyniesienia jej na ołtarze. Błogosławioną została ogłoszona w 2014 r. Świadectwa tysięcy cudów wypraszanych przez nią tak za życia, jak i po jej śmierci sprawiają, że rzesze wiernych otaczają ją szczególną miłością i za jej pośrednictwem szturmują niebo. Tak że wielu Polaków żywi kult do bł. Speranzy, jak również pielgrzymuje do sanktuarium i cudownego źródełka w Collevalenzie. Pełna biografia Matki Speranzy, która po raz pierwszy ukazała się w Polsce, zapewne przyczyni się do jeszcze większego rozkwitu przyjaźni polskich wiernych z tą niezwykłą mistyczką…
Dobre Nowiny/Instytut Solidaryzmu
***
Niedziela 17 maja
Wniebowstąpienie Pańskie
Adobe Stock
***
Czterdzieści dni po Niedzieli Zmartwychwstania Chrystusa Kościół świętuje uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Jest to pamiątka triumfalnego powrotu Pana Jezusa do nieba, skąd przyszedł na ziemię dla naszego zbawienia przyjmując naturę ludzką.
***
Leon XIV: „Wniebowstąpienie pociąga również nas ku niebieskiej chwale”
“Jesteśmy złączeni z Jezusem jak członki z Głową w jednym Ciele, a Jego wstąpienie do nieba pociąga także nas wraz z Nim do pełnej komunii z Ojcem”– powiedział papież w rozważaniu przed modlitwą Regina Coeli.
fot. Vatican Media
Leon XIV modlitwę „Regina caeli” odmówił z wiernymi zgromadzonymi na Placu św. Piotra w Watykanie w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.
Papież: Wniebowstąpienie mówi „o żywej więzi”
Papież zauważył, że Chrystus poprzez swe człowieczeństwo „obejmuje i angażuje całą rzeczywistość świata, podnosząc i odkupując człowieka z jego stanu grzechu, niosąc światło, przebaczenie i nadzieję tam, gdzie panowały ciemności, niesprawiedliwość i rozpacz, aby doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Paschy”.
Wniebowstąpienie mówi nam zatem „nie o odległej obietnicy, lecz o żywej więzi, która pociąga również nas ku niebieskiej chwale, poszerzając i wywyższając już w tym życiu nasz horyzont i zbliżając coraz bardziej nasze myślenie, odczuwanie i postępowanie do miary serca Bożego”.
„Życie Boże nieustannie pociąga nas ku górze”
Drogę tej wędrówki w górę odnajdujemy w Jezusie, „a także widzimy ją nakreśloną w Maryi Pannie i w świętych – zarówno tych, których Kościół daje nam jako uniwersalny wzór, jak i tych, których Papież Franciszek lubił nazywać świętymi «z sąsiedztwa», z którymi przeżywamy nasze dni, w tatach, mamach, dziadkach, osobach w każdym wieku i w każdym stanie, które z radością i zaangażowaniem szczerze starają się żyć zgodnie z Ewangelią”.
Z nimi, przy ich wsparciu i dzięki ich modlitwie możemy uczyć się i my wznoszenia się dzień po dniu ku niebu, czyniąc przedmiotem naszych myśli – jak mówi św. Paweł – wszystko „to, co jest prawdziwe […], co sprawiedliwe, […] co miłe” (Flp 4, 8), i stosując w praktyce, z Bożą pomocą, to, co „słyszeliśmy i widzieliśmy” (w. 9), sprawiając, by rozwijało się w nas i dokoła nas życie Boże, które otrzymaliśmy w chrzcie, a które nieustannie pociąga nas ku górze, ku Ojcu, szerząc w świecie cenne owoce komunii i pokoju – mówił papież.
Watykan/Stacja7.pl
***
Dlaczego wpatrujecie się w niebo?
Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela
***
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego wyraża znamienny paradoks. Z jednej strony wskazuje na odejście zmartwychwstałego Pana, gdy w obecności Apostołów uniósł się w górę i „obłok zabrał Go im sprzed oczu”. Z drugiej – zawiera Jego obietnicę: „oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Ten paradoks odzwierciedla samo sedno wiary chrześcijańskiej, czyli zmysłową nieobecność pośród nas Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie, oraz Jego obecność i skuteczne wsparcie okazywane każdemu, kto z Nim związał swe życie i losy.
Wstępując do nieba, Jezus definitywnie zakończył najbardziej niezwykły czas w dziejach ludzkości, który nastał wraz z wcieleniem Syna Bożego wtedy, gdy Maryja wypowiedziała w Nazarecie: „Niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Jezus jako człowiek został poczęty, urodził się i dorastał, a także musiał umrzeć. Ale Jego życie i śmierć nie należały jedynie do porządku naturalnego, co znalazło potwierdzenie w Zmartwychwstaniu. Przez 40 dni, które potem nastąpiły, Zmartwychwstały, ukazując się swoim uczniom, umocnił w nich dar niezłomnej wiary, że zostali wybrani do przeżycia absolutnie wyjątkowej obecności Boga, a zatem są powołani do dawania wiarygodnego świadectwa. W świecie, w którym żyjemy, fizyczna obecność Jezusa Chrystusa nie mogła trwać bez końca, co odróżnia doczesność od wieczności.
Na takim fundamencie trwa i umacnia się nasza nadzieja. Rozważając wskrzeszenie Jezusa z martwych i posadzenie Go przez Ojca „po swojej prawicy na wyżynach niebieskich”, św. Paweł Apostoł zwraca się do chrześcijan w Efezie, a zarazem do chrześcijan wszystkich czasów, składając życzenie: „Bóg Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały (…) niech da wam światłe oczy serca, byście wiedzieli, czym jest nadzieja, do której On wzywa, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przeogromna Jego moc względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły”. Te słowa niosą wezwanie nie tylko do głębokiej refleksji teologicznej, lecz także, a nawet przede wszystkim, do pobożnej kontemplacji i medytacji. Częsty błąd polega na tym, że poprzestajemy na dociekaniach w celu zrozumienia wiary, nie godząc się na pokorne uznanie, iż rzeczywistość Boga i Jego działania przerastają wszystkie nasze o Nim wyobrażenia i pokusy racjonalizacji wiary w Niego.
W Ewangelii według św. Mateusza pojawia się wzmianka, że będąc świadkami odejścia Jezusa, „niektórzy jednak wątpili”. Ale w co wątpili? Przecież nie w to, na co patrzyli i co widzieli. Kluczem do odpowiedzi na to pytanie są słowa Jezusa: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi”. Wniebowstąpienie nie oznacza porzucenia uczniów ani zdania ich wyłącznie na siebie. Podczas gdy oni, oddając Mu pokłon, obawiali się, że nie uniosą ciężaru i wyzwań świadczenia o Nim, Jezus zapewnia ich o radykalnie nowym sposobie swej obecności w świecie. Jego słowa wkrótce zyskają potwierdzenie, kiedy w dniu Zesłania Ducha Świętego niewielkie grono Apostołów stanie się zaczynem Kościoła.
Andrzej Bobola to „święty od cudów”, ale też patron zwyczajności
Św. Andrzej Bobola
fot. ks. Dariusz Sonak /GośćNiedzielny
***
Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.
Andrzej Bobola jest trudnym patronem, a jednak do ludzi bardzo przemawiają jego wierność i wytrwałość. Wiele osób doświadcza też łask za jego wstawiennictwem – mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. 16 maja wypada wspomnienie świętego Andrzeja Boboli, patrona Polski. Główne obchody odbędą się w sobotę o godz. 18 w Narodowym Sanktuarium Św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Mszy św. będzie przewodniczył metropolita warszawski abp Adrian Galbas, a kazanie wygłosi przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego o. Arturo Sosa.
Joanna Operacz (KAI): Nie bał się Ojciec zostać proboszczem parafii świętego Andrzeja Boboli? Ten święty słynie z tego, że potrafił dość natarczywie upominać się o swój kult – na przykład ukazywał się różnym księżom, ostatnio w latach 80. XX wieku.
Paweł Bucki SJ: Nie, nie bałem się Andrzeja Boboli [śmiech]. Jest on dla mnie bardzo ważnym świętym, mocno związanym z moim powołaniem. Tym, co budziło i nadal budzi mój respekt, jest parafia. To duża parafia w centrum Warszawy, w której spotyka się wiele grup i działa wiele duszpasterstw. Krzyżują się tutaj różne wrażliwości, różne sposoby patrzenia na świat, różne potrzeby ludzi. Trzeba to wszystko skoordynować.
Andrzej Bobola to teraz jeden z najpopularniejszych polskich świętych w Polsce. Czy widać to w jego sanktuarium w Warszawie?
Z popularnością świętych jest tak, że trudno ją zmierzyć. Czy liczyć kościoły i parafie pod ich wezwaniem, a może wydawane książki na ich temat? Natomiast jeśli popatrzymy na pobożność ludzi, to na pewno zauważymy coraz większą obecność świętego Andrzeja Boboli.
Nasz kościół odwiedza rocznie kilkadziesiąt grup i wiele osób indywidualnych. Po tablicach rejestracyjnych widać, że przyjeżdżają z całej Polski i nie tylko. Także mieszkańcy Warszawy przychodzą tu na osobistą modlitwę. Mamy też coraz więcej próśb o relikwie.
Jak uzasadniają swoje prośby ci, którzy proszą o relikwie? Dlaczego chcą się modlić za wstawiennictwem akurat tego świętego?
Rodzaje uzasadnień są dwa. Pierwsze są bardziej ogólne: Andrzej Bobola to ważny święty, od 2002 roku patron Polski. Drugie, bardziej szczegółowe, nawiązują konkretnie do tej postaci: historii jego życia albo na przykład faktu, że ten męczennik jest patronem ewangelizacji w trudnych czasach. Trwa teraz wojna na Ukrainie, więc niektórzy zwracają uwagę na to, że święty Andrzej apostołował na wschodzie dawnej Polski, a jego relikwie były przetrzymywane w Moskwie.
Dajemy relikwie parafiom, w których już trwa modlitwa za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli.
Widać tu jeszcze jeden fenomen: postać świętego Andrzeja Boboli popularyzuje wielu świeckich, na przykład wspólnoty mężczyzn.
Tak, wokół świętego Andrzeja Boboli zaangażowanych jest wielu ludzi. Większość z nich działa indywidualnie, na ogół niezależnie od siebie. Przy naszym sanktuarium istnieje Stowarzyszenie Krzewienia Kultu św. Andrzeja Boboli, które organizuje spotkania formacyjne i wykłady, ale też na przykład opiekuje się relikwiami trzeciego stopnia i prowadzi muzeum św. Andrzeja Boboli.
Mogłoby się wydawać, że święty, który żył w XVI/XVII wieku i nie był nikim znanym, nie będzie szczególnie bliski dzisiejszym ludziom, prawda?
W racjonalnych czy naturalnych kategoriach to jest rzeczywiście nietypowe. Andrzej Bobola jest trudnym patronem. Niełatwo o nim mówić nie tylko z powodu odległości czasowej, która nas dzieli. Zostawił po sobie niewiele zapisków, został okrutnie zamordowany. A jednak do ludzi bardzo przemawia jego wierność i wytrwałość. Żył w trudnym momencie historii – jak nie wojna, to rokosz, jak nie rokosz, to epidemia – i pomagał ludziom doświadczonym trudnościami. Dzisiaj też pomaga.
Andrzej Bobola „robił swoje”. Jego praca to były zwykłe zadania księdza i zakonnika: był on prefektem, nauczycielem, misjonarzem ludowym, kaznodzieją, opiekunem Sodalicji Mariańskiej (czyli – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – grup parafialnych) itp. Każdy z nas, niezależnie, jaką ma sytuację życiową, zawód czy powołanie, może poczuć z nim wspólnotę.
Niedawno odpisywałem pewnemu panu z Japonii, który napisał do nas piękną polszczyzną, że jest pielęgniarzem i że Andrzej Bobola go inspiruje, bo opiekował się chorymi podczas zarazy. Poprosił o informacje o nim i obrazki z relikwiami trzeciego stopnia.
Czy dostajecie wiele takich listów z zagranicy?
Sporo. Te z ostatnich tygodni, które pamiętam, przyszły na przykład z Hiszpanii, Portugalii, Filipin, Stanów Zjednoczonych, Brazylii.
W internecie można znaleźć wiele świadectw cudów i innych łask wymodlonych za wstawiennictwem świętego Andrzeja Boboli. Wiele osób zostawia też swoje prośby na kartkach w sanktuarium i na stronie internetowej. Czy te świadectwa są zbierane?
Tak, zbieramy spisane świadectwa. Kilka razy zdarzyło mi się też wysłuchać takich historii i je spisać. To są piękne opowieści – bardzo różnorodne i dotyczące różnych spraw, które ludzie powierzają temu świętemu. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie.
Pewien pan z powodu splotu niefortunnych okoliczności musiał być operowany niemal bez znieczulenia. Zwrócił się do świętego Andrzeja: „Ty zniosłeś straszne cierpienia. Pomóż mi też je znieść!”. I rzeczywiście ból został od niego jakby odsunięty. Było to zadziwiające i dla niego, i dla zespołu medycznego.
Niedawno trafiła do nas historia, która dotyczy wydarzeń sprzed lat. Starsza pani w czasie choroby poprosiła wnuczkę, żeby modliła się z nią do św. Andrzeja, „tego od cudów”. Wnuczka nie wiedziała, o kogo chodzi. Dopiero kiedy babcia wyzdrowiała, opowiedziała, jak w czasie powrotu relikwii św. Andrzeja Boboli do Polski w 1938 r. jako kilkunastoletnia dziewczynka uczestniczyła w jednym z wydarzeń zorganizowanych z tej okazji. Podczas procesji znalazła się blisko trumny z relikwiami i zobaczyła, że ludzie pocierają o trumnę różne przedmioty, np. chusteczki i medaliki (tak powstają relikwie trzeciego stopnia). Ona akurat nie miała przy sobie nic takiego, więc podniosła płatki róż sypane podczas procesji, potarła je o trumnę i zabrała. Kiedy wróciła do domu, do rodzinnego miasta, dowiedziała się, że jej brat poważnie zachorował. Lekarz nie dawał mu szans na przeżycie. Ta pani położyła płatki kwiatów na klatce piersiowej chorego, cała rodzina zebrała się przy nim i modliła się za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli, i brat wrócił do zdrowia.
W sanktuarium przy ulicy Rakowieckiej można zobaczyć szczątki świętego Andrzeja Boboli w szklanej trumnie. Zachowanie zwłok od rozkładu to także jest fakt, który nie ma racjonalnego uzasadnienia. W jakim stanie są te szczątki dzisiaj?
Ciało świętego Andrzeja Boboli po odnalezieniu 45 lat po śmierci i jeszcze długo później było nietknięte rozkładem. Dzisiaj już tego powiedzieć nie można – zwłoki są zmumifikowane. Ale szczątki świętego Andrzeja są integralne, czyli zachowane w całości, co jest niezwykłe, zważywszy na fakt, że święty został zamordowany trzy i pół wieku temu. Stan zachowania ciała był zresztą powodem wielkiego zdziwienia członków komisji bolszewickiej, którzy w latach 20. XX wieku w kościele w Połocku wyrzucili je z trumny na kamienną posadzkę. Byli przekonani, że się rozpadną, a nic takiego się nie stało.
Moi współbracia jezuici, którzy uczestniczyli w ostatnim otwarciu trumny w 1988 i 2013 roku, mówią, że relikwie są w dobrym stanie.
Czy powie Ojciec coś więcej o swojej przyjaźni z Andrzejem Bobolą?
Z Towarzystwem Jezusowym i świętym Andrzejem zetknąłem się po raz pierwszy jako harcerz przy okazji Duszochwatów, czyli rekolekcji organizowanych przez jezuitów na obozach harcerskich na przełomie XX i XXI wieku. Zastanawiam się teraz, skąd się wzięła ta nazwa. Może stąd, że Bobola w poszukiwaniu ludzi, którzy byli mniej lub bardziej wierzący, dużo chodził po leśnych ostępach i bagnach i docierał w różne niedostępne miejsca – całkiem jak harcerze? Kiedy zacząłem bliżej poznawać zakon, Andrzej Bobola był dla mnie zawsze ważnym punktem odniesienia i patronem.
Dzisiaj mówimy o Andrzeju Boboli jako orędowniku jedności: z innymi chrześcijanami i jedności w narodzie. Myśli Ojciec, że to dobry święty do tej roli?
Niektórzy mówią, że nie. Robi się z niego czasem kogoś w rodzaju wojownika. Myślę, że ten rys wojowniczy jest związany z objawieniami dominikaninowi o. Alojzemu Korzeniewskiemu na początku XIX wieku w Wilnie, kiedy Andrzej Bobola zapowiedział wielką wojnę i odzyskanie przez Polskę niepodległości. Żartujemy sobie z ojcami dominikanami, że jezuita, który ukazał się dominikaninowi, to najlepszy patron jedności [śmiech].
Dzisiaj dominikanin o. Andrzej Bielat uważa, że święty Andrzej bardzo zaznaczył się w polskiej kulturze przez postać Andrzeja Kmicica z „Potopu”, który ponoć jest ukrytym Bobolą. Pierwowzór Sienkiewiczowskiego bohatera nazywał się Samuel Kmicic. Żył w tym samym czasie co Bobola i pochodził z okolic, na których on pracował. Musiał zetknąć się z Bobolą, który często przemierzał tamte tereny i był dobrze znany okolicznej szlachcie. W powieści dostał imię Andrzej, co ponoć było aluzją do Boboli, dobrze zrozumiałą dla czytelników, a niezrozumiałą dla carskiej cenzury. Kmicic z „Potopu” ma sympatyczny, ale niełatwy charakter, nad którym udaje mu się zapanować długą, wytrwałą pracą. To samo pisali o świętym Andrzeju Boboli jego przełożeni. Ponoć najpełniejsza analogia to opis męczeństwa Kmicica, złapanego przez Szwedów pod Jasną Górą. Nie zakończyło się ono śmiercią, ale bohater Sienkiewicza też zostaje powieszony na haku i przypalany ogniem. Myślę, że ta teoria jest bardzo prawdopodobna, bo po beatyfikacji w 1853 roku Bobola był w Polsce znaną postacią.
Święty Andrzej jest dobrym kandydatem na patrona jedności, bo oddał za nią życie – tak jak patronami jedności są na przykład męczennicy z czasów reformacji. Posługiwał wśród unitów, a Unia Brzeska zakładała jedność przy zachowaniu różnorodności obrządków. Kiedy jego ciało zostało odnalezione na początku XVIII wieku, modlili się przy nim i rzymscy katolicy, i unici, i prawosławni. Dzisiaj też w naszym sanktuarium swoje spotkania i liturgie mają katolicy obrządków wschodnich: grekokatolicy, katolicy języka arabskiego i obrządku syro-malabarskiego z Indii.
Święty Andrzej Bobola szedł do różnych ludzi, nie pytając ich o wyznanie, i głosił im Ewangelię. Szukał każdego człowieka – najpierw człowieka! Jak zauważył jeden z naszych współbraci, ten święty w swoich relikwiach poszedł nawet do wojujących ateistów w Moskwie. Pokazał, że coś im się wymyka, że materializm nie obejmuje całej rzeczywistości.
W 1938 r. przy okazji powrotu integralnych relikwii Andrzeja Boboli do Polski odbyła się wielka peregrynacja relikwii po Polsce. Może warto by było dzisiaj również zorganizować coś podobnego, zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze wschodu?
W Polsce odbywa się wiele wydarzeń, w których Andrzej Bobola uczestniczy w swoich relikwiach cząstkowych. Na przykład w Warszawie regularnie organizowane są procesje różańcowe. Najbliższa, zaplanowana na 16 maja, przejdzie od sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście do sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej.
Gość Niedzielny
***
czwartek 14 maja
Nowenna do Ducha Świętego
Jak co roku w oczekiwaniu na to Święto Kościół katolicki będzie odprawiał nowennę do Ducha Świętego i tym samym trwał we wspólnej modlitwie, podobnie jak apostołowie, którzy modlili się jednomyślnie po wniebowstąpieniu Pana Jezusa czekając w Jerozolimie na zapowiedziane przez Niego zesłanie Ducha Świętego.
fot. Karol Porwich/Niedziela
***
1. Po wystawieniu Najświętszego Sakramentu można zaśpiewać hymn: “O Stworzycielu, Duchu, przyjdź” lub sekwencję: “Przybądź, Duchu Święty” czy też inną pieśń do Ducha Świętego.
2. Modlitwa wstępna: Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
3. Na poszczególne dni nowenny:
Dzień pierwszy
W ostatnim dniu oktawy Święta Namiotów, Jezus “zawołał donośnym głosem: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego” (J 7,37.39).
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, jak drzewo po przyjęciu wody rozwija się i przynosi owoce, również i my pragniemy przyjąć łaskę Ducha Świętego i przynosić owoce cnót. Amen.
Dzień drugi
Pismo Święte poucza:
“Bóg zbawił nas przez obmycie odradzające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3,5-7).
Módlmy się:
Boże, który w Chrzcie Świętym obficie wylałeś na nas Ducha Świętego, spraw łaskawie, aby wspierał On nasze pragnienie nieba, aby nas zachęcał, uczył, oświecał, pocieszał, umacniał, leczył, usprawiedliwiał i zbawiał. Amen.
Dzień trzeci
Pismo Święte poucza:
“Wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” ( 1 Kor 12,13).
Módlmy się:
Duchu Przenajświętszy, Boże jedności, zgody i pokoju, błagamy Cię pokornie, abyś zawsze jednoczył wszystkich wierzących w Chrystusa w Jego świętym Kościele. Amen.
Dzień czwarty
Pismo Święte poucza:
“Bóg jest tym, który umacnia nas wespół z wami w Chrystusie i który nas namaścił. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1,21-22).
Módlmy się:
Duchu Święty, dziękujemy Ci za to, że nas opieczętowałeś Bożym podobieństwem, które jest zadatkiem szczęścia wiecznego i wezwaniem do świętości. Amen.
Dzień piąty
Pismo Święte poucza:
“Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8,26-27).
Módlmy się:
Panie Jezu Chryste, dzięki mieszkającemu w nas Duchowi Świętemu, modlitwa nasza zdolna jest ujarzmić szatana i pokusy świata, a także zdolna jest wielbić Ciebie wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen.
Dzień szósty
Pismo Święte poucza:
“Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Owocem ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Ga 5,16.22.25).
Módlmy się:
Panie, pomnóż w nas wiarę w Ciebie i zawsze nas oświecaj światłem Ducha Świętego, abyśmy postępowali według ducha i cieszyli się jego owocami. Amen.
Dzień siódmy
Pismo Święte poucza:
“Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,19-20).
Módlmy się:
Boże, dopóki żyjemy w ciele, walczymy ze złem, spraw przeto, abyśmy umieli opanować wszelkie pokusy i popędy przy pomocy mieszkającego w nas Ducha Świętego, abyśmy żyli wiecznie. Amen.
Dzień ósmy
Pismo Święte poucza:
“Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują. Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha – Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (1 Kor 2, 1 ).
Módlmy się:
Przybądź, Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości, abyśmy miłowali Boga całym sercem i otrzymali wieczne szczęście. Amen.
Dzień dziewiąty
Pismo Święte poucza:
“Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,1-4).
Módlmy się:
Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej. Amen.
4. Ojcze Nasz…
5. Módlmy się:
Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego, wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
6. Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny (lub do Serca Pana Jezusa)
Wniebowstąpienie Pańskie jest świętem upamiętniającym wstąpienie do nieba Zmartwychwstałego Pana Jezusa, który po 40 dniach przebywania pośród uczniów udał się na Górę Oliwną i w ich obecności uniósł się i wstąpił na niebiosa.
40-ty dzień od Zmartwychwstania Pana Jezusa wypada zawsze w czwartek.
W Polsce od kilku lat Konferencja Episkopatu, za zgodną Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przeniosła tę uroczystość na najbliższą niedzielę.
W Szkocji Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego obchodzona jest zawsze w czwartek i jest świętem obowiązkowym. Dlatego Msza św. będzie odprawiona w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00.
KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
***
środa 13 maja
Wspomnienie Matki Bożej Fatimskiej
45 lat temu świat zatrzymał się na chwilę.
Rocznica zamachu na św. Jana Pawła II na placu św. Piotra
Papież Jan Paweł II ranny w zamachu na pl. św. Piotra w Rzymie, 13 maja 1981 r. (fot. AIPN)
***
45 lat temu, 13 maja 1981 roku, miał miejsce zamach na życie Jana Pawła II. Podczas audiencji generalnej na placu św. Piotra w Rzymie, o godz. 17:19 uzbrojony napastnik Mehmet Ali Agca, oddał w stronę Ojca Świętego strzały. Ciężko rannego papieża natychmiast przewieziono do kliniki w Gemelli, gdzie rozpoczęła się kilkugodzinna dramatyczna walka o jego życie. Cały świat w ogromnym napięciu śledził napływające doniesienia. Wszyscy zadawali sobie pytanie, czy Jan Paweł II przeżyje. Po latach miejsce zamachu na papieża upamiętnia płytka w bruku po prawej stronie przy kolumnadzie Placu św. Piotra.
W czasie środowej audiencji ogólnej 13 maja 1981 r. o godz. 17:00 Ojciec Święty rozpoczął objeżdżanie papamobile Placu św. Piotra, błogosławiąc przybyłych pielgrzymów. Dziewiętnaście minut później turecki płatny morderca Mehmet Ali Agca trzykrotnie wystrzelił do papieża, ciężko raniąc go. Zamachowca ujęto w pobliżu miejsca ataku. – Agca strzelał, by zabić – wspominał po latach emerytowany metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz, wieloletni sekretarz Jana Pawła II.
Zamacowiec został szybko osądzony, ale to tragiczne wydarzenie ciągle pozostaje bez wyjaśnienia. Sprzeczne domniemania krążą do dziś na temat motywów, planu i przebiegu zamachu i ewentualnych jego zleceniodawców. Ali Agca, płatny morderca z ugrupowania “Szare wilki”, chciał zamordować “jedynego papieża z bloku wschodniego” już w 1979 r. podczas jego wizyty w Turcji. W kilka tygodni po zamachu na Placu św. Piotra włoski sąd skazał Turka na dożywocie. W grudniu 1983 r. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu.
Zamachowiec oskarżał początkowo wywiad bułgarski, wkrótce zmienił zeznania. Wikłał się w różnych wypowiedziach kierując śledztwo na fałszywy trop. Starał się zatrzeć swoje kontakty i chronił swoich mocodawców. Jak obliczyli obserwatorzy procesu, w czasie śledztwa Agca podał ponad sto różnych wersji wyjaśnień swojego czynu.
Wielki proces, który miał doprowadzić do wyjaśnienia wszystkich szczegółów zamachu, zakończył się w 1986 r. de facto bez rezultatów. Tylko jeden z oskarżonych został skazany na więzienie i to za nielegalne posiadanie broni. Pozostali, z braku dowodów, wyszli na wolność.
Alego Agcę ułaskawił 13 czerwca 2000 prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi, po czym deportowano go do więzienia w Turcji, gdzie rozpoczął odbywanie kary za zabójstwo tureckiego wydawcy. Ostatecznie wyszedł na wolność w styczniu 2010 r. po odsiedzeniu wyroku w więzieniu w Ankonie.
Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17:19. Nawiązując do tego faktu papież powiedział: – Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli. Uważał, że to Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie. W 1991 roku będąc w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: – Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność.
Doświadczenie zamachu przyniosło za sobą konkretne owoce: papież zapoznał się z tajemnicami fatimskimi, odbył pielgrzymkę do Fatimy i zawierzył Europę oraz Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi. Pocisk, którym został raniony złożył jako wotum do sanktuarium fatimskiego; został on umieszczony w koronie figury Matki Bożej z Fatimy.
źródło: KAI
***
W miejscu, gdzie kula dosięgnęła Jana Pawła II, Leon XIV zatrzymał się na modlitwę
Podczas przejazdu papamobilem przed audiencją generalną papież Leon XIV zatrzymał się i uklęknął w miejscu, gdzie czterdzieści pięć lat temu, 13 maja 1981 roku, doszło do zamachu na św. Jana Pawła II na Placu św. Piotra.
Leon XIV modlił się w miejscu zamachu na Jana Pawła II
***
Przejeżdżając obok miejsca zamachu, papież Leon XIV polecił zatrzymać papamobile, wysiadł z samochodu i udał się na miejsce, w którym znajduje się tablica upamiętniająca zamach. Papież modlił się w ciszy i przyklęknął.
Rozpoczynając katechezę Leon XIV przypomniał na wstępie, że dziś przypada wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Fatimy. „Właśnie w tym dniu – mówił dalej Papież – 45 lat temu, podczas audiencji generalnej, tutaj, na Placu św. Piotra, św. Jan Paweł II padł ofiarą zamachu, który nie zakończył się śmiercią dzięki opiece Matki Bożej, co on sam wielokrotnie potwierdzał. Dlatego dzisiejszą katechezę, której tematem jest ‘Maryja Panna – wzór Kościoła’, chciałbym dedykować mojemu świętemu Poprzednikowi, którego mottem były słowa ‘Totus tuus’”.
Vatican News
***
W jaki sposób w Maryi Kościół może rozpoznać swoją Matkę
Papież zakończył dziś omawianie konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II. Katechezę poświęcił Maryi
Leon XIV. Fot. Vatican Media
Drodzy Bracia i Siostry!
Sobór Watykański II zechciał poświęcić ostatni rozdział Konstytucji dogmatycznej o Kościele Najświętszej Maryi Pannie (por. Lumen gentium, 52-69). „Doznaje Ona czci jako najznakomitszy i całkiem szczególny członek Kościoła oraz jego typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości” (n. 53). Słowa te zachęcają nas, do zrozumienia, w jaki sposób w Maryi – która pod działaniem Ducha Świętego przyjęła i zrodziła Syna Bożego, który przyszedł w ciele – można rozpoznać zarówno wzór, jak i najdoskonalszego członka oraz Matkę całej wspólnoty eklezjalnej.
Pozwalając się kształtować dziełu Łaski, które w Niej osiągnęło wypełnienie, i przyjmując dar Najwyższego ze swoją wiarą oraz ze swą dziewiczą miłością, Maryja jest doskonałym wzorem tego, czym ma być cały Kościół: stworzeniem Słowa Pańskiego i matką dzieci Bożych, rodzących się dzięki posłusznemu poddaniu działaniu Ducha Świętego. Jako zaś wierzącą w najpełniejszym znaczeniu tego słowa – Ta, w której zostaje nam ukazany doskonały kształt bezwarunkowego otwarcia na misterium Boże we wspólnocie świętego Ludu Bożego – Maryja jest najdoskonalszym członkiem wspólnoty kościelnej. Jako wreszcie Ta, która rodzi dzieci w Synu – umiłowane w odwiecznie Umiłowanym, który przyszedł pośród nas – Maryja jest Matką całego Kościoła; do Niej może on zwracać się z dziecięcą ufnością, w pewności, że zostanie wysłuchany, otoczony opieką i umiłowany.
Wszystkie te cechy Najświętszej Maryi Panny można by wyrazić, mówiąc o Niej jako o Niewieście – ikonie Misterium. Termin Niewiasta ukazuje miejsce, jakie zajęła w historii ta młoda Córka Izraela, której dane było niezwykłe doświadczenie stania się Matką Mesjasza. Wyrażenie ikona wskazuje natomiast, że w Niej urzeczywistnia się podwójny ruch: zstępowania i wstępowania. W Maryi jaśnieje zarówno darmowe wybranie ze strony Boga, jak i wyrażona wolna zgoda wiary w Niego. Maryja jest zatem Niewiastą – ikoną Misterium, to znaczy Bożego zamysłu zbawienia, niegdyś ukrytego, a w pełni objawionego w Jezusie Chrystusie.
Sobór pozostawił nam jasne nauczanie o szczególnym miejscu wyznaczonym Najświętszej Maryi Pannie w dziele Odkupienia (por. LG, 60-62). Przypomniał, że jedynym Pośrednikiem zbawienia jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6) i że Jego Najświętsza Matka „żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusa, lecz ukazuje jego moc” (LG, 60). Zarazem „Błogosławiona Dziewica, przeznaczona od wieków razem z wcieleniem Słowa Bożego na Matkę Boga, (…) w całkiem szczególny sposób współpracowała w dziele Zbawiciela przez posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz ludzkich. Dlatego stała się nam matką w porządku łaski”.
W Najświętszej Maryi Pannie odzwierciedla się również misterium Kościoła: w Niej Lud Boży odnajduje obraz swego początku, swego wzoru i swojej ojczyzny. W Matce Pana Kościół kontempluje własne misterium – nie tylko dlatego, że odnajduje w Niej wzór dziewiczej wiary, macierzyńskiej miłości i oblubieńczego przymierza, do których sam jest powołany, lecz także – a nawet przede wszystkim dlatego – że uznaje w Niej swój archetyp, idealny obraz tego, czym ma się stać.
Vatican NewsStacja7.pl
***
Modlitwa Anioła z Fatimy
“O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię! Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!” “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty, uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany. I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi, proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.
***************
Objawienia Anioła Portugalii
Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
Pierwsze zjawienie się Anioła
Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:
Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.
W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa. Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział: – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną. I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa: – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię. Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział: – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.
I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.
Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze.
Drugie zjawienie się Anioła
Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom: – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu. – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam. – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle. I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.
Trzecie zjawienie się Anioła
Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób:
Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!” Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę: – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników. Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię. Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc: – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga. Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.
Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała. Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.
Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.
Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.
“Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata.”
Przybywający do Fatimy podkreślają wyjątkowy klimat tego miejsca, inny od tego, który panuje na przykład w Lourdes. Mimo sporej ilości pielgrzymów i typowego odpustowego kramu, jest tam jakoś ciszej, spokojniej, jakby skromniej. Wciąż można tam spotkać zwykłych, pobożnych Portugalczyków, przypominających trójkę dzieci, którym ukazała się Maryja. „Daleko tu od wszystkiego, co (rzekomo) ważne: od centrów dowodzenia, znaczenia decydowania, gromadzenia finansów. Nieskończenie daleko od Londynu, Paryża, Berlina i Wall Street” – notuje jeden z pielgrzymów. Jest ubogo i prowincjonalnie. Bóg lubi takie miejsca. Cenili je także papieże: Pius XII, Paweł VI, który był tam jako pielgrzym; Jan Paweł II odwiedził to miejsce dwukrotnie. Benedykt XVI właśnie dopisuje się do tej listy.
W 1916 r. w Fatimie trójce dzieci: Hiacyncie (6 lat), jej bratu Franciszkowi (8 lat) oraz kuzynce Łucji (9 lat) ukazał się anioł, który zapowiedział zjawienie się Maryi. Pierwsze objawienie Matki Najświętszej miało miejsce 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: „Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Ostatnie, szóste objawienie, było 13 października. W dolinie zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy byli świadkami niezwykłego zjawiska. Słońce jakby obracało się wokół swej osi i szybko zniżało ku ziemi. Przesłanie Maryi: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”.
Kościół uznał objawienia w roku 1930. Rok później, 13 maja, do sanktuarium fatimskiego przybyło ponad milion pątników. Jan Paweł II podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu z 13 maja 1981 r. w Rzymie. Kula, która go zraniła, jest dziś najcenniejszym fatimskim wotum. Po prawie 100 latach przesłanie płynące z Fatimy nie straciło nic na aktualności: modlitwa różańcowa, pokuta, wezwanie do nawrócenia. Czy nie jest to ratunek dla naszego zakręconego świata? Ale aby w to uwierzyć, trzeba mieć w sobie coś z prostoty portugalskich dzieci. Z tym bywa trudno…
ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny
***
Podmieniona Łucja i inne absurdy.
Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie.
Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.
WIKIPEDIA
***
Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.
Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!
Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.
Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.
Łucja podmieniona?
Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.
Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.
Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem.Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.
Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie./WIKIPEDIA
***
Złowrogie siostry
Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.
Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.
Badają to w procesie
W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.
Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.
Sami piszą tajemnicę
Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.
Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.
Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.
Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.
Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.
– Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.
To statek UFO
Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.
Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…
– Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.
Jeśli – jeśli
Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.
Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.
Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej
Lawrence OP CC
***
Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.
Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: “O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.
Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że “w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.
“Jasna Pani”
Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października. Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej “Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.
“Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.
Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.
Pierwsza tajemnica
Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.
Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. “Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.
Maryja mówi dzieciom, ze pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.
Druga tajemnica
Druga część orędzia przekazana w trakcie objawień w kolejnych miesiącach – wzmacnia dotychczasowe warunki postawione ludzkości przez Matkę Bożą. Stawia ona ludzkość wobec wielkiej alternatywy: jeśli ludzie “nie przestaną obrażać Boga”, to On “ukarze świat za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Ponadto zapowiada prześladowania Kościoła i Ojca Świętego.
Matka Boża przekazała po raz kolejny dzieciom, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą.
Maryja zapowiada także, że przybędzie, aby poprosić o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu sercu. Dodaje, że “jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świcie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”. Warto dodać, że w lipcu 1917 r. nikt nie słyszał jeszcze o Piusie XI ani o bezbożnej dyktaturze w Rosji.
Trzecia tajemnica
Dwie pierwsze tajemnice zostały ujawnione w niespełna ćwierć wieku później, trzecia zaś elektryzować będzie ludzkość przez ponad 80 lat. Wcześniej została ona przekazana przez s. Łucję w tajemnicy kolejnym papieżom. Jej treść – stanowiącą zapowiedź olbrzymich prześladowań Kościoła i samego Ojca Świętego, który pada pod krzyżem – zdecydował się odsłonić dopiero Jan Paweł II w okresie Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w 2000 r.
Objawienia fatimskie zakończyły się 13 października 1917 roku. Towarzyszył im do dziś nie wyjaśniony, “cud słońca” obserwowany przez 70-tysięczny tłum, który zebrał się aby towarzyszyć wizjonerom. O tym, że cud był realny, a nie wywołany zbiorową psychozą, świadczy fakt, że widzieli go wszyscy, ktokolwiek znajdował się w promieniu 40 km od Fatimy, nawet ludzie całkiem niewierzący.
Dalsze objawienia s. Łucji – Maryja domaga się ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu.
W 1929 r., papież Pius XI został poinformowany przez Jose da Silva, biskupa diecezji Leiria w której znajdowała się Fatima, o kolejnych objawieniach Matki Bożej, w którym s. Łucja (znajdująca się wówczas w zgromadzeniu sióstr doroteuszek) otrzymała od Maryi ponowną prośbę, by Ojciec Święty dokonał konsekracji Rosji w łączności ze wszystkimi biskupami.
Te kolejne z prywatnych objawień s. Łucja doznawała poczynając od grudnia 1925 r., kiedy Maryja prosi ją by “przekazała wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad 15 tajemnicami różańca towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.
W 1929 roku po raz kolejny objawia się Łucji Matka Boża mówiąc, że “przyszła chwila, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby wspólnie ze wszystkimi biskupami świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją w ten sposób ocalić”. Z orędzia wynika po raz kolejny, że „jeżeli Rosja nawróci się, to nastanie pokój. Jeżeli nie, rozpowszechni ona swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Ojciec Święty będzie cierpiał, wiele narodów zostanie zniszczonych”.
W 1930 roku w czasie objawień Matka Boża Mówi Łucji, że jeśli ludzie się nie nawrócą i nie będą żałować za grzechy, dojdzie do następnej wojny światowej, klęski głodu, wielu konfliktów zbrojnych i prześladowania chrześcijan, a ratunkiem jest zawierzenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.
Mimo, że 13 października 1930 biskup Leirii Jose Coreira da Siva uznaje autentyczność objawień, to jednak Pius XI nie spełnia żądania poświęcenia Rosji.
W kwietniu 1939 r. nowym papieżem został Pius XII. 2 grudnia 1940 r. s. Łucja napisała do niego list, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako “wojnę dwóch szatanów” nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji, obawiając się, aby nie zostało to wykorzystane przez Niemców na rzecz ich propagandy.
W roku 1944 Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a dwa lata później przez swojego legata koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej na Królową Świata. W 1949 r. wydał zgodę na rozpoczęcie prac koniecznych do otwarcia procesu beatyfikacyjnego fatimskich dzieci, Franciszka i Hiacynty.
Dziesięć lat po Poświęceniu Narodów Niepokalanemu Sercu Maryi, w roku 1952 Pius XII powtórzył akt, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” — ale Łucja pozostała nieprzekonana co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego.
Jan Paweł II początkowo nie interesował się specjalnie Fatimą. Zaczęła ona nurtować go po zamachu z 13 maja 1981 r. Poprosił o tekst objawień. Po opuszczeniu Polikliniki Gemelli, Jan Paweł II oświadczył: „Zrozumiałem, że jedyną drogą uniknięcia wojny, uratowania świata przed ateizmem, jest nawrócenie Rosji zgodnie z fatimskim orędziem”. To jego przekonanie potwierdziła s. Łucja w liście adresowanym doń z 12 maja 1982 r. Pisze w nim, że trzecia część tajemnicy odnosi się do słów Matki Bożej: „Jeżeli przyjmą moje żądania, Rosja nawróci się i zaznają pokoju; jeżeli nie, rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, itd.”
W rok po zamachu Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Fatimy, traktując ją jako wotum wdzięczności Matce Bożej za ocalenie życia. W kazaniu wyjaśnił, czemu Kościół przyjął orędzie Matki Bożej Różańcowej – jest tak dlatego, że zawiera prawdę i wezwanie, które są w swej zasadniczej treści prawdą i wezwaniem samej Ewangelii. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – to przecież pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości” – mówił.
Będąc w Fatimie zawierzył też świat i Rosję Niepokalanemu sercu Maryi. Siostra Łucja prosiła go jednak o ponowienie tego aktu, gdyż nie był on dokonany w łączności ze wszystkimi biskupami.
25 marca 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) w Bazylice św. Piotra zawierzył ponownie świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.
Treść trzeciej tajemnicy
Trzecią, ukrywaną na życzenie samej Matki Bożej część tajemnicy, siostra Łucja spisała po latach, na żądanie swojego ordynariusza, biskupa Jose da Silva 3 stycznia 1944 r. Powiadomiła biskupa, że tekst został zredagowany i jest do jego dyspozycji w zalakowanej kopercie, z adnotacją, że może ona zostać otwarta dopiero w 1960 r. Od 1957 r. koperta znajdowała się w Tajnym Archiwum Świętego Oficjum.
Otwarcia zalakowanej koperty dokonał Jan XXIII w sierpniu 1959 r., dziesięć miesięcy po wyborze na papieża. Otworzył ją w obecności kard. Alfredo Ottavianiego, prefekta Kongregacji Świętego Oficjum. Nie będąc pewny, czy obaj rozumieją dokładnie wszystkie niuanse portugalskiego tekstu, zażądał sporządzenia jego profesjonalnego tłumaczenia. Po zapoznaniu się z nim zadecydował, że treść tajemnicy nie powinna być jeszcze ujawniona. Jednak 13 grudnia 1962 r., ustanowił święto Fatimskiej Matki Bożej Różańcowej. O fatimskim orędziu wyrażał się, że jest ono „największą nadzieją świata na pokój”.
W 1963 r. rozpoczął się pontyfikat Pawła VI, który – po przeczytaniu pełnej treści objawień fatimskich – postanowił ich nie ujawniać, ale udać się do Fatimy osobiście. Jako pierwszy papież przybył tam z jednodniową, prywatną pielgrzymką, podczas przypadającej wówczas 50. rocznicy objawień.
Dopiero w czerwcu 2000 r. w ramach Wielkiego Jubileuszu chrześcijaństwa, Jan Paweł II, po 56 latach od spisania przez siostrę Łucję, ujawnił trzecią tajemnicę fatimską. Zrobił to w jego imieniu kard. Joseph Ratzinger, sprawujący wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2000 roku w watykańskiej Sala Stampa. Jej tekst brzmi:
“Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!
I zobaczyliśmy, w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: (coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim) Biskupa odzianego w biel (mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty). Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręku konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.
Kard. Ratzinger wyjaśniał, że opublikowany tekst ma charakter proroczej wizji. „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”.
Prefekt kongregacji zaznaczał, że tej niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Dodał, że w ten sposób „zostaje podkreślone znaczenie wolności człowieka, gdyż przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona”.
Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej – jego zdaniem – w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm.
Trzecia tajemnica fatimska – jak podkreślił – jest dramatycznym ostrzeżeniem przed ateizmem, ponieważ największym zagrożeniem dla ludzkości jest odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez ateizm w wydaniu komunistycznym jak i przez ateizm ukryty w tej najbardziej rozpowszechnionej mentalności życia takiego, jakby Bóg nie istniał.
Jednocześnie kard. Ratzigner odniósł pośrednio tę wizję do zamachu na Jana Pawła II z 1981 r. Wyjaśniał, że papież „tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci”, a jego ocalenie „jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię”.
A jako Benedykt XVI, po pięciu latach swojego pontyfikatu, Joseph Ratzinger przybył do Fatimy 13 maja 2010 r. „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona” – mówił. A nawiązując do zbliżającego się jubileuszu objawień w 2017 r., prosił: „Oby te lata, które dzielą nas od stulecia Objawień, przyspieszyło zapowiadany triumf Niepokalanego Serca Maryi ku chwale Trójcy Przenajświętszej”.
W tym roku, w setną rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie przybył tam 12 maja papież Franciszek. Wyniósł na ołtarze dwoje z trojga uczestników wydarzeń z 1917 r. – Franciszka i Hiacyntę Marto. W homilii wskazał, że Matka Boża zachęca, byśmy „zaciągnęli się do walki Jej Boskiego Syna, zwłaszcza przez codzienne odmawianie różańca w intencji pokoju na świecie”. Wskazał, że słowa Maryi do ludzi pośród obecnego niepokoju na świecie i niepewności o przyszłość wymagają „wytrwałości w poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi, przeżywanej codziennie przez odmawianie różańca”. Zaapelował o powstrzymywanie zła, zatrzymując je na sobie, tak jak Chrystus, zamiast przekazywać je przez wyrządzanie krzywdy innemu.
KAI/Aleteia.pl
Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią
fot. János Korom Dr. from Wien,
Austria via Wikipedia, CC BY-SA 2.0 / Eric Draper – whitehouse.gov (wikipedia), CC0
***
Kard. Sodano objawiając 13.05.2000 r. główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej stwierdził: “Według interpretacji Pastuszków, ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy.”
Teraz już wiemy, że to proroctwo wypełniło się wieczorem 13 maja 1981 r. Cały świat obiegła wtedy wstrząsająca wiadomość o zamachu na życie Ojca Świętego. Podczas środowej audiencji, kiedy Ojciec Święty stojąc w “papamobile” po raz drugi okrążał plac św. Piotra i zbliżał się do Spiżowej Bramy, turecki terrorysta Mechmed Ali Agca oddał do niego kilka strzałów (po czwartym zaciął mu się pistolet), raniąc go w jamę brzuszną, prawy łokieć i wskazujący palec prawej ręki.
Ks. biskup Stanisław Dziwisz wspomina: “Huk był ogłuszający. Naturalnie zrozumiałem, że ktoś strzelał. Ale kto? I zobaczyłem, że Ojciec Święty został zraniony. Chwiał się, ale nie było widać ani krwi ani ran. Zapytałem: gdzie? odpowiedział: w brzuch, spytałem jeszcze: czy bardzo boli?, a on odpowiedział: Tak. Stojąc za Ojcem Świętym podtrzymywałem go, żeby nie upadł. Pół-leżal w aucie oparty o mnie i tak dojechaliśmy do ambulansu koło centrum sanitarnego wewnątrz murów watykańskich. Ojciec Święty oczy miał zamknięte, bardzo cierpiał i powtarzał krótkie modlitwy w formie aktów strzelistych. O ile dobrze pamiętam, to najczęściej: Maryjo, Matko moja! Maryjo, Matko moja”. Doktor Buzzonetti i brat Kamil, pielęgniarz, byli ze mną w karetce. Jechała bardzo szybko. Po kilkuset metrach, syrena karetki się popsuta. Trasa, którą normalnie pokonuje się w co najmniej pół godziny, zajęła 8 minut i to w rzymskim ruchu ulicznym! W czasie drogi Ojciec Święty bardzo cierpiał i modlił się coraz bardziej słabnącym głosem. Nie wymówił ani jednego słowa rozpaczy czy urazy, jedynie słowa głębokiej modlitwy, płynącej z wielkiego cierpienia. Później Ojciec Święty powiedział mi, że zachował przytomność aż do przyjazdu do szpitala, i tam dopiero ją stracił. Sakramentu Chorych udzieliłem Ojcu Świętemu tui przed samą operacją. Operacja zaczęła się przed godziną 18. Operował profesor Crucitti, asystowali mu: profesor Manni, reanimator, kardiolog doktor Manzoni, internista doktor Breda i lekarz z Watykanu”.
Podczas przygotowań do operacji stwierdzono, że stan Papieża jest krytyczny. Ojciec Św. stracił trzy czwarte krwi, ciśnienie spadło do stanu alarmującego. Puls był prawie niewyczuwalny. Zgon mógł nastąpić w każdej chwili z powodu wykrwawienia. Nadzieja stopniowo zaczęła wracać, kiedy podczas operacji okazało się, że żaden z ważnych dla życia narządów nie został naruszony. Operacja była bardzo skomplikowana. Trwała około 5 godz. Trzeba było oczyścić jamę brzuszną, wyrównać skutki utraty krwi, w kilku miejscach zaszyć okrężnicę oraz wyciąć 55 cm jelit.
Kiedy Papieża przywieziono do szpitala, wszystko było gotowe do operacji, ale przecież trzeba również przygotować i rannego. To wszystko rozgrywało się w kilku minutach pomiędzy życiem a śmiercią! Podczas gdy zwożono umierającego z dziesiątego piętra do sali operacyjnej na dziewiątym piętrze, na wszystkie strony wysyłano naglące wezwania do profesora Crucitti, któremu cudem udało się dotrzeć na czas do kliniki Gemelli.“Kiedy wjechałem na dziewiąte piętro – wspomina profesor – zakonnica zawołała do mnie: Prędko! Prędko!” Asystenci i siostry dosłownie rzucili się na mnie, Żeby ze mnie zedrzeć marynarkę i spodnie, i włożyć mi strój do operacji, rozsiewając naokoło wszystko, co miałem w kieszeniach: klucze, bilon i portfel. Kiedy pobiegłem myć ręce, jeden wiązał mi na plecach fartuch, drugi wkładał mi operacyjne buty, a w tym samym czasie inny lekarz meldował mi z sali: “Ciśnienie 80, 70, spada dalej”. Kiedy wszedłem, narkoza już zaczęła działać, Papież spał, a ja miałem skalpel w ręce. Ekipa od nagłych wypadków zrobiła już wszystkie niezbędne zabiegi i miałem tylko jedną myśl: otwierać, otwierać, nie tracąc ani sekundy. Otwarłem. I zobaczyłem krew, mnóstwo krwi. Było jej może ze trzy litry w jamie brzusznej. Usuwaliśmy ją aspirując, wycierając i osuszając na wszystkie sposoby, dopóki nie ukazały się źródła krwotoku. Wtedy mogłem się zabrać do tamowania krwawienia. Z chwilą, gdy ranny nie tracił już krwi i transfuzja zaczęta działać, ciśnienie się podniosło. Teraz spokojnie mogliśmy prowadzić operację dalej. Zbadałem więc jamę brzuszną i zobaczyłem szereg ran. Były to liczne uszkodzenia j elita cienkiego i okrężnicy. Jedne powstały przez bezpośrednie obrażenie: przecięcie lub przedziurawienie pociskiem, inne przez pęknięcie. Krezka jelita cienkiego, ta błona, z której wychodzą naczynia krwionośne prowadzące do jelita cienkiego, była uszkodzona w wielu miejscach. Zrobiłem resekcję i konieczne zespolenia, przepłukałem otrzewną, założyłem szwy na esicy. Tam, w ostatniej części okrężnicy znajdowała się straszliwa rana, spowodowana bezpośrednio przejściem pocisku.
Po zatamowaniu krwawienia, skontrolowaniu akcji układu sercowo-naczyniowego i stwierdzeniu, jak poważne są rany, pomyślałem, że sytuacja wymaga z mojej strony przede wszystkim zimnej krwi. Będąc całkowicie świadomy trudności mojego zadania, byłem jednakże przekonany, że wynik będzie pozytywny. Żaden ważny dla życia organ jak: tętnica główna, tętnica biodrowa czy moczowód nie zostały naruszone. Pocisk przeszedł przez kość krzyżową po przebiciu przedniej ściany brzucha. Obficie krwawiący system żylny przed kością krzyżową sprawił nam wiele kłopotu: dla powstrzymania krwotoku musieliśmy go powlec wyjałowionym woskiem. Ale pocisk otarł się tylko o ważne narządy, których uszkodzenie mogłoby sprowadzić śmierć i wydawało się, że sąsiadujące z nimi ośrodki nerwowe nie ucierpiały. To było zupełnie zdumiewające.”
Kiedy operacja się zakończyła, Ojca Świętego przewieziono do sali reanimacyjnej, gdzie przebywał do 18 maja. W pierwszych dniach po operacji Ojciec Święty bardzo cierpiał, głównie z powodu drenów, ale w miarę upływu czasu wszystko powoli wracało do normy.
Po zakończeniu skomplikowanej operacji, prof. Crucitti stwierdził, że dziewięciomilimetrowa kula przeszła przez ciało Papieża nieprawdopodobnym torem, omijając wszystkie istotne dla życia organy, jakby prowadzona niewidzialną ręką. Przeszła o kilka milimetrów od tętnicy głównej. Jej uszkodzenie grozi natychmiastową śmiercią. Ominęła rdzeń kręgowy i inne istotne dla życia narządy. Jest to fakt, który nie da się wytłumaczyć w sposób naturalny. “To był prawdziwy cud i wiem, komu go zawdzięczam. Jedna ręka trzymała pistolet, a inna prowadziła kulę”. Tak skomentował ten fakt sam Ojciec Święty. Zamach miał miejsce 13 maja, w rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Nawet godzina i minuty się zgadzały.
Ks. biskup Dziwisz mówi, że “Ojciec Święty widział w tym wszystkim znak z nieba, a my łącznie z lekarzami, cud. Wydawało się, że wszystkim kieruje niewidzialna ręka. Nazajutrz po operacji Papież przyjął Komunię świętą. Następnego dnia już koncelebrował z nami, leżąc w łóżku. Ojciec Święty ani razu nie opuścił brewiarza. Pamiętam, że nazajutrz po zamachu jego pierwszym pytaniem po odzyskaniu przytomności było: Czy odmówiliśmy kompletę? Co wieczór odprawialiśmy Mszę św., a potem odmawialiśmy litanię do Matki Bożej. Ojciec Święty śpiewał razem z siostrami. Największym pragnieniem personelu była obecność na jego Mszy św. 23 maja lekarze podpisali komunikat, mówiący, że życiu chorego nie grozi już niebezpieczeństwo”.
W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”
Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego zamachowca Ali Agcy. Ojciec Święty odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem Ali Agca powiedział: “Jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał? Ja wiem, że dobrze celowałem. Wiem, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.
Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie, właśnie wtedy Matka Boża apelowała do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”.
Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”.
13.07.1917 r. podczas objawienia w Fatimie Matka Najświętsza powiedziała: “Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci…” Natomiast 13.06.1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy oświadczyła: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa i Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”.
W pamiętny dzień 25 marca 1984 roku Ojciec Święty, na placu św. Piotrą w Rzymie, w łączności z biskupami całego świata, dokonał aktu oddania całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność do Rzymu figurki Matki Bożej z Fatimy. Dwustu kardynałów i biskupów obecnych w tym dniu na Placu św. Piotra razem z wiernymi zdawało sobie sprawę, że jest to wydarzenie, które według fatimskiego orędzia, może zmienić losy świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu poświęcenia, aby przezwyciężyć potęgę zła, która zagraża całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch l ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy… składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po akcie oddania świata Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”.
Dzień oddania całego świata Matce Najświętrzej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. W Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego.
Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie.
13 maja 1994 r. Ojciec Święty przebywał na leczeniu w klinice Gemelli, po złamaniu szyjki kości udowej w prawej nodze. W tym dniu skierował wielkanocne orędzie do włoskich biskupów, w którym napisał: “Piszę te słowa dziś, 13 maja, z polikliniki Agostino Gemelli. Pozwólcie, Bracia umiłowani, że wrócę myślą do tego, co wydarzyło się przed 13 laty na Placu św. Piotra. Wszyscy pamiętamy ten moment, kiedy po południu oddano strzały do papieża, aby go zabić. Kula, która przebiła jamę brzuszną, znajduje się obecnie w Sanktuarium w Fatimie, pas przedziurawiony tą kulą znajduje się w sanktuarium na Jasnej Górze. To macierzyńska ręka kierowała torem kuli, a umierający papież, przewieziony pośpiesznie do kliniki Gemelli, został zatrzymany na progu śmierci. We wrześniu ubiegłego roku, kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w Sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Do zdrowia powróciłaś cudem!” Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał.”
W kontekście tych wszystkich wydarzeń niezwykłe znaczenie i wagę ma oświadczenie kard. Sodano po Mszy św. beatyfikacyjnej fatimskich Pastuszków Franciszka i Hiacynty 13.05.2000 r. “Ojciec Święty – stwierdził kardynał – po zamachu 13 maja 1981 uznał za rzecz oczywistą, że “macierzyńska ręka kierowała biegiem kuli, dzięki czemu znajdujący się w agonii Papież” zatrzymał się na progu śmierci”. Z okazji wizyty biskupa Leirii i Fatimy w Rzymie Papież postanowił przekazać kulę, którą po zamachu znaleziono w wiozącym go samochodzie, przekazać Sanktuarium Fatimskiemu. Została ona z inicjatywy biskupa umieszczona w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej.
Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego ateizm reżimu komunistycznego. Także za to Papież dziękuje z głębi serca Najświętszej Dziewicy. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli wydarzenia, do których odnosi się trzecia część tajemnicy fatimskiej, zdają się należeć do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.
M.P./Miłujcie się! 5-8/2000
***
Zamach na Jana Pawła II – wstrząsające pamiątki wydarzenia sprzed ponad 40 lat
fot. Damian Klamka/East News | wikipedia
***
Dziś, 13 maja mijają 43 lata od zamachu na Jana Pawła II. W wielu miejscach w Polsce i poza granicami, przechowywane są różnego rodzaju przedmioty związane z tym dramatycznym wydarzeniem: przestrzelona sutanna, pocisk, który ranił papieża, pistolet, z którego strzelał Mehmet Ali Agca. Te szczególne pamiątki – z których część z uwagi na ślady krwi mają charakter relikwii – przechowywane są m.in. w Wadowicach, Krakowie i portugalskiej Fatimie.
Sutanna
Jednym z niemych świadków wydarzenia sprzed ponad 40 lat jest sutanna, którą papież miał na sobie w czasie zamachu. Można ją zobaczyć w sanktuarium św. Jana Pawła II na krakowskich Białych Morzach, gdzie spoczywa w szklanej gablocie. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. przy przestrzelonej sutannie, noszącej ślady krwi zatrzymywali się pielgrzymi z całego świata.
Tę niezwykłą relikwię przekazał sanktuarium kard. Stanisław Dziwisz 13 maja 2015 roku, a więc w 34. rocznicę zamachu. „Trudno ją było dłużej trzymać w domu. Trzeba było ją przekazać w miejsce, w którym będzie przechowywana. Niech będzie świadkiem tego zamachu, ale też świadkiem wielkości Jana Pawła II” – mówił kard. Stanisław Dziwisz. Od tego czasu sutanna wystawiona jest na widok publiczny w jednej z kaplic górnego kościoła sanktuarium św. Jana Pawła II, będącego częścią papieskiego Centrum „Nie lękajcie się!”. Znajduje się ono na obszarze dawnych Zakładów Sodowych „Solvay”, a więc w miejscu związanym z latami młodości Karola Wojtyły.
Pas
Natomiast w skarbcu sanktuarium na Jasnej Górze przechowywany jest przestrzelony i noszący ślady krwi i pocisku, biały pas sutanny Jana Pawła II. Pas po raz pierwszy publicznie pokazano pielgrzymom 4 czerwca 2004 r. w Kaplicy Matki Bożej. Umieszczono go w specjalnej, pancernej i przeszkolonej szkatule w ołtarzu jasnogórskim po lewej stronie, tuż przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.
Kaseta, w której zawisł papieski pas, wykonana jest ze stali ozdobionej srebrem. Oglądanie pasa umożliwia kryształowa, hartowana szyba, chroniąca jednocześnie pas przed światłem i ciepłem. Kaseta waży ponad 20 kilogramów. Wieńczy ją wykonany ręcznie ze srebrnej blachy herb papieski Jana Pawła II połączony z elementami kluczy i tiary. Na wstędze widnieje napis: „Totus Tuus”. Wykonawcami kasety są Lech Dziewulski wraz z Markiem Ganewem z Krakowa.
W czasie uroczystości udostępniania pielgrzymom tego niezwykłego przedmiotu, odtworzono nagranie słów, które Jan Paweł II wypowiedział na Jasnej Górze 19 czerwca 1983 r.: „W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na Placu Św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny”.
Podkoszulek
Dopiero w 2000 roku Anna Strenghellini, przełożona pielęgniarek na sali operacyjnej Polikliniki Gemelli wyciągnęła cenną pamiątkę i przekazała ją do domu prowincjalnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, z którym od lat była związana. Pani Strenghellini pełniła dyżur tamtego pamiętnego dnia. Już po operacji ciężko rannego papieża, porządkując narzędzia chirurgiczne, zobaczyła na posadzce jego zakrwawiony podkoszulek. Zawinęła go w gazę i przechowywała w szafie.
Dziś cenna relikwia jest eksponowana w domowej kaplicy szarytek przy via Francesco Albergotti 75 w Rzymie. Na zakrwawionej bieliźnie widoczne są trzy otwory od kuli (najwidoczniej podkoszulek musiał być zagięty, że pocisk zostawił tyle śladów) a tuż przy metce zachowały się inicjały „JP” wyhaftowane czerwoną nitką przez posługujące papieżowi siostry zakonne.
Pistolet
W Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach przechowywany jest m.in. oryginalny pistolet Browning HP kaliber 9mm, z którego Ali Agca strzelał do papieża. Broń wypożyczona przez rzymskie muzeum kryminologii jest jednym z przedmiotów wzbudzających największe zainteresowanie wśród zwiedzających muzeum w Wadowicach. 12 maja, broń, wypożyczoną przez rzymskie muzeum kryminologii będzie można zobaczyć podczas specjalnej prezentacji na dziedzińcu Muzeum.
W 2017 r. minister sprawiedliwości Republiki Włoskiej na prośbę wadowickiej placówki, postanowił, że pistolet pozostanie na kolejne pięć lat w depozycie polskiego muzeum. „To trudna pamiątka. Z jednej strony jest narzędziem zbrodni, ale i świadectwem wielkości i świętości Jana Pawła II, który przebaczył zamachowcowi jeszcze w drodze do szpitala” – mówił ówczesny dyrektor Muzeum ks. Jacek Pietruszka.
W tej samej placówce można zobaczyć garnitur szefa watykańskiej ochrony Francesco Pasanisiego, który własnym ciałem osłaniał rannego Papieża przed kolejnymi strzałami. Na spodniach do dzisiaj widoczne są ślady papieskiej krwi.
Ponadto w Wadowicach prezentowane są sprzęty z pokoju szpitalnego z Polikliniki Gemelli, w którym papież przebywał w czasie swoich pobytów w tej klinice: łóżko, szafka nocna, przeszklona szafka na leki oraz dwa krzesła.
Kula
Kulę, która go raniła, Jan Paweł II przekazał sanktuarium maryjnemu w Fatimie, dokąd przybył z dziękczynną pielgrzymką dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu, 13 maja 1982 r. Pocisk umieszczono w koronie wieńczącej figurę Matki Bożej. Papież uważał, że właśnie Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie.
Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19. Nawiązując do tego faktu Papież powiedział: „Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli”. W 1991 r., podczas kolejnego pobytu w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność”.
Kilka dni po zamachu Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nieujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej. Ujawniono ją dopiero w 2000 r.. Tekst ten mówił o „ubranym na biało biskupie, który krocząc z trudem ku krzyżowi wśród ciał zabitych męczenników [głównie duchownych i zakonnic], pada na ziemię jak martwy, rażony strzałami z broni palnej”. Według interpretacji watykańskiej, wizja ta dotyczyła zamachu na Jana Pawła II.
Miejsce…
Kule zamachowca dosięgły Papieża gdy papamobile znajdował się mniej więcej w połowie Placu św. Piotra, po prawej stronie patrząc na bazylikę. Miejsce to upamiętnia kwadratowa tabliczka z białego marmuru, wmontowana w bruk. Widnieje na niej herb Jana Pawła II i data zamachu zapisana w cyfrach rzymskich: XIII V MCMLXXXI.
“Byłem właściwie po tamtej stronie”
W książce “Pamięć i tożsamość” wydanej niedługo przed śmiercią Jana Pawła II, papież wspominał: „Agca wiedział, jak strzelać i strzelał z pewnością bezbłędnie. Tylko że jak gdyby ‘ktoś’ tę kulę prowadził. (…) Pamiętam tę drogę do szpitala. Zachowałem jeszcze przez pewien czas świadomość. Miałem poczucie, że przeżyję. Cierpiałem, był powód do strachu, ale miałem taką dziwną ufność (…) . Byłem już właściwie po tamtej stronie. (…) Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą,że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Acy nie dawało spokoju pytanie: jak to się stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swojego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać?
opr. Tomasz Królak / pz | Warszawa Ⓒ Ⓟ/e-Kai
***
Jasna Góra: przestrzelony pas Jana Pawła II jako wotum wdzięczności
We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej Kościół katolicki przypomina o zamachu na św. Jana Pawła II, do którego doszło 13 maja 1981 r. na Placu św. Piotra w Watykanie. Strzały oddane do papieża w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie św. Jan Paweł II odczytywał w perspektywie szczególnej opieki Maryi, której przypisywał swoje ocalenie. Wspomnienie liturgiczne Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej upamiętnia pierwsze objawienie Matki Bożej trojgu pastuszkom, do którego doszło 13 maja 1917 r. w Fatima.
fot.Mazur/episkopat.pl
***
Wotum wdzięczności w Fatimie i na Jasnej Górze
Rok po zamachu, 13 maja 1982 r., św. Jan Paweł II udał się do Fatimy, by podziękować za uratowanie życia. Kula, która raniła papieża, została umieszczona jako wotum w koronie figury Matki Bożej Fatimskiej.
Dwa lata po zamachu Ojciec Święty przekazał Jasnej Górze przestrzelony pas swojej sutanny. Zgodnie z jego życzeniem przez ponad 20 lat był on przechowywany w sejfie. Dopiero 4 czerwca 2004 r. Stolica Apostolska wyraziła zgodę na udostępnienie tego wotum pielgrzymom. Obecnie znajduje się ono w ołtarzu przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.
Pas w futerale z herbem papieskim Jan Paweł II przekazał ówczesnemu generałowi Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika o. Józef Płatek.
– Pamiętam ten moment, kiedy papież składał go jako wotum dziękczynne za ocalenie życia. Dostrzegłem wtedy łzy w oczach papieża, nigdy wcześniej nie widziałem tak wzruszonego Ojca Świętego – wspomina paulin. Jak relacjonuje, Jan Paweł II powiedział wówczas: „Jestem człowiekiem zawierzenia, ono dokonało się tutaj i chcę ten pas tu zostawić”, a następnie poprosił o możliwość samotnej modlitwy przed Cudownym Obrazem Matki Bożej, przed którym spędził blisko dwie godziny.
– Ta szczególna pamiątka, z uwagi na ślady krwi, ma charakter relikwii i stanowi dla wiernych bezcenną pamiątkę – podkreśla o. Józef Płatek.
Obraz Jerzego Dudy-Gracza
O zamachu przypomina również obraz Jerzego Dudy-Gracza znajdujący się w Muzeum 600-lecia na Jasnej Górze.
– Obraz został namalowany w 1982 roku, czyli zaraz po zamachu. Przedstawia Ojca Świętego cierpiącego, z mocno zaznaczonymi miejscami, gdzie papież został raniony. W tle widzimy wieżę Jasnej Góry, a w centralnym miejscu wizerunek Maryi – mówi s. Kornelia ze Zgromadzenie Córek Bożej Miłości.
Zakonnica podkreśla, że dzieło pomaga przybliżać młodemu pokoleniu znaczenie wydarzeń z 13 maja 1981 r. – Trzeba opowiadać o tym zdarzeniu i przypominać, jak ogromnym przeżyciem było ono dla Polski i całego świata – zaznacza.
Świadectwo Mariusza Drapikowskiego
Mariusz Drapikowski, autor m.in. bursztynowej sukni na ikonę Matki Bożej Jasnogórskiej, przyznaje, że 13 maja szczególnie modli się słowami „Pod Twoją obronę”.
– Tę modlitwę zanosiłem w dniu zamachu na Ojca Świętego i zawsze dziękuję Maryi na wzór Jana Pawła II – mówi artysta.
Drapikowski opowiada także o własnym doświadczeniu uzdrowienia, które przypisuje wstawiennictwu św. Jana Pawła II. W wieku 40 lat zachorował na stwardnienie rozsiane, tracąc wzrok i władzę w rękach. Przełomowym momentem była audiencja u papieża sprzed 23 lat.
– Powiedziałem Ojcu Świętemu, że moim marzeniem jest wykonanie bursztynowej sukni dla ikony Matki Bożej na Jasnej Górze. Papież położył wtedy rękę na mojej głowie. Po spotkaniu nastąpiła nagła poprawa zdrowia. To był dla mnie cud, który trwa – podkreśla.
Jak dodaje, doświadczenie to umocniło w nim pragnienie służenia Bogu, Kościołowi oraz Matce Bożej poprzez twórczość artystyczną.
Zamach na Placu św. Piotra
Do zamachu na Jana Pawła II doszło 13 maja 1981 r. o godz. 17.19 na Placu św. Piotra w Watykan. Mehmet Ali Ağca trzykrotnie strzelił do papieża, który w odkrytym papamobile pozdrawiał pielgrzymów.
Po operacji i kilkutygodniowej hospitalizacji Ojciec Święty wrócił do Watykanu, gdzie przechodził długą rekonwalescencję. Jeszcze w drodze do szpitala przebaczył zamachowcowi, co później potwierdził publicznie.
BPJG/Anna Przewoźnik/KAI
***
Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka
13 maja 2026
Oprac. GS/PCh24.pl
Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.
Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.
Deficyt wiary króla
Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.
Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.
W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.
Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.
W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.
Zatrzymać błędy Rosji
Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.
– Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.
– Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.
Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.
Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.
Ratunek w godzinie śmierci
Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.
– Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.
Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.
Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.
– Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencjahabitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.
Leon XIV: Jezus nas miłuje i nie zostawia nas samych w próbach życiowych
“Kto odpowiada na miłość, jaką Jezus darzy wszystkich, w Duchu Świętym znajduje niezawodnego sprzymierzeńca” – powiedział papież w rozważaniu przed wielkanocną modlitwą Regina Coeli.
fot. VaticanMedia
Ojciec Święty nawiązał do czytanego dziś fragmentu Ewangelii (J 14, 15-21), a szczególnie słów: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” (J 14,15).
„Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych”
Podkreślił, iż nie oznacza to, że Bóg kocha nas jedynie wtedy, gdy jesteśmy posłuszni. Przeciwnie – to Jego miłość jest źródłem naszej zdolności do życia według przykazań.
Jezus zaprasza nas do relacji opartej na zaufaniu i miłości, a nie na lęku czy poczuciu winy – zaznaczył. Miłość Jezusa rodzi w nas miłość. Sam Chrystus jest kryterium, normą prawdziwej miłości: na zawsze wiernej, czystej i bezwarunkowej. Miłości, która nie zna ani «ale», ani «może»; która oddaje siebie, nie chcąc posiadać; która oddaje życie, nie oczekując niczego w zamian – powiedział Leon XIV.
Wskazał, że miłość Jezusa staje się wzorem prawdziwej miłości – wiernej, czystej i bezinteresownej. Kto doświadcza miłości Boga, potrafi również kochać innych. Przykazania nie są więc ciężarem, lecz drogą prowadzącą do życia i uzdrowienia serca.
Leon XIV: „Jezus wybawia nas od zła i jednoczy nas w Kościele „
Papież zwrócił uwagę, że Pan Jezus nie pozostawia nas samych w trudnościach. Obiecuje nam Ducha Świętego – Pocieszyciela i Ducha Prawdy, który wspiera i prowadzi wierzących. Duch Święty pomaga nam świadczyć o Bogu, który jest miłością, oraz budować jedność między ludźmi. Ojciec Święty wskazał, że Jezus dzieli się z nami swoją relacją z Ojcem i zaprasza nas do wspólnoty życia z Bogiem.
Ta porywająca komunia życia obala argumenty Oskarżyciela, czyli przeciwnika Parakleta, ducha sprzeciwiającego się naszemu Obrońcy. Rzeczywiście, podczas gdy Duch Święty jest mocą prawdy, ów Oskarżyciel jest «ojcem kłamstwa» (J 8, 44) i chce skłócić człowieka z Bogiem oraz ludzi między sobą. Jest to dokładne przeciwieństwo tego, co czyni Jezus, który wybawia nas od zła i jednoczy nas jako lud braci i sióstr w Kościele – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy Regina Coeli i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
vatican.va, KAI, zś/Stacja7
***
piątek – 8 maja 2026
Król zamordował go podczas Mszy świętej… Święty Stanisław – patron ładu moralnego
Canva Pro AI
***
Brutalnie zamordowany przez króla, ogłoszony patronem Polski. Jego proces kanonizacyjny był pierwszym w historii Kościoła, w którym brał udział „adwokat diabła”.
Protegowany króla
Stanisław urodził się w 1030 roku w Szczepanowie, niewielkiej wsi położonej w Małopolsce. Jego rodzice mieli szlacheckie pochodzenie, dlatego też od najmłodszych lat dbali o gruntowne wykształcenie syna. Stanisław uczył się więc najpierw w domu, pod okiem prywatnych nauczycieli, później u benedyktynów w Tyńcu, aż w końcu wyjechał na studia za granicę. Źródła nie są zgodne co do miejsca, w którym studiował, jedne podają, że było to Leodium w Belgi, inne – Paryż. Pewne natomiast jest to, że skończył teologię i prawo, a po powrocie do kraju w 1060 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ówczesny biskup krakowski Lambert Suła mianował go kanonikiem katedry na Wawelu.
Stanisław swoją pobożnością, dobrotliwością i prostotą ducha bardzo szybko zyskał sobie wiernych, którzy chętnie przychodzili do niego po porady i prośby o wstawiennictwo u króla Bolesława Śmiałego. Polski władca, który był człowiekiem bardzo porywczym niezwykle cenił sobie młodego kanonika, aż do tego stopnia, że po śmierci biskupa Lamberta wskazał Stanisława jako jego następcę. W 1072 roku Stanisław przyjął sakrę biskupią.
Niewygodny biskup
Nowy biskup krakowski przyczynił się do przywrócenia w 1075 roku metropolii w Gnieźnie, czym zasłużył się nie tylko dla Kościoła, ale również dla całego kraju, uniemożliwiając metropolii magdeburskiej kontrolę nad polskimi diecezjami. Jednak stosunki jakie panowały między królem Bolesławem Śmiałym a biskupem Stanisławem zaczęły się diametralnie zmieniać, gdyż duchowny otwarcie krytykował postępowanie władcy i oskarżał go o moralny upadek narodu.
Bowiem Bolesław Śmiały zamiast sprawować władzę nad powierzonym sobie ludem, wolał organizować wojsko i jeździć do sąsiednich krajów, by tam brać udział w zbrojnych walkach i hulankach rycerskich. A w tym czasie w kraju panoszyło się bezprawie, opuszczone żony zdradzały swoich mężów, rozpadały się małżeństwa, szerzyła się niemoralność. Biskup Stanisław wielokrotnie wzywał króla do powrotu do kraju i przywrócenia porządku. Podczas jednej z wypraw na Ruś rycerze zaczęli potajemnie opuszczać króla, gdy ten tygodniami bawił się w najlepsze.
Kiedy Bolesław wrócił do kraju, na niewiernych rycerzy czekała okrutna kara, co wywołało ostrą krytykę ze strony biskupa Stanisława. Postawa duchownego jeszcze bardziej rozzłościła króla, który wydał na niego wyrok śmierci. Nikt jednak nie ważył się podnieść ręki na krakowskiego biskupa.
Kanonizacja męczennika
11 kwietnia 1079 roku król Bolesław Śmiały wtargnął do kościoła na Skałce i zamordował biskupa Stanisława, podczas sprawowania Mszy świętej, uderzając go w głowę, a później nakazał poćwiartować jego ciało. Wiadomość o męczeńskiej śmierci szybko rozniosła się po całej Polsce. Król musiał uciekać z kraju, prawdopodobnie zamknął się w benedyktyńskim klasztorze w Osjaku, gdzie odbywał surową pokutę. Krakowski biskup został pochowany w katedrze na Wawelu.
Proces kanonizacyjny biskupa Stanisława rozpoczął w 1229 roku biskup Iwo Odrowąż, a kontynuował go biskup Prandota. Jak na tamte czasy trwał on dosyć długo. Powołano specjalną komisję do zbadania cudów jakie dokonały się za wstawiennictwem męczennika i prześledzenia szczegółów z jego życia.
Wielkim przeciwnikiem wyniesienia na ołtarze bp. Stanisława był kardynał Rinaldo Conti, późniejszy papież Aleksander IV – odtąd każdy proces kanonizacyjny odbywa się z udziałem tzw. „adwokata diabła”, którego zadaniem jest wyciągnięcie wszystkich niejasności i ciemnych stron życia przyszłego świętego.
Papież Jan Paweł II nazwał biskupa Stanisława patronem ładu moralnego.
Dlaczego liturgiczne wspomnienie św. Stanisława przypada 8 maja?
Co roku w niedzielę po 8 maja, kiedy przypada liturgiczne wspomnienie świętego biskupa Stanisława, z katedry na Wawelu wyrusza procesja na Skałkę do bazyliki świętego Michała Archanioła, gdzie biskup krakowski poniósł śmierć męczeńską.
Ale uroczysta procesja, która gromadzi tłumy krakowian i przybyłych do Krakowa gości, nie odbywa się tylko dla upamiętnienia śmierci świętego. Przypomina ona o pochodach, które w 1253 roku wyruszyły ze wszystkich krakowskich kościołów, aby powitać delegację posłów niosących z Rzymu bullę kanonizacyjną potwierdzającą wyniesienie na ołtarze biskupa Stanisława.
Rok po jego kanonizacji krakowski biskup Prandota zorganizował 8 maja uroczystość podniesienia relikwii św. Stanisława i dlatego w polskim Kościele właśnie tego dnia świętujemy wspomnienie biskupa, patrona Polski.
Modlitwa do świętego Stanisława Biskupa i Męczennika
Boże, który przez świętego Stanisława związałeś Naród polski z Kościołem Chrystusowym zbudowanym na opoce Piotra, przyjmij nasze modlitwy, które Ci składamy i spraw, abyśmy naśladując świętego patrona, kształtowali nasze życie przez jedność wiary i braterską miłość a w Ojczyźnie naszej umacniali Chrystusowe Królestwo Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Stanisławie, módl się za nami W wierze wątpiących utwierdzających, módl się za nami. Patronie we wszystkich potrzebach, módl się za nami. Módl się za nami Święty Stanisławie, abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
***
Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednego
7 maja 2026/Vatican Media
***
O. Wiesław Dawidowski zna się z Leonem XIV, bo tak jak on jest augustianinem. W rozmowie ze Stacją7 opowiada o papieżu, który jest misjonarzem, zakonnikiem i człowiekiem Kościoła na niespokojne czasy
STACJA7: Od 1978 roku wielu Polaków mogło powiedzieć: „Znałem papieża”. W przypadku Leona XIV takich osób jest u nas bardzo niewiele. Ojciec jest jedną z nich. Szczerze: czy naprawdę brał Ojciec pod uwagę, że Robert Prevost może zostać papieżem?
Gdy chorował papież Franciszek, uczestniczyłem online w kilku wieczornych modlitwach różańcowych prowadzonych na placu św. Piotra przez kardynałów Kurii Rzymskiej. Jednej z takich modlitw przewodniczył kardynał Prevost. Bacznie obserwowałem jego skupienie na modlitwie i wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że może to jest przyszły papież. Wcześniej zaprosiłem kardynała Prevosta do Warszawy na liturgię Wielkiego Tygodnia do naszej parafii anglojęzycznej, ale odmówił ze względu na trudną sytuację w Watykanie – chociaż napisał mi, że to “kusząca” propozycja.
„Modliłem się, żeby to był on”
W czasie wielu rozmów z braćmi dawałem wyraz przekonaniu, że przyszłym papieżem będzie właśnie o. Prevost. Zapytano mnie też o moje przeczucia co do wyboru, w programie TVP, w dniu rozpoczęcia konklawe. I szczerze? Modliłem się, żeby to był on.
I okazało się, że to on.
Tak, pierwszy kardynał augustianin z czynnym głosem na konklawe od ponad 100 lat. Przed nim był to kardynał Sebastiano Martinelli, który brał udział w konklawe 1903, które po śmierci Leona XIII wybrało Piusa X. Trochę żałuję, że nie obstawiałem na ten wybór żadnych pieniędzy (śmiech). Przydałyby się nam w klasztorze. No, ale Leon XIV uczy, że nie powinniśmy aspirować do niczego, tylko cieszyć się, że wybrał nas Pan Bóg. Więc cieszę, że to jego wybrał Duch Święty głosami kardynałów. Do dzisiaj wspominam tamten dreszcz emocji, który towarzyszył mi od chwili pojawienia się białego dymu do ogłoszenia przez kardynała protodiakona imienia nowego papieża.
Jak właściwie wyglądała wasza znajomość? Była to relacja przełożony-współbrat, zwykła zakonna znajomość, czy może przyjaźń?
Nie mogę aspirować do przyjaźni z papieżem Leonem, to byłaby nieprawda. Ale zna mnie – i to dość dobrze. To on – wówczas jako przełożony generalny augustianów – mianował mnie prowincjałem, przyjął ode mnie przysięgę kanoniczną przy objęciu urzędu. Spotkaliśmy się wiele razy przy okazji spraw dotyczących naszej prowincji. Gdy przyjeżdżałem do Rzymu jako przełożony prowincji, zawsze zalecał, abym zatrzymywał się w naszej Kurii Generalnej. Zresztą taki jest zwyczaj, że tam zatrzymują się przełożeni wyżsi. Sądzę, że określenie “mój współbrat” jest najtrafniejsze.
Jaki był Robert Prevost poza urzędem: przy stole, w zwyczajnej rozmowie, w codzienności zakonnego życia?
Znam go “poza urzędem” z naszego pierwszego spotkania w 1999 roku. Pisałem wtedy doktorat na Gregorianie, a on był już prowincjałem w Chicago. Zawsze skromny, łagodny, słuchający uważnie. Kocha być z braćmi, to jest bardzo augustiańskie. Mogę zdradzić, że kiedy był w Polsce, zaprosiliśmy go na przykład do pewnej krakowskiej restauracji (nazwy nie zdradzę).
Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego.
Zawsze skromny i radosny ale też zatroskany o braci. Ostatni raz jadłem z nim obiad na pół roku przed jego wyborem na papieża. Podarowałem mu wtedy grafikę św. Augustyna autorstwa łódzkiego grafika Tadeusza Siary, a on podarował mi godzinę czasu na rozmowę o Kościele. Wspaniały czas.
Gdyby miał Ojciec powiedzieć komuś, kto nigdy go nie spotkał: „Nie zrozumiesz Leona XIV, jeśli nie wiesz o nim jednej rzeczy” – co by to było?
Wspólnota. I dodam: wspólnota augustiańska ze wszystkimi jej konsekwencjami i słabościami. Dwa tygodnie po swoim wyborze papież Leon powiedział do braci w międzynarodowym kolegium augustiańskim św. Moniki w Rzymie: “zmieniła się moja rola, pozycja i misja ale zawsze pozostanę augustianinem”.
Co z tego wynika? Wspólnotowe rozeznawanie drogi. Wspólnotowe podejmowanie decyzji. To nie jest łatwe, bo wymaga wielkiej pokory, a z drugiej strony czasami wzięcia na siebie roli lidera i wyprzedzenia decyzji braci dla wspólnego dobra. Leon XIV, jakiego znam, potrafi mierzyć siły na zamiary i lubi projekty mające konkretny kształt.
“Nie jestem Franciszkiem II”
Przed konklawe najczęściej wskazywano kard. Parolina, bo – chyba słusznie – szukano papieża stabilizacji, głoszącego pokój światu, który stoi na krawędzi wojny. Kardynałowie wybrali jednak Roberta Prevosta, o którym mówiło się znacznie rzadziej. Co ten wybór mówi o Kościele i o samych kardynałach?
Ha! Pamiętam zdziwienie kilku polskich znanych redaktorów, gdy usłyszeli o wyborze i nic nie wiedzieli o kardynale Prevoście. To tylko pokazuje, że ludzkie wybory, analizy i zakłady nie mają znaczenia. Po wyborze napisał mi kardynał Mario Grech: „Jeśli ktoś nie wie, jak działa Duch Święty na konklawe, to on może złożyć o tym świadectwo”. Oczywiście nie w sensie zdrady tajemnicy konklawe, ale w znaczeniu pewnych emocji. A kogo szukali wśród siebie kardynałowie? O to trzeba pytać ich. Na ile znam się na języku ciała, to w dniu ogłoszenia wyboru widziałem na Loggi błogosławieństw uśmiechniętych i szczęśliwych kardynałów. I to był znak, że oni dobrze wiedzieli, jakiego Piotra naszych czasów potrzeba Kościołowi.
Czy w ogóle ma sens pytanie, czy Leon XIV będzie raczej „Franciszkiem II”, czy „Benedyktem XVII”? A jeśli nie, to gdzie Ojciec umieściłby go na mapie dzisiejszych napięć w Kościele?
Przy okazji rozpoczęcia pontyfikatu rozmawiałem w Rzymie z o. Maciejem Giertychem OP i on podpowiedział mi, że w kwestii doktryny to będzie ciągłość z pontyfikatem Jana Pawła II i Benedykta XVI, a w kwestii gestów – ciągłość z pontyfikatem Franciszka. Wiem od braci augustianów w Rzymie, że papież powiedział jasno: nie jestem Franciszkiem II, ale Leonem. To coś wyraźnie mówi o samoświadomości Ojca Świętego. Natomiast dzisiaj, po wielu wystąpieniach publicznych papieża, wiemy już o wiele więcej. W tych dniach ukazuje się książka publikująca teksty o. Prevosta z czasów, gdy był przełożonym generalnym. My augustianie znamy te teksty, ale teraz nabierają one innego znaczenia. Aby zrozumieć Leona, trzeba zebrać te teksty. Nad wydaniem książki „Wolni utwierdzeni w łasce” trudziło się czterech zakonników. Dobrze, że ta książka ukaże się w języku polskim, bo wtedy dla wszystkich stanie się jasne, co było, jest i będzie duchowym pokarmem papieża Leona.
Wiadomo, że Robert Prevost rozważał imię „Augustyn”, ale ostatecznie wybrał „Leon”. Kogo Ojciec zobaczył 8 maja 2025 roku: Leona czy Augustyna?
Imię Leon mnie zaskoczyło, aczkolwiek dobry znajomy jezuita o.prof. Marek Inglot, twierdzi, że przewidział wybór tego imienia. Imię ma znaczenie, bo wiele mówi. Sam papież powiedział, że miał taką myśl, aby to był „Augustyn”, jednak wybrał imię Leon, po Leonie XIII, wielkim przyjacielu augustianów, wręcz dobroczyńcy naszego zakonu. Był to papież, który wychował się w augustiańskiej parafii w Carpineto, studiował teologię w kolegium w Viterbo, skąd pochodził bł. Jakub z Viterbo, augustianin, notabene twórca pierwszego podręcznika eklezjologii.
Augustyn na czas końca imperiów
Amerykanin z urodzenia, Peruwiańczyk z doświadczenia, watykański kurialista z urzędu, augustianin z tożsamości. Po pierwszym roku pontyfikatu która z tych warstw wydaje się Ojcu najważniejsza?
Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym. Papież Leon jest człowiekiem Kościoła i to wyraża się zarówno w jego motto „In ille uno unum”, jak i w jego duchu misyjnym. Miałem szczęście być razem z reprezentacją mojego duszpasterstwa anglojęzycznego na osobistej audiencji i przyglądałem się z bliska interakcjom Ojca Świętego z rozmaitymi delegacjami. Wtedy przyszła mi myśl: to jest duszpasterz. To jest biskup Kościoła zatroskany o każdego człowieka. Rzecz jasna, że biegła znajomość języków, doświadczenie misyjne, znajomości z biskupami i kurialistami bardzo pomagają. Wiem – a powiedział mi to jo jeszcze jako kardynał – że bardzo leży mu na sercu jakość życia zakonnego we współczesnym Kościele. On naprawdę wierzy, że zakony są sercem Kościoła i jeśli to serce cierpi na stan przedzawałowy, to cierpi całe ciało.
Leon XIV często mówi św. Augustynem. To tylko naturalny kod augustianina, czy także świadome lekarstwo na dzisiejszą sytuację świata i Kościoła?
Dla nas augustianów to zupełnie naturalne myśleć i mówić św. Augustynem. Augustyn jest dla nas tym, kim św. Tomasz dla dominikanów, a w mojej formacji zakonnej i teologicznej zalecano, żeby w każdym kazaniu powołać się na autorytet biskupa Hippony.
Proszę zwrócić uwagę, na korzenie genealogiczne Leona XIV. Matka była Kreolką, Ojciec Sycylijczykiem, babka i ojciec po stronie matki to byli mulaci o francuskich, hiszpańskich i afrykańskich korzeniach. Tak więc jest to niezwykły mix kulturowy zakorzeniony głęboko w Kościele katolickim, czyli powszechnym.
W przeciwieństwie do Tomasza Augustyn żył na przełomie epok. Na nim kończy się starożytność i zaczyna średniowiecze. Ale Augustyn jest też świadkiem końca epoki potęgi Imperium Romanum. Doświadczamy na naszych oczach pewnego kresu naszych Imperiów, o czym mówiłem w książce napisanej razem z Damianem Jankowskim: „Leon XIV. Papież na niespokojne czasy”. Otóż, uważam, że żyjemy u kresu Pax Americana, a także u kresu nowożytności. To jest oczywiście długi proces, ale na pewno do annałów odchodzi światowy porządek polityczny, jaki został skonstruowany po II wojnie światowej. Wielki amerykański gwarant pokoju już się takim nie jawi, co zresztą coraz bardziej wybija się w głosach politologów.
Średniowieczne wędrówki ludów, których świadkiem był Augustyn, też są paradygmatem naszych zmian kulturowych. Współczesne migracje to znak pewnej fluktuacji kultur. Proszę zwrócić uwagę, ilu cudzoziemców spotykamy na naszych ulicach i nikogo to już nie dziwi. Jeśli więc ktoś myśli, że jest w stanie urzędowo i przy pomocy aparatu państwowego zatrzymać współczesne migracje jest albo naiwnym człowiekiem, albo populistą, albo fanatykiem. Św. Augustyn był świadkiem upadku Imperium Romanum, a jednocześnie wielkim apologetą interkulturowego chrześcijaństwa. Papież Leon XIV doskonale to czuje i myślę, że w najbliższych latach będziemy wiele razy słyszeć cytaty ze św. Augustyna.
W Polsce św. Augustyn bywa sprowadzany do kilku szkolno-homiletycznych obrazków: późne nawrócenie, dziecko nad morzem i próba przelania morza do kałuży, „niespokojne jest serce nasze”… Czy Leon XIV może sprawić, że Augustyn stanie się postacią tej rangi, co św. Tomasz z Akwinu?
Augustyn nie jest łatwym pisarzem, jego styl kaznodziejski jest stylem oratorskim wzorowanym na Wergiliuszu, Horacym, Cyceronie i innych wielkich retorach starożytności i w przeciwieństwie do Tomasza nie jest teologiem systematycznym. Osobiście widzę w Polsce od lat wielkie zainteresowanie myślą Augustyna. Publikuje się coraz więcej jego tekstów. Ostatnio zespół filologów klasycznych pod kierunkiem prof. Przemysława Nehringa wydał na Uniwersytecie UMK w Toruniu monumentalne dzieło 5 tomów listów św. Augustyna, a one pozwalają nam zrozumieć rozwój myśli tego wielkiego konwertyty. Tak więc ten Augustyn jakoś zaczyna wędrować, fakt, że do elit, ale może dzięki Leonowi zawędruje też do ludzi o mniejszym wyrobieniu teologicznym i literackim.
W czym Leon XIV najbardziej przypomina papieża Franciszka, a w czym już teraz widać wyraźną różnicę?
Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów. Natomiast historia tak się układa, że pewne wyzwania, przed jakimi stawał papież Franciszek, trwają i one są podejmowane przez papieża Leona. Myślę tutaj chociażby o kwestii migracji, problemie eskalacji, pełzającej Trzeciej Wojny Światowej, ale też problemach natury ekologicznej.
Problemem są też wewnętrzne sprawy Kościoła jak chociażby kryzys katolicyzmu w Europie, spadek kandydatów do kapłaństwa, kryzys życia zakonnego wielu wspólnot, zarówno męskich jak i żeńskich. Te problemy sygnalizował już Franciszek i te kwestie podejmuje papież Leon. Tak więc nie mamy do czynienia z zerwaniem, ale wyraźną ciągłością, bo to przecież ciągle jest ten sam Kościół, głoszący ewangelię nadziei i Chrystusa zwycięzcę śmierci.
AI, Ameryka i moralny autorytet papieża
Imię Leon XIV od razu przywołało skojarzenie z nauczaniem społecznym Leona XIII. Czego Ojciec spodziewa się po pierwszej encyklice tego pontyfikatu (15 maja)? Czy jej założeniem będzie powtórzenie tezy Leona XIII, że są takie problemy społeczne, których ani żadne państwo, ani Kościół samodzielnie nie rozstrzygnie, że potrzeba tu współpracy?
Mamy już dwa tropy. Przede wszystkim – próbkę literacką i doktrynalną w postaci adhortacji “Dilexi Te”. Wspomniałem też o książce z czasów, gdy Leon XIV był przeorem generalnym augustianów, posiadająca w tytule piękny cytat z Reguły zakonnej św. Augustyna ”Wolni, utwierdzeni w łasce”. Nie chciałbym więc wróżyć czy przewidywać, o czym będzie pierwsza encyklika – nie mam też śmiałości napisać maila do Ojca Świętego w tej sprawie – (śmiech), ale…
…Coraz częściej mówi się, że pierwsza encyklika może dotyczyć sztucznej inteligencji i przemian technologicznych. Czy to byłby “temat Leona” społeczny, ale jednocześnie bardzo współczesny?
Skoro do młodzieży amerykańskiej, łącząc się na platformie streamingowej online, mówił o problemach mediów społecznościowych czy potrzebie przyswajania wiedzy w tradycyjny sposób, to może podejmie właśnie te kwestie. Nie tak dawno mówił księżom, aby nie polegali na sztucznej inteligencji przy pisaniu kazań, bo to zabija głębię Słowa Bożego. Więc może będzie to encyklika o AI właśnie? Tak mówią niektórzy dziennikarze.
Z jednej strony, ekscytacja tym, że papież założył na pierwsze błogosławieństwo komżę, mucet i tradycyjną stułę była nietrafna, bo to jest tylko decorum. Z drugiej, pamiętajmy, że kardynałowie nie wybrali następcy Franciszka, ale następcę św. Piotra, bo każdy papież jest właśnie Piotrem naszych czasów.
Żyjemy w czasach tak szybko postępującej rewolucji technologicznej, że czasem boimy się, jaki będzie świat, gdy nam to wszystko ktoś jakąś wojną wyłączy? Boimy się też poprawiania ludzkości, a przecież musimy pamiętać że AI już wkroczyło w sferę bioetyki. Medycy są np w stanie korygować łańcuch DNA człowieka. Powstają samochody autonomiczne i jest tylko kwestią czasu jak wielu ludzi straci tradycyjną pracę na skutek postępującej robotyzacji wielu gałęzi przemysłu. To są kolosalne wyzwania, które niektórzy starsi widzą, ale młode pokolenie czuje lepiej. I te różne światy i kultury technologiczne trzeba jakoś ze sobą godzić sięgając po to co jest niezmienne i żywe czyli Słowo Boże spajające Kościół i ludzi dobrej woli.
Katolicyzm w USA nie jest jednorodny, jest bardziej spolaryzowany niż w Polsce. Czy Leon XIV, pierwszy Amerykanin jako następca św. Piotra, jest w stanie pogodzić obie grupy?
Pierwszy raz pojechałem do USA w 1989, będąc po drugim roku studiów teologicznych. Doświadczyłem wtedy tych dwóch różnych prędkości Kościoła: tradycyjnego i otwartego. Jednocześnie w obu tych obozach była nieprawdopodobna praca świeckich. W Polsce wtedy było czymś niewyobrażalnym, aby w kurii biskupiej pracowali świeccy, a tam, nawet w konserwatywnej diecezji Providence, Rhode Island było to normą. We frakcjach otwartych świeccy byli z księżmi na “ty”, w konserwatywnych “per ksiądz”. Na ile znam papieża Leona, nie ma w nim tendencji do antagonizowania frakcji, ale raczej zachęcania do pracy na rzecz dobra wspólnego.
Dawno temu biskup Fulton Sheen, dziś kandydat na ołtarze przyrównał Kościół amerykański do Kościoła Laodycei z księgi Apokalipsy. I tam jest napisane: „Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości,i biedny i ślepy, i nagi”. To była prawda o Kościele w Ameryce, który bardzo mocno zmienia się w perspektywie doktryny teologicznej, jak i społecznej. Dzieje się to dzięki nowym nominacjom biskupim, które są jasnym sygnałem, w jakim kierunku prowadzi Kościół obecny papież.
A tak na marginesie, czy ten cytat z Apokalipsy nie odnosi się dzisiaj do Kościoła w Polsce? My też mamy swoje lekcje do odrobienia i to naprawdę bardzo poważne.
Massimo Franco opisał relację USA-Watykan jako spotkanie dwóch „imperiów równoległych”. Dziś na ich czele stoją dwaj Amerykanie: Donald Trump i Leon XIV. Jak Ojciec czyta niewątpliwy spór pomiędzy nimi?
Tutaj mogę powołać się na samego papieża, a nie na moje osobiste wyczucie tematu. Przede wszystkim to Ojciec święty został zaatakowany przez prezydenta Trumpa. A Ojciec święty ze spokojem odpowiedział „Nie jestem politykiem. Mówię o Ewangelii”.
Trump obraził papieża mówiąc, że on jest słaby. Tymczasem to sam Trump okazał się słaby, co widać chociażby po fiasku wojny z Iranem. Świetnie to określił biskup Antonio Staglianò, w artykule „Trzeźwy Pasterz i pijany król”. Papież Leon jest pasterzem wielkiej trzeźwości umysłu i stoi po stronie prawdy. To tyle jeśli chodzi o spór. Natomiast w kwestii dwóch Amerykanów na czele dwóch imperiów to powtórzę: z jednej strony widzimy schyłek Pax Americana. A z drugiej, Papież Leon XIV jeszcze jako zakonnik nigdy nie obnosił się swoją amerykańskością. On był i jest wszystkim dla wszystkich. Dotykał biedy, ale też nie gardził ludźmi bogatymi.
I na koniec lżej: gdy Leon XIV przyjedzie do Polski, prawdopodobnie w 2028 roku, czy Ojciec już szykuje się do roli papieskiego tłumacza?
Kilkukrotnie byłem już tłumaczem o. Roberta Prevosta w czasie jego wielu wizyt w Polsce. Znam biegle angielski, chociaż znam swoje miejsce w szeregu. Odpowiem dykteryjką. Ojciec Edward Daleng, nigeryjski augustianin, po wielu latach pracy w Rzymie miał wracać do Nigerii. Walizki już były spakowane, bilet kupiony i na dzień przed wyjazdem odebrał telefon od papieża. Ojciec święty poprosił go zaprosił go do siebie i poprosił, aby został vice-regensem Domu Papieskiego.
Tak więc papieżowi się nie odmawia.
rozmawiał: ks. Przemysław Śliwińsk/Stacja 7.pl
o. Wiesław Dawidowski OSA – augustianin, doktor teologii fundamentalnej, duszpasterz i publicysta. Od 2004 roku związany jest z anglojęzycznym duszpasterstwem cudzoziemców w Warszawie, którego jest rektorem; w 2024 roku został mianowany Krajowym Dyrektorem Duszpasterstwa Migrantów przy KEP. W latach 2012-2021 był przełożonym prowincjalnym augustianów w Polsce, a wcześniej współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Osobiście poznał i pracował z o. Robertem Prevostem, późniejszym biskupem i kardynałem, dziś papieżem Leonem XIV.
***
Leon XIV w rocznicę wyboru u Matki Bożej w Pompejach: Tu miłość dokonuje cudów
Vatican Media
***
Bądźcie ludźmi modlitwy, aby odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami młodzieży – mówił Leon XIV do osób zaangażowanych w dzieła charytatywne w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Przybył tu w pierwszą rocznicę swego wyboru na Stolicę Piotrową.
Rocznica i szczególny dzień
Równo o godz. 8.00 rano Papież helikopterem wyleciał do Pompejów. Po około godzinie podróży przybył do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. To dzień szczególny – rocznica jego wyboru na Papieża, a także dzień odmawiania supliki do Matki Bożej Pompejańskiej.
W tym kontekście spotkanie z osobami zaangażowanymi w dzieła charytatywne Sanktuarium w Pompejach nabiera szczególnego znaczenia. „Bardzo się cieszę ze spotkania” – powiedział Ojciec Święty do osób objętych pomocą, zakonników, wychowawców i wolontariuszy.
Śladami św. Bartola Longa
„Cieszę się, że mogę rozpocząć tę Wizytę Duszpasterską śladami św. Bartola Longa, którego miałem radość kanonizować 19 października ubiegłego roku. Nazywał on Dolinę Pompejów ‘miejscem miłości, która ogrzewa serce’, ‘triumfem wiary i miłości bliźniego’ – cnót, które określał jako ‘dwa skrzydła złączone w jednym locie’” – dodał Ojciec Święty w pozdrowieniu.
Jak stwierdził, tutaj, w Pompejach „Świątynia Miłości” i „Świątynia Wiary” wzajemnie się wspierają. „Modlitwa podtrzymuje gościnność, serdeczność, służbę i hojność tak wielu osób – w ośrodkach wychowawczych, domach rodzinnych oraz w jadłodajni dla ubogich, noszącej imię papieża Franciszka. A miłość dokonuje cudów, które wykraczają daleko poza wszelki wysiłek i oczekiwania: w ciałach cierpiących, a jeszcze bardziej w duszach” – podkreślił Ojciec Święty.
Od nędzy do nadziei
Przypomniał, że kiedy św. Bartolo po raz pierwszy przybył do Doliny Pompejów, zastał ziemię dotkniętą wielką nędzą, zamieszkaną przez nielicznych bardzo ubogich rolników, nawiedzaną przez malarię i bandytów. „Potrafił jednak dostrzec w każdym oblicze Chrystusa: w dorosłych i dzieciach, a szczególnie w sierotach i dzieciach więźniów, którym swoją czułością pozwalał odczuć bicie serca Boga” – wskazał Leon XIV.
Miłość, która przemienia
Przekonywał, że miłość może prowadzić ku dobru „nawet najbardziej trudnych chłopców i dziewczęta, oraz że w każdej dziedzinie działania tylko miłość bliźniego zapewnia zwycięstwa pewne, wielkie i trwałe.”
Dzięki temu utworzył tu centrum życia chrześcijańskiego i pobożności wobec Najświętszej Maryi Panny, znane na całym świecie.
Papież zaznaczył, że podstawą tego dzieła jest modlitwa, zwłaszcza Różaniec Święty, który jest „ukrytym motorem, który czyni możliwym całą resztę.” Papież zachęcił zatem do podtrzymywania i szerzenia tej modlitwy, dzięki której, kontemplując tajemnice życia Jezusa prostymi i macierzyńskimi oczami Maryi, „to, czego On dokonał”, przenika do naszych serc i przemienia nasze życie.
Program życia
„Niech to będzie wasz program życia: być ludźmi modlitwy, aby niczym czyste i pokorne zwierciadła odbijać światło pochodzące od Boga. W ten sposób będziecie podtrzymywać gestami i słowami płomień miłości rozpalony przez św. Bartola i staniecie się, poprzez służbę, dialog i życie wiary, wiarygodnymi wzorami oraz mądrymi przewodnikami dla tej wspaniałej młodzieży” – mówił Ojciec Święty do duszpasterzy, opiekunów i wychowawców.
A podopiecznych zachęcił do zaufania Jezusowi – „Przyjacielowi, który nigdy nas nie opuszcza ani nie odrzuca; Bratu, który nas rozumie i zawsze idzie z nami.”
Wojciech Rogacin/VATICANNEWS.VA
***
Papież Leon XIV zawierzył się Maryi, prosi o różaniec za rodziny i pokój
Zostałem wybrany na Następcę Piotra w dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów. Musiałem więc tu przybyć, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy – powiedział Leon XIV podczas Mszy przed sanktuarium maryjnym w Pompejach. Opierając się na nauczaniu św. Jana Pawła II i św. Bartłomieja Longo, założyciela sanktuarium, przypomniał o znaczeniu modlitwy różańcowej. Prosił, by na różańcu modlić się w szczególności za rodziny i o pokój.
Vatican Media
***
Leon ponawia apel Jana Pawła II: głośmy Chrystusa
Leon XIV zwrócił uwagę na szczególną wymowę tego sanktuarium, którego budowa rozpoczęła się przed 150 laty, w miejscu, gdzie w 79 r. erupcja Wezuwiusza pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji. Papież przywołał słowa, które w tym samym miejscu powiedział w 2003 r. Jan Paweł II: „Dzisiaj podobnie, jak w czasach starożytnych Pompejów, konieczne jest głoszenie Chrystusa społeczeństwu, które oddala się od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.
„Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania
Papież zauważył, że różaniec, oparty na modlitwie „Zdrowaś Maryjo” przenosi nas do chwili Zwiastowania, kiedy Słowo Boże stało się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: ‘Bądź pozdrowiona, łaski pełna’. Tak, ‘Zdrowaś Maryjo’ jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze”.
Jezus widziany oczami i sercem Matki, wyżyny kontemplacji
Leon XIV zauważył, że ten historyczny moment Wcielenia ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na wyżyny kontemplacji, z której rodzi się różaniec. Powtarzana w niej modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest niczym echo pozdrowienia Gabriela, które przetrwało wieki i kieruje wzrok ku Jezusowi widzianemu oczami i sercem Matki. „Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: ‘Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus’ (Ga 2,19)”.
Wyznanie miłości, które prowadzi do Jezusa
Ojciec Święty powiedział, że modlitwę „Zdrowaś Maryjo” można też postrzegać jako wyznanie miłości, „kocham Cię”, które po paciorkach różańca prowadzi nas do Jezusa i Eucharystii. Jak mówił bowiem św. Bartłomiej, „Eucharystia jest żywym różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej”. Potwierdził to również Jan Paweł II, kiedy nauczał, że różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne.
Modlitwa, która była ochroną dla wielu pokoleń wierzących
Papież przypomniał, że „pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością Dziewiczej Matki? To w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12)”.
Jak w Wieczerniku, przypomnieć sobie Jezusa
Leon XIV zauważył, że różaniec przenosi nas do Domu w Nazarecie, a także do Wieczernika, gdzie po wniebowstąpieniu Maryja i Apostołowie oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego, a zarazem starali się przypomnieć sobie wszystkie chwile z życia Jezusa. „Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”.
Papież podkreślił, że odmawianie różańca jest źródłem miłości, kieruje nasz wzrok na potrzeby świata. Świadczą o tym dzieła charytatywne, które powstały przy sanktuarium w Pompejach.
Módlcie się za rodziny i o pokój
Jak Jan Paweł II, tak i Leon XIV w sposób szczególny zachęcił wiernych, by modlili się w dwóch intencjach: za rodzinę, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskich, oraz o pokój, któremu zagrażają napięcia międzynarodowe i ekonomia, przedkładająca handel bronią na poszanowanie ludzkiego życia. Trwające w wielu regionach świata wojny – powiedział Papież – wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.
Wierzmy w Jezusa i w Nim pokładajmy nadzieję
Niech za wstawiennictwem Maryi, „wszechmocnej dzięki łasce” – mówił Papież – „od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i bratnią nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność za rządzenie. Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko Boska moc miłości, którą Jezus, Pan, nam objawił i darował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!”
Drodzy bracia i siostry!
„Wielbi dusza moja Pana”. Te słowa, którymi odpowiedzieliśmy na pierwsze czytanie, płyną z serca Dziewicy Maryi, gdy przedstawia Elżbiecie owoc swojego łona, Jezusa, Zbawiciela. Po niej będą śpiewać dla Chrystusa Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela, oraz starzec Symeon. Te trzy kantyki wyznaczają każdego dnia uwielbienie Kościoła w Liturgii Godzin. Są one spojrzeniem starożytnego Izraela, który widzi wypełnienie swoich obietnic; są spojrzeniem Kościoła-Oblubienicy, spoglądającej ku swojemu Boskiemu Oblubieńcowi; są one niejako spojrzeniem całej ludzkości, która znajduje odpowiedź na swoje pragnienie zbawienia.
Sto pięćdziesiąt lat temu, kładąc kamień węgielny pod to Sanktuarium, w miejscu, gdzie erupcja Wezuwiusza w 79 roku po Chrystusie pogrzebała pod popiołem ślady wielkiej cywilizacji, chroniąc je przez wieki, św. Bartłomiej Longo wraz ze swoją żoną, hrabiną Marianną Farnararo De Fusco, położył podwaliny nie tylko pod świątynię, ale pod całe miasto maryjne. W ten sposób wyrażał świadomość Bożego planu, który św. Jan Paweł II, przemawiając w tym miejscu łaski 7 października 2003 r., na zakończenie Roku Różańca, ponownie przedstawił na Trzecie Tysiąclecie, w perspektywie nowej ewangelizacji: „Dziś – mówił- tak jak w czasach starożytnych Pompejów, trzeba głosić Chrystusa społeczeństwu, które odchodzi od wartości chrześcijańskich, a nawet traci o nich pamięć”.
Dokładnie rok temu, kiedy powierzono mi posługę Następcy św. Piotra, był to właśnie dzień Supliki do Matki Bożej. Ten piękny dzień Supliki do Matki Bożej Różańcowej z Pompei. Musiałem więc przybyć tutaj, aby powierzyć moją posługę opiece Najświętszej Dziewicy. Wybór imienia Leon stawia mnie ponadto na śladach Leona XIII, który miał między innymi zasługę rozwijania obszernego nauczania o Różańcu. Do tego dochodzi niedawna kanonizacja św. Bartłomieja Longo, apostoła Różańca. Ten kontekst daje nam klucz do refleksji nad właśnie wysłuchanym Słowem Bożym.
Ewangelia o Zwiastowaniu wprowadza nas w moment, w którym Słowo Boże staje się ciałem w łonie Maryi. „Z tego łona promieniuje Światło, które nadaje pełny sens historii i światu. Pozdrowienie, które anioł Gabriel kieruje do Dziewicy, jest zaproszeniem do radości: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna» (Łk 1,28; por. Sof 3,14). Tak, «Zdrowaś Maryjo» jest zaproszeniem do radości: Gabriel mówi do Maryi, a w Niej do nas wszystkich, że na gruzach naszego człowieczeństwa, dotkniętego grzechem i dlatego zawsze skłonnego do nadużyć, ucisku i wojen, zstąpiła czułość Boga, czułość miłosierdzia, która w Jezusie przybiera ludzkie oblicze. Maryja staje się w ten sposób Matką miłosierdzia. Jako uczennica Słowa i narzędzie Jego wcielenia, naprawdę objawia się jako „pełna łaski”. Wszystko w Niej jest łaską! Ofiarowując Słowu swoje ciało, staje się ona również, jak naucza Sobór Watykański II na podstawie św. Augustyna, „matką członków (Chrystusa) … ponieważ swoją miłością współdziała w tym, aby wierni, którzy są członkami owej Głowy, rodzili się w Kościele” (Konst. dogm. Lumen gentium, 53; por. św. Augustyn, De S. Virginitate, 6). W „Oto ja” Maryi rodzi się nie tylko Jezus, ale także Kościół, a Maryja staje się jednocześnie Matką Boga – Theotòkos – i Matką Kościoła.
Wielka tajemnica! Wszystko dzieje się w mocy Ducha Świętego, który okrywa cieniem Maryję i czyni jej dziewicze łono płodnym. Ten moment historii ma w sobie słodycz i moc, które przyciągają serce i prowadzą je na tę kontemplacyjną wysokość, na której rodzi się modlitwa Różańca Świętego. Modlitwa ta, która powstała i stopniowo rozwijała się w drugim tysiącleciu, ma swoje korzenie w historii zbawienia, a jej preludium stanowi właśnie pozdrowienie Anioła Pańskiego skierowane do Dziewicy. „Ave Maria”! Powtarzanie tej modlitwy w Różańcu jest jak echo pozdrowienia Gabriela, echo, które przetrwało wieki i kieruje wzrok wierzącego ku Jezusowi, widzianemu oczami i sercem Matki. Jezus jest adorowany, kontemplowany, przyswajany w każdej z Jego tajemnic, abyśmy wraz ze św. Pawłem mogli powiedzieć: «Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus» (Ga 2,19)”.
Poprzedzona głoszeniem Słowa Bożego, osadzona między „Ojcze nasz” a „Chwała Ojcu”, modlitwa „Zdrowaś Maryjo”, powtarzana w Różańcu, jest aktem miłości. Czyż nie jest cechą miłości powtarzanie niestrudzenie: „Kocham cię”? Akt miłości, który na paciorkach różańca, jak dobrze widać na obrazie maryjnym w tym Sanktuarium, prowadzi nas do Jezusa i do Eucharystii, „źródła i zarazem szczytu całego życia chrześcijańskiego” (Lumen gentium, 11). Był o tym przekonany św. Bartołomiej Longo, pisząc: „Eucharystia jest żywym Różańcem, a wszystkie tajemnice odnajdują się w Najświętszym Sakramencie w formie aktywnej i żywej” (Różaniec i Nowa Pompeja, 1914, s. 86). Miał rację. W Eucharystii wszystkie tajemnice życia Chrystusa odnajdują się, że tak powiem, skoncentrowane w pamiątce Jego ofiary i w Jego rzeczywistej obecności. Różaniec ma charakter maryjny, ale jego serce jest chrystologiczne i eucharystyczne (por. List apostolski Rosarium Virginis Mariae, 1). Jeśli Liturgię Godzin wyznacza rytm uwielbienia Kościoła, to Różaniec wyznacza rytm naszego życia, nieustannie przywracając je do Jezusa i Eucharystii.
Pokolenia wierzących zostały ukształtowane i strzeżone przez tę modlitwę, prostą i ludową, a jednocześnie zdolną do mistycznych wyżyn i będącą skarbnicą najbardziej istotnej teologii chrześcijańskiej. Cóż bowiem jest bardziej istotnego niż tajemnice Chrystusa, niż Jego święte Imię, wymawiane z czułością przez Dziewicę Maryję? To właśnie w tym Imieniu, i w żadnym innym, możemy być zbawieni (por. Dz 4,12). Powtarzając je w każdym Zdrowaś Maryjo, w pewien sposób doświadczamy domu w Nazarecie, niemal ponownie słysząc głos Maryi i Józefa w długich latach, kiedy Jezus mieszkał z nimi. Doświadczamy również Wieczernika, gdzie apostołowie wraz z Maryją oczekiwali na zstąpienie Ducha Świętego. Właśnie to wskazało nam pierwsze czytanie. Jak nie pomyśleć, że w tym czasie między Wniebowstąpieniem a Pięćdziesiątnicą Maryja i apostołowie prześcigali się w przypominaniu sobie różnych momentów życia Jezusa? Żaden szczegół nie mógł im umknąć! Wszystko należało zapamiętać, przyswoić, naśladować. Tak rodzi się droga kontemplacyjna Kościoła, której, podobnie jak rok liturgiczny, różaniec oferuje syntezę w codziennej medytacji świętych tajemnic. Słusznie różaniec został uznany za kompendium Ewangelii, które św. Jan Paweł II chciał uzupełnić Tajemnicami Światła”. Również ten wymiar był bardzo żywy u św. Bartłomieja Longo, który oferował pielgrzymom głębokie medytacje, aby uchronić Różaniec przed pokusą mechanicznego odmawiania i zapewnić mu biblijny, chrystologiczny i kontemplacyjny charakter, który powinien go cechować.
Siostry i bracia, jeśli Różaniec jest „odmawiany” i, ośmielę się powiedzieć, „celebrowany” w ten sposób, to jest on również, co wynika z tego naturalnie, źródłem miłości. Miłość do Boga, miłość do bliźniego: dwie strony tego samego medalu, jak przypominało nam drugie czytanie, zaczerpnięte z Pierwszego Listu św. Jana, kończące się wezwaniem: „nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1 J 3,18). Dlatego św. Bartłomiej Longo był apostołem Różańca, a jednocześnie apostołem miłosierdzia. W tym maryjnym mieście przyjmował sieroty i dzieci więźniów, ukazując odradzającą moc miłości. Tutaj również dzisiaj najmłodsi i najsłabsi są przyjmowani i otoczeni opieką w dziełach Sanktuarium. Różaniec kieruje nasz wzrok na potrzeby świata, jak podkreślała List apostolski Rosarium Virginis Mariae, proponując w szczególności dwie intencje, które pozostają niezwykle aktualne: rodzina, która odczuwa osłabienie więzi małżeńskiej, oraz pokój, zagrożony przez napięcia międzynarodowe i gospodarkę, która przedkłada handel bronią nad poszanowanie życia ludzkiego.
Kiedy św. Jan Paweł II ogłosił Rok Różańca – w przyszłym roku minie ćwierć wieku – chciał go w szczególny sposób powierzyć opiece Matki Bożej z Pompei. Od tamtej pory czasy się nie poprawiły. Wojny, które wciąż toczą się w wielu regionach świata, wymagają nie tylko nowego zaangażowania ekonomicznego i politycznego, ale również duchowego. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują media.
Pokój rodzi się w sercu. Ten sam Papież w październiku 1986 r. zgromadził w Asyżu przywódców głównych religii, zapraszając wszystkich do modlitwy o pokój. Przy różnych okazjach, również niedawno, zarówno papież Franciszek, jak i ja prosiliśmy wiernych na całym świecie o modlitwę w tej intencji. Nie możemy pogodzić się z obrazami śmierci, które codziennie pokazują nam media. Z tego sanktuarium, którego fasadę św. Bartłomiej Longo zaprojektował jako pomnik pokoju, dziś z wiarą wznosimy nasze błaganie. Jezus powiedział nam, że modlitwa pełna wiary może wszystko wyjednać (por. Mt 21,22). A św. Bartłomiej Longo, myśląc o wierze Maryi, nazywa ją „wszechmocną dzięki łasce”. Niech za jej wstawiennictwem od Boga pokoju spłynie obfity strumień miłosierdzia, który dotknie serca, uciszy urazy i braterską nienawiść, oświeci tych, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność sprawowania władzy.
Bracia i siostry, żadna ziemska potęga nie zbawi świata, ale tylko boska moc miłości. Ta boska moc miłości, którą Pan Jezus nam objawił i podarował. Wierzmy w Niego, pokładajmy w Nim nadzieję, naśladujmy Go!
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
„Brat Różaniec” i niezwykła historia Nowenny Pompejańskiej
Oprac. PCh24.pl
***
„Niezbadane są wyroki Boskie” ten znany cytat z listu św. Pawła do Rzymian przychodzi na myśl, kiedy poznajemy historię powstania Nowenny Pompejańskiej i cudów jakie Matka Boża dokonuje za jej pomocą. Czy potrafimy ogarnąć rozumem to, że podobnie jak Chrystus na głosiciela Ewangelii na cały ówczesny świat wybrał swojego prześladowcę Szawła, tak Maryja na propagatora na cały współczesny świat swojej „Nowenny nie do odparcia” wybrała satanistę Bartłomieja?
Brat Różaniec
Autorem pierwotnej wersji nowenny pompejańskiej jest włoski prawnik Bartłomiej Longo (1841 – 1926). Choć jego rodzice byli ludźmi pobożnymi i w domu został wychowany po katolicku, to podczas studiów prawniczych w Mediolanie dał się zwieść, toksycznej dla duszy, ideologii masońskiej. Jego odstępstwo od wiary było tak głębokie, że przez pewien okres pełnił nawet wysokie funkcje w sekcie satanistycznej. To doprowadziło go niemal do obłędu. Pewnej nocy, udręczony szatańskim nękaniem, niespodziewanie usnął jak małe dziecko. Wówczas ukazał mu się jego ojciec. Jego twarz była bardzo smutna. Poprosił syna tylko o jedno – aby wrócił do Boga. Ten sen tak mocno wstrząsnął młodym studentem prawa, że szczerze zapragnął nawrócenia.
Wówczas z pomocą przyszedł mu jego wykładowca prof. Vincenzo Pepe, człowiek głęboko wierzący, który pomógł mu odzyskać wiarę. Bartłomiej trafił pod duchową opiekę wybitnych kapłanów m.in. ojca Ludovica z Casorii (kanonizowany w roku 2014). Inny jego kierownik duchowy i spowiednik, ojciec Albert Radente, przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego. Młody prawnik, wyrwany z szatańskich sideł, wybrał sobie imię zakonne „Rosario”, czyli Różaniec. O. Albert wiele modlił się za swojego podopiecznego. Któregoś razu podczas takiej modlitwy usłyszał w duszy, że Bartłomiej dokona wielkich duchowych dzieł. Dominikanin nie omieszkał mu tego powiedzieć. Rosario zaczął od dzieła pomocy biednym i chorym. Jako, że posługiwał w przytułkach przy łóżkach chorych z zawieszonym na szyi różańcem, nazwano go „brat Różaniec”.
Choć Bartłomiej Longo zerwał kontakty z organizacjami, które służą złu i radykalnie zmienił swoje życie, to dawne demony wciąż nie dawały mu spokoju. „Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa. Wtedy usłyszałem w moim sercu echo słów ojca Alberta, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony.” Te słowa oświeciły moją duszę” – tak brat Rosario opisał przełomową chwilę swojego życia. Zbawienny głos zabrzmiał w jego sercu, kiedy przebywał, w sprawach służbowych, w Pompejach, słynnych z tragicznego wybuchu wulkanu Wezuwiusz, co miało swój czas w roku 79 po narodzeniu Chrystusa.
Kościół Różańca
Brat Rosario chodził po wsi, zwanej przez jej mieszkańców Nowe Pompeje i myślał jakby mógł propagować modlitwę różańcową na większą niż dotychczas skalę. To wówczas przyszła mu do głowy myśl, żeby zbudować w Pompejach kościół poświęcony Matce Bożej Różańcowej, który byłby centrum szerzenia Różańca. W Nowych Pompejach funkcjonowała podupadła parafia, która posiadała mały, chylący się ku ruinie kościółek. Bartłomiej postanowił więc nie czekać ani chwili. Z pomocą miejscowego proboszcza udało mu się uzyskać pozwolenie na budowę i zaraz potem zaczął realizować swój pomysł wzniesienia nowej, pięknej świątyni. Zamieszkał w Nowych Pompejach, żeby osobiście nadzorować budowę. Wówczas była to mała wioska na skraju pustkowia zastygłej lawy, która zatopiła wszystkie budynki starożytnej Pompei.
Stare Pompeje były siedliskiem rozpusty. Świadczą o tym odkrycia archeologiczne. Funkcjonowało tu m.in. 25 domów publicznych. Zniszczenie Pompei wskutek erupcji Wezuwiusza ówczesna rzymska wspólnota chrześcijan widziała jako karę Bożą. Bartłomiej Longo miał świadomość, że budowa w tym miejscu świątyni poświęconej Matce Bożej równa się oddaniu tej ziemi Jej królowaniu i jest w pewnym sensie ekspiacją za popełnione tu grzechy.
Cud budowy
W budowie, która rozpoczęła się w 1876 roku, pomagali prawie wszyscy mieszkańcy wsi. Fundusze zebrane na wzniesienie kościoła, który miał pomieścić dwa tysiące osób, były skromne, jednak Maryja czuwała nad tym dziełem. Znalazła wybitnego architekta, który tak zapalił się ideą budowy świątyni dla chłopów i wszystkich ludzi ubogich, że projekt wykonał za darmo. W ciągu 15 lat ciężkiej pracy, powstała w Nowych Pompejach przepiękna świątynia, która później stała się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. W 1894 roku Bartłomiej Longo podarował kościół w Pompejach papieżowi Leonowi XIII, który mianował się jego proboszczem (od tej pory jest nim każdy kolejny papież). Leon XIII 4 maja 1901 roku podniósł kościół do godności bazyliki papieskiej.
Obraz zamiast porady
W bazylice, w ołtarzu głównym, znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Obraz przedstawia Matkę Bożą siedzącą na tronie z Dzieciątkiem Jezus na kolanach. U Jej stóp, po lewej stronie, klęczy św. Dominik, a po prawej św. Katarzyna ze Sieny. Niezwykła jest historia tego malowidła. W roku 1875 Bartłomiej Longo udał się do Neapolu z zamiarem zakupienia obrazu Matki Bożej Różańcowej do nowego kościoła, w którym w tym czasie odbywały się misje. Po poradę w sprawie tego zakupu udał się do znajomej siostry Marii Concetty de Litalla. Ta zamiast porady dała mu obraz. Otrzymała go od o. Alberta Radente, kierownika duchowego brata Różańca. Obraz był w koszmarnym stanie – zniszczony, popękany i podziurawiony, w niektórych miejscach farba się wykruszyła, natomiast w górnej części obrazu brakowało fragmentu płótna. Bartłomiej, gdy go ujrzał, „załamał ręce”. Jednak za namową siostry Marii, która powiedziała mu, że dzięki temu wizerunkowi Maryi, wiele osób dostąpi łask Bożych, postanowił go przygarnąć. Malowidło udało się doprowadzić do pięknego stanu. Dziś znają go katolicy na całym świecie.
Tak powstawała Nowenna Pompejańska
Podczas budowy kościoła powstała pierwsza wersja Nowenny Pompejańskiej. W dramatycznych dla siebie okolicznościach utworzył ją Bartłomiej Longo. Zachorował na dur brzuszny, a lekarze stwierdzili, że medycyna nie może mu pomóc. Wtedy Bartłomiej rozpoczął błagalną modlitwę różańcową, odmawiając 15 tajemnic dziennie. Po dziewięciu dniach stał się cud – Matka wysłuchała swego oddanego sługę i przywróciła mu zdrowie. Wówczas Longo z sercem przepełnionym wdzięcznością przez kolejnych dziewięć dni modlił się 15 tajemnicami dziennie. Tak więc w pierwszej wersji Pompejankę odmawiało się przez 18 dni.
Początkiem historii powstania obecnej wersji nowenny, którą wierni modlą się dziś na całym świecie i za pośrednictwem Maryi upraszają przez nią u Boga wielu łask, był mały maryjny medalik. „Pan Mariano Rosati, gorliwy pomocnik w budowie świątyni, przybył do mnie i poprosił o poświęcony medalik Matki Bożej Pompejańskiej. Chciał go wręczyć swojemu przyjacielowi, doktorowi Belmontemu dla jego ciężko chorej pacjentki, Fortunatiny Agrelli” – dowiadujemy się z fragmentu książki pt. „Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach”, którą napisał Bartolo Longo. Brat Różaniec miał wówczas przeczucie, że pompejański medalik, kiedy trafi do panny Agrelli, może bardzo wiele zdziałać. Nie spodziewał się jednak – jak wiele.
„Jeżeli Najświętsza Panna Pompejańska uzdrowi pannę Agrelli, to do grona jej czcicieli na pewno dołączy wielu neapolitańczyków. Ojciec chorej ma sporo przyjaciół. Wyślę jej także książeczkę z nowenną, niech rodzina się modli, a obrazek Matki Bożej Pompejańskiej niech zawieszą nad łóżkiem chorej” – w ten sposób Bartłomiej, we wspomnianej książce, odtworzył swój błogosławiony ciąg myśli. Obrazek miał wisieć „nad łóżkiem chorej” gdyż choroba była tak daleko posunięta, że Fortunatina nie dała rady z niego wstać.
Prośba do Matki
Wszystkie podarunki z Pompei szybko dotarły do chorej Natiny, jak ją nazywali bliscy. Gdy je otrzymała poczuła w sercu ulgę i radość. Będąc pod wpływem tych uczuć, postanowiła skierować do Maryi pisemną prośbę o uzdrowienie. „Ciężko chora Fortunatina Agrelli prosi o uzdrowienie Najświętszą Pannę Różańcową w Pompejach. Jeżeli zostanie wysłuchana, przyrzeka osobiście przybyć do Pompejów, złożyć swoje podziękowanie i przekazać ofiarę na Jej kościół” – napisała do Matki Bożej Natina. Pan Rosati odesłał ten list do Pompejów, Bartolo Longo złożył go na ołtarzu u stóp Madonny, a Fortunatina i cała jej rodzina rozpoczęła, ułożoną przez Bartłomieja, nowennę w intencji odzyskania zdrowia.
Niezwykła wizyta
Po kilku dniach kuracji intensywną modlitwą Matka Boża postanowiła osobiście odwiedzić swoją „pacjentkę”, gdyż miała jej coś bardzo ważnego do przekazania. Ukazała się Natinie z dzieciątkiem Jezus na kolanach i różańcem w dłoni. „Gdy ją ujrzałam, natychmiast uczyniłam znak krzyża… piękno Maryi i wspaniałość nieba mnie zachwyciły. Maryja patrzała na mnie czułym, macierzyńskim wzrokiem. Wzbudziło to moje zaufanie i zaczęłam ją błagać: Królowo Różańca Świętego w Pompejach, udziel mi łaski zdrowia! Już złożyłam Ci tę prośbę, odmówiłam nowennę, ale nie doświadczyłam jeszcze Twojego miłosierdzia. O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi jeszcze żadnej łaski. Chcę być zdrowa!” – ze szczerego serca powiedziała Natina. Maryja odpowiedziała jej bez zwłoki: „Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze odbierałaś łaski. Teraz, gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca Świętego z Pompejów, które mi jest bliższe ponad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a wyzdrowiejesz” – obiecała chorej Maryja.
Wiara i uzdrowienie
Po dwóch tygodniach Matka Boża znów ukazała się cierpiącej dziewczynie i oznajmiła jej „Ponieważ znosiłaś chorobę z poddaniem się woli Bożej, Bóg udzieli ci tej łaski na Moją prośbę. W 26 dniu tego miesiąca zostaniesz uzdrowiona z porażenia. 30 kwietnia ustaną wszystkie inne cierpienia. Od tego dnia będziesz mogła chodzić. Kiedy znów staniesz na nogi, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu. Zanim upłynie maj, wyjdziesz z domu”. Dokładnie tak właśnie się stało. Zanim odeszła, dodała głosem pełnym przychylności i dobroci „Ktokolwiek pragnie otrzymać łaski, niech odprawi na moją cześć trzy nowenny, odmawiając piętnaście tajemnic różańca, a potem niech odmówi znowu trzy nowenny dziękczynne”. Natina niedługo po uzdrowieniu pojechała do Bartolo Longo i powiedział mu wszystko to, co usłyszała od Matki Bożej. Bartłomiej uwierzył Natinie. Pewny wstawiennictwa Maryi, zmodernizował nowennę według Jej słów. Tak powstała Nowenna Pompejańska, którą dziś znamy.
Cuda z rąk Matki
Bartłomiej Longo, który po śmierci został beatyfikowany a później kanonizowany, skrzętnie gromadził świadectwa łask słane do kościoła w Pompejach przez tysiące osób nie tylko z Włoch, ale także ze wszystkich krajów Europy, z obu Ameryk, Afryki, a nawet w Indii i Chin. Do dziś napływają one do kustosza Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Poznajmy kilka świadectw z Polski.
Magda (nadesłane w roku 2026)
Nowenna Pompejańska to nowenna „nie do odparcia”, to prawda. Matka Boska pokazała mi jak wielką ma moc. Moje małżeństwo się skończyło, kiedy mój mąż powiedział, że nie chce już że mną być, już mnie nie kocha. Żyliśmy ze sobą po ślubie, sześć lat. Mamy synka. Mój cały świat się zawalił, wszystko nagle się skończyło. Nie mogłam uwierzyć w te słowa… błagałam, prosiłam ale to było na nic. Nie mogłam się pogodzić z tym, co się stało, że nie jesteśmy już rodziną, o której tak bardzo marzyliśmy. Było mi tak bardzo ciężko, że nie miałam ochoty już na nic. Wiedziałam jednak, że muszę się modlić o to małżeństwo. Zaczęłam odmawiać Nowennę ale szybko ją przerwałam, bo nie miałam siły się modlić. Mój mąż był jak skała, wiedziałam, że tylko cud może nas uratować. Zaczęłam odmawiać raz jeszcze i znowu przerwałam, miałam takie wrażenie, że nie dam rady. Postanowiłam jeszcze raz spróbować i odmówiłam całą Nowennę. Moi bliscy również modlili się Nowenną Pompejańską o uratowanie mojego małżeństwa. Miałam chwile zawahań, czasami nawet wątpiłam ale modliłam się cały czas. Mój mąż był nieugięty, ja nie przestawałam w modlitwie, chociaż z każdym dniem było coraz gorzej. Nie byliśmy ze sobą rok. Już pod koniec nie wierzyłam, że coś może się wydarzyć, a Matka Boska pokazała mi swoją moc. Stał się cud wróciliśmy do siebie. Maryja cały czas była przy mnie i opiekowała się mną. Nie umiem nawet wyrazić tego, co czuję. Wiara czyni cuda, a tam na górze wszystko jest możliwe Mamusiu moja kochana dziękuję Ci za Twoją opiekę i za to, że zawsze przy mnie jesteś i czuwasz Kocham Cię całym moim sercem. Uratowałaś moją kochana rodzinę. Nigdy się nie poddawajcie, nawet jeśli już nie macie sił weźcie różaniec do ręki i zacznijcie się modlić. Matka Boska jest zawsze obok nas, a wiara czyni cuda.
Mateusz (2026)
Byłem uzależniony od narkotyków – nie dawałem sobie rady. W sumie to pogodziłem się z tym, że już zawszę to będę robił aż do momentu, w którym nie przesadzę do takiego stopnia, że stanie się coś złego. Któregoś razu dowiedziałem się o nowennie pompejańskiej, zacząłem ją odmawiać – i coś się zmieniło. Mimo iż, na początku dalej brałem i popełniałem te same błędy to z każdym tygodniem to zanikało. Wiem, że to dzięki Maryi, która się za mną wstawiła tego nie robię. Wiem, że się mną opiekuję i czuję jej obecność mocno w swoim życiu. Mam nadzieję, że moje świadectwo pomoże osobom, które również zmagają się z tym nałogiem. Nie bójcie się zwrócić o pomoc do Maryi, która zawsze was wysłucha i was poprowadzi do swojego Syna.
Aleksandra (2025)
Piszę to świadectwo, aby wesprzeć wszystkie matki w stanie błogosławionym, które oczekują narodzin swojego dziecka, a jednocześnie muszą zmierzyć się z trudną diagnozą choroby lub wady rozwojowej… Dnia 8 maja 2025 roku – w dniu wyboru Papieża oraz w święto Matki Bożej Pompejańskiej – podczas badania USG II trymestru dowiedzieliśmy się dwóch niezwykle ważnych rzeczy. Pierwszą była radosna wiadomość, że spodziewamy się syna. Drugą – bardzo trudna diagnoza: u naszego dziecka wykryto guz w obrębie nosa, który mógł wskazywać na przepuklinę mózgu. Mój mąż od razu powiedział, że nasz syn otrzyma imię po Papieżu oraz że podejmuje Nowennę Pompejańską w intencji jego zdrowia. Ja początkowo czułam, że nie podołam tej wymagającej modlitwie. Jednak już następnego dnia, pomimo wewnętrznych obaw i trudności, również zdecydowałam się ją rozpocząć. Nadszedł dzień rozwiązania… Na sali było wielu lekarzy, przygotowanych na najgorsze. Jednak gdy nasze dziecko przyszło na świat, od razu zapłakało i zaczęło samodzielnie oddychać. Otrzymało 10 punktów w skali Apgar. Był to moment ogromnej wdzięczności i wzruszenia.
Adam Białous/PCh24.pl
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 HyndlandStreet , Glasgow, G11 5PS
W każdy piątek jest Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata o godz. 19.00
***
W każdą sobotę od godz. 17.00 jest możliwośc spowiedzi.
Msza św. niedzielna (Vigil Mass) jest o godz. 18.00
W pierwszą sobotę miesiąca po Mszy św. jest nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Maryi Bożej Matce.
***
W drugą sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecią sobotę miesiąca po Mszy św. modlimy się przed Najświętszym Sakramentem na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Pół godziny przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi. Po Mszy św. – Godzina Miłosierdzia z Koronką do Bożego Miłosierdzia.
***
kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W pierwszy czwartek miesiąca Msza św. o godz. 19.00 i Godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu w kapicy izbie Jezusa Miłosiernego.
***
Maj – miesiąc poświęcony Matce Bożej
fot. Jakub Kołacz SJ
***
W polskiej tradycji i krajobrazie maj to czas, w którym Kościół katolicki w sposób uroczysty oddaje cześć Maryi, szczególnie przez „nabożeństwa majowe”, popularnie zwane „majówkami”. Dziś zwykle odprawia się je w kościołach, ale kiedyś spotkano się przy przydrożnych figurach i kapliczkach, aby przy nich śpiewać maryjne pieśni i litanię.
Historia ukryta w wiekach
Choć maj kojarzy nam się z polską wiosną, korzenie maryjnego kultu sięgają znacznie głębiej. Już w V wieku na Wschodzie zaczęły powstawać pierwsze pieśni sławiące Maryję. W XIII i XIV wieku w Hiszpanii zrodził się, a potem upowszechnił zwyczaj wspólnych modlitw przed wizerunkami Bożej Rodzicielki. W XVI wieku pojawił się termin „Maj duchowy” (Niemcy) – określenie to weszło do języka za przyczyną książeczki wydanej w odpowiedzi na reformację, która oficjalnie nazywa maj miesiącem Maryi.
Wielcy promotorzy nabożeństwa
W popularyzację tej formy modlitwy i pobożności zaangażowanych było wielu świętych i zakonników: Bł. Henryk Suzo, nadreński mistyk, który już jako dziecko dekorował figury Maryi polnymi kwiatami; św. Filip Neri, który gromadził rzymskie dzieci na radosnej modlitwie przy maryjnych ołtarzach; o. Ansolani, jezuita z Neapolu, którego uważa się za „ojca” nabożeństw majowych w ich nowożytnej formie.
Ewolucja i oficjalne zatwierdzenie
Kluczowym momentem dla popularyzacji „majówek” był wiek XIX. W 1859 roku papież Pius IX zatwierdził obowiązującą do dziś strukturę nabożeństwa, na którą składa się śpiew litania Loretańskiej, nauka kapłana w formie krótkie rozważanie), całość zaś wieńczy błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.
Litania Loretańska
Nazwa tej najpopularniejszej litanii, odmawianej lub śpiewanej codziennie przez cały maj, pochodzi od miejscowości Loreto we Włoszech. Zbiór jej wezwań zatwierdzono już w 1587 roku i chroniono przed samowolnymi zmianami, by zachować jego teologiczną czystość. Nowe wezwania dodawane są jedynie za zgodą Stolicy Apostolskiej, co zresztą w ostatnim czasie zrobił Papież Franciszek.
Polska tradycja i wyjątkowe wezwanie
W Polsce nabożeństwa majowe zaczęto odprawiać w 1838 roku w Tarnopolu dzięki jezuitom. Szybko zyskały popularność i rozprzestrzeniły się cały kraj: od Warszawy po Kraków i Lwów. Polska litania jest unikalna w skali świata. W okresie międzywojennym, po oficjalnym ustanowieniu święta NMP Królowej Polski, papież Pius XI zezwolił na dołączenie do niej wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami”. Dziś, mimo upływu lat, majowe modlitwy przy kapliczkach, wciąż odprawiane nie tylko na wsiach – w blasku zachodzącego słońca i przy zapachu kwitnących bzów – pozostają jednym z najpiękniejszych przejawów ludowej pobożności, łączącym wszystkie pokolenia.
Deon.pl
***
Szczególny miesiąc poświęcony Bożej Matce z pięknymi nabożeństwami majowymi
W Polsce wciąż żywa jest tradycja odprawiania nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, w otoczeniu „łąk umajonych” i napełnionych ptasim śpiewem lasów. W naszym kraju, szczególnie na wsiach, ciągle można spotkać grupy ludzi szczerze modlących się Litanią do Matki Bożej i śpiewających maryjne pieśni. Podtrzymywaniu pięknej tradycji nabożeństw majowych dobrze służą programy renowacji przydrożnych kapliczek i krzyży, które podejmuje coraz więcej samorządów, stowarzyszeń oraz osób prywatnych.
Przepiękny miesiąc maj poświęcony jest Matce Bożej. Choć zwyczaj odprawiania nabożeństw majowych, w całym Kościele trwa od połowy XIX wieku, to rodowód tej tradycji jest o wiele wcześniejszy. Gromadzenie się i śpiewanie pieśni na cześć Matki Bożej było znane na Wschodzie już w V wieku. W Kościele zachodnim w I tysiącleciu maj jako miesiąc Maryi święcono raczej sporadycznie. Dopiero na przełomie XIII i XIV wieku powstała myśl, aby ten cały, piękny miesiąc poświęcić Matce Bożej. Pierwszym, który wcielił tę myśl w czyn, był król hiszpański Alfons X, żyjący w drugiej połowie XIII wieku. Władca ów sam brał udział w nabożeństwach majowych i swoim poddanym zalecał, aby czynili podobnie.
Wśród ważnych dat w rozwijaniu się, trwającym przez całe wieki, nabożeństwa majowego jest rok 1549, kiedy to ukazała się w Niemczech niewielka książeczka pod tytułem „Maj duchowy”, gdzie po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi. Natomiast w roku 1713 jezuita ks. Ansolani opracował kształt nabożeństwa majowego, jaki jest praktykowany po dziś dzień. Pierwsze „majowe”, lub też „majówki”, pod przewodnictwem ks. Ansolaniego, odprawiane były każdego dnia maja w kaplicy królewskiej w Neapolu.
Papież Pius VII nabożeństwo majowe, odprawiane w kościele, obdarzył odpustami. Dalsze odpusty do tego szczególnego nabożeństwa, na które składa się Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, nauka kapłana oraz błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, w 1859 roku przypisał papież błogosławiony Pius IX. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe wprowadzili jezuici, na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, w Tarnopolu (1838). W tym samym czasie cześć „Królowej maja” szerzył w Galicji, swoją poezją, jezuita o. Karol Antoniewicz, autor słów słynnej pieśni „Chwalcie łąki umajone”. W połowie XIX wieku nabożeństwo majowe przyjęło się w niemal wszystkich krajach świata.
Dziś w wielu miejscowościach Polski wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy przydrożnych kapliczkach czy krzyżach. Ten zwyczaj powstał na wsiach. Do świątyni było przeważnie daleko, a w maju trwają już intensywne prace polowe i „robotę” kończono późno. Dlatego wiejska wspólnota zbierała się przy kapliczce dopiero o godzinie 19.00 lub nawet 20.00. Wówczas to odmawiano Litanię Loretańską i inne modlitwy „majowe”. Osoba, która najlepiej we wsi śpiewała, intonowała maryjne pieśni, a inni się włączali. Dbano, aby w maju kapliczki i krzyże były pięknie przystrojone kwiatami i kolorowymi wstążkami.
Obecnie tradycja odprawiania nabożeństwa majowego w plenerze, jest szczególnie żywa na Podlasiu. Przemierzając pomniejsze drogi Podlasia w maju, wieczorową porą, możemy ujrzeć grupy mieszkańców podlaskich miasteczek i wsi, jak zebrani przed kapliczką lub krzyżem odmawiają Litanię Loretańską lub śpiewem chwalą Matkę Najświętszą. Często są to całe rodziny wielopokoleniowe – babcie, dziadkowie, rodzice, dzieci. Piękny to widok, kiedy ludzie wspólnie się modlą „na Majowym” w plenerze. Kapliczki okraszone kwiatami. Wokół świeża zieleń, pół i łąk. Jakby nie tylko ludzie oddawali cześć Maryi, Królowej Nieba i Ziemi, ale i cała przyroda. Wokół cudne zapachy kwiatów, a często lasu, w którym swoje pochwalne pieśni śpiewają ptaki.
Dla osób, które spotykają się na Majowym codziennie, jest to ważna tradycja modlitewna, ale i rodzinna, przekazywana z pokolenie na pokolenie – Codzienną modlitwę majową odprawiam z tradycyjnej, starej książeczki. W tych nowoczesnych nie ma tej codziennej modlitwy. Ta książka ma ponad 110 lat – dostałam ją od swoje mamy, a moja mama dostała ją z kolei od swoje mamy. Myślę, że jeszcze przekażę ją swojej córce. W tej książeczce są takie modlitwy, których nie ma już w tych nowoczesnych wydaniach. To jest tradycyjne. Strzegę jej bardzo, jak ważnego dokumentu – opowiada pani Irena ze wsi Rafałówka niedaleko Białegostoku. Pani Irena nabożeństwo majowe odprawia od przeszło 40 lat. Ludzie z Rafałówki spotykają się w maju pod przydrożną kapliczką, z figurą Maryi.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Coś więcej niż tylko śpiew.
Fenomen nabożeństw majowych
fot: Łukasz Zarzycki / Forum
***
W majowe wieczory, gdy wiosna roztacza wokół swój zapach, wierni udają się do kościołów lub przydrożnych kapliczek, aby śpiewem litanii loretańskiej uczcić Matkę Bożą. Nabożeństwa majowe mają w sobie coś wyjątkowego, skoro co roku przyciągają liczne rzesze wiernych. Być może dzieje się tak dlatego, że odmawiając litanię loretańską, składamy Matce Bożej swoisty bukiet kilkudziesięciu pięknych wezwań.
Historia nabożeństw majowych
Choć dziś centralnym punktem nabożeństw majowych jest litania loretańska, ich historia sięga czasów znacznie wcześniejszych niż jej powstanie. Już w V wieku na Wschodzie wierni gromadzili się, by wspólnie śpiewać pieśni maryjne, natomiast zwyczaj odprawiania nabożeństw w maju ukształtował się na przełomie XIII i XIV wieku. Za twórcę właściwej formy nabożeństw majowych uznaje się jezuitę, ojca Ansolaniego (1713), który w kaplicy królewskiej w Neapolu codziennie w maju organizował koncert pieśni maryjnych, po którym następowało błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Z kolei papieże Pius VII oraz bł. Pius IX obdarzyli nabożeństwo majowe odpustami. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe odprawili jezuici w Tarnopolu w 1838 roku.
Litania loretańska
Wbrew swojej nazwie litania loretańska nie powstała w Loreto, lecz najprawdopodobniej we Francji, w XII wieku, kiedy to litanie zaczęły zyskiwać dużą popularność. Z tego okresu pochodzi jej najstarszy zachowany rękopis, przechowywany w Paryżu.
Jak wyjaśnia historię litanii do Matki Bożej ks. Tomasz Jaklewicz, do istniejącej od V wieku Litanii do Wszystkich Świętych stopniowo dodawano kolejne wezwania ku czci Bożej Rodzicielki. „Intuicja wiernych była taka, że świętość Matki Jezusa wyrasta ponad innych świętych, dlatego dokładano ciągle nowe Jej określenia. W końcu było ich tak dużo, że powstała osobna litania”[1]
Określenie loretańska wzięło się stąd, że właśnie w włoskim Loreto była ona szczególnie propagowana i odmawiana, a także dlatego, że używany tam jej schemat najbardziej się rozpowszechnił. W mieście tym, w bazylice, znajduje się – według tradycji przewieziony z Nazaretu – Domek Świętej Rodziny, w którym mieszkała Maryja i gdzie archanioł Gabriel zwiastował Jej poczęcie Syna Bożego. W Loreto litania odmawiana jest w każdą sobotę już od 1531 roku, a w 1575 roku dyrygent tamtejszego chóru, Constanzo Porta, opracował jej wersję chóralną na osiem głosów.
W 1601 roku papież Klemens VIII, widząc rozpowszechnianie się różnych litanii, nierzadko zawierających niewłaściwe elementy, nakazał zniesienie wszystkich tego typu nabożeństw, czyniąc jednak wyjątek dla dwóch: Litanii do Wszystkich Świętych oraz litanii loretańskiej. Trzydzieści lat później wprowadzono obowiązek uzyskania aprobaty Stolicy Apostolskiej dla wszelkich zmian w jej tekście, co przyczyniło się do jej ujednolicenia i dalszego upowszechnienia. Istotną rolę w szerzeniu litanii odegrały również zakony: dominikanie, kapucyni i karmelici.
Bogactwo tytułów Matki Bożej
Liczba wezwań zawartych w litanii do Matki Bożej zmieniała się na przestrzeni wieków. W paryskim rękopisie znajduje się ich 73 – utrzymane w jednolitym rytmie i uporządkowane według starannie zaplanowanego układu. Tymczasem w modlitewniku z Loreto z 1572 roku odnajdujemy jedynie 43 wezwania. Z biegiem czasu dodawano jednak do litanii kolejne tytuły maryjne.
Już w 1675 roku bractwa różańcowe uzyskały przywilej śpiewania wezwania Królowo Różańca Świętego, które w 1883 roku – na prośbę generała dominikanów – zostało rozciągnięte na cały Kościół. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny w 1854 roku przyniosło wezwanie Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta, a dogmatu o Wniebowzięciu Matki Bożej z 1950 r. – Królowo Wniebowzięta. W kolejnych latach dodawano następne wezwania: Matko Dobrej Rady (1903), Królowo Pokoju (1917), Matko Kościoła (1980), Królowo Rodziny (1995; w Polsce w liczbie mnogiej: Królowo rodzin), a w 2020 roku: Matko Miłosierdzia, Matko nadziei, oraz Pociecho migrantów.
W Polsce przynajmniej od 1656 r. odmawiano wezwanie Królowo Korony Polskiej; oficjalnie zatwierdzone je w 1922 r., a po II wojnie światowej przyjęło ono formę Królowo Polski. Od 1954 r. w niektórych kościołach śpiewa się również wezwanie Królowo świata, a od 1983 r. w archidiecezji katowickiej – Matko sprawiedliwości i miłości społecznej. W diecezji zamojsko-lubaczowskiej dodaje się z kolei wezwanie Matko Odkupiciela.
Wezwania zawarte w litanii do Matki Bożej dzielą się na kilka grup. Na początku Maryja przyzywana jest jako Święta, następnie jako Matka, Panna i Królowa. Z kolei środkowe wezwania nie znajdują się w żadnej z tych grup – są bardzo bogate teologicznie, choć niekiedy mogą być trudniejsze w odbiorze.
Zwierciadło sprawiedliwości
W Starym Testamencie sprawiedliwość utożsamiano przede wszystkim z wypełnianiem przepisów Prawa. Choć jest to istotny jej wymiar, nie wyczerpuje on jednak całego znaczenia tego pojęcia – Bóg nie oczekuje od człowieka jedynie posłuszeństwa wynikającego z lęku. Człowiek sprawiedliwy nie tylko zachowuje przykazania, lecz także prowadzi życie zgodne z Bożym zamysłem.
Maryja jest dla nas w tym względzie wzorem, co w sposób szczególny ujawnia scena Zwiastowania. Choć słowa anioła mogły wydawać się po ludzku niezrozumiałe – że ma zostać Matką Boga, i to bez udziału mężczyzny – nie sprzeciwiła się, lecz całkowicie zaufała woli Bożej. W ten sposób stała się dla nas nie tylko przykładem sprawiedliwości, lecz także swoistym zwierciadłem: patrząc na Nią i odnosząc się do Jej postawy, możemy dostrzec, czego jeszcze nam brakuje, abyśmy mogli być nazwani ludźmi sprawiedliwymi.
Stolica mądrości
Ojcowie Kościoła utożsamiali Mądrość, o której mówią księgi Starego Testamentu – m.in. Księga Mądrości, Syracha czy Przysłów – z Synem Bożym, który jest Słowem, Logosem, ponieważ pochodzi z Boskiego Intelektu. To On “był na początku u Boga i przez Niego wszystko się stało” (prolog Ewangelii wg św. Jana).
Słowo „stolica” oznacza także tron. Mówimy przecież o Stolicy Piotrowej, czyli o Watykanie – między innymi dlatego, że to tam znajduje się tron pierwszego papieża i tam zasiadają jego następcy. Nic więc dziwnego, że Maryja nazywana jest Stolicą Mądrości, czyli Tronem Słowa Wcielonego, ponieważ to Jej ciało stało się pierwszym tronem, na którym spoczął na tym świecie Wcielony Bóg.
Słowa Księgi Mądrości Kościół odnosi również do samej Matki Bożej, gdyż Ona także istniała w zamyśle Bożym od początku. Zdanie: „Od wieków zostałam ustanowiona, od początku, przed pradziejami ziemi” (Prz 8,23) odnosi się właśnie do Niej. Maryja była napełniona Duchem Świętym i całym swoim życiem świadczyła o wielkich dziełach Boga. „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1,49) – mówiła, ukazując Bożą Mądrość i dając o niej świadectwo wobec ludzi, wśród których żyła.
Róża duchowna
Róża od wieków uchodzi za kwiat wyjątkowy, nazywany wręcz „królową” wśród kwiatów; w średniowieczu jej piękno opiewali trubadurzy w swojej poezji. Nie wiemy, jak wyglądała Matka Boża – możemy jedynie przypuszczać, że była kobietą piękną – jednak bez wątpienia odznaczała się niezwykłym pięknem duchowym. Już archanioł Gabriel nazwał Ją „pełną łaski”, a łaska Boża jest przecież światłem, które rozjaśnia wnętrze człowieka i czyni go duchowo pięknym.
Piękno ducha Maryi przejawiało się także w tym, że „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (por. Łk 2,51), kontemplując dzieła Boga dokonujące się w Jej życiu. Podczas spotkania ze św. Elżbietą wyznała zaś: „raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,47). Jej dusza była nieustannie zwrócona ku Bogu i to z Niego czerpała swoje piękno.
Można więc powiedzieć, że życie duchowe Maryi było piękne niczym róża. Dzięki szczególnej łasce, wynikającej z Jej wybrania na Matkę Bożą, została zachowana od grzechu pierworodnego. Jej dusza była czysta od samego poczęcia i pozostała nieskalana przez całe życie.
Nie sposób wreszcie pominąć symboliki róży wyrastającej pośród cierni – znaków bólu i duchowych zmagań. A tych w życiu Maryi nie brakowało: od przejmującego proroctwa Symeona aż po złożenie ciała Jej Syna do grobu. Mimo tych doświadczeń nie zachwiała się w wierności Bogu; przeciwnie – pośród cierpienia jaśniała duchowym pięknem niczym róża.
Wieża Dawidowa i wieża z kości słoniowej
Wieża od zawsze pełniła podwójną funkcję: obronną i obserwacyjną. Stanowiła niezwykle istotny element fortyfikacji – z jej szczytu można było dostrzec zbliżającego się wroga, a niejednokrotnie była także ostatnim bezpiecznym schronieniem w razie ataku.
Jak głosi tradycja, wieża Dawida została wzniesiona po jego zwycięstwie nad Filistynami, około roku 1000 przed Chrystusem, i stanowiła ważny element systemu obronnego Jerozolimy. W jej obrębie znajdowała się siedziba władcy oraz świątynia poświęcona Panu. Maryja nazywana jest Wieżą Dawidową, ponieważ przez dziewięć miesięcy nosiła w swoim łonie Władcę i Boga.
Kość słoniowa natomiast była materiałem niezwykle cennym i kosztownym, wykorzystywanym w sztuce i budownictwie. Nazywając Matkę Bożą „wieżą z kości słoniowej”, podkreślamy Jej piękno i wyjątkowość, a także fakt, że pod swoim sercem nosiła najcenniejszy dar – samego Boga.
Arka Przymierza i Dom złoty
Arka Przymierza była skrzynią, w której przechowywano laskę Aarona, naczynie z manną oraz kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań. Dla Izraelitów stanowiła znak Bożej obecności – niesiona przez kapłanów towarzyszyła im w drodze. Otaczano ją szczególną czcią, chroniono podczas wypraw wojennych, a w czasie wędrówki do Ziemi Obiecanej pozostawała centralnym elementem kultu. Bezpośredni dostęp do niej miał jedynie arcykapłan.
W okresie wędrówki Arkę przechowywano w Namiocie Spotkania, natomiast po zbudowaniu świątyni przez króla Salomona została umieszczona w Miejscu Najświętszym. Była dla Izraelitów widzialnym znakiem obecności Boga, który powiedział: „I uczynią Mi święty przybytek, abym mógł zamieszkać pośród nich” (Wj 25,8).
Maryja nazywana jest Arką Przymierza, ponieważ stała się mieszkaniem Boga Wcielonego – to w Jej łonie przez dziewięć miesięcy przebywał Bóg-Człowiek. Z tego samego powodu określa się Ją również mianem Domu złotego: duchowego tabernakulum, miejsca obecności Chrystusa.
Brama niebieska
To właśnie dzięki Maryi na świat przyszedł Zbawiciel – Ten, który swoją Męką i Śmiercią otworzył wierzącym bramy Niebios. Nie dziwi więc, że nazywamy Ją Bramą niebieską. Istnieje jednak także inny powód tego tytułu: Maryja jest Pośredniczką do swojego Syna. Można powiedzieć, że jest bramą oddzielającą nas – ludzi, żyjących w sferze profanum – od Boga, który jest rzeczywistością sacrum. To właśnie przez tę Bramę Zbawiciel udziela nam wszelkich łask.
Kościół zachęca również wiernych, aby w godzinie śmierci wzywali imienia Maryi, w nadziei, że Jej wstawiennictwo pomoże im stanąć przed obliczem Jej Syna. Jest to zatem jeszcze jeden powód, by nazywać Ją Bramą niebieską.
Gwiazda zaranna
Gwiazda zaranna to obiekt astronomiczny widoczny tuż przed wschodem Słońca. W rzeczywistości nie jest ona gwiazdą, lecz planetą Wenus. Świeci – a właściwie odbija światło słoneczne – do końca nocy; pozostaje widoczna jeszcze o świcie, by następnie zniknąć w blasku wschodzącego Słońca. Dla astronomów jest zjawiskiem szczególnym, ponieważ gdy inne gwiazdy stopniowo bledną, ona jako ostatnia pozostaje na niebie przy wschodzącym Słońcu, zapowiadając nadejście poranka; można wręcz powiedzieć, że „wprowadza” Słońce na świat.
Nie bez powodu Kościół nazywa Maryję Gwiazdą zaranną. To Ona poprzedziła przyjście Zbawiciela – Słońca Sprawiedliwości. Zajaśniała tuż przed Jego narodzeniem i towarzyszyła Mu w czasie Jego ziemskiej misji oraz dzieła Odkupienia. Fakt, że gwiazda zaranna nie jest w istocie gwiazdą, lecz planetą, może paradoksalnie jeszcze pełniej oddawać sens tego tytułu: Maryja nie świeci własnym światłem, lecz jedynie odbija blask chwały swojego Syna.
Bukiet dla Matki Bożej
Ofiarowanie litanii na ręce Matki Bożej można porównać do wręczenia Jej bukietu złożonego z różnorodnych kwiatów. Nie jest to bowiem nazwanie Jej jednym czy dwoma tytułami, lecz przyzywanie Jej pod wieloma – często kilkudziesięcioma – wezwaniami. Można to rozumieć jako swoiste składanie Jej duchowych komplementów oraz wysławianie cnót oraz przywilejów, którymi obdarzył Ją Bóg.
Choć różne melodie, na które w Polsce śpiewa się litanię loretańską, są piękne, a sam jej tekst pełen poruszających określeń, którymi oddaje się cześć Matce Bożej, wiernych do kościołów i przydrożnych kapliczek nie przyciąga jedynie nostalgia. Przede wszystkim jest to pragnienie oddania Maryi czci i złożenia Jej tego symbolicznego bukietu w postaci litanii loretańskiej.
Litanią tą – szczególnie śpiewaną – stosunkowo łatwo się modlić. Jej obrazowy język ułatwia skupienie uwagi. Można wówczas wyobrażać sobie Maryję jako m.in. Arkę Przymierza czy Bramę Niebios i przez chwilę zatrzymać się na tych obrazach w modlitwie.
Praktyka nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach pokazuje również, że ludzie potrafią zostawić codzienne zajęcia, by o zachodzie słońca udać się na wspólną modlitwę i odśpiewać litanię loretańską. Nierzadko gromadzą się sami z sąsiadami, znajomymi, a czasem po prostu z osobami, które – podobnie jak oni – dzielą maryjną pobożność. Wieczór jest też naturalną porą wyciszenia po całym dniu pracy, by zatrzymać się na chwilę i poświęcić czas modlitwie do Matki Bożej, która jest dla wierzących orędowniczką u swojego Boskiego Syna.
Zawarte w litanii tytuły i obrazy nie są celem samym w sobie, ponieważ Maryja zawsze wskazuje na Chrystusa. Dlatego litania, choć tak bogata w określenia, pozostaje w istocie modlitwą skierowaną ku Bogu przez Jej wstawiennictwo.
Pomirska Z., Akatyst i litania loretańska w duchowości maryjnej, „Język – Szkoła – Religia”, 2013, nr 8/1, s. 147-155.
[1] T. Jaklewicz, ks., Śpiewana ikona, „Gość Niedzielny” 32/2011, http://kosciol.wiara.pl/doc/918903.Spiewana-Ikona.
***
Litania Loretańska
Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Dlaczego loretańska?
Nazwa pochodzi od włoskiego miasta Loreto, gdzie w sanktuarium maryjnym, istniejącym od końca XII wieku, litania ta odmawiana jest publicznie od 1531 roku.
Jak powstała Litania loretańska?
To, że odmawiano ją w Loreto, nie oznacza, że tam powstała [została napisana]. Śpiewali ją w różnych formach pielgrzymi przybywający do sanktuarium, dodając wciąż nowe wezwania. Jest dziełem wielu anonimowych i nieznanych autorów. Jedna z teorii mówi o tym, że powstała w Paryżu lub jego okolicach w latach 1150-1200. Po raz pierwszy tekst Litanii loretańskiej opublikowano w 1558 roku w Dillingen, dzięki staraniom Piotra Kanizjusza, propagatora kultu maryjnego. Pierwszą znaną melodię do jej tekstu skomponował dyrygent chóru w Loreto – Constanzo Porta, w 1576 roku. Pierwotny test powstał w języku łacińskim, który obowiązywał wtedy w Kościele.
Co oznaczają zwroty Kyrie elejson, Chryste elejson?
W języku greckim Kyrios znaczy Pan, Władca. W Starym Testamencie słowem Kyrios zastępowano imię Boga Ojca, a w Nowym Testamencie odnosiło się ono do Chrystusa [stąd Chryste, od greckiego Christe]. Czasownik elejson znaczy „litować się”, „okazać łaskę i miłosierdzie”. Kyrie elejson tłumaczymy więc jako: „Panie, zmiłuj się”.
Dlaczego wezwanie to powtarza się trzykrotnie?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kyrie elejson powtarzano wiele razy, zwłaszcza w liturgii wschodniej. Dopiero w IX wieku liczbę wezwań ograniczono do trzech ze względu na Trzy Osoby Boskie. Pierwsze Kyrie odnosi się do Boga Ojca, drugie do Syna Bożego [zastąpiono je więc słowem Chryste], trzecie do Ducha Świętego.
Geneza Litanii Loretańskiej jest trudna do ustalenia.
Najprawdopodobniej w swej charakterystycznej formie i podstawowym zarysie pojawiła się w manuskrypcie paryskim z końca XII wieku. Można również wykazać, że niektóre wezwania skierowane do Maryi znajdowały się w Litanii do Wszystkich Świętych, z biegiem czasu dodawane nowe tytuły maryjne stawały się coraz liczniejsze i stopniowo utworzyły nową grupę, która oderwała się od początkowego pnia.
Litania zwana jest „Loretańską” od miasteczka Loreto, położonym w prowincji Ancona, we Włoszech, gdzie znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Wierzono, że w XIII wieku został przeniesiony przez aniołów do Loreto Domek Nazaretański, w którym przyszła na świat Matka Boża. Faktem jest, że litania była szczególnie propagowana i odmawiana przez pielgrzymów w tym sanktuarium maryjnym. Przybrała tam ostateczną formę i zaczęła promieniować na cały Kościół. Z roku 1531 pochodzi świadectwo używania jej w tym sanktuarium. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1572 r. we Florencji i zawierała 43 wezwania. Do końca XVI wieku jeszcze co najmniej 20 razy, co świadczy o jej wielkim rozpowszechnianiu.
W dokumentach papieskich pojawiła się o niej wzmianka w 1581 r. w bulli „Redituri” papieża Sykstusa V, który udzielił za jej odmawianie 200 dniowego odpustu i zachęcał wiernych do jej odmawiania. Kolejne odpusty przypisali do niej Pius VII oraz Pius XI w 1932 r. Natomiast papież Benedykt XIV urzędowo ją zatwierdził i zezwolił stosować w publicznym kulcie Kościoła.
Wezwania Litanii Loretańskiej podlegały zmianom (dzisiejsza wersja litanii zawiera 52 wezwania). Usuwano lub wzbogacano ją nowymi wezwaniami w zależności od potrzeb i okoliczności. I tak w ciągu wieków oficjalnie dodano następujące inwokacje: „Wspomożenie wiernych” przypisywana Piusowi V w związku ze zwycięstwem nad Turkami pod Lepanto (1571); „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta” – Piusowi IX, dzień przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP (1854); Leon XIII wprowadził wezwanie „Królowo Różańca świętego” (1883) oraz „Matko dobrej rady” (1903). W 1908 r.
Kościół w Polsce uzyskał zgodę na włączenie tytułu „Królowo Korony Polskiej” (przekształcone po drugiej wojnie światowej w „Królowo Polski”). „Królowo pokoju” włączył Benedykt XV (1917), a papież Pius XII – „Królowo wniebowzięta” (1950) w związku z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu NMP; „Matko Kościoła” (tytuł nadany przez Pawła VI w czasie Soboru Watykańskiego II) Jan Paweł II przyznał prawo Konferencji Episkopatów do włączenia go do litanii (1980); Janowi Pawłowi II zawdzięczamy też wezwanie „Królowo Rodziny” (1995).
Oprócz zezwoleń na powszechne wprowadzenie inwokacji, wydano wiele zezwoleń ograniczonych do poszczególnych diecezji lub zgromadzeń zakonnych. I tak np. franciszkanie uzyskali pozwolenie na umieszczenie (na ostatnim miejscu) własnego wezwania „Królowo zakonu serafickiego” (1910), a karmelici stosują od 1689 wezwanie „Królowo szkaplerza świętego”.
Co do pobożnej praktyki odmawiania lub śpiewania Litanii warto przytoczyć fragment „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Czytamy tam: „W wyniku rozporządzenia papieża Leona XIII o kończeniu odmawiania różańca w październiku śpiewem Litanii Loretańskiej liczni wierni byli przeświadczeni, że litania jest tylko rodzajem dodatku do różańca. W rzeczywistości jednak jest ona czymś niezależnym. Litanie bowiem mogą stanowić samodzielny element hołdu składanego Maryi, być śpiewem procesyjnym, stanowić część nabożeństwa Słowa Bożego lub innych aktów liturgicznych”.
ks. Eugeniusz Burzyk/Justyna Wołoszka/Tygodnik Niedziela
***
Litania Loretańska
Adobe Stock
Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, — módl się za nami.
Święta Boża Rodzicielko,
Święta Panno nad pannami,
Matko Chrystusowa,
Matko Kościoła,
Matko miłosierdzia,
Matko łaski Bożej,
Matko nadziei,
Matko nieskalana,
Matko najczystsza,
Matko dziewicza,
Matko nienaruszona,
Matko najmilsza,
Matko przedziwna,
Matko dobrej rady,
Matko Stworzyciela,
Matko Zbawiciela,
Panno roztropna,
Panno czcigodna,
Panno wsławiona,
Panno można,
Panno łaskawa,
Panno wierna,
Zwierciadło sprawiedliwości,
Stolico mądrości,
Przyczyno naszej radości,
Przybytku Ducha Świętego,
Przybytku chwalebny,
Przybytku sławny pobożności,
Różo duchowna,
Wieżo Dawidowa,
Wieżo z kości słoniowej,
Domie złoty,
Arko przymierza,
Bramo niebieska,
Gwiazdo zaranna,
Uzdrowienie chorych,
Ucieczko grzesznych,
Pociecho migrantów,
Pocieszycielko strapionych,
Wspomożenie wiernych,
Królowo Aniołów,
Królowo Patriarchów,
Królowo Proroków,
Królowo Apostołów,
Królowo Męczenników,
Królowo Wyznawców,
Królowo Dziewic,
Królowo wszystkich Świętych,
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,
Królowo wniebowzięta,
Królowo różańca świętego,
Królowo rodzin,
Królowo pokoju,
Królowo Polski,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.
P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
Antyfona
Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.
Modlitwa św. Bernarda
Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. W. Amen.
***
Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.
Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.
***
fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl
***
Dlaczego litania jest loretańska?
Dlaczego litanię poświęconą czci Matki Bożej nazywamy “loretańską”?
W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga… Tekst litanii, może stać się dla nas jak rekolekcje, jak zapis kolejnych punktów do rozmyślania.
Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wiążą się z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. Sama nazwa litanii nawiązuje do Loreto – włoskiego miasteczka, do którego w średniowieczu przeniesiono autentyczny dom rodzinny Maryi z Nazaretu.
Rodzinny dom Maryi
To niezwykłe sanktuarium Maryjne, bowiem nie czci się tu przede wszystkim wizerunku Matki Bożej, ale… jej rodzinny dom. Jak podaje legenda, w średniowieczu, z powodu muzułmańskich podbojów Ziemi Świętej, dom Maryi miał być w cudowny sposób przeniesiony z Nazaretu do włoskiej wsi na wybrzeżu Adriatyku. Za niebiańskim transportem gabarytowej relikwii mieli zaś stać zwyczajnie aniołowie.
Badacze historii Domku Maryi, znajdującego się dziś we włoskim Loreto opowiadają ją jednak bardziej przekonująco dla współczesnych racjonalnych umysłów. Aniołami jest w niej bogata rodzina Angelich, zaś cudowny transport polegał w istocie na rozebraniu i rekonstrukcji w nowym miejscu domostwa, w którym według tradycji wychowywała się Maryja.
Domek Maryi a Litania Loretańska
Gdy w XIII w. krzyżowcy zaczęli ratować spod panowania muzułmańskiego kolejne relikwie swojej wiary, zadbali także o ten Domek. Dzięki pokaźnej dotacji ze strony rodziny Angelich z Włoch udało się domek precyzyjnie rozebrać, opisując każdą część i przewieźć przez Chorwację na wschodnie wybrzeże Włoch. Tam w miejscowości Loreto pieczołowicie domek odbudowano. Prace rekonstrukcyjne zaś zakończyły się dokładnie 10 grudnia 1294 r. Data wspomnienia liturgicznego Matki Bożej z Loreto została przesunięta jeden dzień później z uwagi na wcześniej obchodzony już 10 grudnia dzień św. Grzegorza III. Na przenosiny budowli ma wskazywać stan zaprawy w kamieniach, badany już współcześnie.
W nowej, włoskiej ojczyźnie nazaretański Domek również otoczono pokaźną bazyliką. Modlitwy do Maryi i jej kolejne wezwania powtarzane w tym miejscu przekształciły się zaś w ciągu wieków w Litanię zwaną przez nas Loretańską.
(fragmenty tekstów autorstwa Szymona Hiżyckiego OSB oraz Anny Druś) Stacja7.pl
***
siostra Wanda Putyra:
W młodości litania loretańska mnie nudziła. Dziś odkrywam ją na nowo!
O nabożeństwach majowych pachnących bzem, znaczeniu i sensie modlitwy słowami Litanii Loretańskiej i budowaniu więzi z Maryją, rozmawiamy z s. Wandą Putyrą, nauczycielką muzyki, dyrygentką chóru i scholi gregoriańskiej w szkołach sióstr prezentek w Krakowie.
Zofia Świerczyńska: Z czym kojarzy się siostrze maj?
s. Wanda Putyra: Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, maj kojarzy mi się z kościołem, zapachem kadzidła, z organami i… Litanią Loretańską.
Co wyjątkowego jest w tej modlitwie?
To jest modlitwa, która nas uczy być jak Maryja, przez nią możemy wyprosić bardzo wiele. To jest najlepsza forma do przeżycia miesiąca poświęconego czci Maryi. To również okazja do zbudowania takiej serdecznej więzi z Matką Bożą. Wyjątkowość tej modlitwy stanowią słowa, którymi otaczamy Maryję jak wiankiem z najpiękniejszych kwiatów. To słowa miłości… Chyba każda mama lubi słyszeć od swojego dziecka tyle słów czułości, wdzięczności i podziwu. A my, jako dzieci uczymy się przez to bezinteresownej miłości. Pamiętam, kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze chodziliśmy z mamą i moim rodzeństwem na nabożeństwa majowe. Moja mama uczyła mnie jak modlić się do Matki Bożej, pokazywała mi Maryję jako mądrą, dobrą i piękną kobietę. Pamiętam bzy, jaśminy, Litanię Loretańską i to piękno, którym jest otoczona Maryja. To dobre wspomnienia, do których często wracam z sentymentem.
Nabożeństwa majowe wpisane są we wspomnienia z dzieciństwa wielu z nas. Co zrobić, by to nie było tylko wspomnienie, lecz nasza codzienność?
Przyznam szczerze, że moja wiara w dzieciństwie to taka sielanka – majówki, litania… W czasie młodości strasznie mnie to nudziło. Nie mogłam przekonać się do tej modlitwy, bo wydawało mi się, że ciągle wołamy i wzywamy Maryję tymi samymi wezwaniami, na ciągle taką samą melodię… To było po prostu nudne! Pamiętam słowa śp. ks. Pawlukiewicza, które wtedy bardzo mnie poruszyły, i na nowo przekonały do tej modlitwy. Ksiądz Piotr powiedział, że litanie i koronki – modlitwy, które mają w sobie pewną powtarzalność słów i wyrażeń, wymyślili… mężczyźni i małe dzieci. Bo małe dzieci wołają “mamo kup, mamo kup” i mama w końcu się zlituje, a mężczyźni “pocałuj, pocałuj, pocałuj” i dziewczyna w końcu się zgodzi. Te słowa do mnie przemówiły (śmiech). I to żartobliwe porównanie pomogło mi na nowo odnaleźć sens i wrócić do tej modlitwy jaką jest Litania Loretańska.
Które z określeń Matki Bożej najbardziej siostrę poruszają?
Teraz, osiągnąwszy wiek troszkę większy niż naście lat (śmiech), przeżywam modlitwę litanią na nowo i odkrywam w niej Maryję jako piękną, dobrą, mądrą kobietę i wzór kobiecości dla siebie. Bardzo lubię te wezwania “Panno wierna”, “Panno łaskawa”, “Panno wsławiona”, “Panno można”. Odkrywam w nich wzór Matki duchowej, siostry która towarzyszy innym. Dla mnie cenne jest to wezwanie “Panno wierna”, bo chcę być wierna moim ślubom zakonnym, co wcale nie jest łatwe. To wezwanie i ukazanie Maryi jako kobiety wiernej, pomaga mi w codzienności.
Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
W litanii słyszymy też dużo wezwań, które brzmią archaicznie, niezrozumiale…
Z jednej strony jest to piękne, ponieważ ten język jest sięgnięciem do skarbca Kościoła, do tradycji naszych przodków. Ja to odczytuję w ten sposób, że włączam się w coś, czym Kościół żyje już kilkaset lat, dlatego ten język – choć stary – jest taki piękny. Z drugiej strony, język oczywiście jest archaiczny, ale mamy teraz takie możliwości, że wystarczy gdzieś kliknąć w Internecie i jeżeli ktoś chce poznać lepiej swoją Mamę, wystarczy wpisać hasła w wyszukiwarkę i po prostu znaleźć znaczenie tych słów. Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
Zgodziła się siostra wyśpiewać tą niezwykłą modlitwę. Dlaczego warto włączyć się w to wspólne “wołanie do Mamy”?
Dla mnie to proste i oczywiste… Któż inny, jak Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzesznych i Pocieszycielka strapionych zrozumie nas lepiej, wysłucha i pomoże przejść przez to, czym teraz żyjemy?
Stacja7.pl
***
Nabożeństwa majowe przetrwały wieki. Jakie były początki tej pobożności.
Polskie kapliczki (fot. fot.mateusz/depositphotos.com/pl)
***
Maj od wieków zajmuje wyjątkowe miejsce w duchowości katolickiej jako miesiąc szczególnie poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa majowe, czyli „majówki”, wpisały się na stałe w religijny pejzaż Polski, odbywając się wieczorami w świątyniach, przy kapliczkach, grotach i przydrożnych figurach. Ich centralnym punktem pozostaje Litania Loretańska, której wezwania przez wieki pogłębiały maryjne przeżywanie wiary.
Początki maryjnej pobożności
Choć źródła maryjnej pobożności sięgają V wieku na Wschodzie, dopiero na przełomie XIII i XIV wieku miesiąc maj zaczęto na Zachodzie poświęcać Maryi – głównie z inicjatywy króla Hiszpanii Alfonsa X, który zachęcał wiernych do wspólnej modlitwy przy figurach Matki Bożej.
Tradycja ta szybko się rozprzestrzeniła, a swój rozwój zawdzięczała także postępowi technicznemu – drukowane modlitewniki, jak „Maj duchowy” z 1549 roku, popularyzowały majowe formy kultu jako odpowiedź na kryzys Reformacji.
Włoski jezuita o. Ansolani uchodzi za ojca nabożeństw majowych. W XVIII wieku organizował w Neapolu koncerty pieśni maryjnych zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Dzieło to rozwinął o. Muzzarelli, wprowadzając „majówki” w kościele Il Gesù w Rzymie i propagując je w całej Europie.
Majówki po raz pierwszy w Polsce
W Polsce po raz pierwszy odnotowano nabożeństwa majowe w Tarnopolu w 1838 roku, a w kościele Świętego Krzyża w Warszawie oficjalnie odprawiono je w 1852 roku. Do końca XIX wieku zwyczaj ten przyjął się w większości polskich parafii. W wielu miejscowościach wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. Integralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska – modlitwa powstała prawdopodobnie w XII wieku, zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 roku.
Zawiera ona wezwania dogmatyczne, historiozbawcze i eschatologiczne, wskazując na rolę Maryi w historii zbawienia i jej duchową obecność pośród wiernych. W czerwcu 2020 roku papież Franciszek zatwierdził trzy nowe wezwania do Litanii Loretańskiej: „Matko miłosierdzia”, „Matko nadziei” oraz „Pociecho migrantów”.
„Pociecho migrantów” – nowe wezwanie papieża Franciszka
Decyzja ta została ogłoszona przez Dykasterię ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, a jej celem było uwzględnienie aktualnych wyzwań duszpasterskich oraz pogłębienie refleksji nad rolą Maryi we współczesnym świecie. Nowe wezwania znalazły swoje miejsce w określonych punktach Litanii: „Matko miłosierdzia” po „Matko Kościoła”, „Matko nadziei” po „Matko łaski Bożej”, a „Pociecho migrantów” po „Ucieczko grzesznych”.
W Polsce zmiany te weszły w życie pod koniec sierpnia 2020 roku, po oficjalnym zatwierdzeniu przez Konferencję Episkopatu Polski. Wezwanie „Matko miłosierdzia” funkcjonowało wcześniej w polskiej wersji litanii, jednak po wprowadzeniu zmian zostało przeniesione na nowe miejsce, zgodnie z układem wyznaczonym przez Stolicę Apostolską.
Papież Benedykt XVI mówił w 2010 roku, że maj, jako najpiękniejszy miesiąc w roku, poświęcony jest „najpiękniejszemu kwiatowi stworzenia” – Maryi, która jest duchowym sercem Kościoła i pamięcią o Jezusie. Takie rozumienie miesiąca maryjnego nie traci na aktualności i wciąż inspiruje do codziennej, wspólnotowej modlitwy – zarówno w rodzinach, jak i w przestrzeni publicznej.
KAI/deon.pl
***
Obraz, przed którym po raz pierwszy na ziemiach polskich odprawiono nabożeństwo majowe
Emerytowana nauczycielka Antonina Mrozówna wraz z siostrą z narażeniem życia przechowały ten wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej. Domena publiczna
***
Zwyczaj nabożeństw majowych, o czym przypomniał już jakiś czas temu, Dominik Dubiel SJ w tekście „Majowe w czasach popkultury. Nabożeństwo bez przyszłości?”, rozpropagowali w XIX w. jezuici. Oni też wprowadzili majówki w naszym kraju.
Jednak obraz Matki Bożej, przed którym w 1838 r. odprawiono pierwszą majówkę na ziemiach polskich, znajduje się w kościele… dominikańskim. Jak to możliwe?
Kasaty zakonów
Przedstawienie Matki Bożej Różańcowej z Tarnopola zostało namalowane w połowie XVIII w. do właśnie budowanego tam kościoła dominikanów. Ukończono go w latach 70. tego stulecia. A Maryi oddano do dyspozycji jedną z bocznych kaplic, ponieważ głównym opiekunem duchowym miejsca został św. Wincenty Ferreriusz.
Kaznodzieje jednak nie nacieszyli się długo swoją świątynią. Najpierw „dokwaterowano” im parafię. Wkrótce potem nadeszły zabory i cesarz austriacki skasował ten klasztor, odsyłając ojców do ich domu zakonnego w Żółkwi.
Pozostawili po sobie jednak całkiem nowy i zdecydowanie ładny kompleks budynków. A że w Rosji właśnie skasowano dla odmiany jezuitów, ci przybyli do Tarnopola i „tymczasowo” osiedli w miejsce dominikanów. Miało to miejsce w 1820 r. i tymczasowy pobyt przedstawicieli Towarzystwa Jezusowego wydłużył się do 1901 r.
To właśnie sprawiło, że kiedy w 1838 r. o. Franciszek Ksawery Asum SJ postanowił odprawić pierwszą majówkę na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej, odbyła się ona przed obrazem de facto dominikańskim. Jezuici wprowadzili zresztą zwyczaj, że na maj przenosili go do ołtarza głównego, tak, aby więcej wiernych mogło wziąć udział w nabożeństwie, a przy okazji też podziwiać piękno tego przedstawienia.
Powrót dominikanów i wyjazd obrazu
Jezuici opuścili klasztor tarnopolski w 1901 r. (wreszcie zdołali zbudować własny), a dwa lata później wrócili do niego dominikanie, sarkając nieco na przemalowania i przebudowy dokonane przez poprzednich mieszkańców.
Dramatycznym momentem w jego historii był wrzesień 1939 r., kiedy wtargnęli do niego sowieccy żołnierze, którzy go ograbili, a następnie podpalili. Na szczęście Matka Boża Różańcowa była już wtedy bezpieczna w rękach emerytowanej nauczycielki Antoniny Mrozówny i jej siostry, które z narażeniem życia przechowały wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941).
Kiedy w 1945 r. bracia kaznodzieje znów zostali zmuszeni do opuszczenia Tarnopola, tym razem przez komunistyczne władze, zabrali ze sobą też cudowny obraz. Ten przez Lwów w 1946 r. trafił do Krakowa, gdzie w tamtym czasie miało miejsce coś w rodzaju zjazdu cudownych przedstawień Matki Bożej.
Znalazły się tam wszystkie wizerunki z kresowych sanktuariów dominikańskich – Podkamienia, Czortkowa, Lwowa i właśnie Tarnopola. Ten ostatni trafił do Poznania, zapewne w tym samym roku. Przygotowywano się tam do budowy kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, więc tarnopolski wizerunek idealnie wpisywał się w kontekst.
Nowe sanktuarium
Wbrew trudnościom z zaopatrzeniem i tym administracyjnym, piętrzonym przez komunistyczne władze, budynek powstał i w 1949 r. odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego. Dzięki zapiskom na temat tej uroczystości wiemy, że 2 października tego roku Matka Boża Tarnopolska została umieszczona w nowym kościele w, najpierw prowizorycznym, ołtarzu głównym.
Dziś każdy, kto chce pomodlić się przed Jej obrazem, odnajdzie go w kaplicy adoracji poznańskich dominikanów. Nie tylko jest piękny wizualnie, ale również jego historia to wspaniały przykład tego, że nie ma nic złego w konkurowaniu między sobą zakonów. Oczywiście pod warunkiem, że ścigają się w pobożności. Także maryjnej.
1. Chwalcie łąki umajone, Góry, doliny zielone. Chwalcie, cieniste gaiki, Źródła i kręte strumyki!
2. Co igra z morza falami, W powietrzu buja skrzydłami, Chwalcie z nami Panią Świata, Jej dłoń nasza wieniec splata.
3. Ona dzieł Boskich korona, Nad Anioły wywyższona; Choć jest Panią nieba, ziemi, Nie gardzi dary naszymi.
4. Wdzięcznym strumyki mruczeniem, Ptaszęta słodkim kwileniem, I co czuje, i co żyje, Niech z nami sławi Maryję!
***
Chwalcie łąki umajone jest przepiękną pieśnią pochwalną ku czci Najświętszej Maryi Panny. Słowa napisał jezuicki zakonnik Karol Antoniewicz w latach 40-tych XIX wieku. Natomiast nie jest znany kompozytor melodii.
***
Kim jestautor pieśni „Chwalcie, łąki umajone”?
Życie naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień
Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r. fot. ks. Marcin Siewruk/Gość Niedzielny
***
Liryczne strofy, które w maju śpiewa dla Maryi cała Polska, zrodziły się w sercu człowieka doświadczonego cierpieniem Hioba. Utracił wszystko, co kochał, ale jego ból wydał zadziwiające owoce wiary i niezachwianej ufności.
Karol Bołoz-Antoniewicz znany jest jako autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone” czy „W krzyżu cierpienie”, ale jego spuścizna literacka jest o wiele bogatsza. Tworzył wiersze, rozmyślania, wspomnienia i kazania, zostawił po sobie imponującą kolekcję napisanych przepięknym językiem listów i świadectwa duszpasterskiej żarliwości, ale prawdziwym opus magnum stało się jego życie, naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień, które wydają się nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. Był szlachcicem, powstańcem, romantycznym poetą, jezuitą i misjonarzem. Był także nieszczęśliwym, wcześnie owdowiałym mężem i zbolałym ojcem piątki dzieci, z których żadne nie przeżyło na tej ziemi więcej niż rok.
Poeta i romantyk
Urodził się 6 listopada 1807 roku w znanej szlacheckiej rodzinie polskich Ormian mieszkających we Lwowie. Jego ojciec Józef Antoniewicz był doktorem obojga praw i krajowym adwokatem, matka Józefa z Nikorowiczów również pochodziła z ormiańskiej rodziny. Gdy w 1818 roku ojciec zachorował, Antoniewiczowie przenieśli się do majątku we Skwarzawie k. Lwowa. Pięć lat później Józef zmarł. Pierwsze doświadczenie straty ukochanej osoby przerwało szczęśliwą młodość przyszłego jezuity, który odtąd szukał pociechy w modlitwie i samotności. Debiutancki wiersz napisał jako 17-latek i dedykował go ukochanej matce.
Po powrocie do Lwowa rozpoczął studia prawnicze. Poznał kilka języków obcych, z zamiłowaniem grał na fortepianie, komponował muzykę. Wkrótce zaciągnął się w szeregi powstańców listopadowych, ale ta przygoda nie trwała długo. Po powrocie z powstania, ku zaskoczeniu krewnych i przyjaciół, Karol poprosił o rękę Zosię, najstarszą córkę swojego wuja Ignacego Nikorowicza, który po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Macocha zamierzała szybko wydać Zosię za mąż, choć kandydat był od niej dużo starszy. Karol więc sam poprosił o jej rękę. Nie zamierzał się wiązać, chciał tylko zyskać czas i znaleźć dziewczynie odpowiedniego kandydata. Ten fortel nie spodobał się jednak jego matce, która orzekła, że w takiej sytuacji Karol powinien ożenić się z Zofią. O zgodę trzeba było prosić papieża, bo pokrewieństwo młodych było bliskie. „Ty Zosi pokochać nie możesz, żenisz się tylko dla danego słowa – patrz, żebyś nie był nieszczęśliwy” – miał mu powiedzieć któryś z przyjaciół. Słowa te okazały się ponurym proroctwem, choć ten człowiek w jednym nie miał racji. Karol pokochał Zofię miłością głęboką, która przetrwała ciosy, jakie wkrótce, raz za razem, zaczęły spadać na młode małżeństwo.
Litania cierpień
Pierwsze dziecko, którego imienia nie znamy, żyło zaledwie kilka miesięcy, potem zmarła maleńka Maria i kolejna dziewczynka, również Maria. Zmarło też dwóch synków, obaj nosili imię Józef. Żałoba stała się codziennym chlebem Zofii i Karola. Po latach, już jako kapłan, pisał we wspomnieniach: „Byłem ojcem − ach to słowo, to było jedno słowo, którem posłyszał z ust dzieci moich! Jakby tylko na to przyszły na świat, aby mnie w imieniu Boga tym słowem powitać, tym słowem pożegnać. Boże! Ty wiesz, żeśmy te dzieci dla Ciebie tylko wychować chcieli, żeśmy je zawsze jak Twoją własność uważali; dziękowaliśmy Ci, gdyś je nam powierzył, nie skarżyliśmy się, gdyś je nam odebrał! Cieszyliśmy się nad ich kolebką, płakaliśmy nad ich grobem”.
Małżonkowie szukali ukojenia w modlitwie i uczynkach miłosierdzia, troszcząc się o biednych, chorych i opuszczonych. We Lwowie podejmowali różne posługi w szpitalu sióstr miłosierdzia. To w tych murach zakiełkowało i zaczęło dojrzewać powołanie Karola. Jeszcze mocniej odezwało się w sercu jego żony. Złożyli wówczas prywatne śluby czystości. Ukochana Zofia wkrótce zachorowała na gruźlicę. Małżonkowie obiecali sobie, że jeśli wyzdrowieje, oboje wstąpią do zakonu. Zofia do szarytek, Karol – do jezuitów. Niestety, w wieku 27 lat jego żona zmarła.
Nowe życie
„Szukałem dla siebie jeszcze innego nieba, i wszystkom utracił i nicem nie uzyskał! − O! nie, uzyskałem wszystko; wśród łez i cierpienia ujrzałem po raz pierwszy duszą i sercem Ciebie, o Jezu, Ciebie na krzyżu rozpiętego!” – wyznawał Antoniewicz.
Śmierć żony była dla Karola wstrząsem, który zmusił go do rewizji życia i podtrzymał w decyzji o wstąpieniu do jezuitów. „Przeczuwał, że tylko na tej drodze może odnaleźć ulgę w swym bólu, gdyż sensu cierpienia nikt mu nie wyjaśni i musi sam je w sobie przeżyć. Zrozumiał, że tajemnica życia kryje się w szczęściu przybitym do krzyża” – pisze o tym przełomowym momencie życia poety s. Bożena Leszczyńska, autorka poświęconej Antoniewiczowi książki „W Krzyżu – miłości nauka…”. Jej czytelnikami są m.in. rodzice dzieci chorych i tych, które odeszły. Siostra pracuje w szpitalu dziecięcym w Krakowie i z doświadczenia wie, że ks. Antoniewicz może stać się bliski ludziom, którzy stracili dzieci. Sama uczy się od niego pokory. – Pokory wobec tego, co przynosi życie. Pokory wobec krzyża obecnego w życiu człowieka. Zaufania do Pana Boga, przekonania, że On wszystkim kieruje, że ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro – wyjaśnia.
„Żyje ta pamięć w głębi duszy, a jeśli ją poruszę, to chwilka po chwilce, uczucie po uczuciu, tak żywo powraca, jakby ten przeciąg czasu jednym tylko ciężkim był snem (…), chciałem się modlić, ale nie znalazłem słów, tylko łzy!” – opisywał puste mury opuszczonego domu przyszły jezuita. „Stan ten porównać można do doświadczenia nocy ciemnej opisywanej przez św. Jana od Krzyża, kiedy to Bóg prowadzi człowieka ku światłu zmartwychwstania przez ciemność, a dusza cierpi bez pociechy i nadziei światła czy duchowego dobra. (…) Poddana oczyszczeniu i wypaleniu w ogniu cierpienia, rozjaśniona zostaje przez Bożą Mądrość” – pisze s. Leszczyńska.
Cierpienie nie złamało Antoniewicza, ale stało się fundamentem jego duchowej przemiany. „Serce jego stało się ze zbolałego tkliwym, ze smutnego rzewnym, z zamkniętego otwartym, z cierpkiego słodkim, z rozburzonego cichym, z hardego pokornym, z przygasłego gorejącym najczystszą Boga i ludzi miłością” – opisywał stan ducha poety ks. Aleksander Jełowicki. Pod krzyżem przemienił się w nowego człowieka.
Za zakonną furtą
Druga część życia autora pieśni „Chwalcie, łąki umajone” upłynęła we wspólnocie jezuitów. Spokój odzyskał w Starej Wsi, gdzie odbył nowicjat. To właśnie tam, zachwycony pięknem krajobrazu Pogórza Brzozowskiego, stworzył strofy tego hymnu i ubrał je w melodię, która stała się symbolem majowych nabożeństw. Klimat starowiejskiego kościoła, piękno krajobrazów i miłość Karola do Matki Bożej zaowocowały zresztą całym cyklem wierszy i pieśni ku czci Maryi, zebranych w tomiku „Wianeczek majowy”. W naznaczonym trudami życiu Antoniewicza Maryja odgrywała bardzo ważną rolę, wnosząc w nie klimat radości i szczęścia dziecka bez reszty ufającego Matce. Wielokrotnie pisał o tym, że Najświętsza Dziewica była dla niego opiekunką, pociechą i ostoją.
W Starej Wsi ks. Karol Antoniewicz spędził lata 1839–1841. Jako wotum dla Matki Bożej zostawił tutaj najcenniejszą pamiątkę poprzedniego życia – swoją ślubną obrączkę. – Polecił, by włożyć ją w koronę figurki Matki Bożej Nowicjackiej – opowiada jezuita o. Stanisław Groń. Ta niewielka, bo 24 cm mierząca statua, kopia Matki Bożej Loretańskiej, była otoczona serdeczną modlitwą wielu pokoleń jezuickich nowicjuszy. „Przed tą statuą przez dwa lata modliłem się, codziennie odprawiałem rozmyślania i nieraz walczyłem i płakałem gorzką łzą, nie łzą żalu za światem, ale łzą żalu za grzechy, którymi tyle, tyle Boga obrażałem” – pisał ks. Antoniewicz.
Najważniejsza ofiara
Ostatnia dekada życia ks. Antoniewicza upłynęła pod znakiem misji, żarliwego kaznodziejstwa, niestrudzonego przemierzania wielu miast i wsi dla głoszenia Ewangelii i pokrzepiania ludności ciemiężonej przez zaborców. Karol był misjonarzem słuchanym i cenionym, ale nie przez wszystkich mile widzianym. Nie w smak były ówczesnym władzom jego dążenia do tego, by dodawać ludziom odwagi i nadziei, by podtrzymywać ich wiarę, miłość do Boga i ojczyzny. Głosił słowem i życiem, bo na pierwszym miejscu stawiał zawsze chorych i cierpiących, którym posługiwał z oddaniem, jak niegdyś z Zofią w szpitalu sióstr szarytek. Misjonarskie drogi prowadziły go do Lwowa i na Huculszczyznę, do Krakowa i niewielkich małopolskich miejscowości, na Śląsk i do Wielkopolski. Był aktywny mimo mnożących się przeciwności, mimo zakazów, jakie nakładały na niego władze, mimo wrogości różnych środowisk. Był „aniołem pociechy” dla mieszkańców Krakowa, gdy miasto ogarnął wielki pożar. Na zgliszczach kościołów głosił kazania i opatrywał rany ofiar pożogi.
Żywiołem, który ostatecznie zakończył życie niestrudzonego jezuity, okazał się jednak nie pożar, ale epidemia. Spowiadał umierających na cholerę i nie opuszczał ich do ostatniej chwili. Szedł tam, gdzie żaden ksiądz czy lekarz nie chciał wchodzić. „Dziś od pierwszej w nocy do siódmej rano 17 chorych odwiedziłem. O! biedny, biedny lud! Powiedziałem sercu: milcz! − i milczy, bo inaczej, jeśli nie z cholery, to z boleści byłbym umarł” – pisał na początku września 1852 roku z Kościana.
Jego ostatnią misją miało być utworzenie domu zakonnego w Obrze, gdzie dotarł 4 listopada 1852 roku. W nocy 7 listopada poczuł się jednak bardzo źle. „Gasnąca epidemia cholery upomniała się o swą najważniejszą ofiarę” – pisała s. Leszczyńska. Cierpiał przez kilka dni, do końca przytomny i rozmodlony. Zmarł 14 listopada 1852 roku. Miał 45 lat.
Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny
***
o. Jacek Salij OP fot. Screenshot – YouTube (salve tv)
Dziś Jezus mówi do wszystkich, którzy chcą zmieniać naukę Kościoła: OPAMIĘTAJCIE SIĘ!
Pan Jezus uzdrawiał niewidomych, głuchych, trędowatych i sparaliżowanych, uwalniał od duchów nieczystych i różne inne cuda czynił. Zatem jakiego innego znaku oczekiwali od Niego ci, którzy mówili: “Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie?” I dlaczego ta prośba tak oburzyła Pana Jezusa?PauseMute
Otóż nauka, jaką głosił Jezus, stanowiła jedno z cudami, jakie czynił. Stanowiła też jedno z Jego miłością do Ojca, z Jego modlitwą i z Jego troską o ludzi. Faryzeuszów to wszystko nie obchodziło. Jego nauka ich denerwowała i nie zamierzali jej słuchać. To, że nauka Jezusa była pełna mocy i przelewała się coraz to nowymi cudami, raczej pobudzało ich do gniewu niż do wsłuchiwania się w to, co On mówił do ludzi.
Otóż człowiek złej woli zazwyczaj wie o tym, że wola jest w nim zła, a jednocześnie chciałby przekonać samego siebie i innych, że postępuje właściwie. Ten właśnie mechanizm zadziałał w faryzeuszach. “Niech nam Jezus pokaże taki znak, który by nas naprawdę przekonał, bo nas nie przekonuje ani to, że niewidomi widzą, sparaliżowani chodzą, trędowaci są oczyszczeni, ani też inne cuda Jezusa.”
Żądanie to było podwójnie przewrotne. Faryzeusze próbowali rozkazywać Panu Bogu, co On powinien zrobić, żeby oni byli łaskawi uwierzyć. A ponadto żądali oni takiego cudu, który jednocześnie nie byłby cudem. Przecież samą istotą cudu autentycznego, cudu religijnego jest to, że jest on integralną częścią kierowanej do człowieka Bożej nauki. Cud oddzielony od przesłania religijnego nie jest już cudem, tylko popisem kuglarskim.
Toteż Pan Jezus mówi im: “Ludzie, opamiętajcie się! Zacznijcie wreszcie słuchać naukę, jaką wam przyniosłem od mojego Ojca! Przecież nawet Niniwici usłyszeli naukę proroka Jonasza, a Ja jestem kimś więcej niż Jonasz. Przecież królowa Saby podjęła długą i męczącą podróż, aby słuchać mądrości Salomona, a Ja jestem kimś więcej niż Salomon. Ludzie kochani – taki jest sens słów Pana Jezusa – spróbujcie wreszcie wsłuchać się w moją naukę.”
A swoją drogą, jakżeż często nam samym zdarzają się obie te przewrotności, którymi zgrzeszyli faryzeusze. Przecież my również próbujemy nieraz rozkazywać Panu Bogu i wyznaczać Mu warunki, które powinien On spełnić, żebyśmy byli łaskawi Mu uwierzyć.
I jakże często jest w nas pożądanie cudów odizolowanych od nauki Ewangelii. A przecież wystarczyłoby trochę bardziej na serio żyć Ewangelią, żeby oglądać cuda pojednania skłóconych, cuda wyzwolenia z paraliżu egoizmu oraz cud wzrastającej międzyludzkiej życzliwości.
„Zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne”. Leon XIV o pomijanej misji Kościoła
Papież kontynuuje cykl katechez o Konstytucji dogmatycznej o Kościele “Lumen gentium”
fot. Vatican Media
***
Zatrzymując się dzisiaj nad fragmentem rozdziału VII soborowej Konstytucji o Kościele, rozważmy jedną z jego kluczowych cech, jaką jest wymiar eschatologiczny. Kościół bowiem pielgrzymuje przez tę ziemską historię, zawsze zmierzając ku ostatecznemu celowi, jakim jest ojczyzna niebieska. Jest to wymiar zasadniczy, który jednak często pomijamy lub pomniejszamy, ponieważ zbytnio skupiamy się na tym, co jest bezpośrednio widoczne, oraz na bardziej konkretnych dynamikach życia wspólnoty chrześcijańskiej.
Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym w dziejach, a celem wszystkich jego działań jest Królestwo Boże (por. LG, 9). Jezus zapoczątkował Kościół właśnie poprzez głoszenie tego Królestwa miłości, sprawiedliwości i pokoju (por. LG 5). Jesteśmy zatem wezwani do rozważenia wspólnotowego i kosmicznego wymiaru zbawienia w Chrystusie oraz do skierowania wzroku ku temu ostatecznemu horyzontowi, aby wszystko mierzyć i oceniać w tej perspektywie.
Kościół żyje w dziejach służąc przychodzeniu Królestwa Bożego na świat. Głosi on wszystkim i zawsze słowa tej obietnicy, otrzymuje jej zadatek w celebrowaniu sakramentów, zwłaszcza Eucharystii, realizuje i doświadcza jej logiki w relacjach miłości i służby. Ponadto Kościół wie, że jest miejscem i środkiem, w którym zjednoczenie z Chrystusem realizuje się „mocniej” (LG, 48), uznając jednocześnie, że zbawienie może być dane przez Boga w Duchu Świętym również poza jego widzialnymi granicami.
Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego
W tym względzie Konstytucja Lumen gentium zawiera ważne stwierdzenie: Kościół jest „powszechnym sakramentem zbawienia” (LG, 48), to znaczy znakiem i narzędziem tej pełni życia i pokoju obiecanej przez Boga. Oznacza to, że Kościół nie utożsamia się całkowicie z Królestwem Bożym, ale jest jego zalążkiem i początkiem, ponieważ wypełnienie zostanie dane ludzkości i wszechświatu dopiero na końcu czasów. Wierzący w Chrystusa kroczą zatem przez tę ziemską historię, naznaczoną dojrzewaniem dobra, ale także niesprawiedliwościami i cierpieniami, nie ulegając ani złudzeniom, ani rozpaczy; żyją oni ukierunkowani obietnicą otrzymaną od Tego, który „czyni wszystko nowe” (Ap 21, 5). Dlatego Kościół realizuje swoją misję pomiędzy „już” początku Królestwa Bożego w Jezusie a „jeszcze nie” spełnienia obiecanego i oczekiwanego. Jako strażnik nadziei, która oświeca wędrówkę, Kościół jest również obdarzony misją wypowiadania jasnych słów, aby odrzucać wszystko, co uśmierca życie i uniemożliwia jego rozwój, oraz opowiadać się po stronie ubogich, wyzyskiwanych, ofiar przemocy i wojny oraz wszystkich cierpiących na ciele i na duchu (por. Kompendium nauki społecznej Kościoła, 159).
Będąc znakiem i sakramentem Królestwa, Kościół jest Ludem Bożym pielgrzymującym na ziemi, który wychodząc właśnie od ostatecznej obietnicy, na podstawie Ewangelii odczytuje i interpretuje dynamikę dziejów, demaskując zło we wszystkich jego formach i głosząc słowami i czynami zbawienie, które Chrystus pragnie urzeczywistnić dla całej ludzkości, oraz Jego Królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju. Kościół nie głosi zatem samego siebie, wręcz przeciwnie, w nim wszystko musi odsyłać do zbawienia w Chrystusie.
W tej perspektywie Kościół jest wezwany do pokornego uznania ludzkiej kruchości i przemijalności swoich instytucji, które – choć służą Królestwu Bożemu – posiadają przemijającą postać tego świata (por. LG, 48). Żadna z instytucji kościelnych nie może być absolutyzowana, lecz przeciwnie – ponieważ istnieją one w dziejach i w czasie – są wezwane do ciągłego nawracania, do odnawiania form i reformowania struktur, do ciągłego odradzania relacji, tak aby mogły naprawdę odpowiadać swojej misji.
W perspektywie Królestwa Bożego należy również rozumieć relację między chrześcijanami, którzy dziś wypełniają swoją misję, a tymi, którzy już zakończyli swoje ziemskie życie i znajdują się w stanie oczyszczenia lub zażywają chwały. Lumen gentium stwierdza bowiem, że wszyscy chrześcijanie zrastają się w jeden Kościół oraz że istnieje komunia i współuczestnictwo w dobrach duchowych oparta na jedności wszystkich wierzących z Chrystusem, na braterskiej trosce (fraterna sollicitudo) między Kościołem ziemskim a Kościołem niebiańskim; jest nim owo obcowanie świętych (consortium cum Sanctis), którego doświadcza się w szczególności w liturgii (por. LG, 49-51). Modląc się za zmarłych i podążając śladami tych, którzy już żyli jako uczniowie Jezusa, my również otrzymujemy wsparcie w naszej wędrówce i umacniamy oddawanie czci Bogu: naznaczeni jednym Duchem i zjednoczeni w jednej liturgii, wraz z tymi, którzy poprzedzili nas w wierze, wielbimy i oddajemy chwałę Trójcy Przenajświętszej.
Jesteśmy wdzięczni Ojcom soborowym za przypomnienie nam o tym tak ważnym i tak pięknym wymiarze bycia chrześcijanami; starajmy się pielęgnować go w naszym życiu.
Watykan/KAI
***
Niedziela 3 maja 2026
Regina Coeli. Leon XIV mówił o atrakcyjności nieba. „Jest dostępne dla wszystkich”
“W starym świecie… uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich” – powiedział papież.
fot. Vatican Media
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W okresie wielkanocnym, podobnie jak rodzący się Kościół, powracamy do słów Jezusa, które odsłaniają pełnię swego znaczenia w świetle Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. To, co wcześniej umykało uczniom lub budziło w nich niepokój, teraz powraca w pamięci, rozpala serca i daje nadzieję.
Ewangelia czytana w tę niedzielę wprowadza nas w rozmowę Mistrza z uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy. W szczególności słyszymy obietnicę, która już teraz włącza nas w misterium Jego zmartwychwstania. Jezus mówi: „A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 3). Apostołowie odkrywają w ten sposób, że w Bogu jest miejsce dla każdego. Dwóch z nich doświadczyło tego już podczas pierwszego spotkania z Jezusem nad rzeką Jordan, kiedy to On zauważył, że idą za Nim, i zaprosił ich, aby tamtego popołudnia zatrzymali się w Jego domu (por. J 1, 39). Również teraz, w obliczu śmierci, Jezus mówi o domu – tym razem bardzo wielkim: jest to dom Jego Ojca i naszego Ojca, w którym jest miejsce dla wszystkich. Syn opisuje siebie jako sługę, który przygotowuje pokoje, aby każdy brat i każda siostra, przybywając tam, znaleźli gotowe swoje mieszkanie i poczuli się od zawsze oczekiwani i wreszcie odnalezieni.
Najdrożsi, w starym świecie, w którym wciąż pielgrzymujemy, uwagę przyciągają miejsca ekskluzywne, doświadczenia dostępne tylko dla nielicznych czy przywilej wejścia tam, gdzie nikt inny nie ma wstępu. Natomiast w nowym świecie, dokąd prowadzi nas Zmartwychwstały, to, co ma największą wartość, jest dostępne dla wszystkich. Nie traci to jednak przez to swej atrakcyjności. Wręcz przeciwnie, to, co jest otwarte dla wszystkich, przynosi teraz radość: wdzięczność zajmuje miejsce rywalizacji; gościnność usuwa wykluczenie; obfitość nie pociąga już za sobą nierówności. Przede wszystkim nikt nie zostaje pomylony z kimś innym, nikt nie jest zagubiony. Śmierć grozi wymazaniem imienia i pamięci, ale w Bogu każdy jest nareszcie sobą. W rzeczywistości jest to miejsce, którego szukamy przez całe życie, czasami gotowi na wszystko, byleby tylko uzyskać odrobinę uwagi i uznania.
„Wierzcie” – mówi do nas Jezus. Oto sekret! „Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie” (J 14, 1). Właśnie ta wiara uwalnia nasze serce od niepokoju posiadania i zdobywania, od złudzenia pogoni za prestiżowym miejscem, by coś znaczyć. Każdy ma już nieskończoną wartość w misterium Boga, który jest prawdziwą rzeczywistością. Miłując się wzajemnie tak, jak Jezus nas umiłował, przekazujemy sobie tę świadomość. To jest nowe przykazanie: w ten sposób antycypujemy niebo na ziemi, ukazujemy wszystkim, że braterstwo i pokój są naszym przeznaczeniem. W miłości bowiem, pośród rzeszy braci, każdy odkrywa, że jest jedyny i niepowtarzalny.
Prośmy zatem Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Kościoła, aby każda wspólnota chrześcijańska była domem otwartym dla wszystkich i wrażliwym na każdego.
Watykan/Stacja7.pl
***
Prorocze pytania przyszłego papieża. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, z którym mierzy się Kościół
fot. Grzegorz gałązka / galazka.deon.pl
***
Pytania skierowane szesnaście lat temu do augustianów przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta brzmią szokująco aktualnie dziś w odniesieniu do Kościoła w Polsce.
Właśnie dzisiaj, 4 maja 2026 r., do księgarń trafia opublikowana w języku włoskim przez wydawnictwo Libreria Editrice Vaticana książka pod tytułem “Wolni dzięki łasce. W szkole św. Augustyna wobec wyzwań historii”. Zawiera ona wystąpienia i przemówienia Roberta Francisa Prevosta, czyli obecnego papieża Leona XIV, z okresu, gdy był przeorem Zakonu św. Augustyna. Pretekstem do jej wydania jest przypadająca 8 maja br. pierwsza rocznica wyboru Leona XIV na Stolicę Piotrową. Wiadomo, że planowane jest opublikowanie tej książki w co najmniej trzydziestu krajach świata. Niestety nie podano, czy i kiedy ukaże się po polsku.
Informując o nowej pozycji wydawniczej Libreria Editrice Vaticana media Stolicy Apostolskiej opublikowały w całości jeden z umieszczonych w niej tekstów. To homilia wygłoszona przez ówczesnego przeora Roberta Francisa Prevosta z okazji inauguracji jednej z Kapituł Generalnych Prowincji Santo Niño de Cebù. Obecny Następca św. Piotra wygłosił ją w kościele św. Augustyna de Intramuros w Manili 19 września 2010 roku.
Przeor Prevost przywołał w swym wystąpieniu postać Andrésa de Urdanety, słynnego szesnastowiecznego hiszpańskiego żeglarza, badacza południowego Pacyfiku, który został augustianinem. Przypomniał, że Urdenta zasłynął, ponieważ odkrył bezpieczną i szybką morską trasę powrotną z Filipin do Meksyku, określaną słowem “tornaviaje” (hiszp. podróż powrotna). Nawiązując do tego odkrycia dzisiejszy papież zwrócił uwagę, że żeglarz i zakonnik w swoim życiu odbył znacznie ważniejszą “podróż powrotną”, czyli swoje nawrócenie i wstąpienie do zakonu.
Używając metafory podróży ks. Prevost powiedział: “Jako augustianie przeżywamy ją we wspólnocie życia i poprzez posługi apostolskie. Możemy jednak w pewnym momencie tej drogi zwolnić, stać się zadowoleni z siebie i rozproszeni, a nawet zatrzymać się i popaść w stagnację w życiu duchowym i pracy duszpasterskiej”. Przestrzegł, że wiele wspólnot lokalnych i jednostek zakonnych może utracić zdolność inspirowania i przyciągania innych. “Entuzjazm, pełen energii, typowy dla młodych, może stopniowo zanikać i łatwo wpadamy w codzienną rutynę – zawsze tę samą, niezmienną” – mówił w roku 2010 dzisiejszy papież.
Postawił też pytania, odnoszące się wówczas przede wszystkim do zadania, przed którym stanęli uczestnicy augustiańskiej kapituły. “Czy chcemy zachować to, co mamy, pozostać tam, gdzie jesteśmy, czy też pragniemy wsłuchać się w niespokojne serce, słuchać w modlitwie, stać się uważnymi na Słowo Boże i wsłuchiwać się także w tych spośród nas, którzy poszukują i odczytują znaki czasu? Czy jesteśmy otwarci na możliwość wyboru czegoś innego, na nowy i odnowiony sens misji w naszym życiu?” – pytał Robert Prevost swych zakonnych współbraci. Wskazywał, że być może są rozdarci między pragnieniem pójścia za Chrystusem – bez względu na cenę – “a pragnieniem pozostania tam, gdzie jesteśmy, zadowoleni i z niewielką chęcią lub zdolnością do zmiany drogi, którą kroczymy”.
Skrótowo mówiąc, dylemat przywołany przez przeora Prevosta brzmiał: “zachowanie czy misja?”. Pytał swoich współbraci, czy po prostu podtrzymują to, co jest, czy też duch misyjny jest żywy w ich sercach. Zwracał uwagę, że jeśli chodzi o rozumienie posługi, grupa nastawiona wyłącznie na zachowanie powie: “Musimy pozostać wierni naszej przeszłości”, natomiast wspólnota o duchu misyjnym powie: “Musimy być wierni naszej przyszłości”. Wskazywał też na różnice stylu przywództwa, zależne od przyjętego nastawienia. Wyjaśniał, że w mentalności tych, którzy preferują zachowawczość, jest on przede wszystkim menedżerski – dobrze zorganizowany i efektywny, liderzy starają się utrzymać wszystko w porządku i dopilnować, by wszystko przebiegało sprawnie. “Natomiast wspólnota obdarzona wizją prorocką i żyjąca misją będzie dążyć do innego rodzaju przywództwa: stylu, który przede wszystkim przemienia, zdolnego ukazywać wizję tego, co może się stać, z gotowością, by iść daleko i podejmować liczne ryzyka, aby ta wizja stała się rzeczywistością” – tłumaczył Leon XIV zaledwie piętnaście lat przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową.
Pytania skierowane wtedy do augustianów brzmią szokująco aktualnie w odniesieniu do Kościoła w Polsce. Stoimy przed nimi nie od dziś, lecz od wielu lat, można śmiało powiedzieć, że od dekad. A jednak wciąż nie wybrzmiewają one wystarczająco głośno, tak głośno, aby rzeczywiście zaczęło się szukanie na nie rzetelnych i wynikających z odważnej troski odpowiedzi. Obserwacja codziennego funkcjonowania katolickiej wspólnoty w naszym kraju podpowiada, że póki co nastawieni jesteśmy o wiele bardziej na “zachowanie”, na “konserwowanie” tego, co udało się zbudować jeszcze wczasach PRL-u niż na misyjność. Paradoksalnie nawet parafialne misje adresowane są bardzo często do tych, którzy wciąż przychodzą do kościoła, a nie do tych, którzy trzymają się od świątyni daleko.
“Polska była wierna Chrystusowi – i pragniemy, aby taka pozostała” – mówił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC 2 maja br. na Jasnej Górze w uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski. Brzmi to ze wszech miar słusznie, jednak czy nie jest równocześnie (nie do końca uświadomioną) deklaracją zachowawczości? Opowiedzeniem się zdecydowanie bardziej za wiernością przeszłości niż wiernością przyszłości?
Opublikowana przez watykańskie media homilia, którą obecny papież wygłosił szesnaście lat temu jako augustiański przeor, może budzić skojarzenia ze słynnym “proroctwem Ratzingera”, czyli wypowiedzią późniejszego papieża Benedykta XVI z 24 grudnia 1969 roku, na zakończenie cyklu wykładów radiowych w rozgłośni Hessian Rundfunk. Zapowiadał Kościół mniejszościowy, pozbawiony przywilejów społecznych. “Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – mówił późniejszy prefekt Kongregacji Nauki Wiary. “Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich” – przewidywał. Takie skojarzenie wydaje się w pełni uprawnione. Ks. Prevost trafnie wskazał dylemat, że którym w XXI stuleciu mierzy się Kościół. Zasugerował odpowiedź, jednak jak wielu katolików (także w naszej Ojczyźnie) zechce ją przyjąć?
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w tym roku jest przeniesiona na 2 maja
Główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski odbędą się w tym roku na Jasnej Górze w sobotę 2 maja (a nie jak zwykle 3 maja) z uwagi na przypadającą dzień później V Niedzielę Wielkanocną.
Uroczystość NMP Królowej Polski została ustanowiona przez papieża Benedykta XV w 1920 r. na prośbę polskich biskupów. Jest ona głęboko zakorzeniona w polskiej historii – nawiązuje do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 r., Konstytucji 3 maja oraz oddania Polski pod opiekę Maryi po uzyskaniu niepodległości.Play
Geneza – Maryja objawia się włoskiemu jezuicie jako królowa Polski
Już w średniowieczu na ziemiach polskich żywy był silny kult maryjny, a Matka Boża była traktowana jako szczególna opiekunka Królestwa Polskiego. Jan Długosz nazwał Maryję „Panią świata i naszą”, a maryjna pieśń Bogurodzica od XV wieku pełniła rolę nieoficjalnego hymnu państwowego.
Mało kto wie, że po raz pierwszy Maryja została nazwana wprost Królową Polski w trakcie objawień jakich doświadczył w Neapolu włoski jezuita ojciec Juliusz Mancinelli 14 sierpnia 1608 r. Miał on objawienie, podczas którego Maryja poleciła mu, aby nazwał ją Królową Polski: „A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to Królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Treść tych objawień rozpowszechnił na ziemiach Rzeczypospolitej książę Albrecht Radził, Wielki Kanclerz Litewski.
W czasie najazdu szwedzkiego, 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej, przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby, zawierające formułę: „Ciebie za patronkę moją i za Królowę państw moich dzisiaj obieram”. W trakcie ślubowania zobowiązywał się szerzyć cześć Maryi, wystarać się u papieża o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, a także zająć się losem chłopów i zaprowadzić w państwie sprawiedliwość społeczną.
Temu wiekopomnemu wydarzeniu towarzyszyło odśpiewanie litanii do Najświętszej Panny. Nuncjusz apostolski abp Pietro Vidoni, który przewodniczył uroczystej Mszy św. w katedrze lwowskiej, dodał do modlitwy wezwanie “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”, które zgromadzeni biskupi i senatorowie trzykrotnie powtórzyli. Po ślubowaniu władcy, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerz koronny biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, a wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.
Jan Kazimierz nie mógł jednak dopełnić ślubów. Państwo opanowywał wówczas coraz większy chaos, a sam władca w niedługim czasie (1668 r.) zdecydował się abdykować i wyjechać za granicę. Szczególne związanie kultu Maryi, Królowej Korony Polskiej, z Jasną Górą nastąpiło 8 września 1717 r., kiedy to dokonano koronacji jasnogórskiego obrazu, co uznano za koronację Maryi na Królową Polski.
Odnowienie ślubów w sytuacji narodowej niewoli
W roku 1856 r. w Paryżu, nastąpiło odnowienie ślubów Jana Kazimierza przez jednego z twórców zgromadzenia zmartwychwstańców ks. Aleksandra Jełowickiego oraz krąg osób z nim związanych m. in. Adama Mickiewicza, którzy byli przekonani, że najwłaściwszą drogą do odzyskania niepodległości jest moralne odrodzenie polskiego społeczeństwa. Te idę propagowało później powstałe w tym kręgu zgromadzenie Księży Zmartwychwstańców, a silnie oddziaływała ona na ziemie pod zaborami i kształtujący się tam ruch zakonotwórczy.
Kolejna aktualizacja ślubów Jana Kazimierza miała miejsce w 1904 roku. Dokonał tego św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup Lwowa, który zgromadził tam przedstawicieli wszystkich zaborów. Bilczewski wskazał po raz kolejny realizację ślubów Jana Kazimierza jako drogę do odzyskania niepodległości. Papież Pius X w 1908 r. zezwolił na wpisanie wezwania „Królowo Polski” na stałe do Litanii Loretańskiej. W tym samym roku ustanowił dla diecezji lwowskiej święto Królowej Polski.
Ustanowienie ogólnopolskiego święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV przychylił się do tej prośby 14 stycznia 1920 r. ustanawiając święto dla całej Polski.
W obliczu zagrożenia nowym “potopem”, tym razem bolszewickim, w 1920 r. Polacy ponownie zwrócili się o pomoc Matki Bożej. Episkopat odwołał się do ślubów Jana Kazimierza, szukając umocnienia narodu na Jasnej Górze, wzywając wiernych do zachowania nadziei i postawy na wzór ojca Augusta Kordeckiego. Niedługo później, 15 sierpnia, polska armia odniosła zwycięstwo nad bolszewikami, zwane „Cudem nad Wisłą”.
Biskupi zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 r. pierwszą polską Konstytucją. W 1925 r. Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce a jako datę jego obchodów wyznaczył 3 maja.
Śluby Jasnogórskie zainicjowane przez kard. Hlonda
Gorącym orędownikiem odnowienia ślubów narodu polskiego był prymas August Hlond. W 1936 roku na Jasnej Górze, przybyła tam w licznie 100 tys. osób młodzież akademicka, złożyła ślubowanie, w którym wybrała Matkę Bożą na swoją patronkę, zobowiązując się kształtować życie społeczne na wartościach religijno-narodowych, w duchu chrześcijańskim.
Podczas wojny 31 października 1943 r. Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi.
Po II wojnie światowej – z inicjatywy kard. Hlonda – 8 września 1946 r. milionowa rzesza wiernych, złożyła na Jasnej Górze Akt Ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, tym samym ponownie uaktualniając śluby Jana Kazimierza. Uroczystość ta nawiązywała również do aktu, którego w 1943 roku dokonał Pius XII.
Nowa wersja ślubów opracowana przez internowanego Prymasa
W 300. rocznicę królewskich ślubów Jana Kazimierza, nową ich wersję opracował internowany wówczas w Komańczy prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. 26 sierpnia 1956 r. wierni na Jasnej Górze uroczyście ślubowali Maryi: “Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Przyrzekali “wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, strzec chrześcijańskich obyczajów, wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem”.
Tekst ślubów odczytał biskup Michał Klepacz (pełniący w tym czasie obowiązki przewodniczącego Episkopatu). O osobie uwięzionego Prymasa przypominał pusty fotel, ustawiony przed ołtarzem.
W 1957 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego rozpoczęła się “Wielka Nowenna” przygotowująca Kościół w Polsce do obchodów Millennium Chrztu Polski. Połączona została z peregrynacją cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Nawet “aresztowanie” obrazu przez SB nie wpłynęło na zastraszenie społeczeństwa.
W 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski i jej główną patronką, a święto NMP Królowej Polski stało się świętem I klasy we wszystkich diecezjach polskich. W 1969 Paweł VI na prośbę prymasa Wyszyńskiego podniósł święto do rangi uroczystości.
Podczas jasnogórskich obchodów Millennium chrztu Polski 3 maja 1966 r. cały polski Episkopat w obecności kilkuset tysięcy pielgrzymów dokonał uroczystego ślubowania NMP. W uroczystościach milenijnych pragnął uczestniczyć papież Paweł VI, na to jednak nie zgodziły się komunistyczne władze. Dopiero Jan Paweł II, mógł jako pierwszy w historii papież przybyć na Jasną Górę.
Zawierzenie Jana Pawła II
3 i 4 czerwca 1979 r. Jan Paweł II dokonał aktu zawierzenia Pani Jasnogórskiej: “… Zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi”.
W 1982 r. Kościół obchodził 600-lecie obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Zwieńczeniem kilkuletnich przygotowań do tego jubileuszu była kolejna obecność w Częstochowie Jana Pawła II, który przewodniczył obchodom 18 i 19 czerwca 1983 r.
Biskupi polscy opracowali również w 1990 r. “Drugą Wielką Nowennę”, która miała za zadanie przygotować Kościół w Polsce na kolejne tysiąclecie chrześcijaństwa.
Od 1992 r. (tak jak w okresie międzywojennym) dzień ten jest świętem narodowym Polski – dla upamiętnienia zarówno uchwalenia Konstytucji w r. 1791, jak i święta Królowej Polski.
Akt zawierzenia z okazji 1050-lecia chrztu Polski
Nowego Aktu Zawierzenia Narodu Polskiego Matce Bożej – z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski – dokonał 3 maja 2016 r. ówczesny przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki.
Poważnym współczesnym problemem – podkreślał – jest wypaczone pojęcie wolności, gdyż dla wielu współczesnych “wolność staje się wręcz religią”, skutkującą tym, że “wywyższa się człowieka kosztem Boga i liczy się tylko nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek”.
Drugim nowym problemem – jak stwierdził – jest odniesienie do prawa Bożego, z czego – w przeciwieństwie do twórców Konstytucji 3 Maja – współcześni prawodawcy rezygnują.
Trzecim aktualnym problemem – wskazywał ówczesny przewodniczący Episkopatu Polski – jest obecny kształt polskiego patriotyzmu. “Autentyczny patriotyzm nie zna nienawiści do nikogo (…) trzeba bezwzględnie unikać ryzyka tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm” – wyjaśniał abp Gądecki.
Ponowne zawierzenie w „dzisiejszym trudnym doświadczeniu”
W 2020 r. abp Stanisław Gądecki dokonał w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, kolejnego zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski. Służył temu specjalny akt zawierzenia, nawiązujący do 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II, przyszłej beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego jak również stulecia ocalenia Polski w Bitwie warszawskiej.
„Wraz z Maryją, Bogurodzicą Dziewicą, Królową Polski i Świętymi Patronami, błagamy o ratunek dla naszej Ojczyzny w jej dzisiejszym trudnym doświadczeniu. (…) Zawierzamy Tobie naszą Ojczyznę i Naród, wszystkich Polaków żyjących w Ojczyźnie i na obczyźnie. Tobie zawierzamy całe nasze życie, wszystkie nasze radości i cierpienia, wszystko czym jesteśmy i co posiadamy, całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” – modlił się abp Stanisław Gądecki na Jasnej Górze.
W tym roku główne uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski będą miały miejsce w sobotę 2 maja z udziałem Episkopatu Polski. Mszy św. sprawowanej na Jasnogórskim Szczycie o godz. 11.00 będzie przewodniczył i homilię wygłosi abp Tadeusz Wojda SAC, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
Na prośbę przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Dykasteria ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wyraziła zgodę, aby obchody uroczystości NMP Królowej Polski, przypadające w tym roku w V Niedzielę Wielkanocną, zostały przeniesione z 3 maja na 2 maja.
Kai/Gość Niedzielny
***
Jasna Góra: Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową!
Matka Boża jest Królową! Jest godna czci i dlatego oddajemy Jej honory królewskie, bo Ona prowadzi nas do swojego Syna – mówią pielgrzymi. Na Jasnej Górze trwają uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Mszę św. odpustową z udziałem tysięcy wiernych celebruje przewodniczący Episkopatu Polski, abp Tadeusz Wojda SAC.
W uroczystościach biorą udział wierni z całej Polski także zorganizowane grupy pielgrzymów jak: Rycerze Orderu Jasnogórskiej Bogurodzicy, Wdowy Konsekrowane i Bractwo Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polski.
Szczególnie przeżywamy ten dzień; to nie tylko pierwsza sobota miesiąca, ale i nasze święto patronalne – powiedziała Maria Dziemian, starsza Bractwa. W każdą pierwszą sobotę miesiąca podejmują zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, które gromadzi w częstochowskim Sanktuarium tysiące ludzi.
Na zawierzenie, które przypada w tym roku w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski przyjechała z Przemyśla s. Antonia, Felicjanka. Dzień wcześniej świętowała w domu rodzinnym urodziny swojej „ziemskiej” mamy, ale jej marzeniem było przybyć tu na Uroczystość, bo jak podkreśliła, najpiękniejszym prezentem urodzinowym jest Msza św. i zawierzenie „Mamie Niebieskiej”. S. Antonia podkreśliła, że jest dumna z tego, że jest Polką. – Mamy wspaniałą historię i wspaniałą Królową – powiedziała zakonnica. Wyraziła też wdzięczność dla Matki Bożej za Jej opiekę nad Ojczyzną, pomimo tego, że zarówno jako naród, jak i indywidualne osoby, często „nie dochowujemy wierności”.
W trakcie Mszy św. odnowiono też milenijny Akt Oddania Polski w Macierzystą Niewolę Maryi, Matce Kościoła, za Wolność Kościoła Chrystusowego.
***
Polska duchową monarchią. Czyli co to znaczy, że Maryja jest naszą Królową?
2 maja 2026
oprac. GS/PCh24.pl
***
Trzeciego dnia maja naród polski w szczególny sposób czci Maryję jako swoją Królową. Co Jej monarsza godność oznacza dla nas i dlaczego winniśmy oddawać Jej cześć?
Pierwsza Księga Królewska pokazuje odmiennie zachowanie dwóch królów – Dawida i Salomona – wobec Batszeby. Kiedy Dawid był królem, a Batszeba – jego żoną, po wejściu przed jego oblicze, Batszeba uklękła i oddała mu pokłon (1 Krl 1,16). Wraz ze śmiercią Dawida, królem został ich syn – Salomon. Kiedy Batszeba weszła przed oblicze króla Salomona, wtedy to on wstał i pokłonił się jej (1 Krl 2,19).
Dlaczego obaj władcy zachowali się tak odmiennie wobec niej? Otóż w tradycji hebrajskiej tytuł królowej przysługiwał nie żonie, ale matce króla. Za panowania Dawida, Batszeba była jedynie żoną króla, ale wraz z koronacją jej syna, przypadła jej godność królowej, co zresztą jest opisane jeszcze w tym samym wersie: A wtedy postawiono tron dla matki króla, aby usiadła po jego prawej ręce (1 Krl 2,19). Pokłon ze strony Salomona dotyczył zatem piastowanego przez nią urzędu i należnej jej królewskiej czci.
Przytoczony fragment Pisma Świętego jest mocnym argumentem przeciwko zarzutom heretyków podważających oddawanie czci Maryi jako Matce Bożej. Do tej grupy zalicza się w zasadzie większość protestantów z Lutrem i Kalwinem na czele. W „Instytucji religii chrześcijańskiej” Kalwin pisze, że oddawanie czci Maryi jest niezgodne z nauką Pisma Świętego i powinno być uznane za bałwochwalstwo. A przecież historia Salomona i Batszeby jest świetnym kontrprzykładem do tych bzdur. Skoro bowiem sam król oddał cześć swojej matce przez wzgląd na jej monarszą godność, to o ileż bardziej winniśmy oddawać cześć Maryi my – poddani Jej Syna?
Wbrew protestanckim zarzutom, katolicy nie oddają Matce Bożej uwielbienia przysługującego jedynie Bogu, ale cześć ze względu na Jej szczególne wybranie na Matkę Syna Bożego. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że kult Maryi choć zgoła wyjątkowy, różni się przecież w sposób istotny od kultu uwielbienia, który oddawany jest Słowu Wcielonemu na równi z Ojcem i Duchem Świętym, i jak najbardziej sprzyja temu kultowi. Wyraża się on w świętach liturgicznych poświęconych Matce Bożej oraz w modlitwie maryjnej, takiej jak różaniec, który jest “streszczeniem całej Ewangelii” (KKK 971).
Maryja jako Matka Syna Bożego została wybrana i wywyższona ponad wszystko stworzenie. Pan Bóg potwierdził to jej wybranie w zachowaniu Jej wolną od grzechu pierworodnego, w Jej Wniebowzięciu, a wreszcie w Jej koronacji na Królową nieba i ziemi. I to właśnie do niej odnosi się opisana w Apokalipsie św. Jana wizja kobiety obleczonej w koronę z gwiazd. Ewangelista opowiada bowiem: Wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu (Ap 12,1).
Jeśli ktoś wciąż nie dostrzega, że chodzi tu o Maryję, to słowa zapisane kilka wierszy później nie pozostawiają już żadnych wątpliwości: I porodziła Syna – Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu (Ap 12,5). Tylko Chrystus może być symbolizowany przez owego Syna panującego nad narodami. Co więcej, Jezus po Swoim chwalebnym Wniebowstąpieniu zasiadł na tronie po prawicy Ojca, a dla Maryi zostało przeznaczone miejsce po chrystusowej prawej stronie. Królowa w złocie z Ofiru stoi po twojej prawicy – mówi Psalm 45. Królowanie Maryi nie jest w żaden sposób oderwane czy niezależne od panowania Chrystusa. Raczej, Matka Boża wypełnia królewską funkcję, jako nasza pośredniczka i orędowniczka u Chrystusa.
Ale po co jest nam potrzebne Jej orędownictwo? Św. Ludwik de Montfort wyjaśnia to w „Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”. Czytamy tam, że Chrystus łącząc w jednej Osobie dwie Natury – Boską i Ludzką – jest naszym jedynym Pośrednikiem u Ojca. Jednak skoro jest On w pełni Bogiem, to czy nie potrzebujemy pośrednika również do Niego?
Winniśmy – czytamy w „Traktacie” – po trzech stopniach wstępować do Boga: pierwszy, najbliższy i najwięcej odpowiadający naszym zdolnościom to Maryja; drugim jest Chrystus, a trzecim Bóg Ojciec (…) By dojść do Jezusa, trzeba iść do Maryi, bo Ona jest naszą Pośredniczką w orędownictwie. By dojść do Ojca Przedwiecznego, trzeba iść do Jezusa, bo to nasz Pośrednik mocą Odkupienia.
Myśl tę uzupełnia Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 970) mówiąc, że Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. (…) Jedyne pośrednictwo Odkupiciela nie wyklucza, ale wzbudza u stworzeń rozmaite współdziałanie, pochodzące z uczestnictwa w jednym źródle.
Ale Maryja jest pośredniczką nie tylko każdego z nas z osobna. Polska może się bowiem szczycić faktem, że ma Matkę Bożą za swoją Królową. W ten sposób Maryja jest szczególną przewodniczką całego narodu, a Jej wstawiennictwo pomaga nam żyć zgodnie z nauką Chrystusa i oddać się pod Jego panowanie.
Przepięknym wyrazem tego oddania i czci dla Matki Bożej były Śluby Jana Kazimierza złożone 1 kwietnia 1656 r. we Lwowie. Król zwrócił się wtedy do Maryi w słowach: Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twojego, Króla królów, a Pana mojego i Twoim król, do Najświętszych stóp Twoich przypadłszy, Ciebie dziś za Patronkę moją i za Królową państw moich obieram. Uznając panowanie Chrystusa, monarcha oddał cały naród pod przemożną opiekę Maryi, którą obrał za Królową. Tak samego siebie, jak i moje Królestwo (…) oraz wojsko obu narodów i wszystkie moje ludy Twojej osobliwej opiece i obronie polecam – mówi tekst Ślubów Lwowskich.
Wreszcie Jan Kazimierz obiecał nowo wybranej Królowej, że postara się, aby Polacy mogli co roku wspominać to wydarzenie poprzez specjalne święto. I chociaż nie udało mu się tego dokonać za życia, to spełnienie tej obietnicy nastąpiło w roku 1920. Wtedy to papież Benedykt XV ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, a jego następca – Pius XI – rozciągnął je na cały kraj. Dla zwieńczenia tego dzieła, papież Jan XXIII w 1962 r. ogłosił Maryję Królową Polski główną patronką naszego kraju, wraz ze świętymi Wojciechem i Stanisławem.
Nie sposób nie wspomnieć tu o fragmencie Ewangelii przeznaczonym na tę liturgiczną uroczystość, którym jest opis konania Jezusa na krzyżu według św. Jana. W tych jakże dramatycznych okolicznościach Chrystus oddał swojego umiłowanego ucznia Jana – a przez niego całą ludzkość – pod opiekę Maryi. Oto Matka Twoja – brzmiały jedne z ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu. Wymowna jest reakcja Apostoła, który od tej pory wziął Maryję „do siebie”. Za jego przykładem poszedł cały naród polski, oddając się pod opiekę Maryi i uznając Ją za swoją Królową.
A odkąd w 2016 w krakowskich Łagiewnikach – w obecności władz kościelnych i państwowych – ogłoszono Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, można by rzecz, że jesteśmy duchową monarchią. Mamy bowiem samego Boga za Króla, a Jego Matkę za Królową i Orędowniczkę.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
fot. domena publiczna/wikipedia.org
***
2 maja 2019
Dziękujemy Ci Boże, że jesteśmy Polakami
“Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez Morze Czerwone, naucz nas być wolnymi”
PRZEMÓWIENIE PAPIEŻA JANA PAWŁA II WYGŁOSZONE W CZASIE NABOŻEŃSTWA DZIĘKCZYNNEGO Z OKAZJI 200. ROCZNICY KONSTYTUCJI 3 MAJA
Warszawa, 8 czerwca 1991
„Naucz nas być wolnymi”. Ambrozjańskie słowa hymnu Te Deum laudamus – wspaniałe dziedzictwo Kościoła pierwszych stuleci – rozbrzmiewały tu, w tej katedrze, w dniu 3 maja 1791 r. Dwa wieki temu. Nasi przodkowie, ci, którym zawdzięczamy dzieło Konstytucji w tym dniu uchwalonej pod przewodnictwem króla Stanisława Augusta, przynieśli owoc swych prac „przed Twe ołtarze”: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny – Boże ojców naszych, Przenajświętszy nasz Ojcze”.
W taki sposób dali wyraz przeświadczeniu, że Konstytucja, czyli Ustawa zasadnicza (Ustawa rządowa) jako dzieło ludzkie winna być odniesiona do Boga. On jest najwyższą Prawdą i Sprawiedliwością. Trzeba, aby prawo ustanowione przez człowieka, przez ludzki autorytet ustawodawczy, odzwierciedlało w sobie odwieczną Prawdę i odwieczną Sprawiedliwość, którą jest On sam – Bóg nieskończonego majestatu: Ojciec, Syn i Duch Święty.
Nasi przodkowie przed dwustu laty dali temu wyraz w warszawskiej katedrze św. Jana. My przychodzimy dziś na to samo miejsce nie tylko po to, aby przypomnieć tamto wydarzenie – przychodzimy równocześnie po to, aby przenieść w naszą epokę tę samą troskę, która wtedy nurtowała twórców 3-majowej Konstytucji: tę samą troskę o dobro wspólne Rzeczypospolitej, tę samą odpowiedzialność.
Dlatego nasze Te Deum, hymn uwielbienia dla Boga, przechodzi w żarliwą modlitwę, naprzód dziękczynienie, a potem błaganie: „Dziękujemy Ci, Boże, za to, że jesteśmy Polakami. Świadomi jednak grzechów i wad naszych, prosimy Cię: daj nam uprzątnąć dom ojczysty. Wyzwól nas od zniewoleń ducha. I tak jak cudownie przeprowadziłeś nas suchą nogą przez «Morze Czerwone», naucz nas być wolnymi”.
Tak modliliśmy się w tej katedrze przed chwilą, pełni troski o dzień dzisiejszy i o przyszłość Ojczyzny, mając przed oczami Ustawę rządową, znaną pod nazwą Konstytucji 3 maja.
Nie sposób nie dziękować Bożej Opatrzności za to, że dokument taki stanął u progu ostatnich dwóch stuleci naszego historycznego bytowania.
Zdumiewa on dojrzałością zawartej w nim prawdy i mądrości. Przemawia w nim dusza narodu – a raczej wielu narodów, które stanowiły wraz z Polakami ówczesną Rzeczpospolitą – narodu, który czuje zagrożenia pochodzące nie tylko od zewnątrz, ale także z wnętrza własnych poczynań i działań. Umiłowanie wolności przerodziło się w nadużycie wolności. I oto twórcy Konstytucji odkrywają ten „zbiorowy Obowiązek” (Cyprian Kamil Norwid), jakim musi stać się całe społeczeństwo, jeśli chce zabezpieczyć swą wolność i swój byt.
Po upływie dwóch wieków doceniamy pełniej jeszcze wagę tego dokumentu: odczytujemy w nim prawdę o Polsce, zakorzenioną w przeszłości, a równocześnie wychyloną w przyszłość. I dlatego Konstytucja 3 maja w tym właśnie dziejowym momencie, wobec bliskiej już groźby utraty niepodległości była dokumentem profetycznym i opatrznościowym. Ona sprawiła, że nie można było odebrać Polsce jej rzeczywistego bytu na kontynencie europejskim, bo ten byt został zapisany w słowach Konstytucji 3 maja. A słowa te, mając moc prawdy, okazały się potężniejsze od potrójnej przemocy, która spadła na Rzeczpospolitą. Słowa tej prawdy okazały się twórcze i „stwórcze”. Synowie i córki tej ziemi nie przestali wierzyć w „odnowę jej oblicza” pod tchnieniem tego Ducha, który natchnął twórców Konstytucji 3 maja.
Papież Pius VI przesłał dla króla i twórców Konstytucji 3 maja błogosławieństwo i wyrazy głębokiego uznania. Dzisiaj staje wśród was syn tej ziemi, którego Chrystus powołał jako następcę św. Piotra na rzymskiej stolicy w naszych czasach.
Przeżywa on tamto wydarzenie sprzed dwóch wieków równocześnie jako jeden z was. Tradycja 3 maja należy do dziejów jego duszy, podobnie jak należy do dziejów duszy wszystkich rodaków.
Nasze dzisiejsze modlitewne wołanie: „Naucz nas być wolnymi”, było aktualne wtedy, przed dwustu laty. Konstytucja 3 maja stanowiła na nie odpowiedź zasadniczą. Wszyscy czujemy, jak jest ono aktualne dziś, po dwustu latach.
Wolności nie można tylko posiadać, nie można jej zużywać. Trzeba ją stale zdobywać i tworzyć.
Bogarodzico Dziewico! Ty, którą ośmielamy się od stuleci nazywać Królową Polski – w szczególności w dniu 3 maja!
W tym świętojańskim sanktuarium stolicy, które przed dwoma wiekami słyszało Te Deum naszych przodków w dniu uchwalenia Konstytucji 3 maja, stajemy dzisiaj, u progu III Rzeczypospolitej. Staje naród i parlament, prezydent państwa i rząd. Niech ta sama prawda i mądrość, jaka wyraziła się w majowej Konstytucji, ukształtuje dalszą przyszłość Rzeczypospolitej w duchu sprawiedliwości i miłości społecznej dla dobra wszystkich ludzi i chwały Boga samego.
PCh24.pl
***
Po czym poznać leniwego człowieka?
Oto cztery jego cechy według Biblii
Pexels | CC0
***
Zrób sobie „biblijny test na lenistwo”. Znamiennym jest, że katechizm wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości, a Thomas Merton traktuje je jako jedno z dwóch największych zagrożeń dla życia duchowego.
Każdy z nas otrzymał talenty i możliwości ich realizacji. Jakże wielu jednak przez lenistwo marnotrawi dany czas oraz siły, dzięki którym może się rozwijać i ubogacać – nie tylko siebie, ale również świat, w którym żyje.
Biblia pełna jest opisów różnych osobistości. Począwszy od całych życiorysów, a skończywszy na tych wymienionych tylko z imienia i ewentualnie z pochodzenia. Jedne odgrywają kluczową rolę w historii zbawienia, inne mają charakter epizodyczny. Wśród tych opisów są również takie, których nie można przypisać do nikogo konkretnego. Dlaczego? Bo mogą one pasować do każdego z nas.
Bogate w takie opisy są księgi mądrościowe Starego Testamentu, a wśród nich Księga Przysłów. To właśnie w niej znajdziemy cztery wersety podpowiadające nam cztery cechy, jakimi charakteryzuje się człowiek z upodobaniem oddający się lenistwu (Prz 26,13-16).
1 Nierozumne wykręty
„Leniwy mówi: «Lwica na drodze, lew na miejscach otwartych»”.
Nie ma się co dziwić. Leniwy zawsze znajdzie wymówkę, by nie podejmować pracy. Nie ma też znaczenia czy wymówka jest sensowna, czy też absurdalna jak powyższe zdanie. Znamiennym jest jednak, że Katechizm Kościoła katolickiego wymienia lenistwo jako grzech sprzeciwiający się miłości – tuż obok obojętności, niewdzięczności, oziębłości, znużenia i nienawiści (KKK 2094).
2 Nadmiar snu i wylegiwania się
„Kręcą się drzwi na zawiasach, a leniwy na swoim łóżku”.
Można się śmiać lub nie, lecz położenie człowieka, który unika pracy jest tragiczne. Już św. Paweł w Liście do Tesaloniczan bardzo mocno pouczył, że „Kto nie chce pracować, niech też nie je!” (2 Tes 3,10). Wynika to przede wszystkim z troski o oddającego się lenistwu człowieka, lecz także tych, którzy związani są z nim więzami wszelakich zależności społecznych.
Na innym miejscu mówi Pismo Święte: „Jeszcze trochę snu i trochę drzemki, trochę założenia rąk, aby spocząć, a przyjdzie na ciebie nędza jak ktoś bezczelny i niedostatek jak rozbójnik” (Prz 24,33n).
3 Niedbalstwo objawiające się nawet w jedzeniu
„Leniwy wyciągnął rękę do misy: za trudno mu ją do ust doprowadzić”.
Każdy brak staranności oznacza niedbalstwo lub lekceważenie. Po co robić coś dokładnie i dobrze, skoro można „po łebkach”? Tymczasem o dojrzałości człowieka świadczy m.in. to jak i czy w ogóle wykonuje powierzone sobie zadania.
4 Zarozumiałość
„Leniwy ma się za mądrzejszego niż siedmiu mówiących rozumnie”.
Lubimy być specjalistami od wszystkiego. Wielepkowatość (wiem lepiej) to wspólna cecha bardzo wielu osób. Szczególnie widać to w towarzystwie oraz w internecie. Polityka, sport, prawo, nauki przyrodnicze, religia. Trudno jest powiedzieć „nie wiem”, bo to oznaka słabości, trzeba być przecież wygadanym, mieć opinię na absolutnie każdy temat… Nieważne, gdzie leży prawda, nieważne, że się na tym nie znam… Nieważne, że obok stoi specjalista. Ważne, że „ja wiem lepiej”.
Lenistwo jest jednym z dwóch ogromnych zagrożeń, także dla życia duchowego. Ostrzega przed tym m.in. Thomas Merton, wskazując jednocześnie jak sobie z nim radzić – o czym przeczytać możecie w tekście „Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?”.
*** Dwa największe zagrożenia dla życia duchowego. Jak je odeprzeć?
Craig Whitehead/Unsplash | CC0
***
Co podstępnie zabija twoje życie duchowe i jak sobie z tym radzić? Sprawa nie jest prosta. Na szczęście z pomocą przychodzi doświadczony mnich Thomas Merton.
Nie ma chyba osób wierzących, którym nie sprawia ono trudności. Życie duchowe, bo o nim mowa, jest jednym z trudniejszych aspektów życia chrześcijańskiego. Szczególnymi jego wrogami według Thomasa Mertona są lenistwo i tchórzostwo.
Nic w tym dziwnego. Podobnie jak Ewangelia, a razem z nią chrześcijaństwo, tak i życie duchowe oparte na Ewangelii są bardzo wymagające. Wiedział o tym doskonale Thomas Merton, którego zgłębianie przesłania ewangelicznego oraz dzieł św. Jana od Krzyża doprowadziło do kapłaństwa oraz wstąpienia do zakonu trapistów, kierującego się jedną z najsurowszych reguł zakonnych w Kościele katolickim.
Miłość, która przegrywa z wygodnym życiem
Kiedy mówi się w Kościele o życiu duchowym, z pewnością nie brakuje takich, którzy traktują sprawę poważnie. Jednak są i tacy, którzy albo przechodzą nad tym do porządku dziennego, albo wyobrażają sobie, że wiąże się to z ogromem wyrzeczeń, długimi godzinami spędzonymi na klęczkach, postami, ciągłą powagą i uduchowionymi myślami. Przerażeni taką wizją szybko kapitulują.
Są i tacy, którym w natłoku codziennych zajęć po prostu nie chce się podejmować jakiegokolwiek wysiłku duchowego, usprawiedliwiając się brakiem przestrzeni, lub widzą w tym jedynie szkodliwe oderwanie od rzeczywistego życia.
Niepodejmowanie życia duchowego z jakiegokolwiek powodu Merton streszcza w dwóch słowach: lenistwo i tchórzostwo. Te dwie postawy stają się tym groźniejsze, gdy ubierane są w płaszczyk rozwagi, ponieważ to ona „mówi nam, czego Bóg od nas żąda, a czego nie (…), ukazuje nam, kiedy wysiłek jest niepotrzebny, a kiedy konieczny”. Ostatecznie obie te postawy są wynikiem braku ufności do Boga, ufności w Jego miłość, która przegrywa z wygodnym życiem.
Duchowość przeżywana w codzienności
Lenistwo oraz tchórzostwo są ucieczką przed każdym możliwym ryzykiem, które jest nieuniknione, jeśli chce się pójść za Chrystusem. Tchórzostwo dodatkowo czyni człowieka chwiejnym, stawia przed dylematem: świat czy Bóg. Wiara zamiast być przewodnikiem, staje się jedną z opinii. Nadzieja zanika, a miłość pozostaje ukryta za niepewnością. Taki strach potrafi skutecznie sparaliżować również modlitwę.
Jak się temu oprzeć? Odpowiedzią jest realizm życia. Merton zauważa, że życie duchowe należy przeżyć w codzienności, w warunkach, w których w danej chwili się funkcjonuje. Nie jest ono oderwane od świata, zawieszone między aniołami w niebie.
Przeciwnie, chcąc być człowiekiem uduchowionym, należy żyć przede wszystkim własnym życiem, bez strachu przed obowiązkami, ale i zaniedbaniami, jakie przynosi rzeczywistość, w której postawił nas Bóg. To właśnie realizm pozwala odnaleźć wolę i mądrość Bożą.
Żyć swoim życiem i uświęcać je
Ponadto mnich zostawia trzy praktyczne wskazania, których przestrzeganie pomoże prowadzić życie duchowe osadzone na realizmie:
„Jeżeli mamy stać się uduchowieni, musimy pozostać ludźmi. (…) Jezus żył zwykłym życiem ludzi swoich czasów, aby uświęcić zwyczajne życie ludzi wszystkich czasów”.
Tekst oraz cytaty na podstawie książki Thomasa Mertona „Myśli w samotności. Chleb żywy”, wyd. Znak, Kraków 1975 r.
***
Trzy wady, przez które popadasz w grzechy, a których możesz nie być świadomy
Public Domain
***
Grzech przybiera różnorodne formy, gdyż kusiciel chce sprawić, by wydał nam się atrakcyjny i byśmy w niego popadli. Dlatego musimy być czujni i unikać okazji.
Istnieje wiele rodzajów grzechów, ponieważ zły dąży do tego, by ludzie podzielili jego smutny los. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza:
Grzechy są bardzo zróżnicowane. Pismo święte dostarcza wiele ich wykazów. List do Galatów przeciwstawia uczynki ciała owocom ducha: „Jest… rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Ga 5, 19-21)
Oczywiście, diabeł przedstawia nam pokusy jako atrakcyjne. W dzisiejszym świecie, gdzie dewiacje zaczęły być postrzegane jako coś normalnego, musimy uważać, dać się tym trzem wadom: naiwności, obojętności i ignorancji.
1 NAIWNOŚĆ
Naiwność charakteryzuje osobę pozbawioną złej woli, szczerą i pełną ufności. Mówimy, że taka osoba nie grzeszy, ale jest bezbronna i łatwa do oszukania, ponieważ nie podejrzewa tych, którzy chcą jej zaszkodzić. Księga Przysłów mówi:
Wszystko, co mówią, przyjmuje niemądry, a człowiek rozumny na kroki swe zważa […] Udziałem łatwowiernych – głupota, umiejętność wieńczy rozumnych
Ludzie naiwni i o dobrych intencjach mogą zostać wykorzystani przez największe zło. Dlatego musimy troszczyć się o dzieci i bezbronnych, aby unikali upadków. Ci, którzy są już wystarczająco dorośli, ale ciągle upadają, muszą nauczyć się bronić przed manipulacjami.
2 OBOJĘTNOŚĆ
Obojętność to postawa tych, którzy, rozpoznają grzech, ale popełniają go mimo ostrzeżeń. Nie ma na to żadnej wymówki. Obojętność może przybierać różne formy, ale zawsze polega na braku miłości do Boga i bliźniego. Osoba, która nie wzrusza się cierpieniem innych i nie troszczy się o swój ostateczny los, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji. Ewangelia jest jednoznaczna:
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
Wówczas zapytają i ci: “Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” Wtedy odpowie im: “Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».
3 IGNORANCJA
W prawie obowiązuje zasada „Ignorantia iuris non excusat”: nieznajomość prawa nie usprawiedliwia. W przypadku grzechu, nie zwalnia od odpowiedzialności, choć może ją zmniejszać. Katechizm Kościoła Katolickiego podkreśla:
Ignorancja niedobrowolna może zmniejszyć winę, a nawet uwolnić od ciężkiej winy. Nikt jednak nie powinien lekceważyć zasad prawa moralnego, które są wypisane w sumieniu każdego człowieka. Impulsy wrażliwości, uczucia mogą również zmniejszyć dobrowolny i wolny charakter winy, podobnie jak naciski zewnętrzne czy zaburzenia patologiczne. Grzech popełniony ze złości, w wyniku świadomego wyboru zła jest najcięższy.
W dzisiejszym świecie, gdzie technologia daje dostęp do informacji, nie ma wymówek dla ignorancji. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę zamieszanie współczesności, pilną sprawą jest zwalczanie ignorancji i kształcenie katolików, by mogli podążać właściwą drogą, spełniając wolę Pana.
obraz z kościoła pw. śś. Piotra i Pawła Apostołów w Stopnicy
***
Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.
z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)
Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.
Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.
Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.
papież Benedykt XVI
pixabay.com
O co chodzi w kulcie świętych?
Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.
Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.
Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.
„Żywe kamienie”
Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.
Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.
Poszukiwanie inspiracji
Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.
ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl
Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych
fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl
***
Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.
(Nie) modlimy się do świętych!
To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.
Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.
No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.
Latria i dulia – dwie różne modlitwy
Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.
Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.
W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.
Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.
Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu
Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.
Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.
Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem
Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.
Kogo nie można przedstawiać z aureolą lub świetlistą poświatą wokół głowy? Sprawdź, co na ten temat mówi prawo kanonizacyjne.
Wystawa ikon: ikona Wszyscy święci. Ikona pochodzi z 1854 roku
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Nie ma chyba człowieka wierzącego, który nie umiałby rozpoznać wizerunków ludzi zaliczonych w poczet świętych Kościoła katolickiego. Zazwyczaj wskazuje na to świetlisty otok wokół głów postaci przedstawionych na obrazach. Czy wiemy, co symbolizuje owo światło?
Ogień, jak śpiewał w swej “Pieśni słonecznej” św. Franciszek, jest bratem, który oświeca, rozświetla i rozjaśnia mroki nocy, pozostając pięknym, radosnym, żarliwym i mocnym, a nawet nieprzejednanym. Takimi naszymi braćmi są także błogosławieni oraz święci Kościoła, do których przynależy i on sam – Biedaczyna z Asyżu. To oni przecież oświecają nas przykładem swego życia, rozświetlają i rozjaśniają mroki naszych ciemnych nocy. Pozostają też dla nas pięknymi i radosnymi wzorami naśladowania Chrystusa i często jawią się jako nieprzejednani, gdy mentalność tego świata chciałaby nas sprowadzić na manowce, czy też proponować Ewangelię “ze zniżką!”.
Malarskie wizje świętości
Dlatego też, by niejako uwidocznić ten chwalebny wpływ błogosławionych na nasze życie i potwierdzić, że oni oświecają nasze drogi, przyozdabiamy ich głowy nimbem – świetlistą, nawiązującą do ognia poświatą rozjaśniającą tło za ich głowami. Co więcej, w odniesieniu do świętych czynimy to, posługując się aureolą, czyli świetlistym kręgiem, który może otaczać nie tylko ich głowę, ale także całą postać.
W malarstwie nimb ma najczęściej kolor promienistego światła – złota i czerwieni. Natomiast aureola, gdy otacza tylko głowę, jest okrągła, ale gdy okala całe ciało świętej lub świętego, bywa owalna, przyjmując niejako formę migdała (po włosku mandorla), stąd bywa nazywana mandorlą.
W przypadku Najświętszej Maryi Panny, jako Niewiasty z Apokalipsy, aureola czy mandorla stanowi wieniec z dwunastu gwiazd (Ap 12,1). Ulubione przez malarzy kolory aureoli to złoty, żółty i czerwony. Niekiedy ma ona kształt promieni, które podkreślają emanowanie od świętego światła oświecającego drogi człowieka.
Wytyczne prawa kanonizacyjnego
W 1634 roku papież Urban VIII wydał konstytucję apostolską Caelestis Hierusalem cives, w której zakazał przyozdabiania nimbem lub aureolą kandydatów do chwały ołtarzy, tj. sług i służebnic Bożych przed ich beatyfikacją i kanonizacją. Nimb i aureola zostały uznane za wyrazy kultu publicznego, jaki przysługuje osobom już wyniesionym na ołtarze, a nie będącym w drodze do tegoż wyniesienia, poprzez objęcie ich postępowaniem beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym, najpierw w diecezji, a potem w Kurii Rzymskiej, w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Ma to swoje przełożenie na przepis kanonu 1187 Kodeksu Prawa Kanonicznego, który postanawia, że “kult publiczny można oddawać tylko tym sługom Bożym, którzy autorytetem Kościoła zostali zaliczeni w poczet świętych lub błogosławionych”.
Jakkolwiek postulatorzy spraw beatyfikacyjnych czuwają nad zachowaniem tych wytycznych i w czasie procesu przewidziana jest zawsze sesja de non cultu proibito (o braku kultu publicznego), zdarzają się jeszcze przypadki nadużyć, jak np. umieszczanie wokół głowy nimbu, promieni czy rozjaśnień światłem przy wykonywaniu podobizny osób zmarłych w opinii świętości albo aureoli-mandorli wokół ich ciała oraz innych oznak przysługujących wyłącznie postaciom już wyniesionym na ołtarze (np. lilii czy palm w dłoniach lub Dzieciątka Jezus na rękach).
W Kościele można przedstawiać osoby zmarłe w opinii świętości w malarstwie ściennym lub na witrażach. Zawsze jednak bez nimbu czy aureoli, gdyż wierni muszą mieć możność łatwego rozpoznania, że chodzi o postać, której nie przysługuje kult publiczny, ponieważ jeszcze nie została wyniesiona na ołtarze.
Pochodnie na Bożych ścieżkach
Święci, których głowy przyozdabiane są świetlistym nimbem, a całe postaci aureolą, rozświetlają mroki naszego życia tak jak ogień ciemność nocy i zachęcają do dostrzegania wszędzie śladów Stwórcy (vestigia Creatoris) i Jego wielbienia.
Dobitnie ową szczególną rolę Bożych wybrańców oddaje tłumaczenie “Pieśni słonecznej” dokonane przez Romana Brandstaettera:
“Panie, bądź pochwalony przez naszego brata ogień, Którym rozświetlasz noc, A on jest piękny i radosny, żarliwy i mocny”.
Podczas gdy inni tłumacze mówią, że ogień jest “silny”, “krzepki”, “nieprzejednany”, poeta ten jako jedyny do jego charakterystyki używa słowa “żarliwy”. Jest to bardzo trafne określenie, ponieważ ogień promieniuje żarem. Takie właśnie odniesienia najczęściej znajdziemy w Piśmie Świętym (zob. Prz 25,21-22; Pnp 8,6; Rz 12,20; Ef 6,16; Ap 8,3.5). To przy żarze ogniska “Piotr stał i grzał się” (J 18,25), a zmartwychwstały Jezus na żarzących się na ziemi węglach przygotował apostołom rybę oraz chleb do spożycia nad Jeziorem Tyberiadzkim (J 21,9). Zaś w hymnie do Ducha Świętego (Veni Creator), On, który zstąpił na Maryję i apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków (Dz 2,3), przywoływany jest jako “zdrój żywy, miłość, ognia żar”.
Ojciec Szczepan Tadeusz Praśkiewicz – karmelita bosy, teolog i publicysta. Relator watykańskiej Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Nadzorował opracowanie Positio, dokumentu o cnotach heroicznych w wielu sprawach sług Bożych uwieńczonych beatyfikacjami, m.in. ks. Michała Rapacza w Krakowie, Jana Havlika na Słowacji czy Alojzego Palicia i Gijona Gazzulli w Albanii. Pozostałe ze stu dwudziestu kolejnych opracowań przygotowanych pod jego okiem oczekują na dyskusje historyków lub teologów.
Święto Nawiedzenia wywodzi się z religijności chrześcijańskiego Wschodu. Uroczystość tę wprowadził do zakonu franciszkańskiego św. Bonawentura w roku 1263. Kiedy zaś powstała wielka schizma na Zachodzie, święto to rozszerzył na cały Kościół papież Bonifacy IX w roku 1389, aby uprosić za przyczyną Maryi jedność w Kościele Chrystusowym. Sobór w Bazylei (1441) to święto zatwierdził. Święto Nawiedzenia obchodzimy w okresie między uroczystościami Zwiastowania Pańskiego i narodzenia św. Jana Chrzciciela. W ten sposób wspominamy przede wszystkim spotkanie Mesjasza ze swoim poprzednikiem – Janem Chrzcicielem. Jest to także spotkanie dwóch matek. Dokładny opis Nawiedzenia zostawił nam św. Łukasz w swojej Ewangelii (Łk 1, 39-56). Według tradycji miało ono miejsce w Ain Karim, około 7 km na zachód od Jerozolimy, gdzie dwa kościoły upamiętniają dwa wydarzenia – radosne spotkanie matek (kościół nawiedzenia św. Elżbiety, położony na zboczu wzgórza za miastem) i narodzenie Jana Chrzciciela (kościół położony w samym mieście). Maryja prawdopodobnie odbywała całą drogę z Nazaretu do Ain Karim – czy jak chcą niektórzy bibliści może nawet do Hebronu – pieszo. Być może przyłączyła się do jakiejś pielgrzymki, idącej do Jerozolimy. Trudno bowiem przypuścić, aby szła sama w tak długą drogę, która mogła wynosić ok. 150 kilometrów. Pragnęła podzielić się ze swoją krewną wiadomością o Zwiastowaniu, jednocześnie gratulując jej tak długo oczekiwanego potomstwa. Maryja po przybyciu dowiaduje się ze zdziwieniem, że Elżbieta już wszystko wie – tak dalece, że nawet zwraca się do niej słowami anioła: “Błogosławiona jesteś między niewiastami”. Elżbieta wyraża równocześnie uznanie dla Maryi, że zawierzyła słowom posłańca Bożego. Zadziwiająca jest pokora Maryi. Przychodzi z pomocą do swojej starszej krewnej, gdy ta będzie rodzić syna. Ale i Elżbieta zdobywa się na wielki akt pokory, kiedy Matkę Chrystusa wita słowami: “A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” Elżbieta stwierdza równocześnie, że na dźwięk słowa Maryi poruszyło się w łonie jej dziecię. Pisarze kościelni są przekonani, że był to akt powitania Chrystusa przez św. Jana i że w tym właśnie momencie św. Jan został uwolniony od grzechu pierworodnego i napełniony Duchem Świętym. Poruszenie św. Jana często zestawia się z tańcem radości króla Dawida, idącego przed Arką. Słowa Elżbiety przywołujemy zawsze, ilekroć odmawiamy Pozdrowienie Anielskie. Krewna Maryi powtórzyła część pozdrowienia Gabriela: “Błogosławiona jesteś między niewiastami”, wyraźnie czyniąc aluzję, że za sprawą Ducha Świętego została we wszystko wtajemniczona. Zaraz potem dodała własne słowa: “i błogosławiony jest owoc Twojego łona”. Wydarzenie to rozważamy jako jedną z radosnych tajemnic różańca. Istnieją zakony żeńskie, które za główną patronkę obrały sobie Matkę Bożą w tej tajemnicy, co więcej, od tej tajemnicy otrzymały nawet swoją nazwę. Chodzi głównie o zakon wizytek, czyli sióstr nawiedzenia. Założył je w roku 1610 – wspólnie ze św. Joanną de Chantal – św. Franciszek Salezy.
Jan urodził się 20 grudnia 1576 r. w Skoczowie nad Wisłą (na Śląsku Cieszyńskim), skąd pochodził jego ojciec, Grzegorz Maciej Sarkander. Matka natomiast, Helena z Góreckich, była szlachcianką, która po śmierci pierwszego męża przybyła z Moraw. Jan miał czterech braci: przyrodniego Mateusza oraz rodzonych Wacława, Pawła i Mikołaja. Był z nich najmłodszy. Ochrzczony został w Skoczowie. Kiedy miał 12 lat, stracił ojca (1589) i cały trud utrzymania rodziny spadł na matkę. Rodzina przeniosła się do Przybora na Morawach, gdzie mieszkał Mateusz Welczowski, syn matki Jana z pierwszego małżeństwa. Jan uczęszczał tam do katolickiej szkoły parafialnej, skąd udał się do jezuickiego kolegium w Ołomuńcu (1593). Następnie na akademii w Ołomuńcu rozpoczął studia filozoficzne, by kontynuować je na uniwersytecie w Pradze. Studia uniwersyteckie uwieńczył stopniem doktora (1603). W latach 1604-1608 odbył studia teologiczne w Grazu, już z wyraźnym zamiarem poświęcenia się na służbę Bożą. Ukończył je również zdobyciem stopnia doktora. Prawdopodobnie decyzję o wstąpieniu do stanu duchownego podjął po śmierci narzeczonej, Anny Płaheckiej. W roku 1607 przyjął niższe święcenia kapłańskie, a w roku 1609 otrzymał święcenia prezbiteratu. Miał wówczas 33 lata. Biskup przeznaczył młodego kapłana na wikariusza do Jaktaru koło Orawy. Następnie powierzono mu podobne stanowisko w Uszczowie, gdzie został aresztowany pod zarzutem udzielania bratu, Mikołajowi, pomocy w ucieczce z więzienia. W więzieniu w Kromieryżu Jan spędził 8 miesięcy. Po uwolnieniu wędrował po różnych parafiach jako wikariusz, wreszcie w roku 1616 został mianowany proboszczem w Holeszowie, oddalonym 10 km od Ołomuńca. Wielkorządca Moraw odebrał właśnie kościół parafialny husytom i jako katolik oddał go jezuitom. Ci zaproponowali na proboszcza Jana Sarkandra. Znany był on już bowiem wtedy jako niezłomny obrońca wiary. Gorliwy proboszcz z pomocą nie mniej gorliwych jezuitów zabrał się do odzyskania utraconych owieczek. W ciągu jednego roku zdołał przywrócić Kościołowi katolickiemu 250 odstępców. To ściągnęło na niego prześladowania ze strony husytów i protestantów. Doszło do tego, że urządzano na niego zamachy. Przez pewien czas nie mógł nawet odprawiać Mszy świętej, musiał się ukrywać. Kiedy w 1618 r. wybuchła wojna trzydziestoletnia, przynaglony przez swoich parafian opuścił Holeszów. Jako pielgrzym udał się do Częstochowy. Spędził tam miesiąc. Kiedy wracał, w Rybniku dowiedział się, że luteranie zajęli kościół w Holeszowie. Udał się przeto do Krakowa, gdzie zamieszkał w jednym z klasztorów. Ponieważ nie przyjęto jego rezygnacji z urzędu proboszcza, wrócił na swoją placówkę. W 1620 r. uchronił miasto przed grabieżą i spaleniem, wychodząc procesjonalnie naprzeciw nadciągającym wojskom lisowczyków (była to lekka jazda polska, która nie otrzymywała żołdu, a utrzymywała się z łupów wojennych). Posądzony przez protestantów o ich sprowadzenie, 13 lutego 1620 r. został aresztowany i uwięziony; był okrutnie torturowany. Wśród obelżywych słów usiłowano wymusić na proboszczu przyznanie się do zdrady stanu i narodu przez sprowadzenie najeźdźców. Chciano w ten sposób ukuć powód do powszechnego prześladowania katolików. Kiedy zaś kapłan nie chciał się przyznać do winy, której nie popełnił, zastosowano wobec niego tortury. Wyciągnięto go “na skrzypcach”, tak że pękały na nim ścięgna, a kości wychodziły ze stawów. Potem zaczęto mu palić piersi zapalonymi pochodniami. Po czwartym przesłuchaniu (17 lutego) zarzucono mu wprost, że spowiadał się u niego wielkorządca Moraw, dlatego Jan powinien powiedzieć, jakie tajemnice mu on zawierzył. Ponieważ męczennik stanowczo odmówił, ponownie zaczęto rozciągać jego ciało, przypalać ogniem, głowę ściskać żelazną obręczą, do nóg przywiązywać kamień, by mięśnie i ścięgna naciągnąć aż do zerwania. Co pewien czas zdejmowano ofiarę i grożono nowymi katuszami, byle zmusić ją do obciążających zeznań. Tortury te trwały 3 godziny. Kiedy odniesiono kapłana do więzienia, był już tylko na pół żywy. Miał jednak zdumiewająco odporny organizm. W więzieniu męczył się jeszcze miesiąc; oddał Bogu ducha 17 marca 1620 roku wskutek odniesionych obrażeń. Dopiero po 7 dniach udało się katolikom wydobyć ciało Męczennika z więzienia. Ubrano je w szaty liturgiczne i urządzono pogrzeb. Protestanci jednak rozbili pochód. Po długich zabiegach udało się uzyskać zezwolenie na pochowanie Jana Sarkandra w kościele Najświętszej Maryi Panny w Ołomuńcu, w kaplicy św. Wawrzyńca. Do grobu zaczęły napływać pielgrzymki. Po upływie 100 lat kardynał Wolfgang Schrattenbach rozpoczął proces kanoniczny ks. Jana. Jego ciało znaleziono wówczas w takim samym stanie, w jakim zostało pochowane. Grób Męczennika nawiedzili m.in.: król Jan III Sobieski, cesarz Karol VI i Franciszek I oraz cesarzowa Maria Teresa. Z chwilą rozpoczęcia procesu kościelnego przy jego grobie było już ok. 1200 złożonych darów wotywnych. Był czczony jako patron dobrej spowiedzi i tajemnicy spowiedzi. Papież Pius IX zaliczył Jana Sarkandra w poczet błogosławionych 6 maja 1859 r. Św. Jan Paweł II kanonizował go 21 maja 1995 r. w Ołomuńcu w Czechach – mieście męczeńskiej śmierci Jana. Następnego dnia papież odprawił Mszę dziękczynną za kanonizację w Skoczowie, miejscu urodzenia Świętego.
Julia Maria urodziła się w wielodzietnej rodzinie hrabiowskiej 17 kwietnia 1865 r. w Loosdorf koło Wiednia. Była rodzoną siostrą bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, powszechnie nazywanej matką czarnej Afryki, założycielki sióstr klawerianek, beatyfikowanej przez Pawła VI w 1975 roku. W latach 1874-1883 Julia Maria kształciła się w Instytucie Najświętszej Maryi Panny prowadzonym przez Panie Angielskie w austriackim Sankt Polten. W roku ukończenia nauki przybyła wraz z rodziną do nabytego przez ojca majątku w Lipnicy Murowanej koło Bochni. Jako 21-letnia dziewczyna wstąpiła do klasztoru urszulanek w Krakowie i w dniu obłóczyn, 17 kwietnia 1887 r., przyjęła zakonne imię Maria Urszula. Wyróżniała się gorliwością w modlitwie i umartwieniach. Pierwszą profesję zakonną złożyła 28 kwietnia 1889 roku. Następnie pracowała w krakowskim internacie sióstr. W 1904 roku jako przełożona domu kierowała internatem. Dwa lata później założyła pierwszy na ziemiach polskich internat dla studentek szkół wyższych. Swoje powołanie do wychowania młodzieży i opieki nad nią odkryła jeszcze w nowicjacie. W 1907 r., mając błogosławieństwo papieża Piusa X, z dwiema siostrami wyjechała w świeckim stroju do pracy dydaktycznej w Petersburgu. Objęła tam kierownictwo zaniedbanego polskiego internatu i liceum św. Katarzyny. Już w rok później została erygowana w Petersburgu autonomiczna placówka urszulańska. Następnie s. Urszula przeniosła się do Finlandii, gdzie otworzyła gimnazjum dla dziewcząt. Podczas I wojny światowej apostołowała w krajach skandynawskich, wygłaszając odczyty o Polsce, organizowała pomoc dla osieroconych polskich dzieci. Jednocześnie nie zaniedbywała swego zgromadzenia – rozrastał się nowicjat i dom zakonny w Szwecji. Pod koniec wojny przeniosła go do Danii, gdzie założyła również szkołę i dom opieki dla dzieci polskich. W roku 1920 Urszula wróciła do Polski. Osiedliła się w Pniewach koło Poznania, gdzie – z myślą o pracy apostolskiej w nowych warunkach – założyła zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, zwane urszulankami szarymi. Kiedy poprosiła papieża Benedykta XV o zatwierdzenie nowego zgromadzenia, otrzymała je od razu, w dniu 7 czerwca 1920 r. Włodzimierz Ledóchowski – rodzony brat Urszuli, ówczesny generał jezuitów – był rzecznikiem dzieła swojej siostry wobec Stolicy Apostolskiej. Całe życie s. Urszuli było ofiarną służbą Bogu, ludziom, Kościołowi i ojczyźnie. Wiele podróżowała, wizytowała poszczególne domy, kształtowała w siostrach ducha ewangelicznej radosnej służby. “Naszą polityką jest miłość. I dla tej polityki jesteśmy gotowe poświęcić nasze siły, nasz czas i nasze życie” – powtarzała często. Umarła 29 maja 1939 r. w Rzymie. Tam też została pochowana w domu generalnym mieszczącym się przy via del Casaletto. Beatyfikowana została przez św. Jana Pawła II 20 czerwca 1983 roku w Poznaniu. W 1989 r. jej zachowane od zniszczenia ciało zostało przewiezione z Rzymu do Pniew i złożone w kaplicy domu macierzystego. 18 maja 2003 roku, w dniu swoich 83. urodzin, św. Jan Paweł II ogłosił ją w Rzymie świętą. Założone przez św. Urszulę Ledóchowską zgromadzenie Urszulanek Serca Jezusa Konającego realizuje swe zadania apostolskie przede wszystkim w dziedzinie wychowania i nauczania dzieci i młodzieży oraz służąc potrzebującym i pokrzywdzonym. Siostry prowadzą kilkadziesiąt dzieł w Polsce, kilkanaście we Włoszech i pojedyncze w 12 innych krajach. Ze zgromadzeniem zaprzyjaźniony był św. Jan Paweł II, który jako biskup krakowski spędzał nieliczne wolne chwile w gościnnym domu sióstr na Jaszczurówce w Zakopanem. Także będąc w Warszawie nocował często w domu zgromadzenia na Wiślanej. Tam spędził swoją ostatnią noc przed wylotem do Rzymu na konklawe w październiku 1978 r. Już jako papież odwiedzał domy urszulanek w Rzymie (1986 r.), w Zakopanem (1997 r.) i w Warszawie (1999 r.).W ikonografii św. Urszula przedstawiana jest w szarym zakonnym habicie.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
28 maja
Święta Maria Anna od Pana Jezusa z Paredes, dziewica
Maria urodziła się 31 października 1618 r. w Quito, w dzisiejszym Ekwadorze. Była ósmym dzieckiem Hieronima, hiszpańskiego oficera, i kreolki Anny. Bardzo wcześnie straciła rodziców. Zabrała ją wówczas do siebie jej starsza siostra Hieronima, która miała już córkę Joannę, rówieśnicę Marii. W wieku lat siedmiu dopuszczono ją do pierwszej Komunii św. Było to wówczas czymś wyjątkowym. Wyjątkową jednak była też jej wczesna i bardzo intensywnie rozwijająca się pobożność. Patrząc na nią, bliscy nalegali, aby wstąpiła do zakonu. Na miejscu do wyboru miała dominikanki i franciszkanki. Skłaniała się ku franciszkankom, ale w ostatniej chwili cofnęła się przed decyzją i pozostała u siostry. W jej domu urządziła sobie małą celę i w niej wiodła odtąd życie na modłę klasztorną. Dużo się modliła, surowo pościła, usługiwała rodzinie, zajmowała się nieszczęśliwymi, leczyła chorych, godziła małżeństwa, pocieszała biedotę indiańską. Niektóre z jej uczynków miłosierdzia miały charakter cudów. Nie ominęły jej cierpienia, które zapewne po części wypływały ze stosowanych przez nią umartwień. Gdy w 1645 r. Quito nawiedziło najpierw trzęsienie ziemi, a potem epidemia, ofiarowała się za jego mieszkańców. Zmarła w dwa miesiące później, w dniu 26 maja 1647 r. Już wówczas nazwano ją “lilią Quito”. Pius IX beatyfikował ją w 1850 r., a sto lat później kanonizował ją Pius XII.
Augustyn, nazywany apostołem Anglii, żył w VI w. Będąc opatem benedyktyńskiego klasztoru św. Andrzeja w Rzymie, został wysłany przez Grzegorza Wielkiego wraz z 40 mnichami do Brytanii (596). Sakrę biskupią Augustyn otrzymał za zezwoleniem papieża z rąk biskupa Arles w Galii, prawdopodobnie jeszcze w drodze do Anglii. Król Kentu, św. Etelbert, wraz z małżonką Bertą (córką chrześcijańskiego władcy Paryża), przyjął ich życzliwie w Wielkanoc 597 r. Dzięki pomocy króla w jego stolicy, Canterbury, zaistniało biskupstwo i opactwo benedyktyńskie pw. świętych Piotra i Pawła. Wraz z królem i jego dworem chrzest przyjęło w Anglii około 10 tys. Sasów. Praca ewangelizacyjna postępowała tak szybko, że już w roku 601 papież przysłał na pomoc nową grupę zakonników. Równocześnie ustanowił 2 metropolie i 24 sufraganie. Jako pierwszy prymas Anglii i metropolita Canterbury Augustyn otrzymał od papieża paliusz arcybiskupi. Druga metropolia na ziemiach angielskich powstała w Yorku dopiero po śmierci Augustyna. W 602 r. Augustyn ufundował pierwszą w Anglii katedrę w Canterbury, która obecnie znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Augustyn zmarł 26 maja 604 lub 605 r. Został pochowany obok św. Etelberta w ufundowanym przez siebie opactwie benedyktyńskim w Canterbury. W roku 1091 jego relikwie zostały przeniesione do rozbudowanej świątyni opactwa. Miały wtedy miejsce liczne cuda, podobnie jak za życia biskupa. Wspomnienie przeniesienia relikwii obchodzone jest w Anglii 6 września. Na miejscu, gdzie św. Augustyn miał, wraz ze swoimi towarzyszami, po raz pierwszy stanąć na ziemi angielskiej w Ebbsfleet, wystawiono na pamiątkę oryginalny, do dziś stojący obelisk-krzyż. Canterbury było stolicą katolickich prymasów przez prawie 1000 lat – do czasu, kiedy król Henryk VIII wprowadził anglikanizm. Odtąd katedra w Canterbury jest stolicą tego właśnie Kościoła (od roku 1534), a katedra prymasów katolickich przeniosła się do Londynu (w wieku XIX).W ikonografii Augustyn przedstawiany jest w stroju biskupim lub jako benedyktyn.
Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się 2 kwietnia 1566 r. w możnej patrycjuszowskiej rodzinie Pazzi we Florencji. Wykształcenie i wychowanie otrzymała od sióstr, które miały we Florencji szkołę i pensjonat dla dziewcząt z lepszych rodzin. W dziesiątym roku życia przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przystępowała do niej w każdą niedzielę i w święta, co w owych czasach wywoływało zdziwienie, a nawet zastrzeżenia. W tym samym roku, w uroczystość św. Józefa, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jako dziecko wyróżniała się pobożnością, tak że już w wieku 12 lat miała szczęście rozmawiać z Matką Bożą. Odtąd podobne objawienia zdarzały się w jej życiu częściej. Kiedy miała 16 lat, wstąpiła do klasztoru karmelitańskiego Matki Bożej Anielskiej (1582 r.). Klasztor ten stoi do dzisiaj na wzgórzu na przedmieściu Florencji. Tu otrzymała imię zakonne Marii Magdaleny. W rok później podczas choroby złożyła śluby. Pełniła obowiązki kolejno zakrystianki, furtianki, mistrzyni nowicjatu i przełożonej domu. Wiodła życie pełne umartwień i przeniknięte modlitwą. Wyróżniała się wiernością w zachowaniu reguły, bardzo przecież surowej. Doświadczała wielu cierpień. Od niebieskiego Oblubieńca otrzymała koronę cierniową, która powodowała bardzo silne bóle głowy. 25 marca 1585 roku otrzymała dar stygmatów, czyli odbicia na swoim ciele ran Pana Jezusa; stygmaty te były na zewnątrz niewidoczne. W kilka dni potem otrzymała od Chrystusa mistyczną obrączkę jako znak duchowych zaślubin. 17 maja 1585 roku wpadła w ekstazę, która trwała bez przerwy 40 godzin. W czasie jej trwania otrzymała polecenie od Pana Jezusa, by odtąd codziennie przyjmowała tylko chleb i wodę, a jedynie w dni świąteczne – trochę pokarmu postnego. Otrzymała również polecenie, by sypiała odtąd tylko pięć godzin i to na wiązce siana, by w ten sposób wynagrodzić Panu Bogu za grzechy rodzaju ludzkiego. 8 czerwca 1585 roku rozpoczęła się nowa seria ekstaz, która trwała z krótkimi przerwami osiem dni. Chrystus doświadczył Marię Magdalenę także falą długotrwałych i uporczywych oschłości oraz duchowego opuszczenia. Objaśnił jej, że ta męka była konieczna dla dobra Kościoła, a także dla odnowienia ducha zakonnego w klasztorach. Kiedy w roku 1587 zmarł jej brat, Alamanno, Maria Magdalena ujrzała jego duszę w płomieniach czyśćcowych. Kiedy w roku 1590 przeszła do wieczności jej matka, ujrzała również jej duszę w czyśćcu. Otrzymała równocześnie obietnicę, że czyściec matki będzie krótki – ze względu na wiele uczynków miłosierdzia, które wyświadczyła w swoim życiu. W ostatnich latach życia s. Maria Magdalena przechodziła wielkie cierpienia fizyczne i duchowe. Do tego dołączyły się prześladowania z zewnątrz od postronnych osób, do których wysyłała w imieniu Chrystusa listy z napomnieniami. Odpowiedzią z ich strony były szykany, a nawet groźby. W swoich wizjach otrzymała m.in. zrozumienie tajemnicy Trójcy Przenajświętszej i Wcielenia Jezusa. Pozostawiła po sobie pisma ukazujące głębokie doświadczenia duchowości chrześcijańskiej. Zmarła 25 maja 1607 r. W 19 lat po śmierci, w 1626 roku papież Urban VIII dokonał jej beatyfikacji. Papież Klemens IX zaliczył ją uroczyście w poczet świętych w 1669 r. Jest patronką Florencji i Neapolu.W ikonografii św. Maria Magdalena ukazywana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, dyscyplina, gołębica, korona cierniowa, krzyż, lilia, serce trzymane w prawej dłoni, stygmaty.
Nabożeństwo do Matki Bożej Wspomożycielki sięga początków chrześcijaństwa. Gdy tylko zaczął rozwijać się wśród wiernych kult Matki Zbawiciela, równocześnie ufność w Jej przemożną przyczynę u Syna nakazywała uciekać się do Niej we wszystkich potrzebach. Tytuł Wspomożycielki Wiernych zawiera w sobie wszystkie wezwania, w których Kościół wyrażał Najświętszej Maryi Pannie potrzeby i troski swoich dzieci. Pierwszym, który w historii Kościoła użył słowa “Wspomożycielka”, jest św. Efrem, diakon i największy poeta syryjski, doktor Kościoła (+ 373). Pisze on wprost, że “Maryja jest orędowniczką i wspomożycielką dla grzeszników i nieszczęśliwych”. W tym samym czasie Wspomożycielką rodzaju ludzkiego nazywa Maryję św. Grzegorz z Nazjanzu, patriarcha Konstantynopola, doktor Kościoła (+ ok. 390), kiedy pisze, że jest Ona “nieustanną i potężną Wspomożycielką”. Z treści pism doktorów Kościoła wynika, że przez słowo “Wspomożycielka” rozumieli oni wszelkie formy pomocy, jakich Matka Boża nam udziela i udzielić może. Miejscem najżywiej rozwiniętego kiedyś kultu Wspomożycielki była Bawaria. Pierwszy kościół pod wezwaniem Wspomożycielki w Bawarii stanął w Pasawie w roku 1624. Zasłynęła w nim rychło figura Matki Bożej, kopia obrazu Cranacha – pątnicy witają Ją okrzykiem: Maria hilf! (Maryjo, wspomagaj).7 października 1571 r. oręż chrześcijański odniósł decydujące zwycięstwo nad flotą turecką, która zagrażała bezpośrednio desantem Italii. Na pamiątkę tego zwycięstwa papież św. Pius V włączył do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie “Wspomożenie wiernych, módl się za nami”.12 września 1683 r. król Jan III Sobieski rozgromił pod Wiedniem Turków. Jako podziękowanie Matce Bożej za to zwycięstwo papież bł. Innocenty XI w roku 1684 zatwierdził w Monachium, przy kościele św. Piotra, bractwo Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych, rychło podniesione do rangi arcybractwa.W roku 1816 tytuł Matki Bożej Wspomożenia Wiernych wszedł do liturgii Kościoła, gdy papież Pius VII ustanowił święto Matki Bożej pod tym wezwaniem na dzień 24 maja jako podziękowanie Matce Bożej za to, że właśnie tego dnia, uwolniony z niewoli Napoleona, mógł szczęśliwie powrócić na osieroconą przez szereg lat stolicę rzymską.Wielu świętych miało szczególne nabożeństwo do Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych. Jej słynny wizerunek w Turynie został namalowany na zamówienie św. Jana Bosko, który oprócz salezjanów założył także zgromadzenie sióstr Córek Matki Bożej Wspomożenia Wiernych. Wielkim czcicielem Matki Bożej Wspomożycielki był salezjanin, prymas Polski, kardynał August Hlond. Nie mniej żarliwym apostołem Maryi Wspomożycielki był jego następca, kardynał Stefan Wyszyński. 5 września 1958 roku dzięki jego staraniom Episkopat Polski wniósł do Stolicy Apostolskiej prośbę o wprowadzenie święta Maryi Wspomożycielki Wiernych w liturgicznym kalendarzu polskim. Episkopat Polski chciał w ten sposób podkreślić, że naród polski nie tylko wyróżniał się wśród innych narodów wielkim nabożeństwem do Najświętszej Maryi Panny, ale że może wymienić wiele dat, kiedy doznał Jej szczególniejszej opieki. Polskie sanktuarium Matki Bożej Wspomożenia Wiernych zostało ustanowione w 2013 r. w salezjańskiej parafii w Rumii na Kaszubach.
Jan Chrzciciel de Rossi urodził się w Voltaggio koło Genui (Włochy) 22 lutego 1698 roku. Kiedy miał 13 lat, pod swoją opiekę w Rzymie wziął go krewny, który pełnił obowiązki proboszcza przy kościele Matki Bożej in Cosmedin. Ksiądz kanonik Wawrzyniec de Rossi pomógł swojemu bratankowi w studiach, a potem wysłał go na studia filozoficzne do słynnego Kolegium Rzymskiego. Młodzieniec po uwieńczeniu tych studiów doktoratem poszedł za przykładem stryja i wstąpił do seminarium duchownego. W trosce o swoje uświęcenie oddał się tak intensywnie modlitwie i praktykom pokutnym, że zapadł poważnie na zdrowiu i musiał przerwać studia. W tym okresie wystąpiły u niego pierwsze objawy epilepsji, które miały go już nigdy nie opuścić. Ta choroba stanie się też bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Po roku przerwy Jan de Rossi rozpoczął studia teologiczne na akademii papieskiej, prowadzonej przez dominikanów w Rzymie. Równocześnie wolny czas poświęcał młodym studentom, którzy gromadzili się przy poszczególnych kościołach w tak zwanych “oratoriach” dla swojego religijnego dokształcenia i postępu w cnotach. Dnia 8 marca 1721 roku Jan de Rossi otrzymał święcenia kapłańskie. Pierwszą Mszę świętą odprawił w kościele jezuitów św. Ignacego przy ołtarzu św. Alojzego, którego obrał sobie za szczególnego patrona. Pokrzepiał się widokiem tysięcy pielgrzymów, nawiedzających miejsca święte w Rzymie. Ze smutkiem jednak patrzył, jak pielgrzymi ci byli zdani na własny los i jak nikt nie troszczył się o opiekę duchową nad nimi. Postanowił oddać się bez reszty posłudze wobec nich. Służył im dobrą radą, często pomocą także materialną, a najwięcej – pomocą duchową w konfesjonale. Pan Bóg nagrodził gorliwego kapłana, bo do jego konfesjonału garnęli się grzesznicy, by pojednać się z Bogiem. Po śmierci stryja ksiądz Jan de Rossi został na jego miejsce przyjęty do grona kanoników przy kościele Matki Bożej in Cosmedin. Z powodu choroby oczu został zwolniony z obowiązku wspólnego czytania brewiarza, dzięki temu mógł dłużej spowiadać. Zmęczony, robił wypady na pobliskie place, zbierał dzieci i ludzi przygodnych, by pouczać ich o prawdach wiary. W wolnych chwilach, jeśli się zdarzyły, odwiedzał ubogich i chorych w przytułkach, pocieszał ich, pouczał i zaopatrywał darami sakramentalnymi. Żył tak bardzo ubogo, że nie posiadał nawet najniezbędniejszych rzeczy, dzieląc się nimi z uboższymi od siebie. Tak wyczerpująca praca nie tylko wyniszczała jego siły i zdrowie, ale przyczyniła się do różnych dolegliwości głowy i żołądka, które znosił z heroiczną cierpliwością. Pomimo to dożył 66 lat. Pożegnał ziemię dla nieba 23 maja 1764 roku. Jego beatyfikacji dokonał papież Pius IX (+ 1878), a do chwały świętych wyniósł go papież Leon XIII dnia 8 grudnia 1881 roku. Wtedy też jego relikwie przeniesiono z kościoła Matki Bożej in Cosmedin do kościoła Świętej Trójcy i złożono je u stóp ołtarza, poświęconego jego czci. Ku czci Świętego również we wspomnianym kościele Matki Bożej, gdzie spędził niemal całe swoje kapłańskie życie, poświęcono mu piękną kaplicę. Wreszcie w roku 1940 pod jego imieniem wystawiono w Rzymie nowy kościół i założono nową parafię pod jego patronatem. Tam też przeniesiono jego śmiertelne szczątki w 1965 roku.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
św. Jan Chrzciciel de Rossi, który zachęca nas do spowiedzi
23 maja Kościół wspomina św. Jana Chrzciciela de Rossiego (1698, Genua – 1764, Rzym), włoskiego księdza, który poświęcił swoje życie niesieniu Bożego przebaczenia i miłosierdzia.
Jan Chrzciciel de Rossi
pl.wikipedia.org
***
Tak właśnie Jan Chrzciciel rozumiał swą posługę kapłańską, korzystając w szczególny sposób z sakramentu pojednania.
Ojciec Rossi starał się być dobrym spowiednikiem: serdecznym, życzliwym i precyzyjnym w udzielaniu rad duchowych – cnót, których nie da się osiągnąć, jeśli nie jest się posłusznym łasce. W konfesjonale zarówno osoba spowiadająca się i udzielająca rozgrzeszenia, jak i osoba prosząca o przebaczenie, są przedmiotem miłości Boga, który pragnie, abyśmy stali się lepszymi ludźmi, świętszymi i osiągnęli niebo.
Święty Jan Chrzciciel Rossi nabył szczególną wrażliwość, aby rozpoznać, jak wiele cierpi dusza, gdy odwraca się od Boga, jak wiele szkody wyrządza sobie i innym z powodu wpływu grzechu.
Dzielenie się radością z wiedzy, że zostało ci wybaczone
Święty powiedział kiedyś: „Zastanawiałem się, jaka jest droga do nieba i zbawienia wielu dusz. I odkryłem, że pomoc, jaką mogę dać tym, którzy chcą być zbawieni, polega na ich spowiedzi. To niesamowite, jak wielkie dobro można uczynić podczas spowiedzi”.
Zawsze chciał być gotowy wysłuchać spowiedzi każdego, kto tego potrzebował: chorych, więźniów, i umierających; wszystkich tych, którzy chcieli porzucić grzeszne życie.
Bóg uczy nas z dobrocią
Juan Bautista Rossi urodził się w 1698 roku w miasteczku niedaleko Genui we Włoszech. W wieku 13 lat przeprowadził się do Rzymu, do domu swojego kuzyna, księdza, kanonika Santa Maria in Cosmedin.
Jeszcze przed przyjęciem święceń kapłańskich Jan Chrzciciel prowadził intensywną działalność apostolską. Lata nauki były również latami działalności duszpasterskiej.
Całkowite oderwanie się od dóbr materialnych
Papież Benedykt XIV powierzył Janowi Chrzcicielowi opiekę nad schroniskiem dla bezdomnych. Święty przez wiele lat służył biednym i potrzebującym w tym miejscu. W trosce o duchowe dobro osób, które przyjmował, łączył troskliwą posługę z nauczaniem Słowa Bożego i katechizmem, dzięki czemu życie schroniska zawsze koncentrowało się wokół łaski, sakramentów i miłości Boga.
23 maja 1764 roku ojciec Juan Bautista doznał zawału serca, w wieku 66 lat. Zmarł tak, jak żył, będąc biedakiem pośród biednych. Nie udało się nawet kupić trumny i pochować zmarłego, dlatego ludzie przekazywali pieniądze na pochówek. Jego pogrzeb był swego rodzaju wielkim wydarzeniem: wzięło w nim udział 260 księży, arcybiskup i wielu zakonników; wszystko to w towarzystwie rzeszy wdzięcznych dusz.
Został kanonizowany przez papieża Leona XIII 8 grudnia 1881 roku.
Rita należy do najbardziej popularnych świętych na świecie. Urodziła się około 1380 r. w rodzinie ubogich górali w Rocca Porena, niedaleko Cascii (Umbria) jako jedyne dziecko. Według podania miała być dzieckiem wymodlonym przez pobożnych rodziców. Na chrzcie otrzymała imię Małgorzata (Rita jest jego zdrobnieniem). Na życzenie rodziców wyszła za mąż. Związek ten był jednak bardzo nieudany. Porywczy, brutalny mąż był powodem wielu jej dramatów. Rita znosiła swój los z anielską cierpliwością. Mąż Rity zginął zabity w porachunkach zwaśnionych rodów. Rita była matką dwóch synów, z którymi miała kłopoty wychowawcze. Bojąc się, by nie kontynuowali wendety, prosiła Boga, aby raczej zabrał ich ze świata niż mieliby stać się zabójcami. Bóg wysłuchał tej prośby. Obaj młodzieńcy, którzy planowali pomścić ojca, zmarli podczas epidemii. Rita jako trzydziestokilkuletnia wdowa wstąpiła do zakonu augustianek, które miały swój klasztor w Cascii. Ponieważ była analfabetką, została przyjęta do sióstr “konwersek”, które były przeznaczone do codziennej posługi w klasztorze. Z całą radością, z miłości dla Oblubieńca, spełniała najniższe posługi w klasztorze. Często w ciągu dnia i nocy całowała z miłością obrączkę zakonną, która symbolizowała jej mistyczne zaślubiny z Jezusem. Miała szczególne nabożeństwo do Bożej męki. Widziano ją nieraz, jak leżała krzyżem, zalana łzami. Kiedy pewnego dnia kaznodzieja miał kazanie o męce Pańskiej, prosiła gorąco Jezusa, by dał jej zakosztować męki chociaż jednego ciernia, który ranił Jego przenajświętszą głowę. Została wysłuchana. W czasie modlitwy poczuła nagle w głowie silne ukłucie. Na tym miejscu wytworzyła się bolesna rana, która zadawała jej nieznośne cierpienia przez 15 lat, aż do śmierci. Aby jednak uniknąć sensacji, Rita prosiła Chrystusa, by rana była ukryta, nadal jednak sprawiając cierpienia. Tak się też stało. Rita odznaczała się posłuszeństwem, duchem modlitwy i cierpliwości. Będąc prostą i niewykształconą osobą, osiągnęła szczyty kontemplacji. Zmarła na gruźlicę 22 maja 1457 r. w Cascii. Tam jej nienaruszone ciało spoczywa do dziś. Sanktuarium Świętej, obejmujące jej rodzinny dom w Rocca Porena oraz klasztor i kościół w Cascii, w którym została pochowana, jest miejscem tłumnych pielgrzymek. Sława świętości zaczęła ściągać do Cascii wielu pielgrzymów. Przy grobie Rity działy się nadzwyczajne rzeczy, które napełniły sławą tamtejszy klasztor. Kiedy po kilku latach wybuchł w kościele gwałtowny pożar, mimo że spalił się cały kościół, cyprysowa trumna z ciałem Rity pozostała nietknięta. Zaczęły mnożyć się wizerunki i modlitwy do służebnicy Bożej. Papież Urban VIII w roku 1628 zatwierdził jej kult. Jednak jej uroczysta kanonizacja odbyła się dopiero 24 maja 1900 r. Dokonał jej papież Leon XIII, nazywając św. Ritę “drogocenną perłą Umbrii”. Św. Rita jest patronką w sprawach trudnych i beznadziejnych. Jest opiekunką wielu dzieł charytatywnych i bractw. W Polsce kult św. Rity jest bardzo żywy. Szczególnym jego miejscem jest klasztor sióstr augustianek w Krakowie, gdzie w kościele św. Katarzyny przechowywane są relikwie św. Rity.W ikonografii Święta przedstawiana jest w stroju zakonnym – w czarnym habicie i w białym welonie, z cierniem na czole. Jej atrybutami są: dwoje dzieci, krucyfiks, cierń, figa, pszczoły, róża.
Jan urodził się w 1348 r. w Pomuku (późniejsza nazwa Nepomuk) koło czeskiej Pragi. Pierwsza pewna i ścisła wiadomość o jego życiu pochodzi z roku 1370. Wówczas, będąc jeszcze klerykiem, Jan figurował w dokumentach kurii biskupiej w Pradze w charakterze notariusza. W roku 1380 został wyświęcony na kapłana i otrzymał probostwo przy kościele św. Galla (Gawła) w Pradze. Równocześnie pełnił obowiązki notariusza przy arcybiskupie Janie Jenzensteinie. W roku 1381 studiował prawo na uniwersytecie w Pradze. W latach 1382-1387 studiował także w Padwie. W roku 1387 jako doktor prawa powrócił do Pragi. Został mianowany kanonikiem przy kolegiacie św. Idziego, a w dwa lata potem również kanonikiem przy kościele świętych Piotra i Pawła w Wyszehradzie. W roku 1390 został archidiakonem i proboszczem w Zatoc (Saaz). Stąd jednak rychło arcybiskup Pragi powołał Jana na swojego wikariusza generalnego. Był to wielki zaszczyt, bowiem urząd ten dawał Janowi pierwsze miejsce po metropolicie w diecezji. Podczas trwającego sporu między Wacławem IV Luksemburczykiem a arcybiskupem Pragi Jan, będąc mediatorem, został uwięziony przez porywczego króla (razem z dwoma prałatami) 20 marca 1393 r. i poddany torturom. Według relacji brał w nich udział sam król. Potem na pół żywego Jana zrzucono w nocy z mostu Karola IV do rzeki Wełtawy, która przepływa przez Pragę. Ludowa legenda dodała do żywotu, że kapłanowi przywiązano kamień młyński do szyi i że kamień ten urwał się; że niezwykła jasność obudziła mieszkańców Pragi; że król, widząc poruszenie ludu, odbył pokutę i tym podobne opowieści. Według “Kroniki” Tomasza Ebendorfera z Haselbach z 1450 r. Jan zginął, ponieważ odmówił ujawnienia tajemnicy spowiedzi małżonki królewskiej – królowej Zofii. Uważany jest za pierwszego męczennika tajemnicy spowiedzi. Ciało Męczennika znaleziono dopiero po pewnym czasie (17 kwietnia) i pochowano w kościele Świętego Krzyża, położonym blisko rzeki. Z czasem przeniesiono je do grobowca pod katedrą z napisem: Johannes de Pomuk. Po śmierci Wacława IV (+ 1419) kult Męczennika zaczął się szerzyć spontanicznie. Szybko pojawiły się jego pierwsze życiorysy, a nawet była mu oddawana liturgiczna cześć. W wieku XVII jest już nazywany “błogosławionym” i wymieniany wśród patronów Pragi i Czech. Oficjalny proces rozpoczęto jednak dopiero w roku 1710 z polecenia cesarza Józefa I. Innocenty XIII w 1720 roku potwierdził tytuł błogosławionego. Ten sam papież zatwierdził tekst Mszy świętej i Liturgii Godzin ku czci Błogosławionego na Czechy, Austrię, Niemcy, Polskę i Litwę. Dnia 19 marca 1729 roku papież Benedykt XII ogłosił go formalnie świętym. Podobnie jak język św. Antoniego w Padwie, tak też język św. Jana Nepomucena jest zachowany cało w artystycznym, osobnym relikwiarzu katedry praskiej. Święty Jan jest patronem zakonu jezuitów, Pragi, spowiedników, szczerej spowiedzi, dobrej sławy i tonących oraz orędownikiem podczas powodzi. Jest także patronem mostów. Śladami niegdyś bardzo żywego kultu św. Jana Nepomucena są liczne figury stawiane zazwyczaj na rozstajach dróg i w okolicy przepraw rzecznych. Wiele takich figur można spotkać w całej Polsce. Jest także popularnym patronem kościołów i parafii.W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju kapłańskim, w sutannie, rokiecie, birecie. W ręku palma męczeńska. Niekiedy trzyma palec na ustach (symbol zachowanej tajemnicy). Jego atrybutami są: klucz, książka, kłódka, krzyż w ręce, zapieczętowany list, most, z którego został zrzucony, pieczęć, wieniec z pięciu gwiazd, wieniec z gwiazd – w środku napis TACUI – “milczałem”; woda, zamek.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
20 maja
Święty Bernardyn ze Sieny, prezbiter
Bernardyn urodził się w rodzinie szlacheckiej 8 września 1380 r. w Massa Marittima (nieopodal Sieny w Toskanii), kilka miesięcy po śmierci najsłynniejszej sienenki, św. Katarzyny, tercjarki dominikańskiej. Kiedy miał zaledwie 3 lata, stracił matkę, trzy lata później został osierocony także przez ojca, który był gubernatorem miasteczka. Na wychowanie wziął go do siebie zamożny stryj, zamieszkały w Sienie, który opłacił mu naukę. W szkole parafialnej ukończył nauki podstawowe, a w latach 1396-1399 studiował prawo na uniwersytecie w Sienie. Równocześnie studiował Pismo święte i teologię. Po otrzymaniu licencjatu z prawa kanonicznego zapisał się do Konfraterni Najświętszej Maryi. Celem tego bractwa było wewnętrzne doskonalenie się oraz posługiwanie chorym w czasie zarazy. W czasie epidemii dżumy Bernardyn, wspomagając innych, sam się zaraził i cudem wyszedł z choroby. Później opiekował się swoją niewidomą 90-letnią stryjenką. W 1402 r. wstąpił do franciszkanów w Sienie. W rok potem (8 września) złożył śluby zakonne, a po kolejnym roku (8 września 1404 r.) otrzymał święcenia kapłańskie. Przełożeni przeznaczyli go do małego klasztoru, położonego na wzgórzu w pobliżu Sieny, w Capiola. Tu spędził 12 lat. Korzystając z wolnego czasu, pilnie studiował Pismo święte i ojców Kościoła oraz dzieła teologiczne, zwłaszcza św. Bonawentury. Równocześnie dał się poznać jako dobry kaznodzieja, dlatego chętnie go zapraszano z kazaniami do okolicznych kościołów. Te właśnie kazania wyrobiły mu tak wielką sławę, że w roku 1417 mianowano go kaznodzieją na całą Italię. Bernardyn przemierzał Włochy, nawołując do pokuty i zmiany życia. Więcej jednak od słów działały na słuchaczy i widzów jego cnoty: duch zaparcia, pokuty i modlitwy. Sławę jego imienia roznosiły nadto działane przez niego cuda. Według świadectw naocznych świadków na jego kazania garnęły się tak wielkie tłumy, że żaden kościół nie mógł ich pomieścić. Musiał głosić słowo Boże na placach. Kapłani wręcz omdlewali od długich godzin spowiadania, tysiącami rozdawano Komunię świętą. Bernardyn nawracał, godził skłócone małżeństwa, wzbudzał powołania kapłańskie i zakonne. W Piemoncie spotkał się ze św. Wincentym Ferreriuszem. Wielki dominikanin udzielił mu swego błogosławieństwa i zachęcił go do dalszej apostolskiej pracy dla zbawienia dusz. Bernardyn wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Imienia Jezus. Nosił je wypisane barwnie na tabliczce, aby było z dala widoczne. Każde kazanie rozpoczynał od wezwania tego najsłodszego Imienia. Raz po raz przerywał przemówienie i podnosił tabliczkę w górę, a wszyscy padając na kolana oddawali hołd Imieniu Jezusa. W tym jednak nowym nabożeństwie niektórzy zaczęli dopatrywać się herezji. Oskarżono więc go przed papieżem Marcinem V (1426), a potem także przed papieżem Eugeniuszem IV (1431) i przed ojcami soboru w Bazylei (1438). Bernardyn jednak odniósł wszędzie zwycięstwo nad swoimi przeciwnikami. Papieże darzyli go tak wielkim zaufaniem, że proponowali mu nawet trzykrotnie biskupstwo: w Sienie, w Ferrarze i w Urbino. Zakonnik jednak w swojej pokorze zdołał zawsze od tego zaszczytu się wymówić. Bernardyn w latach 1438-1442 pełnił urząd wikariusza generalnego zakonu. Brał udział w Soborze Florenckim (1439), gdzie działał na rzecz zjednoczenia greckiego Kościoła ortodoksyjnego z katolickim. W swoim życiu zakonnym Bernardyn bardzo bolał nad tym, że bracia mniejsi tak daleko odeszli od pierwotnej reguły św. Franciszka. Postanowił za wszelką cenę dokonać w swoim zakonie reformy. Zaczął zakładać nowe konwenty w duchu zaplanowanej przez siebie obserwy – stąd jego duchowych synów nazwano obserwantami (Ordo Fratrum Minorum Regularis Observantiae, OFMRegObs). W tej pracy pozyskał sobie uczniów, którzy rozpowszechniali jego ideę. Należeli do nich m.in.: św. Jan Kapistran (+ 1456), św. Jakub z Marchii (+ 1476), bł. Mateusz z Agrigento (+ 1450), bł. Bernardyn z Feltre (+ 1494) i bł. Bernardyn z Fossa (+ 1503). Wkrótce liczba obserwantów przewyższała liczbę franciszkanów konwentualnych. Zmarł w Aquili (środkowe Włochy) 20 maja 1444 r. i tam go pochowano. W 6 lat po śmierci Bernardyna, 24 maja 1450 roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, papież Mikołaj V wobec niezliczonych tłumów dokonał jego kanonizacji. W uroczystości tej wzięło udział około 4000 obserwantów. Bernardyn jest twórcą cennych dzieł teologicznych. Jest patronem bernardynów, Sieny, rodzinnej miejscowości Massa Marittima oraz tkaczy, a także orędownikiem cierpiących na choroby płuc i gardła oraz cierpiących na krwotoki. Wśród bernardynów, sprowadzonych do Polski w 1452 r. przez św. Jana Kapistrana, są także polscy błogosławieni i święci: Szymon z Lipnicy (+ 1482), Jan z Dukli (+ 1481) i Władysław z Gielniowa (+ 1505). Wywarli oni poważny wpływ na życie religijne w Polsce. W ikonografii Święty przedstawiany jest w habicie bernardyńskim; czasem jako kaznodzieja. Jego atrybutami są: u nóg trzy infuły, których odmówił; otwarta księga; krzyż z monogramem IHS; w ręku monogram IHS w promieniach.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
19 maja
Matka Elżbieta Róża Czacka daje nam świadectwo wiary
19 maja obchodzimy wspomnienia bł. Elżbiety Róży Czackiej, patronki niewidomych i słabowidzących oraz osób pracujących z niepełnosprawnymi. Sama będąc niewidomą i pracując z niewidomymi dała wspaniałe świadectwo wiary.
Życie człowieka żyjącego z wiary, choć na pozór często szare i nudne, jest w rzeczywistości pełnym treści i światła. W swoich obowiązkach widzi on wyraz woli Bożej i dlatego stara się je spełnić dokładnie z miłości ku Niemu. Ma drogę jasno wytkniętą przed sobą i dlatego ze spokojem idzie naprzód, nie oglądając się na żadne względy ludzkie. (Laski 23 lutego 1928).
Matka Elżbieta Róża Czacka musiała w swoim życiu zmagać się z wieloma przeciwnościami, ale we wszystkim, czego doświadczała, umiała dostrzec wolę Bożą.
Jej świadectwo wiary było zakorzenione w miłości do Boga i do bliźniego. Nikogo nie odrzucała. To właśnie w Laskach wiele osób, będących daleko od Kościoła odnajdywało wiarę. Błogosławiona z sercem otwartym na każdego, spotykała się zarówno z ludźmi głęboko wierzącymi, jak i z tymi, którzy wiarę utracili, albo wierzyli inaczej. W jej sercu – tak, jak w Sercu Boga – było miejsce dla każdego.
Matka Czacka wypowiadała również czasem mocne słowa, aby pokazać, że pobożność nie zawsze jest równa wierze:
…dusze pobożne, znające często całą literaturę pobożną wszystkich czasów, znające wszystkie systemy rozmyślania i dyskutujące o wszystkich stanach duszy i stopniach modlitwy, tak mają duszę tymi teoriami przesiąkniętą, że zapominają o podstawowych prawdach wiary i prostym, a jedynie potrzebnym stosunku do Boga. Chciałyby być od razu święte, a tymczasem skażona przez grzech pierworodny natura płata im swoje figle. Zdziwione i przerażone nie umieją radzić sobie w najzwyklejszych pokusach. Zachciewa się im nadzwyczajnych stanów mistycznych, a najmniejszej ofiary dla Boga spełnić nie chcą, najmniejszej przykrości znieść dla Boga. Modlą się, jak są w nastroju, ale gdy oschłość przyjdzie, opuszczają nawet obowiązkowy pacierz. Modlitwa ich nie przygotowuje ich do życia i nie uczy ich żyć. Szukają w modlitwie przyjemności, a odwracają się od twardych i nudnych obowiązków życia codziennego. W książkach pobożnych szukają nowych wrażeń. Na ustach ich wiele słów o Bogu, a w duszy ich pustka, zamieszanie i ciemności, a w obcowaniu z bliźnimi brak miłości, sądy zuchwałe a często pogarda i ton wyższości. Biedne te dusze robią wrażenie, jakby gęś chciała udawać łabędzia. (Laski 3 marca 1929)
Błogosławiona żyła wiarą, czyli nieustannie budowała swoją pełną miłości relację z Bogiem i z ludźmi.
7 czerwca będziemy podczas XIX Święta Dziękczynienia dziękować Bogu za świadectwo wiary. Błogosławiona Elżbieta Róża Czacka należy do grona świadków wiary, od których możemy uczyć się wierności Bogu. Jako błogosławiona jest dla nas nie tylko nauczycielką, ale realnym wsparciem w drodze do Boga, bo w niebie wstawia się za nami.
***
Bł. Elżbieta RóżaCzacka
1876-1961
Róża Maria Czacka urodziła się 22 października 1876 roku, w Białej Cerkwi na Ukrainie, jako szóste z siedmiorga dzieci Feliksa i Zofii z d. Ledóchowskiej. Z domu rodzinnego wyniosła głęboką wiarę oraz wszechstronne wykształcenie. Od dzieciństwa miała problemy ze wzrokiem, który całkowicie utraciła w wyniku wypadku, w wieku 22 lat. Dzięki żarliwej wierze nie załamała się, ale przyjęła to wydarzenie jako znak osobistego powołania. Postanowiła poświęcić się sprawie ociemniałych, których sytuacja w tamtych czasach była wyjątkowo trudna. Nauczyła się alfabetu Braille’a, wyjechała za granicę, by poznać nowoczesne koncepcje i metody pracy z niewidomymi. W 1908 roku założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Królestwie Polskim, a rok później, po śmierci ojca, zdecydowała o przeznaczeniu swojego majątku na pomoc niewidomym. Staraniem Towarzystwa powstały w Warszawie: ochronka, szkoła powszechna, warsztaty, biblioteka brajlowska oraz tzw. patronat, pomagający dorosłym niewidomym i ich rodzinom.
W czasie I wojny światowej Róża Czacka nie mogła wrócić do Warszawy, pozostała więc w Żytomierzu na Wołyniu, gdzie prowadząc działalność charytatywną, przygotowywała się do podjęcia życia zakonnego tercjarki. 19 listopada 1917 roku złożyła śluby wieczyste w III Zakonie św. Franciszka. Przyjęła imię zakonne siostra Elżbieta od Ukrzyżowania Pana Jezusa.
W 1918 roku wróciła do Warszawy. Dzięki jej staraniom 1 grudnia tego roku powstało Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, którego charyzmatem była służba niewidomym na duszy i na ciele.
W 1922 roku Matka Elżbieta rozpoczęła budowę zakładu dla niewidomych w podwarszawskich Laskach. Powstał nowoczesny kompleks, dający wychowankom wykształcenie podstawowe i zawodowe, pozwalające na samodzielne godne życie.
Od 1925 roku Zakład dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą, za sprawą matki Elżbiety, której towarzyszył w pracy jako kapelan Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, stał się centrum działalności na rzecz osób ociemniałych oraz ośrodkiem duchowości.
W czasie II wojny światowej Zakład w Laskach służył wsparciem jednostkom AK, a w czasie Powstania Warszawskiego uruchomiono w nim szpital dla rannych. W latach 1942–1945 kapelanem Zakładu w Laskach był ks. Stefan Wyszyński.
Po zakończeniu wojny Matka Elżbieta rozpoczęła odbudowę zniszczonego Zakładu dla Niewidomych. Zły stan zdrowia zmusił ją w 1950 roku do wycofania się z kierowania Zakładem dla Niewidomych i Zgromadzeniem Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, ale duchowo nieustannie je wspierała. To dzieło jej życia stale się rozwija i pomaga wielu osobom nie tylko fizycznie, ale również duchowo.
Niewidoma Matka niewidomych zmarła w opinii świętości 15 maja 1961 roku w Laskach. Swoim pokornym i cichym życiem służby dała przykład aktualnego i dziś zawołania: „Przez krzyż do nieba”.
Beatyfikacja kardynała Wyszyńskiego i Matki Czackiej w Świątyni Opatrzności Bożej, 12.09.2021.
Beatyfikacja Matki Elżbiety Róży Czackiej odbyła się 12 września 2021 roku w Świątyni Opatrzności Bożej. Podczas tej samej uroczystości beatyfikowany został Prymas Stefan Wyszyński.
Piotr Fioretti urodził się 13 listopada 1668 r. w skromnej włoskiej rodzinie. W 1693 r. wstąpił w Palanzono do kapucynów. Był u nich kolejno szewcem, ogrodnikiem, infirmarzem oraz kwestarzem, najdłużej, bo w latach 1702-1748, w Orvieto. Przy tym wszystkim był zawsze pogodny. Promieniował czułym nabożeństwem do Matki Najświętszej, które nacechowane było pewną poetycznością. Słynął ponadto z niezwykłych łask oraz z mądrych rad, po które przychodziło do niego wielu. Świadectwem tej działalności są jego listy. Zmarł 19 maja 1750 r. w Rzymie, w klasztorze Santa Maria della Concezione (przy Vittorio Veneto). Beatyfikował go w roku 1806 Pius VII, kanonizował zaś w 1982 r. św. Jan Paweł II.
Stanisław Papczyński urodził się 18 maja 1631 r. w Podegrodziu. Był synem Tomasza Papki, kowala, i Zofii z domu Tacikowskiej. Ochrzczony został imieniem Jan, które później zmienił. Już jako dziecko bawił się inaczej niż inne dzieci. Sporządzał małe “ołtarzyki”, organizował procesje podobne do kościelnych. Od wczesnej młodości wyróżniał się wielkim nabożeństwem do Opatrzności Bożej, Męki Pańskiej, Najświętszego Sakramentu, Najświętszej Maryi Panny, był też gorącym orędownikiem modlitwy za dusze czyśćcowe. Naukę zaczął w szkole parafialnej w rodzinnym Podegrodziu, kontynuował ją natomiast w Nowym Sączu. Kształcił się też krótko w kolegium jezuickim w Jarosławiu, potem udał się do kolegium jezuitów we Lwowie, gdzie jednak nie został przyjęty. Przez pewien czas był korepetytorem, ale zapadł na ciężką chorobę i cudownie uleczony w 1649 r., wrócił do Podegrodzia. Dalszą naukę podjął kolejno w kolegium pijarów w Podolińcu i w kolegium jezuitów we Lwowie; musiał to miasto opuścić z powodu wojny; trafił także do kolegium jezuitów w Rawie Mazowieckiej. Po ukończeniu nauki zdecydował się wstąpić do zakonu pijarów z powodu maryjnego charakteru tego zgromadzenia. W 1656 r. złożył śluby zakonne, a 12 marca 1661 r. przyjął w Brzozowie k. Rzeszowa święcenia kapłańskie z rąk biskupa przemyskiego Stanisława Tarnowskiego. Pracował jako kaznodzieja, moderator bractwa Matki Bożej Łaskawej, prefekt w kolegium, dwukrotnie był czasowym zastępcą rektora w domu zakonnym w Warszawie. Był też cenionym spowiednikiem. Wiadomo, że spowiadał m.in. nuncjusza papieskiego w Polsce Antonio Pignatellego (przebywającego w Polsce w latach 1660-1668), który później został papieżem Innocentym XII. 27 września 1667 r. wyjechał do Rzymu na wezwanie przełożonego generalnego. W 1668 r. został wysłany przez generała do Nikolsburga (Mikulov, Czechy), a rok później we wrześniu przyjechał do rezydencji pijarów na Kazimierzu w Krakowie. W styczniu 1670 r. został uwięziony, najpierw w domu zakonnym w Podolińcu, a później w Prievidzy (Słowacja). Po 3 miesiącach został zwolniony i wrócił na Kazimierz i oddał się pod opiekę biskupa. Zrażony panującą wśród pijarów tendencją do łagodzenia reguły, w 1670 r. poprosił o zwolnienie ze ślubów i przystąpił do zakładania nowego dzieła apostolskiego. 11 grudnia tego roku z rąk wiceprowincjała M. Krausa otrzymał dyspensę papieską i jednocześnie w obecności tych samych osób dokonał aktu oblatio z zamiarem założenia Zakonu Marianów od Niepokalanego Poczęcia NMP. Od 1671 r. przez dwa lata był kapelanem u Karskich w Luboczy, tu przyjął biały habit na cześć Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. 30 września 1673 r. za radą o. Franciszka Wilgi, kameduły, i za zgodą biskupa Stefana Wierzbowskiego, o. Papczyński przybył do Puszczy Korabiewskiej (zwanej potem Maryjańską, obecnie – Mariańską), gdzie został przełożonym wspólnoty pustelników. Biskup Jacek Święcicki, archidiakon i oficjał warszawski, podczas wizytacji 24 października 1673 r. zatwierdził dekretem pierwszy klasztor zakonu marianów. Ten moment uważa się za początek historii Zgromadzenia Księży Marianów. W 1677 r. fundacja instytutu Księży Eremitów Marianów w Puszczy Korabiewskiej została zaaprobowana przez Sejm Rzeczypospolitej. W tym samym roku biskup poznański Stefan Wierzbowski zaprosił marianów do tworzonej właśnie Nowej Jerozolimy (obecnie Góra Kalwaria). Stanisław Papczyński wraz ze swoją wspólnotą roztoczył tam opiekę duszpasterską nad pielgrzymami. W czerwcu 1684 r. Założyciel zwołał w Puszczy Korabiewskiej pierwszą kapitułę generalną, a sześć lat później pojechał do Rzymu, by uzyskać aprobatę papieską dla mariańskiego instytutu. Jednak choroba pokrzyżowała jego plany i musiał wrócić, nie osiągnąwszy celu. Jesienią 1698 r. wysłał do Rzymu w tej samej sprawie o. Joachima Kozłowskiego. 21 września 1699 r. zakon marianów uzyskał aprobatę od Stolicy Apostolskiej; po przyjęciu “Reguły Dziesięciu Cnót Najświętszej Maryi Panny” i agregacji do zakonu Braci Mniejszych zakon marianów stał się zakonem o ślubach uroczystych. 15 października tego roku powstała trzecia fundacja w Goźlinie. 6 czerwca 1701 r. o. Stanisław Papczyński złożył w Warszawie uroczyste śluby na ręce nuncjusza apostolskiego Franciszka Pignatellego (w Polsce w latach 1700-1703). Miesiąc później przyjął profesję zakonną swoich współbraci. Przez ostatnie lata założyciel marianów stopniowo zapadał na zdrowiu i 17 września 1701 r. umarł w Górze Kalwarii, gdzie też w kościele Wieczerzy Pańskiej został pochowany. Do dziś jego doczesne szczątki doznają czci w tym maleńkim kościele na Mariankach w Górze Kalwarii. Beatyfikacji o. Stanisława dokonał 16 września 2007 r. w Licheniu kard. Tarcisio Bertone, legat papieski. Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 18 maja – w dniu urodzin.
Antonia przyszła na świat 21 czerwca 1919 roku w Orgosolo, w pobliżu Nuoro, na Sardynii. Była drugim z dziesięciorga dzieci skromnego pracownika lokalnej administracji. Jej dzieciństwo wypełnione było pokorną służbą, ubóstwem i modlitwą. Bóg już w pierwszych latach jej życia przygotowywał dziewczynkę na przyjęcie łaski męczeństwa. Swym dziecięcym sercem gorąco służyła rodzicom i Bogu. Nie znamy zbyt wielu faktów z jej życia. W latach szkolnych zaangażowała się w działalność Akcji Katolickiej. Już wtedy bezgranicznie chciała służyć potrzebującym i ubogim. Jej życie rozpoczęło się zaraz po wielkiej burzy I wojny światowej. Pozostało po nim świadectwo dziewiczej miłości do Boga i Matki Przenajświętszej. W ciszy radości, na uboczu, przyszła na świat. W ciszy cierpienia, na uboczu, odeszła do nieba. Był dzień 17 maja 1935 roku w Orgosolo. Zakończyła życie ziemskie w wieku 16 lat, gdy podczas zbierania chrustu, w lesie, została zamordowana przez chcącego ją zgwałcić młodzieńca. Umarła, wybaczając swemu prześladowcy. Uroczysty pogrzeb Antonii stał się pierwszym aktem czci, oddanej jej przez wszystkich mieszkańców parafii. Do grona błogosławionych wprowadził ją papież św. Jan Paweł II w dniu 4 października 1987 roku.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
16 maja
Święty Andrzej Bobola, prezbiter i męczennik patron Polski
Andrzej urodził się 30 listopada 1591 r. w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, bardzo przywiązanej do religii katolickiej. Nauki humanistyczne wstępne i średnie wraz z retoryką Andrzej pobierał w jednej ze szkół jezuickich, prawdopodobnie w Wilnie, w latach 1606-1611. Tu zdobył sztukę wymowy i doskonałą znajomość języka greckiego, co ułatwiło mu w przyszłości rozczytywanie się w greckich ojcach Kościoła i dyskusje z teologami prawosławnymi. 31 lipca 1611 r., w wieku 20 lat, wstąpił do jezuitów w Wilnie. Po dwóch latach nowicjatu złożył w 1613 r. śluby proste. W latach 1613-1616 studiował filozofię na Akademii Wileńskiej, kończąc studia z wynikiem dobrym. Ówczesnym zwyczajem jako kleryk został przeznaczony do jednego z kolegiów do pracy pedagogicznej. Po dwóch latach nauczania młodzieży (1616-1618), najpierw w Brunsberdze (Braniewie), w stolicy Warmii, a potem w Pułtusku, wrócił na Akademię Wileńską na dalsze studia teologiczne (1618-1622), które ukończył święceniami kapłańskimi (12 marca 1622 r.). Rok później dopuszczony został do tak zwanej “trzeciej probacji” w Nieświeżu. W latach 1623-1624 był rektorem kościoła, kaznodzieją, spowiednikiem, misjonarzem ludowym i prefektem bursy dla ubogiej młodzieży w Nieświeżu. Jako misjonarz, Andrzej obchodził zaniedbane wioski, chrzcił, łączył sakramentem pary małżeńskie, wielu grzeszników skłonił do spowiedzi, nawracał prawosławnych. W latach 1624-1630 kierował Sodalicją Mariańską mieszczan, prowadził konferencje z Pisma świętego i dogmatyki. Wreszcie został mianowany rektorem kościoła w Wilnie. W latach 1630-1633 był przełożonym nowo założonego domu zakonnego w Bobrujsku. Następnie przebywał w Połocku w charakterze moderatora Sodalicji Mariańskiej wśród młodzieży tamtejszego kolegium (1633-1635). W roku 1636 był kaznodzieją w Warszawie. W roku 1637 pracował ponownie w Połocku jako kaznodzieja i dyrektor studiów młodzieży. W latach 1638-1642 pełnił w Łomży urząd kaznodziei i dyrektora w szkole kolegiackiej. W latach 1642-1643 ponownie w Wilnie pełnił funkcję moderatora Sodalicji Mariańskiej i kaznodziei. Podobne obowiązki spełniał w Pińsku (1643-1646), a potem ponownie w Wilnie (1646-1652). Od roku 1652 pełnił w Pińsku urząd kaznodziei w kościele św. Stanisława. W tym czasie oddawał się pracy misyjnej nad ludem w okolicach Pińska. Z relacji mu współczesnych wynika, że Andrzej był skłonny do gniewu i zapalczywości, do uporu we własnym zdaniu, niecierpliwy. Jednak zostawione na piśmie świadectwa przełożonych podkreślają, że o. Andrzej pracował nad sobą, że miał wybitne zdolności, był dobrym kaznodzieją, miał dar obcowania z ludźmi. Dowodem tego były usilne starania ówczesnego prowincjała zakonu w Polsce u generalnego przełożonego, aby o. Andrzeja dopuścić do “profesji uroczystej”, co było przywilejem tylko jezuitów najzdolniejszych i moralnie stojących najwyżej. Wytrwałą pracą nad sobą o. Andrzej doszedł do takiego stopnia doskonałości chrześcijańskiej i zakonnej, że pod koniec życia powszechnie nazywano go świętym. Dzięki Bożej łasce potrafił wznieść przeciętność na wyżyny heroizmu. Andrzej wyróżniał się żarliwością o zbawienie dusz. Dlatego był niezmordowany w głoszeniu kazań i w spowiadaniu. Mieszkańcy Polesia żyli w wielkim zaniedbaniu religijnym. Szerzyła się ciemnota, zabobony, pijaństwo. Andrzej chodził po wioskach od domu do domu i nauczał. Nazwano go apostołem Pińszczyzny i Polesia. Pod wpływem jego kazań wielu prawosławnych przeszło na katolicyzm. Jego gorliwość, którą określa nadany mu przydomek “łowca dusz – duszochwat”, była powodem wrogości ortodoksów. W czasie wojen kozackich przerodziła się w nienawiść i miała tragiczny finał. Pińsk jako miasto pogranicza Rusi i prawosławia był w tamtym okresie często miejscem walk i zatargów. Zniszczony w roku 1648, odbity przez wojska polskie, w roku 1655 zostaje ponownie zajęty przez wojska carskie, które wśród ludności miejscowej urządziły rzeź. W roku 1657 Pińsk jest w rękach polskich i jezuici mogą wrócić tu do normalnej pracy. Ale jeszcze w tym samym roku Kozacy ponownie najeżdżają Polskę. W maju roku 1657 Pińsk zajmuje oddział kozacki pod dowództwem Jana Lichego. Najbardziej zagrożeni jezuici: Maffon i Bobola opuszczają miasto i chronią się ucieczką. Muszą kryć się po okolicznych wioskach. Dnia 15 maja o. Maffon zostaje ujęty w Horodcu przez oddział Zielenieckiego i Popeńki i na miejscu ponosi śmierć męczeńską. Andrzej Bobola schronił się do Janowa, odległego od Pińska około 30 kilometrów. Stamtąd udał się do wsi Peredił. 16 maja do Janowa wpadły oddziały i zaczęły mordować Polaków i Żydów. Wypytywano, gdzie jest o. Andrzej. Na wiadomość, że jest w Peredilu, wzięli ze sobą jako przewodnika Jakuba Czetwerynkę. Andrzej na prośbę mieszkańców wsi, którzy dowiedzieli się, że jest poszukiwany, chciał użyczonym wozem ratować się ucieczką. Kiedy dojeżdżali do wsi Mogilno, napotkali oddział żołnierzy. Z Andrzeja zdarto suknię kapłańską, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano go do słupa i zaczęto bić nahajami. Kiedy ani namowy, ani krwawe bicie nie złamało kapłana, aby się wyrzekł wiary, oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z niej koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę tak, aby jednak nie pękła czaszka. Zaczęto go policzkować, aż wybito mu zęby, wyrywano mu paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Odwiązali go wreszcie oprawcy i okręcili sznurem, a dwa jego końce przymocowali do siodeł. Andrzej musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc. W Janowie przyprowadzono go przed dowódcę. Ten zapytał: “Jesteś ty ksiądz?”. “Tak”, padła odpowiedź, “moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się”. Na te słowa dowódca zamierzył się szablą i byłby zabił Andrzeja, gdyby ten nie zasłonił się ręką, która została zraniona. Kapłana zawleczono więc do rzeźni miejskiej, rozłożono go na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało do kości na głowie, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypywano sieczką, odcięto mu nos, wargi, wykłuto mu jedno oko. Kiedy z bólu i jęku wzywał stale imienia Jezus, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język u nasady. Potem powieszono go twarzą do dołu. Uderzeniem szabli w głowę dowódca zakończył nieludzkie męczarnie Andrzeja Boboli dnia 16 maja 1657 roku. Kozacy wkrótce wycofali się do miasta. Ciało Męczennika przeniesiono do miejscowego kościoła. Jezuici przenieśli je potem do Pińska i pochowali w podziemiach kościoła klasztornego. Po latach o miejscu pochowania Andrzeja zapomniano. Dnia 16 kwietnia 1702 roku Andrzej ukazał się rektorowi kolegium pińskiego i wskazał, gdzie w krypcie kościoła pod ołtarzem głównym znajduje się jego grób. Ciało znaleziono nietknięte, mimo że spoczywało w wilgotnej ziemi. Było nawet giętkie, jakby niedawno zmarłego człowieka. Zaczęły się mnożyć łaski i cuda. Od roku 1712 podjęto starania o beatyfikację. Niestety, kasata jezuitów i wojny, a potem rozbiory przerwały te starania. Ponownie Andrzej miał ukazać się w Wilnie w 1819 r. dominikaninowi, o. Korzenieckiemu, któremu przepowiedział wskrzeszenie Polski (będącej wówczas pod zaborami) i to, że zostanie jej patronem. Ku wielkiej radości Polaków beatyfikacja miała miejsce dnia 30 października 1853 roku. W roku 1820 jezuici zostali usunięci z Rosji, a opiekę nad ciałem Świętego objęli pijarzy (1820-1830). Relikwie przeniesiono potem do kościoła dominikanów. Wreszcie po wydaleniu dominikanów (1864) przejęli straż nad kościołem i relikwiami kapłani diecezjalni. W roku 1917 przy udziale metropolity mohylewskiego Edwarda von Roppa dokonano przełożenia relikwii. W roku 1922, po wybuchu rewolucji, ciało zostało przeniesione do Moskwy do muzeum medycznego. W roku 1923 rząd rewolucyjny na prośbę Stolicy Apostolskiej zwrócił śmiertelne szczątki bł. Andrzeja. Przewieziono je do Watykanu do kaplicy św. Matyldy, a w roku 1924 do kościoła jezuitów w Rzymie Il Gesu. 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, Pius XI dokonał uroczystej kanonizacji bł. Andrzeja (wraz z bł. Janem Leonardim i bł. Salvatorem de Horta). W roku 1938 relikwie św. Andrzeja zostały uroczyście przewiezione do kraju. Przejazd relikwii specjalnym pociągiem przez Lublianę, Budapeszt do Polski, a następnie przez wiele polskich miast (w tym Kraków, Poznań, Łódź aż do Warszawy) był wielkim wydarzeniem. W każdym mieście na trasie organizowano uroczystości z oddaniem czci świętemu Męczennikowi. W Warszawie, po powitaniu w katedrze, relikwie spoczęły w srebrno-kryształowej trumnie-relikwiarzu w kaplicy jezuitów przy ul. Rakowieckiej. W roku 1939 relikwie zostały przeniesione do kościoła jezuitów na Starym Mieście. Podczas pożaru tego kościoła trumnę przeniesiono do dominikańskiego kościoła św. Jacka, by w roku 1945 przenieść ją ponownie do kaplicy przy ul. Rakowieckiej. Tam do dziś szczątki doznają czci w nowo wybudowanym kościele św. Andrzeja Boboli, podniesionym do rangi narodowego sanktuarium. Warto jeszcze dodać, że z okazji 300-letniej rocznicy śmierci św. Andrzeja papież Pius XII wydał osobną encyklikę (16 V 1957), wychwalając wielkiego Męczennika. W kwietniu 2002 r. watykańska Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przychylając się do prośby Prymasa Polski kard. Józefa Glempa, nadała św. Andrzejowi Boboli tytuł drugorzędnego patrona Polski. Od tej pory obchód ku jego czci podniesiony został w całym kraju do rangi święta. Uroczystego ogłoszenia św. Andrzeja Boboli patronem Polski dokonał kard. Józef Glemp w Warszawie podczas Mszy świętej w sanktuarium ojców jezuitów, w którym są przechowywanie relikwie Świętego, 16 maja 2002 r. Święty jest ponadto patronem metropolii warszawskiej, archidiecezji warmińskiej, diecezji drohiczyńskiej, łomżyńskiej, pińskiej i płockiej. Jest czczony także jako patron kolejarzy.W ikonografii św. Andrzej Bobola przedstawiany jest w stroju jezuity z szablami wbitymi w jego kark i prawą rękę lub jako wędrowiec.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
16 maja
Święty Szymon Stock, zakonnik
Szymon urodził się w 1175 r. w hrabstwie Kentu, w Anglii. Jako młodzieniec opuścił dom rodzinny i udał się na pustkowie, by tam poświęcić się wyłącznie życiu bogomyślnemu. Celę urządził sobie w pniu starego dębu. Stąd jego drugie imię: Szymon Pień (ang. stock – pień). Kiedy Turcy zmusili karmelitów do opuszczenia Ziemi Świętej, ci przybyli do Anglii (1237). Szymon wkrótce wstąpił do tego kontemplacyjnego zakonu, a w roku 1245 na kapitule w Aylesford wybrano go jego generałem. Podczas jego kadencji karmelici stali się popularnym zakonem w całej Europie. Mieszkając dotychczas zazwyczaj na pustkowiu w eremach, swoje obowiązki duszpasterskie podjęli teraz (po zmianach w regule wprowadzonych przez Szymona Stocka) także w miastach. Szymon jest jednak znany przede wszystkim w związku z nabożeństwem szkaplerza. W roku 1251 miał wizję, podczas której Maryja miała mu wręczyć szkaplerz i zapewnić, że wszyscy, którzy będą go nosić, cieszyć się będą szczególnym błogosławieństwem, a po śmierci unikną wiecznej kary. Szkaplerz – to długi, rozcięty po bokach płaszcz bez rękawów. Noszą go zakonnicy. Ma różne kolory, w zależności od zakonu: biały, czarny, brązowy. Szkaplerz karmelitański przybrał okrojoną formę dwóch płócienek zawieszonych na szyi lub medalika, na którym jest przedstawiony. Szymon Stock zmarł 16 maja 1265 r. w Bordeaux podczas wizytacji jednego z francuskich klasztorów. Oprócz nabożeństwa szkaplerznego pozostawił po sobie kilka pism, m.in. O pokucie chrześcijańskiej, kilka homilii, kilka listów oraz dwie antyfony ku czci Najświętszej Maryi Panny.W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako mnich w habicie karmelitów, czasami w scenach z Matką Bożą, która wręcza mu szkaplerz lub wraz ze Świętym wyprowadza z czyśćca cierpiących. Jego atrybutem jest pies przynoszący chleb.
Greckie imię Zofia znaczy tyle, co “mądrość”. W IV w. Konstantyn I Wielki wystawił w Konstantynopolu bazylikę ku czci “Mądrości Bożej”, którą w wieku VI cesarz Justynian (+ 565) rozbudował i upiększył tak dalece, iż należała do najwspanialszych świątyń chrześcijaństwa. Być może, że właśnie ta świątynia Hagia Sophia (Świętej Mądrości Bożej) spopularyzowała imię Zofii. Posiadamy wiele żywotów św. Zofii w różnych językach, co świadczy, jak bardzo jej kult był powszechny. Są to jednak żywoty bardzo późne (wiek VII i VIII) i podają tak nieraz sprzeczne informacje, że trudno z nich coś pewnego wydobyć. Według tych tekstów Zofia miała mieszkać w Rzymie w II w. za czasów Hadriana I. Była wdową i miała trzy córki: Pistis, Elpis i Agape (Wiarę, Nadzieję i Miłość). Dziewczynki miały mieć odpowiednio 12, 10 i 9 lat. Namiestnik Antioch wezwał Świętą, by złożyła ofiarę kadzidła na ołtarzu bogini Diany. Kiedy Zofia stanowczo odmówiła, wyprowadzono jej nieletnie dzieci i poddano na oczach matki wyszukanym torturom. Nie załamało to wszakże bohaterskiej matki. Owszem, zdobyła się na to, że zachęcała swoje dzieci do wytrwania. Namiestnik, zdumiony takim męstwem, miał pozostawić Zofię przy życiu. Ta jednak zmarła z boleści za córkami na ich grobie. Inna wersja wspomina, że Zofia miała pochodzić z Mediolanu. Tam też miała ponieść wraz z córkami męczeńską śmierć. Papież Paweł I (756-767) sprowadził jej relikwie do kościoła S. Silvestro in Capite w Rzymie. Ze wszystkich opisów jedno wydaje się pewne: że taka Święta żyła, miała trzy córki i została umęczona za wiarę. Utwierdza nas w tym kult Zofii, bardzo wczesny i powszechny zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Dalszy rozwój jej kultu miał miejsce w połowie VII w. z chwilą sprowadzenia jej relikwii do alzackiego klasztoru w Eschau oraz za pontyfikatu papieża Sylwestra II. Obecnie relikwie wszystkich męczennic znajdują się w krypcie kościoła św. Pankracego w Rzymie. Zofia jest patronką matek, wdów, wzywana bywa w niedoli i w przypadku szkód wyrządzonych przez przymrozki.W ikonografii św. Zofia przedstawiana jest w otoczeniu trzech córek: Wiary, Nadziei i Miłości, trzymających w dłoniach krzyże. Mają często korony na głowach, a także miecze w dłoniach.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
14 maja
Święty Maciej, Apostoł
Z Dziejów Apostolskich wynika, że Maciej był jednym z pierwszych uczniów Jezusa. Wybrany został przez Apostołów do ich grona na miejsce Judasza, po jego zdradzie i samobójstwie (Dz 1, 15-26). Maciejowi udzielono święceń biskupich i władzy apostolskiej przez nałożenie rąk. Piotr był przekonany, że tak jak Stary Testament opierał się na 12 synach Jakuba patriarchy, tak i Nowy Testament miał się opierać na 12 Apostołach. Skoro zaś liczba ta została zdekompletowana, należało ją uzupełnić. Tego samego zdania byli także inni Apostołowie. Rozstrzyganie spornych spraw przez losowanie było wówczas zwyczajem powszechnie przyjętym. Nie decydowała tu jednak przypadkowość czy jakiś inny wzgląd, ale głęboka wiara w nadprzyrodzoną interwencję Ducha Świętego. Wyraźnie wskazują na to słowa Księcia Apostołów: “Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś” (Dz 1, 24). Poza opisem powołania nie ma o nim pewnych informacji. Według Euzebiusza z Cezarei, św. Maciej był jednym z 72 uczniów Pana Jezusa. Był pochodzenia żydowskiego, jak na to wskazuje pochodzenie wszystkich Apostołów, a także uczniów Chrystusa. Także hebrajskie imię teoforyczne Mattatyah (greckie Theodoros lub łacińskie Adeodatus – dar Jahwe) wskazuje na żydowskie pochodzenie Apostoła. O pracy apostolskiej św. Macieja nie możemy wiele powiedzieć, chociaż w starożytności chrześcijańskiej krążyło wiele legend na jej temat. Według nich miał on głosić najpierw Ewangelię w Judei, potem w Etiopii, wreszcie w Kolchidzie, a więc na rubieżach Słowian. Miał jednak ponieść śmierć męczeńską w Jerozolimie, ukamienowany jako wróg narodu żydowskiego i jego zdrajca. Natomiast Klemens Aleksandryjski (+ 215), najbliższy czasom św. Macieja, wyraża opinię, że Maciej zmarł śmiercią naturalną ok. roku 50 (inni podają rok 80). Wśród pism apokryficznych o św. Macieju zachowały się jedynie fragmenty tak zwanej Ewangelii św. Macieja oraz fragmenty Dziejów św. Macieja. Oba pisma powstały w wieku III i mają wyraźnie zabarwienie gnostyckie. Po prostu imieniem Apostoła chcieli posłużyć się jako szyldem heretycy, aby swoim błędom dać większą powagę i pozory prawdy. Relikwie św. Macieja miała odnaleźć według podania św. Helena, cesarzowa, matka Konstantyna Wielkiego. W czasach późniejszych miały zostać rozdzielone dla wielu kościołów. Są one obecnie w Rzymie w bazylice Matki Bożej Większej, w Trewirze w Niemczech i w kościele św. Justyny w Padwie. W Trewirze kult św. Macieja był kiedyś bardzo rozwinięty. Św. Maciej jest patronem Hanoweru oraz m.in. budowniczych, kowali, cieśli, stolarzy, cukierników i rzeźników oraz alkoholików i chorych na ospę. Wzywają go niepłodne małżeństwa oraz chłopcy rozpoczynający szkołę.W ikonografii przedstawiany jest św. Maciej w długiej, przepasanej tunice i w płaszczu. Jego atrybuty: halabarda, księga, krzyż; kamienie, miecz, topór, włócznia – którymi miał być dobity.
W 1916 r. w niewielkiej portugalskiej miejscowości o nazwie Fatima trójce pobożnych dzieci: sześcioletniej Hiacyncie, jej o dwa lata starszemu bratu Franciszkowi oraz ich ciotecznej siostrze, dziewięcioletniej Łucji, ukazał się Anioł Pokoju. Miał on przygotować dzieci na przyjście Maryi. Pierwsze objawienie Matki Najświętszej dokonało się 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: “Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z Nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Podczas drugiego objawienia, 13 czerwca, Maryja obiecała zabrać wkrótce do nieba Franciszka i Hiacyntę. Łucji powiedziała, że Pan Jezus pragnie posłużyć się jej osobą, by Maryja była bardziej znana i kochana, by ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Dusze, które ofiarują się Niepokalanemu Sercu Maryi, otrzymają ratunek, a Bóg obdarzy je szczególną łaską. Trzecie objawienie z 13 lipca przedstawiało wizję piekła i zawierało prośbę o odmawianie różańca. Następnego objawienia 13 sierpnia nie było z powodu aresztowania dzieci. Piąte objawienie 13 września było ponowieniem prośby o odmawianie różańca. Ostatnie, szóste objawienie dokonało się 13 października. Mimo deszczu i zimna w dolinie zgromadziło się 70 tys. ludzi oczekujących na cud. Cudem słońca Matka Boża potwierdziła prawdziwość swoich objawień. Podczas tego objawienia powiedziała: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy”. Chociaż objawienia Matki Bożej z Fatimy, jak wszystkie objawienia prywatne, nie należą do depozytu wiary, są przez wielu wierzących otaczane szczególnym szacunkiem. Zostały one uznane przez Kościół za zgodne z Objawieniem. Dlatego możemy, chociaż nie musimy, czerpać ze wskazówek i zachęt przekazanych nam przez Maryję. Z objawieniami w Fatimie wiążą się tzw. trzy tajemnice fatimskie. Pierwsze dwie ujawniono już kilkadziesiąt lat temu; ostatnią, trzecią tajemnicę, wokół której narosło wiele kontrowersji i legend, św. Jan Paweł II przedstawił światu dopiero podczas swojej wizyty w Fatimie w maju 2000 r. Sam Ojciec Święty wielokrotnie podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu dokonanego na jego życie właśnie 13 maja 1981 r. na Placu Świętego Piotra w Rzymie.
Bogdan Mandić urodził się 12 maja 1866 r. w Herceg Novi (Castelnuovo) w Dalmacji (obecnie Czarnogóra nieopodal granicy z Chorwacją). Był ostatnim z dwanaściorga dzieci w ubogiej chorwackiej rodzinie Piotra i Karoliny z domu Zarević. Wychował się w dużej biedzie materialnej, ale w atmosferze głębokiej miłości i pobożności. W 1884 roku wstąpił do kapucynów, przyjmując imię Leopold. Cztery lata później złożył śluby wieczyste. 20 września 1890 roku w Wenecji został wyświęcony na kapłana. Był bardzo niewielkiego wzrostu – liczył zaledwie 135 centymetrów, utykał. Mówił na tyle niewyraźnie, że przełożeni odsuwali go od głoszenia kazań. Leopold pragnął wrócić do swojej ojczyzny, aby tam propagować jedność między chrześcijanami różnych Kościołów oraz prowadzić dialog z muzułmanami i żydami. Przełożeni powierzyli mu jednak inne zadanie. Uznali, że jego “terenem misyjnym” będzie konfesjonał. Przebywając w ciasnej celi zakonnej, Leopold był po kilkanaście godzin dziennie do dyspozycji wiernych. Służył wszystkim, którzy prosili o pojednanie z Bogiem. Nie tylko udzielał rad i służył jako spowiednik, ale za penitentów ofiarował także swoje cierpienia. Posiadał charyzmat czytania w sumieniach tych, którzy przychodzili do niego po radę i pojednanie z Bogiem.
W 1906 r. został skierowany do pracy w klasztorze Świętego Krzyża w Padwie. W trakcie I wojny światowej trafił do więzienia, bo nie chciał się wyrzec chorwackiego obywatelstwa. Zakładał sierocińce, opiekował się ubogimi. Przez całe życie zmagał się ze słabościami i chorobami. Zmarł w wieku 76 lat 30 lipca 1942 r. w Padwie z powodu choroby nowotworowej. Jego beatyfikacja nastąpiła 2 maja 1976 r. i dokonał jej papież Paweł VI; św. Jan Paweł II rozciągnął jego kult na cały Kościół i wpisał go do katalogu świętych w siedem lat później, w piątą rocznicę inauguracji swego pontyfikatu – 16 października 1983 r. Nazwał go “Apostołem sakramentu pojednania”, ustanawiając go orędownikiem zarówno penitentów, jak i spowiedników. Obecnie jego wspomnienie przypada w rocznicę jego narodzin dla ziemi (12 maja).
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
Św. Leopold Mandić. Był tak brzydki, że miał posługiwać tylko w konfesjonale
Public Domain
***
Św. Leopold był prawdziwym gigantem spowiedzi. Niektórzy zarzucali mu, że zbyt łatwo udziela rozgrzeszenia. W odpowiedzi mówił: „Panie, przebacz mi, że za dużo wybaczyłem, ale to Ty dałeś mi taki zły przykład”.
30 lipca w kalendarzu – wśród wielu różnych imion – znajdziemy również Leopolda. Dlaczego on się tam znalazł? Odpowiedzią jest historia życia Bogdana Jana Mandicia. Urodził się on 12 maja 1866 r. Już w wieku 16 lat wstąpił do seminarium znanych sobie od dzieciństwa franciszkanów kapucynów. 8 lat później otrzymał święcenia kapłańskie w Wenecji.
Już jako młody ksiądz o. Leopold (to imię zakonne) wyglądał niecodziennie. Miał bowiem (według różnych źródeł) 135 lub 140 cm wzrostu, utykał, mówił niewyraźnie i jąkając się, miał zaczerwienione oczy i ręce powyginane postępującym artretyzmem.
Wymienione cechy fizyczne sprawiły, że przydzielono mu jako obowiązek duszpasterski tylko sakrament pojednania, a nie np. katechizowanie. I właśnie z zadaniem pełnienia posługi spowiednika w 1906 r. o. Mandić przyjechał do Padwy, w której pozostał aż do śmierci.
Penitent jak gość
Jego dzień zaczynała msza św. Potem była długa modlitwa – przygotowanie do udzielania sakramentu pokuty oraz związanych z nim porad. Następnie święty spowiadał. Od 12 do 15 godzin dziennie! Gdy zaś chętnych było wyjątkowo dużo, nawet nie robił przerw na jedzenie.
Początkowo o. Leopold przyjmował grzeszników w konfesjonale. Z czasem – w małym, dusznym pomieszczeniu, nazywanym „salonikiem gościnności”. Zapewne dlatego, że jego gospodarz każdego penitenta traktował jak gościa, witając go na stojąco takimi słowami: „Chodź, chodź. Proszę, usiądź”. Do tych widocznie zakłopotanych sytuacją mówił natomiast: „Proszę się nie obawiać. Proszę się nie krępować”.
Bywało przy tym, że wychodził ze swego „saloniku” i – prowadzony nadprzyrodzoną wiedzą – samym spojrzeniem lub odezwaniem się sprawiał, że dochodziło do spowiedzi kogoś, kto wcześniej wcale nie miał zamiaru do niej przystępować.
Spowiednik łagodny i cierpliwy. Chyba że…
To, jak przebiegała spowiedź, zależało od czynów wiernego. Jeżeli penitent dopuszczał się występków przeciw rodzinie, współmałżonkowi albo życiu ludzkiemu, o. Leopold reagował bardzo ostro. Potrafił np. zwymyślać mężczyznę gnębiącego swoją żonę. Wobec osób spowiadających się z innych grzechów wykazywał się wielką łagodnością i cierpliwością. Przybywający do niego ludzie opowiadali również, że święty wydawał się znać ich złe uczynki jeszcze przed ujawnieniem tychże. Naprowadzał bowiem spowiadanych na te grzechy, o których zapomnieli powiedzieć lub na te, które były za trudne do samodzielnego wyznania. Po wyznaniu grzechów był czas na pouczenie, danie pokuty oraz rozgrzeszenie.
Rady udzielane przez o. Mandicia były krótkie i pełne treści. Przykładem może być pouczenie udzielone Barnabie Gabiniemu – ostatniemu człowiekowi wyspowiadanemu przez świątobliwego franciszkanina. Gabini był wtedy młodym zakonnikiem, a spowiednik powiedział mu tylko: „Lepsza śmierć, niż zrzucenie habitu”.
Praktykipokutne nakazywane przez o. Leopolda nie były uciążliwe. Jak bowiem sam mówił: „Tym, których spowiadam, daję lekkie pokuty, dlatego resztę pokuty muszę za nich odprawić sam”. Czynił to, przede wszystkim, modląc się jeszcze długo w nocy.
Jeżeli chodzi o rozgrzeszenie, to niekiedy pojawiał się zarzut zbyt łatwego jego udzielania. W odpowiedzi, o. Leopold żartobliwie mówił: „Panie, przebacz mi, że za dużo wybaczyłem, ale to Ty dałeś mi taki zły przykład”.
Leopold spowiadał nawet w dniu swojej śmierci
Dodajmy, że po spotkaniu z franciszkaninem wyspowiadani już wierni doświadczali pocieszenia, umocnienia i pełni Bożego pokoju. Nic więc dziwnego, że ciągnęli do niego katolicy z całych Włoch i ze wszystkich grup społecznych: od arystokracji i biskupów po robotników. Przywiązani byli do niego szczególnie Padewczycy, którym udało się go zatrzymać wtedy, gdy dostał polecenie przeniesienia się z ich miasta do Fiume. I właśnie w Padwie o. Leopold zmarł po ciężkiej chorobie – nowotworze przełyku. Nowotwór ten nie przeszkodził mu w wyspowiadaniu w dniu śmierci (30 lipca 1942 r.) jeszcze 50 kapłanów.
2 maja 1976 r. nasz bohater został beatyfikowany, a datę jego wspomnienia wyznaczono właśnie na 30 lipca. Kanonizacja odbyła się 16 października 1983 r. Datę wspomnienia zmieniono wtedy na dzień jego urodzin – 12 maja.
Opactwo w Cluny zostało założone 11 września 910 r. przez księcia Akwitanii Wilhelma Pobożnego. Mianował on pierwszego opata, ale nadał opactwu przywilej nominacji kolejnych przełożonych. Dzięki temu Cluny było wolne od wpływu władzy świeckiej, podporządkowano je bezpośrednio władzy papieża.Pierwszym mianowanym przez zakonników opatem (a więc drugim chronologicznie) został w 927 r. Odon. Urodził się on ok. 878 r. w Maine we Francji jako syn rycerza Abbona. Wychowywał się na książęcym dworze Wilhelma Akwitańskiego. W wieku 19 lat został kanonikiem w kościele św. Marcina w Tours. Został wysłany na studia teologiczne i muzyczne do Paryża; odbył je pod duchowym kierownictwem św. Remigiusza z Auxerre. Po powrocie do domu spędził rok w pustelni na modlitwie, postach i umartwieniu. Kilka lat później wstąpił do benedyktynów w Baume. Tamtejszy opat, św. Bernon, dostrzegł w Odonie niepospolite zalety, które predysponowały go do odegrania znacznej roli w dziele reformy klasztornej. Dlatego też w roku 924 naznaczył go na swojego następcę jako opata sprawującego zwierzchność nad klasztorami w Baume i Cluny. Odon zdołał jednak objąć rządy opackie jedynie w Cluny, które odłączyło się ostatecznie od Baume. Dzięki niemu Cluny otrzymało potwierdzenie niezależności i zyskało znaczenie w ówczesnej Europie. Już w roku 937 siedemnaście klasztorów w Burgundii, Akwitanii, północnej Francji i Italii przystąpiło do reformy na wzór kluniackiej. Nie utworzyły one jeszcze formalnej kongregacji klasztorów, ale grunt do prawnego usankcjonowania międzyklasztornej więzi był przygotowany. Odon założył na Awentynie klasztor Matki Bożej, a także wprowadził reformy kluniackie do klasztorów na Monte Cassino i w Subiaco. Zmarł w Tours 18 listopada 942 r. Tam też został pochowany; jego relikwie spalili hugenoci w XVI w. Pozostawił po sobie sporą spuściznę literacką. Najcenniejszymi wśród niej są jego Collationes (eseje o moralności), długi poemat w heksametrach Occupatio, Vita sancti Geraldi Aurelianensis comitis (żywot św. Gerarda z Aurillac) oraz nieco utworów o charakterze liturgicznym (antyfony, hymny itp.).Następcą Odona został Aymard, który sprawował rządy od 942 r. do 954 r. Po nim opatem Cluny został św. Majol. Urodził się on między 906 a 915 r. w Valensole lub w Awinionie, w rodzinie bardzo zamożnej. Przez św. Bernona został mianowany kanonikiem katedralnym. Podjął studia w Lyonie. Po powrocie zaczął nauczać w szkole biskupiej. Gdy mieszkańcy Besançon zażądali, aby zasiadł na tamtejszej stolicy arcybiskupiej, odmówił i schronił się w Cluny. W latach 942-948 był tam bibliotekarzem i apokryzjariuszem, potem został koadiutorem opata Aymarda. Gdy ten ostatni w roku 954 zmarł, zajął jego miejsce. Majol roztropnie rządził opactwem, był też doradcą papieży, cesarzy i innych możnych tego świata. Reformę zawdzięcza mu wiele klasztorów we Francji, Niemczech i Italii. W roku 972 uczestniczył w zaślubinach Ottona II z Teofano. Gdy wracał, Saraceni porwali go na zboczach Wielkiego św. Bernarda, ale po kilku tygodniach wypuścili w zamian za duży okup. Kiedy w roku 974 zamordowano papieża Benedykta VI, cesarz chciał go osadzić na stolicy św. Piotra. Majol jednak propozycji nie przyjął. W 959 r. przedsięwziął budowę nowego kościoła przy opactwie. Konsekrowano go w roku 981. W dwanaście lat później, czując ubytek sił, wybrał na swego następcę Odylona. Odpowiadając na nalegania Hugona Kapeta, udał się do Saint-Denis, aby zreformować tamtejsze opactwo. Zmarł w drodze, w Sauvigny, w dniu 11 maja 994 r. Jego życiorysy komponowali Syrus, Odylon i Nagold. Kult Majola był przez stulecia jednym z najbardziej popularnych we Francji.Odylon urodził się w roku 962 w Mercoeur. Początkowo był kanonikiem w Brioude, ale ok. 990 r. opat Majol pociągnął go do życia benedyktyńskiego. Odylon został jego koadiutorem, a od roku 994 – następcą. Okazał się surowym dla siebie samego, ale pełnym dobroci dla drugich. W roku 997 wyprawił się do Paryża i Rzymu. Zetknął się wtedy z panującymi i papieżami. Dwa lata później spotkał się z cesarzową Adelajdą. Potem zaopatrzył ją na śmierć i zredagował jej żywot. W czasie wielkiego głodu w roku 1006 nie wahał się przetopić świętych naczyń oraz złotej korony ofiarowanej opactwu przez św. Henryka, aby zaradzić potrzebom ludu. Cluny przeżywało okres świetności i cieszyło się poparciem Henryka II, Roberta Pobożnego, Benedykta VIII i Jana XIX. Opat zadbał wówczas o odbudowę i modyfikację klasztornych obiektów, do mnichów wygłaszał liczne konferencje, ułożył żywot swego poprzednika i hymny ku jego czci. Kazał modlić się za dusze zmarłych zwłaszcza w dniu 2 listopada; zwyczaj ten, jako Dzień Zaduszny, z czasem przyjął się w całym Kościele zachodnim. Przyczynił się też razem z Ryszardem z Saint-Vanne do ustanowienia treuga Dei: zawieszenia broni i ustania wszelkiej wrogości od wieczora w środę do poranka w poniedziałek. W roku 1047 jeszcze raz wizytował podległe mu klasztory i udał się do Rzymu. Zmarł 1 stycznia 1049 r. w Souvigny. W roku 1063 Piotr Damiani jako legat papieski konsekrował tam kościół, dokonał podniesienia relikwii Odylona i przygotował nową redakcję jego żywota.Kolejnym opatem został Hugon. Urodził się w roku 1024 w Burgundii. Ojciec pragnął, by został rycerzem; Hugon jednak schronił się w opactwie w Cluny. W 1044 r. wyświęcony został na kapłana, a wkrótce potem mianowano go przeorem. Pięć lat później zmarł jego mistrz – opat Odylon. Hugon, który w tym czasie przebywał na sejmie w Wormacji, objął po nim rządy w Cluny, które sprawować miał przez sześćdziesiąt lat. W tym czasie odegrał doniosłą rolę w usunięciu grożącego sporu przy wyborze Leona IX. Dziewięciu kolejnym papieżom służył cennymi radami i szeroko zakrojoną współpracą. Na Węgrzech wiódł negocjacje pokojowe między królem Andrzejem I a cesarzem Henrykiem IV; u boku legatów papieskich brał czynny udział w licznych synodach; towarzyszył samym papieżom w ich podróżach po Francji. Skłonił Bernarda, opata w St. Victor, do spisania zwyczajów (Consuetudines) kluniackich, a następnie zorganizował zależne od Cluny fundacje benedyktyńskie w jedną kongregację i ustanowił dla niej kapitułę generalną. W tym celu odbył wiele podróży do Niemiec, Hiszpanii, Węgier i Italii. Hugon wybudował w Cluny olbrzymią pięcionawową bazylikę: w roku 1095 Urban II poświęcił w niej główny ołtarz. Hugon I – bo tak go w Cluny nazywano – zmarł 28 lub 29 kwietnia 1109 r.Ostatnim ze wspominanych dziś w zakonach benedyktyńskich opatów kluniackich był Piotr zwany Czcigodnym. Urodził się około 1094 r. w Owernii. Rodzice powierzyli go jako oblata przeoratowi benedyktynów w Sauxillanges. W 1109 r. złożył profesję zakonną. Był potem przeorem w Vézelay i w Domne. W sierpniu 1122 r. obrano go opatem w Cluny. Był nim do swej śmierci, która nastąpiła 25 grudnia 1156 r. W czasie swych długoletnich rządów śledził pilnie rozwój zakonu, w czym pomagały mu podróże do Anglii, Italii i Niemiec. Jego poglądy na monastycyzm stały się okazją do polemiki ze św. Bernardem z Clairvaux. Był mężem modlitwy i wielkiego serca. Pozostawił po sobie kilka dziełek apologetycznych: Tractatus adversus Petrobrusianos haereticos, Summula quaedam brevis contra haereses et sectam diabolicae fraudis Saracenorum oraz Tractatus adversus Iudaeorum inveteratam duritiem. W De miraculis pozostawił interesujące świadectwo średniowiecznego pojmowania świętości. Kazał przetłumaczyć na łacinę Koran. Z dziełka, napisanego na temat Księgi islamu, zachowały się tylko dwa rozdziały. Ułożył też kilka hymnów liturgicznych i innych utworów poetyckich. Dysponujemy także jego obfitą korespondencją. Jego żywot wkrótce po 1156 r. napisał Rudolf, mnich z Cluny. U benedyktynów wspomina się go razem z innymi świętymi opatami tego ośrodka, w dniu 11 maja.
Jan urodził się 6 stycznia 1500 r. w Almodóvar del Campo, w hiszpańskiej rodzinie szlacheckiej o korzeniach żydowskich. Już jako 14-latek podjął studia prawnicze na uniwersytecie w Salamance, a potem studiował filozofię i teologię w seminarium w Alcalá. Po śmierci rodziców rozdał majątek ubogim. Po przyjęciu święceń kapłańskich zaprosił do stołu na obiad prymicyjny dwunastu żebraków i osobiście im usługiwał. Pragnął wyjechać na misje do Ameryki, ale arcybiskup Sewilli zlecił mu wędrowne misje ludowe. Przemierzał więc całą Andaluzję, katechizując dzieci i ucząc dorosłych modlitwy, a nade wszystko spowiadał. Ponieważ nie przyjmował ofiar za intencje mszalne, wiódł bardzo ubogi żywot. W 1531 r. oskarżono go o iluminizm – przeświadczenie, że prawdę można poznać nie drogą rozumowania, lecz wyłącznie intuicyjnie, dzięki oświeceniu umysłu przez Boga. Podejrzewany o głoszenie herezji, spędził dwa lata w więzieniu inkwizycji, ale ostatecznie oczyszczono go z zarzutów i po licznych interwencjach został uwolniony. Udał się wtedy do Granady, a potem powrócił do Andaluzji. Po 1540 r. poświęcił się dziełu tworzenia sieci kolegiów oraz szkół wyższych. Założył m.in. uniwersytet w Baeza na południu Hiszpanii. Powołał także do istnienia stowarzyszenie życia wewnętrznego. Do historii przeszedł nie tylko jako misjonarz ludowy, mistyk, wykładowca akademicki i autor dzieł o życiu duchowym, które wysoko cenili m.in. św. Franciszek Salezy i św. Alfons Liguori. Był bowiem porywającym kaznodzieją, a głoszone przez niego nauki doprowadziły do niejednego nawrócenia. Wystarczy przypomnieć św. Jana Bożego, który po wysłuchaniu w Granadzie jego kazania tak gorliwie pokutował i okazywał żal za grzechy, że został uznany za szaleńca. Z kolei wicekról Katalonii tak bardzo był poruszony kazaniem Jana wygłoszonym podczas pogrzebu królowej Izabeli Portugalskiej, że wstąpił do jezuitów – znamy go jako św. Franciszka Borgiasza. Do grona duchowych podopiecznych Jana, z którymi prowadził korespondencję, należeli także święci: Ludwik z Granady, Ignacy Loyola i Teresa z Ávila. Zmarł 10 maja 1569 r. w Montilla koło Kordoby. Jego kult zaaprobował Klemens XIII, ogłaszając go sługą Bożym w dniu 8 lutego 1759 r. Beatyfikował go Leon XIII 4 kwietnia 1894 r. W dniu 31 maja 1970 roku kanonizował go papież Paweł VI, który uważał, że Jan powinien być wzorem do naśladowania dla wszystkich współczesnych księży, cierpiących na kryzys tożsamości. 7 października 2012 r. papież Benedykt XVI ogłosił św. Jana z Avili doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Hildegardą z Bingen.
Adrian (znany także jako Hadrian) urodził się w VII w. w północnej Afryce. W wieku ok. 10 lat przybył z rodziną do Neapolu, uciekając przed arabską inwazją. Wstąpił do klasztoru benedyktynów niedaleko Monte Cassino. Został z czasem opatem Niridanum, klasztoru na wyspie Nisida w Zatoce Neapolitańskiej. Papież św. Witalian (pontyfikat 657-672) nominował go dwukrotnie na arcybiskupa Canterbury. Adrian odmówił przyjęcia tego zaszczytu, gdyż uważał się za niegodnego. Na to miejsce zaproponował św. Teodora z Tarsu. Witalian zgodził się, ale mianował Adriana asystentem nowego arcybiskupa Canterbury. Obaj przez Francję wyruszyli w 668 r. do Brytanii. Podczas podróży Adrian został uwięziony przez Ebroina, burmistrza Neustrii we Francji, który podejrzewał, że Święty udaje się do angielskich królów z tajną misją od cesarza Konstansa II. Teodor musiał pojechać dalej sam. Kiedy Adrian został uwolniony, pojechał do Brytanii i tam został mianowany opatem w klasztorze świętych Piotra i Pawła w Canterbury (późniejsze opactwo św. Augustyna z Canterbury). Adrian wspierał biskupa Teodora w umacnianiu rzymskiego Kościoła w Anglii. Jemu przypisuje się zasługę utrwalenia chorału gregoriańskiego w angielskich kościołach. Opat Adrian przekształcił szkołę klasztorną w Canterbury w prężny ośrodek naukowy, w którym wiedzę pobierało wielu studentów, także z zagranicy. Oprócz prowadzenia studiów biblijnych, nauczał tam greki i łaciny, matematyki, poezji i astronomii. Tłumaczył też na staroangielski. Zmarł 9 stycznia 710 roku i został pochowany w klasztornym kościele. Jego grób stał się miejscem licznych pielgrzymek za sprawą cudów. Kiedy nastąpiło otwarcie grobu w roku 1091, ciało znaleziono w nienaruszonym stanie.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
8 maja
Święty Stanisław, biskup i męczennik główny patron Polski
Najdawniejszym i pierwszym źródłem do żywotu św. Stanisława są roczniki, czyli notatki według kolejności lat o najdawniejszych wydarzeniach, które za czasów arcybiskupa Arona (+ 1059) zostały przywiezione do Krakowa i które dalej uzupełniano, oraz Katalog biskupów krakowskich. W obu tych dokumentach znajdują się daty rządów św. Stanisława i wiadomość o translacji (przeniesieniu) jego ciała. O św. Stanisławie pisze pierwszy historyk polski, Anonim, zwany potocznie Gallem (ok. 1112), i – obszernie – bł. Wincenty Kadłubek (+ 1223), który jako biskup krakowski mógł mieć szersze informacje o swoim poprzedniku. Pierwszy, właściwy żywot św. Stanisława napisał dominikanin, Wincenty z Kielc, ok. 1240 roku. Żywot ten posłużył jako podstawa do kanonizacji męczennika.Stanisław urodził się w Szczepanowie prawdopodobnie około 1030 r. Podawane imiona rodziców: Wielisław i Małgorzata lub Bogna nie są pewne. Stanisław miał pochodzić z rodu Turzynów, mieszkających we wsi Raba i Szczepanów koło Bochni w ziemi krakowskiej. Wioska Szczepanów miała być własnością jego rodziny. Swoje pierwsze studia Stanisław odbył zapewne w domu rodzinnym, potem być może w Tyńcu w klasztorze benedyktyńskim. Nie jest wykluczone, że dalsze studia odbywał zgodnie z ówczesnym zwyczajem za granicą. Wskazuje się najczęściej na słynną wówczas szkołę katedralną w Leodium (Liege w Belgii) lub Paryż. Święcenia kapłańskie otrzymał ok. roku 1060. Biskup krakowski, Lambert Suła, mianował Stanisława kanonikiem katedry. Na zlecenie biskupa Stanisław założył, jak się przypuszcza, Rocznik krakowski, czyli rodzaj kroniki katedralnej, w której notował ważniejsze wydarzenia z życia diecezji. Po śmierci Lamberta (1070) Stanisław został wybrany jego następcą. Wybór ten zatwierdził papież Aleksander II. Konsekracja odbyła się jednak dopiero w roku 1072. Dwa lata przerwy wskazywałyby, że mogło chodzić w tym wypadku o jakieś przetargi, których okoliczności bliżej nie znamy. O samej działalności duszpasterskiej Stanisława wiemy niewiele. Dał się poznać jako pasterz gorliwy, ale i bezkompromisowy. Pewnym jest, że w swojej rodzinnej wiosce wystawił drewniany kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, który dotrwał do XVIII wieku. Dla biskupstwa nabył wieś Piotrawin na prawym brzegu Wisły. Jest bardzo prawdopodobne, że wygrał przed sądem książęcym spór o tę wieś ze spadkobiercami jej zmarłego właściciela. Opowieść o wskrzeszeniu Piotra jest legendą. Na pierwszym miejscu jednak największą zasługą Stanisława było to, że dzięki poparciu króla Bolesława Śmiałego, który go protegował na stolicę krakowską, udał się do papieża Grzegorza VII wyjednać wskrzeszenie metropolii gnieźnieńskiej. W ten sposób raz na zawsze ustały automatycznie pretensje metropolii magdeburskiej do zwierzchnictwa nad diecezjami polskimi. Św. Grzegorz VII przysłał do Polski 25 kwietnia 1075 r. swoich legatów, którzy orzekli prawomocność erygowania metropolii gnieźnieńskiej z roku 999/1000 oraz jej praw. Prawdopodobnie ustanowili też oni na stolicy arcybiskupiej św. Wojciecha nowego metropolitę, którego jednak imienia nie znamy. W centrum zainteresowania kronikarzy znalazł się przede wszystkim fakt zatargu Stanisława z królem Bolesławem Śmiałym, który zadecydował o chwale pierwszego, a tragicznym końcu drugiego. Trzeba bowiem przyznać, że Bolesław Śmiały, zwany również Szczodrym, należał do postaci wybitnych. Popierał gorliwie reformy Grzegorza VII. Po zawierusze pogańskiej odbudował wiele kościołów i klasztorów. Sprowadzał chętnie nowych duchownych do kraju. Koronował się na króla i przywrócił Polsce suwerenną powagę. Gall Anonim tak opisuje morderstwo Stanisława: “Jak zaś król Bolesław został z Polski wyrzucony, długo byłoby opowiadać. Lecz to wolno powiedzieć, że nie powinien pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. Tym bowiem sobie wiele zaszkodził, że do grzechu grzech dodał; że za bunt skazał biskupa na obcięcie członków. Ani więc biskupa-buntownika nie uniewinniamy, ani króla mszczącego się tak szpetnie nie zalecamy”. Z tekstu wynika, że Gall sympatyzuje z królem, a biskupowi krakowskiemu przypisuje wyraźnie zdradę. Nie można się temu dziwić, skoro kronikarz żył z łaski książęcej. Pisał bowiem swoją historię na dworze Bolesława Krzywoustego, bratanka Bolesława Śmiałego. Mamy jeszcze jedną kronikę, napisaną przez bł. Wincentego Kadłubka, który był kolejnym biskupem krakowskim – a więc miał dostęp do źródeł bezpośrednich, których my dziś nie posiadamy. Według jego relacji sprawy miały przedstawiać się w sposób następujący: “Bolesław był prawie zawsze w kraju nieobecny, gdyż nieustannie brał udział w zbrojnych wyprawach. Historia to potwierdza faktycznie. I tak zaraz na początku swoich rządów (1058) udaje się do Czech, gdzie ponosi klęskę. Z kolei dwa razy wyrusza na Węgry, aby poprzeć króla Belę I przeciwko Niemcom (1060 i 1063). W roku 1069 wyruszył do Kijowa, aby tam poprzeć księcia Izasława, swojego krewnego, w zatargu z jego braćmi. W latach 1070-1072 widzimy znowu króla Bolesława w Czechach. Podobnie w latach 1075-1076. Po śmierci Beli I w roku 1077 Bolesław wprowadza na tron węgierski jego brata, św. Władysława. Wreszcie wyprawa druga do Kijowa (1077) przypieczętowała wszystko”. Wincenty Kadłubek pisze, że te wyprawy były powodem, że w kraju szerzył się rozbój i wiarołomstwo żon, a przez to rozbicie małżeństw i zamęt. Kiedy podczas ostatniej wyprawy na Ruś rycerze błagali króla, aby powracał do kraju, ten w najlepsze całymi tygodniami się bawił. Wtedy rycerze zaczęli go potajemnie opuszczać. Kiedy Bolesław wrócił do kraju, zaczął się okrutnie na nich mścić. Fakt targnięcia się na św. Stanisława w kościele, w czasie odprawiania Mszy świętej, świadczy najlepiej o tym, jak nieopanowany był jego tyrański charakter. Wincenty Kadłubek przytacza ponadto, że Bolesław nakazywał wiarołomnym żonom karmić piersiami swymi szczenięta. Kiedy król szalał, aby złamać opór, Stanisław jako jedyny – według kroniki Kadłubka – miał odwagę upomnieć króla. Kiedy zaś ten nic sobie z upomnienia nie czynił i dalej szalał, biskup rzucił na niego klątwę, czyli wyłączył króla ze społeczności Kościoła, a przez to samo zwolnił od posłuszeństwa poddanych. To zapewne Gall nazywa buntem i zdradą. Ze strony Stanisława był to akt niezwykłej odwagi pasterza, ujmującego się za swoją owczarnią, chociaż zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogą go za to spotkać.
Autorytet Stanisława musiał być w Polsce ogromny, skoro według podania nawet najbliżsi stronnicy króla Bolesława nie śmieli targnąć się na jego życie. Król miał to uczynić sam. 11 kwietnia 1079 roku Bolesław udał się na Skałkę i w czasie Mszy świętej zarąbał biskupa uderzeniem w głowę. Potem kazał poćwiartować jego ciało. Ówczesnym zwyczajem bowiem ciało skazańca niszczono. Duchowni ze czcią pochowali je w kościele św. Michała na Skałce. Fakt ten jest dowodem czci, jakiej wtedy męczennik zażywał. Czaszka Stanisława posiada wszystkie zęby. To by świadczyło, że biskup zginął w pełni sił męskich. Mógł mieć ok. 40 lat. Na czaszce widać ślady 7 uderzeń ostrego żelaza, co potwierdza rodzaj śmierci, przekazany przez tradycję. Największe cięcie ma 45 mm długości i ok. 6 mm głębokości. Stanisław został uderzony z tyłu czaszki. Na wiadomość o dokonanym w tak ohydny sposób mordzie na biskupie, przy ołtarzu, w czasie sprawowania Najświętszej Ofiary, cały naród stanął przeciwko królowi. Opuszczony przez wszystkich, musiał udać się na banicję. Bolesław Śmiały usiłował jeszcze szukać dla siebie poparcia na Węgrzech u św. Władysława. Ten mu jednak odmówił. Zmarł tamże zapewne w 1081 roku. Istnieje podanie, że dwa ostatnie lata król spędził na ostrej pokucie w klasztorze benedyktyńskim w Osjaku, gdzie też miał być pochowany. W 1088 roku dokonano przeniesienia relikwii św. Stanisława do katedry krakowskiej. Kadłubek przytacza legendę, że ciała strzegły orły, wspomina też o cudownym zrośnięciu się porąbanych części ciała.Pierwsze starania o kanonizację św. Stanisława podjął już św. Grzegorz VII. Sam jednak papież musiał wkrótce opuścić Rzym i iść na dobrowolną banicję. Potem Polska została podzielona na dzielnice (1138). Tak więc chociaż kult św. Stanisława istniał od dawna, to jego kanonizacją zajął się formalnie dopiero biskup krakowski Iwo Odrowąż w 1229 r. On to polecił dominikaninowi Wincentemu z Kielc, aby napisał żywot Stanisława. Tego bowiem przede wszystkim żądał Rzym do kanonizacji. Sam biskup, bawiąc w Rzymie, gdzie starał się o wznowienie metropolii krakowskiej, poczynił pierwsze starania w sprawie kanonizacji Stanisława. Nie mniej energicznie sprawą kanonizacji zajął się kolejny biskup krakowski, Prandota. Zaprowadzono wówczas księgę cudów. W roku 1250 papież Innocenty IV wyznaczył do przeprowadzenia procesu specjalną komisję. Wynikiem jej pracy był sporządzony protokół, z którym w roku 1251 zostali wysłani do Rzymu mistrz Jakub ze Skarszewa, doktor dekretów, i mistrz Gerard, w towarzystwie franciszkanów i dominikanów. Wyniki komisji nie zadowoliły papieża. Wysłał do Polski franciszkanina, Jakuba z Velletri, aby ponownie zbadał księgę cudów i sprawdził, czy Świętemu cześć była oddawana nieprzerwanie. Po dokonaniu rewizji procesu w roku 1253 wyruszyło do Rzymu nowe poselstwo, do którego dołączono świadków cudów, zdziałanych za przyczyną św. Stanisława. Z nieznanych nam bliżej przyczyn stanowczy opór stawił kardynał Rinaldo Conti, późniejszy papież Aleksander IV (1254-1261). Właśnie od procesu Stanisława wprowadzona została praktyka “adwokata diabła” (łac. advocatus diaboli), którego zadaniem było wyciąganie na jaw wszystkich niejasności i zarzutów przeciw kanonizacji. Opór kardynała ostatecznie przełamano i dnia 8 września 1253 roku w kościele św. Franciszka z Asyżu papież Innocenty IV dokonał kanonizacji. Na ręce dostojników Kościoła w Polsce papież wręczył bullę kanonizacyjną. Wracających z Italii posłów Kraków powitał uroczystą procesją ze wszystkich kościołów. Na następny rok biskup Prandota wyznaczył uroczystość podniesienia relikwii Stanisława i ogłoszenia jego kanonizacji w Polsce. Uroczystość odbyła się dnia 8 maja 1254 roku. Stąd liturgiczny obchód ku czci Stanisława w Polsce przypada właśnie na 8 maja (w Kościele powszechnym na 11 kwietnia – dzień męczeńskiej śmierci). Św. Stanisław jest głównym patronem Polski (obok NMP Królowej Polski i św. Wojciecha, biskupa i męczennika); ponadto także archidiecezji gdańskiej, gnieźnieńskiej, krakowskiej, poznańskiej i warszawskiej oraz diecezji: lubelskiej, płockiej, sandomierskiej i tarnowskiej. Św. Jan Paweł II nazwał go “patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”. W ciągu wieków przywoływano legendę o zrośnięciu się rozsieczonego ciała św. Stanisława. Kult Świętego odegrał w XIII i XIV wieku ważną rolę historyczną jako czynnik kształtowania się myśli o zjednoczeniu Polski. Wierzono, że w ten sam sposób – jak ciało św. Stanisława – połączy się i zjednoczy podzielone wówczas na księstwa dzielnicowe Królestwo Polskie.
W ikonografii św. Stanisław przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym z pastorałem. Jego atrybutami są: miecz, palma męczeńska, u stóp wskrzeszony Piotrowin. Bywa ukazywany z orłem – godłem Polski.
Różne są tytuły, które chrześcijańska pobożność nadała w ciągu wieków Matce Najświętszej i pod którymi wzywamy Ją w różnych sytuacjach naszego życia, a także oddajemy cześć. Dziś wspominamy “Matkę Łaski Bożej” lub inaczej Matkę Bożą Łaskawą. Pierwsze sformułowanie jest dobrze znane z Litanii Loretańskiej do Matki Najświętszej. Bezpośrednim sprawcą łaski Bożej jest Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Maryja jednak, tak jak jest Matką Chrystusa-Zbawiciela, Sprawcy wszelkiej łaski, jest tym samym Matką Łaski Bożej.W 1921 r. papież Benedykt XV, na prośbę kard. Dezyderego-Józefa Merciera, zezwolił na odprawianie w Belgii oficjum i Mszy o Najświętszej Maryi Pannie, Pośredniczce wszystkich łask, w dniu 31 maja. Stolica Apostolska pozwoliła odprawiać to oficjum i Mszę wielu innym diecezjom i rodzinom zakonnym zgodnie z ich prośbami. Dzięki temu wspomnienie o Najświętszej Maryi Pannie Pośredniczce stało się niemal powszechne. Sobór Watykański II w 1964 r. obszernie wyłożył rolę Maryi w misterium Chrystusa i Kościoła oraz dokładnie wyjaśnił sens i znaczenie pośrednictwa Najświętszej Dziewicy: “Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc. Cały bowiem zbawienny wpływ Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusa, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją; nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia ją” (KK 60). Wreszcie w roku 1971 Święta Kongregacja do spraw Kultu Bożego zatwierdziła Mszę pod tytułem “Najświętsza Maryja Panna, Matka i Pośredniczka łaski”. Ta Msza, zgodnie z nauką Soboru Watykańskiego II, równocześnie wspomina o roli macierzyńskiej i o funkcjach pośrednictwa Najświętszej Panny.Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, jest jedynym Pośrednikiem, który zawsze żyje, aby wstawiać się za nami. Błogosławiona Dziewica, Matka i Pośredniczka łaski, została przez Boga w przedziwnym zamyśle Jego miłości ustanowiona Matką i pomocnicą Odkupiciela. Jest Ona Matką łaski, ponieważ nosiła w swym czystym łonie prawdziwego Boga i człowieka, a potem wydała dla nas samego Twórcę łaski. Jest Pośredniczką łaski, ponieważ była pomocnicą Chrystusa w uzyskaniu dla nas największej łaski – odkupienia i zbawienia, życia Bożego i chwały bez końca.Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie i bardzo często jest związane z określonym miejscem, figurą, obrazem, doznającym szczególnej czci ze strony wiernych. W Polsce w wielu kościołach i sanktuariach znajdują się obrazy Matki Bożej Łaskawej. Do najbardziej znanych i otoczonych kultem należą wizerunki w bazylice katedralnej w Kielcach i w kościele jezuitów na Starym Mieście w Warszawie.
Dawniejsza kolegiata (od 1171 r.), a obecnie bazylika katedralna w Kielcach, została wzniesiona pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej, a szczególnej czci doznaje w niej obraz Matki Bożej Łaskawej. Znalazł się on tutaj z fundacji Wojciecha Piotrowskiego, audytora sądu biskupiego w 1602 r., umieszczony w południowej nawie kościoła, gdzie znajduje się do dziś. Wkrótce obraz zasłynął jako cudowny i ściągał wiernych z całej okolicy, głównie na uroczystość Matki Bożej Różańcowej. Obok ołtarza pojawiło się wiele widomych znaków wysłuchania próśb (wota). Ks. kan. Stanisław Panceriusz sprawił w 1636 r. srebrno-pozłacaną sukienkę z klejnotami, która skradziona została wraz z wotami. W jej miejsce umieszczono w 1872 r. metalową suknię ufundowaną przez Ignacego Smolenia, miejscowego kupca. Obraz Matki Bożej odnowił w 1858 r. ks. Antoni Brygierski. Bazylika katedralna stanowi centralne sanktuarium diecezji kieleckiej.
Obraz Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy, znajduje się obecnie na Starym Mieście w kościele jezuitów. Do Polski przybył w 1651 roku jak dar papieża Innocentego X dla króla Jana Kazimierza, przywieziony do Warszawy przez nuncjusza apostolskiego arcybiskupa Jana de Torres. Początkowo był przechowywany w kościele pijarów przy ul. Długiej. Umieszczono go tutaj niezwykle uroczyście dnia 24 marca 1651 roku. Jego koronacji dokonał wspomniany nuncjusz papieski. Złota korona wysadzana perłami była darem Warszawy. Uroczystość odbyła się z udziałem pary królewskiej i licznie zgromadzonych mieszkańców stolicy. W 1664 roku magistrat miasta, wobec szerzącej się zarazy, zarządził szczególne modlitwy przebłagalne przed wizerunkiem Matki Bożej. Urządzono uroczystą procesję z obrazem, który niesiono do murów miasta i do bramy Nowomiejskiej, chcąc jakby zagrodzić zarazie wstęp do stolicy. Epidemia rzeczywiście ustała, obwołano więc Maryję Patronką Warszawy. Był to jednocześnie akt wdzięczności za opiekę Najświętszej Panny nad miastem w latach grozy wojennej i klęsk spowodowanych “potopem szwedzkim”. Udział pijarów wraz ze starszymi uczniami w powstaniu 1794 roku spowodował w stosunku do nich akcje odwetowe. Po upadku Warszawy gen. Suworow zajął sanktuarium na polową cerkiew prawosławną. Zaborcy zakazali tradycyjnych procesji majowych. W zamian za utracony kościół władze carskie przekazały pijarom w 1834 r. zrujnowany kościół pojezuicki przy ul. Świętojańskiej, w którym mieścił się magazyn wełny. Pijarzy dźwignęli kościół z ruin i do roku 1866 królowała w nim Matka Łaskawa. W ramach represji za udział w powstaniu styczniowym nastąpiła kasata pijarów. Kult Matki Bożej zachował charakter tylko lokalny. Po I wojnie światowej kościół przejęli jezuici. Oni to ukryli wizerunek Matki Bożej w czasie powstania warszawskiego w podziemiach kościoła, a po zakończeniu II wojny światowej odbudowali kościół i odnowili kult Łaskawej Patronki. W roku 1970 Paweł VI zatwierdził tytuł “Patronki Warszawy”. Dla ożywienia i upowszechnienia kultu postanowiono ponowić akt koronacji. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia dnia 7 października 1973 r., w obecności biskupów i tysięcy mieszkańców Warszawy. Dnia 2 czerwca 1979 r., w pierwszy dzień swej pielgrzymki, św. Jan Paweł II złożył hołd Patronce Warszawy. W bolesnym i trudnym dla polskiego Narodu grudniu 1981 r., prymas Polski arcybiskup Józef Glemp modlił się przed Jej cudownym obrazem z całym ludem Bożym Warszawy za udręczoną Ojczyznę. Św. Jan Paweł II nawiedził obraz Matki Bożej Łaskawej również podczas swojej drugiej pielgrzymki do Ojczyzny (16 czerwca 1983 r.).
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
Matka Boża Łaskawa – zapomniana Patronka Warszawy
Obraz Matki Bożej Łaskawej
“Lata 60. XVII wieku to okres największego rozkwitu kultu Łaskawej Matki. Wówczas do Warszawy zbliżała się epidemia, która pustoszyła okolice. Właśnie wtedy, za sprawą księdza Hiacynta Orselliego, postanowiono umieścić w Bramie Nowomiejskiej czczony przez warszawiaków obraz. Modlono się o cud odpędzenia zarazy. Obraz był również noszony w procesjach. W końcu prośby o łaskę ocalenia zostały wysłuchane” – pisze Paweł Ozdoba, przypominając dzieje cudownego obrazu znajdującego się w warszawskim kościele księży jezuitów.
Kościół przy Świętojańskiej
Spacerując wąskimi uliczkami warszawskiej Starówki, trafimy w końcu na ulicę Świętojańską, gdzie w cieniu Archikatedry Św. Jana stoi piękny kościół księży Jezuitów, wzniesiony w pierwszej połowie XVII w. z inicjatywy księdza Piotra Skargi.
Temu znanemu kaznodziei królewskiemu zależało na otwarciu nowej placówki Zakonu Księży Jezuitów. Najdogodniejszym miejscem były okolice Zamku Królewskiego. Niestety zabudowa tego rejonu nie pozwalała na konstrukcję kolejnego budynku. Wtedy właśnie z pomocą przyszła Rada Miasta, która udostępniła księdzu Skardze niewielki plac przy najbardziej ruchliwej i reprezentacyjnej ulicy ówczesnej Warszawy. Udało się również wykupić kilka sąsiadujących ze sobą kamienic kupieckich. Tym oto sposobem, znalazło się miejsce dla świątyni, będącej obecną rezydencją Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy.
Za panowania Wazów, kościół, wówczas pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i św. Ignacego biskupa, stał się jednym z najważniejszych miejsc sakralnych w kraju. To właśnie w tym okresie jego wnętrze zapełniło się najwspanialszymi dziełami sztuki, np. Krucyfiksem z Lubeki. W II połowie XVII w. kościół sąsiadujący z Kolegiatą św. Jana nawiedzała cała rodzina królewska. Licznie przybywała również szlachta. Kazania głosili tutaj m.in. Adam Naruszewicz, Franciszek Bohomolec oraz święty Andrzej Bobola. Po kasacie Jezuitów w 1773 r., kościół stracił na znaczeniu. Pod koniec XVIII w. przekształcono go w magazyn Kolegiaty. Charakter sakralny przywrócili jemu dopiero w 1836 r. ojcowie pijarzy. Niestety, druga wojna światowa nie oszczędziła pięknej świątyni, która została wysadzona w powietrze przez wojska niemieckie. Szczęśliwie, odbudowa zaczęła się już w kilka lat po zakończeniu wojny. Dzisiejsze mury stoją na zachowanych XVII-wiecznych fundamentach.
Matka Boża z Faenzy
Poznaliśmy już dzieje świątyni, w której od ponad 170 lat przebywa cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej, zatem możemy przejść do samego obrazu. Kult Matki Bożej Łaskawej w Polsce rozwinął się bardzo szybko za sprawą nuncjusza apostolskiego abp. Giovanniego de Torres. To on przywiózł nad Wisłę obraz, który jest kopią oryginału mieszczącego się we włoskiej Faenzie. Był to dar papieża Innocentego X dla króla Jana Kazimierza, który miał go natchnąć przed zbliżającą się wyprawą berestecką.
Podarunek biskupa Rzymu nie od razu zagościł w kościele przy Świętojańskiej. Pierwotnie opiekę nad nim sprawowali ojcowie pijarzy, ale po klęsce powstania listopadowego został przeniesiony do pojezuickiego kościoła i umieszczony w bocznej kaplicy. Gdy na początku XX w. Jezuici odzyskali świątynię, przenieśli obraz Matki Bożej Łaskawej do nawy głównej.
O wyjątkowości obrazu świadczy również fakt, że był to pierwszy wizerunek maryjny zwieńczony koroną w Polsce. Nuncjusz de Torres nałożył na głowę Najświętszej Maryi Panny symbol władzy królewskiej już w marcu 1651 r., tj. 66 lat przed koronacją obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Wydarzenie to miało również oddźwięk we Włoszech, gdyż niedługo potem władze polskie przesłały do Faenzy chorągiew z łacińskim napisem: „Miasto Warszawa śluby ci składa i pozdrawia cię Dziewico, i pragnie by obraz, co niesie zdrowie ludom i królestwom, był ochroną zachowany w kościele pijarów. Bądź taką, jaką byłaś pod niebem Południa. Bądź strażniczką Lechii i pozwól, że nazwiemy Cię Patronką udręczonego ludu. Chroń berła Kazimierzowego i ofiaruj Lechii pokój oraz złamane strzały. Wojny otomańskie oraz choroby odpędź daleko. A swoich czcicieli i świątynię swoją broń, o Maryjo”. Warszawska uroczystość była specyficzna, gdyż odbyła się za zgodą papieża, lecz bez specjalnego dekretu Kongregacji ds. Obrzędów. Sformalizował ją dopiero w 1973 r. kardynał Stefan Wyszyński.
Łaskawa Pani ratunkiem dla Rzeczpospolitej
Lata 60. XVII wieku to okres największego rozkwitu kultu Łaskawej Matki. Wówczas do Warszawy zbliżała się epidemia, która pustoszyła okolice. Właśnie wtedy, za sprawą księdza Hiacynta Orselliego, postanowiono umieścić w Bramie Nowomiejskiej czczony przez warszawiaków obraz. Modlono się o cud odpędzenia zarazy. Obraz był również noszony w procesjach. W końcu prośby o łaskę ocalenia zostały wysłuchane. Epidemia nie dotarła do miasta. W dowód wdzięczności, Rada Miasta wydała oficjalny dokument pt. „Ślubowanie Warszawy” – Votum Varsavić, w którym to Stolica oddała się pod obronę Maryi jako „Tarczy” i „Obrony”.
Patronkę Warszawy pokochano również w odległym Krakowie. Na początku XVIII w. zapanowało tam tzw. „morowe powietrze”. Krakowianie szukali pomocy. Wtedy to, z polecenia biskupa, który znał warszawskie cuda Łaskawej Pani, namalowano jej wizerunek na północnej elewacji kościoła Mariackiego. Żarliwe prośby mieszkańców grodu Kraka, szybko przyniosły pożądany efekt. Epidemia ustała, a mieszkańcy całym sercem oddali się pod opiekę Warszawskiej Patronki.
Prawdopodobnie największym cudem, jaki przypisuje się Matce Bożej Łaskawej, jest pomoc w zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 r. Jednakże jak twierdzi ks. Józef Bartnik, współautor książki „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą”, wsparcie to jest celowo zagłuszane: „Zapomniano, że w dniu święta Wniebowzięcia, 15 sierpnia 1920 r. przed świtem, na tle jeszcze mrocznego nieba, pojawiła się nad idącymi do ataku polskimi żołnierzami jaśniejąca postać Matki Bożej w Swym wizerunku Matki Łaskawej Patronki Warszawy. Pojawienie się zjawiska wywołało taką panikę i popłoch wśród bolszewików, że krzycząc z przerażenia «uchadi, Matier Bożija zasłaniajet Poljakow», uciekali z miejsca walki porzucając broń”. Wśród wielu ustnych przekazów i świadectw wsparcia dla wojsk polskich ze strony Matki Bożej, możemy również dotrzeć do słów samego Józefa Piłsudskiego, który miał rzec do kardynała Aleksandra Kakowskiego: „Eminencjo, ja sam nie wiem, jak myśmy tę wojnę wygrali”.
Pomimo wielu starań, by bagatelizować udział Matki Zbawiciela w zwycięstwie nad bolszewikami, miejmy nadzieję, że zgromadzone do tej pory dokumenty i świadectwa pozwolą na wpisanie tej historii i zasług Mater Gratiarum do podręczników, tak jak to miało miejsce w przypadku objawień w Fatimie czy Licheniu.
Matka Boża Łaskawa jest z nami już przeszło 360 lat. Przez ten czas musiała przetrwać wiele trudnych chwil, jak te podczas II wojny światowej. Mimo to, nigdy nas nie zawiodła i wiele razy broniła Stolicy oraz całej Rzeczpospolitej. Wysłuchiwała próśb i błagań nie tylko królów i szlachty, ale również zwykłych ludzi, którzy uciekali się pod Jej obronę. Również dziś, w czasach kryzysu i szeroko pojętego upadku obyczajów nie zapominajmy o Naszej Matce i módlmy się do niej słowami błogosławionego papieża Jana Pawła II:
„Matko Słowa Wcielonego, Pani Łaskawa, miej w opiece Warszawę, jej mieszkańców i całą naszą Ojczyznę!
Strzeż obecności Twojego Syna w sercach wszystkich ochrzczonych, aby pamiętali zawsze o swej godności ludzi odkupionych krwią Chrystusa, wezwanych do ufności Bogu i do służenia z miłością człowiekowi.
Wypraszaj, Maryjo Twojemu ludowi wytrwałość, której potrzebuje, aby mógł pełnić wolę Ojca niebieskiego i dostąpić spełnienia obietnicy zbawienia.
Niech pod Twą opieką ziarno świętości, tak bogato posiane na polskiej ziemi, stale się rozwija ożywiane łaską Ducha Świętego i wydaje obfite owoce w kolejnych pokoleniach. Amen.”
Modlitwa wypowiedziana przez Ojca Świętego św. Jana Pawła II w Warszawie, 13.06.1999
Paweł Ozdoba/PCh24.pl
***
Matko Boża Łaskawa, patronko stolicy broń nas przed zarazami!
Biskupi Diecezji Warszawsko Praskiej w tych dniach zawierzyli się Matce Bożej Łaskawej, patronce stolicy. Prosili Maryję o przeprowadzenie wiernych przez trudny czas pandemii, jaka obecnie nawiedziła Polskę i świat.
Bp Romuald Kamiński powiedział: Zawierzmy się Patronce Warszawy i Strażniczce Polski słowami, jakimi uczynił to św. Jan Paweł II przy katedrze praskiej w czasie swojej pielgrzymki do Polski w 1999 r.:
„ Matko Słowa Wcielonego, Pani Łaskawa, miej w opiece Warszawę, jej mieszkańców i całą naszą Ojczyznę! Strzeż obecności Twojego Syna w sercach wszystkich ochrzczonych, aby pamiętali zawsze o swej godności ludzi odkupionych krwią Chrystusa, wezwanych do ufności Bogu i do służenia z miłością człowiekowi. Wypraszaj, Maryjo, Twojemu ludowi wytrwałość, której potrzebuje, aby mógł pełnić wolę Ojca niebieskiego i dostąpić spełnienia obietnicy zbawienia. Niech pod Twoją opieką ziarno świętości, tak bogato posiane na polskiej ziemi, stale się rozwija ożywiane łaską Ducha Świętego i wydaje obfite owoce w kolejnych pokoleniach. Amen”.
Kult Madonny Łaskawej trwa w Warszawie od 1651 roku, a więc blisko 370 lat.
Właśnie 24 marca mija 369 lat, jak w Wigilię uroczystości Zwiastowania Pańskiego 1651 r. w pijarskiej świątyni na Długiej zebranym władzom stolicy i państwa oraz tłumom wiernych zaprezentowano obraz Matki Boskiej Łaskawej.
Wizerunek Najświętszej Maryi Panny ze strzałami przywiózł z Rzymu abp Jan de Torres, nuncjusz papieża Innocentego X, i ofiarował Janowi Kazimierzowi, a król z kolei – warszawskim pijarom z kościoła św. Prima i Felicjana
Obraz Matki Łaskawej czczony jest szczególnie jako wizerunek patronki Warszawy od 1664 roku, kiedy stolicę nawiedziła epidemia cholery. Wtedy to lud Warszawy błagał Maryję o ratunek. Matkę Bożą Łaskawą z pijarskiego kościoła na Długiej ogłoszono patronką, by broniła miasta „od powietrza, głodu, ognia i wojny”.
Wizerunek MB Łaskawej umieszczono nad Bramą Nowomiejską na rogatkach miasta, prosząc, by Maryja powstrzymała zarazę i zagrodziła jej dostęp do stolicy. Wkrótce epidemia wygasła.
Zaraźliwe powietrze atakowało Warszawę wiele razy, m.in. w latach 1656, 1662, 1675, 1677, 1679, 1705, 1770, 1849, 1852, 1872, 1873, 1918.
Mieszkańcy Warszawy uciekali się każdorazowo do wielogodzinnych modlitw w nabożeństwach przed obrazem pijarskiej Matki Bożej Łaskawej na Długiej , a potem na Świętojańskiej oraz przy relikwiach Bł. Władysława patrona Warszawy w kościele św. Anny i św. Rocha w kościele św. Krzyża.
Figurę Matki Boskiej Łaskawej , jak i obraz patrona stolicy, Bł. Władysława z Gielniowa na feretronach uroczyście wynoszono z kościołów w procesjach pokutno – błagalnych , śpiewając suplikacje dla uproszenia powstrzymania zarazy, klęsk żywiołowych, ustania wojen.
Po przemianowaniu przez carskiego zaborcę kościoła pijarów na Długiej na cerkiew w 1834 roku obraz został przeniesiony do kościoła jezuitów przy ul. Świętojańskiej , gdzie znajduje się do dziś.
Gdy w sierpniu 1920 roku na przedpolu Warszawy, w Radzyminie i w Ossowie toczyła się zacięta walka z bolszewickimi wojskami, mieszkańcy Warszawy znowu błagali Matkę Bożą Łaskawą o ratunek.
Dniem i nocą warszawiacy modlili się w domach i w kościołach o odparcie rosyjskiego wojska i uratowanie Warszawy i Polski od bolszewickiej nawały.
Tłumy ludzi modliły się do Matki Boskiej z połamanymi strzałami w kościele jezuitów na ul. Świętojańskiej, aby ponownie „połamała strzały” nieprzyjaciela i aby Bóg uczynił cud, jak dawniej, kiedy po wielkich modlitwach warszawiaków ustała epidemia cholery. Procesje wiernych szły przy biciu dzwonów Nowym Światem do kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży śpiewając pieśni maryjne i „Boże , coś Polskę”.
Matka Boża Łaskawa obroniła Warszawę przed nawałą bolszewicką roztaczając swój płaszcz nad stolicą. Przestraszeni bolszewiccy żołnierze , widząc na niebie postać Bogurodzicy , w popłochu uciekali przed Polakami. Był to dzień Wniebowzięcia NM Panny 15 sierpnia 1920 r.
Wzięci do niewoli żołnierze rosyjscy opowiadali, że widzieli na niebie ogromną, kobiecą postać , Matkę Boską , ” Bożu Matier” idącą ku nim. Dlatego przestraszyli się i uciekli. Być może dlatego właśnie ta ważąca w dziejach polskiego narodu i całej Europy bitwa zyskała nazwę „Cudu nad Wisłą”, tym bardziej, że siły przeciwników były nierówne, a szansa na zwycięstwo mała.
W miejscu bitwy pod Ossowem znajduje się Cmentarz Poległych w Bitwie Warszawskiej rozegranej w 1920 r. Wielu z poległych polskich żołnierzy – ochotników miało zaledwie od 16 do 18 lat. W bitwie poległ młody, warszawski kapłan ochotnik ks. Ignacy Skorupka.
Matka Boża w Warszawie ma też miano Matki Boskiej Zwycięskiej. Jej imieniem nazwano 2 warszawskie kościoły na Pradze : MB Zwycięskiej na Kamionku i MB Zwycięskiej w Rembertowie.
Wkrótce, w sierpniu trzymetrowa figura Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy stanie w Radzyminie pod Warszawą przy trasie E8 .Będzie to wotum wdzięczności za Cud nad Wisłą, uczyniony przez Maryję 100 lat temu.
Matkę Bożą warszawiacy wzywali od wieków. Być może dlatego Maryja przyszła na Siekierki do 12 letniej dziewczynki Władzi w maju 1943 roku i prosiła ludzi o nawrócenie oraz ostrzegała, jak wiele modlitwy Warszawa potrzebuje.
Matko Boża, patronko Warszawy i strażniczko Polski , broń nas przed wszelkimi zarazami i nieszczęściami !
Warto też sięgnąć w tym trudnym czasie zarazy do starych modlitewników z modlitwami i pieśniami pełnymi głębokich treści, aby modlić się ich słowami.
Ty, coś płakała nad śmiercią Syna, Przez te łzy gorzkie, Matko Jedyna, Oddal śmiertelność, co lud zabija, Broń nas od moru, Zdrowaś Maryja!
tekst i foto: Anna Dziemska – 24 marca 2020
SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE
Matko Boża Łaskawa ze strzałami, patronko stolicy, bądź strażniczką Polski!
Pierwszy koronowany obraz w Polsce znajduje się w kościele O.O. Jezuitów koło katedry na Starym Mieście w Warszawie .
Matka Boża Łaskawa z połamanymi strzałami patronuje stolicy od 1970 roku.
W sobotę 11 maja 2013 miały miejsce uroczystości odpustowe Matki Bożej Łaskawej, Patronki Warszawy. Uroczystej Mszy św. odpustowej w intencji stolicy i jej mieszkańców godz. 20.00, przewodniczył i homilię wygłosił bp. Tadeusz Pikus.
Wizerunek Najświętszej Maryi Panny ze strzałami przywiózł z Rzymu w 1651 roku abp Jan de Torres, nuncjusz papieża Innocentego X, i ofiarował Janowi Kazimierzowi, a król z kolei – warszawskim pijarom. Obraz stał się przedmiotem powszechnego w Warszawie kultu. Mieszkańcy Warszawy modlili się żarliwie przed obrazem, prosząc o odwrócenie nieszczęść, jakie nawiedzały Warszawę i Polskę.
Po umieszczeniu go w kościele Świętych Prima i Felicjana przy ul. Długiej (obecnie katedra polowa), 24 marca 1651, nuncjusz w obecności pary królewskiej pobłogosławił złotą koronę, wysadzaną perłami – dar miasta Warszawy, i nałożył na głowę NMP. W tym samym też roku wysłano do Faenzy, gdzie znajduje się oryginał obrazu, chorągiew z łacińskim napisem:
„Miasto Warszawa śluby Ci składa i pozdrawia Cię Dziewico, i pragnie by obraz, co niesie zdrowie ludom i Królestwom, był ochroną zachowany w kościele pijarów. Bądź taką, jaką byłaś pod niebem Południa. Bądź strażniczką Lechii i pozwól, że nazwiemy Cię Patronką udręczonego ludu. Chroń berła Kazimierzowego i ofiaruj Lechii pokój oraz złamane strzały. Wojny otomańskie oraz choroby odpędź daleko. A swoich czcicieli i świątynię swoją broń, o Maryjo.”
Była to pierwsza w Polsce koronacja maryjnego obrazu. O sześćdziesiąt sześć lat uprzedziła ona koronację jasnogórskiej Czarnej Madonny – 8 września 1717 r. bp Krzysztof Szembek koronował wizerunek Maryi na Jasnej Górze.
W 1664 r. Warszawę nawiedziła tragiczna w skutkach epidemia. Miasto pustoszało, pozostali przy życiu mieszkańcy uciekali przed „morowym powietrzem”. Wtedy ogłoszono pijarską Matkę Bożą Łaskawą Patronką stolicy, by broniła miasta „od powietrza, głodu, ognia i wojny”. Obraz uroczyście noszono w procesjach. Umieszczono go nad Bramą Nowomiejską na rogatkach miasta, prosząc, by Matka Boża powstrzymała zarazę i zagrodziła jej dostęp do stolicy. Wkrótce epidemia wygasła. Odtąd mieszkańcy Warszawy co roku składali hołd swej Patronce podczas uroczystości odpustowych w drugą niedzielę maja.
Po przemianowaniu kościoła pijarów na cerkiew, w 1834 roku, obraz został przeniesiony do kościoła jezuitów przy ul. Świętojańskiej , gdzie znajduje się do dziś.
Koronacja obrazu Matki Boskiej Łaskawej w 1651 r. została ona dokonana za wiedzą papieża, ale bez urzędowego dekretu Kongregacji Obrzędów , dlatego też po zatwierdzeniu przez Watykan w 1970 roku Watykan kultu Matki Bożej Łaskawej patronką Warszawy, kardynał Prymas Stefan Wyszyński rekoronował ten obraz 7 października 1973, a NMP Łaskawa została ogłoszona główną Patronką Warszawy.
Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Świętojańskiej dwukrotnie odwiedził papież Jan Paweł II – 2 czerwca 1979 i 16 czerwca 1983 roku.
Anna Dziemska – 13 maja 2013
SERWIS INFORMACYJNY KONFERENCJI WYŻSZYCH PRZEŁOŻONYCH ZAKONÓW MĘSKICH W POLSCE
MODLITWA DO MATKI BOŻEJ ŁASKAWEJ, PATRONKI WARSZAWY
Błogosławiona Matko Boża Łaskawa, skieruj na nas swoje miłosierne spojrzenie. Od trzech przeszło wieków Warszawa Cię wzywa jako swoją Patronkę i Orędowniczkę przed tronem Boga. Ty zawsze spieszyłaś na pomoc naszej Stolicy w jej ciężkich chwilach dziejowych kiedy padały jej mury strawione siłą bombardowań i ogniem. Gdy krew męczeńska niby rzeka płynęła jej ulicami, o Matko, byłaś z Warszawą i strzegłaś jej ducha, by pozostał nie zatruty. O strzeż nas teraz i oddal od miasta naszego wszelkich nieprzyjaciół. Niech grzech nie plami dusz mieszkańców Stolicy. Niech nędza moralna i podłość nie pełzają po jej ulicach i placach. Niech Warszawa pozostanie na zawsze miastem nieujarzmionym. Niech w sercach jej mieszkańców potężnieje wiara, zmartwychwstaje nadzieja i rozpłomienia się miłość mocniejsza niż śmierć. Spraw, by w odbudowanych domach Stolicy żyli ludzie o sercu nowym, współczującym, gościnnym i otwartym dla wszystkich. Uproś u Boga, by Stolica nasza i Polska cała szły drogą swych przeznaczeń, wypisanych na kartach historii. Wspomożycielko wiernych, przybądź nam z pomocą. Pocieszycielko strapionych, uspokój nasze serca. Uzdrowienie chorych, ulecz cierpiących na duszy i ciele. Patronko Warszawy, módl się za nami u Boga. Wstawiaj się za nami do Syna Twego, byśmy po życiu ziemskim, mogli na zawsze zjednoczyć się z Ojcem, który jest w Niebie i wraz Tobą śpiewać Mu „Magnificat” Chwały Wiecznej. Amen.
***
6 maja
Święci Apostołowie Filip i Jakub
Filip pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim. Był uczniem Jana Chrzciciela. Powołany przez Jezusa, został jednym z dwunastu Jego uczniów:Nazajutrz Jezus postanowił udać się do Galilei. I spotkał Filipa. Jezus powiedział do niego: “Pójdź za Mną”. Filip zaś pochodził z Betsaidy, z miasta Andrzeja i Piotra. Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: “Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu”. Rzekł do niego Natanael: “Czyż może być coś dobrego z Nazaretu?”. Odpowiedział mu Filip: “Chodź i zobacz” (J 1, 43-46).Wzmianka, że Filip pochodził z miasta Andrzeja i Piotra, wskazuje, że wszyscy trzej Apostołowie musieli się znać poprzednio, że znał go dobrze także św. Jan Apostoł, który te szczegóły przekazał. O powołaniu Filipa na Apostoła upewniają nas także katalogi, czyli trzy wykazy Apostołów, jakie nam pozostawiły Ewangelie (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 14), gdzie Filip jest zawsze wymieniany na piątym miejscu. Filip jest czynnym świadkiem cudownego nakarmienia rzeszy przez Pana Jezusa:Potem Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. (…) Kiedy Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: “Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?”. A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział mu Filip: “Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać” (J 6, 1. 5-7).Filip musiał się cieszyć specjalnym zaufaniem Pana Jezusa, skoro poganie proszą go, aby im dopomógł w skontaktowaniu się z Chrystusem:A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon (Bogu) w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go, mówiąc: “Panie, chcemy ujrzeć Jezusa”. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: “Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy” (J 12, 20-23).W czasie ostatniej wieczerzy Filip prosi Pana Jezusa, aby pokazał Apostołom swojego niebieskiego Ojca:Rzekł do Niego Filip: “Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Odpowiedział mu Jezus: “Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czyż nie wierzysz, że jestem w Ojcu, a Ojciec jest we Mnie?” (J 14, 8-10a).Postawione przez Filipa pytanie dało Jezusowi okazję wytłumaczenia Apostołom najintymniejszego związku, jaki w tajemnicy Trójcy Przenajświętszej istnieje pomiędzy Ojcem i Synem.Tyle informacji podaje Pismo święte. Za Klemensem Aleksandryjskim pierwszy historyk Kościoła, Euzebiusz, podaje, że św. Filip był w związku małżeńskim i miał dzieci. On też przytacza informację Polikratosa, biskupa Efezu, o córkach Filipa. Według tej relacji miał Apostoł zostawić trzy córki, które żyły bogobojnie w panieństwie. Euzebiusz pisze, że Filip miał cztery córki, które nazywa “prorokiniami”, a które miały zażywać wielkiej czci w Kościele pierwotnym. Papiasz, biskup Hierapolis, znał je osobiście. Wspomniane informacje o córkach św. Filipa Apostoła są wszakże tak fragmentaryczne, że niektórzy współcześni hagiografowie są skłonni przypuszczać, że w tym wypadku tradycja pomieszała dwie osoby: św. Filipa Apostoła i św. Filipa diakona z Dziejów Apostolskich (Dz 6, 1-6; 8, 4-40), który miał być żonaty i mieć cztery córki. Istnieją także dwa apokryfy: Dzieje Filipa i Ewangelia Filipa. Ze św. Filipem nie mają one żadnego związku, chociaż podszywają się pod jego autorstwo oraz świadków naocznych jego męki. Powstały one dopiero w wieku IV. Piszą one o wędrówkach apostolskich Filipa po krainie Partów i Helladzie oraz o różnych przygodach Apostoła, a wreszcie o jego męczeńskiej śmierci w Hierapolis. Opierały się one również na tym, co podawała pierwotna tradycja chrześcijańska, zatem mogą zawierać elementy prawdy. Ewangelia Filipa jest dziełem gnostyków, którzy pod imieniem Apostoła chcieli rozpowszechnić swoje heretyckie błędy. Filip miał apostołować również w Scytii – a więc w okolicach Donu i Dniepru. Byłby to więc pierwszy Apostoł Słowian. Potem miał przenieść się do Frygii (Mała Azja) i w jej stolicy, Hierapolis, ponieść męczeńską śmierć za panowania Domicjana (81-96) przez ukrzyżowanie, a potem ukamienowanie. Według świadectw greckich wraz ze św. Filipem miała być pochowana w Hierapolis również jego siostra Marianna i dwie córki Apostoła. Filip jest patronem Antwerpii oraz pilśniarzy i czapników.W ikonografii św. Filip przedstawiany jest z krzyżem, z pastorałem, ze zwojem. Czasami trzyma ręku kamienie – znak męczeństwa. Towarzyszy mu anioł.
Jakub, zwany Młodszym lub Mniejszym (dla odróżnienia od drugiego Apostoła Jakuba, zwanego także Starszym – przy czym starszeństwo oznacza tu kolejność włączenia do grona Apostołów), był synem Kleofasa i Marii (Mk 15, 40), rodzonym bratem św. Judy Tadeusza, krewnym Jezusa. W katalogach Apostołów jest wymieniany na jednym z ostatnich miejsc – co oznacza, że przyłączył się do grona Apostołów najpóźniej. Pochodził z Nazaretu. Jego matka miała na imię Maria (była spokrewniona ze św. Józefem), a jego ojcem był Alfeusz, zwany również Kleofasem (Mk 3, 18; Łk 6, 15; Mt 10, 3; J 19, 25). Jakub był rodzonym bratem św. Judy Tadeusza. Pisze o tym wyraźnie w swoim Liście i tym się chlubi: “Juda, sługa Jezusa Chrystusa, brat zaś Jakuba” (Jud 1). Także Łukasz nazywa Judę “Jakubowym”, czyli bratem Jakuba (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Jakub Młodszy i św. Juda mieli jeszcze jednego brata, Józefa. Pisze jasno o tym św. Marek: “Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa” (Mk 15, 40). Tak więc braćmi byli dla siebie: Jakub, Juda i Józef. Po zmartwychwstaniu Jezusa Jakub wyróżniał się wśród Apostołów jako przewodniczący gminy chrześcijańskiej w Jerozolimie. Kiedy św. Piotr został cudownie uwolniony przez anioła z więzienia, każe o tym oznajmić Jakubowi (Dz 12, 17). Na soborze apostolskim św. Jakub zaraz po Piotrze zabrał głos i wpłynął na to, że św. Paweł mógł spokojnie pełnić swoją misję wśród pogan i nie narzucać im przepisów prawa Mojżeszowego (Dz 15, 13-21). Gdy św. Paweł po raz ostatni na Zielone Święta przybył do Jerozolimy (rok 57), św. Jakub przyjął go życzliwie (Dz 21, 17-26) i wyraził radość z jego sukcesów. Dla jego wszakże bezpieczeństwa proponuje św. Pawłowi, aby poddał się pewnym przepisom, które go obowiązywały jako Żyda. O tym, jak wielkiej powagi zażywał św. Jakub wśród Apostołów, świadczą Listy św. Pawła. Apostoł Narodów pisze w Liście do Koryntian, że Chrystus po swoim zmartwychwstaniu pokazał się również Jakubowi (1 Kor 15, 7). W Liście do Galatów szczyci się św. Paweł, że widział Jakuba, brata Pańskiego (Ga 1, 19). Jakub miał jednak żal do Pawła, że od nawróconych Żydów nie żądał zachowania obrzezania i innych nakazów prawa Mojżeszowego. Był bowiem przekonany, że ono nadal obowiązuje Żydów (Ga 2, 1-6). Także Paweł miał żal do Jakuba, że wpływał na Piotra, aby ten nadal przestrzegał Prawa Mojżeszowego (Ga 2, 11-14). Mimo tych różnic Paweł nie wahał się nazwać Jakuba filarem Kościoła (Ga 2, 9). Jakub zostawił list do wiernych Kościoła narodowości żydowskiej. Napisał go w latach 45-49. List był pisany pięknym językiem greckim, co wskazuje, że św. Jakub go dyktował, a pisał doskonały stylista. Na wstępie Listu Apostoł przedstawia się i podaje tytuł, który go uprawnia do pisania, oraz podaje adresatów: “Jakub, sługa Boga i Pana Jezusa Chrystusa, śle pozdrowienie dwunastu pokoleniom w rozproszeniu” (Jk 1, 1-2). Na samym początku zachęca, aby wierni byli wobec pokus odważni. Pokusy rodzą się w samym człowieku. Z kolei jakby polemizował ze św. Pawłem, który w podkreśleniu konieczności wiary w Chrystusa mniej uwzględniał potrzebę dobrych uczynków. Jakub napomina, że wiara bez uczynków jest martwa (Jk 2, 26). Podkreśla następnie, że wśród chrześcijan nie powinno się wyróżniać bogatych, a gardzić ubogimi, bo wszyscy są równi wobec Pana Boga. W bardzo obrazowym stylu akcentuje złość, jaką może wyrządzić język ludzki. Apostoł kończy swój list różnymi przestrogami i zachętą. O śmierci św. Jakuba Apostoła pisze Józef Flawiusz, współczesny mu historyk żydowski:Cesarz otrzymawszy wiadomość o śmierci Festusa, wysłał do Judei jako prokuratora Albinusa. Król (Agryppa II) natomiast pozbawił godności arcykapłańskiej Józefa i następcą jego na tym urzędzie mianował Ananosa (Annasza) o tym samym, co ojciec, imieniu. Młodszy Ananos… był z usposobienia człowiekiem hardym i niezwykle zuchwałym… Otóż Ananos… sądząc, że nadarzyła się dogodna sposobność, ponieważ umarł Festus, a Albinus był jeszcze w drodze, zwołał Sanhedryn i stawił przed sądem Jakuba, brata Jezusa, zwanego Chrystusem, oraz kilku innych. Oskarżył ich o naruszenie prawa i skazał na ukamienowanie (Dawne dzieje Izraela, 20, 9, 1).Panował wówczas cesarz Neron (54-68). Właśnie w Judei zmarł gubernator rzymski Porcjusz Festus (62). Tegoż więc roku 62 został ukamienowany św. Jakub Młodszy. Hegezyp, który żył w czasach po Apostołach ok. roku 160, pisał w swoich Pamiętnikach, że podczas kamienowania pewien folusznik (rzemieślnik produkujący tkaniny) doskoczył do Apostoła i uderzył Jakuba w głowę pałką. Euzebiusz dodaje, że przedtem strącono Jakuba ze szczytu świątyni. 1 grudnia 351 r. na skutek objawienia, jakie miał mieć św. Epifaniusz, i poszukiwań zarządzonych przez św. Cyryla, patriarchę Jerozolimy, relikwie św. Jakuba Apostoła miały zostać znalezione razem z relikwiami Zachariasza i Symeona. Na tym miejscu wystawiono małą świątynię. Za czasów cesarza Justyna II (565-578) przeniesiono je do Konstantynopola, do kościoła wystawionego ku jego czci. Jakub już za życia doznawał wielkiej czci i to nie tylko wśród wyznawców Chrystusa, ale również wśród Żydów. Józef Flawiusz przytacza, że arcykapłan Annasz został po zaledwie 3 miesiącach sprawowania funkcji arcykapłana deponowany przez Heroda Agryppę właśnie za morderstwo, dokonane na Jakubie. I do Heroda, i do namiestnika doszły bowiem skargi, że Annasz nadużył swoich praw. Hegezyp, Klemens Aleksandryjski i Euzebiusz potwierdzają, że Jakub cieszył się wśród Żydów powagą ascety. Wśród apokryfów, czyli pism przypisywanych św. Jakubowi, chociaż autorem ich nie był, istnieje tak zwana Ewangelia Jakuba, zwana także Protoewangelią Jakuba. Apokryf pochodzi z wieku II. Zna go już Klemens Aleksandryjski, św. Justyn i Orygenes. Zawiera on wiele ciekawych szczegółów z życia Najświętszej Maryi Panny, które zapewne przekazała pierwotna tradycja chrześcijańska. Apokryf ten jest cenny i bardzo ciekawy. Św. Jakub jest patronem dekarzy.W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest w tunice i płaszczu, z mieczem oraz z księgą. Czasami jako biskup rytu wschodniego. Jego atrybutami są także: halabarda, kamienie, korona w rękach, torba podróżna, zwój.
Stanisław Sołtys urodził się 27 września 1433 r. w Kazimierzu, wówczas miasteczku pod Krakowem. Jego ojciec, Maciej, był tkaczem, a zarazem rajcą miejskim. Stanisław ukończył teologię na Akademii Krakowskiej. W 1456 r. wstąpił do klasztoru Kanoników Regularnych Laterańskich przy kościele Bożego Ciała w Krakowie. Klasztor ów został założony na specjalne życzenie świętej królowej Jadwigi. Po przyjęciu święceń kapłańskich (prawdopodobnie ok. 1458 r., można też spotkać datę 1462/1463), przełożeni zlecili mu pełnienie urzędu oficjalnego kaznodziei i spowiednika, a w klasztorze – funkcji mistrza nowicjatu, lektora i zastępcy przełożonego. Powierzonym obowiązkom poświęcił się bez reszty. Był przy tym wierny regule i przepisom zakonnym. “Dla wielu był przewodnikiem na drogach życia duchowego” – powiedział o nim św. Jan Paweł II. Prowadził intensywne życie kontemplacyjne, a zarazem jako znakomity kaznodzieja skutecznie oddziaływał na swoich słuchaczy. Zbliżał ich do Pana Boga nie tylko słowami prawdy, ale również przykładem życia i miłosierdziem wobec bliźnich. Bardzo troszczył się o chorych i biednych, usługiwał im z miłością. Często oddawał część własnego pożywienia potrzebującym. Wiele czasu spędzał na modlitwie, żywił gorące nabożeństwo do Męki Pana Jezusa, czcił Matkę Najświętszą i uważał się za Jej “wybranego” syna. Szczególną pobożnością otaczał swojego patrona, pielgrzymował do jego grobu w katedrze wawelskiej raz w tygodniu. W klasztorze przeżył 33 lata. Zmarł 3 maja 1489 r. w opinii świętości. Pochowano go pod posadzką kościoła Bożego Ciała, zgodnie z jego pokorną prośbą, aby wszyscy go deptali. Już w rok po śmierci Stanisława sporządzono spis 176 nadzwyczajnych łask uzyskanych dzięki jego orędownictwu. Elewacja relikwii odbyła się w 1632 r. 18 kwietnia 1993 roku podczas uroczystej Mszy świętej beatyfikacyjnej na placu św. Piotra w Rzymie św. Jan Paweł II dokonał potwierdzenia kultu księdza Stanisława Kazimierczyka i zaliczył go do grona błogosławionych. Także w Rzymie 17 października 2010 r. papież Benedykt XVI wpisał go do katalogu świętych.
Według żywotu z VIII w., Florian z Lauriacum urodził się ok. 250 roku w Zeiselmauer (Dolna Austria). W młodym wieku został dowódcą wojsk rzymskich, stacjonujących w Mantem, w pobliżu Krems (obecnie w północno-wschodniej Austrii). Podczas prześladowania chrześcijan przez Dioklecjana został aresztowany wraz z 40 żołnierzami i przymuszony do złożenia ofiary bogom. Wobec stanowczej odmowy wychłostano go i poddano torturom. Przywiedziono go do obozu rzymskiego w Lorch koło Wiednia. Namiestnik prowincji, Akwilin, starał się groźbami i obietnicami zmusić oficera rzymskiego do odstępstwa od wiary. Kiedy jednak te zawiodły, kazał go biczować, potem szarpać jego ciało żelaznymi hakami, wreszcie uwiązano kamień u jego szyi i zatopiono go w rzece Enns. Miało się to stać 4 maja 304 roku. Jego ciało odnalazła Waleria i ze czcią je pochowała. Nad jego grobem wystawiono z czasem klasztor i kościół benedyktynów, objęty potem przez kanoników laterańskich. Do dnia dzisiejszego St. Florian jest ośrodkiem życia religijnego w Górnej Austrii. Św. Florian jest patronem archidiecezji wiedeńskiej. W roku 1184 na prośbę księcia Kazimierza Sprawiedliwego, syna Bolesława Krzywoustego, Kraków otrzymał znaczną część relikwii św. Floriana. W delegacji odbierającej relikwie miał się znajdować także bł. Wincenty Kadłubek, późniejszy biskup krakowski. Ku ich czci wystawiono w dzielnicy miasta, zwanej Kleparzem, okazałą świątynię. Kiedy w 1528 r. pożar strawił tę część Krakowa, ocalała jedynie ta świątynia. Odtąd zaczęto św. Floriana czcić w całej Polsce jako patrona podczas klęsk pożaru, powodzi i sztormów. Kraków jeszcze dzisiaj obchodzi pamiątkę św. Floriana jako święto. Florian jest patronem Austrii i Bolonii oraz Chorzowa; ponadto hutników, strażaków i kominiarzy, a także garncarzy i piekarzy. W Warszawie pod wezwaniem św. Floriana jest katedra warszawsko-praska.W ikonografii św. Florian przedstawiany jest jako gaszący pożar oficer rzymski z naczyniem. Czasami jako książę. Bywa, że w ręku trzyma chorągiew. Jego atrybutami są: kamień młyński u szyi, kolczuga, krzyż, czerwony i biały krzyż, miecz, palma męczeńska, płonący dom, orzeł, tarcza, zbroja.
Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia
***
3 maja
Najświętsza Maryja Panna Królowa Polski główna Patronka Polski
Tytuł Matki Bożej jako Królowej narodu polskiego sięga drugiej połowy XVI wieku. Grzegorz z Sambora, renesansowy poeta, nazywa Maryję Królową Polski i Polaków. Teologiczne uzasadnienie tytułu “Królowej” pojawi się w XVII wieku po zwycięstwie odniesionym nad Szwedami i cudownej obronie Jasnej Góry, które przypisywano wstawiennictwu Maryi. Wyrazicielem tego przekonania Polaków stał się król Jan Kazimierz, który 1 kwietnia 1656 roku w katedrze lwowskiej przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej obrał Maryję za Królową swoich państw, a Królestwo Polskie polecił jej szczególnej obronie. W czasie podniesienia król zszedł z tronu, złożył berło i koronę, i padł na kolana przed wielkim ołtarzem. Zaczynając swoją modlitwę od słów: “Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico”, ogłosił Matkę Bożą szczególną Patronką Królestwa Polskiego. Przyrzekł szerzyć Jej cześć, ślubował wystarać się u Stolicy Apostolskiej o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, zająć się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzić w kraju sprawiedliwość społeczną. Po Mszy świętej, w czasie której król przyjął również Komunię świętą z rąk nuncjusza papieskiego, przy wystawionym Najświętszym Sakramencie odśpiewano Litanię do Najświętszej Maryi Panny, a przedstawiciel papieża odśpiewał trzykroć, entuzjastycznie powtórzone przez wszystkich obecnych nowe wezwanie: “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”. Warto dodać, że Jan Kazimierz nie był pierwszym, który oddał swoje państwo w szczególną opiekę Bożej Matki. W roku 1512 gubernator hiszpański ogłosił Matkę Bożą szczególną Patronką Florydy. W roku 1638 król francuski, Ludwik XIII, osobiście i uroczyście ogłosił Matkę Bożą Wniebowziętą Patronką Francji, a Jej święto 15 sierpnia ustanowił świętem narodowym. Choć ślubowanie Jana Kazimierza odbyło się przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie, to jednak szybko przyjęło się przekonanie, że najlepszym typem obrazu Królowej Polski jest obraz Pani Częstochowskiej. Koronacja obrazu papieskimi koronami 8 września 1717 roku ugruntowała przekonanie o królewskości Maryi. Była to pierwsza koronacja wizerunku Matki Bożej, która odbyła się poza Rzymem. Niestety śluby króla Jana Kazimierza nie zostały od razu spełnione. Dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem “Królowej Polski”. Papież Benedykt XV chętnie przychylił się do tej prośby (1920). Biskupi umyślnie zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 roku pierwszą Konstytucją polską. Dnia 31 października 1943 roku papież Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi. Zachęcił równocześnie, aby aktu oddania się dopełniły wszystkie chrześcijańskie narody. Episkopat Polski uchwalił, że w niedzielę 7 lipca 1946 roku aktu poświęcenia dokonają wszystkie katolickie rodziny polskie; 15 sierpnia – wszystkie diecezje, a 8 września – cały naród polski. Na Jasnej Górze zebrało się ok. miliona pątników z całej Polski. W imieniu całego narodu i Episkopatu Polski akt ślubów odczytał uroczyście kardynał August Hlond. Wcześniej, zaraz po wojnie w roku 1945, Episkopat Polski pod przewodnictwem kardynała Augusta Hlonda odnowił na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowił też złożone przez króla Jana Kazimierza śluby. W uroczystości tej brała udział milionowa rzesza wiernych. W przygotowaniu do tysięcznej rocznicy chrztu Polski (966-1966), w czasie uroczystej “Wielkiej Nowenny”, na apel prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego, cała Polska ponownie oddała się pod opiekę Najświętszej Maryi, Dziewicy-Wspomożycielki. 26 sierpnia 1956 roku Episkopat Polski dokonał aktu odnowienia ślubów jasnogórskich, które przed trzystu laty złożył król Jan Kazimierz. Prymas Polski był wtedy w więzieniu. Symbolizował go pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. Po sumie pontyfikalnej odczytano ułożony przez prymasa akt odnowienia ślubów narodu. W odróżnieniu od ślubowań międzywojennych, akt ślubowania dotykał bolączek narodu, które uznał za szczególnie niebezpieczne dla jego chrześcijańskiego życia. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie oddały się pod opiekę Maryi. Finałem Wielkiej Nowenny było oddanie się w święte niewolnictwo całego narodu polskiego, diecezji, parafii, rodzin i każdego z osobna (w roku 1965), tak aby Maryja mogła rozporządzać swoimi czcicielami dowolnie ku ich większemu uświęceniu, dla chwały Bożej i dla królestwa Chrystusowego na ziemi. Dnia 3 maja 1966 roku prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, w obecności Episkopatu Polski i tysięcznych rzesz oddał w macierzyńską niewolę Maryi, za wolność Kościoła, rozpoczynające się nowe tysiąclecie Polski. W 1962 r. Jan XXIII ogłosił Maryję Królowę Polski główną patronką kraju i niebieską Opiekunką naszego narodu.Naród polski od wieków wyjątkowo czcił Maryję jako swoją Matkę i Królową. Bolesław Chrobry miał wystawić w Sandomierzu kościół pod wezwaniem Matki Bożej. Władysław Herman, uleczony cudownie, jak twierdził, przez Matkę Bożą, ku Jej czci wystawił okazałą świątynię w Krakowie “na Piasku”. Król Zygmunt I Stary przy katedrze krakowskiej wystawił ku czci Najświętszej Maryi Panny kaplicę (zwaną Zygmuntowską), która jest zaliczana do pereł architektury renesansu. Bolesław Wstydliwy wprowadził zwyczaj odprawiania Rorat w Adwencie. Jan Sobieski jako zawołanie do boju pod Wiedniem dał wojskom imię Maryi. Na tę pamiątkę papież bł. Innocenty XI ustanowił święto Imienia Maryi (obchodzone do dziś 12 września w rocznicę wiktorii wiedeńskiej). Maryja była także Patronką polskiego rycerstwa. Stefan Czarniecki przed każdą bitwą odmawiał Zdrowaś Maryja. Tadeusz Kościuszko swoją szablę poświęcił w kościele Matki Bożej Loretańskiej w Krakowie. Na palcu hetmana Stanisława Żółkiewskiego w czasie badania grobu znaleziono po wielu latach pierścień z napisem: Mancipium Mariae (własność Maryi). Bardzo często także mieszczanie zdobili swoje kamienice wizerunkami Matki Bożej, by mieć w Niej obronę. Figury i obrazy ustawiano na murach obronnych, jak to jeszcze dzisiaj można oglądać w Barbakanie Krakowskim. Pod figurą Matki Bożej Niepokalanej, która stała we Lwowie nad Bramą Krakowską, był napis: Haec praeside tutus (pod Jej opieką bezpieczny). Bardzo wiele przydrożnych kapliczek poświęcano Maryi. Święto Zwiastowania lud polski nazywał Matką Bożą Wiosenną; na nabożeństwach majowych wypełniał kościoły; Matkę Bożą Wniebowziętą nazywał Zielną, bo niósł wtedy do poświęcenia dożynkowe wieńce ziela; siewy rozpoczynał z Matką Bożą Siewną (Narodzenie Matki Bożej obchodzone 8 września). W wigilie, poprzedzające święta Matki Bożej – pościł. Na piersiach noszono szkaplerz lub medalik Matki Bożej. Pieśni religijnych ku czci Matki Bożej nie ma tyle żaden naród w świecie, co naród polski. Także polscy święci uznawali Maryję za swą szczególną Opiekunkę. Św. Wojciech uratowany jako dziecko z ciężkiej choroby za przyczyną Matki Bożej został ofiarowany na służbę Panu Bogu. Znana jest legenda o św. Jacku (+ 1257), jak wynosząc z Kijowa Najświętszy Sakrament przed Tatarami usłyszał głos z figury: “Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?”. Figurę tę pokazują dzisiaj w kościele dominikanów w Krakowie. Ze śpiewem na ustach Salve Regina zginęli z rąk Tatarów bł. Sadok i jego 48 towarzyszy (1260). Bł. Władysław z Gielniowa napisał Godzinki o Niepokalanym Poczęciu i kilka pieśni ku czci Matki Bożej. Św. Szymon z Lipnicy miał według podania umieścić w swojej celi napis: “Mieszkańcze tej celi, pamiętaj, byś zawsze był czcicielem Maryi”. W grobie św. Kazimierza znaleziono kartkę z własnoręcznie przez niego napisanym hymnem nieznanego autora Omni die dic Mariae (Każdego dnia sław Maryję). Św. Stanisław Kostka, zapytany z nagła, czy kocha Matkę Bożą, zawołał: “Wszak to Matka moja!”. Chętnie o Niej mówił, Ona to zjawiła mu się w Wiedniu, dała mu na ręce Dziecię Boże i uzdrowiła go cudownie. Jego śmierć poznano po tym, że nie uśmiechnął się, kiedy wetknięto mu w ręce obrazek Matki Bożej. Uprosił sobie u Matki Bożej, że przeszedł do nieba z ziemi w samą Jej uroczystość (15 sierpnia 1568 r.), podobnie jak św. Jacek (15 sierpnia 1257 r.). Na terenie Polski znajduje się kilkadziesiąt dużych i znanych sanktuariów maryjnych. Bardzo często Maryi poświęcano utwory literackie. Jako pierwszy utwór w języku polskim podaje się hymn Bogarodzica, napisany według większej części krytyków w wieku XIII, a według niektórych wywodzący się nawet z czasów św. Wojciecha. Od wieku XIV pojawiają się także w muzyce polskiej tłumaczenia sekwencji, hymnów i innych utworów gregoriańskich, liturgicznych. Powstają pierwsze pieśni w języku polskim. Od wieku XV pojawia się w Polsce muzyka wielogłosowa (polifonia). Od tego też wieku znamy kompozytorów, którzy pisali utwory ku czci Matki Bożej. Najdawniejsze polskie wizerunki Matki Bożej spotykamy już od wieku XI (Ewangeliarz Emmeriański, Ewangeliarz Pułtuski i Sakramentarium Tynieckie; figury i płaskorzeźby w kościołach romańskich). Największym i szczytowym arcydziełem rzeźby poświęconym Maryi jest ołtarz Wita Stwosza z lat 1477-1489, wykonany dla głównego ołtarza kościoła Mariackiego w Krakowie, zatytułowany Zaśnięcie Matki Bożej. Jest to arcydzieło na miarę światową, należące do unikalnych. W wielu polskich miastach istnieją kościoły zwane mariackimi – a więc poświęcone w sposób szczególny Maryi.
Atanazy urodził się w 295 r. w Aleksandrii. Jak można wnosić z jego pism oraz z imienia jego brata, Piotra, który po nim zasiadł na stolicy aleksandryjskiej, Atanazy był z pochodzenia Grekiem. Posiadał wszechstronne wykształcenie. Jego młodość przypadła na krwawe prześladowanie Dioklecjana i Galeriusza. Miał dosyć okazji podziwiać męstwo męczenników oddających swoje życie za Chrystusa nieraz wśród najwyszukańszych tortur. W młodym wieku podjął życie w odosobnieniu na pustyni egipskiej, gdzie spotkał św. Antoniego Pustelnika, swego mistrza. Za rządów św. Aleksandra Atanazy w 319 r. został wyświęcony na diakona i pełnił przy biskupie urząd jego sekretarza. Jako autor listu św. Aleksandra do biskupów, w którym błędy Ariusza poddał szczegółowej analizie i krytyce, został zaproszony na Sobór Nicejski (325), na którym zajaśniał niezwykłą wymową i wiedzą teologiczną tak dalece, że można powiedzieć, iż przyczynił się w głównej mierze do potępienia przez ojców soboru Ariusza. Cesarz Konstantyn I Wielki skazał herezjarchę na wygnanie. Po śmierci biskupa Aleksandra jego następcą został wybrany Atanazy (328). Od samego początku jego pasterzowaniu towarzyszyły wielkie wyzwania. Cesarz Konstantyn odwołał bowiem z wygnania Ariusza i jawnie zaczął sprzyjać jego zwolennikom. Dla umocnienia wiernych swojej diecezji Atanazy rozpoczął uciążliwą wizytację od Assuanu po Tebaidę. W Tabennesi powitał go serdecznie św. Pachomiusz. W tym czasie przeciwnicy Atanazego oskarżyli go przed cesarzem, że objął stolicę aleksandryjską, nie mając jeszcze wieku kanonicznego, a ponadto że popiera przeciwników politycznych cesarza. Atanazy udał się więc do Nikomedii, gdzie wtedy urzędował cesarz, i zbił wszystkie zarzuty przeciwników. Cesarz żegnał go z wielkimi honorami (332). Przeciwnicy ponownie oskarżyli Atanazego, tym razem o to, że przyczynił się do potajemnego zamordowania ariańskiego biskupa Arseniusza. Kiedy Atanazy zażądał kategorycznie sądu, zorganizowano go na synodzie w Cezarei Palestyńskiej, gdzie została wykazana niewinność Atanazego. Z tej okazji cesarz Konstantyn wystosował nawet do Atanazego list pochwalny. Ariusz dzięki poparciu cesarza zdołał w tym czasie pozyskać bardzo wielu biskupów na Wschodzie. Sześćdziesięciu z nich zebrało się na synodzie w Tyrze (335). Atanazy omalże nie został na miejscu zabity. Ratował się ucieczką, ale cesarz skazał Atanazego na banicję do Trewiru w Galii. Daremnie w obronie Atanazego pisał do cesarza listy św. Antoni Pustelnik. Dopiero śmierć cesarza w 337 r. przywróciła udręczonemu obrońcy Kościoła wolność. Wrogowie ponownie wnieśli przeciwko Atanazemu skargę, tym razem do papieża, św. Juliusza I, o to, że nieprawnie objął stolicę biskupią. Atanazy zwołał wówczas synod do Aleksandrii, który wykazał jego niewinność. Przeciwnicy, korzystając z poparcia cesarza ariańskiego, Konstansa I (337-350), wymogli depozycję Atanazego; na jego miejsce wszedł biskup ariański, Grzegorz. Atanazy ponownie musiał ratować się ucieczką (338). Udał się wówczas do Rzymu. Papież św. Juliusz I zwołał dla rozpatrzenia sprawy synod do Rzymu. Wobec zebranych 50 biskupów została ponownie wykazana niewinność Atanazego. Papież wystosował list do biskupów Egiptu, Grzegorza obłożył klątwą i zdjął z urzędu (340). Cesarz poparł papieża i wydał zarządzenie namiestnikowi Egiptu, aby Atanazego przyjął z należnymi mu honorami. Kiedy ten powrócił na swoją stolicę, witały go takie tłumy, że – jak pisze św. Grzegorz z Nazjanzu – przypominało to wylew Nilu. Czterdziestu biskupów Egiptu złożyło mu homagium (346). Znów niestety Atanazy nie zaznał pokoju. Cesarz Konstancjusz II przeszedł jawnie na stronę arian. Zwołał synody w roku 353 do Arles (Francja), a w roku 355 do Mediolanu (Włochy), na którym potępiono uchwały Soboru Nicejskiego I z roku 325 i potępiono również Atanazego. Cesarz nalegał, by papież, św. Liberiusz I, uczynił to samo. Kiedy zaś ten wyraził stanowczy sprzeciw, także papieża skazał na wygnanie jako heretyka. Atanazy był właśnie wraz ze swoim klerem w katedrze, kiedy wszedł do niej wysłannik cesarski i ogłosił jego depozycję. Atanazy usunięty siłą przez 6 lat ukrywał się wśród znajomych i mnichów na pustyni. W miejsce Atanazego wybrano ariańskiego biskupa Jerzego. W czasie pobytu na pustkowiu wśród oddanych mu mnichów Atanazy napisał dwie apologie do cesarza Konstansa II: jedną w obronie Kościoła przeciwko arianom, drugą zaś w obronie własnej. Napisał także Historię arian.
Po śmierci Konstancjusza II tron objął Julian Apostata. Na początku swoich rządów wydał dekret o uwolnieniu z więzień i banicji wszystkich prawowitych biskupów. Atanazy powrócił więc na swoją stolicę. Niebawem jednak cesarz zaczął jawnie sprzyjać poganom, a prześladować chrześcijan. Zachował się list Juliana Apostaty do namiestnika Egiptu, Egicjusza, z nakazem usunięcia Atanazego nie tylko ze stolicy biskupiej, ale i z Egiptu. Ponownie więc biskup musiał ratować się ucieczką. Cesarz jednak uwikłał się w wojnę z Persami. Przegrał ją i podczas niej zginął. Jego następca, Jan, był szczerze oddany katolikom. Atanazy po raz czwarty wrócił do Aleksandrii. Niestety, po roku umarł cesarz Jan. Po raz piąty Atanazy dekretem cesarskim został zmuszony opuścić swoją owczarnię. Tym razem jednak lud stanowczo opowiedział się za swoim pasterzem i zmusił cesarza do odwołania wyroku banicji. Cztery lata później, w nocy z 2 na 3 maja 373 r. Atanazy zmarł. Św. Grzegorz z Nazjanzu wygłosił ku jego czci wspaniałą mowę. Św. Bazyli nazwał go jedynym obrońcą Kościoła w czasach, kiedy szalał arianizm. Na Soborze Konstantynopolitańskim II (553) wobec papieża św. Wigiliusza zaliczono św. Atanazego do nauczycieli Kościoła. We wszystkich obrządkach obchodzi się jego doroczne święto, chociaż w różnych dniach. Atanazy pozostawił po sobie traktaty. W “Żywocie św. Antoniego” dał podwaliny pod koncepcje życia zakonnego. Św. German I (VII/VIII w.) przeniósł ciało św. Atanazego do kościoła Mądrości Bożej (Hagia Sofia) w Konstantynopolu w czasie najazdu Arabów. Król Baldwin w XII w. podarował ramię Świętego mnichom z Monte Cassino, a jego ciało przeniesiono do kościoła benedyktynek w Wenecji. Od 1806 roku relikwie Atanazego znajdują się w kościele św. Zachariasza. Jego czaszka znajduje się w opactwie benedyktynów w Valvanera, natomiast w rzymskim kościele pw. św. Atanazego znajduje się część jego ramienia.W ikonografii (zachodniej) św. Atanazy przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub ortodoksyjnego. Czasami jako kardynał albo mnich. Jego atrybutami są: łódka, rylec, zwój. Na Wschodzie przedstawiany jest w bizantyjskich szatach biskupich z dużymi krzyżami. W obu dłoniach trzyma Ewangelię. Ma szeroką, siwą brodę i łysinę czołową. Często towarzyszy mu św. Cyryl, arcybiskup aleksandryjski.
Święty Józef był mężem Maryi. Jego postać znamy z przekazów Ewangelii. Czcimy go dwukrotnie w ciągu roku: 19 marca – jako Oblubieńca Matki Bożej, a dzisiaj – jako wzór i patrona ludzi pracujących. 1 maja 1955 roku zwracając się do Katolickiego Stowarzyszenia Robotników Włoskich papież Pius XII proklamował ten dzień świętem Józefa rzemieślnika, nadając w ten sposób religijne znaczenie świeckiemu, obchodzonemu na całym świecie od 1892 r., świętu pracy. Odtąd tego dnia także Kościół akcentuje szczególną godność i znaczenie pracy. To wspomnienie jest wyrazem zrozumienia i poszanowania jej roli w duchowym rozwoju człowieka, a także okazją do złożenia hołdu tym jej wartościom, które pozwalają stosunki między ludźmi ją wykonującymi oprzeć na zasadach pokoju społecznego, dalekich od niezgody, gwałtu i nienawiści. Całe swoje życie św. Józef spędził jako rękodzielnik i wyrobnik w ciężkiej zarobkowej pracy. Ewangelie określają go mianem tektōn (łac. faber), przez co rozumiano wyrobnika – rzemieślnika od naprawy narzędzi rolniczych, przedmiotów drewnianych itp. Były to więc prace związane z budownictwem, z robotą w drewnie i w żelazie. Józef wykonywał je na zamówienie i w ten sposób utrzymywał Najświętszą Rodzinę. Ta właśnie praca stała się równocześnie dla niego źródłem uświęcenia. Był mistykiem nie przez kontemplację, przez uczynki pokutne czy przez dzieła miłosierdzia, ale właśnie przez codzienną pracę. Praca go uświęciła, gdyż wykonywał ją rzetelnie, wypełniał ją cicho i pokornie jako zleconą sobie od Boga misję na ziemi. Spełniał ją zapatrzony w Jezusa i Maryję. Dla nich żył, dla nich się trudził, dla nich był gotów do najwyższych ofiar. Taki powinien być styl pracy każdego chrześcijańskiego pracownika. Praca ma go uświęcać, ma być źródłem gromadzenia zasług dla nieba, podobnie jak to było w życiu św. Józefa.Pismo Święte nie tylko nie potępia pracy, ale ją zaleca i nakazuje, i to we wszelkich odmianach, także gdy chodzi o pracę fizyczną. Już pierwsi rodzice w raju pracowali: “Jahwe Bóg wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15). Księga Przysłów oddaje najwyższe pochwały kobiecie pracowitej i wylicza, jakie pożytki i dobrodziejstwa ma z tego mąż i cały dom (Prz 31, 10-31). Pismo święte natomiast gromi leniwych i ostrzega przed nimi: “Do mrówki udaj się, leniwcze, patrz na jej drogi… w lesie gromadzi swą żywność i zbiera swój pokarm za życia. Jak długo, leniwcze, chcesz leżeć? A kiedyż ze snu powstaniesz?” (Prz 6, 6-9). “Ręka leniwa sprowadza ubóstwo, ręka zaś pilnych wzbogaca” (Prz 10, 4). “Kto ziemię uprawia, nasyci się chlebem” (Prz 12, 11). “Lenistwo nie złowi zwierzyny, ludzka pilność cennym bogactwem” (Prz 12, 27). Św. Paweł wprost pisze: “Gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam tak: kto nie chce pracować, niech też nie je” (2 Tes 3, 10). Przypowieść Pana Jezusa o robotnikach w winnicy (Mt 20, 1-16) i o talentach (Mt 25, 14-30; Łk 19, 11-28) akcentuje, że człowiek za swoją pracę odpowiada nie tylko wobec społeczeństwa, ale także w sumieniu wobec Pana Boga.Praca wyzwala z człowieka najpełniej jego uzdolnienia, energię, inicjatywę. Jest szkołą wielu cnót osobistych i społecznych, takich jak na przykład wytrzymałość, solidarność, cierpliwość, męstwo, odwaga i ład, współpraca, współzawodnictwo. Praca bogaci i łączy ludzi. Wyrównuje także nierówność społeczną. Jeśli człowiek traktuje pracę jako swoje posłannictwo, jako zleconą sobie od Boga misję, staje się ona wówczas dla niego środkiem uświęcenia i gromadzenia zasług dla nieba. Kościół wyniósł na ołtarze nie tylko władców, biskupów, papieży i zakonników, ale także zapobiegliwych ojców, dzielne matki, rzemieślników, żołnierzy i rolników.