Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważanie

    Rozważanie

    Boży ogień – XX Niedziela Zwykła
    18.08.2019

    Po wysłuchaniu dzisiejszego Bożego Słowa wielu z nas może być zaskoczonych. Bo co to znaczy: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął!” O jakim ogniu mówi Pan Jezus? W Piśmie Świętym ogień bardzo często oznacza Boże działanie – na przykład Pan Bóg objawia się Mojżeszowi w krzewie ognistym, który płonął, ale się nie spalał. Albo w czasie narodzin Kościoła w dniu Pięćdziesiątnicy, Duch Święty w postaci ognistych języków spoczął na głowach apostołów zgromadzonych w wieczerniku. Ogień w Starym Testamencie zapoczątkował uwolnienie narodu wybranego z niewoli egipskiej. Zaś w dzień Zesłania Ducha Świętego Boży ogień dał życie, dał moc i rozgrzał  Bożą miłością. Bóg więc chce być dla nas już nie tylko – jak w czasach Mojżesza –naszym Obrońcą i Wyzwolicielem, ale pragnie dawać nam samego siebie. „Jakże bardzo pragnę, żeby ten ogień już zapłonął” – te słowa wyrażają bardzo gorące pragnienie Pana Jezusa, żebyśmy wszyscy, każdy z nas, otworzyli się na ten święty ogień Bożej Miłości, którym jest sam Duch Święty. Dlatego Kościół nieustannie modli się i to z wielką żarliwością: „Przyjdź Duchu Święty i rozpal w nas ogień Twojej miłości”.

    Ale ogień Bożej miłości oznacza również oczyszczenie, co zawsze połączone jest z trudem, z cierpieniem i przede wszystkim z wyborem Bożej woli, która niestety krzyżuje się i to bardzo często z  naszą ludzką wolą. To znaczy, że pojęcie pokoju może być różne. Jest pokój według Bożego objawienia, który aniołowie zwiastują pasterzom w noc Bożego Narodzenia, śpiewając: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania”. Wtedy nie było miejsca w żadnej ludzkiej gospodzie na Boże narodziny – wręcz przeciwnie,  te narodziny spowodowały rzeź niewiniątek, ucieczkę świętej Rodziny do obcego kraju. Dlaczego – bo byli tacy, którzy chcieli mieć “święty spokój” – jak król Herod i cała Jerozolima. Mieli swoje wyobrażenie świata, w której to przestrzeni żyli całkowicie zamknięci na Boży świat. Tymczasem Pan Jezus mówi wyraźnie: “Pokój mój daję wam, nie taki jaki daje świat”. A więc przyniósł pokój, który powoduje na tym świecie rozłam.

    Boży pokój nie ma nic wspólnego ze złem, jeżeli jest osiągany kosztem słabszego albo za cenę kłamstwa i oszustwa. Jeżeli pragniemy być ludźmi Jezusowego pokoju, na taki fałszywy pokój nie wolno nam się godzić. Podczas swojej męki Pan Jezus dał nam najwyższy przykład niezgody na pokój fałszywy. W czasie procesu, na  pytanie Annasza, czy jest Synem Bożym, albo na pytanie Piłata, czy jest Królem żydowskim, dał świadectwo prawdzie. Symeon przepowiedział podczas ofiarowania w świątyni jerozolimskiej, że to maleńkie 40 dniowe Dziecko będzie znakiem sprzeciwu.

    Zaraz po tym pierwszym zdaniu Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii następuje kolejne – również bardzo trudne do przyjęcia. „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”. Chrystus chrztem nazywa swoją świętą mękę, a więc swoje biczowanie, cierniem ukoronowanie i przybicie do krzyża. Cała droga krzyżowa – to jest ten straszliwie gorzki kielich,  który Pan Jezus wypił do samego końca, na krzyżu został ochrzczony we własnej krwi, bo „umiłowawszy swoich, do końca ich umiłował”.

    Skoro Panu Bogu aż tak bardzo zależy na każdym z nas, bo tylko On wie co dla nas jest najważniejsze, co nas jedynie naprawdę może uszczęśliwić – to jak nie wyrazić zgody na przyjęcie tego Bożego pokoju. Ten prawdziwy, Boży pokój jest nie da pogodzenia z pokojem fałszywym, takim, który zupełnie ignoruje Boże przykazania. Często stajemy przed takim wyborem, że trzeba wejść w niezgodę nawet z własnym ojcem, matką, z rodzonym dzieckiem, czy z kimkolwiek ze swoich bliskich, aniżeli szukać porozumienia wbrew Bożym przykazaniom.

    Ojciec Jacek Salij bardzo konkretnie pokazuje w jaki sposób ma zachować się człowiek, który  idzie za Jezusem: “Jeżeli własny twój ojciec lub matka usiłują rozbić twoje małżeństwo i nie chcą pamiętać o tym, że przecież ze swoją żoną czy mężem jesteście złączeni sakramentem i przysięgaliście sobie w obliczu Boga i aniołów – przypomnij sobie wtedy słowo Chrystusa Pana z dzisiejszej Ewangelii, że nieraz trzeba, ażeby syn stanął przeciwko ojcu, a synowa przeciw teściowej. Ale też z drugiej strony – jeżeli twój syn porzucił swoją żonę i wiąże się z inną kobietą, nie udawaj, że nie dzieje się nic złego.

    Niedobra to zgoda, którą osiągamy za cenę deptania Bożych przykazań. Toteż jeżeli rodzony ojciec namawia ciebie do bardzo korzystnych, ale niegodziwych decyzji ekonomicznych, nie słuchaj go i nie bój się zaryzykować tego, że rozgniewa się na ciebie. Nie lękaj się też odmówić złożenia w sądzie fałszywego świadectwa, nawet jeżeli ciebie o to prosi ktoś bardzo tobie bliski.

    Jeżeli twoja córka lub siostra zaczyna myśleć o aborcji, ty podaj jej rękę i zrób wszystko, żeby dodać jej otuchy. A jeśli to ty jesteś kuszona do aborcji, może nawet przez rodzoną matkę – wiedz swoje i przypomnij sobie, że przykazanie „Nie zabijaj” znaczy również: Nie zabijaj własnego dziecka. Właśnie w odniesieniu do takich sytuacji Pan Jezus mówi nam dzisiaj: „Nie przyniosłem wam pokoju, ale rozłam”.

    Żeby w mojej rodzinie płonął ogień Bożej miłości, muszę wiedzieć, że miłość wymaga ofiary, wymaga poświęcenia. Miłość, która za wszelką cenę chce uciec od krzyża – nie jest miłością prawdziwą.

    Święty Jan Paweł II przekonywał nas, przemawiając w Nowym Sączu, “…żebyśmy nie bali się takiego krzyża, którego dźwiganie służy dobru małżeństwa i rodziny. W żadnych okolicznościach wartość małżeństwa, tego nierozerwalnego związku miłości dwojga osób, nie może być podawana w wątpliwość.  Jakiekolwiek rodziłyby  się trudności, nie można rezygnować z obrony tej pierwotnej miłości, która zjednoczyła dwoje ludzi i której Bóg nieustannie błogosławi. Małżeństwo jest drogą świętości, nawet wtedy, gdy staje się drogą krzyżową”.

    Często bywa tak, że obydwoje rodzice na chrzcie świętym przyrzekają wychowywać swoje dziecko po katolicku, a potem po latach, jedno z nich – zdecydowanie częściej ojciec – przestaje chodzić do kościoła, co zazwyczaj negatywnie wpływa na religijność dziecka. Wtedy rodzice mogą usłyszeć takie bardzo niepokojące słowa, jakie kiedyś kilkuletni chłopiec powiedział swemu ojcu: „Nie mogę się doczekać aż będę dorosły i jak mój tata nie będę już musiał chodzić do kościoła”.

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz opisuje jeszcze inną sytuację, wobec której ludzie wierzący stają dziś coraz częściej:  “Kiedy kolega, znajomy czy przyjaciel zaprasza na swój ślub cywilny, który ma być początkiem nowego związku z tak zwaną drugą żoną, rodzi się dylemat: Czy iść do Urzędu Stanu Cywilnego, uśmiechać się miło, wręczyć tak zwanym nowożeńcom bukiet kwiatów, życzyć im szczęścia, mając na uwadze to, że oboje lub jedno z nich zostawia swojego prawego współmałżonka, że kilka ulic dalej dzieci tego tak zwanego pana młodego cierpią, bo tata poszedł sobie do innej pani? Czy mam uśmiechać się i być miły, kiedy ci tak zwani nowożeńcy na oczach wszystkich łamią jedyny ślub, jaki kiedyś składali przed Bogiem i Kościołem? W istocie jest to przecież smutna i tragiczna uroczystość. Czy w niej uczestniczyć? Znam ludzi, którzy nie przyjęli takiego zaproszenia. Stać ich było na takie postawienie sprawy. Nierzadko przez to tracili przyjaciela czy koleżankę. Nierzadko byli za swoją postawę boleśnie piętnowani przez całe otoczenie. Przyjazne relacje spłonęły w ogniu wierności Jezusowi”.

    Święty Piotr bardzo wyraźnie stwierdził przed Sanhedrynem: “Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Jednak w naszej codzienności zdarza się i to bardzo często, że dla świętego spokoju, dla przypodobania się ludziom, albo z lęku przed wyśmianiem, oskarżeniem o fanatyzm i dewocję – dezerterujemy. Dlatego tak bardzo potrzebna jest nam moc Ducha, aby wytrwać.

    Hinduski kapłan Rufus Pereira opowiadał swego czasu, jak przyszli do niego mężczyzna i kobieta. Oboje byli bardzo chorzy. Prosili księdza Rufusa, aby pomodlił się nad nimi w intencji ich uzdrowienia. Gdy rozpoczął modlitwę poczuł natychmiast wyraźny duchowy opór. Poprosił ich, by przyszli następnego dnia rano. Ale i wtedy modlitwa wydawała się też być czymś  blokowana. „Usiądźmy i porozmawiajmy chwilę” – zaproponował ksiądz Pereira. „W którym kościele braliście ślub?” – zapytał schorowaną parę. „A my nie mamy ślubu kościelnego”. „Nie jesteście związkiem sakramentalnym?” – dopytywał się ksiądz. A gdybyście zostali uzdrowieni, to co byście zrobili?” – „Będziemy żyli dalej razem jak dotychczas”. – „Jak mąż z żoną, czyli prosicie Boga o zdrowie i siły, by żyć dalej w grzechu” – pytał ks. Rufus. Zmieszani mężczyzna i kobieta wyglądali na mocno zakłopotanych.

    To pytanie księdza Pereira powinno nas zastanowić, bo często prosimy o wstawiennictwo, żeby na przykład mąż przestał pić albo żeby zapanowała harmonia w rodzinie, a nie kłótnie, albo prosimy aby, różne choroby nie dotykały nas i naszych bliskich. I jeśli Bóg spełni nasze prośby – czy wtedy tymi darami będziemy służyć Panu Bogu z czystym sercem pełnym wdzięczności, zachowując Boże przykazania?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Bóg chce być kochany
    XIX Niedziela Zwykła – ROK C 11.08 2019

    Pan Jezus przekazuje dziś bardzo ciepłe i serdeczne słowa: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo”. Obiecuje, że to królestwo, z którego przyszedł, stanie się udziałem tych, którzy weń uwierzą. Dla dzisiejszego człowieka zanurzonego w sprawach tego świata, Jezusowe słowa brzmią – trzeba przyznać – trochę archaicznie.

    A poza tym tu, na tej ziemi, przyobiecana rzeczywistość jest całkowicie zakryta. Ludzkie oko nie jest w stanie jej wypatrzyć. Ale ona jest. Jezus zaświadczył o niej aż do przelania swojej krwi. Dzięki temu Jego obietnica mogła się ziścić. Zanim jednak dokonał otwarcia Bożych bram, Chrystus swoim nauczaniem przybliżał Królestwo, które nie jest z tego świata, poprzez różne przypowieści. Między innymi przyrównał tę Bożą rzeczywistość do skarbu ukrytego na roli, który kiedy człowiek odkryje gotów jest oddać wszystko, ponieważ zapragnął posiąść go całym swoim sercem – „bo gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje”.

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz bardzo trafnie przetransponował tę prawdę na dzisiejsze realia: „Każdy z nas musi się uczciwie zapytać, gdzie jest jego serce. Zanurzone w serialach telewizyjnych? W magazynach piłkarskich? W robieniu kariery? Każdy z nas musi zapytać siebie: jaka wiadomość, jaka sprawa spowodowałaby, abym w nocy wstał, ubrał się i wyszedł z domu? Za co oddałbym wszystkie pieniądze? Każdy z nas ma takie sprawy, tak kochane osoby, takie wartości. I to jest w ewangelicznym przekazie niezwykłe, że Bóg chce być przez nas właśnie tak mocno, całym sercem kochany! Dokładnie tak! Wiem, to dla wielu szokujące, to dla wielu niemożliwe, to dla wielu zupełna abstrakcja. Owszem, pomodlić się, zachowywać przykazania, iść do kościoła. Ale kochać Boga aż tak?! Odpowiedź jest jedna: dokładnie tak! Zaangażować serce w Boga bardziej niż w samochód, komputer, serial, pieniądze”…

    Tymczasem bardzo często słyszę w rozmowie z ochrzczonymi ludźmi zadawalanie się jedynie najmniejszym minimum. Co gorzej – uważa się to za normalne i wystarczające, by pójść tylko do kościoła i to jeszcze z kilkuminutowym opóźnieniem. I znowu też nie co niedziela – no bez przesady! Raz na rok przystąpić do spowiedzi – wcale nie z potrzeby serca – tylko żeby mieć już z głowy. Błyskawiczna modlitwa z cichym westchnieniem: „o, jak mi się nie chce”. A tymczasem Pan Jezus stawia bardzo wysoko poprzeczkę mówiąc o wąskiej i stromej ścieżce, która prowadzi do Jego Królestwa. Wygodna i szeroka droga nie zaprowadzi do Bożego świata. I choćbym wmawiał sobie, że Jezusowe wymagania są po prostu absurdalne – to jednak tak naprawdę tylko Bóg jest całkowicie po stronie mojego serca. Żeby zrozumieć ten Boży zamysł dobrze jest przyjrzeć się, jak proponuje cytowany już wyżej ksiądz Piotr Pawlukiewicz, ludzkim relacjom choćby w rodzinach: „Czyż też nie oczekujemy od bliskich miłości? Żona pragnie nie tylko rzuconej na stół pensji, ale i serca, uśmiechu, zainteresowania, czułości ze strony męża. Córka oczekuje od matki nie tylko postawionego na stole obiadu, ale często rozmowy, przyjaźni, zrozumienia. W ilu domach można usłyszeć słowa: ”Czego się czepiasz? Przecież utrzymuję dom, daje pieniądze!” Tak, to prawda. Można dla kogoś pracować, być z nim, rozmawiać, a wcale go nie kochać, sercem być zupełnie gdzie indziej – w marzeniach, w gazetach, w telewizji. Chyba wielu z nas zdarzyło się, że ktoś, na kim mi zależało, wcale nie miał dla nas serca. Był z nami, rozmawiał, ale tylko z grzeczności, tylko z musu”.

    Przywołując takie doświadczenia mogę łatwiej zobaczyć moją ogromną niewdzięczność dla Boga, który uczynił dla mnie wszystko, aby mnie uratować i uszczęśliwić – a ja, owszem idę do kościoła na Mszę św., tyle że z obowiązku, może z przyzwyczajenia. Psalmista woła: „Ucieszyłem się, że pójdziemy do domu Pana”. Czy rzeczywiście jest we mnie radość, by móc uczestniczyć w Wielkiej Tajemnicy Wiary? Na ile zdaję sobie z tego sprawę? A modlitwa, do której jestem dopuszczony mając ten nieprawdopodobny i niewyobrażalny przywilej, że moje słowo dociera do samego Boga i Boży głos we mnie jest słyszalny – czym jest dla mnie, skoro odbywa się byle jak i byle szybciej, bo w telewizji zaczyna się już ciekawy film?

    Pan Bóg jednak nie zraża się i nie odwraca ode mnie swojej miłości, a równocześnie tak dalece szanuje moją wolną wolę – co też jest jedną z niepojętych Bożych tajemnic. Nie zmusza mnie do kochania siebie, ale poprzez najrozmaitsze sytuacje, poprzez wysyłanych aniołów i ludzi pragnie ocalić moje prawdziwe życie i uczynić je szczęśliwym. I czyni to w sposób tak delikatny, aby w niczym nie urazić mojego serca. Dokąd więc będę śpiewał ustami tylko: „Kiedyż, o kiedyż, słodki mój Panie, poznamy Serca Twego kochanie? Kiedyż Twa miłość rozpali nas? O, dobry Jezu, czas to już, czas!”

    Pan Bóg zrobił wszystko, aby zasłużyć sobie na miłość człowieka. Przede wszystkim dał swojego Syna przez którego każdy może stać się Bożym domownikiem. A jednak nie tylko św. Franciszek zwykł mówić: „Miłość nie jest kochana”. To smutne stwierdzenie jest widoczne w każdym ludzkim pokoleniu, w którym tylko „małe trzódki” odnajdują swój skarb – Jezusa. Kochają Go całym swoim sercem, tak jak tylko potrafią, idąc wytrwale po śladach Jego stóp. To nic, że ciągle upadają potykając się o ostre kamienie walające się na drodze ich życia. Z każdego upadku powstają i wciąż idą dalej, aby wytrwać do końca. To o nich mówi Jezus w dzisiejszej Ewangelii: „Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał”. Ale Pan już dziś, już teraz klęka przed każdym uczestnikiem Eucharystii i umywa nogi – tak jak wtedy kiedy ustanowił ten Przenajświętszy Sakrament. Czy widzę to co czyni Jezus – mój Pan, mój Bóg? Na pewno widzą te „małe trzódki” obecne w każdym zakątku świata, dla których słowa z Liturgii stają się żywe: „Wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”. To poprzez nich Pan Jezus wciąż przyprowadza nowe twarze i przyprowadza o różnych porach dnia i nocy i nie tylko z rynków świata, ale i z przeróżnych opłotków, bo mieszkań w domu Ojca jest wiele.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Usłyszeć Boży głos          XVIII Niedziela Zwykła ROK C       4 sierpnia 2019

    Horacy Safrin w swojej książce Przy szabasowych świecach pisze między innymi o jednym z bogatych fabrykantów miasta Łodzi – Poznańskim, który będąc już w podeszłych latach miał taki zwyczaj, że kiedy przyjmował nowego portiera wręczał mu grubą, w skórę oprawioną księgę i tak mówił: „To jest mój album familijny. Przypatrz się dobrze zamieszczonym tam fotografiom. Jeśli która z tych osób przekroczy bramę naszego pałacu, to powiedz, że wyjechałem z Łodzi”…

    Dziś przyszedł do Pana Jezusa człowiek pokrzywdzony przez swojego brata i prosi Go, aby ujął się za nim: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił za mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż mnie ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami”. I tu spotkał go wielki zawód. Rozczarował się, bo był przekonany, że Chrystus tak bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę, stanie w jego obronie. Ale nie stanął. Co więcej – nawiązując do tego zdarzenia zaczął ostrzegać swoich słuchaczy przed chciwością. Nawet nazwał głupcem takiego człowieka, którego owładnęła żądza niepohamowanej zachłanności. I żeby jeszcze wyraziściej pokazać jak wielkim jest niebezpieczeństwem chęć posiadania coraz więcej i za wszelką cenę, Pan Jezus posłużył się przypowieścią osnutą wokół pracy na roli, który to temat notabene często występuje w Jego nauczaniu. Takie obrazy bowiem pomagają przybliżyć tajemnice Królestwa Bożego. Otóż obserwując cały ten cykl związany z sadzeniem, wzrostem i zbieraniem, trzeba tu zauważyć, że „owoc ziemi i pracy rąk ludzkich” – jak mówi kapłan podczas przygotowywania darów ofiarnych, jest przede wszystkim dziełem samego Boga. Mówimy przecież o darach ziemi pochodzących z ręki Pana. Ale kiedy człowiek przywłaszcza sobie te Boże dary i mieni się być wyłącznym ich właścicielem – wtedy dzieją się nie tylko niesprawiedliwości, ale i psucie Bożego ładu w naturze, co dziś aż nazbyt jest widocznie.

    Potrzeba posiadania jest czymś naturalnym dla każdego człowieka. Już małe dziecko chce mieć swój własny kącik z zabawkami. Z biegiem lat potrzeby wzrastają i tym samym powiększają się granice własności. To są takie spichlerze: materialne, intelektualne czy duchowe. Same z siebie są darem Bożym, danym każdemu w różnych miarach w myśl polecenia Stwórcy: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Ale niestety bywa bardzo często tak, że naturalna potrzeba posiadania zaczyna przybierać postać patologiczną. Człowiek wtedy zaczyna widzieć tylko jeden cel w swoim życiu: ciągle gromadzić dobra, powiększać stan swojego posiadania. W ten sposób ludzkie serce omotane zostaje żądzą chciwości. Jego dobra już nie pomagają mu rozwijać swojej osobowości, bo on stał się już ich niewolnikiem. Taką sytuację bardzo trafnie ujmują ludowe przysłowia: „Im więcej ma, tym jeszcze więcej chce”, albo „Chciwemu nigdy dosyć”.

    Jest takie opowiadanie jak to królewski fryzjer przechodził obok zaczarowanego drzewa i usłyszał tajemniczy głos:

    – Czy chciałbyś posiadać siedem stągwi pełnych złota?

    Zdziwiony taką propozycją od razu pomyślał, że przecież bogactwo nigdy nie zaszkodzi.

    – Naturalnie, chcę mieć tyle złota.

    – Idź więc do domu, a tam znajdziesz to, co chcesz mieć.

    Ucieszony pobiegł szybko i rzeczywiście w swoim mieszkaniu zobaczył siedem stągwi kamiennych. Sześć było wypełnionych aż po brzegi złotem. Siódma również była napełniona złotem, ale tylko do połowy. Fryzjer nie mógł pogodzić się z tą myślą, że brakuje mu do pełni szczęścia tylko tej „połowy”. I zaczął jak szalony działać w tym kierunku, aby wypełnić całkowicie i tę siódmą. Najpierw stopił wszystkie precjoza rodzinne. Potem bardzo oszczędzał na czym tylko się dało. Nawet wyżebrał u króla wyższą pensję, ale wszystko to nie przyniosło żadnego skutku. Bo obojętnie ile dołożył złota do stągwi, poziom wypełnienia wciąż pozostawał niezmienny – tylko do połowy.

    W końcu monarcha zauważył, że dzieje się coś niedobrego z jego fryzjerem. Zawezwał go więc do siebie i spytał czy przypadkiem nie ma w domu siedem stągwi ze złotem.

    – Kto też doniósł o tym waszej królewskiej mości? – zapytał podejrzliwie bardzo zdziwiony fryzjer.

    Król uśmiechnął się z politowaniem i tak powiedział:

    – Masz przecież wszystkie symptomy człowieka, któremu zły duch ofiarował siedem stągwi. Ja też otrzymałem kiedyś taką propozycję. Wówczas od razu zapytałem, czy można to złoto wydawać, czy tylko posiadać. Oczywiście, że jest to złoto tylko do posiadania i rodzi ono wewnętrzny przymus, aby je pomnażać. Idź i oddaj je z powrotem, a zobaczysz, że w tej samej godzinie staniesz się znowu szczęśliwy.

    O żądzy chciwości już Wergiliusz wołał: Auri sacra fames! Przeklęty głodzie złota! Z kolei Mahatma Gandhi tak zwykł mówić: Zastąpcie chciwość miłością – i wszystko powróci na swoje miejsce. Niestety, życie uczy, że człowiek zbyt często nie tylko przywiązuje się do Bożych darów, ale ich nadużywa, zapomina o ich Dawcy i tym samym staje się niewolnikiem rzeczy, uczuć, ambicji, władzy. Im dłużej trwa to bałwochwalstwo dóbr tego świata, tym ciemniejsza staje się noc dla człowieczego serca, bo namiętność zaślepia. Ale po tej stronie życia wciąż jest jeszcze nadzieja, ponieważ Bóg nie rezygnuje z człowieka. Woła do niego na różne sposoby. Oto przykład, który wydarzył się za naszych dni – człowiek usłyszał Boży głos.

    Młody Polak po studiach wyjechał z Polski do Niemiec. Przed wyjazdem poszedł do swojego proboszcza po błogosławieństwo i przyrzekł wierność Bogu także na nowym miejscu. Szybko dostał status przesiedleńca, pracę i mieszkanie. Założył szczęśliwą rodzinę. Każdej niedzieli szedł do kościoła. Dwa razy w roku przystępował do spowiedzi św.

    Po ośmiu latach założył firmę budowlaną. Ciężką pracą dorobił się luksusu. Powodziło mu się świetnie. I wtedy znalazł niebezpieczną pasję, jaką były ryzykowne transakcje giełdowe. Wciągał się w nie tak bardzo, że całymi godzinami siedział w lepiony w ekran komputera. Zaniedbał swoją rodzinę. W końcu poniósł ciężkie straty i był już bliski załamania. Kiedy poszedł do księdza, ten poradził mu, aby pojechał do jednego z sanktuariów maryjnych i tam Matce Bożej przedstawił szczerze swoje zniewolenie. Po powrocie zaczął codziennie odmawiać cząstkę różańca. Z giełdą jednak nie zerwał. Wkrótce pod wpływem wstrząsającej lektury pojechał do innego sanktuarium maryjnego. Tam wyspowiadał się i prosił Pana Jezusa o uwolnienie z giełdowej obsesji. Po powrocie do domu zerwał całkowicie z giełdą. Wyrzucił kasety porno. Zaczął pościć w środy i w piątki. Odmawiał codziennie już cały różaniec. I przemiana nastąpiła. Stał się po prostu nowym człowiekiem. A sprawiła to Boża moc, której on uchwycił się.       

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    „Panie, naucz nas się modlić”
    XVII Niedziela zwykła – ROK C
    28 lipca 2019

    Apostołowie, przebywając stale z Panem Jezusem, widzieli jak często ich Pan i Mistrz trwał na modlitwie. Wiele razy w Ewangelii opisane jest jak odchodził na miejsca samotne, na których modlił się do swego Ojca. Przed każdym ważnym wydarzeniem Chrystus Pan spędzał wiele czasu, bywało że całe noce, na uboczu. Tam rozmawiał ze swoim Ojcem i łączył swoją wolę z wolą Ojca.

    Tak było na przykład przed wyborem dwunastu Apostołów. Albo innym razem zanim ogłosił swoje główne przesłanie zawarte w ośmiu błogosławieństwach odbył żarliwą modlitwę. Modlił się i na górze Tabor i w ogrodach Getsemanii. A jeszcze zanim poszedł do Ogrójca – w Wieczerniku wypowiedział wielką modlitwę podczas której ustanowił Najświętszą Eucharystię i wyświęcił pierwszych kapłanów. Nie można tu również nie wspomnieć szczególnej modlitwy, przejmującej i niezrozumiałej, jaką Boży Syn odbył ze swoim Ojcem z wysokości już krzyża.

    Apostołowie patrząc na co dzień na swojego Mistrza i Pana musieli być zauroczeni Jego widokiem kiedy powracał z modlitwy, dlatego nie dziwi przekaz dzisiejszej Ewangelii, że „jeden z uczniów rzekł do Niego: „Panie, naucz nas się modlić”. I Pan Jezus uczynił zadość tej prośbie i dał modlitwę najwspanialszą, która pozostanie nieocenionym skarbem dla wszystkich pokoleń, które przechodziły, przechodzą i będą przechodzić przez tę ziemię. Może to i dobrze, że ten który odczuł wielkie pragnienie, aby się modlić, tak jak Jezus, pozostał nieznany i z imienia i z twarzy. Bowiem w tej jego prośbie może wypowiedzieć się każdy, każdy kto odkryje w swoim sercu takie pragnienie. Wielki pisarz Józef Ignacy Kraszewski wyraził w przepięknej refleksji ujętej poezją owo pragnienie:

    „Jak kwiat ku słońcu, tak ku Bogu dusza
    Zwraca się czerpiąc w Nim siły,
    Modlitwa żywi, co życie wysusza,
    Modlitwa wlewa co bóle wypiły.
    Dwa światy wiąże złotymi ogniwy
    Świat umarłych i świat żywy.
    Tęsknotę słodzi, cierpienia uśmierza,
    Jest zdrojem łaski i tarczą rycerza.
    Módlmy się, módlmy, pijmy z tego zdroju
    Ochłodę w spiece i siły do boju.
    Spokój jakiego świat dać nam nie może,
    I łaską Bożą i natchnienie Boże.
    Modlitwa rzeźwi, na boleść nas zbroi,
    Oczyszcza serce i cierpienia koi,
    Módlmy się w sromie, w ucisku, w potrzebie,
    Z braćmi co cierpią, do braci co w niebie,
    Do Boga żywych i zmarłych, co słucha
    Modlitw uczynków i modlitwy ducha.
    Ona jest węzłem, co łączy dwa światy,
    Człowieka z Bogiem i ziemię z niebiosy”.

    Gdy mowa jest o modlitwie od razu przychodzi na myśl osoba świętego Jana Pawła II. Było mi dane nie tylko wiele razy z daleka na żywo, czy poprzez telewizję, ale również z bardzo bliska patrzeć na rozmodlonego Papieża w jego prywatnej kaplicy na Watykanie i w Castel Gandolfo. Święty Jan Paweł II naprawdę miał dar wchodzenia całkowicie w inną przestrzeń, którą zwykły śmiertelnik najwyżej co – może jedynie przeczuwać. Powiedzenie Simone Weil: „Mów mi, milcząc, o Bogu!” jest tu jak najbardziej zrozumiałe. On, zastępca Chrystusa na ziemi, niosąc coraz cięższy krzyż, każdą modlitwę okupywał ogromnym cierpieniem, przez co jeszcze bardziej upodabniał się do swojego Mistrza, który go wybrał. Jego błaganie za światem, które było usilne i pokorne, bardzo przypomina dzisiejsze I Czytanie. Cytowana już Simone Weil podaje i taki sprawdzian, który również bardzo przylega do osoby świętego Jana Pawła II: „Nie po sposobie, w jaki człowiek mówi o Bogu, ale po sposobie, w jaki mówi o rzeczach ziemskich, poznajemy najlepiej, czy jego dusza była w ogniu miłości Boga.”

    Do starego mnicha przyszedł jego współbrat i żalił się, że nie potrafi już ani wierzyć, ani się modlić. Prosił o zwolnienie ze służby Bożej, ponieważ jego serce skamieniało, a modlitwy stały się tylko jednym wielkim udawaniem.

    I wtedy doświadczony zakonnik taką dał mu radę:

    – Jeżeli już nie potrafisz się modlić, to idź i przynajmniej przypatruj się, jak robią to inni!

    Bo pragnienie modlitwy, pragnienie bliskości bycia z Bogiem jest obecne w każdym ludzkim sercu – tyle że bywa ono często zagłuszane poprzez zajmowanie się wieloma sprawami co powoduje gorączkowy aktywizm. Albo człowiek zaczyna coraz bardziej brnąć w różne niedobre namiętności. Ale nawet pomimo tego wciąż w głębi ludzkiego serca tli się tęsknota za Panem Bogiem, którą najtrafniej wyraził św. Augustyn: „Stworzyłeś nas dla siebie, Boże, i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”.

    Kiedy moje serce szuka Boga, wtedy można się modlić nawet bez słów. Święty Jan Vianney zauważył, że do kościoła w Ars, gdzie był proboszczem, przychodził regularnie jego parafianin, prosty rolnik i zawsze długo się modlił. Zaciekawiony odważył się któregoś dnia zapytać go:

    – Powiedz mi, dobry człowieku, co ty takiego mówisz Panu Jezusowi, że zabiera ci to tyle czasu.

    – Nic nie mówię – odpowiedział rolnik. Po prostu patrzę na Jezusa, a Jezus patrzy na mnie i to jest cała moja modlitwa.

    Dar przebywania blisko Boga daje Bóg, który – jak napisał Karl Rahner – „może uczynić w naszym kierunku tysiąc kroków, ale ten jeden w Jego kierunku – ten musimy zrobić sami.”

    Zakończę obrazem, aby zdać sobie sprawę, jak ważny jest ten jeden krok i jak wielkiej wymaga nieraz odwagi.

    Brytyjski parowiec w listopadzie 1951 roku utkwił dziobem w piasku w pobliżu Borkum. Olbrzymie fale groziły w każdej chwili zatonięciem statku. Wysłane sygnały SOS sprowadziły pomoc. Ratowniczy statek wykorzystał jedyny możliwy sposób uratowania załogi: podpłynął bardzo blisko do parowca, aby można było przeskoczyć na jego pokład. Brytyjski kapitan od razu zrozumiał zamiary ratowników i skoczył – wyjątkowo – jako pierwszy, aby w ten sposób dać przykład pozostałym. Statek przepływał dwadzieścia razy obok parowca – trzynastu marynarzy zostało uratowanych, dwaj zginęli. Nie odważyli się na ryzykowny skok. Tylko ten, kto miał odwagę, został uratowany.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Wsłuchać się w Słowo Boże
    XVI Niedziela Zwykła – ROK C
    21 lipca 2019

    Zarówno dzisiejsze Pierwsze Czytanie jak i Ewangelia opisują Boże odwiedziny w ludzkich progach. Starotestamentowy Abraham przyjmuje trzech wędrowców z wielką serdecznością. Przygotowuje dla nich wspaniałą ucztę, tak jakby się domyślał, że w osobach tych trzech obcych nawiedza go nadprzyrodzona moc. Zresztą jego głęboki pokłon i słowa, które wypowiedział: „O Panie, jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać swego sługi!” świadczą, że zdawał sobie sprawę kto nawiedził jego dom.

    Również Maria i Marta podejmują Chrystusa Pana w swoim domu w Betanii. Ta maleńka wioska położona opodal Jerozolimy w odległości niecałych 3 kilometrów była ulubionym miejscem Chrystusa. Zdążając do jerozolimskiej świątyni zwykł zachodzić do domu swojego przyjaciela Łazarza, brata Marii i Marty. Na pewno obie siostry i tym razem przywitały ze czcią i miłością najdroższego Gościa. Potem Marta poszła przygotowywać posiłek. Maria zaś, jak mówi Ewangelia – „usiadła u stóp Pana i wsłuchiwała się w Jego słowa.” To biblijne wyrażenie oznacza nie tylko, że aż tak blisko człowiek może być Boga, ale jest obrazem, który symbolizuje zasłuchanie, kontemplację. Jest wejściem w szczególne więzy, które sam Chrystus nazywa pokrewieństwem. Tak powiedział kiedy podczas swojego nauczania oznajmiono Mu: „Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą. Lecz On im odpowiedział: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je.” Te dwa elementy są więc ze sobą nierozłączne. Najpierw słuchanie Pana, a potem wypełnianie przyjętego Słowa, które uobecnia się w usługiwaniu drugiemu człowiekowi. Marta nie miała czasu, aby słuchać Jezusa, bo dla niej wydawało się być dużo ważniejsze najpierw działanie. Nie miała czasu, aby dowiedzieć się co Jezus ma jej do powiedzenia. Od razu zajęła się przygotowywaniem gościny. W tym swoim zakrzątaniu miała nawet za złe swojej siostrze, że jej nie pomaga. Uległa pokusie aktywizmu. Szkoda było jej czasu.

    Jak często słyszę dziś takie powiedzenia, że modlitwa to strata czasu, że trzeba działać, bo czas to pieniądz. I tak człowiek narzeka sam siebie usprawiedliwiając, że nie ma czasu na modlitwę. Rano trzeba się śpieszyć, bo tyle zajęć najpierw w domu, potem w pracy. Wieczorem człowiek jest już tak zmęczony, że nic się nie chce. I z każdym dniem ten brak czasu dla Boga powiększa pustkę człowieczego serca, w którym miłość do Boga i bliźniego wypala się. A wtedy tę pustkę zaczynają wypełniać głosy coraz większego żalu, pretensji właśnie do Boga, do kręgu bliskich człowiekowi osób. Bardzo trafnie zawarta jest w piosence, śpiewanej przez młodych ludzi na pielgrzymkowych trasach, propozycja skierowana właśnie do człowieka całkowicie zagonionego w sprawach tego świata, którego zwykło się dziś określać słowem „pracoholic”:

    „Zatrzymaj się na chwilę – Nad tym, co w sercu kryjesz
    Zatrzymaj się na chwilę – I pomyśl: po co żyjesz?
    Jedną małą chwilę zawsze znaleźć możesz
    Odejść z gwaru życia – Spojrzeć w Serce Boże.”

    W „Zeszytach Odnowy w Duchu Świętym” znalazłem takie świadectwo Małgorzaty:

    „Pojechałam do Warszawy na studia i zachłysnęłam się samodzielnością. Dalej trzymałam się wartości wpojonych, ale Bóg został zepchnięty na margines. Nie czułam, że jest mi na co dzień potrzebny. Czegoś mi jednak brakowało. Zaczęłam prosić Boga, by mi pokazał, po co ja żyję… Potem przyszedł czas bezrobocia, wyrzuty Bogu, że mnie zostawił. Siedziałam w domu, mój mąż pracował. Z życzliwej osoby zrobiłam się potworem: wiecznie niezadowolona, czasami agresywna. Ale w końcu uświadomiłam sobie, że drogi są tylko dwie: albo z Bogiem, albo z szatanem. Zdecydowałam się być z Bogiem tak jak On chce, ale wewnątrz niczego nie czułam. I wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Jak wcześniej spadałam w dół, teraz równomiernie wychodziłam na górę. Przyszedł niesamowity spokój… Dalej byłam bezrobotna, ale przestałam wojować. I po pół roku byłam już zupełnie kimś innym. W końcu przypomniałam sobie, że prosiłam Boga o zobaczenie sensu mego życia. Dostałam to, czego chciałam. Zaczęłam się otwierać na Niego przy pomocy ludzi. Wyszłam ze swej skorupy. Wiele osób nie poznawało mnie zupełnie – tego kogoś nowego, radosnego… Teraz pracuję, ale wiem, że to, co przeżyłam, nie jest ostatnią potyczką. Droga za Chrystusem jest trudna i wymagająca, ale to, co się zyskuje, przechodzi najśmielsze oczekiwania.”

    Człowiek nie może działać właściwie, prawidłowo, jeżeli wcześniej nie wsłucha się w Słowo Boże. Przygoda Abrahama pod dębami Mamre z dzisiejszego I Czytania zaczęła się już wcześniej, mianowicie od okazania posłuszeństwa Bogu, który kazał mu wyruszyć w nieznane z jego rodzinnego miasta, chaldejskiego Ur. Hans Urs von Balthasar komentując biblijne wydarzenia Starego Testamentu zauważa, że one zawsze zaczynają się od słów: „Słuchaj, Izraelu”. W Kościele również najpierw jest przepowiadanie Słowa. Ono wyprzedza wszelkie działanie. Takie jest przesłanie dzisiejszego II Czytania: „Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie usłyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił?”

    Czy ja słucham Słów, które mówi Jezus? Aby usłyszeć Jego Słowa moje serce musi być wyciszone. Ojciec Jacek Salij porównuje ludzkie serce do jeziora. Jeżeli wrzucę kamień w wody jeziora wzburzonego, ono wcale nie zareaguje. Natomiast kiedy woda jest spokojna, to wystarczy wrzucić nawet mały kamyk, a zaraz pojawiają się fale, które zaczynają rozchodzić się coraz szerszym kręgiem. Podobnie jest z człowiekiem. Jeżeli jest zabiegany jak Marta, jeżeli jego głowa zajęta jest tysiącami różnych spraw potrzebnych i niepotrzebnych – wtedy nie można usłyszeć Bożego głosu. A wołanie Boga stale rozbrzmiewa. I jest to wołanie głośne i wyraźne.

    Abym nie bał się ciszy, bo to jest dziś jakiś znak czasu, że człowiek lęka się ciszy. Są nawet tacy ludzie, którzy kładąc się spać, włączają radio, aby zaraz po przebudzeniu już od samego rana w ich pokoju coś grało czy mówiło. Boją się nawet tych kilku minut porannej ciszy. W ilu domach bez przerwy słychać radio, telewizję, czy DVD. Tak samo bez przerwy włączony jest radioodbiornik w samochodzie, w miejscu pracy. A to przecież ani nie ludzka inteligencja, ani jego wykształcenie, ale właśnie – wyciszone serce umożliwia spotkanie z Bogiem.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania na 14 lipca 2019

    Rozważania na 14 lipca 2019

    Zaproszenie do naśladowania Chrystusa
    XV Niedziela Zwykła – ROK C

    Pytanie, które postawił Panu Jezusowi uczony w Prawie nie jest pytaniem szczerym. Ewangelia wyraźnie zaznacza jaka była jego intencja na początku tej rozmowy. Ale Chrystus Pan, pomimo przewrotności ludzkiego serca, nigdy nikogo nie ignoruje. I tym razem również daje swoją szansę, aby człowiek, który w taki właśnie sposób miał odwagę zadać Bogu pytanie: „A kto jest moim bliźnim?” potrafił teraz przyjąć Bożą odpowiedź prawdziwie i szczerze.

    Dlatego Pan Jezus podejmuje rozmowę. O dziwo, uczony w Prawie zaczyna słuchać Bożych słów, a tym samym zaczyna je lepiej rozumieć. Słów, które on wypowiada do Jezusa – łącznie jest 40. A Jezus mówi do niego trzy razy więcej, używając 130 słów. W tych słowach tłumaczy, że bliźnim nie jest każdy spośród kilku miliardów ludzi. Bo dla człowieka niemożliwą jest rzeczą kochać tak naprawdę wszystkich ludzi jednocześnie. Poprzez przypowieść o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus pokazuje bardzo dobitnie i jednoznacznie co to znaczy „mój bliźni”. Jest nim ten oto konkretny człowiek, który potrzebuje pomocy właśnie ode mnie, bo jest w moim zasięgu. W języku polskim już samo słowo „bliźni” wyraża tę rzeczywistość – to znaczy ten, kto jest blisko, blisko mnie.

    Pan Jezus wymienia trzy osoby i pokazuje ich zachowanie wobec poranionego człowieka. Pierwszy przechodził kapłan, który uważał, że jest powołany jedynie tylko do składania ofiar i do prowadzenia pobożnego życia, a nie do zajmowania się działalnością miłosierną. Nie zrozumiał, że nawet pobożność może człowieka wykoślawić, jeżeli skupi się jedynie i wyłącznie wokół miłości własnej. Taka egoistyczna pobożność potrafi wyjałowić serce i to do cna, całkowicie.

    Kolejną osobą był lewita, sługa świątynny, który może tak został uformowany, że widział tylko sprawy związane z organizowaniem kultu i dla niego to było najważniejsze. Nie widział w sobie potrzeby, aby zatrzymać się i zająć cierpiącym człowiekiem. Może obydwaj odczuwali w sobie jakieś współczucie względem napadniętego, może narzekali, dlaczego takie niebezpieczeństwa czyhają na drogach. Kto wie, może nawet byli gotowi, że jak tylko kogoś odpowiedniego spotkają od razu powiadomią o leżącym tam człowieku. Dziś można by znaleźć prostszy i wygodniejszy sposób, aby uspokoić sumienie – telefonem komórkowym zadzwonić na policję, po pogotowie ratunkowe i iść spokojnie, nawet przyśpieszyć kroku, aby nie patrzeć na przykry widok, no i z obawy o własną skórę. Niewiadomo jakie były ich myśli. Jedno jest pewne: nie pomogli swojemu bliźniemu, który potrzebował ich pomocy. Zachowali się bezdusznie.

    Na szczęście był jeszcze trzeci, który podążał tą samą drogą i który zachował się zupełnie inaczej. Dla niego nie były ważne w tej chwili różne urazy i antagonizmy, jakie dzieliły Żydów i Samarytan. Bo dla niego napadnięty pochodził z wrogiego narodu. Teraz było tylko jedno ważne – jest człowiek na pół umarły i potrzebuje natychmiastowej skutecznej pomocy.

    Ojciec Jacek Salij zauważa jeszcze, że w przypowieści znajduje się dyskretny szczegół, mianowicie iż ów nieszczęśnik wpadł w ręce zbójców z własnej winy. Schodził z Jerozolimy do Jerycha. Oddalał się więc od miasta Bożego. A oddalanie się od Boga jest wchodzeniem w jakąś przestrzeń chaosu, w której trudno ukryć się w cieniu Bożych skrzydeł. Nieprzypadkowo więc Pan Jezus wybrał do swojej przypowieści tę właśnie drogę, bo ona bardzo dobrze ilustruje niebezpieczną sytuację.

    Daniel Rops w książce Dzieje Chrystusa tak pisze: „Droga pomiędzy Jerycho a Jerozolimą nie jest długa – około 35 km – ale opada w dół stromo i prowadzi przez ponurą pustynię, przez nagie wzgórze, przez bezładnie stłoczone skały, na których plama geologicznej smugi manganu o kolorze krwi pogłębia uczucie grozy. Jest to miejsce odpowiednie dla szakali i rabusiów: jeszcze do niedawna nie można się było na tę drogę zapuszczać bez obaw.”

    Droga do Jerycha jest symbolem człowieczej drogi, na której trzeba się zmagać z pokusami szatana, z wadami i różnego rodzaju przyzwyczajeniami do złego a przede wszystkim z własnym egoizmem. Również na takiej drodze napotyka się niechęć i wrogość do wszystkiego co jest związane z wiarą, z Kościołem, z Panem Bogiem. Człowiek idąc taką drogą nie może sam sobie poradzić. Dlatego w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus tylko pozornie nie występuje. Hans Urs von Balthasar idąc za myślą Ojców Kościoła, pisze: „Tylko Pan Jezus mógł ją w ten sposób opowiedzieć. Opowiedzieć tak, że oto ci, co winni okazać miłosierdzie – kapłan i lewita – obojętnie mijają cierpiącego, i tylko obcy wzrusza się losem „na pół umarłego”, pielęgnuje go, opatruje i zapewnia opiekę pod swoją nieobecność. Tylko Jezus mógł tę historię tak opowiedzieć, ale nie dlatego, żeby miał reprezentować jakąś postawę humanistyczną, tylko dlatego, że sam dla nas wszystkich uczynił przeobficie to samo, co ów obcy. Samarytanin staje się tu pseudonimem Jezusa i gdy uczony w Piśmie słyszy polecenie: „I ty czyń podobnie”, to jest to zaproszenie do naśladowania samego Chrystusa.”

    Czytałem o pewnym konkursie recytatorskim, który był zorganizowany na temat miłości bliźniego. Czas każdego wygłaszanego przemówienia nie mógł przekraczać 10 minut. Zgłosiło się wielu kandydatów. Nie przewidzieli jednak, że czekał ich pewien sprawdzian: przed wejściem do studia każdy z nich spostrzegał człowieka leżącego na ziemi na skutek zemdlenia. Było to pozorne omdlenie. I co się okazało? Zaledwie kilku kandydatów zostawiło konkurs i zajęło się leżącym człowiekiem. To właśnie oni ten konkurs wygrali.

    Czy taki konkurs nie trwa w życiu każdego człowieka? Żeby go wygrać trzeba okazywać miłosierdzie, na które czeka sam Chrystus w człowieku głodnym, spragnionym, nagim, podróżnym, w więzieniu, chorym, strapionym, pokrzywdzonym.

    Nie pytam więc: Kto jest moim bliźnim? Bowiem stawiam sobie już inne pytanie: Czy ja jestem bliźnim dla człowieka, którego Pan postawił na mojej drodze?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa

    Roznosić Boży pokój
    XIV Niedziela Zwykła – ROK C
    – 7 lipca 2019

    Pan Jezus po zmartwychwstaniu ukazując się Apostołom rozpoczyna swoje spotkania od słów: „Pokój wam”. I w dzisiejszej Ewangelii wysyłając uczniów „po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał” – wyraźnie zaznacza co mają mówić kiedy wejdą do jakiegoś domu: „Pokój temu domowi”.

    Nie inaczej rozpoczyna się każda Eucharystia. A potem przed przyjęciem Komunii św. kapłan modli się o ten „pokój”, który z kolei jest przekazywany każdemu. Co to znaczy? Na czym on polega? Bo można mieć wątpliwość – skoro u św. Jana zapisane są takie słowa: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam; nie jako daje świat, ja wam daję”. Zaś u św. Mateusza jest zdanie, które jakby było zaprzeczeniem, że Pan Jezus przyniósł pokój: „Nie mniemajcie, że przyszedłem zsyłać pokój na ziemię; nie przyniosłem pokoju, ale miecz.”

    Słowo „pokój” może być rozumiane na wieloraki sposób. Świat narzuca „pokój” według swoich kryteriów. Na przykład powiedzenie „spokojna głowa” zrobiło swoją karierę. A cóż ono oznacza? Po prostu „pokój” ludzi, którzy znakomicie potrafili się „urządzić” na tym świecie. Albo wyreżyserowany „pokój” widoczny tylko na fasadzie – a wewnątrz perfidny plan, który polega na odczekaniu do właściwego momentu, aby wtedy móc „odegrać się” za wszystkie czasy i „wykończyć” bliźniego, bo on kiedyś nadepnął na mój czuły odcisk i strasznie uraził moją ambicję. Albo widząc wyrządzaną krzywdę i niesprawiedliwość komuś obok mnie – a z mojej strony nie ma żadnej reakcji. Bo co mnie to obchodzi. Ja jestem sam umęczony swoimi sprawami, a poza tym interesuje mnie tylko moja własna osoba. Zamykam się w ten sposób w sobie i coraz bardziej otaczam się swoim egoizmem. Chcę mieć święty spokój. To samo może dotyczyć całej grupy ludzi. Jak często okazuje się być mylnym uproszczenie: skoro nie ma wojny – to znaczy, że jest już pokój.

    Na szczęście nie brakuje ludzi i dziś dla których rozliczne formy pokoju, choćby te wyżej wymienione, nie znajdują żadnej akceptacji. Co prawda świat ich lekceważy, traktuje z przymrużeniem oka i nie bierze poważnie.

    Prawie już od lat 40 żyję wśród moich Rodaków i ileż to razy było mi dane i nadal jest ocierać się o tych „dziwnych” ludzi, przeważnie w podeszłym wieku – wciąż krystalicznie uczciwych, wciąż ofiarnych. A niestety spotyka ich najczęściej pogardliwe spojrzenie i to nawet od najbliższych. Spotykam także i młodych, którzy nie zapłacą każdej ceny za karierę, choć ci, których kochają żądają od nich tego. To są tacy ludzie jakby „nie z tego świata”. Siedzi w nich jakaś dziwna busola nastawiona na inny porządek – nie ten „życiowy”. I jak to dobrze, że są na tym świecie tacy ludzie, bo przez nich życie nie tylko staje się znośniejsze, ale ocalona zostaje wiara w niezwyciężone dobro posiane w ludzkim sercu.

    Opowiadał mi ktoś o starym lekarzu, który ostatnie swoje lata kończył w przytułku. Można by sądzić, że przegrał życie. A on tymczasem był człowiekiem nadzwyczaj szczęśliwym i spokojnym. Chciał być naukowcem, a został „omnibusem”. Kochał swój dom, ale żona odeszła. Uważała go za niedołęgę. Dwóch synów zginęło, a najmłodszy i najbardziej umiłowany, który osiągnął wysoką pozycję w swojej karierze, napisał jedynie list, bo nie znalazł czasu odwiedzić swojego ojca. List był w dodatku jeszcze z nutą pretensji powtarzającej się jak refren: „stary frajerze, nie umiałeś nauczyć, jak się żyje”. A przecież ten stary doktor, Bóg jeden wie, ilu pozostawił na swojej drodze dłużników. I choć mogło wydawać się, że przegrał życie – to jednak ten wielki jego spokój wrażliwego sumienia był zastanawiający, który musiał u cwanych, sprytnych i mądrych tego świata wywoływać niepokój.

    Dzisiejsze Boże Słowo mówi właśnie o takim prawdziwym pokoju i o tych, którzy ten pokój roznoszą. Pan Jezus wysyłając siedemdziesięciu dwóch uczniów wie dobrze na jak wielki trud ich posyła. Bo mówi: „Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki”. Już w samym tym zdaniu zawiera się istota na czym ma polegać życie Jego naśladowców. On sam został posłany przez Ojca jako „Baranek” między ludzi, którzy okazali się wilkami. Ów „Baranek jakby zabity” osiągnął wspaniałe zwycięstwo, które – jak mówi Apokalipsa – czyni Go godnym i zdolnym do otwarcia wszystkich pieczęci historii świata. Chrystus Pan pojawia się wśród ludzi całkowicie bezbronny. „Jedyną bronią – jak pisze Hans Urs von Balthasar – była mu Jego misja, która, dopóki trwała, chroniła Go przed zakusami wrogów, choć zdarzało się, że musiał się ratować ucieczką. Tych, którzy mają głosić Jego Dobrą Nowinę – a jest tych „robotników mało” – Jezus najpierw pozbawia wszelkiego oręża; oto mają najpierw życzyć pokoju tym, których odwiedzą, bez względu na to, czy ten pokój zostanie przyjęty, czy nie. Jeśli zaś nie zostanie przyjęty, to nie mają go narzucać siłą, lecz po prostu wędrować dalej. Jednak zarówno tym, co chcą słuchać, jak i opornym wysłańcy Jezusa mają głosić, że bliskie jest królestwo Boże, po to, by ludzie mogli się przygotować odpowiednio do krótkości czasu”.

    Żeby sprostać wymaganiom posłańca Pańskiego, który ma roznosić Boży pokój, trzeba zgodzić się iść drogą trudną. Wystarczyć musi pewność, że Pan Jezus już zwyciężył i że dał dar swojego pokoju, aby go ponieść w świat. Już sam ten fakt wypełnia serce radością. A to, że natrudzić się trzeba – to nic. I to, że żadnych sukcesów nie widać – to też nic nie znaczy. Bo Pan Bóg działa. Działa na swój sposób i widzi to, czego ludzkie oczy jeszcze widzieć nie potrafią.

    Tak właśnie dojrzewają Boże owoce w Bożym sadzie. Tak są zapisywane Bożą ręką ludzkie imiona. Dziwne, że na ziemi nie są rozpoznane. Świat uważa ich nawet za nieużytecznych.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz na XIII Niedzielę zwykłą 30 czerwca 2019

    komentarz na XIII Niedzielę zwykłą 30 czerwca 2019

    Działać w prawdzie

    Czytałem o takim spotkaniu ewangelizacyjnym, podczas którego prowadzący zapytał słuchaczy:

    – Czy jesteście święci?

    Pytanie wśród zgromadzonych ludzi wywołało zdziwienie, ale ten, który je zadał nie dał za wygrane i ponownie zapytał, tym razem młodego mężczyznę siedzącego w pierwszym rzędzie:

    • A ty, czy jesteś święty?
    • Co prawda… próbuję nim być, ale czy jestem? – odpowiedział zaskoczony takim pytaniem.

    Wtedy pytający powiedział do swojego rozmówcy:

    – Próbuj wstać!

    I ten od razu z miejsca wstał.

    – Ale ja nie mówiłem: „wstań”, tylko „próbuj wstać”.

    Człowiek ten usiadł i po chwili znowu wstał.

    – Ty przecież wstałeś, a ja powiedziałem ci: próbuj wstać.

    – Jak mam próbować wstać – zapytał zmieszany słuchacz. Albo siedzę, albo wstaję. Nie rozumiem co to znaczy: próbować wstać?

    Na tym przykładzie prowadzący grupę modlitewną pokazał bardzo przekonywująco jaka jest różnica pomiędzy natychmiastowym działaniem a chęcią próbowania. Nie ma czegoś takiego, że ja próbuję być świętym. Albo jestem święty teraz w tym konkretnym czasie, albo nie jestem.

    Słowo Boga skierowane dziś do mnie domaga się właśnie takiego zdecydowanego opowiedzenia się. W Ewangelii znajduje się dwadzieścia siedem opisów, w których występuje słowo: „natychmiast”. A raz jeden występuje słowo „próbować” i to w sytuacji kiedy Pan Jezus mówi do Żydów: „Nie próbujcie sobie wmówić: ‘Abrahama mamy za ojca’.”

    Wymagania Jezusa skierowane do owych trzech ludzi pragnących iść za Nim są radykalne i natychmiastowe, ale oni nie są jeszcze gotowi, aby pójść zaraz, natychmiast. Brak im tego zdecydowanego kroku, uczynienia wszystkiego od razu, co jest ich powołaniem, co dana chwila wymaga od nich.

    W Księdze Apokalipsy wyraźnie jest powiedziane: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, pocznę cię wyrzucać z mych ust.” Zaś św. Mateusz zanotował takie słowa Pana Jezusa: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz w książce Bóg dobry aż tak? zwraca uwagę jak ważnym momentem w życiu duchowym każdego chrześcijanina jest chwila postanowienia: „Choć może człowieka, którego powinieneś przeprosić, spotkasz dopiero jutro, może do spowiedzi będziesz mógł pójść za kilka godzin, może tę rzecz, którą musisz oddać, odniesiesz właścicielowi za kilka dni, to tę decyzję możesz podjąć już teraz! I jesteś święty. Natychmiast! Możesz natychmiast stać się święty – w autobusie, w kolejce do kasy, nawet leżąc w łóżku. Każdy człowiek na świecie, gdzie chce i kiedy chce, może natychmiast stać się święty! I to jest najprawdziwsza, niesamowita wolność, którą zyskaliśmy przez to, że Jezus już nas zbawił.”

    Dzisiejsze II Czytanie mówi o takiej wolności ku której „wyswobodził nas Chrystus” i która realizuje się poprzez oddawanie siebie bliźniemu: „miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie”. Ale rozeznanie i wybór tej właściwej, tzn. prawdziwej wolności nie jest łatwy. Dla wielu staje się wręcz labiryntem. Kazimierz Brandys w książce Nierzeczywistości pisze w ten sposób, że „wolność polega na kontrolowaniu i władaniu instynktami, nie zaś na ich zaspakajaniu. Natura we mnie, jeśli jej nie otamuję, powiększy moją zależność i moją niewolę.” Podobne słowa można znaleźć u Artura Górskiego: „wszystko, co daje swobodę, co uwalnia ducha, a nie umacnia zarazem panowania nad sobą, jest zgubne.”

    Ojciec Święty Jan Paweł II stale przypominał, że tylko w przestrzeni prawa moralnego można być człowiekiem prawdziwie wolnym. Jednym z podstawowych źródeł kryzysu współczesnej cywilizacji jest właśnie lekceważenie tej elementarnej prawdy. W orędziu pokojowym na rok 1981 pisał: „Nie ma prawdziwej wolności w społeczeństwie permisywnym, które myli wolność z zezwalaniem na jakikolwiek wybór, i które głosi w imię wolności pewien rodzaj powszechnej amoralności. Pogląd, że człowiek jest wolny w organizowaniu swego życia bez odwoływania się do wartości moralnych, i że nie jest zadaniem społeczeństwa zapewnienie ochrony i rozwoju wartości etycznych, jest wypaczeniem wolności.”

    Zaś młodzieży zgromadzonej w Rzymie tłumaczył, że „być wolnym to znaczy spełniać owoce prawdy, działać w prawdzie. Być wolnym to znaczy umieć siebie poddać, podporządkować prawdzie – a nie: podporządkować prawdę sobie, swoim zachciankom, interesom, koniunkturom. Być wolnym to – wedle programu Chrystusa i Jego królestwa – nie użycie, ale trud. Trud wolności.

    Kto szuka wolności łatwej, znajdzie tylko taką, która jest niczym innym, jak tylko przystosowaniem się do wielorakiego przymusu: do przymusu zmysłów i instynktów, do przymusu sytuacji, do przymusu wywieranego przez środki przekazu, do przyjmowania obiegowych schematów myślenia, wartościowania, postępowania, w których zagłusza się podstawowe pytanie o to, czy postępowanie takie jest dobre czy złe, godne czy niegodne.”

    To, że człowiek musi walczyć sam z sobą i ze swą pożądliwością, by zachować prawdziwą wolność, wcale nie przemawia przeciwko podarowanej mu wolności; przecież nawet sam Chrystus musiał stoczyć wewnętrzną walkę w trakcie kuszenia. Jezusowa wolność polega właśnie na ciągłym czynieniu woli Ojca. I idąc tym śladem człowiek prawdziwie wyzwala siebie. Na tej drodze zaczyna widzieć cały sens wolności, którą jest miłość.

    Raz jeszcze zacytuję słowa papieża, tym razem z sierpnia 1983 roku: „Staliśmy się uczestnikami wolności samego Chrystusa, wolności w dawaniu siebie samych… Ten, kto wybrał oddawanie siebie Bogu i bliźnim, już teraz żyje życiem wiecznym.”

    W tym moim zdecydowaniu odnawianym każdego dnia trzeba mi być bardzo przezornym, bo jest jeszcze ktoś, kto zawsze zwodzi człowieka i mówi właściwie całkiem rozsądnie, może się nawet wydawać, że życzliwie. Słyszę ten szept, abym sobie dał spokój, abym w końcu był realistą: „Ty chcesz być święty, z twoimi grzechami, z twoimi słabościami? Bądź zwykłym, normalnym i przyzwoitym człowiekiem. Najwyżej, jak już chcesz, możesz próbować się poprawić, ale też nie od razu”… I jeżeli dam się zwieść tej podstępnej taktyce tym samym wchodzę na niebezpieczny teren, na którym rezygnuję z walki i nie podejmuję już decyzji zdecydowanej i gwałtownej. Pozostaje mi wtedy tylko bałamutne pocieszanie samego siebie – faktycznie zacznę dopiero od jutra, od przyszłego miesiąca…

    Błagam Cię więc Panie o siłę i odwagę, abym zawsze podejmował natychmiastową walkę, bo Tobie zaufałem, który wciąż dotykasz mnie cudem swego miłosierdzia.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • BOŻE CIAŁO czerwiec 2019

    BOŻE CIAŁO czerwiec 2019

    Być świadkiem
    Uroczystość Najświętszego Ciała i
    Krwi Chrystusa – ROK C

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa Kościół przeżywa każdego roku w swojej Liturgii podczas Wielkiego Tygodnia – w Wielki Czwartek. Tego dnia Pan Jezus ustanowienił dwa sakramenty: Eucharystię i kapłaństwo. Ale wtedy, w przeddzień Męki i Śmierci Pana Jezusa trudno jest o nastrój radosny i uroczysty. Dlatego po okresie Pięćdziesiątnicy Kościół adoruje i czci publicznie Hostię konsekrowaną – prawdziwe Ciało i Krew Pańską.

    Wtedy rozlega się poprzez wioski i miasta potężny śpiew Twoja cześć, chwała, nasz wieczny Panie! Wszędzie jest tłum. Wszędzie jest zieleń. Są kwiaty, bo Pan idzie z nieba, pod przymiotami ukryty chleba. Zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się dzieciom Jego powodzi. Każdy wychowany na polskiej ziemi nie może nie mieć swoich ciepłych wspomnień związanych z procesją Bożego Ciała. Kto wie, czy pamięć z dziecinnych lat nie obudziła nostalgii polskich komunistów, bo święto Bożego Ciała jakoś się ostało w tym szalejącym i destrukcyjnym zawirowaniu, które likwidowało wszystko, co z religią było związane?

    O tym święcie ksiądz Janusz Pasierb napisał w swojej książce pt. Czas otwarty, że „to jest bardzo piękne święto, złote i zielone. Zrodziła je zarówno teologia, jak i poezja. Największy myśliciel średniowiecza układał o nim wiersze i hymny. U nas nabrało barokowego kształtu i takie chyba pozostało, ale to nie jest źle: daj Boże innym, bardziej zarozumiałym epokom tyle ludzkiego ciepła i pogodnej mądrości…”

    Pierwsza w naszej Ojczyźnie udokumentowana procesja Bożego Ciała odbyła się w Krakowie w 1420 roku. Zaś monstrancja, która była wynalazkiem północnych miast hanzeatyckich, pojawiła się po raz pierwszy w Gdańsku. W tej uroczystości chodziło przede wszystkim o to, aby przybliżyć Tajemnicę Eucharystii naszej codzienności. Później, kiedy w Europie zbierała swoje żniwo nieszczęsna Reformacja, odrzucając we wszystkich odmianach protestantyzmu rzeczywistą obecność Chrystusa pod postacią konsekrowanego chleba, zaszła potrzeba, aby uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej i związaną z nią procesją Eucharystyczną zamanifestować tę prawdę.

    Odrzucanie prawdziwej obecności Chrystusa bardzo było widoczne podczas ostatniej wojny  w Szkocji, gdzie dominują wyznawcy prezbiteriańscy wywodzący się od John’a Knox.   Duchowieństwo szkockie, obawiając się negatywnych reakcji prezbiterian, nie chciało się zgodzić, aby Polacy urządzali procesję Bożego Ciała. Bowiem publiczne katolickie manifestacje religijne w Szkocji były zakazane. Po dziś dzień ekstremalna odmiana szkockich kalwinów Mszę świętą nazywa bluźnierstwem.

    Katolików w Szkocji jest bardzo mało, a nasi rodacy porozrzucani na rozległych połaciach, żyją już coraz częściej pojedynczo i tęsknią za procesjami Bożego Ciała. Bo trudno być świadkiem Chrystusa w pojedynkę. Człowiek odczuwa wtedy lęk i boi się otoczenia. Siłą Kościoła jest niewątpliwie moc Ducha Świętego, ale jest nią też poczucie jedności, którą sprawia Bóg. Dlatego na Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus zgromadził uczniów i nakazał im jednoczyć się na łamaniu Chleba aż do ostatniego wieczoru świata.

    Ci, którzy są świadomi na czym polega życie prawdziwe znają taktykę szatana. On, aby pokonać człowieka wyprowadza go najpierw na bezdroża duchowej samotności. Ksiądz Pawlukiewicz napisał, że „można żyć w tłumie, ale swoją wiarę przeżywać samotnie. Sam ze swoimi poglądami w pracy, sam ze swoją postawą w środowisku . A wtedy zaczyna się człowiekowi wydawać, że już tylko on jeden pozostał takim dziwakiem, przejmującym się Bogiem i Jego przykazaniami. To dlatego tak wielu ludziom zależy, by nasza wiara była jedynie naszą prywatną sprawą i ograniczała się tylko do intymnego wymiaru serca. A jak wiele może uczynić choćby najmniejsza wspólnota”.

    Na przyjęciu gospodarz, tak jak zwykle bywa przy takich okazjach, namawiał wszystkich do picia alkoholu. Pewna pani, która złożyła przyrzeczenie abstynencji, miała już swoje doświadczenie w odmawianiu. Wszyscy dziwili się, że tylko ona i jeszcze jeden pan wytrwali do końca w swoim postanowieniu. Po przyjęciu, przy pożegnaniu niepijący mężczyzna podszedł do tej pani i powiedział:

    –       Chcę pani bardzo podziękować.

    –       Pan mi dziękuje? Ale za co?

    –       Widzi pani, ja jestem nałogowym alkoholikiem. Dla mnie nawet jeden kieliszek może być początkiem końca. Znam siebie i wiem, że tak wewnętrznie, duchowo nie jestem mocny. Gdyby nie pani, pewnie dziś bym się skusił i wypił. Pani mi bardzo  pomogła. Nie byłem sam i zwyciężyłem.

    Jak trudno być wiernym, być mocnym w pojedynkę, będąc zupełnie osamotnionym w środowisku, które zupełnie nie bierze w rachubę Pana, Boga. Dlatego Kościół, wypełniając polecenie Pana, gromadzi ludzi wokół Eucharystii. I to dzięki Eucharystii zgromadzeni stają się wspólnotą, parafią.

    Ksiądz Aleksander Federowicz, proboszcz z Lasek, w rozmowie z księżmi na temat parafii, tak powiedział: „Parafia, czy Kościół w swojej istocie – to jest Słowo Boże, Eucharystia i wypływająca z tych źródeł miłość wzajemna”. Jego ulubionym powiedzeniem były słowa: „Msza święta się kończy, Msza święta się zaczyna”. Bo rzeczywiście, po liturgii Mszy świętej zaczyna się msza życia. I ona trwa dalej. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz tak obrazuje ten ciąg dalszy Mszy świętej: „Gdy ktoś w szpitalu przyjmie Komunię świętą, to jego łóżko staje się jak eucharystyczny ołtarz, na którym cierpienie chorego jednoczy się z ofiarą Chrystusa. Msza święta trwa dalej. Słowa prefacji W górę serca! rozbrzmiewają tam, gdzie wobec człowieka załamanego, pogrążonego w smutku ktoś wypowiada słowa: Nie martw się, ja ci pomogę. Msza święta trwa dalej, gdy ludzie mówiąc: Przepraszam, nie gniewaj się, podają sobie ręce i przekazują znak pokoju. Msza święta trwa dalej, gdy udzielamy sobie jednoczącej komunii dobroci i uśmiechu. Eucharystia bez tych codziennych owoców byłaby niepełna. Ona przecież rodzi Kościół, a Kościół jest tam, gdzie ludzie wierzący w Chrystusa żyją na co dzień miłością. Msza święta jest jak uderzenie serca, które rozprowadza tę nadprzyrodzoną krew Bożej miłości po całym organizmie Kościoła.”

    Pamiętamy z naszych rodzinnych parafii, jak w Boże Ciało uroczyście niósł kapłan Boga w procesji drogą, którą co dnia chodziliśmy do szkoły czy do pracy. Jak łatwo było wtedy uklęknąć i śpiewać wspólnie eucharystyczne pieśni – bo był tłum, bo było nas wielu. A teraz, kiedy jesteśmy na Wyspach Brytyjskich, gdzie z każdym rokiem przybywa tubylców, którzy nie uznają Boga – czy mam odwagę, tu w tym środowisku, wyznać moją wiarę, którą otrzymałem na chrzcie świętym?

    Panie, Jezu, proszę Cię, daj mi tę łaskę, aby miał odwagę uklęknąć przed Twoim Najświętszym Ciałem. Bo wtedy łatwiej będzie mi rozpoznać Ciebie także w moich bliźnich, których postawiłeś na mojej drodze.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • ROZWAŻANIE NA NIEDZIELĘ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    ROZWAŻANIE NA NIEDZIELĘ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    Miłość Boga
    Uroczystość Najświętszej Trójcy –
    ROK C . 16 czerwca 2019

    Tajemnica prawdy o Bogu Trój-Jedynym jest tak dalece nie uchwytna dla ludzkiego rozumowania, że Pan Jezus nawet nie próbował jej tłumaczyć swoim uczniom.

    „On jedyny, który nie tylko ją znał, ale który w niej tkwił, On, który nią był… On był jedynym kompetentnym nauczycielem prawdy o Ojcu, a jednak nigdy nie usiłował swym uczniom odsłaniać tych przepastnych głębin, gdzie jedność i troistość spotykają się w Bogu” – tak napisał w swojej książce pt. Spotkania ksiądz biskup Jan Pietraszko.

    Sposób w jaki Chrystus Pan mówił o tej prawdzie jest po prostu stwierdzeniem faktów: „Kto mnie widzi, widzi i Ojca”. Albo: „Idę do Ojca mojego i Ojca waszego”. Do tych zaś, którzy Mu nie wierzyli powiedział: „Jest Ojciec mój, o którym wy powiadacie, że jest Bogiem waszym.” Podobnie mówił o Duchu Świętym: „Wyszedłem od Ojca i przyszedłem na świat. Teraz opuszczam świat i idę do Ojca”… „Jeśli nie odejdę, Duch Święty nie przyjdzie do was, a jeśli odejdę, poślę Go do was”… „Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, cokolwiek wam powiedziałem”. I tu obietnica Pana Jezusa idzie jeszcze dalej: „On – tzn. Duch Święty – doprowadzi was do całej prawdy.” A tą całą prawdą jest właśnie tajemnica Trój-Jedynego Boga. Innej prawdy nie ma. Prawda zawarta w świecie stworzonym jest jedynie tylko odblaskiem Bożej prawdy, bo wszystko to co nas otacza i to czym sami jesteśmy – to pochodzi z Bożej ręki.

    Hans Urs von Balthasar był i pozostanie nie tylko bardzo znanym i liczącym się teologiem. Jego wnikliwe opisywanie Bożej rzeczywistości ma przede wszystkim związek z jego duchowym życiem, które było nacechowane wielką głębią. Bo właśnie w człowieczym sercu sam Bóg odsłania swoje tajemnice. To są te serca, które Go przyjmują. I on napisał na czym polega wewnętrzna prawda Boża: „Bóg jako Praprzyczyna i jako Ojciec odwiecznie udziela się swemu „Słowu” – jakby „wyrazowi” czy „obrazowi” siebie – które mocą owego bezgranicznego oddania zostaje „zrodzone”. Jest to dzieło najgłębszej, najpierwotniejszej miłości, takiej, na którą można odpowiedzieć tylko równie bezgraniczną miłością. A miłość im bardziej jest bezwarunkowa, tym jest owocniejsza. Naga relacja „ja – ty” pozbawiona byłaby jednak treści, gdyby to spotkanie nie oznaczało zarazem wydania owocu, który świadczy (tak jak dziecko jest świadectwem zespolenia rodziców) o odwiecznym spotkaniu Ojca i Syna. Istoty skończone, nawet jeśli płodzą i wydają na świat potomstwo, pozostają odrębnymi jednostkami – tymczasem nieskończona Istota będąca Bogiem może być tylko jedna, a miłujący się mogą w tym wypadku pozostawać tylko jedno w drugim.

    Gdy Syn stał się człowiekiem, nie mógł nam objawić nic innego jak tylko miłość Ojca i swą miłość do Ojca oraz miłość Ojca i Syna do nas. Tę tajemnicę możemy jednak pojąć i mieć w niej udział dopiero wtedy, gdy wlany zostanie w nas Duch, który jest wzajemną miłością Bożą i zarazem tej miłości owocem.”

    Święty Jan Ewangelista, jak podaje tradycja, stale powtarzał: „Bóg jest miłością.” A to jest właśnie to co najbardziej powinno interesować człowieka. Dlaczego więc tak trudno jest uwierzyć w tę prawdę? Niestety, dla wielu te słowa nic nie znaczą. Miłość czysta i bezinteresowna – pytają – czy to ogóle istnieje i czy to jest możliwe?

    Swego czasu czytałem wyniki badań, które socjologowie religii przeprowadzili wśród młodzieży na temat: „Co najbardziej interesuje cię na katechezie?” Wyniki badań pokazały, że 60% młodzieży najbardziej interesują sprawy ludzkie, na przykład aborcji, etyki seksualnej, wzajemnych relacji dzieci i rodziców. Około 30% młodych ludzi odpowiedziało, że najbardziej interesują ich relacje Boga i człowieka, na przykład modlitwa czy powołanie. Tylko kilka procent respondentów napisało, że interesuje ich Bóg. Jeden z młodych ludzi w swojej ankiecie zapytał wprost: „Jak to jest, że kiedy w kościele mówi się o sprawach doczesnych, jest to w miarę ciekawe, ale kiedy zaczyna się mówić o Bogu, staje się to nudne?

    Źródło tego nieporozumienia sięga niestety już najmłodszych lat. Ileż to ludzi zawsze musiało zasługiwać sobie na miłość. Bardzo często rodzice ofiarowywali tzw. miłość warunkową: „Jeżeli będziesz grzeczny i posłuszny – to wtedy będziemy cię kochać.” I takie dziecko rosło w przekonaniu, że istnieje jakaś taryfa opłat za miłość. Z biegiem czasu coraz bardziej to przekonanie z dzieciństwa potwierdzało się. W szkole kochanymi dziećmi byli tylko ci najzdolniejsi, najpilniejsi i najgrzeczniejsi. Reszta była pozostawiona na uboczu. Takie przekonanie przeniosło się później na życie dorosłe. Po ślubie bywało i to całkiem nierzadko, że któreś z małżonków zawiodło drugą stronę i wtedy od razu reakcja: „Już cię nie kocham, bo jesteś okropnym egoistą.” A nawet gdy się otrzymało szansę na poprawę i choć ta szansa była ponawiana kilka razy – to w końcu cierpliwość matki, ojca, nauczyciela, czy współmałżonka wyczerpywała się. I wtedy co można było usłyszeć: „No, teraz po tym wszystkim już nie mogę ci wybaczyć, miarka bowiem została przebrana.”

    Takie doświadczenia, niestety, dotyczą bardzo wielu ludzi. Dlatego, gdy w kościele słyszy się, że Bóg jest miłością, że On nie może nie kochać i że wcale nie kocha za coś, ale od zawsze ogarnia każdego swoją miłością zupełnie bezinteresowną – to wydaje się, że to jest nieprawdopodobne, jakby nie z tego świata. Ile razy upadając i grzesząc ogarnia człowieka wątpliwość: Czy Bóg jeszcze i tym razem mi wybaczy? Tu odbija się ten mój fałszywy obraz Boga, który jest wynikiem moich życiowych doświadczeń, że za miłość trzeba płacić. Czy nie nachodzą mnie takie myśli: „Jeśli nie będę gorliwie się modlić, to Bóg przestanie mnie kochać. Jeżeli popełnię grzech, utracę Go. Jeśli coś niedobrego będzie się w moim życiu powtarzać, On się rozgniewa i straci do mnie cierpliwość.” Przez ten błędny obraz ilu ludzi zniechęciło się, bo doszli do wniosku, że nie stać ich na to, aby kupić sobie miłość Boga.

    A tymczasem dzisiejsza uroczystość może być olśnieniem, jeżeli odważę się otworzyć cały przed Tajemnicą Trój-Jedynego Boga, od którego nikt nigdy nie może usłyszeć słów: „Teraz to już przekroczyłeś granicę i nie masz prawa do mojej miłości.” Ale za każdym razem kiedy się oddalam poprzez swój grzech i niewierność, On nawołuje mnie, aby mi znowu przebaczyć.

    Takim promieniem Bożej bezwarunkowej miłości jest Jego Kościół, o którym pisze ksiądz Piotr Pawlukiewicz, że „każdy kto przystąpi do konfesjonału i szczerze wyzna swoje grzechy, kto sercem wypowie słowo „żałuję”, otrzyma Boże przebaczenie! Nikt, kto uklęknie przy stole eucharystycznym, by otrzymać Ciało Chrystusa, nie zostanie od niego odpędzony. I nie zadawajmy sobie pytań: „Ale za co kocha mnie Bóg? Co On we mnie widzi? Czym jeszcze mógłbym zasłużyć na Jego miłość?” On kocha, bo taki jest! Kocha już teraz, zanim cokolwiek dobrego zrobisz. To rzeczywiście wiadomość nie z tego świata.”

    ksiądz Marian Łękawa SAC