***
środa 30 września
Dzień i noc przez cały październik. Polacy podejmą „Nieustający Różaniec” w intencji pokoju
Przez cały październik, dzień i noc, ma trwać nieprzerwana modlitwa różańcowa o pokój na świecie i Boże błogosławieństwo dla Polski. Organizatorzy piątej edycji „Nieustającego Różańca” proszą o zapisy, aby wypełnić wszystkie godziny miesiąca. Dołączyć może każdy, odpowiadając w ten sposób na ponawiane przez Leona XIV wezwania do modlitwy o pokój.

Potrzeba ludzi na każdą godzinę
Od pierwszej minuty 1 października aż do końca miesiąca różaniec ma być odmawiany bez przerwy w dzień i w nocy. Aby było to możliwe, potrzebni są kolejni uczestnicy. Zapisy już trwają na stronie nieustajacyrozaniec.pl.
Dalsza część artykułu pod video
„Chcemy, żeby przez cały październik trwała nieustanna modlitwa różańcowa o pokój na świecie i Boże błogosławieństwo dla Polski” – mówi Vatican News Arkadiusz Kuzniacki, jeden z organizatorów inicjatywy.
Doba została podzielona na półgodzinne odcinki. Uczestnik wybiera odpowiadającą mu porę i zobowiązuje się w tym czasie do odmówienia różańca. Każdego dnia potrzeba więc co najmniej 48 osób, aby modlitwa nie została przerwana ani na chwilę.
Inicjatywa otrzymała błogosławieństwo bp. Tadeusza Lityńskiego, ordynariusza diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.
W jedności z Leonem XIV
Tegoroczny „Nieustający Różaniec” rozpocznie się w szczególnym momencie. 1 października, dokładnie w dniu rozpoczęcia inicjatywy, Leon XIV będzie modlił się na różańcu o pokój wraz z setkami dzieci w Ogrodach Watykańskich. Spotkanie przy Grocie Matki Bożej z Lourdes rozpocznie światowy tydzień modlitwy w ramach inicjatywy „Milion dzieci modli się na różańcu”.
W ten sposób polska inicjatywa wpisuje się w modlitwę, do której Ojciec Święty zaprasza cały Kościół. Leon XIV regularnie apeluje o modlitwę za narody dotknięte wojną, ofiary przemocy oraz o pokój.
Październikowy różaniec może być więc bardzo konkretną odpowiedzią na jego wezwanie – wybrać swoją godzinę i dołączyć do modlitwy, która przez cały miesiąc nie ma ustawać.
744 godziny – także w środku nocy
„Nieustający Różaniec” organizowany jest już po raz piąty przez Stowarzyszenie Katolicka Wschowa. Co roku formalnie zapisuje się ponad 120 osób. Niektórzy wybierają szczególnie wymagające godziny – drugą czy trzecią w nocy – i pozostają im wierni przez cały miesiąc.
W tym roku organizatorzy wprowadzają również skrzynkę intencji. Uczestnicy będą mogli przekazywać własne prośby, które zostaną objęte wspólną modlitwą. Jedną z głównych intencji będzie także odnowa życia sakramentalnego Polaków w perspektywie zbliżającej się 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.
Wybierz swoją godzinę
Do „Nieustającego Różańca” może dołączyć każdy – nie trzeba należeć do żadnej wspólnoty ani stowarzyszenia. Wystarczy ofiarować swój czas, wybrać godzinę i włączyć się w modlitwę o pokój podejmowaną w jedności z Ojcem Świętym.
Zapisy prowadzone są na stronie nieustajacyrozaniec.pl. Można tam wybrać dzień i godzinę modlitwy oraz dołączyć do 744-godzinnego różańcowego łańcucha.
Vatican News/ ks. Łukasz Bankowski
***
piątej – 25/09/2026
Papież zawierzył młodych
Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

Na zakończenie piątkowego czuwania na Stade de France w Saint-Denis Leon XIV zawierzył młodych całego świata Bożemu Sercu. W wydarzeniu wzięło udział ok. 80 tys. osób. Wcześniej Ojciec Święty odpowiadał na pytania uczestników spotkania i skierował do nich swoje przesłanie.
W słowach zawierzenia Papież prosił Serce Jezusa, źródło miłosierdzia, aby młodzi przychodzili do Niego „z pokorą i ufnością”. Prosił, aby jednoczyli swoje życie z Bożym Sercem, aby umieli miłować i przebaczać bez granic, i służyć Bogu z hojnością i dobrocią, oddając siebie za innych.
W czuwaniu wzięło udział ok. 80 tys. osób.
Ojciec Święty wypraszał Bożego błogosławieństwa dla tych, którzy szukają Jego obecności. Prosił o wsparcie dla katechumenów, neofitów i wszystkich, którzy działają na rzecz nadziei płynącej z Bożego Królestwa.
Leon XIV do młodych Francuzów: uciekaj, podążaj, walcz
CZUWANIE MODLITEWNE Z MŁODZIEŻĄ
DIALOG OJCA ŚWIĘTEGO LEONA XIV Z MŁODYMI
Paryż Saint-Denis, Stade de France
Piątek, 25 września 2026 r.
___________________________________
Dialog Ojca Świętego Leona XIV z młodymi
Medytacja Ojca Świętego Leona XIV
__________________________________
Dialog Ojca Świętego Leona XIV z młodymi
Pytanie Chloé
Ojcze Święty, dziękujemy za Twoją obecność pośród nas tego wieczoru oraz za czas spotkania i rozmowy, który nam ofiarujesz.
Mam na imię Chloé, mam 25 lat i kończę studia z farmakologii. Działam w grupie młodych katolików z peryferyjnej dzielnicy regionu Île-de-France, noszącej nazwę La Cité Céleste. Organizujemy między innymi różne wydarzenia, takie jak nocne adoracje i spotkania modlitewne połączone z uwielbieniem, które gromadzą wielu młodych z naszych dzielnic, pragnących żyć wiarą i szeroko się nią dzielić. Angażuję się również w życie mojej parafii, zwłaszcza w duszpasterstwo młodzieży licealnej. Poprzez te różne formy zaangażowania pragnę oddawać swoją energię i umiejętności na służbę innym, budując więzi między wiarą, młodymi ludźmi a codziennymi realiami życia w naszych dzielnicach.
Jak mówi św. Paweł, „dla nas żyć to Chrystus”. A jednak społeczeństwo, w którym żyjemy, budowane jest na innych fundamentach, a niekiedy wydaje się wręcz obojętne na pytanie o Boga. Pragniemy z mocą i wytrwałością głosić Chrystusa ludziom wokół nas, a zarazem, oczywiście, czynić to z szacunkiem i delikatnością wobec tych, których spotykamy. Jak możemy połączyć siłę naszego misyjnego zapału z autentycznym życiem braterskim z tymi, którzy nie podzielają naszej wiary?
Odpowiedź Ojca Świętego
Drodzy przyjaciele, pierwszą rzeczą, którą chciałbym powiedzieć, jest coś bardzo prostego: dziękuję! Dziękuję Bogu, dziękuję wam, dziękuję za waszą odwagę, dziękuję za waszą obecność, dziękuję za waszą wiarę. Jesteście świętymi Francji! I dziękuję, Chloé, za to pytanie. Przytoczone przez ciebie zdanie św. Pawła nie jest jedynie stwierdzeniem. Stanowi prawdziwą syntezę jego życia. W kilku krótkich, lecz doniosłych słowach Apostoł wypowiada modlitwę uwielbienia, składa wyznanie wiary i wskazuje drogę świętości prowadzącą aż po męczeństwo: „Dla mnie bowiem żyć to Chrystus” (por. Flp 1, 21). Powtarzając to wyznanie miłości, staramy się mieć udział w doświadczeniu Apostoła. Świadczy on bowiem, że Bóg nigdy nie jest kimś obcym w jego życiu, ale przeciwnie, wychodzi mu na spotkanie: powołuje go do siebie, przemienia wewnętrznie i posyła na świat.
Ta duchowa dynamika dotyczy nas wszystkich także dzisiaj. To prawda – jak mówisz – że społeczeństwo, w którym żyjemy, zdaje się być obojętne na Boga. Ale Pan nie jest obojętny na nas! To właśnie jest najważniejsze… i to zawsze daje nam nadzieję!
To, że wielu ludziom obce jest pytanie o Boga, stanowi niewątpliwie problem; równie poważnym problemem jest jednak to, że dla wielu obce staje się także pytanie o człowieka. Jakże wiele osób, niestety, przestaje interesować się drugim człowiekiem, prowadząc egoistyczne życie, albo gardzi ubogimi, trwoniąc swoje dobra na rzeczy błahe. Jak wielu odrzuca ludzi prostych czy chorych, sądząc, że wartość człowieka zależy wyłącznie od tego, co potrafi wytworzyć. Myślę szczególnie o twoim zaangażowaniu w peryferyjnych dzielnicach regionu Île-de-France wraz z La Cité Céleste. To właśnie tam, w konkretnej codzienności, niekiedy naznaczonej trudnościami, twoja wiara staje się żywym i wymownym świadectwem nadziei.
Człowiek błądzi gdy twierdzi, że Bóg umarł. Jeśli Boga nie ma z człowiekiem, nie znajduje on już zbawienia i traci sens własnego istnienia, które sprowadza się wówczas do ślepej uliczki albo do nicości. Kto natomiast mówi: Dla mnie żyć to Chrystus!, doświadcza czegoś zupełnie przeciwnego. W Chrystusie wiemy bowiem, że Bóg nigdy nie jest obojętny na człowieka. Przez Jezusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego daje nam swoje własne życie, abyśmy mogli żyć. Oto więc sposób głoszenia Chrystusa, który łączy odwagę z szacunkiem: głosić Go jako Ewangelię zbawienia, jako słowo prawdy i życia. Ewangelia ta jest dobrą nowiną dla wszystkich, orędziem wyzwolenia i zasadą nowego życia.
Ewangelia Jezusa nie prowadzi bowiem do konfliktu, lecz zawsze wzywa do przebaczenia; rozświetlając dramat dziejów, uczy nas zarazem braterskiej troski. Spotkanie z Chrystusem otwiera na dialog i przygotowuje do przyjęcia Jego pokoju, ponieważ daje każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie największą obietnicę, zdolną zaspokoić wszystkie pragnienia: obietnicę życia wiecznego.
Droga Chloé, drodzy młodzi, doświadczenie religijne każdego człowieka wyraża owo poszukiwanie sensu, które ożywia ludzką duszę. W Jezusie, Odkupicielu świata, Bóg pozwala się odnaleźć, zwracając się „do ludzi jak do przyjaciół” (Sobór Wat. II, Konst. dogmat. Dei Verbum, 2). On jest źródłem wody żywej, światłem pośród ciemności. Dlatego w radości wiary wyznajmy dziś wieczorem razem: dla nas żyć to Chrystus!Powtórzmy razem: dla nas żyć to Chrystus!
Dzięki Niemu można połączyć misyjny zapał z doświadczeniem braterstwa wobec tych, którzy nie wierzą w Boga lub należą do innych tradycji religijnych. Braterstwo to, oparte na słuchaniu i wzajemnym szacunku, ma swoje korzenie w jedności rodziny ludzkiej, która na przestrzeni dziejów rozwijała wymiar religijny jako istotną cechę życia każdego ludu.
Pielęgnowanie braterskiej więzi „z tymi, którzy nie podzielają naszej wiary”, przyczynia się zatem do budowania społeczeństwa, a zarazem staje się praktykowaniem wiary i miłości, ponieważ nie można dawać świadectwa o Chrystusie, nie kochając tych, którym pragniemy Go głosić. Spotkania młodych ludzi z krajów regionu śródziemnomorskiego, organizowane w ostatnich latach, są budzącym nadzieję znakiem takiego braterstwa.
Orędzie chrześcijańskie nie stanowi więc przeszkody dla braterskiego współistnienia. Przeciwnie, sprzyja mu, ponieważ w wolności zaprasza każdego do przyjęcia nowiny o pokoju i zbawieniu. Podobnie nasza misja nie pozostaje w sprzeczności z szacunkiem dla innych religii, gdyż Kościół nie odrzuca niczego z tego, co jest w nich prawdziwe i święte (por. Sobór Wat. II, Dekl. Nostra aetate, 2).
Dziękuję!
Pytanie François
Ojcze Święty, dziękujemy, że przybywasz, aby umocnić nas w wierze i w pragnieniu dawania świadectwa Ewangelii!
Nazywam się François Bigot. Wychowałem się na wsi w Burgundii, a obecnie studiuję agronomię na UniLaSalle. Chętnie poświęcam swój czas trosce o piękno liturgii. Angażuję się również w życie mojej diecezji poprzez pielgrzymkę rowerową Pélé VTT de Nevers oraz w przygotowanie nowej pielgrzymki burgundzkiej. Jestem także drużynowym skautów i działam w duszpasterstwie akademickim na mojej uczelni.
My, młodzi, chcemy się angażować: w służbę najbardziej potrzebującym, na rzecz pokoju w naszym kraju i na świecie, w służbę Kościołowi Chrystusa. Często jednak trudno rozeznać, w jakim kierunku zwrócić własne życie, aby oddać się bez reszty i dochować wierności, a zarazem nie rozpraszać sił ani nie tracić odwagi, zwłaszcza gdy zadanie wydaje się przerastać nasze możliwości. Lęk i niepewność nierzadko osłabiają entuzjazm właściwy młodości. Ojcze Święty, jak rozeznawać, gdzie Pan na nas czeka, abyśmy Mu służyli i ofiarowali nasze życie?
Odpowiedź Ojca Świętego
Czy jest tu wielu skautów? O, bardzo dobrze! Witajcie!Przede wszystkim serdecznie dziękuję wam za wasze zaangażowanie. Wielką radością jest dla mnie widzieć was tak licznie zgromadzonych, ożywionych pragnieniem służby pokojowi, który pomaga nam wzrastać jako mężczyznom i kobietom, przemieniając lęk w nadzieję, a narzekanie w odpowiedzialne zaangażowanie. Dziś ta wielka misja jest pilniejsza niż kiedykolwiek, ponieważ wzywa nas, abyśmy z rozeznaniem nawigowali pośród współczesnych przemian technologicznych i cyfrowych, nie pozwalając, by umniejszały nasze człowieczeństwo.
Zwłaszcza wtedy, gdy poświęcamy się ochronie najmniejszych i najsłabszych, uświadamiamy sobie także własną kruchość, wspólną nam wszystkim. Kruchość ta nie napawa nas lękiem, lecz jednoczy jako stworzenia, które w Chrystusie odkrywają, że są braćmi i siostrami. To On jako pierwszy daje nam samego siebie, a żywym znakiem tej łaski jest Eucharystia, „źródło i zarazem szczyt całego życia chrześcijańskiego” (Sobór Wat. II, Konst. dogmat. Lumen gentium, 11). Z tego sakramentu, który umacnia naszą wiarę, czerpiemy siłę, by również ofiarowywać siebie bliźnim, naśladując bezinteresowną miłość Pana Jezusa. Dążenie do sprawiedliwości i pokoju skłania nas zarazem do dostrzegania konfliktów, które nosimy w sobie, oraz do oczyszczania serca. Gdy oddajemy się służbie Bogu i innym, nasze rany znajdują ukojenie i odkupienie.
Nie ma takiej porażki, z której Bóg nie mógłby nas podźwignąć: Jego miłosierdzie jest naszą radością. Wspomnieliście jednak o lęku i niepewności jako o przeszkodach dla waszego entuzjazmu. Uczucia te są dziś bardzo rozpowszechnione z powodu niepewności dotyczącej planów na przyszłość, nietrwałości więzi uczuciowych oraz kruchości relacji. Dołączają do nich inne obciążenia szczególnie dotykające wasze pokolenie, takie jak zmęczenie nadmiarem czasu spędzanego przed ekranem czy niepokój związany ze zmianami klimatycznymi, sytuacją gospodarczą i międzynarodową. Tak, trzeba nadstawiać ucha na te odczucia. Drodzy młodzi, zachęcam was wszystkich, abyście zachowali serca otwarte na cierpienia swoich rówieśników.
Jednocześnie doświadczenie kruchości, każdej kruchości, staje się dla ucznia Chrystusa sposobnością do dawania świadectwa. Kto idzie za Jezusem drogą pokornej i bezinteresownej służby, zostaje uwolniony od lęku i odzyskuje nowy entuzjazm, doświadczając wewnętrznej radości i pokoju. Nie są to uczucia chwilowe ani czysto subiektywne, lecz rzeczywistość zakorzeniona w pewności wiary, o której wspólnie dajemy świadectwo jako Kościół.
Tak, razem tworzymy Kościół: kruchy i święty, niczym gliniane naczynia, które przechowują skarb (por. 2 Kor 4, 7). Św. Paweł raz jeszcze przypomina nam, że właśnie w słabości jesteśmy mocni (por. 2 Kor 12, 10). To szczególnie w chwilach trudności Bóg podtrzymuje naszą wolność i umacnia nas swoją łaską. Zechciał stać się człowiekiem, abyśmy mogli żyć z Nim na zawsze jako radośni świadkowie nadziei.
Drodzy przyjaciele, to właśnie w tej przyjaźni z Jezusem dokonuje się nasze rozeznanie, będące refleksją podejmowaną wraz z przyzywaniem daru Ducha Świętego. Jest to stałe ćwiczenie, które pozwala iść naprzód w sposób uporządkowany i pewny.
Jak dobrze rozeznawać?
Przede wszystkim pamiętajcie, że Słowo Pana jest zawsze lampą dla naszych kroków (por. Ps 119, 105). W świetle Ewangelii formacja duchowa dokonuje się poprzez modlitwę i służbę, adorację i działanie, ciszę – tę tak rzadką, a zarazem tak potrzebną, z dala od medialnego zgiełku – oraz przez głoszenie.
Ponadto czerpcie natchnienie z przykładu świętych – nawet pośród prześladowań ci nasi bracia i siostry otwierali drogi pokoju. Spójrzcie na kapłanów rozmiłowanych w Chrystusie, takich jak św. Eugeniusz de Mazenod i św. Jan Maria Vianney; na mistyczne piękno św. Teresy od Dzieciątka Jezus; na bł. Paulinę Jaricot, pełną gorliwości w miłości i działalności misyjnej; na odwagę pięćdziesięciu męczenników apostolstwa z czasów II wojny światowej, którzy służyli swoim braciom aż po ofiarę z własnego życia. Święci zmieniali bieg dziejów, prowadząc wiele osób od cierpienia ku nadziei, ponieważ najpierw pozwolili przemienić własne serca w świetle wiary.
Drodzy młodzi, kiedy rozeznajecie swoje powołanie, bądźcie pewni, że Pan nie przemawia do was w sposób niejasny, lecz zwraca się do każdego z was po imieniu i zaprasza was, byście za Nim poszli, ponieważ was kocha. Przyjmując Jego Ewangelię z jasnym umysłem i czystym sercem, zrozumiecie, do jakiej służby wzywa was Jezus. Zawsze chodzi o dar z życia: pełny, wierny, przepełniony miłością. Aby przezwyciężyć lęk i niepewność, miejcie odwagę wypowiedzieć jedno proste i piękne słowo: dziękuję. Dziękuję Ci, Jezu, za Twoją miłość.
Dlatego już teraz, bez lęku, lecz z ufnością i pełni radości, możemy wszyscy, wszyscy razem, za przykładem świętych, powiedzieć: Oto jestem, Panie!
Wszyscy razem:Oto jestem, Panie!
Zwracam się także do tych spośród was – a jest was tu dziś wieczorem wielu – którzy sądzą, że słyszą wezwanie, by pójść za Jezusem drogą kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Drodzy przyjaciele, Kościół we Francji tak bardzo was potrzebuje!… Modli się za was i czeka na was. Drodzy przyjaciele, nie lękajcie się tego wezwania! Miejcie odwagę i zaufajcie Jezusowi, który pragnie uczynić was swoimi najbliższymi przyjaciółmi. On was nie zawiedzie i zawsze będzie u waszego boku; wasze życie stanie się niezwykle piękne i owocne.
Na zakończenie możemy podjąć modlitwę, którą przekazał nam św. Jan Paweł II: „Nauczycielu, Ty, który kochasz i szanujesz człowieka, Ty, który wziąłeś na siebie ludzkie cierpienie, który rozjaśniasz tajemnicę ludzkiej egzystencji, pozwól nam odkryć prawdziwy sens naszego życia i powołania!” ( Homilia podczas Mszy św. na zakończenie XII Światowego Dnia Młodzieży, Paryż, 24 sierpnia 1997) [1].
Dziękuję!
__________________________
[1] Idźcie budować cywilizację miłości: „L’Osservatore Romano”, wyd. polskie, nr 10 (196)/1997, s. 30.
____________________________________
W ciemności nocy światło jaśnieje jeszcze mocniej. Tak właśnie, drodzy młodzi, wspólnie usłyszeliśmy słowa św. Pawła. Chcemy wznieść je wysoko niczym pochodnię, która rozświetla nie tylko modlitwę każdego z nas, lecz także całe dzieje Kościoła. Apostoł spogląda na swoją epokę i przyjmuje Boże natchnienie, to znaczy Ducha Świętego, który zawsze otwiera przed nami pełne światła perspektywy przyszłości. Tak, Bóg jest Panem dziejów i cokolwiek się wydarza, prowadzi je ku zbawieniu; w Chrystusie każde zło ma swój kres, właśnie dlatego, że kres staje się początkiem nowego i wiecznego życia.
Drodzy przyjaciele, aby rozświetlać naszą epokę i przemieniać teraźniejszość w świetle Ducha, pamiętajmy przede wszystkim, że podobnie jak Tymoteusz jesteśmy ludźmi Bożymi. To określenie – Boży – którym posługuje się św. Paweł, wyraża więź, a nie posiadanie. Kto żyje z Bogiem, jest wolny: wolny od wszystkiego, co przesłania życie, czyniąc je pustym i pozbawionym sensu. Młodzi Francji, nosicie w sercach ogromne pragnienie wolności, słowa, które z wielką mocą rozbrzmiewa w waszej kulturze. Gdzie jednak bije źródło prawdziwej wolności? Jezus wskazuje je wyraźnie, mówiąc, że prawda nas wyzwoli (por. J 8, 32) oraz że On sam jest Prawdą (por. J 14, 6). Oto więc źródło prawdziwej wolności: jest nim żywa więź z Jezusem.
Towarzyszenie Pana nadaje bowiem mądrość naszym zamierzeniom i piękno pragnieniom, które nosimy w sercu. Bóg przenika naszą duszę niczym światło, wzywając nas do nieustannej odnowy, do nawrócenia, które nadaje istnieniu pełny sens, ponieważ czyni nas uczestnikami historii przechodzącej od zamętu do poszukiwania prawdy, od obojętności do zaangażowania na rzecz sprawiedliwości. Św. Paweł wyraża to trzema czasownikami, które odwołują się do naszej wolności: uciekaj, podążaj, walcz.
Apostoł pisze do Tymoteusza: przede wszystkim „uciekaj od tego rodzaju rzeczy”, to znaczy pychy, próżności, przemocy i chciwości (por. 1 Tm 6, 4.10). Są to uczucia, które nas ogarniają i biorą w posiadanie. Egoizm, który je cechuje, skrywa przerażającą samotność. Aby zasmakować bliskości Boga i ludzkiego braterstwa, trzeba odrzucić tę zachłanność, która pochłania relacje, niczego nie dając w zamian, i przesyca nas rzeczami, nie dając prawdziwego nasycenia. Jest to styl życia, który popycha człowieka, by mieć wszystko, a zarazem nie być osobą; otrzymywać mnóstwo lajków, a mimo to pozostawać samotnym.
Kiedy decydujemy się nie iść za takim stylem życia, zaczynamy wówczas podążać za „sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością” (w. 11). Tak, kto żyje z Bogiem, dąży ku temu, co lepsze: nieustannie nad sobą pracuje. Szuka cnoty, czyli tej siły, która czyni go dobrym i prawdziwym. Drodzy przyjaciele, dynamika właściwa życiu chrześcijańskiemu ma swoją konkretną nazwę: jest nią droga świętości. To droga, którą Pan otwiera przed każdym z nas i na której towarzyszy nam przez cały czas. Jakże wielu synów i córek tej umiłowanej ziemi francuskiej pozwoliło się nią poprowadzić! Pomyślmy choćby o bł. Marcelu Callo, młodym Francuzie, skaucie i robotniku, który pośród ciemności obozu koncentracyjnego nie przestał dążyć do dobra, zachowując wewnętrzną wolność.
W miarę jak postępujemy na drodze świętości, coraz wyraźniej widzimy, że nie wystarczy unikać zła: trzeba wybierać dobro. Nie chodzi tu o abstrakcyjną zasadę ani o oczywiste stwierdzenie: wybór dobra jest właściwym aktem wolności, przez który wolność ta urzeczywistnia się, oczyszcza i dojrzewa. Aby dokonywać właściwych wyborów, pamiętajcie o tym kryterium: dobro daje życie, nigdy go nie odbiera; dobro otacza troską, a nie zawłaszcza. Dobro nie jest pięknym pojęciem, lecz promiennym obliczem miłości: to Bóg we własnej Osobie! Cnoty, które św. Paweł wskazuje nam jako odblaski Jego dobroci, są następujące: sprawiedliwość wobec ludzi; pobożność i wiara wobec Boga; miłość wobec wszystkich; cierpliwość wobec tych, którzy zadają nam cierpienie; łagodność właściwa tym, którzy czystym sercem szukają pokoju. Zasady równości i braterstwa, które inspirują wasze społeczeństwo, właśnie tutaj znajdują swój fundament; są one czymś więcej niż przepisami prawa – są radykalnymi i odważnymi wyborami wolnego serca. Przyjęcie ich za własne nie jest jedynie zobowiązaniem moralnym, lecz wyborem, by stawać się autentycznymi mężczyznami i kobietami, wolnymi od wszelkich kompromisów.
W związku z tym Apostoł przekazuje nam trzeci czasownik: walcz. Istotnie, uciekać od zła i podążać za dobrem oznacza także walczyć. Walczcie, tak, jak czynił to św. Paweł, często przedstawiany z mieczem w dłoni, będącym obrazem Słowa Bożego, „miecza Ducha” (Ef 6, 17). Czasownik ten brzmi szczególnie mocno tutaj, we Francji, ziemi św. Joanny d’Arc, młodej kobiety, która potrafiła walczyć z odwagą. Ale uwaga: trzeba jednak dobrze zrozumieć zarówno ten czasownik, jak i obraz: walka, do której jesteśmy wezwani, jest walką wiary, to znaczy zobowiązaniem do życia według Ewangelii jako uczniowie Jezusa, Syna Bożego, który czyni nas braćmi i siostrami. To w Jego imię otrzymujemy moc ludzi sprawiedliwych, aby opierać się pokusie. To w Jego imię otrzymujemy wytrwałość ludzi łagodnych, aby poświęcać się dobru. Nasza walka nie jest walką przeciwko innym i nie posługuje się bronią przemocy, pogardy czy ucisku. Jedyną naszą bronią jest miłość, która daje samą siebie. Wiemy niestety, że istnieją siły sprzeciwiające się naszej więzi z Bogiem; moce, które usiłują dzielić osoby i narody, zwracając jednych przeciw drugim. Zło to przybiera nie tylko postać jawnej przemocy, lecz niekiedy działa również podstępnie, obiecując nam właśnie to, czego nas pozbawia, a mianowicie szczęście. Kiedy jednak czujemy się ogarnięci jego ciemnością, światło Ducha Świętego rozjaśnia nas i umacnia. Dlatego tej nocy wybierzmy wspólnie cnoty, które powinniśmy rozwijać, aby iść za Panem.
Nie jesteśmy sami na tej drodze świętości, ponieważ przemierzamy ją w jedności ze wszystkimi braćmi i siostrami, którzy są wokół nas. Doświadczacie tego zresztą także dziś wieczorem, podobnie jak podczas wielkich spotkań, takich jak Światowe Dni Młodzieży. Mamy ponadto sprzymierzeńców w świętych, którzy wspierają nas w chwilach próby. Drodzy przyjaciele, kiedy życiowe wybory wymagają odwagi, proście ich o wstawiennictwo i naśladujcie ich przykład. Jak śpiewaliśmy w litanii, wsparcie świętych daje nam pewność, że nigdy nie jesteśmy sami na modlitwie i nigdy nie jesteśmy sami w Kościele. W tych szczególnych czasach prośmy ich o pomoc, abyśmy stawali się budowniczymi pokoju, który jest odwiecznym pragnieniem Boga i nieustannym zadaniem ludzkości. Wspomniałem dziś wieczorem niektórych z nich. Prośmy także św. Teresę od Dzieciątka Jezus, aby nauczyła nas swojej małej drogi codziennej miłości, będącej mocnym fundamentem każdego trwałego pokoju.
Pan urzeczywistnia ten pokój poprzez Przymierze, które zawiera z nami wszystkimi za pośrednictwem Jezusa Chrystusa. Dlatego św. Paweł, wskazując na fundament naszego doświadczenia wiary, mówi nie tylko o tym, co my możemy uczynić, odpowiadając Bogu, lecz także o tym, co Bóg czyni dla nas. Apostoł streszcza to w jednej scenie: Jezus przed Piłatem, prawda miłości wobec obłudy władzy. „Dobre zawody” łączy się więc z „dobrym [pięknym] wyznaniem” (por. 1 Tm 6, 12-13). Ukazuje to użycie tego samego przymiotnika kalos, który oznacza tutaj coś dobrze spełnionego. Tym dobrze spełnionym dziełem, tym, co jest dobre, jest odkupienie, którego Jezus dokonuje dla nas. W Jego walce z grzechem i śmiercią zwycięstwo Chrystusa wyzwala nas, ocala od wszelkiego zła i otwiera na każde dobro.
W tym świetle spójrzmy na dwie relikwie, które mamy przed oczami: tunikę i krzyż. Jedną Chrystusowi odebrano, drugi Mu dano. W tym sensie obie są znakami Jego męki: Jezus zostaje odarty z tuniki, aby nas przyoblec w białą szatę, opłukaną „we krwi Baranka” (Ap 7, 14). W ten sposób krzyż, narzędzie śmierci, staje się znakiem nadziei. Obie zatem – tunika i krzyż – ukazują nas samych: nas, Kościół, który rodzi się z życia Boga ofiarowanego światu. Drodzy młodzi, aby wzrastać w świętości i czynić nasze społeczeństwo lepszym, bądźcie pełnymi światła świadkami tej Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, którą jest sam Chrystus, nasz Zbawiciel: „Jemu cześć i moc wiekuista! Amen” (1 Tm 6, 16).
Copyright © Dykasteria ds. Komunikacji – Libreria Editrice Vaticana
Intensywny dzień
Czuwanie modlitewna na Stade de France było ostatnim punktem bogatego programu pierwszego dnia Leona XIV we Francji. W piątek 25 września Papież przemawiał do władz i korpusu dyplomatycznego w Pałacu Elizejskim, złożył historyczną wizytę w siedzibie UNESCO, modlił się podczas nieszporów w odnowionej katedrze Notre-Dame, a na zakończenie spotkał się z młodymi na narodowym stadionie Francji.
W sobotę Papież m.in. odprawi Mszę św. na Placu de la Concorde w Paryżu, a wieczorem uda się do Lourdes.
Artur Hanula/Vatican News
***
Roberto de Mattei:
Leon XIV w obliczu zbrodni rewolucji francuskiej

***
Leon XIV odwiedzając Francję musiał skonfrontować się z dziedzictwem rewolucji francuskiej. Jak poradził sobie z tym zadaniem Ojciec Święty? O tym pisze włoski historyk, profesor Roberto de Mattei.
Podajemy cały tekst prof. de Mattei, który ukazał się w kierowanej przez niego agencji Corrispondenza Romana:
Podróż apostolska Leona XIV do Francji, która odbyła się w dniach 25-28 września 2026 r., okazała się ogromnym sukcesem pod względem frekwencji, co zaskoczyło samego Papieża. Francja jest bowiem jednym z europejskich krajów, w których najbardziej ujawnia się agresywny sekularyzm. W przeddzień wizyty Papieża ukazał się szczegółowy raport Europejskiego Centrum Prawa i Sprawiedliwości (ECLJ) zatytułowany „Souffrances et espérance de l’Église en France”. Tekst ten, opracowany przez Grégora Puppincka we współpracy z Constance Avenel, dokumentuje silną presję ze strony świeckiego państwa w obszarach rodziny, edukacji, opieki zdrowotnej oraz przepisów dotyczących bioetyki.
Do tego obrazu dochodzą akty przemocy wobec kościołów, sanktuariów i wiernych. 4 marca 2024 r. Francja jako pierwszy kraj na świecie włączyła aborcję do praw konstytucyjnych, a 19 sierpnia 2026 r. opublikowała w Dzienniku Urzędowym nową ustawę zatwierdzającą wspomagane samobójstwo i eutanazję. W reakcji na to coraz bardziej rozwijają się niezależne szkoły katolickie, rośnie liczba chrztów, wzrasta udział młodzieży w wielkich pielgrzymkach, takich jak ta do Chartres. W tym roku we Francji odbyło się 21 386 nowych chrztów, o 20 procent więcej niż w roku poprzednim, a wśród nich 8 152 nastolatków i 13 234 dorosłych, w większości młodych ludzi. – Jestem zaskoczony liczbą osób, które ponownie zbliżają się do progu wiary – stwierdził Papież podczas spotkania w Institut Catholique rano 26 września.
Punktem kulminacyjnym papieskiej podróży była Msza Święta odprawiona na Place de la Concorde, w samym sercu Paryża, po południu 26, przed ogromnym tłumem liczącym około 800 000 osób. Wydarzenie to miało charakter symboliczny ze względu na znaczenie, jakie plac ten miał niegdyś.
Place de la Concorde, zaprojektowany w 1755 roku przez architekta Ange-Jacquesa Gabriela, pierwotnie nosił nazwę Place Louis XV. Rewolucja Francuska na zawsze zmieniła historię tego miejsca. Wielki plac stał się głównym miejscem jakobinowskich egzekucji, a w 1792 roku przemianowano go na Place de la Révolution. Gilotyna zamieniała karę śmierci w widowisko, przed którym Republika demonstrowała swoją władzę w zakresie eliminowania wszystkich „wrogów ludu”. 21 stycznia 1793 r. ścięto tam Ludwika XVI, a 16 października tego samego roku królową Marię Antoninę. Zbrodnią Ludwika XVI było to, że był królem. Trybunał Rewolucyjny nie skazał na śmierć człowieka, ale instytucję monarchiczną, którą reprezentował. Plac zaprojektowany w celu uczczenia najstarszej monarchii katolickiej w Europie stał się w ten sposób miejscem jej symbolicznego zniszczenia. „Sam tytuł króla – głosił Robespierre – sprowadza plagi wojny na wstrząśniętą narodowość”. Jednak również Robespierre, po Dantonie, został zgilotynowany na Place de la Concorde w 1794 roku: Rewolucja bezlitośnie pożerała swoje dzieci.
Pius VI w przemówieniu „Quare lacrymae”, wygłoszonym podczas konsystorza 17 czerwca 1793 r., przypisał Ludwikowi XVI „chwałę męczeństwa”. Stwierdził bowiem: „Ktoż mógłby wątpić, że ten król został skazany na śmierć z nienawiści do wiary i z pogardy dla dogmatów katolicyzmu?”. Jak wyjaśnił Pius VI w swoim przemówieniu, u podstaw procesu i skazania francuskiego władcy leżały „bezbożne ideologie” „perwersyjnych filozofów”: czołowych przedstawicieli oświecenia. Już na początku swojego pontyfikatu, w bulli Inscrutabile Divinae z 25 grudnia 1775 r., Papież, zwracając się do ludu chrześcijańskiego i jego pasterzy, wyraził swój niepokój, widząc, że „ludzie wzburzeni i wściekli, jakby ogarnięci niepohamowaną żądzą nowości, nie wahają się atakować samych podstaw racjonalnej natury, a nawet próbują – gdyby tylko mogli – je obalić”. Głównym narzędziem rewolucji była lawina książek inspirowanych ideami oświeceniowymi, które zalewały Francję już od czasów panowania Ludwika XV. Dlatego Pius VI tak napominał francuskich biskupów: „Usuwajcie z waszego grona zło, to znaczy z wielką energią i troską starajcie się wyeliminować ze swojej owczarni wszystkie te zatrute książki”.
Oświecenie stanowi decydujący etap tego procesu ideologicznego, który – wychodząc od rewolucji humanistycznej i protestanckiej – doprowadził w ciągu niecałych pięciu stuleci do rewolucji komunistycznej. Lenin pisał: „Prawdopodobnie będziemy musieli postępować zgodnie z […] radą, jaką Engels udzielił kiedyś niemieckim socjalistom, a mianowicie przetłumaczyć i rozpowszechniać wśród mas francuskie publikacje oświeceniowe i ateistyczne z XVIII wieku” (O religii, Wydawnictwo Rinascita, Rzym 1950, wyd. II, s. 17). Jeśli jednak prawdą jest, że rewolucja musi nieustannie odnawiać swoje błędy, to autentyczna reakcja katolicka nie może nie kontynuować walki z tymi błędami, które rozprzestrzeniły się na świecie, przenikając niestety również do wnętrza Kościoła. Sam Leon XIV wydawał się ignorować historyczne znaczenie oświecenia, określając je podczas swojego przemówienia w Pałacu Elizejskim 25 września jako „etap, który przyniósł światu ważne osiągnięcia w dziedzinie praw człowieka”. A jednak następnego dnia, przed spotkaniem z zgromadzeniem synodalnym, papież zatrzymał się na modlitwę w ogrodzie przylegającym do Institut Catholique, przed tablicą z napisem „Hic ceciderunt” (tutaj polegli), gdzie we wrześniu 1792 roku około 115 księży i biskupów poniosło śmierć męczeńską za odmowę wyrzeczenia się wierności Stolicy Piotrowej.
Oprawcy tych świadków wiary, później beatyfikowanych przez Kościół, byli przesiąknięci ideologią oświeceniową, której celem było wyrwanie chrześcijańskich korzeni ze społeczeństwa. Święto Bogini Rozumu, obchodzone w katedrze Notre Dame 10 listopada 1793 roku, stanowiło punkt kulminacyjny procesu dechrystianizacji, do którego dążyła „filozofia oświecenia”. Dlatego Pius XI w przemówieniu z 17 października 1926 r., wygłoszonym z okazji beatyfikacji męczenników z wrześniowych rzezi, przypomniał o „zburzeniu porządku publicznego, które pod koniec XVIII wieku miało swój początek we Francji i zmiatało wszystko, zarówno to, co święte, jak i to, co świeckie, i srożyło się nie tylko przeciwko królowi i szlachcie, ale przede wszystkim przeciwko Kościołowi i jego sługom. Najnikczemniejsi ludzie, którzy bezprawnie przejęli władzę, maskując pod pozorem filozofii nienawiść, jaka ich napędzała wobec Kościoła, próbowali z całych sił całkowicie wymazać imię chrześcijaństwa”.
Leo XIV podczas swojej podróży domagał się „poszanowania godności ludzkiej oraz podstawowych praw i wolności wynikających z natury ludzkiej” (przemówienie w Pałacu Elizejskim z 25 września). Jednak negacja istnienia natury ludzkiej, będącej źródłem praw i obowiązków człowieka, została teoretycznie sformułowana w okresie oświecenia i znalazła swój wyraz w Deklaracji praw człowieka i obywatela z 1789 roku. Jej artykuł 4 definiuje wolność jako możliwość „czynienia wszystkiego, co nie szkodzi innym”; artykuł 5 dodaje, że prawo może zakazywać jedynie działań szkodliwych dla społeczeństwa. Czy jednak wystarczy, że dane działanie nie szkodzi innym, aby było moralnie dobre, bez żadnego odniesienia do prawa naturalnego, które wykracza poza wolę ludzi? Kto ustala, co jest szkodliwe dla innych? Jeśli wolność rozumie się jako zwykłą zdolność wyboru, a nie jako zdolność wyboru dobra, ograniczenia wpisane w naturę ludzką zaczynają być postrzegane jako przeszkody, które należy usunąć, i zostają zastąpione przez roszczenie człowieka do samodzielnego określania i narzucania innym tego, co uważa się za dobro społeczeństwa. Tak stało się podczas rewolucji francuskiej i tak dzieje się we Francji Emmanuela Macrona, który odwołuje się do tego przełomowego wydarzenia.
„Nikt” – powtórzył Leon XIV w Lourdes 27 września – „nie ma prawa, nigdy, na podstawie laboratoryjnych algorytmów, decydować o życiu konkretnego zarodka lub konkretnej osoby starszej”. Prawo to wywodzi się ze zatrutych źródeł oświecenia, któremu przeciwstawiamy słowa tego samego papieża Leona wygłoszone na Place de la Concorde: „Widząc was tu zgromadzonych, drodzy bracia i siostry, spadkobiercy długiej i pięknej świętej historii Francji, mówię wam: czerpcie tylko z tego źródła, jakim jest przebite Serce Jezusa”.
Roberto de Matte/PChr24.pl
***
Roberto de Mattei:
Jak uniknąć demonicznej rozpaczy? Jest jedna droga

***
Jest jedna droga, która pozwala uniknąć popadnięcia w rozpacz. To wiara w Boga i Jego Syna, Jezusa Chrystusa. Tylko wiara pozwala zrozumieć, że nie jesteśmy przypadkiem, który pogrąża się w nicości – ale stworzeniami przeznaczonymi do życia wiecznego. Pisze o tym włoski myśliciel i historyk, prof. Roberto de Mattei.
Tzw. wspomagane samobójstwo we Włoszech
W ostatnich dniach szerokim echem odbiła się wiadomość o przyjęciu w Wenecji Euganejskiej ustawy mającej na celu uregulowanie na poziomie regionalnym kwestii wspomaganego samobójstwa. Wenecja Euganejska jest czwartym regionem, który przyjął tego rodzaju przepisy, ale pierwszym spośród regionów rządzonych przez centroprawicę. Fakt ten nabiera zatem znaczenia politycznego i kulturowego wykraczającego poza granice regionu: pokazuje, że zasada absolutnego samostanowienia przenika również do środowisk politycznych, które – przynajmniej nominalnie – powinny odwoływać się do obrony życia, rodziny i porządku naturalnego.
Samobójstwo wspomagane polega na świadomym dążeniu do śmierci przez osobę, która stwierdza, że nie ma już powodów, by żyć – i zwraca się do instytucji publicznych o pomoc w zakończeniu swojego życia. Kwestia ta nie dotyczy zatem wyłącznie prywatnej decyzji. W momencie, gdy wkracza w nią prawo, samobójstwo przestaje być postrzegane jako tragedia, której należy zapobiec, a staje się możliwością, akceptowaną i nawet zorganizowaną przez władze regionalne lub państwowe. Wybór ten jest przedstawiany przez środki przekazu jako korzystanie z prawa oraz jako szlachetny akt samostanowienia, którego prawo nie powinno zakazywać, a osąd moralny nie powinien potępiać. Mówi się o „wolności”, „godności”, „świadomym wyborze”, „prawie”, podczas gdy skrupulatnie unika się przypominania, że każda prośba o samobójstwo zawiera – jeszcze zanim stanie się wyrazem woli śmierci – rozpaczliwy krzyk bólu.
Jeżeli dobrowolną śmierć przedstawia się jako odważny i godny wybór, to przekaz, który dociera do opinii publicznej, jest po prostu porażający. Osoba starsza, która czuje się ciężarem; chory, który obawia się, że zostanie opuszczony; osoba z niepełnosprawnością, która odczuwa związane z opieką nad nią koszty ekonomiczne i psychiczne – wszyscy oni mogą dojść do przekonania, że śmierć będzie aktem empatii wobec bliskich albo najbardziej godnym rozwiązaniem całej sytuacji.
Ujawnia się tutaj głęboka sprzeczność. Kiedy zrozpaczona osoba próbuje odebrać sobie życie, społeczeństwo mobilizuje lekarzy, psychologów i służby porządkowe, aby ją uratować. Kiedy natomiast ta sama wola zostaje wyrażona w określonych warunkach klinicznych i przełożona na procedurę prawną, jest ona przedstawiana jako przejaw wolności. W jednym przypadku stwierdza się, że życie należy chronić przed rozpaczą chwili; w drugim zaś tę samą rozpacz uznaje się za podstawę prawa.
Rozpacz, czyli brak nadziei
W tych samych dniach, w których przyjęto regionalną ustawę o samobójstwie wspomaganym, na pierwszych stronach gazet pojawiały się informacje o wyjątkowo brutalnych zbrodniach, popełnianych przede wszystkim w obrębie rodziny: ojcach, którzy mordują swoich najbliższych, matkach zabijających dzieci, mężczyznach, którzy zabijają żony lub partnerki, a następnie odbierają sobie życie. Oczywiście istnieje różnica moralna i prawna między kimś, kto zabija członków swojej rodziny, a kimś, kto prosi o pomoc w umieraniu. Jednak u źródeł obu tych zjawisk można dostrzec to samo uczucie rozpaczy.
Rozpacz jest brakiem wszelkiej nadziei. Stanowi ona jedną z najgłębszych konsekwencji materializmu, który dominuje we współczesnym społeczeństwie. Materializm nie polega jedynie na przywiązaniu do pieniędzy czy dóbr materialnych. W bardziej fundamentalnym sensie, jest on koncepcją rzeczywistości, która sprowadza człowieka do jego wymiaru biologicznego, ekonomicznego i psychologicznego. W tej perspektywie wartość życia zależy od przyjemności, jaką ono daje, od autonomii, jaką zapewnia, od zdrowia, którym się cieszymy, oraz od sukcesu, jaki osiągamy. Kiedy tych warunków zabraknie, znikają również powody, by żyć.
Demoniczny materializm
W najbardziej tragicznych przypadkach ten, kto utracił wszelką nadzieję, nie poprzestaje na odebraniu sobie życia, lecz usiłuje pociągnąć za sobą także tych, których uważa za część własnego losu. Rodzina, która powinna być miejscem ochrony i miłości, staje się wówczas sceną dla skrajnej woli panowania: „Jeśli moje życie nie ma już sensu, wasze również nie powinno trwać”. To demoniczne wypaczenie miłości, która nie szuka już dobra drugiego człowieka, lecz pragnie go posiadać aż do jego unicestwienia.
Współczesne społeczeństwo obiecuje szczęście dzięki dobrobytowi, przyjemności, sukcesowi i brakowi wszelkich ograniczeń. Jednak właśnie ta fałszywa obietnica przygotowuje grunt pod rozpacz. Człowiek wychowany w przekonaniu, że szczęście jest równoznaczne z zaspokojeniem własnych pragnień, nie jest przygotowany na stawienie czoła chorobie, stracie, opuszczeniu i porażce. Jeżeli człowiek uznaje rzeczywistość materialną za jedyny horyzont swojego istnienia, nie jest już zdolny nadać sensu swojemu życiu. Cywilizacja, która obiecała człowiekowi autonomię i zaspokojenie każdego pragnienia, a jednocześnie odebrała mu Boga i nadzieję życia wiecznego, pozostawia go bezbronnym wobec cierpienia i śmierci.
Rozpacz jest zatem czymś znacznie poważniejszym niż tylko indywidualnym stanem psychicznym: jest duchową i społeczną chorobą naszych czasów. Tego głębokiego zła nie można uleczyć za pomocą środków prawnych czy politycznych. Trzeba przede wszystkim przywrócić człowiekowi prawdziwą nadzieję – tę nadprzyrodzoną, która nigdy nikogo nie zawiodła. Aby jednak przywrócić nadzieję, trzeba najpierw przywrócić człowiekowi wiarę, która jest fundamentem i warunkiem nadziei.
Wiara w Boga, Stwórcę człowieka
A jakaż to wiara, jeśli nie wiara w Boga, Stwórcę i Pana dziejów; w Jezusa Chrystusa, Odkupiciela i Zbawiciela ludzkości; w Jego Krzyż, który zwyciężył grzech; w Jego Zmartwychwstanie, które pokonało śmierć?
Kto przyjmuje tę szeroką i pocieszającą wizję, którą daje wiara, ten rozumie, że nie jest wytworem przypadku ani istotą przeznaczoną do nicości, ale stworzeniem umiłowanym przez Boga i powołanym do życia wiecznego. Nadzieja, która rodzi się z wiary, jest pewnością, że życie nie kończy się w ciasnych granicach ziemskiego istnienia i że człowiek jest powołany do posiadania dóbr wiecznych, nawet wtedy, gdy wszystko wokół niego zdaje się walić.
Chrześcijańska nadzieja nie pomniejsza dramatyzmu doświadczeń. Uczy jednak, że żadne przyjęte i ofiarowane cierpienie nie jest daremne, że żadna łza nie uchodzi spojrzeniu Boga i że nawet z najgłębszych ciemności Opatrzność może wyprowadzić większe dobro. Kiedy na płaszczyźnie ludzkiej wszystko zdaje się stracone, pozostaje otwarty horyzont wieczności. To właśnie ten horyzont nie pozwala rozpaczy wypowiedzieć ostatniego słowa.
Roberto de Mattei – Corrispondenza Romana – PCh24.pl
***
piątek 25 września 2026
„Formuła Fultona Sheena” dla Polski

Beatyfikacja arcybiskupa Fultona J. Sheena w St. Louis w USA 24 września 2026 r. to uroczystość długo wyczekiwana przez wielbicieli dzieła i życia wielkiego amerykańskiego duchownego. Spośród wielu pytań – także o to, dlaczego to tyle trwało, mimo uznania w 2019 r. cudu za jego wstawiennictwem – jedno wydaje się szczególnie istotne: Czego zmarły w 1979 r. Arcybiskup może nas nauczyć dzisiaj? Odpowiedzią, zwłaszcza w Polsce dzisiaj, może być „Formuła Fultona Sheena”[1].
Kiedy 20 września 1919 r. w katedrze w Peorii 24-letni Fulton Sheen przyjmował święcenia kapłańskie, złożył sobie dwie obietnice: że codziennie spędzi całą godzinę przed Najświętszym Sakramentem, adorując Pana Jezusa oraz że w każdą sobotę odprawi Mszę św. ku czci Matki Bożej w intencji ochrony jego kapłaństwa.
Ta dwuczęściowa „Formuła Fultona Sheena” była istotną częścią jego życia i tym, co zarówno wzmacniało go, jak i czymś, co zalecał innym kapłanom.
Choć postanowienie praktykowania Godziny Świętej musiało być trudne do spełnienia, wziąwszy pod uwagę tryb życia i konieczność częstych podróży późniejszego wykładowcy, kaznodziei, radiowego i telewizyjnego celebryty-ewangelizatora, autora licznych publikacji i książek, a wreszcie biskupa i arcybiskupa, to Fulton Sheen obietnicy dotrzymał aż do śmierci – czyli przez 60 lat.
Gdy zmarł 9 XII 1979 r., znaleziono jego ciało przed domową kaplicą w jego ostatnim mieszkaniu w Nowym Jorku. Jeśli bowiem mieszkał dłużej w jakimś miejscu, przeznaczał jeden pokój właśnie na kaplicę, po to, by mieć możliwość spędzenia godziny przed Chrystusem w Najświętszym Sakramencie. Sam przyznawał przy różnych okazjach, że nie pominął „żadnego dnia. Żadnego – niezależnie od trudności”[2]. Kiedyś zdarzyło mu się nawet, że zatopiony w adoracji nie zauważył, że zamknięto go w kościele.
Co ciekawe, pisał, że w gruncie rzeczy praktykowanie Godziny Świętej nie jest trudne, ale „wyjątkiem są okresy urlopu, czyli dni, w których nie ma nic do zrobienia. Wtedy bywa naprawdę ciężko”. Tymczasem, „gdy jesteśmy bardzo zajęci, godzina nie sprawia problemu, bo wiemy, że musimy ją zmieścić w planie dnia”[3].
Arcybiskup Sheen porównał Godzinę Świętą do butli tlenowej, „która w zatęchłej atmosferze świata pozwala ponownie poczuć tchnienie Ducha Świętego”. W czasach kiedy słyszy się często krytykę mechanicznego niemal odmawiania czy to różańca świętego, czy innych modlitw, dalsza uwaga arcybiskupa o Godzinie Świętej, pozwala spojrzeć na ten problem nieco inaczej – nie zawsze bowiem doświadczamy duchowych fajerwerków: „Jeśli nawet wydawało mi się, że nie mam z niej żadnej korzyści i odczuwałem brak duchowej bliskości, miałem przynajmniej wrażenie, że jestem jak pies warujący u drzwi pana na wypadek, gdyby ten miał go wezwać”[4].
Choć abp Sheen twierdził, że taka praktyka pomaga mu „utrzymać głowę nad wodą” i „wzmacnia wrażliwość na obecność eucharystyczną”, to skromnie dodawał, że nie dowodzi to jego własnej prawości. A nawet uznawał istnienie kapłanów, którzy nie mając w zwyczaju częstego nawiedzania Najświętszego Sakramentu z pewnością „w oczach Boga są tysiąc razy bardziej godni niż”[5] on sam. Mimo to wzywał zarówno biskupów, księży, siostry zakonne tak i małżonków do praktykowania Godziny Świętej. Dlaczego?
Mówiąc o sobie zauważył, że jest wielu kapłanów inteligentniejszych od niego albo równie inteligentnych jak on, a jednak to Godzina Święta dała mu skuteczność, której tamtym duchownym brak: „Ja jednak mam moc tysiąc razy większą od mocy któregokolwiek z was! Staję przed ludźmi, zaczynam mówić, a oni mnie słuchają!” Czyżby to były pełne pychy czcze przechwałki? Wiemy na podstawie niezwykłej popularności arcybiskupa jako wykładowcy i autora audycji radiowych i telewizyjnych, że nie – w końcu bił oglądalnością na głowę nawet takie gwiazdy jak Frank Sinatra! Zresztą zaraz dodawał (ponownie) skromnie: „Czy jest to moja własna moc? Bynajmniej! Święty Paweł pisze: Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś otrzymał? (1 Kor 4,7)”. To codzienna bliskość Chrystusa w Eucharystii była tą siłą.
Abp Sheen wskazywał na trzy powody praktykowania Godziny Świętej. Pierwszy z nich wydaje się szczególnie aktualny dzisiaj, a wręcz bardziej niż w czasach samego arcybiskupa, gdy media elektroniczne były jeszcze w powijakach. Pisząc o „świecie pełnym pośpiechu i napięcia”, charakteryzującym się brakiem ciągłości i „w którym co godzinę otrzymujemy nowe informacje”, wielki duchowny wskazywał na szczególną rolę telewizji w rozpraszaniu uwagi i skupienia. Bowiem „telewizja pokazuje ciąg niepowiązanych ze sobą logicznie psychodelicznych obrazów, a brak logiki niekorzystnie wpływa na zdolność myślenia”. Dziś zatem, wraz z elektronicznymi gadżetami, które każdy nosi w kieszeni, kryzys pogłębił się w stopniu chyba nawet dla samego arcybiskupa niewyobrażalnym.
Tym pierwszym powodem praktykowania Godziny Świętej jest więc to, że pozwala na „utrzymanie ciągłości modlitwy”, a w świecie tak potężnych rozproszeń „nie jest możliwe, by znaleźć się w Bożej obecności w ciągu pięciu czy dziesięciu minut. Na modlitwę potrzebujemy całej godziny. Już samo oderwanie się od świata zajmuje przynajmniej piętnaście, dwadzieścia minut. Ziemski pył okrywa nas jak płaszcz, który najpierw musimy odrzucić, aby następnie zanurzyć się w głąb”[6].
Drugi powód dla codziennej praktyki Godziny Świętej to modlitwa wstawiennicza: „Skoro możliwe jest przetaczanie krwi, możliwe jest również przetaczanie modlitwy”. Ten powód jest ponownie niezwykle aktualny w dzisiejszej Polsce, kiedy skala nienawiści między różnymi frakcjami politycznymi prowadzi wręcz do niespotykanej wcześniej agresji, także między samymi katolikami należącymi do różnych partii.
„My wszyscy – zarówno osoby duchowne, jak i świeckie – jesteśmy jako członkowie Kościoła zjednoczeni z Chrystusem – Kapłanem i Ofiarą. Ponieważ dźwigamy na swoich barkach ciężar świata, musimy wstawiać się za światem i za grzesznikami. Jeśli kapłan sam się nie modli, to jedną z najokrutniejszych rzeczy, jakie może powiedzieć osobie, która zwraca się do niego po słowa otuchy, jest polecenie: Módl się”. Dalej Sheen podkreśla, że w świecie skupiającym się na socjologii i polityce, „zapomnieliśmy, że możemy wywierać duchowy wpływ na siebie nawzajem”[7]. Modlitwa przed Najświętszym Sakramentem temu właśnie służy.
Ostatni, trzeci, powód praktykowania Godziny Świętej, jest zdaniem Sheena najważniejszy. To fakt, że sam Pan Jezus nas o to prosił, a „była to jedyna prośba, jaką do nas skierował”. Arcybiskup przypomina poruszającą scenę w Ogrodzie Oliwnym, gdy nasz Pan w czasie modlitwy doświadczył krwawego potu, a chcąc towarzystwa swoich uczniów w tych bolesnych chwilach, trzykrotnie zastaje ich śpiących i mówi: „Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną?” (Mt 26,40).
Sheen, zwracając uwagę na to, że w Ewangeliach „godzina” ma związek z działaniem zła i przewidując nasilenie się aktywności satanistycznej (co przecież też obserwujemy we współczesnej Polsce), podkreśla, że „celem praktykowania Godziny Świętej jest więc walka ze złem obecnym w świecie oraz zadośćuczynienie za skutki działania szatana. Nabożeństwo to nie ma charakteru arbitralnego. Nie jest to tylko jedna z wielu praktyk religijnych. Jest to wezwanie wynikające z Pisma Świętego”[8].
Poświęciliśmy sporo miejsca pierwszemu filarowi dwuczęściowej „Formuły Fultona Sheena”, ale wypada powiedzieć też choć słowo i o filarze drugim – nabożeństwie do Matki Bożej, które w przypadku arcybiskupa nie ograniczało się jedynie do dedykowanej Jej sobotniej Mszy św. Sheen twierdził, że to Jej zawdzięczał zachowanie celibatu. Maryja Panna towarzyszyła mu od samego początku życia, gdy jego matka po ochrzczeniu go w kościele w El Paso poświęciła swoje dziecko Matce Bożej kładąc je na ołtarzu. Sam Sheen z kolei poświęcił się potem Maryi jako dwunastolatek przyjmując I Komunię Świętą. To o Niej napisze już jako dorosły całą książkę – „Maryja. Pierwsza miłość świata” – i tam też można znaleźć pełny wykład mariologii Sheena.
Spośród wielu aspektów związanych z nabożeństwem maryjnym Sheena wspomnijmy, że jako biskup obrał sobie za motto „Da per Matrem me venire” (Daj mi przyjść do Ciebie przez Maryję). Odbył też 30 pielgrzymek do Lourdes oraz ok. 10 do Fatimy. Te pielgrzymki świadczą nie tylko o wielkiej czci, jaką darzył Matkę Bożą, ale miewały one również rys humorystyczny, związany z ufnością jaką w Niej pokładał, o czym pisał w swojej autobiografii.
W Polsce, w której przez wieki nabożeństwo do Maryi Panny odgrywało ogromną rolę, zwłaszcza w chwilach zagrożeń dla naszej Ojczyzny i w której obecnie tak bardzo się Ją znieważa bluźnierczym symbolem grzechu ciężkiego, warto wspomnieć o dwóch refleksjach arcybiskupa.
Po pierwsze, nie dziwi ten atak na wizerunki Matki Bożej. Jak podkreślał bowiem abp Sheen: „Maryja jest oknem, przez które nasze człowieczeństwo chwyta pierwsze mignięcie Bóstwa na ziemi. Lub być może jest Ona raczej jak szkło powiększające; wzmacnia naszą miłość do Jej Syna oraz rozjaśnia i rozpłomienia nasze modlitwy”[9]. Maryja zatem zawsze prowadzi do Chrystusa, a z kolei „wszelkie nabożeństwo do Maryi przeszkadza tym, którzy negują Jego bóstwo lub winią naszego Pana z powodu tego, co mówi o piekle, rozwodzie i sądzie”. A zatem detronizacja Królowej Polski, to równocześnie odrzucenie Chrystusa jako jej Króla.
Po drugie, skoro Maryja zawsze prowadzi do Chrystusa, to abp Sheen wysuwa z tego wniosek, że to właśnie poprzez Matkę Bożą dokona się nawrócenie muzułmanów. Oto bowiem miejsce słynnych objawień nie tylko musi kojarzyć się mahometanom z nawróconą na katolicyzm córką ostatniego dowódcy wojsk islamskich w Portugalii, ale także z córką Mahometa Fatimą. A to z kolei prowadzi do refleksji o znaczeniu samej Maryi, która jest darzona przez muzułmanów ogromną czcią. Zdaniem Sheena to właśnie od tego powinien wychodzić wysiłek misyjny wobec wyznawców Allacha – od Maryi, ona bowiem – jako uważana również przez samego Mahometa za ważniejszą od jego córki – zaprowadzi ich ostatecznie do Chrystusa.
Jeszcze przed II wojną światową ks. Sheen podkreślał, że rozwiązanie kryzysu cywilizacji Zachodu nie ma charakteru ekonomicznego czy politycznego, ale duchowy. Czy zatem rozwiązaniem kryzysu i zagrożeń w Polsce nie powinna stać się „Formuła Fultona Sheena”: propagowanie Godziny Świętej wśród duchownych, osób zakonnych i świeckich oraz wzmocnienie nabożeństwa do Maryi Panny – Królowej Polski?
Jan J. Franczak/PCh24.pl
Przypisy:
- Por. Joan Sheen Cunningham, Janel Rodriguez, Mój stryj Fulton Sheen. Spojrzenie z bliska, tłum. Jan J. Franczak, Wydawnictwo AA, Kraków 2022, s. 121.
- Fulton J. Sheen, O siłach zła, zebrał i opracował ks. Dave Tomaszycki, tłum. Zbigniew Kasprzyk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2026, s. 167.
- Op. cit., s. 167.
- Fulton J. Sheen, Skarb w glinianym naczyniu, tłum. Zbigniew Kasprzyk, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2020, s. 262.
- Op. cit., s. 270-271.
- Fulton J. Sheen, O siłach zła, op. cit., s. 253.
- Op. cit., s. 257-258.
- Op. cit., s. 261-266.
- Fulton J. Sheen, Maryja. Pierwsza miłość świata, tłum. Dominika Krupińska, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2018, s. 105.
***
poniedziałek 21 września 2026
Ojciec święty Leon XIV: powołania nie rodzą się z kampanii przy biurku, ale z modlitwy

***
Powołania nie rodzą się z wdrażania strategii organizacyjnych czy kampanii opracowanych przy biurku, ale z modlitwy, bliskości Ewangelii, z ciszy, poczucia przynależności – powiedział papież 21 września podczas audiencji dla klarysek kapucynek. Podkreślił, że zmniejszająca się liczba powołań nie może prowadzić do zamknięcia się w sobie czy kompromisów, lecz musi skłaniać do odnowy życia.
Kontemplować Boga i trwać w modlitwie
Papież wskazał na ogromne znaczenie powołania, którym żyją mniszki. Poprzez modlitwę kontemplacyjną, ubóstwo i całkowite przylgnięcie do Ewangelii realizują one charyzmat św. Franciszka i św. Klary. Ich pierwszym i stałym zadaniem jest kontemplacja rzeczywistości boskich i stała jedność z Bogiem w modlitwie.
Leon XIV zacytował list św. Klary do św. Agnieszki, założycielki klarysek w Pradze: „Wpatruj się umysłem w zwierciadło wieczności, wznieś duszę do blasku chwały, przyłóż serce do obrazu boskiej istoty i przez kontemplację cała się przemieniaj w obraz samego Bóstwa”.
Brak powołań to okazja do odnowy
Papież podkreślił, że słowa te określają też perspektywę, w jakiej powinno się patrzeć zarówno na teraźniejszość, z jej dramatami i niepewnościami, jak i na wyzwania dotyczące przyszłości. Wskazał w szczególności na zmniejszającą się liczbę powołań. Mogłoby to skłaniać do wyborów opartych na zamknięciu się w sobie i na kompromisach. Tymczasem trzeba na to spojrzeć z innej perspektywy. Nie powinno nas to niepokoić ani odbierać nadziei – powiedział Ojciec Święty – ale raczej skłonić do odnowy naszego życia i lepszego towarzyszenia tym, którzy pukają do drzwi klasztorów. Trzeba tworzyć radosne i żywe wspólnoty, w których można doświadczać bliskości z Bogiem, serdeczności, wspólnoty i autentyczności relacji.
– Powołania nie rodzą się z wdrażania strategii organizacyjnych ani z kampanii opracowanych przy biurku, ale z modlitwy, z bliskości Ewangelii, z ciszy, z umiejętności akceptowania siebie wraz z własnymi niedoskonałościami (por. Gal 6,2), z poczucia przynależności do całości, która tworzy jedność. Aby to osiągnąć, Pan nie wymaga od nas, byśmy byli bez skazy, ale byśmy pozwolili się kształtować Jego łasce, pokornie, dzień po dniu – mówił dalej Leon XIV.
Świadkowie ciszy i kontemplacji
Ojciec Święty wskazał też na specyficzną misyjność powołania klauzurowego. Są one znakiem obecności Królestwa Bożego na ziemi. Uczą ciszy, która w społeczeństwie zdominowanym przez pośpiech i hałas pozwala odczuć potrzebę czasu i przestrzeni, w których można się zatrzymać, rozeznawać, bez obawy o utratę ulotnej chwili.
Zdaniem papieża znaczenie mniszego powołania wyrażają słowa Psalmu 9 z dzisiejszej liturgii: „Nie jest to słowo, nie są to mowy, których by dźwięku nie usłyszano; ich głos się rozchodzi na całą ziemię i aż po krańce świata ich mowy”. – Pan wzywa was, byście wychowane w szkole Ewangelii, były Jego świadkami w ciszy i kontemplacji, umieszczając was w historii jako żywą i proroczą pamięć Dobrej Nowiny – powiedział Ojciec Święty.
źródło: KAI / Vatican News PL
***
Niedziela 20 września 2026
Ojciec święty Leon XIV:
Bóg ma inne drogi. Miłosierdzie ponad logiką kalkulacji

Boże zamysły nieskończenie przewyższają nasze i – powiedzmy wprost – są bardziej „ludzkie” niż wszystko, co my, ludzie naznaczeni grzechem, potrafimy pomyśleć i urzeczywistnić – wskazał Papież w rozważaniu przed niedzielną modlitwą Anioł Pański.. Zyskujemy radość, zrozumienie i przyszłość, kiedy prawo miłości przerywa logikę kalkulacji.
Ojciec Święty nawiązał do proroka Izajasza przypominającego, że „myśli [Boga] nie są myślami naszymi ani nasze drogi Jego drogami” (Iz 55, 8). Boże zamysły nieskończenie przewyższają ludzkie wyobrażenia i „są bardziej «ludzkie» niż wszystko, co my, ludzie naznaczeni grzechem, potrafimy pomyśleć i urzeczywistnić” – zauważył Papież.
Nie według ludzkiej kalkulacji
Ewangeliczna przypowieść o robotnikach wezwanych do winnicy (Mt 20, 1-16) ukazuje tę Bożą nowość poprzez historię tych, którzy rozpoczynają pracę o różnych porach dnia. Jedni pracują od rana, inni przychodzą dopiero w południe, a jeszcze inni niemal o zachodzie słońca. Przełomowym momentem jest wypłata. Gospodarz nakazuje, aby rozpoczęto ją od ostatnich. Wszyscy otrzymują taką samą zapłatę. Ci, którzy pracowali cały dzień, zaczynają więc szemrać, choć gospodarz wypłaca im dokładnie tyle, ile obiecał.
„Ta kolejność nie jest przypadkowa – zauważa Leon XIV. – Gospodarz świadomie dopuszcza do niezadowolenia pierwszych, aby odsłonić każdemu swoją dobroć, ponieważ objawienie dobroci Boga jest dla wszystkich, a nie tylko dla niektórych. Boże miłosierdzie nie jest nagrodą zarezerwowaną dla tych, którzy uważają się za pierwszych i są przekonani, że sami «zapracowali» na swoją pozycję”.
Miłość zamiast rywalizacji
Przypowieść stawia więc pytanie o sposób, w jaki patrzymy na Boga i na drugiego człowieka. Czy potrafimy cieszyć się dobrem, którego doświadcza ktoś inny, nawet jeśli sami uważamy, że na nie bardziej zasłużyliśmy? Boża logika prowadzi dalej niż ludzka kalkulacja.
„Wszyscy natomiast zyskujemy radość, zrozumienie i przyszłość, kiedy prawo miłości przerywa logikę kalkulacji, doświadczenie miłosierdzia poszerza perspektywę zasługi, a dar pokoju kładzie kres rywalizacji i zbliża nas do siebie we wdzięczności” – zaznaczył Papież, wskazując przesłanie liturgii słowa.
Dlatego bycie współpracownikami Boga, praca w Jego winnicy i służba Jego Królestwu sprawiedliwości i pokoju są łaską. Tam, gdzie przychodzi Boża nowość, nie ma miejsca na zazdrość i podziały.
„Jego drogi naszymi drogami”
Wezwanie Izajasza pozostaje aktualne: szukać Pana, powracać do Niego i porzucać błędne drogi oraz nieprawe myśli. To właśnie w przyjęciu Bożego miłosierdzia człowiek może uczyć się patrzeć inaczej – nie przez pryzmat rywalizacji i zasługi, ale wdzięczności i zaufania.
Na tej drodze wierzących wspiera Maryja – „stworzenie takie jak my, lecz wolne od wszelkiej zmazy”. Ona pomaga pokładać nadzieję w Bogu i zawierzać Jego miłosierdziu, aby – jak przypomina zgodnie z liturgią Leon XIV – „Jego drogi stawały się naszymi drogami, a Jego myśli – naszymi myślami”.
s. Róża Chrzanowska CSFN – Watykan
***
sobota 19 września 2026
Łzy przeciw obojętności. La Salette 180 lat później
W centrum La Salette nie stoi cudowność, lecz łzy. Maryja nie ukazuje się jako triumfująca Królowa, ale jako Kobieta płacząca. Ten szczegół decyduje o całym sensie wydarzenia.
Sanktuarium maryjne w La Salette. – fot. Roman Koszowski / Gość Niedzielny
***
La Salette łatwo zamknąć w konwencji maryjnej opowieści: górskie pastwisko, dwoje dzieci, tajemnicza Pani, przesłanie dla świata. Taki opis jest prawdziwy, ale niewystarczający. Objawienie z 19 września 1846 roku należy bowiem do tych wydarzeń religijnych, które odsłaniają coś więcej niż prywatną pobożność. Pokazują pęknięcie kultury.
W centrum La Salette nie stoi cudowność, lecz łzy. Maryja nie ukazuje się jako triumfująca Królowa, ale jako Kobieta płacząca. Ten szczegół decyduje o całym sensie wydarzenia. Łzy nie są ozdobą orędzia ani emocjonalnym dodatkiem do teologii. Są formą poznania. Mówią, że świat można rozumieć nie tylko przez pojęcia, statystyki i projekty polityczne, ale także przez zdolność cierpienia z powodu dobra, które zostało utracone.
Orędzie La Salette zaskakuje konkretnością. Maryja mówi o niedzieli, modlitwie, przekleństwach, poście, pracy, zbożu, ziemniakach, głodzie. Nie przedstawia programu społecznego, a jednak dotyka samego rdzenia życia społecznego. Pyta, co dzieje się z kulturą, gdy znika w niej doświadczenie sacrum. Co zostaje z niedzieli, jeśli jest już tylko dniem produkcji albo konsumpcji? Co zostaje z języka, jeśli imię Boga staje się częścią przekleństwa? Co zostaje z człowieka, jeśli modlitwa przestaje kształtować jego pamięć, sumienie i wdzięczność?
Dlatego La Salette nie jest ucieczką od historii. Przeciwnie, wydarza się w samym środku nowoczesnego przesilenia. Francja XIX wieku żyje jeszcze skutkami rewolucji, kolejnymi zmianami ustroju, konfliktami między Kościołem a państwem, awansem nowych klas społecznych, przyspieszeniem technicznym i narastającym antyklerykalizmem. W tym świecie Maryja nie przemawia do centrów władzy, ale do ubogich dzieci. Nie wybiera języka ideologii, lecz język życia podstawowego: chleba, pracy, święta, modlitwy.
W tym sensie La Salette jest jednym z najbardziej społecznych objawień maryjnych. Nie dlatego, że proponuje polityczny manifest, lecz dlatego, że pokazuje religię jako tkankę codzienności. Wiara nie jest dodatkiem do życia po godzinach. Organizuje czas, język, relacje, odpoczynek, stosunek do ziemi i pracy. Kiedy ta tkanka pęka, człowiek nie staje się automatycznie wolny. Często staje się tylko bardziej samotny, bardziej zmęczony i bardziej podatny na przemoc ekonomii, pośpiechu i użyteczności.
Szczególnie ważny jest motyw niedzieli. W La Salette nie chodzi jedynie o przestrzeganie kościelnego przepisu. Chodzi o antropologię. Niedziela broni człowieka przed sprowadzeniem go do funkcji pracownika. Przypomina, że istnieje czas, którego nie wolno sprzedać, zmierzyć wydajnością ani podporządkować rynkowi. W świecie, który coraz skuteczniej organizuje człowieka wokół produkcji i konsumpcji, niedziela pozostaje jednym z ostatnich znaków wolności.
Równie istotny jest język. Maryja mówi o imieniu Jej Syna mieszanym z przekleństwami. Dla współczesnego ucha może to brzmieć archaicznie, ale problem jest bardzo aktualny. Język nie tylko opisuje świat; on go także tworzy. Kultura, która traci zdolność czci, szybko traci również zdolność odpowiedzialności. Słowo pozbawione szacunku staje się narzędziem agresji, upokorzenia albo pustki.
Figura Matki Bożej w La Salette.- fot. Roman Koszowski / Gość Niedzielny
***
La Salette domaga się jednak także oczyszczenia samej pobożności. Motyw „ramienia Syna” bywał rozumiany jako obraz Chrystusa gotowego karać i Maryi, która powstrzymuje Jego gniew. To odczytanie jest zbyt proste i teologicznie niebezpieczne. W języku biblijnym ramię Boga oznacza nie tylko sąd, ale także moc wybawienia. Maryja nie broni człowieka przed Chrystusem. Ona prowadzi człowieka ku Chrystusowi. Nie osłabia Ewangelii, lecz przypomina, że miłosierdzie bez prawdy staje się sentymentalne, a prawda bez miłosierdzia — nieludzka.
Tu kryje się religijno-kościelna aktualność La Salette. Kościół nie jest powołany ani do nostalgii za utraconą pozycją społeczną, ani do bezradnego dostosowania się do ducha czasu. Jego zadaniem jest przechowywać pamięć o człowieku jako istocie zdolnej do Boga. O człowieku, który potrzebuje nie tylko praw, dobrobytu i komunikacji, ale także przebaczenia, święta, ciszy, modlitwy i sensu.
Maryja z La Salette jest więc nie tylko Matką pobożności ludowej. Jest figurą duchowego oporu wobec obojętności. Płacze, ponieważ widzi, że więź została zraniona: więź człowieka z Bogiem, z czasem świętym, z językiem, z chlebem, z drugim człowiekiem. Jej łzy nie są rozpaczą. Są znakiem, że miłość nie pogodziła się jeszcze z utratą człowieka.
Po 180 latach La Salette pozostaje niewygodne. Nie pozwala wierzącym schronić się w religijnym sentymencie, a niewierzącym łatwo zbyć wiary jako prywatnej emocji. Pyta o kulturę, która potrafi produkować coraz więcej, ale coraz słabiej świętuje; mówi coraz szybciej, ale coraz rzadziej błogosławi; broni wolności, ale często nie wie, od czego człowiek ma być wolny i ku czemu ma być wolny.
Dlatego łzy Maryi z La Salette są tak przenikliwym znakiem nowoczesności. Nie zatrzymują historii. Nie cofają świata. Stawiają tylko pytanie, którego nie da się ominąć: czy postęp, który nie umie uklęknąć, naprawdę ocala człowieka?
ks. prof. dr hab. Stanisław Rabiej jest profesorem teologii, aktualnie pracującym na Wydziale “Artes Liberales” UW oraz w Instytucie Teologicznym UO – Tygodnik Niedziela
***
Matka Boża Płacząca
Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.
![]() |
***
Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.
OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI
Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła >z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.
Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.
Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.
Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.
TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ
„Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.
Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?
***
Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.
UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI
Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.
Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.

fot. Monika Książek –Tygodnik Niedziela
***
DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA
W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.
Wincenty Łaszewski “Świat Maryjnych objawień”
/ks. Eugeniusz Burzyk/Tygodnik Niedziela
***
Mama płacze w La Salette. Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

Figura płaczącej Maryi w La Salette/ fot. A Bugała
***
To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…
Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…
Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.
Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?
Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.
Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.
Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?
Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.
Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.
Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.
Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.
19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.
Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?
Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.
To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…
Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.
„Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.
Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.
Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.
„Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.
„Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.
Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?
Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?
A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?
Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?
Agnieszka Bugała/Aleteia.pl
***
czwartek 17 września 2026
17 września – inwazja krwawego komunizmu na Polskę. Kolejna faza mordów i wywózek

87 lat temu rozpoczęła się sowiecka agresja na Polskę, a z nią mordowanie polskich patriotów i masowe wywózki na wschód. Wskutek nieludzkich deportacji szczególnie mocno ucierpiał Białystok, tracąc piątą część mieszkańców. Podobne, szacowane łącznie nawet na ponad milion osób potężne ubytki ludności poniosły także inne polskie kresowe miasta i wsie. Dlatego 17 września obchodzony jest również jako Międzynarodowy Dzień Sybiraka.
Agresja, która nastąpiła 17 września 1939 roku, była wynikiem tajnego układu Ribbentrop – Mołotow. Związek Sowiecki i niemiecka III Rzesza zawarły go kilka tygodni wcześniej, 23 sierpnia, uzupełniając później roboczymi uzgodnieniami. Łącznie siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły około 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tysięcy czołgów i około 1 800 samolotów. Zajęły nasze wschodnie tereny, włączając w granice ZSRS połowę powierzchni przedwojennej Polski wraz z około 13 milionami osób. Najeźdźcy zawartą 28 września umową o „granicy i przyjaźni”, przypieczętowaną wspólną paradą wojsk okupacyjnych w Brześciu, rozdarli Rzeczpospolitą między sobą. Granicę poprowadzili wzdłuż rzek Pisy, Narwi, Bugu i Sanu. Na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej rozpoczął się czas komunistycznego terroru, zbrodni i nieludzkich wywózek na Sybir. Prezentujemy wspomnienia ich ofiar.
Stanisław Jodkowski (1934 – 2009)
„Nasza rodzina mieszkała w osadzie Popławce niedaleko Grodna. Mój ojciec Hieronim był osadnikiem wojskowym, w randze starszego plutonowego. Mama miała na imię Antonina. Miałem dwie siostry – Annę i Klementynę oraz brata Mieczysława. Kiedy 17 września 1939 roku Sowieci zajęli nasze ziemie, zaraz zaczęły się aresztowania polskich patriotów, wówczas szczególnie wojskowych i leśników. Ojca aresztowano w październiku i słuch po nim zaginął. Dopiero w roku 1994 od prokuratury w Grodnie uzyskałem zaświadczenie następującej treści „Jodkowski Hieronim został aresztowany przez NKWD 3 października 1939 roku i skazany, jako społecznie niebezpieczny element, na 8 lat pracy w łagrze. Zmarł 20 lutego 1941 roku”.
Potem przyszli po nas. 10 lutego 1940 wczesnym rankiem do naszej osady Popławce przyjechało wielu enkawudzistów. Miałem wówczas zaledwie 6 lat. Zrobili rewizje w naszym gospodarstwie. Mamie kazali pakować toboły na daleką podróż. Poradzili, żeby koniecznie wziąć ze sobą ciepłe ubrania i żywność. Dobrze się złożyło, że akurat mieliśmy dużo wędlin od moich stryjków, którzy kilka dni wcześniej nas odwiedzili. Mróz był wielki. Posadzili nas, mamę z czwórką małych dzieci, z tobołami do sań i zawieźli na dworzec kolejowy w Wielkiej Brzostowicy. Następnie kazali wsiadać do wagonu towarowego, wyposażonego w dwupoziomowe prycze do spania, żelazny piecyk i otwór w podłodze do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Do tego niedużego wagonu wepchnięto kilkadziesiąt osób. Pamiętam, że podczas podróży drewniane drzwi wagonu pokrywały się lodem. Podróż była nieznośnie długa, szczególnie dlatego, że przez cały czas jej trwania w wagonie panowały smród, głód i chłód. W końcu transport dotarł do Ałtajskiego Kraju, do syberyjskiej tajgi. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku. Praca tam była ponad siły, panował okropny głód, ziąb i choroby. Dużo ludzi umierało. Mama odeszła na wiosnę 1942 roku – z powodu wycieńczenia organizmu. Naszą czwórką nieletniego rodzeństwa zaopiekowała się pani Maria Zaniewska – sąsiadka z rodzinnej osady w Popławcach, również wywieziona z czwórką swoich dzieci. To była wspaniała kobieta. Opiekowała się nami aż do września roku 1943, kiedy to zawieziono nas do Polskiego Domu Dziecka w Zudziłowie na Syberii. Cały ten dom dziecka (75 wychowanków i 18 opiekunów) w lipcu 1946 przewieziono do Gostynina na Mazowszu. Ja i moje rodzeństwo do osiągnięcia wieku pełnoletniego byliśmy wychowankami domów dziecka”.
Stanisław Pietrewicz ps. „Gałązka” (1926 – 2020), żołnierz dowodzonego przez Władysława Stefanowskiego ps. „Grom” oddziału zdziesiątkowanego przez Sowietów podczas Obławy Augustowskiej – w bardzo krwawej bitwie nad jeziorem Brożane.
„Nasze gospodarstwo znajdowało się na kolonii miasta Lipsk nad Biebrzą. Niedaleko od domu przechodziły ważne trasy komunikacyjne – drogi z Augustowa do Grodna oraz z Dąbrowy Białostockiej do Goniądza. Dlatego zaraz jak 17 września wkroczyli Sowieci, NKWD zrobiło w naszym domu swoją siedzibę. Nas oczywiście wygonili z domu do budynku gospodarczego. Było ich około czterdziestu. Na parterze domu urządzili sobie bazę łączności, a na strychu – obserwację terenu. W piwnicy zrobili areszt i tam trzymali tego, kogo uważali za osobę podejrzaną o wrogi stosunek do ZSRR. Wśród enkawudzistów byli też tajni agenci, którzy przebrani w cywilne ubrania jeździli po okolicznych wsiach i węszyli. Między innymi ustalali, które rodziny należy wywieźć na Sybir. Po cichu werbowali też konfidentów. Kiedy w roku 1944 Sowieci weszli ponownie na nasze ziemie, mieli już przygotowane przez tych konfidentów listy AK-owców do aresztowania. Wielu ich wywieźli do łagrów. Pierwsze aresztowania były w październiku 1944. Nieco później – w lipcu 1945 podczas Obławy Augustowskiej, na podstawie tych list Ruscy prowadzili aresztowania, a później egzekucje w nieznanym do dziś miejscu. Zostałem zatrzymany, tak zresztą jak wielu innych. Przesłuchiwali, ale na szczęście nie było mnie na tych konfidenckich listach. A kto był, to zaraz wiązali mu sznurem albo drutem na plecach ręce, do samochodu i gdzieś wieźli. Słuch po nich zaginął”.
Czesław Milewski, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych ps. „Bernard” (1920 – 2013)
„Kiedy wybuchła wojna, byłem w ostatniej klasie gimnazjum. Należałem do Stronnictwa Narodowego. Zaraz jak Białystok zajęli Sowieci, rozpoczęli aresztowania moich starszych kolegów ze Stronnictwa. Mnie NKWD „zaprosiło” na przesłuchanie. Nie aresztowali, ale wiedziałem, że nie dadzą mi już spokoju i w końcu po mnie przyjdą. Dlatego zaraz uciekłem do moich kuzynów, którzy mieszkali w podbiałostockiej wsi. Ukrywałem się u nich jakieś trzy miesiące. Kiedy ustały zatrzymania, wróciłem do domu. Wielu moich kolegów ze Stronnictwa Narodowego Sowieci wysłali na Sybir, niewielu żywych stamtąd wróciło. Ruskim nie udało się jednak zatrzymać działalności naszej organizacji narodowej. Spotykaliśmy się potajemnie i organizowaliśmy akcje dywersyjne.
Za Sowieta było bardzo trudno prowadzić konspirację, gdyż NKWD miało wszędzie szpiegów, inwigilacja była totalna. Komuniści dopadli mnie dopiero po wojnie. To była zima 1946 roku. Wsadzili nas do wagonów i pod eskortą wieźli na Sybir. My się jednak nie daliśmy. W nocy wyrwaliśmy deskę ze ściany wagonu i skakaliśmy w głęboki śnieg. To nas uratowało od śmierci”.
Jan Priachin – Drucki Lubecki (1920 – 2009)
„W czasie agresji Sowietów na Polskę we wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. 3 kilometry od Rakowa stał dwór majątku Nowopole, który zbudował mój dziadek – książę Hieronim Drucki Lubecki. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, wyprawiały się tam wówczas dantejskie sceny. Dopuszczali się oni gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu – Żydzi złapali kapitana KOP, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem. Dobrze pamiętam jak Wilno w czasie wojny przechodziło co jakiś czas z jednej niewoli w drugą. Najpierw do miasta weszli Sowieci. Przez sześć tygodni robili swoje krwawe porządki, aresztując wybrane osoby. Potem Wilno oddali Litwinom, ci też prześladowali Polaków – no może w mniejszym stopniu niż inni okupanci, ponieważ nie stosowali deportacji. Po niecałym roku litewskich rządów na powrót do Wilna wkroczyła armia radziecka. Zaczęły się aresztowania polityczne, a od czerwca 1940 masowe deportacje, przerwane dopiero atakiem Niemców na ZSRR w 1941 roku… Moja mama Maria Drucka Lubecka, zmarła w roku 1945, zaraz po wyjściu z więzienia NKWD w Nowej Wilejce. Sowieci zamordowali też mojego brata Jerzego. Mój wuj Konstanty Drucki Lubecki, który w roku 1939 był ostatnim dowódcą Wileńskiej Brygady Kawalerii, został zamordowany przez Rosjan. Mojego drugiego wuja Józefa Druckiego Lubeckiego zamordowali sowieccy partyzanci. Z całej mojej rodziny czasów powojennych doczekałem tylko ja”.
Ks. Władysław Podeszwik (1933 – 2021)
„Pamiętam taką sytuację z sowieckiej okupacji. Miałem wówczas iść do I Komunii Świętej. Przyszedł do naszego gospodarstwa chłopak od sąsiadów i mówi, że jego rodzinę wywożą na Sybir, a on się NKWD wyrwał i przyszedł schować się u nas. Udzieliliśmy mu schronienia. A to był niebezpieczny czas. Rosjanie bombardowali, strzelali na oślep. Taka właśnie zabłąkana kula zraniła poważnie moją ciocię. Sowieci spalili kościół św. Antoniego Padewskiego w Przytułach. Chcieli zamordować księdza proboszcza. Ten ocalał cudem. Schował się za drzwiami zakrystii, a więc powinni go znaleźć, ale on z wielką wiarą odmawiał Różaniec. Matka Boża zasłoniła go przed oczami bolszewików i tak ocaliła”.
Adam Białous – PCh24.pl
fragmenty wywiadów ze świadkami historii z archiwum Adama Białousa
***
17 września 1939 roku Sowieci zadali Polsce cios w plecy

Wkroczenie Armii Czerwonej na teren Rzeczpospolitej zdezorientowało Polaków, a skuteczna obrona i wola walki osłabła – tak o 17 września 1939 roku mówi historyk, prof. dr hab. Marek Wierzbicki z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Jak dodaje ekspert KUL, 19 miesięcy sowieckiej okupacji Ziem Wschodnich Polski przebiegało pod znakiem terroru, eksterminacji oraz rabunku mienia obywateli i instytucji państwa polskiego.
Genezy września 1939 roku należy szukać w skutkach I wojny światowej i zakwestionowania układu wersalskiego. Republika Weimarska jako państwo pokonane, bardzo boleśnie odczuwało utratę swojej mocarstwowej pozycji. Podobnie Rosja bolszewicka (późniejszy Związek Sowiecki), której próbę szerzenia rewolucję proletariacką na całą Europę powstrzymała Polska w wojnie lat 1919-1920. Te dwa rewizjonistyczne państwa nie wyzbyły się jednak planów ekspansji: Niemcy na wschód Europy, a Sowieci na zachód.
– A Polska w 1939 roku po raz drugi stanęła im na drodze. Tym razem jednak była w gorszej sytuacji. Niemcy i Związek Sowiecki ogromnie wzmocniły się w latach trzydziestych XX wieku, miały o wiele większy potencjał militarny, demograficzny i ekonomiczny od II Rzeczpospolitej. Kiedy osiągnęły porozumienie to los naszego kraju był przesądzony – mówi ekspert KUL, historyk prof. Marek Wierzbicki.
Polacy nie widzieli o podpisanym 23 sierpnia w Moskwie pakcie Ribbentrop-Mołotow. Jego następstwem był atak Hitlera na Polskę od zachodu. 17 września wschodnia granicę RP przekroczyli Sowieci. – Polska była jedynym krajem w Europie zaatakowanym z dwóch stron przez wrogie państwa. I dlatego nie mogła skutecznie obronić się, tym bardziej, że jej sojusznicy – Wielka Brytania i Francja – nie udzieliły nam żadnej skutecznej pomocy, ograniczając się tylko do gestów politycznych, czyli do wypowiedzenia wojny Niemcom – dodaje historyk.
Cios od wrogów i sojuszników
1 września był dla Polaków ogromnym zaskoczeniem i wstrząsem. – Dominowała jednak determinacja i wola walki. Bardzo ważną rolę odgrywała nadzieja na to, że sojusznicy, czyli Francja i Wielka Brytania, uderzą z zachodu na Niemcy – mówi prof. Wierzbicki.
Tyle, że podczas konferencji w Abbeville 12 września sojusznicy podjęli decyzję o nierozpoczynaniu działań wojennych przeciwko Niemcom. – O swojej decyzji nie poinformowali jednak polskiego rządu. Polacy żyli nadzieją, że losy wojny się zmienią, a oddziały polskie wraz z sojusznikami wkroczą do Berlina. Ta nadzieja osłabła, gdy około 11 września Niemcy zaczęli przekraczać Wisłę, a 13 września docierali do Bugu – dodaje prof. Wierzbicki.
– Uderzenie Sowietów jeszcze bardziej zmieniło sytuację i nastroje ludności, ponieważ przyniosło ogromną dezorientację. Polacy nie wiedzieli, w jakim charakterze wkraczają wojska sowieckie, które często informowały, że nie przychodzą z wrogimi zamiarami, ale „bić Germańca” i wziąć pod opiekę Białorusinów i Ukraińców. Po sowieckim ataku tak naprawdę już ta skuteczna, efektywna obrona i wola walki ogromnie osłabła – wyjaśnia.
Józef Stalin, który nie wybaczył Polakom przegranej wojny 1920 roku, tłumaczył atak rozpadem państwa polskiego i koniecznością ochrony mniejszości słowiańskich – Ukraińców i Białorusinów.
– Propaganda sowiecka kłamliwie informowała, że najpierw uciekły władze Polski, a dopiero potem Armia Sowiecka wkroczyła do Polski. A było dokładnie odwrotnie. Polski rząd i Naczelny Wódz opuścili terytorium Rzeczpospolitej pod wpływem wiadomości o nadciągających ze wschodu oddziałach Armii Czerwonej – wyjaśnia prof. Wierzbicki.
Na przegranej pozycji
Wojsko Polskie nie miało szansy w starciu z dwiema militarnymi potęgami. Główne siły walczyły z Niemcami w zachodniej i centralnej kraju. Część północno-wschodnia i centralna tzw. Kresów Wschodnich była słabo broniona, co ułatwiło sowiecką agresję. Wódz Naczelny Wojska Polskiego, marszałek Edward Rydz-Śmigły, 17 września wieczorem wydał rozkaz, który zaczynał się od słów „Z Sowietami nie walczyć”. – Rozkaz zdezorientował żołnierzy, bo zakazywał walki, chyba że Sowieci zaatakują lub podejmą próbę rozbrojenia – mówi prof. Marek Wierzbicki. Mimo tego na Kresach było kilka punktów oporu, które przeszły do historii. Najważniejszym z nich to była obrona Grodna w dniach 20-22 września 1939 roku. Około 1,5 tys. żołnierzy i cywilów przez prawie trzy dni , broniło miasta przed oddziałami pancernymi Sowietów.
– Pierwszego dnia obrońcy odnosili sukcesy. Kilkadziesiąt czołgów sowieckich zostało spalonych butelkami z benzyną, a reszta się wycofała. Ale napór Armii Czerwonej był tak duży, że 22 września Sowieci weszli do Grodna i w odwecie rozstrzelali 300 obrońców miasta, również ludność cywilną i jeńców. Była to zbrodnia wojenna – dodaje historyk KUL.
Pod Kodziowcami (bój pod Sopoćkiniami) polskie oddziały zniszczyły kilkadziesiąt wozów pancernych i sowieckich czołgów. Duże walki toczyły się na Polesiu, gdzie działało pod dowództwem generała Franciszka Kleeberga zgrupowanie Korpusu Ochrony Pogranicza wycofujące się w kierunku Warszawy. Żołnierze stoczyli bitwy pod Szackiem i Wytycznem koło Włodawy.
Napór sowiecki był za duży i polskie wojska musiały się cofać na zachód. Ostatecznie zostały otoczone przez Niemców pod Wolą Gułowską i Kockiem i tam zmuszone do kapitulacji.
Lubelszczyzna pod sowieckim butem
Jak mówi prof. Wierzbicki, na skutek układu Ribbentrop-Mołotow Polska została podzielona między oba mocarstwa. To był czwarty rozbiór Polski. Obszary etnicznie polskie, w tym Lubelszczyzna, miały znaleźć się w państwie sowieckim. – Doszło do zamieszania, gdy Niemcy doszli do Bugu i zajęli prawie całą Lubelszczyznę, a następnie wycofywali się i oddawali teren wojskom sowieckim. Po nowym układzie sowiecko-niemieckim, „Pakcie o przyjaźni i granicach” z 28 września 1939 roku wojska sowieckie ostatecznie wycofały się na linię Bugu. Był to dziesięciodniowy okres okupacji sowieckiej wschodniej i centralnej Lubelszczyzny, między Bugiem a Piaskami – mówi prof. Wierzbicki.
Sowietom na tych terenach pomagali ich zwolennicy, którzy często wywodzili się z mniejszości narodowych: ukraińskiej, żydowskiej, czy białoruskiej. – Byli to ludzie często o poglądach lewicowych czy wręcz przedwojenni komuniści. Byli m.in. przewodnikami oddziałów sowieckich, pomagali sporządzać listy zakładników czy listy osób przeznaczonych do aresztowania. Wielu z tych aresztowanych nigdy nie wróciło do domów, bo stracili życie w Związku Sowieckim lub zostali zabici na miejscu – przypomina tragiczne losy Polaków ekspert KUL.
Dochodziło do wielu napaści i egzekucji polskich jeńców wojennych. Związek Sowiecki nie był stroną Konwencji Haskiej o ochronie jeńców wojennych i dlatego władze sowieckie nie czuły się skrępowane żadnymi ograniczeniami w stosunku do schwytanych przeciwników. Apogeum tragicznych losów żołnierzy był zbrodnia katyńska z kwietnia i maja 1940 r., czyli wymordowanie z zimną krwią 22,5 tys. oficerów, policjantów i przedstawicieli polskiej inteligencji.
prof. Marek Wierzbicki – PCh24.pl/źródło: KUL / KAI
***
środa 16 września 2026
149 rocznica ostatniego objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie
Najświętsza Maryja Panna aż 187 razy ukazywała się Gietrzałdzie Justynie Szafryńskiej i Barbarze Samulowskiej w dniach od 27 czerwca do 16 września 1877 roku.
Te Maryjne objawienia są uznane przez Kościół jako jedyne w naszej Ojczyźnie.
A w tamtym czasie Polska była wymazana z map Europy z powodu rozbiorów na okres 123 lat.

Matka Boska Gietrzwałdzka
***
W 149 rocznicę objawień maryjnych Gietrzwałd rozpoczął duchowe przygotowania do przyszłorocznych obchodów. Jednym z elementów na 150-lecia jest peregrynacja kopii obrazu „Pani Gietrzwałdzkiej”. Obraz już rozpoczął pielgrzymowanie. Ta wielomiesięczna wędrówka poprzez wszystkie parafie ma przygotować całą Archidiecezję Warmińską do wielkiego wydarzenia w Gietrzwałdzie i ma szansę zakończyć się w 2028 roku papieską pielgrzymką.
Podczas tego duchowego przygotowania będą odbywać się rekolekcje i dni skupienia, aby jak najpełniej przypomnieć przekazanie treści objawień Pani Gietrzwałdzkiej z roku 1877, które wciąż są jak najbardziej aktualne.
***
Gietrzwałd to jedyne objawienie maryjne w Polsce uznane przez Kościół
Uroczysta procesja z okazji 140. rocznicy objawień maryjnych w Sanktuarium w Gietrzwałdzie (10 września 2017 roku).
fot.Tomasz Waszczuk/PAP
***
Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie jako jedyne w Polsce zostały oficjalnie uznane przez Kościół – powiedziała PAP dr Ewa Czaczkowska. Dodała, że choć należą do elitarnego grona 31 objawień maryjnych zatwierdzonych przez Kościół na świecie, obok Fatimy i Lourdes, to ich przesłanie jest mało znane.
W archidiecezji warmińskiej trwają przygotowania do obchodów jubileuszu 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, które trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Matka Boża miała wówczas objawić się dwóm dziewczynkom: 13-letniej Justynie Szafryńskiej i 12-letniej Barbarze Samulowskiej.
Autorka książki wydanej przez wydawnictwo Biblos „Odkryć Gietrzwałd na nowo”, historyk i publicystka dr Ewa K. Czaczkowska, przypomniała, że objawienia trwały 82 dni, podczas których Matka Boża objawiła się 187 razy.
Zaznaczyła, że Gietrzwałd znajdował się wówczas od ponad 100 lat na terenie zaboru pruskiego. Miejscowa ludność doświadczała różnego rodzaju represji związanych z polityką kanclerza Ottona von Bismarcka, określaną przez historyków mianem Kulturkampfu (niem. walka o kulturę). Celem tej polityki było ograniczenie wpływów Kościoła katolickiego i germanizacja mieszkańców Prus.
Elementem represji była m.in. walka z językiem polskim, który był usuwany ze szkolnictwa oraz z życia publicznego, a także kontrola państwa nad obsadą stanowisk kościelnych oraz zamykanie części kościołów.
– Gietrzwałd i jego okolice to były ubogie tereny rolnicze. Warmiacy borykali się z wieloma problemami społecznymi i wyznaniowymi. W takie właśnie miejsce przyszła ze swoim przesłaniem Matka Boża – stwierdziła Czaczkowska.
Przypomniała, że przesłanie Maryi było bardzo proste: prosiła o codzienne odmawianie różańca i o wzniesienie kapliczki z Jej figurą w miejscu objawień.
– Bardzo szybko na miejsce objawień zaczęły przybywać tłumy pielgrzymów. Ludzie za pośrednictwem wizjonerek przekazywali Maryi pytania i prośby, a Ona konsekwentnie wskazywała na modlitwę, w której mieli szukać rozwiązań swoich problemów osobistych, ale też dotyczących wspólnoty – mówiła Czaczkowska.
– W tej bardzo trudnej sytuacji Matka Boża przyszła do nich z wielką nadzieją. Pokazała, że Bóg ich widzi, dostrzega ich problemy i się o nich troszczy – dodała.
Wezwanie do odmawiania modlitwy różańcowej powtarza się nie tylko w objawieniach w Gietrzwałdzie, ale jest stałym elementem objawień maryjnych na całym świecie. Zdaniem Czaczkowskiej Maryja wskazuje na różaniec, ponieważ jest to modlitwa bardzo prosta, którą może odmawiać każdy, niezależnie od wykształcenia czy wieku. Przypomniała, że modlitwę różańcową z powodzeniem odmawiają zarówno małe dzieci, jak i wybitni teologowie oraz papieże, którzy odnajdują w niej niezwykłą głębię.
– Żeby odmawiać „Różaniec” nie trzeba iść do kościoła, można modlić się w domu, przy pracy albo w podróży i w ten sposób przez cały dzień utrzymywać duchową łączność z Panem Bogiem i z Maryją – wyjaśniła.
Podkreśliła, że „Różaniec” „kryje w sobie moc przemiany konkretnego człowieka, ale też moc przemiany wspólnoty, ponieważ może być odmawiany wspólnie”.

Uroczystości związane 140. rocznicą objawień maryjnych w Sanktuarium w Gietrzwałdzie (10 września 2017 roku).
fot.Tomasz Waszczuk/PAP
***
Według Czaczkowskiej duchowość Gietrzwałdu można określić mianem „pobożności ludowej”, która przez niektóre środowiska jest niesłusznie deprecjonowana. Tymczasem – jak wskazała historyk – jest to po prostu duchowość ponadczasowa i bliska każdemu człowiekowi.
Zaznaczyła, że pozytywne zmiany, do których doszło na Warmii pod wpływem tych wydarzeń, przyczyniły się do oficjalnego uznania objawień przez Kościół. W dokumentach zachowały się opisy wzrostu pobożności i zainteresowania praktykami religijnymi, licznych powołań kapłańskich i zakonnych czy dynamicznego rozwoju na Warmii stowarzyszeń propagujących abstynencję. Kolejnym „owocem” objawień było powstanie nowych zgromadzeń zakonnych, m.in. bezhabitowych Służek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej.
Czaczkowska przypomniała, że objawienia w Gietrzwałdzie jako jedyne w Polsce zostały oficjalnie uznane przez Kościół katolicki. Znalazły się też w elitarnej grupie 31 objawień maryjnych uznanych przez Kościół na całym świecie, obok objawień w Lourdes, Fatimie czy La Salette. Mimo to – wskazała Czaczkowska – w porównaniu z innymi miejscami objawienia w Gietrzwałdzie są wciąż mało znane.
– Wydaje się, że wynika to ze specyficznego kontekstu, w jakim doszło do tych objawień. Fakt, że Matka Boża objawiła się w 1877 r. w zaborze pruskim, w okresie największego nasilenia Kulturkampfu, i w dodatku mówiła do wizjonerek po polsku, został wykorzystany przez działaczy niepodległościowych do wzmacniania narodowej tożsamości Polaków.
Spowodowało to, że objawienia zostały szybko uznane za skierowane głównie do Polaków, a ludzie innych narodowości, którzy w początkowym okresie dość licznie przybywali do miejsca objawień, poczuli, że są z gietrzwałdzkiego orędzia wykluczeni – oceniła.
Jednocześnie Czaczkowska zastrzegła, że chociaż Matka Boża przyszła do polskich dziewczynek i mówiła do nich po polsku, to jednocześnie osobą, która najbardziej przyczyniła się do uznania objawień za autentyczne, był Niemiec – ówczesny proboszcz parafii w Gietrzwałdzie ks. Augustyn Weichsel.
– Ten ksiądz na wszelkie sposoby ułatwiał rzeszom pielgrzymów przebywanie w tym miejscu, otaczał dziewczynki opieką duszpasterską i zrobił naprawdę wszystko, co mógł, żeby propagować te objawienia, za co spotkały go represje, m.in. pobyt w więzieniu – przypomniała historyk.
Czaczkowska dodała, że skomplikowane losy Warmii sprawiły, że oficjalne uznanie objawień przez Kościół było możliwe dopiero w 1977 r., po normalizacji stosunków polsko-niemieckich.
– Można powiedzieć, że od oficjalnego uznania objawień minęło dopiero 50 lat. Jednak w moim odczuciu Kościół w Polsce miał wystarczająco dużo czasu, by przybliżyć wiernym płynące z Gietrzwałdu orędzie. Dlaczego tak się wciąż nie stało? Dlaczego w większości polskich parafii odprawiane są nabożeństwa fatimskie, a nie ma nabożeństw gietrzwałdzkich? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie – zastrzegła.
Według Czaczkowskiej Kościół w Polsce wciąż robi za mało w sprawie przybliżenia wiernym orędzia z Gietrzwałdu, które mimo upływu lat jest wciąż aktualne.
– Słowa, które Matka Boża skierowała do wizjonerek: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”, to są słowa pełne nadziei, aktualne na każdy czas, nie tylko na rok 1877. Podobnie jak wezwanie do modlitwy, trzeźwości i duchowej odnowy – stwierdziła.
Objawienia w Gietrzwałdzie trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Według relacji wizjonerek Matka Boża, przemawiając do nich, wzywała do pokuty i nawrócenia, głębokiej przemiany życia, zachowania trzeźwości i codziennej modlitwy różańcowej. Podkreślała też wagę życia sakramentalnego, zwłaszcza uczestnictwa we Mszy św.
W ocenie historyków objawienia gietrzwałdzkie miały duży wpływ na życie religijne i narodowe. Zaowocowały przebudzeniem świadomości narodowej warmińskiej ludności polskiej, poddawanej wówczas silnej germanizacji, i odrodzeniem się poczucia jedności z Polakami mieszkającymi w innych zaborach. Gietrzwałd dał także impuls do powstania ruchu polskiego na Warmii.
Iwona Żurek (PAP) Dzieje pl. – Portal historyczny
***
Objawienia w Gietrzwałdzie.
Plan uroczystości na 12-13 września
Procesja z figurą Matki Bożej, nocna modlitwa w intencji powołań kapłańskich i Msza św. pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego w Polsce. Jak będą wyglądały uroczystości 149 rocznicy objawień gietrzwałdzkich?

W Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej spodziewane są rzesze pielgrzymów nie tylko z archidiecezji warmińskiej. Do licznego udziału uroczystościach przed przyszłorocznym okrągłym jubileuszem zachęca abp Józef Górzyński. – Chcemy, aby ta rocznica nie była jedynie wspomnieniem wydarzeń sprzed lat, ale okazją do odnowienia naszej wiary i głębszego odkrycia gietrzwałdzkiego orędzia – apeluje metropolita warmiński.
Na uroczystościach odpustowych spodziewane są dziesiątki tysięcy wiernych. Do Gietrzwałdu przybędą grupy pielgrzymkowe z co najmniej kilkunastu parafii archidiecezji warmińskiej, ale także wierni z innych części kraju.
Dwudniowe uroczystości rozpoczną się w sobotę 12 września o godz. 18.00 Mszą św. z nieszporami ku czci Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Dwie godziny później zaplanowano muzyczną medytację „Jestem słowem z Maryją”, a o 21.00 – Apel Maryjny przy Kaplicy Objawień i różaniec. O 21.30 rozpocznie się procesja z figurą Matki Bożej i świecami do Źródełka.
O północy odprawiona zostanie msza św. w intencji powołań kapłańskich i zakonnych przy Kaplicy Objawień, po której do godzin porannych potrwa czuwanie modlitewne.
W niedzielę o godz. 11.00 celebrowania będzie uroczysta msza św. pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Guido Antonio Filipazziego, poprzedzona modlitwą różańcową przy Źródełku.
Przygotowania do jubileuszu
Przygotowania do jubileuszu 150-lecia objawień maryjnych w Gietrzwałdzie rozpoczęły się już w ubiegłym roku. Pracowali nad tym m.in. członkowie Komisji Maryjnej Konferencji Episkopatu Polski pod przewodnictwem abp. Wacława Depo. Przygotowania rozpoczęły się też w samym sanktuarium Matki Bożej w Gietrzwałdzie.
Z ramienia Zakonu Księży Kanoników Regularnych Laterańskich, opiekunów gietrzwałdzkiego sanktuarium, oraz wiernych świeckich z Ostrołęki – powstał pomysł uczczenia jubileuszu ciekawą inicjatywą – przekazania do 150 polskich parafii 150 figur Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Jedna z nich trafiła m.in. na Jasną Górę.
Zaproszenie dla papieża
Na 150-lecie objawień maryjnych w Gietrzwałdzie metropolita warmiński abp Józef Górzyński zaprosił podczas audiencji w październiku ub. roku w Watykanie papieża Leona XIV. Zaproszenie to jest kolejnym po zaproszeniach wystosowanych wcześniej przez prezydentów Andrzeja Dudę i Karola Nawrockiego. Stolica Apostolska nie ustosunkowała się na razie do tego zaproszenia.
W lipcu br. sejmowa Komisja Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu zarekomendowała podjęcie przez Sejm RP uchwały ustanawiającej rok 2027 Rokiem Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Projekt czeka na rozpatrzenie na sali plenarnej. Jego sprawozdawcą ma być poseł Marek Biernacki.
W projekcie, pod którym podpisało się 34 posłów różnych klubów parlamentarnych, podkreślono, że gietrzwałdzkie objawienia przyczyniły się do ożywienia religijnego oraz integracji Polaków z różnych zaborów, a także oddziaływały na kulturę, naukę i dziedzictwo narodowe. Tzw. „ruch gietrzwałdzki” odegrał też istotną rolę w budowaniu świadomości narodowej, która w konsekwencji przyczyniła się do odzyskania niepodległości w 1918 r. Projekt przypomina ponadto, że Gietrzwałd jest jedynym w Polsce miejscem objawień maryjnych uznanych przez Kościół katolicki.
Peregrynacja obrazu MB Gietrzwałdzkiej
Dzień po uroczystościach odpustowych, w poniedziałek 14 września rozpoczęła się peregrynacja obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej po Archidiecezji Warmińskiej. Z tej okazji abp Józef Górzyński wystosował do wiernych komunikat, w którym przypomniał o znaczeniu objawień maryjnych dla kształtowania się religijności na Warmii.
„Maryja z Gietrzwałdu wyrusza w drogę po naszej warmińskiej archidiecezji. W swoim wizerunku nawiedzi nasze parafie, nasze wspólnoty i nasze rodziny, aby przypomnieć nam swoje gietrzwałdzkie orędzie wygłoszone przed 150 laty” – napisał arcybiskup.
Peregrynacja – wskazał abp Górzyński – będzie wyjątkowym czasem przygotowania do przyszłorocznej 150. rocznicy objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.
„Chcemy, aby ta rocznica nie była jedynie wspomnieniem wydarzeń sprzed lat, ale stała się okazją do odnowienia naszej wiary i jeszcze głębszego odkrycia gietrzwałdzkiego orędzia” – podkreślił metropolita warmiński.
Obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej będzie peregrynował po parafiach archidiecezji warmińskiej do 26 czerwca 2027 r. Abp Górzyński zaprasza w komunikacie do licznego udziału w tym wydarzeniu, apelując o „otwarcie serc na Maryję”.
„Niech Jej nawiedzenie będzie czasem modlitwy i duchowej przemiany, pojednania z Bogiem i braćmi, umocnienia rodzin i odnowienia naszych wspólnot. Przynieśmy przed Maryję nasze radości i troski, powierzmy Bogu przez Jej wstawiennictwo nasze rodziny, dzieci i młodzież, osoby chore. Powierzmy także przyszłość naszej archidiecezji i naszej Ojczyzny” – zachęcił hierarcha.
Objawienia gietrzwałdzkie
Ludność Gietrzwałdu (niem. Dietrichswalde) stanowili najpierw potomkowie dawnych Prusów, a później głównie Warmiacy – przybysze z Polski, którzy od XIV w. zasiedlali te ziemie. Do XIX w. posługiwali się oni gwarą pozostającą pod silnym wpływem literackiego języka polskiego, którym mówiono zarówno w kościele, jak i w szkole. Dopiero po pierwszym rozbiorze i włączeniu Warmii do Prus zaczęła napływać ludność niemiecka. Proces germanizacji nasilił się szczególnie w drugiej połowie XIX w., w okresie Kulturkampfu. Od 1873 r. język polski został zakazany w szkołach warmińskich, a władze rugowały niepokornych księży i zgromadzenia zakonne.
Od XIV w. w Gietrzwałdzie rozwijał się kult maryjny: początkowo związany z Pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele.
27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska, przygotowująca się do I Komunii Świętej, wracając z kościoła, zobaczyła na klonie obok plebanii niezwykłą jasność i postać kobiety w bieli, siedzącej na złocistym tronie. Obok niej pojawił się anioł w białej szacie ze złotymi skrzydłami. Po odmówieniu „Pozdrowienia Anielskiego” postacie uniosły się ku niebu. Tak rozpoczęły się objawienia, które trwały do 16 września.
Już następnego dnia wizjonerka zobaczyła Maryję ponownie – tym razem z Dzieciątkiem Jezus na kolanach i otoczonymi aniołami. 30 czerwca do Justyny dołączyła 12-letnia Barbara Samulowska, która również doznała widzenia.
Podczas jednego z pierwszych spotkań dziewczynki zapytały: „Czego żądasz, Matko Boża?”. Maryja odpowiedziała: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”. Kiedy Szafryńska spytała: „Kto Ty jesteś?”, usłyszała: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”. Maryja mówiła w gwarze zrozumiałej dla dziewczynek i okolicznych mieszkańców.
Od lipca 1877 r. obie wizjonerki doświadczały codziennych objawień podczas nabożeństw różańcowych. W sumie Maryja ukazała się 160 razy, mówiąc o potrzebie nawrócenia, modlitwy i życia zgodnie z Ewangelią, a także odpowiadając za ich pośrednictwem na pytania pielgrzymów. Objawienia przyczyniły się nie tylko do odnowy wiary, ale też ożywienia polskości w pozostającym pod zaborami społeczeństwie.
W marcu br. papież Leon XIV zezwolił na promulgację dekretu o heroiczności cnót służebnicy Bożej s. Stanisławy Barbary Samulowskiej. To kluczowy moment w procesie kanonizacyjnym szarytki. Do jej beatyfikacji niezbędne pozostaje zatwierdzenie przez Kościół cudu, który wydarzył się za jej wstawiennictwem.
Barbara Samulowska urodziła się 21 stycznia 1865 r. we wsi Woryty na Mazurach. W 1883 r. wstąpiła do zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Podobnie uczyniła Justyna Szafryńska. Większość życia zakonnego s. Samulowska spędziła w Gwatemali, gdzie była m.in. mistrzynią nowicjatu, pracownicą szpitala i kierowniczką sierocińca. Zmarła w Gwatemali, 6 grudnia 1950 r., wskutek złośliwego nowotworu jamy ustnej.
Stacja7.pl
***
Maryja objawiła się w Gietrzwałdzie.
„Chcę, abyście codziennie odmawiali różaniec”
fot. Brewiarz.pl
***
Czy wiesz, jakie miejsca Maryja wybrała na spotkania? Lourdes, Fatima… Zgadza się. Ale jednym z 12 uznanych przez Stolicę Apostolską miejsc objawień maryjnych jest też położony w województwie warmińsko-mazurskim Gietrzwałd!
Przykościelny klon i rozchodzący się blask
Niewielka, polska wieś. 27 czerwca 1877 roku. Kilkunastoletnia Justyna Szafrańska wracała z kościoła, z egzaminu przed I Komunią Świętą. Jej uwagę przykuł przykościelny klon i rozchodzący się wokół niego blask. Po podejściu bliżej zobaczyła przepiękną, ubraną w białą suknię Panią oraz małego aniołka w biało-złotych szatkach. Maryja nic nie powiedziała.
Jak objawiła się Maryja w Gietrzwałdzie?
Za namową proboszcza, któremu Justyna opowiedziała o tej sytuacji, kolejnego dnia również przyszła w to miejsce. Nie zawiodła się. Dwóch aniołów przyprowadziło Królową, a ta usiadła na tronie. Kolejnych dwóch przyniosło i położyło na Jej lewym kolanie Dzieciątko Jezus, trzymające w lewej rączce kulę ziemską. Następni unosili nad Jej głową koronę, a obok nich jeden, w prawym ręku berło. Ostatni anioł wskazywał na krzyż bez wizerunku Chrystusa.
30 czerwca na spotkanie przyszła również Barbara Samulowska. Dziewczynki były w zbliżonym wieku, pochodziły z niezamożnych rodzin. Była to przełomowa wizyta. Najświętsza Matka przybyła sama, a na pytanie „Czego żądasz, Matko Boża?” odpowiedziała w języku zrozumiałym, zbliżonym do polskiego: „Chcę, abyście codziennie odmawiali różaniec.” Od tego czasu Maryja odwiedzała Gietrzwałd codziennie, aż do 17 września.

Co powiedziała Maryja?
Na spotkania przychodziło wiele osób, ale Matkę widziały tylko dwie dziewczynki. Zadawały liczne pytania. Na te o kapłanów dla zamkniętych i osieroconych parafii oraz uwolnienie Kościoła w Polsce usłyszały: „jeśli ludzie gorliwie się będą modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”
Warto zaznaczyć, że na pytanie: „Kim jesteś?”, Maryja odpowiedziała: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta.”. To zdanie potwierdza prawdziwość ogłoszonego 25 lat wcześniej Dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi.

W obawie przed aresztowaniem
Życie Justyny i Barbary w kolejnych latach nie było łatwe. Aby chronić je przed aresztowaniem przez władze pruskie, umieszczono je u Sióstr Miłosierdzia w Lidzbarku Warmińskim, a następnie razem z siostrami przeniesiono je do Chełmna. Kontynuowały naukę w Domu Św. Józefa w Pelplinie. W kolejnych latach wyjechały do Paryża, do domu macierzystego zgromadzenia. Obie wstąpiły do zakonu. Ich drogi po kilku latach się rozeszły.
Barbara czuła, że jej powołaniem jest praca misyjna. W 1895 roku wyjechała do Gwatemali, gdzie pełniła wiele funkcji i pomagała potrzebującym na wszystkie możliwe sposoby. W 1917 roku została siostrą przełożoną w tamtejszym Szpitalu Głównym. Po 54 latach posługi misyjnej zmarła na skutek ciężkiej choroby. Jej życzliwość, troska, pokora i więź z Bogiem sprawiły, że umierała w opinii świętości. Po staraniach o proces beatyfikacyjny, przysługuje jej tytuł Sługi Bożego.
Justyna nie wytrwała w życiu zakonnym. W 1897 roku odeszła z zakonu, a w 1899 roku poślubiła w Paryżu Raymonda Etienne Bigota. Nie wiadomo gdzie mieszkała, ani gdzie spoczywa jej ciało.
Joanna Bogdewicz/Stacja7.pl
Materiał powstał dzięki współpracy z Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej
***
Korony obrazu znaleziono w… nasypie kolejowym! Ciekawostki o obrazie Matki Bożej Gietrzwałdzkiej
sanktuariummaryjne.pl
Na początku XX wieku zamalowano jego szczegóły. Tuż po koronacji z obrazu zostały skradzione korony. Z okazji rocznicy koronacji obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, przypominamy zaskakującą historię ikony.
Kim jest autor?
Nie wiadomo kto namalował obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Historycy szacują, że czas powstania obrazu przypada na połowę XVI wieku. Ikona przedstawia Maryję okrytą w ciemnoniebieski płaszcz, która na lewym ramieniu trzyma Dzieciątko Jezus odziane w długą, czerwoną suknię. Dzieciątko prawą rączkę układa na znak błogosławieństwa, a lewą podpiera się na księdze.
Na górze obrazu dwaj aniołowie trzymają wstęgę z napisem „Ave Regina Caelorum, ave Domina Angelorum”, co tłumaczy się na „Bądź pozdrowiona Królowo Nieba, bądź pozdrowiona Pani Aniołów”.
Kopia Matki Boskiej Częstochowskiej?
Kiedy w Gietrzwałdzie zaczęły się objawienia, przybywający tam pielgrzymi mylili ikonę Matki Bożej Gietrzwałdzkiej z obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej. Ten sam błąd powielali również autorzy piszący o obrazie.
Historyk warmiński Franciszek Hipler, kiedy został przysłany, by zbadać prawdziwość objawień, napisał później, że „w ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Bożej będący wierną kopią Częstochowskiej Pani, którą tu lud czci od dawna”.
Ksiądz. J. K. Łomnicki, historyk sztuki, jeszcze w tym samym roku na próżno usiłował tłumaczyć, że obraz ten nie może być kopią Czarnej Madonny, ponieważ podobny jest do wielu innych znanych mu cudownych obrazów w Polsce, które występowały od XV wieku. Niestety, tę samą pomyłkę, którą zamieścił w swoich pracach Hipler, powielił również Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego z 1881 roku.

Wypadki chodzą po ludziach… i obrazach
Obraz kilka razy był poddawany konserwacji, która nie zawsze kończyła się szczęśliwie. Na początku XX wieku Agata Kros zamalowała jego szczegóły. Stało się to na skutek nałożenia odmiennych farb olejnych, które spowodowały naruszenie substancji.
Obraz przeszedł ponowną renowację w 1949 roku przed przeniesieniem do ołtarza głównego w gietrzwałdzkim sanktuarium. W wyniku starań o koronację, dokładnego odrestaurowania dokonano w pracowni konserwatorskiej na Wawelu pod kierunkiem prof. T. Kozłowskiego, który wcześniej usunął warstwę farby olejnej.
Wreszcie koronacja
10 września 1967 roku Prymas Tysiąclecia dokonał koronacji wizerunku Maryi. W tym wydarzeniu uczestniczyło wielu pielgrzymów – ponad 200 tysięcy wiernych z całej Polski, a także prawie wszyscy biskupi polscy. Uroczystość nie ominęła także ówczesnego metropolity krakowskiego, Karola Wojtyły.
Od tamtej pory ożywił się ruch pielgrzymkowy na ziemi warmińskiej. Zmierzający do Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, modlili się słowami pieśni:
Od wszystkich na świecie opuszczeni,
jak nędzarze głodni i spragnieni
przyszli, Matko, byś nas nakarmiła
i pociechą serca napoiła.

Skradzione korony i ponowna koronacja
Rok po koronacji obrazu, nieznani sprawcy ukradli korony. Zakonny kronikarz opisał to wydarzenie następująco: „W nocy z 10 na 11-go września dokonano włamania do naszego kościoła. Złoczyńcy zniszczyli witraż obok ołtarza Matki Bożej Bolesnej w lewej nawie, przedostali się do kościoła i po ściągnięciu siłą zasłony z cudownego Obrazu zrabowali korony z głów Matki Bożej i Dzieciątka Jezus”. Dalej dowiadujemy się, że włamanie zauważył kleryk Piotr Szmatta. Sprawców nigdy nie zidentyfikowano, natomiast korony zostały znalezione jeszcze tego samego roku w nasypie kolejowym w pobliżu Kraśnika na Lubelszczyźnie.
Rok później, po naprawieniu koron, rekoronacji dokonał ks. bp Józef Drzazga. Od tego wydarzenia obraz Matki Bożej Gietrzwałdzkiej zaczęto nazywać „Matki Bożej dwakroć koronowanej”, jednak nazwa nie zachowała się do dzisiaj. Obraz obecnie znajduje się w ołtarzu głównym w Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.
źródła:
Kazimierz Łatak, „Koronacja i rekoronacja obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej”, Komunikaty Mazursko-Warmińskie 2008;
Helena Teresa Kupiszewska, „Królowa Polski o wielu obliczach. Wizerunki Matki Bożej koronowane przez Prymasa Tysiąclecia Stefana kardynała Wyszyńskiego”, Fundacja „Czas to Miłość”, Częstochowa 2014;
sanktuariummaryjne.pl;
Kinga Adamczyk/Stacja7
***
Gietrzwałd. Polskie Lourdes
FOT. PAWEŁ WITEK / STACJA7.PL
***
Gietrzwałd jest nazywany “polskim Lourdes” i rzeczywiście trudno nie zauważyć podobieństw pomiędzy objawieniem się Maryi Bernadetcie Soubirous i wydarzeniami w Gietrzwałdzie. Matka Boża ukazała się najpierw Justynie Szafryńskiej, następnie jej kuzynce, Barbarze Samulowskiej niespełna dwie dekady po objawieniach we Francji.
Co ciekawe, w obu wypadkach Maryja przedstawiła się świadkom jako Niepokalane Poczęcie, zarówno na Warmii jak i we Francji uczyniła to, używając miejscowego dialektu i w obu miejscach Maryja wskazała źródło, z którego woda przez jej wstawiennictwo leczyła i wciąż leczy ludzi z nieuleczalnych chorób.
„Piękna Pani” w koronie drzewa
Gdy Justyna Szafryńska po raz pierwszy ujrzała „Piękną Panią”, wracała z egzaminu do pierwszej komunii świętej. Matka Boża ukazała jej się w koronie drzewa. Sytuacja powtórzyła się na drugi dzień i regularne objawienia trwały przez prawie trzy miesiące, podczas których Matka Boża ukazywała się nawet kilka razy dziennie.
Historia znana jest ze szczegółami dzięki miejscowemu proboszczowi, który spisywał wszystkie opowieści dziewczynek. Co ciekawe, natychmiast, gdy zaczęły opowiadać o swoich niezwykłych widzeniach, zarządził ich stałe rozdzielenie, tak aby nie miały ze sobą kontaktu. O wszystko wypytywał je na osobności, a ich odpowiedzi idealnie do siebie pasowały.

Sto lat później
Miejscowy kult i pamięć o tych wydarzeniach trwa od pierwszego dnia objawień aż do dziś. Oficjalnie jednak objawienia zostały uznane przez Kościół jako prawdziwe dopiero 100 lat później. Co ciekawe, już dekadę wcześniej papież Paweł VI zezwolił na koronację obrazu. Odbyła się ona w 1967 roku i uczestniczyli w niej m.in. kard. Wyszyński i kard. Wojtyła.
Tomasz Adamski/Stacja7.pl
***
Jedyne w Polsce miejsce objawień maryjnych uznane przez Kościół. Wszystko o Gietrzwałdzie
fot. Stacja7
***
Gietrzwałd jest jednym z kilkunastu na świecie, a jedynym w Polsce miejsc objawień maryjnych uznanych przez Stolicę Apostolską za autentyczne.
Pieta i cudowny obraz
Gietrzwałd został założony przez Warmińską Kapitułę Katedralną. Przywilej lokacyjny wystawiono 19 maja 1352 r. Odbiorcą przywileju był zasadźca Dittrich, od którego imienia osada przyjęła swą nazwę. Na przełomie XIV i XV w. wybudowano na jej terenie kościół.
Kult Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie datuje się od drugiej połowy XIV wieku. Związany najpierw był z Pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele. Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewym ramieniu Dziecię, ubrane w długą, czerwoną sukienkę. W 1717 r. obraz został ozdobiony srebrnymi koronami. Kult obrazu potwierdzają liczne vota.
„Warmiacy” i charakterystyczna gwara
Gietrzwałd zamieszkiwali najpierw potomkowie dawnych Prusów, a potem głównie „Warmiacy”, potomkowie przybyszów z Polski, którzy od XIV wieku zasiedlali ten teren. Posługiwali się charakterystyczną gwarą, która do XIX w. pozostawała pod wpływem literackiego języka polskiego, który był językiem literatury religijnej. Po pierwszym rozbiorze nastąpiło oderwanie Warmii od reszty Polski i wówczas zaczęła tam przybywać także ludność niemiecka. Spowodowało to przyswojenie licznych germanizmów. W gwarze warmińskiej charakterystyczne są też nieliczne zapożyczenia leksykalne z dawnego języka pruskiego. Jednak językiem polskim posługiwano się zarówno w miejscowej szkole, jak i w kościele.
Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Germanizacja przebiegała coraz gwałtowniej od momentu wprowadzenia ustaw uderzających w Kościół katolicki. W latach 1871-1878, kanclerz Bismarck usiłował doprowadzić do ograniczenia wpływów Kościoła katolickiego w państwie. Katolicyzm i polskość były tu odgórnie osłabiane i „gaszone”. W 1873 r. język polski został zabroniony we wszystkich szkołach warmińskich, a pod wpływem Kulturkampfu zaczęto rugować z Warmii niepokornych kapłanów i zgromadzenia religijne, z wyjątkiem tych, które zajmowały się działalnością charytatywną.

Klon, niezwykła jasność i Matka Boża
27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do I komunii świętej i właśnie zdała egzamin u miejscowego proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła Anioł Pański, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie, udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła Pozdrowienie Anielskie, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września.
Dziewczynka już po pierwszym widzeniu opowiedziała wszystko proboszczowi, który polecił jej następnego dnia przyjść na to samo miejsce. Gdy zadzwoniono na Anioł Pański, drzewo klonu zostało oświetlone. Wokół niego utworzył się złoty krąg, a na jego tle ukazał się tron ze złota, do którego dwaj aniołowie przyprowadzili Najświętszą Dziewicę. Gdy usiadła, inni dwaj aniołowie przynieśli Dziecię Jezus w niebiańskim blasku, trzymające w lewym ręku kulę ziemską i posadzili Je na lewym kolanie Matki Bożej. Nad wszystkimi pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.
30 czerwca Matka Boża objawiła się sama, bez towarzystwa aniołów. Tego dnia po raz pierwszy miała wizję także 12-letnia Barbara Samulowska, która przyszła wraz z Justyną. Obie dziewczynki pochodziły z ubogich katolickich warmiackich rodzin o korzeniach polskich.
„Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”
Podczas widzenia Szafryńska zapytała Najświętszą Pannę: „Czego żądasz Matko Boża?” i otrzymała odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec.” Matka Boża mówiła w zrozumiałej dla widzących miejscowej gwarze, bliskiej językowi polskiemu.
1 lipca Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w odpowiedzi: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta.” Warto przypomnieć, że objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w niecałe 20 lat po objawieniach w Lourdes, gdzie Matka Boża powiedziała Bernadetcie Soubirous: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”, a także niespełna 23 lata po ogłoszeniu przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

Matka Boża ukazała się 160 razy
Od lipca Szafryńska i Samulowska miały codziennie objawienia w czasie wieczornego nabożeństwa różańcowego. W sumie Matka Boża ukazała się 160 razy. Matka Boża odpowiadała także na pytania przybywających tam ludzi, przekazywane za pośrednictwem wizjonerek.
Pytania do Matki Bożej są bardzo „życiowe”. Dotykają często prozaicznych spraw. Coś się zdarzyło w rodzinie i ktoś stawia bardzo konkretne pytanie. Czy np. ta osoba, która zachorowała bądź odeszła z zakonu, co się z nią będzie działo? Odpowiedzi Maryi stanowią przykład pedagogii wskazującej w jakim kierunku życie chrześcijanina winno się rozwijać. Te dialogi spisane są dzień po dniu. Jest to znakomity materiał, przypominający czasami „Dzienniczek” s. Faustyny.
Któregoś dnia ktoś zapytał, jak odnosić się do osób, które trwają w nałogu? Ze strony Matki Bożej pada odpowiedź, która jest wezwaniem do radykalnej przemiany. Maryja wzywa całą społeczność, aby poprzez wsparcie duchowe, ale także konkretną pracę i duchową mobilizację, podejmowała walkę z tymi wadami. Cały czas powtarza, że człowiek musi się zmieniać i to nie wedle takiego czy innego programu, ale wedle klucza Ewangelii. Wskazuje zawsze na Chrystusa, wedle przesłania Maryi podczas cudu w Kanie Galilejskiej: „Uczyńcie, co Syn mój wam powie!”
Niezwykle ważne orędzie do kapłanów
Objawienia zawierają też ważne orędzie do kapłanów. Matka Boża nie odpowiada inaczej jak: „Idźcie do swoich kapłanów, taką rzecz należy wyjaśniać na spowiedzi!”. A gdy jest wątpliwość, kogo trzeba słuchać, mówi: „Słuchajcie księdza w konfesjonale!” Zwraca uwagę jak ważna jest posługa kapłanów dla życia duchowego Ludu Bożego. Przypomina, że odpowiedź na bardzo wiele problemów jakie napotykamy w naszym życiu, znaleźć można na drodze życia sakramentalnego. A chodzi o uczestnictwo w Eucharystii i sakramencie spowiedzi oraz poważne traktowanie tego, co otrzymujemy w nauczaniu, jakie kapłan wówczas do nas kieruje.
Między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci zapytały także: „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?” oraz czy osierocone – na skutek Kulturkamfu – parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?
W odpowiedzi usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”
Liczne pielgrzymki i cudowne źródełko
Wieść o objawieniach spowodowała napływ do Gietrzwałdu licznych pielgrzymów. Pierwszą wzmiankę o objawieniach podał pelpliński „Pielgrzym”, 10 lipca 1877 r. 7-9 września, podczas trzydniowych obchodów święta Narodzenia Matki Bożej zgromadziło się w Gietrzwałdzie aż 50 tys. ludzi. Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. wieczorem źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, którą przynosiła ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia.
6 września 1877 r. w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża, umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

Duże zasługi w upowszechnianiu przesłania Matki Bożej z Gietrzwałdu przypisać trzeba miejscowemu proboszczowi Augustynowi Weichslowi (1830-1909 r.), który prawie czterdzieści duszpasterzował w Gietrzwałdzie. Co ciekawe, ks. Weichsel wywodził się z rodziny niemieckiej, od lat zamieszkałej w Pieniężnie, ale wspierał Polaków w ich przywiązaniu do wiary i języka ojców. Wydarzenia gietrzwałdzkie przeżył bardzo głęboko, starał się je pilnie obserwować i propagować. Władze pruskie poddały go za to różnym represjom, nawet z krótkotrwałym osadzeniem w więzieniu, nakładaniem grzywien i zawieszaniem w możliwościach wypełniania posługi duszpasterskiej.
Odrodzenie polskości
Objawienia wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności.
Inne regiony Polski szybko zareagowały pielgrzymkami do Gietrzwałdu. Pierwsza była Ziemia Kujawska. Tamtejsi duszpasterze podawali, że tradycyjne pielgrzymki na Jasną Górę straciły swoją frekwencję, na rzecz pielgrzymowania do Gietrzwałdu. Informacje o objawieniach znajdujemy także w prasie np. na Śląsku, w Małopolsce, w Galicji, praktycznie we wszystkich zaborach.
Choć objawienia te spowodowały odrodzenie polskości, miały też istotny wymiar uniwersalny. Do Gietrzwałdu przybywają głównie katolicy, ale – co ciekawe – i ewangelicy, miejscowi protestanci. Można mówić o szczególnych więziach, jakie istniały na Warmii pomiędzy katolikami a protestantami. Jeszcze bardziej było to widoczne w sanktuarium w Świętej Lipce, gdzie przybywało wielu protestantów, mimo, że jest to sanktuarium maryjne. I dlatego do dziś sanktuarium to nosi tytuł sanktuarium jedności chrześcijan.

Niezwykły wzrost pobożności
Pięć lat po objawieniach, w sprawozdaniu z 27 września 1882 r. ks. Augustyn Weichsel pisał: „nie sama tylko moja parafia, ale też cała okolica stała się pobożniejsza po objawieniach. Dowodzi tego wspólne odmawianie różańca świętego po wszystkich domach, wstąpienie do klasztoru bardzo wielu osób, regularne uczęszczanie do Kościoła”.
Dobre skutki objawień szybko się rozprzestrzeniały, przeniknęły także do Królestwa Kongresowego i Rosji. Jednym z nich był zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania różańca, nieraz także publicznie. Na południowej Warmii różaniec był odmawiany prawie we wszystkich domach, podobnie też w wielu parafiach diecezji chełmińskiej, poznańskiej i wrocławskiej. W samym Gietrzwałdzie parafianie odmawiali różaniec w kościele trzy razy dziennie: rano, w południe i wieczorem. Poza tym miały miejsce liczne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych.
Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Pielgrzymowali też Niemcy, Kaszubi, Mazurzy i Litwini. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów, bratanka ks. Augustyna Weichsla, Juliusza, Jana Hanowskiego, Hieronima Nahlenza, Franciszka Klinka do rozbudowy sanktuarium.

Pierwsze „skutki” objawień
Jednym ze skutków objawień był rozwój ruchu trzeźwościowego, promieniujący na inne zabory. W Gietrzwałdzie powstało bractwo trzeźwości. Objawieniom gietrzwałdzkim nadał szczególne znaczenie słynny kapucyn o. Honorat Koźmiński (1829-1916), twórca wielu bezhabitowych zgromadzeń żeńskich. Pod wpływem objawień gietrzwałdzkich założył on zgromadzenie służek NMP Niepokalanej. Zgromadzenie szczególną uwagę zwraca na szerzenie wiedzy religijnej i kształtowanie sumienia chrześcijańskiego dzieci, młodzieży i dorosłych.
Rok po objawieniach z inicjatywy Andrzeja Samulowskiego została otwarta w Gietrzwałdzie polska księgarnia. W 1866 r. w miejscowości tej światło dzienne ujrzał pierwszy numer „Gazety Olsztyńskiej”. Pod koniec XIX wieku Gietrzwałd liczył ok. 1000 mieszkańców. Ruch pątniczy podbudował lokalną gospodarkę. Działały tam w tym okresie cztery karczmy, sklep kolonialny, dwie księgarnie, sklepy spożywcze i piekarnie.
Po zakończeniu I wojny światowej aktywną działalność rozpoczęli na Warmii działacze Akcji Polskiej, których celem było uzyskanie jak największego poparcia dla idei przyłączenia Warmii do Polski. Zadecydować miał o tym plebiscyt, który odbył się 11 lipca 1920 r. W plebiscycie ludność zamieszkująca Warmię, Mazury i Powiśle miała zdecydować o przyłączeniu tych ziem do nowo powstałego państwa polskiego lub o pozostawieniu ich w granicach Prus Wschodnich. Wyniki plebiscytu były dla Polski druzgocącą klęską. W samym Gietrzwałdzie za Polską oddano 178 głosów, a za Prusami Wschodnimi 412. Taki wynik plebiscytu historycy tłumaczą tym, że przeprowadzony on został w czasie, kiedy na Polskę zmierzała nawałnica ze Wschodu i jej losy były wysoce niepewne.
Po przyłączeniu do Prus Wschodnich, w Gietrzwałdzie w okresie międzywojennym działało jednak nadal koło Związku Polaków w Niemczech, katolicka Szkoła Polska (do 1933 r.), polska biblioteka Towarzystwa Czytelni Ludowych oraz koło Związku Towarzystw Młodzieży w Prusach Wschodnich. W 1927 roku uruchomiono polskie przedszkole.
Co stało się z dziewczynkami, którym objawiła się Maryja?
Losy obu wizjonerek do pewnego czasu po objawieniach były takie same. Obie zostały siostrami w zakonie szarytek (św. Wincentego a Paulo), najpierw w Chełmnie, a potem w Paryżu. Z Paryża Barbara Samulowska (imię zakonne Stanisława) wyjechała z misją do Gwatemali, gdzie zmarła 6 grudnia 1950 r. w opinii świętości. 2 lutego 2005 r. w bazylice gietrzwałdzkiej, abp Edmund Piszcz, metropolita warmiński, otworzył proces beatyfikacyjny siostry Stanisławy Barbary Samulowskiej.
Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 r. opuściła zakon i powróciła do życia w stanie świeckim. Poślubiła w 1899 w Paryżu, Raymonda Etienne Bigota. Po 1904 r. ślad o niej zaginął, nie wiadomo gdzie spędziła resztę życia oraz gdzie jest pochowana.

Jedyne uznane przez Kościół objawienia Maryjne w Polsce
Ówczesny biskup warmiński, Filip Krementz, jeszcze podczas trwania objawień w 1877 r. zwołał specjalną komisję teologów, by gruntownie zbadali sprawę. Komisja przebywała w Gietrzwałdzie już od 20 sierpnia, jeszcze podczas trwania objawień. Zbadała przede wszystkim osobowość i wiarygodność dziewczynek, a także treść i zgodność ich wypowiedzi oraz oddziaływanie wydarzeń na społeczeństwo. W liczącym 47 stron sprawozdaniu zajęła stanowisko pozytywne, a dziewczęta określiła jako „bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.
Na początku września 1877 r. biskup powołał ponadto komisję składającą się z trzech lekarzy, by zbadali wizjonerki podczas objawień. Lekarze orzekli, że symulacja nie wchodzi w rachubę. W czasie objawień u dziewczynek zaobserwowali zwolnienie tętna, utratę ciepłoty w rękach i ramionach, zastygnięcie twarzy.
10 września 1967 r. prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński dokonał koronacji obrazu Matki Bożej. 2 czerwca 1970 r. papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej.
1 września 1977 odbyły się, poprzedzone IV Ogólnopolskim Kongresem Mariologicznym, uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył Ks. Karol Kardynał Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu bp Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Wydał dekret zatwierdzający objawienia jako wiarygodne, nie sprzeciwiające się wierze i moralności chrześcijańskiej. A później objawienia zostały uznane przez Stolicę Apostolską.
24 czerwca 2002 roku papież Jan Paweł II przesłał list z okazji 125 rocznicy objawień Matki Bożej, w duchu pielgrzymując do sanktuarium gietrzwałdzkiego, by dziękować Maryi za Jej obecność i matczyną opiekę.
KAI/Stacja7
artykuł z 28 sierpnia 2017 roku.
***
wtorek 15 września 2026
Najświętszej Maryi Panny Bolesnej
Miesiąc wrzesień jest miesiącem Matki Bożej Bolesnej – następuje bezpośrednio po sierpniowym nabożeństwie do Jej Niepokalanego Serca i poprzedza październikowe nabożeństwo do Matki Bożej Różańcowej. To dobry czas, aby wzmocnić naszą więź Bożą Matką.

Matka Boża Staniątecka
fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.
Od dwóch świąt do jednego wspomnienia
Dwa święta obchodził niegdyś Kościół dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej i 15 września – Siedmiu Boleści Najświętszej Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je „Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich huszyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
Drugie święto miało nieco inny charakter. Czciło Bożą Matkę jako Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Zaczęli to święto wprowadzać Serwici. Od roku 1667 wprowadza się je w niektórych diecezjach. Papież Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X podniósł je do rangi drugiej klasy i ustalił na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 roku zawiera Mszę: „De tribulatione Beatae Virgini” oraz drugą: „De quinque doloribus B.M.Virginis”. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
Łatwo zauważyć, że oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża Świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła święto przed Niedzielą Palmową.
Królowa Męczenników
Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie rozumienia Ksiąg świętych, gdzie na tylu miejscach i tak szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie wszystko rozumiała, co się działo, że pewne wydarzenia ewangeliczne były dla niej zagadkowe i tajemnicze, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Boskiego Syna. Czytamy bowiem u św. Łukasza: „A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono” (Łk 2,33). „Oni jednak tego nie rozumieli, co im powiedział” (Łk 2,50). Być może, Maryja nie pojmowała wszystkiego, co się przy Niej działo. Jednak przyznać musimy, że wiedziała więcej, niż inni, czemu daje wyraz, kiedy o sobie samej wypowiada w Magnificat prorocze słowa.
Jest rzeczą pewną, że Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale że miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok cierpień syna. Im syn dla niej jest więcej ukochany, tym cierpienia matki są większe. Cóż dopiero musiała wycierpieć Matka Boża na widok tylu przeogromnych cierpień Swego Syna! Możemy bez przesady powiedzieć, że Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Ogrom cierpień Maryi wzrośnie, kiedy przeniesiemy je w wymiar nadprzyrodzony. Maryja zdawała sobie sprawę, że Jej Syn jest przecież Zbawicielem rodzaju ludzkiego, że ma dać Ojcu niebieskiemu ekspiację za grzechy całego świata. Jeśli św. Jan wiedział, że Chrystus jest Barankiem Bożym: „który gładzi grzechy świata” (J l,36), to Maryja musiała wiedzieć więcej o tajemnicy posłannictwa Jej Syna.
Tradycja chrześcijańska wskazuje na pewne etapy cierpień Maryi. Mają one silne oparcie w tekstach Pisma świętego. I tak musiała Maryja bardzo wiele wycierpieć już w czasie swojej podróży do Betlejem, kiedy będąc bliska rozwiązania, nie miała dachu nad głową i musiała zrodzić Chrystusa w najuboższych warunkach – w grocie pasterzy. Bólem napełniło się Jej serce, gdy usłyszała bolesne kwilenie swojej Dzieciny w chwili Jego obrzezania, kiedy to po raz pierwszy polała się krew Zbawiciela świata. Starzec Symeon wprost zapowiada: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2,35). Ucieczka do Egiptu, udręka dalekiej podróży przez pustynię, pobyt w obcej ziemi wśród obcych ludzi w Egipcie, a potem nader skromne i ubogie życie w Nazarecie, to wszystko przyczyniało Maryi wiele cierpień, zwłaszcza, że zdawała sobie sprawę, że Jej Dziecię jest Synem Bożym. Było dla Niej tajemnicą, dlaczego taka jest wola Ojca niebieskiego. Samo postępowanie Pana Jezusa było w pewnych wypadkach niezrozumiałe dla Maryi, jak np. to, że nic Jej nie powiedział, iż pozostanie w świątyni i zbolała, pełna lęku musiała Go szukać przez trzy dni, aż Go znalazła nauczającego wśród kapłanów (Łk 2,41-50).
W podróżach apostolskich nie towarzyszyła wprawdzie stale swojemu Synowi. Ewangeliści podają imiona innych niewiast (Łk 8,2-3). Niemniej była świadkiem tułaczego życia Chrystusa Pana i musiała bardzo nad tym boleć. A kiedy pod koniec życia starszyzna żydowska jawnie zaczęła występować przeciwko Panu Jezusowi, kiedy zaczęły się na Jego życie zamachy, jakże bardzo musiała cierpieć Maryja i jak wielkim lękiem napełniał ją każdy dzień! Wreszcie nie da się opisać, jaki ogrom cierpienia i bólu zwalił się na Nią w czasie samej męki Chrystusowej. Obecnie wymienia się jako „Siedem Boleści Maryi”: przepowiednię Symeona (Łk 2,34-35), ucieczkę do Egiptu (Mt 2,13-15), zgubienie Pana Jezusa w świątyni (Łk 2,41-52), drogę na Golgotę, Ukrzyżowanie Pana Jezusa, zdjęcie z krzyża i Jego pogrzeb.
Kult Matki Bożej Bolesnej w Kościele
Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić: Siedmiu Założycieli zakonu Serwitów (w. XIII), św. Bernardyna (+ 1444), naszego bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela Pasjonistów (+1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie nawet imię obrał zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).
Ikonografia chrześcijańska w trojaki sposób zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze od wieku XIV jako Pietę, czyli Maryję z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś czy też serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie.
Średniowiecze, które wyeksponowało mękę Pana Jezusa, często także przedstawiało wizerunki Matki Bożej Bolesnej. Nie było chyba ani jednego artysty wielkiej miary, który by nie uwiecznił również i tej tajemnicy na swoich płótnach, na plafonach kościołów czy w rzeźbie.
Do największych arcydzieł świata zalicza się Piętę – dzieło Michała Anioła. Barbarzyńska próba jej zniszczenia przez pewnego szaleńca w roku 1973 spotkała się z powszechnym oburzeniem.
Jak miłe jest Bożej Matce to nabożeństwo, świadczy, że tak wiele jest na świecie wizerunków Matki Bożej Bolesnej, które zasłynęły niezwykłymi łaskami. W Italii jest ich ponad 40. W Polsce tych wizerunków jest kilkanaście, z tych kilka koronowanych koronami papieskimi, jak np. obraz Matki Bożej Bolesnej w kościele Franciszkanów w Krakowie, czy figura Matki Bożej w Limanowej, obraz w Oborach, Sulisławicach, w Chełmie i w Staniątkach. Posiadają wizerunki Matki Bożej Bolesnej: Warszawa, Kraków (4), Jarosław, Poniatowo, Mądre, Melentyn, Skrzatusz, Boleszyn, Rymanów, Kościerzyn, Chełmno, Młodzawy, Orłowa, Czarny Potok, Brzozowice i Osiek. Wymieniamy jedynie wizerunki uznane za cudowne. Zakonów ku czci Matki Bożej Bolesnej, zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską, jest obecnie 21: dwa męskie i dziewiętnaście żeńskich.
A oto inne objawy nabożeństwa do Matki Bożej Bolesnej w naszej ojczyźnie.
Od XI wieku znane są godzinki do Matki Bożej Bolesnej. W 1595 roku przy kościele franciszkanów w Krakowie zostało założone bractwo M.B. Bolesnej. W 1607 roku zostały napisane konstytucje tego bractwa. Należeli do niego najznakomitsi Polacy: królowie – Zygmunt III, Władysław IV i Jan Kazimierz, wielu biskupów i magnatów. W wieku XVII i XVIII mamy drukiem wydane dzieła o Męce Pańskiej i o boleściach Maryi. Od wieku XIV spotykamy liczne obrazy Matki Bożej Bolesnej: z mieczem (mieczami) przebijającym Jej Serce, jako Piętę czy też stojącą pod krzyżem.
Najdawniejszym śladem tego nabożeństwa w literaturze polskiej są powstałe na przełomie XIV i XV w. „Treny Matki Pana Jezusowej” a w muzyce polskiej „Stabat Mater” Grzegorza Gorczyckiego z wieku XVI skomponowany na cztery głosy. Sekwencja ta była także natchnieniem dla Elsnera (w. XIX) i Surzyńskiego, a przede wszystkim dla nieśmiertelnego „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego.
Sekwencja Stabat Mater
Bolejąca Matka stała
U stóp krzyża, we łzach cała,
Kiedy na nim zawisł Syn
A w Jej pełnym jęku duszy
Od męczarni i katuszy
Tkwił miecz ostry naszych win.
Jakże smutna i strapiona
Była ta Błogosławiona,
Z której się narodził Bóg
!
Jak cierpiała i bolała.
Jakże drżała, gdy widziała
Dziecię swe wśród śmierci trwóg.
Któryż człowiek nie zapłacze,
Widząc męki i rozpacze Matki
Bożej w żalu tym?
Któż od smutku się powstrzyma,
Mając Matkę przed oczyma,
Która cierpi z Synem swym?
Widzi, jak za ludzkie winy
Znosi męki Syn jedyny,
Jezus, jak Go smaga bat.
Widzi, jak samotnie kona
Owoc Jej czystego łona,
Dając życie za ten świat.
Matko, coś miłości zdrojem.
Przejmij mnie cierpieniem swoim,
Abym boleć z Tobą mógł.
Niechaj serce moje pała,
By radością mą się stała
Miłość, którą Chrystus Bóg.
Matko święta, srogie rany,
Które zniósł Ukrzyżowany,
Wyryj mocno w duszy mej.
Mękę Syna rodzonego,
Co dla dobra cierpiał mego,
Ze mną się podzielić chciej.
Pragnę płakać w Twym pobliżu,
Cierpiąc z Tym, co zmarł na krzyżu,
Po mojego życia kres.
Chcę pod krzyżem stać przy Tobie,
Z Tobą łączyć się w żałobie
I wylewać zdroje łez.
Panno czysta nad pannami,
Niechaj dobroć Twoja da mi
Płakać z żalu z Tobą współ.
Bym z Chrystusem konał razem,
Męki Jego był obrazem.
Rany Jego w sobie czuł.
Niech mnie do krwi rani zgraja,
Niech mnie męki krzyż upaja
I Twojego Syna krew.
W ogniu, Panno, niech nie płonę,
Więc mnie w swoją weź obronę,
Gdy nadejdzie sądu gniew.
.
Gdy kres dni przede mną stanie,
Przez Twą Matkę dojść mi, Panie,
Do zwycięstwa palmy daj.
Kiedy umrze moje ciało,
Niechaj duszę mą z swą chwałą
Czeka Twój wieczysty raj. Amen.
Napisali o Matce Bożej Bolesnej
Piotr Semenenko: „Kazania na niedziele i święta” (fragment)
„Oto Matka twoja!” – Wielka, święta, słodka tajemnica, dzieło łaski, sakrament miłości; święty i wieczny skutek owego Boskiego pragnienia, a pragnienia wspólnego z Maryją. Chce nam dać ciało swe za pokarm, za napój, a przez to dać nam życie, stać się nowym Ojcem naszym… Ale to ciało jest ciałem Maryi i krew Jego Jej krwią… Więc jeżeli On staje się Ojcem, to Maryja stać się musi Matką. Jedno od drugiego nierozłączne. Wspólna przyczyna i wspólny skutek. Oto Ojciec nasz, oto Matka! Ich ciało staje się naszym ciałem, ich krew naszą krwią…
Tak to wprzódy stajemy się synami Jezusa i Maryi, potem dopiero i przez to synami Boga. Tak więc, kto nie ma Maryi za Matkę, nie może mieć Boga za Ojca… O Maryjo! Tam pod krzyżem Tyś patrzyła, jak Syn Twój umierał w człowieczeństwie swoim; patrzyłaś w boleściach największych. Ile męczarni na krzyżu, tyle mieczy w Twej duszy… Ale wtedy najwyższa boleść zamieniła się w najsłodszą pociechę nowych urodzin. W tej boleści nadludzkiej i nas urodziłaś. Od Ciebie bierzemy ciało Chrystusowe, od Ciebie krew Jego, od Ciebie nowe życie. I tak stajemy się dziećmi Twymi a Ty stajesz się naszą Matką (Kazania na niedziele i święta, Lwów 1913).
Goethe: „Faust” (fragment)
Modlitwa Małgosi przed ołtarzem Matki Bożej Bolesnej. Ołtarzyk jest w murze, we wnęce. Małgosia stroi obraz Matki Bożej i tak się modli:
Przed Tobą staję
grzeszna i drżąca,
spójrz na mnie,
Matko. O, Bolejąca!
Miecz w Twojej piersi,
Matko Jedyna!
Patrzysz na męki
swojego Syna!
,,Ojcze w niebiesiech” –
szepcą Twe wargi –
„ukój mą boleść,
usłysz me skargi”
Takam zstrachana
i taka biedna –
Matko Bolesna,
Ty wiesz to jedna!
Wieczny ból we mnie,
ból za mną, ze mną –
oczy spłoszone
już się nie zdrzemną.
Samotna jestem
i przeto płaczę –
łzami dróg nędzę
skraplam i znaczę.
A w Twoim sercu
rany wieczyste –
a na Twych kwiatach
łzy me rzęsiste.
Rwałam je Tobie
w dzisiejsze rano,
godziną wczesną
i zapłakaną.
Jeszcze złocista
nie zeszła zorza –
rozpacz mnie gnała
z zimnego łoża.
Spójrz na mnie, Matko,
z gwiaździstej drogi,
ochroń od śmierci,
od hańby srogiej.
Przed Tobą staję
grzeszna i drżąca,
spójrz na mnie, Matko!
O, Bolejąca!
Teofil Lenartowicz: „Stabat Mater”
Wiatr w przelocie skonał chyżym,
Przeniknęła ziemię groza.
Krzyż na skale, a pod krzyżem
Stabat Mater Dolorosa.
Żadnych słów i żadnych głosów,
Krew z korony bożej spływa;
Wobec Boga i niebiosów
Stała Matka Boleściwa.
Na konania patrząc bóle,
Rany, pręgi od powroza,
Na łzy oczu, cierń na czole,
Stabat Mater Dolorosa.
Konająca od współmęki,
Przyjmująca śmierć za żywa,
Cierń i gwoździe bożej ręki,
Stała Matka Boleściwa.
Jak świat wielki opuszczona,
Gdy ją zdjęła życia zgroza.
Przerażona, że Bóg kona,
Stabat Mater Dolorosa.
Z wysokości więc boleści.
Która ludzkie gładzi grzechy,
Na jęk trwogi, żal niewieści,
Jeszcze promień spadł pociechy:
– Nie zostawię Cię sierotą.
Ukochana do ostatka,
O, Niewiasto, Syn Twój oto!
Janie, oto twoja Matka! –
O, pociecho, jakżeś sroga!
O, radości z sercem sprzeczne!
Za człowieka oddać Boga,
Za doczesne oddać wieczne…
O Maryjo, nie gardź nami,
Patrząc na łzę, co nam ścieka,
Że częstokroć mniej kochamy
Stwórcę Boga, niż człowieka.
Oczyść nas Twej szaty płótnem,
Jedynym wiewem złotej poły,
Niech się kocham w życiu smutnym
I w wieczności Twej wesołej!
A w dzień zgonu – Bolejąca –
Nim do wiecznych zejdę mroków,
Niech mi żal nie będzie słońca,
I powietrza, i obłoków.
Od siedmiu boleści
Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.
Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.
„Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.
Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.
Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.
wiara.pl –autorem tekstu “Od siedmiu boleści” jest ks. Tomasz Jaklewicz
***
Maryjne tajemnice Rzymu – Matka Boża Bolesna

Pieta Michała Anioła
***
Watykańska Bazylika Świętego Piotra – bo o niej mowa – jest miejscem szczególnym. Zbudowana nad grobem Pierwszego z Apostołów, od wieków przyciąga niezliczone rzesze pielgrzymów z całego świata. Każdy, kto przestępuje progi tej świątyni, zwieńczonej olbrzymią kopułą, jest olśniony jej bogactwem i monumentalnością. Piękno Bazyliki dyskretnie podkreślają delikatne smugi światła.
Setki zwiedzających, dobiegające zewsząd komentarze przewodników grup i błyskające flesze są tutaj codziennością. Całe poruszenie wydaje się jednak nie zakłócać spokoju i powagi tego świętego miejsca o centralnym znaczeniu dla wiary i pobożności chrześcijańskiej. Bezmierne bogactwo znajdujących się tutaj dzieł sztuki odkrywa przed pielgrzymującymi nie tylko mistrzowski kunszt ich twórców, lecz przede wszystkim głębię Bożego przesłania.
Poszukiwania maryjnych tajemnic Rzymu nie bez przyczyny wiodą właśnie do Bazyliki Świętego Piotra. Marmurowa rzeźba, znajdująca się w bocznej kaplicy, po prawej stronie od wejścia, odsłania bolesne misterium Maryi. Pieta, czyli przedstawienie Madonny opłakującej śmierć trzymanego w ramionach Syna, jest jednym z najczęstszych tematów podejmowanych w sztuce sakralnej. Pośród wielu tego typu ujęć, dzieło dłuta Michała Anioła jest najbardziej znane i chyba najpiękniejsze. Utrwalona w nim bolesna tajemnica Maryi zachwyca od pięciu wieków wszystkich, którzy odwiedzają watykańską świątynię.
Słynna rzeźba została ukończona w roku 1499, kiedy artysta miał zaledwie 25 lat. Historia podaje, że po wystawieniu Piety młody Michał Anioł często przychodził ją oglądać, i stojąc wśród ludzi przysłuchiwał się rozmowom na temat swojego dzieła. Kiedy okazało się, że nikt nie zna imienia twórcy, zagniewany rzeźbiarz przybył nocą, by potajemnie wyryć na szarfie Madonny widoczny jedynie z bliska napis: Michael Angelus Bonarotus Florentinus fecit, czyli “Michał Anioł Buonarroti Florentyńczyk wykonał”.
W dzieje Piety wpisane jest jeszcze jedno szczególne wydarzenie: w roku 1962 papież Jan XXIII polecił umieścić ją na nieco niższym cokole, aby była lepiej widoczna. Dokładnie dziesięć lat później do Bazyliki niespodziewanie wtargnął szaleniec i za pomocą młotka uszkodził w kilku miejscach rzeźbę. Dopiero po dwóch latach wytężonej pracy konserwatorzy zdołali przywrócić jej pierwotny stan. Dzięki tej renowacji odkryto jeszcze jeden ślad pozostawiony przez Michała Anioła: na prawej dłoni Madonny dostrzeżono monogram artysty w postaci maleńkiej litery M wtopionej dyskretnie w całość. Ze względu na bezpieczeństwo, Pietę od 30 lat chronioni szyba pancerna.
Ból Matki Bożej uwieczniony w marmurze odsłania Jej cierpienie, zapowiedziane już w proroctwie Symeona, które osiągnęło punkt kulminacyjny pod krzyżem Syna. Miecz boleści, który wtedy przeniknął serce Matki, oznacza Jej współudział w dziele zbawienia. Nauka o tej bolesnej tajemnicy została podana przez Sobór Watykański II, który objaśnia, że Maryja “najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem” (Lumen gentium, 58). Błogosławiona Dziewica uczestniczy w odkupieńczej śmierci Chrystusa przez posłuszeństwo wiary. Znaczenie tej cnoty podkreślił Jan Paweł II, przypominając w encyklice Redemptoris Mater, że “przez wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu” (nr 18).
Tajemnica współcierpienia Matki Bożej, przedstawiona przez Michała Anioła, odkrywa jeszcze inny sekret Niewiasty z Nazaretu. Kontemplacja Piety zachęca do naśladowania Maryi w Jej posłuszeństwie wiary i pokornym przyjęciu cierpienia. Ból Matki został zaznaczony przez Michała Anioła w sposób bardzo delikatny, jedynie skupionym wyrazem twarzy. Wiele osób zarzucało artyście, że niedostatecznie wyraził cierpienie postaci. Być może kryje się w tym jednak pewna intuicja: Maryja bolejąca po śmierci Jezusa tak naprawdę nigdy nie utraciła ufności w moc Bożą. Podążanie Jej śladami może zatem opromienić światłem nadziei każde, nawet największe, ludzkie cierpienie.
Szymon Kiera/Gość Niedzielny 29/2001 – Opoka.pl
***
„I ty, któraś współcierpiała”. Jaką wartość miały cierpienia Maryi?

***
Adorujemy Krzyż. Wpatrujemy się w symbol Męki Chrystusa, zdjąwszy zasłonę, jaka przesłaniała ten tron chwały od V Niedzieli Wielkiego Postu. W Wielki Piątek staramy się oddawać hołd Odkupicielowi dłużej, niż zwykle. A jednak choćbyśmy trwali godzinami przy Grobie Pańskim, jest ktoś, komu nigdy nie dorównamy w czci dla Ukrzyżowanego. To Matka Najświętsza. Maryja towarzyszyła swojemu synowi do samego końca, a widok umęczonego Zbawiciela dotykał ją głębiej, niż kogokolwiek z nas. Czy łzy – smutku i czci – które Maryja wylała na Golgocie, zdobyły jakąś zasługę? A może jej trwanie na Kalwarii nie miało znaczenia?
O roli Matki Bożej w Dziele Odkupienia napisano ostatnio wiele. Mariolodzy przypominali udział Naszej Pani w Męce jej Syna nie raz, komentując opublikowaną pod koniec 2025 roku notę doktrynalną Dykasterii Nauki Wiary „Mater Populi Fidelis”.
W tym kontrowersyjnym dokumencie Watykan wypowiedział się przeciwko używaniu tytułu „Współodkupicielki” w kulcie maryjnym. Wedle przekonania autorów, podobna terminologia mogłaby „przesłonić” zbawczą kompletność i jedyność chrystusowej Pasji.
„Biorąc pod uwagę konieczność wyjaśnienia podporządkowanej roli Maryi wobec Chrystusa w dziele Odkupienia, używanie tytułu Współodkupicielki dla określenia współpracy Maryi jest zawsze niewłaściwe. Tytuł ten grozi bowiem zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej, ponieważ nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4, 12) (…). W tym przypadku nie przyczynia się to do wywyższenia Maryi jako pierwszej i najważniejszej współpracowniczki dzieła Odkupienia i łaski, gdyż niebezpieczeństwo przesłonięcia wyłącznej roli Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który stał się człowiekiem dla naszego zbawienia i jako jedyny mógł złożyć Ojcu ofiarę o nieskończonej wartości, nie stanowiłoby prawdziwego zaszczytu dla Matki”, stwierdziła Dykasteria Nauki Wiary.
Wierni z troską i pewnym oburzeniem zareagowali na to wskazanie. Wśród licznych odpowiedzi na dokument Dykasterii najpoważniejszą stanowi krytyczna analiza „Mater Populi Fidelis”, opublikowana przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Maryjne. Na jej kartach teologowie podjęli polemikę z przekonaniami wyrażonymi w Nocie, obszernie wykładając katolickie spojrzenie na rolę Maryi w Dziele Odkupienia. W tym świetle uznali zastrzeżenia wobec tytułu „Współodkupicielki” za bezzasadne. Termin ten oraz bliskoznaczne z nim pojęcie „reparatrix” wykorzystywano nierzadko w Kościele, ale ich rozumienie nigdy nie podważało doskonałości Chrystusowej Ofiary, twierdzili przeciwnicy watykańskiego orzeczenia.
Niezależnie od dyskusji o zasadności omawianego pojęcia – wizja uczestnictwa Najświętszej Panny w cierpieniach jej Syna od zawsze była obecna w Tradycji. Również nota z końca listopada nie podważyła tej doktryny. Przeciwnie: w dokumencie tym autorzy wspomnieli „podporządkowaną” rolę Maryi w Męce Chrystusa.
Jak dokładnie rozumieć ten udział Matki Bożej? Gdzie miejsce na jej „wkład”, skoro Chrystus złożył z Siebie ofiarę doskonałą – niewymagającą jakichkolwiek uzupełnień? W odpowiedzi na to pytanie tkwi nauka o olbrzymiej wartości dla wszystkich, kontemplujących Mękę Pańską.
Spójrzmy zatem, jak sens uczestnictwa Maryi w Pasji Zbawiciela wyjaśniał św. Pius X w encyklice „Ad Diem Illum Laetissimum”.
„Ale nie tylko chwałą Dziewicy jest to, że dała materię ciała jednorodzonemu Synowi Boga, mającemu narodzić się z członkami ludzkimi (S. Bed. Ven. IV. in Luc. XI) i że tym sposobem przygotowała ofiarę dla zbawienia ludzi, ale i Jej posłannictwem było nadto opiekować się tą ofiarą, wykarmić ją i w dniu przeznaczonym zanieść ją przed ołtarz. Stąd między Maryją a Jezusem bezustanna wspólność życia i cierpienia (…). A gdy nadeszła dla Jezusa ostatnia godzina, widziano Maryję stojącą u stóp krzyża, przejętą z pewnością grozą widoku, a jednak szczęśliwą, że Syn Jej poświęcał się dla zbawienia rodu ludzkiego i zresztą tak uczestniczącą w Jego cierpieniach, że byłoby Jej się wydało nieskończenie lepszym, gdyby mogła wziąć na siebie męki, które przechodził (Św. Bonaw. I. Sent. 48, ad Sitt dub. 4). Wynikiem tej wspólności uczuć i cierpień między Maryją a Jezusem jest to, że Maryja zasłużyła na to, aby stać się Odkupicielką upadłej ludzkości i stąd szafarką wszystkich skarbów, które Jezus nam uzyskał przez Swą śmierć i krew Swoją”.
Zaraz Ojciec Święty dodawał: „Nie można bez wątpienia powiedzieć, aby szafowanie tymi skarbami nie było właściwym i wyłącznym prawem Jezusa Chrystusa, gdyż one są wyłącznym owocem Jego śmierci, On sam zaś z natury Swej jest Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi (…). Jesteśmy zatem bardzo dalecy od przypisywania Matce Bożej sprawczej przyczyny łaski – mocy, która należy do Samego Boga. Wszelako, ponieważ Maryja wzniosła się nad wszystkich w świętości i łączności z Jezusem Chrystusem i uczestniczyła przez Jezusa Chrystusa w Dziele Odkupienia, zasługuje de congruo, jak mówią teologowie, jak zasłużył się Jezus Chrystus de condigno i jest najwyższą szafarką łask”.
Te łacińskie formuły mogą być obce wielu czytelnikom, ale właśnie dzięki nim św. Pius X zwięźle porządkuje dyskusję, potwierdzając kompletność ofiary Chrystusa oraz godząc z tą prawdą udział Matki Najświętszej w dziele zbawienia.
Pojęcie zasługi de condigno (pol. ze sprawiedliwości), zgodnie z objaśnieniem ks. dr. Sieniatyckiego, dotyczy uczynku, którego wartość jest równa łasce otrzymanej z jego tytułu. „Jest ona wtedy, gdy zachodzi równość między nagrodą a wartością czynu”, tłumaczył autor przedwojennych podręczników dogmatycznych. Tymczasem „zasługa de congruo (pol. z odpowiedniości) jest wtedy, gdy między nagrodą a wartością czynu zasługującego nie ma równości, nagroda jest wyższa, niż wartość uczynku”.
W tym świetle Męka Pańska jawi się jako jedyna wystarczająca zapłata, zdolna wyjednać u Boga miłosierdzie dla grzesznej ludzkości. Wartość płynąca z ofiary Syna Bożego sama sprowadza nam przystęp do nadprzyrodzonego życia, stając się jego „przyczyną sprawczą”. Ofiara Maryi nie ma podobnej rangi. Nie oznacza to jednak, że jest bezowocna. Boża sprawiedliwość sprawia, że dobrowolne cierpienia Syna Bożego, ofiarowane za nas, przynoszą nam odkupienie. Boża miłość zaś, że mimo tej wystarczającej zasługi, pokorne łzy Matki nie są bez znaczenia.
Z tego powodu część dóbr, które w ogóle mogą przypaść nam w udziale dzięki krzyżowi Chrystusa, wypraszają nam boleści Najświętszej Panny, okazując się pełnymi łask dla ludu wiernego. Dla adorujących chrystusowy Krzyż, w tym boskim uznaniu dla cierpień Maryi tkwi obraz prawdy o doniosłym znaczeniu.
Jeśli trwanie Najświętszej Panny na Golgocie okazało się zasługujące, to my również możemy nie tylko uwielbiać ofiarę krzyżową – ale i realnie przyłożyć rękę do zwycięstwa Zbawiciela. Oczywiście, Bóg wysłużył nam łaskę bez naszej zasługi. A jednak – kazał nam też podjąć Jego drogę. Wezwał nas, byśmy „naśladowali Go, biorąc swój krzyż i zapierając się siebie samych”, w ten sposób umożliwiając nam współpracę z Jego Dziełem.
Chrystus oczekuje przecież od nas pomocy braciom. Powierzył swoim uczniom zadanie szerzenia wiary w Niego, by wielu mogło się zbawić. Kazał nam nawzajem pomagać sobie wytrwać w łasce. Mało tego! Kapłanom dał władzę odpuszczania grzechów oraz sprowadzania na świat owoców Jego Męki przez Mszę świętą. Jedynym źródłem tych dóbr jest Jego zbawcze Dzieło. Mimo to, sami czerpiąc z niego owoce, mamy dzielić się nimi z braćmi.
Maryja, która „współcierpiała”, to zatem nasza poprzedniczka – w adoracji Odkupiciela oraz w udziale w przejmującym zwycięstwie Wielkiego Piątku. Będąc dla nas przykładem, pozostaje mimo wszystko niedościgniona, a jej uczestnictwo wyraźnie inne.
Historia zbawienia zna tylko dwie osoby, które nie miały żadnych win do odpokutowania. Obok Chrystusa to właśnie Matka Boża. Oboje cierpieli w życiu ogromnie – choć taka chłosta nie była im potrzebna. Śmierć i ból to dziedzictwo grzechu, ciągnące się od pierwszych ludzi. Niepokalana była bez zmazy. Jeśli więc cierpiała, to na podobieństwo Syna – z naszego powodu. Podczas, gdy Ewa podała mężowi zakazany owoc i zjednoczyła się z nim w nieprawości, Matka Boża do końca trwała z cierpiącym Chrystusem, którego przyniosła na świat, gdy Zbawiciel zgładził grzech pierworodny. Wobec tego podobieństwa trudno wątpić o jej współpracy w Odkupieniu.
Filip Adamus/PCh24.pl
***
Matka Boża Bolesna Smętna Dobrodziejka

W krakowskiej bazylice oo. Franciszkanów znajduje się późnogotycki obraz Matki Bożej Bolesnej, zwanej – z powodu licznych łask tu otrzymywanych przez wiernych – Smętną Dobrodziejką.
Na cierpienia Maryi wskazują tutaj: układ ust, załamanie rąk, postawa nieco pochylona, oczy wezbrane łzami oraz nade wszystko przeszywający Jej serce miecz – symbol boleści. Po bokach Maryi czterej aniołowie, współbolejąc z Nią, trzymają narzędzia Męki Pańskiej.
Z obrazem tym łączy się tradycja ułaskawiania przez Smętną Dobrodziejkę skazanych na śmierć złoczyńców. Udzielanie amnestii odbywało się na mocy przywileju przyznanego przez królów polskich pierwszemu w Polsce Bractwu Męki Pańskiej. W Wielki Czwartek więźniowie spowiadali się, przyjmowali Komunię św., potem prowadzono ich do Kaplicy Matki Bożej Bolesnej, następnie do kaplicy Męki Pańskiej, gdzie po nabożeństwie skazańcy odzyskiwali wolność.
Piotr Hiacynt Pruszcz w swym dziele pt. “Morze łaski Bożej” tak pisze o Smętnej Dobrodziejce “Przed tym obrazem grzeszni wielkimi ciężarami nieprawości obciążeni, za przyczyną tej Panny od Pana Boga pociechy odnoszą… Ludzie w różnych frasunkach, kłopotach i jakichkolwiek dolegliwościach będący, gdy się tam z nabożeństwem ofiarują, za pomocą Bożą i niezwłoczną przyczyną Panny błogosławionej to, o co poproszą, otrzymują. Jest to obraz na wejrzenie żałobny, do skruchy i łez wylania każdego pobudzający”.
Dawniej na ścianach kaplicy widniało wiele tablic, na których malowano doznane cuda. Wszystkie one spłonęły podczas pożaru w 1850 r., z którego jedynie sam obraz Matki Najświętszej cudownie ocalał. Z wdzięczności i miłości do swojej niebieskiej Opiekunki krakowianie wraz z duchowieństwem postarali się o koronację cudownego wizerunku. Miała ona miejsce 20 września 1908 r. Koronatorem był ks. Jan kardynał Puzyna.
Kult Matki Bożej Bolesnej bardzo się rozwinął podczas II wojny światowej, kiedy dniami i nocami błagano o odwrócenie od narodu zagłady hitlerowskiej. Po wojnie cześć i miłość do Smętnej Dobrodziejki nie osłabły. Wizerunek nadal otaczany jest wielką czcią, o czym świadczą choćby liczne wota i tabliczki z podziękowaniami za otrzymane łaski.
Wierni, nawiedzający bazylikę Franciszkanów w Krakowie, ciągle z ufnością błagają Maryję: Matko Boża Bolesna – Smętna Dobrodziejko, módl się za nami!
MB – PCh24pl
***
poniedziałek 14 września 2026
Święto Podwyższenia Krzyża
Gdyby zbawienie zależało od ludzkiej pomysłowości, krzyż nigdy nie zostałby jego narzędziem. Ludzka logika kojarzy zbawienie z siłą, prawem, władzą, sukcesem – ale nie z hańbiącą śmiercią.

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”.
Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).
Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).
Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.
Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.
źródło: brewiarz.pl
***
Na drzewie zwyciężył czy na drzewie został pokonany? Czyli o wężu w Biblii i Krzyżu Świętym

Co wspólnego ma wąż z krzyżem Chrystusa? Okazuje się, że bardzo wiele. Sam Zbawiciel, mówiąc o swoim wywyższeniu na krzyżu, odwołał się do miedzianego węża, którego Mojżesz podniósł na pustyni. Motyw węża prowadzi nas jeszcze dalej – aż do ogrodu Eden, gdzie to on stał się narzędziem pierwszego grzechu i początkiem ludzkiego dramatu. Nieprzypadkowo więc to właśnie do niego nawiązał Chrystus: ten, przez którego na początku historii zbawienia przyszła śmierć, na krzyżu zostaje ostatecznie pokonany. W święto Podwyższenia Krzyża Świętego warto zatem spojrzeć na krzyż także przez pryzmat tajemniczej historii biblijnego węża.
Wąż i grzech pierwszych rodziców
Pierwszy wąż pojawił się już na samym początku Biblii, czyli w Księdze Rodzaju. To właśnie tam szatan przyjął postać węża by skłonić pierwszych rodziców do nieposłuszeństwa Bogu. Przez niego Adam i Ewa przekroczyli Boży nakaz i tym samym sprowadzili grzech na świat.
Wąż (…) rzekł do niewiasty: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Niewiasta odpowiedziała wężowi: „Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli”. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,1-5).
Wąż kusił Ewę nie tylko samym owocem, lecz grzechem pychy. Chciał bowiem, by pierwsi rodzice uznali się za równych samemu Bogu. To znajdujące się w środku ogrodu drzewo było drzewem poznania dobra i zła. I chociaż w posiadaniu wiedzy nie ma nic złego (wprost przeciwnie, zdobywanie wiedzy jest rzeczą chwalebną!), to w przypadku pierwszych rodziców to pragnienie miało miejsce w sposób nieumiarkowany, czyli ponad odpowiednią miarę. Chcąc posiadać wiedzę, pragnęli w rzeczywistości posiadać doskonałość równą samemu Bogu.
Pierwszy człowiek zgrzeszył głównie przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie „poznania dobra i zła” za namową węża, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał decydować, co jest dobre, a co złe – pisze św. Tomasz z Akwinu (ST II-II q. 163 a. 2 c.) W drugiej kolejności zgrzeszył przez pożądanie Bożego podobieństwa w zakresie własnej mocy działania, to znaczy, że swoją własną naturalną mocą chciał działać w taki sposób, aby osiągnąć szczęście – dodaje Akwinata.
Skutkiem grzechu pierwszych rodziców była śmierć i wygnanie z raju. Co zaś tyczy się węża, to za karę od tamtego momentu miał już czołgać się na brzuchu, a w przyszłości miała pojawić się niewiasta, która zmiażdży mu głowę.
Surowość kary wymierzonej za ten pierwszy grzech odpowiada wielkości samego grzechu – nie ze względu na jego rodzaj, lecz ze względu na to, że był pierwszym grzechem: ponieważ zniszczył on niewinność naszego pierwotnego stanu i, pozbawiając go niewinności, sprowadził nieład na całą naturę ludzką – wyjaśnia Doktor Anielski (ibid., a. 3 ad. 2).
Kara i lekarstwo
Węże pojawiają się ponownie w Księdze Liczb – tym razem już nie jako powód grzechu, lecz jako kara za grzech i lekarstwo z niego wybawiające. Izraelici po długiej drodze przez pustynię zaczęli tracić cierpliwość i szemrać przeciw Bogu i Mojżeszowi. Karą za ten grzech była właśnie plaga jadowitych węży. Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła (Lb 21,6). Lekarstwem chroniącym od śmierci również stał się wąż – tym razem miedziany, uczyniony przez Mojżesza na polecenie Boga.
Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: „Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu”. Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu (Lb 21,8-9).
Izraelici poprzez swoje szemranie pokazali brak zaufania wobec Stwórcy; co więcej, oskarżali Tego, których ich wybawił, o ukryty podstęp zaprowadzenia ich na śmierć. Bóg na lekarstwo od grzechu wybrał właśnie miedzianego węża, ponieważ spojrzenie na ten posąg było aktem ufności Bogu; Izraelici patrzyli na węża, bo Bóg im tak polecił, a z zaufania Bożej obietnicy przychodziło wybawienie od śmierci. Figura sporządzona przez Mojżesza nie była zatem przedmiotem kultu bałwochwalczego, ale wyrazem zaufania Bogu.
Chrystus odwraca grzechy Starego Testamentu
W Nowym Testamencie symbolika węża nabiera zupełnie innego znaczenia, ponieważ dwa wspomniane wydarzenia łączą się w scenie śmierci Chrystusa na krzyżu. Sam Zbawiciel podkreślił bowiem, że wywyższenie węża było zapowiedzią Jego własnego ukrzyżowania:
Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,14-16).
Śmierć Jezusa na krzyżu była odwróceniem złej doli ludzkości po grzechu pierworodnym. Zbawiciel bowiem swoją śmiercią otworzył im bramy raju – które to podwoje były zamknięte od chwili grzechu pierwszych rodziców. I jak mówi św. Tomasz, konieczny był wykup zniewolonej ludzkości z niewoli grzechu.
Skoro więc diabeł zwyciężył człowieka, skłaniając go do grzechu, człowiek stał się poddany jego niewoli. (…) Męka Chrystusa była wystarczającym i nadobfitym zadośćuczynieniem za grzech i dług rodzaju ludzkiego; była ceną, za którą zostaliśmy uwolnieni (ST III q. 48 a. 4 c.)
W czasie swojej Męki Zbawiciel pokazał cnoty przeciwne grzechom pychy i nieufności, które popełnili odpowiednio: pierwsi rodzice w raju i Izraelici na pustyni. Śmierć Chrystusa była bowiem najgłębszym wyrazem jego posłuszeństwa. Pozwolił się przybić do krzyża, ośmieszyć; pozwolił nawet by Jego Bóstwo było w pewien sposób „ukryte” – bo przecież trudno było uwierzyć, że ten konający człowiek był Bogiem. Chrystus „odwrócił” również grzech pierwszych rodziców, ponieważ gdy Adam i Ewa chcieli być równymi Bogu, to On – Bóg, druga Osoba Trójcy – stał się równy ludziom, a następnie cierpiał i umarł jak człowiek.
Zbawiciel dał również przykład zaufania Bogu, którego tak bardzo brakowało Izraelitom na pustyni. Podczas modlitwy w Ogrojcu Chrystus prosił Ojca by – jeśli to możliwe – odsunął od Niego to cierpienie, które miało nadejść. W swojej Boskiej naturze wiedział, jak bardzo miał cierpieć, a w ludzkiej – zwyczajnie się tego bał. Zaufał jednak Ojcu i pokornie przyjął to okrutne cierpienie, które czekało Go już kilkanaście godzin później.
Wydaje się więc, że Bóg celowo wybrał drzewo krzyża za narzędzie męki swojego Syna, a przypomina o tym jedna z prefacji mszalnych w słowach: Tyś postanowił dokonać zbawienia rodzaju ludzkiego na drzewie krzyża, aby skąd śmierć wzięła początek, stamtąd i życie zmartwychwstało, i aby ten, który na drzewie zwyciężył, na drzewie również został pokonany (Prefacja o Męce Pańskiej).
Widać bowiem, że scena z ogrodu Eden i scena ukrzyżowania Chrystusa mają wspólne cechy. W raju to właśnie drzewo, z którego Ewa zerwała jabłko, stało się narzędziem pozornego triumfu szatana (symbolizowanego przez węża) i śmierci. Nie jest to więc przypadkowe, że właśnie na drzewie krzyża Zbawiciel odniósł zwycięstwo nad „wężem” i śmiercią. Znany łaciński hymn Vexilla Regis, czyli Króla wznoszą się znamiona, podkreśla, że to właśnie na krzyżu Chrystus ukazał swoje królowanie, mówiąc, że „Bóg królował z drzewa”.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***
Ojciec Święty Leon XIV dziś kończy 71 lat
Papież Leon XIV, od 8 maja 2025 r. Następca Świętego Piotra, kończy 71 lat. Pierwszy papież pokolenia wyżu demograficznego po II wojnie światowej i pierwszy Amerykanin – Biskup Rzymu urodził się jako Robert Francis Prevost w Chicago 14 września 1955 roku.

fot. Krzysztof Tadej – fot. Vatican Media
***
Papież Leon XIV kończy w poniedziałek 71 lat. W dniu urodzin odwiedzi Bibliotekę Apostolską, gdzie otworzy wystawę prac. W Watykanie nie przewidziano specjalnych obchodów. Papież przygotowuje się do podróży do Francji pod koniec września.
Pierwsze życzenia urodzony 14 września 1955 roku w Chicago papież usłyszał już w niedzielę. Gdy pojawił się w południe w oknie Pałacu Apostolskiego, by odmówić z wiernymi modlitwę Anioł Pański, rozległy się okrzyki z życzeniami po włosku i angielsku.
W przeddzień urodzin brat papieża, John Prevost powiedział w wywiadzie dla włoskiej telewizji Mediaset: Jestem dumny, że jeszcze się nie załamał, że się trzyma, daje sobie radę.
– Stawia czoła sytuacji z dawką humoru, z siłą i z determinacją, by zrobić coś, co pomoże uczynić świat lepszym miejscem. Chce umacniać wiarę katolicką na całym świecie – dodał.
Brat papieża opowiedział również: Jakiś czas temu pomógł mi z komputerem, bo ja się na tym nie znam i nie potrafiłem go uruchomić. A w zeszłym roku, kiedy był okres składania deklaracji podatkowych, zadzwoniłem do niego i zapytałem: Co mam zrobić? I on pomógł mi także przy zeznaniu podatkowym.
– Ma rozległą wiedzę – stwierdził John Prevost mówiąc o swoim bracie Robercie, który ma także dyplom z matematyki, uzyskany na augustiańskim uniwersytecie Villanova w Pensylwanii.
Ścisłe wykształcenie papież wykorzystuje też obecnie. Jego pierwsza encyklika „Magnifica Humanitas”, opublikowana w maju tego roku poświęcona jest trosce o godność człowieka w dobie sztucznej inteligencji.
W dniu urodzin Leon XIV po raz pierwszy odwiedzi Bibliotekę Apostolską, gdzie otworzy pierwszą ekspozycję z cyklu wystaw „Katastrofa i cud”. Jej celem jest zwrócenie uwagi na wodę jako dobro i zasób, ale równieź zagrożenie w związku z globalnym kryzysem klimatycznym.
Agenda papieża nie ulegnie szczególnym zmianom w związku z jego urodzinami, ale zapewne dzień rozpocznie małe świętowanie w gronie najbliższych współpracowników i osób zajmujących się papieskim apartamentem w Pałacu Apostolskim.
W poniedziałki po porannych audiencjach Leon XIV udaje się zazwyczaj do podrzymskiej rezydencji w Castel Gandolfo. Jak opowiedział John Prevost, który odwiedził papieża latem, pływa on tam w basenie, gra w tenisa.
W tych dniach Leon XIV przygotowuje się do podróży do Francji, którą rozpocznie 25 września. Podczas czterodniowej, intensywnej wizyty wygłosi kilkanaście przemówień. W Paryżu odwiedzi Pałac Elizejski, siedzibę UNESCO, otwartą ponownie po pożarze katedrę Notre-Dame, a na Place de la Concorde odprawi mszę z udziałem około miliona osób. Na Stade de France w Saint- Denis papież spotka się z młodzieżą. Drugim etapem jego pielgrzymki będzie sanktuaroum w Lourdes.
W mieście Metz Leon XIV wygłosi przemówienie podczas spotkania „Ku korzeniom Europy, dla pokoju i jedności” i odprawi mszę w tamtejszej katedrze.
To będzie przedostatnia zapowiedziana na ten rok zagraniczna podróż papieża. W listopadzie odwiedzi Urugwaj, Argentynę, a także Peru, gdzie przez wiele lat był misjonarzem i biskupem.
PCh24.pl – źródło: PAP / Sylwia Wysocka, Rzym
***
Niedziela 13 września 2026
Leon XIV: „Tylko przebaczenie wyzwala i na nowo przynosi światło”
“Przebaczenie jest niezbędne, a bez niego nie sposób żyć w pokoju; prędzej czy później w ludzkich sercach i między ludźmi rodzą się konflikty, oskarżenia, urazy i pragnienie zemsty, które niszczą relacje, rozbijają rodziny i rozpętują wojny” – zauważył papież Leon XIV przed dzisiejszą modlitwą Anioł Pański.

***
Papież przestrzegł, że oskarżenia, urazy i pragnienie zemsty niszczą relacje, rozbijają rodziny i rozpętują wojny.
Przebaczać bez granic
W rozważaniu przed niedzielną modlitwą Anioł Pański Leon XIV nawiązał do pytania, które Piotr stawia Jezusowi w Ewangelii: „Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy?”.
Papież zauważył, że już propozycja Piotra świadczy o wielkoduszności, ponieważ liczba siedem oznacza w Biblii pełnię. Jezus idzie jednak znacznie dalej: „Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”. Oznacza to – wyjaśnił Leon XIV – przebaczenie „bez granic, bez miary”.
Dar i przebaczenie u podstaw życia
Ojciec Święty wskazał na przypowieść o słudze, któremu pan darował ogromny, praktycznie niemożliwy do spłacenia dług. Ten jednak nie potrafił okazać podobnego miłosierdzia swojemu współsłudze.
U podstaw naszego istnienia leżą dar i przebaczenie – podkreślił Papież. Wszystko, co człowiek posiada, otrzymuje od Boga z czystej miłości, a nikt nie może powiedzieć, że doskonale odpowiada na Jego dobroć. Dlatego bezinteresowność, z której wyrasta ludzkie życie, powinna stać się również zasadą wzajemnych relacji.
Urazy rozbijają rodziny i rozpętują wojny
Leon XIV zaznaczył, że znaczenie przebaczenia widać w codziennym życiu. Bez niego w ludzkich sercach i relacjach wcześniej czy później pojawiają się „konflikty, oskarżenia, urazy i pragnienie zemsty”. Ich konsekwencje mogą być dramatyczne: „niszczą relacje, rozbijają rodziny i rozpętują wojny”.
Tylko przebaczenie wyzwala i na nowo przynosi światło – mówił Papież. Porównał je do dobrego wiatru, który potrafi rozproszyć nawet najgęstsze chmury, pozwalając ponownie zobaczyć słońce.
Miłość, która zapomina i uzdrawia
Przykładem takiego doświadczenia był św. Piotr. Po zaparciu się Jezusa i opuszczeniu Go podczas Męki spotkał Zmartwychwstałego nad Jeziorem Galilejskim. Chrystus nie wypomniał mu zdrady, lecz zapytał: „Szymonie […], czy miłujesz Mnie?”, a następnie ponownie wezwał: „Pójdź za Mną!”.
Zupełnie jak na początku, w dniu ich pierwszego spotkania, jakby nic się nie wydarzyło – zauważył Leon XIV. To właśnie „miłość, która zapomina i uzdrawia”, stała się dla Piotra potwierdzeniem jego misji.
Na zakończenie Papież prosił o wstawiennictwo Maryi, Matki Miłosierdzia, aby pomagała przebaczać także wtedy, gdy trudno uczynić pierwszy krok, i nieść światu „uzdrawiające światło miłości, która zwycięża nienawiść i rozbraja wszelką urazę”.
Vatican News/ ks. Łukasz Bankowski
***

fot. Agata Combik /Gość Niedzielny
***
Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi
Jasna Góra, 8 września 1946
Błogosławiona Dziewico, Matko Boga Przeczysta! Jak ongiś po szwedzkim najeździe król Jan Kazimierz Ciebie za Patronkę i Królowę państwa obrał i Rzeczpospolitą Twojej szczególnej opiece i obronie polecił, tak w tę dziejową chwilę, my, dzieci narodu polskiego, stajemy przed Twym tronem w hołdzie miłości, czci serdecznej i wdzięczności. Tobie i Twojemu Niepokalanemu Sercu poświęcamy siebie, cały naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, oddanie zupełne oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy. Synowi Twojemu, a naszemu Odkupicielowi ślubujemy dochowanie wierności Jego nauce i prawu, obronę Jego Ewangelii i Kościoła, szerzenie Jego królestwa.
Pani i Królowo nasza! Pod Twoją obronę uciekamy się; macierzyńską opieką otocz rodzinę polską i strzeż jej świętości. Natchnij duchem nadprzyrodzonym i pobożnością naszą parafię; ochraniaj jej lud od grzechów i nieszczęść, a pasterza umacniaj i uświęcaj swymi łaskami. Narodowi polskiemu uproś stałość w wierze, świętość życia, zrozumienie posłannictwa. Złącz go w zgodzie i bratniej miłości. Daj tej polskiej ziemi, przesiąkniętej krwią i łzami, spokojny i chwalebny byt w prawdzie, sprawiedliwości i wolności. Rzeczpospolitej Polskiej bądź Królową i Panią, natchnieniem i Patronką.
Potężna Wspomożycielko wiernych! Otocz płaszczem opieki Papieża oraz Kościół święty. Bądź mu puklerzem: wyjednaj mu świętość i żarliwość apostolską, swobodę i skuteczne działanie. Powstrzymaj zalew bezbożnictwa. Ludom od Kościoła odłączonym wskaż drogę powrotu do jedności Chrystusowej owczarni. Okaż niewierzącym słońce prawdy i podbij ich dusze czułością Twego Niepokalanego Serca.
Władna świata Królowo! Spojrzyj miłościwym okiem na troski i błędy rodzaju ludzkiego. Wyprowadź go z udręki i bezładu, z nieuczciwości i grzechów. Wyproś narodom pojednanie szczere i trwałe. Wskaż im drogę powrotu do Boga, by na Jego prawie budowały życie swoje. Daj wszystkim trwały pokój, oparty na sprawiedliwości, braterstwie, zaufaniu.
Przyjmij naszą ofiarę i nasze ślubowanie, Matko Boga i nasza. Przygarnij wszystkich do swego Niepokalanego Serca i złącz nas na zawsze z Chrystusem i Jego świętym królestwem. Amen.
***

Jasna Góra, 26.08.1956 podczas odnowienia Ślubów Narodu przez milion dwieście tysięcy zgromadzonych wiernych.
Polska za wskazaniem ks. Prymasa kard. Augusta Hlonda 8 września 1946 r. wybrała fatimską drogę ocalenia. W rodzinach, w parafiach, w diecezjach a następnie na Jasnej Górze dokonał się uroczysty Akt poświęcenia Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi. Uciemiężony Naród dopiero co po zakończeniu straszliwej wojny, stojąc przed kolejnym zniewoleniem, uczynił wielki akt wiary postanawiając wypełnić prośbę Matki Najświętszej z Fatimy.
Polska zaznała w swojej historii ogromnych i wielorakich cierpień w czasach niewoli, ponieważ„nie wypełniła zaprzysiężonych zobowiązań z 1656 r.roku”.
„Trzeba, aby się Naród odrodził w Bogu, aby był katolicki nie tylko z imienia, ale z przekonania, więcej jeszcze, z życia ; nie od święta, ale na każdy roboczy dzień. Poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi, to pierwszy krok na tej drodze mozolnej ku odrodzeniu” – list Episkopatu Polski z 1948r..
Zdając sobie sprawę tych wyraźnych znaków, postanówmy każdego dnia modlić się na różańcu, podejmujmy akty pokuty, a w pierwsze soboty miesiąca wynagradzajmy za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Jej Niepokalanemu Sercu.
***
wtorek 8 września
Urodziny Najpiękniejszej
Ile lat kończy 8 września Maryja? Matka Boża nie ma z tym problemu. Spełniwszy wiernie swoje życie, uczestniczy w wiecznej młodości Boga.

Narodzenie Najświętszej Maryi Panny – obraz w parafii Bezmiechowa Górna
***
We wschodniej części starej Jerozolimy, obecnie zamieszkanej przez większość muzułmańską, znajdują się wykopaliska odnalezionej w minionym wieku Sadzawki Owczej (Betesda), przy której Jezus uzdrowił paralityka. Tuż obok wznosi się zbudowana przez krzyżowców romańska bazylika św. Anny. Dużo wcześniej jednak, bo już w V wieku, stał tu bizantyński kościół upamiętniający miejsce narodzin Najświętszej Maryi Panny. To tu bowiem, według starożytnej tradycji, był dom Joachima i Anny, rodziców Maryi, i tu urodziła się i wychowała matka Zbawiciela.
Stąd do świątyni było bardzo blisko. Pasuje to do wczesnochrześcijańskiego przekazu, według którego Maryja urodziła się nieomal w cieniu murów Przybytku. Jest to jednak przekaz wyłącznie pozabiblijny. Pismo Święte nic nie wspomina o okolicznościach, czasie i miejscu urodzenia Matki Bożej. Nawet imiona Jej rodziców pojawiają się jedynie w literaturze apokryficznej.
Znaczna rodzina?
Wśród licznych apokryfów mówiących o pochodzeniu i pierwszych latach życia Maryi najstarsza jest tzw. Protoewangelia Jakuba. Powstała około roku 150 po Chrystusie. Według tego utworu Joachim i Anna byli ludźmi bardzo zamożnymi, jednak cierpieli z powodu braku potomstwa. Pewnego razu zasmucony Joachim odszedł na pustynię, aby pościć przez 40 dni i nocy. Powiedział wtedy do siebie: „Nie zstąpię z góry ani aby jeść, ani aby pić, póki nie spojrzy na mnie Pan, Bóg mój, i będzie mi modlitwa pokarmem i napojem” – czytamy w apokryfie.
W tym samym czasie Anna, żona Joachima, opłakiwała swoją bezdzietność. Któregoś dnia zwróciła się do Boga: „Panie ojców moich, pobłogosław mi i wysłuchaj modlitwę moją tak, jak pobłogosławiłeś Sarę i dałeś jej syna – Izaaka”. Wtedy ujrzała anioła Pańskiego. „Anno, Anno. Wysłuchał Pan Bóg modlitwę twoją. Poczniesz i porodzisz, a potomstwo twoje będzie przepowiadane po całej ziemi” – powiedział niebieski posłaniec. Anna odpowiedziała obietnicą, że urodzone dziecko ofiaruje Bogu. „Na Boga żywego, czy zrodzę chłopca, czy dziewczynkę, zawiodę ją w darze Panu, Bogu mojemu, i [dziecko to] będzie Mu służyło po wszystkie dni swego żywota” – zapewniła.
Opisana sytuacja przypomina historię innej niepłodnej kobiety, także Anny, która tysiąc lat wcześniej otrzymała obietnicę narodzenia syna. Tamta kobieta również przeznaczyła dziecko na służbę w świątyni. Chłopiec otrzymał imię Samuel i stał się potężnym prorokiem Izraela.
Według Protoewangelii Jakuba Anna, żona Joachima, dowiedziawszy się, że urodziła dziewczynkę, powiedziała: „W tym dniu dusza moja została wywyższona”, a po upłynięciu dni rytualnej nieczystości „poczęła piersią karmić dziecko i nazwała je imieniem Maryja”.
Gdy dziecko miało roczek, Joachim wydał wielką ucztę z udziałem kapłanów, arcykapłanów, uczonych w Piśmie i innych ważnych postaci, goście zaś błogosławili Maryję, mówiąc: „Bóg ojców naszych niech pobłogosławi to dziecię, niech da jej imię znakomite pośród wszystkich narodów na wieki”.
Gdy Maryja skończyła trzy lata, Joachim i Anna postanowili spełnić zobowiązanie i zaprowadzić Maryję do świątyni. Miała tam wejść w orszaku dziewic idących z kagankami w rękach. „Niech kaganki będą zapalone, by nie zwróciła się wstecz i serce jej nie zostało uwięzione daleko od świątyni Pańskiej” – zalecił Joachim. Gdy malutka Maryja weszła do świątyni, przyjął ją arcykapłan, który wygłosił przy tym proroctwo: „Pan Bóg wywyższy twe imię pośród wszystkich narodów. Na tobie w dniach ostatecznych ukaże Pan zbawienie synom Izraela”. Dalej czytamy, że „Maryja przebywała w świątyni Pańskiej i żyła jak gołąbka, i otrzymywała pokarm z rąk anioła”. Miała tam przebywać do 12. roku życia.
Popularny utwór
Protoewangelia Jakuba jest chrześcijańskim midraszem, czyli opowieścią, której celem jest wyjaśnienie poszczególnych fragmentów biblijnych. W tradycji żydowskiej ta metoda była powszechnie stosowana jako sposób interpretowania i komentowania Pisma Świętego.
Autor Protoewangelii Jakuba zna opisy narodzenia Jezusa według ewangelistów Mateusza i Łukasza, i uzupełnia je informacjami, o których pisma natchnione nie mówią, próbując zharmonizować je z tekstami Starego i Nowego Testamentu.
Niektóre elementy apokryficznego opisu środowiska, w jakim urodziła się Maryja, były odpowiedzią na zarzuty stawiane chrześcijanom przez pogan. Ci, jak na przykład filozof Celsus z II wieku, twierdzili, że Jezus był zrodzonym z cudzołóstwa synem ubogiej prządki marnego pochodzenia. To wyjaśnia nacisk, z jakim autor apokryfu podkreśla majętność i koligacje rodziców Maryi. Z tego też powodu wiele w tekście nadzwyczajnych zdarzeń, proroczych zapowiedzi i podobieństw do dziejów Samuela, Abrahama, Tobiasza czy Judyty. Niektóre z tych wątków pojawiają się także w innych apokryfach.
Niezależnie od pewnej baśniowości tych opisów Protoewangelia Jakuba zajmuje ważne miejsce w literaturze mariologicznej. Przede wszystkim jest to tekst bardzo wczesny, być może korzystający z tradycji ustnej, przekazywanej w środowisku chrześcijan tamtej epoki. Oznacza też, że na wiedzę o pochodzeniu Maryi panowało już wtedy duże zapotrzebowanie. Na tym utworze zresztą bazuje wiele kolejnych maryjnych tekstów – apokryfów, żywotów Maryi i dzieł pobożnościowych. Nic dziwnego, że apokryf ten przez wieki cieszył się wielkim powodzeniem.
Siewna
Stopniowo w Kościele pojawiły się liturgiczne obchody narodzin Maryi. Najwcześniejsze wzmianki o nich sięgają początku VI wieku. Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w całym Kościele wprowadził w roku 688 papież św. Sergiusz I.
W Polsce święto Narodzenia NMP bywa także nazywane dniem Matki Bożej Siewnej. Nazwa pochodzi od zwyczaju, wedle którego dopiero po tym święcie rolnicy wychodzili na pola, żeby rozpocząć orkę i siew. Chcieli, żeby ziarno rzucone w ziemię pobłogosławiła Matka Boża. Święto Matki Bożej Siewnej bywało też tradycyjnym czasem urządzania dożynek. Czasem wdzięczności i radości, bo też urodziny Maryi to – jak każde urodziny – święto bardzo radosne. Wyraża to antyfona na wejście w Mszale rzymskim, która zawiera zdanie: „Z radością obchodzimy narodzenie Najświętszej Maryi Panny, z Niej wzeszło Słońce sprawiedliwości, Chrystus, który jest naszym Bogiem”.
Narodzenie Maryi jest zapowiedzią nadejścia Zbawiciela. Matka Boża jest nazywana Gwiazdą Zaranną, bo Jej pojawienie się oznacza przyjście Słońca sprawiedliwości. „Wypadało, aby to promienne i zdumiewające przyjście Boga do ludzi poprzedzało jakieś wydarzenie, które by nas przygotowało na przyjęcie z radością wielkiego daru zbawienia. I takie jest znaczenie święta, które dzisiaj sprawujemy, gdyż narodzenie Matki Bożej jest wstępem do tej skarbnicy dóbr (…). Niechaj więc całe stworzenie wyśpiewuje z zadowolenia i na swój sposób przyczyni się do radości właściwej temu dniowi. Niechaj niebo i ziemia złączą się w tych obchodach i niechaj świętuje wszystko, co jest na świecie i ponad światem” – pisał w VII wieku św. Andrzej z Krety.
Nasza nieznajomość w pełni wiarygodnych „danych biograficznych” Maryi nie stoi na przeszkodzie radosnemu świętowaniu, bo niewątpliwe pozostaje to, że Maryja się urodziła. A przyszedłszy na świat, wiernie spełniła wszystko, o co poprosił Ją Bóg. Dlatego, jak sama powiedziała w proroczym uniesieniu, błogosławią Ją wszystkie pokolenia.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Narodzenie Najświętszej Maryi Panny,
Święto Matki Boskiej Siewnej

Prawdziwa data i miejsce urodzenia Maryi nie są znane. Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Jak podaje tradycja, choć od 20 lat byli małżeństwem, nie mieli potomstwa. Ślubowali Bogu, że jeżeli urodzi im się dziecko, poświęcą je na służbę Panu. Z wiarą i nadzieją co roku udawali się do Jerozolimy i tam prosili o potomka. Pewnego dnia Joachimowi ukazał się anioł i zapewnił, że jego prośba została wysłuchana. Oznajmił, że żona urodzi córkę, którą nazwie Maryją i która w łonie matki zostanie napełniona Duchem Świętym. Anioł objawił się także Annie, zwiastując, że córka będzie błogosławiona nad wszystkie niewiasty. Obojgu, oddzielnie, nakazał udać się do Złotej Bramy w Jerozolimie. Kiedy małżonkowie spotkali się przy bramie, nie mieli wątpliwości, że anioł mówił prawdę.
Zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego, Maryja była Niepokalanie Poczęta, to znaczy bez obciążenia grzechem pierworodnym.
„Będzie Ona błogosławiona między wszystkimi niewiastami.
Będzie darem dla całej ludzkości, bowiem z Niej narodził się Zbawiciel”
Prorok Micheasz, Stary Testament
„Święto Narodzenia Matki Bożej. Kościół dziękuje Jej za to, że jest światłością Ludu Bożego.
Jest to światłość, w której odbija się światło słowa przedwiecznego, światło Chrystusa.
Ona najpełniej, najwierniej odbija to światło i przekazuje Ludowi Bożemu
we wszystkich Kościołach na całej ziemi.”
św. Jan Paweł II – tekst ze strony parafii w Siemiechowie
***
Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

Narodzenie Dziewicy Maryi
Bartolomé Esteban Murillo, Public domain, via Wikimedia Commons
Kiedy i gdzie urodziła się Maryja, Matka Jezusa? Kim byli Jej rodzice? Czy wiemy coś na ten temat i skąd? Kościół katolicki 8 września obchodzi liturgiczne święto narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Pobożność ludowa związała to święto maryjne z początkiem nowego cyklu rolnego. Jest ono nazywane świętem Matki Boskiej siewnej, bo dopiero po tym święcie można było rozpoczynać przygotowywanie pól i nowy zasiew na przyszłoroczne plony.
W Piśmie świętym nie mamy żadnej wzmianki o narodzinach Maryi. Informacje o tym pochodzą z tekstów apokryficznych, przede wszystkim z Protoewangelii Jakuba, która pochodzi z połowy II wieku i jest bliska czasowo Ewangelii św. Jana.
Z niej się dowiadujemy, że rodzicami Maryi byli starsi już i przez długi czas bezdzietni Joachim i Anna. Nie wiemy gdzie Maryja się urodziła. Przyszła na świat prawdopodobnie około 18 roku przed narodzeniem Jezusa.
Pierwsze informacje o liturgicznych obchodach narodzin Maryi pochodzą z VI wieku. Kult maryjny, po Soborze w Efezie w roku 431, przeżywał wtedy rozkwit. Jako święto ogólnokościelne pojawia się pod koniec VII wieku za sprawą papieża Sergiusza I. Data obchodów święta została przejęta ze Wschodu.
Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny było obchodzone w Jerozolimie już w V wieku. W miejscu wskazywanym przez apokryfy, jako miejsce narodzenia Maryi, cesarz Justynian I wybudował około 550 roku bazylikę poświęconą jej czci.
Obchody rzymskie święta narodzenia Matki Bożej uświetniane były uroczystą procesją ze świecami z kościoła św. Adriana do Bazyliki Matki Boskiej Większej. Był to czas dziękczynienia za zebrane plony i prośby o urodzaj.

Matka Boska siewna
Piotr Stachiewicz, Public domain, via Wikimedia Commons
***
Pobożność ludowa w Polsce to święto maryjne związała także z prośbą o urodzaje i obfite plony. Nazwane zostało świętem Matki Boskiej siewnej, gdyż dopiero po tym święcie przystępowano do przygotowania pól pod jesienną orkę i nowy zasiew. Wiele prac polowych w Polsce rozpoczynanych było symbolicznie w sobotę, aby Maryja pobłogosławiła podejmowanym wysiłkom. Dlatego też w niektórych rejonach był zwyczaj, że do ziarna siewnego dodawano ziarno wyłuskane z kłosów, które wraz z kwiatami i ziołami były poświęcone w dniu Wniebowzięcia Maryi. W innych regionach rolnicy przed zasiewem kropili swe dłonie wodą święconą, a pierwszą garść ziarna, jakie wrzucali w ziemię układali w formie krzyża, czyniąc to ‘w imię Boże’, jak opisują te zwyczaje kronikarze i etnografowie.
W parafiach wiejskich, w dniu 8 września, błogosławi się ziarno przeznaczone do zasiewu. Kościół modli się: „Boże, (…) pobłogosław te ziarna i inne nasiona, zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźniaj rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony… Udziel nam tego przez zasługi Najświętszej Dziewicy, której narodziny dziś obchodzimy”.
Uciekanie się do wstawiennictwa Maryi i prośba o błogosławieństwo w pracach polowych i plonach, ma prawdopodobnie źródło w apokryfach.
Apokryficzna Ewangelia Pseudo-Mateusza, a za nią polskie apokryfy opowiadają, jak podczas ucieczki do Egiptu Święta Rodzina spotkała rolnika siejącego zboże na polu. Zaniepokoił się, co ma powiedzieć ścigającym, którzy niebawem nadejdą. Maryja powiedziała mu, żeby mówił tylko prawdę, bo kłamstwo jest grzechem. Słudzy Heroda chcieli zabić Dziecię. Kiedy nadeszli, spytali rolnika, czy nie widział przechodzącej kobiety z małym dzieckiem. On odparł, że owszem, widział, i miało to miejsce, kiedy siał zboże. Żołnierze zatem zawrócili, a rolnik ze zdumieniem zobaczył, że na nowo obsianym polu był łan dorodnej, dojrzałej pszenicy.
Święto narodzenia Maryi przypomina o jej człowieczeństwie. Została niepokalanie poczęta, ale miała wolną wolę, nie była do niczego zmuszona. Obchodzone święta przypominają o Jej zaufaniu, posłuszeństwie i całkowitej uległości Bogu.
o. Paweł Kosiński SJ – Deon.pl
***
Ewangelia na 8 września:
Urodziny Najświętszej Maryi Panny
Ewangelia ze Święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny wraz z komentarzem. “Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.

Mt 1,1-16.18-23
Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama.
Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida.
Dawid był ojcem Salomona, a matką była dawna żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego.
Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów».
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel», to znaczy: «Bóg z nami».
Komentarz
Drzewo genealogiczne, od którego św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię, ukazuje Jezusa jako człowieka, który włącza się w ludzkie dzieje wraz z ich wzlotami i upadkami. Bóg jest wierny. Obietnica dana Abrahamowi, od którego rozpoczyna się genealogia, spełnia się w Jezusie: „On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1,21).
W Mateuszowym rodowodzie Jezusa wspomina się również o czterech kobietach z dziejów Izraela. Nie ma wśród nich Sary, Rebeki, Lei czy Racheli, uznanych w tradycji Izraela za kobiety wyróżniające się znaczeniem, dokonaniami czy zasługami. Mateusz wylicza takie, które na ludzki rozum lepiej raczej pominąć milczeniem. Naruszają bowiem czystość drzewa genealogicznego. Uznawano je raczej za skazę na dziejach Izraela.
Kolejną cechą wspólną czterech kobiet z rodowodu jest to, że nie były one Żydówkami. Te poganki pojawiają się w zwrotnych punktach dziejów Izraela. Rachab, będąca jawnogrzesznicą, otwiera wysłannikom Jozuego drogę do Jerycha. Rut dobrowolnie przyłącza się do Izraela i staje się matką rodu Dawida. Batszeba, żona Uriasza, zostaje matką Salomona. Z kolei Tamar podstępem wymusza od Judy prawo do potomstwa, królestwo zostanie związane z pokoleniem Judy, przez co może się spełnić błogosławieństwo Jakuba: „Nie zostanie odjęte berło od Judy, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów” (Rdz 49,10). Drzewo genealogiczne, które na pierwszy rzut oka jest drzewem Abrahama i Dawida, dzięki tym czterem kobietom staje się drzewem genealogicznym Kościoła, do którego należą Żydzi i poganie. Rodowód wskazuje tym samym na to, co ma nadejść: Kościół dla wszystkich narodów.
Mateusz już na samym początku swej Ewangelii ukazuje myśl, do której będzie powracał: ostatni będą pierwszymi. U Boga ludzkie miary zostają odwrócone. Bóg wybrał to, co słabe w oczach ludzkich, lecz przez Boże wybranie staje się mocne i cenne. Grzeszne kobiety są włączone w drzewo łaski, która pochyla się nad grzesznikiem i która buduje na przebaczeniu, a nie na ludzkiej wielkości czy ludzkich dokonaniach.
Cały opis genealogiczny zmierza jednak do piątej kobiety: do Maryi, a przez Nią do Jezusa. Gdy rodowód dochodzi do Niej, w opisie Mateusza następuje zmiana. Józef nie zrodził Jezusa, lecz był jedynie „mężem Maryi, z której narodził się Jezus, zwanym Chrystusem” (Mt 1, 16). Jezus – jako syn Józefa – należy do tej genealogii wyłącznie za sprawą przynależności prawnej, a nie z więzi biologicznej. Mamy tu do czynienia z nowym początkiem. Ten prawdziwy początek, od którego ostatecznie wszystko zależy, dokonuje się poprzez wiarę, dzięki „tak” wypowiedzianemu przez Maryję. Do Jej „tak” przyłącza się Józef, biorąc do swojego domu Maryję wraz z nienarodzonym Zbawicielem. Do tej genealogii dołączają liczne pokolenia tych, którzy przyjmują Bożą łaskę daną w Jezusie Chrystusie. Stają się oni również dziećmi Maryi, której urodziny dziś świętujemy.
Opus Dei
***
Narodzenie Maryi.
Dlaczego 8 września?
fot. Canva Pro
***
Narodzenie Maryi nie jest „zwykłą” rocznicą. Święto to nawiązuje do jerozolimskiego kościoła, w którym czczono tajemnicę Jej narodzin.
Daty uroczystości i świąt kościelnych rzadko są przypadkowe. Zwykle mają swoją genezę, a niekiedy także głęboką logikę. Jedne odnotowują „rocznicę” wydarzeń zbawczych, inne zyskały określone miejsce w kalendarzu w wyniku rozumowania teologicznego czy symbolicznego.
Do pierwszej grupy należy Wielkanoc. Choć nie wiemy dokładnie, w którym roku nastąpiła śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa (tradycyjnie wskazuje się rok 33, choć niektórzy badacze podają rok 30), to pewne jest, że stało się to podczas pierwszej wiosennej pełni księżyca. Właśnie ten moment został utrwalony w zasadzie obliczania daty Wielkanocy, określonej przez Sobór Nicejski. Dlatego Wielkanoc w naszym kalendarzu jest świętem ruchomym – ale zawsze ściśle powiązanym z pierwszą pełnią księżyca po równonocy wiosennej.
Od daty Wielkanocy zależy wiele innych uroczystości roku liturgicznego: Środa Popielcowa otwierająca Wielki Post, a także Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, uroczystość Trójcy Świętej czy Boże Ciało. Wszystkie one są umieszczone w kalendarzu w stałym związku z Paschą.
Inaczej jest ze świętami „stałymi”. Boże Narodzenie obchodzimy zawsze 25 grudnia, a Zwiastowanie Pańskie – dziewięć miesięcy wcześniej, 25 marca. To właśnie data Zwiastowania zadecydowała o grudniowym święcie Narodzenia Pańskiego, a nie odwrotnie. W badaniach przeważa tzw. teoria kalkulacyjna: przyjmowano, że Jezus Chrystus począł się dokładnie w tym samym dniu, w którym później umarł na krzyżu – w zachodniej tradycji 25 marca. Zasada ta miała obowiązywać największe postaci ludzkości, których życie tworzyło pełny, symboliczny krąg. W ten sposób obliczono dziewięć miesięcy od poczęcia i otrzymano datę Bożego Narodzenia – 25 grudnia. Istnieje wprawdzie także hipoteza, że chrześcijaństwo wykorzystało w tym dniu święto Sol Invictus, ale pierwszeństwo ma logika „25 marca”.
Wiele innych świąt ustalano stopniowo. Od pierwszych wieków 29 czerwca czczono w Rzymie apostołów Piotra i Pawła, a 24 czerwca – narodzenie Jana Chrzciciela. Z czasem do kalendarza weszły też daty innych apostołów i męczenników. W starożytności rozumiano je zazwyczaj jako dies natalis, czyli dzień narodzin dla nieba – rocznicę śmierci lub translacji relikwii.
Narodzenie Maryi a zasada „dziewięciu miesięcy”
Zasada „dziewięciu miesięcy” pojawia się także w odniesieniu do Maryi: 8 grudnia obchodzimy Jej Niepokalane Poczęcie, a dziewięć miesięcy później – 8 września – Jej narodziny. W rzeczywistości jednak najpierw świętowano Narodzenie Maryi (od pierwszego tysiąclecia przypadające 8 września), a dopiero wiele wieków później – w XV wieku – utrwalono w kalendarzu łacińskim uroczystość Niepokalanego Poczęcia, zachowując logikę naturalnego cyklu życia.
Narodzenie Maryi należy do najstarszych świąt chrześcijańskich. Odnotowuje je już Sakramentarz gelazjański (kompilacja z VII wieku, zachowany w rękopisach od VIII wieku), który zawiera formularze na główne maryjne uroczystości: Oczyszczenie Maryi (2 lutego), Zwiastowanie (25 marca), Zaśnięcie/ Wniebowzięcie (15 sierpnia) oraz właśnie Narodzenie Maryi (8 września). W tym samym źródle znajdujemy też liczne święta obchodzone w tych samych dniach co dziś: Boże Narodzenie, Objawienie Pańskie, św. Jana Ewangelisty, Świętych Młodzianków, świętych apostołów czy narodzenie św. Jana Chrzciciela.
Dlaczego 8 września? Jerozolima jako punkt odniesienia
Tradycja daty 8 września wiąże się z Jerozolimą. Tego dnia obchodzono tam rocznicę dedykacji kościoła wzniesionego w pobliżu sadzawki Betesda, czczonego jako miejsce narodzin Maryi i domu Joachima i Anny. Świątynia nosiła wezwanie Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i szybko stała się celem pielgrzymek chrześcijan z całego Wschodu. Zwyczaj corocznego świętowania rocznicy jej konsekracji rozpowszechnił się w Kościołach wschodnich, a następnie – za pontyfikatu papieża Sergiusza I († 701) – w Rzymie i w całym Kościele zachodnim.
Tak jak Boże Narodzenie ma swój geograficzny punkt odniesienia w Betlejem, tak Narodzenie Maryi związano z tym jerozolimskim miejscem. Stąd data 8 września nabrała znaczenia symbolicznego i została na trwałe wpisana do kalendarza liturgicznego. Nie jest ona „historyczną rocznicą” urodzin Maryi – których nigdy nie znano – lecz upamiętnieniem i celebracją miejsca, gdzie od IV wieku czczono tajemnicę Jej narodzin. W ten sposób Kościół podkreślił, że życie Maryi – od narodzin, poprzez zwiastowanie i macierzyństwo, aż po zaśnięcie – pozostaje nierozerwalnie związane z historią zbawienia i ze świętą geografią: Jerozolimą, Betlejem, Nazaretem.
ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7.pl
***
Maryja przemówiła w Gietrzwałdzie
W Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, w Fatimie – sześć. W Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy około 160 razy.

Łaskami słynący obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie
***
W niewielkiej miejscowości Gietrzwałd, leżącej kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna, w czerwcu 1877 r. pojawiła się Piękna Pani, która wkrótce przedstawiła się jako Maryja Niepokalanie Poczęta.
Taki był początek trwających do 16 września objawień – jedynych na terytorium Polski oficjalnie uznanych przez Kościół. W tym roku obchodzimy 148. rocznicę tamtych wydarzeń.
Specyfika
Objawienia w Lourdes (1858 r.), Gietrzwałdzie (1877 r.) i Fatimie (1917 r.) nazywane są czasami objawieniami różańcowymi i można się doszukać wielu podobieństw między nimi. Podczas wszystkich tych objawień Matka Boża ukazywała się dzieciom z ubogich, lecz pobożnych rodzin wiejskich. W Gietrzwałdzie były to 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska. Wszędzie Maryja wskazywała wprost lub pośrednio na swoje Niepokalane Poczęcie: w Gietrzwałdzie Justynie przedstawiła się jako „Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”, Barbarze – jako „Maryja Niepokalane Poczęcie”. Zawsze nawoływała do odmawiania Różańca i obiecywała udzielenie licznych łask przez tę modlitwę. Wszystkie objawienia zyskały dużą popularność już w okresie swojego trwania lub bezpośrednio po nim. Przy czym popularność Gietrzwałdu wśród Polaków w tym początkowym okresie być może nawet przewyższała popularność Lourdes wśród Francuzów czy Fatimy wśród Portugalczyków (co uległo zmianie, gdy Lourdes i Fatima zyskały międzynarodową popularność). W roku objawień (praktycznie przez 6 miesięcy) Gietrzwałd odwiedziło ok. pół miliona pątników, podczas gdy stałych mieszkańców było ok. 400.
Istnieją jednak różnice między Lourdes i Fatimą a Gietrzwałdem. Pierwszą z nich – i bardzo zaskakującą – jest niezwykła intensywność warmińskich objawień. O ile w Lourdes Matka Boża objawiła się osiemnaście razy, a w Fatimie – sześć, to w Gietrzwałdzie w ciągu niespełna 3 miesięcy pojawiła się ok. 160 razy: do 24 lipca Maryja ukazywała się prawie codziennie, a od tego dnia do końca objawień nawet i trzy razy w ciągu dnia! Drugą różnicą jest intensywność nawoływań do odmawiania Różańca. W Fatimie, znanej z wagi, jaką Maryja przywiązywała do modlitwy różańcowej, wzywała głównie do błagań w intencji nawrócenia grzeszników. W Gietrzwałdzie Piękna Pani (bo tak nazywały Maryję widzące) wskazywała na Różaniec jako na środek na wszystkie kłopoty – w życiu zarówno osobistym, jak i społecznym.
Panaceum
Ważnym aspektem objawień w Gietrzwałdzie – o wyraźnym znaczeniu ponadczasowym – jest szczególny nacisk na potrzebę modlitwy różańcowej odmawianej w najróżniejszych sytuacjach kryzysowych. Jedne z pierwszych zanotowanych podczas warmińskich objawień słów Maryi brzmiały: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec”, słowa ostatnie zaś: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Między tymi dwoma wezwaniami znajdziemy różne zachęty do odmawiania Różańca (a dodajmy jeszcze, że wiele wizji nawiedzało Justynę i Barbarę podczas odprawianych w parafii nabożeństw różańcowych).
Jak to bywa w czasie objawień maryjnych, w trakcie rozmów z Bogurodzicą widzący zadają pytania, na które Maryja odpowiada. Nie inaczej było w Gietrzwałdzie: za pośrednictwem Justyny i Barbary ludzie pytali, a Niepokalana odpowiadała. I na podstawie tych odpowiedzi rysuje się obraz wszechstronnej skuteczności modlitwy różańcowej: potrzebne jest uzdrowienie z choroby – należy odmawiać Różaniec; chcemy czyjegoś nawrócenia – Różaniec; pomyślne rozwiązanie problemów Kościoła – Różaniec… Podczas gietrzwałdzkich objawień Najświętsza Maryja Panna ukazuje nam więc modlitwę różańcową jako swoiste panaceum – lekarstwo na wszystkie prawie dolegliwości ducha i ciała, indywidualne i społeczne.
Gietrzwałd i polityka
Objawienia gietrzwałdzkie mają też znaczenie polityczne. W najśmielszych wizjach komentatorów objawienia w małej warmińskiej wsi mocno wpłynęły na losy ówczesnej Europy i świata, zapobiegając w drugiej połowie XIX wieku ni mniej, ni więcej, tylko światowej wojnie i opóźniając ten konflikt o prawie 40 lat (I wojna światowa trwała w latach 1914-18). W skromniejszym wymiarze wskazuje się na rolę Gietrzwałdu w procesie odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Pamiętajmy, że w 1877 r. Polska pozostawała pod zaborami, a w zaborze pruskim, gdzie leżał Gietrzwałd (wówczas Dietrichswalde), szalał Kulturkampf, czyli wytężona akcja germanizacyjna, skierowana przeciwko polskości i katolicyzmowi. W zaborze rosyjskim natomiast był to wciąż okres brutalnych prześladowań po powstaniu styczniowym (1863 r.). Widoki na odzyskanie niepodległości były więc w tej sytuacji niewielkie. Tymczasem Święta Dziewica objawia się dwóm polskim dziewczynom i mówi do nich po polsku (dzisiaj ostrożnie mówi się o miejscowym dialekcie, tylko że ten dialekt jako przejaw polskości był tępiony przez Prusaków). Mówiąca po polsku (choć w dialekcie) i o Polsce Maryja przyciągała do Gietrzwałdu setki tysięcy głównie polskich pielgrzymów z wszystkich zaborów. W tym kontekście objawienia były jednym z impulsów wzmocnienia polskości, które zaowocowało odzyskaniem niepodległości w 1918 r. Wpływ objawień gietrzwałdzkich na losy Polski ma znaczenie przede wszystkim dla Polaków, lecz jego wydźwięk jest również uniwersalny – jako kolejny znak zbawczego zaangażowania Boga w losy ludzkości. Kardynał Karol Wojtyła w kazaniu z 11 września 1977 r., podczas obchodów 100. rocznicy objawień, zinterpretował je jako Boże potwierdzenie praw wszystkich narodów i regionów do podmiotowości oraz wolności, czyli m.in. własnego wyznania, kultury, języka i tradycji.
Przesłanie
Objawienia gietrzwałdzkie, nieco zapomniane przez Polaków, są przesłaniem nadziei, ponieważ wskazują na działanie Bożej Opatrzności w dziejach poszczególnych ludzi i całych narodów. Mieszczą się one w szeregu licznych świadectw, które wskazują, że człowiek nie jest bezbronną igraszką mrocznych i przytłaczających sił drzemiących w jego psychice czy też geopolitycznych planów mocarstw dążących do podporządkowania sobie narodów, lecz ma Obrońcę i Opiekuna, czyli jest dzieckiem Boga, który w dzisiejszej dobie historii chce działać szczególnie przez Niepokalane Serce Maryi. Jest to przesłanie podobne do tego, które znamy z Lourdes czy Fatimy oraz wielu innych miejsc objawień: ratunek jest w nawróceniu, na porzuceniu grzechów i zaufaniu Bogu, a środkiem do tego jest modlitwa, zwłaszcza różańcowa. W Gietrzwałdzie przesłanie to zostało skierowane do Polski i świata w naszym języku (przy wszystkich zastrzeżeniach, o których było wyżej), a przez to spotkały nas nie tylko zaszczyt, ale i szczególne zobowiązanie do pamiętania i realizowania wezwań Pięknej Pani z podolsztyńskiej miejscowości.
Jarosław Mitek/Tygodnik Niedziela
***
Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska. To im w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża

Matka Boska Gietrzwałdzka, fot. Wikipedia
***
Pierwsze było francuskie Lourdes, 20 lat później Matka Boska objawiła się w Gietrzwałdzie. To jedyne w Polsce objawienia maryjne zatwierdzone przez Kościół. Maryję widziały Justyna Szafrańska i Barbara Samulowska.
Gietrzwałd, niewielka warmińska wieś, 27 czerwca 1877 roku. Justyna Szafrańska wraca z mamą z kościoła, z egzaminu przed I Komunią Świętą. Jej uwagę przykuwa przykościelny klon i rozchodzący się wokół blask. Matka się spieszy, niczego nie widzi i popędza dziewczynkę. Ale ta, jak to dziecko, jest ciekawa. Myśli, że to ogień: „Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie” – mówi do mamy. Podchodzi bliżej i w koronie liści dostrzega przepiękną, ubraną w białą suknię „Jasną Panią” oraz małego aniołka w biało-złotych szatach. Tylko tyle i aż tyle.
Justyna szarpnięta przez mamę za rękę, sprawia wrażenie przebudzonej z głębokiego snu. Musi się otrząsnąć. Jasność znika, ale trudno jej o niej zapomnieć. Później opowiada o wszystkim proboszczowi Augustynowi Weichslowi. Jest oczarowana, ale też zdezorientowana. Bo co to mogło być? Ale ksiądz przeczuwa, że do Gietrzwałdu przyszła Maryja. Radzi dziewczynce, aby jeszcze raz podeszła do klonu. Ma rację. Justyna ponownie widzi „Jasną Panią”. Za drugim razem aniołowie sadzają ją na tronie z Dzieciątkiem Jezus. Maluch trzyma w lewej rączce kulę ziemską.

„Dobrze ułożona i skromna dziewczyna”
Justyna Szafryńska jest córką młynarza Wilhelma z Woryt i Anny Schlonga. Przychodzi na świat 31 marca 1864 roku. Gdy rozpoczynają się objawienia, ma 13 lat i blisko 3 miesiące.
– Wzrostu na swój wiek ani małego, ani też wybujałego, postawy wątłej, pokornej, nieco chudawa, ruchy jej umiarkowane, skromne, ni prędkie, ni powolne, słowem jak mówią dobrze ułożona i skromna dziewczyna – czytamy o Justynie w broszurze „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie” wydanej w Poznaniu w 1877 roku. — Twarz jej blada, ni biała, ni opalona, dość regularna, pociągła, lecz nie odznaczająca się po prostu niczym, tak że ani dobrze spamiętać można. Obojętności tej nie zmieniają wcale jej oczy, są bowiem blado niebieskie, spokojne, wcale nie żywe, zawsze w siebie zwrócone, o świat zewnętrzny się nie troszczące. Wstydliwości wielkiej, chodzi między ludźmi, jakby ich nie widziała, gdy pomaga w pracy np. w nakrywaniu stołu, to wcale nie odrywa oczu od roboty swojej, choć izba pełna ciekawych. (…) Na uzupełnienie dodam, że suknia Szafryńskiej jest bardzo skromna, pół wełniana, pół bawełniana, brudnożółta, nieznaczna. Prócz sukni nie ma na widoku nic, jak ciemnoczerwoną wełnianą chusteczkę na głowie, podpiętą pod brodę, tak jak zwykle w miastach noszą dziewczęta stanu uboższego.
Z tego opisu wynika, że Justyna Szafrańska jest przeciętną dziewczynką. Ma trudności w nauce, a nawet zdaje egzamin przed I Komunią Świętą z opóźnieniem. Nie zmienia to faktu, że jest pobożna i po prostu dobra. Dlatego to właśnie jej ukazuje się Maryja.
„Obraz niczym nieskrępowanej swobody”
Justyna ma koleżankę, Barbarę Samulowską. To przyjaciółki od serca, choć spokrewnione. Dlatego zdradza jej, co widziała. Razem idą pod klon i widzą Maryję.
Barbara jest młodsza od Justyny, przychodzi na świat 21 stycznia 1865 roku w Worytach, jako córka Józefa i Karoliny Barczewskiej.
– Jeżeli Justyna Szafryńska jest obrazem cichości i wielkiej nawet powolności, to przeciwnie mała Barbara biega ciągle jak kozaczek lub płocha sarenka – czytamy w książeczce „Najświętsza Panna w Gietrzwałdzie”. — Twarzyczkę ma bardzo nieregularną, nosek zadarty, usta szerokie, z których wychodzą ciągle dwa białe rzędy, niezupełnie drobnych ząbków. Oczy czarne i płoche, cera jeżeli nie spalona, to oliwkowa z natury, włosy ciemne. Barbara pewnie nie chodzi, tylko ciągle skacze, gdy ją chcesz zatrzymać, ledwie się obróci, ledwie posłucha, wyrwie się i ucieka dalej. Jest to obraz niczym nieskrępowanej swobody, obraz prostoty i natury jak przystało na małą wiejską dziewczynę z zakątku kraju, o którym dotąd nikt nie wiedział.
„Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”
Najciekawsze jest to, że Maryja nie przemawia ani pierwszego dnia, ani następnego. Dopiero trzeciego dnia, gdy Barbara Samulowska odmawia pod klonem różaniec i widzi Matkę Bożą, na pytanie: „Kto ty jesteś?” uzyskuje odpowiedź: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”. Gdy Barbara pyta, czego chce, Maryja nakazuje codziennie odmawiać różaniec. Obiecuje, że jeśli ludzie będą się gorliwie modlić, to parafie pozbawione kapłanów odzyskają ich, a prześladowania Kościoła osłabną. Wszystko to mówi po polsku, w lokalnej gwarze. To ważne, bo w tym czasie na Warmii jest nakaz mówienia po niemiecku. Germanizacja daje się Polakom we znaki. „Gazeta Olsztyńska” pisze wówczas: „Jeśli Matka Boska przemówiła w języku polskim do dzieci, jeśli moce niebieskie nie gardzą tym językiem, jakże my, ludzki, szary proch możemy się wstydzić polskości”.

160 objawień w Gietrzwałdzie
Wieść o objawieniach roznosi się po terenach dawnej I Rzeczpospolitej lotem błyskawicy. Przez pobliską granicę przybywają pątnicy z zaboru rosyjskiego, a ci z zaboru pruskiego przyjeżdżają koleją. Wysiadają na oddalonej ok. 7 kilometrów stacji Biesal, po niemiecku Biessellen, i idą piechotą. Przybywają z książeczkami do nabożeństw i różańcami, modlą się i proszą dziewczynki, by zadawały Maryi pytania dotyczące najróżniejszych kwestii.
W sumie Matka Boża w Gietrzwałdzie objawia się 160 razy. Poświęca źródełko znajdujące się na łące opodal kościoła, by chorzy mogli czerpać z niego wodę. Później w tym miejscu miejscowi stawiają kapliczkę, a w niej umieszczają figurę wykonaną według opisu Justyny i Barbary.
Kościół katolicki uznaje objawienia w Gietrzwałdzie i zatwierdza ich kult po stu latach od tych wydarzeń — 11 września 1977 roku. Oficjalny dokument zatwierdzający objawienia podpisuje biskup warmiński Józef Drzazga. Tym samym jest to jedyne zatwierdzone miejsce objawień maryjnych na terytorium Polski i jedno z 12 tego typu miejsc na świecie.
Ślub w Paryżu i misja w Gwatemali
Życie Justyny i Barbary po objawieniach nie jest łatwe. Władze pruskie chcą je aresztować, więc dziewczynki znajdują schronienie u Sióstr Miłosierdzia w Lidzbarku Warmińskim. Robią to poniekąd na życzenie Matki Bożej, która chciała, by żyły w zakonie. Następnie razem z siostrami jadą do Chełmna. Kontynuują naukę w Domu Św. Józefa w Pelplinie. W kolejnych latach jadą do Paryża, do domu macierzystego zgromadzenia. Obie wstępują do zakonu. Ich drogi po kilku latach jednak się rozchodzą.

Justyna nie jest w stanie wytrwać w życiu zakonnym. W 1897 roku odchodzi z zakonu, a w 1899 roku w Paryżu wychodzi za mąż za Raymonda Etienne Bigota. Co dzieje się z nią później? Nie wiadomo. Nie znamy daty jej śmierci ani miejsca pochówku.
Barbara natomiast czuje, że jej powołaniem jest praca misyjna. W 1895 roku wyjeżdża do Gwatemali, gdzie pełni wiele funkcji i pomaga potrzebującym na wszystkie możliwe sposoby. W 1917 roku zostaje siostrą przełożoną w tamtejszym szpitalu. Po 54 latach posługi misyjnej, 6 grudnia 1950 roku, umiera na skutek ciężkiej choroby. Jej życzliwość, troska, pokora i więź z Bogiem sprawiają, że umiera w opinii świętości. Po staraniach o proces beatyfikacyjny, przysługuje jej tytuł Sługi Bożego.
– Było w niej coś takiego, że kolejki ustawiały się do niej po rady w trudnych sprawach życiowych, małżeńskich, zawodowych, a nawet związanych z funkcjonowaniu miasta po trzęsieniu ziemi. Ta kobieta miała w sobie „magnes”, który sprawiał, że ludzie garnęli się do niej, potrzebowali jej obecności i rady. Nie zawdzięczała tego spektakularnym darom, ale była to konsekwencja osobistej bliskiej więzi z Panem Bogiem. Ta więź zawsze sprawia, że człowiek jest atrakcyjny także dla innych, gdziekolwiek by nie pracował — wspomina Barbarę Samulowską ks. prof. Lucjan Świto, delegat biskupi trybunału diecezjalnego w procesie beatyfikacyjnym Barbary Samulowskiej. — Natomiast o swoich objawieniach siostra Samulowska nigdy nie opowiadała. Było wiadomo, że widziała Matkę Bożą, natomiast kiedy próbowano ją dopytać o szczegóły, jedynie się uśmiechała i nie odpowiadała. Z pewnością jednak była bardzo mocno związana z Matką Bożą, a same objawienia odegrały w jej życiu ważną rolę.
ze strony: Kopernik na Warmii
***
XXIII Niedziela zwykla – 6 września 2026
Leon XIV: Ponawiam apel o położenie kresu przemocy!
Moje serce łączy się z cierpieniem ludności, która od lat żyje w niepokoju i lęku – mówił Leon XIV po modlitwie Anioł Pański

***
Chrześcijanie są wezwani do życia „długiem wzajemnej miłości” – podkreślił Papież w niedzielnym rozważaniu. Odwołując się do słów św. Pawła z Listu do Rzymian, wskazał, że wszystkie przykazania streszczają się w miłości bliźniego.
Jezus, jak zaznaczył Leon XIV, uczy nie tylko przebaczania długów, ale także przyjmowania dobra, które otrzymujemy od innych, i odpowiadania na nie troską oraz odpowiedzialnością. Miłość jest długiem, który nie zniewala, lecz prowadzi do wolności.
Braterskie upomnienie zamiast obmowy
Papież wskazał dwa konkretne sposoby przeżywania wzajemnej miłości we wspólnocie. Pierwszym jest braterskie upomnienie – szczere zmierzenie się z problemem, najpierw w rozmowie w cztery oczy, a w razie potrzeby także z udziałem innych osób i całej wspólnoty.
Jak zauważył, narzekanie i obmowa są łatwiejsze, ale nie prowadzą do rozwiązania konfliktów. Ewangelia natomiast uczy, jak przemieniać trudności w okazję do wzrostu.
Zgoda, która prowadzi do jedności
Drugim wymiarem wzajemnej miłości jest dążenie do zgody i jedności, także w modlitwie. Przywołując słowa Jezusa: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie…”, Ojciec Święty podkreślił, że wspólna modlitwa pozwala odkrywać wspólne pragnienia, cierpienia i nadzieje oraz wzrastać w jedności.
„Radosny dług” wobec drugiego człowieka
Na zakończenie Papież zawierzył tę naukę Maryi, która po zwiastowaniu pospieszyła do Elżbiety, aby dzielić z nią radości i trudy. Prosił, by nauczyła chrześcijan przeżywać wzajemną miłość jako „radosny dług” wobec drugiego człowieka.
***
Pierwsza sobota miesiąca – 5 września
kościół św. Piotra:
od godz. 17.00 jest możliwość spowiedzi świętej
Msza święta wigilijna z XXIII Niedzieli (Rok A)
o godz. 18.00
Po Mszy świętej nabożeństwo pierwszych sobót.

Jak je odprawiać?
Skąd wzięło się nabożeństwo pierwszych sobót? Dlaczego jest ich pięć? Jak odprawiać to nabożeństwo?
Nabożeństwo pierwszych sobót to wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi. Zostało podyktowane przez Matkę Bożą podczas objawień fatimskich. „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje” – przekazała Matka Boża w Fatimie.
Dlaczego pięć sobót?
Pięć sobót nawiązuje do pięciu rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu, Jej Dziewictwu, Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka, bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki, bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach.
Jak odprawiać nabożeństwo pierwszych sobót?
Nabożeństwo należy odprawiać przez 5 kolejnych pierwszych sobót miesiąca. Nabożeństwu towarzyszą 4 warunki.
Warunek 1: Spowiedź święta w pierwszą sobotę miesiąca.
Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas. Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2: Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca.
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3: Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca.
Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę:
Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.
Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić Modlitwę:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Warunek 4: Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca.
Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę:
Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie!
Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
- Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
- Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
- Z pokorą pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
- rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
- rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
- rozważ wcielenie Syna Bożego.
- Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
- Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.

źródło: https://stacja7.pl/wiara/nabozenstwo-pierwszych-sobot-jak-je-odprawiac/
***
Dziś 6 września wspominamy w kalendarzu liturgicznym św. Matkę Teresę
Dlaczego Matka Teresa nazywała Matkę Boża swoją „towarzyszką podróży”?

Matka Teresa miała niezachwiane przekonanie, że Maryja ją wysłucha i spełni jej prośbę. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.
Pod koniec kwietnia zaczęłam sobie planować, jak dobrze przeżyć maj z Maryją: codzienny różaniec, w miarę możliwości codzienna msza święta, mniej sądów, więcej rozsądku.
I jak to zwykle bywa, życie regularnie wywraca mi plany do góry nogami, a wieczorem mogę tylko skonstatować, jak niewiele czasu poświęcam na modlitwę. 13 maja, w święto Matki Bożej Fatimskiej, obiecałam sobie, że odprowadzę córkę do szkoły, a potem pójdę na mszę na 8.30. I jeszcze nocą wezmę udział w pielgrzymce do siedmiu kościołów.
Matka Boża Fatimska
Oczywiście nic z tego nie wyszło: cały dzień w biegu, kompletnie zakręcona, nie znalazłam nawet chwili, żeby pomyśleć o Matce Bożej Fatimskiej, a co dopiero pielgrzymować do siedmiu kościołów. Udało mi się tylko w czasie obiadu króciutko opowiedzieć dzieciom historię Franciszka, Hiacynty i Łucji.
Wieczorem, kiedy sięgałam na półkę po książkę, którą dzieci chciały poczytać przed snem, na ziemię spadła jakaś karteczka. „A cóż to takiego?” – zapytałam głośno. Podnoszę i… tadam!!! Obrazek z Matką Bożą Fatimską!
„Spokojnie, jestem z Tobą”
Odruchowo uklękłam na dywanie pośród rozrzuconych zabawek, żeby Jej podziękować za ten cudowny prezent. Ona po prostu powiedziała: „Spokojnie, jestem z Tobą”.
Tak to właśnie jest. Matka Boża woła nas jako pierwsza, jak każda matka. Nie czeka, aż się odezwiesz, sama się troszczy. Maryja pozwala się znaleźć, zanim ja zdam sobie sprawę, że jej szukam.
Św. Teresa z Kalkuty i Matka Boża
We włoskiej książce Madre Teresa. Il mio segreto: prego uderzyły mnie anegdoty opowiadające o relacji świętej z Kalkuty z Matką Bożą.
W domu dla porzuconych dzieci Shishu Bhavan, czytamy w książce, Matka Teresa przyjmowała wiele dzieci. Niektóre z nich były w takim stanie, że nie miały szans na przeżycie. Ale ona nie przejmowała się, kiedy zarzucano jej, że w ośrodku jest wysoka śmiertelność. Zależało jej na tym, żeby dać tym najmniejszym choćby godzinę troski i miłości.
„Mamy je przyjmować i kochać”
“Nie troszczę się o to, co ludzie mówią o wskaźniku śmiertelności. Nawet jeśli umrą godzinę później, mamy je przyjmować i kochać. Nie chcę, żeby umierały, nie otrzymawszy choćby odrobiny opieki i miłości, ponieważ nawet najmniejsze dziecko jest w stanie to sobie uświadomić” – napisała.
W czasie odwiedzin zatrzymywała się przy łóżeczkach dzieci, bawiła się i rozmawiała z nimi, a kiedy widziała, że któreś z nich jest u kresu swojej drogi (…) owijała je w kocyk i odmawiała Zdrowaś, Maryjo, trzymając je w ramionach. Potem oddawała je którejś z sióstr lub opiekunce, przykazując, żeby tuliły je mocno do końca.
Jedno Zdrowaś, Maryjo i przytulanie. W tym obrazku jest czułość i ufność. Matka Teresa miała pewność, że żeby wezwać Matkę Bożą „teraz i w godzinie śmierci naszej”, wystarczy jedno Zdrowaś, Maryjo.
Matka Teresa: „Matka Boża jest moją towarzyszką podróży”
Matka Teresa miała mocne, niezachwiane przekonanie, że Matka Boża ją wysłucha i spełni jej prośbę. Zresztą jedno pociąga za sobą drugie. Nie bez powodu nazywała Matkę Jezusa swoją towarzyszką podróży. Wiąże się z tym sympatyczna anegdota.
Pewnego dnia Matka Teresa miała przewieźć pociągiem dużą, słynącą cudami figurę Matki Bożej, którą dostała od pewnego księdza. Miała darmowy bilet, na którym było napisane „Matka Teresa i osoba towarzysząca”, ale kontroler chciał, żeby zapłaciła za przewóz skrzyni z figurą…
Figura Matki Bożej podróżuje ze mną
„To jest osoba towarzysząca, powiedziałam. To figura Matki Bożej, która podróżuje ze mną jako osoba towarzysząca!”. No i zgodzili się na przewiezienie skrzyni. Odtąd mówię, że Matka Boża jest moją towarzyszką podróży” – czytamy w książce.
Tę historyjkę przypomniał mi brat Ettore Boschini, który jeździł z figurą Najświętszej Maryi Panny przymocowaną na dachu rozlatującego się samochodu.
„Latająca nowenna” Matki Teresy
Dopiero kilka lat temu odkryłam, że modlitwa, której mój dziadek nauczył moją mamę (obiecał 10 dolarów temu ze swoich dzieci, które się jej nauczy) i której ona nauczyła mnie (bez żadnego wynagrodzenia…), nazywa się Memorare i jest przypisywana św. Bernardowi z Clairvaux.
Kiedy Matka Teresa i jej siostry prosiły Matkę Bożą o jakąś pilną łaskę, odmawiały właśnie tę modlitwę, dziewięciokrotnie. Matka Teresa nazywała ją „latającą nowenną”.
Zawierzyć na kolanach
Pewnego dnia – był rok 1980 – Matka Teresa przywiozła do domu w Berlinie Wschodnim (pierwszego w komunistycznym kraju) pewną siostrę, która miała tam pracować. Tyle, że siostra nie miała wizy, więc miała prawo do pobytu tylko przez jeden dzień. Władze wyraziły się jasno: przed wieczorem hinduska siostra ma opuścić Berlin Wschodni. Wtedy Matka Teresa i siostry zaczęły odmawiać modlitwę św. Bernarda. Ktoś zadzwonił z informacją, że chyba nic nie da się zrobić, ale święta z Kalkuty nie podała się i znowu zaczęła odmawiać nowennę, tym razem na klęczkach. Przy ósmym powtórzeniu zadzwonił telefon: wiza przyznana – siostra może zostać.
A ja zmieniłam swoje plany: mniej miotania się na stojąco, więcej zawierzenia na klęczkach.
Silvia Lucchetti – Aleteia.pl
***
Pierwszy piątek miesiąca – 4 września
kościół św. Piotra:
– godzinna adoracja od godz. 18.00
– w tym czasie jest możliwość spowiedzi świętej
– Msza święta o godz. 19.00

Aby uczcić Najświętsze Serce Pana Jezusa w pierwszy piątek miesiąca według objawień św. Małgorzaty Marii Alacoque należy:
1. Uczestniczyć we Mszy św. wraz z przyjęciem Komunii św. wynagradzającej Sercu Jezusa za grzechy swoje i całego świata.
2. Pomodlić się do Serca Pana Jezusa (np.: Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa i Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa).
Sakrament pokuty i pojednania (spowiedź św.) potrzebny jest do przywrócenia stanu łaski uświęcającej tylko tym, którzy zgrzeszyli śmiertelnie, aby mogli odprawić nabożeństwo pierwszego piątku.
***
Historia praktykowania pierwszych piątków miesiąca jako kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa
– W Paray-le-Monial we Francji, w zupełnym ukryciu w klasztorze sióstr wizytek, żyła skromna zakonnica św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690). W tym samym czasie żył jezuita o. Kasper Drużbicki SI (1590-1662), prekursor kultu Bożego Serca w Polsce i Europie i oratorianin, ks. Jan Eudes (1601-1680), wychowanek kolegium jezuickiego w Caen, który założył Zgromadzenie Jezusa i Maryi i poświęcił się misji szerzenia kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi. W latach 1673-1689 s. Małgorzata doświadczyła przed Najświętszym Sakramentem 80 prywatnych wizji i objawień związanych z tajemnicą Serca Jezusowego, z których 30 opisała na polecenie swojego pierwszego spowiednika i kierownika duchowego jezuity o. Klaudiusza de la Colombière SI. Podczas trzeciego wielkiego objawienia 2 lipca 1674 r. w piątek oktawy Bożego Ciała w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu ukazał się siostrze Jezus “jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce”. Pan Jezus ponownie odsłonił swoją pierś i pokazał swoje Serce w pełnym blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Pragnął, aby w duchu wynagrodzenia w każdą noc przed pierwszym piątkiem miesiąca odbywałą się godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu (tzw. godzina święta) oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką. Podczas ostatniego wielkiego objawienia 10 czerwca 1675 r. w piątek po oktawie Bożego Ciała podczas adoracji Najśw. Sakramentu Jezus św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca, a w ostatniej z nich przyrzekł: “W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia”.
– S. Małgorzata zmarła w opinii świętości w klasztorze w Paray-le-Monial 17 października 1690 r., gdzie do dziś spoczywa jej ciało w Kościele Sióstr Wizytek. Już za życia s. Małgorzaty w obiegu była książeczka poświęcona czci Bożego Serca, napisana przez wizytkę s. J. M. Joly. Jean Croiset otrzymał ją od świętej i zachęcany przez kilka osób postanowił ją przejrzeć, poprawić i powiększyć. W ciągu kilku tygodni powstało poważne dzieło noszące tytuł: La dévotion au Sacré-Coeur de Notre-Seigneur Jésus-Christ (Nabożeństwo do Najświętszego Serca naszego Pana Jezusa Chrystusa).W ciągu trzech letnich miesięcy 1689 r. książka miała trzy wydania. W Paray-le-Monial została przyjęta z entuzjazmem. Pod koniec 1689 lub 1690 roku Croiset odwiedził Paray-le-Monial. Wizyta ta była dla niego nowym bodźcem do propagowania kultu Bożego Serca. W Wielki Czwartek 1690 r. otrzymał święcenia kapłańskie w zakonie jezuitów, a z nimi nowe możliwości oddziaływania na wiernych. Był ostatnim spowiednikem św. Małgorzaty Alacoque. Dzieło J. Croiseta cieszyło się popularnością w całej Francji, z aprobatą zostało przyjęte przez teologów. Przygotowano jego przekład na język włoski, a po 1697 r. było już znane w Polsce.
– Praktyka pierwszych piątków przyczyniła się do spopularyzowania częstego przystępowania do Komunii. Przez kilku papieży Stolica Apostolska potwierdzała wagę tych objawień stopniowo zatwierdzając formy kultu Serca Pana Jezusa.
– Biskupi polscy wysłali Memoriał Episkopatu Polskiego z 11 lutego 1764 r. do papieża Klemensa XIII, w którym obszernie zawarli historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadniali bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. W odpowiedzi, 6 lutego 1765 r. Klemens XIII dekretem „Instantibus” wydanym przez Kongregację Obrzędów zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa dla Królestwa Polskiego, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Nie pod wpływem prywatnego objawienia, ale na prośby wiernych, na wniosek Kongregacji Rytów, ukazał się dnia 25 stycznia 1765 r. dekret Kongregacji Rytów, zatwierdzony dn. 6 lutego tegoż roku przez Papieża Klemensa VIII, udzielający pozwolenia Biskupem Polskim i Rzymskiemu Arcybractwu Serca Jezusowego na celebrowanie uroczystego święta ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Aktem tym Stolica Apostolska wyraziła życzenie, żeby kult już istniejący i kwitnący rozwijał się jeszcze więcej w tym celu, by “ożywić symbolicznie wspomnienie miłości Bożej”, która sprawiła, że Zbawiciel nasz złożył ofiarę wynagradzającą za grzechy ludzkie.”
– 23 sierpnia 1856 r. w dekrecie św. Kongregacji Rytów papież bł. Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Tak opisuje to Sługa Boży Pius XII w encyklice “Haurietis aquas”: “Po tej pierwszej aprobacie udzielonej w formie przywileju i w pewnych granicach, nastąpiła druga dopiero o wiek później, już o wiele donioślejsza, w formie więcej uroczystej. Mówić chcemy tu o przedtem wspomnianym dekrecie św. Kongregacji Rytów z dnia 23 sierpnia 1856 roku. Poprzednik nasz, Papież Pius IX w odpowiedzi na liczne prośby i życzenia Biskupów Francji i całego prawie świata, rozszerzył uroczystość ku czci Najświętszego Serca Jezusa na cały świat i przepisał dla niej godne formy liturgiczne. Zdarzenie to zasługuje na wieczną pamięć wiernych, albowiem, jak czytamy w liturgii tejże uroczystości, “odtąd kult Najświętszego Serca Jezusa jako rzeka wezbrana, usunąwszy wszelkie zapory, rozlał się na cały świat”.
– 18 września 1864 roku bł. Pius IX beatyfikował s. Małgorzatę Marię Alacoque, a dwa lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny.
– 28 czerwca 1889 roku Leon XIII podniósł dekretem uroczystość Serca Jezusowego do święta stopnia pierwszej klasy.
– 25 maja 1899 roku papież Leon XIII wydał encyklikę „Annum sacrum” o poświęceniu się ludzi Najświętszemu Sercu Jezusa, do której dołączył osobiście napisany akt oddania rodzaju ludzkiego Najśw. Sercu Pana Jezusa.
– 11 czerwca 1899 roku Leon XIII oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.
– Papież Benedykt XV kanonizował s. Małgorzatę Marię Alacoque 13 maja 1920 roku, gdy w Europie wygasła burza wojenna.
– Papież Pius XI poświęcił Sercu Jezusowemu encyklikę „Miserentissimus Redemptor” 8 maja 1928 r. Wtedy nastąpiło bezpośrednie odniesienie do praktyki pierwszych piątków miesiąca i ich formalne zatwierdzenie przez papieża: “Za przyczynieniem się i wolą Boga stało się, że z dnia na dzień coraz bardziej wzrastała wśród wiernych chęć uczczenia Najświętszego Serca Jezusowego, stąd to tu i tam powstały owe sodalicje ku szerzeniu czci Boskiego Serca, stąd to ów zwyczaj przyjmowania Komunii św. wedle życzenia Jezusa Chrystusa w pierwszy piątek każdego miesiąca, który do czasów obecnych wszędzie się rozpowszechnił” (3). “Spośród praktyk, związanych najściślej ze czcią Najświętszego Serca, wybija się pobożna praktyka poświęcenia Sercu Jezusa samych siebie i wszystkiego, co posiadamy. (…) należy dołączyć jeszcze inny hołd (…) obowiązek godnego zadośćuczynienia Najświętszemu Sercu Jezusa. Albowiem jeśli poświęcenie się ma na celu głównie i przede wszystkim odwzajemnienie Stwórcy miłością za miłość, wynika stąd, że należy się zadośćuczynienie tej samej odwiecznej miłości za krzywdy wyrządzone jej bądź przez niedbalstwo i zapomnienie (…). Dla zmazania tych win, wśród wielu środków Jezus wskazuje św. Małgorzacie Marii dwa jako sobie najmilsze: aby ludzie w celu ekspiacji przyjmowali tzw. Komunię wynagradzającą i aby przez całą godzinę oddawali się modlitwie i błaganiu, co słusznie nazywano Godziną św. Te pobożne ćwiczenia Kościół nie tylko zatwierdził, lecz obdarzył także nader obfitymi łaskami” (12).
– Czcigodny Sługa Boży papież Pius XII w encyklice „Haurietis aquas” z 15 maja 1956 r. napisał: “Podamy dla przykładu, że dla ustalenia tego kultu i jego rozwoju dobrze zasłużyli się świeci; Bonawentura, Albert Wielki, Gertruda, Katarzyna Sieneńska, bł. Henryk Suso, Piotr Kanizy, Franciszek Salezy, Jan Eudes. Ten ostatni był autorem pierwszego officium liturgicznego ku czci Najświętszego Serca Jezusa. Na prośby biskupów francuskich pierwsze święto ku czci Najświętszego Serca Jezusa było dozwolone i obchodzone 20 października 1672 roku. Szczególne miejsce wśród promotorów tego najwznioślejszego kultu zajmuje św. Małgorzata Maria Alacoque. Przy pomocy swego duchowego przewodnika, bł. Klaudiusza de la Colombiere, przez wytrwałe i wspaniałe swoje wysiłki osiągnęła to, że kult przybrał pewne określone formy i rozwijał się dobrze wśród entuzjazmu wiernych, że wśród innych form pobożności odznaczał się i wyróżniał duchem miłości i wynagrodzenia. Wystarczy krótkie wspomnienie owych czasów, byśmy należycie zrozumieli, że swój niezwykły rozwój kult ten zawdzięczał temu, że zgadzał się doskonale z istotą chrześcijańskiej religii, religii miłości. Nałoży więc stwierdzić, że kult ten nie stąd wziął początek, że przez Boga był prywatnie objawiony, że nagle zjawił się w Kościele, ale ten kult wyrósł z wiary żywotnej i z gorliwej pobożności, a rozszerzali go ludzie obdarzeni łaskami, mający cześć dla Zbawiciela i dla jego chwalebnych ran, osoby, które w sposób wymowny przekonywały umysły i porywały serca dla tego kultu. Objawienia św. Małgorzaty Marii, jak wiemy, nie przyniosły żadnych nowych objawień, nie dodały nowych treści dla nauki katolickiej. Główna ich myśl polega na tym, że Chrystus Pan, okazując swe serce w sposób niezwykły i wyjątkowy, chciał wezwać umysły ludzi do rozważania i czczenia tajemnicy miłości, okazanej ludzkości przez Boga miłosiernego. Przez to szczególniejsze objawienie Chrystus w słowach wyraźnych, kilka razy powtórzonych, wskazał na Serce swoje, jako na symbol, któryby zachęcił ludzi do poznania i uznania swej miłości. Zarazem JEZUS uczynił to Serce jakby znakiem i poręczeniem miłosierdzia i łaski dla Kościoła w naszych czasach. […] Dlatego niech wszyscy będą o tym najmocniej przekonam, że w tym kulcie Najświętszego Serca Jezusa zewnętrzne praktyki pobożności nie zajmują pierwszego miejsca, i że ten kult jest ważny nie dlatego, że daje wiele dobrodziejstw. Chrystus Pan dlatego do objawień prywatnych dołączył pewne obietnice o łaskach, by ludzie najgłówniejsze obowiązki religii katolickiej miłości i ekspiacji wykonywali więcej gorliwie i tak lepiej zabezpieczyli swoje i bliźnich zbawienie”.
– Św. Jan Paweł II w czasie wizyty w Paray-le-Monial, 5 października 1986 roku miał mszę św. i Anioł Pański, nawiedził Klasztor wizytek, gdzie modlił się w Kaplicy Objawień oraz przy grobach św. Małgorzaty Marii Alacoque i bł. Klaudiusza La Colombiere. Następnie miał spotkanie z generałem jezuitów o. Peterem Hansem Kolvenbachem SI. Tego dnia papież tak modlił się w kaplicy objawień Serca Jezusa: „Składamy dzięki za szerokie rozpowszechnienie się adoracji i komunii eucharystycznej, które tu właśnie nabrały nowego rozmachu dzięki kultowi Serca Jezusa, rozwijanemu zwłaszcza przez Zakon Wizytek i Ojców Jezuitów, a następnie zatwierdzonemu przez papieży. Wiele owoców przyniosło nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca, wprowadzone w wyniku naglących wezwań skierowanych do Małgorzaty Marii”. Tego dnia św. Jan Paweł II w liście przekazanym na spotkaniu generałowi jezuitów o. Kolvenbachowi napisał: “Gorąco pragnę, byście z wytrwałością szerzyli prawdziwy kult Serca Jezusa i byście zawsze byli gotowi nieść skuteczną pomoc moim Braciom w Biskupstwie, by wszędzie rozwijać ten kult, troszcząc się o znalezienie najodpowiedniejszych środków do przedstawiania i praktykowania go, aby człowiek współczesny, ze swoją mentalnością i wrażliwością, odkrył w nim pełną odpowiedź na swoje pytania i oczekiwania“.
– W 1999 r. sto lat po encyklice Leona XIII, św. Jan Paweł II przynajmniej trzykrotnie odmówił Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego podczas czerwcowych nabożeństw jakie odprawiał w czasie siódmej pielgrzymki w Polsce: 6 czerwca w Elblągu dla 250 tys. wiernych m.in. powiedział: “Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i przez naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucanie dobroci i miłości Boga. Przybliżajmy się każdego dnia do tego źródła, z którego płyną zdroje wody żywej.” Nabożeństwa czerwcowe odbyły się jeszcze z udziałem Jana Pawła II 7 czerwca w Toruniu i 11 czerwca w domu sióstr urszulanek szarych w kaplicy domowej, skąd w październiku 1978 r. wyjechał na konklawe do Rzymu, dokładnie 100 lat po tym jak uczynił to Leon XIII.
– 15 maja 2006 r. papież Benedykt XVI napisał List do przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego z okazji 50. rocznicy ogłoszenia Encykliki «Haurietis aquas».
***
Dziewięć pierwszych szans
Pierwsze piątki miesiąca znane są najczęściej od czasu Pierwszej Komunii św. W ten sposób uczyliśmy się m.in. systematyczności w praktykowaniu spowiedzi. Czy jednak dziś są one równie popularne jak dawniej?

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Kapłani podkreślają, że penitentów jest mniej niż kiedyś. Bywają parafie, w których w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi systematycznie przystępuje tylko garstka tych najbardziej świadomych wiernych. Są jednak takie rejony Polski, gdzie wciąż w ten dzień do konfesjonałów ustawiają się długie kolejki. Co zatem zrobić: odpuścić sobie tę praktykę jako niemodną czy może jednak propagować i wskazywać aktualność przesłania pierwszych piątków?
Obietnice
Początki praktyki pierwszych piątków miesiąca sięgają 1673 r., gdy francuskiej zakonnicy – św. Małgorzacie Marii Alacoque podczas adoracji Najświętszego Sakramentu objawił się Pan Jezus. Przez ponad 1,5 roku Boski Mistrz ukazywał jej swoje Najświętsze Serce i zapraszał do umiłowania Go w tej tajemnicy. Orędzie zostało spisane i przekazane wiernym na całym świecie. Idea praktyki pierwszych piątków sprowadza się do podjęcia zaproszenia Pana Jezusa, by przez 9 kolejnych pierwszych piątków przystąpić do Komunii św. i ofiarować ją jako wynagrodzenie za grzechy własne i rodzaju ludzkiego. Kto zaś podejmie to zaproszenie, temu Boże Serce zapewni miłosierdzie w chwili zgonu – nie umrze bez Jego łaski.
Pan Jezus miał św. Małgorzacie przekazać jeszcze dwanaście innych obietnic dotyczących czcicieli Najświętszego Serca: „Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci. Wyleję obfite błogosławieństwo na wszystkie ich przedsięwzięcia. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia. Dusze oziębłe staną się gorliwymi. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych. Imiona tych, którzy rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w moim Sercu i na zawsze w Nim pozostaną. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.
Sianie
Najczęściej uczymy dzieci praktykowania pierwszych piątków przy okazji Pierwszej Komunii św. Duszpasterze podkreślają, że dzięki temu dzieci uczą się systematyczności w życiu duchowym. Co także istotne – gdy połączymy okres przygotowania do Pierwszej Komunii św. z nabożeństwem pierwszych piątków miesiąca, wydłużamy czas ich formacji liturgicznej do blisko 2 lat.
– W mojej wspólnocie parafialnej od wielu lat są praktykowane wśród dzieci, które były u Pierwszej Komunii św., spowiedź i Komunia św. w pierwsze piątki. Dzieci podczas „białego tygodnia” otrzymują książeczki, w których zbierają podpisy. W ciągu 9 lat, jak jestem proboszczem w tej parafii, zauważam, że taka forma pobożności jest dobrze przeżywana przez dzieci i rodziców – podzielił się swoim doświadczeniem ks. Jacek Makowski, proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Bytoniu.
O tym, że warto szerzyć ideę tego nabożeństwa wśród najmłodszych, przekonany jest także ks. Michał Gławdel z parafii Trójcy Świętej w Gorzowie. Podkreśla jednak potrzebę odpowiedniego zmotywowania dzieci. – Do wielu spraw przymusić się nie da, ale można je pozytywnie wypromować. Osobiście już w czasie przygotowania do Pierwszej Komunii św., podczas comiesięcznych spotkań dla rodziców, podejmuję ten temat. Pierwszy raz na spotkaniu pt. „Spowiedź św. dziecka”, już w lutym, wyjaśniam wartość stałej, regularnej spowiedzi. Spotkania formacyjne kończymy tematem: „Komunia św. i co dalej?”. To katecheza w całości poświęcona formacji dziecka w klasie IV i klasach następnych, a szczególnie pierwszym piątkom miesiąca. Z pierwszymi piątkami startujemy po wakacjach. Czas urlopów, kolonii, obozów może być trudny dla praktyki pierwszych piątków, zaś w roku szkolnym mamy 10 miesięcy na naukę, a nam potrzeba ich tylko 9. Dzieci w październiku dostają motywacyjne kalendarze, by samemu się sprawdzić i kontrolować swoje postępy. To pozwala nam całość zakończyć w czerwcu wspólną rocznicą Komunii św. – podkreślił duchowny.
Owoce
Z czasem może się jednak zrodzić przekonanie, że pierwsze piątki są tylko dla najmłodszych. Ciekawe doświadczenie w tej sprawie mają duszpasterze z parafii Mariackiej w Słupsku. – Zaczęło się od tego, że nasz proboszcz przywiózł obrazki do zbierania pierwszych piątków i powiedział, że trzeba coś z tym zrobić – opowiada ks. Wojciech Marcinkiewicz. – Akurat ja miałem dyżur kaznodziejski i zdecydowałem się powiedzieć o pierwszych piątkach kazanie. To była ostatnia niedziela sierpnia ub.r. Na koniec powiedziałem, że przy wyjściu można zabrać ze sobą te obrazki i podjąć osobiście praktykę. Efekt był taki, że do maja przez tych 9 miesięcy przy konfesjonałach był prawdziwy tłum. Dopiero w czerwcu parafian przyszło mniej. Na koniec sierpnia znów przypomnimy o tej praktyce i zachęcimy do kolejnego cyklu. Także dzieci, które rok temu przystąpiły do Pierwszej Komunii św., podjęły tę praktykę. Gdy była kwarantanna i nie mogły wychodzić z domu, rodzice sami dzwonili na parafię i prosili, by kapłan przyszedł ze spowiedzią do ich dziecka.
Na praktykę pierwszych piątków warto spojrzeć jak na szansę dla całej rodziny, a szczególnie dla rodziców, którzy mają pomagać swoim dzieciom w rozwoju sumienia. – Pierwsza Komunia św. i pierwsza spowiedź za każdym razem były w naszej rodzinie wydarzeniem wyjątkowym – opowiadają Anna i Hubert Kowalewscy ze Szczecina. – Troje z naszych dzieci już je przeżywało. Rodzinna katecheza oraz parafialne przygotowania były bazą dla zachowania regularności przystępowania do comiesięcznej spowiedzi. Na początku zachętą dla dzieci były obrazki z zaznaczonymi pierwszymi piątkami miesiąca, rozdawane przez księdza proboszcza. Przywiązywaliśmy ogromną wagę do tego, aby wspólnie z dziećmi przygotowywać się i przystępować do spowiedzi. Jest to dla całej naszej rodziny bardzo ważne, że o relacji z Panem Bogiem, o modlitwie, o sakramentach rozmawiamy i nigdy nie sprowadziliśmy tego do jakichś „intymności”, o których się nie wspomina. Mimo że dzieci są już duże, mają 21, 18 i 13 lat, o zbliżającej się spowiedzi zwyczajnie przypominamy.
Dobrze wykorzystana praktyka pierwszych piątków z pewnością przyniesie obfite owoce w życiu zarówno parafii, jak i poszczególnych rodzin.
Bp Adrian Put –Tygodnik Niedziela
***
Rodzinny przewodnik po pierwszych piątkach
To pierwsze tak kompleksowe narzędzie, którym nie tylko pomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny – mówi Adrian Pakuła z Zespołu ODDANIE33.
Kamil Krasowski: Dwa miesiące temu na rynku wydawniczym ukazała się niezwykła publikacja SERCE9. Weź udział w przygodzie 9 pierwszych piątków. Szybko podbiła serca czytelników, stała się bestsellerem. Co to za projekt?
Adrian Pakuła: Przygotowaliśmy książkę dla dzieci, ale też dla rodziców, duszpasterzy i katechetów, która może stać się skuteczną pomocą w przeżyciu nabożeństwa dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. To bardzo dobra okazja do tego, by wiele duchowego dobra mogło się wydarzyć w życiu zarówno dzieci, jak i rodziców. Praktykując to nabożeństwo, uczymy dzieci comiesięcznej, regularnej spowiedzi św., a przy okazji pokazujemy, że warto uczestniczyć we Mszy św. nie tylko w dzień Pański, ale również w dni powszednie. Uczymy także, czym jest wynagrodzenie, bo w ramach nabożeństwa wyjaśniamy, że w każdy pierwszy piątek przyjmujemy Komunię św. jako wynagrodzenie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa za nasze grzechy. Zawsze przyświeca nam też piękna obietnica Pana Jezusa związana z tym nabożeństwem, bo myślę, że każdy, komu zależy na dziecku, najbardziej na świecie chciałby, żeby ono kiedyś poszło do nieba. Nabożeństwo jest jedną z ważnych i cennych dróg w tym kierunku, ponieważ nasz Zbawiciel obiecał, że każdy, kto odprawi nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków, nie umrze bez sakramentów, czyli w chwili śmierci będzie się znajdował w stanie łaski uświęcającej, a tym samym będzie miał zapewnione przejście do nieba. Dlatego te pierwsze piątki nazywamy takimi „biletami do nieba dla dzieci”. Książka SERCE9 to atrakcyjne narzędzie, wykorzystujące wszystko to, co może zainteresować dziecko pierwszymi piątkami i dopomóc mu w jeszcze głębszym przeżyciu tego nabożeństwa.
Jak strukturalnie prezentuje się publikacja, którą jako Zespół ODDANIE33 opracowaliście?
Zadbaliśmy o piękne grafiki, które bardzo się podobają dzieciom, zresztą nie tylko im. Postaraliśmy się, by forma przekazu tych duchowych treści była również urozmaicona. Znajdziemy w tej publikacji piosenki, rymowanki, a także duchowe pierwszopiątkowe zatrzymania, w których mamy piękne opowiadania o najważniejszych prawdach wiary: miłości, grzechu, wspólnocie czy Duchu Świętym. Można te treści odczytywać, można też skorzystać z kodów QR, żeby ich odsłuchać. W każdym z poszczególnych modułów znajdziemy refleksje o spowiedzi św. związane z tematem danego pierwszego piątku, po to, by inspirować i zachęcać dzieci do comiesięcznej spowiedzi, która wydaje błogosławione owoce. Dalej są refleksje o Eucharystii i zachęta do częstej Komunii św., nie tylko w niedziele czy święta. W książce znajdziemy również zadania do wykonania – w całej pozycji znajduje się ich dwadzieścia siedem. Przed każdym pierwszym piątkiem jest zadanie wprowadzające, bo jak wiadomo, lepiej coś przeżywamy, kiedy na coś oczekujemy. Później – zadanie na pierwszy piątek i po pierwszym piątku, np. by zaaranżować swój własny kącik modlitewny. Chodzi o to, żeby dziecko jak najbardziej w to nabożeństwo zaangażować, by nie zapomniało, że w nim uczestniczy. Tym, co wyróżnia tę publikację, są również ciekawostki, atrakcyjne nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców. Na końcu książki znajduje się coś, co docenili również dorośli – bardzo prosty, a jednocześnie głęboki rachunek sumienia. Jest to pierwsze tak kompleksowe, interaktywne i urozmaicone narzędzie, którym nie tylko dopomagamy przeżyć nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca, ale robimy jeszcze dużo więcej dobrych rzeczy, które mogą wydać błogosławione owoce dla dziecka i całej rodziny.
Jaki jest fenomen książki, która w ciągu pierwszych 48 godzin od premiery rozeszła się w liczbie 500 egzemplarzy, choć tak naprawdę jeszcze nie trafiła do księgarń?
Książka składa się z dwóch osobnych wersji publikacji – dla chłopców i dziewczynek. Skąd pomysł na taki podział?
To jedna z cech naszego podejścia do pracy, które wydaje piękne owoce. Jako Zespół ODDANIE33 próbujemy dotrzeć do każdego odbiorcy. Prawdą jest – co potwierdzimy pod każdym względem – że chłopcy i dziewczynki się różnią: wrażliwością estetyczną, tym, jakie kolory preferują, jakiej muzyki słuchają, i tym, że chłopcy wzorują się na przykładach chłopców, a dziewczynki – dziewczyn. Przygotowując publikację, uwzględniliśmy te wszystkie aspekty. W wersji dla chłopców przewodnikami po pierwszych piątkach są święci chłopcy, tacy jak Dominik Savio, Józef Sánchez del Río czy Staś Kostka, których piękne wizerunki możemy zobaczyć. Dziewczynki natomiast mają swoje święte patronki: Ritę z Cascii, Karolinkę Kózkównę czy Hiacyntę z Fatimy. Obie wersje różnią się kolorystyką, osobne piosenki są przygotowane dla chłopców i dziewczynek. I to się pięknie sprawdza. Oczywiście, z roku na rok chcemy to narzędzie jeszcze bardziej ulepszać i dostosowywać. Będziemy tworzyć różne materiały dodatkowe, które będą pomagać w nabożeństwie dziewięciu pierwszych piątków. Myślimy o grze planszowej, o kartach kolekcjonerskich z wizerunkami świętych czy specjalnych aplikacjach. Chcemy cały czas to rozwijać, żeby pierwsze piątki były czymś, co każde dziecko zna i w czym uczestniczy, by mogło dostąpić tej pięknej obietnicy, którą dał nam Pan Jezus.
rozmowę z Adrianem Pakułą przeprowadził Kamil Krasowski – Tygodnik Niedziela
***
LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY
w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra
46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS
W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.
***
W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI
MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00
***
W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
***
W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.
***
W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.
***
W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00
PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30
***
I czwartek miesiąca – 3 września
MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00
po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.
w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)

Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )
NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI
Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru, jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.
Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie
W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.
Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.
Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.
Znienawidzeni przez siły zła
Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100).
z książki “IN SINU JESU”
***
Eksplozja konwersji pokolenia Z dociera także do Szkocji

W 2026 roku w Szkocji wzrosła liczba osób przechodzących na katolicyzm. Te dane dobrze wróżą przyszłości Kościoła w tym kraju.TODO MESSAGE
Wiosną tego roku, gdy kościoły w całej Szkocji celebrowały Wigilię Paschalną, do Kościoła przyjęto aż 549 osób. To niezwykła liczba, pokazująca zjawisko, jakiego wcześniej w takiej skali nie obserwowano.
W archidiecezji St Andrews i Edynburga w jezuickim kościele Najświętszego Serca podczas niedzielnej wieczornej Mszy gromadzi się około 100 młodych dorosłych. Poświęcona im grupa na WhatsAppie liczy ponad 200 członków. Choć jest to wyraźny znak zainteresowania młodych mieszkańców miasta katolicyzmem, także w innych częściach kraju pojawia się wielu nowych konwertytów.
Przeprowadziłem rozmowy z dwojgiem przedstawicieli pokolenia Z, którzy opowiedzieli mi, co przyciągnęło ich do Kościoła i co, ich zdaniem, katolicyzm ma do zaoferowania. Podzielili się również swoimi przemyśleniami na temat przyszłości Kościoła w Szkocji.
Od św. Augustyna do realnej obecności Chrystusa
27-letni Aaron Johnstone pochodzi z Aberdeen w Szkocji. Został ochrzczony i przyjęty do Kościoła katolickiego w 2024 roku. Wychowywał się w świeckim środowisku i nie znał ani Mszy, ani katolickich tradycji. Jako nastolatek zainteresował się jednak filozofią.
Lektura dzieł św. Augustyna stała się dla Aarona impulsem, który rozpoczął jego drogę ku wierze. Z czasem pisma św. Tomasza z Akwinu skłoniły go do udziału we Mszy. Następnie rozpoczął przygotowanie do przyjęcia do Kościoła w ramach Obrzędu Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych (RCIA), obecnie znanego jako Obrzęd Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych (OCIA). Aaron uczestniczył również w wystawieniu Najświętszego Sakramentu. Jak wspomina:
„Zrozumiałem wtedy, że w monstrancji rzeczywiście jest Chrystus”.
Aaron mówi, że przebywanie przed realnie obecnym Chrystusem „jednoczy nas sakramentalnie z Kalwarią i wiecznością”. Niedzielna Msza i święta nakazane dają mu także poczucie wspólnoty, ponieważ – jak zauważa – wszyscy gromadzą się wtedy jako jedno Ciało.
Jego zdaniem młodzi ludzie zwracają się ku katolicyzmowi między innymi dlatego, że licząca dwa tysiące lat tradycja Kościoła oraz jego nauczanie społeczne, moralne i teologiczne dostarczają odpowiedzi i ram, według których można żyć.
Aaron mówił również o wpływie mediów cyfrowych na zdrowie psychiczne.
„Możemy włączyć wiadomości albo spojrzeć na nagłówki w gazecie” – zauważył. „Zawsze widzimy cały ciąg strasznych rzeczy, które dzieją się na świecie. Smartfony jeszcze to pogarszają. Ludzie potrzebują Zbawiciela”.
Johnstone wyraził nadzieję, że Kościół w Szkocji będzie nadal się rozwijał.
Część czegoś większego
Corey Morrison ma 21 lat i pochodzi z Inverness, miasta nazywanego potocznie „stolicą szkockich Highlands”. Został przyjęty do Kościoła katolickiego podczas Wigilii Paschalnej w 2026 roku w Exeter w Anglii, ale jego droga do katolicyzmu rozpoczęła się w Szkocji.
Dorastając, nie był związany z religią. W okolicach Inverness silną pozycję zajmował jednak Kościół Wolny Szkocji. W szkole uczestniczono w obchodach chrześcijańskich świąt, ale dopiero gdy Corey dorósł, jego zainteresowanie wiarą zaczęło się rozwijać.
Po raz pierwszy uczestniczył we Mszy w kościele św. Aidana w Aviemore, około 30 mil na południe od Inverness.
„Była to Msza w rycie łacińskim” – wspomina. „Nie rozumiałem, co mówi kapłan, ale było w tym coś niezwykle mocnego… Otrzymałem błogosławieństwo i poczułem spokój”.
Corey wyjaśnia, że katolicyzm przyciągnął go między innymi dlatego, że daje poczucie wspólnoty i więzi z innymi wiernymi. Pomocna okazała się także regularna spowiedź. Pomaga mu ona brać odpowiedzialność za własne życie, a jednocześnie daje pocieszenie dzięki duchowemu przewodnictwu, które nie opiera się na osądzaniu.
Ponieważ poczucie wspólnoty jest dla niego tak ważne, uważa, że również młodzi ludzie z pokolenia Z potrzebują możliwości odnalezienia takiej wspólnoty.
„[Dołączając do Kościoła katolickiego], młody człowiek zyskuje większą rodzinę i staje się częścią czegoś większego od siebie” – mówi.
Corey dodaje, że po zakończeniu szkoły szczególnie dobrze jest znaleźć nowe miejsce, do którego można należeć. Jego zdaniem Kościół daje taką możliwość wszystkim, którzy jej szukają.
Corey zachęca młodych ludzi, by „dali katolicyzmowi szansę”. Uważa również, że przed Kościołem katolickim w Szkocji rysuje się dobra przyszłość.
Katolicka przyszłość Szkocji
Przedstawiciele pokolenia Z odnajdują swoje miejsce w Kościele katolickim. Dla jednych jest to związane ze spotkaniem ze Zmartwychwstałym Chrystusem podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, dla innych ze wspólnotą, która daje im wsparcie i duchowe umocnienie, jeszcze inni znajdują w wierze odpowiedzi na trudności życia. Młodzi ludzie szukają pocieszenia w Kościele, swojej Matce.
Obserwowane obecnie zainteresowanie młodych ludzi w Szkocji pozwala patrzeć na przyszłość Kościoła katolickiego w tym kraju z nadzieją. Nie wiadomo jeszcze, czy ten wzrost będzie się utrzymywał i w jaki sposób Kościół będzie potrafił wykorzystać nowe więzi nawiązujące się z młodym pokoleniem.
Jeśli liczba konwertytów z pokolenia Z będzie nadal rosła, można oczekiwać, że przyniesie to dobre owoce dla przyszłości życia duchowego w Szkocji.
Bryan Lawrence Gonsalves/Aleteia.pl
***
Modliła się za kapłanów i wynagradzała Bogu za ich niewierności. Rok Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej
W Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów od 2 sierpnia przeżywany jest Rok Sł. B. siostry Wandy Boniszewskiej CSA, ustanowiony z okazji setnej rocznicy jej przyjęcia do nowicjatu w tym Zgromadzeniu. Jest to czas wdzięczności za dar jej życia i powołania oraz szczególnej modlitwy o jej beatyfikację.
Służebnica Boża s. Wanda Boniszewska

Każdego drugiego dnia miesiąca w kaplicy Sióstr od Aniołów w Domu Generalnym w Konstancinie-Jeziornie sprawowana jest Msza święta w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej. 2 września Eucharystii przewodniczył delegat metropolity warszawskiego Trybunału Beatyfikacyjnego s. Wandy Boniszewskiej ks. kanonik dr Jacek Wiliński. W koncelebrze uczestniczył również ks. prałat Lech Sitek.
W homilii ksiądz kanonik przypomniał, że Pan Bóg pragnie być obecny w całym naszym życiu – nie tylko w świątyni i podczas modlitwy, ale także w naszych domach, obowiązkach, relacjach i codziennych decyzjach. Wiara ma przenikać codzienność i prowadzić nas do rozpoznawania Bożej woli.
Msza Święta sprawowana w intencji beatyfikacji Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej

W tym świetle szczególnie wymowne jest świadectwo życia s. Wandy Boniszewskiej. Była świadoma swojego powołania i misji, którą otrzymała od Boga. Jej życie było naznaczone modlitwą, ofiarą i troską o innych, szczególnie o kapłanów i osoby konsekrowane. Wiernie podejmowała modlitwę i pokutę w ich intencji, powierzając Bogu ich życie i posługę, oraz wynagradzając za niewierności kapłanów.
Ks. Wiliński odwołał się również do wydarzenia przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone. Lud Boży znalazł się w sytuacji, w której po ludzku nie było wyjścia: przed nim było morze, za nim ścigające go wojsko egipskie. Dopiero całkowite zaufanie Bogu otworzyło drogę.
Także w naszym życiu stajemy wobec sytuacji, których nie potrafimy rozwiązać własnymi siłami. Świadectwo s. Wandy przypomina, że w takich momentach szczególnie potrzebne są modlitwa, zaufanie i wierność powołaniu. Bóg może otworzyć drogę tam, gdzie człowiek jej nie widzi.
Prośby o modlitwę przez wstawiennictwo Sł. B. s. Wandy Boniszewskiej

Ksiądz kanonik zachęcił nas, abyśmy bliżej poznawali osobę Służebnicy Bożej s. Wandy Boniszewskiej – jej życie, powołanie, duchowość i niezwykłe świadectwo wiary. Poznawanie jej historii może stać się dla nas inspiracją do głębszego przeżywania własnej relacji z Bogiem i odkrywania Jego działania w naszym życiu. Jesteśmy bardzo wdzięczne za Księdza obecność, modlitwę oraz wygłoszone do nas słowo.
Przeżywany Rok Sł. B. Siostry Wandy Boniszewskiej jest więc nie tylko wspomnieniem jej życia, ale również zaproszeniem skierowanym do każdego z nas, aby pytać Boga: „Do czego mnie powołujesz? Jaka jest Twoja wola wobec mojego życia?”
Niech kolejne miesiące tego wyjątkowego Roku będą czasem pogłębiania wiary, wdzięczności za świadectwo S. Wandy oraz gorliwej modlitwy o jej beatyfikację. Niech jej przykład uczy nas, że świętość rodzi się z codziennej wierności Bogu – w modlitwie, pracy, cierpieniu, służbie i miłości do drugiego człowieka.
Serdecznie zapraszamy każdego drugiego dnia miesiąca do wspólnej modlitwy w intencji beatyfikacji s. Wandy podczas Mszy św. w naszej kaplicy w Konstancinie-Jeziornie.
zdjęcia i tekst:s. Joanna Andruszczyszyna, CSA – Tygodnik Niedziela
***
3 września 2026
Św. Grzegorz Wielki i chorał gregoriański. Co dla muzyki kościelnej zrobił ten papież reformator?

***
Chorał gregoriański swoją nazwę zawdzięcza papieżowi Grzegorzowi Wielkiemu, który go zebrał i skodyfikował. Ten rodzaj śpiewu jest jednak znacznie starszy, bowiem wywodzi się z Rzymu już z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Rozwijał się w Europie zachodniej i centralnej przez całe średniowiecze – a nawet i później – i aż do dziś jest pierwszorzędnym śpiewem Kościoła katolickiego.
Już od pierwszych wieków chrześcijanie modlili się śpiewem psalmów. Ewangeliści Mateusz i Marek wspominają, że Chrystus wraz z Apostołami „odśpiewali hymn” zanim wyszli z Wieczernika na Górę Oliwną (Mt 26,30; Mk 14,26). Kiedy jeszcze w czasach apostolskich Rzym stał się centrum chrześcijaństwa, to tam również rozwijał się liturgiczny śpiew. Na przełomie VI i VII wielki papież Grzegorz Wielki (590-604) zebrał te śpiewy i ułożył w zorganizowany system. Tak historię śpiewu gregoriańskiego wyjaśnia papież Pius XII w wydanej w 1955 r. encyklice Musicae sacrae disciplina:
Liczne świadectwa Ojców i Pisarzy Kościoła stwierdzają, że z nastaniem wolności i pokoju dla Kościoła [Edykt mediolański z 313 r. – red.], psalmy i pieśni liturgiczne były w codziennym niemal użyciu. Co więcej, tworzono nowe rodzaje świętych pieśni, które bardziej udoskonalały Szkoły śpiewacze, szczególnie w Rzymie. Poprzednik zaś Nasz, błogosławionej pamięci święty Grzegorz Wielki, jak to przekazała nam tradycja, wszystko to, co zostawiły w spuściźnie dawne pokolenia, troskliwie zebrał i mądrze uporządkował, chroniąc czystość i całość śpiewu kościelnego odpowiednimi prawami i regułami.
Zbiór, w który św. Grzegorz Wielki zgromadził wszystkie znane dotąd śpiewy, nazwano Antyfonarzem. Choć oryginał tej księgi zaginął w X wieku, to przetrwały jego ręczne odpisy; najstarszy z nich pochodzi z klasztoru benedyktynów w St. Gallen w Szwajcarii. Reforma papieża Grzegorza miała jednak znacznie większe znaczenie; zjednoczyła bowiem Kościół – przynajmniej ten zachodni – pod względem liturgicznym. To właśnie dzięki temu papieżowi, a potem dzięki cesarzowi Karolowi Wielkiemu, większość Kościoła katolickiego sprawuje liturgię w ten sam rzymski sposób. Podobne było z muzyką kościelną, gdyż jest to zasługą właśnie św. Grzegorza, że śpiew gregoriański rozpowszechnił się na cały zachodni Kościół i tam się rozwijał.
Tradycyjnie śpiew gregoriański był śpiewem jednogłosowym, wykonywanym a cappella, jednak w VIII lub IX zaczęto chorał gregoriański ozdabiać towarzyszeniem organów. Niektóre zakony pozostały przy tradycyjnej formie śpiewu bez instrumentów, a inne przyjęły praktykę śpiewania go z organami. Również od IX w. zaczęto dopisywać do chorału gregoriańskiego drugą, zwykle niższą, równoległą linię melodyczną, nazywaną organum.
Chorał gregoriański początkowo przekazywany był wyłącznie ustnie, aż wreszcie w IX i X w. rozpoczęto jego spisywanie. Stało się to dzięki benedyktynowi Guidonowi z Arezzo, który opracował sposób zapisywania melodii za pomocą notacji liniowej. Najpierw była to jedna linia, a potem kilka, aż do czterech – i właśnie w taki sposób zapisuje się chorał gregoriański aż do dzisiaj. W późnym średniowieczu dołożono jeszcze jedną linię, otrzymując używaną również dziś w muzyce nowoczesnej – pięciolinię.
To właśnie śpiew gregoriański pozostał jedynym dopuszczonym do liturgii przez stulecia. Dopiero pod koniec średniowiecza zaczęły pojawiać się pierwsze kompozycje polifoniczne, czyli na kilka głosów jednocześnie. Ojcowie Soboru Trydenckiego (1545-1563) zastanawiali się jednak czy takie utwory powinny być w ogóle dopuszczone do wykonywania podczas Mszy św. Przekonał ich najwybitniejszy z katolickich kompozytorów – Giovanni Pierluigi da Palestrina – swoimi modlitewnymi kompozycjami. Utwory Palestriny, choć wielogłosowe, to często bazowały na melodii zaczerpniętej właśnie z chorału gregoriańskiego.
Rozwój muzyki polifonicznej i innych późniejszych form nie zmniejszył bynajmniej znaczenia śpiewu gregoriańskiego. Ten rozwijał się nadal, choć już w mniejszym stopniu; większość obchodów liturgicznych miała już bowiem opracowane śpiewy, a zatem potrzeba było stworzyć melodie tylko do nowo wprowadzanych świąt. Pomimo swojego bogatego dziedzictwa muzycznego Kościół zawsze utrzymywał chorał gregoriański na pierwszym miejscu. Tak pisał o nim w 1903 r. św. Pius X w motu prorpio Tra le sollecitudini:
Kościół przechował go wiernie przez wieki całe w księgach swych liturgicznych, podaje go wiernym jako śpiew swój własny, przepisuje, by w niektórych częściach liturgii używano wyłącznie tylko jego i cieszy się, że wskutek najnowszych poszukiwań naukowych przywrócono mu dawną jego nieskazitelność i czystość.
Warto podkreślić, że chorał gregoriański nigdy nie został „zniesiony” ani – przynajmniej oficjalnie – zdegradowany. Niestety dzisiaj rzadko już można go usłyszeć w kościołach – chyba że podczas Mszy św. sprawowanej w rycie tradycyjnym. Niesłusznie współczesne odejście od śpiewu gregoriańskiego tłumaczy się to potrzebą „rozumienia śpiewu przez uczestników liturgii”. Modlitewny śpiew łaciński potrafi bowiem znacznie bardziej przykuć uwagę uczestników liturgii i skierować ją ku Bogu niż współczesne śpiewy w językach narodowych. Co ciekawe, nawet dokumenty Soboru Watykańskiego II mówią wprost, że chorał gregoriański jest pierwszorzędnym (!) śpiewem Kościoła Rzymskiego.
Śpiew gregoriański Kościół uznaje za własny śpiew liturgii rzymskiej. Dlatego w czynnościach liturgicznych powinien on zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu – czytamy w Konstytucji o Liturgii Świętej z 1963 r.
Mimo iż na pierwszy rzut oka chorał gregoriański może wydawać się mało wyszukanym, to jego budowa jest w rzeczywistości bardzo bogata. Ta jedna linia melodyczna zawiera niezwykle wysublimowany rytm, pełen melizmatów – coś, co bez wątpienia można nazwać sztuką wysoką. Jednak jego największą zaletą jest modlitewny charakter i adekwatne podłożenie melodii pod tekst, dające wrażenie niezwykłej płynności śpiewu. Korzyść ze słuchania śpiewu gregoriańskiego można odnieść nawet bez rozumienia jego słów; jeśli jednak posiada się przed oczami jego tłumaczenie, tym bardziej pomaga to w modlitwie.
Chorał gregoriański przetrwał w oryginalnej formie w wielu zakonach, które modlą się nim na co dzień. Największymi strażnikami tego rodzaju śpiewu są benedyktyni. W klasztorach takich jak Solesmes czy Fontgombault śpiew gregoriański jest integralną (!) częścią codziennej Mszy św. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o pacierzach kapłańskich, czyli Brewiarzu, który duchowni odmawiają aż osiem razy dziennie; w niektórych klasztorach wszystkie te modlitwy śpiewa się na melodie chorałowe. Oczywiście w innych zakonach śpiew gregoriański też jest pielęgnowany; wydaje się jednak, że benedyktyni troszczą się o niego w sposób szczególny. I to właśnie z tego zakonu pochodził papież, który go zebrał i uporządkował, czyli św. Grzegorz Wielki.
Adrian Fyda/PCh24.pl
***

Pluscarden Abbey to jedyny średniowieczny klasztor w Szkocji, który do dziś służy celom, jakie przyświecały jego założycielom. Klimat toczącego się tu życia nie różni się niczym od tego, jaki znali modlący się w opactwie mnisi w XIII wieku.
Msza łacińska i śpiewy gregoriańskie są ogniwem spinającym siedem stuleci historii monastycyzmu.
Opactwo powstało w 1230 roku dzięki staraniom króla Szkocji, Aleksandra II. W tym czasie powstały także dwa inne domy, Beauly w Ross i Ardchattan w Argyll. Oba związane były z tradycją benedyktyńską.
Opactwo zamieszkali ojcowie valliskulianie. Ich nazwa pochodzi od nazwy doliny, w której znajduje się opactwo (łac. Vallis Caulium). Kim byli? Pochodzili od bł. Viarda, który jako kartuz otrzymał zezwolenie, aby stać się eremitą.
Po reformacji władze Szkocji zlikwidowały klasztory i zagrabiły ich majątki. Taki też los spotkał Pluscarden.
Budynki klasztorne zaczęły podupadać, a z czasem przeszły w ruinę. W tym czasie nielegalnie z punktu widzenia prawa świeckiego sprawowano tu Eucharystię.
W XVIII wieku, aby upokorzyć bardzo nielicznych katolików mieszkających w okolicy, rozebrano dużą część pozostałości dawnego klasztoru, aby zdobyty w ten sposób materiał użyć do budowy kościoła protestanckiego.
W 1897 r. John Crichton-Stuart, III markiz Bute, stał się właścicielem ruin Opactwa. Wcześniej, w 1868 r. przyjął on katolicyzm (co było ogromnym skandalem w tamtej epoce) i stał się nieformalnym przywódcą katolickiej arystokracji w Wielkiej Brytanii. Jego najmłodszy syn lord Colum Crichton-Stuart podarował w 1943 r. Opactwo Pluscarden benedyktynom z Prinknash. Dzięki pomocy lorda Crichton-Stuarta, benedyktyni rozpoczęli odbudowę Opactwa i w 1948 r. zamieszkali tam. W 1955 r. odbudowano częściowo kościół klasztorny. Pluscarden zyskało niezależność organizacyjną w 1966 r., a rangę opactwa otrzymało oficjalnie w 1974 r.
zdjęcie i informacje – ks. Mariusz Rosik – Ocalić od zapomienia. Pluscarden Abbey
***
Gregoriański śpiew Kościoła

fot. Ośrodek Formacji Liturgicznej
***
„Chorał gregoriański jest śpiewem własnym liturgii rzymskiej i w liturgii on powinien zajmować pierwsze miejsce”, II Sobór Watykański, Konstytucja o liturgii, rozdział VI poświęcony muzyce.
4 listopada 1963 roku II Sobór Watykański zalecił kultywowanie tradycji śpiewu chorału gregoriańskiego. Musimy poznać jego źródła i zrozumieć jego miejsce i zadanie w liturgii.
Pomaga nam w tym wyznanie Tomasza Mertona, konwertyty, cystersa trapisty, pisarza i współczesnego mistyka, dotyczące śpiewu gregoriańskiego: „Ciepło śpiewu gregoriańskiego jest pełne surowej powagi. Ukrywa się głęboko pod powierzchnią zwykłego wzruszenia i dlatego nigdy cię nie nuży. Ta muzyka wciąga cię w głąb, gdzie kołysze cię w skupieniu i pokoju i gdzie odnajdujesz Boga. Spoczywa w Nim i On cię uzdrawia swoją ukrytą mądrością”.
Początki muzyki kościelnej wywodzą się z tradycji synagogalnej, greckiej i bizantyjskiej. Pierwsze śpiewy liturgiczne w kościele to psalmy i hymny. Muzyka w Kościele jest uzupełnieniem liturgii i jej integralną częścią a chorał gregoriański jest śpiewem kościelnym występującym od początku Kościoła katolickiego. Jest on modlitwą śpiewaną przez jedną lub kilka osób. Melodyka dostosowana jest do skali przeciętnego głosu ludzkiego. Nigdy nie miał być śpiewem koncertowym czy też estradowym. Jest śpiewem jednogłosowym, bez względu ile osób śpiewa zawsze brzmi jedna i ta sama melodia (choć nie wszystkie średniowieczne melodie udało się odtworzyć). I ta sama melodia trwa przez wieki aż do dzisiejszych czasów.
Daje to uczestnikom liturgii poczucie trwania w Kościele w czasie i przestrzeni.. Chorał śpiewa się w języku łacińskim.
Chorał gregoriański jest muzyką wokalną dostosowaną do słów. Oznacza to, że tekst jest najważniejszy. Melodie gregoriańskie nie istnieją same dla siebie, są stworzone, aby uwypuklić tekst liturgiczny, z którym stoją w najściślejszym związku; melodia oddaje i podkreśla znaczenie słów. Melodia chorału jest dla tekstu dźwiękową szatą – ubiera go i ozdabia. Unika jednak ozdobników muzycznych i indywidualnych popisów wokalnych gdyż służy modlitwie, czyli rozmowie duszy z Bogiem. Stąd słuchając śpiewu chorałowego mamy odczucie dostojności i powagi, skupienia i „dotykania” Boga. Wszystko, co w naszej muzyce współczesnej, tak świeckiej jak i para religijnej, jest mdłe, sentymentalne, romantyczne, zniewieściałe – nie występuje w chorale gregoriańskim. Można powiedzieć zatem, że bogactwo tkwi w jego prostocie. To powoduje, że ten śpiew jest męski w swoim wyrazie i brzmieniu.
Śpiewy chorałowe są wtopione w liturgię. Chorał i liturgia to jedna nierozerwalna całość, jak dusza i ciało.
Wartość śpiewu gregoriańskiego jest doceniana i jest on stawiany kompozytorom i artystom za wzór, który wskazuje jak kościelna muzyka ma wyglądać i jakie cechy powinna posiadać. Wielu współczesnych wykonawców stylizuje swoją muzykę na wzór średniowiecznej nuty gregoriańskiej.
Chorał gregoriański zajmuje zaszczytne miejsce w liturgii Kościoła.
Jego rozkwit rozpoczął się za pontyfikatu św. Grzegorz Wielkiego w VI w. gdy papież zebrał i uporządkował zbiór używanych w liturgii melodii. Dzieło św. Grzegorza bardzo szybko rozszerzyło się na terenach dzisiejszych Włoch, a przez jego uczniów trafiło do Anglii. We Francji śpiew ten wprowadzany został przez króla Pepina. Na cześć św. Grzegorza Wielkiego nazwano zbiór tych melodii carmen gregorianum. Pierwszy raz użył tego określenia papież Leon IV około 850 roku.
Historycy i badacze dziejów Kościoła wymieniają wśród źródeł chorału gregoriańskiego księgi liturgiczne rękopiśmienne lub drukowane. Najstarsze teksty zawarte są w sakramentarzach: leoniańskim (V w.), galezjańskim (VII-VIII w.) oraz gregoriańskim (VIII w.). Z tych ksiąg powstały następnie mszały (Missalia plenaria), w Polsce najstarszym tego typu mszałem jest rękopis pochodzący z opactwa benedyktyńskiego Niederaltaich k. Pasawy (ok. 1070-1131).
Innymi źródłami są kantatoria, zawierające śpiewy solowe liturgii mszalnej, antyfonarze, graduały oraz procesjonały. Najstarsze rękopisy tych źródeł zawierające chorał gregoriański zachowały się w bibliotekach opactw benedyktyńskich Sankt Gallen, Metz, Einsiedeln, Monte Cassino.
W Polsce opracowano wydanie śpiewów oparte na dawnych rękopisach. Graduał i Antyfonarz zatwierdzone zostały w 1621 i 1628 roku przez Synod Piotrkowski i Uniwersytet Jagielloński.
Prace nad rekonstrukcją chorału gregoriańskiego rozpoczęto w XIX w. Największe znaczenie zyskali benedyktyni z opactwa Solesmes we Francji, którzy zrekonstruowali średniowieczną wersję chorału gregoriańskiego (słynna szkoła solesmeńska). Ich praca została zaakceptowana przez papieża Leona XIII a papież Pius X w encyklice Tra le Sollecitudini z 22 listopada 1903 roku zlecił im nową redakcję ksiąg liturgicznych. (tzw. Editio Vaticana). Następnie Pius XI ogłosił konstytucję Divini cultus, dotyczącą pielęgnowania chorału gregoriańskiego, a Pius XII wydał 2 encykliki potwierdzające dawne przepisy. W 1957 r. benedyktyni przygotowali nowe wydanie Graduału rzymskiego, które zostało ostatecznie zatwierdzone przez Sobór Watykański II zwołany przez papieża Jana XXIII w 1963 roku.
ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W LISTOPADZIE 2012 ROKU.
***
Ksiądz Biskup Marek Mendyk:
Szkoła nie jest świecka. Szkoła jest publiczna
W przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego bp Marek Mendyk mocno zabrał głos w sprawie obecności religii w szkole i kierunku wychowania młodego pokolenia. – Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły – powiedział biskup świdnicki.
Słowa padły 29 sierpnia w katedrze świdnickiej podczas Mszy św. za Ojczyznę i NSZZ „Solidarność”, sprawowanej w związku z Dniem Solidarności i Wolności. Bp Marek Mendyk przypomniał w homilii wydarzenia sprzed ponad 45 lat, rolę św. Jana Pawła II w przemianach społecznych oraz znaczenie solidarności rozumianej jako odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Od historycznych doświadczeń przeszedł jednak do spraw bardzo aktualnych. W perspektywie rozpoczynającego się roku szkolnego zwrócił uwagę na spór dotyczący wychowania dzieci i młodzieży oraz miejsca religii w polskiej szkole.
– Wkrótce zacznie się rok szkolny. Trzeba stale – nie tylko dzisiaj – ale stale o tym mówić. Usiłuje się za wszelką cenę, także podstępem i także z łamaniem praw wyprowadzić religię ze szkoły, uczynić ze szkoły świecką placówkę. Zapominając przy tym, że szkoła nie jest świecka; szkoła jest publiczna i każdy ma do niej prawo – mówił bp Mendyk.
Biskup podkreślił, że w jego ocenie nie jest to jedynie dyskusja dotycząca organizacji zajęć czy liczby godzin katechezy. Problem jest znacznie głębszy i dotyczy odpowiedzi na pytanie o to, jaka wizja człowieka ma stać u podstaw wychowania młodego pokolenia.
– Atak na lekcję religii i wprowadzana siłą „edukacja zdrowotna” to tak naprawdę jeden poważny spór: spór o człowieka. Idzie o antropologię, nie o godziny dla katechetów, ale właśnie o wizję człowieka, z którym będzie można potem zrobić wszystko. Powtórzę jeszcze raz: nie chodzi o godziny w szkole, nie chodzi o etaty, ale o integralną wizję człowieka – zaznaczył.
W ten sposób bp Mendyk wskazał, że dyskusji o miejscu religii w szkole nie można sprowadzić do kwestii zawodowych katechetów. Chodzi przede wszystkim o rozumienie człowieka, wychowania, wolności rodziców oraz odpowiedzialności szkoły za formację młodego pokolenia.
Hierarcha połączył ten temat z dziedzictwem „Solidarności”, która przed laty upominała się o prawa i godność człowieka.
– Upomina się o człowieka Solidarność, upomina się Kościół. Dlaczego? Bo mamy integralną propozycję na wychowanie młodego pokolenia. Propozycję, za którą przemawiają całe wieki chrześcijaństwa – powiedział.
Wypowiedź biskupa świdnickiego, wygłoszona zaledwie kilka dni przed pierwszym szkolnym dzwonkiem, staje się tym samym apelem o poważną debatę nad przyszłością polskiej szkoły. Nie tylko nad programami i liczbą godzin, ale przede wszystkim nad tym, jakiego człowieka szkoła ma wychowywać i na jakim fundamencie ma budować jego rozwój.
Tygodnik Niedziela
***
Ks. Wojciech Węgrzyniak:
Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty Barbara Nowacka
Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.
Jaka jest reakcja minister?
Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.
Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.
Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.
Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.
Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.
Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.
Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.
Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił “o rozpasaniu kleru”.
W “Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.
Tygodnik Niedziela
Ks. Węgrzyniak:
Przestańcie kłamać. To KOŚCIÓŁ utrzymuje państwo, nie odwrotnie!!!
Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”
Jeszcze się nie zdarzyło w mojej historii z Twitterem, żeby tyle reakcji wywołało jedno zdanie: „Polsce bardziej potrzebny jest rozdział państwa od złodziei niż od Kościoła.”
Wiadomo, że każde hasła są uproszczające i mogą budzić skrajne reakcje. Dlatego dodam parę myśli w sprawie rozdziału Kościoła od państwa, skoro temat ten wydaje się tak aktualny.
Po pierwsze, Kościół jest rozdzielony od państwa w tym sensie, że ani władze Kościoła nie wpływają na rządy w państwie ani władze państwowe nie ingerują w rządzenie Kościołem. I co jak co, ale parlamentarzyści, którzy uchwalają ustawy powinni znać statystykę, ile z przegłosowanych ustaw zostało uchwalonych tylko dlatego, że tak chciała Konferencja Episkopatu Polski.
Po drugie, musimy ustalić pojęcia i raz na zawsze zrozumieć, że Kościół to jest wspólnota ludzi a nie biskupi i księża. A skoro państwo składa się z obywateli, to znaczy, że państwo polskie z 90% składa się z Kościoła katolickiego. To Kościół płaci państwu polskiemu największe podatki i to Kościół w dużej mierze utrzymuje państwo polskie. Jeśli chcemy całkowitego rozdziału Kościoła od państwa, to nie ma problemu. Katolicy mogą przestać płacić podatki i zorganizować sobie swoje przedszkola, szkoły, uniwersytety, szpitale, straż, a nawet swoją policję. Z tych wszystkich podatków, które wpłacamy jako obywatele do państwa, zorganizujemy sobie spokojnie życie bez wypominania nam, że my tylko bierzemy od państwa.
Po trzecie, każdy kto myśli wie, że nie da się rozdzielić całkowicie żadnej organizacji od państwa, tylko trzeba się dogadać. Sprawy między państwem a Kościołem są dogadane i o tym mówi m.in. konkordat. Czy jednak możemy pewne rzeczy zmienić jak chociażby kwestię religii w szkole? Pewno, że możemy. Potrzebne są jednak dwa warunki.
Najpierw musimy przestać kłamać. Bo mantra o tym, że państwo płaci księżom na ubezpieczenia, albo że Fundusz Kościelny to są pieniądze darowane Kościołowi przez państwo to jedno wielkie kłamstwo. W skróci to jest tak: Państwo ukradło Kościołowi po wojnie majątki na niebywałą skalę. W zamian zobowiązało się, że z tych kradzionych dóbr łaskawie będzie wydzielać co roku jakąś daninę. Ale teraz już nie chce. Tak jakby złodziej ukradł milion i co roku okradzionemu zobowiązał się wypłacać po tysiąc złotych. Niestety po 30 latach zaczął krzyczeć, że on nie ma zamiaru finansować okradzionego. Każdy normalny w Kościele wolałby, żeby państwo oddało nam to, co zabrało a nie wymachiwało co jakiś czas tekstami o Funduszu.
Drugim warunkiem dogadania się jest uczciwość intelektualna i wzajemność. Jeśli mamy usunąć religię ze szkół, to usuńmy też przygotowanie do życia w rodzinie, edukację seksualną, godziny wychowawcze, wykłady na medycynie, które promują antykoncepcję. Usuńmy finansowanie szpitali, w których ma miejsce aborcja i in vitro. Usuńmy wszelkie dotacje stowarzyszeń, czasopism, organizacji, zajęć i ludzi, które głoszą wartości niezgodne z nauką Kościoła.
Rozumiem, że niewierzących denerwuje, że z ich pieniędzy opłacane są lekcje religii. Niech jednak i oni zrozumieją, jak bardzo nas, katolików boli, że za nasze pieniądze opłacani są ludzie, którzy niszczą nas samych i to, w co głęboko wierzymy.
Jeśli nie będziemy kłamać, jeśli postawimy na wzajemność i uczciwość intelektualną, wtedy możemy wiele spraw poukładać na nowo. Dlaczego by nie? Ale jeśli w całej dyskusji o rozdziale państwa od Kościoła, chodzi tylko o hucpę, darujmy sobie. Szkoda życia na takie potyczki. Szkoda też śmierci. Bo to ona często decyduje, że ludzie wolą jednak nie zamykać sobie drogi przez Kościół do nieba. Nawet jeśli ono nie jest dla wielu tak pewne jak dopłata z budżetu dla partii politycznych. I to dopłata głównie z pieniędzy katolików.
ks. Wojciech Węgrzyniak
***
87 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ

Wikipedia | Domena publiczna
***
1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”
I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.
Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.
***
Obraz Matki Bożej Królowej Pokoju
Liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Królowej Pokoju obchodzimy 1 września, ponieważ data ta jest rocznicą wybuchu II wojny światowej. Wybór tego dnia ma głęboki wymiar symboliczny i modlitewny – w rocznicę rozpoczęcia tragicznego konfliktu Kościół w Polsce zwraca się o wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny jako dawczyni pokoju, jedności i pojednania między narodami.
Kult ten jest w Polsce związany z konkretnym miejscem i historią:
- Sanktuarium w Stoczku Warmińskim: Kult Maryi jako Królowej Pokoju rozwinął się wokół sanktuarium w Stoczku Klasztornym (Warmińskim). Świątynia ta powstała w XVII wieku jako wotum dziękczynne biskupa Mikołaja Szyszkowskiego za zawarcie pokoju ze Szwedami w Sztumskiej Wsi w 1635 roku.
- Święty Jan Paweł II w czasie pielgrzymki do Ojczyzny 19 czerwca 1983 roku na Jasnej Górze po raz kolejny koronował obraz Matki Bożej ze Stoczka Warmińskiego nazywając Ją Matką Pokoju i zawierzając Jej losy naszej Ojczyzny.
- W Stoczku Warmińskim był uwieziony przez komunistyczne władze błogosławiony Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski. To właśnie tam w 1953 roku napisał on swój akt osobistego oddania się Matce Bożej.
Historia obrazu
Do nowej świątyni w Stoczku Klasztornym biskup Mikołaj Szyszkowski sprawdził w 1640 roku z bazyliki rzymskiej Matki Bożej Większej kopię obrazu Matki Bożej, Salus Populi Romani(Ocalenie Ludu Rzymskiego) i umieścił go w ołtarzu głównym.
Obraz Matki Bożej, którego kopia znajduje się w Stoczku Klasztornym jest wizerunkiem bardzo czczonym w całym Kościele już od średniowiecza, a zwłaszcza po bitwie pod Lepanto, która rozegrała się 7 października 1571 roku. W tym dniu wojska chrześcijańskie odniosły zwycięstwo nad wojskami tureckimi. Zwycięstwo floty chrześcijańskiej było wyraźnym znakiem i dowodem wstawiennictwa Matki Bożej. Aby wyprosić zwycięstwo i obronę chrześcijaństwa przed zalewem islamu, papież zarządził specjalne modlitwy w tej intencji. Obraz Matki Bożej był niesiony w procesji po ulicach Rzymu i odmawiano różaniec. Po zwycięstwie floty chrześcijańskiej nad turecką obraz Matki Bożej był czczony jako obraz Matki Bożej Zwycięskiej albo obraz Matki Bożej Różańcowej, a kult obrazu rozpowszechniał się po całym chrześcijańskim świecie.
Na ziemiach Rzeczypospolitej zauważa się rozwój kultu Matki Bożej Zwycięskiej zwłaszcza po Soborze trydenckim(1543-1563) i po zakończeniu Synodu Krakowskiego w 1621 roku, który polecił, aby Matka Boża była malowana na wzór obrazu częstochowskiego lub rzymskiego ”Salus Populi Romani”. Sytuacja polityczno – społeczna w jakiej znalazła się Rzeczypospolita w tym czasie sprawiła, że wizerunek Matki Bożej Zwycięskiej był przyjmowany jako znak szczególnej opieki Matki Bożej nad naszym narodem w obliczu zagrożenia ze strony wrogich mocarstw: Rosji, Turcji i Szwecji.
Budowa nowej świątyni w Stoczku Klasztornym jako wotum wdzięczności za podpisany rozejm ze Szwedami i obecność w niej kopi Obrazu Matki Bożej Zwycięskiej miało szczególne znaczenie dla ówczesnej Rzeczypospolitej.
Obraz Matki Bożej Stoczkowskiej namalowany na płótnie o wymiarach 230 cm wysokości i 166 cm szerokości jest oceniany przez historyków w sztuki jak obraz o „nieprzeciętnej wartości artystycznej”. Nie zachowały się żadne informacje na temat autora ani czasu wykonani kopi obrazu.
Obraz przedstawia całą postać Matki Bożej, która obiema rękoma podtrzymuje Dzieciątko Jezus. Wzrok Maryi i Dzieciątka jest zwróconej w kierunku patrzących. U stóp Matki Bożej widzimy półksiężyc, a w tle wokół postaci obłoki, od dołu obrazu mgliste, a wyżej coraz bardziej złociste. Postacie na obrazie są wielkości nieco większej niż naturalna. Oblicze Matki Bożej jest pełne pokoju , godności i wyraża dobroć Jej serca i gotowość niesienia pomocy. Dziecię Jezus trzyma w lewej ręce księgę Pisma Świętego a prawą unosi w geście błogosławieństwa. Palce prawej dłoni Maryi mają bardzo wymowną symbolikę i znaczenie. Trzy złączone palce wyrażają wiarę w Trójcę Świętą, a dwa pozostałe oznaczają unię hipostatyczną dwóch natur Jezusa Chrystusa – Jego Bóstwo i Człowieczeństwo. Taki sam jest układ palców prawej dłoni Dzieciątka Jezus. Treść obrazu jest bardzo wymowna i czytelna. Maryja jakby mówiła do patrzących, patrzcie na Jezusa, nie na mnie, On jest celem waszego życia, Jego słuchajcie.
Opisując obraz warto jeszcze zwrócić uwagę na pierścień na środkowym palcu prawej dłoni Matki Bożej. Jest to pewien szczegół, bardzo ważny, który znajduje się tylko na oryginalnym obrazie i niektórych kopiach, nie znajdziemy go natomiast na kopi obrazu Matki Pokoju w Stoczku Klasztornym. Pierścień na palcu Matki Bożej jest symbolem zaślubin i oblubieńczej miłości Maryi do Boga oraz wyraża Jej wierność Bogu. Przybywając do Matki Pokoju jako Oblubienicy Wiernej pielgrzymi mogą odnajdywać pokój i pojednanie z Bogiem i drugim człowiekiem. Wszyscy wierni mogą też znaleźć u Matki Bożej umocnienie swojej oblubieńczej wierności Bogu.
Kopia obrazu matki Bożej Stoczkowskiej została otoczona szczególna czcią wiernych. W 1670 roku obraz został przyozdobiony dwiema koronami, a w roku 1687 udekorowany srebrną szatą, podarowaną Matce Bożej przez biskupa Michała Radziejowskiego, bratanka króla Jana III Sobieskiego, jako wotum wdzięczności za zwycięstwo pod Wiedniem. Srebrna szata została wykonana w barokowym stylu i skomponowana z dużej ilości stylizowanych kwiatów: słoneczników, piwonii i żonkili. Na sukience Dzieciątka motywy kwiatów są drobne. Głowa Matki Bożej jest otoczona kolistym nimbem z gwiazdami, a Dzieciątka Jezus promienistą aureolą. Szatę wykonano z osiemdziesięciu darów wotywnych, co świadczy o szczególnej czci i otrzymywanych łaskach za wstawiennictwem do Matki Bożej.
ks. Wojciech Sokołowski MIC – Kustosz Sanktuarium
***

Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:
“Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...
… Takie zatem, a nie inne — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.
…Wrzesień…
Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili dzieci, żołnierze bez broni, bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…
… Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…
Tysiące oszalałych ludzi wędruje na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.
(Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.
Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla płonęły czerwienią i złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.
Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie wróci. Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.
Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...
Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?
Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…
***
Co święta siostra Faustyna Kowalska mówiła
o drugiej wojnie światowej?

fot. Wikipedia
***
Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.
Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.
święta siostra Faustyna o II wojnie światowej. Takie słowa skierowała do błogosławionego księdza Michała Sopoćki
W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.
Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.
Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski
W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).
Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.
święty Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia
Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.
święta siostra Faustyna o Ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”
Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)
W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)
faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7
***
Skąd wiemy, że czyściec istnieje?

***
P. Jakże dowiedziesz że czyściec jest?
P. Jakże to dowiedziesz ze Starego Testamentu?
O. Z drugiej Księgi Machabeuszów r. XII, w. 43.
P. Co się o tym dowiadujemy z tej Księgi?
O. W miejscu przytoczonym opisuje święty pisarz, jako Juda Machabejczyk, naczelny wódz żydowski wysłał do Jerozolimy po pewnej bitwie 12000 drachm srebra na ofiarę za grzechy poległych.
P. Co w końcu tego opowiadania Pismo święte dodaje?
O. Że “to jest świętą i zbawienną rzeczą modlić się za zmarłych, aby byli z grzechów rozwiązani”.
P. Co z tego wnosisz?
O. Wnoszę, że oprócz nieba i piekła powinno być jeszcze trzecie miejsce, gdzie dusze zmarłych się znajdują.
P. A to dlaczego?
O. Bo jeżeli dusze zmarłych znajdują się w niebie, to modlitwy naszej nie potrzebują, jeżeli są w piekle to im nasza modlitwa jest niepożyteczną, a zatem musi być jeszcze inne miejsce, gdzie im modlitwa nasza pożyteczną być może.
P. Czy jednak Księgi Machabejskie są kanoniczne czyli Boskie, iżby z nich artykuł wiary mógł być dowiedzionym?
O. Tak jest, Księgi te są kanoniczne czyli Boskie i Kościół je za takowe po wszystkie czasy uważał.
P. Jakże się to dowodzi?
O. Dowodzi się to z wielu Ojców Kościoła, między innymi z świętych: Cypriana, Ambrożego, Augustyna i innych.
P. Jakże się wyraża św. Augustyn w księdze VIII, rozdz. 36 “O Mieście Bożym”?
O. “Żydzi, pisze, Księgi Machabejskie nie liczą do Ksiąg kanonicznych, lecz Kościół Chrześcijański je za takowe uznaje”.
P. Jakże zaś to miejsce rozumieć należy, gdzie ten święty pisarz swoich czytelników prosi, ażeby uwzględnili błędy, których by się mógł w piśmie dopuścić?
O. Mówi on tylko o błędach przeciwko czystości i ozdobie swojej mowy.
P. Czy to może osłabiać w czymkolwiek rzetelność jego wykładu?
O. Bynajmniej (1).
Nauka II
P. Jak dowodzisz istnienia Czyśćca z Nowego Testamentu?
O. Dowodzę to słowy Zbawiciela, u świętego Mateusza rozdz. XII, w 32. “Ktobykolwiek mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani na tym świecie ani na przyszłym”.
P. Jaki wniosek stąd wyprowadza św. Augustyn w księdze XXI swojego Miasta Bożego w r. 24?
O. Stąd wywodzi, że są grzechy, które w przyszłym żywocie będą odpuszczone.
P. Ależ, może niektóre grzechy będą odpuszczone w niebie?
O. Nie, bo tam żaden grzesznik nie wnijdzie.
P. Ale, może będą odpuszczone w piekle?
O. Nie, bo stamtąd nie ma żadnego zbawienia.
P. Co mówi św. Paweł w pierwszym liście do Koryntczyków w r. III, w. 13?
O. “Każdego roboty, jaka jest, ogień spróbuje”.
P. Co dodaje w w. 14 i 15-tym?
O. “Jeśli którego robota zostanie, którą przybudował, zapłatę weźmie. Jeśli którego robota zgore, szkodę odniesie”.
P. A jak to zdanie kończy?
O. “Lecz on sam będzie zbawion, wszakże tak, jakoby przez ogień”.
P. Co mówi tenże Apostoł w liście do Filipensów r. II, w. 10?
O. “Aby na Imię Jezusowe wszelkie kolano klękało niebieskich, ziemskich, podziemnych”.
P. Jaki stąd dowód wywodzisz za istnieniem Czyśćca?
O. Ci, którzy są w piekle nie uginają kolan na Imię Jezusa, więc musi być inne miejsce pod ziemią, gdzie na Imię Jezusa swoje kolana zginają, musi przeto być Czyściec, czyli miejsce, które Apostoł jako znajdujące się pod ziemią oznacza, i gdzie owa cześć Imienia Jezusowego jest możebną.
P. Co mówi święty Jan w swoim Objawieniu r. XXI, w. 27?
O. “Nie wnijdzie do niego (do Królestwa niebieskiego) nic nieczystego”.
P. Jakiż stąd wniosek?
O. Stąd się wnosi, że musi być miejsce, gdzie się dusze ze swoich brudów oczyszczają.
P. A to dlaczego?
O. Ponieważ sprawiedliwy uchybia siedem razy dziennie, nie można zaś przypuścić, ażeby tacy (sprawiedliwi) co nagłą śmiercią umierają, zawsze mieli czas i sposobność do oczyszczenia się ze wszystkich uchybień przez pokutę (2).
P. A jakże zrozumieć się ma miejsce Eklezjasty Pańskiego: “Jeżeli drzewo na północ lub południe upadnie, to pozostanie na miejscu, gdzie zostało” (Eklezjastes XI, 3)?
O. To miejsce oznacza, że człowiek gdy umiera, to umierając odziedzicza albo wieczne zbawienie albo wieczne potępienie.
P. Czy jednak zdanie to nie sprzeciwia się istnieniu czyśćca?
O. O tyle się temu nie sprzeciwia, o ile się mu nie sprzeciwiało istnienie otchłani (3).
P. Alboż się nie znajduje w Objawieniu św. Jana, r. 14, w. 13: “Błogosławieni umarli, którzy w Panu umierają. Odtąd już, mówi Duch, aby odpoczywali od prac swoich”?
O. Słowa te odnoszą sie do Męczenników albo do dusz pobożnych, które już za życia, na tym świecie, za swoje grzechy odpokutowały.
P. Alboż Pan Jezus nie rzekł do nawróconego łotra: “Dziś ze mną będziesz w raju”?
O. Łaska, którą umierający Zbawiciel komuś wyjątkowo wyświadczył, nie służy za powszechne prawidło dla innych.
P. Nie mógłbyś inaczej odpowiedzieć?
O. Łotr odprawił na krzyżu surową i skuteczną pokutę, a uczucia jego były tak wzniosłe, że niemniej one, jako i jego pokuta ogień czyśćcowy zastąpiły.
Uwaga tłumacza. Zdarzenie to posłużyć może za przykład zupełnego odpustu, który nie mógł być stosowniej przez samegoż Pana Jezusa udzielony, jak w chwili zbliżającej się śmierci krzyżowej. Ocenić też należy zadziwiającą wiarę łotra onego, który w umierającym haniebną śmiercią Jezusie, uznał Dawcę Królestwa niebieskiego. Przykład podobnegoż, przez Pana Jezusa udzielonego odpustu, mamy w rozgrzeszeniu Magdaleny pokutującej.
Nauka III
P. Jak to dowiedziesz po trzecie, że czyściec istnieje?
O. Z podania.
P. Skąd poznajesz takie podanie?
O. Z świadectwa Ojców Kościoła.
P. Czego pragnął św. Efrem w swoim Duchownym testamencie?
O. Żądał po śmierci modlitwy za spokój swej duszy.
P. Co opowiada Euzebiusz o Konstantynie cesarzu?
O. Pragnął, powiada, być pochowanym przy kościele, aby większy mieć udział w modlitwach wiernych.
P. Co mówi św. Chryzostom w swojej 41 homilii nad pierwszym listem do Koryntczyków?
O. Zwraca uwagę na to, że zmarłym nie pomaga się płaczem i jękami, ale modlitwą i jałmużną.
P. Co pisze św. Hieronim do Pammachiusza?
O. Za jego czasów, powiada, było zwyczajem, że mąż na grobie swej żony kwiatki rozsypywał, lecz że Pammachiusz duszę swej żony daleko lepiej modlitwą i jałmużnami poratował.
P. Co zaświadcza św. Augustyn w księdze IX swoich Wyznań r. XII, gdzie pogrzeb swej matki opisuje?
O. Nie płakałem w czasie modlitwy, gdy Ofiarę naszego Zbawiciela za moją matkę odprawiano, a ciało już przed grobem stało (4).
P. Przytocz jeszcze inne nad tym uwagi świętego Augustyna?
O. “Oczyść mnie, pisze, na tym świecie Panie! abym w przyszłym żywocie oczyszczenia, w ogniu czyśćcowym, nie potrzebował”. (Ad. 37 Psalm.).
P. Co dalej mówi w Księdze o Kacerstwach (Haeresis 53)?
O. Pisze, że Ariusz nauczał, iż za umarłych nie należy się ani modlić, ani ofiary czynić i że to właśnie jest pięćdziesiątym trzecim kacerstwem.
P. Co należy odpowiedzieć tym, którzy zowią Czyściec wymysłem popów i oszustwem?
O. Należy im w odpowiedzi przypomnieć słowa św. Augustyna: “czyli, że to jest pięćdziesiątym trzecim kacerstwem, które na tym zawisło, że modlitwę za umarłych gani”.
P. Czy z nauki o Czyśćcu nie wypływa, że dzieło zbawienia naszego Zbawiciela nie jest dostatecznym?
O. Nie, tego stąd żadną miarą wywnioskować nie można.
P. Dlaczego?
O. Z tego tylko wywnioskować można, że za grzechy trzeba także docześnie pokutować. Ale za tym nie idzie, żeby dzieło naszego Zbawiciela nie było dostatecznym.
P. Wyprowadź stąd dalszy wniosek?
O. Doczesne zadosyćuczynienia muszą albo w tym życiu albo w przyszłym być spełniane, zaczem idzie że i doczesne zadosyćuczynienia za grzechy, w przyszłym życiu dziełu zbawienia bynajmniej nie ubliżają; ponieważ cała skuteczność naszych zadosyćuczynień wypływa z zasług Zbawiciela.
___________________
Katechizm Polemiczny czyli Wykład nauk wiary chrześcijańskiej przez zwolenników Lutra, Kalwina i innych z nimi spokrewnionych zaprzeczanych lub przekształcanych, pierwotnie w języku francuskim ułożony przez O. J. J. Szeffmachera Zgrom. Jezusowego, z poprzedzeniem listów dwóch nawróconych pastorów, wykazujących powody nawracania się licznych Protestantów na łono Kościoła Katolickiego. Przełożył z francuskiego na język niemiecki J. M. nauczyciel religii, a z niemieckiego na język polski przełożył i uwagami objaśnił X. Nestor Higin Soter Bieroński kanonik, proboszcz małogoski, prof. semin. kieleckiego. Częstochowa 1883, ss. 143-150.
Przypisy:
(1) O kanoniczności dwóch Ksiąg Machabejskich dowodzi się z Klemensa Aleksandryjskiego Strom. V, z Orygenesa in Joann. Tom. XXIII, z Cypriana ad Fortun. XI, z Canon. apost. Can. 85, z Grzegorza Nazjanzeńskiego Oratio ad Macch., z Ambrożego de Job. II. c. 10. 11. 12. Ofic. 40, 41 itd.
Uwaga tłumacza. Lutrzy i kalwinianie lubo by zaprzeczali kanoniczności Ksiąg Machabejskich, nie mogą atoli zaprzeczać wiarogodności Historyka. Nie mogą nie uznać najstarodawniejszej praktyki żydów, którzy się za dusze zmarłych modlili i modlą. Praktyka ta tak była niezaprzeczoną i za świętą w żydowskim, jako i w katolickim Kościele poczytywaną, że święci Ewangelistowie uważali za rzecz zbyteczną o niej wyraźnie i osobliwie nauczać; raczej należało ich utwierdzać w wierze kar wiecznych, których niektórzy zaprzeczali i zaprzeczają.
(2) A tak nieoczyszczeni nie mogą iść do nieba, bo tam nic skażonego nie wnijdzie, nie mogą iść do piekła, bo pomimo swoich uchybień Pismo św. zowie ich sprawiedliwymi. (Przyp. tłum. polskiego).
(3) Miejsce to nie ubliża bynajmniej czyśćcowi, bo lubo by tylko dwa miejsca były: miejsce łaski i miejsce potępienia, to jeszcze stąd nie wypływa, żeby miejsce łaski nie mogło być jeszcze dwojakie tj. albo miejsce oczyszczenia albo miejsce uwielbienia. Allioli na to miejsce. (Przyp. autora).
Dusze bowiem w czyśćcu zostające są też w łasce Bożej, a cierpienia ich i kara doczesna nie stoją w sprzeczności ze stanem łaski, bo i w tym życiu ludzie najpobożniejsi, których Bóg miłuje, różnym jednak cierpieniem ich albo z grzechów powszednich oczyszcza, albo ku pomnożeniu zasług ich doświadcza. Przykładem jest Najświętsza Maryja Panna, Królowa Męczenników, która jedynie ku pomnożeniu zasług i chwały w niebiesiech siedem boleści ponosiła. (Przyp. tłum. polskiego).
(4) Warto przeczytać i zastanowić się nad dwunastym i trzynastym rozdziałem Księgi 9-tej Wyznań św. Augustyna, z jaką pobożnością ten Święty nie tylko posługę pogrzebową spełniając, ale też czytelników do modlitwy wzywając, o swojej matce wspomina. Coś wznioślejszego w przedmiocie pamięci o zmarłych nie może być ani pomyślanym ani napisanym. (Przyp. tłum. niem.).
Fronda.pl – Ultra montes (www.ultramontes.pl)
***
o. Jacek Salij: Śmierć samobójcza a losy duszy…
PO ŚMIERCI SAMOBÓJCZEJ KOGOŚ BLISKIEGO

Śmierć samobójcza a losy duszy… · fot. Screenshot – YouTube
***
Wiedziałam, że na ludzi czasem spada nieszczęście. Spotykałam ludzi dotkniętych takim nieszczęściem, że strach było pomyśleć, co by było, gdyby na mnie kiedyś takie nieszczęście przyszło. Ale nigdy nie przypuszczałam, że nieszczęście tak może człowieka załamać. Syn mojej znajomej popełnił samobójstwo. Stało się to osiem miesięcy temu, a czas niczego nie leczy. Powiedziałabym nawet, że w miarę upływu czasu nieszczęsna matka przemieniła się w jedną ranę. Stała się chodzącym smutkiem i rozpaczą. Jest przepełniona poczuciem winy: że gdyby go lepiej wychowała, gdyby więcej kochała, gdyby nie rozwiodła się z mężem, gdyby umiała zauważyć dramaty, jakie syn przeżywał, nic doszłoby tragedii. Jest ona osobą wierzącą, daje na mszę za syna, ale to niczego nie zmienia. Patrzeć nie można, jak się zagryza. Moich argumentów słucha, ale jej nie przekonują. Powiada, że nic już jej nie pocieszy. Jak do niej przemówić? Już ludzie jej unikają, bo straszy wszystkich swoim przygnębieniem. Może skończyć się na tym, że zagryzie się kobieta na śmierć.
Odpowiada o. Jacek Salij OP:
Tak, gdyby ktoś, odbierając sobie życie, pomyślał o tym, ile bólu po sobie pozostawi, zapewne by się zastanowił i zamiaru swego nie wykonał. To prawda, czasem ktoś popełni samobójstwo, będąc tylko w niewielkim stopniu panem swojej woli. Kto inny w gruncie rzeczy wcale nie chciał targnąć się na swoje życie, chciał tylko nadać bardzo ostre wołanie o pomoc, przesadził jednak w natężeniu sygnału, tak że skończyło się śmiercią, która ma wszystkie zewnętrzne cechy samobójstwa. Zawsze jednak, kiedy człowiek odbiera sobie życie, to dlatego, że dał się jakoś zamknąć w sobie: w swoim poczuciu bezsensu, w swojej samotności nie do uniesienia, w jakimś obrzydzeniu dla samego siebie, w swoim całkowitym rozczarowaniu do ludzi, w niewierze w siebie itp. Zapewne nie doszłoby do tragedii, gdyby człowiek ten próbował przekroczyć altruistycznie swoje zamknięcie we własnych problemach. Sądzę, że odnosi się to nawet do tych, którzy podejmują decyzje samobójcze nie w pełni świadomie — bo przecież wszyscy, również psychicznie chorzy, są prawdziwymi ludźmi, a więc zdolni są do miłości.
Powyższe uwagi napisałem nie dlatego, że poczułem się uprawniony do wydawania sądu nad ludźmi, którzy popełnili samobójstwo. Sąd ten należy wyłącznie do Pana Boga. Pragnę jedynie wydać sąd nad mechanizmami, które do samobójstwa prowadzą. Niejednego już człowieka, który znalazł się w samobójczej depresji, od skoku w otchłań uchroniła właśnie myśl o bólu, jaki by to zadało najbliższym, świadomość, że się będzie jeszcze komuś potrzebnym, czy religijny lęk, aby nie podeptać w ten sposób ostatecznie miłości Boga. Wydaje się, że wystarczy nawet niewielka miłość, byleby to była miłość prawdziwa, aby skutecznie unieszkodliwić żądło pokusy samobójczej. Miłość zabroni również takiej samobójczej próby, której celem jest co innego niż odebranie sobie życia, bo przecież takie próby niekiedy naprawdę kończą się śmiercią.
Jak jednak pomóc nieszczęsnej matce, którą samobójcza śmierć syna wciągnęła w takie wiry samozniszczenia, nad którymi nie jest już w stanie zapanować? Przypomina mi się metoda wyciągania matek z rozpaczy po śmierci dziecka, podawana przez mądrość ludową. Mianowicie wśród różnych opowiastek przy darciu pierza czy podczas przędzenia opowiadano sobie też o matce, której umarło dziecko. Pogrążona w rozpaczy, poszła kiedyś nocą do kościoła i była świadkiem wielkiej procesji dusz czyśćcowych. Dziecko jej wlokło się na samym końcu tej procesji, gdyż musiało dźwigać dwa ciężkie wiadra jej łez.
Dopatruję się w tej opowiastce czegoś więcej niż sprytnej psychologicznie techniki pocieszania po stracie kogoś najdroższego. Opowiastka ta wyraża obrazowo część prawdy o świętych obcowaniu. Jeśli bowiem śmierć nie rozrywa istotnych więzów między ludźmi, to dla losu zmarłego nie jest obojętne, w jaki sposób zachowujemy się po jego odejściu. Jeśli w naszej żałobie zabraknie szukania woli Bożej, jeśli śmierć bliskiej nam osoby powoduje w nas nie kończące się rozbicie duchowe, to stajemy się niezdolni do udzielenia zmarłemu tej pomocy duchowej, której on potrzebuje szczególnie. Nie wolno nam dopuścić do tego, żeby żałoba nas zagryzła — nie tylko dlatego, że jakoś trzeba żyć dalej, ale również ze względu na zmarłego, któremu możemy pomóc naszą piękną postawą duchową, natomiast swoim załamaniem na pewno nie pomożemy.
A jeśli to była śmierć samobójcza? Czy nawet takiemu zmarłemu można pomóc? Weźmy to na zdrowy rozum i zastanówmy się nad tym w duchu wiary. Śmierć tego człowieka dokonała się poprzez akt samozniszczenia. Otóż zgodnie z ciemną logiką takiego aktu, jedno zniszczenie pociąga za sobą zniszczenia następne. Toteż pierwszą formą duchowej pomocy człowiekowi, który popełnił samobójstwo, jest nie dopuścić do tego, aby za jego śmiercią poszły zniszczenia następne. Dzięki temu zmarły będzie mógł bronić się przed sądem Bożym: “To prawda, Panie Boże, że dopuściłem się czegoś bardzo złego. Ale to mam na swoją obronę, że moja śmierć nie spowodowała już zła następnego”. Oby udało się Pani wytłumaczyć swojej znajomej, że trwając w duchowym rozbiciu, ściąga na głowę syna winę następną. Musi się zatem jakoś pozbierać, żeby syna przed taką winą obronić.
Można się starać o coś więcej: żeby tę śmierć niepotrzebną i bezsensowną napełnić sensem od zewnątrz. Wówczas zmarły będzie miał jeszcze lepszą obronę, będzie mógł powiedzieć Sędziemu: “Panie Boże Miłosierny, nie potępiaj mnie za mój czyn godny potępienia. Weź to pod uwagę, że wskutek mojej śmierci moi bliscy bardziej zwrócili się do Ciebie, zaczęli wydawać więcej duchowych owoców”. Jest to jednym z największych dowodów wszechmocy miłosiernego Boga, że nawet z grzechu potrafi wyprowadzić dobro, jeśli tylko ludzie zwracają się ku Jego łasce.
Znajomą Pani gnębią wyrzuty sumienia, sama uważa się za przyczynę tej śmierci nieszczęsnej. Moim zdaniem nie powinna Pani udowadniać jej na siłę, że jej wina nie jest aż tak duża. Trzeba raczej dążyć do tego, aby zrozumiała, że nie człowiekowi mierzyć ostatecznie wielkość swojej winy, że jeden tylko Bóg widzi obiektywnie, jak wielki jest nasz grzech. Toteż zamiast gryźć się bezpłodnie swoją winą, zamiast biadać nad tym, że nie da się cofnąć czasu ani unieważnić zła i jego owoców, które już z niego wyrosły — trzeba raczej z całą żarliwością i ufnością zwrócić się ku Bożemu Miłosierdziu; “Panie Boże Miłosierny, to moje grzechy spowodowały tak wielki grzech mojego syna. Nie odrzucaj mojego syna za moje grzechy! Okaż mu swoje miłosierdzie, a mnie nawróć ku Sobie, abym Cię kochała za nas dwoje”. Jest to z pewnością postawa dużo bardziej sensowna niż jałowe zagryzanie się rozpamiętywaniem swoich win.
I jeszcze jedno. Pisze Pani, że znajoma zabiega o msze za swojego syna. Warto sobie uświadomić, czym jest Msza święta za zmarłych. Otóż Msza święta jest to sakramentalne uobecnienie tej Ofiary Chrystusa, która za nas wszystkich została złożona na Kalwarii. Jeśli pragniemy, aby za kogoś bliskiego, kto zszedł z tego świata, odprawiła się Msza święta, znaczy to, że zależy nam na tym, aby sam Chrystus błagał u Przedwiecznego Ojca za tym, za kogo się modlimy. Niech Pani to wytłumaczy swojej znajomej. Niech podczas Mszy świętej za swojego syna stara się modlić jakoś tak: “Panie Jezu Chryste, weź w swoje Boskie ręce los ostateczny mojego syna. Ubłagaj Ojca Swojego Miłosiernego, aby raczył odpuścić mu grzechy i dopuścił go do wiekuistego oglądania Swojego Oblicza. Twoja modlitwa, Jezu Chryste Zbawicielu ludzi, jest przecież wszechmocna. Ty przecież przyszedłeś na ten świat nie po to, żeby nas potępić, ale żeby znaleźć i zbawić każdą zagubioną owieczkę. Ty jeden możesz uratować mi syna od śmierci wiecznej. Panie Jezu, nie mam nikogo, kto by mógł mi dopomóc. Jezu, ufam, że mnie wysłuchasz i okażesz mu miłosierdzie!”
Większej pociechy wiara udzielić nie może. Ale na cóż nam większa pociecha, skoro ta, o której tu mówimy, opiera się na nieskończonym Bożym miłosierdziu, a jej moc płynie z Krwi Syna Bożego?
źródło: Fronda.pl


